Archiwum Emigracji : studia, szkice, dokumenty Z. 5-6 (2002-2003)

ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2002/2003 


ZESZYT 5/6 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORU
 20ro
>>>

>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI
>>>
W poprzednich zeszytach m.in.: 


Czesław Miłosz, Bieliński ijednorożec 
jan K. Kapera, Od Guggenheim Museum do Currier Gallery Jan Lebenstein - Kronika 
Amerykańska 
Mirosław A. Supruniuk, Czesław Miłosz i Kongres Wolności Kultury 
Dobrochna Ratajczakowa, O teatrze Bronisława Przyłuskiego 
Ryszard Law, Literatura polska w przekladach hebrajskich 
Natan Gross, W drodze i po drodze - polskie korzenie hebrajskiego kabaretu 
Wojciech Ligęza, Metafory Moralisty - o poezji Tadeusza Sułkowskiego 
Czesław Miłosz, Wielkie pokuszenie. Dramat intelektualistów w krajach demokracji 
ludowej 
Tymon Terlecki, Głos diabelskiego adwokata (w sprawie literatury na emigracji) 
Listy Andrzeja Bobkowskiego i Konstantego A. jeleńskiego do Mieczysława 
Grydzewskiego, jerzego Kosińskiego do józefa Chałasińskiego, Marii Wertenstein do 
Kazimiery Kott, jerzego Stempowskiego do janiny i Wacława Kościałkowskich, 
Witolda Gombrowicza do Tymona Terleckiego oraz korespondencja Michała 
Chmielowca z Henrykiem Elzenbergiem i listy różnych osób do Marii Modzelewskiej 
Rozmowy z Zygmuntem Michałowskim, Stanisławem Frenklem, józefem Czapskim, 
Witoldem Gombrowiczem, janem Nowakiem-jeziorańskim, Czesławem Miłoszem, 
Bolesławem Taborskim, jerzym Giedroyciem, Wacławem Iwaniukiem i Kazimierzem 
Wierzyńskim 
Wspomnienia m.in. o: Tamarze Karren-Zagórskiej, Tadeuszu Nowakowskim, Marcie 
Reszczyńskiej-Stypińskiej, januszu Kowalewskim, Tadeuszu Wittlinie, Zdzisławie 
Broncelu, Reginie Kowalewskiej, Kazimierzu Brandysie, Stanisławie Kotwiczu, 
Annie Bogusławskiej, janie Kottcie, Piotrze Łabużku, Edmundzie Neusteinie, 
Tadeuszu janie Nowackim 


Redakcja: 
janusz Kryszak (red. naczelny), Mirosław Adam Supruniuk (z-ca red. naczelnego) 


Jarosław Koźmiński, Wacław Lewandowski, Wojciech Ligęza, Krzysztof Pomian, Dobrochna 
Ratajczakowa, Anna Supruniuk
>>>
ARCHIWUM 
EMIGRACJI 


STUDIA * SZKICE * DOKUMENTY 


ROK 2002/2003 


ZESZYT 5/6 


Zeszyt poświęcony 
Józefowi Mackiewiczowi 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA 
TORUŃ 2003
>>>
ARCHIWUM EMIGRACJI 
ŹRÓDŁA I MATERIAŁY DO DZIEJÓW EMIGRACJI POLSKIEJ PO 1939 ROKU 


XIVlXV 


Pod redakcją 
Stefanii Kossowskiej i Mirosława A. Supruniuka 


Projekt okładki: Mirosław A. Supruniuk 
Rysunek na okładce: Stanisław Frenkie1 


Artykuły przeznaczone do kolejnych numerów pisma powinny być przesyłane w dwóch egzemplarzach 
wraz z krótkim streszczeniem (w miarę możliwości w j. angielskim) (oraz na HD) na adres: 
Archiwum Emigracji, Biblioteka UMK, Toruń 87-100, ul. Gagarina 13, p. 225, Poland 
tel. (48-56) 611-43-91, 611-43-98, tel.lfax (48-56) 652-04-19 
e-mail Archiwum@bu.uni.torun.p1 
hUp:/ /www.bu.uni.torun.p1/Archiwum _ Emigracji 


Kolegium Doradcze: 
Zofia Bobowicz (Francja), Anna Frajlich (USA), Maja E. Cybulska (Anglia), 
Stefania Kossowska (Anglia), Ryszard Law (Izrael), Krzysztof Muszkowski (Anglia), 
Lech Paszkowski (Australia), Jerzy Pietrkiewicz (Anglia) 


@ Copyright by Archiwum Emigracji 
@ Copyright by Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2003 


ISBN 83-231-1549-4 


Skład: Joanna Krasnodębska 
Książki serii "Archiwum Emigracji" sprzedaje Księgarnia Uniwersytecka 
Toruń 87 -100, ul. Reja 25 
tel.lfax (056) 6114298: e-mail ksiazki@cc.uni.torun.p1 
Druk i oprawa: Zakład Poligraficzno-Wydawniczy POZKAL, Inowrocław, ul. Cegie1na 10/12
>>>
SPIS TREŚCI 


STUDIA - SZKICE 


Krzysztof Stachewicz, Stanisława Kościałkowskiego droga do prawdy. Refleksje 
inspirowane książką" Via lucis "...........................................................................7 
Andrzej Karcz, "Znosić wygnanie w tym pięknym,...alejakże obcym kraju ". 
Lata amerykańskie Manfreda Kridla...................................................................23 
Beata Tarnowska, "Et in Arcadia Ego ". Obraz i słowo w najnowszej poezji 
Andrzeja Buszy..................................................................................................... 39 
Jerzy Malinowski, O malarstwie Leona Weissberga..................................................57 


KORESPONDENCJE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


Zbigniew Kratochwil, Twórczość Mariana Kratochwila...........................................63 
Aleksander Tansman, "Trzykrotnie ucałowany przez muzę ". Rozmowa Jerzego 
T uszewskiego........................................................................................................ 73 
Andrzej S. Kowalczyk, Jerzy Stempowski - Iwan Senkiw: dzieje przyjaźni.............85 
Anna Mieszkowska, Listy do Pani Hanki.................................................................119 
Zbigniew G irzyński, Jerzy Giedroyc a "przełom październikowy" w Polsce........ ..14 3 


JÓZEF MACKIEWICZ - SZKICE I WSPOMNIENIA 


Wacław Lewandowski, Setna rocznica urodzin Józefa Mackiewicza......................155 
Czesław Miłosz, Głos wiernego czytelnika............................................................... 157 
Wojciech Chudy, Józefa Mackiewicza filozofia człowieka i polityki........................160 
Tomasz Mianowicz, Józef Mackiewicz w Niemczech: pisarzjeszcze nie znany?.... 176 
Lajos Palfalvi, Recepcja Józefa Mackiewicza na Węgrzech.....................................190 
Maria Zadencka, Wojna i polityka w prozie Józefa Mackiewicza............................ 194 
Reinhard Veser, Znaki przestrzenijako środki dyskursu ideologicznego 
w "Drodze donikąd "......................................................................................... .204 
Aleksander Fiut, Spotkanie z niepojętym (Kilka uwag o "Drodze donikąd ")..........215 
Jan Zieliński, Sprawy i sprawki Miasojedowów.......................................................224 
Waldemar Jakubowski, "Kontra" Józefa Mackiewicza. O postaciach 
i technikach powieś ciowych............................................................................... 233 
Jerzy R. Krzyżanowski, "Nie trzeba głośno mówić" - powieść historyczna 
czy polityczna?.................................................................................................. .249 
Natan Gross, Józef Mackiewicz - od strony Ponar.................................................256 
Zenowiusz Ponarski, Józef Mackiewicz - fakty i mity............................................. 273 
Stefania Kossowska, Józef Mackiewicz w jury nagrody" Wiadomości "..................302 
Jadwiga Maurer, Dzień z Józefem Mackiewiczem....................................................307 
Stanisław Wujastyk, Józef Mackiewicz.....................................................................311 


WSPOMNIENIA - BIOGRAFIE 


Ryszard Law, Józefa Baua znaki obecności. Józef Bau (1920-2002)......................317 
Ryszard Law, Yoram Bronowski (1948-2001).........................................................321 
Mirosław A. Supruniuk, Janusz Eichler z Argentyny. Janusz Ouan) Eichler 
(1923-2002)....................................................................................................... 3 24 
Artur Nowak, Droga Pani Łucjo. Łucja Gliksman (1913-2003).............................331 
Ryszard Law, O Pani Łucji, której już nie ma. Łucja Gliksman (1913-2003).........335
>>>
Krystyna Eich1er, Michał Kobie1ak - 1111no, 1940 r. Zygmunt Fijałkowski 
(1920-ok. 1983)............................................................................................... ..338 
józef Lewandowski, Teresa Lewandowska (1928-1983).........................................340 
Florian Śmieja, Fragmenty trudnej korespondencji. Zygmunt Ławrynowicz 
(1925-1987)...................................................................................................... .351 
janusz Kryszak, Adam Marian Tomaszewski (1918-2002)......................................358 
Eugeniusz S. Kruszewski, Kali czyli magia pędzla. Hanna Gordziałowska- 
- Weynerowska (1919-2000).............................................................................. .360 
Krystyna Eich1er, Polscy studenci w Libanie 1942-1952.........................................363 
Ryszard Demel, Zapiski studenta rozbrojonego.......................................................366 


RECENZJE - OMÓWIENIA - POLEMIKI 


janusz Kryszak, Antologia Bogdana Czaykowskiego (Antologia poezji polskiej 
na obczyźnie 1939-1999, wyboru dokonał, oprac. i napisał przedmowę 
Bogdan Czaykowski. Warszawa-Toronto 2002)...............................................381 
Wacław Lewandowski, Kto (na Boga!) jest" księ ciem poetów"? (Antologia 
poezji polskiej na obczyźnie 1939-1999, wyboru dokonał, oprac. i napisał 
przedmowę Bogdan Czaykowski. Warszawa-Toronto 2002)............................384 
Karolina Famu1ska, Pegazjako koń polski (Wojciech Wierzewski, Pegaz za 
Oceanem. Toruń 2001)...................................................................................... .386 
Rafał Moczkodan, Między kulturami - polscy twórcy w Ameryce (Życie 
w przekladzie, pod red. H. Stephan. Kraków 2001)...........................................389 
Piotr Rambowicz, Przemilczana książka (Michał Bąkowski, Votum separatum. 
Londyn 2000)..................................................................................................... 391 
Liliana Rydzyńska, Profesjonalna i moralna odpowiedzialność biografa 
(Bogumiła Źongołłowicz, Andrzej Chciuk. Pisarz z antypodów. 
Kraków 1999).................................................................................................... .395 
Ewelina Gadlewska, Zjednoczenie Europy w "Kulturze" (Iwona Hofman, 
Zjednoczona Europa w publicystyce paryskiej "Kultury". Lublin 2001)..........399
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


STUDIA - SZKICE 


STANISŁAWA 
KOŚCIAŁKOWSKIEGO 
DROGA DO PRAWDY 
REFLEKSJE INSPIROWANE 
KSIĄŻKĄ VIA LUCIS 


Krzysztof STACHEWICZ (Poznań) 


Problemy światopoglądowe są zapewne równie dawne, jak początki istnienia czło- 
wieka. Pytania o pochodzenie życia, istotę człowieka, sens jego egzystencji, istnienie 
Boga i Jego stosunek do świata pojawiają się w kulturze europejskiej na przestrzeni 
wszystkich wieków, stanowiąc poniekąd jej "nerw" problemowy. Pytania te są obecne 
w literaturze i sztuce, filozofii i teologii, wreszcie w życiu ludzi, próbujących zmagać się 
z nimi niejako na własny rachunek. Niewielka książka Stanisława Kościałkowskiego 
wydana na emigracji i zatytułowana Via lucis 1 ma charakter osobistych zmagań jej autora 
z fundamentalną problematyką światopoglądową. Autor nie był zawodowym filozofem 
ani teologiem i chociaż przez stronice jego książki przewijają się różni myśliciele (Platon, 
Pascal, Nietzsche, Kant, Brzozowski etc.), pisarze i poeci (Mickiewicz, Krasiński, Prus, 
Konopnicka, Fredro, Norwid, Źeromski, Mauriac etc.), czy twórcy systemów religijnych, 
jak Konfucjusz (dodajmy - wszystkie cytaty autor pisał z pamięci!), z którymi dyskutuje 
i często polemizuje, to jednak nie jest to rozprawa z dziedziny filozofii pisana ze wszyst- 
kimi rygorami metodologicznymi obowiązującymi w przypadku prac naukowych. Via 
lucis to raczej próba przemyślenia fundamentów światopoglądu wyznawanego przez 
autora z ogromnym ładunkiem - w dobrym tego słowa znaczeniu - subiektywizmu, 
a momentami wyznań osobistych. Wyznawane idee miały dla autora tej książeczki 
ogromne znaczenie praktyczne, egzystencjalne. Dlatego nim przejdziemy do kwestii za- 


1 S. Kościałkowski, VIa lucIs. Londyn 1963. 


7
>>>
sadniczych tego szkicu warto przyjrzeć się postaci Stanisława Kościałkowskiego, jego 
drodze życiowej i naukowe/, 


I 


Stanisław Julian Zyndram-Kościałkowski urodził się 24 października 1881 r. w Grodnie 
w rodzinie lekarza, aktywnego działacza powstania styczniowego i zesłańca syberyjskiego. 
Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości w gimnazjum rosyjskim w Grodnie rozpoczął studia 
historyczne w Warszawie, aby po roku kontynuować je na Uniwersytecie Jagiellońskim 
w Krakowie. Oprócz historii studiował też literaturę polską Qako przedmiot poboczny). 
Tu na podstawie rozprawy pt. "Rola polityczna Antoniego Tyzenhauza, podskarbiego 
litewskiego za Stanisława Augusta", napisanej pod kierunkiem wybitnego polskiego hi- 
storyka, prof. Wincentego Zakrzewskiego, uzyskał tytuł doktora (1905). W roku następ- 
nym przeniósł się do Wilna, gdzie z wielką pasją podjął obowiązki nauczyciela historii 
ijęzyka polskiego w tamtejszym szkolnictwie. Po wybuchu I wojny światowej energicz- 
nie włączył się w organizowanie polskiego szkolnictwa na Wileńszczyźnie, będąc od 
1915 r. członkiem tajnego Komitetu Edukacyjnego. Leżały mu na sercu losy szkół 
wszystkich szczebli. Był dyrektorem Gimnazjum im. króla Zygmunta Augusta, a jedno- 
cześnie współtworzył Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie. W roku 1921 został po- 
wołany na stanowisko zastępcy profesora tejże uczelni, a w dwa lata później profesora. 
W roku 1935 został profesorem zwyczajnym historii. Dał się poznać jako wybitny peda- 
gog prowadzący na uniwersytecie słynne proseminarium, wdrażające studentów 
w metodologiczne arkana badań historycznych. Owocem tych zajęć była jego późniejsza 
książka pt. Historyki, będąca doskonałym nowoczesnym wprowadzeniem w warsztat 
historyczny. Powszechnie ceniono jego jasne i uwzględniające najnowsze osiągnięcia 
naukowe wykłady. Wygłaszał je nie tylko w trybie uniwersyteckim, ale także - w wersji 
popularnej - dla słuchaczy radia czy dla więźniów (prowadził je przez 19 1at)4. Wy- 
kształcił wielu wybitnych historyków. Wybuch wojny w 1939 r. przerwał działalność 
wileńskiej uczelni i prof. Kościałkowski przeniósł zajęcia do swego domu, aktywnie 
działając też w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, którego był ostatnim prezesem od 1938 r., 
czyli od śmierci Mariana Zdziechowskiego, wielkiego polskiego filozofa. 14 czerwca 
1941 r. został aresztowany i deportowany w głąb Rosji na północny Ura1 s . Wraz z nim 
aresztowano też jego żonę, Eugenię z Ze1skich, z którą go jednak rozdzielono 
w transportach i utracił z nią na długie miesiące jakikolwiek kontakt. O harcie ducha 
Kościałkowskiego i jego osobowości świadczy choćby jeden fakt związany 
z aresztowaniem przez NKWD. Kiedy przyszli po niego do siedziby Towarzystwa Przy- 
jaciół Nauk, Kościałkowski poprosił o pół godziny, aby móc dokończyć roczne sprawoz- 


2 Por.: L. Żytkowicz, KoścIałkowskI StanIsław, [w:] Polsld SłownIk BIograficzny, t. l4. Wro- 
cław-Warszawa-Kraków 1968-1969 s. 394-396; B. Podoski, Pro! StanIsław KoścIałkowsld, [w:] 
S. Kościałkowski, AntonI Tyzenhauz, t. l. Londyn 1970 s. 7-10; S. Legeżyński, S. KoścIałkowsld, 
[w:] Literatura polska na obczyźnIe 1940-l960, t.2, red. T. Terlecki. Londyn 1965 s. 617-618; 
]. Długosz, StanIsław KoścIałkowsld (188l-l960), uczony I patrIota, [w:] WIlno-WIleńszczyzna 
jako krajobraz I środowIsko wIelu kultur, t. 3. Białystok 1992 s. 59-70; SłownIk hIstoryków pol- 
skIch. Warszawa 1994 s. 251-252. 
3 S. Kościałkowski, HIstoryka. Wstęp do studIów hIstorycznych. Londyn 1954. 
4 Por.: ]. Długosz, StanIsław KoścIałkowsk1..., s. 60. 
S Być może, jak przypuszczał sam Kościałkowski, aresztowano go na skutek pomyłki. Praw- 
dopodobnie utożsamiono go z wileńskim działaczem POW majorem Marianem Kościałkowskim 
(S. Kościałkowski, Raptularz. Londyn 1973 s. 124-125 i 142). 


8
>>>
danie z działalności Towarzystwa, które właśnie przygotowywał 6 . Wywózka pozbawiła 
Kościałkowskiego wolności, owego "najsłodszego daru niebios,,7. W styczniu 1942 r. 
został zwolniony i przebywał w Kujbyszewie, Kitabie i Samarkandzie. W sierpniu opuścił 
Rosję sowiecką i udał się do Teheranu. Kierował tu Towarzystwem Studiów Irańskich 
oraz Polsko-Irańskim Uniwersytetem Ludowym. Aktywną działalność organizacyjną 
i kulturalno-oświatową rozwinął też w Libanie (Bejrut), dokąd przeniósł się w 1945 r. Pięć 
lat później wyjechał z żoną do Anglii. Tu podjął pracę nauczyciela w żeńskim gimnazjum 
prowadzonym przez nazaretanki w Pitsford Hall, koło Northampton w środkowej Anglii. 
Był też wykładowcą Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie. Zmarł w 1960 r. 
w Pitsford. Tak charakteryzował go Bohdan Podoski: 


Miał w sobie ogromne zasoby duchowe, pragnął być każdemu pomocnym, promienio- 
wała zeń ogromna dobroć, która była zasadniczą cechą jego charakteru. Nie zasklepiał się 
w swych pracach naukowych. Żył pełnią życia narodowego; był patriotą w najszlachetniej- 
szym tego słowa rozumieniu; był chrześcijaninem w najgłębszym tego wyrazu znaczeniu 8 . 


Profesor Kościałkowski pozostawił po sobie ogromną spuściznę naukową, głównie 
z zakresu historii 9 . Uderzająca jest też rozpiętość tematyczna jego prac. Zajmował się histo- 
rią gospodarczą Litwy (np. Ze studiów nad dziejami ekonomii królewskich na Litwie, 1911), 
problemami stosunków polsko-irańskich (L 'Iran et la Pologne El travers les siecles, 1943), 
polsko-libańskich (Polacy a Liban i Syria w toku dziejowym, 1949), zbierał i zestawiał po- 
lonica libańskie. Był autorem rozmaitych syntez historii Polski o charakterze podręczniko- 
wym (np. Tysiąc lat historii Polski w zarysie, 1944; Poznajmy naszą przeszłość, 1988). 
Interesowały go też problemy upadku Konstantynopola (Zdobycie Konstantynopola przez 
Turków w 1453 r. i upadek Cesarstwa) czy ugody hadziackiej (Ugoda hadziacka z 1658 r., 
1958). Z okazji 75. rocznicy urodzin wydano w Londynie księgę pamiątkową ku jego czci 
zatytułowaną Studia i szkice przygodne z historii i zjej pogranicza z literaturą. Kościałkow- 
ski parał się też biografistyką, by wymienić tu jego książkę poświęconą postaci arcybiskupa 
Romualda Jałbrzykowskiego, metropolity wileńskiego, jezuicie Maksymilianowi Ryłło - 
założycielowi uniwersytetu francuskiego w Bejrucie, Aleksandrowi Zdanowiczowi czy 
Marianowi Zdziechowskiemu, z którym przez lata współpracował w wileńskim To- 
warzystwie Przyjaciół Nauk. Zajmował się też edytorstwem, czego owocem było wydanie 
pamiętników Jakuba Gieysztora czy aktów cechów wileńskich. Opus vitae S. Kościałkow- 
skiego było poświęcone postaci Antoniego Tyzenhauza, podskarbiego litewskiego z czasów 
Stanisława Augusta. Nad tą monografią pracował od 1904 r. przez 35 lat. Jednak po jej 
pierwszym wydaniu nadal ją udoskonalał. W wersji ostatecznej ukazała się w dwutomowej 
edycji w latach 1970-1971 staraniem Lidii Ciołkoszowej i żony autora. Monografia jest 
poświęcona stosunkom wewnętrznym, przede wszystkim gospodarczym, w Wielkim Księ- 
stwie Litewskim w drugiej połowie XVIII wieku. 
Stanisław Kościałkowski był gorliwym katolikiem, a jednak dalekim od taniej dewo- 
cji i przywiązanym do ideałów tolerancji, był wielkim patriotą, nie mającym jednak nic 
wspólnego z nacjonalizmem i szowinizmem. Jego pracowite życie cechowała pogoda 
ducha, konsekwencja w wyborach moralnych, uniezależnienie się od losu, rzetelność 
naukowa i wiara w moc dobra. Dzięki temu dorobek jego życia jest tak znaczący i wielo- 


6 Tamże, s. 13. 
7 Tamże, s. 12. 
8 B. Podoski, Prof StanIsław KoścIałkowsld..., s. 10. 
9 Dzięki inicjatywie wdowy po S. Kościałkowskim bogate archiwum jego pism stworzono 
w Bibliotece Narodowej w Warszawie. 


9
>>>
płaszczyznowy. Wiara w moc kultury narodowej napędzała wytężoną pracę organiczną 
Kościałkowskiego nad budowaniem podstaw edukacji i nauki polskiej. Swoim ideałom 
pozostał wierny do końca, włączając się we wszelkie możliwe inicjatywy mające na celu 
podnoszenie świadomości Polaków czy to w kraju czy na obczyźnie. 


II 


Prawda stanowi w życiu człowieka wartość najbardziej fundamentalną. Poza nią 
człowiek nie jest w stanie żyć, odnaleźć jakichkolwiek ideałów, drogowskazów, nie jest 
w stanie właściwie "poczynać samego siebie" (S. Kierkegaard). Poza prawdą panuje cał- 
kowity nihilizm, absolutna pustka. Dlatego człowiek walczy o prawdę często za cenę 
swego życia. Cóż bowiem jest warte życie bez prawdy? Stanisław Kościałkowski był 
świadomy doniosłości tej wartości tak dla życia narodu, każdego człowieka, jak i własnej 
egzystencji. Silnie zakorzeniony w ideałach i wartościach, które uznał za prawdziwe, 
bohatersko stawiał czoła tragediom osobistym i dramatom ojczyzny, których czas dziejo- 
wy mu nie szczędził. Aresztowanie i wywózka na Sybir, rozstanie z ukochaną żoną, tu- 
łaczka po świecie były dla Kościałkowskiego swoistą J aspersowską sytuacją graniczną, 
skłaniającą do refleksji nad fundamentami swego światopoglądu, nad rudymentami ak- 
sjologii, która kieruje ludzkimi wyborami. Do tej pory wszystko to wydawało się oczywi- 
ste, normalne, oswojone i jedynie możliwe. Teraz, być może, Kościałkowski odczuł na- 
glącą potrzebę refleksji nad tym, co nieustannie jakoś mu towarzyszyło, ale niekoniecznie 
wymagało racjonalnego namysłu, swoistego usprawiedliwienia przed samym sobą. Re- 
flektując nad fundamentalnymi w życiu człowieka kwestiami być może chciał się jeszcze 
bardziej zakorzenić w tym, w co zawsze wierzył, a co było w tym ciężkim czasie na każ- 
dym kroku gwałcone przez otoczenie bliższe i dalsze. Owocem tego trudu jest książka Via 
lucis, w której autor postanowił podzielić się z czytelnikami swymi refleksjami zapocząt- 
kowanymi w północno-uralskiej tajdze i kontynuowanymi w Teheranie i Bejrucie. 
W słowie wstępnym tak mówił: "Pisanie tych uwag odrywało myśl moją od smutnej rze- 
czywistości, dawało mi chwile wytchnienia i zapomnienia"lO. Dawało pewnie poczucie, 
że rzeczywistość łagrowa jest jakimś pozorem, czymś, co na dłuższą metę nie ma znacze- 
nia, jakąś fluktuacją dziejową, która minie i obróci się w popiół. Pozostanie natomiast 
Prawda, sponiewierana i na różne sposoby niszczona w złu wojny wywołanej przez dwa 
totalitarne systemy oparte na fałszu. Kościałkowski przyjmuje jedność, wieczność prawdy 
i jej niezależność od podmiotu. Człowiek prawdę odkrywa, a nie tworzy. Ona istnieje 
niezależnie od niego. Podstawowym obowiązkiem człowieka jest poszukiwanie prawdy: 
w nauce na drodze wątpienia, w religii na drodze wiary. Kościałkowskijest świadomy, że 
poszukiwanie prawdy jest zawsze in fieri, że nie odnalazł całej prawdylI. Pisze na ten 
temat współczesny filozof: 
Takajest kondycja człowieka, że zawsze odnajduje prawdę tylko w niepełnej i w niedo- 
skonałej postaci, tylko w części i fragmentarycznie l2 . 


Dlatego właśnie Kościałkowski nie chciał być nauczycielem prawdy, lecz jej świad- 
kiem na miarę własnego odczytania i rozumienia jej istoty. Nie cechowała go częsta 
wśród intelektualistów świadomość "posiadania" prawdy. On wiedział, że prawdą się 


10 S. Kościałkowski, VIa lucIs, s. 3. 
11 Tamże: "Bynajmniej zaś i ani trochę rozważania te nie roszczą sobie pretensji do tego, że 
odnalazły już, że odszukały prawdę, i bynajmniej nie twierdzą, że takjest, a nie jest inaczej". 
12 A. Siemianowski, CzłowIek I prawda. Poznań 1986 s. 260. 


10
>>>
żyje, a nie posiada. Jako historyk musiał być świadomy ile zła spływało na ludzkość za 
sprawą "posiadaczy" prawdy. Swoista synteza życia i poglądów Kościałkowskiego skła- 
nia do zatrzymania się nad jego tekstem z pieczołowitą uwagą. Niewątpliwie jego reflek- 
sje nad fundamentami ludzkiego bycia w świecie zasługują na to. 
Kościałkowski rozpoczyna swą drogę ku "światłu prawdy" od konfrontacji dwóch 
światopoglądów: materialistycznego i spirytualistycznego. Pierwszy sprowadza całą rzeczy- 
wistość do materii. Wszystko, co jest albo jest materią albo stanowi epifenomen materii. 
Nasz autor widzi pozytywne zmiany zachodzące w materializmie na skutek wypierania we 
współczesnej fizyce pojęcia materii przez pojęcie energii, co prowadzi do swoistej demate- 
rializacji materii. Być może - zastanawia się - jest to droga nauki do spirytualizmu? Ma- 
terialistyczna koncepcja rzeczywistości jest szczególnie niewystarczająca kiedy trzeba wy- 
tłumaczyć istnienie człowieka. Człowiek - jako istota transcendująca struktury przyrody- 
nie mieści się w ramach materialistycznego redukcjonizmu: 
Z człowiekiem tedy wkraczamy w dziedzinę abstrakcji, w dziedzinę pozafizyczną, 
metafizyczną, opartą wprawdzie o fakty doświadczalne i przyrodnicze, lecz jednocześnie 
w niejednym od nich oderwane, nadrzędne, w dziedzinę mistyki i wiaryl3. 


Rzeczywistość człowieka wręcz domaga się uwzględnienia czynnika pozamaterialne- 
go - ducha. Tylko światopogląd spirytualistyczny jest w stanie dokonać prawidłowego 
rozpoznania fenomenu osoby ludzkiej. Tak postawiony problem domaga się odpowiedzi 
na pytanie, kim jest człowiek? Z pytaniem tym Kościałkowski zmaga się na drodze po- 
szukiwań ontologicznych, prowadzących do jego przeformułowania na nieco inną postać: 
co wyróżnia człowieka spośród innych bytów ożywionych? Co stanowi specyfikację 
człowieczego bytowania w świetle życia zwierząt? Kościałkowski dostrzega tę differentia 
specifica w otwarciu człowieka na Istotę Najwyższą - Boga. Pisał: 
Cechą najbardziej znamienną człowieka jest fakt, że zasadniczo - o ile nie zachodzą 
jakieś przeszkody szczególne - może on poznawać Boga, może tak czy inaczej, płyciej 
lub głębiej, myśleć o Bogu, ujmować Go - goręcej lub ozięblej - sercem l4 . 
Tylko i wyłącznie człowiek jest zdolny do poznania Boga, do posiadania idei Boga 
(wyraźne nawiązanie do Kartezjusza). To tu leży istota człowieka. Jest on homo religio- 
sus. A skoro tak, to nie może być samą materią tudzież jej wytworem. Skąd w materii 
wzięłaby się idea nieskończoności i ducha? Trzeba przyjąć w człowieku pierwiastek po- 
zamaterialny - duszę. Duszę jednak można pojmować po arystotelesowsku jako formę 
kształtującą materię (ciało). Jest ona wtedy czynnikiem konstytuującym byt ożywiony, 
swoistą siłą witalną rozwijającą żywy organizm. W takim ujęciu idea nieśmiertelności 
duszy w zasadzie się nie pojawia l5 . Dlatego słusznie Kościałkowski zauważa, że "dopiero 
idea Boga unieśmiertelnia duszę człowieka,,16. Dopiero w Nim, jako obrazie 
i podobieństwie duszy, człowiecza świadomość ma zapewnione trwanie w nieskończo- 
ność. Dusza pochodząc od Boga, będąc - jak mówi Genesis - jego tchnieniem jest 
kongenialna Bogu. Człowiek może jednak nastrajać ją na swego Mistrza lub przeciwnie. 
Stąd naturalne poznanie Boga - aczkolwiek możliwe z istoty (wyraźne echo orzeczenia 
Soboru Watykańskiego 1) - u jednych przebiega bez zakłóceń, u innych z problemami 


13 S. Kościałkowski, VIa lucIs, s. 7. 
14 Tamże, s. 8. 
15 Por.: C. Tresmontant, Problem duszy. Warszawa 1973. 
16 S. Kościałkowski, VIa lucIs, s. 9. 


11
>>>
lub nie zachodzi w ogóle. Problem afirmacji Boga wiąże się zatem ściśle z kondycją 
intelektualną i moralną człowieka. 
Kościałkowski dostrzega - za Pascalem - fundamentalną sprzeczność bytu ludz- 
kiego: z jednej strony człowiek jest istotą kruchą, słabą, potrzebującą pomocy, z drugiej 
jest w nim moc, siła zdolna przeciwstawić się nieprzyjaznym zrządzeniom historii. Stąd 
człowiek jest tylko i aż człowiekiem. Wizja Kościałkowskiego jest naznaczona dużym 
ładunkiem indywidualizmu: 


Każde ludzkie ja - jest w pewnej mierze światem dla siebie, reprezentuje pewien 
etap rozwoju pierwiastków ludzkich; każde ja jest miejscem przejścia wieków; w każdym 
jajest dziejowy posterunek 17 . 
Odrzuca on jednak zdecydowanie nowożytny antropocentryzm, przeciwstawiając mu 
teocentryzm, przyznający ideom wieczne i niezmienne trwanie (Platon), a Bogu bycie ich 
podstawą. Antropocentryzm - odmawiając ideom własnego samodzielnego bytu w myśl 
zasady idealia sunt nomina - jest dla Kościałkowskiego poglądem przypisującym czło- 
wiekowi wszystkie możliwe prerogatywy, jak tworzenie wartości mocą swej woli (tak 
u Nietzschego), czy dowolne kształtowanie norm moralnych. Ze skrajnego egoizmu i su- 
biektywizmu może wyzwolić zwolennika antropocentryzmu wyłącznie teocentryzm, kła- 
dący nacisk na powinność moralną, wychodzenie ku drugim ludziom etc. Te dwa świato- 
poglądy są dla Kościałkowskiego rozłączne, trzeba wybierać: aut - aut. 
Do życia człowieka można podejść na dwa sposoby: fenomenalny i numenalny (od- 
wołanie do rozróżnienia Kanta). Pierwszy chwyta powierzchnię zjawiska, drugi jej istotę, 
Kantowską Ding an sich. Na poziomie numenalnym rzeczywistość jawi się jako orga- 
niczna całość, swoista jedność istoty. Kościałkowski odwołuje się do zasady hinduistycz- 
nej: Tat twam asi (To jesteś ty), widzącej w każdym bycie jakieś odbicie człowieczego 
"ja". Taką optykę widzenia rzeczywistości posiadał jeden z największych świętych 
w historii zachodniego chrześcijaństwa - św. Franciszek z Asyżu. We wszystkich bytach 
widział on brata i siostrę, czyli coś pokrewnego własnemu jestestwu. Dzięki podejściu 
numenalnemu, sięgającemu w głąb bytu jesteśmy w stanie dojść "do rozumienia cech, 
łączących wszelki byt, do poznania jedności wszystkiego, co istnieje, której ogniwem 
i spójnią jest nasza ludzka jaźń,,J8. Z takiego stanowiska płyną istotne dyrektywy natury 
moralnej, stojące na straży poszanowania nie tylko życia ludzi, ale i istnienia wszelkich 
bytów wchodzących w skład naszego świata. 
Nieodłącznym elementem naszej ludzkiej kondycji jest cierpienie. Choroby, ból, 
cierpienie psychiczne, śmierć - wszystko to jest nie do uniknięcia i nie do przewidzenia 
w życiu każdego człowieka, konstytuując horyzont tragizmu immanentnie wpisany w byt 
osoby ludzkiej. U jednych budzi on bunt, sprzeciw, u innych przyjęcie, zgodę, przemianę 
cierpienia w jakieś pozytywne owoce. Skutki cierpienia mogą być negatywne, jak depre- 
sja, przygnębienie, gorycz, żal w stosunku do Boga, ale może ono generować postawy 
wartościowe: współczucie wszelkiej niedoli, wyzbycie się egoizmu, oportunizmu etc. 
W tym kontekście zrozumiały staje się sens Krzyża stawiany w chrześcijaństwie w cen- 
trum wiary. Cierpienie posiada zatem potencjalnie twórczą moc. Pisał Kościałkowski: 


Wielkości nie zdobywa się bez cierpienia. Jest ona - rzec można - nieodzownym 
składnikiem wielkości, jej podstawą i cechą stałą 19. 


17 Tamże, s. 14. 
18 Tamże, s. 17. 
19 Tamże, s. 19. 


12
>>>
Cierpienie osadza też człowieka w realnej rzeczywistości, nie pozwala mu oddalić się od 
tego, co realne, "uświadamia mu rzeczywistość", stąd można dokonać zamiany Karte- 
zjańskiej formuły "myślę więc jestem" na "cierpię więc jestem". Co jednak ma począć 
człowiek, który nie jest w stanie poradzić sobie z własnym cierpieniem, którego cierpie- 
nie przytłacza, demoralizuje, odziera z godności? Co ma począć ktoś dla kogo "oczysz- 
czający ogień" cierpienia jest zabójczy? Nasz autor widzi cztery fundamenty, na których 
można się oprzeć, aby pokonać destrukcyjną moc cierpienia. Po pierwsze, Bóg. On trwa 
wiecznie i wobec Niego znikomość naszej egzystencji jest wyraziście czytelna. Jego 
wszechmoc i dobro gwarantuje dogłębny sens występującego w świecie cierpienia. Po 
drugie, kontemplacja cnoty. Cnota jako duchowa sprawność moralna jest w stanie prze- 
mieniać cierpienie w składową wewnętrznego rozwoju, dążenia do doskonałości. Po 
trzecie, zrozumienie powszechności cierpienia. Występuje ono powszechnie i to nie tylko 
w świecie ludzkim. Cierpi przyroda, cierpi świat zwierząt. Cierpienie jest zatem nieod- 
łącznym elementem rozwoju całego uniwersum istot żywych. Po czwarte wreszcie, czło- 
wiek może szukać oparcia w cierpieniu, mając poczucie wykonania obowiązku moralne- 
go i religijnego, żądającego od człowieka przyjęcia cierpienia jako "kielicha męki" z rąk 
Opatrzności. Na tych czterech drogach widzi Kościałkowski możliwość godzenia się 
człowieka z własnym cierpieniem, które jest częścią fundamentalnej strategii godzenia się 
z życiem, dochodzenia do "prawdy żywota". Bynajmniej jednak nie głosi Kościałkowski 
jakiejś apologii cierpiętnictwa. Do cierpienia nie należy dążyć, trzeba je przyjmować. 
Dążyć należy wyłącznie do prawdy. I to bezwarunkowo. Na tej drodze do prawdy często 
pojawia się cierpienie i przyjęcie jej stanowi jeden z elementów jej poszukiwania. Czym 
jest prawda? Kościałkowski wyraźnie przyjmuje jej koncepcję klasyczną, oddającą naj- 
pełniej nasze potoczne intuicje. Głosi ona, że prawdą jest zgodność myśli 
z rzeczywistością (adequatio rei et intellectus). Prawda jest jedna, jej rozczłonkowywanie 
przez kulturę scjentystyczną prowadzi do zagubienia sensu tej fundamentalnej tezy. 
Człowiek powinien bronić odkrytej prawdy w sposób bezkompromisowy. Prawda jest też 
niezmienna aczkolwiek zmieniają się ludzkie wglądy w nią. Kościałkowski wyraźnie 
nawiązuje tu do ontologicznego i epistemologicznego rozumienia prawdy nie zawsze 
niestety rozróżniając pomiędzy ich odmiennymi sensami. Dla człowieka, uważa omawia- 
ny uczony, najważniejsza jest prawda moralna. Nie prawda o świecie, historii, lecz praw- 
da etyczna wpisująca się w sam rdzeń naszego człowieczeństwa. Prawda ta ujawnia się 
poprzez swój zobowiązujący, normatywny charakter. Wskazuje na to, co człowiek czynić 
powinien. Kościałkowski zgadza się z Pascalem, że w odkrywaniu prawdy ogromną rolę 
odgrywa serce - sfera uczuć i emocji, a nie tylko rozum. Nawiązując wyraźnie do nurtu 
augustyńskiego w filozofii chrześcijańskiej pisał: 
[...] szukanie obiektywnej prawdy w subiektywnej jaźni - daje często wyniki jak najpo- 
myślniejsze. Bo logika prawdy często bywa irracjonalna, a serce odkrywać umie prawdy, 
o których rozum nie ma nawet pojęcia. Zna tylko kierunek jej lotu i właściwość jej dzia- 
łanii o . 


Prawda musi więc być poszukiwana przez całego człowieka - tak jego intelekt, jak 
i serce. Prawda jest ważna dla całej egzystencji ludzkiej, a nie tylko dla sfery myśli. 
Prawda jest człowiekowi wręcz niezbędna do życia, bycia w pełni człowiekiem 21 . 
Człowiek jest specyficznym bytem, którego nie zadawala życie w świecie natury 
i który musi tworzyć kulturę duchową jako swoiste środowisko życia dla siebie, dla swej 


20 Tamże, s. 23. 
21 Por.: A. Siemianowski, CzłowIek I prawda. s. 257-264. 


13
>>>
duchowej sferl 2 . Świadczy o tym choćby geograficzna i chronologiczna powszechność 
występowania kultury. Nie da się wskazać jakiejkolwiek cywilizacji żyjącej poza wszel- 
kimi strukturami kultury choćby najbardziej szczątkowej i prymitywnej. Przestrzeń kultu- 
ry jest odzwierciedleniem - mówi Kościałkowski - ludzkich potrzeb, pragnień, dążeń. 
Służby kulturze narodowej Kościałkowski był oddany całym sercem w swej pracy uni- 
wersyteckiej i nauczycielskiej. Akcji edukacyjnej nie przerwał nawet na Uralu, gdzie 
w sowieckim łagrze zbierał materiały do słownika homonimów, pisał wiersze (Sonety 
Uralskie), zachęcał do twórczości innych oraz organizował cykle odczytów na różne 
tematy dla współwięźniów. Autor nasz zauważał spłycenie współczesnej sobie kultury. 
Dostrzegał kilka przyczyn takiego stanu rzeczy. Główną winę ponoszą - według niego 
- systemy religijno-moralne schlebiające dążeniom ludzi do życia wygodnego i łatwego. 
W parze z tym idzie dobrobyt materialny i zbytek, pozwalające zaspokajać wszystkie 
zachcianki ludzi. Rodzi to płyciznę, bezmyślność, podłość. Człowiek, którego wszystkie 
zachcianki są zaspokojone, gnuśnieje i jałowieje - zamierają w nim wszelkie wyższe 
aspiracje i dążenia egzystencjalne. Niebezpieczne symptomy "przecieleśnienia" wizji 
człowieka dostrzegał Kościałkowski w ówczesnej apologii kultury fizycznej i sportu. 
Przenikliwość tej intuicji można docenić szczególnie dzisiaj, w dobie krańcowej komer- 
cjalizacji sportu. Niemniej prorocza jest konstatacja Kościałkowskiego o złu, jakie wy- 
rządzi kulturze umysłowej cywilizacja obrazu. Oducza ona refleksji, zastanawiania się 
i zatrzymywania na jakimkolwiek problemie: 
Ze względu na masowość produkcji i konsumpcji, ze względu na oddziaływanie na 
wyobraźnię, w sposób wprost katastrofalny wpływa na spłycenie mas i szerokich kół mało 
krytycznych półinteligentów, budząc jakże nie głębokie tylko zainteresowania i płytki styl 
życia! 23 
Jednostronność rozwoju naszej kultury (a może od pewnego czasu już tylko cywiliza- 
cji?), polegająca na silnej dynamice nauk ścisłych i jej pochodnej w postaci techniki, 
doprowadzają - uważa Kościałkowski - do swoistego wynaturzenia mentalności ludzi. 
Głównie polega to na odzieraniu człowieka z naj istotniejszego dla jego człowieczeństwa 
zmysłu moralnego, estetycznego lub, mówiąc ogólnie, aksjologicznego. Źyjemy - uwa- 
żał nasz autor - w czasach jakiegoś końca, w okresie "jesieni czasów nowoczesnych". 
Czy dzisiaj my, ludzie przełomu wieków bogatsi od Kościałkowskiego o ponad pięćdzie- 
siąt lat rozwoju cywilizacji naukowo-technicznej, nie mamy tego samego - tyle że dużo 
bardziej wyostrzonego - poczucia? Czyż postmoderniści nie próbują nam właśnie mó- 
wić: skończyły się już czasy nowoczesności i żyjemy w nowej epoce? Czyż to, czego 
początki dostrzegał w swoich czasach Kościałkowski, nie weszło właśnie w fazę finalną? 
Te niepokojące pytania - niezależnie od tego ku jakim odpowiedziom się skłaniamy - 
wskazują jednoznacznie na trafność i zasadność problemów wyartykułowanych w la- 
tach 40. na syberyjskich szlakach przez naszego historyka i patriotę! Głębokie pęknięcie 
w naszej kulturze polegające na rozziewie pomiędzy rozwojem wiedzy a doskonaleniem 
intuicji moralnych (tu raczej widać wyraźny regres!) daje niespotykane przewartościowa- 
nie całej struktury aksjologicznej europejskiej kultury. Kościałkowski wyraża głęboką 
wiarę w możliwość odwrócenia tych procesów. Czy rzeczywiście - pytamy z dzisiejszej 
perspektywy - pogodzenie tych dwóch przestrzeni ludzkiej kultury jest jeszcze możliwe? 
Czy rozwój wewnętrzny człowieka na wszystkich płaszczyznach ludzkiego bytowania 
w świecie ma szansę realizować się w kulturowym milieu czasów współczesnych? Niepo- 


22 Por.: R. Ingarden, KsIążeczka o człowIeku. Wyd. 4. Kraków 1987 s. 29-38. 
23 S. Kościałkowski, VIa lucIs, s. 24. 


14
>>>
kojącym jest fakt, że nawet mając nadzieję na to, że pozytywna odpowiedź jest zasadna nie 
jesteśmy nastawieni tak jednoznacznie optymistycznie jak autor VIa lucis... Dużo bardziej 
zatarliśmy granicę pomiędzy dobrem a złem, a przecież to rozróżnienie jest nerwem naszego 
człowieczeństwa. Zbyt mocno odczuwamy skutki powszechnego oddziaływania kultury 
obrazu i pop kultury mass mediów na umysłowość i mentalność ludzi, aby żywić silne prze- 
konanie, że renesans wymiaru duchowego jest pewny. 
Tak jak życie wewnętrzne człowieka może dokonywać się wyłącznie w przestrze- 
niach kultury, tak też nie może istnieć prawdziwie ludzka kultura bez Boga. Temu głębo- 
kiemu przekonaniu swego życia poświęcił Kościałkowski ostatnią część swych rozważań 
filozoficzno-światopoglądowych. Człowiekowi jest potrzebny swoisty - mówiąc języ- 
kiem współczesnego myśliciela, Victora Emila Frankla - Nad-sens, zakorzenienie 
w czymś, co go przerasta. Wtedy - uważa Kościałkowski - człowiek nabiera mesjań- 
skiej wprost siły, jest zdolny do wielkich czynów. Człowiekowi potrzebna jest świado- 
mość bycia cząstkąjakiejś Wielkiej Sprawy, której nie wolno pod żadnym pozorem i dla 
żadnej racji sprzeniewierzyć się. Tylko ludzie żyjący taką świadomością mogą stanowić 
"sól ziemi", zaczyn tego świata. 
Przyszłość, twierdzi Kościałkowski, leży w rękach pojedynczych ludzi tworzących elity 
intelektualne, moralne i duchowe. To one mogą poprowadzić do "bitwy o nowe życie", na 
gruzach pozorów i ułud, których wszędzie pełno, a które z istoty swej są skazane na znisz- 
czenie. Na każdym człowieku ciąży ów obowiązek należenia do elity, przemieniania wła- 
snego umysłu i serca, oczyszczania ich z nalotów fałszu i zła i kierowania w stronę prawdy 
i dobra. Wymaga to poniekąd bycia outsiderem, pójścia pod prąd panujących obyczajów czy 
norm, walkę z powszechną mentalnością i przyzwyczajeniami. Warunkiem oddziaływania na 
masy jest jednak wyzbycie się specyficznych form zamykania się elit w swoich kręgach. 
Trzeba mieć odwagę "przeciętności", wsiąkania w tłum oraz zrezygnować z władzy, "nic 
bowiem tak jak władza nie upaja i nie gorSzy"24. Trzeba zrezygnować z zaszczytów, po- 
chwał, oryginalności, myśli o byciu mężem opatrznościowym czy wzorem postępowania dla 
innych. Wszystko to bowiem nadmiernie skupia uwagę na sobie nie pozwalając bez reszty 
oddać się Sprawie. Zadaniem człowieka jest bezinteresownie służyć wartościom. Kościał- 
kowski tak sformułował istotę swej filozofii życia: 


Umieć trzeba i chcieć trzeba pełnić cicho i skromnie, z oddaniem i poświęceniem 
obowiązki stanu swego [...]. Dążenie do najwyższych wartości moralnych - przy jedno- 
czesnym pozostawaniu szarym człowiekiem - wmieszanym w tłum, nie chcącym się 
przez sytuację swoją czy przywilej jakikolwiek wybić się ponad innych 25 . 
Służyć wartościom powierzonym nam poprzez powołanie życiowe - oto zadanie 
i poniekąd istota naszej egzystencji. Jakiekolwiek oglądanie się na korzyści płynące z tej 
służby niweczy jej bezinteresowny charakter i wynaturza ją. Dlatego wszelkie ambicje 
i oczekiwania związane z pełnionymi przez nas obowiązkami wynikającymi z naszego 
życiowego powołania są niedopuszczalne. 
Kościałkowski opowiada się za jednością zasad moralnych obowiązujących w życiu 
osobistym i społeczno-politycznym. Wszak prawda moralna, prawda o dobru jest jedna 
i nie może być różna w sferze prywatnej i publicznej. Negowanie tej prawdy prowadzi do 
bestializacji sfery politycznej. Polityka staje się wtedy "fałszywą grą", gdyż jej reguły są 
arbitralnie stanowione przez różnych ludzi rozgrywających własne interesy. Oderwana od 
prawdy moralnej umożliwia posługiwanie się różnymi niegodziwymi środkami wtedy, 


24 Tamże, s. 31. 
25 Tamże. 


15
>>>
gdy przynoszą one wymierne korzyści. Pragmatyka wchodzi w przestrzeń tego, co etycz- 
ne. Drogą odnowy jest oparcie zasad polityki na fundamentalnych, obiektywnych warto- 
ściach moralnych. Autor Via lucis poddaje zdecydowanej krytyce XVI-wieczną zasadę 
stworzoną przez ojca nowożytnej filozofii polityki, N. Machiavellego, głoszącą: cel 
uświęca środki. W myśl tej zasady godziwe są wszystkie środki prawidłowo prowadzące 
do osiągnięcia zamierzonego celu. Kościałkowski uważa, iż środki powinny być uchwy- 
cone w samym celu, wydobyte z niego jako jego immanentne elementy. Takie środki są 
zawsze zgodne z zasadami etyki. W przeciwnym razie człowiek jest zmuszony zawierać 
kompromisy ze złem, polegające na wyborze tzw. mniejszego zła, a jakiekolwiek pakto- 
wanie ze złem musi skończyć się jego afirmacją, kapitulacją człowieka przed potęgą zła. 
Zło wraca do tego, kto je raz wybrał ("jest jak bumerang" napisze Kościałkowski) i zde- 
cydowanie żąda coraz bardziej jednoznacznych kroków ku jego realizacji. Zło można 
pokonać wyłącznie cnotą, czystością moralną, a nie "mniejszym złem". Przyszłość jednak 
- wierzy Kościałkowski wiarą chrześcijan - nie należy do zła, lecz do Dobra. To ono, 
mając swą ontyczną podstawę w Bogu, zatriumfuje i zwycięży. Dlatego należy urzeczy- 
wistniać je cząstkowo już teraz, trzeba szukać jego elementów wszędzie tam, gdzie ono 
jest. Krzykliwość zła daje pozorne poczucie jego mocy i wszechobecności, podczas gdy 
dobro jest obecne, moglibyśmy powiedzieć, w sposób dużo bardziej dyskretny, subtelny, 
delikatny. Trzeba umieć pochylić się nad tą rzeczywistością dobra, wydobyć ją na światło 
dzienne, wykrzesać, "rozpalić tak, ażeby jasnym buchnęło płomieniem i mroki ciemności 
rozjaśnić mogło"26. Jednak - a wydaje się to rzeczą niezwykle ważną - Kościałkowski 
twierdzi, iż nawet ku złu nie powinniśmy budzić w sobie nienawiści. Ona bowiem przy- 
należy do porządku zła i jej obecność w człowieku jest zawsze niebezpieczna. Nienawiść 
jest totalizująca, w jej immanentną logikę jest wpisana ekspansywność, ogarnianie coraz 
szerszych obszarów. Dlatego właśnie uruchomienie mechanizmów i dynamiki nienawiści 
zagraża człowiekowi, samemu jądru jego człowieczeństwa. 
Kluczem do oceny ludzi jest dla naszego autora wyłącznie etyka. Nie urodzenie, wy- 
kształcenie, nie zajmowane stanowiska czy piastowane urzędy, lecz wartość moralna, cha- 
rakter etyczny świadczą o jakości człowieka. Tak starał się zawsze patrzeć na ludzi, czego 
dowodem sąjego impresje o towarzyszach niedoli z sowieckiego obozu. Podobnie powinni- 
śmy, według niego, oceniać wytwory człowieka, jego dzieła. Jakość moralna literatury, sztu- 
ki, wydarzeń historycznych powinna decydować o takim czy innym traktowaniu ich w dzie- 
jach ludzkości. Swoiste kryterium moralizatorskie miałoby decydować o doniosłości dzieł 
człowieka, a nie jakieś spojrzenie utylitarystyczne czy estetyczne. Kościałkowski opowiada 
się wyraźnie za silnym dydaktyzmem i moralizmem w swej koncepcji kultury. 
Kościałkowski zauważa w swoich czasach szybko posuwający się proces dewaluacji 
słów. Pisze: 


Słowo staje się nieraz pustym dźwiękiem bez treści, bez myśli - nie jest często 
zgodne z myślą i uczuciem, bywa często ich zaprzeczeniem, - znaczy nie to, co znaczyło 
dawniej. Wielu posługuje się nim, nie jako narzędziem porozumienia, lecz jako narzę- 
dziem wprowadzenia w błąd, zaciemnienia i zamącenia jasnej dotąd myśli 27 . 


Ta "hodowla semantycznych bakterii" niesie ze sobą ogromne niebezpieczeństwo 
ubezwłasnowolnienia człowieka. Język zaczyna bowiem być środkiem ukrywania własnych 
myśli, a nie ich komunikowania, staje się narzędziem nieporozumienia, ogłupiania, kłótni, 
siania nienawiści etc. Powrót do fundamentalnej funkcji języka, dbanie o jego kulturę, ja- 


26 Tamże, s. 35. 
27 Tamże, s. 38. 


16
>>>
sność wypowiedzi staje się wręcz imperatywem moralnym. Szczególną uwagę na ten aspekt 
zwracał Kościałkowski towarzyszom niedoli w czasie pobytu na Uralu. 
Całą moralność da się, idąc za wskazaniem Chrystusa, sprowadzić do miłości Boga 
i bliźniego. Kościałkowski głęboko wierzy w powszechne braterstwo między ludźmi, na- 
wet między wrogami i przeciwnikami: wszyscy jesteśmy między sobą braćmi. Przyszłość 
zależy w swej istocie od tego, czy sobie ten fundamentalny fakt uświadomimy czy też nie. 
J - to jeszcze ważniejsze - czy będziemy potrafili przemienić tę prawdę w czyn, 
w praktykę życia codziennego, życia publicznego. Wymaga to niewątpliwie wyrzeczeń, 
otwarcia na potrzeby drugich, wyjścia w myśleniu poza własne ciasne interesy, poza wła- 
sne ja. Tego wymaga się, powiada Kościałkowski, od marksistów rzekomo walczących 
o dobro proletariatu, tego wszyscy mają prawo domagać się od nas, chrześcijan. Rezy- 
gnacja z wygody życia w obliczu niewygód mas jest koniecznością. W przeciwnym wy- 
padku nikt nie będzie traktował nas, i prawdy, którą wyznajemy, poważnie. Z prawdy o 
braterstwie międzyludzkim płynie dyrektywa bycia miłosiernym wobec bliźnich. To, 
z kolei, wymaga w wielu przypadkach spieszenia z jałmużną wobec potrzebujących: sła- 
bych, sierot, bezdomnych. Z nimi wszak utożsamia się Chrystus, o czym świadczy ewan- 
geliczna perykopa o Sądzie Ostatecznym. Zresztą pewne obowiązki ma człowiek także 
wobec swych "młodszych braci", zwierząt - ten wątek Kościałkowski rozwijał prawdo- 
podobnie pod wpływem poglądów Mariana Zdziechowskiego. Miłość do człowieka po- 
winna być jednak zakorzeniona w miłości do Boga. Tylko w Bogu cały porządek moralny 
ma oparcie i z Niego może czerpać siłę do realizacji dobra i zmagania się ze złem. Chrze- 
ścijaństwo, uważał Kościałkowski, ratuje człowieka przed ubóstwieniem czegokolwiek na 
tym świecie, łącznie z ojczyzną. Deifikacja rzeczywistości ziemskich bowiem to domena 
pogaństwa. Chrześcijanin ma świadomość, że wszystko, co ziemskie przeminie. Pozosta- 
nie jedynie to, co wieczne. J ku temu właśnie ma być zwrócony chrześcijanin. Z tego ma 
czerpać światło, będące busolą na szlakach jego życiowego pielgrzymowania, z tego ma 
czerpać siłę i moc do bycia wiernym prawdzie, niezależnie od panujących mód i trendów. 
Mając oparcie w Bogu, chrześcijanin ma być zaczynem i świadkiem Prawdy, Dobra 
i Piękna. 
Oto droga do światłości - via lucis - prof. Stanisława Kościałkowskiego. Droga 
znaczona trudem, mozołem, jednak z jasno postawionym celem i zasadami, których trzeba 
przestrzegać, chcąc go osiągnąć. Droga, którą autor starał się konsekwentnie kroczyć i której 
w całym swym pracowitym życiu starał się być wierny. Teoria i życiowa praktyka stanowiły 
dla niego jedność, której fundamentem była prawda. A tej sprzeniewierzyć się nie wolno. 


III 


Książka Kościałkowskiego pL Via lucis stanowi swoiste świadectwo dane prawdzie. 
Autor dzieli się w niej swoimi refleksjami, przemyśleniami, formułuje dyrektywy. Próbuje 
dać syntezę najważniejszych zagadnień egzystencjalno-światopoglądowych. Nakreślić 
mapę, która by mogła być drogowskazem dla ludzi szukających w życiu jakiegoś sensu, 
jakiejś ogólnej orientacji. Dlatego należy ją czytać respektując konwencję w jakiej po- 
wstała. Ze świadectwem się nie dyskutuje. Można je przyjąć lub odrzucić, badając jego 
autentyzm. Nie chcę zatem nawet próbować krytyki tez postawionych przez autora. Nie 
chcę podejmować polemiki czy też próbować osadzić jego koncepcji w szerszym tle 
teorii antropologiczno-etyczna-teologicznych. Zadanie, jakie sobie stawiam jest dużo 
skromniejsze i chyba bardziej adekwatne do charakteru książki i zamiarów jej autora. 
Chcę zatrzymać się nad kilkoma intuicjami zawartymi w niej, które wydają się szczegól- 
nie aktualne, nośne i posiadające bogaty ładunek refleksji wyrastającej ponad czas, 


17
>>>
w którym powstała. Chcę też pokazać, jak teoria wyłożona w tej książce przekładała się 
w życiu Kościałkowskiego na praktykę. Okres pobytu w łagrach sowieckich, na którym 
chcę się tu skupić, ze względu na swoistą ekstremalność egzystencjalną doskonale nadaje 
się do realizacji tych zadań. 
Kościałkowski, co zostało wyżej wielokrotnie sygnalizowane, miał w świadomości 
dogłębne zmiany cywilizacyjno-kulturowe zachodzące w czasach, w jakich przyszło mu 
żyć. Dostrzegał jałowienie kultury, banalizację życia, płyciznę myślenia. Próbował dia- 
gnozować te chorobowe symptomy. Przyczyn upatrywał w tworzeniu cywilizacji obrazu 
(kino), oduczającej człowieka myślenia, w odchodzeniu od zasad moralnych w życiu 
publicznym i jednostkowym, w lekceważeniu najwyższych wartości i stawianiu na utylita- 
rystyczno-hedonistyczne potrzeby uznawane za naj istotniejsze w systemie materializmu 
i konsumpcjonizmu. Miał świadomość, że wybicie na plan pierwszy potrzeb materialnych 
zabija jakiekolwiek pragnienia wewnętrzne, duchowe. Takie "przewartościowanie warto- 
ści" obserwował na uralskiej zsyłce, widząc jak potrzeba głodu przysłania wszystko inne, 
nie pozwalając ludziom skupić uwagi na czymkolwiek, co nie wiąże się ściśle z jedze- 
niem. Współczesność, dokonując w sposób sztuczny wyeksponowania tego, co wiąże się 
ze sferą cielesno-materialną w życiu człowieka, dokonuje analogicznego zawężenia ak- 
sjologicznej uwagi i zainteresowań. Niewątpliwie żyjemy w czasach eksplozji tych ele- 
mentów, które w czasach Kościałkowskiego były zauważalne wyłącznie przez wyjątkowo 
bystrych obserwatorów życia społecznego. Budzenie w człowieku sztucznych potrzeb 
poprzez coraz bardziej wyrafinowane reklamy powoduje zabijanie w nim rzeczywistych 
potrzeb duchowych. Człowiek staje się tworem "jednowymiarowym" (H. Marcuse), funk- 
cjonującym na płaszczyźnie: produkowanie (zarabianie) - konsumpcja (wydawanie). 
Przewidywania Kościałkowskiego wysnute na podstawie obserwowanych, szczątkowych 
dopiero, trendów realizuje się dziś coraz pełniej. Cywilizacja obrazu sukcesywnie wy- 
niszcza krytyczne myślenie, powoduje zanik czytania, umiejętność pisania etc. Następuje 
też widoczny proces wykorzeniania człowieka z tego etosu, który zawsze stanowił swoiste 
środowisko życia osoby ludzkiej. Całościowe projekty życia ulegają rozpadowi, a w za- 
mian pojawia się nastawienie epizodyczne, gdzie rządzi kalejdoskop wzajemnie nie po- 
wiązanych i samowystarczalnych epizodów. Miejsce pielgrzyma, konsekwentnie dążące- 
go do swego życiowego celu, zajął spacerowicz, włóczęga, turysta niezobowiązująco 
eksplorujący rzeczywistość i szukający w niej nowych wrażeń i podniet 28 . Spójność 
i całościowość przestały być cnotami, a stały się uciążliwym ubezwłasnowolniającym 
balastem. Człowiekowi współczesnemu ("ponowoczesnemu") zaczęła ciążyć już sama 
prawda. Dla wpływowego myśliciela amerykańskiego, Richarda Rorty' ego, ma ona cha- 
rakter totalitarny, zniewalający. Trzeba głosić wyłącznie "słabe" prawdy, które tak na- 
prawdę niczego nie są pewne i do niczego nie zobowiązują. Przystąpiliśmy zatem do 
burzenia fundamentów wszystkiego, co stanowiło nerw kultury europejskiej. Tak daleko 
przenikliwy wzrok Kościałkowskiego nie mógł sięgnąć! Jego myślenie było osadzone 
w porządku zupełnie odmiennych rudymentów. W ich perspektywie patrzył na niepokoją- 
ce zjawiska i trendy kulturowe, które mogą zburzyć te fundamenty kultury europejskiej. 
I rzeczywiście burzą. Czy zatem świat zasad moralnych i przekonań światopoglądowych 
Kościałkowskiego stanowi wyłącznie archeologię ducha ludzkiego i niczego nie może 
nam już powiedzieć, co byłoby aktualne hic et nunc? Czy wartości, w których wileński 
uczony był tak silnie zakorzeniony, przestały być już aktualne? Uważam, że zdecydowa- 
nie nie. Niewątpliwie żyjemy w czasie rozpadania się pewnego etosu (być może nawet 
klasycznego!) opartego na takim, a nie innym odczytaniu sensu fundamentalnych warto- 


28 Por.: Z. Bauman, Dwa szldce o moralnoścI ponowoczesnęj. Warszawa 1994 s. 7-39. 


18
>>>
ści. Nie oznacza to jednak końca tychże wartości (można się tu odwołać do rozróżnienia 
Maxa Schelera między samymi wartościami a ich konkretyzacją historyczną obecną 
w postaci etosu). Potrzebujemy nowego etosu, nowego zakorzenienia w autentycznych 
(ciągle tych samych!) wartościach. Wszak poza nimi życie człowieka traci jakikolwiek 
sens i znacznie. Źycie w aksjologicznej pustce rodzi bunt, rozpacz i bezsens. Współcze- 
śnie wykazała to choćby twórczość Jeana Paula Sartre'a czy Alberta Camusa. Radykalne 
zakorzenienie Kościałkowskiego - tak na płaszczyźnie teoretycznej, j ak i ściśle prak- 
tycznej, egzystencjalnej - w Dobru, Prawdzie i Pięknie posiada składową ponadczasową 
i z niej warto czerpać naukę w diametralnie różnej przestrzeni kulturowo-społecznej. 
Wydaje się, że ważną cechą moralnego charakteru Kościałkowskiego była żelazna 
konsekwencja w przestrzeganiu wartości i norm przyjętych za swoje. W żadnych okolicz- 
nościach życia - także łagrowego, obfitującego przecież w przeżycia krańcowe - nie 
czuł się dyspensowany od przestrzegania określonych reguł i zasad etycznych. Jeśli je 
przekraczał miał poczucie winy. Siły do takiego postępowania i przeżywania niełatwej 
rzeczywistości obozowej czerpał, jak się wydaje, z wiary, nadziei i miłości - trzech 
fundamentalnych cnót. Dzięki wierze posiadał całościową wizję rzeczywistości, w tym 
własnego życia, którego fundamentem był Bóg. W Nim znajdował kres swych poszuki- 
wań Prawdy. Oficerowi NKWD, który pytał go, jak może być osobą wierzącą, będąc 
intelektualistą, odpowiedział: 
Tak, właśnie dlatego, że usiłuję zgłębić myślą życie, muszę być wierzącym i religij- 
nym i w tym znajduję zadowolenie myśli, poszukującej prawdy i zaspokojenie sumienia 
oraz wielką pociechę dla duszy w strapieniu 29. 


Wiara w Opatrzność pozwalała mu przetrwać najtrudniejsze chwile. Dawała racjo- 
nalne podstawy pod silną nadzieję. Wbrew całej obozowej rzeczywistości, która progra- 
mowo zabijała wszelkie przejawy nadziei. Niezwykle ważną była dla Kościałkowskiego 
miłość. Do Boga, ludzi, wszelkiego stworzenia, jak pisał w VIa lucis. Na szczególną uwa- 
gę zasługuje jednak jego miłość do żony. W sytuacjach ekstremalnych miłość do ukocha- 
nego człowieka ratowała wielu przed ostatecznym załamaniem, utratą wiary w przyszłość, 
poczuciem zabijającego bezsensu życia. Pisał o tym wybitny współczesny psychiatra, 
więzień obozu hitlerowskiego, V. E. FrankI: 
Po raz pierwszy w życiu przekonuję się o prawdzie tego, co wielu myślicieli uważało za 
mądrość życia i co opiewało tylu poetów: że miłość jest ostatecznym i najwyższym celem, do 
jakiego byt ludzki może się wznieść. Pojmuję sens ostatecznej i największej tajemnicy, jaką 
przekazuje nam poezja, myśl i... wiara: zbawienie człowieka przez miłość i w miłości! Poj- 
muję, że człowiek, któremu już nic na świecie nie pozostało, może jeszcze być szczęśliwy - 
choćby na chwilę - zatapiając się całkowicie w myśli o ukochanej istocie 30 . 


W swoim Raptularzu, w którym Kościałkowski dokładnie notuje wszystko, co spo- 
tkało go w sowieckim łagrze (zresztą pisał go właśnie z myślą o żonie 31 ) wspomina trau- 
matyczne rozstanie z nią w Wilnie i smutną chwilę, w której poczuł się sam. Jego obozo- 
wy dziennik jest wolny od jakiejkolwiek formy ekshibicjonizmu duchowego, ajednak 


29 S. Kościałkowski, Raptularz, s. 83. 
30 V. E. FrankI, Psycholog w obozIe koncentracyjnym. Warszawa 1962 s. 43. 
31 S. Kościałkowski, Raptularz, s. 93. Tak pisał o swoich zapiskach: "Traktuję je jako rozmowę 
z żoną i zapisywanie różnych dla Niej szczegółów"; s. 195: "Robię notatki w tym dzienniczku i myślę 
sobie, jak wspólnie je kiedyś odczytywać będziemy". Zapiski te nie były przeznaczone do publikacji. 
Opublikowano je, z pewnymi skrótami, za zgodą wdowy po zmarłym Profesorze. 


19
>>>
w wielu miejscach daje on wyraźne świadectwo swej miłości do żony i roli jaką odgry- 
wała ona w jego przetrwaniu. Zapisuje m.in. symboliczną wręcz scenę: 
Przy zdejmowaniu obrączki, gdy mój naczelnik zauważył, że zdejmując ją z palca 
widocznie jestem wzruszony i podnoszę do ust, by ją ucałować, nie mógł wyjść z podzi- 
wu, dlaczego to robię, dla niego te rzeczy, oprócz materialnej wartości, nie miały żadnego 
. . 32 
lllnego znaczema . 


W innym miejscu wspomina dwunastą rocznicę swego ślubu jako "naj droższy dzień", 
mówi o "zżeraniu przez tęsknotę"33. Kiedy zginęła mu spinka do koszuli pisał: "Zmartwiłem 
się tym bardzo nie dlatego, że była mi potrzebna, lecz dlatego, że naj droższe ręce żony ro- 
biły ją dla mnie,,34. O wyzwoleniu z obozu myślał zawsze w kontekście połączenia się ze 
swoją żoną35. Myśli o niej towarzyszyły jego wszystkim czynnościom i zajęciom w zonie 36 . 
Nieustannie przywoływał jej obecność. Miłość do ukochanej kobiety dodawała mu sił, da- 
wała poczucie sensu i energie potrzebne do przetrwania. Miał jednak poczucie, iż może 
umrzeĆ na "nieludzkiej ziemi" nigdy już nie spotkawszy żony. Wiara, że "wszystko w ręku 
Boga" pozwalała jednak trwaĆ mimo takich wątpliwości, ponieważ "gdy się w Bogu swą 
ufność położy, trwoga przestaje zdejmować serce człowieka,,37. Oczywiście, taka funda- 
mentalna postawa wobec rzeczywistości nie zawsze chroniła przed zwątpieniem, rezygnacją, 
smutkiem, łzami. Jednak zawsze pomagała wyjść z tego stanu i trzeźwo - nie mamiąc się 
złudnymi plotkami o pewnym zwolnieniu z łagru, które niezrealizowane prowadziły do 
wielu załamań - mieć nadzieję często wbrew nadziei, czyniąc swoją maksymę: Contra 
spem spero. Nie pozwalała na zaskorupienie się w swoim bólu, ześrodkowanie całej uwagi 
na kwestiach związanych z głodem, papierosami, pogrążeniu się w apatii, rozdrażnieniu, 
rozgoryczeniu etc. 38 . Dzięki temu fundamentowi Kościałkowski spieszył z pomocą bardziej 
od niego potrzebującym, organizował akcje kulturalne dla towarzyszy, pomagał chorym, 
dbał o godny pochówek zmarłych. Wiara, nadzieja i miłość stanowiły dla Kościałkowskiego 
rzeczywistość swoistego Nad-sensu, pozwalającego przetrwać sytuacje pozbawione ja- 
kiegokolwiek sensu w wymiarach czysto ziemskich. 
Wielką wartość w życiu Kościałkowskiego stanowiła Ojczyzna. Dla niej walczył 
w powstaniu styczniowym jego ojciec, dla niej cierpiał on sam. Jego miłość do własnego 
kraju i narodu była jednak wolna od jakiejkolwiek nienawiści w stosunku do innych nacji 
czy kultur. Patriotyzm Kościałkowskiego był całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek formy 
szowinizmu czy nacjonalizmu. Wiedział, iż miłość do tego, co własne nie suponuje niechęci 
do tego, co inne. To chorobliwe kompleksy żywią się nieustannie wykazywaniem własnej 
wyższości wobec innych. Poza tym, uznanie Boga za Najwyższą Wartość uchroniło go 
przed deifikacją niższych wartości, w tym i Ojczyzny. Cenił i szanował Litwinów, dostrzegał 
ich racje. Nie rozumiał dyskusji o antagonizmach polsko-litewskich, uważając je za niemą- 
dre i niepotrzebne 39 . Nie było w jego postawie cienia antysemityzmu, wręcz przeciwnie, 


32 S. Kościałkowski, Raptularz, s. 43. 
33 Tamże, s. 50: "Rozmyślam, przypominam, tęsknię, przy czym czuję, jak tęsknota za gardło 
mnie dusi, prawdziwie bólem fizycznym stać się może"; s. 195: "Łzy o jakże często dławią mię 
w gardle, kapią z oczu, a tęsknota staje się czymś niemal nie do zniesienia". 
34 Tamże, s. 100. 
35 Dla przykładu: tamże, s. 76, 195. 
36 Tamże, s. 195: "Cokolwiek robię - stoi żona przede mną". 
37 Tamże, s. 91. 
38 Kościałkowski próbował dokonać ciekawej typologii postaw i zachowań łagierników zła- 
manych sytuacją, panującą w obozie: tamże, s. 113-114. 
39 Tamże, s. 109. 


20
>>>
głęboki szacunek dla Źydów, ich przywiązania do narodu i tradycji. Dla przykładu, będąc 
zwolnionym z części obowiązków obozowych starał się zawsze w soboty chodzić do pracy, 
aby uczynić mniej widoczną nieobecność Źydów, świętujących szabat 40 . Nie było w nim też 
cienia nienawiści w stosunku do Rosjan. Doskonale obrazują to portrety grup narodowo- 
ściowych, jakie sporządził w łagrze 41 . W ocenach opisywanych przedstawicieli różnych 
nacji najwyraźniej nie kierował się żadnymi stereotypami ani uprzedzeniami narodowościo- 
wymi. Kościec charakterologiczny i przede wszystkim moralny były jedynym kryterium 
oceniania tych osób. Charakterystyczny jest też brak w Raptularzu jakichkolwiek aluzji 
politycznych. Ta sfera nie interesowała go zupełnie lub też sądził, iż w warunkach, w jakich 
się znalazł nie ma żadnego sensu roztrząsanie problemów politycznych. Moralna odpowie- 
dzialność - jak wierzył - wystarcza tak dla moralności osobistej, jak i społecznej. Wystar- 
cza do bycia człowiekiem zatroskanym o dobro we wszystkich dziedzinach życia i znoszą- 
cym to, co Bóg (los?) zsyła. 
Wizja świata Stanisława Kościałkowskiego była, jak sam pisał, głęboko teocentrycz- 
na, ześrodkowana na Bogu, od którego wszystko pochodzi. Mówiąc o Bogu, nieustannie 
jednak odwoływał się do człowieka. Takie antropologiczne nachylenie teologicznych 
wywodów Kościałkowskiego jest bardzo wymowne i charakterystyczne. Nie ma w reflek- 
sji i mówieniu o Bogu ucieczki od rzeczywistości człowieka. Podobną intuicję niesie 
współczesna teologia. Antropologiczny teocentryzm wileńskiego uczonego wpisuje się 
doskonale w klimat wielkich dysput filozofów i teologów, odbywających się pod hasłem, 
jak współcześnie mówić o Bogu? Trzeba mówić o Nim z głębi rzeczywistości jaką sta- 
nowi człowiek. Zresztą, tradycyjna teologia zawsze mówiła o analogiczności wszelkich 
orzeczeń na temat Bytu Absolutnego. 
"Droga światła", którą rysuje w swej książce profesor Kościałkowski, jest traktem 
wypróbowanym. Autor konsekwentnie nią zmierzał w swym bogatym i pracowitym życiu. 
Był wierny ideałom, zasadom i normom, które uznał za prawdziwe. Była to jego droga do 
prawdy. Wiele elementów ją konstytuujących jest dyskusyjnych, wiele razi jednostronno- 
ścią i uproszczeniami, wiele uległo dezaktualizacji. Ale nie to jest najważniejsze. Jest 
w książce warstwa, której waga pozostanie na zawsze nie wątpliwa, są to składowe ponad- 
czasowe, obecne na wielu innych drogach. I właśnie dzięki temu VIa lucis Kościał- 
kowskiego pozostaje świadectwem, nad którym nie można przejść do porządku dzienne- 
go. Świadectwem danym prawdzie. 


40 Tamże, s. 102. 
41 S. Kościałkowski, Skład narodowoścIowy naszego obozu, [w:] Raptularz, s. 211-234. 


21
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


"ZNOSIĆ WYGNANIE W TYM 
PIĘKNYM, ...ALE JAKŻE 
OBCYM KRAJU" 
- LATA AMERYKAŃSKIE 
MANFREDA KRlD LA 


Andrzej KARCZ (Stany Zjednoczone) 


Kiedy wybuchła wojna, Manfred Kridl (1882-1957) pracował na Uniwersytecie Ste- 
fana Batorego w Wilnie na stanowisku profesora zwyczajnego historii literatury polskiej. 
Po zamknięciu uniwersytetu przez władze litewskie w grudniu 1939 r. opuścił Wilno 
i udał się do Brukseli 25 marca 1940 r. Już w maju musiał uciekać do Francji, a następnie 
przez Hiszpanię do Portugalii. Stamtąd przedostał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie 
10 września 1940 r. zatrzymał się w Nowym Jorku, a następnie udał się do Northampton 
w stanie Massachusetts. Rodzinie Kridla, tj. żonie, synowi Andrzejowi i córce Elżbiecie, 
udało się przedostać do Ameryki po wielu perypetiach rok później, w październiku 
1941 r. Odbyli oni wielką podróż przez Syberię koleją transsyberyjską, następnie przez 
Japonię, Szanghaj i Filipiny dotarli do Stanów Zjednoczonych]. 
W Ameryce Kridl kontynuował pracę akademicką i naukową wykładając najpierw język 
rosyjski i literaturę polską na małej żeńskiej uczelni humanistycznej Smith College 
w Northampton, a następnie od 1948 r. do końca życia (od 1955 jako profesor emerytowa- 
ny) ucząc literatury polskiej na prestiżowym Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. 
Z prac naukowych Kridla z okresu amerykańskiego można odtworzyć sobie obraz 
pracy naukowca, który z jednej strony próbował konsekwentnie realizować swój dawny 
program badań teoretyczno- i historycznoliterackich zapoczątkowanych przed wojną 
i który z drugiej strony wychodził naprzeciw nowym potrzebom pracy wykładowcy lite- 
ratury polskiej na uniwersytecie w obcym kraju. Wśród tych potrzeb na czoło wysuwało 


] Dane biograficzne uzyskane dzięki uprzejmości p. Elizabeth Kridl Valkenier w rozmowie 
prywatnej odbytej 28 grudnia 2002 r. w Nowym Jorku. Część informacji zaczerpnięta również 
z maszynopisu autorstwa E. Kridl Valkenier. 


23
>>>
się popularyzowanie kultury polskiej. Obraz ten należy uzupełnić informacjami za- 
wartymi we wspomnieniach uczniów Kridla, zwłaszcza tych, którzy studiowali pod jego 
kierunkiem na Columbii. 
Udany wyjazd z ogarniętej wojną Europy do Ameryki potencjalnie oznaczał dla każ- 
dego intelektualisty możliwość kontynuowania pracy umysłowej w warunkach pokojo- 
wych. Dzięki pomocy Bohdana Zawadzkiego, kolegi z Uniwersytetu Wileńskiego 
w czasie wojny pracującego w Smith College, Kridl zdołał podjąć pracę akademicką za- 
raz po znalezieniu się w Stanach Zjednoczonych. O ile praca taka dawała naukowcowi 
komfort, to jednak emigracja, zwłaszcza na samym początku, była dla Kridla stanem 
bolesnym. Przeczytać można w różnych źródłach, między innymi w korespondencji Kri- 
dla, że pobyt na obczyźnie znosił on z wielkim trudem. Początek pobytu na emigracji 
niesie z sobą problemy przystosowania się do innej rzeczywistości, pokonania bariery 
językowej, przeciwstawienia się stanom alienacji i samotności. Kridl stawiał czoła tym 
problemom i to - można przypuszczać - całkiem skutecznie skoro od momentu znale- 
zienia się w Ameryce zdołał być, niemal jak kiedyś w Polsce, bardzo aktywny naukowo. 
Ale - jak chyba słusznie skomentował niedawno Tadeusz Bujnicki - warunki, w jakich 
znalazł się Kridl, nie sprzyjały badaniom naukowym i dlatego poświęcił on swe wysiłki 
przede wszystkim pracy popularyzatorskiej i dydaktyczne/, Praca akademicka, którą 
Kridl podjął na obczyźnie, w istocie niosła ze sobą nowe obowiązki i wymogi nie zawsze 
sprzyjające głębokim studiom teoretyczno- i historycznoliterackim. Owe obowiązki 
i wymogi były nowe nawet dla tak doświadczonego badacza i nauczyciela, jak Kridl. Oto 
zasłużony profesor historii literatury polskiej, specjalista od literatury romantycznej 
i teoretyk literatury musi inaczej ukierunkować swoje zainteresowania badawcze i dosto- 
sować metody nauczania do innego systemu edukacyjnego. Czy to w Smith College, czy 
później na Columbii Kridl prowadził zajęcia ze studentami, których potrzeby bardzo 
różniły się od potrzeb studentów wileńskich. Przede wszystkim jego nauczanie sprowa- 
dzone było do dość elementarnego poziomu, gdzie początkowo dominowała nauka języka 
polskiego i rosyjskiego jako języka obcego (w Smith College Kridl wykładał nie tylko 
literaturę, ale i język) i gdzie studia nad literaturą polską, przeobrażające się niejedno- 
krotnie w studia nad kulturą, były skoncentrowane na takich podstawach dyscypliny, jak 
informacje o najważniejszych pisarzach i ich głównych dziełach oraz interpretacje tychże 
dzieł nastawione na wyjaśnianie zawartych w nich podstawowych znaczeń. Jednocześnie 
studia te stały się wzbogacone o amerykański kontekst kulturowy dostarczając uczącemu 
nowych perspektyw poznawczych i badawczych. 
Trudy pracy akademickiej Kridla w warunkach emigracyjnych nie były w żaden spo- 
sób ułatwione polityczną atmosferą, jaką stwarzano wokół faktu, że nowo powołana, 
pierwsza w Ameryce, katedra literatury polskiej im. Adama Mickiewicza na Columbia 
University, którą objął Kridl w 1948 r., była ufundowana przez rząd komunistyczny Pol- 
skiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jak napisała Maria Renata Mayenowa, jedna z przed- 
wojennych uczennic Kridla: 
bardzo tłustym drukiem prowadzono nagonkę w prasie amerykańskiej na Kridla-komu- 
nistę, wykładającego literaturę polską na uniwersytecie Columbia w Nowym Yorku, 
ajednocześnie bardzo sprawnie i milcząco utrącano druk jego prac w Polsce 3 . 


Profesor Harold B. Segel, który w roli "następcy" Kridla miał od 1959 r. kontynu- 
ować jego pracę, ale z powodu zamknięcia katedry i zmiany profilu posady, nie zawsze 


2 T. Bujnicki, Manfred J(rIdl I rosyjska "szkoła formalna ", Pamiętnik Literacki 1996 z. 1 s. 124. 
3 M. R. Mayenowa, WspomnIenIe o ManfredzIe KrIdlu, Nowa Kultura 1957 nr 7. 


24
>>>
było to możliwe, podobnie wspominał o złej atmosferze wokół katedrl. Cały uniwersytet 
stał się przedmiotem podejrzeń ze strony władz federalnych, ponieważ posiadał dwie 
"komunistyczne" katedry (tak samo, jak polska finansowana była w tym czasie na Co- 
lumbii katedra czeska). Takie samo podejrzliwe stanowisko zajmowała amerykańska spo- 
łeczność polonijna. Z punktu widzenia wielu ludzi z polsko-amerykańskiej społeczności 
- pisał Segel - Uniwersytet Columbia aprobując profesurę polonistyki im. Adama 
Mickiewicza dostarczał polskim komunistom platformy do szerzenia swojej propagandy. 
Sytuacja stawała się jeszcze bardziej złożona - pisał dalej Segel - z powodu działań 
dotychczasowego wykładowcy języka polskiego na Columbii Arthura Colemana, który 
bardzo sprzeciwiał się mianowaniu Kridla na nową katedrę. Coleman miał swoje powody, 
o czym w Abecadle Miłosza wspomina z kolei Czesław Miłosz, który wówczas jako at- 
tache ambasady polskiej w Waszyngtonie odegrał kluczową rolę w ustanowieniu katedry. 
Coleman nie miał odpowiednich kwalifikacji - pisze Miłosz - a szef departamentu 
slawistyki profesor Simmons uznał, że zamiast niego mógłby zatrudnić prawdziwego 
specjalistę i znawcę przedmiotu. Wybór Simmonsa padł na Kridla. Po objęciu przez niego 
katedry Coleman ze straconej pozycji zaczął prowadzić przeciwko niemu nagonkę, która 
niczym oliwa dolana do ognia podsycała kampanię prowadzoną przeciwko Kridlowi, 
rzekomemu bolszewikowi, w prasie polonijnej. W swoim wspomnieniu Miłosz również 
wyjaśnia postawę Polonii amerykańskiej i powody braku zrozumienia przez nią takiej 
inicjatywy, jak obsadzenie katedry na Columbii przez Kridla 5 . Więcej o wydarzeniach 
wokół katedry Miłosz pisał w Roku myśliwego: 
Simmons, profesor rusycystyki, zwrócił się w 1948 bodaj roku do mnie, to jest do 
attache ambasady, żeby Polska ufundowała katedrę literatury polskiej. Ponieważ zapro- 
ponował Manfreda Kridla, kuratora naszego Koła Polonistów (Sekcja Twórczości Orygi- 
nalnej) w Wilnie, znalazł we mnie sprzymierzeńca. Modzelewski, wówczas minister 
spraw zagranicznych, ze starych komunistów, zrozumiał wartość propagandową i zdobył 
potrzebną sumę (wówczas wysoką), 10 tysięcy dolarów rocznie. Żeby bogaty uniwersytet 
amerykański żebrał u komunistycznego rządu, to nieładnie. Ale katedry polskiej w Ame- 
ryce dotychczas nie było ijają zrobiłem. A wtedy rozpętało się piekło - cała prasa polo- 
nijna przez parę lat podnosiła krzyk o komunistyczną infiltrację (Kridl jako bolszewik!), 
choć myśl, że sami mogliby ufundować katedrę, nigdy nie przyszła im do głowy. A po 
kilku latach, kiedy skończyło się warszawskie subsydium, katedra przestała istnieć 6 . 


Można sobie wyobrazić, jak w szczególności działania na tle politycznym przypomi- 
nały liberalnie nastawionemu Kridlowi Polskę przedwojenną lat 30., kiedy to również ze 
strony kół skrajnie prawicowych padały równie absurdalne słowa krytyki pod jego adre- 
sem. Wówczas za propagowanie formalizmu w badaniach literackich oskarżano Kridla 
o "bolszewizm", teraz za piastowanie stanowiska (to prawda, że finansowanego przez 
powojenny rząd warszawski) na amerykańskim uniwersytecie był nazwany komunistą. 
Ufundowanie przez rząd komunistyczny katedry literatury polskiej na amerykańskim 
uniwersytecie u początku maccartyzmu w Ameryce i w momencie rodzenia się zimnej 
wojny w świecie było ewenementem. Ajaką rolę w tym wszystkim odegrał Kridl? Jedno 
jest pewne, że pomimo ogromu kontrowersji, jak zawsze stał on ponad doraźną polityką 
- choć problemy społeczne i polityczne nigdy nie były mu obojętne! - i piastował po- 
sadę profesora z największym oddaniem i godnością. Jak byli studenci Kridla wspomina- 


4 H. B. Segel, The ColumbIa SlavIc Department, ar What Happened to the Good Old Days, 
The Sarmatian Review 1996 vol. XVI nr 2. 
5 Cz. Miłosz, Abecadło Miłosza. Kraków 1997 s. 156-158. 
6 Cz. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 1991 s. 156. 


25
>>>
ją, pomimo osobistych nieprzyjemności, jakie go spotykały, wykonywał swą pracę rów- 
nież z odwagą i perfekcją. 
Czy jednak wroga atmosfera wokół posady na Columbii w połączeniu z pozostałymi 
trudami życia i pracy na emigracji nie nakłaniały Kridla do powrotu do Polski? W lutym 
1946 r. odpowiadał na podobne pytanie w liście do przyjaciół w Polsce. Niewykluczone, 
że list adresowany był do byłego wileńskiego ucznia Kridla, późniejszego profesora na 
Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Czesława Zgorzelskiego, za którym warto przyto- 
czyć następujące słowa listu: 
Mój Boże, gdyby to było możliwe, spakowałbym zaraz manatki i przyjechał do kraju. 
O tym tylko się marzyło przez tych ciężkich 5 lat - to jedno podtrzymywało na duchu 
i pozwalało znosić wygnanie w tym pięknym, ciekawym, zacnym, ale jakże obcym kraju. 
Teraz, kiedy ta możliwość wydaje się zasadniczo wykonalna, zjawiają się trudności roz- 
maitej natury; są wśród nich takie, których usunięcie nie leży w mojej mocy. W każdym 
razie zapewniam Was i powtórzcie to wszystkim: uważam, że miejsce moje jest w kraju, 
w moim biednym uniwersytecie, wśród moich przyjaciół, kolegów i uczniów- 
-współpracowników, że proszę Boga - wraz z poetą - aby mi zezwolił jeszcze jeść 
chleb z polskiego pola i mieć trumnę z polskiej sosny. Może zezwoli.. .7. 


Cytując te słowa Zgorzelski słusznie pisał o Kridlu jako człowieku dotkniętym rysem 
tragicznym. Wygnanie, obcy kraj i "trudności rozmaitej natury" określały jego egzystencję. 
Dopełniała ją typowa świadomość emigranta, że przynależy się do innego miejsca niż to, 
w którym się jest obecnie. Z nostalgią i poczuciem obowiązku wobec przyjaciół, kolegów 
i opuszczonej ojczyzny wysyłał Kridl do Polski, głównie do Torunia, paczki. Można tylko 
wyobrazić sobie stan jego uczuć rok po napisaniu cytowanych słów, kiedy to udało mu się 
przyjechać do Polski. Był to jednak zaledwie przyjazd z wizytą, a nie powrót na stałe. Nie- 
wykluczone, że wizyta ta była rozczarowaniem, gdyż uświadomiła Kridlowi, iż nie ma dla 
niego miejsca w powojennej komunistycznej Polsce. Wydaje się jednak, że i inne wydarze- 
nia 1947 r. w życiu osobistym Kridla, takie jak zawarcie po śmierci drugiej żony małżeństwa 
z Amerykanką Katherine Weidler, zadecydowały o tym, że zaczął on patrzeć na swoją emi- 
grację nieco przychylniejszym okiem i przestał traktować ją jako stan przejściowy. 
Z pewnością istotna była tu sytuacja całej rodziny. Kridl miał dwoje dzieci z drugiego mał- 
żeństwa. Dorastająca córka Elżbieta i syn Andrzej byli już obywatelami amerykańskimi 
i wyjazd z Ameryki oznaczałby komplikację spraw rodziny. Także w tym okresie, dokładnie 
w 1948 r., otworzyły się przed Kridlem lepsze perspektywy pracy zawodowej w Ameryce 
w związku z otrzymaniem posady na Columbia University. 
Było to stanowisko prestiżowe. Kridl nosił tytuł "the Adam Mickiewicz Professor of 
Polish Studies", co sygnalizowało i wybitność uczonego, i wysoką rangę prowadzonej przez 
niego samodzielnie katedry. Kridl prowadził zajęcia zarówno dla studentów "przeddyplo- 
mowych" , jaki i dla magistrantów i doktorantów specjalizujących się w języku i literaturze 
polskiej. Jeden z jego studentów, dziś sędziwy profesor rusycystyki na Columbii, Robert A. 
Maguire, ostatnio wspominał, że zajęcia Kridla składały się ze znakomicie zorganizowanych 
wykładów, na których nie było raczej miejsca na dyskusje, jako że studenci w opinii Kridla 
nie mieli wystarczająco dużo wiedzy; było za to miejsce na pytania, na które padały zwięzłe 
odpowiedzi 8 . Inny student Kridla, emeritus professor college'u w Pensylwanii Zygmunt 
Wardziński wspominał, również ostatnio, że na wykłady Kridla uczęszczało przeciętnie od 
dwunastu do osiemnastu studentów (co na polonistyce i w ogóle slawistyce w USA jest 


7 Cz. Zgorzelski, Manfred MIdi. Jego dzIeła I osobowość, Przegląd Humanistyczny 1957 nr l s. 72. 
8 R. A. Maguire, Manfred KrIdl, [w:] Between Lvov, New York, and Ulysses' lthaca. Józef 
WIttJIn: poe t, essayIst, novelist, ed. by A. Frajlich. Toruń 2001 s. 203-204. 


26
>>>
całkiem pokaźną liczbą) i że sam wykładowca odczytując wykłady z rękopisu był bardzo 
poważny, metodyczny i formalny. Spoza powagi i formalności - pisał Wardziński - prze- 
bijały się jednak Kridla zainteresowanie przedmiotem wykładu i troska o słuchaczl. Wśród 
prowadzonych regularnie zajęć wyróżniały się szczególnie następujące kursy Kridla: współ- 
czesna słowiańska teoria literatury, wprowadzenie do teorii literatury krajów słowiańskich, 
przegląd historii literatury polskiej, historia literatury i kultury polskiej, polska powieść XIX 
wieku, literatura staropolska, poezja polska XIX i XX wieku i historia nowożytnej myśli 
polskiej. I Maguire, i Wardziński w swoich krótkich artykułach-wspomnieniach również 
komentowali temat ogromnego i trwałego wpływu, jaki wywarło na nich nauczanie Kridla. 
Wiedza, którą przekazywał, przekraczała wąskie granice wykładanych przez niego dyscy- 
plin. I tak, teoria literatury przeobrażała się w komparatywne studia nad literaturą nie tylko 
słowiańską, ale w ogóle europejską, a historia literatury polskiej obejmowała zjawiska sze- 
roko rozumianej kultury Polski rozpatrywanej na tle całej cywilizacji zachodnioeuropejskiej. 
Uczniowie Kridla zapamiętali, że oddany on był wielkiej szkole myślenia znanej pod nazwą 
formalizmu i strukturalizmu, szkole wyrosłej w krajach słowiańskich, a mającej reperkusje 
w całej myśli zachodniej XX wieku. Jako organizator, rzecznik i propagator polskiej szkoły 
formalnej, mającej związki z rosyjskim formalizmem i czeskim strukturalizmem, Kridl był 
jak najbardziej powołany do przekazywania wiedzy o cennym wkładzie tej części słowiań- 
skiej humanistyki w naukę światową. Jego kompetencja w tej sferze była porównywalna do 
jego ekspertyzy w dziedzinie historii literatury polskiej. Obecność Kridla na Columbii przy- 
czyniła się do tego, że uniwersytet ten został uznany w okresie powojennym za uczelnię 
mającą naj silniejszą polonistykę na poziomie studiów podyplomowych w Stanach Zjedno- 
czonych. Opinię tę przypomniał dziś Wardziński. Co więcej - i należy to podkreślić - 
właśnie dzięki szerokim horyzontom badawczym Kridla i dzięki jego programowi nauczania 
obejmującemu nie tylko polonistykę, ale i inne dziedziny humanistyki, jego rola na uniwer- 
sytecie amerykańskim nie ograniczała się do wzmocnienia pojedynczego kierunku czy 
przedmiotu studiów. Była ona o wiele większa i chyba równała się roli takich wybitnych 
humanistów świata słowiańskiego obecnych w Ameryce zaraz po wojnie, jak Roman Jakob- 
son, Rene Wellek czy Dmitrij Czyżewskij. I roli Kridla nie da się pomniejszyć nawet wtedy, 
gdy weźmie się pod uwagę fakt - wskazany przed laty przez wileńskiego ucznia Kridla, 
a od lat 60. profesora slawistyki na University of British Columbia w Vancouver, Zbigniewa 
Folejewskiego - że jego wysiłki propagowania formalizmu w Ameryce nie odniosły duże- 
go skutku i że kierunek ten wraz ze strukturalizmem stał się znany praktycznie bez jego 
udziału z tego powodu, że do Ameryki w tym czasie przybyli też tacy przedstawiciele tych 
kierunków, jak właśnie Jakobson i Wellek, mający duży wpływ na rozwój amerykańskich 
badań literackichlO. Jeśli udział Kridla, którego krótka, bo przerwana śmiercią działalność 
naukowa w Ameryce, był tutaj mniejszy, to i tak nie podważa to jego roli i zasług. 
O wadze zasług Kridla zaświadczają nawet po latach jego uczniowie podkreślający 
we wspomnieniach - wielu z nich znajdujących się w archiwum biblioteki uniwersytec- 
kiej na Columbii - jak wielkie znaczenie dla nich miała wiedza wyniesiona z pobiera- 
nych u niego nauk. Co interesujące, to nie tylko fakt, że przywołują oni przykłady ilu- 
strujące obszary zdobytej wiedzy, jak np. poznanie słowiańskich szkół teoretycznoliterac- 
kich czy polskiej poezji, ale również to, że komentują rozlegle o Kridlu jako osobowości 
o nieprzeciętnych cechach charakteru i człowieku, którego postawa była godna naślado- 
wania. I tak, Kridl jest pamiętany jako człowiek bez politycznych i religijnych uprzedzeń, 


9 Z. Wardziński, Manfred KrIdl, The Polish Review 2000 nr 2 s. 251. 
10 Z. Folejewski, "Formalism" In Polish LIterary ScholarshIp, Slavic Review 1972 nr 3 
s.581-582. 


27
>>>
jako umysł tolerancyjny i otwarty, mimo że krytyczny, i jako obrońca demokratycznych 
wartości. Cechy charakteru i postawy społecznej Kridla są postrzegane jako konsekwen- 
cja jego intelektualizmu i wiedzy. Nikt trafniej nie określił tej integralności postawy 
i umysłu badacza niż jedna z osób znających go najlepiej: Elizabeth Kridl Valkenier, 
córka Kridla, profesor historii sztuki rosyjskiej i resident scholar w The Harriman Insti- 
tute na Columbia University. W prywatnym liście z 4 czerwca 1997 r. do piszącego ni- 
niejsze słowa oznajmiła ona, że 
jedną rzeczą, która zawsze zwracała moją uwagę jako być może mająca związek z nie- 
ortodoksyjnym, nowym spojrzeniem M[anfreda] K[ridla] na badania literackie, były jego 
własne liberalne, postępowe poglądy polityczne. Nie był on nacjonalistą o zawężonym 
myśleniu, a obiektywny, uniwersalistyczny i porównawczy sposób patrzenia na świat był 
częściąjego charakteru 11. 


