Archiwum Emigracji : studia, szkice, dokumenty Z. 10 (2009)

ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DUKUMENTY 


ROK 2009 


ZESZYT (1) 10 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
roR
 2
>>>
-
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI
>>>
W poprzednich zeszytach m.in.: 


Czesław Miłosz, Bieliński ijednorożec 
Jan K. Kapera, Od Guggenheim Museum do Currier Gallery. Jan Lebenstein - Kronika Amery- 
kańska 
Ryszard Lów, Literatura połska w przekładach hebrajskich 
Czesław Miłosz, Wiełkie pokuszenie. Dramat intełektualistów w krajach demokracji łudowej 
Tymon Terlecki, Głos diabełskiego adwokata (w sprawie literatury na emigracji) 
Jerzy Malinowski, O małarstwie Leona Weissberga 
Lajos PaIfalvi, Recepcja Józefa Mackiewicza na Węgrzech 
Tymoteusz Karpowicz, Władca wyspy czystej świadomości. O poe
ji Zdzisława Marka 
Magdalena Szwejka, Sztuka religijna Adama Kossowskiego 
Wojciech Ligęza, Obrazy domu w twórczości Czesława Bednarczyka 
Wacław Lewandowski, Miłosz i nacjonalizm 
Stanisław SzukaIski, Niemy śpiewak. Rozdział z autobiografii 
M.AS, Emigracja i SB - jeden dokument, wiełe pytań 
Krzysztof Cieszkowski, The Tate Gallery and Połand 
Listy A. Bobkowskiego i K. A. Jeleńskiego do M. Grydzewskiego, ]. Kosińskiego do ]. Chałasiń- 
skiego, M. Wertenstein do K. Kott, ]. Stempowskiego do ]. i W. Kościałkowskich, W. Gom- 
browicza do T. Terleckiego oraz korespondencja M. Chmielowca z H. Elzenbergiem, listy 
różnych osób do M. Modzelewskiej 
Rozmowy z Z. Michałowskim, S. Frenklem, ]. Czapskim, W. Gombrowiczem, ]. Nowakiem- 
-Jeziorańskim, Cz. Miłoszem, B. Taborskim, ]. Giedroyciem, W. Iwaniukiem i K. Wierzyń- 
skim, ]. Baranowską, A. Kossowskim 
Wspomnienia m.in. o: T. Karren-Zagórskiej, T. Nowakowskim, M. Reszczyńskiej-Stypińskiej, 
]. Kowalewskim, T. Wittlinie, Z. Broncelu, R. Kowalewskiej, K. Brandysie, S. Kotwiczu, 
A. Bogusławskiej,]. Kotcie, P. Łabużku (Baro), E. Neusteinie, T.]. Nowackim,]. Eichle- 
rze, Ł. Gliksman, A. Tomaszewskim, Rafaelu Chwolesie, Januszu Eichlerze, Natanie Gros- 
sie, Janinie Kościałkowskiej, Mieczysławie Paszkiewiczu, Oldze Scherer, Witoldzie Leitge- 
berze, Tadeuszu Żenczykowskim 


Redakcja: 
Beata Dorosz, Zbigniew Girzyński, Jarosław Koźmiński, Joanna Krasnodębska, Wa- 
cław Lewandowski (z-ca red. naczelnego; historia literatury), Rafał Moczkodan (se- 
kretarz redakcji), Jan W. Sienkiewicz (historia sztuki), Anna Supruniuk (źródła i do- 
kumenty), Mirosław A. Supruniuk (red. naczelny), Mariusz Wołos (historia) 


Naukowa Rada Redakcyjna: 
Swietłana Czerwonnaja (Rosja), Anna Frajlich (USA), Jerzy R. Krzyżanowski (USA), 
Wojciech Ligęza, Józef Olejniczak, Krzysztof Pomian (Francja), Dobrochna Ratajczakowa
>>>
ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2009 


ZESZYT 1 (10) 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORUŃ 2009
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
ŹRÓDŁA I MATERIAŁY DO DZIEJÓW EMIGRACJI POLSKIEJ PO 1939 ROKU 


XXXIII 


Pod redakcją 
IStefanii Kossowskieil i Mirosława A. Supruniuka 


Projekt okładki: Mirosław A. Supruniuk 
Rysunek na okładce: Stanisław Frenkiel 


Artykuły przeznaczone do kolejnych numerów pisma powinny być przesyłane w dwóch egzemplarzach 
wraz z krótkim streszczeniem (w miarę możliwości w j. angielskim) oraz wersją elektroniczną na adres: 
Archiwum Emigracji, Biblioteka UMK, Toruń 87-100, ul. Gagarina 13, p. 225, Poland 
tel. (4856) 6114391,6114398, tel.lfax (48 56) 6520419 
e-mail: Archiwum@bu.uni.torun.pl 
hUp:/ /www.bu.uni.torun.pl/Archiwum _ Emigracji 


Recenzent: 
Mariusz Zawodniak 


@ Copyright by Archiwum Emigracji, Toruń 2009 
@ Copyright by Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2009 


ISBN 978-83-231-2385-9 


8 


WYDAWNICTWO NAUKOWE 
UNIWERSYTETU MIKOŁAJA KOPERNIKA 
Redakcja: ul. Gagarina 5,87-100 Toruń 
tel. (4856) 6114295: fax (48 56) 6114705: e-mail: dwyd@umk.pl 
Dystrybucja: ul. Reja 25,87-100 Toruń 
tel.lfax (48 56) 611 4238: e-maił: books@umk.pl 
www.wydawnictwoumk.pl 
Druk i oprawa: 
Drukarnia Cyfrowa UMK 
ul. Gagarina 5,87-100 Toruń, tel. (4856) 611 22 15
>>>
SPIS TREŚCI 


HISTORIA LITERATURY 


Mirosław A. Supruniuk, Literatura wielu emigracji - wstęp ...................................7 
Pen in Exile: 
Robert Vlach, Czeska literatura emigracyjna...................................................... 11 
Zbigniew A. Grabowski, Polska literatura emigracyjna..................................... 13 
Raimond Kalk, Estońska literatura emigracyjna ................................................21 
Janis Andrups, Literatura łotewska w zmieniającym się świecie......................... 24 
Alfonsas Nyka-Niliunas, Litewska literatura emigracyjna.................................. 28 
Frantisek Vnuk, Słowacka literatura emigracyjna ..............................................30 
E. G. Kostetzky, Ukraińcy-literatura emigracyjna.......................................... 33 
Redakcja "Areny", Rumuni.................................................................................. 36 
Anna Mieszkowska, Biograficzny romans, czyli cuda życia emigranta z wyboru. 
Fryderyk Jarosy (1889-l960) autor nie napisanych wspomnień z życia wśród 
polskiej emigracji w Londynie............................................................................. 40 
Jerzy R. Krzyżanowski, Londyński "Pamiętnik Literacki "......................................51 
Karolina Famulska-Ciesielska, "Alija Gomułkowska ". Obraz odwilży w oczach 
Żydów - pisarzy polskich, którzy wyemigrowali z Izraela w latach 
1957-l958...........................................................................................................58 


HISTORIA 


Alicja Bieńkowska, Działalność Związku Pracy dla Państwa na Bliskim 
Wschodzie w czasie drugiej wojny światowe)...................................................... 73 
Anna Prokopiak-Lewandowska, "Jnstytutjednego człowieka" - Władysław 
Pobóg-Malinowski w okresie życia na emigracji. Przyczynek do biografii......... 91 
Paweł Libera, Mieczysław Grydzewski i " Wiadomości" w oczach Służby 
Bezpieczeństwa PRL.......................................................................................... 117 
Tomasz Mianowicz, W służbie "pierestrojki" po lO latach................................... 128 


HISTORIA SZTUKI 


Mirosław A. Supruniuk, Rzym w biografii Mariana Kościałkowskiego ................ 143 
Marian Kościałkowski, Szkice: 
Boże Narodzenie w malarstwie.......................................................................... 157 
O malarstwie...................................................................................................... 159 
Sztuka na rozkaz?.............................................................................................. 163 
Od Delacroix do Cezanne 'a............................................................................... 164 
Anna B. Rudek, Władysław Teodor Benda................................................................. 168 


ŹRÓDŁA I MATERIAŁY 


Wacław Lewandowski, Donosy na Józefa Mackiewicza........................................ 173 
Konrad Tatarowski, Hilary Krzysztofiak, audycja wygłoszona w RWE l3 kwietnia 
l 990 r. w ramach cyklu "Polish authors in exile" ............................................181
>>>
WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


Bożena Szałasta-Rogowska, "Było we mnie wiele tożsamości dramatycznych ". 
Bogdan Czaykowski (1932-2007)...................................................................... 187 
Czesław Karkowski, Logik, filozof języka, etyk. Henryk Hiż (l917 -2006)............ 190 
Jerzy R. Krzyżanowski, Andrzej Pomian (1911-2008). Wspomnienie .................. 193 
Paweł Stachowiak, Katolik" bez namaszczenia ". Wspomnienie o Antonim 
Pospieszalskim (19l2-2008) ............................................................................. 195 
Jan Zieliński, Elżbieta (Iza) Rufener-Sapieha (192l-2008)................................... 199 
Barbara Winklowa, Władysław Marcel Żeleński (l903-2006) .............................. 202 


RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI- LISTY 


Justyna Chłap-Nowakowa, Powrót Andersa (Generał Anders w poezji, oprac. 
A. K. Kunert, Halinów 2007; "Nasze granice w Monte Cassino... ". Bitwa 
o Monte Cassino w poezji 1944-l969, oprac. A. K. Kunert, Warszawa 2007; 
Domjest daleko. Polska wciąż jest blisko... Generał Anders ijego żołnierze. 
Katalog wystawy, Warszawa 2007) ...................................................................205 
Olga Orzeł, Grynberg i granice historyczności (Sławomir Buryła, Opisać 
Zagładę: Holocaust w twórczości Henryka Grynberga. Wrocław 2006)........... 209 
Rafał Moczkodan, Twórcy polscy w RWE (Violetta Wejs-Milewska, Radio Wolna 
Europa na emigracyjnych szlakach pisarzy. Kraków 2007) ..............................214 
Roman P. Smolorz, (Christian Pletzing, Marianne Pletzing [Hgg.], Displaced 
Persons. Fluchtlinge aus den baltischen Staaten in Deutschland. 
Miinchen 2007) .................................................................................................. 221 
Marian Pacholak, "Fondo Litwornia" ...................................................................226 
Konrad Tatarowski, List do Redakcji .....................................................................234 
Wacław Lewandowski, Odpowiedź........................................................................ 236 


Summary ..................................................................................................................... 238
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


HISTORIA LITERATURY 


LITERATURA WIELU 
EMIGRACJI - WSTĘP 


Mirosław A. SUPRUNIUK (Toruń) 


W bieżącym tomie czasopisma zamieszczamy szkice poświęcone aktywności i do- 
robkowi pisarzy z ośmiu krajów Europy Środkowej - Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, 
Czech, Słowacji, Rumunii i Polski - którzy w wyniku II wojny światowej znaleźli się 
na wygnaniu. Szkice przedrukowane są z czasopisma "Arena" wydawanego w latach 
1961-1964 przez The P.E.N. Centre for Writers in Exile, a później, do roku 1967, przez 
International Writers Fund of PEN. Stanowiły one, jak się wydaje, pierwszą próbę 
opisania narodowych literatur emigracyjnych frzez pisarzy, poetów i historyków lite- 
ratury zrzeszonych w organizacji PEN in Exile . "Arena" była czasopismem redagowa- 
nym przez Komitet Wykonawczy stowarzyszenia, w którego skład wchodzili m.in.: 
Pavel Tigrid, Paul Tabori, Peter Aigars, Gerd Helbemae, Jan Cep i Zbigniew A. Gra- 
bowski 2 . Redaktorem naczelnym periodyku został Paul Tabori, który pisywał również 
teksty historycznoliterackie. Ponieważ jednak każdy zeszyt czasopisma poświęcony był 
albo prezentacji literatury jednego narodu, albo rodzaju literackiego z uwzględnieniem 


1 W czasopiśmie ukazały się ponadto szkice poświęcone literaturom emigracyjnym: bułgar- 
skiej (1962 nr 9), węgierskiej (1962 nr 7), rosyjskiej (1962 nr 8) i hiszpańskiej (1963 nr 14), ale 
miały nieco inny charakter, prezentowały przekrój literatur wychodźczych od XIX stulecia. 
2 Skład Komitetu zmieniał się, poszerzany i uzupełniany o przedstawicieli różnych emigracji. 
W różnych latach należeli do niego m.in.: Konstanty A. Jeleński, Ivan Jelinek, Magda Kotanyi, 
Algirdas Landsbergis i K. G. Werner. Por.: S. Gostautas, In memoriam Ałgirdas Landsbergis, 
Lituanus. Lithuanian Quarterly Journal of Arts and Sciences 2005 vol. 51 no. 1 [on-line]. [Dostęp: 
grudzień 2008]. Dostępny w WWW: http://www.lituanus.org/2005/05_1_02.htm. 


7
>>>
pisarstwa w różnych językach, za zebranie tekstów do swoistych "narodowych antolo- 
gii" literatury emigracyjnej odpowiedzialni byli pisarze spoza Komitetu, którzy z cza- 
sem nawiązali z "Areną" bliższą współpracę, np. tom czeski zredagował Ivan Jelinek, 
a litewski Algirdas Landsbergis. W czasopiśmie ukazały się przekłady prozy i poezji 
wielu wybitnych polskich pisarzy tworzących na emigracji, wśród których byli m.in. 
Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz, Józef Wittlin, Stanisław Vincenz, Jerzy Stem- 
powski i Konstanty A. Jeleński. 
Wydaje się, że ok. roku 1966 czasopismo zmieniło swój profil i przestało repre- 
zentować pisarzy na uchodźstwie, jakkolwiek redaktorem naczelnym był nadal P. Tabo- 
ri, a wśród autorów występował Z. A. Grabowski. Najego łamach zaczęli pojawiać się 
pisarze mieszkający w krajach za żelazną kurtyną. Z początku były to wystąpienia na 
kongresach PEN International, ale już np. numer 26. z 1967 roku został w całości zre- 
dagowany przez autorów z PRL i wydrukowany w Polsce. 


The International P.E.N. Club Centre for Writers in Exile - w skrócie PEN in 
Exile - był organizacją pisarzy z czternastu zniewolonych narodów 3 Europy Środko- 
wo-Wschodniej i Półwyspu Iberyjskiego. W pracach stowarzyszenia brali jednak udział 
także pisarze z Chin, Wietnamu, Chile i Grecji oraz wielu innych krajów, w których 
rewolucje, zamachy, przewroty wojskowe i wojny powodowały zawieszenie lub zanik 
praw obywatelskich. PEN in Exile powstał w 1950 roku w Londynie 4 , choć odwoływał 
się do doświadczeń podobnych organizacji pisarskich z lat 30. (austriackiej i niemiec- 
kiej)5 oraz zwłaszcza PEN Clubów narodowych z lat wojny. Jednym z inicjatorów 
powstania stowarzyszenia pisarzy emigrantów w ramach International PEN była Maria 
Kuncewiczowa, mieszkająca wówczas w Wielkiej Brytanii. Powodem jej zaangażowa- 
nia była uchwała Międzynarodowego PEN zawieszająca działalność klubów narodo- 
wych funkcjonujących na wygnaniu od jesieni 1939 roku, wśród nich także polskiego. 
W efekcie uchwały, pierwszy powojenny Kongres PEN Clubów z całego świata, 
otwarty uroczyście 3 czerwca 1946 roku w Sztokholmie, obradował bez udziału pisa- 
rzy-emigrantów 6 . Polskę reprezentowała delegacja PEN Clubu z Warszawy, w której 
składzie byli: Jan Parandowski, Wiesław Rogowski i Antoni Słonimski. Decyzja Inter- 
national PEN spowodowała, że 31 lipca 1946 roku odbyło się ostatnie Walne Zebranie 
Polskiego PEN Clubu w Londynie. Część pisarzy dotąd zrzeszonych w PEN Clubie 
przystąpiła do tworzenia nowej organizacji zawodowej pn. Związek Pisarzy Polskich 
na Obczyźnie 7 , inni wybrali przynależność do klubów brytyjskiego i włoskiego. Po- 
dobnie postąpiły wszystkie narodowe PEN Cluby zrzeszające wychodźców z Europy 
Środkowo-Wschodniej. 


3 W oryginale: free writers of fourteen captive nations (Polacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, 
Rumuni, Bułgarzy, Litwini, Łotysze, Ukraińcy, Estończycy, Rosjanie, Albańczycy, Hiszpanie, 
Portugalczycy) . 
4 M. Kuncewicz, EJdłe without Tears, [w:] The PEN in Exiłe. An Anthołogy of Exiłed 
Writers, ed. by P. Tabori, London 1954, s. 14-16. 
5 N. Brunnhuber, Expłaining the Enemy: Images of German Cułture in English-Language 
Fiction by German-Speaking Exiłes in Great Britain, ł933-ł945, Seminar: A J ournal of 
Germanic Studies 2006 vol. 42 no. 3, s. 277-287. 
6 Organizatorzy Kongresu odmówili udziału w obradach Wiesławowi Wohnoutowi, który 
miał reprezentować pisarzy emigracyjnych. 
7 N. Taylor-Terlecka, O trzech zrzeszeniach pisarskich, Archiwum Emigracji. Studia - Szki- 
ce - Dokumenty 1999 z. 2, s. 44-46. 


8
>>>
Zabiegi Marii Kuncewiczowej oraz pisarzy emigrantów z Węgier, Czech i krajów 
bałtyckich, rozpoczęte w 1950 roku zaowocowały powstaniem organizacji współpra- 
cującej z brytyjskim PEN Clubem. W lipcu 1951 roku, Kongres Międzynarodowego 
PEN Clubu w Lozannie zatwierdził powstanie PEN dla pisarzy emigrantów w Londy- 
nie, a na kolejny Kongres International PEN w lipcu 1952 roku w Nicei zaproszono po 
raz pierwszy reprezentantów tych pisarzy-wygnańców do udziału w obradach. PEN in 
Exile składał się z oddziałów regionalnych, w których zrzeszali się pisarze różnych 
narodowości. W 1963 roku funkcjonowały oddziały w: Paryżu (do którego należeli 
m.in.: Ladislas Gara, K. A. Jeleński, Pavel Tigrid i Tibor Meray), Londynie (m.in. 
Peteris Aigars, Teodozja Lisiewicz, Maria Kuncewiczowa, Paul Tabori), Nowym Jorku 
(m.in. Paweł Majewski, Wacław Solski, Józef Wittlin, Aleksander Janta, Aleksis Ran- 
nit, Algirdas Landsbergis, Tibor Florian) oraz mniejsze w Szwecji, Szwajcarii, Niem- 
czech i Austrii. Prezydentem PEN in Exile przez pierwsze lata, aż do wyjazdu do USA, 
a później powrotu do Polski, była M. Kuncewiczowa. 
Przez lata PEN in Exile luźno współpracował z emigracyjnymi związkami pisarzy 
i artystów, dla których naturalnym partnerem były PEN Cluby narodowe w państwach 
osiedlenia. Największy i naj liczniejszy związek pisarzy-emigrantów - Związek Pisa- 
rzy Polskich na Obczyźnie - utrzymywał bliskie kontakty z brytyjskim PEN Clubem. 
Dopiero w 1972 roku nawiązał współpracę z PEN in Exile, ajej efektem były wspólne 
wystąpienia w sprawach sowieckich i litewskich dysydentów, np. Tomasa Venclovy, 
Andrieja Sacharowa i Aleksandra Sołżenicyna. 
PEN in Exile zmodyfikował swoją działalność i strukturę organizacyjną w chwili 
odzyskania niepodległości przez większość krajów Europy Środkowo-Wschodniej. 
W 1990 roku, na Kongresie International PEN w Moskwie, powstała The Writers in 
Exile Network zrzeszająca siedem narodowych PEN Centre, których członkami mogą 
być uchodźcy. Są to: American Centre, Canadian Centre, Danish Centre, German 
Centre, Norwegian Centre, Quebecais Centre i Scottish Centre. Obecnie istnieje też 
kilka narodowych PEN in Exile zrzeszających wyłącznie emigrantów, m.in. kubański, 
irański, kurdyjski i wietnamski. Ponadto pisarze-uchodźcy z krajów takich jak Afgani- 
stan, Albania, Algieria, Angola, Azerbejdżan, Bangladesz, Bośnia, Chiny, Kongo, Iran, 
Irak, Izrael, Jamaika, Kosowo, Nigeria, Palestyna, Sierra Leone, Somalia, Sri Lanka, 
Turcja, Uganda, Zimbabwe i wiele innych, należą do organizacji Exiled Writers INK 
działającej przy International PENs. 


Współpraca pisarzy zrzeszonych w PEN in Exile najpełniej realizowała się 
w działalności konferencyjnej, wydawaniu książek i czasopism literackich takich jak 
"Arena", a także w organizacji spotkań literackich, autorskich i dyskusyjnych oraz 
festiwali artystycznych. Liczne z nich dotyczyły zagadnień związanych z losami pisa- 
rzy oraz rolą i przyszłością literatury na emigracji 9 . Sprawozdania z takich wydarzeń, 
stenogramy dyskusji literackich, drukowane były na łamach "Areny". Nadto, PEN 
gromadził pisarzy-emigrantów wokół wydarzeń politycznych takich jak powstanie 
węgierskie 1956 roku, czy "praska wiosna'68" oraz apeli do władz krajów za żelazną 


s Internationał Pen [on-line]. [Dostęp: grudzień 2008]. Dostępny w WWW: http:// www. 
international pen.org. ukf 
9 Np. podczas spotkania International Executive of PEN w Brukseli, 3 maja 1962 r., PEN 
Centre for Writers in Exiłe zorganizowało dyskusję w European Cultural Centre z udziałem 
Margaret Storm Jameson, Juliana Gorkina, K. A. Jeleńskiego, Paula Tabori i George Urbana na 
temat "L' ecrivain en exile au monde d' aujourd'hui" (Arena 1962 nr 8, s. 124-138). 


9
>>>
kurtyną w sprawie więzionych pisarzy. Wspierał również przekłady literatur narodo- 
wych na języki krajów osiedlenia: angielski, francuski, duński, niemiecki i inne. 
Do naj ciekawszych wydarzeń wydawniczych należą dwa tomy antologii PEN in 
Exile, zredagowane przez Paula Tabori. Pierwszy z nich ukazał się w roku 1954 i zwie- 
rał nowele, wiersze oraz eseje 54 pisarzy z 14 krajów, zaopatrzone w biogram każdego 
z autorów, wśród których znaleźli się m.in.: Mircea Eliade, Ferdynand Goetel, Goerge 
Ionescu, Milos Cmjanski, Zofia Kossak, Antonio de Soto, Mieczysław Lisiewicz, Józef 
Mackiewicz, Roman Orwid-Bulicz, Andrew Guuershoon Colin, Tadeusz Wittlin, Pete- 
ris Aigars, Ivan Jelinek, Józef Wittlin, Salvador de Madariaga i Wit Tarnawski. We 
wstępie pt. A Making of a Book P. Tabori napisał: 


This is, by any standards, a unique book. Between its covers there are stories, poems 
and essays by writers of fourteen nationalities - a miniature United Nations where 
political differences and national controversies have been forgotten in the common 
cause. It is a book that was not edited but g r e w organically from the need to present 
the work of exiłed writers to the Western world. 


Drugi tom antologii ukazał się w 1956 roku i zawierał 11 esejów o emigracji, wier- 
sze 15 poetów oraz 25 opowiadań. W książce znalazły się teksty 14 pisarzy polskich: 
Z. A. Grabowskiego (także pod pseud. Axel Heyst), Jerzego Kuncewicza, Lwa Sapie- 
hy, Jerzego Niemojowskiego, Bronisława Przyłuskiego, Stanisława Balińskiego, Adol- 
fa Fierli, Heleny Heinsdorf, Janusza Kowalewskiego, Mieczysława Lisiewicza, Teodo- 
zji Lisiewicz, Józefa Mackiewicza, Herminii Naglerowej i Stefana Legeżyńskiego. 
Niektóre z esejów opublikowanych w antologiach, a także szkiców zamieszczo- 
nych w czasopiśmie "Arena", udostępnimy w "Archiwum Emigracji" w najbliższych 
zeszytach. Tymczasem prezentujemy blok niewielkich artykułów poświęconych historii 
i dorobkowi literatur poszczególnych emigracji. Chcielibyśmy, by stały się one wstę- 
pem do badań komparatystycznych nad pisarstwem wychodźstwa XX wieku.
>>>
PEN IN EXILE 


Robert VLACH 


CZESKA LITERATURA EMIGRACYJNA 


Być może łzawe pożegnanie Komeńskiego z ojczyzną, obecne we wszystkich cze- 
skich podręcznikach literatury jeszcze kilka dziesiątek lat temu, sprawiło, że tak mało 
autorów przy trzech kolejnych okazjach zdecydowało się na emigrację. Ani podczas 
pierwszej i drugiej wojny światowej, ani w roku 1948, po przejęciu władzy przez ko- 
munistów, Czesi nie porzucali ojczyzny w stopniu porównywalnym choćby 
z exodusem elit literackich małych państw nadbałtyckich. Okupacja niemiecka poka- 
zała, że dla wielu Czechów pozostanie na miejscu było błędem, który kosztował ich 
życie. Ajednak, wbrew wszelkiej logice, nawet wielu z tych, którzy spędzili długie lata 
w więzieniu za czasów Protektoratu i nigdy nie okazywali najmniejszej sympatii dla 
komunizmu, postanowiło nie opuszczać ojczyzny, kiedy dobiegł końca niespełna trzy- 
letni okres połowicznej demokracji, odsłaniając mroczne perspektywy. Jakie były mo- 
tywy takiego nie zrozumiałego zachowania? Niemożność podjęcia decyzji mającej 
wpływ na własny los? Świadomość przynależności do narodu, który, jako całość, zaw- 
sze musiał walczyć o przetrwanie? Złudzenie, że czescy komuniści to jednak Czesi? 
Dla wielu, prokomunistyczne sympatie, zwłaszcza na początku lat dwudziestych (które 
na ogół przemijały wraz ze stabilizacją demokracji, ale powracały z okazji tragedii 
monachijskiej, w czasie wojny ijeszcze bardziej po niej), musiały przeszkodzić niczym 
czarodziejska góra. Na takie trudne pytania nigdy nie ma prostych odpowiedzi. 
Fakt pozostaje jednak faktem, że bardzo niewielu uznanych czeskich pisarzy zna- 
lazło się na emigracji. A ci, którzy wyjechali, mimo wspólnego emigracyjnego losu, nie 
utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów. Wśród innych emigracji pisarze, zwłaszcza 
poeci, piszą przynajmniej dla innych pisarzy. Na emigracji czeskiej żaden poeta nie 
kupi nigdy tomiku kolegi. I rzadko przeczyta, jeśli dostanie go za darmo. Czescy pisa- 
rze na uchodźstwie, z małymi wyjątkami, wyrobili w sobie poczucie, iż byłoby to po- 
niżej ich godności, gdyby wspomogli finansowo jakiegoś wydawcę-idealistę, który 
chciałby wydawać ich twórczość. Jedyne, na co się mogą ewentualnie zgodzić, to rezy- 
gnacja z honorarium, a przeważnie wolą wcale nie wydawać, nawet, jak podejrzewam, 
wcale nie pisać. Dlatego mało jest czeskiej literatury, powstałej na emigracji. 
Po pierwszych frustrujących latach na emigracji, w beznadziejnym poczuciu nie- 
możliwości pisania dla czeskich czytelników, niektórzy pisarze zaczęli tworzyć w ję- 
zyku obcym. Trudno mi stwierdzić do jakiego stopnia. Najbardziej popularny autor, 
także pośród Czechów, Egon Hostovsky, nadal pisze po czesku, chociaż, oczywiście, 
kieruje swą twórczość do zagranicznych czytelników. Przekłady jego książek na ogół 


11
>>>
ukazują się wiele lat wcześniej niż wydania czeskie, o ile takie w ogóle się zdarzają. 
Hostovsky wyrobił sobie pozycję w Stanach Zjednoczonych już w czasie drugiej wojny 
światowej i doczekał się tego, że jego ostre, czasami sensacyjne powieści psycholo- 
giczne są tłumaczone na kilkanaście języków, w tym na japoński. Dwie obiecujące 
powieści zostały przetłumaczone na francuski (a następnie na niemiecki i na angielski, 
jak to się zdarza obiecującym powieściom w obecnej "europejskiej wiosce literackiej" , 
żeby zacytować Adriaana Morriena) przez Jana Kollara, który zadebiutował na emigra- 
cji politycznymi esejami w języku czeskim, trochę w stylu młodych gniewnych. Jan 
Rys, inny młody pisarz, który jednak nie szukał, ani nie znalazł okazji, by publikować 
po czesku, odniósł pewien sukces swoimi sztukami telewizyjnymi w Niemczech. To by 
było na tyle jeśli chodzi o literaturę piękną. Nie, jest jeszcze wszechstronny, utalento- 
wany i płodny Frantisek Listopad, który wydaje teraz w języku portugalskim - jesz- 
cze nie najlepsze swoje rzeczy i nie we własnym przekładzie. 
Wydawnictwa w języku czeskim stają się, naturalnie, coraz rzadsze. Druga dekada 
emigracji z trudem da się porównać ilościowo z pierwszą, co niekoniecznie zakłada, że 
musi być gorsza jakościowo - chociaż jest to bardzo możliwe, biorąc pod uwagę 
rosnącą odległość w czasie od źródeł żywego języka. Ci jednak, którzy kontynuują 
pisanie nawet po piętnastu latach tworzenia głównie do szuflady, to ci, którzy pozostają 
pisarzami. Zatem szansa wciąż istnieje. 
W pierwszej dekadzie emigracji można ustalić przynajmniej sztuczny podział 
wśród twórców, a raczej podział ten sam się ustalił na bazie tematów. Zarówno w po- 
ezji (przede wszystkim), jak i w fikcji (sztuki teatralne są odwieczną słabością czeskiej 
literatury) prace autorów rozważano pod kątem przyjęcia lub odrzucenia przez nich 
motywów wynikających z emigracji. Oczywista pogarda dla tematów emigracyjnych, 
manifestowana przez tych z drugiej grupy, była usprawiedliwiona jedynie nadmierną 
ilością chłamu towarzyszącego temu prądowi. Z drugiej strony poważniejszym zarzu- 
tem byłaby niewystarczająca eksploatacja artystyczna tego niepokojącego zjawiska. 
Natychmiastowość emigracji niewątpliwie zaszkodziła jakości wydawanych prac. 
Retoryka w poezji i sentymentalizm w prozie to najbardziej charakterystyczne cechy 
twórczości tamtego okresu. Stosunkowo najlepsze rezultaty w poezji są widoczne 
w wierszach Pavla Javora. 
Różne surrealistyczne podejścia do poezji charakteryzują drugą grupę, która 
w pewnym momencie poczyniła starania, dość powierzchowne i wymuszone, aby za- 
istnieć jako prawdziwa grupa w antologii z takimi nazwiskami, jak: Tumlir, Karnet, 
Błatny, Brusak, Klau i inni. 
Kilku jedynie okazało się poetami z powołania, kontynuując pisanie i publikowa- 
nie, przeważnie w nielicznych istniejących periodykach. Ivan Jelinek, Jiri Kavka, Jiri 
Kovtun, Frantisek Listopad i Milada Souckova, oraz Pavel Javor, który dotąd na próżno 
starał się na nowo zaistnieć, to chyba jedyni, którzy się nie poddali. Może także Jaro- 
mir Mestan. Pięć, sześć nazwisk, z których każde reprezentuje poetycką indywidual- 
ność i, tak czy inaczej, należy do literatury czeskiej. Eksperymenty werbalne, nawet 
odmiennej natury, są wspólne dla Jelinka i dla Souckovej; inteligencja Listopada, sku- 
piona bardziej na grze niż szukaniu głębi, także przyniosła istotne osiągnięcia; metafi- 
zyczne poszukiwania Kavki i dążenia Kovtuna do czystości, często nawet w znaczeniu 
chrześcijańskim, dopełniają niestrudzonych wysiłków tej plejady. Żaden z tych poetów 
nie stworzył jeszcze dzieła, które olśniewałoby jako całość, ale są mocne powody, aby 
w nich wszystkich pokładać nadzieję. 
W prozie największym żyjącym czeskim pisarzem jest dziś Hostovsky. Jan Cep, 
jedno z naj droższych nazwisk z ojczyzny, nie znalazł na emigracji atmosfery sprzyjają- 


12
>>>
cej najlepszej twórczości. Podobnie jak Zdenek Nemecek (zmarł w 1958 roku). 
W przeciwieństwie do Bedricha Svatosa, który zdaje się czynić postępy w powieści. 
Książki Kollara są niedostępne po czesku. Souckova wydaje prozę napisaną przed 
wyjazdem na emigrację; może będą kolejne książki. Listopad celuje w opowiadaniach. 
Satyra i humor? Początki i to wątpliwe. 
Ważnym nazwiskiem w dziedzinie eseju jest Ladislav Radimsky (Petr Den), który 
pisze głęboko, genialnie i spokojnie. Jana Kollara już wspominałem. Bardzo specjalne 
miejsce zajmuje Otakar Odlozilik. Jego nadzwyczajna proza, poruszająca się jednocze- 
śnie w zakresie historii, fikcji i eseju, a nawet krytyki literackiej, należy do najlepszej 
literatury czeskiej. 
Można by podać wiele nazwisk, starych i nowych, tych, którzy wspaniale piszą 
w różnych dziedzinach nauki powiązanych z literaturą piękną, ale oni koncentrują się 
na tworzeniu w obcych j ęzykach i przeważnie nie zajmują się czeskimi tematami. 
Podsumowując: literatura czeska na emigracji ukazuje - niestety - więcej talentu 
niż konkretnej twórczości. W liczącej się poezji są duże nierówności; tylko Hostovsky 
liczy się naprawdę w prozie w kontekście międzynarodowym - przynajmniej na razie; 
esej istnieje przeważnie na użytek domowy. To dość rozczarowujący bilans piętnastu 
lat. Istnieją niepewne, ale możliwe, perspektywy: zwłaszcza poeci osiągają dojrzałość. 
Powieściopisarze i eseiści na pewno nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Jedynie 
wydawcy ewidentnie wymierają. Niewiadomą nie są natomiast czytelnicy - ta katego- 
ria nigdy nie istniała w czeskiej diasporze. 


(R. Vlach, Czech Literature in EJdłe, Arena 1962 nr 5, s. 6-10) 


z. A. GRABOWSKI 


POLSKA LITERATURA EMIGRACYJNA 


Konstanty A. Jeleński wybrał do recenzowania i tłumaczenia czterech polskich pisa- 
rzy emigracyjnych 10. Jeśli chodzi o dwóch pierwszych - Miłosza i Gombrowicza - to 
większość ludzi przypuszczalnie zgodziłaby się, że należą do najważniejszych pisarzy 
polskiej emigracji. (W przypadku Miłosza ta opinia byłaby bezwarunkowa; w przypadku 
Gombrowicza - nieco kontrowersyjna.) Jerzy Stempowski, piszący pod pseudonimem 
Hostowiec, słusznie zasługuje na miano najlepszego polskiego eseisty pośród pisarzy 
emigracyjnych, a Stanisław Vincenz - na tytuł najbardziej samotnego i, pod wieloma 
względami, jednego z najbardziej oryginalnych twórców emigracyjnych. 
I tak zostaję z ogromną grupą polskich autorów poza wstępem pióra Jeleńskiego. 
Obawiam się, że moje zadanie jest dużo trudniejsze - Jeleński pisze o swoich ulubio- 
nych pisarzach, mój opis jest bezbarwny, taki, jak na ogół bywają tego rodzaju ogólne 
eseje o każdej literaturze. Często wyglądająjak spis nazwisk. 
Na początku chciałbym zaznaczyć, że panorama, jaką zamierzam przedstawić, nie 
jest statyczna - polska literatura emigracyjna zmienia się tak, jak nie zmieniają się 
inne literatury emigracyjne, na przykład krajów bałtyckich. To znaczy, że od roku 
1945, czyli od zakończenia wojny, polska literatura emigracyjna wykazuje różne ten- 


10 K. A. Jeleński, Quatre ecrivains połonais en exiłe, Arena 1961 nr 2, s. 20-22. 


13
>>>
dencje. Do 1945 roku miała proste zadanie: czekać na dzień powrotu do domu. Po roku 
1945 to się zmieniło - niektórzy pisarze za granicą nie tylko postanowili nie wracać, 
lecz także nie pozwalają wydawać swych książek (dawnych i nowych) w Polsce (np. 
Zygmunt Nowakowski). Inni, żyjąc za granicą, nie mają nic przeciwko temu, żeby ich 
książki się w Polsce ukazywały (np. Parnicki czy Gombrowicz). Jedni, nadal mieszka- 
jąc na stałe za granicą, odwiedzają ojczyznę i wydają w Polsce książki Qak Maria Kun- 
cewiczowa); inni po krótszym lub dłuższym pobycie wrócili na dobre (Stanisław Mac- 
kiewicz czy Ksawery Pruszyński, a niedawno młody poeta Jerzy Sito). Dla niektórych 
pobyt za granicą okazał się tylko odwiedzinami (Zofia Kossak). Są wreszcie tacy pisa- 
rze - jak Hłasko - którzy wyjechali z Polski, żeby mieszkać na Zachodzie i milczą. 
Z tego wynika, jak bardzo skomplikowana jest cała sytuacja i jak ostrożnie musi 
stąpać krytyk, aby nie ranić uczuć. Polscy pisarze na emigracji nie są w żadnym wy- 
padku "jednorodnym" organizmem, wręcz przeciwnie - są rozdarci nadziejami i kon- 
fliktami, szukają wyjścia i sposobów kontaktu z utraconymi czytelnikami. Dlajednych 
tęsknota za "prawdziwymi" czytelnikami (przez co rozumieją mieszkańców własnego 
kraju) pozostaje niezaspokojona, innym rekompensuje to publiczność emigracyjna 
i możliwości okazyjnego przesyłania swych prac do Polski, jeszcze inni potrzebują 
nowego kręgu czytelników. A niektórzy porzucili pisanie po polsku i przejęli nowy 
język (np. Jerzy Pietrkiewicz, który pisze po angielsku). 
Na ten chaotyczny stan rzeczy złożyło się wiele czynników: przedłużająca się nie- 
pewność w jakiej żyje nasz świat, zrozumienie faktu, iż środowisko emigracyjne pod 
wpływem wymogów życia na emigracji coraz bardziej dąży do "ideałów materiali- 
stycznych", a literatura i sprawy duchowe coraz bardziej przesuwają się na dalszy plan 
i w końcu - wydarzenia z 1956 roku i wynikająca z nich względna liberalizacja pol- 
skiego życia kulturalnego. Sytuacja polityczna odbija wewnętrzną walkę, która nie 
omija polskich pisarzy na emigracji. 
Po tym wstępie zajmę się najpierw tymi pisarzami polskimi, którzy uzyskali sławę 
i uznanie jeszcze w starym kraju. W dziedzinie poezji mamy Kazimierz Wierzyńskie- 
go, jedynego, który pozostał z całej grupy rządzącej polską poezją przed wojną, 
w skład której wchodzili Tuwim, Lechoń, Wierzyński, Słonimski, Maria Pawlikowska. 
Tuwim zrezygnował z życia na Zachodzie (podczas wojny mieszkał w Nowym Jorku) 
i zmarł w Polsce. Lechoń, zarażony wirusem twórczej niemocy, popełnił kilka lat temu 
samobójstwo w Nowym Jorku. Słonimski, po wstępnych wahaniach, wrócił do Polski 
i odegrał rolę w inicjowaniu epoki "odwilży", która w dużej mierze była dziełem inte- 
lektualistów. Pawlikowska zmarła na emigracji w Anglii. Wierzyński jest całkiem ży- 
wotnym poetą, który eksperymentuje z formą. Z radosnego poety, który czarującym 
tonem wychwalał rozkosze młodej miłości i wiecznie odradzającej się wiosny, stał się 
poetą smutku i rozpaczy, ale oszczędzone mu zostały męki bezpłodności. Stanisław 
Baliński, po wzruszających wspomnieniach o przedwojennej Polski, pisanych w Lon- 
dynie bombardowanym przez Niemców, spędził ostatnie kilka lat w milczeniu. 
Z przedwojennych mistrzów prozy zostało zaledwie kilku. Ferdynand Goetel, któ- 
rego można porównać do Kiplinga, autor wysoko cenionych opowiadań o rewolucyjnej 
Rosji (oraz eksperymentalnej powieści Z dnia na dzień) spisał przed swą niedawną 
śmiercią w Londynie wspomnienia. Jego godny podziwu precyzyjny styl był rzadko- 
ścią wśród polskich pisarzy, tak często cierpiących na gadatliwość i pseudopoetycką 
mglistość, co jest spadkiem po stylu Młodej Polski, ruchu literackim odpowiadającym 
francuskiemu symbolizmowi. 
Zygmunt Nowakowski, jeden z najlepszych twórców krótkich opowiadań od cza- 
sów Sienkiewicza i autor głęboko przeżywanych wspomnień z dzieciństwa (także dra- 


14
>>>
maturg) pozostaje aktywny jedynie w dziedzinie opowiadań. Wacław Grubiński, mistrz 
eleganckiej prozy i dramaturg, ograniczył się wyłącznie do esejów. Józef Wittlin, po- 
wieściopisarz i tłumacz Homera, nie skończył jeszcze swojego przedwojennego cyklu 
Sól ziemi i także ogranicza się do krótkich esejów. Stefania Zahorska - pierwszorzęd- 
na krytyczka sztuki na emigracji, pisząca sztuki i powieści o tragedii warszawskiego 
getta i o długiej wędrówce Polaków przez bezdroża Rosji i Środkowego Wschodu - 
niedawno zmarła. 
Należy tu wspomnieć o dwóch repatriantach, ponieważ ich twórczość literacka 
przypada na długie lata emigracji. Melchior Wańkowicz, ten doskonały reporter lite- 
racki, który swoimi książkami zyskał sławę przed wojną, napisał szereg powieści, 
składających się na "polską sagę" tragicznych lat wojny oraz polskiej diaspory. Nadal 
jest bardzo płodnym autorem, często pisze zbyt rozwlekle i niedbale. Powrót Wańko- 
wicza do Polski entuzjastycznie przyjęli jego czytelnicy. Wańkowicz stał się hagiogra- 
fem polskiej chwały wojskowej podczas drugiej wojny światowej (napisał książkę 
o Monte Cassino) i jest jednym z najbardziej popularnych pisarzy. Jego pozycji może 
zagrozić jedynie Stanisław Mackiewicz, którego książki napisane w Londynie - 
w stylu zbliżone do vies romancees - zostały wydane w Polsce i cieszyły się ogrom- 
nym powodzeniem. Ci dwaj pisarze, którzy postanowili wrócić do Polski - chociaż 
Wańkowicz znowu wyjechał, nie wiadomo najak długo, do Stanów Zjednoczonych- 
wypracowali sobie bardzo specjalną pozycję. 
Maria Kuncewicz, podczas swego niedawnego pobytu w Polsce, próbowała oży- 
wić bardzo popularny w przedwojennym polskim radio cykl: "Pamiętnik pani Dale" - 
tylko na nieskończenie wyższym poziomie - avant la lettre. Jednakże druga seria nie 
powtórzyła sukcesu tej pierwszej. Wojenne powieści Kuncewiczowej, takie jak Zmowa 
nieobecnych, nie osiągnęły standardu jej przedwojennych książek, gdyż brakowało im 
autentyczności. Ale Gaj oliwny, wydany właśnie w Warszawie, pokazuje mistrzostwo 
prozy Marii Kuncewicz. To subtelne studium psychologiczne przypomina powieści 
Rosamund Lehmann. 
Pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków pozostaje dużo bardziej aktywne niż 
ci pisarze, którzy mają teraz sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat. Teodor Parnicki, 
mieszkający w Ameryce Łacińskiej,jest uważany za najważniejszego polskiego powie- 
ściopisarza historycznego, pod pewnymi względami przypomina Roberta Gravesa. 
Parnickiego zajmuje upadek imperium Aleksandra Wielkiego i Cesarstwa Rzymskiego. 
Jest dogłębnie zainteresowany procesem rozpadu, upadku imperiów i ideologii. Daje 
mu to możliwość odmalowania wielkiej panoramy filozoficznej. Powieści Parnickiego 
są wydawane w Polsce i cieszą się powodzeniem. Głębokością i powagą swych wizji 
przewyższają niekiedy - zbyt łatwe - uogólnienia pani Kossak. 
Michał Choromański wrócił z Kanady do Polski i przywiózł ze sobą kilka książek, 
które stały się bardzo modne w starym kraju. Choromański, przypuszczalnie najbar- 
dziej utalentowany wśród młodych, przedwojennych polskich pisarzy, którego Za- 
zdrość i medycyna jest jednym z naj świetniejszych osiągnięć formalnych w przedwo- 
jennej Europie, stał się więźniem swych ulubionych tematów - świata szpitalnego, 
świata choroby. Szpital Czerwonego Krzyża, książka napisana przed wojną, ale dopiero 
niedawno wydana w Polsce, jest bardzo mocną powieścią, podobnie jak tom opowia- 
dań wydany jakieś trzy lata temu (większość z nich była publikowana w przedwojennej 
Polsce). Ulubione tematy Choromańskiego - patologie i szpital - okazały się jego 
zgubą - pozostaje niewolnikiem tego ograniczonego świata, nie może przebić się 
przez śmiertelne ściany choroby i wyjść na otwartą przestrzeń, czego dokonał Thomas 
Mann w Czarodziejskiej górze. 


15
>>>
Michał K. Pawlikowski, zamieszkały w Kalifornii, spisał wspomnienia ze swego 
życia w przedrewolucyjnej Rosji kamuflując je w formie powieściowej. Książka sym- 
patycznego gawędziarza stała się sukcesem i pokazała, że tęsknota za przeszłością, 
mniej lub bardziej odległą, jest liczącym się motywem w dziedzinie literatury emigra- 
cyjnej. Nawiasem mówiąc, ta nostalgia za rzeczami i czasami minionymi jest jeszcze 
silniejsza w samej Polsce, gdzie wspomnienia i autobiograficzne książki o "starych 
dobrych czasach" są niesłychanie popularne. 
Józefa Czapskiego, w zasadzie malarza i krytyka sztuki, musimy tu wspomnieć ja- 
ko pisarza, którego książka o "nieludzkiej ziemi" - doświadczeniach życia jeńca wo- 
jennego w Rosji (wydana po angielsku i po francusku) - jest jednym z najlepszych 
świadectw tego rodzaju. Została napisana ze zrozumieniem dla zwykłych Rosjan, tak 
rzadkim wśród tych, którzy byli tam zesłani. Czapski nie uważa siebie za pisarza, ale 
pisze lepiej niż wielu pisarzy zawodowych. 
Sergiusz Piasecki, który narobił w przedwojennej Polsce zamieszania swoją książ- 
ką pt. Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy, nie okazał się płodnym twórcą. Jest samo- 
ukiem z cygańskim wdziękiem i ukochaniem wolnej przestrzeni. Wydaje się, że jego 
opowieści, pozbawione tego tła, są słabsze i mniej przekonujące. 
Dużym osiągnięciem Ignacego Wieniewskiego jest inteligentny i piękny przekład 
Iliady Homera (w tej dziedzinie jego poprzednikami byli Józef Wittlin i Jan Parandowski). 
Aleksander Janta, jeden z najlepszych reporterów de la grande classe, jakich kie- 
dykolwiek miała Polska, "polski E. E. Kisch", napisał wspomnienia, mające się wkrót- 
ce ukazać. Janta bez możliwości podróżowania jest jak ryba bez wody; szkoda, że nie 
potrafił znaleźć ujścia dla swej znakomitej ciekawości i uważnego umysłu. Innym 
przykładem wielkiego reportera, z większą inklinacją do literatury niż Janta, był Pru- 
szyński, a jego opowieści wydane po wojnie w Polsce (do której wracał, kiedy zginął 
w wypadku samochodowym w Niemczech), pokazują, że w tym malowniczym pisarzu 
krył się wielki talent. 
Do pokolenia pięćdziesięciolatków należy dodać krytyka Tymona Terleckiego. Je- 
go forte jest teatr i Terlecki jest ekspertem od sceny europejskiej. Pracowity erudyta 
zajmuje się literaturą europejską, a jego wnikliwe wgłębianie się w fiłozofię egzysten- 
cjalną powinno być przyjęte jako owocny eksperyment. Niedawno opublikował tom 
wspomnień o polskich ludziach teatru, a obecnie przygotowuje biografię słynnej pol- 
skiej aktorki, Modrzejewskiej, w swoim czasie dobrze znanej w Ameryce i w Anglii. 
Słabą stroną Terleckiego jest styl, wzorowany na niektórych pisarzach okresu Młodej 
Polski, wskutek czego pisze on zawile i pompatycznie. 
Czesław Straszewicz wskoczył do literatury emigracyjnej - dość dostojnej i mo- 
notonnej w swej powadze - powieściami pełnymi życia i łotrzykowskiego humoru. 
Jest dynamicznym i rubasznym twórcą, który nie boi się wyśmiewać spraw uważanych 
za zbyt święte lub zbyt poważne na satyryczne spojrzenie. Niestety, praca w radio - 
która niekorzystnie odbija się na tylu polskich pisarzach w Ameryce, Anglii i Niem- 
czech (gdzie Radio Wolna Europa wchłonęło wielu utalentowanych polskich autorów) 
- zabiera Straszewiczowi za dużo czasu. 
Andrzej Bobkowski, który wypłynął z nawały wojennej szkicami o Francji, jest 
jednym z najlepszych pisarzy emigracyjnych - wrażliwym i ostrym obserwatorem 
o dobrze zrównoważonym stylu, wyraźnie uformowanym na najlepszych francuskich 
przykładach. Dziennik podróży po okupowanej Francji jest wyznaniem autentycznego 
pisarza i należy sobie tylko życzyć, żeby Bobkowski - mieszkający w Ameryce Ła- 
cińskiej - był zdrów i miał czas na pisanie. 


16
>>>
Spośród starszego pokolenia poetów, nie należących do ortodoksyjnej grupy Ska- 
mandra - do której należeli Lechoń, Wierzyński, Iwaszkiewicz (czołowy polski prozaik 
nadal piszący), Słonimski i inni - należy wspomnieć o Janie Brzękowskim mieszkają- 
cym we Francji. Brzękowski był zwolennikiem obozu skupionego wokół Tadeusza Pe- 
ipera, jednego z naj świetniejszych polskich innowatorów języka; wokół pism, takich jak 
"Zwrotnica", zbierali się poeci w rodzaju Przybosia i innych (wielu odegrało rolę 
w odwilży roku 1956). Poezje wybrane Brzękawskiego, wydane niedawno przez Oficynę 
Poetów i Malarzy w Londynie - wydawnictwo, które opublikowało około pięćdziesię- 
ciu prac emigracyjnych pisarzy, głównie poetów - przedstawiają nam najlepsze zjego 
wierszy, chociaż dla niektórych ludzi jest to poezja zbyt trudna i przeintelektualizowana. 
Wydaje się, że poezja i krytyka sztuki są mocną stroną Brzękawskiego - jego powieść 
Start jest niezbyt dobra i zbyt skromnie przedstawia kłopoty i problemy młodości a Dwu- 
dziestu czterech kochanków Perdity Loost (powieść, która nie wyszła przed wojną) jest 
dziś lekko spóźniona w przypływie szczerego erotyzmu. 
Marian Hemar jest niewątpliwie wiodącym polskim poetą satyrycznym, który już 
na długo przed wojną miał reputację genialnego satyryka. Jego muza zanadto ulega 
presji wydarzeń politycznych i wykazuje objawy wypalenia, co się często zdarza saty- 
rykom, którzy potrzebują nieustannego czerpania z ziemi ojczystej. Sztuki Hemara 
(grane w teatrach, m.in. w Dublinie oraz w BBC) pokazują dobrego rzemieślnika, po- 
siadającego szczegółową wiedzę o teatrze. 
Tadeusz Sułkowski, niedawno zmarły, był człowiekiem nieśmiałym i artystą, per- 
fekcjonistą nigdy niezadowolonym z tego, co napisał. Najlepsze wersy można znaleźć 
w jego długim poemacie pt.: Tarcza. 
Mieczysław Lisiewicz, delikatny przedwojenny poeta, zaczął pisać prozę, płynąc 
pod sztandarem nostalgii i wyżywając się w ewokacjach do pejzaży dawnych polskich 
kresów. 
Jan Bielatowicz, choć błąka się ścieżkami prozy (La Passeggiata), jest zasadniczo 
poetą i okazjonalnie osiąga prawdziwą głębię w wierszach religijnych. 
Ze starszego pokolenia należy wspomnieć o Józefie Łobodowskim, zamieszkałym 
w Hiszpanii. Jest to poeta o ogromnej mocy wyobraźni, który przyniósł ze swej rodzinnej 
Ukrainy rozmach w opisach wielkich przestrzeni. Pisze doskonałe wiersze o tematyce 
hiszpańskiej. Jest także prozaikiem, ale wydaje się, że jego prawdziwa siła leży w poezji, 
w prozie bywa rozwlekły i dygresyjny. Dwaj młodsi poeci, Jan Winczakiewicz i Florian 
Śmieja, poddali się urokowi Hiszpanii, a przekład Platero Jimeneza autorstwa Śmieji 
budzi szacunek. Jego wiersze przepojone hiszpańską siłą ekspresji są żywe i oryginalne. 
Przejdźmy teraz do pokolenia, które nie osiągnęło jeszcze czterdziestki ani pięć- 
dziesiątki. Znajdujemy w tej grupie pisarzy wielce obiecujących. To stwierdzenie doty- 
czy prozaików takich, jak Gustaw Herling-Grudziński czy Tadeusz Nowakowski 
i uznanych poetów, jak Marian Czuchnowski. 
Marian Czuchnowski, który przed wojną zaskoczył barwą swej poetyckiej wizji 
i świeżością wyobraźni przypominał młodego Rimbauda, przeszedł przez Rosję 
i wybrał prozę jako środek przekazu. Jego opowieści z Rosji są godne polecenia ze 
względu na intensywność uczuć, a niektóre z nich powinny być koniecznie przełożone, 
gdyż ukazują dziedziny życia prawie nietknięte w zachodniej literaturze (szpitale ra- 
dzieckie). Poezja Czuchnowskiego przeszła od formy w dużym stopniu eksperymen- 
talnej w stronę bardziej tradycyjnej. Milczenie Czuchnowskiego jest stratą dla literatu- 
ry, ponieważ jako poeta miałby jeszcze wiele do powiedzenia. 
Przeżycia Tadeusza Nowakowskiego w niemieckim kacecie naznaczyły go na 
resztę życia. Mimo iż nadal jest człowiekiem w kwiecie wieku, ma obsesję na temat 


17
>>>
swych doświadczeń i, jak na ironię, powieści o powojennych Niemczech i ich winie, 
a także o obozie koncentracyjnym, stały się, w niemieckim przekładzie, bestsellerami. 
Nowakowski jest bardzo elokwentnym pisarzem, ale nie ma la longue haleine. Najlep- 
szy jest zapewne w opowiadaniach. Powieściom Nowakowskiego brakuje spójności 
i struktury, co jest częstą wadą u polskich pisarzy, oskarżanych o brak poczucia struktu- 
ry. Wylewność Nowakowskiego nierzadko zaciera granice nJcit, ponadto myli mu się 
- jest doskonałym gawędziarzem - żywa mowa z językiem pisanym. Ta wylewność, 
granicząca z gadatliwością Qakiej najlepszym przykładem jest Wańkowicz), jest jego 
największym wrogiem. 
Herling-Grudziński, którego książka Inny świat napisana po polsku (i tak pięknie 
przetłumaczona przez najlepszego tłumacza na angielski, jakiego miała Polska, przed- 
wcześnie zmarłego Andrzeja Ciołkosza) okazała się objawieniem wielkiej szczerości 
i zrozumienia. Książka, napisana przez człowieka, który wyszedł poza własną tragedię, 
przydała polskiej literaturze emigracyjnej wielki talent. Herling przeniósł się do Włoch 
i doskonale pisze po włosku. Opublikował niedawno tom zawierający dwa długie opo- 
wiadania: Skrzydła ołtarza. Te opowiadania, podobnie jak i inne (np. nJcit o włoskim 
arystokracie, który na próżno starał się przeciwstawić faszyzmowi) pokazują, że Herling 
rozwija się na poważnego autora. W jego twórczości jest siła i intelektualna uczciwość. 
Jan Rostworowski, syn wybitnego polskiego dramaturga, którego sztuki o tematyce 
historycznej i biblijnej (Judasz, Kaligula) weszły na stałe do repertuaru polskich te- 
atrów, wywołał poruszenie swymi dynamicznymi, zmysłowymi wierszami, tak bardzo 
kontrastującymi z ascetyczną poezją jego ojca. Rostworowski jest najlepszy w krót- 
kich, lirycznych wierszach, gdzie jego wyobraźnia często osiąga cudowne połączenie 
obrazów i muzyki, ale w dłuższych poematach wyobraźnia wprowadza zamęt w wer- 
sach, często bywa przesadnie patriotyczny i popada w sentymentalizm. Największym 
wrogiem Rostworowskiego jest przesada, łatwość elokwentnego pisania. 
Marian Pankowski, który pisze zarówno po polsku, jak i po francusku, jest poważ- 
nym, pełnym oddania swej twórczości poetą, zbiór Smagła swoboda to dzieło praw- 
dziwego artysty. Wiersze w języku francuskim ukazują mistrzostwo w tak trudnym 
środku wyrazu, a powieść w języku polskim, Matuga idzie, jest oryginalną próbą po- 
wieści łotrzykowskiej. Stylistyczne środki zaskakują. Pankowski jest jednym z naj- 
lepszych pisarzy emigracyjnych. 
Zdzisław Broncel, który podczas wojny publikował poezję, jest urodzonym kryty- 
kiem, piszącym pierwszorzędne recenzje teatralne i filmowe. Praca w radio odciągnęła 
go od trwalszych i bardziej satysfakcjonujących osiągnięć. 
Wśród młodych autorów nie brakuje poetów. Czesław Bednarczyk, szczery poeta, 
przypuszczalnie najstarszy wśród młodych (kierownik nieocenionej Oficyny Poetów 
i Malarzy), Bogdan Czaykowski, Bolesław Taborski, Jerzy Niemojowski i Jerzy Sito 
(wrócił do Polski) są obiecującymi poetami. Najnowsze wiersze Sity, wydane w Polsce, 
są dojrzałe i pełne intelektualnej koncentracji. Zbiór utworów tych młodych ludzi - 
niektórzy kształcili się w szkołach angielskich (ale język polski przyciąga ich jak ma- 
gnes) i widać w ich poezji wpływy angielskich poetów, takich jak Eliot i inni - ma się 
wkrótce ukazać pod tytułem Ryby na piasku, który odzwierciedla ich sytuację duchową. 
Pośród autorów, którzy są w trakcie stawania się pisarzami, należy wspomnieć 
o Wicie Tamawskim - lekarzu, wrażliwym obserwatorze, miłośniku Conrada (wydał 
znakomity tom esejów Conrad żywy). Jego opowiadania zdradzają człowieka subtelne- 
go. Podobnie jak Tarnawski, Irena Bączkowska jest debiutantką w literaturze, a zade- 
biutowała nJcits o ojczystej Ukrainie. Pisze barwnie i obrazowo. Zofia Romanowicz, 
inna debiutantka, napisała dwie dobre książki: Baśka i Barbara oraz Przejście przez 


18
>>>
Morze Czerwone; ta druga jest naznaczona traumą obozu koncentracyjnego, podobnie 
jak u Nowakowskiego, i należy ją uznać za poważny wysiłek formalny. Józef Mackie- 
wicz, brat Stanisława (tego enfant terrible polskiego dziennikarstwa, który wrócił do 
Polski), ma zupełnie inne usposobienie, mentalne i duchowe. Jego najlepszym osią- 
gnięciem jest posępna powieść Droga donikąd (wyszła w kilku językach, ma być nie- 
bawem wydana po angielsku), choć głoszona przezeń prawda o niszczącym wpływie 
komunizmu nie potwierdza się, na szczęście, w zachowaniu jego ojczyzny. Mackiewicz 
- i nie on jeden pośród emigrantów - jest zafascynowany i niemal przytłoczony 
potęgą komunizmu, jest tym koszmarem udręczony i nie spodziewa się poważnego 
oporu wobec tego światopoglądu. 
Janusz Jasieńczyk napisał kilka dobrych książek o okupacji i walce z Niemcami. 
Leo Lipski jest młodym pisarzem w nieco kafkowskim stylu, pisarzu obdarzo- 
nym prawdziwą siłą wyobraźni. Chciuk stara się osiągnąć własną formę i wyraz, ale 
porównywanie - przez niektórych emigracyjnych krytyków (często tracących poczu- 
cie równowagi i proporcji) - jego prozy z opowieściami Conrada, jest dużą przesadą. 
Czesław Dobek jest uważnym obserwatorem codziennego życia na emigracji i w po- 
szukiwaniu tragedii wśród monotonnych kłopotów często uderza we właściwą nutę. 
Teodozja Lisiewicz, siostra Mieczysława Lisiewicza, znanego przedwojennego dra- 
matopisarza i autora powieści, kontynuuje - chociaż na znacznie mniejszą skalę - 
próby w dziedzinie dramatu. Niestety, polski teatr na emigracji niewiele oferuje pisa- 
rzom oryginalnym, posiada skromne środki materialne i dopiero niedawno nie nadającą 
się do niczego scenę w Ognisku Polskim przebudowano na bardziej zadawalającą. 
Spośród tych, którzy zniknęli, należy wspomnieć o Herminii Naglerowej, pedan- 
tycznej pisarce, której saga o rodzinie Krause z Galicji, byłych ziem zaboru austriac- 
kiego, została przetłumaczona na angielski. Powieść o zesłańcach do Rosji pozostaje 
nieukończona. 
Na uwagę wśród krytyków zasługuje na wzmiankę Maria Danilewicz - jej eseje 
literackie o klasykach polskiej poezji, takich jak Mickiewicz, pokazują przenikliwą 
percepcję i głęboką wiedzę, natomiast jej opinie o współczesnej scenie literackiej nie 
zawsze są wolne od uprzedzeń. Powieści Danilewicz mają większą wartość sentymen- 
talną dla niej samej niż dla jej czytelników. 
Zofia Chądzyńska opublikowała po francusku (pod pseudonimem Sophie Bohdan) 
i po polsku (pod własnym nazwiskiem) delikatną opowieść o przedwojennych losach 
warszawskiej rodziny. Francuski tytuł to Comme J'ombre qui passe. Maria Czapska jest 
doskonałą eseistką, która potrafi przywoływać przeszłość. Zofia Bohdanowicz jest 
liryczną poetką uwięzioną w nostalgicznych obrazach utraconej Litwy. Wyjątki 
z powieści pani Surynowej-Wyczółkowskiej o życiu w okupowanej Polsce świadczą 
o tym, że autorka doskonale panuje nad językiem. 
Wśród publicystów przychodzą na myśl dwa nazwiska: Juliusz Mieroszewski 
i Wacław A. Zbyszewski (brat płodnego, często zabawnego dziennikarza i niedoszłego 
historyka, Karola). 
Analizy Mieroszewskiego są świetnie napisane, trzeźwe i często niepopularne 
wśród jego rodaków na emigracji, którzy wolą narkotyk łatwej nadziei i szowinistycz- 
nych doktryn. Mieroszewski - tak jak i "Kultura", pismo, do którego pisze - jest 
namiętnie czytany w Polsce. Jedynąjego wadąjest izolacja w wieży z kości słoniowej 
w Londynie - potrzebny mu jest kontakt z bieżącymi wydarzeniami politycznymi 
w Europie, potrzebne mu są podróże, gdyż w przeciwnym razie jego pisaniu zaszkodzi 
ta zmora publicystów, żyjących w odosobnieniu: brak autentyczności. 


19
>>>
Wacław A. Zbyszewski, kolejny enfant terrible dziennikarstwa, podobny tempe- 
ramentem do Stanisława Mackiewicza, jest genialnym pisarzem, który zmarnował swój 
talent na pracę w radio i podobne zajęcia. Często bywa niedokładny, irytujący i prze- 
sadny, ale nigdy nudny. Szkoda, że jest ostracyzowany przez niektóre emigracyjne 
pisma i cenzurowany przez redaktorów, którzy mylą prawdziwy obowiązek redaktora 
(czyli szacunek dla słów autora) z obowiązkiem cenzora w wątpliwym interesie "wraż- 
liwości narodu lub czytelnika" . 
Wreszcie przyszła kolej na dwóch pisarzy, którzy piszą po angielsku: Stefana 
Themersona i Jerzego Pietrkiewicza (Peterkiewicza). Themerson jeszcze w Polsce 
przed wojną eksperymentował z nowymi formami, później osiadł w Anglii, gdzie zało- 
żył własne wydawnictwo (Gaberbocchus). Jego fantazje są na pograniczu koncepcji 
epater-les-bourgeois. Pietrkiewicz, dobry i bezpośredni poeta przed wojną, zaczął pisać 
po angielsku utwory prozą i osiągnął prawdziwe mistrzostwo. Porzucił poezję (chociaż 
w czasie wojny i po niej napisał bardzo piękne wiersze) i skoncentrował się na powie- 
ściach, które przechodzą od lirycznej The Knotted Cord (w dużej mierze autobiogra- 
ficznej) via heroikomiczną Loot and Loyalty, po wyszukaną satyrę Isolation. Pietrkie- 
wicz jest błyskotliwym i utalentowanym pisarzem, często jednak za bardzo idzie 
w stronę gładkości i pokazuje tę męczącą nowoczesną wadę - jałowość serca. Ale 
jego starania zasługują na szacunek, chociaż powinno się na razie unikać porównywa- 
nia go do Conrada. 
Ten zwięzły przegląd emigracyjnej sceny literackiej - w sposób nieunikniony 
przypominający katalog - byłby niekompletny bez wspomnienia dwóch głównych 
pism literackich: "Wiadomości" i "Kultury" (omówionych w innej części tej publika- 
cji) 11, do których należy dodać "Kontynenty" - ambitny i interesujący periodyk mło- 
dych autorów (nie tyle "młodych gniewnych", ile "młodych smutnych"). Pośród wy- 
dawnictw wspomniałem już o świetnych dokonaniach Bednarczyka; Bolesława Świ- 
derski zebrał cenną grupę pisarzy i wydał już około dwudziestu pięciu tytułów. "Or- 
bis", wydawnictwo z czasów wojny, znacznie ograniczyło swoją działalność wydawni- 
czą, to samo dotyczy "Rybitwy" i "Gryfu". Paryska "Libella" wydaje wartościowe 
książki, podobnie jak "Biblioteka «Kultury»" też w Paryżu. 
Pominąłem kwestię, często omawianą w kręgach emigracyjnych, wartości literatu- 
ry emigracyjnej. Są tacy krytycy, którzy aż nazbyt chętnie wręczają tej twórczości 
pierwszą nagrodę, twierdząc iż jest lepsza od literatury w Polsce. Jest to, naturalnie, 
przesada. W Polsce jest więcej pisarzy, są większe zasoby ludzkie, tematy twórczości 
są bardziej żywe i aktualne. Jednakże krytyk literacki, choć zaniepokojony zmniejsza- 
niem się szans na publikację i trudną sytuacją finansową, powinien cieszyć się z tego, 
że wbrew pesymistycznym przepowiedniom literatura emigracyjna nadal istnieje i nie 
chce tracić swoich praw. Literatura ta, choć różniąca się tonem, wyrazem i wyborem 
tematów od twórczości w Polsce, nie jest całkowicie zwrócona do przeszłości i uzależ- 
niona od "choroby rozpamiętywania o rzeczach dawnych". Pisarze tacy jak Miłosz, 
Gombrowicz, Grudziński i Tadeusz Nowakowski otwarli nowe horyzonty i jest na- 
dzieja, że młodzi twórcy zdobędą nowe tereny. 
Niedawna dyskusja w jednym z literackich pism w Londynie o polskiej literatu- 
rze/literaturach Qedna czy dwie?) pokazała, że w powszechnej opinii istnieje jedna lite- 
ratura - z dwoma różnymi sposobami wyrazu, ale z tymi samymi celami i ideałami. 


(Z. Grabowski, Polish Literature in Exiłe, Arena 1961 nr 2, s. 5-19) 


11 Z.A.G[rabowski], TwoPolish ExiłePeriodicałs, Arena 1961 nr 2, s. 119-123. 


20
>>>
Raimond KOLK 


ESTOŃSKA LITERATURA EMIGRACYJNA 


Podczas drugiej wojny światowej Estonię napadano i okupowano trzykrotnie: naj- 
pierw byli to Rosjanie (1940-1941), potem Niemcy (1941-1944) i wreszcie znowu 
Rosjanie, którzy przyłączyli ten mały, demokratyczny kraj do Związku Socjalistycz- 
nych Republik Radzieckich. 
Po doświadczeniach pierwszej rosyjskiej okupacji wielu pisarzy estońskich uciekło 
pod koniec wojny, razem z dużą liczbą swych rodaków. W wolnym świecie stworzyli 
żywą i postępową literaturę, w której starsi uznani twórcy mają równorzędny udział 
z przedstawicielami młodszego pokolenia. Po roku 1945 wydano ponad trzysta ksią- 
żek, większość w spółdzielni będącej własnością pisarzy, z siedzibą w Lund (Szwecja). 
Estońska literatura emigracyjna, kontynuując tradycje ojczyste, zaabsorbowała 
wpływy i idee z Zachodu, zwłaszcza te płynące z literatury skandynawskiej. Zasadni- 
czo pozostała wierna realizmowi, chociaż pojawiają się w niej także liczne ekspery- 
menty w zakresie współczesnego stylu i podejścia. Najbardziej popularnym gatunkiem 
prozy jest powieść; opowiadania i dramaty są mniej powszechne. Poezja też odznacza 
się liczącymi się osiągnięciami. 
"Dla mnie i dla mojego pokolenia utrata niepodległości naszej ojczyzny i wojna stały 
się najważniejszym i decydującym doświadczeniem" - pisze Ilmar Talve, estoński 
uczony i powieściopisarz w przedmowie do jednej ze swych książek. Najbardziej popu- 
larnymi książkami, zwłaszcza we wczesnym okresie emigracji, są powieści dotyczące 
współczesnych wydarzeń, kroniki indywidualnych losów w naszych niespokojnych, 
tragicznych czasach. Inne opowiadają o ponurej i przeważnie beznadziejnej walce estoń- 
skiego ruchu oporu w czasie drugiej okupacji rosyjskiej. Powiązane z nimi są psycholo- 
giczne powieści oparte na życiu emigracyjnym lub uniwersalnych ludzkich problemach. 
Ponieważ Estonia zawsze była przede wszystkim krajem rolniczym, najmocniej w jej 
tradycji literackiej osadzona jest powieść chłopska i pisarze emigracyjni nadal tę tradycję 
podtrzymują. Mimo że powieść chłopska, w podstawowym znaczeniu - z jej rytmem 
wyznaczonym przez pory roku - znikła, wciąż ulubionym tematem prozy pozostaje 
społeczność wiejska. Epickie opisy zastąpiono psychologicznymi obserwacjami, bardziej 
skomplikowaną formą, ograniczoną liczbą bohaterów. Styl jest bardziej zwięzły, kolo- 
kwialność i dialekt ustąpiły miejsca bardziej subtelnemu językowi. 
Powieść historyczna także odgrywa ważną rolę w estońskiej literaturze emigracyj- 
nej, natomiast zbiory opowiadań ukazują żywotność tego, mniej ambitnego, gatunku, 
chociaż tego rodzaju twórczość jest stosunkowo mała. To samo dotyczy dramatu, mimo 
że w większych skupiskach Estończyków istnieją liczne grupy teatralne. Poza Estonią 
poezję estońską reprezentuje troje naj znamienitszych współczesnych poetów lirycz- 
nych: Gustav Suits, Marie Under i Henrik Visnapuu. Autobiografie i wspomnienia 
również są częścią emigracyjnej literatury estońskiej. Wychodzą periodyki poświęcone 
prozie i poezji; dwa ("The Scorching Earth" - "Wypalona Ziemia" i "Mana") sąjuż 
dobrze zakorzenione - pierwszy ukazuje się od jedenastu lat, drugi od czterech. Oby- 
dwa są wydawane w Szwecji. 


*** 


21
>>>
Przegląd emigracyjnych pisarzy estońskich musi być, siłą rzeczy, wybiórczy, aby 
nie stał się zwykłym katalogiem. 
Valev Uibopuu żyje na emigracji w Szwecji od siedemnastu lat. Jego najbardziej 
znana powieść Nikt nas nie słyszy (Nobody Hears Us, 1949) opisuje dni tuż przed 
i w czasie komunistycznej okupacji Estonii, dzieje się w małym prowincjonalnym 
miasteczku i ma wielu bohaterów. Centralną postacią jest młody dziennikarz, który 
popiera nowy reżim. Cztery piece (Four Furnaces, 1951) poruszają problem uchodź- 
ców ze społecznego i psychologicznego punktu widzenia. Część floty estońskiej mogła 
po wojnie pozostać w wolnym świecie i powieść rozgrywa się na jednym z takich stat- 
ków, pływającym pod flagą panamską bez portu macierzystego. Załoga składa się 
z około dwudziestu uciekinierów (nie tylko w sensie politycznym, lecz także uciekają- 
cych przed własnym życiem i problemami), a każdy z nich opowiada swoją historię 
w oddzielnym rozdziale. Na pokładzie statku pojawiają się w tajemniczy sposób ulotki 
komunistyczne, a realizm powieści jest podszyty strachem i podejrzeniami, z elemen- 
tami zarówno komicznymi, jak i tragicznymi. 
Ilmar Talve zasłynął kontrowersyjną powieścią Dom na śniegu (The House in the 
Snow), która opowiada o działaniach, w fikcyjnym wschodnio-europejskim kraju, Pią- 
tej Kolumny, przygotowującej teren pod faszystowską okupację. 
Arved Viirlaid, jeden z młodszych pisarzy, uczestnik-ochotnik wojny fińsko-rosyj- 
skiej, mieszka obecnie w Kanadzie. Wydał dwa zbiory poezji i dwie powieści. Nagro- 
dzona powieść Groby bez krzyży (Graves Without Crosses) opowiada o walce estoń- 
skiego ruchu oporu pod okupacją komunistyczną. 
Karl Ristikivi przed wyjazdem z Estonii (w roku 1944) studiował geografię na 
uniwersytecie w Tartu, obecnie mieszka w Szwecji. Jego powieści to: Sad (Orchard) - 
opowieść o nauczycielu greki, Jak było kiedyś (The Things That Once Were) - 
o ostatnich szczęśliwych miesiącach przed wojną w Estonii i niezwykła Noc dusz (Ni- 
ght of Souls), w której krytycy doszukali się elementów z Kafki i z Wędrówki Piel- 
grzyma. Ristikivi utożsamia uchodźcę z bohaterem Outsidera Colina Wilsona (chociaż 
wydał swoją książkę parę lat wcześniej) i poszerza problemy emigracji o analizę ogól- 
nego kryzysu etyki w dzisiejszym świecie. "Domaganie się poświęceń od innych jest 
działaniem społecznym, a odmowa poświęcenia się samemu uważana jest za działanie 
antyspołeczne" - pisze. Ristikivi pisze ironicznie, używając modernistycznych, ekspe- 
rymentalnych stylu i formy. Jego powieść, mimo że awangardowa, spotkała się 
z dużym uznaniem pośród emigracji estońskiej. 
August MaIk również mieszka w Szwecji, gdzie pracuje jako archiwista w Royal 
Theatre w Sztokholmie. Opublikował szesnaście powieści, osiem zbiorów opowiadań, 
eseje i kilkanaście sztuk teatralnych. Wiele jego utworów przetłumaczono na francuski, 
niemiecki, szwedzki i inne języki zachodnie. MaIk zdobył uznanie przed wojną powie- 
ściami o morzu i o życiu rybaków z estońskiego wybrzeża i przybrzeżnych wysp. 
W powieściach Ścieżka do studni (The Path to the Wel1) i Thomas Tamm, napisanych 
na emigracji, wybrał inny temat i inne miejsce akcji. Zamiast rybaków opisuje skom- 
plikowanych intelektualistów i pseudointelektualistów, zajętych problemami wyrażania 
własnego "ja" i samopoznania. MaIk napisał także wiele sztuk radiowych, emitowa- 
nych w Szwecji, w Finlandii i Holandii. 
Gert Helbemae mieszka od roku 1947 w Londynie, gdzie wydaje gazetę emigra- 
cyjną. Jego naj nowsza powieść, Statek do Delos (The Ship to Delos) jest opowieścią 
o profesorze filozofii piszącym rozprawę o Sokratesie i o jego romansie z młodą ko- 
bietą, która później popełnia samobójstwo. Kwestia winy przedstawiona jest z siłą 
i przekonującą introspekcją psychologiczną - naturalnie winy moralnej, bo w sensie 


22
>>>
prawnym nie ma tu mordercy. Helbemae napisał również szereg opowiadań o wcze- 
snym średniowieczu w Tallinie i wydał dwutomową powieść pod tytułem Czarny brat 
(The Black Friar) o reformacji w Estonii, napisaną w formie kroniki dominikanina 
z Lubeki, którego podróże wiodą do Tallina. 
Pedro Krusten, mieszkający w Stanach Zjednoczonych, napisał kilka powieści 
psychologicznych. 
Arvo Magi, znany estoński krytyk literacki, także napisał kilka powieści. Powodzie 
(The Floods) opowiadają o konflikcie między dwoma braćmi o kobietę i o fermę. Bra- 
my raju (The Gates of Paradise), które wywołały pewne kontrowersje w kręgach lite- 
rackich emigracji, są opowiadaniem o studencie sztuki, który musi wybierać między 
sztuką czystą i sztuką komercyjną, między cnotliwą dziewczyną i elegancką kobietą 
z artystycznej cyganerii. Powieść przerobiono na sztukę i wystawiano w kilku emigra- 
cyjnych teatrach. 
Bernard Kangro jest nie tylko znamienitym poetą i płodnym powieściopisarzem, 
lecz także duchem opatrznościowym spółdzielczego wydawnictwa emigracyjnych 
pisarzy estońskich. Nawet w swojej prozie, z pewną dozą mistycyzmu, łączy wielką 
oryginalność i poetyckie podejście. Najlepsza powieść to chyba Peipsi, która dzieje się 
wokół jeziora Peipus, leżącym na granicy między Estonią a Związkiem Radzieckim, 
i opisuje polityczne oraz międzyludzkie intrygi tuż przed wybuchem drugiej wojny 
światowej. Poezja Kangro zawiera te same mistyczne i mitologiczne elementy, te same 
szczegółowe obserwacje przyrody, co jego proza. Kangro preferuje prosty czterowiersz 
opisowy lub biały wiersz. Jego wiersze cechuje szybko zmieniający się punkt widzenia, 
który często tworzy liczne wariacje tego samego tematu. Wiele jego wierszy przetłu- 
maczono na angielski, niemiecki i fiński. 
Ain Kalmus jest przede wszystkim powieściopisarzem historycznym. Część jego 
książek dotyczy tematów ze Starego Testamentu, inne zajmują się nawróceniem Estonii 
w trzynastym wieku. Prorok (The Prophet), jego najbardziej znana książka, został 
przetłumaczony na wiele języków. 
August Gailit, który zmarł niedawno w Szwecji, był jedną z najważniejszych po- 
staci literatury estońskiej. Trzytomowy zbiór opowiadań Czy pamiętasz, kochanie? (Do 
You Remember, My Love f) dotyczy grupy uchodźców, którzy muszą zarabiać na życie 
jako drwale. W zasypanym śniegiem leśnym szałasie opowiadają o swych rozmaitych 
przygodach miłosnych. Opowiadania są napisane brawurowo i ukazują prześmiewczą 
wyobraźnię, charakterystyczną dla Gailita, który wesołością maskował zasadniczy 
cynizm i głębokie rozczarowanie światem. 
Karl Ast-Rumor, były dyplomata, napisał wiele książek, których akcja dzieje się 
w Ameryce Łacińskiej; a ponadto zbiór opowiadań Marzenia i smutki (Dreams and 
Sorrows) oraz obszerną powieść Krucyfiks (The Crucifix), w której ukazuje destrukcyj- 
ną moc religijnego fanatyzmu. Jest to uderzająco realistyczna książka, a głównymi 
bohaterami są kaznodzieja (były więzień) i jego czarny uczeń. 
Największa poetka estońska żyje na uchodźstwie. Marie Under była nominowana 
do Nagrody Nobla, jej wiersze tłumaczono na niemiecki, rosyjski, francuski, angielski, 
węgierski i wiele innych języków. Pierwszy tom poezji pt. Sonety (Sonnets) ukazał się 
w roku 1917. Do roku 1942, kiedy wyjechała z Estonii, wydała dziesięć kolejnych 
zbiorów, a teraz kontynuuje twórczość w Szwecji. Marie Under dobitnie i z wielką 
dumą wypowiada się o swych kolegach na emigracji, a jej wiersze są zaskakująco 
czułe. Część jej poezji to epika, mocno osadzona w historii Estonii. 
Gustav Suits, profesor literatury, który zmarł w Szwecji, był również znakomitym 
poetą, podobnie jak Henrik Visnapuu, który umarł w roku 1951 na emigracji w Amery- 


23
>>>
ce. Visnapuu pisał po estońsku w sposób tak kolokwialny i osobisty, że jego wiersze są 
praktycznie nieprzetłumaczalne. 
Wśród młodszego pokolenia mamy Kalju Lepika, który wydał kilka zbiorów po- 
ezji (Płacz Ojczyzno! - Cry, Homeland!, Baśń z krainy tygrysów - Fairy Tale of 
TIgerland i Zdobycz - The Quarry są najlepiej znane), w których pokazuje wielką 
subtelność stylu i znaczne opanowanie techniki. 
Ilmar Laaban, krytyk i eseista (tomik jego poezji nazywa się: Koniec łańcucha 
kotwicy jest początkiem pieśni - The End of the Anchor Chain is the Beginning of the 
Song) jest typowym przedstawicielem estońskiej awangardy. Jego poezja odznacza się 
graficzną przejrzystością, żywą, bogatą wyobraźnią i wrażliwym zrozumieniem języka, 
choć jego innowacje spotkały się z krytyką kręgów konserwatywnych. 
Ivar Griinthal, inny poeta, jest wirtuozem formy. Jego głównym tematem jest róż- 
norodność miłości, erotyczne doświadczenia młodych ludzi w czasie wojny; ostatnio 
zajmuje się kwestiami społecznymi i politycznymi, traktowanymi z bardzo osobistego 
punktu widzenia. 
Aleksis Rannit jest znanym eseistą i również pisze wiersze. Mieszka w Stanach 
Zjednoczonych. 
Literatura estońska na uchodźstwie zachowała kulturalne dziedzictwo swego kraju 
i stworzyła nowe, żywe i energiczne społeczeństwo literackie. 


(R. Kolk, Estonian Literature in EJdłe, Arena 1961 nr l, s. 3-9) 


janis ANDRUPS 


LITERATURA ŁOTEWSKA W ZMIENIAJĄCYM SIĘ ŚWIECIE 


Ogromna większość pisarzy łotewskich wyjechała na emigrację pod koniec 
II wojny światowej i dopiero od tej pory łotewska literatura mogła się swobodnie roz- 
wijać poza Łotwą. Pośród autorów, którzy musieli zostać w kraju, ci ze starszego po- 
kolenia zamilkli, oprócz kilku, którzy już wcześniej wykazywali skłonność do komuni- 
zmu. Radzieckie władze okupacyjne szukały nowych talentów literackich, ale dyktat 
partii był zbyt surowy, aby pozwolić na rozwój indywidualnego stylu lub oryginalnych 
idei wśród młodych pisarzy. Każdy prawdziwie utalentowany młody autor (Heislers, 
Laganovskis, Cielava, Puris), który próbował pójść odrębną ścieżką, był surowo napo- 
minany - przypominano mu o roli partii. Ale okazjonalny bunt odważnego umysłu 
pokazuje, że wolności ducha nie da się całkiem pokonać, nawet pod rządami absolut- 
nego tyrana. 
Radziecki rząd okupacyjny bardzo się starał, żeby książki łotewskich pisarzy emi- 
gracyjnych nie były dostępne dla czytelników na Łotwie. Jedynie bardzo nieliczne 
książki napisane na emigracji przedrukowano na Łotwie (Zielona księga]. Jaunsudra- 
binsa i esej Anslavsa Eglitisa). 
Mimo to na Łotwie istnieje ogromne zainteresowanie wszystkim, co opublikowano 
na emigracji; nieliczne książki, które nielegalnie docierają do kraju przechodzą z rąk do 
rąk, a kontrolowane przez partię pisma w Rydze uważają za konieczne protestować od 
czasu do czasu przeciwko nowoczesnym tendencjom w łotewskiej poezji emigracyjnej. 


24
>>>
Łotewski pisarz na emigracji nie ma, niestety, możliwości zaspokojenia popytu swoje- 
go narodu na prawdziwe wartości literackie. Musi znaleźć czytelników wśród stu tysię- 
cy Łotyszy, którzy żyją na emigracji oraz czekać w nadziei, że padną bariery. 
Na początku tego wieku wielki łotewski poeta, Rainis, spędził w Szwajcarii trzy- 
naście lat jako uchodźca polityczny, a jednak reżim carski nie zabraniał rozpowszech- 
niania jego książek na Łotwie. Obecny reżim rosyjski o wiele bardziej gnębi kwestie 
duchowe niż robili to carowie. 
Łotewscy wydawcy na emigracji, mimo że wspierani tylko przez stosunkowo nie- 
wielką liczbę uchodźców, potrafili, jak do tej pory, zapewnić publikację książek łotew- 
skich emigrantów. Powieści i zbiory opowiadań wciąż sprzedają się w dwutysięcznych 
nakładach, co pokrywa koszt wydania. Problemem są tomiki poezji, gdyż mają bardziej 
ograniczony krąg czytelników. Skurczyły się honoraria autorskie, zarówno za książki, 
jak i za druk w czasopismach i w gazetach, a kontynuacja i rozwój łotewskiej literatury 
emigracyjnej są możliwe dzięki poświęceniom samych autorów, którzy zarabiają na 
życie nie piórem, lecz pracą innego rodzaju. 
Przyszłość łotewskiej literatury emigracyjnej zależy od nowego pokolenia pisarzy 
i czytelników. O ile chodzi o nowych autorów, nie ma, jak na razie, powodów do nie- 
pokoju - na emigracji wyrastają nowe talenty, zwłaszcza w dziedzinie poezji. Są 
jednak obawy, że zmniejsza się liczba czytelników, ponieważ pokolenie dzisiejszych 
dwudziestolatków wykształciło się w różnych częściach świata zachodniego, w języ- 
kach swych przybranych krajów. Chociaż większość tych młodych ludzi bardzo dobrze 
zna język ojczysty, faktem jest, że książki napisane po łotewsku nie są im tak niezbęd- 
ne,jak starszemu pokoleniu. 
Wśród łotewskich pisarzy, którzy wyjechali na emigrację pod koniec II wojny 
światowej, byli przedstawiciele pokolenia autorów, wcześniej duchowo przygotowują- 
cego drogę do niepodległości kraju. Są to tacy twórcy, jak: Karlis Skalbe, Janis Jaunsu- 
drabins, Valdemar Dambergs. Karlis Skalbe, jeden z najznamienitszych poetów łotew- 
skich, przepłynął Bałtyk w łodzi rybackiej i znalazł azyl w Szwecji, w ten sposób po 
raz drugi przybywając do Skandynawii, gdyż w latach 1907-1909 mieszkał w Oslo 
jako uchodźca polityczny. Na ponownym wychodźstwie Skalbe napisał tylko parę 
wierszy i bajkę, ponieważ umarł 15 kwietnia 1945 roku. Valdemars Dambergs, który 
w swych powieściach, wierszach i sztukach stosował klasyczną koncepcję formy, za- 
mieszkał w Danii, gdzie zmarł w lecie roku 1960. 
Osiemdziesięcioczteroletni Janis Jaunsudrabins jest wielkim seniorem łotewskiej 
literatury. Jako miłośnik wody, osiadł nad jeziorem Mone w Korbeck, w Niemczech; 
znalazł miejsce w literaturze niemieckiej dzięki niemieckim tłumaczeniom swojej pro- 
zy. Jaunsudrabins nadal pisze o łotewskiej wsi widzianej oczyma chłopca; pisze języ- 
kiem bogatym i żywym, ma bardzo ostre spojrzenie. 
Janis Veselis i Peteris Ermanis należą do pokolenia pisarzy, którzy wnieśli wkład 
do literatury łotewskiej mniej więcej w tym czasie, kiedy Łotwa odzyskała niepodle- 
głość. Janis Veselis, na emigracji w Stanach Zjednoczonych, pisze następne powieści 
i teiksmas (legendy). Te ostatnie są gatunkiem, który zaadaptował na własne potrzeby 
i w którym jego olbrzymia wyobraźnia odnajduje się w pełnym zakresie, często prowa- 
dząc pisarza do świata mitologii. Peteris Ermanis, obecnie mieszkający w Niemczech, 
nadal tworzy poezję, której tematy bierze przeważnie z własnych wspomnień. 
Następne pokolenie pisarzy - Anslavs Eglitis, Knuts Lesins, Valdemars Karklins, 
Girts Salnais, Teodors Zeltins - najwięcej wniosło do dalszego rozwoju powieści 
i noweli. Najlepsze z tego, co napisał Anslavs Eglitis można znaleźć w małym, skrom- 
nym tomiku opowiadań pod tytułem: Palące się miasto (Burning City), opublikowa- 


25
>>>
nym w 1946 roku, w początkowym okresie emigracji. Od tej pory rzadko pisze opo- 
wiadania. Jedno z nich, Bestseller, przetłumaczone przez Ruth Speirs, wyszło ostatnio 
w "The Texas Quarterly" w Stanach Zjednoczonych. Anslavs Eglitis wydał wiele po- 
wieści, w których często znajdujemy elementy satyryczne oraz zwyczaj (stosowany 
często przez Somerseta Maughama) nadawania bohaterom cech rozpoznawalnych 
pierwowzorów. 
Największym osiągnięciem Valdemarsa Karklinsa, który napisał większość swych 
prac na emigracji, także są opowiadania (Nad rzeką czasu - By the River of TIme, tom 
opowiadań wydany w roku 1951). Trzy zjego opowiadań, przełożone przez Ruth Spe- 
irs, ukazały się w "The Texas Quarterly" i w "The Hudson Review" w Stanach Zjedno- 
czonych. Valdemars Karklins nie kontynuował twórczości w formie opowiadań, lecz 
zajął się pisaniem powieści. Wielka trylogia (Legenda siedmiu statków - The Legend 
of the Seven Ships, Kraj Boga - God's Own Country, Złoty dzwon - The Golden 
Bell) przedstawia żywy obraz czasów i cały szereg oryginalnych bohaterów. Jego po- 
wieść Tylko miłość (Nothing but Love) jest najbardziej wyczerpującym przedstawie- 
niem problemów drugiej wojny światowej, jakie się do tej pory pojawiło w łotewskiej 
literaturze. 
Zbiór opowiadań Knutsa Lesinsa, Wino wieczności (Wine of Eternity), przetłuma- 
czony przez Ruth Speirs, został wydany przez University of Minnesota Press w roku 
1957 i miał w amerykańskich pismach bardzo dobre recenzje. Autorowi udało się 
uniknąć impasu, w jaki często popadają twórcy opowiadań psychologicznych. Wartość 
jego najnowszych nowel (Ślepa ulica - Dead End Street, 1958) polega na umiejętno- 
ści ukazania człowieka przez odkrywanie jego życia wewnętrznego, bez opisywania 
hałasu i zamieszania świata zewnętrznego. 
Girts SaInais w swych obszernych powieściach przedstawia interesujące typy 
ludzkie w żywo opisanym otoczeniu. 
Wspomniani autorzy oderwali się od tematu tradycyjnego życia wsi, tematu, który 
w swoim czasie groził ugrzęźnięciem w parafiańszczyźnie, i w znacznym stopniu roz- 
winęli zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny świat łotewskich powieści i opowiadań. 
Zenta Maurina, eseistka, mieszkająca obecnie w Szwecji, jest jedną z niewielu ło- 
tewskich pisarek, która wyrobiła sobie nazwisko wśród czytelników innej narodowości. 
Większość swoich książek na emigracji napisała po niemiecku; później zostały przeło- 
żone na łotewski, a także na szwedzki. Angielskie wydanie jej niezwykłej książki 
o Dostojewskim ukazało się w roku 1939, ale od tego czasu poprawiona wersja książki 
wyszła również po niemiecku i po szwedzku. Autobiograficzna trylogia Mauriny (Da- 
lekajazda - Die weite Fahrt, Śmiałość jest piękna - Denn das Wagnis ist sch6n, 
VT)rłamać żelazne okowy - Die eisernen Riegel zerbrechen) zebrała dobre recenzje 
i cieszyła się powodzeniem u czytelników w Niemczech. 
Martins Zivrts, także mieszkający w Szwecji, jest najbardziej znanym łotewskim 
dramatopisarzem. Eksperymentuje w swoich sztukach z nowymi formami i pokazuje 
bardzo dramatyczne konflikty przy pomocy minimalnej liczby aktorów na scenie, na 
której praktycznie nie ma dekoracji ani rekwizytów. 
Mimo że tomiki poezji są na emigracji najmniej opłacalne, to właśnie w dziedzinie 
poezji widzimy nowe poszukiwania i świeże talenty. Poezja od wieków była najbar- 
dziej żywotną i najcenniejszą częścią łotewskiej literatury, środkiem, w którym szcze- 
gólne uzdolnienia i skłonności Łotyszów znalazły swój naturalny wyraz. Łotysze mają 
około dwustu tysięcy opublikowanych piosenek ludowych, które w formie czterowier- 
szowych zwrotek są rezerwuarem poetyckiego bogactwa. Ich pochodzenie sięga 
w głęboką przeszłość, do początków narodu łotewskiego i ich języka, i nadal są one 


26
>>>
potencjalnym źródłem inspiracji dla współczesnej liryki. Tak jak w przypadku wielu 
innych narodów europejskich Łotysze nie rozwinęli swojej poezji pisanej bezpośrednio 
z folkloru, lecz pod wpływem obcych wzorów, a poezja ta, w różnych okresach, daleko 
odchodziła od stylu i duchowego wymiaru ludowych piosenek. Poeci łotewscy zawsze 
jednak odczuwali chęć powrotu do swojej ludowości i tworzenia poezji prawdziwie 
łotewskiej pod względem stylu i treści, z piosenką ludowąjako pierwowzorem. 
Taką próbę podjął poeta Janis Medenis, który rozwinął dziewięć nowych łotew- 
skich systemów metrycznych, łącząc elementy metryczne wzięte z piosenek ludowych. 
Janis Medenis, autor jednych z naj znakomitszych łotewskich ballad i poematów, spę- 
dził wiele lat na Kałymie, zesłany tam przez Rosjan. Zwolniony w roku 1956 wrócił na 
Łotwę w bardzo złym stanie zdrowia i zmarł 10 maja 1961 roku. 
Zinaida Lazda, która zmarła w Stanach Zjednoczonych w roku 1957, nie próbo- 
wała naśladować wierszowanej formy piosenek ludowych, ale ożywić na nowo ich 
ducha we własnej poezji, w której problemy współczesnego życia są rozświetlone 
duchowym światem folkloru. 
Peteris Aigars, inny przedstawiciel tego samego pokolenia, zaczął od stosowania 
techniki poezji miejskiej do portretowania łotewskiej wsi. Później przeszedł do tematu 
jednostki, pisząc łatwe, melodyjne wiersze, bogate w kolorowe obrazy. W ostatnich 
latach w jego poezji znów często pojawia się element liryczno-epicki. Aigars napisał 
wiele bajek i satyr. 
Andrejs Eglitis, mieszkający w Szwecji, odznacza się wielką różnorodnością sty- 
lów - potrafi być emocjonalny i dynamiczny, kiedy pisze na tematy życia codzienne- 
go oraz powściągliwy w przedstawianiu indywidualnych doświadczeń. Tomik jego 
wierszy Na tarczy (On the Shield), z roku 1946, zawiera wiersze wojenne, które mają 
twardą, metaliczną formę poezji francuskiego renesansu, ale w innym tomie poezji, 
Otranto, z roku 1958, poddaje się błyszczącemu przypływowi surrealistycznej wy- 
obraźni. 
Veronika Strelerte, również osiadła w Szwecji, nie szukała nowych form, aby pod- 
kreślić zakres swej poezji. Szczęśliwie obdarzona niezwykłym wyczuciem językowym, 
wykorzystuje starannie dobrane słowa w nowych, oryginalnych kontekstach. Skoncen- 
trowana forma jej wiersza i oszczędność w słowach świadczą o pewnym pokrewień- 
stwie z łotewskimi piosenkami ludowymi. 
Pierwszą pisarką, która zajęła się badaniem nowych możliwości łotewskiej poezji 
była Velta Snikere, zamieszkała w Anglii. Jej wczesne wiersze, opublikowane około 
roku 1943, nosiły znamię surrealizmu. Najnowszy tomik poezji, Domysł nieustający 
(Nemitas minamais, 1961) pokazuje jej wyjątkowy dar zmiany faktycznego doświad- 
czenia w formy poetyckie, które mają naturę magicznego zaklęcia. 
Wiersze Andrejsa Pablo Mierkalusa (mieszkańca Francji) także stoją pod znakiem 
surrealizmu, połączonego jednak z silnymi elementami satyry i humoru. Niestety 
Mierkalus żyje w cieniu choroby i spędził wiele lat w szpitalu. 
Blisko z nim związana w sensie twórczych poszukiwań jest grupa młodych łotew- 
skich poetów w Stanach Zjednoczonych - Gunars Salins, Unards Tauns i Olafs Stu- 
mrs. Przejęli oni wiele ze współczesnej poezji amerykańskiej, ale wzorem jest dla nich 
również łotewski poeta Aleksandrs Caks. (Caks zaczął pisać około roku 1925, pod 
wpływem Majakowskiego i imażynizmu, i rozwinął indywidualny rodzaj poezji, za- 
równo pod względem treści, jak i metaforyki.) 
Wszyscy ci poeci zajmują się poszukiwaniem nowych form, ale każdy z nich od- 
znacza się własną indywidualnością i widocznym talentem. Gunars Salins skłania się 
w kierunku poezji epickiej z elementami ironii; Linards Tauns cieszy się życiem; Olafs 


27
>>>
Stumbrs całkowicie zagłębił się w świecie osobistej wizji poetyckiej - jak chiński 
malarz, który ponoć spakował swoje pędzle i zamieszkał w obrazie, jaki właśnie skoń- 
czył malować. Chociaż ci młodzi poeci nie dorastali w łotewskim środowisku, mają 
bardzo wrażliwe wyczucie własnego języka i dają nadzieję na dalszy rozwój łotewskiej 
poezji. 
Poezja jest tą częścią łotewskiej literatury, która mogłaby najwięcej dać czytelni- 
kowi nie-Łotyszowi, a jednak "najgłębsza poezja jest nieprzetłumaczalna i nawet nie- 
możliwa do przekazania", a te poetyckie wartości pozostają zamknięte w obrębie języ- 
ka łotewskiego. Poezja amerykańska, angielska, niemiecka czy francuska coraz bar- 
dziej w ostatnim dziesięcioleciu zbliża się do prozy, staje się bardziej międzynarodowa 
i łatwiejsza do tłumaczenia, tracąc swe odrębne i nieodłączne wartości. Tak się jednak 
nie stało w przypadku współczesnej poezji łotewskiej, która nadal wyrasta z autentycz- 
nie żywych źródeł poetyckich. 


(l. Andrups, Latvian Literature in Exiłe, Arena 1961 nr 4, s. 7-14) 


Alfonsas NYKA-NILIUNAS 


LITEWSKA LITERATURA EMIGRACYJNA 


Pisarze emigracyjni i literatury emigracyjne nie są wynalazkiem naszych czasów. 
Przez całe wieki pisarze musieli bronić własnej wolności, praw człowieka i - często 
- nawet własnego życia opuszczając ojczyznę. Na liście takich pisarzy znajdziemy 
Owidiusza, Wiktora Hugo, Adama Mickiewicza i wiele znanych nazwisk. Dzisiaj 
zmieniła się jednak koncepcja emigracji. To, co wcześniej było bohaterską egzystencją 
z romantyczną aureolą przekształciło się w naszych czasach w zwykłe, codzienne zja- 
wisko. Aby posłużyć się paradoksem powiem, że emigracja jest losem prawie wszyst- 
kich współczesnych ludzi, ponieważ każdy z nas przebywa na jakiejś emigracji, każdy 
jest w jakiś sposób prześladowany. 
W lecie 1944 roku, kiedy armia radziecka zbliżała się do granic Litwy, mniej wię- 
cej dwie trzecie wszystkich litewskich pisarzy - jedni podejmując świadomą decyzję, 
inni chcąc uniknąć fizycznej zagłady - uciekło na zachód. Był to pierwszy tak duży 
exodus w historii literatury litewskiej. Pośród tych, którzy uciekli, byli tacy sławni 
poeci, jak: Mykolas Vaitkus, Faustas Kirsa, Stasys Santvaras, Bernardas Brazdzionis, 
H. Radauskas, a także znani prozaicy: Vincas Kreve, P. Tarulis, Vincas Ramonsa, 
Liudas Dovydenas, Jurgis Jankus, Pulgis Andriusis, Stepas Zobarskas, itd. Do nich 
dołączyli pisarze, którzy w chwili zajęcia Litwy mieszkali za granicą: Vydunas, Ignas 
Seinius, Jurgis Savickis, Juozas Tysliava, Jonas Aistis, Antanas Vaiciulaitis. 
We wczesnym okresie emigracji, przed wyjazdem za ocean, wśród litewskich pisa- 
rzy na wychodźstwie panowało przekonanie, że ich wyjazd jest tylko tymczasowy i że 
lada chwila nastąpi powrót do ojczyzny. To przekonanie karmiło się nadzieją, że 
w końcu niedawni alianci ze wschodu i zachodu podejmą decyzję o konfrontacji. 
W związku z tym prawie wszyscy pisarze, którzy opuścili Litwę kontynuowali literac- 
kie tradycje stworzone na Litwie, powołując instytucje zlikwidowane przez nowy re- 


28
>>>
żim, używając starych tytułów i starannie utrzymując hierarchię opartą na wcześniej- 
szych zasługach i działaniach. 
Początkowo, ta bezwarunkowa wiara w szybki powrót i wynikający z niej entu- 
zjazm inspirowały znaczną produkcję literacką, chociaż bardziej opartą na ilości niż 
jakości. Liczne publikacje, niezwykle duże nakłady (w stosunku do ograniczonej liczby 
potencjalnych nabywców) i różnorodność periodyków literackich są dowodami zaniku 
entuzjazmu. Kiedy jednak mijały kolejne lata w obozach dla uchodźców i upadała 
nadzieja na szybki powrót do kraju rodzinnego, wyraźnie można było zobaczyć fikcję 
całej tej sytuacji i uznać emigrację za jedyne wyjście. Siła rozczarowania prowadziła 
do zaniku ideałów opartych na nadziejach na szybki powrót i wynikającego z nich 
entuzjazmu. Do tego należy dodać czynnik czysto ekonomiczny - reformę monetarną 
w Niemczech, która zadała śmiertelny cios wydawnictwom i czasopismom. 
Z estetycznego punktu widzenia, literatura we wstępnym okresie emigracyjnym - 
mimo radykalnie nowej sytuacji - była niemal całkowicie zdominowana przez szkołę 
ultra-patriotyczną, która czyniła wszelkie starania, aby utrzymać status quo ante i która 
uważała się nie tylko za część litewskiej literatury, lecz za literaturę litewskąjako taką; 
wychwalała patriotyzm jako najwyższą cnotę i, do pewnego stopnia, estetyczną normę 
literackiej twórczości. 
Ta transformacja patriotyzmu w wartość absolutną (typowa dla psychologii 
uchodźstwa i, może, w szczególnym sensie, historycznie usprawiedliwiona) została 
bardzo chętnie przyjęta przez większość pisarzy i czytelników, którzy stracili podstawy 
egzystencji. Patriotyzm zyskał funkcję bastionu w łańcuchu zamierających nadziei 
i daremnych oczekiwań. Jednakże twarda i aktywna opozycja wobec takiej idei przy- 
szła ze strony naj młodszego pokolenia pisarzy, którzy rozpoczęli twórczość i znaleźli 
się w centrum zainteresowania już w warunkach emigracyjnych. Ci młodzi pisarze, 
którzy "stracili mniej" - zarówno uczuciowo, jak i materialnie - skłaniali się do 
traktowania straty wyłącznie w kategoriach czysto ludzkich. Ich przeciwstawienie 
przyniosło wiele typowych opozycji (człowiek świadom swej sytuacji a wielki patriota; 
intelektualna otwartość a narodowe odosobnienie), które stworzyły podstawę dla praw- 
dziwie emigracyjnego okresu litewskiej literatury na uchodźstwie po roku 1950. 
Pisarze okresu niepodległości lub poprzedniego pokolenia osiągnęli szczyt swojej 
twórczości przed opuszczeniem Litwy. Później niektórym z nich udało się utrzymać 
wcześniejszy poziom, inni wyraźnie go obniżyli. W każdym razie ich twórczość należy 
do literatury przedemigracyjnej. Wyjątkami są tutaj prozaicy Vincas Ramonas i Pulgis 
Andriusis, którzy swe najdojrzalsze prace wydali na emigracji, a także poeta Henrikas 
Radauskas, którego ostatnie dwa tomy wierszy stawiają na czele litewskiej poezji. 
Podczas ostatniego dziesięciolecia wielu młodszych pisarzy litewskich na uchodź- 
stwie skupiło się wokół pisma "Literaturos Lankai" ("Arkusze literackie"), wydawa- 
nym w Stanach Zjednoczonych i drukowanym w Buenos Aires. Głównymi współpra- 
cownikami pisma byli poeci: Juozas Kekstas, rewolucyjny kosmopolita i wieczny tu- 
łacz; Kazys Bradunas, piewca ziemi i mitologii; Henrikas Nagys, przedstawiciel emo- 
cjonalnego ekspresjonizmu; Vladas Slaitas, piewca życia na emigracji; Jonas Mekas, 
nowoczesny prymitywista; Jurgis Blekaitis i Leonas Letas, znawcy lingwistycznej 
alchemii oraz naj młodsi - Alfonsas Gricius, Eugenijus Gruodis, Algimantas Mackus. 
Pośród prozaików Antanas Skema i Algirdas Landsbergis w najbardziej istotny sposób 
przyczynili się do modernizacji najnowszej litewskiej beletrystyki. Są również kronika- 
rze tradycyjnej wsi litewskiej - Marius Katiliskis i Antanas Baranauskas, płodny autor 
opowiadań Aloyzas Baronas, i inni. 


29
>>>
Na emigracji dramat miał też znaczące osiągnięcia, choć nigdy nie był liczącym się 
gatunkiem literackim w literaturze litewskiej, z wyjątkiem Vincasa Kreve i Balysa 
Sruogi. Głównymi dramaturgami są wspomniany wcześniej Antanas Skema, Algirdas 
Landsbergis oraz Kostas Ostrauskas. 


(A. Nyka-Niliunas, Lithuanian Literature in Exiłe, Arena 1962 nr 6, s. 12-15) 


Frantisek VNUK 


SŁOWACKA LITERATURA EMIGRACYJNA 


Wśród dwóch tysięcy słowackich intelektualistów, opuszczających wraz 
z rodzinami Słowację w roku 1945, żeby uciec przed zbliżającą się armią radziecką, 
znajdowali się jedni z najlepszych słowackich powieściopisarzy (Hronsky, Urban) 
i poetów (Zarnov, Dilong, Sprinc, Strmen). Trzy lata później, po komunistycznym 
przewrocie w Pradze, w nowej fali uchodźców znaleźli się kolejni pisarze. Można by 
zapewne porównać tę ucieczkę z ucieczką polskich pisarzy do Francji po upadku po- 
wstania przeciwko Rosji w roku 1831. Słowaccy pisarze emigracyjni (tak samo jak 
emigracyjni pisarze z innych krajów środkowoeuropejskich), wyrwani ze swego natu- 
ralnego otoczenia przez łańcuch wydarzeń poza ich kontrolą, dochodzili do siebie, 
powoli i nie do końca, po ciężkich urazach i jeszcze cięższym szoku psychologicznym 
spowodowanym trudnym i niegościnnym życiu na emigracji. Jako prawdziwi synowie 
swojego narodu nie potrafili najczęściej zapuścić korzeni w nowym otoczeniu. I dlate- 
go przedstawiali żałosną grupę, głęboko osadzoną we własnych cierpieniach mental- 
nych i duchowych, tęskniącą za powrotem lepszych czasów. 
Na emigracji żyje około czterdziestu Słowaków, którzy w różnych momentach uka- 
zywali widoczne oznaki literackiej aktywności. Ich organizacja, Związek Pisarzy 
iArtystów Słowackich, powstała w styczniu 1956 roku (przewodniczący - A. Zamov, 
sekretarz - M. Sprinc). "Most" jest ich oficjalnym kwartalnikiem. To pismo oraz "Lite- 
ramy almanach" (wydawany przez]. Pauco) są dwoma pismami otwartymi dla twórczości 
literackiej pisarzy słowackich. Ponadto dwutygodnik "Slovenska Obrana" (1946-1950) 
i tygodnik "Slovak v Amerike" (od roku 1958) drukowały w odcinkach szereg powieści, 
które następnie ukazały się w formie książkowej. Ale liczba książek beletrystycznych 
ukazujących się rocznie rzadko przekracza dziesięć i stale się zmniejsza. 
Praktycznie wszyscy pisarze słowaccy, przebywający dziś na emigracji, zdobyli 
reputację literacką przed rokiem 1945, w ojczyźnie. Nie przybył nikt nowy wart 
wzmianki, a z upływem czasu literatura emigracyjna staje się szybko więdnącą gałęzią 
współczesnej literatury słowackiej. Tym niemniej, mimo tych wszystkich braków, trud- 
ności i melancholijnych myśli, emigracyjna gałąź literatury słowackiej ma parę waż- 
nych pędów, wartych uważniejszego spojrzenia i głębszej uwagi. Pisarze słowaccy za 
granicą może i są ofiarami własnej nostalgii i tęsknoty, a także gorącymi orędownikami 
sprawiedliwości w prozaicznym świecie, ale ich twórczość jest przynajmniej wolna od 
kultu jednostki, formalizmu i innych bolączek socjalistycznego realizmu, które zostały 
narzucone ich mniej fortunnym braciom, paraliżując literaturę słowacką w kraju. 


30
>>>
W dziedzinie poezji wybitne miejsce zajmuje Karol Strmen (urodzony w 1921 ro- 
ku), obecnie w Stanach Zjednoczonych. Ten obiecujący poeta i zdolny tłumacz dojrzał 
na emigracji, co poszerzyło jego horyzonty i wniosło do jego poezji nowe wartości. 
Dwa tomiki wierszy pokazują, że jest prawdziwie europejskim poetą o wielkiej wraż- 
liwości. Pierwszy zbiór, Basne nepreverenych (The Poems of the Dispossessed, 1948) 
odzwierciedla jeszcze osobisty smutek poety z powodujego własnej i narodowej trage- 
dii. Strieborna legenda (The Silver Legend, 1950) zawiera jedne znajpiękniejszych 
wierszy miłosnych w języku słowackim. Tłumaczenia Strmena na słowacki z angiel- 
skiego, francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego i innych języków ukazują poetycki 
talent tego świetnego artysty. 
Mikulas Sprinc (urodzony w roku 1914), wydawca kwartalnika "Most" (od 1954 
roku) i instruktor w Borromeo Seminary w Cleveland (Ohio), przed rokiem 1945 był 
znany przede wszystkim jako tłumacz Papiniego, Rilkego i innych zachodnich autorów 
"Catholic Revival". W 1949 roku zaskoczył czytelników niezwykłą i dobrze napisaną 
historią swej odysei do Stanów Zjednoczonych, K slobodnym pobreziam (Towards the 
Coasts of Freedom, 1949), a wkrótce potem zbiorem poezji Ozveny v samotach (Echo- 
es in Solitude, 1949). Jego poezja wciąż się zmienia i pozostaje pod niewątpliwym 
wpływem hiszpańskich, francuskich oraz włoskich poetów, pejzaży i kultur. Jego naj- 
lepsze wiersze pochodzą z tomiku Vinohrad (Vineyard, 1950), napisanego częściowo 
we Włoszech. Inne publikacje Sprinca to zbiory wierszy Tvarou proti slnku (Face to- 
wards the Sun, 1956), Z poludnia a polnoci (From South and From North, 1960) i Mla- 
dost orla (Eagle 's Youth, 1962); eseje Cesty a osudy (Journeys and Destinies, 1957); 
liryczne medytacje religijne Matka krasneho milovania (Mother of Fair Love, 1954), 
przekłady Papiniego, itd. 
Andrej Zarnov (pseudonim F. Subika, urodzonego w roku 1903) był jednym 
z najbardziej znanych poetów słowackich o wyraźnej tendencji nacjonalistycznej. Le- 
karz z zawodu, mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował 
w 1952 roku. Na emigracji napisał zaledwie kilka wierszy. Jeden z nich, Slovensky zial 
(Slovak Sorrow, 1954) jest wyrazistym i poetycko bardzo mocnym lamentem nad 
smutną słowacką teraźniejszością. 
Rudolf Dilong (urodzony w 1905 roku), franciszkanin, który obecnie mieszka 
w Argentynie, jest na emigracji równie płodnym pisarzem, jak był w kraju (gdzie 
w latach 1939-1943 wydał około dziesięciu tomików wierszy). Poezja Dilonga jest 
zbyt różnorodna i zmienna, aby można ją było krótko scharakteryzować, zwłaszcza iż 
autor jest lepszym naśladowcą niż poetą oryginalnym. Jego "powieść" (78 stron) Pie- 
sen lasky (The Song of Love, 1953) jest bogata w sentymentalne obrazy liryczne; inna 
powieść, Bez matky (Without Mother, 1955) jest po części autobiograficzna. Innymi 
dziełami wielostronnego umysłu Dilonga są legendy religijne (Gologota - Golgotha), 
zbiory wierszy: Balady (Ballads, 1953), Za svetlom (In the Pursuit of Light, 1954), Na 
vrchu nadeji (On the Crest of Hope, 1955), Dotyk s vecnostou (Contact with Eternity, 
1961) i inne. 
Gorazd Zvonicky (urodzony w roku 1923) jest salezjaninem, który był świadkiem 
zamykania przez komunistów klasztorów w Słowacji i któremu udało się uciec. Jego 
poezja, mimo że pisana w odległej Argentynie, jest typowo słowacka i emigracyjna. 
W namiętnym wybuchu protestu i oskarżeń poeta wzywa boskiej zemsty. Zvonicky 
opublikował wiele wierszy w różnych słowackich pismach, a ostatnio ukazał się po- 
etycki tomik S ukazovakom na mraku (Indexfinger on the Cloud, 1958). 


31
>>>
Inny pisarz emigracyjny nadal mocno osadzony w ojczystej ziemi - Jozef Varin- 
sky (urodzony w 1922 roku) - jest autorem tomiku wierszy Krvave roraty (Bloody 
"Rorate" Mass, 1961). 
Marian Ziar (pseudonim Imricha Kruzalika, urodzonego w roku 1914) jest poetą, 
autorem klarownych wierszy, mieszkającym w Niemczech. Jego poezja jest publikowana 
głównie w piśmie "Most" i dowodzi czujnego spojrzenia na współczesną scenę literacką 
na Zachodzie. Ziar jest również zapalonym i życzliwym obserwatorem wydarzeń literac- 
kich za żelazną kurtyną. Wydał przekłady wschodnioeuropejskiej poezji okresu postali- 
nowskiej "odwilży" pod tytułem: Podaj nam ruku, Europa! (Grasp our Hand, Europe!, 
1956). W 1955 roku wydał Modlitby vputach (Prayers ofThose in Chains, 1955), nie- 
zwykły zbiór wierszy anonimowych więźniów reżimu komunistycznego. 
Inni poeci, których wiersze pojawiają się (lub pojawiały) w słowackiej prasie za 
granicą to: Jan Okal, autor tomiku zawierającego piętnaście krótkich wierszy Kronika 
Slovakov (Chronicie of the Slovaks, 1954) i powieści satyrycznej Blizenci (Gemini, 
1962); L. Besenovsky, M. Juskova, ]. Zvonar-Tien, ]. Doransky, K. K. Geraldini, Va- 
govic, Dragos-Alzbetincan, L. Sebesta, M. Chudoba i inni. 
Pośród prozaików najbardziej znany był Jozef Ciger-Hronsky (1896-1960), nad- 
zwyczajny mistrz słowackiego języka. Jego głęboka znajomość psychiki słowackiego 
"małego człowieka" pozwoliła mu z niedościgłym mistrzostwem ukazać skompliko- 
wany wzór słowackiego życia na wsi. Na emigracji oprócz opowiadań napisał powieść 
historyczną Andreas Bur, majster (Magister Andreas Bur, 1948). Najbardziej ambitny 
projekt Ciger-Hronsky'ego, powieść Svet na Trasovisku (The World at Trasovisko, 
1960) nie osiągnęła poziomu najlepszych jego utworów sprzed roku 1945. Akcja po- 
wieści dzieje się głównie w ostatnim roku wojny. 
Juraj Slavik (urodzony w 1890 roku) pisał wiersze już przed rokiem 1919 Qako 
Neresnicky). W następnych latach zaangażował się poważnie w politykę i porzucił 
próby poetyckie. Jego ostatnią posadą było stanowisko ambasadora Czechosłowacji 
w Stanach Zjednoczonych. Zrezygnował z tej posady w roku 1948 i wrócił do pisania. 
W 1952 roku opublikował swoje wspomnienia w odcinkach w "New Yorksky Dennik" 
("The New York Daily"). Pierwszy tom Detsvo, chlapectvo, mladenectvo (Infancy, 
Boyhood, Youth) wyszedł w formie książkowej w roku 1955. Jest to wspaniałe wspo- 
mnienie o osobach i minionych zdarzeniach, opowiedziane prostym i bezpretensjonal- 
nym stylem. Książka zawiera liczne fragmenty napisane pięknym poetyckim językiem 
i ma silny ładunek emocjonalny. 
Draga Divinska (pseudonim Dragi Paucovej, ur. w roku 1922) jest wrażliwą autor- 
ką opowiadań. Jej proza ma prawdziwą kobiecą świeżość i wykazuje poszukiwanie 
wyrazistej indywidualności. 
Pavol Hrtus-Jurina (urodzony w 1919 roku) zaczął bardzo obiecująco, ale od wy- 
jazdu do Australii (w 1949 roku) zrealizował jedynie skromną część tych oczekiwań. 
Na emigracji opublikował kilka opowiadań, żywych i pełnych wyobraźni oraz boga- 
tych podtekstów lirycznych. 
Norin (pseudonim Juraja Cigera) wydał swoją pierwszą, i jak dotąd jedyną, po- 
wieść Tri stolicky (Three Chairs, 1947), a potem zamilkł. 
Wśród prozaików można także wymienić M. Gerdelana, autora powieści Kral 
otrokov (The King of Slaves, 1962), M. Dafcika, A. Kalnika, T. Riachinovą, ]. Dafcika, 
]. Detvana, R. Kalencika. 
Znaczenie i konsekwencje narzucenia Słowakom reżimu komunistycznego posłu- 
żyło jako tematyka szeregu książek wydanych po angielsku. Wprawdzie doświadczenia 
wielebnego L. M. Telepuna, zapisane w Krwawych śladach (The Bloody Footprints, 


32
>>>
1954) wydają się lekko nieprawdopodobne, ale książka siostry Cecilii Barath (napisana 
piórem Williama Brinkleya) The Deliverance of Sister Cecilia (Zbawienie siostry Ce- 
cylii 1954) opisuje szczerą i wzruszającą historię, która porwała licznych czytelników 
w świecie anglojęzycznym. 
Ten rodzaj dramatycznie bogatej prozy dokumentalnej znalazł interesującego tłu- 
macza w osobie Jozefa Pauco (urodzonego w roku 1914), autora dwóch na wpół do- 
kumentalnych powieści: Niezwyciężonych (The Unconquerable, 1958) i Lotu do krainy 
czarów (The Flight to Wonderland, w druku). ]. Pauco jest z zawodu dziennikarzem 
i pisarzem politycznym, co wyraźnie wpływa najego twórczość literacką. 
Wśród emigracyjnych pisarzy słowackich nie ma liczących się osiągnięć w dzie- 
dzinie dramatu. Sztuki zwykle odzwierciedlają emigracyjną obsesję nostalgii za prze- 
szłością. Dramatyczna próba Milana Novaka (pseudonim K. Strmena) pod tytułem 
Krvavy kriz (Cross of Blood, 1950) nie wypaliła i okazała się żałosnym melodramatem. 
Jan Doransky (urodzony w roku 1911), mieszkający w Kanadzie, jest autorem kilku 
sztuk, z których największy sukces odniosła Stara mat, neopustajte nas! (Grandmother 
do not Leave us Alone, 1956) i była wystawiana przez słowackie teatry amatorskie 
w Kanadzie, Argentynie i Stanach Zjednoczonych. ]. Zvonar-Tien wydał w Kanadzie 
swój dramat napisany aleksandrynem Ohne (Flames, 1956), z roku 1942, który dotyczy 
wydarzeń z rewolucyjnych lat 1848-1849. 
Niektórzy autorzy starali się ożywić w swych sztukach odległą historię z IX wieku, 
kiedy Słowacja była miejscem wspaniałych, godnych pamięci wydarzeń. I tak Cyril 
Ondrus napisał sztukę nazwaną imieniem największego przywódcy Wielkiego Księ- 
stwa Morawskiego - Svatopluk (1956); Rudolf Dilong zatytułował swój dramatyczny 
eksperyment imieniem słowackiego ucznia świętych Cyryla i Metodego - Gorazd 
(1963) . 
Tak się w zarysie przedstawia obraz słowackiej literatury emigracyjnej. Jej osią- 
gnięcia, mierzone liczbą wydanych książek, nie robią zapewne wielkiego wrażenia. 
Jeśli się jednak spojrzy na nią na tle przeciwieństw, jakie musiała pokonać, to te osią- 
gnięcia znajdą zaszczytne miejsce w przyszłej historii słowackiej literatury. 


