Kwartalnik Artystyczny : Kujawy i Pomorze 2000 nr 3(27)

VVA 


. 


K J 
3 (27) 110 



 



 


t 
I 
I 


- 


" 


.'" 


. 
.
 
. 
. 
. .. 


ALNI 


P 0 M 0 


E 
.ek 362-' 


r- 


", . 


'-\. 


)., 



 


t 
.
>>>
KVV
A-'-
LNIK 
/ARTI VSTVCZNV 


K U JAW Y 
Nr 3 /27/2000 


P 0 M 0 R Z E 


Spis rzeczy 


CZESLAW M[LOSZ 


To jasne / 7 


Roz1n01va 
Litwa) labirynt) nadzieja - 
z C Z E S LAW E M 
t I LOS Z E M 
rozmawia Krzysztof Myszkowski /9 


J E R Z Y A 
 0 R Z E JEW SKI Dziennik paf\'ski (3) / 45 
Trzy wiersze 
RYSZARD KAPUSCINSKI ***/61 


KAZIMIERZ WYKA 


Pesymizm a odbudowa czlowieka (1) / 65 


Po co pisZf? 
!\1 A R I A 0 A 
 I L E W I C Z Z I ELI " S K A * ** / 90 
J E RZ Y G I Z ELLA Po co pisz
? Po co wracam? /93 
J E R Z Y G I Z ELL A Zegnaj smutku, chocby na chwil
 / 95 
Wyzsze znieksztakenie / 96 Ulatnianie si
 / 97 
Schron przeciwlotniczy / 98 
J A 
 J 6 Z E F S Z C Z E PAN SKI Johnny / 99 
J A NUS Z S Z U B ERa co w tym wszystkim chodzi? / 105 
Tu i tam / 106 S
 obietniq w kl
bach dymu / 107 
Potem / 107 Powroty / 108 Slownik domo,,"y / 108 
MAR ZEN A B ROD A Latanie bez skrzydd / 109 
K R Z Y S Z T 0 F G R Y K 0 Tango / 1I7 Kaluze / 1I8 
Ucieczka / 118 Powrot / 119 Wiersz biaty / 120 
P lOT R MAC I E R Z Y N SKI ** * (dziewi
c sekund...) / 121 
*** (gdy tylko mama...) / 122 
TAD E US Z LIRA - S L I W A Klub bohaterow /123 Impas / 124 
Ekspedycja wapniakow / 124 Cale niebo nad Polski} / 124 
Sekcja X / 125 Do rymu / 125 Proba / 125 
Kindersztuba / 126 ** * (Otworzyc?..) / 126 
H A N S HIE BEL Zmierza ku kOI1cowi / 127
>>>
2 


SPIS RZECZY 


Plastyka 
PREZENTACJE - ALEKSA
DER DI;TKOS 1131 
Varia 
M I R 0 S I:.. A W 0 Z I E N Oswiecona wyobraznia) Jan Pawd II i rok 2000. 
Zapiski ascetyczne 1 137 
M I C H A I:.. G I:.. 0 WIN SKI WieIki dzien 1 144 
ALE K SAN 0 E R J U R E W I C Z Zapiski ze stroi6wki (8) 1 150 
E WAS 0 N N EN BERG Przewodnik liryczny po Europie (II) 1 154 
LESZEK SZARUGA Wodnapiecz
c(6)/166 
Z BIG N I E W Z A K IE W I C Z Ujrzane) \\' czasie zatrzymane (7) 1 176 


Recenzje 
K R Z Y S Z T 0 F M Y S Z K 0 W SKI K"i
ga olsnien 1 183 
W I E S I:.. A W A WAN T U C H Mistyka i optyka 1 184 
I WON A MIS I A K Pier\\'otnosc materii 1 187 
PAW E I:.. M A J E RS K I 
Iizna ciata (i) poezji 1 190 
L E S Z E K S Z A RUG A Swiat przez tzy 1 192 
R A F A I:.. M 0 C Z K 0 0 A N Listy J erzego Stempowskiego 1 195 
W I E S I:.. A \V T R Z E C I A K 0 W SKI a wysokiej sztuce interpretacji 
Mtodej Polski 1 198 
Z 0 F I A Z A R I; B I A N K A Mariologiczna propozycja 
na Trzecie Tysi(!c1ecie 1 200 


Noty / 203
>>>
Dnia 5 lipca 2000 roku zmarl \V Neapolu 


st p . 


Gustaw Herling - Grudzinslci 
Pisarz 


R. I. P.
>>>

>>>
Dnia 14 wrzesnia 2000 roku zmarl w Maisons-Laffitte 


st p . 


J erzy Giedroyc 
Redaktor "Kultury" 


R. I. P.
>>>

>>>
\ 


t 
:::: 
!E 
- 
- 

 


t:: 

 
t::, 

 



 


... 
..t 


CzeslaJ,v Milosz 


To jasne 


To jasne, ze nie mowilem, co naprawd
 mysl
, 
Poniewaz na szaeunek zaslugujC} smierteIni, 
I nie wolno wyjawiac, w mowie ani na pismie, 
Sekretow naszej wspolnej eieIesnej mizerii. 
Chwiejnym, slabym, niepewnym wyznaezona praea: 
Wznidc si
 dw? eentymetry nad swojC} glowC} 
I moe powiedziec komus, kto rozpaeza: 
"J a tez tak samo plakalem nad sobC}."
>>>
II' 


II 


'" 


, 


..\ .:-: 


..... 



 


Czeslaw Milosz i Krzysztof Myszkowski w KrakOJvie, w lipcu 2000 roku. 


." 


... 


og. 


.\ 


J 



 
"" 
.... 

 


.... 
i:: 
t:: 
, , 
"'" 
..; 
t.i:
>>>
Lirvva, labirynt, nadzieja 
Z CzeslaWel1t Milosze1n roz1nawia [(rzysztof Myszkmvski 


[(rzysztof Myszkowski: Dlaczego Wilno jest miastem mitycznym? 


Czeslaw Milosz: Wilno jest miastem zmitologizowanym, to znaezy bar- 
dzo trudno jest dojse do prawdy, jezeli ehodzi 0 jego przeszlose. Polacy maj:} 
do \Vilna stosunek sentymentalny, poniewaz jest ono tak Z\van:} kolebk:} ro- 
mantyzmu polskiego, a wiadomo co znaezy romantyzm, jakie znaezenie mial 
dla kultury polskiej. Ci, ktorzy jezdz:} do Wllna, S:} oezarowani arehitektur:}, 
oezarowani miastem i maj:} do niego stosunek uezuciowy, oparty na kulcie 
polskiego romantyzmu i na sentymencie narodo\\ym, poniewaz jest to rzeko- 
mo odwieeznie polskie miasto. Ale przeciez Wilno bylo stoliq Wielkiego Ksi
- 
stwa Litewskiego - to jest tez sprawa historyezna, dlatego ze poczucie odr
b- 
noki Wielkiego Ksi
stwa Litewskiego przetrwalo bardzo cliugo, przetrWalo 
faktyeznie do Konstytueji 3 maja, ktora niemalze zlikwidowala ten rozdzial, 
zostawiaj:}e pewne nieduze odr
bnosci Wielkiego Ksi
stwa. Natomiast 
w uezuciowosci i w wyobrazni polskiej w ci:}gu XIX wieku nast:}pito jakby 
utozsamienie Wielkiego Ksi
st\Va Litewskiego z Polsk:}. Oezywiseie dotyezylo 
to warstwy szlaeheekiej - dla nieh to byl jeden organizm, to byla Polska. Dla- 
tego ow paradoks, ze akeja Pana Tndeusza, ktory jest pol skim eposem, zaezy- 
naj:}cym si
 od slow: "Litwo! Ojczyzno moja!", odbywa si
 na Bialorusi, co 
jest nieporozumieniem semantyeznym, dlatego ze to nie byla Litwa tylko 
Wielkie Ksi
stwo Litewskie. Wilno bylo stolie:} \Vielkiego Ksi
st\Va Litewskie- 
go i na podstawie tego S.1mego nieporozumienia semantyeznego Litwini 
w niepodleglej Litwie uwazali, ze musz:} odzyskae stolic
 Litwy, a przeciez 
Wilno nie bylo stolie:} Litvvy etnieznej. Jest eos prawdziwego w twierdzeniu 
Bialorusinow, ze Wilno bylo stolie:} Bialorusi: twierdz:}, ze Zmudzini, ktorzy 
przyszli z polnocy, zaj
li Wilno i podali je jako swoj:} stolic
. (smieeh)
>>>
10 


ROZMOWA 


/(. M.: lVilno to byla dziJVna mieszani11a. 


Cz. M.: Ludnose Wilna nie byla litewska -ludnose Wilna odbijala sytu- 
acj
 stolicy Wiclkiego Ksi
stwa. 110zna powiedzice, ze \V sredniowieczu 
jedynie wladza ksi
cia i tej malej grupki etnicznej litewskiej, ktora rZ'ldzila, 
miala jakid slady takze w \Vilnie, ale Iud nose skladala si
 z prawoslawnych 
kupcow, sqd nieslychana ilose cerkwi drewnianych, ktore pozniej si
 spali- 
!y. \Vilno bylo miastem mowi1cym po bialorusku, czy tez starobialoru- 
sku, potem stopniowo si
 polonizowalo. 


!(. M.: Duzq cz
si mieJzkmlcoJV Wilna stanmvili Zydzi. 


Cz. M.: Tak i ich ilose rosla. Przeciez Wilno przedwojenne bylo miastem 
polsko-zydowskim i nieslychanie waznym osrodkiem kultury zydowskiej. 
Byly dwa \Vilna, ktore zyly obok siebie: \Vilno polskie i Wilno zydowskie. 
'Vilno zydowskie bylo wielkim osrodkiem dnlkowania ksi'lzek w jidysz. Byly 
dwa takie osrodki kulturalne na swiecie: \Vilno i :Nowy Jork. I do tej pory, 
jezeli jakas rodzina zydowska w swojej tradycji pochodzi z Wilna, to jest lep- 
sze pochodzenie, to jest arystokracja - w przeciwienstwic do tych, ktorych 
przodkowie pochodz q z \Varszawy, czy z Galicji - to juz jest gorzej. Z \Vil- 
na jest najlepiej pochodzie. Ludnose \Vilna byla prawoslawna - prawdopo- 
dobnie starobialoruska, polska - mieszcza11stwo, i zydowska - bylo drugic 
\Vilno, zydowskie, 0 kto1).m Polacy dzisiaj nic nie wicdz'l, a i w czasie mi
- 
dzywojennym nie bardzo wiedzieli, jaka byla ta historia, bo to jest cala hi- 
storia Zydow w Wilnie jako osrodka religijnego, kulturalnego itd. Nie mo- 
wi'lC juz 0 tym, ze nikt z Polakow nie wie, ze Wilno bylo scen1 spalenia na 
stosie szlachcica Walentyna Potockiego, ktory zdaje si
, ze pochodzil z tej 
samej arystokratycznej rodziny - nawrocil si
 na judaizm, studiuj1c w Am- 
sterdamie i spalono go na stosie w Wilnie. 


!(. M.: ](to go spalit? 


Cz. M.: \Vladze koscielne; w 1749 roku. 


[(.M.: Cos JV rodzaju inkJVizycji? 


Cz. M.: Tak. Prochy Walentyna Potockiego byly relikwi'l dla miejsco- 
wych Zydow. Poza tym Wilno bylo lini1 oporu religijnego przcciwko inwa- 
zji chasydyzmu z poludnia. Wilno bylo racjonalistyczne. Byl taki gaon wi-
>>>
LITWA, LABIRYNT, 
ADZIEJA 


11 


lenski, ktory byl za racjonalistycznym badaniem Tory i kabaly i wyst
powal 
przeciwko tanczqcej rcligijnosci chasydow. Tak, ze Wilno utrzymywalo linic; 
racjonalizmu, a wkrotce zaczc;la si
 Haskala, czyli oswiecenie i to bylo z jed- 
nej strony polqczone ze studiami j
Z)rka hebrajskiego, a z dnlgiej - z proba- 
mi wlqczenia si
 w j
zyki nowoczesnej Europy. Kiestety stalo si
 tak, ze Ha- 
skala przypadla juz na czas rozbiorow, na pocz
tek XIX wieht. To byl ruch 
wyprowadzenia Zydow z zamkni
t:ych wsp6lnot ku ogolnemu zyciu danych 
krajow, ale Polska byla podzielona. Historia Klaczki illlstruje te przcmiany - 
Klaczko byl t:ypowym przedstawicielem Haskali. On stal si
 w rezultacie pi- 
sarzem j
zyka francuskiego, ale przeszcdl przez niemiecki i polski. 


!(. M.: W t)'ln czasie wybucha w lVilnie polski romantyzm. Klaczko juz 
Halezy do romant)'zmu. 


Cz. M.: 11a Pan zupdn
 racj
. Nota bene \Vilno jest miejscem, gdzie za- 
czyna si
 cala mitologia Litwy. Litwa po raz pierwszy zjawi.l si
 w literaturze 
u Macieja Stryjkowskiego i u niego jest od razu fascynacja pogal1sk
 Litw1. 
Stryjkowski bardzo duzo napisal 0 tym wlasnie. Mickiewicz skqd czerp.ll? 
Z Kroniki Stryjkowskiego glownie. Ale rownoczeSnie za romantyzmu po- 
wstaje cala mitologia Lit\"y jako kraju szlachetnych dzikusow, bo przeciez 
czc;sci q romantyzmu w Europie jest ten mit szlachetnego dzikusa, ktory zo- 
stal odziedziczony po Rousseau. \V literaturze trancuskiej juz pod koniec 
XrvUI wieku ukazuje si
 Pmvc/ i Wi1lJinia Bernardina de Saint-Pierre, a na 
samym POCZqtkll XIX wieku Chateaubriand pisze Amla, czyli histori
 szla- 
chetnych Indian polnocnoamerykal1skich i ci Indianie polnocnoamerykanscy 
funkcjonuj
 w pierwszej polowie XIX wieku jako przcdstawiciele szlachet- 
nych dusz pierwornych - widocznie byla taka potrzeba i polski romantyzm 
t\\'orzy caly pogall.ski panteon litewski. Przeciez Dzieje starozytne narodu li- 
tewskiego Narblltta i inne tego rodzaju dzida wymyslaj
 bogow, ktorych 
ukladajq w Olimp taki jak wzi
ty z Grecji. U Mickiewicza jest: Zywila, Gra- 
zyna, Konrad Wallenrod. S1 takie ut\\'ory, na przyklad lVitolO1'auda (to zna- 
czy Zale Witola) Jozefa Ignacego Kraszewskiego, ktory \\1'chodzi w 1840 
roku - Moniuszko napisal do niego muzyk
. \V lVitoloraudzie litewska bo- 
gini milosci Milda poczyna syna z czlowiekiem smiertelnym. 
1oim zdal1iem 
te ut\vory romantyczne mialy dwa sklltki: po pierwsze - przyczynily si
 do 
powstania litewskiej swiadomosci narodowej i po drugie - do mitologizowa- 
nia sicbie samych; Lit\\'ini maj
 do tego duz,! sklonnosc. 


!(. M.: Polacy tez.
>>>
12 


ROZMOWA 


Cz. M.: Niestety Polacy nie maj'l takich urworow, ktore by im pozwa- 
laly na to. Bo wlasciwie legenda 0 Popielu zjedzonym przez myszy zawsze 
byia traktowana humorystycznie. 


](. M.: A Piast? 


Cz. M.: Jest taka legenda, ale ona jakos w literaturze nie dziaiaia moc- 
no. Czyli te mit:yczne pocz'ltki Polski nie maj'l dostatecznej sily obrazowej, 
literackiej. Nie ma w Polsce poga11skiej mitologii, ktora jest w roznych kra- 
jach jak na przykiad w Finlandii. A Litwa dzi
ki polskiemu romantyzmowi 
ma. Konsekwencj'l mitologizacji Litwy jest stworzenie obrazu Litwy jako 
kraju poezji, jako kraju poetyckiego, tak ze pochodzie z Litwy dla poety 
jest bardzo dobrze (smiech). Troch
 mozna znaleze analogi
 z lrlandi'l, 
dlatego ze literatura lrlandii przeciez powstawaia w j
zyku angielskim. 


](. M.: Irlandczycy mieli wielkich pisarzy: Shaw, Yeats, Joyce, Beckett. 


Cz. M.: Ci pisarze pisali po angielsku, a nie po irlandzku. I moze Pan 
powiedziee, ze Litwa miaia \"ybitnych pisarzy: miaia Mickiewicza... 


](.M.: IGlku wielkich pisarzy polskich urodzilo si
 na Lit/vie. 


Cz. M.: Nie mamy takich jak na przyklad Bernard Shaw. 


](. M.: Powiat kiejdatlski, dwor w Szetejniach, dolina Niewiaiy, I(rasno- 
gruda to sq dla Pana miejsca mityczne. Jakq rol
 odegraly te miejsca, tamci 
ludzie i j
zyk w konfrontacji ze iwiatem? 


Cz. M.: Schemat taki byl dosye banalny. Jest nostalgia ludzi wyrzuco- 
nych z siodla, wi
c mozna to tlumaczye tym, ze jako emigrant, zreszt'l emi- 
gruj'lCY juz przed wojn'l: emigrowalem z Wilna do Warszawy, mam kom- 
pleks emigranta, ktory zwraca si
 z t
sknot'l do przeszlosci, na przykiad 
pisze Dolin
 Issy. Ale to jest dose falszywa interpretacja... 0 co chodzi w li- 
teraturze beletrystycznej, czy tez poetyckiej? Chodzi 0 rzeczywistose, ktora 
min
la, chodzi 0 dystans, ktory moze bye uzyskany tylko przez mowienie 
o zdarzeniach, ktore juz nie istniej'l. To jest znana rzecz, ze dystans jest 
matJq muz, dystans jest dusz'l pi
kna, jak powiedziaia Simone Weil. Wi
c 
tutaj chodzilo 0 istnienie danej rzeczywistoki minionej w literaturze: w po- 
ezji i w prozie. Na pewno to bylo moim glownym morywem - zwracanie si
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


13 


do korzeni. I mieszkaj'}c dlugo za granic'} mialem cel: umidcic moj maly 
kraik, moj'} ojczyzn
 dziecinstwa na mapie Europy czy swiata. OczywiScie to 
bylo bardzo trudne, bo bardzo tnldno jest mowic 0 krajach nie istniej'}cych 
w mysli i w wyobrazni ludzi zachodnich. Latwiej byloby mowic 0 jakichs 
krajach jednorodnych, ale nie tak zlozonych, takich skomplikowanych jak 
ten malutki kawalek Europy, z ktorego pochodz
. Ale moze w jakis sposob 
mi si
 to cz
sciowo udalo. Poza tym dla mnie moje pochodzenie bylo zro- 
dIem sily, poniewaz ja nie chcialem si
 poddac, nie chcialem si
 dostosowac 
do standardow zachodnioeuropejskich, gdzie nalezalo pisac 0 tym, co jest 
jakos tam zrozumiale. Napisalem najpierw Zdobycie wladzy i Zniewolony 
umysl i one \"yrabialy mi status pisarza politycznego, ale ja nie chcialem isc 
w tym kierunku i napisalem Dolin
 Issy, ktora byla z punktu widzenia rynku 
wydawniczego szalenstwem, poniewaz byla to staromodna powidc nie ma- 
j'}ca nic wspolnego z jakimis awangardowymi kierunkami w literaturze. To 
staroswiecka basn. Bardzo jestem dumny z tego, ale ta ksi'}zka byla na po- 
cz'}tku zle przyj
ta: jakid takie starocie, wspomnienia itd. \Vtedy trzeba bylo 
isc dalej t'} drog'} Zdobycia wladzy i Zniewolonego mnyslu. 


](. M.: To bylaby droga pisarza politycznego. 


Cz. M.: Ja po prosru nie chcialem dalej zajmowac si
 tak zwan'} ko- 
niecznosci'} historyczn'}, Heglem i okrucienstwami historii. Ale jak napisa- 
lem w Przypisie po latach do nowego \\ydania Doliny Issy, istnieje pewna 
analogia z tym, co si
 dzialo ze mn'} w czasach okupacji niemieckiej, gdzie 
doznanie horronl i okrucienstwa bylo czyms nieslychanie niszcz'}cym we- 
wn
trznie. Wobec tego napisalem Swiat. (Poema naiwl1e), ktory z pozoru 
nie ma nic wspolnego z otaczaj'}c'} mnie rzeczywistosci'}, napra\\'d
 nato- 
miast ma duzo wspolnego, poniewaz opor przeciwko temu co si
 naokolo 
mnie dzialo, jest podtekstem bezustannym i dlatego mnie jest przykro, kie- 
dy biedne dzieci w szkolach ucz'} si
 na pami
c moich wierszykow Wiara, 
Nadzieja i Milosi nie wiedz'}c, ze to s'} wiersze ironiczne, w szczegolnym 
sensie - nie sarkazmu, nie kpiny, tylko ironii w gl
bszym znaczeniu. 


](. M.: Czyli J)Jolina IssyJJ byla na emigracji czyms podobnym do JJSwia- 
ta JJ w czasie okupacji, byla przejfciem na innq orbitr;? 


Cz. M.: Tak, przede wszystkim byla odejsciem od abstrakcji, od ide- 
ologii, od idei do zmyslowej rzeczywistosci: zapachow, widokow, do- 
znan sluchowych itd.
>>>
14 


ROZMOWA 


!(. M.: Ale przeciei rzecz)'wistofi wojny byla takie bardzo zmyslowa, pelna 
zapachow, widokow, doz1ta1'1 sluchOJvych itd. 


Cz. M.: Tak, oezywiscie, nie byla zadn4 abstrakej4. Napisalcm w ezasie 
wojny wiersze 0 tej rzeezywistosci, jak na przyklad Campo di Fiori, ezy eykJ 
Glosy biedn)'ch ludzi i to w tym samym ezasie co Swiat. (Poema naiwne). 
Czyli mozna powiedziec, ze jedn4 n;k4 pisalem to, drug
} co innego - cab 
poezja polska XX wieht zmagala si
 z tymi problemami i nieslyehanie tnId- 
no to przyehodzilo: przezywalismy nowe doswiadezenie, bardzo tragieznc 
i nie bylo j
zyka, zeby je wyrazic. Ale z tego zmagania polskiej poezji z pro- 
blematyk 4 okrucienstwa i historii eos wyniklo. Jezeli dzisiaj jest mowa 0 pol- 
skiej szkole poezji - w kazdym razie mowi si
 0 tym w Ameryee - to wlasnie 
eala oryginalnosc polskiej poezji polega na tym zmaganiu. Seamus Heaney, 
laureat Nobla, w swoieh escjaeh pisze duzo 0 polskiej poezji: znalazl w niej 
to, ezego potrzebowal, zeby pisac 0 lrlandii Polnoencj, 0 wzajemnym mor- 
dowaniu siC;, znalazl w polskiej poezji jak1s szezegoln4 destylacj
 motywow 
historyeznyeh, dramatyeznyeh, tragieznyeh, ktore bardzo mu si
 przydaly. 
I dopatnIje si
 oryginalnoSci polskiej poezji wlasnie w tym. Niemniej uwa- 
zam, ze najtrwalsze co napisalem w ezasie wojny to nie te wiersze 0 tym, co 
si
 dzialo, tylko Swiat, poniewaz jest "zaszyfi.owany". 


!(. M.: Tak jak ,)Dolina Issy)) - moim zdalliem bogatsza artystyczllie 
i wainiejsza od },2dobycia lVladzy)) i od ),2llieJJ7olollego ttmyslu)) - ktora 
takie jest rodzajem szyfru. 


Cz. M.: Tak, mozna tak powiedziec, ehoeiaz w Dolinie lssy nie jest to 
tak widoezne jak w Swiecie, jezeli ehodzi 0 stosunek do rzeezywistoki 
okupaeyjnej. Gdzid powiedzialem, ze w poemacie Swiat chodzi 0 przy- 
wroeenie godnosei swiatu. Ostateeznie swiat dzieeka trwa niezaleznie od 
okrucienstw historii; jest to jakby stab sytuaeja dzieeka wobee swiata. 


!(. M.: Taka sytuacja jest takie w ),Dolinie Issy)), czyli IV dolinie Niewiaiy. 


Cz. M.: Tak, pod inn4 nazw4, po prostu zeby mice swobod; snueia ba- 
sni, zeby nie bye zwi'lzanym z realiami. 


!(. M.: Wraca Pan do dziecinmva w okresach dla Pa'tlskiego iycia przelomo- 
wych, jakimi byly: wojlla, a potem emigracja, kiedy zllalazl si
 Pan H' sytuacji 
dramatycznej.
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


15 


Cz. M.: Tak, to byla szalenie trudna decyzja. Trudno dzisiaj odtworzye 
nieslychanie histeryczn'l atmosferc; tcj "zimnej wojny". Przcciez to byla 
w duzym stopniu histeria, zarowno pO jednej stronie jak i pO dnlgiej, i nie- 
slychana podejrzliwose. 


[c. M.: Zelazna kurtyna. 


Cz. M.: Jeszcze gorsz'l kurtyn'l byla kurtyna podejrzen, w pewnym 
stopniu usprawiedliwiona, dlatego ze podsylali sobie wzajemnic szpie- 
gow. Napisalem to dopiero chyba w pic;edziesi'ltym trzecim roku: zwie- 
dzilem oboz "Walka" pod Norymberg'l, gdzie w barakach mieszkali 
uchodicy z Polski, albo z Czech, ktorzy nie mieli prawa pracy, dostawa- 
Ii jakis nc;dzny zasilek a trzymano ich tam, poniewaz oni chcieli pojechae 
na szeroki swiat, dostae jakid wizy, nie mogli, no i byli walkowani przez 
wladze zachodnie, zeby zostali szpiegami, zeby pojechali z powrotem do 
ich krajow itd. Mnostwo nieslychanie tragicznych historii. Poza tym by- 
10 pelno ludzi, tych Polakow emigracyjnych, ktorzy zyli z antykomuni- 
zmu. To byl kociol nieslychany, zeby przerzucie siC; z jednej strony na 
drug'l, trzeba bylo bye szalencem niemal. 


1(. .Jf.: Ale Pan zdecydmval si
 na emigracjf - na przerzut na drugq 
stron
 i na to cale zamieszanie z ty11l zwiqzane. 


Cz. M.: Bylem bardzo naiwny i bylem krn'lbrny: wysqpilem od razu 
z oskarzeniem emigracji w "Kulturze" paryskiej, rozwScieczylem wszyst- 
kich, a poza tym podejrzewano mnie, ze jestem sowieckim agentem. Zycie 
z takim pic;tnem jest nicslychanie bolcsne i trudne. 


[c. M.: Dla poe!)' byla to szcz.t:g611lie trttdna s)'tuacja: znalazl si
 Pan w tygltt. 


Cz. M.: Kiedy znalazlem siC; na cmigracji, znalazlem siC; w tym wlasnie 
tyglu. Moglem istniee jakos, jezeli brm siC; zaangazowal do walki ideolo- 
gicznej i walil w komunistow jak w kaczy kuper. Ale nie chcialem bye na- 
rzc;dziem politycznym w walee dwoch obozow, chcialem zachowae swoj'l 
autonomic; pisarsk'l. Otoz twierdzc;, ze utrzymanie autonomii pisarskiej 
w Polsce Ludowej bylo bardzo trudne, ale latwiejsze trochc; niz utrzyma- 
nie autonomii na Zachodzie, na emigracji. 


[c. M.: Ale tam, nie bylo takiego terroru politycznego, jaki byl w czasach 
stalillizmu. w Polsce.
>>>
16 


ROZMOWA 


Cz. M.: Byl zupelnie inny terror - terror pieni
zny. Przeciez prawie \\ szy- 
scy piszqcy na emigracji zyli z rozmaitych takich instyntcji jak "Wolna Euro- 
" J . 
pa . a rue. 


!(. M: Byla JJ(ztlttn'a JJ paryska. 


Cz. M.: Tak, rzeczywiscie, dla mnie byla pewnq ostojq "Kultura" pary- 
ska. Ale to nie byla zadna pot
zna instytucja finansowa, ledwo ledwo zipala. 


!(. M.: Do tego Pan nie utoisamial sif z JJ(ulturqJJ paryskqJ byl Pan 
jeieli nie w sporze J to obok - zaznaczal Pan sJVojq autonomi
. 


Cz. M.: Tak, staralem si
 zachowac autonomi
 i z tego powodu napisalem 
mi
dzy innymi Zniewolony U1nyslJ ktory nie jest ksiqzk q jednoznacznq i spotkal 
si
 z niezliczonymi zarzutami, ze nie jest to ksiqzka, ktora jasno stawia spraw
. 


!(. M.: Tak J Herling-Grudzinski... 


Cz. M.: Herling-Grudzinski ciqgle mnie gn
bil, ze napisalem ksiqzk
, 
ktora wlaSciwie jest obron q intelektualistow, ktorzy zostajq komunistami. 
Tak, ze ja sobie nie ulatwialem zycia. 


!(. M: "Zdobycie wladzyJJ bylo takq powiefciq politycznq na konkurs. 


Cz. M.: Tak, ale co do Zdobycia wladzy to na przyklad Kisielewski za- 
rzucal mi olimpijskq bezstronnosc. 


!(. M: ]{isiel chcial J ieby bardziej czenvonemu doloiyl? 


Cz. M.: Tak. (smiech) 


!(. M: Czy ]{isielnie mial racji? Pan w J;Zniewolonym lunyfle'J zarzucil 
Andrzejewskiemu, ie tak malo z tego co wiedzial, p01viedzial w 'JPopiele 
i diamencie JJ . 


Cz. M.: Mnie si
 zdaje, ze Andrzejewski chcial powiedziec jak naj\Vi
- 
cej, z tego co wiedzial; chcial bye uczciwy, ale mu nie wyszlo. (smiech) 
Zdobycie wladzy jest powidci q , ktora stara si
 odtworzyc sytuacj
 1945 ro- 
ku mozliwie bezstronnie, czyli znowu jest z punktu wid zenia propagando-
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


17 


wego za slaba w sensie politycznym, ale dzi
ki temu, ze Zniewolony umysl 
staral si
 0 obiektywizm, dlatego tak silnie dzialal na komunistow - to bar- 
dzo przewrotna i okrutna broil. 


IC M.: Ale );Zdobycie wladzy)) odnioslo sukces, bylo szeroko omawiane, a na 
przyklad )Jnny swiat)) Herlinga-Grudzinskiego w ogole nie mogl si
 ukazac. 


Cz. M.: To jest kwestia takt:yki, ktora nie przes'ldza 0 wartosci arty- 
stycznej, ani nawet 0 postawie politycznej. Teraz si
 ukazalo wydanie 
Czlmvieka wsrod skorpionow i tam w Przedmowie do tej ksi'lzki dopiero te- 
raz napisalem prawd
 0 Pani Modzelewskiej, ktora powiedziala, ze mam 
obowi'lzek walczyc z katem Rosji - w pi
edziesi'ltym pierwszym roku po- 
wiedziec cos takiego! 


IC. M.: I dzi
ki niej Pan mogl uciec 1'la Zachod. 


Cz. M.: Tak, ale ona nie robila tego wbrew swojemu m
zowi - on byl 
starym komunist'l, ktory uwazal, ze pisarzy nie \\'olno zmuszac. Nie przyrze- 
Idem ani jej, ani jemu, ze \Vroc
. To byla najdalej id'lca koncesja, zeby nie 
z'ldae, ze wroc
. Ale ona liczyla si
 z tym, ze ja mog
 zostac. Tak jak powie- 
dziala, ze jej zdaniem pisarz po\vinien bye z krajem, ale jezeli bym si
 zdecy- 
dowal na emigracj
, to mam obowi'lzek walczye z nim, ze Stalinem. 


IC. M: Ciqgle jest ten splot: walka 0 auton01ni
 pisarza i 2twiklanie w hi- 
stori
 czy w polityk
 i sCf: ))rzeczy wile11skie)
 ktore stajq si
 rattmkiem - wyba- 
wiajq z historyczno-polityczllej topieli. 


Cz. M.: Niew'ltpliwie w tym Stanislaw Vincenz odegral rol
, poniewaz 
on byl wlasnie zwolennikiem innego rytmu - powolnego rytmu historii, 
pokolen, wiekow, a nie gor'lczkowego, wariackiego, konwulsyjnego 
w wieku XX. Tak, ze rozmowy z nim byly bardzo uspokajaj'lce: on ci'lgle 
pisallegendy 0 huculszczyznie. 


IC. M: Ale jerzy Giedroyc, z ktorym, tei si
 Pan wtedy spotykal, to byla polit)'ka. 


Cz. M.: Giedroyc to byla czysta polityka. 


IC. M: Byl jerzy Stempmvski.
>>>
18 


ROZMOWA 


Cz. M.: Stempowski byl blizej Vincenza. Jezeli chodzi 0 ,,\Voln
 Euro- 
p
", ja nie chcialem z ni
 wspolpracowae, w czyrn ukazuje siC; moja szcze- 
golna linia, ze nie nadajc; si
 do walenia palk
 - po prostu si
 nie nadajc;. 
Ale glownie dlatego, jak jakid audycje uslyszalem, to tam Bog i ojczyzna, 
tam kropi
 swi
con
 wod
, ktora uzywana jest do celow patriotycznych: 
chodzilo 0 to, zeby temu czerwonemu dolozye. (smiech) 


!(. M.: Giedroye walczyl illaezeJ
 w bardziej wyrafinowany sposob. Ale by- 
la jeszeze alterllatylJ7a - )) Wiado1'1wfci Literaekie)) Grydzewskiego. 


Cz. M.: Nie probowalem tam pisae i drukowae dlatego, ze Grydzew- 
ski, ktory byl niew
tpliwie geniuszem wydawniczym, kiedy stracil swoj
 
publicznose w Polsce i znalazl si
 na emigracji, to bardzo zr
cznie zawi- 
rowal i ztnienil zupelnie swojq orientacj
, dostosowujqC si
 do publicz- 
nosci londynskiej, emigracyjnej, czyli prawicowej i mnie obcej. Przed 
wojn
 publicznose ,,'Viadornosci" byla w 80 % zydowska, a tu znalazl si
 
wobec zupelnie nowej sytuacji i jako geniusz wydawniczy musial zmie- 
nie swoje pogl
dy. W Londynie Grydzewski nie byl prawicowy, nie moz- 
na powiedziee, tylko obowi
zywalo tam tak sarno dolozenie czerwone- 
mu - wszystko to byla publicznose, ktora pochodzila ze wschodu 
Polski, ktora przeszla cz
sto przez lagry, tak ze Herling-Grudzinski do 
tej publicznosci pClsowal. 


!(. M.: Herling-Grudzinski byl zwiq-zany JV Londynie z Ciolkoszami, 
a JVife z PPS. 


Cz. M.: Nie chc
 tego calego londynskiego srodowiska oskarzae 0 pra- 
wicowose. PPS byl jednym ze stronnictw politycznych, tak sarno w Polsce 
Delegatury rz
du londynskiego. Dotykamy bardzo trudnych kwestii, trud- 
nych do \\')'dumaczenia: otoz, wchodz
 tu w gr
 bardzo subtelne zmiany 
mentalnoki, ktore sprawiaj
, ze poeta nalezy do jakiejs epoki, nalezy do 
jakiejs fazy i mentalnosci. Dla rnnie przelomo\\')'m rokiem by! 1943, kiedy 
przeszedlern od jednej fazy do innej fazy mentalnosci. Wi
c dla mnic men- 
talnose "Wiadomoki Literackich" i tej publicznoki jui byla zupelnie ob- 
.ca, nalezala do epoki, ktoq przez\\')'ci
zylem. 


!(. M.: Dlaezego akurat rok 1943 byl dla Pana rokiem przelomu? 


Cz. M.: Czterdziesty trzeci byl dla mnie z roznych wzgl
dow rokicm 
przelomu w Warszawie, dlatego ze pierwszq czc;se okupacji jeszcze bykm
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


19 


poeq przedwojennym, a stalem si
 poetc} powojennym w czterdziestym 
trzecim roku. Czyli nie moglem wracac do tej mentalnosci. 


[c. M.: Co si
 JVtedy stalo? Czy to byl proces, czy ostra cezura? 


Cz. M.: To byl proces, kt6ry zresztc} mozna sledzic, analizujC}c moje 
wiersze pisane w czterdziestym drugim roku) w czterdziestym trzecim itd. 


[c. J1.: 1(to mial JVplyw na t
 przemian
? 


Cz. M.: Mi
dzy innymi mial wplyw Juliusz Kronski. Przyjazn z Kron- 
skimi bardzo na to wptyn
la. Ale nie mozna sprowadzie tego do jednej 
osoby. Tak sarno m6j konflikt z mlodymi poetami ze Sztuki i Naroduj ca- 
ty szereg czynnik6w - obserwacja tego co si
 dzialo, mentalnosci Polski 
podziemnej. I dochodzimy do mojego odci
cia si
 od tej emigracji) 
zwlaszcza londynskiej. Przypuszczam, ze moja krnC}brnosc) czy tez m6j 
bardzo zty charakter bardzo pomagaly. Dam Panu przyktad) 0 co chodzi- 
10: napisalem jakis artykul \\. takim malym pisemku w)'chodzC}cym w Lon- 
dynie) wydawanym przez mlodych ludzi - "Kontynenty" i cos tam niepo- 
chlebnego powiedzialem 0 ,,\Volnej Europie", no to zaraz "Na antenie" 
- dodatek "Wolnej Europy" do "Wiadomoki Literackich" zaatakowal 
mnie i oswiadczyl) ze zapraszali wszystkich pisarzy do wsp61pracy i wyli- 
czone Sq wszystkie nazwiska z \\yjC}tkiem Czestawa Milosza) dajC}c do zro- 
zumienia) ze moralnie nie jestem godzien bye zapraszany. Moze Pan 
z tego wyciC}gnC}e pewne wnioski. Zresztc} Grydzewski nie byl za to odpo- 
wiedzialny. 


[c. M.: IVlafciwie powinno bye Pamt blii..ej do Grydzewskiego nii do Giedroy- 
cia, ponieJVai Grydzewski to bylo zwierz
 literackie, a Giedroyc - JV)'lqcznie i)'cie 
polityczne. 


Cz. M.: Tak) ale jednak niech Pan nie zapomina 0 jednym) co mnie 
lC}czylo z Giedroyciem - \Vsch6d; to znaczy pochodzenie i znajomosc 
dawnych wschodnich ziem Rzeczypospolitej - zainteresowanie proble- 
matykC} ukrainskC}) litewskC}) bialoruskC} itd. Giedroyc dokonal wielkiego 
przewrotu - wbrew emigracji) kt6ra nie chciala styszec 0 oddaniu \Vilna 
czy Lwowa) zrobil ten wiclki skok) wielki przetom. 


[c. M.: Giedroyc to jest rasoJVY polityk, a Pan jest poetq - poetq uwiklanym 
JV hist01'if.
>>>
20 


ROZMOWA 


Cz. M.: Tak. 


K. M.: Dla mnie w Pana tworczofci wazniejszy jest ten nurt ukryty, ta- 
jemny, to co jest zaszyfrowane: ,,Litwo! Ojczyzno moja!". Nie bagatelizuj
 
nurtu politycznego, czy historycznego w Pana tworczofci - on byl bardzo waz- 
ny, w PRL-u snvarzal przestrzen wolnofci i godnofci, ale teraz gdy czytam 
tom po tomie Pana )Jziela 'J, to przede wsz:vstkim pociqga mnie to, co jest 
w nich mityczne i mistyczne, takze obecne w Pana ostatnich Jvierszach, ktore 
ukaiq si
 jesieniq tego roku JV tomiku pod tytulem 'JToJ'. Poczqtek i koniec, 
i tajemnica. Pan w wierszu pod tytulem J;Po odcierpieniu'J z "Na brzegu rze- 
ki)
 ale i w innych utworach mowi 0 tej myfli, czy moze wierze, ze czlOJviek po 
fmierci wraca do bliskich sobie miejsc i ludzi. Dlaczego tak si
 dzieje? 


Cz. M.: Powstrzymam si
 od odpowiedzi. 


K. M.: Czy to si
 lqczy z apokatastasis? 


Cz. M.: Powstrzymam si
 od odpowiedzi. 


K. M.: W Pana wierszach, takie w esejach i w prozie czuje sir mocne napi{cie 
pomi
dzy widzialnq czrfciq rzeczywistofci a rzeczywistofciq duchOJvq, niewidzial- 
nq. Co jest zdaniem Pana dla wspolczesnego poety wazniejsze: wiernie opisai rze- 
czywistofi widzialnq, postrzeganq zmyslami? Wiernie opisai rzeczywistofi niewi- 
dzialnq, duchowq? Wiernie opisai harmonir cZJ' dysharmoni{ mirdzy nimi? 


Cz. M.: \Vydaje mi si
, ze musz
 uZyc siowa, ktore dzisiaj ma zl} aur
, to 
znaczy siowa dialektyka. Dialektyka oczywiscie nie jest wynalazkiem marksi- 
stow (smiech), ma znacznie starsze korzenie. Mysl
, ze jedn'l z cech mojej 
tworcwsci byia zawsze jej dialektycznosc, to znaczy operowanie sprzeczno- 
kiami. Jakos tak wyszIo, ze widocznie moim powolaniem bylo Zycie wsrod 
sprzecznosci. I nawet kiedy rozmawiamy 0 sprawach pobytu na emigracji, 
w calym moim miotaniu si
 mozna dopatrzyc si
 szczegolnych poszukiwall 
Zycia wsrod sprzecznoki. Tak sarno, Pan wspomnial 0 tym, ze moje politycz- 
ne ksi}zki wplywaly na sytuacj
 duchow}ludzi w PRL-u, ale ze istnial tei dru- 
0gi nurt, ktory byl moZe wazniejszy - w kaidym razie dla pewnych ludzi. I wy- 
daje mi si
, ze wlaSnie ta podwojnosc naprowadza na sIad diaIektyki w moim 
Zyciu i w moich wierszach. Najbardziej dialektycznym poet} byl chyba William 
Blake. On napisal dwa cykle wierszy prawie rOwnoczesnie - jeden nazywal si
 
Songs of Experience, a drugi Songs of Innocence. Rzeczywistosc jego czasu zo-
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


21 


stala tam zaszyfi-owana pod dwiema postaciami: z jednej strony seeny horroru 
6wezesnego Londynu w Songs of Experience, a rownoezesnie wiersze 0 dzie- 
cinstwie - Songs of Innocence. I to byly dwie strony tej samej rzeezywistosei. 
Tak jak moj poemat Swiat i Glosy biednych ludzi byly dwiema stronami tej sa- 
mej rzeezywistosci. 


I(. M.: Tak jak );Zdobycie wladzy)' i )Jolina lssy)'. 


Cz. M.: Moze bye, eos takiego, ehociaz Dolina lssy nie jest idvllJ, nie 
jest ksiJzkJ 0 dziecinstwie i nie jest ksiJzkJ scisle autobiografieznJ. Nato- 
miast jest rodzajem - jak ktos powiedzial - traktatu teologieznego, po- 
niewaz jest w niej ukazany problem zla w swiecie: z jednej strony pro- 
blem naiwnej, dziecinnej akeeptaeji swiata, a z drugiej - odkrywanie tej 
drugiej strony, tragieznej podszewki zycia. 


K. M.: W wierszu pt. ),Sekretarze)' napisal Pan: ),Sluga ja tylko jestem nie- 
widzialnej rzeczy, / I(tora jest dyktowana mnie i kilku innym.)' 


Cz. M.: To jest bardzo ladne okrdlenie powolania poety. 


K. M.: Sluzba ),niewidzialnej rzeczy)'. 


Cz. M.: Pojedyneza liezba. Przeciez gdyby byla widzialna, to me 
trzeba byloby poezji. 


K. M.: Wtedy mozna by jq bylo sfotografowac, czy sfilmowac. 


Cz. M.: No tak, no wlasnie. 


K. M.: Ale ta ),niewidzialna rzecz» jest nienazwana. 


Cz. M.: Nienazwana, b
 przeeiez pokolenia poetow nad tym praeu- 
jJ; sluzJ jej. 


K. M.: Pan mowi, ze ta ))nienazwana rzecz)' jest dyktowanaj to jest motyw 
dajmoniona. 


Cz. M.: Tak, dyktowana. Zgadzam si
. Naturalnie, ze dyktowana. Moz- 
na powiedziee, ze eywilizaeja powstaje w ten spos6b: eywilizaeja powstaje
>>>
22 


ROZMOWA 


jako pr6ba nazwania czegos, co jest i pozostaje nienazwane. A co to jest? Ja 
nie wiem. Mozna to nazwac Absolutem, Opatrznosci} albo Tajemnic:} po 
prostu - nie mamy na to j
zyka, zeby powiedziec, co to jest ta lliewidzial- 
na rzecz. Dialektyka Hegla - Hegel by powiedzial: dialektyka. 


K. lrf.: Pan mowi, ze Tajemnica jest najwirkszq wartofciq zycia, bo nada- 
je 'flU/. sens: ,
yjemy w obliczu TajemnicyJ'. Pan szuka odpmviedzi i pokazuje, 
ze do jakiegof rodzaju odpowiedzi mozna dojfi t)'lko za pomocq iluminacji, 
epifanicznego 1vstrzqsu. 


Cz. M.: Mnie si
 zdaje, ze wkracza Pan na tory niebezpieczne. (smiech) 


K. M.: Niebezpieczne dla... 


Cz. M.: Nie. Niebezpieczne dla Tajemnicy. (smiech) 


K. M.: Zyjemy w obliczu Tajemnicy. I fwiadomy tego czlmvick cof z tym 
musi zrobic. 


Cz. M.: A. 


K. lrf.: Pan, moim zdaniem, stara sir do niej zblizyi jak najblizej. 


Cz. M.: (milczy) 


K. M.: I Pan mowi, ze to jest niebezpieczne. 


Cz. M.: Pana cisni
cie jest niebezpieczne. 


K. lrf.: Czyli juz dalej iN nie mozna: zostalo tyle powiedziane, ile moz- 
na bylo powiedziei. 


Cz. M.: Tak. 


K. M.: Czy napi{cie: autentycznofi / gra literacka czyli autokreacja, ma- 
ski, rozne konwencje i style - jest deprymujqce, a moze nawet z duch01vego 
punktu widzenia niszczqce, czy przeciwnie: tak jak napircie dialektyczne - 
rozwija wyobraini{, daje natchnienie i dodaje sil?
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


23 


Cz. M.: Zawsze podkreSlalem wag
 rzeczywistosci, d
zenia do rzeczy- 
wistosci. Nie zgadzam si
 z niektorymi tendencjami tak zwanego postmo- 
dernizmu, ktory gr
 literackJ podnosi do godnosci samego celu literatury 
Z tym si
 nie zgadzam. Gra literacka powinna bye srodkiem docierania do 
rzeczywisrosci. Wredy naturalnie zapyrajJ: "A co to jest rzeczywisrose?" Na 
co ja odpowiadam: "A Pilat zapytal: Coz to jest prawda?" (smiech) 


K. M.: Czyli na to pytanie nie ma odpOJviedzi? 


Cz. M.: Na to napisano niezliczone tomy filozofii, jednakze ja im 
me Wlerz
. 


K. M.: Jest filozofia, ale jest takie to, co mowi na temat prawdy Biblia. 


Cz. M.: Mysl
, ze rzeczywistose to jest troszk
 inn a kategoria. 


I(. lrf.: Ale prawda... 


Cz. M.: Dlatego uzywam tego powiedzenia Pilata, ze tak sarno mozna 
zapytae jak Pilat: ,,A coz to jest prawda?" - "A coz to jest rzeczywistose?" 
Pilat zapytal po to, zeby poj
cie prawdy zdezawuowae, ponizye. Tak sarno 
ci, co pytajJ: "A coz to jest rzeczywistose?" - okreSlajJ tym samym swoj sto- 
sunek do rzeczvwistosci. 
J 


K. M.: W ,fibecadle" w hasle ,fiutentycznosc" napisal Pan: ,,Moj wielki 
strach: ie udaj
 kogof, kim nie jestem.)) 


Cz. M.: Tak, na przyklad, ze si
 jest wieszczem narodowym. (smiech) 
Na przyklad, ze si
 jest moralistJ, a naprawd
 jest si
 grzesznikiem. Tak? 


I(. M.: Pan jest l1'lOralistq. 


Cz. M.: Nie, nie jestem. 


K. M.: PodeffnOJvallie prob/e'fnaryki: dobra i zla i wskazywanie lla dobro 
jest rodzajem moralizOJvania. 


Cz. M.: Nie, dlatego ze mlody czlowiek nie znajdzie u mnie recept na 
zachowanie si
.
>>>
24 


ROZMOWA 


K. lrf.: Recept 'flie, ale Jvskazowki, a llawet drogoJVskazy, ktore pokazujq 
kierunek - tak. 


Cz. M.: Moze tutaj spelnia si
 to, czego si
 obawialem, ze talszywie 
przedstawiam si
 jako przewodnik, kiedy ja jestem ignorantem. Na przy- 
klad: drog
 pokazuje drogowskaz, a jak mog
 wskazywae drog
, jezeli sam 
nie wiem? To jest wlasnie typowy przyklad strojenia si
 w cudze piora. 


K. M.: Jest Pan jed'flym z najJvifkszych polskich pisarzy XX wieku. Pana 
dzielo - jego rozpi(tosi, skala i sila -jest JV literaturze polskiej XX JVieku ma- 
lo z czym porownywable. 


Cz. M.: Niech Pan to stonuje, tego rodzaju pochlebne epitety, niech 
Pan to pytanie stormuluje skromniej. 


K. M.: Czyli wraca kwestia: atttentycznosi - gra literacka. To co pOJvie- 
dzialem, to jest prawda. Zmierzam w ten sposob do pytania: Pan stJvorz
'V1 
w polszczyznie nowq koncepcj{ j(zyka poetyckiego, nowq dykcj( bardzo wyrazi- 
stq i mocnq - czy jest to wypracowane hviadomie, uksztaltowane laborat01)'j- 
nie, czy wi(cej zadzialaly niewidzialne sily i bardziej byl Pan zdany na intu- 
icj(, emocje, natchnienie? 


Cz. M.: Na pewno nie nalez
 do osob, ktore opieraj(J si
 wyl(Jcznie na in- 
tuicji. Takze ucieczka od tego pytania w nidwiadomose moze bylaby pew- 
nym wykr
tem. Ale niew(Jtpliwie to S(J rzeczy, ktore si
 dziej
 w nas, nie bar- 
dzo ulegaj(Jc naszej samowiedzy. Na czym polega sekret stylu danego 
pisarza, czy danego malarza? Gdzid uzylem opowidci 0 tym, ze kiedy 
wchodzimy na sal
 w muzeum i widzimy jakis obraz, z daleka jeszcze mowi- 
my: A to Corot. Albo: Chardin. Dla mnie to jest argument za nidmiertel- 
nosci(J indywidualnej duszy dIatego, ze to jest cos, czego rue mozna podro- 
bie, to jest sekret tego stylu, ktory tylko danemu czlowiekowi jest wlasciwy, 
tak jak linie papilarne na dloni. Ale do jakiego stopnia dany czlowiek moze 
bye swiadomy tego, to ja rue jestem pewien, czy to jest mozliwe. Wezmiemy 
na przyIdad obrazy Cezanne'a i od razu odrozniamy, ze to jest Cezanne, ze 
ten zestaw kolorow i ksztaltow moze bye tylko u Cezanne'a. Ale sam Ce- 
zanne przeciez nie myslal 0 tym, zeby si
 roznie od innych - on byl stale 
w walce z rzeczywistosci(J, to znaczy on chcial namalowae te trzy cytryny 
i to byla dla niego kontrola. Bye moze widkie odstt;pstwo sztuki dzisiejszej 
jest dlatego, ze nie ma kontroli rzeczywistosci, ze nie ma kontroli w naturze
>>>
LITWA, LABIRYNT. :sTADZIEJA 


25 


- Cezanne uzywal slowa natura. Natura jest wielkim odnosnikiem, jest t} 
kontroh.}. To znaczy malarz chce namalowac jablko, ale b
dzie na przyklad 
dwudziestu malarzy, ktorzy tez probuj} namalowac jablko i kazde jablko b
- 
dzie inne. Ale jablko jest jakims odnosnikiem, rozumie Pan. 


K. lrf.: Dzisiaj pisarze czqsto kOlltaktujq si
 z rzecz)'JVistofciq za pomocq 
ekranow: jest ekran i na ekranie jablko, a to przeciei co i'flnego nii jablko 
JV r{ku, jego zapach, smak, soczystosc. U Pana jest to charakterysryczne - czu- 
Iy odbior zmysloJVej rzeczYJVistofci. 


Cz. M.: Tak, ale ja zdaje: sobie spraw
 z tego, jak ubogim srodkiem 
jest j
zyk. Stale mam poczucie, ze wlasciwie moje dzielo jest z braku cze- 
gos lepszego. (smiech) 


K. M.: Z braku czegof lepszego? Przeciei nie ma ,}epszego" frodka od slo- 
JVa, ktore na jg/
biej przenika JV struktur
 rzeczYJVistofci. 


Cz. M.: Tak, slowo, j
zyk s} chyba najbardziej zdolne do takiego prze- 
nikania w porownaniu z p
dzlem, z dlutem; a co do muzyki, to bardzo 
trudno powiedziec. Jak Pan wie, symbolisci uwielbiali Wagnera i strasznie 
zazdroscili muzyce moznosci schwytania tak zwanego elementu ineffable. 
Wydaje mi si
, ze nasza wrazliwosc bardzo si
 zmienila i nie wiem, czy my 
zazdroscimy muzyce - raczej nie. 


K. M.: Ale gdy slucha si
 Bacha... 


Cz. M.: A chociaz tak, to prawda - ja myslalem 0 wspolczesnej muzy- 
ceo Wlasciwie najwyzsze szczyty w sztuce osi}gni
to prawdopodobnie 
w muzyce. Ale wracamy do j
zyka. 


K.M.: Tak, do sekretu j
zyka. Jak to jest moiliJVe, ie Pan istllieje JV moc- 
nym zJViqzku z Mickiewiczem, a jednoczeS11ie jest Pan wyrazifcie sobq, osobno 
i mocno w j{zyku istniejqcy? 


Cz. M.: Ja nie wiem, czy ja jestem w specjalnym z\\;i}zku z Mickiwi- 
czem. Kazdy poeta polski jest. 


K. M.: Pan pOJViedzial, ie zaJvdzi
cza MickiewiczoJVi kaidq swojq li- 
nijk{.
>>>
26 


ROZ
10WA 


Cz. M.: Bo on zrobil z j
zykiem polskim to maksimum, ktore obowi(J- 
zuje. ]ako najwi
kszy poeta polski osi(Jgn
1 pewien pulap, ktory jest przed 
kazdym poet
. Nie mysl
, zeby moj zwi(Jzek z Mickiewiczem byl czyms 
wyj(Jtkowym. Mysl
, ze kazdy polski poeta tak jak oddycha, musi oddy- 
chac Mickiewiczowskim wierszem. 


[(. lrf.: Ale Pana lqczy z Mickiewiczem Litwa i WiblO. Tam jest inlle 
S1viatlo, i'flny odbior S1viata. Ponadto: rytm i zafpieJV tamtej moJVY. Pan to 
zna od dziecka. 


Cz. M.: Hm, hm. (milczenie) Nie wiem, nie wiem. To S(J rzeczy dosyc 
taJemmcze. 


K. M.: Pan powiedzial, ze Biblia jest miarq i wzorem j{zyka. Jaki jest 
JVplyw Pana przekladoJV Biblii na Pana styl, j{zyk, sposob myflenia i obrazo- 
wania? Pan wlafciJVie wskrzesilw polszczyznie JVsp6lczesnej wysoki, hieratycz- 
ny styl - to bylo bardzo trudne zadanie. 


Cz. M.: Tutaj dotyka Pan bardzo ciekawych rzeczy dlatego, ze rzeczy- 
wiscie wysoki, hieratyczny styl w j
zyku polskim odczuwam jako potrzeb
, 
ale nie istnienie, dlatego ze nie bylo dobrze z tym w polszczyznie. Pan 
mowi 0 Mickiewiczu - oczywiscie Mickiewicz to jest pulap, dlatego ze on 
potrafil uzywac tego wysokiego j
zyka, wysokiego stylu rownoczeSnie 
z rubasznosci(J Pana Tadeusza na przyklad. Ale bardzo ile bylo z tym. Ja 
zreszt(J pisalem, ze Mickiewicz dla mnie to jest ustawienie glosu w polsz- 
czyznie, dlatego ze nast
puje w okresie klasycyzmu uleczenie j
zyka z ba- 
rokowej rozlazloSci - tutaj wplywy francuskie bardzo dobrze oddzialaly. 
Krasicki jest jednak tym doktorem j
zyka w duzym stopniu, takze Trem- 
becki, czy na przyklad Franciszek Karpillski, ktory byl poet(J bardzo wybit- 
nym - on jeszcze jedn(J nog(J tkwi w baroku, bardzo korzystnie dla siebie, 
ale juz drug(J nog'} jest w klasycyzmie: 


Bog si
 rodzi, moc truchleje; 
Pan niebiosow obnazony; 
Ogien krzepnie, blask ciemnieje; 
Ma granice - nieskonczony... 


Same paradoksy, barokowe, ale jaka czystosc rysunku. Trembecki, bar- 
dzo wybitny poeta, no i Mickiewicz - Mickiewicz to jest mozliwosc wyso- 
kiego stylu, wysokiego tonu w polskiej poezji. Ale potem to si
 bardzo :lIe 
z tym dzieje.
>>>
LITWA, LABIRYNT, 
ADZIEJA 


27 


K. lrf.: Dlatego pmviedzialem 0 trudnofci zadania. 


Cz. M.: Bardzo silnie negatywnie reagowalern na MlodJ Polsk
, na 
ten wysoki ton Mlodej Polski, bo to nie wychodzilo. U Zerornskiego nie 
wychodzi, czy u Wyspianskiego w drarnatach - tez rni si
 ten jego styl 
wysoki nie podoba. 


!(. M.: Przyzna Pan, ie styl JVysoki mllsi bye obecny lV kaidym j{zyku, oczy- 
JVifcie dobrze nastrojony, a nie taki, ktory ciqgle jalszuje. 


Cz. M.: 
o wlasnie. 


K. M.: Moim zdaniem Pan JV sJVoich przekladach biblijnych daje ten ton, 
przYJVraca go polszczyznie. 


Cz. M.: Marn nadziej
, ale w jakirn stopniu rni si
 to udalo, ja nie wiern. 
W kazdyrn razie szukalern mozliwosci hieratycznego stylu polszczyzny. 


K. M.: Czy MickieJVicz byl JV tych poszukiJVaniach natchnienie11'l? 


Cz. M.: Nie, porownywalern rozne przeklady Biblii. Napisalern 0 tyrn. 
Najbardziej rni si
 podobal Psalterz pulmvski. Bardzo na rnnie \Vplyn
la 
Biblia protestancka tzw. Biblia gdmiska, ktora byla dost
pna powszechnie 
za rnojego dziecinstwa i wczesnej rnlodosci. 


!(. M.: Pan pOlViedzial, ie obcmvanie z Bibliq jest ocz)'szczajqce i ocalajqce, 
ie jest to pOlVrot do najslVi{tszego zrodla. Czy poezja moze dzif bye ocalajqca? 


Cz. M.: Wydaje mi si
, ze slo\\'o ocalajqca rnozna rozurniec jako ratu- 
nck przed rozpacz}, poniewaz swiat dzisiejszy dla widu ludzi jawi si
 jako 
rozpaczliwy. Napisalern niedawno, streszczaj
c to, czego nauczylern si
 od 
Jeanne Hersch, ze wlaSciwJ postaw} wobcc istnienia jest szacunek - re- 
spect. Poniewaz dzisiaj jest tak duzo ironii, humoru, wszystko jest nirni, je- 
zeli nie wyglupianiem si
, podgryzione, zasranawiarn si
, co sie: moze stac 
ze stylem wysokim, hieratycznym. Beckett jest bardzo powaznym pisa- 
rzern, ale u niego wszelka wysokosc, hieratycznosc jest podgryziona drwi- 
n
. Wi
c jakie b
dzie przeznaczenie srylu wysokiego, gdzie b
dzie ten styl 
wysoki, jezeli sceny rnilosne, ktore czytalisrny u Zerornskiego, smiesz}? 
Gdzie jest ten dom dla stylu wysokiego? Kosciol, tak?
>>>
28 


ROZMOWA 


K. M.: Jest Biblia. Uwaiam, ie literatura pOJvinna takie kultywowac styl 
wysoki, hieratyczny, a nie Jvszystko rozmywac ironiq, sarkazmem, dnvinq czy 
wyglupianiem sir. Tak jak na klawiaturze sq roine, skrajnie roine tony. 


Cz. M.: Dam Panu przyklad. Istnieje rnisteriurn Miquel Maiiara Oskara 
Milosza przedurnaezone przez Bronislaw
 OstrowskC}. !\11oda Polska, ale 
w tyrn akurat wypadku jej si
 udalo przedurnaezyc w stylu wysokirn to rni- 
steriurn, ktare nawet jezeli rna rniejsea, gdzie rnanieryzrn rnlodopolski daje 
znac 0 sobie, to jestdrny sklonni \V)Tbaezyc, poniewaz jest okupione pi
k- 
nosciarni i to jest do zaakeeptowania. Tak sarno w przekladzie Bronislawy 
Ostrowskiej wiersz Oskara Milosza 0 ksi
zniezee egipskiej [(aromama, 
o statue tee w rnuzeurn Luwru, jestdrny sklonni vvybaezyc ryrny, poniewaz 
](aromama nieslyehanie trudno zryrnowac - akeent jest na ostatniej syla- 
bie. Kiedy ona ryrnuje: Biedna ma, zarniast: moja, to jestdrny sklonni to 
wybaezyc. Oezywiscie styl wysoki b
dzie zawsze potrzebny, zeby durna- 
ezyc dziela napisane w stylu wysokirn. 


[(. M.: A poezja wspolczesna? Pan powiedzial: ,,Poetycka wyobrainia ma 
w sobie jakby igl{ magnetycznq, ktora zwraca sir stale ku biegunowi sa- 
crtt'J#... ](aida prawdziJva poezja nosi w sobie religi{ i metafizyk{. ,) 


Cz. M.: Ale ezy dzisiaj Pan zna poetaw, ktarzy piszC} takirn stylern wyso- 
kirn i nie SC} srnieszni? Na przyldad: eeni si
 Razewieza za jego, jak napisalern, 
odehudzenie wiersza polskiego, natorniast dzisiaj nie bardzo widz
 poetaw, 
ktarzy odwazajC} si
 pisac stylern \V)Tsokirn. Ja sam robi
 to ze wstydern. 


K. ltl.: Wlafnie chcialem powiedziei, ie Pan jest przyklade1# takiego poety. 
[ dzi{ki Bogu. Czy nie jest tak, ie Pan w ten sposob wyprzedza czas? Oskar 
J1ilosz - poeta i wizjoner - mowi: ),Formq nowej poezji b{dzie zapewne forma 
Biblii - swobodnie plynqca proza wykuta w wersetach.)) Pan szuka formy bar- 
dziej pojemneJ
 gdyi Pan sir dusi w tym, co jest, w ograniczaniu wszystkiego 
do jednej tonacji... 


.. 


Cz. M.: Na pewno. Ale nieeh Pan weirnie pod uwag
, ze swiadornie 
gotaw jestern placic een
, poniewaz dzisiaj wysoki styl jest wykpiwany - ja- 
ko nabzdyezony. To jest prawda? 


K. lrf.: Tak, ale czy Pan moglby inaczej post{powac, jeieli jako chyba jedyny 
wspolczesny poeta polski stara sir niwelowac ten brak. Potwierdza Pan za
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


29 


Oskarem Miloszem, ze post
pu.je erozja wyobraini religijneJ
 dramat zostaje 
zastqpiony oboj
tnofciq, a czlowiek wrzucony w rodzaj inferalnej pustki. 
Oskar Milosz mowi: ))Sztuka, ktora nie sluzy religii i duchowi, jest bez sensu.)' 
i mowi, ze taka sztuka napelnia go ,jireszczem niesamowitej odrazy)'. Wszyst- 
ko co jest najwi{ksze i najwazniejsze w poezji europejskiej: Dante, Petrarca, 
Goethe, Milton, TS.Eliot - krqzy wokol tematu: Upadek i Zbawieniej tak jest 
takze w poezji polskiej od jej poczqtku. Pan JV ,?rzedmOJvie)' do ,
torge)' napi- 
sal: )Jedynie mozliwa oryginalnosi polskiej literatury zalezeC b{dzie od prze- 
myflenia podstawowych kwestii religijn:vch. ,} Jak realizowai te cele bez uzvcia 
stylu Jvysokiego, ciqgle robiqc malpie miny, ironizujqc, czy wszystko obracajqc 
w perzyn{ humoru? 


Cz. M.: Wyrnienilisrny nazwisko Becketta. Beckett jest niew(Jtpliwie pi- 
sarzern bardzo powaznyrn i zrnaga si
 z problernarni religijnyrni, ale on nie 
uzywa wysokiego stylu, on uzywa stylu ironicznego. 


K. M.: U niego jest taka dziwna mieszanina: styl wysoki zmieszany 
z humorem. 


Cz. M.: On jest pisarzern bardzo narn wspolczesnyrn przez t(J wlasnie 
rnieszanin
, ale raczej to jest po stronie rnakabrycznego hurnoru. 


K. M.: Pisarz w j
zyku angielskim moze sobie pozwolii na wiele wi{cej 
anizeli pisarz polski, ktory jest w innej sytuacji. 


Cz. M.: Faktern jest, ze poezja polska dzisiaj jest agnostyczna, albo ate- 
istyczna w kraju bardzo katolickirn. Sarno uswiadornienie sobie kryzysu, 
tej erozji wyobraini religijnej, 0 ktorej rnowi
, dowodziloby juz, ze w kra- 
ju tak katolickirn jak Polska istnieje ta problernatyka. Odnosz
 wrazenie, 
ze nie istnieje. Jak to si
 dzieje, ze w takirn kraju jak Polska nie tylko pro- 
blernatyka religijna, ale takze problernatyka obyczajowo-rnoralna jest nie- 
obecna? Przeciez odbywa si
 olbrzymia przerniana obyczajow, zwlaszcza 
jdli chodzi 0 rnlodziez - obyczaje seksualne S(J zrnienione, S(J zupelnie in- 
ne niz kilka dziesi(Jtkow lat ternu. To, zdawaloby si
, zasluguje na uwag
. 
Na przyklad w powidciach: gdzie S(J powidci 0 ksi
zach? 


K. M.: Przed wojnq Andrzejewski napisal };Lad serca}'. 


Cz. M.: To nieprawdziwe, sztuczne, to bylo pod wplywern Bernanosa.
>>>
30 


ROZMOWA 


](. M.: Nie ma powieici 0 ksifzach, ale jest papiez fan Pawel II i jego 
ksiqzki i jest niesamowita popularnosc poezji ksifdza Jana TwardOJvskiego, 
poezji stricte religijneJ
 wsrod mlodych czrvtelnikow. 


Cz. M.: Ja mysl
, ze co do papieza, to bardzo lubi} go stuchae, ale nie po 
to, zeby post
powae wedtug jego wskazowek. To jest ten fenomen wtoski. 
\Vlosi S} bardzo katoliccy w znacznym swoim procencie, ale absolutnie nie 
traktuj} powaznie jakichs zakazow, na przyldad co do seksu. To jest wzi
cie 
religii cum grano salis. Moze amervkaI1scy katolicy S} jakos powazniejsi w tym 
sensie, ze oni chc} post
powae tak, jak religia im wskazuje - to znaczy chc} 
dostosowae przepisy religii do swojego post
powania. (smiech) 


K. M.: Ale to jest hUl11Orystyczne. 


Cz. M.: Nie, wcale nie humorystyczne. 


](. M.: Jakie nie? Jezeli ja do siebie dostoSOJvujf nakazy, ktore przekazuje 
Biblia, to jestem postl-1ciq groteskowq i smiesznq. 


Cz. M.: Nie, jezeli chodzi 0 obyczajowose. Na przyldad jezeli KOSciot 
zakazuje stosowania srodkow antykoncepcyjnych, to oni stosuj}c srodki an- 
tykoncepcyjne, nie chc} bye w sprzecznoSci z nauk} Kokiola, tylko uwaza- 
j}, ze to jest gtupi przepis, ze to nie moze bye na dzisiejsze czasy, zreszt} 
z powodu AIDS i tak dalej, \Vi
c jawnie bUl1tuj} si
 i mowi}, ze KOSciol jest 
tutaj staroswiecki i to niemozliwe jest praktycznie do zastosowania. 


](. M.: Dlaczego wifC papiez i I(oiciol nie wycofajq sif z tego, skoro swiat 
tak chce? 


Cz. M.: Raz si
 wycofal - byta Komisja papieska do tych spraw za pa- 
pieza Pawla VI i Komisja papieska zdecydowala, ze celem stosunku pkio- 
wego nie jest prokreacja, ze to nie jest jedyny cel, wobec tego stosowanic 
srodkowantykoncepcyjnych nie sprzeciwia si
 wierze. I Pawel VI zaweto- 
wat to i od tego czasu nadal obowi}zuje ten zakaz. 


](. M.: I Jan Pawel II nie wycofal sif. 


Cz. M.: Nie. Nie wycofat si
. 


](. M.: Stoi na strazy doktryny.
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


31 


Cz. M.: Naturalnie - uwaza, ze przeci
cie wi
zi pomi
dzy aktem sek- 
sualnym a rodzeniem dzieci jest niebezpieczne spolecznie. Nie wiem, na 
ile to dotyczy dogmatu, a na ile poglqdu na spoleczenstwo - trudno po- 
wiedziee. Napisalem od
 na osiemdziesi
ciolecie papieza - niewqtpliwie 
jest to oda wynikajqca z mojego bardzo osobistego stosunku do tej posta- 
ci, a rownoczeSnie w tejze odzie powiedzialem 0 zaleznosci mysli papieza 
od polskiego romantyzmu, przede wszystkim od Norwida. Dla mnie to 
jest pewnego rodzaju wewn
trzna sprzecznose, poniewaz zawsze mialem 
sceptyczny sqd co do ducha romantyzmu polskiego, natomiast tutaj 
chwal
 tego czlowieka, ktory jest dzieckiem romantyzmu polskiego 
i prawdopodobnie zaklinowal juz na nast
pne sto lat Polakow w roman- 
tyzmie historiozoficznym. Historiozofia tego papieza jest czysto roman- 
tyczna, jezeli nie mesjaniczna. Ale t
 od
 mozna tak interpretowae, ze to 
jest uznanie wiclkoki polskiego romantyzmu, bo bycie przeciwko i uzna- 
nie wielkoki nie klocq si
. Ta oda jest w pewnym sensie od q na cZeSe pol- 
skiego romantyzmu, historiozofii polskiego romantyzmu, mimo ze czuje 
si
 w niej wqtpliwoki sceptyka, bo tam jest taki \Vers: Bo nie dosyi eheiei 
1Vierzyi, ieby moe 1t1Vierzyi. 
Mowi
 poza tym 0 tych mlodych, ktorzy sluchajq papieza i garnq si
 do 
niego, co jest faktem. To dla mnie nie wyjasniona sprawa, do jakiego stop- 
nia oni sluchajq poslania polskiego romantyzmu. Nie mowi
 tu kisle 0 re- 
ligii - mowi
 0 poslaniu polskiego romantyzmu, ktorego wykladnikiem 
jest polski papiez. 


IC. M.: To iJviadezy 0 ogromnej sile polskiego romantyzmu: bez Miekie1Vi- 
eza nie moina m01Vii 0 poezji polskieJ
 bez romantyzmu - 0 Ojeu S1Viftym. 
Jaka jest alternatY1Va? 


Cz. M.: Jestem tutaj w sprzecznoki z samym sob q , dlatego ze nie 
uznaj
 wielu historiozoficznych pomyslow polskiego romantyzmu, a tutaj 
on zaowocowal we wplywie na papieza tym wlasnie. Co prawda na szcz
- 
scie nie oblqkanym mesjanizmem l\1ickiewicza, tylko odmianq innq - 
w wydaniu Norwida. Ale mozna bye wielkim z\volennikiem romantyzl11u 
j
zykowo, a bye przeciwnikiem w sensie ideowym. 


IC M.: Jest 1Vielkn sp,-zeezllosi 1V Parm: Pan koeha Miekie1Vieza, ale nie ea/ego. 


Cz. M.: Nie calego. Tak. Mam zamykac oczy na to, co si
 dzialo za 
Towianskiego i towia11szczyzn
?
>>>
32 


ROZMOWA 


IC. M: To byl jakis oblfd? 


Cz. M.: Ale on byl pol
czony z innymi rzeczami, tak ze bardzo trudno jest 
odci
c tak nOZyczkami, to nie da si
. Dlaczego Pan rnowi, ze jak si
 kogos ko- 
cha, no to calego rnusi si
 kochac? Przeciez rnozna jakiegos poet
 bardzo ko- 
chac i cenic, ale to nie znaczy, ze kiedy si
 upije, kazde jego slowo chlon
c. 
T owianszczyzna Mickiewicza to nie byla jakas chorobliwa narosl, nie rnozna 
o niej rnowic bez pol
czenia z cal
 rnysl
 polsk}, owczesn} i przyszl}. 


IC. M: Pana stosunek do MickieJVicza jest bardzo skomplikOJvany. 


Cz. M.: N a pewno. 


IC. M: A co do ksifdza Jana TJVardoJVskiego? 


Cz. M.: Ksi}dz Twardowski jest dla rnnie dosyc enigrnatyczny w tyrn 
sensie, ze to jest pochwala dobrego swiata stworzonego przez Pan a Boga. 
A ja \Vcale nie jestern pewien, ze ten swiat Panu Bogu si
 udal. Poezja 
Twardo\vskiego jest poezj} dziecinn} \V tyrn sensie, ze zlo w tym swiecie 
nie rna wladzy. Gdzie jest ten diabel? 


K. "H.: Czyli, ie jest )Vsr6d mlodych ludzi potrzeba dobrego, jasnego hvia- 
ta,gdy oni ciqgle sq informoJVani 0 JVojnach, okrucienstlvach, morderstJVach. 


Cz. M.: Tak, przeciez to s} ci sarni, ktorzy patrz} na tele\Vizj
. 


K. M: Czyli, ze odreagoJVujq telewizj{, czytajqc wiersze ksifdza Jana TJVar- 
dmvskiego? 


Cz. M.: Tak. Moze to jest to sarno, co w czasie okupacji, kiedy napisa- 
!em Swiat. 


IC. M: Ale we JVsp6lczesnej poezji polskie} dominuje nurt agnostyczny. Jak 
Pan ocenia wsp6lczesnq poezjf polskq? 


Cz. M.: Co rnnie naprawd
 obchodzi? Mnie obchodzi gospodarstwo pol- 
skiej poezji. Gotow jestern \Vszystko zaakceptowac, jezcli to b
dzic - uzyjt; tu- 
taj slowa angielskiego - genuine, to znaczy - jezeli to b
dzic wynikalo z \Vla- 
snych potrzeb poety, a nie b
dzie irnitaci} poezji zagraniczncj. Jezeli po\Vstalo
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


33 


poj
cie polskiej szkoly poezji w Ameryce, to jest dowod, ze pewien okres po- 
ezji polskiej wydal poetow czerpiqcych ze swoich zasobow: swoich indywidu- 
alnych i kraju, ktory ich wydal. Od tego naleiy odroznie poezj
 pisanq dzisiaj 
- widu mlodych poetov,,' pisze imitujqc. Otoz oryginalnose tej szkoly polskiej, 
do ktorej nalezq: Herbert, Maj, lvlilosz, Rozewicz, Szymborska, Zagajewski 
polega na tym, ze oni wszyscy zmagali si
 ze szczegoln'l problematyk'l histo- 
ryczn'l, to znaczy sytuacjq w Polsce, poczynajqc od tragedii okupacji niemiec- 
kiej, tragedii powstania warszawskiego, zaglady Zydow, a potem nast'lpienia 
komunizmu i tych wszystkich kolejnych perturbacji, ktore dzialy si
 w PRL-u. 
Oni w konfi-ontacji z tym wypracowali swoj wlasny styl. lvlozna powiedziee, ze 
poezja Rozewicza pojawia si
 wtedy, kiedy na zachodzie jest egzystencjalna 
rozpacz. Ale rozpacz Rozewicza jest zupelnie inna, dlatego ze nie jest definio- 
wana przez mod
 literack'l, ale przez rzeczywiste przeZycia wojenne "zarazone 
smierci q ". T ak powstala oryginalnose polskiej poezji. Szymborska, ktora jest 
poetk'l bardzo wykwintn'l i zdawaloby si
 nie majqc'l nic wspolnego z tymi 
wstrz'lsami historyczn)'mi, ale w rzeczywistoki tego rodzaju jak jej poezja mo- 
gla powstae tylko przez specyficzn'l destylacj
 doswiadczeI1 historycznych, kta- 
re S'l gdzid \V podtekScie. 10 to mi chodzi, 0 tego rodzaju autentycznose pol- 
skiej poezji. To jednakZe zaj
lo wide czasu, zeby to moglo nasqpie, poniewaz 
poezja tego pokolenia poetaw, ktorzy zgin
li w czasie wojn)': Baczynski, czy 
Gajcy, Stroinski, Trzebi11ski - to byla poezja jeszcze romantyczna, to znaczy 
polegajqca na powrocie do romantyzmu, szczegolnie do romantyzmu Slowac- 
kiego. Natomiast po wojnie dopiero zaczyna si
 ta jakas destylacja. Roze\"icz 
byl tutaj bardzo waznYl11 ogniwem. Ale Swirszczynska zdaje si
 dopiero trzy- 
dzidci lat po powstaniu warszawskil11 oglosila tomik BudOJvalam bar)'kadf. 
SwirszCzY11ska jest tez wlasnie przedstawiciellq tej destylacji. Nawet jej czysto 
erotyczne wiersze - moim zdaniem - mogly bye napisane tylko przez kobiet
, 
ktara stala godzinc;, czekaj!c na rozstrzclanie. 


[c. M.: A BialoszcJVski? 


Cz. M.: To jest bardzo gl
bokie przeoranie, takze j
zykowo, ale Bialo- 
szewski niestety nie jest przetlul11aczalny na zaden j
zyk - to jest, jak Pan 
\Vie, uzycie j
zyka najbardziej codziennego. 


[c. M.: Wazlle jest zmaga1'lie sif llajJV)'bitlliejsz)'ch polskich poetf})v wspol- 
czesnych z problemat)'kq historyczll'l, czy polityczllq, ale cz)'z nie jest tak, ie 
poezja na przestrzeni JViekoJV odrzuca to, co jest tJVorzYJVem historyczno-poli- 
t)'cZl1}m, a zostaJvia to, co jest tJVorzYJVem metafiz}'czllym, co odllosi sif do
>>>
34 


ROZMOWA 


Tajemnicy, a tam dociera jui niewielu. To co jest, co bylo historyczne i poli- 
tyczne zuiywa sir szybko, co obsenvujemy obecnie. Jest takie [aIOJvanie. Poezja 
destyluje i zostawia to co najcenniejsze, czyli to co dotyczy najglfbszej istoty iy- 
cia, rzeczy ostatecznychj jest to takie hvestia jfzyka. 


Cz. M.: Nigdy nie \viadomo, co zostaje po naszej tworczosci, bo jak po- 
\viadal NOf\vid - nie lubi
 cytowania NOf\vida, ale w tym wypadku trzeba po- 
wiedziec: "Ni swoin1i wst
puje drz\viami, / Lecz ktore jemu odemkni
to -". 
RzecZ)'\viscie nie wiadomo jak. Znamy bardzo duzo wierszy pisanych pod 
wplywem tej potrzeby destylacji, ktore z pozoru nie maj} bezposredniego 
Z\viqzku z \\')'darzeniami historycznymi tak jak erotyczne wiersze S\virszczyn- 
skiej, tak jak ironiczne wiersze Szymborskiej, albo niektore wiersze Rozewi- 
cza, ale prawdopodobnie wsrod tych utworow jest duzo takich, ktore s} 
tf\vale. Bo 0 co wlasciwie chodzi? Chodzi 0 wyeliminowanie glupot, glupstw, 
ktorym ludzie s} normalnie bardzo poddani. UZylem przyldadu S\\irszczyn- 
skiej, ktora stala godzin
 pod murem, czekaj}c na rozstrzelanie - to wprowa- 
dza jakWls potrzeb
 przyZ\voitosci, przywrocenie wlasciwych proporcji. 


](. M.: Jakich proporcji? 


Cz. M.: Proporcji takich, ze liryki Tetmajera pod tym wplywem trac}. 
Wszystko si
 sprowadza - cala literatura si
 sprowadza do rzeczywistosci, 
do pogoni za rzeczywistosci}, niekiedy pisan} przez duze R, niekiedy, 
a moze to jest to sarno; Oskar Milosz mowil 0 tym, ze poezja jest poszuki- 
waniem archetypu j
zyka - a moze rzeczywikie ja ceniqc Mickiewicza, szu- 
kam archetypu j
zyka. 


](. M.: Najwainiejszymi dla mnie pisarzami XX wieku sq Samuel Bec- 
kett i Czeslaw Milosz. Jak by Pan JVyjasnil ten dla wiebt dziwn:t wyb6r? 


Cz. M.: Ja bym si
 zgodzil z wybitnoki q Becketta, mniej z wybitnoki q 
Milosza. Beckett jest pisarzem XX wieht i on jest wi
cej w harmonii z tym 
wiekiem niz Milosz. Ale ja napisalem jeden \Vers, ktory pasuje do Becketta: 
,,1 tylko w zaprzeczeniu dom s\Voj miala swi
tosc." 