Obok roli odegranej na uniwersytecie i wpływu wywartego na uczniów o wadze zas- 
ług Kridla świadcząjednak przede wszystkim jego prace naukowe powstałe w Ameryce. 
Dwoma pierwszymi pracami były: szkic Adam Mickiewicz. The National Poet ot Poland. 
1798-1855 opublikowany w tomie zbiorowym Great Men and Women ot Poland wyda- 
nym w Nowym Jorku w 1941 r. i opracowanie wydania Pana Tadeusza w tomie 13 
"Szkolnej Biblioteczki na Wschodzie", który wyszedł w Jerozolimie w 1943 r. 12 . Kolejną 
pracą Kridla była antologia przygotowana we współredakcji z Józefem Wittlinem i Wła- 
dysławem Malinowskim w 1943 r. Nosiła ona tytuł For Your Freedom and Ours: Polish 
Progressive Spirit through the Centuries i była podawana jako przykład właśnie postawy 
politycznej Kridla, który dokonał takiego, a nie innego wyboru tekstów ilustrujących pol- 
ską myśl polityczną i jej demokratyczne tradycje l3 . Antologia ta, która miała na celu po- 
pularyzację Polski w okresie wojny w świecie anglosaskim poprzez zaprezentowanie 
bogatych tradycji polskiej myśli demokratycznej, była - jak się okazało - książką po- 
trzebną. Miała ona nie tylko nowojorskie wydanie, ale i londyńskie, którego nieco zmie- 
niony tytuł brzmiał The Democratic Heritage ot Poland: "For Your Freedom and Ours". 
W Anglii książka ukazała się już w roku 1944, choć niektóre źródła podaj ą, iż było to 
drugie wydanie (pomimo notki "First published in 1944" z tyłu strony tytułowej), gdyż 
pierwsze wyszło równocześnie z nowojorskim. Edycja angielska książki była poprzedzo- 
na wstępem Bertranda Russella l4 . W języku polskim antologia po raz pierwszy wyszła 
w Nowym Jorku w 1945 r. i nosiła tytuł Polska myśl demokratyczna w ciągu wieków 5. 
Prezentowała wybór tekstów nieco obfitszy niż w wersjach amerykańskiej i angielskiej. 
Jak wprowadzenie redaktorów i entuzjastyczne słowo wstępne Russella rekomendujące 


11 "One thing that has always struck me as possibly related to M [anfred] K[ridl]'s unorthodox, 
new look at literary studies was his own liberal, progressive political outlook. He was not a narrow 
nationalist and an objective, universalist and comparative way of looking at things was part of his 
character" . (Tłum. - A.K.) 
12 M. Kridl, Adam MIcldewIcz. The Natlonal Poet of Poland. l 798-l855, [w:] Great Men and 
Women of Poland, ed. by S. P. Mizwa. New York 1941 s. 190-204. Artykuł w tłumaczeniu na angiel- 
ski H. Chybowskiej; A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, czyli ostatnI zajazd na LItwIe, oprac. M. Kridl. 
Jerozolima 1943 (Szkolna Biblioteczka na Wschodzie, t. 13). 
13 For Your Freedom and Ours: Polish ProgressIve SpIrIt through the CenturIes, ed. by 
M. Kridl, ]. Wittlin, W. Malinowski, translation by L. Krzyżanowski. New York 1943. 
14 The Democratlc HerItage of Poland: "For Your Freedom and Ours ", ed. by M. Kridl, 
]. Wittlin, W. Malinowski, translated by L. Krzyżanowski. London 1944. 
15 Polska myśl demokratyczna w cIągu wIeków. AntologIa, ed. by M. Kridl, W. Malinowski, 
]. Wittlin. New York 1945. 


28
>>>
książkę zaświadczają, antologia przygotowana była dla doraźnych celów czasu wojny. Jej 
celem było przedstawienie Anglosasom pozytywnego wizerunku Polski poprzez auten- 
tyczne dokumenty historyczne obejmujące czasy od XV wieku (na przykład, wyjątki 
z Aktu Unii Horodelskiej i Konstytucji Neminem Captivabimus) do okresu drugiej wojny 
światowej (m.in. fragmenty Manifestu do ludów świata uchwalonego przez robotniczy 
ruch podziemny w 1941 r.). Wartość książki, jak i sama idea tego typu antologii, okazały 
się znacznie trwalsze aniżeli potrzeby okresu wojny. Potwierdziły to znajdujące zaintere- 
sowanie dwa współczesne, amerykańskie i polskie, jej wydania opracowane po 38 i 43 
latach 16. 
Inną książką Kridla, która miała więcej niż jedno wydanie, było obszerne opracowa- 
nie historii literatury polskiej pod tytułem Literatura polska na tle rozwoju kultur;P. 
Opublikowana ona była pierwszy raz po polsku w 1945 r. w Nowym Jorku, ale w 1956 
w ramach serii "Columbia Slavic Studies" została opracowana i wydana również w No- 
wym Jorku jej wersja angielska w tłumaczeniu Olgi Scherer-Virski. Jej tytuł brzmiał 
A Survey of Polish Literature and Culture l8 . W roku 1967 miał miejsce jeszcze dodruk tej 
ważnej książki. Angielska edycja nie była - jak podaje Kridl we wstępie - prostym 
przekładem Literatury polskiej na tle rozwoju kultury, ale stanowiła "gruntownie przero- 
bioną i zrewidowaną wersję polskiego oryginału dostosowaną do nowego celu książki 
ijej nowych czytelników". Zmianie uległa objętość, gdyż z powodu braku angielskich 
tłumaczeń wielu utworów polskich autor i tłumacz musieli zrezygnować z podania wielu 
przykładów i cytatów. Jednak angielskie wydanie zostało uzupełnione od strony technicz- 
nej: włączono dane bibliograficzne, przypisy i uwzględniono naj świeższą literaturę 
przedmiotu. Rezultatem było dzieło monumentalne, wielka synteza historii literatury 
polskiej obejmująca materiał od średniowiecza do końca drugiej wojny światowej wraz 
z "tłem rozwoju kultury". Cel książki był ściśle dydaktyczny i właśnie jako podręcznik 
uniwersytecki służył przez wiele dziesięcioleci studentom, ale i badaczom literatury pols- 
kiej, na obczyźnie. W pewnym sensie dopiero po latach zastąpiła go "uaktualniona", bo 
obejmująca czasy powojenne, również wydana po angielsku, The History of Polish Lite- 
rature Miłoszal 9 . Ale podręcznik Kridla, mimo że coraz bardziej trudno dostępny, może 
dalej służyć obcokrajowcom jako znakomite źródło informacji o polskiej literaturze, kul- 
turze i historii. 
We wstępie do A Survey of Polish Literature and Culture interesujące wydaje się wyja- 
śnienie Kridla o tym, dlaczego podręcznik zawiera owo tło kulturowe przy prezentacji lite- 
ratury i zjawisk literackich. W przypadku innego badacza może wyjaśnienie takie byłoby 
zbyteczne, ale nie w przypadku Kridla, który przecież od połowy lat 30. prowadził kampanię 
o reformę nauki o literaturze polegającą na uściśleniu jej przedmiotu badań i wyeliminowa- 
niu z pola jej zainteresowań zjawisk pozaliterackich, właśnie tła kulturowego. 
W wyjaśnieniu Kridl podaje, że skoro jego książka jest przeznaczona dla studentów, których 
program studiów obejmuje literaturę, historię i kulturę, i że skoro historycy literatury zainte- 
resowani są problemami kultury, to włączenie przynajmniej ogólnych informacji o kulturze 
wydało się konieczne. Ale - dopowiada Kridl stanowczo - 


16 For Your Freedom and Ours: PoHsh ProgressIve SplrIt from the l4th Century to the Pre- 
sent, ed. by K. M. Olszer. [2 nd , enl. ed.] New York 1981; Polska myśl demokratyczna w clągu wIe- 
ków. AntologIa, red. M. Kridl, W. Malinowski, ]. Wittlin. Warszawa 1986. 
17 M. Kridl, LIteratura polska na tle rozwoju kultury. New York 1945. 
18 M. Kridl, A Survey of PoHsh LIterature and Culture. New York 1956. 
19 Cz. Miłosz, The HIstory of PoHsh LIterature. New York 1969. 


29
>>>
zostało to zrobione z powodów czysto dydaktycznych, mimo że nie w zgodzie z postawą 
teoretyczną autora wobec autonomicznego charakteru literatury i jej rozwoju według spe- 
cyficznych dla niej i w dużym stopniu niezależnych "praw". To jest też powodem, dlacze- 
go termin "literatura" został dla celów tej książki użyty w szerszym sensie obejmując nie 
tylko poetów, powieściopisarzy i dramaturgów, ale również pisarzy piszących o polityce, 
sprawach społecznych i moralnych, oraz historyków i krytyków literatury. 
Jednak dzieła literackie w ścisłym tego słowa znaczeniu zostały potraktowane w prze- 
ważającej mierze z punktu widzenia literackiego, a wybór pisarzy został dokonany w oparciu 
o ich artystyczne osiągnięcia i doniosłość. Literatura też stanowi znaczną większość książki, 
podczas gdy tło historyczne i kulturowe zostało potraktowane mniej gruntownie 20 . 


Cytowane słowa wyrażają prawdziwy niepokój naukowca i teoretyka literatury dbają- 
cego o to, by jego intencje zostały dobrze zrozumiane. Słowa te ilustrują, jak nieustannie 
ważne dla Kridla były sprawy metodologii badań literackich, a wśród nich podejście 
"autonomiczne", "ściśle literackie", formalistyczne do literatury. To podejście autora 
sprawiło, że A Survey ot Polish Literature and Culture to podręcznik uniwersytecki 
o wielkiej wartości naukowej. 
Inną pracą Kridla, która dotykała problemów metodologii i podejścia formalistyczne- 
go do literatury, był artykuł Russian Formalism opublikowany w 1944 r. w nowojorskim 
kwartalniku naukowym "The American Bookman"21. Informował on czytelnika amery- 
kańskiego o rosyjskiej szkole formalnej, tłumaczył główne postulaty formalizmu jako 
nowej nauki o literaturze, przedstawiał obszary zainteresowań poszczególnych reprezen- 
tantów szkoły, szkicował jej powstanie i rozwój historyczny, umieszczał badania formali- 
styczne literatury na tle innych, podobnych tendencji w europejskiej teorii literatury, oce- 
niał wreszcie znaczenie formalizmu. Tym artykułem Kridl zamierzał kontynuować propa- 
gowanie metody formalnej, które zainicjował przed wojną w Polsce wraz ze swoimi stu- 
dentami z Wilna i z grupą młodych naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Ale 
artykuł opublikowany w "The American Bookman" zaledwie ogólnie sygnalizował istnie- 
nie nowego kierunku badań literackich, który wielu czytelnikom amerykańskim musiał 
zaledwie przypominać wiele tez im już znanych z działalności ich własnej Nowej Krytyki. 
Dlatego ważniejsza wydała się następna publikacja Kridla poświęcona badaniom formal- 
nym literatury. Był nią artykuł pL The Integral Method ot Literary Scholarship: Theses 
tor Discussion opublikowany w 1951 r. w piśmie "Comparative Literature"22. Prezento- 
wał on szczegółowo Kridla własną propozycję badań literackich ukierunkowanych na 
dzieło literackie, propozycję nazwaną przez niego "metodą integralną", która zasadniczo 
pokrywała się z postulatami szkoły formalnej, choć w pewnych punktach próbowała ją 
przekraczać. Artykuł był oparty na przedwojennej książce Kridla Wstęp do badań nad 


20 "This was done for purely didactic reasons, although not in accordance with the author's 
theoretical attitude concerning the autonomous character of literature and its development accor- 
ding to its own specific and to a large extent independent laws». This is also the reason why the 
term «literature» has been conceived, for the purpose of this book, in the broader sense, including 
not only poets, novelists, and dramatists, but also political, social, and moral writers, as well as 
historians and literary critics. 
However, literary works in the strict sense are treated mostly from the literary point of view, 
and the choice of authors is based on their artistic significance and achievements. Literature, too, 
constitutes the bulk of the book, while historical and cultural developments are treated less tho- 
roughly". M. Kridl, A Survey..., s. V. (Tłum. - A.K.) 
21 M. Kridl, RussIan Formalism, The American Bookman 1944 nr l s. 19-30. 
22 M. Kridl, The Integral Method of Literary ScholarshIp: Theses for DIscussIon, Comparative 
Literature 1951 nr l s. 18-31. 


30
>>>
dziełem literackim (Wilno 1936) i zanim został wydrukowany w "Comparative Literatu- 
re" posłużył Kridlowi - jak informuje przypis - za treść wykładu wygłoszonego w The 
English Institute we wrześniu 1948 r. Podczas gdy postulaty umieszczone w przedwojen- 
nej książce nie uległy zmianie w artykule, to jednak były tu przedstawione w o wiele 
lepiej dopracowanej postaci. W angielskiej wersji językowej były po prostu sformułowa- 
ne bardziej zwięźle i przez to brzmiały bardziej przekonująco, pomimo stonowania wielu 
pierwotnych tez. Wyrażając przekonanie, że istnieje metoda badań literatury ściśle lite- 
racka, Kridl przyznawał, że nie jest ona skończonym systemem i dlatego w podtytule 
artykułu zaznaczył, iż prezentowane "tezy" należy traktować jako materiał do dyskusji. 
Artykuł był ważną publikacją w działalności Kridla w Ameryce. Pokazywał, że badacz 
nie tylko nie odszedł od podstawowej dla niego problematyki naukowej, o którą toczył 
boje w latach 30. w Polsce, ale że podjął niełatwy trud propagowania tejże problematyki 
na obcym gruncie. 
Kridl, twórca metody integralnej i propagator formalizmu, mający na uwadze problemy 
ściśle literackie, jednak miał w zwyczaju wychodzić poza swoją dyscyplinę. Pokazuje to 
wskazana wyżej, wykraczająca poza literaturę, antologia For Your Freedom and Ours, jak 
i omawiający polsko-rosyjskie stosunki polityczne artykuł Poland and Russia in the Past 
and in the Future opublikowany w 1945 r. w czasopiśmie politologicznym ,,Journal of Cen- 
tral European Affairs,,23. Widoczne jest, że Kridl dosyć często włączał w zakres swoich 
zainteresowań Rosję. Takie komparatywne podejście przynosiło pożytek poloniście pracują- 
cemu w Ameryce, gdyż jego głos stawał się lepiej słyszalny wśród czytelników amerykań- 
skich, którzy sprawami polskimi czy kulturą polską raczej się nie interesowali. W przypadku 
Kridla włączanie Rosji w krąg swoich zainteresowań przychodziło chyba też naturalnie, jako 
że od dawna bliskie mu były osiągnięcia rosyjskiej nauki o literaturze, zwłaszcza w zakresie 
metodologii badań literackich. Problemom literatury polskiej i rosyjskiej poświęcił Kridl 
swój następny szkic naukowy zatytułowany The First Polish Translation ot the "Slovo ..24. 
Traktował on o pierwszym przekładzie na język polski arcydzieła literatury staroruskiej 
Słowo o wyprawie Igora. Szkic zawiera dużo informacji o autorze przekładu Cyprianie 
Godebskim i opisuje format przekładu będącego krytycznym wyborem najważniejszych 
ustępów rosyjskiego oryginału i stanowiącego miejscami podsumowanie jego treści. Głów- 
nym celem Kridla w tym szkicu było zaprezentowanie artyzmu i literackości polskiego prze- 
kładu. Kridl uczynił to porównując fragmenty obydwu tekstów i formalistycznie, słowo po 
słowie, je analizując. Szkic zamyka uwaga o znaczeniu przekładu Godebskiego dla recepcji 
rosyjskiego utworu w Polsce. 
W czasie działalności naukowej w Ameryce Kridl nie zapominał, że jest również mickie- 
wiczologiem. W 1948 r. w piśmie nowojorskim "The American Slavic and East European 
Review" opublikował obszerny artykuł pt. Adam Mickiewicz (J 798-l855j5. Ogłoszony w 150. 
rocznicę urodzin poety artykuł przede wszystkim informował czytelnika o "charakterze Mic- 
kiewiczowskiego świata poetyckiego". Kridl wskazywał zatem na obecne w tym świecie ele- 
menty filozofii romantycznej, folkloru, fantastyki, autobiografii, religii, patriotyzmu, liryzmu 
i epiki. Co interesujące, to fakt, że opisując poezję Mickiewicza Kridl posłużył się w dużym 
stopniu narzędziami metody formalistycznej: wskazywał literackie chwyty, mówił o strukturze 


23 M. Kridl, Poland and RussIa In the Past and In the Future, Journal of Central European 
Affairs 1945 vol. 5 nr 2 s. 144-164. 
24 M. Kridl, The Pirst Polish TranslatIon of the "Slovo ", Russian Epic Studies 1947 vol. 42 
s.I71-178. 
25 M. Kridl, Adam MIckIewIcz (1798-l855), The American Slavic and East European Review 
1948 vol. 7 nr 4 s. 340-360. 


31
>>>
i konstrukcji utworów, analizował język. Rezultatem był cenny szkic naukowy zawierający 
odkrywcze spostrzeżenia o istocie sztuki poetyckiej Mickiewicza. 
W roku 1951 Kridl opublikował swój szkic ponownie w zredagowanej przez siebie 
księdze Adam Mickiewicz. Poet ot Poland. A Symposium upamiętniającej 150. rocznicę 
urodzin Mickiewiczi 6 . Książka, w której przygotowaniu uczestniczyli również Miłosz 
i Wittlin, i która według informacji Miłosza subsydiowana była przez Ambasadę Polską 
w Waszyngtonie, prezentowała amerykańskim czytelnikom - czytamy w przedmowie 
Kridla - "powszechne znaczenie dzieła polskiego poety" i "jego wkład do kultury świa- 
towej". Książka była zbiorem opinii osób współczesnych Mickiewiczowi oraz prac bada- 
czy-slawistów XX wieku z Polski i innych krajów. Spośród badaczy-slawistów w książce 
znalazły się prace między innymi Wacława Borowego, Czesława Miłosza, józefa Wittli- 
na, Czesława Zgorzelskiego, Mariana jakóbca, Ludwika Krzyżanowskiego, George'a 
Noyesa, Karela Krejci i Enrico Damianiego. W tomie Kridl umieścił również jeszcze jeden 
własny szkic, tym razem krótki, zatytułowany Mickiewicz on America and the American 
Pata to. Wiersz może szczególnie zainteresować amerykańskich czytelników - napisał 
Kridl na samym początku szkicu, a w dalszej jego części w zwięzłej, ale odsłaniającej 
wszystkie niuanse znaczeń wiersza analizie zaprezentował utwór, w którym "Ameryka 
i kartofel zostały uhonorowane przez młodego Mickiewicza". Książka Adam Mickiewicz. 
Poet ot Poland doczekała się po osiemnastu latach przedruku. W 1969 r. przedrukowało ją 
i wydało wydawnictwo Greenwood Press. 
W okresie amerykańskim Kridl publikował swoje prace naukowe także poza Amery- 
ką. Obok wcześniej wskazanych dwu prac wydanych w jerozolimie i Londynie, w roku 
1956 opublikował recenzję i artykuł w Wiesbaden, a w 1957 szkic wspomnieniowy 
w Warszawie. W wiesbadeńskim kwartalniku "Die Welt der Slaven", obok recenzji książ- 
ki Wiktora Weintrauba The Poetry ot Adam Mickiewicz, Kridl ogłosił artykuł Um einen 
richtigen Zugang zum Leben und Werke Adam Mickiewicł 7 , a w wychodzącym wówczas 
w Warszawie "Pamiętniku Literackim", po okresie "utrącania druku jego prac w Polsce" 
(Mayenowa), opublikował głośny szkic Boje I11lna i Warszawy o nową naukę o literatu- 
rze 28 . Szkic ten zasługuje na szczególną uwagę. "Został napisany - jak czytamy w przy- 
pisie od redakcji - w czerwcu 1947 do zaprojektowanej wówczas księgi poświęconej 
Franciszkowi Siedleckiemu". Sama data powstania tekstu i czas jego publikacji dziesięć 
lat później wskazują na zawiłe losy i jego, i księgi, która się nigdy nie ukazała, oraz do- 
brze dokumentują dzieje prac Kridla w Polsce okresu stalinowskiego. Szkic Kridla opi- 
sywał działalność naukową grupy formalistycznie nastawionych badaczy i krytyków, 
w wielu przypadkach uczniów Kridla, którzy przed wojną "torowali nowe drogi wiedzy 
o literaturze". Artykuł znakomicie dokumentował okoliczności powstania i działalność 
w latach 30. polskiej szkoły formalnej, do której istnienia przyczynił się i której patrono- 
wał Kridl. Podobnie do innych "amerykańskich" prac Kridla na temat formalizmu, artykuł 
Boje I11lna i Warszauy jeszcze raz demonstrował, jak ogromne znaczenie dla badacza 
miała problematyka reformy badań literackich i nowych, ergocentrycznych kierunków 
w nauce o literaturze, zwłaszcza formalizmu. Ze szczególną pasją wspominał aktywność 
naukową zarówno własną, jak i formalistów polskich: m.in. Kazimierza Wóycickiego, 
Franciszka Siedleckiego, jerzego Putramenta, Marię Rzeuską, Kazimierza Budzyka 


26 Adam MIcldewlcz: Poet of Poland. A SymposIum, ed. by M. Kridl. New York 1951. 
27 M. Kridl, Um eInen rIchtlgen Zugang zum Leben und Werke Adam MIcldewIcz, Die Welt 
der Slaven 1956 z. 1 s. 50-62. Tu również recenzja książki Weintrauba, s. 87-92. 
28 M. Kridl, Boje WJlna I Warszawy o nową naukę o Hteraturze, Pamiętnik Literacki 1957 z. 2 
s. 297-307. 


32
>>>
i Dawida Hopensztanda. Kridl dawał wyraz przekonaniu, że pomimo strat, które przynio- 
sła wojna, wysiłki polskich adeptów formalizmu nie poszły na marne i że ich osiągnięcia 
są wciąż żywe. Pisząc zza oceanu przemawiał dalej głosem mistrza i przewodnika grupy 
i świadom zagrożeń istniejących w powojennej Polsce wydawał się tym głośniej wzywać 
swych uczniów i współpracowników do dalszej pracy. ,,jedno, co wiemy i o czym może- 
my zapewnić - kończył Kridl w imieniu grupy - że w pracy tej nie ustaniemy, będzie- 
my ją prowadzić dalej w miarę sił i środków". 
Taki był plan Kridla w 1947 r. Można uznać, że w pracy tej nie ustał, kontynuował bo- 
wiem swoje zainteresowania formalizmem, mimo tego, że musiał poświęcać się innym 
sprawom, jak na przykład działalności popularyzatorskiej. Książka opublikowana w 1957 r. 
pod tytułem An Anthology ot Polish Literature była właśnie kolejnym dziełem Kridla popu- 
laryzującym literaturę polsk ą 29. Jak informuje on w słowie wstępnym, książka była pierw- 
szym w Ameryce tego typu obszernym, bo liczącym 625 stron, zbiorem dzieł literatury 
polskiej w języku polskim z komentarzami, wyjaśnieniami i biografiami pisarzy po angiel- 
sku. Miała ona ułatwić studentom anglojęzycznym studia nad literaturą polską i rozbudzić 
w nich dalsze nią zainteresowanie. Obejmując najważniejsze utwory literatury polskiej (lub 
ich najbardziej reprezentatywne fragmenty) od Bogurodzicy do Miłosza, antologia była 
i wciąż jest cenną pomocą dydaktyczną i naukową dla polonisty w Ameryce. Ze wspomnie- 
nia Maguire'a wiemy, że jako taka służyła samemu Kridlowi, gdy opierając się na tekstach 
z antologii zorganizował on jeden z ostatnich swoich wykładów na Columbii. W roku 1964 
ukazało się jej drugie wydanie. 
Antologia literatury polskiej była ostatnią pracą opublikowaną za życia autora. Kilka 
innych prac wydanych zostało pośmiertnie, inne pozostały w archiwum w maszynopisach. 
Wiadome jest, że tuż przed śmiercią Kridl przygotowywał kilka prac, z których dwie 
ukazały się pośmiertnie w roku 1958. Pierwszą z nich była książka poświęcona poezji 
lirycznej Juliusza Słowackiego. Gdyby nie jej zawiłe dzieje wydawnicze, z pewnością 
zostałaby wydana za życia autora. Jak wspomina Mayenowa, Kridl przygotowywał wstęp 
do wyboru liryk Słowackiego dla serii "Biblioteka Narodowa", ale został on przez wy- 
dawnictwo odrzucony. W formie siedemdziesięciostronicowej książki w języku angiel- 
skim wydało go natomiast wydawnictwo holenderskie Mouton. Praca The Lyric Poems ot 
lulius Slowacki wyszła więc najpierw po angielsku, a dopiero rok później po polsku, 
kiedy to wydał ją Katolicki Uniwersytet Lubelski w swoich "Rocznikach Humanistycz- 
nych"30. Podobnie do prac Kridla w języku angielskim o Mickiewiczu, tekst o Słowackim 
informował czytelnika obcego o wielkim polskim poecie romantycznym, w tym przypad- 
ku poecie zupełnie przez tego czytelnika nieznanym. Ale ta praca Kridla miała jeszcze 
inną wartość, a mianowicie tę, że była innowacyjną analizą języka poetyckiego autora 
W Szwajcarii. Owa innowacyjność polegała na zastosowaniu bliskich Kridlowi narzędzi 
formalistycznych, które w wielu miejscach analizy pozwoliły mu uchwycić to, co esen- 
cjonalne w poezji Słowackiego. 
Drugą pracą Kridla opublikowaną z materiałów pośmiertnych był przysłany do kraju 
przez rodzinę długi i nieskończony szkic Sprawa realizmu w powieś ci 1. Wydrukowany 
przez "Pamiętnik Literacki" szkic nie stanowił spójnej całości, ale był przedrukiem notatek 
autora prowadzonych po polsku i angielsku na temat realizmu. Redakcja pisma poinformo- 
wała w krótkiej notce poprzedzającej tekst, że Kridl "nie zdążył tematu opracować", że do 


29 An Anthology of Polish LIterature, ed. by M. Kridl. New York 1957. 
30 M. Kridl, The Lyrlc Poems of Jul1us Slowackl. 's-Gravenhage 1958; Jul1usza SłowackIego 
lirykI, Roczniki Humanistyczne 1959 t. 7 nr l s. 5-82. 
31 M. Kridl, Sprawa real1zmu w powieścl, Pamiętnik Literacki 1958 z. 1 s. 157-176. 


33
>>>
redakcji "doszły tylko luźne kartki, mówiące o rozmiarach i charakterze zamierzenia, o war- 
sztacie uczonego ijego wątpliwościach" i że "powaga warsztatu Manfreda Kridla, szacunek 
dla jego pamięci, ważność wreszcie tematu każą nam podać polskiemu czytelnikowi treść 
pozostawionych przez zmarłego notatek". Pomimo ich fragmentaryczności czytelnik może 
częściowo odtworzyć sobie treść i rozmiar dzieła, nad którym Kridl pracował przed śmiercią 
i które stanowi zamknięcie drogi twórczej wielkiego badacza. Dzieło miało być teorią 
i historią powieści realistycznej. Miało być analizą struktur i kompozycji tego gatunku lite- 
rackiego, miało zajmować się elementami fabuły, tematyki i stylu powieści realistycznej, 
miało wreszcie obejmować utwory i autorów różnych epok (Diderot, Sterne, Balzac, Stend- 
hal). Najbardziej interesujące wydaje się to, że planowane dzieło miało być pracą wykorzy- 
stującą narzędzia szkoły formalnej. Wydrukowane notatki odsłoniły bowiem nie tylko plan 
i temat pracy, ale przede wszystkim formalistyczny warsztat Kridla. Potwierdziły konse- 
kwentność j ego postawy badawczej. 
Sprawa realizmu w powieści nie jest jedyną pracą spośród materiałów pośmiertnych 
Kridla. Pozostałe prace, w formie bardziej czy mniej skończonej i nigdy nie wydane, 
znajdują się w archiwum na Columbii. Archiwum o nazwie "Bakhmeteff Archive of Rus- 
sian and East European History and Culture" mieści się w dziale książek rzadkich 
i manuskryptów Biblioteki Butler Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Gromadzi 
ono materiały dotyczące społeczności emigrantów z Rosji i Europy Wschodniej, jak rów- 
nież materiały dokumentujące amerykański punkt widzenia tego regionu. Archiwum mie- 
ści ponad milion pozycji w 900. zbiorach. Wśród nich znajduje się "dosyć dobrze skata- 
logowana" (Valkenier) kolekcja "Manfred Kridl Papers", dar córki badacza ofiarowany 
bibliotece w 1979 r. W opisie zbioru można przeczytać, że materiały pochodzą z lat ok. 
1925-1974, że jest ich około 5 tys. i że znajdują się w 30. pudełkach. Dalszy opis zawiera 
krótką notę biograficzną o Kridlu i następującą informację: 
Materiały te, dotyczące głównie jego [Kridla] lat w Stanach Zjednoczonych, składają 
się z korespondencji, rękopisów, dokumentów, fotografii i drukowanych materiałów. 
Wśród korespondentów są Oskar Halecki, Roman Jakobson, Hans Kohn, Czesław Miłosz, 
Leszek Serafinowicz (Jan Lechoń), Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin i Florian Zna- 
niecki. Jest po jednym lub dwu listach od Vladimira Nabokova, Harlowa Shapleya i An- 
toniego Słonimskiego. Rękopisy obejmują wykłady i artykuły Kridla. Są również doku- 
menty osobiste i rodzinne. Znajduje się około 100 fotografii z Warszawy okresu powsta- 
nia 1944 roku i okresu zaraz po drugiej wojnie światowej. Materiały drukowane obejmują 
kopie książek Kridla 32 . 
W opisie tym wymienione zostały nazwiska zaledwie garstki osób, z którymi Kridl 
korespondował. Warto zatem podać, choćby i selektywnie, więcej nazwisk koresponden- 
tów dla unaocznienia, z kim między innymi badacz utrzymywał kontakty. W pudełkach 
numerowanych od l do 5 wśród skatalogowanej alfabetycznie korespondencji pojawiają 
się m.in. następujące nazwiska: Kazimierz Budzyk, Tadeusz Czeżowski, Albert Einstein, 
Konrad Górski, Juliusz Kleiner, Julian Krzyżanowski, Wacław Lednicki, Claude Levi- 


32 "These papers, which concern mostly his years in the United States, consist of correspon- 
dence, manuscripts, documents, photographs, and printed materials. Among the correspondents are 
Oskar Halecki, Roman Jakobson, Hans Kohn, Czesław Miłosz, Leszek Serafinowicz (Jan Lechoń), 
Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin, and Florian Znaniecki; there are one or two items each from 
Vladimir Nabokov, Harlow Shapley, and Antoni Słonimski. The manuscripts include lectures and 
articles by Kridl; there are also personal and family documents. There are about 100 photographs 
from Warsaw during the 1944 uprising and immediately after World War II. Printed materials 
include copies of books by Kridl". 


34
>>>
Strauss, Alfred Tarski, Julian Tuwim, Wiktor Weintraub, Rene Wellek, Wiktor Erlich, 
Zbigniew Folejewski, Aleksander Hertz, Renata Mayenowa, Maria Rzeuska, Irena Sła- 
wińska, Czesław Zgorzelski. Obok nazwisk ludzi nauki i literatury, a wśród nich - jak 
widać - wielu uczniów wileńskich Kridla, na listach i dokumentach związanych z kore- 
spondencją pojawiają się również nazwy różnych instytucji i organizacji, z którymi Kridl 
wymieniał listy. Wśród korespondentów są zatem redakcje czasopism, wydawnictwa, 
amerykański Departament Stanu, Ambasada Polska, Uniwersytet Łódzki, Uniwersytet 
Toruński, Fundacja Forda, Zakład Narodowy im. Ossolińskich i Katolicki Komitet do 
Spraw Uchodźców. 
Pudełka o numerach 6, 7 i 8 zawierają rękopisy wykładów i notatki do zajęć uniwersy- 
teckich z okresu pracy na uniwersytecie w Brukseli, Wilnie, w Smith College i na Columbii. 
Więcej rękopisów mieszczą pudełka z numeracją od 9 do 15. Obok list publikacji i kopii 
życiorysu badacza jest tu kopia jego wykładu o Mickiewiczu wygłoszonego dla Organizacji 
Narodów Zjednoczonych w 1955 r. z okazji setnej rocznicy śmierci poety; są też maszynopi- 
sy i rękopisy innych wykładów, szkiców, notatek, bibliografii. Wśród nich znajdują się ma- 
szynopisyopublikowanych prac, takich jak Anthology ot Polish Literature, The First Polish 
Translation ot the "Slovo ", Russian Formalism czy The Lyric Poems ot lulius Slowacki. 
Spośród mniej znanych -lecz jakże ważnych, bo informujących obcego czytelnika o kultu- 
rze polskiej - publikacji Kridla umieszczono tu też maszynopisy haseł do encyklopedii 
i słowników: m.in. hasła Polish Literature do Collier's Encyclopedia i The Encyclopedia 
Americani 3 . To, co w omawianej kolekcji najbardziej interesujące dla krytyka badającego 
dorobek Kridla, to manuskrypty i maszynopisy prac nigdy nie opublikowanych. Według 
opisu kolekcji ich liczba jest znaczna, choć trudno jest potwierdzić, które z drobniejszych 
szkiców były opublikowane, a które nie. Większość, zwłaszcza z wcześniejszych lat działal- 
ności naukowej Kridla, doczekała druku. W kolekcji są takie tytuły, jak np.: Alexandre Fre- 
dro, Introduction El la theorie du roman, Lyric Poetry and Its Genres, Narodziny nowego 
świata, O pierwszej sowieckiej okupacji mIna, O polskości mIna, O lzw. polityce reali- 
stycznej, Poland's Fight tor Democracy, Polish Post-VTar Literature, The Position ot Po- 
land, Present Ideological Trends in Poland, Psychologia Sowietystów, melki szyderca 
i inne. Bardzo duża część tych drobnych artykułów, szkiców czy recenzji, niejednokrotnie 
o tematyce wykraczającej poza naukę o literaturze, była - jak można się domyślać - opu- 
blikowana w różnych nieliterackich czasopismach, co umknęło uwadze bibliografów i nig- 
dzie nie zostało odnotowane. 
Znajdujące się w kolekcji maszynopisy nigdy nie opublikowanych prac Kridla zawie- 
rają szczególnie ważne dwa teksty, nad którymi badacz pracował w okresie amerykańskim 
w ostatnich latach życia. Są nimi artykuł "What is Theory of Literature?" i obszerna pra- 
ca, naj prawdopodobniej fragment planowanej książki pt. "The Short Stories of Erskine 
Caldwell"34. W tekście obydwu prac napisanych na maszynie widnieją naniesione ręką 
autora poprawki. Widać, że dużo pracy włożył on w korektę tekstów już w niektórych 
partiach gotowych do druku. "What is Theory of Literature?" jest siedmiostronicowym, 
gęsto zapisanym, tj. bez przerw między liniami, maszynowym tekstem, u którego spodu 
widnieje ręczny podpis autora. W artykule zostaje podjęta próba odpowiedzi na pytanie 
postawione w tytule, jak również pytanie, czy w ogóle teoria literatury jest możliwa. 


33 M. Kridl, Polish LIterature, [w:] Coll1er's EncyclopedIa. New York 1965 vol. 19 s. 211- 
214; Polish LIterature, [w:] The EncyclopedIa AmerIcana. New York 1968 vol. 22 s. 306-308. 
34 M. Kridl, "What is Theory of Literature?" (maszynopis, 7 s., w Bakhmeteff Archive of Rus- 
sian and East European History and Culture, Butler Library, Columbia University, Nowy Jork); 
M. Kridl, "The Short Stories ofErskine Caldwell" (maszynopis, 61 s., w Bakhmeteff Archive). 


35
>>>
A zatem jak we wcześniejszych pracach, takich jak książka z 1923 r. Krytyka i krytycy 
czy budzący swego czasu kontrowersje Wstęp do badań nad dziełem literackim, Kridl 
nawet po latach i to w zmienionych warunkach pracy na obczyźnie nie odszedł od nurtu- 
jących go podstawowych problemów nauki o literaturze. W artykule pobrzmiewają oczy- 
wiście echa jego wcześniejszych przemyśleń i formalistyczne rozumienie teorii literatury 
stoi u podstaw przedstawianych tu argumentów. Formułując je autor dowodzi, jak istotne 
dla badań literackich jest istnienie właściwie rozumianej teorii literatury. Możemy prze- 
czytać na przykład takie stwierdzenia: ,,jeśli wiedza o literaturze chce naprawdę być 
wiedzą opartą na podstawach naukowych, musi uprawiać teorię literatury", teoria literatu- 
ry "musi być integralną częścią wszelkiej wiedzy i badań o literaturze, ich podstawą 
i weryfikacją" i badacz literatury "wie, iż jego zadaniem jest najpierw przede wszystkim 
opisać i wyjaśnić dzieła literackie, ustalić ich miejsce pośród innych dzieł i w ewolucji 
poszczególnego gatunku, oraz powstrzymać się od wyrażenia moralnych i estetycznych 
sądów". Stwierdzenia Kridla zawierają prawdy warte dziś przypomnienia. 
Druga, dużo obszerniejsza praca w maszynopisie, "Short Stories of Erskine Cald- 
well" jest również rozprawą teoretycznoliteracką, choć jest też czymś więcej. Skupia się 
bowiem na analizie dzieła pisarza amerykańskiego Erskine' a Caldwella i bada artyzm 
tego dzieła. Kridl określa cel analizy następująco: 
Celem naszym jest jak najbardziej obiektywny i dokładny opis jego [Caldwella] 
dzieła i wyczerpująca analiza najważniejszych chwytów artys1Ycznych, za pomocą któ- 
rych świat przedstawiony jego dzieł zostaje powołany do życia 3 . 


Określając w ten sposób cel Kridl wyraźnie sugeruje, że jego analiza będzie zorien- 
towana formalistycznie. I tak jest w istocie. Porusza on bowiem wiele znanych proble- 
mów analizy utworu literackiego, które zawsze stały w centrum zainteresowania szkoły 
formalnej. Takimi problemami są: brak związku dzieła literackiego z konkretną rzeczywi- 
stością pozaliteracką, niemożność utożsamienia autora z jego dziełem i fikcyjność litera- 
tury. Wszystkie te problemy są istotne - podkreśla Kridl - przy analizie dzieła Cald- 
wella, który pisał utwory fikcji literackiej i jednocześnie uprawiał pisarstwo dziennikar- 
skie, oraz którego utwory krytykowano za to, że świat przedstawiony w nich nie jest 
"prawdziwy". Kridl jednak przede wszystkim analizuje rozmaite elementy i chwyty tech- 
niki pisarskiej Caldwella, co pozwala mu nie tylko dokonać klasyfikacji wszystkich anali- 
zowanych opowiadań i uchwycić to, co esencjonalne w ich strukturze, ale również odsło- 
nić "podstawowe cechy imaginacji twórczej" amerykańskiego pisarza. 
"Short Stories of Erskine Caldwell" jest pracą nie skończoną - nagle jej tekst w środku 
rozważań o przestrzeni i czasie w utworach Caldwella urywa się. Z zamieszczonego na 
początku pracy planu czy spisu treści można odczytać, jakie inne rozdziały Kridl planował 
do pracy dodać. Można też zauważyć, że maszynopis stanowi zaledwie połowę zamierzane- 
go projektu - z siedemnastu rozdziałów podanych w planie maszynopis zawiera tekst tylko 
dziewięciu. Pracę o Caldwellu trzeba uznać za ostatnie lub jedno z ostatnich dzieł, nad któ- 
rymi Kridl pracował w ostatnich miesiącach przed śmiercią, która nadeszła 4 lutego 1957 r. 
Dorobek naukowy - jakże pokaźny! - który Kridl zostawił pracując na emigracji 
w Ameryce, pokazuje, że "wygnanie w tym pięknym, ale jakże obcym kraju" znosił ba- 
dacz pracowicie i twórczo. I należy ten etap jego pracy uznać za równie ważny jak etapy 
poprzednie. Był on jednak odmienny z tego powodu, że z jednej strony Kridl pracując na 


35 "Our aim is as objective and accurate a description of his work as possible, and an exhau- 
stive analysis of the most important artistic devices by means of which the world revealed in his 
works comes alive". M. Kridl, "The Short Stories of Erskine Caldwell", s. 3c. (Tłum. - A.K.) 


36
>>>
obczyźnie musiał uprawiać działalność naukową i dydaktyczną zorientowaną na inne 
problemy i inne cele niż praca w kraju. Z drugiej strony konsekwentnie realizował swój 
program badań naukowych, zwłaszcza w zakresie teorii literatury, zapoczątkowanych 
przed wojną w Polsce. 
"Po śmierci profesora skończyła się katedra" - napisał Miłosz we wspomnieniu 
o Kridlu i losach katedry na Columbii. Jednak dziedzictwo profesora trwało i trwa. 
Wprawdzie katedry nigdy nie reaktywowano, ale próby utrzymania polonistyki na Co- 
lumbii były i są podejmowane. Dziś polonistyka na Columbii jest - zapewnia wykłada- 
jąca tam literaturę polską profesor i poetka Anna Frajlich. To jednak wiedza przekazana 
uczniom, a przede wszystkim prace naukowe Kridla decydują o trwałym dziedzictwie 
pozostawionym przez niego po okresie działalności naukowej tak w Polsce, jak i w Ame- 
ryce. Wznowione lub wydane pośmiertnie niektóre spośród jego prac są tego niezbitym 
dowodem 36 . 


36 Obok wyżej wskazanych dzieł, takich jak Polska myśl demokratyczna w clągu wIeków, For 
Your Freedom and Ours czy Sprawa reaJjzmu w powieścl, należy wskazać choćby artykuł W spra- 
wIe WyspIańskIego w antologii: Polska krytyka Jjteracka 19l9-l939, red. ]. Z. Jakubowski (War- 
szawa 1966) czy książkę Wstęp do badań nad dzIełem literackIm (Wiirzburg 1978). Oddzielną ka- 
tegorię stanowiłyby tu, należące do bibliografii przedmiotowej, niezliczone publikacje innych 
autorów omawiające działalność naukową Kridla. 


37
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


ET IN ARCADIA EGO. 
OBRAZ I SŁOWO 
W NAJNOWSZEj POEZJI 
ANDRZEJA BUSZY 


Beata TARNOWSKA (Olsztyn) 


W najnowszej poezji Andrzeja B uszy, powstałej oryginalnie w języku angielskim 
i przyswojonej polszczyźnie przez Bogdana Czaykowskiego 1 , odniesienia do innych sztuk 
- pośród których szczególnie uprzywilejowaną pozycję zajmuje malarstwo - są waż- 
nym chwytem artystycznym. Już na początku lat 70., w nie opublikowanych dotąd "Notes 
towards Poetic Credo", postrzegając poezję jako wyizolowany z rzeczywistości ze- 
wnętrznej, niepowtarzalny świat barw i form linearno-geometrycznych, poeta wykazywał 
"postawę korespondencyjną": 


Kiedy tworzę wiersze, zajmuje mnie nie tylko semantyka, składnia i fonetyka, ale 
również dobór kolorów, geometryczne struktury, harmonie ruchu i akordy asocjacji 2 . 


Strukturę własnego świata poetyckiego, będącego "próbą połączenia tendencji kubi- 
stycznych i ekspresjonistycznych z symbolizmem", autor "Notes" opisywał zestawiając 
z twórczością angielskiego poety i plastyka, Michaela Bullocka 3 . Źywej palecie barw, 


1 A. Busza, Glosy I refrakcje, przeł. z ang. B. Czaykowski. Berlin-Toronto 2001 (dalej uży- 
wam skrótu GR. Liczba podana obok oznacza numer strony). Zob. rec.: ]. Pasterski, ŚcIeżka, cedr 
I Inne znakI, Fraza 2001 nr 4 s. 251-254. 
2 A. Busza, "Notes towards a Poetic Credo" [mpsJ, s. 5. 
3 Zob. przekłady Bullocka autorstwa A. Buszy, B. Czaykowskiego i W. Leach w "Oficynie 
Poetów" 1970 nr 3 s. 16-18. Inaczej postrzegał relacje pomiędzy obiema poetykami Paul Green, 
umieszczający je w kontekście neosurrealistycznych tendencji występujących we współczesnej 
poezji kanadyjskiej. Zob.: P. Green, The Relevance of Surrealism wIth Same CanadIan Perspec- 
tIves, Mosaic 1969 Summer Issue 2/4 s. 66-67. Phyllis Webb zauważa natomiast, że poezja Buszy 
wpisuje się w tradycję poezji europejskiej, gdzie "cienie Baudelaire'a, symbolistów i surrealistów 
zjawiają się niemal na wyciągnięcie ręki". P. Webb, [rec.: Volvox, Poetry from the Unoff1cIal 


39
>>>
konstytuującej przestrzeń w wierszach Bullocka - "zieleni, czerni i czerwieni" Busza 
przeciwstawiał własne upodobania kolorystyczne: "barokowe złocenia, czernie, biele 
i błękity". Predylekcję do linii, które "wiją się i kręcą, i owijają dokoła siebie jak pną- 
cza", "nieprzewidywalnych jak płynąca zakolami rzeka", porównywał z własną skłonno- 
ścią do ostrych kontrastów oraz zgeometryzowanych form przestrzennych: 
Mój własny Inscape [...] opiera się na równomiernym rozłożeniu akcentów. Pod- 
skórne konstruktywne wzory są w istocie geometryczne. Nawet zjawiska naturalne wydają 
się zorganizowane wedle Euklidesowych konfiguracji. Kontrasty są ostre i mocno zary- 
sowane jakby w jońskim słońcu 4. 


W tym dążeniu do geometryzacji oraz ukrytego konstruktywizmu przejawiał się rys 
apolliński: poezja sytuująca siebie w opozycji do zewnętrznego, pogrążonego w chaosie 
świata, stanowiła zarazem próbę jego świadomego uporządkowania: 
Nieusatysfakcjonowany zewnętrznym światem, poeta kreuje w swojej wyobraźni in- 
ny świat, należący do niego i całkowicie mu posłuszny. Relacja pomiędzy tym światem 
a światem "prawdziwym" polega w dużej mierze na kontraście 5 . 


Obok sygnalizowanej autonomizacji świata poetyckiego, Busza - także w najnowszej 
poezji - usiłuje przekroczyć w jakimś sensie ograniczenia tworzywa słownego. Słowo, 
wychylone w stronę innych sztuk, i pochłaniające je zarazem, zaczyna być rodzajem meta- 
tekstu, "znakiem znaków". Malarskość tej poezji, przejawiająca się w dążeniu do ewokowa- 
nia skojarzeń wizualnych, zwłaszcza tych związanych z dziełami sztuki, w jeszcze większym 
stopniu niż dotychczas staje się jednym z głównych jej wyznaczników. 
Wiersze o malarstwie, zwane ekfrazą, znano już w starożytności. Wywodząca się ze 
słynnej horacjańskiej formuły ut pictura poesis (poemat to jak obraz), tradycja utożsa- 
miania poezji i malarstwa ukonstytuowana była na przekonaniu, iż poezja, podobnie jak 
sztuki plastyczne, wywołuje przedstawienia oglądowe, tylko należą one do sfery oglądo- 
wości wyobrażeniowej. Obok podobieństw, łączących obie te dziedziny artystyczne, do- 
strzegano także różnice ich jakości i wartości 6 . Po okresie największego rozpowszechnie- 
nia horacjańskiej formuły, jakie nastąpiło w epoce Odrodzenia, Gotthold Ephraim Lessing 
w słynnym Laokoonie (1766) wyznaczył granice poezji i malarstwa, uznając literaturę za 
sztukę czasową, zaś malarstwo - przestrzenną7. 


Languages ofCanada - In English TranslatIon, ed. by]. M. Yates and Ch. Lillard. Port Clements 
1971] - audycja radiowa, mps z archiwum B. Czaykowskiego. 
4 A. Busza, "Notes...", s.6. Termin Inscape jest trudno przetłumaczalnym neologizmem, 
stworzonym przez Gerarda Manleya Hopkinsa na oznaczenie "złożonej z danych zmysłowych 
poszczególności i niepowtarzalności przedmiotu, która składa się na jego wewnętrzną jedność". 
Zob.: St. Barańczak, NIeśmIertelny dIament: o poe
I Hopkinsa, [w:] G. M. Hopkins, Wybór poe
I, 
przeł. St. Barańczak. Kraków 1981 s. 7. 
W porównaniu z wcześniejszą poezją, w tomie Glosy I refrakcje Andrzej Busza poszerza za- 
kres wykorzystywanej gamy kolorystycznej. Obok dominującej czerni i bieli, pojawiają się różne 
odcienie czerwieni, a także złoto i błękity. Nieco rzadziej występuje srebro i zieleń; sporadycznie 
natomiast - kolory ziemi: umbry, szarości i brązy. 
5 A. Busza, "Notes...", s. 4. 
6 Leonardo da Vinci, na przykład, w Traktacle o malarstwIe zakwestionował rozpowszechnio- 
ne jeszcze w poprzedniej epoce przeświadczenie o wyższości poezji nad malarstwem. Zob.: 
M. Rzepińska, Leonarda da VIncl " Traktat o malarstwIe ". Wrocław 1984 S. 8-21. 
7 G. E. Lessing, Laokoon, czyH o granIcach malarstwa I poe
I, cz. l., przeł. H. Zymon-Dębi- 
cki. Wrocław 1962. Zob.: H. Markiewicz, WymIary dzIeła Hteracldego. Kraków 1984 (rozdz. 
Obrazowość a IkonIczność Hteratury). 


40
>>>
Obecność "momentu plastyczno-malarskiego w sztuce słowa" podkreślana jest także 
współcześnie 8 , ale zdania na temat przekładu intersemiotycznego wydają się wciąż mocno 
podzielone. W polskich badaniach podejmujących temat "wzajemnego oświetlania się 
sztuk" dominuje przeświadczenie, że - jak pisze Alina Kowalczykowa - "języki różnych 
sztuk nie są przekładalne"9. Ten sam pogląd wyraża m.in. Ryszard Nycz, twierdząc, iż "sło- 
wa naśladować mogą [...J jedynie słowa"lO, a także Erazm Kuźma, który tezę o pozorności 
"przekładu" jednego systemu znaków na drugi uzasadnia w następujący sposób: 


Ponieważ barwa czy linia nie są znakami, między systemem malarstwa i poezji brak 
jest symetrii. Można je tylko porównywać, ale trzeba ustalić płaszczyznę pośredniczącą 
między systemami - metasemantykęll. 
Inaczej - choć nie do końca zgodnie l2 - traktują natomiast ów problem semiotycy, 
zakładający ontologiczną jedność znaków występujących w kulturze. Zdaniem Seweryny 
Wysłouch, 


nie ma powodu, by kwestionować możliwość i n t e r s e m i o t Y c z n e g o p r z e kła - 
d u, skoro status ontologiczny literatury, filmu i sztuk plastycznych jest taki sam: stanowią 
wtórne języki, nadbudowane nadjęzykami prymarnymi: naturalnym i wizualnym l3 . 


Do "wierszy mówiących o sztuce", opozycyjnych względem "wierszy milczących 
o sztuce"14, należy cykl Pory roku l5 . Chociaż zarówno tytuł, jak i schemat konstrukcyjny 
cyklu nawiązują bezpośrednio do koncertu skrzypcowego Cztery pory roku Antonio 
Vivaldiego l6 , przedmiotem opisu nie stają się wrażenia wywołane odbiorem muzyki, lecz 
przestrzeń percypowana przez pryzmat dzieł malarskich. Przywoływane nazwiska mala- 
rzy reprezentujących różne epoki i kierunki w sztuce, pojawiają się tutaj na zasadzie 


8 W ostatnich latach wzrosła w Polsce liczba opracowań poświęconych temu zagadnieniu. 
Zob. bibliografię w książce: S. Wysłouch, LIteratura I semIotyka. Warszawa 2001 s. 17. 
9 A. Kowalczykowa, O wzajemnym ośwIetlanIu sIę sztuk w romantyzmIe, [w:] PogranIcza 
I korespondencje sztuk, pod red. T. Cieślikowskiej i]. Sławińskiego. Wrocław 1980 s. 179. 
ID R. Nycz, Tekstowy śwIat. Poststruktualizm a wIedza o literaturze. Warszawa 1993 s. 76. 
II E. Kuźma, GranIce porównywalnoścI poe
I z malarstwem I filmem. (Na przykładzIe wcze- 
snęj fazy polskIej poe
I awangardowęj), [w:] PogranIcza..., s. 258. 
12 Zob.: E. Benveniste, SemIologIa języka, [w:] Znak, styl I konwencja, wybrał M. Głowiński. 
Warszawa 1977 s. 36. 
13 S. Wysłouch, LIteratura a sztuld wIzualne. Warszawa 1994 s. 185. Zob.: U. Eco, Pejzaż se- 
mIotyczny, przeł. A. Weinsberg. Warszawa 1972. 
14 Określenie zaproponowane przez E. Balcerzana (Poe
ajako semIotyka, [w:] PogranIcza..., 
s. 22). W rozróżnieniu tym Balcerzan widzi wybór nacechowany światopoglądowo: poezja "mil- 
cząca o sztuce" pomija estetykę sztuki. Zob.: tegoż, Poe
a polska w latach 1939-l965, cz. 2. 
Warszawa 1988 s. 196. Podobny podział proponuje Adam Czerniawski, pisząc o poetach-"sztuk- 
mistrzach", którzy czerpią inspirację z "cudzej wyobraźni", i "romantykach", którzy kontemplując 
rzeczywistość bezpośrednio dostępną zmysłom, świadomie wykluczają z kolei świat kultury. Te- 
goż, ŚwIaty umowne. SzkIce o wIerszu współczesnym. Warszawa 2001 s. 98-102. 
15 Zob. rec.: E. Zyman, Et In ArcadIa Ego, Dziennik 14-16 XII 2001 s. 9. 
16 Transmutację na poziomie konstrukcyjnym, będącą nie tylko aktywizowaniem pamięci mu- 
zycznej odbiorcy, ale także jego wiedzy na temat terminologii fachowej, Edward Balcerzan nazywa 
tendencją muzykologiczną. Zob. tegoż, Poe
a polska w latach..., s. 200. Por.: ]. Opalski, 
O sposobach IstnIenIa utworu muzycznego w dzIele literacldm, [w:] PogranIcza..., s. 60-62. Utwo- 
rem Buszy, który powiela schemat kompozycji muzycznej jest również cykl poetycki WarIacje (GR 
25-29). Cztery części cyklu, nawiązujące do wariacji orkiestrowej EnIgma varIatIons (1899) an- 
gielskiego kompozytora Edwarda Williama Elgara, stanowią różne ujęcia motywu tajemnicy. 


41
>>>
"klucza" otwierającego przed obytym ze sztuką czytelnikiem rozległe pole asocjacji l7 . 
Ten sam fragment wizualnej rzeczywistości postrzegany jest w kilku odsłonach: upersoni- 
fikowana ścieżka wśród drzew, będąca adresatem całego cyklu, jawi się w coraz to innych 
barwach i kształtach. Poprzez rejestrowanie zmiennych wyglądów rzeczy, poeta nawią- 
zuje do twórczości Claude'a Moneta, który malując wielokrotnie ten sam wycinek natury, 
za każdym razem uzyskiwał inne wrażenie kolorystyczne: 
Monet nasycał światłem płótno za płótnem 
Malując te samą fasadę Katedry w Rouen 
I ty moja ścieżko wśród drzew 
Godna jesteś wielu jasnych wierszy 
GR 31 


W wierszu Buszy nie dzieła kultury naśladują naturę, lecz odwrotnie: to upostaciowana 
natura zdaje się kopiować ów wyizolowany z rzeczywistości empirycznej, konstytuujący 
sam siebie świat sztuki, a także stykającą się z nim bezpośrednio "zewnętrzność" - wer- 
nisaże, wystawy, pokazy mody: 
Jarzębina ubrała się w barocco jagód 
A przez polanki ścielą się dywany 
Według ostatniej jesiennej mody 
[.. .] 
I choć nie jesteś Galerią Tate ani V i A czy Ermitażem 
Jesteś mi ścieżko moją osobistą galerią 
Otwarcie nowej wystawy każdego sezonu 
Codzienny wernisaż dla wiewiórek i ptaków 
GR 30 


Odwrócenie zasady mimesis, wedle której natura służy za zwierciadło dla dzieł sztuki, 
może być rozumiane jako żart. Natura obnaża bowiem aspekt "sztuczności", nieoczeki- 
wanie stając się wtórnym językiem nadbudowanym nad językiem prymarnymI 8, którym 
w tym kontekście jest metarzeczywisty świat ludzkich tworów. W tym właśnie świecie- 
-lustrze przegląda się przyroda, kopiując formy i zróżnicowane w zależności od pór roku 
barwy, jakie stosowali słynni malarze. Przyroda "naśladuje" więc występujące w sztukach 
plastycznych s t y l e - 
Jarzębina ubrała się w barocco jagód 
GR30 


kolory - 


Rdzawymi brązami ciemnym złotem w rosach 
Liście dębów i klonów przeplotły się geometrycznie 


17 Seweryna Wysłouch wyróżnia następujące typy nawiązań metatekstowych, pomagających w 
identyfikacji malarskiego tematu: nawiązania metatekstualne (przywołanie nazwiska twórcy i tytułu 
dzieła) oraz nawiązania intertekstualne (werbalizacja i opis cudzego tekstu). Zdaniem Wysłouch, 
metatekstowe przywołania - które mogą obejmować zarówno nazwisko twórcy, jak i nazwę dzie- 
ła, bądź tylko jeden z tych elementów - najczęściej umieszczone są w tytule utworu, ewentualnie 
nazwisko wprowadzone zostaje w dedykacji. Sygnały metatekstowe mogą również znajdować się w 
samym tekście. S. Wysłouch, LIteratura I semIotyka..., s. 86. Por.: E. Balcerzan, Poe
a jako se- 
mIotyka sztukI, [w:] PogranIcza..., s.21-39; Z. Łapiński, "ja pIszę, ty malujesz", [w:] tamże, 
s. 205-221; E. Kuźma, GranIce porównywalnoścI, [w:] tamże, s. 257-269. 
18 Zob.: S. Wysłouch, LIteratura I semIotyka..., s. 22. 


42
>>>
Na wzór brokat Owena J onesa 
Iglaste krzewy oczywiście mająjak zwykle jak zawsze 
Ową szczególną barwę niebieskości Morrisa 
GR 30 


formy- 


[...] zębate koła i zwoje kolczastych jeżyn 
Bezlistne brzozy z węzłami letnich gniazd 
Rzeźbią i dziergają ten promienny dzień 
I olśniewająco czyste niebo chłodnego błękitu 
GR 31 


Każda pora roku posiada swoje kolorystyczno-przedstawieniowe ekwiwalenty w dziełach 
poszczególnych malarzy. Wczesną jesień "reprezentują" brązowo-złote brokaty Owena 
J onesa oraz "niebieskości" Williama Morrisa - angielskich plastyków doby przedsece- 
syjnejl9, listopad - neoplastycyzm Mondriana, sprowadzający rzeczy do elementarnych 
form i kolorów, "zimowe szarości i umbry" Giotta wiosną zamienione zostają na "soczy- 
stą zieleń i wesoły wiridian" Botticellego, a lato przybiera postać znaną ze świetlistych 
pejzaży Claude' a Lorraine'a, zwanego w Anglii Claude'm. 
Jesienno-zimowa panorama Vancouver widziana jest przez pryzmat dzieł utrzyma- 
nych zarówno w konwencji przedstawieniowej - 
Na Brzegu Północnymjodły wydają się wbie
ać 
Na lukrowane zboczajak w krajobrazie Wili. o 
GR 31 


jak i tych, na których wszelkie odniesienia do realnej rzeczywistości sąjuż tylko domysłem: 
A Delta którą przyprószył pierwszy śnieg 
To czysty Mondrian późnej paryskiej fazy 
Dla samolotu który właśnie ląduje 
GR 31 


W inspirowanych wielkomiejskim środowiskiem kompozycjach paryskiej fazy (1912- 
1914) twórczości Pieta Mondriana przedmioty wydawały się oddalać i zwężać, zrywając 
tym samym więzy z dostępną zmysłowo rzeczywistością. Widziany z okna samolotu, 
zimowy pejzaż Delty - przybrzeżnej części położonego nad zatoką Vancouver, ujścia 
rzeki Fraser - na wzór dzieł Mondriana zdaje się być geometryczną konstrukcją 
zrytmizowanych form, wyrażającą harmonię odwiecznego porządku wszechrzeczy21. 
nrłwnhlj
r :ię 7"rńwnn rłn p"mięri artystycznej odbiorcy, jak i jego wrażeń wywołanych 
19 Owen J ones (1809-1874), angielski plastyk, architekt, projektant wnętrz i tkanin, prekursor 
Art Nouveau. William Morris (1834-1898), angielski plastyk, poeta i pisarz związany z grupą pre- 
rafaelitów, prekursor Art Nouveau. 
20 Zdaniem A. Buszy, wiele obrazów jego Żony "to uproszczone quasI-krajobrazy". Z listu do 
autorki niniejszego artykułu z 2 X 2002 r. 
21 Metaforyka odnosząca się do konwencji nieprzedstawiającej zdominowała także poetyckie wi- 
dzenie zimowego pejzażu w wierszach Bogdana Czaykowskiego: "śniegiem przeprószone abstrakcje 
czarnych gałęzi"; "grafika czarno-białych akcentów i blask / suchy, iskrowy, chrzęszczący jak pan- 
cerz". Zob.: tegoż, WIatr z Innęj strony. WIersze zebrane z lat 1953-l989. Kraków 1990 s. 116, 182. 
Nawiązania do malarstwa, szczególnie holenderskiego XVII wieku, w o wiele większym stopniu 
występują w poezji Adama Czerniawskiego. Zob. na ten temat: A. Dziadek, Problem ekphrasIs - 
dwa" WIdold Delft" (Adam Czerniawsld I Adam Zagajewsld), Teksty Drugie 2000 nr 4 s. 141-151; 
W. Ligęza, Jerozolima I BabIlon. MIasta poetów emIgracyjnych. Kraków 1998 s. 266-273. 


43
>>>
równo do pamięci artystycznej odbiorcy, jak i jego wrażeń wywołanych widzeniem krajo- 
brazu "z lotu ptaka", Busza osiąga iluzję naoczności. 
W trzeciej części cyklu, nadejście wiosny porównane zostaje z początkiem nowej epoki 
w dziejach europejskiego malarstwa: "Jak kiedy po Giotcie nastał Botticelli" (GR 32). Cha- 
rakteryzująca średniowieczne freski Giotta asceza środków wyrazu, zastąpiona została żywą 
kolorystyką oraz iluzją ruchu, jakie nieodłącznie towarzyszą przedstawieniom Botticellego: 


Ledwo świt a tu już smukłe wiązy i brzozy 
Stoją po kostkach w stokrotach i narcyzach 
Kwitnące obłoki sypią śnieg 
Pachnących płatków na trawę i ścieżkę 
Zachodni wiatr rozgarnia samowolnie liście 
Jak kiedy wężo-głowy kaduceusz 
Merkuriusz wkładał w mirtę i kwiaty pomarańczy 
By dosięgnąć słodyczy lazurowego nieba 
GR32 


Zza ukazującego się oczom podmiotu pejzażu przeswleca idylliczna przestrzeń od- 
zwierciedlona w obrazie Sandro Botticellego Primavera (1482)22. Smukłe wiązy i brzozy, 
jak też stokrotki i narcyzy - elementy północnego pejzażu - niepostrzeżenie łączą się ze 
zmitologizowaną wizją uwiecznioną na płótnie mistrza włoskiego renesansu, zastępując 
niejako obecne tam pomarańczowe drzewa oraz śródziemnomorskie gatunki kwiatów. Na 
konkretyzację malarskiego dzieła pozwalają dwa, przywołane w wierszu jego elementy: 
upersonifikowana postać wiatru rozgarniającego gałęzie (z prawej strony obrazu wylatujący 
spośród drzew bóg wiatrów Zefir stara się pochwycić spacerującą Florę), a także umiejsco- 
wiona po lewej stronie postać boga Merkurego, który kaduceuszem rozprasza chmurl 3 . 
Arkadyjska wizja pojawia się także w czwartej części, przywołującej z kolei obrazy 
pejzażystów francuskich XVII wieku, Claude' a Lorraine'a i Nicolasa Poussina: 


Pod lśniącą miedzią słońca w aureoli 
Letni przedwieczór drzemie 
W brzęczeniu sennych pszczół 
I rymujących pizzicato cykad 
Po brzegi wypełniona słodycz soków 
Spływa wzdłuż liści uwzorzonych żyłkami 
Pstrokacąc ciepłe trawy pośród drzew 
A spod cienistych żywopłotów 
Patrzą oczami niedźwiadków jagody 
Ze skosem wieczoru odpływa przypływ Claude'a 
Może usłyszysz fujarkę Fauna ucichającą w mroku 
Poświata zmarmurza drzewa drzewa przybierają 
pozy klasyczne 


Et in Arcadia Ego 


GR33 


22 Zob.: Ch. Dempsey, The Portrayal of Love. Bottlcell1's "PrImavera" at the TIme of Loremo 
the Magnificent. Princeton 1998. 
23 Według]. E. Circlota, istotę kaduceusza określa układ składających się nań elementów: sy- 
metrycznie oplatające pręt węże odzwierciedlają "zawsze tę samą ideę aktywnej równowagi anta- 
gonistycznych sił wzajemnie się hamujących, by mogła zaistnieć forma wyższa, statyczna". Wedle 
niektórych legend, posiadający magiczną moc kaduceusz Merkurego nie tylko przemieniał w złoto 
wszystko, czego dotknął, ale nawet ciemności był w stanie przemienić w światło. Zob.: ]. E. Circ- 
lot, SłownIk symboli, tłum. I. Kania. Kraków 2000 s. 173-174. 


44
>>>
Przestrzeń liryczna, w której pojawiają się rekwizyty o antycznej proweniencji, sta- 
nowi poetycką syntezę świata przedstawionego na płótnach dawnych mistrzów 24 . Poeta 
akcentuje przede wszystkim najbardziej charakterystyczne elementy idyllicznych pejzaży 
Lorraine' a: refleksy światła na pomarszczonej lekką bryzą, morskiej tafli, kępy otulonych 
zachodzącym słońcem drzew, zastygłych jakby w znieruchomiałym, przejrzystym powie- 
trzu 25 . Na Lorrainowską wizję krainy szczęśliwości, gdzie ludzie i zwierzęta ukazani są 
w zgodnym bytowaniu, i nic nie mąci przepojonej błogością atmosfery, nakładają się 
reminiscencje obrazów Nicolasa Poussina, który czasami burzył idyllę wprowadzając doń 
elementy przypominające o nieuchronności przeznaczenia i śmierci 26 . 
W odróżnieniu od pełnego dynamiki, radosnego obrazu z trzeciej części, część 
czwarta wydaje się pogrążona w bezruchu: świat "pod miedzią słońca" chyli się ku wie- 
czorowi, fujarka "ucicha w mroku"27. Zastygnięcie w marmur, jak również przywołanie 
postaci przedwcześnie zmarłego poety, Johna Keatsa ("zupełnie jak gdybyś czytywała 


24 Obrazy Lorraine' a i Poussina stały się także inspiracją wiersza Czesława Miłosza Szczęścle 
z 1948 r.: 
Jak ciepłe światło! Z różowej zatoki 
Choiny masztów, odpoczynek lin 
We mgłach poranka. Tam, gdzie w wody morza 
Sączy się strumień, przy mostku, dźwięk fletu. 
Dalej, pod łukiem starożytnych ruin 
Widać idące maleńkie postacie, 
Jedna ma chustkę czerwoną. Są drzewa, 
Baszty i góry o wczesnej godzinie. 
Cyt. za: Cz. Miłosz, WIersze, t. 2. Kraków 1993 s. 87. Płótna Lorraine'a inspirowały często 
twórczość angielskich poetów XVIII wieku; śladem tej fascynacji jest również wiersz Johna Keatsa 
Oda do urny greckIej, a także cykl wierszy ZaproszenIe do podróży Teofila Gautiera i Charlesa 
Baudelaire'a. Zob. też przekład wiersza Baudelaire'a Les Phares [PochodnieJ, poświęconego sztu- 
ce wielkich malarzy w: ]. Starzyński, O romantycznej syntezIe sztuk. Delacrolx, ChopIn, Baudela- 
Ire. Warszawa 1965 s. 223-224. 
25 Wedle Larousse EncyclopedIa of RenaIssance & Baroque Art, "dominującym elementem 
[...] obrazów [Lorraine'a - B.T.] jest światło. [...] Ta świetlistość osiągnęła zenit w latach 1640- 
1655, gdy Claude namalował serię płócien przedstawiających zatoki portowe o wschodzie lub za- 
chodzie słońca. Słońce jest w nich umieszczone centralnie, nisko, a jego silne promienie zatrzy- 
mują się na kolumnach, olinowaniu statków, na wzgórkach i na ruinach. Jest to zarazem najbardziej 
poussinowski okres w malarstwie Claude' a". Cyt. za: R. Gorczyńska, Podróżny śwIata. Rozmowy 
z Czesławem Miłoszem. Komentarze. Kraków 1992 s. 363. 
26 Napięcie dramatyczne emanuje m.in. z obrazu Orfeusz I Eurydyka (ok. 1648), na którym 
idealistyczny pejzaż kontrastuje ze sceną śmiertelnego ukąszenia Eurydyki przez węża. Podobny 
kontrast występuje w obrazie CzłowIek duszony przez węża, gdzie budząca grozę scena przed- 
stawiona została w samym rogu kompozycji. Zob.: A. Osęka, SpojrzenIe na sztukę. Warszawa 
1987 s.57; G. P. Bellori, Życle MIkołaja PoussIna. PoussIn I teorIa klasycyzmu, oprac. 
]. Białostocki. Wrocław 1953; A. Blunt, The PaIntIngs of Nlcolas PoussIn (The Mellon Lectu- 
res). Princeton, N.]. 1967. 
27 W XX-wiecznej poezji motyw "śmierci" fletu - symbolu harmonii - łączy się ze zburze- 
niem Arkadii. Jak pisze Ryszard Przybylski: "Symbolami harmonii były początkowo tylko antyczna 
lira i chrześcijańskie organy. Lecz kiedy sztuka, broniąc się rozpaczliwie przed chaosem, zaczęła 
uciekać do Arkadii Poussina, w idealny pejzaż Lorraine'a, kryć się w żelaznej konstrukcji mszy 
muzycznej Bacha, koncertach Vivaldiego, i kantatach Haendla, symbolami harmonii stały się rów- 
nież takie instrumenty jak flet, trąbka i skrzypce. [...] Instrumenty te zostały włączone w «orkiestrę 
polifoniczną świata» grającą na chwałę boskiej harmonii". Tegoż, To jest klasycyzm. Warszawa 
1978s.128. 


45
>>>
Keatsa" - GR 33 28 ), ewokuje symboliczne znaczenia, zrozumiałe przez metonimię. 
Przede wszystkim przywodzi na myśl ciężar nagrobnej płyty i ciszę cmentarza. Kończące 
wiersz zdanie "Et in Arcadia Ego" sygnalizuje, podejmowany zwłaszcza w sztuce klasy- 
cystycznej, temat "śmierci w Arkadii". Ta słynna inskrypcja, która pojawia się w malar- 
stwie europejskim począwszy od obrazu Giovanniego Francesca Guercina Et in Arcadia 
ego (ok. 1621-1623), widnieje również na płótnie Nicolasa Poussina Pasterze arkadyjscy 
(znanym także jako Et in Arcadia ego). Jako werbalny element wkomponowany w dzieła 
Guercina i Poussina, wyrażenie to staje się łącznikiem pomiędzy wierszem Buszy a war- 
stwą przedstawieniową przywoływanych obrazów. 
Obie wersje Poussinowskiej kompozycji (ok. 1630 oraz 1640) ukazujące grupę osób 
zgromadzonych przy kamiennym grobowcu, różnią się m.in. znaczącym detalem: na 
pierwszym obrazie, bliższym średniowiecznej tradycji moralizatorskiej, ukazana została 
spoczywająca na grobie trupia czaszka, symbol śmierci. Wersja druga, zgodnie z prawi- 
dłami teorii sztuki klasycznej pozbawiona tego ponurego przedmiotu, stanowi jedynie 
elegijne kontemplowanie idei śmiertelności 29 . Zdaniem wielu komentatorów, sens łaciń- 
skiego napisu zawiera się w imaginatywnych słowach wypowiadanych przez śmierć: ,,ja, 
Śmierć, istnieję nawet w Arkadii". Natomiast amerykański historyk sztuki Erwin Pa- 
nofsky, wkładając te słowa w usta zmarłego, opowiada się za ich odmiennym znaczeniem: 
"Ja również żyłem w Arkadii,,30. Panofsky treść słów interpretuje wprawdzie w sposób 
niezgodny z zasadami łacińskiej gramatyki, ale za to odzwierciedlający elegijno- 
sentymentalny nastrój, jaki wyraża ostateczna wersja Poussinowskiej kompozycji. Po- 
dobnie jak Poussin, Busza ukrył dramatyzm przedstawianej sceny, w o wiele mniejszym 
nawet stopniu ewokując znaki śmierci 31 . Idylliczność przestrzeni, zarówno tej percypo- 
wanej w bezpośrednim oglądzie, jak i wyłaniającej się z płócien dawnych mistrzów oraz 
z poematów Keatsa, skontrastowana jednak zostaje ze złowrogim sensem zawierającym 
się w tajemniczo brzmiących słowach. 
Obok naj liczniej reprezentowanych odniesień do sztuk niewerbalnych, zwłaszcza 
plastycznych, poeta nawiązuje również do sztuki synkretycznej, jaką jest film 32 . Wiersz 
Szkic burzy łączy, zawierające się już w tytule, odniesienia do malarstwa z ukrytym "qu- 


28 Por. na przykład: ]. Keats, Ode to a NIghtIngale, [w:] F. T. Palgrave, The Golden Treasury, 
Penguin Books 1994 s. 275-277. W utworze tym Keats przedstawia kontrast pomiędzy kruchością 
ludzkiego życia a nieśmiertelnością piękna, upostaciowanego w śpiewie słowika. 
29 Et In ArcadIa Ego stanowi również tytuł obrazu George'a Wilhelma Kolbego (ok. 1801), 
przywołującego charakterystyczne dla elegijnej tradycji XVIII wieku porównanie śmierć-nowe 
życie: "para w miłosnym objęciu stoi przed klasycystycznym sarkofagiem, otoczonym bujną, kwit- 
nącą roślinnością; z przodu widać gigantyczne liście kapusty z wielkimi, wyjedzonymi przez robaki 
dziurami; są to niewątpliwie symbole vanItas. Ponad krzakami i kwiatami wysoko tryskają ku górze 
kłosy, triumfalnie zapowiadające nowe życie rozwijające się w przyrodzie". ]. Białostocki, Płeć 
śmIercI. Gdańsk 1999 s. 134. 
30 E. Panofsky, PoussIn and the ElegIae TradItlon. MeanIng In the VIsual Arts. New York 
1965 s. 295-322; tegoż, StudIa z hIstorII sztukI, oprac. ]. Białostocki. Warszawa 1971 s. 324-342 
(rozdz.: "Et In ArcadIa ego ". PoussIn I tradycja elegijna). Por.: ]. Białostocki, TeorIa I twórczość. 
O tradycjI I InwencjI w teorjj sztukI I IkonografiI. Poznań 1961 S. 127-131; R. Przybylski, "Et In 
ArcadIa ego ". Esęj o tęsknotach poetów. Warszawa 1966 S. 136-140. 
31 Obok grobowca, w kompozycji Poussina można dostrzec jeszcze inne, związane ze śmier- 
cią, symbole: cień rzucany przez rękę pasterza przybiera kształt kosy, a postać stojącej kobiety 
przywodzi na myśl uosobienie Przeznaczenia. 
32 Zob.: ]. Makota, O klasyfikacjI sztuk pIęknych. Z badań nad estetyką współczesną. Kraków 
1964 S. 226-231. 


46
>>>
asi-cytatem,,33 z wypowiedzi filmowej. Obraz pejzażu przefiltrowany przez umysł innego 
artysty, Vincenta van Gogha 


czarne pióra topól 
dymy 
na obrzeżach 
krajobrazu 
nieco bliżej 
skiby rysują 
kordurojowymi falami 
pochyłe pole 
wrony van gogha 
kraczą 
w mroczność drzew 


sąsiaduje tutaj z wizją zapośredniczoną z Psa andaluzyjskiego - pierwszego filmu hiszpań- 
skiego reżysera Luisa Bunuela, zrealizowanego w 1928 r. wespół z Salvadorem Dalim: 


z ołowiu 
chmury 
błysk jak brzytwa 
tnie oko 


i śle ziarnisty deszcz 
zabarwiony krwawo 
ściekami i rowami 


GR 11 


Treść tego epatującego dziwnością i grozą filmu, będącego ciągiem sekwencji nie przystają- 
cych do siebie pod względem przyczynowo-skutkowym, odzwierciedlała idee zawarte 
w manifestach Andre Bretona. Oto jak opisuje fragment dzieła Bunuela Ewa Królikowska: 
człowiek ostrzący brzytwę - księżyc - słynne ujęcie brzytwy, przecinającej oko i wy- 
pływająca zeń, przezroczysta masa - mężczyzna, jadący ulicą na rowerze - kobieta 
z mężczyzną śledzą przez okno wypadek, przewracającego się rowerzystę, jego agonię - 
zbiegowisko, na ulicy leży już tylko oderwana dłoń.. .34. 
Celem surrealistycznej zasady zestawiania przedmiotów i zjawisk jak najbardziej do 
siebie nie przystających, było ewokowanie nowego, spowitego tajemnicą sensu. 
Dokonując intersemiotycznego przekładu z różnych pod względem tworzywa tekstów 
kultury, poeta w pewien sposób "współzawodniczy" z nimi: ożywia treści przedstawione na 
obrazie ("wrony van gogha / kraczą" - GR 11), a wyizolowaną z filmu sekwencję unieru- 
chamia i traktuje, jak gdyby była obrazem. Jak zauważa Edward Balcerzan, 


w transmutacji dzieła malarskiego niesłychanie trudno zachować wrażenie bezruchu, wi- 
zję rzeczy i gestów zakrzepłych w olejnej fakturze. Z reguły poetyckie "przekłady" 


33 Określenie Danuty Danek. Zob.: tejże, O cytatach struktur (quasI-cytatach) I Ich funkcjI 
w wewnętrznej polemIce literacldęj, [w:] Prace z poetykI pośwIęcone VI MIędzynarodowemu Kon- 
gresowI SlawIstów, pod red. M. R. Mayenowej i]. Sławińskiego. Wrocław 1968 s. 78-102. 
34 E. Królikowska, ŚladamI Bunuela. KIno hIszpańslde. Warszawa 1988 s. 78. Kilka lat po zreali- 
zowaniu tego filmu, motyw utraty oka stał się obsesją w twórczości innego malarza, Victora Braunera. 
Zob.: K. Janicka, Surrealizm. Warszawa 1985 s. 113-120; EncyklopedIa surrealizmu, przeł. K. Ja- 
nicka. Warszawa 1993 s. 162. 


47
>>>
z malarstwa, także z fotografii [...] stają się opisami w i d o w i s k. Portrety zaczynają 
mówić, faktura ulega dynamizacji - teatralnej lub filmowej35. 


W przeciwieństwie do tchnącego spokojem, klasycznego pejzażu z czwartej części 
Pór roku, Szkic burzy jest próbą uchwycenia ruchliwości form, jakie współtworzą pejzaż 
kinetyczny36. Podkreśleniu towarzyszących burzy, negatywnych emocji służy kompozycja 
kolorystyczna, harmonizująca z konwulsyjną atmosferą pejzażu: czerń topól i wron, 
a także szarość dymów oraz ołowiany kolor chmur korespondują z czerwienią błyskawicy 
zakrwawionej brzytwy. Metafora "czarne pióra topól", wskazująca na pewien ambiwa- 
lentny atrybut przywołanych tu drzew, obok czerni ewokuje miękkość i "skrzydlatość". 
Przeginane wiatrem, smukłe drzewa zdają się wzlatywać w powietrze. Zdaniem Gastona 
Bachelarda, "wszelka f o r m a s m u kła dąży wzwyż, ku światłu. K s z t a ł t s m u - 
kły to u c i e l e ś n i o n y p o r y w"37. Ten odzwierciedlający gwałtowność wiatru obraz 
nie sugeruje jednakże radości, z jaką kojarzy wzbijanie się w górę Bachelard, a jedynie 
lęk i niepokój. Obok kontrastowych barw, także wyginające się linie (kształty drzew na 
wietrze, dymów, "falujących" pól) ewokują owo wrażenie wibrowania, które stanowi 
rozpoznawalny element ekspresyjnego stylu twórczości Vincenta van Gogha. Przeciwwa- 
gą dla niespokojnej linii staje się natomiast prosty kształt tnącej oko brzytwy38, wprowa- 
dzający kulminacyjny moment okaleczenia ciała, paroksyzm szaleństwa. 
Podobny schemat łączenia metatekstualnych odniesień do malarstwa z ukrytym "qu- 
asi-cytatem" z wypowiedzi filmowej występuje w wierszu Klowni na deszczu i wietrze, 
nawiązującym do jednego z ulubionych motywów w malarstwie Marca Chagalla. 
W wierszu tym można odnaleźć najważniejsze elementy onirycznej twórczości francu- 
skiego malarza, jak przepojony poezją irrealizm, kolor przeradzający się w światło, fa- 
scynację nieważkością i tańcem, a nawet dążenie do geometryzacji przestrzennych form. 
gdyby padał śnieg 
wtopiliby się 
w zimowy krajobraz 
ale jest tylko 
ciemna noc 
wietrzna i dżdżysta 


35 E. Balcerzan, Poe
a polska..., s. 204. 
36 Warto przytoczyć w tym miejscu fragment Traktatu o malarstwIe Leonarda da Vinci, zawie- 
rający wskazówki dotyczące sposobu przedstawienia w obrazie nawałnicy: "Aby dobrze przedsta- 
wić burzę, stwórz naprzód chmury rozbite i potargane, lecące z biegiem wiatru w towarzystwie 
piaszczystej kurzawy, wzbitej z wybrzeży morskich; i gałęzie, i liście, niesione potęgą wściekłego 
wichru i rozproszone w powietrzu wraz z innymi przedmiotami lekkimi. Drzewa i zioła, pochylone 
ku ziemi, zdają się, jakby chciały mknąć za biegiem wiatrów, z gałęźmi wychylonymi z ich natural- 
nej drogi i poplątanymi, odwróconymi liśćmi [...]. Powietrze straszne z powodu ciemności gru- 
bych, wywołanych przez kurz, mgłę i gęste chmury". Cyt. za: M. Rzepińska, Leonarda da VIncI 
" Traktat..., s. 63. 
37 G. Bachelard, WyobraźnIa poetycka. Wybór pIsm, tłum. H. Chudak, A. Tatarkiewicz. War- 
szawa 1975 s. 196. 
38 Natrętnie powracająca w całej poezji Andrzeja Buszy obecność rzeczy raniących: ostrych, 
twardych, zimnych i chropowatych, ewokuje nie tylko fizyczne i duchowe cierpienia, ale jest rów- 
nież zapowiedzią unicestwienia. Jak pisze Teresa Michałowska, brzytwa lub nóż - atrybuty For- 
tuny - "mogły radykalnie przeciąć i zniszczyć ludzkie szczęście" . Tejże, Poetyka I poe
a. StudIa 
I szldce staropolslde. Warszawa 1982 s. 372. 


48
>>>
idą więc 
ręka w rękę 
po bruku lśniącym jak ikra 
niebieskoocy 
pod błękitnymi parasolami 
marząc o Pauzylipie 
jak jaskółki 
tęskniące do południowych nieb 
globusy ulicznych latarni 
o Charlot o Chagallu 
tańczą wesoło 
wokół skweru 


gdy niespodziewanie 
wcale nie wzywany 
wilgotny półksiężyc 
wyślizga się z przedarć 
chmur 


i bierze 
w złoty nawias 
ich groteskowy pochód 
i świat 


GR 13-14 


W kompozycji kolorystycznej wiersza dominują odcienie czerni ("ciemna noc", "jaskół- 
ki") i błękitu ("niebieskoocy / pod błękitnymi parasolami", "południowe nieba"), skontra- 
stowane z bielą cyrkowych kostiumów, oraz światłem ulicznych latarni i wyzierającego 
zza chmur księżyca 39 . Najobficiej reprezentowany błękit, kojarzący się z otchłanią nieba, 
dalą, i tym, co nierzeczywiste 40 , wraz z motywem ptaków oraz tańca symbolizuje ulotny 
świat marzeń. Podobnie jak w twórczości Chagalla, opozycja góra-dół 41 ulega tutaj zabu- 
rzeniu: idące pod parasolami postacie klownów zdają się odrywać od ziemi, i znikać 
w padającym z góry strumieniu księżycowego światła. 
Na wizję zainspirowaną malarstwem francuskiego artysty, nakłada się reminiscencja 
z romantycznej komedii francuskiego reżysera Marcela Carne'a Komedianci (1945)42. Jak 
pisze Jerzy Płażewski, 


rzadko udaje się artyście wizja tak sugestywna, że widz godzi się wejść z nim w świat zu- 
pełnie nowy, niezwykły, nieznany z doświadczenia, a jednak od razu dobrze znajomy. 
[...] Dążenie Carnego do elegancji stylu, do starannych, wyszukanych oświetleń nie kłó- 


39 W podobnej tonacji kolorystycznej utrzymany został m.in. obraz Clown na konIu (1927), na 
którym ciemne tło kontrastuje z wielobarwnymi, jakby przesyconymi złotym światłem, figurami 
przywołanych w tytule postaci. Umieszczając postać klowna na kole, fosforyzującym jak bańka 
mydlana, Chagall kolejny raz potwierdza swą fascynację nieważkością i cyrkową ekwilibrystyką. 
40 Zob.: Leksykon symboli Herder, oprac. M. Oesterreicher-Mollwo, przeł. ]. Prokopiuk. War- 
szawa 1992 s. 17-18; M. Rzepińska, HIstorIa koloru w dzIejach malarstwa europęjskIego. Kraków 
1983 s. 126. 
41 Por.: ]. Łotman, Struktura tekstu artystycznego, przeł. A. Tanalska. Warszawa 1984 s. 312- 
326. 
42 Informację tę zawdzięczam samemu Poecie: "Wiersz o klownach kojarzy mi się z deszczowym 
wieczorem, w który byłem na filmie Marcel Carne'a Les Enfants du Paradis. Charlot to oczywiście 
Chap lin" . Z listu Andrzeja Buszy do autorki niniejszego artykułu z 20 IX 2002 r. 


49
>>>
ciło się z milczącą sztuką smutnego mima Baptiste [... J, zakochanego do szaleństwa 
w enigmatycznie pięknej Garance 43. 


Niekiedy w miejsce wyraźnych sygnałów metatekstualnych, jakimi są przywołane na- 
zwiska artystów, poeta jedynie werbalizuje świat przedstawiony w obrazie. W wierszu 
Glosa do sonetu 130- będącym w równym stopniu glosą do utworu Williama Szekspira, 
jak i obrazu Dama z gronostajem Leonarda da Vinci - identyfikacja malarskiego wzorca 
nie nastręcza trudności tym bardziej, iż obok przywołania warstwy przedstawieniowej 
obrazu pojawia się imię jego twórcy. Dwa teksty kultury, do których nawiązuje Busza, 
zestawione zostały na zasadzie kontrastu. Sonet Szekspira przedstawiając choć "wartą 
kochania", to wcale nie piękną kochankę, parodiuje zarazem fałszujące rzeczywistość 
konwencje opisu kobiecej urody: 
W oczach kochanki mojej słońce nie lśni, 
Czerwień korali barwę warg przerasta, 
Przy bieli śniegu smagłe sąjej piersi, 
Włos jak drut czarny jej głowę porasta. 
Róże z Damaszku znam, biało czerwone, 
Lecz najej licu róż tych nie dostrzegam; 
I znam pachnidła wonią nasycone 
Milszą niż tchnienie, co z jej ust wybiega, 
Lubię, gdy mówi, lecz wiem doskonale, 
Że stokroć bardziej mnie muzyka wzrusza; 
Bogiń chodzących nie widziałem wcale, 
A wiem, że miła ciężko się porusza. 
Lecz, na niebiosa, jest warta kochania 
Ponad fałszywe wszelkie porównania!44 


Ucieleśnieniem piękna, którego Szekspirowski bohater nie odnajduje w pospolitej ko- 
chance, wydaje się natomiast intrygująca dama z wiersza Buszy: 
twe oczy wcale nie sąjako słońca 
w ich abstrakcyjnym szafirze 
czają się cienie chłodu 
fałda czerwieni twoich ust 
asymptota namiętności i perfekcji 
przeczy uśmiechom Leonarda 


przyciśnięty do twej piersi 
gronostaj 
moja przewrotna madonno 
tak gładki i nieskazitelny 
wsuwa swój łasy ryjek 
w fałdy brokatu 
zapomniany florentyński autor 
sonetów 
orzekł że zdajesz się raczej słuchać 
niźli mówić 


ajednak zmrożona muzyka 
twej twarzy 


43]. Płażewski, HIstorIa filmu dla każdego (1895-l980). Warszawa 1986 s. 124. 
44 W. Shakespeare, DzIeła. Sonety, tłum. M. Słomczyński. Kraków 1988 s. 138. 


50
>>>
przyprawiła mnie nieraz 
prawie o szaleństwo 


GR 15 


Dama z gronostajem (ok. 1485), w polskiej literaturze zwana Damą z łasiczką, przedstawia 
Cecylię Gallerani, córkę ambasadora mediolańskiego i faworytę księcia Mediolanu Lodovi- 
ca ił Moro, którego porównywano do łasicl 5 . Dzięki przywołaniu słynnego obrazu, wygląd 
"przewrotnej madonny" może pokrywać się z wyobrażeniem, jakie potencjalnie wytworzy 
w swoim umyśle czytelnik. W rezultacie wiersz Buszy - zakotwiczony głębiej w rzeczywi- 
stości wizualnej - wymaga mniej uzupełnień konkretyzacyjnych 46 . W przeciwieństwie do 
autora sonetu, który usiłuje zrekonstruować wygląd nieznanej czytającemu osoby, Busza 
odwołuje się do wrażeń zmagazynowanych w artystycznej pamięci odbiorcy. 
O wyższości obrazu nad poetyckim słowem, które - stwarzając "świat najbardziej 
spośród wszystkich «światów» sztuki i l u z o r y c z n y,,47 - nie może konkurować 
z obrazem w dziedzinie przedstawiania wyglądów rzeczy, pisał m.in. Lessing. Zdaniem 
autora Laokoona, poeta - w przeciwieństwie do malarza - nie może przedstawić obra- 
zu rzeczy, której elementy znajdowałyby się równocześnie obok siebie, gdyż "wyobraźnia 
ludzka nie jest zdolna przedstawić sobie, jaki efekt dają razem te usta i ten nos, i te oczy, 
jeśli nie przypomnimy sobie podobnej kompozycji takich części w naturze czy sztuce,,48. 
Lessing zalecał zatem poetom: 
malujcie [...] upodobanie, skłonność, miłość, zachwyt, który wzbudza piękność, a od- 
malujecie samą piękność!49 


Elementem łączącym wiersz Buszy z sonetem Szekspira jest - obok wykorzystania 
barokowego konceptu - ukazanie siły oddziaływania przedstawianych postaci. W Glosie 
do sonetu 130 poetyckie "ja" ulega jakby rozszczepieniu: z jednej strony przywdziewa 
bowiem historyczny kostium enigmatycznego wielbiciela Cecylii Gallerani, z drugiej zaŚ 
- pozostaje współczesnym miłośnikiem sztuki, który kontemplując obraz, przekracza 
zarazem w swej wyobraźni granicę między tym wyizolowanym ze świata empirii dziełem, 
t b . . t ' . 50 
a zewnę rzną wo ec mego rzeczywIs OSC1ą . 
Przykładem transmutacji właściwej (tj. odnoszącej się do sztuk niewerbalnych) , jest 
wiersz Burgundia, którego obrazowanie oparte zostało na heraldyce. Sygnałem wskazują- 
cym, iż właśnie herb księstwa Burgundii stanowi - mówiąc językiem semiotyki - ro- 


45 Zob.: G. Vasari, Żywoty najsławnIęjszych malarzy, rzeźbIarzy I archItektów, tłum. K. Estrei- 
cher. Warszawa 1980 s. 306. 
46 Por. pojęcie "miejsc niedookreślonych" w: R. Ingarden, O dzIele literacldm. BadanIa z pogra- 
nIcza ontologII, teoriijęzyka I filozofij literatury, przeł. M. Turowicz. Warszawa 1988 s. 316-326. 
47 Jak pisze Janina Makota, "Dzieło malarskie nie dopomina się o uzupełnienia akustyczne, 
dzieło muzyczne nie oczekuje uzupełnień optycznych. A dzieło literackie wymaga jednych i dru- 
gich, i wielu jeszcze innych". Tejże, O klasyfikacjI sztuk pIęknych..., s. 185. 
48 G. E. Lessing, Laokoon..., s. 86. 
49 Tamże, s. 92. Wedle Lessinga, wzór godny naśladowania stanowi l1Iada Homera, w której 
opis wielkiej urody Heleny zastąpiony został sugestywną reakcją podziwiających ją starców - 
członków rady starszych ludu trojańskiego. 
50 Podobnie ukształtowana sytuacja liryczna pojawia się w wierszu Adama Czerniawskiego 
Embarquement pour Cythere. Dama z przywoływanego w tytule obrazu Antoine' a Watteau Odjazd 
na Cyterę (1717), choć przeniesiona we współczesną scenerię, "zapatrzona w miasto zadymione", 
odpływa na łodzi ku wyspom szczęśliwym, i na pożegnanie macha dłonią: "Białą rękę podniosła na 
znak, że / Mnie widzi i pamięta". Zob.: A. Czerniawski, Poe
e zebrane. Łódź 1993 s. 13. 


51
>>>
dzaj prototekstu 51 , jest obok odwołań do jego warstwy materialnej ("aksamitne brzegi", 
lewe półkole), fragmentaryczna werbalizacja warstwy przedstawieniowej ("lew na tylnych 
łapach wspięty / w polu gwiazd", kwiaty lilii). 
czerwony księżyc nad Burgundią 


i nawet aksamitne brzegi 
są zabarwione 
herbową czerwienią 
gdzie w lewym półkolu 
słynie y onne 
na lewo od Vezeley 
Lew na tylnych łapach 
wspięty w polu gwiazd 
rdzawych jak f1eurs-de-lys 
na zmrożonych szronem łąkach 
Murtenu i Nancy 


mlse en ablme 
srebrny gołąb 
głosi krew 
krzyże za krzyżami 
Deus le volt 
outre mer 
gdzie grobowiec 
państwo głazów 
wiecznie suchy 
zbeszczeszczony pyłem 


Allah akbar 
sokół spada 
na ogrody z damascenu 
z krzykiem co przeszywa serce 
zranione serce Kriemhildy 
gdy ujrzała 
śmierć Sigurda 
i radosną twarz 
Brunhildy 
żyzna gleba Burgundia 
obradza purpurą winnic 
złotem płowych zbóż 
pod czerwienią słońca 
pod sierpem księżyca 


GR20 


51 Literackie kompozycje odwołujące się do herbów, ich wyobrażeń plastycznych oraz symbo- 
liki, szczególnie popularne były w literaturze staropolskiej, zwłaszcza barokowej. Zob.: P. Bu- 
chwald-Pelcowa, Na pogranIczu emblematów I stemmatów, [w:] Słowo I obraz. MaterIały Sympo- 

um KomItetu Nauk o Sztuce PAN NIeborów, 29 wrześnIa-l paźdzIernIka 1977 r., pod red. A. Mo- 
rawińskiej. Warszawa 1982 s. 73-95; ]. A. Chrościcki, Pompa funebrIs. Z dzIejów kultury staro- 
polsldęj. Warszawa 1974; tegoż, Barokowa archItektura oka
onalna, [w:] WIek XVII. Kontrrefor- 
maga. Barok. Prace z hIstorII kultury, pod red. J. Pelca. Wrocław 1970. 


52
>>>
Dwa wewnętrzne elementy herbu - lew i lilie - jako atrybuty królewskiej i książęcej 
władzy, są najczęściej spotykane w heraldyce średniowiecznej. Wedle The Oxford Guide to 
Heraidy, 
Lew [...] w heraldyce pojawia się w wielu pozach, z których najpowszechniejsze jest 
ukazanie go wspinającego się na tylne łapy, a także idącego z uniesioną przednią łapą, 
ł ' l 52 
a g ową zwroconą w ewo . 


Podobnie istotną rolę spełnia w heraldyce kwiat lilii, 
gdyż - jak podaje Leksykon symboli - lilie są kwiatami królewskimi [...], szczególnie 
dlatego, że ich kształt przypomina berło 53. 
Kwiaty lilii, od 1179 r. zdobiące herb królów Francji, w strukturze świata przedstawione- 
go w utworze Buszy stanowią symbol śmierci: "fleurs-de-lys / na zmrożonych szronem 
łąkach" - bitewnych polach Murtenu i Nancy. Pod Nancy, w bitwie ze Szwajcarami 
w 1477 r. poległ książę Burgundii Karol Śmiały (1433-1477)54, którego słowa zamiesz- 
czone zostały jako motto utworu: Qui a ter re, il a guerre, et qui a chevance, il a process 
["Kto ma ziemię, ten ma wojnę, / a kto ma mienie, ten ma kłopoty"] 55. 
Nasycenie przestrzeni przedstawionej w wierszu czerwienią Qednej z pięciu barw he- 
raldycznych, obok zieleni, błękitu, purpury i czerni), posiada wymowę symboliczną56: 
wiersz niejako egzemplifikuje znaczenia, jakimi "obdarza" czerwień chrześcijańskie 
średniowiecze. Jak pisze Maria Rzepińska, "czerwień [wiązana jest w średniowieczu - 
B.T.] ze słońcem, ogniem, latem i Marsem - bogiem wojny". Jako uosobienie destruk- 
cyjnej siły ognia, barwa ta interpretowana była również jako znak-symbol Sądu Ostatecz- 


52 Th. Woodcock,]. M. Robinson, The Oxford GuIde to Heraldy. Oxford 1988 s. 203. 
53 H. Biederman, Leksykon symboli, tłum.]. Rubinowicz. Warszawa 2001 s. 194; "stylizowany 
kwiat wzorowany na lilii czy irysie, powszechnie spotykany w Królewskiej Armii Francuskiej, 
wykorzystywany był w Anglii aż do 1801 r.". Zob. też: The Oxford GuIde to Heraldy..., s. 201. 
Opis nie istniejącej w naturze lilii heraldycznej odnajdujemy w słowniku]. E. Circlota: "Emblemat 
ma za podstawę trójkąt przedstawiający wodę. Powyżej jest krzyż (koniunkcja i urzeczywistnienie 
duchowe), poszerzony dwoma symetrycznymi liśćmi, które owijają się wokół belki poziomej. Cen- 
tralna wznosi się prosto ku niebu jako symbol zwykle przypisywanych jej treści". ]. E. Circlot, 
SłownIk symbol1, s. 229. 
54 "Książę Burgundii, syn Filipa Dobrego objął rządy w Burgundii jeszcze za życia ojca, kiedy 
ten ciężko zachorował, i natychmiast wszedł w konflikt z królem francuskim, Ludwikiem XI. Zo- 
stawszy księciem w 1467 roku, dążył do rozszerzenia swego panowania aż po Ren, co doprowa- 
dziło do konfrontacji z cesarzem niemieckim, Fryderykiem III, i Szwajcarami, którzy obawiali się, 
że ekspansja terytorialna Burgundii naruszy równowagę sił w Europie. W czasie tych walk zginął 
w bitwie ze Szwajcarami pod Nancy, w 1477 r. Wraz z jego śmiercią skończył się najbardziej 
ambitny z planów politycznych Burgundii". ŚrednIowIecze. EncyklopedIa popularna, oprac. 
H. R. Loyn. Warszawa 1996 s. 168. 
55 Wiersz Buszy, w którym pojawiają się zwroty w języku francuskim oraz arabskim, należy 
niewątpliwie do "utworów wielojęzycznych". Innojęzyczne wtręty, które skupiając uwagę odbior- 
cy, rozbijają brzmieniową spoistość wypowiedzi, uzasadnione są odwołaniem do określonego kon- 
tekstu kulturowego oraz historycznego. Por.: L. Forstner, The Poe ts , Tongues: MultIlingualism In 
LIterature. Cambridge 1970 s. 74n. 
56 Zdaniem Juana E. Circlota, zarówno zewnętrzne elementy herbu, jak i wewnętrzne - w tym 
kolory, metale, tła i figury - oprócz sensu dosłownego oraz anegdotycznego, związanego ze swym 
pochodzeniem, posiadają również sens symboliczny: "Metale i kolory można «odczytywać» 
w świetle właściwej im symboliki".]. E. Circlot, SłownIk symboli, s. 157. 


