Kwartalnik Artystyczny : Kujawy i Pomorze 1999 nr 2(22)

IVVARTALNII 
I 
 - I YSTYCZNV 
K u J A W V P 0 M 0 R Z E 
2 (22) 1999 
I , . . ., 
. , 
- . 
i J 
.... . 
. 1\ 
, 0. 
. 
. . 
. 
4 


. 


411 


.. 
.' 



 


I 



 


. 


.. 


'. 


'0 


. 



 


,. . 
. 


, 
. ., " 


. 


"" .. "" '!':f ' 
( 


'-. - ..., 
..... 


. 



 


.- 
. 


. . 
... , . 
..... 


.
. ".\, 
. . 


, . 
. , 
.. 
! 
.. 
, 
. 
... 

 
,. 
, 
, 


.. 


.. 


-+ 
, 


..'-' 


,. 


. -" 
, . 


'S' 


.. 


;,' 
I 


. 


t 


. 



 .. 


- .. 


It . .. 
. . 
..' ,.: t- 
" 


. 


" 


, 


, 


Zbigniewowi Herberto)Vi in memoriam · 


. 


.. 


. . 


,.. .... 


- -- .. 
.. "'
 -. 


. 
...., 
. 


. . . 


, 
.. 


. 


....
>>>
KWARTALNIK IABI]YSTYCZNY 


Zesp61: 
JAN BLO
SkI, TOMASZ BUREK, 
STEFAN CHWIN, ALEKSANDER FIUT, 
MICHAL GLO\VINSKI, JULIAN KORNHAUSER, 
JANUSZ KRYSZAK, LESZEK SZARUGA 


Redakcja: 
K R Z Y S Z T 0 F MY S Z K 0 \V SKI (redaktor naczelny) 
G R Z EGO R Z MUS I A L (z-ca redaktora naczelnego) 
G R Z EGO R Z K A L I NOW SKI (sekretarz redakcji) 


1
/dawca: 
\Vojew6dzki Osrodek Kultury w Bydgoszczy 
Miejski Osrodek Kultury w Bydgoszczy 


Adres redakcji: 
ul. Ikara 12, 85-314 Bydgoszcz 
tel./fax (0-52) 373 27 18, teL (0-52) 378 6666 
Internet: "Kwartalnik Artystyczny" www.wok.bydgoszcz.pl 
e-mail: wok@cps.pl 
wiechk@bok43.gnet.pl 
Administracja, sprzedaz i prcnumerata: Renata Triebwasser 


Przedsta1Viciele za granicq: 
Barbara F. Ldcowitz 
4989 Battcry Lane, Bethesda, ,M.D 20814 USA 
e-mail BLdcowitz@aol.com 
Joanna \Vi6rkiewicz 
Saarburgerstr. lID, 12247 Berlin, Niemcy 
fax: 0-049-30-7740217 


Projekt okladki: Ewa Bathelier 


Redakcja "Kwartalnika Artystycznego" serdecznie dzi
kuje Mini- 
sterstwu Kultury i Sztuki, Wydzialowi Edukacji, Oswiaty, Kultury, 
Sportu i Turystyki Urz
du Marszalkowskiego Wojew6dztwa Ku- 
jawsko- Pomorskicgo w Toruniu i Wydzialowi Kultury i Nauki 
Urz
du Miasta w Bydgoszczy za pomoc finansow'l w wydaniu nu- 
mem 2/1999.
>>>
Spis rzeczy 


Biblioteka Gt6wna WSP 
'!' BYdgoS zczy 
Zb.ory Czasopism 


ZBIGN[EW HERBERT 


Hcnryk Bcrcska - tlumacz / 5 Marian Osmiatowski R.I.P. / 6 


ZbignieJVoJVi HerbertOJvi in 1nemoriam 
A L A I N B E SAN (: a 
 Odczuwanic zla w XX: wicku / 9 
Z BIG N I E W HER B E R T Potwar Pana Cogito / 14 
M I R 0 S LAW D Z I EN Portrct po burzy / 17 
M I R 0 S LAW D Z I E N Na smicrc Wielkicgo Pocty trcn / 22 
ALE K SAN D E R FlU T Notatki do nic napisancj ksi
zki 0 Zbignicwic Hcrbcrcic / 23 
J E R Z Y G I Z ELL A B
dz wicrny Idz. / 33 
KRZYSZTOF KARASEK TcstamcntHcrbcrta/41 
J U L I A 
 KO RN H A USE R Pan Cogito - autoportrct pocty /47 
STANISLAW LEM *** /63 
BRONISLAW MAJ *** /64 
B RON I S LAW :vi A J Znaw - Pan Cogito / 65 
C Z E S LAW MIL 0 S Z 0 poczji, z powodu telcfon6w po smicrci Hcrbcrta / 67 
G R Z EGO R Z MUS I A L * * * / 68 
G R Z EGO R Z 1\1 U S I A L Do Starcgo Poct), / 69 
K R Z Y S Z T 0 F M Y S Z K 0 \V SKI Modul Hcrbcrta / 72 
L E S Z E K S Z A RUG A 
icugi
tosc / 75 
J A N J 6 Z E F S Z C Z E P A 
 SKI * * * / 79 
J A NUS Z S Z U B E R Wspominki plutonowcgo / 81 
J A NUS Z S Z U B E R Symultanka / 84 
AD R I A N A S Z Y MAN S K A Zbignicw Hcrbcrt i japonska miniatura / 85 
A D R I A N A S Z Y MAN S K A Do Zbignicwa Hcrberta / 89 
J ANT WAR 0 0 \V SKI * ** / 90 
Z BIG N I E W Z A K IE W [C Z Hcrbcrtowc odpryski /91 
190. rocznica urodzin i 150. rocznica smierci ]uliusza SloJVackiego 
MARIA DANILEWICZ-ZIELINSKA 
"Ksi
z
 
iczlomny" w dramacic Caldcrona i w historii / 95 


Trzy wiersze 
JULIA
 KORNHAUSER 


*** / 108 


Po co pisz
? 
RYSZARD KAPUSCINSKI *** /113 
ALEKSANDRA OLEDZKA-FRYBESOWA *** /116 
ALE K SAN 0 R A 0 LED Z K A - FRY B E SOW A aniol innoSci / 117 t)"le tcgo az / 118 
swiat podwojony / 1 18 alchcmik / 119 
ANN A B 0 LEe K A Kochany Franz / 120 
K A Z I M I E R Z BRA K 0 N lEe K [ Dwa domy filozofow brctOllskich 
w Cotes d'Armor /127 W Brctanii / 129 Widzcnic nad Zatok:} Saint-Bricuc 
\V Brctanii / 130 
MAREK JASTRZEBIEC-MOSAKOWSKI Vm,lucis/131 
W 0 J C I E C H T. B R Z 0 S K A wszystko gra / 141 martwa natura / 141 kawior / 142 
PAW ELL E K S Z Y C K I pcjzaz prywatl1\' / 143 Watcrloo / 143 
u wrot ogrodu. wygnanic / 144
>>>
Plastyka 
PRE Z E:N T A C J E - J E R Z Y R lEG E L / 145 
Varia 
M I C HAL G LOW INS K I Starosta /153 
ALE K SAN 0 E R J U R E WI C Z Zapiski ze stroiowki (3) / 156 
GRZEGORZ MUSIAL Dziennikbezdat(3)/161 
LESZEK SZARUGA \Vodnapiecz
c(I)/ 167 
Z BIG N IE W Z A K IE WI C Z Ujrzane, w czasie zatrzymane (2) / 175 
Recenzje 
A 0 R I A N A S Z Y MAN S K A Zamiast teodycei / 180 
J A 
 W 0 L SKI Hiob w plaszczu proroka / 183 
H E 
 R Y K DUB 0 WI K Historie niezwykle i s:}dy surowe / 186 
J E R Z Y G I Z ELL A Spodek uziemiony / 187 

t I R 0 S LAW 0 Z I E N Poetycka tcologia wyobrazni / 189 
J 0 ANN A B I E L S K A - K RAW C Z Y K Jeszcze raz czytaj:}c Milosza... / 195 
MAR [A C Y R A 
 0 W I C Z Nigdy jui tak nie b
dzie / 198 


Noty 0 ksiqikach / 201 
!(omunikaty / 206
>>>
- .. f? 



 


/ 


M 


r 

 


"Drodzy artysci, jak dobrze wiecie, wiele roznych bodicow wewn
trz- 
nych i zewnc;trznych moze stac si
 natchnieniem dla waszej tworczosci. 
Kazde autentyczne natchnienie zawiera jednak w sobie jakby slad owego 
«tchnienia», ktorym Duch Stw6rcy przenikal dzielo stworzenia od poczC}t- 
ku. PrzekraczajC}c tajemnicze pra\\'a, kt6re rzC}dzC} wszechswiatem, Boskie 
tchnienie Ducha Stw6rcy spotyka si
 z geniuszem czlowieka i rozbudza je- 
go zdolnosci tw6rcze. NawiC}zuje z nim ll,cznosc przez S'wego rodzaju ob- 
jawienie wewnc;trzne, kt6re zawiera \\' sobie wskazanie dobra i pi
kna oraz 
budzi w czlo\\'ieku moce umyslu i serca, przez co uzdalnia go do powzi
- 
cia jakiejs idei i do nadania jej formy w dziele sztuki. Slusznie mowi si
 ,\ te- 
dy choc tylko przez analogi
 0 «dzialaniu laski», poniewaz czlowiek ma tu 
mozliwosc doswiadczenia w jakiejs mierze Absolutu, ktory go przerasta" 


List Ojca 
wic;tcgo Jana Pawta II do artyst6w - Do tych, ktorzy::; pnsjq i pom'i(ceniem po- 
sZlIkujq nowyclJ ..epifanii" pi(k1la J nby podarowai je iwiatu 1/' tworczoici artystycznej. 


, 
Ojcu Swi;temu J anowi Pawlowi II 
za J ego Slowo i pielgrzymi trud 
dzi;kujemy 


Redakcja "Kwartalnika Artystycznego" 


Bydgoszcz, TorUll 7 VI 1999.
>>>
" 


..:.: 
':.J 
c: 
I '" 
.... 
'6.. 
1 
-;:; 
.... 

 
- 
..-': 
...; 
C 
u.. 


Zbigniew Herbert, Ohory 1971. 


4 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z 
 Y
>>>
Zbignie1v Herbert 


Henryl Beresla - tlumacz 


Henryk Bereska 
tlumacz Pana Cogito 
na j
zyk Cymbrow 
ksztalcony byl w on czas wojny 
\V rzemiosle lotnika 


celem studiow H.B. bylo 
zrzucenie mozliwie duzej 
iloki bomb 
na glow
 Pana Cogito 


nie znali si
 podowczas 
ale sarna zabawa 
wydala si
 P.C. 
w zlym guscie 
idose idiotyczna 


niby po co 
kiedy tuz pod 
nosaml 
P.C. i H.B. 
plynie rzeka 
pnva 
zloty trunek 
ktory 
jowialnie oglupiac 
i powinien stanowic 
niewzruszony fundament przyjazni 
polsko - niemieckiej 


plynie i plynie 
nawet \\ylcwa 
mamy wi
c duzo roboty 
na cale to 
nie calkiem zmarnowane 
zYCle 


5
>>>
Marian Osmialowsld R.I.P. 


Odwiedzil mnie rankiem na wyspie Swi
tego Ludwika 
na ktorej urz
dujq wfoble i anioly zadnego jego wiersza 
nie mialem wowczas w glov
,ie myslalem ze z t q poezjq 
to nie ten tego ze raczej udaje bzika 


pami
tam ze raz jeden zaprosil mnie na wino za 50 frankow 
wowczas juz wiedzialem ze pracuje jako murarz 
ze jest prawdziwy nieprawdzh\'y byl anturaz 
jego francuszczyzna bo mial matk
 


mial takze arystokratyczne pochodzenie wszystko co przeszkadza 
obce powonienie za to nie lubila go wladza 
ktorq gryzl niezbyt mocno on byl prawdziwym poetq 
wi
c oddal si
 aniolom ale czy na to koniecznie 
do Paryza trzeba si
 sprowadzac 
czy u nas nie ma Aniolow 


ZbignieJv Herbert 


Powyzsze wiersze Zbigniewa Herberta pochodz
 z tcki Epilogu hurzy; nie zostaty zamicszczo- 
ne w tomic i publikowane s
 po raz pierwszy. (red.) 


6 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
8 

 
. ..-4 

 
0 .. . . 
8 
Q) 
8 
= , 
. ..-4 -:-: 
. j 
. ..-4 

 
0 

 

 ,. 
Q) .' 

 

 
Q) , 

 
. ..-4 

 
0 

 
Q) 
. ..-4 

 
. ..-4 

 
N 


7
>>>
-- ""'. 


" 


\. 


..:.: 
:.J 
.... 
;;; 
.... 
"S- 

 


r; 
..c 
.
 
:2 



 
u:: 


ZbigllieJv Herbert, Obory 1971. 


8 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Alain Besanfon 


Odczuwanie zla w XX wielu * 


Nie jestem przekonany 0 tym, ze zlo jest jakoby powszechniejsze w naszym 
stuleciu niz w poprzednich. Lekcje historii nakazuj(! nam tylko w kazdej epoce 
dostrzegac wyrazn(! obecnosc zla, kt6rego gh:bi nie znamy i kt6re pozostaje dla 
nas niewymierzalne. Zlo odmienia sw6j ksztalt. Atakuje kn:gi polityczne, spolecz- 
nosc mi
dzynarodow(!, zycie ekonomiczne, rodzin
, obyczajowosc, myslludzk(! 
i sfer
 ciala, a w jakim wymiarze - nie potrafimy ocenic. To, co w okrdlonym 
stuleciu najgorsze, daje si
 dostrzec dopiero w stuleciu nast
pnym. Nie ma takiej 
cpoki, w kt6rej wielkie umysly nie rozpaczalyby nad niewyrazaln(! sum(! ogl(!da- 
nych na wlasne oczy nieszcz
sc i nie zalowaly nie znaj(!cych ich rzekomo czas6w 
minionych. Nie ma r6wniez i takiej, kiedy by cz
sto te same wielkie umysly ze 
zgroz(! nic odrzekaly si
 od zbrodni popelnianych niemal z czystym sumieniem 
przez wlasnych ojc6w, a kt6rych oni nie popelnili, nie przypuszczaj(!c, ze ich dzie- 
ci zarzuc(! im inne zbrodnie, 0 kt6rych oni nawet nie mysleli. 
Niewykluczone, ze w historii obecny jest jakis staly, obejmuj(!cy i dobro, i zlo, 
post
p. Jest to opinia usprawiedliwiona i racjonalna. Nie mozemy jej sprawdzic, 
poniewaz ten dwojaki post
p nie jest ani konieczny, ani wymierny. Niekiedy zlo 
zdaje si
 wypelniac niemal caly horyzont, kiedy indziej zdaje si
 kurczyc, staj(!c 
si
 juz tylko niewielk(!, szcz(!tkow(! enklaw(!, kt6q jeszcze jeden, ostatni ,vysilek 
wkr6tce usunie. S(! stulecia naznaczone optymizmem, inne zas - rozpacz(!. Ale 
nie nalezy im \\'ierzyc, poniewaz mylnie oceniaj(! zar6wno pot
g
 dobra, jak i gl
- 
bi
 zla. Czy XIX wiek nazwiemy optymistycznym, skoro wypowiadal si
 glosem 
Baudelaire'a i Flaubert3, Hardy'ego i Butlera, Nietzschcgo i Dostojewskiego? A prze- 
ciez byl optymistyczny i patrz(!c teraz wstecz widzimy, ze mial racj
. Nie osmie- 
lam si
 wyglaszac s(!d6w 0 wieku XX -ym, kt6ry wypelnil najokrutniejsze proroctwa 
, wieku poprzedniego, a takze jego najbardziej olSniewaj(!ce aspiracje. Hugo i Bau- 
delaire mieli racj
 i mylili si
, obaj wsp61nie i jeden wbrew drugiemu. Zlo zmie- 
nia miejsca, w kt6rych si
 pojawia. \V por6wnaniu z literatur(! poprzedniego 
stulecia nasz(! literatur
 zdaje si
 mniej zaprz(!tac zepsucie obyczajow, rodziny i spo- 
leczenstwa, nie dlatego, by ono zniklo, ale nie w nim widzimy teraz g16wne sie- 
dlisko zla, albo tez dlatego, ze nie nazywamy juz zlem tego, co dawnicj za zlo 
uchodzilo. Natomiast na lawie oskarzonych znalazla si
 historia, w kt6rej mysl 
europejska pokladala przeciez tak wielkie nadzieje, 


. Przcdmowa do: Alain Bcsan\on, La falsification dtt Bien. SoloJ'ieJ' et Onl'ell, Julliard, Paris 1985. 


9
>>>
Nasze stulecie rozpocz
lo si
 wojn'!, kt6ra na skutek przeogromnego kontra- 
stu pomi
dzy blahosci,! przyczyn a rozmiarem skutk6w wydaje si
 nam tajemni- 
cza. Potem nast,!pily takie masakry, jakich nigdy dot,!d nie widziano. Powstrzymuj
 
si
 chwilowo od os,!dzania naszych czas6w, poniewaz nie potrafi
 ich obj,!c ca- 
losciowym spojrzeniem, ale musz
 stwierdzic, ze na okrdlonym odcinku zagla- 
dy, kt6r,!ludzie zgotowali ludziom, wyprzedzily one wszystkie epoki poprzednie. 
Jest to sprawdzalne statystycznie. Takie slowa, jak Kolyma czy Oswi
cim, ozna- 
czaj,! zjawiska nowe, kt6rych ludzkosc wczdniej nie doswiadczyla. 
To fakt takze, ze najwi
ksza ilosc zbrodniczych mord6w wyst,!pila w tych re- 
gionach, gdzie realizowano najambitniejsze eksperymenty historyczne. Zar6w- 
no w ruchu komunistycznym jak nazistowskim chodzilo istotnie 0 pr6b
 
definitywnego wykorzenienia zla politycznego i spolecznego. Obie te doktryny 
mozna rozpatrywac jako podj
cie problemu zla, jego przyczyn, terenu jego wy- 
st
powania, sposob6w ograniczania, usuwania i uwolnienia ziemi od jego obec- 
nosci. A przeciez w toku tych dzialan zlo rozplenilo si
 tak, jak nigdy przedtem. 
To, co wydawalo si
 dobre, szlachetne, okazalo si
 najwyzszym stopniem zbrod- 
ni i podloki! 
Czytaj,!c jednak wypowiedzi swiadk6w szczeg61nie zdolnych t
 spraw
 odczuc 
i przemyslec, widzimy, ze najgorszym nie wydawaly si
 im ani mordy, ani prze- 
moc, ani n
dza. S,! to przejawy zla tak stare, jak dzieje ludzkosci i dobrze nam 
znane. Swiadkowie ci usiluj,! natomiast, najcz
sciej bezskutecznie, przekazac nam 
wlasne doswiadczenie jakiegos naddatku zla, zdumiewaj,!cego i niepoj
tego dla 
nich, jakiegos zla gorszego niz wszelkie wyobrazenie zla, poniewaz mylonego z do- 
brem. Niepok6j st,!d zrodzony wyst
puje wyl,!cznie w literaturze naszego stule- 
cia. Myslo koncu swiata napotykamy we wszystkich epokach. Wepoce naszej pojawia 
si
 jej nowa wersja, w zetkni
ciu nie tylko ze zburzeniem porz,!dku rzeczy, ale 
takze ladu w ludzkiej mysli i swiadomosci. Taki koniec swiata, kt6ry jest niepo- 
strzegalny zmyslowo, budzi zatem mniej l
k6w i mniej oczekiwan. 
Jakich tu swiadk6w cytowac? Trzeba ze smutkiem stwierdzic, ze swiadko- 
wie, kt6rzy najblizej si
 ze zlem zetkn
li, nie S,! tak bardzo sklonni do wyznan, 
tak jakby najwyzszy stopien zla dzialal na samych swiadcz,!cych paralizuj,!co i jak- 
by niezb
dny byl pewien dystans, zeby przemyslec i wypowiedziec to, co si
 
rzeczywiscie wydarzylo. Swiadkowie gin'!, ale ci, kt6rzy przezyli, S,! jakby nie- 
mi, obezwladnieni przemozn,! swiadomoki,! tego, co nie da si
 ani wyrazic, ani 
pomyslec. 
I tak na przyklad opisy swiata oboz6w koncentracyjnych S,! prawie zawsze ubo- 
gie i budz,! rozczarowanie. A przeciez ob6z jest czyms namacalnym i wyobrazal- 
nym. Tymczasem najbardziej przenikliwi swiadkowie pr6buj,! nam uzmyslowic, 
ze dorykalna rzeczywistosc oboz6w, g16d, bicie, egzekucje nie byly sam,! istot'! 
zla, a tylko jego metafoq. Cech,! wielu utwor6w literackich XX wieku jest wla- 
snie ta trudnosc okrdlenia i nazwania tego, co w samych swoich trzewiach od- 
czuwa on jako zlo absolutne. 


10 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Wspolczesny poeta polski Zbigniew Herbert potrafil to wyrazic z przenikli- 
wOSci,! i pos
pnym humorem. Oto parafraza jego wiersza Potwor Pana Cogito I. 
Szcz
sliwy byl swi
ty Jerzy - rycerz
 z wysokosci siodla mog,!cy dokladnie obser- 
wowac ruchy pot
znego smoka! Sytuacja Pana Cogito nie jest tak dobra. Siedzi 
w gl
bi doliny wypelnionej mgl,!_ Przez g
sty opar moze tylko odgadywac mi- 
gotlhv,! nicosc. Potwor Pana Cogito jest trudny do opisania i wymyka si
 defini- 
cjom. Jest niby ogromna depresja
 ktora obejmuje obszar calego kraju. Nie mozna 
go przebic ani piorem
 ani atramentem
 ani lane'!. Gdyby nie przydaczaj,!cy ci
- 
zar i smierc
 ktoq zsyla z wysokosci
 mozna by go wzi,!c za przywidzenie chorej 
\\1'obrazni. A jednak istnieje
 poniewaz niszczy struktury myslowe
 a chleb po- 
krywa pldni'!. Posrednim
 ale wystarczaj,!cym dowodem jego istnienia, S,! jego 
ofiary. Ludzie rozs,!dni zapewniaj,!, ze z potworem mozna wspolzyc: trzeba tyl- 
ko unikac gwaltownych ruch6w i spontanicznych slow
 upodobnic si
 do kamie- 
nia albo liscia
 oddychac cicho i udawac
 ze nas tu nie map Ale Pan Cogito nie 
godzi si
 na takie udawane zycie. Chcialby si
 zmierzyc z porworem na orwar- 
rym polu. Od switu
 w pelnym rynsztunku
 chodzi po sennym przedmieSciu. Na 
pustych uliczkach wzywa potwora
 lz,!c go i prowokuj,!c, niby dzielna awangar- 
da nie istniej,!cej armii. Nazywa go tch6rzem! We mgle jednak widac tylko ogrom- 
ny pysk nicosci. Pan Cogito pragnie walki, chocby nierownej, chcialby j'! podj,!c 
jak najszybciej. Ale wczdniej sam padnie dotkni
ty bezwladem
 umrze bez chwa- 
ly smierci,! zwyczajnq, zduszony czyms bezksztaltnym. 
Nieliczni s,! pisarze
 ktorzy przeszli przez podobne doswiadczenie, jeszcze bar- 
dziej nieliczni
 ktorzy stan
li na wysokosci takiej pr6by. Nie widz
 wsrod nich 
Francuz6w. Solzenicyn
 niby swi
ty Jerzy
 a szcz
sliwszy od Pana Cogito
 star! 
si
 z potworem i nadal mu imi
: klamstwo. Ale on jest bojownikiem, a w moich 
rcfleksjach zamierzam si
 skupic na umyslach sklonnych bardziej do kontempla- 
cji. Chcialbym tu wymienic Jungera
 Zamiatina
 Bulhakowa
 Platonowa
 Zino- 
wiewa. Junger mia! jasny obraz tego samego wroga
 ale wola! potykac si
 na otwartym 
polu
 id,!c smialo i nie racz'!c prawie dostrzegac nieprzyjaciela
 jak rycerz Dure- 
ra. Pisarze rosyjscy nie wyszli z tej walki calo. Ponidli w niej szkody na ciele i du- 
szy. Niekiedy chcieli paktowac z potworem
 oswajac go. Cz
sto chcieli go oskarzac 
ukazuj,!c odniesione rany 
 a nawet swiadomie id,!c \\' jego slady. 
Dw6ch przynajmniej autorow
 wedle mojego zdania
 mowilo 0 tym niezna- 
nym zlu jak nalezalo: tak
 ze dawalo si
 go odczuc sercem i cz
sciowo ogarn,!c 
umyslem 2.Z a den z nich nie dos\\'iadczyl go bezposrednio. Solowiow' zmar!
 za- 


I Wiersz ten przekazat mi Czestaw Mitosz w czasie pcwnego spotkania w Wilmington (Vermont) 
w sierpniu 1984 roku. Moja parafraza (kt6rcj ze wzgl
du na nieznajomosc j
zyka polskiego nie 
osmielam si
 naz)'wac przcktadem) jcst zgodna, poza niewielkimi skr6tami, z angielskim przekta- 
dcm Mitosza oraz dostownym przektadem francuskim Aleksandra Smolara. Wicrsz pochodzi z cy- 
klu Pan Cogito i znajduje si
 w wmie pt. Raport z ob/fzonego Miasta. 
2 Jako trzeci m6gtby tu wyst
powac Mitosz. UmyslznieJV%ny(przektad francuski z roku 1953) 
mozna zcstawic z Rokiem 1984. Alc napisawszy t
 ksi.}zk
 Mitosz odwr6cit si
 od smiercionosnej 
kontemplacji zta. Jego tempcrament skicrowat go ku tcmu, co zywe. 
. Wtodzimierz Sotowiow (1853-1900) - rosyjski filozof i poeta; centraln
 idc
 jego rcligijno- 


11
>>>
nim osi,!gn,!l pelni
 swoich mozliwosci. Orwell poznal je niejako z boku i tylko 
ze slyszenia. A jednak potrafili uj'lC jego istot
 jasniej, jak s,!dz
, niz ci, kt6rzy bez 
reszty zostali poddani jego wladzy. Zasada tego zrozumienia nie ma charakteru 
empirycznego. 'V oparciu 0 bardzo przekonywuj,!c,! teori
 przeprowadzili oni nie- 
jako pewne, tylko cz,!stkowe doswiadczenie. 
Tego Rosjanina i tego Anglika nie l'!cz'! ani epoka, w kt6rej zyli, ani kultura, 
ani wychowanie, ani wiara. A przeciez dochodz,! w swoich refleksjach do wsp61- 
nych wniosk6w, co postaram si
 wykazac w zakonczeniu mojej ksi'!zki. Juz teraz 
jednak wymieni
 jedn,! cech
 charakterystyczn'!, kt6ra kazala mi zestawic ich ze 
sob'!, chocby takie pol,!czenie moglo si
 wydac dziwaczne. Temu zlu, kt6re intu- 
icyjnie tak mocno odczuwali, obaj patrzyli prosto w twarz, nie poddaj'lc si
 ani 
wstr
towi, ani grozie i nie szukaj,!c usprawiedliwienia. Zgl
biaj,!c jego istot
 i pr6- 
buj,!c j'! wyjasnic, spogl,!dali na nie z dziecinnym zdumieniem i czystym scrcem. 
Obaj ci ludzie dopiero na samym koncu zycia ujawnili to intuicyjne poznanie. 
Przeczytalem wi
kszosc ich ksi,!zek. W obu wypadkach ostatnia: Trzy roz1nOJvy 
Solowiowa i Rok 1984 Orwella, g6ruje w spos6b absolutny nad pozostalymi. Gdy- 
by Solowiow tej wlasnie ksi,!zki nie napisal, umidcilibysmy tego, swietnego prze- 
ciez pisarza, pomi
dzy Florenskim a o.S.Bulhakowem, jako jednego z przedstawicieli 
owej filozofii religii, tak niejednorodnej i tak nier6wnej, kt6ra przezywala w Ro- 
sji prawdziwy rozkwit w okresie przedrewolucyjnym. Orwell uchodzilby za naj- 
sympatyczniejszego, najuczciwszego i najbardziej utalentowanego sposr6d 
wyczulonych na sprawy spoleczne lewicowych pisarzy, gdyby Rok 1984 nie nadal 
mu rangi przewyzszaj,!cej dotychczasow,! rw6rczosc. Nie b
d
 si
 tu zajmowal 
Solowiowem ani Orwellem w og61e, a tylko wymienionymi dwoma utworami. 
!vloim celem b
dzie zanalizowac je i skomentowac. S,! to teksty stawiaj,!ce op6r 
i kt6re niemalo kosztowaly obu pisarzy. "Sloll.cU i smierci nie mozna dlugo pa- 
trzec w twarz, zlu - tym bardziej". Solowiow i Orwell zmarli mlodo, napisawszy 
te ksi,!zki; moze dlatego, ze je napisali. 
Od czasu Hioba i Hezjoda ludzie, zetkn'!wszy si
 z najwyzszym stopniem zla, 
wolaj,! do nieba. Solowiow i Orwell nadali swojemu doswiadczeniu wymiar teo- 
logiczny, pierwszy - otwarcie, drugi - w spos6b bardziej dyskretny. Solowiow 
byl teologiem z upodobania, niemal z zawodu; Orwell zostal teologiem mimo 
woli i wlaSciwie wbrew sobie, ale byl nim w nie mniejszym stopniu co Solowiow, 
w kazdym razie w Roku 1984. 
Zadnego z nich nie zadowala klasyczna definicja zla, zaproponowana przez 
Plotyna i przyj
ta przez Koscioly: zlo jest brakiem dobra 3. Przedmow
 do swo- 
ich Trzech rozmo1V Solowiow tak zaczyna: "Czy zlo jest tylko naturalnym niedo- 
statkiem, niedoskonalosci,!, kt6ra wraz z post
pem dobra sarna z siebic zaniknie, 


-fil.ozoficznego systemu stanowita koncepcja absolutu (kt6rego ucicldnienie stanO\\rj rzcczywisty 
SWIat), dost
pnego cztowi
ko\Vi jedynie w poznaniu "catkowitym", b
d'lcym syntczC} poznania mi- 
stycznego, filozoficzncgo I naukowcgo; estctycznc koncepcjc Sotowiowa, jak r6wniei jcgo tw6r- 
czosc poetycka, stanowity jcdno z gt6wnych zr6dd rosyjskiego symbolizmu. (red.) 
3 Enniades, 1,8,5. Scholastycy dodali jcszcze: brakiem n a lei n ego dobra. 


12 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
czy tez Jcst rzeczywist'! s i 1 '!, rz'!dz'!c'! naszym swiatem z uwodzicielsk,! moc,! 
o takim charakterze, ze aby walczyc z ni,! skutecznie, trzeba odwolac si
 do rze- 
czywistoki innego rz
du?» 4. 
Ta sila przybiera u obu ksztalt osobowy. Solowiow zapewnial, ze diabel mu 
si
 ukazal. Orwell niczego podobnego nigdy nie twierdzil. Ale ta wlasnie postac, 
kt6ra u Michaila Bulhakowa ukazuje si
 w spos6b tak spektakularny, kt6ra z pew- 
noki,! nie byla obca J iingerowi i Zinowiewowi, rysuje si
 uporczywie za obra- 
zem Wielkiego Brata. Aby wyjasnic tw6rczosc dwu wybranych przeze mnie 
pisarzy, trzeba b
dzic isc za tokiem ich mysli, az do tego punktu. 


Alain Besa1lfon 
przelozyla Aleksandra Olfdzka - Fr;'besowa 


P 
\.. 2JA C{L"\Lw H 
 
 


l
 


C\ 


",c. lr- .: 
r 
 1 oJ 1 
 


f'A. Jr., 



 


..e 




 



' A-v1- 


It... f2t .N\'( 


tA- .:-....... 


,'11"\ -'"'" "".;-. 
' 
 f 
 



,
 fs 
 
rG,,",- 


Dla ZbignieJVCl Herberta, 
ktory JV kilku. sloJVach JVyrazil zawartosc tej ksiqzki 
z podziJVem 
Alain Bcsanfon 


4 OeztJ1Yes, t.X, s.91, cz
sc picrwsza, rozdziat 1. 


13
>>>
ZbignieJv Herbert 


Pot\vor Pana Cogito 


l. 
Szcz
sliwy swi
ty Jerzy 
z rycerskiego siodla 
m6g1 dokladnie ocenic 
sil
 i ruchy smoka 


pierwsza zasada strategii 
trafna ocena wroga 


Pan Cogito 
jest w gorszym polozeniu 


siedzi w niskim 
siodle doliny 
zasnutej g
st'! mgl'! 


przez mgl
 nie spos6b dostrzec 
oczu palaj,!cych 
lakomych pazur6w 
paszczy 


przez mgl
 widac tylko 
migotanie nicoki 


potw6r Pana Cogito 
pozbawiony jest wymiar6w 


trudno go opisac 
wymyka si
 definicjom 


jest jak ogromna depresja 
rozci,!gni
ta nad krajem 


nie da sit; przebic 
pi6rem 


14 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
argumentem 
w16czni,! 


gdyby nie duszny ci
zar 
i smierc kt6q zsyla 
mozna by s,!dzic 
ze jest majakiem 
chorob,! wyobrazni 


ale on jest 
Jest na pewno 


jak czad wypdnia szczelnie 
domy swi'!tynie bazary 


zatruwa studnie 
niszczy budowle umyslu 
pokrywa pleSni
} chleb 


dowodem istnienia potwora 
S,! jego ofiary 


jest dow6d nie wprost 
ale wystarczaj,!cy 


2. 
rozs,!dni m6wi,! 
ze mozna wsp6lzyc 
z pot:worem 


nalezy tylko unikac 
gwaltownych ruch6w 
gwaltownej mowy 


\V przypadku zagrozenia 
przyj,!c form
 
kamienia albo liScia 


sluchac m,!drej Natury 
kt6ra zaleca mimetyzm 


oddychac plytko 
udawac ze nas nie ma 


15
>>>
Pan Cogito jednak 
nie lubi zycia na niby 


chcialby walczyc 
z potworem 
na ubitej ziemi 


wychodzi tedy 0 swicie 
na senne przedmidcie 
przezornie zaopatrzony 
w dlugi ostry przedmiot 


nawoluje potwora 
po pustych ulicach 


obraza potwora 
prowokuje potwora 


jak zuchwaly harcownik 
armii kt6rej nie ma 


wola - 
wyjdz podly tch6rzu 


przez mgl
 
widac tylko 
ogromny pysk nicoki 


Pan Cogito chce stan!c 
do nier6wnej walki 


powinno to nast!pic 
mozliwie szybko 


zanim nadejdzie 
powalenie bezwladem 
zwyczajna smierc bez glorii 
uduszenie bezksztaltem 


ZbignieJV Herbert 


16 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Miroslaw Dzien 


Portret po burzy 


1. "ByleS, czlowiecze, obywatelem tego oto wielkiego panstwa. COZ ci na tym 
zakzy, czy lat pi
c, czy sto? Co jest wedlug praw, to jest dla wszystkich rowne. 
COZ wi
c w tym strasznego, jezeli ci
 usuwa z granic pal1stwa nie tyran, nie s
- 
dzia niesprawicdliwy, ale natura, ktora ci
 w nie wprowadzila? Tak jak aktora usu- 
wa ze sceny pretor, ktory go przyj(!l. "Nem nie odegral pi
ciu aktow, tylko trzy" 
- Dobrze. Ale w zyciu trzy akty t\vorz(! sztuk
 cal(!. Bo kiedy si
 ma skonczyc, 
w)'znacza OW, kto przedtem zespol uiozyl, a teraz rozpuszcza. Ty zas ani w jed- 
nym, ani w drugim udzialu nie braId. Odejdi wi
c lagodnie. Lagodny bowiem 
jest i ten, kto ci
 zwalnia" 1. Tymi oto slow)' kOl1czy swoje Roz1n)'ilania 1'vlarek 
Aureliusz - jeden z duchowych 11istrzow Zbigniewa Herberta. Kazdy, kto zna 
stoick(! filozotl
 rzymskiego Cesarza wie, ze poeta polski juz od pierwszego swo- 
jego tomu wierszy, to znaczy od Struny S1viatla opublikowanego w 1956 roku, 
pragn(!l wcielic w swoje zycie stoickie idealy, pragn(!l uczynic z nich sposob na 
przctrwanie, r
kojmi
 dziclnoki. 
Pisanie 0 t\vorczoki Zbigniewa Herberta kilka miesi
cy po jego smierci jest za- 
daniem trudnym, bye moze jeszcze trudniejszym niz dotkliwa swiadomosc braku 
fizycznej obecnosci Poety. Oto dzielo zamkni
te, ale czy do konca rozpoznane? 
Odszedl \Vielki Paeta, moim skromnym zdaniem najwi
kszy, jakiego wydala pol- 
ska literatura w tym stuleciu. Odszedl poeta tragiczny, klasyczny i romantyczny. 
Odszedl spadkobierca Kochanowskiego, 1'vlickiewicza, Slowackiego i Norwida. Od- 
szedl poeta z szacunkiem odnosz,!cy si
 do tradycji, traktuj,!cy j,! jako drogocen- 
ne cymelium, ale zarazem potrafi
}C)' \\'prz
gn,!c j'! we wspolczesnosc, nadac jej zywy, 
to znaczy wszystkim nam bliski ksztalt. Od razu przypominaj,! mi si
 slowa, jakie 
Zbigniew Herbert zanotowal w Barbarzyncy JV ogrodzie, gdzie w rozdziale poswi
- 
conym Sienie, cytowal T.S.Eliota, ktory pisal 0 tradycji: "Nie mozna jej odziedzi- 
czyc, kto jcj pragnic, musi j
 wypracowac ogromnym wysilkiem. Po pierwsze, \'ymaga 
poczucia historyczncgo, ktore uznac nalezy za niemal konieczne dla kazdego, kto 
chcialby nadal byc poet'!, po przekroczeniu dwudziestu pi
ciu lat zycia; historycz- 
ne poczucie wymaga dostrzegania nie tylko przeszlosci przeszlej, ale i terainiej- 
szej, poczucie historyczne nakazuje poecie, by pisz.}c nie mial we krwi wyl,!cznie 
wlasnego pokolenia, lecz swiadomosc, ze caloksztalt literatury Europy od Home- 
ra, w jej zas ramach caloksztalt literatury jego wlasnego kraju, istnieje rownocze- 
snie i tworzy rO\\11oczcsny PofZ.1dek" 2. I dalej: "Zaden artysta w jakiejkolwiek dzicdzinie 
sztuki rue ma sam w sobie pclnego znaczenia. Jego znaczenie, jego uznanie, jest 


I Marck Aureliusz, Rozmyf/allia, Warsz,1\va 1984. 
2 Zbignicw Herbcrt, Barbarz
'V1ica IV ogrodzie, Wrodaw 1997. 


17
>>>
uznaniem w stosunku do zmarlych poet6w i artyst6w. Nie mozna oceniae go w ode- 
rwaniu, trzeba umidcie go, dla por6wnania i przeciwstawienia, wsr6d zmarlych" 3. 
Slowa te dotycz,! dzis samego Zbigniewa Herberta. 


2. Pragnt; przywolae jeden wiersz z Epilogu burzy: Portret konca JVieku, kt6- 
ry w iscie proroczym stylu dokonuje diagnozy czas6w, w kt6rych zyjemy i kon- 
dycji artyst6w: 


\Vyniszczony narkotykami szalem spalin uduszony 
spalony w gwiazd
 pton.}G} goreje Super Nowa 
trzech wieczor6w - chaosu poze}dania udr
ki 
wchodzi na trampolin
 zaczyna od nowa 


karzetku naszych czas6w gwiazdko zetlatych wieczor6w 
artysto z kozi'l stope} kt6ry przedrzdniasz demiurga 
jarmarczna apokalipsa 0 ksie}z
 Iunatyk6w 
skryj twarz nienawistne} 


p6ki czas jeszcze przywotaj Baranka wody oczyszczenia 
niech wzejdzie gwiazda prawdziwa Lacrimoso Mozarta 
przywotaj gwiazd
 prawdziw'l krain
 stulistn'l 
niech ziSci si
 Epifania otwarta jest Nowa Karta 


Niejednokrotnie pisalem juz 0 tym, ze tw6rczose Herberta jest nade wszystko 
w swej istocie eschatologiczna, i wraz z uplywem czasu jej polityczne - jakze po- 
biezne i podyktowane aktualn,! koniunktur,! - odczytania ust,!pi,! miejsca studiom 
nad uniwersalnym charakterem artystycznego przeslania polskiego pocty. Jakby na 
porwierdzenie tego, 0 czym m6wit;, jest wyiej przytoczony wiersz. Mozna zapy- 
tae, kim jest artysta konca XX wieku? J aki jest jego status? Co moze ofiarowae rze- 
czywistosci? Odpowiedz, jak,! daje Poeta, jest gorzka, ba, to bardzo delikatne 
okrdlenie... "Karzelek naszych czas6w"; "gwiazdka zetlalych wieczor6w"; "arty- 
sta z kozi,! stop,!"; "ksi,!zt; lunatyk6w" - przytaczam wszystkie te okrdlenia bynaj- 
mniej nie po to, by dokonac ich anatomicznego rozbioru, lecz w celu uzmyslowienia 
sobie intelektualnego klimatu, w jakim zostaly one poczt;te. Pief\vsz'! cech,! cha- 
rakteryzuj,!c,! wszystkie "przymioty" artysty jest jego upadek w zwyczajnosc, upa- 
dek w pospolitosc, jannarczn,! bylejakose, dla kt6rej nawet ironia wydaje sit; bye nazbyt 
duzym wyr6znieniem. Artysta, jak mitologiczny satyr przedrzczniaj,!cy derniurga, 
a zatem boskiego budowniczego, jakiego odnajdujemy w platonskim Timajosie, oka- 
zuje sit; przez swoj,! dzialalnose burzycielem porz,!dku odmierzonego cyrklem 
i miar'!, a zatem pelnego ladu i harmonii. W ten spos6b zdolny jest zbudowae je- 
dynie "jarmarczn,! apokalipst;", a wit;c tak'!, kt6rej osrodkiem i osnow'! jest nielad 
i zgielk. Poddany jedynie niepohamowanym odruchom, artysta staje sit; "ksit;cicm 
lunatyk6w", a zatem tych, kt6rzy zyj,! w sztucznym, wyimaginowanym swiccic pd- 


3 Tamze. 


18 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
nym blichtru i nienawisci. Poniewaz odrzucil miar
, wolno mu kpie do woli, wol- 
no mu \\-ykrzykiwae wszystko bez narazenia si
 na sankcj
 grymasu na twarzy. My 
si
 juz nie dziwimy, ten odruch jest nam obey, jak obowi,!zek. 
Najbardziej frapuj,!ca jest trzecia zwrotka wiersza. Rozpoczyna si
 ona modli- 
tewnym zaspiewem - wezwaniem: "p6ki czas jeszcze przywolaj Baranka wody 
oczyszczenia" . Taka fraza stano\vi istotne novum w Herbertowskim swiatoodczu- 
ciu. Nie jest to bowiem tylko prosta tormula zakl
cia, ale najbardziej intymne, 
bo plyn,!ce z gl
bokiego przekonania wezwanie do ekspiacji, do duchowej od- 
nowy przez oczyszczenie - to znaczy przez przyznanie si
 do winy! Przywolanie 
Baranka jest przywolaniem niewinnosci, kt6rej wcieleniem byl Syn \Vszechmo- 
g,!cego Boga. T
sknota za nieskaleniem: oto p6iny Herbert - Poeta Prorok. 
"Niech zisci si
 Epifania" - nawoluje poeta. Oczekiwanie, przyzywanie Obja- 
wienia, nowej jakosci trwania, nowego wymiaru spojrzenia na nasze zycie i na ca- 
I,! rzeczywistose. Oczywiscie nie spos6b nie dostrzec w tym wierszu element6w 
millenarystycznych, zaklinania dokonuj,!cego si
 na naszych oczach przelomu ty- 
si.lcleci. Herbert wskazuje na otwart'! Now,! Kart
 - jeszcze niezapisan,!, dziewi- 
cz'!, peln,! mozliwosci. Oto szansa unikni
cia zaglady, zdaje si
 szeptae poeta, szansa 
na przywolanie Baranka, szansa na duchowe odrodzenie. 


3. Powoli przychodzi czas zastanowienia nad przyszloSci,!, nad mozliwymi dro- 
gami, po kt6rych mozna tw6rczo rozwijae artyst:yczn'! (bo przeciez nie tylko poetyc- 
k'!) wizj
 Zbigniewa Herberta. To prawda, wielkose Herberta sprawia, ze kazdy, kto 
b
dzie chcial p6jse w jego slady, narazony b
dzie na ironiczne usmieszki pojawiaj,!- 
ce si
 w k,!cikach ust specjalist6w od literatmy. Z drugiej jednak strony sciezka szyb- 
ko zarasta i moze okazae si
 po wcale niedlugim czasie, ze nie bardzo wiadomo, gdzie 
jej szukae, bo ani nie ta wrazliwose, ani nie ten idiom kulturowy, \\yksztalcenie, eru- 
dycja ete. kzyki si
 popl
taly, jak budowniczym wiezy Babel. l\;lysle; wi
c, ze pro- 
pozycja Herberta wci,rz jest bardzo fTapuj}ca i znajdzie - pomimo tych, kt6rzy 
lubuj,! si
 w szarosciach - nasladowc6w, to znaczy tych, kt6rzy z nie mniejsz,! kon- 
sek\\'encj
 od swojego Mistrza dodadz
 do niej nieco wlasnej krwi i wody. 
ajcie- 
kawszym kierunkiem, w kt6rym rozwijana moze bye poezja Herberta, jest kierunek 
eschatologiczny (uZywam okrdlenia eschatologiczny, gdyz nagminnie wyeksploato- 
wany termin metafizyczny, przywolujlCY kantowskie stanowisko, wedle kt6rego 
mctafizyk
 zredukowano do zagadnien zwi.lzanych z natur'! Boga, duszy i swiata, 
nie spos6b traktowae powaznie i miarodajnie. Niestety, wsr6d krytyk6w literackich 
okrdlenie "metafizyczny" jest taktowane jak slowo-\\-ytr)'ch, kt6rym mozemy ot\\'o- 
rzye kazde, troche; trudniejsze dla naszych malo przenikliwych inteligencji drzwi). 
Kazde istnienie jest jedyne i niepowtarzalne - ten oto frazes warto w tym miej- 
scu przypomniee tym wszystkim, kt6rzy z niejak
 Iekkosci,! powitaj
 kazdego, kto 
b
dzie staral si
 p6jse q trudn,! i \\-ymagaj
c
 drog
. Bowiem kroczye za Herber- 
tem oznacza ni mniej ni wi
cej, jak kroczenie po Sciezce wiernosci. Oczywiscie 
nie \\'olno zapominae 0 myslowych meandrach poetyckiego przeslania Herber- 
ta. Nie mozna pomin
c codziennego rytualu przygl,!dania si
 w lustrzanym od- 


19
>>>
biciu blazenstwa wlasnej twarzy - to przeciez uchronie nas moze przed pych
, 
przed czczym poczuciem wyzszosci. Dlatego nie warto lc;kae siC; wlasnej miary, 
bo czasy wcale nie wydaj,! siC; latwiejsze od tych, w kt6rych zanurzony byl Zbi- 
gniew Herbert. Ocalenie rudymentarnych wartosci musi dokonywae si
 na mia- 
rc; kazdego czasu i tych, kt6rym przyszlo w nim egzystowae. Oto nastc;pny, obok 
T.S. Eliota i Rilkego, w kogo wci,!z trzeba siC; wpatrywae, aby przypadkiem nie 
utracie tego zarysu, jaki pozostawil na scianie, przed oczyma naszego sumienia. 


'\V wielu posmiertnych wspomnieniach os6b, kt6re znaly Zbigniewa Herberta, 
z domagaj
cym siC; lepszej sprawy natc;zeniem powraca motyw skomplikowanej psy- 
chiki czlowieka. Jest to dla mnie bardzo dziwne, zeby nie powiedziee niepokoj,!- 
ceo Odnoszc; bowiem wrazenie, ze problem komentator6w jest bardziej ich 
osobistym problemem, niz spraw,! Herberta. A jakiz to czlowiek nie jest psychicz- 
nie skomplikowany? Pokazcie mi go, a bc;dzie to dla mnie jeden z najszczc;sliw- 
szych dni w moim zyciu! Poeta po prostu wymagal od siebie. Tak, wiem 0 co chodzi 
- powazyl siC; bye r6wniez "str6zem brata swego". Takiej posta\\]' nikt za bardzo 
nie lubi. To tez potrafic; zrozumiee, ale jedno nie ulega dla mnie zadnej w'!tpli- 
wosci: wymagania moraine nie S,! spraw,! gustu, czy intelektualnej mody, na kt6- 
r,! obecnie cierpimy. To jest sprawa "smaku", tego, kt6ry nie poddaje siC; giddzie. 
Dobro jest dobrem. Nieprawose nieprawosci,!. To "tylko" (kt6re staje siC; dla nas 
zyciowym zadaniem) mowa: tak-tak, nie-nie. To Ewangelia. To powr6t do ele- 
mentarnych rozr6znien, gdzie nie popadamy w sidla demona dialektyki. Dlatego 
myslc;, ze Herbert niejednego z nas po rani przypominaj,!c 0 tym, jakie wartoSci le- 
gly u podstaw naszej kultury. Pic;knie pozegnal Herberta Czeslaw Milosz m6wi,!c: 
"Umarl wiclki poeta. Kazdy kraj ma w ci,!gu calej swej historii zaledwie kilku ta- 
kich poet6w, kt6rych slowa staj'! siC; wlasnosci,! jc;zyka, przekazywan,! z pokolenia 
na pokolenie. Tak stalo siC; z poezj,! Herberta jeszcze za jego zycia. Herbert jako 
poeta byl najrozmaiciej interpretowany. I chyba zaden jego obraz nie wyczerpu- 
je trdci jego dziela. Totez coraz to nowe interpretacje bC;d,! siC; mnozyly. A co do 
jego zycia, to bylo trudne i co sam dzisiaj - jestem pewien - chcialby uslyszee, to 
ze zostalo nagrodzone wiecznotrwalym laurem za dzielnose" 4. 


Autorski wyb6r wierszy, kt6ry poeta przygotowal na trzy miesi,!ce przed smier- 
ci,! - 89 JVierszy, konczy utw6r f(amyk: 


kamyk jest stworzcniem 
doskonaiym 
r6wny s\\'emu sobic 
pilnuj
cy swych granic 


wypetniony doktadnie 
kamiennym sensem 


4 Wypowicdz dla "Rzcczypospolitcj" udziclona w Krakowie 28 lipca 1998 roku. 


20 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
o zapach kt6ry niczego nie przypomina 
niczego nie ptoszy nie budzi poz
dania 


jego zapat i cht6d 
s
 stuszne i peine godnosci 


czuj
 ci
zki \\)TZUt 
kiedy go trzymam w dtoni 
i ciato jego szlachetne 
przenika fatszywe ciepto 


- Kamyki nie daj
 si
 oswoic 
do kOl1ca b
d
 na nas patrzec 
okiem spokojnym bardzo jasnym 


Jako komentarz do tego wiersza niech posluzy jeszcze jeden rragment z Barba- 
rzyncy w ogrodzie, tym razem z rozdzialu opatrzonego tytulem U Dorow: "Kamiell. 
byl nie tylko materialem, ale posiadal znaczenie symboliczne, byl obiektem wene- 
racji, a takze przedmiotem wr6zebnym. Mic:dzy rum a czlowiekiem istnial Scisly zwi,!- 
zek. Zgodnie z prometejsk,! legend,!, kamienie l,!czyl z ludzmi wc:zel pokrewienstwa. 
Zachowaly nawet zapach ludzkiego ciala. Czlowiek i kamiell. rcprezentuj
 dwie si- 
ly kosmiczne, dwa ruchy: w d61 i w g6rc:. SurO\\')' kamiell. spada z nicba, poddany 
zabiegom architekta, cierpieniu liczby i miary, wznosi sic: do siedziby bog6w" 5. 


* 


Parc: dni temu snilo mi sic:, ze bylem w mieszkaniu Poety. Chodz
c po poko- 
ju, \\' kt6rym pracowal, przygl,!dalem sic: regalom z ksi,!zkami i drobnym przed- 
miotom codziennego uzytku. Rzecz ciekawa, \V miejscu podarowanym przez marzerue 
senne (cokolwiek kryje sic: za jego nieprzeniknion,! zaslon
), nie bylo biurka. Po- 
k6j Pocty nie mial miejsca, przy kt6rym dokonuje sic: sekretny rytual tworzenia, 
powolywania nowych jakoSci, skladania s16w i ich sens6w \\' nowe konstelacjc, 
kt6rym kiedys, dawno juz temu, nadano nazwc: pic:kna. Tak wic:c moja obecnosc 
w pokoju bez biurka... Nie znam sic: na psychoanalizie, nie utam uczniom Freu- 
da, ale oto w jaki spos6b dumaczc: sobie ten obraz: dzielo dokonalo sic:, zostalo 
ukOl1czone, zapic;tc, nie ma juz nic do dodania. Biurko jest zbyteczne, nagle oka- 
zuje sic: intruzem, :lIe dobranym rekwizytem, zatem znika, odchodzi razem z Po- 
et'!. Zostaje tylko nasza obecnosc, jakze teraz bezsilna wobec pozostawionego 
dziela, kt6re bc:dzie domagalo sic: od nas moralnego i anystycznego okrdlenia 
sic:; bc: dzic wyci
galo nasze mysli sklejone wilgoci,! snu na swiado, ostre i rani
}- 
ce; bc:dzie prowadzilo nas na Rynek, do miejsca, gdzie nauczal Sokrates. 


Mirosla1J1 Dzie11 


5 Zbigniew Herbert, Barbarzynca IV ogrodzie. 


21
>>>
MiroslaJv Dzien 


Na smierc Wiellciega Paety tren 


Kiedy odchodzi \Viclki Poeta, kraina 
mgiel do kt6rej idzie, ten swiat bez cierni, 
potulnych przedmiot6w i niedokonczonych 
zdaI1 - przyjmuje szelest jego nagich st6p, 
a wtedy roziskrza si
 blotna posoka 
i w swoim nieskonczonym tchnieniu 
tuli jeszcze jednego, kt6ry zasluzyl 
na wi
cej niz pami
c. 


28,7.1998. 


Miroslmv Dzien 


,.J
 
:-i
' 
" :y 


r
' J.9 '
 . . rt 
 ----,,
 
 
r "t..; ;'\1 
')'
K 
I' _ -- _ 
'l1 - ,
, 
 
"I ' . 
/J . " -::: ,_-=/ 

 


, 

.
 
? 
 /- "- 

 -, 


Ze 
zkicOJvnik6JJ1 podr6inych') ZbignielVa. Herberta. 


22 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Aleksander Fiut 


Notatlci do nie napisanej lsi(!zki 
o Zbigniewie Herbercie 


Juz za zycia stawiany na pomniku, uznany za jednego z najwybitniejszych po- 
etow obecnego stulecia. Ale tez - oskarzany: przez Sandauera 0 epigonizm, 
przez Kornhausera 0 eskapizm, przez Lapinskiego 0 socrealizm i eklektyzm. 
W znacznym stopniu stal sic; ofiar,! mitu 0 samym sobie, ktory przez lata pielC;- 
gnowal i ktoremu stanowczo sic; przeciwstawil dopiero tuz przed smierci,!. Bla- 
znuj,!cy m
drzec, przdmiewczy moralista, surowy stoik peten gwaltownych pasji. 
Po tylu - nierzadko znakomitych - artykulach krytycznych, esejach, ksi,!zkach mo- 
globy siC; wydawac, ze wszystko jU:l 0 nim zostalo powiedziane, wszystko wyja- 
snione. Tymczasem i jego biografia, i jego tworczosc kryj'! niemalo tajemnic, sporo 
zagadek i spraw trudnych do zrozumienia. 


* 


Urodzony w przed\\'ojennym Lwowie, zdumiewaj,!co poino dosrrzegl i w bar- 
dzo malym stopniu spozytkowal artystycznie jego wielonarodowy, wieloreligij- 
ny i wielokulturowy charakter. Jest to tym bardziej uderzaj,!ce, gdy porownac jego 
pisarstwo z esejami Wittlina, wspomnieniami Chciuka czy wierszami Zagajewskie- 
go. W wiC;kszoSci utworow zdawal siC; wyznawac - we
le dawnego, celnego okre- 
slenia Kazimierza Wyki - "patriotyzm Frontu Narodowego na pierwszym, 
\Vszystkich dotycz,!cym stopniu wtajemniczenia w losy zbiorowosci polskiej, z od- 
chyleniem tradycjonalistycznym wszakze". Pisal 0 \Vawelu, zburzonej Warsza- 
wie, mc;tnym scieku \Visly, Polsce, jako oblc;zonym midcie. 


* 


Holandia Herberta. Kraj, ktory samodzielnie, wieloletni,! upart'! walk,! zapew- 
nil sobie niepodleglosc. Spoleczenstwo, pracowitc, skrzc;tne, odznaczaj,!ce siC; od- 
wag'! na co dzien, niechc;tne krotkotrwalym, efektownym zrywom. ,,\Vojna nie byla 
dla Holendrow pic;knym rzemioslem, przygod,! mlodosci ukoronowanicm mc;skie- 
go zycia. Podejmowali j'! bez egzaltacji, ale takze bez sprzeciwu, tak jak siC; idzie 
na walkc; z zywiolem. W takim kodeksie postc;powania nie ma miejsca na popisy 
bohaterskiej brawury i efektown,! smierc na polu chwaly. Przeciwnie, szlo 0 to, 
aby uratowac, ochronic, oszczC;dzic, wynidc z burzy zdrow,! glowC; i mienie". Sk,!d 
rodzi siC; malarstwo, ktore od przedstawiania bite\\' wolalo utrwalac zycie codzien- 
ne. "Wolnosc, 0 kt6rej napisano tyle traktatow, ze stab siC; pojc;ciem bladym i abs- 
trakcyjnym, byla dla Holendr6w czyms tak prostyll1, jak oddychanie, patrzenie, 


23
>>>
dotykanie przedmiotow. Nie trzeba jej bylo definiowac ani upi
kszac. Dlatego w ich 
sztuce nie ma podzialu na to co wielkie i male, wazne i nieistotne, podniosle i po- 
spolite. Malowali jablka, portrety kupcow blawatnych, cynowe talerze, tulipany, 
z tak} cierpliw} miloSci}, ze gasn} przy nich obrazy zaswiatow i halasliwe opowie- 
sci 0 ziemskich triumfach" (Temat niebohaterski). Zawiera si
 w tych slowach 
przeciwstawienie, pozytywnie waloryzowanej, kultury mieszczanskiej kulturze wy- 
roslej z tradycji rycerskiej, szlacheckiej. Zasad i sposobu zycia rzeibionego b}di 
przez protestantyzm, b}di przez katolicyzm. Ale takze - posrednia krytyka pol- 
skich wad narodowych. Nostalgia za cnotami, ktorych nam najwyrainiej brakuje. 
Pouczaj}ca lekcja. Plyn}ca rowniez i z tego, ze ci trzeiwi, racjonalni Holendrzy 
ulegli jednak kiedys niebezpiecznej tulipomanii. 


* 


Jego dorobek jest w znacznym stopniu rozproszony i malo znany. Dotyczy 
to nie tylko utwor6w pozostaj}cych w archiwum, esejow 0 tematyce mitologicz- 
nej, ktore w przekladzie na angielski ukazaly si
 niedawno pod tytulem [(rol mro- 
1Vek, oraz korespondencji. Falszywa legenda 0 niezlomnym milczeniu w latach 
stalinowskich oraz "sp6inionym debiucie" przeslonila takze wczesn} tw6rczosc 
Herberta. 0 powazne zainteresowanie si
 ni} pierwsi upomnieli si
 Zdzislaw La- 
pillSki i Andrzej Lam. \V latach 1950-1955 - przed glosl1} Prapremierq pi(ciu 
poeto1V w "Zyciu Literackim" - Herbert opublikowal na lamach "Dzis i J lltro ", 
w paxowskim almanachu pt. ...kaidej chJVili JVybierai musz(oraz w "Tygodniku 
Powszechnym" sZeScdziesi}t dwa wiersze. Z nich dziesi
c nigdy nie zostalo po- 
wt6rzonych w zbiorach poetyckich. To sarno odnosi si
 do felietonow pojawia- 
j}cych si
 sporadycznie, nieraz pod pseudonimem, w "Dzis i J utro", "Slowie 
Powszechnym", "Przegl}dzie Powszechnym", "Tygodniku '\Vybrzeza", "Arko- 
nie", "Tygodniku Powszechnym". 


* 


Starannie zacieral slady swojej poetyckiej drogi i llkrywal zaleznoSci. Wczesne 
wiersze umieszczal w p6inych tomach, inaczej niz Baczytlski nie pozostawial zad- 
nych wskazowek, co do czasu powstania poszczeg6lnych utworow. Tuz przed 
smierci} ulozyl wlasny wybor poetycki. D}zyl do tego, by jego pisarski au topor- 
tret mial form
 ostatecznie wykOl1czon}, doskonal}. Jak malarz, kt6ry wymazu- 
je z obrazu swoje niepewne szkice i nie chce pami
tac 0 trudnych latach 
. . 
termmowama. 


* 


Nie od razu dostrzegl, ze jego najwi
kszym atutem jest zobiekt)'wizowany, 
ironiczny dyskurs moralisty. Jego juvenilia pozostaj} intryguj}cym zapisem po- 
mylek i rozterek, poszukiwan i bardziej lub mniej udanych nasladownictw. Czy- 
tane chronologicznie odslaniaj} zwi}zki z pienvsz} i dnlg} awangard}, symbolizmem 
i surrealizmem; Miloszem i Przybosiem, Baczynskim i Rozewiczem. Ale takze - 


24 K WAR TAL N I K IA R T / Y STY C Z N Y
>>>
T.S. Eliotem i Audenem, kt6rego mial poznae osobiscie, Kawafisem i Celanem, 
o kt6rego poezji m6wil z zachwytem w wywiadzie radiowym. Poetycki instynkt 
prowadzil go jednak nieomylnie. Czego swiadectwem moze bye juz debiutanc- 
ki, przez wszystkich zapomniany, Zloty frodek z 1950 roku. 


* 


Sposr6d wczesnych poetyckich lektur najbardziej dalekosit;zne skutki miala za- 
pewne dla Herberta lektura S1Viata, GlosolV biedn)'ch ludzi, Piefni Adriana Zie- 
linskiego oraz Traktatu moralnego (w jednym z list6w do Milosza wymienia je 
jako te, kt6re z jego tw6rczoki "najbardziej lubi"). P6zniej od T.S. Eliota m6g1 
sit; nauczye wprowadzania do wierszy reminiscencji kulturowych, spit;trzania ak- 
cji oraz intelektualnego dyskursu. Od Audena - ironii, dystansu do samego sie- 
bie i emocjonalnego chlodu. Od Ka\\'afisa - poslugi\\'ania sit; monologiem 
dramatycznym i predylekcji do przedstawiania wsp6lczesnoSci w masce starozyt- 
nosci. Od Celana - metafory egzystencjalnej, odslaniaj(!cej i zaslaniaj(!cej zarazem 
tajemnice bytu i tajemnice ludzkiej psychiki. \Vszystkic te skladniki przetopil jed- 
nakze w stop wlasny, szlachetny i nie do podrobienia. A w jaki spos6b to osi(!- 
gn(!l, odpowiedziee mog(! jedynie - przynajmniej \\' pewnym stopniu - staranniejsze 
niz dotychczas studia por6wnawcze. 


* 


Czas najwyzszy skOl1czye z utrwalonym przekonaniem 0 rzekomej "prosto- 
cie" i "krystalicznej przejrzystosci" tej poezji. Jest ci(!gle do napisania obszerne 
studium poswit;conc analizie sposob6w konstruowania oraz funkcjonowania me- 
tafory, por6wnania i obrazu poctyckiego w \\'ierszach Herberta. Na badaczy cze- 
ka tu niejcdna niespodzianka. Podobnie brak w)'czerpuj(!cego studium na temat 
aluzji kulturowych, filozoficznych, religijnych i literackich. Dialog z tradycj(! sto- 
ick(! czy odwolania do mysli Elzenberga to jedynie \\'ierzcholek g6ry lodowej. 


* 


Dobrym kluczem do wierszy Herberta s(! jego eseje. W6wczas z\\'laszcza, gdy 
podejmuj(! te same tematy. G16wnym z nich jest ujawnienie jaskrawej sprzecz- 
noki, zachodz
cej pomit;dzy bezosobo\\'(! doskonaloSci
 sztuki, a okrucien- 
stwem, kt6re ona przedstawia. Precyzyjna analiza \\'lasnych doznan towarzysz
cych 
przezywaniu malarstwa, wsparta imponuj(!c
 \\'iedz(! z zakresu historii sztuki 
i rozmaitych sposob6w recepcji, pomagaj
l Herbertowi "przelozye" zagadkowy 
splot wiedzy i emocji na jt;zyk poezji. Dlatego warto czytae obok siebie, na przy- 
klad, esej Piero del/a Francesca obok Mfczerhtwa Palla Naszego malowallego przez 
Anonima z kr
tt mistrzolV nadl'cllSkich. Eseje ponadto uzupelniaj(! wiersze oopis 
"spolecznego funkcjonowania sztuki" oraz "schowanego w dziele" burzli\\'ego 
nicrzadko zycia artysty. 


2S
>>>
* 


Eseje wloskie to podr6z do :ir6del tozsamoSci europejskiej, eseje holenderskie 
to podr6z do zr6del odmiennej tozsamosci narodowej i kulturowej, eseje mito- 
logiczne to podr6z do zr6del, nie tylko wlasnej, tozsamosci indywidualnej. Pierw- 
sze poszerzaj(! skal
 doswiadczenia cywilizacyjnego, drugie - skak i rodzaj 
doswiadczenia historycznego, trzecie - doswiadczenia egzystencjalnego. Eseje pod- 
powiadaj(! ponadto poecie inne sposoby pogodzenia surowej dyscypliny mysli z lot- 
nOSci(! skojarzen i obraz6w; niewzruszonego porz(!dku logicznego z ekspresj(! zawart(! 
w elipsie, przemilczeniu i pauzie; stawiania pytan zamiast dawania na nie odpo- 
wiedzi. Pytanie: na ile wiersze Herberta odwzorowuj(! struktur
 eseju? I na ile 
eseje wykorzystuj(! poetyk
 wierszy? 


* 


Byl nieodrodnym czlonkiem pokolenia spelnionej apokalipsy. Jak jego r6wie- 
snicy postawil europejsk(! cywilizacj
 przed moralnym trybunalem. Do R6zewi- 
cza zblizaly go doswiadczenia partyzanckie, pejzaze pogruchotanego dziedzictwa 
kultury sr6dziemnomorskiej i lakonicznosc stylu. Do Herlinga-Grudzinskiego- 
antysowiecki uraz, odmowa zrozumienia fenomenu wiary w komunistyczn(! ide- 
ologi
, przekonanie 0 istnieniu etycznego residuum w ludzkiej naturze, estetyczne 
profity czerpane z opis6w cierpienia. Do Borowskiego - wywoluj(!ca szok mo- 
rainy estetyka braku wartoSci. Ale nie ma w nim - jak w Baczynskim, R6zewiczu, 
Konwickim, Nowaku - poczucia skalania krwi(! obc(!, czy bratni(!. Nie ma, jak u Bia- 
loszewskiego - poza wielokrotnie deklarowan(! solidarnosci(! z tzw. prostym czlo- 
wiekiem - stylizacji na jego ulomn(! i koslaw(! mow
 codzienn(!. Brak rozpaczliwego 
ateizmu Borowskiego i R6zewicza. 


* 


Sp6r z Czeslawem Miloszem. Przechodzil rozmaite fazy i toczyl si
 na r6znych 
plaszczyznach. Najostrzejsz(! form
, bezposredniej brutalnej napaSci, przyj(!l w dwu 
wywiadach i w wierszu Chodasiewicz. Dla kogos nie uprzedzonego - niezrozu- 
mial(!. I pozostaj(!c(! w calkowitej sprzecznosci z pelnymi uwielbienia, przyjazni 
i atencji listami, kt6re pisal Herbert do autora Ocalenia. (Jest tam na przyklad 
takie zdanie: "Z calej poezji ostatnich dziesi(!tk6w lat tylko trzej poeci maj(! szan- 
s
 przetrwania: Ty, Ldmian i Czechowicz", "Zeszyty Literackie" nr 66). Napasc 
sprzeczn(! takze z opiniami wyglaszanymi jeszcze kilka lat wczeSniej. Wystarczy 
por6wnac ton wywiadu pt. Plynie si
 zaJVsze do ir6del, pod prqd. Z prqdem plynq 
smiecie ("Krytyka" 1981, nr 8) z tonem wywiad6w z 1994 roku: Pojedynki Pa- 
na Cogito ("Tygodnik Solidarnosc" 1994, nr 46) oraz Pan Cogitogasi hviatlo 
("Czas" 1994, nr 289). 
Wytkni
t(! mu przez Herberta, swoj(! wsp61prac
 z rezimem stalinowskim w la- 
tach 1945-50, sam Milosz wystarczaj(!co surowo os(!dzil, nie warto do tej sprawy 
wracac. Jednakze stwierdzenie, ze mial on jakobyw 1968 roku powiedziec, ze "trze- 
ba przyl(!czyc Polsk
 do Zwi(!zku Radzieckiego", bylo, jak napisal sam oskarzo- 


26 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
ny, pom6wieniem. Przeciwko boldnie rani,!cej absurdalnosci tego rodzaju zarzu- 
tu wystarczaj,!co przemawia cale pisarstwo i dzialalnosc Milosza. S,! takze swiad- 
kowie owej rozmowy, kt6rzy zaprzeczaj'!, ze padly takie slowa. Podobnie nie daje 
sit; utrzymac zarzut, ze Milosz zostal protesorem na uniwersytecie w Berkeley, po- 
niewaz "zaczt;la sit; juz ta nieszczt;sna rewolucja i tam trafia w sw6j zywiol. Pro- 
fesorowie byli brani z ulicy. 1m wit;kszy marksista, tym lepszy". Poza humorystyczn,! 
wrt;cz bezpodstawnosci,! nazwania autora Z1'lielVolonego umyslu marksist,! i suge- 
rowania, ze sympatyzowal z rewolt,! studenck,! (0 tym, ze bylo odwrotnie, swiad- 
cz
 chocby Widzenia nad Zatokq San Francisco oraz wypowiedzi \V p6zniejszych 
wywiadach), wystarczy przypomniec, ze Milosz przeni6s1 sit; z Francji do USA przyj- 
muj,!c zaproszenie uniwersytetu kalifornijskiego, i zostal protesorem w 1960 ro- 
ku, a zatem osiem lat przed wspomnian,! rewolt,!. Na zarzut, ze Milosz "nie umie 
po polsku pisac proz,!", wypada spuscic zaslont; milosiernego milczenia. 
Ow,! napasc mozna po czt;sci spisac na karb cit;zkiego stanu zdrowia Herber- 
ta pod koniec jego zycia. Jak wspomina dlugoletni przyjaciel poet)', Alfred Alva- 
rez, "Alkohol i mania tworzyly strasz!iw'! kombinacjt;, kt6ra popchnt;la Herberta, 
odgrywaj,!cego wybran,! przez siebie roIt; jednoosobowej opozycji wobec wladzy, 
ktokolwiek by j'! sprawowal, na no,"ve wyzyny prowokacji" (Nie lValczysz, to wmie- 
rasz, "Kontrapunkt. Magazyn Kulturalny Tygodnika POlVszechnego" 1999, nr 
1/2). Celem ataku, obok Milosza, stalo sit; w6wczas, jak wiadomo, cale srodo- 
wisko literackie, m.in. Iwaszkiewicz, Kazimierz Brandys, Konwicki. Choroba jed- 
nakze nie wszystko dumaczy. Wazna byla takze zasadnicza r6znica postaw 
i swiatopogl
d6w obydwu poet6w. Szczeg61nie - ocena dwudziestolecia. 


* 


Dla Herberta to "okres wzorcowy" , swiat dziecinstwa i wczesnej mlodosci, upit;k- 
szany i idealizowany z perspektywy p6zniejszych doswiadczen - okupacji i PRL. 
Epoka, w kt6rej obowi,!zywaly jeszcze zasady honom i nalezalo stan
c do poje- 
dynku w obronie czci kobiety. Lata wielkich osi}gnit;c polskiej literatury i nauki, 
dobrych lice6w, znakomitych uniwersytet6w. Herbert dostrzega wprawdzie ne- 
gat)'wne strony tamtej rzeczywistosci: nt;dzt; wsi, ant)'semityzm, Berezt; Kartusk'!, 
ale w jego obrazie Polski mit;dzywojennej najwyrazniej przewazaj,! jasne kolory. 
Przeciwnie Milosz. To dla niego okres zawinionego przez prawict; pogrzebania 
federacjonistycznej wizji Pilsudskiego. Nade wszystko pamit;c 0 przdladowaniach 
mniejszosci narodowych, zydowskich pogromach, wywolanych kryzysem ekono- 
micznym konf1iktach spolecznych, stopniowej faszyzacji paIlstwa. W6wczas tez ro- 
dzi si
 w poecie antyprawicowy uraz, kt6ry \V duzej mierze zawazy na ocenie AK) 
Powstania Warszawskiego, a p6zniej na stosunku do amerykanskiej Polonii. 


* 


Pisal Adam Michnik: "Zawsze fascynowalo mnie sledzenie ukrytego sporu 
Herbcrta z Miloszcm, sporu 0 nar6d i patriot)'zm. Uniwersalista Milosz bunto- 
wal si
 przeciw stereotypom, przeciw p
taniu literatury tematami tabu, przeciw 


27
>>>
zatruwaniu swiadomosci narodowej obowi,!zkowC} krzepC} i patriotycznym fraze- 
sem, za ktorymi kryla si
 bezmyslnosc. Wszakze ten sam Milosz idenryfikowal si
 
z losem Baltow, stal si
 poetc} i pisarzem opowiadaj
cym swiatu los swojej «rodzin- 
nej Europy». Za kazdym razem plyn
l pod prC}d, pisal przeciw potocznej opinii 
swego czasu i swego otoczenia. Pod pr
d plynC}l rowniez patriota Herbert, ktory 
chronil narodowC} tozsamose od zrogowacialych form szowinizmu, ksenofobii 
i narodowego samodurstwa. Bronil wartosci narodowych tym konsekwentniej, im 
bezwzgl
dniej byly deptane. Byl poet'! narodowej pami
ci: pami
ci rozstrzelanych, 
znieslawionych, skazanych na zapomnienie swych rowidnikow z Armii Krajowej". 


* 


Uj
cie trafne, ale pozostawiajC}ce wiele spraw nie dopowiedzianych do kOlka. 
\Vszak i Herbert pragnC}l bye mieszkancem "rodzinnej Europy", co wielokrotnie 
potwierdzal swoimi wierszami i esejami. Ale jakkolwiek docenial kulturotworczy 
walor etnicznej rozmaitoki Polski dwudziestolecia, obca mu byla mysl 0 "malej 
ojczyznie". Jak powiedzial w rozmowie z Adamem Michnikiem, "Lwow nalezal 
do tradycji austriackiej. Ja raczej z tej tradycji wyroslem w poczuciu, ze tu jest kres 
Europy, tu ostatni kosci61 gotycki czy barokowy, a dalej zaczyna si
 step". Zda- 
wal si
 zupelnie nie dostrzegae, co w tym kontekscie zrozumiale, ani niepodleglo- 
sciowych dC}zen, ani racji Ukraillcow. Wychowany w duchu tradycyjnego patriotyzmu, 
identyfikowal si
 z polskim narodem, zwlaszcza, jak podkrdlal, w chwilach jego 
nieszcz
se i kl
sk historycznych. To dumaczy, dlaczego zarzucal Miloszowi "brak 
tozsamosci" i pokpiwal z jego mianowania si
 obywatelem \-Vielkiego Ksi
stwa Li- 
tewskiego. PrzechodzC}c do porzqdku nad faktem, ze Milosz urodzil si
 w zabo- 
rze rosyjskim, w samym centrum rdzennej Litwy, we dworze kultywujC}cym j
zyk 
polski i polskC} tradycj
, ale otoczonym przez ludnose m6\Vi
cC} po litewsku. Ze 
dlatego blizszy byl mu patrioryzm, by tak rzec, terytorialny, a nie etniczny, idea 
"bycia tutejszym", nie zas argumenry polskich i litewskich nacjonalist6w. 
Milosz z kolei bolal nad stratc} wybitnych przedstawicieli pokolenia AK, ale nie 
ukrywal niech
tnego i kryt:ycznego stosunku do \\oyznawanej przeze6 ideologii (vi- 
de Toast, Traktat poetycki, esej Strefa chroniona). I podczas gdy Herbert na wszel- 
kie odmiany lewicowoki w kraju i za granicC} reagowal wr
cz alergicznie, wiar
 
w komunizm uznawal za misryfikacj
 podszytc} strachem, ambicjC} i interesem, lvli- 
losz calkiem serio interesowal si
 w mlodosci marksizmem, podczas pobytu w Sta- 
nach Zjednoczonych czytywal pisma trockistowskie i probowal zgl
bie fenomen 
zauroczenia intelektualist6w, nie rylko polskich, ideologiC} komunistycznC}. 


* 


Glowny i najbardziej zasadniczy spor ma miejsce w wierszach obydwu poetow. 
MowiC}c najogolniej: pomi
dzy wizjC} swiata wspartc} na fundamencie metafizycz- 
nym, a wizjC} wzniesionC} w obronie wartoki moralnych. Ten sp6r trwa przez dzie- 
siC}tki lat. Od mlodzienczego wiersza Herbcrta POJVietrze mieszka lV instrumentach..., 
gdzie pobrzmicwajq echa Piefni - poprzez dedykowany Miloszowi Tren Fortyn- 


28 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
brasa) ktory polemizuje skrycie z Pieflliq obywatela) i fragment Gucia zaczarowa- 
llego) wprost nawiC}zujC}cy do Studium przedmiotu - do wierszy z dwu ostatnich 
tomow, w ktorych tych odwolan szczegolnie duzo. Wystarczy wymienie - obok 
Chodasiewicza oraz Do Czeslmva Milosza - "wiersze lwowskie", ktore zdajC} si
 
replikC} na cykl LitlVa po pi(cdziesi(ciu d1Vt,f, latach (przy czym W miefcie przywo- 
luje ponadto W mojej ojczyzllie). 
Spierali si
, a byli przeciez do siebie pod pewnym wzgl
dem bardzo podob- 
nip 1-1ieszkal1cY zapadlego w nicose swiata Kresow. DziclC}cv losv milionow ofiar 
dwu totalitaryzmow. \Vygnancy ze stron rodzinnych, obey i samotni, szukajC}cy 
domu w kulturze europejskiej. 


* 


W poezji Herberta plynie ukryty nurt, niezbadany dotychczas i trudny do na- 
zwania. Skladaji.} si
 naIl, poddawane chlodnej analizie: diabelska pokusa, jaka kry- 
je si
 \\' zadawaniu bolu. Nikczemna fascynacja wyrzC}dzanym zlem. Przyjemnose, 
jakC} daje oglC}danie czyjegos cierpienia. Nieomylnym sygnalem owego nurtu jest 
cynizm mowiC}cego. Na przyklad w wierszach: Apollo i Marsjasz) U 1vrot Doliny) 
Przesluchallie alliola) Damastes z przydomkiem Prokrustes mowi. Studia sadyzmu? 
Jeszcze jedno odslonic;cie najbardziej mrocznych pokladow swiadomosci? \Vej- 
rzenie w glqb psychiki zranionej w dziecii1stwie przez obrazy wojennych okru- 
ciei1stw? To ostatnie nieoczekiwanie spokrewnia Herberta z Tadeuszem Nowakiem. 


* 


Dobrym punktem wyjkia do przemyslenia na nowo calego pisarstwa Herber- 
ta oraz uwolnienic si
 od rozmaitych uproszczei1 i stereotypow mogi.} bye cenne 
spostrzezenia cudzoziemcow. Zwlaszcza- 


Seamusa Heaneya: 
"Jest w znacznej mierze poeq republiki robotnikow - naturalne pokrewien- 
stwo lC}czy go z tymi, ktorzy przymruzajq oczy nie po to, aby wgl
biac si
 w wy- 
raf1nowane pi;kno, lccz aby wykonac dzialanie czy r.lchunek. Oma\\iaji.}c autoportret 
:Lukasza Signorellcgo, wkomponowany przez tego malarza we fresk katedry 
w Orvieto Prz)'jicie Alltychrysta tuz obok portretu jego mistrza, Fra Angelico, Her- 
bert dokonuje rozroznienia pomi
dzy tymi dwoma. Zauwaza, ze oczy Signorel- 
lego SC} «twardo utkwionc w rzeczywistoki (...). Tuz kolo niego Fra Angelico 
w sutannie, zapatrzony w siebic. Dwa spojrzenia: wizjonera i obserwatora». Jest 
to rozroznienie, ktore nasuwa mysl 0 podobnym rozd\vojeniu wewn
trznym sa- 
mego poety, rozdwojeniu biorC}cym si; zc wspolistnienia w jego najgl
bszym «ja» 
dwu sprzccznych sklonnosci. Sklonnoki te nazwal Alfred Alvarez (...) «mi
kko- 
kiC}» i «twardoki..}» umyslu - i wlasnie taka krzyzowka naturalnej gotowoki do 
zgody z instynktownC} podejrzliwoscii.} stanowi 0 szczegolnym charakterze umy- 
slowosci i sztuki Herberta" (Atlas cywilizacji). 


29
>>>
Alfreda Alvareza: 
"Jednym z paradoks6w wczesnych wierszy Herberta, sprzed «narodzin» Pa- 
na Cogito, bylo podejmowanie tematu katastrofy historycznej chlodno i z roz- 
bawieniem. W miar
 jednak, jak poeta zaczql odczuwac cisnienie dobrowolnego 
wygnania, jego poezja nabrala ton6w coraz pos
pniejszych. Panu Cogito prze- 
stalo bye wesolo, Pan Cogito nie przebaczal, co niepokoilo polskich poet6w mIod- 
szego pokolenia. Pogard
 Pana Cogito odczytali jako pot
pienie ich wlasncj 
trywialnoki, niekompetencji i lawiranctwa, co wzbudzilo ich nienawise do Her- 
berta. «On chce bye jedynym sprawiedliwym» - powiedzial mi jeden z nich - i to 
poczucie bylo zr6dlem rozgoryczenia w mlodszym pokoleniu. 
Innym paradoksem wczesnej poezji Herberta byl os try kontrast mi
dzy jego 
eleganckim klasycyzmem a zyciem autora. Pcwien polski poeta, wielbiciel Her- 
berta i jego wierszy, opowiadal mi, ze w mlodoki Herbert byl poeq-chuliganem, 
jak Jesienin - szalal i pi!. Inny zaprzyjazniony rozm6wca, znajqcy Herberta z okre- 
su berlillskiego, powiedzial mi, ze raz spotkal go taszczqcego dwie trzylitrowe 
butle taniego wloskiego wina, a gdy zapytal, czy moze mu pom6c, Herbert od- 
pad: «Nie. Jak mi b
dzie za ci
zko, to wypij
». (...) Picie sygnalizowalo jednak 
powazniejsze klopoty. W latach 70. i 80. przyjezdzal do Londynu got6w stawic 
czolo swiatu, a mimo to robil zagadkowc aluzje na temat raka, szpitali i opera- 
cji. Szpitale bynajmniej nie byly fikcjq, ale choroby stanowily po cz
ki wytw6r 
jego psychiki, nawiedzanej na przemian napadami depresji i manii. Jakby wysilek 
wyprowadzenia poezji nieust
pliwie zdrowej psychicznie i krystalicznie czystej z two- 
rzywa strasznych czas6w - i im na przek6r - byl ponad jego sily. Aby poezja za- 
chowala duchowe zdrowie, trzeba ustqpie w jakims innym miejscu" (Nie 1Valczysz) 
to umierasz). 


Arenta van Nieukerkena: 
"Herbert nie uznaje zadnych immanentnych cel6w historycznych, odrzuca tez 
wszelkie teodycee. Realizacji domagajq si
 natomiast zakorzenione w transcen- 
dencji (poj
tej po kantowsku jako «kategoryczny impcratyw») wartoSci (cnota, 
postawa wyprostowana etc.). Chcialbym w zwiqzku z tym zakwestionowac jed- 
nostronnie platonski charakter Herbertowskich imponderabili6w. Ambiwalencja 
bowiem w ocenie «Pi
kna, Dobra i Prawdy» wydaje si
 wynikac z tego, ze «rze- 
czywisty» autor tej poezji nie jest tylko platonikiem, lecz takze kryptomcsjanist q . 
Herbertowski mesjanizm nie jest oczywikie tozsamy z dziewi
tnastowiecznym 
ub6stwieniem narodu, ale nie ulega wqtpliwosci, ze poeta traktuje sytuacj
 po- 
wojennej Polski jako pewien «dopust metafizyczny»" (Ironiczny konceptyzm. N 0- 
1Voczesna polska poezja metafizyczna). 


Aleksallder Fiut 


30 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
v, 



 


)
 


... 
- 


Ze "szkicoJJ1nikoJJ1 podrozllych J ) ZbignieJra Herberta. 


) 


- 


.... 

 


- - 


31
>>>
., 
'X "" 

 t 
, -t 1 
--- 
- 
- 
- f 
1 , - 
" 
." 


.. , 
- 
, 
A 
 

. \ 
, \ ( 
r )\1(11 
I 
I 
, 
f' ---- 


Ze ;vSzkiCOJl1llikOJl1 podrozllych" Zbiglliewa Herberta 


32 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
]erzy Gizella 


Bqdz wierny Idz. 


Zbigniew Herbert debiutowal \V 1956 roku tomem Struna sJViatla. \V nast
p- 
nym roku ukazal si
 tom Hermes, pies igJViazda. \V trzecim kolejno tomie, Stu- 
dium przedmiotu z roku 1961, znajdujemy ciemny i pelen moralnego niepokoju 
wiersz pt. RozJVazallia 0 problemie narodu. Oto jego zakonczenie: 


wi
c na koniec w formie testamentu 
zeby wiadomo by to: 
buntowatem si
 
ale s
dz
 ze ten okrwawiony w
zet 
powinicn bye ostatnim jaki 
wyzwalaj
cy si
 
potarga 


Nie ma tego utworu w ostatnim autorskim wyborze wierszy Herbcrta., ale to 
nie jest tylko glos Stal1czyka, jak przypuszczal po latach Julian Kornhauser 
w SJViecie nie przedstaJvionym. To glos kogos bardziej gniewnego i mniej cierpli- 
wego. Tej cierpliwosci nie starczylo juz Herbertowi \\' latach 90-rych, jcgo glos 
tram na lamy "Gazet)T Polskiej" - org.lnu bynajmniej nie stanczykowskiego. \Vo- 
kol autora rozp
tala si
 burza. Zacz
ly si
 oskarzenia, insynuacje, niektorzy kry- 
tyey rewidowali pospiesznie jego dorobek. 
\V eytowanej \\'ezdniej ksi"lzee-m.lnifdcie, jej wspolautor, Adam Zagajewski, 
analizllj}C filozoficzne wymiary poezji Herberta, pisal: "Jest on maksymalist}. GIo\\'- 
nym zadaniem tej poczji jest os}dzenie rzecz)"\istosci, zmierzenie jej, wyprobo- 
wanie w niej praw moralnych - znalezienie kryteriow zycia i zastosowanie ich w tym 
zyciu. Zadanie to przypomina dzialalnosc cywilizuj.}q nowo odkryty l}d - trze- 
ba wbic w grunt slupy milowe, przcprowadzic drogi, llregulowac rzeki, sporz}- 
dzic mapy. Przedstawienie rzeczywistoSci moralnej nie jest zadaniem dla 
bezstronnego swiadka. Wymaga wyborow, \\'ymaga orientacji w sferze wartosci. 
W t)Tm miejscu zaczyna si
 podstawowy dylcmat poezji Herbcrta. Tworczosc 
tak niebywalc maksymalistyczna stan
la wobee trlldnego problcmu. Che.l c oS.I- 
dzac, trzeba znac kryteria os}dzania swiata. Tymczasem kryteriow takich nie ma 
dot}d w literaturze". 