K. M.: To jest jakby synteza dziela Becketta. 


Cz. M.: Tak - wi
c mnie si
 wydaje, ze istnieje wi
z pomi
dzy mn} 
i Beckettem, ale sacrum to w ogole dzisiaj jest problem. Sacrum pojawia 
si
 tylko przez nieobecnosc, przez brak.
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


35 


](. M.: To Beckettmvskie Nic, ktore tak jak u mistykow przemienia si{ JV Coso 


Cz. M.: To jest tak jak w wierszu R6zewicza, ze najlepszym opisem chleba 
jest opis glodu. Jest dzisiaj bardzo szczeg6lny stosunek do sacrum: niewyma- 
wialnosc imienia Pana Boga. Jak ktos wymawia imi
 Pana Boga, to juz fIe. 


K. M.: Dla kogo ile? 


Cz. M.: Dla pisarza. I to nie tylko chodzi 0 to, ze traci estym
 swoich 
wsp6lbraci, bo jest religijny, ale fIe dla jego dziela. Przeciez najbardziej 
znamienne jest, ze malarstwo religijne jest dzisiaj przewaznie kiczem. 


](. M.: Ale w przeszloici najwifksze dzicla odnosily si{ do Boga. 


Cz. M.: No wlasnic. Kiedys to bylo najwyzsze i najbardziej plodne ar- 
tysrycznie, a dzisiaj Beckett jest wlasnie przykiadem pisarza religijnego, 
kt6ry moze m6wic tylko przez zaprzeczenie. To jakos si
 I}czy z wielkim 
kryzysem poj
cia Boga osobowego. 1'16wi si
 0 transcendencji, tak jak 
moja niezyj}ca przyjaci6Ika Jeanne Hersch, kt6ra byia niew}tpliwie osob} 
bardzo religijn} z natury i ze swojego pochodzenia zydowskiego i socjali- 
stycznego. Na pewno jej ojcicc, kt6ry byl socjalist} z Bundu, kt6ry nie wy- 
mawial imienia Pana Boga, byl bardzo poboznym czIowickiem. Ona tez 
nie wymawiaia imienia Pan a Boga - m6wila 0 transcendencji. 


[(. M.: Jeanne Hersch nie byla piSarZel1'l. 


Cz. M.: Byia filozotem. 


[(. M.: Jacy pisarze XX wicku byli dla pana najwainiejsi? 


Cz. M.: Nic umiem tego zrobic. \V ci}gu zycia przechodzi si
 duz} 
zmian
 i ewolucj
, czIowiek si; Iapie jednych, potem innych, i tak dalej, 
trudno to odtworzyc, jacy pisarze pocz}wszy od moich lat pachol
cych na 
mnie oddzialali. Niew}tpliwie pierwszym, kt6ry tak oddziaial byl \Villiam 
James - Doswiadczenia religijne, jcgo stosunek do re1igii. Przeszediem 
przez wszystkic lektury, kt6re przechodzi uczen szkoly \\ Polsce: Rodzie- 
wicz6wna, Zeromski, przewaznie zia literatura. To byli gI6wni pisarze 
w szkole, kt6rych si
 czytaIo, niekoniecznie z pow9du tego, ze nas zmu- 
szali. Jack London oczywikie. Potem przyszedl Iwaszkiewicz.
>>>
36 


ROZMOWA 


K. M.: Ale kto Pana zdaniem najdalej zaszedl na drodze zbierania da- 
nych 0 rzeczach ostatecznych 1V kondycji ludzkiej i najbardziej JVypracoJVal po 
temu sw6j j{zyk? 


Cz. M.: To jest sprawa wlasnie tego, ze j
zyk dzisiejszy nie nadaje si
 
do chwytania tych spraw. ,,1 tylko w zaprzeczeniu dorn swoj rniata swi
- 
tose." Bye rnoze pisarze, ktorzy irn bardziej s} ateistyczni, tyrn bardziej s} 
pobozni, na zasadzie tego, ze nieslychanie trudno jest rnowie 0 rzeczach, 
ktore si
 szanuje. Jest na przyktad ksi}zka Rozewicza - Matka odchodzi, 
ktora jest najbardziej rozpaczliw} ksi}zk}, dlatego ze jest to ksi}zka ateisty, 
ktory patrzy, jak urniera droga jernu istota i nie rna dla niej zadnej pocie- 
chy. 1m bardziej to jest rozdzieraj}ce, tyrn bardziej jest prawdziwe. Ksi}zki 
Carnusa, w tyrn wypadku bardzo daleko id}ce. 


[c. Jl.: A tacy pisarze jak Marcel Proust, Tomasz Mann, Franz [(afka? 


Cz. M.: Mnie si
 zdaje, ze Proust jest tutaj bardzo istotny dlatego, ze 
u Prousta jest to typowe zast}pienie religii przez sztuk
. Tornasz Mann to 
jest ta sarna forrnacja kulturalna, jezeli chodzi 0 epok
. Kafka - nie wiern. 
Na przyktad Kronski twierdzit, ze uniwersalizowanie Kafki jest bt
dern, 
poniewaz Kafka byl zydowskirn inteligentern, ktory przeczuwal zagtad
. 
1 to wlasciwie jest - wedtug Kronskiego - istota Katki, tak ze nie nalezy 
szukae u niego egzystencjalnej sytuacji cztowieka tylko specytlczn} proble- 
rnatyk
 zydowsk}. 


K. M.: Zydmvskq, czyli religijnq. 


Cz. M.: Tak, ale Kronski chcial to sprowadzie na zierni
 i rozpatrywal 
historycznie, twierdz}c, ze Kafka byt przede wszystkirn pisarzern nadci}ga- 
j}cej grozy. A kto jeszcze si
gal daleko? 


[c. M.: Thomas Stearns Eliot. 


Cz. M.: Janie jestern bez zastrzezen czcicielern Eliota On troch
 na 
rnnie wplyn}l, ale nie tak znowu bardzo. Mnie si
 u Eliota nie podoba ta- 
ki pastorski ton jego poinej tworczoSci. Ziemia jalOJva to jest utwor kata- 
stroficzny, apokaliptyczny. Kiedy ja i rnoi koledzy tworzylisrny tzw. szkot
 
katastroficzn}, nie znalisrny Eliota zupetnie. W Traktacie poetyckim 
w ostatniej IV cz
sci pod tytulern Natura s} akcenty polerniki z Eliotern.
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


37 


](. M: ]ak Pan JVidzi i ocenia lVspolczesnq prozf polskq? Czy jest dzisiaj 
)ySilna proza)) i co to znaczy: JySilna proza)) JV polszczyznie dzisiaJ
 po dokona- 
niach Prousta J I(afki J ]oyceJa czy Becketta - JVlafnie JV ich kontekfcie J bo jaki 
jest sens odwolYJVania si{ do pisanej na inne czasy JVie/kiej prozy XIX JViebe? 


Cz. M.: Mnie sic: wydaje, ze te wszystkie zapatrzenia, przewroty, ktore 
sic: odbywaly na zachodzie, s} bardzo niezdrowe dla polskiej prozy - chle- 
ba miee, a potem ciastka. A chleba w prozie polskiej nie ma. 


](. M.: A na przyklad WaclaJV Berent. 


Cz. M.: Berent byl bardzo wybitnym pisarzem i mysmy kiedys z Wazy- 
kiem zastanawiali sic:, jakby wygl}dat w przektadzie na polski. (smiech) Na 
przyktad Oziminf przedumaczye na polski chcielismy. To jest nieszczc:scie 
manieryzmu Mlodej Polski, ktora zepsuia catko\vicie wielki umysl Berenta, 
zdolny tworzye bardzo dobq prozc:. 


](. M: Takie zepsula Zeromskiego. 


Cz. M.: Tak, w}tpic:, czy dzisiaj mozna czytae Zeromskiego. 1tloze 
w pewnym stopniu PrzedJViofnie. Ale Berent w starszym wieku, kiedy pisat 
na wpot tlkcyjne rcportaze historyczne, to bylo bardzo dobre - Aleksander 
Wat, ktory swietnie znat siC; na literaturze, mowit 0 nich z wielk} atencj}. 


](. M.: Dzisiaj Berent jest nieobecny. 


Cz. M.: Zupelnie nieobecny. 


](. M: Co JVifc znaczy )ySilna proza)) lV dzisiejszym J nOJvoczesnym zreJVolu- 
cjonizoJVanym przez odkrycia naukowe fJViecie? 


Cz. M.: Mnie sic: wydaje\ ze istnieje pewna konwencja prozy, ktora sic: 
opiera na opowiadaniu interesuj}cych rzeczy czytelnikowi. Pan mowi, ze tak 
daleko zaszlismy dzisiaj w naukowych odkryciach, ze nasqpita zmiana per- 
spekty\\y swiata i czIowieka, no dobrze, ale proza ma swoje prawa niezaleznie 
od tych zmian. Najlepszym dowodem jest Harry Potter - to s} milionowe na- 
ktady. Nie by to takiego rekordu wydawniczego jak te przygody jedenastolet- 
niego chiopca, ktory jest czarodziejem. (smiech) Autork} jest Angielka - pani 
Rowling. Ale zeby tak pisae, to trzeba normalnie uzywae jc:zyka, zcby cos cie-
>>>
38 


ROZMOWA 


kawego opowiedziec. \Vidzi Pan, nic nie uratuje ludzi, ktorzy chc} artystyczn} 
proz
 upra\\iac, ale czytelnik po dwoch stronach rzuca to, bo to go nudzi. Ca- 
la literatura popularna, sensacyjna operuje zwyczajn} proz} opisow}. 


[(. M.: No dobrze, ale sq tacy, ktorych Joyce nudzi i sq jego fanatyczni 
1Vielbiciele, kto,'zy mowiq, ie Joyce to jest 1V prozie reJvolucja. 


Cz. M.: Ja wiem, ze rewolucja, ale mnie to nudzi. Czytalem Ulissesa, ale 
mnie to nudzi. Istniej} prawa prozy. Najlepsza proza polska pisana w ci}gu 
ostatnich paru dziesi
cioleci to jest Jozef !\1ackiewicz. Taka proza dokbdnie 
jak rosyjska proza XIX wieku, bo on opowiada eiekawe rzeezy i to jest istot- 
ne. A jak widz
 maszynopis powidci, ktory si
 zaczyna w pierwszej osobie, 
zaezynaj} si
 przygody wewn
trzne, to odldadam. Slabosc polskiej prozy jest 
bardzo duza. Poezja to jest zupelnie co innego, ale z proz} polsk} jest nie- 
dobrze. Czytalem par
 opowiadan rosyjskich, bardzo pot
znych, teraz pisa- 
nych w ei.}gu ostatniej dekady. Rosjanie maj} tradyeje wielkiej prozy, a Pol- 
ska nie ma, bo to s} te wielkie nazwiska swojego ezasu, ktore nie wytrzymuj} 
proby czasu. Rodziewiezowna byla bardzo czytana, jak ja bylem w szkole, 
byla jedn} ze szczytowych pisarek i po wojnie tak same - w PRL-u wszysey 
ezytali Rodzie\\iczown}, to nieslyehanie trwaly wply\\'. 


K. M.: Ale artystycznie to nie jest wybitna proza. 


Cz. M.: Nie, ale jezeli ktos umie prowadzic interesuj}eo narracj
, to 
juz bardzo duzo. 


](. M.: Proza Jwaszkiewicza? 


Cz. M.: Iwaszkiewicza nie uwazam za prozaika. Bardzo lubilem jego 
powidc pt. J(sifiyc 1Vschodzi i jego wczesne prozy, bardzo dziwaczne, jak 
Zenobia Palmura itd. Ale poiniej nie lubilem, nawet tyeh opowiadan, 
ehociaz Panny z Wilka i Brzezina to s} chyba dobre opowiadania. Ale po- 
\Vieki Iwaszkiewicza... nie mog
 ezytac Slawy i chwaly, mnie to nudzi. 


](. M.: A Andrzejewski? 


Cz. M.: Miazga - nie mog
 tego ezytac. Ja mam przeszkod
, jak Pan 
wie, \V ezytaniu z powodu oczu: im dluzsza powidc tym mniej dla mnie 
dost
pna i to musz
 tutaj zastrzec. Jerzy byl moim przyjacielem i ehcial- 
bym bye dobrego zdania 0 nim; pami
tam, jak napisal opowiadanie Przed
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


39 


sqdem, jedno z pierwszych za okupacji, drukowalismy je razem w takim 
podziemnym pismie, ktore on wymyslil - bylo to pismo przepisywane 
przez panienki dla kompletow. 


](. M: Proza Go nzbrmvicza. 


Cz. M.: Czytalem Ferdydurke z wielkim zachwytem. Zastosuj
 tu kry- 
terium czytelnoki i niewqtpliwie te kilka powidci Gombrowicza - wlasci- 
wie cztery i opowiadania... Gombrowicz byl dobrym pisarzem, jezeli cho- 
dzi 0 j
zyk, 0 to, co si
 dzialo. Bo jezeli mowimy 0 kryterium prozy, to 
z jednej strony - umiej
tnosc fabuly, opowiadania, z drugiej strony - jakis 
tajemniczy czynnik, ktory sprawia, ze chwytamy t
 proz
, ze ona budzi 
w nas jakis rezonans. Przykiadem jest Lalka Prusa. Tam to zachodzi, sarna 
materia j
zyka na nas tak dziala. Znaczy jest ta dobra polszczyzna. 


](. M.: I Sienkiewicz. 


Cz. M.: Tak, Prus i Sienkiewicz. 


](. M.: A Orzeszkmva? 


Cz. M.: Nie, przy calym moim szacunku i sympatii do Orzeszkowej, 
trzeba si
 jednak troch
 zmuszac do czytania Orzeszkowej, bo jest nudna. 
(smiech) Natomiast Sienkiewicz porywa jako narrator. Ale dlaczego pisal 
rownoczdnie te powieSci z zycia wspokzesnego jak Rodzina Polanieckich, 
jak Bez dogmatu? Rodzina Polanieckich jest trudna do strawienia z powo- 
dow ideologicznych i j
zyk gorszy, nie dziala. A Bez dogmatu jest mniej 
wi
cej na tym samym poziomie co I..e disciple Bourgeta. To sq przegrane, Sienkie- 
wicza tez. Ale tutaj Gombrowicz w tej lidze j
zykowo wygrywa - w lidze 
prozaikow opierajqcych si
 na silnym nurcie j
zyka polskiego, POCZq\\'szy 
od Pamiftnikow Paska. 


](. M: W tej lidze sq Sienkiewicz i PrttS. I Orzeszkmva? 


Cz. M.: Orzeszkowa nie bardzo. Sienkiewicz i Prus. 


K. M.: Zeromskiego tei nie ma? 


Cz. M.: Zeromskiego tu nie ma; moze, jak powiedzialem" Przedwio- 
snie cZ
Sciowo. Czy Dqbrowska tutaj nalezy? Moze Ludzie stamtqd - jej
>>>
40 


ROZMOWA 


pierwszy zbi6r opowiadan. Kiedy mysl
 0 Nocach i dlliach) to mysl
 
o kronice zycia polskiego w okresie konca XIX wicku i pocz
tku XX wic- 
ku, ale znacznie mniej jako 0 prozie. A w prozie jeszcze s
 znakomici 
eseisci jak Jerzy Stempowski. 


[(. M.: A Nalkmvska nie miefci sif? 


Cz. M.: Napisalem, ze Nalkowska pisala ten Dziennik w czasie wojny 
i na szcz
scie dla siebie nie miala czasu na pisanie powidci (smiech), bo 
musiala pracowac w sklepie r)'toniowym. Ale niekt6re cz
sci jej Dziellnika 
s
 przeJmuHce. 


[(. M.: J)Jzienniki)) Dqbrmvskiej majq takze przejmujqce fragmenty. 


Cz. M.: Ale maj
 tylko wanosc historyczn
 i obyczajow
, a nie sam
 
w sobie. Intelektualnie to na przyklad dzienniki Zygmunta Mycielskiego 
s
 0 wiele ciekawsze. 


[(. M.: Hanna .i.\falewska. 


Cz. M.: Honorowe osi
gni
cie. 


[(. M: A Bruno Schultz? 


Cz. M.: To taka boczna droga - nie mozna wszystkiego szos
 rozstrzygac. 
Ale gl6wna droga to jest opowiadac cos interesuj
cego. Schulz to jest fermen- 
tacja j
zyka. 


[(. M.: Podobnie Bialoszewski: tez boczna droga i tez fermentacja jfzyka. 


Cz. M.: Pamiftnik z pmvstania warszawskiego jest bardzo duzym osi
gni
- 
ciem, kt6re stawiam na r6wni z Budowalam barykadf Anny SwirszczY11skiej. 


[(. M.: Czy i jak sny wiqiq sif z rzeczywistofciq i z tworczofciq? Czy sny 
majq jakif wplyw na zycie czlmvieka? 


Cz. M.: Na pewno maj:}, tylko jaki wplyw, to ja nie umiem odpowie- 
dziec na to pytanie. Jak Pan wie, w snach mieszaj
 si
 najpowazniejszc in- 
tuicje i najbardziej glupie szczcg6ly zycia codzicnnego i ta dziwna micsza-
>>>
LlTWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


41 


nina to Sl te sny i wyluskac z tego co jest istotne, jest bardzo trudno. Po- 
nicwaz nie jestem zwolennikiem Freuda i psychoanalizy, wi
c nie wiem 
i nie mog
 zabierac glosu na ten temat. 


[(. M.: Czy IV Palla z)'ciu sny odgrYIVajq IVazl1q rol{? 


Cz. M.: Ponicwaz tyle napisano w XX wieku 0 snach i tak to jakos od- 
powiada umyslowi )LX wieku grzebanie si
 w snach, to ja raczej pasuj
, bo 
nigdy nie bylem poddawany psychoanalizie - jak powiedzialem gdzid hu- 
morystycznie: nie mam wn
trza. (smiech) 


[(. M.: Rodzaj medium: J
rzez ciebie plynie strumien pi{knofci... JJ 


Cz. M.: "Przez ciebie ptynie strumien pi
knosci, ale ty nie jestd pi
k- 
nOSci,}." (smiech) 


[(. M.: Jakie sq zdaniem Pana najIVazniejsze znaki czasu lV dobiegajq- 
cych do konca XX IVieku i drugi11l t)'siqcleciu: Jakie zagrozellia, Jakie lladzie- 
je) co llaj1J1azniejszego do zrobiellia? 


Cz. M.: Moze bardzo si
 myl
, ale mnie si
 zdaje, ze zeby cos powie- 
dziec sensownego 0 tym, to trzeba by patrzec na najmlodszc pokolenie 
dzisiaj zaczynaj
ce pisac, myslec, tworzyc. Jestcm chyba za stary, zeby si
 
pochylac nad tl runil najmlodszl. \V tej chwili )LXI wiek ukazujc si
 nam 
jako zupdna enigma, tylko przypomnijmy sam poczltek XX wieku i sp6jrz- 
my z tamtej perspektywy czlowicka zyjlcego wlasnie wtedy, kiedy ukazalo 
si
 prorocze Jqdro ciemnofci Josepha Conrada. Sp6jrzmy, ze wszystko pra- 
wie co zdarzylo si
 w XX wieku, dla nicgo bylo nicmozliwe, tzn. wydawalo 
si
 niemozliwe, calkowicie poza jego zasi
giem. )LX wiek byl takim sprz
ze- 
niem sit demonicznych, ze niekoniecznie musi si
 powt6rzyc, to stulecie, 
tego rodzaju straszliwe rzcczy, kt6re si
 zdarzyly. Kiedy si
 mysli 0 tym, co 
si
 stalo w XX wieku, to groza ogarnia. Zdarzyly si
 tez rzeczy zachwycajl- 
ce - teoria wzgl
dnosci Einsteina, teoria kwant6w, olbrzymie post
py me- 
dycyny. Wcale nie m6wi
, ze wiek XIX byl taki idylliczny, wcale nie jestem 
wielkim zwolennikiem XIX wieku. \V XIX wieku zdarzyly si
 tez rzeczy ta- 
kie jak cksterminacja Indian amerykanskich, jak wielka, krwawa wojna do- 
mowa amerykanska, bardziej krwawa niz wojny napole0l1skie; takze XIX 
wiek to jest rewolucja przcmyslowa, ktora byla odpowicdnikiem okropnoSci 
XX wicku w pewnym scnsic, no i wojna, kt6ra konczy wiek XIX - I wojna
>>>
42 


ROZMOW A 


swiatowa, masakry wojny okopowej. Ale co si
 zdarzy, to byloby nieslycha- 
nie nierozsldnie cos powiedziee. Nie mamy znakow - nie ma jeszcze zna- 
kow. Moze potoczyc si
 tak albo inaczej. 


[(. M.: Andre Malraux powiedzial, ie wiek XXI albo bfdzie religijny albo 
nie bfdzie go wcale. 


Cz. M.: Ja nie wiem, bo bardzo trudno jest powicdziee, dlatego ze - jak 
Pan wie - religia jest zjawiskiem spolecznym, to znaczy bardzo trudno jest 
oddzielie duchowose w religii od masowego charakteru takich zjawisk jak 
pielgrzymki, jak przywilzanie obyczajowe, czy narodowe. 0 tym juz zresz- 
tl m6wilismy, ze dla mnie katolicyzm polski jest wysoce tajemniczy - robi 
wrazenie, ze jest anrymetafizyczny, to znaczy, ze przede wszystkim opiera 
si
 na obyczaju. Polski papiez jest romanrykiem - to jest droga kolektywna, 
to znaczy mesjanizm i historiozofia. Papiez jest uczniem Norwida, a to tro- 
ch
 lepiej niz "Chrystus narod6w", bo to jest jakis bardziej dojrzaly katoli- 
cyzm. Ale to jest romanryzm wszystko. Mozna powiedziee: SIOJvianie, my 
lubim sielanki. (smiech) 


[(. lrf.: A diabel bfdzie obecny takie IV XXI wieku. 


Cz. M.: Na pewno. Diabd polski przybierat kostium narodowca - to 
byl ten diabd anrysemiryzmu, obrony cnot, nie chc
 bye demagogiem, ale 
takze Niepokalanowa i mordowania prezydent6w, jak Narutowicza. Natu- 
ralnie jest ten substrat w Polsce w rym kierunku. A jezeli chodzi 0 Rosj
, 
to widz
, poniewaz wykladalem Dostojewskiego, jezeli si
 czyta pisma pu- 
blicysryczne Dostojewskiego, to tam jest bardzo duzo materialu, kt6ry 
moze bye przechwycony i zuzyry przez rosyjski bolszewikofaszyzm. Mysl
 
o rym, ze to jest slowianska religijnose i tu Sl podobienstwa pomi
dzy 
Polskl i Rosjl - to Sl historiozoficzne rozmyslania. Potwierdzam, co kie- 
dys mowilem, ze religia jest kluczem do tego, czym b
dl Polacy jako 
zbiorowose, w jakim kierunku to si
 potoczy. Jestem bardzo zadowolony 
z tego, ze wsp6lpracuj
 z "Tygodnikiem Powszechnym", ze "Znakiem", 
bo to Sl jedyne grupy, ktore - chwala Bogu - dzialajl, ale Sl bojkotowane 
przez wi
kszose kleru i wi
kszose Kosciola. Osobiscie jestem rad, ze wy- 
st
powalem zawsze przeciwko narodowemu katolicyzmowi, bo to jest 
beznadziejna, slepa ulica i pulapka.
>>>
LITWA, LABIRYNT, NADZIEJA 


43 


!(. M.: Czyli - na zak011czenie - jaka jest nadzieja? 


Cz. M.: Mysl
, ze powinnismy jednak miee poczucie szcz
sliwego 
obrotu rzeczy po tym XX wieku, bo jednakze zylismy - w kazdym razie 
ja zytcm - jako swiadek wzrostu i upadku dwoch totalizmow. To jest 
jednak bardzo duzo. Trzeba zastanowie si
 nad niemal opatrznoscio- 
wym zrz,!dzeniem, ze te dwa diabelskie systemy upadty i trudno tutaj 
nie miee sympatii do papieza, ktory jako mtody student w Krakowie nie 
wierzyt, ze te systemy mog,! przetrwae: jako mtody student w Krakowie 
i jako papiez pozniej, nie wierzyl, ze ten totalizm drugi przetrwa. To 
bardzo duzo. To jest nadzieja. 


Krakow, lipiec 2000.
>>>
44 


JERZY A
DRZEJEWSKI 


j! I 


,. .
h...l:.,' [,;. 1-_ ,. 


A......c.. $
...CN'.t..c.. &0 ...I"".........r, 
..... 
 .........".l..l.. ""'.. ,- 01""';";' 

 ... -"") ..r...
'- \-.....r-...e-). "'",,- 
. 
--"'eo1 vcC.ol.....;..._ '
-\JU1"i.... 
...A
 r..J.......a.:.
 oL" ...
 ......\
_..... (.\,.;rtc... l.:Io.t....",- "\...olo...s4o\.oo_.... 
Su¥«... .,.t....4-
c...,.cl,.j
 ...-..
 ..r.Q.:
 r"""-
 ....
.... ; 
"'1 .........0). ......"'.?I..... ..J';';" . Ie. ,.f'" 
....... _........
 ..... "'.....
 
 ,,';"\1..0.. -.q......,j.... (,o.o.....,....r"'....._..... w..... \-- ...r....,.,(,. "",""\...L..
 
....
 ...J.... ...-vl..Y' .............:'.0.. "1.4..1..." 1-0"'\"""'_'" -"'1 .. \,,-1-.....- '
-4. 1..;1............"" \(,..-- ..
 
..._
l
....... 
"'1.00k....c.. rl...."'......
""', ,.....
 
 ....,1....,J. ""'
........."" 
. 0\-__, "',cJ..J.l... 
t:I-o 5') 1 y-., 
 "..;....r. '1.0.,._ ...('1 
 1--....... 
A......... C",,""'...,. .1... ,"--s-... ;
 \-v,......... ,..t 
"1 
........,.;.
 
 w
1&.
-.&
"'tI......r
"':'

':;" 
l-c....,;. ,,\,10-.... ........ 
1"........ ot..v
t1....""""
 ; ,..
 ..

 .........\....(0. \-"'-...c.o
a..t. -.... 

) ....", 1.,,,,-. 
....\"'\
. 
1'
,",," 
 c,S\n... '-t.-oc1...o ..O\Nv....,,"'"' ..... 
W
__'Lc.".. 
)cI"';;'_ .....I
. \- '.":':;'J ..........- .\...
..,(..,L.... w'\....
Ov.J) 
-.McAo".o........... ..;{(,'j_ 
.......c!. 
....:..;. rA..O,
(.","",,' (
""
';'\1CJJ-.. \
c.. "'" o..-.:.
 'i"'YW,).....
1........... 
.
."'" 
.f 
"""';"..I 
...c..ow
..L. "c.. _;l,;..,,,,,,) ; -'..A-. 
,&---. 
 


.;;
 -
..s;). ol-.,..,:...,I,": 
\.- 
: 
........-: ,.at..,.;;. -I
 
".....oL;.
.
. 

 \f..i.",1 1 ...........1...c..:.
 w ,,
 .......,
 .....,..wI'" 
j:" .;..,."'.......,l ..:) (":
 .-:'j 

... .01 .1........._) ..,.""
...""'".::., r-o":"j }..io:"v., ,t.......:.. 30W.., v......A.- 
J ...
 .,-to(. 1wc...I-."""'....,,)...
 
.y...-.
r.t......) ,1M.e.. ",)i
 "'4.v-........ rJ\a-::. .......;.1"........ 
r 
..c,;
1('.;.:.. _....:.... rJ..,. -
;.. '0 -

 \--0...'''- oS I.c:vv.... ev-.....,"-_,
 (
.....:ozw."" 1.
') 
-i: 
 

 \-..-;
..sl'""
\.t,';' "'..-I.J\.t) }.o...4......')........ ".""1 ).\- J\..-......\,
 ,..w.;..J '"1t.",,,,,,1-,,_ n.....c. 
t. r i . ..(o.-
I-Lc.,,".OII)', 
I"""o.. 
4"'" .t,1....,\,..:.!r" "oJ..Ao/-.a.W."
 
 (....,,,.. ;..... .....O"'..........I1...\:: II"""",, 
r r'" 'vw-...."....... A14.....I-o -
 ""'
i",..
 ""....\... r:"\..-
 .......'\.... r-,I
 -

 ...;..."'" .-.J ""';'& 
1-, .
. ./11\_1.......(. ,ot..:.. \.i... \ow.............. 
(.\Y..,...., I........t- r
\.-'" ..J1""'et,;.. L......:J 
} I";' i...\ """ -1"......., ,.....J..... -:,_.....
.c...;.:.. 1.....,....-.:.),.
 'r''',
.c.. 
,-..-... ,...1..- ....."c.....r,. 
i
. c.... "'") .
.,t.,.(..... 
.....uJ.I..c.. '. 4............i ..
. 
-r 
r:. 
,.I:.J 


:J1.0c:k...,
. 
.. 


r 


r"",.....oLl "''''''''001 i.....; ,t..;,t 
 t.- "\". .....c1...c: ... ...-i,
. u. ......"......--... ..u:.)r ....."k IA.wIek i
""V 
J..o ')""'..... .r..
. C
"1.!. """,4"
, 1.0 j______ "'
 
\.w"-...;;;... 
 w....
... 
 A";. 
r............... ".
 .t..c.. olo ..,-...,
 ;.....1...0 ....._4. T... _
, -......... ; c.oJ, ...,
 
_...:-,
\t(. 
. ....,. 
. _ - a ., - _L..L W .
t...... ...... b-l_'---.. \....."""'U 
f
.,)
1 .........-'\"""" 

.....t..;.._: 
...

 --cr-. ))"""'"
 1 . g. 
,,0-$......... h e.t.
 \-- tlAa,.i.(.? . ...........,.;,....... 1oY'''' 1..1-.. 1..1- .................. ...... 'S
I...:I.....
- . 
.) f'-f.o..,"1'"'" .s'I,..............;... 
c.\.. ..... t,_",,"-_,,:" .
.z.
. "'-f

"" ;...t... 1 .,..,....c.._ fo r_"7'
 

.-. .......... ,,
c....."'c...AtV..... t-o- 1
 
.. rJ..v,..;....p.
..J., .. .G
o1'_ . ot.__......1..... I 
....,L:.
 
 _.... ufo...:. 1...... 
....;.""..""'. IA \'IoU.... .rO..f....c. ..
 
 
""c.k. r....a.£.£.cA 

...J... "'
.......
. I..S t--to..J
 .,1.,.
;t. )
 -
. . S.T'0...s... '. . . 
\ 
. . .....t..c.............A___.. c1.o """..1. _....-.. ..
 i
.1' 10 ...... -+,""" .......
 Jo.-. 
"J b-. ......c,.,.......... 
-I _ - _ '- , 1.._'_.,,(. 
 W - t.f. 
"'\_\i \-y-.,J.-'
. Ic.-.
 "\
 ,- _;...c.. ..---- - 1-' - J.... . .... _.
. . 
I . - . . ...... ' ... - -....:;. 
..:;.c,. 
.. -..... -.;.... 
....... 
.".., ..., ... 
0-.0. '')- "'_f'-oL . .........- .... 


"\1W 

 


J 
t{ 

. r 
i..J J. 
.
 
,. 


Facsimile r(kopisu jednej ze stron ,})ziennika paryskic..l!o" jerzego AndrzejeJVskiego.
>>>
'. 


, 


, 


. 


. 


\.. 


]erzy AndrzeJ.e1vski 
Dziennik paryski (3) 


niedziela, dn. 7 II 
Ania Posner leci do Warszawy dopiero w czwartek, ale juz dzisiaj byl 
u niej wieczor pozegnalny, wi
c i dzisiaj oddalem jej torebk
 z catym po- 
zbieranym do niej wn
trzem. Chyba b
dziesz zadowolona. Pogoda okrop- 
na, od wczoraj zacz'!l wiae paskudny wiatr i dzisiaj zimno, nawet nie wiem 
ile stopni mrozu, ale w kazdym razie kilka na pewno, co - oczywiscie - na 
Was po Waszych mrozach nie moze robie zadnego wrazenia. Zupdnie po- 
waznie mysl
 0 kupieniu sobie futra, rzecz jasna nie z mysl,! na dzisiaj, ale 
na przysztose, u nas, troch
 si
 jednak waham, bo to ogromny wydatek, do 
50 tysi
cy frankow. Zastanowi
 si
 jeszcze. 
Ania Posner, bo pewnie j,! poznasz, jest dobq dziewczyn,! po czter- 
dziestce, swietny kompan, tylko ma hyzia erotycznego i jest stale wScie- 
kle podniecona, co na dtuzsz,! met
 bywa m
cz,!ce. l"lysl
, ze w Polsce 
bardzo narozrabia.
>>>
46 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


Wczoraj ranD ogl'1dalem now'1 i juz slynn'1 w sensie skandalu wystaw
 
Buffeta, osiem olbrzymich plocien pt. Oiseaux (snobistyczna galeria przy 
Champs Elysees), w zyciu nie widzialem obrazow szacowanych na milio- 
ny i tak wrednych i godnych pogardy, zle malarstwo, chamski cynizm: je- 
den temat paskudnej, chudej, czarnej kobiety rozwalonej w pozie najbar- 
dziej wyuzdanej, a nad ni'1 (kazdy inny zaleznie od obrazu) rozkraczony 
ogromny ptak: strus, sowa, kruk, orzd itd. Ewa Fiszer, z ktor'1 bylem, 
najpierw stala oslupiala zupdnie, a potem gwahownie poci'1gn
la mnie 
do ucieczki. Po malym positku w barze amerykanskim (sandwicze z szyn- 
k'1 i sok pomidorowy, wielki komfort) poszlismy na nowy film francuski, 
debiut rezyserski pt. Pantalaskas) historia chlopa litewskiego zabl'1kanego 
w Paryzu i nie rozumiej'1cego ani slowa po francusku. Na pewno nie arcy- 
dzido, ale wiele pi
knych rzeczy, a przy tej okazji bylem \V kinie "Mar- 
beur', gdzie byla premiera Popiolu) bardzo pi
kne i wygodne kino. Juz 
jest po Il-tej, jestem smiertelnie zm
czony, id
 spae, dobranoc. Strasznie 
jestem ciekawy, jak Ci si
 spodoba torebka i to, co w niej. 


sroda, 10 II 


Przyszedl dzisiaj Twoj list z 6-ego, widae z niego, ze nieskonczenie 
dlugi cykl kartek jeszcze do Was nie doszedt. Dopisuj
 krotko, bo jeszcze 
mam par
 spotkan, a pod wieczor zobacz
 Ani
 Posner, ktora leci do War- 
szawy jutro rano. Tu maly mroz i caly dzien olSniewaj'1ce slOllce. Pozaw- 
czoraj, wczesnym popoludniem siedzialem chyba cal'1 godzin
 na otwar- 
tym tarasie kawiarni przy Champs Elysees i wbsciwie bylo tak, jak 
w marcu na Gubalowce. 
1) Propozycje otrzymania opcji na dumaczenie Ciemnoici zupdnie idio- 
tyczne. Po pierwsze prawa ma Kiepenhauer, a poza tym po doswiadczeniach 
z Popiolem i diamentem zadnej opcji nie dam tzw. slawistom. U Stocka po- 
wide bardzo si
 podobala, ale przeklad trzeba poprawiae. W lutowym 
"Esprit" s'1 moi Synowie. 
2) Ostatecznie zdecydowalem: do Wloch na razie nie jad
. To nie tylko 
inercja, ale i zmysl praktyczny. ]ezeli b
d
 tam mial zaliczki - pojad
 
w okresie Wielkanocy. 
Poza tym zm
czenie i na brodzie mam czerwone plamy, co mnie 
okropnie denerwuje. Caluj
 Was. 
]. 


J alq sukni
 bys chciala miee, czy spodnic
? Co najpotrzebniejsze dzieciom?
>>>
DZIENNIK PARYSKI (3) 


47 


sroda, dn. 10 lutcgo 
J akos tak nijako i sam nie bardzo potrafi
 sobie zdae spraw
, na czym 
to polega. Za duzo, jak na mnie, roznych spraw w zawieszeniu, tutaj 
wszyscy rozs,!dni ludzie raczej utwierdzaj,! mnie w decyzji pozostania we 
Francji, ale choe sam wiem, ze to jest rozs,!dne - zal mi troch
 Wloch 
i chociaz wiem, ze to teraz nie na moje sily - zal pozostaje zalem i tak oto 
czuj
 si
, jakbym si
 znalazl w zaczarowanym kole oczekuj,!cy, ze ktos za 
mnie przerwie ten zamkni
ty kqg. W czoraj bylem w Quartier Latin na 
starym filmie Elie Kazana (Srebrny Lew w Wenecji, ale nie wiem, w kto- 
rym roku) pt. Au guais, film oczywiscie swietnie zrobiony, ale po raz 
pierwszy zobaczylem Marlona Brando, Boze co to za aktor, nawet James 
Dean przy nim blednie, to jest cos niezwyklego: urok, niespokojnose, 
sprzecznoki, troch
 jak Dean wyobcowany ze swiata, ci,!gle wykonywuj,!- 
cy dziesi'!tki roznych drobnych gestow, cos ze zwierz
cia i z aniola, czysty 
wewn
trznie, ale wpl'!tany w brudne sprawy, zuchwaly i ulegly, zdobyw- 
czy i poddaj,!cy si
, teraz rozumiem sk,!d jego slawa. Zdaje si
, ze u nas 
nie bylo z nim filmow, ale to Marcin b
dzie lepiej wiedzial. 
Dzisiaj calkiem niespodziewanie zadzwonil do mnie Leyfell (ten kiedys 
z PIW-u, a teraz w naszej ambasadzie w Tokio) i dlatego spotkaniem z nim 
zaj
ty, tak na chybcika dopisalem kilka slow listu do Ciebie, zeby wieczorem 
zanieSe do Ani Posner. Duzo mi Leyfell opowiadal 0 Warszawie, holdy mi 
skladal za Bramy raju - Irenka napisala kartk
, ze nawet ona nie spodziewa- 
la si
, ze tak potrafi
 pisae - okazuje si
, ze jednak Niewinlli czarodzieje rue 
id,! ze wzgl
du na klimat pesymistyczny, coz to za smutny ustroj, w ktorym 
smutnym czlowiekowi bye nie wolno. Ty wiesz najlepiej, jak jestem prozny, 
pochwal i uznania spragniony, ale poniewaz wszystko si
 we mnie toczy kil- 
koma drogami, wi
c i gdy slowa najwyzszego uznania do mnie docieraj:} - 
czuj
 si
 prawie 0 krok od szcz
scia, ale jeszcze blizej niepokoju i zW'!tpie- 
nia. Ludzie, nawet ci najblizsi, ktorym to mowi
 - usmiechaj,! si
 w sposob 
wyrozumialy, jak traktuje si
 czyjeS nieszkodliwe dziwactwo, ale gdy oni S,! 
pewni, zc ja jeszcze wiele napisz
 i rzeczy coraz lepszych, ja - znaj,!c swoj,! 
pustk
 i odr
twienie - naprawd
 m
ki przezywam, ze juz ruc zrobie rue po- 
trafi
 i jestem tylko drewnem. Wszystkie dawne doswiadczenia w niczym mi 
nie s,! pomocne, kazde zW'!tpienie jest zW'!tpieniem ostatecznym - tal, jak 
kazda milose, jest milosci,! jedyn:}. Gn
bi mrue swiadomose, ze kwitn
 po- 
zorami, nawet moj dobry wygl,!d, ktory tu wszyscy pochwalaj:}, jest tylko 
pozorem, w istocie jestem smicrtelnie zm
czony i beznadziejnie samotny, 
pisal mi Zygmunt, ze Ci
 znalazl na koncercie W swietnej formie i w pi
knej 
sukni, 0 ile pami
tam wlasnie dzisiaj mial przyjse do Was wieczorem, teraz
>>>
48 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


dochodzi dziesi..}ta, dziecko szcz
scia (bo za takiego wielu ludzi mnie uwa- 
za) czuje si
 zupdnie zagubione, jakid bdkoty pO mnic chodz,!, ale Ty 
wiesz, jak od bdkotu do tzw. dzida sztuki daleka jest droga, zwlaszcza dla 
takiego czlowieka jak ja, ktory nim jeden krok zrobi - wybiega w rozne stro- 
ny i nie zawsze potrzebnie. Cieszy mnie to, co piszesz 0 
1arcinie, ale mysl
 
(wbrew, niestety, sercu i kochaniu), ze w Agnieszce s..} wi
ksze wartosci i to 
jest naprawd
 KTOS . 'Viesz, ze niepodzielnie cala moja milose jest dla Mar- 
cina, ale coraz cZ
Sciej odczuwam wyrzuty sumienia, ze i Ty i ja nie potrafi- 
my w istocie kochae Agnieszki, to trzeba sobie jasno powiedziee. A zoba- 
czysz, ze to b
dzie napra\\'d
 KTOS , czego nie spodziewam si
 po 
1arcinie. 

1ilosci S:} slepe, a rodzicow slepe najbardziej. Oczywiscie z tej swiadomoSci 
nic nie wynika i nowe kochanie, gdy popcini zbrodni
, pozostanie kocha- 
niem. \Vydaje mi si
, ze w miloSci do wlasnych dzieci jest cos z pragnienia 
zgody z natuq, potrzeba wiernoSci, ale to jest potworne, puniewaz wlasnie 
natura kryje w sobie tysi,!c zdrad. Dobranoc. 


czwartek, dn. 11 lutego 
Po wczorajszym ataku zgnilej neurastenii poszedlem rano na wystaw
 van 
Gogha. Juz nie ma mrozu, ale dose chlodno i mgla, zawsze pi
kny tutaj ko- 
loryt dzisiaj wydal mi si
 szczegolnie ladny, na placu Concorde, wsrod roz- 
leglych perspekryw, nagie i niebieskie drzewa, gol
bie powietrze i wysoko 
przymglone, zupdnie zoire slonce, mokre trotuary od skraplaj,!cej si
 mgl)', 
kiedy z bulwaru Hausmanna zaw
drowalem dlug,! piechoq wlasnie na Con- 
corde i juz glodny i zmarzni
ty zawrocilem, aby zjde obiad u Webera (tylko 
firma restauracji slynna, teraz to jest tzw. porz,!dna restauracja przewaznie 
dJa cudzoziemcow i niespecjalnie droga). Van Gogh - jak Van Gogh. Sie- 
demdziesi'!t plocien ze wszystkich okresow i mysl
, ze ogl:}daj,!c te obrazy 
moglbym bye szcz
sliwy, gdyby nie dumy zwiedzaj,!cych. To okropne, ze 
malarstwo ogl:}da si
 zwykle w bardzo zlych warunkach, nie moglabys czy- 
tae Pustelni parme1lskie}
 gdybys byla otoczona setk,!ludzi rowniez zagl
bio- 
nych w tej samej lekturze. Ale nawet Scisni
ry dumem, bylem olSniony, 
a szczegolnie olSniony obrazami z ostatniego okresu, kiedy dzi
ki szale11- 
stwu wprawil caly swiat w ruch. Na tych ostatnich plotnach wszystko wyry- 
wa si
 ze starycznoSci: jest utrwalone w p
dzie, w rozrastaniu si
, w grozie, 
ktora towarzyszy kazdemu dzialaniu. Myslalem patrz'!c na te genialne plotna 
o Bramach raju i myslalem, ze jdli si
 one tak podobaj,!, to moze w istocie 
dlatego, ze nie s
 opisem, ale ruchem i stawaniem si
. Po obiedzie bylcm na 
milej i dowcipnej komedii wloskiej (parodia Riffiffi), potem odpoczynek 
i caly wieczor z Ani,! J awicz, obiad w restauracji wloskiej kolo Champs Ely-
>>>
DZIENNIK PARYSKI (3) 


49 


sees, dlugi spacer, na godzin
 u Basi Kwiatkowskiej w jej hotelu przy avenue 
Wagram, biedactwo musialo z powodu anginy przerwae na kilka dni zdj
cia. 
Ale wci,!z nie wiem, co ze sob,! zrobie. Urodzil mi si
 nawet taki po- 
mysl, zeby zostawiwszy cz
se pieni
dzy tutaj, pojechac na miesi,!c do 
Wloch i wrocie z pocz'!tkiem kwietnia do Polski, aby znow pojechae we 
wrzeSniu. Nie smiej si
, ale przezywam m.in. gwaltown,! t
sknot
 za kra- 
jem, za Warszaw'!, za domem i roznymi ludzmi. 


pi
tek, dn. 12 lutego 
Jak si
 udal wieczor z Arik'! i Andrzejem? Wlasnie dzis ranD dostalem list 
od Andrzeja, ze Ci
 spotkal w PIW-ie kwitn,!c,! i w przepi
knej sukni (to 
juz druga relacja). A ja wci,!z nie wiem, co ze sob,! zrobie? Bylem po polu- 
dniu na starym filmie Kinga Vidora Alleluja) nie tak dobry, jak'! ma slaw
, 
ale kilka scen zadziwiaj,!cych. Od szostej jestem w domu, kolacj
 zjadlem 
w domu, mam olbrzymie zaleglosci w korespondencji, ale nie mog
 zdo- 
bye si
 na wysilek, zeby to odwalie; w przyszlym tygodniu Ania J awicz - 
maj,!c juz na ten rok dwa filmy w produkcji - b
dzie troch
 wolniejsza, 
wi
c mi pomoze. Mam pewn,!, ale jeszcze bardzo mglist'! koncepcj
 ksi,!z- 
ki, dlugi wieczor sp
dzony z Joziem Czapskim tym mnie natchn,!l (?), 
mam znakomite motto z Gobineau, a Ty wiesz, co dla mnie motta znacz'!. 
Mowi to motto 0 dramatycznych przejSciach i zm
czeniu i zoboj
tnieniu, 
ktore \vynikaj,! z przezycia spraw nazbyt gwaltownych. Poj
cia nie masz, 
jak bardzo bym si
 chcial znaleze w Warszawie. 


sobota, dn. 13 II 


Rano po raz trzeci w Luwrze, zeby obejrzee Rubensa, Rembrandta, sta- 
rych Flamandow i Niemcow. I znow tylko kilka plocien zapadlo mi w pa- 
mi
e. Z kilkudziesi
ciu Rubensow jedynie portret jego drugiej zony, pi
k- 
nej kobiety w ogromnym kapeluszu i z dwojgiem dzieci, prawie Renoir. 
Z Niemcow jedyny zreszt'! Diirer, Portret artysty) oczywiscie wizerunek wa- 
nata, jeszcze malutki Breughel, Slepcy) zupelnie sobie nie \vyobrazalem, ze 
to jest tak male, podobnie maly Bosch, Nmva JVariatow) zupelnie genialne: 
lodz pelna ludzi, z drzewem kwitn,!cym posrodku, na drzewie osadzona 
kaczka, albo g
s pieczona, a wsrod g
stowia liki samotna ludzka glowa. 
Poza tym caly dzien walka z narastaj,!cym katarem i ostatecznym wy- 
czerpaniem. Deszcz, mgla, nie l110g
 zye w ten sposob, nic mnie to wszyst- 
ko wlasciwie nie obchodzi, jest mi tak potwornie zle, ze gdyby rue resztki 
zdrowego rozs,!dku - wsiadlbym w pierwszy poci'!g, aby znaleze si
 w \Var-
>>>
50 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


szawie. Nie umiem zye, wszystko mi si
 w palcach rozlazi, dla ludzi jestem 
tylko m
cz:}cy i wol'} mnie podziwiae z daleka, tak prawd
 mowi:}c i Warn 
jest w istocie lepiej, kiedy ja istniej
 na odleglose tysi'}ca kilometrow, bar- 
dzo dobrze zdaj
 sobie z tego spraw
 i moze nawet nie powinienem tego 
pisae, ale jestem tak zm
czony i samotny, ze nawet udawae mi si
 nie chce. 
Za moim oknem w tej chwili, gdzie juz jest noc, gra radio, gra oklepany 
koncert Czajkowskiego, i noc pdna tej muzyki czyni mnie jeszcze bardziej 
samotnym, chwilami - tak Zycia lakn:}cy - zye mi si
 nie chce, i nawet wiem 
dlaczego: miloSci nie potrafi
 dawae, tylko w siebie i wci'}z w siebie zapa- 
trzony, wci:}z oczekuj
 milosci, drobnego ciepla, glosu ku mnie zwrocone- 
go, usmiechu aprobaty, ale to miraze w moim wieku i z moj'} "pozycj:}", 
ogl:}dam siebie dzien po dniu w lustrze i wiem, ze tylko poblaski slawy, al- 
bo brz
k pieni:}dza mog'} sklonie kogokolwiek w moje ramiona. Mysl
 tro- 
ch
, jakby mozna bylo zrobie now:} wersj
 Hioba, calkiem wspokzesny 
i zgodnie z cytat:}, ktor:} mi dal z Gobineau Czapski, stwierdzaj'}c:}, ze 
"trWalose zwi:}zkow daje im dwie trzecie ich wartosci, niestalose w miar
 
czasu powoduje oboj
tnose." I jeszcze ten sam cytat: "Kiedy si
 widzialo 
dwa czy trzy razy orszak jakiegos ksi
cia tatarskiego, ktory wkraczal, aby 
Sci:}e glow
 swemu poprzednikowi tatarskiemu, timurskiemu czy arabskie- 
mu, ktory znow to sarno uczynil ze swoim poprzednikiem, i kiedy wskutek 
tych wydarzen przeszlo si
 przez tyle rozmaitych sytuacji, gdy si
 jak Saadi 
bylo wolnym czlowiekiem, potem zolnierzem, potem wi
zniem chrzdci- 
janskiego wodza feudalnego, gdy si
 pracowalo jako robotnik ziemny przy 
fortyfikacjach ksi
cia Antiopii i ostatecznie wrocilo pieszo z powrotem do 
Farsu i Szirazu - jakze latwo przyj'}e? ze nic zlego? co istnieje? nie jest rze- 
czywisre, a przynajmniej nie jest warte przywiazania. " Dobranoc. 


poniedzialek. dn. 15 
Wczorajszy dzien zaden, podobny do poprzedniego, nikogo od paru 
dni nie widuj
, ja do nikogo nie dzwoni
 i do mnie nikt nie dzwoni. Tzw. 
kolacj
 jadlem w domu, polozylem si
 0 9-tej, spalem do godziny 2-giej, 
czytalem troch
 Jaguara. di Lampedusy (rzeczywiScie znakomita ksi:}zka), 
az wreszcie wzi'}lem proszki nasenne i spalem prawie do samego sniadania. 
. Dzisiaj znow deszcz, wiatr - troch
 chwilami sniegu, to grupie, ze pogoda 
moze w taki bezwzgkdny sposob wplyn:}e na samopoczucie i humor. Wci'}z 
nie wiem, co postanowie, a cos zdecydowae musz
. To porudnie sp
dzilem 
kilka godzin z Zygmuntem Hertzem, zawsze dobrym, serdecznym i pogod- 


. w polskim przekladzie Zofii Ernstowej - Lampart
>>>
DZIENNIK PARYSKI (3) 


51 


nym, troeh
 eiepla dobrze mi zrobilo, kupilem trzy plasterki pol
dwicy (tu si
 
w
dliny sprzedaje na plasterki), jeden szynki, dwa male ehlebki, butelk
 wina 
i z tym wszystkim wrocitem przed osmq do hotelu. Pewnie w kraju nikt z 010- 
ieh przyjaeiol i znajomyeh nie ,,-yobraza sobie, ze tak mog
 sp
dzae paryskie 
wieezory - sam w hotelu - gdy nie dalej niz na \Vyeiqgni
cie r
ki mam sto 10- 
kali, sto sztuk, sto filmow i miejsea, do ktoryeh modl q si
 swymi pragnieniami 
Polacy. Mialem raej
, kiedy w tyeh miesiqeaeh przedwyjazdm\)'eh ogarniala 
mnie panika na mysl 0 podrozowaniu. Teraz juz wiem, ze byl to I
k przed 
swiadomoki q , ktora w sposob az nadto brutalny odsloni mi prawd
, ze jak pi- 
sal przed latami mlody Slonimski, nie pomog
 podroze, dalekie wyjazdy - 
wsz
dzie jest jednakowe niebo, i ksi
Zye, i gwiazdy - wi
e l
k, ze si
 mog
 
przekonae, iz w pewnym sensie skOl1czyl si
 dla mnie okres odkrye, nowyeh 
doznan i 01snie11, to juz jest za mnq, teraz mog
 tylko potwierdzae odezueia 
dawniejsze, mog
 tylko powtarzae samego siebie w ksztaltaeh eoraz smutniej- 
szyeh i jedyne, co pozostaje, to "wyspiewae" swojq niezmiennq natur
, utrwa- 
lie skurez serea, zalose eiala i to zdumienie pomieszane ze smiertelnym stra- 
ehem, ze za niewiele lat b
d
 gnic w g
stej ziemi - ja, ktory teraz mysl
 
o kupieniu mi
kkej koszuli wdnianej i mi
kkieh mokasynow, to glupie 
i smieszne, ale jedyne prawdziwe. Wybaez mi, koehanie, ze w sposob tak ma- 
niakalny mowi
 tylko 0 sobie, ale listy do Ciebie, jdli to w ogole listami moz- 
na nazwae, Sq jedynq dla mnie w tej ehwili formq mowienia, mozliwie szezere- 
go, pisz
: mozliwie, poniewaz gl
bokosc szezeroki jest wlakiwie nieosiqgalna. 
Teraz doehodzi dziewiqta, poloz
 si
, b
d
 ezytae Leguepard, dwa naj- 
blizsze wieezory mam "wypdnione": jutro u Pawla Zdzieehowskiego, po- 
jutrze wielkie zbiegowisko u Konstantego Jelenskiego. Musz
 juz wyslae 
ten list, bo b
dzie za gruby. Gdybym nagle zmienil adres - wysl
 depesz
, 
albo zatelefonuj
. Tak bym eheial wiedziec, ezy Ci si
 podoba torebka 
i pasek? Mysl
 0 Was \Vi
eej, niz sobie \\yobrazasz, ale pewnie i smutniej, 
niz to mozesz przypuszezae, a z tego to ehyba wynika, iz - niestety - 0 lu- 
dziaeh, ktorzy w taki, ezy inny sposob Sq mi blisey, wiem wszystko, eho- 
eiaz \V zyciu nie ehe
, albo nie umiem tego pokazac. Dobranoc. 


wtorek, dn. 16 
Dostalem dzisiaj Twoj dlugi list, ale juz nie odpisuj
 na niego, bo ten 
b
dzie zbyt gruby. Ta przekl
ta pogoda z ehlodem, deszezem i wiatrem 
zupdnie mnie fizyeznie rozklada. Ale ehyba przcjdzie i to. Caluj
 Was 
wszystkieh. 
PS . Szerokose paska (6-8 em) sama, koehanie, wskazalas. Poza tym ten 
pasek si
 uklada w w
zszy ksztalt. A ze za krotki - rzeezywiscie przeoezenie.
>>>
52 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


czwartek, dn. 26 II 
Wczoraj byl ziqb i wiatr, przez calq noc padal deszcz, a poniewaz z wie- 
czora nie wziqlem nasennych proszkow, wi
c prawie co godzin
 budzilem si
 
- wciqz w szumie i w plusku za oknem, rano takze lalo, az nagle kolo dziesi q - 
tej zrobila si
 wspaniala pogoda i kiedy wyszedlem, znalazlszy na dole naresz- 
cie list od Ciebie - na dworze byla zupelna wiosna, wilgotne cieplo, ale w cie- 
niu przenikliwe, chlodne podmuchy. Ta zmiennosc pogody zupelnie mnie 
fizycznie rozbija. Prawie przez dwa tygodnie walczylem z podchodzqC} wciqz 
do mnie grypq, lykalem mas
 roznych proszkow, takZe aspiryny, ostatecznie 
grypy w doslownym tego slowa znaczeniu uniknqlem, ale serce zacz
lo mi 
nawalac i ohydne oslabienie, poc
 si
 jak mysz i jezeli mozesz to dostrzec - 
r
ka mi si
 trz
sie przy pisaniu. Tak si
 poza tym zlozylo, ze w tygodniu mo- 
jego najgorszego samopoczucia, Ania Jawicz poloZyla si
 z ci
zkq anginq, ca- 
Ie dnie bylem sam, na obiad tylko wychodz}c, a juz kolacj
 w domu prze- 
waznie jedzqc. Rozumiesz, ze w tych warunkach jakqkolwiek decyzj
 trudno 
podjqc,. i w ogole czegokolwiek chciec poza mozliwie bezpiecznym trwa- 
niem, czego znow Zycie hotelowe nie zapewnia. 
Czytalem Twoj list kilkakrotnie, wcale si
 ze mnq nie rozminql, choc to, 
co piszesz 0 mnie dobrego, moze i b
dqc przesad q - mnie si
 jakos wymy- 
ka, nigdy nie potrafilem i do dzisiaj nie potrafi
 zobaczyc siebie oczyma in- 
nych ludzi, nie mam poj
cia, jak \\-)'glqdam oglqdany z bliska, z dystansu, 
lub z calkiem obcej ludziom odleglosci. Oczywikie cos tam sobie \\-)'obra- 
zam, ale dla moich przezyc i tych, czy innych moich odczuwan nie ma to 
wi
kszego znaczenia. Zdaj
 sobie spraw
, ze odznaczam si
 szczegolnie 
ozywionq sklonnoSci q do przesady i dlatego si
 tez miotam w sprzeczno- 
sciach i skrajnych nastrojach, ze tak rzadko udaje mi si
 OWq przesad
 skie- 
rowac ku jej wlasciwemu nurtowi, to znaczy ku pisaniu. W tworczosci 
przesada \\-)'zwala si
 w sposob naturalny, to jest jej naturalny zywiol, a po- 
zbawiona tego ujkia - z samego zycia kreuje nieudane widowisko. 


piC}tek, dn. 4 marca 
Pisalem przez ostatnie tygodnie sporo kartek \\-)'sylanych pocztq lotni- 
CZq, chyba juz dawno doszly, jakos si
 nie moglem zdobyc na pisanie listu. 
Ostatnie dni lutego konczyly si
 doslownie w letnim klimacie, \V ciqgu 
dnia dochodzilo do dwudziestu kilku stopni w cieniu, w niedziel
 do go- 
dziny ll-ej wieczorem siedzielismy z EWq Fiszer w kawiarni na swiezym 
powietrzu. Teraz od pam dni chlodniej, ale wiosennie, zmiennie, zresztq 
i wczoraj i pozawczoraj polozylem si
 na cale dwa dni do lozka, nie tyle
>>>
DZIEN:\TIK PARYSKI (3) 


53 


z chorob q , ile z obrzydzenia do wszystkiego i wszystkich. Dzisiaj zalatwia- 
lem od samego rana tzw. sprav..y (0 ktorych nizej) zyciowe, a pod wieczor 
pokrzepil mnie jeden z najlepszych filmow, jakie w ogole widzialem po 
wojnie, nienajnowszy zresztq film Johna Forda, Grona gniewu wedlug Ste- 
inbecka z FondC} w roli Tomma Joada, wiesz - Fonda, to ten genialny ak- 
tor, ktory gra glownq rol
 w Dwunastugniewnych ludziach, tylko tu 0 do- 
brych kilka lat mlodszy. Znakomity film, zresztq nie obejmujqcy kOl1cowej 
parrii powidci. Potem wracalem juz 0 g
stym zmierzchu starymi uliczka- 
mi Quarrier Latin, kolo St. Etienne i Panteonu, niebo nad czarnym ogro- 
dem Luksemburskim bylo zupelnie czerwone. Niestety, zupelnie nie zna- 
my naprawd
 dobrych filmow amerykanskich, a wiele wielkich nazwisk 
rezyserskich i mnie bylo dotqd calkiem obcymi. 
A teraz sprawozdawczo sprav..y zyciowe: 
1) Wyjazd do \Vloch na dluzszy czas nieaktualny (co najrnniej na miesiqc). 
Moja wiza stracila swojq waznose, myslalem, ze to drobiazg przedluiye tutaj 
prawo wjazdu (27 luty), tymczasem dzisiaj si
 dowiedzialem, ze musz
 skla- 
dae nowe podanie i to musi ise do Rzymu. Ze wzgl
du na zaliczki (dwie po 
100 tysi
cy) bardzo mi to wszystko komplikuje, poniewaz musz
 czekae tutaj 
caly miesiqc, alba wracae dose szybko, 0 ile mam nie zrezygnowae z zakupow. 
2) Przedluzenie pobytu na Francj
 dostalem dzisiaj do 4-ego czerwca (?) 
3) Mam w tej chwili 50 tysi
cy frankow + 2 tysic}ce szwajcarskich, 
a wi
c razem: 265 tysi
cy frankow. To na razie wszystko. W tym jest po- 
droz do \Vloch i powrot do kraju. 
4) Od Stocka wciqz nie mam realnej odpowiedzi, a pieniqdze z Londy- 
nu majq przyjse dopiero w kwietniu. Chcialbym zresztc} zostawie tutaj ja- 
kid pieniqdze. Pisalem juz 0 tym, ale jeszcze raz powtarzam adres: 2
 
etranger 16/25 (nazwisko) Banque Fran
aise et ltalienne pour l'amerique 
du Sud. 12, rue Halivy - Paris 2. W umowie z Norwegi q podaj to. 
5) Oddaj Norwegii prawa na Finlandi
 i Dani
, to wcale nie kompli- 
kuje, tylko chodzi 0 wYZSZq sum
. Tlumacza dunskiego podaj. Nie chc
 
miee nic do czynienia poprzez ZAiKS. I tak trac
, i tak trac
, ale przez 
ZAiKS jeszcze wi
cej. . 
6) Tekst dany "Tworczoki" jest identyczny z tekstem w PIW-ie, a ten 
jest calkowicie gotowy do druku. Porozum si
 z RadziwiUowq, ona ci po- 
wie, z kim si
 nalezy w Redakcji Literatury Wspokzesnej skomunikowae. 
7) Wlosi \vydajq - Silva w Genui: tom - Zloty lis, Niby gaJ
 Bramy rajuj 
Levici Editori w Mediolanie Popi61 i diament. 
8) Co to jest te 7 1 /2 tysiqca za Popi6l? Chyba tylko reszta za 10 tysi
cy? 
A ma \vyjse naklad 20-tysi
czny. Dowiedz si
, kiedy ksiqzka \vy
hodzi, bo 
za drugie 1 0 tysi
cy placi si
 po wyjsciu ksi
zki.
>>>
54 


JERZ) A
DRZEJEWSKI 


t""a.{C),......;
 ; 
... -...... ...;.
 (,I..;, 
'\-..... u. ;.V'\.

 ""-
 
.,.k-", lot...;,.... )-..0 '''" Iy.
\,'j) \,
....; 
\0 ....."""I
j,-' 1r__

.tI.. \-
...-.c.... -...."1 
... 
.J"i .....A 1 ......-t.v.,.. .
- w
-1I..c:. otvac.. 
II'
 
'" .l
 '-'__ ""'
 
'
....ro-;" ""--
......{,
...:r.. 
'1.) r
............
 r.,{,1
- 
'- r-


 

...;i._ d.........
 eto 4- t.\D ..
.,J .L.. (1) 
")) Ma.._ v -i
 c.t.......L. ..t...,.;" "0 

i -\...o:-Iw..r + '%. -\
,tA. h--;
...e1.. "'" """''' "V""'-........, 
"2.'14
'i.t-o-L"'..J.lo
 
,,"
"...:I. .v1
 i....... \--:
-i..,c..,
..L. .)--.....,;.t 
 
1.-.-..:..;..... 
"I) eo! 
1.&.1." -oJ""lt- ....-i- _..... 
.; ..ttfo4

..... }
'I
 ... 
...._ _oh 

 
 
... .... (....4".;.,
......... vl';'
I..
 
,.......,t:...r.;: \.....i
 ioJ.-":' t'
....;\..t..... (' "'..;r....... i....; "'
, oJ-, 
It."...,..,
 r""'.J'I--.- 
: C
 cl"'.....
A.,

 I\'/
( (..""\...r..:.,,...) fi
....ct..c. 
......... 

c:...;.c. t,-\- .J
....t.&_. to- L'CI._


(. ot- \....tf. 1't ,.....-.. \.I""'(-C:v
 - """""" "2.. "'" ..............v..." 
Ve;,.........
 r.....
 b_ 

) t.c:t
 "'.7'......'1"- r--........... .
 r-,_u.
&\,
 -.-J;......
.
o...suJ.....4. "...._
i,.
..
1
..o..,(.",ct,. 
.. 4t
"-
 
..........
. Tl.....--r......... ct......,"
"" \-D
"'1. 

...t.
 .......... ..... c4"1.....
.....;... 
..r-"-1. tAl,,). 
:1 
....... i
...
 -. -\c.k. t"\C,.,\. 0..4. r---- "t1H"
 \
"'"- ....."'
- 
Co) T.......
\ cA
, ..i...:lir.
..... ....
 ;
.....tt""-"." 
c,.t.....{.."", uU 
IW'

 .\:..-1...... i.
. «A(,1y......'-, 
'\P
"......, c%.o c.t....L...... G'
........__ 
"'" n.
...-.
......J........... c... ro"'
 ... v__ 
 .....o.A.(...,.:3 ...{ 
fuCIJ.. y \...
........-J ....,,
,
 ,
_........_.......".... 
1) ..,i,,
 
,
) -- 
""t... ...v 
e.-",: 
 1.:- - V;
.{.;.. """, 
"'1.I\.o.....;.,,\ '"'"""..; u,...", 'ct, {....:. 
oJ M
i.no......a...
.r\-'-;.t ;.,(...._...;;-1.. 


g) c...
...,.4 t4. 
'/L\'t'"\C-C. 

 ..f+
i'1: t.A..,I.... hiN.... ""I.a-I!o.. -u.. M:i
....,
 ,J, """""II",-,i
 
-.w.lo.o! 
 
 
t...-J' 'U ."'u...t.. .:.,. . "4 "..... Yo"..... '-J
 -, I... --- 
.......:.. -1.o-{
'i 
'" 

 ).- ...s\,.c...:... v.....:...
. 

) 1.
4...;. ell l.Ai"'!,_ c/-.o r 14.h....
,..
 . ,h{"'1' 
 J-,-t "':-'
."""'.1 -... ...--....) \-+,,
\{,.) 
..4"1-=-.-\..... w"........ ..". u-1'1L"-,..... -I" -'1
'''.cA.. "1.. A Iv.,) .....,r........ ., ,.J -Ii ,\--...,..;.. 
10) -.)"-"\..It.-...... 
.....I...".A"..(. ....-.....r
 "'........
 -"'- j.-",,_t.-.A If_ 
"1) w...._....... ....,I.
.__ \- 
-\-.. lc,.(A.. ..
 ...,.......... \A...-\-.._) \--v9....."'-.....:. 
 }-.....'1
. 
c.,.(t, ..... ...:..'" 
; ...-1..... \--"....otJt- .....-,......;...s.t.. '-_ .
 I

\ "L -......,t. '\......
 '_f..o..j_,c.t. 

 .1....... 
\--.r1 
-.....,....r,- 1._\-
_
 v...,........_. ...s !;Wo,,"'- ........,tI"... 
 
,r\"''''''''... ........,....., 
.. 
 A...........:... .......... ...;....,"..... -..v._
--1' ...,.y....c...;." 
 j............ ...s ""........;... .... 
...)"I, \.do-... 
4 i
 I 
-\"" .1""'" '1 
 

_ ')
. 
do.....t..- 
o,,;{c... """""'-""''''''\'''
.- 1c"-J.I.....,,IIL, 
 
-I... ","""e. -'"_........ .wtA,(... ..s-..o_...
 
lc-11
 "'-+.... )
"'........ .............""""''''1....:., 

 -.-0 "'-1 "'''.... \'0-1 1 ",'''- 
1'"1..) M...... 
 \; cA......;\;. \_, If......"""... .."''''"
.....)£, 'I
ot,;;';) ,,-.....l.,. \-..,(.--l1(f-""""1 .. ,....t".;;) )}..:.v/-= 
w 
 ..s
:voo
, to c..n ....""""'"..._.
zY'. Ir
 -I
..1. 1-......,..... o(M.. rv\b....._... . 

 0.(, ,1.0 ,
-ic...;.ov 
"\. -

 
..;;...;..,.....- 
r--."';. Me...... Ol..s-.t. "'....... t-r........:s- 
I\} Motla.... \I"..\..-., ............1"'

.
L.....6,(..y..............
. w....,,
...
 -e.;(......... ,",,
\.vV
,""":J_ 

"'I 
...-u..i,,-,....-1t.. 


Facsimile rfkopisu jednej ze stron "Dziennika paryskiego" jerzego Andrzejewskiego.
>>>
DZIENNIK PARYSKI (3) 


55 


9) Zadzwon do ZAiKS-u do p. Wisniewskiej i spytaj, co jest z zaliczk q 
na umow
 japonsk q Popiolu. Wiem od Leyflla, ze to wychodzi, niech 
ZAiKS zwroci si
 w tej sprawie. 
10) Wszystkie ewentualne umowy kieruj na punkt 4. 
11) Wiem, ze \\-)'dalem tu glupio (ale i nie zawsze glupio) potwornie 
duzo pieni
dzy, ale nie rob mi z tego powodu wymowek, bo i tak jednq 
z moich zmor tutejszych Sq tzw. spra\\-)' ubraniowe. Zupelny koszmar. 
W Paryzu wszystko si
 potwornie zuzywa, nie liczcie na wloskie mokasy- 
ny, rozkleily si
 jeszcze w styczniu, a bury, ktore kupilem, tez juz Sq do ni- 
czego. Spodnie flanelowe - szmata, szara marynarka tez tkni
ta, a to nowe 
ubranie (wcale w nim nie chodzilem) jakid glupie, spodnie za ciasne, zda- 
je si
, ze mimo wszystko przyrylem. 
12) Mam w tej chwili trzy koszule nylon owe (jednq cudo prakryczno- 
sci) i jednq sportOWq welnianq, to cos znakomitego, kupi
 takich kilka dla 
Marcina i siebie, bo Sq tansze z mieszanki bawelniano-nylonowej. Mam 
dwie nowe pyjamy. 
13) Moda: kolory szare, rdzawe, zielone, brqzowe. \Vszelkie materie 
mi
kkie, wlochate, gruzelkowate. 
14) Moj hotel pod\\-)'zszyl od I-ego ceny (na moim pod\\-)'zka 700 fr.), 
ale ja 0 rym nic jeszcze oficjalnie nie wiem i mam nadziej
, ze mieszkajqce- 
mu trzy miesiqce, nie zrobi q mi tego swinstwa. Ostatni rachunek, choe 
wkraczal juz w marzec, bez zmian. W razie podwyzki b
d
 musial si
 
przeprowadzie, a to tez koszmar. 
IS) Wi
c tak: zostaj
 na razie w Paryzu i skladam podanie 0 wiz
 wlo- 
sk q . Wrocilbym wowczas natychmiast po Swi
tach. 
16) Nasze \vspolne plany \\-)'jazdowe odlozmy na razie na przyszlose. 
Pisz
 to, kochanie, w sposob suchy i zupelnie nie odpowiadajqcy Twoim 
listom, ale zrozum, ze i juz tu dluzej bye nie mog
 i nie chc
, ale - mam 
nadziej
, ze jednak punkt 4 rozwijae si
 b
dzie optymistycznie. Poza mnq 
ma prawo podejmowania pieni
dzy jeszcze jeden czlowiek. 
17) Listy dzieci urocze - kazdego winny sposob. Agnieszka jcdnak im: 
ponujc}ca, coz to za sib i ile :v niej prawdziwej godnoSci. A nasz syn prze- 
ciez chyba troch
 za infantylny. Poznalem teraz chlopca, ktory ma 17 lat 
i robi w tym roku matur
 \V tym slawnym liceum, Louis Grand, syn Hisz- 
panki i Rosjanina, rodzice rozwiedzeni, adorator Popiolu i diamentu, matka 
dumaczka Dos Passosa i Hiszpanow, on idzie na szkol
 filmo\Vq, wprost 
trudno sobie wyobrazie, co ten chlopak widzial i czytal, jaka chlonnose, in- 
teligencja, dojrzalose. Raphael Sorin (oczywiScie, po prostu Zorin). \VlaSci- 
wie tylko ze wzgl
du na niego i zawsze Ani
 Jawicz zostaj
 w P
ryzu.
>>>
56 


JERZY A
DRZEJEWSKI 


18) \Vczoraj rano przed osmq dzwonil z Lodzi Jurek. Cos nieslychane- 
go, bo poza jednym listem slowem si
 nie odezwal. 
19) Co z ksiqzkowym wydaniem Bram raju? 
20) Lisowski juz na dniach konczy przeklad. Zobaczymy, co z tego 
wyjdzie. 
21) Raphael mi mowil, ze przeklad Syno1v w "Esprit" bardzo niedobry. 
Niczego si
 po tej idiotce [...]*nie spodziewalem. 
22) Co sobie powinienem kupie: bardzo ciemne szare spodnie z tergalu 
(nie mnqcy si
 gatunek welny), mokasyny, czarne buty, jesionk
, letni 
plaszcz, spodnie z welwetu, jakqs marynark
 - wszystko razem + slipy, 
podkoszulki, koszule - bite 100 tysi
cy. Zakupy dla Agnieszki i Marcina 
doliczam na 50 tysi
cy. Wi
c wlaSciwie ruina, ale licz
, ze w najblizszych 
dniach rozne sprav"y si
 \\-)'jasni q . 
Tyle na razie, co i tak jest duzo ze strony czlowieka, ktory przed kilko- 
ma godzinami \\-)'szedl zaklopotany z Gron gnieJVu, bo to naprawd
 film 
i wyjqtkowo znakomicie zrobiony, a jak grany (matka! - coz to za aktorka) 
i jaki mqdry i ludzki. 
Jutro mam ise z Raphaelem na pokaz filmow surrealistycznych. 
Caluj
 wszystkich 


J. 


ps . Postaram si
 \\-)'slae kilka numerow "Paris Matsch". 


sroda, dn. 9 marca 
Wylal si
 kubel z Polakami: w poniedzialek przylecial Andrzej Wajda, sp
- 
dzilem z nim wieczor, a nazajutrz az do jego odlotu po poludniu rowniez 
z nim i z Polanskimi, ktorzy mieszkajC} teraz u swego producenta, przy lasku 
Bulonskim, w pelnym luksusie nowoczesnoSci. Bardzo to zabawne. W nie- 
dziel
 bylem u nich na obiedzie, potem przyszla Ania J awicz z \\-)'znaniem, 
ze spodziewa si
 dziecka. Oczywiscie wszystkich rady, aby je urodzila i jednak 
nasz dobry kardynal (czytalem 0 jego liscie pasterskim w "Mondzie") ma ja- 
kqs racj
, dose istotnC} dla Polakow, nie jestem przeciez katolikiem, odsze- 
diem od wielu katolickich poj
e, a mimo to pozbywanie si
 dziecka zawsze 
ma dla mnie cos z morderstwa i tylko zupelnie \\-)'jqtkowe okolicznoSci mogC} 
w moich oczach usprawiedliwie chamstwo skrobanki. 
Andrzej duzo mi 0 stosunkach u nas opowiadal, ale znow jego projekty 
kolidujq troch
 z moimi. Odjezdzal, nie wiedzqc, jak dlugo b
dzie siedzial 
w Argentynie, najdluzej trzy tygodnie. OczywiScie wciqz marzy 0 Bra- 


. wyraz w r
kopisie trudny do rozszyfrowania
>>>
DZIENNIK PARYSKI (3) 


57 


mach raju i to wcale nie jest wykluczone, ze mu si
 to uda zaaranzowae. 
W kolach filmovvych ma naprawd
 swietne nazwisko i ze swojej strony 
zrobi wszystko, aby zostac tutaj i cos nakr
cic - cos, to znaczy Bramy raju 
- nie mow 0 tym absolutnie nikomu. Ja znow goni
 naprawd
 resztkami 
pieni
dzy (rachunki hotelowe liczq mi na szcz
scie po starej cenie) i licz
 
si
 z tym, ze wiz
 wlosk q dostan
 wlasnie za dwa, trzy tygodnie. Mogl- 
bym w tej chwili przejsc na utrzymanie producenta Basi, aby pisae dla niej 
scenariusz, ale - pomysl sarna - czy ja to mog
 zrobie? Jestem doskonale 
pusty, zm
czony, bez pomyslow i nawet bez ich wewn
trznej potrzeby, 
a zamowieniowych robot - jak wiesz - nie bardzo umiem robie. Kazdy 
z nich obu - i Polanski, i Andrzej - jest na swoj sposob pot
gq woli i am- 
bicji, ale co mnie do tego, ktory woli nie ma, i tylko ambicj
? Czuj
 juz 
w kazdym razie, ze nie wyjad
 stqd przed powrotem Andrzeja, i to jest 
okropne, bo tak mnie juz tu wszystko nudzi, juz mam tutaj wydeptane 
i wqskie kiezki, ich si
 trzymam, z ludzmi widywac mi si
 nie chce, jutro, 
albo pojutrze musz
 si
 zdobye na zupdnie gigantyczny \\ysilek, aby po- 
czynic zakupy dla Agnieszki, bo akurat w najblizsz q niedziel
 wraca do 
Warszawy Kozniewski i sam uprzejmie si
 zaofiarowal, ze ch
tnie wezmie 
jakqs paczk
. Po gorqcym lecie teraz si
 troch
 ozi
bilo, padajq deszcze, 
ale wlasciwie mozna chodzie tylko w marynarce. 


godz. 20 
Zadzwonilem do Zygmunta Hertza, zeby mi jutro pomogl zrobic za- 
kupy. Zadzwonilem do Czeslawow (ksiqzk
 jego posylam) i b
d
 u nich 
w piqtek. Proponowali mi u siebie dluzszy pobyt, ale to ponad moje sily. 
Swoim zyciem zye nie potrafi
, a coz dopiero zyciem ludzi innych! 


piC}tek, dn. 11 nlarca 
Dla pomniejszenia trudnosci w podejmowaniu decyzji - dzisiaj przyszedl 
list od Bonnera z zaproszeniem mnie, jako gokia, do Sztokholmu pod ko- 
niec kwietnia. Pisz
, ze bardzo im na moim przyjezdzie w momencie wyjscia 
ksiqzki zalezy. Sam nie wiem, co zrobie? Widzialem ostatnio dwa swietne fil- 
my - LJequipee [...r (The Wild one) z Marlon Brando, jest to historia kilku- 
dziesi
ciu amerykanskich chuliganow jezdz
cych cal
 gromad q na motocy- 
klach, wszyscy w czamych, skorzanych koszulkach, z tego filmu poszla moda 
na Francj
. Drugi film - to Hitchcocka Czlowiek, ktory za duzo wiedzial z Ja- 
mesem Stcwartem - w filmic po raz picrwszy zaspicwano Que sera. 


. wyraz w r
kopisie trudny do rozszyfrowania
>>>
58 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


12 III 60 


Sprawunki 
Spodnie dla Marcina chyba b
d'} dobre, moze cokolwiek za szerokie 
w pasie, kupione w wielkim magazynie, lepsze bywaj'} tylko oryginalne aOle- 
rykafJ.skie, ale trudno je znaleze. 
Spodnica dla Agnieszki jest z tergalu i po praniu nie prasuje si
 jej. 
Troch
 si
 boj
, ze niebieski sweterek za maly, ale drugi na pewno dobry. 
Kolory dobralem, jak umialem. 
Koszule nosi si
 na wierzch, napisz, czy Marcin chce tak'} sam'} czarn'}. 
Papierosy oddaj Pawlowi, niech juz on porozdziela, bo to s'} i ode Olnie 
i od Zygmunta Hertza, ksi'}zki juz nie daj
, bo i tak paczka duza. 
Jakich butow potrzebuje Agnieszka? I Marcin? Jakiego rodzaju sukien- 
ka (calose) potrzebna jest Agnieszce? 
To wszystko, co posylam, w istocie bardzo tanio wyszlo (okolo 15 ty- 
si
cy), chociaz kupowane w dobrych sklepach, za to z 20% rabatem, bo za 
franki szwajcarskie wykupilem czeki dolarowe honorowane w tzw. wiel- 
kich magazynach. 
Obszerny list wysylam za par
 dni. 
Caluj
 J. 