53
>>>
neg0 57 . To dwojakie znaczenie odzwierciedlone zostało z jednej strony, w obrazach win- 
nic rosnących na "żyznej glebie Burgundii", z drugiej - zwiastującego śmierć, czer- 
wonego księżyca. 
Zza pojawiających się na tarczy herbu figur, które - jak półksiężyc 58 czy lew wspięty 
na tylnych łapach, sugerują siłę, dominację, wojnę i przelew krwi, przeświecają historyczne 
wydarzenia. Nazwy miejscowości stają się znakami Historii, jak wspomniane już Murten 
i Nancy, czy Vezeley, gdzie święty Bernard z Clairvaux (1090-1153), teolog i mistyk cyster- 
ski, w 1146 r. nawoływał do drugiej wyprawy krzyżowej ("srebrny gołąb / głosi krew"). 
Przywołane w wierszu słowa Deus volt [Bóg tak chce] stały się hasłem bojowym krucjat 
prowadzonych w celu "wyzwolenia" grobu Chrystusa w Palestynie 59 . 
W rozległy kontekst historyczno-kulturowy, ukazujący zderzenie cywilizacji chrze- 
ścijańskiej ze światem islamu (por.: "Allah akbar [Allah jest wielki], sokół spada / na 
ogrody z damascenu / z krzykiem co przeszywa serce"), wplecione zostały odwołania do 
Sagi o Nibelungach Ryszarda Wagnera ("zranione serce Kriemhildy / gdy ujrzała / śmierć 
Sigurda / i radosną twarz / Brunhildy" - GR 21). Wiersz, w którym odwołania do odle- 
głych, historycznych wydarzeń krzyżują się ze światem mitów i legend, wywołuje wraże- 
nie ornamentacyjnego fryzu, na którym poszczególne elementy, usytuowane obok siebie 
w arbitralnie wyznaczonym porządku, zdają się odsyłać do ahistorycznej rzeczywistości 
linearnych form i kolorów. 


*** 


Odwołania do sztuk niewerbalnych, z których najczęściej reprezentowane jest ma- 
larstwo, jak również synkretycznych, jak film, wzbogacają ogląd rzeczywistości przed- 
stawionej w wierszach Buszy. Posiłkując się utrwalonym w dziełach sztuki spojrzeniem 
innych artystów, poeta ukierunkowuje zarazem konkretyzacyjne wyobrażenia odbiorcy, 
którego wiedza oraz określony poziom kultury intelektualnej wydają się z góry założo- 
ne 60 . Otwarcie na sztuki operujące odmiennym tworzywem oznacza też chęć poszerze- 
nia możliwości słowa zarówno w zakresie wizualnych skojarzeń, jak i schematów kon- 
strukcyjnych. Charakterystycznym chwytem w najnowszej poezji Buszy jest nawiązy- 
wanie do dzieł nie tylko różniących się pod względem tworzywa, ale należących do 
bardzo odległych nieraz epok i stylów. Poetycki świat, w którym dzieła dawnych mi- 
strzów malarstwa sąsiadują z XX-wieczną sztuką filmową, przywodzi na myśl awan- 


57 M. Rzepińska, HIstorIa koloru..., s. 118. "Ogromna rola emocjonalna i estetyczna czer- 
wieni jest spadkiem po tradycjach antycznej purpury, barwy władzy, cesarstwa i najwyższego 
kapłaństwa. [...] Od niepamiętnych czasów i we wszystkich kulturach czerwień wiązała się 
z pojęciem sił życiowych, ognia, krwi, wojny, namiętności i płodności. Jest to kolor [...] «ziem- 
ski»". Tamże, s. 126. 
58 Symboliczne znaczenie półksiężyca jest ambiwalentne. Według]. E. Circlota, w zachodniej 
emblematyce średniowiecznej sierp księżyca, przedstawiony razem z gwiazdą, symbolizuje wy- 
obrażenie raju. Tegoż, SłownIk symboli, s. 368. Półksiężyc otaczający gwiazdę jest także - od 
czasu wypraw krzyżowych - emblematem świata muzułmańskiego. Natomiast pokrewny wyobra- 
żeniu półksiężyca sierp, obok znaczenia dorocznych żniw, stanowi symbol czasu i śmierci Qako 
żniwiarza). Zob.: tegoż, Leksykon symbolI..., s. 128, 144. 
59 ŚrednIowIecze..., s. 70. 
60 Jak pisze Edward Balcerzan, "większe zobowiązania wobec artystycznych doświadczeń od- 
biorcy podejmuje się zazwyczaj w nurtach klasycyzujących, mniejsze - w kręgach romantycz- 
nych. Sztuka pojawia się częściej jako temat poezji kultury, rzadziej bywa tematem poezji natury". 
E. Balcerzan, Poe
ajako semIotyka..., s. 22. 


54
>>>
gardowy kolaż, będący w istocie rozpaczliwą próbą tworzenia syntezy "z resztek pęk- 
niętej rzeczywistości,,61. 
Phyllis Webb, określając wiersze Buszy mianem "poezji wygnania, a nie nowego lą- 
du,,62, sugerowała brak zakorzenienia poety w Kanadzie. Przed "próżnią straszną, olbrzy- 
mimi przestrzeniami pomiędzy Vancouver a Toronto i Ottawą"63, poeta chroni się w świat 
europejskiej kultury. Metaforę przytoczoną przez kanadyjską pisarkę można rozumieć jed- 
nakże inaczej: jako ontologiczną bezdomność, na jaką skazuje siebie ta - na styku róż- 
nych tradycji kreująca swe pozaprzestrzenne światy ("wszędzie i nigdzie") - nowocze- 
sna liryka. 


61 Por.: H. Friedrich, Struktura nowoczesnej lirykI. Od połowy XIX do połowy XX wIeku, przeł. 
E. Feliksiak. Warszawa 1978 s. 232. Zob.: E. Kuźma, GranIce porównywalnoścI, s. 263. Por.: 
R. Nycz, Tekstowy śwIat..., s. 189-224 (rozdz. O kolażu tekstowym. Zarys dzIejów pojęcIa). 
62 P. Webb, [rec.: Volvox...] . "Czystą mową wygnania" nazwał swój język Saint-John Perse 
w utworze ExIl [WygnanIe] z 1942 r. S.-J. Perse, Anabaza, przeł. Z. Bieńkowski. Warszawa 
1980 s. 107. 
63 Z rozmowy przeprowadzonej z Andrzejem Buszą przez autorkę niniejszego artykułu, 
30 IV 1998 r. w Londynie. 


55
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


o MALARSTWIE 
LEONA WEISSBERGA 


jerzy MALINOWSKI (Warszawa-Toruń) 


W latach 1925-1926 działała w Paryżu "Grupa Czterech", którą założyli polscy malarze 
o żydowskich korzeniach, pochodzący ze Lwowa i ziemi lwowskiej - Alfred Aberdam, 
Zygmunt Menkes, Joachim Weingart i Leon Weissberg. Działalność grupy omówiłem 
w publikacji O genezie i twórczości tzw. Grupy Czterech, także w artykułach poświęconych 
jej członkom l . 
Najmniej znanym w Polsce współzałożycielem "Grupy Czterech" był Leon Weiss- 
berg 2 . Urodził się on w Przeworsku w 1894 (lub 1893). Pochodził z zamożnej rodziny; 
ojciec posiadał wytwórnię wody sodowej i drukarnię. Przyszły artysta od 1902 r. uczył się 
w gimnazjum klasycznym w Wiedniu. Po zdaniu matury w 1910 r., wbrew naciskom ojca, 
który pragnąc skierować go na studia prawnicze, pozbawił pomocy finansowej, zaczął 
studia w wiedeńskiej Kunstgewerbeschule (Szkoła Rzemiosł Artystycznych), a następnie 
w Akademii Sztuk Pięknych. Zmobilizowany w 1916 r., służył do końca wojny warmii 
austriackiej. 
W 1918 r. powrócił do domu, lecz wkrótce rodzina wysłała go na studia prawnicze do 
Berlina. Nie rozpoczął ich jednak. Podejmował się różnych prac, by utrzymać się przy ży- 
ciu. Grał epizodyczne role w filmie i teatrze. Pisał sztuki, z których jedna, Wojna i pokój, 


I O genezIe tzw. Grupy Czterech, Zabytkoznawstwo i Konserwatorstwo 2000 t. 31 s. 159-192 
- wersja francuska: Genese artlstIque du Groupe des Quatre [w:] Ecole de ParIs - le groupe des 
Quatre. Paris 2000 s. 45-75; Alfred Aberdam - malarz "Ecole de ParIs" [w:] MIstrzowI MIeczy- 
sławowI Porębskiemu ucznIowIe, pod red. T. Gryglewicza [i in.]. Kraków 2001 s. 235-256; Twór- 
czość malarska JoachIma WeIngarta, Pamiętnik Sztuk Pięknych 2002 nr 2. Na publikację oczekuje 
obszerny tekst poświęcony twórczości Zygmunta Menkesa. 
2 Szczegółowy życiorys i katalog dzieł malarskich zawiera publikacja WeIssberg (Paris 1980), 
z przedmową Philippe Soupaulta, wydana przez L. Lachenal (córkę artysty) i K. Mesdaga Rittera. 
O artyście pisali także: H. Fenster, Undzere farpajnIgte ldnstler. Paris 1951 s. 96-99; Ch. Aronson, 
BJlder un gesztaltn fun Montparnas (Scenes et visages de Montparnasse). Paris 1963 s. 312-317; 
WeIssberg. Retrospectlve 1924-l942, katalog wystawy. Paris: Galerie Mann, 1998 (zawiera przedruki 
tekstów].-M. Dunoyer, Ph. Soupaulta,]. Malinowskiego, Ch. Aronsona i H. Fenstera). Wspomniana 
książka Ecole de ParIs - le groupe des Quatre zawiera m.in. tekst ].-M. Dunoyer Leon WeIssberg 
(s. 85-107) i obszerny biogram wraz z fragmentami wypowiedzi o artyście (s. 130-140). 


57
>>>
miała być wystawiona z pewnym sukcesem. Pracował jako skrzypek w kabarecie. W 1919 r. 
podjął dalsze studia w ASP w Monachium. W 1922 r. odwiedził Włochy, Holandię i Belgię, 
a w 1923 r. przybył do Paryża i osiedlił się na Montparnasse. Zygmunt Menkes wspominał, 
że poznał Weissberga w kawiarni La Rotonde o drugiej w nocy, tuż po jego przyjeździe do 
stolicy Francji, i zaproponował mu nocleg w swoim pokoju hote10wym 3 . 
Geneza twórczości Weissberga nie jest znana. Wiadomo, że w Berlinie w 1918 r. ma- 
lował m.in. portrety na zamówienie. W Wiedniu, Berlinie i Monachium zetknął się 
z ekspresjonizmem. Pierwszy znany obraz - Portret żydowskiego chłopca - z około 
1922 r. charakteryzuje się linearnym ujęciem, które zapewne jest wynikiem kontaktu 
z rodzącą się w Niemczech nową rzeczowością. 
Nie wiadomo, gdzie i w jakich okolicznościach powstał Portret Franza Kaiki. Wybit- 
ny pisarz zmarł w 1924 r., portret zapewne musiał być wykonany w 1923 r. Postać Kafki 
Weissberg ujął realistycznie. Jest to jednak typ realizmu, który kształtował się około 
1920 r. pod wpływem zmian wniesionych przez postimpresjonizm. Portret Franza Kaiki 
utrzymany został w żółtawo-brunatnym kolorycie. Rysy twarzy, poza i przedmioty, w tym 
półki z książkami, świadczące o profesji portretowanego, oddane zostały z dużą precyzją. 
Typem pozy do tego portretu zbliżone są dwa następne ważne paryskie dzieła Weiss- 
berga Portret Tobiasza Habera (malarza z Łodzi, przebywającego w Paryżu; 1924) 
i Portret Leopolda Zborowskiego (1926). Zborowski interesował się od 1925 r. twórczo- 
ścią artysty i kupował jego obrazy. Haber i Zborowski ujęci zostali w analogicznej pozy- 
cji, co Kafka, a więc siedząc na krześle, z twarzą lekko zwróconą w lewo i ze złożonymi 
rękami. Obraz wiszący w tle portretu Habera, a papiery i atrament na stoliku obok Zbo- 
rowskiego podobnie wskazywały na zawód portretowanych. Wszystkie trzy portrety ty- 
pem twarzy pełnej melancholii i gestów rąk przypominały nieco twórczość Mojżesza 
Kislinga. Bardziej ekspresyjny wydaje się natomiast, ujęty w popiersiu na neutralnym tle, 
Portret rosyjskiego malarza (1926). 
W połowie lat 20. Weissberg malował przede wszystkim martwe natury. Wykonana 
po przyjeździe do Paryża Martwa natura z kałamarzem (1924) wykazuje wpływy kubi- 
zmu przejawiające się w geometryzacji przedmiotów i spłaszczeniu przestrzeni, zbliżając 
się nieco do Martwej natury Aberdama z 1923 r. W następnych martwych naturach 
związki z kubizmem zanikały. Ślady kubistycznej geometryzacji przedmiotów odnaleźć 
można jeszcze w Martwej naturze ze świecznikiem (1925), zaś efekt kubistycznego spła- 
szczenia w Martwej naturze z figurką (także z 1925). Bogate malarskie faktury w drugim 
z tych obrazów, a także w powstałej nieco wcześniej Martwej naturze z nożem (1924) 
zapowiadały związki artysty z Eco1e de Paris. W tym kontekście szczególnie wyrafino- 
wana wydaje się Martwa natura z butelką (1925) - inspirowana fowizmem, utrzymana 
w ciemnych barwach, lecz ożywiona bielą światła. 
W 1924 r. Weissberg debiutował na Salonie Jesiennym. Odtąd co roku będzie w nim 
uczestniczyć. W 1925 r. wystawił "piękną" martwą naturę, którą Edward Woroniecki 
określił jako cezanne'owską, zaś rok później na Salonie Niezależnych m.in. akt myjącej 
się kobiety, uznany przez tego samego krytyka za "naturalistyczne studium [...J o mało 
estetycznej pozie"4. Eksponował także na Salonie Tuileryjskim. 


3 List Z. Menkesa do H. Fenstera z 10 XII 1946 cytuje K. Mesdag Ritter, Parcours w: Ecole 
de ParIs - le groupe des Quatre, s. 20. 
4 E. Woroniecki, L 'art polonais a ParIs, La Pologne Politique, Economique, Litteraire et Arti- 
stique 1925 nr 21 (1 X) s. 787. O udziale Weissberga w paryskich Salonach: A. Blum, NasI artyścI 
w Paryżu. Salon JesIenny, Chwila 1925 nr 2357 (10 X) s. 3; E. Woroniecki, L 'art polonais a ParIs, 
La Pologne Politique, Economique, Litteraire et Artistique 1926 nr 8 (15 IV) s. 300. 


58
>>>
Na przełomie 1925 i 1926 r. wraz z "Grupą Czterech", obok Alfreda Aberdama, 
Zygmunta Menkesa i Joachima Weingarta, wziął udział w wystawie w galerii Au Sacre du 
Printemps, prowadzonej przez Jana Śliwińskiego. Albert Wepper w korespondencji 
w lwowskiej "Chwili" pisał: 
Weissberg, najdalej w uproszczeniu formy idący, maluje odważną, szybką a piesz- 
czącą ręką obrazy jakby inspirowane miłością, tęsknotą i szczęściem rodzinnym 5 . 


Ta uwaga Weppera miała zapewne związek z poznaniem przez artystę Marii z Berów 
Pragier, pochodzącej z Warszawy, od 1927 r. jego żony. W twórczości Weissberga poja- 
wiła się więc nowa tematyka - portrety żony i przedstawienia kobiet. 
Zapewne pierwszym ważnym artystycznie dziełem był obraz Czesząca się kobieta 
(1924) - ekspresyjnie malowane w ściemnionej brunatnej tonacji przedstawienie postaci 
przed lustrem. Interesująca wydaje się aranżacja tego portretu, w którym zamaszysty gest 
kobiety został zrównoważony optycznie przez drobne przedmioty na toaletce. 
Największe uznanie przyniósł artyście akt Żydowska narzeczona (1926). W porów- 
naniu do wcześniej wspomnianych obrazów jest on bardziej dekoracyjny w ujęciu, zaś 
w tonacji jaśniejszy, o bogatym kolorycie z przewagą biało-złocistych i jasnobrunatnych 
odcieni. Chil Aronsan podkreślał w swoich wspomnieniach poetyckość dzieła i nastrój 
nostalgii za żydowskim miasteczkiem 6 . Podobny stylistycznie i przedstawiający tę samą 
modelkę - przyszłą żonę artysty - jest portret Kobieta na zielonym tle (także z 1926). 
Obydwa obrazy łączy linearny, dość precyzyjnie ujęty, kontur i pewna płaszczyznowość 
form, co przypomina nieco późną twórczość Egona Schie1e, którą artysta mógł poznać 
w czasie pobytu w Wiedniu. 
Powstała w 1927 i 1928 r. seria aktów i portretów, do których pozowała żona artysty, 
wyróżnia się bardziej malarskim, syntetycznym potraktowaniem. Pośród nich były obra- 
zy: Kobieta w lisie, Akt na krześle, Akt siedzący (wszystkie z 1927) oraz Kobieta w ma- 
rynarce i Kobieta oparta na łokciu (obydwa z 1928). Utrzymane są one w charaktery- 
stycznej białawo-żółtawej, perłowej tonacji, analogicznej do tonacji ówczesnych obrazów 
Menkesa i Weingarta. 
Pierwsze znane pejzaże Weissberga pochodzą z 1924 r. Są to słoneczne widoki pa- 
górkowatej okolicy, zapewne przypominającej rodzinne strony artysty we wschodniej 
Małopolsce. Pejzaż zjabłoniami, Pejzaż z telegraficznym słupem (1924) oraz I#eś z czer- 
wonymi dachami (1926 lub wcześniej) malowane są za pomocą szerokich, płaskich plam 
barwnych, fakturalnie kładzionych szerokimi pociągnięciami pędzla. Południowy, inten- 
sywny koloryt tworzą zestawienia żółtawych oraz czerwono-brunatnych pól i wzgórz, 
zieleni drzew, ciemno-niebieskiego nieba i czerwieni dachów. I#eś z czerwonymi dacha- 
mi łączy z Pejzażem z jabłoniami podobny sposób kształtowania sylwety drzew, zaś 
z Pejzażem z telegraficznym słupem - motywy słupów linii telegraficznej oraz partero- 
wych domków o dwuspadowych dachach. 
Bliskie ekspresjonizmowi, przypominające nieco twórczość Soutine'a czy Kiko'ine'a, 
są dwa inne, zbliżone do siebie pejzaże Folwark za ogrodem (1925) oraz Dom wśród 
drzew (1926) z dynamicznie kształtowanymi sylwetami drzew i pewnymi deformacjami 
architektury. 
W końcu lat 20. Weissberg malował głównie pejzaże, rzadziej portrety i martwe natu- 
ry. Żniwa (1926), Akwedukt w Arcueil (1926) oraz Pejzaż nadrzeczny (około 1927) były 
widokami południowo-francuskich miasteczek i wsi, ujętymi w panoramicznej pers- 


5 A. Wepper, MłodzI artyścI żydowscy w Paryżu, Chwila 1926 nr 2452 (15 I) s. 3. 
6 Ch. Aronson, BIlder un gesztaltn fun Montparnas, s. 313. 


59
>>>
pektywie. Artysta przedstawiał na tle pofałdowanego terenu, często z motywem rzeki, 
nieregularne układy niewysokich domków o białych ścianach i dwuspadowych dachach, 
wysokie drzewa o rozłożystych koronach. W tym pejzażu pojawiały się drobne, sztafażo- 
we ludzkie postaci, które wykonywały gospodarskie czynności. Inspiracją dla tych obra- 
zów było niewątpliwie malarstwo holenderskie XVII wieku. Weissberg nie deformował 
przestrzeni i architektury; w jego dziełach inspiracje postimpresjonizmem łączyły się 
z fowizującym określeniem plamy barwnej. Spośród najbardziej charakterystycznych 
pejzaży wymienić można Zbocze (1927) czy Na brzegu stawu (1927). W tym samym 
czasie pojawiły się także szkicowe, ekspresyjne pejzaże, np. Pejzaż z białym płotem 
i Pejzaż z czarnym płotem, a także martwe natury (Martwa natura ze szklanką). 
W 1928 r. Weissberg podjął tematykę miejską. Były to widoki paryskich ulic ze skle- 
pami i kawiarniami (Bistro pod drzewami, 1928; Plac, 1929), a także przedmieść (Pejzaż 
z czerwoną parasolką, 1928). 
Weissberg nawiązał w Paryżu kontakty z polskimi marszandami - obok Leopolda 
Zborowskiego - także z Jadwigą Zakową, ponadto Galerią Manteau. Sprzedawał obrazy 
nieokreślonemu z nazwiska amerykańskiemu kolekcjonerowi i doktorowi Karolowi Be- 
rowi (bratu żony), z którym podpisał roczny kontrakt. 
Wraz z dawnymi członkami "Grupy Czterech" wziął udział w dwóch polskich wy- 
stawach w Paryżu: w 1929 r. w galerii Editions Bonaparte oraz w 1935 w wystawie Grupy 
Paryskiej Plastyków Polskich. 
Weissberg zaangażowany był także w tworzenie środowiska artystów żydowskich 
w Paryżu. Uczestnicząc w Kongresie Kultury Źydowskiej w 1937 r., wystąpił z ideą zor- 
ganizowania Stowarzyszenia Artystów Źydowskich w Paryżu. Wraz z Chilem Aronsanem 
składał wizyty znanym żydowskim malarzom i rzeźbiarzom, przekonując ich do tej ini- 
cjatywy. Wkrótce Stowarzyszenie zostało założone 7 . 
W 1932 r. doszło do rozwodu Weissberga z Marią Pragier, która związała się z Os erem 
(Ojzerem) Warszawskim, znanym pisarzem, pochodzącym z Warszawy. Artysta, wraz z za- 
przyjaźnionym malarzem, pochodzącym z Łodzi, Maurycym Mędrzyckim (Mendjizkim), 
wyjechał wówczas na dłuższy pobyt do Saint-Paul-de-Vence. W 1935 r. przeniósł się do 
dawnej pracowni Henri Rousseau przy rue Perrel 2 bis, zajmowanej dotąd przez Menkesa. 
Portret artysty, zatytułowany fM1gabunda, namalował Roman Kramsztyk. 
Z twórczości Weissberga z lat 30., gdy malował głównie na południu Francji, zacho- 
wało się niewiele. Znane są przede wszystkim portrety - Dziewczyna w bieli (portret 
Henriette Tachon, 1937) czy portrety córki Lidii (1937), zbliżone formalnie do obrazów 
artysty z połowy lat 20. Bardziej interesujące wydają się jednak postimpresjonistyczne 
pejzaże, jak Czerwone dachy (około 1933), Plaża w Cagnes (około 1933) czy Sekwana 
przymoście wSuresnes (1935). 
W 1937 r. w twórczości Weissberga rozpoczął się nowy okres, który można określić ja- 
ko ekspresjonistyczny. Podjął wówczas inspirowaną przez Georgesa Rouaulta tematykę 
cyrkową i przedstawienia postaci we wnętrzu. Zapewne przełomowym dziełem była Rozma- 
rzona księżniczka - przedstawienie młodej dziewczyny w towarzystwie clownów. (Mo- 
notypię z podobnym clownem w trójkątnej czapeczce, grającym na gitarze, wykonał artysta 
w tym samym roku.) Z 1940 r. pochodzi obraz Malarz Jakub Mącznik (Muncznik) w pra- 
cowni. Weissberg stosował wówczas stosunkowo wąską skalę barwną, ograniczoną do bieli, 
żółcieni, zieleni i brązów. Zachowywał przestrzenny układ obrazu. Wprowadzał kontrasty 
światłocieniowe, zaś plamy barwne kładł płasko, często miały one "postrzępiony" charakter. 


7 Tamże, s. 317. 


60
>>>
Tworzył kompozycje z postaciami w "dużej" skali na pierwszym planie. Tło było ledwo 
zasugerowane lub neutralne, ograniczone do układu plam. 
Po wybuchu wojny w 1940 r. Weissberg opuścił Paryż i przebywał na południu Fran- 
cji w Rodez, Marsylii i Entraygues. W 1941 r. spotkał w Marsylii Władymira Raykisa, 
ówczesnego właściciela Galerie Zak, który zaproponował mu kontrakt na obrazy małych 
formatów, malowane głównie na tekturze (płótno było wówczas we Francji racjonowane). 
Miały one być wysyłane do galerii amerykańskich. 
Wśród wielu obrazków z 1941 i 1942 r. wymienić można kompozycje z postaciami 
clownów i woltyżerek (Dwóch clownów z mandoliną, Clown i woltyżerka, Clown i dziew- 
czyna) i scenę z cyrku z woltyżerką i clownami na arenie (Cyrk, 1940). 
Z postacią clowna utożsamił się sam Weissberg, przedstawiając w groteskowy sposób 
w obrazie Stary clown (1942) własną twarz. Tematyka cyrkowa i wyobrażenie smutnej 
twarzy clowna stawały się dla artysty odzwierciedleniem tragizmu życia 8 . Wojna 
i Zagłada Źydów nadały jej nowy dramatyczny wyraz. 
Obok tematyki cyrkowej Weissberg malował pejzaże z postaciami (Jesień, 1941; Ką- 
piący się w Entraygues i Pejzaż z Entraygues, obydwa z 1942). W obrazach tych ujawniła 
się silna deformacja przestrzeni i postaci, sprowadzonych do kilku plam barwnych. Kolor 
był kładziony płaskimi, pociągłymi plamami, w czym można dostrzec inspirację fowi- 
zmem. O ile jednak fowiści używali czystych zasadniczych barw, to barwy w dziełach 
Weissberga są przełamane i pozbawione ostrości. 
W lutym 1943 r. Weissberg aresztowany został przez francuską policję i przekazany 
Gestapo. Artystę umieszczono w obozie w Drancy i następnie wysłano do obozu śmierci 
w Majdanku. 
Tragicznie przerwana twórczość Weissberga miała wiele cech wspólnych z twórczo- 
ścią pozostałych artystów z "Grupy Czterech". W ekspresjonistycznej formie, charaktery- 
stycznej dla Ecole de Paris, Weissberg malował nastrojowe pejzaże, martwe natury, por- 
trety i akty. Podejmował, podobnie jak inni członkowie grupy, traktowaną aliteracko 
tematykę sztuki - muzyczną, teatralną i cyrk ową 9. 


8 O popularności tej tematyki od przełomu XIX i XX wieku pisała m.in. M. Podraza-Kwiat- 
kowska w rozdziale Bóg, ofiara, clown czy psychopata? O roli artysty na przełomIe XIX w XX wIe- 
ku w książce Symbolizm I symbolika w poe
I Młodęj PolskI (Kraków 1975). 
9 Za udostępnienie obrazów Weissberga dziękuję córce artysty p. Lydii Lachenal z Paryża. 


61
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


KORESPONDENCjE - DOKUMENTY - ROZMOWY 


TWÓRCZOŚĆ MARIANA 
KRATO CHWILA 


Zbigniew KRATOCHWIL (Warszawa) 


Publikowany poniżej szkic zmarłego w październiku 2002 r. historyka Zbigniewa Kratochwila 
o bracie, Marianie Kratochwilu, został napisany w połowie lat 90. jako wstęp do książki poświęco- 
nej twórczości znakomitego malarza i wydany w kilku zaledwie egzemplarzach w formie CD, 
wespół z reprodukcjami obrazów oraz dokumentacją obecności prac Mariana Kratochwila w mu- 
zeach, galeriach i zbiorach prywatnych na świecie. 
Wspólnie z Autorem planowaliśmy uzupełnienie książki o wspomnienia przyjaciół i rodziny 
oraz o dokumenty osobiste z archiwum, a po uaktualnieniu wydanie jej nakładem Archiwum Emi- 
gracji. Ledwie zarysowany kształt takiej publikacji powstał na krótko przed październikiem. Nie 
rezygnujemy z pomysłu. 
Zbigniew Kratochwil i jego córka, Ewa Gubała podarowali Archiwum Emigracji prawie 130 
rysunków i szkiców Mariana z lat 20. i 30. XX wieku oraz 5 prac olejnych. Podarowali również 
archiwalia, w tym wspólną korespondencję obu braci, dokumentację wystaw i aktywności arty- 
stycznej, i wreszcie pamiątki osobiste: fotografie, dyplomy itd. Po śmierci ojca, Ewa Gubała prze- 
kazała do Archiwum gipsową głowę Mariana Kratochwila. 
Tekst szkicu ukazuje się bez skrótów z niewielkim uzupełnieniem w części dotyczącej obecno- 
ści prac Mariana Kratochwila w Toruniu. 


(Red.) 


*** 


Marian Kratochwil pochodził z byłych Kresów Wschodnich. Urodził się w Kosowie 
Huculskim w 1906 r. w rodzinie sędziego. Gimnazjum ukończył w Złoczowie, mieście 
Jana III Sobieskiego. Uzyskał w nim dobre wykształcenie, uzupełniane przez ojca. 
W Sokole doszedł do dużej sprawności fizycznej. Po wstępnych studiach historycznych 
i filozoficznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie zmienił całkowicie kieru- 
nek swych zainteresowań. Była nim sztuka. 
W 1926 r. jego pierwszym i jedynym nauczycielem, głównie rysunku, był znany arty- 
sta malarz Stanisław Batowski. W krótkim czasie Marian osiągnął na tyle wysoki poziom, 


63
>>>
że zgodnie z opinią Batowskiego nie potrzebował już studiować w Akademii Sztuk Pięk- 
nych. Od tego czasu był samoukiem. 
Początkowo całą swą uwagę skierował na perfekcyjne opanowanie rysunku ołówkiem 
i piórkiem. Efektem tej działalności było wiele albumów. Pokazał w nich nie tylko krajo- 
braz, ale i folklor ze szczególnym uwzględnieniem chłopów, Źydów, plebsu miejskiego 
i małomiasteczkowego. 
W roku 1929 został powołany do odbycia rocznej służby w podchorążówce piechoty 
w Rawie Ruskiej. 
W dalszym ciągu doskonali swe techniki opanowując żmudne dziedziny grafiki, mie- 
dziorytu i akwaforty a także i malarstwa. Skierowuje swoje zainteresowania na wspaniałe 
tereny Wołynia, Podola i w mniejszym stopniu Pokucia i Polesia. 
W początku lat 30. rozpoczyna na wielką skalę malowanie obrazów olejnych. 
Jego bazą wypadową staje się nieduże miasteczko Podkamień k. Brodów, określane 
przez króla Sobieskiego jako "Częstochowa Wschodu" ze względu na potężny, ufortyfi- 
kowany klasztor Dominikanów. 
J ego długoletnim towarzyszem w sztuce był Leopold Buczkowski znany później literat 
i grafik. Wprowadził Buczkowskiego w tajniki malowania i rysunku, ale efekt nie był takiej 
miary, jakiej można się było spodziewać. Po wojnie rozeszły się ich drogi. Buczkowski 
przerzucił się na literaturę (prozę), która u Mariana Kratochwila spotkała się 
z zastrzeżeniami. 
W tym czasie powstaje znaczna ilość kompozycji i pejzaży Mariana. W 1936 r. bie- 
rze po raz pierwszy udział w zbiorowej wystawie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych 
we Lwowie. 
Wkrótce potem przenosi się na krótki okres do Warszawy. Wstępuje na skutek rad przyja- 
ciół na Akademię Sztuk Pięknych i ku zdumieniu wszystkich, oprócz niewielkiego pokazu 
w Resursie Obywatelskiej, wystawia 80 obrazów w Zachęcie. Za obraz Niedziela w Ożomli 
otrzymuje medal brązowy, mając niespełna 30 lat. Obraz ten nabyła późniejsza propagatorka 
jego sztuki, znana powieściopisarka Zofia Kossak-Szczucka. Niestety obraz ten zaginął 
w czasie wojny. Jego reprodukcja znajduje się w tygodniku "Światowid" (lO IV 1937 r.). 
Gdy Marian zwrócił się do państwa o pomoc pieniężną, gdyż chciał wyjechać do 
Włoch, uzyskał niewielkie stypendium w wysokości 300 zł. 
Pobyt w Warszawie, gdzie zapisał się do Akademii Sztuk Pięknych, nie potrwał długo. 
Poziom Akademii nie był dla Mariana odpowiednio wysoki. W tym czasie powstaje 
cykl grafik pt.: Wojna, gdyż artysta miał złe przeczucia przy pogarszających się stosun- 
kach politycznych w Europie. 
Ponownie bierze udział w zbiorowej wystawie Związku Polskich Artystów Plastyków 
we Lwowie i przygotowuje się do kolejnej wystawy w Zachęcie, planowanej na 1939 r. 
Maluje kilka dużych obrazów, w tym niewykończone dzieło pt.: Pożegnanie radości. 
Jest to jakby wizja kończących się szczęśliwie minionych czasów w naszym kraju. Na obra- 
zie widać na karuzeli rozradowanych żołnierzy i cywili, chłopów i mieszczan. Są to Polacy 
i Ukraińcy. Z boku przygląda się temu widowisku zamyślony Źyd w chałacie i wydaje się, że 
jakby przewidywał koniec tego okresu spokoju i beztroski. Wystawa w 1939 r. w Zachęcie 
nie odbyła się, ponieważ we wrześniu wybuchła wojna polsko-niemiecka. 
Marian Kratochwil działał jakby w trójkącie miast Lwów-Złoczów-Podkamień. Ale 
pomimo uroków Podkamienia, był zawsze wierny swemu ukochanemu miastu Lwowowi, 
w którym rozpoczęła się i zakończyła jego przedwojenna kariera artysty malarza. 
Marian Kratochwil, wyjątkowy artysta, ale i patriota, bierze w niej czynny udział. 
Broni w randze ppor. 52 p. piechoty naszej niepodległości przed germańskim najazdem. 
Niewielu było wtedy artystów, którzy czynnie walczyli z wrogiem Polski. 


64
>>>
... 


....... t...' 


, 
. -;: 
.;, : 



. ł 


LEON WEISSBERG 



. 
-t.« :f 


." I 
., 


'- 


... 


.!"Jo 


-
 
.r. 


{ 
I'
 
. 


\' 


,_o, 


ł ; 1 
' . 
. 


. 
. 


. - I
-- .t. 


1. Portret Leopolda Zborowskiego, 1926, olej na płótnie (własność prywatna) 


..
 
-t' 



'
. . 
.-\ \ \' '1-: 
.... \ "j -'
 
l. '. 
- \
, . 


'\ .
. 


'-. " 


"0' 
y 


,-' i \ 


...- 


,'. .ł." 



 


" .t;;.. 
o _I 


 


- 

. 


 
.- 
\. 
--- 


.
 


, !.
 
 .I
 . 


j 


! . 
'" 



 
'_1 


f.o 


- 
..1 


'" 


I 
1.- 


-.';I.
" - 


" 
-...:..
. ,,'\ ,4 


, . 
t" .. 


-"" p'... 

_.J" 


2. Martwa natura z kałamarzem, 1924, olej na płótnie (własność prywatna)
>>>
. ł ... 
',' 'j ;,4 
. =..1 
'-.
 
 


',. : , 


,. 


I ," 
" , 
'.. 


". 


" 
 


. 
'1'; 


. I 
'I

" 
,r, . 
. 11,. .. 
, , .. 


'T'-
 

 r',:. 
L '-1 ..... 
, "',,'o 

 


. ' 


.... 


, , 
t .., 
;I 


,J 
; 


ł 


\ 
. ' 


'\ .' I 
\f 


I ' 
.
 

' , .,\
 ' 
"- 
'''' 
',i
 . o, 
'.t.. \ 
\.' . .. .,- 
,t.),....., 
'.:" 
," 
. ,;;: 


. "", 


, 
ł 
. 
 " 
. I " 
\.
..
 .\ 
:"........ I", 
 
." . . 
./ 


" 


'\. 


, 
\:/. 



 


'.o'\.' 



. 
 II 


'ł-.. ' 


... 


I 
ł 


'1 
:I . 
Il
 J. ,- 


3, Żydowska narzeczona, 1926, olej na płótnie (Tel-Aviv Museum of Art) 


!' "',. 
. , 
. . ... 


.. 


.,.." 


.. 


- '. 


...,. 


: 



, 


.. . 


--f. 


. 
4'" 
. .. 



 


.' 


'..- 


. 
 T- 


.' .. (' o), 
.' ,i..;;.ł. . 


4':- " . 
-'k ", 


'(, .,' 


.. .,.: 



 Ił--. 


........ 
l 



 '.
 


'"'.- 


- ':-:
 

 . 


- .. 


\ 


t- 


-- .. 
-;-- t--:-:-'- t
 
- . 
 
, .. \: 


,tl 
 
... ' 



 .... 


.:--....... 

 ,.. - 



_ ł 


\
 



- ,.':fĄ. 


, .- 


4, Wieś z czerwonymi dachami, 1926, olej na płótnie (własność prywatna)
>>>
,,-1 . ,- 



, 


:t. 


'
. 
,. 


,:1111.., , 
',
:' ., 
", 


..'.-; 


"L 



' 


..... 


'.......... . 


"-.. 



 


"'" 


,.... 


....... 


::. 


.' 


.) 
". -'" 


'. 


- . 


..
 


"..; 


I i 


5. Stary clown (autoportret), 1942, olej na dykcie (własność prywatna) 


...., 


.' 


t. 
i 
./ .
 
' ,. . 
.t. 
1'» \ ," 
"'- I. 
I , 

 
.' 
.. 
.1. 


f. 


,\ 


., 


"- 


"\ -...
.;.. 


., 
,,:wiT '. 


....:;,.r- 


';O- 


.. 


',4" 


. 


.'\ 


.... 


,- " 


l
 '. 


...;. \"'.:'- ...'-. 
,..- 
6. Clown i dziewczyna na balkonie, 1942, olej na dykcie (własność prywatna) 


....... 


':--" 


" 


-łr
 . 
:- .,Iif
ł"" ,
\ 


" 


,,- 
" 


. .. 


, .. 


" 


,.. 
. 
 


, .. 


.. ,- 


".
;J 


O),,, · 

,!t. 
..,-.ł. , 

 f_ f '., 
.. 
- ...'. 


:". 


'., 


- _
r:. 




..
 


. . 
I , 
....
 
 I 


. '-, 
 
..... 


:"- 
,- 
..1 


IJ 


" 


.., 


. I, 


"- ."..'. 


'. ' 



 


" 


, .
>>>
MARIAN KRATOCHWIL 


. 


.. 


I .....; 


'"' 


( 


" . 


I
 


.. 


7. Chłop hiszpański, [b.r.], olej na płótnie (Archiwum Emigracji) 


I 



'. 


'-.' 


I .
 .'" 


..... 


.. 
, 


... 


,,," 



 


..... 


" 



 


'-o 


.. 


....." 


'- 


. ,. 
. 


4 


. , 


8. Hiszpanka z niewidomym synem, [b.r.], olej na płótnie Archiwum Emigracji)
>>>
J ego udział w walkach z Niemcami w ramach 12. dywizji piechoty trwał do oblężenia 
Lublina. Pod koniec tej walki wraz z dużą grupą obrońców przechodzi do partyzantki. 
Ale był to już daremny trud, została tylko gorycz klęski. Nie daje się wziąć do niewoli 
i wraca do Lwowa. A tam działają bolszewicy, a zwłaszcza NKWD nastawione na are- 
sztowanie oficerów polskich. 
W piękny mroźny dzień wigilijny 1939 r. żegnany łzami matki wyrusza ze Lwowa. 
Przedostaje się do armii francuskiej, ale nie bierze już udziału w walkach, bo Niemcy rzucili 
na kolana Francję, która walczyła z pomocą angielską krócej niż to uczyniła Polska. 
Z Francji przedostaje się na statku do Szkocji, gdzie pozostaje już do końca wojny 
jako asystent Centrum Wyszkolenia Piechoty przy dywizji generała Maczka. Mimo trud- 
nych obozowych warunków, kontynuuje działalność twórczą. Powstaje drugi cykl Wojna 
oraz pewna ilość obrazów poświęconych Szkocji i Edynburgowi. Cykle wojenne przeka- 
zał muzeum w Chicago. 
Nie zaniedbuje też rysunku. Osiągnął w tej dziedzinie znaczny postęp przy zmianie 
swego stylu. W 1947 r. opuszcza po demobilizacji Szkocję i osiada w Londynie. Za za- 
sługi wojenne władze emigracyjne przyznały później Marianowi, podobnie jak innym 
oficerom, stopień kapitana. 
Ze względu na trudne warunki finansowe stara się o pomoc polskich władz emigra- 
cyjnych. Ale gdy jeden z wyższych generałów odmawia przyjęcia na rozmowę "jakiegoś 
tam porucznika" uznaje, że musi działać na własną rękę, nie oglądając się na wątpliwą 
pomoc polskich emigrantów. Jak się okazało nawet późniejszy prezydent Raczyński 
w niczym mu nie pomógł. 
Powstaje pytanie, dlaczego nie wraca do kraju, gdzie została jego rodzina? Dla arty- 
sty ośrodek londyński ze wspaniałymi muzeami to baza do poznania wielkich osiągnięć 
sztuki z czasów starożytnych: Egipcjan, Greków i Rzymian, a także poznania dawnych 
osiągnięć Chin i Japonii. Muzea londyńskie penetrował przez 8 lat. W tej sytuacji uważa 
powrót do kraju za nie możliwy. 
W Londynie musi zarabiać na życie i pracuje przez 3 lata w wielkim magazynie me- 
blowym jako dekorator. Oczywiście tworzy równolegle wiele rysunków atramentem, la- 
wowanych, poświęconych Londynowi, w którym trwa odbudowa miasta, zniszczonych 
zabytków i kościołów. Obraz przedstawiający pożar katedry św. Pawła przekaże wiele lat 
później na audiencji księciu Karolowi. Powstają kolejne obrazy ze scen ulicznych, jar- 
marków na East Endzie, Petticot Lane, Kingslandzie. W dalszej części rysunków poka- 
zuje znaną fortecę Tower of London. 
W tym czasie artyście sprzyja szczęście. Poznaje dwie wybitne kobiety, Angielki. 
Pierwsza z nich to artystka malarka Dame Ethel Walker, znana ze swych świetnych obra- 
zów. Poznała się na sztuce Mariana, a ponieważ uznała, ze Marian potrzebuje pomocy 
finansowej, zapisała mu w testamencie wszystkie swoje obrazy. I rzeczywiście w chwi- 
lach kryzysowych ich sprzedaż dawała poważne wsparcie. Druga z nich to artystka ma- 
larka Kathleen Browne, późniejsza żona artysty, pochodząca z rodziny Plantagenetów. Jej 
przodek Browne był kanclerzem Elżbiety I królowej Anglii. Niestety to wysokie po- 
winowactwo nie przyniosło jej żadnych korzyści. Nie opływała w dostatki podobnie jak 
spadkobiercy generała Wellingtona. Tej kobiecie Marian Kratochwil zawdzięczał później- 
szą stabilizację w życiu, a przede wszystkim ogromną pomoc duchową, zawodową 
i psychiczną w działalności artystycznej. 
Kontynuując malarstwo o tematyce angielskiej Marian odwiedza Kornwalię i dalsze 
okolice Anglii, uwieczniając piękne obrazy o tematyce morskiej i lądowej. Dzięki pracy 
w magazynie Marian zaoszczędził fundusze na wyjazd do Hiszpanii, który doradziła mu 
Kathleen Browne. 


65
>>>
Wyjazd do Hiszpanii trwał około 20 miesięcy, przy czym podzielony był na dwa okresy: 
1953 i 1955 r. Marian jest zafascynowany Hiszpanią, przepięknymi krajobrazami, architek- 
turą starych miast i ich mieszkańcami. Przypominają mu one nasze byłe Kresy Wschodnie, 
a szczególnie Wołyń i Podole. Główne twórcze uderzenie artysty następuje w Toledo (Ka- 
stylia), mieście znanym z pobytu znakomitego malarza El Greco. Następnie maluje i rysuje 
w Rondzie (Andaluzja). Z powstałych obrazów można szczególnie wyróżnić piękne widoki 
Toleda położonego nad rwącą rzeką Tag. Jest to Toledo w aureoli światła, ale jest też poka- 
zane podczas potężnej burzy przechodzącej nad miastem. 
W 1961 r. Marian poślubia Kathleen Browne, jego podporę w trudnych okresach życia. 
Organizują w Chelsea szkołę dla początkujących i zaawansowanych malarzy, czemu służy 
powstałe duże studio. W tym roku wybiera się ponownie do Hiszpanii, do Toledo i Rondy, 
gdzie pracuje przez 4 miesiące. Uważał, że w tym czasie, gdy namalował 150 obrazów, 
ulepszył znacznie koloryt, przewyższający swym poziomem jego polskie osiągnięcia. 
Od dłuższego czasu zamierzał przyjechać do Polski i odwiedzić rodzinę, z którą roz- 
stał się w grudniu 1939 r. Przez cały czas była prowadzona obszerna korespondencja, 
w której był informowany o losach matki i rodzeństwa w Polsce. Wprawdzie w 1958 r. 
brat Zbigniew zjawił się w Londynie i przedstawił bardziej szczegółowo sprawy rodzinne, 
niemniej zawsze dominowała w nim tęsknota za Polską, chociaż tak odmienną w tym 
czasie od stanu przedwojennego. Należy zaznaczyć, że grono przyjaciół w Polsce wraz 
z rodziną przeprowadziło przekazanie M. Kratochwilowi znacznej części jego dzieł: 
obrazów olejnych i albumów, które w późniejszym okresie w przeważającej części po- 
wróciły do Polski w ramach darów dla muzeów. 
Marian Kratochwil przybył do Polski z żoną dopiero w lipcu 1965 r. Odwiedzili obu 
braci: Zbigniewa w Źychlinie k. Kutna i Zygmunta w Polanicy Zdroju oraz siostrę Jadwi- 
gę we Wrocławiu. Pobyt trwał w sumie 4 tygodnie. Niezmiernie serdeczne było przy- 
witanie z matką w Polanicy Zdroju po 26 latach rozłąki. Matka uznała wtedy, że może już 
odejść w spokoju z tego świata, gdyż oczekiwała tylko na to, aby zobaczyć się ze swym 
synem. I rzeczywiście pół roku później zmarła. 
Po raz drugi Marian był z żoną w Polsce w sierpniu 1967 r. Tym razem odwiedził 
brata Zbigniewa w Warszawie, w której przypomniał sobie okres, gdy przebywał w sto- 
licy w 1936 r. W Polanicy Zdroju przebywał z żoną kilka tygodni na kuracji, mieszkali 
u brata Zygmunta. 
Odwiedziny w Polsce wspominał zawsze z rozrzewnieniem, starając się aby kontakty 
z rodziną były jak naj częstsze i to obustronne. Ale upłynęło aż 13 lat zanim ponownie 
zjawił się z żoną w Polsce. Tym razem już w zupełnie innym charakterze - na wystawie 
swych obrazów. 
Hiszpanię odwiedził jeszcze raz w 1967 r. i przebywał tam 2 miesiące. Odwiedził też 
Lizbonę w Portugalii. Wpływ pobytu w Hiszpanii, a szczególnie dzieło Cervantesa, dały 
w efekcie kilka dużych obrazów, poświęconych wraz ze szkicami nieśmiertelnemu Don 
Kichotowi. Z czasem nie zapomni o jego wiernym giermku Sancho Pansa. Twarz Don 
Kichota przestudiował malując kilkadziesiąt szkiców i portretów. 
Po okresie hiszpańskim artysta rozszerza tematykę swych dzieł o treści z zakresu baśni 
i fantastyki. Nawiązuje też do zagadnień społeczno-politycznych, dominujących w XIX 
i XX wieku np. w obrazie pt.: Ołowiani żołnierze. 
W 1968 r. organizuje we własnym studio wystawę pt.: "London and Scotland". Poka- 
zał na niej 85 najważniejszych obrazów o tematyce brytyjskiej. Wśród zaproszonych 
gości był Kazimierz Wierzyński, poeta wielkiego formatu. Zwrócił się z pytaniem do 
Mariana ze łzami w oczach: "Gdzie Pan był przez te lata minione?". Niestety Wierzyński 


66
>>>
wkrótce umiera, a Marianowi ubywa entuzjasta jego sztuki. Wystawa była niewątpliwym, 
wstępnym sukcesem Mariana Kratochwila i zainteresowała wielu znawców. 
Źałować należy, że nie doszło do nawiązania kontaktu z Marianem Hemarem już 
choćby ze względu na ich sentyment dla utraconego miasta Lwowa. 
Następna wystawa w studio zgromadziła aż 150 osób. Byli już na niej przedstawi- 
ciele ambasady Hiszpanii, Polacy z prezydentem Raczyńskim oraz Anglicy z majorem 
dzielnicy Chelsea. 
Marian Kratochwil podarował niektóre ze swych obrazów, grafik i rysunków kilku 
muzeom brytyjskim w Londynie i National Galery of Art w Edynburgu. 
W 1970 r. artysta przekazuje dar dla Muzeum Narodowego w Krakowie po wizycie 
dyrektora tego muzeum Jerzego Banacha. Objął on 10 obrazów olejnych oraz 17 grafik 
z cyklem wojennym. Dołącza do nich 13 zgromadzonych u siebie obrazów przyjaciela 
Mieczysława Janikowskiego, zmarłego w nędzy w Paryżu. Obrazy jego oprawia własnym 
kosztem. W tym też roku obrazy pokazano na wystawie w Muzeum Narodowym 
w Krakowie. Także i Muzeum Narodowe w Warszawie otrzymało obrazy. 
W 1971 r. Marian Kratochwil wybrał się z żoną do Włoch, do których zamierzał wyje- 
chać jeszcze przed drugą wojną światową. Łącznie byli we Włoszech 7 tygodni. Największe 
wrażenie na artyście wywarło w Rzymie dzieło Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. 
Uznał je za największe osiągnięcie sztuki europejskiej. Uważał, że to dzieło wryło się moc- 
niej w pamięci ludzkiej niż dzieło poety Dantego. Sztuka zwyciężyła słowo. Kontynuował tę 
podróż na południe przez ciekawe miasto Giminiano w Toskanii, z budowlami wyróżniają- 
cymi się ozdobnymi wieżami. Dotarli z żoną aż do Kalabrii. Ale z powrotem zatrzymali się 
na dłuższy czas w Wenecji, gdzie szczególną uwagę zwrócili oboje na plac św. Marka. Po- 
wstały tu obrazy poświęcone głównie placowi św. Marka, ale także kilka związanych z samą 
Wenecją. Dużo czasu upłynęło, gdyż dopiero w 1979 r. doszło do wystawy 20 obrazów o te- 
matyce hiszpańskiej w Instytucie Hiszpańskim w Londynie. Przedstawiciele Hiszpanii, 
a szczególnie ówczesny ambasador zafascynowany sztuką Mariana, organizują wystawę 
tych obrazów w Muzeum Santa Cruz w Toledo. Były one oczywiście darem artysty. Hisz- 
panie zapewnili mu coś rzadko spotykanego dla artystów polskich - stałą ekspozycję. 
Nieco później studio Mariana odwiedza dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie 
Tadeusz Chruścicki. Przy pomocy ambasady polskiej, a szczególnie konsula generalnego 
Tadeusza Kalinowskiego, Marian przekazuje do Polski wybrane przez p. Chruścickiego 
dalsze obrazy olejne, w tym główne dzieła z okresu polskiego. Dołącza do nich grafiki, 
szkicowniki, wycinanki. W ten sposób łączna liczba obrazów olejnych, które otrzymało 
Muzeum Narodowe w Krakowie wzrasta do około 80. 
W 1980 r. Marian Kratochwil przyjeżdża na wystawę swych dzieł do Krakowa. Wy- 
głasza przy tym jak zwykle wprowadzające przemówienie. Zakończył je w żartobliwym 
tonie: "Pójdźcie Państwo popatrzeć na to, co Kratochwil zmalował i mówcie źle czy do- 
brze, ale mówcie. Nikt tego nie rozumiał lepiej niż sam Picasso". W tym też roku oddaje 
w postaci daru dla Muzeum Polskiego w Rapperswilu 26 obrazów o tematyce wybitnie 
kresowej. Są to przeważnie nieduże obrazy. W zasadzie powinny się one znaleźć np. 
w Muzeum Wrocławskim, gdyż byłyby one tu oglądane z zainteresowaniem przez prze- 
siedleńców z byłych Kresów. A tak prawie wszystkie zalegają w magazynie. 
W 1981 r. została zorganizowana wystawa w Zachęcie, obejmująca wszystkie daro- 
wane przez Mariana dzieła. Wrażenie było ogromne. Artysta otrzymał medal Zachęty 
oraz medal Zasłużony dla Kultury Polskiej. Nie zapomniano też o medalu dla uczestnika 
wojny z 1939 r. 
Niestety po zamknięciu wystawy ogłoszono stan wojenny. Potem wypadki w Polsce 
nie potoczyły się pomyślnie dla Mariana. Muzeum Narodowe w Krakowie rozdzieliło 


67
>>>
część obrazów na pięć muzeów: w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku, Bydgoszczy i Toru- 
niu, mimo braku większego poparcia ze strony artysty dla tego przedsięwzięcia. 
Jeżeli chodzi o Zachętę trudno nie wyrazić zdziwienia (wybiegając w czasie), że nie 
zdecydowano się na pokazanie obrazów Mariana Kratochwila, gdy galeria obchodziła 
swoje stulecie, preferując, oprócz kilku artystów o utrwalonej już renomie, także takich, 
którzy nie mieli większych osiągnięć. 
Muzeum Narodowe w Krakowie nie przyznało stałej ekspozycji tzw. "ściany", co za- 
pewniał poprzednik dyrektora Chruścickiego dyrektor Banach. Muzeum zdobyło się jedynie 
na stałe wystawienie trzech mniejszych obrazów z okresu polskiego twórczości artysty, 
pomijając znacznie większe osiągnięcia związane z dziełami o tematyce hiszpańskiej. Jest 
ich w krajowych muzeach 26. Nie od rzeczy trzeba przypomnieć o dystansie dzielącym 
sztukę hiszpańską od sztuki polskiej oraz o fakcie, że żaden artysta polski poza Marianem 
Kratochwilem nie ma zapewne stałej ekspozycji w muzeach hiszpańskich. 
Również pozostałe muzea polskie nie są za bardzo skłonne do stałego wystawiania 
obrazów Mariana Kratochwila. Na szczególną uwagę zasługuje powściągliwość w tym 
względzie Muzeum Narodowego w Warszawie. 
W 1986 r. następuje kolejna wystawa 33 obrazów olejnych i 40 rysunków w Muzeum 
Santa Cruz w Toledo. Hiszpanie nie zapomnieli, w odróżnieniu od Polski, o artyście. 
Otrzymuje on jedno z najwyższych odznaczeń hiszpańskich, order Izabeli Katolickiej La 
Encomienda. Zostaje przyjęty do Akademii Sztuk Pięknych i Wiedzy Historycznej. Przy- 
znano mu złoty medal Akademii. 
Muzeum uzupełnia swą kolekcję. Dalszy okres do 1990 r. Marian poświęca na skom- 
pletowanie większej ilości rysunków z byłych Kresów Wschodnich. Maluje w dalszym 
ciągu obrazy o tematyce hiszpańskiej uzupełniając je portretami, w których dotychczas 
się nie specjalizował. Część rysunków została wystawiona wraz z dziełami żony artysty, 
Kathleen Browne w Polskim Instytucie Kulturalnym w Londynie w 1994 r. Rok później 
przekazał 80 rysunków jako dar dla Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. 
Niestety Biblioteka Jagiellońska nie zamierza chyba propagować kresowych rysun- 
ków Mariana Kratochwila, nie usiłując przekazać ich na wystawy do różnych muzeów 
w Polsce, czy choćby do Muzeum miasta Krakowa, które przewidziało dział poświęcony 
Lwowowi i byłym Kresom Wschodnim. Należy podkreślić, że wszystkie obrazy jak 
i rysunki zostały przez Mariana dostarczone do Polski w stanie oprawionym z pięknymi 
ramami. Koszt ram do wszystkich darowanych obrazów wyniósł około 20 tys. funtów. 
Okres po 1996 r. sprowadza się do uzupełnienia i wykończenia dalszych obrazów, 
które w ilości 30 sztuk przekazuje Hiszpanii. Tematyka tych obrazów jest różna. W jed- 
nym z nich nawiązuje do upadku kultury w Europie w poprzednim wieku. W 1997 r. 
obrazy te zostały pokazane na wystawie w Madrycie, a następnie przesłane do muzeów 
w Granadzie i Rondzie oraz do Zamku Rycerzy Maltańskich w Consegrua k. Madrytu. 
Z tych 30 obrazów 12 znalazło się w Muzeum Granady. Gubernator Granady przekazał 
Marianowi serdeczne podziękowania i zaproponował nazwanie jednej ulicy w Granadzie 
jego nazwiskiem. Artysta uznał, że ze względu na skomplikowane nieco nazwisko nie 
warto tej propozycji realizować. I tu wyszła na jaw jego znana skromność. 
W ostatnich latach działalności malarskiej do największych przedsięwzięć Mariana 
Kratochwila należy zaliczyć obraz pt.: Goyesca meditationes. Był to hołd złożony Goi 
a równocześnie protest przeciw wszelkim zbrodniom Europejczyków dokonanym w ciągu 
ostatnich dwustu lat. 
Wydawałoby się, że warto zainteresować się ostatnimi osiągnięciami Mariana Krato- 
chwila, biorąc pod uwagę sukces propagandowy. Ale któż jest zdolny w Polsce do takiego 
podejścia. Co na to media i ci, którzy zarządzają i obsługują kulturę polską? 


68
>>>
W uzupełnieniu jeszcze garść wspomnień z życia artysty. 
Marian Kratochwil był wielkim entuzjastą idei Polski Jagiellońskiej. Niestety uznał 
po wojnie, że tendencje nacjonalistyczne naszych sąsiadów nie odpowiadają już jego 
dawnym poglądom. Szczególnie nie mógł przeboleć faszystowsko-nacjonalistycznej 
morderczej działalności ukraińskich organizacji OUN i UPA. Jak mówił, w głowie mu się 
nie mieściło, że dojdzie do takiego zwyrodnienia części społeczeństwa ukraińskiego. 
Szczególnie ubolewał nad losem polskiej wsi Huta Pieniacka, położonej blisko Podka- 
mienia k. Brodów. W tej wsi w 1944 r. Ukraińcy spod znaku UPA wraz z hitlerowcami 
wymordowali ponad 1000 mieszkańców. Mord ten Marian zamierzał opisać szczegółowo 
w swej książce "Metamorfozy". 
Gdy rodacy z dawnego Pokucia prosili o pomoc w odbudowie kościołów, przekazał 
pokaźną sumę na remont świątyni w Nadwónnej, za co ks. arcybiskup Jaworski ze Lwowa 
przesłał mu podziękowanie. 
W Polsce Marian był w sumie czterokrotnie. W latach 1965 i 1967 były to wizyty 
prywatne u rodziny. Należy podkreślić, że cała rodzina Mariana wyszła cało z wojennych 
przejść, mimo że wszyscy znaleźli się początkowo w innych krajach. W początkowych 
latach po wojnie Marian wspomagał finansowo matkę i młodsze rodzeństwo. Następne 
przyjazdy w 1980 i 1981 r. były już związane z wystawami w Krakowie i Warszawie. 
Wabu tych latach za zasługi wojenne przyznano Marianowi z żoną kilkutygodniowe 
pobyty w Ciechocinku dla podratowania zdrowia. 
Niezależnie od działań malarskich w swej dziedzinie Marian zajmował się literaturą 
z zakresu sztuki, a także wspomnieniami ze swego bogatego w zdarzenia życia. W okresie 
pracy we własnym studio prowadził wykłady w EPSOM School of Art. Cztery lata poświęcił 
dziełu w języku angielskim pt.: "Technika malarska". Rękopis przekazał do Courthauld 
Institute przy Uniwersytecie Londyńskim. 
Warto zaznaczyć, że sztukę swą Marian Kratochwil określił jako bezczasową i uni- 
wersalną, opierając się na dogłębnym poznaniu sztuki starożytnych krajów - Egiptu, 
Grecji czy Chin. 
Odrzucał zarzuty, że wzoruje się na impresjonistach. I faktycznie jego obrazy, oprócz 
wartości czysto artystycznych, mają głęboki sens społeczny i moralny. 
W 1992 r. napisał i doprowadził do wydania książki poświęconej twórczości swej żo- 
ny Kathleen Browne. Książka została napisana w języku angielskim, została też przeka- 
zana papieżowi Janowi Pawłowi II. 
Również w tematyce wspomnieniowej Marian wykazał dużą aktywność. W 1988 r. 
razem ze swym bratem Zbigniewem napisali Wspomnienia o Mieczysławie Kistrynie 1 . Był 
to znany pedagog lwowski w okresie do 1939 r. Do jego gimnazjum uczęszczało całe 
rodzeństwo tzn. trzej bracia: Marian, Zbigniew i Zygmunt oraz siostra Jadwiga. Marian 
był w tej szkole tylko przez krótki okres, ale właśnie Kistryn umożliwił mu podjęcie 
wstępnych studiów u artysty malarza Stanisława Batowskiego. 
Marian zredagował też ciekawsze zdarzenia w planowanej publikacji pt.: "Pogadusz- 
ki lwowsko-złoczowskie". Miał dużą bibliotekę szczególnie z dziełami z zakresu sztuki 
i filozofii. Dużo książek o różnej treści przekazał do Biblioteki Polskiej w Londynie. 
W bibliotece jest jego obraz poświęcony Marszałkowi Piłsudskiemu, gdy obserwuje to- 
czącą się bitwę siedząc na Kasztance. 
Bardzo dużo wysiłku włożył w wieloletnią pracę pt.: "Metamorfozy". W tym przy- 
padku pisał ją w języku angielskim, co było niełatwym zadaniem dla obcokrajowca. Jej 


1 M. Kratochwil, Z. Kratochwil, WspomnIenIa o MIeczysławIe KIstrynIe, Rocznik Lwowski 
1991 s. 138-163. 


69
>>>
dokładny tytuł w języku angielskim brzmi: "Metamorphoses: From Brush to Pen. Re- 
collections of My Past". 
Książka ta znajduje się w druku w Los Angeles (USA). Przewiduje się też jej tłuma- 
czenie na język polski. Obejmuje ona przebieg i zdarzenia z bogatego życia artysty łącz- 
nie z obu światowymi wojnami. 
Cały trud wydania książki wziął na swoje barki wytrawny przyjaciel Mariana prof. Ma- 
rek Źebrowski, który wraz z kilkoma polskimi przyjaciółmi w Londynie staje się kolejnym 
propagatorem osiągnięć Mariana na polu literatury i sztuki. Należy podkreślić, że prof. Źe- 
browski znał doskonale niemal wszystkie fragmenty z życia Mariana Kratochwila, a był mu 
jako pianista bardzo bliski ze względu na znane zainteresowania artysty muzyką. Inna dzie- 
dzina, którą Marian się entuzjazmował była muzyka poważna. W swej młodości zastanawiał 
się, czy nie zostać kompozytorem, ale rozdwojenia jaźni nie było - został malarzem. 
Sam grywał dobrze na fortepianie. Jego wielkim przyjacielem był znany kompozytor 
polski, żyjący w Anglii Andrzej Panufnik. Mawiał on, że na terenie angielskim ma znaczenie 
tylko dwóch artystów polskich tzn. on i Marian. Niestety Panufnik wkrótce potem umiera. 
Poświęcił on Marianowi kwintet pt.: Wycinanki. Warto by wydać lub nagrać ten utwór. 
Marian Kratochwil miał wielkie uznanie dla twórczości Karola Szymanowskiego, 
którego oceniał jako największego polskiego kompozytora po Chopinie. Marian pamiętał, 
że w 1922 r. Karol Szymanowski odwiedził dwukrotnie nasz lwowski dom i wraz 
z innymi artystami grywał w kwartetach. Oprócz niego brali w tych imprezach udział 
późniejszy przyjaciel rodziny, znany wiolonczelista Dezyderiusz Danczowski oraz dwóch 
znanych w tym czasie skrzypków. 
W Londynie Marian przekazał w 1975 r. radiu BBC komplet płyt z utworami Szyma- 
nowskiego. Recenzent BBC Anthony Hopkins był zachwycony sztuką Szymanowskiego 
i poświęcił mu kilka audycji. Nagranie na taśmie magnetofonowej jednej z tych audycji 
przesłane zostało do Ministerstwa Kultury i Sztuki. Niestety nie było żadnej reakcji ze 
strony Ministerstwa. 
Dzięki Anglikom wprowadzono na muzyczny rynek krajów anglojęzycznych utwory 
Szymanowskiego. 
Marian przyjaźnił się też ze znanym pianistą Krystianem Zimermanem i jako pierwszy 
zwrócił uwagę właśnie radiu BBC na wielki talent Zimermana. Mariana odwiedzali liczni 
artyści z Polski i zagranicy, dyrygenci, artyści teatralni, nawet Mira Zimińska-Sygietyńska. 
Ale było to niestety normalne dla Polaków, że właściwie żaden z nich nie przypomniał 
w Polsce o artyście polskim z Londynu. Trzeba przyznać, że było to godne pożałowania. 
Jedne odwiedziny były jednak ciekawsze, ale niepolskie. W 1989 r. zjawił się w pra- 
cowni artysty dyrektor Konserwatorium w Moskwie Borys Kulikow. Był to wszechstron- 
nie wykształcony człowiek, interesował się sztuką malarską. Gdy zobaczył obrazy Maria- 
na, był zachwycony, ale nade wszystko podobały mu się rysunki i to do tego stopnia, że 
klęknął przed artystą dla wyrażenia swego uznania. Chciał zorganizować wielką wystawę 
w Moskwie i przewidywał wstępny występ znakomitego pianisty Światosława Richtera. 
Niestety ówczesny okres przemian i niepokojów nie sprzyjał zorganizowaniu wystawy 
w Moskwie, a obaj wymienieni Rosjanie wkrótce zmarli. Przy okazji warto przypomnieć, 
że artysta miał propozycje urządzenia wystaw w Londynie, Paryżu i Szwajcarii, ale sta- 
wiano mu warunki, których nie mógł zaakceptować. 
Oceniając rolę Polaków z Polski wyróżnił specjalnie wspomnianych już: b. konsula 
generalnego Ambasady Polskiej w Londynie Tadeusza Kalinowskiego, który pomógł 
w przekazaniu obrazów do muzeów polskich, a także inicjatora sprowadzenia obrazów, 
dyrektora muzeum Narodowego w Krakowie Jerzego Banacha, który w pełni docenił 
wielkość artysty i wartość jego dzieł. Marian wspominał też z uznaniem architekta 


70
>>>
i artystycznego organizatora wystawy w Zachęcie Jana Kosińskiego. Z Polaków, dużą po- 
moc okazywali mu prof. Mieczysław Paszkiewicz i dr Zbigniew Szydło. Temu ostatniemu 
przekazał większą liczbę obrazów, uważając, że będzie jakby polskim reprezentantem- 
kolekcjonerem malarstwa Mariana na terenie Wielkiej Brytanii. 
Na zakończenie należy podkreślić działalność polskiego literata Andrzeja Turczyńskie- 
go. W latach 1993-1994 doszło do dłuższej korespondencji Mariana z Andrzejem Turczyń- 
skim, przy czym w wielu listach wypowiedzieli sobie credo na tematy twórczości literackiej 
i malarstwa. Andrzej Turczyński przetłumaczył fragmenty dzieła Mariana "Metamorfozy", 
które ukazało się w miesięczniku literackim "Akant" w Bydgoszczy w latach 1998-1999 2 . 
Ale nie koniec na tym. 
Jako specjalista także w zakresie sztuki A. Turczyński napisał w 1999 r. "Esej o sztu- 
ce Mariana Kratochwila"3. Należy podkreślić, że A. Turczyński nigdy nie widział się 
z Marianem i dysponował, oprócz listów, pewną liczbą zdjęć obrazów Kratochwila. Ma- 
teriałów nie miał za dużo, ale dzięki swej dociekliwości i talentowi przedstawił obraz 
Mariana w sposób niezwykle trafny, mimo że w niektórych fragmentach, z braku pewnych 
informacji, w oparciu o własną interpretację, mogły powstać pewne niedomówienia nie 
wpływające jednak na wartość całej publikacji. 
Opracowanie nie obejmuje oceny i wartości osiągnięć Mariana Kratochwila, które 
należą, jakjuż zaznaczono, do rzetelnych krytyków i znawców sztuki z tego zakresu. 
Sztuka artysty znalazła pełne, entuzjastyczne niemal poparcie ze strony kół hiszpań- 
skich. W Polsce to uznanie jest właściwie mocno ograniczone. Obrazy artysty zalegają 
w przeważającej części w magazynach, a ze strony zwolenników awangardy spotykają się 
z lekceważeniem. Ale ci, którzy mają odpowiednią wiedzę o sztuce i mogą porównać 
poziom sztuki polskiej do hiszpańskiej, zdają sobie sprawę, na czym polega wartość dzieł 
i klasa artysty i uznanie tych, którzy jego twórczość poparli. 
Po ostatnim pobycie w Polsce Marian wyczuwał to niezbyt przyjazne nastawienie 
części krytyków. Powoływał się na wielkich mistrzów palety, którzy nie znaleźli uznania 
wśród współczesnych. Jak mawiał jeden z przyjaznych mu znawców sztuki: "Nie musi się 
Pan martwić, pańska sztuka sama się obroni". Można przytoczyć łacińskie przysłowie: 
ars longa vita bre vis. 
Ale artysta żył długo, bo 91 lat. Przeinaczając to przysłowie należałoby powiedzieć 
w odniesieniu do niego: ars longa vita longa. 
Przejścia wojenne, częste kłopoty finansowe, obojętność Polaków i inne rozgoryczenia 
nadwerężyły zdrowie i serce Mariana Kratochwila. W 1996 r. uległ ciężkiej kontuzji nogi. 
Dłuższy okres rekonwalescencji nie poprawił wydatnie stanu jego zdrowia, czuł się coraz 
gorzej. Mimo to, jeszcze do końca życia zajmował się pisaniem swej książki, załatwianiem 
niektórych bieżących spraw z gospodarstwa domowego, a nawet opieką nad jego o rok 
starszą żoną, która oprócz częściowej utarty wzroku miała kłopoty z poruszaniem się. Kres 
życia artysty nastąpił 3 grudnia 1997 r. Pękło szlachetne serce artysty. 
Marian bał się ogromnie swego odejścia. Nagła śmierć zaskoczyła go niespodziewa- 
nie. Marzył o tym, aby spocząć w przyszłym rodzinnym grobie na cmentarzu powązkow- 
skim w Warszawie. Niestety plany te nie doczekały się realizacji. Ponieważ zawsze od- 
wiedzał angielski kościół katolicki Church of Our Lady St. Johnswood w Londynie, jego 
przyjaciele angielscy postanowili przeprowadzić uroczystości pogrzebowe właśnie w tym 


2 M. Kratochwil, Leopold Buczkowsld - mój Brat w sztuce (1-7), Akant 1998 nry 12-13; 
1999 nry 2-4,6-7. 
3 Tekst nie został opublikowany. Maszynopis w archiwum Mariana Kratochwila w zbiorach 
Archiwum Emigracji BUMK. 


71
>>>
kościele. Odbyły się one w dniu 12 grudnia 1997 r. Na uroczystość przybyli liczni przyja- 
ciele Mariana zarówno polscy, angielscy jak i hiszpańscy. Brał w niej też udział 
b. ambasador Królestwa Hiszpanii w Londynie Felipe de la Morena. Zabrakło niestety 
polskiego ambasadora, który nie uznał za stosowne wzięcie udziału w tym smutnym ob- 
rządku. No cóż, co kraj to obyczaj. 
Uroczystość w kościele przeprowadzono w języku angielskim, w którym przemawiali 
znajomi Anglicy oraz przyjaciel artysty prof. Mieczysław Paszkiewicz. Ponieważ Marian 
pochodził z gór, pożegnał go polski zespół góralski "Giewont". Utwory Bacha 
i Schuberta w wykonaniu solistów nawiązały w tej żałobnej mszy do wielkiej miłości 
Mariana dla mistrzów muzyki. Pogrzeb odbył się na cmentarzu Kensington Cementary, na 
którym spoczęło wielu polskich emigrantów. 
Wdowie Kathleen Browne nie podobało się, że brak było w kościele przemówienia 
w języku polskim. Ten trudny obowiązek przejął na siebie brat Mariana Zbigniew. Sam 
nie był przekonany, czy wywiązał się z tego zadania dobrze, ale był tym, który ze łzami 
oczach przerzucił w tym smutnym dniu w imieniu rodziny pomost dla duszy Mariana do 
jego prawdziwej ojczyzny, Polski. 
Na grób posypała się ziemia przywieziona z Polski. W ciszy cmentarnej nie za- 
brzmiał niestety pożegnalny marsz żałobny wielkich kompozytorów. Nie było tez salwy 
pożegnalnej dla kapitana, obrońcy Polski przed Niemcami. 
Marian Kratochwil swą twórczością zapewnił sobie nie tylko pamięć, ale i stałą po- 
zycję w historii sztuki w skali nie tylko polskiej, ale i europejskiej. 
Na apel Autora o wystawienie dzieł Mariana w polskich muzeach w rocznicę jego 
śmierci zareagowały pozytywnie tylko dwa muzea w Gdańsku i w Toruniu, przy czym 
wystawy okresowe obrazów spotkały się z dużym zainteresowaniem publiczności. 
Z opracowanego przez autora zestawienia dzieł nie obejmującego ich wszystkich wy- 
nika, że obrazów olejnych było ponad 500. W rzeczywistości liczba ta jest dużo większa. 
Oprócz tego trudno oszacować ilość grafiki, rysunków, itp. 
Dzieła artysty znajdują się w następujących muzeach: 
Polska: Muzeum Narodowe w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Gdańsku, Muzea 
Okręgowe w Bydgoszczy i Toruniu, Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Archiwum 
Emigracji w Toruniu. 
Szwajcaria: Polskie Muzeum w Rapperswilu. 
Wielka Brytania: The British Museum, The Victoria and Albert Museum, The Lon- 
don Museum. 
Szkocja: National Gallery of Modern Art. 
USA: Chicago R.C. Museum. 
Hiszpania: Muzeum Santa Cruz w Toledo, Muzeum w Granadzie, Muzeum w Ron- 
dzie, Muzeum Rycerzy Maltańskich w Consegrua. 
Znaczna liczba obrazów znajduje się w Polsce w zbiorach rodzinnych i prywatnych 
a także w Wielkiej Brytanii w rękach prywatnych, w tym u ks. Walii. Dużo obrazów pozo- 
stało także we Lwowie, ale o ich losie brak danych. 
Marian był z bratem Zbigniewem w ciągłej łączności listownej od 1950 r. po rok 
1995. Pozostało kilkaset listów będących kopalnią wiedzy o życiu i działalności Mariana 
Kratochwila. W listach tych poświęcał niemało miejsca życiu rodzinnemu. Bardzo cieka- 
wajest również korespondencja z A. Turczyńskim. 
Marian Kratochwil był w zagadnieniach związanych ze sztuką niełatwy do kompromisu. 
W życiu codziennym był to "dusza człowiek", sypał kawałami jak z rękawa. I choć stroił 
czasem "oczko" do pięknych kobiet, był wierny nade wszystko swej ukochanej żonie. 


72
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


"TRZYKROTNIE UCAŁOWANY 
PRZEZ MUZĘ" 
ROZMOWA JERZEGO TUSZEWSKlEGO 
Z ALEKSANDREM TANSMANEM 


Aleksander TANSMAN (Francja) 


Urodził się 12 czerwca 1897 r. w Łodzi. Miałem szczęście spotkać go i przez wiele 
godzin rozmawiać, bardzo późno, bo w lipcu 1986 r. w Paryżu. Nie mogłem wówczas 
przewidzieć, że było to cztery miesiące przed jego śmiercią, w dniu 15 listopada 1986 r. 
J ak nietrudno policzyć, w czasie mojej wizyty paryskiej Aleksander Tansman dobijał 
dziewięćdziesiątki. A mimo to, jakże był wtedy pełen życia. Pamiętam, jak w pewnym 
momencie spostrzegłem, że jest już druga w nocy, więc zapytałem nieśmiało, czy może by 
należało odpocząć i powrócić do rozmowy nazajutrz. Pan Aleksander spojrzał na mnie 
wymownie i zapytał: "Panie Jerzy, a ile pan ma lat?". Można sobie wyobrazić, jak się 
wtedy poczułem. Rozmowę oczywiście kontynuowaliśmy. 
Jesteśmy w mieszkaniu Aleksandra Tansmana, przy ulicy F10rence B1umentha1 3 w Pas- 
sy - XVI dzielnicy Paryża. 
Aleksander Tansman: Urodziłem się w Łodzi, przy ulicy Zawadzkiej 18, ale teraz jakoś 
inaczej się nazywa. 
Jerzy Tuszewski: Dziś ulica Pruchnika 20. 
W Łodzi także chodziłem do gimnazjum prywatnego, polskiego. Rodzina była dość bo- 
gata, bo mój ojciec był przedstawicielem przemysłu na Kaukazie. Ale bardzo młodo 
umarł i matka prowadziła interesy. Mieliśmy dwie guwernantki - niemiecką i francuską. 
Niemiecka była bardzo stara, francuska była młoda. Stąd też mam frankofi1skie uczucia. 
I zawsze mieliśmy powóz z kuczerem!. I właściwie moim marzeniem było zostać kucze- 
rem. Po raz pierwszy byłem na koncercie Eugene Ysaye'i. Pamiętam, że na afiszach 
widniało: "kró1 skrzypków". Ja miałem może osiem, dziewięć lat i myślałem, że może 
wyjdzie król z koroną i tak dalej... A on wyszedł we fraku. Byłem trochę rozczarowany, 
ale potem, jak zaczął grać, to ja postanowiłem, że będę kompozytorem. I od tego czasu 


! Kuczer - woźnica, stangret. 
2 Eugene Ysaye (1858-1931), słynny skrzypek belgijski. 


73
>>>
pisałem pod wpływem Chopina, Griega. Jak miałem lat piętnaście, szesnaście, zacząłem 
pisać zupełnie, jak pisali już w Europie. Nawet nie znałem nazwiska Strawińskiego, ani 
Schonberga, ani Bartóka, ale to w powietrzu było widocznie. 
Ale to już było w Warszawie... 
No tak. Podczas wojny - to był rok 1915, 1916. Podczas wojny też założono Orkiestrę 
Symfoniczną w Łodzi. Dyrygentem był Mazurkiewicz. Ja grałem na fortepianie partie har- 
fowe, bo w Łodzi nie było harfy, ani harfisty. No i właściwie mogę powiedzieć, że tam się 
nauczyłem orkiestracji, siedząc w orkiestrze, bo nigdy lekcji orkiestracji nie miałem. I sie- 
dząc w orkiestrze zdałem sobie sprawę, jak można kombinować różne instrumenty. No 
i później przyjeżdżałem zawsze do Łodzi z Warszawy, bo w Warszawie byłem na uniwersy- 
tecie. Tam dobrze się do mnie odniósł Henryk Melcer 3 . Pierwszy konkurs kompozytorski 
ogłoszono na początku 1919 r. Ja posłałem trzy kompozycje, trzy różne hasła anonimowe. 
Wtedy jeszcze byłem w mundurze wojskowym, bo służyłem w Legii Akademickiej. Siedzę 
sobie w łódzkim Grand Hotelu na kawie i czytam gazetę. Od razu widzę wyniki konkursu. 
Pierwszą nagrodę otrzymał ten... hasło... po otwarciu koperty okazało się, że był to Aleksan- 
der Tansman. Druga i trzecia nagroda, hasła takie i takie. Po otwarciu kopert - to samo 
nazwisko. I tak wszystkie trzy nagrody otrzymałem. To był pierwszy konkurs po ogłoszeniu 
niepodległości. Było dużo kompozycji. Przysłano też z Krakowa, z Poznania. No podobno 
było jakieś dwieście różnych kompozycji. Więc dla mnie, te wygrane konkursy, były wielką 
niespodzianką. Ale postanowiłem pojechać do Paryża. 
Ale właśnie dlaczego? 
Dlatego, że w Polsce było przede wszystkim bardzo konserwatywne podejście do muzyki 
i też był pewnego rodzaju antysemityzm. Niestety muszę powiedzieć, że on także był jed- 
nym z powodów mego wyjazdu. W niepodległej Polsce Królewskiej nie było tego. Jedynym 
krajem katolickim, w którym nie było inkwizycji to była właściwie Polska. Ale mój profesor 
też okazał się antysemitą. Pisał, że Rubinstein gra Chopina nie po aryjsku. No, tak! 
Tu może warto sięgnąć do dokumentów trochę późniejszej daty, zawieszając na chwilę 
moją rozmowę z kompozytorem. W Filharmonii Warszawskiej w roku 1922 dyrektor Emil 
Młynarski poprowadził nowy utwór Aleksandra Tansmana - "Impresje". Nie przypadł 
on jednak do gustu profesorowi Stanisławowi Niewiadomskiemu, krytykowi dziennika 
"Rzeczpospolita ". Dto co pisał w dniu 18 marca 1922 r.: 


Poinformowany przez mego sąsiada, co się dziś nazywa impresjonizmem w muzyce, 
nigdy dokładnie zrozumieć tego nie mogłem i zachwycony tym, iż impresjonizm pozwala 
na spisywanie nutami wszystkiego, co komuś przyjdzie do głowy rankiem, w południe, 
czy wieczór, słuchałem z najlepszą wolą poematu pana Tamsmana. Ale prócz najswobod- 
niejszych kategorii, do których nareszcie przyzwyczaja się ludzkie ucho - pieski najle- 
piej wychowane nie żenują się do dziś dnia a chociażby i w salonie wyć głośno przy sze- 
regu nielogicznych dysonansów - trudno było zauważyć coś interesującego. Rytmika 
utworu jest tak uboga, tematyczna robota a nawet kontrasty są do tego stopnia wykluczo- 
ne, że słuchacz odczuwa w końcu tylko jakieś przesuwanie się bezcielesnych mar dźwię- 
kowych, które prócz znużenia nie pozostawiają nic w umyśle jego. 
W "Gazecie Warszawskiej" z dnia 9 października 1922 r. profesor Piotr Rytel pisał 
o wykonaniu czterech pieśnijapońskich Aleksandra Tansmana: 


3 Henryk Melcer (1898-1928), pianista, kompozytor, pedagog. 
4 Piotr Rytel (1884-1970), kompozytor, pedagog i publicysta muzyczny. 


74
>>>
Trudno o koncert bardziej rażący, jak program dwóch pierwszych koncertów symfo- 
nicznych. Z epoki czystej, wielkiej sztuki Beethovena przerzucono się w matnie modernizmu 
i futuryzmu wobec czego Ryszard Strauss wydaje się być jagnięciem niewinnym. Ostatnio 
pomiędzy dziełami tegoż Straussa, Debussiego i Ravela wykonano cztery melodie japońskie 
Aleksandra Tansmana. Znając pana Tansmana od pierwszych jego kroków stawianych na 
polu twórczości muzycznej, uważam się za uprawnionego do przyznawania autorowi melodii 
japońskich głębszych zdolności. Może nawet talentu. Z drugiej jednak strony wszakże, mu- 
szę wyrazić ubolewanie z racji rezultatu w działalności paryskiej pana Tansmana oraz obu- 
rzenie z powodu widocznego w owych melodiach, jakie wytworzył w orkiestrowym sezonie 
ubiegłym, zaniku wszelkich aspiracji wyższych. I uczucie szczerego zdumienia, iż kierunek, 
którego wyznawcą stał się pan Tansman, jeszcze budzi zainteresowanie w Paryżu. Młody 
kompozytor zbliża się ideowo do grupy futurystów francuskich, których przedstawiciele: pa- 
nowie Darius Milhaud i Francis Poulenc bawili w Warszawie. Panowie ci złożyli w gruncie 
rzeczy dowód zupełnej niemal degeneracji smaku i polotu charakteryzujących geniusz naro- 
du francuskiego. Właściwie, na serio brać takich rzeczy nie można. Muzyka tego rodzaju, 
pozbawiona wartościowych pierwiastków duchowych, już z chwilą wY-jrzenia na świat ska- 
zanajest na pogrzebanie. Jak dzieci martwo urodzone. 
J pomyśleć, że to wszystko napisał o futuryście Tansmanie jego nauczyciel, u którego 
młody wówczas muzyk pobierał pierwsze lekcje kompozycji. 
No, cóż... tak pisałem muzykę nowoczesną. Miałem straszne krytyki. Gwizdano i... 
Gwizdano?.. 
Gwizdano, no tak i w Paryżu też gwizdano. Jedna strona gwiżdże, druga strona bije bra- 
wo. Tutaj w Paryżu na lewo siedział znany krytyk, który był w rodzaju Rytla, a na prawo 
jakiś pan, którego nie znałem. Z drugiej strony ten pan na prawo oklaskiwał, i ten krytyk 
powiedział: "No, na pewno ten kompozytor panu dobrze zapłacił za to, że pan tak okla- 
skuje". Później okazało się, że to był Rothschild, ten słynny bankier. Tak, że ja nie byłem 
tak bogaty, żeby płacić Rothschildowi. No, ale tu w Paryżu, dzięki Bogu, jakoś przypad- 
kiem poznałem kompozytora Maurice Ravela, który się mną zajął. Zaprowadził mnie do 
pierwszych wykonawców, do pierwszych wydawców i... już po roku miałem orkiestrowe 
wykonanie. No, wie pan, to były inne czasy. Międzywojenny Paryż był swoistym centrum 
artystycznym całego świata. 
J ledwie minęło kilka lat, ajuż popłynął pan do Ameryki... 
Byłem naj młodszym kompozytorem zaproszonym w roku 1927. No, więc osiem lat po 
przyjeździe do Paryża. No i co rokjechałem do Ameryki i później dookoła świata. 
Sukces błyskawiczny 
Tak. Ale tu muszę powiedzieć, że do Paryża po raz pierwszy mogłem wyjechać dzięki 
Paderewskiemu. Jemu nawet poświęciłem dwadzieścia małych utworów na fortepian, 
takich parafraz ludowych. On był wtedy Prezesem Rady Ministrów, premierem. A później 
pojawił się na moim pierwszym występie w Ameryce. I to była cała historia. Nie znałem 
wtedy amerykańskich zwyczajów. Jakiś dziennikarz dopadł mnie i pyta: "Co pan myśli 
o Paderewskim?". Ja chciałem jakieś takie "boom boom" zrobić i powiedziałem, że to 
jest wyjątkowy geniusz, nie tylko fortepianu, ale cokolwiek by robił, robiłby genialnie. 
Do dziś widzę moją fotografię w gazecie: T ans ma n mówi "Paderewski wielki geniusz, ale 
zły pianista!". On potem pojawił się na jednym z moich koncertów. Później przyszedł do 
garderoby i powiedział, że on zna te amerykańskie obyczaje, te dziennikarskie historie. 
Oni wszystko przekręcają! I nawet mnie pocałował. Wszystko się dobrze skończyło... 
dzięki Bogu! A ja jeszcze go słyszałem tutaj w Paryżu. On miał jakąś taką niezwykłą 
charyzmę. Czułem jak... 


75
>>>
Mrówki po plecach chodzą?.. 
Mrówki po plecach, tak. 
Ale może, panie Aleksandrze, zanim powędrujemy za Ocean, pozostańmy jeszcze przez 
chwilę w Paryżu pierwszych lat 20. - tego okresu "burzy i naporu" w pana życiu mu- 
zycznym, jeśli tak mogę powiedzieć?.. 
Sturm und Drang Periode - jak mówią Niemcy. To dobre określenie. 
Zaczął pan - mię dzy innymi - od "przecierania" drogi Karolowi Szymanowskiemu. 
No tak, można by tak powiedzieć. Szymanowskiego w ogóle nie znali w Paryżu. Podczas 
wojny był w Rosji. Ja jego zupełnie twórczości nie znałem. I on przyjechał do Paryża 
w 1922 r. Jajuż wtedy byłem znany w Paryżu. Przyprowadził Szymanowskiego do mnie 
Artur Rubinstein. I ja napisałem pierwszy obszerny artykuł o Szymanowskim w"La 
Revue Musicale", które było centrum życia muzycznego, nie tylko paryskiego - mię- 
dzynarodowego. I urządziłem też mu koncert pod patronatem "La Revue Musicale". Bo 
muszę panu powiedzieć, że początkowo był to salon, gdzie wszyscy kompozytorzy mie- 
szkający w Paryżu, a także z zagranicy byli przedstawiani na zebraniach muzycznych 
Henri Prunieres' owi, który był redaktorem naczelnym. Miał on najlepszych korespon- 
dentów z całego świata. Tam poznałem Belę Bartóka, Manuela de Fallę5 i innych. Po- 
nadto odbywały się koncerty pod patronatem "La Revue Musicale" albo u samego Pruni- 
eres'a w domu, albo w redakcji "Revue" przy ulicy Grenelle, albo w Teatrze Vieux-Co- 
lombier. Ja - niestety - nie mogłem uczestniczyć w koncercie Karola Szymanowskiego, 
ponieważ byłem na swoim tournee w Niemczech. W każdym razie dla Szymanowskiego 
był to dobry start. 
Jeśli można spytać, panie Aleksandrze, z czego żył młody kompozytor w latach 20. w tym 
światowym Centrum Sztuki?.. 
Przyjechałem do Paryża z 80 frankami w kieszeni i zacząłem pracować w dzielnicy La Vil- 
lette jako pakarz. Potem, dzięki językom jakie znałem, znalazłem miejsce w banku. 
W końcu, dzięki Ravelowi, wszedłem w środowisko i po 6 miesiącach należałem już do 
awangardy owych czasów. Wszystko poszło bardzo szybko. Najpierw sprowadziłem moją 
siostrę, a prawie po roku matkę. Właśnie po roku mogłem już żyć z mojej muzyki. Począt- 
kowo dawałem lekcje gry na fortepianie. Jeździłem trochę na różne tournee po Niemczech, 
Austrii, Szwajcarii, Belgii... Zostałem także członkiem Belgijskiej Akademii Królewskiej. 
Czy to prawda, że właśnie królowa Elżbieta przedstawiJa pana polskiemu Ambasadorowi? 
Napisałem utwór dla Quatuor Belge ił Clavier, dedykowany królowej Elżbiecie, był to kwartet 
na fortepian i orkiestrę, którym sam dyrygowałem w Brukseli. Po koncercie poproszono mnie 
do loży. Królowa Elżbieta zapytała: "gdzie jest pański Ambasador?" - Nie wiem, nie znam go 
- odrzekłem. Wówczas powiedziała: "Czy mógłby pan zostać tu kilka dni? Zorganizuję 
przyjęcie na pana cześć". No i dwa dni potem przybył po mnie wysłannik królewski, któremu 
towarzyszył policjant na motocyklu... Odbyło się przyjęcie. I wówczas do Ambasadora pol- 
skiego królowa Elżbieta powiedziała: "Panie Ambasadorze, zazwyczaj ambasadorowie przed- 
stawiają na dworze swoich rodaków, pozwoli pan przedstawić sobie polskiego kompozytora 
Aleksandra Tansmana". Ambasador był bardzo zmieszany i od tego czasu ilekroć byłem 
w Brukseli zawsze mieszkałem w gmachu Ambasady. 
Słyszałem, że grał pan w duecie z królową Elżbietą. 
Tak. Nie była wielkim wirtuozem, ale grała bardzo po prostu... 


5 Manuel de Falla (1876-1946), kompozytor hiszpański. 


76
>>>
Powrócę do tych lat z początków pana kariery Mówił pan, że bardzo szybko zaczę to uy- 
dawać pana utwory? 
Najpierw to był Demets - pierwszy wydawca Ravela, którego przejął Eschig. Ravel za- 
prowadził mnie najpierw do Demets'a, który niewiele o mnie wiedział, a potem zapro- 
wadził mnie także do Eschig'a. To znaczy, że była to umowa na pierwszeństwo wydań, 
ponieważ miałem także utwory wydawane w Edition Universel w Wiedniu, wiele w Ame- 
ryce i Argentynie. Bardzo szybko dostałem zamówienia z Ameryki. 
Czy to zdarzało się wielu kompozytorom w tamtych czasach? 
Tak, Prokofiewowi, Rachmaninowowi, Ravelowi, Bartókowi... 
Bela Bartók. Ktoś mi opowiadał, że właśnie istnieje tu pewna paralela między Bartókiem, 
który grał swój koncert na fortepian ze swoją drugą żoną, a panem, który również... 
Tak, też... ze swoją drugą żoną. Colette Cras, która była córką słynnego kompozytora 
i admirała w jednej osobie. Ale to już było nieco później. 
l11ęc powrÓĆmy do Paryża lat 20. Na przykład do okresu, kiedy poznał pan kompozyto- 
rów z" Grupy Sześciu". 
Maurice Ravel zaprowadził mnie do Rolanda Manuela. Urządzał on słynne poniedziałki 
- był kompozytorem ijednym z naj znakomitszych krytyków swoich czasów. 
Był również uczniem Ravela? 
Był uczniem Ravela a także jego przyjacielem. Poszedłem tam i zostałem natychmiast 
przyjęty tak, jak gdyby mnie znano. Poznałem tam Milhauda, Honeggera, Roussela, Flo- 
renta, Schmitta. I tak to się zaczęło. 
Uważano, że należał pan do "Szkoły Paryskiej "? 
Tak. To była grupa przyjaciół. Byli to kompozytorzy, którzy przybyli z Europy Wschodniej lub 
Środkowej: Nikołaj Czerepnin, Czech - Bohuslav Martinu, Rumun - Marcel Mihalovici, 
Tibor Harsanyi - Węgier. Każdy tworzył swoją muzykę, ale to była grupa przyjaciół. 
A skąd wzięła się nazwa" Szkoła Paryska "? 
To pomysł dziennikarski, tak jak "Grupa Sześciu". Wymyślił to Jean Cocteau, jak pamiętam, 
w artykule zamieszczonym w "Comoedii". Było takie pismo artystyczne "Comoedia". 
Ale pan zawsze uważał się w tamtych czasach za polskiego kompozytora, mimo że 
w Polsce uznawano pana za Żyda. 
Tak, ale nic na to nie poradzę. Dla mnie ważne są lata dzieciństwa, młodości, jest się 
przywiązanym przecież do swojej "karmicielki". Moja muzyka ma w sobie dużo polsko- 
ści. Zresztą mazurki są w prawie każdym moim utworze; w kwartecie smyczkowym, 
w symfoniach. Polski folklor jest bardzo bogaty. [...J Sądzę, że to po trosze tłumaczy 
także linię melodyczną moich utworów, a przede wszystkim zapis harmoniczny. 
ledna z dziennikarek francuskich zapytała pana niedawno, czy Polska była w m o d z i e, 
kiedy pan przybył do Paryż a? 
We Francji Polska zawsze - w jakimś sensie - była w m o d z i e. Nie wiem, czy pan 
wie, to była kiedyś bardzo słynna historia - gdy car Aleksander III przyjechał do Paryża, 
wielu ludzi krzyczało: "Niech żyje Polska!"... 
Do dzisiaj wielu Francuzom została ta znajomość europejskiej geografii. Ale może po- 
wrÓĆmy do niezuyk1ego zainteresowania w Paryżu twórczością kompozytora właśnie 
polskiego, jak to do dziś pan stanowczo podkreśla, mimo, że od roku 1938 jest pan 
o b y wat e l e m f r a n c u s kim. 


77
>>>
Skoro już pan dotknął sprawy mego o b y wat e l s t w a, to może przypomnę, że wystąpi- 
łem o tę zmianę dopiero wiosną 1938 r., kiedy po powrocie z podróży poślubnej do Włoch 
z moją drugą żoną Colette przeczytałem w gazetach, iż Polska zawarła u kła d o n i e a g - 
r e s j i z Niemcami. W ciągu dwóch tygodni, w dniu l czerwca 1938 r. otrzymałem od prezy- 
denta Republiki Lebruna pismo akceptujące moją prośbę. Co wcale nie zmienia faktu, że nadal 
jestem polskim kompozytorem. A jeśli idzie o moje paryskie początki, to przecież od razu 
miałem sławnych wykonawców. Na przykład w Paryżu to był Huberman, jeden z największych 
skrzypków swoich czasów, a może nawet wszystkich czasów, w Ameryce to byli: Mengelberg, 
Koussevitzky, Toscanini, w Niemczech - Kleiber, Abendroth, Klemperer. 
Słyszałem, że był pan szczególnie zadowolony z interpretacji Toscaniniego" Tańców pols- 
kich "? 
Tak, to było naprawdę... Nic o tym nie wiedziałem. Przyjechałem do Nowego Jorku i wi- 
dzę na afiszu koncert inaugurujący sezon, październik 1933; i widzę w programie Tańce 
polskie, którymi dyrygować miał Toscanini. To było zupełnie jak cud, ponieważ Toscanini 
był już prawie ślepy i dyrygował z pamięci, nie opracowywał już zbyt wielu utworów 
współczesnych i dlatego to było dla mnie prawdziwie wielkim wydarzeniem. Byłem wła- 
śnie na początku mojej podróży dookoła świata. Niebawem wyjechałem. Miałem bardzo, 
bardzo duże tournee po Ameryce. 
Ale zaczął pan chyba swoją podróż od Dalekiego Wschodu? 
Od Hawajów. Najpierw było Honolulu, gdzie raz już byłem, a potem Japonia. 
Czy to prawda, że orkiestra japońska nauczyła się wszystkiego na pamięć? 
Tak, to było absolutnie nie do wiary. Byłem j e d y n y m, który miał nuty! Wszyscy mu- 
zycy z uprzejmości nauczyli się swoich partii na pamięć. Znali nawet numery porządkowe 
i kiedy mówiłem: "trzy takty przed 4 2", oni wiedzieli, gdzie to jest. 
Był pan pierwszym kompozytorem w owych czasach, który odbył podróż dookoła świata 
ze swoimi utworami. 
Rozpocząłem od Polski w 1932 r., potem był Paryż, Stany Zjednoczone, następnie Japo- 
nia, Chiny, Hongkong, Filipiny, Jawa, Bali, Sumatra, a w drodze powrotnej Cejlon, Indie, 
Egipt. A ponieważ w tym czasie nie byłem żonaty, poprosiłem mojego impresaria by 
przedłużył trochę czas trwania podróży abym mógł nie tylko dawać koncerty, ale także 
zwiedzać. Tak więc trwało to prawie rok! 
Ale powrÓĆmy jeszcze przez chwilę do pierwszego pana tournee po Stanach Zjednoczo- 
nych. Kiedyś wspomniał pan, że było ono zorganizowane przez impresaria, którego spo- 
tkał pan przez przypadek. 
Spotkałem go w Zurichu. Wykonywany tam był jeden z moich utworów w ramach Festi- 
walu Muzyki Współczesnej. Ów człowiek wiedział, że miałem już kontrakt z dyrygentem 
Koussewitzky'm. Zaprosił mnie na kolację. Pił bardzo dużo. Wszystko skończyło się 
kontraktem, który gwarantował mi minimum 10 tys. dolarów. Ponieważ tak dużo pił, 
pomylił się o jedno zero i napisał 100 tys. Byłem na tyle uczciwy, że powiedziałem: "dro- 
gi przyjacielu, napisał pan o jedno zero za dużo". Natychmiast wytrzeźwiał i był bardzo 
wdzięczny. 
To był jedyny impresario, który lubił muzykę. To on sprowadził do Stanów Bartóka 
i Ravela. I to w tym samym czasie. 
A więc odbywał pan swoje tournee w tym samym czasie, co Ravel i Bartók, czyli w naj- 
lepszym towarzystwie. 