. Zbignicw Herbert, 891viersz:V J wybor i uklad Autora, Wydawnictwo "a5", Krakow, 1998. 


33
>>>
\Vydaje si
, ze obaj krytycy, wspoltworcy literackiego programu "Nowej Fa- 
Ii" intuicyjnie przeczuwali, gdzie lezy irodla tego maksymalizmu. Moze nie 
chcieli go ujawniac, zeby si
 nie osmieszyc? Nie narazic elicie intelektualnej i ro- 
widnikom? Trudno dociec do korlCa. Juz dwa lata po wydaniu S1viata nie przed- 
staJvionego obu autorom odebrano prawo glosu w oficjalnych publikacjach. 
Inne proby odczytania Herbena, wczdniejsze i poiniejsze, wnosily cz}stkowe 
analizy, czasem niezwykle efektowne: ad rozwaza1l., czy Herbert jako poeta, jest 
bardziej klasykiem czy romantykiem (forma klasyczna - dusza romantyczna), do 
najbardziej szczegolowych, probuj}cych opisac "najwazniejsze mechanizmy liryki 
Herbena" (np. Cry Pana Cogito Andrzeja Kaliszewskiego, WL, 1982). Najwaz- 
niejszy "mechanizm" zdawal si
 jednak uchodzic uwadze krytykow i recenzentow. 
Moze sam poeta troch
 si
 do tego przyczynil? Czy nie staral si
 wystarczaj}co 0 ja- 
sne wskazanie tego irOdla, na ktorym opiera si
 jego tworczosc? Moze w ostatnim 
autorskim wyborze przekazal nam klucz do drzwi tajemnicy? Rezygnacja z zasady chro- 
nologii powstawania utworow moze to przypuszczenie czy hipotez
 potwierdzac. Co 
oznacza podzial na pi
c rozdzialow? Oznaczonych skromnymi liczbami rzymskimi, 
bez pomocniczych podtytulow i slow-hasel? Nie jest to zapewne odnosnik do chin- 
skiego pi
ciaksi
gu m}drosci. Ani do pi
ciu filar6w islamu. Szukajmy blizej, w trady- 
cji judeo-chrzdcijanskiej: oto biblijny Pi
cioksi}g, Pentateuch, hebrajska Tora, Ksi
gi 
Mojzeszowe. Tora - znaczy pouczenie, drogowskaz. Szukajmy w tym kierunku. 


I 


Cz
sc pierwsza - poetycki odpowiednik Genesis, Ksi
gi Rodzaju. Centralnym 
dla niej utworem jest Raport z oblrionego Miasta. Utwor znany, cytowany, powsta- 
ly w konkretnej rzeczywistoki stanu wojennego. Jego gl
boki sens jest jednak po- 
nadczasowy. Niewola babilonska, egipska - antycypuj} niewol
 rzymsk}, niemieck}, 
sowieck}. J estdmy obl
zeni przez zlo: ad smierci Abla, przez Potop, buduj}c wiez
 
Babel, folguj}c chuci w murach Sodomy i Gomory. Grzech unicestwia pierwotne 
szcz
scie darowane czlowiekowi przez Stworc
. A droga do zbawienia - daleka i 
karkolomna. To droga Izraela - czyz nie pod}zamy stale w jej cieniu? Droga, kt6rej 
etapy zapowiada ksi
ga Genesis. Umr} kolejno - Abraham, Jakub i Jozef, sprzedany 
w niewol
 przez wlasnych braci. Na tej przyszlej drodze ku Ziemi Obiecanej i ku 
zbawieniu, b
dziemy osaczeni, samotni w morzu nieprzyjaci61 - jak Chrystus 
wsr6d drwi}cego i naigrawaj}cego si
 dumu. W koncu zostanie garstka obronc6w 
Miasta, kt6rym coraz trudniej b
dzie zachowac wiar
 i nadziej
:: 


nie przezyli dtugiego jak wiecznosc obl
zenia 
ci ktorych dotkn
to nieszcz
Scie S} zawsze samotni 
obroncy Dalajlamy Kurdowie afganscy gorale 


Teraz kiedy pisz
 te stowa zwolennicy 
gody 
zdobyli pewn'l przewag
 nad stronnictwem niezlomnych 
zwykte wahanie nastroj6w losy jeszcze si
 waz'l 


34 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z NY
>>>
cmentarze rosn'l maleje liczba obroncow 
ale obrona trwa i b
dzie trwata do konca 


i jdli Miasto padnie a ocaleje jeden 
on b
dzie niost Miasto w sobie po drogach wygnania 
on b
dzie Miasto 


Tylko on b
dzie Miasto. On b
dzie Slowo. A my - przechodz}c przez male i du- 
ze apokalipsy, hekatomby, holocausty, zdani wyl}cznie na Jego Lask
 i Milosc. Nie 
ocal} nas: wiedza, nauka i doswiadczenie przodkow - "liczylismy mnogie imiona 
ludow startych przez Rzymian na proch". \Viedza nie ocala, jest dla nas okrutna; 
sila zwyci
za, czasem na dlugo, jak w kronice Liwiusza. Liwiusz nie mogl znac przy- 
szloki, nie widzial surowych i zawzi
tych Longobardow, nadchodz}cych z polno- 
cy. Nie mogl wiedziec, ze "ktoregos dnia na dalekich krancach/bez znakow 
niebieskich/w Panonii, Sarajewie czy tez Trebizondzie/w midcie nad zimnym mo- 
rzem/lub w dolinie Panszir/wybuchnie lokalny pozar/i runie imperium". Ofiary 
b
d} skladane nieustannie, z Zycia jednostek i narodow, to nie ma znaczenia. Smierc 
jest bohaterstwem ale i posluszenstwem wobec nakazow wiary. Bog z}da od nas 
ofiary najwyzszej. T ak jak zaz}dal ofiary Izaaka, ukochanego syna Abrahama: 


moj maty moj Izaaku pochyl gtow
 
to tylko chwila bolu a potem b
dziesz 
czym tylko zechcesz - jaskotlq lili'l poln'l 
Fotogrnfia 


Tak, to prawda, to model bardzo okrutny, nie do przyj
cia w czasach ogolnej 
tolerancji i wspokzucia, tylko niepoczytalni ekstremiki mog} si
 dalej zaprawiac 
do walki, gardzic smierci}, chc} bye wierni nakazom i przymierzu z Bogiem. Oto 
jedno ze zrode! maksymalizmu Biblii i Nowego Testamentu, jedno ze zrode! po- 
ezji Herberta, tak irytuj}ce tych wszystkich, ktorzy jeszcze nie odkryli, ze S} "na 
smietniku w bardzo dziwnych pozach", ktorzy kiedys sluchali "szczebiotania tram- 
wajow, jaskolczego glosu fabryk" i ktorym nowe zycie "slalo si
 pod nogi". 


II 


Rozdzial drugi, u Herberta najbardziej klasyczny i mitologiczny, powinien od- 
powiadac Ksi
dze Wyjscia. Exodus Herberta jest wi
c najmniej biblijny. Pozor- 
nie czy naprawd
? Posrednio na to pytanie moze odpowiadac wiersz Dlaczego klasycy? 
z tomu Napis. Klasycy ucz} pokory wobec prawdy historycznej, cz
sto bezlito- 
snej. Ucz} trzymania si
 faktow, nie komentarzy: "tak jest tak, nie jest nie". Praw- 
da wi
c ma wymiar biblijny. Mowienia prawdy nie uczy si
 w szkolach ani na 
uniwersytetach, prawd
 zast
puje si
 pedagogik} political correctness, falszowa- 
niem fakt6w, propagand} dobroci i wspokzucia, ktora w ateistycznym swiecie sta- 
ra si
 zast}pic chrzdcijatl.skie cnoty. Nie jestdmy przez to ani lepsi ani dojrzalsi, 
raczej infantylni. Klasycy nie mowi} tego wprost, jednak mozemy si
 domyslac: 


3S
>>>
jdli tematem szmki 
b
dzie dzbanek rozbity 
mata rozbita dusza 
z wielkim zalem nad sob'l 


to co po nas zostanie 
b
dzie jak ptacz kochankow 
w matym brudnym hotelu 
kiedy switaje} tapety 
Herbert \vyrainie broni etosu rycerskiego przed najbardziej chocby malowni- 
czo udrapowanC} "placzkC} nad rzekC} babilonskC}". Zostawmy nazwiska adresatow 
tego zakoI1czenia - "imi
 jego legion". Gniew Mojzeszowy, rozlupywanie tab lie 
z przyk.lzaniami, majC} swoj sens w Biblii, powtorzenie tego gestu przed czlowie- 
kiem z ulicy staloby si
 powodem do kpin. A jednak ktos musi zabierac glos i wstrz
- 
sac sumieniem ludu. \V tym tonie grzmi na intelektualistow sobie wspokzesnych 
Herbert w rozmowie z Jackiem Trznadlem w Hanbie domoJVej. Jego gniew podej- 
mujC} mlodsi (Jan Wale Wielka ehoroba) i najmlodsi (Rafal Gnlpinski Dziedzilliee 
strusieh samie). Dlaczego tak Iatwo zepchn
c ludzi i narody na drog
 zdrady, han- 
by, sluzalstwa? Dlaczego wielu z takim zapalem i zapami
taniem garn
lo si
 do 01- 
tarza zlotego cielea, bilo mu poklony, oddawalo cZeSc boskC}? A dzis mruzq oko 
i mowiC}: to tylko zly sen, mara, przestaI1my juz do tego wracac. Krnqbrne i rozwy- 
drzone dzieci, ktore pod nieobecnosc rodziCow demolujC} swoj pokoj, a potem ca- 
Ie mieszkanic. Czy to jest prognoza przed przejSciem nast
pnego Morza Czerwonego 
Historii? Tak, to prawda, pisarz rozumie ludzkie ulomnosci, zdaje si
 lagodzic swo- 
jC} surowosc: "b
dziemy troch
 pili i troch
 filozofowaliji moze obajjktorzy jeste- 
smy z krwi i zludy jwyzwolimy si
 w kOI1cuj od gniotC}cej lekkosci pozoru" - jak 
w zakonczeniu Przypowiefei 0 krolu Midasie. Ale zostajC} "czyny i rozmowy", ktore 
dlugo jeszcze b
dC} wzbudzaly niepokoj, a cz
sciej obrzydzenie. 


III 


Najmniej cytowana w Nowym Testamencie Ksi
ga Lewitow, zwana tez Ksi
- 
gC} KaplaI1skC}. Przepisy jak w kodeksie prawniczym: zachowanie postow, sklada- 
nie rytualnych ofiar, zachowanie czystosci, kary i oplaty za przest
pstwo, mozliwosci 
oczyszczenia si
. Tak drobiazgowe i surowe, ze trudne do zachowania i przez 
swi
tego. Ale i w tej cZ
Sci Pi
cioksi
gu pojawia si
 idea transcendentnego Bo- 
ga, zapowiedi Zbawienia i oczyszczenia z grzechu pierworodnego. 
Znamiennym dla nurtu "biblijnego" tekstem w tej cz
sci ksiC}zki jest oda Do 
Henryka Elzenbewa JV stuleeie jego urodzin. To jeden z kilku utworow, jakie po- 
swi
cil Herbert swemu mistrzowi i przewodnikowi duchowemu, profesorowi 
prawa i filozofii na UMK w Toruniu: 


Przez cate zycie nie mogtem wydobyc z siebie stowa dzi
kczynienia 
]eszcze na tozu smicrci - tak mi mowiono - czekatd na gtos ucznia 


36 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Ktorego w mieScie sztllcznych swiatd nad Sekwan'l 
Dobijaty okrutne nianki 


Ale Prawo Tablice Zakon - trwa 


Niech pochwaleni b
d'l Twoi przodkowie 
I ci nieliczni ktorzy Ciebie kochali 


Zastanawiam si
, ilu profesorow uniwersyteckich czy licealnych, mogloby za- 
slugiwac na takie uznanie w czasach powojennych. Pewnie niewielu. Bo wi
kszosc 
z nich miala juz owo "skrzywienie psychiczne" z wiersza Rozwazania 0 problemie 
llarodu. Uczniowie ich tylko nasladowali. A czasy, w ktorych studiowal Zbigniew 
Herbert, byly jednym z najczarniejszych okresow w dziejach polskiej kululry. Jak 
wygl}dalo w praktyce oczyszczanie szkol wyzszych z wrogiego socjalizmowi ele- 
mentu, Herbert opowiada Jackowi Trznadlowi w Hmibie domowej. 
W tej samej cz
ki wyboru umiekit poeta tak kiedys sztandarowy dla niego 
utwor Apollo i Marsjasz. Tadeusz Kwiatkowski pisal 0 tym nurcie w poezji Her- 
berta: "Sciskanie w gardle maskuje si
 tu usmiechem ironii i zartem. Ale zawsze 
- poezja ta jest po stronie Marsjasza przeciw Apollinowi, po stronie pot
pionych 
przeciw aniolom, po stronie «pana od przyrody» przcciw «lobuzom od historii»" 
(Debiuty Poetyckie 1944 -1960, WL, 1972). Gdyby bylo inaczej - pos}dzono by 
autora 0 zalamanie nerwowe, a moze nawet "skrzywienie psychiczne". 
Zeby tez unikn}c takich \\yjasniell w przyszloki, Herbert zacz}l korzystac z uslug 
Plna Cogito, swojego bohatera, posrednika i mediatora. \V tej cz
ki wyborn po- 
jawia si
 wi
c ten pan lagodnie filozofuj}cy, jeszcze z soczewk} "egotyczn}", ale 
jui stawiaj}cy coraz wi
cej pytan, juz niepokoj}cy. Sofista, ktory wreszcie tupnie 
nogq, zanim wyglosi swoje przeslanie. Na razie zabiera glos w sprawach publicz- 
nych, dyskutuje 0 sponiewieranej przez obcych - i jeszcze bardziej przez swoich 
- republice. Poeta, niew}tpliwie mistrz duchowy 
owej Fali, inaczej patrzy na 
interwencyjnosc wlasnq i swoich uczniow, calej powojennej generacji intelektu- 
alistow, ktorzy opierali si
 !V1010chowi klamstwa: 


na chude barki wzi
lismy sprawy publiczne 
walk
 z tyrani
 ktamstwem zapisy cierpienia 
lecz przeciwnik6w - przyznasz - mielismy nikczemnie matych 


czy war to zatem znizac swi
q mow
 
do bdkotu z trybuny do czarnej piany gazet 
Do Ryszm'da Krynickicgo -list 


Tak chcieli widzicc autor6w Dziennika porannego, Sztltcznego oddychania, Or- 
ganizmu zbioroJJ'ego, lV fabrykach udajemy smutnych re1J1olucjonistoJJ', Sklepo1v mif- 
sn)'ch krytycy i przeciwnicy tej poetyki. Cz
sto oni slmi przyznaj} si
 po latach do 
bl
dow - zgoda: "tak malo radosci", brak transcendencji, oderwania si
 od prze- 
ciwnika. Demon klamstwa i zbrodni skurczyl siC; gwaltownie, skarlal i rozplynql 


37
>>>
w grzmocie wal}cych si
 murow. Tak dzis widz} go nowe generacje pisarzy i kry- 
tykow. Czy to znaczy, ze walka z Molochem byla chybiona? Byla "skrzywieniem 
psychicznym"? Moloch wcieli si
 - ma w tym duz} wpraw
 - w inn} postae, mo- 
ze bardziej wyrafinowan}. I powroci z "czarn} pian} gazet", "belkotem z trybu- 
ny". Poczeka na ofiary, ludzi i narody, ktore zawsze szybko trac} pami
c. 


IV 


Ksi
ga Liczb, Liber Numeris - czyli konsolidacja 12 pokolen biblijnych wo- 
kol kultu Jahwe. W proroctwie Ballaama zapowiedz m
ki i zbawienia. Opowidc 
o w
zu miedzianym i deszczu manny. U Herberta - to najbardziej rodzinna cz
sc 
zbioru: strofy poswi
cone zmarlym: ojcu, matce, bratu, przyjaciolom. Ale takze 
genealogia rodzaju ludzkiego, portret cz
sto przekorny, gatunku homo sapiens: 
powazny jak w wierszach U wrot doliny) ]onasz) Hakeldama; ironiczny - jak Spra- 
wozdanie z raju czy Co myfli Pan Cogito 0 piekle. W takiej przestrzeni metafizycz- 
nej porusza si
 filozofuj}cy, zawsze z dlug}list} pytan i w}tpliwosci, Pan Cogito. 
]eszcze pelen sil, ale juz dotykaj}cy spraw ostatecznych. Weryfikuje po raz kolej- 
ny mity i przypowidci, konfrontuje je z realnym zyciem, ktore jest "rumiane jak 
rzeznia 0 poranku". Mysli 0 duszy, 0 cnocie, 0 cierpieniu, 0 powrocie do rodzin- 
nego miasta, szuka rady. A ten, ktory moglby jej udzielic, rabin Nachman z Bra- 
dawia, jest tylko garstlq popiolow. Ulecieli do nieba chasydzi pl}sac przed Panem. 
Pan Cogito czyni rachunek sumienia i nie znajduje spokoju w dialogu z Baru- 
chem Spinoz}, tym, ktory niepomny zakazow, zapragn}l dosi
gn}c Boga. Dia- 
logu, ktorego efekt tak rozczarowal Filozofa: Spinoza chcial uzyskac pewnosc, 
odpowiedz na kilka pytan zasadniczych i najgl
bszych. Bog udzielil mu tylko kil- 
ku rad najbardziej racjonalnych i zdroworozs}dkowych. Wzorem Spinozy, Pan 
Cogito odkrywa, ze jest sam, zupelnie sam wobec swiata: 


Boga ogl
daj} nieliczni 
jest tylko dla tych z czystej pneumy 
reszta stucha komunikatow 0 cudach i potopach 
z czasem wszyscy b
d'l ogl'ldali Boga 
kiedy to nast'lpi nikt nie wie 


Sprawozdanie z raju 


Pan Cogito oczami Spinozy "widzi ciemnosc/slyszy skrzypienie schodow /kro- 
ki schodz}ce w dol", "Los patrzy mu w oczy /w miejscu gdzie byla/jego glo- 
wa". Nie dane mu b
dzie wejkie do Ziemi Obiecanej. W wywiadzie z Hanby 
domowej Herbert przywoluje si
 do porz}dku: "Literatura nie moze bye popu- 
larna, dobra literatura nigdy nie byla popularna. Nigdy nie byla bardzo czytana. 
Pisarze umierali w biedzie i zapomnieniu", Pan Cogito spada na ziemi
. Ale czy 
jego dusza podlega silom grawitacji? 


38 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z NY
>>>
v 


Cz
sc piqta i ostatnia Pi
cioksi
gu, Ksi
ga Powt6rzonego Prawa, Deuterono- 
mium. Jedwab duszy, Potrga smaku, Pieh], 0 bfbnie, Rovigo - wi
kszosc z wierszy 
pomieszczonych w tej cz
sci zbioru poswi
cona jest sprawom ostatecznym. Bo- 
hater wiersza Pan Cogito i wyobrainia, pragnqC zrozumiec istot
 bytu, przebie- 
ga indeks jego przejaw6w jasnych i ciemnych, od "nocy Pascala" do "dlugiego 
konania Nietzschego". Obok siebie, niemal r6wnolegle, "wzrasta i upada dqb", 
"wzrasta i upada Rzym". \V ten spos6b dochowuje przymierza, pozostaje wier- 
ny "niepewnej jasnosci". I choc w wyborze autorskim zabraklo wiersza Objmvie- 
nie, kt6ry tak si
 kiedys podobal Tadeuszowi Kwiatkowskiemu: 


Dwa moze trzy 
razy 
by tern pewny 
ze dotkn
 istoty rzeczy 
i b
d
 wiedziat 


to jednak ten programowy wiersz z tomu Studium przedmiotu ma r6wnowarto- 
kiowe dopelnienie i kontynuacj
 w innych, pelnych swiada goryczy "czarnej kro- 
pli nieskOI1czonoki" tekstach. 
Ani na chwil
 Herbert nie zapomina 0 swoich oponentach, jawnych i ukry- 
tych, kaplanach nowego barbarzynstwa; jako maksymalista: 


ze si
 p
dzi przy tym ciemne mlyny 
my si
 0 to sztukatorzy nie martwimy 
my jesteSmy pani,! zycia i radoSci 


protestuje przeciw "ornamentatorom" krajowym i mi
dzynarodO\"ym, cz
sto 
wieke utytulowanym. Niekt6rzy z nich b
dq pr6bowac zapewne szarpac poet
 na 
sztuki. Moze wypomnq mu Kawafisa, zastanawiajqc si
, czy Herbert jest bardziej 
apollinski czy dionizyjski? B
dq roztrzqsac jego katastroficzne w
zly z T.S.Elio- 
tem i Audenem, z egzystencjalizmem R6zewicza i sensualizmem l\1ilosza. Przy- 
krawac do generacyjnych schemat6w literackich, wyrzucac poza nawias analizy to 
wszystko, co do niej nie pasuje. Moze ktos bardzo wrazliwy i wyksztalcony zana- 
lizuje t
 ksi
g
 - wyb6r pi
ciocz
kiowy - jako klasycznq tragedi
 greck q , pi
cio- 
aktOWq, z katastrof q i katharsis, epilogiem? To wszystko moze bye bardzo interesujqce 
i nie zaszkodzi. Gorzej, kiedy ktos 0 innej, mniej chrzdcijanskiej wrazliwosci uzna 
Pana Cogito - moze juz tak jest - jedynie za rozgadanego, poczciwego starusz- 
ka, kt6remu caly swiat kojarzy si
 '''ylqcznie z przeczytanq w mlodosci mitologi q . 
Zgadzam si
 z jednym - Pan Cogito jest maruderem, drepczqcym za innymi, 
swoimi duchowymi przodkami: Gilgameszem, Hektorem, Rolandem, "obron- 
cami kr61estwa bez kresu i miasta popio16w". Ale Zbigniew Herbert nigdy nie 


39
>>>
byl "ornamentatorcm" ani "sztukatorem". To raczej kurator, tyle, ze wyposazo- 
ny w kolatk
 ironii, nigdy nie zapominajqcy 0 najwazniejszym - "zostatem po- 
wolany - czyz nie bylo lepszych?" 


Ziemska w
drowka Pan a Cogito dobiegta kOflCa. Ale trwac b
dzie dtugo je- 
go misja duchowa. Misja, ktorej koniecznosc okrdlili jego poprzednicy: przypo- 
minania niesfornej gromadzie zjadaczy chleba, ze powinni probowac pami
tac 
o aniolach. Przerobic ludzi w anioly trudno, w kOl1cU nic brakuje instytucji, kto- 
re trudni q si
 tym od wiekow. Bytoby wspaniale, gdyby ludzkosc nauczyla siC; na- 
prawd
 zto dobrem zwyci
zac. I przechowywac, rozwijac oraz pielt;gnowac 
pami
c. Albowiem "Narod, ktory traci pami
c, traci sumienie". 



. 
? 


-- 


( 



-"
, 
F . 
p ,\ 

l 

 
 

 

 


If 


{ 


'" 

 
" 



 


;/ 
, 


Ze 
zkicOJvllikoJJ' podrozllvch" ZbigllieJJ'a Herberta. 


40 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y 


Jerzy Gizella
>>>
[(rzysztof [(arasek 


Testament Herberta * 


Mija juz prawie rok od smierci Zbigniewa Herberta i mozna si
 pokusic 0 pe- 
wien bilans straty, jak
 ponidlismy. Kim by1 i co to oznacza, ze juz go nie ma? 
Okrdlic, w przyblizeniu przynajmniej, miejsce i rol
, jak q pelnila jego poezja w na- 
szym zyciu? Czy i jak zmienila si
 paleta literatury polskiej po jego smierci? Rok, 
wi
c okres,w ktorym odczucie jego obecnoki jest jeszcze gorqce, a odpowiedi 
na pytanie, jakie zadalismy sobie, mozemy oprzec nie tylko na emocjach, lecz i ra- 
cjonalnych przeslankach. 
Poezja Herberta dojrzewala d1ugo. Jego tworczosc jest przyk1adem talentu, 
ktory rozwijal niezmiernie swiadomie, przez lata. W okresie stalinowskim by1 Her- 
bert pariasem literatury. Debiutowal w roku 1956 tomem wierszy Strtt11-a flvia- 
tla, jako dojrzaly juz cz1owiek, w wieku jak na poet
 podeszlym. !vlial wowczas 
34 lata. Tom ten czytany by1 jako manifestacja klasycyzmu, nawiqzania do anty- 
ku. Dzis widzimy jak fa1szywa byla to diagnoza. Otoz na poczqtku ksiqzki umie- 
kit Herbert, jakby demonstracyjnie, wiersze nurtu by tak rzec niepodleg1osciowego, 
wiersze, ktorych krytyka wowczas w ogole nie zauwaza1a. Dlaczego nie zauwa- 
za1a, to inna sprawa. Albo uznawala zwrocenie si
 si
 do antyku, to co najmoc- 
niej odbijalo od niedawnego socrealistycznego da, za najbardziej atrakcyjne 
i wartokiowe w jego debiucie (klasycyzm Herberta mogl "1,dawac si
 najbardziej 
buntownicz
 i spektakularnq przeciw socrealizmowi demonstracjq) albo tez, i to 
wydaje si
 bardziej prawdopodobnc, bala si
 naruszyc milczqce tabu, co mozna 
by zrekapitulowac nast
pujqCo: dobrze, ze takie wiersze si
 ukazaly, ale nie na- 
lezy 0 tym mowic glosno. Jeszcze, nie daj Boze, mog1by ktos zauwazyc. 
Debiutowa1 wi
c Herbert pozno, wtedy kiedy wszystko by10 juz w nim ukszta1- 
towane, gotowe - w pdni wielkoki. Dzis mozemy zadac sobie bynajmniej nie 
retoryczne pytanie: czy by1a w tym win a historii czy bon i f i kat a 10- 
s u? Los bowiem konstruuje czasem niespodzianki: zastawia pulapki, ale i nagra- 
dza. vVma historii to, oczywiscie, niemoznosc zrealizowania si
 w warunkach owczesnej 
"poetyki normatywnej" rcalnego socjalizmu, ktora nie by1a tylko wyrazem po- 
gl
dow, ale odgornie zatwierdzonych kryteriow, egzekwowanych zresztq z mal- 
pi q zlosliwoSci
 i konsckwencjq; niemoznosc zrealizowania si
 w "swoim czasie". 
Bonifikata 10sH to, oczywikie, "pozny laur", nagroda za wytrwa10sc i charakter. 
Nie Nobel ani chocby nagroda PJ.r1stwowa, ktorej nigdy, nawet w III Rzeczpo- 


. Tckst jest wprowadzeniem do scsji "Pocci Herbertowi" zorganizowancj podczas IV Przemy- 
skicj Wiosny Poctyckiej (30 V-I VI 1999). 


41
>>>
\ " 


) 


" 


, 


\\ 


, t :2 
JJ 
'c 
, \ :. 
N 
.... 
.....: 
'J') 
'" 
£ 
ci: 

 
;I:; 


,., 


Zbigniew Herbert i Krzysztof Karasek, Warszawa,grudzien 1992. 


spolitej (a miala ona na to 9 lat) nie dostal, ale najwyz.sza nagroda, jaka moZe uwienczyc 
poet
: absolutny podziw, szacunek i uwielbienie czytelnikow. 
Jakie byly przyczyny tej wyjqtkowej pozycji Herberta w poezji polskiej i w na- 
szym zyciu duchowym? I jakie byly koszta wyprodukowania tego stopu osobo- 
wosci i charakteru, ktory dzis nazywamy Herbertem? Wydaje si
, ze autor Pana 
Cogito byl ich swiadom od samego poczqtku. W wierszu Apollo i Marsjasz dal 
wyraz najbardziej tajemniczej, orfickiej naturze tworzenia: nieuchronnej karze spa- 
dajqcej na tego, kto z siebie wydobyc si
 osmiela to, co boskie, co przynalezne 
bostwu, bez roznicy czy b
dzie to ogien czy glos. Czym jest bowiem Marsjasz 
jak nie Prometeuszem slowa? Lecz druga cz
sc tajemnicy tego pi
knego wiersza 
zawiera si
 w tym, ze jest w nim Herbert rowniez Apollem, bogiem z jego na- 
mi
tnosciami i ambicjami, ktory nie przestal jednak bye czlowiekiem. 
Byt bogiem poezji i my wiedzielismy 0 tym, poeci roznych szkol i kierunkow, 
racjonalisci i intuicjonisci, zbuntowani i nawiedzeni, pelni pokory i pychy, poeci 


42 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
cywilizacji, miasta i maszyny i czciciele wiejskich kapliczek. To, co zostawial, by- 
10 tak szczodre i doskonale w swoim artystycznym ksztalcie, ze stanowilo miar
 
powkiqgliwosci uczuc i formy, pewien wzorzec - 0 ile mozna tak powiedziec - 
godnoki poetyckiego wyrazu. Jego poezja byta, a zdarza si
 to tak rzadko we 
wspolczesnej tworczoki, zwrocona to ku przeszlemu - wi
c ku wartokiom, 
wzorcom i mitom - to ku przysztoki, wi
c ku wyobraini, ktora nie bytaby jed- 
nak chaosem, i ku utopii, ktora nie bylaby wi
zieniem, lecz obietnicq ocalenia. 
Godzila nas wszystkich, kazqc zatrzymac si
 w pokorze nad mistrzostwem jego 
stowa i nad naturq jego przeslania, ktore zawsze dotykalo tego, co najwazniejsze 
w czasie i w danej chwili. Mowi
 "w danej chwili", bo mam na mysli zarowno 
chwil
 dziejowq, jak i naszq osobistq, wewn
trznq chwil
; chwil
 naszego wylqcz- 
nego swiata. Najbardziej intymnq chwil
 przezyc czlowieka: chwil
 historii i mi- 
toSci. \Viersz Pan od przJrody, na ktorym uczylem poezji mojq cork
, stanowi najbardziej 
wzruszajqce swiadectwo, jakim mozna \\yptacic si
 swojemu nauczycielowi, czy- 
Ii wiedzy swoich przodkow. I najpi
kniejszym pomnikiem ze slow, trwalszym - 
by posluzyc si
 slowami Horacego - niz ze spizu. Rozmve ucho, jeden z najpi
k- 
niejszych wierszy milosnych jakie znam, nie jest nawet erotykiem. Jakie to rzad- 
kie w dobie, w ktorej w wi
kszoSci erotykow nie podejrzewa si
 nawet co to milosc. 
Misj
 pisarza pojmowat Herbert jako obron
 ucisnionych, przegranych, tych kto- 
rzy sami nie majq gtosu; Sq w pewnym sensie niemi w swym cierpieniu i zniewole- 
niu. Chcial, zeby jego poezja byla glosem tych, ktorych historia lub rzeczywistosc 
wyrzucily na smietnik, odestaly na bocznic
. Dotyczylo to zarowno pojedynczych 
istnien, jak losow zbiorowych: calych narodow (w ostatnich latach byl nieprzejed- 
nanym or
downikiem niepodlegtosci Kurdow). A rowniez tych, ktorzy padli w wal- 
ce za absurdalnq - pozomie - spraw
 albo w obronie czegos tak anachronicznego 
i abstrakcyjnego dzis jak kodeks etyczny czy honor. \V istocie byla obronq warto- 
ki niemodnych, ktore jednak stanowi q 0 przysztoki ludzkiego swiata. 
Jego etyka sprowadzala si
 do kilku prostych zasad, ktorym byl wierny przez ca- 
Ie zycie. Bye z tymi, ktorzy Sq na dole, ktorych jest mniej. Jako poeta - a czym jest 
poezja jeSli nie prawd q praktycznq, albo lepiej: praktykowaniem prawdy? - byl za- 
wsze z tymi, ktorzy Sq bici, przeciwko tym, ktorzy bijq. Z tymi, ktorzy Sq rzqdzeni 
przeciwko tym, ktorzy rzqdz q , nawet jeSli tymi, ktorzy rzqdz q , byli jego niedawni 
przyjaciele. Gdy mniejszosc posiadla wi
kszosc, byl z tymi, ktorzy stanowili mniej- 
szosc w mniejszosci. \V tym tkwilo irodlo nieporozumien i przyczyna konfliktu z nie- 
dawnymi przyjaciotmi. Uwazali go za swojego przyjaciela, lub za przyjaciela ich idei, 
gdyon byl kims wi
cej: przyjacielem "malych" ludzi, i jeSli mial wybierac, wybie- 
ral zawsze tych drugich. Prowadzil swojq wlasnq walk
, kiedy wszyscy wokol nie- 
go uznali, ze walka zostala skonczona. Dzis dopiero widac, ze to on mial racj
. 
Jako czlowiek prowadzil Herbert heroicznq walk
 ze swoim cialem. Ci z nas, 
ktorzy mieli moznosc widywac go w tych ostatnich latach wiedz q , jak ta walka 
go wyczerpywala. Cierpiqce cialo i zadziorny, niepokomy, uparty, niepodlegly duch. 
13yla to wlakiwie walka bez nadziei, sprowadzala si
 niekiedy do niemoznoki pod- 
niesienia kartki papieru, ktora spadla na podlog
 z lozka, pokonania przestrzeni 


43
>>>
pokoju, by powitac przyjaciela. Terminowanie u stoikow nadawalo tej walce god- 
nOSci i chwaly choc nie umniejszalo cierpien. 
Jego klopoty ze srodowiskiem literackim zacz
ly si
 w polowie lat 80-tych, od 
slawnego wywiadu Jacka Trznadla wydrukowanego w "Kulturze Niezaleznej", 
w ktorym dokonal krytycznego oglqdu postaw pisarzy zaangazowanych w socre- 
alizm (wielu z nich nalezalo do jego przyjaciol), szczegolnie tego, ze tak latwo 
przdlizgn
li si
 po owym "epizodzie" nazywaj
c go "przygod q socrealistycznq" 
lub "heglowskim ukqszeniem", i w koncu sami zacz
li wierzyc, ze byla to istot- 
nie "przygoda". Stal si
 wowczas przedmiotem bezprzykladnej nagonki i ostra- 
cyzmu towarzyskiego. Bylem swiadkiem tego zdarzenia, moze jednym z najblizszych, 
mogkm wi
c obserwowae, jak w ciqgu krotkiego czasu staje si
 z ulubienca sro- 
dowiska niemal tr
dowatym. Byla to dobra lekcja etyki praktycznej; kiedy jest si
 
swiadkiem osaczenia wielkiego pisarza i nieomal zaszczucia, ubezpieczonym jest 
si
 na zawsze na falszywe hierarchie wyniesien i upadk6w "towarzyskich". Bylo 
wi
c tak, ze z jednej strony byl on i czytelnicy, ktorzy go nigdy nie zawiedli, z dru- 
giej ... No wlasnie, kto? Pokazcie mi ich dzisiaj? A przeciez w tej jego kampanii 
nie chodzilo 0 nic ,\'i
cej ponad to, co przyniosla dzis ustawa lustracyjna, uchwa- 
lona glosami parlamentarnej wi
kszosci narodu, 0 ocen
 moralnych kwalifikacji 
duchowych autorytetow. Domagal si
 Herbert rozliczenia nie dla rewanzu za zmar- 
nowane lata mlodosci, dla taniej satysfakcji, nie z niskich pobudek, lecz gwoli spra- 
wiedliwosci, prawdy i pami
ci. 
Byl przeciwnikiem relatywizmu. Domagal si
 wyrainego oddzielenia prawdy 
od klamstwa. W przeslaniu, ktore mozna wyczytac z wielu jego wierszy, zdaje si
 
mowic, ze musi bye jednak wyrainie powiedziane co jest biale a co czarne, co 
prawda a co falsz. Jego Pan Cogito jest konstrllkcjq losu czlowieka inteligentne- 
go, ktory towarzyszy swiatu i probllje go opisae, wi
c tym samym daje swiadec- 
two. Nie sposob pominqc przy tym odczucia, jakie towarzyszy nam, gdy czytamy 
te wiersze: wspolczucie i pewien rodzaj sceptycyzmu w odniesieniu do rzeczywi- 
stoSci, niezniszczalnose nadziei gdy idzie 0 wartoSci, ich nidmiertelnosc powta- 
rzajqcq si
 w losach Illdzi. 
Dla nas, mlodszych, stanowil Herbert oparcie w najtrudniejszych chwilach hi- 
storii. Ci, ktorzy mieli zaszczyt go znac lub si
 z nim przyjainic, zawsze mogli li- 
czyc na jego rozumnq rad
 i nieugi
tq obecnosc. Ogrzewalismy si
 w jego cieniu. 
Posiadal najwyzszy autorytet moralny i nigdy nie byl on przez nas, mlodszych, pod- 
wazany ani kwestionowany. Poezja Herberta byla jedn
 z centralnych miar, jaki- 
mi mierzylismy rzeczywistosc. Nie stworzyl szkoly, ale mial wyznawcow. Jego poezja 
jest nowoczesna i tradycyjna zarazem. Nowoczesna, bo wchlon
la i przetworzy- 
la doswiadczenia wielu poezji naszego wieku, zaadoptowala je do swoich potrzeb. 
Jest to nowoczesnosc nie ostentacyjna, nie na pokaz, lecz gl
boko ukryta w struk- 
turze wiersza. Tradycyjna, bo odwoluje si
 do dziedzictwa swiadomosci, do war- 
tOSci elementarnych, ktorym przedluza zycie. Rowniez do dzicdzictwa wiersza. 
Poezja Herberta najlepiej swiadczy 0 swoim czasie i ludziach go zamicszkujqcych. 
Wyraza swoj czas, ale zarazem daje swiadectwo wszystkim czasom. 


44 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
Choe nie jest to poezja polityczna - jak usilowaliby j(! umniejszyc niektorzy- 
w okresie przelomow, zagrozen, kryzysow \viary Herbert zabieral glos i zajmo- 
wal zawsze zdecydowane i \\'Yrazne stanowisko. Ci, ktorzy chcieliby go przypo- 
rZ4dkowae jakiejs zdecydowanej opcji, w niedopuszczalny sposob redukuj(! jego 
przeslanie. Jako osoba uwi
ziona w historii, w swiecie bez nadziei i wlaSciwie, jak 
wszystko na to wskazywalo, bez przyszloSci, byl tym, ktory mowi "nie". Podzi- 
wialismy go za to "nie". Kiedy wszyscy przekonywali, ze tym razem juz napraw- 
d
 zmierza ku lepszemu (pazdziernik 56, dojscie do wladzy Gierka, krotki epizod 
wolnosci "na uwi
zi" lat 1980-81), on mowil "nie", w ktorym wi
cej bylo wia- 
ry w przyszlosc niz w "tak" optymistow. To "nie" bylo tez przyczyn(! jego sa- 
motnoki, a takZe odosobnicnia z wyborn lat ostatnich. Mowil bowiem "nie" zarowno 
innym jak i sobie. Jak bohater wiersza Konstandinosa Kawafisa Che flee... ilgran 
rifiuto (Ten, ktor..:v dokonalwielkiej Odl1'101VY), na ktory mu zwrocilem kiedys uwa- 
g
, ze jest to wlasciwie wiersz 0 nim, i co mu, jak si
 zdaje, przypadlo do gustu, 
skoro na sesji w IBL z okazji 60-lecia jego urodzin, zaslonil si
 nim W odpowie- 
dzi na seri
 referatow 0 swojej tworczosci. Pozwol
 sobie go tu przywolac: 


Dla niektorych ludzi przychodzi taka godzina, 
kiedy musz} '''ypowiedziec wielkie Tak 
albo wielkie Nie. Od razu widac, kto z nich w duszy ma 
gotowe T ak. \Vypowiada je i od razu wyzej si
 wspina, 
od razu wzrasta w czci, i szacunku dla samego siebie. 
Ten, kto powiedziat Nie - nie zatuje. Gdyby zapytali go, czy chce 
odwotac je, nie odwota. Ale wtasnie to Nie - 
to stuszne Nie - na cate zycie go grzebie. 
(dumaczyt Zygmunt Kubiak) 


Zmysl historyczny Herberta jest niemal niezauwazalny (to herb jego mistrzo- 
stwa) i daje znae 0 sobie spektakularnie tylko w \\yj(!tkowych okolicznoSciach. 
Wiersze takie jak Powrot prokonsula czy Tren Fort)'nbrasa z lat 60-tych, Przesla- 
nie Pana Cogito z lat 70-tych czy Raport z oblfzonego Miasta albo Potflfa smaku 
z okresu stanu wojennego byly glosem kogos, kto najwierniej - i najdokladniej 
- rekapitulowal odczucia i doswiadczenia swojego czasu (niekiedy, jak w przy- 
padku Potflfi smaku tmdno zdecydowae, czy wiersz ma wymiar polityczny, etycz- 
ny czy estetyczny). Bohater tych wierszy jest troch
 jak Seneka, troch
 jak Tacyt, 
a z pewnoSci(! najbardziej jak bohater zapomnianego poematu Wincentego Po- 
la Mohort. Stary zolnierz, ktory trzyma straz na rubiezach Polski, przysypiaj(!c cz
- 
sto na szabli. Ma on jednak t
 niespotykan4 zdolnosc czy zalet
, ze nawet spi(!c, 
slyszy nadci(!gaj4 c ych nieprzyjaciol. Rozpoznaje ich wczeSniej, niz zdolne S(! wy- 
patrzye jastrz
bie oczy mlodych junakow. Takie tez zdaje si
 bye zadanie, ktore 
zostawia Herbert przyszlym poetom: czuwac na granicy. 


Krzysztof Karasek 


45
>>>
" 


-.. 


rl 


\ 


. 


. 


'" 


Zbigniew Herbert, Obory 1971. 
46 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y 


t 


J 


I 


\ 


::: 


......, 


., 


I 


) 


- 


... 


- 


. 


. 


- 


, 


.:.: 
v 
c:: 
'" 
... 
.s.. 

 
"';;! 
--5 

 


... 
c 
u..
>>>
Julian [(ornhauser 


Pan Cogito - autoportret poety 


Pana Cogito, tom Zbigniewa Herberta z 1974 roku, ksiqzk
 najcz
kiej inter- 
pretowanq, glownie ze wzgl
du na ostatni wiersz Przeslanie Pana Cogito, czy- 
tam jako kronik
 zycia, rodzaj autoportretu. Niekonczqce si
 spory krytykow 0 to, 
kim jest tytulowy bohater: kreacjq na wzor Pana Glmvy Valery'ego bqdi Nieja- 
kiego Piorki Michaux czy tez kolejnym wcieleniem barbarzyncy w ogrodzie, uciqc 
nalezy jednoznacznym stwierdzeniem 0 autobiograficznym charakterze ksiqzki. 
Racj
 ma i Ryszard Przybylski, kiedy mowi 0 sprzeciwie Herberta wobec abstrak- 
cyjnego europejskiego intelektualizmu, i Stanislaw Baranczak dowodzqcy, ze Pan 
Cogito raz jest porte-parole autora, a raz "przedmiotem z lekka groteskowym". 
Bez wqtpienia poeta na wlasnym przykladzie ukazuje tragiczne rozdarcie wspol- 
czesnego intelektualisty, pochodzqcego z naszej cz
sci Europy, ale odgornie wy- 
dziedziczanego z tradycji srodziemnomorskiej. Pan Cogito jest zawieszony mi
dzy 
dwiema skrajnosciami: pospolitoki q zycia a wysok q kulturq, swiadomoki q byle- 
jakoki a sil q dziedzictwa, wqtpliwosciami a wiernoki q wobec przeszloki. Ale jed- 
no jest pewne: podobnie jak Rozewicz, autor Pana Cogito przeciwstawia si
 
abstrakcyjnym ideom zachodniego swiata, odrywajqcym czlowieka od "persony". 
Pan Cogito jest wi
c Herbertem. Pierwotnie taka lektura \\'Ydawala si
 zbyt 
powierzchowna, malo ambitna. Szukano intelektualnych podporek dla wyduma- 
czenia gry Herberta. To, ze jest to gra poety, nie ma najmniejszej wqtpliwoki. 
Ale z czego wynika? Wiadomo, ze niektore wiersze z tomu Pan Cogito wczeSniej 
byly publikowane pod innymi tytulami, bez tego stempla "osobowego" (np. Pan 
Cogito opowiada 0 kuszeniu Spinozyjako ](uszenie Spinozy). Wynika z tego, ze de- 
cyzja stworzenia bohatera poetyckiego, ktory reprezentowalby osob
 samego au- 
tora, nie wzi
la si
 wcale z potrzeby zmiany dotychczasowej poetyki. Rowniez 
dumaczenie tej kreacji ch
ciq zbudowania jednolitego swiata poetyckiego, zamkni
- 
tego wylqcznie w ramach jednej, niepowtarzalnej ksiqzki nie wytrzymalo proby 
czasu. Okazalo si
 bowiem, ze Pan Cogito zaczql odwiedzac takze nast
pne to- 
miki Herberta, POCZqwszy od Raportu Z oblrzonego Miasta (w tym i trzech na- 
st
pnych znajduje si
 21 utworow z Panem Cogito w tytule). Ciekawsze dla nas 
byloby pytanie, dlaczego pojawil si
 Pan Cogito? Czemu Herbertowi nie wystar- 
czyla dotychczasowa konstrukcja autora wewn
trznego? 
Na to pytanie, jak wiem, nikt jeszcze nie udzielil wystarczajqcej odpowiedzi. 
Pewnie dlatego, ze ta zmiana, 0 ktorej mowi
, jest malo uchwytna. Ale czy nie 
jest tak, ze wplynqc na ni q mogl krotki okres przelomu lat sZeScdziesiqtych i sie- 
demdziesiqtych, obfitujqcy w niezmiernie wazne wydarzenia polityczne, ktore spo- 


47
>>>
wodowaly ujawnienie si
 nowej u Herberta potrzeby autorefleksji? Przeciez Na- 
pis z 1969 roku, mimo iz wydany tylko pi
e lat przed Pane11'1 Cogito nalezy do 
zupelnie innej epoki w tworczoSci tego pocty. vV zbiorze tym prawie W ogole nie 
ma odniesien do realnej rzeczywistosci i poza dwoma wierszami nie slychac wy- 
powiedzi bezposredniej (najcz
sciej podmiot jest zbiorowy, ujawniony liczb} 
mnog}, lub bezosobo\\')', kronikarski, w licznych opisach "sytuacji" mitycznych). 
W tym miejscu mala, osobista dygresja: wlasnie taki, a nie inny ksztalt Napisu-, 
opublikowanego poltora roku po Marcu L 968 roku, spowodowal u mnie dose 
negatywnq reakcj
, jakiej dalem wyraz w cz
sto cytowanym eseju Herbert: z od- 
leglej prOJvincji z roku 1972, umieszczonego potem w Swiecie nie przedstaJvio- 
ny11'1. Oczywiscie, Herbert prawie nigdy bezposrednio nie ingerowal wicrszami 
w spra\\y polityczne (do wyjqtkow nalez} np. dwa wiersze z roku 1956: Co wi- 
dziale1n i Ze szczytll schodoJv, czy Raport z oblrzonego Miasta z 1982), bo klocilo 
si
 to z przyj
tq poetyk q dystansu. Jednak oczekiwanie na "glos w sprawie" wy- 
dawal si
 pod koniec lat sZeSedziesiqtych czyms przeciez naturalnym. Napis (po- 
za kilkoma tekstami "aluzyjnymi", jak Przeslttchanie aniola, Sprawozdanie z raju 
czy Na 11'1ar:ginesie procesu) pod tym wzgl
dem mogl rozczarowywac. Ale tylko 
w kontekscie pokoleniowych buntow, zwlaszcza kiedy nic mialo si
 odpowied- 
niego dystansu i herbertowego doswiadczenia. Pan Cogito tez w zasadzie unika 
bezposrednich refleksji na temat tego, co stalo si
 w 1970 roku. Nie ucieka na- 
tomiast od ogolniejszych, typowych dla poety-stoika, ocen moralnych. 
Jednym z dwu wierszy Napisu, w ktorym ujawnia si
 bezposrednio "ja" au- 
tora, jest Co bfdzie. Utwor ten zamyka caly tom i zdecydowanie rozni si
 od po- 
zostalych. Przede wszystkim autorefleksjq na temat tego, 


co stanie sit; .l wierszami 
gdy odejdzie oddech 
i odrzucona zostanie 
taska gtosu 


czy opuszcz
 stat 
i zejd
 \V dolin
 
gdzie huczy 
nowy smiech 
pod ciemnym lasem 


Herbert zabiera glos nie jako kronikarz, opisujqcy Cernunnosa czy Longobar- 
dow (czy tez kogos przypominaj1cego mu Cernunnosa i Longobardow), lecz 
jako poeta z krwi i kOSci, poeta czasu terainiejszego, zaskoczony nagle uplywa- 
jqcym czasem. Zastanawiajqc si
 nad rol1 i znaczenicm swojej poezji, nad tym, 
co stanie si
 z ni q , "gdy w innych gorach/b
d
 pil such q wodc;" nie daje jasnej 
odpowiedzi. "Powinno to bye oboj
tne/ale nic jest" - czytamy. vVi;c nic jest 
to oboj
tne, tylko tyle poeta mowi. Reszt; oczywiscie przemilcza, choc dobrze 
wie, jaki los spotka jego wiersze. Pytanie "co b
dzie" zostalo zadane nie dlate- 


48 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
go, zeby doslyszec si
 odpowiedzi, lecz po to, aby uswiadomic sobie dotych- 
czaSOWq strategi
 poetyck q . 
Wiersz ten warto skontrontowae z utworem dawniejszym, z epoki Studium 
przedmiotu, mianowicie Glosem weJVllftrznym, pami
tajqc wszakze i 0 Probie opi- 
su z tej samej ksiqzki. "Moj glos wewn
trzny jniczego nie doradzajniczego nie 
odradzajnie mowi takjani niejjest slabo slyszalny ji prawie nieartykulowany" - 
ten znany wielu czytelnikom poczqtek wyrainie wskazuje na owczesny (w dru- 
giej polowie lat pi
edziesiqtych) stan ducha poety. Olaczego glos wewn
trzny ni- 
czego nie mowi, niczcgo nie chce powiedziee? Nie jest potrzebny poecie dlatego, 
ze wszystko stalo si
 jasne. Doradzanie czy odradzanie niczego tu juz nie zmie- 
nip Gtos wewn
trzny moglby niebezpiecznie uruchomic mechanizm obronny: wspol- 
czucie, litosc, poblazliwosc. Ale 0 tym trzeba zapomniee. To bylaby jedna 
odpowiedi. Druga tez nie wydaje si
 pozbawiona sensu. Poeta mimo wszystko 
pyta sam siebie: - "no wi
c sqdziszjze dobrze zrobilem". 'Vie, ze nie otrzyma 
zadnej rady, ale zadaje pytanie, bo ma \\-yrzuty sumienia, waha si
, nie jest pew- 
ny. "Nie jest mi na nic potrzebny jl11og1bym 0 nim zapomniee", ale jednak zal, 
ze "oddycha ci
zko". Najwazniejsze jest tu ujawnienie osobistej perspektywy oraz 
dose czytelnc przeslanie: bye "doskonale obiektywnYl11" (to cyta t z wiersza Do 
moich kofci), nie zaglqdac do wn
trza, aby nie natknqe si
 na "krew i lzy" (jw.). 
'Vyjsc poza siebie, studiowac przedmiot, kamyk, tamaryszek-stworzenie dosko- 
nale. Dqzye ku doskonaloSci sluchaj}c "wewn
trznego oka" (tak jak w Studium 
prZedl1'liotu). Oka wewn
trznego, a nie glosu. To wazna roznica. 
Proba opisu jest przyznaniem si
 do kl
ski: nie mozna opisac siebie w pelni. 
Jest to niemozliwc. Poeta probuje "zaczynajqc od glowy", w koricu poprzestaje 
na opisie "malego palca lewej n;ki". Znacznie lepiej wychodz q opisy przedmio- 
tow i srebrnoluskiego Apolla. Szydercza proba opisu wlasnego ja jeszcze raz do- 
wodzi bezsensu dotykania "siebie". Sq rozne powody tej rezygnacji: obawa przed 
rozdrapaniem rany wojennej, polityczna dorainosc, mogqca ozywie zbytni q la- 
twose sqdzenia, czy po prostu pozegnanie si
 z bezwstydem uczuc, zawsze gro- 
zqcym przyzicl11nym uzalaniem si
. 1\lniej wi
cej dziesi
e lat poiniej, kiedy 
powstaje Napis, zaczyna n
kac poet
 mysl 0 tym, "co b
dziejkiedy r
cejodpad- 
nq od \\ierszy", zwlaszcza ze po drugiej stronie, w strefie "ciemnego lasu", w do- 
linie "huczy nowy smiech". Zwracam uwag
 na to ostatnie sformulowanie. 
Z perspektywy tomow z lat dziewi
cdziesiqtych moze budzie ono zdziwienie. Jed- 
nak czasy Napisu nie sprzyjaly, jak mog
 sqdzic, jednoznacznym \\-yborom - po- 
wiedzmy ostroznie - przestrzeni sacrum. 6w "nowy smiech pod ciemnym lasem" 
odczytac l110zel11Y takze nieco inaczej: jako l
k przed tym, ze rowniez i swiat po 
dru g ie J . stronic w strdie dolinv zostanie zarazony tym samym co i w zyciu do- 
, . , 
czesnym absurdem pustki. Co zatem tkwi w podtekScie wiersza Co brdzie? Prze- 
konanie, ze trzeba powrocic do siebie, glosu wewn
trznego i sprobowac jeszcze 
raz opisae to, co zyjc na dnie "osoby". To moze bye jedyna brOIl przed calkowi- 
tym rozplyni
ciem si; wsrod doskonalych rzeczy i stworZell. 


49
>>>
Nic tez dziwnego, ze Pan Cogito rozpoczyna si
 wierszcm, ktory w duzej mie- 
rze staje si
 dalszym ciC}giem Pr6by opistt i Co brdzie. Pan Cogito obsenvuje JV lu- 
strze nvojq tJVarz po raz drugi, ale tym razem uwazniejszy, gl
bszy. 
Powracam teraz do pytania, jakie zadalem na poczC}tku tego szkicu. Dlaczego 
Pan Cogito, a nie po prosru "ja"? Glos wewn
trzny autora mogl wydawac si
 Her- 
bertowi, w tym wlasnie momencie decydujC}cej przemiany duchowej, czyms zbyt 
ryzykownym i od strony poetyckiej (plaska lirycznosc), i od strony filozoficznej 
(jednostko\\y tragizm). Konstrukcja Pana Cogito dawala poczucie bezpieczen- 
stwa poeryckiego, uwalniala niejako od zarzuru "gadulstwa" (typu rozewiczow- 
skiego). Pozwalala jednoczdnie, co trafnie zauwazyl Baral1czak, autoironizowac, 
tworzyc sytuacje dystansu i w razie czego, odseparowac si
 od jednoznacznych, 
zbyt ostrych, autodefinicji. To jasne, ze mowienie 0 sobie w skorze Pana Cogi- 
to nie burzylo tak bezwzgl
dnie dawniejszej poetyki dystansu. Herbert w slad za 
Kierkegaardem moglby powiedziec 0 sobie w tej chwili: "Jestem Pseudonimem", 
a moja wypowiedi jest tylko replikC} mojego Ja. Sluszny wydaje si
 rowniez po- 
glC}d, w mysl ktorego powolanie do zycia Pana Cogito mialo bye manifestacjC} "zy- 
cia wsrod innych, bycia z innymi". Cogito reprezenruje kazdego z nas i niczym 
specjalnym si
 od nas nie rozni. 
Caly tomik pomyslany wi
c zostal jako kronika zycia, zycia jednostkowego. 
Kronika opowiadajC}ca w sposob chronologiczny i systematyczny 0 poczC}tkach 
(rodzina, "mlodzienczy marsz ku doskonaloSci") tego zycia z licznymi aluzjami 
do prywatnego doswiadczenia Herberta, nast
pnie zwyklej codziennoSci nie po- 
zbawionej refleksji 0 sensie istnienia i w koncu 0 zdobyciu (czy tez zdobywaniu) 
wiedzy, dzi
ki powrotowi do tradycji (kultury, historii, wiary). KsiC}zka k011CZY 
si
 Przeslaniem Pana Cogito, b
dC}cym wyciC}gni
ciem wnioskow z dotychczaso- 
wego zycia, prywatnym dekalogiem godnego trwania. 
Kronika ta zaczyna si
 \vprowadzcniem do tematu (dwa pierwsze wiersze). W wier- 
szu Pan Cogito obsenvuje JV lustrze nvojq tJVarz Herbert mowiC}c 0 cielc "spi
tym 
w lancuch gatunkow" daje do zrozumienia, zc zawsze istnial konflikt mi
dzy du- 
szC} a cialem, mi
dzy obecnym ogniwem owego lancucha a tym, co bylo na po- 
czC}tku. Dusza wzdychala do ascezy, gdy tymczasem cialo zostalo odziedziczonc 
po jakims zarloku. Mowa jest 0 dwudzielnosci ludzkiego istnienia. Z jednej stro- 
ny nie chciany, "narzucony" spadek po praszczurze ("Ktory lowil echo dudniC}- 
cego pochodu mamutow"), widoczny w takim a nie innym "worku mi
sa", 
a z drugiej zdobywana swiadomie odr
bnosc ("szminki na szlachetnosc"). Kie- 
dy poeta mowi: "przegralem turniej z twarzC}", to stwierdza tylko nicuchronnosc 
dziedziczenia cech genetycznych i niemoznosc "dopasowania" ciala do duszy. 
o tej dwudzielnoSci mowi tez drugi wiersz: 0 dJVU nogach Palla Cogito. Czlo- 
wiek jest istotc} wewn
trznie sprzecznC}, wiecznie bijC}cC} si
 w sobie 0 siebie. 
\V nim, uniwersalnym Panu Cogito, zyjC} w zgodzie i Don Kichot i Sancho Pan- 
sa. Jcdna noga jest dobrze umi
sniona, druga natomiast chuda, pdna blizn. Alc 
na tych nogach "idzie/Pan Cogito/przez swiat/zataczaj
c si
 lckko". Zatacza 
si
, ale idzie; mimo niepdnowartosciowoSci (twarz peina, okr
gla - dusza asce- 


50 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
tyczna; lewa noga normalna - prawa sztywna) i rozdwojenia, a wi
c "szlachetne- 
go" kalectwa, zdobywa swiat nie zwazaj(!c na mikq postur
. 
Zwracam uwag
 na perspektyw
 "ogolnoludzk(!" obu wierszy. Nic dziwnego, 
ze maj(! charakter wprowadzenia. W tej perspektywie Pan Cogito jest tylko ogni- 
wem lancucha gatunkow. Nikim szczegolnym, jeszcze nie wyodr
bnionym z ludz- 
kiej masy. ]ego wewn
trzna sprzecznosc nalezy do cech ludzkiego gatunku, choe 
moze juz sygnalizowae indywidualne pi
tllO (to sprawa interpretacji). Herbert pi- 
sze 0 tym wprost, mysl(!c 0 sobie, dwadzidci.1 pi
e lat pozniej, w Epilogu burzy. 
To na razie proba odpowiedzi na pytanie, kim jestem jako czlowiek? I po prostu 
czym jest czlowiek? Posrednio poeta wpisuje si
 tym pytaniem w kr(!g klasycznej 
mysli starozytnej, w obr
b antropologicznej filozofii sokratejskiej. Czlowiek bo- 
wiem moze bye opisany jedynie w kategoriach jego swiadomoSci. Aby poznae na- 
tur
 czlowieka, nalezy odkryc jego mysli. Czlowiek to ktos, kto nieustannie 
poszukuje samego siebie, ktos kto bez przerwy bad a warunki swego istnienia. Dla- 
tego tei podmiotem mysl(!cym wierszy jest Pan l\1ysl
. Oba wiersze ukazuj(! jed- 
noczdnie dwa rozne sposoby ujawniania kroniki Zycia Pana Cogito: w formie liryki 
bezposredniej ("po kim mam podwojny podbrodek") i w formie opisu ("idzie Pan 
Cogito przez swiat"). Czyz i w tej warstwie stylistycznej Herbert nie sygnalizujc 
owej dwudzielnoSci? A takze pewien specyficzny rodzaj dystansu (pisal 0 nim Ba- 
ranczak w Ucieki1lierze z Utopii)? Dystansu, ktory informuje, ze Pan Cogito jest 
porte-parole autora, ale jednoczdnie przedstawicielem wszystkich innych ludzi. 
Po wprowadzeniu przychodzi kolej na szczegoly. Herbert w szdciu nast
p- 
nych wierszach opowiada 0 dziecinstwie i wczesnej mlodoSci bohatera. \Vspo- 
mnienia dotyczqce rodziny (ojca, matki i siostry) zostaly w ksi(!zce oderwane od 
"osoby" Pana Cogito, bowiem jego imi
 nie znalazlo si
 w tytulach. Wszakze 
mozna je czytac jako wypowiedz Pana Cogito (Rozmyflania 0 ojcu) i opis jego 
stosunku do najblizszych (Matka, Siostra). \V samej rzeczy nasuwa si
 pytanie, 
dlaczego nagle takie, bezosobowe tytuly (jest ich w tomie jeszcze jedenascie)? 
Bye moze chodzi poecie 0 inny rodzaj dystansu, 0 dystans pozbawiony ironii, ale 
takze 0 odmienn(! funkcj
 kompozycyjn.} wiersza (w niektorych bowiem utwo- 
rach zamiast w tytule Pan Cogito pojawia si
 w samym tekScie - tak jest w Sio- 
st7'Ze, Domach przed11liefcia, [(aligulij pozostale wiersze odgrywajq rol
 "uzupelniaj(!q" 
w zbiorze - 0 tym b
dzie jeszcze mowa). Dotychczasowe interpretacje wierszy 
o ojcu i matce (Bog-ojcicc i Matka-ziemia), odrywajqce rozmyslania Pana Cogi- 
to od poetyckiej autobiografli, nie wydajq mi si
 zbyt rozsqdne. Nie zapominaj- 
my, ie Herbert wielokrotnie w swojej tworczoSci powracal do tego wqtku. Mozna 
wr
cz mowic 0 kolejnych portretach rodzinnych. Ojciec i matka nie S(! w tych 
wierszach konstrukcjami poetyckimi, lecz zywymi, autentycznymi postaciami. 
Liczne dedykacje "rodzinne" chyba niezbicie swiadczq 0 ch
ci ukonkretnienia prze- 
slania poetyckiego. Pan; tylko znamiennych przykladow: Napis zostal poprzedzo- 
ny dedykacj(! Pamirci Ojcaj Trell w Raporcie... jest zadedykowany 1\1atce; caly 
Raport ionie; Guziki w Rovigo kapitanowi Edwardowi Herbertowi; Epilog bu- 
rzy zaczyna si
 od Babci. 


51
>>>
Ojciec zostal przedstawiony jako ktos daleki, wyniosly, nie maj:}C)' zbvt wiele cza- 
su dla syna. Dziecko mialo nadziejc;, ze po jakims czasie "sie}dzie po jego pra\\icy", 
by wspolnie uczyc siC; zycia. Stalo siC; inaczej, bo w wyniku pozogi wojennej ojciec 
utracil wszystko, swoj "tron". Stal siC; "drobny bardzo kruchy", juz nie umial dzwi- 
gne}c wysoko latarni, by oswietlac kiezki. Powoli znikal, by wreszcie pojednac siC; 
w samym Panu Cogito: "on sam rosnie we mnie jemy nasze klc;ski". Inaczej mat- 
ka. Matka byla blisko syna, chronila przed nieszczC;Sciami, zawsze czekala. Ale on 
"uciekal na oslep", bal siC; tej opieki. Jej rc;ce cie}gle "swiece} w ciemnosci jak stare 
miasto" , .lIe przeciez "nigdy juz nie powroci na slodki tron jej kolan". Roznica mic;- 
dzy ojcem a matlq jest zasadnicza. Z ojcem Pan Cogito chcial siC; pojednac, zbli- 
zyc do niego. Od matki uciekal. \V obu wierszach Herbert posluzyl siC; tymi samymi 
metaforami tronu i swiatla w ciemnoki. Tron ojca zostal wywieziony przez sprze- 
dawcc; starzyzny. Tronem matki Se} jej "slodkie kolana". Ojciec niosl swiado, mat- 
ka sarna swieci w ciemnoSci. 0 siostrze Herbert nie mowi juz tak dokladnie (wiemy 
tylko, ze mic;dzy Panem Cogito a siostr} byla nieznaczna roznica wieku). Dla Co- 
gito wazne jest tylko to, ze dziC;ki niej odkryl tajemnice pici, principiu11'l individu- 
ationis. Ale ziarno w:}tpliwoki d.,vilo jeszcze bardzo dlugo, dopoki trzynastoletni 
Cogito nie utozsamil siC; z dorozkarzem (symbolem mc;skosci). vViersz ten jednak 
z innego powodu jest dla nas cenny. \V rum bowiem Herbert zawarl po raz pier\\'- 
szy wskazowki autobiograficzne (dziecinstwo we Lwowie kilka lat przed wojn:} - 
o tym swiadczy wiek malego Cogito i "ulica Legionow"). 
W trzech nastc;pnych wierszach mowa jest 0 czasach mlodzienczych, 0 "mlo- 
dzienczym marszu ku doskonalosci". Czasy uniwersyteckie naznaczone byly 
pierwszymi probami zdobywania wiedzy 0 zyciu: znaczenia zasady amor fati i war- 
toki poczucia tozsamoki. \V pierwszym przypadku uwieranie kamyka w bucie 
(ironicznie nazwanego przez Herberta perle}) stalo siC; wazn:} lekcj:}, choc niesly- 
chanie intantylne}, cierpienia. Bol fizyczny wypieral z glowy wszelkie idee. W dru- 
gim wierszu Pan Cogito przypomina sobie, ze najchc;tniej wowczas utozsamial 
siC; z kamieniem, niezbyt sypkim piaskowcem, ktory zmienial siC; w zaleznoSci od 
swiatla i pogody. Urzekala go wic;c "pijana statecznosc". Zdolnosc do zmian, ba- 
danie swojej "skory", swojej umiejc;tnoki reagowania na bodzce. A wic;c idea zmien- 
nosci. Jako przywilej mlodego wieku. Te wiersze zostaly podsumowane mysl:} 
o powrocie do rodzinnego Lwowa (Pan Cogito 1nyfli 0 pmvrocie do rodzinnego mia- 
sta). Ten powrot jest niemozliwy, bo niczego tam juz nie ma: ani domu, ani drzew 
dziecinstwa, ani lawki i "krzyza z zelazne} tabliczke}". Mimo to Pan Cogito cie}- 
gle tam "stoi w srodku". W gorze hucze} "planety i wojn)''', ale pamic;c zatrzy- 
mala siC; w tym miejscu, w ogrodzie dziecillstwa. Wokol wszystko siC; zmienia, 
"rosne} kopczyki popiolu", ale prawdziwy Pan Cogito zyje wspomnieniem utra- 
conego Miasta. I mlodziel1czych prob wspinania siC; ku gwiazdom. 
Pocz:}wszy od wiersza Pan Cogito rozl1'lyfla 0 cierpieniu nastc;puje cykl rozmy- 
sian 0 rzeczach najbardziej ogolnych, dotycz
lcych jednak stosunku poet)' do wla- 
snej, nowej sytuacji, w jakiej siC; znalazl po przekroczeniu progu dojrzewania 
i w wyniku historycznych przemian. Pojawia siC; uczucie goryczy i niezadowolenia. 


52 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z 
 Y
>>>
Bohater zastanawia sir; nad wyborem odpowiedniej posta\\'}', analizujqc swoje re- 
akcje na cierpienie, zagrozenia, wspokzucie, "ruch mysli", szarq codziennosc, 
smierc bliskiego, alienacje i wreszcie na zycie poety. To jest ustawienie glosu. 
a- 
bieranie doswiadczenia po pierwszych, prawdziwych przezyciach, po w)'rwaniu 
z oswojonej przestrzcni i znalezieniu sir; w sytuacji nieznanych wczesniej wyborow. 
Najwazniejsza z decyzji dot)'czy uczucia kl
ski zyciowej, jak q przyniosla wojna i jej 
dalekosir;zne skutki. Bo tak nalezy czytac wiersz Pan Cogito rozmy1/a 0 cierpieniu. 
Cierpienia nk dalo sir; oddalic. Towarzyszylo nieustannie. Problem pole gal wir;c 
na opanowaniu cierpienia. Zamiast zalamywania rqk - lagodna, Sciszona emocja, 
a jednoczdnie, w miarr; mozliwosci, stworzenie "z materii cierpienia/rzeczy albo 
osoby". To znaczy "grac z nim", "bawic sir; z nim/bardzo ostroznie/jak z cho- 
rym dzieckiem". Zadaniem poet)' stalo si
 zimelektualizowanie tego cierpienia, uzy- 
cie go do innych celow niz zwykla, zniewalajqca rozpacz. I co bardzo wazne: "nie 
\V)Twijac kikutem/nad glowami innych". Nie wpasc w stereotyp martyrologicznych 
zawodzeli Nic tak nie drazni, jak dopraszanie si
 wspokzucia dla swego bolu. 
Ta filozofia lagodnej reakcji na bol istnienia, rozniqca sir; jednak od stoickiej 
zgody, pozwolila uznac czyhajqce zagrozenia raczej za cos uciqzliwego, a nie praw- 
dziwie dojmujqcego: "jest to przepasc na miarr; Pana Cogito". Jej cech q szcze- 
golnq nie jest wir;c budzcnie grozy, przypomina raczej wiernego psa lub cien. Pan 
Cogito moglby jq nawet zasypac, "ale nie czyni tego". Herbert niewqtpliwie tr; 
"przepasc" bagatelizuje. Jest dla niego czyms zbyt pospolitym, prymitywnym, pro- 
stackim, aby w ogole brae jq powaznie. Taka reakcja wynika wir;c z przyjr;tej fi- 
lozofii lagodzenia emocji. Jak tr; przepasc nalezy rozumiec? Na pewno jest to 
"niebezpieczel1stwo" (bo w domu jest "zawsze bezpiecznie", ale "zaraz za pro- 
giem" ... przepasc). vViemy juz, ze niebezpieczel1stwo w gruncie rzeczy niegroz- 
ne, do ktorego mozna sit; przywiqzac i ktore paradoksalnie do czegos sir; przydaje 
(Pan Cogito nie zasypuje przepasci, lecz przykrywa j
 "kawalkiem starej mate- 
rii"). Czy Herbert mowi 0 zagrozeniach zewnr;trznych, czy moze raczej 0 filo- 
zoficznych wyzwaniach, ktorych ponura epoka maloki dostarczyc zadnq miar
 
nie moze? Sklonic sir; trzeba ku tej drugiej tezie, tym bardziej ze Herbert zazna- 
cza: "nie jest to przepasc Pascala", ani Dostojewskiego. Rzeczywistosc "poza do- 
mem" nie pozwala zaj
c si
 rozwazaniami na temat istoty nieskonczonoSci 
i swojego "ja", bo jest za plytka, nie umir;sniona zdrowymi wartosciami. Ale war- 
to prz)' tej okazji wspomniec 0 wierszu Potwor Palla Cogito z nastr;pnego tomu 
Herberta. Rowniez "potwar" pozbawiony jest wymiarow, "widac tylko ogrom- 
ny pysk nicoSci". Potwar istnieje, ale trudno go dojrzec (widac tylko jego ofia- 
ry). I przepasc (filozoficzna otchlall transcendencji), i potwar (ucieldnione zlo 
spoleczne) tak bliskie sobie, choc opisuj
ce inny wymiar istnienia, wywolujq W Pa- 
nu Cogito potrzeb
 gry. "Kiedys bye moze przepasc \\yrosnie", dojrzeje, spo- 
waznieje, a wtedy b
dzie czas na glr;bok(! refleksjr; 0 zagadkach istnienia. 
Nic tez dziwnego, zc Pan Cogito nie potratl "osi(!gn(!c mysli czystej" (Pall Co- 
gito a my1/ czysta). Bo w czasie myslenia pospolitosc skrzeczy, a on sam "nie mogl 
oderwac wcwn
trznego oka od skrzynki na list)'''. \Vazne jest podkrdlenie roz- 


53
>>>
nicy mi
dzy stanem obecnym a przyszloki q , podobnie jak to bylo w Przepafci 
Pana Cogito. Herbert mowi: 


kicdys 
kiedys poiniej 
kiedy osrygnie 
osi:}gnie stan satori 


Chodzi zatem 0 oczekiwanie na nadejscie stanu satori, bo wtedy b
dzie "pusty 
i/zdumiewaj
cy". Istnieje \V Panu Cogito t
sknota za naglym olsnieniem, za swia- 
domosci q objawienia, za myslq czyst q , nie zabrudzonq przyziemnosci q . Jest to tak- 
ze zrozunuerue obecnego stanu jako "gor
czki", ktora rue pozwala dotrzee do sedna. 
Powolanie si
 na buddyzm, wcale nie dziwi. W tworczosci Herberta obecne Sq ta- 
kie aluzje, zwlaszcza do Upaniszad. Nie chc
 wyciqgae z tego daleko idqcych wnio- 
skow, tym bardziej ze w tym swiecie wspolzyjq ze sob q rozne religie, a jdli nie 
religie, to okrdlone, wyrwane z szerszego kontekstu, "fragmenty" wierzen. 
Innym tematem do rozmysla6 jest wspokzucie (Pan Cogito czytagazetf). Do 
zbrodni mozna si
 przyzwyczaie. Liczba 120. zabitych zolnierzy nie robi juz zad- 
nego wrazenia (w wierszu bez wqtpienia chodzi 0 wojn
 w Wietnamie: "pokry- 
wa ich dzungla"). Staje si
 wielk q abstrakcjq. Co innego jednostkowe morderstwo, 
opisane "z lubosci q " przez gazety. Herberta interesuje "arytmetyka wspokzu- 
cia", czyli kwestia zaleznosci naszych emocji od ilosci zabitych (smiere jednost- 
kowa a smiere anonimowa). Pan Cogito mowi: "nie przemawiajq do wyobrazni". 
Ale czy mUSZq, by dostrzec tragizm bezsensownej smierci? Odpowiedz na tak po- 
stawione pytanie padlaby, gdyby glowa myslala: ale mysli "kr
cq si
 w kol- 
ko/w poszukiwaniu ziaren", "wi
kszose z nich stoi nieruchomo" (Pan Cogito 
a ruch myfli). A wi
c Pan Cogito choe mysli, to wcale nie znaczy ze jego "mysli 
chodz q po glowie". Nie chodz q , stojq nieruchomo; "nie chodzq/bo nie ma do- 
kqd". Ich bezruch wynika z tego, ze nie majq z czego czerpae pozywki do my- 
slenia (zrodla wyschly, brak ziaren). Jeszcze raz Herbert podkrdla jalowq gleb
 
terazniejszoki. I nie chodzi tylko 0 mizerne wartoki, ktore nie poruszq zadnej 
mysli. Takze 0 "zmarnowane zywoty". 
o nich jest mowa w Domach przedmiefcia. Po co Pan Cogito odwiedza brud- 
ne przcdszkola? Bo nie ma "czystszego zrodla melancholii". Prosz
 zwrocie uwa- 
g
: Herbert nie mowi 0 wspokzuciu (byloby to sprzeczne z poj
cicm gry), lecz 
melancholii (ciut-ciut chlodniejsza tonacja). Opisujqc bezprzykladnq n
dz
, brud, 
szarosc zycia zdobywa si
 na westchnienie: jak dobrze byloby, gdyby te nieszcz
- 
sne istoty z przedmide choe raz zobaczyly swiat kolorow i gwaru, "zapach Indii", 
"ogie6 Bosforu". Ale w kOl1cU kto to mowi? Pan Cogito wyczuwa, "ze istnieje 
ktos poza nim/nieprzenikniony jak kamien" (w wierszu Alienacje Pana Cogito). 
Nie jest to glos wewn
trzny ("jego granicc otwierajq si
 tylko na moment"). Co- 
gito widzi obok siebie jeszcze kogos, kto posiada wlasnq krew, swoj'l skor
 i sen. 
"Trzyma w ramionach/ciepl'l amfor
 glowy" tylko przez chwil
, by zaraz wrocie 
do swej samotnoki. Cogito jest (czy chce) bye wyalienowany? By lcpiej rozumiee 


54 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
swoje mysli? B
dC}c swiadkiem smierci przyjaciela na lozku szpitalnym (Pan Cogi- 
to obsenvuje zmarlego przyjaciela), nie zdobywa si
 na gest rozpaczy. Jest tylko ob- 
serwatorem. Widzi wiotkie, puste cialo, ktore wcale nie obr6cilo si
 w pi
kno mannuru. 
Byl "porzucony jak kokon". Nie aniolowie go pocieszali. Pocieszaly go Upani- 
szady, ale przeciez tez nieskutecznie, bo nie zdC}zyl posiC}se tajemnicy. 
Omawiany cykl kOlkzy si
 groteskowC} opowidciC} 0 banalnosci poetyckiego 
zawodu (Codziennosc duszy). W wierszu znika Pan Cogito. Glos zabiera "poko- 
jowa muza", ktora sprZqta u poety. Zna wszystkie jego przyzwyczajenia: 


do mego pana 
to przychodz
 lepsi gOScie 
taki dajmy na to Heraklit z Efezu 
albo prorok Izajasz. 


Pan czasem jest zdenerwowany, czasem idzie w niewiadomym kierunku, mowi 
do siebie, "drze niewinne papier}'''. Niezwyczajna to sytuacja poetycka u Her- 
berta. \Viersz autoironiczny, choe napisany nie w pierwszej osobie. I tajemniczy 
bez wC}tpienia tytul. \V kazdym razie dla mnie. Bo niby dlaczego codziennose du- 
szy? Skqd tu dusza? Czyzby duszq byla pokojowa muza? Dusza jako synonim ko- 
gos bliskiego i milego (moja duszko!). Ktos, kto zawsze czeka na poet
, "na swego 
zandarma z rudymi wqsami". Ale majqc W pami
ci dwa inne wiersze, w ktorych 
mowi si
 0 duszy Pana Cogito (w Raporcie... i Epiiogu burzy), rzeklbym, ze to 
(rowniez) dusza, ktora oderwala si
 od ciala. To staly motyw herbertowski: du- 
sza znajduje si
 na zewnC}trz, jest czyms spoza, bytem niezaleznym, oczekujqcym 
wlakiwego momentu, by moc si
 zespolie ze swoim wlascicielem. \V kazdym ra- 
zie poeta w tym wierszu jest pospolitym "pracownikiem" slowa, obserwowanym 
przez muz
 w "niebieskim farmchu". Mozna zapytae, dlaczego ten wiersz tu, w to- 
mie 0 Panu Cogito, skoro Pan Cogito nie jest okrdlony jako poeta? A moze wla- 
snie chodzilo 0 ukazanie jego poetyckiego, ale pospolitego jednoczdnie, oblicza? 
\Vazne jest ponadto trzykrotne (w Aiienacjach, Panu Cogito obsenvujqc}'m zmar- 
lego przyjaciela i wlasnie Codziennofci duszy) podkrdlenie obecnoki "towarzy- 
sza" Pana Cogi to ("ktos nieprzenikniony jak kamiell", "zmarly przyjaciel", 
"pokojowa muza "). Ta muza jest "pokojowa", a nie pochodzC}ca z nieodgadnio- 
nej przestrzeni, bo w zyciu poet)' (Pana Cogito), ktory rozmawia "z lepszymi go- 
semi" (sam, bez pomocy muzy), ktos zajqe si
 musi codziennokiC}. Z czego 
Herbert tu kpi? Kpi z pewnej trywialnosci wlasnej sytuacji, ktora drazni swoim 
tandetnym, malo wznioslym obliczem. 
To, ze Pan Cogito jest poetc}, po raz pierwszy widae bez zadnych dwuznacz- 
noki w wierszu PozllojesiC1my JViersz Pana Cogito przezna czony dia kobiecych pism. 
Jest to najdziwniejszy utwor w cal)'m tomie. Jego niecodziennose polega na 
funkcji parodystycznej. To rzeczywiscie wiersz "napisany" przez Pana Cogito, a nie 
Herberta. 0 tym informujc jego forma, zupelnie odmienna od wszystkich pozo- 
stalych utworow: dwustroficzny wiersz nieregularny (13-sto i 1 4-stozgloskowiec) , 
symetrycznie rymowany (rymy asonansowe). Taki wlasnie wiersz - tradycyjnie na- 


55
>>>
pisany - zostal przeznaczony dla "pism kobiecych". Rowniez jego temat: jesien, 
"pora spadania jablek" ma od razu na wst
pie swiadczye 0 uzytkowosci (w do- 
mysle: tandetnoki). Ale sprawa nie jest wcale taka prosta. Wedlug mnie to typo- 
we dla Herberta zacieranie sladow. Nagla ucieczka poetyckiego "ja" w postac, 
mniej wi
cej w samym srodku ksiqzki, aby przypomniec 0 dystansie (bye moze 
tez rodzaj komentarza wyjasniajqcego poprzedni wiersz), peinic moze funkcj
 kom- 
pozycyjnq. Z drugiej jeszcze strony, tcmat zwiqzany z przyrod q staje si
 wst
pem 
do kolejnego cyklu (4 wiersze), w ktorym Herbert rozwaza sens istnienia natu- 
ry. A wi
c parodia, ale i nie parodia. 0 czym bowiem mowi Poznojesienny wiersz. .. ? 
Zarowno 0 cyklicznoki przyrody, jak i zalcznoki zycia czlowieka od natury. Przed- 
mioty tez Sq jej cz
sciq (Zeby w)'wiesc przedmioty). Podst
p albo zbrodnia, czyli 
ingerencja w ich milczqcy swiat pozwala "uslyszec" ich glosy (to jeden ze stalych 
motywow tej poezji). "Niczmordowana jest oracja swiatow" czytamy \\' wierszu 
Pan Cogito rozwaza rozlliq mifdzy glosem ludzkim a glosem przyrody. Glos ludz- 
ki \V)'rainie przegrywa z gloscm natury. Glos poet)', probuj,}cego powtorzyc 
dzwi
k zywiolow, skazany jest na porazk
. Zebrane przez poet
 slowa, ulozone 
w dlugq lini
, "to zaledwie miniatura horyzontu". Natura sarna jest poetk q , jej 
glos brzmi donosniej. Zadne slo\\'o nie odda pi
kna oceanu czy g\\'iazdy. Her- 
bert jednoczdnie sugeruje, ze poezja nic powinna stawac w szranki z przyrod q 
o pi
kno, lecz zajqc si
 poznawaniem czlowieka. Historia czlowieka i ludzkoki 
to "nic tylko narodziny i smiere" (Sekwoja). Sekwoja t
 ma przewag
 nad czlo- 
wiekiem, ze trwa w niezmienionym ksztalcie przez wieki, a jej pi
kno istnieje sa- 
mo w sobie, a nie poprzez opis (to potwierdzilby !\-1arek Aureliusz). 
Sekwoja kOl1cZY cykl rozmyslan 0 naturze. Herbert nast
pnie rozpoczyna re- 
fleksje na temat maloki egzystencji. \V wicrszu Ci ktorzy przegrali poslugujqc si
 
przykladem Indian, wegetujqcych teraz w rczerwacie, bqdi sprzedajqcych kora- 
liki "pod palacem gubernatora w Santa Fe", rysuje katastroficznq wizj
 historii. 
Ona nie uwzniosla. Degraduje tych, ktorzy nie przeciwstawili si
 zagrozcniom. 
Przegrani, \\ystawieni na posmiewisko potomnych, stajq si
 zywymi eksponata- 
mi poddanstwa. Takze terainiejszym snom odmowiona zostala wielkosc. \V prze- 
ci\viensh\ le do "naszych babek i dziadkow" (Pan Cogito biada nad malofciq snow) 
sen Pana Cogito jest najzwyczajniej realny, pozbawiony tajemnicy, basniowych 
marzen, Smieszny jest tez poeta "w pcwnym wieku", ktory zamiast zajmowac si
 
pisaniem wierszy, nasladuje mlodych, rzuca inwektywy, "namawia do podpala- 
nia", pisze "listy do Prezesa Ukladu Slonccznego" peine intymnych \\-yznan. Jest 
to zycie niezgodne z natuq. Gra i udawanie. Herbert broni w t)'m wierszu po- 
stawy artystycznej, niezalcznej. Jdli nawet nie mial na mysli Iwaszkiewicza ("po- 
eta w porze niejasnej/mi
dzy odchodzqcym Erosem/a Thanatosem", "sadzi 
kolczaste eksklamacje", pisze listy do dyktatora) czy jakicgokolwiek konkretne- 
go poety "w porze przekwitania", to z pewnoki q myslal 0 artystach zajmuj
cych 
si
 gq z wladz
 i "mlodymi". Tu nie chodzi 0 Pana Cogito - poet
, lecz jego 
przeciwienstwo. Herbert kpi z nieszczerej postawy, ktora ma na celu odegnanie 
mysli 0 zblizaj
cym si
 koncu. 