List dostalem wychodz'}c, ale juz nie 
mam czasu dluzej pisae. 
Wajd
 widzialem, do kOl1.ca miesi'}ca 
chyba zostan
 w Paryzu. 
Bonner zaprasza mnie jako gOScia 
do Sztokholmu na koniec kwietnia. 


wtorek, dn. 15 marca 
Dopiero dzisiaj dowiedzialem si
, ze Kozniewski zabral ze sob'} tylko 
mal'} cz
se rzeczy, a reszt
 (teksasy dla Marcina, dwie dla niego koszule, 
skarpetki dla Agnieszki, papierosy) zostawil u Ewy Fiszer. Bardzo si
 tym 
zmartwilem, bo trudno przewidziee, kiedy nowa okazja si
 nadarzy. Wy- 
baczcie, ale wysylanie poczt'} przekracza moje mozliwoki. Nie umiem so- 
bie radzie z tzw. realiami, mam w tej chwili cal
 stert
 listow do odpowie- 
dzenia: Weidenfeld z Londynu chce noty bio-bibliograficznej (Ciemnofci 
pt. Inkwizytorzy wychodz'} w Londynie w kwietniu), Knoph chce tego sa- 
mego i jeszcze fotografii (w New Yorku w maju), Levici Editori pytaj'}, jakCl 
umow
 chc
 miee na Popi61 i diament, Silva pyta, kiedy przyjad
 do Genui,
>>>
DZIEN
IK PARYSKI (3) 


59 


Bonner pyta 0 to sarno w zwiqzku ze Szwecjq, nie znam dobrze zadnego 
j
zyka, aby sam emu to wszystko odwalie, nie mam maszyny, ludzie, na kto- 
rych mog
 liczye, Sq - ostatecznie - dose zaj
ci, pomysl 0 tym wszystkim, 

larysku, choe przez chwil
, i zrozum, ze mnie tu zzerajq te drobiazgi, nie 
umiem sobie z tym dae rady, nie wiem juz zupelnie, gdzie jechae, a gdzie 
nie jechae, wiem tylko tyle, ze musz
 zarobie tu jak najwi
cej, bo w Polsce 
nie zarobi
 grosza. Przy tym ta pogoda: wciqz kolo 20-stu stopni, godzin
 
slOlke, potem leje, chodz
 spocony jak mysz, w metrze upal, przy wyjSciu 
przeciqgi, wracam do domu zupelnie niezywy i wcale nie pisz
 0 tym, zeby 
si
 skarzye, ale zebys zrozumiala, ze po prostu nie co dzien jestem w stanie 
napisae cos z sensem. Od miesiqca nie mog
 kupie butow, bo ich jest za 
duzo. Nie wiem, jakie 11arcinowi Sq potrzebne: grube, solidne na kazd q 
por
, czy letnie mokasyny \V rodzaju tych, ktore mu Andrzej dal z Amery- 
ki? Ktory numer Agnieszki butow i jakie? To Sq bardzo tanie rzeczy. Tobie 
jaka suknia i jakie wymiary? Licz
, ze jednak teoria ostatniej zlotowki 
(przez Milosza wspomniana w jego ostatniej ksiqzce) jednak jest teori q na- 
ukowq i cos si
 stanie, zebym mial pieniqdze. Jak wiecie, mial dzisiaj przyje- 
chae \Vujaszek: Duzo z tego powstalo zamieszania, osmiuset wybitnych 
ludzi siedzi od tygodnia na Korsyce, Czeslaw tez si
 musi dwa razy dzien- 
nie meldowae, a tymczasem (gdy Kadar przyjechal do \Varszawy) przed 
niewieloma dniami rozstrzelano na \V
grzech mlodych chlopcow, ktorzy 
w roku 56-tym mieli po czternaScie i pi
tnaScie lat, a teraz stali si
 pelnolet- 
ni. Pomysl, wielkie osoby slq telegramy do Ameryki z prosb q 0 ulaskawienie 
Chesmana (nawet nie wiem, czy znasz t
 spraw
 - skazany na smiere, od 
czternastu lat przechodzi ciqgle przez rozne instancje i juz kilkanascie razy 
mial bye w komorze gazowej), ale 0 tym wszyscy milcz q . Tu si
 rozumie, 
jak nasz swiat jest spodlony i jak malymi kreaturami jestdmy w istocie my 
wszyscy. Sartre - ten kabot)'n - pojechal na Kub
, ale w sprawie tych 
chlopcow czekajqcych w wi
zieniu na mord, nie otworzy ust. Nawet Mau- 
riac ich nie otworzy, bo pragnie pokoju. Wszyscy czepiaj
 si
 jakiejs wiary, 
zeby usprawiedliwie swojq nikczemnose. Tu si
 \Vi
cej wie i dlatego tu jest 
jeszcze smutniej niz u nas. 
Pierwszq stron
 tego listu chcialem dolqczye do paczki, ale w por
 
si
 zorientowalem, ze moze bye czytana. Dlatego pisz
 paczce tylko ta- 
ki glupi kawaleczek. 
Caluj
 Was. 
J. 


. Nikita Siergiejewicz Chruszczow - przyw6dca KPZR i szef rz:}du ZSRR
>>>
60 


JERZY ANDRZEJEWSKI 


Teraz pokrotce realia: 
I) Po likie z Finlandii odpisalem, ze chc
 okolo 200 dolarow zaliczki, 
teraz obawiam si
, ze oni tez nie mog} posylac pieni
dzy do innego kraju. 
Niedobrze. 
2) Zaliczki wloskie maj} bye tak wplacone we Wloszech, ze tu je b
d
 
mogi ode brae we frankach. 
3) Czekam na 100 funtow z Anglii, tylko one mog} mnie na razie ura- 
towac od zupelnej plajty. 
4) Tu Popi61 i diamellt wci}z si
 przedIuza. 
5) Moze z Bram raju (film) cos wyjdzie, ale to jeszcze na wodzie pisa- 
ne. Wajdy na razie nie ma z powrotem. 
6) Trudnosci zakupow: za duzo wyboru. Texasy Marcina s} calkiem 
amerykanskie, sztywne, grube, bardzo dlugie, z rozlicznymi kieszeniami. 
Koszule cieple z tzw. polo (nylon z weln}): granatowa i bordo. Na razie 
musz
 kupic sobie spodnie z tergalu i buty, bo wlasciwie nie mam w czym 
chodzic. Ktory numer koszul nosi Marcin: 38, czy 39? 
7) Przed moim oknem dziej} si
 cuda: 0 swicie spiewaj} wilgi, wszystko 
si
 zieleni, sionce mam z samego rana, a cale popotudnie poblask zachodu. 
8) Powoli wychodz
 z calego miesi}ca neurastenii i ohydnego samopo- 
czucia. Mam pewne pomysly do pisani a, ale to jeszcze nie teraz. 
9) Martwi
 si
, ze nie mog
 w tej chwili przeslac zadnych pieni
dzy, ale 
wierz
 w swoj} gwiazd
, cos si
 musi stac. 
10) Sluchalem niedawno plyt na patefonie 0 dzwi
ku stereofonicznym 
(dwa pomocnicze aparaty) m.in. Cztery pory robe Vivaldiego, to cos fanta- 
stycznego, Marcin by oszalal. 
II) Przy najblizszych pieni}dzach kupi
 Warn wszystko, co trzeba, te- 
. . . . 
raz JUZ mc me mog
. 
12) Chcialem w dzien slubu Grzesia zadzwonie do Abgarowiczow, ale 
do lI-tej nie moglem dostac pol}czenia. Napisz
 do niego. 
Tyle na razie, zeby list nie byl przeci}zony, a chc
 go wysiae jeszcze dzisiaj. 
Do dzieci oddzielnie, z wczoraj wysialem trzy kartki, ale normaln} poczt}. 
CaIuj
 wszystkich. 
J. 


]erzy Andrzejewski 


Na tym konczymy druk fragment6w Dziennika paryskiego ]erzego Andrzejewskicgo; ca- 
lose ukaze si
 w "Bibliotece «KWARTALNlKA ARTYSTYCZNEGO»". (red.)
>>>
TRZY WIERSZE 


Trzy najwazniejsze wiersze polskiej poezji xx wieku. Po Czeslawie .Miloszu 
("Kwartalnik Artystyczny" or 3/15/1997), Stanisla\\ie Lemie (nr 4/16/1997), 
Janie J6zdie Szczepanskim (nr 1/17/1998), Ryszardzie Krynickim, 
(or 2/18/1998), ks. Janie Twardowskim (or 3/19/1998), Jarostawie 1vlarku 
Rymkie\\iczu (or 4/20/1998), Kazimierzu Hoffinanie (or 1/21/1999), Julia- 
nie Komhauserze (or 2/22/1999), Leszku Szarudze (or 3/23/1999), Piorrze 
Sommerze (or 4/24/1999), Gustawie Herlingu-Grudzmskim (or 1/25/2000), 
1vlarii Danilewicz Zielinskiej (nr 2/26/2000) prezentujemy wyb6r Ryszarda 
KapuScmskiego. 


Ryszard [(apuscinski 


Wybrane przeze mnie trzy wiersze SC:} tak gl
bokie i pi
kne, iz wydaje 
mi si
, ze wyb6r ten nie wymaga objasnien i uzasadnien. Wazna jest nato- 
miast kolejnosc: Hoffman, Kamienska, Baczynski. 


]Cazimierz Hofftnan 
Nad Safon,! 


tu noce SC:} mrozne 
otul skronie Safo 
w ciszy lisich krok6w 
p
ka z hukiem dC:}b 


pod rumowiem liki 
. . 
tura wleczne rogl
>>>
62 


TRZY WIERSZE 


tu noee sC} mrozne 
otul piersi Safo 
bo co je zaeisnie 
wielki ehlod od rzeki 
gdy przetaeza z ehrz
stem 
swoje okoliee 


tu noce SC} mrozne 
otul stopy Safo 
a bywalo przeciez 
plae drutami spi
ty 


dlugie igly wody 


tysiC}e nagieh ludzi 
krysztal 
po krysztale 


kto ci co innego 
tu przypomni Safo 
w sniegu jakie zwierz
 
z lotu jaki ptak 


Z tomu: Kazimierz Hoffman, Wiersze JVybrane, Wydawnictwo Morskie, 1978. 


Anna !(a1nienska 
Mindla 11arysia Diament 


Tej Mindli sehwytanej jak motyl we Franeji 
Mindli zgilotynowanej w Breslau 
eoz dac 
Naeht und Nebel 
Noe i mgla 
ona idzie na smierc wola 
Courage
>>>
TRZY WIERSZE 


63 


T ej Mindli z Konskowoli 
polskie miasteczko 
rynek jak paznokiee 
na rogu stoi dziadek Mindli 
pluje w zaswiaty 


Tej Mindli bez pi
knej glowy 
bez oczu sarny 
bez warg calowanych 
bez szyi jak wieza Libanu 
tej Mindli co ma Radose na drugie imi
 
Simchi 
co dae 


Tej Mindli ktora byla cork} 
siostq i ukochan} 
a nie zd}zyla bye matk} 
Marysi Diament bez dziecka w ramionach 
co dae 


Niepotrzebny jej nasz czas 
czas si
 konczy glowa opada 
l
k przed swiatem noc i mgla 
ona idzie drobna w}da 
Courage 


Z tomu: Anna Kamienska, W pol sloJVa, Czytelnik, 1983.
>>>
'. 


64 


TRZY WIERSZE 


!(rzysztof !(a1nil Baczynski 


*** 


Moja ty ciernna, 
w nocy wykuta, 
w strasznyrn obloku. 
Slowa jak skrzydta 
poodrywane 
umarlyrn wegorn. 


Oczekiwanie: 
te obce twarze 
zrnniejszone trwogC} 
SC} jak obrazki 
na dlugich lodziach 
dawnych norweg6w. 


Na cienkiej srnudze 
naszych sczernialych, 
wygaslych spojrzen 
przyszlosc kolysze 
jak obcy owoc, 
kt6ry juz dojrzal. 


PokC}d narn padac 
w gluche jeziora 
drzC}ce pod narni 
jak !zorn dwu spojrzen 
wrzeibionyrn w jeden 
urnarly karnien? 


To tylko huczy 
szarego srnutku 
rosnC}cy szerszen. 
Moja ty ciernna, 
w nocy wykuta, 
wykuta w srnierci. 


Z tomu: Krzysztof Kamil Baczynski, Utwory zcbrane, Wydawnictwo Literackie, 1979.
>>>
t 


, 


, 



 


.:/. . 


... ....- 
. ... :'.W
.." .:. 
1l_"\..{"..
.:; r...r : 
. 

5
. 
 
. " -y
:t

'$
'JiF 
,. -::$,:.-:-{

".
:r :. 
.. t.:;-' 
:
...:.}::"- 
; 



 
...
 
.
 

 
;... 

 
;::: 

 
""" 
'" 
""- 
'«: 



 
t1; 


I(azimierz Wyka 
Pesymizm a odbudo\va czlo,vieka (1) 


Tylko oddzialYJVanie na JJ'eJV'nqtrz, ocz.'Vszczenie i ttSzlachemienie duszy za- 
lezy od JJ'oli lztdzkieJ
 nie JVp
'VJV na sJViat i zycie. CzloJViek jest toporem 
Jvzniesionym przez nieJVidzialnq dlon - toporem, ktory sam siebie ostrzy. 
W tym samym semie moina by pOlJ'iedziei: zle czyny spelnia czloJJ'iek sam, 
dobre spelniajq Bog i 'natura przez niego. 


Friedrich Hebbel, Dzienniki 


I 


Duchowosc okrdlonej epoki wi
cej niejednokrotnie od tego, co w niej 
si
 midci jako sila ksztaltuj}ca i dziedzictwo pozniejsze, charakteryzuje 
to... czego danej epoce nie dostaje. Duchowosc kazdej doby wylania si
 
zawsze z nowego uladzenia i uszeregowania d}znoSci, sily w}tkow ducho- 
wych, ktore same \V sobie istniej} stale, tyle ze nadana zostaje im nowa 
hierarchia. Ale w zyciu ducha bywa jak w zyciu spolecznym: zawsze poni- 
zej hierarchii s} uposledzeni i odrzuceni, tyle ze kazdym na\\'rotem kto in- 
ny na to miejsce spada. I wygl}d pariasa i kto nim jest, pozwala odtworzyc 
wygl}d hierarchii.
>>>
66 


KAZIMIERZ WYKA 


Pariasem duehowym ezasow naszyeh jest ten wielki wC}tek mysli i uezuc, 
jaki potoeznie zwiemy pesymizmem. W duehowosci naszej doby brak ab- 
solutnie warunkow, ktore by pozwolily, juz nie powiem na rozwoj, ale 
zrozumienie, uznanie mozliwoki tego stanowiska, ehociaz rzeezywistosc 
spoleezna i historyezna wola 0 swoieh Izajaszow i \Vola na prozno. Nie by- 
10 ehyba nigdy takiej rozbieznosci, by podobna ilosc zla, ojea pesymizmu, 
rozprzestrzeniona w spoleeznym i historyeznym po\Vietrzu epoki, nie zdo- 
lala zupelnie przeeisnC}c si
 w jej powietrze: moraIne. 
Zazwyezaj optymizm jest oznakC} stabilnosei i pomyslnoki i, podobnie jak 
teorie automatyeznego post
pu, zwykl zakwitac tam, gdzie usuni
ta jest tro- 
ska 0 przyszlosc i gdzie si
 wydaje, ze rzeezy wprawione zostaly w tak prosto- 
linijny i eiC}gly rueh, iz nie go nie powstrzyma. Automaryzm optymistyezny 
\\ymagal dotC}d maehiny spoleeznej, w ktorej trybaeh nie ma ziaren piasku; 
dowiodl tego Sorel w Zludzeniach postfpu. Dzisiejszy brak pesymizmu jest 
przeto zjawiskiem tak niepoj
rym, sprzeeznosciC} tak niesamowiq, zc warro za- 
iste zatrzymac si
, pariasowi spojrzec w oezy, mowic si
 zdajC}ce, ze niezwyklej 
trzeba bylo pychy karlow, by przed progiem czasow stal on - niedopuszczony. 
\V spoleeznym i historycznym powietrzu rych lat dwudziestu, ktore hi- 
storycy w przyszloki zwac b
dC} zapewne latami mi
dzywojennymi , coz 
si
 dzialo? Wydaje si
 dzisiaj, z progu drugiej wojny, ta doba czyms za- 
mkni
rym, skonczonym, zwlaszcza dla rych, co z racji wieku swojego nie 
mogC} pami
tac ostatnich podiwi
kow ubieglego stulecia, lagodnym do- 
statkiem, ciszC} spokojnego zachodu barwiC}cych ostatnie lata sprzed wojny 
1914-1918. Jest ta doba ezyms zamkni
rym, 0 ile naturalnie przerwa dra- 
matu moze takie ceehy nosic. "RzeczywistokiC} calC} jest-ze entrJ-acte 
w teatrze" - pytal Norwid, a jednak przerwa, w ktorej nic si
 nie dzieje 
dla oczu widza, a dekoracje i osoby nowego aktu przygotowujC} si
 za 
kurtynC}, taka przerwa byla rzeczywistokiC} calego dwudziestolecia. Tak 
dalece te lat dwadzidcia wydajC} si
 mi
dzyaktem, nie ezyms majC}cym 
wlasny charakter, ale przemieszaniem ostatniej zorzy mijajC}cej epoki 
i pierwszych blaskow niewiadomego switu, ze niczyje slowa lepiej jej nie 
okrdlC}, jak slowa Norwida, poery historii, poety takich mi
dzyaktow 
i pauz. Same si
 cisnC} pod pioro wiersze z Quidama: 


Syn Aleksandra szedl jak czlowiek mlody 
W powietrzu, ktore nagaba sumienie, 
W powietrzu, zwianym z przedswitow Epoki 
Nowej, z m
tami starej - z siark
, z solC}, 
Z szeptaniem ksztaltow niktych jak obtoki, 
Z bitw gwarem, ktore maj
 bye, a bol:};
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


67 


Powietrzu, ktore, czujesz, ze si
 moze 
Zapalic wkoto, jak pomiodo Baze, 
I kometami rozstrzelic - miast wiele 
Zmazac, i ludzi porownac w popiele. 


vV tym mi
dzywojennym przygotowaniu przewijalo si
 jednak par
 
znamion konkretnych, ktore bez wzgl
du na rozgrywk
 dramatu juz 
wowczas si
 widzialo, nim ten na nowo si
 rozpoczC}l. Zbioro\\'osc ludzka 
coraz zr
czniej i silniej ujmujC}cl lejce rzeczywistosci fizycznej, coraz 
sprawniejsza we wladaniu materiC}, z niespotykanC} w zadnej chyba epoce 
przelomu stracila panowanie nad sobC} a szczegolnie nad tym, co w jedno- 
stce jest zasad
 etyki kolektywnej. Nie sens swiata fizycznego zostal zagu- 
biony, bo 0 ten po prostu nie pytal si
 ucywilizowany barbarzynca zurba- 
nizowanej i zindustrializowanej masy, zadowolony, ze dla uzytku swego 
ciala opanowal, nie - nauczyl si
 bezmyslnie wyzyskiwac prac
 mozgu 
zwyci
zajC}cego materi
. Zatracony zostal sens swiata ludzkiego, sens 
wspolzycia zbiorowego, sens rozmaitosci narodow i kultur, sens historii, 
ktora niczego nie "'poila, owa rzekoma mistrzyni zycia. Krotko - sens hu- 
manistyczny swiata padal w gruzy, humanistyczny w najszerszym znacze- 
niu wszystkiego, czym czlowiek jak stworzonym przez siebie zasobem 
wartoki duchowych si
 otacza. 
Stalo si
 to w ulamek chwili - w obliczu dostc;pnych nam dziejow czlo- 
wieka, nie mowiC}c juz 0 miarach rozleglejszych - nieledwie po tym kiedy 
czlowiek samoistny, ostatecznie oderwany od religii, uniesiony zostal w an- 
tropocentrycznej apoteozie. Kiedy nareszcie zostal wyzwolony i nareszcie 
ani w
zly wiary, ani ust
pstwa etyczne w imi
 wspolzycia z drugimi, ani 
wstyd przed zakrywanymi dot(!d tajemnicami psychiki go nie kr
powaly, a to 
co najmniej swiadome i najmniej ludzkie doczekalo si
 swojego tryumfu 
w kulcie zbiorowego instynktu, intuicji podswiadomoki. Hymny wyzwole- 
nia jeszcze nie przygasly, jeszcze je modulowali specjaliki; nareszcie nie 
w jednostce wysubtelnionej, ktora wlasnym trudem i rozmyslem dobila si.; 
absolutnej samodzielnoki czlowieka, ale w uprzeci
tnionej masie to wyz\\'o- 
lenie rozeszlo si
 pod ksztaltcm pigulek duchowych, gotowych skr
tek rra- 
. zcologicznych, umaczanych w setnej wodzie po marksistowskim czy relaty- 
wistycznym, czy freudowskim kisielu. 
RownoczeSnie dopiero w tym dwudziestoleciu dokonalo si
 naprawd
 
to, ku czcmu cala rcwolucja spoleczna zmierzala od czasu rewolucji fran- 
cuskiej. Padly wszelkie autorytcty i polityczne i kulturalne i religijne stule- 
cia dziewi
tnastego, padly wraz z ostatnimi wiclkimi monarchiami Europy 
l(!dowej. Nareszcie poczC}1 rzC}dzic Iud. Moze si
 wydac nieslusznC} przesa- 
dC}, ale naprawd.; dopiero tcraz, w tych wielkich ruchach spoleczno-naro-
>>>
68 


KAZIMIERZ WYKA 


dowych, ktorych kilka wydal ten czas przejscia, Iud jako masa, jako up raw- 
nienie zbiorowe dla prawdy gloszonych pqdow i ustrojow zostal podnie- 
siony do godnosci wyblagiwanej, przypisywanej mu mistycznie przez 
s\V)'ch prorokow z wieku liberalizmu mieszczanskiego. 
Dla zwolennikow tego lagodnego, pi
cioprzymiotniko\\'ego ludu, jaki 
istnieje w umiarkowanym socjalizmie, podobnym doprawdy w takiej swej 
roli do niewinnego baranka usadzonego na bestii, ktorej z
bow nawet 
on nie przeczuwa, podobne twierdzenie wydaje si
 bluznierstwem. 
A jednak tak jest. Jeszcze nawet w zeszlym stuleciu, mimo jego oficjalnej 
demokratycznoki, byly klasy spoleczne, ktore z racji wychowania czy 
urodzenia czy wreszcie zaslugi, na gatunek i metody rzC}dzenia wywiera- 
Iy lagodny wplyw i nie pozwalaly \\. ten sposob na calkowite ujawnienie 
si
 konsekwencji ludu jako instancji ostatecznej dla slusznosci rzC}dzC}- 
cych oraz tego, w swoich ciemnych pokladach, widzimy dzisiaj, zupelnie 
nie przetrawionego ludu jako bazy rekrutacyjnej dla ludzi, ktorzy zosta- 
nC} wyniesieni na szczyty i ktorych instynkty stanC} si
 prawem. Te konse- 
kwencje dopiero w naszych oczach ukazaly si
 w zupelnej obtitosci i to 
w obydwu dotC}d zahamowanych kierunkach. Ujrzelismy ruchy i pqdy, 
dla ktorych jedynC} i najwyzszC} sankcjC} prawdy i kazdej zbrodni w jej 
imi
 popelnianej, stala si
 masa przeci
tna, narod jako to wszystko, co 
wyodr
bnia, co podcina zwiC}zki zywotne poza narod si
gajC}ce. Mozna 
to naturalnie nazwac uzurpacjC}, terrorem zewn
trznym - i tak post
puj'l 
przedstawiciele barankowego poj
cia ludu. Bytoby to zastrzezenie slusz- 
ne, gdyby nie rekrutacja spoleczna owych rzekomych uzurpatorow, po- 
czynajC}c od najwi
kszych, od tych kilku, ktorych nazwiskami znaczyc 
b
dzie historia te lata chaosu az po najskromniejszych wykonawcow 
(i oprawcow). Cala ta struktura ludzka wywodzi si
 przeciez w jednym 
pokoleniu z tzw. ludu, wszystko to sC}ludzie, ktorzy wlasnie swemu pro- 
stemu pochodzeniu, wlasnie brakowi wszelkich hamulcow etycznych, 
ktore jeszcze niedawno temu rzC}dzC}cy posiadali, a doskonalemu zrozu- 
mieniu utajonych instynktow mas, skrywanych dotC}d wstydliwie, bo nie 
znajdujC}cych oficjalnego i upragnionego ujscia, zawdzi
czajC} swoje miej- 
sce. Niech wi
c nikt nie oskarza tyranow dzisiaj, niech nikt nie wola 
o ucisnionej niewinnoki mas ludzkich, poniewaz nie skC}dinC}d, lecz z ich 
.obr
bu wytrysn
lo wszystko - co danym jest nam przezywac. Temu ab- 
solutnie demokratycznemu pochodzeniu przywodcow, sprawcow i sa- 
mych doktryn nie zaprzeczy zaden sofizmat. 
I coz w tych duszach, ktore z miazgi zbiorowej wielu narodow, z ich 
podziemi wyniesione zostaly ku nasladownictwll, ku prawdzie gloszonej 
doktryny, ujrzelismy, my swiadkowie tego niezwyklego doswiadczenia?
>>>
PES Y M I Z M A 0 D BUD 0 WAC Z LOW I E KA (1) 


69 


Otwarte czelukie i wybiegaj} z nich stwory psychiczne gorsze od zwidzen 
demonologow, bo stwory zatajone w duszyczkach dziennikarzy, nauczycieli 
ludowych, samoukow-rzemidlnikow, prowincjonalnych kupcow i adwoka- 
tow, nieukOl1czonych studentow, urz
dniczkow. Wi
c tyle kryje w sobie ten 
przyczajony, najzwyklejszy czlowick i trzeba jedynie warunkow, aby prawda 
takich ludzi rozkwitn
la nagle i przerazila swym piekielnym kwiatem. 
Czlowiek sam sobie pozostawiony, w samotnoki ze swoimi instynkta- 
mi i dyspozycjami odziedziczonymi po nieznanych mu przodkach, jakiez 
to odpychaj}ce i niskie widowisko. Jakzez malym, n
dznym stworzeniem 
jest ten czlowiek samotny i jak si
 ludzic, ze sam przelamie pot
gi diabel- 
skie, w rum utajone. Omotany jest przez nie, zostawcie bez dozoru, odda 
si
 irp z rozkosz}, bo nareszcie w tym ukisku nie b
dzie musial panowac 
nad sob} i zwyci
zac siebie. Zarazliwosc doktryn chaosu - tylko znaczki 
ferajny odmienne - bo w kazdym narodzie tkwi slabiej lub mocniej opa- 
nowany przez wieki laski i kultury, czlowiek nagi, dziki i samotny. I wy- 
starczy mu wmowic, ze ta samotnosc, ktorej si
 kka i przed ktor} umyka, 
jest jego prawem i wyzszosci}, ze powinien si
 w niej pogr}zyc, a uslucha. 
Widz}c gn
bienie Zydow, zapomni, ze wykruszaj} zycie jego narodu, bo 
ma sklepik pelniejszy zglodnialych nabywcow; widz}c chwilowy swoj do- 
statek, zapomni w chwili sytosci, ze i na niego czeka kolej; pojdzie za ra- 
mi
 do zbrodni, bo tu si
 dopiero wyzyje i b
dzie czyms grozniejszym 
i wyzszym. Diabel skazonej natury ludzkiej jest wsz
dzie ten sam, choc 
mowi rozmaitymi j
zykami i porozumiewa si
 natychmiast, zw}chuje si
 
blyskawicznie. Ta zbrodniczosc doktryn chaosu, juz nie przeciwko slabym 
skierowana, ale przeciw Bogu i jego pi
tnu na poszczegolnych narodach. 
Dlawi}cy smutek tego widowiska. 
J akid skazenie pierwotne i nieczystosc jest w czlowieku, odrzucaj}cym 
wszystko, czym go przeszlosc i przodkowie obdarzyli. Ten brak radoki, 
czystego smiechu, uweselenia, ktore znamionuje czlowieka prawdziwego, 
jakzez widoczny jest w czlowieku samotnym, ponurym zwierz
ciu. Smiac 
si
 nie umiej} jak zwierz
ta. Cieszyc si
 tylko potrafi} z cudzego nieszcz.
: 
kia i na cudz} krzywd
 umi
j} uderzyc w dzwon radosny, nie znaj} rado- 
ki czystej. Nie ma w czlowieku wiele dobra poza tym, co zostalo wypra- 
cowane i w trudzie utrzymane, stracic moze czlowiek wszystko, co zdaje 
si
 czlowieczenstwem i jego istot}. Ohyda pogrzebna u dna dusz, przej- 
kie wprost w panstwo straconego. Szatan za pych
 ukarany i czlowiek, co 
z pychy ujawnia swoje z nim pokrewienstwo. 
Pycha. Pycha czlowieka wspokzesnego, jakas ostateczna konsekwencja 
dumnego antropocenrryzmu, u ktorego kresu ujawnia si
 bestia.obnazona, 
kultura nietkni
ta. Pycha, co czola przed niczym nie schyla, przed Bogiem
>>>
70 


KAZIMIERZ WYKA 


i przed tym jedynym dzielem ludzkim, ktore ma w sobie znami
 dobroci 
i ukojenia splywaj}cego na kazdego - przed sztulq. Ta pasja niszczenia, ktora 
u siebie pohamowana, wylewa si
 z Oknltn} swobod}, kiedy nareszcie otworz} 
jej bramy na cudz} ziemi
. M
czenstwo dziel sztuki - zestawienie poj
c, kto- 
rego, zdawalo si
, nie pozna juz kultura Europy. Kloq si
 i w katalogach od- 
notowuj}, i szukac b
d} wsz
dzie znaczka pocztowego 0 nadlamanej w rogu 
linii, a zbezczeszcz} i z ogniem puszcz} dziela nieprzeplacone, biblioteki, bu- 
dowle. SprzecznoSci naszej doby, na ktorych rozpi
ci, gubimy si
 i tracimy. 
A w tym zlu najpotworniejsza jest zaiste jego nidwiadomosc wlasnej 
roli, brak wyrzutu, skrzywienia wewn
trznego, wywolanego przemozn} 
obecnoSci} szatana w duszy. \V mozgach i sercach tych gladkich mlo- 
dziencow, wszystko jedno jakim mowi:} j
zykiem, kazdcj chwili gotowych 
do okrucienstwa, nie gosci zapewne zadne przeczucie grozy, potwornosci 
przez siebie zasiewanej. Szatan w nich przebywa, dla nich niewidoczny. Ta 
niedostrzegalnosc zla, brak widzenia wewn
trznego dla jego ukrytego 
sprawcy jest czyms niesamowicie przerazaj}cym \V naszej kulturze i wieku. 
Nigdy wladza zlego nie byla wszechmocniejsza, bo tak niewidoczna, uta- 
jona przed oczyma swych doraznych wykonawco\v. 
Obyczajowosc i pismiennictwo ubieglych stuleci, przede wszystkim zas 
pismiennictwo zeszlego wieku przyzwyczailo nas do obrazu zla, nie zakry- 
walo przed nim oczu. Zlo Baudelaire'a, Dostojewskiego, Zoli, Zeromskie- 
go, Conrada. Ale nauczylo nas rownoczeSnie rozpoznawania zla, ukazalo 
zlamanie duchowe, zgn
bienia, straszliw} brzydot
 nast
pstw i sam} brzy- 
dot
 wykonawcow zla, towarzystwo chorob, szczurz}, zdradliw}, kr
tack}, 
niepewn}, po zakamarkach i nieodwiedzanych zak}tkach dusz obecn}, 
w ciemnosci, w odosobnicniu, w strachu przed ujawnicniem si
 spolecz- 
nym, przegryzaj}q boskie spojenia czlowieczellstwa prac
 szatana. Tropy 
diabelskie byly tu \\'}'razne i nie mozna si
 bylo pomylic w ich rozpoznawa- 
niu. Bl}d, choroba, grzech, upadek czlowicka pod brzemieniem, ktore tyl- 
ko szatan nosi lekko, a pod ktorego cZ
Sci1 juz cztowiek pada i rozprz
ga 
si
 - wiedziano, jakim imieniem nazwac znaki szatana. ]cden Dostojewski 
nie l
kal si
 wzi}c tego brzemienia, nie chcial nazwac ani pot
piac, pozo- 
stawial swoich ludzi diabelskiej wladzy, zabranial im pokuty, nie uznawal 
moralnoSci kary. Ale i on si
 uginal, bo jak}z brzydoq tlzyczn:}, ohyd} oto- 
czenia, odstr
czaj}cym oparem n
dzy, niedbalosci, placil za t
 zgod; na 
zlo. Odstr
czal, po niewoli odpychal, jak swiadek, ktory nie moze zaprzc- 
czyc prawdzie swoim wygl}dem, chocby pragn}l zaprzeczyc slowami. 
Groza zla byla tam oczywista, cuchn}ca, rozpoznawalna. T e oznaki 
grozy dzisiaj nie wystarcz:} i nie wskazuj} obecnosci szatana. Tam zlo by- 
10 indywidualne, w jednostce i dlatego z takimi oporami musialo walczyc,
>>>
PESYMIZM A ODB UDOWA CZLOWIEKA (1) 


71 


bo eziowiek nieosmielony nasladownietwem l
ka si
 ujawnienia, albo- 
wiem nie wie, ezy przypadkiem nie jego tylko dusz
 szatan sobie szeze- 
golnie obral. Opiera si
, oddaje si
 tylko w eiemnej samotnoSci i t
 skry- 
tOSci
 poswiadeza przewodnietwo moey jasnyeh i boskieh. Osmielenia 
tylko potrzeba. Komus komu odtr
eony wszeptal upareie, ze nieeh pod- 
niesie glos, a nie przebrzmi niewysluehany, a odpowiedz
 mu rzesze do- 
t
d przyezajone. Osmielenia si
, uznania si
, skupienia si
 ludzkiego 
w imi
 spyehanego i zwalczanego trzeba. I dlatego zlo naszyeh dni jest 
dla swyeh sluzek niedostrzegalne, a obeene na samej powierzehni ieh 
dusz i ezynow, poniewaz nauezono ieh, ze w tym si
 porozumiej
 i zw
- 
ehaj
. Groza powszeehna, wspolnie stwarzana, w ktorej si
 powszeehnie 
uezestniezy, przestaje dzialac. 
S
 dni apokaliptyezne, ale na inny ieh widok bylismy przygotowani. 
Apokalipsa naszyeh ezasow jest usmieehni
ta, zdrowa, mloda, mIodziutka, 
az 0 dzieeinstwo dotyka, pelna oezu na pozor niewinnyeh, jest wymyta, 
wyezyszezona, lubi film, piosenki, buzie i nozki Iadne, i dlatego wymiary 
jej niesamowitoSci w rzadkieh jedynie ehwilaeh dadz
 si
 przeezuc. Trud- 
no bylo przewidziec, ze szatan az tak si
 zamaskuje. 'Ze nie b
dzie szezu- 
rzego zakamarku, wyrzutu, skrzywienia, swiadomoSci grzeehu i upadku, 
ze te wszystkie przeszkody usunie on swoj
 przemyslnosci
 a rownoeze- 
snie jego dziela b
d
 si
 dokonywac w SIOl1cU najpelniejszym. Ivlorduj
, 
kaleez
, zn
eaj
 si
, grabi
, Iupi
, niszez
, hanbi
, s
 bandyei i mali zlo- 
dziejaszkowie, s
 eyniezne hieny 0 mozgaeh wycwiezonyeh w sztuee nieo- 
wania oezywistosci, s
 pi
sci gotowe miazdzyc; rozmaitosc i pomysiowosc 
wykonaweow zia jest nieobj
ta, ale na zadnym szezeblu nie znaj
 wyrzutu 
i nie walczy w nieh z wladq eiemnoSci przeezueie dobra. 
W iluz to krajaeh ta sarna oezywistosc zia i jego niewidoeznosc. Podpa- 
truj
 si
 wzajemnie, uez
. Te same objawy i ten sam sprawea wyst
puj
ey 
pod odmiennymi i skloeonymi zawolaniami, ale slepy dojrzy, ze jego za- 
wolania przypadkowe nie stanowi
 zadnej rozniey istotnej. B
d
 zapewne 
przyszli historyey wysuwac rozmaite powody tego spotwornienia histo
ii; 
zbestializowania narz
dzi i 
konaweow, w rz
dzie powodow znajd
 si
 
zapewne i psyehologia narodow i ieh skionnosc, nie wsz
dzie rownomier- 
na, do okrueienstw, i bezwzgl
dnosc walk zyeiowyeh przetworzona w po- 
dobne srodki walk mi
dzynarodowyeh i niesprawiedliwosc podzialu swiata 
i wiele innyeh. Wyliez, ile zdolasz, pozostanie wspolna w kazdej odmien- 
nej sytuaeji, kazdej "ideologii" mi
dzywojennego ehowu, tozsamosc zja- 
wisk, wyjasniaj:}ea obeenosc szatana i bez niej nie pojmiesz niszezyeielskiej 
nieuzyteeznosci, bezeelowej pasji deptania tego, co juz ziamane, hanbienia 
tego, co zwyei
zone.
>>>
72 


KAZIMIERZ WYKA 


Jezeli kto w}tpit 0 niewidzialnosci Boga i jego wszechobecnym czuwa- 
niu, niech ogl}da, jak odtr}cony podpatrzyt jego spraw
 i niech wie, ze ni- 
gdy chyba nie byt on blizej Boga, bo nie wdarl si
 bardziej w jego jedyne 
wtaSciwoSci. Bo dobro kieruje nami i rue uwidacznia si
, nie naprzykrza, 
skoro jest ufnosci} najwyzsz}, task} i pewnoSci}, ze zbt}dzony i pomylony 
nawroci sam, przybiegnie do stop, kiedy well 0 chwili niewiadomej uderzy 
promien taski i rozswietli przebywan} i ciemn} z POZOfil drog
, pokaze, ze 
na kazdym zatomie i niepewnoSci czuwata dtot1 przewodnicza i powiodta 
tagodnie i teraz dopiero, w promieniu Bozym, widnieje i jest obecna 
w przesztosci. 0 tej mocy marzy odtr}cony i zwyci
za, gdy uda mu si
 na- 
sladowae i umknie sptoszony, kiedy nazwae go jego imieniem - ty niski, ty 
szczurzy, ty lichy, ktorego dzieta nie przetrwaj}, ktorys za staby, by nie sy- 
czee, gdy bije w ciebie promiell stusznoSci i zwyci
stwa. 
Doktryny chaosu nie widz} jednakze w sobie fermentu przejScia. \Vidz} 
wtasnie prob
 wyprowadzenia swiata z chaosu i prob
 s}du, kto jest wino- 
wajc} takiego stanu. Cech}ludzi prymitywnych jest to, ze dla uzdrowienia 
rzeczywistosci uznaj} tylko i widz} sposoby prymitywne, a kiedy te okazu- 
j} si
 zawodne, nie sposoby swoje prymityw zreforn1uje, ale b
dzie si
 
mscie na tej reszcie nieuwzgl
dnionej, nie mieszcz}cej si
 w jego poj
ciu 
rzeczywistoSci. Gdy Murzynowi nie udaje si
 nakr
cie budzika, to budzik 
rozbije, ale nie przypatrzy si
 kotkom. Prymitywne reformowanie jest oj- 
cern niszczenia tego, co si
 w planie prymitywnym nie midci. 
Ta karla, nikczemna niezaradnose jakzez t}czy ustroje duchowe i poli- 
tyczne, ktore miaty zbawie swiat w latach mi
dzywojennych. Te systemy 
duchowe najbardziej byty pozbawione przyprawy, bez ktorej wszelka prze- 
budowa swiata czy cztowieka staje si
 bezradnym choe pysznym doktryner- 
stwem: nie posiadaty odrobiny pesymizmu, odrobiny widzenia swiata pod 
k}tem niedoskonatoSci i braku. Dla komunisty, narodowego socjalisty czy 
faszysty rzeczywistose doqd nie b
dzie doskonata, dopoki nie przybierze 
formy nakazanej przez uzdrawiaj}c} doktryn
. T
 form
 udaje si
 jej na 
pewnej przestrzeni narzucie: mimo to nawet na tej przestrzeni rzeczywi- 
stose nadal doskonata nie jest, chociaz wedtug doktryny juz bye powinna. 
Wobec tego istniej} pewni, okrdleni, daj}cy si
 nazwae po imieniu wino- 
wajcy. Dla jednych ludzie innego pogl}du, dla innych cate zakresy ducho- 
we, jak np. religia dla komunizmu i cata nienawise za niepowodzenie na 
nich si
 skupia. Po\Vstaje to najohydniejsze rozdarcie moraIne, ktore na 
kazdym kroku, przy kazdej formule fanatyzmu, przynosity lata mi
dzywo- 
jenne: gOr}czkowy, prostacki optymizm, chwalba dla siebie samego jako 
strona gorna doktryny, a pod ni} pqd nienawisci, okruciellstwa, zbrodni - 
wstydliwie przestaniany, ale ten, ktory jest wtaSciwie krwi} zywotn} syste-
>>>
PESYMIZM A ODB UDOW A CZLOWIEKA (1) 


73 


mu. Bo gdyby nie by to ludzi, grup, pogl
dow, narodow, na ktorych mozna 
by umidcie win
 zupetn} za niedoskonatose wcielenia i reformy, musiataby 
powstae rysa nie do spojenia w rym oficjalnym, przepojonym prymitywn
 
pych
 optymizmie. Cos jak odrzucony wyrzut sumienia, ktory przeszedt 
w nienawise, by nie mogt powrocie i dr
czye. 
Systemy i ludzie walcz
cy rzekomo z chaosem, a wi
c, zdawatoby si
 pre- 
destynowani do pesymistycznej wizji rzeczy, bynajmniej jej nie posiadaj
. 
Posiadaj
 jcdynie bardzo pesymisryczny obraz swoich przeciwnikow i dlate- 
go gt
bokiej zmiany nie s
 w stanie dokonae. Wydaje im si
, ze winni s;} 
pewni ludzie czy pewne klasy b
dz insrytucje, ale nie umiej
 si
gn
e gt
biej 
i zrozumiee, ze takie napi
cie chaosu zrodzone zostato zapewne z wstrz
- 
snienia pierwszych podstaw natury ludzkiej, z zapomnienia 0 jej niezmien- 
nosci i z chybionej proby uznania za dobrc wszystkiego, co w niej egzystuje. 
To jest bowiem slepota optymistycznej dumy zasianej w masy ludzkie. Sle- 
pego optymistycznie stae tylko na skupienie winy na wybranych przeciwni- 
kach, i to za\vsze dowolnie, zawsze w mysl doktrynerskiego widzimisi
; sle- 
py optymisrycznie ma pole winy ciasne. "Szcz
sliwi doprawdy ucisnieni, 
gdyby zgniataj
ce ich sity przybieraty nadal twarz ludzk
, gdyby miaty jesz- 
cze ztosliwose i egoizm, 0 ktore oskarza si
 tyranow. 
iestery, tyranow juz 
nie ma, lecz ucisnieni s
 ci}gle. Nie ma juz jednostek ani klas spotecznych 
nawet odpowiedzialnych za jarzmo, ktore ci}zy na masach i tamie jednost- 
ki." (Robert Aron i Arnaud Dandieu, La revolution necessaire.). Wina jest 
pospolna i musi bye wzajemnie niesiona. Ale tymi stowy nie przemowisz do 
wystrojonego w doktryn
 kottunstwa. 
Komentarzem czasow najlepszym Apokalipsa. Groza zalewaj
ca swiat, 
okrucienstwo i fanaryzm, bestia rozp
tana. T\\'orcami jej male, zaplute na 
siebie wzajemnie, ochrypni
te od "propagandy" karty. Tyrani, ktorzy nie 
przewodz
, ale s:} funkcj} algebraiczn:} mas, ich niewolnikami bardziej skr
- 
powanymi od pospolitego prostaczka. "Dyktatorzy s
 lokajami ludu i ni- 
czym \\ri
cej - (sobacza zreszt
 rola), stawa zaS jest wynikiem przystosowania 
si
 jednego umystu do gtupory narodowej", \Votat Baudelaire. !\latose okrut- 
na, malose masy, pot
znej tylko liczb
, przerzucaj
cej do siebie starystykami: 
mysmy ryle sptodzili, a wy ile ptodzicie? I fatszuj:}, i udaj:}, ze sptodzili i prze- 
widuj;}, ile bye powinno za lat dziesi
e, za dwadzidcia, kiedy si
 dogoni!, 
przdcign
. I napetniaj
 bomby i montuj;} samoloty i kuj;} lufY, by nie dae si
 
przdcign;}e, by ujarzmic, wygnide, wystrzelae konkurenta. I to wszystko ra- 
dosnie, hucznie, z entuzjazmem, "W oparciu 0 wol
 narodu". 
Przed progiem dusz parias zebrz
cy wst
pu - pesymizm. Nie ma dla nic- 
go micjsca, chaos absolutny wszystko zmidci, ale zasklepit si
 nieprzepusz- 
czalnie przcd lada powiewem z tej atmosfery. Dlaczego tak, dlaczego tego
>>>
74 


KAZIMIERZ WYKA 


miejsca posk
piono? By na to pytanie odpowiedziee, musimy jednak naj- 
pierw przerwae rozwazania nad epok
 optymistycznego chaosu i radosnego 
okrucienstwa, a przyjrzee sit; podstawowym strukturom pesymizmu, ponie- 
waz to dopiero naprowadzi i na odpowiedi na rzucone pytanie i na to, 
czym pesymizm bye musi \V czekaj
cej nas odbudowie czlowieka i swiata. 


II 


Zrodlem pesymizmu jest poczucie niedoskonalosci i braku czlowieka 
albo tez calego swiata, poczucie, ktore, dostrzegaj
c nieuchronne skaze- 
nie przez zlo i niepoprawnose obranej pod badanie moraIne sfery, kaze 
poza ni
 umieszczae dziedzin
 wartoSci bezwzgl
dnych. Pesymizm jest 
przeto z natury swojej dualistyczny moralnie . Moralnie, nie ontologicz- 
nie, choe zasadniczo monistyczne formacje ontologii nie s
 w stanie po- 
rodzie pesymizmu. Opiera sit; pesymizm na przeciwstawieniu etycznym, 
na napi
ciu tragicznym, podobnym do napi
cia egzystuj
cego w zjawi- 
sku tragicznoSci. Optymizm jest moralnie monistyczny . Optymizm naj- 
bardziej bezwzgl
dny, optymizm naturalistyczny, dla ktorego swiat rze- 
czywisty bez zadnych uzupdnien jest w mysl oslawionych slow Leibniza 
najlepszy z mozliwych swiatow, taki optymizm nie zna zadnego napi
cia 
ani przeciwstawnoki, caly oparty jest 0 tozsamose swiata i wartoSci. Fi- 
lozofia tozsamosci w kazdym swoim wygl
dzie uczy optymizmu. Pesy- 
mizm tej tozsamoSci moralnej nigdy nie zna - sarno jej dopuszczenie 
przekreSla pesymistyczn
 wizj
 rzeczywistosci. 
Mozna by w konkretnych systemach pesymistycznych szukae dowodu, 
ze nieprawda jakoby ten dualizm etyczny byl konieczn
 baz
 pesymistycz- 
nego stanowiska. To system Schopenhauera. Ta druga klamra dualizmow 
pesymistycznych, ktor
 zawsze tworzyl Bog jako ostatnia ostoja dobra, zo- 
stala przez Schopenhauera odrzucona. Bog chrzeScijanski jako st\vorca 
i wzor wartosci nie istnieje dla niego; slepa wola, jako zasada bytu, ta \Vo- 
la, ktorej niewiele brakowalo, a nawet w tym systemie moglaby zostae 
uczczona i nazwana Najwyzszosci
, zostaje utrzymana na stopniu zla bez- 
wzgl
dnego, rodziciela ustawicznego cierpienia, ustawicznego i nigdy nie 
daj
cego si
 nasycie nat
zenia pragnien ludzkich, rodziciela czasu, zmien- 
nOSci, tych swiadkow najwyzszych nicoSci naszej. Eyt kierowany slep
 wo- 
l
 godzien jest tylko zaprzeczenia i wykruszenia przez czlowieka, ktory 
poznal jego wybiegi i nie zgodzi sit; na niewolnictwo w sidlach woli, manii 
ludz
cej zaspokojeniem, jakie nigdy nie przyjdzie. Z pozoru wi
c calkowi- 
ty monizm pesymistyczny, tozsamose jak w optymizmie, ale innych pier- 
wiastkow - bytu i zla.
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZl.OWIEKA (I) 


75 


J ednakze i tu dwoistose sfer moralnych, wbrew zapewne swiadomemu 
pragnieniu wielkiego m
drca i artysty, utrzymuje si
 - ze w proporcji nie- 
pomiernie okrojonej kosztem sfery wartosci bezwzgl
dnej, to rzecz inna. 
Dose, ze utrzymuje si
, a obecnose taka podkopuje od razu caly system. 
To litose jako zasada etyki Schopenhauera, ktora lagodzie ma bestie ludz- 
kie w ich pozyciu wzajemnym i kontemplacja estetyczna jako zasada, ktora 
pojedynczego czlowieka wyzwala z obj
e woli zycia, ktora usmierza w nim 
zlo swiata i zlo jego samego. I litose i pi
kno, napiszmy blizej mysli Scho- 
penhauera - i litose i muzyka nie s
 z porz
dku swiata takiego, jakim go 
widzial filozof, s
 one z tego drugiego, nie daj
cego si
 pomin;}e, choeby 
go przyszlo dalej niz ktokolwiek nakrdlie - brzegu wartosci. Bo nie bylo 
bynajmniej czyms konsekwentnym ze stanowiska pesymistycznych zalozell 
systemu to wywyzszanie eryczne litosci: skoro wyniszczenie woli zycia ma 
bye celem czlowieka swiadomego, czyz nie lepiej, by hydra ludzka po zaria 
si
 pr
dzej sama i by rychlej wol
 wyniszczyla? Naturalnie mozna to ode- 
przee podobnymi kruczkami myslowymi, jakimi Schopenhauer odpieral 
kwesti
 samobojstwa, jako najprostszego unicestwienia woli. 
Tak wi
c i ten system najbardziej skrajny swiadczy, ze w pesymizmie 
dualizmu moralnego, jako bazy tego stanowiska, nie daje si
 usun;}e ni- 
gdy. A to zas znaczy, ze nie daje si
 nigdy z pesymizmu wydzielie, choe- 
by rownoczdnie padaly, jak u Schopenhauera, diatryby na "judeo-chry- 
stianizm", utajonego w nim pokladu chrzdcijanskiego. Pokladu, ktory 
widz:}c zlo i niepoprawnose, ktory poszerzaj
c je nawet do rozmiarow 
predestynacji, na jak
 nie podziala Laska, nawet do tych wymiarow, co 
nie mieszcz
 si
 w katolicyzmie, zachowuje jednakze brzeg drugi warto- 
ki absolutnej, ktory z najgl
bszego upadku nie zamyka oczu na jasnose 
i tego dualizmu erycznego nie uklada nigdy na prawach rownorz
dnoSci 
manichejskiej, skoro nawet tak skromnie stan:}wszy na brzegu dobra, jak 
Schopenhauer, umie z tej strony widziee rzeczywistose w jej odblasku 
nieskazonym. Ta pewna miara, ta pewna rownowaga jest czyms koniecz- 
nym juz nie tylko ze stanowiska dobra, ale ze stanowiska skutecznoki 
pesymizmu . Zobaczymy nizej to dziwne zjawisko, ze wlasnie pesymizm 
dla swego dzialania moralnego domaga si
 tej przeciwnej mu ostoi, a to, 
co si
 wydawalo pesymizmem bezwzgl
dnym, nieust
pli\Vym, okaze 
swoje oblicze skrzywione pych
 ludzk;}; bo pycha moze si
 nosie wynio- 
sle i niedost
pnie, ale pycha moze kajae si
 w urojonych skargach i nic 
przestaje bye sob
. 
Poczucie niedoskonalosci i skazenia oraz dualizm etyczny to \\'i
c dwa fi- 
lary glowne pesymizmu. Ale pesymizm jako system waha sit; zaleznie od te- 
go, gdzie to poczucic zostanie umiejscowionc: czy za zl! i skazon;} uznajc
>>>
76 


KAZIMIERZ WYKA 


sit; nature czlowieka czy sam porzadek swiata . S
 to te dwa zasadnicze bie- 
guny pesymizmu, mit;dzy ktorymi od zarania chrzeScijanstwa przesun
l sit; 
ow wielki pqd ducha. Naturalnie, skoro zlo widzi sit; w ulomnej naturze 
czlowieka, nie znaczy to, by z porz
dku swiata zostawalo ono wykrdlone 
calkowicie; znaczy jedynie, ze widzi sit; je przede wszystkim w naturze ludz- 
kiej. I na odwrot: zlo widziane w urz
dzeniu pozaludzkim swiata nie ozna- 
cza wyanielenia zupelnego natury ludzkiej, oznacza jedynie, ze przedc 
wszystkim w tym urz
dze11iu nalezy go szukae. To s;} dwie zasadnicze struk- 
tury pesymizmu, ktory w obrt;bie tych struktur zasadniczych moze sit; roznie 
jedynie ostrosci
 akcentow kladzionych 11a s
dy 0 naturze czlowieka lub na- 
turze rzeczywistoki. 
Pierwsza struktura pesymizmu to pesymizm chrzeScijallski z dzidem sw. 
Augustyna u szczytu, struktura druga to pesymizm romantyczny z wiencz
- 
cym go dzidem Schopenhauera. Przeciwstawienie, zwlaszcza w swym dru- 
gim czlonie, moze sit; wydawae dosye paradoksalne, postaramy sit; jednak 
dowieSe, ze taka wlasnie tormacja pesymizmu jest najostrzejszym przeci- 
wienstwem pesymizmu chrzeScijanskiego. 
Kamien wt;gielny pesymizmu chrzdcijallskiego stanowi nauka 0 grze- 
chu pierworodnym. W Nowym Testamencie 0 grzechu pierworodnym, 
jego skutkach i zmazaniu mowi
 tylko Listy sw. Pawla. Rzecz to charak- 
terystyczna, ale nie niespodziewana, ze zajmuje sit; q nauk
 ten jedynie 
pisarz Ksi;}g Kanonicznych, ktory z nich jedyny posiada surow
 i pesymi- 
styczn
 wizjt; natury ludzkiej, peln
 pasji w karceniu, w nienawisci do zla 
ludzkiego, ten co wolal "nie rozumiej wysoko, ale sit; boj". Zostaje ten 
grzech zmazany ofiaq Chrystusa, z Nim "stary nasz czlowiek pospolu 
jest ukrzyzowany, aby zepsowane bylo cialo grzechu i abysmy dalej nie 
sluzyli grzechowi" (Do Rzymian, VI, 6). Otwarta zostala wprawdzie 
czlowiekowi droga do doskonalenia sit;, ale nie zostala przywrocona do- 
skonalose utracona. Smiere cielesna jest tu wskazaniem tych skutkow nie- 
zmazanych nawet ofiar
 Chrystusa, bo przeciez praojciec Adam mial bye 
nidmiertelny cieldnie, a smiere fizyczna, jako kara za grzech pierworod- 
ny, przeszla na jego wszystkich, az po skonczenie swiata, potomkow. 
Skutki grzechu pierworodnego wit;c trwaj;} i w postaci sklonnoki naszej 
natury i w postaci faktow, a ich rozumienie bylo w historii chrzcScijanstwa 
zarodem sporow i pott;pianych przez Kosciol katolicki interpretacji, pre- 
destynacyjnych absolutnie w duchu Kalwina, czy predestynacyjnych 
w mierze lagodniejszej w duchu Jansena, ale czy tak czy inaczej pojmo- 
wany, takie czy inne wydaj;}cy skutki spoleczno-religijne (purytanizm kal- 
winski) on to zawsze, symbol odpadnit;cia natury ludzkicj od dobra jest 
filarem pojmowania tej natury w chrzdcijallstwie.
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


77 


Kosciol katolicki swoje stanowisko w tej kwestii ustalil na soborze try- 
denckim, wowczas kiedy reformacyjne interpretacje grzechu pierworodnego 
domagaly si
 dokladnej odpowiedzi Kosciola. Odpowiedz poszla nie w slady 
sw. Augustyna, ale sw. Tomasza z Akwinu. Sw. Tomasz z Akwinu odrzuca 
wprawdzie (Prima secundae, 81-83), podobnie jak sw. Augustyn, pelagia- 
nizm - dzisiaj t
 herezj
 mozna spokojnie nazwae praojcem oprymistyczne- 
go naturalizmu - neguj
cy dziedzictwo grzechu pierworodnego \V rodzaju 
ludzkim, ale nie przyjmuje tego dziedzictwa w takim zakresie jak sw. Augu- 
styn, ten ktory wyznaje, ze jedn
 z najglowniejszych przeszkod w uznaniu 
wcielenia Chrystusa bylo to, ze "bal si
 wierzye w Boga wcielonego, aby nie 
musial wierzye w cielesne splamienie." (Wyznania, V; X) 
Wedlug SU1ntl'lY caly rodzaj ludzki musi bye pojmowany na podobien- 
stwo jednego czlowieka, uczestnicz
cego jako calose w naturze przekaza- 
nej przez pierwszych rodzicow; nie jest wi
c grzech pierworodny stan em 
przekazywanym z pokolenia na pokolenie, a \\'i
c takim, ktory moglby ule- 
gae zmniejszeniu lub wzrostowi, ale stanem metafizycznie baf\vi
cym na- 
tur
 ludzk
 bez wzgl
du na pokolenia. Sam zas grzech pief\vorodny, to 
habitus, a zatem cos wi
cej niz przemijaj
ca dispositio, habitus, ktory nie 
moze bye zestawiany z tego rodzaju habitus jak nauki i cnoty, ktorych 
istot
 nadawanie naszym wladzom pop
du do czynu. Jest to habitus mimo 
swej trwaloSci gorszego gatunku, a mianowicie pewien zlozony przydatek 
natury, jak np. choroba lub zdrowie, a wi
c jest to stan zawieszenia ro\\'- 
nowagi, ktora przed grzechem istniala w naszej naturze. Grzech pierwo- 
rodny zwie si
 przeto wyczerpaniem, zm
czeniem tej natury - languor na- 
turae - zm
czeniem, ktore najbardziej zakazilo nasz
 wol
, kieruj
c j
 ku 
poz
dliwoSci. W tym ukazaniu woli jako strefy szczegalnego dzialania 
grzechu pief\vorodnego jest s\V. Tomasz calkowicie zgodny ze s\V. Augu- 
stynem, ktary wielokrotnie i dobitnie powtarza ze ,,\Vola jest przyczyn
 
naszych zlych czynaw". (Wyznania VII, III) 
Widzimy jak subtelnie jest w tym systemie pomieszczony grzech pief\\'o- 
rodny i jak znakomicie jest rozwi
zana jego tf\valose i powszechnose. Miej- 
see zas, jakie ten grzech zajmuje w calym porz
dku wszechswiata, najlepiej 
unaoczni zestawienie z przeciwnym typem pesymizmu. Oto Schopenhauer 
gotow byl uznae grzech pief\vorodny - ujrzymy to nizej - jezeli b
dzie si
 
przez niego rozumiee grzech calego s\viata, ktory \viedzie za sob
 cierpie- 
nie calego swiata ("Nachtrage zur Lehre yom Leiden der Welt"), czyli ze- 
psucie calego porz
dku swiata. Nic podobnego u sw. Tomasza. \V jego pel- 
nym niesamowitej precyzji dziele W ogole nie ma pytania postawionego, 
czy i jak grzech pief\vorodny magI skazie porz
dek powszechny swiata. 
Gdyby takie pytanie w ogale poja\vilo si
 w umysle Doktora Anielskiego,
>>>
78 


KAZIMIERZ WYKA 


nie omieszkalby go postawie, poniewaz jest one na pewno wazniejsze od 
stawianych problemow, czy np. istnialby grzech pierworodny, gdyby tylko 
Ewa zgrzeszyla, lub czy Adam w stanie niewinnoki mogl ogl
dae aniolow. 
Jedyny slad tego pytania jest w rozstrz
saniu kwestii, ze kaq za ",ypowie- 
dzenie przez czlowieka posluszenstwa Bogu stalo si
 wypowiedzenie przez 
zwierz
ta posluszellstwa czlowiekowi. Grzech pierworodny nie wplyn
l 
\Vi
c zupelnie na calose porz
dku pozaludzkiego, nie obnizyl wagi tomi- 
stycznej zasady, ze wszystko, co istnieje, skoro istnieje, jest w pewnej mie- 
rze doskonale, a wi
c dobre etycznie, a zlo nie jest by tern ani natuq, lecz 
jedynie brakiem dobra, jak ciemnose jest brakiem swiadoSci. 
\Y takiej interpretacji swiata miejsce grzechu pierworodnego, jest do- 
kladnie okreSlone i - ograniczone. \Yiadomo dokladnie pok
d ten grzech 
si
ga, czego zas czlowiek nie zdolal skazie swaim bl
dem. Natomiast 
z porz:}dkiem pozaludzkim swiata ten pesymizm nie wchodzi \V kontakt: 
czlowiek jest skazony, ale byt i wszechswiat jest dobry, poniewaz w prostej 
linii, bez lami
cej przeszkody grzechu pierworodnego, pochodzi od nie- 
skonczonego dobra i milosci. 
Nie oznacza to jednakze plaskiego optymizmu a La Leibniz 0 najlep- 
szym z istniej
cych swiatow. W twierdzeniu bowiem takim nie jest rozwi q - 
zana kwestia, czy to jest najlepszy w ogole swiat , na jaki stae bylo Stworc
, 
czy tez po prostu ten swiat, jako istniej
ce juz dzielo Boga, posiada nieja- 
k
 doskonalose i w tym sensie nie moglby bye lepszy, bo musialby bye cal- 
kiem innr. Odpowiedz zas druga wcale nie przes
dza pytania, czy Boga 
nie stae na inne, lepsze swiaty, czy ich nie stworzyl, czy nie istniej
 nam 
niedost
pne, lub czy nie stworzy, a w takim razie swiat nasz nie jest naj- 
lepszy, mimo ze w dost
pnej mu jakoSci bytu jest dobry. Tak przynajmniej 
twierdzi teologia katolicka, tak czytamy u sw. Tomasza (Prima, 25,6) i tak 
brzmiee musi chrzeScijanskie uj
cie doskonaloSci porz
dku pozaludzkiego, 
ktore nie dopuszczaj
c pesymizmu w ocenie caloki bytu, zarazem stawia 
tam
 kwietystycznemu i naturalistycznemu zadowoleniu. 
Ta konsekwencja jest przewaznie jednak umyslom niedost
pna i dlate- 
go to najslabszym miejscem chrzeScijanskiego porz
dku swiata pozaludz- 
kiego s
 te pomijane nawet w pesymizmie chrzeScijallskim, nie mowi
c juz 
o innych ukladach duchowych, pytania 0 rozmiar cierpienia, ktore panoszy 
si
 wsrod wszelkich stworzen zyj
cych, pytania 0 zlo zbiorowe spole- 
czenstw ludzkich, pytania czy naprawd
 zasada milosci i dobroci dumaczy 
fizyczny porz
dek rzeczy. Dlatego to od tej strony najostrzej nacierano na 
chrzdcijanstwo, wskazuj:}c, ze bywa one niepomiernie wymagaj
ce wobec 
natury ludzkiej, a banalnie lagodne i optymistyczne wobec wszystkiego, co 
istnieje poza czlowiekiem i jego natur
 moraln
, a przysparza mu wi
cej
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (I) 


79 


cierpien i upadkow, anizeli ta natura. To miejsce najdogodniejszych zarzu- 
tow na razie rylko wskazujemy, do ich slusznoSci dopiero powrocimy. 
Ksztalt wi
c pesymizmu chrzeScijanskiego musi w grubym skrocie wy- 
gl
dae jak nizej, musi zmierzae ku tym dwom biegunom oceny: natura 
ludzka jest uposledzona, a rzecz
 sporn
 wsrod wyznan chrzeScijallskich s
 
tylko sposoby, jakimi Bog lub czlowiek sam wydobywa si
 (albo nie wydo- 
bywa) z tego stanu. Natura pozaludzka jest albo doskonala, bezbl
dna, al- 
bo przynajmniej spoczywa na takiej podstawie, ze nie dotycz
 jej wymaga- 
nia moraIne stawiane czlowiekowi. Nie twierdz
 naturalnie, azeby sposob 
chrzeScijanskiego uj
cia wartoSci czlowieka i wartoSci bytu, zwlaszcza jezeli 
chodzi 0 katolick
 analogia entis mi
dzy Stworc
 a tym co stworzone, mu- 
sial przybierae rylko ten pesymisryczny charakter, by dostarczone przez 
Odkupienie srodki zatarcia niepoprawnoSci nie umniejszaly tego ludzkiego 
czysto zarodu zla do ledwo tlej
cej iskry. Chodzi jedynie 0 to, jezeli na 
skutek specjalnej dyspozycji umyslu, powtarzaj
cego ten przebieg moralny, 
albo na skutek warunkow czasu, ukazuj;}cych niekiedy jaskrawo, jak bardzo 
stworzone ucieka od swego wzoru, rozwi;}zanie pesymistyczne wartosci 
czlowieka, ale rozwi
zanie w duchu chrzeScijanskim, stanie przed jednostlq 
czy epok;}, to wowczas jego bieguny nie mog
 si
 ulozye inaczej: czlowiek, 
dzido Stworcy, ktore Go zawiodlo, swiat ktory nie zawiodl. 
U szczytu przeto tego dualizmu i pesymizmu chrzeScijanskiego stawiae 
nalezy dzido sw. Augusryna, albowiem nikt smielej nie wydobyl konsekwen- 
cji tego stanowiska. Swiat jako calose by I dla sw. Augustyna czyms doskona- 
lym i skOllczonym, jak dzido sztuki, bo innym nie mogl dla niego wyjse z r
- 
ki Boga. We wszechswiecie nie bylo wedlug sw. Augustyna miejsca na zlo- 
i ontologicznie, i estetycznie. Ontologicznie, poniewaz sw. Augusryn, zawsze 
przenikni
ry swoim \\yzwoleniem si
 od manicheizmu, najwi
cej trudu wlda- 
dal w to, by dowieSe filozoficznie, ze zlo nie jest zadn
 substancj
 bytow
, jak 
widziee je pragn!l manicheizm. Sw. Augustyn przeto przeprowadzil zasad
, 
pozniej oczywist;}, "ze zlo nie jest niczym innym, jak brakiem dobra, docho- 
dz
cym az do stanu zupdnej nicosci". (
Vyznania III, VII) Ale przede 
wszystkim wzgl!d estetyczny u niego decydowal. Pisal wszakZez 0 universita- 
tis admirabilis pulchritudo, Boga nazywal "najwyzszym wzorem pi
kna", dzi- 
wit si
, jak mog
 bye ludzie, nie dostrzegaj¥)' estetycznego ladu wszechswia- 
ta, ba, nawet s
dzil, ze grzech ludzi nas dlatego, poniewaz ukazuje pewne 
pi
kno zwodnicze i niedoskonale. Pi
kno, nie rylko we wszechswiecie, ale 
i w ludzkich sprawach, bylo dla niego zapowiedzi
 prawdy. 
Swiat jako pi
kno nieogarnione, w nim zas czlowiek nieuchronnie, 
okrurnie spalony znamieniem grzechu Adama i slusznose cierpienia calego 
rodzaju. Istota wszechswiata nie byla inna od istory Stworcy. A istota czlo-
>>>
80 


KAZIMIERZ WYKA 


wieka? - "Oni chc(! bye swiadem nie \V Panu, lecz sami w sobie, uwazaj(!c, 
ze istota duszy jest rym samym, czym jest Bog, i dlatego to stali siC; rym 
bardziej nieprzebran(! ciemnosci(!, gdyz 0 ryle dalej wskutek straszliwej 
swej zarozumialosci odeszli od Ciebie". (Wyznania, VIII, X) Czlowiek 
nie byl zdolny sam do podniesienia siC; moralnego i jedynie laska - kapry- 
sna, zaiste, laska, skoro nie uznawal sw. Augustyn zwi(!zkow przyczyno- 
wych mic;dzy ni(! a zaslug(! czlowieka, moze tego dokonae. l'v1iC;dzy piC;k- 
nem i dobrem wszechswiata a ulomnosci(! czlowieka jest w tej intcrpretacji 
dualizmu chrzeScijanskiego taka rozbieznose, taki dysonans, ze samo po- 
zostawienie przez Boga czlowieka w rym nieskazonym porz(!dku wszech- 
rzeczy bye winno dostatecznym powodem wdzic;cznosci. 
Rozmyslnie postawilismy wygl(!d najbardziej kralkowy i zarzucony poi- 
niej pesymizmu chrzeScijanskiego, by tym ostrzej zarysowal sic; kontrast wo- 
bec drugiej struktury pesymizmu, rownie konsekwentnej i nieugic;tej, ale 
przeciwnie rozldadaj(!cej przyczyny zla, tej struktury, jak(! w pi
tnascie wie- 
kow po biskupie Hippony ustalil Schopenhauer, tej, ktora, mimo ze jej apo- 
geum minc;lo wraz z literackim i filozoficznym modernizmem, pozostaje je- 
dyn(! dostc;pn(! dzisiejszemu czlowiekowi krystalizacj(! pesymizmu. 
Schopenhauer najbardziej pogardzal i za najnizsz(! religic; uwazal juda- 
izm. Ten sam Schopenhauer pisal jednak, ze jedynym, co mogloby go po- 
godzie ze Starym Testamentem, jest historia grzechu pierworodnego, albo- 
wiem pod alegorycznq postaci(! skrywa jedynq prawdc; metafizyczn(! rych 
ksi(!g. Posiadal przeto przeczucie, czym dla kazdego pesymizmu bye moze 
ow fundament pesymizmu chrzeScija11skiego, od razu jednak, juz przy inter- 
pretacji tej prawdy, znajdujemy u niego dziwaczne zamieszanie i rozdwoje- 
nie. Grzech pierworodny, odnoszqc siC; do natury ludzkiej, nie do natury 
swiata pozaludzkiego, przymusza do widzenia czlowieka jako stworzenia li- 
chego i niedoskonalego. Schopenhauer nie byl pozbawiony takiego spojrze- 
nia na naturc; ludzk(!. Twierdzil, ze rylko porzqdek spoleczny hamuje zwie- 
rza ludzkiego, ale rozpc;tany gotow siC; on zawsze pozerae, bo zlosliwose jest 
mu wrodzona, jak jad wc;zowi. Egoizm ludzki znal tak swietnie, ze jako za- 
sadc; postc;powania etycznego wobec drugich stawial wlasnie wykluczenie 
"normalnych" pobudek ludzkiej dzialalnoSci. A jednak ten sam mysliciel 
z lubosci(! cytowal slowa Vaniniego: "si daemones dantur, ipsi, in hominum 
corpora transmigrantes, sceleris poenas luunt." Isrnienie ludzkie na ziemi 
bylo wic;c rowne cierpieniu piekielnemu i niewyczerpan(! doprawdy po my- 
slowose rozwijal Schopenhauer w podci(!gnic;ciu wszystkiego, co czlowieka 
otacza, pod jeden strychulec wielkiej ztosliwosci, dokuczliwoSci wobec nie- 
go; czlowiek w kOl1cU wygl(!dal w jego systemie, jak sredniowieczny skaza- 
niec, zamknic;ry w nabit(! gwoidziami "dziewicc;" tortur.
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


81 


A to byla przeciez sprzecznose, ta najbardziej dzisiaj uderzaj!ca w syste- 
mie Schopenhauera niezgoda dwoch srruktur pesymizmu: pierwszej odno- 
sz!cej zlo do czlowieka, drugiej do porz!dku powszechnego. Struktura 
pierwsza jest tutaj w zaniku, ale jeszcze na tyle widoczna, by zrozumiee, 
sk!d ta sprzecznose siC; poczC;la i dlaczego dzisiaj tak uderza. 
Wedlug glownego bowiem przekon'ania filozofa dola czlowiecza jest 
zbiorowiskiem nc;dzy i cierpienia, nie dlatego, ze czlowiek przez swoj! ni- 
klose moraln! sam jest spra\\'c! swego losu, ale dlatego, iz jest narzc;dziem 
w rc;ku slepej woli zycia. Wola jest l!cznikiem mic;dzy czlowiekiem 
a wszelkim swiatem zewnc;trznym, ale wola jest jedynie w czlowieku od- 
pryskiem powszechnej woli zycia, bezgranicznej, nie znaj!cef spoczynku 
w czasie, nawet wlasnie tworczyni czasu, jako glownego medium tortury 
ludzkosci. Czlowiek rz!dzony jest pragnieniami, ktore nasycone, narodz! 
nowe pragnienia i tak w nieskonczonose, poniewaz, byt jego to existentia 
fluxa, ale ta wlasciwose nieuchronna jego bytu jest tylko fragmentem, wy- 
cinkiem (naturalnie w znaczeniu metafizycznym) ogolnego porz!dku rze- 
czywistosci. Nie dlatego wic;c natura ludzka jest zla i skazana na cierpienie, 
by to stanowilo cechc; odrozniaj!c! j! od reszty bytu, ale dlatego, ponie- 
waz caly porz!dek bytu jest zlem i cierpieniem i natura ludzka nie moze 
ujse spod tego prawa. Grzech pierworodny, powiada mc;drzec, jest grze- 
chern swiata , wiod!cym za sob! cierpienie swiata, a nie grzechem czlowie- 
ka, sprowadzaj!cym cierpienie przede wszystkim na niego. 
Oto zapowiadane zupelne przesunic;cie nacisku i przejscie pesymizmu w je- 
go stan drugi. To przesunic;cie dumaczy zarazem wspomnian! sprzecznose: 
Schopenhauer widzi to specyficznie ludzkie zlo naszej natury, ktore nie 
ma przeciez zadnego wydumaczenia w porz!dku swiata rz!dzonego slep! 
wol!, ktore jest samoistne i nidmiertelne, a jednak nie wysnuwa z tego 
zadnej konsekwencji. Stwierdza i porzuca w!tek. Natomiast to zlo i cier- 
pienie, ktore widzi w naturze ludzkiej, pochodzi z calkiem odmiennej sfe- 
ry, z jego specjalnej konstrukcji rzeczywistosci. Czlowiek przeto cierpi 
u niego nie, by w nim byly pierwiastki duszy, godne kary i cierpienia, pier- 
wiastki, ktore s! win! i skazeniem, ale cierpi, bo taki jest skonsrruowany 
przez mysliciela bieg swiata. 
System Schopenhauera mozna by przedstawie w obrazie dwoch drog, 
ktore biegn! ku sobie, maj! siC; spotkae i nagle siC; rozchodz! - niepogo- 
dzone. Czlowiek jest zly - i tu m6glby bye przeskok do przyczyn ludz- 
kiego cierpienia, ale przeskok siC; nie dokonuje. Czlowiek cierpi, ponie- 
waz jest niewinnie, bezsilnie ze swojej strony, be.z prawa protestu, bez 
moznosci zerwania wpl!tany w bieg swiata, ktory nie wiadomo za co go 
karze. Nigdzie lepiej tej zasadniczej sprzecznosci (lepiej i mimo woli)
>>>
82 


KAZIMIERZ WYKA 


Schopenhauer nie uj!l, jak w takim zdaniu: Die Welt ist ehen die Holle 
und die Menschen sind einerseits die gequiilten Seelen und anderseits die 
Teufel darin. Zdumiewaj!ce, jak w pogoni za blyskotliwosci! aforyzmu 
przdlepial prost! st!d, a sprzeczn! z kierunkiem jego glownym prawdc;: 
skoro drc;czona niewinnie dusza, to nie diabel, a jezeli diabel, to nie du- 
sza drc;czona, Iecz ktos kto sobie sam swoj Ios zgotowal. 
OskarZonym w pesymizmie Schopenhauera jest porz!dek swiata tak da- 
Iece, ze oskarzenie zostaje w calosci rozci!gnic;te na pierwsz! przyczync; 
swiata: tej w postaci dobra Iub nawet m!drosci nie ma u Schopenhauera, 
wszystko wyplywa z woli, a wola jest zlem. Wspomnijmy dla kontrastu sw. 
Augustyna, u ktorego szata zla, najszczelniej zakrywaj!ca naturc; Iudzk!, 
rozpowija sic; i niknie, im wyzej w porz!dek bytu, az staje siC; uniesieniem 
estetycznym nad pic;knem Boga. Sk!d to przeciwienstwo struktury pesymi- 
zmu wziC;lo siC; u Schopenhauera? 
Jako odpowiedi wysnujmy konsekwencje z faktu, z ktorego filozof nie 
chcial ich wysnuwae: stwierdzil w czlowieku zlo moraIne, nie powi!zal go 
z porz!dkiem etycznym swiata. Najpierw jednakze konieczna jest pewna 
wycieczka myslowa, maj!ca uzasadnie przymiotnik "romanryczny", kla- 
dziony przy tej drugiej strukturze pesymizmu. Przymiomik ten wbrew te- 
mu, co sic; prawie powszechnie twierdzi w analizach mysli Schopenhauera, 
musi bye rowniez rozci!gnic;ty na jego system. Dlatego wbrew wszystkie- 
mu, bo najczC;Sciej spotyka siC; zdanie, ze ow system byl gwaltown! reakcj! 
na ewolucyjny optymizm tozsamosci, panuj!cy w oficjalnej filozofii roman- 
rycznej, ten oprymizm, ktorego koron! stab siC; historiozofia Hegla. Wia- 
domo, jak Schopenhauer nienawidzil tego optymizmu romantycznego, ile 
mu poswic;cil kart pdnych sarkazmu i dokuczliwosci, bo i on w swoim sys- 
temie pragn!l widziee kompletn! reakcjc; przeciw romantycznej filozofii 
identycznosci bytu, pojc;cia i dobra. Wiadomo rowniez dalej, ze spoczywa- 
j!ce w zapomnieniu dzielo Schopenhauera dopiero pod koniec jego Zycia 
nabiera rozglosu, kiedy to po gwaltownym rozczarowaniu Wiosny Lud6w, 
dowodz!cym, iz rzeczywistose historyczna bynajmniej nie realizuje sic; 
w doktrynie idei, poczc;to szukae innych mistrzow. 
A jednak... A jednak filozofia Schopenhauera jest w nim skrystalizowana 
przed 1818 rokiem, a wic;c w pelni niemieckiego romantyzmu, dojrzewa 
W nim wsp6lczdnie z dzialalnosci! Schellinga, Fichtego, Novalisa i jest rze- 
cz! z gory nieprawdopodobn!, by do niej nic nie przecieldo z ducha panuj!- 
cego pr!du. Taki hermeryzm bylby czyms niepojc;tym. T! zas cech! roman- 
tyki europejskiej, ktora najsilniej i najkonsekwentniej rozwinc;la sic; 
w romantyzmie niemieckim, ktora gdzie indziej wystc;puje w duzo bled- 
szych odcieniach, jest bezwzgIc;dny indywidualizm romantyczny, jest prawo
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


83 


"ja" romanrycznego przemienione w os moraln(! i filozoficzn(! wszelkich zja- 
wisk. Romantyzm zadnego narodu nie zdobywal si
 na tak bezwzgkdne 
\V tej mierze akcenry, jak romanryzm niemiecki. Oto slowa Tiecka: "Wszyst- 
ko podlegle jest mojej woli, kazde zjawisko, kazde post
powanie mog
 na- 
zwae, jak mnie si
 wydaje stosowne; ozywiony i nieozywiony swiat zwisa na 
lancuchu, ktorym moj duch \vlada, cale zycie moje jest tylko snem, ktorego 
przerozmaite postacie ksztaltuj(! si
 wedlug mojej woli. Ja sam jestem jedy- 
nym prawem calej natury, prawu temu wszystko podlega." Mlody Schlegel 
wolal: "Coz innego jest godnoSci(! nasz(!, jak postanowienie i zdolnose, by 
Bogu stae si
 podobnym." I podobne zawolania, ktore dziesi(!tkami mozna 
by podawae, rozumiane bye musz(! nie metaforycznie, ale doslownie. 
Ta zasada bezwzgkdnego antropocentryzmu nie byla sarna w sobie spe- 
cjalnie romant)'czn(! zdobycz(!. Romanryzm zbieral tylko owoce przemian ZJ- 
chodz(!cych od czasow odrodzenia. Odrodzenie dokonalo dziwnej zamiany: 
ziemia nasza, ktora w kosmologicznym ukladzie sredniowiecza i chrzdcijan- 
stwa zajmowala miejsce centralne, zostala przez Kopemika str(!cona z tego 
osrodka i umieszczona pozniej w rz
dzie rownych sobie planet; ale jakby 
w nagrod
 i odplat
 za ten upadek kosmologiczny, czlowiek i jego natura, 
ktore w systemie sredniowiecznym zajmowaly poslednie, odtr(!cone od do- 
skonaloSci miejsce, ta dwojca coraz smielej zostaje wprowadzona na miejsce 
centralne. Str(!caj(!c planet
 swoj(!, czlowiek j(! sob(! zast(!pil. 
Ten antropocentryzm rosl ze stuleciami, ale zawsze jeszcze staral si
 
posiadae pozory prawdy, obiekt)'wizmu, praw powszechnie obowi(!zuj(!- 
cych - byl przeto antropocentryzmem racjonalisrycznym i prawodawczym. 
Dopiero romanryzm wysnul wszystkie konsekwencje, nie zatrzymal si
 
w polowie drogi: jego spor z prawodawczym klasycyzmem jest wlaSciwie 
sporem braci, starszego, ktory jeszcze dba 0 formy, i mlodszego, ktory od- 
rzucie je pragnie wszystkie. Bo teraz miejsce srodkowe zajmuje antropo- 
centryzm uczue i instynktow; czlowiek jest podobny Bogu wlasnie przez 
to, ze jest absolutnie podobny sobie, temu co w nim subiektywne, pod- 
swiadome, odrozniaj(!ce od drugich. "Ja" romantyczne nadaje rzeczywi- 
stosci swoj obraz wewn
trzny, bezceremonialnie i z dum(! zw(!c to "pra- 
wem", i ma w swym przekonaniu t
 rzeczywistose oceniae, wartokiowae 
wedlug swojego wewn
trznego obrazu uczuciowego. I to jest najistotniej- 
sze: romant),k nie pyta rzeczywistoki 0 jej prawa, nie stara si
 bye obiek- 
tywnym, nie zna oceny prawnej, tej ktora nie pyta 0 subiekt, lecz 0 rzecz 
i slusznose, ale jakose jego uczue jest zarazem jakosci(! swiata. St(!d form(! 
pesymizmu romant)'cznego jest niech
e, niezadowolenie idqce z duszy 
jednostkowej, ktore po zabarwieniu przez siebie rzeczywistosci ze\\ n
trz- 
nej zostaje uznane przez romant)'ka za cech
, za ujemn(! jakose tej rzeczy-
>>>
84 