78
>>>
Tak, to było trochę żenujące, ponieważ Amerykanie nie zdawali sobie z tego sprawy. 
Wydawali przyjęcia, na przykład w Chicago u Rockefellera, na cześć Ravela i Tansmana. 
Powiedziałem do Ravela: "Nie, pan jest znakomitością światową, a ja jestem tylko mło- 
dym debiutantem". "Obaj jesteśmy kompozytorami i jeśli pan nie pójdzie, ja również nie 
pójdę". Poszliśmy więc. Było to przyjęcie bardziej ceremonialne, niż na dworze królew- 
skim. Za każdym krzesłem stał lokaj w peruce zupełnie jak za czasów Ludwika XlV. 
Ravel nie mówił po angielsku, na dodatek więc musiałem tłumaczyć. Jak tylko ktoś zwró- 
cił się do nas, zaraz zmieniano nam talerze. Efekt był taki, że prawie nic nie zjedliśmy 
i potem musieliśmy pójść do drugstore'u na hamburgera!... Natomiast Bela Bartók miał 
zdecydowanie odmienny charakter, był bardzo dziwnym człowiekiem. Nigdy nie przy- 
zwyczaił się do Ameryki. Widziałem go nieco później, niedługo przed jego śmiercią. Nie 
rozumiał, dlaczego ludzie tak bardzo się śpieszą. Umarł niemalże w nędzy. Pogrzeb opła- 
ciło Stowarzyszenie Autorów Amerykańskich. Było wielu dyrygentów pochodzenia wę- 
gierskiego, którzy nigdy nic dla niego nie zrobili. Zajmował się wtedy folklorem amery- 
kańskim, ale przecież nie mógł z tego wyżyć. Sergiusz Koussewitzky, któremu opowia- 
dałem o stanie w jakim znajduje się Bartók, zamówił u niego utwór - koncert na orkie- 
strę. Ale nie mógł już wywiązać się z tego, bo choroba - białaczka - była już dość 
zaawansowana. Odwiedziłem go w szpitalu na miesiąc przed śmiercią, zresztą moja 5. 
Sonata z roku 1955 jest jemu dedykowana... Ale tu muszę kilka słów dodać o wspomnia- 
nym Koussewitzky'm, poznanym przeze mnie tutaj w Paryżu, gdyż on właśnie odegrał 
ogromną rolę w mojej karierze. On właściwie wprowadził mnie do Ameryki. On zamówił 
u mnie pierwszy koncert fortepianowy, a później symfonię. I ta symfonia akurat miała 
swoje pierwsze wykonanie w czasie jednej z pierwszych wielkich transmisji radiowych na 
świecie ze stacji amerykańskiej. 
Jeśli nie policzymy w ogóle pierwszej transmisji koncertu z królewskiego pałacu w Laek- 
en na terenie dzisiejszej Brukseli do Konga w Afryce w roku 1914, a więc przed urucho- 
mieniem radia publicznego na świecie. 
No, tak, ma pan rację. Ale oni wtedy zrobili taką typową amerykańską reklamę, że Fran- 
cja wynajęła im studio na wieży Eiffla i urządzili całą komedię: "Czy ty słyszysz, Alek- 
sandrze? Tutaj gramy twoją symfonię!". I to wszystko było w prasie... Właśnie wczoraj 
była u mnie pewna Amerykanka, która pisze o mnie tezę doktorską i pokazywała mi wy- 
cinki prasowe, tudzież fotokopie tamtych artykułów i recenzji z bostońskiej prasy. Jeden 
zaś tytuł brzmiał: Three times kiss by the muse - Trzykrotnie ucałowany przez muzę... 
Ja myślę, że pana ta muza ucałowała wielokrotnie... Pan jest typowym przyk1adem - moż- 
na powiedzieć - DZIECKA SZCZĘŚCIA. Zresztą o tym takie zdanie ma pana biograf - 
Janusz Cegiełłi. Pana nawet nie ominęli lzw. "wielcy ludzie" z poza świata muzyki. Jeśli 
już jesteśmy blisko Ameryki, to tam przecież poznał pan Charlie Chaplina. .. 
Tak. Miałem nawet polecający list do niego. Ale nie wiadomo było, czy to się uda? On 
wtedy właśnie rozwiódł się i powiedzieli mi, że nikogo nie przyjmuje. Pamiętam, że po 
odwiedzinach, w Hollywood jedna z pań, które towarzyszyły nam z żoną, powiedziała: 
"wejdźmy tu może do tej kawiarni, bo tutaj czasami bywają «gwiazdy» kinowe". Wcho- 
dzimy i od razu widzę siedzącego Charlie Chaplina z jakimś innym panem. Ja wyjmuję 
z kieszeni list i wręczam go aktorowi. A on od razu: "Niech pan wejdzie i siada". J a mó- 
wię: tu żona czeka ze mną. "Niech pan zaprosi żonę, a jutro zapraszam na kolację przyślę 
po was samochód". Nie bardzo wierzyliśmy w to zaproszenie, ale na wszelki wypadek 
odpowiednio ubraliśmy się. O wpół do ósmej zadzwonili z portierni, że jest szofer, który 


6 J. Cegiełła, DzIecko szczęścIa. Aleksander Tansman Ijego czasy. Warszawa 1986. 


79
>>>
na nas czeka. Byliśmy na kolacji, po której Chaplin pokazał nam jeszcze przed premierą 
swój film pt.: Cyrk. No i od tego czasu zaczęła się nasza przyjaźń. Później poświęciłem 
mu swój koncert fortepianowy, grany na wolnym powietrzu w Hollywood BalI. 22 tysiące 
osób było na tym koncercie, a on wyszedł na scenę z ukłonami. I właściwie tylko dzięki 
tej przyjaźni jestem tutaj. Bo podczas wojny ostatniej to on - Charlie Chap lin założył 
specjalny k o m i t e t, żeby nas jakoś uratować. Do tego komitetu weszli między innymi: 
Toscanini, Koussewitzky, Rodziński - wielu dyrygentów. No i przesyłał mi też pienią- 
dze. No, wie pan, właśnie dzięki niemu jesteśmy tutaj. Klęska Francji, to słynne armistice 
- "zawieszenie broni" zastało nas w Nicei, w tzw. "wolnej strefie", nie okupowanej 
przez Niemców. W ostatniej chwili mer Nicei powiedział: "Proszę pana, za chwilę przy- 
chodzi tu policja francuska i my nie będziemy mogli panu pomóc. Niech pan wyjeżdża 
natychmiast". I myśmy wyjechali prawie ostatnim okrętem. Ameryka stała się naszą 
ostoją, no i pomoc Chaplina. 
I proszę sobie wyobrazić, że mój pierwszy koncert w Los Angeles - żywo to pa- 
miętam - odbył się w dniu 7 grudnia 1941 r. 
Data słynnego nalotu Japończyków na bazę Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych 
- Pearl Harbor na Hawajach. Czy słyszał pan przez radio zapowiedź przystąpienia 
Ameryki do wojny? 
Nie. To był pierwszy mój koncert po przyjeździe do Ameryki - nic nie wiedziałem, nie 
czytałem gazet, nie słuchałem radia, nawet go nie miałem... I był taki kompozytor pocho- 
dzenia polskiego, Jung się nazywał, pisał muzykę do filmów i on odwoził nas na koncert. 
Pyta mnie ni z tego, ni z owego: "Co pan o tym myśli?" Nie wiedziałem, o co chodzi... 
,,] ak to? Przecież od dziś - woj na!" A sala była przepełniona... 
Pan wybaczy mi tę perfidną uwagę w tym miejscu - z podróży do Japonii przywiózł pan 
miecz samurajski podarowany panu przez samego cesarza Hirohito... 
Tak. Byłem przez niego przyjęty. Świetnie władał językami, ale urzędowo musiał mówić 
po japońsku, ja mówiłem po angielsku. "Złoty medal" wręczono mi podczas koncertu. 
Ponieważ Japończycy ciągle się kłaniają, kiedy mówią sobie "dzień dobry" i "do widze- 
nia", trzeba stale uważać, aby nie podnieść się z miejsca jako pierwszy i pamiętać o ukło- 
nach nawet podczas gry. Medal dyndał mi na szyi przez cały czas, zwłaszcza kiedy kła- 
niałem się. 
Cesarz był bardzo skromnym człowiekiem. W czasie wojny przedstawiano go z "no- 
żem w zębach", ale to był botanik, który nie miał wiele do powiedzenia. 
Słyszałem, że rozpowszechniano także pana podobiznę na pudełkach z zapałkami, które 
krążyły po całej Japonii. 
Kiedy przypłynąłem do Japonii - na ogół mówi się, że Japończycy są bardzo surowi - 
najpierw celnicy przepuścili mnie jako pierwszego i zamiast zażądać ode mnie dokumen- 
tów, wszyscy wyciągnęli programy i poprosili o autografy. 
Jest pan również honorowym członkiem Cesarskiej Akademii Muzycznej w Tokio i utrzy- 
muje pan wspaniałe kontakty z tym krajem aż do dziś. 
Tak, są przyjaciele Aleksandra Tansmana w Tokio. Ostatnio dostałem tę małą czarną 
wazę z laki i program z moją biografią w języku japońskim. Podczas mojego tam pobytu 
podarowano mi sztukę jedwabiu na koszulę z prośbą, abym udał się do najlepszego kraw- 
ca, który zdejmie ze mnie miarę. Przez całe lata nie potrzebowałem potem kupować ko- 
szul, ponieważ miałem dwa tuziny jedwabnych koszul! I zawsze te prezenty były ano- 
nimowe. Codziennie kiedy wracałem wieczorem do siebie zastawałem jakiś podarunek. 


80
>>>
Na ogół musiałem sam płacić za hotel, tym razem kiedy chciałem uregulować rachunek 
okazało się, że hotel był już opłacony. 
Było to zrobione bardzo dyskretnie? 
Tak, bardzo dyskretnie przez nieznajomego wielbiciela. 
Podczas tournee dookoła świata poznał pan Gandhiego, kolejną niezwyk1ą osobowość... 
Byłem w Bombaju i spotykałem tam przede wszystkim Anglików grających w golfa. Ale 
jak można przyjechać do Indii i ograniczyć się tylko do tego? Poszedłem więc do świąty- 
ni buddyjskiej i spotkałem kapłana, który mówił po angielsku. Powiedziałem mu: "mam co 
najmniej dwa tygodnie bezczynności, czy mógłby mi pan pomóc? Chciałbym dowiedzieć 
się czegoś o Indiach. Z Anglikami mogę zawierać znajomości w Europie". Wtedy ów 
kapłan powiedział: "Przyślę panu jutro studentów, oni pokażą panu co nieco". I rzeczywi- 
ście przyszli. To oni pokazali mi całą nędzę Indii. Zobaczyłem wszystko, co można było 
zobaczyć w ciągu kilku dni. Na koniec spytali mnie: "czy zainteresowałoby pana spotka- 
nie z Gandhim?". Ależ to szaleństwo! Gandhi z pewnością nie zechce mnie przyjąć! Są- 
dziłem, że to dowcip, ale nie, w dwa dni później dostarczono mi do hotelu list: "Pan 
Gandhi będzie szczęśliwy, mogąc pana przyjąć". Gandhi mieszkał w aśramie pod Bom- 
bajem, wziąłem więc taksówkę, której właściciel nie chciał przyjąć zapłaty! Człowiek, 
który wyszedł mi na spotkanie był nadzwyczajnej brzydoty. Nigdy nie widziałem czło- 
wieka równie brzydkiego. Ale kiedy tylko uśmiechnął się wyglądał jak święty! Studio- 
wałem trochę Bhagawadgitę - ewangelię hinduizmu, aby otrzaskać się i powiedziałem 
mu o tym. "Ależ dlaczego nie miałby pan zostać z nami przez jakiś czas w aśramie?" 
Zostałem tam 6 dni. Wyjaśnił mi wszystko. Mam zresztą egzemplarz z jego adnotacjami 
zrobionymi po angielsku. To było niezwykle wzbogacające! 
Odnalazłem właściwie trzech prawie ś w i ę t Y c h ludzi na świecie. Jeden to był wła- 
śnie Gandhi, drugi to był papież Jan XXIII, który mnie przyjął na prywatnym przyjęciu. 
To znaczy - było na nim 30 osób! Wtedy papież chciał mnie p o b ł o g o s ł a w i ć. Ja 
wówczas powiedziałem: "Ale, proszę Pana, j a nie jestem chrześcij aninem !". A papież - 
"tym większy jest powód!". - C' est une raison de plus! 
To był wielki papież. 
No i później trzecim takim człowiekiem był dla mnie Albert Einstein, z którym mu- 
zykowałem. Fałszywie grał na skrzypcach, ale tylko Mozarta. Z jaką wielką radością 
grał!... Nadzwyczajni byli to ludzie! 
Ale chciałem tu przy okazji opowiedzieć panu o zabawnej przygodzie koncertowej, 
jaka mnie spotkała w Singapurze. Ponieważ tego samego dnia był jakiś duży balet, to na 
tym moim koncercie, w ogromnej sali opery było nie więcej, niż 20 osób. Jeden z kryty- 
ków napisał: "Nie wiem, czy pan Tansman jest dobrym kompozytorem, czy dobrym pia- 
nistą, ale na pewno jest g o o d s P o r t, bo mógłby zaprosić zebraną publiczność do 
swego mieszkania w hotelu i tam dać koncert, bo zupełnie nieźle zagrał ten koncert". 
I nawet musiałem na końcu zagrać: God save the King... Więc powiedziałem menadżero- 
wi, że niech mi tylko opłaci hotel, bo ja z honorarium zrezygnuję. A on na to: "Nie, pro- 
szę pana, zrobimy drugi koncert". No i jak wróciłem z wyspy Bali zrobili ten koncert i tu 
sala była przepełniona! Grałem dwadzieścia utworów ludowych, a największe powodze- 
nie miał ostatni. Nie wiedzieli, co to jest. Krytycy napisali, że to był... piękny horror! A to 
była pieśń kościelna: Boże coś Polskę!... 
To istotnie zabawna historia koncertowa. Można byo nich napisać kilka książek. Podobnie,jak 
o pańskich przyjaźniach i spotkaniach choćby tylko z dziedziny muzyki. Weźmy takiego na 
przyk1ad George'a Gershwina. Podobno nawet był pana dalekim kuzynem? 


81
>>>
To przypuszczenie mojego biografa - Janusza Cegiełły. Zresztą to całkiem możliwe, 
gdyż miałem wuja, który nazywał się Gerszuni, a nazwisko Gershwin... 
To przekształcony Gerszuni? 
A no właśnie! To całkiem możliwe. George kiedyś przyjechał na mój pierwszy koncert 
w Ameryce z Bostońską Orkiestrą i bardzo mu się podobał. Aja podziwiałem Gershwina 
za jego melodykę, ale on nie znał rzemiosła. Wszystkie jego utwory były instrumentowa- 
ne na orkiestrę przez kogoś innego. Powiedziałem mu - był zawsze otoczony przez całą 
rodzinę - "przyjedź do Paryża na jakiś czas, brakuje ci bardzo niewiele, masz intuicję, 
ale musisz uniezależnić się od aranżerów". "Dobrze, przyjadę" - odpowiedział, ale w to 
nigdy nie uwierzyłem. Aż tu pewnego dnia, telefon, to George. ,,jestem w Paryżu. Staną- 
łem w Hotelu Majestic". Wsiadam w samochód, jadę i co widzę: Gershwin z mamą, tatą, 
wujem, kuzynem i nie wiadomo jeszcze z kim! 
W końcu wyjechali, a on pracował ze mną nad instrumentalizacją Amerykanina 
w Paryżu. Wędrowaliśmy avenue de la Grande Armee w poszukiwaniu odpowiednich 
klaksonów, ponieważ potrzebne były nam klaksony. On miał intuicję, kilka małych uwag 
zupełnie mu wystarczyło. 
Mam ciągle w uszachjego "Błękitną rapsodię" graną przez Władysława Kędrę. 
Widziałem go na krótko przed śmiercią. Dyrygowałem w San Francisco jednym ze swoich 
utworów, a on miał dyrygować w tydzień po mnie. Wyglądał dobrze, ale kiedy wróciłem do 
Paryża dowiedziałem się, że zmarł. Cierpiał na to samo, co Ravel, miał coś w mózgu... 
To był naprawdę ogromny talent! To jest jego fotografia z dedykacją, tam przy forte- 
pianie - "z admiracją i z wdzięcznością". Trochę mu pomogłem. Niektóre rzeczy on 
niby sam mógłby się nauczyć, ale o niektórych nie wiedział teoretycznie. No, z nim to 
była zabawna historia. On strasznie lubił grać. Na przykład, tu w Paryżu jak był, zaprosił 
go Rothschild. I on takie honorarium sobie zawinszował, że nawet dla Rothschilda było 
za duże. Więc zaprosił wszystkich na kolację. Ale po kolacji, jak on zobaczył fortepian, 
to przysiadł do fortepianu i grał całą noc. 
"Rapsody in blue". 
Wszystko grał. I swoje różne pieśni, i to The Man who I Love, Do it again - Oh, do it 
again... - [zanucił pan Aleksander]. 
"Summer time ". 
To jest piękne! To jest jedna z najlepszych oper współczesnych - Porge and bess. Byłem 
na niej w Nowym Jorku. Wspaniale była śpiewana i grana przez murzynów... 
Czy bliski kontakt z Gershwinem nie zaraził pana stylistykqjazzu? 
Podczas jednej z moich podróży statkiem powstała Sonatina transatlantycka, która 
wkrótce, ni z tego ni z owego przyniosła spory sukces. Pisano nawet na afiszach "kompo- 
zytor słynnej sonatiny transatlantyckiej". Zrobiła taką karierę, ponieważ najpierw pisana 
była na fortepian, potem na skrzypce i fortepian, a w końcu na orkiestrę. Były to moje 
pierwsze wyobrażenia o jazzie. Wszyscy kompozytorzy pozostawali już pod wpływem 
jazzu: Strawinsky, Ravel, Roussel, Schmitt. To było w powietrzu. 
Ale pan go przetworzył na swój sposób? 
Tak, oczywiście, w mojej IV Symfonii scherzo jest charlestonem i bluesem jednocześnie. 
Komponował pan również muzykę filmową? 
Tak, robiłem muzykę do filmów. Pierwszym filmem był Rudzielec Duviviera. Odniósł 
światowy sukces, nie z powodu mojej muzyki, ale niemniej stał się utworem klasycznym, 


82
>>>
który znaleźć można we wszystkich filmotekach. Później zrobiłem muzykę filmową 
w Ameryce, ale w Ameryce było to bardzo trudne, ponieważ oni mieli swoich aranżerów. 
Byłem pierwszym kompozytorem, który nie chciał aranżera. Musiałem więc płacić kary. 
Poza tym istniały sztywne reguły: sceny miłosne na przykład musiały być pisane na 
skrzypce i dzielić się podobnie, jak w Lohengrinie. Ja napisałem na przykład coś na róg. 
Producenci byli na ogół kompletnymi ignorantami. Jeden z najbardziej znanych, nie chcę 
wymieniać tu jego nazwiska, spytał mnie: "czy mógłby pan napisać muzykę bez bemo- 
lów?". Odpowiedziałem: "Tak". Jemu się wydawało, że bemol to dysonans. Wynikła 
z tego cała historia, bo w końcu było za dużo bemoli. Wówczas oświadczył: "zaangażo- 
wałem pana, ponieważ zobaczyłem pana nazwisko w Encyclopaedia Britannica. Chciał- 
bym muzykę, którą wszyscy mogliby gwizdać wychodząc z kina". "Nie, pan chce taką 
muzykę, którą wszyscy mogliby gwizdać już tam wchodząc". 
Zupełnie nam nie szło. W końcu musiał mi zapłacić za niedotrzymanie umowy. Mimo 
to zrobiłem jednak muzykę do filmu Duviviera i Charlesa Boyer. Film nosił tytuł Obsesja. 
Grały tam wielkie gwiazdy takie, jak Robinson, Charles Loton. Potem przyszły inne filmy 
- Sister Kenny i Paris underground z Constancem Bennettem. To był film o tym, jak 
Amerykanie wyobrażali sobie życie w okupowanym Paryżu. Zbudowali np. dozorcówkę, 
w której stał fortepian. "Nie! Słuchajcie, dozorcówka w Paryżu wygląda zupełnie ina- 
czej!" W końcu wszystko trzeba było urządzać od nowa. To było bardzo zabawne... 
W jakim momencie opuś cif pan Stany Zjednoczone? 
Wróciliśmy dopiero w 1946 r., ponieważ moja żona przeszła poważną operację i mu- 
sieliśmy zostać tam rok dłużej. 
Przed wojną miałem w Paryżu coś w rodzaju małego pałacyku. Kiedy wróciliśmy: ja, 
żona i dzieci, podaję adres i słyszę "nie, nie, to już nie istnieje!" Pałacyk był zajęty, 
a wszystko co w nim, zostało rozkradzione. Moja teściowa i szwagierka ocaliły kilka dro- 
biazgów jak np. te pamiątki z Bali, ale ja miałem piękne obrazy, prezenty od przyjaciół. 
Znał pan przecież wielkich malarzy, znał pan także Kandinsky' ego. 
Tak. Znałem również Modiglianiego. Miałem kolekcję serwetek... Było to niedługo już 
przed jego śmiercią. Spotykaliśmy się wszyscy w kawiarni La Rotonde na Montparnassie, 
a on rysował coś na serwetkach i ofiarowywał to przyjaciołom. Miałem około 2 tuzinów 
takich serwetek. Niestety wszystkie skradziono. A mógłbym dziś być milionerem. 
W 1981 r., w tym pamiętnym dla Polski roku "Solidarności" był pan w Polsce. 
Tak. Mam tutaj list od Lecha Wałęsy, ponieważ skomponowałem utwór pt.: Hołd, który 
wykonano w Gdańsku i on przysłał mi ten czarujący list z podziękowaniami, zaprosił 
mnie do siebie, ale ja nie byłem w Polsce od czasu stanu wojennego. 
Czy widział pan pański dom rodzinny przy ul. Pruchnika 20? 
Po wojnie, tak. Odbyła się uroczystość wmurowania tablicy pamiątkowej w ścianę domu, 
w którym się urodziłem, tak więc pojechałem tam. 
A więc, przypomniano sobie w Polsce o pańskim istnieniu w myśl znanego przysłowia, że 
"nikt niejest prorokiem we własnym kraju ". Trochę czasy się zmienily... 
Tak, ale to nie w moim kraju grają mnie najczęściej. 
Tak, ale odznaczono pana medalem Stowarzyszenia Kompozytorów Polskich, którego jest 
pan honorowym członkiem, a także krzyżem zasługi i krzyżem zasługi dla kultury polskiej. 
A ostatnio dostałem... zostałem mianowany kawalerem orderu sztuk pięknych i literatury. 


83
>>>
Moje gratulacje! Czasy trochę się zmienily... 
No, tak, wie pan. I ludzie wszyscy chcą zaczynać od zera. Jak się zaczyna od zera, to się 
kończy zerem. 
Czyli wierzy pan w ciągłość kultury? 
Absolutnie! Nie wierzę, że jest przerwa i że można zacząć od zera. 
Co pan myśli o dzisiejszej, współczesnej muzyce? 
No, nie wszystko dla mnie jest muzyką, co się nazywa współczesną muzyką. Na przykład 
w latach 20. ja należałem do awangardy. We wszystkich słownikach z tamtych lat: "ekstrema 
awangardy" i tak dalej. Tak, że mi trudno sądzić, ale wiem, że grają niektóre rzeczy, które 
nie będą miały drugiego wykonania. Co to jest muzyka? Jest to pewnego rodzaju przerwa 
ciszy. Ale byle jaka przerwa ciszy nie jest muzyką. Muzyka ma swoje pewne postulaty. Jest 
harmonia, jest rytm i kolor. Ale sam kolor nie wystarcza. A dzisiaj pisze się komputerami 
muzykę. To dla mnie nie jest poważne. Współczesność - jedna rzecz, a moda - to jest 
inna rzecz. Na przykład tutaj. Proszę pana, ja byłem na jednym koncercie bardzo znanego 
kompozytora, nazwiska panu nie powiem... I cała sala siedziała tak zagłuszona, ręce na 
uszach. Nic nie słyszeli. Ajak się skończył koncert - to owacje! Publiczność już wie z góry 
- powiedzieli, że jest geniusz - ale nic nie słyszeli i robili owacje. Czasami słyszę przez 
radio byle co. No, w Polsce jest dobra szkoła muzyczna. 
Ale moim zdaniem, tradycja zawsze musi być szanowana. Nie można powiedzieć, że 
zaczyna się od zera i się coś nowego robi. Nowego nic nie ma. Nie ma nic na świecie 
niczego nowego. Trzeba wynaleźć, co jest do dyspozycji, coś dodać do tego, co już ist- 
nieje. Ale jeżeli pan weźmie na przykład Święto wiosny Strawińskiego to temat może 
dziecko nawet pamiętać. To jest podejście do rzeczy. I tak samo wszystkich wielkich 
muzyków, których znałem: czy Schonberga, czy Bartóka - oni uważali, że coś dodają 
nowego, ale nie odrzucają, nie mówią, że wszystko co było, to trzeba skreślić i zacząć... 
Jeszcze dotychczas nie wiadomo jak się piramidy budowało. 
Zgadzam się, co do tradycji, ale wierzę, że ma pan na myśli" tradycję kopernikańską ", 
której - moim zdaniem - był pan zawsze wiemy 
Tak, ma pan rację. Bo tu nie chodzi o pospolity tradycjonalizm. Wzruszenie znaleźć moż- 
na w naszej epoce tak samo jak w wiekach minionych. Wyrazić emocje epoki maszyn. Jej 
liryzm. Oto prawdziwa muzyka. Ale imitować muzyką ruch maszyn, to cyrk. Każda epo- 
ka, również i nasza ma własne momenty subiektywne Są one nierozerwalnie związane z 
genezą twórczości artystycznej. Trzeba je tylko wyodrębnić w ich przejawach aktualnych 
i dostosować do obiektywnej, współczesnej realizacji. Skłonność do wzruszenia i moment 
liryczny pozostaną na zawsze warunkami sine qua non sztuki muzycznej. Idee i emocje z 
nich wypływające są tym, co pozostaje ze środków wyrazu tej czy innej epoki. Z punktu 
widzenia wartości rzeczywistych istnieją tylko dwa rodzaje muzyki: dobra i zła. Osobo- 
wość artysty przejawia się wyborze istoty muzyki, w sposobie obróbki materii dźwięko- 
wej. Jedynym zaś, właściwym sposobem jest podążanie za własną naturą. Tylko sposób 
tworzenia nie opierający się wpływom otoczenia daje czasem niedostrzegalnie postęp. 
Bądźmy dziećmi własnej epoki, ale nie słuchajmy ślepo głosu mody. Jest ona powierz- 
chowna i przemijająca. I jeżeli tak właśnie będziemy tworzyć zaparcie się owego czynni- 
ka subiektywnego stanie się niemożliwe. Tym, czego powinniśmy poszukiwać w ruchu 
muzycznym naszego czasu jest muzyka. 


84
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JERZY STEMPOWSKI 
- IWAN SEN KIW 
DZIEJE PRZYJAźNI 


Andrzej Stanisław KOWALCZYK (Warszawa) 


Adresat listów Stempowskiego, dr Iwan Senkiw, był uczniem i przyjacielem pisarza. 
Urodził się w 1913 r. w rodzinie ukraińskiej we wsi Pobereże w powiecie stanisławow- 
skim. Ukończył gimnazjum ukraińskie w Stanisławowie, a następnie studiował etnografię 
na Uniwersytecie Warszawskim. Tytuł magistra filozofii otrzymał w roku 1938 na pod- 
stawie pracy pL "Grażda huculska", napisanej pod kierunkiem prof. Cezarii Baudouin de 
Courtenay. Podczas wojny pracował w Muzeum Etnologicznym w Berlinie. Po wojnie 
pracował jako tłumacz w konsulacie amerykańskim w Hamburgu. W 1952 przeniósł się 
do Dortmundu w Westafalii, gdzie otrzymał pracę w bibliotece naukowej. Wynikiem 
studiów nad etnografią Huculszczyzny była książka Die Hirtenkultur der Huzulen (Mar- 
burg 1981), Kultura pasterska Hucułów. 
W liście do piszącego te słowa, datowanym 16 stycznia 1992, dr Iwan Senkiw opisał 
dzieje swojej znajomości z Jerzym Stempowskim i Stanisławem Vincenzem: 
"Będąc uczniem siódmej klasy gimnazjum, miałem szczęście być zaproszonym na ze- 
branie sympatyków panidealizmu szwajcarskiego filozofa i psychologa Rudolfa M. Hol- 
zapfla (1874-1930), które odbyło się w 1932 r. w Stanisławowie w jednym hotelu z inicja- 
tywy głównych kaznodziei panidealizmu: SL Vincenza i Izydora Blumenfelda ze Lwowa!. 
Vincenz nakreślił optymistyczne cele nowego Towarzystwa w Galicj i Wschodniej, 
które mnie się bardzo podobały. On mówił, że centrala Międzynarodowego Towarzystwa 
Panidealistów znajduje się w Szwajcarii, jego członkowie są publicystami, ludźmi nauki 
i kultury. Chodzi mu głównie o nawiązanie bliskich stosunków z inteligencją narodów 
europejskich i twórczą współpracę. Pod koniec zebrania SL Vincenz zwrócił się do mnie 


! Izydor Blumenfeld (zm. 1944), przemysłowiec, właściciel fabryki farmaceutycznej "laoko- 
on" we Lwowie; z wykształcenia matematyk, biograf Newtona. Wraz z Vincenzem przełożył Wsze- 
chIdeał Rudolfa Marii Holzapfla (Warszawa 1935). Na temat fascynacji St. Vincenza panideali- 
zmem zob.: A. St. Kowalczyk, StanIsław VIncenz - Rudolf MarIa Holzapfel, [w:] StudIa 
o StanIsławIe VIncenzIe, red. P. Nowaczyński. Lublin 1994 s. 49-62. [Wszystkie przypisy - An- 
drzej Stanisław Kowalczyk]. 


85
>>>
z propozycją, żebym odwiedził go podczas wakacji w Słobodzie Rungurskiej pod Koło- 
myją na Podkarpaciu w powiecie kołomyjskim. Chętnie skorzystałem z zaproszenia i po- 
jechałem pociągiem do Słobody Rungurskiej, kopalni naftowej, która była własnością ro- 
dziny Vincenzów. Tutaj żyli jeszcze rodzice Stanisława Vincenza, brat Kazimierz, za- 
rządca kopalni, i pani Lena Vincenzowa, z pochodzenia Rosjanka z Krymu, pierwsza 
żona pana Stanisława Vincenza, z którą wziął rozwód. Z czasem S. Vincenz zapoznał 
w Warszawie Polkę, pannę Irenę, wziął z nią ślub i zamieszkał w Warszawie. Z pierwszą 
żoną miał on jednego syna, którego posłał do szkół do Anglii. Z Ireną miał dwoje dzieci: 
Andrzeja i córkę Barbarę. 
W Słobodzie mieszkała w dużym domu pani Lena przez cały rok sama, tylko ze służ- 
bą. Latem i na Boże Narodzenie zajeżdżał do Słobody pan Stanisław, gdzie miał swoje 
mieszkanie. Wtedy przybywali do Słobody też goście, których zapraszał. I goście pani 
Leny. Pan Stanisław bywał w Słobodzie tylko parę tygodni i wracał z powrotem do swej 
rodziny w Warszawie albo do Bystrzeca w Czarnohorze, gdzie miał własny dom drewnia- 
ny w huculskim stylu. Tutaj przebywała pani Irena ze swoimi dziećmi, przeważnie latem. 
Tu zajeżdżali też goście pana Stanisława. Raz spotkałem tutaj dwie młode pary z Anglii, 
innym razem przywitał mnie w Bystrzecu dr Blumenfeld. 
W Słobodzie przywitała mnie pani Lena bardzo mile i przedstawiła swoim gościom, 
wśród których zapoznałem państwa ReUingerów z Warszawy i ich przyjaciela pana Jerze- 
go Stempowskieg0 2 . Od tego czasu gościłem w Słobodzie na prośbę pani Leny prawie co 
roku latem i na Boże Narodzenie. Za każdym razem spotykałem tutaj pana Jerzego ze swą 
przyjaciółką panią Wichuną, z którymi często rozmawiałem i chodziłem na spacer. [...J 
W Słobodzie pan Stanisław czytał nam dwóm Panideał Holzapfla i tłumaczył na język 
polski. Nasze filozoficzne rozmowy przeciągały się nieraz nawet do drugiej godziny po 
północy. W tym czasie pan Stanisław pisał swój utwór Na wysokiej połoninie. Świeżo 
napisane rozdziały odczytywał sam głośno wszystkim gościom. Nieraz wędrował on po 
wsiach huculskich i brał mnie ze sobą. Jednego razu pojechaliśmy taksówką do Riczki 
obok Kosowa. Tutaj odwiedziliśmy płka Okołowicza, który zbierał eksponaty huculskie 
dla muzeum Towarzystwa Przyjaciół Huculszczyzny. Pierwszy raz miałem okazję oglądać 
piękne wyroby przemysłu domowego Hucułów. 
Gdy zdałem maturę, Vincenz wystarał się dla mnie stypendium, posłał mnie do War- 
szawy i poradził studiować etnografię Huculszczyzny. Wprawdzie stypendium było 
skromne, tylko 60 złotych na miesiąc, ale lepiej jak nic. Podczas studiów uniwersyteckich 
nie zerwałem swoich kontaktów ze Słobodą. Była ona dla mnie przepiękną oazą to- 
warzyskiej kultury i międzynarodowej przyjaźni. Tutaj spotykałem inteligentnych ludzi 
różnej narodowości prawie ze wszystkich krajów Europy. Jedni rozmawiali po polsku, 
inni po niemiecku, angielsku, żydowsku i francusku. 
W Słobodzie zaczęła się moja przyjaźń z panem Stempowskim i trwała aż do jego 
śmierci w 1969 r. Miał wrodzony talent zabawiania swych znajomych rozmową towarzy- 
ską na różne tematy, którą upiększał paradoksami, ironią i humorem. Był bardzo roz- 
mowny i bez znudzenia można było go słuchać godzinami. Byłem zawsze pilnym jego 
słuchaczem, co się mu bardzo podobało. To było pierwsze ogniwo naszej przyjaźni. 
Wszyscy autorzy poważnych artykułów o Stempowskim stwierdzają, że był ukrainofilem. 


2 O Ludwice i Mieczysławie Rettingerach i Stempowskim zob.: A. St. Kowalczyk, NIeśpIeszny 
przechodzIeń I paradoksy. Rzecz o Jerzym Stempowsldm. Wrocław 1997. Rozdział pt. Moja ojczy- 
zna jest dniestrowym jarem, stepem porosłym burzanem...; także: H. Micińska-Kenarowa, 
O Jerzym StempowskIm, [w:] B. Miciński, ]. Stempowski, LIsty, oprac. A. Micińska, ]. Klejnocki, 
A. St. Kowalczyk. Warszawa 1995. 


86
>>>
Urodził się na Ukrainie 3 , tam wyrastał na chlebie ukraińskim. Miał wrodzony sentyment 
do ukraińskich rodaków. Myśmy się od razu zrozumieli i odczuli wzajemną sympatię. 
Będąc jeszcze uczniem gimnazjum, już korespondowałem ze Stempowskim. Pisałem mu 
o swoich pozytywnych i negatywnych przeżyciach w gimnazjum. On udzielał mi mądrych 
porad, jak mam się zachowywać w różnych sytuacjach wobec nauczycieli i księży. J edne- 
go lata spędziliśmy wspólnie wakacje w Peczeniżynie, gdzie mieszkaliśmy w ładnym 
pensjonacie trzy tygodnie na jego koszt. Stamtąd wędrowaliśmy do pobliskiego Kosowa 
na jarmarki i chramy. Innym razem zatrzymaliśmy się w Kosmaczu cały tydzień. Jednego 
dnia przy pięknej pogodzie poszliśmy na pobliską górę Grahit. Nasza wspólna wędrówka 
pozostała dla mnie niezapomnianym przeżyciem. 
Kultura ludowa Hucułów była najsilniejszym węzłem naszej przyjaźni. Mieliśmy 
wspólne zainteresowania etnograficzne. Podczas moich studiów na uniwersytecie wyjeż- 
dżałem latem na Huculszczyznę celem zbierania materiałów dla mej pracy magisterskiej 
«Grażda huculska». Były to obronne dwory huculskie, rozsiane po górach. Dziś można je 
oglądać tylko w muzeum koło Kosowa. Stempowski był zachwycony moją pracą. Jego 
interesowała architektura starych grażd i zabudowań gospodarczych, które powstały 
w dawnych czasach dzięki nadmiernemu bogactwu lasu. Wspólnie zwiedzaliśmy stare 
grażdy w Kosmaczu, Źabiu i w osiedlach pod Czarnohorą, niektóre były już niezamiesz- 
kane, bo nierentowne z braku materiału budowlanego na reperacje. Typowym przeżyt- 
kiem kultury huculskiej są worynie (płoty) przy drogach pasterskich wiodących na poło- 
niny. Rezultatem naszych wspólnych badań w terenie jest moja praca etnograficzna 
w języku niemieckim pt. Der huzulische Hof, która ukazała się w roczniku «Volkswerk» 
w 1942 roku w Jenie. 
Nie zgadzam się z twierdzeniem W. Zbyszewskiego, że Stempowski był egoistą, «że 
nigdy dla nikogo palcem nie kiwnąb,4, To nie jest zgodne z prawdą, przeciwnie Stempow- 
ski był wielkim altruistą. Oto parę przykładów. W Warszawie mieszkał Stempowski 
u państwa Rettingerów, gdzie zajmował mały pokoik, ale opłacał całe mieszkanie, świa- 
tło, wodę i służącą za Rettingerów, bo pan Rettinger był bez pracy. Drugi przykład: jed- 
nego razu spotkał Stempowski na Huculszczyźnie chłopaka, co pasł krowy przy drodze. 
Stempowski zainteresował się nim i zaopiekował. Oddał go do gimnazjum w Kołomyi 
i cały czas opłacał naukę oraz utrzymanie za swego ulubieńca. Z mego doświadczenia: 
Stempowski publikował swe artykuły w «Wiadomościach Literackich». Z honorarium, 
jakie mu się należało, zaprenumerował dla mnie «Wiadomości Literackie», które otrzy- 
mywałem przez sześć lat. Jednego razu nie mogłem znaleźć w Warszawie dla siebie mie- 
szkania, bo były za drogie. Telefonicznie powiedziałem to mu. Od razu powiedział, że- 
bym się sprowadził do niego, bo państwo Rettingerowie wyjechali do znajomych i mogę 
korzystać z ich pokoju. Pełne cztery tygodnie żyłem wtedy u Stempowskiego na pełnym 
jego utrzymaniu. Służąca gotowała nam smaczne obiady. Te fakty wystarczą chyba, że 
Stempowski nie był egoistą. 
Jeszcze jeden motyw naszej przyjaźni. Gdy żyłem w Warszawie, wtedy pani Rettin- 
gerowa często zapraszała mnie do siebie. Wtedy we trójkę w nieobecności pana Rettinge- 
ra spędzaliśmy ładnie popołudnie w niedzielę w pokoju Rettingerów. Często we trójkę 
chodziliśmy na wernisaże, do teatru, na koncerty i odczyty. Nieraz pan Stempowski brał 
mnie ze sobą, gdy szedł w gościnę z panią Wichuną do znajomych. Przypuszczam, że ro- 
bili oni to dla przyzwoitości. Iść tylko we dwójkę z cudzą żoną do teatru lub w gościnę 


3 Eseista urodził się 10 grudnia 1893 r. w Krakowie; dzieciństwo spędził w Szebutyńcach 
i Winikowcach na Podolu. 
4 W. A. Zbyszewski, Sceptyk I arystokrata, Wiadomości 1969 nr 46 s. 1-2. 


87
>>>
dawało powód złym językom do plotek i obmowy. Ale we trójkę, z przyjacielem Hucul- 
szczyzny, to zupełnie co innego. 
Stosunek Stempowskiego i jego przyjaciółki Wichuny do pani Leny Vincenzowej 
w Słobodzie był bardzo serdeczny. Proszę wziąć pod uwagę, że Stempowski i pani Wi- 
chuna mieli u pani Leny idealny i luksusowy pobyt i odpoczynek, pierwszorzędne obiady, 
śniadania przynosiła służąca do łóżka, piękne mieszkanko z łazienką i światłem elek- 
trycznym na łonie cudownej przyrody górskiej i to wszystko za darmo! Pan Jerzy przy- 
jeżdżał do Słobody zawsze z pięknymi podarunkami dla pani Leny i wynagradzał ją kom- 
plementami. Nieraz rozmawiali po rosyjsku. Pani Lena mieszkała w mansardowym 
mieszkanku na pierwszym piętrze. Schody i poręcz do jej mieszkanka Jerzy malował 
olejną farbą co roku na własny koszt, czym sprawiał Lenie ogromną przyjemność. 
Obiady odbywały się w wielkiej jadalni o 12 godzinie. Kucharka - Ukrainka - go- 
towała cudowne obiady. Goście zbierali się w jadalni i czekali stojąco na gospodynię, 
p. Lenę. Gdy zeszła na dół, wtedy wszyscy mężczyźni podchodzili po kolei do niej, wita- 
li, pozdrawiali i całowali w rękę. Tylko Szwajcar Hans Zbinden 5 ją w rękę nie całował, na 
co wszyscy goście bardzo się oburzali. Nazywaliśmy go szwajcarskim chłopem. On znał 
Irenę, prawdziwą żonę Vincenza. Lenę lekceważył, możliwie, jak Rosjankę, która żyła w 
Słobodzie z łaski Vincenza. Lena koncentrowała całą swoją miłość na synu, który był na 
nauce w Anglii. 
Gdy Stempowski żył na emigracji, a ja w Dortmundzie, wtedy parę razy go odwiedza- 
łem w Muri i w Bernie. W 1954 roku zaprosiłem go by przyjechał do mnie do Dortmundu. 
Umieściłem go w pobliskim hotelu i od razu zapłaciłem za niego hotel na jeden tydzień. 
Wtedy dostarczyłem mu informacji do napisania artykułu pt. Dziennik podróży do WestfaliI'. 
Gdy Stempowski odjeżdżał do Berna, przyszedł do mnie i zwrócił mi wszystkie moje pie- 
niądze, które wpłaciłem za niego w hotelu. Nie chciałem przyjąć. Błagałem go, żeby tego 
nie robił. Mówiłem mu: «Ależ panie Jerzy, pan tyle dobrego zrobił dla mnie w ciągu naszej 
znajomości. Proszę dać mi możliwość bodaj troszeczkę odwdzięczyć się Panu». Niestety, 
uparł się i moich pieniędzy nie wziął. Typ szlachetnego arystokraty". 


5 Hans Zbinden (1893-1970), pisarz szwajcarski i historyk kultury. Swoje podróże po Polsce 
opisał w książce Polen eInst undjetzt (dwa wydania). Pomagał Stempowskiemu w pierwszych la- 
tachjego pobytu w Szwajcarii (zob.: B. Miciński,]. Stempowski, LIsty). 
6 l], Stempowski] P. Hostowiec, DzIennIk podróży do Westfal11, Kultura 1955 nr 1/2 s. 40-55. 
Przedruk krajowy: ]. Stempowski, Od Berdyczowa do Lafitów, wstęp i oprac. A. St. Kowalczyk. 
Wołowiec 2000. 


88
>>>
LISTY 


1. 


l maja [19]46 


Muri (Berne) 
Thunstr. 29. 


Kochany Panie Janku, 
Dziś z rana dostałem od Pana pierwszy znak życia od wielu lat i niezmiernie się cie- 
szę z odnalezienia Pana. Niezupełnie tylko zdaję sobie sprawę z Pańskiej sytuacji. Czy 
jest Pan w obozie jako D.P. I ? Przez kilka dni byłem gościem takiego obozu w Mona- 
chium 2 . Było tam b. źle, ale w zonie angielskiej obozy mają być dużo lepsze. Mnie się 
tam osobiście b. podobało, bo był to obóz przechodni, do którego każdego dnia przyjeż- 
dżali nowi uchodźcy ze Wschodu, od Bałtyku do Adriatyku, i w hallu wejściowym można 
by pisać kronikę wschodniej Europy. Zdaje się jednak, że tylko mnie jednego ta kronika 
interesowała. Zachód oddał tę część świata syroidom 3 i nawet się nią więcej nie interesu- 
je. U Pana pewnie już tego ruchu przyjezdnych nie ma. Za to jedzenie było w tym obozie 
tak marne, że każdy musiałby dostać szkorbutu, gdyby go przedtem z obozu nie wypę- 
dzono na ulicę. 
Bardzo chciałbym wiedzieć, jakie były Pańskie koleje od ostatniego listu, który mi Pan 
przysłał z Berlina w 1941. Czy był Pan potem w naszych stronach? I co Pan tam widział? 
Widziałem niedawno jeszcze przyjezdnych z Karpatów i dostaję co pewien czas 
stamtąd wiadomości, zresztą b. smutne. Wiem, że zeszłego lata i jesieni specjalne oddzia- 
ły NKWD (ucmpe6umeJlu 4 ) miały swe posterunki nie tylko w Źabiem, Krasnoile, ale na- 
wet na Hołowach, dokąd polska policja nie każdego miesiąca zaglądała. Wielu ludzi tam 
ostatnio zginęło, zostało wywiezionych albo uciekło do partyzantów. Zniszczenie i za- 
głada tam wielka. Tylko lasy stoją takie same. Zeszłego lata były tam wielkie walki z par- 
tyzantami, ale zdaje się, partyzanci wyszli stamtąd przed zimą, bo od bitwy na Hołowach 
(lipiec-sierpień) nic o nich nie słyszałem. 
Dr. Vincenz jest w Wiedniu i wybiera się gdzieś na Zachód, być może w Pańskie 
stronl. O tern p. Jędruś 6 będzie najlepiej wiedział. Cała jego rodzina wyjechała przed 
kilku dniami z Węgier ijest gdzieś w drodze na Zachód. 
Czy wie Pan o odnalezieniu się Bazia 7 ? Jest w Hamburgu, tam ożenił się. P. Jędruś 
się z nim widuje. 
Bardzo się cieszę, że Pan się ożenił w Holandii. Ja mam tu najbliższych przyjaciół tej 
narodowośd i myślę, że ten kraj ma jeszcze wielką przyszłość. 
Niech Pan często pisze, kochany Panie Janku. Za dwa dni wyjeżdżam na kilka tygo- 
dni do Francji, będę tu z powrotem 25 czerwca, ale listy będą mi odsyłać. Najserdeczniej- 
sze pozdrowienia od szczerze oddanego 
].S. 


l D.P., DIsplaced Persans (ang.) - określenie byłych więźniów obozów hitlerowskich, robot- 
ników przymusowych i innych przesiedleńców na terenie byłej III Rzeszy po jej upadku. 
2 Zob. Stempowskiego DzIennIk podróży do AustrJj I NIemIec, [w:] Od Berdyczowa do Rzymu. 
Paryż 1971; Od Berdyczowa do Lafitu, oprac. A. St. Kowalczyk. Wołowiec 2000. 
3 Syrojidzi - ohydne "ludotwory" występujące w czwartym tomie Na wysoldęj połonInIe 
(BarwInkowy wIanek) Stanisława Vincenza. W korespondencji określenie Sowietów. 


89
>>>
4 ucmpe6umeJlu (roS.) - tępiciel, niszczyciel. 
5 Stanisław Vincenz wraz z rodziną wojnę spędził jako uchodźca na Węgrzech. W 1946 Vincen- 
zowie przez Bratysławę przedostali się do Wiednia, gdzie czekał por. Konstanty Jeleński. Przewiózł 
ich do Quakenbruck w Niemczech, gdzie stacjonowała l. Dywizja Pancerna gen. Maczka. 
6 Andrzej Vincenz (ur. 1922), młodszy syn Stanisława Vincenza, językoznawca i polonista, 
prof. Uniwersytetu w Getyndze. W czasie wojny żołnierz l. Dywizji Pancernej. 
7 Bazyli Przybyłowski, krewny Stanisława Vincenza, którego matka była z domu Przybyłowska. 
8 Małżeństwo Henri i Dieneke Tzaut - przyjaciele Stempowskiego w Bernie; Dieneke (zm. 
1998), pianistka i malarka, była z pochodzenia Holenderką. 


2. 


Muri, 23 grudnia 1950 


G. Stempowski 
Thunstr. 27, 
Muri bei Bern 


Kochany Panie Janku, 
Niedługo upłynie 10 lat odkąd Pan znikł z moich oczu. Ostatni Pański list był z Ber- 
lina, potem korespondencja urwała się. Ja też Pana nie mogłem do niej zachęcać, bo pi- 
sanie do mnie było wówczas dla Pana niezdrowe. Za to od 1945 wiele razy szukałem 
Pana różnymi drogami. Sam byłem dwa razy w Niemczech, w końcu 1945 i w końcu 
1948. Wówczas ktoś mi powiedział, że Pan się ożenił i wyjechał do Holandii. Szukałem 
Pana i tam przez znajomych. Dopiero dziś dostałem Pański adres od. p. Stanisława. Tro- 
chę zasmuciłem się, że Pan wciąż jest w obozie tranzytowym, w zawieszeniu, ale osta- 
tecznie w tej chwili nawet i ci, którzy we własnych kamienicach mieszkają, są także 
w zawieszeniu i niepewności jutra. Nawet tu od kilku dni opanował wszystkich strach 
i obawa przyszłości. 
Szczerze cieszę się, że po tylu latach nareszcie Pana odnalazłem i chciałbym bardzo 
dowiedzieć się jak najwięcej o Panu samym: co Pan przez te lata robił, jak Pan daje sobie 
rady teraz i jakie ma Pan plany i pomysły na najbliższą przyszłość. Bardzo mi pilno od- 
nowić naszą dawną przyjaźń. 
Zacznę więc od tego, że napiszę Panu o sobie. Wiosną tego roku obchodziłem jubileusz 
dziesięcioletniego pobytu w gminie podmiejskiej, do której przyjechałem na dwa tygodnie 
w ostatnich dniach kwietnia 1940. Wędrując, częściowo pieszo, przez Węgry i Jugosławię, 
zatrzymywałem się wszędzie po drodze, aby pożegnać się z Europą Wschodnią, bo wów- 
czas już miałem świadomość, że jej więcej nie zobaczę. Wędrowałem przez małe miastecz- 
ka i wsie, i w wielu miejscach byłbym chętnie został na dłużej, może na resztę życia!. Kiedy 
przyjechałem do Muri, wieś podobała mi się średnio. Po dwóch tygodniach, myślałem, będę 
jej miał dosyć. Miałem jechać następnie do Francji, ale w kilka dni później wojna ogarnęła 
Francję, i dalej nie miałem dokąd jechać. W ten sposób zostałem w Muri. Co roku wyjeż- 
dżam stąd na parę miesięcy, bo stały pobyt tu nawet i dla miejscowych nie jest zdrowy. By- 
łem więc kilka razy we Francji, we Włoszech i w Niemczech. 
Po 1945 zacząłem dużo pisać i drukować. Większość moich pism ukazała się w pa- 
ryskiej "Kulturze". Nie wiem czy Pan ją kiedy widział. Drukowałem także i gdzie in- 
dziej, w różnych językach. Wszystko podpisuję nazwiskiem Paweł Hostowiec. Pod tym 
nazwiskiem otrzymałem nawet nagrodę literacką w Londynie przed kilku tygodniami. 
Piszę coraz więcej i obecnie mam na warsztacie małą książeczkę o formacji historycz- 
nej pejzażu berneńskiego i tom opowiadań 2 . Staram się z tego żyć, ale to mi się nie 
zupełnie udaje. 


90
>>>
Z każdego wyjazdu przywożę jakiś "dziennik podróży", który potem drukuję. "Kultu- 
ra" wydrukowała mi już kilka takich dzienników, z Niemiec i Włoch. Wiosną projektuję 
nową podróż do Niemiec przez Monachium, Stuttgart, Bonn, Heidelberg, Kolonię. Może 
uda mi się Pana zobaczyć w tej podróży. Bardzo bym się z tego cieszył. Musielibyśmy się 
naprzód spisać, abym mógł to zawczasu obmyślić. 
Ze światem ukraińskim nie straciłem kontaktu. W Niemczech odwiedzałem zarówno 
A. M. Liwickiego i ośrodek UNR, jak i ośrodek UHWR w Monachium 3 . W Salzburgu 
rozminąłem się w 1945 z moim dawnym słuchaczem z Instytutu Teatralnego, Awenirem 
Kołomyjcem, który później tam zmarł na gruźlicę. Zaprzyjaźniłem się natomiast bardzo 
z Leonidem Mosendzem 4 , który później leczył się w Szwajcarii na TBC, ale bez powo- 
dzenia, bo zmarł też przed dwoma laty. Ilość książek ogłoszonych po ukraińsku na emi- 
gracji jest imponująca, wiele z nich nosi znamiona wielkiego talentu. Mosendz i inni 
autorzy ukraińscy drukowali też w "Kulturze". Jewhen Małaniuk 5 , który długi czas mieszkał 
w Regensburgu, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Powodzi mu się tam średnio, i od 
kilku miesięcy się do mnie nie odzywa. 
W chodzimy teraz w okres świąteczny, niedługo zaczniemy nowy rok, przesyłam więc 
Panu naj serdeczniejsze życzenia. Niech mnie Pan będzie łaskaw też symbolicznie przy- 
najmniej przedstawić Pańskiej małżonce, abym i jej mógł ucałować rączki i złożyć naj- 
serdeczniejsze życzenia. Bardzo będę się cieszył z wiadomości od Pana, tymczasem ca- 
łuję Pana, kochany Panie Janku, po przyjacielsku, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski. 


l Zob. esej KsIęgozbIór przemytnIków w tomie Od Berdyczowa do Lafitu. 
2 Esej o pejzażu berneńskim to La Terre BernoIse (Librairie E. Droz. Geneve 1954). Przekł. 
polski: ZIemIa berneńska, przekł. A. St. Kowalczyk. Warszawa 1990. 
3 Andrij Liwyćkyj (1879-1954), polityk, członek rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej ata- 
mana Symona Petlury. Następnie prezydent URL na emigracji w Polsce. 
UHWR, Ukrainśka Wyzwilna Hołowna Rada - ośrodek polityczny na emigracji, powołany 
jeszcze na Ukrainie w roku 1944 przez UP A i część OUN (banderowców). 
4 Leonid Mosendz (1897-1948), poeta, prozaik, tłumacz, publicysta. Na emigracji od roku 1920. 
5 Jewhen Małaniuk (1897-1968), poeta, eseista, publicysta. Oficer armii atamana Petlury; po 
1920 na emigracji w Polsce, następnie w Stanach Zjednoczonych. 


3. 


Monachium, 9 lipca 1951 


Metzstr. 12, Mtinchen 8. 


Kochany Panie Janku, 
Od przeszło 3 miesięcy jestem w ciągłych rozjazdach, ale dotąd nie jestem pewny, 
czy Pana potrafię odwiedzić. Wydawca "Kultury", którą być może Pan zna, i której je- 
stem pilnym współpracownikiem, powziął myśl wydania jesienią specjalnego numeru 
niemieckiego, poświęconego niemieckiej literaturze ostatniego pięciolecia i zawierające- 
go koło stu stronic antologii. W celu zebrania tych materiałów przyjechałem tu 20 czerw- 
ca, ale dotąd mało posunąłem naprzód robotę. Czasopisma francuskie wydały już kilka 
niemieckich numerów, ale wszystko to były rzeczy przypadkowe, powierzchowne. Wy- 
dawało mi się, że potrafię zrobić coś lepszego, bardziej przemyślanego i systematyczne- 
go. Teraz widzę trudność tego przedsięwzięcia i przyczynę niepowodzenia poprzedników. 
Nowych książek nikt systematycznie nie zbierał. Wielkie biblioteki mają zbiory 
b. zdekompletowane, pochodzenia lokalnego. Źadna nie obejmuje całych Niemiec. Naj- 


91
>>>
kompletniejsza znajduje się w Frankfurcie, ale jest mało dostępna z powodu szczupłości 
lokalu. Dzięki uprzejmości jej dyrektora, prof. Eppelsheimera, będę tam mógł przeczytać 
to, czego nie znajdę gdzie indziej. Wybieram się tam w końcu miesiąca i - jeżeli uda mi 
się wyspekulować bilet, przyjadę na jeden dzień do Pana. W Hamburgu są doskonali 
wydawcy, których być może będę musiał odwiedzić. 
Bardzo cieszyłbym się z zobaczenia Pana i nawet byłbym niepocieszony, gdyby mi 
się to nie udało. Muszę się jednak do pewnego stopnia liczyć z taką ewentualnością, bo 
z doświadczenia wiem, że naj piękniejsze plany zostają często udaremnione przez niepo- 
myślne okoliczności, wśród których na pierwszym miejscu należy wymienić brak pienię- 
dzy. Jeszcze do Pana o tym napiszę, kiedy się zbliżą terminy. 
Jak Pan się miewa i czy w Pańskiej sytuacji nie zmieniło się coś na lepsze? Stany 
Zjedn[oczone] i Kanada otworzyły teraz szerzej granice. Czy się Pan tam nie wybiera? 
31 marca byłem przejazdem w Grenoble i zaszedłem niespodzianie do dra Vincenza. 
Zastałem go w otoczeniu rodziny i gości, w pokoju łudząco podobnym do jego pokoju 
w Słobodzie!. Nawet książki i fotografie na ścianach były, jeżeli nie te same, to bardzo 
podobne. Widocznie ludzie, niektórzy przynajmniej, noszą swój dom na plecach jak żół- 
wie lub ślimaki. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła wam, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski. 


l W Słobodzie Rungurskiej pod Kołomyją stał dom rodzinny Vincenzów. 


4. 


Monachium, 28.VII.[19]5l 


Kochany Panie Janku, 
Zdaje się, że tym razem z mojej podróży do Hamburga nic nie wyjdzie. Pan Gennadij 
jest widocznie sam w rozjazdach, bo się do mnie nie odzywa. Bardzo tego żałuję, bo 
chciałbym go poznać. Tymczasem moje fundusze wyczerpały się, i jutro lub pojutrze 
będę zmuszony do odwrotu. Jadę do Muri, gdzie mój adres jest Panu znany: Thunstr. 27, 
Muri bei Bem. Czeka mnie tam wielka i pilna robota. Niezmiernie żałuję, że te niepo- 
myślne okoliczności nie pozwoliły mi Pana widzieć, ale mam nadzieję, że ta okazja jesz- 
cze się znajdzie, bo do Niemiec będę zapewne jeszcze wracał. Następnym razem zacznę 
moją podróż od Hamburga, aby na pewno się z Panem nie rozminąć. 
Bardzo się cieszę z wiadomości, że Pan pracuje nie bez skutku, nie pour le roi de 
Prusse l , ale także z pożytkiem dla siebie. Przypuszczam, że ta poprawa losu obudziła 
u Pana dalsze nadzieje i ambicje. 
Jakie ma Pan plany na najbliższy rok? Czy zostaje Pan w Europie? 
Czy jeszcze interesuje się Pan etnografią? Przypominam sobie, że nasze ostatnie 
spotkanie miało miejsce w Prokurawie, gdzie przez dwa dni rozważaliśmy razem różne 
pomysły etnograficzno-socjologiczne. Czy z Prokurawy zachował Pan jakieś notatki lub 
wspomnienia? Przedmiot naszych ówczesnych zainteresowań znikł już zapewne z oblicza 
ziemi, i zostało zeń tylko to, co zachowało się w naszej pamięci. Czy nie sądzi Pan, że 
jako ostatni świadkowie powinniśmy spisać i ogłosić drukiem to co jeszcze pamiętamy, 
zanim życie zmyje te resztki z naszej pamięci? 
Gdyby Pan zechciał coś o Prokurawie z punktu widzenia etnograficznego napisać, 
wydrukujemy to w "Kulturze". Jeżeli Pan woli, moglibyśmy napisać to razem, łącząc 
nasze wiadomości i wspomnienia w formie dwugłosu, dialogu czy też napisanej wspólnie 
rozprawy. Zostawiam to do Pańskiego uznania. Byłoby mi bardzo przyjemnie wystąpić 


92
>>>
wspólnie z Panem w druku, pisząc o rzeczy, która nas wspólnie pociągała i która jest 
warta pamięci. 
W ciągu najbliższych 2 miesięcy będę zajęty czym innym; jeżeli ten projekt się Panu 
podoba, musiałby zacząć go Pan, wybrać jego formę i plan, do którego ja bym się jesienią 
dołączył. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła zawsze oddany 
Jerzy Stempowski 


l pour le roI de Prusse (franc.) - dosłownie: dla króla Prus. 


5. 


19 sierp[nia] [19] 51 


Muri bei Bem, 
Thunstr. 27. 


Kochany Panie Janku, 
Serdecznie dziękuję za list z l4-go. Widzę zeń, że Pan ma takie same jak ja kłopoty 
emigranckie. Obaj jesteśmy oderwani od naszych studiów i książek. Kto wie, czy do nich 
kiedyś wrócimy. Światu, jaki wyszedł z tej wojny takie rzeczy nie są potrzebne. Od 12 lat - 
jeżeli w ogóle piszę - czerpię z dawnego kapitału, z tego co, zachowałem w pamięci. 
W Niemczech spędziłem 6 tygodni na czytaniu w bibliotekach. Z tego co widzia- 
łem i czytałem wyniosłem wrażenie, że książka doszła do pewnego punktu rozwoju, 
poza którym żadnej przyszłości na razie nie widać. Za 50 lat - a może jeszcze za 
naszego życia - książka w jej dotychczasowej postaci może zniknąć zupełnie. Zostaną 
spisy abonentów telefonu, rozkłady jazdy, taryfy celne, romanse kryminalne i to co dziś 
zastępuje sennik egipski. Na inne druki w naszym stanie cywilizacji miejsca jest coraz 
mniej i niedługo zabraknie go zupełnie. Wydawcy niemieccy robią podobne przewidy- 
wania. 
Spieszmy więc, kochany Panie Janku, ze spisywaniem tego co jeszcze wiemy, 
dopóki istnieje możność druku. Bardzo się cieszę, że Panu się myśl naszego dwugłosu 
podobała. Mając przed sobą bardzo obszerny temat, spróbujmy zrobić tymczasowy 
plan naszego dialogu. Aby zachować w nim jakiś porządek, najlepiej być może zrobi- 
my, zaczynając od jakiejś miejscowości i pisząc tak, jak gdybyśmy szli pieszo z jednej 
wsi do drugiej, rozmawiając po drodze. Nie jest to może plan bardzo metodyczny, 
jeżeli chodzi o przedmiot, ale b. praktyczny i żywy nie wymagający rozważań o meto- 
dzie. Co Pan o tym myśli? 
Zaczęlibyśmy więc może od Kosmacza i Prokurawy, tak jak to było w rzeczywistości 
latem 1939. Do tej podróży napisałbym mały wstęp. Potem opisałbym naszą wizytę 
u staruchy z rodu Zwinków, która nie chodziła do cerkwi i nie brała udziału w obrzędach, 
i opisałbym lekko cerkiew w Prokurawie, którą oglądaliśmy następnego dnia. 
Następnie głos zabrałby Pan o tym, co Pan później sam znalazł w Prokurawie 
i o czym nic nie wiem, bo jużeśmy się więcej nie widzieli. 
Dodalibyśmy potem do tego rzut oka socjologicznego na zakazy pracy i spożycia. 
Nie wiem, co Pan widział i jakie uwagi ogólne to nastręczyło. Być może wyjdzie z tego 
dobry dialog. Mnie zagadnienie pracy zawsze interesowało. Ostatnio w Niemczech czy- 
tałem piękny szkic młodego socjalisty berlińskiego, Waltera J aide, o das deutsche Arbeit- 
swunder. Jaide uważa pracowitość w społeczeństwach przemysłowych za zjawisko kom- 
pensacyjne, za próbę odmierzenia w kategoriach ilościowych wartości własnej człowieka 


93
>>>
tam, gdzie do szacunku dla samego siebie brak przesłanek jakościowych. Na ten temat 
można by wiele rzeczy aktualnych powiedzieć, i Pan też pewnie ma zapas różnych uwag i 
poglądów. 
Razem chodziliśmy także w Źabiem, gdzie oglądaliśmy kilka rozbudowanych gospo- 
darstw. W sprawach budynków Pan jest majster i moja rola byłaby rolą kompana, pod- 
trzymującego rozmowę. Inne tematy warte wspólnych rozważań widzę też w Źabiem: 
opis chramu i życie religijne Hucułów, wizyta u opowiadacza i rozważania na temat zbio- 
rowej pamięci Hucułów i u ludzi żyjących w systemie kapitalistycznym, itd. Musimy to 
rozłożyć na dwa lub więcej ciągów po 20 stronic. Wymieniłem tu tematy, które mnie 
przyszły na myśl. Pan pewnie ma ich jeszcze więcej. 
Czy Pan czyta po francusku? W zeszłym roku napisałem w tym języku pracę o staro- 
żytnościach rolniczych kantonu berneńskiego, dla której dotąd nie znalazłem wydawcy. 
Przysłałbym ją Panu w rękopisie. Zobaczyłby Pan próbę analizy historyczno-socjolo- 
gicznej kraju należącego do obszaru śródziemnomorskiego. Tego roku w Nizzy zacząłem 
pracować nad obszarem dawnej Ligurii, i chciałbym tam jeszcze wrócić. W Nizzy można 
jeszcze drukować takie rzeczy ijest tam naukowe towarzystwo, wiele prac drukowanych, 
ale widzę też miejsce i dla siebie, bo posługuje się trochę inną metodą, czytaniem ziemi 
samej, mówiącej nieraz więcej niż dokumenty. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Panu, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
].S. 


l das deutsche ArbeItswunder (niem.) - niemiecki cud gospodarczy. 


6. 


29.XII.[19]5l 


Muri (Bem), 
Thunstr. 27 


Kochany Panie Janku, 
Najserdeczniej dziękuję Panu za ostatni liścik i życzenia. Mam wyrzuty sumienia, bo 
zaniedbałem bardzo naszą korespondencję i wspólne sprawy, ale mam nadzieję to 
wszystko naprawić. 
Nie jestem wprawdzie chory, ale skutek jest bardzo podobny. Latem mianowicie 
przeszedłem pewnego rodzaju kryzys finansowy i musiałem się wziąć do b. niewdzięcz- 
nej pracy, która mnie bardzo nuży. Jestem mianowicie tłumaczem z hiszpańskiego na 
francuski i pracuję co dzień - także we wszystkie święta - od 10 do 2-3 w nocy. 
Z początku ta szybka praca nużyła mnie tak, że pół dnia spałem, a przez resztę dnia by- 
łem, jak mówią, osowiały, do żadnego wysiłku umysłowego niezdatny. Teraz dopiero 
przyzwyczaiłem się do tego zajęcia, odrabiam je na pół mechanicznie, hiszpańskie ozdo- 
by słowne nie robią mi więcej kłopotu, i zaczynam wracać do zdrowia. Przez kilka mie- 
sięcy nie odpowiadałem na żadne listy, aż wreszcie przestano do mnie pisać. Pański 
ostatni list leży na wierzchu całej paczki i obiecuję sobie w ciągu najbliższych dni odpo- 
wiedzieć nań akuratnie. List Pańskiego kolegi bardzo pochwalam i uważam za potrzebne, 
aby takie listy były pisane i aby się Sławoj e i inni nie zapominali l. Zresztą pierwszy arty- 
kuł Sławoja - o 1939 - podobnie jak wiersze Śmigłego-Rydza "Kultura" drukowała 
jako dokumenty dające d o kła d n y obraz tych postaci i sprowadzające je do właści- 
wych, realnych proporcji znacznie dokładniej niż wszelka analiza ich działalnośd. Tak 
też to zrozumiała większość czytelników. Drugi fragment wspomnień Sławoja nie ma tak 


94
>>>
jasnego charakteru i dlatego czytelnicy mają teraz w tej sprawie głos. Aby list Pańskiego 
kolegi się ukazał, chciałbym zrobić w nim kilka formalnych poprawek, po zrobieniu któ- 
rych go Panu odeślę. 
Do huculskich wspomnień wrócę i przyślę Panu mój tekst do dwugłosu. 
Nie wiem co myśleć o Pańskim wyjeździe do USA. Jechać tam trzeba wcześnie, dopóki 
się jest młodym i giętkim, odkładać tego nie trzeba. Czy jednak ma Pan już jakieś pojęcie 
o tym co tam Pan będzie robił? Źycie tam nie jest igraszką, jak mówił Sławoj. Małaniukjest 
tam od 2 lat zatrudniony jako errand boy w wielkim szpitalu. Młody Szulgin 4 próbował 
różnych zawodów i teraz sprzedaje książki we francuskiej księgarni w Montrealu. Pan pew- 
nie też będzie różnych rzeczy próbował. Aby temu dać rady i nie szarpać się ponad miarę, 
trzeba mieć jakiś start, jakaś pracę początkową. W następnym liście przyślę Panu adres 
jednej znajomej z Warszawy, która w Ameryce skończyła uniwersytet - wyjechała tam 
w 1945 - i pracuje w Church World Service w dziale t.z. resettJement, t.j. wynajdywania 
pracy i znośnych warunków egzystencji dla emigrantów. Może to się Panu przyda. Z moich 
znajomych tylko jedna trafiła od razu na swoją drogę. Była to młoda Źydówka z Berlina, 
która wyjechała w 1943 w mundurze H[itler-]J[ugend] po wymordowaniu jej całej rodziny 
i wszystkich prawie znajomych. Ta skończyła tu kurs roentgenologii i odbyła tu roczną 
praktykę jako pomocnica lekarza. Po przyjeździe do Los Angeles na trzeci dzień miała już 
pracę w tym zawodzie, dobrze płatną i uciążliwą. Po roku wyszła za mąż, ale z jej listów 
widzę, że nie jest tam szczęśliwa. Tego jednak ani pieniądze, ani praca, ani Ameryka nie 
dają same. Pisała, że California jest zupełnie taka sama, jak to sobie w Berlinie wyobrażała, 
i że ten brak wszelkiej niespodzianki i nowości wprawił ją w stan nudy i apatii, z której się 
dopiero po roku zaczęła otrząsać. 
Ameryka jest zresztą w stanie stałej rewolucji. Nie ma w niej żadnej stałości posiada- 
nia ani ciągłości stosunków społecznych. Roosevelt i jego New Deaf były próbą opano- 
wania tego chaosu społecznego i ekonomicznego, ale próbą też chaotyczną. Nikt nie wie 
co z tego będzie za kilka lub kilkanaście lat. Być może wyjdzie z tego coś dobrego, ale 
w tym wszystkim trzeba się będzie samemu odnaleźć i do tego trzeba być młodym, gięt- 
kim i przytomnym. 
Do jakiego miejsca Pan tam jedzie? 
Do tego czasu spróbujemy jeszcze pisać do siebie, aby nić między nami się nie urwała. 
Najserdeczniejsze życzenia przesyłam Panu, kochany Panie Janku, i Pańskiej żonie. 
Szczerze oddany 
].S. 


l List Wasyla Kosarenki-Kosarewycza (Kultura 1952 nr 2/3) polemizujący z Felicjanem Sła- 
wojem Składkowskim, którego wspomnienia pt. OpowIeścI admInIstracyjne, czyli PamIętnIk NIe- 
bohaterskI ukazały się w "Kulturze" w roku 1951 (nry: 7/8, 9). 
2 E. Rydz-Śmigły, Poe
a I hIstorIa, Kultura 1949 nr 8 s. 71-79. Wstęp napisał P. H. (Paweł 
Hostowiec) czyli Jerzy Stempowski. Było to 17 wierszy z tomiku pt. Dążąc do końca swoIch dróg, 
który ukazał się w Londynie w roku 1989. 
3 errand-boy (ang.) - goniec. 
4 Rostysław Szulgin - dziennikarz ukraiński; później pracował w radiu kanadyjskim; syn 
Aleksandra Szulgina, ukraińskiego działacza politycznego, historyka i socjologa. 
5 New Deal (ang.) - nowy ład, program interwencji państwa w gospodarkę wprowadzony 
przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta dla złagodzenia skutków Wielkiego Kryzysu 
1929 roku. 


95
>>>
7. 


5 stycznia 1952 


Muri Be [m] , 
Thunstr. 27 


Kochany Panie Janku, 
Serdecznie dziękuję za długi list, który mnie i ucieszył i zmartwił, bo widzę Pana 
stojącego przed bardzo trudnymi pytaniami. Nie mogę się oprzeć pewnemu zniechęceniu 
na widok praktyk administracyjnych amerykańskich, patrzących na "materiał ludzki" 
z punktu widzenia czysto utylitarnego, bez żadnego humanizmu. Przypomina mi to wzory 
sowieckie. Utylitaryzm jest zresztą złym przewodnikiem, także i w sprawach praktycz- 
nych. Przypominam sobie, że przed laty przeglądałem amerykańską książkę pL The Mon- 
gols among us, z której odniosłem wrażenie, że w Stanach Zjedn[oczonych] musi być 
więcej mongoloidów niż w jakimkolwiek innym kraju. Jeden mniej lub więcej jest rzeczą 
całkowicie obojętną. Jest to taka sama historia jak ze szpiegami sowieckimi wśród na- 
szych uchodźców. W samej Francji i w samych tylko Włoszech jest więcej komunistów 
fanatycznych niż w całym Związku Sow[ieckim]. Jeden mniej lub więcej nic nie znaczy, 
ani też Sowiety nie mają żadnej potrzeby posyłania na Zachód nowych agentów, bo mają 
ich tam znacznie więcej niż potrafią kiedykolwiek zatrudnić. Wśród samych studentów 
Oxfordu mają najlepszych agentów, gotowych z fanatyzmu do największych posług 
i mających wszystkie drzwi otwarte. Przed rokiem na ulicy w Bernie jeden agent MWD] 
sfotografował mnie w towarzystwie pewnego Ukraińca do mego dossier w Bezpiece. Był 
to brytyjski student rzekomo na wakacjach w Szwajcarii. Od czasu do czasu Rosjanie 
wysyłali na przepadłe małych agentów przez linię demarkacyjną do Niemiec 
w charakterze uchodźców, ale robili to tylko w celach prowokacyjnych, aby wywołać ze 
strony angielsko-amerykańskiej zaryglowanie z ich boku linii demarkacyjnej, której so- 
wiecka straż sama nie mogła upilnować. Na to utylitaryści Zachodu dali się naiwnie zła- 
pać, dzięki swej małostkowości i brakowi jakichkolwiek innych kryteriów myślowych 
i moralnych jak czysty utylitaryzm doraźny. 
Wracamjednak do Pańskich spraw. Wydaje mi się, że Pański projekt jest jedynie rozsądny. 
Bardzo to niewdzięczna rzecz być matką mongoloida, bo oprócz zmartwień nic z tego nie 
może wyniknąć 2 . Natura sama postawiła temu granicę w postaci krótkiego życia mongoloidów, 
którzy tylko w wyjątkowych wypadkach przekraczają 20-ty rok życia. W miarę dorastania stają 
się coraz kłopotliwsi dla rodziców i otoczenia. Miałem sposobność obserwowania kilku takich 
wypadków pośród swoich znajomych i pamiętam ich zmartwienia i kłopoty. Wydaje mi się, że 
i dla Pańskiej żony wyjazd będzie okrutną może, ale dobroczynną w skutkach operacją. Do 
dzieci ułomnych matki są często bardziej przywiązane niż do innych, ale na tym samym fakcie 
całego życia w rozsądny sposób nie można zbudować, zwłaszcza młodej kobiecie, mającej 
połowę i lepszą połowę życia jeszcze przed sobą. 
Nie wiem czy nie ulega Pan pewnym złudzeniom sądząc, że znajdzie Pan możność 
pracy jako etnograf. Dziś więcej niż kiedykolwiek w Stanach trzeba tylko robotników. 
Nie wiem nawet czy Church World Service Panu w etnologicznych ambicjach będzie 
mógł pomóc. Myślę, że do tego będzie Pan musiał dojść sam, jeżeli Panu starczy zdrowia, 
żyjąc z innego zajęcia. Być może jednak się mylę. Na Pańskim miejscu odbyłbym jakieś 
krótkie wyszkolenie w jakimś zawodzie mechanicznym, aby mieć podstawę do dalszych 
kroków. Wyjeżdżający stąd, bez względu na to, co zamierzali robić w Ameryce, przecho- 
dzili kurs dla spawaczy, którzy są teraz poszukiwani w przemyśle zbrojeniowym. Być 
może jest to zbytek ostrożności, która zniechęca Fortunę, patronkę odważnych. 


96
>>>
W każdym razie w Niemczech nie ma co zostawać. To na pewno do niczego nie prowa- 
dzi. Dopóki Pan jest młody, kochany Panie Janku, niech Pan stamtąd ucieka do nowych 
krajów, w których dzięki obecnej koniunkturze łatwiej teraz urządzić się niż kiedykol- 
wiek. To jest też ważna okoliczność do wzięcia w rachubę. 
Moja znajoma z Church World Service nazywa się Halina Korsak, jest wdową po 
b. wiceministrze z czasów Piłsudskiego, która zawsze była czymś w rodzaju social wor- 
ker. Będę do niej pisał niedługo i napiszę też o Panu. Z tego co mi sama kiedyś mówiła, 
mam wrażenie, że to może być dla Pana użyteczna znajomość. 
Napiszę do Pana jeszcze w krótkim czasie. Tymczasem naj serdeczniejsze pozdrowie- 
nia przesyłam Państwu obojgu, szczerze oddany 
J. Stempowski 
P.S. Oto adres: 
Mrs. H. Korsak, 508 West End Ave. 
New York 24, N.Y. 


l MWD - Ministerstwo Wnutriennych Dieł - sowiecki odpowiednik polskiej Bezpieki. 
2 Młodsza córka Senkiwów, Irenka, była dotknięta mongolizmem. 


8. 


l marca 1953 


Bem, 
Nydeggasse 17. 


Drogi, kochany Panie Janku, 
W ostatnich czasach - mniej więcej od roku - powodziło mi się źle, nie tyle mate- 
rialnie co moralnie. Byłem tak przemęczony i znużony, że przestałem pisać cokolwiek do 
druku i nawet na listy nie odpowiadałem. Dla tej przyczyny nie odpisywałem tak długo na 
Pański list z listopada, który mnie bardzo zastanowił i dał wiele do myślenia. 
Z Ameryki miałem kilka listów podobnych do Pańskiego, z opisem przygód tego sa- 
mego rodzaju. E. Małaniuk, którego Pan może znał osobiście z Warszawy, znany poeta 
ukraiński z południowej części kraju, był przez cały bodaj rok zatrudniony jako errand 
boy w szpitalu, z wielką szkodą dla swego zdrowia, bo jest o rok lub dwa starszy ode 
mnie. Młody Szulgin, bardzo obrotny chłopiec, przez dłuższy czas był w Kanadzie 
w wielkich opałach, cierpiał głód, zmarło mu jedno dziecko, kiedy go wyrzucono z mie- 
szkania itd. Obaj myśleli też o powrocie do Europy, ale potem jakoś dali sobie rady, cho- 
ciaż i teraz - o ile wiem - nie bardzo się im dobrze powodzi. 
Lepiej trochę wyszli ci, którzy mimo akademickich tytułów od razu jechali nastawieni 
na pracę fizyczną i odbyli już w Europie pewną zaprawę w warsztatach mechanicznych, 
w rzemiosłach poszukiwanych w Ameryce. Jeden młody historyk, b. uczeń szkoły marynar- 
skiej, był tu na takich kursach i na praktyce, miał dyplom spawacza (Schweissei). Ten dostał 
w Kanadzie pracę w fabryce sprzętu radiowego, gdzie spawa srebrem różne części takich 
aparatów i dość dobrze zarabia, bo myśli już o kupieniu własnego drewnianego domu, we- 
dług tamtejszych wzorów i obyczajów. Tam jechał przygotowany z góry na najgorsze i on 
jeden nie skarżył się ponad miarę, chociaż tak samo myślał o powrocie, ale raczej z powodu 
znudzenia i zniechęcenia, niż z racji tych warunków życia lub nie dostatecznych zarobków. 
Pisze mi ostatnio jego żona o zabawnej rozmowie swego męża z jego [oreman'em l . Ten 
ostatni był bardzo zdumiony wykształceniem ogólnym mego młodego przyjaciela i powie- 


97
>>>
dział mu: "Gdybym miał pański background, byłbym już dziś pewnie dyrektorem naszej 
fabryki". Widocznie tam wykształcenie ogólne służyć może tylko do tego, aby z robotnika 
wyjść na foremana, a z foremana na dalsze szczeble kariery przemysłowej. 
Coś podobnego słyszałem ostatnio od argentyńskiego radiotelegrafisty wojskowego, 
z którym czasami pracuję, i który z wielką wprawą odbiera telegramy z Buenos Aires, 
z których ja potem robię rodzaj streszczenia. Argentyńczycy mówią i piszą bardzo dziw- 
nie po hiszpańsku, i kiedy chcą być bardzo górnolotni używają wszystkich czasowników 
w subjunctivo (czas używany w oratio obliqui i dla wyrażenia życzenia, obawy, a także 
przy pewnych konstrukcjach zdań pobocznych). Widząc raz taką stronę pełną sub- 
junctivów, zapytałem mego telegrafistę, dlaczego niektóre zdania są w tym trybie bez 
żadnej potrzeby. Na to odpowiedział: "Mój panie, gdybym wiedział jak używać popraw- 
nie subjunctivo, nie byłbym dziś radiotelegrafistą, ale członkiem Akademii Hiszpańskiej". 
"Finansowo na pewno by Pan na tym gorzej wyszedł" - zauważyłem. "To jest pewne 
i dlatego wybrałem mój obecny zawód, nie troszcząc się o subjunctivo". 
Jak Panu teraz udało się urządzić w Niemczech? Czy znalazł Pan zajęcie w jakimś 
muzeum? Europa niestety szybko się amerykanizuje. Niemieccy znajomi, których wi- 
działem latem 1951, bardzo się na to skarżyli. Tu też jest już mała Ameryka, i ja czuję się 
tak prawie jak Małaniuk w New Jersey. Do Europy przyszło to razem z pieniędzmi 
i z teorią]. M. Keynes'a (theory ottull employmenr). 
Będę się bardzo cieszył z wiadomości od Pana. Może coś razem przedsiębierzemy. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyłam, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski. 
P.S. Czy wie Panjuż, że pani Helena Vincenz 4 zmarła w Londynie w końcu ub. roku? 


l foreman (ang.) - brygadzista. 
2 oratIo obliqua (łac.) - mowa zależna. 
3 theory offull employment (ang.) - teoria pełnego zatrudnienia. 
4 Helena Vincenz, pierwsza żona Stanisława Vincenza; emigrowała spod okupacji sowieckiej 
na Węgry w 1940; mieszkała w Londynie. 


9. 


29 grudnia 1953 


Bem, 
Nydeggasse 17. 


Kochany Panie Janku, 
Najserdeczniej dziękuję za życzenia i za odezwanie się, bo już myślałem, że straci- 
łem Pana z oczu. Ostatni list pisał Pan do mnie po powrocie z Ameryki, z tym samym 
adresem co dziś. Z listu Pańskiego miałem jednak wrażenie, że to jest adres tymczasowy. 
Bardzo więc cieszę się z odnalezienia Pana. 
Nic nie wiem, jak się Panu teraz powodzi. Czy znalazł Pan możność pracowania 
naukowo? Myślę, że dziś w Niemczech jest to bardziej możliwe niż gdzie indziej w Eu- 
ropie, która przechodzi okres ogólnej rebarbaryzacji. Tu np. żadne badania nie prowadzą- 
ce do celów użytkowych i do pieniędzy nie są popierane. Moja książka o formacji pejza- 
żu berneńskiego leży od kilku lat w rękopisie i być może ukaże się dopiero teraz 
w Hiszpanii. Bardzo bym się cieszył, gdyby Panu się udało lepiej niż mnie. 
Moje nerwy nie uległy żadnej odmianie. Przez ostatnie dwa lata cierpiałem na rodzaj 
melancholii, i dla tej przyczyny nic nie pisałem i nawet nie odpowiadałem na listy, mając 


98
>>>
zaledwie dość energii na odrabianie niewielkiej pracy zarobkowej, z której się utrzymuję. 
Jestem mianowicie zatrudniony jako tłumacz z hiszpańskiego na użytek poselstw połu- 
dniowo-amerykańskich, dla których tłumaczę i przerabiam na europejski ład różne mate- 
riały i komunikaty urzędowe. Zajęcie nudne i niewdzięczne. Teraz dopiero zaczynam się 
otrząsać z tego długiego okresu frustracji ale jeszcze nie mam odwagi wziąć się do jakiś 
ambitniejszych planów. Czy pamięta Pan nasze projekty dwugłosu o Huculszczyźnie? 
Wzięliśmy się doń akuratnie za parę tygodni przed wystąpieniem u mnie pierwszego kry- 
zysu melancholii. Może byśmy powrócili teraz do tego pomysłu? 
Czy miewa Pan wiadomości od Vincenzów? Stanisław Vincenz mieszka zawsze na 
52, cours Jean Jaures, Grenoble (Isere). Odwiedziłem go w 1951 wiosną. Mieszka zupeł- 
nie jak w Słobodzie, otoczony takimi samymi przedmiotami i książkami. Niektórzy wi- 
docznie niosą swój dom na sobie jak żółwie i ślimaki. Bardzo mu tego zazdroszczę. Pani 
Lena zmarła w 1952 w Londynie u Staśka, który się przedtem ożenił i teraz, jak się do- 
wiaduję, jest na Jamajce, gdzie ma mu się lepiej powodzić niż w AngliiI. 
Proszę się do mnie odzywać, kochany Panie Janku. Wie Pan, jak bardzo Pana lubię, po bra- 
tersku. Źałuję bardzo, że w 1951 nie odwiedziłem w Hamburgu Pana i nie miałem okazji poznać 
Pańskiej żony. Przesyłam Państwu obojgu naj serdeczniejsze życzenia, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski. 


l Stanisław Vincenz, syn pisarza z pierwszego małżeństwa; fizyk. 


10. 


21 listopada 1954 


Monachium, 
Pension Bolvary 
Reitmorstr. 12. 


Kochany Panie Janku, 
Po przyjeździe do Monachium wpadłem tu w taki kołowrót jak Pan w swoim sklepie. 
Miałem do przeczytania 97 słuchowisk przysłanych na konkurs, po 20-25 stronic każdy, 
a ponieważ przez kilka dni chorowałem i nie mogłem nic czytać, rękopisy te stworzyły 
prawdziwy zator, któremu niełatwo było dać rady, bo do każdego musiałem jeszcze napisać 
małą ocenę. Dopiero przed dwoma dniami skończyłem tę robotę i teraz czekam na zebranie 
się całego jury, które będzie musiało dokonać wyboru wśród jakiś 20 najlepszych rękopisów. 
Potrwa to jeszcze z tydzień i wątpię, abym mógł stąd wyjechać przed 27 listopada. 
Dla tych przyczyn nie odzywałem się dotąd do Pana. Po wyjeździe z Dortmundu spędzi- 
łem jeden dzień w Diisseldorfie, który wygląda na naj bogatsze miasto Niemiec. Główne ulice 
są pełne dam w naj piękniejszych futrach, zasiadających rano i wieczorem w kawiarniach 
ijedzących ciastka niezwykłej wielkości. Teatry i teatrzyki są pełne publiczności wyglądającej 
tak, jak gdyby po latach głodu i nędzy dorwała się do wielkich pieniędzy i spieszyła wydać je 
jak naj prędzej. Słowem coś zupełnie innego niż w Dortmundzie. Coś podobnego, chociaż 
w skromniejszej skali, dzieje się w Monachium. Dortmund pozostaje naj ciekawszą rzeczą, jaką 
widziałem podczas obecnego pobytu w Niemczech, i jestem Panu niezmiernie wdzięczny, że 
Pan mi pomógł w zapoznaniu się z tym kawałkiem Niemiec. 
Bardzo osobliwy widok przedstawia też Radio Free Europe, ogromna maszyna za- 
trudniająca koło 150 Polaków, tyluż Czechów i trochę mniej Węgrów, nie licząc Niem- 
ców. Wszystko to mieści się w wielkim budynku wzniesionym przez Amerykanów na 
skraju parku. Do przedsięwzięcia tego należy też pewna ilość nowych kamienic, w której 


99
>>>
mieszkają pracownicy Radia. Autobusy Radia przywożą ich o 9 rano do biura i rozwożą 
do domów o 17.30. Są oni bardzo dobrze płatni i mają życie tak ułatwione pod każdym 
względem, że nie wyobrażam sobie, aby mogli z własnej woli porzucić te posady i wrócić 
do życia emigrantów takich jak Pan i ja. Do tej roboty Amerykanie zgromadzili tutaj 
część naj zdolniejszych emigrantów, sprowadzonych z różnych krajów. Znalazłem tu spo- 
ro znajomych z różnych czasów. Część ich czuje się z tym wszystkim źle, niby w złoconej 
klatce, czemu nie mogę się dziwić, bo cały ten wysiłek nie ma zapewne większego sensu. 
Radia słucha w kraju wiele osób, ale z bardzo różnym efektem. O ile wiem, niektórzy 
słuchają go z wielką irytacją, myśląc nie bez racji, że kanarki ze złoconych klatek nie 
mają prawa uczyć ludzi pozostających pod sowieckim reżimem. Spotkałem też przed 
kilku miesiącami jednego komunistę, który powiedział mi z uśmiechem: jaka szkoda, że 
ci panowie z Radia mają tak zły smak i przemawiają tak pospolitym i nieobyczajnym 
językiem. Wszystko to jest jednym z paradoksów i wybryków naszego czasu. Wydaje mi 
się, że historia grupy emigrantów zatrudnionych tu przy Free Europe byłaby dobrym 
przedmiotem studiów dla socjologa, ale nie podjąłbym się takiego zadania. 
Jaki obrót wzięły tymczasem Pańskie sprawy? Czy Pańska kawiarnia już otwarta? 
Bardzo jestem ciekawy jak mieszkańcy Korei! odnieśliby się do tego nowego dla nich 
zjawiska? Ma Pan pewnie pełne ręce roboty. Czy widoki na inne zajęcie przybrały jakieś 
konkretne kształty? Dowiedziałem się paru szczegółów o prof. G. v. Mende, o którym mi 
Pan wspominał. Jego urząd nazywa się Hilfsbureau fUr heimatlose Auslander, Cacilienall- 
ee 52, Dusseldorf 10. Sądząc z nazwy, byłoby to akuratnie coś dla Pana, ale nie wiem 
dobrze, jaki jest właściwy zakres działania i możliwości prof. G. v. Mende. Być może 
dowiem się jeszcze o tym czegoś użytecznego. 
Rączki Pańskiej żony całuję, obu córeczkom serdeczne pozdrowienia przesyłam, 
lieve kinJ całuję, a Panu przesyłam, kochany Panie Janku, naj serdeczniejsze, przyjaciel- 
skie pozdrowienia, szczerze oddany 
].S. 


l Korea - nazwa obozu dla przesiedleńców, gdzie mieszkali Senkiwowie. 
2 lieve ldnd (holender.) - kochane dziecko. 


11. 


23.IX.1955. 


Bem, 
Nydeggasse 17. 


Kochany Panie Janku, 
Niezmiernie ucieszył mnie Pański list. Widzę, że znalazł Pan dobre wyjście z swego 
wygnania na Korei i że zbliżył się Pan do pracy w zakresie swoich zainteresowań 
i uzdolnień. Na emigracji jest to rzecz trudna, udaje się rzadko i tylko najzdolniejszym. 
Z Pańskiego listu rozumiem, że Pański kurs zacznie Pan dopiero w przyszłym roku, 
bo nie widzę go w spisie, który mi Pan był łaskaw przysłać. Ma więc Pan sporo czasu na 
przygotowanie go i przemyślenie czym będzie Pan mógł zainteresować słuchaczy, oraz 
przyjrzeć się tym słuchaczom. 
Z pomocy naukowych mam u siebie A. Brucknera Historię kultury polskiej. Pan pewnie 
ją zna. Jest to nieoceniona kopalnia wszelkiego rodzaju wiadomości, książka którą wszyscy 
profesorowie historii i literatury trzymają w nocy pod poduszką, żeby we śnie nawet coś 
mogło z niej trafić do ich pamięci. Czytałem niedawno wzmiankę, że gdzieś na emigracji - 


100
>>>
zdaje się w Paryżu wychodzi zeszytami nowe wydanie tej książki. Zanim Pan je będzie mógł 
kupić, służę Panu moim egzemplarzem, w którym brak 16 stronic. Są to 3 wielkie tomy 
nieoprawione i trochę podszargane, które ocaliłem z rozgromu tut[ ejszego] poselstwa 1 . 
Z innych książek czytałem niedawno Henryka Paszkiewicza (być może słuchał go Pan na 
Uniwersytecie Warszawskim) The Origin ot Russia, o której pisałem przed kilku miesiącami 
w "Kulturze"z. Jest to historia średniowieczna obszaru rosyjsko-ukraińsko-polskiego, między 
Wisłą a Wołgą. Książka fundamentalna, wykorzystująca i opisująca wszystkie istniejące źródła 
i całą literaturę naukową. Od autora wiem, że miało się ukazać jej drugie wydanie. Taka książ- 
ka powinna się znajdować w każdej bibliotece historycznej i slawistycznej. Pewnie więc Panu 
ją Instytut kupi: Henryk Paszkiewicz. The Origin ot Russia. George Allen and Unwin. London 
1954. 639 s. Gdyby Pan miał z tym trudności, mogę Panu służyć moim egzemplarzem. Na 
uważne przeczytanie go trzeba liczyć 2-3 tygodnie czasu. 
Ostatnio wyszło sporo książek niemieckich dotyczących Europy Wschodniej. Nie 
mam żadnego ich przeglądu, to Panu łatwiej przyjdzie. 
Czytam w tej chwili książkę: 
Georg Baron Manteuffel-Szoege: Geschichte des po1nischen Vo1kes wahrend seiner 
Unfreiheit (1772-1914). Duncker & Humblot. Berlin 1950. 
Wydaje mi się dobra, a w każdym razie przejrzysta i łatwa do czytania. W przypisach 
znajduje się naj potrzebniejsza bibliografia. 
W Niemczech jest kilka instytutów zajmujących się sprawami Europy Wsch[odniej]. 
W Monachium znajduje się naj starszy z nich; na czele jego stoi Hans Koch, ur. we Lwo- 
wie, b. prof. teologii protest[anckiej]. Nie znam tej instytucji, ale słyszałem, że posiada 
bibliotekę. Tam przypuszczam można się więcej dowiedzieć, czym w zakresie literatury 
Niemcy w tej chwili rozporządzają. 
Widziałem też prospekt miesięcznika czy kwartalnika slawistycznego, który musiał 
się w krótkim czasie ukazać. Redaktoremjego jest prof. Koschmider, b. prof. wileńskiego 
uniw[ersytetu]. Pierwszy numer jego już pewnie wyszedł i można go znaleźć w nowo- 
ściach bibliograficznych. Tam znajdzie Pan zapewne wznowienia nowych książek. 
Mam u siebie jeden numer pisma "Der europaische Osten, Monatsschrift fUr Selbstbe- 
stimmungsrecht u[nd] Freiheit der Vólker". Miinchen 9, Jórg-Verlag G.m.b.H., Schweiger 
str. 2. Tam też są omówienia książek. Wydawcą jest Hanns Gert Frhr. [Freiherr] v[on] Ese- 
beck, który, o ile wiem, jest szwagrem v[on] Brentana, ministra spraw zagr[anicznych]. 
Jeżeli chodzi o naj nowszą (1945-1955) historię, czy ma Pan numery specjalne "Kul- 
tury" poświęcone historii Polski i sytuacji wewnętrznej kraju w tym okresie? Wyszło tego 
przed paru laty 5 zeszytów. 
Z tego zakresu polecam Pańskiej uwadze także krótką rzecz mego pióra: Die po1ni- 
sche Literatur drinnen u[nd] draussen (1945-1955), która ukazała się w "Deutsche Zeit- 
ung" Stuttgart W., Silberburgstr. 193, 17 września r.b. 
Wydaje mi się, że dla powodzenia Pańskiej działalności w Instytucie najważniejszą 
rzeczą byłoby przyjrzenie się słuchaczom i wyczucie, co ich do Instytutu sprowadza - czy 
potrzeba rozrywki, czy kształcenia się i w jakim celu - i czym ich można zainteresować. 
Odczyt o "Kulturze" może być - jako rzecz żywa - dobrym pomysłem. Za kilka 
dni przyślę Panu o tym notatkę z różnymi wiadomościami o charakterze malowniczym 
i anegdotycznym. 
Przychodzi mi na myśl, że wiele użytecznych dla Pana książek wychodzi teraz 
w Polsce. Jest tam kilka insty[tu]tów geograficznych. Widziałem przed kilku miesiącami 
wielki tom ilustrowany z opisem analitycznym krajobrazu polskiego, ale nie przypomi- 
nam sobie szczegółów. Dowiem się o tym. Z tamtejszymi książkami jest sporo kłopotu, 


101
>>>
bo często po kilku tygodniach już są wyczerpane i nie do kupienia. Źycie musi być tak 
nudne i przykre, że kto może zamyka się w domu i czyta. 
Program Auslandsinstitutu dortmundzkiego robi bardzo dobre wrażenie. Jest może 
trochę chaotyczny i przypadkowy, ale na początek jest to nieuniknione i czasami zabaw- 
niejsze od systematyczności uniwersyteckiej. 
Przychodzi mi na myśl, że Nadrenia jest starą rzymską prowincją, i że w sensie znale- 
zienia jakiegoś ogólno-europejskiego ducha warto byłoby zająć się wspólnymi tradycjami 
rolniczymi Europy, które są zapewne widoczne także w Westfalii. Rozwój górnictwa zaczął 
się tam dopiero w XIX w., na wsi muszą być więc jeszcze stare Bauemh6fe i Ba uemhauser. 
Zwiedzenie takich domów i odczytanie tego, co mówią o przeszłości, musi być w Westfalii 
rzeczą bardziej egzotyczną niż film z wysp Polinezji, tak dziś te rzeczy zeszły na drugi plan. 
To byłoby coś z Pańskiej specjalności. Można by z tego robić wykłady z porównaniem z in- 
nymi krajami i z wycieczką do jakiejś wsi, gdzie są stare domy i obejścia. Takie rzeczy są 
najlepiej zachowane niedaleko od ośrodków fabrycznych, gdzie rolnictwo nie idzie naprzód, 
bo ludność czerpie zarobki z innych źródeł. Z pewnego powodzenia mojej książeczki 
o Terre bemoise wnoszę, że takie rzeczy budzą pewne zainteresowanie. Najwięcej czytelni- 
ków moja książeczka znalazła zupełnie niespodzianie w Holandii, gdzie sprzedano jej 50 
egzemplarzy. Być może w Westfalii jest już jakieś towarzystwo zajmujące się takimi studia- 
mi, ale to tylko pomaga. Historycy umieją czytać dokumenty, ale nie umieją odczytać grun- 
tu, zabudowań, drzew itd. Przekonałem się o tym w Nicei, gdzie miejscowe t[owarzyst]wo 
historyczne wydało już 100 tomów o przeszłości okolic miasta, ale nikt nie odczytał dotąd 
ziemi, zapisanej tak gęsto, że można by zrobić z tego kilka tomów fantastycznych jak histo- 
ria 1001 nocy. Zacząłem już tę robotę, ale byłem zbyt krótko, aby ją wykończyć*. 
Piszę to wszystko prima vista, o innych sprawach napiszę niedługo. 
Pańskiej żony rączki całuję, pannę Pony naj serdeczniej pozdrawiam, a lieve kind 
całuję z całego serca. Często ją sobie przypominam. Cieszę się bardzo, że Pańska kawiar- 
nia dobrze poszła mimo obaw, jakie Pan miał. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 
].5. 