(F. Vnuk, Słovak Literature in Exiłe, Arena 1963 nr 16, s. 4-10) 


E. G. KOSTETZKY 


UKRAIŃCY - LITERATURA EMIGRACYJNA 


Wprowadzenie 


Wydaje się, że w czasach doskonałej komunikacji nawet najmniejszy naród na tej 
ziemi jest w stanie "również" rozwinąć nowoczesną literaturę i dzięki niej dojść do 
głosu. Ten fakt sam w sobie powinien już być powodem, aby móc oczekiwać sympa- 
tycznej uwagi ze strony potężniejszych kolegów. Ale to jeszcze daleko nie wszystko, 
jeśli uświadomić sobie, że piśmiennictwo ludzkości być może znajduje się dzisiaj 
przed niepojętą epoką syntezy i że dużo ważniejsze jest rozpoznać, co każda narodo- 


33
>>>
waść rozumie przez nowoczesność i w jaki sposób jest w stanie przyczynić się do 
ogólnego procesu literackiego. 
To, co literatura ukraińska - stosunkowo bogata w nazwiska i kierunki - stwo- 
rzyła na emigracji, jest zwierciadłem nierównego, często przerywanego przebiegu jej 
historii. Tak, jakby tutaj czasy zebrały się obok charakterystycznych dla nich szat. 
W wielkiej epoce kijowskiej XI i XII wieku i następującym po niej okresie halic- 
ko-wołyńskim pod rządami króla Daniło w Xlll wieku, istniała bogata literatura epic- 
ka, o której świadczy cudownie zachowana, mimo niebezpiecznych czasów, Słowo 
o wyprawie Igora. Ten wspaniały, językowo wielowarstwowy fragment, w którym 
oficjalny język cerkiewno-słowiański, tzn. staro-bułgarski, znalazł się w pozycji, zmo- 
dyfikowanej przez elementy żywego języka ówczesnych Ukraińców i blisko z nimi 
spokrewnionych Białorusinów - stał się dla obu narodów często powracającym im- 
pulsem odrodzenia narodowego w okresie bezpaństwowości. W ten sposób na emigra- 
cji na nowo przeżywano literaturę z okresu księstw, i to nie tylko tematycznie (Oksana 
Łaturyńska, Oleksa Stefanowycz), ale także stylistycznie (Teodozy Osmaszka). 
Oba narody - ukraiński i białoruski - przeszły przez niezwykle wpływową 
szkołę w tak zwanej epoce litewskiej, a potem polsko-litewskiej. Dzięki wielkiemu 
Polakowi, Janowi Kochanowskiemu, który miał bezpośredni kontakt z kształtującym 
poetycką modę przywódcą grupy Plejady, Ronsardem, literatura ukraińska otrzymała 
dostęp do nowych form europejskich. Najważniejsze jednak jest to, że papierek lakmu- 
sowy polskiego wiersza sylabicznego pozwolił objawić się prawdziwemu sednu ukra- 
ińskiej myśli literackiej: jego podstawowemu tonowi barokowemu. Te barokowe cechy 
podstawowe pojawiają się już organicznie w materii Słowa o wyprawie Igora, a spo- 
śród wyżej wymienionych trzech poetów emigracyjnych naj silniej i najwyraźniej wi- 
doczne są u Osmaszki (na swój sposób, również w jego znakomitych tłumaczeniach 
Szekspira). Jeszcze mocniej elementy te działają u tych poetów, którzy - wychowani 
w Polsce międzywojennej - dotrzymywali kroku najnowocześniejszym Polakom 
i tworzyli ich ukraiński odpowiednik. Tak postępował żyjący dziś w Stanach Zjedno- 
czonych Wadym Łesycz, poeta ekspresyjnego wariantu baroku. 
Polityczny pech, jaki przez całe wieki nękał Ukraińców, doprowadził jednak - jak 
to się dzieje wedle niemal bezwyjątkowego prawa - do pewnej korzyści: do dającego 
się wyraźnie odczuć otwarcia na świat. 
Ukraińcy zawsze mieli interesujących i bogatych duchem sąsiadów. Mieszkańcy 
Bizancjum i Bułgarzy już w czasach państwa kijowskiego zapoznali ich z Iliadą i cy- 
klem powieści o Aleksandrze. Pewna liczba słów greckich i łacińskich, ale też turec- 
kich z bliskiego, stepowego sąsiedztwa została włączona w zasób językowy i zruteni- 
zowana. Słowianofilstwo Ukraińców w XIX wieku nie miało w sobie nic z separaty- 
zmu bądź nietolerancji. Wielki poeta, Szewczenko, swój poemat Jan Hus zadedykował 
czeskiemu "budzicielowi" Safarikowi, a z nie mniejszym szacunkiem wspominał Geo- 
rge'a Washingtona. Wśród zaprzyjaźnionych z nim rewolucjonistów nie robił różnicy 
między Słowianami i nie-Słowianami. Malownicze motywy ludowe Rumuna Mihaia 
Eminescu (który zresztą miał też w sobie ukraińską krew) i wolnościowy demokratyzm 
Węgra Petofi najbliższe były pokoleniu Szewczenki i następnej generacji. Wszystko to 
wyjaśnia, dlaczego w literaturze ukraińskiej wszystkich epok działalność tłumaczy 
grała rolę pierwszoplanową. 
Trudności wynikające z wielokrotnego zakazu używania języka ukraińskiego 
w carskiej Rosji dodatkowo dodawały bodźca tej działalności. Nierzadko ukraińscy 
fachowcy od literatury odkrywali przed swymi rosyjskimi kolegami poetów, których 
dzieła były bardziej oddalone od tradycyjnej literatury. Przyjaciel Szewczenki, Na- 


34
>>>
wrocky, przetłumaczył Rycerza w tygrysiej skórze gruzińskiego poety - Rustawelego. 
Rosyjskie przekłady nastąpiły dużo później. Podobnie z wprowadzeniem do dzieła 
Rabindranatha Tagorego. Jako pierwszy ukazał się ukraiński przekład jego Ogrodnika, 
dopiero rok później pojawiło się rosyjskie tłumaczenie Pieśni ofiarnych (Gitańdźali). 
Tradycję tę kontynuowano na emigracji. Dzieła, które z jakichkolwiek powodów nie 
były jeszcze przetłumaczone na rosyjski bądź inne języki Związku Radzieckiego wy- 
dawała emigracja ukraińska, np. różne utwory T. S. Eliata, Anouilha, Ezry Pounda 
i innych, włącznie z do dziś działającymi na emigracji Polakami (Łobodowski), Wę- 
grami (Tolles, Kocsis), Białorusinami (Siadniow), Łotyszami (Namnieks) , Gruzinami, 
Rumunami. 
Należy przy tym podkreślić, że ta ciągła wymiana kulturalna nie ograniczała się do 
konwencjonalnej powierzchni. Sięgała tak głęboko, że nieraz zmieniano nawet przy- 
należność językową. Kamienie milowe literatury rosyjskiej - pierwsze tłumaczenie 
Iliady, sentymentalizm, ale też proza o światowym znaczeniu - zostały stworzone 
przez Ukraińców Gniewicza, Bohdanowicza, Gogola. Z drugiej strony poeta Rylski 
pochodzi z rodziny polskiej. Jego dawny kolega Jurij Klen (Oswald Burghardt, zmarł 
w roku 1947 na emigracji) był pochodzenia niemieckiego; wielki historyk poprzednie- 
go stulecia, Kostomarow - rosyjskiego, a inny pisarz na polu historii, Hermaise - 
żydowskiego. Żydami byli także współtwórczyni najnowszej gramatyki ukraińskiej, 
Olena Kuryło, i mieszkający dziś w Ukrainie poeci - Sawa Hołowaniwski i Leonid 
Perwomajski (ten drugi jest między innymi doskonałym tłumaczem Petofiego i Lorki). 
Ten "obyczaj" pojawia się także na emigracji, gdy młoda Amerykanka nauczyła się 
języka ukraińskiego, zaczęła w nim pisać wiersze, a nawet zukrainizowała imię i na- 
zwisko (Patricia K ylyna). 
Wyraźnie odznacza się krąg tłumaczy nowoczesnej poezji ukraińskiej na różne ję- 
zyki. Na francuski tłumaczy Emmanuel Rais, na angielski Wołodomyr Szajan, Jar Sła- 
wutycz, Jurij Tarnawski i inni, na polski Józef Łobodowski, Jerzy Niemojowski, na 
portugalski Anna Maria Muricy, Helena Kołody, na włoski Sylwester Tatuch, na nie- 
miecki Maria Mirczuk, Anna-Hala Horbacz, Elisabeth Kottmeier - aby wymienić 
tylko kilka nazwisk. 
Duże znaczenie wśród nowszych kierunków miała tzw. kijowska szkoła neokla- 
syczna z poetą i krytykiem literackim, Mykołą Zerowem, na czele. Należeli do niej 
także wymienieni powyżej Rylski i Klen. Neoklasycy, zajmując się bezpośrednio po- 
etami starorzymskimi i francuskimi poetami Plejad i Parnasu, starali się udoskonalić 
język ukraiński poprzez możliwości tkwiące w wyraźnych, symetrycznych, powszech- 
nie zrozumiałych środkach wyrazu i wprowadzili surowe kanoniczne formy strof. 
Szkoła ta jest dość dobrze reprezentowana na emigracji. 
Ponadto w ostatnich latach powstała tzw. nowojorska grupa poetów, którzy, ze 
względu na młody wiek, zaczęli pisać dopiero na emigracji. Grupa ta rozpoczęła działal- 
ność od razu na polu najnowszych, nowoczesnych kierunków, łącznie z surrealizmem. 
Ta wieloraka różność, która wcale nie osiągnęła jeszcze organicznej różnorodności, 
od razu rzuci się w oczy czytelnikowi naszego małego wyboru. Od niego będzie zale- 
żałajej ocena, a nasze uwagi służąjedynie wprowadzeniu w niektóre powiązania. 
Podobnie ma się sprawa z następującymi krótkimi uwagami do pojedynczych po- 
etów. Wybór ogranicza się do próbek, które powstały na emigracji i które mogą po- 
twierdzić naszkicowany powyżej obraz ogólny. 
Z trzech neoklasyków - Orest, Kaczurowski, Sławutycz - pierwszy wyróżnia się 
rzadką dzisiaj strofową formą, znaną jako gazel, drugi balladowym opracowaniem 
staro-irlandzkiej legendy. Po nich następują symbolista Zujewski i, wymieniony wyżej, 


35
>>>
nowobarokowy ekspresjonista, Łesycz. Symbolistyczne cechy posiada też dzieło Le- 
onyda Łymana, choć bardzo złagodzone impresjonistycznie. Impresjonizm jest wyraź- 
nie widoczny w wierszach poetek podejmujących tematy romantyczne: Inny Rohow- 
skiej i Lydii Dalekiej, u tej drugiej z wyraźnym zabarwieniem pieśniowym. 
Nowoczesność Wasyla Barki, jednego z najbardziej znaczących poetów na emigra- 
cji, szczególnie wyraźnie demonstruje paradoksalny fakt, w jak zaskakujący sposób to, 
co prawdziwie - albo może raczej z konieczności - nowe uwzględnia też zawsze 
pradawną tradycję. Z szerokiego oddechu epickiej poezji Kozaków, z dum (opowieści, 
składających się z wierszy o różnej długości, wykonywanych w postaci recytacji) czer- 
pie - ucieleśniając pojęcie wprowadzone przez C. G. Junga - archetypy języka 
i nadaje im w nowym kontekście inne, samodzielne życie. Barkajest całkowicie folklo- 
rystyczny, ale w taki sposób jak na przykład de Falla albo Bartók. Claire Gall kiedyś 
następująco wypowiedziała się o Barce: "Jest on wyjątkowym poetą, który idzie swoją 
szczególną, a nie utartą, drogą. Ze swoimi mocnymi, wzruszającymi obrazami i meta- 
forami dopełniaczowymi wywiera wielkie, wręcz kosmiczne wrażenie". 
Jego inspirujący wpływ znajdujemy w lirycznej twórczości Iryny Żuwarskiej- 
-Żumyłowicz. Daje się tu zauważyć przejście do skrajnej awangardy. Z kolei Marta 
Kałytowska w ciekawy sposób szuka spokojniejszej drogi od impresjonizmu do naj- 
nowszego modernizmu. Można ją traktować jako ogniwo łańcucha z naj młodszą grupą 
nowojorską: Bohdana Bojczuka, Eugenii Wasyłkiwskiej, Patricii Kylyny, Jurija Tar- 
nawskiego i Bohdana Rubczaka. 
Czytelnik zauważy, że ci żyjący na amerykańskiej ziemi poeci są wciąż w trakcie po- 
szukiwań. Wydaję się, że Wirze Wowk, wielkiej nadziei najnowszej generacji poetów, 
udało się opanować i zlepić w nowąjakość te heterogenne elementy. Działając w Brazylii 
jako docent (a przy okazji wydawczyni dwóch antologii ukraińskich po portugalsku), 
stawia ona pewne kroki zarówno w poezji, jak i w prozie (Św. Ławra, na którą powołuje 
się w jednej ze swoich elegii, to nazwa prastarego klasztoru w Kijowie). 
Prawie wszyscy ci poeci działają także na bogatym i szerokim polu tłumaczeń. 
Literackie życie ukraińskich poetów na emigracji, także po drugiej stronie oceanu, 
w dużym stopniu skupia się wokół dwóch czasopism kulturalnych "Suczasnist" 
(Współczesność), wydawanego w Monachium przez znaczącego literaturoznawcę 
Iwana Koszeliwca, i "Ukraina i Swit" (Ukraina a Świat), wydawanego w Hanowerze 
przez Ilię Sapihę. 


(E. G. Kostetzky, Ukrainians. Einłeitung, Arena 1961 nr 3, s. 6-12) 


Redakcja "ARENY" 


RUMUNI 


Wstęp 


Rumuńscy pisarze emigracyjni, z tego, co o nich wiemy z licznych rumuńskich 
publikacji od roku 1947 do dziś, wyznają pogląd, który na pierwszy rzut oka może się 
wydawać dość zasadniczy czy nietolerancyjny - chodzi o pojęcie dzieła sztuki. An- 


36
>>>
gielski czytelnik mógł zauważyć to podejście w roku 1958 w polemice między kryty- 
kiem Kennethem Tynanem a Ionesco, opublikowanej w piśmie "Observer". Skąd ten 
opór Ionesco wobec "przesłania" w dziele sztuki? Czy jest sprzeczność między prze- 
słaniem a autonomią sztuki? Czy też, przeciwnie, istnieje fanatyzm wyrastający 
z fałszywego rozumienia takiej autonomii, który mógłby w efekcie spowodować po- 
wstanie "urojonej" literatury? 
Wydaje się, że emocjonalny aspekt pewnych przyjętych założeń wskazuje na wy- 
wodzącą się z przyczyn politycznych "irytację" u niektórych emigrantów. Ci pisarze, 
właśnie dlatego, że są emigrantami, walczą z "realizmem socjalistycznym" istniejącym 
w kraju, z którego uciekli i dla nich normalną rzeczą jest utrzymywanie radykalnie 
przeciwnych poglądów. Jednakże podejście emocjonalne niekoniecznie świadczy 
o błędzie intelektualnym. To zupełnie naturalne, że człowieka irytuje realizm socjali- 
styczny! Zachodniemu czytelnikowi trudno sobie wyobrazić jaką codzienną torturą 
mogą być dla rumuńskiego intelektualisty stosy zaczernionego papieru tylko przez 
wzgląd na te dwa słowa - realizm socjalistyczny - które oddzielnie może coś znaczą, 
ale połączone ze sobą nie znaczą nic. Jak można przedstawiać tę tak rozpowszechnioną 
obecnie formułę jako szkołę, jako prąd literacki czy jako środek estetyczny, jak można 
stworzyć teorię, która byłaby jednocześnie koherentna i interesująca, a - przede 
wszystkim - kto może podać nazwisko pisarza, czy w ogóle jakiegoś artysty, który 
byłby "dobry" i w tym samym czasie "socrealistyczny"? Z pewnością nikt nie przy- 
wołałby (żeby wspomnieć jedynie paru lepiej znanych Rosjan) Gorkiego, Majakow- 
skiego, Jesienina, Błoka, Pasternaka czy nawet Szałachowa: wielkość pisarza jest od- 
wrotnie proporcjonalna do jego wierności teoriom komisarza-estety Żdanowa i wprost 
proporcjonalna do dramatu jednostki. 
Odsuwając na bok namiętność - postulat pisarza emigracyjnego będzie taki, że 
dzieło sztuki należy do moralnego i metafizycznego wszechświata i że oceniająje tylko 
przez tę przynależność i "jakość"; że liczy się jakość; że wszystkie sprawy, którymi zaj- 
muje się sztuka, czyli idee (w zwykłym znaczeniu tego słowa) są zgodnie z tym najważ- 
niejszym warunkiem i jemu podporządkowane. Czy w ten sposób zaprzecza się praw- 
dziwym wartościom? W żadnym wypadku. Są one po prostu umieszczone, tam gdzie jest 
ich miejsce. Hierarchia wartości jest na nowo ustalona. Aby pokazać dzieło jako przykład 
twórczości i wygnania możemy powiedzieć, że w Boskiej Komedii znajdujemy bardzo 
ciekawe informacje o życiu we Włoszech w XlV wieku i że kłótnie Dantego z tą i tą 
osobą są fascynujące; ale najważniejsze jest doświadczenie duchowe: piekło, czyściec, 
raj. Ponieważ na tym poziomie można mówić o przesłaniu. Pisarz emigracyjny będzie 
ponadto twierdził, że to (przesłanie) musi być p r z e d e w s z y s t k i m duchowe i że 
takie pierwszeństwo zakłada całkowity rozdział poziomów - przesłanie duchowe jest 
jedynym, b e z k t ó r e g o n i e m o ż e s i ę o b Y ć dzieło sztuki. 
Drugie "wygnanie" emigracyjnego pisarza może się zdarzyć właśnie w tym kon- 
kretnym wolnym świecie, który wybrał. I ten rodzaj wygnania może być poważniejszy. 
Dlatego że jeśli na Wschodzie przymus jest łatwo zauważalny, co zakłada duchowy 
opór i strzeżenie słusznego poczucia wartości, to na Zachodzie można naprawdę mówić 
o naturalnym rozwoju, o działaniu bluźnierczym. "Przesłanie" dzieła sztuki (oczywi- 
ście nie ma dzieła sztuki bez przesłania!) staje się w powszechnym użyciu "przesła- 
niem społecznym". 
Skąd to ograniczenie, odstępstwo? Skąd to celowe pomniejszenie? A zwłaszcza 
skąd konfuzja, która następuje natychmiast, kiedy połączy się słowa w jeszcze bardziej 
podejrzaną formułę: "przesłanie realistyczno-społeczne"? Co tu robi czysto formalny 
realizm? Może być przyjęty lub odrzucony. (Należy jednak zauważyć, że praktykuje go 


37
>>>
ogromna większość pisarzy emigracyjnych!) Teraz taka formuła, która przez sam skład 
przedstawia kurs w dół, usiłuje się narzucić jako kryterium osądzania "wartości". 
I dlatego, kiedy się tę konfuzję - zakładając, iż wynika z dobrych intencji - wy- 
eliminuje, a zwłaszcza kiedy się na nowo ustali dokładne pozycje tego, co ważne 
i tego, co przypadkowe, wyznanie wiary wielkich pisarzy emigracyjnych - jak to się 
okaże na następnych stronach - nie będzie już emocjonalne, lecz uzasadnione. 


*** 


W tym wstępie jednak zawczasu ostrzeżony czytelnik potrafi wyczytać pewien ro- 
dzaj apologii dla emigracji. I znajdzie go ponownie na następnych stronach, na przy- 
kład kiedy Virgil Ierunca stawia "emigrację" Luciana Blagi na równi z emigracją 
Alexandru Busuioceanu, chociaż tylko jeden z tych dwóch wielkich poetów umarł za 
granicą. Czytelnik znajdzie ten apel szczególnie w artykule Mircei Eliadego, w którym 
rumuński myśliciel mówi o "rozliczeniu" emigracji. Dla Vintili Horii, Bóg "urodził się 
na wygnaniu". Czyli słowo to ma swoje wyższe znaczenie - emigracja może być 
płodna. Emigracja jest okazją, może nawet warunkiem, określeniem pozycji prawdzi- 
wego twórcy w opozycji do "historii". Nie możemy tu podsumować całej ogromnej 
debaty na temat historii i świata, która fascynowała umysły Blagi, Vulcanescu i Noici 
w Rumunii, a którą Rumuni za granicą uważają za istotną dla swojej tradycji; wystar- 
czy powiedzieć, że to odnosi się do szczególnego "przypadku", do rumuńskiego etosu 
charakterystycznego dla ich dziwnego stosunku do historii i do świata. Czy Rumuni są 
zintegrowani ze światem i "bojkotują historię"? Czyż ten postulat kondycji metafizycz- 
nej nie wyjaśnia także estetycznego odniesienia, o którym mówiliśmy na początku? 
Tutaj z pewnością możemy zastosować sarkazm tych "realistów", którzy idą w ślad 
za historią. Kim mogą być emigranci, jeżeli nie ludźmi pokonanymi przez historię, 
idealistami zniszczonymi rzeczywistością naszych czasów..., "życiem", itd. Rycerzami 
rezygnacji, jak zatytułował Vintila Horia jedną ze swych powieści! Ale takie rozumo- 
wanie, mimo że polityczne i zwycięskie, jest na szczęście od razu przeciwstawione 
jedynemu możliwemu rodzajowi realizmu, który polega na osądzaniu faktów na pod- 
stawie ich rezultatów, drzewa na podstawie owoców, jakie rodzi. 
Wśród pierwszych wielkich światowych sukcesów po wojnie musimy odnotować 
powieść Dwudziesta piąta godzina (The 25th Hour) Constantina Virgila Gheorghiu. 
Mircea Eliade, historyk religii, którego utwory literackie liczyły się już w Rumunii, 
kontynuuje pisanie na emigracji. Pominąwszy liczne eseje i opowiadania wydane tylko 
po rumuńsku, Zakazany las (FoH"Jt Interdite) może być uważany za jedną z najważ- 
niejszych powieści tego wielkiego pisarza. O sławie Eugena Ionesco nawet nie musi się 
wspominać. E. M. Cioran (nagroda Rivarola, nagroda Sainte-Beuve'a, nagroda Com- 
bat) jest niezrównanym moralistą i stylistą literatury francuskiej. Constantin Amariu 
(nagroda Rivarola, nagroda deI Duca) chyba na razie zaprzestał pisania powieści, aby 
poświęcić się filozofii. We Francji zmarła przedwcześnie wielka pisarka Sorana Gu- 
rian. Powieściopisarz Theodor Scortescu udowodnił, że jest wielkim dramaturgiem 
ijego sztuki grane są w kilku krajach Ameryki Łacińskiej. Aron Cotrus i Alexandru 
Busuioceanu zajmują ważne miejsce w poezji hiszpańskiej, a Paul Celan - 
w niemieckiej. W roku 1960 Vintila Horia dostał nagrodę Goncourtów za powieść Bóg 
się urodził na wygnaniu (Dieu est Nr! En ExiJ). Znaczący sukces odniósł Silviu Craciu- 
nas, najpierw w Anglii, a później również w innych krajach. Jeśli chodzi zaś o Stefana 
Lupasco, logika, którego wspominamy tutaj, ponieważ jest także krytykiem sztuki 
i krytykiem literackim, wystarczy zacytować francuskiego krytyka, który mówi: "Praca 


38
>>>
Lupasco jest faktycznie Rozprawą o metodzie naszych czasów". Musimy tu wspomnieć 
o bardzo znanych krytykach i badaczach w dziedzinie literatury, historii, filologii 
i filozofii, takich jak: Alexandru Cioranescu, Lucian Badescu, N. A. Gheorghiu we 
Francji, D. C. Amzar, George Uscatescu w Hiszpanii, Mircea Popescu we Włoszech, 
Mihai Niculescu w Anglii, Stefan Baciu w Brazylii, i wielu innych. Ale cóż może 
przemawiać bardziej niż demonstracja Petru Dumitriu, kiedy dokonał wyboru między 
karierą a przeznaczeniem? Oto człowiek, który odmówił "śmierci w fotelu akademika 
w Rumunii" i wybrał emigrację. W miarę jak jego socrealistyczna powieść Bojarzy 
(The Boyars) odchodzi w niebyt ze swym społecznym, autorytarnym przesłaniem, jego 
twórczość powstała na Zachodzie nabiera znaczenia z perspektywy kultury dnia dzi- 
siejszego. Tu mamy realistę i tu mamy przesłanie duchowe: od paru miesięcy jego 
naj nowsza powieść Incognito jest dyskutowana we Francji, a krytycy w swych po- 
chwałach przywołują takie nazwiska, jak: Dostojewski, Tołstoj, Pasternak. 
Niewątpliwie jesteśmy niesprawiedliwi wobec tych rumuńskich pisarzy emigracyj- 
nych, o których nie piszemy tutaj z braku miejsca. To samo dotyczy rumuńskich artystów 
i badaczy różnych specjalności muzycznych i plastycznych, mniej lub bardziej oddalonych 
od literatury, ale wolimy rzucić głębsze spojrzenie na przejawy rumuńskiej kultury za gra- 
nicą. Ta proporcjonalnie jedna z naj mniej szych grup emigracyjnych - skutek geograficz- 
nego położenia Rumunii - jest pierwsza pod względem liczby publikacji: wydaje bowiem 
około stu czterdziestu gazet i przeglądów. To prawda, że część z nich ma krótki żywot. Tym 
niemniej pojawiają się, mniej lub bardziej regularnie, ważne pisma literackie. Godna uwagi 
"Revue des Etudes Roumanes", wydawana przez Fundatia Regala Universitara Carol I 
w Paryżu, przekracza sferę czysto literacką, żeby ukazać w języku o międzynarodowym 
zasięgu prace badawcze, ogólnie rzecz biorąc humanistyczne. Jak moglibyśmy nie wspo- 
mnieć o licznych pismach rumuńskich, w których przyszli studenci odkryją ciągłość ru- 
muńskiej tradycji kulturalnej: "Anotimpuri", "Caete de Dor", "Cuget Romanesc", "Cuvan- 
tul", "Destin", "Exil", "Fapta", "Indreptar", "Libertatea", "Luceafiirul", "Orizonturi", 
"Semne", "Vers" - publikowane w Europie i w obu Amerykach. A co może być bardziej 
znaczące niż fakt, że po tylu latach na emigracji główne rumuńskie instytucje kulturalne - 
Fundatia Regala Universitara CarolI i Rumuńskie Towarzystwo Akademickie (z siedzibą 
w Monachium) - wydają w tym roku (1963) dwa nowe pisma literackie po rumuńsku? Te 
instytuty, do których można jeszcze dodać przynajmniej Instytut Rumuński we Fryburgu 
Bryzgowijskim z bardzo dobrze zaopatrzoną biblioteką i Rumuński Ośrodek Badawczy 
w Paryżu, prowadzą szeroką działalność kulturalną organizując odczyty, publikacje, wyda- 
rzenia artystyczne, konferencje. Jak można zapomnieć o wspaniałym wydarzeniu z roku 
1959, zorganizowanym w Paryżu przez Fundatia Regala CarolI z okazji stulecia Unii Ho- 
spodarstw, tych "Dni Studiów Rumuńskich", na które złożyło się osiemdziesiąt wystąpień 
naukowych rumuńskich i zagranicznych naukowców i wspaniała, retrospektywna wystawa 
sztuki? Albo o dorocznych kongresach organizowanych przez Rumuńskie Towarzystwo 
Akademickie w różnych miastach europejskich? Szczegółowe przedstawienie działalności 
kulturalnej czy rumuńskiej bibliografii jest na tak ograniczonej przestrzeni niemożliwe, 
a ponadto nie jest to naszym celem. Chcieliśmy jedynie pokazać żywotność i działalność 
"emigracji" z punktu widzenia, który może wyjaśnić zasady podane na początku tego 
wprowadzenia. Wierzymy, że nasi czytelnicy znajdą, na następnych stronach, więcej dowo- 
dów na stwierdzone fakty i że będą mogli rozpoznać nowy, unikatowy aspekt, jaki kultura 
rumuńska może pokazać światu. 


(P.E.N. in Exile, Rumunians. Instroduction, Arena 1963 nr 11, s. 4-10) 
Z ang. i niem. tłum. Alicja Skarbińska-Zielińska 


39
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


BIOGRAFICZNY ROMANS, 
CZYLI CUDA ŻYCIA 
EMIGRANTA Z WYBORU: 
FRYDERYK JAROSY (1889-1960) - AUTOR NIE 
NAPISANYCH WSPOMNIEŃ Z ŻYCIA WŚRÓD 
POLSKIEJ EMIGRACJI W LONDYNIE 


Anna MIESZKOWSKA (Warszawa) 


"Nadali mi polskie obywatelstwo 
Za miłość do Polski i do polskiej sztuki. 
Odebrali mi polskie obywatelstwo 
Za miłość do Polski i do polskiej sztuki". 
(Fryderyk lirosy, Qui pro Quo) 


Nie wierzę wspomnieniom! Zwłaszcza tym, które pisali artyści emigracyjnej Mel- 
pomeny. 
W okresie powojennego półwiecza polscy aktorzy pozostawili po sobie wiele 
wspomnień: w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, Waszyngtonie, Los Angeles, Melbo- 
urne, nawet w Santiago... 
Niektóre wyszły drukiem nakładem autorów lub emigracyjnych oficyn. Inne do- 
czekały się jedynie ogłoszenia w prasie polonijnej. Zdecydowana większość pozostała 
dla badaczy na razie niedostępna. Bliscy zmarłych artystów często nie zdają sobie 
sprawy, co pozostało w szufladach, starych teczkach i walizkach. 
Nieliczni autorzy wspomnień znaleźli zainteresowanie u krajowych wydawców. Dla- 
czego? Najczęściej ze względu na, nie zawsze akceptowaną, w kraju odmienność po- 
prawności literackiej. Emigranci, bowiem niemal od zawsze pisali inaczej niż krajowi 
autorzy... Wydawcom w Polsce nazwiska autorów wspomnień spisanych poza krajem 
często niewiele mówiły. Moim zdaniem najwięcej odkryć w dziedzinie eseistyki wspo- 
mnieniowej aktorów, którzy po 1945 pozostali poza Polską - dopiero przed nami. Cenne 
znaleziska kryją (wciąż do końca nie zbadane i nie opisane) archiwa Radia Wolna Euro- 


40
>>>
pa. RWE przygotowywało cykle audycji wspomnieniowych, w których brali udział znani 
artyści. Wspomnę o kilku, których nagrania poznałam: Wacław RaduIski, Hanna Dorw- 
ska ijej mąż Karol Dorwski, Wiktor Budzyński, Leopold Kielanowski. 
Najbardziej znane wspomnienia, cytowane w wielu publikacjach krajowych, napisa- 
li, między innymi: Konrad Tom, Ludwik Lawiński, Feliks Konarski, Loda Halama, Ma- 
rian Hemar, Leopold Kielanowski, Czesław Halski, Kazimierz Krukowski, Gwidon Bo- 
rucki, Wiesław Mirecki, Kaja Mirecka-Ploss, Jadwiga Domańska, Maria Modzelewska, 
Danuta Mierzanowska, Maria Drue, Lidia Próchnicka, Hanna Reszczyńska-Essigman. 
Wciąż pozostają nie ogłoszone w całości ciekawe wspomnienia Zofii Sikorskiej- 
-Ratschki, prywatnie krawcowej teatru emigracyjnego, żony znanego aktora, Romana 
Ratschki. 
Wspólnie ze znaną pisarką pracuje nad książką Renata Bogdańska-Anders. 
Trzy lata temu Włada Majewska wydała nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego 
wspomnienia Od Lwowskiej Fali do Radia Wolna Europal. 


*** 


Od kilkunastu lat interesuję się powojennymi losami najwybitniejszego konferan- 
sjera teatrów rewiowych przedwojennej Warszawy. . . 
Fryderyk Jarosy (1889-1960) po wojnie osiadł w Londynie w środowisku polskim. 
Został polskim emigrantem z wyboru, z potrzeby serca. Chociaż, tak naprawdę, emi- 
grantem był od zawsze. Od 1913 roku, kiedy, po ślubie z Natalią von Wronowski, za- 
mieszkał w Rosji. W Londynie próbował prowadzić teatrzyk pod dawną nazwą, Cyru- 
lik Warszawski, który jako pierwszy w emigracyjnych warunkach poznał smak upoko- 
rzenia i upadku. 
Jarosy językiem polskim posługiwał się biegle, i w mowie, i w piśmie. Co może 
dziwić i imponować zarazem. Opinia o jego węgierskim pochodzeniu jest na trwałe umo- 
cowaną legendą. Znał pięć języków, węgierskiego nie rozumiał wcale! Jego pierwszym 
językiem był niemiecki. Mówił też po francusku i angielsku. W ciągu sześciu lat spędzo- 
nych w Rosji, przyswoił sobie rosyjski. Gdy w 1924 roku z teatrzykiem rosyjskich emi- 
grantów, Niebieski Ptak, przyjechał z Berlina do Polski na kilkutygodniowe występy, 
naszego języka uczył go Antoni Słonimski. Drugim jego nauczycielem został Marian 
Hemar. Trzecią osobą, dzięki której trudna polszczyzna nie miała dla niego tajemnic, była 
Hanka Ordonówna. Nigdy nie kończył żadnej polskiej szkoły, kursu językowego. Magia 
jego konferansjerki polegała na śmiesznie nieprawidłowej polszczyźnie i na akcencie. 
" [...] mnie samego bawiło, kiedy słyszałem swoje «prouszi państwa»" - opowiadał 
w ostatnim radiowym wywiadzie, udzielonym Teodozji Lisiewicz. 
[...] mój rodzaj konferansjerki - kontynuował - powstał, kiedy zrozumiałem słowa 
Ludwika Borne - że humor nie jest darem umysłu, lecz darem serca. Jeżeli piszą, że 
zawojowałem serca miliona Polaków, i jeżeli tak było istotnie, to dlatego, że kochanym 
warszawiakom wciąż dźwięczy jeszcze w uszach mój ton Polaka humoris causa. Dow- 
cip wyłowiony niby z niezrozumienia polskich powiedzonek, a naprawdę z bogactwa 
języka Antka znad Wisły, z sentymentu, jaki kryje się w melodii szorstkiego języka 
warszawskiego, z komizmu dialektu z Bielan 2 . 


W czasie okupacji, ukrywając się przed gestapo w różnych miejscach, w Warsza- 
wie i poza stolicą, pisał (pod pseudonimem Efen) satyryczne wiersze w języku polskim 


I W. Majewska, Od Lwowskięj Fali do Radia Wołna Europa, Wrocław 2006. 
2 Scenariusz audycji opublikowany został w książce A. Mieszkowskiej Była sobie piosen- 
ka... Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Mełpomeny (Warszawa 2006, s. 44-51). 


41
>>>
i niemieckim. PoIskaj ęzyczne były drukowane w prasie podziemnej, między innymi 
w pisemkach: "Demokrata", "Moskit", "Kret". Niektóre z nich, powielone, rozrzucano 
w kinach i w teatrzykach jawnych. W wersji niemieckiej były naklejane na wagony, 
które jechały na front wschodni. Z powstania warszawskiego udało mu się przemycić 
dwadzieścia takich utworów, które już w 1945 roku, w Hanowerze, zostały wydane 
w tomiku Mein Kampf Moja walka z doktorem Goebbelsem. 
To był początek literackiej, wierszowanej eseistyki wspomnieniowej znanego kaba- 
reciarza. Już w Londynie napisał powieść kryminalną, której akcja rozgrywa się środowi- 
sku teatralnym przedwojennej Warszawy - "Majstersztyk doktora Niewiadomskiego" . 
Ocalała w maszynopisie, nigdy ani w całości, ani we fragmentach nie ogłoszona 3 . 
Jarosy był też autorem trzech dramatów: "Okoliczności łagodzące", "Do usług 
madame" i "Nim kur zapieje". Dwa pierwsze doczekały się realizacji scenicznych na 
emigracyjnej scenie. Pierwszą sztukę wyreżyserowała Regina Kowalewska 4 , drugą sam 
autor, który wcielił się też we własnej "komedii fantastycznej" w rolę służącego u an- 
gielskiego lorda 5 . Trzeci utwór wciąż pozostaje nie odnaleziony. Nie znam jego treści, 
wiem tylko, że wystawiony na pewno nie był. Tematem sztuki były realia z życia pol- 
skiej emigracji w Anglii. "Przecież należę do niej!" - mówił autor na wieczorze, pod- 
czas którego wręczono mu trzecią nagrodę za tę właśnie sztukę ufundowaną przez 
Stowarzyszenie Kombatantów 6 . 
Tutaj żyłem z wami - kontynuował - cierpiałem i układałem biskwity z wami. 
I bądźmy szczerzy - jakie by nie były moje uczucia dla prawdziwej Polski i jak bez- 
błędnie nie powiedziałbym już chrząszcz brzmi w trzcinie, to jednak jestem swego ro- 
dzaju outsaiderem, który na to wszystko, co się dzieje, patrzy niby z boku i dlatego ob- 
serwuje z dużym obiektywizmem. 


Jedynie Okoliczności łagodzące zostały wydane nakładem Archiwum Emigracji 
(Toruń, 2004). 
Poza powieścią i dramatami, Jarosy pisał opowiadania, skecze, nowele, słuchowi- 
ska radiowe, a nawet ocalało kilka wierszy i piosenek. Niestety, nie pozostawił po sobie 
wspomnień. Może dlatego, że jak uważał "autobiografia nigdy niczego złego nie mówi 
o autorze. Odsłania tylko jego słabą pamięć". Chociaż są dowody, że myślał o spisaniu 
przeżyć z długiego, ciekawego życia. Chciał podzielić się z kimś swoją pamięcią. Co 
ciekawe, początek - zaledwie kilka zdań i tytuły rozdziałów napisał po polsku. Jakby 
wiedział, że tylko dla Polaków będzie ważne jego świadectwo artystycznych doświad- 
czeń. Zapisał nawet tytuł: "Biograficzny romans. Cuda mojego życia". 
Wiem, że decyzję o spisaniu wspomnień podjął jesienią 1957 roku, po opuszczeniu 
szpitala, w którym przechodził kilkutygodniową rekonwalescencję po kolejnym ataku 
serca. Projektu nie zrealizował, ale dzięki tym zachowanym paru zdaniom domyślam 
się, za czym tęsknił i co przywróciło go do życia po ciężkiej chorobie. Chciał spełnić 
obowiązek pamięci. Czuł potrzebę zanotowania spraw dla niego ważnych z zawodo- 
wej, ale i osobistej przeszłości. Pewnego dnia usiadł i napisał: "Pierwsze poznanie 
z Erosem. Wenecja. Lato 1907 roku. Dziewczyna o fiołkowych oczach, dla której stra- 
ciłem nie tylko głowę. Potem krótka, męska rozmowa z ojcem". Tylko tyle. Zanotował 
ledwie tematy, inspiracje, namiastkę wspomnień, które zapewne chciał rozwinąć: 


3 W zbiorach Archiwum PAN w Warszawie, nr inwentarzowy zespołu spuścizny F.lirosy'ego: 
III -361. 
4 Premiera w Londynie w 1951 r. 
5 Premiera w Londynie w 1952 r. 
6 W 1956 r. 


42
>>>
List ojca na drogę życiową. Zima w Davos. Majątek. Ślub. Krewni. Krawiec 
w Monachium. Organizowanie kolejki po jaja w sowieckiej Rosji. Studio Stanisław- 
skiego. Ole czka, to ty? Ptak Niebieski. Skąd pani zna lirosyego? Qui pro Quo i robie- 
nie artystów. Aresztowanie i przesłuchanie. Daniłowiczowska i piosenki Ordonki. Mo- 
wa Hitlera. Okupacja. Bidet. Książki. Widziałem, jak się spaliły. Nadejście gestapo 
w Gołąbkach. Głuchy ogrodnik. Gdzie jest kretinka? Buchenwald. Karta polska 
i śmierć. Zmartwychwstanie. Angielska służba. Jeżeli jeszcze żyję, to jest to małe nie- 
porozumienie. Moje podróże. 
Reszta okruchów wspomnień pozostała w zapiskach, na luźnych kartkach, w bru- 
lionach, w ostatnim kalendarzyku z 1960 roku, w listach do przyjaciół i rodziny. 
Z tych cudem zachowanych notatek spróbowałam ułożyć autobiograficzny esej, 
tak jak mógłby to zrobić Fryderyk Jarosy. Nawet tytuły poszczególnych fragmentów są 
zapożyczone od bohatera nie napisanych wspomnień. 
Wszystkie zdania pochodzą z jego zapisów, z różnych lat. Starałam się je tylko 
ułożyć w chronologiczny ciąg zdarzeń. Sporadycznie tylko dopełniam je informacjami 
z innych źródeł, na przykład, wspomnień Mariana Hemara lub córki Marinl. Swój 
komentarz ograniczam do koniecznego minimum. 


*** 


Emigracyjna droga wspaniałego artysty kabaretu XX wieku rozpoczęła się w obo- 
zie w Buchenwaldzie, gdzie trafił z transportu wypędzonych powstańców Warszawy 
jesienią 1944 roku. Ale co zdarzyło się wcześniej? 


Rozdział pierwszy: Życie idzie dalej...! 


Wiosna 1939 roku. Ostatnia premiera przed wakacjami. Inspicjent Teatru Komedia 
dał trzeci dzwonek do garderób artystów i podszedł do dziurki w kurtynie. Zajrzał. 
- Będzie komplet, rzekł cicho do stojącego obok elektrotechnika. 
- Zresztą to było do przewidzenia. Wolnym krokiem udał się do korytarza, który 
prowadził do garderób aktorek. Zbliżył się do pierwszych drzwi. Stanął. Kiwnął smut- 
nie głową. Westchnął głęboko i machnął ręką. Zawołał obojętnym głosem: 
- Zaczynamy! 
I jeszcze raz na pierwszym piętrze u aktorów: 
- Zaczynamy! 
Wrócił na swój posterunek i dał trzeci dzwonek do foyer i na widownię. Wyczekał 
nieruchomo minutę. Potem rzucił: 
- Gong! 
- Gasić żyrandol! 
- Drugi gong! 
- Gasić boki! 
- Ciemna widownia! 
- Trzeci gong! 
- Cisza! 
- Kurtyna!! 
Oparł się o kulisę i;atrzył przed siebie pustym wzrokiem. Myślał: - Dyrektor ma 
rację! Zycie idzie dalej! 


7 Marina lirosy-Kratochwił, Uf. w 1915 f., obecnie mieszka w Wiedniu. 
8 F. lirosy, "Majstersztyk doktora Niewiadomskiego" , w zbiorach Archiwum PAN w War- 
szawie. 


43
>>>
Rozdział drugi: Żyć - nie umierać! 
Podczas oblężenia Warszawy pełniłem funkcję komendanta bloku na ulicy 6-go 
sierpnia 28-30. Warszawa padła. Siedząc 24 października 1939 roku w cukierni Zie- 
miańska, na zapytanie scenarzysty filmowego Jana Fethkeg0 9 : "Co pan dyrektor zamie- 
rza robić?", odpowiedziałem: "Deutsche far Niente" 0ak wiadomo jest znane przysło- 
wie włoskie Dolce far Niente, to znaczy słodkie nic nie robić). Nazajutrz zostałem 
aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu na ulicy Daniłowiczowskiej. Jak się 
potem okazało Jan Fethke był Volksdeutschem i pracował dla 5. kolumny. Podczas 
przesłuchania zarzucono mi antyhitlerowską działalność przed wojną. W celi, w której 
się znajdowałem, siedzieli ze mną: były prezydent Warszawy - Stefan Starzyński, 
były marszałek Sejmu, Rataj, znany działacz PPS, Niedziałkowski i inni. Po sześciu 
miesiącach, na sprawie sądowej w gmachu gestapo w Pałacu Bruechlowskim [sic.
, 
otrzymałem wyrok: dziesięć lat obozu karnego. Zrozumiałem, że to jest gorzej niż kara 
śmierci i postanowiłem uciekać. 
Kiedy znajdowałem się w drodze powrotnej z gestapo na Daniłowiczowską w to- 
warzystwie sześciu żandarmów obok Hotelu Europejskiego, wpadł mi nagle do głowy 
szatański plan. Zwróciłem się do naj starszego z tej ekipy z prośbą, aby mi pozwolili 
ogolić się u mojego stałego fryzjera w tym hotelu. Wachmajster oczywiście długo się 
namyślał i w końcu się zgodził dając mi na to dosłownie pięć minut czasu, wydając 
jednocześnie rozkaz podwładnym, aby obstawili wejście do zakładu, sam zaś udał się 
do środka za mną. Gdy znajdowałem się w środku, skierowałem się momentalnie do 
tylnego wejścia prowadzącego do hotelu i, znając doskonale rozkład hotelowy, zaczą- 
łem uciekać. Nie widziałem nikogo i niczego, pędziłem jak szalony, przewracając po 
drodze wszystko i wszystkich. Słyszałem tylko głośne wołanie: "HaIt! HaIt!" Po kiłku 
godzinach tracąc przytomność znalazłem się w jakiejś piwnicy na Starym Mieście. 
Kiedy odzyskałem przytomność, udałem się do mojego przyjaciela Jurandota, któ- 
ry ulokował mnie na strychu. Tam odpoczywałem kilka miesięcy, zapuszczając sobie 
brodę i wąsy. W ten sposób został zlikwidowany Fryderyk lirosy. Na podstawie wyro- 
bionych, a raczej podrobionych dokumentów ujrzałem znów światło dzienne, jako 
Franciszek Nowaczek. Wstąpiłem do służby konspiracyjnej w charakterze propagan- 
dzisty. I tak przez kiłka lat jako Franciszek Nowaczek zmieniając swoje m [iejsce] 
p[obytu] wędrowałem po wsiach i miasteczkachlO. 
Kilkanaście miesięcy, od jesieni 1940 do wiosny 1942, Jarosy ukrywał się w war- 
szawskim getcie. Na ogół nie opuszczał kryjówki. Ale od czasu do czasu musiał zmie- 
nić miejsce pobytu. Na ulicach getta widział wówczas straszne sceny. Jedną z nich 
zapamiętał i opisał po dziesięciu latach w Londynie, w noweli "Kryształowy czło- 
wiek" II. Bohater idzie londyńską ulicą. Spotyka człowieka, który mu kogoś przypomi- 
na. Ale kogo? I co ten człowiek ma charakterystycznego w twarzy, że to niepokoi 
i każe się zatrzymać na chwilę? 
Pewnego razu przypomniał sobie ten uśmiech! Tak! Tego uśmiechu nie wykreślił 
ze swego życia nigdy. To było po łapance. SS-man pastwił się nad grupa złapanych 


9 Jan Fethke (1903-1980), śląski pisarz, reżyser i scenarzysta filmowy. Pochodził z Opola, stu- 
diował w Gdańsku, karierę filmową rozpoczął w Berlinie. Po doj ściu Hitlera do władzy emigrował 
do Polski, zachowując niemieckie obywatelstwo. W Polsce, do 1939 r., wyreżyserował kiłka fil- 
mów i napisał kiłkanaście scenariuszy filmowych. Po wybuchu II wojny światowej pozostał w 
Warszawie, współpracował z władzami okupacyjnymi. Aresztowany w 1944. Po wojnie przyjął 
polskie obywatelstwo. Do 1960 r. pracował w filmie polskim pod pseudonimem. W 1962 przeby- 
wając w podróży służbowej w Berlinie Zachodnim - pozostał tam. I tam zmarł. 
10 ]. Leński, Co mówi F. Jarosy, Dziennik Żołnierza APW, 10.08.1945. 
11 F.lirosy, "Kryształowy człowiek", w zbiorach Archiwum PAN w Warszawie. 


44
>>>
Żydów. Kazał im skakać na jednej nodze, kazał im położyć się w błoto, kazał im śpie- 
wać i tańczyć. Bardzo to Niemca bawiło. Stał na rozkraczonych nogach, ze szpicrutą 
w ręku, i ryczał. Śmiał się do rozpuku. Tego śmiechu nie mogę zapomnieć l2 . 
Ten śmiech oprawców prześladował go przez wszystkie powojenne lata. Córka 
Marina opowiadała, że ojciec, spotykając się z nią na terenie Austrii czy Szwajcarii, 
zawsze uważnie przypatrywał się Niemcom, którzy byli zjego pokolenia. Gdy zapytała 
kiedyś, dlaczego tak na nich patrzy, jakby kogoś szukał. Odpowiedział krótko: "Tak, 
kogoś szukam". 
Wśród jego papierów odnalazłam wycinek z londyńskiego "Dziennika Polskiego", 
przypuszczalnie z wiosny 1960 roku. Krótka notatka prasowa donosiła, że film Warsaw 
Ghetto zatrzymany został przez cenzurę brytyjską. Obraz dokumentalny przedstawiają- 
cy okrucieństwa niemieckie przy likwidacji getta w Warszawie został zatrzymany przez 
Urząd Cenzury Filmów. "Zakazano wyświetlania, o ile nie zostaną usunięte wszystkie 
sceny pokazujące trupy ofiar". Na zniszczonym fragmencie gazety, zapewne on sam, 
dopisał: "Kretini". 


Rozdział trzeci: Póki my żyjemy! 


Wreszcie przyszło Powstanie. Jako porucznik Armii Krajowej znajdowałem się na 
Placu Narutowicza - Filtrowa 68 - gdzie zostałem ranny w nogę. Warszawa znów 
padła. Tym razem zostałem wzięty do niewoli i wysłany do obozu Buchenwald. Które- 
goś dnia Niemcy załadowali transport do wagonów towarowych. Transport ten składał 
się z kobiet i mężczyzn w liczbie około czterech tysięcy osób. Oczywiście znalazłem 
się w tym transporcie, który jak się później okazało przeznaczony był na śmierć gazo- 
wą. Gdy pociąg znajdował się na stacji kolejowej w Celle (koło Hanoweru), nadleciała 
eskorta alianckich bombowców. Zrobił się popłoch niebywały. Widziałem przez za- 
kratowane okna jak eskorta nasza zaczyna uciekać. I tym razem szczęście mi dopisało. 
U ciekłem i dotarłem do szpitala w Celle i tam się ukryłem jako sanitariusz. Dwunaste- 
go kwietnia czterdziestego piątego roku wojska alianckie wkroczyły do Celle i wtedy 
poczułem, że staję się znów Fryderykiem lirosym. Zgoliłem brodę i wąsy i zameldo- 
wałem się u władz angielskich, opowiadając o swoich przeżyciach. 
Ze względu na znajomość języków zostałem zakontraktowany jako tłumacz do 
szpitala w Bad-Rehburg. W maju zacząłem się starać o urlop do Londynu celem sko- 
munikowania się z rodziną oraz znajomymi. Dwunastego czerwca samolotem z Ham- 
burga udałem się do Londynu, zatrzymując się w powrotnej drodze w Paryżu oraz 
Brukseli. W Brukseli zwróciła się do mnie delegacja Polonii z prośbą o stworzenie te- 
atru, podkreślając, że niestety na terenach Francji, Belgii i Holandii uchodźstwo polskie 
pozbawione jest wszelkich imprez kulturalnych. Tak się składa, że na terenie Belgii 
znajdują się znane aktorki Helena Grossówna, Eugenia Magierówna i inni. 
Będąc w Londynie nawiązałem kontakt ze swoim starym przyjacielem Marianem 
Hemarem, który mi będzie dostarczał teksty. Dzięki poparciu Konsulatu Polskiego 
w Belgii wierzę, że teatr pomyślnie się rozwinie. 
Teatr będzie literacko-artystyczny i nazywać się będzie Cyrulik Warszawski 13 . 
Pisanie czyjejś biografii jest jak gra w puzzle. Aby zobaczyć obraz życia opisywa- 
nej postaci trzeba go ułożyć z bardzo wielu drobnych elementów. Bywa, że odnajdy- 
wane z wielkim trudem kolejne fragmenty nie pasują do siebie tak dokładnie. Różnią 
się w tych czy w innych szczegółach. Ale dla ogólnego portretu bohatera nie ma to 
istotnego znaczenia. 


12 Tamże 
13 ]. Leński, Co mówi F. Jarosy... 


45
>>>
Jak pisał Fryderyk Jarosy: "Naturalnie, nie było zupełnie tak, ale też nie bardzo in- 
aczej"14. 


Rozdział czwarty: Pierwszy krok! Londyn 1946 
Po prawie rocznym prowadzeniu teatrzyku żołnierskiego Cyrulik Warszawski, po 
występach na terenie Belgii, Holandii, Niemiec i Włoch - Fryderyk Jarosy z dużą 
grupą artystów z innych czołówek teatralnych przybył we wrześniu 1946 roku do Lon- 
dynu. 
Przez kilka tygodni występował w polskim klubie Orzeł Biały, w Ognisku Pol- 
skim, oraz w Domu Lotnika. Przygotował trzy premiery, z którymi odwiedził kilka- 
dziesiąt hosteli na terenie całej Anglii. Pewnego razu, na ich występy przyszło tak mało 
widzów, że nie mieli na benzynę aby wrócić do Londynu. Latem 1947 roku, teatrzyk 
Cyrulik Warszawski zakończył swoją działalność. 
O kłopotach w prowadzeniu teatru wspominał 10 maja 1947 roku w liście do Bro- 
nisława Horowicza: 


o sobie nic radosnego nie mogę napisać. Po wędrówce w Pierwszej Dywizji 
w Niemczech i w Drugim Korpusie we Włoszech, wylądowałem w Anglii i prowadzę 
tutaj teatrzyk Cyrulik Warszawski [...J, teatrzyk, który kiepsko idzie, gdyż tutejsza 
emigracja jest chyba najgorszym bagnem, przez które musiałem w życiu przejść. Dla- 
tego też mam zamiar w najbliższym czasie zamknąć tę budę i rozejrzeć się za czymś 
czystszym i godniejszym. W tutejszej atmosferze polskiej, pełnej black-marketu, kłam- 
stwa i perfidii - wytrzymać nie można. Po nadaniu mi w 1938 roku honorowego oby- 
watelstwa polskiego, dowiedziałem się z prasy tydzień temu, że rząd warszawski mnie 
(między innymi - np. Hemar, Tom, Krukowski, etc.) odebrał obywatelstwo polskie, 
tak że będę musiał żyć na U.N.O. paszport. Nie szkodzi. Pies im mordę lizał l5 . 
Trzy miesiące później w liście do córki Mariny pisał: "Z teatrem w Londynie mu- 
siałem skończyć. Mam propozycję poważnej pracy artystycznej w Tel Awiwie. Kon- 
k ' ł k ,,16 
tra t na po ro u . 
"Poważną pracę artystyczną" w teatrze Li-la-lo I7 załatwił Jarosy'emu Antoni Bor- 
man. Umowa była bardzo korzystna, gwarantowała wyreżyserowanie trzech rewii, wy- 
stępy przez pół roku, mieszkanie i życie w hotelu San Rema oraz wysokie honorarium. 
W czasie pobytu w Tel Awiwie otrzymał adres mieszkającej w Libanie Hanki Or- 
donówny. Nie widzieli się od września 1939 roku. W cudem ocalałych listach opisał 
swoją sytuację w londyńskim środowisku polskim, w jednym z nich czytamy: 
Tel Awiw, Hotel San Remo 10 XI [19]47 
Droga, kochana Haneczko! 
Czego się wstydzić? Parę łez połknąłem i parę wylałem, kiedy po tylu - potrójnie 
liczonych latach, po raz pierwszy ujrzałem Twoje drogie pismo i resztki mojej wiedzy 
grafologicznej potwierdziły mi znowu, że jesteś morowy, fajny chłopak, pełna fantazji, 
znawstwa ludzi, wiary w Boga i bogów, jednym słowem - jak Helena Cię nazywa - 
ostatni romantyczny ptak naszego wieku! 


14 Tamże. 
15 List F. lirosy' ego do B. Horowicza z 10.05.1947, w zbiorach Instytutu Sztuki PAN 
w Warszawie. 
16 List F.lirosy' ego do Mariny lirosy-Kratochwił z 2.09.1947, w zbiorach Archiwum PAN 
w Warszawie. 
17 Zob.: N. Cross, W drodze i po drodze - połskie korzenie hebrajskiego kabaretu, Archi- 
wum Emigracji. Studia - Szkice - Dokumenty 2000 z. 3, s. 103-111. 


46
>>>
Ile radości życiowej, iłe bodźca straciłem przez to, że Twoje listy do mnie - 
o których piszesz - nie dochodziły do mnie. Nie mam żadnej wątpliwości, że to perfi- 
dia ludzka grała dużą rolę w Tym, ta perfidia, przed którą uciekłem z Londynu aż tu do 
Palestyny, aby choć trochę nie widzieć ludzi. [...] Straciłem wszelki wewnętrzny kon- 
takt [...] z Zosią T erne, z morał insanity Hemara, [...], z całą szumowiną naokoło Rzą- 
du Warszawskiego jak z bufonami z drugiego korpusu. 
Rozumiem mordercę z afektu, rozumiem złodzieja z nędzy, rozumiem prawdę sa- 
mobójczą, bezkompromisowość obłędną - ale już nie rozumiem i nie chcę rozumieć 
jadaczów chleba, złośliwych rzezimieszków, kawiarnianych literatów, politycznych ge- 
schaftenmacherów i tego wstrętnego zakłamania codziennego. To oni powodowali, że 
lew po ucieczce z niewoli ZOO - wróciwszy do wolnych przestrzeni - ciągle jeszcze 
chodzi tam i nazad, tam i nazad - jak w dawnej klatce. 
Ach - z jaką ogromną radością, z jakim uśmiechem w duszy przyleciałbym na 
Twoje zaproszenie do Was! Niestety jest to w tej chwili niemożliwe, gdyż 25 listopada 
mam premierę i mam przez cały dzień próby, by z dyletanckiego tingl-tanglu zrobić 
prawdziwy teatr literacki. Nie mam więc ani jednego dnia wolnego, bo według tego, 
czy ten eksperyment mi się uda czy nie, będę sądził o tym, czy Jarosy się już skończył, 
czy mam temu koszmarnemu światu jeszcze coś do powiedzenia. Robię program bez- 
kompromisowy, obliczony na wychowanie publiczności, więc ryzyko duże! 18 


Z Hanką Ordonówną się już nie zobaczył. Premiera pierwsza - "Salon" - miała 
powodzenie I 9. Prowadząc konferansjerkę po hebrajsku i po polsku, Jarosy mówił między 
innymi: "Skąd wciąż na emigracji zapał, entuzjazm... Po kieliszku, albo dwóch Polakowi 
Tamiza szumi jak Wisła, i chodzi po Earls Courcie, jakby po Nowym Świecie chodził. . .". 
Rewię grano pięćdziesiąt razy. Drugie przedstawienie "Tylko dla dorosłych" zeszło 
z afisza na skutek działań wojennych 2o . Trzecia premiera już się nie odbyła. Tel Awiw 
znalazł się na linii frontu, aktorzy i publiczność otrzymali wezwania do wojska. Miasto 
opustoszało. Hotel San Rema spalił się. Dyrektor Teatru Li-la-lo nie miał pieniędzy na 
obiecane honorarium dla reżysera. Do córki Mariny pisał dramatyczny lisI: 
Tylko pies chodzi tutaj teraz do teatru. Najlepiej byłoby gdybym wyjechał stąd jak 
najszybciej, nawet już jutro. Teatr aktualnie nie płaci. Prowadzę bardzo oszczędne ży- 
cie. Czekam na następny cud Jarosyeg0 21 . 
W pewnym momencie sytuacja była naprawdę tragiczna. Po prostu znalazł się na 
ulicy, bez dachu nad głową i środków do życia. Zaopiekowali się nim wówczas miesz- 
kający w Tel Awiwie polscy Żydzi, którzy pamiętali go z dawnych czasów. Zorganizo- 
wali zbiórkę na bilet powrotny do Londynu dla niego i towarzyszącej mu w tej podróży 
Janiny Wojciechowskiej. W czasie ostatniego spotkania z przyjaciółmi, Jarosy podszedł 
do okna, złapał zasłonę, jakby to była kurtyna w teatrze, i powiedział: 
Proszę państwa! Jak to właściwie jest, czy to znaczy, że ja mam szczęście do wo- 
jen, czy też, że nie mam szczęścia do wojen! 
Wiem, że znaleźć szczęście w samym sobie jest bardzo trudno. Ale znaleźć je 
gdzie indziej - wprost niemożliwe! 22 


18 List F. Jarosy'ego do H. Ordonówny z 10.11.1947, w zbiorach Archiwum PAN w War- 
szawie. 
19 Relacja Ireny Mitelman z Tel Awiwu, w zbiorach autorki. 
20 Zapis w notatkach F. Jarosy'ego, w zbiorach Archiwum PAN w Warszawie. 
21 List F. Jarosy'ego do Mariny Jarosy-Kratochwil z 22.02.1948, w zbiorach Archiwum 
P AN w Warszawie. 
22 Relacja Ireny Mitelman. 


47
>>>
Po powrocie do Londynu, w kolejnym liście do Bronisława Horowicza, Jarosy 
dzielił się wrażeniami: 
[Czy] pan wyobraża sobie, iłe fantastycznych spotkań miałem w Palestynie, gdzie po 
dwóch pięknych miesiącach wpadłem znowu (prześladuje mnie to!) w wojenne tarapaty 
- i tylko cudem udało mi się zwiać stamtąd. Teraz znowu prowadzę swoje spokojne 
londyńskie życie. Zarabiam na egzystencję jako reader w wielkiej firmie filmowej, 
gdzie muszę czytać książki w pięciu językach, zaopiniować je, czy nadają się do fil- 
mowania czy nie - i dlaczego. Od czasu do czasu daję się skusić i występuję w impre- 
zach teatralnych, co właściwie już nie wypada dla gentlemana w moim wieki 3 . 


Rozdział piąty: Druga runda! Londyn 1948-1960 
Te "imprezy teatralne", o których wspominał w liście do przyjaciela, to były pre- 
miery dwóch rewii Feliksa Konarskiego. Ale z dochodów teatralnych Jarosy żyć nie 
mógł. Bez powodzenia starał się o stałą pracę, najpierw w radiu BBC, a następnie 
w RWE. Mimo iż doceniano jego kwalifikacje, odmowę uzasadniano wiekiem. Stąd 
dramatyczna decyzja o podjęciu pracy w fabryce biskwitów. Na nocnej zmianie. 
W liście do córki tak o tym pisał: 
Musiałem podjąć pracę fizyczną, aby móc w przyszłości dostać najniższy choćby 
zasiłek emerytalny. Co robię? Wkładam biskwity do pudełek. Ale najgorsze, że jest to 
praca nocna, na którą nie ref1ektująrobotnicy angielsc/ 4 . 


W jednym z brulionów odnalazłam taki komentarz do tej sytuacji: 
Akurat w tej chwili, kiedy miałbym nareszcie wolny czas do prawdziwej, dojrzałej 
i zgłębionej pracy w moim ulubionym fachu, życie się (kpiąc ze mnie!) tak układa, że 
wszystko co osiągnąłem, muszę opuścić i wobec tego, że z mego fachu nie mogę wy- 
żyć, muszę gdzieś pójść zarobić na życie, gdzieś kręcić jakimś kółkiem, smarować ja- 
kąś oś w cudzym i obojętnym organizmie. Takiej roboty zawsze nienawidziłem, i dlate- 
go prawdopodobnie żadna dla mnie nie chce się znaleźć. A jaką robotę jestem zdolny 
wykonać? Gdzie mogę być potrzebny i gdzie mnie mogą tak użyć, żeby nie zniszczyć, 
tego co stanowi moje życie, moje zadanie życiowe, ba - mój obowiązek. Czy dopraw- 
d d ,. '7 25 
Y muszę o pUSCIC. 


W fabryce biskwitów wytrwał niespełna rok. To wystarczyło, aby otrzymał zasiłek 
socjalny. 
Na innej stronie tego samego zeszytu zanotował: "Nie mam już sił urabiać arty- 
stów, jak to robiłem kiedyś". Mimo tej męczącej pracy i niezbyt dobrej kondycji psy- 
chicznej, pisał. Nowele, monologi. Zabawne scenki dla radia. W cyklu "Emigranci" 
powstało słuchowisko: Thank You, Wilfried Pickles/ Oto jego fragment: 
Jeżeli mężczyzna ciągu jednej nocy krąży około stu razy naokoło tego samego 
domu, to albo jest beznadziejnie zakochany, albo... jest nocnym dozorcą. W moim wy- 
padku - było to ostatnie. Po długich staraniach udało mi się dostać tę posadę. Musia- 
łem przedstawić bardzo dobre i poważne referencje, udowodnić udział w wojnie świa- 
towej pod dowództwem brytyjskim i dwaj angielscy przyjaciele musieli za mnie porę- 
czyć. Mam teraz czarny mundur i co noc chodzę równym krokiem dookoła domu towa- 
rowego. 


23 List F.lirosy' ego do B. Horowicza z 1.09.1948, w zbiorach IS PAN w Warszawie. 
24 List F.lirosy'ego do Mariny lirosy-Kratochwił z 1.08.1951, w zbiorach Archiwum PAN 
w Warszawie. 
25 Z zapisków F.lirosy' ego, w zbiorach Archiwum PAN w Warszawie. 


48
>>>
Pewnego razu, w tym nocnym obchodzie, bohaterowi opowieści towarzyszyła młoda 
Angielka. Betty szybko zorientowała się, że starszy dozorca nie jest jej rodakiem. 
- Francuz? 
- Nie. Polak. 
- Aha! To pan jest refugee? 
- Tak. 
Westchnęła i kiwnęła głową. 
- A w swoim kraju też był pan nocnym stróżem? 
- Roześmiałem się serdecznie: Nie! 
- A co pan tam robił? 
- Byłem reżyserem i aktorem. 
- No to jest pan przyzwyczajony do nocnego życia! 
- Do pewnego stopnia. 
- Czy pan był przed wojną znanym artystą? 
- Dosyć znanym. 
- Takjak Wilfried PickIes? 
- Mniej więcej. 
- Zna pan to? Zanuciła starą piosenkę. 
- Znam. Na tę melodię budowałem kiedyś wielki finał w moim teatrze. 
- Niech pan mi opowie! 
Opowiedziałem jej o rewiach w moim teatrze w Warszawie, opisałem finał, w któ- 
rym śpiewaliśmy na tę nutę, starałem się przetłumaczyć jej polskie słowa tego finału. 
Mgła stawała się coraz gęstsza, pomimo to widziałem, że miała łzy w oczach i jak za- 
hipnotyzowana patrzyła na moje usta, kiedy w niezgrabnym tłumaczeniu nuciłem pol- 
ski refren piosenki: 
Jest tyle nowych prawd co dnia - 
Najstarsząprawdę serce zna- 
Najgłębsząprawdę serce wie- 
Że szczęścia nie ma - 
Jeśli nie we dwoje! 
Przerwałem i roześmiałem się głośno: - Tak, to wszystko było kiedyś! Było i mi- 
nęło! A teraz uważajmy na włamywacza! [...] 26. 
Okazjonalnie RWE zapraszało jednak Fryderyka Jarosy' ego do prowadzenia kon- 
certów, programów okolicznościowych z udziałem publiczności. W styczniu 1955 roku 
prowadził imprezę karnawałową, retransmitowaną do Polski. W maju tegoż roku, po- 
zdrawiając publiczność w Londynie i słuchaczy w kraju, mówił między innymi: 


Z ogromnym wzruszeniem i zdziwieniem występuję zawsze przed mikrofonem 
Radia Wolna Europa do swoich wiernych słuchaczy i przyjaciół w Polsce. Zastanawiam 
się czy kabaret na emigracji ma być kabaretem aktualnym, politycznym. Czy konferan- 
sjer współczesny ma służyć ideałom jednej partii? Czy jedną nogą ma stać na gruncie 
państwowym, drugą na gruncie międzynarodowym i trzecią na gruncie czystego arty- 
zmu. Na emigracji czuję się żołnierzem tej wielkiej armii, której dowódcom zawdzię- 
czamy, że polska sztuka teatralna podczas tułaczki po obcych krajach nie umarła. Na 
odwrót - pięknie się rozwinęła. Zauważam, jak dziwna jest mieszanina w duszy emi- 
granta. Z jednej strony ma on wieczny kompleks zmniejszonej wartości, a z drugiej 
strony posiada dużą porcję megalomanii. . . 
Składam słowa i gesty wdzięczności swoim wiernym przyjaciołom, współrodakom 
i czuję się złapanym na gorącym uczynku społecznej etyki, artystycznego entuzjazmu 
i głębokiego przywiązania do takiej Polski, o której marzę, i w której nadejście święcie 
wierzę. Serce się kraje, gdy się kraj ma w sercu! 27 


26 F.lirosy, zapiski w zbiorach Archiwum PAN w Warszawie. 
27 Tamże. 


49
>>>
Po tej wypowiedzi prowadzący otrzymał serdeczne brawa, ale kierownictwu Rozgło- 
śni Polskiej RWE jego wypowiedź się nie spodobała. U znano ją za polityczną. A na tego 
rodzaju komentarze nie otrzymał zgody od dyrektora Jana Nowaka-Jeziorańskiego. 
Był to już ostatni publiczny radiowy występ "starego Fryca" - jak o nim mówił 
Ludwik Lawiński. 
Dwunastego maja 1955 roku w liście do Bronisława Horowicza, zgorzkniały Fry- 
deryk pisał: "Jakoś tak się składa, że od czasu jak odszedłem od tego teatralnego bała- 
ganu, który teatralni ludzie uprawiają na emigracji, nikt do mnie interesu nie ma"28. 
Pewnego rodzaju pożegnanie, niemal testament, przekazał w ostatnim liście, jaki 
udało mi się odnaleźć. Do Anny Antik, tancerki i choreografki, przyjaciółki z lat mło- 
dości w Rosji, 25 lipca 1960 roku, a więc na dwanaście dni przed śmiertelnym atakiem 
serca, pisał: 
Z upływem lat człowiek staje się taki samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, 
kto to wszystko ma już za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować, ze wszystkim 
można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka taka tęsknota za głup- 
stwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat? Byłem dzisiaj w Hyde 
Parku. Wspominałem różne szczegóły z naszego życia w Moskwie. Jak to się człowiek 
zmienia na starość! Przez wszystkie lata od wyjazdu z Nayąz Rosji, broniłem się przed 
wspomnieniami z tamtego okresu, tyle tam widziałem zbrodni, że chciałem na zawsze 
o tym okresie życia zapomnieć. A teraz, tak sobie myślę, że nasz czas w Moskwie, mi- 
mo wszystkich komplikacji, był jednym ze szczęśliwszych w naszym życiu. Patrząc na 
bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: - Nie zapomnicie, że stał tu kie- 
dyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie 29 . 


Dwa tygodnie po śmierci przyjaciela, Marian Hemar ogłosił w londyńskim 
"Dzienniku Polskim" wspomnienie, które zatytułował najprościej: Fryderyk 3o . Ujawnił 
w nim najbardziej skrywane uczucia: 
Karą dla tych, którzy pozostają przy życiu, jest głęboki żal, nie do naprawienia, 
i wyrzuty sumienia, które pieką gorzkim wstydem. Jaka to szkoda, że wszystkiemu, co 
w ludziach jest życzliwe dla siebie wzajem i przychylne, zgodne i rozsądne, pogodne 
i przyjazne, na drodze stają nerwowe urazy i dziecinne dąsy - dziecinnie puste, gdy 
mierzyć je grozą i powagą śmierci. 


28 List F.lirosy' ego do B. Horowicza z 12.05.1955, w zbiorach IS PAN w Warszawie. 
29 List F.lirosy'ego do A. Antik z 25.07.1960, w zbiorach Archiwum PAN w Warszawie. 
30 M. Hemar, Fryderyk, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza, 22.08.1960, s. 2. 


50
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


LONDYŃSKI "PAMIĘTNIK 
LITERACKI" 


Jerzy R. KRZYŻANOWSKI (USA) 


W roku 1976 istniejący od 1945 roku Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie 
postanowił po dziewięcioletniej przerwie wznowić swoją działalność wydawniczą, 
dotychczas przeważnie ograniczoną do publikacji książek poświęconych najwybitniej- 
szym pisarzom polskim, w tzw. serii "Żywych", i rozpocząć wydawanie własnego 
periodyku nazwanego niezbyt fortunnie "Pamiętnik Literacki". Niefortunnie, gdyż 
kwartalnik polonistyczny pod tym samym tytułem wychodzi w Polsce od roku 1902, 
ukazując się przed wojną we Lwowie, a w latach powojennych najpierw w Warszawie, 
potem zaś we Wrocławiu. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że zorgani- 
zowany w Londynie Komitet Redakcyjny nowego periodyku mógł o tej zasłużonej 
publikacji nie wiedzieć, gdyż działał pod przewodnictwem prezesa Związku od 1975 
roku, Józefa Garlińskiego (1913-2005), historyka dziejów współczesnych, zwłaszcza 
II wojny światowej, ale nie literatury, a w skład Komitetu wchodzili: Bronisław Przyłu- 
ski, Kazimierz Sowiński i Ignacy Wieniewski, dla literatury emigracyjnej zasłużeni, ale 
z jej historią najczęściej własną tylko twórczością związani. Nadmienić warto, że 
wśród poprzednich prezesów Związku w zasadzie nie było historyków literatury pol- 
skiej - Stanisław Stroński był romanistą i politykiem, Antoni Bogusławski - poetą 
i krytykiem literackim, Wiesław Wohnut to głównie dziennikarz, Zygmunt Szyszko- 
-Bohusz był publicystą, Teodozja Lisiewicz pisała utwory dramatyczne, podczas gdy 
Kazimierz Sowiński był przede wszystkim poetą. Jedynym w tym gronie historykiem 
literatury był Tymon Terlecki (1905-2000), posiadający doktorat Uniwersytetu Jana 
Kazimierza we Lwowie, dwukrotny prezes Związku, później redaktor wydanej staraniem 
tegoż Związku imponującej, dwutomowej księgi Literatura polska na obczyźnie 1940- 
1960 (Londyn, 1964-1965), stanowiącej pracę zbiorową o łącznej objętości 1404 stronic 
druku, w której dwudziestu jeden autorów próbowało podsumować historię dwudziestu 
lat literatury emigracyjnej. Ich dzieło do dziś zachowuje duże wartości poznawcze, pod- 
czas gdy redaktorowi przyniosło zaproszenie do objęcia katedry literatury polskiej 
w prestiżowym University of Chicago, gdzie wykładał w latach 1965-1972. 
Tak czy inaczej, Związek najwyraźniej odczuwał potrzebę publikacji własnego 
periodyku, gdyż - słowami Komitetu Redakcyjnego - 


51
>>>
wielkie rozproszenie członków Związku po całym świecie sprawia, że łączą nas tylko 
sporadycznie wydawane i bardzo lakoniczne biuletyny zarządu, czasem rzadki kontakt 
osobisty. Nie mamy także platformy, na której moglibyśmy przedstawiać nasz wspólny 
dorobek, nie tylko pisarski, ale także kulturalny, w ujęciu jak najbardziej ogólnym (I, 5) I. 
W dalszej części przedmowy do pierwszego tomu "Pamiętnika Literackiego" Ko- 
mitet przypominał "pierwsze plany bardzo ambitne i optymistyczne", z których trzeba 
było zrezygnować gdyż "niestety rzeczywistość okazała się inna", skutkiem czego 
postanowiono "ograniczyć tematykę i oprzeć się na pracach autorów zamieszkałych 
w Londynie", ale mimo to wyrażano nadzieję, że ,,«Pamiętnik Literacki» utrzyma się 
jako stała pozycja wydawnicza naszego Związku i że będzie się ukazywać co kilka lat, 
oparty na pracach wielu polskich pisarzy z różnych zakątków świata" (1,5). 
Przewidywania te ziściły się nadspodziewanie pomyślnie, głównie dzięki stara- 
niom niestrudzonego przewodniczącego Komitetu Redakcyjnego, Józefa Garlińskiego, 
który do ostatnich lat życia kierował pismem, zdobywał prace autorów istotnie "z róż- 
nych zakątków świata", dbał o regularne ukazywanie się kolejnych tomów i ich niejed- 
nokrotnie bezcenną zawartość. Nowy Komitet Redakcyjny, powołany po jego śmierci, 
dzieło pierwszego redaktora kontynuuje, czego dowodem trzydzieści przeszło lat ist- 
nienia czasopisma i 35 wydanych tomów "Pamiętnika Literackiego", podczas gdy inne 
periodyki emigracyjne, tak zasłużone jak "Kultura", "Wiadomości", zmarły już przed 
laty wraz z końcem życia ich ostatnich redaktorów. Wydaje się zatem słuszne prześle- 
dzenie historii tego, pod wieloma względami wyjątkowego, pisma, będącego do pew- 
nego stopnia kroniką intelektualnego życia emigracji. 
Liczba członków Związku, mieszkających w kilkunastu krajach wolnego świata, 
podana w najstarszym z zachowanych spisów z roku 1947, wynosiła 102 i przez całe 
lata oscylowała wokół tej liczby, częściej zmniejszając się niż zwiększając, zależnie 
zarówno od nieubłaganych praw wieku, jak i zmian politycznych, powodujących za- 
równo przypływ nowych emigrantów jak i otwarcie członkostwa dla pisarzy zamiesz- 
kałych w kraju, co widoczne jest zwłaszcza w latach 90. XX wieku. W tomie wyda- 
nym, w roku 2007, podano, że Związek liczy 71 członków, a wśród nowoprzyjętych 
widnieje jedno nazwisko pisarza z kraju, trzy z Wielkiej Brytanii, dwa z Austrii ijedno 
z Norwegii, co wydaje się wiernie odbijać ruchy emigracyjne początków XXI wieku 
(XXXIV, 148). W roku sprawozdawczym zmarły dwie najstarsze członkinie Związku. 
Opublikowany w 1976 roku pierwszy tom "Pamiętnika Literackiego" liczy 190 
stronic druku i zawiera pięć pozycji, wśród których za najważniejszą uznać należy 
odpowiedzi pisarzy na ankietę "Jedna czy dwie polskie literatury". W pochodzącym od 
Redakcji słowie wstępnym czytamy, że "odpowiedzi nadeszły z wielu zakątków świata, 
od pisarzy z różnych pokoleń, o różnych światopoglądach i o różnych rodzajach twór- 
czości" (1,9), co było bez wątpienia świadectwem prób Związku dotarcia do szerokie- 
go kręgu członków i wciągnięcia ich do grona potencjalnych współautorów wydaw- 
nictwa. Istotnie, mimo przewagi odpowiedzi nadesłanych z Wielkiej Brytanii, znalazły 
się tam listy z dziewięciu innych krajów, nieraz tak geograficznie oddalonych od Lon- 
dynujak Argentyna, Stany Zjednoczone i Kanada. Spośród 27 respondentów zdecydo- 
wana większość odpowiedziała stanowczym - "jedna", a zaledwie cztery osoby ar- 
gumentowały, że istnieją dwie polskie literatury, zaś Józef Łobodowski, jak zwykle 
kontrowersyjny, proponował nawet istnienie trzech literatur polskich: "których wspól- 
nym mianownikiem jest język polski" (I, 16). Mimo wciąż istniejących ostrych po- 


1 Tu i w dalszych rozważaniach cyfrą rzymską oznaczany będzie w tekście tom "Pamiętnika 
Literackiego", cyfrą zaś arabską - stronica. 


52
>>>
działów politycznych pisarze zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko spychaniu ich 
twórczości na margines polskiej kultury, a niedaleka przyszłość miała wykazać, że 
mieli po stokroć rację. 
Pierwszy tom wydawnictwa przyniósł także cenne materiały kronikarskie, które 
w tomach następnych miały powtarzać się regularnie - listę przekładów dzieł pisarzy 
polskich stale przebywających poza krajem, obszerny wykaz nagród pisarskich na 
obczyźnie oraz listę polskich fundacji, instytutów, bibliotek i firm wydawniczych na 
obczyźnie, a umieszczony na okładce rysunek Tadeusza Terleckiego, przedstawiający 
wjazd Apollona z kraju Hiporborejów do Delf według greckiej wazy miał stać się sta- 
łym, do dziś utrzymanym, elementem zdobniczym pisma. 
Wydany w niespełna dwa lata później tom II, mający prawie taką samą objętość co 
tom poprzedni, przyniósł m.in. prace pisarzy mieszkających poza Anglią: Marii Danile- 
wicz Zielińskiej z Portugalii i Andrzeja Chciuka z Australii, oraz próbę podsumowania 
literatury wspomnieniowej, dominującej w pisarstwie emigracyjnym lat 1961-1976, co 
było kontynuacją tego samego tematu poprzednio opracowanego przez Eugeniusza Ro- 
miszewskiego dla wspomnianego już podsumowania działalności literatury emigracyjnej 
w książce zredagowanej przez Tymona Terleckiego. Zachowując przyjęty podział autor 
uzupełnia swoje wywody cenną listą książek o tej tematyce (II, 81-86). Podobnym uzu- 
pełnieniem listy przekładów zamieszczonej w tomie I jest lista za lata 1946-1977, tak jak 
podaną poprzednio listę nagród literackich uzupełnia lista doprowadzona do roku 1976. 
Nowością natomiast jest zarówno Kronika Związku jak i indeks nazwisk zamieszczonych 
w tomie bieżącym. Z Kroniki dowiadujemy się m.in., że ilość członków zmniejszyła się 
do 98, a także czytamy o imponującej liczbie - 16 - imprez zorganizowanych przez 
Związek w latach 1976-1977. 
Począwszy od tomu lll, wydanego w roku 1980, "Pamiętnik Literacki" stał się 
rocznikiem ukazującym się z imponującą regularnością, mimo że poszczególne tomy 
miały nieco skromniejszą objętość - ok. 140 stron każdy. Ustaliła się też pewna for- 
muła zawartości, obejmująca zarówno kronikę działalności Związku, jak i artykuły lub 
eseje pisane przez coraz liczniejsze grono autorów. W roku 1980 Związek liczył 99 
członków, a w latach następnych kolejno 101 i 103. Mieszkali oni w 14 krajach wolne- 
go świata. Jako cenne novum tom III przyniósł pierwszą wersję słownika pisarzy pol- 
skich na obczyźnie z listą 65 nazwisk (lll, 73-119), mającą zapoczątkować jej konty- 
nuację w kolejnych tomach (IV, 122-148; V, 102-121 i nast.). Biorąc pod uwagę fakt, 
że Mały słownik pisarzy polskich na obczyźnie 1939-l980 pod redakcją Bolesława 
Klimaszewskiego miał ukazać się, po zasadniczych zmianach politycznych w kraju, 
dopiero w roku 1992, materiały drukowane w "Pamiętniku Literackim" stanowiły pio- 
nierską próbę uchwycenia sylwetek pisarzy emigracyjnych, co redaktor Słownika po 
latach odnotował. 
Drugą, dalekowzroczną inicjatywę podjął Terlecki upominając się o stworzenie ar- 
chiwum literatury emigracyjnej. Wymieniając szereg nazwisk zmarłych pisarzy Terlec- 
ki mówi o ich dorobku i wyraża obawę, że "niejedno może być bezpowrotnie straco- 
ne", postuluje więc "żądanie i pragnienie stworzenia Archiwum Literatury Emigracyj- 
nej" (lll, 15), w naj śmielszych marzeniach nie przypuszczając, że postulat ten spełni 
się po latach dzięki powołaniu Archiwum Emigracji przy Uniwersytecie Mikołaja 
Kopernika w Toruniu. 
Tom IV, wydany w 1981 roku, niemal w całości poświęcony został Czesławowi 
Miłoszowi z okazji przyznania mu Nagrody Nobla 1980, podczas gdy tom następny 
przynosi omówienie sylwetek paru przebywających poza krajem pisarzy, "którzy wy- 
dobyli się na obcy rynek wydawniczy" (V, 9). Wśród piętnastu nazwisk spotkać może- 


53
>>>
my takie, które z literaturą niewiele mają wspólnego (np. Michał Borwicz, Józef Gar- 
liński, Janusz Zawodny), ale bez wątpienia reprezentują najlepsze osiągnięcia kultury 
polskiej w latach bieżących. 
Do sprawy słowników powracam w moim obszernym omówieniu zawartym w to- 
mie V ówcześnie wydanych dwóch serii Słownika współczesnych pisarzy polskich (t. l- 
IV, 1963-1966 i t. I-lll, 1977-1980), zawierającego biogramy 1300 pisarzy, przy czym 
"ilość pisarzy mieszkających poza krajem oscyluje ok. 120, a więc 9% ogółu pisarzy 
polskich" (V, 96). Biorąc pod uwagę liczbę 103 członków w roku 1980 (V, 130) wnio- 
skować można, że Związkowi udało się wliczyć do swych szeregów znakomitą więk- 
szość pisarzy zamieszkałych za granicą. Ostatnio zaś problemy te znalazły bodajże 
ostateczne rozwiązanie w nowym słowniku Współcześni polscy pisarze i badacze lite- 
ratury (t. I-X, 1994-2007), opracowanym przez tę samą co poprzednie edycje pracow- 
nię Instytutu Badań Literackich, o którym pisałem w "Pamiętniku Literackim" tytułu- 
jąc omówienie wydanych dotychczas dziewięciu tomów Pisarze emigracyjni w novvym 
słowniku pisarzy "Wiele rozproszonych po świecie pozycji wydrukowanych przez 
pisarzy emigracyjnych zostało nie tylko zarejestrowane, ale trwale wprowadzone do 
bibliografii" (XXII, 52). Dla porównania przypomnieć warto, że podczas gdy poprzed- 
nie słowniki ogółem zawierały 1305 haseł osobowych, słownik nowy wprowadza 
w dziesięciu tomach 1961 haseł oraz uzupełnienia i aktualizacj ę kilkuset haseł za- 
mieszczonych w tomach I-IX, doprowadzając bibliografię do stanu bieżącego z roku 
2006. Sprawę podziału na pisarzy emigracyjnych i krajowych zamknąć warto w cyto- 
wanym omówieniu poprzednich serii słowników dowcipnym porównaniem użytym 
przez Marię Danilewicz Zielińską, która literaturę emigracyjną optymistycznie po- 
strzegała jako starą kolasę, co "skrzypi ale jedzie i co więcej co raz wskakują do niej 
nowi pasażerowie, żwawsi a może i bardziej utalentowani od zasiedziałych"z. 
Tom VI wydany 18 miesięcy po poprzednim przynosi prace ponad 30 pisarzy 
z ośmiu krajów i poświęcony jest przede wszystkim poezji na emigracji, choć nie brak 
w nim form nowych, takich jak wywiad przeprowadzony z laureatem nagrody "Wia- 
dom ości", Kazimierzem Brandysem, od niedawna przebywającym na emigracji i pla- 
nującym wydawanie swoich następnych książek w Instytucie Literackim (VI, 128). Za 
ważny uznać należy artykuł Bolesława Taborskiego, który pisze o "młodszej literaturze 
emigracji w perspektywie ćwierćwiecza", a zwłaszcza o grupie zgromadzonej wokół 
czasopisma "Kontynenty" (VI, 79-119). Artykuł uzupełniają krótkie biografie młodych 
poetów i ich wiersze. Podczas gdy tom VII zajmuje się przekładami literatury polskiej 
najęzyki obce, tom Vlll podsumowuje reakcję pisarzy na wydarzenia w kraju tak waż- 
ne jak rozwiązanie Związku Literatów i Zarządu Polskiego PEN Clubu wyrażane 
w odpowiedzi na ankietę rozpisaną przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie 
(Vlll,37-75). 
W roku 1985 Związek obchodził swoje czterdziestolecie, które podsumowała Ma- 
ria Danilewicz Zielińska (IX, 9-25), podczas gdy inni autorzy próbowali dać obraz 
literatury polskiej i studiów polonistycznych w krajach swojego osiedlenia, od Anglii, 
Niemiec i Szwecji po Stany Zjednoczone i Australię. Temat okazał się tak obszerny, że 
wymagał kontynuacji w tomie X, przy czym uzupełnienia obejmowały np. Chiny (X, 
13-23), a bardziej szczegółowym omówieniom pojedynczych krajów, takich jak Wło- 
chy poświęcono tomy XI, XV, XVI i częściowo XIX. Zagadnienie tak ważne jak zbiory 
biblioteczne obejmujące książki polskie znalazło odbicie w kilku artykułach w tomach 
XII i Xlll, podczas gdy Instytutowi Literackiemu poświęcono część tomu XI. 


2 Maria Danilewicz Zielińska, Szkice o Jjteraturze emigracyjnej, Paryż 1978, s. 12. 


54
>>>
Z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej wydrukowano w czasopiśmie 
listę pisarzy polskich, którzy na skutek wojny znaleźli się poza krajem (XIV, 8). Uzu- 
pełniały ją artykuł Niny Taylor o losach niektórych z nich (XIV, 9-47) oraz wspomnie- 
nia Józefa Bujnowskiego, Jerzego Pietrkiewicza i Jana Winczakiewicza. W tomie tym, 
wydanym w 1990 roku, tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, zwraca uwagę 
artykuł Tadeusza Wyrwy Kraj i uczeni polskiego pochodzenia. Autor jako jeden 
z pierwszych wybrał się do Polski na III Kongres Uczonych Polskiego Pochodzenia 
zorganizowany przez Uniwersytet Jagielloński, Polską Akademię Nauk i Towarzystwo 
"Polonia" w lipcu 1989 roku. Nieudolnie zorganizowany Kongres zgromadził "chyba 
trochę ponad 200 uczestników z około 20 krajów" (XVII, 131), a przybysz z wolnego 
świata tak konkludował swoje nader krytyczne uwagi: 
W tych warunkach trudno mówić o zorganizowaniu autentycznej współpracy mię- 
dzy naukowcami krajowymi i zagranicznymi, jeśli dotychczas nie potrafiono czy nie 
chciano zapewnić sobie tej współpracy z ośrodkami naukowymi w Polsce. Sednem rze- 
czy jest to, że głównymi organizatorami tych imprez są ludzie z "minionego okresu" 
i czy rzeczywiście będą w stanie przestawić się na inne tory? (XVII, 131). 
W serii tomów poświęconych literaturze polskiej i polonistyce w różnych krajach 
tom XIX omawia Szwecję, tom XX Austrię, tom XXI Czechosłowację, tom XXII Sta- 
ny Zjednoczone, a tom XXlll Australię. Wyrazów uznania doczekał się "Pamiętnik 
Literacki" ze strony Władysława Bartoszewskiego, który pisał: 
Po prostu nie wyobrażam sobie, by ktoś badający naukowo współczesną literaturę 
emigracyjną mógł to czynić bez tomów "Pamiętnika" [...]. Wasz "Pamiętnik" jest je- 
dynym tego rodzaju wydawnictwem na świecie poza krajem (VI, 141-142). 
A kilka lat później znawca literatury emigracyjnej i autor poświęconego jej słow- 
nika, Bolesław Klimaszewski dodawał: 


Od 1976 roku, gdy wydaliście pierwszy tom, nie spotkałem wydawnictwa emigra- 
cyjnego tak solidnie i szeroko informującego o polskiej literaturze na obczyźnie (XII, 
61). 


Tymczasem zmiany polityczne zachodzące w kraju znajdowały natychmiastowe 
niemal odbicie na łamach "Pamiętnika Literackiego". W roku 1991 ukazał się list do 
redakcji napisany przez wykładowcę polonistyki [I] na Uniwersytecie Śląskim w Ka- 
towicach, Marka Pytasza, który proponował "zwolnienie miejsca" w "Pamiętniku Lite- 
rackim" przez przeniesienie szeregu prac do kraju (XVI, 123) i zapisał się jako pierw- 
szy krajowy członek do Związku, proponując wspólne wydanie Szkiców z dziejów 
literatury polskiej na obczyźnie, co Zarząd Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie 
przyjął (XVII, 157). Istotnie w roku 1993 ukazał się pierwszy tom tej pracy zatytuło- 
wany Literatura emigracyjna 1939-l989, a w trzy lata później tom drugi. Niestety 
okazało się, że brak przygotowania polonistycznego u reprezentującego Związek Józe- 
fa Garlińskiego dał się boleśnie odczuć w fakcie zaistnienia zasadniczych błędów 
i braków wydawnictwa, które otwarcie skrytykowałem (XIX, 85-92 i XXlll, 88-92). 
Do moich uwag zatytułowanych O literaturze emigracyjnej w kraju dołączył Józef 
Garliński skarżąc się na "lekceważenie elementarnych zasad współpracy" (XXlll, 93). 
Zakończyło to nieudaną próbę nawiązania roboczego kontaktu między literaturą emi- 
gracyjną a krajem. Pięćdziesiąt lat życia w dwóch innych systemach, różnice światopo- 
glądowe, inne skale wartości i wynikające stąd oceny, a nawet terminologia okazały się 
przeszkodami nie do przezwyciężenia. 


55
>>>
Tom XXIV przyniósł niespodziewaną zapowiedź prezesa zamierzającego wycofać 
się z czynnego redagowania "Pamiętnika Literackiego" ze względu na "zaawansowany 
wiek i słabnące zdrowie" (XXIV, 110), a w tomie XXV redaktor zadaje pytanie "co 
dalej?" pisząc: 


Moje siły sąjuż ograniczone, najwierniejsi współpracownicy, rozrzuceni po świe- 
cie, nie mogą stworzyć zwartego zespołu, musi się znaleźć jeden człowiek, który 
uchwyci twardą ręką cały ten skomplikowany problem (XXV, 7). 
Toteż nie było niespodzianką, że redagowanie tomu następnego Garliński powie- 
rzył komuś innemu, wybierając mnie, mimo że nigdy nie należałem do środowiska 
londyńskiego, z którego szeregów wywodził się zasadniczy zespół "Pamiętnika Lite- 
rackiego". Postanowiłem tom następny stworzyć przy pomocy naj szerzej pojętego 
grona współpracowników, zapraszając 
dziesięciu autorów zamieszkałych w siedmiu krajach na czterech kontynentach, chcia- 
łem bowiem, żeby obecny tom był godnym wprowadzeniem naszego rocznika w wiek 
XXI, żeby pokazał zasięg naszego Związku, utrzymał tematykę dominującą od ćwierć- 
wiecza i podpowiedział kierunki, w jakich powinna się rozwijać w wieku nowym 
(XXVI, 7). 


Jednym z nowych współautorów był dr Mirosław Supruniuk reprezentując tu po 
raz pierwszy Archiwum Emigracji przy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, 
drugim zaś dr Zbigniew A. Judycki z francuskiego Institut de Recherches Bibliogra- 
phiques, obu instytucji dotychczas nieobecnych w tematyce "Pamiętnika Literackiego". 
Na szczęście już w następnym tomie Garliński mógł powiedzieć w oświadczeniu 
znamiennie zatytułowanym Będziemy istnieć: "Powróciłem do zdrowia, należało po- 
nownie podjąć się redakcji «Pamiętnika»" (XXVII, 7). Niestety nie na długo, gdyż już 
w tomie następnym powierzył redagowanie prof. Eugeniuszowi Kruszewskiemu 
z Danii, pisząc: "Skończyłem 90 lat, dalsze redagowanie było już niemożliwe, tak 
samo jak przewodniczenie Zarządowi" (XXVlll, 7), którego honorowym prezesem 
pozostał, podczas gdy Walne Zebranie Związku prezesurę powierzyło prof. Mieczy- 
sławowi Paszkiewiczowi (XXVlll, 122). I znów wybór nie miał trwać długo, gdyż już 
tom następny przyniósł wiadomość o zgonie nowego prezesa (XXIX, 7), a redakcję 
tomu następnego przejęła Krystyna Bednarczyk, podpisując tradycyjny już wstęp "Od 
Redakcji" i wprowadzając szereg zmian zarówno w charakterze jak i układzie "Pa- 
miętnika Literackiego". Wyraziła też nadzieję, że "zasięg współpracy Koleżanek 
i Kolegów pozwoli nam na przejście pisma z rocznika na półrocznik, a może nawet 
kwartalnik" (XXX, 7). 
Nieubłagane prawa wieku zabrały wkrótce, w roku 2005, twórcę i pierwszego re- 
daktora "Pamiętnika Literackiego", Józefa Garlińskiego, którego nekrolog ukazał się 
w tomie XXXI. Zmiany dostrzec też było można w tym, że malała liczba dawnych 
członków - w tomie następnym, Kronika Związku odnotowała zmniejszenie ich liczby 
do 64 "co oznacza spadek o 19 członków w porównaniu z liczbą członków w roku po- 
przednim" - a nowi często pochodzili z Polski. Zmiana ta wynika z faktu, że na wniosek 
obecnego prezesa, Krystyny Bednarczyk, "zrewidowano listę dotychczasowych człon- 
ków i pozostawiono na niej tylko tych pisarzy, którzy utrzymują kontakt z organizacją" 
(XXXI, 157). Natomiast wśród 11 nowych członków znalazło się pięć osób mieszkają- 
cych w kraju, a tom następny wykazuje wzrost ogólnej liczby członków do 71. Mimo 
zapoczątkowanej w pierwszej dekadzie XXI wieku, idącej w dziesiątki tysięcy osób 
migracji Polaków na Wyspy Brytyjskie nie widać jej wpływu na działalność Związku, 
a wśród nowych członków nie znajduje się nazwisk znanych ani w dziedzinie literatury 


56
>>>
ani kultury, toteż słusznie uważa się migrację tę za czysto zarobkową, nie będącą w żad- 
nym stopniu kontynuacją emigracji politycznej lat ubiegłych. 
Na tym nie koniec. Począwszy od tomu XXXII "Pamiętnik Literacki" zaczyna pu- 
blikować grafikę i poezję, podczas gdy wcześniej już znajdujemy wiadomość o wnio- 
skach Walnego Zebrania wchodzących w życie 29 listopada 2004, na których podsta- 
wie "zmieniono dotychczasową nazwę organizacji na Związek Pisarzy Polskich za 
Granicą" (XXX, 151). Pomijając już gramatyczną niepoprawność tej nazwy (za jaką 
granicą, w dodatku pisaną z dużej litery?) umieszczenie wiadomości tak zasadniczej 
wśród dziesiątków innych mniej istotnych zaskoczyło wielu członków, którzy w Wal- 
nym Zebraniu udziału wziąć nie mogli. W rezultacie doprowadziło to do przywrócenia 
nazwy tradycyjnie od lat określającej Związek, co dopiero po dwóch latach wytłuma- 
czono we wstępie redakcyjnym: 
Powracamy do dawnej (sprzed 2004 roku) nazwy: Związek Pisarzy Polskich na 
Obczyźnie. Do powtórnej zmiany doszło m.in. dlatego, że mimo naszych sprostowań 
krajowe media zaczęły nasz Związek traktować jako organizację nową, pozbawioną 
wieloletnich korzeni. Za powrotem do nazwy pierwotnej przemawiało więc utrzymanie 
dotychczasowej tradycji wraz z ciągłością dorobku Związku (XXXIV, 7). 
Istnieje w języku angielskim piękne określenie na tego rodzaju usprawiedliwienie 
- nazywa się to lame excuse, trudno bowiem uwierzyć, żeby decyzje istniejącego od 
przeszło pół wieku Związku dyktowane były opinią "krajowych mediów", które 
Związkowi niewiele - jeśli w ogóle - poświęcały uwagi. 
Wolno mieć nadzieję, że wprowadzane ostatnio zmiany wyjdą "Pamiętnikowi Lite- 
rackiemu" na korzyść i pozwolą mu na dalszą, ważną dla kultury polskiej działalność.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


"ALIJA GOMUŁKOWSKA": 
OBRAZ ODWILŻY W OCZACH 
ŻYDÓW - PISARZY POLSKICH, 
KTÓRZY WYEMIGROWALI 
Z IZRAELA W LATACH 1951-1958 


Karolina FAMULSKA-CIESIELSKA (Toruń) 


Polski Październik zapisał się i trwa w zbiorowej pamięci Polaków jako wydarze- 
nie zdecydowanie pozytywne, jako krok w stronę wolności od komunizmu. Dzieje się 
tak nawet przy uznaniu złożoności genezy "odwilży" i Października, który stanowił jej 
apogeum l . W oczach polskich Żydów, Październik miał też często ciemną stronę, koja- 
rzył się bowiem z odrodzeniem antysemityzmu. Październik 1956 roku - jak często 
podkreśla się w refleksji historycznej i publicystycznej - był swoistym preludium, 
jeszcze stosunkowo niewinnym, do późniejszego o 12 lat Marca, kiedy to nagonka 
antysemicka prowadzona była zdecydowanie bardziej zaciekle i otwarcie. 
Sytuacja ocalałych z Zagłady Żydów ulegała w pierwszych powojennych latach 
w Polsce dość istotnym przemianom. W listopadzie 1949 roku PZPR zlikwidowała 
wszystkie partie syjonistyczne, działające w socjalistycznej Polsce. Decyzja obowią- 
zywała od l stycznia 1950 roku. W połowie 1949 roku, na wniosek organizacji syjoni- 
stycznych - w obliczu ich likwidacji - rząd wydał działaczom syjonistycznym zgodę 
na emigrację do Izraela. Oprócz nich, emigrowały osoby posiadające bliską rodzinę 


1 Na niejednoznaczności w tym obszarze wskazywał, na przykład, Witold Jedlicki (podob- 
nie jak bohaterowie niniejszego tekstu - emigrant do Izraela: wyjechał w 1962 r.). Jego artykuł 
" Chamy i żydy" wzbudził ożywioną dyskusję, zwłaszcza w kręgu odbiorców paryskiej "Kultury" 
i Radia Wolna Europa. Autor stara się burzyć mity, np. taki, że polscy komuniści różnią się od 
swoich towarzyszy z "bratnich partii" skłonnością do liberalizacji, a przynajmniej do liberalizo- 
wania - już od czasów KPP. Jedną z podstawowych - choć sformułowanych nieco na wyrost 
- tez artykułu jest sąd, że opinia publiczna została przez rządzących komunistów rozbudzona 
celowo. Jedlicki zastosował tu ogólniejszą hipotezę Weissberg-Cybulskiego: W. Jedlicki, "Cha- 
my iżydy ", Kultura 1962 nr 12 (182), s. 3-41. 


58
>>>
w Izraelu. Wyjechało wówczas około 30 tys. Żydów, mimo prowadzonej przez CKŻP 2 
propagandy antywyjazdowej oraz trudności natury technicznej, administracyjnej i fi- 
nansowej. Po roku 1950 władze zablokowały możliwość emigracji do Izraela 3 . 
Wiosną 1949 roku w Polsce przebywało około 100 tys. Żydów. Jesienią 1955 roku 
- po kilkuletniej przerwie - znowu zaczęto wydawać pozwolenia na wyjazd. Do 
1957 praktycznie wszystkie wnioski rozpatrywano pozytywnie. Wyjazdy trwały do 
końca 1960. W sumie wyjechało około 51 tys. Żydów. W samym 1957 roku - ponad 
30 tys. Ponad 13 tys. uczestników "aliji Gomułkowskiej" - bo taką nazwę otrzymała 
w Izraelu ta fala imigracji - stanowili Żydzi polscy, którzy przybywali w ramach akcji 
repatriacyjnej z ZSRR. Polskę opuściło (wkrótce po powrocie do niej) dwie trzecie 
repatriantów żydowskich 4 . 
Spośród (najczęściej przyszłych) twórców polskiego piśmiennictwa przybyli wów- 
czas do Izraela, m.in.: Ruth Baum, Irena Bronner, Henryk Dankowicz, Eleasar Feuer- 
man, Ida Fink, Herbert Friedman, Roman Frister, Jerzy Herman, Renata Jabłońska, 
Aleksander Klugman, Maria Lewińska, Jerzy Mering, Edward Nejman i Mieczysław 
Rolnicki. Większość z nich zaczęła publikować teksty literackie dopiero w nowej oj- 
czyźnie. Część z tych osób, na przykład Dankowicz, Friedman, Frister, Herman i Klug- 
man, zajmowała się przed wyjazdem z PRL-u dziennikarstwem. 
Liczni uznani pisarze - Żydzi lub Polacy pochodzenia żydowskiego, przeważnie 
mocno sympatyzujący z komunizmem - wówczas jeszcze w Polsce zostali, często 
łudząc się wizjami reform najlepszego z możliwych, ich zdaniem, ustrojów. Wielu 
z nich dostrzegło konieczność wyjazdu dopiero w roku 1968 lub następnym. Wtedy to 
opuścili Polskę między innymi Arnold Słucki i Stanisław Wygodzki. 
W 1960 roku znalazł się też w Izraelu "goj wieczny tułacz"s, Marek Hłasko, który, 
mimo iż formalnie nie należał do "aliji Gomułkowskiej" , dla młodego pokolenia polskich 
Izraelczyków był prawdziwym idolem i symbolem wewnętrznej wolności. Hłasko spę- 
dził w Izraelu dwa lata, a pobyt ten zaowocował takimi utworami jak Nawrócony w Jaf- 
[je, Opowiem wam o Ester, Drugie zabicie psa, Wszyscy byli odwróceni i Brudne czyny. 
Część nowych przybyszów z "aliji Gomułkowskiej" przeszła całkowicie na język 
hebrajski, również w twórczości literackiej. Uznanie jako pisarz hebrajski zdobył, na 
przykład, Dan Calka. Do języka przodków powrócił też Efraim Sten, który przełożył na 
hebrajski wiele ważnych utworów z literatury polskiej. W przeważającej mierze, 
w hebrajszczyźnie wypowiada się również Roman Frister, którego dwie polskie książki 
są w istocie autotłumaczeniami 6 . Głównie po hebrajsku pisze też poetka, Anat Zagór- 
ska-Springmann, która przybyła wraz z rodzicami do Izraela w 1957 rokujako dziesię- 
cioletnia dziewczynka. Autorka od niedawna tłumaczy swoją - dość oryginalną 
i bardzo osobistą poezję - najęzyk polski. W "aliji Gomułkowskiej" przybyli też Ada 
i Edmund Neusteinowie. Należąca do nich Księgarnia Polska była przez długie lata 
jednym z naj istotniej szych punktów na mapie polskiego życia literackiego w Izraelu. 


2 CKPŻ - Centralny Komitet Żydów Polskich, organizacja powołana w listopadzie 1944 r. 
przez PKWN. 
3 Zob.: A. Grabski, Sytuacja Żydów w Połsce w łatach ł950-ł957, Biuletyn ŻIH 2000 nr 
4(196), s. 504. 
4 Zob.:]. Adelson, Żydzi w Połsce ł944-ł984, Kalendarz Żydowski 1985-1986, s. 173. 
5 Hłasko sam tak siebie nazywał. W Izraelu przedstawiał się też jako "Hłaskower". Wspo- 
mina o tym Maria Lewińska w książce Emigracji dzień pierwszy, Warszawa 1999, s. 19. 
6 Autoportret z blizną (Warszawa 1996) autor tłumaczył wraz z żoną, Elżbietą. 


59
>>>
W Tel Awiwie nastąpił wówczas rozwój polskojęzycznej prasy i życia literackie- 
g07. Ożywienie zainteresowania zanotowały czasopisma już istniejące, jak "Przegląd", 
"Echo Tygodnia" i "Nowiny Izraelskie", w 1958 roku połączone z "Kurierem Poran- 
nym". (Czasopismo to - jako "Nowiny-Kurier" - wychodzi nadal, choć przed kilku- 
nastu laty przekształcono je z dziennika w tygodnik.) W okresie "aliji Gomułkowskiej" 
zaczęło wychodzić pismo "Od Nowa" (porównywane do polskiej "Współczesności") 
oraz "Po Prostu w Izraelu" z oryginalną winietą, zapożyczoną ze zlikwidowanego 
w Warszawie tygodnika, będącego symbolem "odwilży"s. Ostatnie z wymienionych 
czasopism, wydawane przez Jerzego Hermana, przetrwało zaledwie kilka miesięcy. 
Przybysze z Polski, a było ich tysiące, rozpoczęli pod koniec lat 50. trudny proces 
dostosowywania się do społeczności w nowej ojczyźnie. Zasiedlali oni, przede wszyst- 
kim, okolice Tel Awiwu. Ramat-Awiw nazywano wówczas Gomułkowem, a Halon - 
Piasecznem (ze względu na wszechobecny piach)9. Zwłaszcza pierwsza z owych zastęp- 
czych nazw wydatnie świadczy o związku między ówczesną emigracją a "odwilżą". 
Liczne kłopoty - językowe, materialne, kulturowe - odsuwały w czasie literac- 
kie refleksje nad polityczną i społeczną genezą własnej emigracji. W prasie rozważania 
te pojawiały się dość rzadko i nie odbiegały w swej wymowie od utworów literackich, 
które omówię w niniejszym tekście. Najistotniejsze dla moich ustaleń źródła, pochodzą 
z lat późniejszych - od Powrotów Aleksandra Klugmana, wydanych w 1972 roku, po 
teksty powstałe w ostatnich latach. Niektórzy, jak na przykład Ida Fink, nigdy nie wra- 
cali w utworach literackich do okoliczności swojego wyjazdu, nie czynili go tematem 
literackim. W przypadku wspomnianej pisarki wytłumaczeniem może być dominacja 
tematu Zagłady, który - jako ogromne zobowiązanie moralne - niejako domaga się 
wyłączności. 
Ida Fink, w rozmowie ze mną, skwitowała "odwilż" krótkim stwierdzeniem: "Go- 
mułka przyszedł - wypuścił". Dla pisarki wyjazd oznaczał możliwość połączenia się 
z rodziną ojca, która w 1938 roku - uciekając przed nazizmem - wyjechała z Wied- 
nia do Szanghaju, a stamtąd do Erec, gdzie już od 1935 roku przebywał brat ojca. Pró- 
by wyjazdu - pisarka, jej mąż, ojciec i siostra - podejmowali bezpośrednio po woj- 
nie, kiedy tylko córkom udało się odnaleźć ojca. Wyjeżdżając z Polski, cieszyli się 
przede wszystkim z powrotu do rodziny - do krewnych, a nie do ojczyzny. Kwestia 
ojczyzny - czy to polskiej czy izraelskiej - była dla nich raczej drugorzędna, choć 
nie można powiedzieć, że nieistotnalO. Zezwolenie na wyjazd było odpowiedzią na, 
złożone już po raz dziesiąty, podanie. 
Obszernego materiału do istotnych dla tego referatu rozważań dostarczają, przede 
wszystkim, teksty Aleksandra Klugmana, Romana Fristera, Renaty Jabłońskiej, Marii 
Lewińskiej, Ruth Baum i Eleasara Feuermana. 
Aleksander Klugman (uf. 1925) był komunistą. Już jako więzień nazistowskiego 
obozu działał w tajnej organizacji partyjnej, która była istotną grupą wzajemnego 
wsparcia moralnego, a nawet bardzo ograniczonego wsparcia materialnego. Po wy- 
zwoleniu, gdy zmierzał w kierunku Polski, przypadkowo napotkani ludzie przestrzegali 


7 Zob.: R. Lów, Ostatki połskie. Rzecz o izraełskiej prasie w języku połskim, Zeszyty Lite- 
rackie 1994 z. 48, s. 152-155: A. Klugman, Spojrzenie wstecz, Łódź 2000. 
s Zob.: A. Klugman, Połonica w Ziemi Świętej, Kraków 1994, s. 133. 
9 Zob.: M. Lewińska, Emigracji dzień pierwszy, s. 25. 
10 Por.: A. Tuszyńska, Kiłka portretów z Połską w tłe, Kraków 1993, s. 51. Tuszyńska 
stwierdza, że wyjazd z Polski był dla Idy Fink kwestią godności. Te dwa rodzaje motywacji 
(niechęć do bycia obywatelem drugiej kategorii i chęć połączenia się z rodziną) nie wykluczają 
się jednak. 


60
>>>
go, że powrót "jest zupełnym szaleństwem, przecież tam rządzą komuniści!". A on 
chciał tam wrócić właśnie dlatego. Fałsz rzeczywistości komunistycznej odkrywał 
stopniowo. Ostatecznie, w latach 50., Klugmanowie poczuli się cudzoziemcami we 
własnym kraju. 
Klugman wraca do tych wydarzeń w tekście literackim. W powieści Powroty, mo- 
mentem wstrząsu stał się, z pozoru banalny, spór o próbę kradzieży gumki w szkole, 
spór między dwoma I
-letnimi chłopcami. Jeden z nich, syn głównych bohaterów, nie 
zdawał sobie sprawy, że jest Żydem. Ojciec drugiego chłopca, zabierając głos w tej 
sprawie dziecięcego konfliktu, odwołał się do absurdalnych argumentów narodowo- 
ściowych: 
A teraz ojciec owego chłopca, który - jak się okazało - również wrócił do domu 
podrapany na twarzy, stoi na zebraniu rodzicielskim i krzyczy, że jego dziecko zostało 
pobite przez obcego. Olek był wstrząśnięty. Nie chodzi o to, kto miał rację w owym 
sporze o gumkę. Chodzi o to, że człowiek w mundurze majora wojska polskiego - 
a może władz bezpieczeństwa? - mówi, że Olek i jego syn, są tu obcy. I rzecz najbar- 
dziej wstrząsająca: nikt nie zwraca uwagi na to, nikt nie mówi panu majorowi, że się 
myli 11. 
Major-antysemita nie był w oczach głównego bohatera przedstawicielem systemu 
komunistycznego, ani - z drugiej strony - nie pozostawał w oderwaniu od niego. 
Poprzez przynależność do wojska, czyli grupy silnie związanej z wartościami narodo- 
wymi, reprezentował w pewien sposób Polskę, i to Polska - komunistyczna czy nie - 
niejako zdradzała część swoich obywateli, wykluczając ich duchowo, poprzez nazwa- 
nie obcymi. Tak to przynajmniej odczuwał piętnowany Żyd. Major stawał się w tym 
układzie jedynie złowrogą, a może też złowróżbną figurą. 
Rozmowa z nauczycielką pogłębia poczucie bezsilności - nagłego wyobcowania 
z narodu, nieco wcześniej uznawanego, w sposób zupełnie naturalny, za własny. Olek 
- porte parole autora - skarży się młodej wychowawczyni: 
- Mały przychodzi ostatnio do domu stale z płaczem, że koledzy mu dokuczają 
i wołają na niego "Żyd". Wytłumaczyłem mu, że nie powinien się czuć tym dotknięty, 
bo rzeczywiście jest Żydem. Starałem się mu wyjaśnić, że być Żydem nie jest żadną 
ujmą. Gdy myślałem, że mnie już zrozumiał, powiedział ze łzami w oczach, że chłopcy 
nie tylko jego przezywają Żydem, ale także mnie. "Tatusiu, przecież ty na pewno nie 
jesteś tym...". Nie odważył się użyć słowa "Żyd" w odniesieniu do mnie. Widocznie, 
mimo mojego tłumaczenia, nie zrozumiał, co to znaczy - przynależność do takiej czy 
innej narodowości. [...] Myślałem, że w Polsce Ludowej nikt mijuż nie będzie wypo- 
minał mojego żydowskiego pochodzenia. A już na pewno nie mojemu synowi. Wi- 
docznie byłem zbytnim optymistą12. 
Odpowiedź nauczycielki na te wyrzuty wyraża pełną akceptację antysemickiej 
koncepcji na temat zasadniczej odmienności Żydów od Polaków, choć, jak się wydaje, 
kobieta nie w pełni rozumie przyjmowaną przez siebie postawę: 
- Cóż mogę zrobić? - głos jej zadrgał niepewnie. - On jest naprawdę jedynym 
Żydem w klasie, więc musi trochę pocierpieć.. .13. 
Wyjaśnienie nauczycielki jest bezsprzecznie absurdalne. Żydostwo występuje tu 
jako piętno, skaza, z powodu której trzeba cierpieć, trzeba być obcym, innym, mimo że 


11 A. Klugman, Powroty, Tel Awiw 1970, s. 139. 
12 Tamże, s. 140. 
13 Tamże, s. 140-141. 


61
>>>
różnic nie da się zauważyć ani w wyglądzie, ani w zachowaniu. Podobne poglądy po- 
dziela - jak się okazuje - znaczna część społeczeństwa polskiego. W utworze 
Klugmana można odnaleźć wiele przykładów tego typu postaw: 
Zagórska, sąsiadka, z którą żyli przez lata w przyjaźni, wyzywała pracującą u nich 
już od 5 lat gosposię od "żydowskich pachołków". Zawsze była niezwykle grzeczna 
[...]. A teraz nagle zaczęła się na nich boczyć. I przy kilku okazjach wtrąciła - ni 
stąd, ni zowąd - słowa "my, Polacy". Podczas rozmowy na temat ślubów góralskich, 
powiedziała, patrząc Olkowi w twarz: "Tego nie-Polak nie potrafi zrozumieć... ,,14. 


W końcu ktoś wysmarował kałem klamkę drzwi wejściowych do mieszkania 
głównych bohaterów, co można odczytać jako swoiste "zmaterializowanie" niechęci, 
wyrażanej wcześniej jedynie słowami. Słynny w polskiej historii Październik 1956 
Klugman komentuje ostatecznie następująco: 
Od kilku miesięcy zapanowała w kraju atmosfera wolności. Przestano się bać. [...] 
Ludzie poczuli się wolni. Nie tylko ludzie - wolni poczuli się także antysemici, któ- 
rych było dużo więcej niż można było przypuszczać. [...] W gazetach ukazywały się od 
czasu do czasu artykuły przeciwko antysemityzmowi, ale pisane były przeważnie przez 
Żydów 15 . 
Nie tylko własne doświadczenie głównych bohaterów potwierdza odrodzenie na- 
strojów antysemickich w okresie odwilży. Przytoczona w powieści historia ciotki 
z Łodzi, którą w czasie choroby odwiedziły koleżanki z pracy, poraża absurdem i bez- 
myślnym okrucieństwem swojej wymowy: 
- Jak na cudzoziemców, macie tu naprawdę piękne mieszkanie. 
- Jak na cudzoziemców? - nie zrozumiała ciotka. - Ja się przecież urodziłam w 
Łodzi. Mój ojciec urodził się w Sandomierzu ijako dziecko przyjechał do Łodzi, kiedy 
to jeszcze było małe miasteczko, niemal wieś. Jaka ze mnie cudzoziemka?... 
- To nie o to, gdzie się urodziłaś - wytłumaczyła Jurkowska swą myśl. - Ale 
wy wszyscy starozakonni jesteście przecież cudzoziemcami. Wasz prawdziwy kraj to 
ten Izrael tam. Kiedyś toście kraju nie mieli, ale teraz przecież jest. 
Powiedziała to bez złośliwości. Stwierdzała po prostu fakt 16 . 
Ciotka później, w rozmowie z Olkiem, przyznała tej koleżance rację. Skoro istnieje 
żydowski kraj, Żydzi w Polsce są cudzoziemcami. Dylematy Olka kierowały jego my- 
śli w stronę dalekiego kraju, który z pozoru obcy, zaczynał budzić nadzieję na praw- 
dziwą przynależność: 
Olek nie wiedział, co ze sobą począć. Wszystko to nie mieściło się w ramach jego 
światopoglądu, który przez lata całe kształtował w sobie [.. .]. Przypomniał sobie roz- 
mowę z Witkiem, który był w zeszłym roku turystycznie w Izraelu. Może tamten rze- 
czywiście miał rację? Może naprawdę tam poczuł się po raz pierwszy w życiu - jak 
zapewniał - w domu, chociaż nie rozumiał ani słowa z tego, co ludzie dookoła niego 
mówili? 17 


Przed wyjazdem Olek ijego żona odbyli wiele rozmów, które świadczyły o ich za- 
gubieniu, może też o poszukiwaniu powodów do pozostania w Polsce. Interesująca 
była, na przykład, rozmowa ze Starkiewiczem, Żydem, którego wówczas antysemityzm 


14 Tamże, s. 142. 
15 Tamże, s. 142-143. 
16 Tamże, s. 145. 
17 Tamże. 


62
>>>
bezpośrednio nie dotknął. Starkiewicz radził rozważającemu decyzję o emigracji Ol- 
kowi: 


- Dziwi cię zapewne to, co mówię, ale mówię to jako człowiek, który boi się, że 
pewnego dnia znajdzie się w takiej samej sytuacji, w jakiej ty jesteś obecnie. Zdaję so- 
bie sprawę, że gdybym ja kiedyś z jakichkolwiek powodów musiał wyjechać z Polski 
i żyć na emigracji, byłaby to dla mnie największa tragedia. Ale dla moich dzieci i przy- 
szłych wnuków byłoby to jedyne, na pewno radykalne, ale i skuteczne rozwiązanie 
wszystkich ich narodowych problemów. Ja ich wychowuję na Polaków, oni sami także 
czują się Polakami - ale czy są nimi naprawdę? Czy inni, tak zwani rdzenni Polacy, 
uważają ich także za równych sobie?18 


Starkiewicz - podobnie jak Olek - przywiązany do polskości, traktujący jąjako 
swoją podstawową przynależność, zdaje sobie sprawę, jak wątłe i niepewne są takie 
przekonania w zderzeniu z antysemityzmem, a także ze zmieniającą się często sytuacją 
polityczną, w obliczu której Żydzi stanowili najczęściej "języczek u wagi". Antysemi- 
tyzm sprawia - i może to czynić w każdej, często niespodziewanej chwili - że we- 
wnętrzne poczucie polskiej przynależności w przypadku Żydów nie ma żadnego wpły- 
wu na zewnętrzną, społeczną sytuacj ę. 
Gdy atmosfera wokół "kwestii żydowskiej" robi się coraz cięższa, koleżanka ofe- 
ruje żonie Olka schronienie, kryjówkę dla dzieci, "gdyby znowu nadeszły ciężkie cza- 
sy", czyniąc przejrzystą aluzję do Zagłady. Propozycja ta wzburzyła ocalałą z hitlerow- 
skich obozów kobietę: 


Ja rozumiem, że masz szlachetne intencje, ale wyobrażasz sobie, że znowu trzeba 
będzie ukrywać żydowskie dzieci? Tu, w Warszawie? 
Irena rozpłakała się. Aja z tej rozmowy zrozumiałam, że musimy wyjechać 19 . 
Wydarzenie to wyznacza kolejny etap dojrzewania decyzji o emigracji. Ten sam 
motyw oferowania kryjówki w czasach "odwilży" występuje w opowiadaniu Ruth 
Baum, także i tam staje się bodźcem skłaniającym do wyjazdu. Podobny wątek pojawia 
się też w prasie izraelskiej już w 1958 roku. Jego powtarzalność świadczy o sile ów- 
czesnych, "odwilżowych" nastrojów antysemickich, które nawet u nie-Żydów, mogły 
wywoływać skojarzenia z Zagładą Żydów sprzed kilkunastu lat. 
Ponurego obrazu dopełniają opisy "grabienia pożydowskiego mienia", również 
mogące kojarzyć się z Zagładą. Sąsiadka, wspomniana wcześniej Zagórska, chciała 
zabrać doniczki, lustro, chodniczek i co tylko by się udało, sugerując rzeczowo i roz- 
sądnie, że przecież właściciele nie przewiozą tych wszystkich rzeczy do Izraela. Szcze- 
gólnie w tej sytuacji zaskakuje fakt, że przygotowujący się do wyjazdu emigranci 
uznali postawę Zagórskiej za rzecz naj zupełniej naturalną. Zdziwiła ich natomiast re- 
akcja ślusarza, który ostro napomniał pazerną sąsiadkę. Olkowi przeszła nawet przez 
głowę myśl, że skoro sąjeszcze tacy ludzie jak ten ślusarz, być może jednak nie trzeba 
wyjeżdżać. Było to chyba tylko pytanie retoryczne, bo już wkrótce, po wręczeniu ła- 
pówki celnikowi, bohaterowie Powrotów przekroczyli granicę Polski. 
Opisywane w powieści wydarzenia Klugmanowie potwierdzali w wywiadzie 
udzielonym mi 22 grudnia 2004 roku, podkreślając, że ich emigracja była wyjazdem od 
Polski, a nie do Izraela. Do czasu wyjazdu uważali się za Polaków pochodzenia ży- 
dowskiego. Nawet nie za Żydów polskich. Gdy zastanawiali się, dokąd wyjechać, do- 


18 Tamże, s. 146. 
19 Tamże, s. 47. 


63
>>>
szli do prostego wniosku, że w Izraelu na pewno nie ma antysemityzmu. Nowy kraj 
zamieszkania z czasem stał się ojczyzną. 
Kolejny z autorów, Roman Frister (ur. 1928), wraca do wydarzeń związanych 
z "odwilżą" i z Październikiem w Autoportrecie z blizną. Antysemityzm nie robi na 
nim wielkiego wrażenia, na pewno nie wywołuje histerii. Zresztą nie tylko w czasie 
"odwilży", również wcześniej, bezpośrednio po wojnie. Wkrótce po wyzwoleniu - co 
opisuje w swoich wspomnieniach - odnalazł dom towarzysza z obozu, Ślązaka. 
Chciał, chociaż w części, odwdzięczyć się za udzieloną mu przez Kurta Kolanko po- 
moc. Okazało się jednak, że silniejszy i, z pozoru, lepiej radzący sobie z obozową rze- 
czywistością Kurt nie wrócił z Auschwitz. Jego matka poinformowała o tym młodego 
Żyda ze złością i nienawiścią, dając wyraz poczuciu zawodu, że to jej syn nie żyje, 
a Żyd, któremu on pomagał, przeżył: 
"Jaką śmiałość masz tu przychodzić?! Jakie prawo masz żyć, podczas, gdy mojego 
chłopca nie ma już między żywymi? Weź te swoje judaszowe trzydzieści srebrników 
i wynoś się!" [...] Nie mogłem się cofnąć, za mną były schody. Jej czoło było teraz na 
wysokości mojego, jej oczy na wysokości moich. Czytałem w nich bezmierną niena- 
wiść. "Przeklęty Żydzie, przeklęty bądź na wieki wieków", syknęła i plunęła mi prosto 
w twarz. Otarłem ślinę końcem rękawa, a ona nie panując nad sobą, splunęła po raz 
wtóry. [...] Nie, nie uciekłem. Są sytuacje, od których nie ma ucieczki. Nienawistny 
błysk oczu, rozeźlona twarz, syczący głos, jad śliskiej plwociny, nawet nerwowe drga- 
nie górnej wargi, wszystko odżywa we mnie za każdym razem, gdy stoję bezradny wo- 
bec gniewu, który rozumiem, lecz nie mogę usprawiedliwić 2o . 