KAZIMIERZ WYKA 


wistosci daj(!c(! prawo do wyrzutu, do skargi, do oczerniania rzeczywisto- 
sci. . Pierwsza cz
se tego procesu dokonuje si
 jednak po cichu, jako pe- 
wien przemyt duchowy, do kt6rego nie nalezy si
 przyznawae, a dopiero 
cz
sci drugiej zostaje nadany rozglos. 
Naturalnie nie tylko pesymisryczna barwa swiata w ten spos6b zostaje 
mu nadana, podobnie przebiega proces romantycznego szalu, radosnej 
afirmacji swiata, kt6ry zn6w obiekrywnie nie b
dzie tak jaskrawy, jak go 
widzi romantyk, ale w tym wypadku nieslusznose tego procesu tak si
 nie 
ujawnia, poniewaz nie wiedzie on do krzywdy w imi
 subiektywizmu za- 
dawanej swiatu. 
A czyz inaczej wartokiowanie porz(!dku pozaludzkiego i obci(!zanie 
go zlem wygl(!da u Schopenhauera? Dowodzi on wprawdzie, ze dola 
ludzka jest licha i pelna cierpien, poniewaz ta dola jest narz
dziem w r
- 
ku woli zycia, ale ten dow6d nie moze bye uznany jako cos obowi(!zuj(!- 
cego i obiekrywnego. Poniewaz to tylko pewna hipoteza metafizyczna , 
maj(!ca poza czlowieka przenide i przedluzye pow6d jego cierpien. T
 
hipotez
 metafizyczn(! zwolennik systemu naturalnie przyjmie, ale prze- 
ciwnik, czy chocby czlowiek patrz(!cy z boku, nie moze w niej widziec 
dowodu, lecz rylko konstrukcj
 maj
ca zasqpie dow6d , kiedy si
 w ca- 
lose systemu uwierzy. 
Hipotez
 nalezy przeto odrzucie i jako jedyny pewny osrodek systemu 
pozostanie to: centrum swiata stanowi czlowiek, wpl(!tany w kolo udr
czen, 
nieszcz
se, cierpien, czlowiek, kt6ry nie umiej(!c sobie wyjasnie powod6w 
tego wpl(!tania, kt6ry nie widz(!c ich ani w swojej naturze, ani w uldadzie 
moralnym swiata, szuka sprawc6w i wobec tego w rypowo romanryczny 
spos6b z jakosci swej indywidualnej czyni jakose bytu . Raz to uczyniwszy, 
poczyna ten byt oskarzae i buduje cal(! przesubteln(! konstrukcj
, z jakiej wy- 
chodzi on nicwinnie udr
czony, zmiazdzony swiatem. Z systemu pozostaje 
wi
c ta zupelnie romanryczna reszta, bo - raz jeszcze- hipotezy woli, jako 
monisrycznej zasady ducha i materii, nie spos6b przyj(!e, tak jest ona krucha 
i niepewna. Bezwzgl
dny antropocentryzm uczuciowy 0 barwie pesymi- 
srycznej to osrodek romanryczny pesymizmu Schopenhauera, ten sam an- 
tropocentryzm dumy i ludzkiej pewnosci siebie, kt6ry u innych takze w imi
 
upojenia czlowiekiem odrzucal konstrukcj
 obiekrywn(! swiata i odrzucal 
"Roga. Romantyczni przeciwnicy Schopenhauera upojeni byli radosnie, on 
sam ponuro, ale tym samym trunkiem: czlowiekiem uczuc, insrynkt6w, woli 
jako p
du nidwiadomego, czlowiekiem par excellence romantycznym jako 
centrum bytu. Jako centrum jedynym, poza kt6rym nie ma wartoSci, ale od 
ktorego wartosci wlasnie zalezy jakose calego bytu.
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


85 


Rozumiemy teraz wreszcie, dlaczego Schopenhauer, widz(!c zlo w na- 
turze czlowieka, a wic;c posiadaj(!c pierwszy stopien do tragicznego zwi(!z- 
ku upadku i kary, nie zaglc;bial sic; w to przeczucie. Dla romanryka czlo- 
wiek moze cierpiee i to bywa zlem w jego bytowaniu, ale czlowiek sam 
w sobie jako osrodek rozbiegaj(!cego siC; oden wartosciowania zly nie mo- 
ze bye nigdy i nie jest. I osobista mizantropia Schopenhauera, nakazuj(!ca 
mu pisae 0 ludziach-wilkach i ludziach-wc;zach, jest w rym wypadku bar- 
dziej przenikliwa od lancetu systemu. Ten zawodzi - z romantycznej ko- 
niecznosci. Szata zla, skrywaj(!ca szczelnie twarz bostwa, nie sic;ga ludzkie- 
go oblicza - smialo to rzec mozemy. 
Slaboki pewnego systemu najlepiej siC; nieraz ujawniaj(! w jego wyda- 
niach wtornych. Pesymizm literacki europejskiego modernizmu caly byl 
zbanalizowaniem i spospoliceniem Schopenhauera i dlatego braki tej mysli 
odslanial. Posluchajmy klasyka (excusez Ie mot) tego spospolicenia, Huy- 
smansa: "Trzeba siC; poddae pr(!dowi. Schopenhauer mial slusznose; zycie 
ludzkie kqzy jak wahadlo mic;dzy bolem a nud(!. Trzeba rylko zalozye rc;- 
ce i zasn(!e." Czyli osrodkiem stalym, miaq bezwzglc;dn(! jest tutaj czlo- 
wiek. Poniewaz on cierpi, poniewaz jego drc;czy nuda, poniewaz jemu nie 
udaje siC; umkn(!e nieszczc;sciu, pesymizm posiada uzasadnienie. Nie dzieje 
siC; to naturalnie u Schopenhauera w sposob tak uproszczony jak u epigo- 
now, ale sens rownania moralnego inny nie jest. 
Skontrastowawszy te dwie glowne struktury pesymizmu, mozemy 
obecnie odpowiedziee, ktora z nich tylko ludzi i zasluguje na odrzucenie. 
Jest t(! formacj(! pesymizm antropocentryczny, przerzucaj(!cy zrodla zla 
w porz(!dek ogolny swiata. Taki pesymizm jest pewnym s(!dem nad swia- 
tern, s(!dem sprawowanym przez czlowieka, ale by wyroki tego s(!du mogly 
posi(!se uzasadnienie, musialby czlowiek i jego tworczose miee dane obiek- 
tywne, ktore przeciwstawione nieudolnemu porz(!dkowi rzeczywistosci 
nadawalyby czlowiekowi moznose s(!dzenia rzeczy, jakie go tak nieslycha- 
nie przerastaj(!, ze tylko fragmentarycznie moze je zrozumiee, a coz dopie- 
ro jako calose - ocenie. Takich zas danych czlowiek w ci(!gu swojej historii 
dot(!d absolutnie nie posiadl.i na pewno nie posic;dzie. 
Czlowiek z otaczaj(!cym go swiatem wlasnych jego wytworow ledwie ze 
daje sobie radc;, czlowiek pod cic;zarem wlasnych swych dziel jak czc;sto upa- 
da, a jednak z niezmierzonymi pretensjami przychodzi do porz(!dku swiata i - 
o pycho: - poucza, naprawia, jest niezadowolony. Gdziez to s(! dziela ludzkie 
o prawdziwej trwalosci, 0 sensie uznawanym przez dziesi}tki pokolen, czy 
czlowiek jest stworc(! tego, co nie przemija, co ma lad wewnc;trzny i co nie 
zna sprzeciwu, lecz zawsze siC; narzuca, by ten czlowiek mial prawp ukazywae
>>>
86 


KAZIMIERZ WYKA 


swoje dzida na swiadectwo, jak bye powinien swiat urz}dzony: A moze jest 
tym dzidem samoma, ponura dusza ludzka? Moze kultury cale, odgrzebywa- 
ne z pustyn, wydobywane spod oboj
mej ziemi, kultury, z ktarych ruc by nie 
pozostalo, gdyby nie zmysl wyobraini historycznej, wyksztakony w kratkiej 
jak jedno stulecie dobie, ktary je na chwil
 ozywil i uczcil. Zmysl, ktary mo- 
ze pase, gdyby zapanowal barbarzynca uprzeci
miony. Moze miasta padaj}ce 
w ruiny, moze gruzy i zniszczenie wlasne r
k} niecone g
sciej niz nast
pstwo 
pokolen, moze prawa trwale w obliczu czasaw, jak przelot ptaka, moze urz}- 
dzerua zbiorowe, nauki, teorie, pomysly - piasek sun}cy przez palce pokolen, 
znikomose. "On dzieci
 potrzeb, n
dzy i szalenstwa, nagie, bezbronne, 
glodne, syn zakopcialych i zat
chlych miast, jalowej lub wycienczonej gleby 
i karlowatych drzew... On, przepisuj}cy t} wlasnie n
dz} swoj} prawa by- 
tom." - zdumiewal si
 Norwid. Dzida r
ki ludzkiej nie posiadaj} trwaloSci 
i umiej
mosci takiej, by dawaly czlowiekowi prawo do pesymistycznej oceny 
S\viata i jego porz}dku. Tylko pi
kno mogloby dawae to prawo czlowiekowi, 
ale one wlasnie przechl,.'ko niemu przemawia: pi
kno jest wladz} nadawania 
wiekuistego ladu, celowej i zachwycaj}cej niezmiennosci chaosowi, a wi
c 
tym, czego zasadniczo czlowiekowi nie dostaje, a jest wlasnie rozrzutnie 
obecne w dziele Boga i drobn} kruszyn} zeszlo do rzeczywistosci ludzkiej. 
Czy porz}dek swiata jest dobry czy zly, czy maglby bye ulepszony, czy 
urz}dzenie rzeczywistoki niesie czlowiekowi wi
cej zawodaw czy szcz
- 
kia, s} to zaiste pytania pdne nieprzysluguj}cej czlowiekowi dumy i raw- 
noczeSnie pytania... blahe, bo kazda odpowiedi ludzka oceniaj}ca b
dzie 
tak wazna, jak s}d mrawki 0 d
bie. \"1 samym zas losie czlowieka odpo- 
wiedi pesymistyczna nie przyniesie najmniejszej zmiany, tak zc to co mia- 
10 bye przez ni} uleczone, zostaje pomini
te. 
Jak zas niewiele taka formacja pesymizmu pozwala zrozumiee losy czlo- 
wieka, dowad jest jeden, ale wprost klasyczny. Oto prawdziwy pesymizm 
jest rodem z atmosfery tragicznej. W pesymizmie inaczej wprawdzie niz 
w tragedii, ale na podobnym poczuciu l}cznoSci, wzajemnoSci moralnej bu- 
duje si
 zwi}zek winy i kary. W pesymizmie romanrycznym i painiejszym 
ten zwi}zek zostal calkowicie zatracony. Czlowiek nie jest winien, nawet na 
podobienst\vo winy tragicznej, b
d}cej win} odmiennego niz w zyciu ga- 
tunku, a jednak spadaj} nan dotkliwoSci i bale. I nie dziwmy si
 przeto, ze 
ta sarna duchowose, ktara pocz
la b
karci pesymizm, nie zrodzila tragedii. 
Nie ma tragikaw od czasu klasycyzmu francuskiego, wszystkie tragedie ro- 
mantyczne S} pseudotragediami, pisarz zas obdarzony duchcm tragicznoki 
- Wyspianski - jest w latach Ibsenaw, Maeterlinckaw, Przybyszewskich do- 
prawdy jak glaz narzutowy przyniesiony z nieznanej pod t} szerokosci} for- 
macji geologicznej. Bezposrednie s}siedztwo klasycznej tragedii francuskiej
>>>
PESYMIZM A ODB UDOWA CZLOWIEKA (1) 


87 


z wielkim wybuchem prawdziwego pesymizmu - jansenizm - nie jest przy- 
padkiem, ale bliiniactwem duchowym, jak tym bliiniactwem jest brak tra- 
gedii, kiedy za pesymizm uznano wmowienia antropocentrycznej dumy. 
Swiadomose tych niebezpieczenstw wsrod umyslow wspolczesnych ro- 
mantyzmowi, sprawcy glownemu tych blC;dow, nalezy do absolutnej rzad- 
koki. Tylko dwa nazwiska: Baudelaire i Hebbel. Baudelaire, ktory Geor- 
ges Sand nazywal diabelsk! pokusnic!, "opc;tan!" (doslownie), ktorej 
"diabel mowil, by sic; spuScila na swe dobre serce i zdrowy rozs
dek i aze- 
by z kolei wmowila wszystkim innym cic;zko glupim, ze maj! sic; spuscie na 
swe dobre serca i zdrowe rozs!dki." Czyli na czlowieka naturalnego , 
uwielbionego najmocniej od czasow Rousseau 'a. Z Dziennik6w Hebbla 
nie mogc; sobie odmowie radosci przepisania takiej notaty pochodz!cej 
z 1837 roku: "Nasze czasy, to zle czasy. Wielka tajemnica, «wgl!d w ni- 
cose», schowana byla dawniej pod rygle i zamki, ktore dzis s! uszkodzone: 
juz chlopiec moze je oderwae a mlodzieniec je wylamuje, lecz - ach, czyz 
orzel wzlatuje jeszcze, gdy juz nie wierzy w slonce? Historia swiata stoi te- 
raz przed ogromnym zadaniem; pieklo juz dawno zdmuchnic;to a ostatnie 
jego plomienie chwycily i zzarly niebo, idea bostwa juz nie wystarcza, bo 
czlowiek poznal w pokorze, ze Bog bez ogona, t.j. bez ludzkoki, ktoq by 
karmil, kolysal i uszczc;sliwial, moze bye Bogiem i sam czue sic; szczc;sli- 
wym; natura ma siC; do czlowieka jak temat do wariacji; zycie jest kurczem, 
omdleniem lub szalem haszyszowym. Sk!d weimie historia idec;, ktora by 
dorownala idei bostwa lub j! przewyzszala? Obawiam sic; ze po raz pierw- 
szy nie dorosla do swego zadania; wyszlifowala soczewkc;, aby w niej sku- 
pie idec; swobodnej ludzkoki i zbiera, zbiera promienie do nowego slonca 
- ach, slonca nie uciula sic; zebranin!." 
I po dzisiaj, choe wiek juz dluzej zebrze, historia nie wyzebrala ludzko- 
Sci jako prawdziwego miernika moralnego, gorzej, stan jej skarbu jest 
o wiele gorszy, niz przed stu lary, kiedy pod niedawnym urokiem rewolucji 
fi-ancuskiej, pod urokiem budzenia sic; ucisnionych ludow, mozna bylo jesz- 
cze ufae w przyszlose tego skarbu. Mimo to sarno zaufanie w to osamot: 
nione slonce dopiero teraz.w najszerszej masie ludzkiej swieci u zenitu 
i dlatego, choe sam system Schopenhauera w dzisiejszej duchowosci nie 
wystc;puje zupelnie, jednakze ten pesymizm antropocentryczny jest jedy- 
nym ksztaltem pesymizmu, ktory w rzadkich chwilach mizantropii zdolen 
jest zrozumiee czlowiek wspolczesny. Jezeli nawet zdobywa siC; on na czar- 
nowidztwo, to winowajc! mianuje stale porz!dek obiektywny rzeczywisto- 
sci, czlowieka zas czyni krzywdzonym. Bo ten urojony pesymizm czlowiek 
obecny jest w stanie zrozumiee dla wspolnej barwy tego pogl!dll i calej du- 
chowoki nowoczesnej: dla pychy, dla wielkiego zadowolenia czlowieka
>>>
88 


KAZIMIERZ WYKA 


oderwanego od Boga, czlowieka, kt6ry wszc;dzie dostrzeze plamc;, ale ni- 
gdy w sobie. Czlowieka, kt6rego jego samotnosc metafizyczna wtr!cila 
w potworne zamc;ry zbrodni, bezsilnosci, chaosu duchowego, ale kt6remu 
pycha me pozwoli sic; przyznac, ze on winowajc!. Pycha i bezsilnosc. Py- 
cha, co wic;zi w samotnosci i bezsilnosc, co oczernia porz!dek swiata. 


Kazimierz Wyka 


Dzieje jednego tekstu 


D,!zenie do publikacji tego tekstu by to moj,! obsesj,! przez niemal trzydzieSci lat, 
od chwili, gdy odnalaztem go w archiwum mojego ojca po jego nagtej smierci 
w 1968 roku. 
W Iatach 1943-1944 w Warszawie ojciec zajmowal si
 gromadzeniem r
kopisow 
dla maj,!cego powstae po wojnie wydawnictwa "Wista". Dzi
ki fundus zorn przeka- 
zanym przez dwie osoby prywatne: Artura Schimmelmitza i Wiktora Lipinskiego 
ponad stu autorow otrzymato wowczas honoraria. Wi
kszose r
kopisow udato si
 
ojcu ocalie. Po wojnie wydawnictwo nie powstalo, a pisarze opublikowali swoje 
teksty w "Czytelniku", "Wiedzy" i innych firmach. 
W archiwum ojca pozostaly r
kopisy ludzi, ktorzy stracili zycie w czasie okupa- 
cji i powstania oraz tych, ktorzy rue widzieli szans na publikacj
 swoich prac w po- 
wojennej rzeczywistosci. 
Teksty, ktore odnalaztem, byly na ogot podpisane pseudonimami, cz
se byla 
w ogole nie sygnowana. Do tych drugich nalezat Pesymizm a odbudowa czlowieka, 
niew'!tpliwie jedno z ciekawszych "odkrye". W uporz,!dkowaniu archiwum "Wi- 
sly" mojej matce i mnie pomagali koledzy i znajomi ojca, wspotpracuj,!cy z nim 
w czasie okupacji. Naleiat do nich Kazimierz Wyka. 
Udost
pnilismy mu wowczas maszynopisy wierszy Baczynskiego i r
cznie spisa- 
n,! przez poet
 umow
 wydawnicz,!. 
Wyka przegl,!dal wszystkie teksty, miat rowniez w r
ku Pesymizm. 
W 1943 roku zobowi,!zal si
 dostarczye ojcu tom esejow, umow
 podpisat jako 
Kazimierz Trawa i otrzymat zaliczk
 (3 tysi,!ce ztotych). W maju 1945 pisat do oj- 
ca: "Umowa ta zdaje si
 zdezaktuaIizowana ze wzgl
du na swoj,! treSe prawn,!, jak 
ze wzgl
du na ten prosty fakt, ze wymieniane w niej essaye nie zostaly przeze mnie 
doprowadzone do stanu nadaj,!cego si
 do druku, dzis zas przewaznie S,! nieaktu- 
alne". Niestety umowa z Wyk'! nie zachowata si
 i nie wiemy, jakie teksty byly 
w niej wymienione.
>>>
PESYMIZM A ODBUDOWA CZLOWIEKA (1) 


89 


Kazimierz Wyka naleial rawniei do tak zwanej "nagonki", to znaczy posredni- 
czyl mi
dzy wydawq a autorami, przede wszystkim z Krakowa i okolic. Mi
dzy in- 
nymi dostarczyt ojcu konspekt nowego zbioru szkicow historycznych Wtadystawa 
Konopczynskiego. 
Tekst drukowanego dzis eseju na pocz'!tku lat siedemdziesi'!t)'ch dawatem do 
czytania wielu pisarzom i historykom literatury. Przez pewien czas funkcjonowata 
hipoteza, ie jego autorem magi bye Karol Irzykowski. Ktos inny sugerowal, ze ra- 
czej Karol Ludwik Koninski. Alfred Laszowski wahal si
 pomi
dzy Arturem Gor- 
skim i Wojciechem B,!kiem. Bodajie Adam Mauersberger, sktonny do paradoksow 
literackich, a znuiony t'! dyskusj,!, twierdzit, ie a1bo napisal go zza grobu 
Iarian 
Zdziechowski a1bo telepatycznie zainspirowata Simone Weil. 
Wreszcie po kilku czytaniach, po wahaniach ("czy to moje lektury z tamtych 
lat?") Wyka zechcial przyznae si
 do autorstwa. Bylo to tui przed jego smierci,!. 
Zreszt,!, opublikowany po raz pierwszy w 1984 roku jego Pamiftnik po klfsce 
(w jednym tomie z Zyciem na niby) opatrzony jest adnotacj,! autora: "Rzecz niniej- 
sza, pisana zim,!1939-1940, miata stanowie rodzaj pami
tnika myslowego po kl
- 
see. Poiniej przerwana i juz nie kontynuowana w calkiem innej atmosferze, kiedy 
sprawa zrazu tylko polska okazata si
 ogoln'!. Pierwsz)'m przeto po niej szkicem byt 
Pesymizm a odbudoJVa czlowieka (XII 1940 - I 1941). 15.9.44." 
Wielokrotnie namawiatem raine redakcje na publikacj
 tego tekstu, w sposab 
istotny dopdniaj,!cego dzido Wyki, ale tei niezmiernie wainego do zrozumienia 
iycia duchowego Polski mi
dzywojennej i okupacyjnej. Bezskutecznie. Byl niewy- 
godny. Archiwum "Wisiy", a w nim maszynopis eseju Pesymizm a odbudowa czlo- 
wieka, znajduje si
 obecnie w Muzeum Literatury w Warszawie. 


Piotr Mitzner
>>>
PO CO PISZ
? 


Konrynuuj(!c ankiet
, po odpowiedziach: Czeslawa 1\1itosza ("Kwartalnik 
Artystyczny" nr 4/8/1995), Ryszarda Krynickiego, Juliana Kornhausera 
(or 1/9/1996), Jana Jozefa Szczepanskiego, Tadeusza Konwickiego, Zbi- 
gniewa Zakie\\icza, Aleksandra Jurewicza, Andrzeja Stasiuka (or 2/10/1996), 
Henryka Grynberga, Stefana Chwina, Kazimierza Brakonieckiego 
(nr 3/11/1996), Tadeusza Rozewicza, Urszuli Koziot (nr 4/12/1996), 
1\1ichala Gtowinskiego, Bogdana Czaykowskiego (nr 1/13/1997), Kazi- 
mierza Hoffmana, Janusza Stycznia (nr 2/14/1997), Grzegorza 1\lusiala, 
Krzysztofa Karaska (nr 3/15/1997), Floriana Smieji, 1\1acieja Niemca 
(nr 4/16/1997), Boleslawa Taborskiego, Ewy Sonnenberg (nr 1/17/98), 
Marka K
dzierskiego, Leszka Szarugi (nr 2/18/98), Ludmity Marjanskiej, 
Janusza Szubera, ks. Jana Twardowskiego, Piotra \Vojciechowskiego, Boh- 
dana Zadury (or 3/19/98), Adriany Szymanskiej, Ewy Kuryluk, Urszuli M.. 
Benki (or 4/20/1998), Jozefa Kurylaka, ks. Jana Sochonia (or 1/21/1999), 
Ryszarda KapuScinskiego, Aleksandry Ol
dzkiej-Frybesowej (nr 2/22/1999), 

lacieja Cisly, 
lirostawa Dzienia, Piotra Szewca (nr 3/23/1999), Krzysz- 
tofa C",'iklillskiego, Krzysztofa Lisowskiego (nr 4/24/1999), Stanisiawa 
Lema (nr 1/25/2000), Anny Nasitowskiej, Tomasza Jastruna, Jarostawa 
K1ejnockiego (nr 2/26/2000) zamieszczamy kolejne wypowiedzi. Ci(!g 
dalszy w naswpnym numerze. 


Maria Danilewicz Zieli1zska 


*** 


Po co pisz
? Raczej: dlaczego pisz
? I czym jest "pisanie"? Chyba czyn- 
noki,! wtorn'!, wykonywaniem zalecen mozgu, utrwaleniem tego, co 
przez glow
 przeszlo - a w najlepszym razie ubieraniem w slowa i odtwa- 
rzaniem np. majaczen sennych. Technika pisania powoduje spowolnienie 
przekazu, koryguje lub przeinacza pierwotny tekst na podobienstwo swo- 
istego stale si
 odbywaj,!cego dialogu mysli z Z}'\V,! mow'!.
>>>
PO CO PISZ
? 


91 


Dlaczego piszC;? Ha, roznie z tym bywa! Najczc;sciej z musu. By infor- 
mowac, pouczac, odpowiadac, cos przekazywac, 0 cos pytac, kwitowac, 
utrwalac na pismie cos, do czego moze wypadnie wrocic. I dopiero gdzid 
poza szablonowymi zastosowaniami pisma midci siC; "pisanie" z pytania 
ankiety "Kwartalnika Artysrycznego", egzamin naszych uzdolnien i ambi- 
cji, naszej niewiary w trwalosc zywego slowa i pamic;ci. 
"Pisanie" (tworcze) jest czyms dyskretniejszym od praktyki plastykow czy 
muzykow - rrudniej siC; uzewnc;trznia, latwiej likwiduje pomylki. Milczy. 
W wyzszym stopniu jest posluszne naszej woli, latwiej da siC; zniszczyc (\\y- 
starcZ}' kosz na smieci lub efektowny zar kominka), w sytuacji optymalnej jest 
od nas stuprocentowo zalezne, ujawniane z naszej woli, od razu akceptowane 
lub przerabiane i odkladane "na pozniej" z zawodn,! intencj,! powrotu. 
To wszystko nie jest jednak odpowiedzi,! na pytanie ankiety "Po co 
piszC;?", bo pobudki i cele bywaj,! bardzo rozne. Najtrudniej jest zasia- 
dac do pisania z wlasnej nieprzymuszonej woli szumnie nazwanej na- 
tchnieniem, natychmiast i byle gdzie. To, podobno, jest nadal przywilej 
poetow. Stachura na gor,!co wpisywal do nie opuszczaj,!cego go no- 
tatnika szybko przebiegaj,!ce przez glowC; pomysly siedz,!c na malowni- 
czym (dzis juz zdeformowanym) peronie dworca w Aleksandrowie Ku- 
jawskim. Do historii przeszedl Marcel Proust pracuj,!c nad swym wielkim 
dzielem w idealnej ciszy uszczelnionych scian pracowni. Nalkowska, uf- 
na podszeptom podswiadomosci, w otumanieniu polsnu, na lez'!co za- 
pisywala udane sformulowania pomyslow na przygotowanych na wszel- 
ki wypadek karteluszkach. Ja - bo przeciez 0 mnie tu chodzi - piszC; 
najchc;tniej wprost na staroswieckiej maszynie "Olympia" ze slownikiem 
ortograficznym i koszem do smieci pod rc;k,!. 
Mysk, ze w wielu, jdli nie \V wiC;kszosci wypadkow "pisanie" da siC; la- 
two podzielic na rzemidlnicze i tworcze. Praca zarobkowa piorem niemal 
z reguly przybiera ksztalt pisanych na zamowienie (lub ryzyko) tekstow. 
W moim przypadku "pisanie" polegalo przez kilkadziesi'!t lat na nagrywa- 
niu felietonow radiowych albo krotkich recenzji do stalych rubryk w "vVia- 
domosciach" Grydzewskiego, a nastc;pnie paryskiej "Kultury" Jerzego 
Giedroycia. Ten ostatni dostrzegl "mysl przewodni,!" dostarczanych mu 
tekstow i naklonil mnic do skonstruowania zarysu historii literatury emi- 
gracyjnej pod ostroznym tytulem "szkicow", dostrzegaj,!c, ze s,! cz'!stkami 
obrazu pismiennictwa polskiego na obczyznie, a pisane na gor,!co S,! au- 
tentyczn'! form,! sponranicznej recepcji. Fakt, ze pozostawial mi absolutn,! 
swobod
, sprawil, ze gospodarowalam odwaznie przechodz,!cymi przez 
moje rc;ce nowosciami wydawniczymi naplywaj'lcymi do Biblioteki Polskiej 
w Londynie i pisalam, 0 czym chcialam i po swojemu, odsiewajqc ziarno
>>>
92 


PO CO PISZ
? 


od plewy. Mysk, ze jest to przyktad pot,!czenia rzemidlniczej pracy kroni- 
karza z prac,! tworcz'! na miar
 uzdolnien. Odpowiedz na pytanie "Po co 
pisz
?" moze zamkn,!c si
 takze w stowach: "Dla chleba", dla uzupelnia- 
nia n
dznych poborow i zaspokajania obserwowanego w pracy bibliote- 
karskiej zapotrzebowania na aktualne opinie 0 "nowosciach". 
Pisanie pod pretekstem "Dla chleba, panie, dla chleba" bez przymusu 
terminow, ograniczanie rozmiarow i oszcz
dnoSci w cytatach by to luksu- 
sem, a wyst
po\Vato jeszcze wyrazniej w wypadku felietonow radiowych, 
ktore przez trzydzidci lat miaty form
 "dziesi
ciominutowek", a tema- 
tycznie blisko s,!siadowaly ze "Szkielkiem i okiem" z "Wiadomoki" czy 
"Kronik,! krajow,!" z "Kultury". Radio zastrzegato ekskluzywnosc wygta- 
szanych przed mikrofonem tekstow - wersje do druku trze ba by to opraco- 
wywac rownolegle. Oto przyktad "pisania" = rzemiosta, z t'! roznic,!, ze 
inni byli odbiorcy. Dlaczego pisatam? - odpowiedz jest oczywista: by, po- 
dobnie, jak czynily to patronuj'!ce mi pisma i RWE, "']'razaj,!c si
 patetycz- 
nie, "stuzyc sprawie polskiej". 
Rownolegle, na lewo, uprawiatam "pisanie", ktore - sprawa si
 znow 
komplikuje - wyraznie odcinato si
 od prac bibliograficznych i edytor- 
skich, a przede wszystkim historycznoliterackich, ktorych rezultatem jest 
monografia poety polskiego Tymona Zaborowskiego (1798-1827) i roz- 
siane po szanownych czasopismach angielskich studia 0 tematyce bardzo 
roznej, ale zawsze z histori'!literatury polskiej zwi'!zan'!. Gdy si
 zyje dtu- 
go (za dtugo?), znajduje si
 czas na pracochtonne sl
czenie nad najdziw- 
niejszymi tematami dla zaspokojenia przelotnego kaprysu, lub ch
ci udo- 
st
pnienia "odkryc" zwi,!zanych z podsuwanymi przez los r
kopisami 
(st,!d "Mickiewicziana"). 
Na ostatek - "pisanie" usprawiedliwiaj,!ce zaproszenie do udziatu w an- 
kiecie "Kwartalnika Artystycznego". Nie uprawiatam go w dwudziestole- 
ciu onidmielona kontaktami z owczesnymi wielkimi nazwiskami, choc do 
pisani a "dla siebie" zach
cat mnie i moj mistrz z Uniwersytetu prof. Tozef 
Ujejski, i Wadaw Borowy i - przede wszystkim - Wadaw Berent, ktoremu 
nieoficjalnie sekretarzowatam, gdy tworzyt Opowiefci biograficzne. Pierw- 
sze opowiadanie - Od Tqiyny napisatam w schronie przeciwlotniczym 
w Stanmore pod Londynem w zimie 1942/1943 w czasie dyzurow uroz- 
maicanych nalotami bombowcow niemieckich i kanonad artylerii przeciw- 
lotniczej. W czasie dtuz,!cych si
 nocy, gdy moi wspottowarzysze straznicy 
(firewatcherzy) czytali lub drzemali, zach
cona przez Antoniego Stonim- 
skiego, zacz
tam pisac - za przyktadem Karola Estreichera - "obrazki pio- 
rem" odtwarzaj,!ce nasze serdeczne adresy. Poetyckie analogie tych poczy- 
nan to !(wiaty po/skie Tuwima, wspomnienia warszawskie Stanistawa
>>>
PO CO PISZ
? 


93 


Balinskiego, wiersze Slonimskiego, redaktora "Nowej Polski", kt6ry m6j 
Maj w J(rzemie11cu wydrukowal w bezposrednim s,!siedztwie slynnego 
fragmentu J(wiatow polskich: "Bukiety wiejskie, jak wiadomo". Gdy rozpi- 
salam siC; na dobre, "Nowa Polska" zeszla na zle drogi i odcic;la siC; od 
Emigracji, a "Wiadomosci", do kt6rych pisywalam r6wnolegle, stracily 
przydzial papieru i zmuszone byly do zamilknic;cia. Mialam juz za sob,! to- 
mik Blisko i daleko i powieSc 0 Wlodawku lat 1920-tych pt. Dom, tak reali- 
stycznie ujmuj,!c,! 6wczesn,! rzeczywistosc, ze zglaszali sic; do mnie rzeko- 
mi krewni fikcyjnych Zebrowskich, a kaprys losu wydobyl Dom z zapomnienia 
i przyczynil siC; do nadania mi obywatelsrwa honorowego miasta Wlodaw- 
ka. "Po co piszC;?" - po to chyba, by dac swiadecrwo prawdzie i zrobic 
uzytek z wlasnych mozliwoki. 


Maria DanilelVicz Zielinska' 


]erzy Gizella 
Po CO pisz
? Po CO wracam? 


Urodzilem siC; w Krakowie - miekie, do kt6rego na sitc; sprowadzono 
szcz'!tki Mickiewicza i Slowackiego. W kt6rym popijal na dworze kr6lew- 
skim Kochanowski. Ten Wawel potem chcial zamienic na Ateny Wyspianski 
- zbalkanizowac i usr6dziemnomorszczyc. Ale nie udalo siC;. Zanim siC; uro- 
dzilem, po tym miekie, wok6l Plant, chodzili poeci i zadzierali w gwiazdy 
glowy: Przybos i Peiper, Galczynski i Milosz, Herbert i Jasnorzewska, R6ze- 
wicz i Szymborska, Swirszczynska i Poswiatowska. I jeszcze dziesi'!tki in- 
nych, setki, tysi,!ce wrazliwych, moze wic;cej. 
Wspaniali malarze i aktorzy, "Tygodnik Powszechny", a obok "Piwnica 
pod Baranami": Ewa Demarczyk, Piotr Skrzynecki. Staszek Czycz i Iredyn- 
ski. Lem i Mrozek. "Przekr6j" Eilego. Nowosielski i Brzozowski. W takim 
miekie trudno nie zacz'!c pisac wierszy, rysowac, spiewac. A r6wnoczeSnie 
jacys partyjni dygnitarze, przed kt6rymi wszyscy drzeli. Dzwon Zygmunta 
i czerwone flagi wok6l Rynku. Nowa Huta stalinowska i procesje na Boze 
Cialo. Gr6b Marszalka i portrety Bieruta, Rokossowskiego, Marksa, Engd- 
sa, Lenina. Ten ostatni lubil chodzic na Kopiec Kosciuszki i patrzec na mia-
>>>
94 


PO CO PISZI;:? 


sto z gory. A skromny wikary od sw. Floriana, ktory przenikal czlowieka na 
wylot? Klub inteligencji zydowskiej na Slawkowskiej i katolickiej na Sien- 
nej? Cerkiew na Szpitalnej? Chary. Orkiestry. "Skaldowie". Teatr Kantora. 
Oltarz Wita Stwosza. Bardzo ciasno. 
Mieszkalismy na pocz'!tku na ulicy Halickiej. Ojciec urodzil sic; w Kolo- 
myi, mama w Jaroslawiu - male galicyjskie miasteczka. To wszystko wypa- 
rowalo. I ludzie i krajobrazy. Szepty w kawiarni - wsrod jakichs niedobit- 
kow stamt,!d. Pokaz, co piszesz. Ojcu moj bunt przeciw temu wszystkiemu 
siC; nie podobal - mowil: pisz 0 Krakowie jak Iwaszkiewicz. To byl wzo- 
rzec poezji "kresowej". I na pocz'!tku chcialem pisac 0 Krakowie jak Bia- 
loszewski 0 Warszawie. Bo z wierzchu to miasto peine bylo blasku, a we- 
wn'!trz psulo siC;, ro, zsypywalo nowo przybyli widniacy z grodu robili 
gorod (termin Leszka Herdegena). To siC; do dzis we mnie nie ucukrowa- 
10, ta mieszanina fermentuje ci'!gle, raz szybciej, raz wolniej. I ci,!gle cos 
nowego wyskakuje z pamic;ci, poraza wyobraznic;. Krakow ci,!gle atakuje. 
I dlatego jeszcze piszC; - dla tej garstki podobnie czuj,!cych. Na przekor 
takze tym krytykom, ktorzy chc,! takich outsiderow wymazac gum,! z hi- 
storii literatury. Chc,!, zeby urodzeni w tym miekie poczuli siC; w nim ob- 
co. I pilnuj,!, zeby nie wrocili. 


Jerzy Gizella
>>>
.... 
:: 
!:: 
, 
 

 
:... 
;:0 

 
, ... 
, .
 

 
..::::.. 
...; 

 


]erzy Gizella 
Zegnaj smutku, chocby na ch\vil
 


Na Stolarskiej 
Pod konsulatami 
Gol'lb dziobie 
SlOI1ce na chodniku 
Bo tak czysto 
J ak na plazy 


Nienawisc wyparowala 
Z obrazu Vermeera 


Na jasnej ulicy 
Wiosna zamiast wojny 
Tlumy sic; wyniosly 
\V obiecane strony 


Maly Rynek 
J ak szklana kula 
Plon'lca 
Czerwonymi oknami
>>>
96 


JERZY GIZELLA 


Ruda dziewczyna 
Ci'lgnie nas za rc;ce 
Do tunelll Siennej 


Do nieba weteranow 
Przedwojennych uniesien 
A moze zmyslen 


Wyzsze znieksztalcenie 


To pan jesteS pierwszy w rodzinie, 
Ktoremu sluzba nie mowila paniczu? 


Dryg do pisania po OjCll, 
Miecz (ognisty) po k'ldzieli? 


To zreszt'l zaraz widac - 
Niechc;c do stylu wysokiego 


T ak pisz'l ludzie z nizszych sfer 
AI bo mieszancy - z ponizenia 


Z powywieszania mc;zczyzn 
W Grodnie po powstaniach? 


T eraz z powrotem u nas moda 
Na seriale rodzinne - odwieszanie 


Tyle, ze wszystkie swiadectwa 
Splonc;ly w Warszawie 


Gdyby Niemcy lepiej celowali 
To bys pan nie mial tych problemow 


No jednym slowem 
Nie ulatwili nam zycia
>>>
WIERSZE 


97 


A teraz nas swoi dobijaj
 
Wymazuj
 z pami
ci komputer6w 


Zebysmy nie psuli przysztosci 
J ak wirus w programie 


Ulatnianie si
 


Przed smicrci
 ojciec 
Poci
gn
t z powrotem na wsch6d 
J a coraz dalej na zach6d 
W pracy 
'" hymnic 
W modlitwie 


I tylko chytkicm 
Czasem do swoich 
Do domu z lipami 
N a rvnek 
Przez kt6ry 
Przejeidiaty poci
gi 


Zc wschodu na zach6d 
Z zachodu na wsch6d 
Przcskakuj
c g6ry 
Dolinv 
Dworce kolejowe 
Lotniska 


Z pamic:ciq rozbiq 
J ak szyba 
Po wybuchu Slonca 
o swicie 
o zmicrzchu
>>>
98 


JERZY GIZELLA 


Schron przeciwlotniczy 


Dlugo mnie nie bylo w rodzinnym Krakowie 
Odetchnc;li krytycy i kelnerzy 
Po raz kolejny odmienil siC; zloty 
Pilcha przenidli karnie do Warszawy 


A byly dni spokojne kiedys na J askolczej 
Kiedysmy grali w zoskC; z vVojtkiem Golubiewem 
I Januszem Bielanskim - ale nie biskupem 
Tylko zwyklym synem rektora uniwersytetu 


Czasem dolatywaly zza muru milosne okrzyki 
Par ukrytych traw} wysok} - niekoszon} 
vVic;c niewinne chlopic;ta biegly ugasic 
Pragnienie do "Higieny" za rogiem Kosciuszki 


Bo J askolcza byla metafor} zycia 
Ta najkrotsza z krotkich uliczek Zwierzynca 
Konczyla siC; slepym murem z betonu 
I cieniem wierzby placz}cej choc jeszcze bardzo mlodej 


A ludzie wtedy wypatrywali znakow na niebie 
I znak siC; pojawil w budynku naprzeciw 
Czyli dworku Kosciuszki 
J ak najbardziej katolickim 


Ale nie ma juz wytworni wody sodowej "Higiena" 
I nie wiem ilu pamic;ta jeszcze Wojtka kompana 
A "Znak" wydawniczy lsni jak ostrzezenie 
Oto wytwornia delikatnych b}belkow 


Znad Selcwany i Missisipi wracam nad vVislC; 
I znow szukam znakow na niebie i ziemi 
Tramwaj przelatuje jak pojazd z kosmosu 
I aniol amnezji poblyskuje mieczem 


] erzy Gizella
>>>
i 


- 



 

 
... 
.....:: 


::: 
... 
'"' 
:.::; 
:.!:! 

 

 
;i; 


] an ] ozef Szczepanski 
Johnny 


Gdzie on moze bye? Nie mam poj
cia. Nie wiem nawet, czy zyje. Jak 
si
 nazywa, tez nie wiem i nie wiedzialem nigdy. Johnny. Nikomu z nas 
nie przychodzilo do glowy dociekae, co si
 za tym kryje. Johnny i juz. 
Kazdy z nas mial tutaj jakieS takie imi
 i to wystarczalo. W tym przypad- 
ku to bylo troch
 wi
cej, bo oznaczalo takze j
zyk, ktorego nikt w od- 
dziale nie znal. Z wyj
tkiem mnie. Kiedy szlismy na odpoczynek do bun- 
krow, na P
kowcu, juz mnie uprzedzali. "Nareszcie pogadasz sobie po 
angielsku. Bo tam jest ten Anglik Johnny. Nauczyl si
 juz par
 slow po 
polsku, ale to mu ci
zko idzie. Ucieszy si
. Juz mu 0 tobie mowili." 
Czekal na mnie. Siedzial na zydlu przy tarcicowym stole, duzy, ci
zki, 
\V niemieckim, zandarmskim plaszczu, z opask
 na lewym r
kawie. Na 
opasce litery: "WP". Wojsko Polskie. Wszyscy nosilismy takie opaski. 
A plaszcz musial bye zdobyty w jakiejs akcji. Powitalem go po angielsku. 
Koledzy, ktorzy weszli za mn
 do bunkra przysluchiwali si
 uwaznie. 
Johnny wydawal si
 speszony. Odpowiedzial z w.ahaniem. Nawet mnie 
jcgo angielszczyzna wydawala si
 jakas dziwna. "JesteS Szkotem? Czy
>>>
100 


JAN J6ZEF SZCZEPANSKI 


moze \Valijczykiem?" zapytalem. Usmiechn}l si
. "Widz
, ze moj akcent 
ci si
 nie podoba", rzekl. "Jestem z Australii. l\10ja matka jest Australij- 
k}. \V domu mowilismy zawsze dialektem. To dlatego..." 
W dalszej rozmowie, ktora szta nam dose kulawo, probowalem ustalie 
osobliwe cechy tego "dialektu". Widzialem tylko, ze Johnny radzi sobie 
z angielskim gorzej niz ja. Zmienit temat i opowiedziat mi, ze odwiedzit 
dzis "the lady in the forest". Cudown} kobiet
. vViedzialem, 0 kim mowil. 
To musiata bye zona ldniczego, rzeczywiscie mtoda kobieta niezwyklej 
urody. \Vielu z nas bywalo tam, w ldniczowce odleglej 0 jakid 5 km od 
naszych bunkrow. Chodzilismy tam k}pae sit;, a takze pogadae, napie sit; 
herbaty, popatrzye. A wi
c juz j} odszukat, juz tam tratll. 
Lesniczego przewaznie nie by to w domu. Mtody, postawny, z krotko 
przystrzyzonym w}sem na ogorzalej twarzy. Odzywat si
 z rzadka. Ona 
tez nie byla rozmowna. Nie wiem, po jakiemu porozumiewata si
 z John- 
nym. Kiedy j} dzis wspominam, nie potratl
 odtworzye zadnych szczego- 
tow. Duze, ciemne oczy? Moze tak. Nie wiem. I male, bardzo czerwone 
usta? Moze tak. Tylko ogolne \vrazenie lagodnoSci. Ze jest tagodna i ci- 
chao I ze caty ten dom jest lagodny i cichy. Dzi
ki niej. Czasem stychae 
tam by to jakid szmery pod podtog}. Zwtaszcza w tazience. Ktos tam jest? 
"To borsuk" mowita usmiechaj}c si
, jakby wymieniata kogos bliskiego. 
"Ma nor
 pod domem. Jest bardzo porz}dny, bardzo czysty". Ale po ja- 
kiemu rozmawiala z Johnnym? Czy potrzebowata? 
Jednak angielszczyzna Johna nie dawata mi spokoju. Kiedy dowodca 
kompanii nas odwiedzit, powiedzialem mu wprost: "To nie jest Anglik". 
"Oczywikie, ze nie", zgodzit si
 ze mn}. "To jest Australijczyk. To istna 
wieza Babel, ten kraj. Emigranci z catego swiata. Anglicy, Francuzi, Ho- 
lendrzy, Niemcy. Zwtaszcza na prowincji. Wi
c on tez. Moze w domu 
mowili po holendersku, albo po niemiecku. W kazdym razic nasza placow- 
ka w Cz
stochowie skierowala go do nas z najlepsz} opini}. I przyszedt do 
oddziatu z broni}". 
"Z broni}?" 
"Tak. Noc} na ulicy rozbroit zandarma. Przytozyt mu do pIccow latar- 
k
, Hande hoch!, i juz. Australijczyk!" 
No wi
c dla nas byt juz Australijczykiem. Mieszkal w innym bunkrze, z in- 
nym plutonem. Do nas przychodzit wieczorami. Wypalie papierosa, czasami 
napie si
 bimbru. Pogadae ze mn}, gtownie 0 "pi
knej pani z lasu". A czym 
si
 zajmowal? Powiedziano mi, ze nadajnikiem radiowym. "Ale przeciez on 
nie mowi po polsku?". A po co? "Opieka techniczna. On si
 na tym zna". 
Zreszt} nie byl u nas dtugo. Zabrali go z P
kowca, do jakicjs innej kompanii.
>>>
JOHNNY 


101 


A potem mysmy tez odeszli. I to wszystko musialo siC; zdarzye, zanim zdarzyl 
siC; wypadek W ldniczowce. W kazdy razie on nic 0 tym nie wiedzial. Ja 
zresztq tez dowiedzialem siC; przypadkiem. Na jakiejs 1esnej drodze. 
Ona, ta pic;kna, ta lagodna zajmowala siC; takze oswietleniem domu. No 
i pewnego wieczora lampka karbidowa wybuchla jej w rc;kach. Podobno 
miala ci
zko poranionq twarz. 


*** 


Pic;kna "Lady in the forest". Nie widzialem jej juz nigdy. Nie wiem, co 
sic; z ni q stalo. On tez nie wiedzial. Moze nawet nie wiedzial 0 jej wypad- 
ku. 0 nim tez nic nie wiedzialem. Czasem tylko docieraly do nas nie po- 
twierdzone widci 0 "Australijczyku". Byl podobno gdzid na Podhalu. 
Dzielny zolnierz. Opowiadano 0 jego niezwyktych czynach. Mial jakoby 
zdobye wlasnorc;cznie karabin maszynowy. "Australijczyk" budzil po- 
wszechny podziw. Stal si
 legend q . 
]eszcze poki byl u nas, probowalem sic; dowiedziee, skqd siC; wziql. 
Oboz jell.cOw. Tak wszyscy mowili. Gdzie? On sam wymienial jakqs miej- 
scowose - brzmialo to jak "Kielce", ale nigdy nie styszalem, zeby w Kiel- 
cach byl jakis oboz jencow. Moze w poblizu Kielc? Dlatego pewnie zada- 
lem mu pytanie, chyba glupie. Dlaczego do nas? Co sklonilo go do 
wyboru parryzantki? Nie potrafic; dokladnie powtorzye odpowiedzi, ktora 
juz wtedy mnie zaskoczyla. Cos jak: "It's tIne", czy "it's good to be on 
the right side". Pamic;tam, ze zastanawial siC; chwilC;, zanim jej udzielil. J a 
tez zastanawialem siC;, karcqc siebie za naiwnose. Czy ja, czy my inni mieli- 
smy jakid wqtpliwoSci? Od POCZqtkll bylismy "on the right side" i nie mo- 
glo bye inaczej. Nie chodzilo ani 0 teren, ani 0 miasta. Mysmy chcieli zye 
i bye sob q . A "Anglik" czy "Australijczyk"? 0 co jemu chodzilo? 0 swiat? 
Zaczqlem to pojmowae trochc; pozniej, kiedy do oddzialu dolqczyl 
podchoqzy Smiga, uciekinier z Oswi;cimia. Nie poznal juz Johna, ale 
natychmiast zidentyfikowal go z opisu. Anglik? Bzdura. To Niemiec. Wil- 
li. Z,andarm. Siedzial w kacecie jako kryminalny. Byl kapem. Uciekl 
w bardzo szczegolny sposob. Wypro\\'adzal swoje komando poza oboz, 
do robot polnych. MiC;dzy innymi blldowali tez dom letni dla SS-manow. 
Wlasnie kopali doty pod fundamenty. John - czyli kapo \-Villi - mial 
w swoim komando starcgo z'yda, bardzo chorego. Ledwo stal na nogach. 
Zabral go ze sob q do tego kopania. Wykopali bardzo glC;bok q dzillrc;. 
John kazal staremu polozye siC; do nicj. Sam skonstrllowal przykrycie. 
Kiedy kommando wracalo do obozu, stwierdzono brak jednego czlowie-
>>>
102 


JAN J6ZEF SZCZEPANSKI 


ka. Jak zawsze w takich wypadkach, ogloszono alarm. Przez trzy dni 
trwaly poszukiwania. Bez skutku. Z.yd oczywikie umarl w tej norze, ale 
John przekonal si
, ze kryjowka jest pewna. Nastc;pnym razem sam siC; do 
niej schowal. Znowu alarm. Trzy dni lezenia bez ruchu w zaduchu roz- 
kladajqcego si
 ciala. No i uciekl. W ten wlasnie sposob. Nie zaden oboz 
dla jeI1cow. Nie zaden Australijczyk. Oswic;cim. Uciekl z Oswic;cimia. Juz 
nie mialem sposobnosci mowie z nim 0 tym, ale teraz rozumialem jego 
wybor: dlaczego chcial bye "on the right side". 


*** 


o dalszych losach Johna - nie do konca (bo do dzis nie wiem, czy i jak 
zakonczyla si
 jego burzliwa historia) - dowiedzialem si
 od Jacka. Jacka 
poznalem na poczqtku okupacji. Byl synem bogatego wlakiciela sklepu. 
Sam handlowal, glownie zlotem. Uciekl na WC;gry - przeprowadzajqc 
dwoch Z.ydow. Po jakims czasie wrocil (rowniez przez "zielonq granic
))) 
do Krakowa, gdzie zainteresowalo siC; nim Gestapo, wskutek czego wylqdo- 
wal w partyzantce, gdzie go znow spotkalem. Pozniej przeniosl siC; na Pod- 
hale (wczdniej niz John) i tam wszedl z "Australijczykiem" w blizsze kon- 
takty. Ledwo skonczyla sic; wojna, ruszyl (nielegalnie) na Zachod, odnowie 
jakid swoje handlowe interesy. I tutaj w Monachium spotkal Johna. John 
byl w polskim mundurze. Zdqzyl jeszcze wstqpie do II Korpusu, ktory byl 
wlasnie w likwidacji. Chcial bye koniecznie w Wojsku Polskim, i byl ("to be 
on the right side", jak sobie dumaczylem). Ale my, jego dawni towarzysze 
broni bylismy teraz "on the wrong side)). Z uczuciem przygnc;bienia prze- 
mykalismy siC; pod haniebnymi afiszami: "AK - zapluty karzel reakcji". To 
jednak nie docieralo do niego. Uwazal to widocznie za jednq z przemijajq- 
cych zlosliwosci historii. Bo czy tylko zwycic;zcy Sq zawsze "on the right si- 
de"? Tak czy owak ucieszyl si
 z Jacka i zaproponowal mu, ze zawiezie go 
do Krakowa, dokqd wybiera si
 wlasnie jako wyslannik Unry. Mial do dys- 
pozycji samochod. Papiery i nawet mundur amerykaI1ski zalatwil J ackowi 
bez problemu. No i przyjechali. Jacek zalatwil Johnowi kwater
 - u siebie 
w domu i mial bye jego przewodnikiem. Ale samochod Johna, z amerykan- 
sk q rejestracjq parkowal na podworzu Jackowego domu. Dla czujnego UB 
byl to dowod wystarczajqcy. Jacek zostal aresztowany, jako zaplqtany 
w rzekomq, nigdy nie wyjasnionq, afer
 szpiegowsk q . Uciekl z pociqgu wie- 
ziony na rozpraw
, a potem ukrywal si
 przez dluzszy czas u mnie. Co si
 
stalo z Johnem - nie wiem, ani ja, ani on. Mysl
, zc i jcmu udalo si
 uciec. 
W kazdym razie do zadnej rozprawy nie doszlo.
>>>
JOHNNY 


103 


Z Jackiem spotykalem siC; jeszcze kilkakrotnie. Po wielu przygodach 
i komplikacjach osiedlil siC; w Ameryce, dorobil siC; pienic;dzy, wyrasl na 
statecznego obywatela. A John? Znikl mi z oczu tak zupelnie, ze magl- 
bym 0 nim zapomniee. Nie zapomnialem jednak. Choeby dlatego, ze byl, 
a moze jest nadal, taki inny. Awanturnik? Tak. Na pewno. Ale dlaczego 
tak utkwil w mojej pamic;ci, chociaz tak malo go znalem? Czy to z powo- 
du owego - jakby mimochodem rzuconego zdania, ze chcial bye "on the 
right side"? Kiedy dzis patrzc; na to z odlegloki, nie wqtpic;, ze 0 to wla- 
snie chodzi. Bo wybar, ktarego dokonal, musial miee jakid uzasadnienie. 
Moze nawet nie calkiem zdawal sobie sprawc; z raznicy mic;dzy "wrong si- 
de" a "right side". Zyl, tak sarno jak my, "on the wrong side". Caly nasz 
swiat egzystowal "on the wrong side". I on musial 0 tym wiedziee. Musial 
to czue. Kryminalista, Niemiec, wic;ziell obozu koncentracyjnego, oswiC;- 
cimski kapo. Morderca, zolnierz AK, zolnierz armii Andersa, awanturnik, 
narazajqcy swoje zycie "po dobrej stronie". Nie wiem, czy zyje. Johnny - 
Australijczyk. Kapo Willi. Czy umarl "on the right side"? Mam nadziejc;, 
ze zyje, chociaz naszemu swiatu wciqz jeszcze daleko do "right side". 


J an J 6zef Szczepnski
>>>
" "- , 
. ... 
, 
 
'\. " 
, ( , 
1 
f 
. 

 , 
. 
" 
, 
. 
'" 
. 
. 
\ , 
... 
... 
" 
\ ' 
 
\ \ 
.. 
, , 
" 
, 
'., , 
..I.. 
" 
 
' , . 
, tt 
-'It 
'\ ' ..., 
, It 

 

 .
 
II t 
 
"- tt 
\.? 
t ,( I!: 
"Q .!: 
!:: 
, , 
 
. \ 
.... 
\ J , :: 
to, 
Torun; Katedra SJVift.'Ych JanoJV, piftnastoJVieczna krata biblioteczna JV prezbiterium.
>>>
"? 
;,; 



 


:; 
.g 

 

 


...: 

 


Janusz Szuber 
o co \\T tym \vszystkim chodzi? 


Alltoniemu Liberze 


Kiscie bialego bzu: 
Pan tu a pani tu. 
J edyna i jedyny, 
Niebo z ultramaryny. 


Weranda pachnie zywic1, 
\Voalk
1 przykryte lico. 
o co w tyrn wszystkim chodzi? 
Zegar wypruty z godzin. 


Zaczc;te a nieskOllczone, 
Ze smyczy nie spuszczonc, 
Nicpe\\'ne sarno sicbie 
Lyzcczk;;l w kawic grzebic.
>>>
106 


JANUSZ SZUBER 


Chcialoby, biedne, ksztaltu, 
Chocby za cene; gwaltu. 
Zegar wypruty z godzin. 
o co w tym wszystkim chodzi? 


Kikie zwie;dlego bzu: 
Pan tu a pani tu. 
J edyny i jedyna, 
Wyblakla ultramaryna. 


Placq, wstaj'!, wychodz,!, 
Ich cienie \V trawie brodz q . 
Kelner zlosliwy jak giez 
Z wazonu wyrzuca bez. 


Zywica nie pachnie juz. 
Werande; pokrywa kurz. 
Zegar wypruty z godzin. 
o co \V tym wszystkim chodzi? 


Tu i tam 


Byli jacy byli - a nam co do tego? 
Zamknie;ci w swoich niewidzialnych kulach, 
Jak ktki jednodniowi albo puch dmuchawca; 
Nimi na murawach zielonego sukna 
Graj,! w golfa zle i dobre Moce, 
W wiecznym teraz bez wschod6w i zachod6w sloI1ca.
>>>
WIERSZE 


107 


5'} obietnic'} w kl
bach dymu 


Wiesz, ze tak bc;dzie az do kOI1ca 
I nie ma juz siC; czemu dziwic. 
A jednak, mimo wszystko, wlasnie 
Jakby od nowa mozna zaczqc. 


Rogiem chusteczki spod powieki 
Wyjrniesz Izawiqcq iskrC; dymu. 
Perony przez spoconq szybC; 
J akby od nowa mozna zaczqc. 


A jednak mimo wszystko, wlasnie 
Bo jest siC; jeszcze czemu dziwic, 
Zanim ostatni raz chusteczk q 
Wyjmiesz t
 iskrc; spod powieki. 


Komu jak komu, ale tobie 
Perony przez spocone szyby 
Sq obietnicq w kIc;bach dymu. 
I tak juz bc;dzie az do kOI1ca. 


Potem 


Kiedys, byl tego nieomal pewien, 
Sluzby specjalne Pana Zastc;paw znajd q tc; 
Czarnq skrzynkc;, ktara rejestrowaia wszystkie 
J ego niecenzurowane mysli, i niepotrzebny 
Juz bc;dzie wykrywacz klamstw, kiedy 
Zostanq przesluchane kilometry wewnc;trznych 
Monologaw i dialogaw, i te wiersze, 
Ktarych po przebudzeniu sic; zadnq miaq 
Nie magI sobie przypomniec i zapisac.
>>>
lOl
 


JANUSZ SZUBER 


Po\vroty 


Odeszlo - odejsc musialo. 
Szarpalo OSciCll, wierzgalo. 

 a zerdziach odarrych z kory 
RyngrafY i tranzystory. 


Powrory, ale do czego? 
Do piasku w klepsydrze sypkiego? 
Do skory czy pergaminu? 
Do dziezy z resztkami zaczynu? 


Slo,vnik domo\vy 


Jak nie urok, to sraczka, panie dobrodzieju. 
I tak juz zostalo. 'Ze cos jest nie do winkla. 
I z czym do pani hrabiny. 
e chody Hryciu. 
Obsmuszyc gal,!zkc;. Tu kazdy wiedzial, kto to Szpicytinder. 
Czy ktos kiedys napisze: taka byla ich, jego, mowa 
I w zolrym metalu odleje matryce? W,!tpiC;. I slusznie. 
Cyrk wc;drowny zwijaj,!c, zostawiamy po sobie 
Kr'!g trawy wydeptanej i ubit,! ziemic;, 
Na chwilC; wysoka wieza powietrza, 
Dymi,!ca resztk'! glosow po zachodzie slonca 
I brawami, jdli udal siC; ostatni numer. 
Hrycio idzie W oddali za pani,! hrabin,!, 
Ktora zrywa gal,!zkc;, obsmuszon,! z liki 
Uderza siC; po butach do konnej jazdy. 


Janusz Szuber
>>>
Marzena Broda 
Latanie bez skrzydel 
(fragment) 


Trudno przywyknqe do gor komuf, kto ukochal oeeaniczne rOlVniny, eho- 
eiaz, gdy z zaskoczenia zaslVieci nad szczytami slonee, obramowujqc pier- 
icieniem pomarszczony widnokrqg, potrafi bye JV dole ladnie. Szezegolnie, 
jeieli lV szklqc)'m sl1iegu odzJVierciedla si{ zmierzchajqee niebo, a potem 
arystokratycznym krokiem nadchodzi noe, iciemniajqc dzienne nviatlo i za- 
palajqc kolejne gJViazdy, JVsrod ktorych jest gJViazda i Archimedesa i Safony 
i Leonarda da Vi,tlci i Einsteina i Yourcenar i wiebt osob, ktore patrzq na 
Ziel11,i{ z najJVi{kszej lVysokoici, lV porze, kied:v luty nie zach{ca do opuszeze- 
nia domu. Wtedy przejicia prOJvadzqce do sJViata sq nieprzejezdne, ttkryte 
pod zmrozonym, zbitym JV stozkolVate zaspy fniegiem, ze nie JVidae JV fal- 
dach bieli kierunkow i lanvo jest sir lV nich pogubie, JV znienacka mywajq- 
cej si{ drodze prOJvadzqcej w niewlaiciJVq stron{, gdzie nie ma niczego poza 
onvartq przestrzeniq. Smiertelnie jasnq i zs)'lajqeq. na niedonviadczon)'eh 
w{drowcoJJ1 ostateczny sen pod fniezn)'m puchem, JJ1 ostatniej sekundzie lVY- 
dajqcy si{ im cieplym i bezpiecZ1'lym lozkiel1'l, kojqcym z11l{czenie. 


II. 


Alma intuicyjnie odgadywala okrucieI1stwo vVielkiego l\1rozu, nie zna- 
j.}c jeszcze laski ciepla i odpoczynku. Nigdy nie zranilo j.} tez zimno ani 
nie zlamal strach 0 oddech, mierzony oszalalym tc;tnem, dobiegaj,!cym do 
celu w godzinie smierci. Pewnie z tego, a moze z innego po\\'odu, nie 
opalala pokoi na p6Ipi
trze, przeznaczonych db zapodzianych gosci. Za- 
zwyczaj swiecily pustk} do momentu, gdy slOllce cieplymi promieniami 
rozwijalo tkwi}c,! jak w kokonie wid pod Lambenburgiem. Oznaczon} 
wystarczaj}co niewyraznie na mapie, aby jej nie znalezc za pierwszym rzu- 
tem oka, lecz dzic;ki pilnoki kartografa, dostatecznie widoczn"l w zalcsio-
>>>
110 


MARZENA BRODA 


nym kwadracie, gotowym okazae si
 oaz} spokoju, pol}czon} z dyskrecj}, 
jakze potrzebn} kochankom, ktorzy poznaj}c wzajemnose cial na rowni 
z urokami uczue, s} zmuszeni ukrye si
 przed reszt} swiata, ale nawet gdy- 
by zakochani do nieprzytomnoki gdzid byli, Alma nie ludzilaby si
, ze 
trafi} do "Niebieskiego Ksi
zyca". 
Nazw
 wymyslil jej m}z. Nic oryginalniejszego nie przychodzilo im do 
glowy. Albo byli zbyt mlodzi i niecierpliwi, pragn}c jak najspieszniej 
otworzye interes, by czerpae zyski, pozwalaj}ce na utrzymanie zaplanowa- 
nej rodziny, ktora nie powi
kszyla si
 z powodu epidemii grypy, zabieraj}- 
cej Ludwika. Zostala po nim karczma, kon, dlugi u Schnellera i niezly 
rocznik beczkowanego wina, staj}cego si
 na pustkowiu jedyn} rozrywk(! 
m
zczyzny, ze nie trzezwiej}c przestal zauwazae zon;, lecz nie pieni}dze, 
licz}c na dostatniejsze i w wygodniejszym miejscu zycie. Jego smiere byla 
naturalnym blogoslawienstwem, klad}c kres klotniom, bijatykom i uciecz- 
kom do stajni, gdzie Alma sp
dzila wiele nocy, spi}c w slomie, byle nie 
slyszee krzykow i wyzwisk. 


Pomimo losu nie do pozazdroszczenia byla przystojn}, dwudziestoparo- 
letni} kobiet} 0 wlosach zlocistobqzowych i smutnych oczach. Umiala si
 
podobae i podobala si
, nie zwazaj}c na ponure doswiadczenia, wyniesione 
z trwaj}cego 0 pi
e lat za dlugo malZenstwa, ktore uczynily swoje w jej 
wrazliwej duszy. Przyrzekla, ze nie wyjdzie powtornie za m}z. Chciala zye 
nie zakloconym zyciem, by nie zostae wyrzucon} ponownie na otwarte 
morze, znosz}ce j} zlagodnialymi falami na l(!d. Tam zaczynalaby od po- 
cz}tku jak rozbitek, nie znajduj}cy oparcia poza sob} i natuq, bo czy nic 
jest prawd}, ze wyl}cznie poleganie na sobie nie przynosi gorzkiego roz- 
czarowania, utrudniaj}cego kierowanie przyszlosci}, przychodz}c} za szyb- 
ko. Na szcz
scie nie zaliczala si
 do kobiet nie czyni}cych najmniejszego 
wysilku, aby odmienie zl} kart
 i ulegaj}cych myslom 0 przeszlosci, gloryfi- 
kuj}cym minione dni, zamiast posuwae si
 naprzod, przedzieraj}c przez 
przeszkody. Dzi
ki temu jej uroda wci}z byla swieza i lagodna, a usmiecha- 
j}ca si
 twarz budzila sympati
 Bez problemow potrafilaby zainteresowae 
jakiegos utalentowanego artyst
. 1m najcz
kiej zdarzalo si
 korzystae z go- 
kinnoki karczmy. Polozonej gl
boko w lesie, gdzie latwo 0 skupienie ko- 
nieczne do pracy tworczej albo modlitwy. Oddawala si
 jej bez przekona- 
nia, nie podejrzewaj}c, ze Bog pofatyguje si
, by pomoc. Byla przeciez 
miliardowym punktem w kosmicznym atlasie, bez praw do zmiany w nim 
czegokolwiek, co by pozwolilo poj}e zlozon} struktur
 wszechswiata, spo- 
tykaj}cego si
 z niezrozumieniem ludzi pozbawionych terazniejszosci. Dla- 
tego nie naduzywala prosb do Boga. W chwilach wytchnienia, wol}c prze-
>>>
LATANIE BEZ SKRZYDEL 


111 


mierzac konno gorzyste tereny Lambenburga. Tutaj niespodziewanie kie:i:- 
ki skr
caly w otwarte na osciez jeziora, nie ki
te mrozem i wygl:}daj(!ce jak 
niedbale upuszczone na papier krople zielonkawego atramentu, zatrzymy- 
wane przez palisad
 brzoz, ulistniaj(!cych si
 w promieniach wczesnego 
przedwiosnia. Natomiast wieczorami trzymaj:}c na kolanach kota, nucila 
swawolne piosenki, byle nie pogqzac si
 w litaniach, nie przynosz:}cych 
rozwi:}zania. 0 czym wielokrotnie przekonala si
, istot
 Boga pojmuj:}c 
w ograniczonym stopniu, ale czerpi(!c radosc z faktu, ze on istnieje, skoro 
pozwolil jej zjawic si
 na Ziemi z krotk(! wizyt:}, ktorej celu nie odgadla. 
Z pewnosci(! nie byla pobozna i nie zamartwiala si
 brakiem silnej 
wiary w sercu. Nie przej
la jej tez od rodzicow, ignoruj(!cych Boga ani 
od pozniejszych opiekunow. Zreszt:}, czy wiary da si
 nauczyc? Pytala, 
patrz:}c na w:}ski plomyk ubywaj:}cy w lam pie naftowej, okopconej przez 
dym czerni:}cy szklo. Czyscila je co ranD wi:}zk(! slomy i piaskiem, aby na 
wieczor prawie z namaszczeniem wywolywac jasnosc w domu. Smigaj(!ce 
smugi swiada na kianach obserwowane w zadumie i powi
kszaj:}ce si
 
cienie sprz
tow, plyn:}ce pod pomaranczowym dotykiem. 


*** 


Na razie skrawki ciepla zdobywala zima. Pocz:}tek lutego i monotonne 
dni, przepelnione trosk:} 0 opal, owies dla konia, pieni:}dze dla piekarza 
i rzeznika, ktorzy, co dwa tygodnie, w srody dostarczali Almie m:}k
 i mi
- 
so. Placila im regularnie z nadejsciem sezonu. 
Dzi
ki pracowitoki, odpowiedniemu do sytuacji slowu i poczuciu humo- 
ru m
zczyzni j:} lubili, zartuj:}c, ze gdyby nie zony, natychmiast ozeniliby si
 
z ni:}, z uplywem miesi
cy przestaj:}c pytac, co ladna kobieta ma do roboty 
na prowincji, gdzie poza po rami roku, praktycznie nikt nie zagl:}da. Oprocz 
sikorek i bialoogoniastych saren, podchodz
cych pod zabudowania, przy- 
zwyczajonych, ze na tylach karczmy pasnik b
dzie wypdniony sianem, a wy- 
rzezbione z buku korytko zasypane sol:}, by daly rad
 przetrwac mrozy. Do- 
trwac do wiosny, kiedy rzeki spieszniej puszcz:} si
 do przodu i zrodla 
pomkn
l zwawiej, poganiane zgromadzon:} w gruncie wod
 i temperatuq 
wznosz:}c
 si
 ponad 32 stopnie Fahrenheita. 
Od niej zaczynala si
 odwilz. Snieg spadal z dachu z hukiem przypomi- 
naj:}cym odglos lawiny, zgarniaj:}cej w ubieglym roku osiem rodzin, 
mieszkaj:}cych w osadzie pod najwyzsz
 goq Lambenburga. 
Do dzisiaj nie znaleziono zwlok niemowl:}t Rose i Roberta. Bliznia- 
kow malzenstwa Martellich, ktorych nieprzytomnych wygrzebano spod 
sniegu. Czekali na ratunek cierpliwie. Mieszkancy okolicznych wiosek,
>>>
112 


MARZE
A BRODA 


zaopatrzeni w szpadlc i dlugic kije, sondowali zaspy, przekopuj.}C niebo- 
tyczn..} przestrzell., az odkryli przytulonych do siebie zone; i mc;za. Lezeli 
nieruchomo jak w sarkofagu, czym ocalili energic; potrzebn..} do przetrwa- 
nia. Giulia i Li\'iC; przeniesiono do chaty mularza. Godzinc; nacierano 
zgrabiale ciala sniegiem i pompowano w ich pluca oddcchy, poki siC; nie 
ocucili, podnosz
c ostroznie odmrozone powieki, spod ktorych woleliby 
nie patrzee na niebo. Obwiniali je 0 smicre malenstw, glusi na perswazje, 
ze zycie jeszcze siC; nie SkOl1czylo. Na Boze Narodzenie Livia urodzila 
chlopczyka i przeprowadzili siC; do miasta. 


12. 


Alma nie zastanawiala siC;, dok(!d \\yjechae po smierci Ludwika, nie od- 
szukuj'lc w pamic;ci, a tym bardziej w rzeczywistosci, zadnego micjsca, po- 
za obszarem Lambenburga, gdzie zdarzyl siC; wypadck rodzicom, choe 
zjeidzila z nimi wic;cej niz pol swiata, nie maj(!c jcdnak dose duzo czasu, 
czy tez lat wpisanych \V metryce, by dokonae wlasciwego wyboru i udae 
sic; winny zak'ltek kraju. Matka z ojcem skrc;cili sobic kark wykonuj..}c, bez 
zabezpieczenia, salto smierci w trakcie objazdu cyrkowcj grupy, gdzic zna- 
leili zatrudnienie. Miala wowczas dziewic;e lat. Byla zielonook'l slodkoki,!, 
mowi'lc'l z pamic;ci monologi Szekspira. Ale na co komu w cyrku nawct 
i pic;kna dziewczynka, nie umiej'lca nic poza recytowaniem z emfaz
 wier- 
szy, w dodatku sierota potrzebuj
ca opieki. ]eszcze parc; sezonow po po- 
grzebie byla w trupie. Do momentu gdy !\-ligucl, pozeracz ognia, byl 
w stanie utrzymae towarzystwo w garki. Poiniej cyrk rozwi'lzal siC; i poszli 
w rozne stron)', rozpraszaj'lc sie; jak dmuchawiec na wictrze, po kolejnej 
stracie. Byla ni'l smiere karla 0 wzrokie butelki. 
Poinym wicczorem, po skOl1czonym wystc;pie, ktos przez nieuwage;, 
lub nadmiernc upicie siC; winem, zatrzasn(!l futeral po lllnccie. Don Juan 
spal w nim, zwinic;ty w klc;bek, zrozpaczony po bezskutecznych probach 
poszukiwania kobiety, gotowej zwi(!zae siC; z gnomcm na dobre i zk. \Vy- 
szukae kogos podobnego do siebie dla nikogo nie jest prost..} spraw'l. Don 
Juan stan'll przed podwojnie skomplikowanym zadanicm i pomimo zc wi- 
dzial dwa kontynenty, pozos tal kawalerem nie wic;kszym niz butelka wod- 
ki. Pokazywano go jako atrakcjc; na jarmarkach, przez co cicrpial niemilo- 
siernie, az odkryl jego wartokiowe serce !\-iiguel, szukaj
cy dla cyrku 
potencjalnych gwiazd. T aktem i otwartoki'! zdobyl zautanie najsmutnicj- 
szego na swiccie liliputa, pij
cego do nieprzytomnosci blc;kitny absynt, po 
ktorym nie mial ochoty zye, spotykaj
c siC; z tak'l odraz'!, ze gotow byl na- 
tychmiast podci'le sobie zyly, klad'lc kres butelkowej cgzystencji. Ktoz wie,
>>>
LATANIE BEZ SKRZYDEL 


113 


czy na drugim swiecie nie jest wdzi
czny komus, ie zamkn(!l futeral, gdzie 
udusil si
, zakrztllszony wymiocinami. Zanim tak bylo, Miguel wyuczyl 
Juana jak ma si
 opiekowac pchlami tancz(!cymi na linie 0 grubosci wlosa, 
wewn(!trz pudelka po wonnych cygarach, do ktorego zagl(!dalo si
 przez 
wyci
ty w tekturze, osiatkowany, kwadratowy otwor, plaC(!C uprzednio 
Carminie Narbone cwierc pensa. 
Carmina, z powodu podeszlego wieku i krotszej nogi, nierowno zro- 
sni
tej po upadku z konia w Kalabrii, nie nadawala si
 na aren
. Rzadko 
byla traktowana z naleinym jej szacunkiem przez mlodzikow, praktykuj(!- 
cych w zawodzie. Nie wierzyli, ze maj(! do czynienia ze swiatow(! znako- 
mitoki(! woltyzerki, ktora na grzbiecie bialej klaczy wykonywala skompli- 
kowane akrobacje, wywoluj(!ce zachwyt i zawrot gloW}' u najwybredniejszych 
bywalcow seansow, sycylijsk(! urod(! i podejsciem do zwierz(!t, sluchaj(!cych 
jej bez batao Uzywala go smialo poza cyrkiem, lej(!c ile wlezie czterech 
m
iow i dqc si
 na cale gardlo: 
- Finito! Finito! 
Nikt nie wiedzial dlaczego ich bila. Owszem w cyrku byla para od moc- 
nych numerow. Czarnoskora Pearl miala cialo dlugie i lsni(!ce jak W(!Z, po- 
trafila owin(!c si
 wokol swojego asystenta Rosa, wbijaj(!cego w jej serce 
skladany noi. Dotkni
cie guzika przy r
kojeSci, sprawialo, ze krew lala si
 
strumieniem z Pearl, bo pod gumowym kostiumem ukryty byl zbiornik 
z farb(!, ktora poplyn
la, ai oboje zaton
li w szklanym akwarium, gdzie 
odbywal si
 pokaz: Adam and Eve in Paradise. \Vszystko wygl}dalo tak 
autentycznie, ie dzieci zaczynaly plakac, a publicznosc ani drgn
la, dopo- 
ki nie uslyszala pierwszych taktow piosenki. Spiewala j} Pearl zawieszona 
na linie, ociekaj}ca swiadem. Byla jak czarny aniol, rozkladala r
ce zamiast 
skrzydel, wyginala si
, jakby zm
czona wiatrem. Ludzie lubili ten numer. 
Pearl i Ros byli zaprzyjaznieni z Carmin}. Zamykali si
 w wozie i pili, 
rozmawiaj}c 0 najlepszych wyst
pach. Woltyzerka miala si
 czym pochwa- 
lic. Pracowala w przednich cyrkach, zaczynaj}c karier
 na arenie, w Sycylii. 
Strasznie kochliwa, zmieniala m
iow jak r
kawiczki. Uwielbiala skorzane 
stroje, przebieraj}c si
 czasami dwa razy w ci(!gu dnia. Alma lubila ich po 
rowno, rozpieszczali jq nazywaj}c pileczk}. Plakali, kiedy po zakonczeniu, 
czwartego, niefortunnego sezonu, Hiszpan, maj}c na \VzgI
dzie pami
c 
o rodzicach Almy, z ktorymi byl w przyjazni, postanowil oddac j(! pod 
opiek
 dawnym znajomym. Sam wyruszyl do !vladrytu, zostawiaj}c okq- 
gl} sumk
 na wychowanie sieroty po Farley'ach. 
Nie wygl}dalo ono dobrze. Z wczeSniejszych obietnic, zloionych we 
lzach w obecnosci Miguela, nic nie wynikalo. Mala byla traktowana jak 
slui}ca, a oznaki dorastania wzbudzily w protektorze prostacze zaloty,
>>>
114 


MARZENA BRODA 


o kt6re byla zazdrosna zona. Po kolejnej pr6bie zblizenia si
 Karla do 
sliczniej:}cej AI my , zostala wyrzucona za pr6g i utracila miejsce, do kt6re- 
go si
 powraca jak do domu. Nie wiedziala, gdzie isc. Niby dostala pieni:}- 
dze od Ernestyny. Na pocz:}tek. Bylo tego niewiele, aby wynaj:}c skromny 
pokoik. Pozostawalo jej zatrudnic si
 w cudzym gospodarstwie, jako za- 
plat
 przyjmuj:}c jedzenie i dach nad glow:}. 


Znalezienie jakiegokolwiek najprostszego zaj
cia przez Alm
, nie obezna- 
n:} praktyczrue w niczym, sprawiloby kazdemu trudnosc. Poza recytowaniem 
Szekspira czternastoletnia mimoza nie potrafila nic praktycznego robic. Desz- 
czowego popoludnia, gdy uslyszala od wlasciciela stawu rybnego, ze papugi 
nie potrzebuje, przestala opowiadac, co naprawd
 potrafi i podawala si
 za 
maslark
. Na jannarku kupila za ostatnie grosze maselnic
 i ruszyla w ob- 
ch6d, uciekaj:}c od miejsca, gdzie powiona byla dorosn:}c, powierzona opiece 
znajomych Miguela. Szla byle jak:} drog:} na poludnie. Zdarzalo si
, ze pod- 
wozili j:} cWopi, wioz:}cy bydlo na targ. Na pytanie dok:}d idzie, odpowiadala: 
przed siebie. \V cyrku poznala magi
 usmiechu, kt6ry wywolywal zyczliwosc 
w ludziach i otwieral ich dusze. Zdecydowanie i lagodnosc charakteru Almy 
osmielala do snucia opowidci, usypiaj:}cych jak odglos kr
c:}cych si
 po plasz- 
czyinie drogi drewnianych k61 w metalo\\ych obr
czach. 
Kt6regos sierpniowego dnia dotarla do rybackiej wsi, pi
c mil na za- 
ch6d od Lambenburga, slonecznego poranka dostaj:}c prac
 u staruszk6w 
zajmuj:}cych si
 wyplataniem koszy wiklino\\ych. 


W1kliniarze zatrudnili j:} byc moze dlatego, ze nie mieli dzieci. T raktowali 
lepiej niz sobie mogla wymarzyc, za co z wdzi
cznoSci opowiedziala im nie 
tylko swoj:} histori
. Streszczala bajki La Fontaine'a, pokazywala sztuczki 
z ogniem i monetami, kt6rych tajemnic
 znikania przekazal jej w cyrku W
- 
gier, pi
kniejszy od niejednej kobiety. M
zczyini szaleli za nim. Komu by 
przyszlo do glowy, ze pod jedwabiami Dragqueen nie ma tego, na co czekaj:}. 
. 
Alma byla wesola, odwazna, w sam raz, aby pokochac j:} prawdziwie i od- 
SUll:}C od niej mroczne lata, lecz nie na zawsze. Niedlugo 0 staruszk6w upo- 
mniala si
 smierc. Umarli bez b6lu. Najpierw Franz, za trzy miesi:}ce Berta, 
wezwana przez m
za, przebywaj:}cego w niedost
pnej rzeczywistoSci. Jej 
"nieznajomosc wywolywala w niej pokor
, kt6q zaszczepila w przybranej 
c6rce, pouczaj:}c, ze jdli goqco pragniemy, jestdmy w stanie obj:}c kruchy- 
mi zmyslami "tamto zycie". 
Po wikliniarzach odziedziczyla drewniany domek, koz
, troch
 got6wki 
i szacunek, na jaki zasluzyla we wsi, opiekuj:}c si
 nimi.
>>>
LATANIE BEZ SKRZYDEL 


115 


13. 