56 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Tward q zasad q herbertowego swiatopoglqdu jest nieschlebianie modnym prq- 
dom. Dlatego nie boi si
 zanegowania kultury pop (Pan Cogito a pop), preferujq- 
cej estetyk
 brzydoty, halasu i trzewi. Krzyk wymyka si
 formie, bo niczego nie 
artykuluje i nie zna poltonow. Sztuka "krzyku" nie wywoluje tajemnicy, ,,\\oyraza 
prawd
 uczue/z rezerwatow przyrody", szuka uzasadnienia w "nowych dzunglach 
porzqdku". Nie dziwi ten sprzeciw. Herbert szuka porozumienia z tradycyjnym 
ladem. \V nowej dzungli porzqdku widzi cos niezgodnego z natuq. Ten sam sto- 
sunek \\')'raza do magii i gnozy, wieku New Age (Pan Cogito 0 magii), amerykan.- 
skiej kulrury "nirwany i haszyszu". Pomieszanie nauki Sade'a z "orgian1i oriemalnyn1i" 
rodzi sztuk
 wymuszonq i nudnq. To konstruowanie sztucznych rajow. W dodat- 
ku "rosnq z tego fortuny", przemysl i zbrodnia. Rodzi si
 "sztuka agresywnej epi- 
lepsji". Mala, wqda egzystencja skazana jest na malq, chorobliwq sztuk
. 
Tak skonstruowana krytyka malej, krzykliwej sztuki, mamiqcej sztucznymi ra- 
jami i udawanq kontestacjq (sqdz
, ze w czasach powstawania wierszy Palla Co- 
gito nie chodzilo 0 krajowq kontestacj
), miala bye wprowadzeniem do ostatniej, 
rozbudowanej cz
ki tomu, w ktorej Herbert przeciwstawia sztuce agresywnej epi- 
lepsji uswi
conq, niezmiennq tradycj
. Ten powrot do kultury i historii srodziem- 
nomorskiej nie jest oczywikie ani latwy, ani pozbawiony wqtpliwosci. Rozpoczyna 
si
 od Luwru, od posqzku Wielkiej 
1atki z Beocji, a wic;c od starozytnej Grecji. 
Pan Cogito spot)'ka 1V Luwrze posqiek Wielkiej Matki jest wierszem - inwokacjq, 
wierszem - modlitwq. 0 co poeta prosi Wielk q Matk
? 0 "swi
tq wod
 urodza- 
jow" i roztoczenie opieki: "chcemy bys nas trzymala/w mocnych swoich dloniach" . 
Zwracam uwag
 na liczb
 mnogq: po raz pierwszy tak si
 dzieje w Pallu Cogito. 
Swiadczy to jeszcze raz 0 tym, ze Pan Cogito mowi nie tylko w swoim imieniu. 
\Vielka !\1atka jest synonimem Grecji, kultury starozytnej, klasycznej mqdroki. 
Wielka fvlatka jest naszym jedynym Bogiem: "nie chcemy innych bogow". W tej 
prostej religii "wystarczy kamiel1 drzewo proste imiona rzeczy". Zadna wznio- 
slose i metatlzyka, bo jestdmy "urodzeni z glin)'''. Zadna sztuka halasu, bo chce- 
my bye noszeni "ostroznie od nocy do nocy". 
Herbert opowiada nOWq historic; Minotaura (Historia Millotaura). Nie jest on, 
jak przekazuje mit grecki, potworem zrodzonym ze zwiqzku zony Minosa, Pasi- 
fae (w wydaniu z 1974 r. jest bl
dnie: Parsifae) z bykiem, zeslanym przez Posej- 
dona, lecz ksi
ciem z prawego loza, zdrowym, ale "z nienormalnie duzq glowq". 
\V "micie" Herberta !\.iinotaur ma bye oddany przez Minosa do stanu kapla6- 
skiego, ale "kaplaru tlumaczyli, ze nie mogq przyjqe nienormalnego ksi
cia, bo 
to mogloby obnizye juz i tak nadszarpnic;ty, przez odkrycie kola - autorytet re- 
ligii". Czemu sluzy ta demitologizacja? Tezeusz jest najemnym zabojcq, Dedal 
tworce} architektury pedagogicznej, labirynt mial "wdrazae ksi
cia \\' zasady po- 
prawnego myslenia". Wedlug autora to jest prawdziwa historia ksi
cia. Co jest 
wic;c prawd q : historia odczytana z pisma linearnego A, czy mit czyli "pozniejsza 
plotka"? Ani jedno, ani drugie. Mit i historia Se} zgodne tylko w jednym: Teze- 
usz zabil Minotaur.!. Wszystko, co otacza ten niezbit)' fakt, jest literack q opowic- 
kie}. Przypominam wczdniejszq ret1eksjc; Herberta: tylko narodziny i smiere liczq 


57
>>>
si
 w historii czlowieka. Herbert wydobywa wi
c z nowej historii Minotaura 
wniosek 0 prawdziwoki smierci i nieprawdziwosci przekazu zycia. Ponadto los 
jednostki, a nie - wpisane w mit - dzieje uzaleznienia Aten od Krety. W Starym 
Prometeuszu ten, ktory wykradl ogien bogom, na starosc pisze pami
tniki. \V nich 
usiluje wyjasnie rol
 bohatera "w systemie koniecznosci". Ocalal, otrzymallist 
dzi
kczynny od "tyrana Kaukazu, ktoremu dzi
ki wynalazkowi Prometeusza 
udalo si
 spalie zbuntowane miasto". Ogiell nie sluzy dobrym uczynkom. Boha- 
ter nie godzi si
 na takie wykorzystanie "wynalazku ", ale jego jedynym gestem 
buntu jest cichy smiech. Mityczny bohater nie cierpi, lecz cieszy si
 z dobrze ulo- 
zonego zycia. Herbert ironizuje takze na temat Kaliguli (Kaligula), ktory uczy- 
nil swego konia konsulem. lncitatus "wladz
 sprawowal najlepiej/to znaczy nie 
sprawowal jej wcale". Ten epizod z historii starozytnego Rzymu wybrany zostal 
przez poet
 i ze wzgl
du na cesarza i jego szalencze, tyranskie rzqdy, i ze wzgl
- 
du na to, co sam myslal 0 wladzy. Pan Cogito czyta 0 Kaliguli, bo "doswiadcza 
czasem uczucia fizycznej obecnosci osob dawno zmarlych". Wiersz zatem alu- 
zyjny, choe proste przypomnienie Kaliguli, wyimek historii, nie ma swojej "po- 
etyckiej" konsekwencji. Chyba, ze tego tyrana zestawimy z tyranem kaukaskim. 
\V kazdym razie Minotaur, Prometeusz i Kaligula nalezq nie do zastyglego 
swiata nieodwolalnych mitow, lecz biorq udzial w historycznym przewartokio- 
waniu. Mit Herbertowi klamie. Post
powanie jednostek, wykraczajqcych poza 
utarte schematy, ulega zawsze mitologizacji, choc w istocie przyczyna innego za- 
chowania tkwi w czlowieku. Wybor takich bohaterow u Herberta jest jasny: 
wszyscy Sq uwiklani w polityk
, a wi
c histori
. Podobnie z Ewangeli q . W wier- 
szu Hakeldama, poswi
conym zdradzie Judasza, Herbert interesuje si
 nie 
uczynkiem apostola, ale problemem, jaki majq arcykaplani ze srebrnikami, rzuco- 
nymi im pod nogi przez "zdrajc
". Przyjqe je, "wpisae w rubryce nieprzewidzia- 
ne dochody"? Postanawiajq nabye plac i "zalozye na nim/cmentarz dla pielgrzy- 
mow", w ten sposob oddae "pieniqdze za smierc" Jezusa - smierci pielgrzymow. 
Jest to wi
c problem - jak sam mowi Herbert - "z pogranicza etyki i rachunko- 
wosci" (przypomina si
 arytmetyka wspokzucia). Problem nie roztrz}sany prze- 
ciez przez Ewangeli
 (znowu proba dehierarchizacji sakralnego przekazu). 
Tu juz blisko do obalenia potocznego wyobrazenia sacrum. W wierszu Pan 
Cogito opoJViada 0 kuszeniu Spinozy zydowski filozof z Amsterdamu zadaje Bo- 
gu pytania "na temat natury czlowieka", pierwsz} przyczyn
 i sprawy ostatecz- 
ne. Jaka jest odpowiedz Boga? Milczenie, a nast
pnie przewartokiowanic: "po- 
mowmy jednak 0 Rzeczach Naprawd
;Wielkich". To, 0 co pyta filozof(nauko- 
wiec i racjonalista), wedlug Boga jest malo znaCZqce (bo oderwane od zycia 
czlowieka). Naprawd
 wielkimi rzeczami 5} sprawy codzienne (zdrowie, zakup 
domu, dochody, rodzina). Bog mowi: ,,- chc
 bye kochany/przez nieuczonych 
i gwaltownych/s q to jedyni/ktorzy naprawd
 mnie laknq". Przez nieuczonych 
i gwaltownych. Bog ludzi malych i niepogodzonych z zyciem. Nie Bog wszyst- 
kich ludzi, lecz tych, ktorzy go "lakn}" nie poslugujqc si
 slownikiem filozofow. 
Jest to zatem sprawa wiary, a nie dziedzina spekulacji. Podobny problem przed- 


58 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
stawia Herbert w ciekawym wierszu, znacznie rozni'lcym si
 od pozostalych, 
Georg Heym prz)lJoda prmvie metaftzyczna. Oba teksry rozpoczynaj'l rozmysla- 
nia poery na ternary religijne. Roztrz'lsaj'l konflikt mi
dzy wiar'l a poznaniem 
empirycznym. Heym jezdz'lC na lyzwach na jeziorze odkrywa, ze w swiecie 
wspolczesnym nie ma wynikania, nast
pstwa, skutkow przyczynowych. \Vszyst- 
ko lezy obok siebie (stwierdzenie "wazkie dla fizyki teorerycznej", ale grozne 
"dla teorii poezji"). Po wypadku, w wyniku ktorego austriacki poeta uton'll pod 
p
kni
rym lodem, zarowno swiadek wydarzenia, jak i przybyli policjanci, widz'l 
cal'l rzecz w logicznym porz
dku: jako ci'lg przyczynowo-skutkowy. vViara po- 
ery winny, alogiczny porz'ldek nijak si
 ma do rzeczywistosci. Baruch Spinoza 
odwrotnie: chcial swoj racjonalizm (swoj'l fizyk
) zirracjonalizowac, zeby przy- 
dae mu znaczenia. Georgowi Heymowi wydawalo si
, ze poezja to notowanie, 
zgodnie z przeczuciem, zjawisk nie powi'lzanych zadn'l nici'l porz'ldku, gdy 
tymczasem wszystko ma swoj pocz'ltek i koniec (narodziny i smierc). 
Rozmyflania Pana Cogito 0 odkupieniu to poddanie w w'ltpliwosc wiary 
w Syna Bozego. Bog "nie powinien przysylae syna", gdyz jego czlowieczen- 
stwo, ludzkie cierpienie, "Z\rykla skora" i strach oddalaj'lludzi od prawdziwej 
boskosci. ChrzeScijallski dogmat 0 odkupieniu nie ma wiele wspolnego z wiel- 
kosci'l sacrum, jego nieludzkoSci'l i przerazeniem (to symbolizuje \Vielka Mat- 
ka Kosmologii z wczeSniejszego wiersza). Po rad
 udaje si
 Pan Cogito do cha- 
syda Nachmana z Bradawia. Dusza Pana Cogito "odmawia pociechy wiedzy" 
(Pan Cogito szuka rady). Nie w wiedzy zawiera si
 treSc religii, lecz \V stanie we- 
\Vn
trznym czlowieka, w radosnym sluzeniu Bogu - jak glosi chasydyzm - 
w poboznoSci. Kazdy czlowiek musi odnalezc swoj wlasny prog wtajemnicze- 
nia. Herbert odrzucaj'lc Jezusa jako Syna Bozego, pragnie dowiedziec si
 
"prawdy" od cadyka (nazywa go bl
dnie zreszt'l w wierszu "rabi" - powinno 
bye "rabbi") ktory byl, jak wiadomo, posrednikiem przekazuj'lcym z niebios na 
ziemi
 bosk'l energi
. Ale Nachmana nie ma, "mial pi
kn'l smiere". Trudno go 
odnalezc "wsrod rylu popiolow". Cogito szuka rad)', lecz jej nie orrzymuje. 
Szuka jednak nie w chrzeScijanstwie i nie w talmudycznym judaizmie, nie w do- 
gmatach. Takze pieklo Herberta rozni si
 od chrzeScijanskiego stereotypu. Pie- 
klem (Co myfli Pan Cogito 0 piekle) nazywa poeta getto artystow, zupetnie od- 
izolowanych od "piekielnego zycia". W najnizszym kr
gu piekla nie spotkamy 
ani despotow, ani zabojcow, lecz muzykow, poetow i malarzy, bioqcych udzial 
w konkursach, festiwalach i koncertach. Trudno zahamowac pochod awangar- 
dy. A "Belzebub popiera sztuk
" i zapewnia artystom peten komfort. Herbert 
szydzi z azylu artystow, latwo poddaj'lcych si
 Belzebubowi. Uzywa do tej kpi- 
ny obrazu piekla, swiadomie wypaczaj'lc jego religijny sens. 
Caly tom konczy si
 prob
 zaprojektowania kodeksu moralnego. W jaki sposob 
si
 zachowac wobec rylu w
tpliwoSci? J ak
 nauk
 wysnue z historii? 0 tym mowi'l 
trzy wiersze: Gra Pana Cqgito, Pan Cqgito 0 postmvie JVyprostOJvaneji przeslanie Pa- 
na Cogito. Pierwszy wiersz z tu wymienionych najpierw w skrocie opisuje ucieczk
 
Kropotkina, "Ksi;cia anarchistow" z twierdzy pietropawlowskiej, a nast;pnie okre- 


59
>>>
sla postaw
 Pana Cogito, ktory nigdy nie chcial bye bohaterem llcieczki. Jego ma- 
rzeniem jest "bye posrednikiem wolnoki", a to znaczy "trzymae sznllr llcieczki" 
i manitestowae czyst q sympati
: "nie b
dzie mieszkal w historii". Cogito \\i
c Illbi 
grae w histori
, ktora "wyzwala wyobrazni
 historycznq". Prosz
 zwrocie llwag
 na 
ten nillans: nie fascynacja histori q i jej nallkowa interpretacja, lecz gra czyli sztuka 
poetycka. Nie interesllje go anarchizm lecz czlowiek, wymykajqcy si
 pogoni. Chce 
bye posrednikiem wolnosci, tym, ktory kontrolllje histori
 i llzywa jej do wlasnych, 
subiektywnych celow, nie oglqdajqc si
 na naukowe teorie. 
Takze Pan Cogito 0 postmvie JV)'prostOJvanej dzieli si
 na dwie cz
sci: opisowo- 
historyczn q (mieszkal1cY Utyki pragnq si
 poddac nacierajqcym Arabom, zllpd- 
nie nie myslqc 0 obronie) i "nauk
" ("stanqc na wysokoki sytuacji"). Tak, Pan 
Cogito chcialby "spojrzec losowi prosto w oczy" wzorem Katona, ale po pierw- 
sze nie ma miecza, po drugie "Okazji zeby wyslae rodzin
 za morze". To grote- 
skowa sytuacja. Jnna niz w Utyce (w czasie grozqcej zaglady miasta). Chltc spro- 
stania wyzwaniu nie idzie w parze z mozliwosciami. Co zostaje? Czekanie, ob- 
serwacja, wybor pozycji umierania, wybor gestu i ostatniego slowa. Losem jest 
smiere. Nie zadne "historyczne zagrozenie". Cogito tez, jak Utyczanie, nie chce 
si
 bronie, ale czy to jest ta sarna porazka instynktu samozachowawczego? Her- 
bertowi widocznie chodzi 0 szukanie podobienstw. Wbrew pozorom nie ma roz- 
nicy mi
dzy czekaniem na smiere ze strony nacierajqcych w czasach starozytnych 
wrogow a oczekiwaniem smierci naturalnej, jednostkowej, "ahistorycznej". Kie- 
dy Herbert mowi 0 postawie wyprostowanej, mimo ironicznych aluzji, sugeruje 
stoicki spokoj. Wiersz mozna tez czytae inaczej. Jdli uznamy fragment "patrzy 
przez okno/jak slonce Republiki/ma si
 ku zachodowi" za aluzj
 politycznq, 
metator
 konca wolnosci, wowczas gest Pana Cogito, gest biernego oczekiwania 
na koniec oznacza zrozumienie koniecznosci historycznej. Jednostka niczego nie 
zmieni, nawet gdyby dobyla miecza. Najwazniejsze, nie pobierae nauk "padania 
na kolana". Niewiele jednak mozna zdzialae, w tym sensie obie sytuacje niczym 
si
 nie rozni q . Jstnieje jeszcze trzecia mozliwose interpretacyjna (wiersz jest bar- 
dzo niejednoznaczny). Pan Cogito marzqc 0 postawie wyprostowanej "nie kla- 
dzie si
 do lozka/aby uniknqe/uduszenia we snie". Czy to marzenie nie wynika 
z doslownego rozumienia "posta\\'}' \ryprostowanej"? A wiltc \V konsekwencji - 
'rykpienie gestu Pan a Cogito. Wszystkie trzy interpretacje \rydajq silt zasadne. 
Nie wolno takze zapominae, ze Utyka z pierwszej cz
sci i Republika z drugiej 
mogq mowie 0 tej samej przestrzeni historycznej (w ten sposob Pan Cogito byl- 
by postaci q przeniesionq do "historii", lub tez Rzymskie Panstwo uosabialoby 
panstwo chylqce si
 ku upadkowi przed przybyciem barbarzyncow. Cogito zatem 
"czeka jak inni". Jest to jeden z tych wierszy, w ktorych bye moze dochodzi do 
glosu dystans autora w stosunku do bohatera. Ale czy mozna uogolnie herbcr- 
towe rozumowanie? Sprobujmy. Mozna w chwili zagrozenia wolnosci (jednost- 
kowej bqdi zbiorowej) na swojq miar
 bye sob q , to znaczy czekae z podniesio- 
nym czotem. Ale zakonczenie utworu jest zastanawiaj}ce: 


60 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Ios patrzy mu W oczy 
w miejsce gdzie byta 
jego gtowa 


Pan Cogito najpierw chcial spojrzee losowi prosto w oczy, teraz los spogl'lda 
w oczy Panu Cogito. Ale ten nie ma juz glowy. Skonczylo si
. Los wygral. Nie 
bylo ratunku. Postawa wyprostowana czy marzenie 0 postawie wyprostowanej? 
Chyba wszystko jedno Losowi. 
Ostatni wiersz, najbardziej znany, Przeslanie Pana Cogito, swoista coda zbio- 
ru, podsumowuje dotychczasowe rozwazania. vVszystkie dotychczasowe wier- 
sze byly przemysleniami i prob'l autoportretu. Przeslanie daje \\-'Ykladni
 post
- 
powania. Nauczony doswiadczeniem, targany w'ltpliwosciami, odrzucaj'lcy 
i zdobywaj'lcy wiedz
 Pan Cogito - Herbert - wprost teraz \vyraza swoje cre- 
do, choe i ono nie w kazdym fragmencie jest jednoznaczne. Pierwsze slow a S'l 
nawi'lzaniem, jak nalezy s'ldzie, do poprzedniego wiersza: ostatnia nagroda 
w czasie w
drowki do ciemnego kresu to "zlote runG nicosci". Na koncu dro- 
gi jest nicose. Nie nalezy si
 jej bae, bo nie "nagroda" po smierci jest wazna, 
lecz zycie godne. Kiedy Herbert mowi: "Ocabtes nie po to aby zye/masz ma- 
lo czasu trzcba dae swiadcctwo", rozumie "zye" jako radosn'l pelni
, pozbawio- 
n'l w'ltpliwosci. Ocalenie z wojennej zawieruchy wyznaczylo dramatyczny wy- 
miar egzystencji, wymiar poetycki: dae swiadectwo, aby "tamtym zd'lzaj'lcym 
do ciemnego kresu" otlarowae prawdziw'l nagrod
, prawd
 zycia. vVi'lze si
 ona 
z heroizmem moralnym: "idz wyprostowany wsrod tych co na kolanach". Liczy 
silt tylko odwaga. Takze odwaga wspicrania bitych i ponizonych, nawet jdli 
"gniew twoj bezsilny". Herbert wspomina tez 0 pogardzie "dla szpiclow katow 
tchorzy" i nie przcbaczaniu tym, ktorzy zdradzili. Nie wykazuje si
 tu milosier- 
dzicm. Przy tym wie doskonale, ze nie on, lecz kaci i zdrajcy wygraj'l. Nie cho- 
dzi wilt c 0 jakid "zwyci
stwo", lecz moraln'l satysfakcj
. "Strzez silt jednak du- 
my niepotrzebnej" - poeta nie rosci sobie pretensji do "lepszosci", dlatego bro- 
ni silt przed zadufaniem "blazensk'l twarz'l", ironiczn.} gr:}, ktora zna granice. 
"Strzez silt oschlosci serca" - uczucie milosci do zwyklych rzeczy swiata tego: 
ptaka, zrodla czy d
bu musi bye wazniejsze od "cieptego oddechu" db "splen- 
doru nieba". Dobro jest do zdobycia, ale tylko w wymiarze tilozoficznym, dzilt- 
ki powtarzaniu "starych zakl
c ludzkosci bajck i legend" oraz wielkich slow. 
A wi
c dzilt ki wicrnosci dawnym zasadom, dziltki tradycji. \Viernosc wielkim 
slowom nie spotka silt ze zrozumieniem: "nagrodz:} ci
 za to (...) chlost'l smie- 
chu zabojstwem na smietniku". Ale rylko wybor takiej posta\\)' pozwoli zmie- 
kie si
 wsrod wielkich umarlych: Gilgamesza, Hektora i Rolanda, "obrOl1cow 
krolestwa bcz kresu i miasta popiolow", bohaterskich, walecznych zolnierzy, 
ktorzy poswi;cili swe zycie db wielkiej sprawy, a jednoczdnie stali silt bohate- 
rami literackimi. 
Ostatnic slowa Przeslania: "B,}dz wierny Idf" nie S'l wcale jednoznaczne. 
Czego ma dotyczyc zasada wiernoki? Przede wszystkim wiernosci tym wszyst- 
kim wymienionym wartoSciom moralnym: marszowi ku cicniom poleglvch, po- 


61
>>>
stawie wyprostowanej, dawaniu swiadectwa, odwadze, pogardzie dla zdrajcow, 
idei wystrzegania si
 dumy, autoironii, uczuciu do zwyklych rzeczy, "Swiadu na 
gorach", tradycji i wielkim slowom. Ale przeciez i sobie. Zas krotkie "idz" (tym 
rozkaznikiem zaczyna si
 i kOl1cZY wiersz Herberta) odnosi si
 zarowno do 
pierwszego wersu ("idz dok
d poszli tamci") - dlatcgo slowa "B
dz wierny 
Idz" mozna odczytae jako testament ocalonego w imieniu poleglych - jak i ca- 
10Sci tekstu: jako wyzwanie rzucone smierci i zyciu na kolanach. Bohaterstwem 
dla Herberta staje si
 wytrwanie w godnosci, lecz bez przesadnej, niepotrzebnej 
"dumy", tj. ideologii narodowej. Zwazmy: w tych kategoriach Herbert ani ra- 
zu nie ujmuje zycia Pana Cogito. 
Pan Cogito, ksi
zka przelomowa w tworczoSci Zbigniewa Herberta, rysuje 
dokladny i szczery wizerunek poety, ktory w cztcrech pierwszych swoich to- 
mach unikal autobiograficznych wyznan. Zakomponowana niezwykle starannie, 
od pierwszego do ostatniego utworu, przedstawia histori
 zycia typowego, kto- 
rego doswiadczeniem by10 dziecinsrwo na kresach, przezycie wojcnne, "repa- 
triacja", zmudne zdobywanie wiedzy i poszukiwanie prawdy za pomoc
 - pd- 
nych w
tpliwoSci - rozmyslall na temat zagrozen egzystencjalnych. Poeta do- 
chodzi do wniosku, ze mimo zlotego runa nicosci, ktore na nas czeka, trzeba 
ise przez swiat z jasnym przeslaniem moralnym. 


Julian Kornhauser 



 


/ 


j 


Ze 
zkicoJPnikow podrozn,vch') ZbignieJl'a Herberta. 


62 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Stanislaw Lem 


*** 


Poniewaz Herbert mieszkal w \tVarszawie, a ja w Krakowie, zblizylem si
 do 
niego, kiedy przebywal w Zachodnim Berlinie. By! to nie tylko poeta, ale i pro- 
zaik tak wspanialy, ze oczarowal naszego wspolnego wydawc
 niemieckiego, 
doktora Zygfryda Unselda, ktory Herberta wydawal i ponadto wspieral go w nie- 
mieckim swiecie. Oczy Unselda zapalaly si
 na dfwiftk nazwiska Herberta szcze- 
golnym blaskiem. Herbert, jdli chcial, naprawdft umiat oczarowae ludzi. Kiedys 
pilismy razem, w chinskiej restauracji po wspolnym obiedzie, lecz bylo to picie 
raczej umiarkowane. Nie nalezal do ludzi sklonnych do samochwalczego stawia- 
nia si
 na piedestale, Dla kolegow, ktorzy byli wierni PRL-owi, by! dose kqsliwy 
i tak wymowny, ze jego duzy artykul (rozmow
 z Herbertem) 0 socrealistach opu- 
blikowal byl International Herald Tribune. Stan wojenny znosil bardzo ci
zko 
w kraju. Z kr
gu bliskich mu kolegow nalezy chyba wymienie Jana Jozefa Szcze- 
par1skiego, ktory wyjezdzajqc jako prezes Zwiqzku Literatow Polskich na posie- 
dzenie zarzqdu, czftsto odwiedzal Herberta. Obowiqzuje mnie tu zasada horas 
non numero nisi serenas, totez rozmaite wyboje na jego drodze zyciowej pomi- 
jam. Mial, krotko mowiqc, klas
, 0 ktorej si
 nie zapomina. Na starcie tworczo- 
sci poetyckiej sprawil na mnie wrazenie, ze porusza sift tropem J\1ilosza. 
Przdwiadczenie to okazalo si
 blftdem mojej oceny (0 sobie wolno mi przeciez 
takze i fIe mowie). Chorowal d!ugo. Jak wiadomo ze wspomnien Leopolda Tyr- 
manda, byl nieugi
ty i sporo Go to kosztowalo. Herbert pozostanie ju:z w histo- 
Iii naszej literatury. Lubil malarstwo niderlandzkie. Pisalo nim majstersztyki. Prawdft 
mowiqc, nie jest l\1u potrzebne zadne promowanie, czy powi
kszanie. J ego Pan 
Cogito pozostanie na zawsze, takze w mojej pami
ci. \tv obecnym czasie niekto- 
re wschodzqce postaci pisarzy szybko powi
kszaj
 sift i lSni q , jak banki mydlane. 
On byl raczej niby karafka krysztalowa z plocien hoIenderskich mistrzow. To zna- 
czy twardy, choc kruchy. A reszta jest milczeniem. 


Stanislaw Lem 


63
>>>
Bronisla1v MaJ' 


*** 


Ta historia jest tak niewiarygodna i nieprawdopodobna, ze nigdy, pod zad- 
nym pozorem, nie uwierzylbym w ni'l, gdyby nie to, ze przydarzyla si
 wlasnie 
mnie. By nie pogarszac sprawy, najkrocej: 29 grudnia 1992 roku - przysnil mi 
si
 ten wiersz. W calosci, od pocz'ltku do koflCa. Przebudzony, zapisalem go, 
a jedyne zabiegi "literackie" jakich si
 dopuscilem, polegaly na uporz'ldkowaniu 
wersyfikacyjnym. 

igdy - to oczywiste - nie odwazylem si
 go pokazae Zbigniewowi Herber- 
towi. Az do niedawna nikomu go nie pokazywalem. Jdli teraz, na prosb
 Re- 
dakcji "Kwartalnika Arrysrycznego" decyduj
 si
 go opublikowae, to jedynie 
dlatego, ze i wiersz, i jego (tak, wiem, pretensjonalna i sentymentalna) prawdzi- 
wa historia, jest opowidci'l nie 0 mnie, lecz 0 niezwyklej, najgl
bszej, choc cza- 
sem nawet nie uswiadamianej - obecnosci Herberta w rym czasie, w tej mowie, 
i posrod nas, ludzi probuj'lcych w tej mowie ukladac wiersze. 
Nigdy nie osmielilbym si
 nazwac "uczniem" Herberta, nigdy, w rozumie- 
niu estetycznym, nie bylem "pod wplywem" Herberta, nigdy nie usitowalem go 
nasladowae (bo nasladowae mozna sztuczki i dobrotliwe podst
py tzw. "srylu", 
a nie - m'ldrosc, m
stwo i czystose...; zdaje si
, ze takze dlatego Herbert 
w ogole nie ma uczniow i nasladowcow) - a jednak on, Herbert, zawsze, w nie- 
wydumaczalny sposob, byl we mnie; i w wielu takich, jak ja. I b
dzie dopory, 
dopoki ktokolwiek, wci'lZ od nowa, w nowym powietrzu i czasie, b
dzie pr6bo- 
wal skladac wiersze w tej mowie. 


Bronislmv Maj 


64 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Bronislaw MaJ' 


Znow - Pan Cogito 


Pan Cogito mowi 
nowy Wlersz. 


Przez wiele lat 
milczal wzgardliwie 
Pan Cogito. 


I oto znow 
Przemowil do nas. 


Slychac 
pot
zne westchnienie ulgi 
calego powietrza: znow mozna 
oddychae. 


Swiat rusza z miejsca biegiem 
pragnqc nadrobic utracony czas 
i chociaz wie ze nie b
dzie mu lat\vo 
ukrywae znow 
swoje matactwa lajdactwa 
to jednak woli zycie 
pod surowym i czulym spojrzeniem 
Pana Cogito 
od szklanych oczu 
nicoki. 


Nieogolony niewyspany 
. , 
w ponll
tym swetrze - znow 
stoi przed nami 
Pan Cogito - jest 
Piltkny. 
29 XII 1992 


Bronislaw Maj 


65
>>>
\ 
B Q 
G 

Y1 
lnJ r
 


o (,) I ,
. I p 
 
 

 



 
 
..-1\. 
 rft .('" 
 r 

\\

 
 1 
. ' 
\ 
, 


"'" 


Ze ,,5zkicoJVnikoJV podroinych" ZbignieJVa Herberta. 


66 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
CzeslaJv Milosz 


a poezji, z powodu telefono\v 
po smierci Herberta 


Nie powinna istniee 
ze wzgl
du na pocz
cie, 
embrion i porod, 
szybkie dorastanie, 
uwi
d i smierc, 
bo co jej do tego. 


Nie moze mieszkae 
w komorach serca, 
w zgryzliwoSciach w
troby, 
\V sentencjach nerek, 
ani \V mozgu zdanym na lask
 tlenu. 


Nie powinna istniec ale istnieje. 
Ten, ktory jej sluzyl 
lezy zmieniony w rzecz 
wydan
 rozpadowi na sole i fosfary, 
zapadaj
c
 si
 
w swoj dom chaosu. 


Rano rozdzwonily si
 telefony. 
Kapelusze ze slomki, sliskich wlokien, plotna 
s
 przymierzane w lustrach 
przed '''Yjsciem na plaz
. 
Proznosc i z
dza dalej zaj
te sob
. 


Oswobodzona z majakow psychozy, 
z krzyku gin
cych tkanek, 
z mltki wbitego na pal 
\V
druje swiatem 
Wiccznie jasna. 


Czeslmv Milosz 


67
>>>
Grzegorz Musial 


*** 


Zbigniewa Herberta nie znalem osobiscie. Przeczytalem jednak wszystkie je- 
go opublikowane wiersze, odk'ld trafil do mych r}k - wowczas 20-1atka - czyrel- 
nikowski Wyb6r poezji. Dramaty z 1973 roku. 
Wierz
, ze w czas utrapien Bog zsyla kazdemu narodm,vi swego slug
; OJVC{, kto- 
ra zaginfla, ale nie zapomina 0 Jego nakazaeh. Dla polskiej literarury XX wieku takim 
slug,!: 0 szerokim sere'll (...) kt6ry nie ezynil nieprawofei, a kroezyl Jego drogami, straini- 
kiem Jego postanmvien i napomnien * byl, w moim rozumieniu, Zbigniew Herbert. Je- 
go odejscie, razem z tym strasznym stuleciem, talcie ma wymiar symbolu. 
Zadedykowalem mu w swej "karierze artystycznej" par
 urworow, w tym jeden 
poswi
cony, tak, jak jego wiersz z Raportu z oblfionego Miasta, Isadorze Duncan. 
Potem, w czas pobytu w USA, swiadkowalem jego niebywalym sukcesom czytel- 
niczym wsrod owczesnej amerykanskiej mlodzieZy akademickiej. Co wi
cej, moim 
associate professor na U niwersytecie w Iowa byl brytyjski poeta i tlumacz Daniel 
Weissbort, ktory jeszcze w latach 50., wespol z Alvarezem i Tedem Hughes'em, 
odpowiedzialny byl za wprowadzenie na rynek anglosaski (poprzez pismo Modern 
Poetry in Translation, ktore zaloZyli) wielkich poetow wschodnioeuropejskich, 
w tym Rozewicza, Szymborskiej i wlasnie Zbigniewa Herberta. Spotkalem tez 
w tym czasie Josipa Brodsky'ego, ktory podczas przeprowadzanego z nim wywia- 
du, sprowokowany do porownania wielkosci poezji Herberta i Czeslawa Milosza, 
odmowil pami
tnymi dla mnie slowami: "nie ma hierarchii na tych wysokosciach". 
Rok przed smierci'l- czyli 0 czasie, gdy we wlasnym kraju jego, jdli tak mozna 
si
 wyrazic, "pozycja rankingowa" w koterii literackiej rownala si
 nieomal zeru (nie 
znam kulis tej sprawy, ale dotykaly mnie, niemal osobiscie, ataki na niego, gdy row- 
niez drugorz
dni dziennikarze jakby z satysfakcj'l "k'lsali jego pi
t
"), na wiadomose 
- nie sprawdzon'l, a tylko zaslyszan'l - ze "Herbert juz nie pisze", moja wyobrainia 
zareagowala ni to listem, ni "moralitetem" zaadresowanym do niego. Wierszem Do 
Starego Poety, ktorego druk zaproponowalem jednemu z pism katolickich, gdzie 
wczdniej \vielokroe publikowalem. Odmowiono mi, argumentuj'lc, ii: "nie jest to 
dobry wiersz". Nie wdaj'lc si
 w malostkowe spory, zaznacz
 tylko, ze w tej odmo- 
wie wyczulem jakby echo nieZyczliwej atmosfery, ktora wowczas otaczala Herberta. 
Teraz, gdy juz nie zyje, zas "Kwartalnik" udzielil mi miejsca na wspomnie- 
nie 0 nim, zegnam go tym "niedobrym wierszem" -licz'lc na to, ze Tam, gdzie 
teraz przebywa, na tych par
 slow 0 sobie odpowie przyjaznym usmiechem. 
Grzegorz Musial 


* cytaty wyroznione kursywC} za: Psalm 119, Biblia TysiC}clccia, Pallotinum 1971. 


68 KW AR T ALN I K IA R TI YSTYC ZNY
>>>
Grzegorz Musial 


Do Starego Poety 


dla ZbignieJVa. Herberta 


Nie wierz
 ze juz nie piszesz wierszy, stary poeto. 
Twoje Miasto zaj
li barbarzyncy 
i graj'l ci pod oknami, gdy spisz 
gdy piszesz 
duk'l drewnianymi palkami 0 drzwi. 


Tylko Bog ma wladz
 nad swym poet'l. 
Dla niego uczynil swiat przenikliwym 
i w slowie jakie wymawia 
umidcil maly spizowy dzwonek 
by wiersze, ktore z nich rozkolysze 
stawaly si
 jak warkocz mi
kkie 
lub ostre jak ci
ciwa komety. 


Ktoz moglby ci zaszkodzie? 
Ci, co uczynili z ciebie posmiewisko? 
Sami S'l komediantami na jakze zalosnej scenie. 
Ich miasto stalo si
 targowiskiem 
kobiety nosz'l przezroczyste tkaniny 
choe ci ktorych mialyby uwide 
przepuszczaj'l sw'l mlodose na gieldzie i w tawernach. 


Zly spadl na miasto jak orzel 
i od wywarow ktorymi zatrul studnie 
m
stwo podnioslo si
 przeciw sprawiedliwoSci 
prawo ludzkie wypowiedzialo sluzb
 niebu 
pycha gniew i egoizm 
ukradly cnotom ich maski. 


Przy dzwi
kach werbli 
kufry Miasta otwarto 
i w to co bylo swi
toSci'l tiary 
liturgi'l pucharu purpur'l plaszczy 
gawiedi ubrala swe kurwy. 


69
>>>
Klamcy stali si
 ksi'lz
tami 
kaplani zbieraj'l monety 
rzucane im na bmk 
mi
dzy krowie lajno. 


Ja wiem, smutek zawsze byl tw'l koron'l 
jak ten, kt6ry twarz J ezusa otulil cierniami. 
Przeciez i ty byld Jego namiestnikiem 
bo przekladald samotnose nad wojn
 
tward'l res nad przebiegle gry ideami 
pokornie przyjmowald szalenstwa filozof6w 
i nawet gdy m
drcy Miasta (bo i tych pam zostalo) 
skosztowawszy zatrutej wody oglosili ci
 wrogiem 
patrzald jak cizba niesie ich ulicami 
i w s'ld jaki nad tob'l sprawili 
za adwokata daj'lc ci karia 
a prokuratorem czyni'lC 
przebranego w tog
 gluptaka 
milczales powtarzaj'lc do siebie: 
o vanitas vanitas, 0 ]eruzalem. 


Czy chcesz, aby sprawiedliwosc 
zn6w okazala si
 zmow'l milcz'lcych w czas bezprawia? 
Przem6w, niech ogon komety przetnie niebo 
i dzwon niech uderzy 0 twe wiersze 
kt6rych zapisac nie masz wiary. 
Tyle lat z nimi szedld 
w deszcz w zmierzch sniezyce i swity 
obracaj'lc w sobie swoj'l ciemn'l gwiazd
 
z kt6q nie zyje si
 lepiej. 


Jdli prawd'l jest, ze juz nie piszesz wierszy 
kto zeszye ma rozdart'l zaslon
? Kto na twarze 
kt6re juz prawie zatracily siebie 
polozy blask wsp6kzucia? swiatlo Caravaggia? 
Kto kurwy przywola do placzu 
gdy zr6dlo lez jeszcze w nich nie umario? 
Kto kufry zatrzasnie, a z blazna 
zedrze tog
 i powie: "idz do szkoly"? 
Kto tej tandetnej i wrzaskliwej scenic 
da farb
 Rembrandta, pod kt6q przetrwa 
by swiadczye ze i my bl'ldzilismy 
aby wyjse z ciemni. 


70 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z 
 Y
>>>
Niech gl
bia znow \Vola gl
bi 
i swiado zablysnie nad murami Miasta 
ktore ustrzeglo swej pami
ci 
i gdzie J ezusa nie biczowano 
bo nie bicz wymyslili jego filozofowie 
ani zatrutq wod
 ani ciernie 
i zla nie wykladano jako tragizmu 
koniecznego 
dla tragizmu dobra. 


Tylko Pan jest panem 
swego poety: do jego celi 
nie wprowadzi cudzego slowa 


da dar milczenia 
na grzechot pochlebcow 
i ducha 


na uczonych uwodzicielskie przekonywania. 
Da krzyz 
. .. 
me Cl
zszy 


niz moglbys udzwignqe 
i przyprowadzi nad kra\V
dz 


nie blizej 
niz zdqzylby przyjse na ratunek. 


marzec 1997 


Grzegorz Musial 


71
>>>
"' 
 ..' 


,"'II 


. 


'"0:.::..: ... 
, 


:0.. 
.
 
:: 
:J 
's 
"';j 

 I 
c:: 
B 
c: 
:J 
. 
 

 

 
- 

 
;l: 





.. 
.
- 


Zbigniew Herbert, Kosciol NMP Warszawa 1982. 


[(rzysztof Myszkowski 


Madul Herberta 


Herbert obecny jest w swoich wierszach. Jest to obecnose mocna i blogosla- 
wiona. Przenika do sumien tych, ktorzy go czytajq. Tak q moc ma niewielu. 
Opublikowal 9. tomikow; w autorskim wyborze umidcil 89 wierszy. Jest to po- 
ezja rozpi
ta mi
dzy otchlani q a niebem, przeszyta swiadem, w ktorym wiruje 
proch ziemi. 


72 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Glos Herberta brzmi jasno i wyrainie (clair et distinct), osobno. Wspoltwo- 
rzy to, co w poezji XX wieku jest najwazniejsze. Bohaterem wielu jego wierszy 
jest dziwny Pan Cogito, st\vorzony na obraz i podobienstwo Don Kichota 
i Sancho Pansy. 
Wpatruj
 si
 w fotografie, wyobrazam go sobie. Wpatruj
 si
 w jego pismo; 
szukam go wsrod slow, wsrod krolewskiego milczenia i wsrod ziarnistej ciszy je- 
go wlerszy. 
Dobrze pami
tam olsnienie Panem Cogito. Bylem wtedy w wojsku, w fatal- 
nej opresji. J akbym uslyszal glos z innego swiata, mowiqcy 0 swietle na wysoko- 
Sci, i 0 wiernosci. I drugi raz, w beznadziei stanu wojennego - olsnienie Rapor- 
tem z oblfzonego Miasta. Wiersze 0 pot
dze smaku, 0 najtrudniejszym kunszcie 
- odpuszczaniu win, 0 modlitwie, 0 oczyszczeniu, 0 ocaleniu. W orwellowskim 
swiecie, raz jeszcze, jasnose sytuacji. 
Z Herbertem nie kojarzy mi si
 ani Lwow, ani Warszawa, ale Torun. Gotyk 
w wazny sposob przybliza mi konstrukcj
, symbolik
 i metafizyk
 poezji Herber- 
ta, ukazuje jej wertykalnq pasj
, ktora jest jej najwi
kszq tajemnicq. Gotykowi Sq 
poswi
cone pi
kne fi-agmenty Barbarzyncy JV ogrodzie i Martwej natury z JVfdzi- 
dIem. Herbert mowi w nich 0 wn
trzach katedr, 0 witrazach, ktore modulujq 
swiado w sposob podobny do tego, w jaki spiew gregorianski modeluje cisz
, 
o kamiennych rozetach i iglicach, 0 napi
tych jak struny scianach i murach 0 gru- 
bym wqtku i wqskiej osnowie, mieniqcych si
 barwami w skali mi
dzy ochrq i um- 
brq z dodatkiem kapraku, z domieszk q brqzu, czerwieni i fioletu, 0 wysokich lu- 
kach i misternych sklepieniach, 0 doskonale wywazonych proporcjach i rodzqcej 
si
 z nich symetrii, 0 rytmie, 0 harmonii i 0 duchu improwizacji. 
Pozostaje jeszcze sprawa modulow: nie powstalyby bez nich gotyckie kate- 
dry. Poezja Herberta kojarzy mi si
 ze sredniowiecznymi modulami. Modul jest 
przyj
tq przez budowniczych i konsekwentnie stosowanq miarq, ktorej iloczyn 
powtarza si
 w roznych elementach budowy. Modul Herberta jest zasad q bar- 
dziej estetycznq, anizeli konstrukcyjnq, a jeszcze bardziej niz estetycznq - etycz- 
nq: jest zbiorem zasad moralnych i cnot, ktore one rodz q . Jest tq wielk q miarq, 
ktorq - tak jak u Starych Mistrzow - okrdlajq slowa i duch Dobrej Nowiny. 
Dlatego poezja Herberta przybliza nas do Tajemnicy. 


Krzysztof MyszkolVSki 


73
>>>
;. - , . 
\
 ------ 
. 
' 

1 
1 . 
 
 
, ' D \iJ \ \ \' 

 
\ A
 


"-

 4J 

 ---p 

* 
rl ,\ 

 
\


, 
] 


, 


"if 
I ' 


- '

 

 
') ---J" \ 
- 


Ze 
zkicownikow podroinych" Zbigniewa. Herberta.. 


74 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Leszek Szaruga 


Nieugi
tosc 


Zbignie lV Herbert 
Guziki 


Pamifci kapitana Edwarda Herberta 


Tylko guziki nieugi
te 
przetrwaty smierc swiadkowie zbrodni 
z gt
bin wychodz} na powierzchni
 
jedyny pomnik na ich grobie 


s} aby swiadczyc Bog policzy 
i ulituje si
 nad nimi 
lecz jak zmartwychwstac maj} ciatem 
kiedy s} lepk} cz}stk} ziemi 


przeleciat ptak przeplywa obtok 
upada lisc kietkuje slaz 
i cisza jest na wysokoSciach 
i dymi mgt} smolenski las 


tylko guziki nieugi
te 
pot
zny gtos zamilktych chorow 
tylko guziki nieugi
te 
guziki z ptaszczy i mundurow 


By sensownie odczytywae ten wiersz, konieczna jest znajomose realiow. Po pierw- 
sze wi
c - winno si
 pami
tae 0 powszechnie powtarzanym przez propagand
 
korlCa II Rzeczypospolitej, ktora, gotuj'lC spoleczenstwo do nadchodz'lcej \Voj- 
ny - powtarzala z uporem, ze "nie oddamy ani guzika". Po drugie - trzeba wie- 
dziec, ze guziki utozsamiane ze swiadkami zbrodni w smolenskim lesie to guziki 
od mundurow zamordowanych w Katyniu przez Sowietow polskich oficerow. Ale 
warto tez pami
tae i 0 tym, ze guzik to \V polszczyznie tyle, co nic - nicose, pust- 
ka: jak w zwrotach, ktore powiadaj'l, ze "guzik masz z tego" lub ze "to guzik 
warte". Wszystkie te znaczenia nakladaj:} si
 tu na siebie, tworz'l system napi
e 
spinaj'lcych tragizm i absurd dos\viadczenia. 


7S
>>>
Ten wiersz - choeby ze wzgl
du na klasyczn'l budow
 stroficzn'l - nietypowy 
w t\vorczoki Herberta, wlasnie sw'l nietypowosci'l zwraca na siebie uwag
, pod- 
krdla jakby sw'l donioslose nie tylko przez eksponowanie swej funkcji estetycz- 
nej, lecz przez - wlasnie demonstruj'lc konwencjonalnose zapisu - owej funkcji 
na swoiste demaskowanie, uniewaznianie nawet: mamy do czynienia z wyglosem, 
z echem zolnierskiego spiewu owych "zamilklych chorow". Mocna ekspozycja 
rymow, nieobecnych w pierwszej strofie, pojawiaj'lcych si
 asonansowym echem 
w drugiej, pelnych w strofie trzeciej, wreszcie zyskuj'lcych klasyczn'l postae abab 
w strofie ostatniej - wszystko to ukazuje narastanie napi
cia podkrdlaj'lcego cno- 
t
 m
st\va - nieugi
tose. Zarazem jednak, co wydaje si
 nie bez znaczenia, owa 
nieugi
tose jest poddawana probie ironii: chodzi wszak 0 guziki metalowe, gu- 
ziki zolnierskich plaszczy i mundurow, z zasady na gi
cie odporne. 
Nie byla natomiast na ten rodzaj przeci'lzen odporna armia, ktorej zolnierze 
owe plaszcze i mundury nosili. Mozna wi
c zasadnie przypuszczae, ze mamy tu 
do czynienia z ironicznym przdmiewczym dystansem wobec hasel mi
dzywo- 
jennej propagandy: miast nieugi
tej armii pozostaly nam nieugi
te guziki, nic nam 
zatem nie pozostalo, ta armia okazala si
 guzik warta. Ale nalezy - od razu pod- 
krdlie - to tylko pierwsza warst\va skojarzeniowa, pierwsze, powierzchowne chy- 
ba odczytanie: nie bl
dne, lecz stanowi'lce wprowadzenie do dalszej interpretacji, 
ot\vieraj'lce dopiero przestrzen interpretacji ut\voru. Bo przeciez armia ta ulegla 
nie wskutek ot\vartej walki, nie dla slabosci tylko - choe ,viadomo, iz byla to ar- 
mia slaba - a przede wszystkim nie dla braku m
st\va. Ta armia ulegla na skutek 
zdrady, podst
pnego, nieprzewidzianego i nie kalkulowanego w walee uderze- 
nia. Zdrad'l byla bowiem inwazja jednostek sowieckiej armii na tyly llwiklanych 
juz w wojn
 oddzialow polskich - inwazja, ktora oznaczala zlamanie zawartego 
z Rosj'l sowieck'l paktu 0 nieagresji. 
Juz sarno to wydarzenie bylo zbrodni'l, ktora spot
gowana zostala dodatkowo 
przez wymordowanie w Katyniu wzi
tych w niewol
 polskich oficerow - i jedno, 
i drugie stanowilo pogwakenie wszelkich konwencji, wszelkich cywilizowanych nonn. 
Zbrodni'l jest swiat wyzbyty wszelkich prawd i praw, ktore - takze w praktyce \\'0- 
jennej - stanowily podstaw
 ludzkich poczynan. Podmiot wiersza, pami
taj'lCY 
o owych praw i prawd istnieniu, odnotowuje w ut\vorze ich rozpad i towarzysz'l- 
ce mu milezenie: "i cisza jest na wysokokiach/i dymi mglq smolenski las" - biel 
mgly pot
guje milezenie "wysokosci", tej wi
c sfery, gdzie wartoki, jakie ulegaj'l 
destrukcji, winny miee SW'l siedzib
. To milezenie pochlaniane jest przez natural- 
ny bieg zdarzen, dodatkowo zagluszane przez rytm przyrody zwielokrotniaj'lCY osa- 
motnienie i bezsilnose ofiar, umacniaj'lCY zas poczucie bezkarnoki sprawcow 
zbrodni, 0 jakiej swiadcz'l "wychodz'lce na powierzchni
" guziki. 
Lecz tez w owym obrazie guzikow wychodz'lcych na powierzchni
 odnajdu- 
jemy paradoksaln'l natur
 prawdy zdolnej, wbrew wszelkim przeciwienst\vom, dojse 
jednak do glosu. Guziki z plaszczy i mundurow, a wi
c metalowe drobiny, nie 
powinny wszak si
 na powierzchni
 wydobye - przeciwnie: powinny raczej jesz- 
cze gl
biej pogr'lzae si
 w warst\vach gleby pokrywaj'lcej ciala ofiar. Guziki S'l jed- 


76 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
nak, "aby swiadczye" - dlatego, wbrew naturze rzeczy, pojawiajq sit; na po- 
wierzchni, wychodz q na wierzch: zbrodnia, nawet jdli nie ma bye ukarana, win- 
na zostae ujawniona i nazwana - to zasada elementarna, zasada silniejsza od praw 
natury, ktore w locie ptaka i przyplywie obloku, w spadaniu liscia i wzrokie sla- 
zu zmierzajq, obojt;tne wobec zasad moralnych, do ukrycia wiedzy 0 zdarzeniach. 
Nieugit;te guziki zatem - nieugit;te w poczuciu misji swiadczenia - przezwycit;- 
iajq nawet prawa ciqzenia i bezwladnoki, by jednak dac swiadectwo temu, co sit; 
stalo. I by stac sit; pomnikiem nwstwa pokonanego przez zdradt;. 
Guziki wszakze Sq jedynie niemymi swiadkami zbrodni. Ich swiadectwo zy- 
skuje pelnit; dopiero w wierszu, w poezji. Poezja zatem okazuje sit; zapisem owe- 
go swiadectwa - i ta jej funkcja, powinnose Swiadczenia prawdzie, jest w tym utworze 
Herberta szczegolnie wyraziscie eksponowana: mit;dzy innymi poprzez przywo- 
lanie formy pozornie zuzytej, konwencjonalnej. Jest tei poezja przeciwstawieniem 
sit; owej "ciszy na wysokokiach". Podmiot wiersza, udzielajqc glosu niemym swiad- 
kom zbrodni, przeciwstawia sit; zatem nie tylko biegowi natury, lecz takze obo- 
jt;tnosci niebios. 
Podstawowq kwesti q , z jak q wit;c mamy w tym wierszu do czynienia, jest spo- 
sob istnienia i funkcjonowania wartosci. Herbert, podnoszqc sprawt; odpowiedzial- 
nosci za zbrodnit;, ktorej swiadectwo mamy przed oczyma, nie ma wqtpliwosci, 
jdli chodzi 0 wskazanie winnych - ma wszakze wqtpliwoki, gdy chodzi 0 funk- 
cjonowanie w swiecie sprawiedliwosci. Bog co prawda policzy ofiary "i ulituje sit; 
nad nami", jednakze nie rozwiqzuje to problemu do konca. "Pott;zny glos" 
swiadkow zbrodni, ktory slychae w tym wierszu-pidni zolnierskiej, jest jedynym 
wyrazem sprawiedliwoki sprowadzajqcej sit; do ocalenia pamit;ci 0 pomordowa- 
nych. Ta pamit;c, zdeponowana w utworze poetyckim, jest zarazem jedynym spo- 
sobem pit;tnowania mordercow. To ocalcnie od zapomnienia, cwo dawanie 
swiadectwa jest zarazem jedynym gwarantem istnienia tych wartoki, ktore przez 
zbrodniarzy zostaly pogwalcone. Jednakze pozostaje pytaniem ot\vartym kwe- 
stia ich funkcjonowania w historii, w zyciu publicznym. Zawierzenie tak jedynie 
egzystujqcej sprawiedliwoki jest bez wqtpienia jednym z trUdniejszych zadan, przed 
ktorymi stajemy. Nieugit;tosc, wiernosc zasadom, jest w tym wierszu cech q nie 
ludzi, lecz przedmiotow - to prawda, ze spersonifikowanych, obdarzonych mia- 
nem swiadkow, wszakze zarazem niezdolnych do dokonywania wyboro w . Ma- 
my tu zatem do czynienia z trudnq i nie do kOl1ca jasnq dialektyk q istnienia 
i dzialania wartoki, moze silniej eksponowanq niz w wielu innych poswit;conych 
temu zagadnieniu wierszach Herberta. 


Leszek Szaruga 


77
>>>
, 
«J 
. 
",', 
'.' 


t.
 
//';, I 
; . -,;,r, 
d j ;'- 
.,i ... . 
.-,'1 
.
i, 


.,- 



 
. 


, 
 



 


/, 
,.. 
./ 


Ze 
zkicOJvnikow podroinych» Zhigniewa. Herherta.. 


78 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY (' Z N Y 


III, J 



 '\
>>>
fan fozef Szczepanski 


*** 


Ze Zbyszkiem Herbertem przyjaznilem si
 przez wiele lat. Uwazalem i nadal 
uwazam Zbyszka za jednego z najwybitniejszych poetow, nie tylko polskich. 
Zbyszka poznalem dzi
ki Tyrmandowi w latach pi
cdziesi'ltych, kiedy byl 
jeszcze nieznany i urrzymywal si
 z pracy urz
dnika w firmie zajmuj'lcej si
 eks- 
ploaracj'l torfu. Zyl w biedzie, ale nigdy nie posun'll si
 do zgody na poruszanie 
tematow politycznych zadawanych przez wladze. 
Dopiero wiersze 0 Panu Cogito wzbudzily szersze zainteresowanie jego po- 
ezj'l. Pocz'ltek jego literackiej slawy przyniosly wczesne lata szdcdziesi'lte. \Vtedy 
tez zaczq! dzialac w Zwi'lzku Literatow Polskich jako czlonek Zarz'ldu. B
d'lc w owym 
czasie rowniez czlonkiem owego gremium, mialem okazj
 obserwowac jego pu- 
bliczn'l dzialalnosc. Nie nalezala ona do latwych. Syruacja Zwi'lzku pole gala mi
- 
dzy innymi na calkowitym braku opinii publicznej. Nalezalo wi
c stworzyc 
i kultywowac cos, co moglo j'l imitowac (nawet jdli wladza nie zamierzala liczyc 
si
 z opiniami legalnie istniej'lcego stowarzyszenia). Oczy\viscie akceptowane przez 
Parti
 naczelne wladze zwi'lzku robily wszystko, by unikn'lC politycznego konflik- 
tu, ale cz
sc Zarz'ldu ZLP uwazala, ze korzystanie z kazdego, nawet skazanego 
na niepowodzenie pretekstu, nalezy do naszych obmvi'lzkow. Jednym z najgor- 
liwszych zwolennikow tego pogl'ldu byl Zbyszek Herbert. Sposrod podejmowa- 
nych przez niego inicjatyw, zwlaszcza dwie wydaj'l si
 szczegolnie wazne. Jedn'l 
z nich byl (zakonczony zreszt'l sukcesem) protest ZG ZLP przeciw karze smier- 
ci dla braci Kowalczykow za podlozenie bomby w Politechnice Gliwickiej, w przed- 
dzien projektowanego tam zebrania Sluzby Bezpieczenstwa; drugi dotyczyl 
kampanii oszczerstw i przdladowan podj
tej przeciwko TeatroJVi 6smego Dnia. 
Oczywiscie jest to margines dzialalnosci Zbigniewa Herberta - poety, dowodzi 
on jednak Scislego zwi'lzku jego rworczosci z praktycznym zyciem. 
Takie utwory jak Raport z oblfzonego Miasta porwierdzaj'l wyraziscie opinie 
o Herbercie jako 0 "glowie sumienia polskiej poezji". Zreszt'l nie tylko znako- 
mita poezja jest i pozostanie takim dowodem. Zbyszek byl artyst'l wielostronnym. 
Pozostawil po sobic rowniez swietne, erudycyjne ksi'lzki 0 malarstwie - Barba- 
rZYllq JV ogrodzie i Marnvq naturf z JVfdzidlem. Jestem przekonany, ze obie te 
ksi'lzki sluzyc b
d'l wielu pokoleniom czytelnikow, pragn'lcych nie tylko intor- 
macji, ale i rozrywki. 


fan faze! Szczepmzski 


79
>>>
f -, 
r.
 
,
 


 
 
- 
!.. t; '. :.. 
, r .f:-,,""". ,j'''", 7 . 
.' '. 
 
J.::"'- 
'it 
.
 
'\ 

 


Ze 
zkicownik6w podr6inych D Zbigniewa Herberta. 


80 K "V ART A L N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Janusz Szuber 


Wspominlci plutonowego 


Poznym latem 1996 roku otrzymalem calkowicie niespodziewanq przesylk
 
w szarej kopercie, na ktorej byla wyrazna pieczqtka nadawcy: Zbigniew Herbert 
i adres. Zaskoczenie moje bylo kompletne. Z poezjq autora Rovigo pierwszy raz 
zetknqlem si
 bardzo dawno, na pograniczu dziecinstwa i dorastania, w jakich 
okolicznoSciach - dzis trudno odtworzye, niech pozostanie to w mirycznym pra- 
pocz.}tku, wystarczy jedynie powiedziec, ze to pierwsze spotkanie mialo w sobie 
cos z milosnego olSnienia, przeczytana parokrotnie wtedy Strttna sJViatla zade- 
cydowala, ze Herbert, jego poezja i proza, zdobywane i skrz
tnie gromadzone, 
staly si
 najwazniejszymi dla mnie tekstami, a moja adoracja Arcypoety pozosta- 
la przez wszystkie nast
pne dekady niezmienna. Niekiedy jednak przez te lata nie 
przyszloby mi do glowy zwrocic si
 bezposrednio do Poety, nawet poznemu, czter- 
dziestoszdciolctniemu debiutantowi po opublikowaniu pierwszych tomikow, 
po ich prawie trzydziestoletniej inkubacji w szufladzie. 
\V owej kopercie, oprocz tomu Napis z dedykacjq ozdobionq bukietami kwia- 
tow ("Drogiemu Koledze Januszowi Szubertowi - Poecie, co do tego ostatnie- 
go nie mam iadnych wqtpliwoSci, z serdecznym usciskiem dloni Zbigniew Herbert 
starzec") znajdowal si
 list: jak si
 okazalo, spraWCq tego wydarzenia byl moj przy- 
jaciel, niezawodny Prospero, Antoni Libera. Herbert pisal: "Drogi Panie Kole- 
go, Aniol Antoni (w zyciu ziemskim Libera) przywiozl mi Pana tom Gorzkie proJVincjej 
tom ten czytany nOCq po prostu mnie zachwycil. Nic to oczywiscie nie znaczy 
(poza tym, ze poczulem instynktownq sympati
 do Pana) gdyi na poezji si
 nie 
znam i stosujc; w praktyce metodc; pewnego Anglika (nazwisko wypadlo mi z glo- 
wy - zbyt duzo srodkow antybolowych) - ktory to Anglik przenikliwie zauwa- 
za: wiersz, utwor muzyczny, obraz Sq wtedy i tylko wtedy dobre, jdli czytelnikowi 
d r 
 t w i e j e k 0 s cog 0 now a. Otoi W czasie lektury Pana wierszy kosc 
ma ogonowa dr
twiala wielokrotnie. Niestety moj drogi Przyjacielu jest Pan po- 
et q i nic na to nie mozna poradzie. Skladam wyrazy mego podziwu zmieszane 
z ogromnym wspolczuciem". 
Dalsza czdc listu utrzymana byla w trybie "nakazowo-rozkazowym", stoso- 
wala slownictwo wojskowe, lqcznie z instnlkcjq okrdlajqc:I post
powanie w naj- 
blizszej przyszloki ("prosz
 si
 zebrac do kupy, to znaczy przeprowadzie 
k 0 nee n t r a c j 
 swego jednoosobowego oddzialu w celu a t a k una 
bag net y") - Herbert bowiem juz w pierwszym liscie sugerowal, ba, polecal 
przygotowanie wyborn z pi
ciu dotychczas wydanych przeze mnie tomikow. Pod 
listem podpis i pieczc;c: Dowodca Krolewskiej Samodzielnej Brygady Huzarow 
Smierci - pulkownik Zbignicw Herbert. 


81
>>>
Szykuj'lc odpowiedi przyj'llem rowniez militarn'l form
 meldunku, pod pod- 
pisem umieszczaj'lc swoj stopien - plutono\\y, ktory okrdlal proporcje mi
dzy 
prowadz'lcymi korespondencj
, nie calkiem przy tym pewny, czy taka konwen- 
cja spodoba si
 Poecie. Spodobala si
. Rowniez to, ze jako osoba na wozku in- 
walidzkim bylem: "jednostk'l zmotoryzowan'l". 
"Panie Plutonowy! Spocznij! Bo tak lepiej si
 rozmawia, mnie przeszkadza ta 
dziel'lca nas przepase stopni wojskowych. Otoz sprawil mi Pan ogromn'l radose 
swoim wspanialym listem. Dzi
kuj
 bardzo, mialem uczucie jakbysmy pili razem 
szampana. " 
Osmielony poslalem Herbertowi robocz'l \Versj
 tomu Biedronka na fniegu, 
w ktorym pozwolilem sobie za Jego zgod'l zadedykowae Mu wiersz "Symultan- 
ka". Pan Pulkownik stal si
 or
downikiem "'ydania tego zbionl w "as" u Kry- 
styny i Ryszarda Krynickich, posrednicz'lc aktywnie mi
dzy mn'l a wydawcami (nota 
bene to wlasnie z tej roboczej wersji "Biedronki" Czeslaw 
1ilosz \\yj'll wiersz 
Pianie kogutow i umidcil w rozdziale "Uwaznose" swego tomu 11me nbecndlo). 
\V nast
pnym, 1997 roku, nakladem lvluzeum Historycznego w Sanoku uka- 
zal si
 bibliofilsko wydany zbiorek moich wierszy Sniqc siebie 1V obcym domu, kto- 
ry tak Herbert skomentowal w swoim liscie: 
»Sniqc siebie w obcym domu - bardzo prosto i sugestywnie powiedziane. To we- 
dlug mnie i d i 0 m - srodek tarczy. Przemawia Pan do t war de j cZ
Sci du- 
szy, to mi
 fascynuje. Nie udalo mi si
 znaleze tak charakterystycznej dla poezji 
naszej um
czonej Ojczyzny - ciamkania, przeci'lgow, Chopina, topiclicy i cl1fo- 
nicznego katam. «Nieustannie mijalo trwaj'lc niezmienione.» To bardzo pi
kne". 
Sluzbista, nawi'lzuj'lcy do starej szkoly galicyjskiej, staralem si
 gorliwie \"y- 
wi'lzywae z obowi'lzkow okrdlonych przez Zwierzchnose, a jednoczdnie zain- 
teresowae Dowodztwo naszymi lokalnymi zabytkami: ikonami, polichromi'l 
drewnianego XV-wiecznego kosciolka w Haczowie, czy barokow'l obronn'l sy- 
nagog'l w Lesku, co poci'lgn
lo za sob'l zaszczytne awanse: na porncznika (wpi- 
sany na karcie albumu Rijksmuseum) czy wreszcie na Kapitana Huzarow, razem 
z dedykacj'l na egzemplarzu 89 wierszy. 
Ostatni list, z maja 1998 roku, w cZ
Sci nieczytelny, konczyl si
 znowu mili- 
tarnie: "Tqbo nasza wrogom grzmij". 
Kiedy zim'l przygotowywalem dla ZNAK-u ostateczn'l redakck wyborn stu 
wierszy 0 chlopcu mieszajqcym powidla, nie moglem nie zacytowae w notce slow 
Pulkownika - nie po to, aby podeprzee si
 slowami \Vielkicgo Poety, alc aby od- 
dae sprawiedliwose, kto temu wyborowi patronuje. 
Moja pierwsza po CwierCwieczu wyprawa do \Varszawy po odbior Nagrody Fun- 
dacji Kultury, przyznanej za ten wlasnie wybor, byla takze pielgrzymk'l do Cie- 
nia Poety, bliskiego rowniez poprzez obecnose pani Katarzyny Herbertowej na 
owej styczniowej uroczystoSci w Domu Literatury. 
Obrocony profilem, podparty na obnazonej do lokcia r
ce, Pulkownik Her- 
bert czyta kartk
 papieru, bye moze meldunek ktoregos z adiutantow, obok Szu- 
-szu ze swoim kocim przejmuj'lcym wzrokiem, obaj na fotografii w srebrncj 


82 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
ramce za szyb,! mojej bibliotecznej szafY. "Siwy staruszek wyobrazony na niej nie- 
wiele znaczy, wazny jest Pan Kot imieniem Szu-szu. Zrazu uwazal si
 za siero- 
t
, jedynaka mojej zony (ktora go n.b. karmi). Mnie traktowal jak powietrze. Kiedy 
skonczy12 lata - zaprzyjaznilismy si
 i jest to przyjazn pelna kurtuazji, bez cham- 
skich poufalosci. Jdli spat to w nogach, zadnego wskakiwania na kolana i doma- 
gania si
 pieszczot. Rano Szu-szu opowiada mi swoje sny. Wydobywa z gardla 
niesamowite dzwi
ki - ja odpowiadam podobnymi: tak trwa dialog jakid 15 mi- 
nut. Bacznost! Rozkazuj
, zeby Pan wzi,!l w posiadanie drog,! kupna lub rozbo- 
ju - co najmniej jedno zwierz'!tko futerkowe. Zobaczy Pan jak to lagodzi obyczaje 
i wygladza humor. Spocznij!" (list z 27.IX.96.) 


-4 ('. . 
,i'), 
- 


"&. 
- 4
;. -Lv.;.,

.. 
;, 


--=----- 

 
I 


.. 4 I 
1\ · 

 vi 
t 
1 


" 


Janusz Szuber 



 



. 

ftv
 

 
\I ('c600 


'" 


,"" . 
 
Iv - I{
? 
fL

 't
? 1l 
p..
 c..."CD .J 
!) 
\
 .
'- jo; JI' 
\ tIJ\I
' d
 
 11- n. 
&n r- f ;"', }?
 11.. .: 13 
'
}4
 )t'.../

 

 y ( I 
, o"""
 )-O+
-e t r."..J 
 

t)-?\ L 
 
 1.J.J
 " -: 'Ct 


\

 f.lZ
 
l-:? c
, Il .....: 
( . 
 
J1..r.J-I '-, 
I e 'n' 
't lD - 

 
 - .1 
I 9 
. .1\t- 
 14 0 , 


". 


'" 


..... 


'- 


,'"' 


- 


Zapiski Herbena na ok/adce J)"-\:::;kicoJl"1ika podr6zmgo». 


83
>>>
Janusz Szuber 


Symultanla 


Zbigniewowi Herbertowi 


W szachy, nie wiedziee czemu, 
Grywalismy na polpi
trze: drewniany 
Podest, rzezbiona galeryjka z lambrekinem 
Cierpliwie tkanym przez paj'lki - tam 


Nogi niezywych komarow jak druciki 
W przepalonej zarowce, mumie kruche 
lvluch i tafty splowiale motyla. 
Za stolek sluzyl mi zazwyczaj 


Kalamarz z drzewa i dykty - atrapa 
RekIamuj'lca atrament, kiedys w ksi
garni dziadka 
Teraz wspollokator strychu razem 
Z pudlami rysikow i stert'l nutowego papieru. 


Bo ksi
garnia oprocz papeterii, czasopism i ksi'lzek 
Miala osobny pokoj tak zwany muzyczny 
Gdzie plyty plaskie jak karnawalo\vy szapoklak, 
Poddawano torturom patefonowej igly 


I pianino blyszcz'lce lakierkami tenora. 
Gralismy, prawd
 mowi'lC, marnie, 
Pochyleni nad szachownic'l, udaj'lc 
Przed sob'l wytrawnych graczy, studenci 


Bodajze czwartej kIasy szkoly podstawowej, 
Tytuluj'lcy siebie nawzajem "arcymistrzu" 
Aby po skonczonej partii wrocie do sledzenia 


Zaczajonych w pokrzywach czerwonoskorych 
o podrapanych lydkach i lukach ze skIejki, 


J allUSZ Szuber 


84 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Adriana Szymanska 


Zbigniew Herbert i japonska miniatura 


Zbigniewa Herbena poznalam w sierpniu 1972 roku w miastcczku Struga w Ma- 
cedonii. Bralam wowczas ze Zbyszkiem Bienkowskim - wowczas juz ojcem naszej 
corki Katarzyny - udzial w Struzskich \Vieczorach Poezji. W owym roku, w Stru- 
dze, odbywal si
 zlot wielkosci, bowiem oprocz Herbena i Bieilkowskiego przybyl 
tu tez Tymoteusz Karpowicz z zon
. Obecnosc Herbena napawala mnie wowczas 
nieomal naboznym przej
ciem. Wiedzialam sporo 0 przyjaini obydwu Zbigniewow 
- niepodleglych duchowo gigantow. Jednak, podczas gdy "moj Zbyszek" byl juz 
dla mnie najblizsz
 na swiecie osob
, Zbigniew Herben nadal budzil we mnie przede 
\-vszystkim cZcSc nalezn
 istotom z niezaprzeczalnym pi
tnem wielkosci. 


- 


, 


. 


.. 


.. 


. 


Adriana Szvfflanska i ZbiqllieJl1 Herbert, 1972. 
. L 


85
>>>
Tak bardzo zaluj
, ze nie Zbigniew Bienkowski pisze to wspomnienie. Spo- 
tykali si
 z Herbertem POCZqwszy od lat 50. w roznych miejscach i w roznym cza- 
sie. Gdy si
 nie spotykali, pisali do siebie listy i karteczki. Teraz podrozujq znow 
razem niewidzialnym szlakiem niebieskim. Z nami pozostaly swiadectwa zachwy- 
tu Zbigniewa Bienkowskiego, utrwalone w kilku szkicach 0 Zbigniewie Herber- 
cie. Dla Herberta zawsze duze znaczenie mialo to, co pisal 0 nim Bienkowski. 
Szczegolne znaczenie mial niewqtpliwie szkic 0 Barbarz)'nc)' w ogrodzie - "J asno 
widzqcy barbarzynca" - napisany krotko po ukazaniu si
 pierwszego wydania ese- 
jow. Bienkowski wyrazil wowczas w syntetycznej wizji istot
 eseistycznej arcy- 
dzielnosci Herberta. Pisal m.in.: "Moja pierwsza reakcja na Barbarz)'nq w ogrodzie: 
zdumienie. Zdumienie odwagq. Trzeba bye odwaznym, to malo powiedziane od- 
waznym, trzeba bye zuchwalym, aby w dzisiejszym czasie negacji, totalnego za- 
przeczenia, w czasie gdzie wszystko, co istnieje, jest tylko odnosnikiem do 
nieistnienia, w czasie, ktory ukul poj
cia antys\\ iata i antyzjawiska, zalozye nie 
\V)Tgodny dres buntownika, ale wlasnie szat
 apologa, azeby do olbrzymiej lite- 
ratury, ktorq obrosly wloskie Quatrocento i francuski gotyk, wpisywae wlasne glo- 
sy. [...] Herbert nie korzysta z podsuwanych mu przez wspolczesnych wybiegow. 
Nie trzaska drzwiami i nie burzy mitow. Prosto z autobusu, zakurzony, w wy- 
gniecionym ubraniu staje przed swiqtyni q Posejdona w Paestum, przed Legendq 
](rz)'za Piero della Francesca w Arezzo i zapisuje w notesie swoje wzruszenie, jak 
za chwil
 zapisze smak sera, wina i usmiech dziewczyny. [...] 
Herbert jest dokladny, nie czerpie danych z powietrza. Jdli to mu jest potrzeb- 
ne do prawidlowego ukazania obrazu, nie unika cudzych naswietlen, czerpie 
z calej istniejqcej wiedzy przedmiotu. \V tym jest konsekwencja jego odwagi. Nic 
l
ka si
 nieoryginalnosci. Nie ma 0 to obawy. Ona, oryginalnose, wlasnose prze- 
zycia, widzenia, wzruszenia przebija poprzez wszystko. Fakty, na ktore si
 po- 
woluje, Sq faktami obiektywnymi. Na nich dopiero buszuje Herbertowski 
subiektywizm i on stanowi treSe ksiqzki. Bo z masy faktow, ze scislej otoczki kul- 
tury i wiedzy 0 nich wylania si
 ono, dzielo sztuki, katedra w Orvieto, swiqtynia 
w Paestum, malowidlo w Lascaux, Madonn)' Ducia, Martiniego, Biczowanie Pie- 
ro della Francesca i ono, dzielo sztuki, z tego bogatego tla wychodzi, staje przed 
naSZq dzisiejszq wrazliwoSci q autonomicznq, pozaczasowq, nieporownywalnq. 
Na t
 ksiqzk
 czekalem. Najwi
ksze moje przezycia doczekaly si
 nazwania i umiej- 
scowienia. Czytalem Barbarz)'nq w ogrodzie tak, jak dawno zadnej ksiqzki nie czy- 
talem. J akbym pielgrzymowal do zrodel samego zrozumienia sztuki, ktore 
uformowalo moje poczucie kultury". 
Przywoluj
 te slowa Zbigniewa Bienkowskiego sprzed lat 35, aby samej sobie 
uprzytomnie nidmiertelnose pewnych zwiqzkow. Nie tylko skrupulatnose poznaw- 
cza Herberta i jego poczucie przynaleznoSci do kultury swiata jako artysty, ale 
tez jego ludzka emocjonalnose, przywiqzanie do tradycji, do wartoSci, ktore dla 
wielu stracily zywy sens, wszystko to decyduje 0 wielkosci Herberta. Adam Za- 
gajewski powiedzial kiedys (w Swiecie nie przedstawion)'m), ze Herbert jest ro- 
mamykiem z powolania, a klasykiem z koniecznoSci. Otoz to polqczenie cech uczciwego 


86 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
zywiolu i formalnej ascezy stworzylo zjawisko czucia i myslenia uniwersalnego, 
jakim jest Zbigniew Herbert. Bo on nie tylko mierzy puis wspolczesnoSci mito- 
logi'l, on przede wszystkim wysyla wlasne serce na nauki do "pana od biologii" 
zabitego przez ,,10buz6w od historii", do tajemnic filozofii Henryka Elzenber- 
ga i mysli rabbiego Nachmana. On mowi'lC: Bq.di wierny Idi, sam jest najwier- 
niejszym synem wlasnej prawdy 0 godnym istnieniu. I dlatego na zawsze pozostanie 
wzorem tych cnot, ktorym ufal, bo nie zawiodly, bo dawaly mu oparcie w swie- 
cie zmieniaj'lcych si
 racji i burzonych wartosci. Bo nie mogl przestae bye im wier- 
ny. Musial pic u zrodla. Na tym polega niezlomnose. A na niej z kolei opiera si
 
nasz szacunek do Herberta i nasza dla niego wdzi
cznose. 
Wtcdy, w roku 1972, Zbigniew Herbert zrobil na mnie wraienie czlowieka ogrom- 
nie pogodnego, wr
cz promiennego. Zapami
talam zwlaszcza podroz statkiem 
z Ochrydu na wysp
 sw. Nauma, podroz utrwalon'l naszym wspolnym zdj
ciem. 
Herbert - jasny, promienny - i ja w ciemnej dla odmiany tonacji kolorystycznej, 
ale z dusz'l tez radosn'l - rozmawiamy z niewidocznym na zdj
ciu Zbyszkiem Bien- 
kowskim. Fotografuchwycil ten wlasnie moment wspolnej rozmowy. Widae, ze 
kontakt z Herbertem nie onidmielil mnie na tyle, zebym zapomniala j
zyka w g
- 
bie. Chociaz z tamtego spotkania zapami
talam g16wnie onidmielenie. I podziw 
dla aktywnej wszechstronnoSci poct)'. Rozmawial, dowcipkowal, smial si
, a za chwi- 
l
 bral do r
ki szkicownik i rysowal. Pod murami sw. Nauma dluzszy czas siedzial 
w calkowitym milczeniu, utrwalaj'lc cienk'l kresk'l ksztalty sredniowiecznej swi'l- 
tyni. Jego lisciki i kartki zawsze mialy dla mnie p6zniej cos z atmostery nagrzane- 
go sloncem poludnia i surowego jednoczdnie pejzazu starej Europy. Drobne rz
dy 
liter kojarzyly mi si
 z kamykami ulozonymi na piasku w serdeczny szyfr. Kiedy 
latem 1984 roku dostalam od niego z Olecka list napisany po lekturze zbioru wier- 
szy Nagla wieczllofi, wiedzialam, ze nigdy nikt nie napisze 0 mnie lapidarnej i... 
trwalej. Jakby te slowa ryte byly w kamieniu: ,,\Viem tyle, ze jest to swietny, doj- 
rzaly, soczysty i gorzki owoc. Poezja czula i okrutna zarazem." 
Tym drobnym, starannym, a przeciez nerwowym, hamuj'lcym uczucia pi- 
smem wpisywal tez nam Herbert dedykacjc do swoich ksi'lzek. Jedna z nich by- 
la wyl'lcznie dla mnie: "Ariadnie, tak Ariadnie..." powtorzyl w zapisie, aby 
rozwiae podejrzenie pomylki. Obok narysowal symboliczny kwiat, znak symbio- 
zy, przyjazni, wspolbycia... Poczulam si
 wtedy naprawd
 jak ta dziewczyna 
z mitologii greckiej, odpowiedzialna za zycie Tezeusza. Czy cos z tamtej sym- 
boliki utrwalilo si
 w moim losie? 110ze to, ze sama siebie od lat wyprowadzam 
z labiryntu niepewIloSci, w
}tpienia, kku i coraz jestem pewniejsza, ze tylko sa- 
motnose pisania, samotnose kontemplacji ocala przed samotnoSci'l istnienia. 
Herbert byl m
drcem, byl poet'! pic;kna i bolu istnienia, byl Hermesem w
dru- 
j'lcym po drogach ekstazy i cierpienia i poznaj;}cym udr
k
 pokonywania ludzkich 
ograniCZCll.. Wyrastal ponad nie geniuszem wlasnej intuicji i \\yobrazni. Bylo tez 
w nim cos z owego siedemnastowiccznego ptaka z japOllskiej miniatury, ktorq w for- 
mie zakladki do ksi'lzki przyslal mi \\' jednym z list6w. Na miniaturze ptak pochy- 
la siC; w d61 na gal
zi kwitn;}cej wisni wpatruj'lc si
 w serce pojedynczego k\viatu. 


87
>>>
Przenikaj"!c calosc Herben zawsze widzial szczegol. Jak OW naparstek na palcu zmar- 
lej szwaczki w jednej z proz ze zbioru Hermes, pies i gwiazda. Jak "miasteczko 
Bradaw wsrod czarnych slonecznikow" w wierszu Pan Cogito szuka rady. J ak prze- 
razenie mlodej dziewczyny (mojej corki), gdy w cudzym domu w Paryzu stlukla 
niechc,,!cy kryszralowy wazon. "Niech pani powie, ze to ja stluklem. Ja si
 nazy- 
warn Zbigniew Herbert, czy pani zapami
ta? Zbigniew Herben. Zbig-niew Hcr- 
-ben" - skandowal przez telefon. Rozbawil cork
 do rego stopnia, ze przestala 
si
 dr
czyc niefortunnym zdarzeniem. Tkliwa uwaznosc Zbigniewa Herberta by- 
1a przejawem jego empatii, jego przychylnosci dla drugich, dobroci jego serca. Ob- 
darowywal t"! dobroci,,! hojruej, niZ ktokolwiek ilmy, bo robi! to w przesrrzeni zamkni
tej 
intymn,,! umow"!. W przestrzeni tajemnicy. Karegorycznie zabranial osobie obda- 
rowanej mowic komukolwiek 0 darze. Dar pozostawal nieujawniony, aby tym do- 
nioslej swiadczye 0 bezinteresownej dobroci ofiarodawcy. 
Ostatni raz widzialam Herbena w roku 1994, kilka miesi
cy po smierci Zbysz- 
ka Bienko\vskiego. Bylysmy obie z cork,,! w mieszkaniu Herbertow przy ulicy Pro- 
menada w Warszawie na zaproszenie Zbigniewa Herberta. Jak zawsze wyrworny 
i pogodny rozmawial z nami przy herbacie ze swobod,,! i wirtuozeri,,! Don Juana, 
a przeciez wiedzialysmy, ze pogl
biaj,,!ca si
 astma uruemozliwia mu kontakty z przy- 
jaciolmi bez zazycia silnych lekow. Zostalysmy tez zaproszone tamtego roku do 
Herbertow na wigili
 Bozego Narodzenia, ale obszar bolu po smierci Zbyszka 
byl w nas jeszcze wowczas tak zaborczy, ze rue pozwolil nam na opuszczenie w swi
- 
ta domu, w ktorym wci,,!z czulysmy blisk,,! obecnosc Zmarlego. Do dzis dr
czy 
nas tamta odmowa, bo - jakby za kar
 - nie dane nam bylo zobaczyc Zbigniewa 
Herberta zywego nigdy wi
cej. 


Adriana Szyma11.ska 


88 KW ART ALN I K IA R TI YSTYCZNY
>>>
Adriana Szymanska 


Do Zbigniewa Herberta 


Przedtem, 
nigdy nie mialam odwagi tego powiedziec. 
Ale teraz, kiedy Twoja lampa zgasla, a na niebie 
zapalila si
 jasna gwiazda 0 Twoim imieniu, 
pozwol
 sobie to wyznac: 
Kochalam Pana Cogito. 
Kochalam go milosci} bezwzgl
dn}, oddzielaj}c} 
ziarno od pie\\', dusz
 od ciala, g16d 
od zaspokojenia glodu. 
Ziarno, dusz
 i g16d skladalam mu W ofierze, 
kicdy noc obejmowala mnie ramionami l
ku. 
\Vierzylam, ze ON wie wszystko. Ze jest najm
drszy 
z smiertelnych. I, ze jest dobry. 
Bo jedynie Dobroc dotyka rzeczy kruchych 
z tak} tlcliw} moc}, ze zaczynaj}lSnic jak diamenty. 
Pomylilam si
 tylko w jednym: 
prawdziwa Dobroc nie umiera. 
Nawet jdli umiera cialo, to epicentrum b6lu, ona, 
Dobroc, tak uskrzydla umarl} twarz, 
ze 510wo jak Aniol stoi na strazy 
tajemnicy jej pi
kna. 
A leciutki jak pi6rko usmiech rozbawienia, 
co musn}l cmentarny kamien, 
nalezy juz do lapidarium \Viecznosci. 
31lipca 1998 


Adriana Szymmlska 


89
>>>
fan Twardorvski 


*** 


Zbigniew Herbert to poeta tragiczny, uwiklany w dramat swojej epoki. Prze- 
zyl wiele przeciwnosci losu. Czytalem, ze kiedys zyl z tego, ze karmil wszy w ja- 
kims zakladzie, kt6ry ustalal choroby. 
Byl uczniem greckich tragik6w. Mial ich niezlomnosc. Jednakze byl szcz
sli- 
wy, bo odnalazl tajemnic
 swojego powolania: d
zenie do prawdy i obrona jej. 


/"
 
( .

 
I "f 

4';1) 


,......,. 
- 


fan TwardOJvski 


/,.... 

, . .-;" 
..'1. 
. 


""" 


/ 


} 


j 


" 


Ze 
zkicownikow podroinych:JJ Zhigniewa Herherta. 


90 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
Zhigniew Zakiewicz 


Herbertowe odprysld 


ZBIGNIEWA HERBERTA POZNALEM na kolacji u Wiktora Woroszylskiego, 
gdzid na pocz
tku 1971 roku. Nam, rnieszka6com Trojrniasta, trudno jeszcze 
bylo wrocie do rownowagi po grudniu 1970 roku. Szczegolnie po krwawym gdy6- 
skim czwartku, ktorego swiadkiem byl moj przyjaciel Jurek Godwod. Tymcza- 
sem Warszawa, nawet ta pisarska, prawie nic 0 nas nie wiedziala. Opowiedzialern 
o tym, co ogl
dal Godwod. I moj szloch: "... ze Polak do Polaka!". Wowczas to 
Herbert wylonil si
 dla mnie z nieznania i niepoznania - pelen ciepla i wspokzu- 
cia. Jak gdybym tylko ja cierpial. 
Od tego wieczoru pocz
wszy rozpocz
la si
 moja blizsza znajornose, niezbyt 
dluga, nawet nie dziesi
cioletnia. Potern Zbigniew Herben scedowal swoje wspol- 
odczuwanie na Leszka B
dkowskiego. I slusznie. J a oddalalem si
 od rewirow 
politycznej walki. 


\VIZYTA W MIESZKANIU MI
DZYRZECKICH na Marszalkowskiej, ktore 
Herbert zajmowal z zon
, gdy pisarskie malzenstwo bylo na stypendium w USA. 
Jestem z czternastoletni
 Zosi
, Herbert troch
 dla zabawy szarmancko caluje 
cork
 w dlOl1. T a si
 czerwieni, bo r
k
 ma akurat obsypan
 jakimis uczulenio- 
wymi brodawkami. Zona, pani Kasia, po cos wychodzi, prosz
c, zeby nie nad- 
uzywae zawartoSci karafki stoj
cej na poleczce. I Herbert w ogole nie si
ga po 
nalewk
; pozniej, w Gda6sku, zrozumialem wag
 tej wstrzemi
zliwosci. 
Wowczas tez zauwazylem t
 dziwn
 dysharmoni
 w jego figurze: za stolem sie- 
dzial m
zczyzna slusznej postury, gdy wstawal, okazywal si
 nieproporcjonalnie 
niski. Rzeklbys: tors antycznego bohatera, 0 twarzy niebywale jasnej, promiennej 
i na nieproporcjonalnie niskiej podstawie. Wczdniej ofiarowalem mu wilensk
 mi- 
ni sag
 Rod AbaczoJV. Pani Kasia i Zbigniew byli wyraznie zaskoczeni t
 proz
. 
"Pan jest naprawd
 poet
" - rzekla pani Kasia. Herbert wyci
gn
l swoje Wiersze 
zebrane i zadedykowal: "Zbigniewowi Zakiewiczowi, poecie, z przyjazni
". 
Z pobytu na Zachodzie Herbertowie przywieili tzw. pikapa. Odwiezli nas na 
dworzec tym poki
zarowym, smiesznym samochodem i Herbert z t
 swoj
 iro- 
ni
, ale tez nie bez pewnej goryczy: "Przywiezlismy na handel. Trudno, z cze- 
gos trze ba zye..." 


ZJAZD ZLP W LODZI \V 1971 ROKU. Trzymam si
 Herberta i dzi
ki temu 
jestem swiadkiem dwoch niezapomnianych seen. Po burzliwych obradach, kie- 
dy to Putrament wszedl do Zarz
du z przewag
 tylko jednego glosu, pozegnal- 


91
>>>
na kolacja w "Grand Hotelu" w reprezentacyjnej sali "Malinowej". Portierzy nie 
chc
 wpuScie Putramenta, bo nie wzi
l zaproszenia. "Jestem Jerzy Putramcnt" 
- grzmi, czerwieni
c si
 jak pomidor, wci
z wznawiany i telewizyjnie "upublicz- 
niany" Pucio. ,,
o dobrze, koledzy poswiadcz
..." - mi
knie wobec nieugi
tej 
postawy portiera. Herbert obserwuje to spod oka. "Jego szybko trati apopleksja, 
z tej pychy i z tego nienazarcia" - stwierdza jako rzecz ocz)'\visq. Rzecz)'\viScie, 
wkrotce Putrament przez)'\va cZ
Sciowy paraliz: wylew krwi do mozgu, ale jesz- 
cze zyje par
 dobrych lar. 
Siedzimy przy jednym stoliku w k
cie sali. W biesiadnym rozgwarze od dalsze- 
go, centralnego stolika powstaje Jaroslaw Iwaszkiewicz. \Vyrainie przepelnia go du- 
ma: ponownie zostaje wybrany na prezesa ZLP! Jego wysoka, masywna postae jest 
natychmiast zauwazona. Powolnym, rzeldbym, majestatycznym krokiem zbliza si
 
do naszego stolika. Czyni szeroki kordialny gest powitania. lvlysl
 - "przysi
dzie 
si
 do nas". Tymczasem Herbert czyni cos tak, zdawaloby si
, nieprawdopodob- 
nego, ze pocz
tkowo nie lapi
 calej sytuacji. Nie tylko, ze nie powstaje na to ser- 
deczne prz)'\vitanie, ale siedzi nieporuszony i cos do prezesa chlodno mowi - co? 
nie zrozumialem. Iwaszkiewicz w milczeniu wraca. Ponizenie tego pysznego, wlad- 
czego czlowieka bylo tak dojmuj
ce, ze po prostu zrobilo mi si
 go zaI... 