To wspomnienie, doświadczenia spontanicznego antysemityzmu bezpośrednio po 
wojnie, wróciło do świadomości narratora-autobiografisty w momencie decydowania 
o emigracji, współtworząc złożony układ motywacji, który ostatecznie skłonił Fristera 
do przyjęcia izraelskiego paszportu: 
Było to chyba pod koniec października lub na początku listopada 1956 roku, na 
pierwszym piętrze warszawskiej kawiarni "Pod Arkadami", oznajmiłem przyjaciołom, 
że wyjeżdżam do Izraela. "Mimo, że minęło prawie dziesięć lat, trauma tamtego prze- 
życia", twierdziłem z uporem, "nie pozwala mi pozostać w kraju". 
"Nie wstawiaj bajerów", zirytował się Zyg [.. .]. "Przyznaj się, że jedziesz tylko 
dlatego, że tam się lepiej żyje". 
Zaęrzeczałem gorąco, ale w głębi serca wiedziałem, że jest w tym zarzucie źdźbło 
prawdy 1. 
Sam Październik Frister przywołuje w typowo dziennikarskim stylu, z definicji już 
odznaczającym się pewnym dystansem. Wspomina te wydarzenia stosunkowo dokład- 
nie, w porównaniu z innymi autorami omawianymi w niniejszym tekście: 
Przez Polskę powiało nową nadzieją. 24 października 1956, na Placu Defilad, 
w cieniu Pałacu Kultury i Nauki sprezentowanego narodowi przez Józefa Wissariono- 
wicza Dżugaszwili, ponad stutysięczny tłum entuzjastycznie witał Władysława Gomuł- 
kę [.. .]. Zaledwie kilka dni przedtem wylądował na Boernerowie, wojskowym lotnisku 
stolicy, oburzony Nikita Chruszczow, otoczony świtą radzieckich dostojników. [...] Ro- 
sjanie pragnęli ingerować w przebieg obrad VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR. 
Gdy tylko Chruszczow zstąpił z wyżyn kremlowskiego samolotu, zaatakował Gomułkę 
za "nacjonalistyczne odchylenia" i postawił mu absurdalny zarzut chęci sprzedania Pol- 
ski kapitalistom i syjonistom. Ale w okresie, gdy popularność partii sięgała dna, niemal 


20 R. Frister, Autoportret z blizną, s. 334-335. 
21 Tamże, s. 336. 


64
>>>
wszystkie skłócone ze sobą obozy, od "Natolińczyków" do "Puławian", widziały 
w Wiesławie jedyne remedium na przywrócenie jej utraconego autorytetu. Delegacja 
radziecka wróciła do Moskwy nie zmieniwszy niczego, zaś opinia publiczna odebrała 
ten powrót jako oczywiste zwycięstwo "polskiej drogi do socjalizmu,,22. 


Grupa towarzyska, w której uczestniczył Frister, podzielała powszechną ekscytację 
powiewem wolności, choć nikt z nich nie angażował się w żadne związane z tym dzia- 
łania: 


Entuzjazm graniczył z euforią, nic więc dziwnego, że nadzieja na fundamentalne 
zmiany stanowiła główny temat naszych kawiarnianych dyskusji. Na próżno usiłowa- 
łem poruszyć sprawę Kampanii Synajskiej, która rozpoczęła się pięć dni po masowej 
demonstracji na Placu Defilad. Bliski Wschód leżał daleko od serc moich przyjaciół. 
[...] Ku mojemu rozczarowaniu odkryłem, że nasza "paczka", nie dzieli ze mną 
wszystkiego, co mi bliskie. 
Nikt ze stałych bywalców "Pod Arkadami" nie brał bezpośredniego udziału 
w październikowych wydarzeniach, patrzyliśmy na bieg wypadków trochę jak gracze 
totalizatora na Służewcu, każdy obstawiał swojego konia i czekał na rezultaty. Ja śle- 
dziłem wyścig w mniejszym napięciu, było mi obojętne, czy KC uwzględni żądanie 
partyjnych profesorów Uniwersytetu Warszawskiego i otworzy łamy prasy dla ogólno- 
narodowej dyskusji, i czy Kłosiewicz odwołany zostanie ze stanowiska przewodniczą- 
cego związków zawodowych. Wiedziałem, że zmiany, jakiekolwiek by nie były, nie 
wpłyną na moje ostateczne i nieodwołalne postanowienie wyjazdu z Polski 23 . 


Szczegółowość, z jaką przywoływane są w Autoportrecie z blizną wydarzenia 
październikowe, łączy się ze swoistym dystansem, może nawet nieco ironicznym. Na 
ironię wskazywałoby, chociażby, zestawienie tych wydarzeń z emocjonującymi, choć 
nieporównywalnie mniej istotnymi, wyścigami konnymi na Służewcu. Można więc 
stwierdzić, że pozytywnemu stosunkowi do demokratycznych, a przy tym nieco efeme- 
rycznych zmian, towarzyszyło postępujące oddalenie w wymiarze głęboko osobistym. 
Więzi przyjacielskie uległy rozluźnieniu, kiedy bohater Autoportretu z blizną odkrywał 
na nowo swoją żydowską tożsamość. Październik stał się więc dla autora, przede 
wszystkim, pierwszym etapem żegnania się z Polską. 
W okresie stalinizmu, Frister był aresztowany pod zarzutem sabotażu. Jako redak- 
tor odpowiedzialny za numer "Słowa Polskiego" nie zauważył usunięcia jednego słowa 
z tytułu, co mogło zostać odebrane jako zmiana sensu wypowiedzi, choć niekoniecznie. 
Mimo formalnego uniewinnienia, nie mógł potem otrzymać etatu w żadnej gazecie czy 
w radiu. Z odwilżą wiązał nadzieje na zmianę tej sytuacji: 
Mogłem przytulić się na jakiś czas w piśmie marionetkowego Stronnictwa Demo- 
kratycznego, ale łamy prawdziwej prasy i mikrofony rozgłośni radiowych pozostały dla 
mnie zamknięte. Naiwnie wierzyłem, że odwilż polityczna umożliwi mi inną stałą, cie- 
kawą pracę24. 
Właśnie w okresie odwilży pojawiła się okazja. Poszukiwano kandydata na stano- 
wisko kierownika działu obsługi turystyki zagranicznej "Orbisu". Były redaktor "Sło- 
wa Polskiego" spełniał wszystkie wymogi, obawiał się jedynie, że cieniem będzie jego 
więzienna przeszłość. Jednym z istotnych czynników, które ostatecznie zaważyły na 
decyzji o wyjeździe, była sprawa utraconej wówczas szansy na dobrą posadę. Utraco- 
nej tylko z powodu żydowskiego pochodzenia kandydata: 


22 Tamże, s. 337. 
23 Tamże, s. 337-338. 
24 Tamże, s. 339. 


65
>>>
Podczas spotkania z gronem decydentów nie ukrywałem wrocławskich wydarzeń. 
Zapewniono mnie, że "Stalin umarł, a wraz z nim wszystkie idiotyczne podejrzenia". 
Ponieważ stanowisko było w tak zwanym kluczu partyjnym, moja teczka, zaopatrzona 
wszelkimi możliwymi rekomendacjami, przekazana została do ostatecznego rozpatrze- 
nia w KC. Cierpliwie czekałem na odpowiedź. Mijały tygodnie, a z partii ani słychu, 
ani dychu. [...] Dopiero gdy straciwszy cierpliwość, stawiłem się osobiście w biurze 
jednego z dyrektorów naczelnych "Orbisu", sprawa została ostatecznie wyjaśniona. 
"Nie wiedziałem, jak to panu przekazać", powiedział dyrektor z nieukrywanym zakło- 
potaniem. "Pańskie podanie zostało odrzucone. [...] Powiedziano nam, że zbyt wielu 
Żydów zajmuje u nas kierownicze stanowiska, i że musimy znaleźć kogoś innego,,25. 


To doświadczenie pokazało, że zerwanie ze stalinizmem w żaden sposób nie roz- 
wiązuje problemów związanych z funkcjonowaniem Żydów w obrębie społeczeństwa 
polskiego w PRL-u. Frister nazywa to wydarzenie ciosem poniżej pasa i wyciąga zna- 
czące wnioski dla swojej tożsamości, odkrywa, że był akceptowany jedynie dlatego, że 
zepchnął swoją żydowskość na zupełny margines, niejako ją ignorował: 
Gdyby ktokolwiek zapytał mnie, czy odczuwałem nastroje antysemickie, odpo- 
wiedziałbym kategorycznym "nie". Niemal wszyscy koledzy byli Polakami, wszystkie 
dziewczyny, które szły ze mną do łóżka, były Polkami. Pochodzenie nigdy nie prze- 
szkadzało mi w nawiązywaniu kontaktów. Przecież mówiłem po polsku jak Polak, my- 
ślałem po polsku, zachowywałem się jak większość znajomych Polaków. Nie wlokłem 
za sobą żydowskiego balastu kulturowego. Dopiero wychodząc z budynku "Orbisu" 
przy ulicy Brackiej, uświadomiłem sobie, że za każdym razem, gdy koledzy klepali 
mnie przyjacielsko, mówiąc, że lubią mnie, bo "przecież jesteś jednym z naszych", 
podkreślali, że akceptują mnie przede wszystkim dlatego, że wyrzekłem się jakiejkol- 
wiek odrębności, i że w gruncie rzeczy pochwały te nie były niczym innym, jak zaprze- 
czeniem mego prawa do narodowości żydowskiej. [...] I wciąż jeszcze nie wiem, kiedy 
dostrzegłem tę cienką granicę między moim a ich światem 26 . 
Autor wyznaje, że decyzja o emigracji rodziła się powoli, na przestrzeni kilku lat, 
kształtowały ją kolejne wydarzenia, można by powiedzieć, epizody antysemickie: 
Może narodziła się w dniu, w którym ze złością podarłem egzemplarz "Trybuny 
Ludu" z artykułem o spisku żydowskich lekarzy przeciw Stalinowi, a może podczas 
przypadkowej rozmowy o żydokomunie, [...] a może w trakcie czytania artykułów 
przyrównujących syjonizm do nazizmu. W każdym razie tkwiła we mnie głęboko jak 
kłująca drzazga, [...] czekała na katalizator, który wywoła reakcję. Myślę, że stało się 
nim wyznanie dyrektora: byłem "jednym z naszych", a jednak nie bez stygmatu. Poza 
tym perspektywa pozwoliła zrozumieć, jak ważne jest dla człowieka poczucie przyna- 
leżności 27. 


Swój stosunek do komunizmu, który obietnicami równości uwiódł tak wielu Ży- 
dów, ten człowiek, dwukrotnie aresztowany przez bezpiekę, wyjaśnia bardzo pragma- 
tycznie: 


Wprawdzie nigdy nie wyznawałem wiary marksistowskiej i nigdy nie wierzyłem, 
że wszyscy ludzie są sobie równi bez względu na zdolności, wykształcenie i pochodze- 
nie społeczne, ale nikt z nas nie brał poważnie oficjalnych haseł "urawniłowki". Wie- 
działem, że najwyższe stanowiska zastrzeżone są dla partyjnych i gdyby zaszła tego 
potrzeba, przypuszczalnie nie wahałbym się poprosić o legitymację członkowską. Pod 


25 Tamże. 
26 Tamże. 
27 Tamże, s. 340. 


66
>>>
tym względem nie różniłem się od setek tysięcy ludzi nazwanych potem oportunista- 
mi 28 . 


Pragmatyzm i uwarunkowania ideowe ściśle współistnieją, można powiedzieć, za- 
zębiają się w nazwanej "subiektywnym zapisem życia"z9 książce Fristera, kiedy mowa 
o konsekwencjach "odwilży" i Października. 
Autorką, dla której wydarzenia związane z "odwilżą", okazały się punktem zwrot- 
nym w życiu, a w konsekwencji znalazły istotne miejsce w jej twórczości, jest Maria 
Lewińska (ur. 1935). W autobiograficznej książce Emigracji dzień pierwszy wspomina 
pożegnanie w Warszawie, przybyłych na dworzec przyjaciół - rodzina była już bo- 
wiem "tam" - w tajemniczym, obcym Izraelu. Zabawnie brzmi niby-wyrzut Jurka, 
jedne
o z przyjaciół: "Zawsze byłem antysemitą i akurat teraz zaczęło ci to przeszka- 
dzać" o. Podobnie, jak w sytuacjach opisywanych w utworach omówionych powyżej, 
przyczyną opuszczenia Polski ma być wzrost nastrojów antysemickich w społeczeń- 
stwie. 
W innym miejscu, ta sama autorka, pisząc o powodach swojego wyjazdu, wyznaje, 
że zadecydowała o tym matka, zdeklarowana antykomunistka: 
Mama dwa razy tylko przerwała doczytywanie do rozdziału. Gdy była już bardzo, 
bardzo starszą panią, odłożyła książkę na bok i wiedziałyśmy z siostrą na pewno, że od 
nas odchodzi. Ijeszcze o wiele, wiele wcześniej podczas gomułkowskiej odwiłży, kiedy 
zaczęły się nieskrępowane rozważania, kto w partii, rządzie, wszędzie jest pochodzenia 
żydowskiego, uniosła głowę znad książki i "to tak wygląda ta odwiłż? - przepytała - 
no to my wyjeżdżamy". I wyjechaliśml 1 . 
Wszystkie inne aspekty "odwilży" schodzą w takim ujęciu na dalszy plan, demo- 
kratyzacja traci na znaczeniu, a może nawet całkowicie traci znaczenie, gdyż wszystko 
przysłania cień antysemityzmu. Do tego właściwie sprowadzają się wspomnienia 
"okołopaździernikowe" we wszystkich omawianych utworach. 
Szczególnym zjawiskiem "aliji Gomułkowskiej" był, wspomniany już, Marek Hła- 
sko. Lewińska poświęca mu sporo miejsca w swoich wspomnieniach. Przedstawia go 
jako swoistą ikonę "odwilży", której historia znalazła swoją kontynuację w Izraelu: 
My się między sobą nie znamy, pochodzimy z różnych miast i miasteczek, z róż- 
nych krańców Polski, ale za to wszyscy znamy Marka, osobiście lub z widzenia, wiemy 
kim jest, był dla naszego pokolenia objawieniem. Jak grom z jasnego nieba wpadł do 
nudnego, sztywnego socrealizmu, rozgonił papierowe, nieprawdziwe, permanentnie 
szczęśliwe postacie i w swoich okrutnych opowiadaniach ukazał ludzkąprawdę32. 
Lewińska dostrzega istotną różnicę między emigrującymi wówczas z Polski Żydami 
a Hłaską, choć różnica ta tkwiła jedynie w głowach przymuszonych (przede wszystkim 
wewnętrznie) do wyjazdu Żydów, przekonanych, że w każdej chwili i z każdego miejsca 
mogą zostać po prostu wygnani tylko ze względu na "etykietkę" żydostwa: 
Marek Hłasko został przez przypadek wpleciony w nasz życiorys. Polak, dzielił 
z nami emigrację krótko, bo tylko przez dwa lata, ale właśnie te naj cięższe. Jemu się 
ten los nie należał. A nam tak? Kto nam to zakodował?33 


28 Tamże, s. 254. 
29 Tamże, s. 429. 
30 M. Lewińska, Emigracji dzień pierwszy, s. 10. 
31 Taż, Posuń się, Warszawa 2000, s. 43. 
32 Taż, Emigracji dzień pierwszy, s. 16. 
33 Tamże, s. 18. 


67
>>>
Wyraźniej i z większą dozą goryczy, autorka komentuje to chwilę później - w jej 
odbiorze los emigrantów stanowił karę, a nie kwestię dobrowolnego wyboru: 
Żydzi polscy mieli niewątpliwie swoje przywileje, które należały tylko do nas, 
były nasze, prywatne, jak te emigracje lat 1956-1958 i 1968. Prócz nas żyły jeszcze in- 
ne mniejszości narodowe w Polsce, ale tylko nas "zachęcono" do wyjazdu, tylko nam 
odebrano obywatelstwo - automatycznie, za nic, tylko nam odmówiono prawa po- 
wrotu, no i jeszcze swemu niewątpliwie najzdolniejszemu pisarzowi młodego pokole- 
nia - Markowi Hłasce. Więc my wiedzieliśmy, że trzeba wejść w nowe życie, Marek 
natomiast uważał, że szansa powrotu do swojej ojczyzny słusznie mu się należy i wal- 
czył o nią34. 
O roli Hłaski w życiu emigrantów z "aliji Gomułkowskiej" wspomina też Irena 
Bronner w swoich wspomnieniach Cykady nad Wisłą i Jordanem 35 , a także - w tonie 
dość krytycznym - Henryk Grynber q (który przebywał wówczas czasowo w Izraelu) 
w autobiograficznej książce Uchodźcy'6. 
W tekstach Lewińskiej - która nazywa emigrację najważniejszym tematem swo- 
jego pisarstwa - dominuje gniew i frustracja, a raczej wspomnienia tych uczuć, ko- 
tłujących się w głowie młodej dziewczyny, która poczuła się wygnana ze swojego 
kraju. Autorka pisze o pokoleniu młodych "analfabetów" z dyplomami, o wspólnocie 
pokoleniowej ludzi nie przygotowanych do zmiany ojczyzny, ustroju ani klimatu - 
mówi o tym zjawisku jako o pokłosiu polskiej "odwilży": 
Izrael nie potraktował nas ulgowo, ale my Izraela też nie. Nieśliśmy w sobie jakąś nie- 
chęć do wszystkich i wszystkiego, nie potrafiliśmy wykrzesać z siebie entuzjazmu chyba 
dlatego, że nie wybraliśmy tego kraju, przybyliśmy dlatego, że stary nas nie chciał 37 . 
Do tego samego pokolenia należy Renata Jabłońska (UL 1936). W jej utworach- 
w różnym stopniu autobiograficznych - kwestie okoliczności wyjazdu powiązane są 
z polityką dość luźno, podobnie jak w przypadku Marii Lewińskiej. W opowiadaniu 
Spotkanie - w którym można się dopatrzeć elementów autobiograficznych, choć 
utwór ten ma również wymiar bardziej ogólny, uniwersalizujący - mamy do czynienia 
z rozmową narratorki-bohaterki z samą sobą sprzed lat. Rozmowa ta ma charakter 
rozliczenia. "Ja" narratorki z młodości zarzuca jej zbytnią pochopność przy podjęciu 
decyzji i bardzo osobiste, uczuciowe motywacje. Starsze wcielenie zaś przypomina 
młodej dziewczynie obiektywne uwarunkowania polityczne i społeczne: 
- Mogłaś też zostać! Nie trzeba było tchórzyć i uciekać... 
- Co ty o tym wszystkim wiesz? Udawałaś, że nie widzisz, co się naokoło dzie- 
je... Nie przyjęli cię na studia, chociaż miałaś świetne oceny... Pokazali ci drzwi, 
uznali cię za obcą! Chcieli się ciebie po prostu pozbyć, tak jak wielu innych. Zdecydo- 
wali za ciebie - już nie musiałaś się zastanawiać, cZłs uważasz się za Polkę, czy za 
Żydówkę... A ty udawałaś, że cię to nie obchodzi! [...] 8. 
Młode wcielenie narratorki określa bezpośrednie przyczyny jej wyjazdu następująco: 
Gdyby on, ten twój pięknoduch, zdobył się na odwagę i kazał ci zostać, nie my- 
ślałabyś o wyjeździe! Albo gdybyś sama miała odwagę i powiedziała mu, żeby się 


34 Tamże, s. 20. 
35 l. Bronner, Cykady nad Wisłą i Jordanem, Kraków 1991. 
36 Fragment poświęcony Hłasce wydrukowały - jeszcze przed opublikowaniem całości - 
telawiwskie "Kontury": H. Grynberg, "Maheczko ", Kontury (Tel Awiw) 2005 l. XV, s. 67-73. 
37 M. Lewińska, Emigracji dzień pierwszy, s. 59. 
38 R. Jabłońska, Spotkanie, [w:] Płac króła Ałberta, [Tel A viv 1993]. 


68
>>>
wreszcie zdecydował. Ale jesteś tchórzem i asekurantką i wolałaś uciekać! Bałaś się, że 
nie będzie miał odwagi żyć z tobą tutaj... 39. 
Czy życie z Żydówką w Polsce wymagało wówczas odwagi? Być może, do pew- 
nego stopnia, choć należy to chyba raczej odczytywać jako szukanie wyjaśnienia dla 
niedostatku miłości. Jednak w swej całościowej wymowie tekst jednak bez wątpienia 
akcentuje antysemickie nastroje okresu "odwilży" i zawikłane konsekwencje tych wy- 
darzeń dla jednostkowych, kruchych ludzkich losów. 
Kolejna ,,01a,,4o z aliji Gomułkowskiej, Ruth Baum, w tekście Ogród na wulkanie, 
opatrzonym podtytułem Emigracyjne wspomnienia 41 , używa sformułowania "byliśmy 
uchodźcami z Polski". Przedstawia historie trzech żydowskich małżeństw, które wyje- 
chały z Polski w 1957 roku - genezę i bezpośrednie przyczyny ich emigracji. 
W pierwszym przypadku była to antysemicka, usłyszana w kawiarni, absurdalna 
w gruncie rzeczy, uwaga, że "tylko Żydzi śmieją się tak dziko", w drugim - propozy- 
cja życzliwej polskiej niani gotowej udzielić żydowskim pracodawcom i ich córce 
schronienia na wsi, gdyby ich życie miało być znowu zagrożone, jak w czasie Zagłady. 
Trzecia z par podjęła decyzję o wyjeździe kilka lat wcześniej (w konsekwencji nie- 
sprawiedliwego potraktowania 
łowy rodziny w miejscu pracy) i oczekiwała jedynie na 
możliwość opuszczenia Polski 4 . 
Wizja antysemityzmu (otwartego - "ludowego" i zakamuflowanego - państwo- 
weg0 43 ), naszkicowana w tym fragmencie, wyraźnie koresponduje z obrazem wyda- 
rzeń, kreślonym w omówionych wcześniej utworach. 
Warto na koniec przywołać jeden z esejów Eleasara Feuermana. Autor ten, jak sądzę, 
najwyraźniej spośród wszystkich, omawianych tu pisarzy, zwrócił uwagę na swoistą 
dwubiegunowość ówczesnego antysemityzmu. We wspomnieniu o Wiktorze Woroszyl- 
skim i Arturze Międzyrzeckim, we fragmencie poświęconym Woroszylskiemu pisze: 
Rok 1956 był rokiem wielkich pożegnań - dla mnie było to pożegnanie z Polską, 
dla Witka był to rok pożegnania z Wielką Iluzją. Na początku nic takiego pożegnania 
nie zapowiadało. [...] Przecież to był "polski październik". Ale kiedy po powrocie 
z Budapesztu, jeszcze w atmosferze tego października, siedział przy biurku redakcyj- 
nym czołowego wtedy kulturalno-literackiego pisma "Nowa Kultura", segregując listy 
do redakcji z propozycjami "nowego programu politycznego" - jak sam pisał - po- 
dzielił je na dwie grupy: obie wzywały do "siłnej, nietolerancyjnej władzy, która zrobi 
porządek: a) z Żydami, ateistami i komuną; b) z Żydami, inteligencją i reakcją". A więc 
i jedni i drudzy wzywali do "zrobienia porządku" z Żydami, i to zarówno ci, jak i tam- 
ci, Żydów stawiali na pierwszym miejscu 44 . 


Jak można wnioskować na podstawie tego tekstu, antysemityzm, który doszedł do 
głosu w czasie "odwilży" nie był domeną wyłącznie prawicy, czy lewicy. Był po prostu 
polskim problemem, może nawet polskim kompleksem 45 . 


39 Tamże. 
40 Ołe, oła (hebr.) - członek aliji, imigrant do Izraela. 
41 Kontury (Tel Awiw) 2005 l. XV, s. 85. 
42 Zob.: tamże, s. 90-91. 
43 Por.: Lipiec ł956 r. Warszawa. Z wystąpienia Zenona Nowaka na Vll płenum KC PZPR, 
[w:] Dzieje Żydów w Połsce ł944-ł958. Teksty żródłowe, oprac. A. Cała, H. Datner-Śpiewak, 
Warszawa 1997, s. 145-147. 
44 E. Feuerman, Śmierć poetów, [w:] tegoż, Arka Noego. Wybór esęjów, Łódź 2000, s. 109-110. 
45 W ujęciu historycznym analizuje tę kwestię August Grabski, Sytuacja Żydów w Połsce 
w łatach ł950-ł957, Biuletyn ŻIH 2000 nr 4 (196), s. 509-514. 


69
>>>
Nastroje wokół Żydów w okresie "odwilży" i ich związek z (półmitycznym) zjawi- 
skiem żydokomuny wspomina w swoich Dziennikach Maria Dąbrowska: 
Ostatnimi tygodniami byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz 
Anny i Bogusia. Częste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są 
częściowo winni - bo jak można było sobą dać obsadzić wszystkie "kluczowe pozy- 
cje" życia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, 
film, radio itp. Sprawiedliwość każe przyznać, że jeśli jakaś myśl wolna i twórcza się 
kołacze to wśród nich. W tej chwili oni są naj odważniejszymi "burzycielami policyjne- 
go ładu". Nawet w towarzyskich rozmowach są bardziej interesujący od rdzennych 
Polaków 46 . 


Emigranci z "aliji Gomułkowskiej" nie mieli już problemu z poetyką, jak ci pisa- 
rze, którzy pozostali w Polsce i zmagali się z cenzurą. Konsekwencje Października 
przybrały w ich przypadku zupełnie inny charakter, niż w przypadku twórców, którzy 
wówczas nie wyemigrowali. Nikt im już niczego nie narzucał, choć literatura pierw- 
szych lat istnienia Izraela nie była wolna od tendencyjności. Problemem mógł być, co 
najwyżej, język - bo, choć tysiące Izraelczyków mówiło po polsku, większość posłu- 
giwała się jednak hebrajskim i to on właśnie był językiem oficjalnie obowiązującym. 
"Październik" to - dla omawianych tu autorów - jedynie kwestia egzystencjalna, 
sprawa oceny okoliczności ich wyjazdu z Polski. 
Najdramatyczniej brzmi głos Aleksandra Klugmana - co znamienne - komuni- 
sty. Najbardziej stonowany, nie pozbawiony, charakterystycznej dla tego autora, nutki 
cynizmu - jest obraz Października prezentowany przez Romana Fristera. Gdzieś po- 
między, sytuują się głosy autorek, wówczas bardzo młodych kobiet, Renaty Jabłońskiej 
i Marii Lewińskiej. Maria Lewińska, w udzielonym mi wywiadzie, wyznała: "Myśmy 
się pierwszy raz obrazili, że po odwilży wzięto się do Żydów". Powiedziała to, zdecy- 
dowanie akcentując słowo "odwilż" - bo w tamtych właśnie warunkach, antysemi- 
tyzm musiał razić szczególną niesprawiedliwością. Kiedy przejawy demokratyzacji 
rozbudzały nadzieje - w wielu Polakach i polskich Żydach - odrodzenie antysemity- 
zmu było jak uderzenie z ukrycia, niemal jak nóż w plecy. 
Dla Lewińskiej to dramat przerwanej młodości, na który reaguje się buntem, gnie- 
wem, wyrzutami wobec Polski, przez lata - także już na emigracji - uważanej za 
ojczyznę. Dla Jabłońskiej to przedmiot pełnych wątpliwości refleksji. Jej proza zawiera 
obraz zagubienia między dwoma krajami, przeczucie trudnej do zdefiniowania utraty, 
powstałej w wyniku podjętej (bez pełnego przekonania) decyzji o wyjeździe z Polski. 
Każdy z emigrujących z Polski Żydów, przedstawianych na kartach omawianych utwo- 
rów, mniej lub bardziej dotkliwie odczuł antysemityzm. 
Co znamienne, właściwie żaden z omówionych tu tekstów izraelskich autorów nie 
odnosi się do rozpowszechnionego przecież stereotypu żydokomuny47, w taki chociaż- 
by - prosty, bezpośredni sposób, jak uczyniła to w swoich Dziennikach Maria Dą- 
browska. Kwestię sygnalizuje zaledwie Eleasar Feuerman. U innych odnajdywać ją 
można między wersami. Można tłumaczyć ten istotny brak niechęcią do wywoływania 
upiorów przeszłości albo też pragnieniem zaakcentowania, że gros opuszczających 


46 M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne ł 955-ł 959, l. 3, wybór, wstęp i przypisy T. Drew- 
nowski, Warszawa 1996, s. 111. 
47 Zob.: K. Kersten, Żydzi - Połacy - komunizm. Anatomia półprawd, Warszawa 1992; 
M.]. Chodakiewicz, Żydzi i Połacy ł9ł8-ł955. Wspólistnienie - Zagłada - komunizm, War- 
szawa 2000. 


70
>>>
wówczas Polskę Żydów to zwyczajni, tęskniący za spokojem ludzie, a nie uciekający 
przed dziejową sprawiedliwością ubecy. 
Przede wszystkim należy jednak zwrócić uwagę na to, że opisy samych wydarzeń 
październikowych występują w omówionych utworach właściwie w formie szczątko- 
wej - może poza tekstem Fristera. Październik pojawia się jedynie jako uzupełnienie 
obrazu okoliczności własnej emigracji. To emigracja jest w opisywanych sytuacjach 
wydarzeniem naprawdę istotnym, przełomowym. Perspektywa osobista i zbiorowa 
grupy żydowskich wychodźców, zdecydowanie dominuje tutaj nad perspektywą Pola- 
ków, rozbudzonych i porwanych przez wypadki roku 1956. 
Ciemna strona Października stała się dla wielu, spośród opuszczających wówczas 
Polskę Żydów, furtką do wolności, choć decyzja przejścia przez nią zawsze (w różnym 
stopniu) była zaprawiona goryczą. Czasami, dopiero perspektywa czasu pozwalała na 
satysfakcję z podjętej wówczas decyzji - co bynajmniej nie niwelowało żalu do Pol- 
ski. Polski w ogóle - nie tylko do zideologizowanego PRL-u, bo antysemityzm nie 
był, niestety, wyłącznie domeną manipulujących opinią publiczną władz komunistycz- 
nych 48. 


48 Por.: L Jakimowicz, Żydowski aspekt Połskiego Października '56, Słowo Żydowskie 1999 nr 
15(197), s. 8-9: nr 16(198), s. 10: P. Machcewicz, Połski rok ł956, Warszawa 1993, s. 216-233. 


71
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


HISTORIA 


DZIAŁALNOŚĆ ZWIĄZKU 
PRACY DLA PAŃSTWA 
NA BLISKIM WSCHODZIE 
W CZASIE 
II WOJNY ŚWIATOWEJ 


Alicja BIEŃKOWSKA (Toruń) 


Wybuch II wojny światowej spowodował emigrację rzesz Polaków, z których 
wielu znalazło się na Bliskim Wschodzie. Nie była to emigracja jednorodna. Obok 
cywili i wojskowych ewakuowanych z Węgier i Rumunii znaleźli się tam wychodźcy 
z Armii gen. Władysława Andersa i Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Na 
początku 1941 roku, w Palestynie było już ponad 500 polskich uchodźców l . Wśród 
nich ponad stuosobową grupę stanowili piłsudczycl, m.in. w Tel Awiwie (do którego 
przybyło około 300 Polaków) przebywali, prezentujący różnorodne sympatie politycz- 


1 Ewakuacja [i pobyt obywateli] polskich w Palestynie. [Korespondencja, noty, notatki], 
1941-1944, Pismo Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Tel Awiwie dr. Henryka 
Rosmarina do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Londynie, Tel Awiw, 10 stycznia 1941, 
sygn. 1831, s. 1-7 - Archiwum Akt Nowych [dalej: AAN], Ambasada RP w Londynie: W. T. 
Drymmer, W służbie Połsce, Warszawa 1998, s. 256. 
2 W niniejszym artykule określenie "piłsudczycy" stosowane będzie do działaczy Związku 
Pracy dla Państwa, ideowych spadkobierców Józefa Piłsudskiego, członków władz przedwrze- 
śniowych II Rzeczypospolitej. 


73
>>>
ne, gen. Felicjan Sławoj Składkowski, Witold Grabowski, Juliusz Poniatowski, Stefan 
Dąbkowski i Karol Krzewski (Szczapa) 3. 
Uchodźcy starali się stworzyć pozory normalnego życia organizując szkoły, pla- 
cówki kulturalne, ośrodki kształcenia zawodowego, prowadząc działalność społeczną 
i polityczną4. Jednak sytuacja polityczna nie sprzyjała stabilizacji. Do Palestyny docie- 
rały niepokojące wieści z kraju. 16 stycznia 1943 roku rząd sowiecki wydał deklarację, 
w której mieszkańcom Kresów Wschodnich narzucił obywatelstwo sowieckie. Z kolei 
13 kwietnia niemieckie radio doniosło o odkryciu w Katyniu pod Smoleńskiem maso- 
wych grobów polskich oficerów wziętych do niewoli przez wojska radzieckie we wrze- 
śniu 1939 roku 5 . 
Sytuacja polityczna nie mogła pozostać bez echa w środowisku piłsudczyków, któ- 
rzy krytykowali rząd za bankructwo stosunków politycznych z Rosją. Starali się wpły- 
wać na sytuację polityczną, jednak podjęcie zorganizowanych działań nie było łatwe, 
bowiem ekipa skupiona wokół gen. Władysława Sikorskiego nieufnie traktowała 
przedwrześniowe władze i utrudniała im swobodną działalność. Dodatkowo, ich ak- 
tywność utrudniona była przez geograficzne rozbicie tego środowiska. Nie mniej liczne 
niż w Palestynie skupiska piłsudczyków istniały w Rumunii, w Londynie i w USA, 
zwłaszcza w Nowym Jorku. W każdym z tych ośrodków istniały różne możliwości 
działania, a skupieni w nich działacze prezentowali niekiedy odmienne poglądy. 
W tych okolicznościach trudno było oddziaływać na sytuację polityczną emigracji. 
Dopiero po śmierci gen. Sikorskiego pojawiła się większa szansa na odzyskanie 
wpływów politycznych przez środowisko wierne ideologii Piłsudskiego. Pierwsi do- 
strzegli ją piłsudczycy przebywający w Londynie, którzy 19 marca 1943 roku wydali 
deklaracj ę Zespołu Piłsudczyków, zaś 19 czerwca tego roku uchwalili statut organiza- 
cyjnl. Już w lipcu skupieni w związku działacze odbyli dwa zebrania, na których 
przyjęto uchwały w sprawie przesilenia rządowego. Wydawało się, iż odzyskanie po- 
zycji politycznej jest możliwe i to nawet w stosunkowo krótkim czasie. Przekonanie 
takie umacniał fakt, iż blisko związany z piłsudczykami prezydent, Władysław Racz- 
kiewicz, przyjął na oficjalnej wizycie, 7 lipca 1943 roku, delegację Zespołu - prof. 
Bronisława Hełczyńskiego i Juliusza Łukasiewicza, a 8 lipca 1943 roku podpisał no- 
minację gen. Kazimierza Sosnkowskiego, wywodzącego się z tego samego środowiska, 
na Naczelnego Wodza 7 . 
Nadzieje piłsudczyków na zdobycie udziału w desygnacji nowego rządu - co 
było głównym celem ich szybkiej aktywizacji - nie zostały zrealizowane, niemniej już 
we wrześniu 1943 roku w miejsce nielicznego Zespołu Piłsudczyków powołano Zwią- 


3 W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 249: M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940- 
ł945, [w:] Połska bez Marszałka. Dyłematy piłsudczyków po ł935 roku, zbiór studiów pod red. 
M. Wołosa i K. Kani, Toruń 2008, s. 128-129. 
4 Zob. przyp. 1. 
5 Poseł polski w Teheranie, Karol Bader, donosił do Londynu w maju 1942 r., iż w środowi- 
sku emigracji rozpoczęły się kłótnie na tle sprawy rosyjskiej i polityki rządu polskiego wobec 
Moskwy. Jego zdaniem był to skutek roboty sanacyjnej: M. Dymarski, Stosunki wewnętrzne 
wśród połskiego wychodźstwa politycznego i wojskowego we Francji i w Wiełkiej Brytanii ł939- 
ł945, Wrocław 1999, s. 248, 275. 
6 Statut organizacyjny Zespołu Piłsudczyków w Londynie, uchwalony 19 VI 1943, sygn. 
6/8/2a/l [ostatni numer w ramach sygnatury jest równoznaczny z numerem dokumentu, brak 
paginacji poszczególnych kart] - Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie [dalej: UP/L], Ko- 
lekcja inż. Jana Jedynaka [dalej: KJJ]. 
7]. Piotrowski, Piłsudczycy bez lidera, Toruń 2003, s. 279-280. 


74
>>>
zek Pracy Państwowej (ZPP), który miał działać na szerszych podstawach politycznych 
na czele z B. Hełczyńskim, ]. Łukasiewiczem, Marianem Chodackim i Janem Nowa- 
kiem (czyli Zdzisławem Jeziorańskim) 8. W ramach tej organizacji londyńscy piłsud- 
czycy planowali kontynuować swoją działalność. 
Głosy na temat sytuacji politycznej w Londynie docierały na Bliski Wschód, gdzie 
również liczono, iż śmierć Sikorskiego przyczyni się "do oczyszczenia zatrutej atmos- 
fery i do zmian w Londynie "g. Środowisko piłsudczyków działało tu dość prężnie - 
od początku 1941 roku jego przedstawiciele spotickali się i wymieniali poglądy doty- 
czące zdarzeń minionych oraz sytuacji politycznej o. W lipcu 1943 roku w wydawanym 
przez siebie "Biuletynie Niezależnych" opublikowali opracowaną w Londynie "Dekla- 
rację ideową Zespołu Piłsudczyków", którą przyjęli za podstawę programową swojej 
działalności 11. Z kolei, we wrześniu 1943 roku, pod przewodnictwem Janusza Jędrze- 
jewicza skupiła się grupa Niezłomnych (oddział Zespołu Piłsudczyków), do których 
zaliczali się Juliusz Poniatowski, gen. Jan Jur Gorzechowski, gen. Jakub Krzemieński, 
Michał Godlewski i Leon Barysz. Grupa ta spotykała się w celu uczczenia rocznic 
związanych z]. Piłsudskim oraz wydawała "Biuletyn Niezależnych" 12. Mimo prowa- 
dzenia wymienionych działań środowisko to, marginalizowane przez rząd emigracyjny, 
nie było w stanie wpływać na życie Polaków poza obszarem Bliskiego Wschodu. 
W 1943 roku, głównie za sprawą gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, oży- 
wiły się kontakty piłsudczyków z Bliskiego Wschodu z ugrupowaniami w Wielkiej Bry- 
tanii i Stanach Zjednoczonych. Generał w krótkim czasie odbył podróże do Londynu 
i Nowego Jorku, gdzie prowadził liczne rozmowy z przedstawicielami środowiska pił- 
sudczykowskiego na temat władz emigracyjnych l3 . Po powrocie, naj prawdopodobniej we 
wrześniu 1943 roku, zdał relację ze swych podróży ]. Jędrzejewiczowi i]. Poniatow- 
skiemu, co z pewnością zachęciło ich do podjęcia szerszej działalności i pogłębienia 
współpracy z piłsudczykami z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych l4 . Zdecydowa- 
no się powołać nową, większą organizację na miejsce Zespołu Piłsudczyków. 
Inicjatywę powołania szerszego związku na Bliskim Wschodzie wysunęli ]. Po- 
niatowski i Władysław ]. Zaleski, ale nie uczynili tego kroku "samowolnie". Przed 
podjęciem konkretnych działań zdobyli aprobatę Janusza Jędrzejewicza, co, jak zauwa- 
żył Piotrowski, "wymownie obrazuje układ stosunków w tej grupie piłsudczyków" 15. 


8 Tamże, s. 286. 
9 W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 262. 
10 Tenże, Piłsudczycy w Pałestynie, Na straży. Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla 
Państwa (Jerozolima) 1946 nr 28-29-30, s. 9-11. 
11 M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940-ł945, s. 144. 
12 Tamże, s. 258: Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz. Piłsudczyk i reformator edukacji (1885- 
ł95ł), Lublin 2007, s. 252-253. 
13 D. Bargiełowski, Po trzykroć pierwszy. Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Generał broni, 
teozof, wołnomułarz, kapłan Kościoła liberałnokatolickiego, l. 2, Warszawa 2001, s. 670-685. 
14 W protokole z posiedzenia Związku Pracy Państwowej z 28 X 1943 r. czytamy: "We 
wrześniu 1943 udało się nawiązać kontakt z powyższymi [w Londynie i Nowym Jorku - A. B.] 
skupieniami i uzgodnić podstawy powołania do życia Związku Pracy Państwowej": Protokół 
z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy Państwowej Wschód w dniu 
28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. (192) II A 4, 18. 
15 Piotrowski oceniając Poniatowskiego i Jędrzejewicza stwierdził iż "obaj cieszyli się 
uznaniem i szacunkiem, a wszelkie poczynania odbywały się pod wspólnym kierownictwem obu 
panów, niemniej przy redakcji «Na straży» głos Jędrzejewicza był decydujący i to on nadal od- 
grywał rolę lokalnego lidera piłsudczyków na Bliskim Wschodzie": ]. Piotrowski, Piłsudczycy 
bez lidera, s. 288. 


75
>>>
Pierwsze zebranie konstytucyjne grupy jerozolimskiej odbyło się 16 października 1943 
roku w mieszkaniu Borka Boreckiego l6 , w obecności upełnomocnionych delegatów 
z Tel Awiwu w osobach Jakuba Krzemieńskiego, Stefana Dąbkawskiego, Wiktora 
Tomira Drymmera i Wacława Żyborskiego 17 . Wobec nieobecności, przebywającego na 
rekonwalescencji pod Rehovot, Jędrzejewicza, prowadził je ]. Poniatowski, zaś gen. 
]. Krzemieński zreferował postanowienia zarządu Związku Pracy Państwowe/ 8 . Zde- 
cydowano na nim, iż zostanie powołana organizacja ideowo-polityczna pod nazwą 
Związek Pracy Państwowej w Palestynie. W sprawozdaniu z pierwszego zebrania za- 
notowano, iż jest to sugestia osób skupionych w analogicznym ugrupowaniu ideowo- 
-politycznym, działającym w Anglii i Stanach Zjednoczonych l9 . 
Związek na Bliskim Wschodzie obejmował dwa zespoły - w Jerozolimie i Tel 
Awiwie 2o . Zarząd Związku obrał za siedzibę Jerozolimę. Składał się z dziewięciu osób: 
prezesa, dwóch wiceprezesów, sekretarza, skarbnika i czterech członków pełniących 
czynności wypływające z pracy Związku, wybranych przez zespoły Polaków w Jerozo- 
limie i Tel Awiwie. Prezydium organizacji, działające w Palestynie w składzie czterooso- 
bowym (prezes, wiceprezesi i sekretarz), reprezentowało Związek w kontaktach z Radą 
NaczelnąZPP oraz z innymi organizacjami. Związek liczył 39 członków założycieli. 
Wspólne posiedzenie konstytuujące Zarządu Związku Pracy dla Państwa (ZPdP) 
miało miejsce 28 października 1943 roku. Byli na nim obecni: Janusz Jędrzejewicz, 
Juliusz Poniatowski, Jakub Krzemieński, Wiktor Tomir Drymmer, Wacław Żyborski, 
Edward Kostka, Jan Szułdrzyński i Jan Henryk Jedynak 21 . Zebranie rozpoczął]. Ję- 
drzejewicz, podając krótką genezę powstania związku. Zgodnie z honorowanymi 
w środowisku piłsudczyków zasadami starszeństwa, został on pierwszym prezesem, 
wiceprezesem dla koła jerozolimskiego - Poniatowski, zaś gen. Krzemieński - wi- 
ceprezesem koła w Tel Awiwie. Sekretarzami wybrani zostali W. Drymmer i]. Jedynak 
(odpowiedzialny również tymczasowo za prowadzenie spraw skarbowych w grupie 
Jerozolima). Skarbnikiem wybrano W. Żyborskiego, zaś na członków Lutowskiego, dr. 
Kostkę i ]. Szułdrzyńskiego. Spośród wymienionych, do grupy Jerozolima należeli 
]. Poniatowski, E. Kostka, ]. Jedynak i ]. Szułdrzyński, zaś grupę Tel Awiw tworzyli 
]. Krzemieński, W. Drymmer, W. Żyborski i Lutowski. Kolejne zarządy miały być 
wybierane w porozumieniu z oddziałem w Londynie i USA, w oparciu o statut całości 
Związku 22 . 


16 Możliwe, iż to nazwisko zostało błędnie przeze mnie odczytane Uest mało czytelne): 
Protokół z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy Państwowej w dniu 
28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. (192) II A 4,18. 
17 Zebrania piłsudczyków odbywały się zwyczajowo po przyjeździe Janusza Jędrzejewicza 
w mieszkaniu Seweryna Sokołowskiego oraz Juliana Borka Boreckiego: Protokół z pierwszego 
konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy Państwowej w dniu 28 X 1943 - UP/L, 
KJ], sygn. (192) II A 4, 18. 
18 Wnioski Komisji na zebranie 16 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. (184) II A 4, 17. 
19 Protokół z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy dla Państwa 
z dnia 28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/7. 
20Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz..., s. 254: ]. Piotrowski, Piłsudczycy bez lidera, s. 287: 
M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940-ł945, s. 143. 
21 Protokół z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy dla Państwa 
w dn. 28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2b/7. 
22 Wnioski Komisji na zebranie 16 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/6: Protokół z pierw- 
szego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy dla Państwa z dnia 28 X 1943 - 
UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/7. 


76
>>>
Po wybraniu władz, Zespoły w Jerozolimie i Tel Awiwie wyłoniły komisje z zada- 
niem opracowania wniosków, dotyczących Związku dla swoich Zespołów. Na zebraniu 
przedyskutowano sprawy przyjmowania członków i ustalono, iż decyduje o tym Za- 
rząd. Do członkostwa dopuszczono kobiety, w związku z czym na tym samym posie- 
dzeniu, na wniosek]. Krzemieńskiego, do grupy Tel Awiw przyjęto panie: Halinę 
Trzcińską-D
mmerową, Dybowską i Halinę Baryszową, zaś z Jerozolimy - Cezarię 
Jędrzejewicz 3. Zdecydowano również, by powołać komitet redakcyjny w składzie 
Szułdrzyński i Kostka pod przewodnictwem Jędrzejewicza, który zająłby się wydawa- 
niem biuletynu informacyjnego. W ramach wolnych wniosków, na tym samym posie- 
dzeniu,]. Poniatowski scharakteryzował sytuację polityczną24. 
Jędrzejewicz, sprawujący urząd prezesa Związku, wybrany został również na sta- 
nowisko pierwszego sekretarza Związku w Palestynie. Dostał przy tym upoważnienie 
od pozostałych członków oddziału, by przesłać do Juliusza Łukasiewicza w Londynie, 
przewodniczącego Komitetu polityczno-organizacyjnego, depeszę następującej treści: 
Imieniem trzydziestu dziewięciu kolegów inicjatorów z tutejszego terenu zgłasza- 
my imiennie przystąpienie do Związku Pracy Państwowej utworzonego w Londynie. 
Deklaracje Związku Piłsudc
tków ze wstępem Matuszewskiego przyjmujemy jako 
tymczasową oraz Wasz Statut . 
Warto zauważyć, iż w dokumentach archiwalnych, odnoszących się do działalności 
Związku na Bliskim Wschodzie, spotyka się różne nazwy: Związek Pracx Państwowej, 
Związek Pracy Państwowej "Wschód" jak i Związek Pracy dla Państwa 6. Przykładem 
może być protokół z pierwszego, konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku z dnia 
28 października 1943 roku. Początkowo protokolant zapisał w tytule, iżjest to "Zarząd 
Związku Pracy Państwowej" , a w treści dokumentu konsekwentnie zanotował: 
Grono Polaków w Palestynie [...] postanawia powołać do życia organizację ide- 
owo-polityczną pod nazwą "Związek Pracy Państwowej w Palestynie". 
Ta sama ręka zdecydowała o zmianie tytułu dokumentu i poprawiła go na "Protokół 
z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy dla Państwa", ale 
podobna poprawka nie znalazła się w treści dokumentu 27 . Wątpliwości samych członków, 
związane z określeniem nazwy Zespołu, mogły wynikać z tego, iż jego podstawy organi- 
zacyjne opracowane zostały w oparciu o deklarację programową i statut organizacyjny 
Zespołu Piłsudczyków w Londynie. Prawdopodobnie początkowo piłsudczycy na Bli- 
skim Wschodzie planowali również przejęcie nazwy Zespołu działającego w Londynie. 
Z czasem jednak - być może dla odróżnienia swojej grupy - zdecydowali się na nazwę 
Związek Pracy dla Państwa. Dopiero pod koniec 1943 roku zaczęto w dokumentach 
ZPdP konsekwentnie stosować nazwę Związek Pracy dla Państwa. 


23 Warto zaznaczyć, iż nie wszystkie kandydatury na członków Związku były przyjmowane 
bezkrytycznie. Na zebraniu Koła 29 XI 1943, prowadzonym przez K. Krzemieńskiego, wysu- 
nięto kandydatury mjra Glanowskiego, Sanojcy i por. Feli, ale zostały one odrzucone; Protokół 
Zebrania Koła telawiwskiego ZPP z dnia 29 XI 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/9. 
24 Protokół z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy Państwowej 
Wschód w dniu 28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. (192) II A 4, 18. 
25 Wnioski Komisji na zebranie 16 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 184, II A 4, 17. 
26 Protokół z pierwszego konstytuującego posiedzenia Zarządu Związku Pracy dla Państwa 
z dnia 28 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/7. 
27 Tamże. 


77
>>>
Po wyborze władz ważne dla funkcjonowania związku było oficjalne ogłoszenie jego 
działalności. W. T. Drymmer, który zajmował się tą kwestią, obawiał się, by nie zbiegło 
się to z przyjazdem gen. Sosnkowskiego na Bliski Wschód. Sprawiałoby to wrażenie, iż 
organizacja jest jego inicjatywą, co zapewne wykorzystaliby przeciwnici polityczni pił- 
sudczyków. Pogłoska taka podważałaby również samodzielność Związku 8. 
Spotkanie piłsudczyków z Sosnkowskim nie było przypadkowe. Od 1940 roku ist- 
niało rozczarowanie Sosnkowskim w ich gronie, gdyż, mimo że należał do bliskich 
współpracowników Sikorskiego, nie przyczynił się on do poprawy sytuacji piłsudczy- 
ków zepchniętych na margines polityki emigracyjnej. Gdy generał wszedł w konflikt 
z ministrami i był ostro atakowany przez gabinet Mikołajczyka, na Bliskim Wschodzie 
wzrosła jego popularność 29 . Po wyjściu generała z rządu, kontakty między nim a pił- 
sudczykami się wzmocniły, czego wyrazem było, m.in. konsultowanie z generałem 
deklaracji programowej londyńskiego oddziału Zespołu Piłsudczyków 3o . 
Na początku grudnia 1943 roku, gdy Sosnkowski przybył na inspekcję na Środko- 
wy Wschód, M. Karaszewicz-Tokarzewski zorganizował w swojej kwaterze w Rehovot 
jego spotkanie z przedstawicielami Związku Pracy dla Państwa. Piłsudczycy liczyli na 
to, że dowiedzą się, jak ocenia on sytuację polityczną Polski po układzie Sikorski- 
Majski i po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Rosją. Chcieli również przed- 
stawić "Szefowi" swoje stanowisko w kwestiach politycznych. 
Na spotkaniu obecni byli: ]. Jędrzejewicz, F. Sławoj Składkowski, ]. Poniatowski, 
S. Dąbkowski, ]. Krzemieński i W. T. Drymmer. Sosnkowski przybył na spotkanie 
w towarzystwie gen. Andersa i por. Józefa Lipskiego. Piłsudczycy w ostrym tonie kry- 
tykowali stosunki polsko-rosyjskie. Juliusz Poniatowski przekonywał nawet generała, 
by "huknął pięścią w stół i rozpędził hałastrę, stawiając zagadnienie polsko-rosyjskie 
na właściwym poziomie"31. Takie zachowanie świadczy o zaufaniu do Sosnkowskiego, 
skoro nie obawiano się przy nim wypowiadać tego typu "życzeń". "Szef" przedstawił 
swój pogląd na sytuację wewnętrzną i zagraniczną, ale uchylił się od konkretnych de- 
klaracji. 
Piłsudczyków łączył z Sosnkowskim krytyczny i nieufny stosunek do ZSRR, który 
nie znajdował zrozumienia w rządzie Mikołajczyka. Naczelny Wódz krytykował rząd 
za próby porozumiewania się ze Związkiem Radzieckim. Był zdania, iż dopuszczenie 
komunistów do rządu zakończy się przejęciem przez nich władzy. Podobnie sądzili 
piłsudczycy. Dlatego na skutek rozmów odbytych z Sosnkowskim przedstawiciele 
ZPdP depeszowali do prezydenta, by przywrócił pełne uprawnienia Naczelnemu Wo- 
dzowi 32 . W zamian za poparcie udzielone Sosnkowskiemu piłsudczycy oczekiwali, iż 
po dojściu do władzy zrealizuje on ich postulaty i pomoże im wyjść z politycznego 


28 M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940-ł945, s. 141: ]. Piotrowski, Piłsudczycy bez li- 
dera, s. 287. 
29]. Piotrowski, Piłsudczycy bez lidera, s. 299. 
30 A. Adamczyk, Generał Kazimierz Sosnkowski a piłsudczycy po ł września ł939 r., [w:] 
Kazimierz Sosnkowski. Żołnierz, humanista, mąż stanu w ł20. rocznicę urodzin. Materiały 
z międzynarodowęj konferencji naukowej zorganizowanęj na Uniwersytecie Wrocławskim ł7 -ł8 
listopada 2005 roku przez Instytut Historyczny Uniwersytetu Wrocławskiego i Instytut Pamięci 
Narodowęj Oddział we Wrocławiu [...], pod red. T. Cłowińskeigo i]. Kirszaka, Wrocław 2005, 
s. 178. 
31 W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 262. 
32 Depesza Związku Pracy dla Państwa do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dn. 2 IX 
1944 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/l0. 


78
>>>
cienia. Niezrealizowanie tych postulatów sprawiło, iż po latach w środowisku piłsud- 
czyków krytycznie się do niego odnoszono. 
Jak zostało wspomniane, Związek Pracy dla Państwa w swoim programie oparł się 
na zasadach, opracowanych przez piłsudczyków działających w Londynie. Wstępne 
regulacje oparte na tej podstawie istniały już od jesieni 1943 roku. Kwestie programu 
dyskutowano na kolejnych zebraniach, decydując, iż stan ostateczny przybierze dekla- 
racja po nadesłaniu do niej uwag przez przedstawicieli środowisk piłsudczykowskich 
z Londynu, Szkocji i Nowego Jorku. Ostateczną podstawę programową organizacji, 
podaną do publicznej wiadomości, stanowiły "Zasady programowe Związku Pracy dla 
Państwa założonego przez Zespół Piłsudczyków na Środkowym Wschodzie", opubli- 
kowane w pierwszym numerze biuletynu "Na straży", w Jerozolimie, w dniu 15 lTca 
1944 roku. Data ta uznawana jest za początek istnienia Związku Pracy dla Państwa 3 . 
Związek postanowił działać wśród Polaków na uchodźstwie, w celu przyczynienia 
się do zwycięstwa w walce o całość, niepodległość i dobro państwa polskiego. Walkę tę 
chciał oprzeć na sile narodu polskiego, któremu przypisywano ważną rolę w Europie. 
Na lata kryzysu, w jakich powstawał Związek, za wskazówkę przyjmowano słowa Pił- 
sudskiego: "Podczas kryzysów strzeżcie się agentur. Idźcie swoją dropą, służąc jedynie 
Polsce, miłując jedynie Polskę i nienawidząc tych, co służą obcym"3 . Na dokumencie 
programowym widnieje dopisek: "Obóz Józefa Piłsudskiego. Obóz Polski Walczącej", 
bowiem w kwestiach programowych kierowano się koncepcjami Marszałka. 
Prąd ideowy, stworzony przez życie, walkę i czyny Piłsudskiego istnieje, przenika 
głęboko i szeroko naród polski i jest istotną i potrzebną częścią życia duchowego Pol- 
ski. Warunki obecne wymagają, by prąd ten został skrystalizowany w formie wyraźne- 
go czynnika politycznego. Obowiązek dokonania tego spada na nas, jako na tych, któ- 
rzy wedle swego najlepszego rozumienia pragną kontynuować dzieło Piłsudskieg0 35 . 
W testamencie politycznym Marszałka przede wszystkim podkreślano istnienie 
Państwa jako niezbędnego organu bezpieczeństwa, rozwoju i twórczości narodu. 
W warunkach wojny możliwe było to, przede wszystkim, przez działanie na polu woj- 
skowym i w polityce zagraniczne/ 5 . 
Drugą kwestią, podkreślaną przez Związek, było dążenie do nawiązania współpra- 
cy ze wszystkimi środowiskami, które miały tożsame oczekiwania co do celów wojny, 
czyli dążyły do odzyskania niepodległości przez Polskę. Zaznaczono w programie, iż 
poglądy na wewnętrzną organizację polityczną przyszłego państwa polskiego oraz 
stosunek do polityki przedwojennych rządów w Rzeczypospolitej nie mają w tym 
względzie znaczenia. W programie uczyniono jednak zastrzeżenie, iż "Związek zdecy- 
dowanie odżegnywa się od łączności i współpracy z grupami podlegającymi wpływom 
obcych apentur i rządów oraz tych, które noszą metodyczne cechy uległości wobec 
obcych"3 . To zastrzeżenie uniemożliwiało bliższą współpracę z rządem emigracyjnym 


33 W archiwum UP/L przechowywane są Zasady Programowe Związku Pracy dla Państwa zało- 
żonego przez Zespół Piłsudczyków na Środkowym Wschodzie z datą 23 VII 1944: Zasady Progra- 
mowe Związku Pracy dla Państwa, 23 VII 1944 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/5, k. 3: W. T. Drymmer, 
Piłsudczycy w Pałestynie, s. 9-11: M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940-ł945, s. 143. 
34 Zasady programowe Związku Pracy dla Państwa, 23 VII 1944 - UP/L, KJ], sygn. 
6/8/2e/5. 
35 Szkic programu [dla dyskusji w zamkniętym gronie, nie przeznaczone do publikacji w tej 
formie] - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2a/2. 
35 Zasady programowe Związku Pracy dla Państwa, 23 VII 1944 - UP/L, KJ], sygn. 
6/8/2e/5. 
37 Tamże. 


79
>>>
i jego zwolennikami, bowiem politykę tegoż rządu określano właśnie jako niesamo- 
dzielną i uległą wobec ZSRR i Londynu! Negatywnie odnoszono się również do po- 
szczególnych ministrów (głównie z powodu ich stosunku do piłsudczyków) oraz do 
działań podejmowanych w stosunku do kraju przez rząd emigracyjny. Mimo, iż zagad- 
nienie władzy stanowić miało dla Związku sprawę drugorzędną "i nie o skład osobowy 
lecz o charakter i metody działania władz naszych Związek będzie toczył walkę", nie 
każda władza satysfakcjonowałajego członków. 
Mimo zastrzeżeń do rządu emigracyjnego ZPdP uznawał go za jedyne legalne 
przedstawicielstwo państwa polskiego, bowiem otrzymał swoją władzę na podstawie 
konstytucji kwietniowej. Konstytucję tę piłsudczycy oceniali bardzo wysoko, jako 
"fundament i podporę naszej państwowości", "tarczę ochronną przeciw zakusom nagi- 
nania ustroju władz państwowych"38, podkreślając przede wszystkim jej znaczenie dla 
zachowania ciągłości władzy państwowej w chwili wybuchu wojny. Z tego względu 
założyciele Związku twierdzili, iż konstytucja spełniła swoją rolę i jej zmiana może 
nastąpić dopiero, gdy przedstawiciele całego narodu wybrani w warunkach normalnego 
życia politycznego tak orzekną. Wszelkie próby jej podważania i łamania w czasie 
wojny, szczególnie na emigracji, Związek uznał za szkodliwe dla państwa i narodu. 
Dla siebie rezerwowali piłsudczycy rolę jawnego i nieustępliwego obrońcy dobra 
Polski i zapowiadali, iż Związek będzie przeciwstawiać się polityce ustępstw i uległo- 
ści wobec obcych. 
Naród [...] musi zatem przezwyciężyć w obrębie swego życia politycznego wszel- 
kie objawy słabości, idące od serwilizmu aż po miękkość podobną do zdrady, jako zja- 
wiska płynące z niewiary w siebie sameg0 39 . 
Podkreślano przy tym znaczenie wychowania narodowego, prowadzonego przez 
szkoły, wojsko i organizacje polonijne dla odzyskania niepodległości przez Polskę. 
Dla członków związku ważna była pozycja Polski na arenie międzynarodowej. 
Polską rację stanu definiowano słowami Piłsudskiego "ani z Rosją, ani z Niemcami", 
a do jej osiągnięcia uznawano za konieczne istnienie polskich sił zbrojnych, dlatego 
organizacja postanowiła troszczyć się, by nie zostały one uszczuplone w walkach na 
obcych ziemiach. Piłsudczycy obawiali się zmarginalizowania znaczenia Polski. Dlate- 
go wśród założeń programowych zaznaczali, że Polska nie może być traktowana 
w rzędzie państw małych i słabych, potrzebujących opieki wielkich i możnych mo- 
carstw. Zakładano nienaruszalność granic Państwa Polskiego z 31 sierpnia 1939 roku. 
Jednocześnie Związek Pracy dla Państwa postulował, by włączyć do Polski Prusy 
Wschodnie, Gdańsk, Śląsk Opolski i te obszary nad Odrą i jej ujściem, które zapewnią 
Polsce bezpieczeństwo strategiczne i wzmocnią jej siły gospodarcze. Głoszono, iż 
z obszarów tych należy wysiedlić ludność niemiecką i rosyjską. Od Rzeszy Polska 
powinna otrzymać odszkodowania za zniszczenia wojenne i rabunki okupacyjne. 
Podkreślanie w programie Związku samodzielności politycznej Polski nie ozna- 
czało, iż piłsudczycy nie chcieli współpracy ojczyzny z innymi krajami. Uważali za 
konieczną działalność w Organizacji Narodów Zjednoczonych zgodnie z zasadami 
Karty Atlantyckiej, szczególnie cenne były, ich zdaniem, przymierza z narodami anglo- 
saskimi i skandynawskimi. Za ważne uważali również traktaty z Francją "gdy odro- 
dzona i silna zajmie z powrotem swoje miejsce w układzie sił politycznych przyszłej 
Europy"4o. Oczekiwano, iż Polska wspólnie z innymi państwami będzie uczestniczyć 


38 Tamże. 
39 Tamże. 
40 Tamże. 


80
>>>
w decyzjach zwycięzców, mających na celu ukaranie winnych wybuchu wojny i popeł- 
nienia zbrodni na obywatelach polskich. W porozumieniu z państwami zainteresowa- 
nymi chciano również zabezpieczyć wolność Morza Bałtyckiego. 
Członkowie Związku byli zdania, iż dla osiągnięcia wymienionych celów koniecz- 
na jest zmiana układu stosunków politycznych w Europie Środkowej. Dlatego głosili 
konieczność przebudowy pasa państw leżących na linii Bałtyk - Morze Czarne - 
Adriatyk. Cel ten zamierzano osiągnąć przez unieszkodliwienie Rzeszy Niemieckiej, 
dzięki pomniejszeniu jej terytorium, osłabieniu potencjału gospodarczego, ogranicze- 
niu jej działalności przemysłowej i finansowej oraz odebraniu Niemcom terenów za- 
grabionych. W deklaracji nie konkretyzowano jednak, jaka część tego "pasa" miałaby 
przypaść Polsce, które zaś ziemie, np. Białorusi i Ukrainie. Wydaje się, iż między pił- 
sudczykami nie było w tym czasie zgodnej opinii na ten temat. 
Członkowie Związku obawiali się także postawy Rosji po wojnie. Z tego względu 
ZPdP postulował zapewnienie bezpieczeństwa Polsce i sąsiadującym z nią na północy 
i południu krajom, przez przeciwdziałanie zaborczości Rosji. Jego członkowie twierdzili, 
iż ZSRR winno przywrócić niepodległość państwom przez siebie "ujarzmionym", trzyma- 
nym przymusem i siłą w składzie Związku. Przede wszystkim oczekiwano, iż rząd ra- 
dziecki winien zwrócić niepodległość "bratnim sąsiadom Polski" - Białorusi i Ukrainie. 
Dla Polski oczekiwano wyrównania krzywd wyrządzonych przez Rosję 
w Polsce przez śmierć i umęczenie obywateli polskich w więzieniach, na robotach ka- 
torżniczych, zesłaniu i przymusowym poborze do armii sowieckiej, przez grabież 
i niszczenie publicznego i prywatnego dobra, by szkody stąd powstałe były Polsce wy- 
nagrodzone moralnie i materialnie 41 . 


Powyższe oczekiwania wydają się być stawiane "na wyrost" w ówczesnej sytuacji 
politycznej. Trudno przypuszczać, by zaangażowani aktywnie w okresie międzywo- 
jennym politycy nie zdawali sobie sprawy z trudności w ich realizacji. Mimo to nie 
godzili się w tej materii na ustępstwa - co przyczyniało się do konfliktów z rządem 
emigracyjnym. W tym względzie sanatorzy nie byli wiernymi spadkobiercami Piłsud- 
skiego, który w sytuacjach kryzysowych dla narodu polskiego dążył do kompromisu 
z przeciwnikami politycznymi. 
Do zagadnień wewnętrznych przyszłej Polski, jej ustroju, kwestii społecznych 
i gospodarczych, członkowie Związku odnosili się dość lakonicznie. Za główny cel 
stawiano współudział wszystkich obywateli w tworzeniu kultury narodowej i w budo- 
wie sił gospodarczych państwa przez zapewnienie obywatelom rzeczywistego wpływu 
na życie kraju, ale też "słusznego i sprawiedliwego" uczestniczenia w dochodzie spo- 
łecznym. Zamierzano realizować go głównie poprzez współdziałanie w przygotowaniu 
"właściwej postawy uchodźców do tych zagadnień w Kraju"42. Ogólnikowość progra- 
mu w kwestii spraw wewnętrznych wynikała z oderwania piłsudczyków od ojczyzny. 
Byli tego świadomi, ale zakładali powrót do Polski i wówczas planowali uściślić pro- 
gram w tym zakresie. 
Deklaracj ę programową kończyła zapowiedź, iż: 
Związek strzec będzie jej [polski] praw imienia i będzie piętnował rezygnację 
i utratę w wiarę przyszłość Polski, którą chcą Polakom zaszczepić wrogie Państwu Pol- 
skiemu agentury obce 43 . 


41 Tamże. 
42 Tamże. 
43 Tamże. 


81
>>>
Również ta deklaracja wydaje się być ogólnikowa i trudno określić, jak szeroko 
rozumiano jej realizację. 
Nie wszystkie zebrania grup jerozolimskiej i telawiwskiej odbywały się wspólnie, 
ale w czasie zebrań grup poruszano podobną tematykę, jak podczas spotkań wszystkich 
działaczy Związku Pracy dla Państwa na Bliskim Wschodzie. Na zebraniach koła w Tel 
Awiwie dyskutowano, między innymi, na temat środowisk żydowskich. Świadczą 
o tym zarówno zapisy Drymmera w jego pamiętnikach, jak i krótkie (miejscami tajem- 
nicze i niejasne) protokoły z zebrań tego koła. Wiadomo, iż W. T. Drymmer rozmawiał 
z pułkownikiem D. 44 oraz z przedstawicielem amerykańskiego Komitetu do spraw 
armii żydowskiej i Komitetu Pomocy Żydom. Koło uważało za konieczne, by Zarząd 
nawiązał kontakt z wymienionymi organizacjami i pomagał im w ich pracy. Propono- 
wano pomóc kilku żołnierzom - Żydom polskiego pochodzenia - w zwolnieniu 
z wojska i skierować ich do Ameryki. Rozmowy w tej sprawie miał prowadzić Bogu- 
sław Malinowski, włączony w skład Koła za wstawiennictwem Bocieńskieg0 45 . 
Koło w Tel Awiwie interesowało się również kwestią aktywizacji młodzieży. Do 
rozmów w tej sprawie upoważniono Żyborskiego, który miał nawiązać kontakt z kpt. 
Eugeniuszem Kopciem w Bejrucie i przekazać mu, by poprowadził tam prace wśród 
ł d . . 46 
m o zlezy . 
Związek nie poprzestawał wyłącznie na postulatach i pracy w terenie. Starano się 
aktywnie wpływać na sytuację w Londynie, o czym świadczą zarówno rozmowy 
z Sosnkowskim, jak i depesze słane do władz polskich w Londynie. W większości 
z nich, adresowanych do prezydenta Rzeczypospolitej, postulowano, by prezydent stał 
jako gwarant polskiej racji stanu i zapobiegał szkodliwym - zdaniem piłsudczyków 
- posunięciom rządu. "Ufamy że Pan Prezydent - wbrew aktualnym propozycjom 
- nie dopuści do zniszczenia podstaw i warunków naszego samodzielnego istnienia 
w przyszłości" - pisali 20 grudnia 1943 roku z Tel Awiwu]. Jędrzejewicz, ]. Krze- 
mieński i]. Poniatowski 47 . Pół roku później, 17 maja 1944 roku, w imieniu Zespołu 
Piłsudczyków, ]. Poniatowski i Władysław Zaleski przesłali na ręce Prezydenta Rze- 
czypospolitej Polskiej w Londynie depeszę potępiającą uznanie przez rząd plebiscytu 
na terenach spornych, uznając go za "szyderstwo z krwi polskiej". Autorzy depeszy 
ponownie postulowali: "Ufamy, że Pan Prezydent spełni swój konstytucyjny obowią- 
zek i ochroni Rzeczpospolitą przed ministrem urągającym własnej Ojczyźnie" 48. 
Z kolei, po spotkaniach odbytych z gen. Sosnkowskim,]. Jędrzejewicz i]. Poniatowski 
2 września 1944 roku w depeszy do Raczkiewicza krytykowali Mikołajczyka za pro- 
gram porozumienia zgłoszony w Moskwie oraz za gotowość przyjęcia do rządu agen- 
tów Moskwy, co traktowano jako krok do likwidacji państwa polskiego. 
Program porozumienia przedłożony Moskwie przez pana Mikołajczyka zawiera 
jawne złamanie naszej Konstytucji. Gotowość przyjęcia do rządu agentów Moskwy już 
teraz dopuszcza obce państwo do decyzji w sprawach wewnętrznych Polski. [...] Kon- 


44 Niestety nie udało się ustalić tej informacji. Być może był to Stefan Dąbkowski, Franci- 
szek Denellub Zygmunt Dzwonkowski. 
45 Protokół Zebrania Koła telawiwskiego ZPP z dnia 29 XI 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/9. 
46 Zasady programowe Związku Pracy dla Państwa, 23 VII 1944 - UP/L, KJ], sygn. 
6/8/2e/5. 
47 Odpis depeszy wysłanej d. 20 grud[nia] 1943 r. z Tel Awiwu [odręczna notatka Juliusza 
Poniatowskiego] - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2a/6. 
48 Depesza do Pana Władysława Raczkiewicza Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej 
w Londynie, Jerozolima, 17 V 1944, Za "Zespół Piłsudczyków" Juliusz Poniatowski i dr Włady- 
sław Zaleski - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2a/5. 


82
>>>
stytucyjny nakaz odpowiedzialności przed Bogiem i historią wzywa Pana Prezydenta 
do natychmiastowego usunięcia kapitulantów z władz państwa 49 . 
Liczne depesze, słane na ręce Raczkiewicza, mimo surowego tonu, świadczą 
o pokładanym w nim zaufaniu. Wierzono, iż był jedyną osobą spośród władz emigra- 
cyjnych skłonną i mającą możliwości, by spełnić ich postulaty. 
Aktywizacja środowisk piłsudczyków zaniepokoiła rząd emigracyjny. Obawiano 
się wzrostu ich znaczenia w kraju, gdzie cały czas byli dość popularni. Niepokój nie 
był bezzasadny, o czym świadczy choćby szyfrowana depesza przekazana przez 
S. Mikołajczyka na ręce prezydenta, alarmująca o gwałtownie rosnących wpływach 
sanacji w Jerozolimie. Z drugiej strony również piłsudczycy odnosili się nieufnie do 
środowisk rządowych i naciskali na prezydenta, by nie zaprz1o"sięgał członków rządu 
Mikołajczyka, postrzeganych jako zdrajców sprawy narodowej o. 
Gdy premierem rządu polskiego na uchodźstwie, 29 listopada 1944 roku, został 
Tomasz Arciszewski, Związek Pracy dla Państwa wypowiadał się pozytywnie na temat 
tej zmiany. Za pośrednictwem Konsula Generalnego w Jerozolimie]. Jędrzejewicz 
i Jur Gorzechowski przesłali depeszę na ręce Arciszewskiego, w której ogłosili: 
Związek Pracy dla Państwa w Palestynie, widząc w oświadczeniu Rządu zdecy- 
dowaną wolę wytrwania na posterunku i nieustąpienia pod żadną presją, stwierdza, że 
wola tajest wyrazem całego umęczonego Narodu Polskiego 51 . 
Jednocześnie oczekiwano, iż rząd powoła na stanowisko Naczelnego Wodza gen. 
Sosnkowskiego oraz rozszerzy podstawę polityczną rządu, co nie zostało w pełni zre- 
alizowane 52 . 
Na terenie Palestyny ważne było również utrzymywanie kontaktów ze środowi- 
skami żydowskimi i arabskimi, co nie było łatwe, bowiem w czasie wojny narastała 
rywalizacja arabsko-żydowska o ten obszar. Polska emigracja jako gospodarza tego 
terenu uznawała przede wszystkim Agencję Żydowską. Polski konsul pisał już na po- 
czątku 1941 roku, iż emigranci: 
spotykają się z bardzo życzliwym przyjęciem tak ludności żydowskiej, jak i też opinii 
publicznej i prasy. Specjalnie się to odczuć daje w Tel-Awiwie, w mieście stuprocento- 
wo żydowskim, w którym mieszka przeszło 100 tys. ludzi pochodzących z Polski 53 . 
W podobnym tonie wypowiadali się piłsudczycy, którzy mieli rozwinięte kontakty ze 
środowiskami żydowskimi. Drymmer opisał w swoich wspomnieniach, że zarówno on, 
jak]. Poniatowski, zwiedzali żydowskie kibuce 54. Wspominał przy tym, iż "Żydzi oka- 
zali większą wierność pamięci Marszałka aniżeli nasi nastraszeni i zdemoralizowani 
rodacy" 55. Jednocześnie utrzymywano również kontakty ze środowiskami arabskimi. 
]. Jędrzejewicz organizował dla arabskich nauczycieli odczyty o polskiej reformie szkol- 


49 Depesza Związku Pracy dla Państwa do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, l IX 
1944 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/l0. 
50]. Piotrowski, Piłsudczycy bez lidera, s. 282. 
51 Depesza Związku Pracy dla Państwa podpisana przez]. Jędrzejewicza i Jur Gorzechow- 
skiego do Pana Tomasza Arciszewskeigo, Premiera Rządu RP w Londynie, Jerozolima, 14 n 
1945 - UP, KJ], sygn. 6/8/24 n. 
52 Pierwsze kroki rządu, Na straży. Czwarty Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla Pań- 
stwa (Jerozolima) 18 I 1945, s. 3-5. 
53 Ambasada RP w Londynie, s. 1-7 - AAN. 
54 W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 253. 
55 Tamże. 


83
>>>
nej oraz utrzymywał z częścią przywódców arabskich kontakty towarzyskie s6 . Pozytyw- 
nie wypowiadał się również na temat Arabów Drymmer: "Nasz stosunek do ludów Bli- 
skiego Wschodu, Żydów i Arabów był jak najbardziej pozytywny i przyjazny"S7. 
Związek Pracy dla Państwa interesował się również sytuacją między morzami 
Bałtyckim, Czarnym, Egejskim i Adriatykiem. Konieczność utworzenia wspólnej or- 
ganizacji, obejmującej kraje leżące na wymienionym obszarze, przewidywano już 
w 1943 roku. W depeszy, wysłanej w grudniu do Raczkiewicza, czytamy, iż piłsudczy- 
cy byli przekonani o tym, że Polska pełnić będzie kluczową rolę w "koniecznej Federa- 
cji wolnych narodów Środkowej Europy"s8. W późniejszym okresie, zainteresowanie tą 
tematyką wynikało w znacznej mierze z działalności Juliusza Poniatowskiego, który po 
opuszczeniu Palestyny w 1945 roku zamieszkał we Włoszech i tam zaangażował się 
w działalność Środkowo-Europejskiego Ruchu Federalnego, określanego również jako 
Ruch Międzymorza lub Intermarium. Z kolei na Bliskim Wschodzie w tym samym 
czasie powstał Komitet Organizacyjny Klubu Federalnego Środkowo-Europejskie
o na 
terenie Palestyny, w skład którego weszli]. Jędrzejewicz i Zdzisław Miłoszewski 9. To 
"wymieszanie" działaczy przekładało się na bliską współpracę między ZPdP a Interma- 
rium, co znajdowało potwierdzenie w licznych artykułach na ten temat, publikowanych 
w kolejnych numerach "Na straży"60. 
Członkowie Związku uczestniczyli również w organizacji życia kulturalnego w Pa- 
lestynie. Szczególnie uroczyście czczono imieniny]. Piłsudskiego, bowiem, jak stwierdził 
]. Jędrzejewicz w przemówieniu wygłoszonym 20 marca 1943 roku w Świetlicy Polskiej: 
Piłsudski odegrał w dziejach wskrzeszonej Polski rolę olbrzymią. Stał się na okres 
kiłkudziesięciu lat ośrodkiem polskiej myśli państwowej i może nie wszyscy zdają so- 
bie sprawę, jak bardzo zaważył na paru pokoleniach zarówno działaczy politycznych, 
jak i całego społeczeństwa 61 . 


Rok później, na imieninowym spotkaniu, 19 marca 1944 roku, Piłsudskiego 
wspominał Składkowski. W przemówieniu pod tytułem "Polska Marszałka" poruszał 
zagadnienia, które ówcześnie zajmowały piłsudczyków. Przede wszystkim zwracał 
uwagę na trudną pozycję piłsudczyków, niedopuszczonych do aktywnego udziału 
w życiu politycznym emigracji. 
Zapomnieć chcemy o naszej biernej doli uchodźczej i niemożności służenia Pol- 
sce, gdy ważą się śmiertelne zapasy oJej całość, pamiętać zaś musimy dzisiaj, iż nie 
wolno nam dopuścić do krajania ż¥wego ciała Polski żadnymi "liniami", choćbyśmy te 
"linie" mieli zmywać nasząk rwią 6 . 


56 Biograf]. Jędrzejewicza ustalił, że brał on również udział w rozmowach z przywódcami 
żydowskimi: Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz..., s. 260-261. 
57 W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 260. 
58 Odpis depeszy wysłanej d. 20 grud[nia] 1943 r. z Tel-Awiwu [odręczna notatka Juliusza 
Poniatowskiego] - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2a/6. 
59]. Molenda, Działałność Juliusza Poniatowskiego w Ruchu Międzymorza (1945-ł952), [w:] 
Wokół historii i polityki. Studia z dzięjów XIX i X¥ wieku dedykowane Profesorowi Wojciechowi 
Wrzesińskiemu w siedemdziesiątą rocznicę urodzin, red. S. Ciesielski [i in.], Toruń 2004, s. 563. 
60 Ku federacji Europy Środkowej, Na straży. Szesnasty Biuletyn Wewnętrzny Związku Pra- 
cy dla Państwa (Jerozolima) 1945 nr 16, s. 16-19 [i in.]. 
61 ]. Jędrzejewicz. Demokracja. Chwiła obecna. Przemówienie wygłoszone w dniu 20 marca 
ł943 r. w Świetlicy Połskiej w Teł-Awiw, Tel-Awiw 1943, s. 3. 
62 F. S. Składkowski, Połska Komendanta. Mowa wygłoszona ł9 marca ł944 na uroczystej 
Akademii ku czci Pierwszego Marszałka Połski Józefa Pilsudskeigo, Tel-Aviv [1944], s. 1. 


84
>>>
Omówił również główne idee Piłsudskiego, akcentując walkę o granice Polski 
i przedstawił sytuację Żydów w II Rzeczypospolitej. 
Także 18 marca 1945 roku o godzinie siedemnastej odbył się, jak co roku, uroczy- 
sty wieczór upamiętniający dzień imienin Piłsudskiego. Zorganizowały go wspólnie 
ZPdP, Związek Ziem Północno-Wschodnich i Oddział na Środkowy Wschód Jerozoli- 
ma. Spotkanie zagaił dr Wilhelm Krzysztoń, zaś Jędrzejewicz opowiadał o bojach 
Marszałka. Następnie odbyła się część artystyczna, w której wystąpili Zdzisław Miło- 
szewski, Nina Narzymska i Hanna Kane1 63 . 
Również rocznice śmierci Piłsudskiego obchodzone były w gronie piłsudczyków 
w sposób uroczysty. W 1944 roku, w dziewiątą rocznicę śmierci, grono piłsudczyków 
wysłuchało mowy byłego premiera Składkowskiego "Jego dynamizm a nasza bier- 
ność". Składkowski bardzo pozytywnie wypowiadał się na temat marszałka Piłsud- 
skiego. Jednocześnie porównywał prowadzoną przez niego politykę do polityki z cza- 
sów II wojny światowej. "W taką rocznicę, jak dzisiejsza, bardziej jaskrawo i oczywi- 
ście, bardziej dotkliwie niż w dniu codziennym, występuje i uderza nasza bezgraniczna 
bierność polityczna". Skrytykował Polaków, iż zbyt mało spośród nich walczy na woj- 
nie, że nie walczą o swoje racje. 
Dzisiaj, tu zebrani w rocznicę tragiczną dnia śmierci Komendanta ślubujemy, iż 
nie będziemy miłczeć, przeciwnie, będziemy krzyczeć i grozić, gdyż chcą znów roz- 
szarpać na strzępy Polskę, rozdzierając Ją przez Ziemie, leżące między Ciałem a Ser- 
cem Komendanta 64 . 


Na spotkaniu obecni byli nie tylko członkowie Związku Pracy dla Państwa - wy- 
powiedzi wysłuchał również konsul generalny. 
Materiały z wymienionych spotkań zdecydowano się wydać drukiem, oprócz tego 
publikowano prace poświęcone osobie Piłsudskiego oraz bieżącej sytuacji politycznej, 
bowiem publikacjom przypisywano znaczną rolę. Pisano na ten temat w biuletynie "Na 
straży": 


Polska akcja wydawnicza na Środkowym Wschodzie w ciągu sześciu lat jest odbi- 
ciem zainteresowań i dążeń społeczeństwa polskiego [...]. Po przybyciu wielkiej fali Pola- 
ków z Rosji książka polska stała się artykułem pierwszej potrzeby. [...] Rzesze młodzieży 
w powstających szkołach wojskowych i cywiłnych domagały się podręczników, żołnierze 
odczuwali brak regulaminów i książek z zakresu nowoczesnej wiedzy wojskowej. Prócz 
tego praktycznego zapotrzebowania, wszyscy Polacy szukali lektury o Polsce 65 . 


Akcję wydawniczą realizowały różne ośrodki życia emigracyjnego, m.in. ZPdP, 
który dofinansowywał głównie publikacje członków związku - J. Jędrzejewicza, 
l. Matuszewskiego, J. Poniatowskieg0 66 . 


63 Program uroczystego wieczoru ku uczczeniu dnia imienin Józefa Piłsudskiego, 18 III 
1945 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/l0. 
64 F. S. Składkowski, Jego dynamizm a nasza bierność. Mowa wygłoszona ł2 maja ł944 na 
Uroczystym Zebraniu w 9-tą Rocznicę Śmierci śp. Pierwszego Marszałka Połski Józefa Piłsud- 
skiego, Tel Awiw [b.r.], s. 16. 
65 lP., Wydawnictwa na Wschodzie, Na straży (Jerozolima) 1946 nr 28-30, s. 50. 
66 Poza wyżej wymienionymi broszurami członkowie związku opublikowali m.in.: W. T. 
Drymmer, S. Sokołowski, Mówi Józef Piłsudski, Palestyna 1942: L Matuszewski, O co wałczy- 
my?, Tel-Aviv 1942: l Poniatowski, Rocznice, Tel-Aviv 1943: l Lemański, A.B. C. stosunków 
połsko-czeskich, Tel-Aviv 1943: l Relidzyński: Wschodnie granice Połski - ostatnie granice 
Europy! Jednodniówka z oka
ji uczczenia pamięci Józefa Piłsudskiego w dniu ł9 marca ł944, 
Tel-Aviv 1944: F. S. Składkowski, Połska Komendanta...: l Relidzyński, U źródła mocy i wieł- 


85
>>>
Drobne artykuły członków i sympatyków Związku publikowano rówmez we 
wspomnianym miesięczniku "Na straży", ukazującym się od 1944 roku, który "od- 
zwierciedla w polityce myśl Józefa Piłsudskiego" 67. Jego stworzenie piłsudczycy 
planowali już na pierwszym zebraniu organizacji. Wcześniej wydawali wprawdzie 
w Palestynie "Biuletyn Niezależnych", który prezentował zbliżony do ZPdP profil 
polityczny, ale było to pismo tajne i nie docierało do szerszych kręgów emigracji. 
Z tego względu Zarząd Związku zwrócił się do Redakcji Biuletynu, by w ostatnim 
numerze umieściła na wstępie informację, iż Biuletyn zostanie zamknięty. W jego 
miejsce powstać miał organ ZPdP pod tytułem "Polska Myśl Państwowa", dwutygo- 
dnik wydawany nakładem członków Związku. W pierwszym numerze ukazać się 
miała tymczasowa deklaracja ideowa oraz zasadniczy artykuł wstępnl 8 . Poprzez 
listy czytelników Zarząd Związku planował prowadzić współpracę z sympatykami 
Związku 69 . 
Nie udało się ustalić, co zdecydowało, by nowemu pismu nadać tytuł "Na straży", 
zamiast planowanego "Polska Myśl Państwowa". Być może członkowie ZPdP zdecydo- 
wali, iż ważniejsze jest podkreślenie kontrolującej względem polskich władz emigracyj- 
nych i polityki międzynarodowej roli pisma, niż sygnalizowanie w tytule własnych po- 
glądów politycznych. Nie jest również pewne, czy "Na straży" traktować należy jako 
kontynuację "Biuletynu" pod nowym tytułem, czy też jako to samoistne, nowe pismo, 
bowiem pierwszy numer "Na straży" ukazał się w połowie października 1944 roku, zaś 
krótko po tym przestał się ukazywać "Biuletyn Niezależnych"7o. 
Miesięcznik "Na straży", choć drukowany, wydawany był na prawach rękopisu. Jego 
redaktorem był początkowo Zdzisław Miłoszewski, a później ]. J ędrzejewicz 71 . Gdy 
Jędrzejewicz się rozchorował,jego funkcję przejął Drymmer i pełnił ją do końca istnienia 
pisma, którego opublikowano łącznie 36 numerów 72 . Trudno ustalić wszystkich współ- 
pracowników pisma, bowiem większość artykułów ukazywała się anonimowo lub była 
opatrzona jedynie inicjałami. Na pewno w biuletynie zamieszczał swoje artykuły ]. Ję- 


kości Józefa Piłsudskiego, Tel-Aviv 1945 - wybór na podsI.: ].P., Wydawnictwa Związku Pracy 
dła Państwa, Na straży (Jerozolima) 1946 nr 28-30, s. 50. 
67 ].P., Wydawnictwa..., s. 50. 
68 Wnioski Komisji na zebranie 16 X 1943 - UP/L, KJ], sygn. 6/8/2e/6. 
69 Tamże. 
70 ]. Piotrowski sugeruje, iż była to raczej zmiana tytułu, zaś M. Sioma dowodzi, iż nowe pi- 
smo nie było w pełni powiązane z "Biuletynem Niezależnych", na co wskazuje fakt, iż ostatni 
numer "Biuletynu Niezależnych" wydano w grudniu 1944 r., zaś "Na straży" ukazywało się od 
15 października 1944 r.: M. Sioma, Piłsudczycy w Pałestynie ł940-ł945, s. 143: J. Piotrowski, 
Piłsudczycy bez lidera, s. 287. 
71 Niektórzy historycy sugerują, iż redaktorem od początku był]. Jędrzejewicz. Powołują się 
na wspomnienia Drymmera: "Dotychczasowy, wydawany tajnie, «Biuletyn Niezależnych» prze- 
kształciliśmy na drukowany miesięcznik «Na straży». Redaktorem został Janusz Jędrzejewicz 
przy pomocy urzędnika MSZ Zd. Miłoszewskiego": W. T. Drymmer, Wspomnienia, Zeszyty 
Historyczne 1975 nr 31, s. 113. Drymmer nie wyjaśnił, jak daleko sięgała owa "pomoc" Miło- 
szewskiego, dodatkowo spisał swoje wspomnienia z perspektywy lat i nie można wykluczyć 
pomyłki. Bardziej wiarygodny wydaje się w związku z tym artykuł zamieszczony w tygodniku 
"Na straży" w 1946 r., podający, iż pierwszym redaktorem był Miłoszewski, bowiem gdyby 
pojawiła się w nim pomyłka, zapewne zostałaby ona zauważona w redakcji i zamieszczono by 
sprostowanie: ].P., Wydawnictwa..., s. 50: Z. Osiński, Janusz Jędrzęjewicz..., s. 255: ]. Piotrow- 
ski, Piłsudczycy bez lidera, s. 287. 
72 W październiku 1947 r. chory na astmę]. Jędrzejewicz został przewieziony do Londynu: 
Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz..., s. 263: W. T. Drymmer, W służbie Połsce, s. 262. 


86
>>>
drzejewicz, W. T. Drymmer, ]. Moraczewski. Przegląd wydarzeń zazwyczaj opracowy- 
wał JZK, prawdopodobnie Józef Kordian-Zamorski. Okazjonalnie publikowano wypo- 
wiedzi Sławoja Składkowskiego, Juliusza Poniatowskiego lub innych osób z kręgu pił- 
sudczyków. Pismo ukazywało się do lipca 1947 roku, wtedy w wyniku stopniowego 
przenoszenia się piłsudczyków do innych krajów zaprzestano jego publikacji. 
"Na straży" podejmowało tematykę nie poruszaną w wydawanej oficjalnie prasie. 
Pisano na temat agresji niemiecko-radzieckiej na Polskę, szczególnie obrazując prze- 
wrotność Związku Radzieckiego. 
Dziś tak gorliwie szukają i potępiają wszystkich wspólników zbrodni niemieckich, 
[ale] właśnie wtedy [w chwili wybuchu wojny] wrstąpiły w naj ściślejszym sojuszu 
z Hitlerem. Sojusz też zdecydował o rozbiciu Polski 7 . 
Podkreślano, iż nie tylko Polska przegrała w starciu z wojskami niemieckimi, ale 
również Francja poniosła klęskę. Krytycznie komentowano decyzje polityczne Sikor- 
skiego, zwłaszcza podpisanie układu Sikorski-Maj ski oraz posunięcia gabinetu Mikołaj- 
czyka, spychającego Polaków do roli "uciążliwego klienta" państw alianckich 74 . Zwraca- 
no uwagę, podobnie jak w dokumentach programowych ZPdP, iż rząd emigracyjny po- 
winien stawiać aliantom konkretne postulaty polityczne za udział oddziałów polskich 
w walkach po ich stronie. Krytykowano również Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, 
zwłaszcza za ustępliwą politykę względem Rosji oraz za podpisanie układów w Tehera- 
nie i Jałcie. "Anglia i Ameryka uczyniły w Teheranie fatalny błąd zupełnego zlekceważe- 
nia narodów kontynentu europejskiego" - pisano w grudniu 1944 roku 75 . 
Jak widać, głównym zarzutem stawianym Wielkiej Trójce było nieuwzględnienie 
opinii innych krajów. Taka postawa zwycięzców rozczarowała piłsudczyków, którzy 
w ciemnych barwach widzieli przyszłe losy Polski. Dość trafnie przy tym zauważano, że: 
zarysowuje się konflikt między poglądami Anglosasów i poglądami Sowietów. [...] 
Raczej należy patrzeć na przyszłość dość pesymistycznie, ponieważ naszym zdaniem 
konsekwentną politykę, jak dotychczas prowadzi tylko Rosja Sowiecka 76 . 
Szerzej tę kwestię tłumaczono w kolejnych artykułach. Ekspansję Rosji, zmierza- 
jącą do przejęcia wpływów w Europie Wschodniej, Mandżurii i Korei, określano jed- 
noznacznie jako wojnę, wymierzoną przeciwko Stanom Zjednoczonym 77 . 
Piłsudczycy nie tylko obserwowali sytuację międzynarodową, ale starali się wysu- 
wać konkretne rozwiązania polityczne. Widzieli potrzebę współpracy - również organi- 
zacyjnej - z innymi narodami, jednak negatywnie ustosunkowywali się do prób "opieki" 
obcych nad narodami Europy Środkowej. Z tego względu w 1946 roku w ostrych sło- 


73 Sześć łat, Na straży. Piętnasty Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla Państwa (Jerozo- 
lima) IX 1945, s. 1. 
74 [Obecny listopad...], Na straży. Drugi Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla Państwa 
(Jerozolima) 15 XI 1944, s. 1-2. 
75 Istota sytuacji międzynarodowej, Na straży. Trzeci Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy 
dla Państwa (Jerozolima) 16 XII 1944, s. 11. 
76 Z. Miłoszewski, Wifici z Międzymorza, Na straży. Piętnasty Biuletyn Wewnętrzny 
Związku Pracy dla Państwa (Jerozolima) IX 1945, s. 19. 
77 l. Matuszewski, Prawda pierwsza, Na straży. Dziewiętnasty Biuletyn Wewnętrzny 
Związku Pracy dla Państwa (Jerozolima) I 1946, s. 1. Warto podkreślić, że nie wszyscy piłsud- 
czycy wykazywali równe zorientowanie w kwestiach politycznych. W marcu 1946 r. Składkow- 
ski, Krzemieński i Żyborski podpisali nawet deklarację namawiającą Polaków do powrotu do 
kraju. M. Sioma tłumaczy to brakiem zorientowania w bieżącej sytuacji politycznej: M. Sioma, 
Sławoj Felicjan Składkowski (1885-ł962). Żołnierz i polityk, Lublin 2005, s. 420. 


87
>>>
wach wypowiadano się również na temat Organizacji Narodów Zjednoczonych, dwa lata 
wcześniej pozytywnie ocenianej w zasadach programowych związku: 
ONZ kontynuuje swąniesławną tradycję zapoczątkowaną w San Francisco, [...] ludzie, 
którzy powinni siedzieć razem ze zbrodniarzami niemieckimi na ławie oskarżonych 
w Norymberdze, biorą udział w dziele budowania pokoju 78 . 
W stosunku do zasad programowych zmienili piłsudczycy również w pewnym stop- 
niu stosunek do kwestii niemieckiej. Za nierealną uznano okupację kraju przez ponad 20 
lat oraz pozbawienie Niemiec przemysłu. Widziano w niej jedynie możliwość wynisz- 
czenia gospodarczego tego kraju, jednak bez zmiany postaw jego mieszkańców, co uzna- 
no za jedyną gwarancję, iż zapobiegnie się kolejnej wojnie. Za trudne logistycznie uwa- 
żano już wyekwipowanie kilku milionów żołnierzy, odpowiedzialnych za pilnowanie 
okupowanych Niemiec. Podkreślano ponadto, iż planowane ukaranie zbrodniarzy wojen- 
nych - pozytywnie oceniane - nie powinno dotyczyć wyłącznie narodu niemieckiego, 
lecz stosowane winno być bez względu na przynależność narod ową 79. 
Publicyści "Na straży" bez większego entuzjazmu ustosunkowywali się do kwestii 
granic powojennej Polski twierdząc, iż sceptycy mają część racji, protestując przeciw 
włączeniu do Polski ziem na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej. 


Pozytywne pisanie dzisiaj o przyznaniu Polsce granic zachodnich na Odrze i Ny- 
sie, będzie miało zupełnie tę samą wartość, co na przykład "radość" Litwinów z poda- 
rowania im naszego Wilna, lub rzekomy entuzjazm Ukraińców podsowieckich z poda- 
rowania im naszego Lwowa 
- komentowano w biuletynie 8o . Publikacja niniejszego artykułu nasuwa przypusz- 
czenie, iż podobny pogląd na tę sprawę prezentowali niektórzy członkowie ZPdP. Co 
ciekawe, w ramach Intermarium, które zazwyczaj prezentowało zbliżone opinie do 
ZPdP, wyrażano zdecydowane poparcie dla granicy zachodniej Polski na Odrze 
i Nysie, bliższe deklaracji pro
ramowej Związku z 1944 roku niż poglądom wyrażo- 
nym przez l. Matuszewskiego I. W tym czasie w Międzymorzu działał Juliusz Po- 
niatowski, który przesunięcie granicy na Odrę uważał za uzasadnione 82 . Biorąc pod 
uwagę, iż Poniatowski był jednym z założycieli ZPdP, być może artykuł Matuszew- 
skiego uznać należy za przejaw przejmowania wpływów w Związku przez młodsze 
pokolenie emigrantów. 
Wiele miejsca poświęcono na łamach pisma na artykuły przybliżające działalność 
wspomnianej organizacji Międzymorza, co mogło wynikać ze współpracy z jej działa- 
czami. Nieodmiennie również powracała na łamach biuletynu postać Józefa Piłsud- 
skiego ijego roli dziejowej: 
Ci, co po nim przyszli, albo sprostać wyjątkowo trudnym zadaniom nie potrafili, 
albo - co gorzej - wybrali drogę małości i nędzą dusz własnych wielkość bohater- 


78 JZK, Przegłqd wydarzeń, Na straży. Dziewiętnasty Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy 
dla Państwa (Jerozolima) I 1946, s. 29-30. 
79 Co z Niemcami? (Rozważań - ciąg dałszy), Na straży. Drugi Biuletyn Wewnętrzny 
Związku Pracy dla Państwa (Jerozolima) 15 XI 1944, s. 13-16. 
80 L Matuszewski, Odra i Nysa, Na straży. Siedemnasty Biuletyn Wewnętrzny Związku Pra- 
cy dla Państwa (Jerozolima) XI 1945, s. 2. 
81 Tamże, s. 4. 
82]. Poniatowski, Przedmowa, [w:] W. Ipohorski-Lenkiewicz, GranicePołski, Rzym 1947, s. 6. 


88
>>>
ski ego narodu wymierzać chcieli, godząc się na uczynienie z Polski narzędzia w ob- 
cych rękach i obcym celom służąceg0 83 . 
Po zakończeniu działań wojennych i stopniowej marginalizacji emigracji polskiej, 
piłsudczycy uświadamiali sobie coraz dobitniej, iż jedyną szansą politycznego życia 
ich środowiska jest skupienie wszystkich sił. Z tego względu doszło do zacieśnienia 
współpracy londyńskich i palestyńskich piłsudczyków i powstania nowej organizacji 
- Związku Pracy Społecznej i Państwowej. Miał on charakter stronnictwa polityczne- 
go, który swój program oparł na deklaracji londyńskich piłsudczyków z 19 marca 1943 
roku oraz na zasadach programowych Związku Pracy dla Państwa z 15 lipca 1944 
roku. Przede wszystkim, poprzez działalność partii sprzeciwiano się rzeczywistości 
powojennej wytworzonej porozumieniami Wielkiej Trójki oraz kontynuowano walkę 
o niepodległość i całość Polski i innych narodów Międzymorza 84 . 
Z. Osiński powstanie tej organizacji traktuje jako faktyczny koniec działalności 
Związku Pracy dla Państwa 85 . Z kolei]. Piotrowski akcentował raczej powstanie 
w sierpniu 1944 roku nowej organizacji, pod nazwą Liga Niepodległości Polski. Utwo- 
rzenie Ligi wydaje się być pewną granicą, ale dla działalności piłsudczyków w Londy- 
nie o czym świadczy choćby ich list: 
W sierpniu 1944 r., kiedy po podróży Mikołajczyka do Moskwy było jasne, że 
nasz legalny rząd wstąpił na drogę całkowitego podporządkowania Polski dyktatowi 
brytyjsko-sowieckiemu i jest w trakcie zaprzepaszczania już nie tylko ziem, ale nie- 
podległości Rzeczpospolitej, przyczyniliśmy się wspólnie z szeregiem osób, które do 
naszego grona nie należały, do powstania nowej organizacji pod nazwą Liga Niepodle- 
głości Polski. W przeciągu paru miesięcy aż do powołania rządu Premiera Arciszew- 
skiego, organizacja ta rozwinęła żywą działalność informacyjną wśród politycznych 
sfer angielskich i neutralizowała do ęewnego stopnia szkodliwą akcję Ministerstwa In- 
formacji, kierowaną przez prof. Kota 6. 


W działalność LNP włączyli się czołowi działacze ZPP w Palestynie, a mianowicie 
W. T. Drymmer i Janusz Jędrzejewicz. 
W trakcie I Zjazdu Ligi w czerwcu 1948 piłsudczycy w niej skupieni zdecydowali, 
iż będzie to jedyna organizacja reprezentująca ich obóz 87 . Jednak utworzenie Ligi nie 
było równoznaczne z kresem działalności ZPdP na Bliskim Wschodzie, bowiem pił- 
sudczycy w nim skupieni nadal prowadzili działalność na tym obszarze i wydawali 
biuletyn "Na straży". Dopiero przed wrześniem 1947 roku wyjechał z Palestyny 
F. Sławoj Składkowski, a w październiku tegoż roku przeniósł się do Wielkiej Brytanii 
J d .. . 88 
ę rzeJewlcz wraz z zoną . 
Stworzenie ZPdP pomogło skupionym w nim Polakom odzyskać cel w emigracyjnej 
rzeczywistości, ale jego działalność nie przekładała się na faktyczne wpływy na rząd 
w Londynie. Podejmowane w tym kierunku próby kończyły się zazwyczaj niepowodze- 


83 Na ł9 marca, Na straży. Dwudziesty Pierwszy Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla 
Państwa (Jerozolima) III 1946, s. l: SI. Heydel jun., Takimjest on dła mnie..., Na straży. Dwu- 
dzies7 Trzeci Biuletyn Wewnętrzny Związku Pracy dla Państwa (Jerozolima) V 1946, s. 2-3. 
8 Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz..., s. 261. 
85 Z. Osiński podaje, iż rezultatem powojennych zmian politycznych było połączenie Ze- 
społu Piłsudczyków działającego w Londynie (Związku Pracy Państwowej) z palestyńskim 
Związkiem Pracy dla Państwa: tamże, s. 261. 
86 ]. Łukasiewicz, Piłsudczycy w Europie Zachodniej i na Bliskim Wschodzie, Listy z Lon- 
dynu 1946 nr 3(89), s. 12 - UP/L, KJ]. 
87 Z. Osiński, Janusz Jędrzejewicz..., s. 264-265. 
88 M. Sioma, Sławoj Felicjan Składkowski..., s. 422: Z. Osiński, Janusz Jędrzęjewicz..., s. 263. 


89
>>>
niem. Mimo nieznacznego wpływu na gabinety emigracyjnych ministrów nie sposób się 
jednak zgodzić z M. Dymarskim, iż ośrodki polityczne na Bliskim Wschodzie: 
Nie były konkurencją dla centrów politycznych w Londynie, jako że najczęściej 
aktywiści partyjni na Środkowym Wschodzie rekrutowali się ze słabych ośrodków we 
wschodniej Polsce, zdolniejsi i znaczniejsi zaś zostali już sprowadzeni bądź wezwani 
do Londynu, by wzmocnić działające tam stronnictwa polityczne 89 . 


Wśród polityków przebywających na obszarach Palestyny znaczną grupę stanowiły 
osoby, którym udało się wyjechać z Rumunii lub Węgier. Byli wśród nich czołowi 
piłsudczycy przedwrześniowej Polski, którzy nie zdołali wprawdzie wywrzeć decydu- 
jącego wpływu na bieg spraw w Londynie, ale nie znaczy to, iż w stolicy Wielkiej 
Brytanii przebywali działacze "zdolniejsi i znaczniejsi". 
Związek Pracy dla Państwa odegrał istotną rolę wśród Polaków na Bliskim 
Wschodzie, przybliżając im sytuację międzynarodową, współorganizując życie spo- 
łeczno-polityczne tego regionu. Wywarł również pośrednio wpływ na późniejsze po- 
strzeganie dziejów obozu piłsudczykowskiego. Dzięki jego działalności, mniej kry- 
tycznie odnoszono się do polityki rządów sanacyjnych oraz do klęski kampanii wrze- 
śniowej z 1939 roku. Poprzez swoją działalność przyczynił się do złagodzenia oceny 
piłsudczyków w oczach społeczeństwa. 


89 M. Dymarski, Stosunki wewnętrzne..., s. 249. 


90
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


INSTYTUT JEDNEGO 
CZŁOWIEKA! 
- WŁADYSŁAW PO BÓG-MALINOWSKI 
W OKRESIE ŻYCIA NA EMIGRACJI 
(PRZYCZYNEK DO BIOGRAFII) 


Anna PROKOPIAK-LEWANDOWSKA (Toruń) 


Władysław Pobóg-Malinowski, autor licznych publikacji z zakresu historii Polski, 
jest niewątpliwie postacią znaną każdemu historykowi. Jego dorobek pisarski jest zna- 
czącl. Prace, które wyszły spod pióra Poboga, powstałe na bazie często nieznanych, 
dopiero co odkrytych źródeł lub relacji zdobytych od bezpośrednich świadków wydarzeń, 
przyniosły mu sławę, a nawet, w pewnym stopniu, nieśmiertelność. Mimo licznych kon- 
trowersji, które towarzyszą jego twórczości, nierzadkich posądzeń o stronniczość i brak 
obiektywizmu w opisywaniu najnowszej historii Polski, prace wydane przez Malinow- 
skiego zapewniły mu znaczące miejsce w polskiej historiografii, zwłaszcza trzytomowa 
Najnowsza historia polityczna Polski l864-l945, niewątpliwie najważniejsze dzieło jego 
życia. O wartości naukowej tej pracy niech świadczy fakt, że autorzy każdego większego 
opracowania historycznego, dotyczącego okresu lat 1864-1945, powołują się w swojej 
bibliografii na Poboga-Malinowskiego ijego publikację. Dotyczy to również historyków 
piszących swego czasu w PRL i będących na usługach władzy komunistycznej. 
Mimo tych niewątpliwych zasług na polu polskiej historiografii Pobóg doczekał się 
zaledwie kilku biogramów i artykułów o charakterze biograficznym 3 . Autorka niniej- 


1 Określenia tego użył jako pierwszy A. Kawałkowski w swoim artykule poświęconym 
W. Pobóg-Malinowskiemu: patrz: A. Kawałkowski, Instytutjednego człowieka, Kultura 1961 nr 
9(167), s. 56-66. 
2 Wymienić wystarczy chociażby wydane w 1933 r. książki: Akcja bojowa pod Bezdanami 
26 IX ł908 czy Narodowa Demokracja ł887-ł9ł8. Fakty i dokumenty oraz wydane w 1935 r. 
dwa tomy biografii Józefa Piłsudskiego (t. 1: W podziemiach konspiracji ł867-ł90ł, l. II: 
W ogniu rewołucji ł90 ł-ł908). 
3 H. Wereszycki, Władysław Pobóg-Malinowski, Polski Słownik Biograficzny 1974 l. XIX, 
s. 365-367: A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego przygody z historią, [w:] Najnow- 


91
>>>
szego artykułu chciałaby uzupełnić tę lukę i przyjrzeć się - w oparciu o wybrane 
świadectwa - jednemu z ważniejszych etapów życia Poboga, a więc jego pobytowi na 
emigracji we Francji. Celem artykułu będzie pokazanie okresu życia, w którym po- 
wstawało, niejednokrotnie w niezwykle trudnych warunkach, najważniejsze dzieło 
Poboga. Przybliżenie kulis prac nad Najnowszą historią polityczną Polski z pewnością 
zainteresuje osoby, którym postać Malinowskiego nie jest obojętna. Autorka postara się 
również wykroczyć poza typowy obraz Poboga, postrzeganego niejednokrotnie jako 
autora jednego tylko dzieła, ukazując jego działalność publicystyczną z powodzeniem 
uprawianą w okresie emigracyjnym. 
Na początek nieco informacji biograficznych. Urodził się 23 XI 1899 roku w Ar- 
changielsku. Tam uczęszczał do gimnazjum, z którego został wydalony w 1916 roku. 
Przeniósł się do Piotrogrodu, gdzie ukończył w stopniu chorążego Włodzimierską 
Szkołę Wojskową. Do 1918 roku służył w polskich formacjach warmii rosyjskiej. 
Następnie wstąpił do Wojska Polskiego i wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. 
Awansowany po wojnie do stopnia porucznika został zawodowym oficerem. Kariera 
wojskowa nie rozwijała się jednak. Pobóg służył w prowincjonalnych garnizonach. 
W roku 1929 uznał wybór kariery wojskowej za życiową pomyłkę. W tym też roku 
przeniósł się do Warszawy, gdzie zaczął pracować w Wojskowym Biurze Historycz- 
nym. Wkrótce zainteresował się nim pułkownik Józef Beck i w kwietniu 1932 roku 
zatrudnił go w Wydziale Historyczno-Naukowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. 
Malinowski został kierownikiem Archiwum Centralnego i Biblioteki w Gabinecie 
Ministra Spraw Zagranicznych i pełnił tę funkcję do wybuchu wojny w 1939 roku. 
W tym okresie wydał też swoje pierwsze poważne publikacje i ogłosił liczne artykuły 
w prasie międzywojennej. Po wybuchu II wojny światowej wraz z pracownikami MSZ 
ewakuował się do Rumunii, skąd, po kilku miesiącach, przez Włochy przedostał się do 
Francji. Walczył w kampanii 1940 roku, a następnie osiadł w Grenoble. Po wyzwoleniu 
Francji zamieszkał w Paryżu, gdzie przebywał i pracował do końca życia. 
Krótko po wyzwoleniu, w 1944 roku Pobóg powołany został do pracy w Konsula- 
cie Generalnym RP w Paryżu, gdzie do 5 VII 1945 roku, g. do chwili cofnięcia przez 
Francję uznania legalnych władz Rzeczypospolitej Polskiej, przebywających w tym 
czasie w Londynie, pełnił funkcję kierownika referatu wojskowego. Od 5 VII 1945 do 


sza historia polityczna Połski ł864-ł945, l. 1, Warszawa 1990, s. I-XXX: A. Sawczyński, Ś.P. 
Władysław Pobóg-Malinowski ijego dzieło (1899-ł962), Teki Historyczne 1962 l. XII, s. 330- 
336: A. Kawałkowski, Instytutjednego człowieka, s. 56-66: tenże, Historia czy cenzura, Kultura 
1961 nr 12(170), s. 110-116: tenże, Władysław Pobóg-Malinowski, Kultura 1963 nr 1/2(183/ 
184), s. 216-221: T. Lachowicz, Władysław Pobóg-Malinowski - wielld połski historyk, [w:] 
Dła ojczyzny ratowania... Szkice z dziejów wychodźstwa połskiego w Ameryce i inne, Warszawa 
2007, s. 334-339: W. Pobóg-Malinowski doczekał się również szeregu notek biograficznych 
w następujących pozycjach: Czy wiesz, kto to jest?, pod red. S. Łozy, Warszawa 1938: "Noty 
biograficzne oraz ważniejsze informacje bibliograficzne niektórych emigrantów polskich, z tak 
zwanej emigracji nowej", [Warszawa: Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, po 
1970]: Słownik historyków połskich, oprac. i red. M. Prosińska-Jackl, Warszawa 1994: Encykło- 
pedia połskiej emigracji i Połonjj, pod red. K. Dopierały, l. 3, Toruń 2004: Encykłopedia historii 
Drugięj Rzeczypospolitej, Warszawa 1999: Wiełka encykłopedia PWN, l. 16, Warszawa 2003: 
Dysponujemy ponadto fragmentami wspomnień W. Poboga-Malinowskiego. W roku 1948 zo- 
stały opublikowane w "Kulturze" (nr 7,8,9/10) wspomnienia Na rumuńskim rozdrożu. Przedruk 
tych wspomnień został później wydany w Warszawie w 1990 r. Ponadto ukazały się wspomnie- 
nia Skoro nie szabłą to piórem (Kultura 1960 nr 5/151/). 


92
>>>
8 III 1948 był oficerem Polskiej Misji Likwidacyjnej w Paryżu 4 . Brał ponadto udział 
w organizowaniu sekcji polskiej Radia Francuskiego. W grudniu 1944 roku Radio 
Francuskie zaczęło nadawać na falach krótkich audycje w językach obcych w tym 
m.in. w języku polskim. Kierownikiem sekcji polskiej mianowano ks. Floriana, zastęp- 
cą został ekonomista S. Kowalski, redaktorami natomiast Witold Nowosad, Roman 
Kowaliczka oraz Pobóg 5 . 
Można się zastanowić, dlaczego Malinowski nie zdecydował się w tym okresie na 
powrót do ojczyzny. Przede wszystkim, jako "zdeklarowany piłsudczyk" nie uznawał 
rządu warszawskiego. Już wtedy twierdził, iż demokracja tego rządu jest rzekoma, 
a on, tak jak jego dziadek i ojciec, zamierza prowadzić walkę o niepodległą i wolną 
Polskę. Wkrótce też na własnej skórze mógł się przekonać o iluzoryczności demokracji 
rządu warszawskiego. W tym bowiem czasie pracownikom Sekcji Polskiej Radia Fran- 
cuskiego Ambasada PRL usiłowała narzucić wprowadzenie swoich ludzi. 10 IX 1945 
roku za sprawą oficjalnej interwencji Ambasady w Ministerstwie Spraw Zagranicz- 
nych, u ministra informacji Jacques'a Soustelle'a, także u naczelnego dyrektora radio- 
fonii francuskiej Jeana Guigneberta, z posady sekcji polskiej Radia Francuskiego Po- 
bóg został usunięty. Zarzuty podniesione przeciw niemu były następujące: jest znanym 
piłsudczykiem i publicystą rządu londyńskiego, był urzędnikiem Konsulatu RP w Pary- 
żu do chwili opanowania go przez zwolenników rządu warszawskieg0 6 . 
Po utracie zatrudnienia, Malinowski znalazł się w niezwykle trudnych warunkach 
materialnych i późniejsza praca nad Najnowszą historią polityczną Polski wymagała od 
niego niemal heroicznego wysiłku. W tym okresie rozpoczął bezskuteczne starania 
o wyjazd, wraz z rodziną, na stałe do Nowego Jorku. O ułatwienie emigracji Poboga do 
Stanów Zjednoczonych zabiegało również środowisko piłsudczykowskie. Już w sierpniu 
1945 roku Wacław Jędrzejewicz, jeden z założycieli Instytutu Józefa Piłsudskiego 
w Nowym Jorku, rozpoczął starania o sprowadzenie Poboga do Ameryki. Od jesieni 
1945 do marca 1946 przyczyną uniemożliwiającą wyjazd był brak miejsc na statku. Gdy 
udało się załatwić bilet, Amerykanie przestali (od marca 1946 roku) wydawać wizy. 
Niestety, nawet zabiegi przyjaciół przebywających w Stanach Zjednoczonych nie przy- 
niosły rezultatów. Rodzina Malinowskich zmuszona więc była pozostać we Francji 7 . 
Gdy sprowadzenie Poboga do Nowego Jorku okazało się niemożliwe, W. Jędrze- 
jewicz powierzył mu, wraz z ostatnim ambasadorem II RP w Moskwie W. Grzybow- 
skim i mjr. A. Kawałkowskim, organizację Oddziału Instytutu Józefa Piłsudskiego 
(UP) w Paryżu. Jednocześnie umożliwił mu publikowanie artykułów w nowojorskim 
"Nowym Świecie", ajeszcze przed ukazaniem się pierwszego tomu Najnowszej historii 
politycznej Polski rozpoczął poszukiwania środków na druk. Pobóg pozostał w kontak- 


4 T. Lachowicz, Władysław Pobóg-MalinowskL, s. 337. 
5 ]. Winczakiewicz, Audycje Połskie z Paryża, Archiwum Emigracji. Studia - Szkice - Do- 
kumenty 2000 z. 3, s. 269. 
6 Wraz z Pobogiem został z Radia usunięty również W. Nowosad - redaktor emisji wie- 
czornej radia polskiego: patrz: W. Frazik, Usunięcie Władysława Pobóg-Malinowskiego z sekcji 
połskiej Radia Francuskiego, Zeszyty Historyczne 2002 z. 140, s. 232:]. Winczakiewicz, Audy- 
cje Połskie..., s. 269. 
7 List W. Poboga-Malinowskiego do M. Crydzewskiego z 3 V 1946 - Archiwum Emigra- 
cji, Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu (dalej: AE), Archiwum "Wiadomości" (dalej: AE/AW), 
sygn. AE/AW/CCXLIX/3:]. Cisek, Józef Piłsudski w prasie połonynej USA po ł945 roku, [w:] 
Piłsudski na łamach i w opiniach prasy połskiej ł9ł8-ł989, Warszawa 2005, s. 279. 