Wkr6tce poznaia Ludwika, kt6ry jak Charon przeprawial ludzi na 
przeciwlegly brzeg rzeki. Spodobal jej si
, obecnosci} gasz}c zalob
 po 
ich zgonie. Wysoki, jasnowlosy, jasnooki, nami
tnie czytal pozyczane 
z pie bani zywoty swi
tych. Chcial im dor6wnae. Bylo to raczej pobozne 
zyczenie mIodziel1ca nie wiedz}cego, co zrobie z zyciem, niz prawdziwy 
zamiar. Kiedy Alma, spiesz}c si
 na jarmark, zapomniaia pieni
dzy i za 
przcw6z zaplacila fragmentem z Romea i Julii, zblizyli si
 do siebie. 
Oboje w wieku, gdy czeka si
 na prawdziw} milose, nie mysl}c 0 konse- 
kwencjach. Od tamtej poI)' chiopak przeprawial j(! przez wod
, pobiera- 
j}c oplat
 w postaci wiersza. 
Nie dla zartu przywyki do jej sposobu bycia. Glosu, przyprawiaj}cego 
serce 0 wzburzenia gwahowniejsze niz drzenie Iodzi, wplywaj}cej na sil- 
ny rzeczny pqd, na kt6rym zaczynalo niebezpiecznie kolysae. Alma 
zwykle przysiadaia niedaleko Ludwika. Spychal16dk
 energicznymi ru- 
chami i wskakiwal do srodka, rozpryskuj}c chmurn(! fal
. Pewnie wsparty 
bosymi, mokrymi stopami 0 desk
, rozpoczynal rytmicznie zanurzae 
i wyci}gae wiosla, a dziewczyna przygl}daia si
 polyskliwej bionie oply- 
waj}cej drewniane skrzydIo, skrz}ce si
 jak pIetwa w sioncu. Obok pi
- 
trzyly si
 wiklinowe wyroby, wiezione na cotygodnio\\y jarmark. Okq- 
gle kosze przeznaczone na przyj
cie jablek lub strumieni lSni}cych ryb. 
Ludwik wiedzial, ze im wczdniej si
 zjawi} po drugiej stronie \Vhite 
Serpent, tym mniej koszy i koszyk6w b
dzie wi6zI z powrotem, kiedy 
znuzona upalem i gwarem ukochana, usi}dzie nie jak zwykle na w}skiej 
lawce, lecz w dole drewnianego brzucha lodzi i rozprostowuj(!C nogi wy- 
ci}gnie duz}, kraciast} chust
, z kt6rej wytocz} si
 mirabelki i nabrzmia- 
Ie od soku, rajskie gruszki z sadu Samuela. 
W6wczas odstawial wiosla. Z gluchym Ioskotem wpasowywaly si
 
w dulki i I6di wzdychaIa, zwalniala p
d, az woda cichia po obu stro- 
nach burt. Przerwa na dzielenie si
 owocami nie przedluzaia si
. Przez 
kwadrans dwoje ludzi na rzece bylo punktami, kt6rym udalo si
 uj(!e za 
przegub czas. W ich tIe ruszalo si
 niezgrabnie zycie, biegaly bezpan- 
skie psy, na palach suszyly si
 sieci, gal
zie wachiowaly powietrze, przy- 
nosz(!c ulg
 ludziom i zwierz
tom. \V podobny spos6b owady nieru- 
chomialy mi
dzy idiblami trawl'. Niebawem rzeczy wracaly na stare 
miejsce. Alma dzi
kowala Ludwikowi. Zm
czona, niedbale recytowaia 
ulubiony wyj}tek z Burzy Szekspira, jak na skrzydiach p
dz}c do domu, 
by przypadkiem nie zostae uwi
zion} \V sosnie.
>>>
116 


MARZENA BRODA 


Dot}d pami
ta ich wspoln} radose z odziedziczenia karczmy pO jego stry- 
ju, przemianowanej z "Trzech pensow" na "Niebieski Ksi
zyc". Noce w mu- 
skularnych ramionach m
za, ktorych nie przyemily pozniejsze wydarzenia. 
Zasypiaj}c pO dniu zaj
tym remontami budynku, napraw} dachu, 
ocieplaniem Seian i wykladaniem Seiezki masywnymi rzecznymi kamie- 
niami, nadal znajdowali dose sily, by obdarovvywae si
 czuloSeiami. Na 
wpol spi}ca Alma wsluchiwala si
 w odglosy lasu i swierszczy, czuj}c cia- 
10 m
zczyzny pr
z}ce si
 przy jej boku. Przygarnial j}, wywoluj}c rytm 
zlewaj}cy si
 z jego przyspieszonym oddechem. Rozkosz idealnie zestro- 
jonych cial byla wspolna, czuli si
 po niej zl}czeni bardziej, ale trwalo to 
niedlugo, dokladnie do konca remontu karczmy, jakby Ludwikowi znu- 
dzila si
 zabawa w dom. T ak z pogard} nazywal ich zycie i korzystal 
z platnej miloSei na dokach w Lambenburgu, sk}d wracal nieprzytomny 
od alkoholu do oddzielnego lozka. 
Alm
 niech
ci} napdnialy przesadnie ulegle kobiety, zaspokajaj}ce 
klientow w brzydkich pokojach, albo w pustych lodziach, poddaj}ce si
 
szybkiej z}dzy, wyzwalaj}cej w niej bunt, trywialnoSci} w osi}ganiu spd- 
nienia. Nie bylaby szczera, gdyby nie przyznala si
 przed sob}, ze po 
smierci Ludwika, jej uwag
 przykula atrakcyjna, mloda kobieta, czekaj}c} 
na okazj
 na Ferlingues. Wiod}cym do zakola rzeki w}skim zaulku, ktora 
spy tala, czy nie mialaby ochoty na moment fantazji za dwa pensy. 
Cialo Christy bylo poci}gaj}ce i ci}gle nie zuzyte. Karminem poci}gni
- 
te wargi kusily wypuklosci}, a wyraz twarzy jakby dziecka, nie ukrywal 
ochoty na wyjawienie cennego sekretu. Min
la j} bez slowa i zawrocila, 
zastanawiaj}c si
, czy przypadkiem nie byla zdobycz} Ludwika, ktory, jdli 
trafila si
 okazja, nie gardzil tez w16cz}cymi si
 za szcz
Seiem chlopcami. 
Ogarn}l j} zal, gdy pod warstw} pudru i szminki, ujawnila si
 pustka 
kobiety, zaslaniana rutyn} w przyci}ganiu klientow obojga pki. Nigdy 
tak przybita nie wracala do karczmy. Wtulona w poduszki, plakala prze- 
kraczaj}c ramy bezradnosci, juz wiedz}c, ze kochanie si
 bez zaangazo- 
wania najwyzszych emocji jest rownoznaczne ze sprzedaz} tego, co 
w czlowieku najcenniejsze. Teraz nie cofa si
 do przeszloSci. Zaabsorbo- 
wana niepokojami 0 jutro, nie wchodzi w gl
bok} melancholi
, wystar- 
czaj}co sumiennie wpatruj}c si
 w przyrod
, wyjasniaj}c} wi
cej niz opa- 
.sla ksi
ga, stoj}ca w kredensie na plebanii. 


Marzena Broda
>>>
I(rzysztof Gryko 
Tango 


Noc si
 zaciska na powiekach rniasta. 
Znow wiele krokow b
dzie slepych, a wi
c zabawnych. 
Idealne warunki do rnowienia szeptern, 
chociaz rnarn nadziej
, ze zostan:} jeszcze jakid tajernnice. 
Bez tajernnic jest jak bez nowych przygod. 
Wczoraj pies rnial now:} przygod
 z gowienkiern, 
Pan Bog prawdopodobnie kolejny dzien odpoczynku, 
jak na nieustaj:}cej erneryturze albo rencie 
duzo czasu na rozwazania. 
Pierwszy czlowiek, ostatni czlowiek, 
Ogrodek Jordanowski, Warszawa Wlochy, 
pokrzywy nad Wisl:}, starannie ornijane. 
Bezcielesnosc nabozenstw, sporty ekstrernalne. 
Znajdywanie granic tak sarno trudne jak zachowanie urniaru. 
(jak podzielic dwa jablka rni
dzy trzy osoby?) 
Na lysinie rniasta wyst:}pily pierwsze nocne poty.
>>>
118 


KRZYSZTOF GRYKO 


IZaluze 


Po deszczu, przed deszczem. 
Czy slOl1ce rozdzieli dwie litanie zalu? 
Na boisku kraina wielkich jezior. (Tam gdzie mozna plywac, 
trudno gra si
 w pilk
.) 
Mali chlopcy s:} bliscy placzu, ale w por
 znajduj:} sobie nowe zabawy, 
\V sklepie poprosilem 0 sok, sprzedawca poprosil 0 drobne. 
(Gdzie indziej prosi si
 0 cisz
, punktualnosc, a nawet dyskretny 
usmiech.) 
Krajobraz teraz jest przeszklony, czerwien znow oznacza irracjonalny 
sukces i ryzyko. 
Pic taki sok, to prawie jak \Vsi:}sc do zagranicznego samochodu, 
ktory widnieje na etykietce 
obok czarnych porzeczek, i jechac. 
Reszta, choc zdziesi:}tkowana, nalezy do przyszlosci. 


Ucieczka 


Niebo w siniakach. 
Przep
dzone komary wracaj:}. 
Przez nie zostawiamy miejsca, w ktorych bylo nam dobrze. 
Rzucamy niedokonczone chwile jak niedopalki. 
To kolcjny zywiol przed ktorym uciekamy, a juz zwracamy si
 
do innego. 
Nie krzycz, wystarczy ze ogien si
 piekli. 
Prymitywny dowcip iskrzy si
 jak stereotyp. 
Kladziemy na nim slin
 i pragnienie ucieczki. 
vValbrzych, Sahara, puszcza ludzka, jest tyle nicludzkich miejsc, 
gdzie nie slychac zadnej perkusji, deszczu jazzo\\cgo, rockowych 
podUCZeIl..
>>>
WIERSZE 


119 


Ale nie trafiamy na nie, splyn
lismy do nieznajomego miasta, 
choe w takich chwilach 
serce spiewa 0 powrocie. 
W nieznanym midcie rozpoznajemy znajome miejsca. W starej bramie 
lez} czarne plaszcze 
cieni. Nikt ich nie kradnie, nawet bezrobotni, ani mlode matki w ci(!zy, 
w liczbie pojedynczej. 
Ukochany si
 nie zjawia, ani nawet fetyszysta. 
(wszystko moze jeszcze uratowac przypadek albo spoznienie) 
Ulica krztusi si
 samochodami, szcz
Scie rozp
dzone jest po k}tach, 
im bardziej ono si
 rozprasza, tym ja bardziej uwazam. 
A jednak przychodz} momenty zm
czenia, 
domowy materac 
pozwala umrzee 
i si
 przebudzie. 


Powrot 


Znow udaje mi si
 niezauwazalnie wejse do domu. 
(Zaskoczenie jest wci}z najlepsz} broni}.) 
Odpadaj} kolejne miejsca, w ktorych mozesz bye, 
bylas w nich wczdniej albo pozniej. 
Przedpokoj, sypialnia, lazienka, kuchnia. Wulkany okresowo nieczynne. 
Podchodz
 do balkonu, pierwszej oazy za drzwiami. 
T u si
 ucieka przed telewizj}, 
tu si
 planuje podroze. 
Kolejny incydent zdlawionego slonca konczy si
 burz}. 
A jednak istniej} por
czne substytuty. 
Mala pomarancza wschodzi nad horyzont naszych sprzeczek. 
Pogodzi nas, czy jeszcze bardziej skloci? 
Trudno jest przewidziec nast
pne wypadki, 
katastrofa zaprowadzi do nowych odrodzen. 
Zostaniemy z zawiesin} niegroznych chmur, 
brud b
dzie si
 zakradal do miejsc i tak jui nieczystych, 
odstraszy panienki, kokietki, lesbijki. 
Wieczor poczolga si
 w nieznan(! stron
.
>>>
120 


KRZYSZTOF GRYKO 


Wiersz bialy 


Miasto biale Biala Podlaska. 
Bielsk Podlaski, Bielsko- Biala 
Biel tenisowa, bialy kolnierzyk 
I biale skrzydla. 
Biale linie, biale z
by, biala gor
czka 
Biala farba najbardziej l' .1kupna 
Biel slubna i ozi
bla 
R
ka biala, bo w gipsie, przez milosc do motorow 
Biale chmury jak dymy, i dymy jak chmury 
Biale krwinki, niebiale, nigdy nie widzialem 
Biala kartka przygnieciona posladkiem 


Krzysztof Gryko 


..
>>>
-- "' 


f 


----- 


,-, 


\'. 


- 


....' 
-,. 
. . 


Piotr Macierzynski 


*** 


dziewi
c sekund na sZeScdziesi}t metrow 
cztery dobre wiersze w zyciu i zarozumialstwo 
mysli ze Bog si
 z takimi b
dzie cackal 


moze jeszcze kogos nabierze na W swoj} wrazliwosc 
t
 jedn} dziewczyn
 ktora w nim widzi Humphreya Bogarta 
cztery dioptrie wyobrazni j} troch
 dumacz} 


ale ja mu to mowi
 to si
 skonczy i to niedlugo 
i nie b
dzie potrzeba bomby atomowej ani powrotu lodowca 
wystarcz} karciane dlugi i wodka 


i nie uratuje go Bog bo jeSli jest to nie jest takl glupi 
jak ta dziewczyna ktora si
 w nim kocha 
zeby lokowac w niepewny interes
>>>
122 


PIOTR MACIERZYNSKI 


i nieeh nie mysli ze si
 powola 
na lata praey zmarnowany talent i przegrane zyeie 
i ze mu si
 za to eos nalezy 
i weale mu nie wierz
 w te opowidci ze moglo bye inaezej 
bo jdli si
 biega szdedziesi}t metrow w dziesi
e sekund 


to nie ucieknie si
 swojemu przeznaezeniu 


*** 


gdy tylko mama wyehodzila z domu 
w moim pokoju zaezynaly si
 mistrzostwa swiata w boksie 


bylem zawodnikiem wszystkieh wag i narodowosci 
i porazka nie miala przede mn} zadnyeh tajemnie 
prawd
 mowi}c to nawet lubilem szybki nokaut 


pami
tam walk
 Petersona z J ohensonem 
Peterson w pierwszej rundzie rozcina mi tuk brwiowy 
a ja juz w pi}tej padam na deski 


tata bardzo lubil walk
 ei
zk} 
maj}e osiem lat dobrze poznalem wa1k
 Muhammed Ali kontra Joe Frazier 
Frazier sto osiemdziesi}t dwa eentymetry wzrostu 
dziewi
edziesi}t cztery kilogramy wagi 
zasi
g ramion metr osiemdziesi}t szdc 
ja metr trzydzidei wzrostu trzydzidci pi
e kilogramow wagi 
nokaut nast
puje dopiero w pi
tnastej rundzie 
po tej walee zapytalem ojea czy ciesz} go zwyei
stwa bez publieznosci 
i wtedy ojeiee pozwolil sobie na niesportowe zaehowanie 
wi
e nie pytalem 


moje pierwsze zwyci
stwo przyszlo gdy ojciec mial juz sto wygranyeh walk 


z powodu braku swiadkow 
s}d uniewaznil wszystkie zwyci
stwa ojea 


Piotr Macierzynski
>>>
f 



 
q 



. 

 

 

 . 

 
 


Tadeusz Lira-SliJva 
Ilub bohatero\v 


Zjezdzamy wind} 
( hermetyczny 
poeta 
bezdomny 
poeta) 


Ten sam stal 
(z kantami) 
ta sarna kelnerka 
(z olawkiem) 
to sarno pl\VO 
(z piank})
>>>
124 


TADEUSZ LIRA-SLIWA 


Impas 


Sto godzin samotnosci 
(Cztery dni z okladem 
Na karku sobota) 
Wychodzisz z salonu 
Szukasz puenty 
(Na twoim biurku 
Porzucony wierszyk) 


Ekspedycja wapniak6w 


Zjezdzamy z gorki 
(mordeczki w kubeczkach) 
kierowca ziewa 
(kosmiczne nudy) 
- nie rozdzieramy szat 
(obci
to nam pazurki) 


Cale niebo nad Polsk q 


. .. 
Jest plpne
>>>
WIERSZE 


125 


Sekcja X* 


Zabic gloski 
zabic sonet 


I zakopac 
i zakopac 


Pod jaworem 


Do rymu 


za tc} kreskC} - 
twoje k
ski 
twoje kl
ski 
- przed tc} kreskC} 


Proba 


biala cisza 


to ladny 
poczC}tek 


. motyw z wiersza Bohdana Zadury (T. L-S)
>>>
126 


T ADE USZ LIRA-SLIWA 


moj pocz
tek? 
z mojego procesu? 


bia/a cisza 


zapach lodu 
w pOJvietrzu 


I(indersztuba 


"Lokcie przy sobie 
noz z prawej strony" 


Zamykam lufcik 
otwieram klatk
 


Nie b
d
 fruwac 


*** 


01WORZYC? 
ty1e si
 mowi 
o pulapkach 
CHYBA 01WORZ
... 
a jak b
dzie 
gorzej? 
01WIERAM! 
"Otrzymal Pan 
NAGROD
" 


Tadeusz Lira-Sliwa
>>>
ft 


Hans Hiebel 


Zmierza ku konco\vi 


Nasze zapasy s} juz na ukonczeniu. Kiedy nas ot\vorz}? 
1nost\vo czasu 
sp
dzilismy, kloc}c si
 0 to, od ktorych drzwi powinnismy zacz}e. Wszyst- 
kie te, ktore wyprobowalismy dotychczas S} bez w}tpienia masywne i po- 
wzne, niczym drzwi do skarbca. S} najprawdopodobniej nie tylko zaryglo- 
wane, ale bye moze nawet zamurowane i nie do ruszenia. 
Tylko wspolne dzialanie mogloby nam jeszcze pomoc - co do tego 
zgadza si
 wi
kszose z nas. Najcz
sciej jednak tylko jeden z nas stawal 
przed drzwiami, zatopiony w siarczanozoltym swietle, szarpi}c nimi i rzu- 
caj}c si
 na nie, w przekonaniu, ze znalazl te wlasciwe, jedyne drzwi, ktore 
dadz} si
 ot\vorzye, jedyne, rozni}ce si
 od pozostalych drzwi-iluzji. Ale 
wszystkie drzwi S} zamkni
te, a my opuszczeni. Ci}gle nawolywanie do 
zbiorowej solidarnosci nie wydaje si
 m
czye Karla. Bez ustanku kieruje 
do nas apele. Znamy to juz na pami
e, pozwalamy mu mowie w pustk
, 
kiwaj}c glowami i nie ruszaj}c si
 z miejsc. Fritz nie cierpi Karla, uwaza go 
za przebieglego i nie nadaj}cego si
 do niczego darmozjada. Fritz robi za- 
klady, ze ostatecznie pozjadamy si
 nawzajem i b
dziemy, jak Pym, rzucae 
koki 0 to, kto czyje mi
so w kOlku skonsumuje. Takie rzeczy zdarzaly si
 
ponoe w czasach przed naszym uwi
zieniem. Choe reszta z nas tych cza-
>>>
128 


HANS HIEBEL 


sow juz nie pami
ta. Zreszq sam Fritz robi wrazenie, jakby nie do konca 
byl przekonany 0 slusznosci wlasnych przepowiedni, bo wbrew logice re- 
gularnie i wytrwale bierze udzial we wszystkich naradach i wi
kszych ze- 
braniach, ktore od czasu do czasu zwolujemy. Gdybysmy przez jakis czas 
nie robili niczego w celu znalezienia ratunku i dryfowali jedynie, jak w 10- 
dzi pod wod!, ze tak powiem, mogloby si
 zdarzyc, ze Paul, wrog Karla 
i Fritza, stwierdzilby, ze wszystkie drzwi s! otwarte, musimy zebrac tylko 
troch
 odwagi i jeszcze raz wyprobowac jedne z nich. W rzeczywistosci 
nikt si
 juz na to nie odwaza. Paul twierdzi, ze naszej gromadce panikarzy 
i czarnowidzow brakuje sHy afirmacji. Cala bezradnosc bierze si
 z wn
- 
trza, to tylko wytwor naszej wyobraini. Za kazdym razem, na koncu 
swych nauk Paul doswiadcza napadu szalu, p
dzi ku drzwiom i rzuca si
 
na nie z pian! na ustach, wali glow! w jedn! ze scian, ktore trzymaj! nas 
w zamkni
ciu. \V ten nieprzemyslany sposob nie da si
 oczywiscie niczego 
zdzialac przeciwko nieust
pliwym murom. Po ataku Paul nie pami
ta juz, 
co si
 stalo. Natomiast Franz si
 poddal. Siedzi cicho w k!cie i bazgrze cos 
w pami
tniku. Prawie z nami nie rozmawia, usmiecha si
 jednak przyjaz- 
nie, kiedy ktos si
 do niego zwraca. Kazdemu przyznaje racj
, sam nie ma 
zadnego zdania. Czasami Mahal, ktory sam cz
sto pogr!za si
 w zamysle- 
niu, przysiada si
 do Franza i dumaczy mu, ze problem lezy gdzid in- 
dziej, nie tam, gdzie si
 go szuka. Najwyrazniej gl
boko wierzy we wlasn! 
teori
, bo nigdy nie przyt!cza si
 do nas, kiedy wspolnie zabieramy si
 do 
poszukiwania \\-yjScia z sytuacji. Jest swi
cie przekonany, ze wszystkie wy- 
silki s! zbyteczne i sluz! wyl!cznie samozniszczeniu. 
Mahal ma przewazaj!cy argument swiadcz!cy na swoj! korzysc: zarow- 
ka wisz!ca na kablu w srodku pomieszczenia swieci nieprzerwanie, \\yzie- 
wa zohawe swiatlo i ani razu nie zgasla. Lecz istnieje tez kontrargument: 
nikt tu jeszcze nie przyszedl. Jdli nikt nie wie 0 naszym istnieniu, jest cal- 
kiem nieprawdopodobne, ze znajd! nas tutaj, w tym naszym szdcianie. 
To jest wlasnie najgorsze: ze nikt nie wie 0 naszym istnieniu. OczywiScie 
czasami cisz
 przerywaj! szmery i trzaski, ktore podrywaj! nas na rowne 
nogi. Nie jestdmy jednak pewni, czy dzwi
ki te pochodz! od zywej istoty. 
Moze to, co slyszymy to tylko przesuni
cia wn
trza ziemi, ruchy materii. 
Tak, cz
sto wierzymy, ze chodzi tu raczej 0 szum krwi w uszach, ktory 
slyszymy tak \vyrainie z powodu zalegaj!cej wsz
dzie ciszy. 
Na to, ze zyjemy mamy jednak jednoznaczne dowody. Sterta kartotli, 
zrzuconych we wschodnim rogu skurczyla si
 - mowimy 0 wschodzie, nie 
mog!c wiedziec na pewno, czy rog ten rzeczywiscie jest wschodni. Gora 
odchodow w rogu zachodnim urosla. \Visi przed ni! biala koszula, ktor.}
>>>
ZMIERZA KU KONCOWI 


129 


poswi
cil Franz; spelnia niemal symbolicznq funkcj
, gdyz tak naprawd
 
niewiele moze zakryc. Wiemy i widzimy, co dzieje si
, kiedy ktos z nas 
udaje si
 za biaIq koszul
, jak to okrdlamy, ale zachowujemy si
 tak, jak- 
bysmy niczego nie zauwazali. 
Zacz
lismy racjonowac kartofle. Musimy oszcz
dnie gospodarzyc. Je- 
dynie na poczqtku rzucalismy si
 na gor
 zywnosci i pozeralismy wszystko, 
lezqc na brzuchach. T
 niecywilizowanq faz
 mamy juz za sob q , chociaz 
musz
 przyznac, ze czasami dochodzi jeszcze do pewnych nieregularnosci. 
o wszystkich nie mozemy wiedziec na pewno, moze si
 bowiem zdarzac, 
ze podczas, kiedy wi
kszosc z nas spi, ktos w pojedynk
 albo moze i cala 
grupa dobiera si
 do kartofli, gdyz cz
sto po przebudzeniu sterta wydaje 
si
 znacznie mniejsza niz poprzedniego dnia. 
Ale to racjonowanie, a moze tez swchle, wilgotne i psujqce si
 powie- 
trze kosztowalo juz dwie ofiary. Mlody Grooge przewrocil si
 pewnego 
dnia po porannej gimnastyce, padl jak dlugi na ziemi
 i krew poplyn
la 
mu z ust. Byl pesymistq, to jasne, ze zaplacil za to. zyciem. To byl jego 
bIqd. Bo sprawa posuwa si
 do przodu, wierz
 w to, wiem 0 tym. W kon- 
cu wyjdziemy na wolnosc. 
W poprzednim tygodniu opuscil nas tez Gregor. Udusil si
. Pluca mial cal- 
kowicie zaflegmione. Nic dziwnego ze umarl, bo nikt go nie lubil i wszyscy 
\\ypychali go z tego naszego swiata. Mial skariowacial q nog
 i utykal. Niczego 
nie mozna bylo od niego oczekiwac i podczas meczow, ktore przed kilkoma 
tygodniami zacz
lismy zgodnie z przepisami turnieju organizowac dzialal nam 
na nerwy. Nie byl nawet w stanie zapami
tac regul gry w rugby, do ktorej 
uiywalismy zawsze buta Grooga. Natomiast Macka, zaci
tego wroga Grooga, 
ktory we wszystkim, czego si
 tknie wykazuje niezwykl q zwinnosc, mianowali- 
smy naszym trenerem. Przyznalismy mu pewne przywileje, otrzymuje tez do- 
darkowq porcj
 kartofli, podobnie jak przewodniczqcy zebran, ktorych od cza- 
su do czasu w sposob demokratyczny nominujemy i wybieramy. 
Kiedy Gregor umarl potozylismy go obok Grooga i odmowilismy mo- 
dlitw
. \Vprawdzie w nic juz nie wierzymy, ale nasze polozenie jest tak 
niepoj
te, ze nie wydalo nam si
 szczegolnie bezsensowne, kiedy jeden 
z nas, nie wiem juz ktory, rozpoczql modlitw
. Wyglqda na to, Ze modli- 
twa zn6w staje si
 jednym z naszych przyzwyczajen. I w tym aspekcie 
Mack przypisal sobie przywodztwo. 
W mi
dzyczasie z zyciem pozegnal si
 Georg, dobrowolnie. Nocq - za- 
kladamy, ze bylo to nOCq, choc sporne jest, w jaki sposob moglibysmy 
rozroznic tu dzien od nocy - przeciql sobie zyly.
>>>
130 


HANS HIEBEL 


Karl wahal si
 przed przyst,!pieniem do wspolnej modlitwy. Samobojcow 
uwazal za ludzi nieszczerych i irracjonalnych. Samobojca os,!dza swe Zycie na 
podstawie wlasnego, subiektywnego wyobrazenia 0 moralnym idealizmie, 
powiedzial. Franz wzruszyl tylko ramionami, a Mahal odwrocil si
 bez slowa. 
Ja przyl,!czylem si
 do modl,!cych. Oczywiscie i ja - podobnie jak wi
k- 
szosc z nas tutaj - w nic nie wierz
. .Chociaz zachowuj
 nadziej
. Jestem 
absolutnie przekonany, ze nie stoi to w zadnej sprzecznosci z moj,! nie- 
wiaq. Georg po prostu poddal si
 za wczeSnie. Nie nalezy dac si
 zwodzic 
powierzchownej rzeczywistosci. Wyjdziemy na wolnosc. 
Przezyjemy. 


Hans Hiebel 
przeloiyl Marek Kfdzierski
>>>
PLASTYIZA 


Prezentacje 
Aleksandel
 Dftkos 


t 
'( 


- - \. 


:. 


Osoboll'osc (brqz, kamieli) 


Aleksal1de1" Dftkoi, Ur. w 1939 roku. Absoh\-enr szkoly im. Kenera \\ Zakopanem. Stu- 
dia artystyczne odbyl w Pallstwowej \Vyzszej Szkole Plasty.cznej w Gdallsku na \Vy- 
dzialeRzeiby i Ceramiki w pracowni profesora Stanislawa Horno-Poplawskiego. \V tym sa- 
mym czasic ukonczyl takZc studium ped.1gogiczne. W lat.1ch 1966-1969 pracowal jako pla- 
styk-pedagog \\ szkolnictwie specjaln
'm na \Vybrzezu. 
licszka \\ Bydgoszczy.
>>>
132 


-\1 EKSA:\DER D
TKOS 



, 
.) 


- ' 


--- 



J 


--- 


.} . 



I 

 
L 


1 


r-: , 


or' 


\ 
\ 
, 


. , 

 
. 
 -
 .."" 
"(,
. 
., 


-- 


\ \
 -- .. ".-. 



, 


,. 
-.......,"'.,;.... 


\r 



 


,11-"': 
{
} t:


- 
,r,,'.;;' 
-- 
t' 


: J\\.
 


, 


.:. 



J 
'1 J 


.. 


'J. 


.". 
., 1;, ', . 
""..-.r 'f ... . 
)t-" 
\;\ 


'J 


! 


Illtro.fJickcja (brq::;)
>>>
r L-\ STY" -\ 


133 


..., 



 


- 



 , 


--. 

 

 



- 
',::",- 


.. 



. 
 .'. 
.

 

 
.. . - 


) 


i- 


- , 


, 


,. 
''? 
'.
 



 

4- 


,. .


 


... 


'. 



 


.' '1 


.. ... 


... 


OJobolJ'o.ici (brq:::) kal1lieli)
>>>
134 


ALEKSA
DER Di:;TKOS 


, 


--y 


... 


... 


JIilo.fC jfst Hfpa (brq::;)
>>>
PLA;TYKA 


135 


--
 .. 


..-
 --. 


r 

 


. -f
-
' 


. 
 
_., 


);- 


,... 
-
 


.... 



 


..-- ..... 
: 
. 


,. 
._---
 


\ 


. 
.......:..
.-.
- 


" 


I 


'Ie 
- ....- .- 
. 
........' --. 

--
-
 
--' .... 


.... 


EtoJ (brqz, kamie1i) 


CDZL\L W WAZ
IEJSZYCH WYSTAWACH: 


1974 - Wystawa rzeiby, Sopot 
1977 - VI Mi
dzynarodowe Biennale Sztuki, Madryt (Hiszpania) 
1979 - VII .\Ii
dzynarodowe Biepnale Szmki, Barcelona IHiszpania) 
1981 - III Biennale 1\1alych Form Rzeibiarskich, BWA Poznan 
1981 - III Wysta\\"a Wspolczesnej Szmki Religijnej, Krakow 
1982 - Konkurs na pomnik zolnierza, Bagdad (Irak) 
1983 - Wystawa rzeiby 0 tematyce religijncj, Warszawa. Krakow 
1984 - Wystawa rzeiby- "Chr}-stus w zyciu czlo\\leka", (1\1uzeum Diecezjalne), Cz
ocho\\'a 
1985 - V Mi
dzmarodowe Biennale Rzeiby, Poznan 
1986 - Mi
dzynarodowe Triennale Portretu Wspolczesnego, Gdansk
>>>
136 


ALEKSANDER DI;:TKOS 


1986 
1986 
1988 
1988 
1988 
1990 
1990 
1990 
1990 
.1991 
1992 
1994 
1999 
2000 
2000 


- Biennale Rzeiby Sakralnej, Krak6w, Katowice 
- Mi
dzynarodowe Biennale Rzeiby, Barcelona (Hiszpania) 
- Wystawa rzezby w Braunschweig (RFN) - indywidualna 
- Mi
dzynarodowy Konkurs na Rzeib
 - "Dante", Rawenna (Wlochy) 
- Wystawa - "12 artyst6w z Polski", Mannheim (RFN) 
- Targi Sztuki, Stuttgart (RFN) 
- Wystawa rzeiby, BWA Bydgoszcz - indywidualna 
- Wystawa rzeiby, Kunst aus Osteuropa, Essen (Werden), RFN - indywidualna 
- Mi
dzynarodowy Konkurs Sztuki, Nowy Jork (USA) 
- Wystawa artyst6w gdanskich, Oslo (Norwegia), Dusseldorf, Kiel (RFN) 
- V "Krakowskie Triennale Rzeiby Religijnej", Krak6w 
- Wystawa rzeiby w BW A Zakopane - indywidualna 
- Wystawa rzeiby (Dania) - indywidualna 
- Og61nopolski Konkurs Rzeibiarski - "Kalwaria bydgoska", BW A 
- Wystawa - "Uden Ord" (Dania) 


WAZNIEJSZE NAGRODY I WYR6ZNIENIA: 


1972 - II i III nagroda w konkursie na rzeib
 - "Kopernik", Bydgoszcz 
1973 - I nagroda w konkursie - "Kopernik i jego mysl", Olsztyn 
1975 - II nagroda za rzeib
 w konkursie - "Czlowiek", Warszawa 
1976 - I nagroda za rzeib
 i realizacja w konkursie rzeibiarskim - "Bydgoszcz '75" 
1980 - II nagroda w konkursie na rzeib
 - "Bydgoszcz moje miasto", Bydgoszcz 
1981 - Medal III Biennale "Matych Form Rzeibiarskich", Poznan 
1983 - Medal Biennale Rzeiby, Poznan 
1984 - I nagroda w og61nopolskim "Konkursie Olimpijskim", Warszawa 
1985 - Wyr6znienie w Og61nopolskim Konkursie - "Wawrzyn Olimpijski", Warszawa 
1988 - Zloty Medal w mi
dzynarodowym konkursie na rzei
 - "Dante", Rawenna (Wlochy) 
1989 - II nagroda i Srebrny Medal w V og61nopolskim "Salonie Zimowym Rzeiby", 
Warszawa 
1992 - Grand Prix I Biennale Plastyki Bydgoskiej, BW A Bydgoszcz 
1993 - III nagroda (br:Jzowy medal) w Og61nopolskim Przegl:Jdzie - "Zimowy Salon 
Rzeiby - 93", Warszawa 
1993 - Br:Jzowy medal IX Biennale "Matych Form" - Poznan 
1999 - Przynale:inosc do Accademia Internazionale - Greci-Marino-Italia (z tytulem kore- 
spondencyjnego czlonka Akademii Sztuki) 
2000 - Grand Prix V Biennale Plastyki Bydgoskiej
>>>
V ARIA 


Miroslaw Dzien 


Oswiecona wyobraznia, 
Jan Pawel II i rok 2000. 
Zapiski ascetyczne 


1. 


Zyjemy w czasach przetomu, memalnego przesilenia, gdzie w naszej poddanej 
statystyce wyobrazni cyfra 1 zast'lpiona zostata przez inn'l cyfr
, nieznan'l, bo 
jeszcze mieszcz'lC'l si
 poza doswiadczeniem: 2. Oto symboliczny, cyfrowy zwia- 
stun przemiany, nadejScia nowego, nigdy nie zwerbalizowanego czasu. I wystar- 
czy tylko lekko wychylie nasz'l mysl, by z przek'lsem stwierdzie, ie owa "dw6jka" 
od ktorej zacz
lismy liczye uciekaj'lcy i wci'li oktamuj'lcy nas czas, pozostanie 
z nami kolejne - bagatela! - tysi'lc lat. Jak zatem w tej perspektywie postrzegae 
b
dziemy kondycj
 cztowieka wspokzesnego? W jaki sposob b
dziemy starali si
 
opisae jego duchowe rozterki i potrzeby? Oto zaiste karkotomne zadanie przed 
kaidym, kto jak astronom niestrudzenie poszukuje nieznanych ciat niebieskich, 
gdzid daleko zagubionych we wszechSwiecie. 
Duchowe przesilenie, 0 kt6rym m6wi
, wydaje si
 bye wyznaczone przez dwie, 
CZ
Sto wykluczaj'lce si
, choe zarazem stymuluj'lce wzajemnie rzeczywistoSci: od- 
chodzeniu bogatej P6tnocy od cywilizacji opartej na Objawieniu judeochrzdcijan- 
skim oraz zwroceniu si
 w stron
 r6inych form gnozy i synkretyzmu religijnego, 
ktorego symptomem i wainym elementem jest ruch New Age. Jak tatwo zauwa- 
iye, oba wyiej przedstawione wektory maj
 charakter Scisle duchowy, a1bo uiywa- 
j'lc innego okrdlenia: S'l 0 proweniencji religijnej. \Vydaje si
 zatem, ie postfzega- 
nie wspokzesnoSci, jako swiata na wskros przesi
kni
tego swieckoSci'l, jest nie 
maj'lcym nic wsp6lnego z rzeczywistoSci'l intelektualnym naduiyciem. Gdzie, jak 
nie w naszym najbliiszym s'lsiedztwie miliony (podobno swiadych) obywateli z na- 
pi
ciem na twarzy sledzi sw6j horoskop, albo z odpowiednim wyprzedzeniem za- 
mawia sobie wizyt
 jui nie u psychoanalityka b
d'lcego przeiytkiem czasow, kiedy 
jeszcze ufano psychologii, jako nauce 0 tajemnicach ludzkiej psychiki, ale wroibity, 
kt6ry pochylony nad tali'l Tarota odstoni przed nami przysztose okrdlaj'lc w niej 
miejsce naszego "spoczynku", przestrzen stabilizacji. I bynajmniej wyiej zasygnali- 
zowane zachowania wcale nie przynalei'l do repertuaru uboiszej cZ
Sci spoteczen- 
stwa, lecz znajduj'l si
 w samym centrum zainteresowania middle class.
>>>
138 


V ARIA 


W zwi'lzku z tym wydaje si
, ze porzucana jest obecnie koncepcja s w i 
 to - 
s c i stanowi'lca centralny i wyrozniaj'lcy element chrzdcijanstwa, na rzecz i I u - 
m i n a c j i, szybkiego oswiecenia, poszerzenia przestrzeni dla mozliwych przezye 
paranormalnych. W chrzdcijanstwie idiom swi
tego jest jedn'l z najwazniejszych 
kategorii duchowych; swi
ty bowiem, to ten, ktory nalezy do Boga, a zatem jest 
tym, ktory nie tylko stara si
 wypdniae Boze przykazania, ale okazuje si
 rowniez 
widocznym znakiem obecnoki Przedwiecznego w tym swiecie; jest piecz
ci'l Pana 
w podpadaj'lcej pod zmysty rzeczywistoki. Skoro porzucona zostaje swi
tose, tym 
samym Bog zostaje zepchni
ty na margines, odsuni
ty od rzeczywistoki cztowieka 
na odlegtose, z jakiej oczekuje si
 juz tylko J ego uwaznego, choe pozbawionego 
bezposredniego zaangazowania spojrzenia. Idiom swi
toki zamieniony zostaje na 
idiom iluminacji. Cztowiek przdomu tysi'lcleci porzuca trndn'l i wymagaj'lC'l od 
niego wyrzeczenia prac
 nad sob'l, na rzecz szybkiego, momentalnego oswiecenia. 
A zatem jest to proba wytyczenia drogi "na skroty", proba omini
cia a see - 
z y i zast'lpienia jej g n 0 z (! lub tei jej namiastk'l. Rozum momentalnie oswieco- 
ny ma zast'lpie ewiczenia moraine. W ten sposob przdom, 0 ktorym mowimy, 
z koniecznoki doprowadzie musi do powaznego kryzysu jui nie tylko na pozio- 
mie duchowym, lecz rowniei - a moie przede wszystkim - na ptaszczyinie ludz- 
kiej praxis. Nietrudno bowiem wyobrazie sobie sytuacj
, w ktorej stymulatorami 
owego momentalnego oswiecenia stan'l si
 srodki multimedialne. To wtasnie za ich 
posrednictwem sfera duchowa poddana moze zostae probie manipulacji, ktorej ce- 
lem b
dzie stworzenie "wyobraini oswieconej", a nie cztowieka trzymaj'lcego si
 
okrdlonych zasad moralnych. Niebezpieczenstwo przed jakim staje cztowiek spod 
znaku cyfry 2 na POCZ'ltku, jest niebezpieczenstwem fundamentalnym, mog'lcym 
w konsekwencji zupdnie go wyalienowae z obiektywnie istniej(!cej rzeczywistoki, 
zast
puj'lC j'l inn'l, t'l spod znaku internetu. Oswiecona wyobrainia moie bowiem 
catkowicie sparaliiowae jakqkolwiek ch
e wcielenia w zycie zasad, na ktorych zbu- 
dowane S'l podstawy wspokzesnych systemow demokratycznych. Oswiecona wy- 
obrainia okazae si
 moie - 0 paradoksie! - wyobraini'l zamkni
t'l, ograniczon'l do 
sekwencji obrazow i informacji juz wczdniej zaprogramowanych przez osrodek 
nadawczy. I nawet swiadomose, iz sami internauci aktywnie uczestnicz'l w tym 
procesie wcale nie musi bye pocieszeniem. Nie od dzis wiadomo przeciei 0 nisz- 
cZ'lcych i wypaczaj(!cych zdolnose do dokonywania wolnego wyborn skutkach tzw. 
agresywnej reklamy. Na globalizacj
 tego procesu nie b
dzie trzeba zbyt dtugo 
czekae. "Oswiecona wyobrainia" tylko pozornie jest synonimem wyzszego pozio- 
mu ludzkiej autorefleksji. Jest to bowiem wyobrainia na wyrost, wyobrainia nie 
maj'lca realnego podtoia w intelektualnym i etycznym wysitku poznania swojej 
wlasnej natury, oraz powinnoki z n
ej wyptywaj'lcych. "Oswiecona wyobrainia" 
chce osi'lgn'le dojrzatose sprintera zanim cztowiek posiadt sztuk
 raczkowania, 
w nawias ujmuj'lc nie tylko zdolnose do krytycznej, to znaczy zdobywaj(!cej si
 na 
gest niezaleinoki wobec mediow, rozumowej oceny, by nie wspomniee 0 wiele 
bardziej wymagaj'lcej zdolnoki odroiniania dobra od zta moraine go. 
Przesilenie mentalne dokonuj'lce si
 na naszych oczach, z jednej strony ujawnia 
z cat'l wyrazistosci'l stabose kokiota instytucjonalnego, ktory - niestety - coraz
>>>
V ARIA 


139 


cZ
Sciej postrzegany jest tylko w kategoriach czysto swieckich i doczesnych, 
z drugiej jednak strony wielu ludzi odrzucaj'lc koturnowose wszelkich form "po- 
towicznej" duchowoSci, szczerze poszukuje z dzieci
cym nieomal pragnieniem 
osobowego przeiycia wi
zi z Bogiem, w Nim upatruj'lc jedyn'l mozliwose wy- 
zwolenia si
 z osobistych I
kow i obsesji zwi'lzanych z przemianami cywilizacyjny- 
mi koncz'lcego si
 tysiC}clecia. 
Rozum wspokzesnej duchowoSci pseudo-gnostyckiej okazuje si
 rozumem spod 
znaku podejrzenia, rozumem "na niby", jakims wielkim falsyfikatem, gdyi w hory- 
zoncie jego poszukiwall nie ma miejsca na obiektywn'l prawd
 jak adaequatio inte- 
lektu ze stanem przedmiotowym. "Oswiecona wyobraznia" nie potrzebuje uniwer- 
salnej, przedmiotowej prawdy; wystarcza jej "prawda" na miar
 zaspokojenia 
poczucia plLStki i v
yobcowania. Taka wyobraznia karmi si
 namiastkami "objawie- 
nia", byle tylko te ostatnie, choe na moment, wyrwaty cztowieka z potrzasku rzeczy, 
w obecnoSci ktorych coraz bardziej czuje si
 obey. Jest to zatem pseudo-duchowy 
zabieg radzenia sobie z I
kiem przed egzystencj'l podporz'ldkowan'l statystyce i wol- 
nemu rynkowi. Internet - mimo wielu zachwytow - wydaje si
 bye swietnym sposo- 
bem komunikowania zagubienia i samotnosci cztowieka, ktory zamkni
ty za podwoj- 
n'l gard'l wtasnego pokoju i wpatrzony w jaskrawe swiado monitora poszukuje nowej 
jakoSci inter- tekstualnych kontaktow, gdzie twarz zast
powana jest odpo\viedni'l ko- 
mend'l, a uscisk dtoni mimowolnym poszukiwaniem wci'li nowych intormacji. 
W swietle tego co powiedziatem, bardzo waznym wydaje si
 gtos Jana Pawta II, 
jednego z ostatnich strainikow innego swiata. Tak jui bywa, ie pisanie 0 kims, kto 
jest dla nas wainy, zawsze niesie ze sob'l ryzyko przeoczenia tego co istotne i skon- 
centrowania si
 na wtasnych v
yobrazeniach, na fantazmatach, jakie podsuwa nam 
nasza przezornose. Mato jest ludzi, 0 ktorych tak wiele si
 pisze jak 0 Karolu Wojty- 
Ie, papieiu ze Wschodu. Mato tei jest takich postaci we wspokzesnym swiecie, kto- 
rych ocena bytaby tak skrajnie spolaryzowana: od zachwytow po catkowite odrzuce- 
nie. W osobie J ana Pawia II widzi si
 symbol upadku sowieckiego totalitaryzmu, 
zarazem jednak krytykuje si
 go za konserwatywnC} postaw
 wobec sfery ludzkiej 
seksualnoSci. Wychwala si
 jego apostolsk'l mobilnose, jednoczeSnie uwazaj'lc, ie 
zbyt mato zrobit dla wewn
trznej reformy rzymskiego KOSciota. Maj'lc na uwadze 
wszystkie te kwestie, cz
sto zadaj
 sobie pytanie - kim jest dla mnie ten posuni
ty 
jui w latach, lekko przygarbiony starzec? Tak jui bywa, ie na proste pytania nie ma 
rownie prostych odpowiedzi, a1bo inaczej, zanim pocznie si
 w nas pytanie, to trwa 
jui w sferze odpowiedzi, jest jej przedsionkiem, nie do konca wyartykutowanym ciC}- 
giem dalszym, jakby kolejnym taktem, ktory jeszcze rue zostat zapisany na pi
ciolinii 
przez roztargnionego kompozytora. Kiedy mysl
 0 postaci Jana Pawta II, to po- 
strzegam go - uzywaj'lc poj
e metaforycznych - jako misternf! mozaik
 ztoion'l 
z wielu roinych, ale we wtaSciwy tylko dla Przedwiecznego sposob dopasowanych 
do siebie szkielek. Wojtyta poeta. Wojtyia robotnik. Wojtyta aktor i dramaturg. Woj- 
tyta teolog pochylaj'lcy si
 nad mistycznymi dzielami swi
tego Jana od Krzyza. Woj- 
tyta filozof probujC}cy uzgodnie fenomenologi
 Ma.xa Schelera z etyk'l katolick'l. 
Wojtyta biskup, duchowy syn Apostotow. Dlaczego 0 tym, co wszystkim nam jest 
doskonale znane, pisz
? Powodow jest wiele, ale najwazniejszy z nich to ten, iz
>>>
140 


V ARIA 


w pontyfikacie Jana Pawia II, dzis jui wiemy, ze najbardziej znaCZqcym w tym stule- 
ciu, wszystkie te kreacje znalazty swoj wtaSciwy wyraz. Mozna powiedziec, ze nie- 
zwyktosc posta\\'Y Jana Pawia II stanowi jakby wypadkowq duchowych kreacji, 
w ktorych wczdniej dat si
 nam poznac Karol Wojtyta. Jednak w przeci:}gu ponad 
dwudziestu lat jakie min
ty od pami
tnego konklawe, dla mnie same go Papiez \Voj- 
tria rowniei zmienial si
. Najpierw byt Wielkim Pielgrzymem pokazujqcym wiecznq 
mtodosc Dobrej Nowiny. Byt Niestrudzonym Akuszerem pomagajqcym iScie po so- 
kratejsku \\1'dobyc z cztowieka cate jego bogactwo. Nie mozna przeciei zapomniec 
tych znamiennych w skutki stow: cztowiek jest drogq dla KOSciota. Potem patrzytem 
na niego jak na Wielkiego Ojca, ktory z rodzicie1sk q odpowiedzialnoSci q gani przy- 
wary swoich dzieci i to bez wzgl
du na to, czy si
 to im podoba czy nie. Dzis zas 
widz
 w Janie Pawle II Wielkiego M
drca. I wiasnie Mqdrosc wydaje mi si
 jedy- 
nym, co mozna przeciwstawic syndromowi "oswieconej wyobraini", na ktory zapa- 
dta cywilizacja Potnocy. 
Kim jest ten, ktory wszedt w wiek mqdroSci? Na pewno nie jest to ten, ktory 
duzo wie. Zbyt wielu mamy wokot siebie wyksztatconych gtupcow, aby dac si
 
wywidc w pole tym, ktorzy lubujq si
 w sobolich przebraniach. Czym zatem 
jest mqdrosc? Ciekawe, ze mqdrosc stanowi jednq z najbardziej eksploatowa- 
nych przez ludzki rozum aporii. Z literatuq sapiencjalnq spotykamy si
 zarow- 
no w starozytnym Egipcie jak i w Mezopotamii. Diogenes Laertios wspomina 
o siedmiu mitycznych m
drcach Grecji daj:}c do zrozumienia, iz proces racjo- 
nalizacji mitu, jaki ma miejsce okolo VI wieku przed Chrystusem, jest ponie- 
kqd procesem odchodzenia od prawdziwej mqdroSci, jest przeistaczaniem si
 
mqdrosci w filozofi
, ktorej pozostanie co najwyzej mitosne spoglqdanie za 
tym, co utracone na zawsze. Ostatnim heroicznym postulatem powrotu do 
mqdroSci jest Sokrates, ale peryklejskie Ateny od dawna zapoznaty odczytywa- 
nie znakow czasu. Stac je juz tylko na fatszywe gesty i obrazoburcze oskarze- 
nia, by w efekcie ztozyc na oharzu wtasnej nieposkromionej proznoSci tego, 
ktory uparcie gtosit, ii wszelka gtupota bierze si
 z niewiedzy i nie ma w niej 
ani krzty wyrafinowania. Diagnoza niestety okazata si
 chybiona, a !\1e1etos syn 
Meletosa z Pittos dostarczyciel haniebnego oskarzenia przeciwko Sokratesowi 
jest wzorcowym przyktadem dla wszystkich, ktorzy za wszelk q cen
 chq zapi- 
sac si
 na kartach dziejow. W swietle chrzeScijanskiego Objawienia prawdziwa 
mqdrosc - ktora zawsze jest rzeczywistoSci q antytetycznq wobec mqdroSci fat- 
szywej - pochodzi od Boga. Sam Bog daje cztowiekowi "serce zdolne do od- 
rozniania zta od dobra". OczywiScie 0 t
 mqdrosc toczy si
 od samego poczqt- 
ku spor daleko wykraczajqcy poza prostq logik
 faktow dokonanych. Ciekawe, 
ze pierwszq pokusq wobec jakiej staje archetypiczny Adam, jest pokusa wejScia 
w prerogatywy same go Stworcy. Nie 0 co innego jak wlasnie 0 m(!drosc chodzi 
W
iowi, kiedy proponuje ludziom wejScie na drog
 sprzeciwu wobec nakazu 
Boga. W swiat mqdroSci przedwiecznej Zly chce poprowadzic cztowieka po 
drodze jego wlasnych wyobrazen na temat dobra i zta. To jeden z tych newral- 
gicznych punkt6w w historii swiata, ktory zasadniczo por6znit nas z samymi 
sob q , wywiodt w stron
 swiata wyimaginowanych ambicji, ktore rzekomo do-
>>>
VARIA 


141 


prowadzie majq cztowieka do mqdroSci bez MqdroSci, do prawdy bez pomocy 
Prawdy. Jednym stowem majq w sposob autonomiczny wejse w domen
 Boga. 
"Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bog, ze gdy spozyjecie owoc z tego drzewa, 
otworZq si
 warn oczy i tak jak Bog b
dziecie znali dobro i zto" (Rdz 3, 4b-5). 
W ten sposob pi
tnowana b
dzie rowniez w Biblii mqdrose uczonych w Pi- 
smie, ktorzy sqdz q wszystko wedle ludzkich tylko kryteriow i "zamieniajq 
w ktamstwo Prawo J ahwe", a takze mqdrose doradcow krolewskich prowadz q - 
cych polityk
 czysto ludzk q 0 czym dobitnie wspomina prorok Izajasz. J ednak 
takie post
powanie w kOl1.cU obroci si
 na zgub
. "Biada tym, ktorzy si
 uwa- 
zajq za mqdrych i Sq sprytnymi we wtasnym mniemaniu". Ich samych spotka 
zagtada, poniewaz wzgardzili stowem Jahwe. M
drzec zawsze b
dzie postusz- 
ny Bogu. Ta prosta prawda staje si
 zarazem jednym z najpowazniejszych wy- 
zwan, jakie niesie ze sob:} wspokzesnose. Bo przeciez wiernose Bogu to wier- 
nose jego Stowu, ktore wymaga zaparcia si
 samego siebie az do bolu, az do 
smiesznosci w oczach tych, ktorzy rzekomo wyzwolili si
 z zabobonu, z opium 
dla pozostajqcych w obtoku niewiedzy. Jdli zas miaq prawdziwej mqdroSci 
jest \Viernose, to nie ulega dla mnie najmniejszej wqtpliwoSci, iz owa Wiernose 
musi znaleie swoj wyraz w kaidej dziedzinie naszej egzystencji. 
W jaki sposob wierny moze bye poeta i pisarz? Innymi stowy jak dana jest mu 
szansa na osiqgni
cie mqdroki? Gdybysmy powiedzieli, iz pisarz, poeta jest kims 
wyroinionym, ze posiada jakis szczegolny mandat, dzi
ki ktoremu niejako z urz
- 
du udzielona moic bye mu mqdrose, to z pewnoSci q popdnilibysmy naduiycie. 
Wydaje mi si
, ze wtasnie swiadomose, ii wobec Mqdrosci wszyscy jestdmy 
rowni, nie tylko skutecznie chroni przed - jakze cz
stq u t\\'orcow - megaloma- 
ni q , ale stanowi rowniez swoistego rodzaju wyzwanie do przekraczania same go 
siebie, wezwanie do wstuchiwania si
 w gtos Przedwiecznego. Mqdrose zawsze 
blisko jest pokory, wciqz 0 niC} si
 ociera jak 0 bliskie sobie ciato. 


2. 


Od pi
tnastu lat rozmyslam nad jednym fragmentem z Ksi
gi Koheleta: "Lepsze 
jest dobre imi
 niz wonne olejki, a dzien smierci niz dzien urodzenia. Lepiej jest 
ise do domu zatoby, niz ise do domu wesela, bo w tamtym jest koniec kazdego 
cztowieka, i cztowiek zyjqcy bierze to sobie do serca. Lepszy jest smutek nii 
smiech, bo przy smutnym obliczu serce jest dobre. Serce m
drcow jest w domu ia- 
toby, a serce gtupcow w donm wesela. Lepiej jest sruchae karcenia przez m
drca, 
niz sluchac pochwaty ze strony glupcow. Bo czym trzaskanie cierni [ptonqcych] 
pod kodem, tym jest smiech gtupiego. I to jest takze mamoSci q " (Koh 7, 1-6). Jest 
to wyzwanie dla mojego ducha. Wyzwanie dla nieposkromionej ch
ci otarcia si
 
o tajemnic
 bytu. Serce m
drca jest \\. domu iatoby. Ach, nie ma tutaj taniej pro- 
pagandy, odpustowych blyskotek, jest za to konkret poraiajqcy w swojej dosadno- 
Sci. Ten tekst odziera nas z jakiejkolwiek altematy\vy, zamyk
 wszystkie inne drzwi 
poza tymi jednymi, najwainiejszymi. Nosic w sobie smiere. Zye blisko niej niczym 
srcdniowieczni mnisi w mantrycznym zapami
taniu powtarzajqcy 0\\"0 stawetne -
>>>
142 


V ARIA 


a przeciez tak peine w swojej prostocie trdci! - memento mori. Oswoic w sobie 
smierc to zadanie dla prawdziwego m
drca. Dom zatoby, miejsce, gdzie opadaj'l 
maski, miejsce grozy, ale rowniez prawdy 0 nietrwatosci naszego bytu, 0 znikomo- 
Sci zabiegow, ktorym z aptekarsk'l doktadnoSci'l oddajemy nasze najlepsze lata, aby 
tylko 0 maiy wtos wyprzedzic innych, tym samym ich upokarzaj'lc. Ale Kohelet 
prostuje nasze pokr
tne i peine matostkowoSci Sciezki. W pewnym sensie prawdzi- 
wy m
drzec tutaj na ziemi jest juz umarly. Jest tym, ktory przekroczyt Styks. Spo- 
gl'lda na nas z oddalenia, z przestrzeni jasnoSci. Prawdziwy m
drzec nie musi ni- 
czego udowadniac. Trwa poza uzasadnieniem. Co najwyzej nawotuje, jest gtosem, 
samym przestaniem. Trudno pogodzic si
 z tak'l drog:}, z takim sposobem na zy- 
cie, zwtaszcza dzisiaj, kiedy poddani jestdmy wci'lZ presji rekordu, jak zauwaza 
Simone Weil. Bo miejsce iatoby jest miejscem pomniejszenia, miejscem swoistej 
kenozy. Miejsce zatoby jest krain'l, w ktorej nasz duch nabiera nowych jakoSci, na 
nowo uczy si
 swiata z elementarza prawdy 0 sobie samym. A ta prawda to nic in- 
nego jak doswiadczenie biedy, tej duchowej, w ktorej uswiadamiamy sobie z catc} 
moq nasz'l samotnosc, nasze wydziedziczenie z Krolestwa. I bynajmniej nie jest to 
sprawa jedynie religijnej wrazIiwoSci. To raczej wtaSciwosc dojrzatej psychiki, ktora 
naktuta bolesnie zgroz'l tego swiata, poszukuje pokoju, poszukuje teryroriom, 
gdzie mogtaby odzyskac rownowag
. 


3. 


Zawsze innygowata mnie relacja, jaka zachodzi pomi
dzy mC}droSci:} a bojaini'l 
Boz'l. Jdli za bojain Boz'l przyjmiemy tak'l inklinacj
 ludzkiego ducha, w ktorej 
staje-on w pdni prawdy wobec Przedwiecznego, to m'ldrosc jawic si
 b
dzie jako 
jeszcze jedno imi
 prawdy 0 Bogu. Takie, w ktorym w pdni akceptujemy Jego 
prawo do decydowania 0 naszym losie. Boj:}cy si
 Boga nie jest cztowiekiem stra- 
chu, jest cztowiekiem oddania chwaiy temu, 0 ktorym wie z Cat'l pewnoSci'l, ze 
jest jej godzien. A wi
c pokton przed tym, co niew'ltpliwe. Przypomina si
 tutaj 
swoista fenomenologia Fiodora Dosrojewskiego z jego koncepcj'l poktonu. Cud, 
tajemnica, autorytet - oro trzy aspekty tego, co niew'ltpliwe, tego, wobec czego 
winnismy przyj'lc postaw
 intelektualnej i zyciowej pokory. W m'ldrosc integralnie 
wpisana jest struktura poktonu, unizenia, prostracji wobec Boskiego aurorytetu. 


4. 


Smakowanie m'ldroSci z dotkliw'l swiadomoSci'l braku narz
dzi do jej - chocb) 
przybliionej - penetracji, naukowego wydumaczenia, pokazania pocz'ltku i konca. 
Nic z tych rzeczy. M'ldrosc ukrywa si
. M'ldrosc jest wiecznym banit'l z jasnosci, 
oczywiScie tej doczesnej mierzonej za pomoq statystycznych tab lie i komputerow. 
Mieszka w cieniu, sarna jest cieniem rzeczy, ich drug'l - pdniejsz'l natuq. MC}drosc 
tatwo moina zgubic, a potem wszechwtadny demon usprawiedliwienia zbuduje 
pi
tra argumenrow za tym, ze tak naprawd
, nigdy jej nie by to; ze tyIko snilism) 
jak'lS opowidc, hisrori
 z iluzorycznego swiata. M'ldrosc nie narzuca si
, jest pein:!
>>>
V ARIA 


143 


dystansu, cierpliwa az do granic zdrowego rozsqdku, az do obt
du sylogizmu. 
Wszystkiemu przeczy b
dqc samq afirmacjq! Niekiedy wydaje si
 nam, ze juz jq ma- 
my na kOI1.cU j
zyka; ze zamieszkata w wierszu, w dobrze skrojonej frazie. Ale to 
tylko utuda. Mqdrose obywa si
 bez stow. Poprawi
 si
: Mqdrosc transcenduje sto- 
wo, ozywia je, sarna nim nie b
d(!c, wyzwala je, sarna zostaj(!c w \Vi
zieniu... 
Mqdrose nie oczekuje zaszczytow, choe trudno odmowie jej zyczliwego spoj- 
rzenia na tych, w ktorych inni docenili dobro. Dlatego nie wolno, kategorycznie 
nie nalezy pisae wierszy 0 MqdroSci. Ten, kto nie przestrzega tego nakazu, do- 
wiodt wtasnej ignorancji w sferze ducha. COZ zatem pozostaje nam matym lu- 
dziom st
sknionym za Prawd q ? Prosie, btagae, rozdzierae szaty. 


5. 
Od zawsze istniato zapotrzebowanie na Mqdrose. Nie inaczej jest dzis, kiedy 
poddani jestdmy jakZe dotkliwej probie obalenia wszelkich wartoSci w imi
 post- 
modernistycznego pomieszania j
zykow. Jakze pomocnq jest postawa Jana Pawta II 
- straznika Mqdrosci. Z pomoq przychodzi mu Tomasz Merton, ktory w jednej 
z najbardziej przejmujqcych swoich ksiqzek Stub konwersacji. Dziennik 1964-1965 
z wtaSciwq sobie trafuoSciq staje po stronie Mqdrosci, tej, ktora jest prawd q 0 czlo- 
wieku, prawd q 0 jego wewn
trznym skomplikowaniu. Merton az do bolu szczeroSci 
pokazuje nam si
 na kartach swojego Dziennika jako wciqz szukaj:}cy pokoju - nie 
tego, ktory oferuje swiat, lecz Pokoju b
dqcego darem same go Boga. 


6. 


Niedawno przeglqdatem jeden z wielu a1bumow fotograficznych poswi
conych 
papiezowi. Posrod bardziej i mniej udanych zdj
c- moja uwaga zatrzymata si
 na 
jednym. Papiez Wojtyla siedzi przy biurku, na ktorym pi
trzq si
 grube tomy ja- 
kichS ksiqg i dokumentow, bezposrednio przed nim lezy roztozona ksiqzka. Jan 
Pawd II podpiera si
 Iewym tokciem mi
kko spoczywajqcym na bl
cie obszerne- 
go biurka, jego twarz jest lekko przekrzywiona do gory. Ojciec Swi
ty marzy. 
Tak, nie mam ani cienia wqtpliwoSci. Oko obiektywu uchwycito cztowieka, ktory 
oddaje si
 jakze niezwyktemu w dzisiejszej dobie zaj
ciu - marzeniu. Poeta nigdy 
nie przestaje bye tym, ktory widzi wi
cej niz moiliwa do zwerbalizowania wi- 
dzialna rzeczywistose. M
drzec to rowniez ten, ktoremu cierpliwa wiernose po- 
zwala unide ci
zar dla innych nie do udiwigni
cia. 


Miroslaw Dzien
>>>
14-1 


V ARIA 


Michal GloJvinski 


Wielki dzien 


Przyjezdzali... Przyjezdzali cz
sto, z roznych okazji, a ich wizyty miaty bye wy- 
darzeniami donioslymi i podniostymi, jednymi z tych, ktore cieszq i radujq miesz- 
kancow stolicy, wylegaj:}cych w przyplywie gOr:}cych uczue na Scisle wyznaczone 
trasy przejazdu, by witae dostojnych i drogich gOSci. Odwiedzajqcy nasze miasto 
przywodca miat utwierdzae si
 w mniemaniu, ze jest czczony i kochany, wiwatu- 
jqce dumy stanowity przecid w tej materii dowod niezbity. Stanowity, choe mu- 
siat wiedziee, tak jak doskonale wiedzieli 0 tym organizatorzy tego rodzaju mani- 
festacji, ze w calym tym spektaklu nie ma za grosz spontanicznoSci, obowiqzuje 
zas wszechogarniajqcy rytuat, ze kazdy ruch jest z gory zaplanowany i okrdlony, 
ze bez tego rodzaju praktyk nie moze si
 obejse zadna bratnia wizyta na najwyz- 
szym szczeblu - nie tylko w Warszawie, ale w kazdej komunistycznej stolicy, nie- 
zaleznie czy b
dzie to Praga czy Berlin wschodni, Budapeszt czy Sofia, lub td 
miejscowoSci tak odlegte jak Hanoi czy Hawana. Musiat wiedziee, ale z pewnoSci q 
o tym nie myslat, wolat zapomniee 0 nakazach i rezyserskiej r
ce, ktora zawiady- 
wala poruszeniami tych dumow zaiste nieprzebranych, wyp
dzonych na ulice 
z biur i z urz
dow, z fabryk i ze szkot, a w wielu przypadkach - nawet z przed- 
szkoli. Mozna si
 domyslae, ze te przejawy entuzjazmu zadekretowanego zaspo- 
kajaly proznose i sprawiaty przyjemnose. W ostatniej instancji 0 to przeciez gtow- 
nie chodzito, w niewqtpliwie w duzo wi
kszym stopniu niz 0 zademonstrowanie, 
ze wtadza ludowa moze robie ze swoimi poddanymi to, co si
 jej zywnie podoba, 
bo do pokazywania swej sily (i arogancji) miata okazje nieustanne i z tego przy- 
znanego sobie przywileju korzystata niemal kazdego dnia. 
Ale wydarzenie, 0 ktorym opowiem, z wyrezyserowanymi przywitaniami i ujaw- 
nianiem fatszywego rytualnego entuzjazmu nie miato nic wspolnego. Przeciwnie, 
starano si
, by przez mieszkancow stolicy nie zostalo one dostrzezone, a w kazdym 
razie by nie uznali go za donioste i godne tego, by w nim uczestniczye, catkiem go 
jednak przemilczee nie bylo mozna, chodzito 0 fakt zbyt spektakularny, 0 zbyt 
wielkim znaczeniu, by kurtyna milczenia sprawiata, ze przejdzie niezauwaiony. 
Dnia tego wiedziatem, co si
 na mieScie dziae b
dzie, aczkolwiek nie mam 
pewnoSci, czy z gazet mogtem precyzyjnie si
 zorientowae w scenariuszu wyda- 
rzen, w grubych zarysach poznatem go jednak niewqtpliwie. Byta sroda, dzien, 
w ktorym tradycyjnie pdni
 dyzur w Instytucie. Po zakonczeniu nie wrocitem - 
jak zwyktem czynie - do domu, postanowitem zostac w srodmidciu, troch
 si
 
po nim powtoczyc, by zobaczye, jak one wyglqda, gdy wizyt
 sktada Prezydent, 
przybywajqcy z innej strony swiata niz ci, ktorych raczono objawami zadekreto- 
wanych rytualnych hotdow, prezydent mocarstwa, jakie oficjalnie uwaiano za 
wrogie i kierowano wen propagandowq kanonad
, zlozonq z oskarzdl roznego
>>>
V ARIA 


145 


rodzaju, z reguty ostrych, a wielekroc absurdalnych. Chciatem tez, oczywiScie, 
zobaczyc, jak wygl:}da ten cztowiek, choe twarz jego byta znana, pojawiat si
 bo- 
wiem cz
sto na zdj
ciach prasowych, a niekiedy - wsrod aktualnoSci, sktadajq- 
cych si
 na kronik
 filmowq, ktora w tamtych czasach otwierata wszystkie seanse 
w polskich kinach. Najbardziej jednak - podkrdlam - fascynowato mnie sarno 
miasto i wypdniajqcy je Illdzie, w ktorych si
 wmieszatem, ludzie - a to by to do- 
strzegalne gotym okiem - nie t\\'orz:}cy oficjalnej, zwotanej na rozkaz (i na po- 
kaz) obrz
dowej gromady, ludzie, ktorzy zjawili si
 tutaj z wtasnej nieprzymu- 
szonej woli, odpr
zeni i na luzie, niewqtpliwie swiadomi, ze w czasie tak 
niezwyktym b
dq mogli dawae swobodnie wyraz swym wyborom, upodobaniom, 
a przede wszystkim - emocjom. Nastroj panowal doskonaty. 
Sprzyjata mu w sposob oczywisty pogoda; ten ostatni dzieI1 maja byt stoneczny 
i ciepty, jeszcze wiosenny, ale juz Ietni, idealny zatem po temu, by pozostawae na 
wolnej przestrzeni, wdychae swieze powietrze, choeby nawet by to nadpsute spali- 
nami, by promenowae - choeby po zapdnionych ulicach wielkiego miasta. I ja tez 
by tern w doskonalym humorze, mimo ie nie lubi
 przebywae na zadoczonych tra- 
sach, w Scisku ograniczajqcym swobod
 ruchow. Udzielit mi si
 - bye moze - ow 
panujqcy powszechnie wyborny nastroj, wspomagany przez wspaniat q pogod
 - 
i mn.} zawtadn
ta specyficzna atmosfera, tak rzadka, nadzwyczajna wr
cz, w tym 
mieScie, ktorego obywatele wciqz niewiele mieli okazji, by si
 cieszye i ujawniae 
swoje zadowolenie publicznie. A wi
c wmieszatem si
 w OWq promenuj(!q spo- 
tecznose (nie chc
 tu uzywae stowa "dum"), nader licznq, co upewniato mnie, ze 
znajduj
 si
 przy wtaSciwcj trasie, ze t
dy wtasnie przejezdzae b
dzie Prezydent. 
Kierowano si
 ku placowi, ktory z wszystkich stotecznych miejsc najcz
sciej zmie- 
niat nazwy, a w owym czasie mienit si
 Placem Zwyci
stwa. Nie ulegato wqtpliwo- 
sci, ie szef pallstwa, przybywaj(!cy z oficjalnq wizyq, ztozy wience na Grobie Nie- 
znanego Zotnierza; zreszt q 0 tym wtasnie epizodzie wizyty - jdli dobrze pami
tam 
- pisata prasa. Moina by to si
 zastanawiae, od ktorej strony nadjedzie, graniczyto 
jednak z pewnoSci q , ze tutaj przebywac b
dzie. I ja podqzytem w tym kierunku. 
Rozgl
datem si
 za znajomymi, nie miatem wqtpliwoSci, ze wielu z nich - podob- 
nie do mnie - wylegto na ulice i zapragn
to uczestniczye w tym, co si
 dzieje - i tak 
silnie kontrastuje z szaq codziennosci q , OWq nudnq i banalnq normalk q , ktorej oso- 
bliwych urokow doznawato si
 w nadmiarze, przede wszystkim zas jest czvms au- 
tentycznym, wyrazaj
cym prawdziwe emocje i postawy, nie zorganizowanym przez 
wtadze i pracujqcych dla nich specjalistow od masowych manifestacji. Rozglqdakm 
si
, choc w zasadzie w tym narastajqcym dumie nie czutem si
 zagubiony, byt przy- 
jazny, sktadat si
 z osob w ogromnej wi
kszoSci wzajemnie dla siebie iyczliwych, 
w sytuacjach takich zawsze jednak jest przyjemniej, gdy mozna si
 do kogos ode- 
zwae, wymienic uwagi, podzielic si
 wrazeniami. Nie natrafitem na nikogo z najbliz- 
szych kolegow, spotkakm filozofk
 Hank
, nie taj:}q swojego zafascynowania Ame- 
ryk q , autork
 znanych i cenionych prac 0 dziejach amerykallskiej filozofii. Oboje 
bylismy przekonani 0 niezwyktosci tego dnia - i juz wspolnie przygl:}dalismy si
 te- 
mu, co si
 dzieje (w rym przypadku przygl(!danie rownato si
 udziatowi w wydarze- 
niach; socjolog powiedziatby zapewne, iz chodzito 0 obser\Vacj
 uczestniczqq).
>>>
146 


V ARIA 


Po chwili podszedt do nas Bogdan, zapalony badacz filozofii \Vitkacego, mog
 za- 
tern stwierdzie, ze owo pi
kne, odstaj(!ce od charakterystycznej dla tamtych lat nor- 
my, popotudnie sp
dzitem w towarzystwie myslicieli, bo odqd trzymalismy si
 we 
trojk
. Bogdan opowiedziat 0 tym, co widziat przed chwil q na Rynku Starego Miasta. 
Zostat on oczyszczony z turystow, gapiow, przechodniow, jemu - wraz z naszym 
wspolnym przyjacielem, Andrzejem - udato si
 zostae na skutek szcz
sliwego zbicgu 
okolicznoSci. Dostojny gose zza Oceanu miat w swoim oficjalnym programie odwie- 
dzenie tego reprezentacyjnego miejsca w stolicy, miejsca, b
dqcego dumq wtadzy lu- 
dowej, bo powstato z gruzow na skutek jej decyzji. Ale chodzito 0 cos wi
cej niz 
o pokazanie tej staro-nowej okolicy, miat ow krotki pobyt przekonac Prezydenta, ze 
jego wizyta Polakow nie ciekawi, jest im wysoce oboj
tna, brak wi
c nie tylko wiwa- 
tujqcych dumow, ale nie ma nikogo, kto by zainreresowat si
 rym choeby, jak wyglq- 
da polityk, ktorego decyzje wptyw majq na to, co si
 dzieje w skali globu, a nawet 
oddzialywajq na losy swiata. Chciano mu udowodnie, ze nie moze liczye na nic wi
- 
cej poza demonstracyjnym zdystansowaniem i spot
gowanq ozi
btoSciq. Tak wazny 
i zazwyczaj ruchliwy punkt w mieScie nie miat jednak prawa bye wyludniony w ciqgu 
dnia, pustka niechybnie wydataby si
 podejrzana. T otez mozna by powiedziec, ze 
z urz
du rozsadzono troch
 osob w kawiarniach i na tawkach; nie mozna by to mice 
wqtpliwoSci, ze chodzi 0 urzqd, ktory cz
sto w tamtych czasach nazywano "wiado- 
mym", tak jakby obawiano si
 wymowic nazw
 czy po prostu ni:} si
 brzydzono. Za- 
dbano 0 ich zroznicowanie, wyznaczono role zakochanych par, ktore mialy bye tak 
zafascynowane sob q , ze zapomnialy 0 istnieniu dookolnego swiata, a w kazdym razie 
nawet za grosz nim si
 nie interesowaly, posadzono jakichs m
zczyzn, ktorzy zata- 
twiali swoje sprawy z takim oddaniem i w takim skupieniu, ze nie mieli juz energii, 
by rzucic okiem na to, co si
 na Rynku odbywa, a takze umieszczono samotnych je- 
gomoSciow tak pogrqzonych w Iekturze prasy, ze nic nie by to w stanie ich od niej 
oderwac (czyz istnieje bardziej pasjonuj(!ce zaj
cie nad czytanie "Trybuny Ludu"?). 
Numer taki mogt si
 udae w miejscu w miar
 wydzielonym i w miar
 zamkni
- 
tym, niepodobienstwem zas by to zarzqdzie cos w tym typie na trasach przejazdu, je- 
sli oczywiscie nie chciato si
 znakomitego przybysza powiadomic, iz stolica jest mia- 
stem wymarlym (ale zamiaru posuni
tego tak daleko najwyrainiej nie iywiono); 
jeszcze trudniejsza bytaby realizacja tego rodzaju idei w przestrzeni tak znaczqcej 
i symbolicznie nacechowanej jak okolice Grobu Nieznanego Zotnierza. Totez to, co 
przebiegato na naszych oczach, kontrastowato z wydarzeniami, 0 ktorych barwnie 
i sugestywnie opowiadat Bogdan. Zgromadzenie powi
kszato si
 z minuty na minu- 
t
, narastato i p
czniato. Nadciqgali ci, ktorych na Rynek nie wpuszczono, przycho- 
dzity osoby, ktore wtasnie skonczyty prac
. Zblizat si
 wyczekiwany moment, nieba- 
wem przeciez Prezydent miat nadjechae wraz z tymi, ktorych w j
zyku urz
dowym 
nazywa si
 osobami towarzyszqcymi oraz z catym konduktem, we wszelkich tego 
rodzaju sytuacjach nieodzownym. 
Zbiorowisko ogromniato, g
stniato, zacidniato si
. I w pewien sposob falowato, 
napierajqc delikatnie, ale konsekwentnie w t
 stron
, w ktorej rozegrac si
 miaty wyda- 
rzenia. Zapory i kordony ztozone z milicjantow miaty temu naciskowi zapobiegac, 
wielbiciele tak waznego i pot
znego gOScia - chocby ze wzgl
du na bezpieczel1stwo-
>>>
V ARIA 


147 


nie mogli przekroczye wyznaczonej linii. Troska 0 nie - inaczej niz oczyszczenie z ga- 
piow, obserwatorow i przypadkowych przechodniow staromiejskiego Rynku - duma- 
czyto si
 wzgl
dami racjonaJnymi, choe zapewne nie wszyscy w petni to sobie uswia- 
damiali. Kazdy chciat bye najblizej i widziec najlepiej, a wi
c te przeszkody 
w naturalny sposob budzity niech
e i irytacj
. Ogolnie rzecz bior}c panowal jednak 
spokoj, do przepychanek, a tym bardziej do klotni i awantur, nie dochodzito. 
Zwrocito moj'l uwag
, ze wiele osob, zwtaszcza mtodszych, wzi
to ze sob'l 
aparaty radiowe. Nazywano je wowczas tranzystorowymi, bo tylko te mate prze- 
nosne odbiorniki byty na tranzystorach, duze, z ktorymi nie mozna by to udae si
 
na spacer, pozostawaty wci(!z aparatami lampowymi. Tranzystory stanowity na 
przdomie lat sZeSedziesi'lt)'ch i siedemdziesi'ltych ostatni krzyk mody (walkma- 
now jeszcze nie 7nano), promenowanie z nimi nalezato do oznak nowoczesnoSci, 
bycia w kursie i wysokiego standardu (podobnie jak po ewierewieczu telefony ko- 
morkowe). Tego dnia - 0 czym miatem si
 przekonae nieeo poiniej - owe mate 
radia byl)' rekwizytami szczegolnie przydatnymi. Tymczasem jednak niektore mil- 
czaty, z innych dochodzity diwi
ki muzyki, raczej zreszt'l dyskretnej, nie zakloca- 
ta ona zgromadzenia dodatkowymi czy nadprogramowymi hatasami. Liczne oso- 
by nastawity swoje radia na audycje informacyjne, zapewne dlatego, ze chcialy na 
gor(!co slyszeC wiadomoSci 0 wizycie Prezydenta w naszym kraju - i dowiedziee 
si
, gdzie znajduje si
 w danej chwili. \V ten sposob mozna by to si
 zorientowac, 
kiedy przejedzie przez Plac i zjawi si
 przy Grobie, a zatem kiedy go ujrzymy. 
Dystanse mi
dzy tymi, ktorzy chcieli na wtasne oczy zobaczye niezwyktego 
gOScia, na jakiego splywaty sympatie kierowane ku jego wielkiemu i pot
znemu 
krajowi, szybko malaly, robito si
 coraz ciasniej, a zebrani powoli, ruchem ro- 
baczkowym, przcsuwali si
 do przodu. I natrafiali na pot
zn'l barier
 t\vorzon'l 
przez milicjantow. W ezasie owym, a by to to wkrotce po dwu waznych i dobrze 
pami
tanyeh polskich miesi'lcach, nie cieszyli si
 oni sympati:}, wi
cej, przez spo- 
r} cz
se spoteczenstwa byli znienawidzeni jako rycerze patki i gazu tzawi'lcego, 
stugi rezimu \\'ierne i gotowe do spetniania wszystkich mozliwych rozkazow, 
w tej konkretnej sytuacji jednak w jakiejs mierze ich swoist'l rol
 rozumiano, nie 
kierowano ku nim szczegolnych pretensji, choe konflikt interesow ujawniat si
 
z duz'l sit:}, kaidy kto tu przybyt, chciat przeciei bye najblizej - i widziee jak naj- 
lepicj. Nie min
to jednak dziesi
ciolecie od zamachu na Johna Kennedy'ego, 
a nieszcz
scie, ktore zdarzyto si
 w Dallas, moze powtorzye si
 w Warszawie. 
Zdawano siebie spraw
, ze terrorysta b}di szaleniec moze pojawie si
 w naszym 
mieScie i tu dokon.Je swego strasznego dzieta. Srodki ostroznoSci nie budzity za- 
tern zastrzeien i w:}tpliwoSci, choe na ogot wydawaty si
 przesadne. 
A w miar
 jak zblizata si
 decyduj:}ca chwila, atmosfera wsrod zgromadzonych 
stawata si
 coraz bardziej goqca, ten i ow si
 niecierpliwit, ktos wyrazat w'ltpli- 
wOSci, czy nie stoimy na prozno, bo uroczystose ztozenia wiencow odb
dzie si
 
w tajemnicy, noq, kicdy nikogo na Plaeu nie uswiadczysz, ale tego krakania nie 
stuchano z aprobat'l, na ogol przyjmowano, ze nasze wyczekiwanie w Scisku 
i w upale ma swoj sens, bo wreszcie zobaezymy osob
, ktor'l ujrzee pragniemy. 
Kazdc poruszenie na trasie przejazdu interpretowano jako sygnat, zapowiedi,
>>>
148 


V ARIA 


znak: oto zbliza si
 moment, dla ktorego tutaj si
 zgromadzilismy, okazywato si
 
jednak szybko, ze z naszego punktu wid zenia SC} to ruchy wyzbyte wszelkiej wa- 
gi. Ale w pewnej chwili zacz
to si
 naprawd
 cos dziae, trudno juz by to zywie 
wqtpliwoSci. Ttum zbit si
 jeszcze bardziej i z jeszcze wi
kszq energi q chciat po- 
sunqe si
 ku przodowi, a ojcowie brali na barana mate dzieci, by rowniez one sta- 
ty si
 swiadkami wydarzenia historycznego i zapami
taty je na cate zycie. 
Wreszcie pojawity si
 kolumny samochodow i motocykli, Prezydent ze swit q , 
z owymi "towarzyszqcymi osobami", nadciqga, jest juz w poblizu i za chwil
 opu- 
Sci limuzyn
, by przemierzye niewielk q drog
 prowadzqq ku Grobowi. Ale tego 
momentu nie widziatem dobrze, nieile spostrzegtem zas przejazd, choe w pierw- 
szej chwili uwag
 moj:} przyciqgnqt nie swiatowy przywodca, ale cztonek jego 
ochrony (stowo "ochroniarz" weszto do potocznej polszczyzny kilkanaScie lat 
poiniej). Byt to olbrzym chyba dwumetrowy z pistoletem w r
ku, stojqcy w dzi- 
wacznej pozie, ktora przypominata figur
 z baletu i wydata mi si
 mocno grote- 
skowa, nie chodzito tu jednak 0 upozowanie, figura taka byta zapewne funkcjo- 
nalna, gwarantowata gotowose do natychmiastowego czynu, gdyby zaszla 
potrzeba. Dryblas, a nie byt przeciez odosobniony, zastaniat gtownego bohatera 
wydarzenia, ktorego widziatem jak w filmowej migawce, kiedy czynit jakid gesty, 
niewqtpliwie dzi
kujqc za goqq i spontanicznq owacj
, jak q mu zgotowano. 
Entuzjazm zapanowat ogromny. Entuzjazm spowodowany obecnoSci q cztowie- 
ka, ktory uosabia swoj kraj, jest jego zywym symbolem, ale byt to takze entuzjazm 
przeciw - przeciw temu, w czym zye nam by to dane, przeciw porzqdkowi, ktory 
nie pytajqc 0 zdanie narzucono. Nie mam pewnoSci, czy to drugie nie by to waz- 
niejsze, tym bardziej, ze tak niewiele wytaniato si
 okazji, by bez zadnego ryzyka 
ujawnic publicznie swoje przekonania, preferencje, wybory. Jak zwykle bywa w ta- 
kich sytuacjach, fascynacja symbolem i urz
dem, jaki przyszto mu sprawowac, by- 
ta wi
ksza i bardziej emocjonujqca niz fascynacja konkretnym cztowiekiem. Do- 
myslam si
, ze dla przewazajqcej liczby zebranych na Placu tak przesztose 
polityczna Prezydenta, jak jego polityczna przysztosc, nie miaty nadmiernego zna- 
czenia, nikt si
 po prostu nad tym nie zastanawiat, tu donioste by to co innego. 
Nikt nie przypuszczat, oczywiScie, ze ta kariera SkOI1.cZY si
 w dramatyczny spo- 
sob, 0 dymisji czy pozbawieniu stanowiska nie myslano (termin "impeachment" 
nie usadowil si
 jeszcze w mi
dzynarodowym j
zyku politycznym i dla zgroma- 
dzonych bytby niezrozumiaty). Ale gdyby nawet cos przeczuwano, gdyby brano 
z powagq zarzuty, jakie przeciw niemu kierowano, nie miatoby to zadnego wpty- 
wu na zachowania. Ten emuzjazm wynikat nie z wiedzy 0 osobie czy ze szczegol- 
nej czci dla niej, byt nieuchronny jako pochodna sytuacji, w jakiej od przeszto 
ewierewiecza si
 znajdowalismy. Ta postae przybywata nie tylko z innego swiata, 
niedost
pnego i niekwestionowanie lepszego, przybywata takze z mitu. 
Zdawatem sobie z tego spraw
 juz wtedy, gdy z wtasnej nieprzymuszonej woli 
wmieszatem si
 w t
 pot
znq gromad
 i wraz z ni q popadtem w nasti"6j podniosty, 
nasycony emocjami. Chyba nie rozwiat si
 on po tym, jak uroczystose si
 SkOI1.- 
czyta, a zgromadzenie zacz
to si
 rozchodzie, bo pozostawanie na Placu nie mia- 
to juz sensu - takze dla tych, ktorzy nienasyceni byli widokiem Prezydenta i pra-
>>>
V ARIA 


149 


gn
li ujrzec go raz jeszcze, moze - tym razem - z pobliza. Rozstatem si
 z Hank q 
i z Bogdanem, kazde z nas poszto w swojq stron
. Myslatem, ze wroc
 do domu, 
ale do powrotu jednak si
 nie palitem. Obawiatem si
, ze miejska komunikacja, 
jak zwykle w czasie wizyt pailstwowych "na szczycie", catkiem zostata zdezorga- 
nizowana. Ale nie byt to wzglqd gtowny, ktory sprawit, ie postanowitem powto- 
czye si
 jeszcze troch
 po ulicach. Fascynowato mnie miasto - inne niz zwykle, 
przemienione, naznaczone odswi
tnoSciq, choe w zasadzie zadnych osobnych jej 
oznak nie by to. lnne za sprawq tych, ktorzy w odmiennych niz w codziennej ruty- 
nie rytmach i nastrojach przesuwali si
 po drogach. 
Jak spora cz
se osob, ktore skupity si
 na Placu Zwyci
stwa, skierowatem si
 ku 
Krakowskiemu PrzedmieSciu. Wielu z tych, ktorzy przyszli poino i stali daleko, zywito 
nadziej
, ze wtasnie tutaj ujrzy wybitnq osobistosc, Prezydent miat bowiem przejez- 
dzac krolewskim traktem. Zastanawiano si
, kiedy doldadnie to si
 stanie i czy wypad- 
nie jeszcze dtugo czekae. Z pewnoSci q czas si
 ciqgnqi, jak zwykle w takich przypad- 
kach, ale ja juz na nic nie czekatem, nie zalezato mi na tym, by ujrzee od nowa 
kawalkad
 sanlOchodow, a wsrod nich - t
 limuzyn
 najwazniejszq. Ciekawosc mojq 
zaspokajato sanlO bycie na ulicy i przesuwanie si
 po niej w tempie powolnym i swo- 
bodnym, a swiadomosc, ze w tej sytuacji przestrzeil nalezy nie do wtadzy, ktora nie 
moze wypuscic watahy chlopcow z Gol
dzinowa, nie do milicji, ale do tych, ktorzy na 
niej si
 znajdujq, dawala mi niekwestionowanq satysfakcj
. I dziato si
 tak, mimo ze 
kr
cili si
 funkcjonariusze w mundurach, a tajniakow tez niewqtpliwie nie brakowalo. 
W pewnym momencie zoriemowatem si
, ze uwaga wielu koncentruje si
 nie 
tylko na oczekiwaniu na przejazd Prezydenta, ze zaprzqta tych ludzi takze co in- 
nego: mecz, mi
dzypailstwowy mecz... Transmitowato go Polskie Radio, a wi
c 
tym rowniez dumaczyt si
 fakt, ze tyle osob miato ze sob q mate tranzystorowe 
odbiorniki. Ze wszystkich stron dochodzity odgtosy sprawozdania, a takze cat- 
kiem gtosno wypowiadane opinie 0 tym, co dzieje si
 na boisku, ztqczone z wy- 
krzyknieniami bqdi petnymi radoSci, bqdi rozczarowania i niezadowolenia, gdy 
stato si
 cos dla polskiej druzyny niekorzystnego. Ci, co aparatow nie midi, przy- 
tqczali si
 do ich posiadaczy, bqdi pytali 0 przebieg rozgrywki i jej dotychczaso- 
we wyniki. Nie trzeba by to znae si
 wczeSniej, by nawiqzywac kontakty. Odnosi- 
tern wrazenie, ze dla wielu mecz byt wydarzeniem rownie waznym co przyjazd 
Amerykanina, a - bye moze - nawet bardziej emocjonujqcym. Jego odgtosy two- 
rzyty diwi
kowe do, nie mozna by to go nie uchwycie. 
Dochodzity wszakze diwi
ki jeszcze innego rodzaju, jak si
 szybko okazalo, 
nie majqce nic wspolnego ani z'oficjalnq wizytq, ani z meczem. Owa sroda, w kto- 
rej tyle si
 dziato, miaia jeszcze jeden wymiar: na dzieil nast
pny przypadato swi
- 
to Bozego Ciata. Przed kOSciotami zbijano ottarze niezb
dne ze wzgl
du na ju- 
trzejsze nabozenstwa, ktorych liturgia zakbda procesje wychodzqce poza budynek 
kOScielny. Wtadza ludowa na ogot nie udzielata zezwolen umozliwiajqcych wyjScie 
na ulice totez ottarze wznoszono na dziedziilcu lub terenie Scisle do kOSciota 
, 
przylegajqcym, byty wi
c one z koniecznosci mate. Ale odgtosy prac stolarskich 
docieraty wyrainie i nie sposob by to ich nie ustyszec. I to byt ow trzesi gtos w po- 
lifonii, jaka uksztatrowata si
 tego dziwnego dnia, tak rozniqcego si
 od powsze-
>>>
150 


V ARIA 


dniej rutyny, dnia, ktory dobrze mrwalit Sit; w mojej swiadomoSci. Nie pami
tam 
jednak, czy orszak prezydencki przejechat krolewskim traktem. Ja w kazdym razie 
nie by tern juz swiadkiem tego wydarzenia. W pewnym momencie stwierdzikm, ze 
zobaczytem to, co chciakm widziec - i nasycitem sit; niezwyktosciami dnia, a za- 
tern sit; wycofakm. Nastata pora powrotu do donm. 