ZBIGNIEW HERBERT PRZYJEZDZA NA \VYKLADY do naszego Uniwersyte- 
tu. Aula jest peina. \Vyklad "yrainie mu nie idzie. Nie wiedzialem wowczas, ze 
zaczyna si
 ta straszna cyklofreniczna hustawka, ze poeta spada w dol, w otchla- 
nie melancholii i depresji. Potem prosi mnie 0 jakiegos znajomego lekarza i ze- 
by mu zapisae lit. 
Zapraszam go na kolacj
. Jest wieczor. Przed naszym wejsciem ostentacyjnie kr
- 
Zy jeden "smutny pan", drugi... Patrz
 przez okno: pod domem stoi dziwny sa- 
mochod, tylne drzwi szeroko otwane, widae aparatur
 niby w jakims telewizyjnym 
wozie transmisyjnym. Ta chamska, nachalna przestroga miejscowej esbecji: "jeste- 
smy, widzimy, sluchamy" wcale nie porusza Herberta. Oni s
 powietrzem. Ich nie 
map Poeta jest czym innym zatroskany: mial w tym samym czasic zaproszenie na 
wyklady, bodajze do Wiednia. Wybral GdaI1sk, a przeciez zye z czegos trzeba. 
Niestety, alkoholu bylo za malo, udalismy si
 wi
c do pobliskiego "Cristalu" 
na drinka. Po pe\Vnym czasie przysiada si
 do nas wybrzezowa "mewka". T a aku- 
rat jest sympatyczna, kobieca i \Veale niebrzydka. Przyznaje si
, ze sprzykrzylo si
 
jej obcowanic; z niemieckimi "bojkami", takimi marynarzami co plywajq od boi 
do boi - stateczkami po cebul
. I wcale jej dzis nie zalczy na markach. Jest zupel- 
nie "prywatna", wr
cz kolezeI1ska. Tlumacz
, zeby dala mi spokoj, bo obok sie- 
dzi wielki polski poeta. Tymczasem Herbert wyrainie jest zaciekawiony t
 
nietuzinkow
 osob
. Dziewczyna przygl
da si
 fachO\rym okiem Zbigniewowi i stwicr- 
dza nieco sceptycznie: "Nie powiedzialabym... ". A jednak potcm swoj
 niezawod- 
n
 kobiec
 intuicjq musiala poj
e, co oznacza bye wielkim poetq. I nie wiem, czy 
nie bylo tak, jak w opowiadaniu Izaaka Babla Moje pierJvsze honorarium... 


92 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
co PARE LAT GRUPA TW6RC6w zwi(!zana z gdaI1skimi dominikanami 
i miesi
cznikiem "W drodze" przyznaje nagrod
 literack(! imienia S
pa-SzarzYI1- 
skiego. Mierzylismy zawsze wysoko i naszymi laureatami byli, mi
dzy innymi, Roman 
Brandstaetter, Anna KamieI1ska, ks. Jan Twardowski, Wislawa Szymborska, no 
i oczywiscie Zbigniew Herbert. Ten zas, jako jedyny laureat nie przyjechal na wr
- 
czenie nagrody. Pi
kny ceramiczny kon z Don Kichotem, dzielo Ryszarda Stryj- 
ca, specjalny goniec zawiozl do \Varszawy. 
Wieczor poezji Herberta w bazylice swi
tego 1-1ikolaja, u dominikanow, przy- 
gotowali Halina Winiarska i Jurek Kiszkis ze swym przyjacielem, juz dzis niezy- 
j,!cym aktorem Suchof'!. Kiszkis nie tak dawno prowadzil uroczystose przy 
grudniowym otwarciu trzech stoczniowych krzyzy. Pozniej z Halin(! na krotko 
osiedli w jaruzelskim "internacie". Tam i na wolnosci porz,!dkowali ten swiat prze- 
mocy i chaosu strofami Herbertowych wierszy. Znal je caly walcz,!cy Gdansk. Nic 
wi
c dziwnego, ze mury bazyliki dlugo rozbrzmiewaly wierszami, na ktore ocze- 
kiwalismy w stanie wojennym, a ktore tylko tu mogly bye pubIicznie \\yglasza- 
ne. Ksi,!dz biskup Tadeusz Godowski, ktory celebrowal Msz
 swi
t'!, cierpliwie 
wysluchawszy tego raportu z obl
zonego miasta, udzielil parze aktorskiej ostrej 
reprymendy: nie nalezy ze swi'!tyni czynie trybuny politycznej! 
DzieI1 pogrzebu Zbigniewa Herberta. Godzina dwunasta, czas pogrzebu. 
Dzis juz arcybiskup Tadeusz Godowski celebruje Msz
 swi
t(! za dusz
 pony. 
T a sarna bazylika swic;tego Mikolaja znow rozbrzmiewa wierszami Herberta. J ak 
przed laty poezjc; Herbcrta czytajq ci sami aktorzy, juz bez Suchory. Ksi,!dz ar- 
cybiskup nazywa Herberta czlowickiem szukaj,!cym, sumieniem naszego poko- 
lenia. I calc kazanie jest utrzymane w podobnym duchu. 


ZhignieJV Zakiewicz 


Paniom Katarzynie Herbert i Halinie Herbert-Zebrowskiej serdecz- 
nie dzi
kujemy za udostc;pnienie niepublikowanych wierszy i rysunk6w 
Zbigniewa Herberta oraz fotografii Poety. 


Redakcja 


93
>>>
. 
.. . . 
. 
, 

 
" 
, 
, 
I 
.'. 
4 
.. 
! \ 
.... ........ 
 
'.- .' 

 
,:. 
, 
. 
 
. . 
. .. 
r- 


94 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
190. ROCZNICA URODZIN I 150. ROCZNICA SMIERCI 
JULIUSZA SLOWACKIEGO 


Maria DanileJvicz-Zielinska 


"KsiqZ
 NiezlomnyJJ 
w dramacie Calderona i w historii * 


I 


Dzi
ki kongenialnemu przekladowi 
Slowackiego hiszpallski dramat Calde- 
rona EI Principe Constante wszedl nie- 
mal na prawach oryginalu do literatury 
polskiej, a Michal Tarasiewicz i Juliusz 
Osterwa pozostan
 w historii teatru 
polskiego jako niezrownani odtworcy ro- 
Ii glownej - Infanta Don Fernanda. Je- 
rzy Grotowski dostrzegl w J(sifCiu 
Niezlumnym mozliwoSci wielkiej kre- 
acji aktorskiej, i swobodnie interpretu- 
j
c tekst dramatu, skoncentrowal uwag
 
na stopniowym dojrzewaniu bohatera 
do przezwyci
zenia katuszy i "natural- 
nosci" ofiary. 
Przy lekturze parafrazy Slowackie- 
go nasuwaj
 si
, mi
dzy innymi, pyta- 
nia: "J .lka byla droga Slowackiego do 
Calderona?" i: "W jakim stopniu dra- 
ma religioso 0 Ksi
ciu Niezlomnym jest 
produktem wyobraini Calderona, a ile jest w nim tzw. prawdy historycznej?" 
Zainteresowanie liter.ltufi} hiszp.lllsk..} i skromni} jej znajomosc \'yniosl Slowac- 
ki z kraju, gdzic w latach 1820-t)'ch czytano i omawiano pisma Herdera i Schlegla 
stawiaji}ce wysoko tworczosc Calderona. Dotarly takze do Wilna i \Varszawy echa 
wiedeI1skich przedstawiell sztuk hiszpa11skich w dobrych przek!adach niemieckich, 
a stolica Austrii intcresowala si
 zywo literatuq hiszpallSk} dzi
ki madryckim po- 


". 


. 


rl! 


- .' 


- 
.,.. 


-, 


* F scj opublikowany \\' emigracyjnym "Przegl,}dzie Powszcchnym" nr 9-11. Londyn 1980. 


I 


:) 
bl) 

 

 
u 
-= 
"'0 
u 
;;3 
'" 
""" 
r-.; 
v: 
"a 
c: 
'" 
... 
;.I.; 
c 
... 
f 
'" 

 
""" 
'" 



 
. "'0 
::J 

 


95
>>>
wi
zaniom Habsburgow. \Vplywy te odczuwano najsilniej we Lwowie i tam, przed 
opuszczeniem kraju przez Slowackiego, J.N. KamiI1ski wystawil dwie sztuki Cal- 
derona: Otwartq ta jemniq i Lekarza SlVegO honortt w roku 1824 i 1827. Przed po- 
znaniem oryginalow poeta interesowal si
 tematyk
 i bogactwem tworczosci 
Calderona, zach
cony recenzjami przedstawieI1lwowskich i glosow ktytycznych 0 te- 
atrze hiszpaI1skim. W roku 1830 wydano w przekladzie pol skim Vorlestl:ngen tther 
dramatische [(unst tmd Literatur A.\V. Schlegla - i trudno sobie wyobrazie, by nie 
weszly one do katalogu lektur przyszlcgo autora [(ordiana. Uwag
 poety moglo 
w pierwszym rz
dzie przyci
gn
e Z)'cie snem grane w 1826 roku we Lwowie pt. 
1Vlad)'slmv, krolewicz polski 0 akcji osadzonej na imaginacyjnym dworze polskim. 
Nawet zdecydowanie iIe usposobiony do literatow warszawskich lvlickiewicz stwier- 
dzal, ze w stolicy "Szekspira z oryginalu dumacz
 i 0 Kalderonie choe slysz
". 
\V jesieni 1831 roku, w dwa miesi
ce po przybyciu do Paryza z Londynu, Slo- 
wacki donosil matce 20 paidziernika: "Samotny prawie przep
dzam dzieI1 caly. Bra- 
lem Iekcje hiszpal1skiego j
zyka i teraz juz doskonale rozumiem Donkiszota (...). 
Uczylem si
 po hiszpaI1sku jedynie db Kalderona Tragedii, ale doqd ich nie skosz- 
towalem - co to dla mnie b
dzie za irodlo! Jest ich kilkaset". W tymze liscic snu- 
je plany wojazu: "Mam zamiar pojechae do Hiszpanii, a stamt
d do Neapolu nad 
morzem, a przez Rzym i \Venecj
, Try jest, \Vieden wrocie kiedys do Was, jezeli b
- 
dzie mozna". Owa nauka hiszpanskiego i owe plany podrozy snute tuz po kl
sce 
powstania listopadowego, u progu emigracji, maj
 osobliw
 wymow
. Tu warto 
wspomniee na\viasem, ze przybywaj
cy do Francji powstal1cY listopadowi zastali juz 
tam spore grupy emigrantow hiszpa11skich i portugalskich. Jest do pomyslenia, ze 
Slowacki mogl zetkn
e si
 z Hiszpanami, jako s
siadami w hotelikach czy restau- 
racjach i kawiarniach i nawi
zae kontakt z przyszlym nauczyciclem hiszpanskiego. 
Ze wzmianki w liscie do matki wynika, ze zainteresowania Calderoncm mia- 
10 w pierwszej fazie podklad naiwnie praktyczny. L
czylo si
 z lowieniem tema- 
tow i podpatrywaniem chwytow tcchnicznych. Podobnie czytal Slowacki Szekspira. 
U Calderon a imponowala mu mnogose dramatow, wroci do tego tcmatu w jed- 
nym z poiniejszych listow. Trzeba bylo wielu lat obcowania z tekstami Caldero- 
na i dojrzewaniem do ich rozumienia, by doszedl do glosu ich gh;boki sens i to, 
co Slowacki okrdlil poiniej jako ich "swi
tose". 
Przypomniee takze warto, ze w Paryzu natrafil poeta na fal
 wzmozonej po- 
pularnosci literatury hiszpanskiej. Poza oczywistym wplywem s
siedztwa geogra- 
ficznego i pokrewicI1stwem j
zykow, do zainteresowania teatrem hiszpa11skim 
przyczynily si
 wojny napoIeonskie, w czasie ktorych wielu Francuzow poznato 
z musu Polwysep Iberyjski. Bij
cym w oczy przykladem wplywu id
cego t
 dro- 
g
 jest Victor Hugo, syn generala wslawionego w czasie walk w Hiszpanii. Z Ma- 
drytu, w ktorym w roku 1811 ucz
szczal nawet do szkoly, Hugo wyniosl 
zaintcresowanie krajem i problcmatyk
 jego dziejow, co we wczesnym okresie po- 
bytu Slowackiego w Paryzu znalazlo wyraz w Hernanim i dyskusjach \V)'\vola- 
nych slynn
 prcmieq. Nie od rzeczy b
dzie przypomnicnie, ZC Hcnri Frederic 
Amie! nazywal Victora Hugo: "Espagnol francise". 


96 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
o przemoznym wplywie Calderona na Slowackiego mowie mozna w oparciu 
o jcgo wypowiedzi w roku 1837, gdy doniost matce w pazdzierniku, ze "czasem 
chodzi do biblioteki czytae po hiszpaI1sku Kalderona i upaja si
 jego brylantow} 
i swi
tosci peln} imaginacj}". Rok jest 1837, a biblioteka we Florencji. Stamt}d 
wywodzi si
 pocz}tek pracy nad przekladem El Principe Constante i okres doko- 
nywania wyboru tego wlasnic dramatu. Przyswaja sobie przy tym Slowacki tok 
wiersza Calderona, ow swoisty osmiozgloskowiec, wywodz}cy si
 z przelamanych 
na pol 16-zg10skowcow, z ktorym spotkamy si
 wielokrotnie w pozniejszej, ory- 
ginalnej tworczoSci poet)', a w szczegolnosci w I(sifdzu Marku i Snie srebrnym 
Salomei. OISni! Slowackiego barok slownictwa, technika powtorzen i zawilych po- 
rownan, a przede wszystkim sens moralny ut\vorow Calderona. 
Odnowienie zainteresowaI1literatuf} hiszpaI1sk} moglo si
 takze wi}zae z przy- 
padkowym spotkaniem z zakonnikami z ojczyzny Calderona, odbywaj}cymi cz
se 
podrozy do Ziemi Swi
tej wraz z poet}. Ciekawym szczegolem jest tu ujawnie- 
nie znajomoki Luzjad Camoesa w strotach otwieraj}cych pieSI1 V Podroiy do Zie- 
mi Swiftej z Neapolu, a zawieraj}cych opis przybycia do Zante, gdzie natr
tny 
hotelarz obudzil wspomnienie postrachu marynarzy - Adamatora. Posrednio jest 
to swiadectwo zainteresowania literatur} iberyjsk}, nie t)'lko hiszpaI1sk} ale i por- 
tugalsk}. Luzjady w przekladzie Jacka Przybylskiego wchodzily niew}tpliwie 
w sktad biblioteki Euzebiusza Slowackiego. 
Praca nad przekladem Ksifcia Niezlomnego trwala kilka lat; prawdopodobnie 
dobiegla konca w roku 1843, a \\' pocz}tku nast
pnego roku dramat ukazal si
 
w druku. 
lichal BudzYI1Ski przekazal relacj
 poety 0 pracy nad przekladem. Po- 
eta mial powicdziee, ze "tarzal si
 po ziemi, wystawil sobie, ze jest tym ksi
ciem 
Portugalii, ktory za ojczyznc; oddal swoj zywot i dzwiga kajdany !\'Iaurow". Kie- 
dy indzicj napisal: "Ten Ksi;}zC;, ktory mi koki wewn
trzne polamal, gdzie S} pio- 
runy poezji". Taki odbior utworu Calderon.l sprawil, ze Slowacki stal si
 niejako 
wspoltworc} tragedii "bohatera m
czeI1skiego". Prac
 SW} okreSlal skromnie ja- 
ko "odlakierowanie" "dawnego obrazu starego Hiszpany" i wzdychal (w liscie 
do Wojciecha Stattlera z 15.1.1844): "Niech si
 wi
c mn} Hiszpan, mnich sro- 
gi, opiekuje, bo si
 teraz zupdnie na opiek
 niebieskich spuszczam, a 0 ziemi
 
zupdnie nie dbam... Chcialbym jednak, aby bylo choe kilka tak czyst)'ch duchow 
w Polszczc, aby wierzyly, ze zawsze i wszc;dzie wierny jestem i tak jak moj Ksi.}- 
z
 Niezlomny (tytul hiszpa11skiej tragedii) srogo i t\\'ardo stoj
 przy dawno strze- 
zonej chorqgwi a moze na straconej placowce...". Jeszcze inn} wymownq 
wypowicdz kryjc list do matki z 30.11.1844, pisany pod wrazeniem bombardo- 
wania Tangieru przcz Francuzow. Pisze \\' nim Slowacki: ,,\Vidzisz ty, jak ja uko- 
chalcm Ksi
cia Niezlomnego, w ktOI)'l1l Chl)'stus w Afryce zwyci
za, lecz rue przez 
miecz, ale przcz mc;cze11stwo. A ledwom ja to wymalowal na no\\'o i pokazal, ja- 
ka mi
dzy jego przeszlymi a przyszlymi zwyci
st\vami bye powinna; w kilka go- 
dzin upadlo przcd nim tangicrskic mocarst\\'o...". (Nie zagl
biajmy si
 zbytnio 
w tc; ostatni q wypowiedz. Z\\yci
st\vo marsz. Bugeaud nad Marokal1czykami 
w roku 1844 opicralo si
 na bombardowaniu Tangieru przy uzyciu nowoczesnych 


97
>>>
metod walki i swiadczylo 0 technicznej wyzszosci Francuzow; Slowacki dopatrzyl 
si
 w nim rekornpensaty za porazk
 ponugalskiego Infanta. 0 0)' 
Dla wi
kszosci czytelnikow i widzow J(sifcia Niezlomnego postac Dorn Fer- 
nanda odrywa si
 od realiow historycznych i jest drama tern pozaczasowyrn, tyle 
ze osadzonym w egzotycznej scenerii Fezu. Zgodnie z tekstem hiszpanskim Cal- 
derona Slowacki zdaje sobie spraw
 z tego, ze bohater sztuki jest Portugalczy- 
kierno Dla widzow nie jest to jednak w stu procentach jasne, bo w pocz
tku aktu 
I, rnowi
c 0 wyprawie "Fernandesa i Henryka", dwu infantow portugalskich 
wklada w usta Muleja slowa: 


Taka fantazja jest u tych 
Hiszpanow!! ! 
(Dzien I, ww. 370-1) 
ktorych nie rna w oryginalnyrn tekkie sztuki. To sarno powtarza si
 w zakoI1cze- 
niu odpowiedzi Krola Fezu, ktory zapowiada, ze "Tangier krwi
 hiszpansk
 ob- 
leje" (w. 410). W Zmianie II Mulej mowi do Fernanda zgodnie z tekstem 
oryginalu: 


\Vidac zeS rownie szlachetny 
Jak odwazny, moj Hiszpanie. 
(ww.669-670), 
co nie przeszkadza Fernandowi okrdlac siebie, jako "portugalskiego kawalera" 
(rycerza). Na pytanie kirn jest odpowiada: "Portugalczyk i szlachcic. Nic wi
cej" 
(wo 796). Tak u Slowackiego. \V oryginale: 


MULEY 


Dime, portugues, quien eres. 


D. FERNANDO 
Un hombre noble, y no mas. 
(w. 825). 


W scenie nast
pnej (Dziell I, zmiana II) Dorn Fernand rozwija to okrdlenie: 


DON HENRYK 
... - Coz nam, Fernandzie, zostato? 
Powiedz, co czynic? 


(ww.830-831) 


DON FERNAND 
Co? umierac z chwat'l. 
Niech nacieraj'l ci obaj alianci, 
My na smiere idzmy jako wojownicy, 
Jako dwaj Mistrze, jako dwaj Infanci, 


98 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
A chocby tylko jak Portugalczycy. 
Idzmy i krzyczmy hasto dwoch zakonow: 
Ave i Chrystus... hasto nasze stare; 
I stan my oba na czele szwadronow, 
I umierajmy, moj bracie, za wiar
". 
(ww.832-839) 


(Warto podkrdlie, ze ten bardzo po polsku brzmiqcy ust
p, 
v oryginale hisz- 
pan skim (ww. 862-70) pisany osmiozgloskowcem, Slowacki przelozylll-zg10- 
skowcem, blizszym konwencjom poet:yckim literatury polskiej). 
"Portugalczyk i szlachcic" deklaruje w bliskim sqsiedztwie wiernose haslom Ave 
i Chrystus tj. zakonow Aviz i Chrystusowego, ktorych W. Mistrzami byli obaj In- 
fanci: Fernando i Henrique. Przywoluje to na mysl pod pis na fotografii 5-1etnie- 
go Conrada, ulozony przez jego ojca, Apolla Korzeniowskiego, a brzmiqcy: "Polak, 
szlachcic, katolik" - i zadziwiajqco bliski charakterystyce Ksi
cia Niezlomnego. 
I Calderon w oryginalnym tekScie "El Principe Constante" i Slowacki w prze- 
kladzie (nawet we wprowadzonych przez siebie zmianach i uzupelnieniach) uzy- 
wajq okrdlen Hiszpan (Portugalczyk przemiennie). Wyst
puje to zwlaszcza 
w wypowiedziach Muleja zwroconych do Infanta ("Moj Hiszpanie, niech Allach 
ci
 strzeze"), choe jest on swiadom godnoSci Fernanda, gdyz zgodnie z prawd q 
historycznq nazywa go "mistrzem aWiCell.skim" (tj. Mistrzem Zakonu de Aviz). 
U Calderona dwoistose t
 tlumaczy do pewnego stopnia fakt, ze tragedia pisana 
byla w okresie unii personalnej Portugalii z Hiszpani q (1580-1640), w praktyce 
rownoznacznej z utrat q niepodlegloSci. 


II 


Autentyczny Dom * Fernando (- nie Don, jak u Calderona, to forma hiszpall.- 
ska) zwany powszechnie w Portugalii Illfante Sallto, bylosmym i najmlodszym 
synem krola Jana I z dynastii Avizow i angielskiej jego malzonki Felippy de Lan- 
caster. Urodzony 29 wrzdnia 1402 w Santarem byl niemal rowidnikiem \Var- 
nel1czyka; zmarl w wi
zieniu w Fezie 5 lipca 1443, na rok przed kl
skq warnensk q . 
Fakt, ze byl najmlodszym z synow krolewskich, infantow, sprowadzal do mini- 
mum szans
 obj
cia kiedykolwiek tronu, choe ironia losu chciala, by jak liczne 
potomstwo Kazimierza JagiellOl1czyka w Polsce, tak i prawowici nast
pcy Jana I za- 
pewnili ciqglose dynastii do roku zaledwie 1580. 
Dom Fernando byl wqdy, chorowity, wychowany starannie pod okiem suro- 
wej matki. By! odwJ.zny i ambitny, szukal pozycji w swiecie, chcial miee na swym 
rachunku jakid osiqgni
cia indywidualne, nie zadawalal si
 przydziatem pokaz- 
nych posiadloSci i zaszczytnym tytulcm Mistrza Zakonu z Aviz. Byl pod silnym 
wplywem starszego, brata Dom Henrique'a (Henryka Zeglarza), z ktorego oso- 
b q wiqz q si
 pocz
tki i dalszy kierunek portugalskiej ekspansji zamorskiej. On wla- 


* skrot taco domimts(odpowiednik franc. sicuri ang. sir) (M.D,Z.) 


99
>>>
snie w roku 1515, wowczas 17-letni, pierwszy wyskoczyl na lqd po zdobyciu Ceu- 
ty i cale zycie poswic;cil zwalczaniu potC;gi Maurow i vvytyczaniu no\\ych drog 
morskich prowadz
cych do waznych handlowo krajow atiykanskich i azjatyckich. 
Dom Fernando - jak relacjonuje kronikarz portugal ski Ruy de Pina w Chro- 
nica do Sellhor Rey D. Duarte- po smierci ojca, krola Jana I (1443) odbyl w Al- 
meirim zasadniczq rozmowc; z jego nastc;pcq, a swoim najstarszym bratem Dom 
Duarte (Edwardem). Oswiadczyl mu, zc wyzyskujqc koneksje z dworami fran- 
cuskim, hiszpanskim i angielskim chcialby szukac wsrod obcych mozliwosci ka- 
riery rycerskiej, bo nie widzi ich w Portugalii. Liczyl na poparcie papieza i zamierzal 
udac siC; do Rzymu. Krol Duarte zaniepokoil siC; powaznie projektami brata. Sq- 
dzil, ze opinia publiczna dopatrzy siC; w tych projektach krzywdy mtodego In- 
fanta. Zapytany 0 rad
 Dom Henrique postanowil wciqgnqc Dom Fernanda do 
planowanej przez siebie akcji podbojow krajow zamorskich. Niepokoil go fakt, 
ze po uregulowaniu stosunkow z Kastyli q pogrqzeni w bezczynnoSci rycerze 
gnusnieli i odzwyczajali siC; od praktyki wojennej, a w razie rzeczywistej potrze- 
by mogliby zawidc. \Vysuwal przeto plany dalszej walki z Islamem i umacniania 
pozycji Portugalii w Afryce Potnocnej. Zdobycie Ceuty w roku 1415, uznanc za 
wielkie osiqgnic;cie, nie przynioslo oczekiwanych rezultatow ze wzglC;du na bli- 
skosc Tangieru i Arzilli, pozostaj
cych nadal we wladaniu blaurow. Lansowal prze- 
to plan podboju portow marokanskich i uwaZal zorganizowanie odpowiednicj w)pra\ry 
za przedsip\'zic;cie stosunkowo latwe i malo kosztowne. Krol wahal sit;, maj
c w zy- 
wej pamic;ci cenc; zdobycia Ceuty i obawiaj
c siC; perspektywy zwracania sit; 0 po- 
moc pienic;zn
 na zapelnienie pustawego skarbu portugalskiego. Zwrocil siC; 
jednak do Kortezow i do papicza, prosz
c 0 radc;. Dom Henriquc, ze swojej stro- 
ny, staral siC; 0 poparcie bratowej, zony Dom Duarte'a, krolowcj Leonory, ksic;z- 
niczki aragonskiej. Papiez, po dlugich wahaniach, udziclil wprawdzie poparcia w postaci 
bulli 0 wyprawie krzyzowej, klad
c nacisk na koniecznosc nadania jej charakteru 
apostolskiego. Dyskusja toczyla siC; przeszlo rok, a Maurowie organizowali chyt- 
kiem opor pol
czonych sil s
siaduj
cych ze sob
 pa11stewek. Naj\\ymownicjszym 
glosem w dyskusji tocz
cej siC; na posiedzeniach rady krolewskiej byla \\ypowiedi 
Infanta Dom Joao w Leirii w roku 1436. Uwazal, ze motyvvy wyprawy dadz
 si
 
ujqC w punkty: sluzba Bogu, honor, zysk i zaspokojenie glodu przygod. Plano- 
wana wyprawa miala, jego zdaniem, podboj jako eel glowny i nie zaslugiwala na 
miano krucjaty; "zabijanie Maurow przy takim podejSciu jest grzcchcm rownie 
cic;zkim, jak zabijanie chrzeScijan" - konkludowal. Dodawal, ze ogot wzdryga sit; 
na mysl 0 kosztach i niebezpicczenstwach wojny i tylko cud moglby zmienic nie- 
chc;tne nastawienie spolccze11stwa. 0 chwale trudno mowic, skoro zachodzi moz- 
liwosc pogorszenia a nie polcpszenia sytuacji Portugalii. Zyski s
 w
tpliwe, 
a wydatki na wojnc; pewne. Rycerzy, rw
cych siC; do walki z wrogiem, czekac 1110- 
g
 gorzkie rozczarowania. Krol Duarte wysll1chal glosow opozycji alc ich nie po- 
stuchat i, ulegaj
c perswazji Dom Hcnrique'a, zdccydowal siC; na podj
cie wyprawy. 
bliala ona byc polem popisu inicjatora, Dom Hcnriquc'a i przyszlcgo Ksit;cia Nie- 
ztomnego - Dom Fernanda. Jako eel postawiono zdobycie Tangieru. K.rol Du- 


100 K WAR TAL 
 J K /A R TI Y STY C Z N Y
>>>
arte zalecil rownoczesne uderzenie na Maurow w trzech punktach i stalq dbalose 
o utrzymanie latwego dostc;pu do zakotwiczonych na wybrzezach statkow, by w ra- 
zie koniecznoSci wycof)'\vania siC; wojsko mialo oparcie we tlorylli. 
Zabobonnych swiadkow przygotowan peszyly zle prognostyki: krew rzucila siC; 
z nosa krolowi, gdy omawial rol
 Dom Fernanda; przy wyskakiwaniu na brzeg afry- 
kanski Dom Henrique wywrocil siC; jak dlugi, a przy rozwijaniu proporca zlamalo 
si
 drzewce. Realne przeciwienstwa mial}' powazniejszy charakter. Zamiast preli- 
minowanej armii 14-tysic;cznej doliczye si; mozna bylo z trudem 6000, przy czym 
wic;kszose zolnierzy intercsowala si; raczej mozliwosci.1mi lupow, niz czynnego udzia- 
lu w walee zbrojnej. Po pierwszych niepowodzeniach okolo tysiqc zolnierzy schro- 
nilo siC; na statkach. \V czasie pierwszej proby zdobycia Tangieru okazalo siC;, ze 
sprzc;t oblc;zniczy szwankowat. Drabiny okazaly siC; za krotkie, a machiny wojenne 
tnldne do zainstalowania n.1 niesprzyjajqcym tcrenie. \Y ciqgu 10 dni oblc;zenia 
lau- 
rowie zgromadzili obron; widokrotnie przewyzszajqcq liczebne sil)' Portugalczy- 
kow. Bohaterskie walki trwaly kilka dni. Dom Fernando ledwie uszedl z zyciem, 
gdy atak !\laurow skoncentrowal siC; na odcinku, ktorym dowodzit. Ducha krucjat 
staral si; obudzie biskup Ccuty, udzielajqc walczqcym absolucji i przypominajqc wspo- 
mnianq wyzej bulle; papiesk q i jej wskazania. \Vbrew instrukcji krola Duarte'a, Dom 
Henrigue skupil obronc; na obozie, zaniedbujqc skrzydlo sic;gajqce morza. \Vyko- 
rzystali to natychmiast 11aurowie, odcinajqc dostc;p do statkow. \Yynikiem tego ma- 
newru byl brak zywnosci i wody. \Yojsko karmilo siC; konin
, ktorej nawet upiec 
nie mozna bylo z braku drzewa. Spragnieni wysysali wodc;, zujqC bloto. 
Zawieszenie broni okazalo siC; koniecznoSci q w tych warunkach. !\1aurowie zgo- 
dzili siC; na ewakuacjc; wojska pod warunkiem pozostawienia im sprzc;tu, doma- 
gali siC; nadto oddania Ceuty i zazqdali od Portugalczykow podpisania traktatu, 
gwarantujqcego pokoj stulctni. Rokowaniom towarzyszyla wymiana zakladnikow: 
zc strony 11aurow syna ich dowodcy Zali Benzala, ze strony Portugalczykow czte- 
rech rycerzy 0 glosnych nazwiskach. Ponadto, co juz bezposrednio dotyczy KsiC;- 
cia Niezlomnego, on wlasnie pozostal w re;ku !\1aurow jako gwarant zwrotu 
Ceuty i znajdujqcych siC; w jej murach jelleOw. Kronikarz swiadczy, ze chcial go 
zastqpie Dom Henrigue, powstrzymala go jednak rada wojenna. Obie strony nie 
dotrzymal)' warunkow rozejmu. Oddzial Berberow zaatakowal ewakuujqcych siC; 
zolnierzy, co zwiC;kszylo i tak juz panujqcy chaos i zamienilo odwrot w panicznq 
ucieczkc;. Kampania trwala 37 dni i kosztowala zycie okolo pic;cillset rycerzy 
chrzcScijal1skich. Ccuta zostala w rc;ku Portugalczykowa fakt, ze jej nie oddawa- 
no, zmienial status Dom Fernanda. Nie przcstajqc bye zakladnikiem, stawal sic; 
de facto wic;iniem czy niewolnikiem, traktowanym coraz gorzej. 
Krol Duarte staral siC; 0 uratowanie brata i zasic;gal w tej materii rady Korte- 
zow. Jedni z doradcow, np. dwaj bracia krolewscy Dom Pedro i Dom Joao, opo- 
wiadali siC; za oddaniem Ccuty zgodnie z pierwotnymi warunkami rozejmu, inni 
radzili, by krol zwrocil siC; do papiez.! z zapytaniem, czy ma prawo "dla jednej 
osoby" zrzekae siC; Ceuty, w ktorej pobudowano jllz swi
ltynie. Ten drugi punkt 
widzcnia z.1prezcntowalo stronnictwo arcvbiskupa Bragi. Trzccie rozwiqzanie 


101
>>>
widziano w przewlekaniu pertraktacji w sprawie wykupu Dom Fernanda, by zy- 
skac czas na przygotowanie nowej wyprawy przy pomocy zjednoczonych kr6l6w 
chrzeScija11skich. Id:}cy najdalej protestowaE po prostu przeciw oddaniu Maurom 
Ceuty dla uratowania najmlodszego Infanta. Byliby tego zdania nawet gdyby cho- 
dzilo 0 nast
pc
 tronu (w6wczas kilkuletniego). Przechodzili do porz:}dku nad 
apelami Dom Fernanda, kt6ry usilnie domagal si
 akcji zmierzaj:}cej do uratowa- 
nia wszystkich zakladnik6w, w tym czlonk6w jego wlasnej swity. Przeciw odda- 
niu Ceuty wypowiadali si
 nadto Hiszpanie, co tlumaczy si
 sarno przez si
 
geograficznym i strategicznym polozeniem fortecy. W toku tych dyskusji padal 
takze argument prestizowy. Od roku 1415 jeden z tytu16w kr6lewskich brzmial 
"wtadca Ceut)'''. Czyzby miano go utracic dlatego "by wykupic jednego smier- 
telnika" i tak juz bliskiego zgonu? Kr6l bil si
 z myslami: toz przeciez ten smier- 
telnik ofiarowal swoje zycie, by ratowac jego poddanych, a pozostawienie go w r
kach 
niewiernych uwlacza jego honorowi. Poszedl jednak za glosem wi
kszosci do- 
radc6w, kt6rzy vvyraznie opowiedzieli si
 przeciw oddaniu Ceuty dla uratowania 
Dom Fernanda. Takiego zdania byl nawet Dom Henrigue, kt6ry wyci:}gn:}l Dom 
Fernanda do uczestnictwa w fatalnej wyprawie. S:}d historii wypadl na jego nie- 
korzysc. Zar6wno biografDom Fernanda, Joaguim Verissimo Serrao (Diciond- 
rio de Historia de Portugal, v. 11/1965, s. 210-1) jak i arabista David de Melo 
Lopes uwazaj:}, ze Infante Santo zostal "zamordowany na zimno przez wtasny 
nar6d a w szczeg6lnoSci Dom Henrigue'a". Ten bowiem uwazal, ze i on sam 
poni6s1by smierc za utrzymanie dla Portugalii - i chrzeScijanstwa - Ceuty. Na- 
mawial Dom Duarte'a do nowej kampanii, nie doceniaj:}c elementu ryzyka. 
Bieg wydarzen byt taki: 9 wrzeSnia 1438 r., w niespdna rok po wyruszeniu flo- 
ty, 47-letni kr6l Duarte zmarl wTomar po kr6tkiej chorobie zakaznej (febrze), na 
kt6rej przebiegu odbil si
 stan wyczerpania nerwowego z troski 0 brata i wyrzu- 
t6w sumienia z powodu udzielenia zgody na wypraw
 wbrew radom otoczenia. 
Tyle czytac mozna w kronice Ruy de Pina'y. Dalszy ci:}g podcjmuje Fr. Joao 
Alvarez, kawaler Zakonu Awicenskiego, sekretarz a nast
pnie towarzysz niewoli 
Dom Fernanda. Jest on autorem Chronica de Infante Santo Dom Fernando (Co- 
imbra 1960). Opowiada on, ze w pierwszej fazie niewoli Ksi:}ze przebywat w Arzil- 
Ii wraz ze sw:} swit:} licz:}c:} 10 os6b, w tym kapelana, lekarzy i kucharza. 25 maja 
1438 przewieziono ich do Fezu. Na wyjezdnym wspomniany wyzej Zala Banza- 
la, komendant T angieru, przypomnial Infantowi warunki i oswiadczyt, ze losy je- 
go 5;} W r
kach kr61a Portugalii - oddanie Ceuty Z\\T6ci mu WOllOse. Do tcgo momentu 
Infant dysponowal swoim imieniem. Ale juz wtedy, z intencj
 osmieszccia go, przy- 
dzielono mu star:} szkap
 w podtej uprz
zy. Po drodze do Fezu, podczas sZeScio- 
dniowej podr6iy, mieszkailcy mijanych osiedli \vitali Ksi
cia ,\)'zwiskami i obrazliwymi 
spiewkami, plwali na niego i obrzucali kamieniami. W czasie postoj6w przydzie- 
lano mu i jego swicie prymitywne pomieszczenia. Spac musieli na ziemi i zadawa- 
lac zarciem dla ps6w. Maurowie z obrzydzenicm tlukli miski, z kt6rych jedli 
chrzeScijanie, uznaj:}c je za "nieczyste". Kronikarz podziwial zachowanie Infanta, 
kt6ry z usmiechem przyjmowal zniewagi, jak gdyby go nie dotyczyly. Towarzy- 


102 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
szom skarz:}cym si
 na obrzydliwe jedzenie nakazywal, by przemagali si
 i jedli - 
aby zye. Obelgi przybraly na sile gdy dojechali do Fezu. Infant wzywal do zacho- 
wania godnego rycerzy chrzdcijanskich. "Doszlismy- mial powiedziee - do punk- 
tu, w kt6rym nie nalezy bae si
 przeciwnoki, ale szukae sil, by je znosie". ,,Jdli- 
dodawal- jest wol:} Boga, by tu znaleze smiere, czeka ich nagroda niebieska". 


III 


Jenc6w powierzono opiece niejakiego Lazarague'a (Buzacar'a), kt6ry ze stro- 
ny matki pochodzil z rodziny chrzdcijanskiej. \V nagrod
 za utorowanie drogi 
do tronu trzeciemu synowi wladcy otrzymal wysokie stanowisko w Fezie i pod- 
zegal kr6la do morderstw i okrucienstw. Byl faktycznym i okrutnym wladc:} Fe- 
zu. Kr61 musial zadawalae si
 tvtulem. 
Na z:}danie Lazarague'a Infant wystosowallist do kr6lewskiego swego brata Dom 
Duarte'a, apeluj:}c 0 nie ustawanie w staraniach 0 uwolnienie wszystkich zakladni- 
k6w. Zabral to pismo lekarz Zyd, towarzysz:}cy mu dot:}d. Czekano na odpowiedz 
trzy miesi:}ce, a gdy nie nadeszla, zaostrzono rezim \vi
zienny. Zacz
lo si
 (11.X.1438) 
od konfiskaty ubran i bielizny, klejnot6w, srebra itp. Znalezione w "pourpoint" (ku- 
braku) Ksi
cia zlote monet)' zrabowal Lazarague dla siebie (byly wszyte pod pod- 
szewk:}). Wi
zniom nalozono lancuchy na obie nogi. Infant okuty byl pierwszy. 
T owarzyszy jego skierowano do warzywnego ogrodu kr6lewskiego zwanego Aria- 
te i przydzielono do ci
zkich rob6t, kaz:}c kopae ziemi
 wielkimi motykami. Pierw- 
szego wieczoru, w drodze powrotnej, spotkali Infanta otoczonego naigrywaj:}cym 
si
 z niego tlumem - w16k1 z trudem ci
zkie lal1cuchy. Eskorta okladala go kijami 
i pop
dzala, by szedl pr
dzej. Mijaj:}c towarzyszy Dom Fernando rzucil im w prze- 
locie slowa: "Widzicie, co si
 dzieje? M6dlcie si
 za mnie". Lazarague zakomuni- 
kowal mu, iz - poniewaz chrzdcijanie okazali si
 zdrajcami i nie oddaj:} Ceuty - 
uwazae go odt:}d b
dzie za jel1ca a nie zakladnika i dlatego nakazuje mu, by czy- 
scil konie. Infant zaprzeczyl oskarzeniu 0 zdrad
 i dumnie os\viadczyl, ze b
dzie 
wykonywal polecone mu prace, a wstyd spadnie na przdladowc6w. Po paru go- 
dzinach pracy w stajni zaprowadzono Infanta do pomieszczenia separowanego od 
lochu, w kt6rym przebywali jego towarzysze. Po pewnym czasie pozwolono mu 
pracowae z nimi i dzielie ich "mieszkanie". Infant nie przestawal dowodzie Laza- 
rague'owi, ze cierpiee powinien on jeden, gdyz towarzysze jego nie s:} w zadnym 
sensie winni. Warunki egzystencji byly makabryczne. Okryci lachmanami, gniez- 
dzili si
 w lochu bez dost
pu do latryny. Zarlo ich robactwo, glodowali, zyli do- 
slownie 0 chlebie i wodzie. Slowa pociechy slyszeli tylko niekiedy od kr610wej, jej 
towarzyszek, a nawet zony Lazarague'a spotykaj:}cych ich przy pracy w ogrodzie. 
Pewnego dnia Lazarague zakomunikowal Infantowi 0 smierci Dom Duarte'a. 
Nast
pc:} jego zostal formalnie 6-letni syn Dom Affonso (Dom Affonso V), a fak- 
tycznym wladc:}, regentem - drugi z tytulem starszenstwa brat zmarlego kr6la, 
Dom Pedro. Infant s:}dzil zrazu, ze wiadomose 0 zgonie kr61a jest sfalszowana, 
doczekal si
 jednak jej potwierdzenia. Rezim wi
zienny zaostrzono. Demonstra- 


103
>>>
cyjnie wyprowadzono np. wi
zniow do ci
zkich robot drogowych w dzien Bo- 
zego Narodzenia i zap
dzono do pracy na oczach naigrywaj:}cego si
 z nich mo- 
tlochu. Infant patrz:}c na pokryte p
cherzami r
ce towarzyszy niedoli powtarzal 
uparcie: "Cierpi:} za mnie! S:} przeciez niewinni". Maurowie tlumaczyli rygory 
wi
zienne intencj:} zmuszenia Portugalczykow do szybszego oddania Ceuty. To 
wzmagalo udr
k
 Dom Fernanda: "J a jestem dla nich cen:} miasta, a nie moja 
swita". Posrednio byl to dowod, iz nadal uwazany byl za zakladnika. 
Regent, Dom Pedro, nie ustawal w staraniach 0 uwolnienie brata. Rozwaza- 
ne byly mozliwosci porwania, wykupu, wymiany na ,Mauro\\', zbrojnego ataku 
od strony morza. Proba porwania nie udala si't\ gdyz burza rozp
dzila f1otyll
 
spiesz:}c:} z pomoc:}. Proby rokowan rozbijaly si
 0 upor 1faurow. 
Sytuacja Infanta pogarszala si
 tymczasem z kazdym miesi:}cem. Ostatecznie 
zamkni
to go w latrynie eunuchow. Sp
dzil w niej samotnie 15 miesi
cy, z rzad- 
ka tylko komunikuj:}c si
 z reszt:} uwi
zionych przez szczelin
 w murze. Zbliza- 
rue si
 ich, gdy przechodzili do pracy, oznajmial brzc;k 1311cUchow. Oslabiony biegunlq 
godzil si
 na starania towarzyszy 0 przeniesienie go do lepszego pomieszczenia. 
Nie odniosly skutku. Uzyskano tylc tylko, ze mogl siC; nim opiekowac dawn)' je- 
go lekarz, a pozostali wi
iniowie - w ich liczbie kapclan Fr. Pedro Vaz - mogli 
widywac go w ostatnich dniach i godzinach zycia. Kronikarz pisze, ze w czasie 
agonii jawila mu si
 przed oczyma wizja Najswi
tszej 
farii Pan ny, s\\'. 11ichala 
i sw. Jana Ewangelisty. Zmarl 5 czerwca 1443 roku. 
Nawet znan)' z brutalnosci Lazarague dostrzegl u Dom Fernanda oznaki swi
- 
tOSci. Nie klamal - powiedzial - modlil si
 kl
cz:}c i "mowiono, zc nie znal ko- 
biety". S:}dz:}c, ze uzyska wielki okup Lazarague polecil otworzyc i zabalsamowae 
cialo. Nie byl to koniec pohanbienia. Nagie, wypchane ziolami zwloki wywieszo- 
no, glow:} w dol, na bramie miejskiej Fezu na posmiewisko dumu, ktory przcz 
cztery dni obrzucal je kamieniami i zgnilymi pomaral1czami. Zlozono je nast
p- 
nie do drewnianej trumny, zawieszonej nad bram
 Delbci
ada. "Bog czynil cu- 
dy za jego posrednictwem" - pisze kronikarz. TowarzysLe Dom Fernanda \\ykradli 
wn
trznoSci i serce i, dobrze posolone, zakopali w s:}siedztwic lochu wic;zienne- 
go. Nad zakopanymi szcz:}tkami posadzono roze. Modlono si
 tam co dzieI1 przez 
pierwszych dziesi
c miesi
cy, poczem \Vi
zniow umieszczono gdzie indziej. Za- 
brali ze sob:} garnki i przenidli do innej kryjowki. Wykupil je ostatccznie Fr. Jo- 
ao Alvarez, autor kroniki i przewi6z1 do Portugalii. Ostatecznym micjsccm 
spoczynku stal si
 po latach portugalski Wawel, kosci61 w Batalhi, gdzie zalosnc 
szcz:}tki Dom Fernanda s:}siaduj:} z sarkofagiem ojca, krola Joao I. Z Atiyki przy- 
wieziono je za panowania Aft-ansa V w nieznanych okolicznoSciach, prawdopo- 
dobnie w roku 1471. Przez kilka pierwszych lat spoczywaly w Con\"ento de 
Freiras do Salvador w Lizbonie - uroczystosci pogrzebowe odbyly siC; z wiclk
 
pomp:} przy przenoszeniu trumny do Batalhi. 
Dom Fernando zmarl in odore sanctitatis. Dizionario Ecc/esiastico ( 1953) po- 
daje, iz zostal beatyfikowany w roku 1470 ("festa 5 VI"). Zwany powszechnic 
swi
tym, nie jest dot:}d kanonizowany. 


104 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Sqdy historykow portugalskich i arabskich z ostatniego dwudziestolecia uzu- 
pelniajq i korygujq dane zawarte w kronikach, odnoszqc siC; krytycznie do Alva- 
res'a, przygotowujqcego napisanq przez siebie biografi q drogc; do kanonizacji. 
Podkrdlajq, iz jego najmlodszy syn krolewski nie mial istotnie szans dziedzicze- 
nia tronu, ani zajc;cia wybitnego stanowiska. Mial natomiast ambitne aspiracje. 
Rodzina krolewska dbala 0 jego zaopatrzenie i obdarzala go zaufaniem. Pod ko- 
niec panowania ojcowskiego pozniejszy regent, Dom Pedro, powierzyl mu opie- 
k
 nad swymi dobrami w czasie ekspedycji morskiej zwanej Sete Partidas. \V roku 
1429 Dom Fernando pelnil rolc; mediatora w sporze pomic;dzy tymze bratem a wta- 
dZ q krolcwsk q . Korespondowal z krolem aragonskim, Alfonsem Vi byl swiad- 
kiem na slubie Dom Duarte z krolewnq arag0l1sk
 Leonorq we wrzdniu 1428 
roku w Coimbrze. Po wstqpieniu na tron (tj. po roku 1433) Dom Duarte obda- 
rzyl go ryrutem Mistrza bogatego i wplywowego Zakonu Rycerskiego z Aviz, z czym 
lqczylo siC; znaczne zwic;kszenie posiadanych juz przez niego dobr. \V tym tez 
okresie nuncjusz papieski D. Gomes Ferreira zaofiarowal mu w imieniu Papieza 
kapelusz kardynalski. Dom Fernando odmowil, nie czujqC siC; w swym sumieniu 
godny tego zaszczytu. Biografwspolczesny, Jaoguim Verissimo Serrao, uwaza, 
ze Dom Fernando byt zwolennikiem akcji wojennej w Mryce, \vidzqc w niej szan- 
sc; zdobycia dla Portugalii nowych ziem i osobistych korzysci. Uwaza, iz zacho- 
dZ q istotne sprzecznoSci mic;dzy intencjami Infanta, a przypisywanym mu przez 
kronikarza Ruy de Pina powiedzeniem, iz "pragn
cy sluzye Bogu nie powinni siC; 
ktopotae sprawami tego swiata". Po nieudanej probie wyjazdu do Anglii Dom 
Fernando zjawia si
 w roku 1437 w dowodzt\vie wyprawy do Tangieru, ktorej 
glownodowodzqcym byl Dom Henrigue. Po klc;sce pozostal w Mryce jako za- 
kladnik, a wanmkiem jego uwolnienia by to oddanie Ceuty. I tu zachodz q bar- 
dzo powazne roznice pomi
dzy starymi kronikami a nowymi ocenami historykow. 
Po pierwsze ustalono, ze na rok przed smierci
 Dom Fernando wysytal z wic;zie- 
nia rozpaczliwe apele 0 pomoc do owczesnego regenta, Dom Pedra, po drugie 
- zc starania 0 uwolnienie go ze strony glownego organizatora wyprawy Dom 
Henrigue'a byly tak nikte, ze rownaly si
 pozosta\\
eniu krolewskiego wic;znia wla- 
snemu losowi, byle nie utracic prestizowcj Ceuty. 
Te punkty widzenia sformutowane ostatnio oslabiaj
 w pewnym stopniu "nie- 
ztomnosc" Dom Fernanda, zdaj
 siC; jednak nie uwzglc;dniae mocno podkrdla- 
ncgo przez kronikarzy, a za nimi Calderona, jego poczucia odpowiedzialnosci za 
los uwic;zionvch razem z nim Portugalczykow. Uwazat, ze cierpiee powinien on 
jeden, tamci 

 niewinni. Jesli nawet w okresie pi
cioletnim (1438-1443) nie dose 
energicznie przeprowadzono starania 0 uwolnienie go czy wykupienie, nie row- 
na si
 to zapomnieniu czy zanicdbaniu i za daleko idzie chyb
 zarzut Davida de 
l\1clo Lopes, oskarzaj
cego (w rokul931) ksic;cia Henryka Zeglarza 0 "popel- 
nion
l na zimno zbrodnit;" w stosunku do brata. \V kazdym razie nie usprawie- 
dliwia to brutalnego traktowania Ksi
cia w wi
zieniu i bezczeszczenia jego zwlok. 
o statusie mt;czellskim Infanta i jego legendzie zadecydowalo przypisywane mu 
powszechnie przekonanie, iz nie godzi siC; stawiae \\yzej losu jednostki nad przy- 


105
>>>
naleznosc Ceuty, przyczolka wiary chrzdcijanskiej z pobudowanymi juz przez Por- 
tugalczykow swi:}tyniami. Gdyby jednak, jak starali si
 dowidc historycy w latach 
1960-tych, Infant ponawiat w roku 1442 p:-osby 0 starania 0 uwolnienie, a brak 
reakcji podyktowalo stanowisko otoczenia krolewskiego, iz Ceuta znaczy wi
cej 
dla Portugalii od zycia jednego czlowieka, akcent nieoczekiwanej ironii zabrzmial- 
by w cz
sto cytowanych slowach Infanta: "Coz ja? - Czym wi
cej niz czlowiek". 
Stopien "dobrowolnosci" jego ofiary jest trudny do okrdlenia. Mozna jednak mo- 
wic 0 pogardzie do wlasnego cierpienia i poddanie go "pod jarzmo swej dumie". 
W gr
 wchodzil nadto honor rycerski i przekonanie, ze wyprawa, w ktorej brat 
udzial, byla zgodna z bull:} papiesk:}, a walka z niewiernymi jest form:} sluzby Bo- 
gu. W rzecz)'\vistoSci stanowisko papieza nie byio jednoznaczne. Dopuszczal moz- 
liwosc wojny "slusznej i koniecznej", a w wypadku wypra\\)' tangierskiej radzil nan1ysl 
i zwtok
 i w tym sensie instruowal hr. d'Ourem. Opinia papieska przyszta jednak 
zbyt pozno. Decyzja wyprawy zapadla w roku 1436. 
Calderon odbiegl daleko od wersji kronikarzy, a zwlaszcza Alvares'a. Popel- 
nil wiele nidcisloSci. Nie mogl np. interweniowac osobiscie "Alfonso, rey de Por- 
tugal", gdyz w roku smierci Dom Fernanda liczyl niespelna 11 lat. Kroniki nie 
wspominaj:} 0 
Iuleju *, z ktorego Calderon zrobit odpowiednik szlachetnego ry- 
cerza chrzdcijanskiego. Obci:}zaj:} natomiast win:} za zle obchodzenie si
 z jen- 
cami nieobecnego w tragedii Lazarague'a. Feniksana wywodzi si
 z wzmianki 0 litoSci 
okazywanej Dom Fernandowi i jego towarzyszom przez krolow:} Fezu i jej dwor- 
kip Calderon rozbudowal ten motyw swobodnie, oslabiaj:}c rzeczywiste katusze 
jencow. Konfrontacja z kronikami prowadzi do wniosku, ze El Principe Constan- 
te traktowany byl znacznie gorzej, niz wynikaloby to z tekstll tragedii. Nie wy- 
zyskat takze Calderon wstrz:}saj:}cego opisu zn
cania si
 nad zwlokami pokonanego 
przeciwnika. Niedoci:}gni
ciom tym przeciwstawia si
 fakt, ze nakrdlil ideal bo- 
hatera, ktory gardzil doczesn:} slaw:} i poklaskiem i post
puje zgodnie z przeko- 
naniami, chocby oznaczalo to m
czenski zgon. Jak wykazywali to przckonywuj:}co 
polscy komentatorzy 16ifcia Niezlomnego z prof. Kleinerem i prof. Folkierskim 
na czele, Slowacki w swej parafrazie arcydziela Calderona pogt
bit mot)'w dobro- 
wolnoSci ofiary. Niezawinione cierpienie jest dla Ksi
cia Nieztomnego form:} 
ofiary, sluz:}c:} Bogu. Godzi si
 na zadawane mu m
czarnie, uznaj:}c ich wyzsz:} 
celowose, wyrokami Boskimi usprawiedliwion'l. 
Dramat Calderona jest w najgl
bszym znaczeniu tego stowa sztuk:} chrzcSci- 
jansk:}, ukazuj:}c:} zwyci
stwo ducha nad cialem. Dlatego tak silnic przezywat j'l 
Stowacki z mistycznego okresu, ci
zko chory a due hem silny. 
Prof. Wladyslaw Folkierski we wst
pie do "Ksi
cia Niezlomnego" w wydaniu 
Biblioteki Narodowej z roku 1930 podkrcSla przektad Slowackicgo jako parafra- 
z
 poetyck:}. Poprzednicy, co przypomina prof. Folkierski, szli jeszcze dalej. 


. Prototypu dopatrzec si; mozna w Muley Schahu, wymicnionym rzekomo za ciato Dom Fer- 
nanda przez krola Alfonsa V w roku 1471. Zob. Folkierski, przedmowa do Ksifcia Niezlo1n11tgO, 
s. XXI. (M.D.Z.) 


106 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Prof. M. Szyjkowski np. pisal w roku 1905: "Oryginalod przekladu dzieli dwu- 
wiekowa przepasc, wraz z calym nieskonczenie subtelniejszym poczuciem piC;k- 
na polskiego poety, z rozwinic;tq kulturq mysli i przeczuleniem czucia". Przypomnial 
takze, ze "Prof. Porc;bowicz pisze, ze Calderon, gdyby zyl calowalby rc;ce nasze- 
mu poecie za takie dumaczenie. A ja (tj. Porc;bowicz) smiem twierdzic, ze hisz- 
panski poeta... nie poznaiby po prostu swego dziela. Pod wzglc;dem formy stoi 
przeklad bezwarunkowo v''Yzej''. Jest w tym wiele racji, ale - po starannym po- 
rownaniu wersji Siowackiego - opowiadam siC; za "przekladem poetyckim", przy- 
znajqc, ze olbrzymi wklad przemyslen, entuzjazmu i pracy sprawil, ze utwor jest 
bardziej dociqgnic;ty, dopracowany, ze nie wyczuwa siC; w nim pewnej "bruliono- 
wosci", t:ypowej dla masowcgo producenta sztuk teatralnych, jakim byl, przy ca- 
lym SW}111 geniuszu, Calderon. 0 swruelllioSci dumaczenia swiadczy taki np. szczeg61, 
ze nie dumaczy na polski naz\\'Y kwiatu ochrzczonego przez Feniksanc; "mara- 
viI q " (Dzien II, zmiana I, ww. 774-5), bo polski "nagietek" pozbawiony jest cu- 
downoSci slowa hiszpanskiego. Ale, jak slusznie stwierdzil prof. Folkierski, 
"doskonalose przekladu nie lezy w jego wie" rnosci . 
El Principe Constante Calderona jest okreslony w ostatnich slowach tragedii 
jako 


ellusitano Ferna11do, 
Principe en la ft constante 


- jest wic;c "ksic;ciem niewzruszonym" czy "wiernym". Dla Slowackiego jest 
czyms wic;cej: "Ksic;ciem Niezlomnym". 


.Li\1aria DanileJVicz-Zielinska 


Artykut opicra si
 na tckscie hiszpanskim El Principe Const,!11
e \V wydaniu E,dicion Aguila.r 
(Madrid 1941) i kronikach Ruy dc Pina i Fra Joao Alvares oraz zYCl.orysach Dom Fernanda w Dz- 
ciomirio de Historia de Portugal (art. ].V.Serr.1o W 1. II s.21O-1, Llsboa, c. 1960), F.o
tuna
o de 
Almeida: Historia dalgreja em Portugal. Nova 
d., Porto 1967, vol. I s. 492-
) I Dz::;zo11'!rzo Ec- 
clesistico, dir. Angelo Mercati,.!,-ug. Pelzer,. Tormo 1953, \0. I, s.1091. Na odcmku polskm: wal- 
n
 pomoq by to studium Mal'll StrzatkowCJ Caldero

 JV Polsce oraz prze
n
O\ya .prof..\
tad}staw
 
Folkicrskicgo do wydania Ksifcia Niezlo1n11ego w s,eru II, nr 55 
rak,o
vskleJ Blbhote.ki 
ar?dO\
eJ 
(Krakow, 1930); fotokopi
 tej przedmowy zawdzl
czam uprzeJmoscl prof. Andrzep Folkierskie- 
go, syna amora. (M.D.Z.) 


107
>>>
TRZY WIERSZE 


Trzy najwazniejsze wiersze polskiej poezji XX wieku. Po Czeslawie Miloszu 
("KwartalnikArtystyczny" nr 3/1S/1997),Stanislawie Lemie (nr4/16/1997), 
Janie J6zefie Szczepanskim (nr 1/17/1998), Ryszardzie Krynickim 
(nr 2/18/1998), Janie Twardowskim (nr 3/19/1998), Jaroslawie A1arku 
Rymkiewiczu (nr 4/20/1998) i Kazimierzu Hoffmanie (nr 1/21/1999) 
prezentujemy wyb6r Juliana Kornhausera. Kolejna wypowiedz w nast
pnym 
numerze. 


]ttlian [(ornhauser 


*** 


Wybrac trzy wiersze z catej dwudziestowiecznej liryki polskiej? Toz to horror. 
Praca niewykonalna. W dodatku nigdy nie czytalcm pojedynczych wierszy. I nie 
przyzw)'czajatem si
 do nich. Poezj
 odbieralcm caloSciowo, w kontekScie twar- 
czoSci danego poety. Nie ukrywam: nasze preferencje zmieniajq si
 wraz z nami. 
Wiersze, ktare wydawaly si
 kiedys oczarowaniem, teraz nie poruszajq wyobraz- 
ni. Wierszy, ktore ceni
, do ktarych powracam od czasu do czasu, ktore ciqglc 
mi cos mowi q , jest wiele. Sto, wiele setek. Widz
 przcd sob q raczej pojedyncze 
tomy, wybory, serie, a nie tytuly utworaw. Te zresztq zacieraj
 si
 szybko w pa- 
mi
ci. \Viem, ktorzy poeci Sq dla mnie wazni, co im zawdzi
czam, za co ich lu- 
bi
. Ale nie bylbym w stanie powiedziec, jaki jeden wiersz takiego autora wyrasta 
ponad inne. 
Taka ankieta, jak "Trzy wiersze" wymaga odpowiednicgo klucza. Raznie 1110Z- 
na wybrnqc z tej trudnej sytuacji. Na przyklad skupic si
 na wierszach autoraw 
zapoznanych. Na poetach zmarlych. Albo odwrotnic: zyjqcych i nalezqcych do 
rainych pokolcn. Moina tez wybrac trzy wierszc jednego autora. Zastanowic si
 


108 KWARTALNIK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
wylqcznie nad wierszami poetek, czy - dajmy na to - autoraw tylko jednej ksiqz- 
kip Nad wierszami, ktare znajdujq si
 we wszystkich niemal antologiach lub taki- 
mi, ktarych prazno szukae w jakichkolwiek przeglqdach liryki XX wieku. Taki klucz 
jest konieczny, gdyz wybar trzech tylko wierszy z ostatniego stulecia cos zakla- 
mie, niczego nie wyjasni. 
Na jaki wi
c klucz si
 zdecydowae? I co by z tego wyborn mialo wynikae? Prze- 
ciez nie ujawni
 dzi
ki niemu, jakie wiersze Sq dla mnie wazne, albo tez jakie by- 
Iy wazne w przeszlosci. Pokaz
 tylko, jak q drogq ich szukalem. Pewnie w zamyslc 
redakcji bylo ulozenie potencjalnej antologii poezji polskiej XX wieku. Nie wie- 
rz
, zeby to bylo mozliwe. Liczba "trzy" w tym wypadku nie wydaje mi si
 
szcz
sliwa. Gdybym nawet chcial \\ybrae po jednym wierszu waznych dla mnie 
poetaw (tylko zyjqcych lub tylko z pokolenia wojennego) nigdy bym nie zdolal 
tego zrobie w tak wyznaczonym, wqskim zakresie. 
Dlatego, aby usatysfakcjonowae Redaktora i nie wykr
cie si
 sianem, pozwa- 
lam sobie wybrae trzy wiersze tylko jednego autora, tylko z jednej jego ksiqzki, 
ktara jest niewqtpliwym poczqtkiem nowej, powojennej poezji polskiej. Mam na 
mysli Czeslawa 
1ilosza, jego Ocalenie i rok 1945. Te trzy wiersze to: Los, Poze- 
gnanie i Piosenka 0 koncll slViata. 


CzeslaH' Afilosz 


Piosenka 0 koncu s,viata 


\V dzien konca swiata 
Pszczola krqzy nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia blyszczqCq siee. 
Skaczq w morzu wesole delfiny, 
Mlode wrable czepiajq sic; rynny 
I WqZ ma zlotq skar
, jak powinien miee. 


"V dziel1 konca swiata 
Kobiety id q polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawolujq na ulicy sprzedawcy warzywa 
I ladka z zaltym zaglem do wyspy podpl)'\\a. 
Diwi
k skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaidzistq odmyka. 


109
>>>
A ktorzy czekali b!yskawic i gromow, 
Sq zawiedzeni. 
A ktorzy czekali znakow i archanielskich trqb, 
Nie wierzq, ze staje siC; juz. 
Dopoki slonce i ksic;zyc Sq w g6rze, 
Dop6ki trzmiel nawiedza r6zc;, 
Dop6ki dzieci rozowe siC; rodz q , 
Nikt nie wierzy, ze staje siC; juz. 


Tylko siwy staruszek, ktory by! prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajc;cie, 
Powiada przewiqzuj}c pomidory: 
Innego konca swiata nie bc;dzie, 
Innego konca swiata nie bc;dzie. 


Czeslaw Afilosz 


Pozegnanie 



16wic; do ciebie po latach milczenia, 
M6j synu. Nie ma Werony. 
Roztarlem pyl ceglany w palcach. Oto co zostaje 
Z wielkiej milosci do rodzinnych miast. 


S!yszC; tw6j smiech w ogrodzie. I wiosny szalonej 
Zapach po mokrych listkach przybliza si
 do mnie, 
Do mnie, ktory nie wierzqc w zadnq zbawczq moc 
Przezylem innych i samego siebie. 


Zebys ty wiedzial, jak to jest, gdy nOCq 
Budzi siC; nagle ktos i zapytuje 
StYSZqC bijqce serce: Czego ty chcesz jeszcze, 
Nienasycone? Wiosna, slowik spiewa. 


Smiech dziecinny w ogrodzie. Pierwsza gwiazda czysta 
Otwiera siC; nad pianq nie rozkwidych wzg6rz 
I znow na usta moje wraca lekki spiew, 
I mlody znowu jestem jak dawniej, \V Weronie. 


110 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Odrzucic. Odrzucic wszystko. To nie to. 
Nie b
d
 wskrzeszac ani wracac wstecz. 
Spijcie, Romeo i Julio, na wezglowiu z potrzaskanych pior, 
Nie podnios
 z popiolu waszych qk zlqczonych. 
Opustoszale katedry niech nawiedza kot 
Swiecqc irenicq w oltarzach. Sowa 
Na martwym ostroluku niech usciele gniazdo. 


W skwarne, biale poludnie wsrod rumowisk WqZ 
Niech grzejc si
 na lisciach podbialu i w ciszy 
Lsniqcym kr
giem owija niepotrzebne zloto. 


Nie \Vroc
. Ja chc
 wiedziec, co zostaje 
Po odrzuceniu wiosny i mlodosci, 
Po odrzuceniu karminowych ust, 
Z ktorych w noc parnq plynie 
Fala goqca. 


Po odrzuceniu pidni i zapachu wina, 
Przysiqg i skarg, i diamentowej nocy, 
I krzyku mew, za ktorym biegnie blask 
Czarnego slonca. 


Z zycia, z jablka, ktore przeciql plomienisty noz, 
Jakie ocali si
 ziarno. 


Synu moj, wierzaj mi, nie zostaJe me. 
T ylko trud m
skiego wieku, 
Bruzda losu, na dloni. 
Tylko trud, 
Nic wi
cej. 


KraktJJv, 1945 


111
>>>
Czeslaw Milosz 


Los 


Czy tym samym jest zol}dz i d}b oszronialy? 
Czy tym samym jest paprot i w
gicl kamienny? 
Czy tym samym jest kropla i fal morskich waly? 
Czy tym samym jest metal i pierscionek cenny? 


Czemu wi
c zapytujesz mnie 0 wiersze dawne 
I 0 minionych dziewczyn cudaczne imiona? 
Niech wiersze moje drog} jak} kto chce chodz'-l, 
Niechaj moje dziewczyny innym dzieci rodz}, 

1nie w
giel, d1b i pierscien, i tala spicniona. 


Goszyce, 1944 


* 


Trzy wiersze, trzy podobne spojrzenia na los czlowieka i zycic w momcncic 
najwi
kszego zagrozenia. Przy pomocy prostych slow (niemal jak w SJViecie), wy- 
mownych obrazow-przeciwstawien. !\-1
skie, odwazne wypowiedzcnic prawdy, ze 
liczy si
 tylko trud istnienia i wiara w przyszlose. 


Julian Kornhauser 


112 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z NY
>>>
PO CO PISZ
? 


Kontynuujqc ankiet
, po odpowiedziach: Czeslawa 
1ilosza ("Kwartalnik Ar- 
tystyczny" nr 4/8/1995), Ryszarda Krynickiego, Juliana Kornhausera (nr 
1/
/1996), Jana Jozefa Szczepanskiego, Tadeusza Konwickiego, Zbignie- 
\Va Zakie\\lcza,Aleksandra Jurewicza, Andrzeja Stasiuka (or 2/10/1996), Hen- 
ryka Grynberga, Stefana Chwina, Kazimierza Brakonieckiego (or 3/11/1996), 
Tadeusza Rozewicza, Urszuli Koziol (nr 4/12/1996), Michala Glowmskie- 
go, Bogdana Czaykowskiego (or 1/13/1997), Kazimierza Hoffmana, Janu- 
sza Stycznia (nr 2/14/1997), Grzegorza Musiala, Krzvsztofa Karaska 
(nr 3/15/1997), Floriana Smieji, Macieja Niemca (nr 4/16/1997), Bole- 
slawa Taborskiego, E\\y Sonnenberg (nr 1/17/98), Marka K
dzierskiego, 
Leszka Szarugi (nr 2/18/98), Ludmily 
1arjanskiej, Janusza Szubera, Jana 
Twardowskiego, Piotra \Vojciechowskiego, Bohdana Zadury (nr 3/19/98), 
Adriany Szymanskiej, E\\y Kuryluk, Urszuli 
1. Benki (nr4/20/1998), Jozefa 
Kurylaka, ks. Jana Sochonia (nr 1/21/1999) zamieszczamy kolejne wypo- 
wiedzi. Ciqg dalszy w nast
pnym numerze. 


Ryszard I(apltfcins/
i 


*** 


Dlugie lata lldawalo mi siC; unikn
lc odpO\\ledzi na pytanie, dlaczego pisz
. A jest 
ono zadawane czc;sto. W czasie wieczorow autorskich, roznych rozmow i spotkan 
zawsze mozna oczekiwac, ze ktos b;dzie probowat wywolac nas w tej sprawie do 
t.lblicy. Pytanie jest klopotliwe. Nie tylko dlatego, ze czlowiek nie zawsze dobrze 
wie, dlaczego pisze, ale rowniez dlatego, ze wszelka odpowiedz kryje w sobie nie- 
bezpieczenstwo pretensjonalnoSci. Czegos nadc;tego, jakiegos koturnu. Sartre, 
przeczuwajqc t; pulapkC;, pomin;ll jq kiedys, llzywajqc w tym miejscu bezosobo- 
\Vego, heidcggcrowskiego "sic;". Dlaczego SI
 pisze? - zapytal i napisal na ten te- 
mat 25-stronicowy esej. 
Nie llmialem nigdy odpowiedziec na zadnq z licznych ankiet \V tej sprawie, 
Z ll\\'agq czytalcm wypowiedzi roznych pisarzy na tcn temat. Ich opinic mozna 
by podziclie na dwie grllpy. 


113
>>>
Pierwsza starala si
 traktowac swoje motywy prosto) przyziemnie i pragmatycz- 
nie. ))Pisz
) bo musz
 z czegos zyc. Musz
 zarabiac) a wlasnie pisanie przynosi 
mi niezle dochody». To jest) powiedzialbym) anglosaska) a scislej amerykal1ska 
szkola myslenia. Jdli jakis Amerykanin spyta mnie) co robi
) a ja mu odpowiem: 
))Pisz
))) to jego nast
pne pytanie nie b
dzie dotyczyc rodzaju czy jakosci tego) 
co pisz
) lecz b
dzie brzmialo: ))A ile egzemplarzy swoich ksiqzek sprzedales?" 
I od razu b
dzie wiedzial) czy moja literatura jest cos warta) czy to po prostu bez- 
uzyteczna cegla. 
\V drugiej grupie odpowiedzi motywy byly juz znacznie bardziej zroznicowa- 
ne. Tu midcily si
 i zewn
trzne nakazy) i spontaniczne impulsy) i nieodparte pra- 
gnienie wyrazenia s\Voich wizji. Te wszystkie powody i pobudki to oczywiscie 
romantyczna szkola myslenia) ktora za wspolny mianownik ma poj
cie misji. Pi- 
SZqC) spelniam jakqs misj
. Pisanie jest misjq. 
Trudno mi znalezc dla siebie miejsce w ktorejs z tych grup. Pisanie dla godzi- 
\Vego zysku? 0 tym mogq mowic glownie autorzy literatury rozrywkowej - ro- 
mansowej i kryminalnej. Pisanie jako spelnienie boskiej misji? To moze brzmi dzis 
nazbyt wyniosle i patetycznie. Zresztq na pytanie) dlaczego pisz
) odpowiadajq 
glownie ludzie) ktorzy wlasnie w tej chwili) w tym momencie zycia pisz q . A ta- 
kich jest stosunkowo niewielu. Historia literatury) kazdej literatury) to - jak juz 
wielokrotnie zauwazono - wielkie cmentarzysko nazwisk i dzid. \Vystarczy wziqc 
do r
ki jakikolwiek podr
cznik albo zrobic przeglqd swoich znajomych z lat daw- 
nych. Gdzie Sq ci wszyscy ongis dobrze zapowiadajqcy si
 poeci) prozaicy) repor- 
terzy) dramaturdzy? Byly ich przeciez dziesiqtki. Gdzie Sq? Kto ich czyta? Przeciez 
cz
sto) jdli nie najcz
sciej) choc oczywiscie nie zawsze) pisanie jest krotk q przy- 
god q zycia) u zrodel ktorej lezy potrzeba wypowiedzenia si
 i towarzysZqce jej 
ozywienie wyobrazni i nadzieja. Nadzieja) ze oto stan
lismy u progu jakiejs po- 
ciqgajqcej) niezwyklej i nieznanej nikomu krainy. 
W zaleznoki od tego) jak bogata i bujna okaze si
 owa kraina) tak dlugo trwac 
b
dzie nasza przygoda z pisaniem. Nasz) jak to okrdlil Jan Blonski) romans 
z tekstem. Pytanie ))dlaczego pisz
?» wolalbym sformulowac inaczej) a mianowi- 
cie: dlaczego pisz
 to) co pisz
. Czy raczej - dlaczego pisz
 to) 0 czym pisz
. 
Zaczynalem jako dziennikarz) jako korespondent agencyjny. Sytuacja) w jakiej 
si
 znalazlem) miala w sobie pewnq zasadniczq sprzecznosc. Z jednej strony) po- 
drozujqc z kraju do kraju) z kontynentu na kontynent) odkrywalcm swiat prze- 
bogaty) fascynujqcy) jeszcze wczoraj nie znany mi i nawet nie przeczuwany. 
A z drugiej - instrument przekazu) ktorym dysponowalem) a wi
c dcpesza pra- 
sowa) ktora z koniecznosci operowala takim powierzchownym i plytkim skrotem) 
ze gubilo si
 w niej cale bogactwo innosci i pelnia tamtego swiata. Otoz wlasnie 
z tego niedosytu) z poczucia ulomnosci i banalu) jakim jest dziennikarstwo agcn- 
cyjne (a pracq W agencji oplacalem s\Voje podroze)) zaczqlem pisae ksiqzki. 
Kazda z tych ksiqzck to niejako drugi tom pewnej calosci) pewnego dyptyku) 
ktore tom piefwszy to zalegajqce dzis w archiwach agencji moje scrwisy informa- 
cyjne z Mryki) Azji) Amcryki Lacinskiej. Te podrozc i zycic w roznych cz;sciach 


114 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
naszej planety byly .wowczas, w erze jeszcze przedtelewizyjnej, odkrywaniem 
prawdy niezwyklej. Ze nie jestdmy sami na swiecie. 'Ze nalezymy do wielkiej ro- 
dziny czlowieczej, ktora jest liczna i coraz liczniejsza, a takze wielokulturowa, wie- 
loj
zyczna, wielorasowa. Wlasnie rodzina czlowiecza. 

1niej wi
cej w tym czasie, kiedy zaczqlem swoje odkrywanie swiata, mialo miej- 
see wydarzenie glosne i wazne. W Muzeum Sztuki Wspolczesnej w Nowym Jorku 
zostala otwarta w 1955 roku Vvystawa "Rodzina czlowiecza". Z ponad 2 milionow 
zdj
e wybrano 503 fotografie ilustrujqce zycie mieszkancow naszej planet)'. Zdj
- 
cia pokazujq wspolnot
 naszego losu. Wspolnot
 przezye, uczue i doswiadczen na- 
szych braci i siostr zyjqcych pod wszystkimi stopniami dlugosci i szerokosci 
gcograficznej. Czlowiek jest jeden - mowi q aurorzy wystawy. I swiat jest jeden. My 
wszyscy jestdmy swiatem. 
Przelomowe jest znacznie tej wysta\\y i calej filozofii, z ktorej narodzila si
 
inicjatywa i pomysl. Mowila ona, ze wiek XX byl nie tylko stuleciem wojen, dru- 
tow kolczast)'ch i obozow, nie t),lko wiekiem niszczycielskich totalitaryzmow, po- 
nizenia i smierci, ale jednoczdnie byl to wiek dekolonizacji i demokracji, wiek, 
ktory dzi
ki dqzeniu milionow ludzi do wolnosci i dzi
ki rozwojowi globalnej 
komunikacji stal si
 stuleciem narodzin rodziny czlowieczej. 
1ialem szcz
Scie bye 
swiadkiem tego momentu i chcialem bye jego kronikarzem. Powstanie na naszej 
planccic rodziny czlowieczej to oczywiscie dopiero poczqtek skomplikowanego, 
trudnego, dramat)'cznego procesu. 
To rowniez nowy temat dla literatury. Nowy, bo nie mamy tu wielu wzorow, 
do ktorych mozna by si
 odwolae. A wiele z nich jest wr
cz nieuzytecznych czy na- 
wet negatywnych. Punktem centralnym jest tu kwestia naszego stosunku do inne- 
go, do drugiego, do obcego. W pismiennictwie europejskim mamy w tej dziedzinie 
dwa t)'py tradycji: antropologicznq, terenOWq i filozoficznq, abstrakcyjnq. Podejscie 
antropologa europejskiego do przedstawicieli innych kultur bylo podejsciem bada- 
cza do badancgo obiektu. Badalo si
 i opisywalo jakqs spolecznose odleglq i trak- 
towanq statycznie. Uzyskiwalo si
 efekt innosci i przedc wszystkim - obcosci. 
Drugic podejScie to bylo tr.1ktowanie czlowieka jako bytu abstrakcyjnego, wypre- 
parowanego z kontekstu historycznego i przede wszystkim kulturowego. Tak jak- 
by uwarunkowania czasowe i kulturowe w ogole nie istnialy i nit: ksztaltowaly. 
Najwi
kszym jcdnak niebezpieczel1stwem db losow rodziny czlowieczej jest 
wrogose czy nawet zwyczajna ucieczka przed innymi, niech
e spotkania z nimi, 
zamykanie si
 we wszelkiego rodzaju niszach i bunkrach, prowincjonalizmie i na- 
cjonalizmie, w arogancji i etnocentryzmie. \V t)'m, co Dostojewski nazwal kie- 
dys kolem. Cytuj
: "Najbardziej Sq u nas rozpowszechnione kola" - pisal150 lat 
temu w swoim "Dzienniku pisarza". Bo w kole mozna najbardziej beztrosko i blo- 
go sp
dzie swoje pozyteczne zycie mi
dzy bywaniem a plotk q . 
Najch
tniej okrdlilbym swojq profesj
 jako zawod dumacza. Tylko dumacza 
nie z j
zyka na j;zyk, ale z kultury na kultur
. Jeszcze w 1912 roku Bronislaw 
Malinowski zwrocil uwag;, ze swiat kultur nic jest swiatem. hierarchicznym. By- 
10 to wowczas bluinicrsrwo db wszystkich eurocentrykow. Ze nie ma kultur wyz- 


115
>>>
szych i nizszych, ze wszystkie kultury Sq rowne, tylko po prostu rozne. Jest to 
tym bardziej pr.1wdziwe dzis, w naszym \\ielokulturowym swiecie, tak bardzo zroz- 
nicowanym, ale i coraz silniej ze sob q powiqzanym i wzajemnie si
 przenikajq- 
cym. Rzecz w tym, zeby mi
dzy kulturami udalo si
 stworzyc stosunki nie 
zaleznosci i podleglosci, ale porozumienia i partnerstwa. T ylko wowczas jest 
szansa, aby w naszej rodzinie czlowieczej nad wszystkimi wrogosciami i kontlik- 
tami gor
 brala zgoda i zyczliwosc. Na moim maIcftkim, mikroskopijnym odcin- 
ku chcialbym si
 do tego przyczynic. I oto, dlaczego pisz
. 


Rysznrd KapuScillSki 


OdpoJJ7iedi Ryszarda KapuScil1skiego jest skrocollq wcrsjq JVykladu JVJ:gloszollego lla Ulli- 
JVe1"S)'tecie Slqskim JJ7 Katowicach 16 paidzierllika 1997 roku, a opublikoJJ1allego p,'zez "Ga- 
zetf Wyborczq" 2grudllia 1997 roku. Tekst drukujemy za zgodq autora. (red.) 


Aleksa'fldra Olfdzka- Frybeso1va 


*** 


Slow nie kieruje siC; do siebie samego. Sluzq nam do przekazywania innym wla- 
snych mysli, emocji i przezye. 
Kiedy Sq to przezycia zwane pozytywnymi, dzielenie si
 nimi jest tym bardziej 
naturalne; jest potrzeb q , 
Nalezq do nich przypatrywanie siC; swiatu, zdziwienic i rodzqcy siC; cz
sto 
z niego zachwyt: za pi
knem swiata kryje siC; jego sens. 
W bardzo dawnym, mlodzienczym czy moze na\\'et dziecinnym wierszu pisa- 
lam 0 tym naiwnie: "ludziom otwierae oczy". 
W zebranych wierszach wydanych niedawno pod tytulcm "Powiem tak" zna- 
lazl si
 taki, ktory choe nazwany "Jak pisae", moglby siC; nazywae "Po co pisz
?", 
Jego pierwszy czterowiersz brzmi: 


pisac tak jak si
 bierze rzeczy \V r
ce 
icby je poznac a nie zniszczyc 
dawac innym 
cieplejsze 0 dotyk. 


Aleksandra Olfdzka- FrybesoJPa 


116 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Aleksa ndra Olfdzka- Frybeso1va 
aniol innosci 


ten1U "nie" 
co si
 przechadza mi
dzv nami 
wielkiemu nic J 
kroczqcemu drobnymi krokami 
tam i z powrotcm 
z powrotem i tam 
co bierze nas pod r
k
 
zaglqdajqc \V oczy 
przymilnie 
z groib q na dnie 
swoich szklistych irenic 


powiedzial "nien 


kto? nie wiem 


moze \\' pozycji sfinksa zaczajony 
mi
dzy nami db naszej obrony 
dla nicpoznaki skrzydlaty 
przez nas oka1eczony 


aniol innosci 


f .I 


\
 'J' 
fIJlr 
 

\ '.
 
. ' , 
I 
\.. 
"!:bJ 


- 



 
., '\ 

 '. 
. 
.
.. ' 
. f 
, 
 .A, 
:'\ ',
 '. r"t 
',,' 


.. 
.,...... ... 
-.... ---' ,. 


. 


AleksR1ldra Olfdzka-FrybcsoJVa, ur. 1923, poctka, tlumaczka, cscistka. Studiowata polonisry- 
kt;. W czasic okupJ.cji i Powstania Warszawskicgo byla l;Jczniczk;J AK. Od roku 1946 publikowa- 
la wicrszc, przcklady i cscjc w czasopismach litcrackich, Wydala sicdcm zbiorow poctyckich oraz 
cz
cry tomy csejow 0 sztucc, przedc wszystkim sredniowiecznej. PrzdozytJ. ponad dwadzidcia 
kSl;Jzck (poezj
, prozC, escistykc z jC7yka francuskiego i angidskiego. 


117
>>>
tyle tego az 


rosa biab. drzqca od chlodu i szcz
scia 
i cisza trqca obloki az dzwoni q jak kostki lodu 
do zawrotu glowy 


zwyczajnosc stqpa powoli z palcem nJ. wargach bo wie 
czego nawet trawy wpatrzone w ziemi
 niepoj
tq nie 
wiedz q 


skqd tyle tego i dlaczego wieje wiatr z tamtej strony 
skqd nikt nie wraca tylko drzewa szumem skrzydlate 
az do utraty tchu 


Boie Narodzenie 1998 


swiat podwojony 


swiat zaglqda mi przez rami
 
kiedy czytajqc wodz
 palcem po kartach 
ci
zkiej ksi
gi pisanej krwi q i urode} 
swiata 


czuj
 na karku jego oddcch 
goqcy i zdyszany 
i zrenice rozszerzajq mi si
 
kiedy patrz
 w jego oczy 
zadziwiona 


przezroczyste ciemne jak woda 
kt6rej nie znamy 
dna 


118 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
alchemil 


dla dialektyki 
sprzecznych zywiolow 
przeciwienstw wrqcych 


w miseczcc dloni 
pod odwroconq mis q nieba 
wyszukal motto przemieniajqce 


niedorykalne mi
kkie jak luk t
czy 


cieple jak swiezo udojone mleko 
mialo smak chleba 


Aleksandra Ol{dzka- Fr)'beso1Va 


119
>>>
Anna Bolecka 


I(ochany Franz * 


s 
.
 

 
:J 

 
2 


Praga, kJViecie1i 1912 


--- 



 
:J 
- 
,... 

 
,... 
;.i3 


Franz do Maksa 


.... 
;..L: 


Maksie kochany, 
odczuwalem wczoraj tak nagh}c,! potrzeb
 znalezienia kogos, kto choeby tyl- 
ko dotknie mnie przyjaznie, ze bylem z prostytutk'! w hotelu. Jest za stara, by 
jeszcze mogla bye melancholijna, tylko boli j'!, choc nie dziwi, ze wobec prosty- 
tutek nie jest si
 tak czulym jak wobec kochanek. Nie pocieszalem jej, bo i ona 
mnie nie pocieszyla. 
Wyboru dokonalem swiadomie. Widzialem t
 kobietc; kilka razy na Grabenie. 
\Vygl,!dala jak kazda inna, nieco zm
czona i nie dbaj
ca 0 siebie, taka jak
 mija 
si
 oboj
tnie na ulicy. Nikt nie odkryl w niej uroku tylko ja. \Viedzialem, kim ona 
jest, a ona mnie nawet nie zauwazyla. 
Odnalazlem j'! z latwoSci'!, bo znalem jej imi
. Poprosilem tylko, zeby spotka- 
la si
 ze mn
 w hotelu. 
ie bylbym w stanie nawet spojrzec na ni
 w tym strasz- 
nym miejscu, gdzie kobiety i m
zczyzni trac
 swoje ludzkie twarze. 
Czekaj,!c na ni,! czulem, ze zaraz ,,,ybiegnc; z pokoju hotclowego i b
dc; p
- 
dzil tak dlugo, az zatrzymam si
 na kraw
dzi przepasci, ale i to mnie nie powstrzy- 
ma przed dalszym biegiem, byle dalej, bylc dalej. 
11imo to wci
z siedzialem w miejscu, nieporuszony niczym kolek, kt6ry po- 
zostawiono tu przez zapomnienie, i czekalem na cos, choe wiedzialem, ze to przy- 
niesie mi tylko jeszcze gl
bszy smutek i upokorzenie. 
\Vreszcie si
 zjawila. Miala ciemny plaszcz, kapelusz z woalk
 i wygl,!dala jak 
kobieta zdradzaj,!ca m
za, ktora przyszla na schadzk
 z kochankicm. Bylcm jej 
za to w pcwien sposob wdzi
czny. Z drzeniem oczekiwalem jakichs prostackich 
slow, ale szcz
sliwic nic takiego nie nasqpilo. Byla rzeczowa, lccz nie chlodna, 
i straszne napi
cie, w jakim trwalem tu przez ostatnic kilkanascie minut, oslablo. 
Z bliska okazala si
 bardziej postawna i masywniejsza, niz zdawala si
 bye na 


Anita Bolecka, ur. w Warszawic. Studiowala filologi
 polsk:} na Uniwcrsytccie Warszawskim. 
PracO\
a!a.w Wydaw,:!ictwic "Czytclnik" .'': rcda
cj
 w
pokzes
cj,litcratury polskicj. Zadebiutowa- 
ta pOWICSCI} Lee do nteba (I 
89). Drug} JeJ pOWlCSC Btaiy kamtcn (1994) wyrozniono nagrod} im. 
Wladystawa Rcymoma; kSI}zka zostala przedumaczona na nidcrland7ki, nicmiccki i dUllski. 
. Fragmcnt najnowszcj powicSci pt. Kochany Fra1lz, ktora ukazc si
 naktadcm Wydawnictwa 
"Szpak" . 