93
>>>
cie z Nowym Jorkiem. Był jednym z pierwszych i naj aktywniejszych członków kore- 
spondentów UP (od 25 XI194W. 
Krótko po zakończeniu wojny Pobóg zaczął rozwijać także swoją działalność pu- 
blicystyczną. W roku 1946 rozpoczął pracę nad drugim wydaniem książki o akcji bo- 
jowej pod Bezdanami. W. Jędrzejewicz odradzał mu ponowne wydanie, ze względu na 
zastrzeżenia marszałkowej Piłsudskiej co do treści książki, a także ze względu na kon- 
flikt, jaki wywiązał się między nią a Pobogiem po jej wydaniu w Warszawie 9 . Sugero- 
wał, aby Malinowski spróbował uzgodnić z Aleksandrą Piłsudską treść drugiego wy- 
dania. Pobóg, nie chcąc zapewne doprowadzić do odnowienia konfliktu, zrezygnował 
ze wznowienia publikacjilO. 
Konflikt z marszałkową Piłsudską uniemożliwił również Malinowskiemu opubli- 
kowanie artykułu o Józefie Piłsudskim w pierwszym numerze "Niepodległości", 
wznowionym przez UP w Londynie. W roku 1947 Pobóg został poproszony przez gen. 
W. Bortnowskiego i K. Libickiego o napisanie artykułu do tego pisma. O udostępnienie 
dokumentów i możliwość wydrukowania ich w piśmie została poproszona również 
A. Piłsudska. Kiedy jednak dowiedziała się, że jednym z autorów ma być Malinowski, 
odmówiła współpracy. Zagroziła publicznym wystąpieniem przeciwko Instytutowi, 
jeśli prace Poboga zostałyby wydrukowane. Bortnowski i Libicki starali się sprawę 
załagodzić, proponując Malinowskiemu aby opublikował teksty pod pseudonimem. 
Pobóg odrzucił z oburzeniem tę propozycję, ponadto zaczął wysyłać z Paryża, m.in. do 
W. Jędrzejewicza i M. Sokolnickiego, listy informujące o incydencie. Zagroził nawet, 
że jeśli nowojorski Instytut do 20 11948 nie wyrazi mu swego poparcia, złoży członko- 
stwo. Namawiany jednak do rozwagi i opanowania przeszedł nad sprawą do porządku 
dziennego. Zrobił to, jak pisał, ze względu na pamięć o Marszałku: 
Wówczas myślałem o wycofaniu się z Instytutu, bo jakoś trudno dotąd mi się pogodzić 
z myślą, by Panowie uznawali - przez brak reakcji - prawo p. Oli do bezkarnego ponie- 
wierania cudzą godnością. Teraz się już uspokoiłem - chowam to w sercu, dla Komendanta 
niejedno zniosłem i przecierpiałem - ona nosijego nazwisko, muszę się z tym liczyć ll . 


W pierwszych latach po zakończeniu wojny, Pobóg pracował również nad przy- 
gotowaniem francuskiego wydania Ostatniego raportu Józefa Becka. Opracowywał 
komentarze i dodatki, początkowo sam, a P:óźniej z T. Schaetzlem. Współpracował 
wówczas bardzo blisko z Jadwigą Beckową 2. Prace nad pamiętnikami Becka zakoń- 


8 Po śmierci W. Poboga-Malinowskiego, Maria Pobóg-Malinowska w 1973 r. przesłała do 
nowojorskiego Instytutu część cennego archiwum, a w 1981 r. aż 26 kontenerów z dokumentacją 
wybitnego historyka: ]. Cisek, Józef Piłsudski w prasie..., s. 279: ]. Piotrowski, Piłsudczycy bez 
Lidera, Toruń 2003, s. 324. 
9 Prace nad Akcją bojową pod Bezdanami Pobóg rozpoczął po przeniesieniu się w 1929 r. do 
Warszawy. Po napisaniu książki zaniósł rękopis m.in. do A. Piłsudskiej uednej z uczestniczek akcji 
bezdańskiej) z prośbą o wydanie opinii na jej temat. Marszałkowa po przeczytaniu rękopisu zabroniła 
go Pobogowi opublikować. Książka po wielu przeszkodach ukazała się jednak w Warszawie w 1933 
r. i doczekała się wielu pozytywnych recenzji. Sprzeciwienie się decyzji A. Piłsudskiej rozpoczęło 
konflikt, który swój finał miał po wielu latach na emigracji: W. Pobóg-Malinowski, Skoro nie szabłą 
to piórem, s. 120-122: A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. V-VI. 
10 A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XI. 
11 Cyt. za: tamże, s. XI-XIII. 
12 ]. Beckowa stała się jedną z najwierniejszych sojuszniczek Poboga w jego konflikcie 
z A. Piłsudską. Świadczą o tym fragmenty jej korespondencji z redaktorem londyńskich "Wia- 
domości" M. Grydzewskim: "Słusznie Pan myśli, że zajadłe nagonki na Malinowskiego, zaczęły 


94
>>>
czył w 1951 roku. Pamiętniki te zatytułowane Dernier rapporr 3 ukazały się w języku 
francuskim w Szwajcarii l4 . 
Zaraz po wyjeździe z kraju, Malinowski zaczął zbierać relacje i inne materiały do 
swego naj obszerniejszego dzieła, Najnowszej historii politycznej Polski. Praca nad tą 
książką zdominowała właściwie kolejne lata życia na emigracji. Pisał ją Pobóg w wa- 
runkach bardzo ciężkich, czego ślady odnajdujemy w niezwykle obszernej korespon- 
dencji, będącej jednym ze sposobów pozyskiwania źródeł i informacji od bezpośred- 
nich świadków wydarzeń. Pobóg korespondował w sprawie Historii z ogromną liczbą 
osób, w tym m.in. B. Miedzińskim l5 , F. S. Składkowskim, ]. Beckową, A. Bobkow- 
skim, W. T. Drymmerem, W. Jędrzejewiczem, S. Korbońskim, T. Schaetzlem czy 
M. Sokolnickim l6 . Taki sposób pozyskiwania informacji zabierał niezwykle dużo cza- 
su, ale był nieunikniony ze względu na brak bezpośredniego dostępu do wielu archi- 
wów. Ponadto permanentne problemy finansowe, nieustannie nękające choroby a także, 
niejednokrotnie, brak wsparcia dla wysiłków Poboga ze strony emigracyjnych instytu- 
cji wpłynęły na wydłużenie czasu powstawania książki. 
W związku z pracami nad Historią pod koniec 1951 roku Pobóg został zaproszony 
przez Ligę Niepodległości Polski do Londynu. Sprawą powstawania książki zaintere- 
sował się prezydent August Zaleski, który chciał się osobiście spotkać z Pobogiem 
w tej sprawie. Ponadto Liga Nier,0dległości Polski przygotowała dla Malinowskiego 
szereg innych spotkań i rozmów 7. Pobyt w Londynie pragnął także wykorzystać na 
spotkanie i pojednanie ze skonfliktowaną z nim A. Piłsudską. Pisał o tym w liście do 
płk. T. Schaetzla z 30 IX 1951 roku: 


Od dwóch dni biję się z myślami, co mam robić, jak się zachować wobec Pani 
Marszałkowej Piłsudskiej. Zna Pan Pułkownik całą tę historię mego z nią zatargu. Iść 
do niej - strasznie mi ciężko. Ale nie iść, gdy stanie się wiadome, że będę u Prezy- 
denta i gen. Andersa? Wyglądałoby to na zbyt już jaskrawą manifestację z mojej stro- 


się w Warszawie. Ijak Pan będzie słyszał o «Bezdanach» - niech Pan wie, że to «zasłona dym- 
na». Chętnie opowiem Panu - w zaufaniu - różne świńskie zakulisy": List Jadwigi Beck do 
M. Crydzewskiego z 22 VI 1961 - sygn. AE/AW/XI/8: ]. Beck, Kiedy byłam Ekscełengq, 
Warszawa 1990, s. 8. 
13]. Beck, Dernier rapport. Politique połonaise ł 926-ł 939, Neuchiltel [1951] ("Histoire et 
Societe d' Aujourd'hui"). 
14 List Jadwigi Beck do M. Crydzewskiego z 7 V 1949 - sygn. AE/AW/XI/6: List W. Po- 
boga-Malinowskiego do Felicjana Sławoja Składkowskiego z 26 IX 1951 - AE Archiwum 
Felicjana Sławoja Składkowskiego (dalej: AE/AFSS), Korespondencja: Władysław Pobóg- 
-Malinowski (dalej: WPM): A. Carlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XI. 
15 B. Miedziński (ostatni marszałek Senatu) stanowił dla Pobogajedno z podstawowych ży- 
wych źródeł historycznych. Na użytek Poboga oddał swoje archiwum, ponadto służył nieustan- 
nie swoją osobą i pamięcią, iłekroć drogi badawcze przywiodły Malinowskiego do Londynu. 
Z czasem wzajemne kontakty przerodziły się w gorącą przyjaźń. Miedziński nie tylko udzielał 
historykowi niezbędnych wskazówek, ale przyczynił się również do przełamywania lodów po- 
między nim, a osobami niezbyt przychylnie nastawionymi do jego pracy jak np. Kazimierzem 
Sosnkowskim: patrz: A. Adamczyk, Bogusław Miedziński (189ł-ł972), Toruń 2000, s. 307. 
16 Zachowana, choć niestety rozproszona korespondencja Poboga stanowi dziś niezwykle 
cenne źródło dla historyków XX wieku. Świadczą o tym liczne powoływania się najego spuści- 
znę przechowywaną głównie w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku i Bibliotece 
Polskiej w Paryżu. Część korespondencji Malinowskiego jest również dostępna w Instytucje 
Józefa Piłsudskiego w Londynie oraz w AE. 
17 List do F. S. Składkowskiego z 10 X 1951 - AE/AFSS-WPM. 


95
>>>
ny. Zwracam się więc do Pana Pułkownika, z prośbą o radę: co mam robić? Może 
pójść i spróbować tą drogą przeciąć tę bądź co bądź dziką sytuację? Powtarzam - 
strasznie mi ciężko do tego się zmusić, ale jeśli Pan uzna to za wskazane i celowe - 
pójdę. [...] Zmuszam się do tego, bo o Komendanta chodzi. Chodzi też o to, by i Ona 
nie odmówiła dla Historii swego moralnego poparcia, gdy udziela go Prezydent i gen. 
Anders. Co znaczą zresztą jakieś przedwojenne dalekie nieporozumienia, pretensje 
czy obrazy wobec tego wściekłego ataku reżymu na całą naszą przeszłość, a najnow- 
szą zwłaszcza? 18 


Malinowski, zwrócił się więc z prośbą do płk. T. Schaetzla a także do gen. 
W. Bortnowskiego o skontaktowanie się w jego sprawie z Marszałkową i uprzedzenie 
jej o planowanej wizycie. 
W Londynie Pobóg przebywał dwa tygodnie, na przełomie października i listopada 
1951 roku. Pobyt ten spędził bardzo intensywnie. Odbył wiele spotkań, konferencji 
i rozmów związanych z techniczną stroną wydania Historii. Spotkał się również z pre- 
zydentem A. Zaleskim, który oddał do jego dyspozycji pamiętnik oraz umożliwił do- 
stęp do swojego archiwum oraz archiwum W. Raczkiewicza l9 . W czasie pobytu 
w Londynie nie doszło jednak do planowanego spotkania z A. Piłsudską. Najprawdo- 
podobniej wdowa nie wyraziła chęci spotkania i pojednania z Malinowskim, mimo 
jego niezaprzeczalnych zabiegów w tej sprawie. 
W Londynie Pobóg uzyskał ponadto mgliste zapowiedzi pomocy materialnej na 
koszta wstępne druku książki. Uzyskał również obietnicę pomocy finansowej od Ligi 
Niepodległości Polski na druk prospektu reklamowego. Wydanie Historii miało być 
bowiem oparte na zasadzie płatnej z góry prenumeraty. Pobóg musiał zdobyć co n
- 
mniej 700-800 "wariatów, którzy książkę na ślepo zamówią i z góry za nią zapłacą" o. 
Aby to uzyskać, musiał wydrukować 8-10 tysięcy prospektów i rozesłać je wśród po- 
tencjalnych nabywców. Pomocy Malinowskiemu udzielili w tej sprawie redaktor pary- 
skiej "Kultury" - ]. Giedroyc i redaktor "Orła Białego" - R. Piestrzyński, wydruko- 
wane prospekty mieli rozesłać bezpłatnie do swoich prenumeratorów przy okazji eks- 
pedycji egzemplarzy pisma. Problem stanowił nadal druk prospektu. Na "kredyt" zgo- 
dził się go wydrukować]. Giedroyc 21 . Przygotowany prospekt został wydrukowany 
w "Kulturze" na przełomie lutego i marca 1952 roku. Pobóg zachęcał w nim czytelni- 
ków do pomocy przy wydaniu książki pisząc: 
Każdego z czytelników tej ulotki proszę, by umożliwić mi wydanie książki już na- 
pisanej, a więc - by zechciał zamówić i zapłacić z góry za egzemplarz tej Historii. 
Dodatkowo, prospekt zawierał skrócony wykaz treści poszczególnych rozdziałów 
oraz adresy, na które należało wysyłać pieniądze. Zbiórką przedpłat na Historię zajmo- 
wali się: w Anglii - redakcja "Za Wolność i Niepodległość", w Niemczech - redakcja 
"Ostatnich Wiadomości", w USA - UP, a w Szwajcarii przyjaciel Poboga - A. Bob- 


18 List do F. S. Składkowskiego z 10 X 1951 - Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie 
(dalej: IJPL), Malinowski Pobóg Władysław, sygn. 117 (dalej: MPW): List do F. S. Składkow- 
skiego z 10 X 1951 - AFSS- WPM. 
19 List do F. S. Składkowskiego z 2 XII 1951 - AE/AFSS-WPM. 
20 List do F. S. Składkowskiego z 26 XII 1951 - AE/AFSS-WPM. 
21 List do F. S. Składkowskiego z 7 XII 1951 - IJPL-MPW: List do F. S. Składkowskiego 
z 26 XII 1951 - AE/AFSS-WPM. 


96
>>>
kowski 22 . W tym czasie Pobóg oddał do druku kilka artykułów m.in. w "Kulturze" 
i "Orle Białym"23. Ich ukazanie się miało być także, swego rodzaju, reklamą Historii. 
Tom pierwszy Najnowszej historii politycznej Polski, obejmujący lata 1864-1919, 
ukazał się w Paryżu w 1953 roku. Liczył 398 stron i był poprzedzony słowem wstęp- 
nym M. Sokolnickieg0 24 . Oddźwięk na książkę, jak pisał sam Malinowski, był nad- 
zwyczajny. W prasie, do końca 1953 roku, ukazało się ponad 30 recenzji. Wyrażano 
w nich podziw dla benedyktyńskiej pracy Poboga, jego upóru w przezwyciężaniu trud- 
ności, pedagogicznych walorów pracy, bogatej bazy źródłowe/ . W jednej z recenzji 
T. Komarnickiego, zamieszczonej w "Orle Białym", czytamy: 
Pragnę podkreślić dużą zasługę autora, który w niesłychanie ciężkich warunkach 
pracy naukowej na emigracji, dał nam książkę, która stanowczo zasługuje na przeczy- 
tanie i winna znaleźć się w biblioteczce podręcznej każdego Polaka, interesującego się 
przeszłością swego narodu 26 . 


Podobnie oceniał książkę A. Kawałkowski: 
Książka Wł. Pobóg-Malinowskiego [...] wypełnia dotkliwą lukę w wolnym pi- 
śmiennictwie polskim, staje się pozycją zasadniczą i to nie tylko dla pokolenia, obecnie 
aktywnego, ale i dla młodzieży, zagrożonej wynarodowieniem. Odegrać ona powinna 
poważną rolę w walce z duchową rusyfikacją młodzieży polskiej w kraju. [...] Książka 
przysłuży się walce o spotęgowanie odporności młodzieży wobec wpływów komuni- 
stycznych bardziej, niż setki propagandowych druków i przemówień radiowych 27 . 


Oprócz pochwał i pozytywnych ocen dla pracy Poboga, recenzje, które ukazały się 
w prasie zawierały także szereg uwag krytycznych. Zarzucano mu stronniczość, małą 
przejrzystość tekstów, brak bibliografii 28 . Krytyka mobilizowała jednak autora do dal- 


22 W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza Historia Polityczna Połski ł904-ł945, Kultura 1952 
nr 2-3(52-53), s. 208-212. 
23 Tenże, O układzie połsko-rosyjskim z 30 Vll ł94ł r., Kultura 1951 nr 4(42), s. 113-133: 
tenże, Ostatnie chwiłe marsz. Śmigłego, Kultura 1951 nr 12 (50), s. 100-110: tenże, Tokajski 
Epizod, ł-3, Orzeł Biały 1952 nr 5/6, s. 8-9: nr 7, s. 4: nr 8, s. 4: tenże, Niedoszła wojna 
w Niemcami, Orzeł Biały 1952 nr 11, s. 5, 8. 
24 Tenże, Najnowsze Historia Polityczna Połski ł864-ł945, l. I, Paryż 1953. 
25 Najnowsza Historia Polityczna Połski, Orzeł Biały 1953 nr 23, s. 4: T. Komarnicki, Próby 
syntezy najnowszego okresu dziejów Połski, Orzeł Biały 1953 nr 28, s. 2: A. Kawałkowski, Naj- 
nowsza historia Połski, Kultura 1953 nr 10(72), s. 147: Ż. Kormanowa, Najnowsza historia 
polityczna Połski, Z Pola Walki 1958 nr l, s. 275-288. Recenzje o pierwszym tomie Historii 
ukazały się ponadto w czasopismach: Niepodległość, 1955 l. 5, s. 273-275: Przegląd Historycz- 
ny 1958 z. l, s. 148-156 (M. Drozdowski): Niepodległość 1958 l. 6, s. 242-259 (S. Biegański) . 
26 T. Komarnicki, Próby syntezy..., s. 2. 
27 A. Kawałkowski, Najnowsza historia Połski, s. 147. 
28 W recenzji, która ukazała się w prasie krajowej pięć lat po wydaniu Historii czytamy: "Na 
wstępie oddać tu pragnę należne słowa uznania za ten poważny wysiłek badawczy człowiekowi 
pozbawionemu nie tylko bibliotek i archiwów krajowych, ale i tej atmosfery, jaką tworzy krajo- 
we środowisko historyczne, jaką kształtuje obcowanie na co dzień z życiem kraju, konieczne dla 
ustalenia słusznej perspektywy syntezy dziejowej. Na wstępie też stwierdzić pragnę, że ani przez 
chwiłę nie kwestionuję ani subiektywnego patriotyzmu autora, ani jego dążenia do ukazania 
prawdy dziejowej takiej, jaką widzi, jaką uznaje, jaką mu jego - jakże jednostronne - źródła 
dyktują. Polemizować tu trzeba przede wszystkim z tym pojęciem nauki historycznej, z metodo- 
logią i metodą degradującą badanie naukowe do poziomu publicystyki politycznej, jakie cechują 
dzieło Wł. Pobóg-Malinowskiego. Polemizować tu trzeba po wtóre z koncepcjami autora, z jego 
światopoglądem historycznym, z podtekstem politycznym tomu, z tym najnowszym emigracyj- 


97
>>>
szej pracy. Do kontynuowania wysiłków zachęcali go także czytelnicy książki, którzy 
przysyłali do niego listy z całego świata, zachęcając do dalszego opisywania historii 
Polski. W liście Poboga do F. Sławoja Składkowskiego z 21 XI 1953 czytamy: 


pisze ktoś z Australii, że mu się spalił z trudem wybudowany dom, trudno mu z gro- 
szem - więc zapewnia "słowem honoru", że zapłaci - "błaga", bym go z listy sub- 
skrybentów nie wykreślał bo on czyta I tom jak "ewangelię" i nie chce zostać bez dru- 
giego. Pisze na to inny z Brazylii, przesyłając 3 dolary na to, bym tom II po wydaniu 
wysłał zaraz pocztą [.. .] bo on autor listu - I tom trzy razy przeczytał: raz sam, drugi 
- "w kręgu lampy, głośno, dla całej rodziny", trzeci raz znowu sam - teraz czeka na 
drugi, a prosi przesłać lotniczą, bo ma 80 lat i chory - i boi się, czy przeczytać zdąży, 
a "przedtem umrzeć nie chce". Nie dziesiątki nawet, ale dosłownie setki takich listów. 
I wzrusza to do głębi i sił do walki z przeciwnościami dodaje. Oczywiście nie jestem aż 
tak głupio zarozumiały, żeby widzieć w takich oddźwiękach "zalety pióra"! Do diabła! 
sam widzę w I tomie sporo wad i niedociągnięć. Jeśli ludzie tak reagują - to świadczy 
o tym, jaki był ijest głód do historii w ogóle 29 . 
Korespondencja, będąca między innymi wynikiem żywej reakcji czytelników na 
tom pierwszy zabierała Malinowskiemu dużo czasu i sił. Był jednak zmuszony ją pro- 
wadzić, z racji tego, iż nie dysponował własnymi środkami finansowymi na wydanie 
kolejnego tomu książki. "Setki, setki listów dla wyduszenia (zresztą bez przymusu 
i względnie łatwo) dopłaty na tom drugi, dla zdobycia nowych, słowem dla stworzenia 
podstaw finansowych dla wydania" - pisał Pobóg. Praca jego zakończyła się w tym 
względzie sukcesem. W listopadzie 1953 roku miał już zebranych 75 procent środków 
potrzebnych na pokrycie kosztów druku i papieru tomu drugiego Historil'°. Według 
wstępnych zamierzeń miał on liczyć 450 stron i być wydrukowany na gwiazdkę 1953 
roku. Wydaje się, że po wydaniu tomu pierwszego kwestia wydania kolejnej części 
była już dużo łatwiejsza. Akcja dopłatowa rozwijała się, jak pisał niejednokrotnie Ma- 
linowski, nie najgorzej. Systematycznie wpływały dopłaty i nowe zamówienia, po- 
większając grono subskrybentów 31 . 
W okresie tym Pobóg pracował po 15-16 godzin na dob ę 32. I tym razem nie obeszło 
się jednak bez szeregu przeszkód. W sierpniu 1953 roku prace zostały opóźnione przez 
trwający ponad trzy tygodnie strajk powszechny (w tym poczty). Przez miesiąc nie do- 
starczano listów. Dla Poboga, który większość swoich źródeł pozyskiwał drogą kore- 
spondencyjną, strajk był bardzo odczuwalny. Ponadto czas przyniósł kolejne obowiązki. 


nym wydaniem piłsudczyzny, jakie praca reprezentuje": patrz: Ż. Kormanowa, Najnowsza histo- 
ria..., s. 275. 
29 List do F. S. Składkowskiego z 21 XI 1953 - AE/AFSS-WPM. 
30 Tamże. 
31 "Widzęjednak, że ludzie - subskrybenci - w olbrzymiej przewadze - jak dotąd - ro- 
zumieją, zjakim ogromem przeszkód walczyć muszę, by książkę wydać. Rozumieją też potrzebę 
szerszego potraktowania najnowszego okresu": List do F. S. Składkowskiego z 27 VI 1953 - 
AE/ AFSS- WPM. 
32 Żona Poboga przebywała w tym okresie wraz z synem Krzysztofem w Neapolu u siostry. 
Malinowski wiódł więc, jak sam to określał, życie "słomianego wdowca". "Najgorsze to z jedze- 
niem - pisał - nie pamiętam. Jak się zapracuję - to nieraz ocknę się o 3-ej popołudniu gdy 
już nigdzie żadnego obiadu nie ma. A po tym pamiętaj człowieku co kiedy kupić. Zapominam co 
- i poza tym ust nie ma do kogo w domu otworzyć": List do F. S. Składkowskiego z 15 IX 1953 
- AE/ AFSS- WPM. 


98
>>>
"Reżym bierutowy" zaprzągłszy do pracy kilkudziesięcioosobowy zespół "historyków" 
- wydał przed trzema tygodniami księgę o dokładnie moim tytule i z moimi datami 
w podtytule 
- pisał Malinowski w liście z 29 Vlll 1953 roku. W związku z powyższym Pobóg 
postanowił walczyć przez radio z tym, jak to określił, "paskudztwem"33. 
To łajdactwo historyczne reżymu liczy 512 stron! Nakład - 490 tys. egzemplarzy 
- pół miliona. Zaczynam tu - od l grudnia - mówić o tym wydawnictwie do mło- 
dzieży w kraju - 2 razy w tygodniu (oprócz 3 zwykłych moich w radio w tygodniu 
wystąpień). Już teraz - po kraju w radio swoim ordynale - apelują do młodzieży, by 
nie słuchała. Obiecuję mówić prawdę - tylko prawdę - nawet tam gdzie może być 
przykrą dla nas i bolesną, ale obiecuję też wykazać wszystkie nikczemności reżymowe- 
go wydawnictwa. Mam mieć tlch wykładów radiowych czterdzieści osiem, a więc 
trwać to będzie przez całą zimę3 . 


Wkrótce prace nad tomem drugim, na kolejne tygodnie, przerwało pasmo chorób 
Poboga. W grudniu 1953 roku grypa przykuła go na trzy tygodnie do łóżka, zaraz po- 
tem miał wypadek, który o kolejne tygodnie wydłużył przerwę w pracl 5 . Na domiar 
złego, w tym samym czasie odnowiła się stara choroba oczu. Na tyle poważna, że pi- 
sarz musiał przejść operację36. Dodatkowo, na wiosnę 1954 roku, po przeprowadzeniu 
badań kontrolnych, lekarze orzekli u Malinowskiego gruźlicę. Pisarz przeprowadził 
jednak ponowne badania u prywatnego specjalisty, który orzekł, że młodzi i niedo- 
świadczeni lekarze z Ubezpieczalni Społecznej wzięli "stare i zaleczone ślady" w płu- 
cach za aktywną chorobę. Nowa diagnoza pozwoliła odetchnąć z ulgą rodzinie Mali- 
nowskich, odsuwając perspektywę kosztownego sanatoryjnego leczenia, na które nie 
b ł . h ,37 
Y o lC stac . 
Długa przerwa w pracy spowodowana chorobami opóźniła również wyjazd Poboga 
do Londynu w celu załatwienia spraw związanych z drukiem drugiego tomu i uzupeł- 
nieniem materiałów archiwalnych. Wyjazd ten przesunął się również z powodu odczy- 
tów w Szwajcarii, które zorganizował przyjaciel Poboga, A. Bobkowski. W marcu 
1954 roku Pobóg wyjechał na dziesięć dni do Szwajcarii. Na zaproszenie Stowarzysze- 
nia Polskich Kombatantów wygłosił w Genewie, Bernie, Zurychu, St. Gallen i w Ba- 
zylei odczyty o sytuacji w kraju pod rządami komunistów i o polskiej polityce, obej- 


33 List do F. S. Składkowskiego z 29 VIII 1953 - AE/AFSS-WPM. 
34 List do F. S. Składkowskiego z 21 XI 1953 - AE/AFSS-WPM; Współpracę z Radiem 
Wolna Europa - Radiem Paryż Pobóg rozpoczął w 1951 r. Pracował w Radio przez cały swój 
pobyt na emigracji. Praca ta stanowiła dla niego źródło utrzymania, ale była, niewątpliwie, także 
sposobem walki z reżymem komunistycznym w kraju. Świadczą o tym wspomnienia Poboga, ale 
także treści, jakie poruszał na łamach anteny. 
35 Pracując w bibliotece, spadł z drabiny. 
36 Przy operacji oczu dokonano znieczulenia zastrzykami kokainy. Ponieważ zabieg trwał 
ponad godzinę zaaplikowano trzy zastrzyki z kokainy, na co organizm Poboga zareagował bar- 
dzo źle. 12 godzin po operacji dostał 40 stopni gorączki i tracił przytomność. Na szczęście po 
kił ku dniach wszystko wróciło do normy. Pobóg wrócił do pracy dopiero po kilku tygodniach. 
Starał się jednak nie pracować już tak intensywnie, a przynajmniej nie mógł, bo zabraniała mu 
tego, jak sam pisał, żona: "Niestety mam straszną żonę. Grozi rozwodem - a gdy groźby nie 
działają siłą odrywa mnie od pracy. Ciężko z taką żoną żyć no i pracować"; List do F. S. Skład- 
kowskiego z 31 11954 - AE/AFSS-WPM. 
37 List do F. S. Składkowskiego z 29 VIII 1954 - AE/AFSS-WPM. 


99
>>>
mującej okres od internowania władz w Rumunii do śmierci Sikorskiego. Odczyty te 
wspominał Pobóg w listach do F. S. Składkowskiego: 


Sukces, jakiego nigdy w życiu nie miałem. Oderwałem się choć na trochę od pary- 
skiego kieratu, pracowały inne - odpoczywały paryskie komórki mózgowe. Odsapną- 
łem od Paryża ale zmęczyłem się inaczej, bo odczyty co wieczora w innym mieście, 
miałem mówić po godzinie, ale gdzie tam, żądali więcej. Musiałem mówić wszędzie po 
trzy i pół godziny plus dyskusja półtorej godziny - krótkie zapytanie sali i moje z ko- 
nieczności długie odpowiedzi. Ochrypłem, koszula była prawie zawsze mokra z mego 
myślenia i fizycznego wysiłku 38 . 


Odczyty Poboga były z pewnością dużym sukcesem, gdyż ponownie wyjechał do 
Szwajcarii już w sierpniu 1954 roku 39 . Tym razem przemawiał w Genewie, Bernie 
i Zurychu i również tym razem, jak sam wspominał, wykłady jego cieszyły się ogrom- 
. . 40 
nym zamteresowamem . 
Do Londynu udało się Pobogowi pojechać w maju i październiku 1954 roku 41 . 
Kolejne miesiące spędził pracując intensywnie nad drugim tomem Historii. Przemę- 
czenie i nieustanne choroby, ale także z pewnością brak odpoczynku, na który ze 
względów finansowych Pobóg nie mógł sobie pozwolić, powodowały chwile zwątpie- 
nia w sens jego wysiłku. 
Żebym mógł przewidzieć, co mnie czeka - za nic w świecie nie wziąłbym na sie- 
bie tej zmory. Co mi z tego, że słyszę i słyszeć będę jeszcze więcej deklamacji na temat 
mojej "zasługi", skoro ledwo żyję! Tak ciężko jest pracować, a raczej tak ciężko z tą 
zmorą się borykać 42 . 


W roku 1955 drugi tom był nadal nie gotowy, a prace nad nim przeciągnęły się na 
kolejne miesiące. Do Poboga przysłano bowiem w tym czasie mnóstwo nowych relacji, 
wspomnień i dokumentów "tak istotnych i tak w wielu przypadkach rewelacyjnych", 
że zmuszony był uwzględnić je w pracy, zmieniając tym samym pierwotną redakcję 
tomu. Wolał opóźnić wydanie książki i dać jej wersję pełną i rzetelną, niż dotrzymać 
terminu w drukami i dać "byle co". Musiał więc drugi tom napisać właściwie na nowo. 
Zmiany te wpłynęły również na rozmiary pracy, które znacznie się powiększyły, powo- 
dując jednak kolejne problemy finansowe. Wobec podwojenia rozmiarów książki po jej 
ewentualnym wydaniu autorowi pozostawała perspektywa ogromnych długów do spła- 
cenia. Z tego powodu był więc zmuszony zrezygnować w pracy z indeksu nazwisk, 
choć, jak pisał, "autor pracy naukowej bez indeksu nazwisk powinien być rozstrzela- 
ny". Sytuacja ta wyczerpywała Poboga psychicznie, z jednej strony bowiem martwił 
się rosnącym długiem w drukami, z drugiej - niepokoił reakcją subskrybentów, na 


38 List do F. S. Składkowskiego z 16 IV 1954 - AE/AFSS-WPM. 
39 List do F. S. Składkowskiego z 6 VII 1954 - AE/AFSS-WPM. 
40 "Sukces jeszcze większy niż w marcu. Mówiłem o powstaniu warszawskim - fakty i po- 
stacie z nim związane. Temat ciężki, a ze względu na X rocznicę również drażliwy i delikatny. 
Szczerze jednak i śmiało podzieliłem się wynikami swoich archiwalnych badań. Wrażenie dało 
to wielkie. Ludzie na odczyty poprzyjeżdżali z bliższych i dalszych Fryburgów, Bazyleii, SI. 
Gallen itd. Sale wszędzie nabite były po brzegi. [...] Część słuchaczy z Berna podążyła za mną 
do Zurychu, by posłuchać to samo raz drugi. Miara to tego jak przyjęty będzie tom drugi Histo- 
rii. Takich rewelacji jak o powstaniu w tomie drugim stosy całe": List do F. S. Składkowskiego 
z 29 VIII 1954 - AE/AFSS-WPM. 
41 Listy do F. S. Składkowskiego z 24 V i 7 X 1954 - AE/AFSS-WPM. 
42 List do F. S. Składkowskiego z 27 XII 1954 - AE/AFSS-WPM. 


100
>>>
przedłużający się termin wydania pracl 3 . Nadmiar problemów doprowadził organizm 
do "krańcowego wyczerpania". Pobóg przeszedł załamanie nerwowe trwające od listo- 
pada 1955 do lutego 1956 roku 44 . 
Trwająca cztery miesiące niedyspozycja psychiczna i fizyczna autora znacznie prze- 
sunęła termin wydania drugiego tomu. Ostatecznie książka ukazała się w Londynie na 
przełomie 1956/1957. Jednocześnie, w Radio zaczęto nadawać audycje oparte na mate- 
riale zawartym w drugim tomie. Audycje te pociągnęły za sobą fale listów z Polski. 
Piszą, że okłamywano ich przez lat 12, że pragną prawdy, paru pisze, że aż się po- 
płakało przy słuchaniu radia, słuchając fragmentów. Proszą wszyscy o przesłanie im 
egzemplarza. Zwłaszcza nauczyciele ze szkół 45 . 
Zainteresowanie audycjami w Polsce było tak duże, że w Radio zaproponowano 
Pobogowi podwojenie liczby audycji 46 . Wydanie drugiego tomu, a przede wszystkim 
tak pozytywna reakcja na książkę, dały również autorowi nadzieję na spłacenie długów. 
Wielu subskrybentów, uzyskawszy wreszcie tom drugi o podwojonych rozmiarach 
przysyłało do autora dopłaty. Pojawiły się również nowe propozycje wydawnicze 47 . 
Zapotrzebowanie na książkę okazało się rzeczywiście bardzo duże zarówno 
w kraju, jak i na emigracji. W liście]. Giedroycia z 8 1111957 roku do Jana Nowaka- 
-Jeziorańskiego czytamy: 
Sprawa jest o tyle piłna, że rzeczywiście Pobóg ma setki listów z kraju, ja sam 
mam ogromne zapotrzebowanie na jego Historię, a egzemplarzy Pobóg ma bardzo 
mało. Zostało mu jedynie 50 egz. I-ego tomu i 300 egz. I cz. II tomu - i to są iłości, 
które się kurczą. Książka była wydana jedynie dla subskrybentów, a ponieważ jej druk 
potwornie się przeciągał, więc "Gryf" nie chciał ryzykować większego nakładu i nie 
zachował składu. Zakupienie tej iłości książek byłoby rzeczą bardzo celową - by je 
powoli dostarczać krajowi, nie mówiąc już o tym, że Pobóg jest rzeczywiście mania- 
kiem w dobrym tego słowa znaczeniu i pieniądze ze sprzedaży egzemplarzy pozasub- 
skrypcyjnych ma zamiar obrócić na wydanie indeksu, który do takiej pracy jest prze- 
cież niezbędny. 


43 List do F. S. Składkowskiego z 23 VIII 1955 - AE/AFSS-WPM. 
44 "Mózg nie działał. Zupełnie nie działał. Nękała bezsenność. Spałem godzinę, półtorej na 
dobę. Co to za męka takie noce bezsenne! Środki nasenne nie działały, względnie po użyciu 2-3 
razy trzeba było je zmieniać, aż zabrakło skutecznych. [...] Rano po straszliwej nocy, po godzi- 
nie snu, a raczej nerwowego czuwania budziłem się i od razu ogarniał [mnie] paniczny strach 
przed wysiłkiem myślowym. [...] Gdy przezwyciężając się próbowałem siadać do biurka - 
jeszcze bym na nie szczekał, jak ten wściekły pies na wodę, której chce się napić a nie może. 
Rozpacz! Nic zrobić nie mogłem. Co zrobiłem to darłem. [...] Nawet korekt robić nie mogłem. 
Były tygodnie, gdy nie robiłem nic, nawet artykuły zarobkowe do radia pisała za mnie żona": 
List do F. S. Składkowskiego [pocz. III lub IV 1956] - AE/AFSS-WPM. 
45 Pobóg obiecał przesłać egzemplarze za darmo, w zamian prosząc o złożenie w jego imie- 
niu kwiatów pod grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Wywołało to nowe zatrzęsienie 
listów z kraju. Malinowski otrzymywał ich w tym okresie po 15 i więcej dziennie. Ludzie infor- 
mowali go o składanych w jego imieniu kwiatach prosząc o egzemplarz książki. Możliwości 
Malinowskiego nie pozwalały mu jednak na wysłanie więcej niż 120 egzemplarzy do kraju 
postanowił więc prosić swoich słuchaczy o przysyłanie do niego pytań na które planował odpo- 
wiadać w Radio: List do F. S. Składkowskiego z 25 XII 1956 - AE/AFSS-WPM. 
46 List do F. S. Składkowskiego z 19 11957 - AE/AFSS-WPM. 
47 Pobóg dostał propozycję drugiego wydania Historii oraz zawarł umowę na książkę o sto- 
sunkach polsko-rosyjskich w latach 1939-1945: List do F. S. Składkowskiego z 25 XII 1956 - 
AE/ AFSS- WPM. 


101
>>>
]. Nowak-Jeziorański starał się zakupić więcej egzemplarzy książki Poboga, aby 
dostarczyć ją do Polski. Uważał, że pozycja ta może spowodować duże poruszenie 
i dyskusje w kraju 48 . 
Nie mylił się w tym względzie. Wkrótce ukazał się w prasie krajowej szereg recen- 
zji tomu drugiego. W lipcu i sierpniu 1957, w "Dzienniku Ludowym" opublikowano 
cykl pięciu artykułów autorstwa M. Ulewicza, zatytułowanych Historia czy mitologia? 
Znajdziemy w nich stwierdzenia takie jak: 
Najnowsza historia polityczna Połski mimo nagromadzenia w niej olbrzymiej ilo- 
ści faktów i fakcików nie jest historią. Stanowi ona bezceremonialne naginanie historii 
do z góry powziętego celu - pasowania Piłsudskiego na nieomylnego polityka, nie- 
zwyciężonego wodza, niepospolitego męża stanu. Najakiegoś nadczłowieka, na swego 
rodzaju świętego świętych 49 . 


Czy też: 


Autor chyba nie zauważa, że szerząc na gwałt bałwochwalczy kult Piłsudskiego, 
historię przeinacza w mitologię, w zbiór baśni i legend 5o . 
M. Ulewicz zdecydowanie negatywnie ocenił prace Malinowskiego, zarzucając mu 
szereg kłamstw i przeinaczeń w opisywaniu historii Polski okresu międzywojennego. 
Odniósł się do takich opisywanych przez Poboga wydarzeń jak przewrót majowy, rzą- 
dy pomajowe, wybory brzeskie, uchwalenie konstytucji kwietniowej. Zarzucił Pobo- 
gowi apoteozę i gloryfikację okresu rządów sanacji, a pomijanie milczeniem lub mar- 
ginalne traktowanie takich istotnych według niego zagadnień jak reforma rolna czy 
"aktywność partyjna mas robotniczych i chłopskich,,51. Oczywiście tekst M. Ulewicza 
jest typowym przykładem recenzji pisanej ku zadowoleniu władz komunistycznych 
PRL. Świadczą o tym wymownie zarzuty stawiane Malinowskiemu: 
Nie brak też ludzi, którzy usiłują zachwaszczać prawdę historyczną. Przykładem 
tego jest omawiana przez nas Najnowsza Historia Polityczna Połski ł864-ł945, napi- 
sana i wydana w Londynie przez sanacyjnego historyka Wł. Pobóg-Malinowskiego. 
Mówiliśmy już o tym, jak autor całą tę swoją "historię" napisał pod kątem beatyfikacji 
czy kanonizacji Piłsudskiego, przedstawienia go jako "męża opatrznościowego" Polski, 
"wielkiego demokraty" i "przyjaciela ludu" 52. 
Poza tekstami M. Ulewicza, ukazały się w tym okresie w prasie krajowej recenzje 
drugiego tomu Historii m.in. B. Jaworznickiego w "Sprawach Międzynarodowych" 
czy St. Zabiełły w "Kierunkach,,53. Również te recenzje były napisane pod dyktando 
komunistów w PRL. Ich opublikowanie świadczy jednak, jak słusznie przewidywał 
]. Nowak-Jeziorański, o dużym zainteresowaniu i żywej dyskusji wywołanej w Polsce 
pracą Poboga. 
Do czerwca 1957 roku ukazało się ponad 20 recenzji. Regularnie przychodziły tak- 
że do Poboga "tysiące listów". "Przeważnie próby szlachetne ale i niebezpieczne, do- 


48]. Nowak-Jeziorański,]. Giedroyc, Listy ł952-ł998, Wrocław 2001, s. 158, 165-166. 
49 M. Ulewicz, Historia czy mitołogia?, Dziennik Ludowy 1957 nr 160, s. 3. 
50 Tenże, Historia czymitołogia? (2), Dziennik Ludowy 1957 nr 161, s. 3. 
51 Tenże, Historia czy mitołogia? (3), Dziennik Ludowy 1957 nr 164, s. 3: tenże, Historia 
czy mitołogia? (4), Dziennik Ludowy 1957 nr 165, s. 3. 
52 Tenże, Historia czy mitołogia? (5), Dziennik Ludowy 1957 nr 166, s. 3. 
53 B. Jaworznicki, [Najnowsza historia Połski}, Sprawy Międzynarodowe 1957 nr 9, s. 81- 
88: S. Zabiełło, Z odmiennego punktu widzenia, Kierunki 1957 nr 40, s. 3. 


102
>>>
prowadzenia mnie do stanu «przewróciło się w głowie». Ale i mnóstwo pochwalnych 
i cierniste" - pisał Malinowski. Czy też: "wczoraj przyszedł z kraju polecony. Zaczy- 
na się wykwintnie: Wielce Szanowny i Przezacny Panie... Ale niżej: tylko taki idiota 
jak Pan sądzić może, że... ,,54. Pod koniec 1957 roku napływ listów z kraju wzmógł się 
do 50-60 dziennie. Jedni prosili, oburzeni negatywnymi recenzjami, by Pobóg odpo- 
wiadał na nie w Radio, inni przysyłali odpisy maszynowe listów wysyłanych przez 
nich do redakcji pism z protestami przeciw negatywnym wypowiedziom o książce 
Poboga 55 . 
Artykuły, które ukazywały się na łamach prasy krajowej oraz związany z nimi za- 
lew korespondencji z kraju nałożył na Malinowskiego kolejne obowiązki. Zaczął on 
odpowiadać na ataki z kraju na falach Radia. Swoje wystąpienia określał mianem 
"wojny radiowej z fałszerstwami kraj owymi ,,56. Na ataki odpowiadał również na ła- 
mach prasl 7 . Pobóg prowadził także w "Orle Białym" rubrykę "Z kroniki krajowej", 
w której bezlitośnie wyszydzał absurdy komunistycznej rzeczywistośd 8 . 
W prasie ukazywały się oczywiście także recenzje pełne uznania i pochwał dla dru- 
giego tomu Historii. W londyńskich "Wiadomościach" B. Miedziński opublikował arty- 
kuł o wymownym tytule Nie znamy historii Polski (1957 nr 9, s. 2), zaś w paryskiej 
"Kulturze" artykuł zatytułowany Historia Dwudziestolecia zamieścił A. Kawałkawski 59 . 
W swojej recenzji zawarł prorocze słowa dotyczące Historii Poboga: 
Można z całą pewnością ustalić, że żaden przyszły historyk dwudziestolecia pań- 
stwowości polskiej i pięciu lat wojny, ani żaden poważny publicysta, czy pisarz poli- 
tyczny nie będzie mógł pominąć książki Pobóg-Malinowskiego i przejść nad nią do po- 
rządku bez względu na swój do niej, lub do jej autora, stosunek. Ta książka jest nie tyl- 


54 List do F. S. Składkowskiego z 19 VI 1957 - AE/AFSS-WPM. 
55 List do F. S. Składkowskiego z 9 X 1957 - AE/AFSS-WPM. 
56 List do F. S. Składkowskiego z 12 XII 1958 - AE/AFSS-WPM. 
57 "Wojna ze Zbyszewskim. Nie chciałem w ogóle mu odpowiadać [...J, podziękowałem 
Panu w duchu zajego list do redakcji. Ale zaraz potem zaczęły napływać listy od ludzi nawet mi 
nie znanych, a domagających się, bym «trzepnął łobuza». Gdy listów z takimi ponagleniami [...] 
miałem ponad 2 tuziny - siadłem do maszyny i wysmażyłem list do Redakcji. [...] Postawiłem 
Zbyszewskiego w jednym szeregu i na jednym poziomie z Goebbelsem i Mołotowem. Mocniej 
na razie nie mogłem. Zresztą mam w archiwum znacznie mocniejszy na Zbyszewskiego kawa- 
łek, ale przezornie trzymam go w rezerwie. [...] Odezwał się Zbyszewski znów. Znów wszystko 
przekręca i przeinacza. Nie odpowiadam. Niech to się toczy bez mego udziału": List do F. S. 
Składkowskiego z l IV 1959 - AE/AFSS-WPM. 
58 Wśród opublikowanych w tym cyklu artykułów znalazły się m.in.: Opierzona biurokra- 
cja, Orzeł Biały 1953 nr 19, s. 4-5: Produkcja wydawnicza i pustki w świetlicach, Orzeł Biały 
1953 nr 47, s. 4-5: Młodzież w kraju, Orzeł Biały 1953 nr 48, s. 4-5: Między" trędowatą" 
i komunizmem, Orzeł Biały 1954 nr 10, s. 4-5: l z piosenką niewesołol, Orzeł Biały 1954 nr 20, 
s. 8: Repertuar sowiecki w teatrach w Kraju, Orzeł Biały 1954 nr 27, s. 2: Repertuar połski 
w teatrach w Kraju, Orzeł Biały 1954 nr 28, s. 3: Repertuar" domowego chowu ", Orzeł Biały 
1954 nr 30, s. 4-5: Głos Młodęj Połski, Orzeł Biały 1955 nr 2, s. 4: Płaga chuligaństwa, Orzeł 
Biały 1955 nr 20, s. 4-5: Trzęsienie ziemi. Popłoch wśród agentów komunistycznych w Połsce, 
Orzeł Biały 1956 nr 18, s. 2: Krzyk rozpaczy młodego komunisty w Połsce, Orzeł Biały 1956 nr 
19, s. 4-5: "Destalinizacja" na co dzień..., Orzeł Biały 1956 nr 29, s. 5: Ofensywa ateizmu, 
Orzeł Biały 1956 nr 39, s. 4, 8: Rocznice i dysku
e. "Historia Połski " w prasie krajowej, Orzeł 
Biały 1957 nr 44, s. 2: Zabytki połskie w ruinach, Orzeł Biały 1957 nr 49, s. 2. 
59 List do F. S. Składkowskiego z 10 III 1957 - AE/ AFSS-WPM: B. Miedziński, Nie zna- 
my historii Połski, Wiadomości 1957 nr 9, s. 2: A. Kawałkowski, Historia Dwudziestołecia, 
Kultura 1957 nr 3(113), s. 101-110. 


103
>>>
ko pierwszym, źródłowym opracowaniem, jest także cennym dla przyszłych badaczy 
przewodnikiem do źródeł, tak opublikowanych, jak jeszcze nieujawnionych 6o . 


Zapewne dzięki takim pozytywnym ocenom, Pobóg nie zrażając się głosami kry- 
tyki, od razu rozpoczął prace nad tomem trzecim Historii. "Rozsądek nakazywałby 
zrobić testament już teraz" - pisał. "Jeśli po drugim tomie jest - powiedzmy - dość 
żywy ruch, to po trzecim będzie wrzask, krzyk, pomstowanie. Może ukamienują"61. 
Ogrom materiałów, które udało się Malinowskiemu zgromadzić do ostatniego tomu, 
spowodował, że książka rozrosła się do 750 stron, choć obejmowała zaledwie sześć lat 
(1939-1945). Podwojenie rozmiarów podwoiło koszta druku, a to z kolei przyczyniło 
się po raz kolejny do problemów finansowych. Przy tym nękające Poboga bezustannie 
choroby powodowały kolejne, i to znaczne, opóźnienia przy pisaniu trzeciego tomu. 
W liście do F. S. Składkowskiego z 23 VII 1959 roku pisał: "zeszłoroczna choroba - 
niech ją licho - pożarła mi w sumie ze skutkami z 8 miesięcy czasu,,62. 
Trzeci tom Historii udało się ukończyć w połowie 1959 roku. Nie czekając na uka- 
zanie się książki drukiem, Pobóg rozpoczął prace nad kolejnymi publikacjami. Chciał 
m.in. wznowić prace nad książką Polska i Polacy w cywilizacjach świata. Słownik 
encyklopedyczny, której pełne wydanie uniemożliwił wybuch II wojny światowe/ 3 . 
Książkę tę, która miała objąć tysiącletnią historię Polski (od Piastów do końca 
II wojny) i przedstawić zasługi Polski i Polaków dla rozwoju kultury powszechnej, 
Pobóg pragnął poprzedzić "Słownikiem Biograficznym" Polaków na emigracji z okre- 
su 1939-1958. W ten sposób chciał przekazać przyszłym pokoleniom obraz polskiego 
uchodźstwa po II wojnie światowej. Pracę nad słownikiem rozpoczął w styczniu 1959 
roku 64 . W roku tym 
dał także szereg artykułów, poruszających treści zawarte 
w tomie trzecim HistoriI 5. 
Pobóg rozpoczął również prace nad książką o marszałku Piłsudskim. Rok 1960 był 
ważnym rokiem w środowisku emigracyjnym. Zbliżała się, bowiem 25. rocznica 
śmierci Piłsudskiego. Pod jej kątem planowano pracę UP w Londynie na rok 1960. 20 
VI 1959 roku Instytut podjął uchwałę o koncentrowaniu prac mających na celu przy- 
pomnienie osoby Piłsudskiego. Miały one znaleźć swoje odbicie w artykułach, rela- 
cjach i recenzjach w VII tomie "Niepodległości", w prasie, audycjach i przekazach 
radiowych oraz w projektowanej wystawie i akcji filmowe/ 6 . W związku z tą rocznicą 


60 A. Kawałkowski, Historia Dwudziestołecia, s. 102. 
61 List do F. S. Składkowskiego z 28 V 1957 - AE/AFSS-WPM. 
62 List do F. S. Składkowskiego z 23 VII 1959 - AE/AFSS-WPM. 
63 Druk pierwszego tomu tej encyklopedii rozpoczęto w styczniu 1939 r. Przed wybuchem 
II wojny udało się wydać siedem zeszytów pierwszego tomu. Przygotowane do druku artykuły 
do dalszych zeszytów spłonęły w czasie wrześniowego oblężenia Warszawy: patrz: W. Pobóg- 
-Malinowski, Połska i Połacy w dziejach i w kułturze świata, cz. lA, [Grenoble] 1942: Połska 
i Połacy w cywilizacjach świata. Słownik encyklopedyczny, pod red. W. Pobóg-Malinowskiego, 
l. I, z. l, Warszawa 1939. 
64 List do płk. T. Schaetzla z 27 I 1959 - I]PL-MPW. 
65 Wśród artykułów opublikowanych przez Poboga w roku 1959 wymienić warto następujące 
pozycje: Jak Śmigły-Rydz wracał do kraju, Tydzień Polski 1959 nr 64, s. 3: Pierwsi twórcy AK 
Inicjatywa gen. Tokarzewskiego, Tydzień Polski 1959 nr 70, s. 3: Generał Rómmeł gardzi prawdą 
historyczną..., Tydzień Polski 1959 nr 165, s. 3: Sprawa generała Tatara, Tydzień Polski 1959 
nr 219, s. 3: Wałkazprawdą o powstaniu warszawskim, Tydzień Polski 1959 nr 22, s. 2. 
66 ]. Zuziak, Dzieje Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie ł947-ł997, Warszawa 2001, 
s. 77, 81. 


104
>>>
również Pobóg rozpoczął pracę nad biografią Piłsudskiego, z tym, że na własną rękę, 
poza ramami Instytutu. Malinowski po raz kolejny rozpoczął wśród piłsudczyków 
akcję przedpłatową na ten cel. Już 2 X 1959 roku miał prawie 300 zgłoszeń i wpłat. 
Taki rezultat dawał mu podstawy do wydania biografii Komendanta, mimo, jak pisał, 
"przeciw akcji pewnych osób z Instytutu,,67. 
Prace nad biografią Piłsudskiego przedłużyły się jednak i Pobóg nie zdążył wydać 
jej na rocznicę śmierci Marszałka. Miał problemy z zebraniem potrzebnych mu doku- 
mentów i relacji z kraju. Komuniści, którym niewątpliwie Malinowski naraził się 
swoimi antykomunistycznymi odczytami w Radio, skutecznie opóźniali bowiem prze- 
syłanie korespondencji z materiałami. W jego liście z 2 XII 1959 roku czytamy: 


Mnie oni - komuniści - strasznie tam piłnują. Niedawno - jednocześnie - 
z dwóch odległych punktów, z Warszawy i ze Śląska - miałem od dwóch nieznających 
się zupełnie osób listy z identyczną wiadomością: Życzliwy urzędnik na poczcie ostrzegł 
nadających list polecony i książki, iż "wszystkie przesyłki do p. Pobóg-Malinowskiego 
mają być poddawane specjalnej kontroli. Poradził też życzliwy urzędnik, by nadawca po- 
dał nie swój, tylko zmyślony adres. Listy i druki z kraju do mnie od dwóch i pół miesięcy 
zaczęły ginąć. Wczoraj otrzymuję wiadomość równie wymowną: pewna osoba z Krako- 
wa pisze do mnie poprzez swego znajomego w Grenoble, tłumacząc się, iż wysyłanie listu 
na mój adres i na moje nazwisko - to niebezpieczeństwo dla wysyłająceg0 68 . 


Poza tym, na początku 1960 roku pojawiły się ponownie u Poboga poważne proble- 
my ze zdrowiem. W styczniu dostał silnego krwotoku z płuc 69 . Choroba ponownie zaha- 
mowała prace pisarskie. Lekarstwa, które zażywał wywoływały senność tak, że sypiał po 
15-16 godzin na dobę. Przerwało to również na dwa miesiące pracę w Radi0 7o . 
Niesprzyjające okoliczności uniemożliwiły wydanie biografii Piłsudskiego na 
rocznicę jego śmierci, nie zakończyły jednak prac nad tym opracowaniem. Po podle- 
czeniu, Pobóg zabrał się ponownie do pracy nad książką. Starał się jednak pracować 
mniej intensywnie 71 . Tymczasem, udało się mu ostatecznie zakończyć pracę nad to- 
mem trzecim Historii, którego druk zakończył się w czerwcu 1960 roku. Praca, licząca 
912 stron, wyszła w Londynie w sierpniu 1960 roku 72 . 


67 Listy do F. S. Składkowskiego z 21 IX i 2 X 1959 - AE/AFSS-WPM: 20 VI 1959 od- 
było się pod przewodnictwem S. Skwarczyńskiego posiedzenie Rady Instytutu, gdzie przedys- 
kutowano m.in. inicjatywę podjętą poza ramami Instytutu, mianowicie wydanie przez Poboga 
książki pl. "Józef Piłsudski na tle epoki. 1867-1935". Znaczna część dyskutantów uznała poży- 
teczność popularnego opracowania na ten temat. Tylko niektórzy z mówców uznali, iż od śmier- 
ci Piłsudskiego upłynęło zbyt mało czasu by pokusić się o w pełni obiektywną naukową mono- 
grafię. Rada ograniczyła się jedynie w tej sprawie do wysłuchania opinii członków, nie decydu- 
jąc się na podjęcie żadnej wiążącej uchwały: patrz: ]. Zuziak, Dzieje Instytutu..., s. 77. 
68 List do F. S. Składkowskiego z 2 XII 1959 - AE/AFSS-WPM. 
69 Badania szpitalne wykazały, że nie miał ani gruźlicy ani raka. Wiek, długotrwałe przemę- 
czenie oraz życie w ciągłym stresie spowodowały, że w płucach pękło naczynie krwionośne, co 
spowodowało krwotoki trwające cztery dni: Listy do F. S. Składkowskiego z 28 III 1959 i l II 
1960 - AE/ AFSS- WPM. 
70 Listy do F. S. Składkowskiego z 2 i 28 III 1959 - AE/AFSS-WPM. 
71 Ponownie zaczęły się odzywać u Poboga bóle prawego przedramienia. Z racji na słabe 
serce i stan nerek lekarz nie mógł dać skutecznego zastrzyku na te dolegliwości. Zmusiło to 
Malinowskiego do rozpoczęcia zabiegów rehabiłitacyjnych, które dodatkowo ograniczały jego 
możliwości czasowe w pracy nad dokończeniem biografii Piłsudskiego: List do F. S. Składkow- 
skie
o [między III a VI 1960] - AE/AFSS-WPM. 
2 Listy do F. S. Składkowskiego z 18 VI i 25 VIII 1960 - AE/ AFSS, WPM. 


105
>>>
Tak, jak w przypadku dwóch poprzednich tomów, opublikowanie tomu trzeciego 
pociągnęło za sobą szereg recenzji w prasie krajowej i emigracyjnej. W sprawie książki 
wypowiedzieli się m.in.: T. Komornicki, A. Ciołkosz, A. Bregman, P. Zaremba czy 
K. Zbyszewski. Podobnie jak poprzednio oceny pracy były skrajne. Z jednej strony - 
apologetyczne pochwały wysiłku Malinowskiego i jego dzieła, z drugiej - recenzje 
o wymownych tytułach: lOO mil od prawdy, Spreparowana historia, Krzywe zwiercia- 
dło Pana Poboga, z zarzutami braku obiektywizmu i rzetelności w przedstawianiu 
faktów, fałszowaniu historii, stronniczość ocen, wypływających z powiązań politycz- 
nych i sympatii osobistych autora 73 . Niemniej, jak słusznie stwierdził A. Kawałkowski: 


wszyscy, nawet najbardziej krytycznie ustosunkowani do niego recenzenci krajowi 
podkreślali ogromną pracowitość autora, odkrycie przez niego i wykorzystanie niezna- 
nych dotychczas źródeł oraz wniesienie do najnowszej historii polskiej bardzo poważ- 
nego wkładu 74 . 
Po ukazaniu się tomu trzeciego, Pobóg został ponownie zaproszony z odczytami 
do Szwajcarii. Wyjechał tam w marcu 1961 roku. Wykłady, dotyczące głównie zagad- 
nień zawartych w trzecim tomie, wygłosił m.in. w Bemie i Genewie 75 . W tym okresie 
rozpoczął również prace nad drugim wydaniem swojej Historii. Nakład pierwszego 
wydania dwóch pierwszych tomów był już całkowicie wyczerpany, a zainteresowanie 
książką nie słabło. Umowę na drugie wydanie podpisał Malinowski ze znaną w środo- 
wisku emigracyjnym firmą wydawniczą B. Świderskiego. Drugie wydanie, składające 
się z dwóch tomów, zostało powiększone objętościowo i miało liczyć około 1500 stron 
(w pierwszej edycji około 1100 stron). Jak informowały ulotki reklamowe zamieszcza- 
ne w prasie emigracyjnej (m.in. w "Tygodniu Polskim", "Kulturze", "Wiadomościach") 
po ukazaniu się pierwszego wydania, pojawiły się drukiem liczne wspomnienia, dzięki 
czemu drugie wydanie miało przynieść "niejedną rewelację". Ponadto miało być do- 
datkowo w indeks nazwisk i miejscowości, zaopatrzone w liczne mapy i bogato ilu- 
strowane historycznymi zdjęciami i fotokopiami dokumentów. Osoby zainteresowane 
nabyciem książki mogły ją zamówić w formie zeszytów w prenumeracie (całość miała 
obejmować 15 zeszytów) bądź w gotowych dwóch tomach (tom pierwszy obejmujący 
lata 1864-1918 i tom drugi -lata 1919-1939)76. 
Wydanie Najnowszej historii politycznej Polski było wielkim wydarzeniem w ży- 
ciu emigracji polskiej. Doprowadziło również do rozdźwięków w emigracyjnym śro- 


73 W. Sulewski, 100 mił od prawdy, Tygodnik Demokratyczny 1960 nr 45, s. 4: tenże, Sprepa- 
rowana historia, Prawo i Życie 1960 nr 26, s. 3: P. Zaremba, Trzeci tom "Najnowszej Historii 
Politycznęj Połski ", Orzeł Biały 1960 nr 49, s. 2-3: A. Skarżyński, [Najnowsza Historia Polityczna 
Połski], Z pola walki 1961 nr l, s. 174-183: ]. Borkowski, [Najnowsza Historia Polityczna Połski], 
Rocznik Dziejów Ruchu Ludowego 1961 nr 3, s. 391-404: A. Ładoś, Na marginesie jednego roz- 
działu, Wojskowy Przegląd Historyczny 1961 nr 3, s. 310-320: K. Zbyszewski, Krzywe zwierciadło 
pana Poboga, Tydzień Polski 1961 nr 137, s. 3: A. Pragłowski, Wszystko w jednym malym palcu, 
Tydzień Polski 1961 nr 143, s. 4: Co inni o tym myślą. Cztery głosy o książce Poboga- 
-Malinowskiego i artykułe Karoła Zbyszewskiego, Tydzień Polski 1961 nr 185, s. 4-5. 
74 A. Kawałkowski, Połska w drugiej wojnie światowej, Kultura 1960 nr 9(155), s. 125-132. 
75 List do F. S. Składkowskiego z 20 III 1961 - AE/AFSS-WPM. 
76 Ulotki reklamujące drugie wydanie Najnowszej Historii Politycznęj Połski zamieszczone 
w: "Tygodniu Polskim" (1961 nr 77, s. 3), "Kulturze" (1961 nr 4/126/, s. 158), "Wiadomo- 
ściach" (1960 nr 51/52, s. 5): M. Kojs, "Kronika" Bołesława Świderskiego, [w:] Życie literackie 
drugiej emigracji niepodłegłościowęj, pod red. ]. Kryszaka i R. Moczkodana, l. I, Toruń 2001, 
s. 127: Drugie wydanie Historii ukazało się dopiero po śmierci Poboga (patrz dalej). 


106
>>>
dowisku piłsudczykowskim. Do zaognienia konfliktu części piłsudczyków z Pobogiem, 
oprócz wydania Historii, przyczyniła się publikacja na łamach paryskiej "Kultury" 
fragmentu jego wspomnień z okresu pracy w przedwo)ennym MSZ. Po ukazaniu się 
w maju 1960 roku artykułu Skoro nie szablą, to piórem 7 , na łamach prasy emigracyjnej 
rozpętała się polemiczna burza wokół twórczości Poboga. 
Impulsem do rozpętania tej polemiki stało się wystąpienie A. Piłsudskiej przeciw 
Pobogowi na łamach "Tygodnia Polskiego". Zawierało ono szereg ciężkich zarzutów, 
stawiających pod znakiem zapytania rzetelność naukową i uczciwość pisarską Poboga. 
Stojąc już nad grobem uważam za swój obowiązek dać świadectwo prawdzie 
i zwrócić uwagę na nieścisłości, uchybienia i nieprawdy, którymi szafuje w swoich pra- 
cach "historycznych" p. Władysław Pobóg-Malinowski. Byłoby poniżej mojej godności 
prostowanie wszystkich sensacji na temat mojego Męża ijego rodzin
, które p. Pobóg- 
-Malinowski pozwolił sobie nie taktownie i brutalnie opublikować [...] 8. 
W dalszej części wystąpienia, A. Piłsudska zarzuciła Pobogowi nieprawdziwe lub 
zniekształcone przedstawienie różnych faktów z życia Piłsudskiego, poczynając od 
sprawy przewiezienia archiwum PPS z mieszkania Z. Praussowej do Wojskowego 
Biura Historycznego, poprzez niezwykle krzywdzące przedstawienia postaci W. Sław- 
ka i jego relacji z Piłsudskim, a skończywszy na sprawie opracowania przez Poboga 
przed wojną książki Akcja bojowa pod Bezdanami 26. IX 1908 (Warszawa 1933). 
Właśnie w przypadku tego wydarzenia zarzuciła Pobogowi najwięcej kłamstw, okre- 
ślając je "stekiem nonsensów". Dowodziła, iż nigdy nie współpracowała z Pobogiem 
w sprawie opracowania i wydania tej książki, i zarówno ona jak i Marszałek byli zde- 
cydowanie przeciwni jej publikacji 79 . 
Szczególne zwrócenie uwagi właśnie na akcję bezdańską w artykule Marszałko- 
wej, wskazuje na powód tak ostrego wystąpienia przeciwko Pobogowi. Wydanie 
wspomnień w tym okresie odnowiło jedynie zaszłą walkę Poboga z A. Piłsudską. 
Wskazują na to liczne zapisy. Wystarczy zacytować choćby fragment artykułu A. Ka- 
wałkawskiego Historia i cenzura 80 , niewątpliwie jako przeciwwaga dla zarzutów wy- 
suwanych przeciwko Pobogowi: 
Jak wszyscy piłsudczycy, odczułem to wystąpienie bardzo głęboko - pisał 
A. Kawałkowski - o tyle głębiej może od innych, że dla mnie, byłego pracownika 
Wojskowego Biura Historycznego, nie ulegało wątpliwości, że chodzi o ostatnie chyba 
echo walki, wypowiedzianej Pobóg-Malinowskiemu i przegranej przed laty trzydziestu, 
z powodu ukazania się jego książki o Bezdanach. Być może, do wywołania tego echa 
przyczynił się sam Pobóg-Malinowski, drukując w majowym numerze "Kultury" 
z 1960 roku swój rewelacyjny artykuł pl.: Skoro nie szabłq, to piórem. Ujawnił on 
w tym artykule niejeden dotychczas nieznany szczegół, z życia Józefa Piłsudskiego 
i opowiedział perypetie, nie wszystkie zresztą, jakich doświadczył z powodu akcji, 
prowadzonej przeciwko niemu po wyjściu książki o Bezdanach oraz z powodu wydania 
w 1935 roku dwóch pierwszych tomów niedokończonej zresztą biografii Marszałka. 
Dzięki naszym bliskim, koleżeńskim stosunkom znam przyczynę, która wywołała uka- 


77 W. Pobóg-Malinowski, Skoro nie szabłq, to piórem, Kultura 1960 nr 5 (151), s. 99-134. 
78 A. Piłsudska, Przestroga dła historyków, Tydzień Polski 1961 nr 38, s. 3. 
79 Artykuł kończył się słowami: "chcę głównie przestrzec historyków, uczciwych i sumien- 
nych badaczy naukowych, że książki pana Poboga-Malinowskiego pełne są błędów, zniekształ- 
ceń, plotek przetasowanych z dokumentami, a więc wymaga podejścia bardzo ostrożnego, nieuf- 
nego i krytycznego": A. Piłsudska, Przestroga dła historyków, s. 3. 
80 A. Kawałkowski, Historia i cenzura, Kultura 1961 nr 12(170), s. 110-116. 


107
>>>
zanie się zeszłorocznego artykułu. Pobóg-Malinowski zabrał wówczas głos nie tylko, 
jako historyk, ale jako relacjonista. Uznał, że nadszedł czas zdać sprawę także z wła- 
snych poczynań, skoro los i wybór jego przełożonych wciągnął go w orbitę życia 
i działalności wielkiego człowieka, i uczynił z niego w pewnym zakresie aktora historii. 
Nie przewidział jednak, że jego artykuł obudzi wspomnienia sprzed lat trzydziestu 
i spowoduje wystąpienie, którego i on i każdy, kto żywi szczery szacunek dla Dostojnej 
Wdowy, wolałby uniknąć 81 . 
Wystąpienie A. Piłsudskiej pociągnęło za sobą kolejne wystąpienia na łamach 
"Tygodnia Polskiego"82. Pomimo, iż, jak przeczytamy na początku artykułu, "nie łatwo 
jest staremu piłsudczykowi brać pióro do ręki, by oponować przeciw poglądom, wyrażo- 
nym przez panią Marszałkową Piłsudską", pierws
 w obronie Poboga stanął 
B. Miedziński, publikując artykuł Pomimo przestrogi . B. Miedziński przekonywał 
w swoim wystąpieniu, iż ocena Marszałkowej jest niezwykle krzywdząca dla Poboga. 
Odniósł się głównie do sprawy bezdańskiej. Przytoczył liczne pozytywne oceny Akcji 
bojowej pod Bezdanami. Obronił również Poboga przed innymi zarzutami, wysuwa- 
nymi przez Marszałkową, uznając je za wyolbrzymione lub niesłuszne. 
Polemikę prasową na łamach "Tygodnia Polskiego" uzupełniły kolejne dwa arty- 
kuły. Jeden, płk. T. Schaetzela Przestroga jest konieczna, zdecldowanie popierający 
zdanie dostojnej wdowy i krytykujący piśmiennictwo Pobogi , drugi zaś, napisany 
przez samego zainteresowanego, Pro domo mea, w którym przeczytamy: 
Niech mi jednak wolno będzie stwierdzić, mogą być różne formy pietyzmu w sto- 
sunku do wielkich postaci [...] Jeden z tych pietyzmów polega na tym, aby przyszłym 
pokoleniom pozostawić te tylko dane i dokumenty, które składają się na posąg z mono- 
litu - zimny, zastygły na swym cokole, w postaci pełnej patosu. Ci będą przemiłczać 
wszystko, co uważają za materiał "zbędny" albo mniej łatwy do wtopienia w brąz po- 
mnika. [...] Jest jednak i druga forma pietyzmu. Wyraża się ona w serdecznej trosce 
o zachowanie wszystkiego - nawet tych szczegółów, które dziś mogą nam się wyda- 
wać nieważne lub niezrozumiałe, ale które w przyszłości może pozwolą poznać i zro- 
zumieć lepiej motywy, myśli i przeżycia człowieka wielkiego, jego momenty tra- 
gicznych nieraz zmagań ze sobą, lub chwile jego radości, pogody, odprężenia. Dla mnie 


81 Tamże, s. 110. 
82 W tym samym czasie Qesienią 1960) wybucha konflikt Malinowskiego z nowojorskim In- 
stytutem Piłsudskiego. Stojący na jego czele gen. W. Kowalski zakwestionował członkostwo 
Poboga w Instytucie, a w końcu grudnia Instytut podjął obraźliwą dla Poboga uchwałę. Tym 
razem bardzo stanowczo stanął w jego obronie Aleksander Bobkowski, zięć prezydenta Mościc- 
kiego i przyjaciel Malinowskiego. 29 I 1961, w liście do gen. Kowalskiego żądał, aby UP 
w Nowym Jorku wydał okólnik z przeprosinami dla Poboga za ujmę, jakiej doznał z winy Insty- 
tutu na swoim honorze. W razie nie spełnienia żądania, groził wyciągnięciem konsekwencji. 
W tej sprawie doszło również do wymiany korespondencji między A. Bobkowskim a Aleksandrą 
Piłsudską. W liście do A. Bobkowskiego z l III 1961, A. Piłsudska nazwała Poboga szantażystą 
i oszustem i wyraziła zdziwienie, że Bobkowski bierze go w obronę. W odpowiedzi Bobkowski 
- broniąc całokształtu pracy pisarskiej Poboga, która, według niego, ma o wiele większą war- 
tość niż znajdujące się w niej błędy i usterki, a także zauważając pozytywny wkład Poboga do 
najnowszych dziejów Polski - odmówił poparcia dla apelu wdowy po Piłsudskim, oświadcza- 
jąc, iż będzie "bronił dobrego imienia i dobrej wiary człowieka, kiedy, zdaniem jego, kierowane 
są przeciwko niemu zarzuty krzywdzące": patrz: A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinow- 
skiego..., s. XIX-XX. 
83 B. Miedziński, Pomimo przestrogi, Tydzień Polski 1961 nr 41, s. 3. 
84 T. Schaetzel, Przestroga jest konieczna, Tydzień Polski 1961 nr 48, s. 4. 


108
>>>
Józef Piłsudski niejest zimnym posągiem z brązu. Jest WIELKIM CZŁOWIEKIEM- 
ŻYWYM WIECZNIE 85 . 


Dyskusję na łamach "Dziennika Polskiego" ostatecznie zakończył redaktor naczel- 
ny pisma, A. Bregman, który zdecydował nie publikować dalszych artykułów w tej 
sprawie 86 . W jego liście z 2911962 roku do płk. T. Schaetzela czytamy: 


W związku z Pana listem do redakcji uprzejmie donoszę, że dyskusję uważam za 
zakończoną. Zakomunikowałem o tym już p. Miedzińskiemu, który przyjął to do wia- 
domości. Wydaje mi się, że dyskusja ta trwała już dostatecznie długo i była dla czytel- 
ników coraz bardziej nużąca. Żadna zresztą dyskusja nie może ciągnąć się w nieskoń- 
czoność. Co więcej, poruszane były ostatnio coraz to inne tematy, nie nadające się do 
publicznej dyskusji. Nie widzę żadnego tytułu dla otwierania dyskusji na temat tego 
czy p. Pobóg-Malinowski jest autorem właściwym czy niewłaściwym dla biografii Jó- 
zefa Piłsudskiego. Gdy zapowiadana biografia ukaże się, recenzenci będą mogli na ten 
temat wypowiedzieć się87. 


Zamknięcie dyskusji na łamach "Tygodnia Polskiego" wcale nie zamknęło dysku- 
sji na łamach innych czasopism emigracyjnych. W tym okresie zostało opublikowa- 
nych wyjątkowo dużo artykułów o Pobogu i jego twórczości. Chociażby w londyń- 
skich "Wiadomościach" ukazała się bardzo przychylna Malinowskiemu nota wydawni- 
cza przybliżająca jego biografię i zachęcająca do zapoznawania się z jego pracami 88 . 
Ponadto dwa artykuły autorstwa A. Kawałkawskiego ukazały się w 1961 roku w pary- 
skiej "Kulturze": Instytutjednego człowieka 89 , cytowana już Historia i cenzura. Ten 
artykuł z kolei wywołał polemikę gen. S. Skwarczyńskieg0 90 , prezesa UP w Londynie. 
W następnym numerze odpowiedział mu Kawałkowski 91 , ponownie broniąc Malinow- 
skiego. W dyskusji na łamach "Kultury" zabrały głos także inne osoby m.in. A. Wa- 
sung napisał: 
Zawsze byłem ciekawy dlaczego - w tak godny pożałowania sposób - odezwały 
się "nożyce" Instytutu]. Piłsudskiego w Londynie w sprawie działalności p. Wł. Po- 
bóg-Malinowskiego. List gen. Skwarczyńskiego, który miał jego zdaniem, wystarczyć 
dla zorientowania czytelników " Kultury" , mnie niczego nie wyjaśnił. Historię p. Po- 


85 W. Pobóg-Malinowski, Pro damo mea, Tydzień Polski 1961 nr 46, s. 4. 
86 Postawa A. Bregmana w tej sprawie też nie była do końca obiektywna. Świadczy o tym 
fragment listu]. Beckowej do redaktora londyńskich "Wiadomości": "Czy pan wie, że Bregman 
tygodniami przetrzymywał odpowiedzi Poboga i nie mógł się zdecydować czy drukować. 
I znowu powiem: obojętne czy to Pobóg, ale te maniery aktualne są coraz paskudniejsze": List 
]. Beckowej do M. Grydzewskiego z 28 XI 1961 - sygn. AE/AW/XI/8. 
87 List A. Bregmana do T. Schaetzla z 29 I 1962 - I]PL-MPW. 
88 W nocie czytamy: "Pobóg-Malinowskijuż przed wojną znany był z odwagi i konsekwen- 
cji w walce o PRAWDĘ, co nie zawsze budzi uznanie. Często wywołuje «święte» oburzenie. 
Toteż niektóre książki Poboga-Malinowskiego jeszcze przed wojną wywoływały burzę, powo- 
dowały interwencje. Na emigracji byliśmy niedawno świadkami podobnej burzy przeciw Pobo- 
gowi, hałaśliwej wyprawy «Śmiałka», który odważył się niszczyć legendy, obalać kłamstwa, 
zaglądać do «wstydliwych zakamarków», strącać z piedestałów różne «wielkości». [...] «popra- 
wiacze historii» zostali pobici na głowę przez takich mistrzów w słownym fechtunku jak Mie- 
dziński i Kawałkowski": [Zapowiedź wydawnicza wyd. "B. Świderski"] W Pobóg-Malinowski, 
Wiadomości 1961 nr 52/53, s. 9. 
89 A. Kawałkowski, Instytutjednego człowieka, Kultura 1961 nr 9(167), s. 56-66. 
90 S. Skwarczyński, List do Redakcji, Kultura 1962 nr 4(174), s. 159-160. 
91 A. Kawałkowski, List do Redakcji, Kultura 1962 nr 5 (175), s. 152-154. 


109
>>>
bóg-Malinowskiego czytam - zdając sobie zupełnie sprawę zjej wad i zalet - nieja- 
ko książkę napisaną przez "wyraziciela opinii ogółu Piłsudczyków" [...] ale jako książ- 
kę, z której przemawia autor. Uchwały poważnej Instytucji nie uzasadnia się paroma 
wyrwanymi przykładami 92 . 
Zacytowany fragment listu świadczy o tym, iż publiczna dyskusja o twórczości 
Poboga 93 była nie tylko wynikiem odnowionego konfliktu z A. Piłsudską. Była również 
reakcją na konflikt, w który w tym samym czasie popadł Malinowski z londyńskim UP. 
Niewątpliwie te dwie sprawy były ze sobą ściśle powiązane. Kryzys londyńskiego UP, 
powstały na skutek sprawy Poboga stał się jednak sprawą o wiele głośniejszą w środo- 
wisku emigracyjnym w tym okresie. 
Pobóg-Malinowski, pracując nad dokończeniem biografii ]. Piłsudskiego, 13 XII 
1960 roku zwrócił się do gen. K. Sawickiego, wiceprezesa UP w Londynie i jednocze- 
śnie przewodniczącego Komitetu Wydawniczego zamierzonej biografii Marszałka, 
z prośbą o udostępnienie materiałów archiwalnych 94 . Z zamiarem przeprowadzenia 
kwerendy Malinowski planował przyjechać do Londynu. Generał Sawicki poinformo- 
wał o tym przewodniczącego Wydziału Studiów UP, płk. T. Schaetzla. Ten, po rozwa- 
żeniu sprawy, dał odpowiedź negatywną95. "Materiał uzasadniający odmowę jest kło- 
potliwie bogaty" - tłumaczył Schaetzel. 
Mogę więc wysunąć tutaj tylko część motywów. Czerpię je z artykułu w majowej 
"Kulturze" - Skoro nie szabłą to piórem, z ogłoszenia w świątecznych numerach 
"Wiadomości" i "Orła", fragmentów z Najnowszej Historii Politycznej Połski, a także 
znajomości tych spraw z okresu przedwojennego m.in. członkostwa w Zarządzie In- 
stytutu w Warszawie. [...] W numerze "Kultury" związanym z 25. rocznicą zgonu Mar- 
szałka - p. Pobóg pisze o sobie, o bohaterstwach swego pióra. Wyciąga prywatne listy 
Piłsudskiego, nienadające się w ogóle do opublikowania obecnie, opowiada o ewange- 
lickim ślubie pierwszego małżeństwa, odsłania kulisy wydawnictwa Poprawek histo- 
rycznych Marszałka i to w sposób, w któr
m on jest figurą centralną, Julian Stachie- 
wicz ofiarą, a inni bez wyjątku są obciążeni 6. 


T. Schaetzel odmówił wglądu do materiałów archiwalnych Pobogowi, ponieważ 
uznał, iż w swoich pracach zniekształca on postać Komendanta. Uważał, że prace Po- 
boga są wysoce szkodliwe dla najnowszej historiografii polskiej, gdyż wypaczają 
i zniekształcają także wizerunek osób z najbliższego otoczenia Marszałka 97 . 


92 A. Wasung, List do Redakcji, Kultura 1962 nr 6(176), s. 160; Podobnie negatywnie do 
uchwały Instytutu odniósł się K. Zademski, stwierdzając jednoznacznie, że w Instytucie Józefa 
Piłsudskiego w Londynie "bezstronność nie istnieje"; K. Zademski, List do Redakcji, Kultura 
1962 nr 9(179), s. 160. 
93 Ta publiczna dyskusja o pisarstwie Poboga wbrew pozorom przysłużyła się Malinowskiemu, 
robiąc mu, jak sam stwierdził, "fantastyczną reklamę". W ciągu paru miesięcy tej prasowej dyskusji 
przybyło wydawcy Najnowszęj historii - Świderskiemu - ponad 500 nowych subskrybentów na 
nową edycję Historii; patrz: A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XXVI. 
94 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego Instytutu Józefa Piłsudskiego na skutek sprawy Włady- 
sława Pobóg-Malinowskiego. Przyczynek do historii płacówki, Niepodległość 2002 l. 52, s. 246; 
A. Kawałkowski, Historia i cenzura, s. 113. 
95 Brudnopis listu T. Schaetzla informujący o sprawie Poboga-Malinowskiego (brak daty), 
k. 1 - I]PL, MPW; A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 246-247. 
96 Brudnopis listu T. Schaetzla informujący o sprawie Poboga-Malinowskiego (brak daty), 
k. 3 - I]PL-MPW. 
97 Brudnopis listu T. Schaetzla informujący o sprawie Poboga-Malinowskiego (brak daty), 
k. 1 - I]PL-MPW; A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 246-247. 


110
>>>
Ze stanowiskiem T. Schaetzla nie zgodził się gen. Sawicki, który w liście do gen. 
S. Skwarczyńskiego stwierdził, że 


wzbranianie historykowi zapoznania się z materiałem archiwalnym, dostępnym dla in- 
nych, jest odcinaniem historyka od źródeł, od docierania do prawd
 historycznej, a to 
jest chyba całkowicie sprzeczne z podstawowym zadaniem Instytutu 8. 


Z decyzją tą nie zgodził się również sam Malinowski. W liście z 19 XII 1960 roku 
pisał: 


Sprawa zapoznania się z materiałem w archiwum Instytutu ].P. komplikuje się. Pan X 
po tygodniu namysłu odmówił. Nie przyjąłem tej decyzji, tak nieprawdopodobnej 
i zwróciłem się do prezesa Inst
tutu, to samo zrobił Miedziński. Prezes zdecydował od- 
danie decyzji Radzie Instytutu 9 . 
Cała sprawa trafiła pod obrady Zarządu Instytutu w dniu 7 I 1961 roku, na których 
płk T. Schaetzel wysunął dalsze zarzuty wobec Malinowskiego. Przede wszystkim 
zarzucił mu podszywanie się pod zasługi gen. ]. Stachiewicza, L. Wasilewskiego 
w redagowaniu Pism - Mów - Rozkazów Józefa Piłsudskiego wydanych w latach 
1929-1934 10 °. Niezwykle wymowny, pełny zarzutów i oburzenia postawą Poboga jest 
list płk. T. Schaetzela, w którym czytamy: 


Z ogłoszenia reklamującego nowe wydanie Najnowszęj Historii Politycznej Połski 
umieszczonej w "Wiadomościach" i "Orle Białym" dowiedzieli się czytelnicy, że 
p. Pobóg był "redaktorem-wydawcą" pierwszej edycji lO-tomowych Pism - Mów - 
Rozkazów Marszałka Piłsudskiego. Te dane podał p. Świderskiemu p. Pobóg. Otóż - 
redaktorami tego pierwszego wydawnictwa byli Julian Stachiewicz i Michał Sokolnicki 
przy współpracy Leona Wasilewskiego i Kazimierza ŚwitaIskiego. P. Pobóg był sekre- 
tarzem redakcji. Samo zestawienie nazwisk mówi za siebie: Stachiewicz, Sokolnicki, 
Wasilewski, ŚwitaIski, a także Sławek i kto? - Władysław Malinowski. Malinowski 
[...] początkujący w pracy historycznej i redakcyjnej na terenie spraw mu nieznanych. 
Ale w ogłoszeniu jest tylko jedno nazwisko: Wł. Pobóg-Malinowski, redaktor- 
-wydawca. To co zawiera ogłoszenie jest tylko wyjaskrawionym skrótem tego co Pobóg 
rozwinął w majowej " Kulturze" . Już tam, pisząc o tym wydawnictwie, używa ciągle 
określenia - "my". Julian Stachiewicz i p. Pobóg to "my". 
W dalszej części listu T. Schaetzel z taką samą ironią i oburzeniem dowodził, iż 
Pobóg mijał się z prawdą przeceniając zdecydowanie swój wkład w redakcję pism 
Marszałka, gdyż zarówno]. Stachiewicz, jak i L. Wasilewski pracowali do końca przy 
pracach redakcyjnych wydawnictwa. Według T. Schaetzla, celem Poboga w takim 
przedstawieniu sprawy było przekonanie przyszłych czytelników, iż może on być uwa- 
żany za miarodajnego rzecznika przeszłości związanej z Józefem PiłsudskimIOl. 


98 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 247. 
99 A. Kawałkowski, Historia i cenzura, s. 113. 
100 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 248: Pobóg mijał się z prawdą podając się za re- 
daktora Pism zbiorowych Józefa Piłsudskiego. Praca ta wydana przed wojną z inicjatywy Insty- 
tutu Badania Najnowszej Historii Polski, opracowana była przez komitet redakcyjny złożony 
z]. Stachiewicza i M. Sokolnickiego. Pobóg-Malinowski pełnił w tym komitecie funkcję sekre- 
tarza: patrz: Pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego, pod red. L. Wasiłewskiego, l. l, Warszawa 
1937, s. IX. 
101 Brudnopis listu T. Schaetzla informujący o sprawie Poboga-Malinowskiego (brak daty), 
k. 3-8 - IJPL-MPW. 


111
>>>
Argumentacja T. Schaetzla z pewnością przemówiła do członków UP w Londynie, 
bowiem na kolejnym posiedzeniu, w dniu 12 I 1961 roku, Zarząd Instytutu powziął 
uchwałę zrywająca stosunki z Pobogiem w pracy historyczno-badawcze/oz. Uchwała 
UP w Londynie oburzyła gen. Sawickiego, który na znak protestu zrezygnował z dal- 
szego udziału w pracach Zarządu Instytutu dopóki powzięta uchwała pozostanie 
w moc/03. Tymczasem sprawa Poboga stała się centralnym punktem obrad kolejnych 
posiedzeń, które odbyły się 4 111196l, 22 IV 1961 i 27 V 1961. Obrady doprowadziły 
do coraz wyraźniej zarysowywanego podziału w łonie Instytutu. Stanowisko płk. Scha- 
etzla poparł, m.in. gen. T. Pełczyński oraz gen. ]. Wiatr. Po stronie gen. Sawickiego 
i polityki dopuszczania wszystkich do archiwów stanęli natomiast B. Miedziński czy 
ppłk. K. Libicki lo4 . 
Przyjaciel Poboga, B. Miedziński, do którego ten miał bezgraniczne zaufanie i któ- 
rego we wszystkim od początku konfliktu z UP w Londynie radził się, również uważał, 
że Pobóg, publikując Skoro nie szablą to piórem, niepotrzebnie "włożył kij w mrowi- 
ska". Pytał nawet Poboga, czy publikacja tych wspomnień nie wynikała ze zwykłej 
przekory. Zastrzeżenia te przekazywał Malinowskiemu, jednak tylko w prywatnej ko- 
respondencji, która szczególnie nasiliła się w tym okresie 105. Oficjalnie występował po 
jego stronie i bronił go, twierdząc, że postać Piłsudskiego w żadnej innej publikacji nie 
znalazła lepszego obrazu, jak właśnie w pracach Malinowskiego. Twierdził również, że 


102 Treść tej uchwały przedstawiała się następująco: "Zarząd Instytutu ].P. w Londynie uwa- 
ża, że z powodu artykułu p. W. Pobóg-Malinowskiego pl.: Skoro nie szabłq, to piórem, ogłoszo- 
nego w paryskiej «Kulturze» oraz treści wielu ustępów zjego Najnowszej Historii Połski, Insty- 
tut Józefa Piłsudskiego nie powinien utrzymywać z nim stosunków w pracy historyczno- 
-badawczej. Z tego powodu Zarząd nie może udzielić p. Pobóg-Malinowskiemu prawa wglądu 
do archiwum Instytutu, gdyż taki wgląd i ewentualne powoływanie się w publikacjach na źródła 
zaczerpnięte z Instytutu wytwarzałoby pozory współpracy. Natomiast Zarząd zgadza się na 
udostępnianie członkom Komitetu..., będącym członkami Instytutu, posiadanych przez archi- 
wum a potrzebnych im opracowań i relacji, za zgodą ich autorów, z tym tylko zastrzeżeniem, by 
p. Pobóg-Malinowski nie powoływał się na Instytut, tylko wprost na autorów"; Uchwała Zarządu 
Instytutu Józefa Piłsudskiego powzięta na posiedzeniu w dniu 12 I 1961 r. - UPL-MPW; patrz 
także: A. Kawałkowski, Historia i cenzura, s. 113; R. Habielski, Historia czy polityka? Piłsudski 
na emigracji, [w:] Piłsudski na łamach i w opiniach prasy połskięj ł9ł8-ł989, Warszawa 2005, 
s. 241. 
103 Po zatwierdzeniu uchwały, do dymisji podał się również sekretarz zarządu Instytutu, E.]. 
Czerniawski, motywując swoją decyzję tym, iż w jego przekonaniu stanowisko władz Instytutu 
obraża powszechnie uznaną zasadę wolności studiów i pracy pisarza, a przede wszystkim nie 
pozwala na poznanie prawdy historycznej zawartej w dokumentach archiwum Instytutu; patrz: 
A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XXI. 
104 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 248-249; Po stronie Poboga podczas konfliktu 
w Instytucie opowiedział się także M. Dolanowski; patrz: M. Gałęzowski, Wierni Połsce. Ludzie 
konspiracji piłsudczykowskiej ł939-ł947, Warszawa 2005, s. 86. 
105 A. Garlicki przytacza w swoim artykule obszerne fragmenty korespondencji Poboga 
z Miedzińskim z tego okresu. Fragmenty tych listów świadczą o bardzo złym stanie psychicznym 
Poboga, wywołanym konfliktem z UP w Londynie. Na stan ten miało niewątpliwie wpływ ciągłe 
traktowanie Pobogajak wroga Piłsudskiego i piłsudczyków. "la mam dość tej ich dzikiej dykta- 
tury!... Niech mi dadzą spokój, bo się wścieknę... I niech ktoś rozsądny wpłynie na panią Olę. 
«Karcić» mogła mnie bezkarnie w Polsce. Tu dziś tego nie zniosę... Ja mam dość tej sytuacji psa, 
na którego poszczekuje się bezkarnie i na którego rzuca się z kijem... Każdy pies przyparty do 
kąta, skąd ustąpić nie ma gdzie, nie tylko warknie, ale i ugryzie..."; patrz: A. Garlicki, Władysła- 
wa Poboga-Malinowskiego..., s. XVIII. 


112
>>>
archiwa Instytutu są gromadzone po to, by je udostępnić dla ustalenia prawdy. Bronią- 
cy natomiast stanowiska płk Schaetzla zdecydowanie opowiadali się za nie dopuszcza- 
niem Poboga do archiwaliów. Żądali również wydania stanowczego oświadczenia, że 
"Instytut nie ma nic wspólnego z pracami Pobóg-Malinowskiego" i że nigdy jego prace 
. b ł f . I 106 
me y y lrmowane przez nstytut . 
A. Kawałkowski w jednym ze swoich listów do redakcji "Kultury", publikowa- 
nych w obronie Poboga pisał: 
Bez jakiejkolwiek złośliwej intencji, ale z troski o dobre obyczaje, zmuszony je- 
stem postawić p. gen. Skwarczyńskiemu i większości jego kolegów z Rady, jako wzór 
do naśladowania, postawę Instytutu Historycznego im. gen. Władysława Sikorskiego. 
We władzach tej instytucji zasiadają ludzie, których większość, nieraz nawet ze wzglę- 
dów osobistych, posiada powody do krytycznej oceny dzieła Wł. Pobóg-Malinow- 
skiego. Nikomu z nich jednak nie przyszło do głowy odmówienie historykowi dostępu 
do zbiorów archiwalnych, lub odżegnanie się od niego komunikatem prasowym. Wy- 
daje mi się, że różnica w postawie obydwóch instytutów w tym wypadku polega po 
prostu na tym, że we władzach i w biurze drugiego z nich znajdują się, oprócz notabli, 
historycy z prawdziwego zdarzenia, umiejący rozróżnić pomiędzy osobistym prawem 
do krytyki, lub obrony, a odpowiedzialnością za utrzymanie naukowego i publicznego 
charakteru instytucji. 


A. Kawałkowski doradził także przekornie, aby UP w Londynie wprowadził do 
swojego zarządu chociaż jednego, autentycznego historyka. "Jestem przekonany, że ten 
minimalny zabieg, jakiego można się spodziewać ochroniłby Instytut przed gafami, 
których jego władze dopuściły się wobec Wł. Pobóg-Malinowskiego"107. 
Zażenowanych postawą członków UP wobec Poboga było także wiele innych 
osób, ze środowiska emigracyjnego. A. Bobkowski w swoim liście do ]. Giedroycia 
z 28 II 1961 roku pisał: 


To, co się dzieje z Pobóg-Malinowskim, naprawdę mnie irytuje. Tu, po naszej 
stronie, jest najwyraźniejszy i brudny atak na tego człowieka ijego dokonania. [...] Nie 
znam tego Malinowskiego, ale nic nie poradzę, że jego dzieło uważam za wielkie do- 
konanie. Ktoś powinien by napisać coś o tym naszym brudactwie i inkwizycji emigra- 
cyjnej na tle jego wypadku 108 . 
W sprawę konfliktu Poboga z UP w Londynie włączyli się również członkowie 
nowojorskiego Instytutu. Opowiadając się po stronie londyńskiej filii, starali się jednak 
nie ingerować w rozstrzygnięcie sporu. W liście z 2 IV 1961 roku W. Bortnowski 
(współtwórca UP w Londynie, mieszkający od szeregu lat w Stanach Zjednoczonych) 
pisał: 


Niepodobna treść jego wersji historycznej pozostawić bez poprawek i bez krytyki. 
Zastanawiając się nad tym jakby to załatwić, nie znalazłem innego wyjścia jak pozo- 
stawienie tej sprawy Wam w Londynie. My tu po prostu nie mamy możliwości zmon- 
towania odpowiedniej pracy. Wy tam macie i świadków żywych i ludzi, którzy by to 
potrafili zrobić 109 . 


106 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 250. 
107 A. Kawałkowski, List do Redakcji, s. 153-154. 
108 ]. Giedroyc, A. Bobkowski, Listy ł946-ł96ł, wybór i oprac. ]. Zieliński, Warszawa 
1997, s. 685-686. 
109 Z listu Bortnowskiego z dnia 2 IV 1961, k. 1-2 - I]PL-MPW. 


113
>>>
Kulminację konflikt osiągnął na posiedzeniu Instytutu w dniu 27 V 1961 roku, na 
którym to posiedzeniu votum separatum przeciwko podjętej uchwale wnieśli orędow- 
nicy sprawy Poboga, g. K. Sawicki, B. Miedziński i K. Libicki llo . Uchwała ta ostatecz- 
nie stwierdzała, iż "prace W. Pobóg-Malinowskiego nie mogą być w żadnym razie 
kojarzone z Instytutem,,111. Treść tej uchwały została opublikowana dodatkowo w pra- 
sie emigracyjnej, m.in. w londyńskim "Tygodniu Polskim"112. 
Po opublikowaniu uchwały A. Kawałkowski napisał: 
Jako piłsudczyk, poczułem się zawstydzony, ajako człowiek piszący - do żywe- 
go dotknięty gdy przeczytałem na łamach "Orła Białego" oraz "Tygodnia Polskiego", 
poniższy komunikat. Przede wszystkim nasuwa się pytanie, jakim prawem Rada Insty- 
tutu zabiera głos w sprawie działalności pisarskiej Władysława Pobóg-Malinowskiego, 
i to w sensie odżegnania się od niego, skoro ten w żadnej ze swoich prac na Instytut się 
nie powołuje i jego odpowiedzialności nie angażuje, a książki wydaje nakładem bądź 
własnym, bądź firm wydawniczych, nic z Instytutem nie mających wspólnego. Czyżby 
Rada Instytutu, a przynajmniej jej większość stanęła na stanowisku, że należy jej się 
wyłączność w zakresie literatury o Józefie Piłsudskim? Wydaje mi się to nieprawdopo- 
dobne, ale ponieważ jest powszechnie wiadomo, że ludzie, nie umiejący się śmiać lubią 
się ośmieszać, więc, ostatecznie, nic nie jest wykluczone l13 


Na kolejnych posiedzeniach, 19 V 1962 i 28 VII 1962, przyjęto uchwały normują- 
ce sprawę korzystania z archiwum UP. Postanowiono, że Instytut będzie ponosił odpo- 
wiedzialność wyłącznie za wydawnictwa opublikowane przez siebie. Wszelkie inne 
publikacje napisane w oparciu o zbiory, nawet autorstwa członków Instytutu, nie będą 
uważane za jego prace. Potwierdzono również, iż UP jako placówka naukowo- 
-badawcza, będzie dostępna dla wszystkich zainteresowanych badaczy. Ponadto, co 
najważniejsze, Rada odniosła to również do sprawy Poboga. Postanowiono, iż "Pobóg- 
-Malinowski może korzystać z Archiwum Instytutu na zasadach ogólnych normujących 
tąsprawę,,114. W ten sposób zażegnano konflikt trwający ponad półtora roku. 
Dla samego zainteresowanego rozstrzygnięcie przyszło jednak zbyt późno. W mar- 
cu 1962 roku pojawiły się u Malinowskiego ponownie, tym razem bardzo poważne, 
krwotoki z płuc. Szczegółowe badania wykazały odnowienie się w ostrej formie gruźli- 


110 B. Miedziński, K. Libicki i K. Sawicki złożyli votum separatum następującej treści: 
"Podpisani członkowie Rady Instytutu lP. w Londynie zakładają sprzeciw wobec uchwały 
powziętej przez większość Rady na posiedzeniu 27 maja 1961 roku w sprawie działalności histo- 
rycznej Władysława Pobóg-Malinowskiego. Uchwały tej nie mogą uznać za obowiązującą dla 
siebie, zastrzegając sobie swobodę wystąpień przeciwko niej oraz odwołanie się do ogólnego 
zebrania członków Instytutu. A to z powodów następujących: Uchwała ta na początku p. 3-go 
stwierdza zgodnie z prawdą, że praca Wł. Pobóg-Malinowskiego dokonywana jest całkowicie 
poza Instytutem, co nigdy nie ulegało żadnej wątpliwości: wobec czego końcowa część p. 3-go 
Uchwały jest bezprzedmiotowa, zaś jej powzięcie ma wszelkie cechy manifestacji ujemnej 
w stosunku do prac tego pisarza, co jest sprzeczne z poglądami licznego zastępu członków In- 
stytutu. P.S. Uchwała zawiera również stwierdzenie o rozbieżności poglądu członków Instytutu 
na działalność Wł. Pobóg-Malinowskiego: tym samym więc uchwała większości Rady nabiera 
charakteru świadomego narzucania części członków Instytutu stanowiska niezgodnego z ich 
poglądami": cyt. za: A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XXI-XXII. 
111 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 251-252: A. Kawałkowski, Historia i cenzura, 
s. 116: A. Adamczyk, Bogusław Miedziński..., s. 307. 
112 Uchwała Instytutu J. Piłsudskiego w Londynie, Tydzień Polski 1961 nr 245, s. 3. 
113 A. Kawałkowski, Historia czy cenzura, s. 112-113. 
114 A. Suchcitz, Kryzys Londyńskiego..., s. 251-252. 


114
>>>
cy. Pobóg został skierowany do sanatorium "Le Lys dans la vallee" (La Celle-Saint- 
Cloud), gdzie miał przebywać do października 1962 roku 115 . Cztery miesiące po 
uchwale pozwalającej mu korzystać z archiwaliów, Pobóg zmarł, przeżywszy 63 lata. 
Zmarł w Genewie 21 XI 1962 roku. Tam też został, w dniu 24 XI 1962, pochowany na 
. . S G 116 
mIejScowym cmentarzu w t. eorges . 
Po śmierci Poboga rodzina Malinowskich znalazła się w bardzo trudnej sytuacji fi- 
nansowej. Długotrwała choroba i koszty związane z leczeniem mocno nadszarpnęły 
budżet rodzinny. Z pomocą przyszła redakcja paryskiej "Kultury", rozpisując zbiórkę 
na fundusz pamięci Władysława Poboga-Malinowskiego. Na łamach pisma ukazał się 
Apel do czytelników" Kultury" i "Najnowszej Historii Politycznej Polski" oraz artykuł 
pośmiertny o Pobogu, autorstwa A. Kawałkowskieg0 117 . W apelu czytamy: 
Jest coś paradoksalnego w sytuacji, powstałej po śmierci śp. Władysława Pobóg- 
-Malinowskiego. Z jednej strony niewątpliwe i powszechne uznanie w kraju i na emigra- 
cji, z drugiej - warunki skrajnego ubóstwa i zadłużenia, w jakich znalazła się pozostała 
po nim rodzina: żona, syn na studiach i teściowa, ta ostatnia w sędziwym wieku 
i niezdolna do pracy. Jednocześnie z setkami listów i depesz kondolencyjnych nadchodzą- 
cych z całego świata, wdowa po zmarłym odbiera rachunki szpitalne i inne, w wysokości 
przekraczającej wielokrotnie rozmiary jej skromnych i niepewnych dochodów. Ta sytu- 
acja wynika nie tylko z wyjątkowej niezaradności życiowej zmarłego historyka, z długo- 
trwałej choroby i wysokich kosztów leczenia, częściowo tylko pokrytych przez ubezpie- 
czalnię społeczną, ale także z warunków obiektywnych, z którymi borykać się musi pisarz 
emigracyjny. Zadłużenie zmarłego wynosi ponad 7.000 NF. Otwieramy listę składek na 
pokrycie tej sumy zbiorowym wysiłkiem. W razie, gdyby kwota zebrana przekroczyła 
wysokość zadłużenia, zużyjemy ewentualną nadwyżkę na ufundowanie nagrobka na mo- 
giłe zmarłego pisarza na cmentarzu genewskim, na którym został pochowanyl18. 
Apel spotkał się z szerokim odzewem czytelników pisma na całym świecie. W ko- 
lejnych numerach "Kultury" publikowano pod hasłem "Wpłaty na Fundusz Śp. Włady- 
sława Pobóg-Malinowskiego" listy osób i instytucji, wpłacających pieniądze na pomoc 
rodzinie Malinowskich. Apel i artykuł A. Kawałkawskiego, zostały w całości przedru- 
kowane w "Dzienniku Polskim" w Detroit, który ze swej strony zaapelował do czytel- 
ników o pomoc. W gronie osób, które wsparły rodzinę zmarłego pisarza znalazł się 
m.in.: A. Bregman, W. T. Drymmer, P. Wandycz, W Jędrzejewicz, P. Zaremba. Wśród 
licznych stowarzyszeń i instytucji, które odpowiedziały na apel wymienić wystarczy 
chociażby: Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w Szwajcarii, Mission Polonaise 
Catholique en France czy Polskie Koło Kulturalno-Artystyczne im. Sylwestra Gruszki 
w Sydney. Do dnia 221111963 roku zbiórka przyniosła łącznie kwotę 7508,19 franków, 
a więc przekroczyła podaną w apelu potrzebną sumę, w związku z czym redakcja pi- 
sma zamknęła zbiórkę (Kultura 1963 nr 4). Listy ofiarodawców były jednak drukowa- 
ne jeszcze przez kolejne trzy numery, a łączna kwota wpłat osiągnęła 9199,73 fran- 
ków 119 . 


115 List do F. S. Składkowskiego z 7 VII 1962 - AE/ AFSS-WPM. 
116 Cmentarzpołski w Montmorency, oprac.]. Skowronek [i in.], Warszawa 1986, s. 177. 
117 Apeł do czytełników "Kułtury " i "Najnowszej Historii Politycznęj Połski ", Kultura 1963 nr 
1/2(183/184), s. 221: A. Kawałkowski, Władysław Pobóg-Malinowski..., s. 216-221. Inne po- 
śmiertne artykuły o W. Pobóg-Malinowskim ukazały się m.in. w "Orle Białym" (1962 nr 48, s. 5). 
118 Apeł do czytełników "Kułtury"..., s. 221. 
119 Wpłaty na Fundusz ŚP. Władysława Pobóg-Malinowskiego, Kultura 1963 nr 3(185), 
s. 3-4: nr 4(186), s. 2: nr 5(187), s. 2: nr 6(188), s. 2: nr 7/8(189/190), s. 2. 


115
>>>
Zebrane w ten sposób fundusze umożliwiły pokrycie długów finansowych rodziny 
Malinowskich, o czym dowiadujemy się z listu M. Pobóg-Malinowskiej do Redakcji 
" Kultury" 120. Dzięki zbiórce możliwe stało się również, zgodnie z ostatnią wolą zmar- 
łego, przeniesienie trumny ze zwłokami do Francji. Została ona przewieziona z Gene- 
wy i złożona 26 II 1964 roku na cmentarzu Montmorency pod Paryżem, w grobie nale- 
. d er H . L . k . 121 
zącym O 
owarzystwa lstoryczno- lterac lego . 
Po śmierci Malinowskiego powstał w Londynie komitet, mający na celu kolejne 
wydania jego prac. W 1963 roku ukazało się w Londynie drugie, rozszerzone i popra- 
wione, wydanie I tomu Historii, w którym zakończenie rozdziału trzeciego oraz roz- 
działy czwarty i piąty przygotował do druku B. Miedziński. On też przygotował do 
druku drugie wydanie tomu II, które ukazało się w 1967 roku, również w Londynie 122 . 
Doskonałym podsumowaniem emigracyjnego okresu życia Poboga oraz jego 
działalności pisarskiej i publicystycznej w tym okresie są słowa A. Kawałkawskiego, 
kończące artykuł Instytut jednego człowieka. Wydaje się, że w tych kilku zdaniach 
przyjaciel Poboga zwarł prawdziwy obraz człowieka, który znaczną część swojego 
życia poświęcił samotnej pracy nad odkrywaniem kart historii swojej ojczyzny. 
Przeciwników Pobóg-Malinowskiego z obozu pisarskiego źle usposabia przede 
wszystkim ogrom dokonanej przez niego pracy. Dziesięć lat badań, siedem lat pomiędzy 
ukazaniem się pierwszego i ostatniego tomu, to wysiłek, którego nikt jeszcze na emigracji 
ani w kraju nie podjął się indywidualnie, dokonany w niemożliwych prawie warunkach. 
Pobóg-Malinowski pracował sam, archiwa musiał wykrywać, niektóre udostępniano mu 
niechętnie. Mamy na emigracji trzy instytuty historyczne: dwa imienia]. Piłsudskiego: 
w New Yorku i w Londynie, jeden im. gen. Wł. Sikorskiego w Londynie. Pobóg- 
-Malinowski był zawsze sam, bez budżetu, pisał na marginesie zajęć zarobkowych, po- 
dróżował i przeprowadzał studia archiwalne za pożyczone pieniądze, lub za awanse, 
wpływające na tom następny, był swoją własną sekretarką, buchalterem, chłopcem do po- 
syłek. Tą zdumiewającą pracowitością, uporem, wyrzeczeniem się powabów życia dla 
zadania, które uznał za swoją misję, zdobył sobie autorytet, uznanie czytelników i wresz- 
cie - zainteresowanie wydawców. Mimo zastrzeżeń, którym dałem wyraz w recenzjach, 
zamieszczonych na łamach " Kultury" , jestem pełen szacunku dla prac Instytutu Histo- 
rycznego, który powstał w małym mieszkanku na piątym piętrze w popularnej dzielnicy 
Paryża. I nic mi nie szkodzi, że jest to Instytut Jednego Człowieka 123 . 


120 "Jak naj goręcej pragnę podziękować Panu Redaktorowi i «Kulturze» za umieszczenie 
pięknego wspomnienia p. A. Kawałkowskiego o śp. mężu moim, Władysławie Pobóg-Malinow- 
skim, i za tak skuteczne wezwanie do czytelników «Kultury» o przyjście mi z pomocą. Bardzo, 
bardzo serdecznie dziękuję staropolskim «Bóg Zapłab, również wszystkim rodakom rozsianym 
po całym świecie, którzy tak licznie i hojnie odpowiedzieli na apel Pana Redaktora". Jednocze- 
śnie wdowa zapewniła, że będzie starała się w miarę swych sił oraz bardzo skromnych środków 
i możliwości, aby prace, które Pobóg-Malinowski pozostawił zostały opublikowane. Uznała 
również, iż najtrwalszym i najwspanialszym uczczeniem pamięci zmarłego będzie, gdy jego 
Najnowsza Historia znajdzie się w każdym polskim domu: M. Pobóg-Malinowska, List do Re- 
dakcji, Kultura 1963 nr 6(188), s. 157-158. 
121 M. Pobóg-Malinowska, List do Redakcji, Kultura 1964 nr 5 (199), s. 158-160: Cmentarz 
połski w Montmorency, s. 177. 
122 A. Garlicki, Władysława Poboga-Malinowskiego..., s. XIII. 
123 A. Kawałkowski, Instytutjednego człowieka, s. 66. 


116
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


MIECZYSŁAW GRYDZEWSKI 
I "WIADOMOŚCI" W OCZACH 
SŁUŻBY BEZPIECZEŃSTWA PRL 


Paweł LIBERA (Warszawa) 


Na temat "Wiadomości" londyńskich redagowanych przez Mieczysława Grydzew- 
skiego pisano dotychczas niemało. Choć czasopismo przestało istnieć w 1981 roku to 
w międzyczasie zdążyły ukazać się na jego temat osobne opracowania, zbiory publi- 
kowanych tekstów i liczne wspomnienia l . Pismo założone przez Grydzewskiego nie 
należy więc do marginalizowanych, choć nie cieszy się aż takim zainteresowaniem, jak 
paryska "Kultura". Trzeba jednak zauważyć, że prace poświęcone "Wiadomościom" 
powstawały najczęściej w środowisku historyków literatury z wykorzystaniem typo- 
wego dla nich warsztatu: źródła historyczne zostały dotychczas wykorzystane w nie- 
wielkim stopniu 2 . 
Podobnie wygląda zainteresowanie "Wiadomościami" z perspektywy problemu 
rozpracowania i zainteresowania służb specjalnych PRL ośrodkami emigracyjnymi. 
Prowadzone dotąd badania dotyczą wąskich grup, pojedynczych instytucji emigracyj- 
nych czy poszczególnych zagadnień. Dotychczas omówiono działania organów bezpie- 
czeństwa w stosunku do takich instytucji jak Instytut Literacki w Maisons-Laffitte, 
Radio Wolna Europa czy Towarzystwo "Polonia" i akcja repatriacyjna 3 . Inne ośrodki 
nie miały takiego szczęścia i dotychczas nie znalazły się w polu zainteresowania bada- 


1 Literaturę dol. "Wiadomości" do 1995 r. omówiła A. Supruniuk, Dorobek i potrzeby ba- 
dań nad" Wiadomościami ", [w:] " Wiadomości" i okolice. Szkice i wspomnienia, l. 2, red. M. A. 
Supruniuk, Toruń 1996, s. 121-134. 
2 Dotychczas najwięcej z nich wykorzystał R. Habielski (Niezłomni i nieprzęjednani. Emi- 
gracyjne " Wiadomości" i ich krąg ł940-ł98ł, Warszawa 1991). 
3 M.in. S. Cenckiewicz, Oczami bezpieki: szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeń- 
stwa PRL, Kraków 2005; P. Machcewicz, "Monachijska menażeria ". Wałka z Radiem Wołna 
Europa ł950-ł989, Warszawa 2007; M. Ptasińska-Wójcik, Z dziejów biblioteki Kułtury ł946- 
ł966, Warszawa 2006; K. Tarka, Mackiewicz i inni. Wywiad PRL wobec emigrantów, Warszawa 
2007; Aparat bezpieczeństwa wobec emigracji politycznej i Połonii, pod. red. R. Terleckiego, 
Warszawa 2005. 


117
>>>
czy. Do nich właśnie należą londyńskie "Wiadomości" i ich redakcja, choć zachowały 
się dokumenty świadczące o tym, że pismo to nie było obojętne wywiadowi PRL. 


Powody zainteresowania pismem 
Pomimo iż, "Wiadomości" od samego początku reprezentowały kierunek bez- 
względnie antykomunistycznl to brak dowodów, aby wzbudzały większe zaintereso- 
wanie organów bezpieczeństwa PRL. Zwracano baczną uwagę na niektórych współ- 
pracowników czasopisma, ale względem redakcji nie planowano żadnych bardziej 
zdecydowanych posunięć. Dlaczego? Odpowiedź wydaje się prosta: sam antykomu- 
nizm nie wyróżniał specjalnie "Wiadomości" od licznych pism emigracyjnych rozsia- 
nych po całym świecie. Służby wywiadowcze PRL w większym stopniu interesowały 
się placówkami mającymi bezpośredni kontakt z krajem i wpływ na informowanie 
społeczeństwa w Polsce, a co za tym idzie - na kształt i zachowanie ustroju państwa. 
"Wiadomości" takich możliwości ani ambicji nie miały, były pismem typowo emigra- 
cyjnym, i choć z zainteresowaniem śledziły to co się działo nad Wisłą, to jednak sto- 
sowały inną taktykę niż, na przykład, paryska "Kultura"s. W zupełnie innej sytuacji 
znajdowały się rozgłośnie radiowe, nadające w języku polskim, bądź redakcje pism 
i wydawnictwa starające się przenikać do Polski. Pismo redagowane przez Mieczysła- 
wa Grydzewskiego było "namierzone" i znane służbom bezpieczeństwa 6 , ale w polu 
bezpośredniego zainteresowania wywiadu SB znalazło się dopiero w momencie, kiedy, 
oprócz zdecydowanie antykomunistycznego stanowiska, zaczęło współpracę z jedną 
z placówek ingerujących bezpośrednio w życie w kraju. Miało to miejsce w roku 1964, 
kiedy redakcja "Wiadomości" zawarła porozumienie z Radiem Wolna Europa i wspól- 
nymi siłami zaczęto wydawać miesięczny dodatek do "Wiadomości" - "Na antenie", 
zawierający przedruki naj ciekawszych audycji radiowych. Była to raczej jeszcze jedna 
forma działalności monachijskiej rozgłośni radiowej niż nagła zmiana i zainteresowa- 
nie się pismem Grydzewskieg0 7 . 


Rozpracowanie Grydzewskiego 
"Wiadomości" londyńskie znajdowały się w polu zainteresowania Departamentu I 
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, odpowiedzialnego za wywiad, a dokładniej - 
w kompetencjach Wydziału Vlll, zajmującego się rozpracowaniem reakcyjnych ośrod- 
ków emigracji polskiej. To właśnie pracownik tego wydziału, starszy oficer operacyjny, 
kapitan Narcyz Grzechowiak, 4 maja 1965 roku napisał we wniosku o wszczęcie po- 
stępowania mającego na celu operacyjne rozpracowanie redaktora "Wiadomości": 
rozpatrzywszy materiały dol. Mieczysława Crydzewskiego stwierdziłem, że wyż. wymie- 
niony jest redaktorem naczelnym tygodnika londyńskiego" Wiadomości". Posiada liczne 
kontakty w ośrodkach dywersji polityczno-ideologicznej na zachodzie Europy. Współpra- 


4 Na ten temat patrz m.in.: R. Habielski, Niezłomni i nieprzęjednanL.: tenże, "Wiadomo- 
ści ". Tygodnik na emigracji, [w:] "Wiadomości" i okolice..., l. 2, S. 13-32. 
5 Por.: M. Żebrowski, Dzieje sporu. " Kułtura " w emigracyjnej debacie publicznej łat ł947- 
ł956, Warszawa 2007. 
6 Połska emigracja polityczna. Informator MSW, (reprint), oprac. S. Cenckiewicz, Warsza- 
wa 2004. 
7 Na ten aspekt działań wpisany w całą akcję skierowaną przeciwko Radiu Wolna Europa 
nie zwrócił uwagi Paweł Machcewicz w swoich pracach o zwalczaniu rozgłośni przez Służbę 
Bezpieczeństwa: P. Machcewicz, Wałka z Radiem Wołna Europa (1950-ł975), [w:] Aparat 
bezpieczeństwa..., S. 11-104, tenże, "Monachijska menażeria "... 


118
>>>
cuje z RWE w Monachium, które wydaje dodatek miesięczny do "Wiadomości" pl. "Na 
antenie". Wnoszę o założenie rozpracowania operacyjnego kryptonim "Kuryl"s. 


Kapitan Narcyz Grzechowiak sprawę prowadził od początku do końca. Materiały 
zebrane na temat Grydzewskiego i "Wiadomości" nie należąjednak do obfitych. Więk- 
szość z nich powstała w 1965 i 1966 roku. Oprócz informacji o redaktorze i piśmie nie 
zawierają innych szczegółów. Nie ma też żadnych dowodów na próby bezpośredniego 
kontaktu z Grydzewskim. Wydaje się, że Służba Bezpieczeństwa spóźniła się, ponie- 
waż zanim zebrano pierwsze informacje, Mieczysław Grydzewski rozchorował się, 
a następnie zmarł (w styczniu 1970 roku). W 1966 roku źródła bezpieki podawały, że 
redaktor odgrywa coraz mniejszą rolę w kierowaniu tygodnikiem. Główną rolę przypi- 
sywano Antoniemu Barmanowi i Adamowi Pragierowi. Zasłyszana pogłoska przypi- 
sywała im nadawanie pismu orientacji zgodnej z polityką Radia Wolna Europa i zaini- 
cjowanie wydawanego wspólnie z rozgłośnią dodatku "Na antenie"g. 
Tym samym rozpracowanie redaktora naczelnego nie posunęło się wcale do przodu. 
Celem rozpracowania było wykazanie powiązań Grydzewskiego z Kierownictwem 
RWE oraz ewentualne pozyskanie Grydzewskiego do współpracy. Na przeszkodzie sta- 
nęłajednak przewlekła choroba Grydzewskiego (1966-1970) 
- zapisano w notatce końcowej spraw/o. Próby rozpracowania i ewentualnego wer- 
bunku Grydzewskiego zakończyły się ostatecznie 7 lipca 1970 roku, kiedy zgodnie 
z zasadami, na wniosek podporucznika Wojciecha Czerniaka, inspektora Wydziału Vlll 
Departamentu I MSW zamknięto postępowanie z powodu śmierci redaktora. Tego 
samego roku akta przekazano do archiwum MSWlI, a po sześciu latach zmikrofilmo- 
wano, na tzw. "karcie kieszeniowej" Jacket. 
Poniżej podajemy do druku naj obszerniejszą notatkę dotyczącą "Wiadomości". 
Została sporządzona 15 maja 1965 roku przez "Heliotropa" , naj prawdopodobniej rezy- 
denta SB w Wielkiej Brytanii. Drugim publikowanym dokumentem jest notatka doty- 
cząca Mieczysława Grydzewskiego z 24 marca 1965 roku. Materiały te zwracają uwa- 
gę sposobem przedstawienia środowiska "Wiadomości" i skupieniem się na zagadnie- 
niach natury finansowej oraz osobistej, ale jednocześnie rzucają interesujące światło na 
niektóre zagadnienia związane z historią czaso
isma, szczególnie z jego finansowa- 
niem. Pozostałe materiały, z jednym wyjątkiem l , mają mniejsze znaczenie i w wielu 
fragmentach powielają informacje zamieszczone w opisanych powyżej dokumentach I 3. 


s IPN, sygn. BU 01168/137 (Mf. J - 2229), Postanowienie o założeniu rozpracowania ope- 
racyjnego kryptonim "Kuryl" z 4 V 1965 r. 
9 Tamże. Wyciąg z informacji źródła "K.D." (Dep. III) z dnia 18 VIII 1966 r 
10 Tamże. Notatka końcowa dol. Mieczysława Grydzewskiego krypt. "Kuryl" nr 6445 z 13 
VII 1970 r. 
11 AIPN, sygn. BU 01168/137 (Mf. J - 2229), Postanowienie o zakończeniu i przekazaniu 
spraw do archiwum Departamentu I z 7 VII 1970 r. 
1 Notatka "Marcina" ze spotkania z "Giewontem" z 27 I 1967 r. dotycząca Michała 
Chmielowca. Materiał ten zostanie opublikowany osobno. 
13 W aktach znajdują się ponadto: 1) wyciąg z raportu "Marcina" ze spotkania ze "Strąkiem" 
w dn. 17 XII 1966 i 5 I 1966 dotyczący Akademii" Wiadomości", ale nie zawierający żadnych 
informacji poza tymi, które można było uzyskać z samych "Wiadomości", 2) krótka notatka 
o dodatku "Na antenie" autorstwa kpI. N. Grzechowiaka z 24 III 1965, 3) notatka operacyjna 
dotycząca tygodnika "Wiadomości" sporządzona przez kpI. N. Grzechowiaka 13 IX 1965 r. 
najwyraźniej w oparciu o publikowaną poniżej notatkę, 4) wyciąg z informacji źródła "K.D." 
(Dep. III) z dnia 18 VIII 1966 r. 


119
>>>
Dokument 1 


Odpis 
Tajne 
Egz. pojed[ynczy] 


Londyńskie "WIADOMOSCI" 


Pismo to, które początkowo nosiło nazwę "Wiadomości Polskie" zaczęło wycho- 
dzić w Londynie w 1941 roku I 4. Było ono pomyślane jako kontynuacja przedwojen- 
nych "Wiadomości Literackich". Idea wznowienia ich wyszła od przedwojennego 
redaktora "Wiadomości" Mieczysława Grydzewskiego, który też od pierwszej chwili 
wznowienia pisma w Londynie, był jego "duszą". Decyzja w sprawie obsady redakcji 
należała jednak wtedy do Ministra Informacji l5 , który dysponował przydziałem papieru 
oraz funduszami na wszelkie wydawnictwa polskie. Nie trzeba chyba podkreślać, że 
zwłaszcza w tym początkowym okresie, kiedy na Wyspach Brytyjskich znajdowało się 
zaledwie kilka tysięcy Polaków - w tym znaczny procent analfabetów - żadne pol- 
skie pismo nie mogło liczyć na finansową samowystarczalność. Wszystko zależne więc 
było od przydziałów rządowych pieniędzy, których zresztą było wtedy w nadmiarze 
(dość powiedzieć, że członkowie Rady Narodowej, których praca ograniczała się do 
udziału w posiedzeniach Rady i komisji - plus minus 5-8 godzin zajęcia tygodniowo 
- otrzymywali wtedy £ 100 miesięcznie, co równało się co najmniej £ 200 obecnym). 
U ówczesnego ministra informacji, prof. Stanisława Strońskiego l6 Grydzewski nie 
miał dobrej opinii. Dla starego endeka był za liberalny, za lewicowy, a ponadto Żyd. 
Przeciwko Grydzewskiemu intrygowały też sanacyjne wtyczki, których nie brak było 
w ministerstwie kierowanym przez zagorzałego antysanatora. Redakcję "Wiadomości" 
powierzył więc Stroński Zygmuntowi Nowakowskiemu 17 , nie zdając sobie chyba 
sprawy z tego, że w ten sposób jeszcze jedną pozycję propagandową oddaje w ręce 
Sanacji, z którą Nowakowski, mimo częstych sporów z sanacyjnym kierownictwom, 
był zawsze związany, jeżeli nie organizacyjnie, to na pewno psychicznie. Zaś Nowa- 
kowski był przy tym człowiekiem o dużej odwadze cywilnej i przekorności, więc 
szybko "Wiadomości" wyzwoliły się spod kurateli Strońskiego i następnego z kolei 
ministra propagandy, prof. St[anisława] Kota l8 i stał się organem opozycji przeciwko 
rządowi gen. Sikorskiego. Przy dużej popularności, jaką sobie pismo zdobyło ze 
względu na dobre redagowanie oraz właśnie na skutek swego opozycyjnego stanowi- 
ska, kolejni ministrowie propagandy nie mieli odwagi go zlikwidować, czy zmusić do 
uległości przez ostrzejsze sankcje finansowe. 