* Die Landwirtschaft in der eumpaischen Kulturgeschichte. Die Landw[irtschaft] aIs Quelle 
der gemeinsamen Ziigen der eumpaischen Kultur, tak można by ten temat sformułować. 


l Poselstwo polskie w Bernie zostało w roku 1945 przekazane przez posła RP Aleksandra Ła- 
dosia władzom komunistycznym warszawskim. 
2 [J. Stempowski] P. Hostowiec, PoczątkI Ro
I, Kultura 1955 nr 6 s. 137-142. 


12. 


17 marca 1956. 


Bem, 
Nydeggasse 17 


Kochany Panie Janku, 
Dziękuje za list z l4-go, który w tej chwili właśnie otrzymałem. Bardzo się cieszę 
z Pańskiej współpracy z Auslandsinstytutem. Przypadł Panu trudny temat, wymagający 
długiej lektury. Nie wiem czy znajdzie Pan łatwo potrzebne książki. 
Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że ocena Rosjan przez Zachód była bardzo nie- 
jednolita i ulegała silnym wahaniom. Pomijam tu doświadczenia pierwszych podróżników 
do Rosji z czasów Iwana Groźnego, którzy na ogół ocenili Rosjan jako dzikich ludzi, 


102
>>>
złych i przewrotnych, co - mając na uwadze, że komunikowali się z otoczeniem cara - 
od powiadało rzeczywistości. 
Okres bliższych stosunków z Rosją i odkrycie rzeczywistego oblicza krain i miesz- 
kańców przypada na czas Mikołaja 1. Z tego czasu datuje epokowa książeczka, czytana 
potem przez całą elitę rosyjską. Są to listy z Rosji Astolpha de Custine. Mam tu francuski 
egzemplarz, trochę skrócony de Custine'a. Wiem, że niedawno - może przed 2-3 lat y- 
ukazało się w Stanach Zjedn[oczonych] angielskie tłumaczenie tej książki. Nie wiem, czy 
istnieje tłumaczenie niemieckie; warto go poszukać. De Custine znał Mickiewicza ijego 
obraz Rosji zbiega się na wpół z mickiewiczowskim. 
Mam u siebie doskonałą książkę Wacława Lednickiego Russia, Poland and the West, 
gdzie znajdzie Pan wiele materiałów i wskazówek do tego tematu. Mogę Panu tę książkę 
przysłać. Pisałem o niej zeszłego roku w "Kulturze" 1. 
Wielkie pomieszanie pojęć zaczęto w końcu XIX wieku, kiedy z okazji aliansu fran- 
cusko-rosyjskiego Zachód zaczął propagowki na użytek własnych obywateli bardzo ocu- 
krowany obraz Rosji i Rosjan. B. sekretarz ambasady francuskiej w Petersburgu Melchior 
de Voqiie napisał wówczas świetną książkę o powieści rosyjskiej budząc wielkie zaintere- 
sowanie literaturą rosyjską. Na pół wieku Tołstoj i Dostojewski stali się ulubioną lekturą 
całej elity umysłowej Zachodu. Elita ta do dziś dnia widzi Rosjan tak, jak przedstawiają 
ich ci dwaj pisarze tj. jako naród moralistów, podobnych do Indusów, zagłębionych 
w roztrząsania moralne i mało przedsiębiorczych. Było to właśnie w czasie, kiedy po- 
wstawały olbrzymie zakłady przemysłowe Putiłowa pod Petersburgiem i kiedy Rosja 
przygotowywała się do panowania nad Europą. Bardzo ostra charakterystyka imperiali- 
zmu rosyjskiego znajdzie się np. w publicystycznych pismach M a r x a. 
O wpływie literatury rosyjskiej na obraz Rosji u ludów Zachodu istnieje niem[iecka] 
rozprawa, nieco satyryczna, kobiety piszącej pod pseudonimem SIR GALAHAD, której 
nazwisko nie przychodzi mi w tej chwili na pamięć i która zmarła przed kilku laty na 
emigracji w Berlinie. Rozprawa jej nosi tytuł Idiotenfilhrer durch die russische Literatur. 
Wyszła w Niemczech gdzieś koło 1930. 
Do konfuzji pojęć i fałszywych ocen przyczynił się fakt, że Zachód stykał się mało 
z Rosją, wiele natomiast z rosyjską inteligencją, będącą osobliwym tworem samodierża- 
wia. Inteligencja ta potępiała całą Rosję oficjalną, była rewolucyjna, liberalna, słowem 
stanowiła odwrotność tego, czym był ogół narodu. Od Czaadajewa, Hertzena i Bakunina 
do Lenina i Trockiego istnieje w tym pewna ciągłość. Widok tej inteligencji wytworzył na 
Zachodzie obraz Rosji podminowanej od wewnątrz, niepewnej jutra, zagrożonej prze- 
wrotami, głęboko nieprodukcyjnej. Stworzono nawet termin IMPRODUCTIVITE SLA- 
VE, słowiańska nieprodukcyjność. Znacznie bliższy rzeczywistości jest obraz Rosji prze- 
mysłowej z 1907 czy 1909, jaki znajduje się w klasycznej książce niemieckiej SCHUL- 
ZE-GAEVERNITZA. Jest tam sumiennie i krytycznie opisany rozwój przemysłu rosyj- 
skiego, przypominającego wzory amerykańskie z końca XIX i początku XX wieku. 
Obraz chaosu i nieprodukcyjności zwiększył się jeszcze w oczach Zachodu po 1917. 
Przez długie lata nikt nie wyobrażał sobie, że Rosja może stworzyć największą granicę 
lądową doskonale uzbrojoną. Nie wierzono temu nawet w 1937-1938. Pamiętam z tych 
lat moją rozmowę z komunistą francuskim Georges FRIEDMANN, kierownikiem centru 
dokumentacji społecznej paryskiej Ecole normale superieure, który spędził dłuższy czas 
w Rosji i zwiedził parę fabryk wojennych. Zwracał on moją uwagę na całkowitą rozbież- 
ność między obrazem Rosji, jaki rozpowszechniony był na Zachodzie, i rzeczywistością. 
Na Zachodzie słowo Rosja kojarzyło się z dziką rewolucją, partyzantami, krwawymi 
represjami itd. Głównymi rysami rzeczywistości był powszechny przymus pracy, rozbu- 
dowa przemysłu w yoaplloM nOp510Ke 2 i żelazny rygor policyjny. 


103
>>>
Wreszcie rozbieżności między rzeczywistością i obrazem jej na Zachodzie weszły 
w ostatnią fazę w roku ubiegłym, kiedy nagle cały świat zaczął mówić o "odwilży" i li- 
beralizacji, której w rzeczywistości nie ma wcale lub jest w dozach homeopatycznych. 
Zachód chce się łudzić i nie ma odwagi spojrzeć na rzeczywistość oczami de Custine' a. 
W najbliższych dniach zobaczę jeszcze w tut[ejszej] bibliotece, co na ten temat jest 
więcej. Po wojnie wyszło tu także kilka książek o Rosji i Zachodzie. Heine radził pisać 
rozprawę o nodze według schematu: der Fuss im Alterum, der Fuss im Mittelalter und 
der Fuss in der Neuzeir. Wydaje mi się, że i Pański temat tak należy ułożyć, aby nie zgu- 
bić się w obszernym materiale z różnych czasów. 
Mnie też zima i grypa bardzo dokuczyły. Dobrze, że to się już kończy. Przesyłam naj- 
serdeczniejsze pozdrowienia całej Pańskiej rodzinie, nie zapominając o l i e ve k i n d, 
a Pana, kochany Panie Janku, ściskam po bratersku, szczerze oddany 
].S. 


l [J. Stempowski] P. Hostowiec, Polska, Rosja I Zachód, Kultura 1955 nr 4 s. 129-132. 
26 ydaplloM nOp5/.dKe (ros.) - w systemie przodownictwa pracy. 
3 der Fuss lm Altertum... (niem.) - noga w antyku, noga w średniowieczu, noga w nowożytności. 


13. 


Bem, 24 marca 1956 
Nydeggasse 17. 


Kochany Panie Janku, 
Dziękuje za list z 22-go. Od ostatniego listu obejrzałem tutejsze publikacje. Najcie- 
kawsza z nich dla Pana jest: A. von Schelten, Russland und Europa. Bem. Francke Ver- 
lag. Jest to obszerna książka zawierająca przegląd całych stosunków między Rosją i Za- 
chodem, zwłaszcza w ciągu XIX w., rodzaj podręcznika. Kosztuje koło 25 Mk. Niestety 
nie mam jej , ale przypuszczam, że znajdzie ją Pan w jakiejś bibliotece. 
Po wojnie ostatniej między bibliotekami różnych krajów zawarte zostały umowy 
o wzajemnym wypożyczaniu sobie książek. Dyrektor tut[ejszej] Landesbibliothek mówił 
mi, że może mi wypożyczyć książki z Pragi i Warszawy. To oczywiście nieprawda, bo 
tamtejsze biblioteki nie wypożyczają ani na kraj ani na zagranicę t.z. prohibitów, do któ- 
rych zaliczone są nawet stare roczniki "Wiadomości Literackich". Być może jednak 
Niemcy objęte są tymi umowami, a wówczas miałby Pan nieograniczoną możność wypo- 
życzania książek z bibliotek szwajcarskich, austriackich, skandynawskich etc. 
Nowości amerykańskie można znaleźć w bibliotekach istniejących przy każdym 
America House. Nie wiem, jaki jest tryb wypożyczania z tych bibliotek dla zamiejsco- 
wych, ale przypuszczam, że za pośrednictwem bibliotek publicznych rzecz jest możliwa. 
De Custine'a listy z Rosji ukazały się przed kilku laty w USA w tłumaczeniu jednego 
z wielkich ekspertów, samego Kennana czy Kohlera, i nie przypuszczam, aby tej książki 
zabrakło w America Houses. 
meczory petersburskie, które Pan wspomina, są dziełem Josepha de Maistre. Jego 
nazwisko wymawia się de Mestr. Są to rozważania apologetyczne na temat monarchii 
absolutnej ijest tam m.in. pochwała kata. Być może jest tam też coś ciekawego i dla Pana 
ale raczej ubocznie. Trzeba by to uważnie przeczytać. Brat de Maistre' a, Xavier de Ma- 
istre, był też w Rosji i jest znacznie lepszym pisarzem, autorem Podróży po moim pokoju 
i powieści Lajeune Siberienne, z której zostało w ros[yjskiej] mowie potocznej wyraże- 


104
>>>
nie napaUla CU6Up51'iKa na znane naczynie więzienne. Utwory te jednak Pana tematu 
bezpośrednio nie dotyczą. 
Jeżeli Pan sięga daleko wstecz, być może przyda się Panu Pa,n;rnn:eB, IIymeUlecm6ue U3 
IIemep6ypza 6 MoCKey z końca XVIII w., opisująca życie ludu pańszczyźnianego. Bolsze- 
wicy b. się z tym obnosili i mam tę książkę w sow[ieckim] wydaniu. Mogę ją przysłać. 
Lednickiego wysyłam. Jeżeli przyjdzie mi coś na myśl do Pańskiego tematu, napiszę. 
Bardzo jestem ciekawy Pańskiego planu wykładów. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany 
].S. 


P.S. Największy America House widziałem w Monachium przy Arcisstr., ale słyszałem, 
że podobne istnieją i w innych miastach. Monachijski A.H. miał b. porządną bibliotekę 
z nowościami, z czego mało kto korzystał. 


14. 


Bem, 20.XII.1956 
Nydeggasse 17. 


Kochany Panie Janku, 
Dziękuję Panu serdecznie za listy i wiadomości. Byłem bardzo rad, że zaczął Pan 
pracować trochę w swoim fachu, poza Koreą. Nic Pan jednak nie pisze o tym, jak skoń- 
czył się Pański kurs o Rosji. Czy był Pan zeń zadowolony ijakie projekty wynikły stąd na 
rok następny. 
W połowie października byłem w Tiibingen na spotkaniu historyków polskich i nie- 
mieckich, które opisałem krótko w grudniowej "Kulturze" 1. Byli tam zresztą nie tylko 
historycy i - jak na wszystkich zjazdach - naj ciekawsze rozmowy były prywatne. 
Z całej tej podróży - bo potem spotkaliśmy się jeszcze w Monachium ze specjalistami 
od Zeitgeschichte, czyli po amerykańsku current history - wyniosłem wrażenie, że - 
mimo powolnego tempa odbudowy uniwersytetów i bibliotek - w Niemczech odbywa 
się wielka praca myśli. Młode pokolenie, które wydawało się zdziesiątkowane przez woj- 
nę i zdemoralizowane przez hitleryzm, otrząsnęło się szybko z całego tego spadku po 
przeszłości i weszło na nowe tory, przypominające trochę dawny, przedbismarckowski 
idealizm niemiecki. Niektóre instytucje są całkowicie w rękach młodzieży. W grupie 
uczonych np. pracujących w monachijskim Institut fUr Zeitgeschichte naj starszy wiekiem 
ma koło 40 lat. Pod względem metody jest to jeszcze niezrównoważone, ale pod tym 
względem historia jest najtrudniejsza do odnowienia. W t.z. Tiibingen Kreis widziałem 
też uczonych z innych uniwersytetów i w przyszłym roku chciałbym poznać też inne 
ośrodki badań, a przy tej okazji odwiedzić Pana w Dortmundzie. 
Wszystko to jednak jest w tej chwili dla mnie rzeczą uboczną, bo w tym roku wzią- 
łem się do innej pracy obliczonej na dłuższy termin. W 1958 będzie mianowicie obcho- 
dzone - zdaje się, że tylko we Włoszech - 2000-lecie Owidiusza, o którym chciałbym 
z tej okazji napisać małą książeczkę. Owidiusz - głównie za sprawą filologów i kryty- 
ków francuskich - został przed stu laty zaliczony do drugorzędnych wierszopisów, i nikt 
prawie się nim odtąd na serio nie zajmował. Trudno jest na tak stary temat powiedzieć coś 
nowego, wybrałem się więc tego lata do Sulmony, miejsca urodzenia Owidiusza, gdzie 
filolodzy niczego dotąd ciekawego nie znaleźli. Jest to nie odkryte dotąd przez turystów 
miasteczko - niespełna 30.000 mieszkańców - w Abruzzach, na drodze z Rzymu do 
Pescary, niedalekie również od Neapolu. Pojechałem tam na kilka dni, a zostałem 6 tygo- 
dni. Poznanie od wewnątrz - nie od strony turystycznej - Włoch Południowych i za- 
kresu kultury neapolitańskiej było dla mnie wielkim odkryciem. Sulmona żyje dotąd 


105
>>>
wspomnieniami i legendami o swoim poecie. Jako pierwszy cudzoziemiec odbywający 
pielgrzymkę do ojczyzny Owidiusza, byłem tam bardzo życzliwie przyjęty i znalazłem 
wielu, przeważnie młodych przyjaciół. Spotykając się z nimi każdego wieczoru, założyli- 
śmy rodzaj wolnej akademii zwanej Academia della Pizza, od rodzaju blinów, będących 
narodową potrawą neapolitańczyków. 
Włochy Południowe są biedne, mieszkańcom ich brak samochodów i innych kosztow- 
nych rozrywek, zajmują się więc czytaniem i literaturą. Mam wrażenie, że w samej Sulmo- 
nie czytają więcej niż w całej Szwajcarii. Znalazłem się więc tam niejako w swoim żywiole 
i chciałbym tam wrócić we wrześniu 1957, na początek tamtejszego anno ovidiano, uroczy- 
stości kommemoracyjnych projektowanych na cały rok. Nie mniej ciekawy jest Neapol. Jest 
to nie tylko naj piękniejsze miasto Europy, mające nieprzerwaną ciągłość kultury na prze- 
strzeni 2,5 tysiąca lat, ale także siedziba wielkiego ruchu umysłowego, mało znanego poza 
Włochami. Od 2 lat czytam więcej po włosku niż w j akimkolwiek języku. 
Podczas mego pobytu w Monachium zaczęły się tak zwane wypadki październikowe 
w Warszawie 2 . Dzięki sprawności organizacji Free Europe, można je było śledzić niemal 
z godziny na godzinę. Wydawało się, że wszystko potoczy się tak, jak później na Wę- 
grzech. Rzecz jednak wzięła inny obrót, bo na czele ruchu przeciwsowieckiego stanęła 
sama partia, która - posiadając pewną organizację i świadomość spraw międzynarodo- 
wych - zdołała opanować sytuację i zatrzymać kraj na samym brzegu przepaści. Pancer- 
ne dywizje sowieckie stały już o kilkadziesiąt km od Warszawy, naprzeciw zastępującej 
im drogę armii Rokossowskiego. Partia przygotowywała się już od 1,5 roku do tej dra- 
matycznej rozgrywki, która była niespodzianką dla Kremla. 
Na Węgrzech partia składała się z stalinistów i ruch opozycyjny przeszedł od razu 
w ręce ludu nie znającego granicy wolności w systemie podziału świata między Rosją 
i Ameryką i liczącego na pomoc Zachodu. Zresztą po interwencji zbrojnej na Węgrzech 
sytuacja w Polsce stała się również niepewna. Miarą uzyskanych tam swobód jest fakt, że 
z więzień wyszli nie tylko nieprawomyślni komuniści, ale także więźniowie sekretnie 
skazani przez tajne wyroki. Nawet Henryk Józewski 3 , który ukrywał się przez 8 lat, 
a przed 2 laty został schwytany z tajnym wyrokiem skazany na dożywotnie więzienie, jest 
znów na wolności. Gazety warszawskie wypowiadają się z większą swobodą niż gazety 
emigracyjne. Wszystko to stworzyło zupełnie nową sytuację, którą trzeba będzie na nowo 
przemyśleć. Na razie do kraju się nie wybieram. 
Przesyłam Panu, kochany Panie Janku, i Pańskim bliskim naj serdeczniejsze życzenia 
wesołych świąt, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski 


l [J. Stempowski] P. Hostowiec, SpotkanIe hIstoryków w TybIndze, Kultura 1956 nr 12 
s.114-119. 
2 W październiku 1956 r. następuje kulminacja napięcia społecznego: w związku z pogłoskami 
o przygotowaniach do puczu wojskowego w celu likwidacji tzw. "odwilży" powstają samorzutnie 
rady robotnicze, pracownicy FSO na Żeraniu w Warszawie organizują uzbrojoną milicję, powstają 
robotnicze oddziały samoobrony, wrzenie ogarnia szkoły wyższe. W kierunku Warszawy posuwają 
się sowieckie kolumny pancerne. Władze nie mogą liczyć na lojalność Wojska Polskiego. 
W dniach 19-21 X obraduje pod presją społeczną burzliwe VIII Plenum PZPR. Pojawia się 
w Warszawie delegacja sowiecka z Chruszczowem, "Prawda" moskiewska oskarża prasę polską 
o prowadzenie systematycznej kampanii przeciw socjalizmowi. Następują zmiany personalne 
w aparacie władzy: I sekretarzem KC PZPR wybrany zostaje Władysław Gomułka. 
Wypadki węgierskie - 23 X 1956 po manifestacji mieszkańców Budapesztu pod pomnikiem 
gen. ]. Bema, demonstrujących solidarność z Polską, doszło do starć z milicją, która otworzyła 
ogień. Spontanicznie powstały oddziały bojowe, żołnierze oddawali broń cywilom lub przechodzili 


106
>>>
na stronę demonstrantów. W całym kraju zaczęły powstawać rady rewolucyjne przejmujące władzę. 
l XI nowy premier Imre Nagy wypowiedział członkostwo Węgier w Układzie Warszawskim, ogło- 
sił neutralność państwa i zwrócił się do ONZ o pomoc. Domagał się przyśpieszenia wycofywania 
wojsk sowieckich z Węgier. 3 XI rozpoczęły się negocjacje w tej sprawie w ambasadzie sowieckiej, 
ale delegacja węgierska została aresztowana, a następnego dnia 1000 czołgów sowieckich, wspar- 
tych przez piechotę i lotnictwo, 'Ajechało do Budapesztu. Mimo ogromnej sowieckiej przewagi 
militarnej walki uliczne trwały kilka dni, obie strony poniosły znaczne straty, tysiące domów zo- 
stało zniszczonych. Rozpoczął się masowy exodus Węgrów za granicę. Nagy wraz ze współpra- 
cownikami został uwięziony i po tajnym procesie stracony w 1958. 
3 Henryk Józewski (1892-1981), polityk, działacz państwowy; artysta malarz. W roku 1920 wi- 
ceminister spraw wewnętrznych w rządzie ukraińskim atamana Symona Petlury. W latach 1929-1938 
wojewoda wołyński. W latach 1924-1925 założył i prowadził wraz ze Stempowskim "Bibliotekę 
Pstrykońską" , serię wydawniczą, w której ukazały się trzy tomiki, dwa z litografiami Józewskiego, 
jeden z esejem Stempowskiego pt. Pielgrzym. W czasie okupacji aktywny w konspiracji, po wojnie 
więziony. 


15. 


21.III. [19]62 


Jerzy Stempowski 
Nydsggasse 17 Bern 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Serdecznie dziękuję za list z 9-go o Pańskich projektach autorskich i wydawniczych. 
Dziękuję również za propozycję wzięcia w nich udziału. Huculszczyzna zajmuje tak 
ważne miejsce w moich wspomnieniach, że pisałbym o niej z największą przyjemnością, 
aby w myśli przynajmniej wrócić w tamte strony. Ale jak się do tego wziąć? 
Rzecz w tym, że znana nam Huculszczyzna była jak śpiąca królewna, śniąca swój 
dziwny sen o starowieku, ale którą wystarczyłoby obudzić, aby zaczęła mówić, śmiać się, 
śpiewać, żyć i cieszyć się życiem. Ci, którzy o niej wówczas pisali, zachowywali się tro- 
chę jak królewicz mający ją obudzić: mówili jej komplimenty, sławili jej urodę, chwalili 
nawet jej sen. Od tamtych czasów dzieli nas jednak straszna przepaść lat. Kto wie, co 
z niej jeszcze zostało? - Ludność jej zesłano częściowo na Syberię niewielu pewnie 
stamtąd wróciło. W "Suczasnoi Ukraini" czytałem wiadomość z prasy sowieckiej, że lasy 
na Huculszczyźnie wyrąbano, zostawiając łyse góry. Wnosić stąd można, że Czeremosz 
i Cisa nie sąjuż takie same i nie szumiąjak dawniej. Nikt już pewnie nie pamięta starych 
zwyczajów dotyczących pracy i nie potrafi opowiedzieć historii Wielitów. Nie ma już 
pewnie dawnych budynków, nie zachowały się nawet nazwy płajów. Huculszczyzna jest 
dziś być może jak niegdyś piękna kobieta, której ślubowaliśmy miłość, lecz która straciła 
urodę i nawet pamięć, zmieniona do niepoznania przez straszną chorobę. Miłość, którąjej 
przyrzekaliśmy, jest wciąż żywa w naszej pamięci, ale przedmiotu jej już byśmy pewnie 
nie poznali. Najwierniejsze uczucia znają takie klęski. Nie możemy mówić o Hu- 
culszczyźnie jak dawniej, musimy znaleźć do tego nowe słowa, nowy ton. Jesteśmy tro- 
chę w położeniu Petrarki, który przez całe życie pisał sonety do Laury, zrazu żywej, po- 
tem umarłej, zmieniając ton z jej śmiercią. Jak znaleźć te nowe słowa? Rzecz jest do 
przemyślenia. Projektowana przez Pana książka ma być dziełem zbiorowym, będą w niej 
więc różna głosy, różne tony, ale ktoś jeden przynajmniej powinien zaznaczyć przemianę, 
jaką przebyła Huculszczyzna w naszej własnej pamięci i wyobraźni. Trzeba zapytać o to 
p. Stanisława!. Niech Pan też pokaże mój list p. Orestowi, który, jako poeta, będzie na 
pewno mieć o tym swoje* zdanie. 


107
>>>
Ponieważ myśli Pan o przedrukowaniu kilku tekstów dawniejszych, przychodzi mi na 
myśl, że Huculszczyzna miała już wielu piewców. Najpiękniejsze być może stronice poza 
Vijrsoką Połoniną znaleźć można w Galizische Erzahlungen Leopolda Sacher-Masocha, 
którego Niemcy nie tylko zapomnieli, lecz także wykreślili ze swej historii literatury. Nazwi- 
sko jego zachowało się tylko w patologii seksualnej, odeń bowiem pochodzi termin "maso- 
chizm". Ale niezależnie od masochizmu Leopold von Sacher-Masoch (proszę nie mieszać 
go z żyjącym obecnie Aleksandrem Sacher-Masochem) napisał 20 tomów opowiadań gali- 
cyjskich, które w latach 1875-1900 były tłumaczone na francuski, rosyjski itd. Znaleźć 
w nich można naj piękniejszy opis Galicji Wschodniej z połowy XIX wieku. Część ich - 
jak Don Juan aus Kolomea - dotyczy Huculszczyzny. Próbowałem badać, czy autor zna 
z własnego doświadczania wnętrze gór, i przekonałem się, że musiał bywać w Burkucie 
i Szykmanach, bo opis wiodącej tam drogi jest zupełnie dokładny. Warto by wybrać zeń 
jakiś dobry fragment lub nawet całą nowelę. Biblioteki niemieckie nie mają jego książek. 
We Wiedniu, gdzie ich przed paru laty szukałem, okazało się, że tylko biblioteka Opery 
zbierała, chociaż niesystematycznie, jego książki, i te tylko znalazły się obecnie 
w wiedeńskiej Nationalbibliothek. Ma Pan jednak pod ręką najlepsze źródło wiadomości 
w osobie jedynej córki Sacher-Masocha, która miała też wszystkie jego książki. Jest to żona 
Arthura Satemusa, mieszkająca na Manderscheiderstr. 29 w Kóln-Siilz. P. Stanisław poznał 
ich na Węgrzech, pana Satemusa znam także ija, może się więc Pan na nas powołać. 
Słyszałem od p. Stanisława, że ciekawy opis Huculszczyzny znajduje się w dziełach 
Wincentego Pola, który był geografem, ale tekstu tego nie znam. Można go pewnie znaleźć 
w paryskiej Bibliotece Polskiej na 6, Quai d'Orleans, Paris 4-eme. Mogę tam o to zapytać. 
Gdzieś w maju-czerwcu wybieram się do Frankfurtu a. M. i będąc tak blisko od Pana 
przyjechałbym do Dortmundu, żeby porozmawiać bliżej o Pańskich projektach, bo 
wszystkiego nie można omówić listownie. Dodam tylko, że Pański projekt uważam za 
świetny i warty naj staranniejszego wykonania. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Panu, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
Jerzy Stempowski. 
a dla mnie bardzo ciekawe 


l Tj. Stanisława Vincenza, autora Na wysokIej połonInIe. 


16. 


l5.Y.[19]62 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Bem 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Serdecznie dziękują za list i odbitkę. Pańskie wspomnienia z Holandii czytałem już 
przedtem, bo abonuję "Suczansnist'" od początku jej istnienia i nawet ją czytam. Bardzo 
się z tego artykułu ucieszyłem. Nie wiem, czy Panu mówiłem, że od 10 lat mieszkam tu 
z parą przyjaciół, małżeństwem szwajcarsko-holenderskim. Pani domu jest Holenderką, 
w której zachował się geniusz artystyczny tego kraju, bo jest doskonałą pianistką a jedno- 
cześnie przygotowuje wystawę, swoich obrazów i rysunków. Przetłumaczyłem jej Pański 
artykuł, który też uznała za bardzo ciekawy. Przyjrzałem się, fotografii z muzeum etno- 


108
>>>
graficznego, z której widzę, że moja sympatia panna Irena bardzo urosła ijest prawie tego 
samego wzrostu co jej matka. 
Vincenz zrobił się w ostatnich latach bardzo stary i prócz tego wiele podróżuje. Przy- 
syła mi co kilka miesięcy kartkę, zawsze z innego kraju. Trudno się, z nim teraz skomuni- 
kować. Znałem kiedyś starego profesora, który mówił mi, że z powodu wieku nie może 
już odpowiadać na listy, ale niektóre czyta. Nie wiem, czy i Vincenz trzyma się tej zasady, 
ale widocznie to należy do wieku, bo i na moim stole leży z 50 listów, na które od miesię- 
cy nie odpowiadam. 
Bardzo dobrze wybrał Pan czas na wakacje, bo od połowy lipca do połowy września 
nigdzie już nie można znaleźć miejsca, i wszystkie letniska wyglądająjak dworce kolejowe 
w godzinach największego tłoku. Tak trudno odpocząć. W czerwcu jest bardzo przyjemnie 
we Włoszech. W wielu miejscach obudowano tam domki umeblowane z kuchnią, które 
można wynająć na miesiąc i żyć w nich jak u siebie za niewielkie pieniądze. Bardzo chwa- 
lono mi Jesolo-Lido koło Wenecji, nową stacją klimatyczną, gdzie zbudowano kilkaset 
takich domków. Bodaj że dokonało tego jakieś towarzystwo holenderskie, bo jeździ tam 
wielu Holendrów. Tak zagospodarowane miejscowości są teraz i w Grecji, ale to daleka 
podróż, gdy do Wenecji jest teraz od Pana niedaleko. Tu na dworcu widuję, pociąg Dort- 
mund-Milano, którym raz nawet jechałem do Włoch. Z Jesolo pewnie chodzą co godzinę 
autobusy do Wenecji. Dla Pańskich córek takie wakacje byłyby niezapomnianym wraże- 
niem. Niech Pan zapyta w biurze turystycznym, które to Panu może załatwić, a w każdym 
razie pokazać prospekt z kosztorysem takiego pobytu. Na ogół pobyt we Włoszech nie jest 
droższy od pobytu w Niemczech, tylko Rzym jest bardzo drogi. Zresztą nie chcę Pana do ni- 
czego namawiać. Być może taka podróż z wielkim natłokiem nowych wrażeń nie jest odpo- 
czynkiem i trzeba po niej z kolei odpoczywać. 
Teraz chciałbym napisać o moich planach na najbliższe miesiące. Dostałem od stu- 
denckiego stowarzyszenia w Frankfurcie - Deutsch-polnischer Arbeitskreis - zapro- 
szenia do wygłoszenia odczytu na temat stosunków emigrantów polskich do swego ko- 
munistycznego państwa. Odczyt ten miałby się odbyć w poniedziałek 18 czerwca. Myślę 
przyjechać do Frankfurtu już l5-go, a po odczycie wyjechać na jakieś dwa tygodnie do 
Holandii, gdzie ostatni raz byłem w 1923. W tej podróży będzie mi być może towarzy- 
szyła pani Tzaut. Wszystkie te plany są na razie tymczasowe, bo frankfurckie stowarzy- 
szanie nie odpowiedziało mi jeszcze na mój ostatni list. Kiedy tylko dostanę, odpowiedź, 
projekty staną się, konkretne i zaraz o nich Panu doniosę. 
Bardzo się, cieszę z Pańskiego projektu przyjazdu do Szwajcarii. Góry tutejsze dają 
niezliczone możliwości wycieczek. Koło Berna są góry różnej wysokości i natury. Moje 
ulubione góry są bardzo blisko. Jest to Stockhornkette nie przekraczająca 2.200 m., bardzo 
znana w XVIII w., dziś natomiast nieuczęszczana, bo niższe góry nie są w modzie u alpi- 
nistów. Stockhornkette jest bardzo podobna do naszych Karpatów, ma tylko więcej skał 
i przepaści. Od strony berneńskiej jest na niej bardzo wygodne schronisko, skąd, już na 
wysokości 1660, można robić jednodniowe wycieczki różnej długości i natury. Zawiódłbym 
tam Pana i wprowadził. Nie wiem, czy towarzyszyłbym Panu w dłuższych wycieczkach, bo 
bardzo wyszedłem z formy i ostatnio reumatyzm przeszkadza mi w chodzeniu. Już w pierw- 
szych dniach czerwca góry te są zazwyczaj wolne od śniegu. Niedaleko od Berna jest jednak 
także główny łańcuch Alp Berneńskich, z Jungfrau, Eigerem i innymi sławnymi szczytami. 
Tam sezon alpinistyczny zaczyna się w lipcu, i na szczytach robi się wielki tłok. Gdyby Pan 
chciał je zobaczyć, jest tam wiele kolejek zębatych i linowych, wspinających się na znaczną 
wysokość. W moich projektach leży od lat przejście między Alpami Berneńskimi i Valezań- 
skimi przez Ravilpass, gdzie raz już byłem przed wielu laty. Jest to jedna z naj dzikszych 
i najmniej uczęszczanych partii gór, przemarszjest długi - na moje obecne zdolności liczyć 


109
>>>
trzeba 2-3 dni - i wysokość przełęczy wynosi 2.500 m. Przypuszczam, że Ravilpass jest 
wolny od śniegu dopiero w połowie lipca. Schodzi się zeń w doliną Rodanu - Rhodanus 
flumen, jak go nazywa Juliusz Cezar - i z góry ma się dobry widok na całe pasmo Mont- 
Blanc. Gdyby Ravilpass był wolny od śniegu, moglibyśmy spróbować tego przyjścia. Wszy- 
scy alpiniści w nim błądzą i wpadają w okropne przygody, ale najtrudniejszą jego część 
dobrze pamiętam i potrafię znaleźć drogę. Jest to miejsce nawiedzane przez trzęsienia ziemi, 
które pozasypywały drogi znajdujące się na mapach, ale my w Karpatach nauczyliśmy się 
obchodzić bez dobrych map. Stockhornkette i Ravilpass nie wymagają ekwipunku technicz- 
nego ani nawet podkutych butów. 
Trzeba tylko, żeby nasze itineraria były zgodne w czasie. Terminem wiążącym mnie 
jest tylko odczyt w Frankfurcie, inne są bardziej elastyczne. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Panu, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
].S. 


17. 


22.Y.[19]62 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Bern 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Dziękuję, za list i wycinek o Pańskim odczycie, który zwracam. Może będzie Panu na 
coś potrzebny. Muzyka ludowa interesowała mnie bardzo. Ilekroć spotykałem się z Sygie- 
tyńskim Tadeuszem, który był największym znawcą tego przedmiotu, rozmawialiśmy całymi 
wieczorami, przeglądając jedną melodię za drugą. On pierwszy nauczył mnie odróżniać 
w niej różne nawarstwienia. Są więc motywy prastare, z głębi wieków, towarzyszące różnym 
czynnościom i obrzędom. Niektóre np. śpiewa się pasąc konie, inne wychodząc na robotę 
z końmi, inne pasąc owce itd. Tych motywów jest niewiele. Pieśni na dwa i więcej głosów 
pochodzą z XVII-XVIII w. Ponieważ liturgia bizantyńska jest cała śpiewana, każda cerkiew 
miała od początku swój chór, śpiewający rano w cerkwi a wieczorem w karczmie, na wese- 
lach, chrzcinach itd. Na polskim skrawku Wołynia były chóry mające za sobą 7-8 wieków 
nieprzerwanej działalności. Niektóre miały nuty z XVII w., których bez znajomości pale- 
ografii nie można było obcemu odczytać. Dla tych przyczyn pieśni ukraińskie mają charak- 
ter szkolony. Pierwotnie pieśni śpiewane w cerkwiach napisane były na lO-tonową gamę 
bizantyńską, której ślady słychać w pieśniach i melodiach huculskich. W XVII w. przyszła 
muzyka włoska z włoską gamą l2-tonową. Nie wiem, jaką drogą to się odbyło, pewnie 
przez Polskę, ale tam, gdzie jest tyle wyszkolonych chórów, wystarczy pewnie przywieźć 
nuty, aby nowa muzyka się przyjęła. Trzeba też brać pod uwagę, że muzyka, barokowa poza 
Włochami była w XVII w. przeważnie muzyką wokalną, a cappella, była więc jak najlepiej 
przystosowana do ukraińskich chórów cerkiewnych. Potem włoska muzyka barokowa zo- 
stała na Zachodzie wyparta przez niemiecką Schriftmusik i muzyki starszej od Bacha do 
niedawna na Zachodzie wcale nie znano; utworów a cappella nikt nie umiał śpiewać. Trady- 
cje włoskiej muzyki barokowej zachowały się tylko na Ukrainie. Tylko tamtejsze chóry 
mogłyby w stosowny sposób śpiewać utwory a cappella Heinricha Schiitza, które na Zacho- 
dzie wykonywane są raz na 30 lat. Musiałem odbywać podróże, aby je posłyszeć. Shakespe- 
are mówi często o muzyce, ale ze słów jego od razu widać, że ma na myśli coś innego od 
Bacha czy Haydna. Aluzje jego odnoszą się do muzyki barokowej, jaką znamy dziś, zresztą 
bardzo pobieżnie, z Monteverdiego i Schiitza, i która właściwie jest nam nierównie bliższa 


110
>>>
od późniejszej Schriftmusik. W muzyce, jak w ogóle w sztuce ludowej, pełno jest wspo- 
mnień Baroku, nieraz wielkiej sztuki barokowej. Osobliwością chórów ukraińskich było ich 
wysokie wyszkolenie. Kiedyś byłem w Poczajowie i na drodze spotkałem dwóch dziadów 
i dwie baby śpiewających na cztery głosy. Szedłem za nimi przez cały prawie dzień i usze- 
dłem ze 20 km, nie mogąc się od nich oderwać. Gdyby chóry operowe na Zachodzie umiały 
tak śpiewać, chodziłbym co wieczór do opery. Kiedy chór Koszyca! w 1921 wyjechał 
z Polski na Zachód, najlepszy chór paryskiej Scholi Cantorum brał od Koszyca przez dłuż- 
szy czas lekcje, i w kilka lat później słyszałem w Paryżu koncert, na którym chór Scholi 
Cantorum śpiewał przez cały wieczór pieśni ukraińskie, jakich nauczył się od chóru Koszy- 
ca. Był to wówczas najlepszy chór Zachodu, ale nie dorastał do zespołu, który Koszyc ze- 
brał na Wołyniu po 1920. Dopiero w ostatnich latach pojawiło się, w Paryżu kilka zespołów 
wokalnych tej klasy, z których naj ciekawszy jest Ensemble Marcel Couraud, śpiewający 
utwory barokowe w sposób przypominający chóry ukraińskie. W tej wielkiej perspektywie 
muzyka ludowa ukraińska, rumuńska i rosyjska odsłaniają swój głębszy sens. 
Bardzo dziękuję, Panu, kochany Panie Janku, za propozycje, zainteresowania moim 
odczytem socjaldemokratów dortmundzkich. Trzeba jednak naprzód zobaczyć, co wyj- 
dzie z mego odczytu we Frankfurcie, jak się potoczy dyskusja i co interesuje w tym tema- 
cie słuchaczy niemieckich. 
Co się tyczy Sacher-Masocha, panią Martę wprowadziło zapewne też w błąd tak zwane 
wydanie berneńskie dzieł jej ojca. W rzeczywistości było to wydanie fikcyjne, drukowane 
w Dreźnie i noszące tylko na pierwszej stronicy słowo Bem, być może z powodu różnych 
nieporozumień, jakie autor miał z cenzurą w Niemczech. Wiedząc o fikcyjności tego wyda- 
nia, myślałem, że zostawiło przynajmniej jakiś ślad w Bernie, ale szukałem go tu na próżno 
w bibliotekach. Zacząłem więc szukać go w starych czytelniach, z których pożyczał książki 
Lenin w latach swej emigracji. W jednej czytelni znalazłem istotnie Das Vermachtnis Kains 
- opus magnum Sacher-Masocha - ale figurowało tam w spisie książek, których od 50 lat 
nikt nie żądał. Leżało w osobnym składzie i dopiero po kilku dniach mi to znaleziono. Wy- 
pożyczenie tej książki kosztowało mnie 25 franków. Myślę, że za tę cenę można ją także 
kupić. W Niemczech istnieje znów, o ile wiem, biuletyn antykwarzy, w którym można dać 
ogłoszenie, że się poszukuje książek Sacher-Masocha. Na ogłoszenie takie przysyłają oferty 
z ceną. Najtrudniejszą do znalezienia książką jego jest powieść Die Helden unserer Zeit, 
będąca satyrą na Berlin i Prusaków po Sadowie 2 . Nawet we Wiedniu, gdzie na pozór powin- 
ny się znajdować, dzieła Sacher-Masocha są bardzo rzadkie i nikogo nie interesują od 1900. 
Najwięcej ich, jakkolwiek nie wszystkie, znajduje się w bibliotece Opery wiedeńskiej, 
wcielonej ostatnio do wiedeńskiej Nazionalbibliothek, ale i tam nawet satyry na Prusaków 
nie znalazłem. Książka ta była przyczyną różnych nieszczęść autora i zapewne powodem 
wykreślenia jego nazwiska ze wszystkich historii literatury niemieckiej. Fakt ten daje pojęcie 
o tym, ile są warci profesorowie historii literatury i ich podręczniki. Nazwisko S.-M. i tytuły 
głównych jego dzieł znaleźć można tylko w encyklopedii Brockhausa. Później, po śmierci 
autora przedrukowywano tylko dwie jego książki: Venus im Pelz, powieść wchodząca 
w skład Dziedzictwa Kaina i z której wyszło słowo "mazochizm" , oraz Don Juan aus Kolo- 
mea. Tę ostatnią książkę znajdzie Pan najłatwiej u antykwariuszy, bo została przedrukowana 
w małej bibliotece Reclama w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. Jest to mała książecz- 
ka, która nowa kosztowała 80 Pf. Sachera-Masocha odkryłem na mój użytek w 1936 i za- 
mierzałem wydać wybór jego dzieł po polsku i po niemiecku z moim studium o autorze. 
Jeżeli tego dotąd nie wykonałem nawet częściowo, przyczyną tego była niedostępność jego 
książek. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Panu, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
].S. 


111
>>>
l Ołeksander Koszyc (1875-1944), dyrygent, kompozytor i etnograf ukraiński; dyrygent zna- 
komitych chórów i orkiestr kijowskich. W latach 1919-1924 odbył światowe tournee z założonym 
przez siebie chórem ukraińskim. W roku 1926 osiadł w Nowym Jorku. 
2 W bitwie pod Sadową w roku 1866 wojska pruskie pokonały armię austriacką. Zwycięstwo 
to potwierdziło hegemonię Prus wśród państw niemieckich i otworzyło drogę do zjednoczenia 
Niemiec pod egidą Prus. 


18. 


13.IX. [19] 62 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
Bern 


Kochany Panie Janku, 
Bardzo dziękuję za list z Dortmundu i cieszę się, że znalazł Pan trochę książek Sa- 
cher-Masocha. Przy tej lekturze proszę brać pod uwagę, że S.-M. pisał dla pieniędzy 
i ogłosił koło 400 tomów powieści i nowel na różne tematy. Pewnego rodzaju skandalicz- 
noŚĆ pomaga bardzo w zbycie książek, i w tym zapewne leży prawdziwe źródło tak zwa- 
nego masochizmu. I dziś jest w literaturze tak samo, tylko że doza skandaliczności i por- 
nografii musi być znacznie większa, aby zwrócić uwagę czytających. Takie książki jak 
Lolita Nabokowa są szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie, i w porównaniu z nimi 
Sacher-Masochjest lekturą dla młodych panienek. 
Najważniejszym dziełem S.-M. jest Das Vermachtis Kains, zbiór dłuższych opowia- 
dań w 3 lub 4 tomach. Akcja tych opowiadań toczy się w znacznej części w Galicji 
Wschodniej. Tam też znajduje się arcydzieło masochizmu p.t. Venus im Pel z, z którego 
widać, że cały ten masochizm jest wymyślony, literacki, zresztą świetnie opisany. To 
opowiadanie sprawiło, że cały zbiór był wielokrotnie przedrukowywany. 
Książka, która najwięcej przyczyniła się do zapomnienia S.-M. i wykreślenia go 
z historii literatury niemieckiej, jest innej natury. Jest to wielotomowa powieść p.t. Die 
Helden unserer Zeit i jest rodzajem satyry na berlińską societę z czasów Bismarcka, i tego 
profesorowie hist[orii] literatury dotąd autorowi nie przebaczyli, mimo że Bismarcka i na- 
wet Prus już dawno nie ma. 
S.-M. był przez pewien czas docentem historii w Grazu, i produktem ubocznym jego 
historycyzmu są niezliczone powieści historyczne, częściowo odnoszące się do historii 
Rosji, bo S.-M. znał rosyjski i mógł czerpać materiały z pierwszej ręki. Tych powieści 
historycznych w ogóle lepiej nie czytać, bo napisane są wyraźnie za pieniądze lub raczej 
dla pieniędzy. Tylko powieści i nowele galicyjskie są coś warte, bo S.-M. czuł się w jakiś 
sposób przywiązany do kraju urodzenia i wciąż doń w myśli powracał. W jego ogromnej 
produkcji, obok rzeczy doskonale napisanych i przemyślanych, jest wiele śmiecia, pisa- 
nego prędko dla zarobku. Nie trzeba się więc zrażaĆ łatwiznami i tanimi produktami pió- 
ra, ale szukać tekstów lepszych. 
W liście książek, jaką Pan przytacza, większości tytułów nie znam zupełnie, nie wi- 
dzę natomiast opowiadań, które wydały mi się najlepsze. Pamiętam np. opowiadanie 
dłuższe p.t. Hadaschka, którego akcja toczy się w okolicy Nadwórnej. 
Jeżeli chodzi o Don Juana z Kołomyi, uważam go za jedno z lepszych opowiadań. 
Jego romantyczny styl jest dziś zupełnie niemodny, ale ma już urok antyku, bo od pół 
wieku nikt już w ten sposób nie pisze. W opowiadaniu jest wiele ciekawych szczegółów. 


112
>>>
Karczma, w której rozgrywa się pierwsza scena, jest koło pierwszej stacji na drodze 
z Kołomyi do Słobody. W naszych czasach już tam takiej karczmy nie było, ale pozostały 
jej jakieś szczątki. Czy Pan je pamięta? Innym zabawnym szczegółem jest fantastyczny 
filozof, który pisał aforyzmy na kartkach i rzucał je za siebie. Taki człowiek istniał rze- 
czywiście i pochodził z ormiańskiej, zapewne kuckiej rodziny Romaszkanów. Ostatni po- 
tomek Romaszkanów był w 1940 na Węgrzech i chciałem go wypytać o tego osobliwego 
przodka, ale uchodźcy z Polski byli strasznie rozproszeni po całych Węgrzech, i szukałem 
go na próżno. Starszy Vincenz zna trochę jego historię. 
Niech Pan nie daje się zbić z tropu tym, co piszą o S.-M. niemieccy krytycy, profeso- 
rowie i historycy literatury, bo żaden z nich nic z S.-M. nie zrozumiał. Oni to właśnie go 
zaprzepaścili. Niemcy nie rozumieli nigdy autonomicznej wartości literatury, sądzili ją 
zawsze z punktu widzenia użyteczności politycznej, wychowawczej. Nie znali się na 
żartach. Pisarz, który w razie mobilizacji powszechnej mógłby ewentualnie być innego 
zdania lub, co nie daj Bóg, zdezerterować, nie był tolerowany. Literatura nie dająca się 
ustawić in Reih und Glied była odrzucana. Dlatego nawet Lucinda Fr. Schlegla jest po 
dziś dzień jak gdyby na indeksie, Heinego wydają tylko u Ulbrichta itd. Można z góry 
przyjąć, że wszystko, co die Professoren piszą o S.-M., jest głupstwem, i trzeba starać się 
przemyśleć rzecz samemu. To np., co Pan cytuje z życiorysu S.-M. o jego powodzeniu 
u Francuzów, jest wierutnym głupstwem i nie odpowiada rzeczywistości. Po francusku 
ukazało się koło 20 tomów powieści i opowiadań S.-M. w doskonałym tłumaczeniu 
i świetnym wyborze, same tylko opowiadania z Galicji Wschodniej, żadnych powieści 
historycznych i żadnych prawie masochizmów prócz jednej Venus im Pelz, która jest 
pewnego rodzaju arcydziełem analizy. Francuzi poznali się na S.-M. w tym samym stop- 
niu, w jakim niemieccy profesorowie nic z niego nie zrozumieli. Jeżeli S.-M. został 
ośmieszony i zapomniany we Francji, było to dziełem bardzo osobliwej i perfidnej intrygi 
niemiecko-żydowskiej, o której kiedyś Panu opowiem. 
Jeżeli chodzi o ucrainicajęzykowe S.M. trzeba brać pod uwagę, że w jego czasach 
prawdziwy język ukraiński istniał w Galicji głównie w formie dialektalnej, i że znajomi 
S.M. mówili "jazyczjem", jak dziś na Rusi Zakarpackiej. S.M. wahał się nawet, czy 
pisać po niemiecku, czy po rosyjsku, czyli jazyczjem. Gdyby był wybrał tę drugą dro- 
gę, mielibyśmy zdumiewający swą lekkomyślnością tekst literacki w języku stworzo- 
nym tylko do kazań i urzędowych przemówień. Das Vermachtis Kains poprzedza ob- 
szerny wstęp, gdzie S.M. mówi o sobie. Z tego wstępu można się o nim samym najwię- 
cej dowiedzieć. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła Panu, kochany Panie Janku, szczerze oddany 
].S. 


Rączki Pańskiej Małżonki całuję, i obie panienki, pannę Renatę i Pannę Irenkę pozdra- 
wiam najserdeczniej. 
P.S. W ostatnim Numerze "Kultury" znajduje się obszerny dziennik mojej podróży do 
Holandii 2 . Czy przysłać go Panu? 


l In ReIh und Glied (niem.) - w szeregu. 
2 [J. Stempowski] P. Hostowiec, NotatnIk nieśpiesznego przechodnIa, Kultura 1962 nr 9 
s. 25-48. 


113
>>>
19. 


Padowa, 14.x.[19]65 


Kochany Panie Janku, 
Dziękuję za list, który dopiero teraz otrzymałem. Bardzo się cieszę z wszystkiego, co 
Pan pisze o swoim małżeństwie i o swej żonie. Dobra żona jest największym skarbem, 
ważniejszym od milionów i honorów. 
Piszę do Pana z drogi, żeby mój list znalazł Pana jeszcze przed odjazdem do Paryża. 
Bardzo się Panu ta podróż dobrze kalkuluje, bo Paryż jest naj droższym miastem Europy, i 
200 DM starcza tam w najlepszym razie na dwa dni. 
Bardzo jestem ciekawy wrażeń, jakie Pan i żona wyniosą z tej podróży. Na pierw- 
szy rzut oka Paryż jest najsmutniejszym miastem na świecie. Z jego murów bije coś 
przygnębiającego. Jest to być może pamięć wieków pewnych wielkich poczynań, wiel- 
kich wypadków, z których na dłuższą metę nic nie wyszło i został tylko wielki kat- 
zenjammer, Weltschmerz. Za pierwszym pobytem po miesiącu dopiero zacząłem się z 
tego uczucia otrząsać. Wraca ono do mnie znów za każdym nowym pobytem. Rozle- 
głość, wielkość tego Weltschmerzu jest być może tym, co Paryż ma dziś najlepszego do 
ofiarowania. 
Kiedyś Paryż był stolicą nowej sztuki, centralnym laboratorium myśli, ale te czasy - 
które pamiętam z młodości - minęły. Dzisiejszy Paryż jest miejscem jałowym, w którym 
nic się ważnego nie dzieje. Dlatego radziłbym Państwu oglądać miasto jak wszyscy tury- 
ści, zobaczyć Notre-Dame, Wieżę Eiffla, Louvre (ogromna galeria obrazów starych, na 
których obejrzenie trzeba kilku dni), Musee d' Art Moderne (obrazy XX wieku, szkoły 
francuskiej), Place Vend6me z posągiem Napoleona na kolumnie, Place de l'Etoile z 
Łukiem Triumfalnym, widocznym z daleka. Wszystkie te rzeczy figurują pewnie w pro- 
gramie wycieczki, prócz może Musee d'Art Moderne. Jeżeli Państwo będą mieli trochę 
czasu wolnego od zwiedzania, najlepiej byłoby przejść się trochę po mniej hałaśliwych 
ulicach, na przykład po Wyspie św. Ludwika (l'ile Saint-Louis) lub po Rue de Rivoli 
(Arkady). Wyspa jest stara, rue de Rivoli oddaje czasy Napoleona, można więc rzucić 
okiem na dwa aspekty historyczne miasta. 
Najlepiej zacząć od kupienia planu miasta Par arrondissements z osobnym planem 
każdej z 20 dzielnic, z planem metro i spisem ulic. Kto raz był w Paryżu, wraca tam póź- 
niej, i z planem miasta nie zgubi się w nim. 
Mam nadzieję, że kiedyś przyjadą Państwo tam, kiedy i ja będę w Paryżu, i że będę 
im mógł służyć za przewodnika. 
Teatry bardzo podupadły w Paryżu i mogę tylko przed nimi przestrzec. Gdyby Pań- 
stwo chcieli jednak coś w teatrze zobaczyć, radziłbym pójść do Theatre de la Huchette, 
na rue Huchette, przecznica Boulevard Saint -Michel, koło samej Sekwany. Grane tam od 
12 lat bez przerwy dwie sztuki Ionesco, zabawne i [...] nie wymagające większej znajo- 
mości francuskiego. 
Proszę się pilnować samochodów, które jeżdżą tam prędzej niż gdzie indziej, i prze- 
chodzić ulice przy semaforach, bez pośpiechu i niecierpliwości. 
Najserdeczniejsze życzenia dobrej podróży i szczęśliwego powrotu przesyła Panu, 
kochany Panie Janku, i rączki Pańskiej małżonki całuje szczerze oddany 
].S. 


P.S. Wracam właśnie z Jugosławii, o której przy okazji opowiem. Bardzo ciekawy kraj. 


114
>>>
20. 


27.YI.[19]66 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 
3000 Bern 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Dziękuję naj serdeczniej za dwa listy. Bardzo się cieszę, że wydał pan córkę dobrze za 
mąż. Wysłałem jej telegram z gratulacjami, ale - bez Pańskiej pomocy - nie odgadłaby 
pewnie od kogo go otrzymała. Nazwisko jej męża jest mi w jakiś sposób znane z młodości. 
Był jakiś uczony tego nazwiska, ale nie mogę go sobie dokładniej przypomnieć. 
Jak się miewa moja sympatia Irenka? Ile teraz ma lat? Czy rozwinęła się trochę? Czy 
mówi więcej niż wówczas, kiedy ją poznałem? 
Nie udało mi się do Pana przyjechać, ale nie porzucam tej myśli. Jest mi trochę trudno 
jeździć, bo na skutek zaburzeń mózgowych trapiących mnie od trzech blisko lat postarzałem 
bardzo. Tak się przynajmniej czuję. Jestem jak Churchill, który zasypiał na posiedzeniach 
rady koronnej. Niedawno widziałam naszego dawnego gazdę Stanisława Vincenza. On też 
bardzo się postarzał i prawie wcale nie chodzi. Pani Rena! wozi go wózkiem jak inwalidę. 
Pamięć ma zawsze świetną, ale też zasypia na radzie koronnej. Ostatnio zaczął otrzymywać 
listy ze Słobodl. Po ćwierci wieku milczenia tamtejsi znajomi piszą doń wzruszające listy 
i zapraszają do odwiedzin. Vincenz pytał mnie nawet, czy nie pojechałbym z nim na kilka 
tygodni do Słobody, mnie jednak te zaproszenia wydają się trochę podejrzane. Przysłano mu 
także fotografie, z których widać, że strojów huculskich więcej nie ma, i że chodzą tam ob- 
darcijak bolszewicy. Huculszczyzna istnieje więc już tylko w naszej pamięci. Lasy są wyrą- 
bane - o tym pisano w prasie sowieckiej - strojów nie ma, budynki częściowo rozebrane. 
Okazuje się, że ludzie są naj trwalszym materiałem. Upadają imperia, miasta walą się 
w gruzy, a ludzie wypełzaj ą z ruin żywi, z plecami osypanymi tynkiem, j ak pluskwy. 
Bardzo dziwne były losy weneckich malarzy settecenta. Znany był z nich tylko Antonio 
Canale. Francesco Guardi, największy być może z nich artysta, był tak mało ceniony, że muzea 
nie kupowały go, i do 1922 można było jego obrazy kupić tanio na wolnym rynku. Stąd takie 
kolekcje jego obrazów w muzeach biednych, jak Varosliget w Budapeszcie, posiadające 22 
obrazy Guardiego, z czego kilka zaliczanych do naj piękniejszych. W 1936, kiedy w Paryżu 
zebrano obrazy z muzeów włoskich, Guardiego musiano wypożyczyć od Gulbenkiana. Inny 
świetny malarz Pietro Longhi uchodził za ilustratora i przechowywany był w Museo Correr, 
poświęconym historii Wenecji. Dziś największa jego kolekcja znajduje się w Wenecji w Palaz- 
zo Pesaro, zmienionym na muzeum. Bernardo Bellotto pozostawał nieznany historykom sztuki 
aż do 1948, czy nawet 1955. W Wenecji nie ma ani jednego płótna Bellotta. Najpiękniejsze 
były w Warszawie. Mam o tych ostatnich książkę bardzo pięknie ilustrowaną. Zwłaszcza 
szczegóły dają o życiu XVIII wieku lepsze pojęcie od wszystkich książek. W wiedeńskim 
Kunstmuseumjest kilka obrazów wcześniejszych niż warszawskie, i nie dorównywujących im. 
Nie znam tylko jego obrazów z Ermitażu i z Moskwy. 
Jeżeli Pan ma krewną pracującą na Lido di Jesolo, przypuszczać można, że będzie Pan 
z żoną nieraz w Wenecji. Od połowy lipca do połowy września Wenecja jest zbyt obciążona 
turystami, trzeba tam jechać wiosną, w początku lata lub jesienią. Wenecja ma bardzo piękne 
muzea - Accademia, Museo Correr na piazza San Marco, Pesaro itd. - ale na mój gust naj- 
piękniejszą rzeczą są wędrówki po t.z. Venezia Minore, po mniejszych uliczkach miasta. 
Wiedeń widziałem po wojnie w 1957 czy 1959, podczas festiwalu młodzieży3. Mia- 
sto mało zniszczone było w czasie wojny, a te ślady zostały zatarte. Widać wprawdzie, że 


115
>>>
niektóre domy nie są z epoki, ale to nie razi. Wiedeńczycy zachowali dawną lekkomyśl- 
ność. Mogłem się o tym przekonać odwiedzając wesołe miasteczko Grinzing, gdzie we 
wszystkich domach piją heurigera i śpiewają na cały głos. Na każdym szynku w Grinzin- 
gu wisi nad drzwiami korona Bachusa, jak w dawnym Rzymie. Jest to zapewne wspo- 
mnienie z czasów Marka Aureliusza, który rezydował przez długie lata w Vindobonie. 
Miasto ciekawe, ale oderwane od swej habsburskiej przeszłości, bardziej prowincjonalne 
dziś od Paryża, gdzie zresztą najlepiej widać zdeklasowanie Europy. 
Kochany Panie Janku, życzę Panu wesołych wakacji, przyjemnych dni we Wiedniu 
i Wenecji. Proszę się nie zniechęcać moim milczeniem, bo często o Panu myślę. Będę 
bardzo rad, jeżeli się pan do mnie odezwie. Najserdeczniejsze wyrazy przyjaźni łączy 
i rączki Pani Gerdy całuję. Szczerze oddany 
].S. 


Poprawka: W Wenecji nie mówi się palazzo, ale Ca, zatem Ca'Pesaro. 


l Irena Vincenz (1901-1991), żona Stanisława Vincenza, autorka dziennika o pisarzu (druko- 
wany w kwartalniku "Regiony", w 2003 ukaże się nakładem Fundacji Pogranicze w Sejnach); 
przygotowała do druku obydwa powojenne wydania Na wysoldęj połonInIe (londyńskie - Oficyna 
Poetów i Malarzy - i warszawskie - PAX). 
2 M.in. od Olhy Duczyminśkiej, pisarki ukraińskiej zaprzyjaźnionej z Ireną i Stanisławem Vin- 
cenzami od lat 20. Część korespondencji opublikował Andrzej Vincenz pt. Gałązka z daleldch 
połonIn, Znak 1985 nr 6 s. 102-115. 
3 Zob. dziennik tej podróży: NotatnIk nIeśpIesznego przechodnIa, Kultura 1960 nr 1-2 s. 15-33. 
Przedruk: Od Berdyczowa do Rzymu. Paryż 1971; Od Berdyczowa do Lafitu. Wołowiec 2000. 


21. 


23.II.[19]67 


Jerzy Stempowski 
Nydeggasse 17 


Kochany Panie Janku, 
Najserdeczniej dziękuję za list. Bardzo się cieszę, że książka Kota l się Panu podobała. 
Proszę jej nie zwracać. To jest prezent od "Kultury" dla starego abonenta, jakim Pan jest. 
Słusznie się Panu ta książeczka należy. W jej ocenie ma Pan rację. Ugoda hadziacka była 
prawdziwą musztardą po obiedzie. Trzeba było ją robić przed Chmielnickim. Potem już nikt 
w ugodę nie wierzył. To jest zapewne główna przyczyna jej niechlujnej redakcji. Nie wiem 
natomiast, czy ma Pan rację sądząc, że Niemirycz 2 był skompromitowany swoją kolaboracją 
ze Szwedami. Połowa szlachty była tak samo skompromitowana. W tamtych czasach wy- 
znania były płynne, ludzie zmieniali je wciąż, powstawały coraz nowe grupy wyznaniowe, i 
nikt się temu nie dziwił. Tak samo wierność królowi, pojęcie średniowieczne, była traktowa- 
na mniej rygorystycznie. W końcu XVII wieku, po tylu wojnach religijnych i zatargach 
wewnętrznych, przestano cokolwiek brać na serio. Młody lord Antony Shaftesbury wystąpił 
nawet przeciw angażowaniu się uczuciowemu w sprawy religijne i polityczne, radząc scep- 
tycyzm i uczucia letnie we wszystkich dziedzinach, jako bardziej odpowiadające ludziom 
wykształconym. Z jego teorii, która miała ogromny rozgłos w pierwszych latach XVIII 
wieku, wyrósł duch Oświecenia. Przebłyski tej sceptycznej lekkomyślności widoczne były 
już w drugiej połowie wieku XVII, i bez tego ogólnego tła trudno byłoby sobie wiele ów- 
czesnych zjawisk wytłumaczyć. Antycypację Oświecenia dostrzec można np. u Stanisława 


116
>>>
Herakliusza Lubomirskiego w jego Rozmowach Artaxesa i Ewandra, które miały kilkana- 
ście wydań. 
Korzystam z tej okazji, aby zwrócić Panu fotografię pani Renaty. Bardzo piękne 
zdjęcie. Dziękuję naj serdeczniej za jego łaskawe przysłanie. Pani Renata ślicznie wyglą- 
da. Pamiętam ją jako malutką dziewczynkę z włosami zaczesanymi na czoło. Już wów- 
czas było widać, że wyrośnie na osobę pełną woli i energii. Gratuluję Panu takiej córki. 
Nic Pan nie pisze o Irenie, mojej sympatii. Dla osób tego typu lata dwudzieste są krytycz- 
ne. Jak panna Irena te lata przeszła? Czy mieszka razem z Panem na Korei? 
Chciałbym bardzo wybrać się jeszcze do Pana, ale podróżowanie przychodzi mi 
coraz trudniej, i w ciągu najbliższego lata będę miał z tym wiele kłopotu. Ma mianowicie 
do mnie przyjechać moja bratowa, wdowa po zmarłym bracie Hubercie 3 , który zostawił 
lO-letniego syna. Losy tego bardzo uzdolnionego chłopca są dla mnie źródłem troski, 
i chciałbym go raz przynajmniej zobaczyć. 
Najserdeczniejsze wyrazy przyjaźni przesyła Panu, kochany Panie Janku, i Pani Ger- 
dzie szczerze oddany 
].S. 


l Stanisław Kot, Jerzy NIemlrycz. W 300-lecle ugody hadzIacldęj. Paryż 1960. 
2 Jerzy Niemirycz (1612-1659), podkomorzy kijowski, twórca ugody hadziackiej (1658), na mocy 
której mialo powstać Wielkie Księstwo Ruskie, połączone unią z Polską. Ugodę zniweczył atak wojsk 
moskiewskich na Ukrainę i powstanie kozackie; Niemirycz ijego zwolennicy zostali wymordowani. 
3 Zuzanna Stempowska, żona Huberta Stempowskiego (1897-1962), młodszego brata pisarza. 
Stempowski wspierał bratową finansowo. Jej przyjazd do Berna nie doszedł do skutku. Wkrótce 
wyjechała z synem Hubertem do Argentyny. Hubert Stempowski mieszka obecnie w Republice 
Południowej Afryki. 


22. 


27.xI.[19]68 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Bardzo byłem wzruszony Pańską zbyt krótką wizytą i dziękuję Panu za nią naj serdeczniej. 
Nie zdążyliśmy opowiedzieć sobie nawet setnej części tego, co mnie zwłaszcza leżało na sercu. 
Mam nadzieję, że rozmowa nasza została tylko odłożona do wiosny, kiedy i ja wrócę jeszcze 
do podróżowania. Brak mi go teraz bardzo, ale musze, czekać cieplejszej pory. 
Pani Dieneke, w której ma Pan teraz szczerą przyjaciółkę, mówiła mi, że nie abonuje 
Pan więcej "Kultury", bo stała się dla Pana zbyt droga. Tym bardziej oceniam sto złotych, 
które tak lekkomyślnie zostawił Pan mnie, nie licząc się nawet z własnymi wydatkami 
w podróży. "Kulturę" będzie Pan odtąd otrzymywał ode mnie, być może tylko trochę niere- 
gularnie. Mam już przygotowanych do przesyłki kilka ostatnich numerów. Brak mi tylko 
Pańskiego nowego adresu. Proszę mi go przysłać jak n aj prę d z ej, żeby "Kultury" nie 
gromadziły się u mnie ponad miarę, zwłaszcza w okresie przedświątecznym. 
Nie jestem pewien, czy dawny adres wystarczy dla tego listu, kończę go więc tu 
i całuję Pana, kochany Panie Janku, z całego serca, szczerze oddany 
].S. 


G. Stempowski 
Kalcheggweg 15 
3000 Berne 


117
>>>
23. 


22.XII.[19]68 


Drogi, kochany Panie Janku, 
Trudno mi powiedzieć nawet, ile przyjemności zrobiła mi Pańska wizyta. Nie mogę od- 
żałować, że była tak krótka, i że nie mieliśmy czasu na pomówienie o wielu rzeczach nas 
obu interesujących. Tymczasem nadszedł Pański list, na który śpieszę odpowiedzieć, aby 
rozproszyć Pańskie obawy o mnie. Widział mnie Pan w niedobrej formie, ale od tego dnia 
już się, zdążyłem poprawić. Tak samo moja sytuacja materialna jest zupełnie zadawalniają- 
ca. W ciąż jeszcze zarabiam na życie, chodzę do teatru i na wernisaże. Zresztą w moim wie- 
ku wydaje się coraz mniej pieniędzy. Dawniej np. wydawałem wiele na podróże, dziś pod- 
różuję niewiele. Gdybym wygrał na loterii 100 000 franków, nie wiedziałbym, co z nimi 
zrobić. Na siebie wydać bym ich nie potrafił i musiałbym odstąpić je Giedroyciowi lub Pa- 
nu, który znalazłby na nie lepszy użytek. Jeżeli przyjąłem bez protestu sto złotych od Pana, 
muszę się z tego wytłumaczyć. Pieniądze te nie były mi potrzebne, ale wzruszyły mnie bar- 
dzo jako dowód przyjaźni, na jaki z moich znajomych nikt się dotąd nie zdobył. Chowam je 
dotąd w portfelu, który noszę na sercu, jako cenną pamiątkę. 
Źałuję bardzo, że nie był Pan u nas na obiedzie lub kolacji, aby przekonać się, jak my 
się tu odżywiamy. Pani Dieneke gotuje sama w stylu holenderskim, z którym żadna 
z tutejszych restauracji nie może rywalizować. Po każdym kryzysie przybywa mi szybko 
na wadze. Muszę nawet uważać, aby to nie szło zbyt prędko i nie obciążało zbytnio serca. 
Jeżeli Pan jeszcze kiedyś się tu wybierze, zostanie Pan przez kilka dni i zobaczy Pan, że 
na starość znalazłem tu najlepsze warunki i niczego innego nie umiałbym sobie życzyć. 
Dokuczają mi tylko zaburzenie mózgowe, ale na to nie ma lekarstwa. Niech więc Pan 
wypędzi od siebie wszelką troskę o mnie. 
Wiele numerów "Kultury" mam w dwóch egzemplarzach ijeden z nich będę Panu posyłał. 
Wypożyczone z biblioteki czytają się nie tak dobrze jak własne. Na pierwszy ogień posyłam 
jednocześnie z tym listem numer wrześniowy z osobliwym utworem Czesława Miłosza Litur- 
gia Efraima. Utwór ten przypomniał mi moją własną młodość i formację umysłową. Dzięki 
przypadkowi w 15-tym roku życia zacząłem czytać autorów z III-VI wieku, pogan i chrześci- 
jan: Juliana Apostatę, Ammiana Marcellina, Claudiana, Augustyna, Orosiusa, Tertulliana, 
Commodiana z Gazy, Paulina z Pelli i in. Efraima Syryjczyka pamiętam mniej, ale widziałem 
go wówczas też w Patrologia Orientalis. Już wówczas, w 1908, czasy te wydały mi się bardzo 
podobne do tych, które zdawały się, nadchodzić z XX wiekiem. Lektury te skazywały mnie na 
samotność, bo nigdy nie widziałem profesora filologii klasycznej, który by - poza Augu- 
stynem - czytał któregokolwiek z tych autorów. Nie miałem więc z kim rozmawiać o przed- 
miocie moich zainteresowań. Ta sama samotność otaczała mnie na uniwersytecie. Wielu miało 
mnie za głupiego. Dla tych przyczyn wziąłem się do równoległego studiowania medycyny, 
która dała mi żywy kontakt z młodzieżą moich czasów. Nie wiem zupełnie jak Miłosz trafił do 
Efraima, którego dość dobrze naśladuje. Przypuszczam, że niewielu tylko czytelników "Kultu- 
ry" zrozumie ten utwór Miłosza. Co Pan o nim powie? Jeżeli wyda się Panu nudny i obcy, 
proszę nie zmuszać się do czytania i nie ukrywać swego zdania. Następne numery "Kultury" 
będę wysyłał co kilka dni. 
Zastanawiam się, skąd w Dortmundzie wzięła się nazwa Oetztalstr. Oetztaljest zamkniętą 
doliną Tyrolu, gdzie podczas I-ej wojny zamykano honoratiorów wyjeżdżających za granicę na 
2 miesiące, żeby nie wywozili sekretów. Wielu się wówczas z tą doliną zapoznało. 
Przesyłam Panu, kochany Panie Janku, naj serdeczniejsze życzenia, Pani Gerdy rączki 
całuje, o Irence myślę, zawsze z naj żywszą sympatią, szczerze oddany 
].S. 


118
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


LISTY DO PANI HANKI 


Anna MIESZKOWSKA (Warszawa) 


Adresatką kilku publikowanych niżej listów była znana piosenkarka Hanka Ordonówna. 
Naprawdę nazywała się Maria Anna Pietruszyńska, zamężna Tyszkiewiczowa. Prawdziwa 
data jej urodzenia nie jest znana. Przedwojenne wydanie leksykonu Czy wiesz kto to jest?, 
które pod redakcją Stanisława Łozy ukazało się w 1938r., podaje datę 11 sierpnia 1904. 
W jedynym ocalałym dokumencie (paszport konsularny, wydany w Teheranie w 1942), 
wpisano - 23 września 1905. Nekrologi, które w prasie krajowej i emigracyjnej zamieściła 
rodzina jej męża, informują o roku rodzenia 1902 (25 IX). Różne encyklopedie i słowniki 
powojenne też niczego nie wyjaśniają. Najprawdopodobniej artystka urodziła się w roku 
1900. Bo najwcześniejsze wzmianki o jej występach pochodzą już z roku 1916. A miała 
właśnie 16 lat, gdy jako uczennica warszawskiej szkoły baletowej występowała 
w przedstawieniach Teatru Wielkiego. Konrad Tom wspominał, że debiutowali razem, jesie- 
nią 1915 r. w Teatrzyku Miraż, ona tańczyła, on prowadził konferansjerkę. 
J ej kariera przedwojenna jest dobrze znana i pamiętana. Początek jej kariery to te- 
atrzyki rewiowe Lwowa i Warszawy. Dzięki ogromnej pracy i pomocy wielu życzliwych 
jej talentowi ludzi (Jerzy Boczkowski, Fryderyk ]arosy, Juliusz Osterwa), zdobyła uzna- 
nie publiczności i krytyków. Jako piosenkarka i jako aktorka. W latach 1918-1939 wy- 
stępowała w następujących teatrach: Sfinks, Czarny Kot, Miraż, Wesoły Ul, Qui Pro Quo, 
Banda, Cyrulik Warszawski, i Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. 
Okoliczności jej aresztowania przez Niemców i wyjazdu z okupowanej Warszawy, przez 
wiele lat były okryte rodzinno-towarzyską tajemnicą. Znam wiele wersji tych wydarzeń opo- 
wiadanych przez artystów, którzy przeżyli wojnę w Warszawie. Mniej znane są wspomnienia 
tych, którzy byli z nią w Wilnie. Najbardziej wiarygodne jest świadectwo męża. 
2 kwietnia 1961 r., w monachijskim studiu Radia Wolna Europa, Henryk Rozpędow- 
ski przygotował audycję poświęconą Hance Ordonównie. Brał w niej udział także Michał 
Tyszkiewicz, w latach 1952-1972 pracownik Sekcji Polskiej RWE. 


Oto zapis dokumentalny tej audycji: 
Michał Tyszkiewicz: l listopada 1939 roku, gdy Hanka zaprotestowała przeciw wyświetlaniu 
hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Wyszła na wolność w lutym 
czterdziestego roku, po wielu staraniach z mojej strony, jako obywatela litewskiego. Do jej uwol- 
nienia wykorzystane zostały znajomości mojego kuzyna, Stefana Tyszkiewicza i jego żony, sp owi- 


119
>>>
nowaconej z królem Wiktorem Emanuelem - włoskim. Poprzez tegoż wstawienie się u Hitlera, 
została Ordonka zwolniona z Pawiaka i zezwolono jej wyjechać przez Prusy Wschodnie na neu- 
tralną wówczas Litwę. Zamieszkała w Wilnie, gdzie była jej ciotka ze strony matki, i gdzie ja też 
czasowo przebywałem. 
Pierwszy jej występ w Wilnie, w sali Teatru na Pohulance stał się manifestacją narodową. Wilno, 
będące wówczas pod okupacją litewską, cieszyło się jeszcze w porównaniu z resztą Polski, stosunko- 
wą wolnością. Wielu wybitnych literatów, dziennikarzy i artystów, wśród rzeszy wielotysięcznej 
uchodźców z terenów okupowanych przez Niemców czy Sowiety, nadawało spokojnemu kiedyś 
miastu przyśpieszony rytm stolicy. Ordonówna występowała tam w Teatrze Dramatycznym, dawała 
koncerty i recitale. W jej programie, obok starych, popularnych piosenek były też nowe o akcentach 
patriotycznych: kujawiaki, melodie góralskie, LajkonIk, PIeśń Warszawy. Widownia na jej występach 
zawsze była pełna. A brawa długie, niemilknące. Tak było do wkroczenia Armii Czerwonej do Wilna. 
Z powodu mojego politycznego zaangażowania, zajmowałem się opieką nad obywatelami polskimi na 
Litwie z ramienia Rządu RP na obczyźnie, zostałem aresztowany i przewieziony na Łubiankę 
w Moskwie. Wówczas władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów 
w Moskwie. Hanka, pomimo szantażu NKWD, z początku odmawiała, ale w końcu wyraziła zgodę, 
przede wszystkim ze względu na nadzieję interwencji w mojej sprawie. 
Po kilku koncertach w Rosji, wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Hanka próbowała wrócić 
do Wilna, ale została aresztowana. Wywieziono ją pod Kujbyszew nad Wołgą, do sowchozu - 
tuczarni świń. 


Henryk Rozpędowski: Wiemy, że Ordonówna spotkała potem zespół polskich artystów. Wydo- 
stała się z sowchozu i koncertowała w różnych miejscach Rosji. Gościmy w naszym studiu pana 
Adolfa Bożyńskiego, artystę, który przed wojną występował z Ordonówną, a w czasie wojny przez 
jakiś czas przebywał w Rosji. Panie Adolfie, czy zechciałby pan opowiedzieć, jak przyjmowała 
polską artystkę publiczność sowiecka? 
Adolf Bożyński: Publiczność moskiewska entuzjazmowała się występami Ordonówny tak samo, 
jak publiczność warszawska. Ówczesny sowiecki komisarz do spraw kultury, powiedział w rozmo- 
wie ze mną, że jej występy to objawienie, że czegoś podobnego Moskwa jeszcze nie widziała i nie 
słyszała. Ordonówna zdumiała wszystkich, zarówno znakomitym wykonaniem swych piosenek jak 
i nieporównywalną interpretacją wierszy polskich klasyków, jednoosobowych skeczy, małych 
scenek rodzajowych, błyskawiczną charakteryzacją, całkowitym panowaniem nad nastrojami sali, 
narzucaniem widzom nastroju - wszystko to wprowadzało mieszkańców Moskwy w osłupienie. 
Tak, sztuka Ordonówny to artyzm wyrafinowany. Ale uczucia i namiętności są wspólne wszystkim 
ludziom. W czasie jej artystycznej włóczęgi kołchoźnicy, półanalfabeci, oklaskiwali ją tak samo 
gorąco jak krytycy w Qui Pro Quo. 
H.R.: Potem Ordonówna zgłasza się do polskiej armii organizowanej w Rosji pod dowództwem 
generała Andersa. Rozpoczyna się epopeja, którą artystka wspomina jako jedno z największych jej 
przeżyć: transport dzieci polskich (głównie sierot wojennych) ciężarówkami z Aszchabadu do 
Bombaju wzdłuż granicy Afganistanu. W Indiach przyjaciele prowadząją do lekarza. Odnowiła się 
gruźlica. Przeżycia ostatnich lat zmogły jej organizm. Przez jakiś czas przebywała w sanatorium 
pod Bombajem, potem wyjechała do Teheranu. Pokonuje ogromną podróż: sześć tysięcy kilome- 
trów, częściowo wskroś pustyni, wojskowym jeepem. Z Persji, również samochodem, przyjeżdża 
do Palestyny. Mimo złego stanu zdrowia, koncertuje dla polskich oddziałów wojskowych. Daje 
ponad pięćdziesiąt koncertów, z czego część w warunkach polowych. Było to pięćdziesiąt wieczo- 
rów walki organizmu osłabionego chorobą z wolą pełnienia swej artystycznej misji, do końca, do 
granic możliwości. 
PIOSENKA: Wnx, tak bez cIebIe mi źle... [Skrzyżować w wyciszeniu z: Bo gdy harmonIa walca gra.] 
H.R.: Piosenki te nagrała Hanka Ordonówna na dwa lata przed śmiercią. Brakjej tchu, głos często 
się łamie i tylko niekiedy brzmiąjak dawniej wspaniałe, niepowtarzalne tony. 
Te piosenki - to dokument dramatycznych zapasów wielkiej artystki z nieubłaganym prze- 
znaczeniem. Ostatnie lata spędziła Hanka Ordonówna w Libanie pod opieką lekarzy i męża, który 
był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie. 


120
>>>
M.T.: Mieszkaliśmy w Brumaniu, pod Bejrutem. Była właściwie skazana na stałe leżenie w łóżku. 
Ale jej temperament twórczy, jej pasja życia, optymizm - nie gasły. Wprost przeciwnie, w tym 
czasie pod pseudonimem Weroniki Hort, napisała i wydała książkę Tułacze dzIecI. Przygotowywała 
do druku drugą książkę - ZamkI na lodzIe i zbierała materiały do powieści autobiograficznej. 
Pisała wiersze, nowele, impresje i artykuły. 
Przeżywała silnie boje pod Monte Cassino. Płakała, że nie może być na froncie, koncertować, 
śpiewać dla żołnierzy. Wtedy przyszło jej na myśl, że nie ma piosenek żołnierskich. Wkrótce, 
w 1945 roku, ukazał się w druku zbiorek jej PIosenek żołnIersldch. 
H.R.: W naszych archiwach mamy nagranie pieśni żołnierskiej, której kompozytorem i autorem 
jest Hanka Ordonówna. Wielka pieśniarka śpiewa swą optymistyczną pieśń gasnącym już głosem. 
PIOSENKA: [z wyciszenia] - NIe zmylą nas rozstajne drogI... 
H.R.: Jednym z najbardziej interesujących przejawów jej wszechstronnego talentu - jest malarstwo. 
Objawiło się nieoczekiwanie, u kresu życia. Jak obudziło się w niej zainteresowanie malarstwem? 
M.T.: Chora lubiła wpatrywać się w szczerby i pęknięcia na betonowej podłodze pokoju. Tworzyły 
w jej wyobraźni cały świat kształtów. Kiedyś wzięła do ręki węgiel, usiadła na podłodze i zaczęła je 
obrysowywać. Powstawały bryły, formy, obrazy. Z początku traktowała to jako rozrywkę. A potem 
malarstwo porwało ją zupełnie. Malowała wbrew zakazom lekarza, całymi godzinami, dniami. 
H.R.: Oglądałem obrazy, fotografie, reprodukcje. Obrazy są złe, gdy Ordonówna stara się naśla- 
dować "prawdziwe malarstwo". Kiedy są odbiciem przeżyć wyrażonych w autentyczny, jej własny 
sposób, są znakomite, świadczą o zdumiewających, malarskich wizjach. Tematyka obszerna: We- 
sele łowIckIe, DzIecI uchodźcze, PosIołek w RosjI, MarIa Magdalena, Portret MatkI, BeduInka, 
Psy, Pejzaż marsld. Płótno, o wymiarach z górą dwa na trzy metry - WInobranIe libańslde, wy- 
stawiono w Bejrucie w gmachu, w którym odbywały się obrady UNESCO. 
Zbliżała się jesień czterdziestego dziewiątego roku. Jesień w przyrodzie i zmierzch jej życia. Dys- 
ponujemy uszkodzonym wprawdzie, ale cennym dokumentem: nagraniem głosu gasnącej gwiazdy. 
PIOSENKA: Jak mI ucIec od tęsknoty. [Ostatnie nagranie. Śpiew bez towarzyszącego instrumentu.] 
H.R.: Ostatnią melodię, którą starała się zanucić, znali niegdyś wszyscy wielbiciele jej talentu. 
PIOSENKA: DźwIęk melodII zapomnIanęj. [Ordonówna przerywa piosenkę, mówi:] Dość! [Kaszle.] 
H.R.: Powiedziała "dość" i przerwała śpiew. 
Zmarła 8 września 1950 roku. 
Hanka Ordonówna - uosobienie optymizmu, radości życia, twórczej pasji wielkiej pracowi- 
tości - jest wzorem dla młodych polskich artystów. Jej piosenki będą brzmiały zawsze. 
PIOSENKI: Jak mI ucIec od tęsknoty, Pokochaj mnIe goręcęj, Sunny boy, Kochany. 
SPIKER: Słyszeli państwo audycję w opracowaniu Stanisława Julickiego, pod tytułem "Hanka 
Ordonówna - gwiazda niezapomniana". 
Mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, w programie świątecznym. 


*** 


W grudniu 1941 Hanka Ordonówna dotarła do Buzułuku. W obozach zbornych po- 
wstającej Armii Polskiej na Wschodzie znalazło się bardzo wielu aktorów i artystów 
przedwojennych kabaretów. Powstały aż dwie Czołówki Rewiowe, którymi kierowali: 
Feliks Konarski i Kazimierz Krukowski. Jednak z niewyjaśnionych do dzisiaj powodów, 
Hanka Ordonówna, do żadnego z tych zespołów nie wstąpiła. Powodów mogło być wiele. 
Między innymi zawiść i zazdrość, poczucie zagrożenia mniej znanych artystek, które 
sprowokowały zainteresowanie się władz wojskowych przyczynami, dla których Ordonka 
nie odmówiła występów w Moskwie. Pieśniarka ujęła się honorem. Po kilku dniach opu- 
ściła Buzułuk i udała się do Aszchabadu, gdzie jej mąż zajmował się organizacją pomocy 
dla polskich sierot, których rodzice zginęli na Syberii, w rosyjskich więzieniach, lub zna- 
leźli się w polskim wojsku. Ten fragment jej biografii też jest dość dobrze znany. Jako 


121
>>>
opiekunka grupy około setki dzieci w różnym wieku, i w różnym stanie zdrowia przebyła 
ogromną drogę aż do Indii. 
Od 1943 była w Palestynie. Przez kilka miesięcy oboje z Michałem Tyszkiewiczem 
byli oficjalnie zatrudnieni przez Czerwony Krzyż. Czuła się jeszcze dobrze. Dała dla 
wojska pięćdziesiąt koncertów. I to był wysiłek ponad jej możliwości. Odnowiła się gruź- 
lica. Konieczna była operacja, potem pobyty w sanatoriach. Od 1944 mieszkała z mężem 
w Libanie. Dobra opieka, rezygnacja z wysiłku artystycznego poprawiły jej stan zdrowia. 
Ale czuła się bardzo samotna. Pisała listy do wielu osób z kraju i przyjaciół, którzy pozo- 
stali na emigracji. Do Polski wysyłała paczki z kawą, pieprzem, herbatą, pończochami 
i butami dla dawnych koleżanek. Najserdeczniejsze kontakty utrzymywała z aktorami, 
którzy byli z nią w Wilnie, a po wyzwoleniu udało im się powrócić do Polski. Intereso- 
wała się powojennym życiem teatralnym w kraju. Pytała o kolegów, z którymi łączyły ją 
artystyczne lub prywatne przyjaźnie sprzed wojny. Te jej listy zapewne gdzieś są. 
W prywatnych domach. W jej zbiorach ocalały (nie wszystkie, niestety!) listy i kartki 
pisane przez m.in. aktora Łukasza Łukaszewicza, który w Wilnie opiekował się jej mie- 
szkaniem przy ulicy Kasztanowej 2, a repatriując się do Polski zabrał jej dwa psy Dżerę 
i Reka. Miał też w Polsce przez pewien czas duży zbiór jej piosenek i notatek, który póź- 
niej zaginął. Pisali też do niej inni aktorzy: Danuta Wyrwicz, Tadeusz Białkowski, Stani- 
sława Koszutska, Niuta i Wacław Zdanowiczowie, Bronisława Janikowska (legendarna 
Isia z prapremiery Wesela Wyspiańskiego). 
Do zniszczenia części korespondencji i obszernych fragmentów (całe strony wycięte 
są nożyczkami!) niesystematycznie prowadzonego dziennika, przyznał się sam Michał 
Tyszkiewicz. Dlaczego nie zniszczył wszystkiego? Jakim cudem ocalały bezcenne listy 
Fryderyka ]arosy' ego, najbardziej interesujące - Ireny Brzezińskiej, Zbigniewa Bliche- 
wicza, Elżbiety Osterwianki, i przykry dowód fałszywej przyjaźni aktorskiego małżeń- 
stwa Ochrymowiczów? 
Z przekazów pośrednich wiadomo, że Ordonka nawiązała korespondencję z przeby- 
wającym w Londynie Marianem Hemarem, którego prosiła o nowe wiersze i piosenki. 
Wiem, że jej odpisał. Ale ani w archiwum Hemara nie odnalazłam listów Ordonki, ani 
w zbiorach pieśniarki nie ocalał ślad ich korespondencji. 
Osobnego komentarza wymagają listy (które celowo pomijam w tej publikacji) Wła- 
dysława i Teodozji Ochrymowiczów, z którymi Ordonka znała się sprzed wojny. Była ich 
gościem w Nowym Jorku w 1938 r. 
Jest tych listów dwadzieścia. Ale w całości nie są interesujące. Rozplotkowane, cha- 
otyczne w treści, złośliwie opisujące losy dawnych kolegów, którzy w wyniku zawieruchy 
wojennej znaleźli się w Stanach Zjednoczonych: Jadwigi Smosarskiej, Marii Modzelew- 
skiej, Władysława Dana Daniłowskiego, Henryka Warsa, Stanisława Sie1ańskiego i innych. 
Są złym świadectwem nadawców, którzy pisali m.in., że "za dużo jest gwiazd na nie- 
bie i na emigracyjnej scenie...". 
Ale zawierają wiele cennych przyczynków do biografii Hanki Ordonówny. Ochry- 
mowiczom w Stanach Zjednoczonych udało się osiągnąć sukces. Bardziej finansowy niż 
artystyczny. Mieli w Nowym Jorku własny godzinny program radiowy*, do którego zapra- 
szali przebywających w tym mieście kolegów. Nadawali dużo polskiej muzyki. Także 


To była spółka Franciszka Zachary i Władysława Ochrymowicza: Trans-Phono Recording 
Co. Professional and Personal STUDIO RECORDINGS, 260 East 161 st Street (Studio 312) New 
York, N.Y. Tel. Melrose 5-6554. Podaję pełną nazwę i adres firmy, która działała ponad dwadzie- 
ścia lat i wydała kilkaset płyt. 


122
>>>
przedwojennej. Odnalezione dawne polskie płyty Hanki Ordonówny były częstym uroz- 
maiceniem radiowego programu. Cieszyły się uznaniem słuchaczy, którzy dopytywali się 
o powojenne losy artystki. Ochrymowiczowie mieli nawet pomysł ściągnięcia Hanki 
Ordonówny i Michała Tyszkiewicza do Stanów. Ale przestraszyli się informacji o jej nie- 
najlepszym stanie zdrowia. Chora Ordonka nie mogłaby przecież występować. Szybko 
więc wycofali się (w mało elegancki sposób!) z tej propozycji. Mieli inny pomysł. Aby 
artystka na własny koszt nagrała w miejscowym studiu kilka piosenek ze skromnym 
akompaniamentem i wysłała nagrane "woski" do Stanów. Tak się stało. Ordonka poniosła 
koszty wynajęcia studia, opłacenia akompaniatora. Wysiłek okazał się tragiczny dla jej 
zdrowia. W dniu nagrania była ubrana w granatowy kostium, na głowie miała kapelusz 
z dużym rondem. Białe rękawiczki, czarne pantofle i torebka - też czarna - uzupełniały 
strój. Niewątpliwie podniecenie dodało jej sił. Niestety na krótko. W studiu, na prośbę 
akompaniatora śpiewała do mikrofonu siedząc. Ale nie oszczędzała głosu. Mimo osłabie- 
nia zaśpiewała z brawurą, radośnie. Dała z siebie maksimum wysiłku dla uzyskania moż- 
liwie dobrej jakości nagrania. Po nagraniu zasłabła. Gdy "woski" dotarły do Ochrymowi- 
czów, oni nagle przestali być zainteresowani wydaniem tej płyty. Pisali, że zmienił się 
gust słuchaczy, którzy wolą melodie taneczne (polki!), a ona sama jest już przebrzmiałą 
legendą. Jednym słowem poinformowali śmiertelnie chorą Ordonkę, że płyty nie wyda- 
dzą. Minął jednak rok i Ordonka dostała wiadomość z Brazylii, że są w sprzedaży jej 
płyty i cieszą się ogromnym powodzeniem wśród Polonii. Był to dla niej szok. Ochrymo- 
wiczowie ją po prostu oszukali. Płyty zostały wydane w dość dużym nakładzie (lO tysię- 
cy!) i były rozprowadzane wszędzie tam gdzie mieszkali Polacy. Dotarły nawet do Polski. 
Bardzo chora artystka nie dostała nie tylko żadnego honorarium, ani zwrotu ponie- 
sionych kosztów, ale nie dostała nawet jednego egzemplarza tej płyty! Był to dla niej 
ogromny wstrząs psychiczny. Cała sprawa wydała się w styczniu 1950 r. i przyspieszyła 
powrót choroby, która czaiła się w ukryciu. 8 września 1950 Hanka Ordonówna zmarła. 
Została pochowana na miejscowym cmentarzyku, skąd w 1990 r., na skutek interwencji 
Jerzego Waldorffa, została ekshumowana i pochowana w Alei Zasłużonych na warszaw- 
skich Powązkach. 
W opublikowanym wspomnieniu, w wychodzącym w Londynie, "Dzienniku Polskim 
i Dzienniku Źołnierza" 20 września 1950 r. Konrad Tom pisał: 


Sztuka aktorska jest palcem po wodzie pisana, aktora, którego traci się z oczu - tra- 
ci się i z serca. Już w ostatnich latach fascynująca sylwetka Ordonki zatarła się w wyob- 
raźni ogółu. Nieliczni tylko przyjaciele interesowali się jeszcze gasnącą gwiazdą, wie- 
dzieli, że w Libanie walczy z nieubłaganą chorobą. Wokoło postaci Ordonki,jednej z naj- 
popularniejszych aktorek, wytworzyła się jaskrawa i chaotyczna legenda. Ale prawdziwa 
Ordonka była o wiele ciekawsza od anegdotek i legend. Niespożyta siła witalna Hanki 
wywracała wszystkie przeszkody na drodze do kariery. Zapałem czy też "zawzięciem się" 
mogła pokonać najtrudniejsze zadanie, opanować na poczekaniu każdy tekst, ułożyć każ- 
dy taniec. Był to fenomen mnemotechniki i szybkiej orientacji. Miała z natury nie- 
skazitelną dykcję, giętkość głosu, poczucie rytmu, plastyki ciała. Nikt jej nie uczył teatru, 
dopiero znacznie później tamten czy ów reżyser doszlifowywał ten wspaniały diament. 
Intuicja prowadziła ją nieomylnie, a skupiona siła wewnętrzna dawała przedziwną 
sugestywność jej interpretacji. Błahe w gruncie rzeczy piosenki nabierały blasku i głębi, 
docierały do wyobraźni słuchacza i pozostawały w niej długo. Mała rzeczka Manzanares, 
Ballada o szaleństwach Mac Donalda, KnIagInIuszka, UlIczka w BarcelonIe, czy sto in- 
nych piosenek utrwaliło się w pamięci tłumów, nie dzięki autorowi, kompozytorowi, ale 
dlatego, że wmówiła je w nas Ordonka. Fantazja nieraz dodawała jej skrzydeł na scenie 
i była natchnieniem dla autorów. Choroba mogła zwyciężyć ciało, lecz nie mogła sparali- 
żować fantazji. 


123
>>>
W mojej osobistej pamięci Ordonka pozostanie pewnie taka, jaką zastałem ją w Pale- 
stynie w 1943 roku: żałosną garsteczką popiołu, w której niesamowitym blaskiem żarzyły 
się jeszcze iskierki zapału. Chciałbym bardzo, żeby w pamięci ogółu pozostałajak najdłu- 
żej świetną, promienistą gwiazdą, Ordonką ze starej budy Qui Pro Quo. 
Składam tę skromną wiązankę wspomnień na jej tułaczej mogile z bolesnym prze- 
świadczeniem, że odeszła na zawsze nieprzeciętnajednostka, dobra Koleżanka i zasłużo- 
ny członek naszej teatralnej społeczności. 


*** 


jesienią 1995 r. byłam w Waszyngtonie u Tadeusza Wittlina. Pisałam wówczas ob- 
szerny szkic do biografii Fryderyka Jarosy' ego. Byłam zainteresowana wyjaśnieniem 
wielu wątpliwości w jego bogatym życiu artystycznym, ale i prywatnym. Na prośbę auto- 
ra książki Hanka Ordonówna. Pieśniarka Warszawy ijej ś wiat zabrałam do Polski ocalałą 
część archiwum legendarnej pieśniarki. Wybrane do publikacji listy są naj ciekawsze 
z całego zbioru. Brakuje w nim m.in. korespondencji z Konstantym Ildefonsem Gałczyń- 
skim, która została przekazana córce poety, pani Kirze Gałczyńskiej. Oraz listów (ilu 7) 
Mariana Hemara, które były "widziane" w Londynie przez Edwarda Dziewońskiego. 
Może kiedyś ktoś je odnajdzie. Na pewno były interesujące. 


LISTY OD IRENY BRZEZIŃSKIE]" 


1. 


M.P.[Recanati] 28.3.[19]46 


Ppor. Irena Brzezińska 
Polish Forces C.M.F. 
Teatr Dram[atyczny] 2 Korp[usu] 


Najdroższa Haneczko Moja! 


Co za radość z Twego listu! Hip, hip, hurra!! 
jesteś, żyjesz i masz humor - to najważniejsze. W Warszawie czytałam o Tobie 
w "Biuletynie Polski Podziemnej", że opiekujesz się polskimi dziećmi, gdzieś w Indiach. 
Tak Ci wówczas zazdrościłam, bo ja siedziałam w kraju i byłam szczuta przez tych prze- 
klętych Niemców-gestapowców. Ale jakoś Bóg dał, że wyszłam z tego cało, bo postrzelili 
mnie tylko w kolano, ale z życiem udało mi się z tego piekła wyjść. Straciłam swoich 
Najbliższych, między innymi brata, którego Niemcy zastrzelili jak psa w egzekucji pu- 
blicznej - ija na to patrzyłam - możesz sobie wyobrazić co się wówczas ze mną dzia- 
ło. Ale co Ci będę pisać o tych koszmarach. Wszyscy w tej wojnie przeszli ciężkie 
i trudne chwile. 
Droga Moja! ja z Wilna wyszłam, a właściwie wyjechałam do Warszawy, po wejściu 
Niemców do Wilna, a więc we wrześniu 1941. Ciotki Twojej nie widziałam, ale wiem od 
Władka, który się opiekował Twoimi psami, że Ciotka Twoja jest i dobrze się czuje. Co 
później było, tego niestety nie wiem, bo z Wilnem zerwałam kontakt zupełnie dla wielu 
powodów. Między innymi dlatego, że weszłam w dużą konspiracyjną robotę podziemną 


124
>>>
i lepiej było, abym o pobycie w Wilnie nie mówiła. Gdyż jak wiesz Gestapo zaraz by się 
mną zainteresowało. 
Dużo zresztą koleżanek i kolegów z wileńskiego teatru też wróciło do Warszawy. Ale 
dużo też zginęło lub umarło. Między innymi Lusia Aleksandrowicz (Kielanowska) zgi- 
nęła w Oświęcimiu. Zosia Tatarska też zginęła bardzo tragiczną śmiercią, Nina Świer- 
czewska umarła po porodzie, na zakażenie. Ale jakoś te śmierci nie robiły wrażenia - bo 
wiesz, dziecinko, że życie nasze, Polaków, podczas okupacji było bardzo tanie i nieważ- 
ne. Ginęło przecież tylu wartościowych ludzi codziennie, mordowanych w więzieniach 
i obozach koncentracyjnych. Nie ma domu, ani rodziny w Polsce, aby kogoś nie ubyło, 
aby kogoś nie zamordowali. Miałam nie pisać o tych koszmarach i naturalnie poniosło 
mnie, takjak zawsze ile razy o tym mówię. 
Hanuś Kochana! Martwi mnie Twoja choroba, ale to chyba niejest tak poważne, abyś 
nie mogła w niedługim czasie wrócić na scenę! Ażebyś wiedziała, jak jesteś potrzebna, 
ijaki czuje się brak Ciebie, gdy patrzy się na dzisiejsze tzw. "rewie"! Nie dalej jak wczo- 
raj byłam w Ankonie na Cyruliku Warszawskim z ]arosym, który tu przyjechał z terenów 
niemieckich. 
No, mój Boże! Poza nim i Zosią Term
 nikogo tam nie ma, i pomyślałam sobie - 
Boże, dajcie tutaj Hankę Ordonównę, która jest nie do zastąpienia. 
Tak, Haneczko! Musisz, musisz wrócić na scenę! Wierzę w to, że zobaczę Cię jesz- 
cze w którejś z Twoich niezapomnianych kreacji piosenkarskich, albo w Johnym... 
Mój Boże! Jak bym chciała pracować, w tym samym teatrze co Ty, i móc się od Cie- 
bie uczyć. Jak patrzę na to dzisiejsze pokolenie aktorskie - to naj młodsze - to mówię 
Ci, płakać mi się chce! Jaki ci ludzie mają do sztuki stosunek, Boże! 
Nie masz pojęcia, jaka jestem szczęśliwa, że przygotowywali mnie, i uczyli, tacy lu- 
dzie jak: Stanisława Wysocka, Stanisław Stanisławski, Aleksander Zelwerowicz, Stefan 
Jaracz, i inni... 
To przecież byli (niestety byli, bo poza Zelwerem, wszyscy wymienieni już nie żyją!) 
ludzie z prawdziwego teatru i mieli uczciwy i rzetelny stosunek do sztuki. Mam wrażenie, 
że to jest jakaś niesprawiedliwość, że właśnie tacy ludzie odchodzą i nigdy już się ich nie 
zobaczy... 
Dziecinko złota, piszesz mi, że chcesz wiedzieć, co robię? Na szczęście dużo pracuję, 
bo od momentu mego przyjazdu na teren 2 Korpusu, jak zaczęłam grać, to bez przerwy 
(a to już 10 miesięcy) nie mam wolnej sztuki - z czego się ciszę, bo w przeciwnym wy- 
padku można byłoby oszaleć. Pewnie, że to nie są najlepsze warunki pracy, ale i te są 
dobre dla kogoś kto chce pracować. W tej chwili jestem w próbach sztuki Szkarłatne 
róże, nie wiem, czy znasz? 