120 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
ulicy, kiedy ukradkiem sledzilem jq z daleka. Duza jasna twarz 0 wysokich ko- 
kiach policzkowych, plaska jak talerz, i to zaraz pO wylizaniu, usta obrzmiale, CO 
wzbudzilo we mnie zaraz niedobre podejrzenia, i os try podbrodek. 
Stab przede mnq lekko przechylona w biodrze; nie wiem, czy to swiatlo od okna 
sprawilo, ze zdawala mi si
 jakas nieforemna. Kiedy jednak zblizyla si
 do krzesla, 
wrazenie min
lo i musialem przyznac, ze jest calkiem dobrze zbudowana. 
!\1ilczalem, az w koncu troch
 zdziwiona spojrzala na mnie i spy tala, czy mam 
jakid specjalne zyczenia. Poniewaz nie moglem wydobyc glosu, pokr
cilem tyl- 
ko glow
. 
Zaczt;la si
 rozbierac, na tyle wolno, ze moglem troche; ochlol1qc. ]eszcze w hal- 
ce i gorsecie znikne;la za parawanem i wtedy musialem przytrzymac si
 brzegu 
stolu, zeby nie rzucic si
 w stronc; zbawiennych drzwi. 
Wreszcie wyszla zza parawanu, zrzucila halk
 i gorset, pozostajqc tylko w majt- 
kach i POl1czochach. Powiedziala, ze raz widziala mnie na ulicy, jak sie; jej przy- 
glqdam, i dzi
kowala mi, ze wowczas do niej nie podszedlem. \Vreszcie polozyla 
mi swoje na wpol nagie cialo na lozku niczym jakis corpus delicti. Patrzylem na 
jej rozchylone usta przypominajqce otwor jamy, w ktorej wlasnie skryla si
 mysz. 
Nie be;de; ci mowil, co bylo potem. Prawd q jest, ze nie dalem tej kobiecie zad- 
nej satysfakcji. Bylcm zimny jak syberyjskie przestrzenie, martwy jak kamien; go- 
rzej, bo kamien potrafi przyj..lc w siebie cieplo slonecznych promieni, a ja nawet 
do tego nie jestem zdolny. 
Zamykalem oczy, zeby nie patrzec na jej twarz, i tylko wciqz widzialem obraz 
siebie na smietniku i spadaj
ce na mojq glow
 gnij
ce odpadki. Z jakqs t
p
 pre- 
cyzjq rejestrowalem otaczaj..lce mnie szczegoly. Dziur
 w powloczce poduszki i bia- 
Ie kl
bki pierza, plamc; na kianie, ktorej kontury przypominaly mi wysp
 stracencow, 
nocnik nie dose dyskretnie wsunie;ty pod lozko, sakiewk
 na stole, ktora niedwu- 
znacznie dawala do zrozumienia, ze za hallb
 trzeba placito A jednak, kiedy si
 
to wszystko wreszcie skOl1czylo i odwrocona plccami do mnie sznurowala buci- 
ki, niewinnose tego dziecic;cego gestu przeniknc;la mnie do gl
bi. 


RUzena do Maksa 


Praga, maj 1912 


\Vielcc Szanowny Panie Doktorze, 
nadzwyczajna okolicznose zmusza mnie, aby do Pana pisae. Inaczej nigdy 
ym 
siC; nie odwazyla nicpokoic \Vielce Szanownego Pana. \Veszlam przypadkiem 
\V posiadanic Pan a wizytowki z adresem biurowym, wit;c pisz
, bo moze Pan bc;- 
dzie mogl mi pom6c zalatwic PCWl1.} niecierpi.lCq zwloki spraw
. Powiem jasniej, 
bo siC; Szanowny Pan pewnic pl}cze w domyslach, 0 co chodzi. 
Oncgdaj byl u mnie pewien pan, maje;tny i wazny urz

nik, doktor,. kt
1): pr
ez 
roztargnicnic zostawil swoje wazne notatki. l\lyslalam, ze te
 p
n zJawl Sl
 m
- 
bawem, tak jak obiecywal, ale czas mija, a on nie przychodzl. Nle znam naZWI- 


121
>>>
ska ani adresu tego pana doktora, ale wsrod notatek znalazlam wlasnie bilet wi- 
zytowy Wieke Szanownego Pana. 
Upraszam wi
c 0 jakikolwiek, odpowiadajqcy Panu, kontakt ze mn
, abym mo- 
gla zwrocic, co nie do mnie nalezy. Nadmieni
 jeszcze tylko, ze rzeczony pan 
jest bardzo wysoki, szczuply, wyznania mojzeszowego i bynajmniej nad podziw 
delikarny. 
Ufam, ze Wieke Szanowny Pan go zna i udzieli mi stosownej pomocy w tej 
delikatnej spra\vie. 
Pewnie si
 juz Pan domysla, kim jestem, ale musz
 dodac, ze pochodz
 z sza- 
nownej rzemidlniczej rodziny, a moj ojciec jest uczciwym czlowiekiem. Ja skon- 
czylam szkol
 powszechn
 i tylko nader smutne wypadki doprowadzily mnie do 
obecnej mojej niefortunnej pozycji. Gdyby nie to, ze musz
 zwrocie temu panu 
notatki, nigdy bym si
 nie osmielila deranzowac Pana Szanownego swojC} osob
. 
Przepraszam stokrotnie i pozostaj
 unizonC} slug
. 


Maks do Franza 


Praga, maj 1912 


Kochany Franz, 
a zatem krotko - w sprawie twoich zapiskow. Juz je odebralem. S
 bezpiecz- 
ne u mnie i nie musisz si
 niepokoic. Ta osoba odd ala mi je w poniedzialek w po- 
ludnie. Nie obawiaj si
, ze czytala twoje papiery. Nie smialaby ich tkn
c. Przej
ta 
jest wobec ciebie nieomal naboznym drzeniem. Mowi 0 tobie z zachwytem i naj- 
wyrazniej czeka na kolejne spotkanie. 
S
dz
 jednak, ze lepiej by bylo, gdybys przy tego rodzaju osobach zachowal 
daleko id
c
 ostroznosc. Inna na jej miejscu moglaby wykorzystac twoje roztar- 
gnienie. Nie SC} to kobiety zbyt subtelne, ale ta najwyrazniej rozni si
 od swoich 
kolezanek. A zatem notatki s
 u mnie, dostarcz
 ci je jak najrychlej, zebys juz nie 
musialo tym myslec. 


T woj Maks 


Maks do Hugona 


Praga, maj 1912 


Doktorku kochany, 
wiem, ze Franz pisal ci 0 swoich klopotach z pewn
 kobiet
 w sposob, ktory tyl- 
ko jemu jest wlaSciwy. No coz, nie stalo si
 nic, czego nie mozna by naprawie. Zwy- 
kle niefortunne zdarzenie. Franz spotkal si
 z t
 kobiet
 bodajze trzy razy. Mowil 
mi 0 tym dose zdenerwowany, bo za trzecim razem tak byl roztargniony, zc zo- 
stawil w pokoju hotelowym swoje notatki. Przyczynq tego stal si
 prawdopodob- 


122 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
nie pospiech, z jakim opuszczal to miejsce, ktore nazywa "poczekalni
 sumienia". 
Wyobraz sobie, ze dostalem od tej osoby liscik, w ktorym tlumaczy, jak we- 
szla w posiadanie mojego adresu, i prosi 0 spotkanie. Wahalem si
, czy si
 zgo- 
dzie, ale uznalem, ze lepiej szybko zalatwie t
 spraw
, i nawet si
 ucieszylem, ze 
oszcz
dz
 przyjacielowi niepotrzebnych klopotow. 
Umowilem si
 z ni
 na Poficu, w barze, gdzie nie by\Vaj
 moi znajomi, a juz 
na pewno nie chodz
 tam damy, ktore znam. Bylem pewien, ze latwo j
 rozpo- 
znam, po stroju, po wyrazie twarzy, czy ja wiem po czym jeszcze. Ale zycie spra- 
wia nam niespodzianki i poucza nas, abysmy nie traktowali ludzi lekcewaz
co tylko 
dlatego, ze zyj
 inaczej niz my. 
Przyszedlem przed umo\\'ion
 godzin
 i usiadlem pod scian
 naprzeciw drzwi. 
Byla pora obiadu, wi
c nikogo nie moglo dziwie, ze siedz
 tu i czekam na zna- 
jomych. Zadna z nielicznych pan, ktore wchodzily do srodka, nie mogla bye jed- 
nak t
, na ktoq czekalem. 
Czas mijal, zacz
lem si
 niecierpliwie. W glt;bi sali widzialem co prawda mlo- 
d
 kobiett;, ktora podobnie jak ja nie zamowila obiadu i ktora po pewnym cza- 
sie zacz
la dyskretnie zerkae w moj
 stron
. Nie reagowalem jednak. Byla zbyt 
skromna i niepozorna, abym mogl przypuszczae, ze to kobieta lekkich obycza- 
jow. Kiedy jednak zobaczylem w jej r
kach notatnik oprawny w czarn
 skor
, zro- 
zumialem, ze to wlasnie ona. 
Podszcdlem do jej stolika, wci
z niepewny, gotow w kazdej chwili przepra- 
szae mlod
 dam
 za najkie. Miala na sobie ciemnobr
zowy zakiet, bial
 bluzk
 
z zabotem, \Vlosy ukryte pod niewielkim ciemnym kapeluszem. lej jasna, ladna 
twarz pozbawiona byla makijazu. Patrzyla na mnie i cien zazenowanego usmie- 
chu pojawil sic; w jej oczach. 
Zanim zd
zylem si
 przedstawie, ona pierwsza powiedziala swoje imi
 i na- 
zwisko. 
- Ach, to pani! - wyrwalo mi si
 i zamilklem, czuj
c si
 dose glupio i nie wie- 
dz
c, jak mam si
 zachowae wobec tej dziewczyny tak mlodej, ladnej i niewin- 
nej, jakby cale jej dotychczasowe zycie bylo dopiero przygotowaniem do doroslosci. 
Usiadlem jednak, choe pocz
tkowo obiecywalem sobie, ze odbior
 tylko zagu- 
bion
 rzccz i natychmiast odejd
. 
- Bardzo mi przykro, ze tak si
 stalo, i stokrotnie pan a przepraszam za smia- 
lose - zacz
la, a ja patrzylem na jej peine usta, zadarty nosek, na obnazon
 po- 
nad kolnierzykiem glJdk
, biat} szyj
. 
Polozyla notes na stole, mic;dzy nami. \Vystarczylo si
gn
e tylko r
k
, wzi
e go 
i odejse, ale ja tkwilem w swoim krzdle milcz
cy i nieruchomy. Spogl
dala na mnie 
sploszonym wzrokiem, wci.}z pdna poczucia winy, a jednak w sposobie, jakim uno- 

ila glowe;, dostrzcglem nieSwiadome, a moze skrywane poczucie dumy. 
- Czy pani cos zje, przeciez to pora obiadu? - spytalem nieoczekiwanie dla 
siebic samego. 
Zauwazylem lckkie zdumienie, z jakim uniosla brwi. Odmowila jednak sta- 
nowczo. 


123
>>>
- Nie chc
 pana narazac na nieprzyjemnoki. Zaraz sobie pojd
. Moj klient... 
to znaczy ten pan, z kt6rym bylam, mogl przypuszczac, ze celowo zatrzymalam 
cos, co do niego nalezalo. A to calkiem nieprawda, nigdy niczego nie wzi
lam... 
I taki pan, taki pan magI pomyslec... - zaj}kn
la si
. 
- Nez ten pan nawet nie pomyslal 0 tym - przerwalem jej. - I nie ma pretensji. 
Chce tylko odzyskac swoje papiery. - Mowi
lC to polozylem r
k
 na notatniku. 
Cotiwla dloI1, jakby si
 bala jakiegokolwiek kontaktu ze mn}. 
Dzi\\l1a kobieta, pomyslalem, chyba niezbyt dos\\iadczona \V swoim fachu. I praw- 
d
 mowi}c, ta mysl sprawila mi chwilow} przykrosc. Bo przeciez od takich ko- 
biet oczekujemy wlasnie rutyny, braku skrupulow i pewnoki, ze wiedz
, co 
oznacza bycie tym, kim Sc}. Zaraz jednak zbesztalem sam siebie za takie mysle- 
nie. Fakt, ze osoba, ktara siedziala naprzeciw mnie, nie byla przewrotna ani wul- 
garna, mogl mnie przeciez tylko cieszyc. 
Czulem, ze nasze spotkanie si
 przedluza i ze ona wolalaby juz odejsc, a jed- 
nak spytalem j}, czy nie potrzebuje pomocy i czy zechce przyj}c pieni}dze jako 
podzi
kowanie za zwrot notesu. Spojrzala na mnie tak, ze powinienem byl za- 
milkn}c, ale ja brn
lem dalej. Oczywikie nie chciala przyj}c pieni
dzy. Prawie 
juz wstawala od stolu, lecz moj upor j} peszyl. Nie mogla okazywac mi swej wo- 
Ii, a ja wykorzystywalem sytuacj
 i swoj} nad ni} przewag
. 
aglc powiedzialcm: 
- A jednak chcialbym pani podzi;kowac. Czy mog; pani} odwiedzic? - \Vie- 
dzialem, ze tym pytaniem ostatecznie przerywam gr
, ktoq bye moze chciala pro- 
wadzic, i niszcz; zludzenie, ze choc przez chwil
 mozna j} traktowac jak szanuj
Gl 
si
 kobiet
. 
- Prosz
 pisae - powiedziala tak jakos surowo i stanowczo. - Znajdzie mnie 
pan... - I podala mi adres lupanaru. 
To bylo okropne, a zarazem bylem zadowolony, ze tak post}pilem z t} kobiet}. 
- Przyjd
 na pewno - powiedzialem, ak ona juz wstala, a odchodz}c nie spoj- 
rzala juz na mnie. 
Nie wiem, czy pojd
 do niej. Jednak jakas dziwna sila pcha mnie do tej kobie- 
ty. Doktorku, ty zapewne wiesz lcpiej niz ja sam, co to jest. Przeciez badanic ciem- 
nej strony ludzkiej natury to twoja profesja. 
Sciskam Twoj} dlol1 


Franz do Hugona 


Praga, czenviec 1912 


Drogi moj, 
pytasz mnie 0 RUzen;, bo jak piszesz, zaciekawila ci
 ta dwoista istota, 0 kto- 
rej ja mowi;, ze jest ani mloda, ani ladna, natomiast 
1aks widzi w niej sliczn}, 
pein} wdzi
ku dziewczynt;. Wiem, ze sit; z ni
 spotyka i ze stala si; ona jcgo mrocZ- 
n} fascynacj}. 
I ja wobec tej istoty w ponizeniu zaczynam odczuwac cos jakby bliskosc. Dzi- 


124 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
wi ci
 to, wszak wiesz, ze ja nie potrafi
 odczuwae bliskoSci, ale to, 0 czym mysl
, 
to co innego. Dzi
ki tej kobiecie uswiadamiam sobie z wielkC} jasnosciC} wlasny brud. 
Ona mnie podziwia, a jej niemy podziw karmi siC; wyobrazeniem wznioslosci 
i dostojenstwa, lecz tylko ja wiem, jak bardzo falszywy jest ten m6j obraz w jej 
oczach. J estem szczurzC} norC} dla ukrytych mysli, wierz mi, przychodzimy na swiat 
ociekajC}c brudem. Brud jest najgl
bszym dnem, do jakiego docieramy, a to naj- 
gl
bsze dno zawiera nie law
, lecz brud. Jest ono dnem najgl
bszym i szczytt=m 
zarazem. 
ie kaz mi tego tlumaczye, wystarczy, ze czuj
 to kazdym nerwem, kaz- 
dym mic;sniem swego ciala. 
Z RllienC} bliscy sobie jestesmy w upadku, tylko ze ja gl
biej zajrzalem niz ona. 
\V swaim nieszczc;sciu posuwam siC; do tego, ze rozmawiam 0 grzechu z dziew- 
kC}. Jej to moze nawet pomaga, mnie spycha coraz nizej. To dobrze - m6wi
 so- 
bie. - Tak ma bye. Dzic;ki temu odbij
 si
 od dna i bez zludzen, a wic;c silny, b
d
 
dalcj zataczal swoje kulawe kolo. 
Kiedy z ni:} jestem, nwczC} mnie wizje zadawanych sobie samemu tortur. Za- 
stanawiam si
, czy miejsce na szyi, tuz nad obojczykiem, b
dzie dose dobre dla 
ciosu i czy rana otworzy si
 latwo, czy tez b
dzie krwawie powoli az do skutku. 
Chwibmi widz
 noz, ktory uderza w moje biodro blyskawicznie i zdumiewaj,}- 
co rytmicznie. \Vtedy ogarnia mnie chl6d i przenikliwe zimno. 
Ona nie wie, czemu jestem taki, nie rozumie moich naglych odwrotow. Cza- 
sem jednak w jej spojrzeniu widz
 ciell wspokzucia i przypuszczam, ze ona tak- 
ze cierpi, st4d moze to zrozumienit= bez sentymentow, bez zb
dnej litoki, 
chcialoby si
 powiedziee, m
skie. 
Chcesz wiedziee, jak wygl4daj:} nasze spotkania i 0 czym rozmawiamy? Posluchaj. 
- Nie mozna tak zye - mowi
 do niej, maj:}c na mysli wlasny upadek. 
- \Viem, ale co mam robie? - pyta mnie, mysl:}c 0 sobie, i to nasuwa mi od- 
powiedi jasn:} i jednoznaczn,}. 
- Trzeba... - zaczynam, a ona patrzy na mnie ufnym spojrzeniem tego, kto 
jeszcze nie calkiem utracil nadziej
, lccz nie koncz
 zdania, bo czyz 1110zna mo- 
wie 0 czystosci w chlewie, 0 wspolczuciu w rzeini, 0 ascezie, gdy ma si
 brzuch 
napchany az po gardlo? 
- Powiedz mi, co mam robit? - prosi mnie, a ja chcialbym jej pomoc, lccz nada- 
remnie szukam wlasciwvch slow. 
To prosta, dobra, zag
biona dziewczyna. Przekonalem sic; 0 tym, kicdy opowia- 
dala mi 0 swoim dziecku, ktore jest dla niej jak dla \\ iC;kszosci tego rodzaju kobiet 
glownym, a moze jedynym celem istnienia. Dla dziecka chce skonczye ze swym do- 
tychczasowym zyciem i ze wzglc;du na dziecko, jak uwaza, nie moze tego zrobie. 
Odepchni
ta i samotna - szuka jednak jakiegos oparcia, czegos, na czym 010- 
glaby stan:}e i powiedzicc: oto jest moj skrawek miejsca na ziemi. Tylko ze ona 
nie 1
1a nawet tyle miejsca db stop, ile przylaywa sob:} opadly z drzewa lise. Co 
prawda nie moze utrzymae niezbc;dnej rownowagi, lecz nie chwyta si
 innych, 
tak jak to czyni wiC;kszose ludzi, kt6rzy pr6buj:}c ratowac siebie - swoich bliinich 
poci.}gaj:} za sob,} \V przepase. 


125
>>>
Ona wie, ze nikt nie wyciC}gnie do niej pomocnej dloni, godzi si
 z tym i mo- 
ze wlasnie dla niej mozliwy jest ratunek. M6wi
 jej 0 wybiegach, sposobach, sztucz- 
kach, za pomocC} ktorych oszukujemy swiat, lecz to nie moze jcj pocieszyc, bo 
ona zachowala w sobie uczciwosc tak prostc} i naturalnC}, ze caly ten brud, w ja- 
kim zyjemy, nie jest w stanie naprawd
 jej zbrukac. 
Czas mija, lezymy na 16zku, w nieladzie. Ja milkn
, bo wyczerpaly mi si
 juz 
nawet slowa, i ona mowi nagle: 
- Nie wezm
 od ciebie pieni
dzy. 
- To niemozliwe - ja na to. 
- A zatem nie przychodi wi
cej. 
- Tak, to mozliwe - stwierdzam i wstaj
. 
Cisza. Nic nie m6wi. Odwraca twarz do sciany. W pospiechu si
 ubieram, zo- 
stawiam jej wszystkie pieniC}dze, jakie mam, i wychodz
, nie oglC}dajC}c si
 za siebie. 
ZbiegajC}c ze schodow, wyobrazam sobie, jak sznur, na kt6rym wleczony je- 
stem w d61, wrzyna si
 w szyj
, a glowa uderza 0 stopnie coraz glosniej i bole- 
sniej, az na samym dole ostatnie uderzenie okazuje si
 smiertelne. 


Tw6j F. 


Anna Bolecka 


126 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
[(azimierz Brakoniecki 


Dwa domy 
filozof6\v bretonslcich 
\v Cotes d'Armor 


\ 


I 


Nigdy bym nie odgadl 
ze w tym domu zabil si
 filozof 
schorowany zawstydzony starzec 
z bol}c} narosl} glowy 
z granitami oblych stop 
szorstki domek z kamienia 
wypolerowany kolorowym wiatrem 
wcisni
ty gwaltownie w rozwarte zbocze 
mokry pysk i obnazona szcz
ka 
zaluzje czerwone i zielone 
od dawna zamkni
te 
smieszne dachowki swiezo pomalowany plotek 
asfaltowa drozka ktora urywa si
 
silnym chrapni
ciem brunatnego morza 
odorem rozkladaj}cych si
 alg 


la Grandville 
a zaledwie kilka spierzchni
tych zagrod 
pochowanych w milych zaroslach i tujach 
w rozpadliskach granitu i wichru 


To w tym zamkni
t)Tm pokoju 
ktory slOl1ce przestrzeliwuje na prozno 
zabil si
 strzalem w usta 
Palante profesor tllozotii w liceum 
do kt6rego chodzili Guilloux i Grenier 


, Kazimicrz Brakoniecki, ur. w 1952, pocta. W ostatnich dniach, wraz 
 Lipsch
rem, opub- 
hkowat antologiC; literacko} Bortlssia. Ziemia i lttdzie (Olsztyn 1999) oraz Sn'tatowame (Warszawa 
1999). Kierujc l)omcm Brctanii na Warmii i Mazurach. (red.) 


127
>>>
"nietzscheaI1ski anarchista" 
postrach lokalnej stolicy 
wychowawca bretonskich chlop6w 
kt6rych wnet zarosla I wojna 


Furtka otwarta wita jegomosc 
w niebieskim drelichu 
"Panie mer chcial tu tablic
 przybic 
ale czy to byl Mozart 
lub ktos taki zeby to zrobic?" 


Pustka 
kr
cqce si
 morzt= wok61 uslizglych alg 
oko okiennic i powieka powietrza 
szczelnie przystaj:}ca do gruntu 
wysysaj:}cy barwy ziemi wiatr 
szczelnie zawarte okiennice 
gdzie niewidzialnie oddycha dom 
pochylony nad sylwetk:} smierci 
zbuntowanego starca 


Proznia 
zbieranie i rozsypywanie slow 
rozdarte stronice horyzontow 
prowincjonalny zgielk wegetacji 
wiatr od prostolinijnych wysp 


2 


Dom bardziej romantyczny niz inne 
oporny zasklepiony w sobie mocarny 
krwawi:}cy \V milczeniu 
w granitowych szczclinach 
celtycki menhir esencja mocnej ziemi 
teraz przeobrazony w rodzinny dom farmerow 
traktor buczy na podw6rkll 
sterta slomy koleiny bIota 
\V ciemnym sadzie wiej:}ca bielizna 
ktor:} przetrzepuje uparcie grudniowe slonce 
i ten mur z kamienia wokel 
przeplatany blllszczem 
pokruszony ulotn:} pamic;ci:} ptakow 


128 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
W Bretanii 


Wygaszone domostwo z ktorego rankiem 
wyszedl filozof wolnosci Lequier 
bretonski Kierkegaard 
aby juz nie powrocic wi
cej 
morze go ukolysalo i oddalo ludziom 
tego nieszcz
sliwego kochanka 
ktory listy skladal w nadmorskim d
bie 
czy utonql czy nie wytrzymalo serce 
tego juz nikt si
 nie dowie 
a nawet nie chce wiedziec 
gdzie swojski zywot p
dzq 
gol
bie kosy \\'fony i mewy 
gdzie czuwa wygaszony dom 
ktorcgo ci
zki zar splywa 
do otwartej biblii morza 
1998-1999 


J esteS tak cudownie zywa 
w tym tancu na podworzu 
sredniowiccznego domu skqd kiedys 
na brzeg wynoszono tkaniny warzywa naczynia 
a teraz lezq pokruszone gwiazdy i muszelki 
i \vyszczcrbion4 lyZk4 ocean wybiera ziemi
 


J esteS tak cudownie \\'Iasna 
inna od jakicgokolwiek marnego stworzenia 
tu pod zaostrzonym sierpcm ksi
zyca 
i pod jedn4 warst'\v4 obiecanego powietrza 
tcraz jak i kiedys pir;cset lat temu 
gdy z zaglowcow wybicgali ludzie 
ze szcz
kiem zbroi i twardej krwi 


Jcstd tak cudownie mocna 
w J:)'m granitowym otoczeniu 


129
>>>
wiez murow gzymsow i kartuszy 
chlodn
 jestd i wysok,! bram
 
ktoq nalezy przejsc by ujrzec morze 
wysok q bij
c
 fontann
 kolo kaplicy 
niewinn
 i niedotykaln,! 


l\10ja ty kochanko przestrzeni i czasu 
niewidzialna architekturo serca 
ty moja w
druj
ca wytwornie smierci 
tego co widz
 kocham oplakuj
 
1999 


Widzenie nad Zato!q Saint- BriellC 
\v Bretanii 


Z okien swiata widac chlustaj
ce nerwowo morze 
przebiegaj
ce setkami ostrych stop do gl
bi czasu 
bez zadnego sladu przemocy tylko przesuwanie fali 
jakby lustro smierci ktos nieludzki przecieral g
bk
 
pami
taj
c
 jeszcze napi
te cialo zywego czlowieka 
wi
c ocean splywaj
cy po brunatnej grubej skorze losu 
i nagle ten dzwi
k sdumione szyb
 odglosy ptakow 
przelotnych dzikich g
si kanadyjskich bernikli nie wiem 
tuz przy wodorostach oddalonym skalnym ciemieniu 
Odchodz
ce morze zwlokniony widnokres cuchn,!ce rafY 
a naprzeciwko mnie przy pochmurnym stole dziewczynka 
ktora je powoli lyzeczk
 jogurt i na mnie nie patrzy 
wzburzonego jest jeszcze przezroczysta i plynie niewidzialnic 
morze si
 przez ni
 cofa wygina stroi i powraca 
ale nie moje fale przyplywu ktore s
 martwe 
J estem zrodlem ktore traci wewn
trzn
 przestrzen 
lustrem spienionej smierci wdzieraj
cej si
 na usta 
swiata 


1999 


Kazimierz Brakolliecki 


130 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z 
 Y
>>>
Marek ] astrz
biec- MosakoJvski 


Vox lucis 


'V"t- 


Osiemnastego kwietnia 1930 roku 0 godzinie szo- 
stej wieczorem Luiza Vassari spacerowala labiryntem 
wqskich ulic Dorsoduro, kierujqc si
 od Chiesa dei Car- 
mini poprzez Campo San Barnaba w stron
 Akademii. 
Przcszla bezmyslnie Calle Lunga i po kilu minutach marszu, w trakcie ktorego 
spoglqdala na tak dobrze znane jej z poprzednich spacerow zrujnowane fasady 
kamienic nalezqcych do potomkow ubogiej weneckiej szlachty, znalazla si
 wresz- 
cie na niewielkim, wybrukowanym placu, ktorego wschodni q stron
 zajmowal w ca- 
losci banalny, pozbawiony ozdob &onton male go kOSciola z polowy siedemnastego 
wieku. Jej wzrok nie zatrzymal si
 jednak na nim, ani tym bardziej na przylega- 
jqcych dOll. budynkach, zwyczajnych i jakze prostych w porownaniu z reprezen- 
tacyjnq elegancjq gmachow nad Canal Grande. Nie zwrocila tez uwagi na 
rozkrzyczany dum wyrostkow, dyskutuj,!cych glosno tuz przed wejsciem do 
swiqtyni, z ktorych jeden, ten najbardziej odwazny, lub najstarszy, pokazal jq pal- 
cem innym i zaraz potem zaczql gwizdac i nasladowac jej powolne, zamyslone 
ruchy. Ale Luiza znikn
la niebawem we wn
trzu polokrqglej bramy Sottopassa- 
gio di Casin i skierowala si
 poprzez krotki kamienny pomost, przypominajqcy 
zwykl q kladk
, na jednq z jej najbardziej ulubionych ulic, t
 biegnqcq najpierw 
lagodnym lukiem wzdluz Rio della T oletta, a potem prowadzqcq w prostej linii 
na most, ktory przecinal ciemnozielonq wst
g
 szerokiej Rio di San Gervasio e Pro- 
tasio, i skqd pozostawalo juz tylko par
 skr
tow do polozonego przed budyn- 
kiem Akademii Campo della Carita. Nie zwracala uwagi ani na zaczepki wyrostkow, 
kto1) T ch temperament tak roznil si
 od jej wlasnego, bardziej germanskiego nii 
lacillskiego, .lni tez na przechodzqcych obok ludzi. Jej mysli skupily si
 bowiem 
na dwoch, a moze trzech innych sprawach. Osiemnastego kwietnia 1926 roku 
zmarl w Wiedniu jej ojciec. Dzisiaj byla zatem czwarta rocznica jego smierci, 0 kto- 
rej dowiedziala si
 dopiero kilka miesi
cy po fakcie, bo w chwili, kiedy Andrea 
Vassari konal z wiclkim b61em w \Viedniu, w tamtym olbrzymim mieszkaniu na 
Kaerntnerstrasse, micjscll jego ucieczki od powojennych realiow, w
drowala z Jo- 
hannesem, w mt;skim stroju i z obci
tymi krotko wlosami, po gorzystych bez- 


Marek fastr'Zfbiec-MosnkoJVski, Uf. w 1962 roku w 
art?szyca
h na \":.m:n!i, pr?zaik, krytyk lit
- 
racki i dllmacz litcratlll)' trancuskicj, adiunkt n.1 wydzlalc filologu romans
CJ Umwcrsytetu Gdan- 
skiego. Alltor Wschodlliopruskiej mloLQii, ktorcj picrwsza cz
sc pt. Slnd.v nn p%nsktt zostata nawodzona 
\V 1994 rokll na Konkllrsic Litcrac'kim Mi.1sta Gdallska, cz
sc dmga pt. Pory roku ukaz
ta Sl
 w 1996 
roku; przcdstawionv fragmcnt pochodzi z trzccicj cz
sci trylogii, powidci pt. Vox ltms. (red.) 


131
>>>
drozach i wypalonych slOl1cem dolinach wschodniej Anatolii oraz po bezludnym 
wybrzezu najwi
kszego tureckiego jeziora Van. Jej ojciec, staI)' oficer Carsko- Kro- 
lewskiej 11arynarki \Vojennej, \Vloch z pochodzenia i kultury, lecz wiernie slu- 
z}cy od lat wczesnej mlodosci Habsburgom, przeniosl si
 tuz po zawieszeniu broni, 
w grudniu 1918 roku, do \Viednia, zostawiaj}c jej matk
 z reszt} doroslych dzie- 
ci w Tridcie. Przyl
czenie rodzinnego miasta do \VI-och wydalo mu sir;, kOl1cem 
pewnego rozdzialu jego zycia. Rozumowal bowiem, ze wraz z upadkiem nad- 
dunajskiej monarchii jego ojczyste strony przestaly nalezec do Europy Srodko- 
wej i zamiast pomagac w cywilizowaniu niezdyscyplinowanych \VI-ochow, zostaly 
zdegradowane do rangi podrz
dnego italskiego miasta, z ktorego dalej bylo 
przeciez do Rzymu niz do bylej cesarskiej stolicy. Andrea Vassari nie byl zreszt
 
pierwszym zwolennikiem austriackich porz
dkow w swojej rodzinie. Zarowno je- 
go ojciec Antonio jak i stryj Vincenzo wyksztalcili si
 w \Viedniu, st
d los i inte- 
resy handlowe zaprowadzily ich do wszystkich prawie zak
tkow dawnych 
Austro-\Vr;gier, od lagodnych brzegow Jeziora Bodellskiego do wschodnich, 
stepo\\')'ch kresow Galicji, od Bregenz, poprzez Prag
 i Budapeszt do Bratysla- 
wy i Stanislawowa. Ich dom w Tridcie, tamta czteropi
trowa kamienica w stylu 
florenckiego renesansu, ktor
 dziad Luizy wybudowat tuz nad Canal Grande ja- 
ko dowod swej finansowej pot
gi, byl nie tyle stalym gniazdem Vassarich, co ra- 
czej miejscem rzadkich rodzinnych zjazdow, przypadaj;}cych z okazji swi
t lub 
innych waznych uroczystosci, kosmopolitycznych i pozbawionych nacjonalistycz- 
nych akcentow, ktore coraz cz
sciej dawaly znac 0 sobie po tej drugiej illyryjskiej 
stronie Adriatyku. Dom ten w przeci
gu dwoch pokolen z wloskoj
zycznego 
przemienil si
 zreszt} w dwuj
zyczny i mala Luiza juz od dziecinstwa znala na pa- 
mi
c zarowno \\'ersety z Fausta jak i z Boskiej Komedii, a pidni Schuberta i !vla- 
hlera mieszaly jej si
 z popularnymi kompozycjami Giordaniego. Nloze wlasnic 
dlatego Cario 1nio ben, jego smutna kantylena 0 milosci, ktor
 w Wenecji uslysza- 
la po raz pierwszy kilka tygodni temu, byla jak olSnienie, jak ostateczne pozby- 
cie si
 germanskiej patyny i wspomnienie dawnego, tego najprawdziwszego 
rodzinnego ogniska, i tego prawdzi\\ ego ojca, ktory mimo wiernosci dla dworu 
Franciszka Jozefa nucil jej przeciez do snu tylko t
 jedn
, wlosk;}, a nie niemiec- 
k
 piosenk
. Moze jej proste diwi
ki uswiadomily Luizie w koncu jej przynalez- 
nose do poludnia wbrew temu, czego nauczono j
 w zenskim gimnazjum w Grazu, 
a potem na zaj
ciach w konserwatorium w Wiedniu, dok
d przeniosla si
 w lu- 
tym 1920 roku. Andrea Vassari byl jej najwi
kszym autorytetem. Jego wyniostosc 
i lojalnosc wobec Austrii, tak odmienna od prost0ty pochodz;}cej z Bari matki, 
zawsze jej imponowala. Totez nie sprzeciwila mu si; ani slowem, kiedy postano- 
wil, ze po ukonczeniu gimnazjum dol
czy do niego w stolicy i zamieszka z nim 
w tamtym starym, nieco pos;pnym mieszkaniu na Kaerntnerstrasse, pclnym wspo- 
mnien i symboliki minionych czasow. Przez cztery lata Luiza musiala zatem uda- 
wac, ze jest jednym w wielu wygnancow, ktorych historia rZllcila nagle z obrzezy 
panstwa do \Viednia, do byte go centrum okrojonego dzis cesarstwa. Dziclona wspol- 
nie z ojcem swiadomosc wyp;dzenia z kresow naddunajskiej Arkadii stanowila 


132 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C 7 N Y
>>>
najistotniejszy element ich domowych i towarzyskich stosunkow. Wszystko, co 
dzialo si
 w ich salonie, przypominalo atmosfer
 dawnych panstwowych rytualow 
i przepojone bylo militarn
 tradycj
 Austro-W
gier. Lecz grono oficerskich przy- 
jaciol Andrei, wiecznie rozpami
tuj
cych najswietniejsze lata habsburskiej Mary- 
narki \Vojennej i port w Tridcie, dumy utytulowanych arystokratow 0 dlugich 
nazwiskach, nie wiadomo czy niemieckich, w
gierskich, czy tez moze polskich, 
tamte starzej
ce si
 hrabiny, ktore nasladowaly w mowie i zachowaniu maniery 
zony zmarlego w 1916 roku cesarza, wszystko to tak bardzo odbiegalo od du- 
cha najnowszej wiedenskiej awangardy i mlodych literackich skandalistow, istnie- 
j
cych jakby na przekor dziejowej katastrofie, ze Luiza cz
sto zastanawiala sit; nad 
sensem gin
cego powoli swiata jej ojca i jej wlasnej w nim roli. Pod koniec 1921 
roku zrozumiala wreszcie dramat tej podwojnej egzystencji. Studia w konserwa- 
torium przekonaly j
 bowiem, ze prawdziwym przewodnikiem po swiecie sztu- 
ki nie br;dzie dlJ. niej Mozart czy Beethoven, lecz wenecjanin Vivaldi lub zapoznany 
wowczas Aleksandro Marcello. Poczucie niepelnej przynaleznoSci do kultury nie- 
mieckiej spowodowalo, ze z uplywem kolejnych miesi
cy zacz
la traktowac ojca 
z przekor
 a jego lojalnosc wobec Habsburgow jako zart, a nie akt bohaterstwa. 
Zreszt
 nawet grono nJ.jblizszych przyjaciol, z ktorymi przyszlo jej obcowac 
\\ \Viedniu, gardzilo manifestacyjnie tamtymi starymi Austriakami z jej domowe- 
go salonu. Byli to ludzie tak samo jak ona nie do konca przekonani co do swo- 
jej tozsamoSci i szukaj
cy innych fascynacji, niz te z przedwojennych stolecznych 
kawiarni. 
Moze juz wtedy przyszedl Luizie do glowy pomysl ci
glych podrozy, takich 
jak ta, ktor
 odbywala w m
skim przebraniu wraz z Johannesem po Azji Mniej- 
szej, po tureckich ustroniach i pustkowiach \Vschodniej Anatolii. Moze juz na 
pocz
tku pobytu w wiedell.skim konserwatorium odkryla muzyk
 Aleksandro 

1arcello, ktor
 p6iniej, w czerwcu 1924 roku, oczarowala bez reszty pewnego 
mlodego, spaceruj
cego wokol gdanskiej Frauenkirche marzyciela. I moze juz wte- 
dy wlasnie wiedziala, ze za kilka lat, kiedy uslyszy w Wenecji proste diwi
ki Caro 
mio ben, skonczy si
 wreszcie niemiecki rozdzial jej zycia i ze opusci Johannesa, 
zostawiaj.}c go z Bergamasco, z Camil
 Bernulli, z jego napisanymi i nie napisa- 
nymi jeszczc powidciami, i zapclnianymi codziennie stronicami jego dlugiego 
pami
tnika. To wlasnie 0 muzyce Giordaniego myslala spaceruj.}c po Dorsodu- 
ro 18 kwictnia 1930 roku. 0 nim, 0 jego milosnej pidni i dwoch zastanawiaj
- 
cych j
, dziwnych kobietach, ktore spotkala przed kilkoma tygodniami, kiedy, podobnie 
jak dzis, szla od Chiesa dci Carmini \\' stron
 Ponte Accademia, a potem na Cam- 
po San Stefano, lub jeszcze dalcj, na Piazza San !\larco. Bylo to \\' polowie mar- 
ca, niby dawno temu, ale LuizJ. do tej pory nie potratlla ich zapomniec. Siedzialy 
zwrocone do siebie twarzami na czarnej gondoli, ozdobionej po obydwu stro- 
nach dUZymi, zloconymi herbami, kt()f
 prowadzil ubrany w ciemnoblr;kitn
, lsni
- 
q kOSZllh; i cicmnc spodnie stary, posiwialy l11;zczyzna. \Vi6z1 je wzdluz Rio di 
San Gervasio e Protasio od strony kanalu Giudecci w kierunkll Palazzo Contari- 
nip Gondola ta posuwala si
 bardzo powoli, prawie bezszelesmie, tak, jakby star- 


133
>>>
cowi brakowalo sit, a moze dlatego, ze jej pasazerkom odpowiadal ten mono- 
tonny bezruch. Moze chcialy, by ich jazda ciqgn
la si
 bez konca, az do zbliza- 
jqcego si
 zmierzchu. Jedna z nich byla juz w podeszlym wieku, mogb miee okolo 
szdedziesi
ciu pi
ciu lat, druga natomiast byla \V wieku Luizy, lub nieco od niej 
mlodsza. Ta starsza, ktorej dziewczyna nigdy przedtem w \Venecji nie widziala, 
wyglqdala jak wytworna dama z okresu Belle epoque. J ej dluga, pomarszczona w pa- 
sie suknia i kapelusz z koronkowq woalk q z poczqtku stulecia przypominaly Lu- 
izie stroje jej wlasnej babki, tamtej ekstrawaganckiej Austriaczki ze stolecznego 
Grinzingu, ktora osiadla w Trdcie dopiero dziesi
e lat po wyjsciu za mqz, z wiel- 
k q niech
ciq i po dlugich perswazjach, i ktora nigdy nie nauczyla si
 ani jednego 
slowa po wlosku, Nie miala bowiem zamiaru znizye si
 do podrz
dnego towa- 
rzystwa. Pochodzita z wiedenskiego patrycjatu i malzenstwo z Antonio Vassarim 
brIo dla niej mezaliansem. \V s
dziwej kobiecie Luiza ujrzala zatem odbicie bab- 
ki Grety, niby bliskie, choe nie do kOl1ca wierne, bo dotyczqce stroju, pewnej ze- 
wn
trznej amy, lecz nie zachowania lub urody. Sposob bycia i maniery nicznajomej 
byly bowiem niepowtarzalne i jej elegancja z minionej epoki przewyzszala znacz- 
nie mieszczanskie przyzwyczajenia babki. Luiza domyslila si
 natychmiast, ze jest 
ona jedn q z miejsco\\ych lub cudzoziemskich arystokratek, kims, kto mieszkal w sta- 
rym, pewnie jeszcze gotyckim palazzo nad Canal Grande, sp
dzajqc calc zycie 
jak pustelnik, w cieniu swego piano nobile, w spokoju i wylqcznoSci, jak'! dawa- 
10 obcowanie z gromadzonymi od lat dzielami sztuki i rodzinnymi pamiqtkami 
sprzed wiekow. Wiedziala, ze ma do czynienia z postaci,! wyjqtkowq, ktore nad 
Lagunq zwyklo nazywae si
 "niewidzialnymi", z jednq z tych szalenic zamoznych 
kobiet, ktore postanowily zamknqe si
 w swym wlasnym swiecie, nie zwazajqc na 
to, ze po Wielkiej Wojnie, kiedy dawno przebrzmialy dzwi
ki Belle epoque, mo- 
da snobow na Wenecj
 juz si
 skonczyla i ze to unikalne miasto, niegdys przy- 
ciqgajqce samq tylko elit
, pozostawiono teraz na pastw
 miejscowych demagog6\\ 
od Mussoliniego i dumow mniej wyrafinowanych turystow. Przekonanic 0 przy- 
naleznoSci staruszki do najbardziej elitarnej kasty Serenissimy spot
gowala w Lu- 
izie obecnose mlodej kobiety. Byla ona niezwykle pi
kna. Pi
kna sw'! delikatnq, 
typowo wlosk,! urod q , swoimi dlugimi, ciemnymi wlosami, opadajqcymi jej na ra- 
miona drobnymi zwojami lokaw, swymi migdalowymi oczyma, oprawionymi czar- 
nq lini q wyrazistych rz
s i brwi. Jej lckko podluzna, wlasciwie owalna twarz 
nadawala jej wyrazu niezwyklego zamyslenia i gl
bi. I jej glos. Jej koloraturowy 
mezzosopran, silny, lecz przejrzysty, odbijajqcy si
 echem 0 zastyglq wod
. Wla- 
snie on pierwszy przykul uwag
 Luizy do dziwnej pary i wzbudzil w niej tak wiel- 
kie zainteresowanie. Bylo to pi
e tygodni temu, Luiza szla po Calle di Tolctta. 
Zblizala si
 do mostu przecinajqcego szerok q wst
g
 Rio di San Gervasio e Pro- 
tasio, kiedy nagle uslyszala w oddali pocz'!tek znancj z dziccillstwa pidni Gior- 
daniego. Jej wspomnienie zatrzymalo j'! na chwil
 w miejscu. Byla zdziwiona. Po 
kilku sekundach przyspieszyla jednak kroku i niebawem weszla na most. Kilka me- 
trow od niej plyn
la od strony Canale dclla Giudecca czarna gondola ze zlotymi 
herbami, prowadzona przez siwego m
zczyzn
, ubranego w ciemne spodni.' 


134 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
i bl
kitn
 koszul
. Na jej przedzie siedzialy zwrocone do siebie twarzami dwie 
kobiety. Spiewala ta mlodsza, a ta starsza wpatrywala si
 w ni q uwaznie i dotyka- 
la koniuszkami paleow jej wqskich dloni. Luiza stala jak zahipnotyzowana. Po- 
wolny, prawie niezauwazalny ruch lodzi po ziclonkawym kanale, dobrze jej znane 
slowa carD mio ben, czysty mezzosopran, tamta starzejqca si
 elegancka dama jak- 
by nie z tej epoki, i mloda spiewaczka, ktorej glos plynql jak fala przyjemnego 
ciepla, odbijajqc si
 0 zmurszale ze starosci sciany przybrzeznych budynkow, wy- 
wolaly w niej stan euforii. Nie wiedziala, czy sni i czy to, co widzi, jest prawdzi- 
we. Moze wlasnie wtedy postanowila wyrzec si
 swej niemieckosci, zapomniec 
o gimnazjum w Grazu, 0 czterech latach konserwatorium, 0 babce Grecie, 0 kil- 
kumiesi
cznym pobycie w dalekim Gdallsku, 0 wschodniopruskim kochanku, kto- 
ry pod 4 zal za ni4 przez pol Europy i Azji, i 0 tamtym czerwcowym koncercie w cieniu 
rozkwitaj4cej na Frauengasse akacji w 1924 roku, roku jej ucieczki z \Viednia i po- 
cZ4tku wolnoSci. Opierala si
 0 balustradt; zastyglq jak rzeiba z kamienia. Przy- 
gl4dala si
 staruszce, patrzyla na jej niemodnq, pomarszczonq w pasie sukni
, na 
jej opadaj4c4 spod kapelusza koronkowq woalk
, na jej dotykaj4ce dloni spiewacz- 
ki palee, na siwego gondoliera i na zlocone, ".)'myslne herby. Po chwili lodi znik- 
n
la jednak pod lagodnym lukiem mostu i niebawem wynurzyla si
 po jego 
drugiej stronie, zmierzaj4c w kienmku Palazzo Contarini i ledwo widocznej z tej 
odlegloSci, duzo jasniejszej, oswietlonej zachodz 4 cym sloncem wst
gi Canal 
Grande. Ale Luiza nadal byla zwrocona twarZq ku Giudecce i nie dostrzegla na- 
wet, ze gondola coraz bardziej si
 oddala. Zapomniala 0 tym, ze czas uplywa i ze 
nie da si
 go zatrzymac. Tak bardzo pragn
la poznac te kobiety, spotkac je po- 
nownie i raz jeszcze uslyszec Caro mio ben. Oddalaby wszystko za jedn4 krotk4 
wizyt
 u dziwnej arystokratki, przypominaj,!cej strojem jej babk
, lecz zarazem 
rozniqcej si
 od niej SWq normalnq, a nie \\')'llCzOn4 dystynkcjq. 1,iiala zamkni
te 
oczy. lej twarz muskal cieply, wiosenny wiatr. Zdawalo jej sit;, ze tuz za mostem 
lodi zatrzyma si
, a staruszka poprosi siwego gondoliera, by przybil do brzegu 
i pozwolil im wysiqsc. Ale to bylo zludzenie, bo wkrotce wszystko znikn
lo. Na 
niezmqconej \\ odzic nie pozostal po gondoli nawet najmniejszy slad. Gdzid 
\V oddali slychac bylo tylko coraz bardziej cichy mezzosopran i tamte slowa: sen- 
za di te, tal1guisce it cor, ktorych diwi
k wibrowal teraz mi
dzy budynkami z du- 
zo mniejsz4 sil q i docieral do mostu \\' formie gasn;.}cego echa. \Vtedy wlasnie Luiza 
przebudzila sit; z lctargu i postanowila przyspieszyc kroku. Zacz
la biec. Czula 
w skroniach pulsuj4 c 4 krew. 
lachala rt;koma, jakby chciala przedrzec si
 przez 
dumy ludzi, choe 0 tej porze prawie nikogo oprocz niej ani na Fondamenta Nani, 
ani na calle Gambara nie by to. Po kilku gwahownych skr
tach labiryntem pro- 
wadz
}cych ku galcrii ulic znalazla sit; na Campo della Carita i weszla na Ponte 
Accademia. Zacz
ta sit; nerwowo rozgl4dae. Nadchodzil bowiem zmierzch, kto- 
ry coraz bardziej rozmywal jasne za dnia kontury fasad. Ludzila si
, ze czarna gon- 
dola skr
ci w prawo i ze zobaczy tamte kobiety raz jeszcze. Ale na zielonkawym, 
ciemniej4 c ym powoli lustrzc C.lnal Grande bylo pusto. Nie bylo tez slychac zad- 
nych innych odgtosow oprocz miarowych krokow przechodz 4 cych obok space- 


135
>>>
rowiczow i cichego pisku mew. Luiza domyslila si
\ ze gondolier przeci41 kanal 
wszerz i wplyn41 prosto w niewidocznq wst
g
 Rio del Duca, lub tez cofnql si
 
w stron
 Rio della Tolletta. Bala si
, ze dwie nieznajome znikn
ly jej na zawsze 
i nigdy nie spotka ich ponownie. Nigdy tez, pomyslala, nie uslyszy tamtego mez- 
zosopranu i ulubionej kantyleny ojca, jedynej wloskiej pidni, ktorq tak dobrze 
znala z dziecinstwa. Cos odeszlo bezpowrotnie, cos si
 w niej zmienilo. Gl
biq 
jej serca wstrzqsn41 nagle wieki zal do swiata, zrozumiata calc jego okrucienstwo 
i niesprawiedliwosc. W chwili, kiedy zeszla z mostu, kieruj4c si
 w stron
 ulic wio- 
dqcych ku Rio di San Gervasio e Protasio, w jej swiadomosc wSqczal siC; powoli 
jakis dziwny bol, smuga przebudzenia, ch
c powrotu do zatartych lacinskich ko- 
rzeni, jakas srodziemnomorska t
sknota, ktorej nigdy przedtem nie czula w so- 
bie tak. silnie, jak. teraz. Ale jej szcz
scie bylo nieosi1galne, zbyt odlcgle, by je zaspokoic. 
l\log1a liczyc tylko na kolejny cud. Teraz postanowila, ze codziennie wieczorem 
b
dzie chodzic od Chiesa dei Carmini az na Campo San Stefano. Sqdzila, ze kto- 
regos dnia, pr
dzej czy poiniej, raz jeszcze uslyszy tanuen czysty mezzosopran 
i wlosk q kantylen
. 
Tak wlasnie bylo 18 k,.wietnia 1930 roku. Kazdy krok Luizy, kazda jej mysl 
i kazde spojrzenie na dobrze znane fasady mijanych po drodze budynkow lub 
wqskie przejScie przy kolejnym kanale, kazde oparcie si
 0 kamiennq balustrad
 
mostu i wsluchiwanie w dochodzqce z oddali diwic;ki \\ypelniala bowiem nadzie- 
ja zetkni
cia si
 z przedziwnym mezzosopranem i tamtymi kobietami, nadzieja 
nawiqzania kontaktu z kims, kto wybawi jq wreszcie od ci
zaru monotonnej co- 
dziennosci i ubostwa, na ktore skazana byla po smierci ojca, gdy nagle przestaly 
przychodzic z Wiednia comiesi
czne przekazy z niewielk q wprawdzie, lecz tak 
potrzebnq sumq gotowki. Brak nowych znajomych, ciekawszych od ludzi, z kto- 
rymi dotqd obcowala, brak nowych wrazen i ciqglych podrozy z jcdnego kral1ca 
Europy do drugiego, na ktore ani ona, ani Johannes nie mogli sobie teraz po- 
zwolic, zaczynal jq nudzic. Ograniczenie przestrzeni zyciowej do trzypokojowc- 
go apartamentu przy Rio Terra della Scoazzera, pelnego wyrosni;tych fikusow, 
malo wartosciowych obrazow ze schylkowego okresu Sercnissimy, oraz setek bez- 
uzytecznych ksiqzek, odziedziczonych po jego poprzednim wlascicielu, starym 
profesorze m
skiego liceum na obrzezach Cannareggio, bylo dla niej jcszcze bar- 
dziej nieznosne niz ostatnie miesiqce spc;dzone z ojcem w Wiedniu. Totez Luiza 
czekala na cos, co znow odmieni jej zycie i rozpocznie kolejny jego etap, tak, jak 
w chwili, gdy poznawszy w podziemiach sccesyjnej kawiarni na Kaerntnerstrassc 
Alberta Kuhnera, niespelna czterdziestoletniego wlasciciela matcgo hotelu na 
jednej z nadmorskich ulic w Sopocie, zdecydowala si
 bez namyslu, wcale nie dla- 
tego, ze go pokochala, wyjechac z nim do nieznancgo jej przedtcm, nawet z opo- 
wiadan, \V olnego Miasta Gdanska. J ej wieczorny spacer po Wenecji 18 kwietnia 
przypominal zatem wszystkie poprzednie, ktare ciqgn;ly siC; juz od polowy mar- 
ca. Raznil siC; od nich moze tylko tym, ze bardziej intensywnie myslala 0 Johan- 
nesie. Ich spotkanie na gdanskiej Fraucngasse bylo lask q opatrznosci. Moj dziadck 
wypelnil w nicj bowiem rosnqcy z kazdym dniem glod szalenstwa. Wybawil j4 od 


136 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
towarzystwa Alberta, ktory po kilku miesiqcach wspolnego pobytu w Sopocie stra- 
cil nagle tamt q elegancj
 i czar, kiedy spacerujqc po naddunajskich bulwarach opo- 
wiadal jej godzinami 0 swojej polnocnej ojczyinie, 0 pi
knie lagodnych krajobrazow 
Pros Zachodnich, 0 porywistym wietrze znad Baltyku, chlodniejszym od tego z Trie- 
stu, i 0 szerokich, piaszczystych plazach, ktorych jasnozlocisty odcien nie przy- 
pominal niczym pos
pnej czerni kamienistych brzegow Adriatyku. Ale z poczqtku 
Luiza byla nim zachwycona. Kuhner wydal jej si
 zupelnie inny od reszty Niem- 
cow. Nie przypominal bowiem typowego kupca z gl
bi Rzeszy, lecz rosyjskiego 
ziemianina sprzed rewolucji na wakacjach. Pochodzil z odleglej, prawie mitycz- 
nej krainy, i wlasnie to tak bardzo jej zaimponowalo. Chciala poznac jq razem 
z nim, chciala uciec jak najdalej od schylkowej aury Wiednia i swej rozdwojonej 
egzystencji. Lecz wkrotce, nie wiadomo jak i kiedy, cos si
 w ich zwiqzku rozpa- 
dlo. Maly Sopot szybko stracil dla niej urok. Powojenne Wolne Miasto, odci
te 
korytarzem od reszty Niemiec i neurotycznie przezywajqce SWq separacj
, bylo 
bowiem zbyt prowincjonalne, a tamtejsi ludzie, ktorym brakowalo pogodnosci 
mieszkancow Poilldnia, zachowywali si
 jak nudni i zawistni dusigrosze, bez 
zadnego polotu i dllcha. Nawet Albert okazal si
 typowym drobnomieszczani- 
nem, racjonalnym, religijnym i razqco oszcz
dnym, ktorego wiedenska dezyn- 
woltllra byla odst
pstwem od reguly, krotk q chwil q wolnosci, na ktorq pozwolil 
sobie jakby nidwiadomie, z dala od cienia rodzinnego domu i najblizszych krew- 
nych. Jakze rutynowe wydaly si
 zatem Luizie ich cotygodniowe wypady do 
Stadtstheater, gdzie denerwowal jq zarowno repertuar jak i gra autorow, albo w
- 
drowki plaz,! od s;}siadlljqCego z ich mieszkaniem molo w stron
 polskiej grani- 
cy, lub w kierunku przeciwnym, do Jelitkowa, ich niedzielne spacery po oliwskim 
parku i nadmorskich morenach, skqd czasami, przy sprzyjajqcej pogodzie, widac 
bylo w oddali jasnobl
kitny bezkres Baltyku. Najbardziej jednak razil jq up or Al- 
berta, by przedstawic jq matce i zalegalizowac ich zwiqzek, bo nie wypadalo prze- 
ciez afiszowac si
 publicznie z kochank q , zwlaszcza w solidnym kupieckim 
srodowiskll, solidnym na miar
 malego miasta na wschodzie Niemiec. Na POCZqt- 
ku, tuz po przyjeidzie do Gdallska w kwietniu 1924 roku, Kuhner obiecal jej wy- 
prawy do Prus Wschodnich, do Berlina, a nawet do Sztokholmu. 11ieszkal tam 
bowiem jego mlodszy brat, ktory rowniez zajmowal si
 hotelarstwem i prowa- 
dzil popularn,! w srodowisku niemieckich kupcow knajp
 "Zum weissen Storch". 
Ale wszystkie obietnice skonczyly si
 na spacerach po plazy i wyjazdach kolej1 do 
teatru. I poza tym nic si
 nie dzialo. T otez Luiza szybko zrozumiala, ze traci czas. 
M
czylo j'! poczucie niespdnionych nadziei, oddalenia od Wiednia i Triestu. Nie 
miala nawet pieni
dzy, bo ojciec, oburzony jej naglym przerwaniem studiow w kon- 
serwatorium, potem zas ucieczk q na koniec cywilizowanej Europy, jakim w jego 
mniemaniu jest Wolne Miasto, nie raczyl nawet odpisac na jej pierwsze dwa lub 
trzy listy i nie przyslal zadnych czekow. Potem jego upor ulegl stopniowo zmia- 
nie. Nieprzejednane Z poczqtku stanowisko zmienilo si
 bowiem w cich q apro- 
batt; dla niespokojnego charakterll Luizy, w ktorym Andrea rozpoznal grzechy 
swojej wlasnej mlodoSci, pclncj burzliwych romansow i skandali. Pami
tal prze- 


137
>>>
ciez, ze pod koniec dziewi
tnastego wieku, kiedy caly zamozny swiatek bawil si
 
w l)'tmach Belle Epoque, nie byl wcale od niej lepszy. ]ego towarzyska popular- 
nose i zbyt wystawny styl zycia staly si
 cz
stym tematem domowych narzekall. 
Ale on si
 nimi nie przejmowal. Nie obchodzily go grozby wydziedziczenia i ci q - 
gle wymowki ojca, ze rujnuje rodzin
. Tlumaczyl mu bowiem, ze podobnie za- 
chowywali si
 inni oficerowie marynarki, nawet ci z duZo lepszymi od niego naZ\viskanu. 
I na tym wszystkie rozmowy si
 konczyly. Totez nie zamierzal zbyt dlugo karae 
corki, zwlaszcza ze w momencie, kiedy otrzymala od niego pierwszy z wielu ko- 
lejnych czekow, jej sytuacja ulegla radykalnej zmianie. W jej zyciu nie bylo juz 
skqpego hotelarza, wiosenne spacery plazq ku polskiej gran icy i wyjazdy do Stadts- 
theater dawno si
 skonczyly, zas mieszkanie w Sopocie zamienilo w mal)' dom 
z sadem na obrzezach Oliwy, polozony nieopodal starego mlyna, dokqd kilka mie- 
si
cy po swej ostatniej wizycie w Reszlu przeprowadzil si
 spod Politechniki Jo- 
hannes\Veber. 
Na poczqtku czerwca 1924 roku, zm
czona zaleznosci.} od Alberta i brakiem 
pieni
dzy, Luiza znalazla sobie bardzo nietypowe jak na owe czasy zaj
cie, kto- 
rego zadna inna przed ni q kobieta w Gdansku nie odwazyla si
 jeszcze podjqe. 
Moze wlasnie jej oryginalnose stala si
 przyczynq glosnej legendy, z powodu kto- 
rej zetknql si
 z ni q moj dziadek. J ego czerwcowe spacery nad blodawq nie wy- 
dajq mi si
 bowiem przypadkowe i tarrno spotkanie w cieniu rozkwitajqcej akacji 
bylo niewqtpliwie czyms, czego Johannes, zwabiony zasl)'szanymi w kawiarni opo- 
widciami 0 pi
knej nieznajomej, ktora w roznych miejscach starowki grywala na 
flecie kompozycje dawnych mistrzow, \V gl
bi duszy bardzo pragnql. Pewnie ktos 
dobrze poinformowany doniosl mu, ze codziennie rano, po poznym sniadaniu, 
Luiza wyjezdzala z Sopotu do Gdanska i kierowala si
 w stron
 Kosciola Mariac- 
kiego, lub sqsiadujqcych z nim ulic, nast
pnie zas stawala w cieniu sredniowiecz- 
nych kamienic, rozlozystych drzew, lub obok bogato rzezbionych schodow, 
wiodqcych do poznorenesansowych portali, i zaczynala swoj wielogodzinny kon- 
cert. Najcz
Sciej byl to Vivaldi, Archangello Corelli lub inny wloski kompozytor 
epoki baroku. Luiza kladla tuz obok stop swoj czarny aksamitny kapelusz, a po- 
tern z zamkni
tymi oczyma, blagaj,!c los 0 kolejnq zmian
 w zyciu, a moze jq prze- 
czuwajqc, \'ylewala z plynnych taktow muzyki delikatne brzc;czenie drobnych monet, 
ktore sypaly si
 jedna po drugiej i cieszyly jq jak dziecko. Czasami mozna bylo 
zobaczye jq bezposrednio nad Modawq i uslyszee cieply dzwi
k jej instrumentu 
zmieszany z gwarem ludzkich rozmow, donosnym piskiem mew lub tupotem zdy- 
szanych interesantow, biegnqcych od magazynu do magazynu, od jednych otwar- 
tych na oSciez drzwi sklepu do sqsiednich, i od jednej gotyckiej bramy do drugiej. 
Cz
sto w trakcie grania dziewczyna otwierala szeroko oczy i obserwowala uwaz- 
nie przechodniow, patrzyla na ich zdziwione twarze, slcdzila przenikliwie ich od- 
dalajqce si
 sylwetki, a potem jej wzrok kierowal si
 ku nowym miejscom i nowym 
ludziom. W takiej wlasnie chwili wzmozonej czujnoSci zobaczyl j
 Johannes, a ra- 
czej to ona ujrzala go pierwsza, stojqC pod nie istniejqcq juz dzis akacjq na frau- 
engasse, kiedy z jej srebrzystego fletu, od ktorego odbijaly siC; promienie slonecznego 


138 K WAR TAL 
 I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
popoludnia, plyn
ly romantyczne diwi
ki adagio z koncertu Alessandro Marcel- 
lo. Zobaczyla jego niezdecydowanie, jego wpatruj(!ce si
 w ni(! z oddali oczy, je- 
go przesuwaj(!c(! si
 wzdluz starych murow kosciola sylwetk
, jego dziecinn(! 
niepewnosc, czy skr
cic na Frauengasse i zblizyc si
 do niej, czy tez okqzyc swi(!- 
tyni
 dookola, a potem znikn(!c, oddalaj(!c si
 szybkimi krokami w kierunku Ar- 
senalu. "V kOl1cU Johannes odwazyl si
 podejsc, wyj(!l z kieszeni duz(! monet
, 
pewnie calego guldena, a potem wrzucil j(! do czarnego kapelusika, wypelnione- 
go po brzegi innymi pieni(!zkami. Wkrotce juz go tam nie bylo, lecz Luiza wie- 
dziala, ze niebawem wroci. Zbyt dobrze zapami
tala jego postac, zbyt gl
boko 
przenikn
la jego mysli, jego nerwowe wahanie, kiedy zastanawial si
 przez ula- 
mek sekundy, czy skr
cic ku Modawie, czy raczej udac si
 w przeciwnym kierun- 
ku. Czula, ze to dopiero pocz(!tek, ze ten pi
kny m
zczyzna 0 zlotawych, bujnych 
wlosach i zamyslonej twarzy, przypominaj(!cej postac swi
tego Krzysztofa z ob- 
razu Belliniego, ktorego kopia zdobila wiedenski salon ojca, nie odejdzie z jej zy- 
cia tak szybko, i ze nie po to przyszedl wysluchac jej koncertu, by rozplyn(!c si
 
w dumie rozkrzyczanych straganiarzy i zabieganych nad Modaw(! kupcow. Mia- 
la racj
. Intuicja mowila jej bowiem, ze wreszcie cos si
 jej spelni. Zrozumiala, 
ze AI ben Kuhner, ten nudny sopocki hotelarz, to tylko drobna cz
sc jej losu. Po- 
sluzyl jej jako nidwiadome medium. I nic wi
cej. Jego rola dobiegla konca 
z chwil
 jej przypadkowego zetkni
cia si
 z mlodym, pi
knym Niemcem, ktory 
min
l j
 pod akacj(! wrzucaj(!c do czarnego kapelusza duz(!, brz
cz(!c(! glosno mo- 
net
. Jej diwi
k, podobny do malych srebrnych dzwoneczkow, mial przywidc 
go ku niej ponownie. Tak tez si
 stalo, przynajmniej wedlug wersji przedstawio- 
nej w pami
tniku. Johannes istotnie wrocil do Luizy, jeszcze tego same go dnia, 
tej samej minuty wlaSciwie. Nie zd(!zyl bowiem dotrzec do bramy oddzielaj(!cej 
Frauengasse od Modawy, kiedy uslyszal kOl1cZ(!Ce si
 adiagio, poiniej krotk(! ci- 
sz
, a na koncu rytmiczny pocz(!tek presto, ktore dziewczyna zagrala zdecydo- 
wanie glosniej niz poprzedni kawalek, jakby celowo starala si
 przywolac go do 
siebie sw
 zaczarowan
 muzyk
. Skr
cil zatem w miejscu, poszedl w kierunku pach- 
n
cej akacji i raz jeszcze spojrzal na jej twarz, na jej zamkni
te oczy, na delikat- 
nc mchy jej p ale ow , dotykaj
cych z zadziwiaj(!C! sprawnosci
 srebmego instnllnentu, 
ktorego jasny blask tak bardzo kontrastowal z czerni(! jej bujnych wlosow i z oliw- 
kowym odcieniem jej opalonych policzkow. 
Nie wiem, co bylo potem, bo tego przeciez w dzienniku nie map Mog
 tylko 
domyslic si
 ich pierwszych slow, ich pierwszej rozmowy, ich pierwszego zdzi- 
wienia, kiedy on dowiaduje sit; 0 jej odleglym, dose egzotycznym jak na gdall- 
skie warunki pochodzeniu, ona natomiast sIyszy 0 jego ukOl1czonej przed kilkoma 
dniami powidci, 0 jego planach wydania jej za wlasne pieni
dze tu, w \Volnym 
l\1idcie, a nie w Rzeszy, i 0 jcgo doswiadczeniach z lat \Vielkiej "Vojny, w kto- 
rych odgadla natychmiast przyczyn
 jego niezdecydowania i kontemplacyjnej na- 
tury. Nigdy jcdnak, w ci
gu tylu podrozy po Europie, a poiniej podczas pobytu 
w Wenccji, Johannes nie wspominal jej ani slowem 0 Claudii, 0 tym, 
o. zd
rzy- 
10 si
 latem 1923 roku na wydmach Kurische Nehnll1g, 0 swej ostatmeJ UClecz- 


139
>>>
ce z Reszla od najblizszej rodziny, ktorej nigdy juz nie zobaczyl, podobnie jak 
nie ujrzal mojej babki i swej malej coreczki, tamtej nie chcianej przez nikogo dziew- 
czynki,o ktorej przyjsciu na swiat dowiedzial si
 w tym samym dniu, kiedy znu- 
dzona Albertem Luiza pojawila si
 po raz pierwszy na ulicach gdanskiej starowki. 
Ale jej legenda trwala bardzo krotko. Krocej niz jej pobyt w \Volnym Miekie. 
Pi
kna nieznajoma, ktora zjawila si
 wiosn
 w Sopocie nie wiadomo po co i sk
d, 
znikn
la wraz z przekwitni
ciem akacji, rozplywaj
c si
 w ostatnich taktach pre- 
sto z koncertu Alessandro Marcello. Na pocz
tku lipca, w kilka dni po spotkaniu 
z Johannesem, Luiza przeniosla si
 bowiem do Oliwy i nikt wi
cej 0 niej nie usly- 
szal. Nikt nie zobaczyl jej sennej twarzy i zamkni
tych oczu, jej czarnego kape- 
lusika, jej srebrnego instrumentu i zmyslowego ruchu jej delikatnych paleow. l\lozc 
przez przypadek widzial j
 ktos we wrzdniu w sopockich tazienkach, na spotka- 
niu literackim z okazji ukazania si
 "Morgengruss", moze ktorys z przyjaciol Jo- 
hannesa rozpoznal w niej tamt
 dziwn
 tlecistk
, mozliwe tez, ze zwrocono si; 
do niej z prosb
, by na zakonczenie imprezy zagrala jakis zapomniany barokowy 
koncert. Ale ja wiem, ze Luiza tego nie zrobila. Czas jej muzyki bowiem min
l. 
Pewien etap zycia miala juz za sob
 i wcale nie zamierzala odgrzebywac go po- 
nownie. Jej mysli zaprz
tal teraz plan wyjazdu do Berlina, do Zurychu, pozniej 
do Paryza, lub jeszcze dalej, moze az na Sycyli
, gdzie wszystko wygl
dalo ina- 
czej niz to, co dot
d poznala, i gdzie caly swiat odbijal si
 w blasku jej ciemnych, 
niezgl
bionych oczu. Patrz
c niegdys na skradaj
c
 si
 ku niej wzdluz masywnej 
kiany Frauenkirche postac mojego dziadka, Luiza poczula w sobie po raz pierw- 
szy pot
g
 swej prawdziwej nattlry, swej zapomnianej wloskoki, ktor
 tak dIn- 
go musiala odkrywac i ktora objawila si
 jej cal
 pelni
 dopiero w chwili, kiedy 
stoj
c przy m
tnej, zielonkawej wodzie Rio di San Gervasio e Protasio uslyszala 
tamten czysty mezzosopran i slowa pidni Giordaniego, a potem oddalaj
ce si
 
w stron
 Canal Grande, cichn
ce powoli senza di te fanguisce if cuor. J ej powrot 
do korzeni zacz
l si
 zatem w czerwcu 1924 roku i nagly wyjazd z Gdanska pod 
koniec pazdziernika byl tylko wst
pem do dluzszej w
drowki, ktora pr
dzej czy 
pozniej miala zaprowadzic j
 na jeden z weneckich mostow, bo tak, a nie inaczej, 
chcialo zarowno jej, jak i moje wlasne przeznaczenie. 


Marek] astrzfbiec- M osakOJvski 


140 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
WOJ'ciech T. Brzoska 


wszystl(o gra 


grzechy jak falszywe karty 
wykladaj} si
 na krzywy blat konfesjonalu: 
wino karo pik 
wina kara pstryk - 
rozgrzeszenie 


i znowu troch
 czasu na przetasowanie 


niedlugo 
w tym samym miejscu 
gra zostanie ,,'znowiona 
a sumienie po raz kolejny uspokojone 


n1arhva l1atura 


kiedy na ostrych kraw
dziach dachaw starych kamienic 
leniwie ktad} si
 spac ostatnie gol
bie 
drz
c} dtoni} bierzcsz do list kieliszek chlodnej w6dki 
jakbys chciala zapomniec 0 tych wszystkich 
ktorzy spi
c odbieraj
 ci ostatni
 nadziej
 


Wojciech T. Brzoska, ur. 1978, student kulturoznawstwJ. Uniwersvtetu SI:}skiego. Publiko- 
\Vat m.in. w "Sl
sku" i "FA-arcic". Mieszka \V Sosno\Vcu. 


141
>>>
kiedy Z ostrej kraw
dzi dachu jednej z kamienic 
spada na ziemi
 mart\\'Y gol}b 
uparcie walczysz z silnym b6lem 
spowodowanym chlodnym ostrzem zyletki 


ka\vior 


wodospady mysli splywaj
 po ci
zkim m6zgu 
zm
czone powieki powoli buduj} tam
 dla swiada 


zapory przetrwaj} jeszcze jedn} noc 
jeszcze tylko jeden sen sliski jak wt;gorz 
wkradnie si
 do rzeki 


o swicie os try skalpel swiada przetnie tam
 


kawior na sniadanie 
b
dzie kolejn} zbrodni} bez kary 


Wojciech T Brzoska 


142 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
Pawel Lekszycki 


. . 
peJzaz pty\vatny 


---;. 


fir 


popoludniowe slOJ1cc 
jak st
zaly, malinow" kisiel 
lepi si
 do trzciny. 


J 


slow a S} jak ryby. 


tutaj nie ma nie do zrobienia. 
zadnyeh rzeezy, ktorymi mozemy 
wypehac sobie 
dziury W oezaeh. 


zidone luski wody 
statyezne jak portret de nata. 


wi
e w)'wraeamy jezioro na le\\y brzcg 
- "l'gl
da tak sarno. 


znudzonc slOJ1ce 
topi si
 
bcz wolania 0 pomoc. 


Waterloo 


jeszcze noc walczy 0 swoje. my walczymy 0 nasze. 
pierwszy autobus zmaga si
 z deszezem. deszez 
si
 zmaga zc snicgiem. wiatr zazi
biony 
pr6bujc si; wcdrzec pod kotdr
. 


,Pawel Lekszycki, ur. 1976 \V Katowicach; student filologii polskiej UniweI'sytetu SI:}skiego; pu- 
lilkowat m.in. \V "Opcjach" i "Slo}sku". Micszka \\' D:}bro\\'ic G6rniczej. 


143
>>>
zeszloroczne W oknach uszczelki szlag tratl!. 
kiv blokow szczerz
 si
 w szybach jak \V lustrze. 
glos spoza Sciany strzela do zony. ladacznice i innc 
p
kaj
 nam w uszach niczym granaty. 


ducha zywego. my sami. ze switem pod pach
. 
nieporadnie zmotani. wreszcie stajemy. 
na wlasnych nogach. daleko ponizej 
wysokosci zadania. 


u \Vrot ogrodu. \vygnanie 


sliwy, grusze, jablonie. 
jesieni
 znow nizsze. 
jak pies 
do r
ki si
 lasi sad owocowy 


tutaj sliwki - 
sliw slepe naboje - 
drzewa pestek seriami 
strzelaj
 w zol
dek. 


grusze. rozerwac jedynie 
zdrewniale zawleczki - 
polec
 ku gorze 
listki - spadochrony. 


i jablka. 
pomi
dzy zr;bami, 
soczysty i slodki 
eksploduje wrzesien. 


potcm gniew bozy 
- srutowka ogrodnika. 


Pmve! Lekszycki 


144 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
PLASTYI(A 


Prezentacje 
Jerzy Riegel 


, 


.... 


l 


. 


.- .. 


. 


"'" 


,..,' 


"'! 


.. 


., 


,. 


, 
...
 



. 


......... 


je!'Zy Riegelllrod:til sit; w 1931 rokll \\' Bydgoszczy. Z za\\'odu jest poligrafem. Od 1967 roku 
nalc7
: d(\ Z\\ i.}7kll Polskich Artystow fotografiko\\'. Zajmllje si
 totografi} czarno-biat}, ale naj- 

ard
lcj nt:\scynO\\'any jcst rozdJ.:idnotonmq tcchnik} totogr,\ficzn} z\\'an} izohdi}. Fotografu- 
Je peJ7J.fC, ponrct\', a s"acg()lnic mo1'.'\\"\' architcktonicznc. Bardzo cz
sto temato\\' do jcgo to- 
togr,\fii dostara a 
1lI jcgo r'Odzinna B}"dgosZC7. 
 


145
>>>
1 - 



. 


-' 


.. 
.. 


...... -'- 



 ,- 


...... 


-" 


'4ti- 


"- 



 


." 


'-v __ 


- 
.- 
---- - 
..... 
............... .... ...- -- - 
..........- ...- 
.--- 


'"I . .... ........- 


----................. ..... 
--... - 


..,.... .. ...............-..-- 
.........,.. .....................-.--. ---
 
- . .... -- -.....- 
r- - - ._. 



 .. 


.
 ') 
.. 


. 


-- 


R:vdposzcz, Spichl'zc, 1978. 



...... 
'- 
- 


... 
-- 


- 
. .. . 


fl ...... ...". .. 1; 


_ -d 


, 
1 


_r 


.... 


-.. 


, 



 


- 
'-----" - 
.,... - - 
. 
... 


....-. ....;, 
-- 
_. 
.. 
-..... 
.. 


I' 


, 


.-;1, 


.-.- 


-II 
- 
-1 ...: 
, 1(11-- 
C c 


;...- 


. 
- 


-.::: 
III
 



 


_.... 


146 KWARTAL),JIK IARTI YSTYCZ:\Y 


,; 


I 


II 
, .t 
, 
I 



 


. 
" - 


I'M.. 


,-- 


.... ....
>>>
,' 


I- 
I "f · 
':}- 


.' 


-:0. 


-. 
,t: 

- 1 


Jf!"'. 


,..- 


.... 

 
 
! ..\,: 


I 


- 


1 
I 


l'f
U'I!;f. 


, 
 


. 

' . . 
, . 
 
. ' 
I 


t' 


\ ''!f-k 


. 
 


Wnlecja JJ.vt(lfoska. 


\ 


t. i 


..1 


F 


-- 


. 
/ 



 
- - -.. 


.. 
. 
 
r ':.2 
 


I 
I 
J j
 


It 


. 
. . 


t :6 
:'" 
J It 


.J 


J;--- 


. 
 



 


. 
,... 
.. 


.. 


, . 

' "J 

. . 
". 


-If' 


, : " 
1 "1 
t I 


f 


1; 'i 
i.'. - 
. '... 


..tl' 
...., 


f
 ," 
!J If" -... tl'1 

, .l'f,'\ I" ,f 
, 
' . I \ 
.". J' 


",.. 


" 


LI 


.... 
i# 
" 


. . 
, .' 


." 



 
 


'''r
' 


.1' ' ,
 

, 



 
..... 
... 


f 


h 


., 
f("
 a, . 
Ii 
\" I 
- ,. .,,'" 
'. .., " t , 
..
.. 7 
,.{ , 
.. .'f 
" . 
 
, :
\ 
r. ...t, _,-;. I 
'
,' .

.. 
" . ,;
.L, f 
· · '. ,ft...:- 
 
, 
.... .,
 t# '. 
. , , " ""

 
,...

. , . 
"':l. .
' . 
,". 
 
, 
 
f ::I:' ,-. J' c; ,'" 
31.., '. :f It , " 
of ::1..: , '1
; .. t, 
, 'ft' 
:E 
". ." 
_ ..,.,'"j 
;. , 
,..,.. , f.' 
\1' L 
. "'fIf 
f
 "i.. 
.t- .11 


::r 


.... 


, 
, 


.... 


t... " 
;.' 
It. 


. 
. i 1 


.oJ 



 


L'"' ,
, ,
 f" 
. . "'- ... ".. 
T. . ,,;. 
I ".rf '\ 
 I 11.. 
" , 
. J:- 
'
 
; 
(f' ;. "
 
. ,."... . 
. - 


"( 



 
..... '1..( 
t
"l 
. . 
.; 
# 



. 


. , I 


, : 


. 
.....
 
f 
'\ . 


-1# 


, ". 
 
 
oJ' .", 
',
\ 
, it,. 


... I" 


"I 



 


$'0.. 
.' 



, 
:' .. 
.
., 
..,... . ' 
/," 

, 
 
.. 


,
 


.. .
 
l
'\: 
of '. 


&' 
f 


. 


... 
.1 


.. 
, .. 
-1" 



....,. G. 


I 
.' 


'" 
'f' 


." 
. 


" 
" 


! 


147
>>>
, 
,.... 
" .
 
r,\ 
 ' 
;,;
 ('. , , 
,
 '. " . i ':. '

 :- '\ 
.r..,." 
.\;'
..
.. -" -\ 
J ......' - ..., . -c . 
.....- 
0"'J'''.!. ",.r. -i,-. _ - 
 
) . 
 '
.
f Jo'.' f! . f .. ..t 
. '. " '",' ,I,,
, 
 
. 
",' . Ii...... - . 
. 'j
... '. ," .. 
. '
"
:' I: 
d 
 f i;
;:r'
 
f., 
 
 t"" 


:'
 "J'A...-.
 "1 
r, .
.... . 

 ,
'' -:' 
:. r 

.
 t 'r :;'
 J 
o. . . 
\.. ...... '; "'. 
"C
...f":'- 
 . 
. '') 


.' 


I' f ' 
r . 'f' 

 
} 
" ,:I- 
....... 


..,. I' 
: .. I
;I '
 
&
 
.;;:;. 


" 


" 


t 
I 


,; 
'U;. " 
J 
 


- 


Byr{lfoszC:;, IIliea Jezllieka, 



 


. 


-..:; ---
""-':"-=-- -.. 



 


..,.:... 


. t " 
. ' 
.' , 
. i 


.. . 


. 
.. 
- " 


'. ' 
". 


--- 


t:
," .Il. 
. .. 'rq . r. 1 : , 
",J,. 'I.. 
. 
 
-
 .'''1 


--- -- 


148 K \\' ART A L )J I K 1:\ R T I Y STY C Z 
 Y 


,,__W-,,- '-,.;r. ___ 


-- 


., 


. .. 


..... 


r 


I 


, " 


1;,1 


. ...:,. . 
' ....... 


.
 


. ....., 
_to ; 
:'':'''.'/I
 

"
 .-, .... ,:.1.#' 
":..... - .....,.
 :... 

 ,'--- 
.. - t 
" .. = .. 1:" e 

, 
..' 


,. 

' 


-, 


!;t." 


!,J. 


; -, 


I', 


..ii'
>>>
# . 

 


.../ 


. r /Yj 
'/ 
'-:!'/i{ 
7j .--/ )., 7.# ...- 
/ ,-' /' 
" -
 / , . 
 - .I. / 
I -- " ,;. "'\...-: 
. -
. · .I .J I 
 . 
- /. 'I '.. 
','(- \ y . - ',. 
. -.... -:---4:. '
;/ ./" 
'
 1.
 Y'_./' . 
J 
 'S;. '..a....
 , , 
V 

 
: T. 't {, 
' 
-- ..' ! 
 '7
 / / --- :j :fr , t' .. , 


"',. 
 "
'

I 

 - 4- 

';i;....
 // 
,A
 

 
.....",. ""'" . . 
 ,

 
----;=-- . ,:-", 
 
\ 
.. # "'-, 



\ 


--",,
 


r-
 
\ 



 
. 


\ 

'
 


/' 


. 
-, 



 


-. 


" l lC 1'111' 198 7 , 

 1(05C1O rfl _ , 
Rydgoszc
) 


149
>>>
"" 

 

 
 
,. '" 


7 K :.. -' -' 
)
 

\ 


f 



 
, 


- .. 



 


.... 


i_
 


. 
. 


\ 


.' 

 


.' 
l1li'",,1 



 


\.......:. ,,- 
..-- : 


'
"  
. ...... 


"-; ..-..-... 
',
 
.. - 


\-. 


- 0( 

, 
,.. 
-.. 
... I 
..
 


" 
-
" 


J. 


-j, 



 
.. . 
.
 \ 
'!. 
. ,- _ r. 
- 

. ,
.. . 
"' 
 

". 
.. 



 


.' 


"
.,
\, 
,.. - 
o 
 - 
 "
 '"", r,. , (4" 

 ... 0'"' - t .. 
 _ 
. ,_......:
 ,
 
 '


" '-;.:;. 
_ 
I -- 
""

.'" '...-:, .. -..... ' - 
. .
........' 
:-...'S..: 
 ... - 
 -

,",,:, '" - ......
.".,r 
'"-'L ..

 

 .: . ....:-: ;
: _-:-
t 

.... .Wl . .--,.,.- 4& '""']. ............. -".. .. 
-.:;r ,. .,;1. -' I \ .. . ;;.:-- -- :- ,4ft, 
,,_, _..._ ____ A.
 _ ;;-. 
'r..'I'f. ... ...-;.ijj... -:."". - 


.- 


. ,. 
!- 


j 


.' - 



..
",' 
::.-. "-.
 


..... 


t' 


... 


.. -.+. 
,'
 . 
:


 '. 
..- . 


. 


--- 



 
- 
- . 


.,. 


- 
.;.- 


..
 


. . , 

"' t 
. ..;f "t 
1 
\ 


-.' 



 


- 1 


'" . 


Bydgoszcz, nie ist1liejqcy fragment ttlic.'v Kttjawskiej. 


150 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY (, Z N Y
>>>
-4:. ,,
, 
 ""i 
.., ......1.- ..... 
-.. ,.. ., .. 

 ,. 
'to -r 
 

J'f

. 


- 


.u
 

 
".",... 
.(" 


...y#I 

 
,. ,... 
, ,.". J. 

 


""".... 


 
'. \ 


.- 


. 

 



. 


....." 
r 
. 


'- 
1.' 
. .f .,' 

". 



 
. 


'. 


...... 
. , 



 


- 


f 


." 


- 


, 
I 

 
.. 
"" 
'" 
 
. ..... 


.. . 


.. 


'''It! 
. " 


.. 



 . 

.. 
". 
A-I 


f- ,- 
,. 
( 
. , 
 
. 
... 
. , 
l { 
.
 'f'! 
f 
, , . 
. - . " 


. 



. 


-... 



 
" 



 


'i .... 


.
 
, 
- - ,'1. , 
,,' 
1 


. 


. (' 
'I... t...... 

4. 
.
... TJ 
. I, 
..':..

.. 
f 
........ 
 , 
- : ..;. 



 
' .. of f'-. \ '... 
'" .z. 
.. . 
" .
... . rot' 
· It' '_:,.0.:-- 
 
'it 
 Ji. i/P " 
 ' . ' 
JJ .,u-.. ..,.
. \ r 
l J.., ..
:
. 
 \ ':"':t.'A-1.'.;'
' 
· "
J.:' R.; ....;r

 
...,,
r-t...... ." .. ..:_ -)10» 
,"'t'
. J,. '".... 
 .... 
 
' 
'L-'- . 
 'l.'!r, 
'.J. ,_ . ./ 
., 
,. 


'1 


- 


"'\ 


.... 
.- 
..' 
loJ 
.... 
. 
. ... 


. 


.r 


-, 
l' ... 
. 
I 
;. . 
\ . 
. . 
.
 . 
. 
.- . 
. 
. .' 


.. 




 


". 


.... 


,:., 



 
I 


. . Ow 
... " -
 
,

 
, -- 
. 'J. "., .,., 
.. _..t' 
-
... 
 
 


... ":; 


W letll1'lJu, 1968, 


.!fI'l 
... 


... 