14 Autor opracowania pominął tzw. okres paryski, kiedy Crydzewski wznowił pismo pod 
tytułem "Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie" 17 III 1940 roku w Paryżu. Funkcjono- 
wało tam do czerwca 1940 r. 
15 Właśc. Ministerstwo Informacji i Dokumentacji, powstało na mocy dekretu Prezydenta 
RP z 11 IX 1940 r. 
16 Profesor Stanisław Stroński (1882-1955), kierował Ministerstwem od 30 września 
1939 r., kiedy jeszcze funkcjonowało jako Dział Informacyjny, do 16 III 1943 r. 
17 Por.: R. Habielski, Niezłomni i nieprzejednani..., s. 21. 
18 Stanisław Kot, stał na czele Ministerstwa Informacji i Dokumentacji w okresie od 18 III 
1943 do 24 XI 1944. 


120
>>>
Opozycyjny charakter "Wiadomości" wyszedł w szczególności na jaw w czasie 
zawierania Umowy Maj ski-Sikorski 19, kiedy to pismo wraz z całą sanacją, znaczną 
częścią endecji i niektórymi PPS-owcami (Ciołkosz, Pragier) , wypowiedziało się prze- 
ciwko umowom z ZSRR, a gen. Sikorskiego i jego rząd atakowało bardzo ostro 20. 
Opozycyjny charakter pisma zaostrzył się jeszcze w czasie gdy miejsce Sikorskiego, 
który zginął, zajął Mikołajczyk 21 . "Wiadomości" były wtedy jawnym propagatorem 
kandydatury gen. Sosnkowskiego na stanowisko naczelnego wodza, a następnie jego 
tubą propagandową. W okresie jałtańskim "Wiadomości" ze szczególna pasją wystą- 
piły przeciwko ZSRR, rządowi emigracyjnemu ("za jego bierność"), a również i An- 
glikom. Wtedy jednak władze angielskie, po kilkakrotnym poufnym ostrzeżeniu redak- 
cji, zdecydowały się na wstrzymanie przydziału papieru "Wiadomościom", co w ów- 
czesnych warunkach równało się nakazowi zamknięcia pisma 22 . W "polskim Londy- 
nie" podejrzewano, że ta decyzja angielska zapadła nie bez inspiracji min[istra] Kota, 
który nie miał wprawdzie sam odwagi zlikwidować popularne pismo, ale niewątpliwie 
decyzję angielską przyjął z wielkim zadowoleniem. Faktem jest też niewątpliwym, że 
nie wykazywał najmniejszej ochoty interweniowania u Anglików w obronie "Wiado- 
, . ,,23 
mosCl 
Po przymusowej likwidacji pisma, zespół redakcyjny próbował jeszcze przez jakiś 
czas wydawać periodyczne broszury, po kilku miesiącach jednak ostatecznie się rozleciał. 
Gdy skończyły się ograniczenia papierowe w W[ielkiej] Brytanii, które zostały zresztą 
wykorzystane przez Anglików (po cofnięciu uznania rządowi Arciszewskiego) dla 
zlikwidowania prawie wszystkich periodyków polskich, które opowiadały się przeciw- 
ko polityce Mikołajczyka (m.in. "Robotnika", "Myśli Polskiej" i innych), Grydzewski 
natychmiast przystąpił do wznowienia "Wiadomości,,24. W tym czasie uczynił to już 
samodzielnie, bez kurateli Z[ygmunta] Nowakowskiego, co ułatwił fakt, że na czele 
ministerstwa propagandy stał wtedy prof. Adam Pragier, z którym był w przyjaźni 
jeszcze z czasów przedwojennych. Rzecz też naturalna, że u Pragiera czynnik antyse- 
micki nie grał już. Ponadto prawą ręką Pragiera w ministerstwie był wtedy Sakowski, 
również zaprzyjaźniony z Grydzewskim. Poparcie ministerstwa propagandy Arciszew- 
skiego, choć już nie decydujące, jak w czasach Strońskiego i Kota, miało jednak duże 
znaczenie, z uwagi na to, że w dyspozycji rządu były jeszcze znaczne środki finanso- 
we. Z funduszów rządowych otrzymał Grydzewski znaczną subwencję, którą pozwoliła 
mu nie tylko wznowić pismo, ale i przy bardzo oszczędnej gospodarce, również i odło- 
żyć poważniejszą rezerwę na "czarną godzinę", którą Grydzewskiemu i "Wiadomo- 
ściom" przyszło w późniejszym okresie przeżywać wielokrotnie 25 . 


19 Układ Sikorski-Majski podpisano 30 VII 1941 L W Londynie. 
20 L. Ciołkoszowa, Połska a Związek Sowiecki, [w:] tejże, Publicystyka, Warszawa 1985, 
s. 16-18 oraz R. Habielski, Niezłomni i nieprzejednani..., s. 38-45. 
21 Stanisław Mikołajczyk był premierem Rządu RP od lipca 1943 do listopada 1944 L 
22 Kryzys "Wiadomości Polskich" trwał od lutego 1944 do kwietnia 1946 L, kiedy pismo 
wznowiono pod tytułem" Wiadomości". 
23 Roli profesora S. Kota nie potwierdza R. Habielski, Niezłomni i nieprzejednani..., s. 58, 
ani H. Świderska, Z dziejów połskiej prasy opozycyjnej w Londynie ł94ł-ł945, Zeszyty Histo- 
ryczne 1992 nr 101, s. 71. 
24 "Wiadomości" wznowiono 7 kwietnia 1946 L 
25 Dzięki poparciu Pragiera i Sakowskiego Crydzewski miał otrzymywać subwencje rządo- 
we w wysokości 250 funtów miesięcznie w 1946 i 1947 L: pOL: A. Pragier, Kiłka wspomnień 
o Grydzewskim, [w:] Książka o Grydzewskim. Szkice i wspomnienia, Londyn 1971, s. 230. 
W 1948 L kwota uległa zmniejszeniu o dwie trzecie, a z tej" Wiadomości" otrzymały tylko dwie 
raty: M. A. Supruniuk, Pracowita nieobecność {prace redakcyjne Mieczysława Grydzewskiego 


121
>>>
"Wiadomości" pod redakcją Grydzewskiego zmieniły znacznie swój charakter. Po- 
zostały wprawdzie nadal zdecydowanie antykomunistyczne i "antyreżymowe", co 
w tym czasie pokrywało się zresztą z poglądami olbrzymiej większości emigracji. 
Znacznie mniej jednak miejsca zaczęły poświęcać zagadnieniem politycznym, a znacz- 
nie więcej kulturalnym i wspominkowym. W miarę upływu czasu, wspomnienia i to 
z wyraźną tendencją wybielania sanacyjnej przeszłości, stawać się zaczęły głównym 
elementem pisma. To w znacznej mierze przesądziło o jego bazie czytelniczej, a rów- 
nież i o zespole współpracowników. Prenumeratorzy i czytelnicy rekrutować się zaczęli 
przede wszystkim z grona pokolenia starszego i średniego, które miało sentyment czy 
to dla dawnych "Wiadomości Literackich", czy też dla sanacyjnej przeszłości. 
Grydzewski wielokrotnie próbował wciągać do współpracy młodsze elementy pi- 
sarskie. Niekiedy udawało mu się pozyskać kilku młodszych pisarzy - zwłaszcza 
poetów, ale współpraca trwała zwykle dosyć krótko i nie wywierała zasadniczego pięt- 
na na charakterze pisma. 
Poważnie na plus wyszło objęcie redakcji przez Grydzewskiego w zakresie szaty 
zewnętrznej i staranności technicznej (punktualność, korekta, nie dopuszczanie na łamy 
zupełnej marnoty i grafomaństwa). Staranność Grydzewskiego w zakresie korekty 
i purytanizm j ęzykowy są przysłowiowe i przynoszące mu zaszczyt. 
A teraz parę słów charakterystyki samego Grydzewskiego. 
Dzisiaj to już człowiek ponad 70-letni, ale trzymający się dosyć dobrze, żyjący już 
tylko dwiema pasjami: "Wiadomościami" i badaniami historycznymi, w których jest 
w zasadzie amatorem. Jego broszurka Rzeź Pra g f6 - mimo ambicji naukowych autora 
- miała wątpliwą wartość historyczną, a również i literacką. Za swoją specjalność 
uważa Grydzewski okres powstania Kościuszkowskiego i ostatniej fazy rozbiorów 
Polski. Zawodowi historycy do jego ambicji naukowych odnoszą się z dużą pobłażli- 
wością, choć szanują jego zacięcie i benedyktyńską pracowitość. Większość czasu 
spędza Grydzewski obecnie w British Museum, studiując w bibliotece wszystko co 
dotyczy wymienionych wyżej okresów historycznych. Od tej ukochanej roboty odry- 
wają go jedynie "Wiadomości". Grydzewski znany jest jako dziwak i odludek. Spotyka 
się z ludźmi tylko w wypadku gdy w grę wchodzą zagadnienia bezpośrednio dotyczące 
redagowania "Wiadomości". Nie znosi wszelkich uroczystości i pompy. Nikt nigdy nie 
widział go na żadnej akademii, na żadnym zebraniu (dopiero w ostatnich dwóch latach 
uczestniczył w obiadach wydawanych przez "Wiadomości" dla jury i laureatów nagro- 
dy tego pisma. Podobno jednak zrobił to pod naciskiem Sakowskiego i Pragiera - 
bardzo niechętnie i siedział przez cały czas znudzony, nie odzywając się do nikogo). 
Znana też jest historia galowego obiadu wydanego na cześć Grydzewskiego, z okazji 
jubileuszu redagowania przez niego "Wiadomości". Jubilat kategorycznie odmówił 
wzięcia udziału w tej galówce, która odbyła się bez jubilata. 
W latach międzywojennych Grydzewski był niewątpliwie liberalnym radykałem, 
o niezależnych poglądach i odwadze (nawet przekorze) w ich głoszeniu. Niezależność 
i odwaga mu pozostały (przynajmniej do niedawna), ale radykalizm z wiekiem wywie- 
trzał. Dziś to typ uczciwego konserwatysty, odnoszącego się z wielkim krytycyzmem, 
a nawet niechęcią do wszelkich "nowinek" i tonącego [we] wspomnieniach młodości. 


w łatach ł944-ł947. Próba reaktywowania" Wiadomości ", [w:] "Wiadomości" i okolice. Szkice 
i wspomnienia, [t. 1], pod. red. M. A. Supruniuka, Toruń 1995, s. 55. 
26 M. Grydzewski, Na ł50-łecie rzezi Pragi (4 listopada ł794). O próbie rehabilitacji Suwo- 
rowa, Londyn 1945: tenże, 150-łecie rzezi Pragi, Włochy, nakład 2. Korpusu, 1945. O okolicz- 
nościach powstania i druku patrz: A. Supruniuk, M. A. Supruniuk, Grydzewski - heurysta 
i erudyta, [w:] Twarze emigracji, [red.] M. A. Supruniuk, Toruń 1999, s. 90. 


122
>>>
W tych wspomnieniach sanacja, a nawet "żyletkarska" endecja przestały być elemen- 
tem wrogim i groźnym, a stały się jakimś nieodzownym atrybutem górnej i chmurnej 
młodości, do którego odnosi się z równym niemal sentymentem, jak do tych, którzy 
w owych czasach byli towarzyszami walki. Tylko tym sobie wytłumaczyć można fakt, 
że Grydzewski tak szeroko otworzył łamy swego pisma nawet dla endeckich bojówka- 
rzy przedwojennych 27 , którzy z taka pasją zwalczali ukochane "Wiadomości Literac- 
kie". Nie należy sobie tego tłumaczyć tylko, a nawet przede wszystkim jakimiś naci- 
skami zewnętrznymi czy obawami przed zniszczeniem "Wiadomości". Zresztą ten 
sentyment Grydzewskiego dla ludzi jego pokolenia działa mimo jego zdecydowanej 
"antyreżymowości" - również i w stosunku do ludzi związanych współpracą z kra- 
jem. I tak np. Smogorzewskiego nagabywał Grydzewski wielokrotnie o wznowienie 
współpracy, a ciągle toleruje też w "Wiadomościach" - a nawet faworyzuje, Kędzier- 
skiego. 
Gdy już jesteśmy przy charakterystykach osób kierujących "Wiadomościami", to 
nieco uwagi należy poświęcić najbliższemu współpracownikowi Grydzewskiego, dy- 
rektorowi wydawnictwa, który, w miarę starzenia się Grydzewskiego coraz większą 
rolę odgrywa i redakcji pisma - Bormanowi. Człowiek to o jakieś 10 lat młodszy od 
Grydzewskiego, który współpracował z nim, jeszcze przed wojną. Podobnie jak 
Grydzewski, z pochodzenia Żyd. Odznacza się dużą błyskotliwością, inteligencją, ale 
w przeciwieństwie do tego ostatniego i oportunizmem. Piętno na jego postawie życio- 
wej i charakterze wywarł niewątpliwie fakt, że jest on homoseksualistą - co zresztą 
jest publiczną tajemnicą. Bliscy jego znajomi twierdzą, że mimo podeszłego już wieku 
jest on ciągle jeszcze aktywny w tej dziedzinie. W polityce emigracyjnej Borman jest 
znacznie bardziej czynny od Grydzewskiego. Utrzymuje on przyjazne stosunki z roz- 
maitymi tuzami emigracyjnej polityki (zwłaszcza z Sakowskim - prawdopodobnie 
łączą ich jakieś stosunki lub wspomnienia homoseksualne, z Pragierem, Bregmanem, 
Czerwińskim, gen. Kukielem i innymi). 
Wydaje się, że antykrajowe stanowisko "Wiadomości" inspiruje Borman i że on 
również stara się o zdobycie krajowych korespondentów (sprawa]. N. Millera 28 ). Bor- 
man, mimo to, że ma dosyć rozgałęzione stosunki towarzyskie, nie jest na ogół lubiany 
i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Grydzewskiego nie jest szanowany. Do 
zesfg0łu stałych pracowników "Wiadomości" należał do niedawna jeszcze hr. Grochol- 
ski 9 (brat czołowego działacza NiD_u 30 ). (Uwaga marginesowa "Rafała": dat. Gro- 
chaIskiego informacja nieścisła. Ma pracować nadal. "H,,31 pomylił się.) Prowadził on 
administrację, nie wtrącając się do spraw redakcyjnych. Po nim stanowisko w admini- 
stracji obj ęła jakaś starsza pani. 
W latach pięćdziesiątych nakład "Wiadomości" ustabilizował się na poziomie 5 do 
6 tys. egz. W ostatnich latach, na skutek wymierania prenumeratorów i przysięgłych 


27 Po wojnie na łamach "Wiadomości" pisali liczni działacze ugrupowań narodowych, m.in.: 
Jędrzej Ciertych, Wojciech Wasiutyński (później prowadzący rubrykę "Beczka danaid"), Stefa- 
nia Zahorska. 
28 Jan Nepomucen Miller (1890-1977), ps. Stanisław Niemira, w 1965 skazany za publiko- 
wanie w "Wiadomościach" na trzy lata więzienia. 
29 Kazimierz Crocholski (1917-1994), sekretarz redakcji" Wiadomości"; por.: K. Crochol- 
ski, ł7 łat z Mieczysławem Crydzewskim, [w:] Książka o Grydzewskim. Szkice i wspomnienia, 
Londyn 1971, s. 65-72. 
30 Stanisław Crocholski (1912-2002), jeden z założycieli i głównych działaczy Polskiego 
Ruchu Wolnościowego "Niepodległość i Demokracja". 
31 Tj. "Heliotrop", autor notatki. 


123
>>>
odbiorców pisma, ma on znaczne tendencje zniżkowe. Dziś nakład "Wiadomości" nie 
przekracza 4,5 tys. egz. Z tej liczby nieco ponad 50% rozchodzi się w W[ielkiej] Bry- 
tanii. Sporej ilości prenumeratorów i czytelników dostarcza USA i Kanada oraz Fran- 
cja (niemal wyłącznie Paryż). Spora jest ilość prenumeratorów w krajach egzotycznych 
(Argentyna, Brazylia, Izrael, kraje afrykańskie itp.). 300 egz. każdego numeru (nieza- 
leżnie od "Na Antenie" - o której poniżej) zakupuje "Wolna Europa" (od szeregu lat) 
z przeznaczeniem na Polskę. 
Mimo wysokiej ceny i sporego nakładu - przy dużej objętości i starannej szacie 
zewnętrznej (drogi papier i ilustracje) - pismo jest i zawsze było dalekie od samowy- 
starczalności. Budżet pisma ratowały zwykle jakieś subwencje, a gdy ich brakło 
Grydzewski sięgał do rezerw zachowanych z czasów gdy pismo subwencjonował rząd 
Arciszewskiego (ściślej mówiąc Pragier). 
Po raz pierwszy pismo było poważnie zagrożone gdzieś pod koniec 40-tych (1948- 
[19]49). Wtedy ze znaczną pomocą przyszły organizacje społeczne (zwłaszcza harcer- 
stwo), organizując masową akwizycję prenumerat. Dało to wtedy w samej Wielkiej 
Brytanii ok. 500 prenumeratorów, którzy jednak w znacznej większości odpadli 
w następnych latach. Stanowiło to pewien zastrzyk, ale nie uratowałoby pisma, gdyby 
nie to, że za namową Sakowskiego, zaczął subsydiować "Wiadomości" Kwapiński 
z funduszów pochodzących z kas rządu emigracyjnego, które Kwapiński zabrał, gdy 
nastąpiło wycofanie się PPS-u z ośrodka legalistycznego (K wapiński był w tym czasie 
ministrem skarbu i dysponował sporą jeszcze resztówką funduszów państwowych). 
Ocenia się, że z tego źródła "Wiadomości" otrzymały ponad 10.000 funtów 32 . Stale 
wspomagał też "Wiadomości" Pragier, który zaanektował część funduszów dawnego 
ministerstwa informacji. Pragier zasilał Grydzewskiego drobnymi sumkami (kilkana- 
ście do 30 funtów tygodniowo), które wypłacał jednak regularnie. Pomoc z tego źródła 
otrzymywały "Wiadomości" jeszcze na początku lat 60-tych - w tej chwili już wydaje 
się to źródło finansowe wygasło. Subwencje K wapińskiego skończyły się już gdzieś 
w połowie lat 50-tych. Za cenę wypłacanych stałych zasiłków, Pragier zastrzegł sobie 
sporą ilość miejsca w każdym numerze "Wiadomości" dla siebie i swojej nieślubnej 
żony - Stefanii Zahorskiel 3 . Artykuły Pragiera i Zahorskiej, zarówno podpisywane 
nazwiskiem jak i (liczniejsze) podpisywane pseudonimami, były jedynymi materiała- 
mi, które Grydzewski zamieszczał bez swojej redakcyjnej kontroli. 
Sporadyczne, drobne subwencje (od kilkudziesięciu do £ 100) otrzymywał:?, 
"Wiadomości" jeszcze z następujących źródeł: "rząd" Zaleskiego, "Zjednoczenie"3 , 


32 Przeciwnicy Jana Kwapińskiego tak odnotowali ten fakt na łamach prasy emigracyjnej: 
"minister Skarbu rządu londyńskiego, zabrał, po cofnięciu uznania temu rządowi przez «Sprzy- 
mierzonych», ponad 70.000 tyś. funtów do własnej wyłącznie dyspozycji. Napomniany i wsty- 
dzony - choć niedostatecznie ostro, moim zdaniem - zdecydował się w roku 1956 - po 
12 latach dysponowania tymi pieniędzmi - złożyć rozliczenie, do władz Skarbu Narodowego, 
z którego wynikało, że pozostało mu gotówki ok. 30.000 tyś. funtów, a resztę pobrał dla siebie 
jako pensję (rocznie 1200 funtów) oraz rozpożyczył lub rozdał swoim ludziom. Złożył rozlicze- 
nie, ale nie pieniądze"; ]. Kowalewski, Złowrogie widmo "Moje wspomnienia ", Ostatnie Wia- 
domości 1965 nr 2, s. 2. W podobny sposób, w oparciu o te same fundusze miał być również 
finansowany londyński "Dziennik Polski"; por.: T. Zabłocki, Listy do Redakcji, Dziennik Polski 
i Dziennik Żołnierza 1989 nr 173, s. 3 (informacje te zawdzięczam Annie Nowakowskiej z Ar- 
chiwum Akt Nowych, która przygotowuje biografię]. Kwapińskiego). 
33 Inaczej przedstawia tę sytuację sam zainteresowany, który nie wspomina ani słowem 
o wypłacaniu jakichkolwiek subwencji; por.: A. Pragier, Kiłka wspomnień o Grydzewskim, [w:] 
Książka o Grydzewskim..., s. 231. 
34 Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii. 


124
>>>
SPK 35 , Zw[iązek] Marynarzy, Stow[arzyszenie] Techników Polskich 36 , Polish Uni- 
wersyty [tak w oryginale - P. L.] College 37 , Zabłocki (Tazab)38 itp. Od szeregu lat 
również i "Wolna Europa", poza pomocą, jaką stanowił zakup kilkuset egz. (po ce- 
nach nominalnych - bez potrąceń dla hurtowników i kolporterów), udzielała spora- 
dycznych dodatkowych subwencji. Zwracał się o nie Barman, w chwilach, gdy sytu- 
acja pisma stawała się ciężka i z reguły jakaś zapomogę dostawał. 
Tygodniowy deficyt "Wiadomości" ocenia się na £ 150 do 200. Skromnie więc 
obliczając od roku 1947, tj. od czasu, kiedy pismo zostało wznowione i równocześnie 
zeszło z bezpośredniej opieki Ministerstwa Propagandy, wydawanie pisma pochłonęło 
z funduszów publicznych co najmniej 130-150 tys. funtów (gdy mowa o funduszach 
publicznych, mam na myśli również i fundusze amerykańskie oraz fundusze pochodzą- 
ce z polskich źródeł publicznych, które znalazły się w niekontrolowanej dyspozycji 
rozmaitych formalnych i nieformalnych powierników). 
W ciągu ostatnich 4-7 lat wszystkie źródła subwencji (z wyjątkiem "Wolnej Euro- 
py") zaczęły wysychać. Trzeba więc było poważnie nadwyrężyć zapas, z którego nie 
wiele już zostało. Wtedy Borman zaczął zabiegi w amerykańskim Funduszu Obrony 
Kultury o wzięcie "Wiadomości" na pełne utrzymanie - tak jak to ma miejsce z pary- 
ską "Kulturą". Zabiegi te nie dawały pozytywnych rezultatów. Ta instytucja amerykań- 
ska chętniej widziałaby raczej sfuzjonowanie "Wiadomości" z "Kulturą", na co jednak 
nie chciał się zgodzić ani Giedroyć ani Grydzewski. Z tego źródła więc "Wiadomości" 
otrzymały tylko jakieś drobne kwoty i "dobre rady". 
Wtedy przed Grydzewskim stanęła poważnie perspektywa zlikwidowania ukocha- 
nego pisma. Obliczano, że przy wzrastającym deficycie, zapasu gotówkowego nie 
wystarczy dłużej jak do początków 1964 r. Z dalszych zabiegów o ratowanie pisma nie 
zrezygnował jednak Borman - który do "Wiadomości" nie ma tak sentymentalnego 
stosunku jak Grydzewski, ale który traktuje je jako wygodne źródło utrzymania (i to 
dosyć drogiego). Jego inicjatywie zawdzięczać należy dojście do umowy między 
"Wiadomościami" a "Wolną Europą" (ściśle Nowakiem). Na podstawie tej umowy raz 
na miesiąc przeszło połowa numeru "Wiadomości" przeznaczona jest na dodatek "Na 
Antenie", który stanowi wyciąg z audycji radiowych polskich "Free Europe" . W spra- 
wie redagowania tego dodatku GQ"dzewski nie ma głosu - każdy, wyselekcjonowany 
przez Nowaka materiał musi iść 3 . Równocześnie "Wiadomości" zobowiązały się do 
poświęcania większej ilości miejsca w każdym numerze zagadnieniom politycznym 
(ściślej propagandzie antykomunistycznej), skreślenia z listy współpracowników 
(choćby dorywczych), tych wszystkich, którzy utrzymują bliższe stosunki z krajem. 
Praktycznie wygląda to w ten sposób, że Nowak ma prawo wykreślenia każdego 
współpracownika i Grydzewski nie ma możliwości oparcia się tej decyzji. 
W zamian za zwężenie niezależności pisma, której Grydzewski przez długie lata 
uparcie strzegł, "Wiadomości" pozbyły się kłopotów finansowych. Przede wszystkim 
wszelkie koszta druku całego numeru, w którym jest "Na Antenie" przejęła "Free Eu- 


35 Stowarzyszenie Kombatantów Polskich. 
36 Stowarzyszenie Techników Polskich w Wielkiej Brytanii. 
37 Polish University College Association Ltd. - stowarzyszenie powstałe w 1946 r. 
w Wielkiej Brytanii mające na celu zorganizowanie i prowadzenie uczelni wyższej, ale w prak- 
tyce ograniczyło się do wspierania działalności polskich organizacji kulturalnych na obczyźnie. 
38 TAZAB - firma wysyłkowa w Londynie. Zabłocki był jej właścicielem. 
39 Z tego powodu miał odmówić wydawania "Na antenie" jako dodatku do "Kultury" 
]. Giedroyc: por.: ]. Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, oprac. i posłowiem opatrzył 
K. Pomian, Warszawa 2006, s. 171. 


125
>>>
rope" . Ponadto zakupuje ona 3 tys. egz. tego numeru, co daje w sumie ponad £ 300 
na pokrycie deficytu pozostałych numerów. Należy podkreślić, że "Wolna Europa" nie 
bardzo wie co zrobić z tymi egzemplarzami - wtyka je każdemu przyjezdnemu 
z kraju w dowolnej ilości, rozsyła darmowo wszystkim, którzy tylko o to poproszą - 
a mimo to sporo numerów idzie na makulaturę. 
Borman rozpoczynając rozmowy z Nowakiem, wykorzystał dobrą koniunkturę, bo 
z jednej strony urosły bardzo ambicje samego Nowaka i jego współpracowników, któ- 
rzy pragnęli, by ich "utwory" nie ginęły w eterze, lecz znalazły jakąś trwalszą formę; 
z drugiej zaś w tym właśnie okresie w środowisku pisarskim na emigracji zaznaczyły 
się tendencje do zacieśniania współpracy z krajem. "Wolnej Europie" zależało więc na 
tym, by znaleźć formę subsydiowania tych, którzy się tej współpracy wyrzekną. Nacisk 
na "Wiadomości" odciął też pisarzom współpracującym z krajem możliwość drukowa- 
nia swoich utworów czy artykułów na emigracji. Metoda ta w stosunku do wielu oka- 
zała się skuteczna (n.p. Dobek 40 ). Szanse "Wiadomości" w "Wolnej Europie" podnio- 
sły również korespondencje Millera, tak zgodne z linią polityczną tej instytucji. Rów- 
nież i późniejsze perypetie sprawy Millera były wodą na młyn Bormana. 
l5.Y.[19]65 r. 
"Heliotrop" 


Odb. w l egz. JR. 
Nr. 1470. 


Odpis, mszp., 
IPN, sygn. BU 01168/137 (Mf. J - 2229) 


Dokument 2 


Warszawa, dnia 24 marca 1965 r. 


Taine 
Egz. pojed[ynczy] 


Notatka 
dot. Mieczysława Grydzewskiego ur. w 1894 r., redaktora naczelnego "Wiadomości" 


Wydawca londyńskiego tygodnika społeczno-politycznego" Wiadomości". 
Posiada tytuł doktora. Studiował filozofię na U [niwersytecie] W [arszawskim]. 
Przed wojną był założycielem "Skamandra" i "Wiadomości Literackich" w Warszawie. 
Należał do Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. 
W czasie okupacji założył w Paryżu "Wiadomości Polskie", a następnie w Londynie 
"Wiadomości" jako kontynuację przedwojennych "Wiadomości Literackich". 
"Wiadomości" odgrywają poważną rolę na emigracji jako pismo (redagowane na wy- 
sokim poziomie technicznym i językowym), wokół którego skupia się grupa czoło- 
wych pisarzy i publicystów emigracyjnych. Charakter tego pisma oddaje nastroje 
i tendencje panujące w emigracyjnych środowiskach intelektualnych. Dużo w nim 
wspomnień, biografii, panuje tam magia nazwisk i roztrząsanie przeszłości, w której 


40 Czesław Dobek (1910-1973) publikował w "Wiadomościach" od 1952 r. 


126
>>>
tak lubują się koła intelektualne na emigracji. Drukowane tam sąjednak również ko- 
mentarze polityczne - pisane z pozycji wybitnie antykomunistycznych. "Wiadomo- 
ści" - obok tego, że stanowią środek życia literackiego i intelektualnego odgrywają 
także pewną rolę na odcinku rozbudzenia zainteresowania książką polską, literaturą, 
malarstwem, teatrem i muzyką. 
Znany publicysta emigracyjny W. A. Z b Y s z e w s k i [podkreśl. w oryginale] pisze 
o Grydzewskim m.in., iż poważny procent emigracji "ulega batucie Grydzewskiego 
i kształci się na "Wiadomościach". Jeśli dzisiaj tam emigracja jest tak umysłowo wy- 
jałowiona, tak konformistyczna, tak zbanalizowana, to stało się to za sprawą Grydzew- 
skiego, tego niepospolitego człowieka, jego żelaznej woli, jego niepohamowanej woli, 
osłupiającej pracowitości, bezinteresowności i samozaparciu". 
Grydzewski, mimo roli jaką odgrywa on i jego pismo na emigracji jest mało znany 
i rzadko widywany w kołach emigracyjnych. Najczęściej przebywa w redakcji, gdzie 
spędza większość swego życia. 
Kilkakrotnie tylko w ciągu 20 lat wystąpił publicznie. Ostatnio miało to miejsce 
w marcu 1963 r. na przyjęciu wydanym przez londyńską filię Radia Wolna Europa. 
Przyjęcie to zostało zorganizowane z okazji przystąpienia przez RWE do wydawania 
stałego dodatku miesięcznego do "Wiadomości" pod nazwą "Na antenie". W dodatku 
tym drukowane są najważniejsze audycje nadawane przez rozgłośnię polską RWE. 
Dyrektor rozgłośni polskiej - J a n N o w a k [podkreśl. w oryginale] porozumiał się 
z Grydzewskim co do wydawania tego rodzaju dodatku, co jest rzeczą bez precedensu 
w dotychczasowej działalności RWE. Fakt ten świadczy z jednej strony o docenianiu 
przez RWE roli i znaczenia "Wiadomości", z drugiej zaś o związkach finansowych 
łączących Grydzewskiego z "Wolną Europą". Nie pozostanie to niewątpliwie bez 
wpływu na oblicze polityczne i sytuacj ę finansową" Wiadomości" . 
W pierwszym numerze dodatku do "Wiadomości" 41 opublikowana została dyskusja 
w RWE nad głośnym artykułem W. J e d l i c k i e g o [podkreśl. w oryginale] o sto- 
sunkach w PZPR pt. Chamy i Żyd/z. 


Odb. w l egz. / GN 43 


Uwaga 
Notatka niniejsza stanowi odpis opracowania z dn. 10 V 1963 dokonanego przez Wydz. 
X Departamentu 1 44 . 


Odpis, mszp., 
IPN, sygn. BU 011 68/l37 (Mi J - 2229) 


41 "Na Antenie". 
42 W. Jedlicki, Chamy i Żydy, Kultura 1962 nr 12 (182), s. 3-42 przedruk w : tenże, Kłub 
Krzywego Koła, Paryż 1963, s. 17-60. 
43 Narcyz Grzechowiak, starszy oficer operacyjny Wydziału VIII Departamentu I MSW. 
44 W tym okresie Wydział X Departamentu I MSW był odpowiedzialny za analizę i ocenę 
materiałów agenturalnych, sporządzał informacje dla członków Partii i Rządu oraz studiował 
i opracowywał informacje wywiadowcze nadesłane przez inne wydziały operacyjne. 


127
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


"w SŁUŻBIE PIERESTROJKI" 
PO 10 LATACH 


Tomasz MIANOWICZ (Monachium) 


Publikowany poniżej szkic powstał w 1998 roku. Wspomniana książka Marka Ła- 
tyńskiego l , choć poświęciłem jej sporo miejsca, była jedynie pretekstem do napisania 
tekstu. Posłałem go najpierw do jednej, potem do drugiej i jeszcze do trzeciej redakcji. 
Odpowiedzi jakie otrzymałem ("nie chcemy publikować materiałów kontrowersyj- 
nych", "tekst jest ciekawy, ale niestety za długi", "jeszcze za wcześnie, aby pisać 
o takich sprawach") uświadomiły mi, że w istocie w Polsce nie ma możliwości, aby 
podjąć w prasie dyskusj ę na temat kulis i mechanizmów transformacji ustrojowej, 
a obraz tego okresu sprowadza się do dwóch przeciwstawnych wersji: zwycięskiej 
rewolucji "Solidarności" albo komunistycznego spisku. Zwolennicy obu tez toczyli 
przy tym, również w imię doraźnych celów politycznych, medialne spory. W tym bi- 
polarnym układzie nie było zapotrzebowania na bardziej skomplikowany obraz okresu 
zasadniczych przemian politycznych. Brakowało również prac naukowych dotyczących 
Radia Wolna Europa, także w piśmiennictwie poświęconym najnowszej historii poli- 
tycznej wiele wątków, o których wspominam w publikowanym tekście, pojawiało się 
jedynie sporadycznie; dostęp do istotnych dokumentów archiwalnych był przy tym 
utrudniony, a nierzadko - wręcz nie możliwy. 
Maszynopis włożyłem do szuflady, z zamiarem powrotu doń, gdy nie będzie już 
"za wcześnie". Tymczasem pisywałem dla "Neue Ziircher Zeitung" recenzje z książek 
dotyczących Europy Wschodniej. Właściwym działem szwajcarskiego dziennika kie- 
rował wówczas Andreas Oplatka, pochodzący z Węgier historyk, autor cennych publi- 
kacji książkowych, świadom, że historia bloku sowieckiego i stosunków Wschód-Za- 
chód w drugiej połowie XX wieku zawiera wiele niejasności, często niewygodnych 
politycznie. Opublikowałem zatem w "Neue Ziircher Zeitung" omówienia wymienio- 
nych w poniższym tekście książek, wskazując - w skrótowej z konieczności formie 
- na różne mało znane zawiłości politycznej sytuacji lat 80. i 90. XX wieku. 
Kiedy dziesięć lat później wyjąłem z szuflady maszynopis, uświadomiłem sobie, 
że na dobrą sprawę ani w zakresie publikacji naukowych, ani w medialnym obrazie 
Radia Wolna Europa ijego roli w przygotowaniu konwergencji systemów politycznych 


1 M. Latyński, Ogród angiełski ł: wspomnienia z Radia Wołna Europa, Lublin 1997. 


128
>>>
niewiele się zmieniło. Ta konstatacja dotyczy nie tylko Polski. Kilka pozycji książko- 
wych, opublikowanych w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej, było "spon- 
sorowanych" przez kierownictwo Radio Free Europe / Radio Liberty Incorporated (pod 
tą nazwą instytucja zastała formalnie założona jako private corporation w 1972 roku 
i zarejestrowana w Wilmington, w amerykańskim stanie Delaware), co, rzecz jasna, 
miało negatywny wpływ na ich wartość. Raporty publikowane dorocznie przez Bro- 
adcasting Board of Governors 2 mają wyraźnie propagandowy charakter i jedynie for- 
malnie - podając dane budżetowe - spełniają wymagania prawne. Wskazywano już 
na dyskusyjny charakter wcześniejszych książek dotyczących Radio Free Europe, po- 
nieważ w pracach tych pomijano powiązania radia z Centralną Agencją Wywiadow- 
CZą3. Także publikacje z ostatnich lat zawierają - mutatis mutandis - podobne braki. 
Nie chodzi przy tym o demonizowanie roli CIA, która w sprawie RWE pełniła zadania 
analityczne, operacyjne i kontrolne, podczas gdy funkcje decyzyjne leżały w gestii 
czynników politycznych. Główny zarzut, to pomijanie w dyskusji celów polityki Sta- 
nów Zjednoczonych, od połowy lat 80. jednoznacznie zorientowanej na popieranie 
"pierestrojki" a tym samym - reformatorskich sił w partiach komunistycznych 
w bloku sowieckim. W dziedzinie reform kierownictwo PZPR pełniło rolę pionierską, 
a w wyniku polityki amerykańskiej Polska, już pod rządami byłych komunistów prze- 
transformowanych w "europejczyków", stała się najwierniejszym sojusznikiem, wręcz 
wasalem USA na Starym Kontynencie. Zdawałoby się, że - patrząc z dzisiejszej per- 
spektywy - schemat ten jest oczywistością, a tymczasem nie znajduje żadnego prawie 
odbicia ani w publikacjach naukowych, ani w dyskusjach prasowych. Może, po prostu, 
temat nadal jest niewygodny? 
Decydując się na opublikowanie wypracowania sprzed dziesięciu lat, kieruję się 
również nadzieją, że uda mi się zachęcić historyków do zainteresowania się kilkoma 
sygnalizowanymi wątkami, tym bardziej, iż materiały archiwalne są obecnie dostępne 
w większym zakresie. W ostatnich latach opublikowano kilka prac dotyczących RWE, 
jednak wspomniany powyżej, czarno-biały sposób widzenia roli tej instytucji wkroczył 


2 Broadcasting Board of Covernors (BBC) jest instytucją rządową, powołaną w 1994 r. na 
mocy ustawy federalnej nr 103-236 (Public Law 103-236), paragraf (section) 304. BBC ma 
nadzorować radiofonię amerykańską nadającą programy dla zagranicy (internationał broadca- 
sting), w tym Radio Free Europe / Radio Liberty Inc. RFE/RL, choć zorganizowane w formie 
stowarzyszenia prawa prywatnego (private corporation), finansowane jest za pomocą dotacji 
pochodzących z budżetu Stanów Zjednoczonych i przyznawanych - na wniosek BBC - przez 
amerykański Kongres. BBC ma również kontrolować wydatkowanie funduszy przyznanych na 
cele internationał broadcasting. Jako instytucja rządowa BBC zobowiązany jest publikować 
doroczne raporty na temat działalności nadzorowanych przezeń instytucji. Uchwalenie Public 
Law 103-236 było m.in. wynikiem ujawnienia na początku lat 90. nadużyć finansowych, których 
dopuszczali się przez wiele lat wyżsi rangą urzędnicy amerykańscy (executives), działający poza 
jakąkolwiek kontrolą w Monachium. Korzystali oni przy tym z geograficznego oddalenia od 
Stanów Zjednoczonych, jednak przede wszystkim z formy prawnej założonej w Delaware (stanu 
znanego z bardzo liberalnego prawa o stowarzyszeniach) private corporation. Nieprawidłowości 
finansowe były przyczyną sprawczą zmian dokonanych w połowie lat 90.: należały do nich 
m.in.: najpierw redukcja personelu sekcji polskiej RWE i przeniesienie jej do Warszawy, a na- 
stępnie wstrzymanie finansowania ze środków przyznawanych przez Kongres na potrzeby in ter- 
nationałbroadcasting. 
3 Por.: R. H. Cummings, "Balloons Over East Europe: The Cold War LeatJet Campaign of 
Radio Free Europe" . Referat wygłoszony w ramach 5 th Annual Meeting of the International 
Intelligence History Study Croup. Tutzing (RFN) 18-20.6.1999, mps., przyp. 1. 


129
>>>
nawet do publikacji o charakterze naukowym. "Zeszyty Historyczne"4 przedrukowały 
pod zmienionym tytułem (nie podając, że chodzi o przedruk) "udoskonalony" artykuł 
Zdzisława Naj dera, publikowany w 1995 roku w "Tygodniku Solidarność"s, choć wąt- 
pliwa wiarygodność autora jest znana od dawna 6 , a jednym z celów publikacji było 
zdezawuowanie twórc,y "Zeszytów" - Jerzego Giedroycia. Również w książce "Mo- 
nachijska menażeria" Paweł Machcewicz ogranicza się do wątku "walki z Radiem 
Wolna Europa" (taki jest podtytuł książki). Tymczasem toczyła się również walka 
o Radio Wolna Europa, a linia frontu nie pokrywała się z granicami podziału na poli- 
tyczny Wschód i Zachód, powstawały osobliwe sojusze ponad tymi granicami i nie 
wszystkim uczestnikom walki zależało na upublicznieniu własnej roli. Na znaczenie 
tego przemilczanego konfliktu wskazuje już podtytuł książki George' a Urbana My War 
within the Cold Wai. Przypuszczam, że w Polsce brakuje woli aby analizować mniej 
znane aspekty transformacji ustrojowej i jej fazy przygotowawczej. A tymczasem cho- 
dzi o pytania, na które powinniśmy szukać odpowiedzi, ponieważ w innym wypadku 
opis historii końca XX wieku pozostanie niepełny. 
Podam w tym miejscu jeden tylko przykład, który przemawia na rzecz tezy, że 
w badaniach naukowych pewne wątki są świadomie pomijane. Chodzi o zabójstwo 
księdza Jerzego Popiełuszki, a ściślej - o propagandową "oprawę" tej sprawy. Znam 
trzy wypowiedzi Zdzisława Najdera na temat rzekomego podsuwania mu z Warszawy 
fałszywych informacji dotyczących zbrodni. Nie wykluczam, że wypowiedzi tych jest 
więcej, ale już te trzy, które czytałem, różnią się pomiędzy sobą. Mająjednak pewien 
element wspólny: Najder twierdził, że uzyskane z Warszawy informacje uznał za nie- 
wiarygodne i nie nadał ich w programie RWE. Było odwrotnie: rządową wersję sprawy 
mordu - prowokację przeciwko generałowi Jaruzelskiemu - nadało najpierw Radio 
Wolna Europa, zanim jeszcze Jerzy Urban ex offcio wystąpił z tą samą tezą. Autorem 
komentarza, nadanego przez RWE 22 października 1984 roku w audycji "Fakty, wyda- 
rzenia, opinie", był - ukrywający się pod pseudonimem - Zdzisław Najder. Tezę 
o "prowokacji, wymierzonej w sprawującą dziś władzę grupę ludzi" RWE powtarzało 
wielokrotnie; późniejsze komentarze Najder sygnował własnym nazwiskiem. Można 
przyjąć za pewnik, że w 1984 roku audycje Wolnej Europy miały większy wpływ na 
opinię publiczną w Polsce, niż konferencje prasowe Urbana. Kiedy trwało jeszcze (o ile 
się nie mylę, wznowione) śledztwo w sprawie mordu, starałem się skierować uwagę 
Instytutu Pamięci Narodowej na rolę RWE w rozpowszechnianiu rządowej tezy na 
temat domniemanych celów zbrodni. Nie można, co prawda, wykluczyć, że Wojciech 
Jaruzelski ex ante nie wiedział o porwaniu księdza Popiełuszki przez funkcjonariuszy 
MSW, a nawet o wydaniu odpowiedniego rozkazu. Niemniej jednak, w zakresie 
śledztwa, którego celem było wszak wyjaśnienie kulis mordu, konieczność zbadania co 
i od kogo Najder dostał, jak również co starał się po latach zataić za pomocą "dezin- 
formacji maskującej" (publikował ją, m.in. katolicki tygodnik "Ład") - wydaje się 


4 Z. Najder, RWE ł982-ł987. Zapiski dyrektora, Zeszyty Historyczne 2005 z. 153, s. 200-225. 
5 Por. w tej sprawie: T. Mianowicz, [List do Redakcji], Zeszyty Historyczne 2005 nr 154, 
s.235-237. 
6 Por.: M. Latyński, Z. Michałowski, ]. Nowak-Jeziorański, [List do Redakcji], Gazeta Wy- 
borcza 10-11.11.1993. 
7 P. Machcewicz, "Monachijska menażeria". Walka z Radiem Wolna Europa ł950-ł989, 
Warszawa 2007. 
8 Urban G. R., Radio Pree Europe and the Pursuit of Democracy: My War Within the Cold 
War, New Haven 1997: tłum. polskie: Radio Wolna Europa i walka o demokragę. Moja wojna 
w czasie zimnęj wojny, przeł. M. Antosiewicz, Warszawa 2000. 


130
>>>
oczywista. Tymczasem IPN w ogóle się sprawą nie zainteresował. Na rzecz tezy, że 
chodzi o "niechciany" temat przemawia fakt, że przyjęta oficjalnie wersja porwania 
i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki zawiera sprzeczności, a tym samym jest nie- 
. d 9 
wlarygo na . 
Nie będę pisał ani historii RWE, ani tym bardziej dziejów konwergencji systemów 
politycznych, ponieważ nie mam możliwości pracy naukowej ani środków na sfinan- 
sowanie badań archiwalnych. Pozostaje mi nadzieja, że historycy w Polsce, prędzej czy 
później, zainteresują się pytaniami, które tu stawiam. Nadzieja ta dotyczy głównie 
młodego pokolenia badaczy, bowiem w ich wypadku można liczyć na swego rodzaju 
immunizację przeciwko uproszczonej, medialnej wersji minionych lat. Poza tym, to 
w Polsce mieszkają świadkowie i uczestnicy wydarzeń, których jedynie refleksy docie- 
rały do Monachium w latach 80. Sprawa zatrudnienia Jacka Kalabińskiego na stanowi- 
sku wicedyrektora rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa była jedynie pierwszym (ale 
jak się zdaje najważniejszym) elementem planu objęcia czołowych stanowisk w pol- 
skojęzycznych zachodnich rozgłośniach radiowych przez dziennikarzy przybywających 
z Warszawy. Istniała nawet lista nazwisk, nie jestem jedyną osobą, która ją znała. O ile 
się nie mylę, na ten temat nie ukazała się do tej pory najmniej sza nawet wzmianka. 
Jeszcze jeden niechciany temat? 
Jedynie do kilku wątków, o których wspominałem przed dziesięciu laty, dopisano 
kilka dalszych elementów. Skażony genetycznie marksizmem europoseł, Stanisław 
Jałowiecki, podający w swej oficjalnej biografii, że był wicedyrektorem Rozgłośni 
Polskiej RWE, został uznany wyrokiem sądu za kłamcę lustracyjnego. Ze sprawy 
współpracy z wywiadem dziennikarzy podróżujących po świecie uczyniono sensację, 
łącząc ją z nazwiskiem Ryszarda Kapuścińskiego. Tymczasem już dziesięć lat temu 
wiedziałem, że sam Kapuściński tego faktu nie ukrywał. Nie dysponuję w tej chwili 
notatkami z tamtych lat, nie jestem zatem pewien, czy o tym czytałem, czy też mówił 
mi o tym ktoś z Warszawy; w każdym razie sensacja jest pozorna. Ujawniono również 
kontakty kilku pracowników RWE z "organami" PRL. Zdzisław Jeziorański (Jan No- 
wak) rozpowszechniał w wysokonakładowych czasopismach fałszywe - w świetle 
zachowanych materiałów archiwalnych - twierdzenie, że Józef Ptaczek był agentem 
tajnych służb komunistycznych, a nawet wznowił z nimi współpracę w latach 70. (tej 
wersji nie sprostowano do tej pory w formie, jakiej wymagałby zakres rozpowszech- 
nienia pomówień). Przypadek Jerzego Bożekowskiego (TW "Fonda") do wątku walki 
o Radio Wolna Europa niewiele wnosi, choć i ta sprawa ma, w pewnym sensie, zna- 
czenie symboliczne. Bożekowski, obywatel Stanów Zjednoczonych, mieszka w Mona- 
chium, pobiera wysoką emeryturę z funduszu ustanowionego z rządowych dotacji 
amerykańskich; wiedzie mu się dobrze. Nie można tego powiedzieć o wszystkich by- 
łych pracownikach RWE, zwłaszcza tych, którzy nie są obywatelami Stanów Zjedno- 
czonych i nigdy nie byli konfidentami komunistycznych "organów". 
Pomijając kilka minimalnych skrótów i drobnych retuszy językowych, publikuję 
poniższy tekst w takiej wersji, w jakiej powstał dziesięć lat temu. Bowiem również 
jego losy są w pewnym sensie rezultatem transformacji ustrojowej. 


9 Por.:]. Przystawa, Wodo czarna i głębsza od nocy..., Opcja na Prawo 2007 nr 11 (71), s. 3-4. 


131
>>>
W SŁUŻBIE PIERESTROJKI 


Książka Marka Łatyńskiego Ogród angielski l mogłaby zainteresować psychoana- 
lityka, zwłaszcza reprezentującego kierunek psychologii indywidualnej. Ludzie cier- 
piący na kompleks niższości - tłumaczył twórca szkoły, Alfred Adler - podejmują 
działania kompensacyjne, aby przekonać samych siebie i otoczenie, że ich pozycja 
w środowisku, czy to rodzinnym, czy to społecznym jest ważniejsza niż w rzeczywi- 
stości. W cięższych przypadkach to "dążenie do znaczenia" (Streben nach Geltung) 
może przybrać formę żądzy potęgi i władzy (Streben nach Macht). Niezależnie jednak 
od stopnia poczucia niższości, kompensacyjne tworzenie fikcji jest w tym wypadku 
głównym bodźcem ludzkiego działania. 
Marek Łatyński był przekonany, że jego krótka działalność na stanowisku dyrekto- 
ra Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa odegrała w historii rolę tak istotną, iż przy- 
szłe pokolenia nie wybaczyłyby mu, gdyby w swej książce pominął choć jeden telefon, 
który wykonał w tym okresie, czy jeden choćby "drink", który wypił jako szef RWE. 
Zrozumiałe zatem, iż również okres preliminariów dyrektorowania w "Wolnej Euro- 
pie" jest tak ważny, że autor wyszczególnia listy, które dostał i napisał, rozmowy, które 
odbył, obiady, które w tym czasie spożył. I tak do końca książki: dowiadujemy się, 
z kim Łatyński wypił kawę, komu ścisnął dłoń, z kim się sfotografował. Wspomnienia 
utrzymane są w rozpowszechnionej od późnych lat 80. konwencji: najpierw tekst 
(w wypadku sprawniejszych we władaniu piórem - autorski, w innych wypadkach - 
tzw. "wywiad-rzeka"; Łatyński - to pierwsza kategoria), potem zaś ikonografia: zdję- 
cia - na początku czasem z albumu rodzinnego, zawsze jednak ich odpowiednia por- 
cja przedstawia autora w towarzystwie Ważnych Osób. W wypadku Ogrodu angiel- 
skiego l wystarczy rzucić okiem na ostatnie zdjęcie umieszczone w książce i przeczy- 
tać podpis pod nim, aby zrozumieć - nawet bez dyplomu z psychologii - o co auto- 
rowi w rzeczywistości chodziło: jego konterfekt, w stylu tzw. "zdjęcia do legitymacji" , 
opatrzony następującą informacją: "Autor po nominacji na stanowisko ambasadora 
Rzeczypospolitej Polskiej w Szwajcarii, zima 1991". Przed nominacją Łatyński wyglą- 
dał jednak tak samo. 
Kompensacyjne działania autora (Streben nach Geltung) można było obserwować 
już w latach 70. i 80., kiedy był jedynie komentatorem RWE. Jako Michał Suszycki 
męczył słuchaczy w Polsce, przebijających się przez trzask zagłuszarek, nie ludzko 
długimi komentarzami. Wiadomo z psychologii, że uwaga słuchacza radiowego ko- 
mentarza zaczyna słabnąć od trzeciej minuty. Teksty radiowe Suszyckiego były z re- 
guły trzy razy dłuższe a "w porywach" przekraczały dziesięć minut. Co ciekawe, Ła- 
tyński znał na tyle warsztat radiowy, że zdawał sobie sprawę, iż tak nie można. 
W książce zrelacjonował jedną z rozmów z dyrektorem RWE Gregorym Wierzyńskim, 
w której ten ostatni zauważył, że komentarz polityczny nie powinien przekraczać 3-4 
minut. Łatyński przyznał, że nadawano w rozgłośni polskiej komentarze zbyt długie 
i może on sam "nie był kiedyś bez winy". Jednak dziesięciominutowy tekst radiowy 
już przez swą długość wyróżnia autora, treść komentarza staje się drugorzędna. Ale 
pomimo tego, autor całe strony w książce zapełnił własnymi tekstami, pisanymi kiedyś 
dla radia. 
Funkcję kompensacyjną pełnią również listy osób, współpracujących z RWE za 
dyrektorowania Łatyńskiego. Czyta się je z takim samym zainteresowaniem jak książ- 
kę telefoniczną. Także non-facts nabierają znaczenia, jeśli tylko stwarzają pretekst do 
przedstawienia roli autora. Po objęciu stanowiska w Monachium, Łatyński zadzwonił 


132
>>>
do przebywającego w Rzymie Tadeusza Mazowieckiego i poinformował go, że "Roz- 
głośnia Polska pozostaje tą samą rozgłośnią". Autor o reakcji Mazowieckiego: "Nie 
powiedział nic. Ale zrobił to miło". 
Zasadne staje się zatem pytanie, po co w ogóle zajmować się wspomnieniami Ła- 
tyńskiego. Otóż dlatego, że książka dotyczy rzeczywiście ważnego okresu historyczne- 
go oraz instytucji, na temat której brak poważnego piśmiennictwa, rozpowszechniono 
natomiast wiele legend, niemożliwych do zweryfikowania przez opinię publiczną. Ta 
zaś podatna jest na propagandowe uproszczenia, jeśli tylko odpowiadają one emocjo- 
nalnym oczekiwaniom. Już Józef Piłsudski zauważył, że dla Polaków więcej znaczy 
nastrój, aniżeli rozumowanie i argumenty, że myślą oni symbolami, a nie faktami. 
W mityczno-symbolicznych kategoriach funkcjonuje w polskiej opinii publicznej 
obraz Radia Wolna Europa. Utrwala go literatura wspomnieniowa, która z reguły część 
faktów przemilcza, część przeinacza, ajuż na pewno, bo to przecież immanentna cecha 
memuarów, nie dostarcza historycznych analiz. Książka Łatyńskiego nie jest tu wyjąt- 
kiem, wyróżnia się jedynie trudnymi do przeoczenia psychologicznymi motywami 
autora, które w negatywnym sensie wpływają na jej treść. Gwoli sprawiedliwości wy- 
pada dodać, że najgorsząjak dotychczas książką o "Wolnej Europie" w języku polskim 
są Głosy z Monachium (Warszawa 1993) Jerzego Morawskiego. Niemal do każdej 
strony tej publikacji należałoby dołączyć erratę, aby sprostować twierdzenia autora. 
O jakości jego pracy świadczy już sam fakt, że bodajże żadnej z cytowanych w książce 
obcojęzycznych nazw nie potrafił przytoczyć bez błędu. Morawski, jak się zdaje, nie 
starał się w ogóle o sprawdzenie faktów czy chociażby ortografii, chciał jak najszybciej 
sprzedać towar, korzystając z popytu i dobrodziejstw mechanizmów rynkowych, które 
wprowadzono po transformacji ustrojowej. 
Łatyński - inaczej: nie chciał niczego sprzedawać. Chciał skompensować własne 
urazy i kompleksy. Widać to także w tych ustępach książki, gdzie pisze o polityce per- 
sonalnej w Rozgłośni Polskiej RWE: nie wymienia nazwisk, a w wypadku instytucji, 
która w okresie przygotowań do konwergencji systemów politycznych odgrywała czo- 
ławą rolę, personalia nabierają wymiaru politycznego i stają się jedną z podstaw analizy 
historycznej. Łatyński pisał głównie o "iksach", "grupach" czy "pracownikach" i swoich 
z nimi konfliktach, być może podświadomie - znów na zasadzie kompensacji - wy- 
równując post factum rachunki. W tych partiach książka zrozumiała jest jedynie dla 
wąskiego grona byłych pracowników Wolnej Europy, staje się lekturą "dla ljubitielej". 
Uchylmy rąbka tajemnicy, w przekonaniu, że to, co działo się w RWE w latach 80. 
było częścią, i to wcale niebłahą, historii politycznej tego przełomowego okresu. Marek 
Łatyński objął stanowisko dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE po usunięciu Zdzisława 
Najdera w 1987 roku. Ten ostatni, jeszcze przed wyrzuceniem, zdołał przez politykę 
personalną doprowadzić do tego, że - jak zauważył swego czasu Wojciech Wasiutyń- 
ski - "polska RWE nabrała charakteru niemal partyjnego". Jednym ze swych asy- 
stentów Najder mianował - jak go określa Łatyński - "Iksa", który się na to stanowi- 
sko (de facto zastępcy dyrektora) nie nadawał. Łatyński ma rację, choć to nie brak 
kwalifikacji zawodowych "Iksa" wydaje się najważniejszy. Nie był on bowiem wyjąt- 
kiem. Redakcją dziennika radiowego kierował okresowo, na zasadzie prerogatyw 
udzielonych przez Najdera, niejaki Włodzimierz Rogoyski, który nie znał ani polskiej 
ortografii (w wypadku radia nie jest to naj poważniejszy mankament), ani gramatyki (co 
już gorsze). Znał natomiast arytmetykę: do jego obowiązków należało, między innymi, 
przekazywanie buchalterii liczby godzin nadliczbowych wypracowanych przez po- 
szczególnych redaktorów. Godziny nadliczbowe wynagradzano dodatkowo. Niemal 
z podziwem obserwowałem dezynwolturę, z jaką Rogoyski wpisywał sobie fikcyjne 


133
>>>
godziny nadliczbowe w odpowiednich formularzach, najczęściej w dni świąteczne (za 
pracę w święta znów płacono dodatkowo). Osiągał w ten sposób, oprócz 40 ustawo- 
wych godzin pracy w tygodniu, niemal drugie tyle fikcyjnych godzin nadliczbowych. 
Nie każdy to potrafi! 
A polityczne kwalifikacje innych pracowników na kierowniczych stanowiskach? 
Owym "Iksem", któremu Łatyński poświęcił tak wiele miejsca, był Stanisław Jało- 
wiec ki - przed wprowadzeniem stanu wojennego przewodniczący "Solidarności" 
w Opolu. W tej właśnie funkcji przyszły asystent dyrektora RWE wyróżnił się w oso- 
bliwy sposób. W wywiadzie dla organu KW PZPR - "Trybuny Opolskiej" (21 kwiet- 
nia 1981 roku) mówił: 


Mnie, jak i chyba całe powojenne pokolenie, Polska Ludowa nauczyła socjalizmu. 
Jego podstawowe zasady mamy więc zakodowane w genach, nie potrafimy myśleć ina- 
czej, nie znamy Polski kapitalistycznej. To bardzo ważne. 
Po wprowadzeniu stanu wojennego Jałowiecki, aresztowany, apelował do związ- 
kowców o powstrzymanie się od demonstracji i protestów i prosił władze o opubliko- 
wanie swych apeli w prasie. Zwolniony, wyjechał na Zachód i zrobił błyskawiczną 
karierę w Rozgłośni Polskiej RWE, kierowanej przez Zdzisława Naj dera. Wywiezione 
z PRL kwalifikacje polityczne i moralne wyraźnie Jałowieckiemu w tym pomogły. Nie 
przeszkadzała również "skaza genetyczna". W pierwszym tekście, który świeży emi- 
grant przysłał do RWE, ukazywał taki "układ odniesienia" potrzebny dla zrozumienia 
sytuacji w Polsce: 
[...] że jednostka nie stanowi jednak siły sprawczej w historii, że jest ona produktem 
epoki, w jakiej żyje, że siłą sprawcząjest walka klas, a rozwój, bądź regres gospodar- 
czy, to efekt rozwoju bądź regresu sił wytwórczych. A więc odwoływać się do wyja- 
śnień marksistowskich? Tak, albowiem, o czym jestem przekonany, marksistowski apa- 
rat pojęciowy i właściwy marksizmowi typ analizy jest najbardziej adekwatny dla spo- 
łeczeństwa polskiego [...] - tu potrzeba radykalnych ujęć marksistowskich. 
Warto zacytować jeszcze jedno porównanie z tego tekstu: 
I niech nikogo nie zmylą posierpniowe liczebne sukcesy "Solidarności". Jak ongiś fa- 
sadowe było poparcie dla Gomułki, dla Gierka, tak w wielu przypadkach powierz- 
chowne było poparcie dla Wałęsy. 
Był sierpień 1984 roku. Parę miesięcy później Stanisław Jałowiecki zostaje redak- 
torem RWE, a w 1985 roku Najder proponuje go na stanowisko wicedyrektora rozgło- 
śni polskiej. Po protestach rady zakładowej kończy się na "asystencie dyrektora" , który 
jednak ma praktycznie takie same uprawnienia w zakresie decyzji programowych, jak 
wicedyrektor. 
W jeszcze większym stopniu kulisy historii politycznej lat 80. może odsłonić próba 
nominacji Jacka Kalabińskiego na stanowisko wicedyrektora Rozgłośni Polskiej RWE 
w 1984 roku. Przypomnę, że w latach 70. Kalabiński był filarem propagandowych 
audycji radiowych "Jedynka" i "Peryskop". Młodsi czytelnicy nie znają tego minione- 
go okresu i nie będę tu tłumaczył, czym były owe programy. Każdy jednak wie, że 
"Nowe Drogi" były organem teoretycznym PZPR i właśnie na ich łamach Jacek Kala- 
biński objaśniał wydarzenia polityki międzynarodowej z punktu widzenia partii. Pisy- 
wał najczęściej o regionach, w których siły postępu i socjalizmu z bronią w ręku pro- 
wadziły walkę z zachodnim imperializmem: Wietnam, Libia, Somalia, Bliski Wschód, 
Afryka Południowa. Tam też wysyłano go w charakterze korespondenta, a - przy- 
najmniej dziś - wiadomo, że wyjazdy w te rejony łączyły się z działalnością nie tylko 


134
>>>
dziennikarską. O jego talentach może świadczyć fakt, że profesor La.szló Revesz, 
w wydanej w 1983 roku książce na temat języka propagandy komunistycznej Die 
Sprache als Waffe lO , cytował właśnie komentarze Kalabińskiego. Jednoznaczna była 
jego postawa w okresie Solidarności: w 1981 roku optował za kierowniczą rolą partii 
i - co chyba nie mniej znamienne - występował przeciwko wyodrębnieniu miejsca 
dla związku w państwowych środkach masowego przekazu. 
Stan wojenny nie przeszkodził mu w wyjeździe na stypendium do USA. W 1984 
roku Zdzisław Najder zaproponował Kalabińskiego na stanowisko swego zastępcy 
i w wypadku odrzucenia kandydata groził dymisją. Szef Biura Solidarności w Brukseli 
skierował do amerykańskiej dyrekcji RWE list z poparciem dla kandydata. Na skutek 
oporu pracowników rozgłośni polskiej i postawy ówczesnego dyrektora RWE, George'a 
Urbana, skończyło się na kompromisie - Kalabiński został korespondentem w USA. 
Jak się zdaje, idea jego nominacji na stanowisko wicedyrektora w Monachium zrodziła 
się gdzie indziej. 2 października 1985 roku Telewizja Polska nadała reportaż z Nowego 
Jorku, ukazujący Jacka Kalabińskiego w rozmowie z korespondentem TVP - Tade- 
uszem Zakrzewskim. Obaj panowie wykpiwali uczestników demonstracji przeciwko 
wizycie generała Jaruzelskiego w siedzibie ONZ. Telewizja warszawska prezentowała 
przy tym Kalabińskiego jako "wicedyrektora RWE". Odpowiednia informacja z "terenu 
operacyjnego" Monachium nie dotarła najwidoczniej na czas do Warszawy. 
Niedoszły wicedyrektor określał w swoich korespondencjach dla RWE antykomu- 
nistycznych partyzantów w Nikaragui jako "kryminalistów". W tym samym czasie 
prezydent Reagan mówił o nich "bojownicy o wolność" (freedom fighters). Natomiast 
według twierdzeń Marka Łatyńskiego zatrudnieni przez Najdera redaktorzy reprezen- 
towali wojowniczo antykomunistyczne poglądy. Nie udało mi się jednak znaleźć żad- 
nego radykalnego w tonie komentarza RWE, który wyszedłby spod pióra pracowników 
rozgłośni, wprowadzonych tam przez "największego wroga PRL" (chyba że za rady- 
kalizm uznać częste w owym czasie polemiki z "Nowymi Drogami"). 
W rzeczywistości, okres dyrektorowania Najdera w RWE dostarcza unikalnych 
materiałów do analizy komunistycznych "działań aktywnych", a zwłaszcza stosunku 
pomiędzy "białą propagandą" (rozpowszechnianą przez media PRL) a dezinformacją, 
nadawaną przez RWE. Wystarczy sięgnąć do tekstów; trudno nie zauważyć tematycz- 
nej i czasowej koordynacji wysiłków wabu dziedzinach. Nota bene, problem dezin- 
formacji wcale się nie zdezaktualizował. W minionym okresie zajmowano się niąjako 
jedną z metod komunistycznych "działań aktywnych", skierowanych przeciwko intere- 
som Zachodu. Obecnie dezinformacja jest nieodzownym elementem sprawowania 
władzy w warunkach demokracji manipulatywnej, ta zaś, po konwergencji systemów, 
staje się stopniowo modelem uniwersalnym. 
Łatyński, wspominając swoją rozmowę z prezesem RWE/RS, Genem Pellem 
w 1987 roku pisał, że nic wtedy nie wiedzieli o Zapalniczce. Łatyńskiemu akurat wie- 
rzę, bowiem on, jak się zdaje, w ogóle niewiele wiedział. Natomiast prezes PelI wie- 
dział więcej i nawet podejmował starania o usunięcie Najdera, ale - jak to ujął 
w rozmowie off the record z jednym z kolegów - "centrala się nie zgadzała". I o tym 
. ., II 
zresztąjUZ pIsano . 
Oczywiście w wypadku RWE, w którym ścierały się widzialne i niewidzialne, czę- 
sto sprzeczne wpływy różnych instytucji (od Białego Domu poczynając, poprzez De- 


10 L. Revesz, Die Sprache ałs Waffe. Zur Terminołogie des Marxismus-Leninismus, [Miinchen] 
1983. 
11 Por.: B. Pańczyszak, [Listy do Redakcji], Kultura 1984 nr 6(441), s. 154. 


135
>>>
partament Stanu, na Centralnej Agencji Wywiadowczej kończąc), trudno bez dostępu do 
materiałów archiwalnych odtworzyć jego historię polityczną. Jednak, nawet bez pouf- 
nych dokumentów, znane dotychczas fakty pozwalają na wyjście poza kategorie mitycz- 
nego myślenia o polityce. Łatyński ubolewał, że dyrekcja amerykańska nie potrafiła 
znaleźć żadnego agenta komunistycznych służb specjalnych - a te były wszak 
w RWE/RS szczególnie aktywne. Otóż dyrekcja amerykańska nie tylko, że nie starała 
się o zdemaskowanie tajnych współpracowników wschodnich wywiadów, ale hamowała 
działania właściwych organów niemieckich. Pisał o tym dyrektor RWE, George Urban, 
w książce Radio Free Europe and the Pursuit of Democracy. To najbardziej wartościo- 
wa rzecz, jaką o Wolnej Europie dotychczas napisano. Książka, nota bene, przemilczana 
w zachodniej prasie, zasługuje na odrębne omówienie; tutaj tylko kilka uwag. 
Jako najpoważniejsze przypadki infiltracji Wolnej Europy przez współpracowników 
komunistycznych wywiadów Urban wymienia Zdzisława Najdera i Vladimira Kusina 
(o Kusinie pisał również Łatyński, ale znów bez podania nazwiska). Ten ostatni doszedł 
do funkcji wicedyrektora działu badawczego RWE. Porównanie obu spraw może być 
ilustracją sytuacji politycznej w Polsce i w Czechosłowacji po transformacji ustrojowej. 
Dokumenty dowodzące o pracy Kusiana dla StB I2 ujawnił w 1991 roku ówczesny wi- 
ceminister spraw wewnętrznych Czechosłowacji, Jan RumI, związany uprzednio z anty- 
komunistyczną opozycją. Najdera "zdemaskował" Jerzy Urban, którego przedstawiać 
nie trzeba. Trudno przy tym nie dostrzec, że celem akcji Urbana nie było ujawnianie 
czegokolwiek, lecz jedynie skompromitowanie Jana Olszewskiego, który Najdera uczy- 
nił szefem swego zespołu doradców. "Rewelacje" Urbana znane były od dawna: w lip- 
cowo-sierpniowym numerze "Orientacji na Prawo" z 1990 roku (dwa lata przed rzeko- 
mą sensacją z "NIE") wymieniano wcześniejsze publikacje na temat powiązań Najdera 
z "organami". Przejrzystą zapowiedź sprawy Zapalniczki zawiera ponadto Alfabet 
Urbana (Warszawa 1990, s. 126). Redaktor "NIE" trzymał w szufladzie fotokopie do- 
kumentów z MSW, czekając na moment, w którym ich mediatyzacja okaże się potrzeb- 
na w politycznej rozgrywce. Urban nie ujawnił jednak nic z najważniejszego okresu 
działalności Zapalniczki - właśnie w charakterze dyrektora RWE. Fakt, że w latach 80. 
Najder poprzez dezinformację wspierał wysiłki propagandowe Urbana, nadał całej 
sprawie charakter groteski, której kulminacją był proces sądowy przeciwko redaktorowi 
"NIE" , oskarżonemu o "zdradę tajemnicy państwowej". 
Kusin, po ujawnieniu przez Rumla dokumentów StB, zniknął przynajmniej ze sce- 
ny politycznej. Najder - przeciwnie: w 1997 roku przed wyborami prezentował 
w Głosie Ameryki, jako główny ideolog ROP-u program tego ugrupowania. Został 
stałym komentatorem politycznym "Tygodnika Solidarność" a niedawno [w 1998 r. - 
T. M.] na łamach "Polityki" doradzał, jak urządzić Radio Wolna Białoruś... Urban, tym 
razem George, ujawnił w swej książce, że prezes PelI zablokował podjęcie przeciwko 
Kusinowi dochodzenia przez niemiecki wymiar sprawiedliwości (amerykańska dyrek- 
cja RWE/RS dysponowała w Monachium skutecznymi sposobami nacisków politycz- 
nych na władze niemieckie). Mało tego: ten sam PelI usunął z "teczki" Kusina, prowa- 
dzonej przez radiowy dział bezpieczeństwa (Security), kompromitujące materiały. 
Agent rozstał się z rozgłośnią na zasadzie "porozumienia stron" i na otarcie łez otrzy- 
małjeszcze wysoką odprawę. Najdera w końcu usunięto, też nie skąpiąc sutej odprawy, 
ale nie na długo. W 1989 roku pojawił się w Monachium - formalnie jako wicedy- 
rektor - Piotr Mroczyk (w Polsce miał później zdobyć sławę udziałem w dwuznacz- 


12 Statni bezpecnost (czes.) - aparat bezpieczeństwa Czechosłowackiej Republiki Socjali- 
stycznej, istniejący w latach 1945-1990. 


136
>>>
nych operacjach finansowych), wraz z nim wrócił na antenę Najder; w tym czasie Ła- 
tyński był już tylko nominalnie szefem rozgłośni polskiej. Ówczesny dyrektor RWE, 
Ross Johnson, z nie ukrywaną radością pisał w liście do Jerzego Giedroycia z 21 wrze- 
śnia 1989 roku o wznowieniu współpracy rozgłośni z Najderem (w okresie likwidacji 
radia w Monachium Johnson był odpowiedzialny za zniszczenie części polskich archi- 
wów RWE, głównie dotyczących represji politycznych i działalności aparatu bezpie- 
czeństwa). Po oświadczeniu Wałęsy w sprawie Zapalniczki, Wolna Europa udostępniła 
Najderowi czas antenowy. Twierdził, że zapomniał, czy był Zapalniczką. 
Głównym redaktorem rosyjskiej sekcji Radia Swoboda bi czekista - Oleg Tu- 
manow. W swej wyjątkowo nudnej książce Vf5rznania agenta l , wydanej w 1993 roku, 
pisał, że połowa pracowników rozgłośni rosyjskiej podejrzewała go o pracę dla KGB. 
To prawda, przy czym - jak pamiętam z rozmów z rosyjskimi kolegami - podejrze- 
nia te opierały się głównie na linii politycznej, jaką Tumanow reprezentował w swych 
audycjach. Redaktor "Kontynentu", Władimir Maksimow, wystąpił w maju 1986 roku 
z listem otwartym, zwracając uwagę także na wątpliwe kwalifikacje głównego redakto- 
ra Radia Swoboda: "Nie potrafi bez błędu sformułować po rosyjsku prostego zdania, 
stale znajduje się pod wpływem alkoholu". Nie zakłóciło to kariery Tumanowa w Mo- 
nachium. W 1987 roku KGB odwołało go do Moskwy. Sprawa ta jest o tyle interesują- 
ca, że - dla ukrycia jego rzeczywistej roli - "organy" zastosowały ten sam sposób 
kamuflażu, jak w wypadku Zapalniczki: Tumanow, marynarz na sowieckim okręcie 
wojennym, "zbiegł" w latach 60. do Libii (wówczas prozachodniego królestwa), 
w Związku Sowieckim skazano go zaocznie za "zdradę" na karę śmierci. 
Agenci umieszczani w RWE/RS (a było ich sporo: w 1983 roku 11 spośród 45 pra- 
cowników sekcji rumuńskiej wywodziło się z Securitate) nie mieli powodów do obaw. 
Wytłumaczenia tego faktu należy szukać w rzeczywistych intencjach politycznych 
USA, odbiegających od propagandowych walk chińskich cieni. Warto sięgnąć do arty- 
kułu Pawła Machcewicza (Polityka, 4.11.1995), który przedstawił tajne dokumenty 
amerykańskie, dotyczące reakcji na wydarzenia na Węgrzech i w Polsce w 1956 roku: 
niechętne nastawienie do Nagy'a i wolnościowego zrywu Węgrów a z drugiej strony 
- entuzjastyczna ocena Gomułki i "polskiej drogi do socjalizmu". Oczywiście RWE 
otrzymała wówczas odpowiednie instrukcje: w audycjach sekcji węgierskiej szczegó- 
łowo informować o wydarzeniach w Polsce, natomiast w programach polskich - re- 
dukować informacje o powstaniu węgierskim. 
Filozofia popierania zreformowanego, narodowego komunizmu zrodziła się jednak 
już wcześniej. Pierre de Villemarest przytoczył w książce Complicites et financements 
sovieto-nazis l4 dokument z archiwów państwowych USA z 14 września 1948 roku, 
dotyczący polityki amerykańskiej wobec satelickich państw ZSRS w Europie. Doku- 
ment, zredagowany w formie "zalecenia", wyklucza wariant wojny z Związkiem So- 
wieckim i jako alternatywę przedstawia cele i zasady popierania komunistów niezależ- 
nych od Moskwy: 


- doprowadzić do wymiany ekip stalinowców na rządy komunistów nie kontro- 
lowanych przez ZSRS, życzliwe wobec USA: 
- metodą wywierania wpływu mają być środki polityczne, ale przede wszystkim 
gospodarcze, te bowiem umożliwiają Stanom Zjednoczonym większą skuteczność. 


13 O. Tumanow, Confessions of a KGB Agent, trans!. by D. Floyd, Chicago 1993. 
14 P. de Villemarest, Complicites et financements sovieto-nazis. A J'ombre de Wall Street, 
Paris 1996. Tłum. polskie: Źródła finansowe komunizmu i nazizmu czyli w cieniu Wall Street, 
Warszawa 1997. 


137
>>>
Zalecenia kończy konkluzja: 
Musimy popierać dysydentów w łonie partii komunistycznych w tych krajach, aż do 
uformowania reżimówantystalinowskich, choć nadal komunistycznych. Zmasowana 
ofensywa przeciwko doktrynie stalinowskiej, popieranie komunizmu narodowego w róż- 
nych krajach i pełne zastosowanie naszej siły gospodarczej - oto nasze cele i środki. 
Villemarest zauważa, że ów krótki dokument pozwala zrozumieć to, co nastąpiło 
w polityce Zachodu wobec bloku sowieckiego na przełomie lat 80. i 90. Przygotowania 
do "rewolucji" 1989 roku to właśnie lata pierestrojki, kiedy to bieg historii rzucił Marka 
Łatyńskiego na stanowisko dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE... Nie zawiódł pokłada- 
nych w nim nadziei. W dalekim od antykomunistycznego radykalizmu piśmie "Pogląd" 
(1988 nr l) Andrzej Pomorski pisał, że, zwłaszcza po zaniechaniu zagłuszania, nie moż- 
na było odróżnić dzienników RWE od analogicznych programów, nadawanych z War- 
szawy. "Czy warto było dotrwać do końca zagłuszania, by doczekać się takiego wsty- 
du?" - zadawał retoryczne pytanie autor. Ów stan rzeczy miał konkretne przyczyny. 
Otóż w RWE/RS obowiązywała zasada, w myśl której w dzienniku można było nadać 
tylko wiadomość pochodzącą co najmniej z dwóch niezależnych i wiarygodnych źródeł. 
W czasach Gorbaczowa zaczęto natomiast nadawać w dosłownym brzmieniu depesze 
TASS-a lub "Nowostii". Nie przeszkadzało to prezesowi Pellowi zapewniać w licznych 
wywiadach, że RWE/RS nadaje tylko takie wiadomości, które pochodzą z dwóch nie- 
zależnych, wiarygodnych źródeł. Wiarygodności samego Pella, rzecz jasna, nikt nie 
sprawdzał, zwłaszcza, że niemal żaden z zachodnich autorów, piszących o radiostacji, 
nie znał, z przyczyn j ęzykowych, treści emitowanych programów. 
Łatyński nie tylko, że bezkrytycznie chwalił reformy Gorbaczowa ("wielka polity- 
ka"), ale traktował je także jako wzór dla władz PRL. W rzeczywistości "reform Gor- 
baczowa" w ogóle nie było, bowiem ten Cziczikow sowieckiego komunizmu realizo- 
wał jedynie projekty opracowane jeszcze przed 1985 rokiem. Szef KPZS sam o tym 
mówił na spotkaniu z intelektualistami w Moskwie na początku stycznia 1989 roku 
a tekst jego wystąpienia można przeczytać w "Litieraturnoj Gazietie" (11.01.1989). 
Część "reform" miała zresztą jeszcze bardziej odległe początki: "dla nas zwracanie się 
do leninizmu stanowi naj bogatsze źródło teorii i polityki przebudowy, nowego myśle- 
nia" - zapewniał Gorbaczow. Oprócz Lenina także Stalin był ojcem duchowym "re- 
form Gorbaczowa". Wódz Ludzkości, porównując system sowiecki do maszyny, ajego 
kadry i aparat do trybów, odkreślał, że potrzeba "dźwigni aby dokonać pierestrojki 
trybów w maszynie, by części uszkodzone zastąpić nowymi". Koncepcję "głasnosti", 
w wersji zrealizowanej w latach Gorbaczowa, Stalin przedstawił w rozmowie z pisa- 
rzami Fadiejewem i Simonowem w 1947 roku. Gdyby Łatyński znał historię Związku 
Sowieckiego, to mógłby dostrzec, że "spektakularny gest" Gorbaczowa w postaci tele- 
fonu do przebywającego na zesłaniu w Gorkim Sacharowa, był dokładną imitacją gestu 
Stalina z 1930 roku. Wódz zadzwonił wówczas do Michaiła Bułhakowa, który znajdo- 
wał się bez środków do życia, ajego dzieła były w ZSRS zakazane. Gorbaczow naśla- 
dował pierwowzór nawet w wyborze czasu dla swej akcji. Stalin zadzwonił do Bułha- 
kowa cztery dni po śmierci Majakowskiego; Gorbaczow do Sacharowa - kilka dni po 
wiadomości o śmierci w więzieniu Anatola Marczenki. Źródła "głasnosti" i "piere- 
strojki" przedstawił szczegółowo Michaił Heller w swej książce o "siódmym sekreta- 
rZU,,15 i gdyby Łatyński sięgnął do tej publikacji przed spisaniem swych memuarów - 
przynajmniej ich tło historyczne mogłoby bardziej odpowiadać rzeczywistości. 


15 M. Heller, Siódmy sekretarz: błask i nędza Michaiła Gorbaczowa, Lublin 1993. 


138
>>>
Dla zwolenników sensacji jeszcze jedna wskazówka bibliograficzna: w ukończonej 
już w 1983 roku książce New Lies for Olrf6 (ukazała się rok później), Anatolij Golicyn 
ze zdumiewającą trafnością przepowiedział nową sowiecką politykę: władzę w ZSRS 
obejmuje młody sekretarz generalny i wprowadza sensacyjne zmiany: partia rezygnuje 
z kierowniczej roli, następuje rehabilitacja dysydentów z Sacharowem na czele, refor- 
mie podlega KGB i cenzura, obywatele sowieccy mogą wyjeżdżać na Zachód. W dzie- 
dzinie spraw międzynarodowych: super-dfJtente w skali światowej, Sowieci wycofują 
się z Afganistanu, pada berliński mur, w Polsce Solidarność wchodzi w skład koalicyj- 
nego rządu, popieranego przez Kościół, Dubćek powraca na scenę polityczną w Cze- 
chosłowacji... 
Wbrew temu, co twierdził Łatyński, Jaruzelski nie opierał się sowieckim zachętom 
do reform. Było odwrotnie: to PRL była forpocztą reform, wzorem dla Związku So- 
wieckiego. I o tym Gorbaczow mówił wielokrotnie. Reformatorską politykę Jaruzel- 
skiego dostrzegała także Solidarność, a przynajmniej jej kierownicze koła. W 1985 
roku Tymczasowy Komitet Krajowy przekazała resortowi spraw wewnętrznych propo- 
zycję w sprawie zaniechania podziemnej działalności i ujawnienia się. TKK obiecy- 
wała, że zaapeluje do społeczeństwa o "skorzystanie z szans reform wytyczanych przez 
ekipę gen. Jaruzelskiego". Natomiast władze, w myśl planu TKK, miałyby przerwać 
dochodzenia wobec działaczy Solidarności i zgodzić się na tworzenie związków zawo- 
dowych poza strukturą Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, jed- 
nak w oparciu o ustawę z 8 października 1982 roku. Poufne kontakty pomiędzy wła- 
dzami a wybranymi przedstawicielami Solidarności rozpoczęły się już w 1984 roku, 
czyli przed objęciem rządów przez Gorbaczowa. 
Bernard Lecomte w książce La Verite J'emportera toujours sur le mensonge (Paris 
1991)17 wspomina o wpływie polskich reform na politykę sowiecką: Jaruzelski w cza- 
sie spotkania z Gorbaczowem na Krymie latem 1987 roku przedstawił ideę wprowa- 
dzenia pluralizmu politycznego na szczeblu komunalnym. Po powrocie do Warszawy 
opracował razem z generałem Kiszczakiem "tajny plan" (dokument liczył ponoć 39 
stron), który miał być wypróbowany w PRL i w wypadku powodzenia powtórzony 
w Związku Sowieckim. Co ciekawe, o "tajnym planie" wiedział Bronisław Geremek, 
bo to on właśnie przekazał francuskiemu dziennikarzowi informacje na ten temat. 
I wreszcie to w PRL doszło do "okrągłego stołu" i utworzenia po raz pierwszy 
w historii bloku sowieckiego rządu, którego szef nie był członkiem partii komunistycz- 
nej. Prezydent Bush chwalił w 1989 roku "polską rewolucję". Jeżeli jednak uwzględ- 
nimy fakt, że w jej wyniku najwyższe stanowisko w państwie objął szef PZPR, "rewo- 
lucja" wydaje się dość osobliwa. Ponadto Jaruzelski się wahał, proponował na prezy- 
denta Kiszczaka, a również Wałęsa uważał, że szef MSW jako architekt "okrągłego 
stołu" byłby najlepszym kandydatem na to stanowisko. W końcu jednak generał Jaru- 
zelski dał się przekonać - przyczyniły się do tego również zachęty ze strony George'a 
Busha. 
Oczywiście to nie Łatyński i nie PelI ustalali linię polityczną RWE w czasach piere- 
strojki, podobnie to nie Jan Nowak decydował w 1956 roku o popieraniu Gomułkow- 
skiej "polskiej drogi do socjalizmu". Rozgłośnia była instrumentem polityki amerykań- 
skiej, a o jej rzeczywistych zasadach, nie zawsze zgodnych z propagandowymi deklara- 


16 A. Golitsyn, New Lies for Ołd: the Communist Strategy of Deception and Disinformation, 
London 1984. 
17 Pierwsze polskie wydanie: Prawda zawsze zwycięży: jak papież pokonał komunizm, 
przekł. [z fr.] E. T. Sadowska, Warszawa 1997. 


139
>>>
cjami, wspomniałem już powyżej. W niczym nie zmienia to faktu, że w okresie surowej 
cenzury RWE miało niezaprzeczalne zasługi w dostarczaniu słuchaczom w Polsce in- 
formacji i przekazywaniu zakazanych w PRL dzieł literackich. Jednak lata 80. to okres 
jednostronnej propagandy na rzecz komunistycznych reform. Jeśli ostatecznie przyczy- 
niły się one do uruchomienia mechanizmów dezintegracyjnych wewnątrz bloku sowiec- 
kiego, to nie było to wynikiem szlachetnych intencji reformatorów, lecz raczej rezulta- 
tem faktu, że procesami społecznymi, wbrew przekonaniu marksistów-leninistów, nie 
można skutecznie sterować. Transformacja ustrojowa w Polsce nie była ani rewolucją, 
dokonaną przez Lecha Wałęsę i jego doradców, jak chce wersja propagandowa, ani 
fortelem przebiegłych komunistów, jak sądzą tropiciele spisków. Już jej fazę przygoto- 
wawczą wspierał aktywnie Zachód, i to nie przez rzekomą ślepotę, lecz we własnym 
politycznym i gospodarczym interesie. A że nie deklarowano tego wyraźnie - to już 
inna sprawa; realna polityka rzadko pokrywa się z oficjalnymi deklaracjami. 
W fazie przygotowawczej zmian, Zapalniczka był właściwym człowiekiem na 
właściwym miejscu i we właściwym czasie. W latach bojkotu politycznego PRL, po 
wprowadzeniu stanu wojennego, tym większego znaczenia nabierały kontakty nieofi- 
cjalne. Co więcej, reaganizm, nawet w swych pierwszych latach, w niewielkim stopniu 
wpłynął na orientację polityczną RWE/RS; pisał o tym George Urban we wspomnianej 
książce. Antykomunistyczną linię Reagana torpedował Departament Stanu, dezawu- 
ował ją wiceprezydent Bush, w CIA istniał wewnętrzny konflikt a szefem wschodnio- 
europejskiego "desku" był przez pewien czas Aldrich Ames. Reaganista Urban, napo- 
tykając w swych wysiłkach na rzecz zmiany profilu RWE na stały opór, odszedł ze 
stanowiska w 1986 roku, nie ukrywając frustracji. Lata, kiedy kierował radiem, nie 
wpłynęły w zasadniczy sposób na linię polityczną rozgłośni polskiej: RWE pomagała 
w tonowaniu radykalnie antykomunistycznych postaw: a to subtelnie podane wątpliwo- 
ści co do reaganowskich sankcji wobec rządu PRL, a to cykl audycji o duchowych 
rozterkach generała Jaruzelskiego ("nie rozumiany przez niewdzięcznych rodaków"), 
porównywanego z Wielopolskim, Chłopickim a nawet Piłsudskim i de Gaulle'em, a to 
znów apele Najdera o współpracę z władzami w dziedzinie gospodarczej, skoordyno- 
wane z propagandą Radia Warszawa. Zapalniczka był potrzebny, broniła go przed 
zwolnieniem ze stanowiska CIA, o czym George Urban mówił mi w 1986 roku. Bro- 
niła również Warszawa, "pozbawiając obywatelstwa" w 1985 roku, co w zrozumiały 
sposób sparaliżowało wysiłki na rzecz wymiany dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE. 
Wywiad amerykański chętnie pracował z podwójnymi agentami i to niemal "od zaw- 
sze", ajuż sama fala emigracji solidarnościowej była okresem intensywnych działań na 
"niewidzialnym froncie": MSW wysyłała na Zachód swoich ludzi, werbowały bądź 
"odwracały" agentów służby zachodnie, część "odwróconych" kontrolowały znów 
"organy" generała Kiszczaka. 
Niejako symbolem politycznego zbliżenia pomiędzy najważniejszą instytucją pro- 
pagandy amerykańskiej a władzami PRL była - w końcu nie zrealizowana - wizyta 
w Wolnej Europie Jerzego Urbana. Oczywiście i ta idea nie była pomysłem prezesa 
Pella. Nie zapominajmy przy tym, że Urban, choć - mówiąc oględnie - nie lubiany 
w Polsce, był przecież inkarnacją głasnosti, pionierem nowego stylu polityki informa- 
cyjnej w fazie późnego komunizmu. 
"Były to wyjątkowo podłe czasy" - napisał o latach pierestrojki Władimir Bu- 
kowski. Na dodatek był to okres, którego obraz wspólnymi, wschodnio-zachodnimi 
wysiłkami retuszowano i koloryzowano w zależności od politycznych potrzeb. To 
wtedy rozpoczęto - by użyć modnego dziś terminu - wirtualizację historii i to tej 
współczesnej, dziejącej się na naszych oczach. Czesław Miłosz przestrzegał w 1980 


140
>>>
roku, że "być może niedalekie jest jutro, kiedy z historii zostanie to tylko, co ukaże się 
na ekranie telewizora, natomiast prawda, jako zbyt skomplikowana, zostanie pogrzeba- 
na w archiwach, jeżeli w ogóle nie zostanie unicestwiona". Do ekranów telewizorów 
można dodać radiowe nadajniki, a po upływie lat j u t r o stało się d z i s i aj. Prawda 
o latach pierestrojki spoczywa w grobowcach archiwów. I nikomu specjalnie nie zależy 
na tym, aby ją stamtąd wydobyć.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


HISTORIA SZTUKI 


RZYM W BIOGRAFII 
MARIANA 
KOŚCIALKOWSKIEGO 


Mirosław A. SUPRUNIUK (Toruń) 


Jadąc do Anglji statkiem "Marine Raven" zrobiłem biłans roku Rzymskiego - te- 
raz wszedłem w nowy okres - Londyńska szkółka - i wkrótce pewnie w prawdziwe 
malarstwo.. . 


zanotował Marian Kościałkowski w pierwszym zapisie z 6 stycznia 1947 roku, 
w "Dzienniku" prowadzonym z dużymi przerwami od maja 1943. Poprzedził zapiskę 
długą poziomą kreską, symbolicznie niemal podkreślając zakończenie wojny i nadzie- 
je, jakie wiązał z Anglią. Dalej czytamy: 


Listopad i grudzień - tylko rysowałem, dużo. Londyn zrobił wrażenie ogromu - 
mokrego, gdzie trudno kupić produkty, więc idzie się do Lyons' a. Jest tu chłodno ale 
czysto jakoś, świeżo w tej mgle i siekącym deszczyku drobnym. Po wielu miastach, 
które widziałem - począwszy od Wielska i Wołogdy, Samarkandy i Pahlewi, Tehera- 
nu, Kermine, Kermanszahu, Khanaquin'a, Bagdadu, Jerozolimy, Tel Aviv'u, Bejrutu, 
Kairu, Haify, kończąc na miastach włoskich - teraz Londyn. W czasie tym przecho- 
dziłem przez choroby straszne - tyfus brzuszny, plamisty, dyzenterię, że muszę być 
w wojsku, którego nienawidzę, wśród ludzi, którymi gardzę nieskończenie - i przez 
walkę o życie - w strachu przed możliwością dostania się na front i przez upadek 
godności, zupełny. Myślę dziś, że przez cały czas, mimo próżnowania - rozwijałem 
się, dojrzewałem, powoli co prawda - teraz z okresu szukania wchodzę pewnie 
w okres pracy. Ostatni rok był pracowity - uczyłem się na nowo malować - nie na- 
uczyłem się, ale wszedłem w łożysko pracy. Szkoda teraz, że zamiast zarzucać się masą 


143
>>>
projektów i szkiców, nie wykonałem kilku obrazów - miałbym je teraz - a z papie- 
rowych rzymskich szkiców robić obrazy nie chce mi się1. 


Należy żałować, że nie zachowały się w archiwum M. Kościałkowskiego, znajdują- 
cym się obecnie w Archiwum Emigracji w Toruniu, żadne notatki z tego "bilansu roku 
Rzymskiego", o którym wspomina w "Dzienniku". Być może wówczas owo "mimo 
próżnowania - rozwijałem się, dojrzewałem", pozwoliłoby zweryfikować zapropono- 
wany przez Stanisława Frenkla sposób patrzenia na twórczość artystyczną Kościałkow- 
skiego i większy nacisk położyć na okres intensywnej pracy w latach 1944-1946 2 . Nie- 
wiele zachowało się też rysunków i projektów wykonanych we Włoszech. Najciekawsze 
przedstawiają polskich żołnierzy. Kilka szkiców przygotował Kościałkowski do książki 
Melchiora Wańkowicza Bitwa o Monte Cassino i tam opublikował; kilka innych, nie 
datowanych, ukazuje oddziały wojskowe i włoskie pejzaże. Także cytowany "Dziennik" 
- skupiony w owym okresie przede wszystkim na opisie lęków i idiosynkrazji oraz 
pospiesznych relacjach ze zwiedzanych włoskich muzeów i zabytków - pomija zupeł- 
nym milczeniem aktywność twórczą malarza, pobyt w Rzymie, jego związki ze szkołą 
malarstwa przy 2. Korpusie i udział w licznych rzymskich wystawach. Ze spraw "malar- 
skich", znajdujemy w nim jedynie echa lektur recenzji jednej z wystaw, sprawozdania ze 
spotkań z malarzami i znajomymi oraz wiele własnych opinii na temat projektowanych 
prac i kłopotów z kupieniem farb. Kilka fotografii Mariana z okresu 1942-1946 to wy- 
łącznie zdjęcia w dokumentach wojskowych. 
W jedynym artykule na temat polskiej szkoły malarskiej g. w szkicu-wspomnieniu 
Ryszarda Demela pt. Akademia Sztuk Pięknych w Rzymie 3 , Kościałkowski wspomniany 
jest kilkakrotnie, ale tylko w przypisach, jako jeden z uczestników studiów i rzymskich 
wystaw. Informacje te znajdują potwierdzenie i uzupełnienie w dokumentach archiwal- 
nych złożonych przez Demela w Toruniu. Niestety, w pracy nad odtworzeniem chro- 
nologii pobytu malarza w Italii, archiwalia na niewiele się zdadzą, choć będą bezcenne 
w ustaleniu szczegółów jego biografii i pewnej, choć bardzo niekompletnej , chronolo- 
gii wystaw. Nie ma, niestety, pamiętników, wspomnień czy dzienników innych uczest- 
ników studiów w szkole malarskiej przy 2. Korpusie; nie zajmowała się szkołą i stu- 
dentami również prasa wojskowa, a archiwa większości z malarzy polskich, którzy 
kwaterowali w koszarach Cecchignoli na obrzeżach Rzymu, studiując na Akademii - 
nie zachowały się. Nieliczne ocalałe, także znajdują się w Toruniu 4 . 


1 [M. Kościałkowski] ]. Marian, " Dziennik" , mps., s. 35-36 - Archiwum Emigracji, Bi- 
blioteka Uniwersytecka w Toruniu, Kolekcja: Marian Kościałkowski (dalej: AE/KMK). 
2 Frenkiel podzielił twórczość plastyczną Mariana Kościałkowskiego na cztery okresy: okres 
młodzieńczy, trwający do roku 1945 (choć może raczej należałoby napisać - do 1947, tj. do 
przyjazdu do Anglii i wstąpienia w mury Sir John Cass' College): faza kubistyczna (1947- 
1959/1960): okres abstrakcyjny (1959/1960-1969): okres klasyczny, rzeźba i akwaforta (1970- 
1977): zob.: S. Frenkiel, Ostatnie prace Mariana Kościałkowskiego, Wiadomości 1978 nr 41, s. 5. 
3 Połscy studenci żołnierze we Włoszech ł945-ł947, woprac. R. Lewickiego, Londyn 1996, 
s. 107-119: por. też:]. W. Sienkiewicz, Podr6ż ku światłu: Ryszarda Demeła droga do witraży 
refrakcyjnych, [w:] Człowiek w podróży, red. nauk. Z. Krawczyk, E. Lewandowska-Tarasiuk, 
]. W. Sienkiewicz, Warszawa 2009, s. 147-148. 
4 Szczątkowe archiwalia i dokumenty rzymskiej szkoły znajdują się w Archiwum Emigracji 
- kolekcja Janusza Eichlera. 


144
>>>
MARIAN 


Twierdził, że w malarstwie interesujące jest tylko to, co dzieje się w chwili malo- 
wania, tylko ten obraz, rysunek czy rzeźba, które są właśnie realizowane. To, co zda- 
rzyło się wcześniej, "wczoraj" czy "przed chwilą" straciło wartość bez względu na 
pasję z jaką powstawało. Dlatego tak rzadko pokazywał swoje obrazy i gotowy był 
wyrzucać na śmietnik najlepsze swoje "stare" prace malarskie. Ajednak to przeświad- 
czenie, że każdy krok do przodu, każdy nowy dotyk pędzla, każda nowa kreska jest 
wstępem do świata o wiele dojrzalszego i nieporównanie ciekawszego kazało mu szu- 
kać coraz to nowych doświadczeń, eksperymentować z nową materią, poddawać się 
prądom i modom w sztuce 5 . Czasem błądzić, lecz zawsze przyznawać się do pomyłki. 
Życie i twórczość zmarłego przed ponad trzydziestu laty w Londynie Mariana 
Kościałkowskiego, malarza, rzeźbiarza, rysownika, autora szkiców o malarstwie i nie- 
spełnionego poety, są fragmentem historii sztuki polskiej na świecie. Mizantrop i odlu- 
dek, stroniący od polskiego środowiska artystycznego i społeczności polskiej w Lon- 
dynie, był jednym z najważniejszych artystów Polish School of Great Britain, g. grupy 
polskich artystów zamieszkałych i wykształconych w Wielkiej Brytanii, którzy two- 
rzyli na obrzeżach sztuki angielskiej. Nazywał się Marian Janusz (Jan) Kościałkowski, 
ale prace z reguły podpisywał jako]. Marian, Jan Marian, Marian, Marian Kruszyński 
(nazwisko żony), Marian Pouillet (nazwisko matki, Francuzki - Marguerite Pouillet) 
lub Marek Hardy. Urodził się l lipca 1914 roku w Wilnie. Tam ukończył gimnazjum 
w 1932 roku, a w grudniu tego roku, dzięki pomocy rodziny matki, podjął studia ma- 
larskie w paryskiej Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts. Był tam jednak krótko 
bo niespełna rok. Zrażony poziomem nauczania wrócił do Polski i - za namową ojca 
- złożył dokumenty na wydział Prawa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Stefana 
Batorego w Wilnie. Po roku przerwał jednak studia; zaliczył szkolenie wojskowe, a 28 
września 1936 roku zapisał się do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Tam, 
w pracowni Mieczysława Kotarbińskiego i Tadeusza Pruszkowskiego, zbierał w czasie 
studiów doroczne nagrody za malarstw0 6 . Napisał w 1945 roku: 
Warszawska ASP stała przed wojną na wyższym poziomie, aniżeli stęchła akade- 
mia paryska 7 . 
Stanisław Frenkiel, autor kilku szkiców krytycznych o twórczości Mariana, napi- 
sał, że malarz już w Warszawie sławny był z porywczego charakteru: 
Pruszkowski przeprowadzał korektę jego prac zwięźle - błyskawicznie przecho- 
dząc do następnych stalug, aby Kościałkowskiemu nie dać czasu na gniewną odpo- 
wiedź 8 . 


Po wybuchu wojny Kościałkowski wziął udział w obronie Warszawy, a po jej 
upadku usiłował przedostać się do Wilna, do rodziców. Wilno zostało jednak zajęte 
przez wojska sowieckie. Zatrzymał się w pobliskim Grodnie i tam 4 lutego 1939 roku 
zawarł związek małżeński z Gertrudą Krysztofiak, koleżanką ze studiów. Wiosną 1940 
roku został aresztowany i zesłany w głąb Rosji Sowieckiej, do Welska, na południowy- 
-zachód od Archangielska. W Rosji urodził się i zmarł jego syn. Zwolniony w wyniku 


5 M. Bohusz-Szyszko, Małarstwo Mariana Kościa!kowskiego, Kultura 1965 nr 1/2(207/208), 
s.206. 
6 Dwie nagrody I (18 III 1937 i 9 VI 1937) przyznane przez M. Kotarbińskiego: nagroda 
I (24 II 1938) i II (7 VI 1938), przyznane przez T. Pruszkowskiego. 
7 M. Kościałkowski, O małarstwie, Na szlaku Kresowej 1945 nr 2/3, s. 41. 
8 S. Frenkiel, Ostatnie prace..., s. 4. 


145
>>>
amnestii w 1941 roku Marian wstąpił do Armii Polskiej w ZSSR w Kerminie. Schoro- 
wany, ewakuowany do Persji w 1942 roku, przebywał kolejno w Iraku, Palestynie, 
Libii i Egipcie. W okresie tym malował i rysował, a prace wystawiał wespół z żołnie- 
rzami-malarzami, a także publikował w prasie wojskowej. W lutym 1944 roku dotarł 
do Włoch w szeregach 2. Korpusu, w oddziale propagandy 5. Kresowej Dywizji Pie- 
choty (przy tzw. "wozach dźwiękowych"); brał udział w walkach o Monte Cassino 
i w kampanii włoskiej do początków 1945 roku. Po zakończeniu wojny Marian krótko 
studiował w Rzymie, malował, wystawiał, a w końcu 1946 roku, wylądował wraz 
z Polskim Korpusem Przysposobienia i Rozlokowania (Polish Resettlement Corps) 
w Anglii. W 1947 roku, wraz z kilkudziesięcioma innymi malarzami polskimi, uzyskał, 
dzięki pomocy angielskiego Interim Treasury Committee for Polish Questions, stypen- 
dium w renomowanej londyńskiej akademii sztuki - Sir John Cass' College of Art 
and Craft9. Zamieszkał w Londynie. W 1951 roku jego pierwsze małżeństwo zostało 
rozwiązane i Kościałkowski mógł ożenić się z Lidią Kruszyńską, która pozostała mu 
najbardziej oddanym towarzyszem życia przez dalsze 30 lat, a po jego śmierci z pie- 
czołowitością zabezpieczyła olbrzymi dorobek. W styczniu 1948 roku Marian miał 
w Galerii Gimpell & Fils pierwszą indywidualną wystawę na Wyspach Brytyjskich, 
która odniosła wielki sukces i uznanie krytyków angielskich. "The Sunday Times" 
napisał: 


His colour sings, his pictures are alive with supple, darting forms and he takes pains 
to buiłd them up by means of a series of preliminary studies both in colour and line. 
Trudno się zatem dziwić - pisał Stanisław Frenkiel - że Kościałkowski wodził 
rej wśród studentów w Sir John Cass' College i taki miał wpływ na kolegów, że liczyli 
się z jego zdaniem i aprobatą bardziej niż z opinią Kennetha MartinalO. 


Marian miał zaledwie kilka wystaw indywidualnych, nieco częściej korzystał z za- 
proszeń do udziału w wystawach zbiorowych od Palestyny, Rzymu, Londynu, Carrary 
po Sztokholm. Pisał: "...moja inercja i lęk przed ludźmi wstrzymują mnie od szukania 
galerii". Marian Bohusz-Szyszko, jeden z nielicznych krytyków sztuki, który śledził 
rozwój talentu Mariana od pierwszych lat emigracji, tłumaczył to następująco: 
Kościałkowski jest tak bez reszty oddany pracy twórczej, że wszelkie starania 
o zewnętrzne wystąpienie na pokazach, czy rynkach sztuki, są poza programem bez- 
cennego dlań czasulI. 


Po śmierci Stalina, w krótkim okresie "odwilży politycznej" w Polsce, w latach 
1958 i 1959, dzięki staraniom ojca malarza, państwowe galerie sztuki w Szczecinie 
i Poznaniu zorganizowały dwie niewielkie wystawy rysunków Kościałkowskiego. 
Rysunki te po ekspozycji zaginęły. Omijały go nagrody i wyróżnienia przyznawane na 
konkursach i zbiorowych wystawach. Otrzymał jedynie wysoko cenioną na emigracji 
"nagrodę plastyczną" czasopisma "Kultura" (Paryż), przyznaną mu w 1964 roku 12 . 
W 1968 roku Kościałkowscy kupili dom w Carrarze, gdzie spędzali wiele miesięcy 


g Tenże, Połskie małarstwo i rzeżba w Wiełkiej Brytanii ł945-ł985, [w:] Prace Kongresu 
Kułtury Połskięj. T. 8: Połskie więzi kułturowe na obczyźnie, pod. red. M. Paszkiewicza, Londyn 
1986, s. 116. 
10 Tenże, Ostatnie prace..., s. 4. 
11 M. Bohusz-Szyszko, Małarstwo Mariana Kościałkowskiego, s. 207. 
12 Kronika kułturałna: Nagrody "Kułtury" za rok ł964, Kultura 1965 nr 1/2(207/208), 
s.205. 


146
>>>
każdego roku, i gdzie Marian zaczął rzeźbić w marmurze. Marian Kościałkowski zmarł 
po ciężkiej chorobie 14 lipca 1977 roku l3 . 


LATA RZYMSKIE 


Lata 1942-1946 są w biografii Mariana Kościałkowskiego ściśle związane z dzia- 
łaniami polskiego wojska stanowiącego część armii brytyjskiej w Rosji, a później na 
Środkowym i Bliskim Wschodzie, w Afryce i Europie. W czasie pobytu w Rosji, Persji 
i Iraku, a także w Egipcie Kościałkowski, przydzielony został do 5. Kresowej Dywizji 
Piechoty, służył w oddziałach propagandowych, jako kierowca ciężarówki, tzw. "wozu 
dźwiękowego". Ponieważ "Kresowa" przed rokiem 1944 nie brała udziału w walkach, 
poza szkoleniami dla kierowców, np. w Palestynie i Libanie jesienią 1943 roku, Marian 
podróżował, zwiedzał miasta i ich zabytki, dużo malował i uczestniczył w niemal 
wszystkich wystawach organizowanych przez Armię Polską (od lipca 1943 Armia 
Polska zyskała nazwę 2. Korpusu Polskiego). Świadectwa wystaw znajdują się w ar- 
chiwum malarza. 
W 1943 roku Marian wziął udział jednym rysunkiem i jednym gwaszem w wystawie 
polskich żołnierzy-artystów zorganizowanej w Bagdadzie, w Instytucie Angielskim przez 
Dział Plastyczny Wydziału Propagandy, kierowanego wówczas przez malarza, Józefa 
Czapskiego. W wystawie prezentowano ponadto obrazy olejne, gwasze, akwarele i ry- 
sunki: Janiny Boguckiej-Wolff, Józefa Czapskiego, Józefa Jaremy, Edwarda Matuszcza- 
ka, Anny Stahlowej, Zygmunta Turkiewicza i Kordiana Zamorskiego I 4. Niestety, folder 
ekspozycji nie zawiera reprodukcji prac Mariana. W początkach 1944 roku Kościałkow- 
ski uczestniczył w wystawie polskich malarzy-żołnierzy przygotowanej w stolicy Libanu 
- Bejrucie, w hotelu St. Georges l5 . Wziął też udział, w styczniu 1944 roku, w wielkiej 
i spektakularnej wystawie artystów-żołnierzy Narodów Sprzymierzonych, przygotowanej 
z inicjatywy Societe des Amis de l' Art i British Council oraz przy współpracy Oddziału 
Propagandy i Oświaty Dowództwa AP na Wschodzie w Kairze l6 . Na wystawie tej poka- 
zano 376 prac żołnierzy brytyjskich, francuskich, amerykańskich, greckich, jugosłowiań- 
skich, wśród nich 50 płócien i rysunków polskich: Stanisława Westwalewicza, M. Ko- 
ściałkowskiego, ]. Jaremy, Tadeusza Wąsa, M. Wisznickiego, B. Skoczylasa, Zakrzew- 
skiego, R. Burdyłły, ]. Boguckiej-Wolff, Henryka Siedlanowskiego, Z. Turkiewicza, 
L. Wiecheckiego, E. Matuszczaka, H. Więcławowicza i Honigmana. Recenzja z wystawy 
wydrukowana w "Paradzie" zawiera reprodukcję rysunku Mariana przedstawiającego 
Jerozolimę 17 . 


13 Archiwum Mariana Kościałkowskiego znajdujące się w Archiwum Emigracji składa się 
z korespondencji z rodziną, rękopisów wierszy, dziennika oraz szkicowników. Najważniejszą 
część spuścizny stanowią obrazy olejne, gwasze, akwarele, rysunki, pastele, akwaforty oraz trzy 
rzeźby. Dzieł sztuki jest ponad tysiąc. Dopiero po śmierci, staraniem wdowy i toruńskiego Uni- 
wersrtetu, twórczość Kościałkowskiego pokazana została na wystawach w Polsce i na Litwie. 
4 Exhibition of paintings by Polish sołdiers-artists. [Katalog wystawy], wstęp]. Jarema 
i [K. ].] Kantak, [Bagdad] 1943: T. Wittlin, Małarze połscy w Bagdadzie, Orzeł Biały 1943 nr 9, 
s. 6: p,0r. też.: Wystawa małarzy-żołnierzy, W drodze 1943 nr 6, s. 7. 
5 On, Echa wystawy bejruckiej, Orzeł Biały 1944 nr 8, s. 5 (obok Jaremy, Czapskiego, Bo- 
guckiej i innych). 
16 [M. A. Supruniuk], Marian Kościalkowski: kałendarium działałności artystycznęj i wy- 
staw, [on-line]. [Dostęp: maj 2009]. Dostępny w WWW: http://www.muzeum.umk.pl/sztuka_ 
polska/index. php ?site=5 &m =page&pg_ id =43 
17 Wystawa małarska artystów-żołnierzy L;jednoczonych Narodów, Parada, [b.r.m.] - 
AE/KMK; przedruk w: Poradnik dla pracowników świetlic żołnierskich, 1944 nr 46. 


147
>>>
W drugiej połowie lutego 1944 roku 5. Kresowa Dywizja Piechoty, po uzupełnie- 
niu i dozbrojeniu, przerzucona została z Egiptu do Włoch, a w marcu tego roku brała 
już udział w walkach. Z 11 na 12 maja Kresowa włączona została do natarcia na twier- 
dzę Monte Cassino. Marian brał udział, w stopniu sierżanta podchorążego, w walkach 
o klasztor jako kierowca wozu dźwiękowego. Potwierdzeniem tego udziału jest Krzyż 
Pamiątkowy Monte Cassino z numerem 14987, który wręczył mu gen. Władysław 
Anders, a także seria rysunków, wykorzystana w drugim tomie książki Melchiora Wań- 
kowicza Bitwa o Monte Cassino. Znajduje się tam osiem szkiców Kościałkowskiego 
z bitwyl8. Jeden z rysunków - UYnoszenie rannego - M. Bohusz-Szyszko określił 
w 1965 roku mianem "arcydzieła nowoczesnego realizmu", powtarzając tę opinię 
wielokrotnie później 19. 
Niewiele wiemy o pobycie Kościałkowskiego na terenie Włoch od lądowania od- 
działów w lutym, aż do czerwca 1944 roku. "Dziennik", który rozpoczyna się jeszcze 
w Egipcie, 28 maja 1943 roku, konsekwentnie przemilcza cały ten okres, odwołując się 
sporadycznie do wspomnień z Monte Cassino, w okresie późniejszym 2o . Jednym z nielicz- 
nych większych opisów jest wspomnienie zanotowane pod datą 28 czerwca 1948: 
Przypomniałem [sobie] w tej chwili dom, czy pałac pod Montecassino, palazzo deI 
canone zdaje się - na dole leżał batalion na odpoczynku - w wielkich salach biblio- 
tecznych, pełnych szaf z książkami, o ozdobach rokokowych, na ziemi i słomie leżeli 
rozzuci, jedzący, śpiący żołnierze. Ja przeszedłem te sale i po schodach filigranowych 
jak zabawki, przez pokoje pokryte złoceniami, kwiatami, amorami na sufitach, szukając 
obrazów dostałem się na piętro - drzwi były pootwierane, byłem w kaplicy ciemnej, 
potem przez korytarzyki dostałem się do sypialni, gdzie łóżka były roztrzęsione, jakby 
zostawione w pośpiechu, rozrzucone posłania, suknie - damskie buciki, wszędzie 
mnóstwo rzeczy, drobiazgów - wdarłem się w cudze życie, w świat prywatny, którego 
bym nigdy nie poznał, a ileż światów takich minąłem, zamkniętych mi - więc cho- 
dziłem, oglądałem małe obrazki włoskie, holenderskie - dużo ich było, dobre, średnie, 
ale to była przyjemność - ściany były malowane, były tam sceny myśliwskie, roman- 
tyczne - czerwień, zieleń, błękit, kwiaty, girlandy - czasem śmieszne, częściej ba- 
nalne - imitacja jakby chińszczyzny rokokowej, pompejańskich dekoracji - drobne 
pokoje, jasne, jak cacka - lubię sam być w cudzych, pustych domach, myszkować, 
oglądać [...]. Tak samo łaziłem po klasztorze Montecassino - sam zupełnie w przej- 
ściach rozwalonych, po gnących się gruzach, po trupach zagrzebanych płytko, że noga 
wsiąkała w nich, wahałem się, gdy straszliwy smród zgnilizny buchał - przeskakiwa- 
łem, zaglądałem z niepokojem do kaplic rozbitych, gdzie pełno granatów, wojennych 
przedmiotów nagromadzono - szukałem roztrzęsionych książek, białych kruków, któ- 
rych nie znalazłem - sam wśród nich, strug dymu ciągnących się ze szczelin spod 
podłóg - czułem się, jakbym odkrywał nieznane światy. . . 
Pierwsza "włoska" notatka pochodzi z 19 czerwca 1944 roku; Kościałkowski sta- 
cjonował wówczas w okolicach Olivetto de Fermo między miejscowościami Macerata 
i Ancona. Na marginesie wspomina jeszcze o udziale w walkach w Acquafondata 
i Inferno, ale więcej skupia się w opisie na wrażeniu z obserwacji pejzażu. Dopiero 
dzień później, zapewne w poczuciu kronikarskiego obowiązku, notuje: 


18 M. Wańkowicz, Bitwa o Monte Cassino, l. 2, Rzym 1945, s. 131, 162,251, 331, 332. 
19 M. Bohusz-Szyszko, Nierozerwałna całość, Wiadomości 1967 nr 33, s. 1. Jeden ze szki- 
ców wykorzystany został jako iłustracja obwoluty książki: W. Drzewieniecki, Angiełski szlif 
Wspomnienie oficera sztabu 2. Korpusu, Toruń 2001. 
20 [M. Kościałkowski] ]. Marian, " Dziennik" , s. 43 (Monte Cassino pojawia się jako przy- 
czyna choroby serca): s. 91 (opis odpoczynku w czasie bitwy i zwiedzania klasztoru po bitwie). 


148
>>>
Dotąd mieszkałem w SI. Teresa K. (Taranto), Cantalupo, Montevaduni, Pratelli, 
Acquafondata, Riccia, Casalbordino, w domu Gigli koło Recanati i Montelupone 21 . 


Zapiski "Dziennika" pozwalają odtworzyć w miarę skrupulatnie nazwy kolejnych 
miejsc postoju 5. Kresowej. l sierpnia 1944 było to Polvergi, chwilę później w Loreto, 
8 sierpnia - Moro d' Alba, a 23 sierpnia rozpoczął S-tygodniowy pobyt w Rzymie. 
Poświęcił go intensywnej turystyce muzealnej, zwiedzając wszystkie wystawy i poszu- 
kując materiałów malarskich. Tematyka jego obrazów w tym okresie ściśle związana 
jest w wojną: epatuje z nich przemoc i tragedia człowieka. Podobnie jest z rysunkami, 
które ukazywały się sporadycznie w polskiej prasie wojskowej we Włoszech i Palesty- 
nie: "W drodze" (1944 nr 9), "Orle Białym" (1944 nr 36/37). Marian pracował w pra- 
cowni Riccardi i malował obraz poświęcony bitwie pod Monte Cassin0 22 . l październi- 
ka, pod koniec pobytu w Rzymie napisał w "Dzienniku": ,,[kończy się] okres rzymski, 
który zapoczątkował moje malowanie". W połowie października był już w San Elpidio, 
wraz z oddziałami wojska, ale każdą chwilę wykorzystywał na zwiedzanie wyzwolo- 
nych terenów. Pojechał do Florencji, zwiedzając po drodze Asyż i Perugię. Opisy za- 
chwytów dla zabytków tych miast zajmują kolejne strony dziennika. 
W listopadzie 1944 roku w "Dzienniku" notuje kolejne miejsca postoju w regionie 
Emilia-Romania: Porto San Elpidio, Predappio, Arezzo, Premilcuore. Zmuszony do 
obecności na froncie, niechętny służbie wojskowej - o czym pisał często w "Dzienni- 
ku" - Marian korzystał z możliwości jaką dawał Oddział Kultury i Prasy 2. Korpusu 
Polskiego i brał udział we wszystkich artystycznych wydarzeniach, aranżowanych przy 
wojsku. Trudno się zatem dziwić, że kiedy w listopadzie 1944 roku Oddział Kultury 
zorganizował w Rzymie zbiorową wystawę pn. "Exhibition of Paintings by Polish 
Soldier Artists", były na niej pokazywane rysunki Mariana. Wystawił osiem szkiców, 
z których dwa zostały reprodukowane w opracowanym przez Gina Severiniego katalo- 
gu wystawy - Catalogo della mostra dei pittori polacchi attualmente alle armP. 
Były to Shatel Arab oraz Mur płaczu - oba z 1943 roku. Z "Dziennika" dowiadujemy 
się natomiast, że dłuższy czas starał się o zgodę na wyjazd do Rzymu, by móc zoba- 
czyć, czy dobrze powieszono jego rysunki. 
W grudniu 1944 roku malarz nadal przebywał poza jednostką wojskową. Powodem 
była przede wszystkim choroba serca (arytmia), która zatrzymała malarza w szpitalu 
w Anconie, a także spotkania w redakcji "Na szlaku Kresowej", które zaowocowały 
tekstem Boże Narodzenie w malarstwie 2 i być może opublikowanym na początku roku 
następnego: O malarstwie 25 . Dopiero w początku roku 1945 wrócił na dobre do Castra- 
cano, gdzie stacjonowały oddziały 5. Kresowej. Ostatnia zapiska włoska pochodzi z 7 
marca 1945 roku; malarz przebywał wówczas w Forli, gdzie rozważał propozycję 
przygotowania albumu swoich rysunków. Skądinąd wiemy też o czytelniczej pasji 
Kościałkowskiego w okresie włoskim. We wspomnieniach Artura Międzyrzeckiego 
znajdujemy następujący opis: 


21 Tamże, s. 6. 
22 Tamże, s. 18. 
23 Catałogo della mostra dei pittori połacchi attuałmente alle armi, con. pref. di G. Severini, 
disegni di G. Czapski, Roma 1944: polska wersja katalogu: Katałog wystawy obrazów połskich 
małarzy żołnierzy, przedmowę napisał G. Severini, Rzym 1944: On, Nieprzęjednane małarstwo. 
Wystawa połskich małarzy-żołnierzy w Rzymie, Orzeł Biały 1944 nr 41, s. 9. 
24 M. Kościałkowski, Boże Narodzenie w małarstwie, Na szlaku Kresowej 1944/1945 nr 17/18, 
s. 40-41. 
25 M. Kościałkowski, O małarstwie, Na szlaku Kresowej 1945 nr 2/3, s. 41-45. 