Współczesna komedia, włoskiego pisarza Aldo de Benedettiego. Naturalnie, nic nad- 
zwyczajnego, ale przyjemny dialog, który trzeba umieć mówić bardzo prosto, co jest 
bardzo trudne. Poprzednie sztuki, w których grałam to: Mirandolina i Śluby panieńskie. 
W pierwszej grałam Mirandolinę, a w drugiej - Klarę. Podobno nieźle, ale ja nie by- 
łam zadowolona. Kielanowski, który jest także tutaj, powiedział mi, że bardzo się aktorsko 
rozwinęłam. Nie wiem, może. Och! Jakbym chciała, abyś Ty mogła mnie zobaczyć i coś 
powiedzieć, dać kilka cennych swoich wskazówek. Mam okropną tremę przed premierą, 
która się zbliża szybkimi krokami (12 kwietnia) - pewnie do tego czasu nie dostaniesz 
jeszcze mego listu. Jeżeli zaś tak, to proszę Cię, Haneczko, trzymaj palce za mnie - do- 
brze? Śmiejesz się?! Kochana Moja! Mam do Ciebie prośbę, przyślij mi swoją fotografię, 
niestety mnie wszystkie fotografie i w ogóle całe mieszkanie spaliło się podczas powstania, 


125
>>>
tak że zostałam tak jak stałam, to znaczy w spodniach i jakiejś bluzce - w ubraniu, w któ- 
rym walczyłam podczas powstania, i w którym wzięto mnie do niewoli. 
A więc żadnych pamiątek, żadnych fotografii - wszystko się spaliło. Będę bardzo 
szczęśliwa, jeżeli mi przyślesz swoją śliczną mordkę na zdjęciu, wszystko jedno jaką! 
A jeżeli będziesz chciała, to ja przyślę Ci swoją, z ostatniej sztuki - dobra? 
Kochana, powiem Ci chyba już do widzenia, bo jesteś zmęczona tym moim chaoty- 
cznym listem i tą ilością bolesnych wspomnień. 
Droga Moja, Mocno, mocno Cię całuję, i będę prosić Boga aby pozwolił Ci jak naj- 
szybciej wrócić do zdrowia i tym samym na scenę. 
Najserdeczniejsze pozdrowienia dla Twego Męża. Dla którego mam tyle szacunku za 
postawę jaką miał podczas okupacji sowieckiej w Wilnie. 
Całuję Cię mocno i tulę do serca. 
Kochana, dziękuję Ci bardzo za gościnę, którą mi ofiarujesz w domu Państwa. 
Niestety, teraz o urlopie nie ma co marzyć - może po wygraniu tej sztuki, zgodzą się 
dać mi urlop, to wtedy jeżeli będę miała możliwości, przyjadę. 


Irena Brzezińska 


* Irena Brzezińska (1911-1994), aktorka, absolwentka ostatniego rocznika warszawskiego 
PISI. Po roku 1946 działała w teatrze emigracyjnym w Londynie. 


2. 


CHECKENDON.5.xI.[19]47. 


Haneczko Najdroższa! 


Zazdrość mnie pożera. Zbyszek [Blichewicz] *, który dostał dzisiaj list od Ciebie 
i Twoją wspaniałą fotografię. Mój Boże! Patrzę na Ciebie i zaraz tyle wspomnień się 
nasuwa - Wilno, teatr i nadzieja, że będzie inaczej, lepiej... 
Kochana, wyglądasz wspaniale! Nie widzę żadnej różnicy, a raczej widzę, ale na lep- 
sze, według mnie, teraz wyglądasz dużo lepiej, gdyż buzia jest wypoczęta, śmiejące się te 
Twoje piękne oczy, które tak b. lubię. 
Wówczas, w Wilnie, byłaś mizerna, zmęczona i b. szczupła, ale wtedy byłaś po 
aresztowaniu i siedzeniu na Pawiaku, więc nic dziwnego, że tak a nie inaczej wyglądałaś. 
Nie śmiem Cię prosić, ale, tak bym bardzo chciała mieć Twoją fotografię. Niestety te, 
które dostałam od Ciebie w Wilnie - spaliły się w Warszawie, wraz z całym mieszka- 
niem. Nawet nie mam żadnej "rzeczy", która by mnie łączyła z życiem sprzed 39 roku. 
Kochana, masz rację pisząc o smutnej i ciężkiej niedoli Polaków na emigracji. Nie 
miałam pojęcia, że to może być coś tak smutnego. Piszesz, że zazdrościsz nam tego, że 
gramy, nie powinnaś, gdyż z bliska to nie jest takjak sobie wyobrażamy. Sztuka nasza na 
emigracji jest z góry skazana na zagładę, a to co teraz robimy, to zaledwie namiastka. 
Cieszę się bardzo, że myślisz o koncertach, och Boże, jakbym chciała Cię widzieć i sły- 
szeć w Twoich niezapomnianych kreacjach, jak: Johny, Śmierć Mac Donalda, Serce Szo- 
pena i tyle, tyle, różnych piosenek śpiewanych przez Ciebie. 
Hanuś, więc rzeczywiście, że dziwna historia wyszła z naszymi listami. Gdyż wów- 
czas, jeszcze we Włoszech, jak otrzymałam Twój list (natychmiast odpisałam), który mi 
zwrócono i teraz dowiaduję się, że z Twoim listem do mnie była analogiczna historia. 
Było mi przykro, gdyż bardzo chciałam być z Tobą w kontakcie. Haneczko, może to 
będzie trochę brzmiało dziwnie, ale wierz mi, że mówię to szczerze i z głębi serca. - Ja 
Ciebie uwielbiam! ! 


126
>>>
Nie wiem za co? Czy za Twój talent, czy za Twoje człowieczeństwo, czy za Twój 
urok. To nie ważne, fakt, że tak jest. Ile razy chociażby pomiędzy naszymi koleżankami 
w garderobie, stawiałam Ciebie za przykład. Kochana, na razie całuję Cię gorąco i tulę do 
serca. Lecę na próbę, po premierze napiszę obszerniej. 


Irena Brzezińska 


* Zbigniew Blichewicz (1912-1959), aktor i reżyser. Od 1956 pracował w RWE w Monachium. 


LISTY OD ZBIGNIEWA BLICHEWICZA 


1. 


Recanati - 5. IY.[19]46. 


Kochana Pani Haneczko! 


Nie potrzebuję Pani opisywać chyba jaką radość sprawił mi Pani list. Boże kochany, ileż 
to czasu minęło, jakeśmy deptali deski polskiego teatru w Wilnie, ileż to rzeczy się przez ten 
czas przewaliło. Strasznie, strasznie Pani dziękuję. 
Proszę mi wierzyć, że skorzystam z pierwszej okazji urlopowej, ażeby wpaść do Pań- 
stwa. 
O chorobie Pani słyszałem, mam jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze, tak jak 
w ,,12-ej Nocy". Japo upadku Powstania znalazłem się za drutami, potem trochę 
w I Dywizji, no a teraz - już pół roku w 2-gim Korpusie. Gram dużo: więc w Mirando- 
linie Goldoniego grałem kawalera Ripafrattę, w Ślubach panieńskich Fredry, Gustawa, 
a teraz właśnie w l11ele hałasu o nic Shakespeare'a, Klaudia. Narzekać więc na brak 
zajęcia nie mogę. Źona moja jest w Niemczech w I Dywizji i wybiera się do mnie. Była 
razem ze mną w Powstaniu Warszawskim. Nie wiem, czy Pani wie, że jest tu u nas Le- 
opold Kielanowski, od którego ma Pani serdeczne pozdrowienia. Strasznie chciałbym 
Panią, Siostrzyczko, zobaczyć i wszelkich starań dołożę, by możliwie nie za długo na tę 
przyjemność czekać. - Jak się czuję? Mówiąc szczerze trudno się dobrze czuć wobec- 
nej sytuacji, w każdym razie postanowiłem nie poddać się pesymizmowi. To jest jedyne, 
co w tej chwili możemy. Miałem oczywiście chwile depresji i to nawet może trochę za 
mocnej, ale teraz już postanowiłem z tym skończyć. Jak do Państwa przyjadę to sobie 
obszernie o starych Polakach pogadamy. 
Ale zanim to nastąpi mam nadzieję, że będziemy prowadzili częstą korespondencję. 
Źyczę Pani, Haneczko, z całego serca prędkiego polepszenia i rączki całuję, dziękując raz 
jeszcze za pamięć. 


Zbyszek Blichewicz 


Dla Męża Pani serdeczne pozdrowienia. 


* Żoną Blichewicza była Maria Sznukówna, też aktorka. Popełniła samobójstwo w 1958 r. 
w Monachium. On zginął w kilka miesięcy po niej. Ich tragiczna śmierć (spowodowana niemożno- 
ścią odnalezienia się w warunkach emigracyjnego życia), w historii powojennego teatru polskiego, 
stała się symbolem smutnego losu artystów żyjących poza krajem. 


127
>>>
2. 


Mielfield 29.12.[19]46. 


Kochana Pani Haneczko! 


Ogromnie się cieszę, bo wnosząc z listu, czuje się Pani znacznie lepiej, skoro udaje 
się Pani w góry. Naprawdę, że bardzo się cieszę. Ja w Italii miałem gór pod dostatkiem, 
więc wiem, co to za radość ijaki odpoczynek myślom dają. A tego nam ogromnie wszyst- 
kim potrzeba. Pani list zastał mnie już w Anglii i gonił mnie dość długo, bo otrzymałem 
go dopiero teraz. Anglia po Italii - straszna rzecz. Do tego kraju nie mógłbym się nigdy 
przyzwyczaić, a mimo to zapisałem się do PKPR. - Co robić, taki już nasz los. 
Pyta Pani jak się Shakespeare udał? Owszem, piękna wystawa, olbrzymie sceny wło- 
skie, tylko nie wiem dlaczegośmy grali właśnie tę komedię, a nie na przykład l11eczór 
trzech króli albo Poskromienie złośnicy, gdyż l11ele hałasu o nic dla mnie jest jedną 
z naj słabszych komedii Shakespeare'a. No, ale przeszło. Teraz w Anglii wznawiamy Ślu- 
by panieńskie. Bardzo lubię tę sztukę i moją rolę (Gustaw). To jest prawdziwa perła 
w skarbcu naszych komedii. 
Z kraju zawsze mamy względnie świeże wiadomości i wiemy prawie o każdym, co 
robi. Do Kielanowskiego pisał niedawno Martyka Stefan, namawiając nas lekko do kraju. 
Ale jakoś nie zdołał nas przekonać. Janek Ciecierski jest dyrektorem teatru, zdaje się we 
Wrocławiu. Schiller jest tam główny komunista i trzęsie wszystkim i tak każdy sobie 
rzepkę skrobie. 
Źona moja jest na terenie Niemiec w I Dywizji Pancernej i zjedzie tutaj, przypusz- 
czam, nie wcześniej jak w marcu. Bardzo dziękuję za zaprosiny, i jak w Italii, tak i tutaj 
nie rezygnuję wcale z okazji "wpadnięcia" do państwa. Trochę zabawnie wygląda ten 
termin jeśli się zważy odległość między Bejrutem a Edynburgiem, prawda? 
Niemniej jednak podtrzymuję to nadal, co powiedziałem. Nie wiem tylko jeszcze jak 
w tym PKPR będzie z urlopami, ale myślę, że jakoś to się przecież da wykręcić. Na razie 
jednak muszę do przyjazdu żony poczekać. 
Kończąc zasyłam najserdeczniejsze życzenia Noworoczne. Oby Bóg dał, żeby ta ma- 
gicz na " 7" coś nam lepszego przyniosła nareszcie. 
Rączki Pani mocno całuję - Pozdrowienia dla Męża 


Zbyszek Blichewicz 


Podaję dla pewności adres mój: 
Polish Forces, Mielfield - Camp 
Alnwick - Northumberland 


3. 


Checkendon 20.9.[19]47. 


Bardzo Droga Pani Haneczko! 


Ucieszyłem się mocno, otrzymawszy list Pani, choć przyszedł z dużym opóźnieniem, bo 
już tu w Anglii zmieniłem kilka obozów, więc list gonił mnie po całym kraju. Grunt, że jest. 
Otóż ja jeszcze na razie pracuję w teatrze. Mieliśmy nawet duży festiwal w Londynie, 
gdzieśmy wprowadzili w czyn dewizę "mierz siły na zamiary". Na pierwszy ogień poszło 
widowisko złożone i zatytułowane "Droga Konrada", na które się składał Mickiewicz, 
Wyspiański, Krasiński i Źeromski. Obu Konradów (Dziady i VJyzwolenie) przypadło 


128
>>>
w udziale grać mnie, jak również Sułkowskiego, więc, że tak powiem, byłem "gwoź- 
dziem" widowiska. Podobno artystyczny sukces (widowiska, nie mój!) duży. Potem szły 
Śluby panieńskie, gdzie robiłem swojego Gucia, potem Skalmierzanki, potem Gdzie dia- 
beł nie może Niewiarowicza i znowu Śluby.. 
"Drogę Konrada" mamy powtarzać teraz na 11 listopada. Kielanowski jest w naszym 
teatrze i mówił, że pisał do pani. Irka Brzezińska również jest ze mną. Pisała do pani, ale list 
wrócił z dopiskiem, że Pani nie majuż na starym m.p.,jak się mówi w języku wojskowym. 
Martyka administruje w Warszawie u Szyfmana. Pisał do nas. 
Źona moja już jest w Anglii. Umieściłem ją w Londynie i nawet zatrudniłem przy 
pomocy p. Marii Balcerkiewicz. Urocza kobieta i ma pasję do pomagania innym. Jestem 
jej szczerze wdzięczny. Tyle mniej więcej o mnie. 
A teraz o Pani. Z dziką rozkoszą przyjąłem wiadomość, że Pani ma się już dobrze. 
Naprawdę, że się bardzo, bardzo cieszę. Dobrze również, że Pani ma tam przyjemne 
otoczenie i to zarówno Polaków, jak i tubylców. Ja nawzajem o Anglikach tego powie- 
dzieć nie mogę. Anglosasi nie należą do najprzyjemniejszych narodów. Otoczenia Pani 
zatem zazdroszczę. A z naszych co przyjemniejsi ludzie wyjeżdżają albo do Kraju, albo 
gdzieś emigrują z tej "miłej" wysepki. Dziękuję serdecznie za zaproszenie, które powta- 
rza Pani w każdym liście, ale na razie jest to zupełnie niemożliwe, a nie sądzę, by 
i w przyszłości coś się w tym sensie na lepsze zmieniło. Bardzo bym chciał, ale... Marzy- 
łem z początku o tym, ale teraz marzenia te tak mi się wydają nieosiągalne z najrozmait- 
szych względów, że nie ma co i marzyć. W każdym razie za szczere ze strony Pani inten- 
cje najserdeczniej dziękuję. 
Ponieważ jednak sam nie mogę przyjechać, przesyłam zastępcę w postaci mojej 
skromnej fotografii. Co prawda nie z żadnej sztuki, tylko zwykłe, codzienne w battle 
dressie, ale trudno się mówi. Czy bardzo się zestarzałem? Zdjęcie zresztąjest bardzo nie- 
dobre, mimo że robił je dobry fotograf. 
Wyobrażam sobie, jak teraz pięknie jest w Libanie. Tutaj, w tym roku, było wyjątko- 
wo ładne lato, jakiego podobno nie było od stu lat, a mimo to nie mam serca do tego kraju 
i nie mogę się jakoś zaklimatyzować. Jeszcze jak na wielką ironię losu, przyjechaliśmy 
tutaj z tak cudownego kraju, jakim jest Italia. Nie mówiąc już o Polsce. Do Italii tęsknię 
bardzo. Zdaje mi się, że to jest jedyny kraj, gdzie poza Polską mógłbym się jeszcze jakoś 
czuć. Dlatego zazdroszczę Pani Libanu, bo wyobrażam sobie, że to jest coś w tym ro- 
dzaju. 
Dlatego cieszę się bardzo Pani radością. Kończąc całuję mocno rączki Pani i zasyłam 
Państwu obydwojgu dużo serdecznych życzeń. 


Zbyszek Blichewicz 


P.S.: 
Pozdrowienia od mojej żony i od wszystkich znajomych. 


4. 


Checkendon 2.12.[19]47. 


Kochana Pani Haneczko! 


Ogromnie dziękuję za wspaniałe zdjęcie. Wygląda Pani rzeczywiście doskonale. Te- 
raz widzę, że choroba istotnie się skończyła. Chwalić Boga. 
Tutaj teraz zaczęli napływać ludzie z Waszych stron, no i klną na czym świat stoi. 
Ogromnie żałuję, że nie dane mi było wszystkich tych cudów oglądać. Teraz objeżdżamy 


129
>>>
wyspę (Anglię) ze współczesną sztuką Budzyńskiego Spotkanie. Sztuka jest satyrą, bar- 
dzo dowcipną, na stosunki emigracyjne. Powodzenie szalone. Bardzo dobra jest Irena 
Brzezińska jako Major-kobieta z AK. Mam bardzo dobre sceny z nią, i dobrze nam się 
gra. Sztuka zrobiła już dużo szumu tutaj, aczkolwiek w Londynie jeszcze grana nie była, 
i dopiero zawędruje tam w styczniu. Zgadła Pani, że w tych rolach, które są przez Panią 
wymienione czuję się najlepiej i one najbardziej mnie pociągają. No, ale tylko tego ro- 
dzaju rzeczy grać nie można, więc się robi, co się może, byle jakoś dalej szło. Pyta Pani 
co sądzę o sensie naszej emigracji? Oczywiście, że zgadzam się ze zdaniem jej całkowi- 
cie, ale czasem jak się sobie i innym człowiek bliżej przyjrzy, to naprawdę, że ręce opa- 
dają. Nasz teatr prowadzi Jadwiga Domańska, a kierownikiem artystycznym jest Leopold 
Kielanowski. Przedtem był Wacek Raduiski, ale przeszedł do Pierwszego Korpusu już 
kilka miesięcy temu. 
Z Hemarem pogadam na pewno w sprawie, o którą Pani prosiła. Teraz, i on, i ja je- 
steśmy bardzo zajęci, bo on wystawił szopkę polityczną, ajajeżdżę ze Spotkaniem. 
Zdaje się, że zanim ten list dojdzie, to już będą święta. Chciałbym zatem życzyć Pani 
przede wszystkim zupełnego powrotu do zdrowia, no i bardzo szczęśliwej i owocnej 
jeszcze pracy na scenie, jak za dawnych dobrych czasów. I niech ta Gwiazdeczka Boża, 
która zaświeci tego cudownego Wieczoru zarówno tam, jak i tu, da nam wszystkim to, do 
czego stale wyrywają się nasze dusze i serca. 
Łączę naj serdeczniejsze wyrazy szacunku i przyjaźni dla obojga Państwa - pozdro- 
wienia od wszystkich. 


Zbyszek Blichewicz 


LISTY OD FRYDERYKAJAROSY'EG0 1 


1. 


Tel Aviv, 23 X [19]47 


Droga i kochana Haneczko! 


Mój Boże - z czego zacząć taki list, by był mostem przez czas (i jaki czas!) - 
przez przestrzeń, koszmary, wzniesienia, upadki, łzy i uśmiechy; by był mostem pomię- 
dzy naszym ostatnim spotkaniem w płonącej Warszawie i przyszłym, o którym marzę 
i które mam nadzieję - niedługo nastąpi. 
Nie sposób opisać Ci, co przeżyłem przez te 8 lat, wiem tylko, że kiedy w 1945 r. za- 
cząłem wierzyć w to, że jestem jeszcze śród żyjących i otworzyłem teatr polski 
w Brukseli - ogarnął mnie ogromny, nieopisany smutek na wiadomość w gazetach, że 
jesteś bardzo chora. Źadnymi sposobami nie mogłem się dowiedzieć Twego adresu, ani 
we Włoszech, ani w Anglii - i tu nagle człowiek, który go ma i mówi, że mieszkasz nie 
tak daleko ode mnie. 
Bo od 3 tygodni jestem w Tel-Aviwie, dokąd mnie zaangażowali na 6 miesięcy jako 
reżysera teatru Li-La-L0 2 . Więc piszę naturalnie natychmiast. Stoi przede mną Twoja 
fotografia, którą Helena 3 podarowała mi w Londynie, i dopóki Ciebie samej nie zobaczę, 
przenoszę na nią wszystkie serdeczne myśli, wszystkie naj głębsze uczucia, które towarzy- 
szyły moim, ach jak częstym, wspomnieniom o Tobie, - czy to, kiedy siedzieliśmy ra- 
zem na Daniłowiczowskiej i ja drżałem o Ciebie, czy to w konspiracji, kiedy los połączył 
mnie z cudownym człowiekiem (Janka) 4, który był wielkim Twoim wielbicielem 
i z którym tak często o Tobie mówiliśmy, czy to po ucieczce z więzienia w beznadziejnym 
ukrywaniu się przed Gestapo, kiedy mój gospodarz z organizacji 5 , by mnie podtrzymać na 


130
>>>
duchu, zagrał moc Twoich płyt, czy to w obozie koncentracyjnym, kiedy śród majaczą- 
cych się wszystkim postaci kobiecych Ty u wielu zajmowałaś pierwsze miejsce - czy to 
w Powstaniu Warszawskim, w którym brałem taki udział, jak Ci kiedyś przyrzekłem, 
kiedy mówiliśmy o Dziadku - i podczas którego moja grupa szła do ataku z wierszem: 
Czy to jest Twoja melodia, Warszawo?!' 
Tysiąc ijedną noc musielibyśmy przegadać, bym się dowiedział, co Ty przez ten czas 
przeszłaś, a Ty - co ja. 
W każdym razie - już to, że mogę teraz pisać do Ciebie w nadziei, że list dojdzie do 
Twoich rąk, jest wielkim CUDEM po tym wszystkim. Ale bardzo Cię proszę - po- 
twierdź zaraz jego otrzymanie, bym wiedział, czy adres jest jeszcze aktualny. 
Pozdrów naj serdeczniej M iszę 7 ode mnie, o perypetiach którego opowiadał mi 
w Londynie min. Kwapiński 8 i który - jak i Ty - ma wieczny pomnik w sercu Heleny. 
Całuję Cię, Haneczko, moja droga, z głębi serca i czekam na wiadomość. 
Adres mój jest: Fryderyk ]arosy, Hotel San Remo, Tel Aviv, Palestine. 
Toujours le meme 


- Twój ]arosik 


l Fryderyk Jarosy (1889-1960), aktor, reżyser, legendarny konferansjer teatrów rewiowych 
przedwojennej Warszawy. Od 1946 działał w środowisku teatralnym emigracji polskiej w Londy- 
nie. Listy były ogłoszone w "Pamiętniku Teatralnym" 1998 z. 1-2. 
2 Więcej o teatrze rewiowym Li-La-Lo w: N. Gross, W drodze I po drodze - polskIe korzenIe 
hebrajskIego kabaretu, Archiwum Emigracji 2000 z. 3 s. 103-110. 
3 Helena, to siostra F. Jarosy' ego, która w Londynie mieszkała od lat przedwojennych. Znała 
Ordonkę osobiście. 
4 Janina Wojciechowska (1900-1980), powojenna towarzyszka życia F. Jarosy' ego. 
5 Kazimierz Koźniewski, który był konspiracyjnym "szefem" Jarosy' ego. Na jego polecenie, 
ukrywający się w okupowanej Warszawie artysta, pisał po polsku i po niemiecku antyhitlerowskie 
wierszyki. Po polsku, były drukowane w prasie podziemnej, po niemiecku - naklejane na wagony, 
które z żołnierzami niemieckimi jechały na front wschodni. 
6 Aluzja do melorecytacji wiersza]. Tuwima MelodIe Warszawy, który Ordonka z wielkim 
powodzeniem wykonywała w teatrzyku Banda. 
7 Michał Tyszkiewicz (1903-1974), mąż Hanki Ordonówny. 
8 Jan Kwapiński (1885-1964), działacz polityczny. W latach 1941-1942 był delegatem Amba- 
sady Polskiej w Taszkiencie, udzielał pierwszej pomocy Polakom udającym się do punktów zbor- 
nych powstającej armii generała Andersa. W latach 1942-1945 był ministrem handlu, przemysłu 
i żeglugi w rządzie emigracyjnym. 


2. 


Tel Aviv, Hotel San Remo 10 XI [19]47 


Droga, kochana Haneczko! 


Czego się wstydzić?? Parę łez połknąłem i parę wylałem, kiedy po tylu - potrójnie 
liczonych latach, po raz pierwszy ujrzałem Twoje drogie pismo i resztki mojej wiedzy 
grafologicznej potwierdziły mi znowu, że jesteś morowy, fajny chłopak, pełna fantazji, 
znawstwa ludzi, wiary w Boga i bogów, jednym słowem - jak Helena Cię nazywa - 
"ostatni romantyczny ptak naszego wieku!" 
Ile radości życiowej, ile bodźca straciłem przez to, że Twoje listy do mnie - o któ- 
rych piszesz - nie dochodziły do mnie. Nie mam żadnej wątpliwości, że to perfidia 
ludzka grała dużą rolę w tym, ta perfidia, przed którą uciekłem z Londynu aż tu do Pale- 


131
>>>
styny, aby choć trochę nie widzieć ludzi. Bo tu dzięki Bogu nie muszę obcować z nikim, 
- a prawdziwego, swojego człowieka zabrałem ze sobą, siwowłosą l ankę Woyciechow- 
ską, która mi w Warszawie uratowała życie, ze mną walczyła w konspiracji, w powstaniu, 
ze mną dzieliła obóz koncentracyjny, pierwsze kroki w Brukseli i w Londynie, i teraz 
pomaga mi tu w mojej teatralnej i literackiej pracy. Mierząc ludzi według niej - straci- 
łem wszelki wewnętrzny kontakt - tak z Carlheinzem*, jak z Zosią Terne, z maral insa- 
nity Hemara, jak z Epi, z całą szumowiną naokoło "Rządu Warszawskiego", jak 
z buffo nami z Drugiego Korpusu. 
Rozumiem mordercę z afektu, rozumiem złodzieja z nędzy, rozumiem prawdę samo- 
bójczą, bezkompromisowość obłędną - ale już nie rozumiem i nie chcę rozumieć "jada- 
czów chleba", złośliwych rzezimieszków, kawiarnianych literatów, politycznych gescha- 
ftenmacherów i tego wstrętnego zakłamania codziennego. To oni powodowali, że lew po 
ucieczce z niewoli ZOO - wróciwszy do wolnych przestrzeni - ciągle jeszcze chodzi 
tam i nazad, tam i nazad - jak w dawnej klatce. 
Ach - z jaką ogromną radością, z jakim uśmiechem w duszy przyleciałbym na 
Twoje zaproszenie do Was! Niestety jest to w tej chwili niemożliwe, gdyż 25 listopada 
mam premierę i mam przez cały tydzień próby, by z dyletanckiego tingl-tanglu zrobić 
prawdziwy teatr literacki. Nie mam więc ani jednego dnia wolnego, bo według tego, czy 
ten eksperyment mi się uda czy nie, będę sądził o tym, czy ]arosy się już skończył, czy 
mam temu koszmarnemu światu jeszcze coś do powiedzenia. Robię program bezkom- 
promisowy, obliczony na wychowanie publiczności, więc ryzyko duże! 
Ale - rzecz jasna, najjaśniejsza - że nie opuszczę Palestyny, zanim Ciebie i Misia 
nie widziałem, zanim Wam osobiście nie powiedziałem, jak niezmiernie drodzy jesteście 
sercu memu i zanim się nie dowiedziałem, czy nie mógłbym coś dla Was zrobić, by Wam 
udowodnić czynem, jak Was lubię ijak dobrze Wam życzę. A może - Wy byście mogli tu 
przyj echać na parę dni???!!! Przecież to nie daleko i z wizami na pewno nie macie takich 
trudności jak my, bo my mamy - jako emigranci polsko-angielskie {ravel documents. 
Haneczko - jakby to było cudne! Bylibyście moimi gośćmi w Hotelu San Remo, 
pogadalibyśmy o wszystkim i umówilibyśmy się, gdzie, kiedy ijak się spotkamy następny 
raz. Na samą myśl poznania Was, l anka też skacze do sufitu! Napisz mi, Haneczko, czy to 
jest możliwe i kiedy. l eśli niemożliwe - to napisz mi, jakie nasze dane potrzebujecie, by 
nam wysłać wizy, kiedy chwila nadejdzie. 
Oczekuję niecierpliwie na wiadomości i całuję Was obydwoje z całego serca - 
Twój larosik 


* Karol 1irosy, brat Fryderyka, reżyser filmowy, autor scenariusza popularnego w Polsce filmu 
JadzIa. W tym czasie bracia byli skłóceni. Epi - to ich siostra, która mieszkała w Tel Awiwie. 


LIST OD lALU KURKA] 


Kraków, 12 sierpnia 1947 


Wielce Szanowna Pani, 


Wracam właśnie od kolegi Gałczyńskiego, który przed chwilą otrzymał od Pani list 
i on to zachęcił mnie do przesłania na adres Pani paru tekstów, gdyż podobno poszukuje 
Pani tekstów literackich z kraju. 
Przesyłam z myślą o Pani interpretacji dwa utwory z ostatniej swojej twórczości po- 
etyckiej a to: Pavanę hiszpańską i Balladę o Bebl 


132
>>>
Przypominam Pani, iż poznaliśmy się osobiście w Krakowie przed laty w związku ze 
sprawami hiszpańszczyzny, które nas oboje frapują. 
Łączę wyrazy poważania oraz życzenia sukcesów 


J alu Kurek 


Kraków, Al. Mickiewicza 57. 


l Jalu Kurek (1904-1983), prozaik, poeta, publicysta. 
2 W ocalałych dokumentach Hanki Ordonówny nie zachowały się przesłane przez autora teksty. 


LIST OD ELŹBIETY OSTERWIANKI* 


[adres na kopercie:] Hanka Ordonówna 
Beyrouth 
P.O.Box 1221 
Liban 


[17.8.1948] 


Hanek Kochany! Haneczko - 


Wielką radość sprawił mi Twój list i fotografia. Cieszę się z całego serca, że nie wy- 
rzuciłaś mnie ze swej pamięci. Jesteś jedyną z niewielu ludzi, z którą najwięcej się łączy 
moich wspomnień o Tatusiu. Śmialiśmy się często - pamiętasz? 
Jakże mam pisać o tym wszystkim co się działo potem - od początku? 
Tyle jest przeżyć - tyle chciałoby się powiedzieć i tyloma myślami podzielić - że 
doprawdy nie wiadomo od czego zacząć, żeby się nie poplątać. Tak szybko mija jeden 
dzień za drugim, niejedno przeżycie z "wczoraj" zaciera się i pozornie ustępuje temu 
"z dziś". Tylko pozornie bo każde jest tak samo ważne - choć czasem "mniej mocne" 
tak samo żyje - choć nieco uśpione i tkwi głęboko w nerwach i duszy. Nawarstwione 
jedno na drugim - kształtuje i tworzy człowieka. 
Od stycznia do maja nie opuściłam Tatusia. Te miesiące, w których patrzyłam jak 
powoli odchodzi - jak się męczy - to do dziś, choć to rok już minął - zaważyły 
i zaciążyły na mnie, są żywe - będą. 
Staram się pozbyć pytań - "dlaczego"? Staram się zdobyć na mądrość, Najwyższą 
Mądrość - nie rezygnację. Ale wyzbyć się buntu jest czasem bardzo trudną rzeczą. 
Trudno jest się pogodzić z myślą o rozstaniu - choćby to miał być i czas niedługi. 
Choć się wie, że w tym wszystkim jest jakiś Wielki Sens - że to wszystko jest od 
Boga, że się przez Niego tu znalazło i do Niego trzeba wrócić - do Niego dążyć! 
Źe na tej drodze każdy z nas idzie tylko "obok siebie" idąc razem - bo każdy jest 
samotny. 
Źe się Mu sprzeniewierza, że Go traci bo Go szuka w innych - a potem jest Go tak 
trudno znaleźć w sobie. 
Ale nie o tym miałam Ci pisać - choć to jest teraz we mnie dość istotne. Tak się 
w moich myślach teraz dzieje. Zrobiłam tak jak chciałaś. Odbyłam w piękny, jasny dzień 
spacer z Tobą, byłam na Salwatorze. Przesyłam Ci zerwany listek z drzewka tui, dwie 
rosną u głowy Tatusia. Tam poszłam z Tobą na pierwszy spacer, niebo było takie czyste 
- może usłyszałaś to o czym mówiłyśmy. Napisz. Nawet nie wiesz jak bardzo jestem 
szczęśliwa, że mogę mieć z Tobą kontakt. Czuję, że jesteśmy ze sobą związane bardzo 
ściśle. Co to jest, nie wiem - ale jest. Więc pisz do mnie, i myśl o mnie. I pomódl się za 
mnie. Tak pragnę wiedzieć, co się z Tobą dzieje. Jak się czujesz? Podobno chorowałaś? 


133
>>>
Co to było? Jakjest teraz? Jak sobie dajesz radę? Śpiewasz? Czy wrócisz? Jak by to było 
pięknie. Pisz kochana. Czekam na list od Ciebie. Czy czujesz, jak o Tobie myślę? 
Całuję Cię czule - Twoja zawsze Elżunia. 
[dalszy ciąg tego samego listu] 
Hanek Kochany! 
Dostałam paczkę od Ciebie. Dziękuję Ci serdecznie. Sprawiłaś mi wielką radość. 
Znowu jesteś jedyną z dalekiego świata, która przysłała "paczkę". Od 1939 roku. Nikt 
o mnie tak nie pomyślał. Choć ludzi dużo otrzymywało nawet od obcych. Ale proszę Cię, 
Kochana, nie rób tego więcej. Nie rób sobie żadnych kłopotów. Jedno tylko - pisz do 
mnie dużo i pisz często. O to Cię tylko proszę, to bowiem będzie dla mnie najważniejsze 
- wiedzieć, że możemy się podzielić myślami. Bo przecież mało jest takich ludzi, któ- 
rym i z którymi można szczerze mówić o sobie. Wiem, że wiele zrozumiesz. Łaskąjest 
odnaleźć człowieka, który może zrozumieć bliźniego. 
W moim życiu tyle było różnych zdarzeń. "Nic co ludzkie nie jest mi obce". Wszystko 
się powinno przejść. Wiele razy nawet upaść, żeby się móc podnieść. 
Tatuś nie zawsze mnie rozumiał. Ogromnie cierpiał nad tym, że się rozeszłam z Gut- 
kiem. Co gorsze, przypisywał sobie winę! Dopiero pod koniec zapanowała między nami 
harmonia. Z początku nie rozmawiał ze mną przez dwa lata. To było bardzo ciężkie. Po- 
myśl. Wojna. Od września 1939 roku utrzymywałam się sama. Wieczny strach, uczucie 
zaszczutego psa. Walka o byt, o chleb. Walka o prawo do życia, do godności. Do szczę- 
ścia społecznego i osobistego. Czym nie byłam? Kelnerką, szatniarką, kasjerką, po- 
mywaczką, pod koniec, krótko, pracowałam jako kwiaciarka. W kwiaciarni tej, koło te- 
atru. Potem robiłam torty! No i sprzedawałam przez cały okres okupacji wszystko co 
tylko dało się sprzedać. Zresztą, robiłam to z humorem, bo to wszystko "rzeczy do naby- 
cia". Niczego właściwie mi nie było żal (i teraz nie żałuję). 
I w tych ciężkich chwilach i opresjach - byłam bez dobrego słowa od Tatusia, który 
się wówczas zaciął. Był ze mną Alek. Alek - Alojzy Kluczniok - muzyk, kompozytor. 
Znasz go. Przyjaciel Ryśka Franka. Poznałam go w 1938 roku - to już dziesięć lat jak 
jesteśmy razem. Łączy nas dużo dobrych i złych dni. Jesteśmy przyjaciółmi. Alek pracuje 
teraz w Orkiestrze Polskiego Radia (krakowskiej). Jest bardzo utalentowany. Ja pracuję 
w teatrze. Od 1945 roku. Zaczęłam u Adwentowicza w Katowicach, potem z nim razem 
byłam w Krakowie, potem w Sosnowcu. Ten sezon byłam tu w Słowackiego teatrze. Ale 
to był okropny dla mnie sezon. Grałam mało więc uciekłam - "kulisy". W "kulisach" 
niestety niewiele się zmieniło. Ploty, intryżki, zawiści. Sama praca jest naj cudowniejsza. 
Od września będę w Krakowie w Scali i częściowo w Częstochowie. Mam wiele ambicji 
artystycznych, no i obowiązuje mnie wiele. Trochę dorabiam w Radio. I próbuję skromną 
pracę w Reducie. Reduta jest wielkim moim zmartwieniem. Wolałabym, żeby się rozwią- 
zała. Mało robią - wiele gadają. 
Mam malutkie jednopokojowe z kuchnią (niestety bez łazienki) mieszkanko. Ale jest wiele 
takich, co żadnego nie mają, aja w moimjestem panią u siebie. Mieszkamy "pod niebem", bo 
na czwartym piętrze. Jak się jest optymistką, tak jak ja, to jest zupełnie dobrze. W tamtych 
dniach grozy nastąpiło u mnie zupełne przewartościowanie. Umiem się cieszyć małym. Skrom- 
nie u nas bardzo, ale miło. Zdobyliśmy się na radio! Alek teraz zaczął dość dobrze zarabiać, i 
mam nadzieję, że powoli, z Bożą pomocą, zaczniemy się w gniazdku naszym jakoś urządzać 
lepiej. Piszę Ci o tym, abyś miała obraz naszego życia. 
Pragnę podziękować Ci z całego serca za opiekę nad moją Babcią [w Wilnie - 
A.M.], która jest teraz tu w Krakowie, i mieszka u ciotki na Grodzkiej, wuj nie żyje. 


134
>>>
Pragnę też Ci powiedzieć, że wiele myślę o Tobie i często, bardzo często Cię wspo- 
minam, posyłając w Twoją stronę najlepsze życzenia. 
Teraz Cię tulę serdecznie - proszę nie zapominaj o mnie - Twoja Elżunia. 


* Elżbieta Osterwianka (1914-1989), aktorka, pierwsza córka Juliusza Osterwy była bardzo za- 
prz)jaźniona z Hanką Ordonówną z okresu jej współpracy w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. 


*** 


W czerwcu 1960 r., na dwa miesiące przed smlercią, Fryderyk ]arosy nagrał 
w Ognisku Polskim w Londynie audycję wspomnieniową poświęconą pewnej epoce 
w dziejach polskiego kabaretu. Epoce bardzo ważnej, kiedy kabaret zaczynał być sztuką. 
Teodozja Lisiewicz, popularna w środowisku emigracyjnym pisarka i dziennikarka, na 
zamówienie Radia Wolna Europa, przeprowadziła wywiad ze znanym konferansjerem. 
Pretekstem do rozmowy było ukazanie się w Polsce, w 1959, książki Dymek z papierosa, 
w opracowaniu i pod redakcją Kazimierza Rudzkiego. Książkę tę otrzymał bohater audy- 
cji od kogoś z Polski. Oryginalne nagranie tej audycji - nie wyemitowanej na antenie 
RWE! - (oraz maszynopis scenariusza z odręcznymi poprawkami i uwagami wielkiego 
mistrza kabaretu), ocalało w mieszkaniu jego córki w Wiedniu. 
Z dokumentów, pamiątek rodzinnych i artystycznych, Muzeum Teatralne w Warszawie, 
10 kwietnia 2000 r., przygotowało specjalną okolicznościową wystawę. Najważniejszymi 
gośćmi tej uroczystości były: Marina ]arosy-Kratochwill i Stefania Grodzieńska. 
Jest znakomita okazja opublikowania unikatowego scenariusza audycji sprzed ponad 
czterdziestu laty. Oddajemy głos samemu Wielkiemu Fryderykowi. 


DYMEK Z PAPIEROSA 
(według wskazówek Fryderyka ]arosy'ego - Teodozja Lisiewicz) 


Gwar wnętrza kawiarni w Ognisku Polskim w Londynie. Cichy fortepian, kobiecy głos 
nuci piosenkę Dymek z papierosa. 
Teodozja Lisiewicz: Czy ten stolik wolny? 
Kelnerka: Proszę bardzo. 
T.L.: Dlaczego druga sala dziś zamknięta? 
Kelnerka: Tamjest teraz próba kabaretu. 
T.L.: Kto to gra? 
Kelnerka: Jerzy Kropiwnicki, a śpiewa... 
T.L.: Wiem. Renata Bogdańska. Zaraz poznałam. 
Kelnerka: Co mogę pani podać? 
T.L.: Proszę dwie czarne. 
Kelnerka: Jedna dla pani, a druga...? 
T.L.: Dla Fryderyka J arosy' ego. Zaraz tu będzie. 
Fryderyk jarosy: O wilku mowa, wilk tuż... Dobry wieczór pani. 
T.L.: Dobry wieczór, drogi panie Fryderyku. Niech pan siada. Zamówiłam już dla pana 
kawę. 
Ej.: Słyszałem, słyszałem. Kto to śpiewa? Czy nie Renata? Stara piosenka, a najlepiej 
pasuje do tematu, o którym chciała pani ze mną porozmawiać. O Dymku z papierosa - 
prawda? Co pani myśli o tej książce? 
T.L.: Jest to chyba jedyna w swoim rodzaju kronika dziejów polskiego kabaretu. 


135
>>>
Ej.: Jeżeli chodzi o Zielony Balonik, to z pewnością. Wstęp Boya, wspomnienia Karola 
Frycza, Grzymały Siedleckiego, Arnolda Szyfmana są żywe, sumienne. Wyczułem tu 
z każdego słowa rzetelną, doskonałą pracę, chociaż to nie moje czasy. 
T.L.: Pana czasy to dzieje późniejsze. Qui Pro Quo, Banda... 
Ej.: Cyganeria, Stara Banda na Hożej, no - i Cyrulik Warszawski. Doskonale je pa- 
miętam. Jestem zdania, że Dymek z papierosa to tylko częściowo kronika, a więcej zbiór 
autobiografii. Franklin Jones powiedział kiedyś, że autobiografia nigdy niczego złego nie 
mówi o autorze, tylko odsłania jego słabą pamięć. Otóż jedynie we wspomnieniach Jerze- 
go Jurandota nie znalazłem ani jednej nieścisłości. Przyznaję, że z rozczuleniem czytałem 
słowa "Co nam zostało z tych lat"... A, pani Renata! Skończyła pani próbę? 
T.L.: Niech pani usiądzie z nami i przypomni nam tę miłą piosenkę... 
Renata Bogdańska: [śpiewa:] 
Co nam zostało z tych lat 
Miłości pierwszej? 
Zeschnięte liście i kwiat 
W tomiku wierszy. 
Wspomnienia czułe i szept, 
Ijasne łzy, co nie schną, 
I anioł smutku, co wszedł 
I cicho westchnął... 1 
Ej.: Tego sentymentu nie może pani jeszcze zrozumieć, za młoda... 
T.L.: Więc zdaniem pana, tylko Jurandot ma dobrą pamięć. A u innych znalazł pan nie- 
ścisłości? 
Ej.: Mnóstwo! Nie tyle to wina autorów, ile może redakcji. Autorowi wolno się mylić, 
ale redaktor powinien sprostować, a przede wszystkim uzgodnić teksty. Sempoliński np. 
pisze, że na poziom kabaretów warszawskich miały wpływ dwa teatry z ZSRR: Nietoperz 
i Niebieski Ptak. Wroczyński zaś dyrektorem obu tych scen mianuje Balijewa. Muszę 
sprostować. Niebieski Ptak powstał w Berlinie. Stworzyli go rosyjscy emigranci. Dy- 
rektorem był Jakub Jużnij, aja - kierownikiem artystycznym. Z tym to teatrem, w 1924 
roku, przyjechałem z Berlina do Polski, i już zostałem. Potem dajmy na to, taki drobiazg. 
Tadeusz Źeromski - czyli Wrzos, pisze, że teatr Banda powstał w dawnej salce Teatru 
Małego, w Filharmonii, gdzie "pod wodzą Fryderyka ]arosy' ego występowali: Dymsza, 
Olsza, Górska i Źelichowska". 
Otóż Banda powstała na ulicy Mokotowskiej, w salce dawnej Aleksandrynki, a na czele 
zespołu stali: Ordonka, Pogorzelska, Loda Halama, Tom, Lawiński, Dymsza i Krukowski. 
I teatrzyk ten nie "robił bokami", jak pisze Wrzos, bo przez cały sezon szedł kom- 
pletami. Dopiero po fuzji z Teatrem Polskim przeniósł się do Teatru Małego. Nie robił też 
bokami Cyrulik Warszawski. Np. program "Kariera Alfa Omegi" szedł w Warszawie i na 
prowincji przez pięć miesięcy przy zapełnionej widowni. Takich nieścisłości, niestety, 
pełno jest w książce. 
T.L.: A zgadzają się autorstwa piosenek? 
Ej.: O piosenkach sprzed moich czasów trudno mi powiedzieć. Ale co do piosenek Or- 
donki podanych tujako Tuwima, tj. Rodzinna radość i Marzenie, stwierdzam stanowczo, 
że były specjalnie pisane dla niej przez Leona Łuskino. 
T.L.: Ordonka... To pan doprowadził ją do sławy! 


1 Słowa]. Tuwima, muzyka W. Dana-Daniłowskiego. Tango śpiewał Chór Dana w kabarecie 
Qui Pro Quo (1930). 


136
>>>
Ej.: Nie! Do sławy doprowadziłjąjej wielki talent. Ale nie wywoziłem jej do Paryża na 
studia u Cecile Sorel, jak pisze mój stary przyjaciel, Tur. Co miałaby Sorel do Ordonki? 
Sorel była wielką, klasyczną tragiczką z Comedie Franc;aise, i ani ja, ani Ordonka nie 
widzieliśmy jej na oczy. Owszem, Ordonka występowała w Paryżu jeden raz i miała 
ogromne powodzenie. W teatrze Arc-en-Ciel, w Passy. Po jej koncercie recenzent "Figa- 
ro" napisał: "Gdyby ojczystym językiem pani Ordon był francuski, zawojowała by świat". 
Proszę, tu jest wycinek z pisma. Specjalnie go dla pani przyniosłem. Więc po co takie 
fantazje o Cecile Sorel? I jeszcze jedna nieścisłość, dość znamienna. Hanka Ordonówna 
nie umarła w Syrii, jak pisze Sempoliński, lecz w Bejrucie, jak podaje Jurandot. Bo 
mieszkała z mężem w stolicy Libanu. Sempoliński mógł się pomylić, ale redaktor książki 
powinien był uzgodnić teksty. Teraz rozumie pani, dlaczego Dymku z papierosa nie 
mógłbym nazwać stuprocentowym dokumentem historii polskiego kabaretu. 
T.L.: W książce dużo mówi się o Uliczce z Barcelony, a o ile mi się zdaje, Ordonce 
wcześniej sławę przyniosła Mimoza... 
Ej.: Tak, pióra Lechonia. [cicho nuci, śpiew podchwytuje Renata Bogdańska] i Córka 
kata Hemari. Ale nie parodie piosenek Wertyńskiego, jak pisze Tur. Jakąś tamjedną pa- 
rodię kiedyś zrobiła, ale to nie zaważyło najej karierze. 
T.L.: Pamięta pan jej piosenkę ,Jak tylko Źydek umie grać..." 
Ej.: "...to w świecie on nie zginie...", pamiętam! 
Renata Bogdańska: [śpiewa refren Dźwięki starej piosenki:] 
Jak tylko Żydek umie grać, to w świecie on nie zginie. 
Pamiętaj, kto ci skrzypce dał i co twój tata grał. 
Dźwięki starej piosenki ojojojojoj, 
Pójdą za tobą w świat. 
Skrzypki weźmiesz do ręki, o jo jo jo joj 
Zagrasz pieśń z dawnych lat. 
[razem z F.].:] 
Czy to Rotszyld czy to ty, każdy Żyd ma w oczach łzy 
Przy tej piosence z dawnych dni. 
T.L.: A Pieśń sentymentalna Hemara? 
Ej.: [cicho nuci] ...i Melodie Warszauy, kapitalny utwór Tuwima w Bandzie? 
T.L.: Są dwie piosenki stosunkowo mało znane, a zapomnieć ich nie mogę. Daj mi sło- 
wo... [F.]. cicho nuci] i La Madonne de Sleeping. 
Ej.: Do tej piosenki muzykę napisał Dan. Słów nie pamiętam, ale dziś jeszcze widzę 
Ordonkę jak ją śpiewa... Ona w fotelu, obok stoją walizki z nalepkami: "Rzym", "Lon- 
dyn", "Paryż"... Wspaniałe były te nasze artystki z Qui Pro Quo, z Bandy, z Cyrulika... 
T.L.: Cały zespół był wspaniały. Pana wychowankowie. 
Ej.: Tylko nie przesadzajmy. Jeżeli chodzi o typy, które stworzyli, to Zimińska i Kru- 
kowski zawdzięczająjednak wszystko tekstom Hemara. A z Dymszy groteskowego komi- 
ka zrobiły teksty Tuwima. [nuci fragment Nikt mnie nie spłodził, nikt nie urodzi
 Ja by- 
łem tylko reżyserem. 
T.L.: To wystarczy! 
Ej.: Moi prawdziwi wychowankowie, to: Ordonka, Pogorzelska - ten niezapomniany 
komik w spódnicy, potem Stefcia Górska, Lena Źelichowska i Zosia Terne. A propos 


2 Córka kata, popularny utwór]. Tuwima wykonywany w 1918 r. przez Marię Strońską 
w warszawskich kabaretach, opublikowany w: Estrada [1918] nr 4 s. 27. Po kilku latach Hemar dla 
Ordonki napisał nową piosenkę na ten sam temat, z tym samym tytułem. Premierowe wykonanie 
odbyło się w Qui Pro Quo, w rewii "Puść go kantem" (16 XI 1926). 


137
>>>
Leny. Nigdy nie słyszałem, żeby swoje piosenki opracowywała z Honoratą Leszczyńską, 
jak pisze Sempoliński. Zdawało mi się, że opracowywała je ze mną. 
T.L.: A Zosia Term
? 
Fj.: Była taka mała, że ginęła na scenie. Ślicznie śpiewała swoją Klementynę i tę może 
najbardziej popularną swoją piosenkę. [z płyty słychać Kiedy znów zakwitną białe bzyj 
Niestety, żeby się podwyższyć, nosiła bardzo wysokie obcasy. Obcasy kazałem zdjąć, 
a uczesać się gładko. Zrozumiałem, że jej lilipuci wzrost może być jej największym atu- 
tem. Autorzy pojęli w mig o co mi chodzi. I Schlechter i Wars napisali... [słychać: " Oj ej , 
ach, żebymja nie była taka mała"] Po tym mała Zosia od razu wyrosła. 
T.L.: Wie pan, kiedy po raz pierwszy ujrzałam pana na scenie? W 1926. Pamiętam jesz- 
cze dwa dowcipy z pana konferansjerki. Jeden, że "kobietajestjak kołnierzyk..." 
Ej.: "...bo dopiero, kiedy ma się ją na szyi widzi się, jaki to numer". Pamiętam. 
T.L.: A drugi: ,,- Co mówi człowiek, któremu jakieś auto się nie podoba?" 
Ej.: Mówi: "auto da fe!" To pani lepiej pamięta moją konferansjerkę niż Dymsza. Bo 
w Dymku z papierosa dowcipy z mojej konferansjerki podaje jako opowiadane przeze 
mnie zdarzenia z mojego życia. Czyli słowa pamięta, ale do dziś dnia nie rozumie o co 
chodzi. Pisze np., jak to cesarz Franciszek Józef, niby to wyratowany przeze mnie z nie- 
bezpieczeństwa, momentalnie ofiarował mi złotą papierośnicę z wygrawerowaną już 
z góry dedykacją: "Dla Fryderyka ]arosy'ego". Świetny kawał - ale nie zdarzenie! 
W dodatku kawał nie mój, tylko Juliana Tuwima, który tę konferansjerkę pisał. Zresztą po 
rodzaju dowcipu łatwo poznać Tuwima. 
T.L.: Niech mi pan powie, na czym to polegało, że w prowadzeniu konferansjerki nikt nie 
mógł panu dorównać? 
Ej.: Na magii, proszę pani. Tylko na magii. Bo nawet najlepszy pomysł czy dowcip nie 
zrobi wrażenia, jeśli nie jest podany w odpowiednich słowach. Dopiero wtedy nabiera siły 
magicznej. Magia mojej konferansjerki polegała na śmiesznie nie prawidłowej polszczyź- 
nie i na akcencie. Zresztą - mnie samego bawiło, kiedy słyszałem swoje "prouszi pań- 
stwa". A mój rodzaj konferansjerki powstał, kiedy zrozumiałem słowa Ludwika Borne - 
że humor nie jest darem umysłu, lecz darem serca. Jeżeli piszą, że zawojowałem serca 
miliona Polaków, i jeżeli tak było istotnie, to dlatego, że kochanym warszawiakom wciąż 
dźwięczy jeszcze w uszach mój ton Polaka "humoris causa". Dowcip wyłowiony niby 
z nie zrozumienia polskich powiedzonek, a naprawdę z bogactwa języka Antka znad 
Wisły, z sentymentu jaki kryje się w melodii szorstkiego języka warszawskiego, 
z komizmu dialektu z Bielan. 
T.L.: A w czym kryła się tajemnica, że mimo kryzysów teatralnych, swoją scenę zawsze 
utrzymywał pan na poziomie i nigdy pan nie zbankrutował, chociaż płacił pan aktorom 
fenomenalne gaże? 
Ej.: Dlatego, że swoją pracę zawsze traktowałem serio, ale nigdy nie brałem jej poważnie. 
Może dlatego, że wiedząc jakie to wszystko niepoważne, byłem zabezpieczony przed 
wszelką krytyką i nic nie mogło wytrącić mnie z równowagi, bo - nigdy żadnej nie miałem. 
Poza tym, prowadząc i polityczny kabaret - a ten nie ma litości nad swoimi ofiarami - 
nawet atakując kogoś, zawsze starałem się zachować wobec niego jak dżentelmen. Przy tym 
mój humor zawsze krył w sobie pewną domieszkę melancholii, co doskonale chwytali nawet 
widzowie z ostatnich rzędów. Natomiast pewne jest, że przed bankructwem uchroniło mnie 
znawstwo teatru, względnie kasy teatralnej. W każdym razie mój zespół miał dochody prze- 
wyższające dochody bardzo zamożnych ludzi w Warszawie. 
T.L.: Dzisiaj z tego zespołu wielu już nie ma. A reszta? Jedni na scenie - tam; drudzy - 
tu, na emigracji, jak pan... 


138
>>>
Ej.: Ale nie biorę żadnej angielskiej emerytury, jak pisze Dymsza. Tylko zwykłe ubez- 
pieczenie społeczne, które w Anglii otrzymuje każdy, kto skończył 65 lat. A młodości 
serca tutaj nie biorą pod uwagę, ani zachwytu dla drugiej płci. 
T.L.: Jednak przyzna pan, że Dymek z papierosa czyta się przyjemnie. 
Ej.: Bezwarunkowo. Byłem bardzo wzruszony. Przeszłość stanęła mi przed oczami jak 
żywa: Hanka Ordonówna... [słychać nagrania z płyt: "Pierwszy znak, gdy serce drgnie, 
ledwo drgnie ijuż się wie, że to właśnie ten, tylko ten..."] 
T.L.: Stefcia Górska. ["Naszajest noc i oprócz niej nie mamy nic..."] 
Ej.: Jej muzyka, a słowa Tuwima. 
T.L.: A Marian Rentgen... 
Ej.: Z nieodłączną gitarą. ["Ach, jak mało do szczęścia nam trzeba i to tak niewiele 
kosztuje..."] 
T.L.: Zula Pogorzelska... 
Renata Bogdańska: [śpiewa:] "Mały gigolo, śliczny gigolo..." 
T.L.: No i Fryderyk ]arosy! 
Ej.: [śpiewa piosenkę Osiemnaście lat] 
Przychodzi do mnie i podnosi na mnie wzrok 
I mówi: - Pan mnie nie zna, ale ja znam pana 
Ujrzałam pana po raz pierwszy temu rok, ijuż od rokujestem w panu... zakochana 
Tak miło, słodko powiedziała mi te słowa 
I poczułemjakby z góry spadł na nas biały kwiat... 
I usłyszałem: Fryderyku, gdzie jest twoje osiemnaście lat... 3 . 
Ej.: Dzięki Bogu, że to nie telewizja, i nikt nie widzi w tej chwili łez w moich oczach. 
Bo co tu dużo gadać - to był szczyt kabaretu literackiego i drugiego z takimi talentami 
i w takiej atmosferze - nie było wtedy w Europie! 
[fortepian, ostatnie słowa piosenki:] 
Wśród życiowych fal 
Rozpacz, smutek, żal 
Ulatują w dal, 
Jak dym rozwiany z papierosa! 4 


*** 


LIST STEFCI GÓRSKIEJ DO TADEUSZA WITTLINA 


Warszawa 7 II [19]76 r. 


Kochany Tadziu! 
Nareszcie wzięłam się w kupę i tak jak Ci obiecałam, zaczynam pisać krótki pamięt- 
nik mojego pożycia z Fryderykiem ]arosym. Otóż jak Ci prawdopodobnie wiadomo by- 
łam w szkole muzycznej pod nazwą Szkoła Umuzykalnienia Stefana i Tacjanny Wysoc- 
kich. W szkole tej byłam na dwóch wydziałach. Na wydziale pedagogicznym, który 
kształcił na nauczycielki rytmiki i solfeżu, i na wydziale tanecznym pod "batutą" Tacjan- 
ny Wysockiej. I jeden i drugi wydział ukończyłam, otrzymawszy dyplomy z wyróżnie- 
niem. 


3 Piosenkę OsIemnaścIe lat napisał Marian Hemar (muzyka Leona Boruńskiego). Jarosy śpie- 
wałją w rewii Cyrulika Warszawskiego "Wieczna ondulacja" (prem. 20 XII 1935). 
4 Dymek z papIerosa, muzyka G. Goubiera, słowa L. Konarski. 


139
>>>
W roku 1926 p. Tacjanna postanowiła stworzyć teatrzyk pod nazwą Teatr Sztuki Ta- 
necznej. Maleńki, bo salka była nieduża, na 50 miejsc, i raz na tydzień, we wtorki tań- 
czyłyśmy dwugodzinny program oparty na muzyce poważnej, jak: Chopin, Beethoven, 
Rachmaninow, Debussy itd. Pani Tacjanna wybrała do tych występów najlepsze tancerki, 
jak: Jadwiga Hryniewiecka, Jadwiga Mierzejewska, Zofia Jentysówna, Rysia Krajewska, 
obie Berlinerówny, Zosia Olechnowicz (późniejsza Dymszyna) , Irena Szarska, Janka 
Łukaszewicz i mnie. 
Otóż do tego teatrzyku zamówili się na nasz występ trzej panowie z Qui Pro Quo: Jerzy 
Boczkowski, Fryderyk ]arosy i Julian Tuwim. Przyszli ażeby zaangażować nasz zespół do 
Qui Pro Quo, jeżeli im się nasz koncert spodoba. Miałyśmy cholerną tremę. Ale tego ro- 
dzaju trema raczej pomaga. Po skończonym występie gratulacjom nie było końca. Byli 
zachwyceni. W czasie rozmowy ]arosy zapytał, "kto jest ta mała czarna". To byłamja! 
I czy w zespole jest uczennica, która potrafiłaby coś niecoś zaśpiewać i zagrać na 
fortepianie. 
To właśnie okazałam się ja. Zasiadłam do fortepianu i już bez tremy zagrałam i za- 
śpiewałam piosenkę z repertuaru Zuli Pogorzelskiej, którą uwielbiałam, Ta mała piła dziś 
ijest wstawiona. ]arosy był zachwycony. I tak się zaczęła moja kariera artystyczna w Qui 
Pro Quo. Cały zespół był zaangażowany, a dla mnie, na prośbę ]arosy'ego, Tuwim napi- 
sał piosenkę Nie bój się mamy, bo mama też nie była ś wię ta, a Hemar, napisał piosenkę na 
dwa fortepiany dla mnie i Zosi Terne Bernardzie, Bernardzie, choć zginę, chcę w ramiona 
twoje paść. I przy tym dorosłym tekście byłyśmy bardzo zabawnie ubrane. Jak dwie 
smarkule. Krótkie sukieneczki, gołe nogi, w buciczkach i w skarpetkach. A na głowach 
olbrzymie kokardy. To był szlagierowy numer, bo po piosence był rewiowy taniec. 
Wszystkie były ubrane tak jak my obie. 
W teatrze, po naszym przyjściu od razu potworzyły się pary. Zosia Olechnowicz 
z Dymszą, Lola Berlinerówna z dyrygentem Ivo Wesbym. Aja z ]arosym. Ponieważ by- 
łam od pół roku mężatką (moim mężem wówczas był dziennikarz Stefan Reinstein, syn 
znanego satyryka, który pisał do pisma satyrycznego "Mucha"), a ]arosy był z Ordonów- 
ną, trzeba było tak aranżować nasze spotkania, żeby nikt o tym nie wiedział. A w jaki 
sposób? Otóż naprzeciwko naszej garderoby był zainstalowany telefon. Ponieważ drzwi 
na korytarz były stale otwarte, słyszało się wszystkie rozmowy telefoniczne. ]arosy umó- 
wił się ze mną w ten sposób, że niby będzie rozmawiał ze swoją znajomą, ale ta rozmowa 
była przeznaczona dla mnie. I w ten sposób wiedziałam gdzie, kiedy, i o której godzinie 
mam się z nim spotkać. ]arosy był starszy ode mnie prawie o dwadzieścia lat, aja byłam 
młodą, niedoświadczoną dziewczyną, wiedział w jaki sposób mnie w sobie rozkochać. 
Wiedziałam, że był żonaty i miał dwoje dzieci, syna i córkę. I nigdy z nikim w Polsce nie 
był ożeniony, bo nie miał rozwodu ze swoją żoną. Zresztą nie chciał. Tak mu było wy- 
godnie. Plotkowali, że był mężem Olgi Czechowej , fiłmowej rosyjskiej (potem niemiec- 
kiej) aktorki. Nic podobnego! Ani z nią, ani z Ordonówną, ani ze mną nie miał ślubu. 
Przede wszystkim bardzo kochał dzieci, które z matką mieszkały w Wiedniu. Co miesiąc 
posyłał im ogromne pieniądze, a raz do roku, podczas urlopu, jechał do nich na dwa ty- 
godnie, a drugie dwa tygodnie spędzał ze mną. Opiszę, bo to ciekawe, jak rozstał się 
z Ordonką. Otóż nasz zespół wstąpił do Qui Pro Quo w maju 1928 roku, a teatr w lipcu 
jeździł na cały miesiąc do Lwowa na występy z czterema premierami, a w sierpniu były 
urlopy. Ponieważ w pierwszym programie we Lwowie, nie brałyśmy udziału, dopiero 
w drugim, teatr wyjechał przy końcu czerwca, a my tydzień później. Jechałyśmy pocią- 
giem. I kto mnie wita w Przemyślu z kwiatami. Oczywiście ]arosy. Wszystkie były zdu- 
mione, a ja szalałam z radości. Naturalnie o tej eskapadzie dowiedziała się Ordonówna 
(zazdrosnych donosicielek było kilka). W parę dni później, Ordonówna poprosiła mnie, 


140
>>>
panią Wysocką i Fryderyka do siebie do hotelu na rozmowę. Boże, jaka byłam przerażo- 
na, to trudno opisać. Ordonka zachowała się wspaniale. Powiedziała, że do mnie nie ma 
pretensji, że rozumie, że mógł mi zawrócić w głowie, tylko do niego. On naturalnie zaczął 
jej wypominać jej flirty, a potem powiedział, że jeżeli chodzi o mnie, jak dziś pamiętam: 
"moja droga, serce nie sluga", nie wymawiał ,,1", tylko ,,1". I wtedy Ordonka pokazała mu 
drzwi i powiedziała: "wynoś się!". 
Myśmy z panią Tacjanną zostały. Ja siedziałam jak na szpilkach. Ona nas przepra- 
szała i mówiła, że chce ze mną być w jak najlepszych stosunkach. I rzeczywiście w póź- 
niejszym okresie, pomagała mi w opracowywaniu numerów, stawiała tańce. W ogóle 
byłyśmy w przyjaźni. Prosiła tylko, żebym się nie afiszowała w teatrze z ]arosym, a poza 
teatrem możemy robić co nam się podoba. Przyrzekłam jej, ponieważ rozumiałam, że 
potrzebny jest jej spokój w pracy. ]arosy wyprowadził się od niej i wynajął dwa pokoje na 
Nowogrodzkiej ija tam przychodziłam. Mieszkałam wówczas z mężem na Hożej, a więc 
w pobliżu, ale nigdy nie zostawałam na noc u Fryderyka, tylko spotykałam się po połu- 
dniu. Już nie pamiętam, jak to było i kiedy mój mąż dowiedział się o moim romansie. 
W każdym razie jak się dowiedział, że się wyprowadzam, ponieważ postanowiłam się 
z nim rozwieść, bardzo ciężko to przeżył. Najlepszy dowód, że do dzisiejszego dnia drugi 
raz się nie ożenił. A mnie wówczas ]arosy wynajął mieszkanie, za bardzo drogie komor- 
ne, dwa pokoje z kuchnią, łazienką, na Narbutta. W mieszkaniu tym mieszkałam do woj- 
ny. Dzięki J arosy' emu byłam pierwszy raz za granicą. Byliśmy w Wiedniu, Salzburgu i 
kilku innych miejscach w Austrii. Potem w Berlinie, w Dreźnie. W Pradze czeskiej, 
w Piszczanach w kurorcie, gdzie ]arosy leczył się na artretyzm. 
Z Fryderykiem byłam dziewięć lat! Do 1937 roku. W późniejszych latach irytowało 
mnie, że ani się nie mógł ożenić, ani nie mieszkaliśmy razem, bo on sobie tak życzył. 
Ponieważ w pierwszych latach naszego pożycia byłam bardzo zakochana, nie zwracałam 
uwagi na jego wady. Był abstynentem i mnie nie wolno było pić nawet kieliszka. Nato- 
miast uwielbiał karty. Prawie całymi nocami grał w pokera. A przy tym nie miał szczęścia 
i przeważnie przegrywał. I to nie był groszowy poker! Więc jak powiedziałam, pierwsze 
dwa lata, kiedy byłam bardzo zakochana, siedziałam przy nim i kibicowałam mu całymi 
nocami. Aż pewnego dnia spojrzałam w lustro i nie mogłam uwierzyć, że 22 letnia ko- 
bieta ma zmarszczki. Przestałam mu kibicować. Natomiast nalegałam, żeby od czasu do 
czasu poszedł ze mną na dansing. Uwielbiałam tańczyć. Na tym tle ciągle były scysje. On 
chciał iść na karty, ja na dansing. Kiedyś, pamiętam, była straszna draka. To było zimą. 
Janka Romanówna zaprosiła Fryderyka na jakieś przyjęcie. Naturalnie mnie nie zaprosiła. 
Zawsze byłam szalenie ambitna. Bardzo mnie to zabolało. Postanowiłam nie dopuścić do 
tego pójścia na ten bal. J ak zwykle odwiózł mnie do domu po przedstawieniu i prosiłam, 
żeby wszedł na górę na chwilę rozmowy. Powiedziałam mu wręcz, że na to przyjęcie nie 
pójdzie, ponieważ ja tam nie zostałam zaproszona. On zaczął się śmiać. I powiedział, że 
to byłby dla Janki afront, gdyby nie poszedł. Od słowa do słowa zaczęła się kłótnia. T a- 
kich momentów w późniejszym okresie było kilka. Nie będę opisywać naszego rozstania. 
W każdym razie, nie on ode mnie odszedł, jak mówiono w teatrze, ale ja odeszłam, bo 
zakochałam się w Lowie Boruńskim, znakomitym pianiście, ciotecznym bracie Tuwima 
i Krukowskiego. Dla mnie się wychrzcił. Niestety nie pobraliśmy się, bo wybuchła wojna 
i on musiał uciekać z Warszawy. 
Tadziu, Ty się mylisz, Zula Pogorzelska umarła w Warszawie 2 . Przecież ja chodziłam 
do niej. 
Miała piękne mieszkanie na Mokotowie, przy ulicy Asfaltowej. To był właściwie 
domek jednopiętrowy. Mówiła, że jak była zdrowa, to miała tylu przyjaciół, a jak jest 
chora, to tylko ja jej zostałam z tej całej plejady. Na wyprowadzeniu Zuli (na Powązkach) 


141
>>>
było tak strasznie dużo ludzi, że ja nie pamiętam czy byłam przy samym grobie. Ale wy- 
daje mi się, że możesz napisać o tym pogrzebie. Jakaś rodzina jej została, ale to nie ma 
znaczenia. A będziesz się przejmował starym, zramolałym Krukowskim, albo Sempoliń- 
skim? Śmieszne! Krukowski nigdzie nie występuje, natomiast Sempoliński gra w moim 
programie w "Syrenie". 
I jeszcze jedno. Tadziu, pytałeś gdzie i w którym roku śpiewałam Rumbę Hipochon- 
dryczki. 
Oczywiście, że pamiętam! W Cyruliku Warszawskim, rok 1936. W kostiumie pro- 
jektu pani Geny Galewskiej! Piękny był ten kostium, mam go przed oczyma. 
Kochani, już tyle nabazgrałam, że aż ręka mnie boli. Całuję Was mocno 


Stefcia 


l Stefania Górska (1907-1986), tancerka, piosenkarka, aktorka, kompozytorka. 
2 Zula Pogorzelska zmarła w 1936 w Wilnie. Pojechała tam na kurację. Została przewieziona 
do Warszawy i tu pochowana na Cmentarzu Powązkowskim.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JERZY GIEDROYC A "PRZEŁOM 
PAźDZIERNIKOWY" W POLSCE 


Zbigniew GIRZYŃSKI (Toruń) 


Postawa polskiej emigracji politycznej wobec "przełomu październikowego" w Pol- 
sce stała się w ostatnim czasie częstym obszarem badań polskich historyków!. Rok 1956 
stanowi bowiem nie tylko ważną cezurę w dziejach PRL, ale odegrał także istotną rolę 
w historii polskiej emigracji. Stosunek do Października pogłębił bowiem różnice poli- 
tyczne na i tak poważnie już podzielonej konfliktami polskiej emigracji 2 . 
Na szczególną uwagę zasługuje jedno z najbardziej opiniotwórczych środowisk emigra- 
cyjnych - paryska "Kultura". Stworzona i wydawana przez Jerzego Giedroycia "Kultura" 
stanowijeden z największych pomników polskiej emigracji niepodległościowej po II wojnie 
światowej. Składa się na ten pomnik ogromna ilość cennych artykułów i wydawanych przez 
Instytut Literacki książek 3 , które odgrywały istotną rolę kształtując świadomość polską za- 
granicą oraz docierając w bezpośredniej formie czy w postaci przedruków do kraju 4 . 
Mimo iż "Kultura" ukazywała się na emigracji to dystansowała się od emigracyjnych 
sporów i zajmowanej przez emigrację londyńską niezłomnej postawy5. Jak pisał na łamach 


! Por. np.: P. Ziętara, EmIgracja wobec PaźdzIernIka. Postawy polskIch środowIsk emIgracyj- 
nych wobec liberalizacjI w PRL w latach 1955-l957. Warszawa 2001; l 956. Polska emIgracja 
a Kraj. AntologIa źródeł, pod red. M. M. Drozdowskiego. Warszawa 1998 
2 Szerzej: A. Siwik, Polsld paźdzIernIk a emIgracja, Przegląd Polonijny 1994 z. 1 s. 79-94. 
3 Por.: ]. Kowalik, "Kultura" 1947-l957. BIbliografia zawartoścI treścI. DzIałalność wydawnI- 
cza (1946-maj 1959). Paryż 1959; M. Danilewicz Zielińska, BIbliografia, t. l: "Kultura" (1958- 
1973), "Zeszyty HIstoryczne" (1962-l973), DzIałalność wydawnIcza (1959-l973). Paryż 1975; t.2: 
1974-l980. Paryż 1981; t.3: 1981-l987. Paryż 1989; A. Supruniuk, M. A. Supruniuk, BIbliografia. 
"Kultura" (1988-l996), "Zeszyty HIstoryczne" (1988-l996), DzIałalność wydawnIcza (1988-l996). 
Paryż 1997; M. A. Supruniuk, "Kultura". MaterIały do dzIęjów Instytutu LIteracldego w Paryżu. 
BIbliografia dzIałalnoścI wydawnIczęj 1946-l990 (UzupełnIenIa). Toruń 1994. 
4 M. A. Supruniuk, "Kultura". MaterIały źródłowe do dzIejów Instytutu LIteracldego w Pary- 
żu, t. 2: BIbliografia przedruków wydawnIctw Instytutu LIteracldego w Paryżu w nIezależnych ofi- 
cynach wydawnIczych w Polsce w latach 1977-l990. Warszawa 1995. 
5 Por.: A. Siwik, Juliusz MIeroszewskIjako publicysta polityczny parysldęj "Kultury", Prze- 
gląd Polonijny 1992 z. 3 s. 113-133. 


143
>>>
paryskiej "Kultury" najbliższy współpracownik i główny doradca polityczny Giedroycia 
Juliusz Mieroszewski: 


historia zna tylko dwie kategorie emigrantów politycznych. Pierwsi opuszczają kraj, by za 
granicą walczyć o postęp i wolność. Drudzy opuszczają kraj, by na obczyźnie bezpłodnie 
marzyć o przywróceniu status quo. Pierwsi reprezentują siły postępu, drudzy - reakcję 
i wstecznictwo. "Kultura" jest pismem tej pierwszej kategorii 6 . 


Takie podejście redakcji pisma wpływało też na stosunek do niego emigracyjnych 
twórców, choć zdaniem Rafała Habielskiego: 
nie uprawnia to jednak do stawiania tezy o wyraźnym podziale na pisujących do "Kultu- 
ry" (poza ścisłym kręgiem współpracowników) i do periodyków "niezłomnych,,7. 
Okres jaki nastąpił w związku z Październikiem to największe zachwianie paryskiej 
"Kultury" w jej nieprzychylnej postawie wobec komunizmu. Giedroyc i J. Mieroszewski 
udzielili Gomułce "kredytu zaufania" czym zresztą narazili się znacznej części "nie- 
złomnej" londyńskiej emigracji. Giedroyc wydał nawet w formie broszury wygłoszone 
na październikowym plenum przemówienie Gomułki. Jeszcze w rok po październiku 
redakcja nie cofnęła "kredytu zaufania" udzielonego Gomułce choć, jak twierdziła, 
było już go "bardzo mało". Taka postawa wynikała po pierwsze z chęci wykorzystania 
nadarzającej się okazji do legalnego ukazywania się pisma w kraju, po drugie z prze- 
konania, że Gomułka stworzy z Polski suwerenne choć komunistyczne państwo, wzo- 
rowane na Jugosławii, a emigracja z dużym udziałem "Kultury" doprowadzi w dalszej 
kolejności do przywrócenia demokracji 8 . "Kultura" liczyła także, że przebieg destalini- 
zacji w Polsce będzie miał pozytywny wpływ na inne kraj europejskie znajdujące się 
pod sowiecką dominacją9. 
Październik przyniósł dla "Kultury" także wymierne korzyści. W początkowym okre- 
sie swobody mogła ona swobodnie docierać za pośrednictwem poczty do czytelników 
w kraju, na czym Giedroycowi bardzo zależało. Trwało to jednak krótko i już w 1957 r. 
była ona konfiskowana i wraz z innymi niezależnymi wydawnictwami jako makulatura 
trafiała do młynów przemysłowych w papierni w JeziornielO. 
Zauroczenie Giedroycia i "Kultury" Październikiem, zwłaszcza na tle postaw ogółu 
polskiego społeczeństwa, nie było czymś niezwykłym. Zresztą już latem 1957 r. zacho- 
wywał Giedroyc w stosunku do Gomułki o wiele więcej powściągliwości niż Dyrektor 
Radia Wolna Europa Jan Nowak JeziorańskilI. Jednak na tle niezwykle ostrożnych 
w ocenie sytuacji w kraju emigracyjnych elit politycznych, stosunek Giedroycia i "Kultu- 
ry" do Gomułki i Października należy uznaĆ za zadziwiająco otwarty. 
Zamieszczony poniżej tekst jest zapisem pierwszej rozmowy, jaką w szczytowym 
okresie fascynacji Gomułką odbył Jerzy Giedroyc z Konsulem Generalnym PRL w Pary- 


6 K. Pomian, W kręgu GIedroycIa. Warszawa 2000 s. 27; por.: ]. Mieroszewski, Budujemy 
dom, Kultura 1954 nr 10 s. 5. 
7 R. Habielski, ŻycIe społeczne I kulturalne emIgracjI. Warszawa 1999 s. 139. 
8 R. Wawryniewicz, Od "gomułkIzmu" do "rewI
onIzmu" - paryska "Kultura" w latach 
l 956-l 958, Głos 1991 nr 2 s. 20-34. 
9 M. S. Wolański, Europa Środkowo-WschodnIa w myśli politycznej emIgracjI polsldęj 1945- 
1975. Wrocław 1996 s. 226-227. 
10 A. S. Kowalczyk, GIedroyc I "Kultura ". Wrocław 1999 S. 201. 
11 K. Pomian, W kręgu GIedroycIa, S. 98. 


144
>>>
żu Edwardem Wychowańcem l2 . Rozmowa ta była częścią prowadzonej w 1957 r. przez 
młodego Konsula, jakim był Wychowaniec, ofensywy zmierzającej do zbliżenia się władz 
PRL przynajmniej do części środowisk emigracyjnych. Spotkania z przywódcami Stron- 
nictwa Pracy: Karolem Popielem, Sewerynem Eustachiewiczem czy Stanisławem Ge- 
bhardtem, wyjazdy w teren i spotkania z lokalnymi liderami organizacji emigracyjnych, 
kontakty z kierownictwem Sekcji Polskiej Radia Francuskiego, wypełniały ściśle kalen- 
darz obowiązków Konsula Generalnego PRL w Paryżu w 1957 r. Rozmowę z Jerzym 
Giedroyciem, z racji rangi kierowanego przez niego pisma, należy jednak zaliczyć do 
naj istotniejszych. 
Błędną ocenę planów Gomułki nazwał Mieroszewski w liście do Giedroycia "klę- 
ską", z której przyszło się "Kulturze" dźwigać pięć lat. Rozczarowanie Gomułką uczulało 
redakcję "Kultury" do zachowania o wiele bardziej powściągliwej oceny wydarzeń 
w Polsce w późniejszych latach np. w roku 1970 13 . Po latach zachwiania i wiary w Go- 
mułkę 1956-1958, przyszedł rok 1958, w którym 


za jedno z najważniejszych zadań uznała "Kultura" zniszczenie "mitu Gomułki", do któ- 
rego powstania sama się także przyczyniła l4 . 


12 Archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie (dalej AMSZ), z. 20, w. 60, 
t. 825, Notatka służbowa Konsula Gen. PRL w Paryżu Edwarda Wychowańca z rozmowy z Jerzym 
Giedroyciem z 6 II 1957 r. 
13 R. Wawryniewicz, Od "gomułkIzmu" do "rewI
onIzmu "..., s. 33-34. 
14 ]. Korek, Paradoksy parysldęj "Kultury". Styl I tradycja myślenIa politycznego. Lublin 
2000 s. 282. 


145
>>>
Przerejestrowano F 272/2/57 


KONSULAT GENERALNY POLSKI 
W PARYŹU 
CONSULAT GENERAL DE POLOGNE 
APARIS 
31, RUE JEAN GOUJON (VIII E ) 


PARYŹ, dn. 9. n. 1957 roku 
Paris, le 
Konto pocztowe Nr 855.39 Paris 
Compte Cheques Postaux 


Poufne 


Nr 80/1/57 


D n F 086/8/57 - 13 n 1957 


W sprawie ..................... 
Objet 


Do 
Ministerstwa Spraw Zagranicznych 
Departament n -gi 
Tow. Birecki Henryk 15 
Warszawa 


W załączniku przesyłam notatkę z rozmowy z panem Giedroyciem, Naczelnym Re- 
daktorem "KULTURY" w Paryżu do wiadomości i ewentualnego wykorzystania. 


Zał: notatka 
Pieczęć: 


mgr Edward Wychowaniec 16 
Konsul Generalny PRL 
W Paryżu 
[Podpis nieczytelny] 


15 Henryk Birecki (ur. 1916), właściwe nazwisko Birnbaum. Członek PZPR. Od l I 1949 do 31 
VIII 1968 pracownik MSZ. Od l I 1949 do 30 XI 1949 II a następnie I Sekretarz Ambasady w Paryżu, 
od 15 III 1950 do 30 III 1951 Dyrektor Protokołu Dyplomatycznego, od l VII 1951 do 30 IX 1956 
Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny - Stały Przedstawiciel PRL przy ONZ w Nowym Jorku, od 
l X 1956 do 4 XII 1959 Dyrektor Departamentu II (kraje Europy Zachodniej), od 5 XII 1959 do 31 
VIII 1968 Dyrektor Departamentu Współpracy Kulturalnej i Naukowej. W czasie sprawowania funkcji 
ministra spraw zagranicznych przez Adama Rapackiego Birecki był jego najbliższym doradcą i należał 
do kolegialnego kierownictwa resortu. Z pracy w MSZ odszedł wraz z Rapackim i wyemigrował do 
Francji. Podczas pobytu na emigracji ujawnił m.in. kulisy prowadzonych przez władze PRL akcji 
wymierzonych w Radio Wolna Europa, "Kulturę" i emigrację polską. Twierdził także, że tzw. plan 
Rapackiego nie był autorstwa PRL-owskiego ministra spraw zagranicznych ale został narzucony przez 
ZSRS. Por.: AMSZ, teczka personalna Henryka Bireckiego; [Zdzisław Jeziorański] ]. Nowak, Polska 
z oddall. Wojna w eterze - wspomnIenIa, t.2: 1956-l976. Londyn 1988 s. 288, 300, 319-320; M. 
Dobrosielski, R. Frelek, B. Sujka, WybItnI dyplomacI XX wIeku. Warszawa 1996 s. 235. 
16 Edward Wychowaniec (ur. 1924), od 15 X 1956 do 18 VII 1989 zatrudniony w MSZ. Od 
15 X 1956 do 30 VI 1963 r. Konsul Gen. PRL w Paryżu, od 1956 do 15 V 1966 Naczelnik Wy- 
działu Osobowego a następnie Wicedyrektor Departamentu Kadr, od 29 IX 1966 do 8 IV 1971 
Wicedyrektor Departamentu Konsularnego, 25 X 1973 do l VI 1977 Ambasador Nadzwyczajny 
i Pełnomocny PRL w Brazylii, l VIII 1977 do XII 1979 Wicedyrektor Protokołu Dyplomatyczne- 
go, 6 XII 1979 do 16 XI 1982 Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny PRL w Kolumbii, l II 
1983 do IX 1986 Wicedyrektor Departamentu Konsularnego, od l X 1986 do 30 VI 1989 Konsul 
Gen. PRL w Paryżu. Por.: AMSZ, teczka personalna Edwarda Wychowańca. 


146
>>>
Notatka służbowa 


W dniu 6-go lutego br. spotkałem się na własne życzenie z redaktorem "Kultury" - 
Giedryciem [tak w oryginale] Jerzym. W rozmowie, która była pierwszą oficjalną roz- 
mową przedstawiciela Konsulatu z przedstawicielem tego pisma, wysunęłem [tak 
w oryginale] następujące zagadnienia: 
1/ Jakie jest stanowisko "Kultury" i czy może podjąć akcję 
a) w sprawie pomocy dla Konsulatu w zjednoczeniu wysiłków na polu pogłębienia pra- 
cy kulturalno-oświatowej wśród polonii, 
b) w sprawie zjednoczenia szkolnictwa konsularnego i "niezależnego" , 
c) w sprawie zapobieżenia szybkiemu wynarodowieniu Polaków. 
2/ Co myśli grupa "Kultury" o Kongresie Polonii Francuskiej 17 i o jego działalności? 
3/ Dlaczego dotychczas nie zajęła stanowiska w sprawie Biblioteki Polskiej 18 i co o niej myśli? 
4/ Jak zdaniem "Kultury" można nawiązać ściślejszy kontakt między przyjeżdżającymi 
z Kraju przedstawicielami świata nauki i kultury a miejscową polską inteligencją i jak to 
środowisko można wykorzystać do szerszej pracy wśród polonii? 
5/ Czy "Kultura" ustosunkuje się do wyborów w Kraju 19 ijeśli tak, to w jakim sensie? 


W rozmowie, która była prowadzona w swobodnym tonie i dość przyjemnej atmosfe- 
rze uzyskałem następujące odpowiedzi. 
ad. l-a) Generalnie "Kulturę" nie interesują sprawy "szarej masy" emigracji polskiej 
i nie widzi potrzeby podejmowania jakichś wysiłków w tym zakresie, gdyż to i tak nie da 
żadnych rezultatów z powodu że 


17 Kongres Polonii Francuskiej powstał 19 VI 1949 r. Został stworzony głównie przez działa- 
czy konserwatywnie nastawionego Polskiego Zjednoczenia Katolickiego i miał być przeciwwagą 
dla zdominowanego przez socjalistów Centralnego Związku Polaków utworzonego w maju 1945 r. 
Z uwagi na słabnącą pozycję CZP zdominował z czasem życie emigracyjne we Francji. Por.: H i ]. 
Kudlikowscy, Przebyta droga. DzIałalność polsldch organIzacjI społecznych we FrancjI w latach 
1949-l979. Lens 1986. 
18 Biblioteka Polska w Paryżu została utworzona w 1838 r. Opiekę nad Biblioteką sprawowało 
Towarzystwo Historyczno-Literackie (THL). W 1893 Towarzystwo przekazało Bibliotekę Akade- 
mii Umiejętności w Krakowie (od 1919 Polska Akademia Umiejętności - PAU) warunkowym 
aktem darowizny. Po II wojnie światowej rozgorzał spór o prawo do Biblioteki między władzami 
komunistycznymi w Polsce (po zlikwidowaniu P AU władze twierdziły, że prawa własności Bi- 
blioteki przeszły na Polską Akademię Nauk - PAN), a reaktywowanym THL. 8 VII 1959 r. Sąd 
Apelacyjny w Paryżu nie rozstrzygnął sprawy własności Biblioteki i ustanowił administratora 
sądowego, który wydzierżawił Bibliotekę THL, najpierw na 18 lat, a następnie przedłużył dzierża- 
wę do roku 2030. Od 2000 r. Bibliotekajest przedmiotem kolejnego sporu. Zarząd THL przekazał 
50% własności Biblioteki odtworzonej w latach 90. P AU w Krakowie. Przeciwko takiemu roz- 
wiązaniu oponuje Stowarzyszenie Obrony Biblioteki Polskiej wspierane przez rektora Polskiej 
Misji Katolickiej we Francji ks. prałata Stanisława Jeża. Por.: I. Gałęzowska, BIbliotheque Polo- 
naIse de ParIs l 839-l 939. Paris 1946; Cz. Chowanie c, Podstawy Ideowe BIblioteld PolskIej w Pa- 
ryżu. Paryż 1956; Association de defense de la Bibliotheque Polonaise [on-line]. [Dostęp - kwie- 
cień 2002]. Dostępny w WWW: http://assoc.bibliopolonais.free.fr. 
19 Chodzi o wybory do sejmu z 20 I 1957 r., w których Gomułka wezwał do "głosowania bez 
skreśleń" . 


147
>>>
nie dopuszczą do porozumienia poszczególni przywódcy różnych ugrupowań ze 
względów czysto osobistych (a nie idei, które reprezentują) t.j. Chęci przewodzenia i zwią- 
zanymi z tym honorami. 
- sprawa ta nie udała się nawet przed wojną, gdyż emigracja polska zawsze była skłó- 
cona. Właściwa linija [tak w oryginale] podziału we Francji, wg. Giedroycia, przebiega 
bowiem nie między przedstawicielami Kraju i różnymi ugrupowaniami politycznymi emi- 
gracji, a w łonie samej emigracji np. między PSL a SPK, PSL a Andersowcami itp. 
- w ogóle nie ma potrzeby wysilać się z pracą polonijną bo same masy tym się nie in- 
teresują i nie jest ona im potrzebna. Źyją one własnym życiem miejscowego francuskiego 
społeczeństwa, które znacznie lepiej rozumieją niż życie w Kraju. 
b) nie uda się ujednolicić szkolnictwa z powodu zbyt dużych rozbieżności ideologicznych 
między różnymi organizacjami oraz między nimi a nami. Poza tym brak jest podstaw do 
tego, żeby to szkolnictwo dobrze zorganizować (brak kadry fachowej, brak podręczni- 
ków, które trzeba napisać na nowo). Również uważa, że nie będzie ono nigdy atrakcyjne 
i pożyteczne dla polskiej młodzieży bo nie przygotowuje jej dostatecznie do pracy 
w środowisku francuskim a jeszcze gorzej do życia w środowisku polskim (zresztą do 
Polski mogą wrócić tylko jednostki). Nawet taka szkoła jak Liceum Polskie w Paryżu 20 
czyni młodzieży krzywdę, gdyż przez szereg lat utrzymuje ją w sztucznych warunkach, bo 
z gruntu rzeczy jest to już młodzież francuska (urodzona we Francji i przepojona wycho- 
waniem środowiska francuskiego). 
c) Z powyższych powodów wyciąga wniosek o nieuchronności wynaradawiania i z góry 
przewiduje, że nasze wysiłki nie przyniosą rezultatów, których oczekujemy. 
Jedno co można zrobić według Giedroycia to: 
- właściwie informować polonię o sytuacji w Kraju przez wykorzystanie i współ- 
pracę z Sekcją Polską Radia Francuskieg0 21 : np. domówić się z nimi o zamieszczaniu 
skrzynki konsularnej (poruszającej problemy pracy konsularnej wśród emigracji) 22. 


20 Liceum Polskie w Paryżu zostało utworzone z inicjatywy Polskiej Misji Katolickiej w listo- 
padzie 1939 r. jako Gimnazjum-Liceum im. Cypriana K. Norwida. Po kapitulacji Francji w 1939 r. 
zostało przeniesione z Paryża do Villard-de-Lans. W 1946 r. placówka został przejęta przez władze 
komunistyczne w Warszawie, które przeniosły szkołę do Paryża na ulicę Lamande. W związku 
z malejącą liczbą uczniów szkoła została zamknięta w 1963 r. Szerzej: E. Gogolewski, SzkolnIctwo 
polslde we FrancjI (1833-l990). Wrocław 1998. 
21 Sekcją Polską Radia Francuskiego - Radiodiffusion - Television Fran;aise, Section Po- 
lonaise. W grudniu 1944 r. radio francuskie zaczęło nadawać audycje w języku polskim. Półgo- 
dzinna audycja popołudniowa przeznaczona była dla emigracji w północnej Francji i Belgii, 
a godzinna audycja wieczorna skierowana była do słuchaczy w Polsce. Audycje nadawane były 
głównie na falach Radia Lilie. Popularność audycji zmalała po powstaniu Radia Wolna Europa. 
Podobnie jak inne sekcje zagraniczne Sekcja Polska przestała nadawać swoje programy l I 1975 r., 
zachowane zostały jednak w cząstkowej formie audycje dla robotników polskich pracujących 
w północnej Francji. Na nowo audycje w rozbudowanej formule zostały uruchomione po wprowa- 
dzeniu w Polsce stanu wojennego w 1981 r. Nadawane są do dziś, w ramach stworzonego Francu- 
skiego Radia Międzynarodowego (RFI) nadającego programy w 18 językach. 
22 Konsul Edward Wychowaniec skorzystał z rady Giedroycia i spotkał się z kierownictwem 
Sekcji Polskiej Radia Francuskiego. Zgodnie z sugestią redaktora "Kultury" wystąpił podczas tych 
spotkań z propozycją stworzenia "skrzynki konsularnej". Por.: AMSZ, z. 20, w. 60, t. 825, Notatka 
służbowa Konsula Gen. PRL w Paryżu Edwarda Wychowańca z rozmowy z zastępcą Kierownika 
Sekcji Polskiej Radia Francuskiego Święcickim z 28 III 1957; AMSZ, z. 20, w. 60, t. 825, Notatka 
służbowa Konsula Gen. PRL w Paryżu Edwarda Wychowańca z rozmowy z Kierownikiem Sekcji 
Polskiej Radia Francuskiego Moosmannem z 3 IV 1957. 


148
>>>
Sądzi, że Sekcja Polska pójdzie na to, bo rozmawiał już w tej sprawie z jej kierowni- 
kiem Mosmanem [tak w oryginale] 23 ijego zastępcą Święcickim 24 . 
- lepiej kolportować czasopisma i książki polskie. Obecna Księgarnia Polski 5 , zda- 
niem jego, robi to źle nie terminowo realizuje zamówienia (sam czekał rok czasu na 
"Robinsona Crusoe" dla swojego syna) niepotrzebnie propaguje książki ideologiczne 
i niepotrzebnie mieści się w budynku Konsulatu, bo to odstrasza wielu ludzi. Proponuje 
zwiększyć podaż klasyków polskich, gdyż te książki przede wszystkim są poszukiwane. 
Przy okazji oświadczył, że gazeta "Wiadomości,,26 czyni więcej szkody niż dobre- 
go i dezorientuje swoimi artykułami emigrację. Na wzmiankę moją, czy widzi ko- 
nieczność powstania innej gazety, obiektywnie informującej o sytuacji w Kraju - 
mówi, że nie widzi potrzeby. Nikt jej nie będzie czytał a rzeczy te z powodzeniem 
może robić prasa krajowa, lepiej kolportowana we Francji. Uważa też, że gdybyśmy 
próbowali zorganizować nową gazetę, to natkniemy się na brak fachowców, co przesą- 
dza o poziomie gazety. 
ad. 2. Kongres Polonii Francuskiej - to fikcja. Nie ma żadnej pracy z jego strony i nigdy 
nie będzie w stanie jej podjąć. Nawet ksiądz Kwaśnl 7 , który jest w zarządzie nie da rady 
nic zrobić, gdyż kler polski we Francji jest do tego za słaby. 