Jj 
I 

 .1 
or 


,.' 
4 


--" , 
.A:
 .._.... 
.- 
.. - 


151
>>>
\Vystawy indywidualne 


1969 - Fotografia uzytkowa, Bydgoszcz 
1969 - Wystawa fotografiki, Klub Poligrafii, Bydgoszcz 
1975 - Wystawa pt. ,,
owa Bydgoszcz", Salon BTF, Bydgoszcz 
1976 - "Spotkanie z morzem", KMPiK, Bydgoszcz 
1977 - lzohelie, Galeria PSP, Bydgoszcz 
1977 - Izohelie II, Mata Galcria ZPAF, Torun 
1978 - "Stara i nowa Bydgoszcz", Klub "Jupiter", Bydgoszcz 
1979 - "T 
 zim
 zapami
tamy", Bydgoszcz 
1980 - "Impresje z Tallina i Leningradu", Bydgoszcz 
1980 - "Bydgoszcz w izohelii", Bydgoszcz, Koronowo 
1980 - "Elektronika w poligrafii", wystawa z okazji 
Mi
dzynarodowego Sympozjum Poligrafow, Bydgoszcz 
1981 - Izohelie IV, wystawa poswi
cona prof. J. Romerowi, Salon BWA, Bydgoszcz 
1982 - "Wokot Starego Rynku w Bydgoszczy", Bydgoszcz 
1983 - Izohelie V, Stadt Kabinet Kulturerbe, Magdeburg 
1984 - "Stara architcktura Butgarii", izohelie, Mata Galeria Fotografii, Torun 
1984 - Izohelie VI, Galeria ZPAF, Kielce 
1985 - Izohelie VII, Centrum Sztuki Galeria EL, ElblC}g 
1987 - "Stary Torun w izohelii", Galeria Towarzystwa Przyjaciot Sztuki, Bydgoszcz 
1987 - "Architektura i pejzaz w izohelii", Salon Fotografii 
Lodzkiego T owarzystwa Fotograficznego, Lodi 
1987 - Wystawa jubileuszowa z okazji 2S-lecia pracy artystycznej, Salon BW A, Bydgoszcz 
1987 - Wystawa fotografii, Galeria Sztuki Wspotczesnej BWA, Kielce 
1989 - Wystawa fotografii, Galeria ZPAF, Kielce 
1992 - \Vystawa fotografii, Dom Kultury w Hawierzewie, Czechy 
1992 - Wystawa fotografii z okazji 30-lecia pracy artystycznej, 
Miejski Osrodek Kultury, Bydgoszcz 
1995 - Wystawa fotografii, Galeria Sztuki Wspotczesnej, Kotobrzeg 
1995 - "Bydgoszcz w izohelii", Kopenhaga 


Udziat w wystawach zbiorowych 


1967 - XII Okr
gowa Wystawa Fotografii, Torun 
1970 - Wystawa "IFO - scanbaltic", Rostock 
1971 - Wystawa pt. "Cykle", Warszawa 
1971 - V Biennale Fotografii Krajow Nadbattyckich, Gdansk 
1972 - Wystawa "IFO - scanbaltic", Rostock 
1972 - Salon Fotografikow Polski Potnocnej "Ztocisty Jantar", Gdansk 
1973 - ,,40 lat izohelii", Wrodaw, \Varszawa 
1981 - Biennale Krajobrazu Polskicgo, Kielce 
1983 - Biennale Krajobrazu Polskiego, Kielce 
1983 - Wystawa pt. "Mate formaty", \Varszawa 
1987 - Wystawa pt. ,,40 lat ZwiC}zku Polskich Artystow Fotografikow", 
Galeria "Zach
ta", Warszawa 
1987 - 10 Bicnnale Krajobrazu Polskiego, Galeria BWA "Piwnice", Kielce 
1987 - Wystawa pt. "Krajobraz swiata", Galeria "Zach
ta", Warszawa 
1992 - I Biennale Plastyki Bydgoskiej, Salon Sztuki Wspotczesnej BW A w Bydgoszczy 
1994 - II Biennale Plastyki Bydgoskicj, Salon Sztuki Wspotczesnej BWA w Bydgoszczy 
1995 - Wystawa pt. "PrzeglC}d fotografii bydgoskicj", 
Salon Sztuki Wspotczesncj BWA w Bydgoszczy 


152 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
VARIA 


Michal GloJvinski 


Starosta 


Samorzqdnosc studencka wowczas nie istniala, 0 wszystkim decydowano w odpowied- 
nich instancjach partyjnych, czascm tworzono jednak jej pozory. Starosta roku pocho- 
dzic mial z wyboru. Ale w poczqtkowych tygodniach studiow jeszcze sit; nie znalismy, 
nie wicdzielibysmy kogo wybrac, zeby wit;c zapobiec tej niekorzystnej sytuacji, miano- 
wano jednego z kolegow na t
 funkcjt;, w tym przypadku nawet 0 pozory sit; nie zatrosz- 
czono. Ci jednak, ktorzy nominowali) tez zapewne nikogo nie znali, kierowali sit; tym, 
co wyczytali w papierach. Spodobalo im sit; zapewne to, czego dowiedzieli sit; z doku- 
men tow Ignacego S. i jemu t
 funkcjt; powierzyli. Z pozoru nie miala ona charakteru po- 
lityeznego, zadania starosty byly przede wszystkim porzqdkowe, winien on posredniczyc 
mit;dzy studentami a wladzami wydziatu i dbac 0 rozne konkretne sprawy, takie na przy- 
klad jak terminy zaj
c, ale tez przekazywac kolegom zarzqdzenia, dezyderaty, sugestie. 
To prawda, do jego obowiqzkow w zasadzie nie nalezala troska 0 poziom ideologiczny 
czy dozorowanie, by nie dzialo sit; wsrod studentow nie) co mogtoby budzic zastrzeze- 
nia, tym zajmowali si
 niezliczeni inni, a wi
c rak zwany opiekun roku, przewodniczqcy 
organizacji Z
lP-owskiej i jego pomocniey, cztonkowie komorki partyjnej i - ci byli naj- 
wazniejsi - rozliczni ubowey, agenci, ktorzy W sposob niedostrzegalny dla kolegow mie- 
Ii ich obsawowac - i donosit. \Vowczas wszakze funkcji niepolitycznyeh nie byIo) roznice 
mogiy dotyezyc stopnia jedynie. 
Papiery Ignacego S. przedstawiac sit; musialy doskonale, skoro wzbudzit tak wielkie 
zaufanie - i zostal wyrozniony sposrod tylu innyeh. Juz w pierwszych dniach roku aka- 
demickiego zabral si
 do rzeczy, nieustannie cos zalarwial- i stal sit; szybko postaci q zna- 
nq. Mowiono 0 nim Starosta - i tak pozostato. Nazywano go w ten sposob takze pozniej, 
gdy juz powoli zapominalismy, ze kiedys pdnit t
 fllnkejt;. 
Starosta naldal do Z
1P jak my wszyscy (z wyj
tkiem dwoch czy trzech osob), ale nie- 
wqtpliwie nie mial zadnych danych) by stac si
 dziataczem. Jak si
 niebawem okazalo, nie 
przejawi.11 niezbt;dnego temperamentu, nie ujawnial tez zamitowall, ktore kierowalyby 
go w n; stron
. I tym roznil si
 od dziesi
tkow kolegow, ktorzy byli zebraniowymi krzy- 
kaczami, larwo godzili sit; na rozmaite w
tpliwe poczynarua, byle tylko rqczka wladzy po- 
glaskaia ieh po gtO\\
e) udawali przeto ideo\\)'ch zapalelkow, gotowyeh poswi
cie dla budO\\y 
socjalizmu wszystko co maj
) z sob q wl
cznie. Towarzysze pope
nili nie\
'qtpliwy .bl

, 
stawiajqc na Ignacego S. Najwyrazniej z papierow nie wynikalo, ze na dZlatacza SIt; me 
nadaje i nie kryje w sobic niezb
dnyeh ideowyeh poteneji, dba zas 0 to, by we wszyst- 
kim co robi bve w normie cz y li - J .ak wowczas mawiano - nie wychylac sit;. 
, ) I , 


153
>>>
Starosta przyjechal na studia do \Varszawy z daleka, z nad Odry, z miasteczka, ktore- 
go nazwa ",leciala mi z pamit;ci. I to go wyroznialo, bo malo kto przybywal ze stron tak 
odleglych, choe geograficzny diapazon miejsc, z ktorych pierwszoroczniacy pochodzili, 
byl rozlegly, dzialalo wowczas mniej uniwersytetow niz obecnie. Nie byly to, oczywiScie, 
jego strony rodzinne, wywodzit sit; z kresow Drugiej Rzeczypospolitej, co niekiedy by- 
to slyszalne w jego mowie, pojawiat si
 w niej bowiem ow zaspiew tak charakterystyczny 
dla tych, co zza Buga. Pojawiat sit; zwykle \Vtedy, gdy Starosta nie tyle tracit panowanie 
nad sob
 (w takim stanie nigdy go nie widziatem), co byt lekko wzburzony - i ujawniat 
wi
cej z siebie niz zwykle. 
Zastanawiam si
, co zdecydowato 0 tym, ze wlasnie Ignacemu S. powierzono t
 funk- 
cj
. Domyslam si
, ze mial doskonale opinie - jako mtody cztowiek wzorowo wypetnia- 
j.}cy swoje obowiqzki, przyktadny, pracowity, ideowy. Owe opinie mialy wowczas ogromne 
znaczenie, a niekiedy stanowily przedmiot najrozniejszych gierek, a nawet oszustw. I cz
- 
sto decydowaly 0 losach czlowieka, zla opinia polityczna uniemozliwiata przyjt;cie na wyz- 
sz
 uczelnit;, czy awans w pracy, a niekiedy stanowita powod roznego rodzaju represji. 
Ci, ktorzy wystawiali opinie Ignacemu S., byli mu zyczliwi, a i on zapewne zastuzyl na 
swoje dobre notowania. Niewqtpliwie pochodzit z rodziny robotniczej, a to by to wow- 
czas niezwykle wazne, obowiqzywata klasowa wizja swiata i proletariacka mitologia, fakt 
ten musiat przychylnie do niego usposabiae tych, ktorzy doszli do wniosku, ze b
dzie 
w roli starosty wlaSciwym cztowiekiem. 
W szkole byl zapewne prymusem, bye moze miat nawet dyplom przodownika nauki 
i pracy spolecznej, ulatwiaj'lcy wst
p na wYZSZq uczelni
 lub tez otwierajqcy na osciez jej 
podwoje. Nie wystarczata jednak pozycja wzorowego ucznia, trzeba byte cieszye si
 za- 
ufaniem, bye osobnikiem pewnym ideologicznie, a przede wszystkim - aktywisq (nie- 
kiedy to ostatnie stanowito moryw wystarczajqcy, by otrzymae takie wyroznienie). Ten, 
kto przychodzil na uniwersytet z przodowniczym dyplomem, mial wszelkie dane, by bye 
traktowany jak gwiazda, jak ktos predestynowany do odgrywania roli szczegolnej. Na ogot 
jednak dziato si
 inaczej, domniemane gwiazdy nie swiecily nawet swiadem odbitym. 
Ignacy S. nie miat jednak w sobie nic z gwiazdy, wi
cej, aspirowanie do takiej pozycji 
bylo zdecydowanie w niezgodzie z jego osobowoSci q . Myslt;, ze petnienie roli starosty 
przychodzito mu z trudem, byt cztowiekiem nidmialym i cichym, nie lubit wyst
powac 
publicznie - nawet przed gremium ztozonym z kolegow. I zapewne czul si
 szczegolnie 
skr
powany, gdy wiedzial, ze uwaga na nim si
 koncentruje. Niewqtpliwie rzadko by si
 
to dzialo, gdyby nie funkcja, jak q mu powierzono, niczym szczegolnym si
 nie wyraz- 
niat, ktos nawet mogtby pomyslee, ze byt czlowiekiem szarym; wszystko wskazywato, ze 
pragnql bye studentem, 0 ktorym sit; mowi: solidny, rzetelny, kolezellski, jednym z tych, 
co zadnych wqtpliwoki ideologicznych nie budz q . 
Opowiadam 0 Starokie nie dlatego, ze zafascynowata mnie jego osobowosc, przyznam 
otwarcie: gdyby nie pewna rzecz, 0 ktorej dowiedzialem si
 wiele lat poiniej, wowczas, 
gdy epoka studencka naszego zycia nalezala od dawna do zamierzchlej przesztoSci, z pew- 
nosci q nie podjqtbym tego trudu. Nigdy nie miatem z nim blizszych relacji kolezellskich, 
nie wiedzialem wi
c, ze zagl
bia si
 w pewn
 dziedzint; i ni q zyje, nie zdawalem sobie 
sprawy, ze - tak spokojny, zrownowazony, zawsze jak nalezy - zdolny jest do wielkich 
nami
tnosci i do ryzyka. A w tamtych latach 0 swoich zainteresowaniach nie magi mo- 
wie, wi
cej, musial je skrzt;tnie ukrywac, jego pasjq byla bowiem wojna polsko - bolsze- 
wicka, wielki rok 1920 - i w ogole wszystkie te konflikty, nawet najdawniejsze, w ktorych 
Polacy dawali lupnia Ruskim. Chodzito tu 0 cos wi
cej niz 0 hobby, mial w tej dziedzi- 
nie - jak slyszalem - rzeteln q wiedzt; historycznq, wielostronnq i bogatq, panowal nad li- 
teraturq przedmiotu, do ktorej dost
p w tamtych czasach nie byllatwy. Znal duzo 


154 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
szczegotow zwtasz
za z w?jny roku 1920, opowiadal 0 rozstawieniu oddziatow tak, jak- 

y byt.fa
howym hlstorykiem wojskowoSci, wiedziat, jak przebiegaly linie frontow i jak 
Sl
 zm!e.n
aly w toku walk. 
m polskie zwycit;stwo by to bardziej spektakularne, tym wia- 
domosCl )ego byly rozlegle)sze, a zapat, z jakim 0 nim opowiadal, systematycznie nara- 
stat. Niestety, sam nie mogtem tego stwierdzie, nie nalezatem nigdy do grona stuchaczy 
Starosty, 0 tej jego utajonej pasji wiedzieli jedynie najblizsi koledzy z domu akademic- 
kiego, ci, do ktorych miat bezwzglt;dne zaufanie. 
Bo takie zainreresowania narazaly \V owym czasie na niebezpieczenstwo, na uniwersy- 
tecie panowat terror, a rozni gorliwcy wyzywali si
 w tropieniu ideologicznych odstt;pstw 
i nieprawomyslnoSci. Pami
tam, ze publicznie pott;piono kolegt;, mieszkajqcego w rym sa- 
mym co Starosta akademiku, za to, ze przeglqdat numer ktoregos z amerykanskich ilustro- 
wanych tygodnikow; dzisiaj kolega ow jest znanym tlumaczem, przektadajqcym z kilku 
jt;zykow, wtedy jednak angielskiego nie znat, musiat si
 wit;c zadowolie kontemplowaniem 
totografii, ale i to by to juz dostatecznym powodem do napit;tnowania, Innemu dano na- 
gan
 za to, ze czyta powidci Aldousa Huxleya, a jest to pisarz wrogi socjalizmowi, kryty- 
kuje przeciez Zwiqzek Radziecki. Oczywiscie, czytanie Hu.xleya to kaszka manna w porownaniu 
z fascynacjq sukcesami ort;za polskiego w walkach z bolszewikami. Gdyby dowiedziano sit; 
o tej namit;tnoSci Starosty, powstatoby zamieszanie, wrt;cz skandal, niewqtpliwie wyrzu- 
cono by go z uniwersytetu, a moze nawet zapakowano do wit;zienia. Przypominanie tych 
wydarzen sprzeciwiato sit; glownej zasadzie, jaka wowczas obowiqzywata: bezwzglt;dnej 
i bezkr)'tycznej milosci do Zwiqzku Radzieckiego. A 0 rym, ze Polacy wojowali z Rosjq 
i - zwlaszcza - z bolszewikami, bqdz w ogole sit; nie mowito, bqdz rzeczy przedstawiano 
tak, jak je widziano i oceniano na \Vschodzie, a wit;c takze w polskiej perspektywie posta- 
ci q pozytywnq czy \\T
CZ bohaterem miat bye Budionny (bytby nim zapewne rowniez mar- 
szalek Tuchaczewski, gdyby rue zostal zamordowany w trakcie stalinowskich czystek). Starosta 
ryzykowat wi
c wiele, wybierajl}c jako przedmiot swych poznawczych namit;tnoSci to wb- 
snie, co wowczas by to zaktamywane i falszowane z przerazajqq konsekwencjq. Jak mi opo- 
wiadano, nie zdecydowal si
 na studiowanie historii tylko dlatego, ze zdawat sobie sprawt;, 
iz jest to dziedzina narazona duzo bardziej niz inne na tego rodzaju poczynania. Litera- 
tura interesowab go mniej, jl} jednak wybrat, bo mimo wszystko nie zmuszata do konfron- 
tacji z ktamstwem tak rozleglym, bezczelnym, odpychajqcym. 
Zainteresowania wydarzeniami roku 1920 dzielil podobno Starosta ze swoim ojcem, 
wyniosl je wit;c z domu. Doskonale rozumiem, jakie ono mialo znaczenie w jego zyciu, 
wiedzial przeciez az nadto dobrze, czym Sl} Sowiety, pochodzil zza Buga, gdzid znad 
samej dawnej granicy, i juz jako kilkuletnie dziecko zaznal ich rzqdow, b
zposrednio do- 
swiadczajqc tego wszystkiego, co si
 dzialo po siedemnastym wrzeSnia. Swiadomose, ze 
jednak kiedys zwyci
zalismy, pozwalala mu lepiej znosic upokorzenia i cierpienia, pozwa- 
lala ogarnqc sytuacjt; - i nic popadac w catkowiq beznadziejt;. Bo - jak sit; domyslam - 
wqtek pocieszenia gral tu waznq rolt;: jesteSmy zniewoleni, popadlismy pod rzqdy anty- 
narodowego absurdu, przywiezionego na czolgach stam
qd, 
le w przesz!o
ci 
wyci
za
 
lismy, a zatem, jak Bog da, to i odniesiemy zwycit;stwo kledys w przyszlosCl. Nlech Zr: V1 
nie traq nadziei! W tej fascynacji, podbudowanej rzeczywistq, z t
udem gro
l
dzonq Wl
- 
dz q , bylo zdecydowanic cos wi
cej niz tylko potrzeba poznawama przeszlosCl, nawet te), 
o ktorej w danym czasie z wiadomych powodow sit; nie wspomi
ato. . .. . 
Rozpisalem si
 0 przypadku Starosty nie tylko dlatego, ze zaClekawil mme llldYWldu- 
alny wymiar podwojnoSci, a wi
c zycia w swiecie oficjalnie ap
ob
wanym,. dostosowywa- 
nia sit; do niego i tworzenia pozorow, ze przyjmuje sit; ObO\\'lqZuHce w m
l reguly, ?raz 
.lycia drugiego, uwazancgo za to jedynie prawdziwe.i wazne, c
c:e t?,czy S!t; ono 
v IStO- 
cie - jak w tym przypadku - jedynie \V sferze symboh. Ta pod\\'o)nosc w plerWSZe) poto- 


155
>>>
wie lat pi
cdziesi;gych, a wi
c w okresie, kiedy prawie wszystko, co bezposrednio nie pod- 
porzqdkowane jed\'nie stusznej doktrynic, stato si
 zakazane, stanowita zjawisko donio- 
sle, byta zyciowq praktyk q , ktora dla wielu zyskata rangt; regul)' postt;powania, a niekiedy 
takze - poznawania swiata. Czasem prowadzila ona do zjawisk zatosnych, wowczas, kie- 
dy karierowicze i krzykacze, szkodzqcy innym, tworzyli sobie cos w rodzaju "reservatio 
mentalis" i sit; rozgrzeszali, bo przeciez nie mysleli tak, jak mowili - wiedzieli, ze swoje 
dzialania mogliby wtaSciwie ocenic, gdyby tylko tego zapragnt;li, a wit;c uznali, ze nie sta- 
nowi q problemu moralnego. Nie byt to casus Starosty, ktory byt porzqdnym chlopakiem, 
nikogo nie atakowal i nie krzywdzit. Po prostu chcial sit; dostoso\\'ac, jak my wszyscy. 
No, bqdimy precyzyjni - prawie wszyscy. 


Michal GIOJvi11ski 


Aleksander ]ure1vicz 


Zapislci ze strozowlci (3) 


Luty - Marzec '99 


Zachowaly sit; w moich papierach trzy wyrwane z notesu kartki z notatkami z wykla- 
dow Zbigniewa Herberta na gdanskim Uniwersytecie. Na jednej z nich jest data - 21 li- 
stopada 1973; by to to zatem ponad ewierc \\ ieku temu! Trudno zreszq nazwae je notatkami 
- to raczej strzt;py stow rzucone w pospiechu na papier, pol zdania, urwane mysli, ktorych 
w zaden sposob nie mozna sit; domyslie ani dopowiedziee. Jest trocht; nazwisk - Baude- 
laire, Poe, Rembrandt, Valery, Whitman, Sq tytuly wierszy. Nie mogt; sobie teraz przypo- 
mniee, ile rych w)'kladow bylo i czy trwaly semestr, czy tylko przez jakis czas - to drugie 
wydaje mi sit; bardziej prawdopodobne. Pamit;tam godzint;, 0 ktorej sit; zaczynaly: piqta 
po potudniu, i miejsce wykladow: sala 037.1 same go Herberta - sposob mowicnia, gesty- 
kulacja, spojrzenie. Pamit;tam tez, ze dla wielu moich kolegow i znajomych by to to waz- 
ne wydarzenie, na wyklady przychodzili nie tylko studenci i pracownicy naukowi, ale 
i ludzie z miasta. Chyba moja pamit;e jeszcze nie calkiem szwankuje, lecz zdaje mi siC;, ze 
z kazdym wyktadem ilose stuchaczy malata, mogt; sit; jednak mylic, moglo bye odwrotnie; 
Pan Cogito mial sit; ukazac (I naldad - 10 tys.!) dopiero za kilka miesit;cy... 
Nie ma sensu ani potrzeby naciqgae faktow, ale wyklady Zbignicwa Herberta \\'nosily tro- 
ch
 ozywienia w monotonit; polonistycznych zaj
e, nie ma co ukrywac - byl)' poszerzeniem 
"polonist)'cznego widnokr
gu" i mozna smialo powicdziec, ze popoludniowe 
potkania z Her- 
bertem moglyby odbywae si
 pod haslem "tego nie dowiecie si
 na studiach". Herbert mo- 
wit 0 poczji, 0 poet)'ckich przektadach, porownywal kilka dumaczen tego samcgo wiersza, 
mowil tez 0 sztuce, a chyba i szerzej (jak widzt; ze strz
pow swoich zapisk6w czynionych 
wtedy) 0 kulturze w ogole, a wszystko w kontekkie roli artysty w zyciu i swiecic. Niestcty, 


156 KWARTALNIK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
w tamtych czasach nie zylismy wsrod technicznych cudow i nie zachowat sit; z tych spotkaJl 
zaden zapis. Na pewno dla wielu wyklady byly potrzebne, cos sit; z nich odtozyto na dalsze 
dni i lara, cos zapamit;talo, na inn
 skalt; wrazliwosci Herbert otworzyt. Z cat
 pewnoSci
 mo- 
gt; powiedziec, ze uczesrniczenie w wvkladach Herbena nie miato nic wspolnego z ironicz- 
nym tytulem wiersza Tadeusza Rozewicza: Przyszli ieby zobaczyc poetr. 
Ai nie do uwierzenia, ze by to to cwierc wieku temu, ze tamta jesien z 1973 roku to 
juz tak odlegly, prawie nierealny czas. Przed Zbigniewem Herbertem byly jeszcze lata 
pisania i obdarowywania czytelnikow nowymi ksi
zkami: Panon Cogito, Raportem z ob- 
lrzonego miasta, Elegiq na odejicie, Mart1Vq naturq z Wfdzidlem, Rovigo az po pozegnal- 
ny Epilog burzy. Przed nami, ktorzysmy dopiero w chlebakach nosili pomit;te pierwsze 
wiersze, byta niewiadoma przyszlosc, byta mlodosc, milosc, wszystko do zdobycia lub wszyst- 
ko do przegrania. W tym naszym zyciu, w tej naszej - mimo wszystko - szalonej mtodo- 
Sci byly wiersze Zbigniewa Herberta, byla m
drosc jego stow, byl podziw dla jego 
nieztomnoSci. OczywiScie - to jest nieuniknione, gdy teraz to piszt; i przypominam - na 
obraz tamtego Herberta z dni jesiennych na ulicy Wita Stwosza, natozyly si
 wszystkie 
pozniejsze lata. Na pewno nie wszystko rozumielismy lub nie wszystko potrafilismy przy- 
j
c do siebie. Chociaz wierzylismy autorytetom i szanowalismy hierarchie - dla dzisiej- 
szych mlodych to moze si
 wydac niezrozumiale, ze szanowalismy starszych, m
drzejszych 
i doswiadczonych. Bylismy dopiero na pocz
tku, dopiero dochodzilismy do blokow star- 
towych, meta byla nicwidoczna, a krajobraz plaski i nie zaslanial niczego. Kto z nas mto- 
dych myslal wtedy, co bt;dzie za dwadzicScia pit;c lat? To wydawato si
 kosmiczn
 
odlegloSci
. Dzisiaj, gdy przeZylismy juz prawie drugie tyle, ta odlegtosc wydaje sit; bar- 
dzo krotk
 drog
, ktor
 szybko i niepostrzezenie przeszlismy. 
Gdy umiera poeta, \\. pierwszej chwili robi si
 pusto i cicho, jakby na moment zaslo- 
nit;to nad nami niebo. Trudno przyzwyczaic sit; do tego bolesnego slowa - byt, juz nie 
ma... Ale z czasem, gdy oswoimy sit; z tym okrutnym faktem, powracamy do formy te- 
rainiejszej, w ktorej poeta jest, zyje, w kazdej chwili mozemy poczuc jego obecnosc. Bo 
pozostaly wiersze, zostala poezja. Wit;c nidmiertelnosc, pulsowanie stow, oddech wier- 
szy. I dziwne czasami uczucie na korytarzu U niwersytetu, niewiele rozni
cego si
 od tam- 
tego korytarza, po ktorym dawn
 jesieni
 szedt na wyklady Zbigniew Herbert. I pami
tka 
po tamtych spotkaniach i po tamtym czasie: trzy niewielkie karteczki z notesu... 


*** 


J edna z tych kartck, co :iolkn
 i niszczej
 w pudlach, teczkach, kopertach, ktore nie- 
oczekiwanie \\'} padaj
 ze starego kolonotatnika, zapomniane zdawatoby sit; na zawsze, 
a przcciez jeszcze wazne, jak na przyklad ta z fragmentem wywiadu z Janoszem Pilinsz- 
kym: "Poeci s
 mtodzi, a roszcz
 sobie pretensje do zycia wiecznego. Chq widziec sw
 
poezj
 jako jak
s calosc, jak przedmiot i wynik poezji - jej owoc. 
ato
liast wiel
y po
 
widciopisarze umieli umierac, nie bali si
 umierac w kazdym zdamu. Nle zab
zpleczah 
si
 na przysztosc. Podczas gdy od niedawna mlodzi, z pewn
 poetyck
 pretensH, pragn
 
wkroczyc do wiecznoSci kazdym zdaniem. 
- Dlaczego piszfJZ tfl-k malo? .' 
_ Odpowiem ci 11.1 to, ze w koncu nie jest waine, czy k.to
 plsze, mato .
zy d
zo,. ale 
waine, by nie pisal ani za duio, ani za malo. Dobry sonet me Jest kr?tszy n
z \
oJ
lfl- t po- 
koj. Byleby si
 czulo, ie pisarz nie bcz racji pisze mato. Co do mme, to plsame Jest dla 
mnie jak partia szachow: przesuwam figurt; kiedy trzeba. 
- Raz do roku, pifC razy do roku? 
_ Nie jest waine, ilc r.1zy ptak bije skrzydlcm, ale ie jest stworzony do lotu." 


157
>>>
*** 


Umarl wujek Bronek, najmtodszy brat ojca, przedostatni z zyjqcych spomi
dzy jego licz- 
nego rodzenstwa. 0 jego naglej smierci dowiedzialem sit; z opoznieniem, okrt;znq drogq. 
To jeszcze jedna z tych smutnych spraw, odktadanych "do zalatwienia" na jakid "poz- 
niej", ktorych juz w zaden sposob nie mozna' nadrobic, nawet sil q woli, ani wyobrazni, 
ani kupic czy za cos wymienic. Spotkatem sit; z nim tylko raz. Raz tylko - podczas pierw- 
szego pobyru na Biatorusi w 1986 roku - pojechalem do dawnego rodzinnego domu oj- 
ca; w rym domu, w poczqtkach mojego zycia, przez jakis czas mieszkalismy, 0 czym 
dowiedziatem sit; dopiero nie tak dawno. 
Szlo sit; do domu wuja Bronka, od glownej drogi do autobusowego przystanku, srod 
pol, pojedynczych jarzt;bin i gtogow ze skurczonymi (byt juz listopad) czerwonymi owo- 
cami, w jesiennym btocie, przez pusty pejzaz, ktory zamykat las na dalekim horyzoncie; 
za nim zaczynaia sit; Litwa. Posrod tej zamglonej pustaci by to widac gdzieniegdzie po- 
rozrzucane domy, jakby zostawione na swiecie przez zapomnienie. W jednym z nich miesz- 
kaI- z ciotk q Irenq. \V tym miejscu, w tamtym pejzazu, czas nagle i mimowolnie znieruchomiaI-, 
wyciszyt sit;, uspokoit. 
A on wyszedl przed dom, pewnie zaniepokojony albo zaciekawiony chrypliwym uja- 
daniem psa na lallcuchu. Wit;c zobaczvtem go pojawiajqcego sit; zza wt;gla domu i po- 
czucie czasu w rym momencie stalo sit; fizycznq ucio}zliwoki q . Bo wujek Bronek tak bardzo 
przypominat zmarlego dwa lata wczdniej ojca: sylwetk
, gt;srymi kruczymi wtosami, 
sposobem chodzenia, barwq glosu, a juz trocht; pozniej - nawet podnoszeniem szklanki 
do ust i wqchaniem chleba po wypiciu. Jeszcze na podworku, zaraz po przywitaniu, ka- 
zat mi zwrocic uwag
 na nowy) pokryry blach q dach domu; w jego zachwycie by to cos 
z dumy akrobaty w cyrku, po wykonaniu skomplikowanego numeru. \Vtasnie tam moz- 
na by to poczuc prosry smak zycia i czasu) sprowadzony do spraw najbardziej oczywisrych 
- naprawienia dachu, polnej drogi, ktorq moze za part; dni bt;dzie trudno przejechae 1'0- 
werem) zdobycia w sklepie sody oczyszczonej do blinow, zaktocell w telewizorze. Cos 
z ich niespiesznego (a przecieZ na pewno trudnego) zycia z kazd
 chwil q udzielato si
 
i mnie i moze dlatego nie dawalo mi spokoju pewne pytanie (dlaczego akurat takie, sam 
nie wiem), ktorego jednak nie zadatem) bye moze wiedzqc, ze niezaleznie od tego, jak q 
odpowiedz bym na nie otrzymal, naruszytbym rytm ich zycia pod tug najprostszych 
prawd, zycia w rytmie pOI' dnia i roku, cowieczornego pacierza, ale i takze cowieczorne- 
go patrzenia w niebo i wrozqcego jutrzejsz
 pogod
. Tam pytanie: "czy wujek wie, ze 
juz dawno temu czIowiek wylqdowat na Ksit;zycu i chodzit po nim?" brzmialoby jak gru- 
bianstwo, jak przykrosc uczyniona bez zlych intencji, ale jednak przykrose. To glupie py- 
tanie - wiedziat, czy nie wiedzial? - nie daje mi spokoju do dzisiaj. 
Juz jest na wszystko za pozno i chyba nigdy wit;cej nie przestqpi
 progu tamtego do- 
mu w Pusiaworach, co stoi prawie na kOllcU Ziemi. Zawsze cos innego wypadato i \\'Y- 
jazd do wujka.Bronka odktadatem na nastt;pny dzien, az przychodziia godzina odjazdu 
i kolejny raz przysit;gatem sobie, ze nast
pnym razem juz na pewno tam pojad
. I odby- 
warn teraz zacinajqq si
 wyobrazni q podroz w zdezelowanym, poruszajqcym si
 slynnym 
sowieckim cudem autobusie, ktory nie powinien przetrzymac zadnego kolejnego zakr
- 
tu, jad
 po omacku drogq, ktorej dobrze nie zapamit;taIem, wiem tylko, ze musz
 wy- 
siqsc przystanek przed Raduni q ) podroz jednak trwa krotko, bo ciqgle teraz wiem, ze wujka 
juz tam nie zastan
, wi
c ten dom tli si
 rylko w pami
ci, a ta pami
c czasami zakluje bo- 
Idnie jak kolec z mijanego krzaka glogu, na ktory przez nieuwag
 wpadam... 
Umierali nagle) dziwnie, przedwczdnie. Jakby nad nimi wszystkimi wisialo jakid fa- 
rum, tragiczne przeznaczenie) przeklenstwo rzucone prze w
drownego szepruna? Eo jak 


158 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
o.i
aczej nazwae lu
 0 tym myslee? Tylko ciotka Adela, najstarsza u nich, zyla najdlu- 
z
J 1 un:arla 
ormalme, czyli w poinym wieku, ale ona od zawsze zdawala mi si
 kims 
me z teJ r?
zmy 
 przez cale swoje zycie sarna, wiecznie na sluzbie u ksi
zy, ciqgle roz- 
modlona I. cI
ha, pkby prz
bywala w innej strefie, ledwo jq pami
tam, jest zaledwie frag- 
mentem Clema, co blqka Sl
 w smugach moich przypomnien; czy kiedykolwiek pochyl
 
si
 nad jej mogil q w Bialej Podlaskiej? 
Donaszam pami
c 0 nich i po nich. Snujq mi si
 w nadrannych szarpaniach wspomnien, 
w cZqstkach przypominajqcych si
 raptem zdarzen, wyciqgam nieliczne fotografie, na kto- 
rych zatrzymali si
 w dawniejszych dniach, pod mniej jeszcze wypalonym sloncem, na 
trawie, co bezpowrotnie przekwida, przy stolach dawno poqbanych i spalonych, posrod 
siebie, przede wszystkim posrod siebie, wszyscy bracia i siostry, co urodzili si
 w tamt)'m 
domu, do ktorego juz drugi raz nie dojechalem. Ciqgn
 wozek z pami
ciq 0 nich, nic in- 
nego zrobic nie mog
, nic, nic... 


*** 


Chyba wiem, na pewno wiem skqd wzi
lo si
 dr
czqce mnie pytanie 0 lqdowaniu czlo- 
wieka na Ksi
zycu. Ai wstyd si
 przyznac. Ai grzech to ujawnic. Za kar
 musz
 nidc ten 
wstyd do konca dni moich, jak wypalone na czole znami
. \Vstyd mi za mojq naiwnosc, 
glupor
 i ciemnot
 az z 20 lipca 1969 roku. Tego dnia zalozylem si
 z kolegq 0 lqdowa- 
nie czlowieka na Ksi
z)'cu. OczywiScie, bylem tym, ktory nie tylko wqtpil, bo to byloby 
jeszcze do wybaczenia lub podlegaloby przedawnieniu, ale ja tak q mozliwosc wykluczy- 
lem absolutnic i kategorycznie. Tak pewny swoich przewidywan i wygranej w formie bu- 
telki owocowego wina, co zwalo si
 "patykiem pisane", rue interesowalem si
 bezposredni q 
transmisjq telewizyjnq z Kosmosu. Nawet nie poprosilem ojca, zeby mnie obudzil, bo oj- 
ciec ogl:}dall
dowanie statku kosmicznego Apollo 11 na Ksi
zycu, a porem pierwsze kro- 
ki Neila Annstronga, do ktorego wkrotce dolqczyl Edwin Aldrin; dzis wiedz
 0 tym epokowym 
wydarzeniu mam w tzw. malym palcu, ale coz mi po tym? Gdy caly swiat siedzial z oczy- 
ma wycelowanymi w telewizory, a ja spalem i kiedy po przebudzeniu ojciec mi z detala- 
mi wszystko opowiedzial, i tak \\ydawalo mi si
 to ruemozliwe - sam rue wiem, czy niemozliwe 
do uwierzenia, czy nicmozliwe W ogole. \Vszyscy naokolo 0 tym mowili, a ja trwalem 
przy swoim. Nawet wtedy, gdy pociqgalem spory l)'k z przegranej winowki. Z czasem 
dorarlo do mnie, ze juz chyba ostalem si
 jako jedyny, co nie dose, ze mogqc obejrzec 
na wlasne oczy, nie obejrzal, ale i ostatni, co nigdy w to nie uwierzyl. Dlatego poszuku- 
j
 jeszcze takich, do ktorych ten fakt mogl nie dorrzec. Stqd akurat to nagle pytanie, kto- 
re chcialem zadac wujkowi Bronkowi, a z czego si
 pospiesznie wycofalem, bo zakladalem, 
ze wujek moze wiedziec, choc niekoniecznie wie, ze pierwsi byli Amerykanie. \V kazdym 
razie wie i traktuje to jako normalnosc, gdy ja z tym pogodzic si
 nie potrafi
. 
Niedawno zobaczylem w telewizji krotki fragment pief\vszego lqdowania na Ksi
zycu 
_ i bez zadnych wrazeI1. \Vciqz nie wiem, czy przyj:}lem do wiadomoSci ten fakt, czy go 
lekcewaz
, zyj:}c pod lug swoich pief\vszych wyobrazen 0 Swiecie, trzymajqc si
 ich j
o 
ostatecznej deski ratunku; nic jest to jedyna "naiwnosc" , ktorej staram si
 nie pozbyc. Ks

- 
zyc na nicbie jest dla mnie czyms tal. naturalnym, ale i ci:}gle niezwyklym, jak data mOJe- 
go llrodzenia. Ksi;zycowe noce dodaj:} mi sil, W przeciwiellstwie do slonecznych dni, ktore 
Sq przekleI1stwem. Adoruj; Ksi
zyc od dziecka, potrzebuj
 jego obecnoSci, swiada, pylu... 
Przef\valem, zeby przejrzec przyniesionq poczt
 i w poznans
i
l "Arkuszu" .przeczy- 
talem wyznanie jcszcze jednego (tak mi si
 zdaje) adoratora KsI
zyca - Arkadmsza Pa- 
cholskiego, chyba mlodcgo jeszcze eseisty, ktorego pisaniu kibicuj
 od paru lat, autora 
pi
knej ksi:}zki PochJJ'ala stworzenia. J uz rzadko pisze si
 tak 0 Ksi
zycu: 


159
>>>
"Godzin
 temu, wracaj:}c do domn w chlodny, ale pi
kny, rozgwiezdzony wiecz6r, 
stan:}lem nagle oczarowany Ksi
zycem w pelni wynurzaj,!cym si
 zza horyzomu - Ksi
- 
zycem olbrzymim, ci
zkim, miedzianozlorym jak dukat ogl:}dany w swietle ogniska. Za- 
cieraj:}c z zimna w dlonie patrzylem jak powoli, ospale, pr6buje wydostac si
 z pl'!taniny 
gal
zi w sadach porastaj,!cych niedalekie wzg6rze. Niczym imperator krocz:}cy ku trono- 
wi przez pein,! dworak6w sal
, nie spieszyl si
, wolno celebrowal swojc wejscie, swiadom 
majestaru roztaczanego wok61 blasku. Trwalo to kilka minur, moze kilkanascie... Ai w kon- 
cu uwolnil si
 z obj
c czarnych jabloni i poszybowal po niebie wolny, swobodny, lekki 
niczym polozona na j
zyku hostia." 


*** 


Leciaty, a raczej powracaty z lami:}cym si
, choc nie pozbawionym wewn
trznej logi- 
ki, szyku. Lecialy na wsch6d. Frun
ly wedlug odwiecznego instynktu. Zurawie nadlary- 
waly niespodziewanie, dopiero ich klangor objawial, ze frun:} nad zupdnie pust'! 
wielokilometrow,! plaz:}, nad wodami Zatoki i lvIierzei \Vislanej. Jeden klucz za drugim. 
Ich glos brzmial inaczej niz jesieni,!, moze to sprawa przestrzeni, pustki i ciszy. \V odda- 
Ii na piasku staly pochylone lodzie rybackie, kt6re wr6cily z nocnego polowu i st,!d wy- 
gl,!daly jak cielne krowy pochylone ze zm
czenia. A zurawie przelarywaly rzucaj,!c nikly 
i kr6tki cien na piasku, choc moglo tylko tak mi si
 wydawac. 
Kr
cilem si
 w myslach wok61 CZ.1SU przeoczonego, kiedy uslyszalcm zurawie po raz 
pierwszy. Kt6ry to jest czas? Pies bawil si
 \\')'rzucon,! przez morze gal
zi,!. Piasck i prze- 
plywaj,!ca nad nim woda. Nawet gdy siedzisz obok mnie tw6j czas jest inny niz m6j, choc- 
bys myslala, ze nasze oddechy to jedno, ze nasze powietrze jest wsp61ne. Niebo bylo jakby 
pozszywane nier6wnymi Sciegami uczynionymi z ptak6w. 
Pierwszy lyk przeszedl przez gardlo mi
kko i bezboldnie. Czas picia i niepicia. Ale abs- 
tynencja tez jest zgubnym nalogiem. 
Bo przeciez jest jeszcze i ten czas przepocony w kacowej bezsennosci, odmierzany pra- 
gnieniem nie do ugaszenia, strachem i natarczywvm pytaniem: "co b
dzie, kiedy wytrzez- 
wiej
?", mrocznym jasnowidzeniem i wyrzurami sumienia rzucaj:}cymi po smiertclnym 
l6zku. Czas okrumych porank6w, gdy cichy odglos koscielnego dzwonu zdaje si
 grzmo- 
tami nad glow,!, czy roztrzaskanej pami
ci, czas zacichania serca i lomotu zatrutej krwi. 
Czas powracaj,!cy cyklami - os'!czaj'!cy, widocznie nieoswojony. 
Jurro mial nadejsc pierwszy dzien wiosny. I nastal ten dzien... 


A/eksander Jurewicz 


160 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
Grzegorz Musial 


Dziennil bez dat (3) 


Glasgow, w listopadzie 1990 


Czas. 
W holu Instytutu Slawistyki - Czeszka z Olomlll1ca. Mowi 0 nim "Olumec" czy cos 
w tym rodzaju. Nadmiernie ozywiona, czarnowlosa, zerka w mojq stronc; (poznata "bra- 
ta-Slowianina"? wic;c uwaza, zeby siC; nie puszye, nie mowic bzdur) wykladajqc chudemu 
i chyba dose znudzonemu, ze teraz na "university" w "Olunec" problem, "big problem" 
z nallk q rosyjskiego. Nikt nie chce tego studiowae. Kiedy przerywa, chlopak szybko schy- 
la si
 po torb
 i odchodzi. 
Czesi. Wsz
dzie Czesi. 
Czas. Wsz
dzie. POlltykany w murach, czajqcy si
 za ludzkimi twarzami, ukryry staq 
warstWq farby pod nowo pomalowanymi drzwiami domu przy 42 Cecil Street. Siedz
 w ho- 
lu Slavonic Languages. Dwoch konsjerzy w oszklonej kabinie. 
ic nie rozumiem z ich 
twardego, szkockiego j
zyka - pomaga mi to. Jestem tu tylko przelotem. A pod ciosami 
czaSll run
l i tam ten dom - pelen duchow, tapet, brukselskich obie, chinskich figurynek, 
obrazow Vlastimila Hoffinana (ktorego wuj spotkal w Palestynie). Myslalem, ze tyIko w Pol- 
sce mnie to dopada - np. w \Varszawie, gdy widz
 u Marcina samorn q , \\' konsoli, wy- 
szczerbioll q filizank
 z czasow Ksi
stwa \Varszawskiego ze ztoconym napisem "Ukochanej 
mojej lvlaryni" czy cos w tym rodzajll. A ru - jeszcze gorzej. Pomyslalby kto, Zachod! 
Imperium MATERII. Ci
gle, szalone PRZETWARZAl'JIE MATERII - produkowanie 
i trawienie, produkowanie i trawienie... Gdzie ru czas na jakid Marynie... A jednak do- 
pad a mnie to bardziej, niz w krajll. Moze wlasnie dlatego ze tu, w centrum Zachodu, 
obok znajomego diabla - tego, ktory nam powymiatal nasze konsole z filizanek, pouci- 
nallvlaryniom glowy i nawet nie ukrywal swego imienia: jakis Budionny, Hitler czy Sta- 
lin - dziala, 0 ilez skureczniej, jego niezwykle spryrn)' i nieco mlodszy brat. Nie umiem 
go nazwae, ale czuj
... coraz wyrazniej... jego zmyslowy, uperfumowany oddech na kar- 
ku. ]dli tamci diablowic chodzili w papachach, kajzerowskich pikelhaubach czy SS- 
-owskich helmach i walili burami 0 parkietowane podlogi polskich muzeow i domow, to 
ten 0 ile wysmieniciej czuje si
 na parkiecie! :N'osi lakierki i jddzi modelem najmodniej- 
szego auta. Tamten rozwalal na osciez drzwi dworu, palil ksi
gozbiory. Ten bardzo ce- 
ni ksiqzki. Respekruje "prawa czlowieka". \Valczy 0 zwierz
ta, 0 warst\\'
 ozonOWq, 
nienawidzi t)'toniu. Tylc, ze gdy juz wszyscy spi
, on si
 zakrada do bibliotek i niektore 
kartki z tych drogocennych ksiqg wyrywa. Albo bierze atrament - i zamazuje. Albo no- 
zyczki - i wycina. 
Tamten niszczy mury, miasta. Zabija ludzi i domy. Ten pozostawia wszystko nietknic;- 
te, miastom coraz swietnicj pozwala blyszczec na wieczornym niebie. Za to gumk
 mysz- 
k q wymazuje ludziom pamiC;e. Bardzo nowoczesnym zelazkiem prasuje ludziom dusze. 


161
>>>
* * * 


Srudenci wchodz,!, wychodz,!. Dwie sluzy: ze znakiem "zakaz wjazdll" i druga, z bia- 
I'! strzalk'! na niebieskim de, regllluj
 odwieczny ruch. Up and down - karnie, porz,!d- 
nie. Europa. \V basemencie domu przy 42 Cecil Street byl dlugi mahoniowy st61 z mesy 
kapitanskiej "Garland a". Tego statku tei juz nie ma. Gdzie si
 to wszystko podziewa? 
SzafY porcelany, obrusy, plyty, kamienice, slui,!ce, ich muzyka, smiech, imrygi, iycie bez- 
imiennej jui tamtej gromady? J ak czas to robi, ie tak to dlugo gromadzi, ustawia, a po- 
tern pac - i po gadaniu. 


* * * 


Turejsi srudenci troch
 przypominaj,! polskich. Zakompleksieniem? i'Jie chodz
 swo- 
bodnie, jak amerykanscy, nie rozpychaj,! si
, nie wrzeszcz
, nie wyleguj,! na trawnikach, 
rue usmiechaj
 si
 do goscia siedz,!cego na boku od godziny i nie m6wi,! "hi". Spiesz,! si
, 
zaaferowani sob,!, czasem zbijaj
 si
 w naradzaj
ce si
 p6lglosem gromadki, obronnie. 
To nie s,!luine stada - peine swobody i bogactwa. To S,! redyki. 


* * * 


Po Iowa - jaka smurna ta Szkocja. Jesienna. 


* * * 


Wczoraj na kolacji tandoori w "The Ashoka" - w jednym z zaulk6w campusll. Donald, 
Luiza i !vlirek - mlody m,!i Luizy. Uroda przedwojennego ulana z Grudzi,!dza - twarz dose 
szeroka, przeci
ta puszysrym plowym w'!sem, kr6tko przystrzyione wlosy, mocne rysy, nos 
i kontrasruj'!ce z tym delikatne llsta. Niebieskie oczy peine tego - tamtego? - swiada. I a- 
kiejs prawosci? honoru? czegos nieust
pliwego, a zarazem litoSciwego, mi
kkiego, co w pol- 
skiej twarzy rugdy rue bylo zdolne do wyrachowanej zbrodni. Nagle wpil we mnie oczy czuj'!c, 
ie mu si
 przygl,!dam i wtedy to lagodne swiado stwardnialo. Sploszony cofi1,!lem wzrok. 
Luiza nerwowa, a on patrzy, nieruchomo, jui myslalem, ie skonczy si
 skandalem. 
Poiegnanie na rogu Great \Vestern Road, noc. On w prochowcu llniosl dlonie, po- 
machal obiema. Jeszcze raz obejrzalem si
 - jui sam, bo Donald pognal do samochodu 
- a on wci,!i z rymi uniesionymi r
koma, llsmiech od ucha do ucha. I nagle rozloiyl ra- 
miona - w gdcie zalu? rozczarowania? 


* * * 


Na sporkanie z Umberto Eco, szerok,! fal,! do Bure Hall (imiruj,!cego King's College 
w Cambridge) wlewaj,! si
 srudenci, profesorowie i tzw. eliry Glasgow. 'Vidz
 pare; nie- 
zlych sznurow perd, lakierki. W neogoryckiej hali wiclkosci kosciola obsiedli balkony, glo- 
wa przy glowie, a na Oltarzu (na kt6rym ustawili biaty ekran) zasiadl mic;dzy profesorskimi 
stall ami - On. Sam B6g nie przyci,!gn,!lby rylu ru, do tej Swi,!ryni Slowa. Umberro Eco 
- idol- tak. Ewangelie skropione Krwi,! Chrystusa, Iego krzyk, poslany ze \Vzgorza, Ie- 
go bicziowanie, ciernie, !vI
ka - nie przyci,!gn
tyby rylu, co przem,!drzale bajanie na te- 
mat "False and Forgery". Starsz'! pani,! obok mnie wyrainie denerwuje wolne krzeslo, 
ktore trzymam dla Donalda. I ui jest za dwie minuty wpol, wi
c niespokojnie sic; rusza, 
chcialaby je jak najszylxiej obsadzie ktorqS z profesorek z laseczkami, ktore tlocz,! si
 w drzwiach 
i bezradnie rozgl,!daj,! po sali. 
Eco ma, sk,!din,!d, imeresuj,!cy wyklad "publicysryczny". Slucha siC; go jak zgrabnegc 
felietonu np. 0 brazylijskich ropuchach w jakiejs telewizji komercyjnej, w niedziclnym pro. 
gramie dla rodziny. Nie nudzie, nie si
gae zbyt gl
boko, od czasu do czasu potoczyst. 
gaw
d
 przerywae reklamami. Tu rol
 telewizyjnych klip6w peini,! ogromne kolorow, 


162 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
slajdy z roznych zak'!tkow swiata. Temat swietnie si
 do tego nadaje. Glowna teza: praw- 
dy ni ma. Swiat za prawdziwe uwaza falszywe i odwrotnie. Falszywe obrazy, wywieszo- 
ne w jednej z najpowazniejszych instyrucji, nowojorskim Metropolitan lvluseum, 
doprowadzaj,! do lez pol swiata. Partenon wzniesiony w 
ashville jest, dzi
ki wdzi
ko- 
wi otaczaj,!cych go pagorkow, 0 ile pi
kniejszy od tego w Atenach i wielu krzywi si
 na 
brzydot
 "tej nieudanej kopii Partenonu w 
ashvillc". Falszem jest tez udawanie, ze kaz- 
dej rzeczy nie da si
 podzielie na elemenry, ktore nie bylyby wobec siebie calkowicie wy- 
mienialne: op. dlaczegozby, skoro kanony szruki S,! rylko kwesti'! umowy, nie przenidc 
elementow londynskiego Big Bena na front wiezy Eiffia? 
"Oto jak rodz,! si
 esteryczne potworki masowej produkcji" - przytomnie si
 mityguje, 
co z wdzi
cznosci,! kwituj,! wstrz:}Sni
te rz
dy profesorskie. I blyskotliwie rozwija t
 mysl w kry- 
ryk
 tego, co afirmowal w pierwszej cz
sci wykladu. Coraz wi
cej powstaje w swiecie kopii 
stylmych dziel, wykonanych a la maniere du... - np. Dawid Michala Aniola w Forrest Lawn 
w Kalifornii - gdyz wzrasta dzis zapotrzebowanie na dziela adresowane nie do wrazliwoSci, 
a do nicwrazliwosci odbiorcy. L;}czy si
 to ze zjawiskiem szalonego bogacenia siC; coraz wi
k- 
szych grup spolecznych, ktorych bogact\Vo nie jest zasrug:} ani ich talentow, ani umiej
tno- 
ki i ktore nie zamierzaj,! placic za cos, co sw'! ukryt,! gl
bi,! przekraczaloby funkcj
 dekorowania 
trawnika przed domem i mogloby urazie zgromadzonych goki. Zas w skrajnych przypad- 
kach - dochodzi juz nie do nasladownictwa, a do falszerstwa ex nihilo. 
\Vyl
czam si
, gdy te okraszone totosami rozwazania estetyczne przenosi na grunt j
- 
zyka. Ze: nasz wspokzesny j
zyk wobec t)'ch wyzwan "musi stan'!e na wysokoSci zada- 
nia". Co otrzymujemy w kuchni Eco z tak swietnie napocz
tej mysli? Oczywikie, ogromny 
pasztet post-modernisryczny, wybuchy erudycji post-industrialnej, slowotok juz do resz- 
ry narkoryzuj
cy oszolomion,! publicznose. On nie mowi, on chodzi po linie z malpk,! 
na smyczy i parasolk,!. On skacze przez plon,!ce obr
cze bibliotek. On wertuje slowniki 
na czas. On robi sobie wyscigi z obracania globusa chinskimi paleczkami. 
Wpierw zdumiewalo mnie, ze siedz,!ca obok starsza pani ma przez caty czas ten sam 
wyraz twarzy, nieruchomo zapatrzony w przestrzdl grubymi szktami, okraszony sladem 
usmiechu, jakby zalozon,! z gory sarysfakcj,!, cokolwiek by na tej sali si
 nie dzialo. Do- 
piero teraz widz
, ze spi. Co to jednak znaczy dobry akademicki trening. 


* * * 


Smetana. Kwartet z Pragi ("Quartet in a flat major"). PowSci:}gliwi, bardzo uprzejmi, 
graj,! z zarcm, ale zarazem dyst)'ngowanie. Maj,! poczucie misji. To "ich" Smetana. Na 
pocz'!tek profesor H. przcprosil prawie pust'! sal
 (zdolano zapelnie rylko par
 krzesel) 
ze "nie ma z nami prezydcnta Havla". 
- On, doprawdy, nic mogl przyjechae... - mowi z naciskiem, jakby przed chwil,! wro- 
cil z Pragi. I wlasnie ten ton zdradza, ze dlugo tego Havlowi nie zapomni. Donald: 
- On sobie wyobrazal, ze Havel przerwie wizyt
 w Portugalii, zeby wpase na koncert 
do Glasgow. 
Smetana - spozniony blizniak Schuberta. 


* * * 


Od rana jak zwykle deszcz i jakid wloczenic si
, k'!piele, beblanie w s
la
rokach z ka- 
W,!, video i starymi filmami. \Vci
z krc;ci si
 tu kr
py, kudlary Stuart na .kro?Gc
 n:gach - 
typ proletariacko-zakompleksiony. \V Donalda patrzy jak w t
CZ
, 
me me 
Ie
I. Tole- 
mje m
 obecnosc tylko ze wzglC;du na swego pana. Dla I?on
l
a (k
ory t
 mOWI apo?yk- 
tycznie) swiat dzieli siC; na pra\\'ic
 i lewicC;. Zasadniczo. wI
lbl
 
ntehg
I!CJ.
 Don
l?
, J.ego 
wyksztalcenic, otwartosc, dowcip, zgola nie brytyjsk,! zarhwosc uczuc I C1ekawosc sWlata. 


163
>>>
Ale aby przypadkiem nie p
kl od t)'ch wspaniatoki, ma wbudowany zawor bezpicczen- 
stwa: dziury wyjedzone w intelekcie, ktorymi od czasu do czasu tryska jakims przerazaj'1- 
cym banalem (zdarza si
 to zreszt'1 wielu inteligentnym ludziom). \Vi
c usiluj
 mu 
dumaczye, ze to wszystko jest 0 wiele bardziej skomplikowane, niz tamtcn stary podzial 
dziewi
tnastowieczny, ktory juz ter3Z nic nie ma do robot)'. Polit)'ka s\viatowa tak zabrn
- 
b w finansowy lobbing przemyslowy, t)'le zam
ru robi'1 za kulisami partii politycznych roz- 
maici magnaci karteli ponadnarodowych, pon.1dparryjnych, no po prosru - globalna wioska 
- ze smieszny jest ten poczciwy podziat na lew'1 i praw:} stron
 ideologiczncj drozki, ktor'1 
po jednej stronie chadzaly czyste ideowo dziewice rewolucji (te wszystkie Lile Brik, Do- 
lores Ib.1rmri), a dmg'1 - ponura sotnia prawicy z czarnymi podniebieni.1mi. 
Ale: Donaldowi na takim jasnym podziale ogromnie zalez)', jak zreszq im wszystkim 
spod tego znaku. Jest to dla nich jedyna rurka tlenowa, ktoq lItrzymuj:} si
 przy zyciu. 
Bez tego rozpaekaliby swoj.} "lewicowose" w politycznej poprawnoSci, jak kaszk
 w mle- 
ku. OczywiScie - wobec oczywistego takru wkraczania swiata w epok
 post-ideologicz- 
n'1, gdy pogl'1dy polityczne to jllz raczej pllste ballki po mleku, j.1kid pogi
te szyldy, maj:}ce 
dekorowae sklepy, w ktorych handluje si
 wyt:}cznic wplywami i rozdziela tors
 - a do- 
tyczy to oboj
tnie jakiego znaku, z praWJ czy lewa - wi
c oni nie tacy glupi, widz:} t
 sta- 
bose, a nawet absurdalnose lewo-prawicowego podzialu. Ale nie maj'1 wyjscia, wi
c 
lakieruj'1 swoje spelzle reklamy starymi werniksami, wi'1z'1 sznurkiem podarte szt.1ndary 
- i lewi, i prawi. Lewi - zlowrog:} poprawnoSci.} poliryczn'1, ktora pulega na t)'m, aby slo- 
wom wydrzee serce i mowi'1c, nic nie powiedziee, a takze sk'1din'1d sympat)'czn:} ekolo- 
gi'1 ( dopoki nie si
ga po Boskie prawo zarz'1dzania natuq) czy "mchami wyzwolenia kotow" , 
zas prawica - czyms rownie, a nawet bardziej niebezpiecznym. Histeri:} narodow:}, fun- 
damentalizmem tzw. "odwiecznych wartoSci", do czego, co gorsza, zatrudniaj'1 bior:}- 
cych si
 na ten lep ksi
zy, zwlaszcza katolickich (w Rosji - prawoslawnych), czy rozmait)'ch 
Pinochetow, zbawcow swiata przed komunizmem, \\' koncu - samego Boga. 
1fowi
 Donaldowi, ze taki obraz polit)'ki mierzi mnie, bo po obu stronach czujc; 
pustk
 oraz cierpki smak mamony, przyci:}g.1j:}cy rozmaite miernoty, jak, pardon, muchy 
smietnikowe - zapach gowna. Czas wielkiej polit)'ki mija, nadchodzi armia bezczdnych 
marionetek, ktore czuj'1C sil
 w swej masie i w swej miernocie z jednej stron)' bC;d'1 szan- 
tazowae kurcz'1cy si
 swiat mysli slusznymi haselkami z podr
cznikow przyrody, psycho- 
logii, socjologii, cz
sto zaprawionych zwietrzal'1 przypraw'1 marksizmu-leninizmu, 
a z drugiej strony - pismami J
drzeja Giertycha czy frazeologi'1 przedwojennych broSZll- 
rek antymasonsko-antysemickich. \V obu przypadkach niemozliwy b
dzie pogl
biony dia- 
log, gdyz rzecz nie sprowadza si
 do tego "aby zlapae kroliczka, lecz by gonie go". Taka 
polit)'ka mnie nie interesuje i jdli to jest to, co "wyzwalaj:}cym si
 dcmokracjom" ma do 
zaproponowania Europa Zachodnia, to ja dzi
kuj
. Nie zamierzam spC;dzie rcszty intc- 
lektualnego zycia na dumaczeniu si
 "prawicy" ze swych sympatii "lewicowych" - ze bC;- 
d'1c np. przeciw karze smierci, za powszechn'1 i bezptatn:} oswiat'1 czy przyznaniem parom 
homoseksualnym praw spadkowych po sobie, nie jestem agentur'1 Moskwy, zas "lewicow- 
com" ze swych "prawicowych" odchylell - ze to nie ja malllj
 swastyki na synagogach. 
To wszystko jest, po prosru, niegodne czlowieka mysl:}cego, a literarura, ktor'1 wiel- 
bi
, czy medycyna, ktora jest moim zawodem, przyz\\ yczaily mnie do opcrowania finc- 
zyjniejszymi instrumentami, niz slogan, kastet lub siekiera. 
Donald nie oponowal, wi
c zach
cony swym sukcesem sic;gam po p.1picrosa, a ru jak 
nie porwie 
i
 na rowne nogi! Jak nie zagoreje plomiell political correct1less lla licu jego! 
Cab swiatowa "lewica" - za nim! I wszyscy "zieloni", i Pctra Kclly i lvlichnik z calym czc- 
skim Forum - obok niego! "Powiedz mu cos, powiedz!" - szrurchaj'1 go, a on wrzeszczy: 
- W MOIM domu nie ma miejsca dla dwoch rzcczy: faszystow i papierosow! 


164 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZ
Y
>>>
* * * 


Po poludniu znow gaduly, m,!draIe, miny w profesorskich krzeslach. "Tlumaczenia Bum- 
sa w Czechach"... Czesi, wsz
dzie Czesi. Pchaj,! si
 na zachodnie kongresy zgran,!, wy- 
ksztakon,! f.11
 "slowianskiej prostolinijnoSci", podszytej niemieck,! mark,!. Imeligenty, 
korcspondenry, protcsory... wdzieraj,! si
 w Europ
 drzwiami i oknami. I wejd,!, szyb- 
ciej od nas. Bo nasi rymczasem kloq si
 w "Tygodniku Powszechnym" 0 czam'! dziur
 
w polskiej prozie lat osiemdziesi,!rych. 
Duszno. Dr Ina zduszonym szeptem informuje mnie 0 najnowszych imrygach w pol- 
skim Londynie. Dlaczego w Glasgow nie ma Polakow? Lobby rosyjskie tak mocne, ze 
polowa wykladow jest po rosyjsku. Polacy jak zwykJe w ogonie - bo co? Bo nie chciato 
si
 ruszac z Krakowa? Bo to nie Szwedzka Akademia? 
o, niby racja. 
Ci Czesi, Slowacy, Rosjanie ci
zko tu pracuj,! i zostanic po nich trwaly slad. Przyjecha- 
Ii ze swicrnie przygotowanymi wyktadami, z jasno postawionymi problemami - dlatego 
na ieh \\ykladach peino. Do tego zatrudnili przy kongresie swoich attaches, swych amba- 
sad or ow, nawidli zdj
c, archiwaliow, porobili wystawy. Polski nie ma. Zaiste, kraina Ubu. 
Polacy zakladaj
 pewnie, ze "Solidarnosc" byla wielk,! sit'!, obalila komunizm, wi
c nie 
ma po co si
 fatygowac. Ta dczynwoltura nic przysparza nam sympatii, raczej potwier- 
dza opini
 0 pyszalkowatoSci Polakow, zwlaszcza wobec mniejszych narodow. Czechom 
wydaje si
, ze lekcewazymy ich Forum Obywatelskie, ktore zjechalo tu prawie w kom- 
plecie i jurro - z honorami - b
dzie mialo caly dzien programu. Nawet rutejszy konsul 
polski nie zainteresowal si
 takim najazdem czeskich politykow i ludzi kulrury. Nie mo- 
wi,!c 0 t)'m, ze rowniez zignorowal t
 garsteczk
 ziomkow, ktorzy tu broni,! polskiego 
miejsca na nowej mapie Europy. 


* * * 


\V Pollock House (Maxwell'ow) pod Glasgow, pani doktor z Zabrza nagle ozywia si
 
przcd palisandrO\q skrzyneczk.} na sztucce. Zagaduj
 j'!: 
- Kiniy ehodz
 po takim palacu, to zaraz mysl
 0 polskich obrabowanych i zniszczo- 
nych dworach. 
Podniosla sploszony wzrok, llsmiechn
la si
, kiwn
la glow,! ni tak, ni nie i do kOl1ca 
wystawy mnie unikala. 


* * * 


Krotkowzroczna adiunkt z Moskwy tak si
 wychyla do obrazu Goyi, ze przewraea ba- 
rierk
 ustawion
 w poprzek sali. Jej towarzyszka (t
ga, w prochowcu i w berecie): 
- El Grjeko? Nic mozet byt'. Nikakoj tragiedji w ctom licu. 
(0 mlodej Hiszpancc w futrzanej mite nee wokal gto\\Y). 


* * * 


Znow wiz)'ta w szkole na przedmideiach. \Vystawa "Slowacja d
is i j
tr
". D
ieci w mun- 
durkach CZCk.lj'! na przyjazd naszcgo autobusu. Skr
P?wan
, mllo .usmIechl1l
te.- to dla 
nich duze wydarzenic. Znow sala gimnastyezna w roh bankIetoweJ. Trzy szeregI krzesd 
(0 dwa za duzo - Rosjanie udali si
 na zakupy), na kazdym pi
knie 
vydru
o
vany pro- 
gram. lvUodziez odswi;tnie ubrana, pod scian
 samowar i ruskie laleczki przYl1lesIone przez 
dzieei. Pani dyrektor - energiczna, krotko ostrzyzona, p.rzez 
o .P?dO
I
a .do AImy.Pruc- 
nal- przepr asza, ze nie mowi "po czechoslowacku". NaJwyrazl1lcJ mysh, ze t
 sam.' Cz.e- 
si. Po nicj zabiera glos He.ld T cacheI', potem att,1Chc Sisa, potem wszyscy wszystkim dz,
kllH, 
klaszcz,! i rzucaj
 si
 na bufet i wino. 


165
>>>
* * * 


Dwa ciekawe wyklady 0 \Vschodniej Europie podczas sesji "Ci\'ic Forum Comes to 
Glasgow". Ambasador Czechoslowacji - siv.'Y, najdoskonalej rumiany i zadowolony z zy- 
cia pan w przyciasnym garnirurze - mial mowie przed wykladami, ale nie powiedzial, za 
to przed przenq "'Yszedl na przod i do pustoszej
cej sali cicho zaczql mowic cos, cze- 
go nikt nie rozumial, a kiedy protesor H. podbiegl i konfidencjonalnie zaszeptal, zeby 
mowil glosniej, jeszcze ciszej cos mu odpowiedzial, rozciqgnql usta w usmiechu, zamru- 
gal bezrz
symi powiekami i gdy akurat wszyscy zbierali si
, zeby go wysluchac, usiadl i po- 
grqzyl si
 w rozmowie z sqsiadk
. 


* * * 


lvloje codzienne, ustawiczne, regularne notowanie budzi coraz wi
kszy niepokoj. 
ly- 
slq, ze 0 nich. Na szcz
Scie, na szcz
scie pisz
... Gdybym dlubal w nosie, to by si
 obu- 
rzali, a tak to Z trudem, z trudem, ale jakos jest O.K. 


* * * 


"Lipska Rewolucja" przy pustawej sali - siedzi ich ru ze trzydziesru. Wedle spisu tre- 
sci, rozdanego uczestnikom, jest wsrod nich dwoch barmanow, jeden stolarz, paru stu- 
dentow, elektryk, malarz, afrykanista, uczen szkolny, gospodyni domowa, pisarz, kelnerka, 
mechanik samochodowy, szatniarka, artystka fotograf, elektryk, absolwent nauk politycz- 
nych i restaurator. \V komplecie przybyli do Glasgow - moze to ich ostatni taki wyst
p 
w swiecie? Bezuzyteczni. Neues Forum rozpuscilo si
 w konsumpcyjnych \Vielkich Niem- 
czech. A wlaSciwie - rozpuszcza si
 wlasnie teraz. Mowili 0 rym z zalem, bez przekona- 
nia, ze ich walka miala jakis sens. Ryzykowali zyciem. Stasi byla gorsza od KGB. Co jakis 
czas brak im wqtku - ta ludzka rozmaitosc nie jest przygotowana do gromadnego wyst q - 
pienia. Co rusz jeden wyskakuje przed drugiego, albo dla odmiany zapada dlugie mil- 
czenie. \Vtedy na odsiecz idzie Pani Zagajaczka (w cywilu szefowa Koncertow Glasgowskich) 
- ktora na wst
pie przedstawila ich jako "najlepszych przedstawicieli niemieckiego naro- 
du" (ru, chyba nie wiedzqc, co czyni, a CytlljqC z zapalem cos zapami
tanego z kronik 
o Hitlerze, dodala po niemiecku - "das Volk"). Sluchajq ze spuszczonymi glowami, gdy 
nurza si
 w pi
knosciach slow - po paru dniach kongresu ma to wyewiczone. Caty dy- 
zurny zestaw: "walka 0 wolnosc", "spoleczellstwo orwarte", "wschodzqca demokracja" 
i tak dalej. Gdy siada, czarniawy z brodk q , brat blizniak Feliksa Dzierzynskiego, wstaje 
i czyta swoj nowy wiersz - ten sam dyzurny zestaw, ryle ze po niemiecku. Tak pisalism)' 
w Polsce w latach osiemdziesiqtych. Znow cisza. Pobici zwyci
zcy. Dose stropieni, gdy 
ich pytam 0 przyszlose. Zadalem nietaktowne pytanie: jakby smiertelnie chorej - jakie 
planuje wakacje w przysztym roku. 
Czy srworzq opozycj
 w \Vielkich Niemczech? Czy moze wol q kamieniec w zywy po- 
mnik? 
Ladna blondynka w kolorowej ch uscie, chyba ta kelnerka: 
- Ale nas i tak nie wybioq. 


* * * 


"Spasibo, Shotlandija!" - wczoraj do polnocy w Klubie Uniwcrsyteckim wieczor pozc- 
gnalny z pozegnalnq mOWq Zeni Terentjewej z lvloskwy, ze Szkock q Grup
 Tal1ca Ludo- 
wego, rosyjsk q pieSni q opozycyjnq przy gitarzc, recytacjami poetow, ktorych wrcszcic 
dopuszczono do mikrofonu i zydowskimi tancami zainicjowanymi przez profersora H. i pi
k. 
nq pani q adillnkt, gdy juz wszyscy "t
go sobie popili". Miriam, docent matematyki i fe 
ministka - typ brzydkiej, malej harcerki na obozie w
drownym w Tatrach - rozkazujqcym 


166 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
tonem zaprasza mnie na jurro do szul (czyli do synagogi). Jej ojciec, ktory ma ze sto lat, 
wci.r z pisze dzielo swego zycia - powidc 0 Chrystusie. Jest rypem "Zyda zakochanego 
\\' Chrystusie". Podobno dosc cz
sto to si
 wsrod Zydow zdarza. Cale zycie uplywa mu 
na dumieniu zalu, dlaczego nie jest w stanie uwierzyc, ze Chrystus byllvlesjaszem. Zbu- 
dowalo to barier
 mi
dzy nim, a jego zydowsk q rodzinq, jest juz jednak wystarczajqco sta- 
ry, by uznac go za wariata. Mowi
 jej, ze w Polsce powstala taka powicic, inspirowana podobnq 
t
sknotq i podobnie przez Zydow nie zrozumiana. Zapisala sobie "Szalom Asz" na po- 
dartej serwetce. Ale gdy wychodzilem - jej juz nie bylo, a serwetka na stoliku zostala. 


* * * 


Dopiero teraz, na koniec, wypatrzylem w muzealnym kiosku broszur
, w ktorej Dali 
opowiada, jak doszlo do powstania jego obrazu. Nie jestem zdziwiony czytajqc, ze za spra- 
Wq wizji. W 1950 r. miat "sen kosmiczny", w ktorym ukazal mu siC; trojkqt z eksplodujq- 
cym w centmm jqdrem atomu. To eksplodujqce centrum przypada na stop
 krzyza, zza 
ktorej na obrazie wytryskuje tajemnicza poswiata. I to jest jedyny w malowidle motyw ko- 
la. Reszta jest trojkqtem, nachylonym ku widzowi, jak ramiona krzyza calowanego przez 
umieraj:}cego. \Vziql to z odr
cznego rysunku sw. Jana od Krzyza, znajdujqcego si
 u Kar- 
melitow w Avili. 
Pot
ga obrazu, ktorq od pierwszej chwili siC; czuje, bierze si
 wlasnie sqd - z polqcze- 
nia jqdra atomu - jako centrum wszechswiata - z wbudowanym dynamicznie w trojk:}t, 
w sklonie ku patrzqcemu - znakiem Krzyza. 
Jdli zgodnie z Apokalipsq, znak Krzyza ukaze si
 na niebie w Dniu Ostatnim, nie zdzi- 
wi
 si
, jdli to b
dzie Chrystus rozpi
t), na Krzyzu z Kelvingrove Park w Glasgow. 
"Chrystus sw. Jana od Krzyza" Salvadora Dali. 


Grzegorz Musial 


Leszek Szaruga 


W Od11a pieczc;c (1) 


1. . 
Zapewne nie przypuszczald wczdniej, ze kiedys b
dziesz musial zmi
nic f
rm
, zml

 
nic rytm mowy, zmienic przes:}dy. To jednak n
eunikni?n
, gdy pragmesz Sl
 ?dnalezc 
'IV chaosie p
dzqcego na oslep czasu. Gdy z kazd q ChWllq Jestes coraz bardzleJ umady, 
musisz poszukac sposobnosci, by zlapac dru
i ?ddech, ?y. z
udowac dy
tans \\'o
ec 
swych przezyc i slow. To, w jaki sposob mowlles doqd, JUz Cl Sp?
\'sze
malo, straCllo 
swicZosc, zast)'glo w gotow)' schemat. Nie mozesz w kOl1cU POZ\
O!lC. soble. n
 t?, by 
t
- 
sowac jakis zapis nie t)'le auromat)'czny, co zauromaryzowany. Zmlen.sl
, Z
11
1
 Sl
, znll
n, 
powtarzas7 sobie, lecz jednoC7cSnie zastanawiasz si
 nad t)'m, jak Sl
 zmlemc, czy zmla- 


167
>>>
na \V ogole jest mozliwa. Jeszcze przed chwil q wydawalo ci si
, ze jesteS sob q , gdy nagle 
staleS si
 sam sobie obcy, daleki, niezrozumialy. 
J ak to si
 dzieje, iz niespodziewanie wszystko si
 zmienia, wszystko objawia si
 w no- 
wym, nie przeczuwanym wczeSniej oswietleniu? \Viesz dobrze, ze decydowac moze przy- 
padek, pozornie nic nie znaczqce wydarzenie. Jakid spostrze:ienie podczas lektury, 
skojarzenie na spacerze, blysk swiada, echo dalekiej melodii, wszystko, wszystko. I od te- 
go momentu inny jest juz rytm twojej mowy, inny swiat, w ktorym zyjesz. To przeisto- 
czenie dokonuje si
 jakby bez twojej woli, bezwiednie, lecz przeciez nie automatycznie, 
gdyz to cos w twojej swiadomoSci, w twojej podswiadomoSci, ra jakas nieokreSlona i nie- 
podobna do nazwania cz'!stka twej istoty podejmllje decyzj
. To ty sam. 
Czy na pewno? Czy to na pewno ty? Tak, przynajmniej do pewnego stopnia - usilujesz 
sif: utwierdzic w swej wolnoSci, niezaleznoSci, niezawisloSci. Rozpaczliwie bronisz si
 
przed sugesti q choeby, ze wszystko to przychodzi z zewn'!trz, ze jest podszeptem dajmo- 
niona, ze tak napra\\.d
 jestd tylko narzc;dzicm, glosem, r
kq, ktoq ktos inny prowadzi. 
\Viesz juz - choe przedtem si
 przeciw tej wiedzy buntowales, ze ta inna przestrzell, prze- 
nikaj
ca w realnose dorainoSci i napelniaj,!ca jq sensem, wiesz zatem, ze ta przestrzen ist- 
nieje. Nadal budzi to tWq niellfuosc i budzi tez l
k. Bo przeciez, myslisz, to bylo takie proste 
i zarazem heroiczne, to skazanie si
 na siebie, bez zawierzania mocom, 0 ktorych wiedzicc 
nic pewnego nie mozna, a ktore, w razie czego, mozna obarczye odpowiedzialnosci q za 
zle mysli i zle uczynki, gdyz 0 tych myslach i uczynkach w ostatecznym rachunku nie ty 
decydujesz, lecz wlasnie owe moce niepoznawalne i nieodgadnione. Uwazald, iz przy- 
wolanie ich jest naduzyciem wobec siebie samego - chciald polegae na sobie wlasnie, tyl- 
ko na sobie, bez zadnych prob cedowania odpowiedzialnoSci poza siebie samego. 
\Viesz juz, ze b
dziesz powracal do tych mysli, do tych zagadek, do spraw, ktorych ni- 
gdy nie zrozumiesz, bo nie do zrozumienia Sq ci oferowane, lecz do zawierzenia. \Viesz 
juz tez, ze to doswiadczenie jest jakims otwarciem, zupelnie zdumiewaj
cym, niewyra- 
zalnym, lecz jednoczdnie dominuj,!co odczuwalnym, na sw6j spos6b bolesnym, ale ten 
b61 utwierdza twoj zwiqzek ze swiatem, stanowi 0 tym, ze mozesz si
 sam przed sob,! 
potwierdzie. lvI6wisz po polsku 0 b6lu istnienia, i zarazem nakladasz na to inn,!, niemiec- 
k q form
, nieco odmiennq, odrobin
 inaczej rozkladajqC'l akcenry: Weltschmerz. To sa- 
rno, myslisz, i jednoczdnie rue to sanlO. Ow migot znaczen wzbogaca ci
, lecz jednoczeSnie 
w owym migocie twe istnienie traci wylqcznie materialny wymiar, zdaje si
 uwalniac od 
sily ci,!zenia, choe przeciez nadal jej podlega. To jak w migocie swiatcl dyskoteki, my- 
slisz, w migocie, w kt6rym postaci raz si
 pojawiajq, znikaj'!, zn6w si
 pojawiajq, lecz juz 
inaczej, pochwycone w nowej pozie, w nowym ukladzie. 
Tak zyjesz. 


2. 
Czytasz w gazecie: "Pierwszym skonstruowanym calkowicie przez czlowieka organi- 
zmem ma bye prosta, nie isrniejqca w naturze bakteria. Pomysl calego przcdsipvzi
cia 
zrodzil si
 trzy i p61 roku temu, gdy poznano doktadnie wszystkie geny Mycoplasma ge- 
nitalium - mikroorganizmu byruj,!cego w ludzkich drogach pkiowych i oddechowych. 
Jego niezwykl,! cech q jest znikoma liczba gen6w - mykoplazma ma ich 470, podczas gdy 
czlowiek az 80 tys. A wi
c przepis na zycie jest znacznie proStszy, niz si
 wydawalo. A mo- 
ze da si
 go uproscie? Venter zaczql pozbawiae mykloplazm
 kolejnych genaw i patrzyt, 
czy nadal jest zdolna do zycia. Kiedy doszedl do 300, stwierdzil, ze jest jllz tak prosta, 
ii daloby si
 jq zbudowae od podstaw w laboratorium. - «Mozemy jako pierwsi skon 
struowae taki syntetycz1lY organizm, ale poczekamy na pozwolenic komisji etycznych» - 
powiedzial Venter w Anaheim". 


168 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Craig Venter, myslisz, moze byc pierwszym czlowiekiem, ktory powtorzy gest Stwor- 
cy, tchnie zycie w mart\v,! materi
 i powota do istnienia nowy, nigdy nie istniej,!cy gatu- 
nek. Jestd zdumiony, zachwycony i przerazony jednoczdnie. z'yjesz w czasach, w ktorych 
spetniaj,! si
 sny i marzenia alchemikow. I zadajesz sobie pytanie, czy aby nie jestdmy te- 
raz, lub czy wkrotce nie znajdziemy si
 w sytuacji ucznia czarnoksi
znika. \Vierzysz w to, 
co mowi Craig Venter i wiesz, ze jdli nie on sam, to kto inny, juz nie ogl,!daj,!c si
 na 
pozwolenia "komisji erycznych", st\vorzy zycie z prochu. I wiesz, ze starczy chwila nie- 
uwagi, jeden moment, mgnienie doslownie, jakis niemozliwy do przewidzenia przypa- 
dek, by owo zycie, by ten nowy gatunek wymkn,!1 si
 spod kontroli, wypadl na podlog
 
laboratoriW11, wmieszat si
 w jego przestrzen, i znikn,!wsZ)' z oczu st\\'orcom, zacz!l ewoluowac, 
poszerzac obszary swej obecnoSci, moze nawet panowania, zacz'!l oznaczac swe teryto- 
ria, poszerzac je, penetrowac nowe tereny, zagospodarowywac jakies zakamarki ludzkie- 
go organizmu, przeksztatcac si
, mutowac. Nie boisz si
 tego, bo nie masz si
 czego bac, 
ale wiesz, ze drobny, malutki organizm, 0 ktorym jeszcze przed cwierc wiekiem nie by- 
10 wiadomo, ze istnieje, w ci,!gu niezmiernie krotkiego czasu stal si
 dzum,! tej epoki, 
w ktorej ty sam p
dzisz sw} egzystencj
. I wiesz, ze intensywne badania maj,!ce na celu 
powstrzymanie jego ekspansji, wci,!z pozostaj,! nieskuteczne. I wiesz wreszcie, ze nawet 
jdli uda si
 w koncu zapobiegac skutkom jego dziatalnoSci, on sam si
 przyczai i prze- 
mieni, uodporni, wzmocni swe sity i kiedys znow zaatakuje tak, jak po latach, gdy uwa- 
zano, ze powstrzymywano inwazj
 gruzlicy, ponownie zaatakowaly jej zarazki. 
Tak, zach\\1'Ca ci
 t\vorcza zdolnosc Craiga Ventera i jego kolegow, bo zaprawd
, po- 
wiadasz sobie, jest si
 czym zachwycac, gdyz geniusz ludzki pokonal oto kolejn'! barie- 
r
, Si
gJl,!1 W rejony, 0 ktorych mogt tylko snic i podj}c gr
, ktora doqd pozostawala wyt}cznie 
domen,! wyobrazni. A przecieZ zach\\1't ten nie jest wolny od niepokoju, od l
ku, od obaw 
przed konsekwencjami tej zabawy, tej gry, podj
cia tego wyzwania. Albowiem, myslisz, 
wci}z nasze umiej
tnoSci wyprzedzaj,! zdolnosc ich zrozumienia. \Y gruncie rzeczy, po- 
wtarzasz raz jeszcze, nie wiemy, co czynimy. 


3. 
Czvtasz Paula Celana. Czvtasz Celana w oryginale i w polskich tlumaczeniach. M
- 
czysz'si
 w obu j
zykach, gd);z W obu trudno odczytac znaczenia stow t\vorzonych przez 
t
 poezj
, powstaj}cych w t)'ch wierszach, chocby to byly slowa najprostsze, niekoniecz- 
nie neologizmy. I wiesz, ze kazde slo\\'o tej poezji, kazde slowo Celana jest neologizmem, 
i ie ta poezja mowi ci, iz kazde prawdziwe slo\\'o jest neologizmem, neologizmem jest 
kaide slowo prawdy. 
Ta poezja nic daje chwili \\1'tchnienia, jest natchniona brakiem tchu, natch?iona ot- 
chtani} slow - ich ujawniaj}cych si
, wykwitaj.}cych znaczen i senso\\'. To slowmk o
chta- 
ni m'-'slisz tC J ' otchlani ktora ot\\'orzyta si\ P rzed ludzkosci,! w O\\)'m ot\vartym w pO\\1etrzu 
'J' , . 
grobie: 


1J1ir schmifeln ein Gmb il1. den Luften da liegt ma1Z nicht eng 
Grob kopiemy \V powictrzll t3m si
 nie lezy ciasno (Lee) . 
Dr
zrmy grob w powictrzu tam nie bt;dzie ciasno (Wygodzki) 
Kopiemy grob w przestworzach nic \V nim nie umiera (Lachmann) 
Sypicmy grob w powictrzu tam nie leZy si
 ciasno (Przybylak) 


Zagl}dasz do slownika \Yahriga: schaufebz = mit der Schazifel bC1vegen! 
ni! der Schau- 
Jel au.fllebmC1l; mit der Schallfel amhebm (Gmb, Gmbm). Patrzysz dale), JUz u Langen- 


169
>>>
scheid a: llusheben = wyjmowac; wykrywac, zlikwidowac, wykanczac, konczyc, zaci.!gac (do 
wojska); schllufeln = szutlowac, kopac. Czynic to szutl'!, lopat'!. Skojarzenie do "kopac, 
dr,!zyc, sypae" wydaje si
 wci'!z niepelne, nie dose precyzyjne. Ale czy jest ru precyzyjne 
wyjScie, skoro gdzid jeszcze diwi
czy schauen (patrzee, spogl,!dac). A to in den Luften? 
\V powietrzach? Bo to przeciez liczba mnoga, wi
c owo Lachmanna "w przestworzach" 
jakby blizsze niz pozostalych "w powietrzu". Ale z kolei "przestworza" to jakby "nie- 
biosa", zatem zno\\' wydaje si
 odlegle. Lecz i bliskie przeciez. J edna linijka... 
Jedna linijka wiersza, ktory czytasz i ktorego doczytae nie mozesz, nie jest w stanie 
ogarn,!c w polszczyinie wszystkich jego sensow, jego mnoz,!cych si
 znaczen. Jedna li- 
nijka jednego z najwazniejszych wierszy napisanych 0 zagladzie. Jedna linijka, jeden \Vel's 
ludzkiego losu, doswiadczenia ludzkoSci, nieredukowalnej wiedzy czlowieka 0 sobie sa- 
mym, 0 granicach czlowieczellstwa - ten wers, podobnie jak cala ta poezja, wiesz 0 tym, 
wypowiada to, czego \\1'powiedziec do kOlka si
 nie da, co musi pozostac w zawiesze- 
niu, w niedopowiedzeniu, w migocie znaczen. 
Ktory to juz raz powracasz do tego wiersza, do tej poezji? I zawsze z poczuciem, ze 
te slowa S,! dla ciebie zadaniem, ze S,! wyzwaniem i wezwaniem jednoczdnie. To S,! slo- 
wa po utracie slow, slowa odpowiadaj,!ce na brak slow. Rdze6 mowy oniemienia. Pro- 
bujesz inaczej jeszcze: 


Kopiemy grob napowietrzny tam ciasno si
 nie lezy 
I wiesz, ze to znow nie tak, jak bye powinno. 


4. 
Zastanawiasz si
, jak wiersz pojawia si
 w twoim umyslc - gdy czytasz, jeszcze nie wiesz, 
co czytasz, odczyrujesz slowa, ow ci,!g nast
puj,!cych po sobie wyrazow, zdall, strof, ow'! 
smug
 znacze6, jeszcze nieczyteln,!, rozmyt'! jakby, rozmazan'!. Potem ponawiasz lekru- 
r
, powtarzasz cudz,! mysl, wczyrujesz si
 w ni,!, przebijasz przez zawitoSci stylu, opano- 
wujesz rytm. Zanurzasz si
 we mgle sensu, poruszasz si
 w niej jeszcze po omacku, ale 
juz powoli rozrozniasz wylaniaj,!ce si
 z niej konrury swiata, zaczynasz slyszec melodi
, 
wci,!z jeszcze niewyrain,!, lecz oto rozpoznawaln,!, coraz czystsz'!. Wiesz wreszcie, co prze- 
czytales, lecz wiedz,!c to nadal nie wiesz, jak si
 w tym swiecie odnaleic, jakie s,! jego pra- 
wa, jakie w nim obowi,!zuj,! zasady egzystencji. Czujesz si
 ru obco, choc z drugiej strony 
przeciez wszystko zdaje si
 tutaj znajome, swojskie. To pol,!czenie swojskoSci i obcoSci 
budzi twoj niepokoj, jestd jakby zagubiony w przestrzeni, ktor'! zdae si
 mogto, znasz 
bardzo dobrze. I nagle widzisz, ze te znane ci pejzaze ukazane zostaly w nowy sposob, 
odstonily ukryte dot,!d cechy, ze rzeczywistosc, ktor'! uznawales za juz rozpoznan,! i nic 
maj,!q zadnych tajemnic, okazujc si
 przestrzeni,! zupelnie nieznan,!, domagaj,!q si
 po- 
nownego odkrycia. 
Odnajdujesz si
 w cudzym wierszu na nowo, jakbys dochodzil do siebie po dlugiej cho- 
robie, jakbys przeszedl przez oczyszczaj,!cy wstrz'!s, wynurzyl si
 z maligny dawnego wi- 
dzenia, jakbys zacz'!l zye na nowo. 