149
>>>
Marian Kościałkowski, znakomity i niedoceniony malarz i naj rzadziej golący się 
oficer w skali pewno uniwersalnej, ściągał ze swej strony wszystko, co mógł, z ukazu- 
jącej się w Szwajcarii poezji francuskiej. Pamiętam jego cykl rysunków do Pieśni Mał- 
dorora - i od niego właśnie jożyczyłem, na którymś postoju w Italii, tomy wierszy 
wojennych Eluarda i Aragona 2 . 
W rzymskiej biografii Mariana Kościałkowskiego najbardziej zagadkowe sąjego 
związki ze szkołą malarską przy 2. Korpusie oraz studia na Akademii Sztuk Pięknych 
w Rzymie. Nie wiemy, kiedy malarz włączył się w działalność szkoły i w jakim zakre- 
sie. Stworzono ją dla studentów, którzy nie zdołali przed wojną ukończyć nauki oraz 
dla artystów amatorów, dla których pobierane nauki miały być pierwszymi. Marian nie 
ukończył warszawskiej ASP i, podobnie jak grupa innych malarzy, zapewne mógłby na 
kursach rzymskich uzyskać jakiś dokument formalnego zakończenia nauki. Takiego 
dokumentu jednak w jego archiwum nie ma. Nie ma też, jak wspomniałem wcześniej, 
żadnych śladów nauki w "Dzienniku". Z drugiej strony, w dokumentach Koła Plasty- 
ków przy Ośrodku Akademickim Marian Kościałkowski występuje co najmniej do 
sierpnia 1946 roku, zarówno jako uczeń i "opiekun-kontakt"27. 
Działalność i historia szkoły wymagają szczegółowych studiów. Skądinąd wiemy, 
że powstała jesienią 1944 roku, jako Sekcja Artystów i Studentów Sztuk Pięknych przy 
polskim Ośrodku Akademickim 2. Korpusu Polskiego w Rzymie i działała aż do ewa- 
kuacji polskich żołnierzy w Italii w końcu 1946 roku. Inicjatorem powstania Sekcji był 
Marian Bohusz-Szyszko, któremu zależało, by młodzi polscy malarze w mundurach 
mogli kontynuować naukę przerwaną w Polsce. Rozkazem gen. Władysława Andersa 
zostali oni urlopowani ze swoich macierzystych oddziałów wojskowych i przeniesieni 
do rodzaju "artystycznej" kompanii. Sekcja była w rzeczywistości szkołą malarską, 
której studenci uczęszczali na zajęcia do rzymskiej Akademii Sztuk Pięknych (Reale 
Accademia Romana di San Luca), a ponadto słuchali wykładów starszych kolegów- 
-malarzy, w tym głównie M. Bohusza-Szyszko oraz historyków sztuki - np. Karoliny 
Lanckorońskiel 8 . Rzymski Ośrodek mieścił się w koszarach Cecchignoli na obrzeżach 
miasta i stał się na wiele miesięcy kwaterą dla jedenastu oficerów i trzydziestu podofi- 
cerów i szeregowych, których Komenda Korpusu zaopatrzyła w zapas pędzli, karto- 
nów, płócien i kaset malarskich z farbami. Wydaje się jednak, że "zapasy" wystarczyły 
na bardzo krótki okres, a poszukiwanie farb było, obok problemów z zakwaterowa- 
niem, największą bolączką studentów. Codziennie, specjalny autobus dowoził ich do 
Akademii przy Placu Weneckim w centrum Rzymu 29 . W Sekcji znaleźli się m.in. starsi 
już malarze: Zygmunt Turkiewicz - kolega Mariana z warszawskiej pracowni Tade- 
usza Pruszkowskiego, Edward Matuszczak, Stanisław Westwalewicz, Józef Jarema 
i Stanisław Gliwa, a oprócz nich uczniowie: Aleksander Werner, Andrzej Bobrowski, 
Antoni Dobrowolski, Kazimierz Dźwig, Leon Piesowocki, Ryszard Demel, Janusz 
Eichler, Jan Głowacki (Laterański), Tadeusz Beutlich i Tadeusz Znicz-Muszyński 3o . 


26 A. Międzyrzecki, 20 łat przyjaźni, [w:] Wspomnienia o Antonim Słonimskim, pod red. 
P. Kądzieli i A. Międzyrzeckiego, Warszawa 1996, s. 248. 
27 "Członkowie Koła Plastyków, Rzym", rps, [3] k. Archiwum Emigracji - kolekcja Ry- 
szarda Demela. 
28 Połscy studenci żołnierze we Włoszech..., s. 107-109:]. W. Sienkiewicz, Podróż ku świa- 
tłu, s. 147-148. 
29]. W. Sienkiewicz, Podróż ku światłu, s. 147. 
30 Po 1946 r. polska szkoła malarska przeniesiona została do Anglii i tam przekształciła się 
w Studium Malarstwa Sztalugowego Mariana Bohusza-Szyszko: ]. W. Sienkiewicz, Marian 
Bohusz-Szyszko. Życie i twórczość ł90 ł-ł995, Lublin 1995, s. 36-43. 


150
>>>
W Rzymie powstało też Zrzeszenie Studentów Plastyków - Koło Plastyków, którego 
Kościałkowski został członkiem 31 . Dla wielu studentów codzienne podróże były zbyt 
uciążliwe, dlatego niektórzy z nich szukali kwater w Rzymie, w tym również Kościał- 
kowski. 
Pierwszy kontakt Mariana ze szkołą - ze względu na obowiązki żołnierskie - 
mógł nastąpić dopiero jesienią 1944 roku, w czasie pierwszego, pięciotygodniowego 
pobytu w Rzymie. W "Dzienniku" pod datą 10 września 1944 roku, Marian zapisał: 
Jestem od 2 tygodni w Rzymie, Jarema pomógł mi kupić farb, o które trudno, trze- 
ba dostawać po jednej tubce. Pracowałem w pracowni Assanti' ego, rzeźbiarza, którą 
Turkiewicz wynajął, a wyjechał. 
Jednak z końcem roku 1944 malarz ponownie znalazł się na froncie, a to znaczy, że 
nie mógł kontynuować nauki. Na dobre, jak się wydaje, Marian stał się studentem - 
słuchaczem szkoły - dopiero w marcu 1945 roku. Wiemy z relacji R. Demela, że 
Kościałkowski, wespół z]. Eichlerem, Czesławem Politowiczem, Władysławem Kra- 
szewskim i właśnie Demelem wynajęli wiosną 1945 roku w rzymskim klasztorze Oj- 
ców Oblatów (gdzie mieścił się wówczas referat Oświaty 2. Korpusu) część przedzie- 
lonego ścianką korytarza. Podobnie zrobili inni plastycy, zajmując pomieszczenia wi- 
rydarza klasztornego. Być może związane to było właśnie ze stałą obecnością większej 
liczby żołnierzy oddelegowanych z wojska do koszar artystycznej koloni. 
Wiosną 1945 roku rozpoczęła się także bliska współpraca Kościałkowskiego z cza- 
sopismami 2. Korpusu, w których zamieszczał rysunki i szkice o sztuce. Wiemy, że 
rysunki Mariana ukazały się m.in. w "lridionie" (1945 nr 3/4,5), "Kronice" (1946 nr 8) 
i "Na szlaku Kresowej" (1944 nr 17/18; 1945 nr l/wkładka z czterema rysunkami!, 7, 
8/9, 11; 1946 nr l, 2/3, 4, 8/9), a teksty wyłącznie w "Na szlaku Kresowej". Były to: 
Sztuka na rozkaz (1945 nr 4, s. 44-45) oraz Od Delacroix do Cezanne' a (1945 nr 11, 
s. 51-54). Kilka rysunków przedrukowała po latach prasa emigracyjna w Londynie 32 . 
W szkicach na temat sztuki publikowanych w miesięczniku "Na szlaku Kresowej" 
Marian tłumaczył własne, bardzo dojrzałe i, co podkreślają krytycy, pewne siebie ro- 
zumienie sztuki rozprawiając się przy okazji z recenzentami wytykającymi mu zbyt 
wielkie skupianie uwagi na formie i brak studium natury: 
Stało się [dla mnieJjasne, że malarstwo nie jest naśladowaniem natury, - jest my- 
ślą realizowaną w materii czyli uplastycznioną. Malarstwo posługuje się linią i plamą 
dla kształtowania form, które niekoniecznie muszą odpowiadać przedmiotom natural- 
nym, mogą być nieoczekiwane, do niczego niepodobne, nowe. [...] Obraz jest jak żyją- 
ca istota, winien mieć szkielet, na nim rozpięte ciało - formę, żywą, ekspresyjną 


31 W lipcu 1946 r. członkami Koła Plastyków byli: prof. M. Bohusz-Szyszko (opiekun), Je- 
rzy Stocki (Sosnowski), Hiłary Braun, Karol Badura, Marian Kościałkowski, Stefan Łukaczyń- 
ski, Jerzy Olszański, Ignacy Paprotny, Mikołaj Portus, Władysław Wiliński, Tadeusz Woj nar- 
ski, Antoni Dobrowolski, Władysław Kraszewski, Marian Panas, Nikodem Kukso, Aleksander 
Walik, Aleksander Werner, Wiesław Łabędzki, Piotr Macuk, Kazimierz Haliski, Napoleon Koło- 
sowski, Kazimierz Stachiewicz, Adam Kobierski, Kazimierz Kowieski, Stanisław Brunsztein, 
Arpad Marschalko, Wojciech Nowicki-Osęki, Emil Wronka, Józef Kubiak, Tadeusz Beutlich, 
Stanisław Dominicki, Ryszard Demel, Kazimierz Dźwig, Józef Komarski, Janusz Eichler, Leon 
Piesowocki, Czesław Politowicz, Wacław Twarowski, Leon Śmieciuszewski, Stefan Starzyński, 
Alojzy Mazur, Benon Paszkowski, Władysław Markiewicz, Henryk Paar, Filip Kaufman, An- 
drzej Loret, Kamieniecki. Kontaktami Koła byli: Stanisław Westwalewicz, Józef Jarema, Zyg- 
munt Turkiewicz, M. Kościałkowski, Tadeusz Wąs i Henryk Siedlanowski: patrz: "Członkowie 
Koła Plastyków, Rzym", rps, [3] k. - Archiwum Emigracji - kolekcja Ryszarda Demela. 
32 Oficyna Poetów 1979 nr 55 (trzy tablice). 


151
>>>
i fantastyczną. [...] Każdy obraz jest jak konstrukcja, w której każdy element ma swą 
rację istnienia. Ingres uczył, że im prostsze są linie i formy, tym większe ich piękno. 
Rysunek w obrazie - to trzy czwarte malarstwa, kolor służy do uwypuklenia rysunku, 
porównać go można z damą dworu, będącą dworu ozdobą33. 
Ciekawe świadectwo na temat pisania do "Na szlaku Kresowej" przynosi wzmian- 
kowany wcześniej "Dziennik" malarza. Pod datą 10 stycznia 1945 roku zanotował: 
Żyję z dnia na dzień, napisałem artykuł propagandowy, żeby dostać funta w "Na 
Szlaku" . 


I dalej, 22 stycznia: 


Napisałem nie zły artykulik o sztuce, opisowy co prawda. 
A wreszcie, pod datą 7 marca: 
Wczoraj pobiłem się z Zahorskim [redaktor "Na szlaku Kresowej"J, na żarty naj- 
pierw, potem przemieniło się oczywiście, gdy żadna ze stron nie ustępowała [.. .]. 


Marian Kościałkowski starał się brać udział we wszystkich wystawach włoskich 
polskich żołnierzy. Jest wielce prawdopodobne, że Kościałkowski pokazał swoje prace 
na wystawie polskich malarzy-żołnierzy we Florencji, która miała miejsce 21 czerwca 
1945 roku, choć bardzo zdawkowe recenzje nie wymieniająjego nazwiska 34 . 
Wraz z końcem działań wojennych, Marian zajął się niemal wyłącznie malarstwem 
i przez kilka miesięcy brał udział w zajęciach najwybitniejszego włoskiego kubisty 
Gino Severiniego. Jesienią 1945 roku zawiązało się międzynarodowe stowarzyszenie 
artystyczne pod nazwą "Art -Club", które - jakkolwiek nie odegrało żadnej roli arty- 
stycznej - wkrótce po powstaniu wystąpiło z inauguracyjną wystawą pt. "Ciągłość" 
(Continuita). Urządzono ją w grudniu 1945 roku w Galerii San Marco, która stała się 
siedzibą klubu. W stowarzyszeniu znalazło się siedemnastu Włochów, ośmiu Polaków 
(m.in.: Jarema, Westwalewicz, Bohusz-Szyszko, Glett i Kościałkowski) i kilkunastu 
przedstawicieli innych narodów 35 . Bohusz napisał po pierwszej wystawie: 
Kościałkowski reprezentuje w naszym zespole największy temperament kompozy- 
cyjny. Jest to malarz młody, ambitny, bez reszty oddany swojej sztuce i mający też peł- 
ną wiarę w siebie. Wystawiona praca wykazuje, w stosunku do poprzednich nam zna- 
nych, postępy w zharmonizowaniu kolorytu, dość zresztą i teraz surowego. Możliwości 
Kościałkowskiego są na pewno duże, jest on też zupełnie szczery w stosunku do siebie 
- to również bardzo dużo 36 . 


Inny recenzent dodawał: 
Ten młody malarz opanował rytm i umie rozkazywać linii. Naprawdę pięknymi są 
jego rysunki, będące jakby płomiennymi kompozycjami, które gdyby zostały wysta- 
wione, może usprawiedliwiłyby jego dwa płótna [...J, które są okrzykiem młodości, 
wydanym z arogancką pewnością siebie 37 . 


Dwa płótna Kościałkowskiego wystawione zostały na Festiwalu Sztuki C.M.F. 
w Rzymskim Pałacu Sztuki w lutym 1946 roku obok prac jedenastu polskich malarzy 


33 M. Kościałkowski, Od Dełacroix do Cezanne 'a, Na szlaku Kresowej 1945 nr 11, s. 51-54. 
34 Wystawa połskich małarzy-żołnierzy we Fłorengi, Na szlaku Kresowej 1945 nr 7, s. 86: 
por.: Z wystawy w Fłorengi, Orzeł Biały 1945 nr 32, s. 5. 
35 Pen, Wystawa "Art-Cłubu ", Ochotniczka 1945 nr 11, s. 2ł. 
36 M. Bohusz-Szyszko, Połacy na wystawie Art-Kłubu, Orzeł Biały 1946 nr 3, s. 5. 
37 Otwarcie Art-Cłubu w Rzymie, Na szlaku Kresowej 1945 nr 10, s. 50-55. 


152
>>>
i rzeźbiarzy. Nie znalazł się jednak wśród nagrodzonych, a piszący sprawozdanie 
z wystawy Bohusz-Szyszko zaznaczył z wyrzutem: 
Lekceważenie studium naturls prowadzi tego malarza do coraz banalniejszych ze- 
stawień barwnych i rysunkowych 8. 
Marian zaproszony został również, obok Mariana Bohusza-Szyszko, do udziału 
w ekspozycji prac piętnastu malarzy armii sprzymierzonych pt. "Mostra di Artisti Stra- 
nieri a Roma", wCircolo Artistico Internazionale przy 54 via Margutta w Rzymie, 
która miała miejsce pomiędzy 12 a 26 maja 1946 roku. Folder wystawy informuje, że 
Kościałkowski pokazał pięć prac olejnych i rysunki. Udział Mariana wspomina też 
recenzja Silvia Marini 39 . Także kolejna ekspozycja, tj. wystawa prac szkoły Mariana 
Bohusza-Szyszko pn. "Agli amici Artisti Polacchi" w Salonie Circolo Artistico Inter- 
nazionale przy 54 via Margutta w Rzymie w dniach 26 czerwca - 11 lipca, w której 
wzięli udział Bohusz-Szyszko, Stanisław Drozd, Władysław Fusek-Forosiewicz, Adolf 
Glett, Leopold Haar, Jarema, Kościałkowski, Henryk Siedlanowski, Jerzy Stocki, Tur- 
kiewicz, Tadeusz Wąs i Westwalewicz została zauważona w polskiej prasie wojskowej. 
Kościałkowski pokazał na niej pięć obrazów i rysunek. W recenzjach zwrócono 
zwłaszcza uwagę na fakt, że płótno Mariana pt. San Francesco otrzymało wyróżnienie. 
Wystawa ta była akcentem zamykającym działalność 2. Korpusu Polskiego na terenie 
Włoch i zapewne dlatego cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Opisujący wystawę 
rzymską Marian Bohusz zauważył, że kolor obrazów Kościałkowskiego wydaje się 
zupełnie nie na miarę wyjątkowej pomysłowości i oryginalnościjego rysunków: 
Kościałkowski w dalszym ciągu pasjonuje się w wyładowywaniu swojego talentu 
kompozycyjnego w formach i barwach niespokojnych, miejscami ciekawych, ale bar- 
dzo rzadko zorganizowanych w naprawdę tłumaczącą się po malarsku całość. Widać 
też w tych pracach, wbrew pozorom, jednostajność krzywizn i rytmów barwnych. Są to 
skutki lekceważenia głębokiego i prawdziwego studium natury, które wydaje się ko- 
nieczne dla zorganizowania tych niewątpliwych zdolności malarskich 40 
A w innej recenzji: 
Stale się zdaje, że ten bardzo zdolny malarz zanadto lekceważy konieczność cią- 
głego zapładniania swojej wizji malarskiej głębszą i wytrwałą obserwacją naturlI. 


TWÓRCZOŚĆ 


Dwa lata spędzone we Włoszech, głównie w Rzymie, były okresem najtrudniej- 
szych decyzji, związanych nie tylko z koniecznością wyboru własnej drogi twórczej, 
ale też rozwiązaniem dylematu własnego miejsca poza Polską. Do Polski okupowanej 
przez wojska sowieckie wracać nie chciał, choć została tam jego rodzina: "straszliwy 
wstręt czujemy do Rosji - aja wiem poza tym, że malować bym nie mógł ze świado- 
mością Rosji pod bokiem"42; emigracji się lękał, uważając, że będzie dla niego - 
artysty - ciężka. Wierzył w talent i swoją sztukę. 


38 M. B [ohusz]-Sz[yszko], Płastyka, Orzeł Biały 1946 nr 11, s. 8. 
39 S. Marini, Stranieri, [b.m.r.] - wycinek prasowy - AE/KMK. 
40 M. Bohusz-Szyszko, Wystawa obrazów i rysunków połskich artystów małarzy Sekcji Do- 
brobytu Żołnierza 2. Korpusu, Kronika 1946 nr 8, s. 10-13 (tam reprodukcja obrazu M. K.): 
PEN, Na pożegnanie Włoch. (Wystawa płastyków połskich w Rzymie), Ochotniczka 1946 nr 7/8, 
s. 30: zob. też:]. W. Sienkiewicz, Marian Bohusz-Szyszko, s. 36-37. 
41 M. Bohusz-Szyszko, Uwagi o małarstwie, Orzeł Biały 1946 nr 28, s. 5. 
42 [M. Kościałkowski],]. Marian, "Dziennik", s. 11. 


153
>>>
W latach rzymskich Kościałkowski był artystą rewolucyjnym, pogardzającym 
wszelkimi autorytetami, wierzącym w nadrzędność własnej wypowiedzi, tworzącym 
w aurze szczerości i autentyczności. Tematy brał z otaczającej rzeczywistości, wysta- 
wiał dużo, nie znosił krytyki i często dość szybko zaczynał czuć skrajną antypatię do 
osób, z którymi rozmawiał. Świadectwa takich reakcji znajdujemy w "Dzienniku". 
W grudniu 1944 notował: 
Dziś porównywałem recenzje nieliczne, które zdołałem w Rzymie dostać 43 - 
Severini jest rzeczowy - choć mówi o mnie jako o młodym niedoświadczonym mala- 
rzu, traktuje mnie najpoważniej - dziwię się tylko, że jest tak grzecznym, że poświęca 
uwagę beztalenciu i złodziejstwom Jaremy, Turkiewicza, Westwalewicza. Selonii 
słusznie ilustracją nazywa mój mur płaczu a zaledwie wspomina o bitwie - wychwala 
za to Jaremę i Westwalewicza twierdząc, że idą dro,pą Seurat'a - cóż za bzdury. Może 
więcej niż ilustracja jest w moim rysunku - talent 4 . 
Nie sposób przecenić znaczenia dwóch włoskich lat w dojrzewaniu malarstwa Ma- 
riana Kościałkowskiego. Odrzucenie koloryzmu i skupienie się na studiowaniu rysun- 
ku, który wypełniał w tym okresie wszystkie jego malarskie kompozycje, było wyni- 
kiem m.in. zetknięcia się z malarstwem Piero delIa Francesco. Wielbicielem jego ma- 
larstwa pozostał do końca życia. Do własnej wizji malarstwa dochodził jednak powoli: 
Celem malarstwa jest - poprzez realizację wizji artysty i poprzez geometrię i mu- 
zykę, jeśli tak określimy dążenie do doskonałej równowagi - osiągnąć czar. [...] Nie- 
prawda, że wystarczy namalować jabłko, aby było tylko jabłkiem - i już jest malar- 
stwo. Jabłko musi być w stylu artysty, musi być jego jabłkiem, a nie jednym z miliarda 
jabłek. Obraz musi być tworem artysty, a nie kopią natury, w której artysta się zatraca. 
Ważne jest to nowe, co artysta z siebie daje, nie to, co ogólne i znane wszystkim. [...] 
W kościele franciszkanów w Arezzo znajdują się prześliczne freski Piera della Fran- 
cesca, w których widać świadomą pracę artysty nad formą, będącą syntezą malarskości 
i wyrazu. Niczym nie zamaskowana konstrukcja wykazuje zupełny brak przypadkowo- 
ści - wszystko tujest rozważone, wymierzone i pewne, w drodze do doskonałej har- 
..45 
monn . 


Uważał, że najpiękniejszy w dziejach malarstwa okres włoskiego odrodzenia pod- 
niósł świadomość twórczą artysty i wyznaczył granice osiągalnej siły wyrazu. Później, 
wraz z rozkwitem kultury i nauk, rozpoczął się upadek sztuk plastycznych trwający aż 
do XIX wieku. Przyczyną tego upadku była przewaga materii (modelu) nad formą. 
Mistrzowie prześcigali się w naśladowaniu natury, tworzyli kolorowe rzeźby łamiąc 
płaszczyznę obrazu. Inną przyczyną była postawa społeczeństwa, które zaczęło dykto- 
wać malarzowi temat i formę. Płacono za "upiększoną naturę". Malarze niezależni tacy 
jak Rembrandt, Chardin, Watteau, Goya przechodzili okres najpełniejszej twórczości 
w zapomnieniu. Impresjoniści rozbudowali kolor jako powietrze i dopiero postimpre- 
sjoniści przywrócili obrazowi płaskość kolorem jako plamą budującą formę. Kościał- 
kowski wymienił tu przede wszystkim Cezanne'a, Van Gogha i Gaugina, którzy rozpo- 
częli nowy okres malarstwa a później ich kontynuatorów w osobach Picassa, Matisse' a 
i Bonnarda. 


43 Dotyczy wystawy otwartej w listopadzie 1944 r., w Rzymie, przez Oddział Kultury i Pra- 
sy 2. Korpusu Polskiego, pn. "Exhibition of Paintings by Polish Soldier Artists". Recenzje zo- 
stały zebrane w: On, Nieprzejednane małarstwo. Wystawa połskich małarzy-żołnierzy w Rzymie, 
Orzeł Biały 1944 nr 41, s. 9. 
44 [M. Kościałkowski] ]. Marian, " Dziennik" , s. 26. 
45 M. Kościałkowski, O małarstwie, Na szlaku Kresowej 1945 nr 2/3, s. 41. 


154
>>>
W Anglii, w której wylądował w 1946 roku, nadal był porywczy, uparty, drażliwy 
i nie znoszący krytyki. W krótkim okresie lat 50., szukając tematów dla swych malar- 
skich ekspresji, podróżował po półwyspie iberyjskim. Powstały wtedy ultrarealistyczne 
rysunki, szkice do obrazów i miedzioryty opisujące ludzką nędzę i cierpienie. 
W rysunkach moich - pisał w 1959 roku - zawsze pragnąłem wyzwalać z siebie 
energię i intensywność. Jeśli chodzi o tematykę, to wiele rysunków jest rezultatem po- 
dróży moich do Hiszpanii w 1953 i 1956 roku. Kraj ten oglądałem w ostrych kontra- 
stach. Sam przeżywałem cierpienia i w moich rysunkach chciałem wyrazić oszołomie- 
nie i osaczenie człowieka tym wszystkim, co ogólnie i krótko nazywam życiem 46 . 


Ale nawet wtedy realistyczny temat był domeną - jak pisał Bohusz-Szyszko 
"świata marionetek, skojarzonych i zdeformowanych w relacjach, których jedyną logi- 
kąi uzasadnieniem jest kaprys twórcy"47. 
Mówił z entuzjazmem o swoich bieżących pracach: "Maluję teraz same arcydzie- 
ła...", a jednocześnie odżegnywał się od swoich wcześniejszych dokonań. O innych 
malarzach wyrażał się bez taryfy ulgowej - chwaląc lub potępiając 48 . W różnych 
okresach był pod wielkim wpływem Cezanne' a, Picassa i Poussina. Malarstwo zdomi- 
nawał rysunek: rysował i malował po swojemu, nie przyjmując rad ani krytyki od ni- 
kogo a duma i agresywność zjednywały mu szacunek wśród jednych a niechęć wśród 
innych i przyczyniły się z biegiem lat do pewnego odosobnienia. 
W końcu lat 60. Marian zaczął rzeźbić i malować kolorowe, buchające fantazjami 
barw gwasze. Przymierzając się do zmagania z marmurem, kupił wraz z żoną Lidią 
Kruszyńską willę w Carrarze. Rzeźba okazała się niespodziewanym wzbogaceniem 
jego wizji artystycznej, była od samego początku zdumiewająco dojrzała i oryginalna. 
Jednak dopiero akwarele i gwasze kipiące kolorem, żywe i zupełnie różne od olejnych 
płócien, stały się największym i najpełniejszym osiągnięciem malarskim Mariana. 
Zobaczywszy je na wystawie Bohusz-Szyszko napisał: 
Wrażenie z oglądu tych dzieł zaliczam do najsiłniejszych przeżyć w mojej rozpra- 
wie z malarstwem nowoczesnym. Nie pamiętam, aby jakiś cykl obrazów w moim po- 
koleniu wydał mi się bardziej oryginalny, a równocześnie świetniejszy w kolorze, bar- 
dziej zaskakujący w kompozłcji, bardziej klasyczny w precyzji determinowania form 
nowych i niespodziewanych 4 . 
O swojej twórczości Marian napisał w 1976 w notatniku: 
Teraz jestem w trakcie odkrywania koloru światła i absolutnego upraszczania ele- 
mentów na powierzchni. Nie chcę myśleć, aby wyjść poza Bonnarda lub Matisse'a - 
ale muszę wyjść poza siebie i nową dla siebie dymensję realizować. Z drugiej strony 
naturalną rzeczą dla mnie jest przedmiot i jego kontur - porzucać tego nie trzeba i nie 
życzę sobie - ale mogę to udelikatnić lub wzmocnić aż do śmierci. [...] - Muszę 
malować jak naj prostsze tematy - figury pojedyncze i martwe natury. Nacisk będzie 
na intensywność i potęgę koloru, ale w gamie wąskiej - najlepiej cały obraz malować 
w jednym kolorze + trochę światła diamentów, lub w dwóch kolorach [...]. Potrafiłem 
prostotę znaleźć w rzeźbie - zrobię to w malarstwie też 50 . 


46 Tenże, Notatki rękopiśmienne - AE/KMK. 
47 M. Bohusz-Szyszko, Dwaj łaureaci "Kułtury", Kultura 1979 nr 4(379), s. 124. 
48 S. Frenkiel, Ostatnie prace Mariana Kościa!kowskiego, s. 4. 
49 M. Bohusz-Szyszko, Małarstwo Mariana Kościałkowskiego, s. 207-208. 
50 M. Kościałkowski, Notatki rękopiśmienne - AE/KMK. 


155
>>>
Kluczem do zrozumienia sztuki Kościałkowskiego jest jego rękopiśmienny dzien- 
nik artystyczny pisany po polsku, angielsku i francusku oraz kilka artykułów ogłoszo- 
nych w prasie wojskowej i emigracyjnej na tematy malarskie. W jednym z nich napisał, 
że malarz musi znać całą sztukę na przestrzeni epok, by dopiero wtedy móc stwierdzić, 
że istnieją prawa niezmienne w malarstwie - np. płaskość plamy barwnej. Krytycy 
podkreślali, że Marian był głębokim znawcą malarstwa na przestrzeni dziejów 51 . 
Twórczość i podporządkowane jej życie Mariana Kościałkowskiego, paradoksal- 
nie, były ze sobą sprzeczne. Od pierwszej wystawy dał się poznać jako wielka indywi- 
dualność o własnym stylu malarskim, którego cechą szczególną, ową tajemniczą siłą, 
był zdumiewający, nerwowy rysunek pełen bardzo charakterystycznych i łatwo rozpo- 
znawalnych form figuralnych. Oddany był swojej twórczości bez granic, agresywny 
i zapalony, a jednocześnie nieśmiały i romantyczny. Do końca życia był przekonany, że 
jego malarstwo nie znajduje zrozumienia. W połowie lat 70. napisał: 
Czego pragnę? - Pragnę po długiej pracy, aby mój wysiłek i moje dzieła nie przepadły 
- ale abym dostał należne mi uznanie od tej grupy społecznej, która zainteresowana 
jest malarstwem. Dotąd tego nie uzyskałem i wyraźnie moje prace sąniezrozumiałe 52 . 
Najciekawsze i najpełniejsze w wyrazie są u Kościałkowskiego gwasze i akwarele 
przedstawiające sylwetki ludzkie i zwierzęce, realne i baśniowe, widziane oczami 
i wyobraźnią, doświadczone i doświadczane nadwrażliwością sugestywnej kreski. 
Zawsze niepodobne do stworów w świecie innych malarzy, choć dojrzewające w odde- 
chu fascynacji malarstwem, np. Goyi. To poruszanie się między tematem odwzorowa- 
nym z doświadczenia życia a tworami wyobraźni nie sprawiało Marianowi żadnych 
trudności. Nie ma wątpliwości, że widział świat doświadczalny z równą ostrością 
i dokładnościąjak świat swojej wyobraźni. Oba odczuwał fizycznie i oba miały jedna- 
kową wartość emocjonalną. W psychologii taka umiejętność nazywana jest ejdetyczną 
wyobraźnią. W malarstwie, różnorodność formy łączyła się u Kościałkowskiego 
z różnorodnością zestawień barwnych. Ostre kontrasty farb przeciwstawiał dużym 
płaszczyznom tworzącym nieregularne kształty, co dawało w efekcie zupełnie nowy 
wynik chromatyczny. W wypowiedzi do katalogu ostatniej przygotowywanej za życia 
wystawy (zrealizowanej już po śmierci) w Londynie, w lutym 1978 roku napisał: 
Muszę stwierdzić, że dzisiejsze malarstwo straciło kontakt z publicznością i stało 
się sprawą prywatną artysty. Ja natomiast chcę wystawiać moje obrazy i chcę, oczywi- 
ście, aby one były rozumiane przez odbiorców i dawały im przeżycie. A przecież spo- 
tykam się z zupełnym niezrozumieniem i obojętnością. Czy znaczy to, że przyjąłem 
niesłuszną postawę twórczą i że muszę ją zmienić? Jak być równocześnie nowocze- 
snym w sztuce i być zrozumianym? Wybrałem dla mojej wizji malarskiej najprostsze 
przedmioty. I zacząłem przede wszystkim rysować te przedmioty, bo rysunek jest moją 
najsilniejszą stroną i muszę to wykorzystać. Więc postanowiłem przekształcić te 
przedmioty w sposób najbardziej mocny i precyzyjny. Leger malował robotników, cyr- 
kowców i martwe natury. Ja maluję martwe natury, poszczególne figury ludzkie i ich 
grupy. Muszę również malować domy, publiczne, nowoczesne budynki, życie miejskie, 
maszyny, wehikuły. Powinienem odrzucić atmosferę pompy i gestu, bo to fałsz. Oglą- 
dałem za dużo wielkich płócien Delacroix, Rubensa, Davida etc. Moja straszliwa cho- 
roba zmusza mnie do rezygnacji z ambitnych projektów, ale nie może mi przecież prze- 
szkodzić w tworzeniu prac delikatnych, subtelnych... 53 . 


51 M. Bohusz-Szyszko, Małarstwo Mariana Kościałkowskiego, s. 208. 
52 M. Kościałkowski, Notatki rękopiśmienne - AE/KMK. 
53 M. Bohusz-Szyszko, Dwaj łaureaci "Kułtury ", s. 126. 


156
>>>
SZKICE 


Marian KOŚCIAŁKOWSKI 


BOŻE NARODZENIE W MALARSTWIE 


Tajemnica powstania życia - Narodzin Boga - Człowieka, stanowiła zawsze 
jeden z głównych tematów sztuki kościelnej. 
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa kanony stylu bizantyjskiego ukształtowały 
wiele pokoleń artystów, którzy tworzyli hieratyczne, zdematerializowane postacie Boga 
i świętych, wyrażające mistyczną i głęboką wiarę ówczesnych ludzi. 
Styl bizantyjski czerpał wspaniałość formy ze sztuki wschodniej, natężenie zaś 
duchowe - z wiary chrześcijańskiej. 
Tworzone przez ówczesnych artystów postacie Boga i świętych nie podlegają 
ludzkim uczuciom takim jak miłość, smutek, rozpacz, radość - lecz nie są one obojęt- 
ne. Ich oczy rozszerzone i przepastne, patrzące jakby w wieczność, bezkrwiste ciała 
o wydłużonych liniach, złote aureole wokół surowych głów, wyrażają absolutne ode- 
rwanie się od wszystkiego co ziemskie. Wspaniałe gry kolorów, kładzionych płasko, 
będące wyrazem sztuki czystej, dekoracyjnej, jeszcze bardziej podkreślają abstrakcyj- 
ność tych nadludzkich postaci. 
Dopiero styl romański wprowadził do obrazów szereg niereprezentatywnych po- 
staci, targanych ludzkimi namiętnościami. 
Dominikanie i Franciszkanie, którzy w wieku XII pokryli kościołami Italię, odczuli 
miłość do natury jako do tworu Boskiego. Malarz Giotto, który, jak mówi esteta Ru- 
skin, przyszedł ze wsi i spostrzegł wartość przyrody, pierwszy wprowadził do sztuki 
pierwiastek przeżyć osobistych, ludzkich - zrywając z bizantyjską hieratycznością. 
Jego Jezus, Matka Boża, Św. Józef - to już nie abstrakcyjne symbole - lecz po pro- 
stu matka, dziecko, ojciec. 
Od Giotta rozpoczęło się podniecenie twórcze artystów w realizacji wizji, z przy- 
rody czerpiących poezję, fantazję, kolor i ruch. 
Pasja do studiowania przyrody wzmogła się jeszcze, gdy odkopano arcydzieła 
starożytnej rzeźby, będące hymnem na cześć materii. 
W galerii sztuki starożytnej i nowoczesnej we Florencji znajduje się obraz Gentile 
da Fabriano pod tytułem Poklon Trzech Króli. Na obrazie tym królowie ustrojeni we 
wspaniałe, haftowane w kwiaty i gwiazdy szaty, oddają pokłon Dziecięciu. 
Barwny orszak dworzan zatrzymał się przed stajenką. Obraz przepełniony jest 
ludźmi, końmi, psami i ptakami, tak, że ani odrobinę wolnej przestrzeni nie pozostawia 
fantazja artysty, który na jednym obrazie chciałby umieścić całą przyrodę. Nie tylko 
pasterze i królowie oddają hołd Jezusowi - także rzesze aniołów, w powietrzu lub na 


157
>>>
ziemi, tworzą całe orkiestry grając na cytrach, harfach, gitarach, lub trąbach - a dalej 
czarodziejskie parki cyprysów i pinii, wśród których przechadzają się pawie, łabędzie 
i damy, a jeszcze dalej granatowe góry, miasta włoskie ze smukłymi wieżami, bramy 
triumfalne porosłe bluszczem, ruiny - a wśród tej bogatej przyrody, maleńkie istoty 
- chłopi, pracujący na polach. 
Są obrazy, na których pokłon Jezusowi oddają święci, na innych - zbrojni wo- 
jownicy, kobiety, dzieci, kupcy i zwierzęta. 
Na obrazie malarza Filipa Lippi, Madonna, realistyczny portret Dziewicy Florenc- 
kiej, czule się pochyla nad swym synkiem, a za nią widzimy komnatę, w której leżąca 
położnica ogląda po raz pierwszy swe dziecię zawinięte w pieluszki. Niewiasty włoskie 
krzątają się dokoła, gwarzą, niosą na głowie konwie z wodą. Malarz uwiecznił życie 
w domu florenckim sprzed czterystu lat. 
Któż określił jaką twarz powinna mieć Madonna? 
Malarze uważali, że rysom każdej kobiety nadać można wyraz czystości i piękna 
i że tyle Madonn być może, ile jest kobiet na świecie. 
Botticellego Madonny o oczach melancholijnych i długich palcach, Madonny Le- 
onarda o najsubtelniejszym spojrzeniu, chroniące w półcieniach zagadkowe uśmiechy, 
drgające życiem Madonny Rafaela, potężne lecz smutne Madonny Michała Anioła, 
Tycjana Madonny - pełne ciała młode wenecjanki o skórze złocistej, różowej, sre- 
brzystej, Madonny artystów północy, solenne, przezroczyste, okryte sukniami o tysiącu 
fałd - wszystkie te Madonny są ideałami piękności kobiecej, nie tej, wynikającej 
z harmonijnych rysów, ale piękności wewnętrznej, promieniującej z twarzy matki, 
pochylonej nad dzieckiem. 
Wizerunek małego Jezusa przechodził wiele ewolucji, począwszy od niemowlęcia 
o twarzy ściągniętej cierpieniem - na średniowiecznych malowidłach, do pyzatego 
maleństwa, pełnego dołków w różowym ciele, szukającego chciwie matczynej piersi- 
na barokowych obrazach. 
Święty Józef niewiele się zmienił w ciągu wieków - pozostał skromnym rze- 
mieślnikiem, zażenowanym trochę swoją rolą opiekuna Zbawiciela. 
Wyobrażenia plastyczne aniołów, istot unoszących się w powietrzu, przeszły wiele 
przemian. W wiekach średnich malowano je tak, jakby stały lub leżały na ziemi, którą 
spod ich nóg usunięto. Strojono je w naj śmielsze kolory, żółte, granatowe, białe, fiole- 
towe, a skrzydła ich były pawie, gołębie, jaskółcze, lub z piór wszystkich tych ptaków 
złożone. 
W epoce odrodzenia anioły stały się elementem ruchu w obrazach, nabrały pędu, 
malowano je w przeróżnych skrótach, spadające z góry, wzlatujące lub kołujące 
w powietrzu. Jednocześnie anioły przestały robić wrażenie bezcielesnych symboli, 
podobnych do motyli i kwiatów, a stały się latającymi młodzieńcami w powłóczystych 
koszulach. 
Dzisiejsi malarze ubierają swoje Madonny i anioły w stroje starożytne lub śre- 
dniowieczne, dawni artyści pozostawili nam doskonałe dokumenty życia epoki, strojąc 
te postacie we współczesne ubiory. Nie powinno nas razić, że Madonny Carpaccia mają 
misterne fryzury lub tureckie prawie nakrycia głowy, a Madonny szkoły holenderskiej 
o wyskubanych brwiach świecą podgolonymi, wedle mody ówczesnej, czołami. Po- 
winniśmy podziwiać miłość ówczesnych artystów do studiowania najdrobniejszych 
szczegółów przyrody. 
Kończąc muszę nadmienić, że temat tego szkicu należy do przeżyć estetyczno- 
-literackich i niewiele ma wspólnego z przeżyciami plastycznymi, które wymagają 
innej opisowości. Dziś, po wiekach doświadczeń, najważniejszą dla artystów sprawą 


158
>>>
jest znalezienie formy, w ramach której swobodnie mogą się wypowiadać. Dla szczere- 
go wypowiedzenia przeżyć wewnętrznych nie jest konieczne naturalistyczne kopiowa- 
nie przyrody wraz z perspektywą powietrzną, gdyż nie powietrzem, tylko grą linii 
i kolorów operuje malarz dla uzyskania planów i poszczególnych form. Sztuka postę- 
pów nie robi i wielcy artyści poprzednich epok nie są mniejsi od dzisiejszych, mimo że 
za ich życia bomb latających i innych ułatwień cywilizacyjnych nie było. Przeniesienie 
punktu ciężkości z problemów wypowiedzi artystycznej na zagadnienie kopiowania 
przyrody, straciło rację bytu z chwilą wynalezienia fotografii. Oczywiście i naturaliści 
stworzyli wiele obrazów na tematy religijne, lecz są to dzieła mizerne, które jeśli po- 
równamy z mozaikami bizantyjskimi lub freskami Giotta, widzimy jak są blade, po- 
zbawione mocy sugestywnej, fantazji i śmiałości. 


"Na szlaku Kresowej" 1944/1945 nr 17/18, s. 40-41. 


o MALARSTWIE 


Nie jest celem sztuki malarskiej, gdyż o malarstwie mówię tu jedynie, opisywać 
walkę dobra ze złem, ani określać rejony piekła i nieba, ani stawać się literacką opo- 
wieścią. Celem malarstwa jest - poprzez realizację wizji artysty i poprzez geometrię 
i muzykę, jeśli tak określimy dążenie do doskonałej równowagi - osiągać czar, naj- 
właściwsze określenie którego - metafizyczny, ukazywać, jak ogromne i wszech- 
obejmujące, nieokreślone dotąd, lecz o odczuwanym istnieniu, życie jest poza trójwy- 
miarowością i naszymi czynnościami. 
W czasie, który powoduje oderwanie się człowieka od materii w stronę czystej 
kontemplacji, leży sens sztuki. 
Patrząc na dzieło sztuki zrzucamy wspomnienia działań, pozostajemy poza cza- 
sem, bez przeszłości ni przyszłości - tak, jak dzieło sztuki. 
Czar sztuki porównać można do uśmiechu, którego się nigdy nie widziało, a które- 
go szuka się na próżno dookoła, uśmiechu, który czasem czuje się w sobie, niby przy- 
chodzące spoza materialnych rejonów mgnienie radości. 
Na powstanie obrazu składa się temat, wypowiedzenie się artysty oraz forma pla- 
styczna. Temat jest pretekstem dla wyrażenia się artysty, formą - artysta się wypo- 
wiada. Treść literacka nie jest w obrazie konieczna, gdyż istotną treść obrazu stanowi 
forma będąca wyrazem artysty. Nieprawda, że wystarczy namalować jabłko, aby było 
tylko jabłkiem - i już jest malarstwo. Jabłko musi być w stylu artysty, musi być jego 
jabłkiem, a nie jednym z miliarda jabłek. Obraz musi być tworem artysty, a nie kopią 
natury, w której artysta się zatraca. Ważne jest to nowe, co artysta z siebie daje, nie to, 
co wspólne i znane wszystkim. 
Malarz wypowiada się układaniem środków, którymi dysponuje, a więc linii 
i plam, powodującym ich grę. Grą jest działanie wzajemne na siebie kolorów i linii, 
drganie ich w kontrastach, tonach, arabeskach. 
Realizacja wciela ideę w dostępne człowiekowi formy. Jak wyżej powiedziałem - 
w sztuce, która jest odkrywaniem wieczności we wciąż zmieniających się formach - 
istnieje czar, wyprowadzający nas poza odczuwanie materii i czasu. Czar ten oparty 
jest na wymiernych środkach wyrazu - linii i plamie, gdy o malarstwie mowa, i ze- 
spolony jest z materią, jak dusza z ciałem. W dziedzinie sztuki, tak jak każdej innej 
dziedzinie życia, toczy się odwieczna walka ducha z materią. Doskonałe dzieło sztuki 
jest wtedy, gdy panuje w nim równowaga między materią a duchem. 


159
>>>
Artyści romańscy i gotyccy obywali się bez akademii i nieudolnie kopiowali naturę 
- woleli oni tworzyć swoją własną naturę, fantastyczną, nadając jej własne proporcje 
i własne deformacje. Sztuka ich jest ekspresyjna i dekoracyjna, a harmonię osiągali 
z łatwością, gdyż mieli ją w sobie i o nią im chodziło, nie o przenoszenie na ścianę czy 
płótno kawałków natury. W następnych stuleciach artyści zaczęli studiować formy 
przyrody, lecz dostosowywali modele do kompozycji, nie odwrotnie, jak się przyjęło 
w okresie naturalistycznego akademizmu. Duch i materia dopełniały się wzajemnie. 
W kościele Franciszkanów w Arezzo znajdują się prześliczne freski Piera delIa 
Francesca, w których widać świadomą pracę artysty nad formą, będącą syntezą malar- 
skości i wyrazu. Niczym nie zamaskowana konstrukcja wykazuje zupełny brak przy- 
padkowości - wszystko jest tu rozważone, wymierzone i pewne, w drodze do dosko- 
nałej harmonii. Nic dziwnego, iż społeczeństwo ówczesne wychowane na takich wzo- 
rach umiało cenić zwięzłą doskonałość i czciło artystów. 
Najpiękniejszy w dziejach okres, włoskie odrodzenie, podniósł świadomość twór- 
czą artysty i określił granice osiągalnej siły wyrazu stwarzając szereg dzieł doskona- 
łych. Jednak w końcu owej epoki, rozpoczynającej rozkwit kultury i nauk, począł się 
upadek sztuk plastycznych, trwający po wiek XIX. 
Przyczyną tego upadku stała się przewaga materii, przewaga modela, która skoń- 
czyła się naturalizmem. Twórcy poczęli radować się mistrzostwem swym w podrabia- 
niu natury, wyrwali się z płaszczyzny obrazu, wyskoczyli wypukłościami na zewnątrz, 
łamiąc sens plastyczny obrazu, robiąc kolorowe rzeźby. Naturalizm pozbawił niegdyś 
wielkiego stylu rzeźbę grecką - przykład akademickiej rzeźby greckiej odebrał wiel- 
kość malarstwu akademickiemu. Drugą przyczyną upadku malarstwa stała się postawa 
społeczeństwa. Sztuka weszła w tym czasie do mieszczańskich domów i stała się po- 
pularną. Społeczeństwu chodziło o własną indywidualność, nie o indywidualność mala- 
rza - zaczęło ono dyktować formę najbardziej sobie zrozumiałą i żądać, kupując. 
Powstał wtedy akademizm, schlebiający gustom masy mieszczańskiej. Pracownie ma- 
larskie zaczęły fabrykować obrazy, biorąc z dzieł mistrzów cząstki ich wyrazu i łącząc 
te kawałki w całość, w której kompozycja klasyczna dawała się powoli opanowywać 
przypadkowości - bo ważnym stawało się wierne, fotograficzne oddanie modela, nie 
kompozycja. U akademików gra linii i kolorów zanikła, jako sens plastyczny obrazu. 
Malarstwo ich stało się literaturą, anegdotą, poezją, retuszowaną fotografią, lecz prze- 
stała być malarstwem. 
Nikt prawie nie żądał, by artysta łamał sobie głowę nad konstrukcją i szukaniem 
malarskości - płacono za upiększoną naturę. Ambicje twórcze artystów zamieniły się 
na zarobkowe, powstała konkurencja wirtuozów iluzjonistyki. Mimo to nie zginęli 
artyści bezkompromisowi, choć byli najczęściej odrzucani precz. Odczuł to na sobie 
wielki Rembrandt, gdy, zapomniany za życia, przechodził okres najpełniejszej twór- 
czości. W ciągu paru wieków triumfującego akademizmu malarstwo prawdziwe ist- 
niało na boku jakby. Masy łatwych wirtuozów rozchwytywanych za życia, mających 
majątki, ordery, tytuły, władców oficjalnej sztuki, znikły wraz z epoką. Pozostało kilku 
skromnych, żywych w dziełach na zawsze, jak Chardin, Watteau, Magnasco, Goya, 
których dzieła nie są anegdotą - są sztuką. W XIX wieku romantyczna walka o nową 
estetykę poprzedzona już walką Davida o nowy klasycyzm jako reakcję przeciw obłu- 
dzie, pozie i frywolności arystokratów odgrywających rolę pasterzy i ich żon udających 
nimfy zapoczątkowała rewolucję w pojęciach o istocie sztuki, przywracając malarstwu 
kolor jako światło. Dalszym ciągiem tej rewolucji są malarze tak zwani barbizońscy, 
z natury czerpiący malarskość i wielki realista Courbet. Później przyszli impresjoniści, 
rozbudowując kolor jako powietrze i wreszcie postimpresjoniści przywrócili obrazowi 


160
>>>
jego płaskość kolorem jako plamą, budującą formę. Wielki malarz Cezanne, który 
sprecyzował, na podstawie wieków doświadczeń - prawa rządzące konstrukcją obra- 
zów - stworzył przełom, od czasu którego duch twórczy rozpoczął opanowywać ma- 
terię. Od Cezanne'a, Van Gogh'a i Gaugina rozpoczął się nowy okres malarstwa, który 
kontynuują trzej żyjący obecnie wielcy mistrzowie: Picasso, Matisse i Bonnard. Malar- 
stwo konstrukcyjne odnaturalizowane i ekspresyjne Picassa, w którym duch podpo- 
rządkował sobie kompletnie materię i kształtuje ją wedle swej woli - powoli niszczy 
materię i staje się symbolem. Malarstwo Bonnarda oparte na formach wartości czystej 
sztuki idą w parze z materialnymi - przeradza się, kontynuowane przez epigonów 
w beznamiętne zdobnictwo. Malarstwo Bonnarda oparte na formach przyrody i euro- 
pejskie - gotowe jest stać się nowym akademizmem ijego naśladowców. Teraz rośnie 
nowe pokolenie malarzy, szerokie, nie znające granic fantazji, malarzy - kolegów 
Appolinaire'a, Aragona i Eluarda, poetów - malarzy surrealistów, ekspresjonistów, 
którzy omijając nie fortunne wieki akademizmu czczą Giotta, Pawła Ucello, Piera delIa 
Francesca i innych kwatroczentystów. 
Malarze - cyganie, oczekujący natchnień i sztucznie wprawiający się w stany 
duszy dogodne dla twórczości, a za cały podkład mający wrażliwość, stracili rację 
bytu. Praca artysty nie polega na ujawnianiu wirtuozostwa ręki i oka kopiujących przy- 
rodę - ale na realizacji wizji poprzez przemyślane konstrukcje plastyczne. 


*** 


Warszawska Akademia Sztuk Pięknych stała przed wojną na wyższym poziomie, 
aniżeli stęchła akademia paryska i jeszcze bardziej stęchła rzymska. Myśmy nie mieli 
tradycji malarskiej i muzeów takich, jak Paryż, gdzie pokolenia artystów studiowały 
poza oficjalną akademią, która dawno przestała brać udział w tworzeniu historii sztuki. 
Nasi młodzi artyści mogli studiować tylko w akademii i nie wychodziło im to na złe, 
gdyż nie było wzbronione u nas szukanie nowych dróg. 
Za czasów rozbiorów romantyczna tematyka dzieł sztuki pocieszała polskie serca, 
przesłaniając jednakże formę i jej braki. Ówcześni artyści zajmowali się tematem nie- 
współmiernie bardziej, niż formą (z wyjątkiem malarzy Michałowskiego i Gierymskie- 
go) tworząc pamiątki historyczne, a nie dzieła sztuki. Błąd artystów polegał na tym, że 
zamiast jechać do Włoch i Francji, by studiować starych mistrzów i impresjonizm, 
jeździli na studia do Monachium i Petersburga, ośrodków malarskich narodów, które 
prawdziwego malarstwa nigdy nie miały, gdyż ohydny akademizm będący literaturą 
i teatrem - malarstwem nie był. 
Po uzyskaniu niepodległości, nowe prądy przybywające z Francji zbyt nagle 
i powierzchownie pojęte, przerażały nie przygotowane społeczeństwo. We Francji prądy 
te, jak kubizm lub płaskie malarstwo Matisse' a były wynikiem długich prac i ewolucji 
i w ciągu lat sześćdziesięciu przezwyciężały niechęć społeczeństwa, przyzwyczajonego 
również do starej pseudoestetyki akademików. W społeczeństwie polskim pokutował 
wciąż lekki i pobłażliwy stosunek do artystów datujących się z czasów porozbiorowych 
z epoki cyganerii i utwierdzany w dodatku przez literatów w rodzaju Makuszyńskiego. 
Społeczeństwo miało sentyment połączony z lekceważeniem do hałaśliwie ekscen- 
trycznych pogrobowców cyganerii, z którymi dobrze się piło i których się nazywało 
"nasza brać artystyczna", a od których otrzymywało się towarzystwo, naciąganie 
i kicze miast kultury i dzieł sztuki. Z przyjściem nowych prądów, w których "jakoby" 
odpadła potrzeba umiejętności rysowania i malarstwa - namnożyło się wielu "pionie- 
rów nowej sztuki" o mętnych programach i jeszcze bardziej mętnych realizacjach, 


161
>>>
a społeczeństwo nie znając się na tym, brało naiwnie kicze za malarstwo, znając się zaś 
na ludziach, mówiło: tylko jeden rodzaj komediantów głupszy jest od malarzy - teno- 
rzy. Tego rodzaju określenia obejmowały siłą rzeczy również artystów rzeczywistych. 
W latach przedwojennych sytuacja się zmieniła. Szereg artystów, którzy po wojnie 
zakończyli studia (przede wszystkim kapiści) przywiozło do kraju sprecyzowane po- 
glądy na istotę sztuki. Tego tylko trzeba było społeczeństwu, by zainteresować go sztu- 
ką opartą na jasnych programach. 
Do wystaw IPS poczęło się garnąć społeczeństwo zdegustowane od dawna nie- 
chlujnym naturalizmem wystaw Zachęty. Powstał związek plastyków, grupujący arty- 
stów rozumnych, a praca pedagogiczna rzeźbiarzy: Dunikowskiego, Szczepkawskiego, 
Zamoyskiego i Breyera oraz paru malarzy dawała dobre wyniki. Artyści przechodzili 
z chaosu pojęć do świadomej realizacji. 


*** 


Sztuką narodowąjest sztuka ludowa, jednak rozwój jej środków wyrazu nie idzie 
w parze z rozwojem całokształtu życia narodu - jest ona zawsze taka sama, a wyrwa- 
na ze swych ram przestaje być ludową. Nikt zresztą nie żąda zastąpienia sztuką ludową 
sztuki europejskiej, syntezy sztuk wszystkich kultur, gdyż byłoby to wracaniem do 
pozycji wyjściowych. Prawda, że sztuka ludowa posiada tradycje i kanony istotne dla 
każdej sztuki, jednak nie można naginać indywidualności mieszczanina lub robotnika 
XX wieku do sztuki chłopa, niezmiennej od wieków. Sztuka ludowa, tak jak śpiew 
słowiczy, wzbudzi w nas zawsze wzruszenie i weźmiemy z niej szczerość jej i szereg 
elementów plastycznych, które wykorzystamy tworząc dzieła europejskiej sztuki. 
Klimat, przyroda, życie i dążenia narodu formują charakter narodu. Każdy polski 
artysta musi dawać z siebie najszczersze wzruszenia oraz największy wysiłek umysłu, 
żeby sztuka nasza nie tracąc cech narodowych, polskiej wrażliwości i uczuciowości - 
stała się sztuką światową i zapładniała ideami ludzkość, jak dotąd francuska i włoska. 
Oblicze sztuki określa się realizacją. Niestety, artystom pozostałym w kraju trudno 
rozwijać się w nędzy i niepewności losu. Młodzi, pozbawieni szkół, stracili sześć lat - 
trzeba będzie wszystko rozpocząć na nowo. 
Nie wiem jak jest w Anglii, u nas jeden malarz ma możność prawie ciągłej pracy 
malarskiej, dwóch pracuje w chwilach wolnych, pozostałych kilku tworzy jedynie 
dorywczo. 
Widzieliśmy w wędrówkach przez liczne kraje wiele arcydzieł sztuki i mimowolne 
nawet z nimi obcowanie wyrobiło w nas świadomość wszechobecności sztuki i szacu- 
nek dla niej. Niejeden z nas, patrząc na wysoko w skale wykuty pomnik triumfu Dariu- 
sza na drodze do Kermanszach - poczuł mimo woli, jak błahe są sprawy człowieka 
wobec wieczności sztuki. 


"Na szlaku Kresowej" 1945 nr 2/3, s. 41-44. 


162
>>>
SZTUKA NA ROZKAZ?' 


P. Pawlikowski w artykule dyskusyjnym: Nieco o cywilizacji i sztuce twierdzi, że 
słowa "kultura zachodnia" nie znaczą nic, podczas gdy słowa "kultura chrześcijańska" 
i "kultura narodowa" oznaczają wszystko. Autor przeciwstawia "wyzwoleniu się arty- 
sty" - ład i karność, oraz jakiś "wewnętrzny sens". 
Autor życzy sobie, by powstała sztuka polska, zamknięta w sobie, odrzucająca 
prądy zachodnie, aby ta sztuka, część kultury narodu, była chrześcijańska, a nawet 
jeszcze mocniej - katolicka. Oto sens, który wyłuskałem z artykułu, a sens to - reak- 
cyjny. 
Autor twierdzi, że bijemy się o kulturę narodową w ramach kultury chrześcijań- 
skiej - ja twierdzę, że bijemy się o niepodległość i demokrację, które pozwolą nam 
rozwiać swobodnie c h a rak t e r n a r o d o w Y w ramach ku 11 u r y z a c h o d - 
niej. 
Kultura zachodnia nie spadła z księżyca w dojrzałym stanie - tworzyły ją wieki, 
wykwitła ona ze starożytnych kultur śródziemnomorskich, nasyciła się chrześcijańską 
etyką i jest syntezą ducha starożytnego wschodu i łacińskiej Europy. Ważne jest, że 
kultura zachodnia rozwija się wciąż, nie kostnieje. 
Myśl starożytnego świata uformowała naszą myśl. Renesans włoski - to poddanie 
się ludzkości, po latach ciemnego średniowiecza, urokowi ducha i myśli starożytnych 
filozofów, uczonych, artystów i poetów. Z chwilą, gdy papieże zażądali, by artyści 
pokryli mury Watykanu nagimi ciałami bogów greckich i filozofów, gdy Wenera znala- 
zła się nieopodal Madonny, gdy Rafael, w stanzach namalował obok dysputy o Eucha- 
rystii - szkołę ateńską, jasnym się stało, że bizantynizm stracił ostatnią redutę, zwy- 
ciężyła miłość przyrody i radość życia. 
P. Pawlikowski, podrażniony sprawą konieczną dla artysty: "wspięciem się jego na 
plan zupełnego wyzwolenia się", przeciwstawia temu wyzwoleniu się ład i karność, 
określenia pachnące totalizmem i bardzo niejasny "wewnętrzny sens" - na tych trzech 
rzeczach ma polegać "sens odpowiedzialności", również sprawa mętna - bo przed 
kim artysta ma odpowiadać, przed tłumem, czy przez wodzami narodu, komu i na co 
potrzebna karność i posłuszeństwo artysty? 
Artysta odpowiedzialny jest przed historią i po prostu zaniknie w niej, jeśli jest 
tylko meteorem, jeśli nie pozostawi dzieł wiecznie żywych. Dotąd było tak, że ludz- 
kość pomijała twórców, którzy nie wyrwali się ponad nią pracą, lub przypadkiem. Van 
Gogh przymierał z głodu przez całe życie - nikt go nie potrzebował. Cezanne'a obra- 
zów nawet darmo brać nie chciano, impresjonistów obrzucano inwektywami - dziś 
artyści ci są, obok Leonarda i Michała Anioła - wieczni, bo opanowali społeczeństwo, 
narzucili swoje prawdy. Prawdy te nie doszły do świadomości P. Pawlikowskiego. 
P. Pawlikowski mówi wiele o sztuce narodowej. Takiej sztuki nie ma. Tak, jak nie ma 
sztuki klasowej, socjalistycznej, ani komunistycznej, ani żadnej innej propagandowej, 
- bo sztuka, to nie treść propagandowa, to treść artysty, objawiona formą. Dziś, gdy 
przestrzenie się skłóciły, korzystamy z lekcji sztuki wszystkich epok. Dziś istnieje 
sztuka zachodu, ośrodkiem której jest Francja, przetwarzająca elementy przyrody 


* Tekst był poprzedzony informacją: "Do wypowiedzi dyskusyjnych na tematy kultury i sztuki, 
zamieszczonych w poprzednich numerach naszego pisma - dodajemy artykuł p. Kościał- 
kowskiego" . 
Patrz: Na szlaku Kresowej (nr 2/3). 


163
>>>
i wszystkich sztuk w ciągłym doskonaleniu środków wyrazu. Wielkością kultury za- 
chodniej jest, że umie czerpać wiedzę zewsząd. 
Smutne jest, że są jeszcze ludzie tkwiący w czasach przed - Stendhalowskich, 
przed Baudelaire' owskich, których ideałem jest monachijski oleodruk, lub - co jesz- 
cze gorzej - którzy mówią słowa maskujące wewnętrzną pustkę. Dziś, gdy narodziła 
się nowa estetyka Surrealistów, ojcem której jest Poe i Baudelaire i Rimbaud i Mall- 
arme i Cezanne i Van Gogh - znajdują się mali, którzy nie mając o sztuce pojęcia, 
nazywają wszystko, co dla nich za wielkie, anarchizmem. Niekonsekwencjąjest głosić 
prawdę, że Polska jest bastionem zachodniej kultury i twierdzić jednocześnie, że dosyć 
mamy tej kultury, że w ogóle ta kultura nie istnieje, że trzeba się zamknąć od zachodu 
i wyrugować to, co obce, nie narodowe. P. Pawlikowski, negator kultury zachodniej, 
wyrugowałby z Polski po kolei wszystko, co obce - więc całe malarstwo wraz z Ma- 
tejką, którego tematyka polska i patriotyczna - jednak szkoła malarska niemiecka, 
monachijska. Następnie zniszczyłby rzeźbę polską, przede wszystkim rzeźby Wita 
Stwosza, bo to gotyk, niegdyś nowinka niemiecka. Potem przyszłaby kolej na muzykę, 
bo ojciec klasycyzmu - Bach i inni wielcy kompozytorzy - to Niemcy. Potem archi- 
tekturę niepolską należałoby zniszczyć, prawo rzymskie, kodeks napoleoński, fabryki, 
przemysł - wszystko co dała kultura i cywilizacja zachodnia. Pozostalibyśmy wresz- 
cie przy chacie Piasta Kołodzieja ze słomianą strzechą, z bogiem Światowidem i drew- 
nianą sochą. Tak by zrobił P. Pawlikowski, gdyby chciał być konsekwentnym i czekał- 
by, aż "sztuka narodu wybije sobie pewien styl". Ciekawe, czy obraz malarza polskie- 
go, na którym figuruje wielbłąd, miałby styl narodowy, czy też nasz malarz nie powi- 
nien malować wielbłądów, stworzeń obcych naszemu duchowi i stylowi, a tylko sceny 
historyczne i religijne. 
Zwycięstwo zachodniej demokracji, to zwycięstwo ducha Zachodu nad totali- 
zmem, w którym człowiek istnieje dla państwa, a nie państwo dla obywatela, w którym 
państwo nie potrzebuje indywidualności, w którym sztuka zamienia się w propagandę 
ustroju. W państwach totalistycznych podniósł głowę akademizm, wyrzucany z Zacho- 
du. W Niemczech i Rosji akademicy poczęli malować i opiewać Hitleryzm i Stalinizm, 
forma ich dzieł pozostała nijaka, pozbawiona wyrazu artysty, fotograficzna - bo 
o temat tu chodzi nie o sztukę. 
W Niemczech i Rosji sztuka oryginalna nie istnieje, gdyż zdusiły ją: rozkaz, kar- 
ność, Gestapo i NKWD. 
P. Pawlikowski, mówiąc o kulturze narodowej i katolickiej, której ma służyć sztuka 
myśli o temacie, nie o istocie sztuki. 
"Wyzwolenie się artysty" określa doskonały ład i harmonia, panujące w jego dziele 
oraz karność wobec własnej koncepcji. 


"Na szlaku Kresowej" 1945 nr 4, s. 44-45. 


OD DELACROIX DO CEZANNE' A 


Trudno doszukiwać się w rozwoju malarstwa w Polsce logicznej ciągłości prze- 
mian francuskiego malarstwa oraz sprecyzowania zadań formalnych w sztuce, która 
cechuje narody bezpiecznie wrastające od wieków w swą ziemię. Przeszkodą 
w kształtowaniu się talentów był brak tradycji artystycznej szkół, muzeów oraz słabe 
zainteresowanie się społeczeństwa sztuką. Większość społeczeństwa była dojrzała do 


164
>>>
pojmowania akademizmu i słodkiego naturalizmu, a wyraźnie ignorowała to, do czego 
oko nie nawykło - więc wszystko, co nowe, nad czym należy się zastanowić. 
Również na zachodzie wielu jest zwolenników akademizmu, lecz niechęć ich do 
nowych zdobyczy sztuki osłabła, gdyż ze zdobyczami tymi stykają się od 60 lat, stale, 
przede wszystkim, w przemyśle artystycznym. Od 70 lat Zachód przeżywa okres nie- 
bywałego od czasu Odrodzenia włoskiego rozkwitu malarstwa. Okres ten zapoczątko- 
wali mistrzowie XIX wieku Delacroix i Ingres. 
Dawniej widz szukał w obrazie literackiej anegdoty, obecnie malarz nie maluje 
tego czy innego tematu z literatury, tylko po prostu i jedynie maluje malarstwo, reali- 
zuje swe przeżycia plastyczne, dla których temat jest pretekstem. Rzeczą niemiłąjest 
konieczność zwalczania wrośniętego w umysły społeczeństwa fanatyzmu akademicko- 
-naturalistycznego. Walka ta we Francji skończyła się dawno - dziś impresjonizm we 
Francji jest szanowanym starcem, u nas samo słowo impresjonizm czy dywizjonizm 
działa często na wielu jak czerwona płachta na byka. 
Intencją zaborców w XIX wieku było wychować w Polsce pokolenia kołtunów, 
ukształtować charakter Polaków na podobieństwo własne, wyrugować wpływy wieku 
oświecenia i rewolucji francuskiej - słowo Francja znaczyło wtedy wolność. Niemcy 
przeciwstawić mogły logice francuskiej nacjonalistyczny brzęk blach nadętego Wotana 
- Wagnera, Rosja - Smierdakowych i Obłomowych. Czasem Polacy stykali się ze 
sztuką Zachodu bezpośrednio, przeważnie przyjmowali ją z drugich rąk, od Rosjan 
i Niemców, to znaczy widzieli to, co zaborcy z niej brali i na swój sposób przetrawiali 
w Monachium i Petersburgu. Oto przykład ciężki w następstwa: Schelling w czasach 
Napoleona przepowiadał narodziny oryginalnej sztuki niemieckiej, która miała wyru- 
gować silne wpływy francuskie - skończyło się na powstaniu sekty nazarejczyków, 
malarzy naśladujących religijną tematykę włoskich Quattrocentistów, lecz podporząd- 
kowujących stronę plastyczną malarstwa - tematowi. Czynili oni z malarstwa teozo- 
fię, filozofię, wreszcie propagandę nacjonalizmu niemieckiego. 
Nie Delacroix porwał Niemców swymi kolorystycznymi dramatami, tylko akade- 
mik romantyczny Delaroche, kiepski uczeń Delacroix i wreszcie odstępca. Obrazy 
Delaroche'a wzbudziły wśród Niemców entuzjazm historycznie wiernymi szczegółami 
strojów, opracowaniem sprzążek, guzików i koronek. Uczniem Delaroche'a był Pilot y, 
- piewca niemieckiej chwały, uczniowie akademika Pilaty' ego to: Munkacsy, Brozik, 
Makart i Polak, Matejko, którzy uzyskali krótkotrwałą sławę swymi ogromnych roz- 
miarów historycznymi płótnami, przeładowanymi i surowymi. Prawie każdy Polak 
widział reprodukcje obrazów Matejki i czcią otacza ich treść patriotyczną. Każdy 
uznaje w Matejce wielkiego Polaka, lecz nie każdy musi w nim widzieć wielkiego 
malarza. Malarz nie może omijać formy plastycznej, bez której malarstwo nie istnieje. 
Klasyk Ingres, który również malował obrazy historyczne, mówił: "Nie szukajcie zbyt- 
nio tematyki, malarz potrafi zrobić złoto z 4 groszy, na każdy temat może on stworzyć 
poematy. Nie należy zajmować się przesadnie szczegółami, trzeba poświęcić się istocie 
rzeczy, którąjest linia, kontur, modelunek figury". 
Zasługi obywatelskie i wychowawcze nie należą do dziedziny plastyki, przestańmy 
mącić spokój wielkich zmarłych, przypisując im to, czego nie robili. 
Widzieć w malarstwie tylko temat historyczny nauczył Pilaty Matejkę a Matejko 
Polaków. Ogół nie zmienił swych sądów po dziś dzień, mimo że świat zestarzał się 
prawie o sto lat od czasu działalności Matejki. W czasie tym nie tylko skończono 
z akademizmem, przezwyciężono naturalizm, w każdej postaci, nawet najbardziej 
idealistyczny, przezwyciężono realizm i impresjonizm, jako szczyt realizmu, odrzuco- 
no balast zbędnych środków ekspresji i wrócono do logicznego stosunku, do materiału, 


165
>>>
którym i na którym się pracuje. Stało się jasne, że malarstwo nie jest naśladowaniem 
natury - jest myślą zrealizowaną w materii czyli uplastycznioną. Malarstwo posługuje 
się linią i plamą dla kształtowania form, które niekoniecznie muszą odpowiadać 
przedmiotom naturalnym, mogą być nieoczekiwane, do niczego niepodobne, nowe. 
Myślą Cezanne'a jest, że syntezę formy przedmiotów można uogólnić do kilku 
zasadniczych figur geometrycznych: sześcianu, stożka, walca i kuli. Jeśli odrzucimy 
balast iluzjonizmu czy naturalizmu i pozostaniemy przy grze abstrakcyjnej plam i linii 
nieskończenie bogatej w nie naśladownicze możliwości ekspresji - malarz staje się 
muzykiem, poetą i architektem, konstruktorem harmonijnych fantazji plastycznych, do 
tworzenia których formy przyrody mogą być bodźcem. Obraz jest jak żyjąca istota, 
winien mieć szkielet, na nim rozpięte ciało - formę, żywą, ekspresyjną i fantastyczną. 
Aby zrozumieć przemiany zaszłe w malarstwie w ciągu stu lat - należy zacząć od 
Delacroix i Ingres' a, wielkich artystów reprezentujących przeciwne sobie kierunki, 
z których narodziło się nowoczesne malarstwo. 
Impresjonistom drogę wskazał Delacroix, post-impresjonizmowi Cezanne'a impre- 
sjonizm i barok, głównie (słowa Cezanne'a: "Chciałem uczynić z impresjonizmu coś 
tak mocnego i trwałego, jak sztuka muzealna"). Dzisiejsze malarstwo korzysta z nauk 
Cezanne'a, Delacroix, Ingres' a, Poussin'a, Murzynów, Persów, Chińczyków, Etrusków, 
Egipcjan itd. 
Przed stu laty Delacroix wystąpił przeciw tekturowemu akademizmowi wnosząc 
w malarstwo zapomniane od dawna kolor, jasność atmosfery, burzliwą fantazję, życie. 
Pisze o nim Baudelaire: "Wspaniała jest, rozpalona i purpurowa jego fantazja... 
Wszystko co w przeżyciach bolesne pasjonuje go, przelewa on w swe natchnione obra- 
zy krew, światło, mrok... Głupim byłoby twierdzić, że tak wielki artysta i myśliciel jak 
Delacroix mógłby się dać opanować przypadkowości. Nie istnieje w sztuce przypadek, 
tak jak nie istnieje on w mechanice - dobry rezultat jest zawsze konsekwencją logicz- 
nego rozumowania. Dobry obraz jest konstrukcją, w której każdy element ma swą rację 
istnienia". W liście do Heinego Delacroix tłumaczy swą metodę: "W sztuce jestem 
ponad-naturalistą, wiem że artysta nie może w przyrodzie znaleźć wszystkie swe typy 
- najpełniejsze, najbardziej własne typy powstają w jego duszy". 
Zasadą Delacroix jest, że obraz wypowiada najintymniejszą myśl artysty, twierdził 
on, że rozkosz, którą daje obraz, jest zupełnie różna od rozkoszy, którą wzbudza dzieło 
literackie: "Malarstwo wzbudza jedyny rodzaj wzruszeń rodzący się z harmonii kolorów, 
świateł i cieni. Nazwałbym to muzyką obrazu. Gdy w katedrze jesteś zbytnio oddalony 
od obrazu by móc odgadnąć jego treść, uderzony zostajesz tą czarodziejską harmonią. 
Same linie mają nieraz wielką siłę wyrazu. Tu jest przewaga malarstwa nad inną sztuką: 
wzruszenie sięga dna duszy. Malarstwo porusza uczucia, które słowami dadzą się wyja- 
śnić bardzo powierzchownie". Tak mówił Delacroix, zanim urodził się Matejko - ani 
słowa o temacie, a przecież malował sceny walk, rzezi, śmierci, miłości. Również przede 
wszystkim grę elementów plastycznych, a nie temat widział w obrazach Delacroix Bau- 
delaire: "Malarstwo - jak czarodzieje i hipnotyzerzy rzuca swą myśl na odległość. Fe- 
nomen ten wynika z siły koloru, doskonałej harmonii tonów. Wydaje się, że kolor istnieje 
sam dla siebie, niezależnie od przedmiotu, który pokrywa". 
Wrogiem romantyzmu była szkoła klasyczna, głową której był Ingres. Namiętnej 
fantazji romantyków przeciwstawiał on rozsądek, spokój, stylizację formy według 
kanonów klasycznych. Ekspresji koloru romantyków przeciwstawiał on linię wyszuka- 
ną, tworzącą arabeskę, to znaczy malarstwu - rysunek. Delacroix twierdził, że linia 
nie istnieje w malarstwie; istnieje tylko granica między dwoma kolorami, jak w tęczy. 


166
>>>
Maurice Denis mówił o stylu klasycznym: "W klasycyzmie dominuje idea-synteza 
- klasyk podporządkowuje wdzięk szczegółów pięknu całości i dąży do osiągnięcia 
równowagi między naturą a stylem, między ekspresją a harmonią. Klasyk pozostawia 
przedmiotom ich zasadniczą logikę; poddając naturę regułom sztuki, nie gwałci jej, nie 
tworzy potworności - dzieła jego posiadają siłę i harmonię form przyrody". Przykła- 
dem doskonałym jest dla klasyka rzeźba grecka. Ingres posyłał uczniów swych do 
muzeów, aby uczyli się u starożytnych widzieć przyrodę, gdyż: "starożytni są przyrodą, 
nimi trzeba żyć". 
Ingres uczył, że im prostsze są linie i formy, tym większe ich piękno. Rysunek 
w obrazie - to trzy czwarte malarstwa, kolor służy do uwypuklenia rysunku, porów- 
nać go można z damą dworu, będącą dworu ozdobą. Tego rodzaju twierdzenia uczyniły 
Ingresa miłym akademikom, którzy nigdy jednak nie zrozumieli wielkościjego formy. 
Obaj przeciwnicy - Ingres i Delacroix - zgodnie czyli: "Modelujcie formy na 
jasnym" i "malujcie jasno na jasnym". Dzięki nim kolor, jasność i wizja ogarniającej 
wszystko świetlistej atmosfery zapanowała w malarstwie. Ileżby zyskali malarze pol- 
scy, gdyby u tych mistrzów się uczyli, zamiast w Monachium! Jeszcze za życia obu 
mistrzów malarze kontynuujący kierunek realistyczny zapoczątkowany przez braci Le 
Nain w XVII wieku i Holendrów oraz Chardin'a w XVlll wieku, oczyściwszy z brą- 
zów i rozjaśniwszy pod wpływem Constable'a i Delacroix paletę, wyszli na plener. 
Jednijak Courbet, pozostali realistami, twierdząc, że malują tak jak widzą, inni zwró- 
cili się ku rozkoszy gry czystych kolorów, osiągając jednocześnie szczyt malarskiego 
widzenia przyrody, szczególnie światła i powietrza, impresjonizm. Delacroix nauczył 
wyrażać światłocień kolorem, a nie walorem. Do ostatniego dnia życia studiował prawa 
kolorów dopełniających, zmiany w nich zachodzące pod wpływem światła, stosował 
efekty kontrastów kładąc na płótno kolory obok siebie tak, że kontrastując ze sobą 
nasycały się wzajemnie - przy odejściu na pewną odległość od płótna zlewały się ze 
sobą w oku widza, tworząc nowy kolor. Na tej zasadzie melange'u optycznego oparł 
się impresjonizm. Krytycy akademiccy przyjęli wystawy pierwszych impresjonistów 
bardzo wrogo. W 1887 roku pisali oni: "Obrazy impresjonistów świadczą o kompletnej 
nieznajomości rysunku, kompozycji, kolorytu; dzieci, gdy bawią się kolorami i papie- 
rem lepiej malują". Dziś impresjonizm przestał być dawno rewolucją, zbyt ciasno jest 
związany z naturą, powietrzem i światłem. Bardzo niewielu naszych malarzy poznało 
impresjonizm, kilku tylko dobiło do postimpresjonizmu i dywizjonizmu. We Francji 
Cezanne, postimpresjonista, zareagował przeciw improwizacyjnym przypadkowościom 
impresjonistów, kładąc nacisk na wierne oddanie atmosfery otaczającej przedmioty, 
lekceważących natomiast same przedmioty, zatracające kontur i modelunek. Cezanne 
powrócił do kompozycji architektonicznej i do przedmiotu. Formę budował on kolo- 
rem: "światłocień dla malarza nie istnieje; światło i cień jest to stosunek wzajemny 
kolorów" . 
Neo-impresjoniści czyli dywizjoniści poczęli stosować metodycznie melanż 
optyczny czystych kolorów, uzyskując niezliczone odcienie, od świetlistych do ciem- 
nych. Malarze ci nie stworzyli szkoły, jednak po pewnej chaotyczności impresjonistów, 
nawrócili oni do konkretyzacji plamy barwnej - zwiększywszy jej płaszczyznę uczy- 
nili ją bardziej płaską, to znaczy bardziej malarską. I w tym zeszli się z Cezanne' em. 
Cezanne wytyczył drogę malarstwu XX wieku. Nie znaczy to, że należy go naślado- 
wać: należy jedynie zrozumieć, że pewne prawa w malarstwie są wieczne, przede 
wszystkim płaskość plam barwnych. 


"Na szlaku Kresowej" 1945 nr 11, s. 51-54. 


167
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


WŁADYSŁAW TEODOR BENDA 


Anna B. RUDEK (Warszawa) 


Utalentowany. Pomysłowy. Świadomy tradycji i korzeni. Tytan pracy. Dziecko 
swego czasu. Ilustrator, malarz, światowej sławy twórca masek. Władysław Teodor 
Benda, Amerykanin polskiego pochodzenia, jeden z naj znamienitszych artystów 
w Stanach Zjednoczonych. 
Ojciec, Szymon Benda, wykształcony w Wiedniu pianista i kompozytor, pochodził 
z Krakowa. Był przyrodnim bratem aktorki teatralnej Heleny Modrzejewskiej. Ożenił 
się z córką poznańskiego kupca i miał z nią trójkę dzieci. Najstarszy syn, Władysław 
Teodor, urodził się w Poznaniu, w 1873 roku. Choć Szymon imał się różnych zajęć 
(pracował jako nauczyciel muzyki, kapelmistrz w teatrze, przedstawiciel fabryki forte- 
pianów) rodzina Bendów cierpiała niedostatek. Ciągłe przemieszczanie się z miasta do 
miasta (Kraków, Poznań, Wiedeń, Tarnów) nie poprawiało sytuacji materialnej. 
Dzięki pomocy babki i ciotki Władysław rozpoczął studia artystyczne w Akademii 
Sztuk Pięknych w Krakowie. Uczył się pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza, 
Izydora Jabłońskiego i Floriana S. Cynkal. Od 1894 roku przebywał z Wiedniu, gdzie 
kontynuował naukę w Szkole Sztuk Pięknych Heinricha Strehblowi. 
W 1898 roku, na zaproszenie siostry, rodzina Szymona Bendy wyjechała do Sta- 
nów Zjednoczonych. Modrzejewska stała wówczas u progu wielkiej i dobrze zaplano- 
wanej kariery. Posiadała już dużą posiadłość w Kalifornii oraz rozległe i znaczące 
znajomości. Ciotka ułatwiła bratankowi wstąpienie w świat artystyczny zlecając za- 
projektowanie dekoracji i opracowanie kostiumów scenicznych do Antoniusza i Kle- 
opatry wg. Williama Szekspira. Premiera przedstawienia odbyła się 19 września 1898 
roku w Baldwin Theatre w San Francisco. Sztuka okrzyknięta została "historycznym 
wydarzeniem" w dziejach miasta, a kostiumy zdobyły miano "cudownych" 3. Modrze- 
jewska, występująca w roli Kleopatry odniosła wielki sukces. "Szekspir, jak zwykle, 
okazał się moim niezawodnym sprzymierzeńcem. Sztuka miała wielkie powodzenie..." 
- pisała we wspomnieniach aktorka 4 . 


1 M. Szydłowska, Władysław Teodor Benda - twórca masek teatrałnych, Pamiętnik Te- 
atralny 2007 R. LV z. 1/2, s. 69-88. Dziękuję autorce tekstu za udostępnienie maszynopisu oraz 
niezwykle cenne wskazówki i konsultacje. 
2 Tamże, s. 70. 
3 Określenia cytowane za: ]. Szczublewski, Żywot Modrzęjewskiej, Warszawa 1975, s. 599. 
4 H. Modrzejewska, Wspomnienia i wrażenia, tłum. M. Promiński, Kraków 1957, s. 561. 


168
>>>
W 1899 roku zmarł ojciec artysty. On sam przeniósł się do Los Angeles, a później 
do San Francisco, gdzie studiował w Hopkins Institute of Art 5 . Podróżował także po 
Europie i Bliskim Wschodzie. Około 1903 roku, z matką i dwiema siostrami, osiedlił 
się w Nowym Jorku gdzie, aby uzupełnić wykształcenie, zapisał się do Art Students 
League oraz The Chase School. W 1911 roku przyjął obywatelstwo amerykańskie, 
natomiast dziewięć lat później wstąpił w związek małżeński z Romolą Campbell 6 . 
W. T. Benda wykazywał wiele umiejętności artystycznych, był nie tylko ilustrato- 
rem, ale i malarzem (zajmował się zarówno malarstwem sztalugowym, jak i freskami), 
twórcą masek, projektantem i rzeźbiarzem, a także publicystą i pisarzem oraz aktorem. 
Lata 1880-1940, to okres tzw. "Złotej Ery Ilustracji Amerykańskiej ,,7. W czas ten 
doskonale wpisuje się twórczość W. T. Bendy, zaliczanego obecnie w historii sztuki 
Stanów Zjednoczonych do czołówki ilustratorów. 
Cała historia zaczęła się po przeprowadzce do Nowego Jorku, gdzie od 1906 roku 
Benda pracował dla American Lithographic Company. Wtedy to redaktor artystyczny 
"Scribner's Magazine" - Joseph Chapin powierzył artyście zadanie, dzięki któremu 
mógł pokazać szerszej publiczności swoje prace. Zlecenie, jakie otrzymał stało się 
przepustką do innych poczytnych czasopism i oficyn wydawniczych. Twórcę okrzyk- 
nięto jednym z najbardziej popularnych ilustratorów owych czasów. Jego dzieła zdo- 
biły takie magazyny jak: "Century Magazine", "Cosmopolitan", "Life", "Liberty" , 
"Scribner's Magazine", "Redbaok" , "Saturday Evening Post", "Hearst Magazine", 
"American", "Outlook" i wiele innych. 
W jego karierze pojawiały się również liczne zamówienia na dekorowanie książek. 
Stworzył ilustracje do dzieł Arthura Conan Doyle'a, Rudyarda Kiplinga, Louisa 
Stevensona czy Jamesa Curwooda. Z literatury polskiej z jego rycinami ukazał się 
przekład powieści Zofii Nałkowskiej Women 8 . Prace Bendy wykorzystywane były 
w kampaniach reklamowych takich firm jak Metropolitan Life, Ivory Soap. Ponadto 
artysta tworzył propagandowe plakaty, które służyły do rekrutacji, zarówno w Polsce 
jak i Ameryce, podczas I i II wojny światowej. Działalność ta przyniosła Bendzie wiel- 
ki honor. Za czynne członkowstwo w American Polish Relief Committee Marceliny 
Sembrich-Kochańskiej i Ignacego]. Paderewskiego, podczas I wojny światowej, został 
odznaczony Orderem Polonia Restituta 9 . 
W latach 20. XX w. artysta skierował zainteresowania twórcze w stronę damskiego 
portretu, wpisując się tym samym w czas kobiet, jaki nastał zarówno w ewoluującym 
społeczeństwie, jak i sztuce. Panie zdobywały wolność i niezależność, a ilustracja to- 
warzyszyła ich każdemu krokowi. W okresie tym istniał narzucony, specyficzny kanon 
piękna, którego najsłynniejszym propagatorem był Charles D. Gibson. Ilustrator ów 
stworzył ideał "American Beauty", zwany wymiennie "Gibson's Girls" 10. Piękne 


5 M. Szydłowska, Władysław Teodor Benda, s. 70-71. 
6 Tamże, s. 71. 
7 Datacja przyjęta za: M. B. Pohlad, Introduction, [w:] Sełected Drawings of W T Benda, 
SI. Louis 2006. 
8 Z. Nałkowska, Women: a Noveł of Polish Life, trans!. from the Polish by M. H. Dziewick, 
New York 1920. 
9 M. Szydłowska, Świat wyobraźni Władysława Teodora Bendy, Przegląd Polski (Nowy 
Jork), 6.01.2006 [on-line]. [Dostęp: maj 2009]. Dostępny w WWW: http://dziennik.com/www/ 
dziennik/kult/archiwum/O 1-06-06/pp-0 1-06-0 l.html 
10 R. Kelly, The Marketing of the American Beauty, The Library of Congress, [on-line]. 
[Dostęp: maj 2009]. Dostępny w WWW: http://www.loc.gov/rr/print/swann/beauties/beauties- 
kelly.html 


169
>>>
i wymuskane dziewczyny, królowały na okładkach, plakatach i w kampaniach rekla- 
mowych. Ich wszechwładza upadła, gdy na scenie plastycznej ukazały się "Benda's 
Girls". Nowy obraz kobiety pełnej egzotyki i tajemniczości, przepełniały cechy cha- 
rakteru, myśli, marzenia, radości i smutki. Niedoświadczona wcześniej intrygująca 
głębia wizerunku. "Kiedy wyobrażenia mężczyzn objawiają szorstki realizm, portrety 
kobiet odsłaniają niezwykły szacunek dla ich piękna i wewnętrznej sił?,,' - pisali 
o "dziewczynach Bendy" działacze nowojorskiego lllustration House l . Teoretycy 
zwracali uwagę na podkreślane przez artystę cechy fizjonomii, co w całości zmierzało 
do uwydatnienia "egzotycznej ponętności" portretowanych modelek I 2. Sam Benda 
wypowiadał się w temacie następująco: "Kobiecy urok to nieuchwytna jakość, to cięż- 
ko dostrzegalne niuanse cech i ekspresji, które inspirują do stworzenia ponętnych pa- 
nien z zadziwiającymi, przelotnymi uśmiechami" 13. 
Największy sukces odniósł artysta dokonując wskrzeszenia tradycji tworzenia ma- 
sek teatralnych. Nazywane "oddychającymi pięknościami" zyskały uznanie i podziw 
całego świata. Era masek zaczęła się w 1914 roku, kiedy to 


perspektywa pójścia na maskaradę pchnęła mnie do zrobienia pierwszej maski dla sa- 
mego siebie... Była zrobiona pospiesznie z kawałków kartonu i papieru, a przedstawia- 
ła... groźną twarz demona. Była marna i pełna niedoskonałości, lecz... okazane zainte- 
resowanie dziełem zmotywowało mnie do zrobienia następnych 14 . 
Źródeł fascynacji maskami, można dopatrywać się znacznie głębiej. Benda dora- 
stał w rodzinie aktorów teatralnych. Wychowywał się przy scenie, wśród kostiumów 
i licznych rekwizytów. Ponadto, jak sam przyznawał 
od wczesnych dni dzieciństwa... drutowałem i kleiłem papiery w kształt zabawek, ku- 
kiełek i malutkich miasteczek. Ten wytrwały nawyk robienia rzeczy, przy późniejszej 
pomocy techniki ze studiów artystycznych, był powodem odkrycia późniejszych uzdol- 
nień do... tworzenie masek 15 . 


W 1918 roku odbył się pierwszy pokaz dzieł. Miało to miejsce na Annual Exhibi- 
tion of The New York Architectural League, gdzie prace spotkały się z entuzjastyczną 
reakcją kuratorów wystawy i publiczności. W tym samym roku członkowie Comedy 
Club, odegrali w teatrze, na terenie majątku Charlesa C. Goodricha w Uewellyn Park 
w Nowym Jorku, "efektowną pantomimę" wspomaganą przez dzieła Bend y l6. Jednak 
czas masek nadszedł dopiero w 1920 roku, kiedy to Frank Crowninshield zawitał 
z wizytą w studio artysty, przy Gramercy Park. 
Od razu zadecydował, że chce mieć je opublikowane w "Vanity Fair», którego był 
redaktorem naczelnym. Sfotografował maski, po czym pojawiały się one w kił ku kolej- 
nych numerach tego wydawnictwa. Inne magazyny i gazety w Ameryce jak i poza nią, 
poszły za tym przykładem 
. ł 17 
- wspomIna artysta . 


11 W T Benda, Exotic drawings & theatricał masks, ed. W. Reed,]. Pratzon, F. Taraba, The 
Illustration Collector 1993 vol. 30, s. 5 [tłum. - A.B.R.]. 
12 Tamże. 
13 Tamże. 
14 W. T. Benda, Masks, New York 1944, s. 51 [tłum. - A.B.R.]. 
15 Tamże. 
16 Tamże, p.54. 
17 Tamże. 


170
>>>
Zaskakujące ówczesną publiczność nowatorstwem dzieła artysty wkroczyły na de- 
ski teatrów. Występowały w nich znane, międzynarodowe tancerki - Margaret Sevem 
i Grace Christie, czy solista baletów rosyjskich i Metropolitan Opera - Adolf Bolm l8 . 
Laureat Nagrody Nobla amerykański dramatopisarz Eugene O'Neill, także uległ uro- 
kowi masek, które powiodły go do stworzenia sztuk - Wielki Bóg Brown (The Great 
God Brown, 1926) oraz I śmiał się Łazarz (Lazarus Laughed, 1925), jak również opu- 
blikowania kilku tekstów teoretycznych na ten temat l9 . Ostatecznie zawładnęły filmem. 
Wykorzystał je, m.in., w 1932 roku, reżyser Charles Brabin w ekranizacji powieści 
Saxa Romera The Mask of Fu ManchJo. Wielkim sukcesem, który przypieczętował 
pozycję Bendy w dziedzinie tworzenia masek, była sesja fotograficzna stworzona dla 
jednego z numerów "Vogue". Najpopularniejsze modelki owych czasów, ukryte za 
maskami uwiecznił na fotografiach Edward Steichen. 
Sława jego prac przyniosła artyście zaproszenie od wydawców Encyklopedii Bri- 
tannica z 1929 roku, dla której napisał hasło o współczesnych maskach. Ponadto pu- 
blikował artykuły naukowo-techniczne, które ukazywały się w licznych czasopismach 
i gazetach. W 1944 roku w Nowym Jorku ukazała się książka Masks autorstwa Bendy, 
zjego ilustracjami i wstępem Franka Crowninshielda. Na publikację składały się studia 
nad własnymi projektami i unikalnymi technikami konstrukcji oraz dekorowania wyro- 
bów. Dodatkowo książka zawierała kilkadziesiąt reprodukcji autorskich dzieł, jak rów- 
nież opisy i wspomnienia ilustrujące dzieje tzw. "Masek Bendy". 
Sposoby wyrabiania masek Benda opracowywał zupełnie sam. "Moje obecne me- 
tody, to pożądany rezultat dwudziestu lat eksperymentowania"21. Działania mechanicz- 
ne poprzedzane były długimi studiami natury, analizowaniem i wytężaniem wyobraźni. 
Dobór tematów, nazywał "opętaniem wizjami"22. Maski tworzone były z pojedynczych 
pasków papieru, nakładanych na siebie warstwami i sklejanych w odpowiedni sposób. 
Po wyrobieniu korpusu, następowała ciężka praca nad dekorowaniem dzieła. Tworze- 
nie masek traktował Benda jak "osobliwy rodzaj rzeźby"23. Artysta nie ograniczał się 
wyłącznie do metodyki tworzenia. Opracowywał teoretyczną stronę zajęcia, jak rów- 
nież argumenty potrzebne do jego nobilitacji. Dowodził znaczenia masek w pantomi- 
mach i tańcu. Stworzył własną typografię dzieł, dzieląc je na trzy podstawowe katego- 
rie. Maski w ludzkim typie, nazywane również "ślicznotkami", maski fantastyczne lub 
groteskowe oraz komiczne 24 . Artysta stał się nie kwestionowanym ekspertem w dzie- 
dzinie zapomnianej sztuki. Oprócz publikowania licznych rozpraw, wielokrotnie wy- 
jeżdżał w najróżniejsze zakątki kraju z prelekcjami na temat masek. 
Pod koniec życia W. T. Benda stał się rezydentem Fundacji Kościuszkowskiej. 
Tworzył dla organizacji exlibrisy, grafiki promocyjne i efektowne projekty okładek 
"The Kościuszko Foundation's Annual Dinner and Ball"25. W okresie tym w twórczo- 
ści Bendy nastąpił powrót do przedstawianych w sposób symboliczny i idealistyczny 


18 George Estman House w Nowym Jorku posiada w zbiorach zdjęcia wykonane przez Ni- 
colasa Muray' a, przedstawiające Margaret Severn w maskach Bendy. 
19 Szerzej o tym: M. Szydłowska, Władysław Teodor Benda..., s. 83. 
20 L. Knapp, The Mask [on-line]. [Dostęp: maj 2009]. Dostępny w WWW: http://www. 
njed
e.net! -knapp/Mask.htm 
1 W. T. Benda, Masks, s. 31. 
22 Tamże, s. 21. 
23 Tamże, s. 20. 
24 Podział masek przyjęty za: W. Reed,]. Pratzon, F. Taraba (W T Benda..., s. 8). 
25 Wladysław Teodor Benda. Memoriał Exhibition: Masks, Paintings, Drawings [on-line]. 
[Dostęp: maj 2009]. Dostępny w WWW: http://www.kosciuszkofoundation.org/News_Benda.html 


171
>>>
tematów polskich: nokturnów, Krakowa czy tajemniczych Tatr. Artysta nie wykorzy- 
stywał stricte opatentowanych wyobrażeń. Do końca udoskonalał własną sztukę, m.in. 
nadając jej nowy wyraz - dekoracyjność. Dzięki takim zabiegom, zwykłe okładki czy 
druki stały się poszukiwanymi obiektami kolekcjonerskimi. Obecnie Fundacja posiada 
znaczną kolekcj ę dzieł Bendl 6 . 
30 listopada 1948 roku w Newark Public School of Fine and Industrial Art w New 
Jersey, tuż przed rozpoczęciem kolejnego wystąpienia, W. T. Benda zmarł na atak serca. 
Dorobek artysty znajduję się głównie w Stanach Zjednoczonych. Wiele dzieł W. T. 
Bendy należy do prywatnych kolekcjonerów, jak również pozostaje własnością rodziny 
(córki i wnuków). Sporą kolekcję posiada Fundacja Kościuszkowska oraz The Polish 
Museum of America w Chicago 27 . Wiele obrazów utraconych zostało bezpowrotnie 
w Alliance College Cambridge Springs w Pensylwanii podczas pożaru w 1931 roku. 
W Polsce odnaleźć można pojedyncze egzemplarze twórczości W. T. Bendy. W Mu- 
zeum Narodowym w Poznaniu znajduje się zbiór rysunków 28 , a dwa plakaty są własno- 
ścią Centralnej Biblioteki Wojskowej w Warszawie. 


26 W kwietniu 2007 r., w holu Fundacji można było oglądać wystawę poświęconą artyście. 
Na ekspozycji, stworzonej przy współpracy z żyjącymi członkami najbliższej rodziny Bendy 
prezentowano zarówno maski, okładki czasopism, jak i obrazy. 
27 E-maił od M. Kot, kierowniczki The Polish Museum of America w Chicago, do A. Ru- 
dek, Chicago 30 stycznia 2008, korespondencja w posiadaniu autorki. 
28 E-maił od G. Kubiak (Muzeum Narodowe w Poznaniu) do A. Rudek, 25 stycznia 2008, 
korespondencja w posiadaniu autorki: M. Szydłowska, Władysław Teodor Benda..., s. 72. 


172
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


ŹRÓDŁA I MATERIAŁY 


DONOSY NA 
JÓZEFA MACKIEWICZA 


Wacław LEWANDOWSKI (Toruń) 


Sprawie oskarżeń Józefa Mackiewicza o rzekomą niegodną przeszłość okupacyjną 
i kolaborację z okupantami poświęcono już bardzo wiele uwagi, by wspomnieć tylko 
najważniejszą na ten temat pracę - Ptasznika z Wilna Włodzimierza Boleckiego. Każ- 
dy, kto się z tą historią zapoznawał, miał okazję stwierdzić nadzwyczajną zaciekłość 
oskarżycieli, rodzącą podejrzenie, że tłem nagonki były zadawnione polityczne i perso- 
nalne spory rodem z ciasnego przecież, międzywojennego wileńskiego podwórka. 
Z czasem, już na emigracji, do zwalczających pisarza wilnian dołączali nie-wilnianie, 
coraz to nowi polityczni przeciwnicy, pragnący zamknąć usta niewygodnemu autorowi, 
którego naj chętniej wykluczyliby z polskiej społeczności i skazali na społeczny niebyt. 
Uwadze badaczy "sprawy Mackiewicza" umknął jednak jeden ważny zespół archiwal- 
ny - zbiór dokumentów Armii Krajowej i Delegatury Rządu RP w Wilnie, znajdujący 
się w wileńskim Litewskim Centralnym Archiwum Państwowym (Lietuvos Centrinis 
Valstybes Archyvas), zmikrofilmowany i skatalogowany jako FR-60l, AP l. Zbiór ten 
przechował się pod posadzką kościoła franciszkanów w Wilnie i został stamtąd wydo- 
byty już w czasach litewskiej niepodległości. Jak dotąd, korzystał zeń jeden tylko pol- 
ski autor, wileński badacz dziejów prasy polskiej na Litwie, Józef SzastakawskiI. Po- 
śród wielu innych dokumentów tego archiwalnego korpusu znajdują się także meldunki 
dotyczące osoby Józefa Mackiewicza, mające charakter donosów pisanych z wyraźną 
intencją zaszkodzenia pisarzowi i przedstawiających go w jak najgorszym świetle. 


1 Zob.:]. Szostakowski, Między wołnością a zniewołeniem. Prasa w języku połskim na Li- 
twie w okresie od września ł939 do ł964 roku, Wiłno-Warszawa 2004. 


173
>>>
Dostarczane przez samorzutnych "informatorów" nie były lekceważone, lecz trafiały 
w ręce najstarszych rangą osobistości wileńskiego podziemia, później zaś do Delegatu- 
ry Rządu RP w Warszawie, gdzie - wolno przypuszczać - uznawane były za wiary- 
godne informacje z regionu, potwierdzone u źródła. Donosów musiało być więcej niż 
się zachowało, skoro na liście osób podejrzanych o uchybianie obowiązkom patrio- 
tycznym (FR-60l, AP l, B 81, L 16) na pozycji 372a figuruje: Mackiewicz Józef zam. 
Czarny Bór z komentarzem: "podał się za Lit[wina], w czasie okup[acji] niem[ieckiej] 
za Volksdeutscha". Jest oczywistym, że tego rodzaju listę układano na podstawie na- 
pływających "z terenu" informacji... 
Spośród zachowanych meldunków najważniejszym wydaje się sporządzony przez 
niejakiego "W. Porębskiego" , nazwanego "przygodnym informatorem", który trafił 
m.in. do rąk "Ludwika" - Lubosława Krzeszowskiego (1897-1965), wówczas pod- 
pułkownika, szefa sztabu i zastępcy komendanta Okręgu Wileńskiego AK oraz do 
"Albina" - Zygmunta Federowicza (1889-1973), Delegata Rządu na Okręg Wileński, 
który sporządził meldunek "pro me moria " , uzupełniając informacje "Porębskiego" . 
Dokumenty przygotowano do druku unikając większych zmian. Zmodernizowano 
pisownię, pozostawiono jednak interpunkcję oryginałów. W przypadku maszynopisów 
znaki ,,! /" zastąpiono nawiasem - ,,( )". Pozostawiono różniące autorów osobliwości 
pisowni - np. w zapisie nazwisk: "Łebkowski" - "Łepkowski"; "Hrynkiewiczówna" 
- "Grynkiewiczówna". Nie poprawiono oczywistych "spolszczeń" w zapisach na- 
zwisk litewskich. Nie ingerowano w składnię. Ograniczono komentarz, by nie powta- 
rzać (poza niezbędnymi) informacji podawanych w literaturze na temat "sprawy Mac- 
kiewicza" . 


*** 


Notatka "Alfreda" do "Ludwika" (FR-601, AP l, B 51, L 1)* 


4 IV - 1944 r. 
Sz. Panie, 
Przesyłam do ew. wykorzystania meldunek poświęcony organizacji personalnej nie- 
mieckiej propagandy [słowo wykreślone] prasowej w Wilnie. Powyższy meldunek 
w pewnym stopniu może stanowić materiał dla rzeczowego i poważniejszego opraco- 
wania tego zagadnienia. Wobec tego, iż w zawartych charakterystykach osób jest sporo 
nieścisłości dołączam notatkę prostującą niektóre fakty i opinie. 


Alfred 


Meldunek "Porębskiego" (FR-601, AP l, B 51, L 2-4)** 


Propaganda 
Założyciel i pierwszy kierownik był Kopferman. Urzędował do grudnia 1942 r. 
następnie wyjechał do Kowna. 
Skład obecny: 


* Notatka odręczna. 
Maszynopis, 3 karty. 


174
>>>
Werner Klau - szef propagandy (Berlińczyk były naucz[yciel]) gimn[azjum] 
w Berlinie. Witold Alsejka - szef gospodarczy zastępca Klawego (Wychowanek uni- 
wersytetu Stefana Batorego były dziennikarz "Elity" - Litwin). 
Cenzura: 
Klau, tłumacz na litewski Alsejka, tłumacz na polski Jacobi (cenzor) i Zarańska 
(Jacobi syn naucz. gimn. wileńskiego, obecnie narodowo niemiec. Zarańska Polka). 
Obsługa informacyjna: 
Alsejka, Danowska (maszynistka - siła fachowa) Hohenlindgerówna (tłumacze- 
nie na polski). 
"Wilnaer Zeitung": 
Redagowany i wychodzi w Kownie. Wydawca - "Pressevertzieb" (spółka niem.) 
Redaktor nacz. Kakies (zniemczały Litwin kłajpedzianin). W Wilnie jeden przedstawi- 
ciel redaktora, drukuje się jedna strona. 
"Goniec Codzienny": 
Feliks Lubierzyński - redaktor naczelny (polak były redaktor "Przeglądu Arty- 
stycznego", poza tym autor broszurek i artykulików "nierealnych" o okultyzmie, spi- 
rytyzmie, seksualizmie, siła woli, itp. Człowiek bez żadnego wyrazu politycznego). 
"Administracja" : 
Administracja prawie całkowicie pokrywa się z byłą administracją "Słowa" [Ste- 
fan] Wiszniewski - dyrektor administracji (polak, można nazwać patriotą, człowiek 
z charakterem, antykomunista). Helena Hrynkiewiczówna buchalterka-kasjerka (polka, 
prowadzi dział ofiar. Nie ma specjalnie mocnych przekonań politycznych - choćby 
antykomunistyczne. Jako człowiek z racji prowadzenia pomocy dla biednych, zasłu- 
guje na całkowite uznanie). Władysław Łebkowski redaktor techniczny Qeden z najlep- 
szych fachowców w Wilnie jako "łamacz [w oryg.: Tamacz] gazety", Polak, prawdo- 
podobnie o nastawieniu patriotycznym znalazł się w "Gońcu" przypadkowo tak jak 
zresztą i wszyscy inni dzięki swemu nastawieniu antykomunistycznemu). Ławryno- 
wicz - reporter (bez wyrazu, zdradzając[y] pewne tendencje do robienia kariery, to 
znaczy obecnie cały [m] sercem pragnie powrotu Polski i normalnych stosunków ale 
gdyby stało się inaczej prawdopodobnie ze spokojem i zapałem pracowałby na rzecz 
okupanta. Oczywiście mogłoby być inaczej, ale takie są moje wrażenia). Bohdan Mac- 
kiewicz, dział ogłoszeń, Mikołaj Baranowski - prenumerata: obaj są przeciętni urzęd- 
nicy. Poza tym: dwóch tłumaczy, 3 maszynistki, kancelistki (m. innymi Irena Piłsudska 
córka Jana). 
"Naujoji Lietuva": 
W "Naujoji Lietuva" trzech ludzi jest "ważniejszych" reszta to plejada "mniej- 
szych" urzędników o zgodnych poglądach antypolskich, antysowieckich i antynie- 
mieckich [w oryg.: natyniemieckich]. 
Tyszkus - redaktor naczelny 
Szaltenis - zastępca red., redaktor literacki 
Narkeliunate Salomea - dział informacji lokalnych 
"Biełaruski Hałas": 
Franciszek Alechnauski - redaktor naczelny [dop. ręką: ,,! Olechnowicz"] 
Paulukouski Michał? - pozostałe funkcje administracyjne. 
Poza tym "Biełaruski Komitet" którego członkowie rozsiani po całej Wileńszczyźnie 
pisujący różne "artykuły" w tym i antypolskie. 
Historia "Gońca Codziennego" [w oryg. całość w cudzysł.] : 
Kilka dni po objęciu przez władze partyjne administracji na terenie Litwy, zgłosił się 
do ówczesnego szefa propagandy Kopfermana pan Józef Mackiewicz, z propozycją 


175
>>>
założenia polskiego pisma. Ponieważ pan Kopferman był zdania, że może być mowa 
tylko o piśmie niemieckim, w języku polskim, powstała między wyżej wymienionymi 
różnica zdań, wskutek czego Mackiewicz został wyrzucony (dosłownie) z gabinetu 
(i ze schodów). Nie dając za wygran[ą], Mackiewicz proponuje innym dziennikarzom 
utworzenie pisma niemieckiego (w języku polskim). Podjął się tej misji Czesław Ance- 
rewicz. Nakład "Gońca" osiągnął zawrotną jak na stosunki wileńskie cyfrę 80.000 
egzemplarzy. Były mniejsze nakłady, wskutek braku papieru (najwyższy 35.000 eg- 
zemplarzy). Ponieważ wszyscy pracownicy, mieli wyznaczoną pensję (dość niską 
zresztą) cała nadwyżka z kolportażu, szła na konto propagandy przy generalkomisaria- 
cie, oddział Wilno. Po dwóch miesiącach urosła wcale poważna sumka 60.000 marek. 
Jak Kopfermanjązużytkował o tym potem. Teraz sylwetki założycieli "Gońca": 
Kopferman, idealny typ germana-hitlerowca, uważający każdego kto nie Niemiec, za 
bydło, parobka który bez szemrania i wymagań musi służyć niemieckiemu panu. 
W czasie swego urzędowania w Wilnie, traktował swoich podwładnych (Niemców) 
w najbardziej brutalny i bezwzględny sposób. Jako przykład może posłużyć fakt, że 
w niczym nie ułatwił swojemu personelowi zdobycie [przydziału] na należne im orde- 
ry, żywności lub drzewa. On uważał każdy środek za dobry, jeżeli chodziło o propa- 
gandę antypolską. Jemu zawdzięcza "Biełaruski Hałas" swoje "narodziny". Jemu za- 
wdzięcza "Naujoji Lietuva" tak liczne zmiany swoich redaktorów. On, spławił tak 
wiernego germanofila, jakim był Rafał Mackiewicz. On, pisał artykuły wstępne do 
"Gońca", jak i do innych gazet miejscowych, występując w imieniu Polaków, Litwi- 
nów, czy też Białorusinów. Z zawodu nauczyciel wiejski, o wychowaniu i syntemental- 
ności [sentymentalności; mentalności?] chłopa. Obecnie dygnitarz partyjny, wiemy 
i nieprzekupny. Przyjechał do Wilna z gołymi rękami, wywiózł wyjeżdżając ["nieprze- 
kupny" i "wywiózł wyjeżdżając" podkreślone piórem, na lewym marginesie karty 
zaznaczone znakiem ,,?", naj pewniej przez przyjmującego meldunek] cztery samocho- 
dy różnych cennych rzeczy, jak ubrania, meble stylowe itp., prawdopodobnie żydow- 
skie. Józef Mackiewicz. Dziennikarz bez politycznej równowagi. W innych okoliczno- 
ściach byłby bardzo dobrym dziennikarzem od sensacji. W warunkach wojennych 
fatalnie zachybotał się. Bez wątpienia Polak i patriota, wywołał niejednokrotnie obu- 
rzenie społeczeństwa wileńskie.go. Na koncie doroblu dziennikarskie 9 0 ma: "oda na 
cześć Litwinów" w "Lietuvos Zynos [prawidłowo: Zinios]" [19]39 r. , Kowno, ataki 
na "Kurier Wileński" w "Gazecie Codziennej" (słuszne czy niesłuszne, jednakże nie- 
właściwe wobec sytuacji politycznej wówczas, natomiast pogłoski jakoby "Gazeta 
Codzienna" była finansowana przez Litwinów nie odpowiadają prawdzie, owszem 
Litwini początkowo sądzili, że "Gazeta" będzie organem prolitewskim, po pewnym 
zawiedzeniu się wydali "Nowe Słowo" pod redakcją Sakowicza, sprowadziło to falę 
konfiskat na "Gazetę". Wracając do "konta" Mackiewicza można zanotować artykuł 
"Będziemy pisać prawdę" po zajęciu Litwy przez sowietów (pisany - przypuszczam 
bez przekonania) 3. Następuje okres odsunięcia się od publicystyki (do czasu przyjścia 
Niemców pracował jako "domowy woźnica"). Inicjator założenia "Gońca Codzienne- 
go", starał się o to Qak sam twierdzi) w celu pokazania Niemcom przewagi ludności 
polskiej w Wilnie, im [i?], żeby móc się wypowiedzieć wobec zaszłych sensacyjnych 


2 Chodzi o artykuł My, wilnianie..., ogłoszony w przekładzie litewskim (Mes vilnieCiaL) 
w nrze 234 "Lietuvos Zinios" z 14 października 1939. Zob.: ]. Mackiewicz, Nudis verbis, Lon- 
dyn 2003, s. 205-208. 
3 Artykuł pl. Będziemy mówili prawdę opublikował]. Mackiewicz w 1. nrze "Gazety Co- 
dziennej", 25 listopada 1939 r., po opuszczeniu Wilna przez wojska sowieckie i przejęciu miasta 
we władanie przez Litwinów (28 października 1939 r.). Zob.: Nudis verbis, s. 209-211. 


176
>>>
zmian politycznych. I znana jego wyprawa do Katynia. Po założeniu "Gońca" umieścił 
tam prawie całą administrację "Słowa". Można jeszcze zanotować napisaną przed nie- 
dawnym czasem nowelę, utrzymaną w tonie satyryczno-humorystycznym, z czasów 
okupacji litewskiej w Wilnie w której to wyszydza (słusznie) ówczesnego przedstawi- 
ciela rządu Czeczota. [na lewym marginesie piórem odnotowano: ?!] Tytuł: "U konfe- 
sjonału"4. Napisana na maszynie przechodzi z rąk do rąk ijest czytana przez społeczeń- 
stwo wileńskie. Inne osoby odegrały zdaje się mniejszą rolę przy założeniu "Gońca". 
"Naujoji L[i]etuva": 
Natychmiast po wkroczeniu Niemców do Wilna zgłosił się do władz wojskowych nieja- 
ki Wilniantas, który otrzymał koncesję na wydanie pisma w języku litewskim ("Naujoji 
L[i]etuva"). Redaktorem tego pisma został znany ultr[a]-germanofil Rafał Mackevi- 
czius. Ów założyciel Wilniantas wraz z żoną Jegomościanką (nazwisko) pochodził 
z Tylż[y] i wraz z całą rodziną Wilmantasów i Jegomościów (którzy mieli dużą i wielce 
zasłużoną drukarnię w Tylży) zostali wymienieni na Niemców z Litwy (dobrowolnie) za 
czasów okupacji sowieckiej, podczas ogólnej wymiany ludności. Po objęciu władzy 
przez administrację partyjną, Wilmantasy i Jegomoście znikli, zostało po nich tylko 
opieczętowane mieszkanie. Zostali rozstrzelani lub wywiezieni gdzieś daleko do obozu. 
Należy dodać, że byli to ludzie bardzo kulturalni, wszyscy z wyższym wykształceniem. 
Rafał Mackiewicz, zagorzały germanofil, osobisty przeciwnik Józefa Mackiewicza, 
a zwłaszcza jego żony Toporskiej, skompromitował się w oczach Niemców przez zbyt- 
nią gorliwość, a mianowicie przedrukowując ze "Schwarze Korps" artykuł pt. "Organi- 
zacj[a] ziem wschodnich po wojnie" (miał z tego powodu dużą burzę, ówczesny cenzor 
a obecny szef Klau, który od tego czasu stał [się s]urowszy i pilnie przegląda wszystko, 
co ma być napisane). Mackiewicz zaś (Rafał) został po kilku mniejszych "kiksach" 
przez swoich panów po prostu zlikwidowany. Redaktorów ogólnie w "Naujoji 
L[i]etuva" było czterech, a mianowicie: Mackiewicz Rafał, Żukauskas, Mackiewicz 
(po raz drugi), Żukas, Tyszkus. Żukas, wychowanek USB, charakter mocny i prawy, 
lubiący Niemcom mówić prawdę w oczy, został po dwóch tygodniach redaktorowania 
przez Niemców zlikwidowany. 
"Naujoji L[i]etuva" cieszy się w odróżnieniu od "Gońca", który dostaje wszystko go- 
towe, względną swobodą. Redaktorzy piszą artykuły wstępne, reporterzy artykuły 
o sprawach kulturalnych i lokalnych. Kurs polityczny jest znany. 
"Biełaruski Hałas": 
"Biełaruski Hałas", "dziecko" Kopfermana, powstał z nadwyżki finansowej "Gońca". 
Owe pierwsze 60.000 RM przyczyniły się do założenia i zasilenia kasy białoruskiej 
szmaty (która sama nie jest wystarczalną). Tak to "genialne" posunięcie Kopfermana, 
za polskie pieniądze, rozpętało antypolską propagandę. Artykuły nawołujące do mor- 
dowania księży i prześladowania ludności polskiej odniosły skutek, przeważnie 
w powiatach lidzkim, nowogródzkim, baranowickim. 
Były mordy na ludności polskiej, a w Baranowiczach zakazano używania mowy pol- 
skiej pod karą grzywny. Sylwetki "redaktorów" są bardzo podłe, i zresztą Alechnowicz 


4 Książkę tę napisał]. Mackiewicz w 1942 r. Jej maszynopis (w dwóch egzemplarzach) pu- 
ścił w obieg podziemny. Ocalały egzemplarz znajduje się w Bibliotece Litewskiej Akademii 
Nauk w Wiłnie (sygn. FI2-2695). Był on podstawą wydania książkowego, zob.: ]. Mackiewicz, 
Prawda w oczy nie kołe, Londyn 2002. W informacji od edytora czytamy: "Tytuł Przy konfe
o- 
nałe napisany na osobnym arkuszu, w mojej opinii, nie ręką Mackiewicza, został prawdopodobnie 
nadany przez kogoś pod wrażeniem zdania "Piszę tu raczej spowiedź osobistą na tle wypadków, 
tak jak mi przychodzą na pamięć i na myśl, wypadków jeszcze się rozgrywających i nie zakoń- 
czonych» (s. 129)": [N. Karsov], Od wydawcy, [w:]]. Mackiewicz, Prawda w oczy..., s. [6]. 


177
>>>
już nie żyje, a Paulukouski, jeżeli dociągnie końca wojny, to stanie przed sądem pol- 
skim. Warto zaznaczyć jeszcze, że Białorusinom polskim nie wolno używać alfabetu 
rosyjskiego, zaś Biał[orusinom] sowieckim - łacińskiego. Jeżeli już mowa o Białoru- 
sinach, to trzeba wspomnieć jeszcze o bardzo pięknie brzmiącym nazwisku Henryk 
Odlanicki-Poczobut[t]5, zam. w Wilnie, ul. św. Ignacego 3-2 (dom dość. św. Katarzyny 
[prawdopodobnie: "dościenny" , lj. styczny ścianą z budynkiem klasztoru benedykty- 
nek. Na zaułek św. Ignacego prowadziło tylne wyjście klasztoru i kościoła św. Kata- 
rzyny - W. L.]). Jest to literat, który nic nie napisał. Wydał przed wojną kilka nume- 
rów miesięcznika "Niemen". Naukowe sfery litewskie uważają go wręcz za szpiega 
niemieckiego. 


l-IW. Porębski 


[Na rewersie karty opisy piórem:] 
[W poprzek karty:] Archiwum opinie pracowników 
[U dołu:] Pająki L. 265/P Mp. [miejsce postoju] 19111 44 
Ludwik [podkreślone, zapewne wskazanie adresata] Meldunek przygodnego informato- 
ra przesyłam do ewentualnego wykorzystania [podpis:] Krzywak 
[NiżeJ] Bip [BlP?] Przesyłam do wykorzystania 3111144 [podpis:] L 
[NiżeJ] Lisy L 346/2 [?]/44 Mp. dn. 27. 5. 44 
[NiżeJ] Ludwik Przedstawiam Nowosielski 


Uzupełnienia "Alfreda" (FR-601, AP l, B 51, L 6-8)* 


Ad. cenzura. Hohendlingerówna - znana w Wilnie jako "Ciocia Hala" - współpra- 
cowniczka Radia Polskiego. 
Ad. "Goniec Codz" Feliks Lubierzyński, b. redaktor "Przeglądu Artystycznego" - 
formalny Polak, pod względem moralnym osobistość pozbawiona skrupułów, grafo- 
man. "Przegląd Art." był wydawnictwem opierającym swój budżet na pewnego rodzaju 
szantażach autorów i artystów, zwłaszcza młodych, początkujących, którym zależało na 
reklamie. Poza tym pozycją dochodową były ogłoszenia uzyskiwane w niezbyt solidny 
sposób. Zbieraniem ogłoszeń trudnił się sam Lubierzyński, który był jednocześnie 
redaktorem, administratorem, akwizytorem wydawnictwa ukazującego się nieregular- 
nie w zależności od połowu na rynku ogłoszeniowym i artystyczno-autorskim. Rola 
F. L. w Gońcu sprowadza się do markowania stanowiska redaktora, ponieważ wszystko 
co w Gońcujest drukowane poza kroniką przesyłane jest przez W. Klau'a. 
Władysław Łepkowski, redaktor techniczny, Polak, trafił do Gońca zaagitowany przez 
Józefa Mackiewicza z którym pracował w "Słowie" i "Gazecie Codziennej". Pozba- 
wiony pionu patriotycznego i mocniejszych poza antykomunistycznymi, przekonań 
politycznych. Dobry "łamacz gazety", reporter od wypadków policyjnych, swoją karie- 
rę dziennikarską rozpoczął w "Expressie Wileńskim", poprzednio zaś pracował jako 
agent policji politycznej w latach 1922-[192]4. 


5 Najprawdopodobniej chodzi o Stanisława Poczobutt-Odlanickiego, ekonomistę rolnictwa, 
asystenta USB, członka, wraz z Franciszkiem Olechnowiczem, Białoruskiego Komitetu Naro- 
dowego, prowadzącego w Wiłnie (od lutego do kwietnia 1944 r.) rozmowy z podziemiem pol- 
skim pod patronatem Komendy Głównej AK. Zob.: L. Tomaszewski, Wiłeńszczyzna łat wojny 
i okupacji ł939-ł945, Warszawa 2001, s. 320. 
* Rękopis, 3 strony, 2 zapisane obustronnie, w lewym górnym rogu l. karty skośnie, z pod- 
kreśleniem: pro memor. (pro memoria). 


178
>>>
Administracja "G. Codz." tylko częściowo składa się z b. pracowników administracji 
"Słowa" (2 osoby). Po wyjeździe do Warszawy [Eugeniusza] Kotlarewskiego admini- 
stracja "G[ońca] Cod[ziennego]" znajduje się w rękach dwóch osób: Stefana Wisz- 
niewskiego i Bohdana Mackiewicza. Stefan Wiszniewski b. pracownik Inst. Europy 
Wschodniej, oficer rezerwy Polak - głównym motywem który skłonił go do pracy 
w Gońcu Codz były względy materialne i obawa przed pracą fizyczną. 
Bohdan Mackiewicz, Polak, b. kierownik filii "Kuriera Warszawskiego" w Wilnie, 
osobistość pod względem patriotyczno-moralnym raczej negatywna, b. wrażliwy na 
względy materialne, typ drobnego biznesmena niezbyt przebierającego w metodach 
handlowych. 
Helena Grynkiewiczówna - buchalterka-kasjerka, jedyna spośród pracowników 
przedwojennych wydawnictw polskich w Wilnie, która potrafila za[a]klimatyzować się 
początkowo w "Prawdzie Wileńskiej" a później w "Gońcu Codz". Ta zdolność przysto- 
sowywania się świadczy o dużym życiowym sprycie. Polka raczej formalna z dużym 
nalotem rusyfikacyjnym, wiele lat bowiem spędziła w Rosji, gdzie wyszła za mąż za 
Rosjanina z którym się rozwiodła i wróciła do Wilna po I wojnie światowej w r. 1922. 
Pracowała początkowo w księgarni Stow. Nauczycielstwa Polsk[iego], następnie 
w wydawn[ictwie] "Słowa". Wyraźnych przekonań politycznych nie posiada. 
Mikołaj Baranowski, b. ekspedytor "Słowa", prawosławny, spolonizowany Rosjanin, 
zdecydowany antykomunista, dobry pracownik techniczny. 
Ad. "historia Gońca Cod[ziennego]" [podkreślone] 
Do Kopfermana zgłaszał się w sprawie założenia pisma polskiego Józef Mackiewicz 
i Wacław Studnicki. Zgłoszenie ułatwił kuzyn Józefa Mackiewicza Jerzy Matułajtis, 
Litwin, obecny opiekun teatrzyku "Ali Baba" (w kołach litewskich]. Matułajtis posia- 
da b. złą opinię jako ciemny aferzysta). Po pierwszej przykrej rozmowie z Kopferma- 
nem w Propaganda Staffel - Baltikum Józef Mackiewicz zrezygnował z zamiaru 
ubiegania się o pismo na własne imię, wysunął natomiast kandydaturę Ancerewicza, 
który podjął się "redagowania" Gońca w myśl życzeń niemieckich. Za "pomysł i ini- 
cjatywę" otrzymał Józef Mackiewicz pewien % dochodów pochodzących z kolportażu 
pisma. Do czasu wypadku z Ancerewiczem 6 sumy wypłacane z tego tytułu przez głów- 
nego kolportera Pawłowskiego były dzielone pomiędzy Ancerewicza, Kotlarewskiego 
(administratora) i Mackiewicza. 
Ad. "Gazeta Codzienna" [podkreślone] Pogłoska o tym jakoby "Gazeta Codzienna" 
założona wspólnie przez adwokata Bolesława Szyszkowskiego i Józefa Mackiewicza 
była finansowana przez Litwinów powstała stąd, że w momencie gdy się "Gazeta" 
miała ukazać środkiem płatniczym obowiązującym w Wilnie był lit. Na zlecenie dele- 
gata rządu kowieńskiego Bizauskasa oddział Banku Litewskiego otworzył redakcji 
"Gazety Codz[iennej]" kredyt w wysokości 2 tys. litów w celu ułatwienia wybrnięcia 
z trudności płatniczych. Kredyt ten został spłacony. 
Ad. "U konfesjonału" [podkreślone] Pełny tytuł napisanej na maszynie broszury 
]. Mackiewicza brzmi "U konfesjonału Europy Wschodniej". Składa się ona z kilku 
artykułów-reportaży drukowanych w "Gazecie Codziennej" oraz dość nieudolnej próby 
wytłumaczenia i obrony wolt polityczno-publicystycznych w pamiętnych dniach wrze- 
śnia i października 1939 r. które tak oburzyły społeczeństwo wileńskie. 
Ad. "Naujoji Lietuva" [podkreślone] - Rafał Mackiewicz b. sekretarz Komitetu Li- 
tewskiego w Wilnie i prawa ręka Staszysa [długoletniego prezesa Wileńskiego Komi- 


6 Na mocy wyroku polskiego Sądu Specjalnego Czesław Ancerewicz został zastrzelony 16 
marca 1943 r. w kościele św. Katarzyny w Wiłnie. 