Michal GlO1vi11ski 


Aleksander ]urelvicz 
Zapiski ze stroio,vki (8) 


Maj, czerwiec 2000 
Stat pochylony przy krzaku sponiewieranego od upatu bzu, co jeszcze ostat si
 
przy naszej kamienicy, stat jakby opadty z sit albo pijany, bylo wieczorem przed 
osmC}. Zielony dtugi ptaszcz, ktorym idqc zamiatat ulict;, zdawat sit; odfruwac 
z jego zgarbionych plecow. Odwrocit sit; na chwilt;, reagujC}c na moje pytanie, 
i w jego oczach zobaczykm rozpacz. Z otoku na czapce marynarskicgo lice urn 
zostaly juz tylko strzt;py dwoch liter. Cos si
 jemu musiato stac, ale tym razem 
nie skarzyt sit; tak jak zawsze, gdy spotykalismy sit; na ulicy czy podworku, bo po 
herbatt; przestat juz od kilku miesit;cy przychodzic, powiedziat mi kiedys, ze ma 
ktopot)' z nerkami i herbaty jui nie pije. Odwrocitem sit; skrt;cajC}c do siebie i wi- 
dziatem jak wtulony w powit;dk listowie z bezradnq wScieklosci q odpycha butem 
od siebie kilka gazetowych ptacht, jakby nie mogt sit; od nich odczepic. A moze 
jednak wypit co nieco i wystarczylo na ten niemitosierny skwar tegorocznej wio- 
sny, by trzepnt;to chtopem 0 jeden z ostatnich jui w tej okolicy biatych bzow? 
SkC}d wi
c ta krwiozercza rozpacz w tagodnych na co dzien oczach? 
Jest nieodtqcznym e1emcntem tego wrzeszczanskiego pejzazu, wtopiony 
w niego jak Grassowski werblista (Wr6iby kumaka wystawiane sC} od paru dni 
w prywatnym mieszkaniu za rogiem, na ulicy Danusi), jak Antek Fac, ktory 
styczniowq noC:} odszedt z ulicy Lelewela po cichu i na zawsze, jak schodki do 
dawnego baru Domino, ktore teraz prowadz q do sklepu monopolowego, jak 
Strzyza ptynC}ca od zesztego roku nowym ceglanym korytem, jak pusty 0 tej po- 
rze komin c1ektrocieptowni sterczC}cy w oddali. W1ccze sit; kazdego dnia obtado- 
wany torbami, z kieszeniami wypchanymi gazetami i bmelkami, przysiada na pa-
>>>
V ARIA 


151 


rapetach sklepow, przystanku tramwajowym albo potozy Sit; na zmarniatym 
skwerku posrod dzikich gott;bi. Dwa czame okna na drugim pit;trze s'lsiedniej 
kamienicy S'l jego, choe, wedtug przekazu wtajemniczonych, spi pod drzwiami 
swojego mieszkania. Ale przeciez spotkalem tei Wiadka w banku, stoj'lcego do 
kasy z 50. markowym banknotem w rt;ku! OdkC}d przyszto nam zye w bliskim s'l- 
siedztwie poprosit tylko 0 herbatt;, kilka razy 0 part; kromek chleba, czasami 
o papierosa. Niekiedy ma podbite oko, nieraz przechodzi nie reagujC}c na po- 
zdrowienie, widujt; jak zostawia swoje przepastne torby, by podejse po jakid 
opakowanie IezC}ce na trawniku. Ale widzialem tez, jak z wSciektosei'l niszczyt 
uliczny kosz na smieci, jakby uwazal, ze miano zbieracza odpadkow po naszej 
codziennosci przystugiwato mu absolutnie i dozywotnio, a kiedy po jakims czasie 
udawanC} ztoSci'l poskariylem mu sit; na tobuza, co zniszczyt kosz, Wtadek cos 
niewyrainie zamruczal i prt;dko odszedt. 
Tego wieczoru Wiadek staniajC}cy sit; w jakiejs rozpaczy albo niedyspozycji, byt 
jakby w starciu ze swiatem, z ktorym zdawat sit; bye dogadany i w tym zwichro- 
wanym swieeie szczt;sliwy, odnalazt w nim swoje miejsce, a jedyn'l niedogodno- 
sei'l zycia by to ismienie koszy na smieci. Jednak mial mocne powody do bycia 
w tak kiepskim stanie, bowiem od potudnia ekipa oczyszczania miasta, w aSYScie 
strazy miejskiej i przedstawicieli osiedlowej administracji, dokonywata bez- 
wzglt;dnej eksmisji nagromadzonego przez Wtadka pieczotowicie i z uporem do- 
bytku. Do wielkiego komenera wrzucano wszystko, co wypdniato jego Sezam, 
ktorego byt conocnym wartownikiem, do ktorego zawsze powracat dokiadajC}c 
nowe skarby - resztki po naszym banalnym i prt;dkim zyciu. Oczyszczanie trwato 
podobno kilka godzin, nie wiem, czy Wtadek byt przy tej egzekucji, nie pytalem 
o to, bo takie pytanie w obliczu katastrofY, jab go spotkata, by to by niestosowne. 
I bye moie niedtugo przedtem, nim ujrzalem go przed domem, wrocil z wyia- 
dowanymi torbami i zastat swoje mieszkanie ogotocone, zobaczyt puste seiany 
i podtogi, i wrocit z powrotem na ulict;, zeby sprawdzic, czy nie pomylit dzielni- 
cy albo donm, ale pomytki nie by to. Wtedy wpadt w rozpacz, wtedy wtasnie nad- 
szedtem, "cos sit; Wtadkowi stato", powiedzialem po przyjsciu do mieszkania. 
Nastt;pnego przedpotudnia patrzylem w dwa okna u gory - byty otwarte, pierw- 
szy raz odk
d tutaj zamieszkalem. Czy \Vladek spat tej nocy w zupdnie pustym 
mieszkaniu, czy w ogole - jezeli mial silt; do niego wejse - mogt w nim zasnC}e? 
A on wyszedt niespodziewanie od strony podworka, jakby chciat odpowiedziec na 
moje pytania. Byt bez swoich toreb i zdawato sit;, ze nie umie isc bez czucia ich cit;- 
iam, ze nie wie, co robit i od czego zaczC}c dzien majC}c puste rt;ce. PrzystanC}t przy 
smietniku, ale jak na zlost albo wedtug odwiecznego fatalnego prawa serii, tego 
dnia smieciarka przyjechata wczdniej. Nie mialem odwagi podejsc do \Vladka i, jak- 
bym 0 niczym nie wiedziat, poczt;stowac go papierosem... 
Kilka dni pozniej \Vtadek na nowo zacz
l odbudowywae swoje zycie - ci'lgn}t 
po chodniku dwa wypchane szare worki z folii, sciskajC}c je kurczowo w rt;kach. 
Przystan'lt na moje powitanie, mial juz inne oczy, na jego ustach pojawit sit; cien 
szelmowskiego usmiechu. Tak usmiechaj:} sit; szczt;sciarze.
>>>
152 


V ARIA 


*** 


...w ponad trzygodzinnej Pasji wedltig S1V. Matemza Jana Sebastiana Bacha al- 
towa aria Erbarme dieh trwa niecate osiem minut... 


*** 


Dominice, zonie Zbyszka 
Od kiedy znam Zbigniewa Zakiewicza, a zdaje mi sit;, ze znam go cate zycie, jego 
literackim marzeniem by to napisanie ksiC}iki dziejC}cej sit; w Gdansku. Z latami to 
ruewinne marzenie stawato sit; rodzajem obsesji, kibicowatem tej obsesji umiarkowa- 
rue, rue uwazam bowiem, ze pisarz ma jakid pisarskie zobowiC}zania wobec miasta, 
w ktorym mieszka. Zakiewicz to jednak kresowy uparciuch. Do Gdanska probowat 
zblizye sit; najpierw poprzez Kaszuby, w ktorych odnalazt pejzaz swojej utraconej 
\Vilenszczyzny - w 1988 roku opublikowat tom opowidci zartobliwych Ciotztlc1lka. 
Kaszuby nie pierwszy raz staty sit; miejscem pisarskiej mitoSci dla przesiedlencow 
znad Niemna - chct; przywotac w tym momencie przedwczdnie zmart
 znakomitc} 
pisarkt; Rozt; Ostrowsk q (1926-1975) i jej dwie pit;kne powidci: lVyspa i Moj ezas 
osobny. Cos zatem z tymi Kaszubami w sercach i pamit;ci \Vilniukow musi bye na 
rzeczy, to nie jest sztuczne uczucie. Przeczytatem Ciotule1lkr na nowo, uzywajqC 
sloganu reklamowego, mogt; powiedziee: to sit; czyta! Ale wazniejsze Sq dla mnie in- 
ne powidci Zakiewicza: Bialy karzel, Rod AbaczoJV, Wileze lqkt
 osobno stawiam 
cudownq Dolinr Hortensji. Daj Boze kaidemu napisac cos takiego, to jest zelazne 
alibi swiadczC}ce 0 ruemarnowaniu talentu i zycia. 
Teraz ukazata sit; w wydawnictwie "Stowo / obraz terytoria" nowa ksiqzka Zbi- 
gniewa Zakiewicza Goryez i sol morza (podtytut - Gdmiskie Sm01;gonije), po cZ
Sci 
nawiC}zujqca do Ciotule1lki, gdyi gtowna postac przewija sit; takie i tutaj, choc nie 
s:} to juz opowidci zartobliwe. OczywiScie Zakiewicz nie bytby sobC}, gdyby 
W opowidci nie wplatat swoistego dowcipu i zartu, ale jest to juz smiech, po kto- 
rym robi sit; momemalnie smutno i melancholijnie. Po Iekturze Goryczy... ma sit; 
tylko i wytqcznie ochott; na pojScie do dawn ego ulubionego baru, ale w drzwiach 
przychodzi cierpkie opamit;tanie, ze tego baru juz w mieScie nie ma, pami.;e 0 nim 
pozostala tylko we wlasnych mglistych wspomnieniach i ksiqzce Zakiewicza. 
Jeszcze zdqiytem "zatapac" sit; na ludzi i miejsca, ktore z cieptogorzk} melancho- 
liC} opisuje Zakiewicz, to byt takze kawatek mojego swiata i iycia. Ktos niewiele 
mtodszy juz tego znac rue moze. Czytaj
c Goryez i sol morza CZt;Sto - mimo zywej 
akcji - miatem odczucie niespiesznego w
drowania po cmemarzysku swojej mtodo- 
sci, wielokromie czulem cos w rodzaju f.1momowego bOlu, jak czuje ktos bol uci
tej 
rt;ki. Nie ma juz mieszkania Stulka Hebanowskiego na Miszewskicgo (choc miesz 
kam ruedaleko, udajt; przed sobC}, ze nikt tam serdeczny nigdy nie mieszkat), pracoW 
ni Buniego i Stanistawa Michatowskiego, nie ma Teresy Izewskiej, Irka Iredynskicgo, 
Mierka Czychowskiego. Ta ksi
zka rownie dobrze mogtaby mice pudtytut Gdmiski 
Elizeju.m. .. Na drugi dzien jeszcze czulem psycruczny ci
zar Goryezy i soli morza, jak
>>>
V ARIA 


153 


byn
 jcdnak we snie troeht; pobyt \\' kt6ryms barze z mlodosci a1bo zaszedt na melint; 
do Slepego Jacka, co byta po drugiej stronie uliey. Ai. wierzyc si.; rue chce, ie tak by- 
10 naprawdt;, ie byli tacy pit;kni ludzie w naszym niepit;knym zyeiu, pit;kne dni, przy- 
jazne mieszkania i knajpy. I to wszysrko by to tutaj, na wrzeszczanskich ulicaeh i po- 
sr6d sr6dmiejskich zautkow, jak nam bylo mato to jechalismy do sopockiego Spatifu. 
Tak, to jest opowidc 0 Gdansku sprzed niedawna, ale jest to, mimo wszystko, 
opowidc 0 innym mieScie. Od tamtych czasow zmienito sit; wiele, zmienito sit; na 
gorsze. Tylko Zbyszek sit; nie zmienit. I dlatego nie dziwit; sit;, ze w swojej ksiqz- 
ce ucieka chytkiem z Tr6jmiasta, jakby nie do konca to miasto mu pasowato, 
i wiezie swoich bohaterow na HeI, do Jastrzt;biej Gory, na Kaszuby. Inny jest tez 
wtedy u niego rytm zdan i sposob opowiadania, bardziej spontaniczny i zywioto- 
wy. To jakos moina wydumaczyc, niekoniecznie podtug teorii literatury. Gorycz 
i sol morza jest ksiqik q osobistq, jest requiem napisanym osobiscie. Nic wazniejsze- 
go dla pisarza do roboty nie ma. 
W tym momencie m6gtbym juz skonczyc. By to by to jednak niepdne sprawozdanie 
z Iektury. Bo jest jeszcze inna jej warstwa, rowniez istotna, jak ta, ktora dla mnie byla 
pierwszoplanowa. To warstwa metafizyczna, bez kt6rej Zakiewicz nie bytby Zakiewi- 
czem. Nie jest tajemniq, ze w krt;gach towarzyskieh, opr6cz innych okrdlen, zwany 
jest on takze Misiem lub Niediwiedziem Metafizycznym, pisze zresztq 0 tym w ksi:}z- 
ceo Nic jednak nie poradzt;, ze sprawy metafizyczne Sq dla mnie steq intymn:}, 0 ktorej 
glosno mowic nie chct;, a i nie wiem, ezy potrafitbym. Jedn q z pierwszych ksiqzek po- 
zyczonych mi przez Zakiewicza do koniecznej Iektury byly Myili Pascala... Od tego 
momentu minie za niedtugi czas - nie do uwierzenia! - trzydzidci lat, wit;c sporo 
o sobie wiemy, jak pisze ulubiona przez nas \Vislawa Szymborska: "Tyle wiemy 0 so- 
bie, ile nas sprawdzono". Wiem, a1bo rylko domyslanl sit;, czym by to dla Zakiewicza 
dtugie pisanie tej ksi(!zki - gorzkiej nie rylko w tytule, ksiqzki pisanej przez kogos, kto 
zdaje sit; bye pogodzonym ze swiatem lub bardzo bliskim pogodzenia sit; z nim. 


*** 


.. .moie to b.;dzie trwato kr6cej niz zaciqgni.;cie sit; papierosem i w rym momen- 
cie, jak w dawnych opowidciach stuchanych przy cieptym kat10wym piecu, przez 
czyjd mieszkanie niespodziewanie przebiegnie dziwny podmuch, poderwie sit; do 
10m odpoczywajqcy na firance moryl, zachrobocze pordzewiata sprt;zyna w starym 
zegarze, co przestat odliczac jakikolwiek czas, komus akurat w tej chwili przypo- 
mni sit; tw6j numer telefonu albo adres, ale postanowi zatelefonowac lub napisac 
p6iniej; ten moment bt;dzie prt;dszy niz przejScie z pokoju do pokoju, choc stanie 
sit; twojq wiecznoSci q , kr6tszy nii urwana ostatnia nuta fugi Bacha; moze to bt;dzie 
westchnienie, moze urwany krzyk, w samotnoSci albo przy kims kto nie potrafi te- 
go dtugo zapomniec, nawet gdyby rym kims byt rylko pies lub gtodne synogarlice 
na parapecie okna; a potem juz nic, a potem juz bt;dzie po wszystkim, piasek zasy- 
pie otchtan wiecznosci; tak sir: dopelni... 


Aleksallder ]urelvicz
>>>
154 


V ARIA 


Ewa Sonnenberg 
Prze\vodnik liryczny po Europie (II) 


(...) ona rowniei stanie sir poet,!, Kobieta od1'lajdzie nie- 
znane! Czy S1viaty jej myili brd,! sir roini(v od naszych? 
Odkryje ona rzeczy niez1vykle, niezglrbione, odpychajqce, 
cudowne; przyjmiemy je, zrozumiemy. 
(Artur Rimbaud: List jasnowidza) 


Metropolis 
Ttumy. Potencjalni kochankowie i mordercy. Konsumpcja powietrza, spojrzen, 
czasu, kolorow, twarzy. Fragmentyzacja i rozproszenie. "Stacja poczC}tkowa" (la- 
bilna, w)'wrocona w poprzek miasta i zyciorysu, lekkomyslna lub decyduj}ca) - 
"stacja docelowa" (insynuuje kierunek odwrotu lub ryzyka, jak wydostac sit; spod 
skorupy asfalm, wiezowcow i zabytkowych pozostatosci). Ttumy biegn'l jak zgra- 
na, sprmvokowana banda szczurow, uperfumowanych szczurow. Pod ziemiC} pa- 
nuje zaduch i charakterystyczny zapach: wnt;trze ziemi plus ludzkie odchody plus 
Chand rowna sit; godzina szczytu. Metro narzuca swoj'llogikt;: albo kapimlujesz, 
albo przestajesz istniec, tozsamosc jest zbt;dna. Kilogramy makijazu, miliony 
szminek i rozne rodzaje pudrow, pod ktorymi szukamy czegos wspolnego nam 
wszystkim. L'lczy nas jedno: idea czekania. RozglC}dam sit; za czaszk'l Jorika, Qu- 
asimodo, lub chocby de Sade'a. Nic z tego, jedynie papiery, niedopatki, ceramicz- 
na nitka Seian. Podziemne chodniki i aleje bywaj'l romantycznie czyste i roman- 
tycznie brudne. Anonimowe grupy, pary, pojedyncze osoby. Zdarza sit; jakis 
pocatunek lub poufatosc r'lk, a jdli ze sob'l rozmawiaj'l, to w czasie przysztym: ftt- 
tur simple, futur proche, fuwr anterieur. Nazwa szczt;sliwej gwiazdy brzmi jak sta- 
cja metra: "Bonne nouvelle". Krt;te Seiezki nowoczesnej astrologii, czytanie przy- 
sztoSci z krotkich hasd na plakatach: "Le jardin planetaire", "Quelqu 'un va 
venir", "La mort n'en saura rien", "Pas de scandale", "Le niveau cirque", "Zdra- 
da", en trois quarts twarz Pintera. Od czasu do czasu pojawia sit; fragment nieba 
na ekranach telewizorow, syntetyczny btt;kit 0 wysokiej rozdzielczoSci. \V metrze 
opanowuje sit; szczurze skory i szczurze trakty. Pod okiem kamer i sieci security- 
-phones pokutuje istota mndi dqzonych w ziemi i ceramice: 
"Bt;dziesz sobie ziemit; czynit poddanC}. Bt;dziesz sobie czynit poddan
... 
Przeklt;ta niech bt;dzie ziemia z twego powodu" 
Btyszczy metaliczna skora wt;ia, wygina mnde w sliskie ujscia labirymu, metro 
rozp
dza sit;, pochlania zapach ludzkiego potu, tasuje daty, biografie, slady - 
krotkotrwaie schronienia, przesypanC} odlegtosc z czubka butow na ostrze obca- 
sa. Mozna tak catymi dniami i catymi latami nie wychodz}c na powierzchnit;, 
osi
sc na state pod przesadnie duiymi stopami myslicieli z cokotOw i fundamen-
>>>
V ARIA 


155 


tami Notre-Dame i in. Szczury goniC} swoj wtasny limit, skonczon'l ilose "wej- 
scie", "wyjscie" i infrastruktur
 korytarzy, uderzajC} sk6rzanymi, biurowymi tecz- 
kami 0 granice: dom - metro - praca, praca - metro - dom. ]ak w grze kompu- 
terowej wirtualna zabawa w "nadzieje i pragnienia" pod komrolC} jednego lub 
kilku przyciskow, z jedn} drobn
 r6zniq - nie ma zapasowego zycia. \Ve wn
- 
trzu ziemi plywa gen szcz
Scia lub wirus smmku. Zaintekowanie mozliwe jest 
drogami na skroty lub pod prqd. Ale metro to rowniez raj z niekOl1czC}C'l si
\ jed- 
nC} jedyn'l por'l roku - odrzuconych, bezdomnych, ztodziei, anemicznych muzy- 
kow, uskrzydlonych iebrakow z famazj'l, ztodziei optymizmu, czasu i mysli. Od- 
rzuceni nie chq stOllea, wybrali porysowane, wilgotne sufity, odrzuceni wiedz}, 
ze za wiele pokazuje, nie zostawia na nich suchej nitki, wyostrza sklonnosc do 
n
dzy, brudu, smrodu. Odkryci i bez szans nie nad'lzaj'l za dziennym swiadem. 
Potmrok i sztuczne oswietlenie tagodzi i koi. ]ak na scenie tudz'l si
, ie spektakl 
lada chwila dobiegnie kOllea, a kiedy opadnie kurtyna, wroq do cieplych, zadba- 
nych domow z honorariami w kieszeni. Ta prowizoryczna barwa powietrza ide- 
alnie pasuje do prowizorycznego z dnia na dzien. Muzycy, Vivaldi, jazz, myszy, 
zebracy, Ivlozart, bezdomni, psy, karaluchy i wiersze: 


na tej pustyni 
tak bardzo samotna 
ze czasami chod7i do tyiu 
by zobaczyc jakid slady 


Smutny pasaier 
"I know, I alone" - kuliste wyznanie, ktorego obwod jest wsz
dzie, a srodek 
w nas. ]t;zyk angielski szczeg61nie podkrdla klllistose j.;zykowego perpetuum mo- 
bile. Jakby "know" bylo tozsame z "alone", raz wypowiedziane, jak wprawiona 
w ruch wst.;ga Mobiusa juz nigdy sit; nie zatrzyma, zatoczy koto i wroci pdniej- 
szym gtosem. Chyba nie ma bardziej plastycznej trazy w poezji niz ta: ,,1 know, 
I alone", pisat Pessoa dziesi
tego sierpnia 1932 roku. To mogta bye Lizbona, Pa- 
ryz, Barcelona, Londyn, wszystko jedno. Koto wci'lz si.; toczy przed, obok, za, 
byle dalej, byle nie zacz'le ani nie kOlleZye. Koto? doskonaia sylwetka wszechswia- 
ta? jedno, dwa, nieskonczenie wiele? \V tym wagonie trzeciej klasy rachunek jest 
bajecznie prosty: zawsze cos kosztem czegos. Nie ma ztej pory, ismiej'l tylko zte 
okolicznosci. Ponoe kazdy normalny cztowiek robi w iyciu przynajmniej dwie 
rzeczy: pisze jeden wiersz i choe raz mysli 0 samobojstwie, powinien spotkae dia- 
bta i anioia, kilka razy umrzee i kilka razy przyjse na swiat (wtasny czy cudzy?). 
Zaczynae jeszcze raz od pocz'ltku? Realnose, ktorej nie mozna si
 pozbye, koto, 
o coraz wi.;kszym promieniu. To nie na mojC} kieszen. Nieudane llcieczki, za poi- 
no, by wracae i powroty, ktorych nie mozna przewidzice. Kazde miasto rz
dzi si
 
swoimi prawami i deserami, kaide ma swoj
 wtasnC} muzyk.; ulic; mury, kraty, 
okna nie s'l wit;zieniem, wi
zieniem sol tylko Illdzkie llmysty. W czym tkwi rozni- 
ca? Cz.;sto styszymy, moze za cz.;sto, jacy powinnismy bye, ale nigdy jacy jestdmy 
naprawdt;. Wyrazenie "jacy powinl1ismy bye" jest obrazem, jaki proponuje l1am
>>>
156 


V ARIA 


ten, kto chciatby sit; czuc bezpieczniej w naszej obecnoSci, wizerunkiem, nad kto- 
rym mogtby w pdni zapanowac. Jedyne, co mi zagraza, to tylko to, co jest mi bli- 
skie. Jedyne, co moze mnie powstrzymae, to brak powstrzymania i rygorow. Co- 
kolwiek sit; nie stato, niebo i chmury pozostawaty takie same. Ta sarna prt;dkose: 
diwit;ku, swiada i oddalania. Ten sam ksit;zyc, przez ktory obserwuje nas Bog. 


Sluchanie dotyku: 


Jdli nie teraz to kiedy? 
Jdli nie juz to kiedy? 
Jdli nie dzisiaj to kiedy? 
Jdli nie natychmiast to? 


Na jednym koncu dotyk, na drugim niedotykanie, posrodku cienka granica 
przyzwoitoSci. Dialog platoniczny: im bardziej pragniemy, tym bardziej unikamy 
dotyku. Dotykae tylko po to, by wiedziec, 0 czym zapomniee? Lub nawet nie do- 
tykae, nie sptoszyc tego zdziwionego, zaspanego urzt;dnika: niepewnosci. A jed- 
nak dotykamy, by nie miee zalu, ze nie dowiemy sit;, czym jest ten zal. Dusza bo- 
Ii w przegubach: 0 jednC} setnq sekundy za poino, 0 jednC} setn} sekundy za 
wczeSnie. Dotyk jest ryzykiem, nigdy nie wiadomo, czym sit; skonczy. Dotyk jest 
kradzieiC}, za ktorq trzeba bye ukaranym. W cywilizacji zimnych chwil rylko to, 
czego nie dotknt;lam, ocalato. 


CzekajC}c na bandaie i srodki znieczuIajC}ce 
Za kazdym razem wystarczajqco niebezpiecznym, krytycznie niebezpiecznym, 
korytarze szpitalne przypominajq mi dziecinstwo: bezwolne i uzaleznione, poko- 
nane, ale nietykalne. Nic nie jest ode mnie zalezne, a ja od wszystkich ubranych 
na biato. Bid jest jt;zykiem mit;dzynarodowym: sukienki komunijne, suknie slub- 
ne, obrus wigilijny, serwetki, bita smietana, krem do golenia. Neonowe swiado 
eksponuje ponurq, rozialon} skort; i tt;tno. Na rych korytarzach mogty powstac 
tysiC}ce sentymentalnych wierszy, ale powstala Smycz, wspokzesna wersja Sezonu 
JV piekle, uzalezniona nie tylko od rqk chirurgow, pomystowoSci recept, farmaceu- 
tycznych obietnic, ale rowniez od martwych, posrebrzanych, metalicznych, chtod- 
nych urzqdzen, ktore bywajC} bardziej subtdne od obstugi. Najbardziej wolna czu- 
tam si
 w poczekalniach pogotowia, pod palcami chirurgow, zdana na ich talent 
i btyskotliwosc; tymi palcami, dawali lub odbierali iycie, grzebali w trzewiach, 
pidcili swoje kobiety, przeliczali pensjt;, z elegancjC} zamieniali skalpel na noi i wi- 
delee, papierosa lub lampkt; wina na proszonych przyjt;ciach. (Ich rt;ce S} bardziej 
cenne od rqk pianisty.) Ewentualnosci, jakie ukrywaty sit; po otwarciu hermetycz- 
nie zamknit;tych drzwi, podniecaty jak chwile przed odkryciem kolejnej metafory, 
jak ta na Iewej rt;ce, wtargnt;ia w naturalny bieg linii papilarnych, polkole zahaczo- 
ne 0 "Iinit; zycia": sliczny, efcktowny, darmowy souvenir z Paryza - blizna 
w ksztakie litery ], jak jasmin, jrzyk, jaszczurka, jesien, jeszcze, jab/ko, jednak, Ja- 
sny, Jedyny i Jvszystko to JV tejjednej bliinie! Idealna przyn{ta na ironi{ losu, kropka
>>>
V ARIA 


157 


po ostatnim zdaniu lub nad "j", cielesny, z krwi i kOSci inicjat ztozony pod Smy- 
czq. Czy znajdzie sit; ktos, kto bt;dzie chciat czytac wiersze 0 bliznach? Szvcie 
. ... . , 
sZYCle 1 Jeszcze raz sZYCle, poddane obrobce w szpitalu Pirie .Salperriere, dwidcie 
lat temu znajdowat sit; tutaj zaktad dla umystowo chorych, gdzie po raz pierwszy 
(w ramach eksperymemu psychiatrow) traktowano chorych po ludzku, rownie po 
ludzku obchodzono sit; ze rnnq. "C'est un miracle!" - zdziwiony lekarz bandazo- 
wat mi rt;kt;. Czy tych cudow nie za duzo? Drobne wypadki, drobne eufemizmy, 
wielki cud, dawkowany jak astronomiczna dawka glukozy, tym razem 0 nazwie 
"dwa milirnetry". Moie zyjqC dysponujemy ustalonq i skonczon} iloSci q cudow, 
o zapozyczeniu czy debecie nie ma mowy? Do kogo nalez q te dwa milirnetry? Kto 
pozwolit rni zatrzymac je dla siebie? 


Po czyjej stronie jest wina? 
Najgorszy rodzaj skargi to skarga poszukuj}ca \vinnego. Kogo \vinic, ze swiat coraz 
\vi
cej narn obiecuje i coraz mniej daje, ze z krzyku zostaje kilka nieczytelnych wer- 
sow? Winny nie wie, ze jest winny, lub rue chce \viedziec. Zosta\viam wzrok na kims 
przypadkowym. Wmny to ten, ktorego szanuje ulica, dzielnica, miasto. Nieustannie 
zajt;ty wywiqzywaniem sit; z obowiqzkow i dawaniem przyktadu. \Vracaj
c do codzien- 
nych, prozaicznych czynnosci, rozlicza z przewinien swoje ofiary, jego specjalnosciC} Sq 
akty mitosierdzia i skruchy, niedzielne spacery, malownicze przejazdzki za miasto. Ten 
niewinny tworca zemsty ulega czt;sto wzruszeniom, jak nikt zna sit; na zachodach 
stonca, relacjonujC}c najdrobniejsze niuanse kolorow: "nad morzem piasek jest rozo- 
wy". Winny gardzi tyrni, ktorzy w jakis szczt;sliwy sposob urnknt;li mu spod kontroli. 
Dobroc jest dla niego wad}, ktora prowokuje, draini lub nuzy. 


MIALES RACJ
, TY PIEPRZONY PESYMISTO! 


14 VII 


Btoto w szrucznym swietle wyglC}da olSniewaj}co, ISni jak drogi k1ejnot rzucony 
samopas na past\vt; slonca i fanatycznych estetow. Klt;ska, czy to stowo brzmi wy- 
starczajqco? ponuro? et'Cktownie? ostatecznie? Nie przesadzajmy, co jak co, ale 
przesad} niech zajmujC} sit; projektanci mody i chirurdzy kosmetyczni. W godzinie 
klt;ski najwainiejsze Sq czyste rt;ce, staranny makijai i odpowiednie buty. Zaskaku- 
j}co szybko uczyrny sit; sytuacji z fatalnym zakonczeniem, gotowi jq nawet polu- 
bic; jej etapy wbrew pozorom Sq proste i tatwe w obsludze. Czasami mozna stra- 
cic: i koronr;, i gtOWt;, i w ten ekscemryczny, niekonwencjonalny sposob przejsc 
do historii. Ta k1t;ska tak dostowna, bo nie dotyczyia ani absolutu, ani wielkich 
stow - przecit;tne, zwykte, codzienne, zamiast ciastek zwykty chleb. Najbardziej 
dokuczliwa jest nie sarna k1t;ska, ale sposob, w jakim otoczenie karmi sit; ni
, tllczy 
na niej swoje stabosci i kompleksy. Zbiorowa euforia odbywa sit; zawsze za gto- 
sno, za tapczvwie i przewaznie nieelegancko; zadnych kunsztownych dodatkow: 
111i sztuccow: ani serwetek, gotymi rt;karni z jednej miski, prowokacyjnie: jeszcze!
>>>
158 


V ARIA 


Ten brak stylu i wyczucia ma swoj
 kulminacj
 w rozpasanym, bachicznym mo- 
mcncie na catosc: 


105 rcwolucjonistow uderza w te same drzwi 
105 rewolucjonistow nie wypilo gor;}Cej bwy i s
 wScickli 
105 rewolucjonistow uklada tadn
, chwytliw} naz\V
 gilotyny 
105 rewolucjonistow wybiera si
 na \Vycieczk
 do Wersalu 


Rosnq na kh;sce, na resztkach dawnej swiemosci, jakby dopiero terJ.z pmrafili 
uszczknqc "to cos", co do niedawna by to dla nich zbyt s\\'i
te, wielkie i nieosi q - 
galne. 0 k1
sce nie mowi si
 w j
zyku swojego dziecinstwa, 0 k1t;sce mowi si
 
w obcych j
zykach, czuj
c ulgt;, ie koncepcje gramatyczne naszej kl.;ski nie przy- 
stajq do koncepcji gramatycznych jt;zyka, w ktorym sit; 0 niej opowiada. Dzit;ki te- 
mu tworzy bezpiecznq, pust.} przcstrzen, w ktorej moiemy sit; schronic; ow abs- 
trakcyjny obszar jest jcdynym komfonem, jaki nam zostawia. Klt;ski bywaj
 
bardzicj wyrafinowane od triumfow. Szkto? metal? drewno? Dopicro na kolanach 
zaprzyjazniamy si
 z ziemi.} - mitosna intymnosc, po ktorej bt;dzie nam wierna 
i odd ana do konca, a my zaczniemy chodzic po niej z Iekkosci
. TryumfY na dtuz- 
SZq mett; Sq szkodliwe i trywialne, deprawujq nie tyle tryumfatorow, co otoczenie 
rekrumjqce sit; z klakierow lub przeciwnikow. Ciekawe, jab mysl przemknt;ta 
w toczqcych si
 gtowach Ludwika i Marii Antoniny: 0 klt;sce? 0 tryumfie? 


Happy Halloween 
Tym razem smierc zaklada zupdnie inn'} maskt;: fluorescencyjnq, neonOWq, bro- 
katowq, pogodn} jak oferty biura podrozy, uprzejmy usmiech stewardessy lub mi
k- 
kie fmele w salonie fryzjerskim. Halloween na Champs- Elysces, kilkukilometrowa 
kawalkada przebierancow-rollerzystow, wszysrkich swi
tych i wszystkich grzeszni- 
kow. Smierc filmuje r
czn:} kamerq Panasonic, filmowata przez caty czas w najbar- 
dziej zaskakujqcych symacjach, gdy wydawato sit;, ze bezpiecznie zblizamy siC; do 
celu z lukiem triumfalnym w tie. Smierc w zakrwawionym fartuchu rzeinika 0 mitej, 
zdrowej twarzy: cielt;ce czy wotowe? Smierc z grzebieniem koguta, czerwonym 
ogonem swim. Poki co, potnoc, stup rtt;ci podnosi sit; w termometrach ulic. To do- 
piero poczqtek industrialno-teatralnej parady, sredniowieczne danse macabre zamie- 
mone na techno zabawt;: cyber-ego, hyper-cool, super-max, arcy-good, sex1'-r.1\'e. 
Coraz bardziej odczuwam cit;zar ziemi pod znakiem Saturna: "Sit tibi terra levis!", 
teraz i zawsze, ad infinitum, ironiczna sprzeczka trzech goidzikow. Zgadnij, ktory 
dla kogo? Bialy jak Chopin, bo chorowitosc i szczupta sylwetka udiwignie tylko ta- 
ki kolor, bo w h-molllub cis-moll, Iewa rt;ka jak wskazowki zegara, prawa - pi
cio- 
palcowka zwierzenia. Na Pcre Lachaise dumy Polakow i... Japonczykow. :lotty jak 
Wilde i jago ukochane stoneczniki. Odpuszczam wam winy i nimaJviii, szeptal, sto- 
jqc w kolejce do Piek/a. Pustynno-szorstki sfinks odlatuje do zimnych krajow: 


And alien tears will fill for him. 
Pity's long-broken urn, 
For his mourners will be outcast men, 
And outcast always mourn.
>>>
V ARIA 


159 


Czerwony jak trzewia Baudelaire'a rozmazane na kartkach Les fleurs du mal. 


CZY TANCZYLAS WCZORAJ? 


Wenus z Milo (artystyczna wersja goqcego uczynku) 
IvHody ksi}dz vis a vis niej przyglqda si.; bladej k1 q twie w)'grzebanej z greckich 
wysp. Czenl habitu i biel kamienia. Czy tak wyglqda poczC}tek spowiedzi? Jdli ist- 
nieje grzech, to jest ni q tunika, ktorej ona z jakiegos powodu jeszcze z siebie nie 
zdj.;ta. Jdli istnieje rozgrzeszenie, to jest nim dtugie, w)'czekujqce spojrzenie mto- 
dego ksi.;dza. J dli istnieje pokUla, to jest niC} rzeczywistosc, w ktorej nigdy ze sob q 
nie b.;d q . Flesh i jeszcze raz t1esh. M.;zczyini przyprowadzajq tu swoje kobiety. Ich 
kobiety S} przewainie stare i zniszczone, nOSZq dotykoodpome ciata, zrogowaciate, 
skamieniate, zagtuszone. M.;zczyini fotografuj} swoje kobiety razem z Wenus, foto- 
grafuj
 swoje przywiqzanie, t.;sknot.; za ideatem; porownujC} z kanonem pi
kna. 
A kanon pi
kna wyglqda na niepewny tej roli, zaienowany sytuacjC}, zaj.;ty swoimi 
biodrami, przylapany w trakcie zdejmowania tuniki; bezr.;ki, kaleki (inkwizycja?), 
plecy pokryte plesni q czasu, sp.;kane i poszarzate, zgarbione od wysiIku rzdbiarza, 
\Venus z chtopi.;q, ordynarnq twarZq, muskulatuq, jakby regularnie cwiczyt na si- 
towni posilajqc si.; anabolikami i goqq czekoladC}, spi.;t)' i skupiony, za chwil.; kop- 
nie pitk.;, powybija wszystkie szyby LomTe'u. \V poionvartych ustach, bynajmniej 
nie ze zdziwienia czy zachwytu, wyrwane z kontekstu zdanie: "Wydaje mi si.; sa- 
mym bogom rowny m
zczyzna, ktory siadt naprzeciw ciebie", cytuje przewrailiwio- 
nq wariark
 z Lesbos, wielbicielk.; delikamosci i tadnie podkrdlonych mi
sni. Kanon 
pi.;kna nie zd
zyt si.; rozebrac, niecierpliwy rzdbiarz przerwat mu w potowie, moze 
byt 0 niego zazdrosny, moze chciat go wreszcie dorknqc, porzucajC}c prac
 z kamie- 
niem. Ivlarmur uwi.;ziony w ludzkiej postaci, znieczulony na potnagosc wtasnC} 
i tych, co go oglqdajq. Co za zbiegowisko, analizuje kazdy centymetr uszkodzonego 
korpusu. J akiez to europejskie: uczty duchowe przy tym, co kalekie i skrzywdzone. 


I think there are the poems greater and strallger than any I have knoJVn 
(Peter Boyle) 


lie jest wierszy, 0 ktorych nigdy si.; nie dowiemy, nie przeczytamy, nie ustyszymy? 
Docieramy do takich tekstow, na jakie zastugujemy. W przypadkowej ksi.;garni na 
ostrym rogu Saint-Michel? u bukinistow nad matomownq SekwanC}? w Shakespeare 
Company? zwtaszcza po poinocy, gdy pijany od swiatd Paryz dopija ostatni q kaw.;? 
Zdarza si.;, ze nawet jedno zdanie, ba, jedna metafora potrafi zmienic zaplanowanq 
potnoc na dtugi, nieskOl1czony swit, czasami tworzy swiat od nowa, rekreacja, po- 
wiela sZeSc pierwszych dni w ci}gu kilku sekund. Jak pisat Ortega y Gasset: "Meta- 
fora jest najwi.;ksz} sit
, jak q posiadt cztowiek, bliisza magii i podobna do boskiego 
narz.;dzia, ktorego Stworca zapomniat w ciele cztowieka". Dlatego swiat bez Boga 
jest swiatem bez metafor z bardzo czytelnym i jednoznacznym kontekstem stow, 
przewainie polecen lub komend, schematycznych i konkretnych pytaIl, egzekwuj}-
>>>
160 


V ARIA 


cych krotkie i rownie konkretne odpowiedzi z ustalonym limitem bezpiecznych 
stormulowall) j
zykiem demagogow i dyktatorow. Kont1ikt poeta-otoczenie jest na- 
turalnym srodowiskiem rozwoju poezji, jak inny rodzaj powietrza, bez ktorego po- 
eta umiera. Pi
kJlO mist)'cznego obt
du: ten boski drobiazg pozostawiony w jego 
organizmie potrzebuje punktu oparcia, jak choeby tej z Baudelaire'owskiego Alba- 
trosa. Pisarz nie pisze, by usprawiedliwie si
, ale by inni mogli znaleie dla siebic ja- 
kid usprawiedliwienie. Najwi
kszC} przyjemnose czerpie si
 z tego, ze to, co pisze- 
my, podoba si
, ale ze jest to dla wi
kszoSci obrzvdliwe i nie do przyj
cia. Literatura 
nie jest zmyslaniem, "stalowk
 maczam w iyciu") gtosit Blaise Cendrars. "Czarna 
krew, z ktorej pisze si
 wiersze" nie byta wytoczona tylko z wyrafinowanego i wyde- 
likaconego umysru Jeana Cocteau. Praca nad intensywnoSciC} i jakosciC} tej czerni jest 
udziatem niejednego poety przekI
tego lub poety kaskadera, rzetelnym odtwarza- 
niem kryzysu w ekonomii rzeczywistoSci, a jednoczdnie, gdy nie ma jui niczego) 
na co mozna by liczye) zostaje nam tylko poezja i wiecznose - wypalanie na kance 
smoczych tatuazy. 


Oniropolis 
Mtodzi poeci krzyczC}: Dose! Ca suffit! Roczruki 70-te zniszczyiy maszyn
 do 
produkcji poetow. Poetow nie produkuje si
 jak befsztyki, stC}d ta metalowa kon- 
strukcja: zardzewiaiy wrak lodowki, resztki pralki, telewizora) obok: buty Rimbauda, 
kosc Bacona, koszulka Preverta, brzytwa Ockhama, zapalniczka Michaux) niedopa- 
tek Camusa i in. zabawy z tradycjC} i skamieniatC} historiC}literatury. Czy to jest bunt? 
przeciei wiedzC}) ze swiat mozna zmieniae, ale na jeszcze gorszy. Z ostatniej chwili: 
BuntoJVac sir stop tzn. dai sir sprOJvokOJvai stop nie JVracam stop telefonicznie stop bun- 
tem jest brak buntu stop. IronizujC} na serio i na serio recytujC} wiersze i manifest)'. 
"Oniropolis" to nie tylko sny 0 pot
dze, ale akcje poetyckie, happeningi na ulicach, 
w szpitalach, metrze, kawiarniach, supermarketach - teatr niespodzianek. Poezja rue 
konczy si
 w czterech Scianach, nie czytuje sit; jej do siebie, do Sciany, do poduszki- 
amatorszczyzna? CzyteInik - tekst jak iywy organizm potrzebuje powietrza, zmiany 
otoczenia i czegos mocnego. W mieScie snow staiymi mieszkallcami SC} mlodzi lu- 
dzie z pomystami i artystycznC} smykatkC}, trubadurzy i truwerzy podszkoleni w gra- 
niu na instrumentach e1ektrycznych, biegli w technikach komputerowych) bezbkd- 
nie poruszajC}cy sit; w rzeczywistoSciach wirtualnych. Vladimir - kompozytor muzyki 
eksperymentalno-rockowej, pisze teksty, tworca tzw. styropianowej telewizji) perfor- 
mer, ekscentryk. Na pytanie, czym si
 zajmuje, odpowiada zwykIe: "WtC}czam i wy- 
tC}czam odkurzacz". Powodzenia! Odkurzacz to chyba niezta przenosnia procesu 
rworczego! Tajemniczy z pewnym dystansem do ludzi Fabrice Charbit, sprawca 
"Oniro", "Ojciec", "Kaptan" jak go nazywajC}) lubi tanczye w turbanach i na bosa- 
ka, przewaznie nad brzegami Sekwany. Dla niego poezja jest jak "esprit jaguara". 
Philippe Leger: "Jestem tylko obiektywem, bez emocji opowiadam rzeczywistosc") 
ale w jaki sposob! Pierwszy jego tomik powstat w Nowym Y orku) drugi to wiersz(" 
z podrozy po krajach Europy Wschodniej. Uwielbia Pragt;, Budapeszt) KrakO\l;
>>>
VARIA 


161 


WieIkanoc '98 sp
dzat na ulicach Krakowa. Oto Francuz opisujC}cy precyzyjnie 
i pi
knie histori
 I
ku i zagubienia; jego odwaga i swiadomosc SC} zaskakujC}ce. Mto- 
dzi poeci ze \Vschodu unikajC} raczej rych tematow, wolC} bagateIizowac, nie przy- 
znawac sit;, tworzC}c szrucznC} grt; z konwencjami i wymyslajC}c bezpieczny) wspolno- 
towy tennin, np. "barbarzyncy". TrwajC} w tym cudzystowie bez swiadomosci 
geograficznej czy narodowej. Tylko ie nawet to barbarzynstwo jakid takie zapozy- 
czone ze "szczt;sliwego Nowego Roku" na "happy new year", z "wesolych swiC}t" 
na "wesotego hamburgera". Zabawniejsze jest co innego. Otoi tzw. o'haryzm, czy- 
Ii poetycki styl owego nieszcz
snego O'Hary, to nic innego jak pewna odmiana 
campu; jakby nie by to, entourage O'Hary to e1ita homoseksualna Nowego Jorku, 
a nie heteroseksualne zascianki. O'Hara nie noruje "malej rzeczywistoSci)), or tak, 
przeciwnie, jest niC} urzeczony jak wyspC} pdn'l magicznych drobiazgow, osobliwych 
i uswi
conych. Szczegoty, ktore jednoczeSnie s:} jego izolacjC} i innosciC}. Jak mozna 
te peine polotu i Iekkosci teksty O'Hary porownywac z bdkotliwC} narracjC} z szale- 
tow miejskich lub dworcow i topornym stowotokiem! Jakby sam to przewidziat: 


J uz nie ma zadnych fiolkow nosorozcow czyneli 
upiorna bladosc usadowita si
 nad rzcini} gdzie fruwa siersc 
a dzwit;ki to odglosy nagrzanego buldozera co ugrz}zl w block 


Mi
dzy wn
trznosciami zegara pesymisci tez bywaj'l glodni 
Paryi wydoroslal, stracit dawnC} beztroskt;, na powainie roztrzC}sa absurd i ironi
. 
Pochowat Ionesco i Beckena na tym samym absurdalnym cmentarzu Montparnasse. 
Brutalnie przebudzony z surrcalizmu, popadt w drapieznC} melancholi
, innC} niz 
u Diirera; dusta, rozkrzyczana prowadzi do gigant)'cznych domow towarowych, ko- 
lorowych, llprzejmych automatow i ruchliwego skrzyiowania nudy. \V Luwrze jak 
w burdclu - za madonny trzeba ptacic (48 fro przed potudniem, 28 fro po 15 (0 ). Ko- 
scioty jak bezpkiowe, nieosi:}galne modelki na wybiegu miasta, szeleszcz:} kamienny- 
mi koronkami: "Noli me tangere)). Notre-Dame zamieniona na fabrykt; do masowej 
produkcji turystow. Wiei.1 Eiftla tylko bywa wieiC} (tak jak "bywa sit;)) poeq), uru- 
chamia gejzer metalll i jeSli juz, to cierpi na I
k wysokosci. Pod ekstrawaganckC}, wie- 
10gtosowC} architektonicznC} fug:} Centrum Pompidou bije encykIopedyczne serce. 
Genialne dzieci nie sC} dzicCmi. Najpit;kniejszymi kobietami Paryia sol transseksualiSci 
(Valeria) Doriana») najpi
kniejszymi m
iczyznami kelnerzy. Zapach kolagenu i sili- 
konu rzeibi wyraz twarzy i sylwetki. Z placu Pigalle odeszty prostytutki, odeszly jak 
z moich wierszy. 
1adame Sans-Gene nosi ialobnC} bielizn
, madame Sans-Coeur ko- 
kietuje ztote guziki policjanta, madame Sans-Souci prucze gardto valium. Szczt;scie 
jak spasiona plllskwa z}'\\-; siC; smlltkiem. Kloszardzi wyprowadzili si
 spod mostow 
i grzej:} tytki w metrze. Dachy Paryia - p.1skudne, sliskie, obolale, blaszane; .1Ill nllii- 
metra mchu, ani jednego lunatyka, kota czy tosforyzujC}cego slimaka Bretona. Sdm'a- 
na jest tylko wod:}, zdezorientowan:} mieszankC} brudu. Sekwana nie ptynie, to ludzie 
plyn:}, woda wciC}z w tym samym miejscu) ta sama woda 0 tej samej nazwie.
>>>
162 


V ARIA 


Deszcz 


Pan Bog wyciska gorycz zielonej cytryny, dodaje krople tequili do listopadowe- 
go drinka. Jedna, dwie... Ofelie? Napijesz si
? Pierwszej z brzegu? Deszcz z Sa- 
int-Germain-des- Pres jest stodszy od tego z Montmartre'u. Jest taka ciemna kro- 
pIa za kotnierzem topielca, znam jC}, znam taki deszcz, idzie krok w krok za tobC}, 
pociesza Verlaina. Deszcz? To nic takiego, tynki puszczajC} farb
. 0 jednC} kropl
 
za duzo. Gonitwa, na ktorC} postawito sit; od urodzenia - podr
czna liryka. Naj- 
pi
kniejsze jest to, ze nie jestdmy sobie niczego winni: ani skargi, ani ialu, ani 
optymizmu, ani zachwytu, ani jednej wybrakowanej kropli. Mi
dzy nami nic si
 
nie wydarzyto i moie dlatego wydarzyto si
 wszystko. Bukiety chmur rzucane 
pod stopy, krople wody dla wprawy, nie stac ci
? No dalej: rytmiczne zuzywanie 
emocji, figlarne rysowanie powietrza, muskulatura czasu, nasion a wtosow, szkIane 
tulip any okien, maskarada. Deszcz? Winni SC} meteorolodzy. Deszcz gasi pragnie- 
nie i stosy. Deszcz? To nic strasznego: przestata szeptac dusza, zacz
to szeptac 
niebo. Deszcz to cos wielkiego, moina w nim ukryc ptacz. Deszcz? Tez Cos, prze- 
ciei to tylko woda, postraszymy jC} zapatkC}. Deszcz 0 smaku Atlantyku) chtopcy 
jeszcze, dziewcz
ta rownieZ. Deszcz; doptywasz? Nic z tego. 


Dzien, w ktorym spotkalam Virgini
 Woolf 
Pachniat lawendC} i ptatkami kukurydzianymi. Ach te Angielki, faszerowane 
puddingami, biate, mleczne, g
ste, flegmatyczne panny mtode, ulotne i nietrwa- 
fe jak tandetne perfumy. "Lesson one": "She is thin, tall and.. . lovely" . Graj:} 
w football, w niedzielne popotudnia strzelajC} gole: 0: 1) kochajC} si
 z zamkni
ty- 
mi oczami) 0:0, a najch
tniej z daleka. Angielska powolnosc, przez ktoq mozna 
stracic swi
tc} cierpliwosc, ale i zyskac dwa razy wi
cej przyjemnoSci i zycia. Alicja 
znikta) ale kraina czarow zostata (i pewna plotka, ze Carroll napisat Alicjf... jak 
przystato na rasowego pedofila). Juz by to wiadomo) kto jest kim. Telefony nie 
robity iadnego wraienia, ani koperty, ani listy. Dawno ostygry serca i pistolety. 
Tylko samotnosc styszy) co kryje si
 po drugiej stronie serca. Kiedys myslatam, ze 
serce jest bardziej lub mniej sprawnC} tkankC} mi
sniowC} poprzecznie pqzkowanC}, 
ktorC} naleiy regularnie badac, leczyc, przdwietlac lub wstydliwie chowac pod 
wieloma warstwami bawdnianych podkoszulkow "made in China". Anglia to 
zmienita. "Something else?" Jui mam, co potrzebne, nuc
 w trudnych chwilach, 
refren wtasnej roboty: nikt mnie nie lubi, a Bog sir imieje. Smiej
 si
 razem z nim 
na gtos) na cafe gardto, gorszC}c damy w ztotych ramach, z tych gownianych 
przyjaini na pot gwizdka) z tych gtupich reakcji na bol i niech
c, z tych wielkich 
i na pokaz okruchow iyczliwosci) z blizn, co przypominajC}..., z niebezpieczen- 
stwa, bo by to smiertelne, ie nie rozumiatam, ie uktadatam wiersze i ufatam, 
z przemC}drzatych strategii rozumu) z gier obt
dnie przewrotnych, z roztrwonio- 
nej wolnoSci, z tych zwycit;stw fetowanych w brudnych garniturach itd.
>>>
V ARIA 


163 


Lavender Street 


a) wszystkie zte zakOl1czenia zamienione na dobre 
b) wszystkie dobre zakOl1czenia zamienione na zte 
ab 


Lady's Eye 
Do Fitzwilliam Museum w Cambridge prowadzC} szykowne trawniki, na ktorych 
siadywal Newton i Henryk VIII. \V aksamitnych wn
trznoSciach muzealnego "Por- 
trait of the Lady": urodzona w 1573 roku, miata duzo szcz
Scia, jej kuzyn, ksi,!i
 
Essexu zalatwit jej niezte zaj
cie - bawienie Elzbiety I, jako pierwsza dama dworu 
nie odst
powala krolowej ani na krok, zapatrzona w krolewski, ostry profil i mocny 
charakter. A moina by to jej wielu rzeczy zazdroscic, chocby tej jednej nocy, kiedy 
zobaczyla wszystkich swoich nieprzyjaciot z poderZni
tymi gardtami. Dama dworu 
udawata oczywiScie, ze nic si
 nie wydarzyto, pudrujC}c twarz krolmvej i wkladajC}c na 
jej wskazujC}cy pakc pierScien z opalem. Niestety, w 1598 poslubila ksi
cia So- 
uthampton - Henry'ego Wriothesleya, i opuScita krolewski dwor, troch
 t
sknita za 
krolowC}, zvdaszcza za wykwintnC} grC} pozorow i perukami krolowej pachnC}cymi la- 
wend'!, ale coz, sIia wyzsza: Anglia! Dobro Anglii! Portret byt pomystem i prezen- 
tem mationka, patrona poetow i pisarzy, sponsora samego Szekspira. W okazalych, 
zlotych ramach Elisabeth Vernon, duchessa z Southampton, przez zacisni
te, ary- 
stokratyczne usta sC}czy dyplomatyczne wymowki. W biatej, jedwabnej, renesanso- 
wej sukni wyglC}da na wSciekt'!. Ma dose olsniewaj,!cej ilosci jedwabiu i kilogramow 
peret. I1ei tiytek, hot-dogow, hamburgerow moina by zjeSc za te perlowe kulki! 
Z kC}cikow ust dochodzi: te rozkoszne jedwabne trzewiczki cisn,! mnie! 


1\ 
"PERFECTIO
NER VOTRE REVE" 


Marzymy, to pewne, ale 0 czym marz'! nasze marzenia? 


Amor, Psyche, Mrodyta i inne duperele 
Moja paryska milosc pokochana najbardziej 
bo pokochana za pozno najbardziej grzeszna 
rozkochana w drobiazgach bo w rzeczach widkich specjalizuje si
 
oboj
tnosc 
Gdybym zrozumiala, czym jest zagadka uczucia, poznalabym siebie.. NajJJ7rCl;zliw- 
sze sq rfce. Rownowaga polega na tym, ie czujemy to sarno, chaos, ze me wlemy, 
jak to powiedzicc. To bfdzie nasz sekret. Odwzajemnic sekret? Mtody Bog otrzC}sa 
tynk z siebie. Zanim nie pozna my naszych wad, nie bfdziemy naprawdf ze sobq. 

- 
naieni neutralizujemy przesztose, ufajC}c wspomnieniom, bez
leczn
J trampohme, 
z ktorej dokonamy skoku w przysztosc. \Viosenne pop
tudma maJ
 temp
ratur
 
kobiecych ud, ich uda to najdluiszy odcinek czasu, pOplS wyczulema na muanse,
>>>
164 


V ARIA 


tagodny optymizm) dobre strony charakteru. Tylko poprzez drug;} osobt; mozna 
siebie opowiedziee. Smycz to opowidc 0 spotkaniu ze skrajnym ztem, Lekcja za- 
chJVytu ze skrajnym dobrem: 


By wierzyc nie trzeba patrzec \\' niebo 
Ta lepszej cz
sci mnie podniesiona z ziemi. 


Czulosc 


K\\iat mlecza przestany w liscie do Victora Hugo, juin 1861. 


Kantor wymiany mysli 
Dramatyzm to cht;e przypodobania si
 losowi. 
Catkiem przy ziemi jest akurat tyle, by nie stracic ci
 z oczu. 
Wyiej nie ma sensu - drapiezna autonomia zaspokaja samotnosc. 
Subtelnose jest bezczelnosciC}. 
Dw6ch rzeczy naleiy sit; wystrzegae: deserow i ztych fiyzjerow. 
Najpi
kniejszy czas to czas stracony. 
Niesprawiedliwose: wielkie rzeczy przydarzajC} si
 wielkim ludziom. 
Odpowiadajmy, zanim padnie pytanie. 
Skrajne dobro prowokuje odruchy zta i odwrotnie; w jednym i drugim przypadku 
pozostaje nam tagodzie powody. 
Opale: nwtne i szkliste jak bielmo na Iewym oku. 
Dusza zaczyna si
 od stop i ptynie od pierwszego do ostatniego "nie". 
Mitosc: dwoje ludzi, ktorzy strzegC} si
 nawzajem, stojC}c na straiy przyziemnych 
przyjemnoSci. 
Swiat: nieustanne zawstydzenie. 
Jedynie niespelnione lub utracone jest naszym schronieniem i sit'!, bastionem nie 
do zdobycia. 
Melancholia: wykwintna ciemnosc i blichtr poztacanych k1amek. 
'Volnose: realizacja marzen z dziecillstwa. 
Czy moina bye wiernym przesztosci? 
Czy na mitosierdzie si
 zasruguje? 
Obietnica to wiara w niemomwe. 
Stowa Die spdniajC} si
, upiornie funkcjonalne zmieniajC} sit; tylko miejscami. 


W ewn
trzna konspiracja 
Pozwolic na zakorzenienie i gorycz. Banita, przytC}czam SIt; do zapalonych 
swiec na Beaumarchais; mit;knC}, taknC}, unoszC} w g6r
: 


Dop6ki mamy gdzie wracac wszystko inne jest niewazne 
Dop6ki mamy 0 czym marzyc wszystko obok jest iluzj}
>>>
V ARIA 


165 


Wychodz'l na jaw przekr
ty slonca 
Polubitam parki) ale zanim dotadam do tego bezpiecznego punktu, tysiC}ce 
razy widziatam jak sw. Jerzy zabijat smoka. Nie wiem, dlaczego skojarzytam te 
dwa momenty, te dwie roine hipotezy na istnienie dobra i zla. J akkolwiek by 
tego nie interpretowac... 
Monceau: w angielskim stylu, rozkojarzony, aplikuje antyczne ruiny i roman- 
tyczne nastroje, kamienne, abstrakcyjne bramy wbudowane w przestrzen obok 
sentymentalnych lab
dzi, dzikich kaczek i rz
sy wodnej. 
Bois de Boulogne: dziki, iywiotowy, nieokidznany ani planem, ani porzC}d- 
kiem geometrycznym, ulubione miejsce ekshibicjonistow i drobnych zbrodnia- 
rzy z niewielkim talentem, idealne miejsce do rowerowych eskapad z dreszczy- 
kiem.Tuileries: egzaltacje Louvre'u, przesadny i sztywny, jakby stworzony 
do krynolin, barokowych peruk i gigantycznych wachlarzy. \V fontannach ryby 
parodiujC} swobod
 w narzuconej wodnej formie. Oswojone z mi
dzynarodowC} 
publikC} akwatycznego widowiska, \..ystawiajC} pyszczki ponad wodC}, chwytajC}c 
karm
 w locie. Niektore ssc} amerykanskie landrynki. Bois de Vincennes: calymi 
dniami spacerujC} mtode pary, jakby w poszukiwaniu drzewa z zakazanym owo- 
cern) by raz na zawsze skonczyc z rajem biatej sukni i czarnych lakierek. 
Versailles: najbardziej wystawny, zakomponowany przez Le Notre'a, popis symetrii 
i dobrego smaku. Przy Petit Trianon stare, akacjowe drzewo, na pewno liczy jakid 
dwidcie) trzysta lat. Kto wie, moie posadzita je wtasnor
cznie Marie-Amoinene, bru- 
dzC}c przy tym swoje delikatne, zadbane) przewrailiwione palce, byc moie na pamiC}t- 
k
 wydarzenia, ktorego najpierw nie sposob uniknC}c, a potem nie sposob zapomniee. 
I tal. rosnie to drzewo niewypowiedzianym) ani przez krolowC}, ani przez liscie, przy- 
wiC}zaniem do kogos, 0 kim nigdy si
 nie dowiemy. Wokot jej patacu sekretne przejScia 
i intymne a1tany, idealne do rozmow z przyjaciotmi... SC} tez bezpanskie sfinksy 0 twa- 
rzach arystokratek, rozleniwione) zm
czone) od dwustu lat nie zmruiyty oka; czuwa- 
j'!c w dzien i w nocy) nie majC} sity zadawac zagadek) otaczajC} Belweder - osmiobocz- 
nC} swiC}tynit; przemijania. I jeszcze dwa tysiC}ce roi w ogrodzie Rodina; czy moina 
sobie wyobrazic moment) gdy wszystkie zakwitnC} w jednej chwili? Jardin du Luxem- 
bourg, w ktorym pokutuje marmurowa twarz Marii Medycejskiej. 
Jardin des Plantes) gdzie sto lat wczdniej Ieczyl swoj obt
d Strindberg. 
PrzemierzajC}c a1eje, trawniki) coraz bardziej biegta w gatunkach roslin, rozmawia. 
jC}c 0 sztuce i pi
knie natury) uprawiajC}c stonowany entuzjazm i e1eganckie zach\,y- 
ty) odnioslam wraienie, ie nic rrierobienie to bardzo uciC}iliwe zajt;cie. 


Bulwar Beaumarchais 
Moja ulica? Zaczyna jC} Geniusz WolnoSci na Placu Bastille i nie wiem, dokC}d 
prowadzi. Na poczC}tku ulicy kawiarnia "Le Genie") a za niC} ciC}g skIepow z har- 
leyami i fortepianami... 


EH'a Sonnenberg
>>>
166 


V ARIA 


Leszek Szaruga 
W odna piecz
c (6) 


52. 


Odczytujesz t)"tut gazetowy, ktory, kolejny jui raz w ciC}gu ostatnich lat zapo- 
wiada "odkrycie na miar
 przewrotu kopernikanskiego", po czym czytasz sam ar- 
tykut (w "Gazecie \Vyborczej") poswi
cony czemus, co autor okreSla mianem 
"ciemnej materii": "Swieqce gwiazdy, pyt i obtoki mi
dzygwiezdnego gazu to jed- 
nak dziesiC}ta cz
se tego) co wypdnia kosmos. Reszty nie widae. Przekonano si
 
o tym, analizujC}c ruch gwiazd w galaktykach i galaktyk w gromadach. Gdyby nie 
by to spoiwa z ciemnej materii, to galaktyki powinny si
 rozpase. (...) PrawdziwC} za- 
gadkC} jest natura ciemnej materii. \Vydaje si
) ze jest to nowy gatunek materii) kto- 
rej jeszcze nie znamy i nie spotkalismy do tej pory na Ziemi". Obok czytasz \\1'po- 
wiedi Bohdana Paczynskiego z Uniwersytetu Princeton: ,,0 istnieniu ciemnej 
materii wiemy na podstawie jej grawitacji wptywajC}cej na ruchy galaktyk oraz na 
bieg promieni swiada". 
Dowiadujesz si
 tez, ze na czarnC} dziur
 mogC} si
 sktadac jui wypalone lub sta- 
bo swieqce gwiazdy (neutronowe, bqzowe i czarne karty, czarne dziury) albo 
sktadajC} si
 na niC} neutrina, wreszcie bye moie tworzC} jC} nieznane doqd czC}stki 
elememarne, kilkadziesiC}t razy ci
isze od protonu. CzytajC}c 0 tym wszystkim, 
zwracasz uwag
 na niestosownose okrdlenia "nowy gatunek materii", gdyi, jdli 
rzeczywiscie ta ciemna materia istnieje, wowczas w iadnej mierze nie moze bye tak 
wtasnie nazwana, z pewnoSciC} bowiem nie jest nowa, nowa bowiem musiataby po- 
wstae dopiero teraz) a w kazdym razie po tej materii) ktoq znamy. l\1yslisz wi
c, ze 
jest to bardzo stara materia, dopiero teraz odkryta, nowo odkryta, Iecz przeciei 
dawna, istniejC}ca niemal od poczC}tku tego wszechSwiata, ktory zamieszkujesz, kto- 
ry jest twoim ciatem tak) jak twym ciatem jest niepochwytna, nie dajC}ca si
 ogarn.}c 
materia mysli, materia snu, materia podswiadomoSci. 0 ich istnieniu takie "wiesz") 
odczuwasz ich "sity grawitacyjne". Nie wiesz jednak, jak dalece te materie SC} "ma- 
terialne", na czym ich "material nose" pOlega) jak si
 jC} mierzy i waiy. 


53. 


I oto znow jesteS \V Niemczech) w Lipsku, bierzesz udziat \V mi
dzynarodo- 
wych targach ksiC}zki, uczestniczysz w dyskusjach 0 litcraturze i 0 swiecie) w spo- 
tkaniach autorskich, w odczytach i prelekcjach. I znow spotykasz Roiewicza, kt1- 
ry znow odgrywa swoj poetycki teatr, tym razem z Henrykicm BereskC}, S\\')'n1 
dumaczem) tym razem w Instytucie Polskim pi
knie usytuowanym przy Markt 10 
i kierowanym przez Joann
 Kiliszek oraz Lukasza Galcckiego) kierowanym przez 
nich znakomicie, profesjonalnic, ze smakicm. Tu na zapleczu rozmawiasz z Poeq,
>>>
V ARIA 


167 


ale wiesz, ie ta rozmowa nie do tej bajki, ze to inny swiat, ze do tego swiata ma 
bye teatr, wyst
p, poezja. Wraz z dumem siedzisz w niewielkiej niestety salce In- 
sty tutu napchanej po wr
by, tak, ie miejsc nie staje, a ci, ktorzy przyszli zbyt poi- 
no stajC} w przedpokoju. Obserwujesz jak na proscenium siada Poeta, jak siada 
Ttumacz Poety, jak siadajC} obaj i obaj, widocznie jui wczdniej umowieni, ale, jak 
si
 okaze, nie domowieni, przygotowujC} Teksty Poety do czytania. Ttumacz Po- 
ety) co widzisz i slyszysz, chce cos 0 Poecie powiedziee, zaczyna opowiadae 
o Drodze Poety, a rymczasem Poeta wyrainie sit; niecierpliwi, macha karqco r
- 
kl, powiada do Ttumacza Poety: "Dalej Heniu, dalej" - przy czym powiada to 
trocht; po polsku, troch
 po niemiecku, miesza j
zyki, obserwujesz wi
c, jak na 
poczC}tku tego wyst
pu publicznosc jest zmieszana, jakby zaskoczona) nawet zdu- 
miona zachowaniem Poety. Stuchasz zatem, po niemiecku stuchasz, opowidci 
Ttumacza Poety 0 Drodze Poety, Iecz opowide ta przerywana jest, f\vana jest 
protestami Poety, ktory nie chce po niemiecku stuchae opowidci 0 swojej Dro- 
dze) a pragnie jedynie od razu in medias res, do rzeczy przystC}pic, gdy tymczasem 
Bereska jakby od rzeczy odst
puje i opowiada opowide, ktora wyrainie nuzy 
Poet
, denef\vuje Poet
, wytqca Poet
 z rownowagi. Uczestniczysz zatem w 
grze) jakC} Poea sam ze sobC} za posrednictwem Ttumacza Poety prowadzi, a wraz 
z tobC} uczestniczy w tej grze publicznose, ktoq to bawi i jednoczeSnie zastanaw- 
ia, gdyi Poeta pozostajC}c Poetc} jest jednoczeSnie aktorem odgrywajC}cym rol
 
Poety. Oto bowiem, widzisz to doktadnie, gdyz siedzisz w pief\vszym rz
dzie, 
Poeta dostrzega w czytanym przez siebie rlumaczeniu wiersza jakis btC}d, milknie 
zatem, si
ga do kieszeni) niespiesznie wytawia z niej dtugopis i cos w tekScie 
poprawia a sala milknie, sala bierze udziat w pracy Poery, Poeta zas podejmuje 
czytanie) przerywa czytanie, rozglC}da si
) jakby niepewnie, jakby przepraszal, ale 
zaraz tei czytanie podejmuje. Patrzysz na gr
 Poet). z Ttumaczem Poety, ktory 
znow pragnie dojse do glosu, chce cos opowiedzieC, cos zakomunikowac i mowi, 
ze przeczyta teraz wiersz catkiem swiezy, nowy, z roku 2000, ale na to Poeta 
powiada, ze nie nowy, co z koIei zmusza Ttumacza Poety do wyrazenia opinii, ze 
owszem, nie nowy, nie z tego roku, ale z roku 1999, a zatem przeciez jednak 
jakby nowy) choe nie najnowszy, Iecz za to nieco inny od tych wierszy) ktore 
dotC}d byly czytane, bo taki, wiecie panstwo, saryryczny, gdyz, dodaje Ttumacz 
Poety, Poeta od poczC}tku takie wiersze pisat i nadal je pisze i tu zaczyna czytae 
wiersz Poety 0 rym, jak gtupia i nic 0 Poecie nie wiedzC}ca dziennikarka wypytuje 
Poet
 0 Drog
 Poery i w tym momencie Poeta zwraca uwagt; Ttumaczowi Poety, 
ie przektad) ktory Ttumacz Poety czyta) nie jest dobry, ze "to nie tak, Heniu" i 
rzeczywiscie nie tak, bo na pytanie dziennikarki 0 to, jak Poeta odwiedzat Starego 
Poet
 w jego mieszkaniu na czwartym pi
trze, Poeta z wiersza Poery odpowiada, 
ze tak, ie odwiedzat starego Poet
 w jego mieszkaniu na czwartYI.TI pi
trze 
dwupi
trowego budynku) podczas gdy Ttumacz Poety napisat w przektadzie 
wiersza Poety) ze Poeta odwiedzat Starego Poet
 w jego mieszkaniu na drugim 
pi
trze czteropi
trowego budynku, co jest logiczne dose przyziemnie) zas z kon- 
ceptem Poety skonstruowanym przez Poett; w wierszu Poety niewielc; n
a 
vspol- 
npgo. Smiejesz si
 z publicznoSciC} z tego qui pro quo, z tego kabaretu, Jakim stat
>>>
168 


V ARIA 


si
 przektad satyrycznego wiersza, zal ci zatem nieco Ttumacza Poery, lecz jedno- 
czdnie bawi cit; teatr, ktory czyni Poeta, \ecz wtem Poeta zaczyna czytae po pol- 
sku, potem po niemiecku wiersz poeta anerittts dedykowany Czestawowi Mitoszo- 
wi: "siada na tawce /zdejmuje okularyjzamyka oczyj jprzcciera okularyjotwiera 
gazett; rozgl(!da sit; po swieciejsktada gazet
 wstajejtraci rownowagt;jpodpiera 
si
 laskC}j czyta napisy jna oparciu tawki/idzie mowi do siebiej jrozmawia 
z umartymijpoetamij jpodchodzC} do niegojdwie kobiery/pytaj
 czy czyta bi- 
bli
jczy wierzy w piektojkoniec swiata raj na ziemi/ /usmiecha si
 kiwa gto- 
wC}jna stare lata woli/rozmawiac z ludzmi ktorzy milczC}/ jodchodzijsiada na 
tawce/ jwtedy przylatuje kruk/przeciC}ga czarnym piorem/po jego ustachjzamy- 
ka jeji odlatuje". Siyszysz milczenie publicznoSci, na sali cisza, a ty nagle myslisz, 
ze moze bys si
 osmielit skrdlie dwa ostatnie wersy i przeraZa cit; mysl 0 tym) ie 
mogtbys Poecie cos skrdlic i ta mysl cit; jednoczdnie fascynuje, bo w kOl1cU, my- 
slisz) masz prawo myslee, ze moiesz sobie cos Poecic skrdlic) ale nie masz prawa 
niczego skrdlae Poecie. I z tc} myslC} wychodzisz z wieczoru autorskiego, zegnasz 
si
 z PoetC}, idziesz do hotelu, siadasz przy biurku, piszesz wiersz. Piszesz wiersz 
Czarnym Piorem. 


54. 