5. 
Czytasz, ze cz'!stek materii we wszechswiecie jest 100 000 000 000 000 000 000 000 
000000000000000000000000000000000000000000000000000000000 
(osiemdziesi'!t zer), zas szans na powstanie wszechSwiata, w ktorym pojawiaj,! si
 gwiaz- 
dy jest 1: 10 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 
000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 
000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 


170 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
00.0 o.o
 000 .000 o
o OO
 o
o 000 000 000 000 000 000 000 (dwidcie dwadzidcia 
d.ZI
Wl
C zer) I. do
yslas
 
I
? ze szans na powstanie wszechswiata, w ktorym istnieje zy- 
cle Jest odpowledmo mmCJ, Jeszcze mniej szans na to, ze powstanie w tym wszechswie- 
cie gatunek.ludzki, a juz ni
\\?,obrazalnie mniej na to, ze powstanie wszechswiat, w ktorym 
ty wystu
uJesz na tym wlasme komputerze to wlasnie zdanie (w tym wypadku trzeba by 
bylo po Jedynce zapewne wi
cej zer, niz zmidciloby si
 na kartach wszystkich wydruko- 
wanych dot,!d ksi,!zek). 
Te dane, ktore przytoczyles, stanowi,!, jak czytasz, ustalenia nowojorskiego fizyka Lee 
Smolina. 


6. 
Zauwazyles, ze sporo si
 teraz mowi 0 tym, iz swiat wspokzesny pozbawiony zostal cen- 
trum. Centrum, czytasz w r;tniej lub bardziej uczonych wypracowaniach, nie isrnieje i nie 
jest do niczego potrzebne. Swiat bez centrum, udawadniaj,! wspokzdni m
drcy, jest bar- 
dziej ludzki. \" takim swiecie, przekonuj,!, w pdni realizuje si
 wolnose - nie ma hierar- 
chii, nie ma uprzywilejowanych gtosow, kazdy glos jest rowrue wazny, kazda osoba moze 
w pdni si
 wypowiedziee i tylko tak idee demokratyczne mog,! si
 spdnie. Przekonuj'! ci
, 
ze taki swiat bez centmm jest swiatem dialogu, Przez chwil
, na szcz
Scie tylko przez chwi- 
l
, krotk}, ale dose dramat)'czn}, wydaje ci si
 to prawd,!. Tak, myslisz, wlasnie teraz, w ta- 
kiej przestrzeni, w ktorej to, co na obrzeZach jest rownie waine jak to, co w centrum, w przestrzeni 
wi
c owo centmm nie tyle relatywizuj:}cej, co po prostu znosz}cej, jestd w pelni czIowie- 
kiem, zas twoja ekspresja wchodzi w swobodny dialog z ekspresj,! innych, te gtos)' musz'! 
wzajemnie uszanowae sw'! odmiennose, taka jest lekcja pdnej tolerancji. Ale zaraz zauwa- 
zasz, ie tak pomyslany dialog jest ztudzeniem, mrzonk,!, batamuctwem nawet. Bo 010 od- 
najdujesz siC; rue w obszarze dialogu, lecz \\' swiecie zagruszaj}cych si
 wzajem i zakrzykuj}C)'ch 
monologow - tu juz nikt nikogo nie slucha, wazne staje si
 tylko owo "wypowiedzenie 
siebie" b
d}ce cclem samoistnym. Nie mowi si
 po to, by wejse w kontakt z innymi, lecz 
po to, by to, co siC; ma do powiedzenia wypowiedziee, wszelkie inne gtosy S,! niewazne. 
Tu zycie przeksztaka si
 w to, 0 czym pisal Szekspir a po nim powtarzal Dostojewski: w opo- 
widc idioty pdn} wrzasku i furii. Bo przeciez, gdy wszystko wolno, wowczas kazda wy- 
pO\\ ledi odnosi siC; do siebie jedynie, nieistorny jest wspoiny - tworz'!cy wlaSnie 0\\'0 odrzucane 
centrum - system wartoki. Kazdy idiotyzm trzeba uszanowae tylko dlatego, ze zostal wy- 
powiedziany. Taka tolerancja, myslisz, przestaje bye tolerancj'!, jest jedynie wyrazem obo- 
j
tnoSci: bo skoro wszystko jest rownie wazne, nic nie jest wazne. Oto, myslisz, paradoks 
wolnosci, ktorego nie da si
 rozwi,!zae uk dhlgO, jak dtugo nie ustanowi si
 jakiegos wspol- 
nego dla wszystkich wypowiedzi punktu odniesienia. Jdli siC; tego nie uczyni, uniewazni 
si
, myslisz, wszclkie prawa, w tym tJkze prawa gramatyki, ba, nawet prawa rz}dz,!ce kon- 
strukcj,! wyrazow: kazdy bdkot, choeby nawet znamionowal rozpad j
zyka, winien bye 
w takim swiecie traktowany z rown:} powag}. Z t)'m nie chcesz si
 pogodzic, nie potrafisz 
zye w swiecie bez praw i zasad i pojmujesz wreszcie, ze ci, ktorzy usiluj} ci jako zasad
 
i prawo narzucic przekonanie 0 t)'m, ze centmm nie istnicje, chq w istocie, swiadomie 
lub nie, to juz nie ma znaczenia, wmowic ci, ze masz prawa i zasady uznae za niewazne. 
Postuguj} sic; przy tym, zauwazasz, swoistym szantazem moralnym, powiadaj}c, 
e jdli 
uznajesz centrum, 1)'m samym nic jestd cztowiekiem tolerancyjnym. Tak, odpowlada
z, 
bye moze nie rozumiem rych wypowiedzi, ktore do mnie 
oci
raj}, mu
z
 przeto przYH
 
domniemanie, ze S} godne uwagi i szacunku, lecz b
d
 Je mogluznac za godne uwagl 
i szacunku wtedy dopiero, gdy bC;d
 je mogi zrozumiec, zroz
miem zas \\'redy, doda!e
z, 
gdy zostan} mi \\-ydumaczone, wyjasnionc, gdy dotq do mOle poprzez przekIad, zas ow 
przektad mozliwy bC;dzic dopiero \\'red)', gdy db rej wYPO\\ledzi odnajdziemy wspoIny z mo- 


171
>>>
im slownik. I ow stownik nicuchronnie stanie si
 owym odrzucanym centrum. Nie mog
 
tolerowae tego, czego nie rozumiem, mowisz i dodajesz, ze nie chcesz tego, czego nie ro- 
zumiesz, z gory odrzucac, wszakze musisz, by uznae t
 wypowiedz, uczynie wszystko, co 
mozliwe, by stab si
 zrozumiata. 


7. 
Czytasz Henryka Elzenberga "Klopot z ismieniem" , jeden z t)'ch dziennikow, ktorych 
formuly nie do konca S:} jasne, ktorych zapisy staj,! si
 dla czytelnika zadaniem. I oto w za- 
pisie z 24 lutego 1950 roku pojawia si
 niemiecki czterowiersz opatrzony nast
puj
cym 
komentarzem: "To nie zaden cytat, to moje. Ale sk,!d mi si
 mogta wzi
c ta niemczy- 
zna?" Dziwne, prawda? zastanawiasz si
 nad tym i przypominasz sobie, ze i tobie kiedys 
juz si
 to zdarzylo i tez nie wiedziales, dlaczego wers pojawil ci si
 po niemiecku. Coz- 
zapewne inaczej si
 nie mogt pojawic, musiat si
 utozye w tym wlasnie j
zyku. 
\Viersz Elzenberga, filozoficzny, jakby z narury rzeczy wypowiada si
 w tym wtasnie 
nasyconym metafizycznymi formutami "j
zyku byru": 


Erfiillt scin heisst: im Scin vC1;gehen. 
Die 1vahre Gotthcit atmet nicht. 
Stumm sind die allerho'cbsten Ho'cben 
Und hiM des Lichtalls reinstes Licht. 


Czy da si
 przdozyc? Probujesz. ]uz na pocz'!tku problem z rymami, krzyzowymi, abab, 
w ktorych b to rym m
ski. Dziewi
ciozgtoskowiec przeplatany osmiozgloskowcem, st,!d 
skrocenie rymu. No i poj
ciowose. \" przektadzie surowym: 
Spdnionym bye to: \\' Byt przemijae. 
Prawdziwa boskose nic oddycha. 

ieme najwyzsze s:} wysokoSci 
I chtodnc swiado kosmicznego blasku. 


lvlyslisz sobie, ze gdzieS ru pochwytnc jest echo poetyckich prob Nietzschego, moze na- 
wet poezji Holderlina, Goethego. Szkoda, myslisz, zostawiac to niemczyznie. Poszukujcsz 
uScislen, formy. Bo przeciez wiesz, ze juz w tym surowym przekladzie nie wszystko jest tak, 
jak nalezy, jak choeby w ostatnim wersie, gdzie nie sposob dobrze po polsku ztozyc stow: 
Und kiihl des Lichtalls reinstes Licht. ]uz to poj
cie: das Lichtall = wszechswiat swiatla. Ale 
teZ das Licht (swiatlo) w tym zlozeniu z das All (wszechSwiat) wcale jasne nie jest. Das Li- 
cht = swiatlo, ale tez przeSwit, swieca. \Vychodzisz z tego posluguj'lc si
 stowcm "blask", 
lecz wlaSciwie nie wiesz czy dobrze czynisz, bye moze nalczaloby jednak pozostawic po pro- 
sru "kosmiczne swiatlo") "chlodne swiatlo kosmicznego swiata". A moze, lcpiej jeszczc, 
"chlodne s\\ iatlo swiata kosmicznego", "chlodnc swiatlo swiatla wszechswiata". 
Probujesz znow: 


Spdnionym bye to \\' Byt przemijae. 
Prawdziwa boskosc bcz ruchu trwa. 
Najwyzszy wzlot to niema chwila. 
Chtodna wszechSwiata swiatd gra. 


Tak? Nie tak? Nie jesteS pewien, nie potrafisz sobie z tym do konca dac rady. Powra- 
casz do pytania Elzenberga: sk,!d niemczyzna? Z onicmicnia, myslisz, z dotkni
cia tego, 
czego si
 nie potrafi wypowiedziec w j
zyku codziennoSci, z musni
cia "najwyzszych wy- 
sokoki", z olSnienia. 


172 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
8. 
Dose pozno dotarl do ciebie rom wierszy GenowefY Jakubowskiej-Fijalkowskiej z Mi- 
kolowa, 
vydanv \
' roku 1997 w nakladzie 1000 egzemplarzy, przez bydgoski Instytut 
Wydawl1lczy ,,
wla
ectwo" (obcho
z,!cy wowczas swoje dziesi
ciolecie ). Tom, zatytu- 
lowany Pan Bog wYJechal na Floryd{ Jest drug:} ksi,!zk} autorki nalez;Jcej do twojej gene- 

a.cji
 lecz debi
t
j,!cej - podobnie jak JozefKurylak czy Janusz Szuber - z opoznieniem: 
JeJ plerwsza kSI,!zka - zatytutowana "Dozywocie" - ukazala si
 w roku 1994 nakladem 
krakowskiego Wydawnictwa "Miniatura" (ktore swe 10-lecie swi
cilo w roku 1998: ro 
firma 0 tyle zasluzona, ze poswi
ca si
 wyt}cznie niemal publikowaniu poezji w czasie, 
w ktor)'m ten wtasnie rodzaj tworczoSci rzadko moze liczye na szersz'! publicznose). I wiesz 
jl1Z, po lekturze tej najnowszej ksi
zki Jakllbowskiej-Fijalkowskiej, ze znow pojawil si
 
w liryce t\\'ego pokolenia gtos wazny, oryginalny, choe z pewnoSci} raczej nie mog,!cy li- 
czye na szerszy odbior, skazany na doz)'wocie w bibliorecznych zakamarkach, moze kie- 
dys, pozniej, mog,!cy liczye na dociekliwe odczytywanie przez mlodych polonistow 
poszukuj:}cych jakichs zjawisk oryginalnych, a jeszcze nie przebadanych, zapomnianych. 
Pozne debiuty, myslisz, rzadko bywaj,! zauwazone, musi nast,!pie szczegolny zbieg oko- 
licznoSci, by ksi,!zka, ktora ukazuje si
 w niewiclkim nakladzie, niedost
pna w ksi
gar- 
niach, a napisana przez kogos, kro zyje poza centrum zycia literackiego, na uboczu jakby, 
mogla wspolllczesrniczyc w wielkim dialogu poetow na tych samych prawach, co tomy 
tworcow juz uznanych i wpisanych w przestrzen literackiej rozmowy. To, myslisz, po- 
dobnie jak z kims, kto przez lata cale siedzi w klasie gdzies na boku, w ostatnich tawkach 
i milczy - gdy podnosi r
k
, gdy zglasza si
 nagle do rozmowy, ani kolezanki i koledzy, 
ani co gorsza nal1czyciele nie traktujc} go serio i jdli juz dopuszczaj,! do glosu, to na od- 
czcpnego, przekonani, ze ow ktos niz waznego do powiedzenia nie ma, ze to, z czym 
si
 \VYl)wa do odpowiedzi, musi bye tak szare, jak czas, ktory doqd \vypelnial swym mil- 
czeniem. I wiesz tez, ze tak rzeczywiScie bywa - ze ten glos naprawd
 nic nie mowi, ze 
jest tylko rozpaczli\\',! prob:} ekspresji maj:}cej poswiadczye ismienie mowi,!cego. 
Tym razem jednak, cZlljesz, jest inaczej: ten tomik ci
 naprawd
 zainteresowal, poci}- 
ga ci
 sw} lakonicznoSci,!, oszcz
dnoSci,! slowa i odwag,! obrazowania. Poci,!ga ci
 spo- 
strzegawczose, ktora porrafi, id
c uliq, dostrzec "za szyb,!jmanekinyjubrane na cieplo" 
i - w tym samym wierszu - to, ze "na Bankowejjkurwyjdlugimi nogamijobejmu- 
j,!jwschodz
cy ksi
z)'c". Rysuje swiat bczwzgl
dny, smutny, lecz do szpiku kOSci ludz- 
ki, nasycony niespclnicniem, niedostatkiem i mitosci
 - troch
 beznadziejn,!, lecz mocn,! 
i, przede wszystkim, niezb
dn,!: "kiedy m
zcz)'zna spijkobictajwydziobuje gwiazdyjz je- 
go ramion", by wreszcie wyznac: "tcrazj\\sZ)'stko jednojkrzyzjczy twoje ramiona", Wznio- 
slose uczllcia przezycia bez przerw)' konfrontowana z przyziemnoSci,! zycia, barwa 
marzcnia zdcrzana z barwnoScic} realiow - wszystko to pochwycone w oszcz
dnych, nie- 
mal atoryst)'cznych zapisach notuj
cych bol istnienia, Weltschmerz; ale bez pretensji do 
tego, ze t\Vorzy "poezj
", choc, oczywiScie, w Mikotowie i poezji zabrakn,!e nie moze, 
poezji zanurzonej \\' proz
 codziennoSci: "przez rynekjglupia Ewajci,!gnie wozek!i r: a 
sznurkujpsaj jlistopadjdeszczj jratusz \\' toliijbije zegarjz uliczkijspadaj
 kamlem- 
cej j«z tego domujwyszedl na swiatjRafat \VojaczekjPoeta» j ji nie wrocil! mur klep- 
sydrajrcklama zaluzjejkartkajsprz
tamjMikotow jKarola Miarki 18". 
I od razu przvpominasz sobie afer
 z Mikotowa - nie chq nazwac ulicy imieniem \Vo- 
jaczka-pijaczka: Sami zapici, zanurzcni w mgt
 swiata bez imienia, bezimicnni, wyzuci 
nawet z chwil szcz
SciJ, 0 ktorym zapomnicli, micszkaIlcy, z ktorych kazdy moze powto- 
rzye za ow)'m bohaterem wiers
a J akubowskiej- Fijatkowskiej: "lab
dziej odpl)'waj,!jz mo- 
ich zyl" . To swiat "kobietjkt6re porzllcily j dziecij m
zczyznjkt6rzy porzucilijkobiety" , 
to swiat, w ktorym: 


173
>>>
z nieba spadto 
pogmeCionc 
przeScieradto 


Czytasz te wiersze, wiesz, ze takich wierszy jest sporo, ze tworz'! t
 przestrzen, w kto- 
rej poruszaj,! si
 te znane wiersze, gin,! \\' ciemnosciach tych znanych wierszy, s
 przez 
znane wiersze pozerane, unicestwiane. I myslisz, ze szkoda tych mniej znanych wierszy 
pozeranych przez bardziej znane wiersze. I chcialbys uratowae rych kilka nieznanych wier- 
szy. I wiesz, ze ich nie uratujesz. A moze jednak uratujesz? 


9. 
Czytasz numer "Znaku" poswi
cony kwestii wspotdziatania intelektualistow z komu- 
nizmem - i znow odnajdujesz w cz
sci wypowiedzi irytuj
ce llproszczenia. '-tV esejll Ry- 
szarda Legutki znajdujesz dose osobliw.} konstrukcjc;. Komenruj
c wywiady, jakich byli komuniSci 
lldzielaIi Jackowi Trznadlowi pisze on: "niektorzy z indagowanych autoro\\' odpowiadali 
_ kll osillpienill cZ
Sci czytelnikow - ze dostrzegaj,! pewn,! ci
gtose moraln,! l'!cz'!q akt 
zaangazowania w komllnizm z aktem zaangazowania w opozycjc; przeciw komllnizmowi. 
'-tV jednym i drugim przypadkll bylo to to samo pragnienie niesienia pomocy czlowieko- 
wi, a wi
c to sarno przestanie hllmanistyczne. Alltorzy - stawiaj,!c tak niezwykl,! tezc; - naj- 
pewniej pomylili poczllcie ci,!gtoSci wlasnej tozsamosci z ci,!gloSci
 moraln,! swoich 
czynow". Tak prawd
 mowi,!c, myslisz, nie bardzo wiadomo, czym miataby bye owa "ci
- 
glosc moraIna czynow" i czym by miata byc przypisywana owym alltorom przez Leglltk
 
"ci'!glosc moraIna t'!cz'!ca zaangazowanie w komllnizm z aktem zaangazowania w opozy- 
cj
 przeciw komllnizmowi". Poj
cie ci:}gloSci moraInej to nic nie znacz'!ca wydmllszka ter- 
minologiczna: naprawd
 powinno si
 napisac 0 tym samym impllisie moralnym. Podobnie 
zreszt'! jak poj
cie "ci,!glosci tozsamoSci": czy tozsamosc moze bye nicci,!gla? Jak na pro- 
fesora filozofii, myslisz, konstrukcja zblldowana przez Leglltk
 nader jest osobli\\'a. 
Owszem, dodajesz zaraz, jest dla wielll rzecz'! dzi\\'n,!, bye moze nawet zdllmiewaj'!Gl 
fakt, iz te same m01)'\vy moraine mogly powodowae najpierw opowicdzenie si
 po stro- 
nie komllnizmll, poiniej zas opowiedzenie si
 przeciw niemll. Fakt ten znaczy jednak tyl- 
ko 1)'le, iz wczdniej owi intelektualiSci nie bardzo wiedzieli czym jest komllnizm, poiniej 
zas zdobyli wiedz
 na temat tego systemll, a gdy j'! zdobyli, zwrocili si
 przcciw niemll. 
Dopiero w takim llj
ciu ich post
powanie przestaje byc zdllmiewaj,!ce - wic;cej: staje siC; 
czyms zrozllmialym i niemal oczywis1)
m, z\\'laszcza wowczas, gdy przyj,!c, iz w Obll wy- 
padkach motywowani byli 1)'m samym: ch
ci,! czynienia dobra. Bywa wszak, iz nicwiedza 
staje si
 przyczyn,! zlych wyborow, choc one same S,! podejmowane w dobrych intencjach. 
Nie llwzgl
dnianie nast
pstwa czasowego, dodajesz, i myslenie tak, jakby realia swia- 
ta byly niezmienne i dane raz na zawsze, jest co najmniej bt
dnym zalozeniem pozna\\'- 
czym. To sarno dotyczy kwestii zmiany postaw wobec roznych zjawisk tego swiata: nie 
mozna przyjmowac, ze czlowiek jest od POCZ'!tkll llksztaltowany i ze wszyscy dysponll- 
j'! 0 rzeczywistoSci t'! sam} wiedz,!. Mozna si
, oczywiScie, cudzej niewiedzy dziwic, 
mozna j'! poddawac w w'!tpliwosc, ale nie mozna zasadnie twierdzic, ze z zasady owa nie- 
wiedza jest niemozliwa. I ma racjc;, zallwazasz, ks. JozefTischner zabieraj,!cy glos \V tej 
samej kwestii i pisz}cy: "Aby zamkn,!c rachllnki z komllnizmem, potrzeba nie tylko zro- 
zllmiec, czym on byl, ale rowniez zdac sobie spraw
 z tego, czym jest wolnosc od nie- 
go. Nikt nie rodzi si
 z gotow} form,! wolnoSci w dllSZY. Czlowiek jest tylko potencjalnie 
wolny. 
aprawd
 wolnym si
 dopiero staje. A staje siC; dzi
ki temu, ze moze obserwo- 
wac formy swego wlasnego zniewolenia, ktore nastc;pnie zrZllca z siebie. Doprawdy nie 
to jest interesllj'!ce, ze ktos, kto ledwo wyszedl z okresll dziecinstwa napisal wiersz 0 Sta- 
linie. Naprawd
 interesuj'!ce jest to, ze potem jllZ nie podobncgo nic napisal. Jak si
 to 


174 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
staIo, ze po pocz'!tkowym zniewoleniu przyszta wolnose? Dzisiejszy antykomunista, kto- 
ry kaze nam wpatrywac si
 w rozmaite «hanby domowe», niewiele rozni si
 od komuni- 
Sty, ktory dokladnie t
 sarno kazal nam wpatrywae si
 w «reakcyjne odchylenia» Zygmllnta 
Krasinskiego, Stefana Zeromskiego czy Henryka Sienkiewicza. Kto natomiast odkryje w kaz- 
dym z osobna czIowiekll i artykie jego wewn
trzne «wydarzenie wolnoSci», ten przesta- 
nie «babrae si
 \V hanbach», poniewaz zrozllmie, ze nie one s} najwazniejsze, lecz 
najwazniejsze jest wydarzenie «heroizmll domowego», b
d,!cego przejawem stopniowe- 
go dojrzewania wolnoSci. Kochae wolnose znaczy sZllkae w czIowiekll «wydarzen wol- 
nOSci». Kto szuka zniewolenia, dowodzi, ze w gt
bi dllSZY trwa w niewoli". 
To prawda, powtarzasz, ale w gruncie rzeczy wiesz, ze tym, ktorzy "babrz,! si
 w han- 
bach" nic chodzi wcale 0 danie wyrazll umitowaniu wolnoSci. Chodzi im 0 co innego, co 
Legutko napisal wprost powiadaj,!c, ze proba moraInego motywowania zarowno akcesu, jak 
oporu przeciw komunizmowi, to w wypadku O\\ych ludzi "podwazenie moralnego sensu 
( . . . ) wspanialej postawy w latach osiemdziesi'!tych" , ze wreszcie taka morywacja sugeruje, iz 
nalezy na tych ludzi patrzec "nie jak na intelekrualistow, ale jak na naiwnych prostaczkow, 
ktorzy po prosru chcieli dobrze i nic wi
cej ich nie obchodzilo". I tu, podkreslasz, nast
pu- 
je kluczowe zdanie calego wywodu: "Owa ucieczka od zarzutu moralnego upadku w mo- 
rain,! naiwnosc, poniek}d i niewinnosc, jest nie tylko malo przekonuj,!ca, ale dezawuuje p6iniejsze 
dokonania". 0 to wlasnic tu chodzi, myslisz: 0 zdezawuowanie owych poiniejszych doko- 
nan, 0 swoist'! czystk
 maj}q owych "wypranych z moralnoki" osobnikow, jako na zawsze 
podejrzanych, llsun}e z zycia publicznego. To, ze czegos po wyzwoleniu si
 z komunizmu 
dla innych - wszak nie tylko dla siebie - dokonali, przestaje bye istorne, nie moze bye poli- 
czone do faktow. FiJozof, myslisz wi
c, ktory uniewaznia fakty, choc wykazuje jakid heglow- 
skie iScie zaci
cie, jest filozofem przed ktorym nalezy uciekae. I od razu budzi si
 w tobie 
jakas obrzydliwa podejrzliwose: czy owo dezawuowanie "pozniejszych dokonan", owej 
"wspanialej posta\\!)' z lat osiemdziesi'!t)'ch" rue jest PI"Z) padkiem d}ieniem do uswli
cia z ho- 
ryzontu wszelkiego "domowego heroizmu" dlatego tylko, ze si
 samemu w nim nie ma zad- 
nego udziatu lub udzial jedynic niewielki, i w dodatku w stosw-um do podejrzanych moraInie 
osobnikow opozniony? Odrzucasz jednak t
 mysl jako niegodn,! filozofu. 


Leszek Szaruga 


ZhignieJv ZakieJvicz 


Ujrzal1e, \V czasie zatrzymal1e (2) 


Otrzymatem w dniu 17 marca, na Zbigl
ie\\'a, od .Jl
rka Kiszkis:, t
 .m?d
itw
 
w.To- 
masza z Akwinu (jako przcstrog
? pocicszeme?). I oto JUz ponad szescdzlesl
clolernl, przy- 
mierzam siC; do niej... . . . 
PANIE, IT \VIESZ LEPIEJ ANI:lELI JA SAM, ze si
 starzeJC; I pc\\:ncgo .dm
 

d
 st
- 
ry. Zachowaj mnie od zgubnych nawyk6w mniemania, ze musz
 cos powledzlec na kaz- 
dy temat i przy kazdcj okazji. 


175
>>>
Odbierz mi ch
e prostowania kazdemu Sciezek. 
Uczyn mnie powaznym, lecz nie ponurym, czynnym, lecz nie narzucaj
cym si
. 
Szkoda mi nie spozytkowac wielkich zasobow m,!droki, jakie posiadam, ale Ty, Panie, 
wiesz, ze chciatbym do konca zachowae paru przyjaciot. 
Wyzwol moj umysl od nie koncz,!cego si
 brni
cia w szczegoly i daj mi skrzydd, bym 
w lot przechodzil do rzeczy. 
Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomaga6 i cierpien w miar
, jak ich przyby- 
wa, a ch
e wyliczania ich w miar
 uplywu lat staje si
 coraz slodsza. 
Nie prosz
 0 lask
 rozkoszowania si
 opowidciami 0 cudzych cierpieniach, ale daj mi 
cierpliwose wysluchania ich. 
Nie smiem Ci
 prosie 0 wi
ksz,! pokor
 i mniej zachwian,! pewnose, gdy moje wspo- 
mnienia wydajc} si
 sprzeczne z cudzymi. Uzycz mi chwalebnego poczucia, zc czasami 
mog
 si
 mylie. 
Zachowaj mnie milym dla ludzi, choe z niektorymi z nich doprawdy trudno wytrzy- 
mae. 
Nie mo\\"i
, ze jestem swi
tym, ale zgryzliwi starcy to jeden ze szczytOW osi
gni
c sza- 
tana. 
Daj mi zdolnose postrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach, jak tez 
niespodziewanych zalet w ludziach. Daj mi, Panie, lask
 mowienia im 0 tym. 


"TO SAMOB6JS1WO, TO WYROK SMIERCI dla kultury i j
zyka bialoruskiego" - po- 
wiedzial bialoruski pisarz Sokrat Janowicz po ogloszeniu wynikow niedzielnego referen- 
dum. Inny biatoruski dzialacz ze smutkiem rzekl: "Jednego dnia Bialorus lltracila wszystko, 
co wywalczyla przez pi
e lat: odrodzenie ojczystego j
zyka i symboliki narodowej". In- 
ny znow z ironi} dodal: "Znowu b
dziemy chodzie legalnie z nasza flag,! tylko w Wilnie 
i Bialymstoku". 
I mnie, Polakowi wilenskiemu, scisn
lo si
 serce. Znam dobrze ten Iud biatoruski: plo- 
wowlosy i bl
kitnooki, cichy i z chlopska nieutTIy, nie tak dawno odziany w kozuchy i pi
k- 
ne samodzialy z wdny i lnu, pij,!cy zytni:} samogonk
 pod solon,! slonin
 gruboki m
skiej 
dloni; zawsze oczekuj,!cy biedy i nauczony zye, aby przezye. 
I co tu mamy ukrywae - jego elita duchowa, owa z bojarstwa \\)'\\'odz,!ca si
 szlachta, prze- 
szedtszy na katolicyzm spolszczyla si
 szybko. A snadi grunt b};l zyzny, skoro z tej gleby wy- 
rosly takie rody jak Ogillscy i Pacowie, SapiehO\\ie i TyszkiewiczO\\ie, tacy ludzie jak Mickiewicz, 
KoSciuszko i SyrokomJa, Karlowicz i Waf1kowicz... I tak mozna liczye bez konca. 
Prawdziwe nieszcz
kie dla tej ziemi, rozwijaj}cej si
 tak bujnie, zacz
lo si
 od rozbio- 
row, a grom ci
zki uderzyl po roku 1863, gdy ziemie te poddano gwattownej rusyfika- 
cji, zamykaj,!c polskie szkoly, kOScioly zamieniaj,!c na ccrkwie, zabieraj
c maj'!tki i folwarczki 
pomniejszej szlachty. Szlachcie, co wyrosla na ruskim pniu, jakze innej od "koroniarzy" 
i jakze polskiej (wystarczy wstuchae si
 w muzyk
 Ogillskiego czy Moniuszki), podci
to 
korzenie, drzewo jednak dalej rosto. Jak wskazywaly statystyki, proces asymilacji dalej po- 
st
powat. Polskose po prostu duchowo i cywilizacyjnie byla atrakcyjna. 
Rownoczdnie, w tejze katolickiej szlachcic rozpocz,!l si
 ruch mlodobialoruski. KJa- 
sycy nowozytnej bialoruskiej literatury: Jakub Kolas - to przeciez Konstanty Mickicwicz, 
Janka Kupala, to Jan Lucewicz. I Mickiewicz, i Lucewicz powrocili do ludu bialoruskic- 
go, aby nadae rang
 literackoki "prostej chlopskiej mowie". 
Mozliwe, ze jak marzyl 0 tym prozaik, ze strony ojca 0 rodowodzie rosyjskim - Anto- 
ni Golubiew, czy znany publicysta i pisarz - J ozef Mackiewicz - Biatorus stalaby siC; czyms 
w rodzaju Szwajcarii Wschodu, gdzie obok siebie wspotzylby narod polski, biatoruski i li- 
tewski, 0 wtasnej kresowej i niepowtarzalnej specyfice, gdzie przeplatalyby si
 lacillskm
 


176 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
biza
rynskoSci
, zachodnia Stowiarlszczyzna i Litwa ze Wschodem. Los jednak chciat 
maezeJ. 
Impcrialnc i bezpardonowe parcie Rosjan zniszczyto cnklaw
. Po roku 1920 wynisz- 
czono bialorusk,! elit
, ktora znalazla si
 w granicach Sowieckiej Bialorusi. Ostarni cios 
zostal zadany 17 wrzdnia 1939 roku. W rezultacie dokorlczono rozpraw
 z "bialoruski- 
mi nacjonalistami", zas cala swiadoma warstwa, zwi,!zana z polskoSci,!, albo zostala wy- 
niszczona fizyeznie, albo wyjcchata gdzies do Olsztyna, Gdarlska, Slupska czy Koszalina. 
Pozostaly mate wyspy katolickiej, polskicj Biatorusi i pozos tat prosry chlop, co podawal 
si
 za "rutejszego", bo tak bylo najbezpieczniej. I ten wlasnie Iud poddany przcz pi
e- 
dziesi
t lat sowietyzacji (mam na uwadze, oczywiScie, zachodni,! Bialorus), stat si
 "nie 
narodem, lccz ludnoSci,!" - biern,! i nie bior'!q udzialu w zyciu polirycznym - stwierdza 
z goryezc} lidcr biatoruskiej opozycji, Zenon Painiak. 
Pami
tam dobrze t
 malomown,! chytrose bialoruskiego ludu, doswiadczoncgo przez 
hisrori
. I tym razem postanowil on przeczekae w imi
 ludowej m,!droSci: maja chatd z kra- 
jtt - ja lliczah6 lli zllaju. Bo nie mozna oprzee si
 pot
dzc ekonomicznej i sile imperial- 
ncj, wi
c lepiej bye z ni,!, z t} bezwzgl
dn} Sit'!. A co b
dzie dalcj? Popatrzymy, posruchamy... 
Mam jednak takie przeczucie, ze raz rozpocz
ry proces b
dzie dalej si
 rozwijal. Do- 
picro tcraz flaga bialoruska i znak Pogoni zaczn
 nabicrae na znaczeniu i sile, gdyz na 
pewno okaze si
, ze akces do wielkiej "maruszki Rasii" niczego nic zalatwi. Wyrosnie na 
rym "pustym polu", pO\\"stalym po morderstwach w Kuropatach i w innych miejscach 
kaini, nowa elita, juz pra\Vdziwie bialoruska. I ona - gdy zestarzeje si
 pokolenie sowiec- 
kicj nomenklarury, co dzis wlada i ktore nic \Vie, co ma zrobie z niepodlegtoSci,!, ktora 
nagle spadta z nieba latem 1991 roku - nada nowe oblicze Bialorusi. 
I przypomnial mi si
 w tyeh smurnych dniach moj bialoruski nauczyciel, poeta, Julian 
Sicrhiejcwicz, ktory w 1944 roku, ruz przed aresztowanicm go przez 
K\VD, mowil w ma- 
lej szk6lce pod Krcwem: "Wsrydzimy si
 my swojcj biedy, swojej Bialorusi. Tak nie moi- 
na, dzictaczki. I my swoja dusza mamy, rutejsza ona - bialoruska. A kto swoja dusza nie 
kocha, ten si
 matki rodzoncj wyrzeka. I Polak jego kupi, i Ruski za morda go weimie i b
- 
dzie miat za nic. J ak i on sam siebie ma za nic." (patrz: ,,\Vilno, w gl
bokoSciach morza"). 
Pierwsza runda za spraw
 Lukaszenki i jemu podobnych zostata przegrana. Zapowia- 
da siC; jednak meez w wielu rundaeh, gdyz mtodzi Bialorusini jui nie potrafi,! "miee sie- 
bie za nie". 


(16 maja 1995 rok) 


GDY W PORAN
TY PI1\TEK 28 MAJA 1992 ROKU akrorzy teatru ,,\Vybrzeze" w wyna- 
jc;tej przcz ksic;zy pallotynow kaplicy przeprowadzili generaln,! prob
 szruki Georgesa Ber- 
nanosa Dialogi karmelitallck, ja poznawatem Paryz. Przcbywalem tras
 od Pol Marsowych 
do katedry Notre Dame. 
Pierwsze wrazenie. \Vszystko jest nie takic i nie na tym miejscu. Dwa nast
pne dni po- 
gl
bily to uczueie. Znanc zabytki lez
 daleko od siebie i nie s,! powi,!zane w harmonijn,! 
calosc. S
 jak rodzynki w wielkim, nadmiernie \\'yrosni
tym cidcie. Glown,! osi
 miasta 
jest Sekwana. Trzcba jednak plyn
e rzek
, aby dostrzec jakis harmonijny, scalaj
cy sens. 
Bulwary nadrzeezne nie slui,! jui do spaeer6w: morderczy halas tysi
cy samochodow. Se- 
kwana jest obetonowana i zamkni
ta murkiem. 
Wiez,l Eit1la ogl
d,ma z bliska, ze swymi ielaznymi koronkami, rurami i.st
lo
vymi k
- 
townikami w swej przesadzie sceesyjnej wydaje siC; bye koszmarnym snem l11zymera s
hl- 
zofrenika. Dopicro ogl
dana z perspektywy, \V noey podswictl
ma na 
Ioro nable
a 
clegancji i wdziC;ku. Luk Triumtalny to z kolei impcrialne marzeme z czasow napoleon- 
skiej swietnoki. Jakze s
 one ciC;ikic w porownaniu z rzymskim Lukiem Konstant)na. 


177
>>>
\Vjechalem \\'ind
 na szczyt Luku, podziwiaj
c jego ogrom. \Vidac st,!d caly Paryz i slyn- 
ne Centrum Pompidou. Na szcz
kie, z oddali trudno dostrzec owe "bebechy" - rury, 
przewody, wentylatory i Bog wie co jeszcze, ktore szczodrze wywalano na zewn'!trz. Wy- 
daje si
, ze Francuzi wci,!z chorujc} na kompleks nowoczesnoki. 
Gdzies na horyzoncie rysuje si
 gora Montmarte z pot
zn
 bazylik,! Sacre Coeur zbudo- 
wan'! pod koniec XIX wieku, jako dzieto ekspiacji za bratobojstwo wojny domowej. Jedynie 
tam, na wznosz
cych si
 tarasowo schodach, na pl.1cykll i uliczkach uczutem duch Paryza. 
\Y pierwszym dniu, gdy wieczorem metrem udawatem si
 na nodeg pod Paryz, stwier- 
dzikm, ze ponad potowa pasazerow to Murzyni. Na stacjach dminily tam-tamy i b
bny. 
Miato si
 wrazenie, ze w podziemiach miasta narasta bunt sil biologicznych, barbarzyrl- 
skich, gtosz,!cych zm
czonej cywilizacji bialego cztowieka ostateczny kres. 
\V pi'!tek po poludniu okazato si
, ze proba "Dialogu karmelitanek" byta niepotrzeb- 
nap Pallotyni otrzymali list od syna Bernanosa, gdzie nie przebieraj,!c w stowach, groz'!c 
policj,! i uzywaj,!c epitetow w rodzaju: "barbarzy6cy", .,zlo id
ce od \Yschodu", zakazal 
w)'stawania sztuki swego ojca. 
Otoz pewna Polka, pisz
ca prac
 0 G. Bernanosie, pospieszyta do Bernanosa-juniora 
z radosn,! \Vieki,! i zaproszeniem na "polskiego Bernanosa". Shaek byt odwrotny od za- 
mierzonego. Spadkobierca wielkiego ojca zorientowat si
, ze polski ZAIKS wykupit pra- 
wo grania Barnanosa jedynie na terenie Polski. Potraktowal wi
c cal,! spraw
 w kategoriach 
ekonomicznych. AZeby przeci,!c mozliwosc dyskusji, wyjechat z Paryza na trzydniowy week- 
end. Znajomy Polak, muzyk zamieszkaly od lat we Francji, powiedziat nam, ze jak Iew 
b
dzie on bronil naIeznych mu procentow. 
Georges Barnanos, ktory w swej tworczosci tropit zaktamanie, pruderi
, malodllsznose 
francuskiego burzua, zostat pokonany przez wlasnego syna! 
I oto zamiast Barnanosa paryscy Polacy mieli trzy wieczory poswir;cone Annie Kamiell- 
skiej. Dwie Haliny - Winiarska i Stojewska, powtorzyly znany z telewizji monta£ drama- 
tycznych DziennikoJV Anny Kamiellskiej. 
\V sobot
 i w niedziel
 dol,!czylem si
 do aktorek. Mialem okazj
 opowiedzice 0 zy- 
wej Annie. Tak si
 ztozylo, ze miatem ze sob
 cykl nowel Ciotulaika, ktore zadedyko- 
walem wlasnie pami
ci Anny: "wielkiej i mc}drej mitosniczki zycia". Nowelki te Anna czytala 
jeszcze przed smierci,!, w maszynopisie. Zapytala mnie wowczas z lekk
 przekor} w gto- 
sie: "A czy ja mogtabym bye tak'! ciotulenk,!?" Odpowiedziatcm z petnym przekonaniem: 
,,Anno, na pewno jestd ciotulenk
!" Poczym Jurek Kiszkis odczytat nowcl
 Kolpie, gdzie 
ciotulenka walczyla 0 serce Kaszllb i kaszubskich tab
dzi. 
Wracaj,!c do kraju, w podgorskim Carlsbergu, zastanawialismy si
, jaki gtc;bszy scns kry- 
je si
 w fakcie, ze w Paryzu - miejscu kaini karmelitanek, nie zostato nam dane odegrac 
po polsku misterium ich ofiary i smierci? 
I wowczas wyobrazilem sobie, ze gdzid tam na niebieskich polach Eli7Cjskich wiclki 
Georges Barnanos musial uklonie siC; elegancko widkiej Polsce, mitosniczce zycia i Bo- 
ga, i powiedzial: "Madame, zapraszam pani,! do Paryza. Od dawna nalezy si
 pani to spo- 
tkanie autorskie. A ja mog
 poczekae, az moja stodka Francja zm,!drzeje..." 
Po powrocie do domu uprzytomnitem sobie, ze Anna wraz z Teres
 Fercnc byly przcd 
laty na moich okr,!glych pic;cdziesi
tych llrodzinach. Widocznie chciab bye zc mnc} w Pa- 
ryZll w przededniu nast
pnych okqglych, szdedziesi'!tych urodzin, ktore wlasnic sic; zbli- 
zaly. A moze chodzilo jej 0 zgola co innego? Bo Anna zawsze miala duze poczucie hwnom... 


PU;:K."JE W PROSTOCIE, ,,
AIWNE" Z SAMEGO ZALOZENIA poema z cyklll SJViat, 
pisane w latach okupacji, zaczyna Czestaw Milosz wierszem Droga. \Vid7imy tam swiat 
harmonijny w ktorym czlowiek wtapia siC; w esencjc; natury i esencjc; rzeczy. Tak wic;c, 


178 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
w czas zam
tu i przemocy poeta si
gn
l do wspomniel1 dziecka, gdyz tylko dziecko jest 
na tyle "naiwne", aby ulec zachwytom nad widzianym swiatem. 
Caly cykl ,,
oem naiwnych", w ktorym same tytuly juz mowi
 0 ukochaniu rzeczy pro- 
stych I oczywlsrych: Furtka, Ganek, Jadalnia, Schody, Obrazki, jest wielkim manifestem 
I' e a I i z m u w czasach triumfu idealizmu, ktory zrodzil ideologi
, abstrakcyjn
 i nie- 
ludzk
 - faszyzmu i komunizmu. W trzech przepi
knych poemach: Wiara, Nadzieja, Mi- 
loiiCzeslaw Milosz glosi wielk
 pochwal
 Rzeczywistoki wylonionej z tajemniczego (nie 
abstrakcyjnego) Bytu, ktory sam jest wielk
 Realnoki
: "W i a I' a jest wtedy, kiedy ktos 
zobaczy IListek na wodzie albo kropl
 rosy II wie, ze one s
 - bo s
 konieczne...", 
"N adz i e j a" bywa, jdli ktos wierzy,lze ziemia nie jest snem, lecz zywym cialem/I ie 
wzrok, doryk ani sluch nie klamie...", "M i 10 s c to znaczy popatrzec na siebiejTak 
jak si
 patrzy na obce rzeczy IBo jestd tylko jedn
 z wielu rzeczy Ikto tak patrzy, choc 
sam 0 rym nie wie/Ze zmartwiel1 roznych swoje serce leczy IPtak mu i drzewo mowi
: 
. . I I " 
przypCle u.... 
Powrot do lektury rych przepi
knych "poem naiwnych" wi
zal si
 z odnowieniem pa- 
mi
ci pierwszych lat szkolnych - owego "piornika, ktory na wskos si
 orwiera". Stalo si
 
to za spraw:J wnuka Michala, ktory przeiywa wszystkie radoki i udr
ki pierwszoklasisry. 
Przeciez podobnie jak on - i ja dygotalem z przej
cia dz\Vigaj
c tornister, w ktorym grze- 
chotal drewniany piornik, pachnialo plastelin
, byla tam gumka "myszka", obsadka ze 
zlot
 stalo\Vk
, obok Elemmtarza i, oczywiScie, kolorowy zeszyt do wycinanek. Jakze by- 
lem dumny z tego bojowego rynsztunku (torby z papciami wowczas nie znano). 
Posadzono mnie w pierwszej lawce (moj
 "pani
" byla Wandzia, 0 wiele starsza sio- 
stra stryjeczna), obok corki maszynisry kolejowego, kapitalisry owych czasow, bo zara- 
bial pi
cset zlot)'ch. Miala ona jedyne na cal
 szkol
 w i e c z n e p i 0 I' 0, przedmiot 
naszego podziwu i zazdrosci: nie musiala maczac stalowki w kalamarzu, z czego wycho- 
dzily ohydne kleksy, czyli "zydy". 
A przeciez cierpialem mocno, gdyz po raz pierwszy oddzielono mnie od domu. Stalem 
si
 jednym z wielu, i nie bylo na zawolanie mamy, czy chotby slui
cej Manki. I to uczu- 
cie fascynacji now)'m swiatem, a rownoczeSnie m
cz
cej t
sknoty i nie raz rozpaczy - ze 
na tyle godzin (a dziecko nie ma poczucia czasu) traci si
 dom - splotly si
 w jedno. 
Po latach zapomnialem 0 cierpieniu, zapewne dlatego, ze pozniej dane mi bylo duzo 
cierpiec. Pozos tala pami
c zapachu plasteliny, kleju kasztanowego, kolorowych wycina- 
nek i to wielkie zdziwienie, gdy z czarnych znaczkow i kulfonow z e1ementarza odczy- 
talem, jak to - "t
u1cowaly dwa Michaly, jeden duzy, drugi maly". 
Czy bylem wic;c w6wczas, jak miloszowskie dzieci, w przedsionkach raju, czy tez 
owym aniolem stqconym z wysokoSci rodzinnego, macierzynskiego nieba? 
Na pewno widziaIem Rzecz w jej tajemniczej wieloznacznoSci, dotykalnie ale zarazem 
duchowo ocieralem si
 0 esencj
 Bytu. A gdy wybuchla wojna - dziecku wojny niedo- 
stl;pne byly niszczyciclskie i trujc}ce "izmy" doroslych. Swiat potwornial i si
 wyolbrzy- 
mial, ale jakze byl dot y k a I n y ire a lis t y c z n y! 


ZbignieJJ7 ZakieJVicz 


179
>>>
RECENZJE 


Adriana SZY11la1iska 
Zamiast teodycei 


\Vadaw Oszajca znow mnie zaskoczyt. To pocta isrornych, choc nic dostrzegalnych 
na pierwszy rzut oka rranstormacji. Kiedy dziesi
c lat temu pisalam 0 wierszach Oszajcy 
ze zbioru Alnie sif nie l{kaj (Lublin, 1989), podkrdlatam wdzi
k aforystycznych drobia- 
zgow, ktore stanowily szcz
sliw
 przeciwwag
 dla dtuzszych poematow z tcgo tomu. \V \\y- 
danym kilka lat poiniej zbiorze Z dllia 11n dzie11 (Tonul, 1994) urzekta mnie leciutka, 
zarrobliwa ronacja lirykow afirmuj
cych swiat w jego szczegotowej roznorodnosci. I oro 
ukazat si
 zbior t
cz
cy w lirycznym uScisku pi
kno i m
drose, wzniostosc i gtupstwo, 
prosrot
 i niepoj
rosc swiata. Zebrane po drodze juz tyrulem sugeruje t
 rozlegtosc spoj- 
rzenia, jakim poeta ogarnia rzeczywisrose, aby cieszyc si
 ni
 i smucie, doznawac olsnien 
i poddawae si
 przeistaczaj
cej retleksji... 
Do motywow znanych juz z poprzednich ksi
zck poetyckich - konremplacji cod7ien- 
nOSci, przystankow na drodze Z\\)'czajnego zycia - dochodz.1 tu obserwacje z "szerszc- 
go" swiata, impresje z podrozy po Europie, ekstazy przed dzidami szruki, poruszenia 
serca W obliczu nowych miejsc, zjawisk przyrody i ludzkich postaw. Nasrroj napi
cia i gro- 
zy wobec przesrrzeni organizowanej przez cztowieka wprowadza wiersz pierwszy: Zoo. 
Nie ukrywam: ten wiersz mn
 wsrrz
sn
t. Znam \Vadawa Oszajc
 j,lko szeta redakcji cc- 
nionego periodyku i posrrzegatam go dotychczas jako cztowieka pdnego ciepta i serdecz- 
nosci dla bliinich, ale tez - mimo spore go liberalizmu pogl
dow - zdccydowanego, ze 
wspartym 0 konkrety, nic podlegaj
cym emocjom chwili swiaropogl
dem. '\V poezji tez 
widziatam w nim bardziej realist
 i przeSmiewc
 niz sensualist
 i wrazliwca 0 francis7kall- 
skiej czutoSci dla narury. A ru nagle na otwarcie zbioru wiersz z takim ogromem wspot- 
czucia dla cierpi
cego zwierz
cia, z tak
 rozpacz
 z powodu nieludzkiego porz
dku 
w ludzkim swiecie. Tym wierszem Oszajca - poeta uwiodt mnie catkowicie. Albowicm 
ro nie sztuka rrzymae si
 twardo pewnej linii Prawdy, bye konsckwcnrnym zarowno 
w gtoszeniu Ewangelii jak i demonstrowaniu wtasnej mocy tworczej. Sztub oddae si
 
choeby raz na czas jakis we wtadanie wszystkich rych skrzypi
cych trybow stworzonego 
swiata, zeby poczuc ich bolesn
, miazdz
q energi
. 
W wierszu Zoo zawar! Oszajca nag
 prawd
 0 bolu stworzenia, okruciel1.stwie cztowie- 
ka i dominacji zta w jego narurze i uczynit to proSciej i sugestywniej niz wszystkic rrak- 
tat)' filozoficzne razem wzi
te zaprz
tni
te od wiekow kwesri.} dobra i zta we wszcchSwiccie. 
Swiat nie moze bye dobry, mowi tym wierszem ksi;}dz Osnjca, dop6ki cztowiek trzyma- 
j
cy w r
kach nitki zycia calej natury, porusza nimi z takim bezmyslnym i okrurnym upo- 
rem. Z punkru wid zenia Iwicy "dniami i nocami u\\'i
zionej na matcj pi
knic urz
dzonej 
sawannie", kim moze bye cztowiek ze swoim zmystcm pi
kna, potrzcb.1 czutosci i odru- 
chami dobroczyiicy? Zwyrodniatym katem, barbarzyiiq, pozbawionym daru cmp,nii ka- 
Ick
, zadowolonym z siebie sybaryq? A przcciez krol stworzcnia wit;zi
cy kr610w.} prerii 
- Iwic
 - tez nie jest wolny od cierpicnia. Wsr6d zwiedzaj
cych ogr6d zoologiczny jest 
kobieta na wozku inwalidzkim, ktora "z brzegu jeziora patrzy na odplywaj
cego biate 


180 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
go tab
dzia". Problem wolnoSci, szcz
Scia i uczestnictwa w cierpieniu jest wi
c zjawiskiem 
zwrotnym, relatywnym, nie dotyczy tylko cZ
Sci stworzenia. Kazde zywe istnienie moze 
doswi

czyc i radosci, i 
o.lu by
u. A przeciez jest w tym lakonicznym opisie konkremej 
syt
ac
I w k?l

etnym Imqscu n.Ieme oskar
enie.' jawna przestroga: b
dz uwazny, nie po- 
zwol SI
 ZWlesc pozorom, kto \VIC, czy to me ty JesteS winien cierpienia istot niewinnych 
nie ty jesteS besti
. ' 
Kafkowski problem oskarzonego i oskarzyciela sp
tanych wi
zami nie do rozwi
zania 
nabiera w wydaniu Oszajcy jakiejs promienistej przejrzystoSci. Oszajca nikogo nie pi
t- 
nuje wprost, nikogo nie pokazuje palcem, on tylko relacjonuje stan swiata na dzis, w miej- 
scu, gdzie krzyzuj
 si
 drogi ludzi i zwierz
t, w porze, gdy "zachodzi stonce". Co 
przyniesie nowy dzidl, kto zbudzi si
 m
drzcjszy 0 wiedz
 z ogrodu zoologicznego, gdzie 
ktos inny zauwazyt co najmniej dwic tragedie? Te pytania nie zostaly wyrainie postawio- 
ne, one wynikaj
 z uwazncgo patrzenia poety, z dostrzegania kontrastow i paradoksow 
w przestrzeni pozornie wolnej od napi
c i sprzecznoSci. Swiat Oszajc)' pden jest takich 
zdarzell niby niewaznych, a przeciez na nich opiera si
 cala m
drosc i cata mitosc poety 
do swiata. Dostrzegaj
c to, co z pozoru nicistotne, btahe, marginalne, poeta dostrzega 
sens nie tylko zwyczajnoSci, ale tez sens swi
tosci, ofiary, sens rozpaczy. 
Posrodku zbioru pocta ustawit lustro, w ktorym odbija sic; wiersz inicjalny. Ten wiersz 
nic ma t)'tutu i mowi 0 powicszonym na gat
zi olszy kocie i niespodziewanie wielkim ci
- 
zarze trupa: 


co zrobit tcn ktos tcmu kotu 
czym go obci.}zyt tcn ktos 
kto ode brat mu zycie 
i to W maju 
po dtugicj zimic 
kiedy na zboczach klifu 
zaczyna kwirn;}c podbial i picrwiosnka 


Posrod wielu wierszy 0 sprawach zycia i smierci ten jcden jak wyrzut sumienia: smiertel- 
ny grzech przeciw zyciu rozpoznany \\' duszv ludzkoSci. Obok swiat pyszni siC; czarodziej- 
sk;} urod:J, ludzie przezywaj
 swoje mate i duzc triumfy, swoje rozterki i porazki, a tu ten 
kot jak uderzcnie w twarz, jak zwalenie z nog. Tylko gdy patrzy si
 z pcwnej odlegtoSci, 
z odlegtosci poetyki, stylist)'cznego rygoru, \Vadaw Oszajca jest poer
 afirmacji, poet
 
smiechu i radoSci, poet
 mowi
cym swiatu: "rak". \V gt
bi duszy jest istot
 tragicznie roz- 
darr
 i - jak nicgdys Biatoszewski - uwiktan.} w metafizyczny g
szcz rzeczy i zdarzell, kto- 
re maj
 s\\'oje wtasne tajcmne racjc, swoje wtasne hierarchie warroSci. 
Oszajca nie boi si
 posta\\')' bunm przeciwko ztu ludzkiej natury i posta\\}' bezradno- 
sci wobcc jej przejawow. ]ak kazdy wicrz
cy, ktory znajduje oparcie w religii, czerpie po- 
ciechc; i sit
 z prawd wiary, jak kazdy cztowiek wrazli\\)', nieobojc;my na cierpienie i mrok 
istnicnia, poddaje si
 stanom zw
tpicnia i smutku. Zcbra7ze po drodze mozna odczytac jak 
duchow
 autobiografic; kogos, kto z cal)'ch sit serca i rozumu raduje si
 istnieniem i dla- 
tego tak go boli wszelki zgrz)'t, wszelki taJsz, kaid)' cienl na ciele swiata. Z okruchow, 
btyskow, z olsniell i zachw)'tow utkany jcst poet)'cki plaszcz, ktorym poeta swiat okrywa. 
Tam, gdzie przeS\\ ieca nagosc, gdzie otwiera si
 czarna dziura bolli, poeta stoi bezrad- 
nie. Nie tworzy wlasnej teodycci, bowicm nie Boga podejrzewa 0 zto rozsiane w s\\'ie- 
cie. Nawct do diabla odnosi si
 z pobtaianicm, bez nienawisci. Podaje nam wtasn
 
be7radnosc jak kromkc; chlcba, jak znak pokoju, bo coz moze uczynic cztowiek \\'obec 
grozy nicpojc;toSci? 1\ loze tylku stac z pokor
 i zdac si
 na \\'ol
 Pana: 


181
>>>
blizej potnocy 
pozostaje juz tylko on 
ktorego nazwiesz 
przeklniesz 
czy pokochasz 
na jedno wyjdzie 


Kim jest ow "on" pisany z matej litery i czy ten wiersz sugeruje postaw
 rezygnacji? Nie 
s
dz
. Pokora poety ignoruje przepisy orrografii, dlatego prost\'mi slowami, bez inter- 
punkcji i wielkich liter, czyni on s\\'oje wielkie wyznanie wiar)'. "Na jedno wyjdzic" nie 
oznacza tu zach
ty do buntu czy w}tpienia, oznacza zgod
 na nieskOllczonl Obecnosc, 
zgod
 na niedost
pn} stworzeniu Bozl mldrosc. A przeciez bunt powraca jako krzyk wie- 
rZlcej, sponiewieranej poznawczl udr
kl duszy, ktora chce w i e d z i e c. \V wierszu Sqd- 
ny dzie1l pada pytanie: "dlaczego ostatnie slowa/ostatnie zdanie dobrej nowiny I 
w najstarszej Ewangeliij tol Boze mojl Boze mojl czemus mnie opuScil". \Vadaw Oszaj- 
ca jest wiarygodny jako czlowiek, jako kaplan, jako poeta. 
ie chowa si
 za ci
zkie drzwi 
dogma tow, nie zamyka \\' wieiy z kOSci sloniowej, nie zaklada rozowych okularow na- 
iwnoSci. On po prostu zyje, patrzy, czuje, zadaje pytania i nie czekajlc na odpowiedzi 
idzie dalej "ze skrzydlami od nieba do ziemi", skupiony na pi
knie swiata, glosz
cy jego 
chwal
, jakby chcial w ten sposob odpowiedziec sobie i innym: bldz uwazny i nie czekaj 
na cud, wtedy cud si
 zdarzy. Albo mowi inaczej, jak w krociutkim liryku Docta ignoran- 
tia: "swiatlo przeScign
lol sarno siebiel i nie jest to cudem." 
Uwag
 poery zaprzlta w tym samym stopniu przypadkowa kwiaciarka, para kochan- 
kow na cmentarzu Pere-Lachaise i czarnoskory chlopak oglldany z okna aurobusu. \Vy- 
znaje podziw zarowno dla szruki klasycznej, jak i dla abstrakcji, absurdu, tworczego 
szalenstwa. Znajdziemy wi
c w tym zbiorzc wiersze 0 pi
knie "wielkiej damy" Mony Li- 
zy, 0 rzezbach Rodina, obrazach Rubensa i Delacroix, ale tei van Gogha i Salvadora Da- 
Ii. \V najcelniejszych wierszach objawia Oszajca humor ksi
dza Twardowskiego, a takze 
gorzk
 m
drosc Zbigniewa Herberra. Jeden z pi
kniejszych urworow, ukrywaj:Jcy teolo- 
gicznie przewrotnl mysl, ma az trzech bohaterow. Sl nimi sw. Augustyn, Salvador Dali 
i pies Spilcy na obrazie. Absurd tego wiersza jest pozorny, gdyz jego zasadnicza treSc to 
przekonanie poety 0 harmonii mozliwej do uzyskania w swiecie wiary i w swiecie szruki, 
gdy obie te kategorie s
 najczystszej proby. 
Pisz
 te slowa ziml patrzlc przez okno na mlodziurkiego, niespelna rocznego rotwei- 
lera, pozostawionego przez wlaScicieli dziell i noc na mrozie - bez dobrego slowa, bez 
czulego gesru, cz
sto tei bez miski strawy. Mieszkam ud pewnego czasu w tym samym 
co oni domu, ale moje wielokrotne interwencje na nic si
 zdaly. Jedyne, co mog
 zro- 
bic, to potajemnie psa dokarmiac. Jest w nim taki smurek, taki glod miloSci, ze kiedy \\1'- 
chodz
 z domu i dotykam przez plot jego wielkiej, uleglej pod dloni
 glowy, wydaje si
, 
ze trysnl mu z oczu lzy dzi
kczynienia. Od kilku miesi
cy pragnc; cos napisac 0 tym psic, 
ci
gle obecnym w moich uczuciach. Nie pisz
, bo nie ma we mnie wiary, ze zdolam tym 
pisaniem zmniejszyc cierpienie psie i moje wlasne. A przeciez wiersz \Vadawa Oszajcy 
niespodziewanie mi pomogl. Kiedy czytalam peine ucieszonej przekory slowa: "udalo si
1 
Salvador Datil wlasnor
czniel to znaczy w dwu palcachl uniosl nad zicmic; morzel aby 
w jego cieniul mogl spokojnie spac pies" - czulam, jak rozpacz w moim sercu taje i muc 
tego podwojnego akru tworczego dodaje mi sit do dzwigania podw6jnegu ci
zaru: udr
- 
ki psa i mojego dlall wspokzucia. Chyba w tym momencie zrozumialam tez sedno prze- 
slania poety: na swiecie jest nieskonczcnie wiele przemocy, samotnosci, n
dzy, gladu, nicCi'uloSci. 
Nie mozemy pomoc wszystkim krzywdzonym i potrzebuj}cym, ale musimy reagowac na 
to, co jest \V zasi
gu naszych oczu i rlk. I naszej modlitwy. To modlitwa jest najpdniej- 


182 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
s
ym. wyrazem naszej solidarnoSci, naszego wspokzucia, naszego zjednoczenia z bolem 
Clerpl}.cych. .Wadaw O
zajc
 nie uzywaj
c wyszukanych formul modlitewnych, modli si
 
w sWOlch 
vlersz
ch. dZI
kuHC Bogu za swiat, prosz
c 0 lask
 zrozumienia i lask
 w y _ 
rozumlaloscl. 
]ednym z zadal1 poezji jest odkrywanie niemozliwego. Budzenie nadziei w beznadziei. 
Dokonywanie cudow przemiany, odrodzenia, oczyszczenia. Pragn
 podzi
kowac Wada- 
wowi .Os
ajcy za cud. pocie
hy, jakiej dozn
lam usmiechaj
c si
 do kolorowych, skrz
- 

ych Sl
 wleloznaczemem ("Jedno skrzydlo zlelonej drugie skrzydlo niebieskie") skrzydd 
Jego wlerszy. 


Adriana Szymallska 


Wadaw Oszajca, Zebrane po drodze, Wydawnictwo WAM, Krakow 1998. 


fan Wolski 
Hiob \v plaszczu proroka 


Poezja Kurylaka to dwoisrosc, konrrastowa sprzecznosc stale w niej obecnych dwoch bar\\': 
ciemnoSci i jasnoSci. Przy czym, co rowniez wydaje mi si
 znamienne, wi
cej w niej ciem- 
nych odcieni. Ale takze, z tomu na tom, jasnosc i s\\iadosc s
 coraz wyrazistsze. Czy wi
c 
obraz swiata jaki maluje narn poeta jest staq, sprawdzon
 tormul
 zamykaj
q jego sens oraz 
istot
 mi
dzy dobrem a zlem, bytem a nicoSci}? Tak, zdecydowanie. Taki wlasnie jest ten 
s\\iat. Jednak czlowiek obdarzony zostal rozumem i dlatego moze dokonywac \\yborow, 
takze, a raczej przede wszystkim, mi
dzy tymi dwoma \\yroznionymi biegunami. 
Bohater wierszy przemysko-warszawskiego poet)' opowiada si
 zdecydowanie po stro- 
nie dobra, podporz;}dkowuje si
 tylko Bogu, najwyzszej i jedyncj prawdziwej instancji, do 
ktorego prowad7i droga przez bram
 smierci. Bohater ow to osoba konkrema, ktora tkwi 
w pctni zycia. 
ieustannie doswiadcn swej egzystencji, jej ze\Vn
trznego wymiaru, lecz row- 
nie inrens)'\\l1ie, a bye moze nawet inrensywniej, prowadzi niezwykle bogate zycie wewn
trz- 
ne. Choe czasami, a mam na uwadze kreacje we wszystkich dorychczasowych tomach 
Kurylaka od debiutanckich Ziel'1lJkich procholl' pOCZrn.lj
c i, co stwierdzam z niejak
 przy- 
kroSci
, paradoksalnie dose monotonnego. lIez bowiem owej typowej dla Kurylaka ciem- 
noki znidc moze czytcInik, jak dlugo 
dziemy rozwaZac jej sens, odczyt)'wae zawarte i ukryte 
w niej, wci
z \V gruncie rzeczy te same, znaki transcendencji? Gdzid moze \\'arto byloby 
postawic kropk
 nad i. Tego jednak zrobic sir; nie da, bo nie 111a pewnie jednej jedynej i raz 
na zawsze ust.llonej recepty na zycie. A moze rzecz niewykonalna jest takze i z tego powo- 
du, ze poecie, wbrew dekbracjom, brak prawdziwej wiary, bo z
ie nieco pozornym zyciem, 
bo skrajnoki choc poz
dane z ri.lcji chochy ich wyrazistosci, bo ow radykalizm poznawczy 
moze prosq drog
1 prowadzic du hedonizmu, albo nihilizmu. A to przeciez totalne zaprze- 
czenia, odmienne ad punkto\\', ktore poeta chcialby osi:Jgn
c_ Na szcz
Scie dostrzega nie- 
bezpieczel1stwo. \V wierS7U Noc II' d01ntl mnarlych ,'odzicolV pisze: 


Mojc wizjoncrst\\'o cmcmarne 
Wci:}gll\=lo mnie w p.1tologi
 
Rozwijaj
q si
 


183
>>>
ale swiadom zagrozell z przekonanicm dodaje: 


Ale nie posu\\'am si
 dalej. 
Co oczywiScie moze bye tylez manifestacj
 swiadomoSci owych zagrozen wlasnego - 
takiego wlasnie - indywidualnego sposobu pisania, ile swiadomoSci
 isrnienia granicy po- 
znania. Ona musi isrniee, bo gdziez byloby miejsce na wiar
. 
Dwoistose i komrastowose sztuki poetyckiej Jozefa K. przejawiaj;} si
 takze i w tym, 
ze - podobnie jak egzystencjaliSci - jest przekonany 0 niedoskonaloki s\\'ojego jednost- 
kowego, jak i \\' ogole naszego ludzkiego, isrnienia. Zarazem jednak manifestuje gl
bo- 
kie przekonanie i wiar
, ze ma uno sens, posiada wartoSci. Sarno zas codzienne zycie stanowi 
rodzaj wyzwania, ktoremu musimy sprostae. A przynajmniej powinnismy probowae sta- 
wie mu czola. Nieustannie i niestrudzenie poszukuje kolejnych, coraz gt
bszych uzasad- 
nien s\\'ojego bycia ru i teraz. \Vie, ze isrnieje Bog i to on dopdnia zycie harmoni
, a przede 
wszystkim nadziej'l. Nadaje mu sens, choc rzadko odpowiada wprost. 
Kurylak \\'ci
z si
ga do prywarnych, osobistych doswiadczen. Niekiedy sprawiaj
 wra- 
zenie obsesji czy wr
cz kompleksow. Rodzinne strony, ziemia dziecinstwa (tyrulowa do- 
lina nad \Viarem), pozniejsze doswiadczenia, ktore ten \\'st
pnie utormowany swiat 
jedynie uzupelniaj
, stanowi'l podstaw
, swoisty pretekst, do snucia poetyckich i filozo- 
ficznych rozwaZal1. Udaje mu si
, co \\'cale nie jest takie oczywiste czy naruralne, dose 
rzadka jednak sztuka, poddae je procesowi obiektywizacji, zuniwersalizowac je. Nie tra- 
qc przy tym cech \\'}'birnie indywidualnych. \V ten sposob zarowno poszukuje jak i tor- 
muluje dramatyczn
 prawd
 0 czlowieku \\' ogole. Zgl
bia i diagnozujc tragiczny wymiar 
losu czlowieka wspokzesnego. \Vci
z podkreSla jego cierpienie. Lecz to, tak jak u Hio- 
ba (wazne powinowactwo), jest cierpieniem duszy spragnionej Boga, a wi
c konkrernym, 
nie abstrakcyjnym. Przekonany jest, iz nim nast'lpi spotkanie, bo nast'lpic musi, koniccz- 
ne jest odbycie pro by. Stanowi j
 zycie. Rodzi si
 tu napi
cie trudnc, albo wrc;cz niemoz- 
liwe do wydumaczenia. \Vszak to Bog doswiadcza czlowieka. Czc;sto niezwykle boldnie. 
W tym miejscu mozemy dotkn
e istoty tragicznosci, lepicj zrozumiec chocby tragikow 
greckich. Ale bohater Kurylaka zna granice, nie posuwa si
 do bluznierstw, nie skarzy si
. 
Cierpi i w ten sposob pokazuje jak cierpienie to m
znie znosie. Warto w rym miejscu, na 
marginesie niejako, zauwazye, ze cierpienie, poszukiwanie sensu zycia, to zdaniem po- 
ery, nie tylko domena czlowieka. Stany te, doswiadczenia i pragnicnia wpisane s:J we wsze1- 
ki byt. Najlatwiej i najwyraziSciej dostrzec je mozna u z\\'ierz
t, powszednich psow 
i kotow, ale przenika takze drzewa, wszelkie rosliny. 
Wyobrainia poery wci'lz powraca do miejsc znanych z dziecinstwa, powraca nad Ra- 
domk
 nierozerwalnie zwi
zan'l z wie1k
 miloki
. Nieustannie rozprawia 0 winic i karze, 
o grzechu i zadoseuczynieniu mu. I to do tego stopnia, iz mozna by nicjako powiedziee, 
ze zycie podmiotll sklada si
 z samych wyrzurow sumienia. Na szczC;Scie isrniej:J tez wspo- 
mnienia i przypominania doliny nad Wiarem, Radomki i czegos, co zdarzylo siC; wlasnie 
tam, a z czym najistorniejszy zwi
zek miala pcwnie Zofia. Bye mozc chodzi 0 konkrctne 
imi
, ale moze to symbol sophii - m
droSci, ktora tam wlasnic ma sw6j pocz
tek. 
Poeta m6wi nieZ\rykle \rysokim tonem, jak prorok, glosem pdnym pasji i zarliwoSci. Ko- 
rzystaj
c z podobnego tonu rzeklbym, iz jego wiersze sldadaj'l si
 na poezjc; dojrzatcj refkksji 
egzystencjalnej, gl
boko osadzonej w tradycji chrzeScijaftskiej Europy. Moze nawet w odnie- 
sieniu do niej nalezaloby uzye terminu "klasyczna" w sensic podcjmowanej problcmaryki, Lx 
dorycz'lca najbardziej fundamentalnego opisu powszechncgo losu calcj ludzkosci. 
Pisz
c WCi'lZ od nowa 0 smierci, 0 smutku, 0 tragedii zycia przypomina 0 trwodzc i przc- 
raZeniu, ktore S'l cZ
Sci'lludzkiego zywota. Pokazuje rowniez pewnosci i zludzcnia nieodzow- 
nie w nim wyst
puj'lce, ktore z kolei konstyruuj
 je jako stan miotany kontliktami i napic;ciami, 


184 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
raz spokojniejszy, raz bardziej wzburzony. Zarazem jednak wyraznie mowi ze u kresu za- 
wsze czekaj
 nadziej
 i ra
osc. To nie!atwa wiara, ale innej nie map Takze rllatego, bo jest 
przekonany 0 wtasneJ racjl, bo wreSZCle w odniesieniu do wtasnej osoby twierdzi, ze: 
Jestcm stugC} moc)' najwyzszych 
Smiere w Weneeji 
Jego pytania 0 istot
 cztowieka, kim i czym on jest, s
 rakze pytaniami 0 prawd
 swia- 
ta, 0 sens trwania, ktore przeciez nie jest ani tatwe ani lekkie. Pozostaje nam wi
c wiara. 
Wiara w nadludzki porz
dek swiata. Z ni
 przetrwac mozemy nawet najbolesniejsze do- 
swiadczenia. Ona wie jak wskazae, a niekiedy jak pokazac, istnienie innej przestrzeni, gdzid 
poza czasem i jego ograniczeniami. 


Jdli to zycic nie jcst naszc, 
To i smicrc nasza nic jcst. 
1...1 tu takZc zrozumialem, 
Ze smierc jcst konicczna - 
Aby w naturze zto nic zwyci
zylo. 
Cmentnrz G10Ivny IV Przemyflu 


Zdaje mi si
, ze Kurylak przyj
1 swoiScie rozumian
 rol
 poety, jako kogos, kto jest 
gt
boko osadzony w swiecic, w zYCill trwaj}cym przede wszystkim w terazniejszoki, a row- 
noczeSnic poza nim. Ale po uswiadomieniu sobic, ze istnienie ma jednak wiele aspektow, 
ze mi
dzy byciem a nicoki
 jest jakas granica, zacz
t nauczae. Jak prorok wtasnie. Prze- 
konany, iz jest "stug} mocy najwyzszych" musi wi
c za nimi, drog
 przez nie wskazan
, 
posr
powac: 


Pojse za T obC} 
Do kOI1ca, trudn:}, cicmnC} z)'cia drog
. 
I n.1 koniec wzi.}wszy pod llwag
 ksztatt najnowszego tomu, sledz
c uwaznie caIy do- 
tychczasowy dorobek poety, zastanawia mnie jedno pytanie: a mianowicie co jeszcze moz- 
na powiedzicc 0 tragizmie cztowieczego losu. Eo Kurylak od pocz
tku mowi to sarno. 
Jcst wyj
tko\\'o niezmienny, pryncypialny, chcialby pewnie, aby mown jego byla tak tak 
11ie nie. To wyrazny rys wyst
puj
cy juz od pierwszego tomu poczynaj;}c. Tak jest i te- 
raz. Moze jeszcze bardzicj wyrazikie. Ale Iat\\"O dostrzec takze drog
, na ktorej nieustan- 
nie szlifuje tornW. Nikn:J chropowatoki, maj:Jce dla mnie kiedys walor autentycznego przezycia. 
Teraz za to linie wersow s
 coraz bardziej harmonijne, sensy bardziej zwarte. Jednak ge- 
neralnie Kurylak jest niezmienny. No przeciez jak prorok, choc doswiadczony gl
bokim 
przezyciem tragedii czlowieka \\)'danego na past\\'
 czasu, musi bye skat:J, opok
, na kto- 
rej opiera sic; wszystko. Zas wicrsze, slowa przez niego wypowiadane, s
 niczym innym 
jak wezwaniem do wewn
trznej przemiany, s
 jak wyrzut sumienia, ale i pociecha zara- 
zcm. 


Jcden mam eel: z Upadku powstae 
- czytamy w wicrSZll pod zl1.lmiennym tytulem Autobiografta. 


fall Wolski 


JozefKurylak, DolilllJ pocton' nn-d Win-rem. Bibliotcka JfngnzY1H1 Liternckic...lfo, tom X, Warsza- 
\Va 1998. 


185
>>>
Hellr)'k Dubowik 
Historie niez\vykle i sqdy suro\ve 


Nakladem "Czytelnika" ukazal si
 dziesi
ty (i na razie ostarni) tom Pism zcbrallych 
Gustawa Herlinga-Grudzillskiego, obejmuj}cy Dzie1lnik pisany 110cq z lat 1993 - 1996, 
drukowany w odcinkach poczltkowo w "Kulturze", potem w dodatku do "Rzeczpospo- 
litej" - "Plus 
1.inus". Pokazny ten tom mozna otworzyc w dowolnym miejscu i natych- 
miast pogqzyc si
 w lekturze, podziwiaj
c znakomiry styl autora. Polszczyzna Herlinga 
moze byc uznana za wzor do nasladowania. 
Uderza przede wszystkim mistrzostwo opisu. Opisy przyrody u dawnych alltorO\" mo- 
g
 dzisiaj nuzyc, kiedy natomiast czytamy \\' DziC1Wiku, pisanym nocq: "Sickl ulewny, po- 
spieszny deszcz, urwal si
 nagle, wrocila cisza. Pojasniaty szpary w zaluzjach, pchni
te 
r
k
 okno otworzylo si
 na swit. Na odleglym styku nieba z morzem byl brudnoro.lo- 
\\)', wlski jak przepaska, lecz zaraz rozmazal si
 ciemn
 sangwin:J i taki pozostal na dlu- 
zej. Obloki plyn
ly jcszcze wolno, potem pognaly za uciekajlq burz
. \Vypogadzalo si
, 
jak rylko w tych stronach z\\)'klo si
 wvpogadzac: z blyskawicznokil dekoracji obroto- 
wej. Zielone platy morza, slady po zm
ceniu wody, zlewaly si
 w czysty i gladki bl
kit." 
_ llczesrniczymy jakby w powstawaniu tego krajobrazu. Warto przy tym zwrocic uwag
 
na element)' malarskie. Obraz jest kolorowy i na\\'i
zuje nawet do dekoracji teatralnej. 
Z plastyczn
 wyobrazni
 pisarza wi
zc} si
 takze niezwykle porownania, np. "przybrzez- 
ne \\}'sepki okryte bialymi koldrami mew" lub "serca jak kllie z kruchego szkla". 
\V Dzienniku znajdziemy wiele kart poswi
conych malarstwu. Herling bardzo ceni mi- 
strzow wloskich, krytykuje natomiast np. _Mllncha. "Nami
tnoScil" aurora staly si
 po- 
nadto male miasta wloskie, jak chocby Orvieto. Piorem malowane S:J ponadto portrcry 
postaci \\1'st
puj
cych w opowiadaniach (np. Contessy z Portl'ettt weneckiego). Czym jest 
dziennik pisarza? \V chwili obecnej autobiografia stab si
 tworzywem litcrackim, w kto- 
rym fakty rzeczywiste mieszaj
 si
 ze zmyslonymi, tworz
c swoistc} kompozycj
. Taki cha- 
rakter ma na przyklad Dzie1lnik Gombrowicza. Herling-Grudzinski oddziela wprawdzic 
wyraznie fragment)' dziennika (datowanc) od wl
czonych do niego opowiadall (tytulo- 
wanych), ale wyczuwamy, ze oba e1ementy stanowic} nierozdzieln
 calosc, ze maj
 one tc- 
go samego narrarora, ktory - dla podkrdlenia prawdziwoSci opis}'wanych wydarzen - wl
cza 
i do opowiadan fragmenty wlasnej biografii i najcz
Sciej jest jednl z dzialajlcych postaci. 
Tematyka opowiadan jest najcz
Sciej niesamowita i niezwykla. Porownywano je nic- 
kiedy do utworow kryminalnych, mozna odnaleic w nich takze elementy "thrillerow", 
czy nawet moralitetow, poniewaz autor zastanawia siC; nieraz nad funkcj
 zla w zyciu. 
Wcieleniem zla jest np. zbrodniarz wojenny, syn Conressy, bohaterki Portretu weneckie- 
go. Kochaj
ca go nad miar
 znakomita kopistka dawnych mistrzow namalowala jego por- 
tret, podaj
c go za dzielo Lorenza Lotto. "Aurorce falsyfikatu powiodlo si
 namalowanie 
dwoch szlachernych, nieugi
tych, znicwalaj
co urodziwych twarzy ZIa". 
Pisarza inreresuj
 dewastuj
ce zycie rodzinnc choroby: gluchora (Prochy), amnezja, czy- 
Ii choroba Alzheimera (Gorqcy oddech pustyni), op
tanie (Ex }'oto), "zle oko" (Don Ildc- 
brando), pozorna smierc (Blogoslawiona. SJJ'i{ta). \Vybicra z przeszlosci ludzi \rybirnych, 
ale uwiklanych w jakid zbrodnie lub procesy. Mozc to byc Giordano Bruno (Gl{boki 
cie1i) lub Gesualdo, ksilz
 Verosy - kompozytor pi
knych madrygal6w, alc tez zab6jca 
niewiemej zony i jej kochanka (Madrygal wenecki). 
Tlem akcji - podobnie jak w powidciach "gotyckich" - staj
 si
 nicraz dziwnc zam- 
ki, w ktorych moina si
 zabl
kac "poznl noq w przcsmykach, tajcmnych przcjsciach, 
na Iicznych malych platformach", w ktorych strasZl porrrety. Miejsca takie mogl wywic- 


186 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
rae zly wplyw na bohaterow, jak np. wieza saraeel1ska z opowiadania Zja1VY saracenskie 
(nie drukowanego jeszcze w ksi
zce, tylko w dodatku "Plus - Minus"). 
Odn;bny charakter maj
 opowidci uropijne. W]uhileuszu. Roku S1Viftym (napisanym 
w roku 1996) przedstawiony zostat Rzym w roku 2000, kiedy zm
czony papiez boleje 
nad rozwojem mehow nacjonalistycznych i sekciarskich. Z tegoz 2000 roku pochodz(l 
urywki "dziennika", obejmuj
ce podroz aurora do Moskwy, w ktorej naszym ambasado- 
rem jest Drawiez, a mumi
 Lenina ukradli Kubanezycy. 
Herling "ufa legendom, albo nawet uwaza je za ustn
 histori
, wazniejsz
 w pewnym 
sensie od historii pisanej i zarejestrowanej w kronikach", ufa tez swojej intuicji pisarskiej, 
ktora jednak bywa czasem zawodna, Rozszyfrowuje tei niekiedy pierwowzory postaci wy- 
stc;puj
cyeh w opowiadaniaeh, np. ksi
z
 Santorini z Ksi{cia Niezlomnego - to Benedet- 
to Croce, a pisarz Battaglia - to Ignazio Silone, trzeba jednak te opowiadania czytae zgodnie 
z sentenej
 Giordana Bruna: se non e vero e hen trovato - jdli nie s.} prawdziwe, to dobrze 
wymyslone. 
Teksty te wt
cza auror do aktualnego dziennika, w ktorym notuje wrazenia z lektur, 
relaejonuje swoje podroze, zwtaszcza wizyty w Polsce, wspomina czasy wojny (np. po- 
byt w lraku), przedstawia swoje opinie 0 politykach i pisarzach, wystawiaj(lc w tych swo- 
isrych cenzurkach najcz
Sciej zte stopnie. Nie szcz
dzi wi
c uszczypliwoSci i Wat
sie 
i Kwasniewskiel11u, Balcerowiczowi i Geremkowi, atakuje nieraz Michnika i jego "fajer- 
werkow:J, nieraz w najgorszym stylu" "Gazet
 \Vyborcz
". Uwaza, ze po upadku komu- 
nizmu byly "eztery niezdarne rz
dy", nawct u Papieia dostrzega "szczypt
 hipokryzji", 
Dose zgryiliwe s
 uwagi rowniez 0 kolegach po piorze (np. 0 Brodskim, czy Kunde- 
rze), chociaz przyjaciele pisarza mog}liczyc na s
dy przychylniejsze. \V jednym z cyto- 
wanyeh przez Herlinga listow okreSlono go jako "zakochanego w malarstwie i poszukiwacza 
historii niezwyktych i niepospolitych". \Vypada dodac turaj jednak i "surowego s
dzie- 
go", ktory nieraz 0 sobic daje znac na kartaeh "Dziennika". 


Hellryk DubOJvik 


Gustaw Herling-Grudzinski, Dzif1wik pisnn.'Y nocq 1993 -1996, Pisma zcbranc pod red. Zdzi- 
stawa Kudclskicgo, \Varszawa, "Czytclnik" 1998. 


Jerzy Gizella 
Spodek UZien1iony 


"Zaezynal11 pisac ten p,lmic;tnik z nudow i by podtrzymac sal11ego siebie na duchu. Od 
czterech bowiem tygodni poprzednic moje jnasze/ zycie ulegto kompletnej zl11i.anie, ja- 
k
 wprowadzito ogtoszenic stanu wojennego. Jest to zl11iana totalna we wSZYStklCh zna- 
czeniach tego stowa. J uz nie bc,.dzie tego zyeia, ktore by to przed wojn.}." 
Obecne wvdanie DziC1mikoJJl Marka Skwarnickiego jest rozszerzon
 \\'ersj
 ksi
zeczki, 
ktora ukazal
 siC; jeszC7e w drugil11 obicgu \V 1989 r. Jest ro wi
c kolejny ci
g wspomnicn 
zwi
zanych zc srodowiskiem "Tygodnika Powszechnego": pierwszym - w ukladzie chro- 
nologicznym - byty Dziomiki Stefana Kisielewskiego, wyd,U1C pr7ez "Iskry" w 1994 r
- 
ku. Zapis Kisiclcwskiego konczy si
 na maju 1980. Dziennik 
k
\'arnick
ego za
zyna s15 
cytowanym powyzej fragmentem 11 st)'cznia 1982. \V obu kSl
zkach me ma Wl
C zapl- 


187
>>>
sow z 16 miesi
cy "Solidarnosci". Luk
 - byc moze - wypdni
 inni pami
tnikarze, ak- 
tywni w tym czasie. 
Ktos, kto mialby nadziej
 na znalezienie smakowitej porcji literackich bebechow - za- 
wiedzie si
. Liberalny konserwatyzm Kisielewskiego stawial go cz
sto w pozycji ourside- 
ra w stosunkach z zespolem redalccyjnym. Ze wspomnien mozna odnieSc wrazenie, ze to 
"Tygodnik" kr
ci si
 wokol jego osoby. A kiedy zaczynal podejrzewac (lub dawano mu 
do zrozumienia), ze moze byc inaczej, rzucal na wszystkich gromy i anatemy, ktore mo- 
g
 szokowac. 