179
>>>
tetu Litewskiego, w 1939 r. po wkroczeniu Litwinów do Wilna mianowanego burmi- 
strzem - W. L.] zmienił, po okupowaniu Wilna przez Litwinów w r. 1939 swe nazwi- 
sko na Rafał Mackonis. Do września 1939 Mackiewicz-Mackonis przedstawiał się jako 
liberalnie-pojednawczo nastawiony Litwin, po zajęciu Wilna przez Smetanę zdema- 
skował sięjako zoologiczny szowinista i wróg zacięty Polaków. 


Meldunek anonimowy (FR-601, AP l, B 51, L 5)* 


Józef Mackiewicz z Jawnutą-Zawiszą (dziennikarzem i znanym warchołem z Litwy - 
figura moralnie b. marna) wyjeżdżają do Szwecj{ Otrzymał od Niemców dużo złota 
i z jakąś misją polityczną jest przez nich wysyłany. Wyjeżdża dziś czy jutro. Ma rze- 
komo zrobić "jakąś sztukę polityczną". - O tej sprawie może poinformować panna 
Bobkówna z biura prasowego niemieckiego - o działalności Wł. Studnickieg0 8 może 
dużo powiedzieć ks. Kretowicz 9 . 


*** 


Jak widać z powyższego, "panna Bobkówna" , o której nic mi nie wiadomo, za- 
pewne osoba szlachetna i "wtyczka" AK w niemieckim biurze, gdyby okoliczności 
ułożyły się inaczej, mogłaby być gwarantem życia lub śmierci wybitnego pisarza... 


* Notatka odręczna, niepodpisana. 
7 Józef Mackiewicz wspominał: ,,[W Warszawie] przyszedł do mnie Konrad Krupski z wy- 
działu wschodniego podziemnej Delegatury i oświadczył, że krążą plotki, że w Wiłnie zapadł na 
mnie 'jakiś' wyrok [...]. Jednocześnie pokazał mi tajny meldunek pochodzący z Wiłna, że ja 
wysłany zostałem przez gestapo do... Sztokholmu! [...] Było to w lipcu 1944 roku." Cyt. za: 
K. Zamorski, Przyłepilo się do Józefa Mackiewicza, Puls 1987 nr 34, s. 63. 
8 Pomyłka, mowa nie o Władysławie, ale o Wacławie Gizbert-Studnickim, przed wojną dy- 
rektorze archiwum wiłeńskiego. 
9 Ks. Jan Kretowicz był proboszczem kościoła bernardynów. 


180
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt 1 (10) 


HILARY KRZYSZTOFlAK 


Konrad TATAROWSKI (Łódź) 


Cotygodniowa audycja* poświęcona artystycznej działalności i sylwetkom twór- 
ców, którzy znaczną część życia spędzili poza krajem, wygnani z niego przez nie- 
sprzyjające okoliczności historyczne i polityczne, najpierw przez wojnę, a potem przez 
zmieniające się, ale zawsze wrogie niezależnej myśli realia "prawdziwego socjalizmu", 
wielu z nich zmarło na emigracji, inni pozostają poza krajem nadal, mimo odmienio- 
nych - w wyniku burzliwych wydarzeń 1989 roku - warunków politycznych i spo- 
łecznych w Polsce. 
Tę audycję poświęcamy twórczości wybitnego malarza, Hilarego Krzysztofiaka. 
Program przygotował i prowadzi Konrad T atarowski. 


*** 


Powinienem rozpocząć od okrzyku, znanego ze sprawozdań radiowych Bogdana 
Tomaszewskiegol - szkoda, że Państwo nie mogą tego zobaczyć! Jak bowiem opisać 
malarstwo, posługujące się formami zupełnie nie przystającymi do tych, które nas 
otaczają - a równocześnie mówiące o nich więcej i ciekawiej, niż pokazują nam nasze 
zmysły. Jak odzwierciedlić przy pomocy niedoskonałego języka światło i barwę tych 
obrazów - na przykład Papierowych chmuJ, płótna namalowanego w 1975 roku. Nad 
zwierzęco-kształtnym roślinnym pejzażem unoszą się owe "papierowe chmury" przeja- 
śnione od wewnętrznego światła na niebiesko-błękitnym tle. Albo, pozostając przy 
temacie chmur, obraz z 1976 roku, na którym malarz próbuje zszyć, przytwierdzić do 
siebie dwie rozchodzące się chmury - jedną w niebieskiej, drugą w różowej tonacji 3 . 
By zakryć, zasłonić to coś - tajemnicze i groźne - co spoza nich się wyłania z ciem- 


* Skrypt audycji wyemitowanej 13 kwietnia 1990 r. w Radiu Wolna Europa w ramach cyklu 
"Polish authors in exiłe" (nr l O). 
1 Autorem tego popularnego powiedzenia, powtarzanego w radiowych sprawozdaniach spor- 
towych w latach 30. XX w. był Wojciech Trojanowski (1904-1988), przedwojenny reporter, póź- 
niejszy dziennikarz Radia Wolna Europa. Powinno być: "Szkoda, że Państwo tego nie mogą wi- 
dzieć!"; zob. H. Markiewicz, A. Romanowski, Skrzydłate słowa. Warszawa 1990, s. 668. 
2 Właśc. tytuł obrazu: Papierowa chmura. 
3 Prawdopodobnie chodzi o obraz Zszywane chmury 11 z 1978 lub Mała zszywana chmura 
z 1979r. 


181
>>>
ności. Wtedy nie mówiło się jeszcze, a w każdym razie nie mówiło się tak głośno jak 
dziś, o "dziurach ozonowych" i konsekwencjach niszczenia naturalnego środowiska. 
Dla Hilarego już wtedy jednak to był jeden z centralnych tematów. Bo przecież wiąże 
się on z czymś podstawowym dla każdego artysty - ze sprawą mocy twórczych 
i niszczycielskich człowieka. Z życiem i ze śmiercią. Jesteśmy przy ostatnim - i chy- 
ba najciekawszym - okresie twórczości malarza. Pisała o nim Barbara Palestrowa po 
retrospektywnej wystawie obrazów Hilarego Krzysztofiaka w paryskiej galerii Lambert 
w 1982 roku: 


Płótna z tych lat, utrzymane w bajecznym kolorze, jaśnieją takim blaskiem, że 
przestrzeń, którą wypełniają, staje się automatycznie jasna i radosna. Jest to tajemnica 
techniki Hilarego - techniki, która sprawia, że te obrazy wydają się nam malowane nie 
kolorem, ale samym światłem. Jest to cecha niezależna od użytego koloru: jeśli tło jest 
czarne, to wystarczy Hiłaremu umieścić obok jedną małą chmurkę niebieską, aby całe 
płótno zagrało światłem. Gdzie indziej, jak na przykład na obrazie zatytułowanym Ate- 
ny, kiłka ukośnych, pomarańczowych strzał rozjaśnia też ciemne, zamknięte tł0 4 . 


Zacznijmy jednak od początku. Podpisywał swe obrazy zawsze imieniem: Hilary. 
Później - już po wyjeździe z kraju w 1968 roku - imię stało się nazwiskiem, zaś 
nazwisko, Krzysztafiak, stało się imieniem. Christopher Hilary5 - Hilary Krzyszto- 
fiak. Urodził się w Szopienicach w 1926 roku. O swoim śląskim rodowodzie, dzieciń- 
stwie i młodości spisał wspomnienia, opublikowane w kraju na łamach "Zapisu" 
w 1981 roku 6 . Warto zapoznać się z tym tekstem, napisanym z werwą i talentem, dale- 
kim od tendencji do "brązowienia" własnej postaci, a ukaz
ącym - z bardzo osobi- 
stego punktu widzenia - specyfikę i charakter okolic i ludzi . 
W 1976 roku udzielił wywiadu Tadeuszowi Nowakowskiemu. Mówił w nim o po- 
czątkach działalności artystycznej: 
Hilary: Pierwsze kroki [stawiałem] jako artysta, jako amatoL Jeszcze w czasie wojny 
moim opiekunem po śmierci mojej matki był malarz amator, który mnie właściwie na- 
uczył pierwszych kroków. Później pojechałem do Warszawy, po wojnie. Byłem w li- 
ceum, później oczywiście w Akademii u profesora Buszka i u profesora Włodarskiego. 
Właściwie od profesora Buszka wyniosłem jak najwięcej, dlatego że się nauczyłem, ja- 
kiś tych, manualnych rzeczy - technicznych. 
Tadeusz Nowakowski: Wszyscy mówią, że pański warsztat jest znakomity, że właśnie 
w odróżnieniu od innych plastyków pan ma rzemiosło, w małym palcu, że pan potrafi, 
tak jak dobry artysta, nawet pędzel sam zrobić. 


4 B. Palestrowa, Wystawa Hiłarego w Gałerii Lambert, Nasza Rodzina (Paryż) 1982 nr 
9(456), s. 10-12. Wystawa w paryskiej Galerie Lambert prowadzonej przez Kazimierza i Zofię 
Romanowiczów miała miejsce od 3 czerwca do 3 lipca 1982 L: zob. też: T. Mieleszko, Wystawa 
obrazów Hiłarego w Paryżu, Tydzień Polski (Londyn) 1982 nr 26, s. 3. 
5 Hiłary oficjalnie zmienił nazwisko na Christopher Hiłary w 1977 L po otrzymaniu obywa- 
telstwa amerykańskiego. 
6 H. Krzysztofiak, Nieukończona autobiografia, Zapis 1981 nr 20, s. 73-93. Przedruk w: 
Śląsk 1996 nr 5-6: Hiłary (Hiłary Krzysztafiak). Małarstwo i rysunek. [Wystawa przygotowana 
przez Muzeum Narodowe w Warszawie], oprac. H. Kotkowska-Bareja, E. Zawistowska, War- 
szawa 1997, s. 90-141 (tam także tłumaczenie na język ang. i niem.). 
7 O wspomnieniach Hilarego w liście (20.05.1980) do Krystyny Miłotworskiej-Hiłary tak 
pisał Zygmunt MycieIski: ,,[...] Fenomenalnajest autentyczność tych wspomnień, ich (brutalnie) 
wyrażona prawda. Świetny język. [...] Autentyzm tego jest niezwykły [...]. To jest gdzieś z wy- 
brzeży Hłaski czy autora Współnego pokoju, którego nazwisko przy sklerotycznej mojej pamięci 
wyleciało mi z głowy... Uniłowski - przypomniałem sobie": patrz: Hiłary {Hiłary Krzyszta- 
fiak)..., s. 84-85. 


182
>>>
H.: T o też jest wynikiem tej grupy, która była zorganizowana w 1953 roku w Katowicach. 
[Jako] program tej grupy mieliśmy Teorię widzenia Strzemińskiego. Metodycznie prze- 
pracowaliśmy całą historię sztuki na obrazach, to co w teorii Strzemińskiego jest nie było 
żadnego narzucania z góry jakiegoś kierunku malarzowi przez to, że miał człowiek potem 
ten arsenał możliwości w każdym kierunku, wybierał właściwie swój kierunek, swoją 
drogę artystyczną. Najtrudniej jest właściwie samemu mówić o sobie, ale można powie- 
dzieć, że gdzieś oscyluję w stronę surrealizmu, to jest tak pomiędzy symbolizmem a sur- 
realizmem. 
T.N.: Niech pan opowie własnymi słowami jakiś swój obraz. 
H.: Własnymi słowami jak opowiedzieć obraz? To jest najtrudniejsze co może istnieć 
na świecie. No mógłbym opisać jeden z obrazów, który właśnie tu mam w katalogu 
przed sobą pod tytułem Blinde Nachtvogeł, czyli Nocne śłepe ptaki. Konary drzew, na 
których ptaki jak zabawki, ślepe. W pejzażu zupełnie surrealistycznym, kula, żuczki, co 
więcej opisywać? Kolor jest w zieleniach, błękitach, brązach. 
T.N.: To są oleje? 
H.: Głównie oleje, kompozycje. Tematyka ma coś wspólnego z ochroną środowiska. 
Niewątpliwie także jest tam jakiś bunt w moim malarstwie przeciwko temu, że ta natura 
jednak ginie, umiera, że wszystko człowiek robi, żeby to zniszczyć. W sumie są to ob- 
razy dość wesołe w kolorycie i barwne, jasne, ale tematycznie to jest dość pesymi- 
styczne. W ogóle na przyszłość człowieka. 
T.N.: Ja sobie przypominam jakiegoś krytyka, który powiedział, że oglądając obrazy 
Hiłarego ma wrażenie, że widzi muchomory. Muchomory są to bardzo piękne grzyby, 
ale jest ta słodycz w nich - trucizny. 
H.: Tak. 
T.N.: Jeszcze jedno pytanie. Czy pobyt w środowisku obcym daje impulsy twórcze? 
H.: Owszem, tak. Chociażby to, że jest niesamowicie dużo malarzy w Niemczech, we 
Francji, wszędzie. Jakaś ogromna skala tego wszystkiego [powoduje], że natychmiast 
człowiek jest wiecznie dopingowany do szukania własnej drogi, żeby się nie powtarzać, 
żeby kogoś nie naśladować 8 . 
Jak pisał o nim Jan Zieliński: 
momentem przełomowym w biografii artystycznej Hilarego zdaje się być zerwanie 
z Akademią Sztuk Pięknych w czasie przygotowywania utrzymanej w obowiązującym 
wówczas stylu socrealistycznym [był to 1953 rok - K. T.] pracy dyplomowej: olbrzy- 
miego fresku przedstawiającego Ludwika Waryńskiego [...]9. 
Pisał o tym Hilary Krzysztofiak w swoich wspomnieniach: "przy rysowaniu paznokci 
W
kiego zbuntowałem się i wyszedłem z akademii, by już nigdy do niej nie powró- 
cić" o. Wraca na jakiś czas na Śląsk, i należy tam do współzałożycieli grupy ST-53 11 . 
W 1955 obrazem, który wywołał naj zagorzalsze spory wokół młodej sztuki - wystawianej 


8 Fragment wywiadu Tadeusza Nowakowskiego z Hiłarym o początkach działalności arty- 
stycznej, nadanego w RWE w 1976 r. Wywiad nie był publikowany. 
9 W audycji wykorzystano fragment tekstu, udostępnionego przed publikacją Krystynie 
Miłotworskiej-Hilary przez autora. Pierwodruk: ]. Zieliński, Hiłary: obraz ałbo świat caly, Odra 
1992 nr 5, s. 61-66: wersja poszerzona w: Hiłary {Hiłary Krzysztafiak)..., s. 10-30. W przypi- 
sach Fo0wołano się na wersję z katalogu w Muzeum Narodowym. 
oH. Krzysztofiak, Niedokończona..., s. 93. 
11 Grupa ST-53 powstała w Katowicach z inicjatywy Konrada Swinarskiego i Klaudiusza Ję- 
drusika w 1953 r. Pierwszy człon nazwy oznaczał skrót nazwy miasta - Stalinogród, nazwiska 
Władysława Strzemińskiego (program grupy został oparty najego Teorii widzenia) oraz wskazanie 
na studyjny (roboczy, samokształceniowy) charakter grupy. Zob.: A. Krypczyk, Studyjność w Stali- 
nogrodzie. Historia Grupy St-53, [w:] ST-53: twórcy, postawy, śłady: katowicki underground arty- 
styczny po ł953 roku. [Katalog wystawy], red. A. Niesyto, Katowice 2003, s. 10. 


183
>>>
w warszawskim Arsenale l2 - była Szczęka Krzysztofiaka. Pisał o tym obrazie Roman 
Zimand: 


Na tle z granatu i złamanej zieleni czysta, jakby spreparowana, końska szczęka. 
Mimo braków w subtelności odczuwania domyślam się, że nie jest to po prostu szczę- 
ka, ale [...] SZCZĘKA.Y. 


W taki to sposób młody wówczas artysta szczerzył namalowane przez siebie koń- 
skie zęby do kończącego się ponurego okresu socrealizmu. Przechodził w owym okre- 
sie Hilary fascynację malarstwem abstrakcyjnym, twórczością Picassa, sztuką ludową, 
pisano o wpływach meksykańskich na jego obrazy. Zdobywał nazwisko i rozgłos, 
pisano o jego twórczości na łamach ówczesnych pism kulturalnych. W obszernym 
artykule o malarstwie Hilarego Jan Zieliński sporo miejsca poświęcił tematyce religij- 
nej, a zwłaszcza cyklowi Chrystusów z lat 60., tworzonych techniką mieszaną, z uży- 
ciem pędzla i dodanych do obrazów elementów - odpustowych kwiatów i grzybków, 
aluminiowych łyżek, kawałków metalu. W obrazach tych, pisał, "zamyka się cykl 
śmierci i odrodzenia, zyskują one pełnię także w wymiarze czasowym" 14. 
Zajmował się też Hilary grafiką. Był redaktorem graficznym tygodnika "Po pro- 
stu", a po jego zamknięciu w 1957 roku kierował stroną artystyczną pisma "Ruch Mu- 
zyczny". Pracował też jako scenograf, projektując dekoracje i kostiumy między innymi 
do sztuk Mrożka, Ionesco i Pintera 15 . W 1957 roku brał udział Krzysztofiak w zbioro- 
wym projekcie kościoła w Nowej Hucie, zaprojektował tam Drogę Krzyżową. Projekt 
nie został zrealizowany z powodów politycznych. Jak to oficjalnie uzasadniano: wieża 
kościelna nie może być wyższa od kominów huty. 
Polskę opuścił Hilary w 1968 roku, wyjeżdżając do Holandii z wystawą obrazów 16 . 
Następnie zamieszkał w Niemczech Zachodnich, w Monachium. Józef Czapski, który 
odwiedził jego pracownię, pisał po śmierci Hilarego: 
Wszystko co wzrokiem przeżył i doświadczył przemienia w pejzaże abstrakcyjne, 
bukiety fantastyczne, nieba niesamowite etc. 
Białe pełne kwiaty, róże przypominające, przyjrzawszy się z bliska to kule zawinięte 
z zadrukowanego delikatnego papieru rzucone na stos mikroskopijnych trawek i gałązek. 
Czarna płaszczyzna, na której czerwona pomarańcza staje się księżycem w pełni. Albo 
nieba o kolorycie niezmiernie delikatnym, na którym znów rozkwita ogromny, biały tuli- 
pan. Tulipan? Ale to tylko zamknięty jak kwiat biały tiul. Duże płótno o szarych brązach 
- widzimy tylko dwa skrzydła, ale te skrzydła syntetycznie ujęte nie mają nic ani z mate- 
rii, ani z koloru skrzydeł - i ich ruch jedynie, są one może z dykty czy z papieru do pa- 
kowania? Artysta to płótno nazywa Nike. Zarośla, dżungle, stale malowane z prawie mi- 


12 Ogólnopolską Wystawę Młodej Plastyki pod hasłem "Przeciw wojnie, przeciw faszy- 
zmowi" prezentowano w warszawskim Arsenale od lipca do września 1955 r. Była to pierwsza 
próba odejścia od realizowania w sztuce zasad i założeń realizmu socjalistycznego. 
13 R. Zimand, Protest i nowatorstwo, Przegląd Kulturalny (Warszawa) 1955 nr 30, s. 3. 
14]. Zieliński, Hiłary..., s. 16. 
15 W 1961 r. projektował scenografię do trzech jednoaktówek przygotowanych przez Kry- 
stynę Meissner w ramach warsztatu reżyserskiego (premiera 21 czerwca w Teatrze Ateneum). 
Były to: Escuriał Michela de Ghelderode, Samoobsługa Harolda Pintera i Na pełnym morzu 
Sławomira Mrożka. W maju 1969 r. w Teatrze w Diisseldorfie odbyła się premiera Indyka Sła- 
womira Mrożka w scenografii Hiłarego. Zob.: Hiłary {Hiłary Krzysztafiak)..., s. 168, 178. 
16 Wystawa indywidualna Hiłarego miała miejsce w Galerie De Graaf w Schiedam (Holan- 
dia) w dniach 8 czerwca - 3 lipca. Zaprezentował na niej nieznane dotychczas prace, specjalnie 
przysłane z kraju przez żonę Krystynę. 


184
>>>
kroskopijną precyzją, pierś biało-złota kobiety, której nie ma, pierś w wieńcu delikatnych 
fioletów. 
Te formy abstrakcyjne, jakby wyrastające z lasów tropikalnych, ze snów niesamo- 
witych, przypomniały mi nagle zadziwiający obraz Maxa Ernsta, tego już klasyka sur- 
realizmu. Jego Wiełki łas robiący wrażenie potężnego tropikalnego gąszczu, w rzeczy- 
wistości to parę deszczułek w cętki chyba na stole ustawionych, na szarym tle ze świe- 
tlistym kołem. Skąd to złudzenie potęgi? Sekret proporcji?17 
Dostrzega też Czapski pewne powinowactwa malarstwa Hilarego z niektórym i 
płótnami Salvadore Dali i Magritte'a. Szybko zdobywa uznanie i znajduje nabywców 
swoich prac na Zachodzie. Wystawia obrazy w galeriach Monachium, Kolonii, Dussel- 
dorfu, a także w Holandii. Zaczyna być coraz bardziej znany i ceniony. W Niemczech 
jednak nie czuje się najlepiej. Po otrzymaniu nagrody Jurzykowskich 18 postanawia na 
stałe przenieść się do Stanów Zjednoczonych. 
Już na początku odnosi wielki sukces artystyczny - i finansowy, bo to z reguły 
idzie ze sobą w parze - w Waszyngtonie 19 i w Nowym Jorku. Zamierza kupić dom 
w Virginii i tam osiąść 2o . "Przez morze przepłynął, u brzegu utonął. - Pisze o nim 
Józef Czapski - Tak się kończy trzecie wcielenie tego malarza,,21. 
Można by długo jeszcze mówić o malarstwie Hilarego, na przykład o jego cyklu 
portretów, malowanych w Ameryce, zatytułowanym Milionerki z Palm Beach 22 , 
w których posługując się techniką mieszaną stworzył z lekka ironiczne portrety starze- 
jących się kobiet, które korzystają ze wszystkich dostępnych sposobów, by zamasko- 
wać upływ czasu. Albo o jego Ogrodzie rzymskim z 1975 roku, gdzie kłębią się prze- 
mieszane formy organiczne żywe i martwe dokoła wyrastającego z lewej strony obrazu 
kawałka ceglanego muru, zarysu amfory - symbol nieustannej przemienności ludzkiej 
historii z bujnością form naturalnych. Pora jednak zbliżać się do końca tej audycji - 
oddajmy więc głos artyście, który pisał o sensie sztuki: 
Dzisiaj artysta malarz tworzy nie pojedyncze dzieło, lecz cały swój świat, swoje JA. 
Nie wystarczy, że jest po prostu artystą malarzem, twórcą. Musi tworzyć swoją estetykę 
i reguły własnej artystycznej rzeczywistości. [...] Konsekwencją takiego pojmowania 
twórczości musi być całościowo ujmowane dzieło, którego pojedynczy obraz jest cza- 
sem tylko fragmentarycznym elementem, czasem zaś pierwszym krokiem, postawio- 
nym na nowej drodze, czasem już końcem, kresem, a winnymjeszcze Erzypadku może 
być przejściowym etapem, niezbędnym przy tworzeniu swojego świata 3. 


Dorobek zmarłego w 1979 roku malarza jest dziś rozsypany w Niemczech, w Holan- 
dii, w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Nie wiadomo, jakie są losy płócien, pozosta- 
wionych przez niego w Warszawie. Kiedy małżonka Hilarego, Krystyna Miłotworska 


17 J. Czapski, Przez morze przepłynął, Kultura 1980 nr 1-2 (388-389), s. 175-176. 
18 Hiłary otrzymał nagrodę Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego za całokształt swojej twór- 
czości w 1976 r. 
19 W dniach 24.01-10.02.1979 Hiłary wystawiał swoje obrazy w jednej z najbardziej zna- 
nych i prestiżowych galerii waszyngtońskich, Franz Bader Gallery: zob.: [E. Mieroszewska], 
EM, Sukcesy połskiego artysty w Waszyngtonie, Tydzień Polski (dodatek do "Nowego Dzienni- 
ka) (Nowy Jork) 3/4.03.1979. 
20 W kwietniu 1978 r. Hilary wraz z żoną, kupili dom w Falls Church w Virginii. Mieszkał 
w nim do śmierci we wrześniu 1979 r. 
21]. Czapski, Przez morze..., s. 176. 
22 Cykl znany także jako Milionerki z Fłorydyskłada się z dziewięciu portretów. 
23 Maszynopis z prywatnego archiwum artysty (własność Krystyny Miłotworskiej-Hiłary). 
Przedruk w nieco zmienionej wersji w: Hiłary {Hiłary Krzysztafiak)..., s. 145-146. 


185
>>>
podjęła pracę w radiu Wolna Europa - w 1969 roku - pracownia artysty została za- 
plombowana przez funkcjonariuszy SB. Co się stało z pozostawionymi tam obrazami?24 
W interesie kultury polskiej jest odzyskanie ich i udostępnienie publiczności. Bo Hilary 
- jak pisał Józef Czapski - należy do czołowej grupy malarzy swojego pokolenia, 
należy do Polski. 


*** 


Była to audycja "Polscy twórcy na emigracji", poświęcona życiu i twórczości ma- 
larza, Hilarego Krzysztofiaka. Program - w którym wykorzystaliśmy nagranie z ar- 
chiwum naszej Rozgłośni - przygotował i prowadził Konrad T atarowski. 
Oprac.: Joanna Krasnodębska 


24 Historię zaginionych obrazów opisała Barbara Stanisławczyk w artykule Po prostu nikt 
(Gazeta Wyborcza, 9.1 0.1991). 


186
>>>
. ma Arena" 
Okładka czasopiS "
>>>
Fryderyk ]arosy
>>>
-.o1l-
 



') 


. 
....' 



.... . 


. -ił- "!'. . 
.
 . 

. 



 


- -F-ł"'. ,.-... - 
.'-; 
-""'_ - "'2! - .
 


-..,. 


,... 


: ! 
. 


'- 


-:
 " 


"" ';A 


r
 


- 
- 



 


r- 


.
..' 


.-:"'\... 
 
. ol
. - , 

" . 


=:-:,...,.. 


.. 


'. 


... 


-" 



 



 
........ 


.1It . 
., 



.. 
S... 


... 



.
. 


.
.,-':- , 
 


... 


-
;:

'-s./ ! 
5'-- 
,.' 
"""
,-- 
-r 


-. po 
.,...,.;...;. 
- _.__0 ",._ 
:_
_
?
J"_;;; . 


Mieczysław Grydzewski w Hiszpanii, koniec lat 50. XX wieku
>>>
, 
, 



' 


II 


'. 
, 
'"-' \ '\.:--..... '.. 


..... 


...... I 



' 


- r::- 


f 


, } 


...... 


'. 
.
 
, 'I 
I '\:I 
l' 


Hilary (z lewej) z Tadeuszem Celtem-Chciukiem na tle obrazu Ślepe, nocne ptaki 
(z tyłu Danuta Mierzanowska) w Galerie Wolfgang Kieslich, Monachium 1976 r.
>>>
,!I' 

 . 


. .- 
 


-_-.-_ 'L 
i. i,. 


... 


'I 


)' 
,


:;,;,; 


Bogdan Czaykowski
>>>
}I:
: 


- 


. 


Henryk Hiż
>>>
" 


-...... 


.... 


'\ 


, \. 
, 


. \ 


Antoni PospieszaIski
>>>
. . . 
 
..--__. eJ' 
...... ..... 
-.. . 
I f4 ,\ 1, . -..- 
'f '
 lA tz...
.!. 
. ..-
 
 
.. I 
t 
4 I :1 I 
I L -r 


ol ._11111 


. 
, r 





..-ł-,a,.- 
- 
 


I . .,J' 


. 

.... 
...


...;". 
". 
 


, 
". -:-" 


. I, , 
--- 


"""- 


.... 


- 
-ł' 


"-T 



 


_-:;o 


Marian Kościałkowski w Paryżu
>>>
PRACE MARIANA KOŚCIAŁKOWSKIEGO
>>>
-' 


-- 


,
-
-
 


,0 


" 
, ; 


I ' 



 


",.,.
 


---.
 



\_


O- . 
'. 


..""-+' 



'I' 


-', " 


'./1 j _" 


., 
.1" 


_/ . , 


-=-
 . 
'
.j?
J' 
. - 
 ,t:/( 
r- y -- . 
'
t 
/; , 

". ij 


/, 


-. 


, , 


, 
,  


'f 


i / 


... 


/ 


I' ,l 

 ';,.-1 
... -,//,j 
( , 


.,, , 
-// ' 


1: 


" 


" 


I / /. 
) 


-- 


?:- 


;}f 
.

C 
7? 
#-:7....,d 
v !t' 4 
, ., 


" 


, ' 
"f I 
,t 't 
. v, 


. .
t, 
, .' 


, I
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt l (10) 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


"BYŁO WE MNIE WIELE TOŻSAMOŚCI DRAMATYCZNYCH" 
BOGDAN CZAYKOWSKI (1932-2007) 


W jednym z ostatnich wierszy Bogdan Czaykowski napisał: 


Nie można wszystkich objąć 
Nawet gdybyś chciał 
Nie można wszystkich dotknąć 
Nawet gdybyś się rozszarpał 
Na miliard skrawków sk óry 1. 
Ta racjonalna skądinąd deklaracja świadomości porażki poznania całościowego 
nigdy jednakże ani w przestrzeni twórczości, ani w życiu Bogdana Czaykowskiego nie 
przekreślała nieustannie podejmowanych prób dotarcia do istoty rzeczy, zbadania sensu 
istnienia czy po prostu zdobycia jak największej ilości doświadczeń. Kierując się tą 
myślą, warto więc, pomimo wiedzy, że będzie to Różewiczowski "zawsze fragment", 
odważyć się na krótkie sportretowanie osoby i dorobku jednego z naj wybitniejszych 
polskich poetów współczesnych, którego "maski nie są na ukrycie" (v!yznania aferzy- 
stJ3, a problem jawnie tematyzowanej biografii wespół z kwestią ciągle dookreślanej 
tożsamości stanowi chyba najważniejszy motyw poezji. 
Bogdan Czaykowski urodził się 10 lutego 1932 roku w Równem na Wołyniu. 
W 1940 roku jako ośmioletnie dziecko został wywieziony wraz z rodziną do Związku 
Radzieckiego, gdzie przebywał kolejno w obozie w okolicach Wołogdy, w kołchozach 
w Kujbyszewie i koło Samarkandy, w Kermine i w Aszchabadzie. W 1942 roku wyje- 
chał z polskim sierocińcem do Meszhedu w Persji, a następnie do Indii. W latach 
1942-1946 przebywał w Jamnagar, gdzie ukończył polską szkołę powszechną i zaczął 
pisać pierwsze wiersze. Następne dwa lata spędził w obozie w Valivade, tam też 
uczęszczał do polskiego gimnazjum i tłumaczył na język polski Gitanjali Rabindrana- 
tha T agore. W 1948 roku wraz z matką dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie kontynuował 
naukę i zdał egzaminy maturalne (angielski w 1950 roku, polski rok później). Następ- 


1 B. Czaykowski, Nie można wszystkich objąć, [w:] tegoż, Jakieś ogromne szczęście. VWer- 
sze wybrane z łat ł956-2006, przedm., wybór i oprac. B. Szałasta-Rogowska, Kraków 2007, 
s.357. 


187
>>>
nie studiował historię nowożytną w dublińskim University College, zaś w latach 1955- 
1959 polonistykę w School of Slavonic and East European Studies. W 1955 roku zade- 
biutował też jako poeta na łamach londyńskiego miesięcznika studenckiego "Merku- 
riusz Polski" i paryskiej "Kultury". W następnym roku jeden z najbardziej znanych 
utworów Bogdana Czaykowskiego Bunt wierszem pojawił się też w krajowym "Po 
prostu". W czasach studenckich Bogdan Czaykowski był związany z działającą w Lon- 
dynie grupą poetycką, do której należeli obok niego m.in. Andrzej Busza, Adam Czer- 
niawski, Florian Śmieja, Bolesław Taborski i Janusz Artur Ihnatowicz. W latach 1960- 
1962 był redaktorem naczelnym pisma tej grupy - miesięcznika "Kontynenty". Jesz- 
cze w Anglii Czaykowski wydał swoje trzy pierwsze tomiki poetyckie: Trzciny czcio- 
nek (1957), Reductio ad absurdum i przezwyciężenie (dialektyka wiersza) (1958) i Sura 
(1961). W 1962 wyjechał do Kanady, gdzie otrzymał propozycję objęcia stanowiska 
wykładowcy języka i literatury polskiej na University of British Columbia w Van- 
couver. Z uczelnią tą był czynnie związany do 1997 roku, prowadząc wykłady nie tylko 
z języka i literatury polskiej, ale też z historii Europy Środkowo-Wschodniej oraz lite- 
ratury wschodnioeuropejskiej w przekładach. W latach 1971-1988 był też kierowni- 
kiem slawistyki na tymże uniwersytecie, a w latach 1995-1997 kierownikiem Progra- 
mu Studiów Europejskich. Zmarł po ciężkiej chorobie 16 sierpnia 2007 roku w Van- 
couver. 
Bogdan Czaykowski był poetą, tłumaczem literatury polskiej, kanadyjskiej, rosyj- 
skiej i angielskiej, krytykiem literackim, antologistą, eseistą, historykiem, prozaikiem, 
wieloletnim wykładowcą uniwersyteckim i organizatorem życia literackiego kanadyj- 
skiego środowiska polonijnego. Wydał w sumie dziesięć zbiorów wierszy, w tym Spór 
z granicami (Paryż 1964), Wiatr z innej strony (Kraków 1990), Okanagańskie sady 
(Wrocław 1998) oraz dosłownie na kilka miesięcy przed śmiercią Ziemioskłon (Toronto 
2007) i Jakieś ogromne szczęście. Wiersze wybrane z lat 1956-2006 (Kraków 2007) - 
tom, który w kwietniu 2008 roku został nominowany do nagrody w konkursie o Śląski 
Wawrzyn Literacki. Utwory Bogdana Czaykowskiego znalazły się też w wielu antolo- 
giach, między innymi w Rybach na piasku (Londyn 1965), Opisaniu z pamięci (War- 
szawa 1965) i The Burning Forest (Newcastle upon Tyne 1987). Bogdan Czaykowski 
jest też autorem Antologii polskiej poezji na obczyźnie, 1939-l996 (Warszawa- Toronto 
2002) oraz licznych przekładów poezji polskiej na język angielski, w tym (z Andrze- 
jem Buszą) Mirona Białoszewskiego The Revolution of Things (Waszyngton 1974) oraz 
Gathering TIme: Five Modern Polish Elegies (Mission 1983). Ogłosił liczne prace 
krytycznoliterackie (po polsku i po angielsku), m.in. o twórczości Adama Mickiewicza, 
Juliusza Słowackiego, Cypriana Kamila Norwida, Czesława Miłosza czy Adama Czer- 
niawskiego. Bogdan Czaykowski był także laureatem wielu prestiżowych nagród lite- 
rackich m.in.: Nagrody im. S. Strońskiego (1959), Nagrody Młodych Związku Pisarzy 
Polskich na Obczyźnie (1960), Nagrody Fundacji im. KościeIskich (1964), im. K. Wie- 
rzyńskiego (1969), Fundacji im. Turzańskich (1992) oraz Killam Prize for Excellence 
in Teaching (1996). 
Spośród wielu zarówno prywatnych, jak i społecznych ról pełnionych przez Bog- 
dana Czaykowskiego naj ciekawszą i naj istotniejszą, a chyba także przez niego samego 
cenioną najbardziej, było "bycie poetą". Właśnie tak: "bycie poetą"! Nie, "granie po- 
et y", "bywanie poetą" czy "pisywanie wierszy". Bogdan Czaykowski pojmował poezję 
bardzo szeroko, obejmując tą zaszczytną nazwą nie tylko obszary lingwistycznej este- 
tyki, ale też, jak pisał w odpowiedzi na ankietę Po co piszę?: 
Akty dobroci, akty mądrości, akty szczęścia, miłości, lubienia, akty czaru i powagi 
rzeczywistej, współczucia i zrozumienia, wyrzeczenia i przebaczenia, bezinteresow- 


188
>>>
nych darów, uśmiechu i radości należą do dziedziny poezji w jej rozciągłości najszer- 
szej. Nie jest dobrze, kiedy tworzymy ją tylko w słowach. Być chłonnym, czułym, słu- 
chającym i słyszącym, patrzącym i widzącym, to już dużo. 
Poezję rozumianą w ten sposób traktował niezwykle serio i pomimo zagarnięcia 
w jej krąg wielu dziedzin, nie pozwalał na szastanie tym słowem. Pamiętam, jak się 
żachnął, kiedy podczas kolacji w Vancouver jeden z jej uczestników użył określenia 
"poezja smaku", degustując kawałek sera gruyere... Nie obyło się wówczas bez do- 
kładnych wyjaśnień sensu i kontekstu tejże metafory, która całkiem przypadkiem zaini- 
cjowała fantastyczną rozmowę o ontologii poezji. 
Bogdan Czaykowski jako poeta świadomie wybrał język polski, choć mógł prze- 
cież tworzyć także w języku angielskim, był bowiem dwujęzyczny. Jego, tworzona 
przez przeszło pięćdziesiąt lat, poezja ewoluowała od romantycznego buntu przeciwko 
niezawinionej krzywdzie dzieciństwa, poprzez dramatyczne próby dookreślenia wła- 
snej, rozumianej wieloaspektowo tożsamości, poprzez motywy podróży, tułaczki czy 
bezdomności do ukojenia rozedrganych nerwów w pejzażu kanadyjskim, by w ostat- 
nim okresie wkroczyć na obszar paradoksalnie optymistycznej elegijności i transcen- 
dencji. 
Wiersze te powstawały w różnych okolicznościach. Bogdan Czaykowski opowia- 
dał kiedyś o wersach zapisywanych nawet na odwrocie biletu kolejowego... Ostatecz- 
ny kształt utworu, który miał zaprezentować czytelnikowi, był przedmiotem jego nie- 
zwykłej troski nawet w obliczu wyroków ostatecznych. W ostatnich miesiącach życia, 
pokonując ból, dokonywał korekty nowych, niepublikowanych dotąd wierszy, mają- 
cych się ukazać w podsumowującym jego dorobek wyborze Jakieś ogromne szczęście. 
Mieszkając w Kanadzie pisał: "Miejsce jest nie istotne / miejsce w ogóle jest nie- 
istotne" (Miejsce i czas), w Okanagańskich sadach określał siebie mianem "ziemca", 
wyrzekając się wąsko rozumianej tożsamości etnicznej, dostrzegał bogactwo wielo- 
kulturowości, podkreślał postawę otwartości i tolerancji, ale jednocześnie bezustannie 
propagował kulturę polską zagranicą, stworzył polonistykę na Uniwersytecie Brytyj- 
skiej Kolumbii, analizował ze swoimi studentami wiersze Miłosza, Herberta, Leśmia- 
na, napisał podręcznik do nauki języka polskiego jako obcego, tłumaczył poezję polską 
na angielski. . . 
Oczywiście można teoretycznie zastanawiać się, jakie miejsce przypadłoby poezji 
Bogdana Czaykowskiego, gdyby przyszło mu tworzyć w Polsce, a nie na emigracji. 
Być może zmianie uległaby wówczas problematyka wierszy, nieznacznie zmieniła się 
akceptowana tradycja literacka czy lekko przygasłaby wyostrzona znaczeniowo, dzięki 
codziennemu kontekstowi języka angielskiego, leksyka wierszy... Jednakże, jak sądzę, 
jedno stwierdzenie pozostałoby niezmienne niezależnie od miejsca zamieszkania auto- 
ra - Bogdan Czaykowski był jednym z naj oryginalniejszych polskich poetów tworzą- 
cych po II wojnie światowej. 


Bożena Szałasta-Rogowska (Katowice)
>>>
LOGIK, FILOZOF JĘZYKA, ETYK 
HENRYK HIŻ (1917-2006) 


Henryk Hiż, uroczy, niezmiernie kulturalny starszy pan, na emeryturze mieszkał 
w Cape May, miejscowości położonej na wspaniałym plażowym półwyspie New Jer- 
sey. Na emeryturę przeszedł w 1988 roku po latach nauczania na Uniwersytecie Pen- 
sylwanii (University of Pennsylvania), zaliczanego do ścisłej czołówki amerykańskich 
uczelni, z grupy Ligi Bluszczowej (Ivy League). 
Wykładał wcześniej na wielu prestiżowych amerykańskich uniwersytetach - 
Uniwersytecie Nowojorskim (New York University) i nowojorskiej Columbii. Jego 
specjalizacją była filozofia języka, ale jak każdy filozof wykształcony w kręgu tzw. 
szkoły lwowsko-warszawskiej, interesował się żywo logiką i matematyką; w latach 
1949-1950 był adiunktem na wydziale matematyki Uniwersytetu Warszawskiego. 
Jednak krótka próba zakotwiczenia się w kraju po wojnie skończyła się rozczarowa- 
niem. W 1950 roku wyjechał z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie wcześniej 
w 1948 roku zrobił doktorat na Uniwersytecie Harvarda pod kierunkiem wybitnego 
filozofa Willarda Van Orman Quine'a. I już w USA pozostał. Nie był zresztąjedynym 
z polskich filozofów, którzy po 1945 roku rozpoczęli pracę w Ameryce: Alfred Tarski, 
wyjechał w 1939 i ostatecznie osiadł w Kalifornii, Henryk Mehlberg był w Chicago, 
Bolesław Sobociński w Indianie, Andrzej Ehrenfeucht i Jan MycieIski w Kolorado, 
Jerzy Krzywicki w Nowym Jorku. Prof. Hiż mówił, że Tarski kiedyś policzył, iż 
w 1970 roku w Ameryce tylko około 700 absolwentów matematyki było z Uniwersy- 
tetu Warszawskiego. 
Henryk Hiż przyjechał do USA w 1946 roku w wyniku zawieruchy wojennej. Po 
powstaniu warszawskim (pracował w konspiracji dla AK jako szyfrant) został wywie- 
ziony do Niemiec i koniec wojny zastał go w Lubece. 
Mimo iż w latach 1937-1939, 1940-1944 studiował filozofię na Uniwersytecie 
Warszawskim, m.in. pod kierunkiem Tadeusza Kotarbińskiego i częściowo w konspira- 
cyjnych warunkach, to jednak ponownie zapisał się na filozofię na Universite Libre 
w Brukseli. Uzyskał tu licencjat i wraz z żoną wyjechał razem z wielką falą polskich 
powojennych uchodźców do Ameryki. 
Jako 32-letni człowiek o wyniesionych z domu raczej lewicowych poglądach (był 
jednym z założycieli Klubu Demokratycznego), podejmuje w 1949 roku nieudaną 
próbę powrotu do kraju. Potem osiedla się na stałe w USA, gdzie - jak mówił z pew- 
ną ironią - w międzynarodowym środowisku logików, filozofów, matematyków 
ijęzykoznawców oduczył się absolutyzmu warszawskich logików i zaczął skłaniać się 
ku, jak to nazywał, "światłemu behawioryzmowi". Język był dlań jedną z form ze- 
wnętrznych zachowania się ludzi i tylko na podstawie tego, co mówią można odtwo- 
rzyć sposób ich rozumowania, metodę wyciągania wniosków, rekonstruować ich mil- 
cząco przyjmowane przesłanki myślenia. 
Interesował się głównie filozofiąjęzyka i na ten temat sporo publikował, głównie 
po angielsku, ale także po francusku, niekiedy - po polsku. Poszukiwał w języku 
elegancji, rygoru i precyzji, które to cechy odnaleźć można w logicznie uporządkowa- 
nej mowie, w elementarnych, prostych jednostkach zdaniowych. 


190
>>>
Podobnie jak wielu innych przedstawicieli szerokiego nurtu widzącego zadanie fi- 
lozofii w analizie języka (nauki), również Henryk Hiż głęboko interesował się etyką. 
Od młodzieńczych lat - jak twierdził. Tu nawiązywał przede wszystkim do utylitary- 
zmu Benthama, ale swoiście "negatywnie" zinterpretowanym. Miast koncepcji naj- 
większego dobra dla jak największej liczby ludzi, Hiż lansował zasadę skromniejszą 
i praktycznie łatwiej wykonalną - zasadę umniejszania cierpień. W wywiadzie, który 
z nim przeprowadziłem powiedział, m.in.: 


Podstawowe dla mnie nie jest pomnażanie szczęścia, lecz zmniejszanie cierpień. 
Głoszę "utylitaryzm negatywny", który różni się od zwykłego utylitaryzmu tym, iż 
uważa, że nie można na tej samej skali mierzyć cierpień i przyjemności; wobec tego 
etyczne jest tylko zwalczanie cierpień. Etyka litości jest dla mnie punktem wyjścia 
wraz zjej pytanie, co robić ijak robić, aby zmniejszyć cierpienie na świecie, zaś etyka 
opieki określa nasze obowiązki wobec bliźnich, którym się może mniej niż nam po- 
szczęściło 1 . 


Po latach zainteresowań logikąjęzyka prof. Hiż jakby coraz bardziej zagłębiał się 
w zagadnienia moralne. Z rozmowy z nim odnosiło się wrażenie, iż uważa etykę za 
najważniejszą część filozofii, zaś pozostałe jej działy - zaledwie za dodatkowe uza- 
sadnienia dla pewnej koncepcji życia. Nie chcę mu przypisywać słów, których nigdy 
odeń nie słyszałem, ale było w tej postawie nawiązanie do starogreckiej koncepcji 
filozofii (natomiast wprost mówił o wielkim wpływie rozważań moralnych Kotarbiń- 
skiego) jako pewnej sztuki życia właśnie, albo wyrażając to lepiej: filozofia była dlań 
działalnością łączącą refleksję z praktycznym wykonaniem w codziennej egzystencji. 
Henryk Hiż niewątpliwie był takim filozofem, który umiał żyć: godnie, skromnie, 
z dużą wrażliwością, aby nikogo nie urazić, nie skrzywdzić, nie zranić. Był bardzo 
delikatnym człowiekiem o ogromnym poczuciu, iż rozmiar zła, niesprawiedliwości 
i nieszczęść należy w miarę możności ograniczyć, umniejszyć. Nie poprzez zaprowa- 
dzanie sprawiedliwości - nie ma uniwersalnego rozwiązania; ci którzy w przeszłości 
usiłowali zaprowadzić sprawiedliwy porządek zawsze kończyli rozlewem krwi, bez- 
miarem nieszczęść i krzywd. Ogólny ideał sprawiedliwości jest niewspółmierny 
w rzeczywistości do indywidualnie doświadczanego poczucia niesprawiedliwości. Była 
to zasada Karla Poppera zastosowana do kwestii etycznych. 
Henryk Hiż żywił ogromny sceptycyzm i zachowywał wielki dystans wobec 
wszelkich wzniosłych haseł i szczytnych idei. Z tego powodu krytycznie podchodził, 
na przykład, do powstania warszawskiego, choć brał w nim udział. W poglądach zbli- 
żał się do pacyfizmu, ale nade wszystko był niezmiernie trzeźwym pragmatykiem, 
zalecającym naj prostsze środki prowadzącego do wyznaczonego celu - umniejszania 
cierpień. Niekiedy mogą one brzmieć wręcz szokująco, jakjego wskazówki dla chłop- 
ców z Szarych Szeregów, którzy stale zabijali ludzi na rozkaz podziemnych władz. 


Mówiłem im - pisał Hiż - że nie można niepotrzebnie zadawać bólu czy wy- 
woływać strachu. Obmyśl plan, byś wykonał rozkaz, powodując jak najmniej ludzkiego 
cierpienia. Zapomnijmy o rycerskich przesądach. Strzelać należy z tyłu, bez uprzedze- 
nia, by uniknąć przedśmiertnego strachu ofiarl. 


1 H. Hiż, [/jmowanie nieszczęść, rozmowa Cz. Karkowskiego, Przegląd Polski (Nowy Jork), 
19.01.1995, s. 6. 
2 Tenże, Mój życiorys (jeszcze nie caly), [w:] Fragmenty filozoficzne ofiarowane Henrykowi 
Hiżowi w siedemdziesiątą piątą rocznicę urodzin, Warszawa 1992, s. 18 ("Biblioteka Myśli 
Semiotycznej", 23). 


191
>>>
W swych rozmyślaniach moralnych rozwijał etykę opiekuna, która stanowiła zara- 
zem program życiowy każdego, jak i pewien zamysł polityczny. Nawiązywał w tej idei 
do koncepcji Kotarbińskiego, ale zmieniał przesłanki rozumowania swego mistrza, dla 
którego, "spolegliwy opiekun" postępuje, tak aby zasłużyć na szacunek ludzi godnych 
szacunku. Dla Henryka Hiża natomiast najważniejsze były praktyczne konsekwencje 
postępowania, sam bowiem nie cenił - tak przynajmniej oświadczał - ani szacunku, 
ani honoru, patriotyzmu czy innych szumnych haseł i tradycyjnych cnót. Jego "opie- 
kun" (polityk) ma pewne zadanie do wykonania, a jest nim przede wszystkim zadbanie 
o to, aby jego podopieczni byli zdrowi, żeby mieli pracę, zapewnione więcej niż pod- 
stawowe warunki życia. To jest baza, na której oni sami (podopieczni) mogą dalej 
realizować swoje jednostkowe cele, natomiast do opiekuna należy troska o nieszczę- 
śliwych - chorych, nieprzystosowanych, a także kryminalistów. Co to znaczy bowiem 
"umniejszać zło"?, to znaczy według Hiża - łagodzić skutki elementarnych doznań 
ludzkich - głodu, bólu, strachu. 
Henryk Hiż urodzony w polskiej rodzinie w Petersburgu w 1917 roku zmarł w Ca- 
pe May, NJ, w grudniu 2006 roku. 


Czesław Karkowski (Stany Zjednoczone)
>>>
WSPOMNIENIE 
ANDRZEJ POMIAN (1911-2008) 


Była to chyba naj zimniej sza noc jaką w moim dwudziestoletnim życiu przyszło mi 
wytrzymać. Dobiegła właśnie połowa kwietnia 1944 roku, pola pokryte były wciąż 
jeszcze bielejącymi płatami śniegu, a nasza gromadka kilkunastu chłopców w moim 
wieku kuliła się przed mroźnym wiatrem na szczycie łysiejącego pagórka, na próżno 
usiłując ukryć się przed wszystko przenikającym wichrem. Na próżno. Nie było schro- 
nienia ani przed zimnem, ani przed wiatrem, ani przed przerażającym poczuciem sa- 
motności wśród pustki nocy, była tylko świadomość twardego obowiązku, służby 
sprawie, której oddawaliśmy naszą młodość. 
Służyłem wtedy w Oddziale Specjalnym porucznika "Szarugi" przeznaczonym do 
odbioru zrzutów lotniczych w Okręgu Lubelskim Armii Krajowej, i tej właśnie nocy 
czuwaliśmy pod Bełżycami oczekując kolejnego samolotu, który przynieść nam miał 
wyśnioną broń z nieba, zaopatrzenie z dalekiego a nieosiągalnego Zachodu, gdzie we 
Włoszech nasi starsi bracia troszczyli się z odległości nieprzebytej o nasz los, nasze 
młode życie, naszą niewiadomą przyszłość. Staliśmy więc na gołym pagórku, w zlo- 
dowaciałych z zimna dłoniach ściskając po dwie latarki, którymi sygnalizować mieli- 
śmy lotnikowi, że tak, że trafił nieomylnie, że nie na próżno jego poświęcenie, nasza 
męka. Mijały minuty, kwadranse, potem i godziny, a czarna nad głowami noc milczała 
uparcie jakby wypróbować chcąc nasze młode siły. Noc, mróz i wiatr sprzysięgły się 
przeciw nam. 
A wtem, niespodziewanie, cisza nocna zabrzęczała naj dalszym, wyczekiwanym 
dźwiękiem lotniczych motorów, potem rozpękła blaskiem dwóch coraz bliższych 
świateł reflektorów i oto nad polowym, pospiesznie urządzonym lądowiskiem pojawił 
się coraz bardziej rosnący cień samolotu, zniżył się, zakołował i nagle zmęczony usiadł 
na prostej, wiejskiej łączce, dla wtajemniczonych tej nocy noszącej kryptonim "Bąk". 
Byliśmy świadkami i uczestnikami historycznego, pierwszego w czasie okupacji lądo- 
wania polskiego samolotu na polskiej ziemi w ramach Akcji Most. 
Stojąc na posterunku z daleka tylko mogliśmy śledzić jak z dwumotorowej Dakoty 
wysiedli piloci, jak potem, najszybciej, po prowizorycznych schodkach do kabiny 
wspięło się sześciu ludzi, jak znów zahuczały silniki i samolot, po krótkiej szarpaninie 
w grząskim gruncie wystrzelił nagle w niebo, zakołysał srebrnymi skrzydłami i prosto, 
znowu z więzów ziemi uwolniony, podniósł się w górę, na zachód, unosząc emisariu- 
szy Polski Podziemnej, naszych przywódców i starszych kolegów mających przekazać 
wolnemu światu osobiste od nas podziękowania i pozdrowienia. Jednym z nich był 
Andrzej Pomian. 
Wiele jeszcze razy po tej nocy miałem wspominać ją z dumą, a radość moja była 
tym większa, gdy po latach spotkałem w Waszyngtonie redaktora Pomiana. Znałem go 
już ze słyszenia, czytałem jego artykuły i książki, podziwiałem nie tylko ogrom wie- 
dzy, ale przede wszystkim ogrom ducha, który kazał temu skromnemu człowiekowi 
opuścić kraj i przez długie lata naj wierniej mu służyć z oddali, takjak służył był Polsce 
Podziemnej w czasie okupacji. Spotykałem go potem niejednokrotnie na zjazdach 
Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce czy podczas obrad Studium Spraw Pol- 


193
>>>
skich, tak się bowiem złożyło, że mimo różnicy wieku obaj byliśmy zdecydowani na- 
szą służbę pełnić na amerykańskiej ziemi równie wiernie, jak czyniliśmy to tamtej 
mroźniej nocy na podlubelskich polach. Okazało się wkrótce, że różnica wieku była 
zgoła nieistotna wobec zadań, jakie przed nami stały, trzeba było bowiem walczyć 
o Polskę piórem i słowem równie zdecydowanie jak się to robiło przed laty. Niewiele 
więc czasu poświęciliśmy na wspominanie "Akcji Most", kwitując jej rezultaty zgod- 
nym stwierdzeniem, że tak trzeba było, że nie na próżno marzliśmy tamtej nocy, że 
walczyliśmy i walczyć dalej będziemy pod tymi samymi sztandarami, pod którymi 
obaj służyliśmy każdy na miarę swoich sił - dojrzały publicysta i dwudziestoletni 
chłopak. 
Był Andrzej Pomian nie tylko publicystą ale i znakomitym historykiem swojego 
pokolenia. Okupacyjna służba w Komendzie Głównej AK a potem naj bliższa współ- 
praca z gen. Borem-Komorowskim w Londynie, kierowanie kontaktami z powojennym 
podziemiem w kraju, czy wreszcie praca w Polskim Ruchu Niepodległościowym "Nie- 
zależność i Demokracja" dały mu nieograniczony dostęp do dokumentów i materiałów, 
które umiał twórczo interpretować w postaci licznych publikacji zarówno po polsku jak 
i po angielsku. Wśród tych ostatnich wymienić należy dwie podstawowe książki: The 
Warsaw Rising: a Selection of Documents (London 1945) i Stalin and the Poles (Lon- 
don 1949) obiektywnie, rzeczowo omawiające dwa kluczowe zagadnienia, które zde- 
cydowały o losach Polski na długie powojenne lata. Ale nie poprzestawał pan Andrzej 
na pisaniu prac historycznych, z temperamentu bowiem był przede wszystkim publicy- 
stą, toteż do jego niewątpliwych osiągnięć w tej z kolei dziedzinie zaliczyć trzeba prace 
takie jak Testament Polski Podziemnej a chwila obecna (Monachium 1976), Polska 
broni niepodległości 19l8-l945. Szkice publicystyczno-historyczne (Londyn 1990) 
i Od klęski do zuycięstwa: l864-l920. Szkice publicystyczne (New York 1990). Każda 
z tych książek uderza nie tylko imponującą wiedzą historyczną, ale także umiejętnością 
ukazywania zagadnień w całej ich złożonej strukturze, przy czym zwraca uwagę czy- 
sty, niczym nieskażony język dyskusji, mogący służyć za wzór niejednemu piszącemu. 
Znał bowiem i kochał literaturę rozumiejąc, że odbija ona ducha narodu w swoich 
najlepszych utworach, bez względu na to czy pisanych w kraju czy na emigracji. Toteż 
korespondowaliśmy nader często, zwłaszcza w krytycznym okresie lat siedemdziesią- 
tych i osiemdziesiątych, gdy sytuacja w kraju stawała się niejednokrotnie krytyczna, 
a literatura często brała na siebie rolę głosu ubezwłasnowolnionego narodu. Jego listy 
i wypowiedzi niejednokrotnie były dla mnie wskazówką postępowania w trudnych 
sytuacjach, traktowałem go bowiem jak starszego kolegę, od którego wiele można było 
nauczyć się mądrości. 
Toteż dzisiaj, kiedy go zabrakło, jego nieobecność odczuwam bardzo osobiście 
i boleśnie. 


Jerzy R. Krzyżanowski (Stany Zjednoczone)
>>>
KATOLIK "BEZ NAMASZCZENIA" 
WSPOMNIENIE O ANTONIM POSPIESZALSKIM (1912-2008) 


W nocy z 11 na 12 marca zmarł Antoni PospieszaIski, jeden z ostatnich czynnych 
przedstawicieli pokolenia wojennej "wielkiej emigracji" londyńskiej. Był też jednym 
z ostatnich cichociemnych. Sam zmarły nie pragnąłby jednak zapewne, aby wspomnienie 
o nim zdominowane zostało przez odniesienia do wojennej części jego biografii. Dla 
wielu emigrantów, których jałtańskie pęknięcie Europy pozostawiło z dala od kraju, wo- 
jenne losy pozostały żywą i wciąż rozpamiętywaną rzeczywistością. PospieszaIski do 
nich nie należał. Można by rzec, iż odkreślił ten fragment swego życia "grubą kreską", 
koncentrował się na tym, co było dla niego istotne we współczesnym świecie, na którego 
kształt i zmiany reagował do najpóźniejszych lat niezwykle żywo. Daleki był od - fał- 
szywego skądinąd - stereotypu polskiego emigranta, znanego nam z Trans-Atlantyku 
Gombrowicza, epatującego emocjonalnym hurrapatriotyzmem, ajednocześnie pełnego 
lęków i resentymentów wobec świata. 
Antoni PospieszaIski ukończył filologię polską na Uniwersytecie im. Adama Mic- 
kiewicza w Poznaniu i pracował aż do wybuchu II wojny światowej jako nauczyciel 
języka polskiego. Uczestniczył w walkach podczas kampanii wrześniowej, później zna- 
lazł się w szeregach Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii i przeszedł szkolenie 
dla Cichociemnych. Najważniejszy fragment jego wojennej biografii nadszedł na prze- 
łomie 1944 i 1945 roku, gdy przyszło mu wziąć udział w operacji "Freston"l. Pospie- 
szaIski, pod pseudonimem "Tony Currie", został wówczas tłumaczem brytyjskiej misji 
obserwacyjnej, zrzuconym na obszar okupowanej Polski. Ta politycznie niezwykle 
ważna, choć wyraźnie spóźniona akcja, zakończyła się fiaskiem, ajej uczestnicy, cudem 
uniknąwszy rozstrzelania przez Sowietów, zostali ostatecznie wywiezieni do Moskwy. 
Antoni PospieszaIski, dzięki zabiegom dyplomatycznym wrócił, poprzez Teheran i Kair, 
do Wielkiej Brytanii. Po wojnie pozostał w Londynie i podjął pracę w sekcji polskiej 
radia BBC, gdzie był zatrudniony aż do odejścia na emeryturę w 1975 roku. Jednocze- 
śnie prowadził aktywną działalność publicystyczną, publikując na łamach "Wiadomo- 
ści", "Kultury", "Aneksu", "Pamiętnika Literackiego" oraz w periodykach brytyjskich, 
przede wszystkim: "The Tablet" i "The Month", po roku 1989 jego teksty zaczęły się 
również pojawiać w czasopismach krajowych, "Gazecie Wyborczej" i "Więzi". Był 
człowiekiem niezwykle otwartym na kontakty z przybyszami z Polski, przyjmował 
u siebie i udzielał pomocy przedstawicielom krajowej opozycji: Antoniemu Macierewi- 
czowi, Eugeniuszowi i Aleksandrowi Smolarom oraz Ludwikowi Stommie. 
Spuścizna publicystyczna Antoniego PospieszaIskiego, mówi nam wiele o jego 
pasjach i poglądach, które czyniły zeń postać wyjątkową, szczególnie w środowisku 
wychodźstwa londyńskiego, traktowaną niejednokrotnie jako enfant terrible. Życiową 
pasją stały się dla niego problemy religii i Kościoła katolickiego we współczesnym 
świecie. Filozoficzne i teologiczne zainteresowania były mu zawsze bliskie, ale czas 


1 Ten ciekawy i znamienny dla wojennych losów Polski epizod pozostaje słabo opracowany 
w literaturze. Istnieje nietłumaczona monografia: ]. Bines, Operation Preston. The British Mili- 
tary Mission, London 1999 oraz artykuł: T. Drozd, Operacja SOE pod kryptonimem Preston: 
mi
a brytyjska w Połsce ł944/ł945, Przegląd Zachodni 2005 nr 2, s. 177-189. 


195
>>>
II Soboru Watykańskiego, którego obrady obserwował jako wysłannik BBC, nadał im 
szczególne zabarwienie. PospieszaIski stał się, jakże rzadkim na polskim - czy to 
emigracyjnym, czy krajowym gruncie - reprezentantem liberalnej, progresywnej wizji 
Kościoła. Jej fundamentem był racjonalizm w ujmowaniu kwestii religijnych, często 
przezeń akcentowany w duchu scholastycznej zasady fides querens intellectum. Szedł 
za tym krytycyzm wobec instytucjonalnego charakteru Kościoła, zwłaszcza w tych 
sferach, które uznawał za szczególnie istotne - np. wolności badań teologicznych. 
Wielokrotnie i z pasją stawał więc w obronie teologów popadających w konflikt 
z władzą kościelną, takich jak Hans Kiing, czy Edward Schillebeeckx. Coraz mniej 
miał zrozumienia dla wartości poprawnego myślenia - ortodoksji, coraz większy 
nacisk kładł na prawidłowe działanie - ortapraksję, która była dla niego "gotowością 
rzetelnego i odpowiedzialnego postępowania wobec bliźnich a tym samym wobec 
Boga"z. Konsekwentnie poddawał zatem krytyce nauczanie Kościoła w kwestiach etyki 
seksualnej i ekumenizmu oraz piętnował przejawy kultu papieża. Właśnie stosunek 
PospieszaIskiego do katolickiego otwarcia się na inne wyznania i religie, które zaczęło 
rozwijać się po zakończeniu obrad Vaticanum II, najlepiej ukazuje jego bezkompromi- 
sowość i radykalizm. Nie był w stanie pochwalić nawet tak rewolucyjnej na kościel- 
nym gruncie inicjatywy jak, zainicjowane przez Jana Pawła II, spotkanie międzyreli- 
gijne w Asyżu, także i tam bowiem dostrzegał przejawy rzymskiego centralizmu. 
W pojęciu katolicyzmu podkreślał PospieszaIski jego źródłosłów - powszechność, 
dlatego nie do przyjęcia były dla niego wszelkie narodowe zabarwienia chrześcijań- 
stwa a nawet podkreślanie jego szczególnych związków z cywilizacjąZachodu 3 . 
W takim kontekście widzieć należy dwa szczególnie kontrowersyjne elementy 
spuścizny autora: nader krytyczny stosunek do Kościoła polskiego oraz do dzieła 
i osoby Jana Pawła II. W tym ostatnim był konsekwentny niemal od początku pontyfi- 
katu, nie uwzględniał też w tej mierze żadnego polskiego "kontekstu sytuacyjnego,,4. 
Słowa publicysty, aczkolwiek szczere i wypływające z osobistego zaangażowania by- 
wały tu niekiedy raniące dla, darzących papieża rzeczywistą czcią, Polaków 5 . Kościół 
polski, któremu zarzucał przerost pierwiastków instytucJonalnych i narodowych, był 
dla niego wręcz antytezą katolickości - powszechności. Narastający krytycyzm Po- 
spieszalskiego był wyraźnie widoczny po roku 1989, kiedy to zaczął być on obecny na 
łamach prasy wychodzącej w kraju. Szczególnym przejawem jego zaangażowania 


2 A. PospieszaIski, VWara szukająca zrozumienia. Esęje, Londyn 1985, s.167. 
3 " [...] jestem przeciwny «kanonizacji» antyku [...] i modnemu przeciwstawianiu kultury euro- 
pejskiej, jako naturalnie chrześcijańskiej, całej reszcie ludzkości"; zob.: A. PospieszaIski, ,,0 po- 
trzebie kontaktu ze źródłami kultury. Wprowadzenie do wieczoru autorskiego Ignacego Wieniew- 
skiego, dnia 30 października 1980 w Londynie" (mps.), s. 6 - Archiwum Emigracji, Biblioteka 
Główna UMK (dalej: AE), Archiwum "Wiadomości" (dalej AE/AW), sygn. AE/AW/CCLIV/3. 
4 Zwrotu tego użył w korespondencji z Pospieszalskim Jerzy Turowicz: "Nie mówię - be- 
tween us - że jestem entuzjastą wszystkich Jego gestów i wypowiedzi [...j, ale pisząc o nim 
w Polsce trzeba brać pod uwagę kontekst sytuacyjny [...]"; List Jerzego Turowicza do Antoniego 
PospieszaIskiego z 8.03.1994 - Archiwum Antoniego PospieszaIskiego w AE. 
5 Posuwa się nawet, co prawda już u schyłku pontyfikatu, do stwierdzenia: "nie znam żad- 
nych mężów stanu ani narodowych bohaterów, którzy byliby tak honorowani za swego życia, 
poza Stalinem i Mao" [tłum. - P. S.J; uwagi te, w których PospieszaIski odnósł się do budowa- 
nia Janowi Pawłowi II pomników, zawarte zostały w liście do redakcji "The Tablet" z 15.06.2001 
- Archiwum Antoniego PospieszaIskiego w AE. 
6 Zob. nader ciekawą korespondencję Antoniego PospieszaIskiego z biskupem Szczepanem 
Wesołym, duszpasterzem środowisk emigracY-jnych - Archiwum Antoniego PospieszaIskiego 
wAE. 


196
>>>
w polskie spory były opinie publikowane przezeń na łamach "Gazety Wyborczej" na 
początku lat 90. podczas sporu o ustawodawstwo antyaborcyjne. Liberalna postawa, 
którą wówczas zaprezentował, spowodowała niejaką konfuzję u tych, którzy czego 
innego spodziewali się po przedstawicielu "niezłomnej" emigracji londyńskiej. 
Poglądy PospieszaIskiego i bezkompromisowość ich wyrażania naraziły go na 
szereg konfliktów, z których najbardziej symptomatycznym był niewątpliwie spór 
z redaktorką "Wiadomości", Stefanią Kossowską - Panią Stefą, zakończony zerwa- 
niem długoletniej współpracy z pismem. Kossowska już wcześniej krytyczna wobec 
postawy publicysty, którą uznawała za sprzeniewierzenie się bezkompromisowemu, 
niezłomnemu patriotyzmowi, nie chciała drukować coraz bardziej kontestacyjnych 
wobec Jana Pawła II tekstów, uznając to za niezgodne z sumieniem 7 . Publicysta zaczął 
wówczas publikować w paryskiej "Kulturze", gdzie znalazł niewątpliwie przychylniej- 
szą dla swych zapatrywań atmosferę. Poprzez swoje teksty, drukowane pod hasłem 
"O religii bez namaszczenia", wywarł znaczący wpływ na linię pisma. PospieszaIski 
był w "Kulturze" bez wątpienia na właściwym miejscu, dzięki swym poglądom i pasji 
realizował cel Jerzego Giedroycia: "nie dać Polaczkom zasnąć"s. Była jego publicysty- 
ka jednak nie tylko prostą kontynuacją dotychczasowej linii pisma. "Kultura" ujmo- 
wała dotąd problematykę religijną na sposób dosyć doraźny, wyraźnie politycznie uty- 
litarny i w zasadzie tylko przez pryzmat kraju. PospieszaIski przyniósł w tym wzglę- 
dzie zmianę! Pisał głównie o problemach Kościoła powszechnego, zdecydowanie od- 
cinał się od zamiarów i potrzeb politycznego wykorzystania siły Kościoła. Forma 
i treść jego narracji, aczkolwiek budząca tak wiele oporów, była zapewne bardziej 
"chrześcijańska" niż to, co "Kultura" prezentowała dotąd 9 . Dużą niewątpliwie zasługą 
tej publicystyki jest również fakt, że zaznajamiała Polaków z tymi nurtami zachodniej 
refleksji chrześcijańskiej, które były w Polsce niemal nieobecne. 
Część spuścizny zmarłego publicysty została zebrana w dwu tomach esejów: 
wydanym w Londynie pod tytułem Wiara szukająca zrozumienia (1985) oraz opubli- 
kowanym w kraju O religii bez namaszczenia (Kraków 1997). Stanowią one wybór 
tekstów publikowanych na łamach "Wiadomości" i "Kultury". Poza tymi antologiami 
pozostają ważne, często mniej naznaczone piętnem doraźnej publicystyki, artykuły 
drukowane przez PospieszaIskiego w prasie angielskiej, głównie w "The Tablet". 
Kończąc to wspomnienie o zmarłym niedawno wybitnym przedstawicielu drugiej 
Wielkiej Emigracji, dodać chciałbym jeszcze refleksję dotyczącą działań, które poja- 
wiły się już po jego śmierci, dotyczących próby uczynienia z PospieszaIskiego patrona 
środowisk racjonalistycznych - ateistycznychlO. Otóż cała jego, jakże emocjonalna, 


7 Zob. listy Stefanii Kossowskiej do Antoniego PospieszaIskiego z 23.03.1976, 7.01.1979 
i 6.02.1980 - AE/AW/CCLIV/3. 
s List]. Giedroycia do ]. Mieroszewskiego z 11.01.1969; cyt. za: R. Habielski, Dokąd nam 
iść 7pada. Jerzy Giedroyc od "Buntu Młodych" do "Kułtury", Warszawa 2006, s. 225. 
Kwestia stosunku środowiska "Kultury" do religii i Kościoła katolickiego nie doczekała 
się dotąd odrębnego opracowania i poruszana była jako uzupełnienie np. problemu koncepcji 
polityki wschodniej. Ilustracją tej tezy jest monografia L Hofman, Ukraina, Litwa, Białoruś 
w publicystyce paryskięj "Kułtury", Poznań 2003, w której autorka konstatując szczupłość miej- 
sca poświęcanego przez miesięcznik kwestiom wyznaniowym, zwraca jednak celnie uwagę na 
"podskórny, religijny wątek wielu artykułów" (s. 152). Nieco szerzej, choć wciąż na marginesie 
ujmuje kwestię stosunku "Kultury do religii i Kościoła R. Habielski (Dokąd nam iść wypada..., 
s.224-225) oraz D. Grzybek (Wątek chrześcijańskiej tożsamości cywilizacji europejskięj 
w publicystyce "Kułtury", Arka 1994, nr 53/54, s. 47-57. 
10 Zob.: A. Koraszewski, Przyjażń wiary z niewiarą [on-line]. [Dostęp: kwiecień 2009]. Do- 
stępny w WWW: http://www.racjonalista.pl/pdf.php/s.5792. 


197
>>>
naznaczona antykościelnym resentymentem, niekiedy krzywdząca i niesprawiedliwa 
publicystyka, wynikała nie z wrogości wobec wiary i uczuć religijnych, a raczej ze 
szczególnej, choć nader indywidualistycznej, ich intensywności. PospieszaIski żył 
sprawami religii i Kościoła, gdyż były mu szczególnie bliskie, zawsze czynił to dla ich 
- swoiście przez siebie interpretowanego - dobra. 


Paweł Stachowiak (Poznań)
>>>
ELŻBIETA (IZA) RUFENER-SAPIEHA 
(1921-2008) 


Lubiła podkreślać, że przyszła na świat w puszczy, że wychowała się wśród drzew. 
Było to w Spuszy w ziemi lidzkiej (Spusza, ongiś własność Ignazego Tyzenhausa, 
potem jego syna Rudolfa, dalej tegoż córki Hermancji, zamężnej Uruskiej, której 
młodsza córka Seweryna wyszła za Jana Pawła Sapiehę). Ojciec, Eustachy Kajetan ks. 
Sapieha, absolwent politechniki w Zurychu (leśnictwo), był na początku lat 20. mini- 
strem spraw zagranicznych RP. Matka, Teresa z Lubomirskich, prowadziła działalność 
charytatywną i społeczną. Kierowała warsztatem, produkującym tweed. W Warszawie 
prowadziła "Latarnię", zakład wytwórczy dla ociemniałych inwalidów wojennych. 
Elżbieta (w dzieciństwie i potem dla najbliższej rodziny Izia) miała siostrę Eleonorę 
i trzech starszych braci: Jana, Lwa i Eustachego Seweryna. Na zachowanych zdjęciach 
z dzieciństwa widać ją w otoczeniu przyrody, na cierpliwej białej klaczy, albo w atelier 
fotografa Stefana Platera, jak z rozpuszczonymi długimi włosami, z uśmiechem i cie- 
kawością świata ufnie patrzy w przyszłość. 
Maturę zrobiła w roku 1939. Wszechstronnie uzdolniona artystycznie, zastanawiała 
się, czy wybrać karierę śpiewaczki, aktorki czy rzeźbiarki. Wybuch wojny pokrzyżował 
te plany. Ojciec został aresztowany przez władze radzieckie i skazany na karę śmierci, 
zamienioną na pobyt w łagrze; wyszedł z Rosji z armią Andersa. Następnie osiadł 
w Kenii, był delegatem Polskiego Czerwonego Krzyża na Afrykę Wschodnią. 
Okupację przeżyła w Polsce, działała w podziemiu; w roku 1944 aresztowana 
przez Gestapo w Krakowie, siedziała w więzieniu na Montelupich. Kiedy została 
zwolniona, kardynał Sapieha radził jej matce: "Zabierz córkę i pierwszą możliwą drogą 
wyjeżdżajcie". Tak trafiły do Berna. 
Po wojnie rodzice osiedli na dobre w południowo-wschodniej Afryce. Ona nie 
chciała opuszczać Europy; adoptowana przez przemysłowca i organizatora wyścigów 
samochodowych Hansa Rufenera i jego żonę Hannę zamieszkała w Hofgut w podber- 
neńskiej gminie Muri. Zajmowała się ogrodem. Do końca żywiła dla Szwajcarii 
i Szwajcarów wdzięczność za gościnę, to była jej druga ojczyzna. Wielka patriotka 
polska, stała się też patriotką szwajcarską. 
J ej wielką pasją było kolekcjonerstwo. Zbierała znaczki i etykiety zapałczane, 
dziwne kamyki i wieczka pojemników ze śmietanką do kawy. W sensie przenośnym 
można powiedzieć, że kolekcjonowała ludzi - otwarta na ich losy, na ich potrzeby. 
Zbierała też filmy. Umiejętnie korzystając z kolejnych nowinek technicznych, nagry- 
wała setki filmów i programów telewizyjnych: o Polsce, o Papieżu, o przyrodzie. Wiele 
z nich trafiło potem do Polski, do zbiorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. 
Inną wielką pasją były podróże. Sprzyjało temu trochę powojenne rozproszenie ro- 
dziny po całym świecie, ale głównym motorem była chyba ciekawość świata. Jej świa- 
dectwem pozostały niezliczone fotografie i slajdy, a także akwarele o egzotycznej te- 
matyce. 
W latach 50. była uczennicą malarza Karla Bieri w berneńskiej Gewerbeschule. 
Brała udział w plenerach malarskich. Pobierała też lekcje rzeźby u Madeleine von 
Fischer. Była członkinią Schweizerische Gesellschaft Bildender Kiinstlerinnen. 


199
>>>
Malowała dużo, ale przez wiele lat wcale nie wystawiała. Pierwsza wystawa, w re- 
zydencji ambasadora RP w Bernie, odbyła się w roku 2004, po niej przyszły następne: 
w Muzeum Polskim w Rapperswilu (2005), we wrocławskim Ossolineum (2006), 
w warszawskich Łazienkach Królewskich (2007), wreszcie w styczniu 2008 w Domu 
Polonii na krakowskim Rynku. Każda wystawa miała nieco inny kształt dzięki temu, że 
było z czego wybierać: dorobek Elżbiety Rufener-Sapieha liczy ponad trzysta prac. Są 
wśród nich obrazy olejne, akwarele, grafiki i fotografie artystyczne - świadectwo 
bezustannych poszukiwań tematycznych i formalnych. Wkrótce przed śmiercią więk- 
szość tych prac ofiarowała wspaniałomyślnie Zakładowi Narodowemu im. Ossoliń- 
skich z myślą o powstającym we Wrocławiu Muzeum Lubomirskich. 
Miałem szczęście uczestniczyć w otwarciu wszystkich tych wystaw. Każdy werni- 
saż pozostawił wspomnienia, ale naj silniejsze wiążą się z ostatnim. Może dlatego, że 
aranżacja wystawy delikatnymi akcentami plastycznymi przywodziła myśl o nie- 
uchronnym pożegnaniu? Ale chyba nie tylko. Przemawiając podczas wernisażu wspo- 
mniałem o aresztowaniu Izy w wojennym Krakowie; podeszła do mnie potem córka 
ludzi, w których mieszkaniu okupanci zorganizowali ów fatalny "kocioł". Miałem 
wtedy wrażenie, że zamyka się krąg historii. 
Od połowy lat 60. jeździła regularnie do kraju. Wspierała też stale różne inicjatywy 
i ludzi w potrzebie. Szczególnie aktywnie zaangażowała się w ruch Solidarności 
i w pomoc dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego. Nie tylko finansowo, także 
osobiście, przygotowując i wysyłając niezliczone paczki. 
Działała ze Szwajcarii w ruchu (od 1990 Stowarzyszeniu) Przymierza Rodzin, któ- 
ry prowadzi w Polsce działalność edukacyjną i wychowawczą w duchu obywatelskim. 
Ruch ten, który wyrósł z Sekcji Rodzin warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, 
zmierza do wielostronnego przygotowania dzieci i młodzieży do służby społeczeństwu 
i Kościołowi. Działalność rozpoczął od kształcenia wychowawców i organizowania 
letnich i zimowych obozów, następnie całorocznej pracy wychowawczej w grupach, 
wreszcie przystąpiono do budowy szkół. Przymierze Rodzin prowadzi obecnie przed- 
szkole, cztery świetlice, trzy szkoły podstawowe, cztery gimnazja, dwa licea ogólno- 
kształcące i szkołę wyższą. Hojności Izy ta pożyteczna placówka w bardzo dużej mie- 
rze zawdzięcza swe powstanie i rozwój. Ponadto założyła ona dwie fundacje z prze- 
znaczeniem na stypendia dla dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin. Jedną z sal 
w budynku szkoły Przymierza Rodzin im. Jana Pawła II na Ursynowie nazwano Salą 
Sapieżyńską, dwie tablice upamiętniają hojność fundatorki w szkole wyższej i w szkole 
im. ks. Jerzego Popiełuszki na Bielanach, jest też ogromna wdzięczność w sercach 
członków Przymierza Rodzin. 
Umiała dawać - a to jest rzadka umiejętność. 
Prezydent Lech Wałęsa odznaczył ją w roku 1994 Krzyżem Kawalerskim Orderu 
Zasługi RP, prymas Józef Glemp w roku 2000 Złotym Medalem Prymasowskim za 
zasługi dla Kościoła i Narodu, premier Jerzy Buzek medalem Instytutu Społeczeństwa 
Obywatelskiego "Człowiek Pro Publico Bono 2003". 
Pamiętam od pierwszego spotkania wielkie uważne oczy, promienny uśmiech, lek- 
ko przechyloną na bok głowę z burzą skręconych białych włosów. Połączył nas śp. 
Marek Łatyński, pierwszy ambasador znów wolnej Polski w Szwajcarii, spowinowaco- 
ny z nią przez swą żonę, z domu Potulicką. Kiedy przedwcześnie kończył swą misję 
w Bernie, powierzył Izę naszej opiece, a nas - jej. Przed czternastu laty. Na zawsze 
zostaniemy dłużnikami. Chyba, że można dobro odpłacać dobrem. 
Kiedy przyszedłem w godzinę, która miała się okazać przedostatnią, uniosła na 
przywitanie lewą rękę. Siedziałem przy szpitalnym łóżku w milczeniu, wychodząc 


200
>>>
z założenia, że w takich sytuacjach słowa są niepotrzebne, liczy się obecność. Odcho- 
dząc, uniosłem lewą rękę, na pożegnanie do jutra. Za godzinę już nie żyła. 
Pod koniec oszczędnie gospodarowała słowami, jakby wiedząc, że w obliczu 
spraw ostatecznych nabierają one innej wagi. Ale w tym, co mówiła, była niezwykła 
przytomność umysłu, lapidarna, norwidowska trafność. Tydzień wcześniej na słowa 
zaprzyjaźnionej osoby: "Mogę się za ciebie tylko modlić" odparła: "Ty l k o?". 
Odeszła w święto Wniebowstąpienia Pańskiego, kiedy po porannym deszczu niebo 
się zupełnie wypogodziło, jakby otwierało swe podwoje. 
Wraz z jej odejściem obumiera jedna gałązka dwóch wielkich polskich rodów ma- 
gnackich. Wysycha zdrój dobroci, bezinteresownej gotowości do niesienia pomocy i do 
dobrych uczynków. Rozproszona po świecie rodzina, przyjaciele, Polonia szwajcarska 
i zaprzyjaźnieni Szwajcarzy, wreszcie miłośnicy sztuki - wszyscy tracimy Pięknego 
Człowieka. 
W noc po kremacji, na zewnętrznej szybie okna, pod którym pracuję, od strony 
wielkiego dębu, który tylekroć podziwiała i który do niedawna jeszcze miała nadzieję 
narysować, przylgnęła piękna srebrzysta ćma. Tkwiła tam przez cały dzień, niczym 
dusza Izy, zaglądając mi przez ramię kiedy o niej pisałem. 
Pogrzeb odbył się jesienią w Boćkach na Podlasiu, w kościele pod wezwaniem św. 
Józefa Oblubieńca Qego święto przypada l maja) i św. Antoniego Padewskiego, ko- 
ściele ufundowanym w roku 1726 przez Józefa Franciszka Sapiehę. Iza była tam przed 
trzema laty, gdy chowano jej brata, zmarłego w Kenii Eustachego Sapiehę. W homilii, 
powiedzianej przez biskupa drohiczyńskiego, Antoniego Dydycza uderzyły ją zwłasz- 
cza zacytowane słowa z listu fundatora, w których planowaną budowlę sakralną nazy- 
wa "roślinką". I komentarz biskupa Dydycza: "Nie wiem, czy u wielkich współcze- 
snych spotkalibyśmy się z takim językiem, z taką delikatnością i uprzejmą prostotą. 
Podskarbi litewski całą fundację nazywa 'roślinką'. To ma swoją wymowę, widać, że 
patrzył na wszystko przez pryzmat życia". 
Z puszczy w Spuszy do kościoła, budowanego z miłością, tak jak się hoduje ulu- 
bioną roślinkę. Jest w tym wewnętrzna logika i konsekwencja. Co w niczym nie 
zmniejsza poczucia, że straciłem jedną z najważniejszych w moim życiu osób. Wiem, 
że inni czują podobnie. 
Gdyby trzeba słowa pożegnania ograniczyć do jednego, w tym wypadku brzmiało- 
by ono: Dzięki! 


Jan Zieliński (Szwajcaria)
>>>
WŁADYSŁAW MARCEL ŻELEŃSKI 
(1903-2006) 


Pana Władysława znałam ponad trzydzieści lat. Był bratankiem Boya, wnukiem mu- 
zyka, Władysława Żeleńskiego, prawnikiem i dziennikarzem. Od 1939 roku wiceproku- 
ratorem Sądu Apelacyjnego w Warszawie. W listopadzie 1939 roku we Francji walczył 
w kompanii karabinierów maszynowych i l. Dywizji Grenadierów Polskich w Lotaryngii 
i Wogezach. Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Croix de Guer- 
re. Po kapitulacji Niemiec osiedlił się we Francji jako uchodźca polityczny. Pierwsze 
otrzymane od niego listy są z roku 1972. Ostatnie rozmowy telefoniczne - już z ciężko 
chorym panem Władysławem to początek roku 2006. 
Rok 1972 rozpoczynający tę znajomość nie był przypadkowy. W kraju dobiegały 
końca prace nad Pismami zebranymi Tadeusza Żeleńskiego (Boya), ukazał się tom 27, 
a pod koniec roku również w Państwowym Instytucie Wydawniczym zostały wydane 
Listy Boya w moim opracowaniu. Pan Władysław z kolei kończył serię artykułów 
w "Wiadomościach" londyńskich poświęconych pamięci i obronie stryja, polemizując 
z negatywną ocenąjego postawy wobec władz sowieckich podczas pobytu we Lwowie 
(1939-1941). Równocześnie przygotowywał skargę do władz zachodnioniemieckich, 
która spowodowała wznowienie umorzonego dochodzenia w sprawie mordu profeso- 
rów lwowskich. Korespondencja z tego okresu dotyczyła głównie tych spraw. Muszę 
przyznać, że prośby i zapytania pana Władysława wprowadzały mnie w duże zakłopo- 
tanie, miałam bowiem świadomość, że w mojej pracy doktorskiej Tadeusz Żeleński 
(Boy). Twórczość i życie opublikowanej w roku 1967, lwowskie lata Boya wymagają 
uzupełnień i poprawek, jednak brakowało mi wtedy czasu, ponieważ pracowałam nad 
obszernym kalendarium życia i twórczości Karola Irzykowskiego. 
Przerwy pomiędzy naszymi listami były coraz dłuższe. Wprawdzie otrzymałam 
jeszcze wnikliwą ocenę wydanych Listów Boya i gratulacje za Obrachunki Boyowskie 
(antologię satyr i karykatur) oraz dołączony do listu indeks nierozwiązanych nazwisk 
"dla drugiego wydania", którego mnie i sobie pan Władysław życzył. Jednak w prze- 
syłanych kartkach okolicznościowych pojawiało się zapewnienie o zrozumieniu mojej 
ówczesnej sytuacji (chodziło o pracę nad pismami zebranymi Irzykowskiego dla Wy- 
dawnictwa Literackiego) l. 
W roku 1989, bez wcześniejszej zapowiedzi, przekazano mi paczkę z Paryża od 
pana Władysława. Znajdowały się w niej niezwykłe materiały: komplet artykułów 
poświęconych Boyowi z "Wiadomości" londyńskich, "Kultury" paryskiej i "Zeszytów 
Historycznych"; wystąpienia i publikacje dotyczące sprawy mordu profesorów lwow- 
skich oraz publikowane wspomnienia i opinie przyjaciół i znajomych Tadeusza Żeleń- 
skiego (Boya) o jego pobycie we Lwowie. 
Nie miałam już wyboru, obok niedokończonego trzeciego tomu monografii 
o Irzykowskim znalazły się na moim biurku materiały o Boyu - nigdy tak blisko nie 
sąsiadowali skłóceni ze sobą dwaj najwybitniejsi polscy krytycy. Po trzech latach pra- 
cy, kontaktowania się z żyjącymi autorami wspomnień, dwukrotnym pobycie we Lwo- 


1 W ramach tej edycji opublikowano m.in. trzytomową monografię Karoł Irzykowski: życie 
i twórczość (Kraków 1987-1994) autorstwa B. Winklowej. 


202
>>>
wie z aparatem fotograficznym i poszukiwaniu wydawcy, który bez dotacji podjąłby się 
wydania proponowanej mu antologii - książka ukazała się w roku 1992 nakładem 
Rytmu 2 . Antologię tekstów o pobycie Tadeusza Żeleńskiego (Boya) we Lwowie, po- 
przedzał mój obszerny wstęp, zamykało kalendarium lwowskich miesięcy Boya, bio- 
gramy autorów wspomnień i mały album fotografii. 
Książkę wręczyłam panu Władysławowi osobiście jesienią 1992 roku. Nie zapo- 
mnę tego pierwszego spotkania po dwudziestu latach znajomości. Szeroko otwartych 
drzwi i ramion pana Władysława witającego mnie w progu swojego mieszkania na 19 
boulevard de la Somme Bilt.B. Gościnny dom państwa Żeleńskich - Marii Adeli 
z Bohomolców (Mysi) i Władysław Marcelego - opisywano już wiele razy. Od siebie 
dodam tylko, że w tym domu z całą pewnością tak samo był przyjmowany Charles de 
Gaulle jak i mój piętnastoletni wnuk - obaj ciastkami z cukierni BlikIego na Nowym 
Świecie, czego nie omieszkał podkreślić pan Władysław. 
W naszych wzajemnych kontaktach nastąpiły zmiany. Pan Władysław tracił wzrok 
(kolejna operacja nie przyniosła poprawy), mniej ale jeszcze ciągle czytał, z większym 
trudem pisał, więcej było rozmów telefonicznych, listy coraz krótsze. Pamiętam, jak 
długo bawiła go kartka urodzinowa, którą mu wysłałam z zacytowanymi życzeniami 
Kazimierza Tetmajera dla rodziców (Stanisława i Izy Żeleńskich) nowo narodzonego 
dziecka: "Winszuję chłopca i cieszę się, z niego, tą nadzieją, że nie będzie autorem 
Goplany, ani autorem Żniw ani autorem Podhala, czego Wam, jemu i sobie życzę. 
Amen" - napisał Tetmajer 11 lipca 1903 roku. 
Z wielką radością powitał pan Władysław moją decyzję, ażeby ponownie opraco- 
wać biografię Tadeusza Żeleńskiego tym razem uwzględniającą rodzinę i przyjaciół. 
Śledził jej losy, omawiał szczegółowo wszystkie rozdziały. Książka Nad Wisłą i nad 
Sekwaną została wydana w 1998 roku z inicjatywy Wiesława Uchańskiego prezesa 
Wydawnictwa Iskry, które mają swoją siedzibę w miejscu dawnego mieszkania Żeleń- 
skich na ulicy Smolnej. W trakcie tej pracy nawiązały się bliskie kontakty prezesa 
z panem Żeleńskim, co z kolei zaowocowało wydaniem w Iskrach jego książki Zabój- 
stwo ministra Pierackiego (Warszawa 1995). 
W roku 1997 w wieku 100 lat umarła niespodziewanie pani Mysia. Rozmawiałam 
z nią w przeddzień śmierci, wieczorem, o promocji książki Żeleńscy, napisanej przez 
siostrzeńca pana Władysława - Zbigniewa Sroczyńskiego. Relacjonowałam to spo- 
tkanie, na którym książka oceniona została przychylnie. Następnego dnia rano pan 
Władysław zawiadomił mnie o śmierci żony. Była drugą żoną pana Władysława, po- 
znał ją kiedy jeszcze nosiła mundur z wyższą od niego rangą. Oboje w równej mierze 
stwarzali niezwykły klimat swojego domu. Była znaną tłumaczką, m.in. przetłuma- 
czyła na język francuski Na nieludzkiej ziemi Józefa Czapskieg0 3 . W ich paryskim 
saloniku można było podziwiać piękne obrazy Czapskiego. Ponad dwadzieścia lat 
razem z mężem pracowała w zarządzie Towarzystwa Opieki nad Polskimi Grobami 
i Zabytkami Historycznymi we Francji. W 1993 została odznaczona Krzyżem Polonia 
Restituta. Po jej śmierci serdeczną opieką otoczyła pana Władysława zaprzyjaźniona 
z obojgiem pani Adela z Romerów Wysocka. Wróciły nasze telefoniczne rozmowy. 
Odnowienie kontaktów nastąpiło po ukazaniu się w 1998 roku biografii Boya Nad Wisłą 
i nad Sekwaną, którą pan Władysław, pomimo już bardzo słabego wzroku przeczytał 


2 Boy we Lwowie ł939-ł94ł: antałagia tekstów o pobycie Tadeusza Żełeńskiego (Boya) we 
Lwowie, w oprac. B. Winklowej, Warszawa 1992 ("Biblioteka Lwowska - Pokolenie, l. 9). 
3 ]. Czapski, Terre inhumaine, traduit du polonais par M.-A. Bohomolec, Paris 1949; po- 
nownie wydana w 1978 (Lausanne). 


203
>>>
dwukrotnie. Kiedy kolejny raz widzieliśmy się w Paryżu, był zajęty porządkowaniem 
swoich spraw, nie było już ogromnej biblioteki, mieszkanie straciło swój dawny blask. 
W rozmowach zaczęły dominować wspomnienia z młodości: studia, mieszkanie i miesz- 
kańcy domu na Smolnej z okresu mieszkania u Boyów i Zosia z Wesela - żona Tade- 
usza, z którą się ogromnie lubili. Wtedy zrodziła się myśl, żeby tą piękną nietuzinkową 
postać utrwalić. Powstała książka Boyowie wydana w 2001 roku w Wydawnictwie Lite- 
rackim w serii "Pary". Wcześniej jednak przyjechałam do Paryża i przeczytałam ją całą 
panu Władysławowi przebywającemu w szpitalu. Spędziliśmy wiele godzin siedząc lub 
spacerując w przyszpitalnym ogrodzie. Pan Władysław poznał również moje dalsze za- 
mierzenia cofnięcia się do XIX wieku, żeby tym razem przybliżyć matkę Tadeusza Że- 
leńskiego - Wandę z Grabowskich Żeleńską, najbliższą przyjaciółkę Narcyzy Żmi- 
chowskiej, której pudełko na cygara królowało na biurku stryja. Doczekał się i tej książki. 
Trzymał ją w ręku. Mówiono, że prosił aby mu ją czytać. Podczas ostatnich miesięcy 
życia rzadko odzyskiwał świadomość. Zmarł w dniu 25 czerwca 2006 roku. 
Zdaję sobie sprawę, jak bardzo to wspomnienie jest osobiste, zawężone jedynie do 
naszych wspólnych spraw, ważnych - ale obejmujących ze l03-letniego bogatego 
i bardzo czynnego życia jedynie 30 ostatnich lat. 
Zainteresowanych pełną biografią odsyłam do antologii Boy we Lwowie (Warsza- 
wa 1992), gdzie znajduje się biogram Władysława Żeleńskiego - jego autorstwa. 


Barbara Winklowa (Warszawa)
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2009, Zeszyt l (10) 


RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI - LISTY 


Powrót Andersa 


General Anders w poe
i, oprac. A. K. Kunert, Halinów: Studio Historia z Ograniczoną Odpowiedzialnością, 
2007, 80 s., ił.: "Nasze granice w Monte Cassino... ". Bitwa o Monte Cassino w poe
i 1944-1969, oprac. 
A. K. Kunert, Warszawa: Wydawnictwo LTW, Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego 
w Paryżu, 2007, 326 s., ił.: Dom jest daleko. Połska wciąż jest blisko... Generał Anders ijego żołnierze. 
Katalog wystawy, Warszawa: Studio Historia z Ograniczoną Odpowiedzialnością, 2007, 204 s., ił. 


W ramach nadrabiania wieloletnich zaniedbań A.D. 2007 proklamowano rokiem 
generała Andersa: "Dla uczczenia pamięci znamienitego Polaka [...J wybitnego do- 
wódcy i polityka, oraz dla uhonorowania pamięci Jego żołnierzy", jak czytamy 
w stosownej uchwale senatu RP. Dlaczego nie uczyniono tego wcześniej, np. w 1992 
roku, w setną rocznicę jego urodzin, lub w 60. rocznicę Monte Cassino? Co sprawiło, 
że w pookrągłostołowej, postkomunistycznej już Polsce zwlekano z tą decyzją tak 
zawstydzająco długo, aż z armii Andersa pozostała tylko garstka żyjących żołnierzy? 
Trudno myśleć o tym bez żalu, od goryczy jednak, jaką ów rachunek niesie, silniejsza 
jest radość, że wreszcie nastąpił - choć symboliczny już tylko - powrót bohatera na 
białym koniu... 
Pocieszający jest również fakt, iż rok ten zaowocował cennymi inicjatywami kultu- 
ralnymi i wydawniczymi. 
Tu mowa będzie o trzech takich wydawniczych "owocach". Są to dwie tematycz- 
nie uzupełniające się antologie wierszy - Generał Anders w poezji oraz "Nasze grani- 
ce w Monte Cassino... ". Bitwa o Monte Cassino w poezji 1944-l969, obie wopraco- 
waniu Andrzeja Krzysztofa Kunerta, a także katalog wystawy Domjest daleko. Polska 
wciąż jest blisko... Generał Anders ijego żołnierze, której scenariusz ułożył również 
Andrzej Krzysztof Kunert. 
Poza osobą autora, publikacje te łączy wspólna idea - odkłamywania i populary- 
zacji historii, zapełniania białych plam, ocalania pamięci, wreszcie czczenia odeszłych 
lub odchodzących narodowych bohaterów. Niełatwe to zadanie w czasach, które, nie 
bez racji, zyskały miano postpatriotycznych, nie sposób bowiem nie zauważyć, że 
odbiorcy tego typu publikacji czy inicjatyw stanowią dziś w Polsce kurczące się grono. 
Są to ci, którzy pojęcia patriotyzmu (w tradycyjnym, "staroświeckim" rozumieniu tego 
słowa) nie chcą i nie umieją oddzielić od zrośniętej z nim pamięci historycznej. 


205
>>>
Nie są to więc raczej książki dla osób, którym np. nie miła jest idea tworzenia Mu- 
zeum Historii Polski, niestety nie trafią także do odbiorcy masowego, choć mają nie- 
wątpliwe zalety publikacji popularyzatorskich. 
W antologii Generał Anders w poezji odnaleźć można 19 wierszy (15 autorów) je- 
mu właśnie poświęconych. Utwory, uporządkowane chronologicznie, pochodzą z róż- 
nych lat, powstawały też przy rozmaitych okazjach. Najstarszy to Powitanie wodza 
Janusza Wedowa pisane w Griazowcu, 25 sierpnia 1941, w dniu przyjazdu generała do 
obozu. Następny wiersz - Dojdziemy! Konrada Toma (powstał w Buzułuku, w grud- 
niu 1941) - przypomina słynne słowa "Może nie wszyscy, ale dojdziemy" z prze- 
mówienia Andersa do żołnierzy, z września 1941 roku. Część środkową wypełniają 
zarówno teksty dedykowane dowódcy, jak i ukazujące jego postać i zasługi. Szczegól- 
nie godzien uwagi jest wiersz Generał Anders Xawerego Glinki z 1944 roku. Niby 
curriculum vitae, rozpoczęte lekko, strofą: 
Był generałem kawalerii 
O doskonałej aparycji - 
To w Polsce: dużo galanterii, 
Polotu męstwa i tradycji! 
zmierza dalej ku apoteozie - "jak Mojżesz wywiódł On z niewoli" i ukazaniu nie- 
rozerwalnej więzi Generała ijego żołnierzy. Siedem ostatnich utworów napisano już po 
śmierci Andersa. To wiersze-hołdy, wiersze-pożegnania, spośród których wyróżnia się 
patosem utwór Józefa Łobodowskiego Na śmierć generała Andersa, nawiązujący do 
Bema pamięci żałobnego rapsodu, sąsiadujący notabene z Bajką Beaty Obertyńskiej 
o "żołnierzu, który całą armię nędzarzy wyprowadził z piekła", choć wcześniej "zbój 
czerwony onego Junakajak rannego sokoła wpakował za kraty"... 
Autorzy to przeważnie żołnierze armii Andersa lub poeci pozostający w jej orbicie, 
m.in.: Bolesław Redzisz, Feliks Konarski (Ref-Ren), Kazimierz Krukowski (Lopek), 
Marian Hemar, Xawery Glinka, Beata Obertyńska, Zbigniew Chałko. Ale nie tylko - 
jest wśród nich także Jan Lechoń - poeta-"cywil", całkowicie jednak uznawany przez 
żołnierzy za "swego", Józef Łobodowski czy Albin Habina (żołnierz l. Samodzielnej 
Brygady Spadochronowej). 
Zbiór wzbogacony jest życiorysem gen. Andersa, biogramami autorów, teksty wierszy 
opatrzone są szczegółowymi adresami bibliograficznymi. Książeczka, co należy podkre- 
ślić, cieszy także oczy swym graficznym dopracowaniem (na kredowym papierze). 
"Nasze granice w Monte Cassino... ". Bitwa o Monte Cassino w poezji 1944-l969 
to, rzecz jasna, antologia o wiele obszerniejsza. Jak precyzyjnie wskazuje jej tytuł, 
obejmuje szeroki wybór poezji poświęconej bitwie o Monte Cassino: od utworów naj- 
starszych, towarzyszących bitwie, po teksty powstałe dla uczczenia 25. rocznicy bitwy. 
Jednak sam tytuł kryje w sobie drugie dno: rozpoczynający go cytat pochodzi z wiersza 
Monte Cassino Władysława Broniewskiego, ten sam, którego przed laty użył Jan Bie- 
latowicz, redaktor bezcennego zbioru poezji żołnierzy 2. Korpusu Nasze granice 
w Monte Cassino. Antologia walki (wydany w Rzymie, w 1945 roku, przez Oddział 
Kultury i Prasy 2. Korpusu). W antologii Kunerta obok "korpuśnych" poetów poja- 
wiają się licznie twórcy-outsiderzy. 
Prezentację wierszy, uporządkowanych według chronologii ich opublikowania, 
poprzedza krótkie kalendarium włoskich losów Korpusu sprzed bitwy o Monte Cassino 
(od lądowania we Włoszech pierwszych polskich oddziałów). 
Antologia obejmuje teksty 53 autorów (wśród nich powtórzyła się większość 
uwzględnionych w zbiorze omawianym uprzednio, toteż ich nazwiska pomijam). Spo- 


206
>>>
tkali się tu poeci znani i nieznani, również ci zupełnie anonimowi. Żołnierze Andersa 
(Władysław Broniewski, Feliks Konarski, Maksymilian Baranowski, Artur Między- 
rzecki, Beata Obertyńska, Jan Olechowski czy ściśle związana ze środowiskiem Kor- 
pusu Hanka Ordonówna), szeregowi i dowódcy (ppłk. Ludwik Domoń) , cywile (Xawe- 
ry Glinka, Kazimierz Wierzyński), obok poetów starszych stażem i wiekiem - młodo- 
ciani debiutanci (Zofia Jarmulska, uczennica Gimnazjum i Liceum w Isfahanie). Krąg 
twórców objął też m.in. Józefa Łobodowskiego, Aleksandra Jantę-Połczyńskiego 
(wówczas znakomitego korespondenta wojennego), a także autorów krajowych (Kazi- 
mierz Kruczkowski, por. Karol Chmiel, stracony w 1951 roku żołnierz BCh i AK). 
Antologia zawiera również teksty obcojęzyczne (Leonarda Kociemskiego I1 Cimitero 
Polacco di Monte Cassino i Hildy M. Comey Cassino). 
Warto przyjrzeć się także "danym statystycznym": rok 1944 przyniósł bez mała 50 
tekstów, 1945 - dziewięć, 1946 - siedem, 1947 - trzy, 1948 trzy, w latach 50. i 60. 
pojawiły się luki, dopiero rok 1969, gdy uroczyście obchodzony jubileusz ożywił wenę 
poetycką, zaowocował znów większą ilością wierszy - czterech. 
Teksty przeplatane są dość bogato ilustracjami - głównie stanowiąje reprodukcje 
stron czasopism z publikowanymi poezjami, bądź ówczesnych rysunków towarzyszą- 
cych pierwodrukom wierszy. Tom wzbogacono imponująco szczegółowymi, tam gdzie 
było to możliwe, notami o autorach (choć nie wszyscy zostali uwzględnieni), każdy 
utwór opatrzono drobiazgowymi informacjami o pierwodruku, przedrukach etc. Przy 
wielu pojawiają się dodatkowo przypisy o charakterze historycznym, adresowane do 
odbiorcy nie obeznanego bliżej z tematyką, potrzebującego zatem wyjaśnień, kim np. 
był Józef Czapski, generał Harold Alexander, lub co kryje się za hasłami bitwa pod 
Kockiem, Dunkierka czy Karta Atlantycka. Dodano także słowniczek terminów woj- 
skowych i topograficznych sporządzony przez Rafała E. Stolarskiego. 
Lektura wierszy jest przejmująca. Utrwalono w nich historię trudu, bohaterstwa, 
glorii i goryczy zdradzonych (Henryk Mirzwiński, Za wolność naszą i waszą), "prze- 
granych zwycięzców", kolejnych "spadkobierców polskiej doli", (F. Konarski, Reflek- 
sje). Zapisano w nich też ówczesne emocje i to porusza równie głęboko (niezależnie od 
ocen, czy dany utwór jest poetycko dobry, czy słaby i popadający w stereotyp). Podob- 
nie jak wstrząsające w swej prostocie są wiersze tuż powojenne, pisane w kraju, 
w więziennych, komunistycznych już celach, w których słychać echa pieśni o czerwo- 
nych makach na Monte Cassino. 
Antologię zamyka dwugłos Konarskiego (Refleksje na 25-lecie bitwy o Monte Cas- 
sino) i Hemara (Monte Cassino 1969). Pierwszy pyta (retorycznie) "Czy bitwa ta była 
potrzebna? / Czy szaleństwo to było błędem?", drugi odpowiada, "że nie można było 
ina czej" .. . 
Znakomitym dopełnieniem omawianych obu poetyckich zbiorów jest wspomniany już 
katalog wystawy Domjest daleko. Polska wciąż jest blisko... Także w jego tytule* odnaj- 
dujemy kolejny cytat, tym razem pochodzący z wiersza Mariana Hemara pt. Bazie (1945) 
- pełnego nostalgii za daleką-bliską ojczyzną, która wciąż "prześwituje" przez obce 
krajobrazy i nawet widok wierzbowej witki sprawia, żejuż się jest "Ach w Polsce...". 
Ów katalog-album (znów edytorski cymes, zaplanowany i wykonany z wielkim 
pietyzmem) zawiera pełną dokumentację plenerowej wystawy, poświęconej gen. Wła- 
dysławowi Andersowi oraz jego żołnierzom, jaką od 18 maja do 8 czerwca 2007 moż- 
na było zwiedzać przy wejściu do Parku Ujazdowskiego w Warszawie. Autorami wy- 


* Katalogu nie należy mylić z tomem M. Hemar, Domjest dałeko. Połska wciqżjest blisko. 
vry-bór wierszy i piosenek, w opracowaniu A. K. Kunerta, Warszawa 2000. 


207
>>>
stawy, zorganizowanej przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy i Stołeczną Estradę, 
byli Andrzej Krzysztof Kunert i Rafał. E. Stolarski. Na pięćdziesięciu planszach zapre- 
zentowano arcybogaty zbiór unikatowych często materiałów: kilkaset archiwalnych 
fotografii, a także m.in. mapy, dokumenty, wydawnictwa książkowe, prasę wojskową, 
plakaty i znaczki pocztowe, odznaczenia. Ilustracjom towarzyszył obszerny, klarowny 
komentarz. 
Album ujmuje całą drogę armii gen. Władysława Andersa. Od powstania polskiego 
wojska w ZSSR w 1941 roku, poprzez pobyt na Bliskim Wschodzie i w Afryce, szlak 
bojowy 2. Korpusu Polskiego we Włoszech, aż po ewakuację żołnierzy z Włoch do 
Wielkiej Brytanii w roku 1947. I akord ostatni: pozbawienie Generała obywatelstwa 
polskiego (26 września 1946), propagandowa kampania oszczerstw i szyderstw 
z "barona Andersona" ijego powrót po latach do wolnej już Polski: dopisywany przez 
historię brakujący "ostatni rozdział". 
Wiele miejsca poświęcono Monte Cassino i "pamiątkom" walk: cmentarzowi, po- 
mnikom, odznaczeniom, a także ostatniej "polskiej" bitwie - o Bolonię. Poza historią 
przypomniano też twórczość powstającą na żołnierskim szlaku: poezje, pieśni, grafikę, 
karykatury czy znakomite rysunki Feliksa Topolskiego towarzyszące Armii Polskiej od 
zarania jej istnienia, wreszcie rzeźby (Matka Boska Kozielska), książki, ba, nawet filmy! 
(vide zdjęcie pięknej Renaty Bogdańskiej - Ireny Andersowej z filmu Wielka drogal). 
Ogromna jest różnorodność tematów ujętych w ekspozycji (i katalogu), choć, jak 
przy każdym wyborze, pozostająjeszcze inne zagadnienia, także godne przypominania 
(np. może nazbyt skrótowo ukazano w niej historię Samodzielnej Brygady Strzelców 
Karpackich - bohaterskich "szczurów Tobruku", stosunkowo niewiele jest zdjęć do- 
kumentujących codzienne życie żołnierzy "od kuchni", nie w bitwie, lecz na postoju, 
no ijakże się nie upomnieć o zdjęcia słynnego niedźwiedzia Wojtka, naj osobliwszego 
"żołnierza" 2. Korpusu...). 
Album poddany jest równocześnie dwóm porządkom: nadrzędnemu - chronolo- 
gicznemu oraz zagadnieniowemu. Nowe wątki sygnalizowane są przez tytuły poszcze- 
gólnych "podrozdziałów" (np. Tułacze dzieci, Msza św. na Łubiance, Uciekli do Man- 
dżurii, Wracamy szlakiem Legionów, etc.). Tu zresztą pojawiają się pewne wątpliwości, 
czy zawsze tytuły te są wystarczająco przejrzyste, czy nie nadto są ogólnikowe, lub 
zbyt metaforyczne (część z nich to cytaty z żołnierskich poezji). I jeszcze jedno: gdyby 
katalog opatrzony był spisem owych podrozdziałów, z wyraźnie wskazaną ich zawarto- 
ścią, łatwiej byłoby się w tym gąszczu poruszać. Ale są to mankamenty bardzo małego 
kalibru, o których zapomina się szybko wobec tej imponującej rozmachem opowieści 
o żołnierzach-tułaczach i ich dowódcy, dzięki której historia budzi się i "na naszych 
oczach" rozgrywa. 


Justyna Chłap-Nowakowa (Przemyśl) 


1 Wiełka droga, reż. M. Waszyński, Produkcja: Ośrodek Kultury i Prasy 2. Korpusu Polskie- 
go, Włochy 1946. 


208
>>>
Grynberg i granice historyczności 


Sławomir Buryła, Opisać Zagładę: Holocaust w twórczości Henryka Grynberga. Wrocław: Wydaw. Uniwer- 
sytetu Wrocławskiego, 2006, 462, [1] s. 