Z tygodnia na tydzien sledzisz z uwagC} cykl Atmy Bikont i Joanny Szcz
snej 
w "Gazecie \Vyborczej" 0 "towarzyszach nieudanej podroiy", pisarzach, ktorzy 
zaangazowali si
 w socrealizm, potem z komunizmem si
 poiegnali, na koniec 
wspohworzyli struktury demokratycznej opozycji, cz
sto zreszt.} nie wierz
c 
w skutecznose swego dziatania, lecz za to wierzC}c, ze "tak trzeba". To, co w tym 
cyklu najbardziej ci
 interesuje, to przede wszystkim informacje 0 iyciu literackim 
kraju tamtego czasu. Coraz wi
cej przemawia za tym, iz twoja teza nakazujC}ca 
ostroznose w odczytywaniu literatury okresu PRL jest dowodliwa. Gdy mowisz, 
iz nie wiadomo czy literatura tego czasu jest oryginatem, wowczas bierzesz pod 
uwag
 praktyki cenzorskie. Przypominasz sobie telefon kogos, kto powiadomit ci
 
o tym, ze ma w r
ku dowody na to, ii Pamiftnik z Pou'stania WarszRJJ1skiego Bia- 
toszewskiego zostat na roznych etapach cenzury okrojony 0 jednC} trzeciC} i i.1tu- 
jesz) ze te dowody jakos do ciebie nie dotariy. Teraz jednak, dzi
ki publikacji 
w "Gazecie", zdobywasz kolejne poszlaki. Oto autorki czytajC} partyjny doku- 
ment: ,,\V wyniku dyskusji z udziatem dziataczy partyjnych - czytamy z koJei 
w materiatach Wydziatu Kultury KC z roku 1959 - Julian Stryjkowski dokonal 
istotnych poprawek w swojej powidci, co umozliwito jej wydanie". Wiesz, oczy- 
wiScie, ze nie byt to wypadek odosobniony, ie podobne praktyki, jakid "dysku- 
sje" z wtadzami partyjnymi, ale tei nie uzgadniane z autorem ingerencje cenzury, 
naleiaiy do state go repertuaru "polityki kulturalncj socjalistycznego panstwa". Py- 
tanie, jak daIeko owe ingerencje sit;gaty, jak dalece znieksztakaiy trde i form
 wy- 
dawanych utworow, jest pytaniem, ktore zadajesz sobie jui od lat, a zadajesz ;e 
sobie nie tyle dlatego, ii masz zamiar "demaskowae" system) ktory wszak jt;i 
dawno sam siebie zdemaskowat, ile dlatego, ie jest to dla ciebie pytanie dotycz}c,=
>>>
V ARIA 


169 


materii, z ktoq jako historyk literatury masz do czynienia. Chciatbys mianowicie 
zbadae, jak dalece jest to materia spreparowana, do jakiego stopnia teksty opubli- 
kowane w PRL SC} tekstami integralnymi, oryginalnymi, publikowanymi w tym 
ksztakie, jaki nadat mu au tor, a do jakiego stopnia SC} znieksztakone. Widzisz tu 
olbrzymie i interesujC}ce pole badawcze, lecz obawiasz sit;, ze do wielu materiatow 
mog(!cych stanowie teksty "wyjSciowe" dostt;p b
dzie trudny, bye moze nie b
- 
dzie mozliwy. A wiesz 0 tym takie z wtasnego doswiadczenia. Przypominasz so- 
bie bowiem pewne sytuacje z redakcji "Nowego \Vyrazu", miesi
cznika swego 
czasu wydawanego w Warszawie i przeznaczonego dla "mtodych pisarzy". Wpa- 
dies do redakcji ot tak, po drodze, towarzysko. I ktos nagle powiada: "Dobrze, ze 
jestd, zrobisz korekt
 swego tekstu." WziC}td ten tekst do r
ki i od razu zauwazy- 
td, ze jest pokiereszowany przez cenzur
. To byt, pami
tasz rzecz dobrze, po- 
emat. WSciektes si
 i powiedziates, ze z tymi cit;ciami - oczywiScie, nie oznaczo- 
nymi, gdyz takiego obyczaju jeszcze wowczas nie by to - nie zgadzasz si
 na 
publikacjt;. \Vybuchb awamura, Iecz w kOl1cU nie 0 to chodzi: gdybys wowczas 
do redakcji nie zajrzat, poem at ujrzatby swiado dzienne pokrojony - przypadek 
zatem sprawit, iz mogtd go wycofac. lie takich tekstow - pytasz dzis - ukazato si
 
znieksztakonych przez cenzur
 bez wiedzy i zgody autora? 


55. 


Przel"isujesz z "Gazety Wyborczej": "Szkota podstawowa w Dmosinie koto 
Gtowna wybrata na patron a Jana Brzechw
. Na pomyst wpadIi nauczyciele i ro- 
dzice. Zgodzit si
 samorzC}d uczniowski i rada rodzicow. \V lutym poparli ich 
dmosinscy radni. Przeciwko Brzechwie zaprotestowata cz
se rodzicow. Do szko- 
ty zacz
ty tez przychodzic antysemickie listy: "PrawdC} jest, ie wit;kszose z nas 
zna z dziecinstwa wiersze, bajki i opowidci Brzechwy, lecz na tie wielu wybit- 
nych Polakow jest to postae malo wyrazista i przejrzysta. Prawdziwe nazwisko 
Brzechwy brzmi: Lesman". Z innego listu: "Dla Polakow we wtasnym kraju jest 
coraz mniej miejsca." "Krytyczne stanowisko zajC}t proboszcz Tadeusz Piotrow- 
ski. - Z ambony powicdziat, ze patronem nie moze bye jakis tam Jan z nazwiska 
Brzechwa, nicwiadomego pochodzenia" - opowiada Jacek Niemiec z rady rodzi- 
cow. Ks. Piotrowski nie chciat powiedziee tych stow "Gazecie". Powiedziat jed- 
nak, ze "patron powinien gwarantowac wychowanie mlodzieiy w duchu warto- 
Sci narodowych i patriotycznych, a w bajkach Brzechwy takich wartoSci nie 
znajdllje." "Los patronatu Brzechwy zdecyduje si
 w ciC}gu tygodnia." 
Trzeba, uwazasz, dokonac teraz szybkiego przeglC}du patronow polskich 
szkot. Nie jest wykluczone, ze ktoras nieopatrznie nosi imi
. brata Brzechwy - 
tei Lesmana w kOl1cll, lecz ukrywajC}cego si
 pod pseudonimem "Ldmi..111". Nie 
nalezy takzc wykluczyc, dodajesz czujnie, ze ktoras ze szkot - a moic jest takich 
wi
cej? - nosi imi
 Juliana Tuwima, ktory rowniez w koncu nie gwarantuje wy- 
chowania mtodziezy w duchu wartosci narodowych i patriotycznvch. By uswia- 
domit sobie i innym niebezpiecze11stwo zwiC}zane z Tuwimem, wypisujesz frag- 
ment artykutu Jana Olechowskiego z "Ruchu Mtodych" z rokll 1937: "Poezja
>>>
170 


V ARIA 


Tuwima nie jest i nie b
dzie nigdy klejnotem poezji polskiej. Moze bye tylko 
klejnotem poezji iydowskiej - nigdy polskiej, a to dlatego, ze przynaleinose 
poezji to nie tylko talent, j
zyk, ale duch, sposob odczuwania wszeIkich zjawisk, 
a w poezji Tuwima duch jest zydowski. \Viersze jego, podbijajC}ce talentem, bu- 
dz'l zawsze \V Polaku wstr
t psychiczny." 
\V jednej z gazet czytasz 0 t)'m, ie na scianie domu, w ktorym mieszka Marek 
Edelman ktos wypisat "Juden raus!." 
Nie dziwi ci
 to az tak, jak znajomych, ktorzy czuj
 si
 wci'lz jeszcze zaszo- 
kowani podobnymi wyst'lpieniami. vViesz doskonale, ze to si
 b
dzie rozwijac, 
ze b
dzie ogarniae coraz szersze kr
gi, ze b
dzie przenikac w przestrzen spo- 
tecznego zycia kraju. Zastanawiasz si
 nad tym, jak dalece wszystko to si
 roz- 
bucha po latach, gdy zniknie bariera, jakC} dla otwartego antysemityzmu w Pol- 
sce stanowi postawa Jana Pawia II. Wypisujesz w zwi'lzku z tym z "Falangi" 
z roku 1938: "Atakuj'lc polski oboz narodowy mowi si
 0 nacjonalizmie tak, jak 
gdyby istniat jeden tylko nacjonalizm, hitlerowski, poganski, sprzeczny z religi'l. 
To typowe gtu pstwo grasu je we wszystkich organach zydokracji. (...) Zaciekli 
wrogowie Kosciota chcieliby wygrae (...) autorytet (...) zmartego Papieza. Tak 
kombinuj'l sobie zydki Stonimskie." Wiesz doskonale, ze po latach te stowa 
znow si
 pojawi'l w polskiej prasie prawicowej. 
Znow si
gasz do "Gazety", by ze sprawozdania Stowarzyszenia Patriotycznego 
"Wola- Bemowo" wypisac fragment wystC}pienia: "Oni maj'l wszystko. Maj'l swojC} 
pras
, telewizj
, wtadz
 z demokratycznego mandatu. Wcisn
li si
 nawet do Ko- 
sciota, ktory opart si
 Hitlerowi i Stalinowi. Mamy dzisiaj Pieronka, arcybiskupow, 
kardynatow. .. Nie chc
 mowic nazwisk, wszyscy je znamy... Z chwil'l, \V ktorej 
\Vielki Prymas zamkn'lt oczy, rozpocz'lt si
 proce
 judeizacji Kosciota polskiego. 
To jest dramat wszystkich Polakow." 
Teraz, po sprawdzeniu pisowni tego fragmentu, zauwazytd, ze brak w stowni- 
ku twego komputerowego programu stow takich jak "zydki" i "judeizacja". Po- 
dejrzane, myslisz: "oni" wcisn
li si
 nawet tutaj... 


56. 


Odczytujesz z uwag'l zamieszczony w "Plusie-Minusie" artykut Bohdana 
Cywinskiego 0 polskiej inteligencji, jej toisamoSci, rodowodzie, szansach prze- 
trwania w czasach, w ktorych podobno juz dla tej grupy w racjonalnie i po eu- 
ropejsku urz'ldzonym spoteczenstwie nie ma miejsca. Cywinski, zauwazasz, nie 
jest tego do konca pewien. Wi
cej - on nawet jakby probuje ci
 przekonac 
o tym, ze wciC}z jeszcze owa inteligencja 0 romantycznych korzeniach, odwo- 
tuj'lca si
 do Zeromskiego i jego bohater6w, ma jakid zadanie do spetnienia: 
"Wok6t zbioru wartosci aprobowanych skupiaj'l si
 w pierwszym rz
dzie ci, 
kt6rzy gotowi S'l je w zyciu realizowae. S'l to niew'ltpliwie nonkonformisci, 
zdolni zaptacie za swe przekonania troch
, sporo, a czasem bardzo wiele. Sta- 
nowi'l oni, oczywiscie, znikoffi'l mniejszosc srodowiska inteligenckiego. 
W szerszym, odsuni
tym na zewn'ltrz, ale znacznie liczniejszym kr
gu sytuujC}
>>>
V ARIA 


171 


si
 ci, ktorzy 0 nich wiedz'l i posta\\'Y ich podziwiaj'l, sami zas sktonni S'l je na- 
sladowac tylko wtedy, gdy koszty takiego POstl;powania S'l zadne Iub znikome. 
(...) Kolejny kqg stanowie mog'l ci, ktorzy do zadnych dziatan si
 nie wysuwa- 
j'l, ale wyraiaj'lc si
 0 owych smialkach z uznaniem, wspohworz'l przyjaznC}, 
bronionym przez smialkow wartoSciom opini
 pubIiczn'l." 
Czytasz te stowa i zastanawiasz si
 nie nad tym, do ktorej grupy nalezysz, lecz 
nad tym, czy tak do kOI1Ca jestd przekonany 0 trafnoSci tej definicji, jak'l propo- 
nuje Cywinski: zc inteligenci to ci, ktorzy skupiaj'l si
 wokol zbioru wartoSci 
aprobowanych. Bo, pytasz sam siebie, przez kogo ma bye ten zbior aprobowany, 
skoro konieczne jest dziatanie kr
gu przekonujC}cego opini
 pubIiczn'l do owych 
wartoSci? Jdli bowiem opinia publiczna do nich przekonana jeszcze nie jest, za- 
stanawiasz si
, to nie wiadomo w istocie nic 0 charakterze tego zbioru. Ale, do- 
dajesz zaraz, to przeciez zwykte przej
zyczenie, wszak wiesz doskonale 0 co Cv- 
winskiemu chodzi i nie oszukuj, ze szukasz u niego dziury w catym, gdyz w ty
 
nie ma zadnej dziury, a ty sam stoisz po jego stronie. Lecz stoisz po jego stronie 
tylko do pewnego momentu, do tego mianowicie, w ktorym w swym polemicz- 
nym ferworze - wobec kogo, to osobna sprawa - pisze Cywinski z pogard'l 
o klasie sredniej: "Polska inteligencja, mierzona liczb'l uniwersyteckich dypIo- 
mow, stala si
 grupC} spolecznC} bardzo Iiczn'l. Biznes cwaniakow wsrod niej za- 
trz
sienie. Oczywiste jest, ze kiedy napomkniemy choe stowo 0 inteligenckiej 
tradycji stuiby, 0 inteligenckim etosie, cate to towarzystwo z miejsca ucieka gto- 
sno rozprawiaj'lc 0 europejskiej, bezstresowej wolnoSci od przes'ldow i 0 urokach 
posiadania. Zwroe tu, Czytelniku, uwag
 na charakterystyczn'l metamorfoz
 spo- 
sobu myslenia ulubionych bohaterow ksi
zek Joanny Chmielewskiej, ktore przed 
dwudziestu laty przezywaty najczuIsze romanse ze szlachetnymi esbekami, a dzis, 
nieco si
 krygujC}c, odstaniaj'l swe pochodzenie od natoznic :Napoleona - i ogla- 
szajC} swoj triumf, \\'Ynikaj'lcy z odnalezienia resztek uzyskanych w tym cesarskim 
tozu tortun. Otoz tacy Iudzie z kr
gow inteligenckich btyskawicznie odptyn
, 
niektorzy juz to zdotali zrobie. SC} klas
 sredni'l. I niech sobie niC} bl;d'l. Po poI- 
sku to sil; nazywalo: d 0 rob k i e w i c z e . Czasami nawet brzydziej." 
A fe, mysIisz sobie, gdy zaczynasz sobie przedstawiac Bohdana Cywinskiego czy- 
taj'lcego ksi'lzki Joanny Chmielewskiej. Nie to, bys miat cos przeciwko tym ksiC}i- 
kom, ktore niegdys, i owszem, nawet ci
 bawity, ale to tylko, ze masz cos przeciwko 
mieszaniu tych ksiC}zek do dyskusji 0 inteligencji i jej zadaniach wobec kraju, spote- 
czenstwa, narodowej kultury i samej siebie. Nie nalezy mieszae poziomow, podkre- 
slasz wiedz'lc, ze choe ksi'lzki Chmielewskiej s
 inteligemnie (i z humorem, co rzad- 
kie) napisane, to przeciez nie stanowi
 one wktadu w dyskusj
 0 stanie polskiego 
spotcczenstwa, a nadaj
 si
 jedynie na Iektur
 poci.}gow'l. I tylko na tej ptaszczyznie, 
podkrdlasz to jeszcze mocniej, jest miejsce na ich interpretowanie. 
Co zas do owej kl.1sy sredniej, to s
dzisz jednak, ze nalezy si
 jej cos wil;cej niz 
tylko pogarda. Bo owszem, uwazasz, ze wazny ten Zeromski i jego inteligencki 
etos, wazny wszakie rowniez wykreowany przez Prusa kupiec Wokulski, kt6ry ja- 
ko zywo nie tylko 0 pomnozeniu maj'ltku w swym zyciu myslat, zas pomnazat ow 
maj'ltek nie tylko z mysl'l 0 korzysciach wtasnych. Nie tylko w koncu inteligencja
>>>
172 


V ARIA 


- tak ci si
 przynajmniej wydaje - ma sw6j etos i poczucie stuzby, inaczej jednak 
stuzy si
 panstwu i spoteczel1stwu buduj(!c jego materialne fllndamenty, inaczej 
zas pracuj'lc w sferze duchowej - w obu wypadkach nie musi to bye praca rozt'lCZ- 
na, zas spos6b czy sposoby na odnalezienie wsp61noty t'lcz
cej obie te sfery zalez
 
od obu stron. Boisz si
 wi
c owe go pogardliwego, widocznego w artykule Cy- 
winskiego stosunku do klasy sredniej, boisz si
 wszelkich tego typu postaw, kt6re 
maj
 zaswiadczae wyzszose jednej grupy spotecznej wobec innych, a to dlatego, 
ze takie wywyzszanie jednych kosztem drugich pachnie jednoczeSnie tendencj'l 
do przyznawania tym wywyzszonym jakichS szczeg61nych praw i przywilej6w. Zy- 
cie spoteczne, myslisz, jest tak czy inaczej jak
s wsp6lnot'l d'lzen, jest caloSci'l, 
ktorej dzielic nie warto, zas w trakcie wyodr
bniania si
 podobnych podziatow 
czasem i do tego dochodzi, ie uznaje si
 jak'lS grup
, jak to si
 dzieje chocby 
w Pmlstwie Platona, za szczeg6lnie predestynowan'l do urz(!dzania sposobu egzy- 
stencji pozostatym, a to juz prosta droga do jakiejs nowej ,
inzynierii spotecznej". 


57. 


vVypisujesz z pism Zeromskiego: "Przeci
tna, uczciwa masa imeligencji zawo- 
dowej bytowaniem swym przypomina los guwernentki w szlacheckim dworze. Na- 
lezy niby to do «panstwa», a sympatiami i mitoSci'l tradycyjn'l «siermi
gi» zwi'lzana 
jest wci'lZ jeszcze z «chat'l». Dwakroc biedniejsza od kazdej z pokojowek, nie chce 
si
 dae zepchn(!e do poziomu stuzby, do kategorii zwyktego proletariatu, stawia si\ 
i pnie w g6r
, broni S\\1'ch praw do zasiadania przy panskim stole, pospotu z hrabi'l 
s'lsiadem, i do jezdienia powozem w swi
to do kOSciota. (...) Gdy stan wtoscian- 
ski, gdy nawet parobcy na tolwarkach wzi
ci zostali pod opiek
 prawa wskutek zor- 
ganizowania si
 w stronnictwa, partie i wytworzenia ze siebie pot
g spotecznych, 
czyli funkcji zycia zbiorowego, imeligencja, zepchnil;ta do roli proletariatu, mizer- 
nie wynagradzanego w stosunku do droiyzny, poziomu potrzeb i normy zycia, po- 
zostata niezorganizowan'l, rozbit'l na grupki pO\\'ciskan'l w rozmaite stronnictwa, 
wystuguj'lca si
 rozmaitym program om grup spotecznych, nvorz'lca te programy i, 
kiedy niekiedy, robi'lca tu i 6wdzie jednostkow'l karier
. Jako zbiorowose zostata 
sob'l, oW'l guwernentk'l, osob'l jedynie inteligemn'l, znaj'lq si
 na logarytmach 
i poezji, a pl'lcz'lq sil; bezradnie mi
dzy «dworem», «chat'l» i «stuib'l». Coz ma 
czynie ze sob'l ta nieszcz
sna guwernentka, azeby w tych okrutnych czasach mice 
si
 przede wszystkim w co odziae, co jeSc i nie skapiee z n
dzy, a przeciez znaldc 
i dla siebie miejsce pod stOl1cem? Prosta rada: porozumiee si
 ze wszystkimi innymi 
guwernentkami w kraju i wynvorzye jakis zespot, ktory by 0 losie swoim, jak0 
zbiorowego ciata, pod kazdym wzgl
dem pomyslat. Lecz czy to mozliwe jest zrze- 
szenie si
 inteligencji? Jest to niew(!tpliwie sprawa trudna i natrafiaj(!ca na przeszko- 
dy przede wszystkim ze strony pot
znych partii, ktore nie zechq pozbyc si
 
"swych" inteligentow, swych wolow robotniczych, wypracowuj'lcych im program} 
i umozliwiaj'lcych wykonanie owych programow, a po wtore - ze strony samychzc 
inteligentow, powszczcpianych dzis w najrozmaitsze zrzeszenia i maj(!cych tam ju. 
swe ideowe i materialne posady."
>>>
V ARIA 


173 


Nic dodae, myslisz, i nic uj'le: jakby te stowa dzis ktos pisat, jakby to wtasnie 
wspokzesn'l kondycj
 polskiego inteligenta opisywano w tych stowach sprzed nie- 
mal stulecia pochodz'lcych, z czasow, gdy po wybiciu si
 Polski na niepodlegtose 
zepchni
to inteligencj
 do podlegtoSci bezwzgl
dnej, zebraczej. Zdajesz sobie 
spraw
 i z tego, ze przeciez trudno dzis do jednego zbioru, do wspolnoty intere- 
sow zawodowych sktonie zwolennika Unii WolnoSci, Akcji Spotecznej Solidarnose 
i postkomunist
, ze trudno namowie do obrony wspolnych interesow dziennikarza 
"Gazety Wyborczej", "Gazety Polskiej", "Tygodnika SolidarnosC" Politvki" 
, " . 
i "Trybuny", 0 "Nie" nie wspominaj'lc podobnie jak trudno zwiC}zae WSpolnot'l in- 
teresow cztonkow Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Zwi'lzku Literatow Polskich. 
Wiesz, ze dzieli ich zarowno wspokzesnose, jak niedawna jeszcze przesztose - go- 
r'lca niekiedy, podnosz'lca emocje, uniemozliwiaj'lca znalezienie wspolnego j
zyka. 
Lecz jdli, dodajesz, niemozliwe jest to wsrod dziennikarzy i literatow - z ktorych 
jedni dawny rezim popierali, inni zas aktywnie go zwalczali lub dzis 0 tym, ze 
zwalczali, twierdz'l z takim przekonaniem, iz sami niemal w to uwierzyli - to prze- 
ciei S'l dziedziny, gdzie 0 spotkanie ludzi roinych opcji winno bye latwiej: w na- 
uce, w szkole chociazby. Nie wiesz jednak, jak to uczynie, jak do tego doprowa- 
dzie, by ponad podziatami ideowymi, ponad niedawnymi i obecnymi sporami dojse 
do stanu, w ktorym inteligenci - maj'lc na uwadzc stuzb
 panstwu, ktorego racja 
zawsze ponad racjami partyjnymi stae powinna - wspolnie mogliby si
 0 minimum 
dla siebie upomniee od tych partyjnych wodzow stanowi'lcych w parlamencie pra- 
wa, ktorych projekty wtasnie owi inteligenci dla nich przygotowujC}. 
Znow wi
c si
gasz do stow marzyciela Zeromskiego: "Inteligencja, zorganizowa- 
na w zwi'lzki zawodowe i spojona wspolnym urz
dem delegatury zwiC}zkow, czyli 
syndykatow, w jedno sprawne ciato, b
dzie w stanie dbac nie tylko 0 wynagrodzenie 
kazdego ze swych cztonkow, ale i decydowae 0 wysokoSci tego wynagrodzenia, z
- 
dae podwyzszeI1 uprawnionych i uzasadnionych oraz bronie jednostk
 od jekiejkol- 
wiek krzywdy. ZnajC}c dokiadnie i na wskros wszystko, cokolwiek dzieje si
 w biu- 
rach, pracowniach, na katedrach, przy stolikach i za przepierzeniami istotnej pracy, 
inteligencja sparalizuje absolutnie system protekcji nieuzasadnionej, nepotyzmu, 
wysforowania koczkodanow partyjnych na stanowiska kierownicze, uniemozliwi 
otwieranie k1uczem partyjnym wysokich drzwi urz
du przez notorycznych mydlkow 
i spryciarzy, przekupstwo dla otrzymania urz
dow wyzszych, karierowiczostwo, 
wszelakie naduzycie i niesprawiedliwose w awansie." 
Przepisujesz te stowa i myslisz jednoczdnie, nauczony wszak przez realia zy- 
cia, ze pisal to jcdnak cztowiek naiwny, marzyciel, niepoprawny fantasta. A jed- 
nak - dodajesz - a jednak cos w tym jest, cos, co ci
 przekonuje, co sprawia, ze 
jednak si
gasz po te teksty Zeromskiego z upodobaniem wynikaj'lcym nie tylko 
z przyjemnoSci, jakC} daje czytanie 0 "partyjnych koczkodanach". Si
gasz po nie 
niemal jak po ostatniC} desk
 ratunku z mysl'l, ze przeciez, jdli dzis takich juz 
nie ma, to przeciez istniej
 autorytety przesztoSci, ktore, bye moze, pomo
'l 
dzis przezwyci
iye narosle przez dziesi
ciolecia uprzedzenia i podziaty przynaJ- 
mniej w jednym: w tym mianowicie, by uswiadomie .wsz
stkim,. 
e n

z
leznie 
od tego, sk
d poszczegolni przedstawiciele warstwy 1l1tehgenckle) dZIS Sl
 wy-
>>>
174 


V ARIA 


wodz q , sarna ta warstwa jest wszak dla spoteczenstwa i kraju wartoSci'l nieprze- 
ptacon q , nie daj}q si
 zredukowac i dl:1tego t)'lko godn'l jakiejs jdli nie specjal- 
nej, to minimalnej troski. 


58. 


Obserwujesz biei'lce zycie literackie wci}z poddawane probom przesztoSci, 
szczegolnie weryfikacjom postaw pisarzy w okresie stalinowskim, a pozniej takze pe- 
erelowskiego pottotalitaryzmu czy autorytaryzmu. Ze szczegolnym zainteresowa- 
niem przeczytatd wi
c szkic profesora Michata GtowiI1skiego 0 kanonach literac- 
kich, w ktorym ten wybitny uczony - daleki od ograniczen zamkni
tego w obszarze 
dyscypliny naukowca - wyodr
bnia zjawisko nazwane przezen "kanonem lustraQ1- 
nym" polegaj'lcym na wskazaniu, jak pisze, iz istnieje "jedyny sprawiedliwy, reszta 
zas powinna podlegac surowej lustracji, bezwzgl
dnej i niczego nie wybaczaj}cej". 
Tym jedynym sprawiedli\\1'm, uczyniono Zbigniewa Herberta, ktory zreszt'l przed 
laty ogtosit na tamych "Gazety Wyborczej" - przypominasz to sobie znakomicie - 
list otwarty do Stanistawa Baranczaka, w ktorym to liscie wskazywat na nieprawosci 
literatow b
dqcych niegdys cztonkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 
I pami
tasz swoje owczesne zdziwienie t)'m, iz na adresata swego listll wybrat Her- 
bert akurat tego przedstawiciela "pokolenia '68", ktory do owej partii wszak nalciat 
(i ktory zreszt'l- co zdaje ci si
 rozs'ldne, na list ow nie dat iadnej odpowiedzi). 
Czytasz u Glowinskiego: ,,6w dziwaczny kanon, 0 ktorym chcialbym teraz po- 
wiedziec stow kilka, tym si
 wyroznia, ze sprowadza si
 do negacji niemal wszyst- 
kiego, co ztoiyto si
 na literatllr
 polsk} ostatnich dziesic;cioleci (takze powsraj}C(! 
na emigracji). I tu trzeba od razu zauwaiyc, ie do historii dawniejszej on si
 
w ogole nie odnosi, jego zwolennicy 0 ni'l nie zahaczaj'l. Jest to kanon pod t)'m 
\Vzgl
dem osobliwy i chyba niemal bez precedensu w historii literatury, ze cz
sc 
negatywna goruje w nim nad pozytywn'l, stuzy on bowiem przede wszystkim od- 
rzucaniu, nie zas - konstruowaniu nowej rzeczywistoSci literackiej. Podstawowym 
kryterium obowi'lzuj'lcym w tym kanonie jest swoiScie i w pelni ahistorycznie poj- 
mowany stosunek do tego, co dziato si
 w Polsce Ludowej. Nie chodzi tu jednak 
o wyodr
bnienie pisarzy niezaleinych, 0 ukazanie wartoSci ich dorobku; w istocic 
tworcow i wyznawcow tego kanonu oni w ogole nie interesuj}. Jego niezwyklosc 
polega na tym, ze ma on jednego tylko bohatera, jeden tylko wzor - i przeciwsta- 
wia si
 go wszystkim innym: tworczosc Zbigniewa Herberta." Nie tylko zreszt:} 
tworczose, dorzucasz po chwili namyslu, ale takie - a moze nawet przcdc wszyst- 
kim - postaw
 tego Or-Ota naszych czasow. 
I oto, tego samego dnia jeszcze, gdy si
gasz po "Gazet
 Wyborczq", odnajdujl'SZ 
wywiad z Gustawem Herlingiem-Grudzinskim, zapalonym wiclbiciclem zarowno 
pisarstwa, jak politycznej postawy Zbigniewa Herberta. Ta rozmowa, myslisz, mu- 
siata bye takie i dla same go Herlinga wyj'ltkowo nieprzyjemna, szczegolnie jej po. 
cZ'ltek, w ktorym Anna Bikont i Joanna Szcz
sna dociekliwie pytajq: "Po marcu '68 
pewien poeta krajowy pisal do poety na emigracji: «Nie spodziewatem si
, ZC dosi
- 
gnie mnie r
ka panow w czarnych garniturach. Zatelefonowali do mnie, potem by
l
>>>
V ARIA 


175 


rozmowy. Nie w urz
dzie, bron Boze. Wypytywali takie 0 Ciebie, czy bys nie wro- 
cit». Z Panskiej publicystyki mozna wnioskowae, ze pisarz, ktory spotyka sil; z ube- 
kami, pozbywa si
 prawa wyst
powania w roli autorytetu moralnego. Czy tak? Gu- 
staw-Herling Grudzinski: Muszq mi panie podac nazwisko. Zbigniew Herbert. 
Gustaw Herling-Grudzinski: Nic 0 tym nie wiedzialem. Nim panie mi to powiedzia
Y, 
Herbert przedstawial si
 w moich oczach jako wzor czlowieka, ktory nigdy si
 nie pod- 
dal. Taki obraz Herberta dobrze sruzy czamo-biatej wizji dziejow. Gustaw Herling- 
-Grudzinski: Jeili postqpilbym tak jak Herbert, na pewno nie stawialbym potem nryso- 
kich poprzeczek innym.)} 
Ot, myslisz sobie, przykrose. I zastanawiasz si
 jak dlugo jeszcze b
dzie trwata 
ta groteskowa gra, w ktorej wygranych i tak nie ma, gdyi w dziejach literatury 
wygrywaj'l nie ludzie, tylko utwory, nie licz'l si
 w niej posta\vy pisarzy, Iecz dzie- 
la, ktore ci pisarze po sobie pozostawili. Owszem, dodajesz, za pot wieku b
d(! 
i tacy, ktorych owe postawy pisarzy b
d'l interesowaty, ale wowczas kanon na- 
szych czasow jui si
 ucukruje, ulezy, a owe posta\vy b
d'l interesuj'lce dla nich sa- 
mych i nie b
d'l ksztahowaty literaturoznawczych ocen. 
Brzydzisz si
 tym wszystkim, gdyz wiesz doskonale i doskonale pamil;tasz, ze 
potrafiono zalamae najgodniejszych, zas potrafili sil; oprzee ci, po ktorych nigdy 
bys si
 tego nie spodziewat. I w koncu, gdy si
 nad tym zastanawiasz, uswiada- 
miasz sobie, ie gdy chodzi 0 ocen
 cztowieka, ktory si
 zalamat i zgodzit wobec 
owej policji na mniejsze lub wi
ksze ust
pstwa, kryterium ostatecznym winno bye 
to czy godz'lC si
 na owe ust
pstwa cztowiek ten szkodzil czy nie szkodzit innym. 
To, iz szkodzil sam sobie, uwazasz za oczywiste. Nie jestd natomiast juz w stanie 
znosic glosow dzisiejszych s
dziow i nagle nawroconych "straznikow piecz
ci", 
ktorzy bC}dz z racji wieku czy laski poznego urodzenia na grzechy i pokusy nara- 
zeni nie byli, b'ldz, co gorsza, sami grzeszyli w przesztoSci, a teraz, oskariaj'lc in- 
nych, chq si
 owego grzechu zaprzee lub go przestonic maniakaln'l gorIiwOSci'l 
prokuratorskich mow. Czytasz zreszt'l 0 nich w kolejnych szkicach Gtowi6.skiego 
pomieszczonych w tomie Dzien Ulissesa i inne szkice na tematy niemitologiczne. 


Leszek Szaruga
>>>
176 


V ARIA 


ZhignielV ZakielVicz 
Ujrzane, 'V czasie zatrzymane (7) 


Z OKAZJI KT6RYCHS URODZIN, OTRZYl\1ALEz..,1 KSI1\ZKI;: wspomniel1 
tagrowych wileI1skiego artysty plastyka Adolfa Poptawskiego: 12 [at katorgi. Po 
opuszczeniu katorgi na Kotymie w 1956 roku (przedtem byta mordercza Worku- 
ta, uralska Czusowaja, nadbajkalski Tajszet) Poptawski przyjechat na Wybrzeie. 
Uczyt w liceum plastycznym w Ortowie, po wypadkach marcowych w wiehl 62 
lat przeszedt na \\1Tmuszon
 emery(Ur
. Zmart w roku 1982, w wieku 75 lat. Do 
konca pozostat cztowiekiem nieztomnych zasad, z tej starej rasy Kresowych Pola- 
kow, ktora data nam Traugutta, Kalinowskiego, braci Pitsudskich. \Vtasnie w kon- 
spiracyjnej PPS ojciec Poptawskiego Ignacy dziatat wraz z Pitsudskim. Pozniej byt 
dyrektorem wilenskiego gimnazjum im. Adama Czartoryskiego, gdzie uczyt ma- 
tematyki i fizyki. Karol O. Borchardt wspomina swego nauczyciela, jako - "prote- 
sora 0 patriarchalnym wygl'ldzie, wielkiego matematyka, a jeszcze wi
kszego czlo- 
wieka 0 rzadko spotykanej dobroci." 
Nie 0 samych wstrzC}sajC}cych wspomnieniach Poptawskiego chc
 dzis pisac 
(pracowat nad nimi Poplawski pi
c lat, dtugo po katordze, najpierw wyszty 
w drugim obiegu, w 1987 roku w Paryiu u Pallotynow, wreszcie w GdaI1sku 
\V 1992 roku w mtodym wydawnictwie "Albatros"), choc ich dokumentalna la- 
konicznosc, obiektywizm nie cofajC}cy si
 przed drastycznoSciC} relacji, stawiaj'l je 
obok Sotienicyna, czy Czapskiego, ale - 0 s z t a fee i e po k 0 I e Ii Tak bo- 
wiem odczytatem ten dokument spisany przez "Adolfa Ignatiewicza Poptawsko- 
wo, kliczczka «Lukaz»", cztonka nielegalnej organizacji "Dielegatura Z.ondu". 
\V tym stylu brzmiata "Sprawka" wydana przez wilenskiego NKGB z dnia 13 
lipca 1945 roku, gwarantuj'lca mu wolnosc i bezpieczeI1stwo, gdyz dobrowol- 
nie wyszedt "iz podpolja" (podziemia). 
OczywiScie, ta "gwarancja" skonczyta si
 skazaniem na pi
tnascie lat katorgi, 
gdzie nie raz cudem unikn'lt on smierci, przed zagtodzeniem ratuj'lc si
 swym ta- 
lentem malarza i rysownika. 
Adolf Poptawski byt jui ktoryms z nast
pnych pokolcn walczC}cych 0 prawo bycia 
sob'l. Tak wychowat swych sZeSciu synow pan Ignacy. Przy iyciu pozostato tylko 
dwoch, czterech zgin
lo (jeden smierci'l samobojcz'l). Dzi
ki wspomnieniom Adolfa, 
obejmujC}grm lata 1945-1956 ("granic
 polsk'l przejechatem 30 XI 1956 roku, dziel1 
przed wyznaczonym mi terminem") przyjrzatem si
 pozniejszym losom, tych, ktorzy 
pozosrali za przekl
t'l lini'l lorda Curzona. Gdy w lutym 1946 roku nasz transport 
opuszczat Smorgonie, jad'lC na Zachod, a na granicznej stacji Wotkowysk \\1'tuskiwa 
no z naszych wagonow, kryj'lcych si
 tam mtodych akowcow, AdolfPoptawski w lu- 
tym tegoz 1946 roku, w takich samych wagonach, tyle, ze zakratowanych, a brto 
tam po 60. \Vi
zniow - jechat do strasznej Workuty potoionej za Kr
giem Polan1ym.
>>>
V ARIA 


177 


Czytaj'lc te wspomnienia nie moglem powstrzymae si
 przed uczuciem bez- 
silnego gniewu i zarazem politowania nad naiwnoSci'l wilenskich akowcow, 
ktorzy po rozwi
zaniu AK przez rZ'ld londynski, dobrowolnie si
 dekonspiro- 
wali za przyrzeczon
 wolnose. Mato tego, dowodca brygady AK "Irwid" zde- 
konspirowal wszystkich swych podwtadnych, daj
c NKGB nawet ich rysopis, 
dekonspiruj'lc wszystkie meliny, sprz
t i brOIl., oraz chtopow, ktorzy udzielali 
akowcom schronienia i pomocy. Poptawski swiadom grozy sytuacji, a b
d'lc 
wowczas Delegatem Rz'ldu, daremnie starat si
 ukrye. Jego t'lczniczki rzucity 
go w obj
cia Rosjan, S'ldz'lC, ze to "dobrowolne" ujawnienie, otworzy mu 
drog
 do Polski, ktora uszta za Niemen i Bug. 
I to wszystko dziato si
 w rok po akcji "Ostra Brama", gdy generat Czernihow- 
ski podst
pnie aresztowat generata ,,\Vilka" i jago akowcow. \Vczdniej sowiecka 
partyzantka, rownie podst
pnie, nad jeziorem Narocz rozstrzelata "Kmicica" i je- 
go oficerow. My, mieszkaj(!cy w gt
bi Wileil.szczyzny bylismy az za dobrze na- 
uczcni sowieckich metod, staraj
c si
, jak pisal niegdys Mickiewicz, "ludzic de- 
spot«;", sami pozbawieni wszelkich ztudzen. 
\Vszystkich nas w 1940 roku obdarzono task'l przymusowego obywatelstwa 
Zwi
zku Sowicckiego. I z paragrafu 58, "za zdradl; ojczyzny", s'ldzono tez Po- 
ptawskiego, gdy po "dobrowolnym" przyt'lczeniu sil; Lim.')' (w tym Wilna odda- 
nego Litwinom) do ZSRR, rowniei wilniacy stali si
 obywatelami Kraju Sowie- 
tow. \Valcz'lc 0 Polsk
 z Niemcami, zdradzili oni ZSRR. Z t'l perfidi'l walczyt 
Poptawski, przez co przedtuzyl swoj katoriniczy pobyt 0 ponad rok. 
Dzi
ki jego wspomnieniom, ujrzatem los naszych s
siadow, szlachty zakianko- 
wej z Wyzyny Oszmianskiej, ich dalsz'l drog
 przez m
k
. Jednym w ramach tzw. 
gomutkowskiej repatriacji udato si
 w lauch 1956-1957 przyjechac do Polski. In- 
ni, jak tylekroe przywotywany moj kolega i rowidnik, Michas Oziewicz, walczyli 
dalej. Dopiero w latach 50-tych zastrzelono go w stodole. W odwecie jego ro- 
dzinny zakianek zostat dosiownie zrownany z ziemi'l. 
Do tej sztafety pokolen, dot'lczyt Bogdan Borusewicz, rodem z \Vilell.SZczyzny, 
ale urodzony juz w OISZtyll.skiem. Byt on uczniem liceum plastycznego i ducho- 
wym wychowankiem wbsnic Adolfa Poptawskiego. Na skutek tego po Wypad- 
kach Marcowych 1968 roku trafit do wi
zienia. Jak pami
tamy - jeden z najbar- 
dziej nieztomnych dziataczy podziemnej "Solidarnoki", przedtem KOR-u, 
tropiony jak jego ojcowie przez policj
 polityczn'l, tym razem byta to UB. 
121at katorgi otrzymatem od swego syna, historyka, niegdys mtodego dziabcza 
podziemnej "S", pracuj;}cego w prasie i kolportazu. Obserwuj
, nie bez ojcow- 
skiej satysfakcji, jak chtopak z matki beskidzkiej goralki, ojca Kresowiaka, sercem 
i pisaniem jest zwi'lzany z tamq Krain
 \Vielkiego Pogranicza. 
Ostatnio z Adamem Hlebowiczem, znanym jui publicysq i autorem ksi
zek 
o Kokicle na Wschodzie, swym mtodszym koleg'l, organizowat wystaw
 poswil;- 
con
 gehcnnie wywoionych do tagrow i na zsytk
 do Kazachstanu. Pomysiodaw- 
q \\')'stawy "Sybir - Pro Mcmento" urz
dzonej \\' stajniach sopockiego hipodr
,
 
mu (ustawiono tam zakratowany kolczastym drutem bydl
cy wagon, "wyszki 
straznicze, parkany tagrowc) byt wbsnie Adam Hlebowicz, rowniez rodowodu
>>>
178 


V ARIA 


kresowego. Wspottworzyt i projektowat wystawl; inny Sybirak, juz w drugim po- 
koleniu, Olgierd Sochacki. Plastycznej wizji udzielita wilnianka Alina Afanasiew, 
z domu Ronczewska itd., itd... 
Na wystawl; pod'lzaj'lludzie 0 losie Adolfa Poptawskiego, ci, ktorzy ocaleli, ich 
dzieci i wnuki. Id'l, ogl'ldaj
 i ptaczC}. Sztafeta pami
ci pokolen trwa. 


MMI PRZED SOB1\ ZDJ
CIE zgrabnego kOSeiota, w jasnych, kremowych 
barwach, z dwiema strzelistymi aiurowymi wiezami, brytc} nawi'lzujC}q do gotyc- 
kich 5wi'lt)'n. Jest to jednak wspokzesne, tworcze odczytanie gotyku. - Dzido 
miejscowego architekta i zarazem iniyniera budowlanego Tadeusza Okuniewi- 
cza. Przed 5wiC}tyni'l widz
 odswi
tnie ubrany dum wiernych. Na prawo od ko- 
Seiola - popielaty dach domostwa. \Vokoi swi'ltyni wysokie, strzeliste topole wto- 
skie. 
ad domem puszysry obtok starych, wiekowych lip biegn
cych szpalerem. 
T ak wygl'ldat 17 maja 1997 roku, w dniu konsekracji dokonanej przez kardy- 
nata Swi'ltka, kosciot pod wezwaniem sw. Jozefa w Motodecznie. A jest to naj- 
blizszy dla czasow mego najwczeSniejszego dziecinstwa zak'ltek, miejsce mitycz- 
ne, ktore opuSeitem doktadnie 29 czerwca 1944 roku, na Piotra i Pawta, po 
ci
zkim nocnym bombardowaniu. Szlismy z matk'l wbsnie obok tych topoli, mi- 
jaj'lc powracaj'lcych po rannej mszy swi
tej, nie wicdz'lc, ie jest to ucieczka bez- 
powrotna... Powrot si
 odbyt, ale w 1977-1980 roku, gdy w Wilczych lqkach po- 
wrocitem do Motodeczna w duchu Mickiewiczowskiego wiersza: "Gdziem 
rzadko ptakat, a nigdy nie zgrzytat, te kraje rad bym myslami powitat, kraje dzie- 
cinstwa, gdzie cztowiek po swiecie biegt jak po tC}ce..." 
Wysokie topole za moich czasow byty matymi drzewkami chronionymi w'ld
 
obudow'l (mam je na zdjl;ciu). KOSeiot - drewniany; bezstylowa budowla wznie- 
siona prowizorycznie na pot
znych fundamentach przygotowanych pod budow
 
kOSeiota garnizonowego. VV Helenowie, za rzeczk'l, wzniesiono koszary dla Mo- 
todeczanskiego Putku 19. Dywizji Piechoty, ktora we wrzeSniu "1'krwawita sit; 
pod Piotrkowem Trybunalskim. Odbyt tam stuzb
 wojskowC} podchoqzy Stefan 
Kisielewski, co mi opowiadat nie bez zjadliwego humoru. 
Ksi'ldz Zawadzki (Zawada z Wilczych lqk), ktory na skrzyzowaniu szosy biegn'l- 
cej z Wilna do Minska, wywalit pot
iny betonowy krzyz, i byt sprawq nocnego 
wysadzenia prawostawnej kapliczki, nie zd'lzyt nawet wznieSc murowanych Seian 
swi'ltyni. Po wojnie piastowat godnosc gtownego kapelana L WP, gdyz, jak sit; 
okazato, byt rodzonym bratem Aleksandra Zawadzkiego (przewodnicz'lcego Ra- 
dy Panstwa). Drewnian'l prowizork
 w ramach czynu komsomolskiego w nocy ro- 
zebrali mtodzi aktywiSei. By to to za czasow Chruszczowa. Gdy w 1976 roku 
przejazdem trafitem do Motodeczna, na fundamentach kosciota ujrzaiem popija- 
j'lcych siwuch
 mtodych, chyba juz nie komsomolcow. 
Widziany na zdkciu dach to dworck, ktory hrabina Tyszkiewiczowa wybudo- 
wata dla swojej bony. Cz
sto tam zachodzitem i tam pogryzt mnie wiIczur, 
a w betonowej piwnicy, obok dworu, przeiylismy niejedno bombardowanie. I to 
ostatnie, gdy Rosjanie sypn
li na ogrod bombami rozpryskowymi, a mys1l1! 
z matk'llezeli obok piwnicy, gdyz moja rodzicielka bala si
, ie zostaniemy Z}'\\-
>>>
V ARIA 


179 


cern zasypani w tych betonach. Projektowanych, zreszt'l przez mego ojca, prze- 
czuwaj'lcego zblizaj'lC'l si
 nast
pn'l wojn
. Dzis midci si
 tu plcbania. Korony 
lip, to wtasnie j'ldro owej krainy, po ktorej biegatem jak po t'lce... 
Rzecz zadziwiaj'lca, ze w ci.}gu paru lat w biatoruskim Molodecznie mogt po- 
wstat taki kOScioL Gdy ogl
datem zdj
cie makiety swi'ltyni, nie wierzytem, ze pro- 
jekr zostanie zrcalizowany. Pieni'ldze nadsytano z catego swiata, rowniez z Gdailska. 
Rowniez zastanawiaj(!cym jest dla mnie ten fakt, ze kosciot byl i nadal jest pod we- 
zwaniem sw. Jozeta. Dzis jeden z ufundowanych dzwonow zwie si
 sw. Jozef, dru- 
gi sw. Kazimierz. Na sw. Jozefie odlane s
 stowa: "Fundatorom dzwonu, Rodzi- 
nom 
lotodeczanskim, wol
 losu rozsianym po swiecie, btogostawienstwo Boze". 
Z moim ojcem Jozctcm i matk'l, chodzilismy do tego oddalonego 0 par
set me- 
trow kOSciotka. Pami
tam, ie gdy spiewato si
 kol
d
: ,,1 Jozef stary, i Jozef stary 
Dzieci
tko piastuje...", bytcm przekonany, ale tei przyjemnie zadziwiony, ze to si
 
spiewa 0 moim ojcu. Byt on wszak srarszy od matki 0 37 lat. Ojciec zmart na rozpado- 
W'l gruzlic
, \\' skrajnie ci
zkich warunkach w maju 1945 roku, mjat dopiero 63 lata. 
Pozniej, w czasie sierocego dojrzewania, nie r.1Z miatem takie przekonanie, ze to 
wtasnie ojciec Jozef wstawia si
 za nami u tamtego Dzieci'ltka. A gdy nasza pierwo- 
rodna, Zosia, urodzita si
 \\' urodziny dziadka Tozefa, co lekarze uznali za cud, gdyz 
zona w czasie ci(!zy przeszta operacj
, sprawa stab si
 catkowicie jasna... 


NAZy\V AI:..EM GO \V MYSLACH SZARYM SKO\VRONKIEM, szybuj(!cym 
wysoko pod niebem. Byt wewn
trznie rozjasniony, harmonijny i skromny. 0, wta- 
snie, skromny! - Poznatem Zbigniewa Bie11kowskiego trzydzieSci lat temu, jeszcze 
mieszkaj
c na Sl
sku, dok(!d przyjezdiat w charakterze jurora. Pozniej zapraszalismy 
go na spotkania autorskie. Jedno rozbit Rafat \Vojaczek, akurat b
d'lc w drodze 
z \Vrodawia. \Vchodzit przez drzwi, otwicrat okno, aby si
 przez nie wygramolic. 
Tak pan; razy: niedzwiedziowaty, pozomie dobrotliwy, maj
c widac za nic starego 
poet
. POCZ'ltkowo by to to poznanie interesowne, snobistyczne - przybysz ze stoli- 
c)' i do tego redaktor "TworczoSci". Pozniej, drukowaicm szkice 0 literaturze rosyj- 
skiej, w tym 0 Sotzenicynie, w tejze "TworczoSci". 
Z czasem uj
ta mnie jego bezimeresownosc, jakas szlachetna prostota. A row- 
noczeSnie czuto si
, ze tego niepozornego pana w srednim wieku, bardzo war- 
szawskiego, w czyms przypominaj(!cego mi aktora rownie lubianego, \Viestawa 
Michnikowskiego, stac wtasnie na wysokie, skowrOl1cze 10t)'. I ta nib)' niepozorna 
szarosc, ta grudka ziemi przepojona Duchcm. Przedtem poznatem w dumaczeniu 
Biellkowskiego poezj
 francusk
 i na pewien czas zauroczyt mnie Jules Superyiel- 
Ie: mistyk ciata, 0 krystalicznie czystej poetyce. Poezji samego Bienkowskiego 
przez dtugie lata nie znalcm, tylko jego glosnc eseje 0 literaturze europejskiej. Te- 
raz wiem, ze z wiclk'l szkod
 dla siebie. 
Z drugiej zas stron}', miatem okazjt; przeb)'wac z kims, kogo ceni si
 nie za jego 
dzido, a za to, ie jest sob
: w t)'m duchow)'m uciszeniu, w tej jasnoSci wewn
trz- 
ncj i kultutze, ktora najlepiej swiadczyta 0 \\1'sokich lotach jego sztuki. Naprawd
 
metafizycznej, zafascynowanej boskoSci.} i tajemniq swiata. Bienkowski nie ulegat 
tez zadnym modom, nie n..ueiat do i.ldnej partii, kategorii literackiej, czy salono\\',
>>>
180 


V ARIA 


tych z "Czytelnika", PIW-u, czy kavviarni u literatow. Moie prograrnowo, a moie 
tak miato si; dziae w Warsza\'I,.ie z czlowiekiem tak dalece oryginalnym i niezalei- 
nym? Siebie sarnego jakby usuwal na drugi plan. A przeciei musiat znae swoj,! war- 
tose, skoro do konca iycia tworzyl. 
Gdy poeta obchodzil swe osiemdziesi;ciolecie, postawiono go w czolowce po- 
etow polskich. Ujrzalem tei, ie tworcy sredniego i mlodszego pokolenia przy- 
znaj,! si;, ie poezja Bienkowskiego byla czyms bardzo wainym i istotnym w ich 
iyciu. Poeta dla poetow? . 
W roku bodajie 1993, otrzymalem od Zbigniewa Bienkowskigo tom Poezji 
zebranych ze wzruszaj,!C'! dedykacj'!: "Mojemu Pisarzovvi, mysl'! i sercem". Dedy- 
kacja ta zaskoczyla mnie, ale tei podtrzymata na duchu. I oto swoj ostatni napi- 
sany za iycia felieton dla "Nowych Ksi,!iek", z cyklu Dygresje, wydrukowany jui 
po smierci Zbyszka w marcowym numerze za 1994 rok, Bienkowski poswi;cil 
mojemu kresowemu pisaniu: Sadze wilenskiej i Wilii, w gl
bokofciach morza. I jest 
to jakby testament dla mnie, wci,!i borykaj,!cego si; z t'! kresow,! "chandr,! tatar- 
sk,!", z tym poczuciem niedowartoSciowania i zarazem z tym zasciankowym po- 
czuciem honoru. Skoro, on mnie, czyli to, co pisalem, potrafil tak "uwznioslie", 
dojrzee to, co ja w chwilach tzw. natchnienia widzialem?.. - Byl dobry, ai za 
dobry dla innych, ktorych uznal. Nie zapomn; jego wr;cz synowskiej miloSci, 
ktor'! darzyl Juliana Przybosia. Chociai Przybos pod koniec iycia, a jakby zmi;kl 
i wyszlachetnial (ale tei i zmarmurovvial), niemniej jednak, holdy Bienkowskiego 
przyjmowal jako dar sobie naleiny. Na szcz;scie, nie bylem Przybosiem. 
Zbigniew Bienkowski, jak malo kto, potrafil wielbie kobiecose.Tylko on mogi 
dostrzec i napisae te slowa 0 Rodzie AbaczOw i Dolinie Hortensji: "Kobiecose, 
a vvi;c milose - uczucie l'!cz'!ce grzeszny zachwyt ciala, ekstatyczne uniesienie du- 
cha i odpowiedzialnose za istnienie... ", "Zachwyt ciala i uniesienie ducha...". 
Poznalem go, gdy jeszcze byl m;iem Wiery Biellkowskiej, pozniej byla niedobra 
milose i malienstwo z Malgorzat'! Hillar. Gdy, doslownie uciekl od niej, odnalazl 
ostatni,! milose swego iycia: byla ni,! wowczas bydgoska poetka Adriana Szyman- 
ska, kobieta 0 wiele mlodsza od Zbigniewa. - Ona sarna i jej poezja byla dla niego 
esencj,! kobiecosci i wla.snie tym "zachwytem ciaia i uniesieniem ducha." A gdy 
urodzila im si; corka, Bienkowski stat si{: najlepsz,! niani,! i gospodyni,! domow'!. 
Spotkalem go, gdy szedl z torb,! na zakupy, chwal,!c sobie te obovvi'!zki domowe. 
Ostatnie malienstwo stalo si{: na pevvien czas przyczyn,! niezbyt m,!drego nie- 
porozumienia, ktore zaistnialo mi{:dzy nami. Spotkalismy si; w Warszawie, chyba 
w redakcji "Tworczosci", gdy otrzymalem wla.snie nagrod; Fundacji KOScielskich. 
Na t; wieSe Bienkowski spontanicznie zaprosil mnie do siebie, do nowego jui 
roieszkania i do nowej iony. W kuchni pod stolem stala duia butla nalewki sliw 
na spirytusie. "Jak przed wojn,!, w domu" - nie bez dumy rzekl Zbigniew. Ura- 
czylismy si; t'! nalewk,!, gdy tymczasem Adriana wyszla na lekcje, bodajie francu- 
skiego. Gdy wrocila, Bienkowski jui zalegal na kanapie. S,!dz,!c, ie spi zacz,!lem 
w swej naiwnosci, wowczas czterdziestoletniego czlowieka, klaro.wae Adrianie, jak 
bardzo potrzebuje serca i opieki ten pi;kny, ale jui sZeSedziesi;cioletni m;iczy- 
zna. Zbigniew si; obudzil, poiegnalismy si; niby normalnie, ai tu nagle wszelka
>>>
V ARIA 


181 


korespondencja si
 urwata. Spotkania byty dziwnie chtodne, jdli nie oficjalne.. 
I dopiero, gdy sam przekroczytem pi
edziesi(!tk
, aby zblizye si
 do lat ostatniego 
ozenku Biefikowskiego, zrozumiatem jak bardzo urazitem tego wrazliwego piew- 
c
 kobiecosci, m
zczyzn
, ktory wtasnie zostat ojcem ukochanej coreczki. 
Napisatem mu 0 tym, chyba wysytaj(!c Wilif, w glfbokokiach morza. I Zbigniew 
mi odpuscil, i to odpuscit catkowicie. A przecieZ wtedy byt niewybaczalnie mtody, 
duchem b
d(!cy "w ekstatycznym uniesieniu" i w tym "grzesznym zachwycie ciata". 
Wszystkich przyjaciot zaskoczyta ostamia wola zmadego, ktory kazat si
 spopielie. 
Wieziono wi
c jego ciato, az do Poznania, gdzie wowczas bylo krematorium. Pami
- 
tam t
 kartk
 do Mariana Pilota: "Wracam z pogrzebu. Zbigniew Bienkowski kazat 
si
 spalie. I corka niosta z kOSciota na cmentarz. Co 0 tym myslisz?" 
Doprawdy nie wiem... Moze kochaj(!c zycie i kobiece pi
kno, Zywioty, ktore opie- 
wat w swej poezji, chciat zaoszcz
dzie swej cielesnosci pohaflbienia rozktadu? Aby 
przez oczyszczaj(!cy ogien powrocie do Ziemi, do tego wiecznego cyklu powstawania 
i upadania. I nie wiem, gdzie teraz jest uma z t(! garst:lci popioru, z tymi pierwiastka- 
mi, ktore w cyklu przemiany materii akurat wowczas stanowity 0 jego cielesnoSci? 


UCZUCIE WIELKIEGO ZDZIWIENIA NAD NATURA otaczaj(!cego nas 
widzialnego swiata wywotuje wdzi
cznosc za to, ze dane jest nam zye w tej 
oszatamiaj(!cej RzeczywistoSci. 
Nie kazdemu jest dany ten dar zadziwienia i kontemplacji. Nalezy wi
c wspot- 
czue ludziom, ktorzy nie s(! w stanie zadziwie si
 i afirmowae zycie. W ich rozra- 
chunku b
dzie zawsze wielki debet, przegrana: na swej szali maj(! tyIko jeden ci
zar 
- dorain(!, slep(! terazniejszosc. Widz(! chaotyczne, zm(!cone oblicze tego Swiata i s(! 
przekonani, ze zlo zwyci
za. Wielka Tajemnica, ktoq jest Bog dostrzegalny 
w Stworzonym i nas otaczaj(!cym - jest w tym chaosie niezauwazalna. 
Pi
kno stworzonego szczegolnie dotkliwie obejmuje nas wiosn(!. Otwieram. 
okno i od pam dni stysz
 ostre poswisty, to po raz pierwszy od lat w naszym wiel- 
komiejskim ogrodku uwita gniazdo sikorka-bogatka. Te nawotywania, to gtos sam- 
czyka ogtaszaj(!cego, ze to jest jego rewir. Obok naszych brzydkich c.zerwonych 
domow, chociaz zbudowanych ze zdrowej malborskiej cegty od ponad dziesi
ciu 
lat zadomowity si
 kawki. Po wojnie na Wybrzeze z porudnia dofrun
ty synogarli- 
ceo Nieraz uprzykrzaj(! one nam zycie, szczegolnie, gdy zatoz(! gniazdo blisko 
okna. Nad ogrodem przelatuj(! zwiewne jak chinskie wachlarze, skrzekliwe sroki: 
Gruchaj
 wszechobecne, metalicznie mieni(!ce si
 na podgardlu got
bie. Rycnto 
przyleq ostroskrzydte, szybkie jezyki... I dopiero co pod moim oknem, jak co ro- 
ku, swoj(! biat(! slubn
 sukni
 roztozyta stara zdziczata sliwa. Wiosna jest wczesna 
i goqca wi
c rownoczeSnie kwitn(! wisnie, jablonie, grusze... 
'Ze ten swiat byl stwarzany powoli, jakby z namystem, abysmy si
 w nim czuli jak 
u siebie w domu, abysmy mieli czym napdnic nasz(! t
skni(!q do Pdni dusz
 poj- 
mujemy naocznie, ogl
daj(!c angielski serial poswi
cony dinozaurom i innym ga- 
lorn. Bagatela, swiat ten trwat ponad sto pi
cdziesi(!t milionow lat. Moje wnuki, 
z niebywat
 fascynacj(! ogl(!daj(! na wideo ten swiat ogromnych, ci
zkicb, brzydkich 
i okrutnych potworow. "Stworzyta je iScie piekielna wyobrainia i moze takie obli-
>>>
182 


V ARIA 


eze majq te upadle anioty na czele ze swym aniolem upadajqcego swiada - Lucyfe- 
rusem?" - rzekt moj przyjaciel obdarzony wyobrazni;} metafizyczn q . - Bo po CO to 
wszystko by to? Chyba pO to, abysmy dzis, dzi
ki naszemu ludzkiemu genillszowi, 
mogli odtworzyc i ujrzec swiat n i e Iud z k i i n i e d I a e z low i e k a . 
\Vyobrazmy sobie naSZq Ziemi
, na ktorcj nie by to jeszcze traw, kwiatow, 
drzew likiastyeh. Lasy - tylko igbste, do nich nalezy nasza poczciwa araukaria ro- 
snqca w doniczce. Poszycie lasow skladato si
 z paproci i pot
znych skrzypow. 
Niebo bez ptakow, jedynie jakid btoniaste potwory podobne do gigantycznych 
nietoperzy. Gdybysmy si
 tam znale:fli, nasze zycie bytoby krotkie, wr
cz nicmoz- 
liwe i skonczyloby si
 tragicznie. 
J ak twierdz q genetycy, mysl(!ca ludzkosc liczy sobie zaledwie dwidcie tysi
ey 
lat. Wowezas to w glin
 pracztowieka tchnql Bog iskr
 nidmiertelnoki, abysmy, 
wyszedtszy z nieoki zakosztowali smak wieeznoki. Dla genetykow ten prog jest 
po prostu pewnym bt
dem genetyeznym, trlko on odroznia nas od matpollldow. 
Dzis jest prawie pewne, ie nasz(! pramatk(! byta ezarna kobieta. - I to wbsnie z tcj 
krainy bogaetwa zwierz(!t i niebywatcgo bogactwa Hory, z Mryki. Stamt(!d wyru- 
szyli ludzic na podboj kontynentow. Tworz(!e z czascm tyle ras i ludow. 
Najgt
biej ten stosunek zadziwienia, wdzi
cznoki i zachwytu wobec Tego, 
ktory wytonit \Vszechswiat i nasz swiat "z wn
trznosei Mitosierdzia Swcgo", bez 
ustanku wyrazata nasza, dzis juz swi
ta, siostra Faustyna. Choeiaiby po kwietnio- 
wej Rezurekcji 1936 roku: ,,0 Boze niepoj
ty. Jak wielkie jest mitosierdzie Two- 
je, przechodzi wszelkie poj
cie ludzkie i anielskic zarazcm: wszyscy Aniotowie 
i ludzie wyszli z wn
trznoki Twego M.itosierdzia. Ono jest kwiatem milosci, Bog 
jest mitosci(!, a mitosierdzie jest jego czynem: w mitoki si
 poczyna, w mitosier- 
dziu si
 przeja\\ia. Na co spojrz
, wszystko mi mowi 0 Jego mitosierdziu, nawct 
sarna sprawiedliwosc Boza mowi mi 0 Jego niezgt
bionym mitosierdziu, bo spra- 
wiedliwosc wyptywa z mitosei". (D. 651) 


ZbignieJJ1 ZakieJvicz
>>>
RECENZJE 


[(rzysztof Myszkmvski 
ISi
ga olsnie11 


"Na czymze, bracia, chwata nasza, jdli nie na tym, iz mimo przeszkod rzeczy 
uzytecznych dokonamy?", napisal Mickiewicz w Pismach Filomatyczllych. Wypi.ry 
z ksiqg uiytecznych to autorska antologia wierszy waznych dla duchowoki wspot- 
czesnego cztowieka, cenny zbior przeciw nicoki i przeciw po z b a w i en i u, ja- 
kim zostalismy dotkni
ci (i napi
tnowani). Co to znaczy: uiyteczny? Przynosz'lcy 
pozytek, potrzebny w iycill. Tytut w)'dania w j
zyku angielskim brzmi: A Book of 
Luminous Things, czyli Ksirga rzeczy S1vietlistych. Swiatlo, swietlistosc S'l atrybuta- 
mi Boga. W rozmowie tuz po \\1'daniu tej ksi'lzki ("Kwartalnik Artystyczny" 
nr 3/1994) l\1itosz powiedziat: "Catosc ma pewne zatozenie, powiedzialbym reli- 
gijne, ale nie przez mowienie na tematy religijne. Moim zdaniem, jezeli ktos ma 
stosunek pobozny do rzeczywistosci, powiedzmy tak jak Holendrzy mieli maluj'lc 
martwe natury, to przez to afirmuje swiat, i afirmuje rzeczywistosc, i afirmuje dzie- 
ta Pana Boga. I to jest W ogole moj eel." 
Ten swietlisty zbior obejmuje wiersze ponad stu poetow z roinych krajow 
i kontynentow oraz epok oddalonych od siebie 0 setki i tysi'lce lat. Rozwija si
 
i trwa w przestrzeni i w czasie. lv1imo wielkiej roinorodnosci jest to zbior spojny, 
sktadaj'lcy si
 w wi
kszoSci z wiersz)' krotkich, jasnych, czytelnych i realistycznych. 
Ich tematami S'l: przyroda, miejsca, rzeczy, historia, podroze, mitosc, przemijanie, 
smierc, czas. Mitosza bardzo interesuje opis rzeczywistoki widzialnej i dotykal- 
nej, doswiadczanej za pomoq zmystow. Jego uwaga skierowana jest na szczego- 
ty, kolory, swiada, przenikania. Chce poznawac i stawic stworzenie. Mowi, ze po- 
eta powinien bye "nadczul'l kJisz'l". Ale poezja to "dziedzina mglista". Dlatego 
Mitosza tak bardzo zajmuj'l jej rygory: torma, rytm, kompozycja, gdyz one daj'l 
jasnose, przejrzystose, czystose i energi
. Poezja bez rygorow to nie jest poezja: 
A po co trudzie si
 na przepadte? Poeta szuka sensu, a gdy go znajduje, utwier- 
dza si
 w nim. Jak iye bez sensu w cudownym i okrutnym swiecie, \\' ktorym ist- 
niej'l: dobro i zlo, taska i grzech, cos i nic, wiara, nadzieja i stowo, zbawienie i za- 
tracenie? 
Mitosz szuka w wierszach objawienia si
 rzeczywistoki, momentu oswiecenia 
(a moment of enlightenment), w ktorym dost
pne jest rozumienie. Chce za po- 
moq zmystow i st6w doswiadczae dreszczy rozpoznania. Ta Ksirga olfnie1i zaczy- 
na si
 od rozdziatu pt. "Epifania". Greckie stowo epiphaneia oznacza zjawienie 
si
, przybycie Bostwa pomi
dzy smiertelnych, czy tei jego rozpoznanie w po- 
\\szednim, znajomym nam ksztatcie np. pod postaci'l cztowieka. A \Vi
c epifania
>>>
184 


RECE
ZJE 


jest to chwila wyjqtkowa i l1przywilejow.ma, ktora nie tyle podwaia widzialn;} rze- 
czywistosc, co wskazuje na jej gl
bi
 i pokazuje iycie, ktore w niej jest. 
"Y tej antologii jest bardzo wiele wierszy wschodnich: starochill.skich i japon- 
skich, jest wi
c ta ksi;}zka jakby dalszym ciqgiem "Haiku", dalszym cicmiem fascy- 
nacji Mitosza t(! malarsk(!, kaligraficzn(! poezj;}, ktorq zachwycat sit; Staff. Jest to po- 
ezja lapidarnJ., zaprawiona w milczeniu, wycwiczona w ciszy, \\' ktorej stowa uzyte 
s
 jako niedoskonaty zapis medytacji bezstownej 0 iycil1 i 0 swiecie. Mistrzowie ha- 
iku za pomoq niewielu stow wij
 gniazda w czasie, istniej;}c w chwili, ktoq moi- 
na by okrdlic mianem epifanii. Mitosza fascynuje u poetow Dalekiego "Yschodu 
inny niz w naszej tradycji stosunek podmiotu do przedmiotu: ten od wielu stuleci 
gtowny problem filozofii europejskiej zyskuje nowy wymiar w konfrontacji z tao- 
izmem i buddyzmem. Kontemplacja i oczyszczenie sprawiaj
, ze patrzec znaczy 
utozsamiac si
 z rzecz(!, wzmacniaj(!c w ten sposob jej bycie. Przyktadem s(! mi- 
strzowie holenderscy i ich mam\'e natury. 
Iv1itosz w Wypisach z ksiqg UiyteCZ1lych l1macnia wazny rodzaj j
zyka polskie- 
go. Nurt epifaniczny, takze nurt religijny nie s(! jui od wiell1 lat w polszczyinie 
gtownymi nurtami. Wedlug Mitosza przektady powinny dobrze trzymac si
 
w j
zyku - to jest ich zadanie najwazniejsze, dostownosc nie jest konieczna. Pa- 
mi
tamy, co mowit Mitosz 0 swoich przektadach biblijnych. Tak tez jest z prze- 
ktadami poetow starochinskich i japonskich, ktore nie tlumaczone z orygina- 
tow, S(! jedynie surowcem przepl1szczonym przez wyobraini
 Mitosza. Ciekawe 
S(! porownania z Flemiq chi1i.skq, albo zestawienia wierszy np. mistrza Wang "Yei 
z Biatoszewskim, czy Chu Shu Chen ze Swirszczynsk(!. "Najwainiejsza jest wtJ.- 
dza nad rodzinnym j
zykiem", mowi Mitosz, dla ktorego panowanie w polsz- 
czyinie jest wiern(!, petn(! mitosci stuib(!. Z takich nastawien wynikaj
 rzeczy 
uiyteczne i olSnienia. 


Krzysztof Myszkmvski 


Czeslaw Mitosz, Wypisy z ksi}g uzytecznvch, Wydawnictwo Znak, Krakow 2000. 


Wieslawa Wantuch 
Mistyka i optyka 


Niecz
sto zdarza si
 harmonijne wspotbrzmienie dwoch, zdawac by sit; mogto, 
roznych ksi(!zek. L(!CZY je osoba autorki - Joanny Pollakowny. Nadaj(!c im korc 
spondujqce ze sobl tytuty nie ukrywa ona swoich pasji, z ktorych wywodz q si
 za- 
rowno wiersze, jak i eseje - poezji i malarstwa. Glina i swiat/o niejednokrotnie po- 
twierdza wrazenia, jakie kidkujq w czytelnikl1 Skqpejjamoici. 
Przy lekturze wierszy uderza niezwykte skl1pienie wizji i oszcz
dnosc emocji. 
Te pozorne sprzecznosci ksztahujq e1eganck(! form
 sktaniaj
q si
 ku kl1nsztm".
>>>
RECENZJE 


185 


nej miniaturze, a zarazem pulsuj(! w niej silnym napi
ciem. Miniaturowosc nie 
polega tutaj na ograniczeniu do niewielkiej iloSci wersow, ale raczej konstytuuje 
j(! rodzaj wrailiwoSci i przenosni wyprowadzanych z opisu. Owe "skry stonca, 
drzazgi objawienia, cz(!stki wszechswiata, mgnienia, chwile od pry ski okruchv 
, , ., , 
szcz(!tki, opitki" s(! widzialnym znakiem, odczuwanej czy zaledwie przeczuwanej 
catoSci, ktoq rownie trudno dostrzec, jak w niC} uwierzyc. Wewn
trzne zmaga- 
nia 0 doznanie harmonii, pdni poprzez zachtanne doswiadczenia utomnoki 
i utomkowosci przyczyniaj(! si
 do tego, ze w poezji J oanny Pollakowny styszy- 
my echo stylizacji na S
pa-Szarzynskiego i barokowych antynomii. Jakby j
zyk 
dawnych mistrzow stowa byt bardziej nosny niz wspotczesna polszczyzna, gdy 
przychodzi jej pasowac si
 z odwiecznymi pytaniami egzystencjalnymi. Choc nie 
ma w tych wierszach niedzisiejszej leksyki, to dykcj
 zapisano w nich w innych 
nii wspotczesne rejestrach. Poetka odwotuje si
 do tradycji, ktora pozwala jej za- 
chowac dystans, nie obnizaj(!c wagi uczuc tym bardziej wtasnych, irn bardziej 
dzielonych z innymi. Nawi(!zania do Biblii (Hiob, Po cz{fci) do horacjanskiego 
Carpe diem (Bqdi JV chwili), do symboliki heraklitejskiej rzeki (Rzeka), do mo- 
tywu rozmowy duszy z ciatem (RozmoJva z cialem) tworz(! ramy dla wyrazenia 
zachwytu pomieszanego z I
kiem. Bo taka wtasnie pl(!tanina emocji znajduje tu 
ujscie. Zachwyt dla materii, z ktorej tyle mozna wydobyc - "brej
 gliny/zmusic, 
by wytqcata ztoty osad", ktora jest w swej przerniennosci wr
cz niematerialna 
(Moja ziemia) wznieca podziw i czutosc dla wszystkich przejawow zycia 
( u,. Skqd ta cZIllose dla Jvr6bla). Ta z kolei wypromieniowuje mHosc do drugie- 
go cztowieka (Rozstanie), trudn(! wiar
 w mitosc Boga (Ciemnosi, ,. U Tylef za- 
mknql...) i kto wie, czy nie najbardziej bezwarunkowe rozmitowanie w obra- 
zach \V sztuce bowiem dokonuje si
 owa przemiana, ktora ocala i ktorej istot
 
pragnie w swej poezji takze uchwycie autorka Gliny i swiatla: 


Ta milosc, co dachem jest moim i ziemi} 
ta milosc osypie si
 piachem i ziemi}. 
,.,.,. (Ta milosi...) 


A przecicZ w plamach farby na z\\ ilzonym tynku 
w swietle dobytym z gliny i w krzywiznie linii 
w wyobraini, co swe swiaty wznosi bez spoczynku 
przebywa nieuchwytna, niepoj
ta wiecznosc. 
Wiecznosi 
W pierwszym wersie slowa "dach" i "ziemia" uzyto w znaczeniu przenosnym. Mo- 
g(! symbolizowae "dach" - schronienie, bezpieczenstwo, a "ziemia" - witalnosc, ale 
juz w drugim wersie to sarno stowo "ziernia" rna raczej odniesienia konkretne, mate- 
rialne. Zwtaszcza w bezposrednim s;}siedztwie piachu znaczy fizyczn(! srniere, lecz nie 
unicestwienie. W zvciu zrnaterializowanie tego, co duchowe: pami
ci, wiedzy, uczuc 
(Proch, Pami{i) st
je si
, bye moze, innC} formC} przetrwania. \V sztuce zas materi.l 
przez swe wtasciwosci pozwala pochwycic wiecznose, zostaje przez artvst
 zmuszona 
do ujawnienia innej natury rzeczy, "podszewki cienia", wyraia "urzeczenie".
>>>
186 


RECE
ZJE 


Zachwytowi nad kunsztownym splotem matern, iycia, mitoSci i sztuki nieodmicnnie 
towJrZyszy I
k przed b6lem, rozstaniem - przemijanicm i smierciC}. \Viersze ze Skqpej 
}tunofci \\yrazaj(! heroizm godzenia si
 z bolem istnienia i z cierpieniem fizycznym ja- 
ko niezbywalnymi komponentami ludzkiego iycia. Jeden z najbardziej przejmuj.}cych 
utworow, ktorego tytut posruzyt dla nazwania calego tomu, opisuje opor, jaki chore- 
mu stawia jego niesprawne cialo spiskuj
ce z otaczaj(!C).mi przedmiotami: "pi6rem, Iyz- 
19, k1uczem". Dopiero b61 uwalnia "napi
tnowanego" od tortur, zadawanych przez fi- 
z)'cznosc rzeczy i otwiera go na "blad
 poswiat
 z nie\\iadomej strony". 
Dychotomicznosc egzystencji, trud dociekania catosci i harmonii, nadzieja 
mimo pokusy rozpaczy urzeka w dzidach dawnej sztuki. S
 one rowniei naj- 
bardziej przekonywajC}cym dowodem na istnienie Boga. Ci
gle niedocieczona 
prawda pojawia si
 dwojako: w ludzkim losie i w tworczym wysitku sprostania 
. .. -. 
1 sprzemewlerzema Sl
 mu: 


Cos mi mowi 0 Tobie losu zawiktanie, 
cos mowi ludzka mitosc, ludzki odruch wrogi, 
zywioly rozkictznane - powodzie, pozogi 
zachwyconych ptakow spiewnc bytowanie. 


Bo cala ta niezbornosc - \\' wymowie, \\' sposobie 
sarna \\' sobie jest prawd} najgl
bsz} 0 Tobie. 
Pm JJ1da 


"V Deus absconditus mowi si
 0 tym \\prost, w innych utworach poszukuje si
 Bo- 
ga zmudnie, tropi(!c jego znaki w gdcie wyci(!gni
tej r
ki i w kazdej smudze swiada. 
Motyw r
ki rodem z malarskich przedstawien pojawia si
 w tej poezji cz
sto. Od 
musni
cia dloni Adama i Boga w dziele Michata Aniota bierze si
 t
sknota za czu- 
t(! R
k(!, ktora wspiera cztowieka w momencie odejkia (Odejicie), darzy chocby 
okruchami swiata (Wpatrzenie), w koncll uwalnia od bolu i godzi sprzecznoSci 
(Uspokojenie). R
ka Swi
tego Rysownika, zamyka horyzont zycia (Ryszmek) bywa 
takze prefiguracj(! marz(!cego i wladczego gestu artysty, wykrdlaj(!cego kontury 
i wypdniaj(!cego barwne ksztalty. \V wierszu Odejicie "R
ka i znak swietlany" S(! 
przez umieraj(!cego rownie upragnione. 
Czy jest to, bowiem, swiado naturalne: stonca, gwiazd, poranka, czy promie- 
niuj(!ce "z farby oleistej/ktadzionej z uniesieniem r
k(! umiej
tnc}", czy swiado 
mistyczne - W(!tty slad Boga, zawsze wymaga skupienia uwagi, by nie wtrC}cic go 
w "bezdomn(!/wiecznosc przeoczenia". 'Vyt
zone ai do bolu patrzenie jest tu 
rownoznaczne z biblijnym wezwaniem do czuwania. Swiado, cierpienie i zachwyt 
zbliiaj(! niebo i ziemi
: 


Coz jest mniej materialne niz swiado? Nieuchwytne dla zadnego zc zmyslow 
poza wzrokiem. Dla swojej, w oczywisty sposob duchowej natury. od zawsze 
utozsamiane bywalo z boskosci} albo emanacj} boskoSci. 


- pisze amorka w eseju 0 malarstwie Tycjana, Tintoretta i Bassano, odwotuj(!C sit; 
do sredniowiecznych teologow, ktorzy w swietle wtasnie dopatrywali si
 encrgii
>>>
RECEN"ZJE 


187 


poruszaj(!cej materi
, ust.mawiajC}cej byt cielesny. Alchemia S1viatla to rownie do- 
bry tytut dla wiersza, ktory moglby znaleic si
 w Skqpej jasnoici, jak dla szkicu 
o "transmutacji (...) ci
ikich glin, ziemnych pigmemow uzywanych do produkcji 
farb olejnych, w swietlisty kolor, w ztoto swiada" z ksiC}zki Glina i S1viatlo. 
\V tym samym czasic, co wspomni.mi przez Joann
 Pollakownt; tilozofowie, 
dziatat - cZ
Sciowo w Polsce, cZ
Sciowo we \Vloszech - \Vitelo SlC}zak, wyznajC}cy 
podobne pogl(!dy na natur
 swiada. 
eoplat0l1skie rozwazania pobudzily go do 
empirycznych bad an, w wyniku ktorych po\\'stat traktat optyczny zatytutowany 
PerspectiJ'a. To unik.llne dzielo 0 budowie oka, geometrycznych podstawach opty- 
ki dotyczylo takze psychologii postrzegania. Autor twierdzit, ze wzrokiem ujmu- 
jemy swiado i barwy, zas odlegtosc i wielkosc okreSlamy przy pomocy kojarzenia 
i podswiadomego wyci;}gania wnioskow. 
\V Skqpej jasnoici manifestuje si
 podobne sprz
zenie mistyki i optyki - poetyki. 
Perspekty\V
 tutaj wykreSla rytm uchwycony w siee rymow i wyraziste puenty. One 
stwarzajC}, podobnie jak stylistyczne nawi(!zania do polskiej poezji metafizycznej, 
dystans emocjonalny przeksztakajC}cy autentyzm przeiyc w sztuk
 stowa. 