L1fek Skwarnicki (rocznik 1930) publicysta podpisuj
cy swoje stale felietony pseudo- 
nimem Spodek, reportazysta, poeta, prozaik i dziennikarz, ma inn;} pcrspekty\\'
 mysle- 
nia: spogl
dal na swiat i ludzi z wn
trza zespolu, solidarny z jego kolektywem na dobre 
i zle, pden ufnoki w ster redaktora naczelncgo, Jerzego Turowicza. 
Ogloszenie stanu wojennego Kisielewskiego zJstaje w Melbourne, Marka Sk"'Jrnic- 
kiego - w Krakowie. Spodek, wiele podrozuj
cy po Europie i swiecie, to jako wyslannik 
"Tygodnika Powszechnego" i reporter z pielgrzymek papieskich, to jako llczestnik kon- 
gresow i posiedzen roznych cia I do spraw swieckich i laikatll w \Vatykanie, zostaje uzie- 
miony w sensie doslownym i przenosnym w Kraju. Jeszcze niedawno dostawal zawrotow 
glowy od nadmiaru spotkal1 z ludimi z calego swiata i nadokiem wszelkiej intormacji: 
pustka informacyjna stanu wojennego jest dla niego zupdnym wsrrz:Jsem. Gluchy tele- 
fon, brak korespondencji z zagranicy, zakaz podrozowania. Przestaly ukazywac si
 gaze- 
ty, tygodniki, miesi
czruki. JedynYIl1 zaj
ciem staje si
 przychodzenie do redakcji po "Z;1Si
gni.;cie 
j
zyka". Terapia grupowa nie daje wynikow, perspektywy wydawania pisma w przyszlo- 
ki rowne zeru. Trzeba sobie radzic samemu: 
"Pisz
 sobie kazdego ranka te notatki by si
 psychicznie ratowac. By cos robic. Na dnic 
duszy czuj
, ze jest to czynnosc poniek
d rozpaczliwa. Bo przeciez jest mala szansa, by 
ktokolwiek to kiedys przeczytal. Ten absurd syruacyjny podnieca mnie jak zawsze. Cale 
zycie sp
dzilem w poczuciu, ze swiat, w ktorym zyj
, jest po prostu absurdalny, irracjo- 
nalny" . 
Ludzie wychodzili z tej depresji tygodniami, miesi
cami, latami, niektorzy nie wyszli 
z niej dopoki nie wyjechali. 
To najciekawsza literacko i filozoficzrue cz
sc pami
tnika: od stycznia do sierpnia 1982 
roku. Byl to na pewno najci
zszy moment w zyciu kazdego Polaka mieszkaj
cego wtedy 
nad \Visl
. Dopiero pod data 20 lutego autor zapisuje: "Mnic juz pierwszy szok \\)'wota- 
ny cal
 q katastrof
 min
I". Nastroj kompletnego opuszczenia i zJpaSci powoli przccho- 
dzi w oswajanie si
 z "metafizylq" stanu wojennego. Nasrr6j apokalip
y owocuje przekonaniem, 
ze cos "definitywrue run
lo w gruzy, zalamalo si
". Auror jest ostrozny. Wielu entuzjastow 
chowalo komunizm do grobu historii. Okazalo si
, ze troch
 przedwczeSnie. I mozna po- 
dejrzewac, ze jeszcze nieraz czeka nas przykra niespodzianka i rozczarowJnie. Ludzi po- 
datnych na lewicow
 demagogi
 ci
gJe jakos nie ubywa na tym bozym swiecie. 
\V Redakcji - hustawka nastrojow, srrz
pki informacji, ci
gta niepewnosc, wicki zle 
albo jeszcze gorsze. Czekanie. Zlikwiduj
 "Tygodnik", czy nie? Jdli pozwol
 wydawac, 
to w jakim ksztakie? Pisemka ograniczonego wyl
cznie do tematyki religijnej? Troch't 
nadziei i znow apatia. Nie bardzo widac, zeby wiara przenosita gory. Za oknem Pllstc, 
\vymarte miasto. Ciemnosc. Cisza az w uszach dzwoni. Zarty si.; SkOl1cZYty - nie bC;dzic 
wi
cej Spodka, lagodnie ironizuj
cego na temat wlasnej i cudzcj smiesznosci: 
"Poniewaz juz nie b
d
 wi
cej Spodkiem, czym b.;d
? Ano trzeba si
 zabrJc za twor- 
czosc talc rozproszon
 i roztrwonion
 wskutek dzialalnoki mic;dzynarodowej i braku oso- 
bistej dyscypliny intelektualnej. Tej ostatniej juz chyba nic poprawi
. 'tV tych latach jcdnak 
i w takich czasach, 0 ile tylko b
d
 mial mozliwosci, naleiy si.; skupic na sprawach naj- 


188 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
wazniejszych. Bez wzgl
du na to, czy uzyskaj,! one jak,!s form
 czy nie. Czy dotf'l do in- 
nych, czy tez pozostan'! jedynie wewnc;trzn
 histori,! jednego z ludzi zyj,!cych w Krako- 
wie, w brzuehu czerwonego wieloryba." 
Na nic jednak mocne postanowienie pop raw)'. \Vtadze w kOl1cU taskawie, po wielu za- 
biegach i probach przetargu, zezwalaj,! na wznowienie "Tygodnika". Skwarnicki wraca 
na tamy pod wtasnym nazwiskicm. Spada ezc;stotliwosc zapisow w Dzienniku, ktorv za- 
st
powat nawyk pisania w stanie wojennym. Cenzura wprawdzie zdejmuje za kazdy';' ra- 
zem pot numeru, a to co pozostaje, jest tak poszatkowane przez jawne ingerencje, ze az 
czasami nieczytelne: z prozy robi si
 poezja. Na miejsce zdj
rych w catosci artykutow re- 
dakcja zamieszcza powaznc escje, ktore spragnionych rzetelnych informacji czytelnikow 
doprowadzaj,! do bialej gOf'lczki lub czarnej rozpaczy. Krytykowano redakcj
 i Jerzego 
Turowicza, ze w takiej sytuacji zgodzili si
 na wydawanic pisma. Trzeba jednak by to wi- 
dziec jak nawet ten zmasakrowany przez eenzurc; numer wyrywano sobie z f'lk. Bez "Ty- 
godnika" zycie w Polsce by to by znacznie trudniejsze. A skonfiskowane arrykuiy dmkowata 
prasa podziemna, czyni
c wysitki cenzorow "syzyfO\\',! praq". 
Czytelnik poszukuj,!cy prawdy detalicznej i starystycznej 0 tamtym czasie powinien na 
pewno si
gn
c jeszcze do innych :hodel, np. ksi,!zki powstalej w kr
gu Arcybiskupiego 
Komitetu Pomocy (wi
zniom i osobom internowanym), Stan JVojemzy lV Jlalopolsce vVie- 
stawa Zabtockiego (Krakow, 1994). Zdaniem jej autora Krakow nie byt dotkni
ty tak su- 
rowo jak inne regiony, choe mozna podejr7ewac, ze mieszkancy Nowej Hury mog,! mice 
nieeo inn,! opinic; na ten temat. 
Dzienniki s
 relaej} z myslenia, unikaj,!q wielkich stow, zblizaj,!q si
 w wielu zapisach 
do poziomu reportazu i budzetu rodziny. Istotne S,! takzc rozwazania 0 kazdorazowym 
bilansie wizyt Ojca Swic;tego. \Vedtug Skwarnickiego bilans byl zawsze dodatni, chociaz 
wtadze za wszclk.} cene; probowaty je wykorzystac co cclow propagandowych. Nie tylko 
Moskwa patrzyta na nie gniewnym okiem, takze cZeSc polskiej opozycji, i to nie tylko ta 
najbardziej radykalna. 
Czas "Solidarnosei" i stan wojenny byty przezyciem przetomowym w zyciu narodu. 
Ci.}gle czekamy na wielk,! proz
 0 tym czasic. Bye moze powstaje ona juz w jakims nie 
znanym i skromnym warsztacie literaekim. Na razie musimy si
 zadowolic "mniejszym" 
realizmem. l\lniejszym, co nie znaczy mniej wartoSciowym: "Co jest wymowione wzmac- 
nia si
. Co nie jest wymowione zmicrza do nieistnienia." - przestrzega Czestaw l\1itosz. 


Je1'ZY Gizella 


Marek Skwarnicki, Dzimniki 1982-1990, Wydawnictwo "Znak", Krakow 1998. 


Miroslaw Dzie11 
Poetycka teologia \vyobrazni 
(rzecz 0 
1itoszu ]ana BtoI1skiego) 


1. Nidatwo pis.l(
 0 l\liloszu, a co dopicro 0 l\tiloszu postrzeganvm pr
ez Bt
:)lls
e- 
go; l\.1iloszll pr7eswictbnym, Miloszll zapraszanym do odkrywania s
\':lCh t
Jen
m
, 
wrcszcie 0 Mitoszu zmuszanym (z gracjc}) do zwierzen... I tak chyba 1HZ mUSl bye, ze 


189
>>>
wybitny poeta w stowie wybitnego krytyka nie traqc nic ze swojej sity przekonywania, 
zyskllje jeszcze nowy wymiar, przydaje swiatu swiat, choc koniec koncow nadal nieobj
- 
ty... Dlatego z l
kiem bior
 do r
ki tt; ksi.}zk
 czujlc, ze przyjdzie mi terminowac u mi- 
strzow i to od razu dwoch. 


2. Pierwszl rzecz
 z jakiej zdalem sobie spraw
 przy lekturze szkicow opatrzonych 
tytulem AfiloJZ jak swiat, to perspekrywa, w jakiej krakowski hisroryk literatury i krytyk 
umieszcza tworczosc noblisry. Otoz wydaje sit;, ze wielogtosowose Mitosza, jego polito- 
nicznosc jak zwykto si
 mowie, to jeden z najwazniejszych, jdli w ogole nie najwainiej- 
sz)' trop interpretaC)jny, ktorym Btonski 
dzie kroczyt, tym samym zapraszajlc nas, czytelnikow 
do odbycia r.1zem z nim tej tascynuj
cej w
drowki. Mylitby siC; jednak kazdy, kro choc 
przez chwil
 pozwolitby sobie na komfort inrelektualnej biernoSci, na stan zapatrzenia 
wytlczajlcy oddech zwierz
ciu umystu. Nic z tych rzeczy! Ksi
zka BtOllskiego wbsnie 
tym si
 wyroznia, ze zaprasza do rozmowy, zmusza czytelnika do zajc;cia wtasnego sta- 
nowiska na temat wielu przedstawionych w niej tez i rozpoznal1. 'Ze BtOllski jest zyczli- 
wym, ba oczarowanym Miloszem czytelnikiem nie trzeba gtosno mowic, gdyi sam kryryk 
niejednokrotnie do tego sit; przyznawat, i mysl
, ze dobrze, ze tak jest - nie od Jzis prze- 
ciez wiadomo, ze kazdy poeta musi trafie na swojego krytyka, ktary "wydllmaczy" in- 
nym (dumaczlc si
 z siebie zarazem) swiat zamkni
ty w metaforze. Nic inaczej wygllda 
sprawa z pisarzami. Trudno wyobrazic sobie choeby \Virolda Gombrowicza bez oczaro- 
wanego nim Konstanrego Jelenskiego. Nie wolno zapominac 0 rym, ze BtOllski nie jest 
jedynym, ktory pieczotowicie stara si
 dorrzymywae kroku poecie, czyni tak zapcwnc AJek- 
sander Fiur w swojej wtasnej - i wcili uzupdnianej - ksilice Jlo1'1'lent wieczllY. 


3. \Ve wst
pie Btonski probuje nakrcSlic pole swoich rozmyslan nad twarczoScil Cze- 
stawa l\1ilosza od razu dziellc jego poetyckl tworczose na trzy okresy, dodajlc z przek
- 
sem, ie moie jest ich nawet trzy i pot; szukajlc nieco na oslep tych wyroznikow. I dalcj: 
,,[...] moje rozmyslania nad Miloszem nie majl systematycznych ambicji. Nic zajmuj.} 
si
 takze genealogi
 jego rworczosci, wptywem, jaki \\)Twata, miejscem, ktorc zajmujc 
w calcj polskiej - a tym bardziej swiarowej - poezji. Co chciatem przede wszystkim 
uchwycic, to immanentnl poet)'k
 gtownych, jak mysl
, okresow ;\1itoszowej tworczo- 
Sci [...]. stowem, chcialem obcowac z tl poezjl w jej bujnoki i rozmairoki: w miar
 po- 
st
pow odstaniaty si
 jej bogactwo i wieloznacznosc. Ogromne bogactwo i zaskakuj'lca 
wieloznacznose!... Jak swiat, Mitosz nie pozwalat zamkn.}c si
 w najcelniejszych nawet 
formutach: ale tez taki jest nie rylko przywilej, ale takie obowi
zek rzetclnego arrysry". 
Niezwykle cenna i z inrerpretacyjnego punktu widzenia walenrna wydaje siC; bye llwa- 
ga Btonskiego 0 wielokierunkowym i wieloptaszczyznowym czytanill Milosza. Taka bo- 
wiem metoda moie pozwolic na uchwycenie wielosci wltkow tej, jak:ic bogatcj w s\\oim 
\\)'miarze poezji. Taki kierunek inrerpretacyjny uchronic moie rowniei poetc; przcd pro- 
bami ekstrapolacji i zwyklym inrerpretacyjnym lenisrwem, ktore uczepiwszy si
 jcdnego 
aspektu, od razu slepnie w jego blasku. A zatem czytanie Mitosza wymaga od czytclni- 
ka, a co dopiero historyka literatury w rownym stopniu rozwagi i uwaznosci - 0 ktaq tak 
cz
sto dopomina si
 sam poeta - i btysku rozbudzonej wyobrazni. To jcdnak wymaga 
czasu i... powicdzmy sobie szczerze inrelcktualnej ascezy. Podobnie rzecz sic; ma raw- 
niez - a moze w jeszcze wi
kszym sropniu - z czytaniem Herbcrra, ktorego Epilog bu- 
rzy powinien zburzyc spokoj opanowanym kryrykom... J an Btonski piS7C: "Przypus7czam 
wi
c, ie wszystko co Mitosz napisal, powinno bye rozpatrywanc jcdnoczcSnie w kilku po- 
rZldkach. Powiedzmy grubo: jednostkowym, jakby biograticznym, zbiorowym C7Y hi- 
storycznym, religijnym wreszcie czy metatizycznym". 


190 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
? ile 
itosz.a 
rze?wojenne Trz)' zimy krytyk umieszcza w okresie pierwszym, wska- 
ZU}lC na Ich MlCklewlCzO\vskl, a co za tym idzie romamycznl proweniencj
 ("Tak wi
c 
- .tascyn
jlce POCZltki !\-litosza umidcic lubitbym pod znakiem romantyzmu po prostu. 
P
sa
o w
ele 0 awa
lga
dach, takze 0 wilenskiej; coz jednak miata ona wspolnego - procz 
osmlelema wypowledzl - z krakowskl, konstruktywistycznl z ducha? Tymczasem Mic- 
kiewicza - co prawda, tylko jego - slychae w co drugim wierszu mtodego !\-1iIosza. Prze- 
mawia przeciez - poczltkowo zamaskowany - poeta niezrozumiany, samotny, zarazem 
obcilzony obowilzkami wobec spotecznoSci. Jak Mickiewicz, jak wszyscy prawie roman- 
tycy - Mitosz uzurpuje sobie wiedzt; 0 przeszloSci i w swej samotnoSci upatruje znakow 
wygnanstwa i wybranstwa zarazem"; 0 tyle przelomu w tworczoSci noblisty dopatruje si
 
- nie on jeden oczywiscie! - w roku 1943. W opozycji do innych poetow, zwlaszcza z kr
- 
gu "Zwrotnicy", !\-litosz okazuje si
 tworq zorientowanym eschatologicznie, a wi
c kims, 
komu nie sl oboj
tne sprawy ostateczne. Ten rys, I)'s eschatologiczny, okaze si
 przez ca- 
Ie dziesi
ciolecia jednym z najbardziej znaczlC)'ch w tworczoSci Autora Dalszych okolic. Blon- 
ski pisze: "Uderza \\Teszcie - ad. poczltku - ujmowanie losu wtasnego i sfX)tecznoSci \\' fX)j
ciach 
jdli nie zawsze rcligijnych, to na pewno eschatologicznych i metafizycznych. Rzadko z wi
k- 
sz
 moq wypowiadaly si
 we wspokzesnej liryce zdumienie istnieniem, trwoga i fascyna- 
cja tym, co niepojt;te, wreszcie, poczucie winy i odpowiedzialnoSci moralnej... najogolniej 
wi
c, poczucie sacrum [...] Pokus
 tradycjonalizmu pokonac mogto tylko stworzenie ta- 
kicj koncepcji j
zyka poeryckiego, ktora by umiala t
 konfliktowose tworczo wykorzystac. 
Dokonato si
 to u Milosza stopniowo, punkt zwrotny umidcic nalezy chyba dopiero w ro- 
ku 1943. 510wo poetyckie celowac b
dzie odqd nie w «auronomi
», ale w «pelni
». Al- 
bo raczej, zdobywac auronomi
 przcz wchloni
cie takiej rozmaitoSci idiomow, aby - 
konrrastcm i zesrawieniem - zyskac niezaleznosc od j
zyka potocznego". Ostatnie z przy- 
toczonych wyiej rozpoznan wydaje si
 bye bardzo wazne: okazuje si
 bowiem ze wlasnie 
opisany zabieg funduje .Mitoszow
 politonicznose, ukazuj'lc nie tylko jej genez
, ale row- 
niez wskazuj'lc na jej moiliwc zastosowania. A tych zastosowatl. jest wiele od wolnego wier- 
sza, traktatu, przez przypowide filozoficzn
, az po poetyckie przeciei! - przektady 
wybranych ksi.}g 5tarego i 
owego Testamenru. 


4. \V szkicu Jfiloszjak in'int, kI),tyk ustawia poctycki wysilek Mitosza jako "prac
 mo- 
tywu", przeciwstawiaj
c jl uropii arcydzida. Oczywiscie nie ulega wltpliwoSci, ze pierw- 
sza z metod tworczych sil
 faktu musi skazae pewn.} ilose utworow na artystyczn
 porazk
. 
Powicdzmy inaczej: "praca motywu" potrzebujc czasu... i przestrzeni semanrycznej, 
gdzie przez kolcjne dopowiedzenia (niekiedy wykorzystuj
ce spoq ilose mniej udanych 
pr6b) mozliwy jest do osi'lgni
cia tinalny etekt, ktoI)' Blotl.ski tratilie i pi
knie nazywa: 
"slownym byciem w isrnieniu". Krytyk pisze: "Milosz nie nalezy do poetow, ktorzy ca- 
Ie iycie sni'l 0 arcydzielc, jedynym, absolutnym... jak Mallarme, ktorego nie przypadkiem 
nie cierpi. Jcgo sit.} jest raczej to, co muzycy nazywaj
 praq motywu; to, co pozwala nie- 
ustannie poprawiae i odmieniae nasze slowne bycie w istnieniu. Takie literackie post
po- 
wanie udae si
 moze tylko pod warunkiem rozporz
ldzenia ogromnymi zasobami slow 
i slownych uiye, inaczej mowi
c, rozporz
dzania skarbami tradycji literackiej". 
Ciekawym i fr,1puj
cym momentem jaki podcjmuje BI0I1Ski jest sprawa prawie stara jak 
swiat, a przynajmniej od momcntu, kiedy czlowick zabral si
 do urrwalania swojej obec- 
nosci na tym 
wiecie, w niejasnym, a moze wyrafinowanym przdwiadczeniu, ze oto b
- 
dzie tym, kt6ry nie caly umrzc - myslt; rzecz jasna 0 zwi
zkach pr.1wdy z dobrem, z tym 
"warsztatowym:" - ale nie tylko - dodajmy. Sprawa to dla poety, ba, db kaidego twor- 
cy fundamcnralna: "Twoja poczja - zdaje sit; mowie l\litosz sobie i braciom po piorze- 
bt;dzie dobra, jdli b
dzie pr.nvdziwa. A prawdziwa co znaczy? Uczciwa: zgodna z two- 


191
>>>
im doswiadczeniem mysli, doswiadczeniem ciala i zgodna z owym - jak mowit Nycz - 
«nadsensem», ktory odstania wspolnot
 rozumienia jako horyzont C7iowieczego do- 
swiadczenia swiata. i'Jigdy go do kOllca nie przenikniesz, b
dzie ci zawsze umykac. Od- 
czuwasz go najwyzej w momentach epitanii, objawienia: ogarnia ci
 wtedy na chwil
 
przdwiadczenie, ze si
gn
id prawdy bytu, ze rozpoznatd ten byt w pi
knie i prawdzie 
jednoczdnie. Czujesz si
 wtedy usprawiedliwiony, poniewaz - 0 ile to mozliwe - rozpo- 
znasz ten swiat jako dzido Boga... we «\\'spolnocie rozumienia», ktoq dzielisz z ludz- 
mi. Jest to chwila tylko i nie byibys w prawdzie, gdybys nie pokazai takze, ze jest ona 
bardziej przeczuciem niz spdnieniem. [...] Twoja \\')'grana albo przegrana b
dzie zatem 
nie tylko estetyczna, takze moralna... Tym pi
kniejsza b
dzie twoja poezja, im b
dzicsz 
lepszy". Zaraz potem krakowski krytyk dodaje: "To samo mowit kiedys 
lickiewicz. Spo- 
strzezono dawno, ze poetycki los Mitosza powtarza jakby Mickiewiczowski [...] Ale 
Mickiewicz, jak wiadomo, zamilkt, poniewaz nie mogt uzgodnic czynu ze stowem. Mi- 
tosz jest skromniejszy, zdaje si
 myslec, ze takie uzgodnienie jest niemozliwe. Mozliwe 
jest natomiast uzgodnienie wszystkich odmian wypowiedzi w dzielc poetyckim. Poezja 
staje si
 wtedy mowl totalnl, ktora - niczym pszczota - zbiera pra\\'d
 wsz
dzie, gdzic 
zabtysn
ta \\' literaturze, filozofii, liScie czy rozmowie. Byle tylko prawdc; zbierata... praw- 
d
 CZlstkowl, zapewne, bo przeciez jestdmy utomni, rozdzieleni. Ale istnieje na pew no 
- gdzid na horyzoncie - punkt, w ktorym odslania si
 ona w calym blasku. l\.loze ona 
jest tam, gdzie "na leWl stron
 odwrocony swiat" i gdzie spaceruj
 anioiowie "ogl
da- 
jlC prawdomowne Sciegi". Tak wi
c tym miejscem, miejsccm ostatccznym s
 zaswiary, 
przestrzen wieczna, gdzie wszystko nabierze - wreszcie - sensu i wszystko, caty swiat, 
zostanie wydumaczony i w ten sposob objawi si
 cala 0 nim prawda. Jdli zatem Mito- 
sza postrzegac mozemy jako poet
 konkretu, epitanijnego zatrzymania, to w rownej 
mierze mozemy powiedziec 0 nim, ze jest poetl cschatologicznym, jest poet.} sensow osta- 
tecznych, tak samo jak Herbert. Obaj zresztl wbrew obecnie panuj
ccj modzie na do- 
raznosc, w}'chylajl siC; w stron
 spraw ostatecznych, tym samym pozostajlc wiernymi nic 
tylko poet)'ckiej tradycji, ale - nade wszystko - samemu powotaniu cztowieka, jako tego, 
ktory nie moze przestac pytac 0 Boga, smiere i zycie wieczne. 


5. Konrynuujlc zakonczenie poprzednicgo punktu chciatbym pochylic siC; przez mo- 
ment nad znakomitym szkicem Zdallie, pomieszczonym w 1983 roku w "Tygodniku Po- 
wszechnym", ktorego punktem wyjScia jest Miloszowe stwierdzenie z Og1'odll na1lk, ZC 
polszczyzna "nie jest j
zykiem 0, «ustawionym» glosie". Jako czeplifikacje problemu BlOll- 
ski wybrai dumaczenie jednego z psalmow - mianowicie Psab-nu 29, a dokiadnie dwoch 
jego koncowych wersetow dokonane przez Mitosza: 


Pan da site; swojemu ludowi, 
Pan da swojemu ludowi btogostawienstwo pokoju. 
Jak sam krytyk zauwaza dat siC; tutaj ponieSc pasji interpretatora, i to z jakim skutkicm! 
Trzeba byio podjlc si
 iScie benedyktynskiej pracy, aby zgromadzic ponad dwadzidcia 
wersji przektadow, a to w celu pokazania, jak Milosz w swoim tlumaczcniu ozywia j
zrk 
biblijny, jak czyni go wspolczesnym. Nie strona formalna jednak przykuta moj
 uwagc;, 
ale duch interpretacji. Btonski pyta: "DlaC7ego Pan da sii
, nie moc? [...] Nic dziwnego: 
moc jawi si
 jako bardziej duchowa niz sila, brzmi dostojniej i trochC; tajemniczo. Wstc;p- 
nl intuicj
 potwierdzajl siowniki: moc ma juz od dawna szcrszy zakres znaczeniowy. Si- 
ia jest przede wszystkim energil, zdolnoScil dziaiania lub wywicrania wplywu, takzc 
gwaitem. Moc zas bywa poza tym - czy przede wszystkim - pot
gl, panowanicm, up raW- 
nieniem, prawomocnoScil, wytrzymatoscil, istotnoscil [...] Slowcm, sib jest blizsza cia- 


192 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
lu. D
atego pod
ba si
 Mil?

owi: cielesne odniesienie slowa jest mu koniecznie potrzeb- 
ne, me dlatego, zeby UproSClC psalm, ale by przechowac mozliwoSci pierwszego znacze- 
nia. !\-loc zanadto juz patetyczna i uwiktana w przenosnie! Sila jest cielesna, duchowa zas 
przez to, ze pochodzi od Pana. Opowiadaj,!c si
 za sil'!, Mitosz wybiera slowo jak gdyby 
mlodsze, prostsze, naiwniejsze, bardziej cielesne. [...] Odwoluj,!c si
 do zupdnie elemen- 
tarnego «da» [...] !\-lilosz wybiera slo\\'o, ktorego zasob semantyczny jest najmniej zroz- 
nicowany, najogolniejszy. Przez to niezroznicowanie slowo «da» jest najblizsze fizycznemu 
gestowi daru, przekazywania z r
ki do r
ki, z ciata do ciala, z duszy do duszy (siedziny 
zycia, energii witalnej?). [...] Siowa «dan, dar» S,! u Milosza slowami ulubionymi, nasy- 
conymi szczegolnym znaczeniem. Dar, obdarowanie wskazuj,! na szcz
Scie, ktorym cie- 
szy si
 czlowiek zyj,!cy w zgodzie z tym, co stworzone. Swiat jest dobry, 0 ile jest darem, 
o ile utrzymuje go darz'!ca dloIl.". 


6. Jan Btonski, kiedy pewien jest swoich racji nie stroni od polemiki. Ma to miejsce 
naprzyklad \\' eseju poswi
conym Miloszowemu TraktatOJvi poetyckiemll. Turaj historyk 
litcratury broni Traktat... przed opiniami 0 jego dygresyjnoSci, widz,!c \V nim nade 
wszystko utwor, ktorego centraln,! postaci,!liryczn,!, i glownym bohaterem jest sam dia- 
bet. Taka wlasnie perspektywa czytania traktatu - w przekonaniu Blonskiego - czyni zen 
traktat teologiczno - polityczny. Krytyk tak t
 spraw
 ujmuje: "Styszy si
 cz
sto opinie 
o dygresyjnoSci Traktaw. Jest ona moim zdaniem mylna i wynika z niedostrzezenia 
ukrytych uporz,!dkowan tekstu. Jdli nieprzypadkowe S,! zmiany perspektywy; muracje ga- 
tunkowe, montaze przytoczeI1- coz dopiero konstelacje tematyczne i przeploty w'!tkow... 
Traktat poetycki stara si
 odpowiedziec na pytanie, jak mozliwa jest poezja w swiecie, w kto- 
rym zapanowal nihilizm". 
Innej polemiki jestdmy swiadkami w swiernym szkicu Epifanie Milosza, ktorego pier- 
wodruk miat miejsce na lamach: "Tekstow" w 1981 roku. Tutaj B
onski zadaje pytanie 
o charakter Mitoszowych epifanii, dopatruj
c si
 w nich swoistego wyroznika pozwala- 
j.}cego na powstanie wiersza, na utrwalenie pogr,!zaj
cej si
 w etemerycznej przeszloSci 
chwili. Swiat przylapany na konkretnej chwili istnienia, okazuje si
 u poet)' zarazem swia- 
tern przez chwil
 przywolanym i zamkni
t)'m przez slowo, po to by utrwalilo si
 jej ist- 
nienie; po to by temu istnieniu nadac inny, szerszy wymiar, a moze po to, by po prostu 
zachowac go w formie nie dotkni
tej przemijaniem, w czutej przestrzeni wiersza jak okaz 
w muzealnej sali. "Momenty olSnienia, objawienia, warunkuj,! powstanie wiersza, kaz,! 
przez dziesi'!tki lat «szukac slow». Stanowi
 tez cos, co winno zostac powtorzone, od- 
tworzone. Mitosz chce, aby odnowity si
 podobne doznania, powiada wyrainie, ze na 
tym oczekiwaniu strawit zycie. Stara si
 dalej «si
gac [...] granicy» i d,!zyc b
dzie «na ja- 
wie i we snie» do przezycia, ktort: okreSla jako «to». Takie chwile stanowi
 zatem bo- 
dziec i cel tworczoSci. Co je cechuje? Przede wszystkim przysluguje im przekonanie 
o prawdziwoSci: poecie odslania si
 «rzeczywiste», objawia «niewiadome», osi,!ga on - 
w widzcniu swiata - «ostrosc i przezroczysrosc». To prawda objawia si
 przez zwi,!zek 
rzeczy i dzi
ki niemu. vV «blasku jednej chwili» stan
c maj,! jednoczdnie zywioly i pory 
roku". Dzi
ki cpitaniom "uobecniaj
 si
 tak umarli, jak zywi [...], cechuje je takze zni- 
kliwosc, przclotIlosc, fantasmagor)'cznosc". Btor1ski przypomina rozne imerpretacje Mi- 
loszowych epifanii, przypomina interpretacjr; symbolistyczn
, mowi,!c, ze: ,,0 esterycznej 
doskonalosci epifanii l\1itosza swiadczy bogactwo i zwi.}zek skladnikow, sposob, w kto- 
ry «spdnia si
 barwa i dzwir;kji pol;}czone S,! rzeczy tej ziemi». Co oznacza slowo «spd- 
nia»? Moze: osi;}gaj
c najwyzsz,! intensywnosc, zbliza siC; do swej esencji..."; w podobnv 
sposob rzecz cat
 ujmuje - dodaje kryryk - Mallarmc, Proust i 'Vitkacy. 'Vszystkie te teo- 
rie t}czy "przekonanie, ze poczja - wlaSIl
 mOG} - odslania niepoznawalne inaczej iro- 


193
>>>
dla (cechy, struktury) bytu i tym samym wchodzi niejako na miejscc religii". Przeciwko 
takiej interpretacji poezji Czeslawa Milosza, BIOl1.ski zdecydowanie oponuje. Przypomi- 
na zarazem, ze sam poeta juz w 1938 roku odcinal siC; z cal
 stanowczosci:} od estetycz- 
nej metafizyki, powolujlc si
 zresztl- co bardzo interesujlce! - na J. lvlaritaina. Milosz 
w szkicu 0 milczmill, wydrukowanym w "Ateneum" na rok przcd wybuchem wojny pi- 
sze: "tv!)' wszysc)' zbyt pragniemy wiedzy metatizycznej, czyhamy na chwilC; pozna- 
nia, na nagl)' blysk objawienia, ktory odkryje sens, zgubiony bezpowrornie sens 
swiata i naszego zycia na ziemi". 
Skoro odrzucamy "estetyczn
 metafizykc;" to nattilY Miloszowych cpifanii poszukiwac 
musimy w doznaniach zmyslowych - powiada J,m BlOl1.ski. Ich natura jest taka, ze "pro- 
wadzl do roztopienia si
 podmiotu w przt:dmiocie", i zaraz dodaje - "przedmiotem jest 
to, co jawne zmyslom, bezposrednio doswiadczane; nie zas empireum idei, siatka odpo- 
wiednikow czy metafizyczna struktura, do ktorych pozwalalaby dotrzce poezja ( czy w og6- 
Ie sztub). Poezja jest moze sekretem, ale nie mowi 0 niczym, co tajemne; cieszy siC; i syci 
s\\iatem codziennego doswiadczenia". A zatem pochylenie siC; nad konkrctnym, niepo- 
wtarzalnym zjawiskiem staje si
 sil:} epit:mijnego doznania. Innymi slowy samo zycie w je- 
go kruchych przejawach staje si
 wystarczaj
lcym bodicem dla wrazliwych zmys16w poct).. 
Nie na darmo przeciez jest on kims niezwyklym, co wcale nie oznacza, ie pozbawionym 
zanurzenia w zwyczajnoSci. Z duiym smakiem i nieskrywanl radoScil BlOllSki podsllmll- 
je, parafTazuj
c scholast)'cznl zasad
 klasycznej metafizyki: "Momentow objawicnia spo- 
dziewac siC; mozna tylko od Pllnktowych doznan zmyslowych: nihil est ill poesis quid non 
fiterit in sensu. I jeszcze jedno dopowiedzcnie krytyka: "poetyckie zachwycenie plynie zc 
zmyslowej, cielesnej intensywnoki doznania rzeczy w ich zmyslowej, cielesnej intcnsyw- 
nOSci, doznania rzeczy w ich zewnc;trznoSci i jednokrotnoki, nie zas w ich sekrccic i ide- 
alnoSci. Milosz nie kocha duszy swiata, ale jego skorc;". Pysznie to powiedziane! 
Kolejnym pytaniem jakie stawia BtOllski jest sposob ocalenia jcdnokrotnych, i niepowta- 
rzalnych epifanii? Zanim jednak postMa siC; oofX)wiedziec na to pytanie, pl"Z)'fXJmina ze: ,,1\ lilosz 
wypowiada si
 stale ustami sobowtorow, partnerow i przcciwnikow. Ale nawet sobowtory 
Sl sobowtorami chwili, nie sobowtorami gtc;bi. Pocta jcdnor.1zO\\'osci unika jak moze jed- 
noznacznoSci. [...] Tej poezji nie mozna przyszpilic, jawi siC; czytclnikom w ci
gtym \\ id- 
mie przeksztal:cel1. Nawet zwyczaj przemawiania cudzymi [. . . ] ustami mozna wykladae dwojako. 
Albo takomsrwem swiata, mitokil szczegotu, ktory musi bye zwilzany z jednorazowym wy- 
powiedzeniem. Albo tez stat.} oscylacjl mic;dzy zachwytem a zWltpieniem: podmiot lirycz- 
ny zmieniatby si
 wtedy w manichcjskich przeksztakeniach". Tutaj Btonski ostabia swoj s.}d 
dopowiadajlc, ze "wtasne stowa tez musz
 brae cum gmllo salil'. No tak, bo skoro taki 
skomplikowany ten lvlitosz, to i protcsorowi Blonskiemu zdarzye si
 moze interpretacyjne 
potkni
cie. A poza tym, to przeciez Iiteratura, ba, to przeciez poezja - co stwierdzic mll- 
sz
 jako nalezlCY do plemienia poetow - nie wolno jcj calkowicie nmkn:}c \\' interprctacyj- 
ne formuly... Powrocmy jednak do postawionego pytania: "jak sprawie by cpitanic, ocalaj.}ce 
jednokrotnosc [...] a zatem krotkotrwale i niewystarczalne, choc z momcntalnoSci i cielc- 
snoSci czerpilce poetyckl sit
... aby te ocalaj
ce epifanie same zostat)' ocalone?". Odpo- 
wiedi Mitosza, jakl Btonski odnajduje w Ziemi Ulro brzmi: wspomnicnie poctyckic 
wspomagane przez akt wyobrazni. Kierunek poszukiwan pocty, krytyk zraZll postrzega ja- 
ko: "chc;c magicznego zawladnic;cia przcdmiotem: roslin:}, kobiet
, krajobrazcm, spolccz- 
nosol". W dalszej zaS fazie tworczoSci Autora Na brzegu rzeki: ,,[ . . .] po \\ ielu przckszt.1keniach 
- wspomnienie - marzenie zostaje jakby w koncu ukierunkowanc na dmgicgo. Nie na z.t- 
borczc ja mowilcego, lecz na wszystkich, ktorzy zyli nicgdys i wsp61nic tworzyli swiat wspo- 
mnienia". Ciekawe, ze podobnic wazn
 rol
 odgrywa pami
c w tworc7oSci Hcrbcrta. To 
wtasnie Bergsonowskie trwanie nie poddaj
ce si
 konccptllalizacji, trwanic "str7.1ly cleary" 


194 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
pozwala zawiesie przemijalnosc, i tak samo jak u !\-litosza nosi w sobie aktualnosc przeszto- 
Sci raz doswiadczonych wydarzen i przedmiotow. Interesujlco rzecz catl dopowiada Bton- 
ski: "Pozna tworczosc Mitosza jest ogromnym przedsi
wzi
ciem uspotecznienia i sakralizacji 
osobistego doswiadczenia. Ocnlenie, 0 ktorym mowit tak cz
sto, nie jest tylko ocaleniem 
sicbie i dla siebie, staje si
 ocaleniem innych i dla innych". 
Prostl konsekwencjl polifonicznoki poezji Czestawa Mitosza, jest tejze poezji skom- 
plikowanie i wieloznacznosc b
dlca trudnym do zgryzienia klskiem dla interpretatorow. 
"Poezja Mitosza - choc szeroko juz rozpowszechniona - pozostaje poezjl trudno przy- 
st
pnl i nie bardzo zrozumiatl. Doda, co prawda z drzeniem, ze nie moze bye inaczej 
i kto wie nawet, czy tak wtasnie nie jest lepiej? [...] J ego tworczosc - zwtaszcza powo- 
jenna - jest jakby poetyckl fabrykl sensow kulturowych, poniewaz prowokuje, ba, zmu- 
sza do cilgtej interpretacji i reinterpretacji swoich sktadnikow- i uktadu tych sktadnikow. 
Pokazuje jakby jawnie swoj przed-tekst i post-tekst. Zwtaszcza wielkich poematow nie 
mozna zrozumiec, nie uzytkuj
c catej wiedzy i nie dopracowujlc si
 wiedzy autora. Moz- 
na by wr
cz mowic 0 - kaprysnej - encyklopedycznoki... !\-litosz uruchamia jednak tak- 
ze call zdolnosc interpretac}lnl czytelnika. Mozna by to znow okrcilie jako wymog maksymalnej 
kompctencji w odbiorze: wymog, ktory sktaniac winien do refleksji i komentarza. Zapew- 
ne, tak jest zawsze w literaturze: lecz tutaj to zatozenie si
ga rangi formalnego wyrozni- 
ka. \V tym sensie poezja Mitosza jest nieustannym apelem 0 inteligencj
 czytelnika". Jan 
Btonski wota zatem 0 il1teligencj
 czytelnika, 0 jego maksymalne skupienie i kompeten- 
cj
. Nie wiem jednak czy to, co piszc krakowski historyk w 1981 roku w szkicu Bye z 1I-1i- 
loszem, nie stanowi proby obrony poety. Bo skoro taki trudny i nieczytelny (albo czytelny 
przez umyslowe jastrz
bie!), to co zrobic z deklarowanl przez sarnego poet
 zwtaszcza 
w latach osiemdziesi
t)'ch - prostotl?; co zrobic z dajrnonionern, ktory rnowi przeciez 
jasno, \\' pdnym swietle?; wrcszcie coz zrobic z poetyckirn darern, jdli ten ostatni dla ma- 
luczkich okazuje siC; ledwie swiadern ledwie przcbijajlcym si
 przez g
stl kotar
 blizszych 
i dalszych kol1tckstow? Stawiam te pytania sam emu sobic, jak ten, ktory nie znat prostej 
od powied zi.. . 


7. Na zakOl1czenie wypada mi jeszcze wydumaczyc si
 z t)'tutu niniejszej recenzji. Za- 
czerpn
tem go - czy nie mogto bye inaczej? - od Jana Btotl.skiego, i teraz mysl
, ze sta- 
nowi on trat11e podsumowanic nic tylko moich tutaj skromnych (wzgl
dem t)'ch, 0 ktorych 
przyszto mi mowic) spostrzezen, ale rowniez w jakis sposob koresponduje on z przesile- 
niem tysilcleci, na progu ktorych zyjemy... i nie mozemy oderwac wzroku naszej \\'Y- 
obrazni od spraw ostatecznych. 



firoslmv Dzie11 


Jan BlOI1ski, Milosz jak swiat, Wyda\\ nictwo "Znak", Krakow 1998. 


Joanna Bielska-](raJJ1cz)'k 
J eszcze raz czytajqC Milosza... 


Rozmowy nn koniec witkll (Znak, 1998) otwier.l wywiad z Czeslawem !\1itoszem, 
w ktorym pis.uz mowi m.in. 0 potr7ebie doswiadczania przez czlowieka tzw. "momen- 


195
>>>
tow sakramentalnych", definiuj
c je jako momenty szcz
scia i akceptacji swiata, bez kto- 
rych nie mozna bye sobl, nie mozna pozostac czlowickiem, nie mozna si
 uratowae. Au- 
tor Doliny lssy i Swiata - poem a llaiJVne przezyt takie chwile i bye moze to sprawilo, ze 
mogl przenieSc swoje cztowieczellstwo przez tygiel XX wieku i... ocalae swiat w swoich 
wiersza'ch. 
Na waznose tego t)'pu doswiadczen dla poezji Milosza zwraca wlasnie uwag
 Aleksan- 
del' Fiut w swojej ksilzce, nadaj.}c jej nawet - podkreSlajlcy istotnosc tej katcgorii - ty- 
tut: Afoment lvieczllY. Zauwaza w niej dominuj
q rol
 poszukiwania i przezywania takich 
chwil - ich konstytutywny dla tej poezji charakter. Badacz rozumic to jako sklonnosc do 
godzenia sprzecznoSci i paradoksalne w swej naturze l:}czenie tego co ulotne, z tym co 
nieprzemijajlce, tego co realne, z tym co... transccndentne. Poeta oddajlc si
 "nami
t- 
nej pogoni za rzeezywistoScil" nie przestaje jednoczdnie tropic w niej... wiecznoSci. Zda- 
jlC sobie boldnie i ekstatyeznie zarazem sprawr; z tego, ze "wszystko ptynie" wylapujc 
bystrym i skupionym okiem kazdy blysk jego fali, gdyz wie, ze "istnieje blyszcz
cy punkt 
na przeci
ciu wszystkich linii". Milosz bowiem - co slusznie zauwaza Fiut - chociaz w
t- 
pi, jednak nie traci wiary. Moment 1Vieczn
'V, 0 ktorym wspomina poeta w wierszu Notat- 
nik: Bon 1lad Lemanem jest tylez doznaniem przemijalnoSci, co probl unieruchomienia 
czasu. Zdaniem Fiuta w poezji tej objawia si-; on zarowno za spraw:} natury, jak i kultu- 
ry, historii czy cywilizacji. Doryczy rzeczywistoSci jak i sposobu jej poznawania i wyraza 
si
 z jednej strony pragnieniem bezposredniego kontaktu z tym co widzialne - pragnie- 
niem wyrazistego i sensualnego ewokowania zjawisk, z drugiej zas strony dbaloScil 0 pre- 
cyzj
 myslowl i widzeniem tejze rzeczywistoSci w kontekScie filozoficznym i rcligijnym. 
Fiut zauwaia, ze cel ten Milosz probuje osilgn
c m.in. poprzez ci}gk przywolywanic 
konkretu. Badacz pisze: "n. moment wieczny jest (...) kojarzony z bezposrednim, au- 
tentycznym doznaniem i odkryciem sily charyzmatycznej w zwyklych przcdmiotach". Do- 
srrzega pod tym wzgl
dem pokrewiellstwo poezji autora Piosmki 0 porcelanie z tworczoSci.} 
takich powojennych pisarzy jak Roiewicz, Herbert, Bialoszewski czy Szymborska, llcz
e 
slusznie owo przylgnir;cie do przedmiotow i popularnosc poezji konkretu z "doswiad- 
czeniem rozpadu swiata materialnego". U Milosza - co znamienne - przcdmiotami ty- 
mi niezwykle rzadko Sl dzida sztuki; cz
sto natomiast przedmioty uzytkowe - glowni'e 
bizuteria i stroje, ktore "cilgle przypominajl 0 swym tworcy i uzytkowniku" - uobee- 
niajl jego nieobecnosc. Jest to kapitalne i waine spostrzezenie, gdyz dzida sztuki istnie- 
jl winny sposob nii pozostale przedmioty i w zwilzku z tym tworzytyby zupdnic 
odmienne role znaczeniowe. Odrywajl sir; one bowiem od czlowieka - istniej'l autono- 
micznie w swoim majestacie. Ubiory i ich ozdoby, b
d
c zawszc blisko ludzkiego ciala, 
stuz
c mu i zaspakajajlc jego rozmaite potrzcby, oddzielone od nicgo nicodwolalnic ko- 
munikuj'l jego brak - kaz'l myslec 0 czlowieku, ktory je porzucillub... zostal porzuco- 
ny... przez czas. \V kaidym razie S'l niezwykle sugcstywnymi znakami przemijania 
uwidaczniajlcego si
 w nieaktualnoSci mody, ktoq prezcntujl, podatnoSci na zniszcze- 
nie - wszelkich uszczerbkach - i owej zdolnoSci budzenia w obserwatorze pytan 0 czlo- 
wieka" ktory je wykonal i tego, ktory z nich korzystal. S
 ruinami ludzkicgo uniwersum, 
rodzajem memento, przypominajlc 0 nietrwaloSci ludzkiego swiata i jego niczwyklym 
wprost ci'lzeniu ku chaosowi. Dlatcgo obok roli uobecniania zwrocilabym rowniei uwa- 
g
 na wainl w poezji Milosza funkcj
 wanitatywn:} przedmiotow - ich obecnosc tylc7 
zmyslowl, co... niejednokrotnie zalobnl. Plynlca rzeka, ktora jest dla poety prawzorem 
rzeczywistoSci stanowi bowiem z jednej strony btyszczlq wst
g
 7darzell, z drugiej na- 
tomiast czarny kir tego, co juz przemin
lo. Autor Momenttt lViecznego zwraca jednak uwa- 
g
 na inne - nie mniej wazne - aspekty problemu kondycji przcdmiotu w tej tw6rC7oSci. 
Przede wszystkim dostrzega odmicnnosc jego sposobu ujr;cia w stosunku do poezji Her- 


196 K WAR TAL N I K IA R TI Y STY C Z N Y
>>>
berta, w kt
rej jest on antropomorfizowany i Bialoszewskiego, w ktorej jest wr
cz uswi
- 
c
:my. U !\-l
tosz
 n.atOl
li
st. przed.n
i
t ni? 
osia.da l,ud.zkich cech, choe potrafi bye zna- 
kiem ludzklego sWlata 1 me Jcst tez SWl
tosCl}- sledhskiem sacrum, chociaz potrafi 0 nim 
komunikowac, poprzez hierarchit; rzeczy odwzorowuj}c metafizyczny tad wszechswiata. 
Aleksander Fiut dostrzega w poezji !\-litosza trzy sposoby odczuwania owego ladu - 
doswiadczenia wiecznoSci: poprzez doznanie jednoSci w wieloSci, kontemplacj
 chwili oraz 
objawienie czyli wrazenie dotkni
cia tajemnicy. Poeta dostrzega ci}gte przenikanie si
 cza- 
su historycznego i sakralnego. Swiadom WiclowymiarowoSci swiata wie, ze zarowno wy- 
miar przyrodniczy, jak i historyczny czy spoteczny przenikni
te S} tym czwartym - 
wymiarem metafizycznym. Nie szuka wi
c tego ostatniego w oderwaniu od rzeczywisto- 
Sci, lecz w niej samej, przyszpilaj}c niejako wiccznose w... chwili, w konkrecie, w szcze- 
gole, ale tei - poniewaz swiat jest w nieustannym ruchu - w pami
ci, ktora pozwala widziee 
to, co przemin
to - ktora (mozna by rzec) cztowiekowi daje poczucie trwania. Uswia- 
damia mu bowiem, ze swiat nie tylko jest ("u. ze ziemia nie jest snem, lecz zywym cia- 
tem"), ale rowniez to, ze by t. Dlatego poezja, ktora widzi i pami
ta moze zakorzeniae 
w bycie, a to - jak przypomina Aleksander Fiut - jest jednym z podstawowych zadan, ja- 
kie poeta - noblista wyznacza pisarstwu. \Ve wspomnianych jui przeze mnie tu Rozmo- 
JJ'flch nfl koniec JVieku !\-litosz powie ""prost: "... artysta powinien walczyc przeciwko smierci 
w swojej sztuce". Zadanie to w swiecic wspokzesnym staje si
 wr
cz powolaniem, gdy 
zagrozone wydaje si
 juz tylko istnienie jednostkowe, ale samo czlowieczenstwo i fun- 
damenty cywilizacji. Zrodd zagro.lenia doszukuje si
 poeta \\' odwrocie od chrzeScijan- 
skiej tradycji, do czego - jego zdaniem - walnie przyczynil si
 scjenryzm wydziedziczaj}cy 
umyst z antropocentrycznej wyobrazni. \V Zicmi Ulro odnaldc mozna jednak - 0 czym 
przypomina Fiur - nadziej
 na "cywilizacjt; odnowion}", potrafi}q godzic rozum z wia- 
q. Nie trudno dostrzcc, ze bylaby to cywilizacja maj
ca podstawy ku temu, aby scalic na 
powrot cztowieka p
kni
tego, kt6ry niejako (upraszczaj
c nieco) za spraw} Oswiecenia 
i Romantyzmu zostal postawiony przed sztucznym i jakie wyjatawiaj}cym wyborem. \Var- 
to przy okazji zauwazyc, ie owe intuicje Mitosza co do kierunku, w jakim powinna pojsc 
kultura znalazly obecnie szczeg6lne poparcie i niejako kanonizacj
 w postaci encykliki 
Fides et ratio. 
Byloby to jednak tylko cZ
Sciowe remedium na problematycznosc naszego istnienia. 
Pozostanie przeciez jcszcze nicusuwalne okrucicnstwo natury i terror dziejow, ktory po 
doswiadczeniach ostatnicj wojny zatarl roznice mi
dzy determinizmem przyrodniczym 
a historycznym fatalizmem. Nie powo
uje to jednak u Mitosza zatraty poczucia roznic 
mi
dzy staloSci
 praw natury i zmiennosci
 procesow cywilizacyjnych. Roznice te mani- 
festuje poeta m.in. poprzez podkrdl.mie opozycji nagoSci i stroju. Mitosz polemizuje tu 
z Gombrowiczowsk
 idealizacj
 nagoSci, twierdz}c, ze nagi czlowiek jest zaledwie pro- 
jcktem. Dopiero str6j go indywidualizuje. Fiut zauwaza, ze to specyfika dzisiejszej nago- 
Sci ma "'plyw na sposob jej ujc;cia w poczji Mitosza. Pisze on; "Plaze, baseny czy obozy 
koncentracyjne odebraly jej pr7eciez intymnosc i poddaly prawu wiclkich liczb" i doda- 
je: "... wtopione w ludzk
 mast; ciato zostaje jakby pozbawione duszy". 
S} to oczywiScic t)'lko niektore sposr6d wielu mysli wypelniaj
cych tc; pdn;} retleksji 
ksi
7kc; lub prowokowanych przcz ni
. 
UomC1lt wieczll)' jest bowicm publikacj
 stworzo- 
n
 nie tylko przez duzej klasy badacza, napisan
 z fachowoSci.}, kt6rej nie spos6b posta- 
wie zadnego zarzutu, ale rowniez rozpraw} pisan
 przcz czto\\ ieka po prostu m
drego, 
o duzym doswiadczeniu i glC;boko humanistycznym podejSciu do literatury i do swiata. 
Ksi
zk.1 ta nie odkrywa przed nami nO\\ ego Milosza, nie patrzy na jego tworczosc z ja- 
kicjs orvginalnej pcrspektywy, nie wprowadza zasadniczo nieznanych nam kategorii czy 
propoz)'cji sposob6w jej uj
cia. Autor jej - zajl11uj
cy siC; zreszt
 tworczosci}l\litosza od 


197
>>>
tat (warto wspomniec tu chociazby przeprowadzony przez niego obszerny wywiad z !\-li- 
toszem zatytutowany Autoportret przekorllY) - nie ukrywa w swej pracy, ze zawdzi
cza 
ona wiele innym badaczom, takim jak BtOl1.ski, Nycz, Baral1czak, Lapinski, ktorych my- 
sli staty sir; inspiracj
 krytycznych rozwazan lub adresem polcmiki. W kazdym razie Fiut 
podlza tropami, ktore dla czytelnikow tworczoSci Mitosza s
 do pewnego stopnia oczy- 
wiste, ale kroczy nimi niezwykle uwaznie - idzie q sam
 drogl, ale widzi wi
cej i subtel- 
ruej, przypominaj
c tym samym, ze rue \''}'starcZ)' znaleic zgrabnl i adekwatn
 nawct fom1Ut
 
opisu, trzeba jeszcze poddawac jl cilgle pr6bom i indagacjom poprzez ponawianl i wni- 
kliwllektur
, ktorej przyktadem i do ktorej zach
tl jest wtasnie J,lomcnt JJ1ieczny. Fiut 
przymierza w nim niejako do znanych juz kategorii i sposobow uj
c poezji l\lilosza kon- 
kretne utwory, poddajlc je analizie. Porownuje je z innymi wypowiedziami pisarza - z je- 
go esejami i na tej drodze doprecyzowuje pogl
dy na temat tej poezji, pozostawiaj
c wiele 
ciekawych szczegotowych spostrzezen i przynajmniej jedn.} - istotnl zarowno z punktu 
widzenia historii jak i teorii literatury - propozycj
, jak} jest dostrzezenie w tej poczji li- 
ryki medium. Nie rozwaza przy tym tej tw6rczoSci w oderwaniu, lecz widzi jl na szero- 
kim tIe literatury polskiej i obcej, ustawiajlc jl ci
gle w zmiennych kontekstach. Ksilzka 
ta stanowi pr6b
 catoSciowego uj
cia poezji !\-litosza, ale jej autor nie zamyka dyskusji. 
Swiadom jest ztozonoSci materii, 0 ktorej pisze i dlatego odnotowuje skromnie: "Mitosz 
podobnie jak Gombrowicz czeka na swojego Bachtina". 
Krzysztof Myszkowski, nawilzujlC do wiersza noblisry "Moja wiern.1 mowo", zauwa- 
za: "vV miseczkach !\-litosza Sl chyba wszystkie kolory". Poezja ta rzeczywiScie opalizujc 
sensami i rozmaitymi ujr;ciami rzeczywistoSci i jako taka nie latwo - mam nadziejr; - pod- 
da si
 petryfikacji, za to nie raz sprowokuje do tworczego jej odczytania. Jej charakter 
bowiem jest taki, ze wydaje si
, iz bardziej domaga si
 ona lektury niz ostatecznego, dc- 
finitywnego zrozumienia. 


Joanna Bielska-KraJVczyk 


Aleksander Fiut, Moment wieczny, Wydawnictwo Literackie, Krakow 1998. 


Maria Cyrallowicz 
Nigdy ju:z tak nie b
dzie 


"Nigdy juz tak nie b
dzie." - to stwierdzenie bardzo czr;sto padajlce w ostatnicj ksilz- 
ce Andrzeja Stasiuka, Jak zostalem pisarzem (pr6ba atttobiografii intelektttalnej). Nawia- 
sem m6wilc, uwazam, ze jest to raczej parodi a autobiografii intelektualnej niz rzcczywista 
pr6ba przdledzenia wtasnego szlaku zyciowego. A dlaczego parodia? Dlatego, ze Sta- 
siuk z wtasciwl sobie dezynwoltuq traktuje wszystko, co moglibysmy uznac za znaC7
- 
ce dla jego biografii, jako w gruncie rzeczy naprawdr; mato istotnc. Przy czym nie tylc 
"lamie wtasny mit 0 czadowym zyciorysie" - jak to 7auwazyl na tylncj stronie okladki Pa- 
wel Dunin-Wlsowicz - ile kreuje antymit, ktory ma byc... no, wtasnic - czym? 
Juz sam debiut Stasiuka, 
\1t1ry Hebro1ltl, a takze Bialy kruk, niezbyt udana fabularnie, 
ksilzka 0 gorskiej eskapadzie wyjatowionych zyciowo trzydziestoparoletnich facetaw, by- 
ty swego rodzaju pisarskl profilaktykl: krcowac antymit, zanim nastlpi udcrzenic czy tc7 
odurzenie spodziewanym mitotworstwem u innych, piszlcych w tym samym czasic 0 po- 


198 KWARTALNIK IARTI YSTYCZNY
>>>
dobny.ch datach, ,zn
czC}cyc
 dla naszej. historii. Stasi uk jednak przeliczyl zamiary na si- 

, a,me na odwrot
 p
 r

zIl zr
sztc} wleszcz - poniewaz jak dot
d nikt nie odwazyl si
 
plsac apoteotyczneJ kSI:}zkl 0 "C1emnych latach stanu wojennego". Tak wi
c Stasiuk za 
bardzo zamicrzyl si
 na cos, na CO w rzeczywistoSci nie bylo potrzeby zbierac wiclkich 
sil. W Jak zostalem pisarum jednak, oprocz zdro\\orozs
dkowego podejscia do dzialal- 
nosci W opozycji 0 charakterze anarchistycznym, mamy wykreowanego w dose przewrot- 
ny sposob antybohatera. Stasiukowski bohater bowiem zostal zrobiony troch
 na m
drze 
mysl
cego, ale nie przem
drzalego chlopaka z Pragi, 0 muzycznych i humanistycznych 
zainteresowaniach: "Zawsze w rozdarciu: rokendrol czy literatura, picie czy niepicie, kla- 
sycyzm czy romantyzm i zawsze na dwojc babka wrozyla", a troch
 na jakiegos prostacz- 
ka w stylll Parsifala: "J akbym mial matur
, tobym dostal kaprala. Pogodzilem si
 z losem. 
Nigdy nie mialem ambicji. Matka zawsze mi to wytykala". OczywiScie, moze ktos po- 
wiedziee, ze ta kreacja odbywa si
 na granicy jakiegokolwiek prawdopodobienstwa psy- 
chologicznego, ale czyz nie jest swietnym przykladem na schizofrenicznose wspolczesnej 
kUltllry, 0 czym zrcszq sam .lUtor tylekroc wspomina? 
Dwoistose - oto natura Stasillkowskiego bohatera. Ten bohater decyduje 0 tym, jak 
toczy siC; ta opowieSc, w jakim jc;zyku zostaje opowiedziana, jaki w niej nastroj panuje 
i jakie rdkksje pojawiajC} siC; najczC;Sciej. \V rezultacie powstala dwucz
Sciowa hybryda, 
w ktorej niby-naiwny bohater ukazuje niby-smutn.} rzeczywistose w jej groteskowym wy- 
miarze. Jak wiadomo, od dobrej parodii wymaga si
 takiej imitacji, ktora daje dobr
 za- 
baw
, a tej u Stasiuka nie brak. Anegdoty s:} dowcipne, narracja toczy si
 wartko, a wszystko 
jest opisane \\' taki sposob, zeby na kai:dym kroku podkreSlae absurd, niepodzielnie kro- 
luj:}cy - nie tylko w tamtych czasach. Z drugicj strony patrz
c, ksi
zka Stasiuka wydaje 
si
 bye podszyta Ickk
 nostalgi:} za epok:}, \\' ktorej "J ak ktos si
 do kogos wprowadzil, 
to sic; go nie wyrzucalo, dopoki sam nie poszedl. Jak ktos byl glodny, to si
 go karmilo, 
jak obdarty, to przyodziewalo. Zadna tam agape, ale sprobujcie dzisiaj zalapac si
 gdzid 
na krzywy ryj, to zobaczycie". 1 naprawdc; tmdno czasem rozeznae, kiedy Stasiuk kpi wprost 
z owej nostJlgii Z,l PeeReLem: "To byly czasy. Pomidorowa kosztowala dwa sZeSedzie- 
si
t, ogorkowa cos kolo tego, a chleb byl bez ograniczel1. Za zloty pi
edziesi:}t kakao", 
a kiedy popada nicco w pastisz, aczkolwiek zachowuj:}c konieczny dystans: ,,
igdy juz 
tak nie bc;dzie. Za szybkie i za luzne poci:}gi. Wszyscy siedzC} i rozmawiajC} 0 pieni
dzach. 
Nigdy nie gadalismy 0 forsie. Midismy wazniejsze spra\\1'''. 
T akic podcjScie do zycia, jakic prezentuje porte-parole Stasiuka, a raczej taki wlasnie spo- 
sob przcdstawiani,l istotnych - z punktu widzenia historii (tej przcz wielkie H) - wydarzen 
to charakterystyczny wyznacznik "czechizmu" \\' naszcj litcraturze. Okrdlenie "czeski film" 
ma przeciez sw6j litcracki odpO\\ icdnik w "czcskiej ksiC}zce". 1 jak wielu ksiC}zkom Jerzego 
Pilcha mozna zarzucic "kllnderyzm", tak tluaj Stasiukowi mozna powiedziee, ze napisal 
"czesk
 ksi
17k
", czyli cos w stylu Haszka czy Hrabala. Jednakze Stasiuk, modnym ostat- 
nio wsrod najmlodszych pisarzy zwyczajem, sam postanowil wplyn
c na odbior swojej 
ksi:}zki, intormujC}c wszem i wobec, ze rznie z Ccline'a, ilc si
 da. 1 dodal sarkastycznie: "To 
na wypadek, gdyby jakiemus krytykowi wydawalo si
, ze odMywa Ameryk
". Doprawdy, 
czyzby Stasiukowi chodzilo 0 calkowit.} diminacjc; z odbioru czytelniczego krytykow-po- 
srednikow, ktorym zawdzic;cza on przeciez, chqc nic chqc, swoj:} ol)Ccn:} populamosc? Prze- 
ciez nie s:}dzi on ch\'ba, ze krytykC; uprawiaj:} Kolumbowie, nie zdaj
cy sobie sprawy 
z manierycznej juz przcwrotnoSci roznych prozaikow i poetow, niby to bawiC}cych si
 z kry- 
tykami w "kotka i myszk
". A m07e to zn.lk naszych czasow - ta niechc;c do intcrpretacji, 
klasyfikowania, etykietek, cen7urek itp.? Na pewno. \Vobcc czcgo zamieszczanie w ksi:}z- 
ce nast
puj:}ccgo rodzaju wypowicdzcll zlozonych: "I takie, i owakie, ale jak wspomnia- 
Icm, nie SC} to int)'mne wyznania, tylko rl7praWa spoleC7no-historyczno-obyczajowa, \\'i
c 


199
>>>
niczego si
 nie dowiecie, chocbYScie p
kli" - uwazam po pierwsze za naprawd
 niezly dow- 
cip, po drugie zas za stan alarmuj
cy, jezeli chodzi 0 problem funkcjonowania wszdkich 
instancji opiniuj:}C)'ch. \Viadomo: nie s:}dz, a nie b
dziesz pos:}dzony. 
\Varro rawniez odnidc si
 do uzytego w podrytule slowa "praba", ktare ma chyba za 
zadanie zwieSc kryrykaw na rozwazania nad eseisrycznym charakterem ksi:}zki Stasillka, 
do czego on sam zreszq co i raz kusi. "Nie jest to dziennik intymny, tylko kronika pew- 
nej formacji duchowej" - zapewnia nas ironicznie narrator. Ocz}'\viScie, ze nie jest to dzien- 
nik intymny, co najwyzej proza wspomnieniowa, ale mozna uznac t
 ksiC}zk
 takze za cos 
w rodzaju wlasnie szkicu 0 pewnej formacji duchowej. Gdybysmy wi
c midi pajsc tym 
tropem, to prosz
 bardzo, Stasi uk sam nam tu podsuwa stosowne nazwy i poj
cia: "In- 
teresowala nas strata. Ostarnie takie pokolenie", "Mentalnie bylem postmodernisq. Dzie- 
ci
ca choroba postnowoczesnosci", "Mysl
, ze to byly ostarnie dni humanist)'cznej 
kultury. Ciesz
 si
, ze udalo mi si
 zalapac. Jesien nowozyrnoSci". To ostarnie haslo brzmi 
bardzo chwytliwie: jesien nowozyrnoSci. Czyzby Stasiuk zamierzal zostac copywriterem 
polskiej humanistyki? 
Odsuwaj
c jednak zany na bok, powiem, ze Stasi uk nie przedobrzyl (a magi) i nie prze- 
sadzil z sarkazmem (tez magi); napisal wprawdzie ksiC}zk
 poprawn
 polirycznie (nie jll- 
dz
q), ale jest to rzecz napisana w starym, dobrym prozatorskim stylu, ktary u Stasiuka 
wypada tylko cenic, cenic - a nigdy przeceniac. 


Maria CyranOJvicz 


Andrzej Stasiuk, Jak zostalm-, pisarzm-l (pr6ba atltobiografii illtelektllalne}J, Wydawnictwo 
Czarne, Czarne 1998. 


200 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
NOTY 


* 


J est to ksiC}zka, ktora powinna wywrzee wplyw na mlodych poetow polskich - wplyw 
tym bardziej tworczy, gdyz Paul Celan, poeta wlaSciwie nieprzekladalny, stawia tak przed 
czytelnikami i tlumaczami, jak - i to przede wszystkim - przed swoimi konrynuatorami 
zadania najtrudniejsze. Niewidu wi
c pojdzie t
 drog
. 
Prezentowany tom Cdana, jak dot
d najpelniejsza prezentacja jego tworczoSci w Pol- 
sce, stanowi ulozony w kolejnoSci chronologicznej i w wersji dwuj
zycznej wybor jego 
wierszy (niektore w wariantow)'ch wersjach przekladow), tekst prozC} i dwie mow)', uzu- 
pelnione przypisami oraz "Z kalendarium z)'cia i tworczoSci Paula Cdana" i "Zamiast 
poslowia" autorstwa Ryszarda Krynickiego. 
Autor wyboru i opracowania, a takze tlumacz wi
kszosci wierszy, znakomity poeta Ry- 
szard Krynicki zajmuje si
 tlumaczeniem Cdana juz od ponad dwudziestu lat. Oprocz 
swoich tlumaczen przedstawil przeklady pi
tnastu tlumaczy, w tym Baranczaka, Karpo- 
wicza, Leca, Przybosia, Przybyl aka, Sluckiego i \Virpszy. VV "Zamiast poslowia" uzasad- 
nia, dlaczego dokonal takiego, a nie innego wyborn. Jezeli ma si
 do czynienia z wierszami, 
w ktorych "poprzez niezwykl
 kondensacj
 i skupienie znaczen, doswiadczen i przezyc 
przybliza si
 cz
sto do granicy tego, co w poezji, czy w ogole w literaturze, mozliwe jest 
do wyrazenia", a takie s
 wiersze Paula Cdana, rzeczywiScie tylko lepszy przeklad moze 
bye najlepszC} krytykC} przekladu juz istniej4 ce g o . 


[(.Af. 


Paul Cclan, Utwory u'ybrane, seria Pisarze jfzyka niemieckiego pod patronatem Karla Dedeciu- 
sa, wybor i opracowanie Ryszard Krynicki, Wydawnicrwo Litcrackie, Krakow 1998. 


* 


W styczniu br. ukazaly si
 w USA w twardookladkowym wydaniu Poems ofGl'zegorz 
"YZlsial- wierszc Grzegorza Musiala zebrane z dwoch wydanych w Polsce tomikow Ber- 
liner Tagebtlch (1989) i Smak popiolu. (1992), w przekladzie amerykallskiej poetki Lii Pur- 
pury. Tom rekomcndowany notami wybimego, nic;l;
lC}cego ad pam lat poet)' amerykaf1skiego 
Williama StatTorda, poety i wykladowcy Uniwersytctu Princeton Geralda Sterna oraz pre- 
zesa Amerykallskiego ZwiC}zku Thlmaczy Daniela \Vcissborta. Obszerny wst
p, b
dC}cy 
wlasciwie esejcm 0 dziejach poczji polskicj w ostatnich 200 latach, jest piora Johna Ba- 
tcsa, profcsora Insrytutu Slawistyki Uniwersyreru w Glasgow. \Vedlug Statlorda wiersze 
Musiala "sC} podobne do rzeib w drewuie" i przez "skupienie na wewn
trznym znacze- 
ni u rzeczy" udcrzaj
 "sitc} mitoki do smiertelnego swiara". 


L.P. 


Poems of Grz(lforz Mllsial. Berliner TagcbtlclJ and Taste of Ash, Associated University Presses, 
Cranbury Ncw Jersey, 1998. 


201
>>>
* 


I dzieli nas woda wiecznosc milczenie widokow 
nidmiertelnosc i dzicli nas niedotykalny blask 
ziemia marszczy si
 dygocze plyn'1 todzie ptynie 
struzka mleka ptynie tza kropla wosku kropla krwi 
kropla potu odradza si
 miasto na sekund
 przed 
smierci'1 przed wniebowst:}pieniem zanim wzbije si
 
kurz zanim cien zarzuci SW'l sid jeszcze walczy 
jeszcze promienieje. Unieruchomiony stoj
 moje 
oczy pton'l. 


Przeszlosc i wynikle z niej wspomnienia s.} (dla niektoryeh zywyeh) zabawnym i ana- 
ehronieznym dobarwieniem terazniejszoSci. Korekt} indywidualnyeh upodoban i prze- 
fiokowaniem ieh na stadne. Przeszlosc jest dla nieh niepotrzebn
 konwenej
, zbyteeznym 
dodatkiem do uciesznej egzysteneji, jej przezytkiem i 0 tej prmvdzie mowi.} wiersze Ja- 
roslawa Klejnoekiego. 
\V pl}taninie sprzeeznyeh edow i niespreeyzowanyeh zamierzen, powraea w wierszaeh 
myslC} do nieistniejC}eej przeszloSci, leez stwierdza, ze nie ma jej, jak nie ma tej samej \\'0- 
dy. Czlowiekowi grozi wi
e dobrowolne przystanie na rezygnaej
 z marzen. Zgoda na 
wlasny upadek. 
Czlowiek naiwny, zawieruszony w morderezyeh nadokaeh gonitw za "profitami", nie 
zyskuj}e nie, traei to, co mial, dusz
, osobowose, swoj niepowtarzalny gust pozwalaj
- 
ey mu orienrowac si
 w zakolaeh zyeiowyeh drog i rozrozniac dobro od zla. 


Poezja najwyzszej proby jest ryzykownym przedsip\'zi
ciem od zawsze. Jest nieprze- 
rwanym draznieniem odbiorey, eksperymentowaniem z jego eierpliwoSci}. Dla poety mi- 
strzem jest w tym tomiku znawea diwi
kow dorykanyeh swiadem, tworea wnc;trz 
dekorowanyeh uezueiem - Vermeer Van Delft:. Krajobrazy z miast i portrety z ludzi, nic 
S} ru reprodukej} mam\'}'eh faktow: SC} kompozyejami stworzonymi z wlasnyeh, a wi.;e 
autenryeznyeh, a wi
e "nie upozowanyeh" przeiyc. Pami
c 0 ei}gloSci zdarzell pozwa- 
la mu miee nadziej
 na kontynuaej
 tej problematyki i tyeh retlcksji, ktoryeh slady od- 
najduje u Vermeera, a ktoryeh dotkliw} nieobeenosc odezuwa na co dziell. \V wicrszu 
Plac Konstytttcji, szosta rano ujmuje to tak: 


Mysl 0 przesztosci gll;bsza niz fundamenry kamien 
stabszy niz niejedno zycie. Zadnych scnrymcnt6w. 
A w wierszu Dla Achillesa Tatiosa stwierdza: 


To juz ostatnia walka, Achillcsic. Twoja pieSl} 
radosci; mojc epitafium. 
Epitafium nieuehronnego odehodzenia swiata eiszy w zgidk. 


Malarskie dokonania s} w tym zbiorze ieh wsp6kzesnym uzupdnicniem i kanwC} za- 
razem, pretekstem do kontynuowania zdarzen "zatrzymanyeh" przez nicprzejednany ezas, 
inspiruj} poetyekie zapisy, bo mi
dzy tym, co widzi kronikarz mgiel potoeznie zwany 
arrysq, a tym, ezego nie dostrzega, przestrzeni si
 poezja, srozy siC; egzystenejalne la- 
rum, bez ktorego nie ma kolorowej rzcczywistosci ulozonej \\' pogod
 map. Lccz obra- 
zy Vcrmeera S} dla poety punktcm wyjScia do rozwazall 0 szczcgolnych sytuacjach, 
w jakieh znaleic si
 mogC} lub w jakie uwiklani S} zjadaezc ehleba, zamiejseowi rubrlcy 


202 KWARTAL
IK IARTI YSTYCZNY
>>>
czasu "niebylego", stwory odchodz
ce w zbiorow
 amnezj
. Autar mowi, ze czlowiek 
nie jest odseparowany od otoczenia. Jest zwierz
ciem spolecznym. Tyle ze spoleczen- 
stwo to poprzez egoizm i autyzm, zmierza do zguby; jakie otoczenie, takie spoleczen- 
stwo. Zarowno cztowiek Vermeera, jak cztowiek przedstawiony w wierszach, nie s
 
postaciami zastygtymi, udrapowanymi \V brak sensu swojego zycia. Wyrazaj
 sob
 ruch, 
wol
 istnienia. Lecz jakze inny ruch i jakze odmienna wola prowadz
 ich do celu! Ver- 
meerowski cztowiek jest utadzony z zyciem, ktore prowadzi, jest dopasowany do niego, 
"zamyslony 0 nim w sposob czuty i pogodny", wyraza sob
 syte zadowolenie, cztowiek 
u Klejnockiego jest sfrustrowany, zbulltowany, zdesperowany wtasnC} bezradnosci
. Przy- 
szto mu bowiem pelnie pozegnaln
 rol
 w swiecie niedzisiejszych pewnoSci, stuchae wni- 
kliwych rozmow 0 niczym, bye uczestnikiem i swiadkiem krasomowczej pl
sawicy, widc 
rajski przebyt na wysypisku awaryjnych, zast
pczych, "pragmatycznych", przekonan. 
Zaczyna swoje "poezjowanie" od wiersza 0 !\1alcolmie Lowrym, a konczy przejmujC}- 
cym, dojrzatym i zmuszaj
cym do zadumy - 0 Niccolo Machiavellim. Pomi
dzy nimi to- 
czy si
 filozoficzny spor 0 zycie, lecz jego deprymuj
ca wymowa nie wszystkim odpowiada; 
istniej
 ludzie pasjami uwielbiaj
cy blome k
piele w Styksie, ludzie odporni na rozumo- 
we racje, fanatycy wierz
cy w bezkarnose swoich t
sknot, podczas gdy wiadomo, ze za 
"nidormalne" posiadanie ochot i pragnien, pobierany jest podatek od rozczarowania. 


M.]. 


Jarostaw KJejnocki W drodze do Delft, "Open", Warszawa 1998. 


* 


Przywotuj
 obraz magika: do kapelusza 
wktada litery, a wyjmuje got
bie. 
(... ) 
Kaidy wiersz zamyka jakis 
swiat przytapany na gorqcym 
uczynku tr\\'ania 


Poeci trudni 4 si
 przenikliwoSci
 - i wyr
czajC} w tym nas, czytelnikow ich wierszy. To 
na ogot i prawie niemal znana prawda. Myslenic 0 rzeczach, sprawach, zagadnieniach nie- 
jasnych, zawitych i sprytnie dwuznacznych, bylo i nadal jest obowi
zkiem poetaw, zwlasz- 
cza gdy globalncj wiosce wypada drugi, milenijny z
b m
droSci, a swiatem poczynaj
 rz
dzic 
geny, komiksy i internety. 
\V tym pows7cchnym rozmydleniu kryteriow i gremialnym zauroczeniu bezsensem, 
remownie jest przycupn
c nieopodal swojej mentalnoSci i powiedziee sobie, ze nie wszyst- 
ko zloto, co si
 swieci. Czyni tak Miroslaw Dzien. Proponuje dwa wiersze 0 roznicach 
\V tym samym, przedstawia do wyboru dJ1'ie 1versje problem", daje adresatowi alternaty- 
\V
: w j ak 4 opcj
 wierszyka sobie klikniesz, tak
 rzeczywistose b
dziesz sobie miat, a co 
z niej zrozumiesz, to twoje i nie garb si
. 
Okazuje si
, ze dysponujemy rzeczywistoSciC} rozmytych pewnikow, rzeczywistoSci
 de- 
mokratycznie stuszn
, woln.} od zdrowego ro7s.}dku, niezalezn4 od stanu faktow, ale zwi:}- 
zan
 ze st.U1cm naszcgo umystu. 
!\1iroslaw Dzien zwraca nam uwag
 na to, ZC w tak l.U1drynkowej i obosiecznej rze- 
czywistosci, w ktarcj prakt)'cznie wszystko jest uzasadnionc i warianto\\'o mozebne, mi
- 
dzy bye, a mid, nic istniejc spor, bo swiat posta\\'it na posiadanic. \Vedhlg logiki koncz
cego 


203
>>>
si
 wieku i pesymistycznych prognoz na nadchodz;}cy, bye potrafi byle idiota, natomiast 
mid, to gra warta swieczki. Mamy zatem dwie lewe cZ
Sci jednego medalu; klarowne, 
jak sadzawka z ekologicznie brudn
 wod
. 


M..J. 



lirosta\\' Dzien, CierpliJvofi, Wydawnicrwo "Open", Warszawa 1998. 


* 


Nie ma w literaturze polskiej dzida podobncgo do tej trzycz
Sciowej powieSci Louisa 
Ferdinanda Ctline'a: Z zamku do zamku (1957), Nord (1960) i Rigodon( 1962) - ktorej 
pierwsza cz
sc wlasnie ukazala si
 po polsku, w dumaczeniu Oskara Hedemanna i z je- 
go interesuj
cym poslowiem. Bez w
tpienia na rozpoznanie dokladniejsze, nii pozwala 
krotka nota, zasluguje to nieslychane dzido. PieSll, czy krzyk rozpaczy, czy fajerwerk go- 
ryczy i ironii, czy wreszcie istna symfonia kalumnii, jakimi po wojnie - oskariony 0 ko- 
laboracj
 z Niemcami, opuszczony przez wszystkich, nawet przez pacjcntow, wyszydzonv 
i znieslawiony obrzuca swiat - w tym zwlaszcza wspokzesny sobie francuski mOllde lite- 
racki (na czele ze znienawidzonym Sartre'm, ktorego nazywa Smarktre'm). Przej
ci q 
lektur
 i pelni obaw, co czekaloby polskiego Ctline'a, gdyby podobny journal intime uka- 
zal si
 nad \Visl
 (Stos? mord skrytobojczy? rozwloczenie kOllmi?) sygnalizujemy tylko 
ukazanie si
 w Polsce - i gor
co polecamy lektur
 - tej ni to powieSci, ni dziennika, au- 
torstwa jednego z najpierwszych francuskich pior XX wieku. 


..H.B. 


Louis Ferdinand Ccline, Z zamku do zamku, dum. Oskar Hedemann, Swiat litcracki, Izabclin 
1998. 


* 


Kolejny cymes literacki, ktory polskiej publicznoSci zafundowala Biblioteka Klasyki 
Wydawnicrwa Dolnosl;}skiego: Skora Curzia 1\falapartc, w znakomicie czytaj'lcym siC; 
przekladzie Jaroslawa Mikolajewskiego. Kaidy, kto si
gnie po te; ksi'lzk
, a w dawnicj- 
szych latach zapoznal si
 z Kaputt - najslynniejsz
 powidci'l tego wloskicgo pisarza 
niemieckiego pochodzenia, protestanta, a przcd smierci;} - katolika, faszysty, a wkrotce 
najzagorzalszego alianta wyzwalaj
cych Wlochy Amerykanow - dobrze wie, z jakiej 
klasy proz} b
dzie mial do czynienia. Czy proz
? J
zyk Malapartego jest wszak cZ
Sci
 
tego fenomenu literackiego, ktoremu jakie trudno nadac adekwatne imi
. Proza po- 
erycka? Poemat narracyjny? Pidn? Ten j
zyk miejscami przypomina Joyce'a - jakby sta- 
le zag
szcza si
 i rozrzedza, faluje jak morze wokol Ncapolu, wstrz
sanego 
wybuchami, jak ludzka rzesza, miotaj
ca si
 w zaulkach miasra wydancgo na past\\'
 
smierci i zniszczenia, ale to j
zyk zarazem okrutny i dosadny. Bezlitosnie "biologicz- 
ny", ktory nagle ucieka w olbrzymie czystc niebo od dymi 4 cych stert trupow, zakgaj'l- 
cych place Neapolu, od piekla najdzikszej rozpusty i wynaturzcnia - w kaprysnc, wij
ce 
si
 leniwie rozmowy w neapolitanskim palacu, gdzie jeszczc celcbruje si
 wina i desery, 
zanim podmuch smierci nie wtargnie i tu, w ostatnie bastiony gin
ccj cywilizacji. 


204 K WAR TAL 
 I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Malaparte zarliwie optakuje t
 zagtad
, ale i nagle staje si
, w jakims niespodziewa- 
nym cdnym dialogu, chtodnym obserwatorem, czy nawet - patoanatomem, zimno ko- 
mentuj
cym wytaniaj
ce si
 z otoczenia znaki z jednej strony choroby i smierci, a z drugiej 
- sity i odrodzenia. Nie jest to wi
c ksi
zka tragiczna, epatuj
ca (co cz
sto zarzuca si
 
Malapartemu) najbardziej wyszukanym okrucienstwem i perwersjami, gdyz - jak bystro 
zauwaza w swym postowiu tlumacz - coraz gt
biej wierz
cy, w miar
 swiadkowania 
okropnoSciom wojny, nadaje Malaparte swej opowieSci konstrukcj
 odpowiadaj
q zbaw- 
czemu porz
dkowi swiata. W ktorym "przyszta normalnosc musi wytopic si
 w ogniu te- 
razniejszoSci", a smierc Ncapolu b
dzie miata charakter odkupienczy, prowadz
cy jego 
micszkancow i mieszkal1cow catej Europy do zmartwychwstania. 


M.B. 


Curzio Malaparte, Skora, \Vydawnicrwo Dolnosl'1skie, Wrodaw 1998 


* 


W pi
q rocznic
 smierci \Vitolda Lutostawskiego otrzymalismy pi
kny prezent: Post- 
scriptum - wybor wypowiedzi widkiego kompozytora 0 roli artysty oraz przesztoSci, obec- 
nej sytuacji i przysztosci sztuki. Ksi
zka jest starannie skomponowana, na wzor uprawianej 
przcz Lutostawskiego "formy lancuchowej". \V cZ
Sci I zebrane s
 fundamentalne wy- 
powiedzi, skladaj
ce si
 na swoiste credo Jrtysty: Lutostawski mowi 0 swoim pojmowa- 
niu muzyki, 0 zagadnieniu prawdy w dzide sztuki, 0 natchnieniu i 0 powinnoSciach 
kompozytora. \V cZ
Sci II te pogl
dy przedstawione s
 w bardziej szczegotowych wypo- 
wiedziach. W cZ
Sci III, ktora jest kontynuacj
, Lutostawski mowi 0 swoich mistrzach, 
o wolnoSci w sztuce, 0 ocenianiu dzid, 0 komentowaniu muzyki i 0 "dzwi
kowej sza- 
ranczy". Catosc poprzedzona jest wst
pem Krzysztota Meyera i szkicem J ulii Hartwig. 
\Vitold Lutostawski to jedcn z najbardziej fascynuj;}cych artystow XX wieku. Jego nie- 
zwykt
 cech
, 0 ktorej mowi, przytoczony przez Meyera, Olivier Messiaen, byt nieustan- 
ny rozwoj \V gl
b, nigdy powierzchO\\11Y, czy pommy. Byt i jest dla wietu mistrzem i autorytetem 
moralnym. 
Ksi
zka wydana przez "Zeszyty Literackie" stanowi wazne dopowiedzenie do znako- 
mitych ksi 4 zck Tadeusza KaczYl1skiego (tom "Rozmow..." i IX tom Historii 11ltlz},ki po/- 
skie)), Bohdana Pocieja (LlItoslaJVski a wartosc mu:::.yki) i Charlesa Bodmana Rae (Muzyka 
LlItoslaJJ'skiego). 


K.Jf. 


Wirold Lutostawski, Postscript1l1ff, \\1'bor i opracowanie teksrow: Danura Gwizdalanka 
i Krzys7tofMcycr, Fundacja "Zcszyt6w Literackich", Warszawa 1999. 


205
>>>
KOMUNIKATY 


Klub S\\iat Ksi
zki rozpoczyna wydawanie nowej serii ,.Pojedynki Literackie".lvfa 
on.1 przedstawiac ksi:}zki, ktore ze sob;} polemizuj
, przynosz
 odmienne wizje tej 
samej idei, epoki, wydarzenia, postaci... Spojrzenie na to samo zjawisko z dwoch 
roznych punktow widzenia zmusza do wyrobienia sobie wlasnego pogl:}du. 
W pierwszej parze do pojedynku stan
 NiemceJVicz od przodtl i tyltl Karola Zby- 
szewskiego i Stanislmv August Stanislawa Cata Mackiewicza. 
Kazdy projektodawca zrealizowanego pomyslu na dwic ksi...}zki do scrii "Pojedyn- 
ki literackie" otrzyma od \Vydawnictwa Swiat Ksi}zki honorarium w wysokoki ty- 
si
ca zlotych. 
Propozycje prosz
 nadsylac na adres wydawnictwa: 


Klub Swiat Ksi.}:iki 
ul. Roslona 10, 02-786 \Varszawa 
(z dopiskiem "Pojedynki literackie") 


II Ogolnopolski Konkurs Poetycki 
im. Rainera Marii Rilkego 


na zestaw pi
ciu niepublikowanych wierszy (w pi
ciu egzemplarzach). Jury przyzna 


PoetyckC} Nagrod
 Rainera Marii Rilkego 


w wysokoki 2500 zl oraz trzy wyr6znienia. Konkurs ma charakter otwarty, bez 
ograniczen wiekowych i wymagan tematycznych. Utwory nalezy opatrzyc godkm, 
a w zaklejonej kopercie, sygnowanej tym samym godlem, przeslac nast
puj:}ce da- 
ne: imi
 i nazwisko, dokladny adres, numer teldonu. Wiersze nalezy przeslac do IS 
pazdziernika 1999 roku na adres: 


Dwumiesi
cznik Literacki "Topos" 
Towarzystwo Przyjaci61 So potu 
ul. Czyiewskiego 12 
81-706 Sopot 
(z dopiskiem na kopercie "Konkurs") 


U roczystosc wr
czenia nagrod odbc;dzic siC; w gmdniu 1999 roku w Sopocic i b
- 
dzie pol:}czona z organizO\van'l razem z Instytutcm Filologii Germanskicj Uniwcrsytetu 
Gdanskiego sesj,! naukowo-literack:} p05wic;con:} zyciu i tw6rczosci R.
1. Rilkego. 


206 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
Prezydent Miasta Sopotu oraz redakcja Dwumiesi
cznika Literackiego "Topos", 
oglaszaj
 konkurs otwarty dla mlodych autorow na esej krytyczny (dopuszczalne for- 
my: szkic, recenzja, rozprawa), poswi
cony wspolczesnej kulturze, pod t)'tulem: 


Granice sztuki - sztuka bez granie 


Organizatorzy pozosta\\'iaj
 swobod
 w wyborze tematyki i dziedziny sztuki. Na 
konkurs nalezy przeslae prace nigdzie nie publikowane. Hose prac dowolna. W kon- 
kursie mog
 brae udzial osoby, ktore nie przekroczyly 30 roku zycia. L
czna suma 
nagrod - 2000 zl. 0 podziale tej kwoty zadecyduje jury. Prace nalezy nadsylac w ter- 
minie do 15 sierpnia 1999 roku na adres: 


Wydzial Kultury Urz
du Miasta Sopotu 
ul. Kosciuszki 25/27, 81-704 Sopot 
(z dopiskiem na kopercie: "Konkurs na esej") 


Kazda praca powinna bye przeslana w pi
ciu egzemplarzach i opatrzona godlem. 
\V zal
czonej kopercie, opatrzonej tym samym godlem, nalezy podac nazwisko 
i imi
, adres (tdefon), ewentualny dorobek krytyczny oraz wiek autora. 
Roz\\'i
zanie Konkursu i uroczystc wr
czenie nagrod nast
pi 8 paidziernika 1999 
roku w rocznic
 nadania praw miejskich Sopotowi. 


20 7
>>>
KVVARTALNIK 

VSTVCZNV 


PRENU!vlERATA ROCZNA 


krajowa: 25 zl 
zagraniczna: 30 $ USA. 


Cena numeru archiwalnego 
6 zl (8 S USA) 


\Vplaty prosimy kierowac na KONTO: 
W ojew6dzki Osrodek Kultury 
PBKS II 0 jBydgoszcz 
11001034-902 779-2101-111-0 
"Kwartalnik Artystyczny" 


TYLKO PRENUMERATA 
zape\vni stale otrzymywanie 
"Kwartalnika Artystycznego" 


Nr indeksu 36294 
ISSN 1232-2105 


Utworow nie zamowionych rcdakcja nic odsyta. 



 Copyright by "KWARTAL
IK ARlYSlYCZNY, KUJAWY 
I POMORZE", Bydgoszcz 1999 


Druk: Color Print, Bydgoszcz, tcl.: 345-22-35 
Sktad: FUP, Bydgoszcz, tel. 341 18 79 


208 K WAR TAL N I K IA R T I Y STY C Z N Y
>>>
BIBLIOTEKA KWARTALNIKA ART STYCZNEGO 


Grze orz Musial 
Ai FINE 


1 


, 


Krzys7tof 
\1
 
 kowski 


(
 
. 
\ 
. 


 


FUNEBRE 


Jarn......w 
I\k'jnK'ki 


z 
.. 
.. 
o 


\\ IRODZF. 
DO DELFT 


\tichal Glo" in:-.ki 


. 


t 


Z 
III 
Q. 
o 


CZARNE 
SEZONV 


Piotr 

tatY''' ic(.:ki 


z 
.. 
Q. 
o 


7-. YCZAJ N A 
S11\1BOLlCZNA 
PRAWDZIW-\ 


\liro
l.m 
Dl'ien 


.... 


'yo 


.. 


. 


CIERPLI\\ OS(
>>>
. 
. 
. 
0" 
.. 
 
I , 
, 
.. 
 . 
. . 
.. t 
 

 j 
. , 
. , 
'tr, 
,.. 
. 
. "- 
f' - . 
\ fa . . 
... It' I .. .... 
',r 1 
. . 
...'- 
" . 
..' 
, ... 
-. 
,'. .. . 
-, 
. 
.. 
. 
, . --...... 
....- 
: , I.. · 
 
. , 
. " 
. " . 
. . 

 - ." '. 
.. '. 

 
\ , 
A , 
'" 

 . ) .. 
-. " 
. , 
'0 . 

 . . 
 . 
. - 
:-6 i 01 
, ;, 
, ... 

.. . 'Ii: ... "- 
, or 


. 


. 


. 



 


'0 


. 


, .0 


: 


, 


.. 


. . 


Weks 36294 


ISSN 1232-2105 


Cena 7 z 


.. 


.. 


--
>>>