Twórczość Henryka Grynberga zajmuje w literaturze polskiej miejsce szczególne. 
Na równi z Adolfem Rudnickim, Bogdanem Wojdowskim i Hanną Krall, to Grynberg 
sprawił, że tematyka Zagłady w sposób tak wyrazisty wpisała się w jej obszar. Ale 
Henryk Grynberg jest jednocześnie przypadkiem osobnym. To, co uderza w jego twór- 
czości to bezkompromisowość, niepowtarzalny styl, intelektualny i emocjonalny ładu- 
nek tego, co ma do powiedzenia. Jest tego świadom Sławomir Buryła, który w mono- 
grafii Opisać Zagładę. Holocaust w twórczości Henryka Grynberga podjął się cało- 
ściowego ujęcia różnych form pisarstwa autora Żydowskiej wojny. Zadanie to zrealizo- 
wał nie wzbraniając się przed wydobyciem tego, co w tej twórczości trudne i kontro- 
wersyjne. Książka, która powstała nie jest więc książką typowo historyczno-literacką 
i rozważania literaturoznawcze są w niej poniekąd zmarginalizowane. Buryła zajął się 
tymi aspektami dzieł Grynberga, które wywołują naj silniejsze reakcje czytelników, 
a które w tradycyjnej analizie literackiej mogłyby stracić na swojej ostrości. Dlatego 
kontekstem rozważań badacza są szeroko rozumiane nauki społeczne, historyczne, 
psychologia i teologia. 
Buryłę interesuje więc głównie ten aspekt literatury, który zbliża ją do innych dys- 
cyplin humanistycznych. To, co tak charakterystyczne i wyjątkowe w myśleniu Gryn- 
berga, umiejscawia się jego zdaniem na ich przecięciu: "Zatem to, co skłonni byliby- 
śmy nazwać fobią Grynberga, jest raczej wiedzą z zakresu psychologii społecznej prze- 
filtrowaną przez wrażliwość artysty poholokaustowego" - pisze (s. 104). Badacz 
koncentruje się na "odnajdywaniu w relacjach o Zagładzie odniesień do rzeczywisto- 
ści" (s. 14). W Opisać Zagładę daje wyraz przekonaniu o szczególnych właściwościach 
literatury. Na tle dokonań historyków, pisarze jawią się jako awangarda współczesnej 
myśli o epoce totalitaryzmów. To, czym w sferze polsko-żydowskich stosunków histo- 
ria zajmuje się dzisiaj - przekonuje - literatura przepracowała za pomocą figur języ- 
ka kilka dekad wcześniej. W monografii tej odnajdziemy więc podjęcie wielu tematów 
"niechcianych": antysemityzmu i niechlubnych zjawisk społecznych z okresu II wojny: 
szmalcownictwa, donosicielstwa i grabieży. Buryła dokonuje też niezwykle kompe- 
tentnego omówienia teoretycznej dyskusji nad istotą Szoa, problemu stosowności opo- 
wiadania i konsekwencji Zagłady dla myśli teologicznej. 
Ten szeroki, świadczący o głębokiej erudycji autora kontekst historyczny i spo- 
łeczny jest oczywiście pożądanym tłem dla wnikliwej lektury Grynberga. Ale - muszę 
przyznać - czasami przesłania on głos samego pisarza, sprawia, że - wbrew inten- 
cjom autora - Grynberg jawi się już nie jako samotny twórca, ale jako jeden z wielu 
uczestników społecznej debaty. 
Włączając Grynberga w nurt filozoficznej, antropologicznej i historycznej refleksji 
o Zagładzie, Buryła traktuje powieści i opowiadania jako sposób wyrażania opinii 
i poglądów, na równi z jego esejami i artykułami. W rozdziale Antynomie Szoa rekapi- 
tuluje polemikę autora Prawdy nieartystycznej z Zygmuntem Baumanem i Markiem 
Zaleskim. Grynberg opowiada się za irracjonalnym charakterem Zagłady i sprzeciwia 


209
>>>
się jej uniwersalistycznemu pojmowaniu. Na uwagę zasługują tutaj rozważania o nie- 
porównywalności i nieprzystawalności losów polskich i żydowskich podczas okupacji. 
Figurą tej dziejowej asymetrii jest karuzela na placu Krasińskich. Była ona przejawem 
ciągłości życia Polaków, zachowanej pomimo wkroczenia wojennego terroru. Jedno- 
cześnie dla Żydów w getcie stała się symbolem nieusuwalnej różnicy pomiędzy nimi 
a resztą społeczności Warszawy. Do tej nieprzystawalności wojennych losów należy 
także fakt całkowitej przypadkowości ocalenia żydowskich istnień, ogromna zależność 
Żydów od Polaków oraz tragiczny bilans, jakiego dokonać musiał każdy Żyd po za- 
kończeniu wojny. Z lektury Zwycięstwa, Życia ideologicznego i Niebieskookiej Marii 
płynie wniosek o niemożliwości porównania wojennego doświadczenia Polaków 
i Żydów. 
Odsuwając na dalszy plan interpretację twórczości Grynberga, autor monografii 
śledzi fenomen przenikania się antyjudaizmu i antysemityzmu. Buryła podważa czysto 
wyznaniowy charakter antyjudaizmu, kwestionując sens wyodrębniania tego zjawiska 
z szerszego pojęcia antysemityzmu. Rozważania te mają na celu rozwinięcie i uzupeł- 
nienie myśli Grynberga, zgodnie z którą chrześcijaństwo przygotowało grunt pod no- 
wożytny antysemityzm i Zagładę. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że rozdział ten 
wykorzystuje pisarstwo Grynberga w celach prezentacji tez bardziej ogólnych. Postę- 
powanie interpretacyjne Buryły naraża jego wywód na inną jeszcze sprzeczność. 
Zjednej strony badacz przypisuje Grynbergowi "niewdzięczną rolę rozdrapywacza 
ran", przypina mu etykietę "niesprawiedliwego", ogarniętego swoistą obsesją pisarską 
publicysty, z drugiej poddaje racjonalizacji poglądy pisarza i podważa ich oryginalność 
w kontekście publikacji zagranicznych: Grynberg "porządkuje jedynie rzeczy, które są 
znane badaczom" (s. 82). Autor Monologu polsko-żydowskiego wpisany w krąg po- 
dobnych mu myślicieli (Emanuel Levinas, Bogdan Wojdowski, Marcin Król) staje się 
pisarzem bardziej wyważonym, ale i mniej kontrowersyjnym. Podobne problemy rodzi 
rekonstrukcja obrazu Marca '68 w twórczości pisarza. Wydarzenia marcowe stanowią 
dla Grynberga ostatni akt prześladowań Żydów na terenie Europy i swoistą kontynu- 
ację realizowanego przez nazistów dzieła Zagłady. Tym, co działo się w Polsce pod 
koniec lat 60. zajmuje się w Memorbuchu i szkicu zatytułowanym Rachunek za Ma- 
rzec. Monografista waha się, czy portret tej dekady stworzony przez pisarza należałoby 
określić mianem historyczny, czy raczej histeryczny. Nie jestem przekonana, czy 
w rozwianiu tej wątpliwości pomóc może stwierdzenie, że grynbergowskie, radykalne 
oceny wydarzeń marcowych "należy rozpatrywać przez pryzmat psychiki prześlado- 
wanego" (s. 116). 
Ciekawym zwieńczeniem tego historycznego szkicu jest część poświęcona literac- 
kiemu językowi, jakim pisarz posługuje się do opisu zjawiska antysemityzmu i prze- 
śladowań Żydów. W podrozdziale zatytułowanym Rozbrajanie języka nienawiści Bu- 
ryła pokazuje chwyty literackie, dzięki którym Grynberg demaskuje i podważa anty- 
semicką mowę. Z przywoływanym wielokrotnie przez Buryłę obrazem Grynberga jako 
pisarza szukającego uprawomocnienia dla swojego języka w perspektywie ofiary, kon- 
trastuje wizja artysty posługującego się językiem ironicznym. Spojrzenie na pisarstwo 
jako wypowiedź figuratywną, która mocąjęzyka literackiego broni swoich racji wydaje 
się bardziej owocne, niż eksploatowanie perspektywy prześladowanego. Krokiem 
w stronę takiego odczytania twórczości Grynberga jest rzeczony rozdział. Wyjściem 
poza punkt widzenia ofiary byłby właśnie język ironii i szyderstwa - to charaktery- 
styczne przesunięcie znaczeń, które w moim przekonaniu stanowi znak firmowy pisar- 
stwa Grynberga. Jak słusznie zauważa Buryła, Grynberg nie stroni od sarkazmu i wy- 
korzystywania "obezwładniających funkcji śmiechu". Odkrywczą obserwacją wydaje 


210
>>>
mi się dostrzeżenie drugiego dna ironicznego języka pisarza. Oprócz autodemaskator- 
skiej wymowy i gorzkiego śmiechu tkwi w nim doza ciepła i "deziluzji naznaczonej 
smutkiem". Grynbergowską ironię - pisze Buryła - przenika "tęsknota za naruszo- 
nym porządkiem", za prawdą i sprawiedliwością świata uwolnionego od antysemickie- 
go obłędu. 
Rozdział Być pomiędzy traktuje o zagadnieniach tożsamości rozpiętej pomiędzy 
różne, pozornie wykluczające się światy. Autor Uchodźców wiedzie potrójną egzysten- 
cję - amerykańską, żydowską i polską. Pomiędzy - to także przestrzeń rozdzielająca 
świat żywych i ofiar Szoa. Figurami takiego podwójnego bytowania są u Grynberga 
postacie Hamleta, Winkelrieda i Konrada Wallenroda. To poczucie podwójności, czy 
złożoności istnienia umożliwia przyjęcie roli pisarza jako pośrednika i medium. 
W miejscu, gdzie indywidualna egzystencja splata się z twórczością Buryła odkrywa 
jeden z naj istotniejszych wątków pisarstwa Grynberga. 
Na uwagę zasługują akapity traktujące twórczość autora Kadiszu jako studium 
psychiki ocalałego. Ocalenie jawi się tutaj jako choroba, naznaczenie nieusuwalnym 
poczuciem winy. Literatura jest głosem skargi, w którym wyraża się pamięć o przeszło- 
ści i "poczucie zadłużenia u zmarłych". Ważne jest jednak - co słusznie podkreśla 
Buryła - aby kategoria urazu i straumatyzowanej pamięci nie przesłoniła przekonania 
o możliwości dania świadectwa, opowiedzenia o utraconym świecie. 
Twórczość Henryka Grynberga inspiruje do zweryfikowania stereotypowych wy- 
obrażeń o postawach Żydów w czasie wojny i Zagłady. W Ekipie Antygona, Ojczyźnie 
i Kadiszu Buryła śledzi nieczęste w skali literatury polskiej wątki zemsty. Nieumiejęt- 
ność i niemożliwość przebaczenia wieńczy z kolei narrację Dziedzictwa. Jak zauważa 
autor monografii, w kontekście tradycji judaizmu czasem to przebaczenie może być 
nieludzkie, a sprawiedliwe jest potępienie. Zasada boskiego przebaczenia okazuje się 
nieadekwatna do winy oprawców w czasie Zagłady. Co więcej, jak ilustrują to koncep- 
cje Levinasa i Hansa Jonasa, Bóg nie dysponuje mocą wymazania winy wyrządzonej 
człowiekowi. Odpowiedzialność za przebaczenie spoczywa na pokrzywdzonym, 
a obowiązek skruchy i przemiany na winowajcy. Kolejnym przewartościowaniom 
ulega zagadnienie żydowskiego oporu. Do jego przejawów autor Szmuglerów zalicza 
tzw. opór cywilny: postawę duchowego oporu przeciw działaniom okupanta, codzienny 
trud mieszkańców gett i obozów, działania przeciwdziałające niepamięci. Grynberg - 
wbrew utartym sądom - broni godności śmierci Żydów religijnych, których konse- 
kwentne zawierzenie Bogu i wierność religii skutkowało przyjęciem postawy określa- 
nej także jako "samobójcza". Szmuglerzy, Dzieci Syjonu, Drohobycz, Drohobycz- 
ukazują bohaterstwo dzieci, nie tylko tych, które narażały swe życie zajmując się 
szmuglem. Nie zawsze zgodne z prawdą są wyobrażenia o postawach Polaków podczas 
Holokaustu. Grynberg - jak twierdzi Buryła - podziela sceptyczną postawę wobec 
przyzwoitości ludzkiej reprezentowaną przez Marka Edelmana czy Jana Tomasza 
Grossa. Przekonanie o skłonności człowieka do wyboru zła zbliża go do Gustawa Her- 
linga-Grudzińskiego. Wybór dobra - uważa pisarz - nie był rezultatem wierności 
etyce i nakazom religijnym, lecz indywidualną decyzją podjętą w wyniku porywu ser- 
ca, współczucia, poczucia osobistej odpowiedzialności. Postawa kościoła, który nie 
sprostał próbie Zagłady jest u Grynberga punktem wyjścia do krytycznego osądu 
wszelkich skodyfikowanych systemów etycznych. 
Poświęcając z kolei więcej uwagi liryce Grynberga, Buryła analizuje obecną w niej 
problematykę wiary. Istotne miejsce w jego poezji (ale również prozie) zajmuje postać 
Chrystusa, będącego wieloznaczną figurą wykorzystywaną przez pisarza w sporze 
z chrześcijaństwem. Syn Boży jest metaforą niezawinionego cierpienia, które w czasie 


211
>>>
wojny przypadło w udziale Żydom, a poprzez przypomnienie przykazania miłości 
służy także oskarżeniu Polaków o odmowę niesienia pomocy Żydom. Inne elementy 
teologicznej refleksji Grynberga oddalają go jednak od myśli chrześcijańskiej. Przeko- 
nanie o "substancjalnej obecności zła", czy prawo jednostki do absolutyzacji swojego 
cierpienia wywodzą się z tradycji judaizmu. Kluczowym punktem w procesie kształto- 
wania się religijnej świadomości Grynberga jest wiersz Rodowód z tomu Wśród nie- 
obecnych. W nim to Bóg staje się ucieleśnieniem zła. Tak drastyczna świadomość nie- 
doskonałości Boga i pełna artykulacja cierpienia ofiar nie prowadząjednak do zanego- 
wania wiary. Dają się one pogodzić z koncepcją niedoskonałego, ułomnego Boga. Taki 
wizerunek Boga uprawnia Buryłę do odnalezienia analogii między myślą Grynberga 
a koncepcjami takich myślicieli jak Emanuel Levinas, Hans Jonas, Izaak Luria i Abra- 
ham Heschel, którzy opowiadają się za ideą Boga wycofanego i pozbawionego władzy. 
Bardzo trafny wydaje mi się sposób w jaki Buryła rozstrzyga kwestię decorum 
w twórczości Grynberga. Rozpoznając poetycki, liryczny charakter utworów prozator- 
skich autora Zwycięstwa (w szczególności tych, które mówią o dzieciństwie), jest jed- 
nocześnie przekonany o ich pozaestetycznym celu. W tej pozornej sprzeczności ujaw- 
nia się jedna z kontrowersji literatury Holokaustu dotycząca zagadnienia piękna. Wielu 
badaczy literatury Zagłady jest przekonanych, że dzieła traktujące o Szoa nie powinny 
poruszać tego tematu w sposób, jaki jest typowy dla dzieł sztuki, ponieważ podporząd- 
kowane są zgoła innym celom: zaświadczaniu o prawdzie przeszłości, w którą wpisane 
są cierpienia zgładzonych. Wyjście z tej aporii znajduje Buryła wskazując na to, co 
określa sformułowaniem "urok grozy". Trudno bowiem zaprzeczyć, że misterna kom- 
pozycja, mistrzowski język poruszają swoim pięknem i sprawiają, że zanurzamy się 
w świat powoływany przez Grynberga. Już jakiś czas temu przeformułowane zostało 
zalecenie wyeliminowania metafory i języka figuratywnego z tekstów obierających za 
temat Zagładę. W dzisiejszych omówieniach literatury Holokaustu badacze wychodzą 
z założenia, że porządek metaforyczny i symboliczny wpisany jest w naszą percepcję 
świata. Integralną częścią prozy dokumentalnej będzie więc symbol, groteska, ironia 
i metafora - sposoby postrzegania rzeczywistości naznaczonej jarzmem totalitaryzmu. 
Jak dowodzi Buryła - to właśnie język realizmu, tradycyjna narracja, rządzona przez 
przyczynowo-skutkowe relacje objawia swoją niewystarczalność wobec doświadczenia 
Szoa. 
Problem stosowności języka w opisie Zagłady podjęty zostaje w jednym z bardziej 
interesujących rozdziałów książki. Do eksplikacji problemu posłużyła autorowi mono- 
grafii postać Rubinsztajna - wariata z getta warszawskiego. Rubinsztajn funkcjonuje 
w literaturze na temat rzeczywistości getta jako figura szaleńca - a zarazem swoistego 
medium. Jego reakcje i szalone wypowiedzi mogą być interpretowane - jak uważają 
świadkowie - jako normalna reakcja na chorą rzeczywistość Zagłady. W tym sensie 
śmiech wariata i jego szaleństwo okazują się stosowne w rzeczywistości getta zdomi- 
nowanej przez wszechobecną śmierć. Kiedy więc pisarz w genialny sposób wplata 
w swe opowieści-dokumenty o Zagładzie elementy satyry, komizmu, sarkazmu oraz 
groteski nie chodzi mu o prowokację. Komizm okazuje się skutecznym narzędziem 
"unieszkodliwiania zła", a groteska - której Buryła przypisuje szczególną rolę - 
staje się kolejnym, głębszym poziomem nowego realizmu. Podczas Zagłady niezwy- 
kłość staje się codziennością, a szaleństwo może być objawem zdrowych zmysłów. 
Aby opisać codzienność Zagłady ironia i groteska okazują się niezwykle przydatnymi 
i adekwatnymi figurami języka, gdyż wydobywają jej chaotyczność i niezwykłość. 
Spełniają wymogi decorum, ponieważ umożliwiają ukazanie wojennego koszmaru bez 
epatowania okrucieństwem i makabrą. Grynberg jest mistrzem ironii i dysponuje róż- 


212
>>>
nymi jej odcieniami: od autoironii, poprzez drwinę, po sarkazm. Ale ironia zastosowa- 
na do opisu postaci ujawnia nowe znaczenie: nie dyskredytuje, ani nie ośmiesza boha- 
terów, a jedynie obnaża ironiczność ich losu, ludzką bezsilność w obliczu potęgi prze- 
mocy i zniszczenia. Służy niejednokrotnie podkreśleniu tragicznego heroizmu postaci, 
nie uciekając się do emfazy i języka nacechowanego wzniosłością. Podobnie w gryn- 
bergowskim sarkazmie Buryła rozpoznaje "krzyk rozpaczy", a czarny humor obecny 
w prozie chce widzieć jako przykrywkę do wyrażenia bólu. W tych partiach książki 
Buryła w pełni wykorzystuje swój warsztat historyka literatury, który niewątpliwie 
decyduje o nieprzeciętnej wartości omawianej monografii. Najbardziej fascynującąjej 
częścią jest dla mnie rozdział zatytułowany Figury Nieobecności, w którym badacz 
zgłębia tak istotny w literaturze Holokaustu motyw utraty, nieodwracalnego braku 
i pustki po zgładzonym, żydowskim świecie. Topikę tę budują przedmioty. Figurą 
utraty ojca może być - jak w filmie Miejsce urodzenia - butelka po mleku, jeden 
z nielicznych śladów jego egzystencji. Dziecięca zabawka staje się metaforą utracone- 
go dzieciństwa. Znaną i szeroko omawianą figurą jest postać Żyda-ducha, którego 
egzystencja już za życia zepchnięta została w niebyt. Niezwykle trafnie i przenikliwie 
opisuje Buryła scenę projekcji filmu Miasteczko Bełz pochodzącą z powieści Zwycię- 
stwo. Tutaj figurą pustki jest tłum, a utrata i brak pokazane są poprzez paradoks, gdyż 
tak licznie zgromadzeni Żydzi multiplikują nieobecność i pomnażają stratę. Podobnie 
fotografia będzie śladem nieobecności. Znany z twórczości Imre Kertesza motyw nie- 
spełnionego życia jako następstwa Zagłady występuje także u Grynberga, co przeko- 
nująco naświetla badacz. 
Grynberg-głosiciel przykrych prawd nie jest jednak tak "niesprawiedliwy", jak po- 
czątkowo sugerował Buryła. Autor Prawdy nieartystycznej nie korzysta z narodowego 
klucza, ale tropi barbarzyństwo i chamstwo bez względu na przynależność narodową. 
W niektórych kręgach oskarżany o niechęć do Polaków, wielokrotnie podejmuje temat 
niegodziwej postawy Żydów podczas wojny, piętnuje ich zaangażowanie w proces 
tworzenia gett, Służbę Porządkową i administrację getta, jeśli prowadziło do przyjęcia 
postawy kolaboranta. Mimo, że jak deklarował autor monografii, Grynberg jest pisa- 
rzem kontrowersyjnym, w rozdziale o Prawdach niechcianych jawi się jako publicysta 
bezstronny i trzeźwy w ocenach zarówno Polaków, jak i Żydów. Poruszane przez niego 
wstydliwe tematy, jak na przykład drażliwa kwestia szmalcownictwa i donosicielstwa 
doczekały się już częściowego rozpoznania i - to prawda, wciąż nielicznych - opra- 
cowań (por. J. Grabowski, J. Tokarska-Bakir, B. Engelking, A. Żbikowski). Godząc 
w "polski syndrom niewinności" Grynberg porusza także sprawy do dziś nie przebada- 
ne, zahaczające o społeczne tabu, lecz jednak znane polskiemu czytelnikowi nie tylko 
z literatury, ale i z debat społecznych. Na uwagę zasługuje przedstawiona w elektryzu- 
jący wprost sposób kwestia rabunku żydowskiego mienia: Buryła zestawia teksty lite- 
rackie, świadectwa historyczne i opracowania naukowe, aby ukazać przerażający pro- 
ceder rabowania i przywłaszczania własności żydowskiej przez Polaków oraz wyko- 
rzystywania tragicznego położenia Żydów dla łatwego zysku. Wobec takich danych 
należy się zastanowić, czy grynbergowskie porównania Żydów do zwierzyny łownej 
i łupu oraz nazwanie terenów gett swoistym Eldorado mogą rzeczywiście uchodzić 
dzisiaj za przesadzone lub niesprawiedliwe? Buryła wieńczy swoją książkę rozważa- 
niami o ekonomicznym aspekcie Zagłady Żydów, które prowadzą go do wstrząsające- 
go wniosku: "Zbyt wielu mogło skorzystać na ich śmierci. Zagłada okazała się losem 
wygranym na loterii" (s. 386). 
Poglądy Henryka Grynberga - tak jak zostały przedstawione w monografii Opi- 
sać Zagładę - są dzisiaj może prawdami trudnymi, ale jednak należącymi do kategorii 


213
>>>
twardych faktów, potwierdzanych przez publikacje historyków i socjologów. Książka 
Sławomira Buryły przekonuje, że czas już pozbyć się etykietki skandalisty i pisarza 
kontrowersyjnego w odniesieniu do autora Uchodźców. Jednocześnie jest też mimo- 
wolnym dowodem na to, że to, co naprawdę wyjątkowe w pisarstwie twórcy tej klasy 
co Grynberg, kryje się w artystycznym przetwarzaniu faktów, idiomach i obrazach jego 
prozy i poezji. Największym osiągnięciem Grynberga są stworzone przez niego meta- 
fory i figury języka - a zatem wszystko to, co daje się ująć w kategoriach literackich, 
a umknąć musi kategoriom historycznym. 


Olga Orzeł (Warszawa) 


Twórcy polscy w RWE 


Violetta Wejs-Milewska, Radio Wolna Europa na emigrac.yjnych szlakach pisarzy Gustaw Herling- 
-Grudziński, Tadeusz Nowakowski, Roman Palester, Czesław Straszewicz, Tymon Terlecki, Kraków: Wy- 
dawnictwo Arcana, 2007, 748 s. 


Książkę Violetty Wejs-Milewskiej Radio Wolna Europa na emigracyjnych szlakach 
pisarzy Gustaw Herling-Grudziński, Tadeusz Nowakowski, Roman Palester; Czesław 
Straszewicz, Tymon Terlecki uznać należy za pozycję wielce pożyteczną i interesującą. 
Autorka omawia radiowy "epizod" w życiu każdego z przywołanych w tytule pisarzy, 
dbając o jak naj pełniejsze odtworzenie jego związków z Radiem i to nie tylko tych 
formalnych, ale także personalnych (tu głównie relacji z Janem Nowakiem-J eziorań- 
skirn). Przedstawia okoliczności, w jakich poszczególni twórcy trafili do Radia, formy 
współpracy, realizowane zadania, wreszcie warunki zakończenia pracy w RWE. Do- 
datkowo stara się w maksymalnie szerokim stopniu ukazać zakres poruszanych przez 
nich w audycjach radiowych tematów i w miarę możliwości wiernie odtworzyć ich 
poglądy (głównie polityczne i kulturalne). 
Książka składa się z dwóch zasadniczych części - pierwszą stanowi pięć roz- 
działów, w których przedstawieni zostali interesujący autorkę radiowcy, druga zaś 
(zatytułowana Komentarze - Recenzje - Felietony IVIybór;) jest obszernym, bo liczą- 
cym sobie 190 stron aneksem, na który złożyły się sumiennie przez Wejs-Milewską 
spisane teksty audycji przygotowanych przez jej bohaterów. Wartości tej drugiej części 
przecenić nie sposób - każde wydanie źródeł staje się cenną pomocą dla osób zainte- 
resowanych twórczością i dokonaniami zarówno konkretnego autora, jak i - a taka 
sytuacja ma miejsce i w tym wypadku - pewnego środowiska, grupy osób połączo- 
nych wspólnymi dążeniami i celem. 
W takim ogólnym przeglądzie pracy białostockiej badaczki zarzucić niczego nie 
można. Co więcej, należy uznać, że znad wyraz trudnego zadania, jakie przed sobą 
postawiła, wywiązała się dobrze. Jednak już w czasie lektury poszczególnych rozdzia- 
łów (szczególne wyraźnie rzuca się tu w oczy naj obszerniejszy, a zarazem otwierający 
książkę, poświęcony Romanowi Palestrowi) , nasuwa się szereg pytań i zastrzeżeń, 
którymi chciałbym się w tym miejscu podzielić. 
Tym, co zwraca szczególną uwagę w omawianym tomie, są trzy kwestie, z którymi 
Wejs-Milewska musiała się zmierzyć podczas pisania swej rozprawy. Pierwsząjest dobór 
nazwisk twórców, których radiowe losy i sylwetki zostały nam bliżej przedstawione, 


214
>>>
drugą stanowi stopień szczegółowości opisu danej postaci i jej pracy w RWE, trzecią zaś, 
którą być może należałoby uznać za najważniejszą, sposób prezentacji radiowego dorob- 
ku piątki bohaterów tej dysertacji. 
Warto zatem zapytać, jakie kryterium doboru zostało zastosowane w wypadku tej 
pracy, kryterium, które z całej galerii znakomitych postaci współpracujących z RWE 
pozwoliło wyłowić te pięć. We wstępie autorka pisze: 
Na niniejszą książkę składa się pięć rozdziałów, każdy poświęcony konkretnej posta- 
ci, która dla polskiej kultury winna nie być obojętna. Dla każdego z autorów praca 
w RWE była ważnym etapem życia, w każdym jednak przypadku i w różnych okresach 
inaczej była przez nich samych oceniana. Niemniej mamy do czynienia ze spuścizną cen- 
ną, mającą zarówno charakter znakowy, jak i uniwersalny, bo można ją objąć w wielkim 
uproszczeniu słowem - felietonistyka (s. 19). 
Przyznam, że nie do końca ów fragment rozumiem i to z kilku powodów. Po 
pierwsze powyższy opis nie mówi nic o specyfice wskazanych osób, a to z tego wzglę- 
du, iż można go odnieść nie tylko do nich, ale także do innych współpracowników 
monachijskiej radiostacji, wymienionych zresztą przez Milewską m.in. na stronie 18. 
Po drugie, pomijając już ów "charakter znakowy" (cóż to takiego? - czyżby chodziło 
o specyfikę, typowość owych zachowań przypisywanych środowisku RWE?), nie bar- 
dzo rozumiem, w jakim znaczeniu autorka używa tu słowa "uniwersalny". Na ogół 
myśląc o uniwersalnym wymiarze działalności ludzkiej wskazuje się na jej jakość 
i zasięg oddziaływania - w terminie tym kryje się z jednej strony informacja o wy- 
miarze ponadczasowym, jak i ponadterytorialnym (zresztą w takim duchu zostało to 
słowo użyte przez autorkę po raz drugi na s. 23), a z drugiej o wysokim poziomie reali- 
zowanych działań. I o ile ostatnia ze wskazanych cech, o czym przekona się każdy, kto 
książkę Wejs-Milewskiej przeczyta, nie budzi większych zastrzeżeń, o tyle pierwsza 
nie powinna być chyba przyjmowana bez zarzutów. Radio Wolna Europa było - 
i autorka w swoich rozpoznaniach to potwierdza - medium nastawionym na bardzo 
konkretnego, krajowego odbiorcę, a co za tym idzie, operującym głównie językiem 
polskim. Już choćby te dwie przesłanki stawiają ową "uniwersalność" pod znakiem 
zapytania. A jeśli nawet zgodzić się na zawężenie tego terminu do wymiaru jedynie 
polskiego, to lektura spisywanych przez badaczkę audycji radiowych dowodzi, że dla 
współczesnego czytelnika nośnymi i wartościowymi wyda się zaledwie ich część. Wy- 
nika to zresztą z doraźnego charakteru felietonu jako takiego, a radiowego w szczegól- 
ności, który dociera do odbiorcy (nawet zarchiwizowany) w ograniczonym zakresie, 
a będąc przy tym gatunkiem nastawionym na komentowanie aktualnych wydarzeń (po 
raz kolejny s. 23), z czasem traci na znaczeniu i wartości uniwersalnej właśnie, stając 
się jedynie świadectwem epoki. 
Co interesujące, autorka jest świadoma, iż wskazane przez nią kryterium może być 
nieostre, stara się więc doprecyzować swoje stanowisko, kontynuując swój wywód 
następująco: 
Uprawiali ją wszyscy moi bohaterowie: Roman Palester, Czesław Straszewicz, 
Herling-Grudziński, Tymon Terlecki i Tadeusz Nowakowski. Bardzo wiele ich łączy, 
sporo także dzieli, mają za sobą krótki[,] ale wspólny okres pracy w RWE, choć każdy 
rozpoczyna i kończy pracę w innym momencie, mają za sobą inne doświadczenia wo- 
jenne i powojenne, choć łączą ich międzypokoleniowe przeżycia powrześniowe, wszy- 
scy realizują się równolegle, łącząc pracę dla radia z innymi żywiołami aktywności 
kulturalnej lub realizowali się wcześniej na innych polach. Dlatego są tak interesujący 
[...] (s. 19). 


215
>>>
I wszystko to prawda, tyle tylko, że także ta analiza dotyczy wielu spośród innych 
współpracowników RWE. Można wręcz powiedzieć, że znacznie trudniej byłoby 
wskazać osobę, która pracując w monachijskiej radiostacji wymienionych tu warunków 
nie spełniała. 
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie zarzucam autorce tego, że dokonała nie- 
właściwego wyboru opisywanych postaci - przeciwnie - uważam go za nad wyraz 
trafny (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Chodzi mi jedynie o metodologię, o usprawie- 
dliwienie takiego postępowania badawczego, które zwerbalizowane w przytoczony 
sposób nie jest przekonujące i powoduje, że w trakcie lektury czytelnik cały czas stara 
się wskazywać na wyznaczniki, które mogłyby służyć usprawiedliwieniu takiego wy- 
boru. 
Równie frapujący, co zaznaczono powyżej, wydaje się problem szczegółowości 
opisu danej postaci i wiążąca się z tym sprawa prezentacji dorobku kolejnych bohate- 
rów pracy. Należy tu wyraźnie zaznaczyć, że - i właśnie to odczytuję jako podstawo- 
wy wyznacznik arbitralności wyboru dokonanego przez Wejs-Milewską - badaczka 
przedmiotem swej refleksji uczyniła pióra znakomite, których wystąpienia radiowe 
charakteryzuje to, co w tym medium szczególnie cenne - wyrazistość, przejrzystość 
połączona z dużą umiejętnością egzemplifikacji i argumentowania, wysoka świado- 
mość prawideł rządzących jednostronnym dyskursem medialnym, umiejętne i wywa- 
żone stosowanie chwytów retorycznych itp. A zatem kryterium doboru jest jakość 
i format przywoływanych bohaterów. W tym kontekście nie dziwi także, że i w tekście 
zasadniczym autorce nie udało się oprzeć pokusie obszernego cytowania poszczegól- 
nych wypowiedzi omawianych współpracowników RWE. Odbywa się to z pewnością 
z pożytkiem dla czytelnika, któremu wiele z tych tekstów jest prezentowanych po raz 
pierwszy, a podanie ich w formie pisanej stanowi dodatkową gwarancję możliwości ich 
wykorzystania w kolejnych opracowaniach, omówieniach czy choćby przypomnie- 
niach. Równocześnie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak obszerne cytaty, kuszące 
i smakowite w lekturze, jednocześnie rozsadzają od środka dyskurs badawczy - nie 
raz można spotkać całe strony, na których dwa obszerne passusy wybrane z audycji 
autorstwa np. Palestra czy Straszewicza powiązane są dwoma, trzema linijkami wypo- 
wiedzi badaczki, której nie udaje się w takiej sytuacji w pełni wykorzystać potencjału 
informacyjno-interpretacyjnego przywoływanych fragmentów, co odbywa się z wi- 
doczną szkodą dla jej własnego wywodu. Tak dzieje się, moim zdaniem, np. na s. 32, 
gdzie po obszernym cytacie, którego osią przewodniąjest, zdaniem piszącego te słowa, 
kategoria elementarnej uczciwości dążącego do ocalenia swej godności artysty, Wejs- 
-Milewska chce w nim widzieć fragment odnoszący się do jego wolności (paradoksal- 
nie kilka linijek niżej ponownie przywołuje słowa Palestra mówiącego o "uczciwości 
artystycznej"). W podobnym duchu interpretuje badaczka wypowiedź przywołaną 
przez nią na s. 35 i po raz kolejny, moim zdaniem, nadmiernie eksponuje problem wol- 
ności zamiast - jak mi się wydaje - kluczowego nakazu zachowania godności i bycia 
uczciwym przede wszystkim wobec siebie samego. Naturalnie rozbieżności te są tu 
formułowane nie w postaci zarzutu, lecz raczej pewnego postulatu badawczo- 
interpretacyjnego, którego celem jest zwrócenie uwagi na możliwe odmienne odczyta- 
nie pewnych sformułowań czy sądów wychodzących z ust opisywanych przez Milew- 
ską radiowców. Dodać także należy, że tego typu rozbieżności w największym nasile- 
niu narzucają się w naj słabszym, zdaniem piszącego te słowa, rozdziale pierwszym, 
który z powodu objętości (150 stron) i mnogości podejmowanych wątków tematycz- 
nych, jest najmniej zwartą i sprawiającą wrażenie niedopracowania częścią całej pracy. 


216
>>>
Pomijając te propozycje odmiennej interpretacji, chciałbym zwrócić uwagę na coś 
innego, coś, co wydaje mi się niepokojącą składową horyzontu badawczego autorki. 
Chodzi mianowicie o jej stosunek do poddawanych oglądowi "obiektów". Celowo uży- 
wam tu tego słowa, gdyż zakładam, że nie mogłoby się ono pojawić w ustach białostoc- 
kiej badaczki. A nie mogłoby dlatego, iż - jak widać wyraźnie w całej książce - Wejs- 
-Milewska zdradzając wyraźne zafascynowanie omawianymi radiowcami (dodajmy, że 
cechę tę uznać należy za niezwykle wartościową, gdyż ukazuje ona - jak wskazywała 
recenzentka wydawnicza książki - "głęboki humanizm" autorki), skraca Qak mi się 
wydaje nadmiernie) dystans do ich wypowiedzi i postaw. Naturalnie nikt nie neguje 
tego, iż wystąpienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego emanują emigracyjnym etosem 
i skupiają się na moralnym wymiarze egzystencji człowieka uwikłanego w problemy 
polityczne XX wieku, twórczość Romana Palestra zdradza nietuzinkową erudycję i nad 
wyraz rozległe horyzonty kulturalne, Czesław Straszewicz jako radiowiec realizował się 
przede wszystkim w tematyce politycznej traktując audycje w RWE jako składową 
pewnego większego dyskursu i nieustannie wykorzystywał ich polemiczny potencjał, 
Tymon Terlecki nawet przed mikrofonem pozostał przede wszystkim teatrologiem, zaś 
Tadeusz Nowakowski to celny ironista i stylista, a przy tym zaangażowany krytyk lite- 
racki. Paradoksalnie jednak eksponując te cechy, postrzegane wogólnym oglądzie 
działalności radiowej przywołanych twórców, podczas ukazywania ich w kontekście 
konkretnych tekstów lub też w czasie poszukiwania argumentów za nimi przemawiają- 
cych Wejs-Milewska nazbyt zbliża się do swoich bohaterów wierząc każdemu ich słowu 
i rozstrzygając wszelkie wątpliwości stwierdzeniami, które wydają się mi nieco... (pro- 
szę wybaczyć, ale nie znajduję innego słowa) naiwne. Aby nie pozostać gołosłownym, 
proponuję przyjrzenie się konkretnej realizacji tego procesu. 
Wypowiadając się na temat przemian i zjawisk zachodzących w Polsce w latach 50. 
Roman Palester powtarza dwa - utrwalone w dużej części ówczesnej publicystyki emi- 
gracyjnej - przekonania. Jedno dotyczy powiązania "totalistycznego mechanizmu dok- 
tryny" z konkretnymi osobami (ten pogląd Palestra referuje Milewska na s. 46), drugie 
zaś to założenie, że całość społeczeństwa polskiego jest ex deIinitione antykomunistyczna 
i w chwilach przełomowych jednogłośnie podejmuje "walkę polityczną" z systemem 
(o tym traktuje cytat na s. 53). Naturalnie patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, po 
analizach wielu historyków czy socjologów, dowiedzenie błędności tych tez nie stanowi 
problemu. Tego jednak Milewska nie czyni, lub inaczej - odnotowuje zaledwie drobną 
zmianę tonu wypowiedzi Palestra, jednak robi to dopiero w szkicu poświęconym... Star- 
szewiczowi (s. 301). W bezpośrednim komentarzu do wystąpienia kompozytora nie do- 
strzega (lub - mówiąc ostrożniej - nie werbalizuje) tego, że tryb wypowiedzi skiero- 
wanej do odbiorcy krajowego zakłada pewien poziom retorycznej "nadwyżki", patetycz- 
nej przesady, będącej swoistą odpowiedzią na krajową nowomowę. Stąd trudno oprzeć 
się wrażeniu, że słowa Palestra zwracającego się do rodaków w kraju: 
Jeśli jednak my, którzy wprawdzie jesteśmy wolni ale tą wolnością, która zatruwa 
ciągłą i nieprzerwaną myśl o Waszej niewoli i Waszych cierpieniach, zdecydowaliśmy 
się mówić do Was o muzyce i sztuce, a zatem o rzeczach, które pozornie bardzo daleko 
są od tego co Was boli i co Wam najbardziej leży na sercu, to powodem tego jest oczy- 
wiście ta straszliwa zmora i ten ponury cień śmiertelnego komunistycznego niebezpie- 
czeństwa, które przemożnym ciężarem kładzie się dziś nad ogromną częścią muzycz- 
nego świata (s. 38). 
Wejs-Milewska czyta in extenso literalnie i dosłownie, nie dostrzegając ich ro- 
mantycznej proweniencji, która w innym z cytowanych przez nią fragmentów ujawnia 
się jeszcze wyraźniej ("Jego [pisarza] miejsce jest razem z milionami ucieśnionych [i] 


217
>>>
i cierpiących - takie było zawsze zadanie i taki obowiązek wszelkiej literatury"; 
s. 46). W efekcie badaczka przyjmuje szereg diagnoz i analiz twórców emigracyjnych 
w trybie aksjomatu, uznając, że o ich prawdziwości świadczy samo (i to odbieram jako 
swoistą, sygnalizowaną powyżej, naiwność) przebywanie na emigracji. W ten sposób 
rozumiem fragment, w którym pisze: 
Jeśli Pale ster wydaje osąd skrajnie nieprzychylny dla postaw intelektualistów Za- 
chodu i Wschodu - nie można go podejrzewać o nieznajomość rzeczy, o powierz- 
chowność (tak dziś częstą i męczącą) czy o próbę zbudowania własnego autorytetu na 
umniejszaniu i deprecjonowaniu walorów innych twórców, szczególnie kiedy mówi 
o środowisku muzycznym i samej muzyce. Dlaczego jest więc tak wiarygodny? Wydaje 
się, że poza słowem jest coś jeszcze ważnego, dowód: jest czyn i dramatyczna próba, 
trudna decyzja o emigracji, rezygnacji z przywilejów L] jakie dawał twórcy PRL-owski 
model kultury ijest też konsekwencja - niemal zupełna cisza panująca wokół kompo- 
zytora - jak sądzę - do dziś (s. 67-68). 
W podobnym duchu pisze także o Straszewiczu (s. 295) i choć wabu wypadkach 
poszczególne tezy dotyczące obu felietonistów są z gruntu słuszne, to jednak sam wy- 
wód wydaje mi się wątpliwy. Przyłożenie bowiem tej miary, która została użyta 
w powyższym fragmencie, do członków zmagającej się z oficjalnymi władzami PRL 
opozycji, musiałoby skutkować odmówieniem im i ich dokonaniom jakiegokolwiek 
znaczenia, z czym zgodzić się nie sposób. Rzec by można, że Wejs-Milewska przyj- 
mując sposób argumentacji emigrantów, w jakiś sposób jednocześnie go przejmuje, 
próbując z niego uczynić metodę opisu. Co więcej, nawet w chwili, gdy zdaje się do- 
strzegać "wysokie rejestry retoryki" pojawiające się w omawianej felietonistyce (s. 40), 
to swój brak wypowiedzi już niekoniecznie wartościującej, lecz jedynie sygnalizującej 
zdystansowanie się wobec takiego dyskursu tłumaczy tym, iż o ową cechę tekstów 
Palestra... nikt go nie zapytał (?!). 
Oddając sprawiedliwość autorce, należy zaznaczyć, że na szczęście nie w całej 
książce ów dystans ulega tak gwałtownemu skróceniu - najgorzej wypada tu po raz 
kolejny rozdział poświęcony Palestrowi, choć i przy prezentacji innych opisywanych 
radiowców (Straszewicz, Nowakowski) zdarza się Wejs-Milewskiej podążać tym tropem. 
Naturalnie obok takich, w książce natykamy się na analizy znacznie bardziej kon- 
struktywne i rzeczowe: 
[...] wydaje się, że jest jednym z pierwszych radiowców, którzy decydują się na swo- 
bodniejszy ton wypowiedzi, optuje bowiem Straszewicz za "mówieniem" do słuchacza, 
a nie "wygłaszaniem" doń mów, czym przełamuje koturnową konwencję, obowiązującą 
w pierwszych latach działalności radia. Dlatego o sprawach pierwszorzędnej wagi mó- 
wi w trybie dyskursu, nie unika przy tym ani kolokwializmów, ani często zabawnych 
neologizmów. [...] Wybór swobodnej rozmowy o polityce ma jeszcze jedno znaczenie: 
jest ważnym gestem dającym do zrozumienia, że polityka może być domeną zwykłego 
obywatela, "szarego człowieka". Takie przeświadczenie stanowi przecież podstawę 
demokratycznego myślenia - o czym wielokrotnie w audycjach będzie Straszewicz 
przypominał (s. 301). 
Widać wyraźnie, że Nowakowski jest szalenie wymagający i pełen powagi, gdy przy- 
chodzi mu oceniać literackie próby pisarzy krajowych zmagających się z problematyką 
traumy wojennej. Tam jednak, gdzie literackie obrazy przenoszą go jako czytelnika 
w przeszłość dawniejszą - z przełomu wieków, z dwudziestolecia, gdzie rekonstruują 
się zarówno znane, jaki i egzotyczne krajobrazy Polski, Nowakowski zdaje się być 
krytykiem łagodnym i melancholijnym. Nie znaczy to wcale, że w tych przypadkach 
rezygnuje z wymagań krytycznego warsztatu recenzenta (s. 520). 


218
>>>
Należy w tym miejscu autorce oddać, że widać w jej pracy wyraźne dążenie do 
zrealizowania celu, jaki został sformułowany we wstępie, gdzie pisząc bohaterach 
swojej dysertacji Wejs-Milewska zaznacza, że: 
[. . .] ich pisarstwo radiowe winno być potraktowane jako dopełnienie biografii i oświetle- 
nie jej emigracyjnego fenomenu w jego wymiarze maksymalistycznej aktywności, zro- 
dzonej z prz)jęcia na siebie obowiązku bycia wychodźcą politycznym (s. 19-20). 
Potwierdza i doprecyzowuje ten cel na wstępie rozdziału poświęconego Gustawowi 
Herlingowi-Grudzińskiemu, gdzie zaznacza: "Bieżąca publicystyka radiowa, o której tu 
mowa, nie zmienia w zasadniczy sposób naszej wiedzy i nie wpływa na korektę oceny 
aktywności Herlinga-Grudzińskiego [...J "; po czym dodaje, iż "Na pewno jednak spuści- 
zna radiowa Herlinga może tę wiedzę znakomicie dopełniać, ponadto raz jeszcze wpro- 
wadza nas w klimat czasu i klimat epoki [...J" (s. 188). Należy tu wyraźnie zaznaczyć, że 
- nawet przy zasygnalizowanych rozbieżnościach w jej wymowie czy nieco innych 
ocenach jej znaczenia - pogrupowana przez badaczkę tematycznie i poddana porząd- 
kowi chronologii przemian politycznych publicystyka radiowa omawianych pisarzy 
uzupełnia nasz stan wiedzy o elementy istotne i ważne. 
Co więcej, pisząc swoją książkę Wejs-Milewska starała się unikać mówienia o rze- 
czach szeroko znanych (to niewątpliwa zaleta pracy). Naturalnie i one się pojawiają, co 
oczywiście zostało wymuszone przez opisywaną materię, jednak niejako w tle, odsu- 
nięte na plan dalszy wobec pierwszoplanowej "felietonistyki". Wydaje się przy tym 
jednak (i to postrzegam już jako wadę), że tak poprowadzonym dyskursie badawczym 
autorka idzie zbyt daleko, odsuwając niekiedy badany tekst od jego macierzystego 
kontekstu na tyle, że ten drugi nie może już spełniać wobec tego pierwszego swej pry- 
marnej roli - służyć weryfikacji wyrażanych sądów i ocen. Być może stąd rodzi się 
owo znamionujące szereg wypowiedzi badaczki zatracenie dystansu wobec obiektu 
badań. Wejs-Milewska - zapewne celowo, chcąc podkreślić walory literackie oraz 
zawartość ideową poszczególnych tekstów - nie konfrontuje ich z innymi wypowie- 
dziami tego typu, z artykułami drukowanymi w prasie czy publikacjami książkowymi. 
W zamian (szacuję, że dotyczy to ok. 90% cytowanych tekstów) proponuje opis po- 
dobny do tego, jakim wprowadza do tekstu fragmenty felietonów Straszewicza, nie 
opatrując ich przy tym choćby naj mniejszym przypisem (?!): "l krótkie dwie migawki 
z życia w kopalni złota i uranu, dziś dobrze nam znane dzięki dokumentacji, do po- 
wstania której m.in. swój ogromy wkład wniosło RWE" (s. 319). 


W takich właśnie miejscach możemy rozpoznać Straszewicza-pisarza, zręcznego 
autora lapidariów, twórcę błyskotliwych i esencjonalnych dialogów, człowieka, który 
- jak mówił Tymon Terlecki - "pisał z olbrzymimi oporami", ale wszystko co napisał 
- podkreślał [77] jak Krok-Paszkowski - było świetne (s. 359). 
Ten brak odniesień i dokumentowania przytaczanych czy formułowanych tez 
(choćby w pełni uzasadnionych) sprawia wrażenie irytującej maniery (por. m.in. s. 336, 
495) dodatkowo wspomaganej przed drobne, publicystyczne wtrącenia wykraczające 
tematycznie poza zakres pracy, jak choćby zawarta w cytowanym fragmencie wstępu 
wycieczka pod adresem rzekomej współczesnej powierzchowności - jak rozumiem - 
prezenterów radiowych. 
Nie mogę zresztą wykluczyć, iż wybór takiego dyskursu badawczego jest zabiegiem 
celowym, gdyż taki sposób prowadzenia opisu z jednej strony daje Wejs-Milewskiej 
możliwość zarysowania wyraźnych sylwetek swoich bohaterów, z drugiej zaś pozwala 
(na sygnalizowane już wcześniej) "zwolnienie" się z obowiązku oceniania słuszności czy 
trafności ich analiz, co w wypadku twórczości publicystycznej o tematyce politycznej czy 


219
>>>
kulturalnej, mogłoby w znacznym stopniu wywód wzbogacić, choć jednocześnie za- 
gmatwać. Zamiast tego otrzymujemy w książce ogólne, pozytywne oceny twórczości 
radiowej poszczególnych pisarzy, których pozostawienie w kontekstowej i badawczej 
izolacji ugruntowaniu tych opinii bynajmniej nie służy. 
Można naturalnie przyjąć taki sposób pisania za dobrą monetę i uznać, że został on 
przez autorkę gruntownie przemyślany, a przeprowadzony bilans potencjalnych zy- 
sków i strat podpowiedział jej wybór takiej oto strategii badawczej, ale już za zupełnie 
niedopuszczalną uznać należy niedbałość dokumentacyjną, która zasygnalizowanej 
formie opisu towarzyszy i niestety zdarza się w książce dość często. 
Nie dowiadujemy się np. jak liczna - choćby w dużym przybliżeniu - jest ko- 
lekcja pozostałych po Palestrze maszynopisów. Zamiast tego otrzymujemy informację 
głoszącą, że "lwią część archiwaliów stanowią maszynopisy do dziś właściwie nie 
znane" (s. 37). Podobnie nie rozumiem, dlaczego przypis pozwalający na lokalizację 
niezwykle istotnego, a przywołanego na s. 20 tekstu Romana Palestra Konflikt Marsja- 
sza, znalazł się na stronie... 32, zaś informacja o tym, gdzie znajduje się przywołana 
korespondencja Tadeusza Nowakowskiego i Juliusza Sakowskiego (s. 22) pojawia się 
dopiero na stronie 526! Analogicznie czytelnik, któremu nie wszystkie z przytoczonych 
faktów są znane, darmo szukałby w książce Milewskiej odsyłaczy do opracowań po- 
święconych przywoływanemu przez nią" wrocławskiemu Kongresowi Pokoju" z 1948 
roku (s. 29), "łagowskiemu zjazdowi kompozytorów i muzyków (w 1949 roku)" 
(s. 29), czy informacji o tym, że Wiktor Trościanko (s. 18), postawiony przez autorkę 
w jednym szeregu z Kazimierzem Wierzyńskim, Józefem Wittlinem, Jerzym Stempow- 
skim i innymi, nie był emigrantem nieprzejednanym w swej postawie wobec rządzonej 
przez komunistów Polski, lecz pełnił rolę kontaktu operacyjnego (KO) dla wywiadu 
PRL. Podobnie za nieeleganckie należy uznać to, że autorka przejmując pewne zwroty 
czy stwierdzenia swoich bohaterów, nie sygnalizuje tego stosownym przypisem. Mówi 
np. na s. 20 o skromności, jaką można dostrzec w przywołanym tekście Palestra Kon- 
flikt Marsjasza, nie dodając przy tym, że ową "skromność" jako pierwszy zauważył 
Herling-Grudziński, którego wypowiedź na ten temat badaczka cytuje na s. 33. 
Pod tym względem książka pozostawia, niestety, sporo do życzenia. Ale jeśli do- 
datkowo spojrzeć na nią - a wobec skali zjawiska nie sposób o tym nie wspomnieć - 
od strony edycji, to zakrawa ona na jakieś gigantyczne curiosum. Nie wiem, czy jego 
ostateczny kształt "zawdzięczamy" samej autorce (mam nadzieję, że nie!) czy też re- 
daktorom i korektorom z Wydawnictwa Arcana, ale stwierdzić należy, że gdyby książ- 
ce Milewskiej dane było być zgłoszoną do konkursu na najgorzej wydaną publikację 
roku, to śmiem przypuszczać, że zdeklasowałaby konkurencję bezapelacyjnie. Liczba 
błędów zawartych w tym opracowaniu poraża. Gdyby odczytać niektóre z nich do- 
słownie okazałoby się, że oto odkryto nowe dzieło Witkacego (Szewcy nota bene, 
s. 67), Roman Palester "wszechstronny erudyta muzyczny" w swoich felietonach "pre- 
zentował zarówno muzę (!) dawną, jak i XX-wieczną" (s. 37), zaś współpracownicy 
RWE nie cierpieli na kurcze łydek, gdyż radio stanowiło dla nich "magnez [i] przycią- 
gający niemal całą polską inteligencję pozostającą na Zachodzie" (s. 12). 
Podobnie wiele do życzenia pozostawia interpunkcja - na s. 39 przed drugim, wy- 
różnionym z tekstu głównego cytatem znajduje się znak zamknięcia cudzysłowu, pro- 
blem w tym, że nie wiemy, gdzie się ów cytat zaczyna, bo znaku otwarcia nie ma, na 
s. 18 brak dwóch przecinków, na s. 30 po skrócie tzw. brakuje kropki, na s. 32 w jednej 
z linijek tekstu znajdujemy zapis prawidłowy ("Kultura" 1951, nr 7-8), aby zaledwie 
linijkę niżej otrzymać podobny, tyle że bez przecinka. Dodajmy, że przywołane - na 
wyrywki - przykłady, to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a o edycji przypisów, 


220
>>>
cytatów, uzupełnień itp. lepiej w ogóle nie wspominać, chyba że na seminariach edy- 
torsko-tekstologicznych lub naukach pomocniczych, gdzie praca Wejs-Milewskiej 
może być wyrazistym przykładem na to, jak książek wydawać nie należy. 
Podsumowując, trzeba powtórzyć stwierdzenie początkowe, głoszące iż praca 
Radio Wolna Europa na emigracyjnych szlakach pisarzy jest pozycją interesującą 
i pożyteczną, a w warstwie przywoływania nieznanych szerzej źródeł zgoła nie do 
przecenienia. W sferze badawczej dysertacja z powodzeniem realizuje zasygnalizowa- 
ny przez autorkę postulat poszerzania stanu istniejącej wiedzy przy jednoczesnym 
zachowaniu dotychczasowych ocen dorobku poszczególnych pisarzy. Co do samej 
metody formułowania, a następnie dowodzenia stawianych tez, to - w odczuciu pi- 
szącego te słowa - książka pozostawia szerokie pole do dyskusji, a niektóre uwagi 
czynione przez autorkę wydają się niesłuszne. Natomiast w zakresie dokumentowania 
faktów historycznych, literackich i radiowych praca w widoczny sposób niedomaga, 
zaś jej strona wydawniczo-redakcyjna jest absolutnie naganna. 


Rafał Moczkodan (Toruń) 


Displaced Persons 


Christian und Marianne Pletzing (Hgg.), Displaced Persons. Fluchtlinge aus den baltischen Staaten in 
Deutschland. Miinchen: Martin Meidenbauer Verlagsbuchhandlung, 2007, 246 s., ił. 


Der Band 12 der Reihe Colloquia Baltica, den Marianne und Christian Pletzing 
herausgegeben haben, geht aus ein Seminar zuriick, das die Academia Baltica in 
Liibeck mit der Gustav-Heinemann-Bildungsstatte in Malente unter dem Patronat des 
Honorarkonsulats der Republik Lettland in Schleswig-Holstein veranstaltet haben. 
Vaira \!i1}e-Freiberga, bis Juli 2007 die Staatsprasidentin der Republik Lettland 
geleitet mit ihrem kurze n Text in die Thematik, in dem sie freilich die lettischen DPs 
herausstellt, gleichwohl beziehen sich ihre Behauptungen allgemein auf die Balten: "lm 
ExillieBen die Balten die Kopfe nicht hangen", und in diesem Sinne erweitert die Verf. 
ihre Perspektive aIs sie zurecht feststelIt: 


Die baltischen Displaced Persons sind nicht nur ein Teił der lettischen, litauischen und 
estnischen Geschichte, sondern in gewisser Weise auch Bestandteił der deutschen 
Regionalgeschichte (S. 7-8). 
Das Vorwort stammt von Feder Christian Pletzings, des Leiters der Academia 
Baltica in Liibeck. Er prasentiert die wenig bekannten Aspekte der Nachkriegszeit im 
historischen Bewusstsein von heute. Dabei stiitzt er sich auf die Pionierarbeit und auch 
das bisher einzige deutschsprachige Standardwerk zu den DPs im besetzten 
Deutschland von Jacobmeyer. Der Autor bemangelt richtig, dass vor allem die 
zahlreichen Erfahrungsberichte baltischer DPs aus den USA, Kanada und Australien in 
der Forschung kaum rezipiert worden seien. Folgerichtig verweist er mit Nachdruck 
auf die am Ende der Publikation abgedruckten Zeitzeugenberichte (S. 201-221). Den 
folgenden Beitragen vorweg nimmt Pletzing summierend, dass es gerade der baltischen 
Gruppe der DPs eigen war, sich insbesondere aus Intellektuellen und Angehorigen des 
Bildungsbiirgertums zusammenzusetzen. 


221
>>>
Tillmann Tegeler (Osteuropa-Institut Miinchen - heute [2008] Regensburg) befasste 
sich mit dem Thema: "Esten, Letten und Litauer in Nachkriegsdeutschland. Von 
rechtlosen Fliichtlingen zu heimatlosen Auslandern". Er bietet damit einerseits einen 
Uberblick iiber das Thema der DPs, die in der Bundesrepublik Deutschland seit 1951 aIs 
heimatlose Auslander bezeichnet werden; auf der anderen Seite bekraftigt Tegeler die 
allgemein geltende Zasur des J ahres 1951, in dem die Geschichte der DPs in 
Westdeutschland endet. Der Verf. betrachtet die DPs aIs einen Teil der gemeinsamen 
alliierten Geschichte nach 1945. Speziell zum Baltikum skizziert er die verschiedenen 
Fliichtlingswellen und -gruppen, die die Opfer der politischen Entwicklung von 1939 bis 
1945 umfassen. Fiir die Nachkriegzeit betant er die Entstehung geheimer Lager fUr die sa 
genannten disputed persans, aIs o fUr die Balten, die des Antistalinismus wegen nicht in 
ihre Heimat zuriickkehren wallten, jedoch gemaB der Vertrage von Jalta und Halle 
zwischen den Westalliierten und der Sowjetunion zur Zwangsrepatriierung hatten 
gezwungen werden konnen. Uberdies wurde der Alltag der Balten angesprochen, ihre 
Beteiligung an der "DP-Studentenbewegung" innerhalb der Universitiiten der United 
Nations Relief and Rehabilitatian Administration, der UNRRA-Universitiit in Miinchen, 
sowie der Baltischen DP-Universitiit in Hamburg/Pinneberg. Zum sozialpolitischen 
Alltag gehorte die Tatigkeit der Nationalen Komitees der Esten, Letten und Litauer in 
Deutschland der unmittelbaren Nachkriegszeit genauso, wie die des jeweiligen Roten 
Kreuzes. Explizit geht Tegeler auf das Resettlement ein - die bekannten britischen 
Einsiedlungsoperationen Westward-Ho und Balt -Cygnet - und stelI e fest, dass diese 
PIane nicht nur eine Reaktion auf die gescheiterte Arbeit der UNRRA gewesen sei, 
sondern dass die Westalliierten bereits wahrend des Zweiten Weltkrieges in den 
entwurzelten Menschen Europas, zu maI auf dem Gebiet des "Dritten Reiches", fUr sich 
ein zukiinftiges Arbeitskraftepotenzial gesehen hatten. Sa sind die PIane des Resettlement 
jedenfalls auf die Zeit vor 1946/1947 zu datieren (S. 13-27). 
Dorothee M. Goeze (Herder-Institut Marburg) stellt in ihrem Beitrag "Alltag 
estischer DPs in Deutschland. Die Sammlung Karl Nikolei Hintzer im Herder-Institut 
Marburg" zahlreiche der insgesamt 24.000 Bilder des estischen Bildberichterstatters 
Karl Nikolai Hintzer vor. Ihre EinfUhrung veranschaulicht in erster Linie das 
Alltagsleben der in die westlichen Besatzungszonen geflohenen Esten in den DP- 
Lagern bis in die l 950er-Jahre. Den visuellen Beitrag - insgesamt 48 Bilder - teilt 
die Autorin in mehrere Unterthemen ein: Organisationen der DPs, Versorgung und 
Hilfsprogramme - interne, wie die Schaffung der Lager-Apotheken, und externe, wie 
die der UNRRA, der International Refugee Organization (lRO) und des Lutherischen 
Weltbundes -, ferner Ausbildung - hier insbesondere die Pinneberger Universitiit -, 
des Weiteren Beschaftigung - welche der Bildautor aIs Zwangsarbeit bezeichnet hatte 
-, sowie Wachkompanien des Labor Services der US-Army, Altenheime, Sport, 
Kinder, Kultur, Kirche und nationale Feiertage. Summierend verwendet die Verf. den 
Begriff "Klein-Estland", das die DPs in den Lagern in und um Liibeck erstehen lieBen, 
und das Karl Hintzer in der Photographie verewigte (S. 29-61). 
Stefan Schroder (Stadtarchiv Greven) widmet sich dem Komplex "Nachbarschaft 
und Konflikt. Die DPs und die Deutschen". Zunachst kritisiert Schroder den 
Forschungsfortschritt zum Thema der DPs, nicht nur der baltischen, sondern im 
Allgemeinen. AIs Gegenpol diente das Thema der Zwangsarbeit, das, weil politisch 
gewollt, eine verbreitete Rezeption in der Wissenschaft und Publizistik erfahren hatte. 
Leider ging der Funke nicht auf die Erforschung der anschlieBenden Epoche iiber. 
Indem Schroder an die Rassenskala fUr die Volker und Nationen im 
Nationalsozialismus erinnert, geht er zum eigentlichen Thema des Aufsatzes iiber und 


222
>>>
erlautert die Stellung der Balten in diesem Un-"Rechtssystem", um in die 
Nachkriegsgeschichte zu wechseln. Diese Perspektive erscheint hilfreich, um 1945 
aufgetretene Phanomene der Brutalitat und Rechtlosigkeit gegeniiber der deutschen 
Bevolkerung zu erklaren; die Ubrigen Phanomene, die nur sehr kurzlebig waren, sich 
jedoch in die kollektive Erinnerung eingeschrieben haben und dabei nicht zuletzt die 
NS-Propaganda rezipierten. Bei der allgemeinen Ablehnung der DPs wies die deutsche 
Gesellschaft denno ch Vorlieben auf, von welchen insbesondere die Balten profitierten, 
da sie allgemein aIs arbeitsam, tiichtig und den Deutschen nahe stehend empfunden 
wurden. Was bisher unerforscht bleibt, sa der Autor, sei der AlItag, der wichtiger aIs 
alle Vorurteile war, in einer Zeit des Uberlebens und Improvisierens. Hervorgehoben 
wird der Faktor Lager, charakteristisch fUr die Nachkriegszeit fUr mehrere Gruppen von 
Fliichtlingen. Uberdies wir d die deutsche Sprache behandelt, die in den 
mehrsprachigen Lagern zum einzig moglichen und damit willkommenen Mittel der 
Kommunikation wurde. Sport erwies sic h aIs besonders effizienter Weg fUr die DPs, 
um mit Deutschen in Kontakt zu treten. Trotz aller positiv und negativ empfundenen 
Beriihrungspunkte auf beiden Seiten, hingen die Beziehungen zu den Deutschen von 
der jeweiligen Person ab, ihrer Vorstellungen und Absichten, in Deutschland zu bleiben 
oder auszuwandern, und eventuell den Hoffnungen, einst wieder in die Heimat 
zuriickkehren zu konnen. AbschlieBend erkIart Schroder, warum es nicht moglich sei, 
die Beziehungsgeschichte zwischen DPs und Deutschen aus der Akteniiberlieferung 
der Behorden und den Statistiken zu schreiben und hebt die Methode der oral history 
fUr die Aufarbeitung dieses Themas hervor (S. 63-83). 
Christian Pletzing (Academia Baltica Liibeck) widmet sich der "Stadt der Displaced 
Persons" und beschreibt die "DPs aus den baltischen Staaten in Liibeck" . HierfUr 
verwendet die Verf. das Schrifttum aus dem Stadtarchiv der Hansestadt, die 
zeitgenossische Presse, zahlreiche Quellen aus privaten Nachlassen und estnische sowie 
deutsche Fachliteratur. Einleitend erweitert Pletzing die historische Perspektive und zeigt 
alle Gruppen im wenige zerstOrten, dach sehr iiberfUllten Liibeck: die Einheimischen, 
deutsche Fliichtlinge und Vertriebene und eben Auslander. Aus dieser Konstellation 
heraus ergaben sich zahlreiche Konf1ikte, die geschildert werden. Die Kriminalitat - die 
keineswegs allein fUr die DPs charakteristisch war, zumal der sozialen ProbIerne der 
Nachkriegszeit - diskutiert Pletzing, indem er auf Statistiken verweist. Darin sind die 
meisten Delikte von Polen und nicht von Balten veriibt worden, was sich mit der sozialen 
Zusammensetzung und der Sozialisation der DPs aIs Zwangsarbeiter im "Dritten Reich" 
erkIaren lasst. Ferner beschreibt der Autor das kulturelle Leben der DPs, die Institutionen 
und die - in diesem Zusammenhang - die DP-Presse. Der Beitrag endet mit der 
Schilderung des Status eines Heimatlosen Auslanders und des schwierigen Alltags der 
DPs, insbesondere bis zum sag. Wirtschaftswunder (S. 85-106). 
Svetlana Cervonnaja (Universitat Toruń/Polen) gibt einen Uberblick zu den 
"Litauern in Deutschland nach dem Zweiten Weltkrieg. Zur Situation der litauischen 
Kultur im Exil". Zunachst bemangelt sie, dass bisher nur die litauische Exilliteratur in 
den USA untersucht, die in Nachkriegsdeutschland erschienene hingegen 
vernachlassigt worden sei. In der UdSSR und in der GUS fand und findet die Rezeption 
dieser Literatur kaum statt, trotz der Verantwortung dieses Landes fUr das Exil der 
Litauer. Die Autorin stellt neun F1ucht- oder Auswanderungswellen aus Litauen seit 
1939 fest - sa mit neun Epochen des kiinstlerischen Schaffens im Exil -, zuletzt 
erwahnt sie die Arbeitsemigration nach 1990. Fiir die Kiinstler und alle Litauer in 
Deutschland waren die J ahre 1945 bis 1949/1950 von besonderer Bedeutung. Denn die 
litauischen DPs waren in ihrer Mehrheit keine ehemaligen Zwangsarbeiter, sondern 


223
>>>
Fliichtlinge; und gefliichtet waren insbesondere Intellektuelle, Wissenschaftler und 
Politiker, alle jene Personen also, die Angst hatten, von der Sowjetmacht unterdriickt zu 
werden. Diese "intellektuelle Armee" stellte immerhin zehn Prozent aller litauischen 
DPs dar, in der Heimat verblieb die Intelligenz lediglich mit einem Anteil von einem 
Prozent. Uber die Hervorhebung des litauischen Kulturzentrums in Wien seit August 
1944, und der Schilderung des Vorfalls in Schweden, von wo litauische DPs noch 1946 
an die UdSSR ausgeliefert worden waren, geht Cervonnaja zum Kern des Themas iiber, 
zu den einzelnen Kiinstlern: Bildhauer, Holzschneider, Maler, Grafiker, Architekten 
und Schriftsteller. Dabei fielen Begriffe und ProbIerne wie politische Kunst, politische 
Opposition in Litauen - die Waldbriider - oder sowjetische Infiltration des Exils. 
Ferner nennt die Verf. einige politische Institutionen der Exil-Litauer, an der Spitze den 
Verband der Litauer im Exil, der schon im November 1945 in Wiesbaden eine 
Konferenz abgehalten hatte. Sie erwahnt auch Kultur-Institutionen des litauischen 
Exils, wie beispielsweise das Institut fUr Angewandte Kunst, das mit Hilfe Frankreichs 
in der franzosischen Besatzungszone entstanden war und gearbeitet hatte. Diese 
Einrichtung diente allen Nationalitiiten, gleichwohl stellten Litauer 80 Prozent der 
Absolventen dieser Bildungsanstalt dar. Den politischen Beitrag der Schriftsteller, 
beispielsweise in der Zusammenarbeit mit dem Radio Free Europe in Miinchen, wurde 
ebenfalls kurz angesprochen. Interessant ist die Erweiterung des Themas iiber 
Kulturbeziehungen zwischen "Deutschland" und Litauen um die ehemalige DDR; die 
Autorin verweist dabei auf die von der DDR aus ermoglichten Kontakte zwischen 
Kiinstlern in der sowjetischen Republik Litauen und den Ostdeutschen. AbschlieBend 
wird mit Hilfe Vincas Bartusevicius festgestelIt, dass nach der Wiedererlangung der 
Unabhangigkeit durch Litauen die litauischen Fliichtlinge des J ahres 1944 und deren 
Nachfahren von der Pflicht entlassen werden, Auslandslitauer zu sein; sie sind frei, da 
ihre Heimat auch frei ist (107-138). 
Ingo Hoddick (Musikjournalist Koln/Duisburg) widmet sich dem Thema "Musiker 
aIs Displaced Persans. Vladas Jakubenas und Jazeps VItols in Deutschland". Hoddick 
prasentierte beider Kiinstler, den Letten Vitols und den Litauer Jakubenas, setzt sich 
jedoch besonders mit Jakubenas auseinander. AuBer Musik und deren fachmannischen 
zeitlichen und kiinstlerischen Einordnung wurden die Viten beider Musiker erzahlt. Vitols 
war auch im Deutschland der Vorkriegszeit bekannt, da er zahlreiche Artikel fUr 
Musikzeitschriften verfasst hatte. Jakubenas komponierte in den DP-Lagern 
ununterbrochen, da er dort - wie er selbst sagte - Zeit und Publikum gehabt habe. 1949 
wanderte er in die USA aus und verlieB sie bis zu seinem Tode nicht mehr. Der Autor 
erwahnt zuletzt die Bedeutung der Exilmusik fUr die Heimatlander sowie die damit 
zusammenhangenden Umbettungen von deren Gebeinen in die Heimat, welche Riickkehr 
aus dem Exil nicht nur Jakubenas, sondern unter anderem auch der Musiker Kacynskas 
posthum erlebten. Zahlreiche Kiinstler werden erwahnt und kurz dargestelIt; insgesamt 
ein kurzer Beitrag mit unglaublicher Fiille an fachmannischer Information (S. 139-148). 
Anderas Fiilberth (Universitat Kieł) stellt "Den lettischen Schriftsteller Janis 
J anusudrabiJ;ls und die Stationen seines Exils in Westfalen. Eine Betrachtung unter 
regionalgeschichtlichen Aspekten" vor. Der Kiinstler, bedeutender Maler, jedoch 
insbesondere auch Dichter und Schriftsteller, war in der Zwischenkriegszeit der meist 
gelesene Schriftsteller Lettlands. Im Exillebte er von 1945 bis 1948 in Bielefeld, dann bis 
zum Tode in Korbecke am Mohnesee. Das literarische Werk JanusudrabiJ;ls prasentiert 
der Autor in historischen Zusammenhangen des Ersten Weltkrieges, der 
Oktoberrevolution, des Zweiten Weltkrieges und des Exils. Selbstverstandlich spiegelt 
sich darin auch die Geschichte des Baltikums mit seinen Okkupationsperioden von 1939 


224
>>>
bis 1991 wie der. Den AnstaB, ins Exil zu gehen, gab Janusudrabil;1s der 'Soziozid' im 
Baltikum wahrend der ersten sowjetischen Okkupation 1940 bis 1941. Zum deutschen 
Besatzer hatte der Kiinstler iiberhaupt keine Beziehung, nicht deshalb also floh er ins zum 
Scheitern verurteilte "Dritte Reich". Nach einem sehr schwierigen Anfang, zeitweise in 
einem DP-Lager, halfen JanusudrabiJ;ls familiare Beziehungen, sich in der britischen 
Besatzungszone in Korbecke bescheiden einzurichten und kiinstlerisch wie der aktiv zu 
werden. Seine Werke sind nur in einigen - nicht ganz gelungenen - Ubersetzungen 
bekannt. Da er aIs Schriftsteller 1948 in Stockholm geehrt wurde, am Mohnsee aIs 
Kiinstler einen gewissen Bekanntschaftsstatus erlangte, nahm er an Dichtertreffen teil, die 
vom Landschaftsverband Nordrhein-Westfallen veranstaltet wurden. Dabei spielte er eine 
wichtige Rolle 1955, aIs er erfolgreich um Versohnung innerhalb des deutschen 
Kiinstlerkreises bemiiht war. JanusudrabiJ;ls starb in Deutschland 1962, im Jahre 1997 
kehrten seine Gebeine nach Lettland zuriick (S. 149-164). 
Peter Worster (Herder-Institut Marburg) stellt "Das Estnische Zonenarchiv. 
Moglichkeiten und Grenzen der Erforschung des DP-Schicksals". Marburg ist ein 
besonderer Ort, an dem zahlreiche sag. Ost -Archivalien aufbewahrt werden. Hierzu 
zahlt auch "Das Estnische Zonenarchiv Marburg" , angeregt von Hellmuth Weis, der 
1951 die Bibliothek des Herder-Instituts mit aufbaute. Das bundesweite Estnische 
Zentralkomitee in Ulm bat gerade dieses Institut - mit Unterstiitzung der spiiteren 
Balitischen Historischen Kommission -, das Estnische Zonenarchiv in Depositum zu 
nehmen, sa die Genese dieses Bestandes, bevor dieses Deutschland in die USA verlieB. 
Worster geht entsprechend der begrenzen Einsicht auch auf die Inhalte dieser 
Uberlieferung ein, um schlieBlich darzulegen, was die Forschung noch leisten konnte, 
wenn die Quellen, die nun in Lakewood / USA einst ausgewertet wiirden (S. 165-174). 
Daina Zalane (DP-Historikerin, Riga) prasentiert das Internet-Projekt ,,'DP Album'. 
Das Leben lettischer DPs in Bildern" vor. Das Portal www.dpalbums.lv bietet 
gegenwartig ungefahr 2000 Bilder, jeweils mit einer kurzen Beschreibung des Inhaltes. 
Zudem werden stets Autor/lnhaber des Bildes sowie Ort und Zeit der Aufnahme genannt. 
Die Internetseite verfUgt iiber eine Struktur, die sich nach Besatzungszonen und 
Ortschaften orientiert, alternativ kann nach den Bildautoren/-inhabern gebrowst oder 
gezielt nach bestimmten Themen ortsiibergreifend gesucht werden, beispielsweise 
Politik, kirchliches Leben, Auswanderung, Versorgung etc. Neben der Bild-Datenbank 
bieten die Autoren des PortaIs eine kleine Internetausstellung in Lettisch, Englisch und 
Deutsch. Diese Ausstellung zeigt ausgewahlte Fotos aus der zuganglichen Datenbank mit 
einer Beschreibung der zeithistorischen Zusammenhange. AIs solche ist diese 
Ausstellung fUr das Thema der DPs allgemein giiltig und nicht nur fUr die der lettischen 
DPs. Zalanes beschreibt, wie DPs in der Heimat wahrgenommen werden, dass dieses 
Thema innenpolitisch, gerade deshalb relevant ist, weil die letzte Prasidentin des Landes 
eine in Liibeck aufgewachsene DP war. Den Kern dieses Beitrages stelI en 28 Bilder dar, 
die entsprechend der geschilderten Online-Datenbank dargestelIt sind (175-198). 
Zuletzt finden sic h im Band drei Zeitzeugenberichte, eine englische 
Zusammenfassung und Informationen zu den Atoren. Es feht auch nicht an einem 
Ortsregister. 
Insgesamt ist der Band deshalb zu wiirdigen, da er einerseits beziiglich der 
baltischen DPs einmalig viele Informationen bietet, auf der anderen Seite die im Band 
selbst bemangelte Rezeption des Themas in der Geschichtswissenschaft zumindest 
etwas fUllt. 


Roman P. Smolorz 


225
>>>
"Fondo Litwornia"] 


W stolicy historycznego regionu Friuli-Wenecja Julijska pojawiłem się po cało- 
nocnej podróży w ciepły, pogodny poranek 9 czerwca 2008 roku. Rozległa trzypiętro- 
wa kamienica osadzona w tutejszej soczystej zieleni drzew i krzewów, niczym neokla- 
sycystyczny pałacyk, zdawała się wciąż godnie przypominać o swojej dotychczasowej 
(choć nieformalnej) roli uniwersyteckiej ambasady polskośd. 
Gospodyni włoskiego asylum, Krystyna Schwarzer-Litwornia, powitała mnie 
przyjaznym uśmiechem, dokładając następnie wszelkich starań, abym przez ponad 
miesiąc (prócz weekendowych wycieczek) mógł całkowicie poświęcić się pracy nad 
porządkowaniem udińskiego archiwum. Oczywiście nie sposób, w kilku zdaniach 
(i wskazania na zawartość biblioteki) opisać domu profesorostwa Litworniów. Trzy 
odrębne pokoje zajmuje profesorska biblioteka złożona z blisko piętnastu tysięcy per- 
fekcyjnie dobranych i starannie ułożonych druków, wśród nich są i takie, które znajdują 
się jedynie w zbiorach Biblioteki Narodowej czy Ossolineum. Księgozbiór nie posiada 


1 Sprawozdanie z podróży naukowej i czynności nad zinwentaryzowaniem zespołu mate- 
riałów archiwalnych profesora Andrzeja Litworni (1943-2006) w Udine. 
2 Profesor Andrzej Litwornia, historyk literatury, znany i rozpoznawany nauczyciel akade- 
micki, nieformalny ambasador polskiej kultury we Włoszech, miłośnik sztuki i właściciel cenne- 
go, humanistycznego księgozbioru: kolekcji reprezentującej znaczący dorobek naukowy twórcy, 
szczególnie w zakresie relacji polsko-włoskich. Urodzony 5 października 1943 r. w Tarnowie: 
wychowanek Liceum Ogólnokształcącego w Twardogórze (woj. wrocławskie): żonaty: Krystyna 
Schwarzer-Litwornia (mgr sztuki artysta plastyk). Studia i przebieg pracy zawodowej: Uniwer- 
sytet Wrocławski, filologia polska (1961-1966), doktorat (promotor: Cz. Hernas, 1974), asystent 
i starszy asystent (1966-1974), adiunkt (1974-1992), wicedyrektor Instytutu Fiłologii Polskiej, 
stypendysta rządu włoskiego (1974): lektor (1979-1984) i profesor kontraktowy (1984-1985) na 
Universita degli Studi di Roma "La Sapienza", lektor (1990-1992) na Universita degli Studi di 
Firenze, czasowo na Universita degli Studi di Pisa: od 1992 na stałe we Włoszech: profesor 
języka i literatury polskiej na Universita degli Studi di Udine w Departamencie Języków i Kultur 
Europy Środkowowschodniej, dyrektor Centrum Językowego i Audiowizualnego w Udine, gdzie 
pracował do chwili swojej przedwczesnej śmierci 16 marca 2006 r. Prowadził gruntowne badania 
naukowe w dziedzinie literatury staropolskiej oraz związków kulturalnych i literackich polsko- 
włoskich od XVI do XX wieku. Autor monografii Sebastian Crabowiecki (Wrocław 1976), 
kiłkudziesięciu artykułów, esejów, recenzji i omówień naukowych m.in. w "Pamiętniku Literac- 
kim", "Pracach Literackich", "Ricerche Slavistiche", "Slavia Orientalis": tomu studiów W Rzy- 
mie zwyciężonym Rzym niezwyciężony (Warszawa 2003) oraz wydanych dwa lata później książek 
Dantego któż się odważy tłumaczyć? i Rzym Mickiewicza (Warszawa 2005): współredaktor an- 
tologii La porta d Italia (Udine 2000). Autor, bądź współautor, kiłku filmów oświatowych zre- 
alizowanych we współpracy z Działem Form Dokumentalnych Programu 2 TVP SA poświęco- 
nych historycznym związkom pomiędzy Włochami a Polską, w tym ośmioodcinkowego serialu 
Cny język Połaków (1999). Odznaczenia: Nagroda Ministra Szkolnictwa Wyższego (1977), 
odznaka "Zasłużony dla kultury polskiej (1988), dyplom Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP 
za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie (2005): w dniach 11 i 12 października 2005 
w siedzibie Polskiej Akademii Nauk w Rzymie odbył się kongres polonistów włoskich dedyko- 
wany 40. rocznicy pracy naukowej i dydaktycznej Jubiłata Italia-Pałania-Europa. Ciomate di 
studio in onore di Andrzęj Litwomia. 


226
>>>
katalogu, jednakże sam układ poszczególnych tomów, zdaje się wskazywać na rzeczo- 
we (przedmiotowe) uporządkowanie całego piśmiennictwa, wyznaczając tym samym 
kolejne miejsca i tematyczną przestrzeń na przyszłe woluminy (i dalsze kolekcje) we- 
dług z góry za planowanych przez j ego właściciela treści. 
Przykładem Mickiewiczowski Pan Tadeusz (Paryż 1834), otoczony bogatą literatu- 
rą przedmiotu (ponad 400 woluminów) obok blisko 100 egzemplarzy poszczególnych 
wydań dzieł poety; pośród książek kolekcjonerskie cymelia: druczek z filomackich 
czasów Do Joachima Lelewela... (Wilno 1822), nie mniej interesujący Kalendarz pol- 
ski, ruski i astronomiczno-gospodarski... (Kraków 1817), czy wydane nakładem Ko- 
mitetu Mickiewiczowskiego Dzieła (Nowogródek 1933), z cenną rodzinną dedykacją. 
Do wielu książek dołączono nadbitki artykułów, rozpraw, rękopiśmienne notatki doty- 
czące proweniencyjnych ustaleń i odniesienia do odpowiednich opracowań, kserokopie 
ilustracji i zdjęcia, tworząc autonomiczny, niepowtarzalny zbiór, warsztat pracy uczo- 
nego i bibliofila. Również tu panuje swego rodzaju ascetyczny porządek i wybór: żad- 
nych druków zbędnych (przypadkowych), wszystko wydaje się wzajemnie dopełniać 
swoją treścią. 
W księgozbiorze wyróżniają się dwa główne jego działy: naukowo-dydaktyczny - 
podręczne kompendium obejmujące bibliografie, encyklopedie, różnego rodzaju słow- 
niki (obok współczesnych wydawnictw źródłowych, nie brakuje tu prac B. Chmielow- 
skiego i G. Piramowicza, S. B. Lindego czy K. Estreichera), antologie i historie litera- 
tury (polskie i włoskie obok historii kultury, sztuki, teorii literatury czy teatrologii), 
pełne edycje wybranych dzieł (takich serii wydawniczych jak "Biblioteka Narodowa" 
czy "Biblioteka Pisarzów Polskich", komplety tekstów staropolskich i wydania kry- 
tyczne, np. "Biblioteka Pisarzy Staropolskich") oraz dział drugi, przypominający 
o nieprzemijającej wartości humanistycznych "miejsc osobności", to starannie dobrana 
i przez lata cyzelowana kolekcja starych druków, wydawnictw unikatowych i bibliofil- 
skich. W "Rejestrze ksiąg", udostępnionym życzliwie przez opiekunkę zespołu, doli- 
czyłem się (rzecz wymaga całościowego sprawdzenia z autopsji) blisko dwudziestu 
tytułów z XVI, ponad stu z XVII i tyluż z XVlll stulecia, sporo z nich w oryginalnych 
oprawach, opatrzonych ekslibrisami z epoki. Szczególną uwagę nie tylko italianisty 
zwracają dzieła: B. Castiglione, I1 libro del cortegiano... (Venezia 1544), pierwsze 
wydanie F. Patrizi, Della retorica dieci dialoghi.. . (Venezia 1562), G. Fiamma, Rime 
spirituali... (Venezia 1575), T. Tasso, La Cierusalemme liberata... (Genova 1590) czy 
L. Alberti, Descrittione di tutta J'Italia... (Venezia 1581), według opinii specjalistów 
najlepsza XVI-wieczna pozycja dotycząca Włoch. 
Obok tych dzieł, profesor Litwarnia z równym upodobaniem stawiał powieści 
rycerskie, literaturę "straganową", dewocyjną i opisy peregrynacji, by wymienić tylko 
pośród edycji polskich: M. Bembus, Kometa to iest pogrożka z nieba, na postrach, 
przestrogę y upomnienie ludzkie... (Kraków 1619), H. Falęcki, Woysko serdecznych 
noworekrutowanych na większą chwałę Boską affektów... (Poczajów 1739), Historya 
o Magielonie królewnie Neapolitańskiey... (1773), M. K. Radziwiłł, Peregrinacia abo 
Pielgrzymowanie do Ziemi Świętey... (Kraków 1607) czy Delicye Ziemie Włoskiey... 
(Kraków 1665). Druki polskie i polonika są bowiem zbiorem zgromadzonym przez 
bibliofila, znawcę dawnej książki, a zarazem historyka literatury żywo zainteresowane- 
go związkami kulturowymi i literackimi Włoch i Polski. Wśród pierwszych, podkre- 
ślających wartość kolekcji, dominują tytuły z XVII i XVlll wieku, to prace literackie 
Ł. Górnickiego, Dzieje w Koronie Polskiej... (Warszawa 1754), P. Skargi, Wzywanie do 
pokuty... (Kraków 1610) czy F. Birkowskiego, O Exorbitancyach kazania dwoie... 


227
>>>
(Kraków 1632), składki z wierszami S. Grochowskiego, Hymny o męce Pańskiey... 
(Kraków 1608) i przekłady S. Twardowskiego, Nadobna Pasqualina... (1701). 
Znać też, że naj istotniejszą część księgozbioru, stanowią teksty piśmiennictwa 
polskiego od czasów średniowiecza po wiek XX, ze szczególnym uwzględnieniem 
okresu staropolskiego, dając Quż w części podręcznego kompendium) praktycznie 
pełny zestaw współczesnych edycji (i reedycji) tekstów XVI-XVlll wieku. Więcej, 
obok tychże wydań krytycznych (na podobnych zasadach) w bibliotece zgromadzono 
literaturę i piśmiennictwo włoskie od renesansu po wiek XX, dopełniając i tę kolekcję 
o opracowania i syntezy historii kultury słowiańskiej (prawie kompletne roczniki naj- 
ważniejszych polskich i slawistycznych czasopism naukowych: "Pamiętnik Literacki", 
"Teksty", "Ricerche Slavistiche") oraz studia komparatystyczne, zwłaszcza z zakresu 
relacji włosko-polskich (liczący kilkaset tomów zbiór dzieł związanych z podróżami po 
Włoszech, przewodniki, mapy z epoki). 
Na ich tle wyodrębniają się, z pewnością ważne dla zainteresowań naukowych 
profesora, zespoły tematyczne i... na nic już pobieżny ich przegląd, gdyż znając erudy- 
cję właściciela księgozbioru, rzecz wymaga gruntownych badań i przemyśleń; pozo- 
staje jedynie poprzestać na prezentacji wybranych zbiorów. Jest na przykład składający 
się z kilkuset tomów zespół tekstów zbierających relacje polsko-włoskie (także krajo- 
we wydania dzieł B. Castiglione, L. Ariosta, T. Tassa), równie bogaty zbiór dotyczący 
Petrarki i Dantego (stanowiący naukowe zaplecze do badań polskiej recepcji obu pisa- 
rzy), wspomniana już literatura dokumentująca polskie tradycje peregrynackie, mic- 
kiewicziana czy zbiory traktujące o historii powszechnej, religii, historii sztuki. 
Gromadzona przez ponad czterdzieści lat w Polsce i we Włoszech biblioteka swym 
zakresem, obejmuje zatem przestrzeń znacznie rozleglejszą niż obszar literatury 
polskiej czy włoskiej. Jest niezwykle interesującym (nie tylko kolekcjonersko) przy- 
kładem księgozbioru humanistycznego, a więc również dorobkiem wiedzy, egzemplifi- 
kacją integralnego i kompletnego warsztatu historyka literatury o znaczących dokona- 
niach naukowych, które znalazły odbicie w zawartości i strukturze księgozbioru; bi- 
blioteką oczekującą na zbadanie i opracowanie unikatowych druków, anonimowych 
rękopisów, egzemplarzy korektowych czy chociażby środowiskowych i przyjacielskich 
kontaktów. Dedykacje, we wspomnianym "Rejestrze" (naliczyłem ich blisko osiemset): 
rodzinne, od bliskich i znajomych, osób różnych, kolekcjonerskie. Krótkie zebranie 
(z konieczności imię ograniczam do inicjału) wypada rozpocząć od najbliższych: Zwie- 
rzęta z lasu dziewiczego (1946) A. Fiedlera i Monte Cassino (1957) M. Wańkowicza to 
podarunki od rodziców, kolejne wpisy kryją egzemplarze ofiarowane przez przyjaciół 
i pracowników nauki: R. Sabal na opracowaniu Pieśni... F. Karpińskiego (1957), 
]. Łukasiewicz na tomie Zagłoby w piekle (1965), Cz. Hernas na woluminie Utworów 
panegirycznych... ]. Jurkawskiego (1968), dalej S. de Fanti, S. Graciotti, R. Panzone; 
dedykacje pisarzy, poetów i przedstawicieli świata kultury: Cz. Miłosz na tłumaczeniu 
Ksiąg Mądrości (1989), W. Szymborska na zbiorze Koniec i początek (1993), ]. Stuhr 
na kartach Przygód dobrego wojaka Szwejka... ]. Haska (1995), ]. Brodski, l. Conti, 
K. Lanckorońska; sporo autografów i egzemplarzy kolekcjonerskich: ]. Lelewel, Dzieje 
Polski (1830) dla C. K. Norwida,]. Czechowicz, Dzień jak co dzień (1930) dla Z. L. 
Zaleskiego, czy]. Katt, Po prostu... (1946) dla profesora S. Kota. 
Znawcy przedmiotu zgodnie przyznają, że udińskie zbiory to największa na terenie 
Włoch prywatna biblioteka polonistyczna i zapewne jedna z największych tego rodzaju 
bibliotek poza terenem Polski. Równie interesującym miejscem pracy, które mnie 
miało przypaść w udziale, było (zajmujące odrębny pokój i liczące ponad siedem me- 
trów bieżących) domowe archiwum, ściślej: zespół prywatnych materiałów archiwal- 


228
>>>
nych Andrzeja Litworni, zawierający (w precyzyjnie oznaczonych segregatorach i tecz- 
kach) dokumentację działalności naukowej, dydaktycznej i organizacyjnej w Polsce 
i we Włoszech, obszerną korespondencję, pamiątki i archiwalia rodzinne, setki bezcen- 
nych już dziś fotografii (także o charakterze biograficznym czy warsztatowym). Całość 
zespołu archiwalnego została zabezpieczona i przygotowana do opracowania przez 
żonę profesora, Krystynę Schwarzer-Litwornia, jednakże zasadnicze metodyczne upo- 
rządkowanie i pogrupowanie jego treści zawdzięczamy samemu właścicielowi, stąd 
w poszczególnych materiałach Qednostkach) bezwzględnie pozostawiono dotychcza- 
sowy układ i tytuły. Kończąc pracę skonstatować dopiero mogłem, jak ważne i unikal- 
ne źródło zespół ten stanowi dla przyszłych badań biograficznych i kulturowych, per- 
cepcji i oceny tak wielu wydarzeń już minionych. Także tu pozostawiony zbiór stano- 
wił swoistą całość o cechach reprezentatywnej kolekcji historyka literatury, uczonego 
i. .. miłośnika osobliwości. Problemem pozostawał dotychczasowy brak inwentarza, 
który dałby w zastanym układzie schematyczno-rzeczowym (tematycznym, chronolo- 
gicznym, alfabetycznym, najczęściej mieszanym) szczegółowe spisy poszczególnych 
jednostek wraz z niezbędnymi aneksami. 
Zinwentaryzowane w czerwcu 2008 roku dokumenty i materiały zostały poprze- 
dzone skróconym opisem zawartości, bez naniesienia foliacji (poszczególne jednostki 
zamieszczono w plastikowych koszulkach), wykaz ważniejszych skrótów występują- 
cych w inwentarzu oraz aparat ewidencyjno-informacyjny wraz z bibliografią przed- 
miotu wyodrębniono w osobnym miejscu. W wyniku przeprowadzonych prac i dal- 
szych studiów powstały też "Materiały do biobibliografii profesora Andrzeja Litwor- 
ni,,3. Opisany zespół, posiadający samodzielną wartość naukową, stanowi kompletny 
zbiór materiałów archiwalnych wytworzonych w toku oraz w związku z działalnością 
uniwersytecką i dydaktyczną, zbiór reprezentujący główne kierunki życia, zaintereso- 
wań jego twórcy oraz osób z nim związanych. Opracowany inwentarz składać się ma 
zatem na podstawową pomoc archiwalną, ewidencyjną i informacyjną, dając przegląd 
zawartości, plan układu materiałów wewnątrz zasobu oraz szczegółowe spisy pomoc- 
nicze. W trakcie pracy, korzystając z arkuszy programu Excel, przygotowano dziewięć 
kilkunastostronicowych zestawień, obejmujących systematycznie tworzone przez wła- 
ściciela zespołu (niejednokrotnie pokrewne) grupy tematyczne. W niniejszym spra- 
wozdaniu, dla klarowności z konieczności skróconej relacji, całość opracowania ujęto 
w dwie (z powszechnie przyjętych w wytycznych archiwalnych opracowań) schema- 
tyczne grupy przedmiotowe. 
"Prace twórcy zasobu", jako pierwsze (począwszy od wymienionych niżej "Segre- 
gatorów niebieskich"), zbierają materiały twórczości naukowej (artykuły, tłumaczenia, 
publikacje) obok podanych tu łącznie "Materiałów działalności twórcy zasobu" (dy- 
daktycznych, kulturalnych, wydawniczych), jako kolejne opracowano i opisano równie 
obszerne "Materiały biograficzne" (dokumenty, materiały rodzinne, korespondencję); 
rezerwując też (dla przyszłych uzupełnień i kontynuacji prac) końcowy dział "Varia", 
do którego włączyć przyjdzie oczekujące na całościowe opracowanie albumy, nieprze- 
widziane wcześniej załączniki oraz tak zwane rzeczy rozmaite. 
"Segregatory niebieskie", w dziesięciu woluminach oznaczone jako "SN" (1-10), 
zawierają maszynopisy publikacji i artykułów, wydruki komputerowe, odbitki korek- 


3 Profesor Andrzej Litwomia (1943-2006). Materiały do biobibliogram, Acta Universitatis 
Wratislaviensis. Prace Literackie 2010 t. 50 (złożone do druku) - publikacja zawiera kilkustro- 
nicowy "Biogram", " Bibliografię publikacji" (115 tytułów), "Filmografię" (8 tytułów) oraz "Spis 
źródeł drukowanych" (85 pozycji). Krótka informacja dotycząca prac w Udine znajdzie się rów- 
nież we wrocławskim "Przeglądzie Uniwersyteckim" 2009 nr 6 (w druku). 


229
>>>
torskie i druki, w tym także kserograficzne kopie druków, dając łącznie Qak wszędzie 
w nazwanym już i nadanym układzie) 202 jednostki w ilości ponad 3 tys. kart; załą- 
czona korespondencja w całości dotyczy tu spraw wydawniczych. Przykładowo, "Stu- 
dia XV-XVlll wieku" zbierają publikacje z lat 1970-2005, teksty ponad 20 recenzji 
(wraz z wewnętrznymi recenzjami wydawniczymi) oraz materiały dotyczące poloni- 
styki we Włoszech; "Studia XIX-XX wieku" to prace z lat 1968-2002 (w części 
w języku włoskim), konspekty publikacji i materiały konferencyjne (zaproszenia, pro- 
gramy, plakaty); "Studia polsko-włoskie" zawierają materiały i redakcje tekstów prze- 
znaczonych do druku (również w słownikach i encyklopediach); w kolejnym zestawie, 
cykl artykułów zamieszczonych w latach 1994-2001 w poznańskim miesięczniku "Ar- 
kusz"; całość kończy dział "Konferencje" (odczyty, wykłady, zjazdy), to maszynopisy 
przygotowanych i wygłoszonych referatów, wycinki prasowe (z wywiadami) oraz 
teksty dedykowane profesorowi. 
Cztery mniejsze formatem "Segregatory kolorowe", oznaczone literami "SK" (1- 
4), zbierają odbitki korektorskie (z rękopiśmiennymi poprawkami), druki publikacji 
i wydruki komputerowe z lat 1967-2005; łącznie 38 jednostek i około 900 kart. Wśród 
nich interesujące, choć raczej już wyłącznie prywatne, odautorskie koleżeńskie dedy- 
kacje (w drugim egzemplarzu l?]) na nadbitkach tekstów wrocławskich "Prac Literac- 
kich", jak przykładowo na tytułowej stronie debiutanckiego artykułu o Sebastianie 
Grabowieckim: O przeszłych rzeczach szczyre fałsze. Pani Ludce..., dalszą treść wypa- 
da zatem pozostawić tylko adresatce. 
Białe tekturowe teczki czyli "Cartelle" , oznaczone jako "C" (1-53), mieszczą ma- 
szynopisy, prace przekładowe, kserograficzne kopie recenzji i projekty scenariuszy 
realizowanych filmów, całość dotyczy lat 1967-1999; dając 53 obszerne jednostki 
i (razem z załączoną korespondencją) blisko 6 tys. kart. Tu m.in. znajduje się maszyno- 
pis pracy magisterskiej oraz tekst rozprawy doktorskiej Sebastian Crabowiecki (Wro- 
cław 1974) wraz z poszczególnymi jej redakcjami, wykresy genealogiczne, odrysy 
staropolskich herbów i materiały do planowanej edycji Rymów duchownych S. Grabo- 
wieckiego (1977), maszynopis z poprawkami rękopiśmiennymi, wersje przedmowy; 
pośród materiałów warsztatowych, przechodzące dziś do historii, dokumenty celne 
(dowody odpraw, faktury, graniczne pieczęcie) wraz z zaświadczeniami dotyczącymi 
przywozu i wywozu książek (wykaz niezbędnych do pracy "Materiałów bibliotecz- 
nych"). Spory jest też dział zawierający informacje prasowe o Polsce (poszczególne 
numery i wycinki z czasopism, głównie z lat 80.): ,,11 Messaggero", "L'Osservatore 
Romano", "La Repubblica" oraz "Polityka", "Tygodnik Solidarność" czy "Życie War- 
szawy" . 
Dotyczący działalności dydaktycznej zbiór "Tesi di laurea, dottorato di ricerca" 
zawiera 17 egzemplarzy (o łącznej liczbie ponad 3 tys. kart) ofiarowanych lub przeka- 
zanych (przeważnie włoskojęzycznych) prac licencjackich, magisterskich i doktor- 
skich, których promotorem bądź naukowym opiekunem był profesor Litwarnia; pośród 
polskich tematów twórczość]. Słowackiego, W. Gombrowicza, ]. Andrzejewskiego, 
ale i zagadnienie, które dla Włocha z pewnością stanowiło równie trudne wyzwanie: La 
terminologia sportiva polacca, na ponad stu stronach zwięzłego opisu. 
"Materiały zebrane" to obszerne segregatory i teczki, oznaczone "MZ" (1-15), któ- 
re obejmują maszynopisy artykułów, wydruki komputerowe i odbitki korektorskie 
publikacji książkowych z lat 1995-2006 oraz dokumenty i materiały dotyczące kon- 
taktów naukowych; łącznie 20 jednostek i ponad 3700 kart (dołączona korespondencja 
dotyczy spraw wydawniczych). Pośród materiałów pracy naukowej i warsztatowych, 
bogate zbiory tematyczne dotyczące książek: Rzym Mickiewicza (Warszawa 2005) 


230
>>>
wraz z notatkami i dokumentami (plan rozmieszczenia ilustracji w książce, materiały 
ikonograficzne dotyczące Rzymu, w tym kolekcja ponad 220 kart pocztowych), mate- 
riały do publikacji Dantego któż się odważy tłumaczyć? (Warszawa 2005) oraz wcze- 
śniejszej antologii La porta d Italia (Udine 2000); w kolejnych jednostkach: kontakty 
z uniwersytetami i towarzystwami na terenie Polski (1979-2006) oraz z polskimi in- 
stytucjami państwowymi na terenie Włoch (1981-2004), by wymienić tylko Konsulat 
Generalny RP w Mediolanie czy Ambasadę RP w Rzymie (Projekt "Traktatu o przy- 
jaźni i współpracy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Włoską"); dalej mate- 
riały i korespondencja z ministerstwami i instytucjami na terenie Włoch (1980-2002), 
przykładowo: Ministero degli Affari Esteri (pobyt delegacji Filmu Polskiego w Rzy- 
mie, rękopiśmienny plan wizyty) i organizacjami polonijnymi (1979-2005): Stowarzy- 
szenie Polskich Kombatantów, Związek Polaków we Włoszech, Centralny Ośrodek 
Duszpasterstwa Emigracji; jeszcze dalej: korespondencja z wydawnictwami naukowy- 
mi na terenie Polski i Włoch (1979-2005) oraz bibliotekami w Polsce i poza jej grani- 
cami (1987-2005), kontakty z antykwariatami, domami aukcyjnymi i księgarniami 
(1992-1996): Sotheby' s (Milana), Liberia Michelotti (Roma), Księgarnia Polska (Tel- 
Aviv). 
Kończące grupę pierwszą "Segregatory zielone", oznaczone jako "SZ" (1-5), zbie- 
rają materiały związane z działalnością kulturalną, polonijną (fotografie, zaproszenia, 
druki); dając łącznie 94 jednostki i blisko 1500 kart (razem z korespondencją). Wśród 
nich, zaproszenie na przegląd filmów A. Wajdy ("lnstituto Polacco di Roma" 1994), 
fotografie uroczystości w "Centrum Manggha", włoska wersja tekstu spektaklu "Na- 
stazja Filipowna" ; materiały dotyczące działalności artystycznej]. Stuhra (tłumaczenia, 
zdjęcia z planów filmowych), Vanni Scheiwillera (włoskiego wydawcy i mecenasa 
sztuki); zaproszenia: "Vadim Brodsky. Concerto" (Roma 1991), bilety wizytowe 
z dedykacjami, z rzeczy osobliwych: fragment struny (wirtuoza skrzypiec [?]); pro- 
gram sesji poświęconej]. Iwaszkiewiczowi (1981), podczas której odsłonięto w San 
Gimignano tablicę poświęconą polskiemu pisarzowi; zbiór fotografii czarno-białych 
z konferencji w Stacji Naukowej PAN w Rzymie (na zdjęciach: ]. Pomianowski, 
K. Żaboklicki, P. Marchesani, S. Graciotti); jeszcze dalej: tekst "Toastu Pana Prezy- 
denta Republiki z okazji oficjalnego obiadu wydanego na cześć Prezydenta Rzeczypo- 
spolitej Polskiej" (Kwirynał 2002), tu obok zaproszenia i oficjalnych fotografii: ety- 
kieta pozwolenia parkowania przed pałacem, wizytówka zakładu wynajmu smokingów, 
wstążka we włoskich barwach narodowych i menu przyjęcia. Spory dział "Jan Paweł 
II. Watykan" zawiera zdjęcia (autorstwa A. Mari) oraz materiały z audiencji na Waty- 
kanie (lata 1981-1985), druki z okolicznościowymi pozdrowieniami i błogosławień- 
stwem papieskim (1980-1987), materiały dotyczące Jana Pawła II (wycinki i kseroko- 
pie artykułów z prasy) oraz album zawierający 105 kart pocztowych z fotografiami 
Jana Pawła II i innych papieży. 
Stanowiące tu część drugą opisywanego zespołu archiwalnego "Materiały biogra- 
ficzne" ("Dokumenty", "Materiały rodzinne", "Korespondencja") rozpoczynają "Se- 
gregatory białe", oznaczone jako "SB" (1-7), zmieszczone w nich zostały dokumenty 
osobiste i pamiątki z lat 1943-1961 (świadectwa szkolne, zeszyty, dyplomy) oraz do- 
kumenty związane z działalnością naukową, organizacyjną i dydaktyczną w Polsce 
i we Włoszech; łącznie zawierają 258 jednostek i ponad 1500 kart. Tu znalazły swoje 
miejsce: zeszyty do języka polskiego i religii z kI. I (z kolorowymi rysunkami), kom- 
plet świadectw szkolnych, dyplom za V lokatę w "VII ogólnopolskim konkursie recy- 
tatorskim" (Polanica 1960), "Świadectwo dojrzałości liceum ogólnokształcącego" 
(Twardogóra 1961), ale i "Servizi astrologici" wystawione w Krakowie na dzień 


231
>>>
5 października 1943 roku. Są też materiały z okresu studiów (konspekt lekcji języka 
polskiego w klasie XI) oraz dokumentujące przebieg pracy na Wydziale Filologicznym 
Uniwersytetu Wrocławskiego (1966-1992): życiorysy, nominacje, informacje o sty- 
pendiach, dokumentacja przewodu doktorskiego, umowy wydawnicze; wśród rzeczy 
różnych: zaproszenia (klub studencki "Pałacyk") oraz wniosek do Urzędu Telefonów 
Miejscowych opiniowany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego (Wrocław 1975). 
Dalej znalazły się, drobiazgowo poszeregowane, materiały związane z pobytem we 
Włoszech: dział "Roma, Firenze, Pisa, Padova" (1980-1995) zawiera dokumentację 
pracy naukowej w Universita degli Studi di Roma, Universita degli Studi di Firenze, 
Universita degli Studi di Pisa; dział "Privati & Universitas Studiorum Utinensis" 
(1992-1999) zbiera dokumenty urzędowe o działalności dydaktycznej i organizacyj nej 
(zaświadczenie o zatrudnieniu na stanowisku professore associato); dział "A.l.S." 
(Associazione Italia na degli Slavisti) oraz "A.l.S.U." (Associazione Italia na di Studi 
Ucraini) obejmujący lata 1993-2001 mieści programy, korespondencję i sprawozdania 
ze spotkań oraz slawistycznych zjazdów. 
"Materiały rodzinne" (Murawa, Litwarnia, Balcewicz, Schwarzer), obejmujące lata 
1925-1989, oraz dokumenty osobiste (kalendarze, notatniki, dokumenty tożsamości, 
legitymacje, odznaczenia) zebrane w oddzielnym kartonowym etui, dają łącznie 24 
jednostki i blisko 2 tys. kart. Pośród materiałów biograficznych znalazły miejsce: ksią- 
żeczka "Górskiej Odznaki Turystycznej" (1957), legitymacje "Zrzeszenia Studentów 
Polskich" (1962) i "Związku Nauczycielstwa Polskiego" (1969), indeks Uniwersytetu 
Wrocławskiego (1961) oraz dwie szklane instytutowe tablice (mgr A. Litwarnia: asy- 
stent i dr A. Litwarnia: adiunkt), dalej: zaproszenia Ministra Spraw Zagranicznych RP 
na uroczystość wręczenia Dyplomów MSZ w Warszawie (2005) wraz z oryginałem 
okolicznościowego przemówienia; obok państwowych medali i wyróżnień uwagę 
zwraca odznaka podharcmistrza (zielona podkładka pod harcerskim krzyżem) oraz 
znaczki "Solidarność" i "Universitas Studiorum Udinensis" na niebieskim emaliowa- 
nym tle. Zbiór kończy 14 kalendarzy i kalendarzyków (1977-2005), dziesięć notesów 
z bieżącymi informacjami i adresami, ponad 150 biletów wizytowych (z dedykacjami 
i notatkami), karty wejściowe, identyfikatory. 
Na ostatnią część "Materiałów biograficznych" złożyła się "Korespondencja" 
(wpływająca i wychodząca: prywatna i urzędowa dorywcza), zebrana w układzie 
alfabetycznym (wg nadawców i odbiorców), następnie zaś chronologicznym; zgrupowa- 
na w jednostki korespondentów (wysyłających) daje łącznie ponad 3 tys. listów 
i przesyłek (maszynopis, rękopis, druk, e-mail, faks, telegram), tamże pozostawiono 
wyodrębnione w uwagach załączniki (fotografie, rękopisy, dokumenty). Prywatna kore- 
spondencja wpływająca do adresata (1968-2006) mieści się w 48 kartonowych białych 
teczkach i obejmuje 423 nazwiska; łącznie 1591 listów, blisko 2 tys. kart. W zebranych 
przesyłkach wyróżniają się rękopiśmienne zbiory (czasem jakby wbrew poczcie elektro- 
nicznej) listów i kart pocztowych od osób połączonych wieloletnimi więzami przyjaciel- 
skimi i koleżeńskimi: E. Balcerzan i B. Latawiec (94 listów), ]. Stuhr z rodziną (86), 
]. Heistein (33), M. Eustachiewicz (21 listów), M. Popiel (23), R. Augustyn (10); 
w mniejszej już ilościowo grupie (choć z pewnością równie ważne) nazwiska z kręgu 
środowiskowych znajomości: ]. K. Lewański, T. Michałowska, S. Nikolaev, ]. Pomia- 
nowski, A. M. Raffa, ]. Starnawski, Z. Stefanowska, Z. Smolska, ale też M. Iwaszkie- 
wicz, R. Kapuściński czy A. Wajda. Korespondencja rodzinna wpływająca to 15 karto- 
nowych teczek (i niemal tyluż nadawców), zawiera 404 listów (w tym okolicznościowe 
pozdrowienia, życzenia świąteczno-noworoczne), około 500 kart; korespondencja wy- 
chodząca: rodzinna (1968-2005) oraz do osób różnych (1990-2005) to pięć teczek za- 


232
>>>
wierających 140 listów (skierowanych do kilkunastu osób) i ponad 150 kart. Dział ten 
kończy korespondencja urzędowa (dorywcza, nie świadcząca o dłuższej współpracy 
z daną instytucją), to zaproszenia na zjazdy, konferencje naukowe, wystawy (1978-2006) 
w układzie alfabetycznym (nadawca, instytucja), całość w pięciu odrębnych i opisanych 
pudłach; reprezentuje ponad 100 instytucji państwowych, uniwersytetów, akademii 
i towarzystw naukowych (od ambasad i konsulatów po biblioteki i wydawnictwa), do- 
kumentując powyższe kontakty liczbą 1064 zaproszeń i blisko 1800 kart (przykładowo, 
Accademia Polacca delle Scienze oraz Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Rzymie: 
177 i 99 oficjalnych druków, Istituto Polacco di Roma: 247, muzea, galerie, wydziały 
kultury i inne instytucje: ponad 200 zaproszeń. 
Całość prywatnego zespołu archiwalnego profesora Andrzeja Litworni liczy około 
tysiąca jednostek i ponad 26 tys. kart: od opisanych wyżej materiałów rodzinnych 
i dokumentów biograficznych (które być może udostępnione będą dopiero po określo- 
nym czasie) do materiałów działalności dydaktycznej, organizacyj nej i prac naukowych 
twórcy zasobu. Gdybym mógł jednak podać tylko pięć przykładów, które pośród cało- 
ści zbiorów zrobiły na mnie największe wrażenie, byłyby to: metalowy legionowy 
orzełek, świadectwo kursu "Ratownictwa sanitarnego" wystawione dla nastoletniej 
Zofii Murawianki (w maju 1939), dokumenty Cattedra di Ematologia (Roma 1987), 
duży zbiór materiałów źródłowych do ostatniej książki Rzym Mickiewicza (2005) 
oraz. .. studenckie koperty i pocztówkowe pozdrowienia (ze stemplami wielu miejsc 
świata) adresowane jedynie ,,33-100 Udine", z dopiskiem "ProJessore Polacco". 
Z wywiadu i rozmów przeprowadzonych z opiekującą się całością zbiorów, Kry- 
styną Schwarzer-Litwornia, wnosić można, że wolą profesora było, aby stworzona 
przez niego kolekcja pozostała w tym kraju, w którym powstała, to jest we Włoszech; 
także ze względu na zawarty w niej ważny dział dotyczący historii wzajemnych sto- 
sunków kulturalnych i literackich (w jednoczącej się przecież Europie). W zamierze- 
niach twórcy, biblioteka łącznie z archiwum jako "Fondo Litwornia" (z języka wło- 
skiego to określenie prywatnego księgozbioru przekazanego bibliotece, towarzystwu 
lub instytucji), stanowić ma materialną podstawę dla przyszłych badań naukowych 
w zakresie szeroko pojętej humanistyki, italianistyki i slawistyki, a nade wszystko 
związków polsko-włoskich i włosko-polskich w swych tak wielorakich i złożonych 
kontekstach idei i myśli. 
Zachowanie biblioteki i archiwum profesora Litworni w całości wydaje się zatem 
potrzebą naturalną, udostępnienie jej włoskiemu środowisku akademickiemu obowiąz- 
kiem. Jej miejsce, jako znakomitego warsztatu dla rozwijania uniwersyteckich prac polo- 
nistycznych i komparatystycznych, jest w jednym ze slawistycznych ośrodków nauko- 
wych na terenie Włoch. Szczególnie znaczące jest dla udińskiego uniwersytetu, wzboga- 
cenia dorobku kulturowego miasta i tegoż przepięknego regionu. "Fondo Litwornia" 
przechowywane w osobnym, wydzielonym pomieszczeniu, udostępniane do badań na- 
ukowych i konsultacji pod opieką doświadczonego bibliotekarza, posiadać ma też okre- 
ślony dwustronną umową status prawny. Uniwersytet w Udine skłonny jest w całości 
projekt ten przyjąć i zapoczątkować tym samym Centrum Badań Polonistycznych, 
z wyjątkowo bogatym zapleczem naukowym (i niemałąjuż grupą studentów). 
Czy zgodnie z oczekiwaniami pracowników świata nauki i kultury, strona polska 
będzie równie aktywnie uczestnić w dalszym rozwijaniu tegoż udińskiego przyczółka 
ambasady polskości, nie sposób w tej chwili jednoznacznie określić. Jedno jest tu 
pewne: trudno liczyć, aby podobna sytuacja mogła się jeszcze raz powtórzyć. 


Marian Pacholak (Wrocław) 


233
>>>
List do Redakcji 


Sz. P. Red. Wacław Lewandowski 


Szanowny Panie Redaktorze, 


zwracam się do Pana jako osoby odpowiedzialnej za historycznoliteracki dział 
"Archiwum Emigracji", której również - jak przypuszczam - podporządkowane są 
recenzje książkowe. Wiem, że niezręcznie jest występować w roli adwokata we własnej 
sprawie, ale jednak to uczynię, wychodząc z założenia, że problem, który poruszam 
jest szerszy - dotyczy bowiem kwestii naukowej uczciwości i rzetelności. A także 
pytania o granice subiektywizmu w ocenach ferowanych na łamach czasopisma na- 
ukowego. 
Moje uwagi dotyczą tekstu Rafała Moczkodana, opublikowanego w dziale recen- 
zyjnym "Archiwum Emigracji", w numerze IX z 2007 roku. Pan Moczkodan był 
uprzejmy nadać mu tytuł Naukowe czytadło - odnosząc go do mojej książki Literatu- 
ra i pisarze w programie Rozgłośni Polskiej Radio Wolna Europa, opublikowanej 
w wydawnictwie Universitas w 2005 roku. 
Z tekstem Moczkodana trudno byłoby polemizować - stanowi on bowiem zlepek 
insynuacji i niczym (poza silnym przekonaniem autora) nie umotywowanych opinii, 
wypowiadanych tonem autorytatywnym i kategorycznym. Na przykład: 
Tatarowski nie wychodzi poza sferę stwierdzeń ogólnych. [...] [i] informacji o cha- 
rakterze podstawowym [...] czyniąc podstawowym żródłem informacji przez siebie po- 
dawanych ogólnie znane publikacje Jana Nowaka-Jeziorańskiego, wyważa otwarte 
drzwi (s. 279). 


[Wcześniejsza praca w RWE] nie pozwala mu nabrać dystansu do przedmiotu opisu (co 
można obserwować m.in. w wyrażnym zafascynowaniu i bezkrytycznej postawie wo- 
bec Jana Nowaka-Jeziorańskiego), z drugiej strony autor nie za bardzo potrafi się zde- 
cydować (lub co gorsza, nie wie), do kogo adresuje książkę (s. 279). 
[Zamieszczone w książce biogramy pisarzy] w większości sprowadzają się do tego, co 
można znależć w słownikach biograficznych i pracach poświęconych poszczególnym 
postaciom (s. 281). 
W posumowaniu wyrokuje autor, iż moja książka wypada jako praca naukowa 
zupełnie źle, łaskawie uzupełniając: dotychczasowy stan wiedzy porządkuje, posze- 
rzając go w stopniu niewielkim. 
Zupełnie groteskowe są (z punktu widzenia określonego w tytule książki celu ba- 
dawczego) zarzuty, jak na przykład ten oto: nie sposób znaleźć w całej książce szer- 
szych informacji na temat zorganizowanej przez RWE "akcji balonowej", czy znacze- 
nia zamachu bombowego na RWE. Ma Moczkodan rację! Niech czyta Nowaka- 
Jeziorańskiego, albo ostatnio wydaną książkę Pawła Machcewicza. Niech czyta uważ- 
nie również inne opracowania o zachodnich Rozgłośniach, nadających audycje do 
Polski przed 1989 rokiem - by nie pisać, iż RWE była jedynym wolnym radiem od- 
bieranym na terenie Polski. A co z Radiem Madryt, BBC, Głosem Ameryki? Trudno 


234
>>>
też byłoby podjąć rzeczową polemikę z autorem, dla którego definicje terminologiczne, 
zamieszczane w książce naukowej, stanowią przykład na to, iż jej odbiorcą nie ma być 
czytelnik wyrobiony! 
Znajduję się w tej szczęśliwej sytuacji, że dr Moczkodan nie jest jedynym, ani 
pierwszym recenzentem mojej książki. J ej recenzentami, jako pracy doktorskiej, obro- 
nionej na Uniwersytecie Łódzkim (wersja książkowa niewiele różni się od rozprawy 
doktorskiej), byli profesorowie Włodzimierz Bolecki iJerzy Smulski, recenzję wydaw- 
niczą pisał profesor Grzegorz Gazda, ukazało się też kilka omówień w czasopismach. 
Przytoczę kilka opinii, odnoszących się do kwestii poruszanych przez Moczkodana. 
Dotychczasowe badania nad życiem literackim tzw. drugiej emigracji [...j skon- 
centrowaly się przede wszystkim na dwóch ogromnie ważnych ośrodkach życia literac- 
kiego (i szerzej: artystycznego, politycznego): w Paryżu i Londynie [...j. Do ośrodków 
- jeśli można tak rzec - badawczo niedoinwestowanych należalo Monachium i krąg 
pracowników oraz wspólpracowników Radia Wolna Europa. Sytuacja ta radykalnie 
zmieniła się wraz z powstaniem obszernej (bo wraz z aneksem liczącej ponad czterysta 
stronic) rozprawy p. mgra Tatarowskiego: jej walory - przede wszystkim faktogra- 
ficzne i dokumentacyjne, ale także interpretacyjne (myślę o partii dotyczącej dramatur- 
gii radiowej) - wydają mi się trudne do przecenienia (prof. dr hab. Jerzy Smulski). 
Mgr Tatarowski podjąl bowiem badania nie tylko z zakresu wiedzy o jednej, arcy- 
ważnej instytucji i nie tylko z zakresu historii literatury - jego badania dotyczą bowiem 
wiedzy o losach Polaków po 1939 roku, o historii Polski i powojennej Europy, o losach 
pisarzy i ich dziel wplątanych w tak skomplikowane konteksty i uwarunkowania, z jakimi 
rzadko mają dziś do czynienia badacze zjawisk najnowszych. Samo podjęcie tej proble- 
matyki wymagalo od doktoranta spelnienia dwóch warunków, praktycznie niemożliwych 
do spelnienia przez nikogo. Wymagalo bowiem nie tylko profesjonalnego przygotowania 
literaturoznawczego, ale też znajomości "od środka" funkcjonowania opisywanej instytu- 
cji. Rozprawa doktorska mgra Konrada Tatarowskiego byla wlaśnie wynikiem szczęśli- 
wego spotkania się tych dwóch kompetencji, choć ta druga byla wynikiem nieszczęścia, 
jakim byl stan wojenny i jego konsekwencje, w wyniku których obecny doktorant przez 
dziesięć lat pracowal w RWE [...j Metodologiczny purysta móglby powiedzieć, że sytu- 
acja ta narusza elementarny warunek badań naukowych, miesza bowiem perspektywę 
podmiotu badającego i badanego przedmiotu [...j. W rozprawie mgra Tatarowskiego takie 
pomieszanie perspektywy nie ma w ogóle miejsca, nie tylko dlatego, że doktorant dosko- 
nale zdaje sobie sprawę z jego konsekwencji i że jego wlasna dzialalność w RWE byla 
tylko drobnym elementem tytulowego zagadnienia, ale przede wszystkim dlatego, że 
swoje doświadczenie opisuje w perspektywie trwającego czterdzieści lat funkcjonowania 
tej rozglośni [...j (prof. dr hab. Wlodzimierz Bolecki). 
Wartość poznawcza tomu wynika z przemyślanej prezentacji efektów badań rozpro- 
szonych, często nie skatalogowanych archiwaliów, w tym miesięcznika "Na antenie" i na- 
grań radiowych z calego okresu funkcjonowania rozglośni, tj. od maja 1952 r. do czerwca 
1994 r. Ten ambitnie zarysowany plan zrealizowano w dziewięciu rozdzialach problemo- 
wych, przesuwając do dziesiątego próbę całościowej oceny dorobku RWE. [...j Inną ce- 
chą charakterystyczną książki jest splot narracji historycznej z opisem medioznawczym, 
stąd np. rozpatrywanie działalności radia w kontekście procesu komunikacji społecznej, 
definiowanie jego "misyjności" itp. (prof. dr hab. Iwona Hofman). 
A zatem, Szanowny Panie Redaktorze, albo - albo. Albo ma rację dr Moczkodan, 
albo troje profesorów z różnych ośrodków akademickich, których kompetencji chyba 
nie zamierza Pan Redaktor kwestionować. Ajeżeli tak jest, to dlaczego zdecydował się 
Pan - we współredagowanym przez siebie poważnym piśmie naukowym, cieszącym 
się dużym autorytetem w środowiskach badaczy literatury emigracyjnej - na publika- 
cję paszkwilu pod szyldem naukowej recenzji? Przecież ocena publikacji naukowych 


235
>>>
podlega określonym kryteriom i nie powinna być dziedziną swobodnej spekulacji 
i woluntarystycznych pokrzykiwań. 
Publikowanie takich materiałów, jak umieszczony w dziale recenzji "Archiwum 
Emigracji" tekst R. Moczkodana Naukowe czytadło, stawia pod znakiem zapytania 
bezstronność i naukową rzetelność czasopisma. Wierzę w to, że podejmie Pan Redaktor 
konieczne działania, by w przyszłości nie narazić się na podobne zarzuty. 
Łączę wyrazy szacunku, 


Konrad Tatarowski (Łódź) 


Odpowiedź 


Wielce Szanowny Panie, 
nie, żadnych "koniecznych działań" nie podejmę! Nie stoję bowiem - jak Pan 
raczy twierdzić - przed żadnym "albo - albo". Niekwestionowanie zasług i kompe- 
tencji trojga Profesorów nie oznacza konieczności zamknięcia ust doktorowi Moczko- 
danowi. Powinnością pisma naukowego nie jest krępowanie dyskusji i prowadzenie do 
ujednolicania poglądów wszystkich współpracowników. Zarzuca Pan R. Moczkodano- 
wi insynuacje i paszkwilanctwa. Proszę wybaczyć, ale ani poetyki paszkwilu, ani ja- 
kichkolwiek insynuacji w tekście Naukowe czytadło nie dostrzegam, zbyt ostre to chy- 
ba (i podyktowane autorskim rozgoryczeniem) określenia recenzji, która jest w dużej 
mierze polemiką. Jak Pan zapewne spostrzegł, nasz dział recenzyjny drukuje się pod 
szyldem: RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI, co znaczy, że nie tylko ściśle 
naukowe recenzje są tu publikowane. Autorzy piszą tu na własną odpowiedzialność, 
tzn. wyrażają swoje opinie, a nie tzw. stanowisko redakcji, nawet jeśli, jak p. Moczko- 
dan, do grona redakcyjnego należą. Nie widzę rażącej sprzeczności pomiędzy superla- 
tywnymi opiniami recenzentów w przewodzie doktorskim a tekstem w "Archiwum 
Emigracji". Po prostu, inne są zadania recenzenta doktoratu, który musi przede wszyst- 
kim ocenić kompetencję naukową i jakość badawczego warsztatu autora dysertacji, 
oryginalność tezy i teleologię rozprawy, inne - recenzującego książkę na łamach 
czasopisma. Ten ostatni ma prawo "przymierzyć" książkę do własnych oczekiwań, ma 
prawo do subiektywizmu, do felietonowej zaczepki, nawet - do złośliwości. Kiedyś 
mówiło się, że zła książka to taka, którą krytyka "puściła płazem", bo jeśli nikogo nie 
sprowokowała do kontry, czy choćby polemicznej dyskusji, znaczy - była bezbarwna 
i nieinteresująca. Dziś, niestety, coraz mniej jest wyznawców tego poglądu, a autorzy 
oczekują albo pochwał, albo milczenia... 
Muszę jeszcze wyjawić Panu redakcyjne zasady, jakie przyjęliśmy dla działu 
omówień i polemik. Piszę "przyjęliśmy", bo nie odpowiadam za cały dział, rzeczywi- 
ście jednak to ja zamawiam i przyjmuję recenzję z prac dotyczących literatury. Otóż 
w dziale tym chętnie widzimy wszelkie polemiki, bo to one ożywiają pismo, bywają 
też zaczynem istotnych naukowych dyskusji. Jeżeli uznaję, że jakaś praca historyczno- 
literacka dotycząca emigracji zasługuje na szczególną uwagę, staram się namówić do 
recenzowania więcej niż jednego autora, nie mam też nic przeciwko publikacji dwóch 
recenzji, zawierających wzajemnie się znoszące opinie, bowiem w ten sposób właśnie 
podkreśla się autorskie (nie: redakcyjne) stanowisko recenzentów. Zauważył Pan, mam 
nadzieję, że z tekstem Rafała Moczkodana sąsiaduje recenzja Piotra Rambowicza, 


236
>>>
odmienna w tonie i w ocenach, która - jak rozumiem - nie budzi Pańskiego protestu, 
skoro o niej w liście swym Pan nie wspomina. Wydaje mi się, wbrew Pańskiemu od- 
czuciu, że książkę Pańską "Archiwum Emigracji" uhonorowało w sposób nadzwyczaj- 
ny. Osobiście bliższy jestem oceny p. Rambowicza niż p. Moczkodana. Jeżeli jednak 
ktokolwiek wymagać będzie ode mnie, bym prawo głosu temu ostatniemu ograniczył, 
zawsze stanę w jego obronie. Nie może bowiem być tak, by prawa recenzenta limito- 
wane były życzeniami autora recenzowanej książki. 
Mam zresztą nadzieję, pewność nawet, że nie jest Pan zwolennikiem odmawiania 
komukolwiek prawa wyrażania opinii, a pewne sformułowania w Pańskim liście po- 
dyktowały rozgoryczenie i gniew, które - być to może - już Pana opuściły. Pozdra- 
wiam Pana serdecznie, zachęcam do współpracy z naszym pismem, wyrazy szacunku 
załączam, 


Wacław Lewandowski (Toruń)
>>>
SUMMARY 


Volume 10 of The Emigration Archives opens with a commemorative reprint of 
writings devoted to literary work of Emigrants from eight central-east European coun- 
tries, first published in English and German between 1961 and 1967 in the Arena peri- 
odical; the set is possibly the first, and naw completely forgatten, attempt to encompass 
the post WWll anticommunist emigration's literary production. Next, Anna Mieszkow- 
ska composes an extensive biographical piece presenting the emigrationallife of Fry- 
deryk ]arosy, a renowned creator of Warsaw cabarets. It is an attempt to reconstruct an 
emigrational autobiography that has never been written. The authoress brings a narra- 
tive coherence to the artist' s scattered autobiographical statements. Jerzy R. Krzyża- 
nowski recalls the history and output of the London Pamiętnik Literacki, the periodical 
published by Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie (Union of Polish Writers Abroad) 
and Karolina Famulska-Ciesielska reconstructs the picture of the so-called Polish Thaw 
noted by the J ewish writers who took advantage of the Polish October Revolution and 
managed to flee Poland for Israel. Alicja Bieńkowska focuses on Piłsudskiite wartime 
activities in the Middle East and on the history of Związek Pracy Państwowej (Asso- 
ciation of State Labor) - an organization which aimed to induct 'sanators'* to the 
government coalition and cooperate in forming a new Government of the Republic of 
Poland in Exile after the death of general Władysław Sikorski. In keeping with the 
same theme, Anna Prokopiak-Lewandowska presents the profile of Władysław Pobóg- 
Malinowski, the most illustrious historia n of this emigrational political orientation. 
Based on materials from The Institute of National Remembrance P. Libera explicates 
how the 1 st Department of the Ministry of Internal Affairs investigated Wiadomości and 
Mieczysław Grydzewski. The author adds source documents to the article. Tomasz 
Mianowicz authors a previously unpublished 1998 text inspired by Marek Łatyński' s 
memory book. Challenging Łatyński's views, Mianowicz considers Radio Free 
Europe's role in the preparation of political systems convergence. The text is argu- 
mentative toward the entire literatur e on RFE written by inspiration of its former edi- 
tors or constituents. Mirosław A. Supruniuk analyzes the significance of Roman studies 
in Marian Kościałkowski's art. Anna B. Rudek presents Władysław Teodor Benda, an 
artist, famed for his masks, and his artistic career in the USA. The chapter 'Sources and 
Materials' contains documents from the Vilnius Home Army (Armia Krajowa) found in 
Vilnius concerning Józef Mackiewicz and a tapescript of Konrad Tatarowski's archival 
radio program on painter Hilary Krzysztofiak ance broadcast by RFE. Tributes to the 
Dead, a set of reviews, overviews and letters to the editor, completes the volume. 


Translated: Liska Czerwińska 


* [Translator's note:] Members ofthe Polish Sanation, apolitical movement created by Józef 
Piłsudski in 1926: a play on words: sanation and senator - sanator. 


238
>>>
...... 


.... 


THE 
TRIUMPH 
OF 
PROUOCATION 



 


.'. I I 


" 


The Triumph oE Provocation 


Józef Mackiewicz; Translation by Jerzy Haupt- 
mann, S. D. Lukac, and Martin Dewhirst; Fore 
word by Jeremy Black; Chronology by Nina 
Karsov 


This masterful political treatise, first pub- 
lished in 1962, examines the history and 
nature of Communism as it developed in the 
Soviet Union and in Poland. Józef Mackie- 
wicz, known for his relentless opposition to 
Communism, argues that accommodation 
with the Communists simply helped them to 
impose their vision of the world and pursue 
their goal of glob al domination. He com- 
pares Communism to Nazism and insists 
that the former was the greater threat to the 
future of humanity. 
Naw available in English for the first time, 
The Trilllllph oJ Provocation will be compel- 
ling reading for those interested in Polish 
history, Communism, and Nazism. 
Mackiewicz's unique interpretation of the 
differences and similarities between Com- 
munism and Nazism is highly relevant to de- 
bates about these twa systems and to major 
contemporary issues which are of particular 
importance to the U.S. and Europe, including 
radical Islam and the necessity of war and 
the responsibility for war. 
Józef Mackiewicz (1902-1985) was an 
eminent Polish writer of fiction and nonfic- 
tion. The late Jerzy Hauptmann was pro- 
fessor emeritus of political science and 
public administration at Park University. S. 
D. Lukac is a retired translator living in the 
U.S. Martin Dewhirst is honorary research 
fellow, Department of Slavonic Studies, 
University of Glasgow. 


Yale University Press
>>>
.........
>>>
ISBN 978-83-231-2385-9
>>>