Wieslawa Wantuch 


Joanna Pollakowna, Skqpa jrtsnoii, Czytelnik, Warszawa 1999. 


lJvona Misiak 
Piel,\votnosc materii 


Materia pierwsza nie istnieje samodzielnie. Zgodnie z definicj(! Arystotelesa jest 
czyst(! potencjalnosci(! pozbawion;} tormy. Czy mozna z niej wyprowadzic czas, prze- 
strzen i rzeczy za pomoq stow? \Vydaje si
, ze taki eel postawila przed sobC} autorka 
Materia prima, Marzanna Bogumila Kielar, staraj;}c si
 \\' akcie pisania nadawac for- 
m
 chaotycznej materii, wyci(!gaj
c z niej konkretne byty czyli drugC} materi
, istnie- 
jC}q realnie w swiccie. Rzeczy w poezji Kielar na chwilt; "ostygty Ii bid a w swojej 
formie/gotowa [jest] do wyj
cia" ( ,. u lillia slliegu. i n0c.v.. .J. Jednak niekoniecznie 
gotowosc oznacza pehl(! realizacj
 zamierzenia. j1ateria prima jak kosmiczna dziu- 
ra niech
tnie wypuszcza cokolwick na zewn(!trz, kumulujC}c ciemnC} sit
. 
Materia poddawana procesowi tworzeni.l powinna zrodzic subst.lncje i z pierwot- 
nego stanu zawirowania wynurza si
 w najnowszym tomie Kielar &agment krajobra- 
zu z domem, psami, kobiet(! i m
zczyzn
, ktory, podobnie jak w poezji Julii Har- 
twig, jest nicdoskonaiv, bo zmienny jak sen i nietrwaty. \V trzydziestu sZeSciu wier- 
szach autorb pr6buj
 ztozyc materi
 i form
 w catosc, dodac barwy do ksztattow, 
utozyc wokot nich cienie, rozszerzyc Z.lf)'sowane do. Przejkie od pierwotnej potel
- 
cjalnosci do bytu przypomina bolesne zmagania: odlamujC}ca si
 galC}i odslama 
"miazg
 zywego drzewa", spod spt;kanej kory nocy "swieci prochno", w sniegu
>>>
188 


RECENZJE 


otwieraj(! si
 zyty, "peine skrzeptej trawy, piachu, p
czniej(!cych itow" (Odwili). Ko- 
lory "nabieraj(! gt
bi, robi(! si
 Isni(!ce, czystsze", rzeczy rozpoczynaj(!c istnienie 
w wersach natychmiast si
 rozpadaj(!, przyszykowane do kolejnej przemiany. Obraz 
nie zostaje wyczyszczony ani uporz(!dkowany. Forma nie jest domkni
ta. Realne by- 
ty przez mgnienie zapowiadaj(! swoj(! egzystencj
, wpadaj(!c na powrot w bezksztait- 
n(!, pulsuj(!q materi
. Czy mozliwe b
dzie wyci(!gni
cie czegokolwiek z jej wn
trza? 
Stowa biegn(! w przod jak niekoncz(!ca si
 linia prosta: "stup czerwieni moknie 
w wodzie pod lasem, ledwie/zanurzony; bale chropowatego zmierzchu, r6wno po- 
ucinane,/zszarzate, spi
trzone jak w S(!gu; - slizga si
 promien/na smotowatych 
palach/trzymaj(!cych pomost, kolebi(!cej si
 boi. Drzazgi/w zapachu powietrza 
-/chwyta mroz, jak wtenczas, gdy w biatym swietle snieg/zaczynat padae w wod
: 
proszyt w ciemniej(!cy mi(!zsz/oszronionej godziny" (It*"" slup czerwieni mok- 
nie...). Poetka nie chce przerwac tajemniczego snu materii. Nie walczy i nie rywa- 
lizuje z jego Stworq. Poddaje si
 panowaniu natury, nie przeciwsrawiaj(!c jej poezji. 
Pragnienie odtwarzania (a nie stwarzania) by tow ma swoje konsekwencje. Trzy 
kwartaiy opisane w tomie Materia prima wykJuczaj(! sezon letni; zycie zatrzymuje 
si
 w pot drogi do zaistnienia w swiecie. Natura staje si
 lustrem sztuki, poezja 
przestaje sublimowae rzeczywistose, doswiadczenia, pami
e wedtug zasad, jakie 
dyktuje poetycka wyobrainia, organizuj(!ca odczucia. Natomiast utwory Kielar ilu- 
stracyjnie odnosz(! si
 do swiata materialnego. Dialektyk
 mi
dzy pustk(! i form(! 
zast(!pita w jej wierszach tagodna zgoda na wtornose aktu tworczego, w ktorym re- 
zygnuje z ksztattowania mocnej, auronomicznej formy. Relacja mi
dzy stowem 
i stowem oraz slowem i swiatem w jej tekstach jest bierna: 


torfowisko jesieni - coraz krotszy oddech topoli, olsz 
szarych; karlowacieje swiado, blade bonsai, 
wczepione w nurt poludnia; 
wiatr tr}ca tlej}cy susz, 
drobnic
 liSci zawieruszonych w rulonie 
metalowej siatki, jakby, bezglosnie, skladal slowa 
obcego j
zyka, wyczuwaj}c 
zgrubienia nerwow, wydr}zone sylaby 
pod szronem 


\V R{koPisie wiatr jest sprawq ruchu w j
zyku, a obcose sktadni zaklada nieroz- 
poznawalnose sensu. Czy natura naprawd
 moie bye obszarem nieprzenikalnym 
dla stow poery, d(!i(!cych wytrwale do miejsca, gdzie nie akceptuje si
 jui natural- 
nOSci, lecz odmiennose i oryginalnose sfery duchowej? 
Czytaj(!c poezj
 warto zauwazyc, ie wybitne indywidualnoSci tworcze w oczywi- 
sty sposob przekraczaj
 wiele barier, materialnose nie blokuje spirytualnosci, kobie- 
cose m
skoSci itd. Pisat 0 tym Norwid, Coleridge, Wool( Separatyzm oraz dzielenie 
literatury na m
sk(!, kobieq odeszty w zapomnienie, dzit;ki intelektualnej pracy kil- 
ku pokolen artystow (i krytykow) wiek XX poddat si
 panowaniu metafory androgy- 
nicznosci umyslu rworczego, mi
dzy innymi dzi
ki przemysleniom Emily Dickinson
>>>
RECENZJE 


189 


Gertrudy Stein, Rainera Marii Rilkego, Lou Salome. Amerykanscy krytycy od lat po- 
wtarzaj(!, ze wrazliwosc i wyobrainia poetycka scalaj(! cechy obu pki; Helen Vendler, 
Harold Bloom, Camille Paglia przenosz(! ideologiczne i biologiczne roznice poza 
obr
b sztuki. Przypuszczam, ze pomyst wed tug ktorego zostat utoiony R(kopis, 
mogtby posruzyc amerykanskiej poetce Amy Clampitt, do zbudowania transcendem- 
nego wymiaru natury, podkrdlenia mitycznej aury jesiennej egzystencji, czyli este- 
tycznego zgt
bienia znaczen lez(!cych poza empirycznym zasi
giem obserwacji. Ale 
wyobrainia Kielar nie jest "stwarzaj(!ca", widzialny swiat rue u1ega "odzmystowie- 
niu", przygotowuj(!C spostrzezenia, wraienia, fakty do niematerialnego bycia w sfe- 
rze mysli. Metoda jej pisani a jest zalezna od zdolnosci zmystowych, bez zerwania po- 
l(!czenia ze zwyklym doswiadczeniem, dlatego odwzorowywanie rzeczy bywa dla niej 
istomiejsze od przemyslen i przeobrazen, dokonuj(!cych si
 w obszarze aktywnej 
imaginacji. Trudno dostrzec "obecnosc innego, dotykalnego swiata" zapowiadane- 
go w Sacra conversazione, bo swiat owszem jest dotykalny, lecz nie Inny. Dlatego 
trueino bytoby zgodzic si
 ze zdaniem Mariana Stali, ze poetka toczy fascynuj(!q roz- 
mow
 z niedotykalnym swiatem, gdyi odtwarzana przez ni(! przestrzen scisle wpaso- 
wuje si
 w niezbyt fascynuj(!q zewn
trznosc. \Vyobrainia opiera si
 na doswiadcze- 
niu wizualnym, ale przede wszystkim jest umiej
tnosci(! widzenia i poznawania po- 
zbawion
 towarzystwa realnych przedmiotow. To \\'Ysitek intelektu, 0 ktorym pisata 
Clampitt, "szukaj(!cego nowych definicji dla struktur rzeczy, jakich nikt jeszcze nie 
widziat na oczy" (Szklo na plaiy, dumaczyt Stanistaw Baranczak). 
W wierszach autorki Materia prima optyka wyprzedza omologi
, biologia zacie- 
ra horyzont eschatologii, kobieca percepcja wyklucza androgynicznosc umystu. Do- 
nald Pierie, brytyjski dumacz wspokzesnej poezji polskiej, zwrocit uwag
, ze utwo- 
ry Kielar s(! heteroseksualnie czule, trafiaj(!c bezbt
dnie w popularny gust odbior- 
cow. Jej tworczosc koncemruje si
 na zmyslowosci, m
zczyinie i codziennoSci nie 
zmierzaj(!c do nadania im formy \\1'jasniaj(!cej swiat widzialny; rezygnuje z zanurze- 
nia si
 w niewidzialnym, na rzecz dotykania powierzchni otoczenia, przypominaj(!- 
cego "sukno wody zgniecione zimnym wiatrem" ( "" H na r6ine sposoby JV)'mawiali- 
imy...), "wygaste drewno odstoni
tych rzeczy" (H,," cisza przediwitzt rozci(ta...). 
Materia pierwsza stawia opor, wyt(!cznie od poetow zalezy, czy dynamicznosc my- 
sli i wyobraini zdota przezwyci
iyc sit
 pierwszego bezwladu. Tylko sztuka potrafi 
odrealnic to, co nazbyt rzeczywiste, by za pomoq form}' u\\'vpuklic tajemnic
 ma- 
terii swiata i cztowieka. Czynnikiem sprawczym jest jt;zyk warunkuj(!cy powstanie 
konkretnego bytu czyli wiersza. Pierwszym aktem materii pierwszej jest forma, \\'Y- 
znaczaj(!ca kompozycj
 i sens utworu. To, co Arystoteles nazwat materi;}, "nie jest 
ani czyms, ani ile, ani czymkolwiek takim, co okrdla byt", gdyz dopiero "za spra- 
W(! sztuki powstaj(! rzeczy, ktorych forma jest w duszy". 


IU'ona Misiak 


Marzanna Bogumita Kielar, Materia prima, Wydawnictwo Obserwator, Biblioteka 
..,Czasu Kultury", Poznan 1999.
>>>
190 


RECENZJE 


Pa1JJel Majerski 
Blizna ciala (i) poezji 


DwadzieSci.l szeSc lat temu Krzysztof Karasek opublikowat wiersz KlVidzyn 
1947-1953, traktujqc go jako cz
stk
 projektowanego poematu. Potem mozolnie, 
ponoe wciqi bez sat)'stakcji, pracowal nad kolejnymi fragmcntami. Poniewaz genez
 
tomiku Jfmi mnrzei, co ma oz:vi 1)1 pieSlli przybliza krotkie poslowie autora, w auto- 
interpretacyjnych uwagach dostrzezemy zarys planu utwom: "chcialem w nim zmie- 
Scic - pycha mtodoSci - wszystko, co waine w moim zyciu, co je ksztaltowato, 
i niczego nie zgubie. Poemat, ktory utkany bylby z samych faktow i rzeczy. Z tan- 
tomow swiadomoSci i krajobrazow widzialnych". Oto prehistoria, ktora powraca 
w postaci biograficznej piecz
ci - przybitej przez autora wtasnie na koncu ksi
iki. 
Ludzie piora cz
sto podejmuj} wyzwanie podobnego rozrachunku, rzadko jed- 
nak udaje si
 wypracowac tormul
, ktora sprawi, ii liryczne swiadectwo zycia b
dzie 
istotne nie tylko dla autora, tudziei jcgo rodziny (pomijam wymiJr terapeutyczny). 
Zapewne zadaj} sobie wowczas pytanie: w jaki sposob, po Iatach odliczJnych publi- 
kowanymi dzietami, zapisae utrwalone obrazy, by nie skryc zycia w sentymentalnej 
konwencji? W gr
 wchodz} przeciei uczucia, ckliwe wspomnieniJ, ale i - literacka 
samoswiadomosc. Zapytalbym wi
c nieco inaczej: jak zakonczyc bilans, umkn
wszy 
przed natr
tnym, obezwtadniajqcym nie tylko bohatera Nie-Boskiej komedii, glo- 
sem: "dramat uktadasz?" Latwiej moze - spojrzmy od innej strony - zaimrygowac 
czytelnikow prozatorsk} narracjq i sam} akcj
, poezja wymyka si
 bowiem "uprawo- 
mocnieniom" faktografii. Z pierwszej strony oktadki spoghlda pi
ciolctni Krzysztof 
Karasek, na ostatniej ma lat sZeScdziesiqt. To jeden z akcentow mmmy, w podtytll- 
Ie zbiom widnieje zreszq slowo "kronika". Dla kronikarza, rzecz jasna, liczy si
 
chronologia rejestrowanych zdarzen, zwtaszcza gdy gromadzi on material do przy- 
szlej syntezy. Wprawdzie Karasek przedstawia intymnq kronik
 lirycznc}, ale nie mo- 
ze pomin}c szerszego planu historii, pami
tajqc 0 losie pokolenia. \V kazdym razie 
pisze ex post, nie kreuj}c - tak zajmujqcych dzis literaturoznawcow - swiatow moz- 
liwych. Dokonalo si
 - ot, wszystko. 
Ksi}ik
 t\\ orz} trzy cZ
Sci, posr6d ktorych trzon stanowi Poemat pedagogicz1lY. 
Rozpoczynajqce catosc PodJJ1orze zaskakuje pewn} transpozycj;r "Samochod pod- 
skoczyt na przydroznej dziurze/i wtoczyt si
 rozp
dem na puste podworze". Pa- 
mi
tamy? "Wtasnic dwukonn} bryk} wjechat mtody panek/I obieglszy dziedzinicc 
zawrocil przed ganek", we dworze by to jednak pusto... N asz "kronikarz" wraca po 
latach, dlatego miast pobiclanych Scian, dostrzeie rozsypuj
ce si
 ccgty. Skora 
miejsce dziecinstwa ewokllje rajsk} pierwotnosc, w enumeracyjnych sck\\ cncjach 
rzeczy powotywane b
d} do istnicnia (,,\Vypowicdziatd stowo - otwicratd 
swiat/kaidvm diwi
kiem i rzeCZq "), najzwi
ilej - "po raz picrwszy" i "nigdy jU? 
wi
cej". Czy metatora staje si
 wyrazem wiary w ocalenie? W kaidym razie, zast
- 
puj}c przestrzen domu obrazcm najbli7szych okolic, stopniowo zestawiaj}c ekwi- 
walenty doznan, rozszerza kr
gi swiata.
>>>
RECE
ZJE 


191 


Tytul zbiorku przywotuje romantycznC} wykladnit; iycia pO i)'ciu (stowa Schillera 
peiniC} rownoczeSnie funkcj't motta: "Was unsterblich im Gesang sollleben,/MuB 
im Leben untergang"), skierowawszy uwagt; ku tworzonym i komrolowanym przez 
Chronosa regutom gry 0 byt, ale i mechanizmom kultury. Czas jest tutaj, jak boha- 
ter, istotn} postaci} opowidci. Nie tylko 0 romantyczny koturn bt;dzie jednak cho- 
dzilo, st}d przeciez krok tylko - tak s:}dzt; - ku mrocznym strdom egzystencjali- 
stow. Triada iycie-smiere-sztuka, skrywaj}ca autentyzm i utrwalenie, doswiadczenie 
i litcrackose zapisu, ostatecznie podporz}dkowana jest koniecznoSci. Przeciez 
wdzieramy sit; w swiat, nasycamy sit; nim i nasycamy go sob}. UplywajC}ce lata po- 
tt;guj} wraienie obcoSci, w pewnym momencie odczue nawet moina, iz poza nami 
znajduje sit; i chaos, i mart\vy porz}dek, a w srodku - jakby pusto... Przez chwilt;, 
gdy dziedzicznie przekazuj} sobie wtadz
 Iemi iywiot chwastow i bezruch dlugiej 
zimy, dzit;ki "trzeciemu oku" wyczuwalny jest puis iycia ("Ja patrzalemjrozszerzo- 
nymi oczami tamtego \vymiaru,/trzecim okiem rozwartym do rozdarcia"). Podsu- 
mowuj}c, rozpatruj}c wybory i konsekwencje, bohater poematu juz wie, ii kazde 
przeiycie wchtonit;te bt;dzie przez kraint; zza siedmiu gor. Karasek powiada, ii na- 
rodziny jego pokolenia zostaly naznaczone stygmatem smierci; w "kronice" niejed- 
nokrotnie pobrzmiewa wi
c ton e1egijny. Jak wiadomo, Iekcja romantyczna nakazy- 
wala portretowae swoje czasy tak, by powstat projekt przyszloSci, by trwala Iegenda 
- dlatego widkie poematy rozpoczynaly sit; nad grobem. \Vydaje mi si
, ii spowija- 
j}c cykl romant)'cznym woalem Karasek moze - w najprostszym ukladzie poetyki re- 
miniscencji - dac upust szczerym emocjom, stopniowo zyskuj}c przy tym dystans 
(jak \\' przywolywanym odniesieniu do Pana Tadeusza). W wielu momemach tonu- 
je patCJs wspomnien, choc przed nim skutecznie przeciei nie umknie. 
\V utrwalanych pl.mach, ktore przepla{aj} wspomnienia z terainiejszoSci}, zwraca 
uwagt; somatycznosc obrazow. \V przestrzeni wyobraini swiat zostat ucieldniony: 
duch (w Obrazach i pamifci (1931): "Czy sen w dziecinst\vie jest, w woziejczy 
w nocy? \V pit;knych szafirach rozbtystych nad domemj czy w migotaniu duszy roz- 
iskrzonej, ktora pocz}tkiem iycia jest, i jego koncem") oraz materia osi}gaj} wymiar 
organiczny. To, co odt\\'arza pamit;c, bt;dzic wci:}i - jak b61 sprzed lat - odczuwane 
sensualnie, st}d "Iata peine uderzell. krwi w skroniach", "po sniegu pierwszym zra- 
nione powietrze", czy ciaio domu. Dodajmy jeszcze granice jt;zyka i wyraialnoSci, 
gdy bohater patrzy na Iez:}cc drzewa, stwierdziwszy: "ich ptytka rozpacz podgryza 
slowniki,/m6j ptacz rozlega sit; w krwi i w pamit;ci". \V metaforyce dominuje 
ostrosc: oczy b
d} ,,\qskie jak po tasaku", wyktuwane szpilk}, "szpilka przcbija swia- 
dose jego irenic", dalej pojawiC} si
 "sztylet j
zyka", strzata, noz. \V tekScie odnaj- 
dziemy zreszt:} osobliwe wyznanie (do wielokromych cytacji): "Anatomia Bochenka 
dostarcza pierwszych wzruszen/nad dialektyk} tr\vania i oddychania/tlenem wku- 
waniu mi
sni i wi}zadd/zawdzi
czam biologicznc pit;mo moich wicrszy". Oplacata 
si
 har6wka z podr
cznikiem, na marginesie - studenta Karaska dostrzegia prasa, cze- 
go dowodzi fotka z "Expressu \Vieczornego" nr 125/1958, na kt6rej widnieje chto- 
pit; w stroju gimnastycznym, uchwyconc w locie ponad kolcgami (czyiby kryia sit; 
tutaj przewrotna sugestia - pojt;tej w sposob klasycystyczny - figury poety-ptaka?).
>>>
192 


RECENZJE 


Rownolegle z fauniczn:} i f1orystyczn
 stron
 obecnoSci (np. Piosenka z polowy JJ7ieku, 
StaJJ 7 iajqc stop:V JV flad
'Y Rimbauda (czerwiec 1953), Sluchajqc fpiewu syren), uwagt; in- 
terpretatorow przyci
gnie zapewne gra przeciwienstw: swiatla i ciemnoSci. W Zorzy 
polarnej swiado wspoltworzy figurt; teatru swiata, pojawiajC} sit; "ciemne mieszkania", 
swit, slonce, zacieraj
ce obraz spojrzenia "pod swiado", dose sit;gn
e po fragment: 
,,\Vit;c swiado gasnie, chtopiec sit; zapada,/nad pustym domem nagi sierp ksit;zycaj 
omriera jasnose oczom i zatapia obraz/szczelin:} pocatunku posruszn:} gtosowi". 
o takiej motywice powiedziatby wiele Jozef Czechowicz. 
Tymczasem bohater wskazuje miejsca-znaki rozegranej historii iycia, historii 
swojej "pojedynczoSci" - znaczone ranami i bliznami, nieuchronnie towarzysz:}cy- 
mi przedzieraniu si
 przez swiat. Blizny pozostaj:} takie na ciele poezji. Przy takim 
powrocie trzeba si
 poddae rytmowi egzystencjalnych powtorzen i gestow, dialo- 
gowi poematu i zdjt;e z rodzinnego albumu, ktore byty katalizatorami pamit;ci. 


Piotr Majerski 


Krzysztof Karasek, Jlusi umrzd, co mn oiyc JV piefni. Kronika, Wydawnictwo DolnoslO}- 
skie, Wrodaw 2000. 


Leszek Szaruga 
, 
Swiat przez lzy 


Czwarty tom prozy Grzegorza Strumyka to opowieSe 0 bezdomnych. Jej gtowny 
bohater, Gabriel, iyje na granicy milczenia. Ma swiadomose wagi slowa: "To niepraw- 
da - mowi - ie slowa nic nie kosztuj:}. Jeszcze jak, staj:} si
 iyciem, bez iycia rlie ist- 
niejC}. Czasem latwiej wyobrazie sobie wlasnC} smiere niz dalsze zycie. Mowit; ci, jak 
kros ustyszy, to i zobaczy. Przeciei. Prawie wszystko. Co istnieje. Jest. Jest nieme dla 
nas. Kto wie? Swiat dopiero powstaje ze slow, dlatego, moie dlatego wolatbym nie 
mowie. Zycie nie \\ydaje mi si
 nagrodC}". I rzecz}'\\riScie - Gabriel mowi tylko tyle, ile 
wydaje sit; konieczne. Jeszcze mniej mowi towarzysz:}ca mu dziewczyna: "Poznat jej 
matomownose. Nigdy doqd nie poznal tak milczC}cego cztowieka, zawzit;cie. Zamiast 
szamotaniny i krzyku. MilczC}cego jakby z potrzeby innego porozumienia." 
Historia ta opowiedziana jest w trzeciej osobie, z punktu widzenia zewn
trzne- 
go, chtodnego obserwatora, ktory rejestruje zdarzenia z owe go przemilczanego 
iycia. Bo zycie bezdomnych jest przemilczane. Istnieje wowczas, gdy si
 je do- 
strzega. A dostrzega si
 je wowczas, gdy si
 0 nim mowi. 
Ale bezdomnose jest tutaj czyms innym niz w penetruj:}cym egzotykt; lumpow re- 
portaiu. Jest rodzajem ludzkiej kondycji. Jest efektem odrzucenia, dystansu wobcc 
"normalnego" iycia, niedostosowania do panuj:}cych w nim regul. Jest skutkiem 
walki 0 niezaleinose i ocalenie wtasnej tozsamosci. Jest wyborem. Jest jednak jed- 
noczeSnie wyrokiem, jaki wydato na Gabriela i jego towarzyszk
 - dwadzieScia lat
>>>
RECENZJE 


193 


oden mtodszC}, podobn'l do chlopca - spoleczenstwo, ktore "niedostosowanych" 
nie akceptuje, odrzuca, skazuje na egzystencjt; na marginesie "prawdziwego" zycia. 
Owa egzystencja, tolerowana, Iecz nie dostrzegana, skazana jest na przemilcze- 
nie. Wysilek narracyjny Strumyka to proba nadania owej egzystencji choc odrobi- 
ny sensu, tego sensu, 0 ktory upomina sit; Gabriel: "Im mniej sit; z zycia ma, tym 
bardziej to iycie sit; nalezy. Po prostu naleiy. Nie wiem, jak i od kogo iC}dac." T e 
stowa wszakie wypowiedziane zostajC} po oczyszczeniu, po odmieniaj'lcej ciata bez- 
domnych kC}pieli w Lazni. . 
Przedtem oboje - Gabriel i dziewczyna - brn'l przez codziennosc, przez zasieki 
obojt;tnosci, przez obszary niezrozumienia. ZgtaszajC} sit; do Opieki po kartki na 
zywnosc wydawan'l w barze " Rys" , iebrz'l 0 Iekarstwa, 0 kubek cieplej wody. Id'l 
przez miasto, przez anonimowy dum, sami w nim anonimowi, zadni, rozpozna- 
wani jedynie z racji swej kondycji. Id'l popychani glodem, gorC}czkC}, wewn
trznym 
niepokojem, ktorego nie potrafi'l wyrazic, jak wowczas, gdy w Opiece Gabriel pro- 
buje \vytuszczyc swc} prosbt;: "Nie umiem mowic - zacZ'lt mowic - nie wiem, jak 
powiedziec. Tam, gdzie mieszkam, jest dobrze. Teraz. Kiedys, niedtugo zaczn
 za- 
rabiac. Na razie potrzebujt; jeszcze czegokolwiek. Pomocy. MowiC}c to wie, ze ni- 
gdy nie zacznie zarabiac, podobnie jak wie, ze nie przyjdzie powtornie do matki, 
ktoq w swej drodze odwiedza we wtasnym dawnym mieszkaniu. (I tu uwaga: nie 
do konca czytelna jest tu owa decyzja odejScia: choc motywowana zapewne powro- 
tern do dziewczyny, nie wydaje si
 psychologicznie uzasadniona. To, oczywiscie, 
wC}tpliwosc pojawiaj'lca si
 w "realistycznej", "dostownej" Iekturze). 
Bohaterowie Lez mieszkaj'l w opuszczonym magazynie: wiele takich magazy- 
now czy opuszczonych "hal produkcyjnych" z dawnej epoki - wal'lcych si
, z po- 
wybijanymi szybami, brudnych - moina wciC}z jeszcze odnaleic na peryferiach 
polskich miast. Staj'l sit; miejscem schronienia dla bezdomnych, daj'l im iluzorycz- 
ny "dach nad gtowC}", nawet poczucie intymnoSci, odizolowania od swiata ze- 
wnt;trznego, bycia "u siebie". 
Rzecz w tym, iz w przypowieSci Strumyka mamy do czynienia jednoczdnie z opi- 
sem realistycznym i symbolicznym. Gabriel, ktory ten swiat zamieszkuje, oPuScit - jak 
moina wnioskowac z tego, co mysli i mowi - swiat bardziej stabilny, uporz'ldkowa- 
ny, "elegancki", ten swiat, ktory rozpoznaje odwiedzaj'lc sW'l matk
: "Stare meble. 
Wi
cej kurzu na Scianach, nitki i scinki papieru na podtodze. Niezlicwne krzyze oOOk 
siebie, duie i malenkie ze sobC} mi
dzy kwiatami. Jego stare wodne pejzaze za zaku- 
rzonymi szybami. Powyginane sosny. \VC}woz za Dunajcem". Zostawia to za sobC}. 
Zostawia za sobC} modl'lq si
 matk
. Powraca na ulic
 do czekaj'lcej dziewczyny. 
Wiemy juz, ze bohater tej opowidci byt kiedys malarzem. Nie dziwi zatem 
malarskosc jego widzenia: "Zacz'll talowac obraz. To Izy. Kiedy przez kropelki 
tez si
 patrzy. Swieq sit; oczy, jak u psow albo kawek. Mniej widac prostokC}- 
tow potrzebnych do budowy domow. Skazanych na rozsypkt;. Przez tzy nie wi- 
dac k'lt6w prostych, ptaszczyzn z brudnymi ptakami, polepionych psow 
w otwartych garazach". ZderzajC} sit; tutaj dwa zywioty poznania: patrzenie 
i mowienie, wzrok i mowa: "Powiedz cos - z'ldat i dalej m6wit. - Niech si
 cze- 
gos najem, pieczonego, ztocistego kurczaka z chrupiC}C'l skorkC} i frytek, i ogor-
>>>
194 


RECENZJE 


ka z cebulk}. Tylko cos powiedz, najem Sit; wtedy jak nigdy. (...) Pragnienie 
gtodu. Nigdy bym 0 czyms takim nie pomyslat, gdybym nie zaczqt mowic, jak 
stowa tei znajduj} mysli... Powiedz cos!". 
I bohater, i narrator mowi q krotkimi, prostymi zdaniami, czasem rownowazni- 
kami zdan, ktore \\'Yznaczaj
 rytm - a zatem i klimat - opowieSci 0 losie ludzi wy- 
korzenionych, pozbawionych oparcia, zdanych tylko na siebie, osobnych i odosob- 
nionych. Przy czym - to waine przeciei - nie s} bohaterowie Strumyka Illdimi 
prymitywnymi, typowymi "dresowcami" czy "nurkami". Przeciwnie: s} wyksztat- 
ceni i wrailiwi, S} swiadomi swego losu. Gdy mowi}, ich slowa nie s
 przypadko- 
we, Sq starannie dobrane, nasycone znaczeniem. Lecz ich prawdziwa egzystencja 
rozpit;ta jest mit;dzy milczeniem, a krzykiem, znajduje sit; w tej przestrzeni "inne- 
go porozumiewania", nieprzekladalnej na stowa, niewyraialnej. 
Stqd szczegolny charakter catej narracji, ktora jest jedynie jt;zykowym przybliie- 
niem tego, co w jt;zyku wyrazic sit; do konca nie da - bezsilnej wobcc swiata, za- 
ci
tej, milcz}cej i na swoj sposob nawet desperackiej obrony Illdzkiej godnosci 
i ludzkiej potrzeby mitoSci. To Sq dwie podstawowe wartosci kreowanego przez to} 
przypowieSc swiata. Mozna tu mowic 0 spokojnym - dzit;ki rytmowi opowiJdania 
- dramacie egzystencji cztowieka skazanego na samotnosc i samotnosc wybierajq- 
cego. OczywiScie - do pewnego stopnia czerpie Strumyk z realiow otaczaj}cego 
nas swiata. Ale i przetwarza te realia tak, jak Roiewicz, ktory w Iei q cym na tawcc 
parkowej bezdomnym potrafi dostrzec - w pejzaill raju zdegradowanego - Syna 
Cztowieczego: "spat na tawce/z glow} zloionq/na plastykowej torbie/ /ptaszcz 
na nim byt purpurowy / podobny do starej wycieraczkij / na gtowie miat czapkc; 
uszatkt;/na dtoniach fioletowe rt;kawiczkij(...) ubrany w trzy swetry czarny biaty 
i zielony/(a wszystkie stracily kolor)/(...) pochylitem si
 nad nim/i poczutem ze- 
psuty oddech/z jamy/ustnej/ /(...) zrozumiakm ie wie wszystko/ /odchodzitem 
pomieszany/oddalatem si
/uciekatem/ /w domu umylcm rt;ce". 
Przywotuj
 Roiewicza nie bez powodu. Wlasnie poezja - taka poezja - stanowi 
wtaSciwy kontekst prozy Grzegorza Strumyka. To poezja, ktora swiadectwo stowa 
bllduje na swiadectwie oka, ktore potrafi dostrzec to, co na ogol jest niedostfze- 
galne: w cuchnqcym i odzianym w skorupt; tachow osobniku dostrzega Cztowie- 
ka, Syna Cztowieczego. To poezja, ktora nie tylko ogarnia zjawiska otaczaj
cego 
swiata, lecz takie stara si
 zrozumiec ich naturt;. I choc zakOl1czenie opowieSci na- 
znaczone jest cierpieniem i smierci q , to nawet one nie odbiera jej perspektywy na- 
dziei i ocalenia. Ciepto narracji chroni bohaterow tej ksiqiki przed lodowatymi po- 
dmuchami rzeczywistosci. 


Leszek Szartlga 


Grzegorz Strumyk, Lzy, Wydawnictwo W. A. B., Warszawa 1999.
>>>
RECENZ]E 


195 


Rajal Moczkodan 
Listy J erzego Sten1po\vskiego 


Jezeli prawd
} jest twierdzenie Anatola France'a, jakoby krytyka literacka byla 
"opo\\'ieSci
 0 przygodach dllSZY wsr6d arcydziet", to najnowszy tom listow J erze- 
go Stempowskiego z pc\\'noSci
 u kaidego, kto ceni znakomit
 literatur
, zajmie 
w tej przygodzie miejscc nieposlednie. 
Hostowca epistolografa nie trzeba nikomu przedstawiac - jego nazwisko, przy- 
wolywane obok takiego mistrza gatunkll jak Zygmunt Krasillski, kojarzy si
 nieod- 
t}cznie z q form
 pismicnnictwa i jego dokonania w tej materii (przy rownie zna- 
komitych osi.}gni
ciach na gruncie eseju) z pewnoSci} zapewnily mu state miejsce 
na polskim Parnasic literackim. Listy publiko\\'ane pierwotnie na tamach "Zeszytow 
Litcrackich", a tcraz zebranc w jednym tomie potwierdzaj} jedynie wysok} pozy- 
cj
 autora EsejoJV dla Kassandry. 
Skoro tak jest, to ktos moze zapytac, jaki eel przyswieca kolejnym peanom na 
cZeSc Stempowskiego i po co polecac cos, co polecenia w gruncie rzeczy nie po- 
trzebuje. Odpowiedz - ta najoczywistsza, jest zarazem najbardziej trywialna: bo 
warto promowac dobq literatur
, wyiawiac z ogromu publikacji te, ktorych lektu- 
ra nie pozostawia czytclnika w oboj
tnoSci, zmusza do zajmowania wtasnego sta- 
nowiska, zaptadnia imelektualnie czy wreszcie - jak chciat tego autor Bztntlt anio- 
lOw - porusza dusz
. Naleiy zatem zJstanowic si
 nad problemem wartoSci prezen- 
towanej korespondencji i z.1pytac, czy najnowszy zbior listow "niespicsznego prze- 
chodnia" wnosi cos nowego do obraZll Stempowskiego powstatego na podstawie 
lektury tych wczdniejszych kierowanych do Krystyny Marek, Bolesiawa Mici6skie- 
go czy Jerzcgo Giedroycia? Okazuje si
, ze po porownanill tego tomu do poprzed- 
nich moina wskazac przede wszystkim cechy, ktore powtarzaj} si
 w calej episto- 
lografii autora Pana jOJVialskiego, oraz w zasadzie rylko jedn
 odroiniaj
q wyb6r 
z "Zeszytow Literackich" od wczdnicjszych. 
Do wyroznikow charakterystycznych osobowoSci i imelektu Stempowskiego, 
ktore znajdowaly swe odbicie w jego epistolografii, z pewnosciC} nalezy zaliczyc wy- 
kazywanC} jui wiclokrotnie przez krytykow jednorodnosc i jednolitosc. Przywotywa- 
nie podobnych zdarzcn i przykladow, podejmowanie tych samych tematow, powie- 
lanie stwierdzell i wnioskow w korespondencji prowadzonej z roinymi osobami 
(por. uwagi na temat domu Stanistawa Vincenza kierowane do Jana Kotta i Jozefa 
\Vittlina lub opini
 u Paryiu, jalq Stempowski dzidi si
 z Kottem i Mitoszem) czy 
nawet w listach wysyianych do tego samego odbiorcy (np. opisywane w listach do 
Jozeta \Vittlina samobojst\\'o studentki filozofii) pokazuje, jak bardzo Stempowski 
iyl tym, 0 czym mowil. Oczywiscie niekiedy jego poglC}dy ewoluo\\'aly, co prowa- 
dzito niekiedy do diametralnej zmiany zdania na dany temat (por. ocen
 ewentual- 
nych prac doktorskich poswi
conych tworczoSci i osobie Marii D
browskiej wyra- 
ion} w listach do Marii Czapskiej i Czesbwa Mitosza), lecz nawet takie przykiady 
nie SC} w stanic zachwiac ogolnego odczucia jednorodnosci tej korespondencji.
>>>
196 


RECENZJE 


Swiadczy 0 niej jeszcze jedno -wyrownany, wysoki poziom stylistyczno-j
zyko- 
wy listow. Stempowski jak rzadko kto pisat je tak, ie nadawaly Sit; wprost do dru- 
ku - w calym tomie mozna wskazae zaledwie 4-5 miejsc, w ktorych pioro go' za- 
wiodto i zamiast zdan dopracowanych, przejrzystych, mieniC}cych sit; cytatami 
i przywotaniami z kilku jt;zykow otrzymalismy nieco kulej}ce fragmenty tekstu 
(por. np. naszpikowany powtorzeniami passus z listu do Jozefa Czapskiego). Ni- 
gdy natomiast nie zawodzi logika wywodu, czego wzorcowym przyktadem mogC} 
bye rozwazania na temat mod i tendencji z listow do Jana Kona czy charakterysty- 
ka malarsrwa abstrakcyjnego zawarta w korespondencji z Jozefem Czapskim. Za- 
wsze uwainy, zainteresowany, wr
cz zafascynowany rzeczywistosciC} "niespieszny 
przechodzien" obserwuje jC} z dystansem, a swoje s}dy i oceny stara si
 podpierae 
solidnC} argumentacjC} przekraczaj}C'l niekiedy tradycyjne ramy listu (por. rozwaia- 
nia nt. dystychu Janusa Vitalisa), i przeradzajC}C'l jC} w mini esej. Oczywiscie 0 traf- 
nosci tych sC}dow mozna dyskutowae - tezy na temat motywow pozostawania na 
emigracji wyraione w liscie do ojca wydawae si
 mog} uproszczeniem, choe row- 
noczeSnie ocena roli, jakC} ma odegrae emigracja - mimo ryzykownoSci i komro- 
wersyjnosci (por. listy do ojca) moze znaleie wielu zwolennikow. 
Kolejna cecha ujawniona w listach Stempowskiego, a dotyczC}ca catego jego do- 
robku, to ogromna, niewymuszona, najwyiszej proby erudycja, ktora poraia od- 
biorc
 na kaidym kroku. Jedynym adekwatnym skojarzeniem wydaje sit; tu Pa- 
miftnik Stanistawa Brzozowskiego, choe tego autor Ziemi bernerlSkiej prz.ewyisza 
z jednej strony swadC} polemicznC}, a z drugiej obejmowaniem w swej refleksji kr
- 
gow pozaliterackich, co czyni jego listy lekturC} znacznie bardziej imeresuj}C'l. 
I wreszcie last but not least - ogolny ton tej korespondencji. Lektura jest przy- 
gn
biajC}q, a w najlepszym przypadku wprawia w melancholijny nastroj, bowiem 
treSci gtoszone przez "niespiesznego przechodnia" nie napawajC} optymizmem. Je- 
go stoicki spokoj w wieszczeniu rychtego upadku Europy i swiata zachodniego za- 
trwaia, ale takze - co wainiejsze - zmusza czytelnika do postawienia sobie jedne- 
go z pytan fundamentalnych: dokC}d d}zymy? Europa, zdaniem Stempowskiego, 
niczym Iesmianowska Karczma stacza si
 w otchtan, a jej mieszkancy - tak jak 
w wizji autora Dusiolka - bawiC} sit; nie zdaj}c sobie sprawy z groz}cego im niebez- 
pieczensrwa. Sam Hostowiec charakteryzuje swojC} postaw
 nastt;pujC}co: "Tym 
wszakze, ktorzy przeszli przez la machine'a decerveler, trudno jest wydumaczye 
mojC} np. postaw
 cztowieka palC}cego fajk
 na tonC}cym okr
cie Europy zachodniej, 
dla ktorej zadnego ratunku na razie nie widz
, a ktorej mimo to nie porzucam. Do 
wyrlumaczenia takiej rzeczy nie znajduj
 j
zyka. Przypuszczam tez, ze czytelnik 
krajowy odrzuci mnie z lekcewazeniem. Jeden powie: «a to ci burzuj, pali fajk
, 
.kiedy my tu tyle pracujemy, aby si
 utrzymae przy zyciu». Innemu nie podoba si
 
moj pesymizm i powie: «gin mamie, draniu!»." 
W tym aspekcie warto wspomniee 0 jeszcze jednej zdobyczy lektury korespon- 
dencji Stempowskiego. Dla tych, ktorzy znaj} jego zyciorys i ceniC} rworczose, sta- 
nowi ona cenne uzupdnienie informacji na ten temat. OczywiScie szereg danych 
znamy juz z wczdniejszych publikacji, choe jest tez wiele takich, ktore ujrzaly 
swiado dzienne dopiero w tych listach.
>>>
RECENZJE 


197 


Wartosc i zarazem sygnalizowana nowosc tego tomu korespondencji zasadza 
Sit; na wyrazistym uwypukleniu kontrastow wyst
pujC}cych pomi
dzy poszczegol- 
nymi zespotami epistolarnymi. Zgromadzenie na przestrzeni dwustu stron 55 li- 
stow skierowanych do dziewi
ciu adresatow (Marii i Jozefa Czapskich, Jana Kot- 
ta Czeslawa Mitosza, Stanistawa i Marii Stempowskich, Wiktora Weintrauba, Jo- 
zefa Wittlina i Kazimierza Wierzynskiego) dalo interesuj}cy efekt poswiadczajC}cy, 
ie w swojej epistolografii Hostowiec post
puje wiernie po sladach swego po- 
przednika i podobnie jak Krasinski, choc z pewnoSci} nie na tak wielkC} skal
 kreu- 
je obraz samego siebie w zaleinoSci od adresata, do ktorego kieruje list. Zastoso- 
wanie roinych strategii epistolarnych nie jest wad} czy zarzutem, jaki by moina 
postawic Stempowskiemu. Jego bogata osobowosc pozwalala na ukazywanie jed- 
nego z wielu oblicz bez koniecznosci przybierania sztucznych poz i postaw. Ko- 
walczyk pisze w tym miejscu, ie "Autor kreuje «ja» tekstowe, ktore go reprezen- 
tuje wobec adresata", co przejawia si
 w tym, ie do Czapskiego pisze on jako 
znawca malarstwa, do Wittlina jako mitosnik antyku, do ojca jako uwainy obser- 
wator przemian politycznych, do Jana Kona, jako znawca i analityk kultury, zas 
do Mitosza przede wszystkim jako uwainy czytelnik i swiadomy autor. Dodatko- 
wo w niektorych listach spoza sztafaiu wiedzy i erudycji przebija rzadki obraz 
"Stempowskiego w szlafroku" - zalC}cego si
 na choroby czy zafascynowanego za- 
gadnieniami... gastronomicznymi. 
W kaidej beczce miodu powinna si
 znalezc przyslowiowa tyika dziegciu. Wy- 
dawcy postarali si
, zeby podobnie by to w wypadku Listow. Niekonsekwentne, nie- 
logiczne, niekiedy powtarzaj}ce informacje z tekstu listu, a do tego umieszczone 
na kOI1cU ksi}zki przypisy, ktore SC} kul} u nogi wit;kszoki edycji korespondencji, 
dziennikow i pami
tnikow, odbierajC} wiele z przyjemnosci lektury. Jesli jeszcze do 
tego dodac, ze cz
sc z nich objasnia rzeczy oczywiste (np. zwrot mea culpa) przy 
r6wnoczesnym pomini
ciu kwestii zasadniczych, to mozna w trakcie czytania na- 
bawic si
 ci
ikiej irytacji. Na cate szcz
Scie Stempowski broni si
 sam i czyni to 
w wielkim stylu. 


RaJal Moczkodan 


lcrzy Stcmpowski, Listy, wyb6r i rcdakcja Barbara Torunczyk, slowo wst
pne Jan Kon, 
Wojciech Karpinski, poslowie Andrzej Stanislaw Kowalczyk, Fundacja "Zeszyt6w Literac- 
kich", Warszawa 2000.
>>>
198 


RECENZJE 


Wies/an J Trzeciakowslzi 
o \V)Tsokiej sztuce interpretacji Mlodej Polski. 


Ksi
ika \Vojciecha Gutowskiego J{it - Eros - Sacrllm. Sytttacje mlodopolskie to 
zbior szkicow (studiow), ktorych gtownymi osiami konstrukcyjnymi S'l: mtodopol- 
ska erotyka i problematyka zwi
zana z sacrum (chodzi tu nie tylko 0 religijne Zro- 
dta tego pojt;cia). Biorqc jeszcze pod uwagt; rolt; mim, mozna powiedziee, ze S
l to 
- owe osie - gtowne sity sprawcze, dynamiczne i organizujqce mtodopolsk'l ekspre- 
sjt; artystyczn'l. JednoczeSnie przenikaj
 sit; wzajemnie, tworzqc roine ukiady, kon- 
stelacje, zgodnie z due hem epoki. 
\Vojciech Gutowski to badacz czoto\\'ego kr
gu znawcow Mtodcj Polski, znany 
nie tylko z opracowan trudnej tworczosci Tadeusza Micinskiego (opracowat m.in. 
Poematy prozq 1-1ici11skiego, Krakow 1985 oraz H),bor poezji tego poety, \\'ydanej 
w prestiiowej serii Biblioteka Polska pod redakcj'l J ana Bt0l1skiego, Krakow 1999), 
ale rowniez z tego, ie jest on pierwszym badaczem epoki, ktory odwaiyt si
 stwo- 
rz)'c catoSciow'l (co nie znaczv zamknit;t'l) prezentacjt; mtodopolskich mito\\' i mi- 
tOSci. To po\\'oduje, ie Wojciech Gutowski stat sit; autorem waznych ksi
zek. 
Cz)'taj'lc teksty naukowe tego autora - jak tei stuchaj.lc jego niektorych wystqpicn 
podczas sesji naukowych - trzeba przyznac, ie zdumiewa on tym, w jaki sposob potra- 
fi interpretowac skomplikowane, wielowarstwowe teksty mtodopolskie, nasyconc filo- 
zofiami, gnoz q , ezoteryzmem, psychologi'l gtt;bi i wszelkimi moiliwymi aluzjami zwil- 
zanymi z tradycj'l kulmralnqludzkoSci. Moina mowic - w przypadku \Vojciecha Gu- 
towskiego - 0 wysokiej szmce imerpretacji, umiejt;tnosci opowiadaniJ \V sposob prze- 
krojowy, a zarazem na podstawie bogatego i zroznicowanego materiaiu literJckicgo. 
\V ojciech Gutowski - dzit;ki dynamicznej zdolnoki kojarzenia i przctwarzania ob- 
razow, postaci, faktow i idei roinych epok, \\' tym takzc wspotczesnoki - odczymje 
teksty Mlodej Polski w nowy, oryginalny sposob, nieustannie prowadzi przy tym pe- 
ten umyslowego napit;cia dialog z innymi autorami litcramry przedmiom. Jfit - Eros 
- Sacrum. Sytuacje mlodopolskie s
 tego przykiadem: zcbranc w jednym tomie daj
 
czytelnikowi wyobraienie 0 skali problemow i ich ztoionoSci. Trud intcrpretacyjny 
Mtodej Polski polega tei na tym, ie owczcsne badania rdigioznawC7e i cmologicz- 
ne podwaiyty europocentryzm kulturowy, odstonity waznosc i egzotykt; innych klll- 
mr Ziemi, takie tych "prymitywnych". Z drugiej strony - cksploatowane przez arry- 
stow ide i kultury, inspirujqce tych tworcow, wymagaj'l nieprawdopodobnej wiedz
 
od czytelnika, a tym bardzicj od imerpretatora. Szkice Wojciecha Gutowskicgo udc- 
rzaj
 erudycj'l, precyzyjnie analizuj'l mtodopolski swiat, i-co istotne - odstaniaj'l me- 
chanizmy postaw i sytuacji, 0 ktorych mowa w tych szkicach. Wojciech Gutowski 
przekonuje argumentami, ic mlodopolska erotyka - tak dziwaczna na pol skim grlln- 
cie oficjalnej moralnoSci i obsesji narodowowyzwolenczej - byta \\' gruncie rzeczy nie 
tylko pierwszym zwyci
stwem Erosa w polskiej literatur7e, alc wypowiadala sit; w dll- 
chu prawdy czasu, wspotbrzmiala z odkryciami Frellda, byla - mOLna by rzcc - pre- 
kursorska wobec tego, co dopiero nasqpito po I i II wojnic swiatowej w ster7e me
>>>
RECENZ) E 


199 


dycyny (seksuologia) czy w ogole w sterze nauk biologicznych, z ktorych korzysta 
m.in. medycyna i psychologia, a dzit;ki czemu powstaly argumenty prawne, by nie 
karae wit;zieniem za odmiennosci seksualnc, poza pedofili:} i makabrq erotyczn:}. 
\Vowczas, w epoce Mlodej Polski, odmienny erotyzm byt karany nie tylko w naszej 
cZt;sci Europy, ale takie w purytallskiej Anglii, czy USA. 
Odmienny erotyzm - ale takzc "normalny" - dochodzit do glosu w sposob ostroz- 
ny, zakamuflowany, wysublimowany (np. Komornicka). Przypomnijmy s:}dy wspot- 
czesnych Tetmajerowi 0 erotykach tegoz poety - dzis te s:}dy sc} dla nas niezrozumia- 
Ie, a erotyki Tctmajcra wysublimowan:} poezj:}, trzymajC}C! Erosa na mocnej uwit;zi. 
Bycie artystC} stwarzato innoSciom erotycznym jak:}s niewieLlq mozliwosc szczeroSci, 
sqd bye moze pewna sztucznosc niektorych obrazow poetyckich. Artysta oslanial t
 
szczerosc symbolami, a1egori:}, aluzjC}, mitologiC} dawnych kultur (np. androgynizm). 
Wojciech Gutowski wyodrt;bnia podobne obrazy roznych autorow, porownuje 
je, roinicuje, czyni to po to, by odstonic nie tylko ich szczegoln:} anatomit;, ale uzy- 
skac bogactwo przeiyc i propozycji, jakich dostarcza polski modernizm. Metoda ba- 
dawcza autora tej ksi:}iki niezwykle sprawnie segreguje tematy, obrazy, wC}tki, po- 
staci i porzC}dkuje cat)' ten skomplikowany swiat, po czym jednoczdnie przechodzi 
do syntezy, w poszukiwaniu ogolniejszych prawidet i regul rz:}dzC}cych mtodopol- 
skim swiatem. \Vojdech Gutowski robi to tak znakomicie, ie jego interpretacje 
znajdujC} uznanie u najbardziej wyrafinowanych znawcow literatury. 
Tak jak z erotyzmem, autor post
puje z pojt;ciem sacrum, przy czym odroinia on 
wyraznie sacrum religijne (wyobraznia religijna) od religii wyobrazni, widzC}c te zja- 
wiska w kategorii dylematu. ArtySci mtodopolscy przenosili z upodobaniem (i koja- 
rzyli) znaczenia jednych pojt;C na inne, w celu ekspresji i wynalazczoSci artysty. Ty- 
bet, swit;tose, u1\Iicinskiego znajduje polski odpowiednik - Tatry, ktore w wizji au- 
tora Nietoty mialy stanowic centrum duchowoSci, nowej duchowoSci polskiej. 
Z tego kojarzenia bierzc sit; mieszanina pojt;C, \\' ktorej mozna si
 zgubic. Oprocz 
tego niekiedy eel takicgo kojarzenia byl obrazoburczy lub bluznierczy, jak w Requiem 
aeternam Przybyszewskiego - chuc i kult falliczny ulegaj:} sakralizacji i - w pewnym 
sensie - wyniesieniu na ottarze, jako wszechtworcza wola mocy, zrodto powstawania 
form iycia, bostwo, absolut. Ta naturalistvczna mistyka powstata na zasadzie negatywu 
i paradoksu; to odwrocenie trdci religii objawionej, przyjt;cie posta\\'}' bluzniercy, kto- 
ry na miejscu Boga stawia bostwo sil rozrodczych. Jest w tym wsz)'stkim - opr6cz mlo- 
dopolskiej przckory i "ataku" - dell. Nietzschego, jego mysl 0 przewartosciowaniu war- 
toki, w celu odnowy kultury. Dlatego K1in, bohater poezji Micill.skiego, kreuje "serca 
kraj", zbuntowany przeciw autorytarnej wladzy Roga, chce iye zgodnie zc swym wnt;- 
trzem i prawd
 0 sobie. W atmosterze kryzysu kultury, swit;te stalo sit; to, co przema- 
wiato dostojnie i z moq w akcie tworczym, naga dusza, ow byt duchow)' poza dobrem 
i zkm . To przewartokiowanie Przybyszewski tak okrdlit w Requiem aetemam: "Ze- 
wnC}trz stalo sit; wnt;trzem, jawa - snem, rozkosz - obrzydlym jadlem". 
Dekadent wit;c uczestniczy w nieustannej transformacji, a takze deformacji sym- 
boli sakralnych. "Dlatcgo podmiot rapsodii jest zarazem nekrofilem i swit;tym" - 
stwierdza Wojcicch Gutowski.
>>>
200 


RECENZJE 


To, co lC}czy modernizm z postmodernistycznC} rzeczywistoSciC}, to przede wszyst- 
kim ta sarna zdolnosc percepcji wszystkich wytworow wyobrazni, bcz porzC}dkujC}- 
cych regut rozumu czy moralnosci, bez ograniczen narzucanych przez znienawi- 
dzonC} zewn
trznosc. Chodzi wi
c nadal 0 nieskr
powanC} eksprcsj
 tworczC} i taki 
obszar kultury, w ktorym istniejC} wolnosc i prawda 0 przeZywaniu istnienia. 
Na koniec uwagi dotyczC}ce edycji: zbior studiow Wojciecha Gutowskiego zostal 
zredagowany klarownie, z notc} bibliograficzn} (pief\\'()
 i), z indeksem nazwisk. 
Na uwag
 zasruguje estetyczna oktadka z reprodukcj. zu lViosnR Axentowi- 
cza; wyglC}da to tadnie na niebieskim tie oktadki. 


Wieslaw Trzeciakowski 


Wojciech Gutowski, Mit - Eros - Sacrum. Sytuacje mlodopolskie, Wydawnictwo Homini, 
Bydgoszcz 1999. 


Zofia Zarfbianka 
Mariologiczna propozycja na Trzecie Tysiqclecie 


Od - non'a z Maryjq Jacka Bolewskiego SJ to kolejna (po Nie bac sif Nieba, 
W Duchu i mocy Niepokalanego Poczfcia oraz PoczqtkII, w BoglI) mariologiczna 
ksiC}zka autora Prostej praktyki medytacji, ksiC}zka (od) wazna, mC}dra i pi
kna. (Od) 
wazna z kilku powod6w. Przede wszystkim, potrzeba odwagi, by... pisac dzis 
o Maryi. Latwo tu bowiem narazic si
 na sprzeciw zarowno - nieprzejednanych 
"tradycjonalistow" - za (rzekomC}) nieortodoksyjnosc i zbytnie nowatorstwo, jak 
i cz
sci specjalistow za podejmowanie "niemodnej" tematyki... Oba potencjalne 
zarzuty potraktowac moina jednak "potserio". 
Prawdziwa odwaga i waga rozwaian maryjnych Bolcwskiego polega na tym, ze pre- 
zentuje on nowoczesnC}, spojnC} wizj
 teologicznC} opart} na wnikliwym odczytaniu roi- 
nych przekazow Tradycji, ozywionych osobistym doSwiadczeniem wiary, teologi
 nie 
boj"lq si
 stawiac pytan i szukania odpowiedzi, mozliwych do przyj
cia przez krytycz- 
nC} swiadomosc nastawionego sceptycznie i zarazem empirycznie wspotczesnego czto- 
wieka, dla ktorego naiwne wyobraienia biblijne gwattownie traCe} znaczenie i moc. 
Jacek Bolewski SJ doskonale zdaje sobie spraw
 z pal}cej potrzeby znalezienia 
nowych, pogl
bionych teologicznie uzasadnidl dla istniej}cych w KOSciele roi- 
nych praktyk maryjnej poboinosci, zanim coraz bardziej zsekularyzowani wierni 
odrzuq je, jako niezrozumiale relikty przesztosci. Z jednej wi
c strony - ksiC}zka 
wyrasta z wnikliwej refleksji badawczej autora, z drugiej - nie traci z pol a widzenia 
troski 0 ewangelizacyjnC} misj
 Kosciola, poszukujC}cego nowych srodkow wyrazu 
i podcjmujC}cego rewizj
 teologicznych stanowisk, majC}q na celu coraz gt
bszc 
i uwzgl
dniajC}ce znaki czasow wnikni
cie w tajcmnice wiary.
>>>
RECENZJE 


201 


Rozwaiania Bolewskiego zaliczyc trzeba przeto do nurtu teologii zywej, to zna- 
czy ukierunkowanej nie tylko poznawczo dla \\'C}skiego kr
gu, lecz poprzez inspi- 
rujC}CC} spekulacj
 intelektualnC}, odwolujC}C'l si
 i apelujC}cej do doswiadczenia Boga 
i pragnC}cej przyczynic si
 do religijnego pobudzenia czytelnika. 
Aby sprostac takiemu zamierzeniu, autor szuka nowego j
zyka teologicznego, 
i - rownoczdnie - nowego j
zyka przepowiadania Dobrej Nowiny, swiadom ko- 
niecznoSci \\'Yrwania si
 ze skostnialych schematow, zakorzenionych przyzwycza- 
jdl oraz dominujC}cej w naukO\\'Ych publikacjach tendencji do uzywania specjali- 
stycznego, hermetycznego zargonu, niezrozumiatego dla laika. 
Sam tez j
zyk najnowszej ksiC}iki polskiego mariologa staje si
 kolejnym dowo- 
dem (od) wagi piszC}cego, uciekaj
cego si
 niejednokrotnie do j
zykowej gry, od- 
krywajC}cego (ukrytC} nieraz) wieloznacznosc sformutowall, kreatywnego w innowa- 
cjach stowotworczych i semantycznych, wreszcie - przywotujC}cego w sukurs j
zyk 
poezji. J
zykowa inwencja autora zastuguje na szczegolnC} uwag
; drobny jej przy- 
klad niesie juz tytut ksiC}zki, uj
ty graficznie w taki sposob, by otwierat rozlegtc} prze- 
strzen semantycznC}: od - nowa odstania si
 zarowno w znaczeniu "od poczC}tku", 
"jeszcze raz", jak i w znaczeniu drugim - odrodzenia (tac. renovatio)J odnowienia. 
W kOl1cU obydwa te sensy wzi
te tC}cznie odkrywajC} petniejszC} intencj
: podj
cia od 
poczC}tku, jeszcze raz, ponownie, na nowo dzieto odnowy wiary. Nie bez znaczenia 
jest tei ukrycie w tyrule centralnego dla catosci rozwaian slowa "poczC}tek", ktore 
nie pojawia si
 tu, co prawda, w takim brzmieniu, ale semantycznie jest obecne. 
Przyktad powyiszy dobrze ilustruje j
zykowy zamyst Jacka Bolewskiego. 
Za nowatorskie nalezy takze uznac uzycie tekstow poetyckich jako swoistych ar- 
gumentow popierajC}cych teologiczne intuicje. Analiza wierszy poetow dwudziesto- 
wiecznych (Brodski, Rilke, Claudel, Szymborska, Herbert) przeprowadzane przez 
Bolewskiego przy okazji teologiczncgo dyskursu, uderzaj
 wnikliwosciC} i gt
biC}, 
swiadcz
c zarowno 0 znajomosci i umitowaniu przez autora literatury i jego wraz- 
liwosci na slowo, jak tei 0 rzadkiej zdolnoSci myslenia interdyscyplinarnego i swia- 
domosci warsztatu literaturoznawczego. Jest to czynnik niebagatelny dla wagi oma- 
wianej pozycji, ktora pozostajC}c ksiC}zkC} z dziedziny teologii, kaze si
 umidcic 
w szerszej, ogolnohumanistycznej perspektywie, swiadczC}c dowodnie, ie reflcksja 
teologiczna pozostaje refleksjC} humanistycznC}, wzbogacajC}c j.} 0 nowe sensy. 
T eologia maryjna tworzona przez o. BoIcwskiego ma - co niezmiemie istotne - 
charakter ekumeniczny, syC'lc si
 i czerpiC}c inspiracje z rozmaitych zrOdet chrzdcijan- 
skich, zarowno katolickich, jak i protestanckich czy prawostawnych. Nierzadko si
ga 
tez do religii dalekowschodnich (hinduizm, buddyzm), odkrywajC}c w nich obecnosc 
prawdy oraz - zadziwiajC}ce niekiedy - intuicje zbieine z wiarq Kosciota, choc wyrazo- 
ne w odmiennym j
zyku. KsiC}zka ta moze si
 wi
c przyczynic nie tylko do nowej 
ewangelizacji, ale takZe do odkrycia - ponad roinicami - gl
bszej jcdnoSci duchowej. 
Osnuta wokol zagadnienia Niepokalanego Pocz
cia Matki Bozej, ksiC}ika roz- 
wija smialC} mysl 0 "niepokalanosci" wszystkich ludzi w zamysle Boga. Refleksja 
teologiczna przesycona jest przy tym u Bolewskiego pierwiastkiem duchowym 
i stuzy duchowemu ozywieniu.
>>>
202 


RECENZJE 


Nie wiem czy nie najwi
kszC} wartoSciC} ksi
zki jest to, ze jej lektura rodzi nagle 
modlit\\"
... Dlatego tez - b
dC}c ksi}zk
 (od) waznC}, 0 duzym znaczeniu jako po- 
zycja intelektualna w ubogiej raczej polskiej mysli teologicznej, pozostaje ksiC}zkC} 
mC}drC}, poruszaj.}CC} ku dobremu \V najgt
bszym duchowym sensie 
\Vszystko to razem (oraz - dodatkowo - szata graficzna!) pozwala cieszyc si
 tc} 
pozycjC} jako ksiC}zkC} pi
knC}, odsylajC}Cl zarazem do pi
kna Tej, ktorej jest poswi
- 
cona, i ktorej ujmuj
cy wizerunek, pr;dzla Antonellego da Messiny umieszczony na 
oktadce, budzi nadziejr; i ufnosc. 


Zofia Zarfbianka 


Jacek Bolewski SJ, Od-Nowa z Maryjq, Wydawnictwo WAM, Krakow 2000.
>>>
NOTY 


* 


\Vybor wierszy Amichaja pod rytuiem J(olliec seZOllU pomam:nczy jest pierwsz} pu- 
blikacjC} ksi
ikow} tego poe
' w Polsce. Jehuda Amichaj to najwybitniejszy wspotczes- 
ny poeta izraelski, uhonorowany znacz
cymi nagrodami, szeroko znany w swiecie; je- 
go wiersze zostaly przdozone na ponad trzydzidci j
zykow. W Polsce znany jest 
z publikacji w dwoch antologiach i \\' pismach literackich, mi
dzy innymi w "Kwartal- 
niku Artystycznym": w numerzc 3/1994 w dumaczeniu Ryszarda Krynickiego oraz 
w numer.1Ch 3/1997 i 1/2000 w przektadach Tomasza Korzeniowskiego. 
Jehuda Amichaj pisze wiersze 0 Bogu, 0 Jerozolimie, 0 aniotach, 0 snach, 
o smierci, 0 mitoSci, 0 zydowskich swi
t.1ch, 0 ojcu, 0 matce, 0 swoich dzieciach, 
o historii i pisze tak, ze to co osobiste osiC}ga wymiar uniwersalny, odnosi si
 do sa- 
C1'um, odwotuje do Biblii i do Hagady. Czy mozna bye wybitnym poeq tak wiel- 
kiego dziedzictwa i nie odnosie si
 do saC1'um? Gt6wnym zrodtem hebrajszczyzny 
jest Biblia. Ale hebrajszczyzna wspokzesna jest j
zykiem potocznym. ScierajC} si
 
dwa zywioty - j
zyk i rzeczywistosc. \V j
zyku hebrajskim nie ma stowa, ktore nie 
mogtoby bye rzeczywistoSciC}. Rzeczownik dabm' oznacza zarowno stowo (opo- 
wiadanic) jak i rzecz (rzeczywistose). stowo i rzeczywistose so} w hebrajszczyznie 
zwi
zane w spos6b nicrozt
czny. Dzi
ki wierszom Amichaja przenikamy w co- 
dziennose i w swi}tecznosc zydowskC}, a jest to w kazdcj epoce doswiadczenic bez- 
ccnne. Swiat Amichaja rozpit;ty jest pomi
dzy radoSci} .1 rozpaczC} - jest to gtow- 
ne napi
cic tej poezji: bardzo trudne do znoszenia i bardzo tworcze. Amichaj da- 
je waine swiadectwo. 


K. }vf. 


Jchuda Amichaj, K01Ziec sezonZl pomarll1lczy, przcktad z hebrajskiego Tomasz Korze- 
niowski, "Swiat LitcrJ.cki", Izabclin 2000. 


* 


Na oktadce Myszosera - Piotr Mitzner, jak czart na przydroznej wierzbie, 
grzbiet swoj kuli, w dtoni dzierz
c tajk
. 'Vewn
trz odnajdujcmy catkiem smako- 
wite danie - trzy cyklc wierszy: Pmska bezsemloii, Z JPiC1'SZY tdcwizyjllych, Pne1lo- 
szcnie. Pomi
dzy - jak dziul)' w serze - rownie w3.zne, nieb.1nalne tcksty. 
"Kazda podroz jest/nieudan
 prob
l ucieczkijbo swiat kOllcZY si
 na skalistym 
brzcgu czaszki" - P1'l'lska bczsamofi cwokuje nastr6j baudebire'owskiego spleenu. 
Podmiot lil)'czny, dyskrctnie, bcz natn;tncgo ckshibicjonizmu, buduje swiat czto- 
wicka zawieszonego "pomi
dzy", pozb.1wionego ztudzen. Gorzka ironia maskuje
>>>
204 


NOTY 


tragizm doswiadczenia "niemoznosci". I nie bez kozery pozostaje przywotany 
Czar11Y Franz K, gdy "topoczC}c uszami/uderza 0 szklany klosz/chce go 
zbic/zgasic/swiado nad r
kopisem/w ztej gtowie". 
Koliste struktury tekstow wzmacniajC} znaczenia niesione przez poszczegolne 
motywy: "kr
te uliczki iyt/pod cienk'l skorC} nocy /puste/, "pusty sen" ,/swit ob- 
naia/posC}gi skaczC} do wody /brzegi zblizajC} si
/iebym si
 nie utopit/,/ta 
dziewczyna nie dobiegta do mnie/a mogla mnie zabic". Wrazenie bt
dnego ko- 
ta, Kafkowski kacenmajer towarzyszC} lekturze tego cyklu. 
Z wierszy telcJvizyjnych osadza we wspokzesnych realiach topos "zycia snem", 
mowi 0 dotkliwym braku autentyzmu ludzkiej egzystencji: "za chwil
 przyjdzie 
uzdrowiciel, uciszy swojC} arytmi
/uleczy bezsennosc/.../mozesz jeszcze wytc}czyc 
telewizor/,/czasami i krew si
 nie kOl1czy/ptynie ptynie/bo to dlugi serial". 
Szklanyekran maskuje nasze I
ki, rownoczeSnie zostajemy odarci ze swojej pod- 
miotowosci: "Telewizor dtugo mi si
 przyglC}datjmanipulowal kanatamijostrosciC} 
i moim gtosem/nie sluchat mnie/ai wreszcie wylC}czyt". 
Przcnoszenie jest swego rodzaju "odwrocon'l" inicjacjC}, antyinicjacjC}. Daje wyraz 
t
sknocie za bezpiecznC} przestrzeniC} domu, jej trwatoSciC}, mozliwoSciC} schronienia: 
"Sprzedatem dom/razem z dziecinstwem/krzakiem pigwy /i rodzicami na tawce". 
Jednak wtasciwie p
powiny nigdy nie przeci
to: "Rozstatem si
 z mtodoSciC}/ona 
zyje z innym/a ja zaktadam nowC} ksi
g
 wieczystC}/mieszkam w Granicy /kocham 
za RzekC}/wsz
dzie moina/pic herbat
/wyciskac do niej/tamten kwasny ogrod". 
Przejawia si
 tu archetyp "wiecznego chtopca", puer aeternus, m
zczyzny prowa- 
dzC}cego prowizoryczny tryb iycia z obawy przed znalezieniem si
 w sytuacji, z kto- 
rej nie ma ucieczki. Nie akceptuje rzeczywistoSci, fantazjuje na temat przeszloSci, 
przysztosci, ale tak naprawd
 nie robi nic, by zmienic swoje iycie. 
Za wszelkC} cen
 pozC}da niezaleznoSci i wolnoSci. TakC} postaw
 reprezentuje 
"ja" liryczne wi
kszoSci utworow: "Zupetnie niby nie bylo lat/na dloni sc} ciepte 
doliny/w zmarszczkach/grymasy znajome/na strychu/zakazana gra/id
 si
 uro- 
dzic/zupetnie jakby nie bylo lat/Bo juz wynieSli lustra". Oczywiscie to wszystko 
budzi I
k przed swiatem, utrudnia jego akceptacj
, nic wi
c dziwnego, L.e 
"U schytku dnia jestem czarnC} dziurC}/wszystko zbiega si
, zbliza do czernijspro- 
wadza si
 do mnie/caty dzidl, czy rodzi pragnienie by/Cofn'lC si
/w mat- 
k
/w chwil
/przed nadejsciem ojca". 
Najbardziej urzekajC} u Mitznera pojedyncze obrazy, ich lakonizm zgodny z prze- 
konaniem Williama Hazlitta, iz "Mysl powinna przemowic od razu, a1bo w ogoIe": 
"Na poczC}tku byta sliwka/chtodna zamkni
ta/starlem z niej mgt
/otworzyta si
 
bez oporu/albo/zbierac zbierac/mowi szary gotC}b z t
czowC} obrozC}/poki 
czas/poki czas i frunC}c klaszczC}c sobie skrzydtami". 


J. M. 


PIotr Mitzner, Myszoser, Wydawnicrwo Przedswit, Warszawa 2000.
>>>
NOTY 


205 


* 


Prywatna historia poezji Matgorzaty Baranowskiej zaczyna si
 od przywotania sone- 
tow Staffa, od wspornnienia R6zewicza i Swirszczynskiej, od wywotania Herberta 
i Biatoszewskiego i Iwaszkiewicza, Grochowiaka, Szymborskiej, Mitosza. To gtosy 
w ciszy. Baranowska zestawia je oOOk siebie, np. Szymborska, Kamienska, Swirszczyn- 
ska; tc}czy, zestraja, odnosi, np. Zaleski - Biatoszewski, Szymborska - Staff, Krynicki 
- Peiper, Biatoszewski (Og1'od Saski) - skamandryci (Lazimki)J Lechon - szatan (za- 
dziwiajC}ce zdanie Lechonia: "Kiedy grzeszymy i uchodzi nam to bezkarnie, kiedy 
grzeszC}c, zdobywamy iycie - jest to nieomylny znak, ie B6g nas opukit i ie jestesmy 
pod wtadzC} i opiek'l szatana. "). Wsp6tistnienia. Ciato i mistyka. Anioty, obtoki, rytmy. 
Fizjologia i metafizyka. Wsp6kzeSni poeci istniejC} w scislej tC}cznoki z poetami po- 
przednich wiekow i sc} to mocne zwiC}zki, m.in. waine powiC}zania z Nomridem, Kra- 
sinskim, Stowackim, Mickiewiczem. Ale czy poeci mogC} istniee inaczej? 
Wedtug Baranowskiej na pewno zostanC} niekt6re wiersze Staffa, Wata, Biato- 
szewskiego, Iwaszkiewicza, Herberta, Szymborskiej, Mitosza, Krynickiego, Gro- 
chowiaka, Swirszczynskiej. Dlaczego nie wymienia Lesmiana, Czechowicza, R6ze- 
wicza? Baranowska niczego nie przesC}dza, opowiada tylko 0 swoich olsnieniach. 
M6wi, ie jej ulubionC} zasadC} swiata jest epifanicznose. Podoba mi si
 jej poczucie 
humoru. Wiersz Zygmunta Krasillskiego pt. Burzy grom... przeczytatem kilka razy. 
Matgorzata Baranowska mowi, ze jej prywatna historia poezji jest historiC} kosmo- 
su... To tam, do obtokow i do gwiazd wznoszC} si
 najpi
kniejsze i najrnocniejsze ryt- 
my. Na koniec suspens: list od profesora astronomii - 0 obtoku (mi
dzygalaktycz- 
nym, pylowym). Pyt, promieniowanie, wybuch. Czy ma to cos wsp61nego z poezjC}? 


K.M. 


Malgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1999. 


* 


Kolejny, fascynujC}cy esej Ryszarda Przybylskiego - RozhukallY kon. Esej 0 myileniu 
Juliusza SIOJvackiego. Romantycy sporo miejsca poswi
cali mysleniu.W t
 sfer
, "kra- 
in
 rnysli romantycznej" - jak nazywa jC} autor Pustelnik(nv i demonow - wkracza i cen- 
trum swych rozwaiaO czyni on Juliusza Stowackiego i jego walk
 0 samodzielne my- 
slenie, "w obecnosci Ducha", w oczekiwaniu na "Gtos z Transcendencji". "Religij- 
nose - pisze Ryszard Przybylski - byla dla Stowackiego iskrC} OOzC}, rozs\\rietlajC}C'l cie- 
lesne mroki formy czlowieka, elementem OOskim, pozwalajC}cym ustyszee giosy 
z transcendencji." Stowacki w swoim krotkim zyciu, tak jak inni romantycy \\riele roz- 
myslat 0 mysleniu, a myslenie twierdzi autor eseju, stato si
 jego obsesjC}. Przybylski 
porusza fundan1entalne problemy romantykow: "problem zwiC}zkow mysli ze stowem 
wraz z niejasn'l swiadomokiC} mysli niewypowiedzianej" oraz kwesti
, ktoi.l spotkae 
mozna w Pauicie Goethego 0 tym, ze "mysl potrafi zabijae «ducha zycia»". Kiedy Slo- 
wackiemu przestaty wystarczae nauki Kokiota zaczC}t tworzye wlasn'l wiar
. Prawdy 
religijne istniaiy nadal. "Pochwycenie - wedtug Paula Tilicha - przez Nieuwarunko-
>>>
206 


NOTY 


wane, przez to, co jest poza byciem, co bycill daje bycie, a sensowi sens. Stowacki kro- 
czyt samomie swc} wlasn.} Sciezk
, w poszllkiwaniu wtasnego dogmatu; tego, "co by- 
ciu daje bycie, a sensowi sens". Rozpacz niedokonania, poczucie niespdnienia, nie- 
moinosc dotarcia do "Gospody Sensu". I j
zyk, jak droga pokr
ma, bujna, rozkwita- 
jC}ca, pozostaj}cy narz
dziem utomnym, bezsilnym wobcc rzeczywistoki nadprzyro- 
dzonej. J
zyk, religia, rozum, wiara oraz wzajemne rclacje mic;dzy nimi stanowiC} ob- 
szar rozwaiaI1 Ryszarda Przybylskiego. "Doswiadczenie Stowackiego - pisze autor 
eseju - jest nadal naszym doswiadczeniem. Tu i teraz. W pickle nasz)'ch dzisiejszych 
przemian. Poniewaz spor mic;dzy materialn
 skOl1czonoSci
 a rueskOl1czon.} pychC} nl)'- 
sli rrwa i trwac b
dzie az do czasu, kiedy Aniot Zaglady wrzllci n.1SZ swiat do jezior.1 
ogrua. To znaczy, kiedy nasz
 kochanC} Ziemi
 pochlonie konaj
ce SIOIlce". 


G. f(. 


Rvszard Przybylski, Rozhukan.y kon. Esej ° 1n.'Ys/mizt jzt/iusza Slowackitgo, Wydawnictwo 
Sic!, Warszawa 1999. 


* 


"Kazdy jako tako przyzwoity cztowiek uwaza si
 za \\ysoce nicdoskonalcgo, lecz 
cztowiek religijny uwaia si
 za n
dznika." Oto jeden z atoryzm()w Ludwiga \Vitt- 
gensteina, autora Traktattt logicz1Zo-ftlozoficzllego, Docieka11 filozoficzllych. UJJ1agi 
rozllc zawierajC} zbior aforyzmow, notatek, zapisow, mini-esejow na najrozmaitszc te- 
maty: filozofii, literatury, muzyki, religii, hisrorii, wspokzesnej cywilizacji, ludzkich 
zachowan. 
iezwykty to zbior uwag jednego z najwic;kszych filozofow XX wieku. 
\Vytania si
 z tych zapiskow, utoionych chronologicznie od 1914 do 1951 roku, wi- 
zerunek cztowieka uwaznie wstuchanego w rzeczywistosc i wszelkic jej pomruki. Db 
niektorych zapisy \Vittgensteina to zrodto wiedzy 0 m
drym i przenikliwym cztowie- 
ku rozumiejC}cym ztozonosc tego swiata, dla innych zas stac si
 mog
 zbiorcm sen- 
tencji prowadzC}cych do zrozumienia filozofii ich autora, "duchowego ojca" nurtu 
myslowego zwanego pozytywizmcm logicznym, empiryzmem logicznym czy tei in- 
spiratorem tzw. filozofii j
zyka potocznego. Przypomina si
 suchy, lakoniczny styl 
Traktatu logiczllo-ftlozOficZllego oraz jego 7 teza: ,,0 czym nie mozna mowic, 0 tym 
trzeba milczec". W Uwagach 1'ozllych, osobistych wyznaniach, Wittgenstein wyd.1je 
si
 przekraczac granic
 w)'znaczonC} przez milczenie, ktore miato dla nicgo tak wiel- 
kie znaczenie. Mowi szcptem. Mowi jak mc;drzec. To, co jednak najwazniejsze w tej 
ksiC}ice to mC}drosc i pokora, bez wrzasku i jazgotu pseudoprofctycznych rewclacji, 
od ktorvch roi siC; wokol. 


G. K. 


Ludwig Wittgcnstcin, Uwagi raine, przdozyla M.1lgorzata Kowalewska, Wydawnictwo 
KR, Warszawa 2000.
>>>
NOTY 


207 


* 


Jakie dziwna, pasjonujqca, niepokojqca i mroczna ksiqzka: Powiedzicme, zapisane. 
Szalalstwo i litel'atura Michda Foucaulta. Zbior esejow, przedmow do ksiqzek, szki- 
cow, recenzji, rozmow z autorem. Michel Foucault - autor AI'cheologii JViedzy, Histo- 
l'ii szale11stlva, Historii seksualnofci, filozof, historyk idei, nietzscheanista, postmodtTlli- 
sta (tak napra\\'d
 niewielu \Vie, co termin ten oznacza), zafascynowany \V miodoki 
marksizmcm, tenomenologiq, egzystencjalizmem, strukturalizmem i wszelkimi atrak- 
cyjnymi prqdami myslowymi pojawiajqcymi si
 na Zachodzie w latach 50. i 60. I wresz- 
cie mysliciel, wraili\V)' odbiorca sztuki, literatul)' szczegolnie, gi
boko poruszony spek- 
taklem Samuela Becketta Czekajqc na Godota, po ktorym to, rzec by mozna, epifanicz- 
nym doznaniu wkracza w sfery innego rozumienia rzeczywistoki, wkracza w nowe nie 
znane jcszcze obszary. Foucault - teoretyk Dyskursu, w kt6rego wtadaniu wszystko, 
wypowiadajqcy si
 przeciwko \Vszechwbdnej Egzegezie i Komentarzowi. Podobnie jak 
poiny Heidegger, Horkheimer, Adorno postrzega "historir; zachodniej kultury - jak 
pisze w «Posiowiu» l\lichai Pawd Markowski - jako proces spdniajqCY sir; w podwoj- 
nym ruchu, ktory tworZq, Z jednej strony, narastaj¥e samowiadztwo Rozumu podpo- 
rz
dkowujC}cego sobie z autokrarycznym gestcm to, co Inne, z drugiej zas strony rady- 
kalne zapomllienie zrodtowego doswiadczenia Bycia, ktorcgo przezroczyst q maskC} - 
jak sugcrujc Foucault - wydaje sir; bye szalellst\\"o. Zadaniem filozofa jest dotarcie do 
owej sfery niezaposredniczonego doswiadczellia, zadaniem poet)' zas jest jego wysio- 
wienie", Pogl
dy autora Hist01'ii seksunlnofci ewoluowaly. Finaiem ewolucji byio od- 
rzucenie hermencut)'ki, intcrpretacji. Przcdmiotem bada6 staty siC; zmistyfikowane po- 
staci interpretacji w rozmait)'ch sytuacjach socjotechllicznych. 
ajwaznicjsze rozwaza- 
nia Faucaulta zawartc w Szalalstlvie i literntU1'"ZC dot\'czqliteratury, jr;zyka, smierci, mil- 
czellia, gier jr;zykO\V)'Ch. 


G. K. 


Michel Foucault, Po Jl'iedziane, zapisane. Szale,istwo i literatttra, wybral i opracowal 
Tadcusz Komendant; przetozyli: Bogdan Banasiak, Tadcusz Komcndant, Malgorzata 
Kwictniewska, Adriana Lewanska, Michal Pawd 
larko\\'ski, Pawd Picni
zck; poslowie: 
Michal Pawd Markowski, Alethcia, Warszawa 1999.
>>>
Prenumerata roczna 
krajowa: 30 zt 
zagraniczna: 30 S USA 
Cena numeru archiwalnego 
krajowa: 7 zt 
zagraniczna: 8 $ USA 
(wraz z kosztami wysytki) 
Wplaty prosimy kierowac na konto: 
Wojewodzki Osrodek Kultury 
PBKS II OjBydgoszcz 
11001034-902779-2101-111-0 
"Kwartalnik Artystyczny" 


UtJvorow nie zamoJvionych redakcja nie odsyla. 
@ Copyright by 
KW AR T ALNIK ARTYSTYCZNY. 
KUJAWY I POMORZE, Bydgoszcz 2000. 
Druk 
WC}brzeskie Zaktady Graficzne Spotka z 0.0. 
87-200 WC}brzeino, ul. Mickiewicza 15 
tel.: (056) 688 1764
>>>
BIBLIOTEKA KWARTALNIKA ' RTYSTYCZNEGO 


Seria emigracja 



.:
 
L --. 
- - 

 
, 
i 

 
!f] 
Janin. Km..-.alltmnb 
8ih me! 
om 


Poleca najnowsze tytuly 


Seria emigracja 


'l
'''.l 
.. - I
" I 

 1.' 
 



 


.. 


Mana Damkw.cz 
limka 
8iurlco Konol'niclciei 


OPEN 


.. 


Grzcgorz Musial 


DZIENNIK 
Z I QWA 


Bo:iena Keff 


" 


,-'.: 



.l" 


1 


z 


NIE JEST 
GOTDWY 


o 


J an Kott: 


Kazimierz Wierzynski: Ryszard KapusciOski: Z noty edytorskiej: 


KOScialkowska posluguje Za s\\ iadectwo prawd
 
si
 j
zykicm czystym dnia codziennego, za jej 
i wielosrrunnym, zywc, malownicze Kujawv 
zanurzonym czasarnI pismicnnictwo polskie b
- 
w staropolszczyznc;, dzic Danilewiczowcj 
ale jednoczcSnie wdzi
czne. 
niezmiennie swiciym (...) 
Jest znakomiq pisarkO}. 


"Dzicnnik z 10\\ a" 
to jedna z najwazniej- 
sL)'ch w naszej literaturze 
ksiO}zek 0 Ameryce. 


Opowiada fabularne sny, 
pisze wicrsze podobne do 
realistycznych opowiadari 
czy wr
cz pO\\ idci, nawet 
jcj odrealnione poematy 
majO} fabularny bieg. 


Rowniez polecamy wczesniej \vydane ksi
zki: 


proza: 


poczja: 


Michal Glowinski Czarne sezony 
Grzegorz Musial Al Fint' 
Krzysztof Myszkowski Funeb,'e 


Miroslaw Dzien Cierpliwosc 


Jaroslaw Klejnocki W drod::.e do Delft 


Piotr Matvwiecki Zwyczajlla, symboliczlIa, prawdziwa
>>>
ISSN 1232-2105 


Cena 8 zt
>>>