23 Moosmann Andre (1910-1998),jego związki z Polską ograniczały się do słabej znajomości 
języka polskiego (znał także rosyjski) i posiadania żony - Polki. Przed II wojną światową przez 
rok przebywał w Polsce pracując w Instytucie Francuskim. Po wojnie francuskie Ministerstwo 
Spraw Wewnętrznych oddelegowało go do kierowania Sekcją Polską Radia Francuskiego, z cza- 
sem awansował na kierownika wszystkich sekcji obcojęzycznych francuskiego radia. 
24 Święcicki Tadeusz (1893-1973), absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie poznał i za- 
przY-jaźnił się ze swoim politycznym patronem Bogdanem Miedzińskim, czołowym działaczem sana- 
cji, ostatnim przed wojną marszałkiem senatu. Święcicki, były Legionista i dowódca batalionu 
w wojnie polsko-bolszewickiej został w okresie międzywojennym jednym z czołowych dziennikarzy 
sanacY-jnych. Pracował w redakcji "Gazety Polskiej", został pierwszym redaktorem wydawanego od 
1933 r. tygodnika literacko-społecznego "Pion", był długoletnim kierownikiem Biura Informacji 
w Prezydium Rady Ministrów. W 1938 r. został kierownikiem Polskiej Agencji Telegraficznej 
w Paryżu. W czasie II wojny światowej uczestniczył w polskim ruchu oporu we Francji, więzień 
Buchenwaldu. Po wojnie zamieszkał we Francji gdzie związał się z Radiem Francuskim, obejmując 
wkrótce po utworzeniu funkcję sekretarza redakcji (w praktyce druga, po dyrektorze, osoba w redakcji) 
Sekcji Polskiej Radia Francuskiego. Publikował także na łamach prasy emigracY-jnej m.in. w wydawa- 
nych przez Instytut Literacki w Paryżu "Zeszytach Historycznych". 
25 W Paryżu istniało na przestrzeni XIX i XX w. szereg instytucji posługujących się nazwą 
Księgarnia Polska. Do najważniejszych należy zaliczyć Księgarnię Polską uznawaną za sukcesorkę 
pierwszej założonej w 1833 r. na obczyźnie polskiej księgarni w Paryżu, kierowaną w latach 1944- 
1965 przez Stanisława Lama; czy Libellę powstałą w 1946 r. W tym wypadku chodzi zapewne 
o Książkę Polską we Francji prowadzoną przez Polkę o francuskim nazwisku, Marię Fontaine, 
położoną przy ulicy Jean Goujon obok Konsulatu Generalnego PRL w Paryżu. Instytucja ta została 
zlikwidowana przed 1971 r. Por.: A. Kłossowski, KsIęgarnIe polslde we FrancjI w XX wIeku, [w:] 
Kultura skupIsk polonijnych. MaterIały II sympo
um naukowego. Warszawa, 11-l2 czerwca 
l 984. Warszawa 1987 s. 1-29. 
26 "Wiadomości" - pismo wydawane od 1956 r. przez współpracujące z Ambasadą PRL wy- 
dawnictwo we Francji. Była to kolejna (14) próba wskrzeszenia kontrolowanego przez władze PRL 
polskojęzycznego dziennika we Francji, jaka nastąpiła po zamknięciu w 1952 r. "Gazety Polskiej". 
Por.: ]. Kowalik, BIbliografia czasopIsm polskIch wydawanych poza granIcamI Kraju od wrześnIa 
1939 roku, t. 4. Lublin 1976 s. 72. 
27 Kwaśny Kazimierz (1900-1987), infułat, ksiądz diecezji przemyskiej. W 1917 ukończył 
gimnazjum w Jaśle. Służył warmii austro-węgierskiej i Legionach Polskich. Jednocześnie podjął 


149
>>>
ad. 3. W sprawie Biblioteki Polskiej, jedyne wyjście to pójście na kompromis. Należy 
utworzyć mieszane kierownictwo które by w fachowy sposób zabezpieczyło prowadzenie 
Biblioteki i udostępniło ją wszystkim. "Kultura" nie będzie pisać o tym stanowisku, po- 
nieważ mogłaby zostać źle zrozumiana przez różnych ludzi. 
ad. 4. Stwierdza brak opieki ze strony Ambasady nad przyjeżdżającymi z Kraju intelektu- 
alistami. Nikt się nimi nie interesuje, nie pomaga im w maksymalnym korzystaniu 
z osiągnięć nauki i kultury francuskiej. Chodzą samopas i z konieczności wielu z nich 
zwraca się do "Kultury". Z rozmowy wynikało, że osobiście kontaktuje się ze wszystkimi 
poważniejszymi osobami przyjeżdżającymi z Kraju. "Kultura" pomaga wielu z nich 
wskazując ciekawsze wydawnictwa, ułatwia kontakty z Francuzami, informuje o cieka- 
wych osiągnięciach francuskich itp. 
Widzi potrzebę przyjazdu tych ludzi do Francji dla przeniesienia zdobyczy Zacho- 
du do Kraju i wykorzystania ich dla jego rozwoju. Emigracji w zasadzie ci ludzie są 
niepotrzebni. 
ad. 5. "Kultura" skomentuje wybory w sensie (prawie dosłowne wyrażenie) "Uważam, że 
społeczeństwo polskie, zdając sobie sprawę, iż jest w przymusowej sytuacji, wybrało 
mniejsze zło głosując na program Gomułki 28 , dało tym samym kredyt zaufania dla Go- 


studia teologiczno-filozoficzne. 23 V 1923 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Był wybitnym kazno- 
dzieją i bliskim współpracownikiem ks. bpa Pelczara. Pod koniec 1929 r. przyjechał z grupą pol- 
skich robotników do Antwerpii. Z powodu naglących potrzeb duszpasterskich we Wschodniej 
Francji w czerwcu 1930 r. objął placówkę w Auden-le-Tiche. W 1940 r. wraz z polskimi robotni- 
kami opuścił Auden-le-Tiche, które jako strefa Linii Maginota zostało ewakuowane. Objął obo- 
wiązki proboszcza w Loudun (Vienne). W 1945 r. wraz z powracającymi wysiedleńcami powrócił 
do Auden-le- Tiche jako proboszcz a jednocześnie dziekan PMK na wschodnią Francję. Z nomina- 
cji ks. kardynała Hlonda został w 1947 r. Rektorem Polskiej Misji Katolickiej we Francji. Funkcję 
tę sprawował przez 25 lat do 1972 r., kiedy to na własną prośbę z przyczyn zdrowotnych został 
odwołany i emerytowany. Zamieszkał w Paryżu. Jako rektor przyczynił się do powstania Kongresu 
Polonii Francuskiej. Został wyróżniony godnością kanonika katedry przemyskiej, prałatem Jego 
Świątobliwości, a także protonotariuszem. Otrzymał odznaczenie Ordre de la Sante Publique. 
27 V 1973 r. obchodził uroczyście złoty jubileusz kapłaństwa. Zmarł 23 XI 1987 r. Pogrzeb odbył 
się l XII 1987 r. Został pochowany w grobowcu misyjnym na cmentarzu Montmorency. Por.: 
Schematlsmus UnIversI VenerabIlis ClerI SaecularIs et RegularIs DIoecesIs PremIsliensIs RIt. Lat., 
l 935. Przemyśl 1935 s. 120; Rocznik Diecezji Przemyskiej Ob. Łac. 1938 s. 177,184; Rocznik 
Diecezji Przemyskiej 1952 s. 17, 139, 188; Duszpasterz Polski Zagranicą 1972 nr 3 s. 276-280; 
Tamże, 1973 nr 5 s. 511; Tamże, 1988 nr l s. 152-155. 
28 Władysław Gomułka, pseud. Wiesław i inne (1905-1982), polityk komunistyczny, od 1926 
w KPP. Więziony w latach 1932-1934 i 1936-1939. W latach 1934-1935 w ZSRS. Po wybuchu 
II wojny światowej przebywał w Białymstoku i Lwowie, od 1941 r. członek WKP(b). W 1942 r. 
przeniósł się na Podkarpacie a następnie do Warszawy. Włączył się w działalność PPR, wchodząc 
najpierw w skład KC, później Sekretariatu KC, Biura Politycznego i obejmując funkcję Sekretarza 
Generalnego KC PPR. W PKWN, a następnie Rządzie Tymczasowym, TRJN i rządzie Cyrankie- 
wicza pełnił funkcję I wicepremiera, a od 1945 r. dodatkowo ministra Ziem Odzyskanych. 
W 1948 r. oskarżony o tzw. odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne i stopniowo odsuwany na 
podrzędne stanowiska państwowe i partyjne. W 1951 r. uwięziony, pozbawiony immunitetu posel- 
skiego i wyrzucony z PZPR. Z więzienia został zwolniony w 1954 r. W lipcu 1956 r. przywrócono 
mu prawa członkowskie w PZPR, a w październiku 1956 r. stanął na czele partii. W pierwszym 
okresie po Październiku cieszył się dużym poparciem społecznym jako symbol destalinizacji 
i przeciwstawiania się naciskom ze strony ZSRS. Wraz z odchodzeniem od polityki liberalizmu 
tracił zaufanie społeczne. Poparł interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji 
w 1968 r. Odpowiedzialny za represje w marcu 1968 r. i za użycie broni wobec robotników na 


150
>>>
mułki, który nie wiadomo jednak, jak długo potrwa bo zależny jest od realnych wyników 
gospodarczych". Zdaniem Giedroycia, "Polska może się cofnąć pod presją Związku Ra- 
dzieckiego, który w razie potrzeby nie zawaha się użyć siły". 


Poza tym w rozmowie, która była bardzo żywa, poruszył szereg innych zagadnień 
i podał następujące uwagi: 
1/ Dlaczego do Francji przyjeżdżają przeważnie intelektualiści i handlowcy, a nie przyje- 
dzie na przykład do którejś z fabryk w Nord grupa robotników z Źerania. Mogłaby ona 
odegrać poważną rolę w zbliżeniu robotników francuskich i polskich, oraz w bardziej 
zrozumiały sposób wyjaśnić emigrantom szereg spraw krajowych. 
2/ Dlaczego lansuje się ciągle przyjazd do Francji tow. Cyrankiewiczi 9 kiedy jego zda- 
niem znacznie lepsze wyniki w rozmowie z Francuzami osiągnąłby ktoś "z grupy Gomuł- 
k ,,, B . ' k k .30 Kl ' k 31 
1 np. len ows 1 czy lSZ o . 
3/ Na pytanie dlaczego "Kultura" nie zajmuje stanowiska w sprawach skarbów kultury 
polskiej w Kanadzie 32 , oświadczył, że w pozytywnym dla Kraju rozwiązaniem tej sprawy 
może pomóc tylko Prymas Wyszyński. Jego zdaniem wydanie tych skarbów zależy od 
władz samorządowych w Kanadzie, które są pod wpływem kleru, stąd pośrednictwo pr. 


Wybrzeżu w 1970 r. W grudniu 1970 r. zmuszony do rezygnacji z funkcji I Sekretarza KC PZPR, 
a następnie odwołany z innych stanowisk i przeniesiony na emeryturę. 
29 Józef Cyrankiewicz (1911-1989), od 1931 działacz PPS, 1939-1941 PPS-WRN, 1941- 
1945 więziony m.in. w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Po wojnie stanął na czele 
koncesjonowanego PPS, doprowadził do wyeliminowania zwolenników autonomii partii i 
przyczynił się do zjednoczenia PPS z PPR i powstania w 1948 r. PZPR. W latach 1948-1971 
członek Biura Politycznego KC PZPR. W latach 1948-1952, 1954-1970 premier a w latach 1952- 
1954 wicepremier. W latach 1970-1972 przewodniczący Rady Państwa. Jako szef rządu bardzo 
ostro występował przeciwko uczestnikom strajków i manifestacji w czerwcu 1956 i grudniu 1970 r. 
30 Władysław Bieńkowski (1906-1991), z ruchem komunistycznym związał się w okresie 
międzywojennym. Członek PPR a następnie PZPR. W latach 1945-1948 piastował funkcje: wice- 
ministra oświaty, kierownika Wydziału Propagandy PPR, członka Sekretariatu KC PPR. W okresie 
stalinowskim 1949-1956 odsunięty od wysokich funkcji partyjno-państwowych był dyrektorem 
Biblioteki Narodowej. Po październiku 1956 minister oświaty, zaliczany do liberałów (frakcja 
Puławian). Zdymisjonowany w 1959 r. i odsunięty na podrzędne stanowiska. W maju 1970 r. 
usunięty z PZPR za publikowanie książek w Instytucie Literackim w Paryżu. Włączył się w dzia- 
łalność opozycyjną. 
31 Zenon Kliszko (1908-1989), w okresie międzywojennym związany z KPP. Członek PPR 
a następnie PZPR. W 1949 r. jako współpracownik Gomułki usunięty ze stanowisk rządowych i par- 
tyjnych, czasowo aresztowany, następnie pracownik Wydawnictwa KiW i PWN. Do działalności 
politycznej powrócił w 1956 r. W latach 1959-1970 członek Biura Politycznego KC PZPR. W lutym 
1971 r. usunięty z KC PZPR za dopuszczenie do wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. 
32 Tzw. skarby wawelskie (arrasy) zostały ewakuowane z Polski w 1939 r. przez Rumunię 
i Francję i zdeponowane w Kanadzie w klasztorze H6tel-Dieu. 3 III 1948 r. skarby zostały zajęte 
przez rząd prowincji Quebec. Po wojnie władze PRL przez kilka lat bezskutecznie domagały się 
powrotu arrasów do Polski. Przeciąganie się negocjacji wiązało się z wątpliwościami strony kana- 
dyjskiej co do tytułu prawnego władz PRL do skarbów wawelskich, a także z powodu nieporozu- 
mień pomiędzy rządem federalnym w Kanadzie a władzami prowincji Quebec. Skarby wawelskie 
powróciły do Polski 16 11961 r. Por.: S. Nahlik, Sprawa zbIorów polskIch w KanadzIe. Rozważa- 
nIa prawne, Sprawy Międzynarodowe 1958 z. 1 s. 47-66; Tegoż, Tak zwana sprawa arrasów 
w śwIetle dokumentów, [w:] StudIa do dzIejów Wawelu, t. 4. Kraków 1978 s. 361-398. 


151
>>>
Wyszyńskiego mogłoby dać efekt 33 . Jednak "Kultura" oficjalnie nie może o tym pisać bo 
mogłaby być znowu źle zrozumiana. 
4/ Podał, że nie rozumie postępowania Rządu Polskiego w sprawach personalnych. 
Zdaniem jego zmiana programu winna się wiązać ze zmianami personalnymi stąd ko- 
nieczność 
a) zmiany ludzi w rozgłośni Kral 4 a konkretnie konieczność odwołania red. Florczy- 
ka [tak w oryginale, powinno być Florczak]35 i Mitznera 36 jako nie popularnych za 
granicą z uwagi na ich poprzednią pracę w Rozgłośni. 
b) zmian na placówkach dyplomatycznych (choćby byli to najlepsi ludzie). 
c) pesymistycznie zapatruje się na rozmowy w sprawie pomocy gospodarczej USA 
dla Polski, z uwagi na to, że pojechał tam Min. Winiewicz 37 , który poprzednio repre- 
zentował Polskę w USA. 


33 Episkopat Polski wezwał władze Kanady do zwrotu skarbów wawelskich w liście z 1958 r. 
Podczas przekazywania przez władze kanadyjskie 31 XII 1960 r. w Quebecu arrasów wawelskich 
obecny był prymas Kościoła Katolickiego w Kanadzie ks. abp Maurice Roy. 
34 W latach 1955-1959 poza strukturami Polskiego Radia funkcjonowała rozgłośnia "Kraj" 
(wbrew ustawie dającej Komitetowi do Spraw Radiofonii "Polskie Radio" wyłączność w zakresie 
nadawania programów radiowych). Początek audycji wiąże się z odezwą "wracajcie" wystosowaną 
26 VII 1955 r. przez grupę intelektualistów. Rozgłośnia zaczęła nadawać regularne audycje we 
wrześniu 1955 r. W pierwszym okresie nadawano jeden, następnie dwa-cztery zestawy audycji. 
Równocześnie wydawano "Biuletyn Rozgłośni «Kraj»". Po 24 II 1957 r. jego kontynuacją miał być 
nowy periodyk ,,7 Dni w Polsce" i miesięcznik "Magazyn Polski". Od 29 VI 1959 r. dodatkiem do 
,,7 Dni w Polsce" był periodyk" 7 Dni w Programie Zagranicznym Polskiego Radia". Rozgłośnia 
początkowo akcentowała konieczność powrotu do Polski, następnie apelowała aby wracali tylko ci, 
"którzy nie wrośli jeszcze w nowe środowiska i źle czuli się na uchodźstwie, marnując swoje kwa- 
lifikacje i talent". Rozgłośnia jako jedyna placówka w Polsce otwarcie polemizowała z prasą emi- 
gracyjną, Wolną Europą i Głosem Ameryki. Mimo prób podejmowanych przez redakcję aby "Kraj" 
mógł nadal nadawać lub aby pozostawiono mu autonomię w obrębie Polskiego Radia, sekretariat 
KC PZPR w końcu 1959 r. włączył rozgłośnię do Zespołu Programu dla Zagranicy Polskiego 
Radia i ulokował ją w Naczelnej Redakcji Audycji dla Polonii. Por.: ]. Myśliński, RozgłośnIa 
"Kraj" na tle programów radIowych dla PolonJj po 1944 r., Kwartalnik Historii Prasy Polskiej 
1987 R. 26 z. 1 s. 109-115. 
35 Zbigniew Florczak (ur. 1923), publicysta, eseista, krytyk sztuki, tłumacz. W początkowym 
okresie istnienia pisma współpracował z "Kulturą". Do Polski powrócił w 1949 r. Należał do naj- 
większych propagatorów repatriacji na falach rozgłośni i łamach "Biuletynu Rozgłośni «Kraj»". 
Członek redakcji warszawskich czasopism: "Nowej Kultury" i "Kultury". Od 1968 r. przesyłał do 
"Kultury" felietony pod pseudonimem Pelikan. Swoje prawdziwe nazwisko ujawnił Giedroyciowi 
dopiero w 1984 r. Por.: ZbIgnIew Florczak namawIa do powrotu, Kultura 1955 nr 9 s. 102-104. 
36 Zbigniew Mitzner pseud. Jan Szeląg (1910-1968), dziennikarz i satyryk, działacz socjali- 
styczny. Współzałożyciel w 1935 i redaktor pisma satyrycznego "Szpilki". W latach 1945-1947 
redaktor "Robotnika". Redaktor naczelny: "Muchy", "Tygodnika" i "Nowej Kultury". Profesor 
Uniwersytetu Warszawskiego. Po śmierci pierwszego kierownika Radiostacji "Kraj" Wiktora Gro- 
sza w styczniu 1956 r. został jego następcą. 
37 Józef Winiewicz (1905-1984), w okresie międzywojennym redaktor naczelny "Dziennika 
Poznańskiego". W czasie II wojny światowej przebywał na emigracji gdzie pracował m.in. w Mi- 
nisterstwie Prac Kongresowych. W 1945 r. wstąpił do służby dyplomatycznej Polski Ludowej. 
Znalazł się w delegacji polskiej na obrady pierwszej sesji ONZ. W latach 1947-1954 ambasador 
w Waszyngtonie. W latach 1956-1972 wiceminister spraw zagranicznych, następnie wiceprezes 
Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną "Polonia". Autor wspomnień zatytułowanych Co 
pamIętam z długIęj drogI życIa (Poznań 1985); por.: M. Dobrosielski, R. Frelek, B. Sujka, WybItnI 
dyplomacI XX wIeku, s. 240-251. 


152
>>>
5/ "Kultura" projektuje zamieścić dział poszukiwania rodzin w postaci wkładki dla Pola- 
ków repatriowanych obecnie ze Związku Radzieckiego (Prawdopodobnie chodzi mu 
o zwiększenie popularności wydawnictwa i związanych z tym dochodów). 
6/ Zapytał dlaczego Kraj dla szybszego uregulowania problemu semickiego w Polsce nie 
zaprosi przedstawicieli ,,]oint'u,,38 i nie nawiąże z nimi bezpośrednich rozmów. Podał, że 
w Paryżu rozeszła się wiadomość jakoby Źydów za granicę nie puszczano i że Rząd nasz 
wstrzymał ich wyjazdy, co zrobiło tu bardzo niekorzystne wrażenie. 
Choć w toku rozmowy starałem się trzymać tematów związanych z pracą konsularną 
i ewentualnej pomocy "Kultury" w pracy naszej z polonią, siłą rzeczy rozmowa schodziła 
na inne zagadnienia, stąd powyższe uwagi uzyskane od rozmówcy, który na zakończenie 
wyraził zgodę na ewentualne dalsze spotkania. 


Paryż, dnia 7.II.1957 roku. 


[Podpis odręczny nieczytelny] 


Odbito w 5 egz. 
Otrzymuje w egz. 
l. MSZ Dep. II -gi 
2. MSZ Wydz. Polonijny 
3. MSZ Wydz. Konsularny 
4. Ambasada PRL w Paryżu 
5. a/a Konsulat Gen. - Paryż. 


38 "Joint" - American Jewish Joint Distribution Committee (Amerykańsko-Żydowski Połą- 
czony Komitet Pomocy. Organizacja założona w 1914 r. przez powstały w 1906 r. syjonistyczny 
American Jewish Committee w celu wpierania materialnego Żydów. Skupia reprezentantów wiel- 
kiej finansjery żydowskiej w USA. Jest największą organizacją wspierającą Żydów zamieszkałych 
poza Izraelem. 


153
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JÓZEF MACKIEWICZ - SZKICE I WSPOMNIENIA 


SETNA ROCZNICA URODZIN 
JÓZEFA MACKIEWICZA 


Wacław LEWANDOWSKI (Bydgoszcz) 


Rocznicę tę naj pożyteczniej uczciła Nina Karsov, wydawca Dzieł pisarza. W jubile- 
uszowym roku londyńska Kontra podjęła gigantyczny wysiłek, którego plonem są cztery 
nowe tomy edycji zebranych utworów józefa Mackiewicza: pierwsze wydanie krytyczne 
Buntu rojstów, uwzględniające warianty tekstu (tom 13 DzieJ); Bulbin zjednosielca - 
wybór tekstów rozproszonych z lat 1922-1936 (tom 14), przynoszący rewelacje w posta- 
ci nieznanych dotąd tekstów nowelistycznych z lat 20. oraz tekst debiutancki, drukowany 
w "Słowie", podpisany pseudonimem Ali, dopiero teraz rozszyfrowanym; Okna zatkane 
szmatami (tom 15) - wybór publikacji prasowych józefa Mackiewicza z lat 1937-1938 
oraz pierwodruk uznawanej za zaginioną książki Prawda w oczy nie kole (tom 17), której 
maszynopis pozostawił Mackiewicz w Wilnie, gdy w roku 1944 przenosił się do War- 
szawy, aby uniknąć drugiej okupacji sowieckiej. 
Plon owych edytorskich trudów będzie owocował przez lata, stanowiąc podstawę 
dalszego poznawania pisarza i wzbogacania wiedzy na temat osoby twórcy ijego dzieła. 
Zespół redakcyjny "Archiwum Emigracji" postanowił zaś potraktować stulecie j óze- 
fa Mackiewicza jako okazję do skomponowania monograficznego bloku tekstów i ogło- 
szenia go w 5/6 tomie rocznika. Zaprosiliśmy do współpracy krytyków, historyków lite- 
ratury i pisarzy, którzy pisywali już kiedyś na temat twórczości autora Kontry, jak i tych, 
dla których nasza oferta mogła stać się nowym wyzwaniem, okazją do poszerzenia wła- 
snych zainteresowań badawczych. Prosząc o autorską współpracę, pozwoliliśmy sobie 
zaznaczyć, że interesują nas refleksje nad dziełem i osobowością pisarską Mackiewicza, 
nie chcemy zaś utworów, w których pisarz potraktowany zostanie pretekstowo, a dyskurs 
jemu poświęcony będzie jedynie punktem wyjścia do poruszeń aktualnych sporów poli- 
tycznych, ideologicznych, czy towarzysko-koteryjnych, jak to już na łamach polskiej 
prasy bywało. Być może z powodu tego właśnie zastrzeżenia nie wszyscy z zaproszo- 
nych zechcieli odpowiedzieć; być może niektórzy z nich uznali, że o józefie Mackiewi- 
czu powiedzieli już w innych miejscach wszystko, co mieli do powiedzenia. Otrzymali- 


155
>>>
śmy jednakże zestaw piętnastu tekstów, nie zawsze całkowicie posłusznych redakcyjne- 
mu życzeniu, zawsze jednak interesujących w swej różnorodności gatunkowej i - by tak 
rzec - emocjonalnej, bo prócz studiów pisanych z badawczym chłodem dotarły do nas 
także bardzo osobiste wspomnienia, jak i swoiste świadectwa żywotności pism Mackie- 
wicza, nadal prowokujących do kategorycznego sprzeciwu i odnawiania dawnych, ide- 
ologicznych sporów. Zdecydowaliśmy się na łączną publikację tak niejednorodnego ma- 
teriału w przekonaniu, że nawet te głosy, których ton nie mieści się w granicach histo- 
rycznoliterackiego dyskursu, dowodzą przecież zmiany, jaka dokonała się w recepcji 
Mackiewicza w ostatnich latach. Nie ma już bowiem krytyków, którzy kwestionowaliby 
wagę tego pisarstwa, odmawiali mu ważnego miejsca w historii literatury, uznawali że 
dzieło Mackiewicza po śmierci autora będzie miało trwałość czasowo ograniczoną, że 
prędzej czy później pójdzie w zapomnienie, jak spory polityczne, z którym je wiązano. 
Owszem, Mackiewicza nadal nie zawsze mierzy się miarą, jaką zwykliśmy przykładać do 
pisarzy i ich dokonań. Na przykład Jerzy R. Krzyżanowski, w prezentowanym tu artykule 
polemizuje z powieścią Józefa Mackiewicza tak, jakby miał do czynienia z pracą histo- 
riograficzną czy podręcznikiem historii, nie - dziełem literackim. Odgrzewając stare 
pretensje kombatantów Armii Krajowej do pisarza, czyni to jednak w przekonaniu 
o "trwałym miejscu jego powieści w historii literatury polskiej". (Pamiętajmy, że w prze- 
szłości, gdy polemika tego rodzaju była reakcją na niemal każdą nowo wydaną powieść 
pisarza, oponenci odmawiali mu nie tylko miejsca w historii ojczystej literatury, ale 
i wprost - miejsca w polskim społeczeństwie i prawa głosu w sprawach polskich.) In- 
nym autorom zdarza się, aczkolwiek na marginesie rozważań, ocenianie pisarza w kate- 
goriach, w jakich wystawia się noty działającym politykom czy ideologom, nie zaś - 
beletrystom. Wytknięcie idealizmu i obstawania przy mitach może być, by posłużyć się 
takim przykładem, zarzutem zabójczym, gdy postawimy go politykowi, zastosowane 
wobec autora artystycznej prozy staje się właściwie mimowolnym komplementem. Tego 
rodzaju nieporozumienia świadczą zaś o tym, że od Józefa Mackiewicza jego krytycy 
zwykli żądać więcej niż przywykliśmy żądać od "zwykłych" powieściopisarzy. Jest za- 
tem, tak u entuzjastów, jak i oponentów pisarza coraz wyraźniej dostrzegalne, "podskór- 
ne" przekonanie, że mamy do czynienia z twórcą wybitnym, wyjątkowym, takim, od 
którego oczekiwalibyśmy dowodów jakiejś omnipotencji poznawczej, czy kompetencji 
w dziedzinach wykraczających daleko poza sztukę pisania. Godzi się przypomnieć, że 
w dziejach kultury europejskiej było normą, iż z tak wielkimi oczekiwaniami krytyki 
i publiczności spotykali się wyłącznie pisarze największego formatu. 
Nie mam wątpliwości, że kresu dobiega czas, w którym wagę pisarstwa Józefa Mac- 
kiewicza można było z beztroską dezynwolturą kwestionować. Otwierający prezentowa- 
ny tu blok tekstów głos Czesława Miłosza utwierdza mnie w tym przekonaniu. Oto nestor 
literatury polskiej upomina się o "kolegę pisarza, któremu należy się szacunek za rzetel- 
ność jego prozy", o miejsce dla niego w polskim kanonie literackim i na listach szkol- 
nych lektur. Pisarzowi-seniorowi towarzyszy głos Waldemara Jakubowskiego, młodego 
krytyka, który nie ma wątpliwości, że "należy Józefa Mackiewicza zaliczyć do najwięk- 
szych polskich i światowych pisarzy". Jest w tym znak czasu i miejsca, w jakim, zgoła 
niepostrzeżenie dla polskiej krytyki literackiej, odnajduje się dzisiaj czytelniczy odbiór 
tej prozy. 


156
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


GLOS WIERNEGO CZYTELNIKA 


Czesław MIŁOSZ (Kraków) 


józef Mackiewicz był człowiekiem uparcie trzymającym się swego zdania, często 
wbrew zdaniu innych. W okresach, kiedy wymagane jest podporządkowanie się opinii 
zbiorowej taki człowiek jest niewygodny i naraża się na liczne niebezpieczeństwa. Nigdy 
nie traktowałem poważnie pomówień o współpracę Mackiewicza z Niemcami hitlerow- 
skimi. Te i podobnie nieprzychylne mu sądy jednak do niego przylgnęły i przeszkadzały 
w uznaniu j ego zasług jako pisarza. 
Przez kilka miesięcy 1940 r. współpracowałem z wydawaną przez niego w Wilnie 
"Gazetą Codzienną". Po zajęciu Litwy przez Rosjan przedostałem się przez zieloną gra- 
nicę do Warszawy i nie byłem świadkiem tego, co się pod okupacją sowiecką i później 
niemiecką z Mackiewiczem działo, ale spotkałem go w Warszawie latem 1944 i odbyłem 
z nim długą rozmowę, notabene rozmawialiśmy we trójkę tj. z januszem Minkiewiczem. 
Tak zwana "sprawa Mackiewicza" wygląda inaczej dla kogoś, kto jak ja znał dobrze 
wileńskie polityczne układy, a zwłaszcza, kto znał opinie i plotki krążące w polskim 
Wilnie czasów wojny. Mackiewicz nienawidził bolszewików i oczywiście przyjął z ulgą 
zajęcie Wilna przez Litwinów, po paru tygodniach, w początkach października 1939 r., 
odstąpionego im przez Sowiety. Wtedy napisał artykuł witający to zdarzenie i ten to arty- 
kuł dostarczył powodów do oskarżeń o kolaborację. Książka Mackiewicza Prawda 
w oczy nie kole, której manuskrypt został niedawno odnaleziony i wydany, dostatecznie 
wyjaśnia jego motywy oraz rozczarowanie nacjonalistyczną polityką władz litewskich, 
kiedy wydawał w Wilnie" Gazetę Codzienną". 
Co do oskarżeń Mackiewicza o kolaborację z Niemcami przez polskie podziemie to 
wiele mówiły mi nazwiska oskarżycieli. Na przykład: Fedorowicza i Ochockiego, działaczy 
Narodowej Demokracji, oczywiście wrogów idei "krajowości", jaką wyznawał Mackie- 
wicz. jednym z oskarżycieli był też z ramienia AK mój kolega z Akademickiego Klubu 
Włóczęgów, Lech Beynar, znany później w Polsce jako Paweł jasienica. Moim zdaniem 
w ocenie powieści Mackiewicza Droga donikąd mylił się gruntownie dopatrując się w niej 
braku patriotyzmu, w przeciwieństwie, jak powiadał, do Pana Tadeusza. Trudno o większy 
patriotyzm, tam właśnie na Wileńszczyźnie ugruntowany, niż Mackiewicza. 
Wkrótce po zajęciu Wilna przez Niemców w gadzinowym "Gońcu" Mackiewicz 
opublikował fragmenty swojej powieści napisanej za sowieckiej okupacji, ale nie on 
jeden czuł wtedy krótkotrwałą ulgę po zakończeniu sowieckiego koszmaru, choć oczywi- 
ście popełnił błąd drukując w "Gońcu". 
Mackiewicz był dla mnie przede wszystkim "naszym człowiekiem", wilnianinem, pa- 
triotą naszych stron rodzinnych i ich obrońcą w swoich artykułach ogłaszanych w wileńskim 


157
>>>
"Słowie" swojego brata Stanisława Cata-Mackiewicza. Kiedy rozmawialiśmy w Warszawie 
w 1944 r. zrozumiałem, że nie wyczuwa nastrojów ulicy warszawskiej, bo mówił, że teraz, 
kiedy klęska Niemiec jest już pewna, należy robić wszystko, żeby uświadamiać ludziom 
niebezpieczeństwo grożące ze strony Sowietów. Podobno wydał wtedy parę numerów pi- 
semka "Alarm" wspólnie ze swoją żoną Barbarą Toporską. Ale nam, kiedy wyśmieliśmy 
podobny pomysł, o tym nie powiedział. Gdyby więcej było takich zwolenników jakiejś 
ugody z Niemcami w ostatniej chwili, może by nie doszło do wybuchu powstania. Było już 
na to jednak za późno. W końcowych rozdziałach powieści Nie trzeba głośno mówić poka- 
zuje Warszawę latem 1944 jako miasto zwariowane, heroicznie lekkomyślne i beztroskie. 
Zawsze traktowałem Mackiewicza jako kolegę pisarza, któremu należy się szacunek za 
rzetelność jego prozy. Wychowany na wielkiej literaturze rosyjskiej był obojętny na zmie- 
niające się mody i naj zupełniej "treściowy", tzn. dążył do prawdy opisu i resztę uważał za 
środki. Głównąjego cechą była prawdomówność posuwająca się do przekory ijeżelijego 
brat był awanturnikiem głośnym czyli Raptusiewiczem, Józef był awanturnikiem cichym 
- Rejentem Milczkiem. Jego umysł stale pracował na innej fali, niż umysł jego otoczenia, 
wskutek czego ściągał do siebie wszelkie osy pomówień i oskarżeń jakby nasmarowany 
miodem. Jego powieść Droga donikąd powinna zawsze być na liście lektur szkolnych, bo 
nie ma w literaturze światowej przykładu takiej rozpaczy człowieka, który patrzy jak roz- 
pada się w jego kraju wszystko, co kochał i do czego był przyzwyczajony, a więc więzi 
przyjaźni i pokrewieństwa, szczerość, otwartość, szacunek dla tradycji i zastępuje to 
wszystko gangrena przystosowania podyktowanego strachem przed więzieniem i deporta- 
cją. Wbrew posądzeniom Jasienicy jest to książka miłości do zdeptanej ojczyzny. 
Nie ma innego polskiego autora w XX wieku, któryby tak utrwalił swoje nazwisko 
jako wierny powieściopisarz-reportażysta. Opisał odkopywanie ciał w Katyniu, dokąd 
jeździł zresztą z przyzwolenia władz podziemnych. I jest to jedyny opis, nie mamy inne- 
go. Nie mamy też żadnego opisu jak odbywało się mordowanie Źydów na podwileńskich 
Ponarach. W powieści Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić jeden z bohaterów natrafia 
na tę scenę przypadkiem, jadąc leśną ścieżką na rowerze. Ta powieść to jakby dalszy ciąg 
Drogi donikąd, dzieło wyjątkowe w literaturze polskiej, bo opisuje wydarzenia II wojny 
światowej na Litwie i Białorusi bez podziału na dobre i złe narodowości. Wśród bohate- 
rów pozytywnych są zarówno Polacy jak Niemcy, Litwini, Białorusini, Rosjanie. Mac- 
kiewicz nie ulega stereotypom, ale stara się pokazać całą złożoność ówczesnych wybo- 
rów. Na przykład na Białorusi istniały całe obszary kontrolowane przez miejscowych wa- 
tażków, opierających się zarówno Niemcomjak bolszewikom. 
Muszę tu przyznać się do osobistych preferencji, jeżeli chodzi o prozę polską XX wie- 
ku. Wśród jej naczelnych dzieł umieściłbym świadectwo z łagru Gustawa Herlinga-Gru- 
dzińskiego, Inny świat, opowiadania Tadeusza Borowskiego o Oświęcimiu, rodzaj diariusza 
pióra Bohdana Korzeniewskiego Książki i ludzie - o Oświęcimiu i o pierwszych miesią- 
cach pobytu w Polsce armii sowieckiej. Należą tu też dwie powieści Mackiewicza. 
Polscy literaci i krytycy literaccy wysoko wynieśli Witolda Gombrowicza i Brunona 
Schulza jako okazowych pisarzy nowoczesnych. Nie mogli pogodzić się z wielbicielami 
prozy Mackiewicza, bo taka staroświecka. I rzeczywiście Mackiewiczowi daleko było do 
warszawskiej kawiarni i królującego w niej Gombrowicza. Można jednak uznać wybit- 
ność autora Ferdydurke i wybitność prozy troszczącej się tylko o wierność wobec szcze- 
gółu. Mackiewicz w recenzji z mojej Doliny Issy przyznał mi rzetelną wiedzę ornitolo- 
giczną i brak pomyłek w opisach polowań oraz wszelkich akcji, z jednym wyjątkiem, 
który dotyczy tzw. "obriezki" czyli karabinu ze skróconą lufą: ma on muszkę czy nie *. 


* Por.:]. Mackiewicz, Błędy których sIę nIe wIdzI, [w:] "WIadomoścI" na emIgracjI. AntologIa 
prozy 1940-l967 w wyborze I z przedmową StefanII KossowskIej. Londyn 1968, zwł. s. 170 - red. 


158
>>>
Starałem się jak mogłem, kiedy mieszkałem w Berkeley, pomagać mu u wydawców 
amerykańskich i niemieckich. Świadczy o tym moja korespondencja z nim w latach 
1965-1970. Niestety, korespondencja ta jest tak zawstydzająca dla niektórych postaci 
emigracji polskiej, że dotychczas jej nie ogłosiłem. Zorganizowano przeciwko Mackie- 
wiczowi prawdziwą nagankę czyli, jak mówiono na ziemiach polskich, nagonkę, unie- 
możliwiając ukazywanie się jego książek w przekładach na obce języki. Zaszczytnym 
wyjątkiem był Jerzy Giedroyc, który książki Mackiewicza wydawał po polsku i traktował 
go z należnym szacunkiem, ale i w Londynie redaktor "Wiadomości", Grydzewski, nie 
poddał się powszechnej obsesji i Mackiewicza drukował. 
Język był dla Mackiewicza narzędziem dokumentalisty, a także służył do przekazania 
jego filozofii politycznej. Związki dzieła z poglądami politycznymi autora są bardzo 
niejednoznaczne. Gdyby nie silne przekonanie Dostojewskiego o złowróżbnym odstęp- 
stwie inteligencji rosyjskiej od chrześcijaństwa i zbawieniu Rosji dzięki pobożnemu 
ludowi, nie mielibyśmy jego wielkich powieści. Bo jednak tezę Bachtina o polifonii po- 
wieści Dostojewskiego powinniśmy traktować ze szczyptą niedowierzania. Opcje po- 
wieściopisarza sąjednak bardzo wyraźne. 
Zaciekłość Józefa Mackiewicza może wielu razić, ale ona to prowadziła jego język 
prosto do zamierzonego celu. Z jego poglądami trudno niekiedy się zgadzać. W swoim 
idealizowaniu carskiej Rosji, nienawiści do bolszewików i przywiązaniu do literatury 
rosyjskiej XIX wieku był najbardziej może podobny do "białych" Rosjan. Całą książkę 
Lewa wolna poświęcił atakowi na Piłsudskiego za to, że ten nie wspomógł carskich gene- 
rałów w walce przeciwko bolszewikom i w ten sposób nie uratował Rosji choć mógł. Ale 
przecież Piłsudski uważał, że carska Rosja byłaby dla Polski jeszcze niebezpieczniejsza 
niż Rosja sowiecka. Mackiewicza niechętny stosunek do działalności Armii Krajowej 
podczas II wojny wpędził w okropne opały, bo zapytywał: co wy robicie stawiając na 
Anglików i przekazując im wszelkie informacje o ruchach wojsk niemieckich, które oni 
zaraz przekazują sowietom? Nie był w tym jednak logiczny, bo przecież rozumiał, że 
Niemcy są ogarnięte szaleństwem i że polska współpraca z nimi przeciwko Rosji jest 
niemożliwa. Ale przynajmniej zemścił się na Anglikach pisząc Kontrę czyli opis zbrodni 
popełnionej przez dowództwo angielskiej armii wydającej tysiące kozaków dońskich 
i innych obywateli Związku w ręce NKWD. Nie doczekał jednak pomnika, który ruszeni 
sumieniem Anglicy wystawili w Londynie ofiarom tej zbrodni. 
Mackiewicz, zrządzeniem losu, był zawsze rzecznikiem spraw przegranych. Jego 
ideologia "krajowa" czyli polsko-litewsko-białoruskiego państwa była utopią. J ego świa- 
dectwo o zbrodni w Katyniu nie na wiele się przydało, skoro Zachód przez dziesiątki lat 
udawał, że wierzy w wersję rosyjską przypisującą zbrodnię katyńską Niemcom. 
Jednakże dzięki pasji z jaką głosił swoje poglądy, Mackiewicz, dokonywał takich 
przekrojów, że ukazywały się sprawy i powiązania przez nikogo innego nie dostrzegane. 
Istniejąjednak choroby zawodowe tego rodzaju co on tropicieli. Pod koniec życia Mac- 
kiewicz przekonany o wszechpotędze komunizmu dopatrywał się agenturalnej manipula- 
cji nawet w polityce Watykanu czy w działalności KOR-u w Polsce. Ale rycerz z La 
Manchy też pomylił groźnych olbrzymów z wiatrakami. 
Mackiewiczowi należy się poczesne miejsce w literaturze polskiej i pośmiertna kom- 
pensata za wszelkie pomówienia i skuteczne zabiegi odcinające mu drogę do zachodnich 
wydawców i do znośnego zarobku z honorariów. On ijego żona, Barbara Toporska, autor- 
ka inteligentnych esejów, żyli w nędzy. W jednym z listów do mnie Mackiewicz pisze, że 
w porównaniu z nim Gombrowiczowi żyło się nieźle. Sądzę, że widomym znakiem jego 
rehabilitacji będzie miejsce jemu należne w szkolnych i uniwersyteckich podręcznikach. 


159
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JÓZEFA MACKIEWICZA 
FILOZOFIA CZŁOWIEKA 
I POLITYKI 


Wojciech CHUDY (Lublin) 


W setną rocznicę urodzin Józefa Mackiewicza czytelnicy otrzymali prezent w postaci 
kilku jego nieznanych jeszcze książek. Bulbin zjednosielca - jedna z nich - jest zbio- 
rem publicystyki Mackiewicza z lat 1922-1936, zamieszczanej przede wszystkim w wi- 
leńskim "Słowie". Okna zatkane szmatami to tom, zwierający szkice i reportaże z lat 
1937-1938. Kolejna z polecanych tu książek - Prawda w oczy nie kole - jest swoistą 
sensacją. Po sześćdziesięciu latach odnaleziony został w Wilnie (w Bibliotece Litewskiej 
Akademii Nauk) maszynopis "na papierze przebitkowym, przez niebieską kalkę" wspo- 
mnieniowo-historiozoficznej książki Mackiewicza. Opłacił się trud Niny Karsov, heroicz- 
nego i konsekwentnego wydawcy dzieł tego autora, która nie tylko z wielkim osobistym 
zaangażowaniem czuwa nad poziomem oraz oryginalnością tej edycji, ale także "śle wici" 
w poszukiwaniu jego prac jeszcze nieznanych. Wreszcie Bunt rojstów (pozycja opubliko- 
wana pierwotnie w 1938 r., to ona wówczas objawiła charakter, siłę i talent pisarza) 1. 
Najnowsze książki udostępnione nam przez Ninę Karsov w cyklu Dzieła zawierają 
szkice i reportaże pisane przez Mackiewicza w większości w latach 1922-1938; znajdują 
się tam jednak teksty odnoszące się do jego wcześniejszych etapów życia, jak choćby 
wojna z bolszewikami, a nawet początek I wojny światowej; zawierają się tam także 
artykuły i reportaże dotyczące czasów nieco późniejszych, np. początków II wojny 
światowej. Ten pokaźny okres czasowy obejmuje lata, w których dojrzewał światopogląd 
etyczny, polityczny i literacki pisarza. Miał on wówczas 21-36 lat, przebył więc okres 
życia od młodzieńczych porywów do męskiej, zdecydowanej stanowczości moralnej. 
Teksty zamieszczone w tomach 13-17 2 Dzieł zawierają, oprócz treści komunikowanych 
zgodnie z intencją autora jego współczesnym oraz nam dzisiejszym czytelnikom, wyraz 


l A oto opis bibliograficzny tych tomów: BulbIn zjednosIelca. Londyn 2001, 541 s. (DzIeła, 
t. 14), Okna zatkane szmatamI. Londyn 2002, 456 s. (DzIeła, t. 15), Prawda w oczy nIe kole. Lon- 
dyn 2002, 216 s. (DzIeła, t. 17), i Bunt rojstów. Londyn 2002, 354 s. (DzIeła, t. 13). Wszystkie 
książki wydane w oficynie Kontra. 
2 Z wyjątkiem zapowiadanego przez Kontrę tomu 16, zbierającego prasowe teksty z okresu po 
l września 1939 - red. 


160
>>>
krystalizacji i stabilizacji poglądów Mackiewicza na świat i jego istotne sprawy. Możemy 
sformułować tezę, że pisma te unaoczniają zasadniczy zrąb przekonań i poglądów autora 
Kontry, będący fundamentem aksjologicznym jego życia i twórczości 3 . Ten niewątpliwie 
doniosły dla niego okres upoważnia nas do postawienia pytania o Józefa Mackiewicza 
filozofię człowieka i polityki. 


ŚWIATOPOGLĄD 


Józef Mackiewicz w swoim kodeksie wartości wysoko stawiał wolność, zwłaszcza 
wolność myśli i słowa. Widział siebie dotkniętego egzystencjalnie "wielką rażącą tęsk- 
notą do wolności słowa!" Był przekonany, że "nie temat książki, a prawo pisania, wypo- 
wiadania i drukowania przekonań mniejszości wbrew poglądom większości jest tematem 
godnym tęsknoty, nawet gdyby ta mniejszość miała się sprowadzać do postaci odosob- 
nionej jednostki autora i po stokroć nie miała racji". Zasłużony historyk literatury, 
w szczególności znawca twórczości Mackiewicza Włodzimierz Bolecki 4 jest skłonny wi- 
dzieć w nim "czystego" liberała. Pisał w jednym z ostatnich artykułów na ten temat: 
Myślenie Mackiewicza nie było związane z żadną doktryną. Jego antykomunizm był 
światopoglądem, a nie ideologią. Dlatego też jest nieporozumieniem wpisywanie jego 
myśli w terminy współczesnego życia politycznego, a szczególnym nonsensem jest dziś 
czynienie z pisarza patrona polskiej prawicy. Ci, którzy tak robią, zdają się zapominać, że 
Mackiewicz uważał nacjonalizm endecki za jedno z głównych nieszczęść historii Polski, 
a stosunek pisarza do polityki Watykanu czy mniejszości narodowych zbliżał go zdecy- 
dowanie do postawy liberalnej - w najbardziej potocznym znaczeniu tego słowa. Dewizą 
pisarza były po prostu słowa: "żyj i daj żyć innym"5. 
Można przypuszczać, że Bolecki i niektórzy inni interpretatorzy widzą w Mackiewi- 
czu - zarówno w aspekcie życia jak i pisarstwa - światopogląd "czystego" liberała, dla 
którego wolność jednostki stanowi nadrzędną wartość zarówno w relacjach międzyludz- 
kich jak i w dziedzinie społecznej. Jesteśmy skłonni polemizować z tak jednoznacznym 
przyporządkowaniem światopoglądu pisarza. W dzisiejszych czasach uproszczonej dys- 
kusji politycznej obraz taki bywa często także z lewej strony planszy ideowej wynikiem 
"nadinterpretacji", podyktowanej dość wybiórczym doborem fragmentów dzieł pisarza, 
a służącej niekiedy doraźnym celom ideologicznym lub politycznym. Ciśnienie codzien- 
ności skłania nieraz do dużych uproszczeń. 
W rzeczywistości głębsze i dokładniejsze zastanowienie się nad tekstami pisarza do- 
starcza pierwszej narzucającej się konstatacji co do jego hierarchii aksjologicznej. Pierw- 
szorzędną wartością dla Mackiewicza była p r a w d a. To twierdzenie nie podlegające 
wątpliwości. 
"J edynie prawda jest ciekawa"6. Hasło, które stało się sloganem. Jednak w rzeczy- 
wistości nie chodziło Mackiewiczowi o samo zainteresowanie prawdą. Jej poszukiwa- 
nie i pragnienie miało u niego walor przede wszystkim m o r a l ny. "Etyka jako rdzeń 
tej twórczości. [...J Jego absolutny stosunek do prawdy z gruntu moralny" pisał Michał 


3 Potwierdza to m.in. ]. Kozieł w artykule: PIsarz konsekwentny - o przedwojennych poglą- 
dach Józefa MacldewIcza, Kultura Niezależna 1990 nr 60. 
4 Autor (pod pseudonimem Jerzy Malewski) PtasznIka z WIlna (Kraków 1991) i Wyroku na 
Józefa MackIewIcza (Londyn 1991). 
5 W. Bolecki, Prawda rzucona w oczy śwIata, RzeczpospolitaIPlus-Minus 2002 nr 13. 
6 ,,«Jedynie prawda jest ciekawa» - oto zawołanie Mackiewicza. Powtórzył je tyle razy, że 
nieomal udało mu się mnie przekonać" pisał M. Bąkowski w Votum separatum (Londyn 2000 s. 14). 
Zob. zwłaszcza tamże, Rozdział I: Czy tylko prawda jest cIekawa?, s. 13-41 oraz Rozdział II: Abso- 
lutny stosunek do prawdy, s. 43-50. 


161
>>>
Bąkowski 7 . Wiązało się to z jego koncepcją człowieka, u którego naczelną wartość sta- 
nowi wartość poznawania. "Otóż obowiązkiem każdego myślącego człowieka jest zasta- 
nawianie się nad przyczynami zjawisk, wydobywanie prawdy przez oddzielanie ziarna od 
plew, a nie mieszanie wszystkiego w jeden bezmyślny korzec" - głosił Józef Mackie- 
wicz w artykule Na zgliszczach Polskl Dlatego przyjął ten punkt widzenia jako naczelny 
element swego etosu - ludzkiego i pisarskiego. Głoszenie prawdy - właściwie: świad- 
czenie prawdzie - było powołaniem, któremu przez całe życie pozostał Mackiewicz 
wierny. Już w okresie, który rozpatrujemy, widział tę kwestię nader jasno, pisząc: "Praw- 
da jest przykra, ale byłoby głupio nie patrzeć jej w oczy"9. Powtórzył to dobitnie po 
wielu latach w wywiadzie dla periodyku młodej polskiej emigracji "Libertas": "Credo 
przewodnie, Pan pyta? Prawda. Czy coś z niej, ale zawsze prawda"] . 
Drugim ważnym powodem był brak prawdy, jej lekceważenie lub fałszowanie. Jest 
to nader często wartość drugorzędna. Mało komu chce się podjąć wysiłek żmudnego 
dociekania "banalnego elementu, t.j. prawdy". Autor Buntu rojstów pisał, zdarłszy buty 
na wschodnich reportażowych wędrówkach: 
Jedni ciemni, brudni i w kożuchach gubią się w konglomeracie mistyki i materjali- 
zmu, drudzy wykształceni, uczesani i w paltach na watolinie gubią się w mieszaninie 
szablonu, frazesu i tendencyjności. - A prawda leży na uboczu i nikt się o nią nie 
troszczylI. 


Prawda jest skomplikowana i trudna do uchwycenia w swej złożoności. Podobnie jak 
dziś, niemal nikt nie chce podjąć się wysiłku żmudnego jej dociekania. 
Nic bowiem łatwiejszego, jak dla celów politycznych, demagogji, ułatwień literac- 
kich, rzucać frazesy, tworzyć koncepcje, naginać rzeczywistość do własnych pomysłów, 
które się zrodziły przy zielonem biurku, syntetyzować zjawiska, których się nie zna. 
Trudniej jest przebrnąć zielone lasy i łąki i tę rzeczywistość poznać 12. 


Mackiewicz nie był bezbłędny, to, co pisał charakteryzowało się często przesadą, 
nadmiernym krytycyzmem i uprzedzeniem. Jednak - trzeba to bezwzględnie przyznać 
- jego twórczość nie była interesowna. "Staram się pisać - zgodnie z własnym przeko- 
naniem - «w interesie» prawdy obiekt ywnej" 13. Piętnował z imienia twórców, którzl 
pisali powodowani jakimś interesem: ideologicznym, politycznym, czy materialnymI. 
Gdy spojrzeć najego postawę przez pryzmat dzisiejszych czasów początków XXI wieku, 
kiedy zalewa nas publicystyka partyjna, stronnicza, a w najlepszym wypadku bezpiecznie 
oparta na instytucjonalnym "zapleczu" jakiejś instytucji, można sobie zdać sprawę 
z niezwykłej determinacji pisarza. "Prawda jest istotną ojczyzną pisarza - albo powinna 


7 Tamże, s. 41. 
8 Gazeta Codzienna 1940 nr 66. 
9 Naraz, Słowo 1938 nr 60. 
10 Rozmowa z Józefem MackIewIczem, Libertas 1985 nr 2-3. 
11 Syntetycy ZIem WschodnIch, Słowo 1938 nr 14. 
12 Tamże. 
13 Cyt. za: M. Bąkowski, SoJżenIcyn I MacldewIcz, Wiadomości 1976 nr 15. 
14 Pisze na przykład z sarkazmem o Melchiorze Wańkowiczu (był on w tym czasie pupilem 
rządu Sławoja-Składkowskiego: "dobrze widziany w sferach rządowych"), który w "Wiadomo- 
ściach Literackich" co czwartek publikował reportaże, sławiące absurdalny i kompletnie nieudany 
eksperyment rządowych osadników na wschodzie Polski: "rozstawnymi autami sprowadzono 
lejb literata żeby opiewał wschodzące chwasty" (Okna zatkane szmatamI, s. 331). "Rzeczniczką 
reżimu" nazywa też Marię Dąbrowską (tamże, s. 290). "Nie należę do jej bezkompromisowych 
entuzjastów" - wyznaje (tamże, s. 278). 


162
>>>
nią być" - ten cytat ze Sprawy pułkownika Miasojedowa to w istocie żarliwe credo 
Józefa Mackiewicza l5 . 
Pisarz mówi o dwóch typach prawdy: jedna to prawda naturalna, "prawda faktów"; 
druga - to pseudo-prawda, prawda propagandy, wykreowana l6 . W swym metodycznym 
planie, aby być maksymalnie obiektywnym, nie zna umiaru. 
Powstrzymuje się od oceny opisywanych postępków, bo aby je opisywać, trzeba wy- 
rzec się osobistych pasji i predylekcji i rozważać wyłącznie materiał znany z obserwacji. 
[...] "Ocena ścisła" to tyle co "opis", możliwie dokładne zdanie sprawy ze stanu faktycz- 
nego. Dowodem mogą być analogiczne pary przeciwieństw, które błyskotliwie zestawia, 
żądając "informacji" zamiast "interpretacji", "prawdy historycznej" a nie "histerycznej 
legendy", "ścisłości obiektywnej" w miejsce "nieścisłości moralnej, patriotycznej" [wła- 
ściwie należałoby w tym przypadku mnożyć cudzysłowy, pisząc: "nieścisłość «moralna», 
«patriotyczna»" - przyp. W.Ch.]17. 
Za ostatecznym utwierdzeniem jego poglądów stało d o Ś w i a d c z e n i e k o m u - 
n i z m u oraz podróż i obserwacja na własne oczy zbrodni dokonanej w Katyniu. Przez 
resztę życia jego pisarskim obowiązkiem będzie odtąd "rzucenie prawdy w oczy świata,,18. 
Według niego nawet literatura piękna - jak wszelka literatura - ma głównie funk- 
cję prawdziwościową. Istnieje po to, by okazywać prawdę w dziejach ludzkości. Jak 
syntetycznie odsłania to M. Bąkowski, "Piękno w oddawaniu prawdy" - oto pełne credo 
pisarskie Mackiewicza. "Pisarz jest dostarczycielem prawdy", a jego jedynym zadaniem 
jest "przedstawiać przeżytą prawdę w literackiej formie". Pisarz powinien służyć tylko 
"kulturze i pomnażaniu czystej sztuki i prawdy". "Pisarz-instytucja" narodowa bądź spo- 
łeczna służy już wyłącznie propagandzie, jest więc wrogiem prawd y l9. 
Pierwszym wrogiem prawdy w społeczeństwie jest cenzura. Autor Nie trzeba głośno 
mówić doznawał jej działania właściwie nieustannie: cenzura PRL skazała go na niebyt, 
a przed wojną polska cenzura rządowa zdejmowała mu artykuły w "Słowie" (np. w 1937 r. 
reportaż o głodzie na Brasławszczyźnie), które było najczęściej cenzurowanym pismem 
w Polsce - głównie ze względu na teksty J. Mackiewicza 2o . Litewska cenzura notorycz- 
nie ingerowała w jego teksty lub zdejmowała je z druku w latach 1939-1941. Cenzura 
w Kownie - pisał Mackiewicz - "idzie dalej niż w innych państwach o zdecydowanie 
l . h k ,,21 
tota lstycznym c ara terze . 
Ten właśnie motyw negacji wartości prawdy decyduje o konsekwentnym odrzucaniu 
przez Mackiewicza idei komunistycznej i wszelkiej lewicowości. Z niezmienną inten- 
sywnością przekonania twierdził, iż głównym wrogiem człowieka i ładu w dziejach jest 
totalitaryzm komunistyczny. 
Jedynym wrogiem, godnym fanatycznej nienawiści, jest bolszewizm, jako idealnie 
zamykający, nie jednemu narodowi, ale całej ludzkości, wszystkie drogi do poznania 
prawdy obiektywnej - 


15]. Mackiewicz, Sprawa pułkownIka MIasojedowa. Londyn 1962 s. 40. 
16 Najobszerniej zarysowane w powieściach: Kontra i KarIerowIcz. Zob.: M. Bąkowski, Votum 
separatum, s. 15. 
17 Tamże, s. 34. 
18 Jak wiadomo, zeznawał przed specjalną komisją Kongresu USA, a zbrodni katyńskiej po- 
święcił m.in. wywiad dla "Gońca Codziennego" - WIdzIałem na własne oczy, opracowanie "Bia- 
łej Księgi" zbrodni katyńskiej (na zlecenia Biura Studiów 2. Korpusu gen. Andersa) oraz książkę 
The Katyń Wood Murders (1952). Zbrodniom hitlerowskim poświęcił m.in. reportaż Ponary-Baza 
w "Orle Białym" (1945). 
19 Zob.: M. Bąkowski, Votum separatum, s. 43. 
20 Zob.:]. Mackiewicz, Okna zatkane szmatamI, s. 115. 
21 Tamże, s. 326. 


163
>>>
napisał w swoim "Głosie w Ankiecie" londyńskich "Wiadomości"zz. Uniemożliwienie 
korzystania z nieskończenie bogatego źródła prawdy, a nawet wolnego jej poszukiwania, 
sprawia, iż większość dziedzin ludzkich ulega odczłowieczeniu. Praca traci swój element 
twórczy, wychowanie staje się tresurą, sztuka - automatyczną produkcją. Dlatego sam 
fakt istnienia zmysłu piękna u człowieka jest dla Mackiewicza argumentem antykomuni- 
stycznym. W Liście do Szołochowa pisał: 
Komunistów nienawidzi się u nas z różnych względów i w ogóle w różny sposób. Ja 
zaś osobiście (pozwoli mi Pan uciec się do odrobiny patosu) w imię walki o wolne słowo 
i autentyczne piękno w oddawaniu prawdy. 


INDYWIDUALIZM 


Fascynacja dla wartości prawdy wląze się u Mackiewicza z afirmacją jednostki 
ludzkiej. "Indywidualizm jest warunkiem obiektywizmu. Obiektywizm warunkiem 
poznania grawdy - prawdy przyrodzonej" - tak wyprowadza ten związek Michał 
Bąkowski 3. Z kart tekstów autora Kontry wyłania się swoista ontologia bytów indywi- 
dualnych. Na początku znajdują się rzeczy jednostkowe, konkrety. Z nich składa się 
świat. W jednym ze szkiców przekazuje "przekonanie o wielkim indywidualizmie 
rzeczy, o zakłamaniu abstrakcji politycznej, o bezmiarze pustej frazeologii, w którą 
ubieramy społeczne, gromadne życie państw i narodów"z4. Indywidualna jest l u d z k a 
o s o b a. Każdy z ludzi jest całością, mikrokosmosem, wyposażonym w wolność i prze- 
znaczonym do kierowania swoim losem. Charakterystyczne, jak pisarz odróżnia ludzkie 
czyny od bytu człowieka; można by rzec: "tomistycznie" - choć sam odwołuje się do 
nauk przyrodniczych. 
Jako przyrodnik z wykształcenia, nie wierzę w zło i dobro, nie wierzę więc w ludzi 
złych i dobrych, a tym bardziej w podobny podział narodów 25 . 
Jednak prawie cała jego twórczość zawiera co krok ostre bezkompromisowe oceny 
ludzkich działań i postaw. Z wolności człowieka bowiem wynika prawo do oceny. 
Jego indywidualizm wykazuje niekiedy skrajne cechy. Ograniczanie wolności jed- 
nostkowej przez instytucję państwową, która wolności obywateli winna ze swej istoty 
strzec - uważa za karygodne. W emocjonalnym Felietonie antyspołecznym Z6 posuwa się 
do nazwania "małą bolszewią" (s. 260) przepisów administracyjnych, ograniczających do 
pewnego stopnia życie codzienne obywateli Litwy, Łotwy i Polski w dniach uroczystości 
lub innych imprez państwowych. Czym innym jest oddanie swej wolności wartościom 
związanym z prawdą: ojczyźnie, państwu czy obronie tejże wolności. Autor Lewej wolnej 
(1965), będąc uczniem VI klasy gimnazjum jako ochotnik wziął udział w wojnie polsko- 
-bolszewickiej. 
Mackiewicz wykazuje w swych poglądach na wolność cechy romantyka (wolność 
jako ideał), jednak właściwy jej model widzi w przyrodzie. Wolny jest ptak, las, drzewa 
nie znają pojęcia granicy, rzeka przecina różne kraje i ustroje. 


22 Wiadomości 1949 nr 21. "Odrzucenie kłamstwa i walka z «dekretowaniem» prawdy - na- 
kazują bezwzględną nienawiść do bolszewizmu, największego kłamcy i dekretodawcy w dziejach" 
relacj onuje M. Bąkowski w Votum separatum (s. 45). 
23 Tamże, s. 27. 
24 WIelld IndywIdualizm rzeczy, [w:] Prawda w oczy nIe kole, s. 41. 
25 Prawda w oczy nIe kole, s. 104. Mówiąc: "nie wierzę w zło i dobro" Mackiewicz ma na my- 
śli oczywiście zło i dobro substancjalne, istniejące samoistnie i ogólnie. 
26 BulbIn zjednosIelca, s. 256-260. 


164
>>>
Wolny jest ptak, który leci het, wysoko, który zatacza kręgi nad łąką i rzeką i granicy 
nijakiej nie widzi 27 . 
Jest sceptyczny odnośnie do wolności politycznej jednostki. W szkicu Słońce świeci 
nad granicą zarysowuje obraz względności pojęcia człowieka wolnego (notabene dość 
ryzykownie zbliżając się w tym opisie do koncepcji marksistowskiej). Dwaj chłopi po 
dwóch stronach granicy polsko-sowieckiej. 
Nic do się nie mówią. Dzielą ich dwa metry, szerokość wody, dwa słupy i dwa świa- 
ty. Patrzą na siebie obojętnie i daleko, kałchoźnik i ułasnik. Wolny i niewolny. Ale który 
z nich jest wolny?28 
Ten rys indywidualizmu zostaje przeniesiony na historię29. Człowiek różni się od 
zwierzęcia - pisze Józef Mackiewicz - "rozumową możliwością przewidywania 
naprzód"3o. Każdy dźwiga jednak swój czas przeszły. Dzieje są tworzone przez jed- 
nostki, ich codzienność, dramaty, przeżycia i stroje. Pisarz odczytuje sens jednostkowy 
czasów, które minęły; sięga do dzieciństwa jako do źródła wiedzy o człowieku. Dowia- 
dujemy się tu wiele o rzeczach zapomnianych, spłowiałych lub nieistniejących. (Co to 
jest "baszłyk"? - niech odpowie mi na to pytanie któraś z dzisiejszych pań mod- 
nych!)31 
Trudno byłoby tę postawę nazwaĆ "czystym liberalizmem". Tutaj poglądy Mackie- 
wicza nie są odległe od klasycznych tez filozofii chrześcijańskiej. Jednostka ludzka nie 
stanowi miary świata. Pisarz prezentuje w swoich tekstach bardzo wyraźną aksjologię 
czynów człowieka. Nie waha się nazywać po imieniu osób, czyniących zło - bez 
względu na to, czy będzie to wojewoda śląski czy niewykształcony chłop z Polesia. Od- 
różnia wyraźnie prawo jednostek (prawa człowieka) i prawo narodów. Nie jest skłonny 
- na sposób liberalistyczny - rozmywać struktur narodowych, kulturowych i etnicz- 
nych w jednowymiarowym indywidualizmie jednostek ludzkich. Szczególne znaczenie 
ma w jego katalogu wartości natura - również w sensie przyrody. 


PRZYRODA 


Przywiązanie Mackiewicza do przyrody i jej wartości - zasad, dynamiki i ładu - 
wskazuje na trwałą i bogatszą niż sama idea podstawę jego światopoglądu. Częste zesta- 
wianie ze sobą reguł świata ludzkiego i świata natury - z aksjologicznym "prymatem" 
tego drugiego - każe dostrzec w jego ontologii świata silny element prawa naturalnego. 
Źyciorys pisarza dostarcza tu pierwotnych danych. Jak podaje w cytowanym artykule 
W. Bolecki 32 , w Wilnie- 
kontynuował studia (zajmował się ornitologią), których nie ukończył. W pamięci rodziny 
pozostał miłośnikiem ptaków. Kiedy był mały, ojciec zrobił mu specjalne klatki, w któ- 
rych trzymał gile, kanarki, oswojoną wronę i kruka. Zaprzyjaźniony ogrodnik nazywał go 
św. Franciszkiem. Później, już we własnym domu w Czarnym Borze, także hodował pta- 
ki, trzymając klatki ustawione jedna na drugiej. Znał się na ptakach jak mało kto. Ich opi- 
sy spotkać można w jego wszystkich utworach. 


27 Tamże, s. 342. 
28 Tamże. 
29 Por.: Z. S. Siemaszko, Elementy hIstoryczne w twórczoścI Józefa MacldewIcza, Dziennik 
Polski i Dziennik Żołnierza 1981 nr 20 s. 6 (Tydzień Polski nr 4). 
30 Prawda w oczy nIe kole, s. 64. 
31 WspomnIenIa nIe popularne, [w:] BulbIn zjednosIelca s. 247-250, zwł. 249. 
32 W. Bolecki, Prawda rzucona w oczy śwIata. 


165
>>>
W czasie okupacji utrzymywał się przy życiu, pracując jako woźnica i drwal. Wędro- 
wał namiętnie podglądając cuda przyrody. ,,] ak sam obliczył, w roku 1938 przeszedł 
i przejechał w ten sposób 26 tys. 132 km!" - przytacza Bolecki. 
Większość jego reportaży i przedwojennej publicystyki poświęcona jest walce 
z przerostem i absurdami władzy. Polityka w szerokim i wąskim znaczeniu tego słowa 
wypełnia jego teksty w dużej części, ale wyczuwa się, że największą fascynację Mackie- 
wicza stanowi przyroda. Jego opisy przyrody, zwłaszcza dotyczące obszarów na wscho- 
dzie Polski, urzeczenie prostymi ludźmi, którzy żyją blisko przyrody, "powiew metafi- 
zyczny" obecny przy opisach odkryć archeologicznych 33 , wzruszający esej o kruku 34 albo 
niezwykłe uogólnienie zjawiska śniegu, ukazujące przyrodę, w którą wciska się historia, 
symbiozę natury i dziejów 35 - to wszystko przekracza styl zwykłego reportażu czy arty- 
kułu interwencyjnego i wchodzi w sferę ogólniejszego namysłu nad światem i człowie- 
kiem. Przyroda jest w tej wizji ostoją trwałości i pewności, choć często trwałość to okrut- 
na, a pewność wynika z konieczności biologicznej. Jednak wymiar ten dla autora zbioru 
Fakty, przyroda i ludzie łączy się z poczuciem prawdy i sprawiedliwości; zwierzę nie 
okłamuje (gdy dochodzi w jego świecie do gry podstępu, to w imię życia), nie ma też tu 
zniewolenia czy okrucieństwa wyrządzanego dla zachcianki lub przyjemności. 
W stratyfikacji antropologicznej naj bliżsi przyrodzie są dla Mackiewicza chłopi. Oni 
nie oderwali się jeszcze od sensu ziemi, natury i mozolnej pracy, dlatego zachowali w so- 
bie tę "filozoficzną nutę" zdrowego rozsądku, która pozwala człowiekowi intuicyjnie 
odsiać ziarna od plew 36 . Knut Hamsun, twórca norweski, noblista, w powieści Błogosła- 
wieństwo ziemi tak oto opisał prostego człowieka natury: 
W księdze nigdy się nie zatapiał, ale myśli jego często krążyły koło Boga, nie mógł 
inaczej, ufność i cześć miały w duszy jego silne korzenie. Niebo gwiaździste, poszum bo- 
ru, samotność, zaspy śnieżne, wszelkie potęgi ziemskie i nadziemskie nakłaniały go do 
rozmyślań i nabożności: czuł się grzeszny, więc był bogobojni 7 . 


Prosty człowiek - chłop, robotnik - zachowuje zdrowy rozsądek i głębokie poczu- 
cie zdrowej moralności. Mackiewicz wierzy w to i przytacza wiele argumentów przema- 
wiających za tym. 
Jednym z nich jest wskazanie na niepodatność na nachalną i agresywną propagandę 
komunistyczną. Prosty lud według niego intuicyjnie odrzuca komunizm, dostrzegając 
w nim antywartość obcą naturze człowieka i przyrodzie. "Minęły już te czasy - pisze 
w 1938 r. - gdy niebezpieczeństwo komunistycznej propagandy w masach było dla nas 
tak niebezpieczne", a dalej: "ogromnie potężnieje w ciemnym ludzie złość i nienawiść do 
bolszewików". Wskazuje na inteligencję jako na główną siłę propagacji tendencji lewi- 
cowych 38 . Te konstatacje pozwalają nam dziś zrozumieć, dlaczego z takimi oporami 
przebiegała indoktrynacja komunistyczna większości Polaków po 1944 r. i dlaczego tak 
wielkie obszary inteligencji zaangażowały się z zapałem do jej realizacji. 
Szczególnego świadectwa dostarczają opisywane w reportażach zderzenia lewicowej 
inteligencji - zwłaszcza nauczycielskiej - z rodzicami z miasteczek i wsi Polski mię- 
dzywojennej. Związek Nauczycielstwa Polskiego, odznaczający się znacznym nastawie- 
niem lewicowym i dążący do stworzenia swoistego rządu dusz, był wówczas znany 
z przeciwstawiania się Kościołowi, wartościom patriotycznym i promocji zachowań, de- 


33 Zob.: Złoża mamutowe na WołynIu, [w:] Okna zatkane szmatamI, s. 201-205. 
34 Zob.: Krakaś, [w:] tamże, s. 219-224. 
35 Zob.: ŚnIeg, [w:] tamże, s. 231-235. 
36 Zob.: Po co mówIć szeptem o Naroczu, [w:] BulbIn zjednosIelca, s. 386nn. 
37 K. Hamsun, BłogosławIeństwo zIemI, tłum. Cz. Kędzierski. Poznań 1973. 
38 TajemnIca sowIeckIej prowokacjI w Zdołbunowie, [w:] Okna zatkane szmatamI, s. 247 i 249. 


166
>>>
prawujących dzieci i młodzież 39 . Doprowadzało to nierzadko do protestów społeczności 
lokalnych, a nawet do scysji z władzami 4o . Zasadniczym punktem konfliktu był często 
element religijności. Ludzie prości zrażali się do obcych światopoglądowo urzędników 
ZNP i reagowali oburzeniem na ateizujące poczynania kadry szkolnej. Wierność religii 
ojców i wytrwałość w postanowieniu tradycyjnego wychowywania dzieci Mackiewicz 
wiąże również z zakorzenieniem tych ludzi w naturze. Pisze: 
Tak jak świątynia odciąga ludzi od zbytniego zmaterializowania i doczesności, tak 
samo przyroda w swych kreacjach 41 . 
Prostego człowieka cechuje wrażliwość na proste wartości. Mackiewicz relacjonuje 
powszechne oburzenie a zarazem kpinę w reakcji na wystawienie przez "wdzięczną lud- 
ność" Polesia pomnika z granitu żyjącemu wojewodzie śląskiemu Michałowi Grażyńskiemu. 
Każdy z nich rozumie, że wobec przełożonego trzeba być grzecznym, nawet podsko- 
czyć i krzesło podać, nawet czapkę w ręku trzymać, nawet kłaniać się nisko. Ale żeby aż 
tak! Żeby za jego życia wznosić mu z granitu pomniki... Bo, proszę panów, można cho- 
dzić w zgrzebnej koszuli, smarkać nos w palce i wycierać je o spodnie, rugatsia "po ma- 
tuszce", wkładać łapcie, a nie zatracić poczucia smaku obywatelskieg0 42 . 
Ci ludzie są dla pisarza synonimem natury. Tytułem dygresji warto zauważyć 
w związku z tym utożsamieniem przyrody z naturą, że w wielu językach Qęzyk polski nie 
jest tu wyjątkiem) istnieje wspólne znaczenie natury w sensie b i o log i i, P r z Y r o d y 
i natury w sensie istoty ludzkiej. Chociaż z reguły w literaturze odróżnia się 
starannie te dwa znaczenia, to jednak istnieje pewna ich wspólna "część semantyczna". 
Tym wspólnym sensem jest t o, c o z a d a n e, czyli wymiar d a r u - zarówno przyro- 
dy jak i natury ludzkiej; wymiar - można rzec - tego, co niekreowalne przez człowie- 
ka. Innymi słowy: to, co jest wspólnego w tych dwu pojęciach, to pewien obiektywizm, 
przedmiotowość zastana przez człowieka. To jest ów element życia, z którym bohater 
cytowanej powieści Hamsuna miał do czynienia na co dzień, coś, z czym się trzeba upo- 
rać, trudzić, a co charakteryzuje ściśle realność świata. Niestety, dzisiaj natura w tych 
obydwu sensach jest przed człowiekiem ukryta lub przez niego ignorowana. Trzeba 
stwierdzić, że w tym sensie w naszym dzisiejszym świecie jest więcej kultury niż natury. 
Człowiek właściwie sam przetwarza lub wytwarza swoje otoczenie (albo przynajmniej 
tak mu się wydaje). Gdy rozejrzymy się dookoła siebie, to zobaczymy, że większość 
rzeczy stanowią produkty człowieka, wykreowane przez niego. Począwszy od chemizo- 
wanego jedzenia, poprzez miejsce, gdzie spędza czas ("maszynę do mieszkania"), aż po 
rachityczne drzewko na ulicy, które jest tak przystrzyżone oraz tak obudowane betonem, 
że stanowi właściwie bardziej wytwór człowieka niż przyrody. Można by powiedzieć, że 
człowiek wielkomiejski, mieszkający niemal całe życie w bloku, niezwykle rzadko ma 
okazję doznać wyraźnego momentu przeżywania transcendencji natury; rzeczy, z którymi 


39 Na przykład nauczyciel Sarbinowski ze szkoły w Chełmie lubelskim w II klasie gimnazjum 
"ośmieszał cuda, drwił z Żywotów Świętych, podważał etykę katolicką" (Należy wycIągać konse- 
kwencje właścIwe, [w:] Okna zatkane szmatamI, s. 122). Wiele reportaży Mackiewicza poświęco- 
nych jest trwałemu antyklerykalizmowi i nachyleniu komunistycznemu Związku Nauczycielstwa 
Polskiego. (Zob. m.in.: "HIgIenIczne" kulisy wojny religijnęj w Rykantach, [w:] BulbIn zjednosIel- 
ca, s. 356-361). Można postawić tezę, iż tam znajdowały się źródła klęski pedagogicznej Polski 
powojennej, kiedy wychowawcy i nauczyciele byli w przeważającej mierze manipulatorami- 
-narzędziami nowej władzy, deformującymi młodzież. 
40 Por.: Żądamy rozwIązanIa ZNP-u, [w:] Okna zatkane szmatamI, s. 52-57 oraz Duch napra- 
wy krąży w GacIach, [w:] tamże, s. 177-178. 
41 Złoża mamutowe na WołynIu, [w:] tamże, s. 204. 
42 To nIe sen, [w:] tamże, s. 294. 


167
>>>
się styka, to w większości artefakty. Człowieka otacza jego zła kultura - jesteśmy coraz 
bliżsi takiej diagnozy43. 
Mackiewicza wartościowanie przyrody nie jest pozbawione podstaw filozoficznych. 
W człowieku istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, że można się wiele nauczyć od 
świata przyrody. Między innymi wielki polski psychiatra Antoni Kępiński twierdzi, że 
normy moralne konstytuują się w psychice człowieka w trzech warstwach. Pierwszą z nich 
jest, "konstytucjonalna" dla moralności i zdrowego sumienia, warstwa przyrody. Pisze: 
należałoby przyjąć, że najwyższy system samokontroli odczuwany przez człowieka jako 
sumienie, dzięki któremu odróżniamy dobro od zła, mieści się w istocie przyrody oży- 
wionej. To znaczy nie tworzy się on wyłącznie dzięki wpływom otoczenia społecznego, 
ale jest człowiekowi dany w postaci naturalnego porządku moralnego. Śladów tego sys- 
temu można doszukać się w świecie zwierzęcym. [...] Wydaje się, że istnieje jakaś natu- 
ralna moralność przyrody, której także człowiekowi naruszyć nie woln0 44 . 
Pierwszą warstwą jest więc przyroda, świat zwierzęcy. W koncepcji A. Kępińskiego 
- nie inaczej krystalizuje się myśl Mackiewicza - następuje zbliżenie świata biolo- 
gicznego i duchowego. Drugie prawo biologiczne, czyli prawo zachowania gatunku, 
przejawiające się w instynkcie macierzyńskim, trosce o młode i w obronie słabych (np. 
samiec walczy z napastnikiem broniąc gniazda), ma sens moralny zbliżony do zasady 
spolegliwego opiekuna i zasad moralnych strzegących rodzaju ludzkiego, a wynikających 
z prawa naturalnego. Inaczej rzecz ujmując, należy powiedzieć, że w otoczeniu przyrod- 
niczym istnieją pewne wartości dane poprzez obiektywność rzeczywistości. Przyroda 
formułuje swoiste wskazówki i normy. Kępiński mówi: "naturalna moralność przyrody". 
Nie chodzi z pewnością o to, żebyśmy mieli naśladować zwierzęta, uczyć się od nich, 
poddawać "zezwierzęceniu". Nie chodzi też bynajmniej o biocentryzm. Istotne jest, aby 
odczytać w środowisku naturalnym to, co dane i że jest to dane. Jest to rodzaj r e w a - 
loryzacji obiektywności w naszej rzeczywistości aksjologicznej. Pojawia się 
obecnie coraz więcej sygnałów psychologicznych, filozoficznych i literackich, które 
wyznaczają wyraźny kierunek metodologiczny "powrotu ku naturze", wskazując zarazem 
drogę wyjścia z niepohamowanej relatywizacji obejmującej dzisiaj sferę norm moral- 
nych. W tekstach Józefa Mackiewicza znajduje się wielka ilość takich sygnałów. 


POLITYKA 


Podstawą ładu życiowego i zasadą wyjaśniania świata była dla Mackiewicza przyro- 
da. Jednak tematem numer jeden, pasją i żywiołem - była polityka. 
Bez polityki nie można - pisał. - Nie można dlatego, że stanowi ona składową 
część życia 45 . 


Polityka nie jest dla pisarza w pierwszym rzędzie ani sposobem zdobywania władzy, 
ani służbą wspólnocie ludzkiej, lecz przede wszystkim służącym działaniu środkiem 
poznania rzeczywistości. Aspektów rzeczy jest niezliczona ilość. Polityk" winien być jak 
numizmatyk" - pisał Mackiewicz w Prawda w oczy nie kole. We współczesnym świe- 
cie, nabierającym na jego oczach coraz większego rozpędu, widzenie polityczne staje się 


43 Por.: W. Chudy, Natura a normy moralne. Z metodologIcznych podstaw "styku" filozofiI 
I psychologn, Edukacja Filozoficzna 1997 vol. 23 s. 58-70. 
44 A. Kępiński, Lęk. Warszawa 1977 s. 124. Dwie następne warstwy konstytuowania się moral- 
ności w człowieku to według Kępińskiego warstwa z wczesnego okresu rozwoju - zasady moralne 
wpojone lub nabyte w okresie dzieciństwa - i warstwa aktualna, tworząca się na bieżąco, w życiu 
codziennym człowieka. 
45 WycIeczka do Europy, [w:] Fakty, przyroda I ludzIe, s. 303. 


168
>>>
najbardziej wszechstronnym i naj pełniejszym sposobem orientacji. Pod warunkiem, że 
będzie rzetelnym i uczciwym środkiem poznania i oceny. Sprawiedliwość wobec jednost- 
ki i integralność państwa - to c e l e p o l i t Y k i 46 . Kryterium negatywnym oceny idei 
i etosu polityki jest stosunek do jednostkowej osoby - jej prawdy przekonań i wolności 
sumienia. Dlatego autor Drogi donikąd zdecydowanie odrzuca jakąkolwiek rację bytu 
politycznego komunizmu zarówno jako ideologii jak i jako ustroju 47 . Mackiewicz kryty- 
kuje z pasją i odrzuca pojęcie polityki jako narzędzia ideologii i źródła korupcji; nie 
neguje natomiast racji istnienia polityki jako nadrzędnej wartości budowy i stabilizacji 
państwa 48 . Akcentuje wielką rolę historii dla polityki. Podobnie jak Santayana, twierdzi 
że aby uniknąć błędów przeszłości, trzeba znać historię. Aby uzasadnić realistyczność 
swojej koncepcji "idei krajowej", przywołuje m.in. postać Wielkiego Księcia Witolda 
jako symbol męża stanu 49 . Na gruncie historii dopiero dochodzi do głosu - 


prawo bezstronnego sądu o stronie krzywdzącej i krzywdzonej. Histeryczne oczernianie jed- 
nych i sztuczne idealizowanie drugich, nie jest drogą wiodąca do ujawnienia rzeczywistośd o . 
Autor Kontry nie miał jednak okazji, aby przekonać się o smaku owoców ideału po- 
litykijako czynności czysto ludzkiej. 
Sam też doskonale zdawał sobie sprawę z ciemnych stron tej domeny. "Polityczne 
choroby są równie częste wśród organizmów zbiorowych, jak organizmów ludzkich" - 
stwierdzał chłodno 51 . Pierwszą przyczyną tych chorób jest z d r a d a r o z u mu. 


46 Ze względu na dalekowzroczny aspekt państwowotwórczy nie mógł znieść emocjonalnie 
postaci ]. Piłsudskiego. Zarzucał mu kunktatorstwo polityczne, które przejawiło się najwyraźniej 
- i zdaniem Mackiewicza tragicznie dla Polski - w odrzuceniu w 1920 r. sojuszu z Denikinem, 
który doprowadziłby do radykalnej likwidacji zagrożenia komunistycznego. Według Mackiewicza 
marszałek był "politycznym kretynem" (Prawda w oczy nIe kole, s. 11). W innym miejscu pisze: 
"Zdziecinniały kretyn Piłsudski, pasowany na geniusza" (tamże, s. 61), "ojciec i organizator całej 
tej bandy: Kostka Biernackiego, skorumpowanych polityków itp." (tamże, s. 75); wreszcie: "Naj- 
większe zło i nieszczęście Polski" (tamże, s. 83). Nie może też pojąć uwielbienia Polaków "do 
nabalsamowanych zwłok Piłsudskiego. Tragiczna bruzda, którą przekopał ten człowiek w poprzek 
żywego ciała Narodu Polskiego, pozostała nie zagojoną nawet po jego śmierci i po śmierci państwa 
polskiego" (tamże, s. 139). 
47 Nie zamierzamy kontynuować tutaj tematu stosunku Mackiewicza do komunizmu. Jest to te- 
mat sam w sobie. Garść cytatów z tekstów pisarza niech zamknie tę sprawę. Oto one. "Komuniści, 
niebezpieczeństwo największe dla świata" (Okna zatkane szmatami, s. 30). "Najpodlejszy z ustrojów 
świata" (Prawda w oczy nIe kole, s. 173), będący w istocie "totalnym programem zniwelowania in- 
dywidualności ludzkiej" (Okna zatkane szmatamI, s. 84). (Por. też: Jeszcze wIellde oskaIŻenie SowIe- 
tów, [w:] Bulbln zjednosIelca, s. 97-102.) "Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć 
i życie. T o nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. T o jest walka 
o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się «forów»" (BIerzmy 
przykład z "Cichego Donu ", [w:] Bulbln z jednosIelca, s. 411). "Bolszewia rozbita być powinna, 
zgnieciona, wypalona, unicestwiona raz na zawsze i po wieki wieków. Amen". Tak się kończy 
(s. 206) książka Prawda w oczy nIe kole, będąca najosobistszym wyznaniem filozofii politycznej 
Mackiewicza. ("Piszę tu raczej spowiedź osobistą na tle wypadków, tak jak mi przychodzą na pamięć 
i na młśl" (tamże, s. 129). 
4 Trudno więc zgodzić się z W. Boleckim (zob. art.: Prawda rzucona w oczy śwIata), utrzy- 
mującym, że Mackiewicz neguje wszelkie życie polityczne. Interpretacja ta jest klasycznym ana- 
chronizmem: przeniesieniem nierzadkiej obecnie abominacji do dzisiejszej sfery polityki na okres, 
któreliJo dotyczą teksty autora. 
Zob.: MaIor dux LItuanIae, [w:] BulbIn zjednosIelca, s. 200-202. 
50 Prawda w oczy nIe kole, s. 102. 
51 Tamże, s. 126. 


169
>>>
Każdą polityką rządzą głównie czynniki emocjonalne, a często z ich rzędu irracjo- 
nalne 52. 


To naj niebezpieczniejsza dziedzina działalności ludzkiej, jeśli wola władzy zdominuje 
pragnienie ładu i wartości. 
Przyrodzony egoizm ludzkiej jednostki wspaniale rozkwita i osiąga swój zwielokrot- 
niony punkt szczytowy dopiero w płaszczyźnie politycznej. Egoizm państwowy stał się 
sformułowanym już dogmatem od czasów Machiavellego. Stąd rozdwojenie ludzkiego 
sumienia, które pochwala w polityce to samo, czego się zapiera i potępia w życiu prywat- 
nym. Stąd też wypływa ta skrzętna zapobiegliwość, z której się korzysta dla osłonięcia 
celów osobistych, celami wyższej polityki 53 . 
Mackiewicz nie szczędzi mocnych słów przy charakterystyce współczesnej sobie 
klasy politycznej. Pisze w tekście o nadzwyczaj znajomo dzisiaj brzmiącym tytule: ce- 
chuje ich - 


spora doza najszczerszej frazeologii, służącej za odskocznię osobistych ambicji pewnych 
panów. Jest wielka umiejętność w spekulacji politycznej, w zakłamaniu. Siewcy demago- 
gii potrafią nieraz wykazać tak olbrzymi zasób hipokryzji, wobec której staje się z otwar- 
tymi ustami zaskoczenia i zapartym w oburzeniu tchem 5 . 


Stąd racjonalność zostaje w prakt
ce zastąpiona interesownością. "Historia często 
łże, a prawie zawsze jest tendencyjna"S . 
W szczególności historia w funkcji politycznej staje się de facto apologią jednej opcji; 
Mackiewicz miał okazję zwłaszcza stykać się z tym nadużyciem w wersji nacjonalistycz- 
nej. Napiętnowane przez niego "kłamstwo patriotyczne"S6 swoim agresywnie ideologicz- 
nym charakterem odpowiada dzisiejszemu uprawianiu "poprawności politycznej", jaka 
atakuje nas nieprzerwanie z mass mediów. Był jak naj dalszy od ciasno rozumianego na- 
cjonalizmu s7 . Wierzył w owocne współistnienie wielu kultur i nacji. Książka Prawda 
w oczy nie kole jest jednym żarliwym wyrazem pragnienia powrotu do idei Wielkiego 
Księstwa Litewskiego, gdzie Polacy, Litwini, Białorusini, Źydzi i inne narody współżyli, 
tworząc harmonię państwową i stabilność gospodarczą - na tym polegała jego koncepcja 
polityczna "idei krajowej". Bronił nieprzerwanie regionalizmów (argumentował: wieś na 
Wileńszczyźnie mówi dziś po białorusku, a chłop jest większym patriotą niż zawodowy 
polityk S8 jednak bronił również przed zarzutem antypaństwowości nauczyciela, który 
zwracał się do uczniów po rosyjsku ("ty gołubczik,,)s9. Uważał, że wrogiem numer jeden 
jego "idei krajowej" jest nacjonalizm. 
Nacjonaliści litewscy są naszymi przeciwnikami politycznymi, tak samo jak są nimi 
nacjonaliści pol scy 60. 


52 Tamże, s. 138. 
53 Tamże, s. 147. 
54 ZamIast programu, banda złodzIeI, [w:] BulbIn zjednosIelca, s. 452. 
55 Prawda w oczy nIe kole, s. 160. 
56 Zob.: Okna zatkane szmatamI, s. 368. 
57 W. Bolecki przytacza Mackiewicza piszącego o sobie, że "ma atrofię poczucia nacjonali- 
zmu". Antysemityzm czy filosemityzm, anyniemieckość czy filoniemieckość, antyrosyjskość czy 
filorosyjskość etc. były dla niego sprawami "na równi obcymi. ... Natura - podkreślał wielokrot- 
nie - nie zna ani rasizmu, ani nacjonalizmu". Zob.: W. Bolecki, Prawda rzucona w oczy śwIata. 
58 Zob.: BulbIn zjednosIelca, s. 86-92. 
59 Por.: tamże, s. 415. 
60 Tamże, s. 238-239. 


170
>>>
Z dzisiejszego punktu widzenia ów nacjonalizm to zwyczajny fanatyzm narodowy, 
szowinizm: chora, nie cofająca się przed przemocą, a nawet zbrodnią, ideologia. Czym 
innym jest afirmacja idei i wartości narodowej, stanowiącej niezbywalne prawo człowie- 
ka i horyzont kulturowo-historyczny zbiorowości 61 . 


OGÓŁ A JEDNOSTKA 


Mackiewicz w swym pisarstwie zafascynowany jest przede wszystkim losami jed- 
nostkowymi człowieka. Źycie indywidualnej osoby to samo w sobie kosmos i historia - 
warte więcej niż wielkie struktury społeczne tworzone przez ludzi. Poglądami tymi zbliża 
się bardzo do naszej dwudziestopierwszowiecznej współczesności. Właśnie jednostkowe 
życie człowieka jest według pisarza decydujące dla kształtu wspólnoty, instytucji, a na- 
wet całych dziejów; człowiek swymi decyzjami wywołuje lawinę zdarzeń, które kształ- 
tują historię. Przykładem tego są losy atamana Machno czy pułkownika Miasojedowa, 
któremu Mackiewicz poświęcił powieść, a którego tragiczna sprawa miała specyficzny 
początek nakreślony tutaj w opisie pewnego skandalu w Wilnie 6 . 
W ocenie ludzi także na pierwszym miejscu Mackiewicz stawia indywidualizm, 
ewentualnie sytuacjonizm (można zauważyć że w jego reportażach sytuacja, w którą 
uwikłany jest człowiek, wyjaśnia wiele z postępowania). Jest natomiast zdecydowanie 
przeciwny mitologizacji pojęcia społeczeństwa, narodu albo ludu (w postaci np. "duszy 
ludu"). Postawa, polegająca na sentymentalnym albo przeciwnie przesadnie pejoratyw- 
nym stosunku do jakiejś abstrakcji zbiorowości, prowadzi często do deformacji obrazu 
i błędów w działaniu. Pisze: 


Wiele błędów, zarówno w tzw. podejściu generalnym, jak w rozwiązaniu problemów 
lokalnych, dałoby się uniknąć, gdybyśmy zarzucili metodę filozoficznego zgłębiania 
"istoty chłopskiej psychiki", a traktowali ją na równi z psychiką normalnego człowieka 63 . 
J ak już wykazywaliśmy wyżej, afirmacja jednostkowości nie zakłada jednak negacji 
przez Mackiewicza sensu ogółu. Pisarz dostrzega i opisuje wyraźne odrębności struktu- 
ralne i znaczeniowe zbiorowości w rodzaju kultury lokalnej, regionu, narodu i państwa. 
W szczególności zauważa związek między moralnością jednostek i kondycją struktury 
państwowej. Zawsze "ruina osobista obywateli zespala się z ruiną państwa" (s. 69) - 
mówi o klęsce 1939 r., jednak zdanie to ma z pewnością sens ogólniejszl4. 
Warto zatrzymać się w tym kontekście przy pojęciu p a t r i o t Y z m u Mackiewicza. 
Całą jego twórczość, zwłaszcza twórczość reportażową, przenika ton szlachetnej emo- 
cjonalności związanej z ojczyzną, krainą, przede wszystkim zaś z ludźmi, wśród których 
żyje. Oto dłuższy passus, odnoszący się do tych uczuć. 


Miłość kraju zupełnie automatycznie wywołuje sentyment do wszystkiego, co jest 
z nim związane. Mam głęboki i wielki sentyment do szarego człowieka naszej wsi, jego 
mowy, ubogich chat, stroju, zlepionych w wyobraźni od dzieciństwa z krajobrazem. Do 


61 Dlatego, jak się wydaje, Mackiewicz idzie zbyt daleko w swojej krytyce ideologii narodo- 
wej, w rezultacie "wylewając dziecko z kąpielą". Gdy bowiem przywołać dzisiejszą sytuację naro- 
dów Europy - zwłaszcza słabszych gospodarczo i politycznie - ukazuje się istotna wartość po- 
czucia i obiektywnej natury narodu. Jeśli usunąć zasadę narodu ze współczesnej planszy politycz- 
nej, to owe słabsze państwa utracą wszelki punkt oparcia dla swojej suwerenności kulturowej 
i poli7cznej np. na tle ogromnej i wszechpotężnej struktury Unii Europejskiej. 
6 Zob.: Ataman Machno, [w:] BulbIn zjednosIelca, s. 306-310 i W 105-ym Orenbursldm, [w:] 
tamże, s. 332-335. 
63 Bazyluk Ijego towarzysze, [w:] Okna zatkane szmatamI, s. 440. 
64 Prawda w oczy nIe kole, s. 69. 


171
>>>
wszystkich szczegółów tak dobrze mi znanego życia; sentyment do mizernego konika 
i chwiejącej się nadjego łbem duhy, do lejc z powroza i łapci często z kory drzewnej. Do 
zgniłej słomy w strzechach i niemelodyjnych tęsknych pieśni 65 . 
Ten obraz "małej ojczyzny" wywołuje istotne i ważkie pojęcia etyczne. Patriotyzm 
bowiem w istocie - takjak rzecz ujmuje Mackiewicz - nie zależy od zasobności mate- 
rialnej. Trudno byłoby rzeczywiście pochwalić się np. dzisiaj walorami Polesia, do któ- 
rych wzdychał autor. Bodaj ważniejszym jeszcze akcentem tego pojęcia patriotyzmu jest 
jego swoista ewangeliczność. Wartość ojczyzny wykłada się w wartości najuboższych 
i najmniejszych. 
Walor etyczny polskości ujawnia się również w języku, którym pisarz się posługuje. 
Uderza język jego tekstów, w tym może szczególnie język publicystyki: nowoczesna 
polszczyzna, do dzisiaj literacka, nawet niekiedy wyrafinowana, lecz zawierająca często 
ów ton, tak charakterystyczny dla patriotyzmu Mackiewicza. Oddaje on ten język w całej 
jego barwie i smaku, a także bogactwie, dziś już niedostępnym dla nas: u Mackiewicza 
w reportażach "słychać" go z cudnym, niepowtarzalnym nalotem kresowym, śpiewem 
białoruskim czy wolapikiem polsko-żydowskim, zatrącającym jidysz. 
Stałym tematem twórcy Drogi donikąd jest współżycie ludzi różnych narodów, reli- 
gii i języków 66 . W. Bolecki w cytowanym tutaj artykule z "Rzeczpospolitej" ("Plus-Mi- 
nus") cytuje charakterystyczny dla rozumienia patriotyzmu przez Mackiewicza fragment 
tej książki, opisujący ziemię, której ośrodkiem było Wilno: 


Były to ziemie nie tylko litewskie, białoruskie i polskie jednocześnie, zjednoczone 
w przeszłości i pokłócone współcześnie; zamieszkiwali je też Żydzi i Rosjanie; na tych 
ziemiach zwycięscy w wojnach tatarscy wielcy książęta osadzali przed wiekami jeńców 
dając im grunty i przywileje. Dlatego wśród sosen północnych zdarzało się spotykać jesz- 
cze minarety z półksiężycem; tu, w stołecznych ongiś Trokach nad potrójnym jeziorem, 
zasiedli krymscy Karaimi, wyznający Pięcioksiąg Mojżeszowy, ale odrzucający Talmud; 
kościoły katolickie budowano przeważnie w stylu włoskiego baroku, rzadziej gotyku; 
cerkwie prawosławne w nie zmiennie kopulastobizantyjskim stylu; z czasów Reformacji 
zostało trochę wyznawców Kalwina, mniej Lutra; w bardziej zaś odległych od miasta 
stronach, wśród lasów i bagien, ludzie szukający prawdy poddawali się wpływom różno- 
raki ch sekt. 


Przechodzimy do istoty Mackiewiczowego pojęcia patriotyzmu. Stanowi ją h a r- 
m o n i a w s pół i s t n i e n i a na jednej ziemi i uczestnictwo w jednej kulturze, mienią- 
cej się różnymi barwami obyczaju, języka i tradycji. Formalną zasadą jedności tego, co 
wspólne, jest państwo; wspólną treść stanowi historia oraz pewien katalog wartości, skła- 
dający się na to, co w ojczyźnie uważane jest za podstawową uczciwość. Poglądy Mac- 
kiewicza w tej mierze zbliżone są do poglądów Antoniego Słonimskiego; powołuje się 
zresztą na niego w książce Bulbin zjednosielca (s. 423). Jak pisze w znakomicie zreda- 
gowanym Kalendarium życia i twórczoś ci Nina Karsov - 
działalność dziennikarska Mackiewicza była bardzo wszechstronna, ale głównie walczył 
z administracją polską, starającą się zniszczyć wielonarodowościową i wielowyznaniową 
mozaikę dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego w imię "polskiej racji stanu"67. 
Najwyrazistszą ilustracją tego pojęcia patriotyzmu jest tekst tytułowy z tomu Bulbin 
z jednosielca. Tytułowy Bulbin to chłop białoruski z podwileńskiej wioski, na pozór 


65 ZamIast programu, banda złodzIeI, [w:] BulbIn zjednosIelca, s. 452. 
66 Por.: S. Brykczyński, Wielonarodowy śwIatopogląd J MacldewIcza, Dziennik Polski i Dzien- 
nikŻołnierza 1985 nr 147 s. 9 (Tydzień Polski nr 25). 
67 BulbIn zjednosIelca, s. 532. 


172
>>>
nierozgarnięty i zniewolony przez każdą siłę, która wejdzie do wsi, i za którego "nie 
dałoby się pięciu groszy"; w rzeczywistości wierny wartościom i tradycji okazuje się 
ponadczasowym wzorem mężnego patrioty. 
Autor Kontry i Sprawy pułkownika Miasojedowa miał wyjątkowe wyczucie socjopsy- 
chologicznych praw rządzących m e n t a l n o ś c i ą z b i o r o w ą. We fragmencie po- 
wieści przygotowywanej do druku przed wojną, zatytułowanym Kriuczkow 68 , przedsta- 
wia swoistą filozofię idola i zapowiedź nowej ery mentalnej, która na naszych oczach 
w końcu XX wieku osiągnęła swoje apogeum. W wymienionym fragmencie jedna z po- 
staci - Siergiej Ławrowicz stary generał rosyjski - tak interpretuje zdarzenie mające 
miejsce w czasie I wojny światowej: - 
Wie pan, jak sobie dziś pomyślę - mówił - to mi się zdaje, że w tym porywie ma- 
sowej histerii z powodu takiego Kriuczkowa było coś wieszczego. To tak wyszło, że już 
pierwszego dnia Wielkiej Wojny, pierwsze skrzyżowanie szabel wykrzesało jakby z ich 
kling pierwszy dzwonek, który zapowiadał powszechną psychozę, jaka po tej wojnie ma 
nastąpić. Oto przez przeobrażenia powierzchowne i trupy obalonych autorytetów do de- 
mokratyzmu, miotanego paroksyzmem tęsknoty do własnych "wodzów". Do tego poszu- 
kiwania autorytetów tłumu, dyktatorów, bożyszcz, geniuszów. [...] Do pewnego stopnia 
zasadnicze rysy dzisiejszej psychozy występowały już w ówczesnej aferze Kriuczkowa: 
zupełny brak krytycyzmu; przezywanie jego imieniem byle jakich przedmiotów, wcale 
z nim niezbieżnych, imaginowanie fantastycznych legend, no itd. A to, że sam Kriuczkow 
uwierzył z biegiem czasu we własną wielkość, co zresztą uczyniłby najego miejscu każdy 
człowiek, czy to też nie rys charakterystyczny z tej kategorii?69 
Z gorzkim zaskoczeniem odkrywamy, iż sprawdzają się reguły "nowych cZasów" 
odkryte intuicyjnie przez Mackiewicza przed ponad 60 laty: potężniejąca siła polityczna 
mass mediów, konstruowanie "faktów prasowych", kreowanie sztucznych autorytetów, 
manipulowanie informacjami, skuteczne indoktrynowanie mas ludzkich i dyktowanie im 
norm obyczajowych przez telewizję i inne media. Pisarz odkrył obiektywną tendencję 
dziejową, która wkrótce już ogarnęła cały świat. 


FILOZOFIA PISARSKA 


Interesująca jest filozofia pisarstwa Mackiewicza, w szczególności odnosząca się do 
realizmu i prawdy w literaturze. Wyżej wspominaliśmy już o podporządkowaniu całej 
twórczości prawdzie obiektywnej: zarówno proza reportażowa jak i fikcyjna (powieści) 
odnosić się ma do prawdy. Autor Nie trzeba głośno mówić zresztą nie posługuje się 
w swym pisarstwie tylko "szkiełkiem i okiem", jego częstą metodą jest żywa relac
a 
z własnych przeżyć. Stąd bywa, że teksty są pełne emocji i wewnętrznych sprzeczności o. 
U Mackiewicza można odczytać całe spektrum opisu, odnoszącego się do tej "obsesji 
prawdziwości": od "prawdy faktów" do "Tajemnicy prawdy"71. Idąc tym tropem, można 
by zapytać o m i ej s c e B o g a w światopoglądzie pisarskim autora Kontry. Trzeba 
przyznać, że jest on w tej dziedzinie nader powściągliwy. Wielu historyków i krytyków 


68 [W:] Okna zatkane szmatamI, s. 443-450. Niestety nie dowiadujemy się, pod jakim tytułem 
miała się ukazać, a także, jakie były dalsze jej losy. [Powieść ta nigdy nie została ukończona. Hi- 
storię propagandowego kultu bohaterskiego Kozaka ukazał Mackiewicz w SprawIe pułkownIka 
MIasojedowa - red.] 
69 Tamże, s. 445. 
70 Np. w jednym z artykułów pozytywnie wyraża się o Mussolinim i Hitlerze (w aspekcie ich dy- 
namicznej polityki gospodarczej). Zob.: BazowanIe na fikcjI, [w:] Okna zatkane szmatami, s. 362. 
71 Zob.: M. Bąkowski, Votum separatum, s. 49. 


173
>>>
literatury jest skłonnych postawić tu tezę o agnostycyzmie 72 . Jednak istnieje w tym pisar- 
stwie wiele przesłanek, nakazujących zająć się tą kwestią bardziej wnikliwie. Wyrażane 
w książkach Mackiewicza silne przekonanie o absolutności prawdy i istnieniu transcen- 
dencji wartości, przekraczającej zdolności kreatywne człowieka; wyraźna afirmacja róż- 
nych form i postaci ducha, przejawiających się zarówno w kulturze jak i przyrodzie; 
przede wszystkim zaś wielka apologia wartości człowieczeństwa - przewyższającej 
indywidualne i zbiorowe możliwości rozumu, wyobraźni i woli jednostek ludzkich, owa 
"aksjologiczna szala", która u autora przeważa wszelki byt ziemski - świadczą o istnie- 
niu Boga ukrytego w materii tego pisarstwa. 
Szczególną abominacją darzył w związku z tym kłamstwo. Tropił je i demaskował 
zwłaszcza w dziedzinie polityki i administrowania państwem. Okna zatkane szmatami to 
nazwa całego tomu wzięta od tytułu reportażu, opisującego drakońskie i absurdalne roz- 
porządzenia rządu dotyczące mieszkańców sfery przygranicznej na wschodzie. Tytuł jest 
symboliczny, jednak ma swoje konkretne odniesienia: "na terenie województwa p. Bo- 
ciańskiego nakazano zakrywać okna szmatami w kierunku granicy". W wielu miejscach 
kraju to, co "w projektach uczciwych entuzjastów miało być oknem do rynków europej- 
skich dla Ziem Północno-Wschodnich, stało się oknem zatkanym dziś po prostu szma- 
tą"73. Dla Mackiewicza był to jawny fałsz kierowania państwem, kłamstwo służby pu- 
blicznej. W wielu miejscach pisarz demaskuje panoszące się tego typu kłamstwa, którymi 
są jawna i notoryczna niesprawiedliwość urzędów i instytucji, pycha urzędnicza, dys- 
kryminacja biedy, korupcja oraz zwyczajna głupota polityków. Nie potrzeba dodawać, że 
wówczas - podobnie jak dziś - były to główne czynniki, popychające ludzi i całe war- 
stwy społeczne w kierunku ideologii lewicowej. 
Dzisiaj również, podobnie jak przed wojną, dotykają nas absurdy dysproporcji na- 
kładów finansowych na przedsięwzięcia wymyślone i poronione; rozum oburza się na 
przejawy arogancji lub niekompetencji urzędników, z jakimi stykamy się na co dzień. 
Znajdujemy u Mackiewicza bliski "nam dzisiejszym" nastrój opisu niektórych spraw. 
Wyczuwa się bowiem w jego niektórych tekstach swoistą bezradność dyskursu poważne- 
go. Tak jak dzisiaj, kiedy wobec pewnych akcji, traktujących społeczeństwo jak bez- 
myślne stado, jedyną reakcją racjonalną może być humor, ironia i groteska. Rozum staje 
się bezradny. Tak Mackiewicz przedstawia m.in. słynne rozporządzenia rządu Sławoja- 
-Składkowskiego, znanego z nakazowej konstrukcji "sławojek" ("chata się wali, tylko 
wychodek jak pałac"74), a także z szału przesadnej higieny, wyrażonej w postaci bielenia 
ścian (w impecie bielenia malowało się także "żerdź opartą o ścianę chaty"75). 
Jednak w przypadku wielu zdarzeń śmiech nie był na miejscu. Pisarz rejestrował 
przypadki zaprzeczenia rozumności, umiejętnie podsycane przez graczy politycznych 
wybuchy irracjonalizmu społecznego. Z jego książki dowiadujemy się o antysemickich 
pogromach, jakie miały wówczas miejsce w miastach polskich: Grodnie, Przytyku, Łom- 
ży, Mińsku Mazowieckim, Wysokim, Dąbrowie Wielkiej i Brześciu 76 . 


72 Por.: R. Skwarski, MIlczenIe Boga, czyli agnostycyzm Józefa MackIewIcza, W drodze 1995 
nr 11 s. 31-40 oraz M. Adamiec, "Cleń wIelldęj tajemnIcy... ": NorwId, GrabJńsld, LeśmIan, Tyr- 
mand, MacldewIcz, Herbert, VIncenz. Gdańsk 1995. 
73 Zob.: Okna zatkane szmatamI, s. 188-191. 
74 Tamże, s. 284. 
75 Tamże, s. 352. 
76 O tym ostatnim zob.: Jak to było naprawdę w BrześcIu, [w:] Okna zatkane szmatamI, 
s. 138-147. Pozostaje do osobnej analizy problem polskiej społeczności żydowskiej, stosunków 
polsko-żydowskich w Polsce przedwojennej, wreszcie stosunku samego Mackiewicza do Żydów 
- to wszystko zawarte jest w bogatej reprezentacji materiału, na którym tu bazujemy. 


174
>>>
Lektura szczególnych "sprawozdań z historii" dokonywanych przez Mackiewicza 
"na bieżąco" z tamtych czasów pozwala dzisiejszemu czytelnikowi na rewelatorskie 
wglądy w historię. W wielu wypadkach dokonuje się rewizja widzenia spraw, faktów 
i charakterów, które dotarły do nas często zdeformowane otoczką ideologiczną, schema- 
tem historycznym, przesądem lub załganiem poprawności politycznej. W książkach tych 
dokonuje się rewizja stereotypów. Dotyczy to m.in. takich wydarzeń jak zajęcie Zaolzia, 
lewicowy charakter społeczeństwa polskiego przed wojną czy bogatego naświetlenia 
relacji polsko-żydowskich w tamtych czasach. 
Dziś ciągle można się u c z y ć P i s a r s t w a od Józefa Mackiewicza. W spółcze- 
snym językiem można by powiedzieć, że cała jego aktywność twórcza wymierzona jest 
przeciwko różnym przejawom kłamstwa i fałszu myśli i poświęcona odkrywaniu prawdy. 
Zawsze walczy z poprawnością polityczną: pisze "pod prąd", przedstawiając ostro fakty 
i oceniając je bezkompromisowo. Nie unika wycieczek personalnych, bez względu na to, 
czy dotyczą one lokalnej gwiazdy literackiej czy premiera rządu. "Słowo", w którym pra- 
cował, wymieniane było w kręgach ówczesnego establishmentu oraz redaktorów prasy 
lewicowej z nienawiścią na równi z "Rycerzem Niepokalanej" i "Małym Dziennikiem". 
Wspominaliśmy także, jak określał i oceniał fałsz pisarski i kłamstwo twórczości 77 . Nie 
wahał się nazywać je głośno i po imieniu. 
Pisaliśmy już na temat języka pisarstwa Józefa Mackiewicza. Można by oddać jego 
istotę, nawiązując do pierwszej cechy jego filozofii twórczości - prawdy. Język ten 
odzwierciedla (w znaczeniu: "adaequatio") najrdzenniejsze właściwości żywej polszczy- 
zny tamtych czasów, zachowując naj szlachetniejszą część polskiego języka literackiego. 
Czytając te teksty słyszy się zaśpiew wschodnich rubieży, szorstkość nieuformowanej 
metaforyki politycznej, ale także poetyckość opisów przyrody i bogactwo brzmień i se- 
mantyki czerpanych z tradycji szlacheckiej polskiego baroku i odrodzenia. Jest to 
p r a w d a j ę z Y k a p o l s k i e g o. Dlatego na osobną uwagę - jako wzór do naślado- 
wania - zasługują reportaże Mackiewicza. Ich styl, język, jego pióro i oko. Śmiem 
twierdzić, że cykl reportaży z przedwojennej Łodzi Specjalne reportaże z ŁodzP nie ma 
sobie równych w tym gatunku do dzisiaj. Wyłania się z tych tekstów obraz miasta-tygla: 
bogactwa, przedsiębiorczości, kultu użycia, walki, nędzy, pogardy dla człowieka i prób 
obrony jego godności. 
Chodziłem po przedmieściach czy dzielnicach Łodzi: Bałutach, Chojnach i Widze- 
wie. Podobnej nędzy nie widziałem nigdy. Są może pojedyńcze okazy, ale tego rodzaju 
zmasowania, skloaczenia, stłoczenia ludzkiego ubóstwa nie ma w innych miastach 79 . 


Mackiewicz odkrywa w tym cyklu, który jest swojego rodzaju krystalizacją Ziemi 
Obiecanej, esencję "życia dla pieniądza i władzy". Uniwersalizm tego obrazu uderza nas 
dzisiaj, kiedy mimo sporadyczności tak skrajnych przypadków życia poddanego presji 
ekonomicznej, sama zasada egzystencji staje się coraz bardziej dominująca w świecie. 


77 Por. wyżej: rozdział: "Światopogląd". 
78 [W:] Okna zatkane szmatamI, s. 65-84. 
79 Tamże, s. 79. 


175
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JÓZEF MACKIEWICZ 
W NIEMCZECH: 
PISARZ JESZCZE NIE ZNANY? 


Tomasz MIANOWICZ (Niemcy) 


I 


Choć w ostatnich latach liczba pozycji bibliograficznych dotyczących Józefa Mac- 
kiewicza znacznie wzrosła 1 , monachijskiemu okresowi życia pisarza poświęca się, także 
w pracach naukowych, niewiele miejsca. Tymczasem Mackiewicz spędził w stolicy Ba- 
warii ostatnie 30 lat życia; spośród wszystkich jego "adresów" Monachium było zatem, 
oprócz Wilna, tym miastem, w którym pisarz naj dłużej przebywał. Co więcej, w tym 
okresie ukazały się wszystkie powieści Mackiewicza, także w tłumaczeniach na języki 
obce, jego trzy książki polityczne, zbiór nowel oraz liczne teksty publicystyczne 
i literackie, publikowane w polskiej prasie emigracyjnej. Już sam ten fakt stanowi wy- 
starczający powód, aby w badaniach naukowych monachijskim latom pisarza poświęcić 
więcej uwagi niż dotychczas a przede wszystkim - wykorzystać źródła historyczne tego 
okresu dotyczące. 
Tło historyczne powieści i opowiadań Mackiewicza nie jest związane z okresem spę- 
dzonym przezeń w Bawarii. Inaczej natomiast w publicystyce: zarówno problemy doty- 
czące stosunków polsko-niemieckich jak i aktualne wydarzenia polityczne, które pisarz 
obserwował z perspektywy Monachium, są w tej publicystyce stale obecne. Ewolucja 
polityki państw zachodnich, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, wobec bloku sowiec- 
kiego - to jeden z naj istotniejszych tematów w artykułach, które pisarz ogłaszał w pra- 
sie emigracyjnej. Radio Wolna Europa, z siedzibą w Monachium, było czułym sejsmo- 
grafem zmienności amerykańskich doktryn politycznych i obiektem krytycznych wypo- 
wiedzi autora Zwycięstwa prowokacji. 
Interpretując twórczość Mackiewicza nie można oddzielać prozy artystycznej od 
dziennikarstwa i publicystyki. Poglądy wypowiadane w książkach politycznych czy arty- 
kułach prasowych odnajdujemy w powieściach, rozpisane na głosy bohaterów. Dowodu 


l A. Fitas zamieścił w swej książce Model powIeścI Józefa MackIewIcza (Lublin 1996) biblio- 
grafię dotyczącą osoby i twórczości pisarza. Bibliografia obejmuje 883 pozycje, wymienia jednak 
tylko kilkanaście publikacji w językach obcych. 


176
>>>
na poparcie tej tezy dostarcza, być może w sposób nie zamierzony, Dariusz Rohnka 
w swej książce o Mackiewiczu: aby przedstawić jego poglądy, cytuje dialogi pomiędzy 
postaciami jego powieśd. Związek pomiędzy opiniami politycznymi, czy szerzej - ety- 
cznymi pisarza (wydarzenia polityczne są dla Mackiewicza tylko jednym z przejawów 
kryzysu cywilizacyjnego) a dziełem literackim, dotyczył również recepcji jego twórczo- 
ści. Ewolucja stosunków Wschód-Zachód, zwłaszcza po 1956 r., brak reakcji amerykań- 
skiej na budowę muru berlińskiego, okres dfj{ente, wyznaczają w znacznym stopniu miej- 
sce Mackiewicza nie tylko w życiu kulturalnym emigracji, ale także jego pozycję w Niem- 
czech - jako pisarza i znawcy komunizmu. 
Sygnalizuję jedynie w tym miejscu kilka wątków związanych z okresem monachij- 
skim autora Kontry, których nie uwzględniono dotychczas w badaniach historycznych 
czy literackich. Rzecz jasna podstawowym źródłem do tych badań jest archiwum Bar- 
bary Toporskiej i Józefa Mackiewicza, niedostępne dla naukowców do 2005 r. Nie jest 
to jednak źródło jedyne. Źyjąjeszcze w Niemczech tłumacze jego książek, redaktorzy 
pism, z którymi współpracował, naukowcy, z którymi spotykał się na sympozjach. 
Z najbliższego środowiska Mackiewiczów w Monachium zostało jeszcze kilka osób, 
choć co roku ich grono maleje. Być może przyczyną części zaniedbań w badaniu kwe- 
stii biograficznych, wykraczających poza problematykę twórczości pisarza w języku 
polskim, jest fakt, że dyskusja na temat Mackiewicza, nawet jeśli uczestniczą w niej 
przedstawiciele nauki, nie jest wolna od emocjonalnych kontrowersji i podziałów na 
"zwolenników" i "przeciwników", "oskarżycieli" i "obrońców". Polemiki wokół Mac- 
kiewicza pełnią w znacznym stopniu rolę zastępczą: oskarżenia o kolaborację w czasie 
niemieckiej okupacji Wilna ponawiali wielokrotnie przedstawiciele środowisk, które 
pisarz krytykował z powodu realizowanej przez nie polityki. Wyeksponowanie faktu 
współpracy Mackiewicza z pismem wydawanym przez władze niemieckie (notabene 
z pominięciem tematu kilku artykułów, które ogłosił w "Gońcu Codziennym"), auto- 
matycznie blokowało dyskusję o polityce władz RP w czasie wojny, upatrujących 
w ZSRS "sojusznika naszych sojuszników", czy też o celowości popierania gomułkow- 
skiej "polskiej drogi do socjalizmu". Nietrudno również wykazać, że kolejne fale ata- 
ków na Mackiewicza pojawiały się w związku z publikacją jego książek. W pewnym 
sensie dotyczy to również okresu po jego śmierci, gdy wraz i, jak się zdaje, w związku 
ze wzrostem popularności pisarstwa Mackiewicza, odświeżono stare zarzuty. Fakt, że 
"oskarżycielom" w rzeczywistości chodziło o uniemożliwienie publikacji poglądów pi- 
sarza, jest przy tym udokumentowany źródłow0 3 , ale uczestnicy polemik zdają się 
o tym zapominać. 
Również tematyka kolaboracji polskich intelektualistów z okupantem sowieckim po 
17 września 1939 r. pojawiła się na dobrą sprawę w związku z dyskusjami wokół Mac- 
kiewicza 4 , więc i w tym wypadku polemiki te pełniły rolę podwójną, aktualizując jeden 
z wątków nieobecnych dotąd w polskiej historiografii, nadal pełnej luk, zwłaszcza 
w zakresie dziejów najnowszych. 
Skoro dyskusja na temat Mackiewcza prowadzona w Polsce przywołuje niechciane 
tematy i zarazem jej charakter nierzadko daleki jest od naukowego obiektywizmu, 
w lepszej sytuacji powinni być badacze zagraniczni zajmujący się twórczością pisarza. 


2 D. Rohnka, AjaprzecIwnIe... Szldce o Józefie MacldewIczu. Londyn 1997 s. 106-110, 120-131. 
3 Por.: Niezwykła korespondencja, Contra 1990 nr 4 s. 167-173 oraz: T. Mianowicz, ZbrodnIa li- 
teratury, Kresy 1993 nr 16 s. 47-57 (korekta błędów drukarskich: Kresy 1994 nr 17 s. 191). 
4 Por. zwłaszcza: ]. Trznadel, KolaborancI. Tadeusz Boy-Żeleńsld I grupa komunIstycznych pI- 
sarzy we LwowIe 1939-l94l. Komorów 1998 oraz: [W. Bolecki] ]. Malewski, Prawda hIstoryczna, 
któręj zmIenIć sIę nIe da, Puls 1988 nr 36 s. 37-50. 


177
>>>
Nikt jednak do tej pory w Polsce nie pytał, w jakim stopniu pisarstwo autora Drogi doni- 
kąd było przedmiotem zainteresowania slawistów czy historyków za granicą. Praca dy- 
plomowa Reinharda Vesera, powstała w 1997 r. na uniwersytecie we Frankfurcie nad 
Menem 5 , potwierdza tezę, że badaczowi z zagranicy, wolnemu od ekscytacji towarzyszą- 
cych w Polsce recepcji Mackiewicza, łatwiej zdobyć się na naukowy dystans wobec 
przedmiotu swych dociekań. Świadczy o tym rzeczowa analiza stanu badań a ponadto 
fakt, że Veser, konfrontując oceny polityczne Mackiewicza z późniejszym rozwojem 
wypadków, zachowuje styl naukowego dyskursu. Natomiast w polskim piśmiennictwie 
poglądy pisarza kwalifikowano niekiedy jako "objaw niepoczytalności" czy "obsesję", 
a już samo takie ujęcie utrudnia merytoryczne rozważania. Niemiecki slawista wskazuje 
ponadto na szereg problemów teoretycznoliterackich, na dobrą sprawę nadal zupełnie nie 
zbadanych oraz kwestionuje kilka dotychczasowych ustaleń interpretacyjnych; poloniści 
zajmujący się Mackiewiczem już z tego względu powinni przyswoić sobie pracę Vesera. 
Zamyśliłem się nad zdaniem, którym Veser uzasadnia rozszerzenie rozdziału doty- 
czącego kolei życia i światopoglądu Mackiewicza: "W Niemczech jest on jeszcze prawie 
nie znany,,6. Z jednej strony opinia ta w jakimś stopniu zapowiada jeśli nie sławę, to 
przynajmniej zwiększenie poczytności książek Mackiewicza, zwłaszcza że pięć tytułów 
ukazało się w języku niemieckim. Odnotować trzeba fakt, że w związku z 100. rocznicą 
urodzin pisarza, dwa najważniejsze dzienniki niemieckie poświęciły mu artykułl. 
Z drugiej strony zdanie z pracy Vesera implikuje - w pewnym sensie historyczne - 
pytanie o recepcję twórczości literackiej i publicystycznej Mackiewicza w niemieckim 
obszarze językowym. I tą sprawą nikt do tej pory się nie zajmował. Rzecz jasna moje 
uwagi nie wypełnią luki badawczej, zwłaszcza że nie są one rezultatem pogłębionych 
studiów, lecz jedynie wstępną informacją, opartą na znanych mi źródłach i ograniczoną 
do kilku epizodów z monachijskiego okresu pisarza. 


II 


Niewiele miejsca poświęcono do tej pory aktywności Mackiewicza wykraczającej 
poza ramy działalności politycznej i kulturalnej polskiej emigracji. A tymczasem na okres 
monachijski przypadają intensywne kontakty pisarza z emigrantami wywodzącymi się 
z innych narodów Europy Wschodniej i jego współpraca z antykomunistyczną prasą 
rosyjską, ukraińską, białoruską. Zapewne jeszcze ważniejszy a również nieobecny w pols- 
kim piśmiennictwie dotyczącym Mackiewicza, jest wątek jego kontaktów w środowi- 
skach literackich, politycznych i naukowych po przeprowadzce z Londynu do Mona- 
chium, która miała miejsce w 1955 r. Już samo opuszczenie kulturalnego i politycznego 
centrum polskiej emigracji i osiedlenie się w mieście, w którym polskich instytucji nie 
było a polska diaspora skupiała się głównie wokół amerykańskiego Radio Free Europe, 
pociągało za sobą zmianę środowiska (także w sensie narodowościowym), w którym 
obracali się Barbara T oporska i Józef Mackiewicz. 
W opublikowanym przed dwoma laty artykule poświęconym postawom polskich in- 
telektualistów wobec obu okupantów w okresie II wojny światowej, niemiecki historyk 
Karl-Peter Friedrich sugeruje, że droga pisarza z Wilna poprzez Rzym i Londyn do Mo- 
nachium związana była z atakami ze strony polskich środowisk z powodu postawy poli- 


5 R. Veser, "Die Kresy in Józef Mackiewiczs Romanen Droga donIkąd und NIe trzeba głośno 
mówIć". Frankfurt a. Main, 136 s. (maszynopis pracy dyplomowej). 
6 Tamże, s. 3. 
7 G. Gnauck, HeIliger und Nestbeschmutzer, Die Welt 30 III 2002 oraz R. Veser, ChronIst 
eInes blutlgen Untergangs, Frankfurter Allgemeine Zeitung 2 IV 2002. 


178
>>>
tycznej Mackiewicza 8 . Friedrich nie podaje na poparcie swej sugestii żadnych źródeł ani 
dowodów. Z tekstów samego Mackiewicza wiemy, że w Rzymie znalazł się "uciekając 
przed wyzwoleniem", czyli uchodząc przed bolszewikami z Wilna poprzez Warszawę, 
Kraków, Wiedeń do Włoch. Również osiedlenie się w Monachium nie było spowodowa- 
ne atakami na pisarza, zwłaszcza że ich kolejne fale pojawiały się w związku z publikacją 
książek Mackiewicza. Teza Friedricha zaskakuje jednak przede wszystkim dlatego, że 
właśnie w języku niemieckim ukazał się jedyny autobiograficzny tekst pisarza, w którym 
podaje przyczyny przeprowadzki do Monachium. Chodzi o szkic Pisarz emigracyjny 
opowiada, który ukazał się w 1978 r. w 48. numerze wydawanego w Monachium kon- 
serwatywnego dwumiesięcznika "Criticón,,9. Fragment dotyczący przyjazdu do Mona- 
chium brzmi w przekładzie na polski: 
Do Niemiec, gdzie mieszkamy od 1955 roku, przyjechałem właściwie przez przypa- 
dek dzięki żonie. Jest polską pisarką i publikuje pod panieńskim nazwiskiem Barbara To- 
porska. Wówczas pracowała dla Głosu Ameryki (Voice of America). Jej redakcję przenie- 
siono do Monachium. Od tego czasu upłynęły 23 lata... lO . 
Również Józef Mackiewicz miał uzyskać posadę w amerykańskiej instytucji. Cho- 
dziło o działający do połowy lat 70. w Monachium Instytut Studiów nad ZSRS (Institut 
for the Study of the USSR). Pisarz miał już przydzielony pokój i biurko, jednak bezpo- 
średnio przed pod
ęciem obowiązków został zawiadomiony, że pracodawca postanowił 
go nie zatrudniać l . Powód rezygnacji z zatrudnienia Mackiewicza nie jest znany, można 
się jednak domyślać, że przyczyną była jego postawa polityczna, zwłaszcza konsekwent- 
ny antykomunizm. 
Po przyjeździe do Monachium Mackiewiczowie przez kilka pierwszych lat mieszkają 
na Nibelungenstrasse 16 (zajmują sublokatorsko dwa duże pokoje na pierwszym piętrze) 
w dzielnicy Nymphenburg, następnie przenoszą się na Windeckstrasse 21, wynajmując 
małe mieszkanie w domu Adalberta i Marianne Mayerów. Ten właśnie dom pokazano 
w emitowanym 20 lipca 1993 r. w II programie polskiej telewizji filmie Słowa i twarze, 
aliści jako dostatnią willę z dużym ogrodem, również wnętrze sprawiało wrażenie dostat- 
ku. W rzeczywistości skromne mieszkanie Mackiewiczów składało się z małego przed- 
pokoju, niewiele większej kuchni (pełniącej zarazem funkcję salonu ijadalni), z której 
przechodziło się do pokoju, w którym centralne miejsce zajmowało biurko, znane 
w Polsce dzięki wystawie w warszawskim Muzeum Literatury. Na brak miejsca Barbara 
Toporska narzekała nieraz, m.in. w liście do Wiwy Trościankowej z 5 stycznia 1984 r.: 
Chodzi mi o nie [większe mieszkanie] ze wzglądu na [...] książki, które nas tujuż do- 
słownie duszą. I o kuchnię! 
Najbardziej luksusowym elementem wyposażenia był telewizor. Pojawił się w mie- 
szkaniu Mackiewiczów jednak dopiero w 1984 r., jako prezent od zaprzyjaźnionej z nimi 


8 K.-P., Friedrich, Der "Fall Józef MackIewIcz" und dIe polnische ZeItgeschIchte, Zeitschrift 
fUr Geschichtswissenschaft 2000 Heft 8 s. 699 przyp. 13. 
9 Ten tekst Mackiewicz napisał po niemiecku (inf. R. Gnaucka). 
10]. Mackiewicz, EIn ExJlschrIftsteller erzahlt, Criticón 1978 nr 48 s. 193-196. Tekst ukazał 
się w rubryce "Autoren" , czyli imię i nazwisko pisarza były jego właściwym tytułem (dalsze cytaty 
w tekście głównym podaję wg tej publikacji we własnym tłumaczeniu). 
11 Źródłem danych biograficznych dot. Józefa Mackiewicza, zawartych w niniejszym tekście, są 
- o ile nie chodzi o fakty powszechnie znane - moje osobiste kontakty z pisarzem a przede wszyst- 
kim z Barbarą Toporską-Mackiewicz w okresie od lata 1983 r. do śmierci ich obojga. Za kilka cennych 
informacji i "odświeżenie pamięci" dziękuję p. dr Ninie Kozłowskiej z Monachium. 


179
>>>
Wandy Stankowskiej, wieloletniej sekretarki dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE, która 
wówczas, po przejściu na emeryturę, przeniosła się do Londynu. 
Z właścicielami domu łączyły Mackiewiczów bliskie i przyjazne stosunki. Marianne 
Mayer pomogła Barbarze Toporskiej sfinansować wydanie Spójrz wstecz Ajonie. Do tego 
samego kręgu przyjaciół należała również lekarka Barbary - dr Hannelore Friedl-van 
Oyen, namiętna czytelniczka niemieckich przekładów książek Józefa. W 1957 r. ukazały 
się dwa tytuły: Der Weg ins Nirgendwo i Trag6die an der Drau. Mackiewicz autoryzował 
przekłady i prowadził intensywną korespondencję z tłumaczem Arminem Drossem. Ze 
skierowanego doń listu Mackiewicza z 5 września 1956 r. wiadomo, że właśnie ukończył 
nową powieść: "Brulion książki skończyłem pisać wczoraj". Nie wiedział jeszcze, jaki 
będzie jej tytuł. Natomiast znany był już tytuł niemieckiego przekładu, bowiem wydawca 
zwrócił uwagę na fakt, że nazwa rzeki ma swoje znaczenie i - jak pisał Mackiewicz - 
"według mnie ma rację". A zatem Tragedia nad Drawą. "To nie byłby ostatecznie naj- 
gorszy tytuł, ale sądzę, że można by wymyśleć coś lepszego" - pisał autor w tym sa- 
mym liście. I w istocie polski tytuł - to Kontra, który dla czytelnika niemieckiego byłby 
jednak niezrozumiały. 
Mackiewicz był pisarzem znanym, także w Niemczech, jeszcze przed przyjazdem do 
Monachium. W styczniowym numerze liczącego się na niemieckim forum politycznym 
pisma "Aussenpolitik" z 1954 r. ukazał się artykuł Polen und Deutschland in meiner 
Sicht (Polska i Niemcy w mojej opinii). Redakcja przedstawiła Mackiewicza jako "zna- 
nego polskiego pisarza mieszkającego w Londynie". Bez wątpienia jego nazwisko, jako 
autora książek o Katyniu, musiało być znane także czytelnikom w niemieckim obszarze 
językowym, zwłaszcza że naj wcześniejsze wydanie pracy o zbrodni katyńskiej ukazało 
się w Zurychu w 1949 r. W artykule w "Aussenpolitik" Mackiewicz, podkreślając zagro- 
żenie Europy przez system komunistyczny, krytykował jako anachronizm "patriotyzm 
państwowy", czyli podnoszenie sprawy granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej do rangi 
naczelnego problemu w stosunkach polsko-niemieckich. Odrzucając pojęcie "winy zbio- 
rowej" zaznaczał jednak, że Niemcy jako państwo ponoszą wobec Polski odpowiedzial- 
ność za wybuch ostatniej wojny. Naczelny postulat polityczny, adresowany do polskich 
polityków emigracyjnych i kół rządowych w Bonn brzmiał: 


Przy rozważaniu aktualnych problemów polsko-niemieckich należałoby moim zdaniem 
postępować następująco: Odsunąć na później wszystkie kwestie, które dzielą i zająć się po- 
ważnie tymi, które łączą. Sądzę, że w ten sposób łatwiej uda się osiągnąć porozumienie l2 . 


Tekst w "Aussenpolitik" jest o tyle istotny, że zawiera poglądy, rozwinięte po latach 
w Zwycięstwie prowokacji. 
W 1958 r. ukazało się w Monachium wznowienie wspomnianej książki o mordzie 
katyńskim Katyn - ungesilhntes Verbrechen. Mackiewicz wygłaszał odczyty, publikował 
w prasie, współpracował z organizacjami emigrantów z Europy Wschodniej. W kwietniu 
1958 r. w pierwszym numerze biuletynu wydawanego przez Action Committee of the 
Fighters against Communism ukazał się artykuł Mackiewicza Wspólna walka przeciwko 
wspólnemu wrogowi (tak zresztą zatytułowano cały biuletyn: Gemeinsamer Kampf gegen 
einen gemeinsamen Feind). Autor zaznaczał na wstępie odrębność swoich poglądów: 
Jeżeli wypowiadam się publicznie, zawsze podkreślam, że nie reprezentuję żadnego 
polskiego politycznego ugrupowania emigracyjnego. Jako pisarz i publicysta wyrażam za- 
równo w swych książkach jak i w artykułach prasowych wyłącznie poglądy osobiste. 
Moje zapatrywania odróżniają się od większości pozostałych emigrantów głównie 
tym, że ci ostatni najczęściej wysuwają na pierwsze miejsce postulat narodowy. Mnie wy- 


12 Aussenpolitik 1954 z. 1 s. 19. 


180
>>>
daje się natomiast, że komunizm, niezależnie od swych zabarwień narodowych, jest pro- 
blemem rodzaju ponadnarodowego. 
I dalej dwa zdania, które wyjaśniają zarówno tożsamoŚĆ Mackiewicza, jak i jedno 
z najważniejszych żródełjego poglądów na komunizm: 
Władzy komunistycznej doświadczyłem jako zwykły furman. Dawne Wielkie Księ- 
stwo Litewskie, mój właściwy kraj pochodzenia [w oryginale HeImat- przyp. T.M.] był 
- z uwagi na swą wielonarodowość - idealnym polem obserwacji. 
Rezonans w prasie wywołało demonstracyjne wystąpienie Mackiewicza z PEN-Clubu 
w 1959 r. Pisarz protestował w ten sposób przeciwko ponownemu przyjęciu do organizacji 
przedstawicieli komunistycznych Węgier. Mackiewicz nie był jedynym, który protestował 
przeciwko tej decyzji, ale tylko on - jak pisała "Potsdamer Tageszeitung" - zachował się 
konsekwentnie. W liście do Ericha Kiistnera, który przewodniczył obradom kongresu PEN 
we Frankfurcie nad Menem, Mackiewicz podał postawę tej organizacji wobec komuni- 
stycznej dyktatury na Węgrzech jako powód swojej decyzji. Jego list cytowało wiele dzien- 
ników. Mackiewicz podkreślał, że pisarze reprezentujący reżim Kadara, określani na kon- 
gresie we Frankfurcie jako "koledzy", znajdują się pod kontrolą państwa, a zatem działają 
w rzeczywistości przeciwko Karcie PEN: 
Przy tym paradoksalną sytuację wytwarza fakt, że my wszyscy o tym wiemy, a "kole- 
dzy" z Republik Ludowych także wiedzą że my wiemy. Tym niemniej prezes PEN-Klubu, 
monsieur Chamson, wzywa dyskutantów, aby zechcieli się wykazać dobrym wychowaniem 
i nie psuli tej śmiesznej, urzędowej gry przez wprowadzanie akcentów "politycznych" 13. 
Warto dodać, że głównym argumentem, mającym uzasadnić decyzję PEN-Clubu, 
były rachuby na zwolnienie z więzienia węgierskich pisarzy Tibora Dery i Juliusa Haya. 
Pomimo "gestu" PEN-Clubu władze węgierskie pisarzy nie zwolniły. 
W tym samym roku odbył się w Monachium I Kongres PEN-Clubu autorów-emigran- 
tów (PEN-Club im Exil), który powstał głównie w wyniku exodusu pisarzy z Węgier po 
1956 r. Mackiewicz wygłosił na kongresie przemówienie, którego fragmenty opublikował 
dziennik "Miinchner Merkur". Przemówienie zwraca uwagę na zmiany, które zaistniały 
w sytuacji pisarzy emigracyjnych pod koniec lat 50. a zarazem wyraża przeczucia, które 
miały się potwierdzić w następnych dekadach: 


Bez wątpienia w czasach dawnych cesarzy i królów łatwiej było być rewolucjonistą, 
niż dzisiaj kontrrewolucjonistą. [...] Nie pozostaje mi nic innego, jak ograniczyć się do 
pesymistycznej konstatacji: pisarze emigracyjni nie są zbyt popularni w tak zwanych krę- 
gach postępowych. Jednak te właśnie kręgi są reprezentatywne dla wolnego świata, 
w każdym razie na terenie sztuk pięknych i literatury. [...] Trzeba powiedzieć, że ko- 
niunktura dla pisarzy-uchodźców nie jest dobra... Nie sądzę jednak, aby próby dostoso- 
wania się, ćwierć- lub trzy-czwarte-kompromisy, przyniosły rozwiązanie. Sądzę, że trzeba 
tym bardziej trzymać się prawdy w twórczości literackiej. Jedynej prawdy, która jest nam 
dostępna w życiu doczesnym, mianowicie szukania prawdy i prawdy wątpienia. Jestem 
nawet zdania, że nie powinniśmy pozwolić, aby nam cokolwiek w tym przeszkadzało, ani 
niechęć otoczenia, ani rodacy, którzy zbyt często są przekonani, iż w imię racji narodo- 
wych powinni nam podpowiedzieć taką czy inną wytyczną... 
W ten sposób bardziej przysłużymy się literaturze narodowej i być może pokażemy 
wolnemu światu, że jesteśmy na emigracji nie dlatego, iż nie interesują nas zwyczaje 
i polityka w kraju... 14 . 


13 Cyt. wg wersji polskiej, opublikowanej w dziale "Listy do redakcji" w: Kultura 1959 nr 9 
s. 154. 
14 Freiheit im Exil. Miinchner Merkur, 16/17 IV 1959. 


181
>>>
Ta wypowiedź Mackiewicza zapowiada późniejsze intensywne debaty na temat sto- 
sunku do pisarzy krajowych, prowadzone głównie na łamach "Wiadomości". Lata 60. 
przynoszą zmianę polityki amerykańskiej, choć ani umieszczenie na Kubie sowieckiej 
broni atomowej, ani budowa muru berlińskiego nie wskazywały na zasadniczą ewolucję 
systemu komunistycznego. 


III 


W 1962 r. ukazała się Sprawa pułkownika Miasojedowa - dzieło Józefa Mackiewi- 
cza, które może służyć za ilustrację opinii Michaiła Bachtina o powieści jako najwyż- 
szym gatunku literackim. Pomimo znacznej objętości i braku zgody autora na jakiekol- 
wiek skróty, powieść ukazała się w 1967 r. w przekładzie na język niemiecki, tym razem 
w wydawnictwie Pfeiffer. W Bergstadt-Verlag Wilhelma Korna, który wydał poprzednie 
powieści Mackiewicza, ukazało się natomiast już w 1964 r. tłumaczenie Zwycięstwa 
prowokacji. 
To jedyna książka, którą wydałem własnym nakładem, bowiem żadne polskie wy- 
dawnictwo nie miało odwagijej opublikować. Pozostało mi jeszcze tylko dwadzieścia eg- 
zemplarzy 
- pisał autor 13 sierpnia 1972 r. do dr. Reinharda Gnaucka z Wiesbaden na temat polskiego 
pierwodruku. Gnauck i jego żona, polska lekarka Maria (Magdalena), stali się bliskimi 
przyjaciółmi Mackiewiczów. Reinhard Gnauck doprowadził do wznowienia Katyn - unge- 
silhntes Verbrechen oraz Sieg der Provokation Uuż po śmierci autora, w 1987 r.). Obie książ- 
ki ukazały się nakładem emigracyjnego wydawnictwa rosyjskiego Possiew. Mackiewicz nie 
był jednak zbyt szczęśliwy z wyboru tego właśnie wydawnictwa: 
Jestem trochę rozczarowany, że wydawcą książki o Katyniu ma być "Possev-Verlag". 
Jest bowiem znany jako pozostający pod bezpośrednim wpływem propagandy amerykań- 
skiej, co mu odbiera charakter wydawcy niezależnego... 15 . 
W latach 80. trudno jednak było znaleźć, nie tylko na terenie Niemiec, wydawnictwo 
gotowe opublikować książkę o masowych zbrodniach komunistycznych. Problemy wy- 
dawnicze na emigracji rozwiązała Kontra założona w Londynie w 1970 r. przez Ninę 
Karsov i Szymona Szechtera. "...będziemy wydawać samych siebie, ale i takich jak my, 
których też mierzi wszelka cenzura" - pisał Szechter do Mackiewiczów o decyzji zało- 
żenia wydawnictwa l6 . 
Zasadnicze zmiany w atmosferze politycznej i kulturalnej nastąpiły już w latach 70.; 
przyniosła je polityka dfj{ente, na którą w Niemczech nałożyła się Ostpolitik Brandta. 
Topniały możliwości publikacji, odczytów, znikały stopniowo instytucje badające pro- 
blemy komunizmu. Co prawda w wydanej w 1970 r. książce Gesprache zwischen gestem 
und morgen znalazła się jeszcze rozmowa z Józefem Mackiewiczem a okazją do niej było 
ukazanie się - nakładem Instytutu Literackiego - Nie trzeba głośno mówić. Jednak 
jego pozycja jako pisarza-emigranta słabła, zwłaszcza, że w Niemczech, nie bez związku 
z normalizacją stosunków politycznych z Warszawą, rosło zainteresowanie pisarzami 
z Polski Ludowej. Wprawdzie w antologiach przekładów publikowano autorów krajo- 
wych i emigracyjnych, ale władze PRL nie traciły możliwości wpływania na dobór auto- 
rów. Zasłużony tłumacz literatury polskiej - Karl Dedecius, przed publikacją Polnische 
Prosa des XX lahrhunderts (ukazała się pierwotnie w dwóch tomach w latach 1969- 
1970), sondował w czasie pobytu w Krakowie, czy oficjalne czynniki PRL nie będą miały 


15 List]. Mackiewicza do M. Gnauck z 15 VIII 1982. 
16 Cyt. za: ]. Mackiewicz, B. Toporska, Droga PanI. Londyn 1984 s. 366. 


182
>>>
zastrzeżeń do włączenia do antologii wybranych pisarzy emigracyjnych 17 . Mackiewicza 
w antologii nie uwzględniono. Z gratulacji, które Dedecius przysłał autorowi Kontry 17 
września 1974 r. w związku z kandydaturą do literackiego Nobla (inicjatorką zgłoszenia 
kandydatury Mackiewicza była prof. Jadwiga Maurer), wynika, że czołowy tłumacz pol- 
skiej literatury nie znał książek kandydata. Dedecius kartkę napisał po polsku: 
Szanowny Panie, szczerze gratuluję zaszczytnej kandydatury! Ciągle sobie przysię- 
gam, już teraz, jutro, co najmniej pojutrze wziąć się do przeczytania Pańskich książek 
i wierszy Żony Pana i "nikak" się sprawić nie mogę z moimi robotami zawodowymi, ter- 
minami, robótkami lirycznymi i przyjacielskimi przysługami. 
Jeżeli Dedecius do 1974 r. rzeczywiście nie znał prozy Mackiewicza, pominięcie pi- 
sarza we wspomnianej antologii nie miałoby przyczyn natury politycznej. Ta nieznajo- 
moŚĆ twórczości pisarza jest jednak zaskakująca, tym bardziej, że Dedecius zetknął się 
z Mackiewiczem już w 1967 r. na forum dyskusyj nym w Lindenfels. 
Rozmowy w Lindenfels, stanowiły od 1964 r. polsko-niemieckie forum dyskusyjne. 
Spotkania, które odbywały się co dwa lata, "zamarły" w latach 70. Brali w nich udział 
przedstawiciele różnych dyscyplin: historycy, slawiści, prawnicy, socjologowie, pisarze, 
dziennikarze, polscy działacze emigracyjni. Mackiewicz uczestniczył w pięciu forach 
w latach 1964-1971, na trzech - był jednym z referentów 18 . Głównym animatorem 
"Rozmów..." ze strony niemieckiej był profesor Gotthold Rhode, którego autor Kontry 
uważał za najlepszego niemieckiego znawcę historii Polski. Rhode, ze swej strony, przy- 
czynił się do popularyzowania pisarstwa Mackiewicza, tłumaczył na niemiecki jego 
utwory literackie i teksty publicystyczne. W latach 80. czynił starania o opublikowanie 
po niemiecku Nie trzeba głośno mówić a także - w serii "Polnische Bibliothek" w wy- 
dawnictwie Suhrkamp - wyboru opowiadań. Lektura - przynajmniej niektórych recen- 
zji lektorskich dotyczących Nie trzeba głośno mówić - może wywołać rumieniec zaże- 
nowania, bowiem rzekomi specjaliści od literatury polskiej zupełnie nie znali wydarzeń, 
będących historycznym tłem powieści. 
Na inny rodzaj przeszkód natrafiło wydanie wyboru nowel, w większości przetłuma- 
czonych przez Rhodego. Rzecz była postanowiona, zapłacono honorarium tłumaczowi, 
ale wydawca wycofał się już po przyjęciu przekładu. Jako powód podawano "wri;powie- 
dzi, które interpretowano jako antysemickie ale także sprawę jakości literackiej" 9. Takie 
tłumaczenie nie przekonuje, bowiem trudno uwierzyć, aby wydawca najpierw zdecydo- 
wał się na publikację książki a później doszedł do wniosku, że autor nie nadaje się do 
druku i na dodatek sprawia wrażenie antysemity. Zapewne i tym razem zadziałał czynnik, 
o którym wspominał Czesław Miłosz: "zawsze nawijał się ktoś z Polaków, dbały oto, 
aby zamiar wydania książki ubiC 2o . 
Jednak niezależnie od intryg ze strony różnych czynników polskich, atmosfera 
w Niemczech w latach 80. była dla Józefa Mackiewicza wyjątkowo niekorzystna: 
Niestety nie można pozyskać naszych [...] czasopism kulturalnych dla pochwał pod 
adresem pisarzy-emigrantów. Jeżeli ktoś ma być chwalony, to z reguły musi być całkowi- 
cie albo połowicznie nawróconym komunistą. Natomiast ktoś, kto stale był przeciwni- 
kiem komunizmu, nie jest dla naszych mediów interesujący 


17 Por.: ]. Mackiewicz, Reflek
e z LIndenfels, Kultura 1968 nr 3 s. 138-139. 
18 Tematy jego referatów to: "Literatura Polski komunistycznej" (1964); "Postępowe koła kato- 
lickie w Polsce" (razem z W. Stroblem) (1966); "Polska polityka wobec mniejszości narodowych 
w okresie międzywojennym" (1971). Podaję za: ]. Hauptmann, G. Rhode, LIndenfelser Gesprache. 
EIn BerIcht t1ber ft1nf deutsch-polnIsche SymposIen 1964 bIs 1971. Bonn-Bruxelles-New York 1972. 
19 List A. Lawatego z Deutsches Polen-Institut do G. Gnaucka z 3 XII 1990. 
20 Cz. Miłosz, Rok myśliwego. Paryż 1990 s. 181. 


183
>>>
- pisał Gotthold Rhode 26 maja 1982 r. do Reinharda Gnaucka w związku z 80. urodzi- 
nami Mackiewicza. Pod koniec dekady sytuacja była podobna. Tym razem Rhode pisał 
o reakcji na przesłanie do wydawnictwa Bertelsmann maszynopisu tłumaczenia Nie trze- 
ba głośno mówić: 
Reakcją był telefon z zachwytem i zapowiedzią przekazania maszynopisu właściwe- 
mu lektorowi. Potem zapadła jednak cisza. [...] Trudno to zrozumieć, gdyż teraz, gdy przy 
dyskusji na temat Katynia okazuje się, że Mackiewicz miał w stu procentach rację [...] 
ciągle zachowuje się tyle rezerwy wobec wielkiego pisarza. Najwyraźniej istnieje goto- 
wość do honorowania i wydawania starego komunisty (p. Spasowski), ale nie człowieka, 
który nigdy nie ukrywał swej konsekwentnej niechęci do komunizmu 21 . 
We wspomnianym już tekście autobiograficznym w "Criticónie" Mackiewicz zwracał 
uwagę na jeszcze jeden czynnik, który, oprócz nowej atmosfery politycznej, zamknął mu 
dostęp do instytucji katolickich: 
Dotychczas wydałem [...] pięć książek w języku niemieckim. Wygłaszałem różne 
wykłady na uniwersytetach (Moguncja, Tybinga). W Berlinie Zachodnim, w Akademii 
Wschodniej w Liineburgu, w wyższych szkołach ludowych, brałem udział w bardzo wielu 
konferencjach. Niestety, wpadłem na pomysł opublikowania dwóch książek z ostrą kryty- 
ką watykańskiej OstpolitIk (po polsku, hiszpańsku, angielsku)... Potem stałem się nie do 
przyjęcia dla instytucji katolickich. 
Istotniejsze były jednak dla pisarza trudności z publikacją powieści: 
Kaprysy klimatu politycznego wpłynęły na moją twórczość literacką a ściśle - na 
jej odbiór - bardziej niekorzystnie niż słynny monachijski Fóhn [...]. W wyniku po- 
wszechnych niedogodności ucierpiały przede wszystkim moje ostatnie powieści, które 
osobiście uważam za najlepsze [...] Lewa wolna a zwłaszcza wydane przez paryską 
"Kulturę" NIe trzeba głośno mówIć - próba przedstawienia wydarzeń na froncie 
wschodnim w czasie ostatniej wojny nie w biało-czarnych schematach, ale tak, jak było 
w rzeczywistości. [Powieść] pomimo wielu protestów ze strony pewnych polskich krę- 
gów, rozeszła się w mig a nie ukazała się w języku niemieckim. 
Mackiewicz, nie wiem czy świadomie, używa w przytoczonym cytacie klasycznej 
formuły Leopolda von Ranke o zadaniu historii ("aufzuzeigen, wie es wirklich gewesen 
[ist],,). Istotna jest również własna ocena ostatniej powieści. Wspomniany Reinhard Veser 
przyjmuje oryginalne założenie metodologiczne, analizując w jednym z wątków swej 
pracy ewolucję modelu powieści pomiędzy Drogą donikąd a Nie trzeba głośno mówić 
(czyli pomiędzy pierwszym a ostatnim utworem powieściowym Mackiewicza) i wska- 
zuje w tym kontekście między innymi na nie zbadany do tej pory problem wykorzystania 
przez autora dokumentu historycznego. Pewną przeszkodą dla badaczy literatury może 
być, jak sądzę, konieczność analizy interdyscyplinarnej: bez gruntownej wiedzy histo- 
rycznej opartej na ewaluacji źródeł, już sam wybór metodologii nie jest łatwy. Mackiewi- 
cza interesuje los ludzki wpisany w wydarzenia historyczne, w dodatku najczęściej takie, 
których rozpowszechniony obraz jest bądź to uproszczony, bądź niepełny. 


IV 


Rezerwa, jaką Mackiewicz okazywał ruchom dysydenckim, jest znana z dego wypo- 
wiedzi w języku polskim, przede wszystkim z Na drodze Wielkiego Ześlizgu 2; i ten wą- 


21 List G. Rhode do R. Gnaucka z 20 VI 1989. 
22 Przedruk w:]. Mackiewicz, B. Toporska, Droga PanI. Londyn 1984 s. 241-264. Sprawę tę 
omawia również D. Rohnka, Aja przecIwnIe..., s. 204n. 


184
>>>
tek pojawia się w autobiograficznym tekście w "Criticónie", wraz z aluzją do material- 
nych skutków własnej postawy: 


Sam zawiniłem pogłębienie swojej obecnej izolacji a mianowicie poprzez scepty- 
cyzm wobec czołowych tzw. "dysydentów" z państw bloku wschodniego, z polskimi 
włącznie, których wyolbrzymia się teraz na Zachodzie. Zwłaszcza od czasu, gdy wśród 
nich zaznacza się pewien rodzaj wspólnego frontu z "eurokomunizmem". [...] Cóż, może 
się zdarzyć, że niewygodne poglądy pisarza mogą mieć wpływ najego osobistą sytuację 
materialną... 


Do sprawy literatury krajowej i jej recepcji na emigracji, powrócił Mackiewicz raz 
jeszcze w rzadko przytaczanym artykule Wbrew przymusowemu chcenilP, którego pu- 
blikacji odmówiły "Wiadomości". Pisarz nawiązywał do sprawy nagrody "Wiadomości" 
z 1978 r., kiedy to na znak protestu przeciwko łamaniu regulaminu, ustalonego swego 
czasu przez Mieczysława Grydzewskiego, odmówił udziału w pracach jury (chodziło 
o zgłoszenie do nagrody książek pisarzy mieszkających w PRL). Mało znana jest propo- 
zycja, którą Mackiewicz w tym artykule przedstawił i jej uzasadnienie: Otóż sugerował, 
aby zamiast umysłowej ekwilibrystyki dla uzasadniania odejścia od regulaminu ijako 
prostą konsekwencję przekonania o jedności literatury polskiej, przyznając nagrodę 
uwzględniać 
wszystkie polskie książki, bez względu na miejsce wydania i adresy wydawców. [...] Sko- 
ro się tak "kochamy" z krajem [...] i mamy tylko "jedną literaturę", trzeba wyrzucić ana- 
chronizmy starych regulaminów do kosza. Otwarcie, jasno, bez niedomówień, bez inwe- 
stygacji mieszkaniowych i bez interpretacji. 
I raz jeszcze postulat aksjologiczny, powtarzany przez pisarza wielokrotnie: 
Ważniejsza wydaje się szczerość, a tej brakuje nam bodaj najbardziej. Szczególnym 
cieniem odbija się brak szczerości w literaturze. 
Ów postulat wewnętrznej szczerości, który organizuje wypowiedzi Mackiewicza, za- 
równo jego prozę artystyczną jak i publicystykę, jest w istocie częstym przedmiotem spo- 
rów wokół pisarza, dotyczących pytania "Czy Mackiewicz miał rację?". Stąd też podziały 
na "zwolenników i przeciwników", które dają się zauważyć również w tekstach krytyczno- 
literackich. Tymczasem badacz literatury analizuje tekst, a zatem pytanie o "rację", bądź jej 
brak, jest w tym kontekście poznawczo nieistotne. Łatwo zresztą na nie odpowiedzieć: 
jeżeli naczelną zasadą twórczości Mackiewicza jest szczerość wewnętrzna, "prawdomów- 
noŚĆ słowa" (Bachtin) - ma on zawsze "rację", niezależnie od tego, czy własne przekona- 
nia wypowiada bezpośrednio w tekstach publicystycznych, czy też rozpisane na głosy 
w poetyce powieści polifonicznej. 
Starałem się swego czasu zaproponować Bachtina teorię powieści jako klucz inter- 
pretacyjny do całości pisarstwa Mackiewicza, klucz, umożliwiający analizę prozy arty- 
stycznej i publicystyki w kontekście wątków biograficznych i tła epoki, w której żył 
autor 24 . Stosując tę teorię można np. wykazać, że odrębne miejsce powieści Karierowicz 
w całokształcie twórczości pisarza, wynika z jej poetyki, a nie z "polityki" (recenzenci 
podkreślali natomiast, że jest to, w przeciwieństwie do innych utworów powieściowych, 
"powieść apolityczna"). Fakt, że moja propozycja przeszła bez echa 25 , miały natomiast 


23 ]. Mackiewicz, Wbrew przymusowemu chcenIu, Gwiazda Polarna 23 VIII 1980. 
24 T. Mianowicz, DwIe powIeścI Józefa MacldewIcza, [w:] Nad twórczoścIą Józefa MacldewI- 
cza, szkice pod red. M. Zybury. Warszawa 1990 s. 30-79. 
25 A. Fitas skrytykował we wstępie do swojej książki (patrz przyp. 1) moją koncepcję, choć dla 
poparcia własnego stanowiska nie przedstawił, w moim odczuciu, przekonujących argumentów. 


185
>>>
miejsce kolejne erupcje "sporu o Mackiewicza", świadczy o tym, że przyczyn tak niety- 
powej recepcjijego pisarstwa należy szukać poza tekstem. 
To, że Mackiewicz dla jednych jest prorokiem, inni zaś starają się zdeprecjonować 
go ponawianymi oskarżeniami o współpracę z niemiecką prasą w czasie okupacji Wilna, 
dowodzi w moim przekonaniu, że jest on pisarzem łatwo zdobywającym czytelników 
a równocześnie "niebezpiecznym", także po śmierci. Proponuje on bowiem zupełnie inne 
spojrzenie na historię naj nowszą, na wydarzenia, które ukształtowały obecną sytuację 
w Polsce i do tej pory na nią wpływają. Punkt widzenia Mackiewicza jest tak inny ("a ja 
- przeciwnie"), że dla wielu czytelników staje się on odkryciem, poszerza horyzont 
myślowy odbiorcy tekstu o zupełnie nowe wymiary, tym bardziej że jego wywody, oparte 
na żelaznej logice, są wypowiedzią wolną od agitacji (charakterystyczne jest to, że - 
o ile mi wiadomo - brak do tej pory analiz języka tej publicystyki). Skoro Mackiewicz 
kwestionuje ustalone schematy myślowe, powszechne oceny i uznane autorytety a po- 
nadto zyskuje zwolenników - musi nastąpić reakcja ze strony tych, których pozycji to 
nowe spojrzenie zagraża. 
Prostym, ale - przynajmniej jeśli chodzi o środowisko emigracyjne - skutecznym 
sposobem uniknięcia merytorycznej dyskusji nad historią i sytuacją polityczną Polski, 
było kwalifikowanie wypowiedzi Mackiewicza jako "antykomunistycznej obsesji" lub 
"politycznej paranoi". Sam autor pisał na ten temat: 
Istnieje rozpowszechniony pogląd, przedstawiający antykomunizm w postaci obsesji 
osób nie zdolnych do rozumowania kategoriami "rozsądnymi" i "realnymi"; nieomal 
tkniętych nieuleczalną chorobą i dlatego nie zasługujących nawet na leczenie, lecz tylko 
wzruszenie ramion, Ten pogląd na rzekomą "obsesję" antykomunistyczną ukuli "realiści" 
polityczni i konformiści intelektualni nie tylko na własny użytek, ale i na użytek znacznej 
części drobno-mieszczan szerokiego świata 26 . 


Nie prowadzono zatem dyskusji ze stanowiskiem Mackiewicza i, co więcej, próbowa- 
no - dla obrony "rządu dusz" - uniemożliwić mu publikowanie w prasie emigracyjnej. 
Dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE Jan Nowak (właśc. Zdzisław Antoni Jeziorański), orga- 
nizując kolejną falę ataków na autora Lewej wolnej, pisał wyraźnie o wadze, jaką przywią- 
zywał do "wyeliminowania Mackiewicza z niepodległościowej publicystyki politycz- 
nej"27. Jeden z kolejnych dyrektorów Rozgłośni Polskiej RWE usuwał już nawet nazwisko 
Mackiewicza z audycji radiowych: Zdzisław Najder w 1984 r. nie zezwolił na nadanie 
w programie kulturalnym recenzji Andrzeja Szulczyńskiego z tomu Droga Panf8. 


Myli się twierdząc, że nie dostrzegam "wyraźnego ukierunkowania ideologicznego pisarstwa 
[Mackiewicza]". Powieść polifoniczna jest wg Bachtina "ideologiczna", jest właśnie "powieścią 
o idei". Jeżeli zaś Fitas pod pojęciem" ukierunkowania ideologicznego" rozumie preferencje autor- 
skie, to w niniejszym szkicu nie po raz pierwszy podkreślam, że Mackiewicz swoje poglądy na 
historię, literaturę, politykę, sztukę jednoznacznie i bezpośrednio wypowiadał w wystąpieniach 
publicystycznych. W jego powieściach natomiast "głosy" są równouprawnione a narrator wszech- 
wiedzący pojawia się sporadycznie, na co wskazuje nb. V eser w swojej pracy (patrz przyp. 5). 
Ponadto Fitas błędnie przyjął, że Sergiusz Miasojedow był postacią wykreowaną przez autora 
Sprawy... a relacja pomiędzy fikcją a faktami historycznymi jest istotna dla zrozumienia źródeł 
powieściopisarstwa Mackiewicza i pełni ponadto istotną funkcję artystyczną. 
26]. Mackiewicz, ZwycIęstwo prowokacjI. Londyn 1983 s. 221. 
27 Por.: Contra 1990 nr 4 s. 170. 
28 Tekst ten pod tytułem Kontra karabelą ukazał się w majowym numerze "Archipelagu" 
z 1984 r. W. Odojewski, w owych latach odpowiedzialny za programy kulturalne w Rozgłośni 
Polskiej RWE, zdołał bodajże dwukrotnie "puścić" programy o Mackiewiczu, korzystając z nie- 
obecności Najdera w Monachium. 


186
>>>
Charakter prowadzonych do dziś dyskusji nad poglądami Mackiewicza świadczy 
o istniejących nadal deficytach w polskiej historiografii, na zamykanie oczu na - jak to 
ujął Tadeusz Wyrwa, jeden z historyków, starających się wypełnić tę lukę - "bezdroża 
dziejów Polski". Co ciekawe, już uprzednio istniały sui generis dwie opinie na temat 
publicystyki józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej. Wbrew temu, co napisał Stefan 
Kisielewski w swoim Alfabecie, nigdy nie próbowałem zaaranżować jego spotkania 
z józefem Mackiewiczem. Taki pomysł nie przyszedłby mi do głowy, miałem bowiem 
w pamięci fakt, że p. józef odmówił nawet spotkania z bratem, gdy Cat, już po powrocie 
z Londynu do Warszawy, jako turysta przyjechał do Monachium. Zagadnąłem natomiast 
Kisiela, w czasie jednej z jego wizyt w Bawarii, o skierowaną przeciwko publikowaniu 
Mackiewicza wypowiedź w "Kulturze" z 1957 r. "Mackiewicz napisał wiele słusznych 
rzeczy" - odpowiedział Kisiel, wyraźnie unikając kontynuowania wątku. 
W prywatnych rozmowach premier Rządu RP na Obczyźnie Kazimierz Sabbat, 
w znacznym stopniu podzielał krytyczne opinie józefa Mackiewicza o RWE. Nie mogło 
przecież być inaczej, skoro w Wolnej Europie nie można było nawet wymieniać londyń- 
skiego rządu RP (zakaz zniesiono dopiero w połowie lat 80., u progu konwergencji sys- 
temów). Nie sposób analizować tutaj poglądów autora Drogi donikąd na temat RWE, 
zwłaszcza, że i w tym wypadku nie można ograniczyć się do pytań o to, czy "Mackiewicz 
miał rację". Chodzi o zbadane cały czas w niewystarczającym stopniu obszary historii naj- 
nowszej (nie tylko Polski), a zwłaszcza stosunków Wschód-Zachód. W sprawie RWE ist- 
nieje wiele legend i jeszcze więcej białych względnie szarych plam, przy dominacji memu- 
arystyki jako źródła i trudnym dostępie do dokumentów archiwalnych (przypuszczam, że 
materiały amerykańskie, a przynajmniej ich część, są równie trudno dostępne jak archiwalia 
MSW). Wydaną w 1969 r. broszurę Mackiewicza "mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna 
Europa... " wspominam głównie dlatego, że jest mało znani 9 a chodzi przy tym o jeden 
z istotnych elementów z monachijskiego okresu pisarza. 
W analizie roli politycznej RWE a tym samym powodów krytycznych opinii Mac- 
kiewicza na temat tego radia, trzeba odejść od uproszczeń i przede wszystkim widzieć 
Wolną Europę jako instrument polityki amerykańskiej. Nie zmieniają tego faktu wypo- 
wiedzi byłych dyrektorów Rozgłośni Polskiej, którzy ze zrozumiałych powodów ekspo- 
nują własną rolę polityczną. "Amerykanie chcieli, aby były utrzymane pozory niezależ- 
ności przy zachowaniu linii polityki amerykańskiej" - mówił o tym Kazimierz Za mor- 
ski 3o . Ten sam autor wspominał, jak dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE, jan Nowak, defi- 
niował cele radia: 


[...] pragniemy ewolucji komunizmu w kierunku socjalizmu demokratycznego. Należy 
komunistom odebrać słowo socjalizm w znaczeniu, w jakimje używają31. 


Mackiewicz krytykował amerykańskie instrukcje polityczne, Nowak twierdził, że in- 
strukcji nie był0 32 . Dziś wiemy, że zalecenia polityczne były i to właśnie w sprawach, 
o których wypowiadał się Mackiewicz 33 . Ponieważ polityka amerykańska po II wojnie świa- 
towej nie miała na celu rozbicia systemu komunistycznego, a jedynie realizację interesu 
strategicznego USA, łatwo zrozumieć dezaprobatę Mackiewicza. Strategia amerykańska 


29 Pominięto ją w spisie publikacji pisarza, zamieszczonych w tomie Droga PanI (patrz przyp. 16). 
30 K. Zamorski, Jestem fanatyldem prawdy. Z KazImIerzem Zamorsldm rozmawIa Jacek 
Trznadel, Gazeta Polska 6 X 1994. 
31 K. Zamorski, Pod anteną RadIa Wolna Europa. Poznań 1995 s. 174. 
32 Por.: ]. Mackiewicz, "mówI RozgłośnIa Polska RadIa Wolna Europa... ". Monachium 1969 
s.12. 
33 Np. w 1956 r. w sprawie poparcia dla Gomułki, przeciwstawianego jako pozytywny kontr- 
przykład Imre Nagy'owi. Por.: P. Machcewicz, Tajnypunkt l5, Polityka 4 XI 1995. 


187
>>>
została zresztą ustalona wkrótce po zakończeniu II wojny światowej i pomimo zmiennych 
doktryn, utrzymała się do czasu transformacji w bloku sowieckim na przełomie lat 80. i 90. 
ubiegłego wieku. Doradcy rządu amerykańskiego już w 1948 r. opracowali zalecania doty- 
czące polityki wobec krajów satelickich ZSRS i Europy Wschodniej: 


W celu wyeliminowania wpływów sowieckich w krajach satelickich, istnieją tylko 
dwie możliwości: z jednej strony wojna, z drugiej - środki pozwalające działać bez do- 
prowadzenia do konfrontacji. [...] 
Wojna jest tutaj wymienionajedynie w celu podkreślenia, że nie wchodzi ona w grę. [...] 
Naszym celem będzie zastąpienie rządów obecnych przez inne, które będą nam 
życzliwe, nawet jeśli miałyby być komunistyczne, a jeśli nieżyczliwe - to pod warun- 
kiem, że nie będą pod kontrolą Moskwy. [...] 
Jeżeli będziemy gotowi zaakceptować w pierwszej kolejności dysydenckie reżimy 
komunistyczne, niezależne od ZSRS, w celu zastąpienia obecnych rządów stalinowskich 
- szansa sukcesu będzie większa. Oczywiście będzie bardzo trudno próbować zerwać 
natychmiast wszystkie związki pomiędzy Kremlem a krajami satelickimi. Jednak jeszcze 
trudniej byłoby próbować na początku obalić reżimy komunistyczne u władzy. [...] 
Możemy wpływać na obszar polityki i gospodarki. Jest jasne, że ta druga dziedzina 
jest ważniejsza, ponieważ mamy w niej większe szanse sukcesu 34 . 


Warto uwzględnić te zalecenia, analizując historię polityczną okresu powojennego 
i funkcję, jaką w istocie pełniło RWE, niezależnie od podporządkowanych celom propa- 
gandowym opinii, szczególnie intensywnie upowszechnianych od końca lat 80. Przyto- 
czone zalecenia pozwalają również zrozumieć, pozornie tylko zaskakujący, niepokój 
ambasadora USA w Warszawie johna Davisa, który w 1989 r. w jednym z tajnych ra- 
portów przesłanych do Waszyngtonu, jako największe niebezpieczeństwo określał "nie- 
mal pełne zwycięstwo «Solidarności»", co mogłoby "zagrozić pozycji czołowych partyj- 
h f ' ,,35 
nyc re ormatorow . 
Były dyrektor RWE George Urban wspomina 36 , że w połowie lat 80. prezes połączo- 
nych rozgłośni Radio Free Europe/Radio Liberty Inc. Eugene Pell, uniemożliwił proku- 
raturze niemieckiej podjęcie dochodzeń przeciwko działającym w Wolnej Europie współ- 
pracownikom służb specjalnych z bloku sowieckiego. Urban wymienia Vladimira Kusina 
- wicedyrektora działu badawczego RFE i wspomnianego już Zdzisława Najdera. Oczy- 
wiście książka Urbana, jak każde źródło tego typu, wymaga weryfikacji; jednak informa- 
cja o akceptacji w RWE tajnych współpracowników komunistycznych "organów" jest 
wiarygodna; agentem KGB był również główny redaktor Sekcji Rosyjskiej Radia Swo- 
boda - Oleg Tumanow, czego domyślała się przynajmniej połowa jego kolegów w roz- 
głośni (sam zainteresowany pisał o tym później w swoich wspomnieniach), a pomimo 
tego wspinał się na kolejne szczeble radiowej kariery. 
jeżeli zatem amerykańska dyrekcja Wolnej Europy i Radia Swoboda chroniła współ- 
pracowników "organów" z bloku sowieckiego, interpretacja wydarzeń lat 80. jako sukce- 
su ukrytych intencji komunistów jest mało przekonująca. A formułuje ją Dariusz Rohnka 
w cytowanej już książce o józefie Mackiewiczu. Rohnka przywołuje ponadto ukończoną 
w 1984 r. pracę Anatolija Golicyna New Lies for Gid, która, choć ciekawa (autor ze zdu- 
miewającą trafnością przepowiedział epokowe zmiany w bloku wschodnim w drugiej po- 
łowie lat 80.), dla historyka ma w znacznym stopniu charakter spekulacyjny. Gatunkowo 
książka Rohnki jest eseistyką, autora nie obowiązuje zatem naukowa dyscyplina. Nie to 


34 Cyt. za: P. de Villemarest, ComplicItes et financement sovIeto-nazIs. Paris 1996 s. 252. 
35 ZwycIęstwo pełne I groźne, Gazeta Wyborcza 9/10 VI 2001. 
36 G. R. Urban, RadIo Free Europe and the Pursuit of Democracy. My War WIthIn the Cold 
War. New Haven 1997; zob. też: R. Larsen, DM RFE cover up agent?, The Prague Post 21- 
27 11998. 


188
>>>
jednak jest najważniejsze. Otóż Rohnka i cytowany przez niego Golicyn widzą w wyda- 
rzeniach politycznych tylko jeden element sprawczy - komunistów, którzy starają się 
oszukać bezczynny Zachód. W rzeczywistości stosunki Wschód-Zachód były wynikiem 
aktywnych działań obu stron. józef Mackiewicz pytał o powody, dla których Zachód 
"chce się dać oszukaC 37 i dostrzegał je - m.in. analizując linię programową RWE - 
w świadomej polityce popierania reform systemu komunistycznego. Ale i w tym wypad- 
ku kwestia "Czy józef Mackiewicz miał rację?" jest, przynajmniej z punktu widzenia 
historyka, pytaniem jałowym, choć z pewnością debaty na ten temat będą powracać 
w polskiej publicystyce. Natomiast oczywiste jest rozszerzenie wpływów Stanów Zjed- 
noczonych na obszar dawnego bloku sowieckiego, w czym trudno jednak widzieć reali- 
zację tajnego planu komunistów. 


v 


Grupa pracowników RWE należała do kręgu osób bliskich Barbarze ijózefowi Mac- 
kiewiczom. Oprócz wspomnianej już Wandy Stankowskiej, ich najbliższymi przyjaciółmi 
i stałymi partnerami "do kart" byli Urszula i Kazimierz Zamorscy, który swego czasu 
narażony był w Wolnej Europie, w związku z kontaktami z pisarzem, na różne naciski. 
już w Monachium stały kontakt z Mackiewiczami utrzymywali Wiktor Trościanko, pi- 
sarz i działacz Stronnictwa Narodowego, autor popularnych w Polsce komentarzy radio- 
wych, a zwłaszcza jego żona Wiwa. Po przeprowadzce Trościanków do Hiszpanii trwała 
korespondencja, którą Barbara Toporska utrzymywała niemal do ostatnich dni życia. 
Grono przyjaciół, które w lutym 1985 r. żegnało józefa Mackiewicza na cmentarzu 
w Monachium, gdzie spopielono zwłoki, nie było wielkie. "Radiowiec" Zygmunt jabłoń- 
ski, autor kilku powieści i sztuk scenicznych, ciężko chory na raka, nie mógł przyjść 
(zmarł w marcu 1985 r.). Była natomiast jego żony Hildegarda, również z Mackiewicza- 
mi zaprzyjaźniona. Z Londynu przyleciała Nina Karsov, z Wiednia przyjechał ks. prałat 
(dziś już infułat) Bonifacy Miązek, poeta i docent na wydziale slawistyki tamtejszego 
uniwersytetu. Wiera Pirożkowa, często wymieniana w publicystyce Mackiewicza, wy- 
dawca pisma "Gołos Zarubieża", z którym pisarz przez wiele lat współpracował, docent 
na monachijskim Uniwersytecie Ludwika-Maksymiliana a poza tym - pierwowzór Pani 
Anty z Homo Sovieticusa Aleksandra Zinowiewa. Parę miesięcy później, w bardzo po- 
dobnym gronie, żegnaliśmy w Bad Trissl Barbarę Toporską. 
Nina Kozłowska, która znała Mackiewiczów niemal od początku ich pobytu w Ba- 
warii, mówi mi, że na pożegnaniu p. józefa w Monachium "jednak trochę osób się ze- 
brało". Wymieniłem tutaj te osoby z najbliższego otoczenia Barbary i józefa Mackiewi- 
czów, które znałem bądź znam osobiście i jeśli kogoś pominąłem, przypisać to należy 
mej zawodnej pamięci. Ważniejsze wydaje mi się wskazanie kilku chociażby środowisk, 
instytucji, wydawnictw, z którymi józef Mackiewicz w okresie spędzonym w Mona- 
chium współpracował. Tam należy szukać dalszych źródeł, relacji i świadków, zwłaszcza, 
że liczba tych ostatnich nieubłaganie maleje. 


37 ]. Mackiewicz, Na przekór przymusowemu" chcenIu ", Gwiazda Polarna 23 VIII 1980. 


189
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


RECEPCJA JÓZEFA 
MACKIEWICZA NA WĘGRZECH 


Lajos pALFALVI (Węgry) 


Pisząc o tłumaczeniu józefa Mackiewicza na węgierski mogę pisać wyłącznie o swoich 
przekładach drukowanych w dwóch miesięcznikach literackich, bo inni tłumacze jeszcze 
nie zainteresowali się jego twórczością. Chyba nikt się nie dziwi, że te teksty wyszły dopie- 
ro w latach 90. Przed zmianą systemu józefa Mackiewicza można byłoby drukować tylko 
w drugim obiegu, ale chociaż w skromnym dorobku literackim węgierskiego samizdatu 
znajdujemy kilku autorów polskich, redaktorzy preferowali utwory tematycznie związane 
ze stanem wojennym czy aktualną sytuacją. Więc chętnie drukowali satyry czy nawet Alfę 
Mrożka, opowiadania Nowakowskiego, wiersze Herberta i Woroszylskiego, dzienniki 
Brandysa - obok tekstów publicystycznych!. Utwory józefa Mackiewicza nie mieściły się 
w takim wąskim kontekście, ponieważ autor pisał swoje najważniejsze teksty polityczne 
o wcześniejszych okresach albo o komunizmie jako problemie globalnym. 
Najpierw zająłem się józefem Mackiewiczem jako historyk literatury. Na przełomie lat 
80. i 90. pracowałem nad swoją dysertacją. Wybrałem ciekawy temat (dla sumiennego 
polskiego polonisty, delikatnie mówiąc, pewnie zbyt obszerny, ale dla kogoś patrzącego na 
to z peryferyjnego miejsca, z Budapesztu, w sam raz): polska proza emigracyjna lat 1945- 
1980. Całość tego materiału najpierw podzieliłem na gatunki fikcyjne i przejściowe (ta 
ostatnia kategoria zawierała wspomnienia, dzienniki, eseje, wywiady-rzeki, literaturę 
łagrową i zajęła dwa razy tyle miejsca, niż pierwsza). Rozdział pt. Fikcja podzieliłem na 
dwa podrozdziały: Mit, Polityka. Umieściłem józefa Mackiewicza w tym drugim 
podrozdziale obok m.in. Sergiusza Piaseckiego i Miłosza jako autora Zdobycia władzi. 
Czytelnicy podręczników znajdują materiały o józefie Mackiewiczu w syntezie hi- 
storycznoliterackiej Istvana D. Molnara 3 , poza tym nasz autor ma obszerne osobne hasło 
w tomie uzupełniającym Leksykonu literatury światowej (podobno największego leksy- 


l Zob.: L. PaIfalvi, Recepcja literatury polskIej w samIzdatach węgiersldch, [w:] PolskIe lato, 
węgIerska jesIeń. Polsko-węgIerska solidarność w latach 1956-l990, red. C. G. Kiss, K. Sutarski. 
Budapeszt 1997 [1998!] s. 107-114. 
L. PaIfalvi, Tenyes metafora. A lengyel emIgnicIó prózaIrodalma 1945-l980 (Fakt i metafo- 
ra. Polska proza emigracyjna lat 1945-1980). Budapest 1993 s. 54-61. 
3 Molmir I. D., Lengyel IrodalmI kalauz. A kezdetekt6ll989-Ig (Przewodnik po literaturze pol- 
skiej. Od początków do 1989 r.). Budapest 1997 s. 351. 


190
>>>
konu literackiego świata). Zresztą historia tego leksykonu jest bardzo ciekawa. Pierwszy 
tom wyszedł w 1970 r. Wtedy jeszcze nikt nie myślał, że na ostatni (uzupełniający) tom 
trzeba jeszcze czekać 26 lat. Koniec lat 60. widocznie sprzyjał duchowi encyklopedyzmu, 
dlatego w tym leksykonie obok haseł o autorach i utworach anonimowych znajdujemy 
najważniejsze pojęcia poetyki od czasów staroindyjskich do końca XX wieku. W latach 
80. (od litery "P") hasła stały się coraz dłuższe i cały leksykon stał się jeszcze bardziej 
szczegółowy, prawie bezgraniczny Qakby cała redakcja chciała wytrwać na etacie do 
emerytury). Według wewnętrznych reguł redaktorzy musieli umieścić każdego autora, 
który miał dwie publikacje po węgiersku (a brak publikacji na Węgrzech wcale nie zna- 
czył, że dany autor nie może mieć hasła). 
Po obaleniu komunizmu (od litery "S") redaktorów już nie krępowała cenzura, więc 
ostatnie tomy leksykonu różnią się bardzo od pierwszych. Wieloletnią pracę skończono 
tomem uzupełniającym, gdzie umieszczono między innymi polskich pisarzy-emigrantów. 
Tak się złożyło, że np. o Szymonie Szechterze i Barbarze Toporskiej mogłem już napisać 
hasło do odpowiednich tomów, a o józefie Mackiewiczu (i wszystkich innych ważnych 
autorach emigracyjnych od "A" do "R") do tomu uzupełniającego. Pozycja w tym leksy- 
konie czasami się przydaje: parę lat temu redaktor pewnego bardzo elitarnego miesięcz- 
nika literackiego odrzucił Drugie przyjście Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, bo nie 
znalazł autora w tomie leksykonu wydanym w połowie lat 70. 
Owszem, już wiadomo, że józef Mackiewicz jest pisarzem notowanym na Węgrzech, 
można udokumentować jego istnienie w różnych źródłach, ale czy udało się osiągnąć coś 
poza tym? Niestety niewiele. W końcu lat 80. sam miałem nadzieję, że po zniesieniu 
cenzury będą kontynuowane tendencje literatury wydawanej w drugim obiegu, a na wol- 
nym rynku właśnie tacy autorzy będą skazani na sukces, którzy zajmują się najważniej- 
szą problematyką historii XX wieku: totalitaryzmem, który skończył się przed chwilą, na 
naszych oczach. 
Wkrótce zaczęła się jakaś krótka koniunktura, wydawnictwa rzuciły na rynek klasy- 
ków antytotalitaryzmu, powróciły takie, na Węgrzech już znane nazwiska, jak Mrożek, 
Brandys i Kołakowski, nawet pojawiły się nowe - Gustaw Herling-Grudziński, Stani- 
sław Vincenz, jerzy Stempowski, Sergiusz Piasecki - ale moda literacka zmieniła się 
bardzo szybko i w Polsce, i na Węgrzech. 
W obu krajach czytano już książki, których bohaterowie żyją poza historią. Chociaż 
- co jest symptomatyczne - krytycy i autorzy (nie mówiąc już o poetach) bardzo nie- 
chętnie używali terminu postmodernizm, bo to sugerowałoby przebrzmiałą wizję rozwoju 
literatury węgierskiej jako literatury przejmującej nurty zachodnie z "opóźnieniem". 
A przecież w czasie pozbawionym perspektywy utopistycznej nie można się spóźnić. 
Wszyscy mamy czas i miejsce: ani centralne, ani peryferyjne - takie nijakie, w miarę 
normalne. 
Droga pisarza polskiego do książki wydanej na Węgrzech zaczyna się publikacją 
w miesięcznikach literackich. józefa Mackiewicza drukowano przede wszystkim w "Ele- 
tiink" (Nasze Źycie), periodyku wydawanym w Szombathely, przy austriackiej granicy. 
Założony w roku 1963 "Eletiink" stał się ważnym miesięcznikiem w połowie lat 80. Przede 
wszystkim dlatego, że drukowano tam współczesną literaturę węgierską powstałą w krajach 
sąsiednich: w Czechosłowacji, Rumunii i jugosławii (tzn. na Słowacji, w Siedmiogrodzie 
i Wojwodinie - na terenie Węgier historycznych). W redakcji "Eletiink" pracował wybitny 
historyk literatury, Gusztav Lang - węgierski emigrant żyjący na Węgrzech (zamiast 
Siedmiogrodu) . 
Dla kadarowskiej administracji nie istniała kultura węgierska poza granicami pań- 
stwa. Węgrów żyjących we wspomnianych krajach traktowano jako obywateli obcych 
państw, ich przynależność narodowa nie grała żadnej roli. Zainteresowanie kulturą czy 


191
>>>
w ogóle problematyką mniejszości węgierskich uważano za przejaw skrajnego nacjonali- 
zmu. To oczywiście przyczyniło się do bolesnego politycznego napięcia: państwo komu- 
nistyczne nie było odpowiedzialne za cały naród którego duża część była zdana na łaskę 
innych dyktatur. 
W tej sytuacji stały się popularne takie pisma literackie, które regularnie drukowały 
węgierskich autorów żyjących poza krajem. Redaktor Gusztav Lang doskonale znał sied- 
miogrodzką literaturę węgierską, a Lajos Ambrus, wybitny prozaik i zastępca redaktora 
naczelnego, absolwent segedyńskiego uniwersytetu - wojwodińską, poza tym redakcja 
miała kontakty z pisarzami żyjącymi na Słowacji (przecież Szombathely nie jest daleko 
od Bratysławy). 
Wkrótce okazało się, że ci nonkonformistyczni autorzy "Eletiink", którzy byli trochę 
podejrzani w tych sąsiednich, a jakże różnych dyktaturach i, delikatnie mówiąc, nie czuli 
się tam najlepiej, byli autentycznie zainteresowani literaturą tych krajów. I za pośrednic- 
twem tych pisarzy węgierskich pojawiły się na łamach "Eletiink" takie nazwiska, jak Hra- 
bal, Jancar czy Dinescu. 
Dla Polaków Europa Środkowa to strefa między Niemcami i Rosjanami. Dla Wę- 
grów Austro-Węgry i jeszcze jakieś północne tereny. Albo inaczej: średniowieczne mo- 
narchie tego regionu, tzn. Polska, Czechy, Węgry. Ale to pojęcie właśnie w połowie lat 
80. krystalizowało się w niezależnych umysłach. Dzięki esejom Kundery, Miłosza, Janca- 
ra, Konrada i Bibó powstał paradygmat Europy Środkowej, a "Eletiink" - prawie niedo- 
strzegalnie, bez ogłoszenia artykułów programowych - stał się też forum środkowoeu- 
ropejskim. Drukowano teksty o pokrewieństwach Gombrowicza i Esterhazyego, o Mroż- 
ku jako obrońcy tradycji, najważniejszy środkowoeuropejski esej Stanisława Vincenza pL 
Hungarica. Dar przyjaźni, a nawet zdjęcia żyjącego na Węgrzech Normantasa Pauliusa 
przedstawiające diuny litewskie. 
"Eletiink" zachował swoją pozycję do samego końca lat 80. Po zniesieniu cenzury 
drukowano tam m.in. noblowskie przemówienia Miłosza i Brodskiego, fragmenty Dialo- 
gów z Sowietami Stanisława Vincenza. Ale właśnie wtedy powstały nowe pisma literac- 
kie, które szybko stały się bardzo modne - większość tych periodyków nadal wychodzi. 
Środkowoeuropejska tematyka też pojawiła się prawie wszędzie. 
"Eletiink" też zmienił swój profil: regularnie drukował już węgierskich emigrantów, 
a redaktorzy poza pismem wydawali książki. Co do tłumaczeń, to pozycje były bardzo 
różne. Paryscy neoawangardziści grupy Magyar Muhely (Warsztat Węgierski) propono- 
wali Derridę - i wyszła Grammatologia w Szombathely, chociaż autor był jeszcze nie- 
znany na Węgrzech. Dziennikarz żyjący w Polsce proponował Sergiusza Piaseckiego - 
i wyszły Zapiski oficera Armii Czerwonej. 
Pierwszy węgierski przekład Józefa Mackiewicza wyszedł w ostatnim numerze 
"Eletiink" 1993 r. W Koronie św. Stefana, w piątym rozdziale Watykanu w cieniu czerwo- 
nej gwiazdy mowa o kardynale Mindszentym, prymasie Węgier, ofierze dwóch dyktatur 
(faszystowskiej i komunistycznej). Jego bezkompromisowa postawa była nie do przyjęcia 
dla kadarowskiego establishmentu aż do ostatniej chwili istnienia ustroju. Węgierskiemu 
czytelnikowi miło było poznać tekst, którego autor doceniał dożywotnią niezłomność 
kardynała. Bardzo ciekawe, że postać prymasa Mindszentyego jest przeciwstawiona 
zwolennikom "fałszywego realizmu". Istvan Bibó, wybitny myśliciel polityczny opisał 
dwa skrajne typy występujące w węgierskiej polityce: "fałszywych realistów" i "zbyt 
natchnionych wizjonerów". 
Następnym razem zestawiłem dla "Eletiink" krótki blok mackiewiczowski. Chciałem 
go przedstawić jako autora Zwycięstwa prowokacji, książki w której traktuje komunizm 
jako problem globalny. Bo właśnie tego mi brakowało w węgierskiej refleksji nad komu- 
nizmem: szerokiego sowietologicznego kontekstu. Wybrałem pierwszy rozdział pL Na 


192
>>>
1 


.. 


.,
 ",: 


'
".'
 ' 
.. 



 «
' 
.. 


'. 


'
' 


. 


.1 



\ 



 , . _-- 
-.I. -- 


-'" - _. 



 


... -: 


.-: ....:...... 1 


., 
. 
 


...... .... 
"-:.. '\:i:w. .. ..... 
-:-
;. .....:.' 



- 


': 


9. Józef Mackiewicz (z prawej) z Michałem Chmielowcem, Monachium 1961 


.-
L- .?-.- 
. -... /'

- ,,*,', 
,

 
... ..; . 


"J. 


.... 


--. 



 


," 


... 


i /-': 


{ 


-.;,;", . 
.....
 t, ł""" 
" 
\. 

ł

",\ 
.
. t,. 
" 
 Ił._ 
 ł
 
... 
 
 1 
...--
 
 
 
 I . 
......... ..-,. 
r} 'ł. 
., . ,''' 
I ., 
 . Sf.
. 
,.1 
 ..., ...:l"'."- . . 
 . \... " 
r..:
 ."'
. & "'" 
 
."'i ..
 


f



. 


" ;.:: 


;' ..' 


10. Józef Mackiewicz z żoną, Barbarą Toporską, Monachium 1966
>>>
.....,-- 



 
.\. 


u 
o @] D 


- 



D0fJ
O
 



 ------ 


.--J 


- 


,.. 


A(, 


. 
i 


) 


............... 


11 


.r
. (
 ..,..... 
'

 .. '"
 
'
., 'Ll
 :",.
 
---- 
 - c;--"'" 


11. Zebranie jury nagrody "Wiadomości", 13 1111965. Od lewej: Mieczysław Grydzewski, 
gen. Marian Kukieł, Wacław Grubiński, Józef Mackiewicz, Jan Rostworowski, Antoni 
Borman, Juliusz Sakowski, Stanisław Baliński i fundator nagrody, Tadeusz Zabłocki 


( ... 1 '. 


.r:
... 


'. ..p",., 



 


- .-" -." 


". :;;. 


., ... ..' .. .r 
 

 . . .
 
'Ol } 

 A
 . 
I ...:..0,; 
l. 
.. .. 
/ :;
 
- - 
. ......
. 
,.
 
 
'..- 
L 
I " 
.. .. 
.- 


12. Jury nagrody "Wiadomości", 6 VI 1970. Od lewej: Michał Chmiełowiec, Józef Łobo- 
dowski, Juliusz Sakowski, gen. Marian Kukieł, Maria Danilewicz, Stanisław Baliński, 
Marian Hemar, Adam Pragier, Józef Mackiewicz, Wacław Grubiński
>>>
.' 


'" 


\. 


. 


, 


13. Od lewej: Janusz Eichler, Leon Piesowocki, Ryszard Demel, Kingwood 1948 



 


-., 


... 


.. 


\ , 


1.' 


- '7 
-' 


'- 


14. Janusz (Juan) Eichler, Argentyna 1960
>>>
- "'''11. "" 


......: 


-
 
 
'l. -
. 

-:;::'_" 


".. .:. 


... 



:
 


.

 
..... 


..--,;."'. 


\ó t 


. .;" 1......_ 


-,. 


, . 
,.:
 


.
. 


f' 


"'". 

 


, 


.""1 
ł-,\ 


.j 


t: 


"'..-; 


... 



 


'f -.. 


., 

, 


. .

._" "- 
'...-.. 


'''' .
 


.... 


...- 


..;Y 


..- 
:". 


ł,\ 


'\ 


15. Łucja Gliksman, lata 90. 


1 
.' 


.. , 


, 


" 


16. Od lewej: 1Ymon Terlecki, Jadwiga Tomaszewska, Tola Korian i Adam Tomaszewski, lata 60. 


., 


-'- 


.... 
, 


,. 


f 


-,
-
>>>
równi pochyłej, w którym demaskuje prokomunistyczny faryzeizm inteligencji lewicującej 
(nawiasem mówiąc to też zawiera informację dotyczącą Węgrów) 4. Obok tego rozdziału 
umieściłem artykuł Włodzimierza Boleckiego pL Prawdy niemiłe Oózef Mackiewicz 
i Witold Gombrowicz) i napisałem krótki wstęp pL Antykomunizm Józefa Mackiewicza. 
Miesiąc później w jednym z najważniejszych pism literacko-społecznych lat 90., 
w miesięczniku pL ,,2000" wyszła Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy, tym razem czytelnicy 
pisma odkryli epicki talent pisarza i poznali jeden z najważniejszych tematów Józefa 
Mackiewicza. 
I tutaj, wiosną 1996 r. skończyła się pierwsza faza. Trzeba byłoby zebrać te publika- 
cje i pokazać wydawcom, potem przystępować do konkursu - i wydać powieści Józefa 
Mackiewicza (mniej więcej tak wygląda kariera Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy 
Jerzego Stempowskiego i innych pisarzy polskich, nie tylko emigracyjnych). Chociaż 
wydawnictwo Europa już w 1990 r. zamówiło u mnie recenzję lektorską o Sprawie puł- 
kownika Miasojedowa (mimo pozytywnej recenzji dyrektor nie skontaktował się z wła- 
ścicielką praw autorskich), Józef Mackiewicz nadal nie ma książki po węgiersku. 
Więc zamiast książki przygotuję kolejny blok dla "Eletiink". Tym razem chciałbym 
drukować kolejny fragment Zwycięstwa prowokacji (Między bolszewizmem i nacjonali- 
zmem), opowiadanie pL Faux-pas ciotki Pafci i referat Wacława Lewandowskiego pL 
Józef Mackiewicz o węgierskim powstaniu 1956 roku ogłoszony na konferencji w Debre- 
czynie w r. 2001. Bo okazało się, że ten pisarz, tak silnie związany z Litwą, doskonale 
rozumie najważniejsze dylematy Węgrów. 


4 Tu pisze o tym Mackiewicz, że wystąpił z PEN-Clubu "na kongresie frankfurckim, po przy- 
jęciu komunistów węgierskich do P.E.N." (ZwycIęstwo prowokacjI. Londyn 1988 s. 20). 


193
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


WOJNA I POLITYKA W PROZIE 
JÓZEFA MACKIEWICZA* 


Maria ZADENCKA (Szwecja) 


W wykładach na temat władzy i suwerenności z roku 1976 Miche1 Foucault zastanawia 
się nad znaną maksymą C1ausewitza że "wojna jest tylko polityką prowadzoną innymi me- 
todami" oraz nad jej parafrazą, w ujęciu której polityka była widziana jako "wojna prowa- 
dzona za pomocą innych środków"l. Polityka i wojna są od siebie zależne, a dwie zasady, 
o jakich mówi Foucau1t, reprezentują z gruntu odmienne sposoby rozumienia tej zależności. 
Źeby poznać istotę i mechanizmy polityki, warto studiować istotę i mechanizmy wojny 
- z jednej strony jej instytucje, strategie, taktyki i praktykę, z drugiej strony jednak także 
ideę o wiecznym antagonizmie leżącym u gruntów politycznej rzeczywistości. 
Józef Mackiewicz jest jednym z najbardziej politycznych pisarzy polskich XX wieku. 
Nie chcę tu zajmować się systemem politycznych poglądów Mackiewicza. Tema- 
tem mojego szkicu jest jedna tylko cecha pisarstwa Mackiewicza, a mianowicie spo- 
sób, w jaki opisuje wojnę. Najbardziej ogólnie sformułowane pytanie brzmiałoby 
następująco: Co mówiąjego literackie opisy wojny na temat polityki oraz polityczne- 
go myślenia? 


I. WOjNA "FORMALNA" I DYSKURS FILOZOFICZNO-PRAWNICZY 


Ogólnie rzecz biorąc, obraz wojny u Mackiewicza formułowany jest w ramach tych 
wyobrażeń i pojęć, jakie rozwijały się w Europie w ramach nowożytnej refleksji filozo- 
ficzno-prawniczej. 
Historycy i prawnicy opisują proces, który rozpoczął się w XVII wieku, trwał na konty- 
nencie europejskim przez prawie trzy stulecia i którego wynikiem były "humanizacja i ucy- 
wilizowanie wojny"z. W wieku XVII zakończył się czas prywatnych wojen feudalnych 


* Artykuł jest oparty na tekście referatu wygłoszonego na konferencji "Krise, Konflikt und 
Strategie zur Losung der Konflikte. Moderner Nationalismus und nationale Literaturen im Ostse- 
eraum" (Sztokholm, 6-9 XII 2001 r.). 
l M. Foucault, Trzeba bronIć społeczeństwa. Wykłady w College de France, 1976. Warszawa 
1998 s. 55. 
2 Jedną z podstawowych prac w tym zakresie jest Nomos der Erde Im Volkerrecht des Jus Pu- 
blicum Europaeum (Berlin 1988) Carla Schmitta, który na określenie tego procesu wprowadził 


194
>>>
władców, czas wojen religijnych, wojen domowych i konfesjonalnych. Radykalną zmianą 
był fakt, że decyzje w sprawach publicznych z rąk Kościoła przeszły w ręce państwa. Na 
scenie europejskiej pojawiają się homogeniczne państwa terytorialne, z centralnym ośrod- 
kiem władzy i administracją i z dokładnie określonymi granicami. Państwa te wypracowały 
nowy racjonalny system prawa dotyczący ich wzajemnych stosunków. 
Państwa-suwereni, były postrzegane jako jednostki, które w dyskursie prawniczym 
nazywane były personae publicae lub persona e morales. W określeniach tych przeno- 
szono cechy władcy na przestrzenny kompleks władzy. Państwa, czyli magni homines 
("wielcy mężowie") formują relacje miedzy sobą w myśl zasad filozoficznych i etycz- 
nych, jako "równi wśród równych". Dyskurs ten kształtował się pod dużym wpływem 
indywidualistycznych tendencji oraz alegorycznej retoryki i wyobraźni późnego renesan- 
su 3 . Mówiło się o państwach jak o osobach i tak też się je odtwarzało. 
"Pojawienie się na scenie europejskiej" nie jest tu wyłącznie czczą frazą. Wojna mię- 
dzy państwami zaczęła być widziana jako teatrum belli, a prowadzona była jak pojedy- 
nek, z konwencjonalnymi rytuałami i gestami. Wojna zaczyna reprezentować siebie samą 
i uznano za nieinteresujące, i co ważniejsze, za niemożliwe do ustalenia, jakie przyczyny 
ijakie idee doprowadziły do jej wszczęcia. 
Ten nowy sposób prowadzenia i rozumienia wojny przyniósł zatem kilka istotnych 
zmian: 
Po pierwsze: wojna zaczęła być postrzegana jako woj n a f o r m a l n a (une guerre 
en forme, Krieg in Form 4 ), która rozgrywa się poza sprawiedliwością czy niesprawiedliwo- 
ścią i że takie same prawa przysługują w prowadzonej wojnie zarówno jednej jak i drugiej 
stronie 5 . Zadeklarowano, że niemożliwe jest określenie justa causa wojny czyli odpowiedź 
na pytanie, po której stronie jest sprawiedliwość. Wcześniej, w trakcie wojen konfesjonal- 
nych, Kościół stracił moc rozjemczą i nie było instancji, która miałaby władzę wydawania 
sądów na temat sprawiedliwości wojny, a więc także władzę ewentualnego ograniczenia 
czy zahamowania działań wojennych. Konfesyjne wojny domowe odsłoniły również to, co 
podejrzewano już wcześniej, że zasadajusta causa może być rozumiana jako przyzwolenie 
na u ż y c i e w s z e l k i c h ś r o d k ó w przeciw wrogowi i może prowadzić do zbrutali- 
zowania i wzmożenia okrucieństw. Nieograniczona brutalność i okrucieństwo wojny, jak 
również j ej ponad -terytorialny charakter były cechami woj n y t o t a l n ej, unicestwiaj ą- 
cej, charakterystycznej dla tej epoki, zakończonej pokojem westfalskim. 
Po drugie: rozwinięcie konceptu i praktyki woj n y f o r m a l n ej było możliwe 
dzięki temu, że wojenna praktyka i instytucje wojny zostały zjednoczone w rękach pań- 
stwa. Wojna formalna była to wojna między jednostkami państwowymi, suwerennymi 
państwami, toczona na ich granicach albo o ich granice - a nie wojna rozgrywająca się 
wszędzie, wszystkich ze wszystkimi. Tylko państwo mogło wypowiedzieć wojnę. Pań- 
stwo autoryzowało wojnę i organizowało ją z pomocą profesjonalnej grupy wojskowych 
i centralnie ustalanych poborów i mobilizacji. Wojna o c z y s z c z a ł a c i a ł o s P o - 
ł e c z e ń s t w a i uwalniała je od prywatnej wojny. 


termin "ograniczenie wojny" (Hegung des KrIeges). W Polsce pisał na ten temat m.in. Franciszek 
Ryszka w: PoHtyka I wojna. ŚwIadomość potoczna a teorIe X¥ wIeku (Warszawa 1975), w Niem- 
czech interesujące są aktualnie prace i wypowiedzi historyka Herfrieda Miinklera. 
3 C. Schmitt, Der Nomos der Erde Im Volkerrecht des Jus Publicum Europaeum. Berlin 1988 
s. 116. 
4 Tamże, s. 113, 138. 
5 Por.: E. de Vattel, DroIt des Gens. Londres 1758 (wyd. pol.: Prawo narodów. Warszawa 
1958) - III12, S2: "Wojna formalna musi być uważana co do swych skutków za prawą przez 
obydwie strony"; S191: "Cokolwiek wolno jednej stronie, wolno też i drugiej". Cyt. za: C. Schmitt, 
Der Nomos der Erde..., s. 138. 


195
>>>
Po trzecie: wojna stała się sprawą pomiędzy dwoma równymi sobie personae morales 
w europejskim "teatrze wojennym", pojedynkiem państw prowadzonym wobec świadków 
czyli innych europejskich suwerenów. Uczestniczące w wojnie państwa, personae morales, 
postrzegały siebie wzajemnie jako równe, wróg był równym rangą oponentem, był justi 
hostes, a nie złoczyńcą wyjętym spod prawa, którego powinno się unicestwić. Dlatego 
możliwym stał się traktat pako jaw l. 
Porządek ten obowiązywał pewną ilość europejskich państw. Kto do niego miał nale- 
żeć decydowało się w ciągu wojen i konferencji pokojowych wieku XVII i XVIII; poza 
Europą porządek ten nie obowiązywał. Filozoficzny i prawny dyskurs tego czasu śledził 
ten proces, po części formował go i potwierdzał. 
W wyniku tego procesu, polsko-litewskie państwo, które z początku aktywnie 
uczestniczyło w działaniach na tej formującej się scenie, zostało zniszczone i zniknęło 
z mapy Europy. 


II. WOjNA PERMANENTNA I TOTALNA - DYSKURS HISTORYCZNO- 
-POLITYCZNY 


Michel Foucault pokazuje na zasadzie paradoksu, że w trakcie procesu "ograniczania 
wojny" rozwinął się nowy "dziwny dyskurs", określany przez niego polityczno-histo- 
rycznym. Wojna w tym odmiennym dyskursie jest stałym i odnawiającym się stanem we- 
wnątrz społeczeństwa, jest wojną wieczną i permanentną, motorem wszelkich relacji władzy 
i fundamentem wszystkich instytucji władzy, jest też podstawą i początkiem historii pań- 
stwa. Historycznie był on bronią w walce z absolutną monarchią w różnych krajach 
i używany był przez reprezentantów zarówno ludu jak i arystokracji. 
Nie był to już dyskurs filozoficzno-prawniczy, który opisywał wojnę z uniwersali- 
stycznej perspektywy. W dyskursie polityczno-historycznym prawda i prawo nie należą 
do uniwersalnego centrum, są znacznie lepiej dostrzegalne z peryferii. Prawda i racja 
ujawniają się dopiero w walce oraz w świetle stosunków sie. 
Podmiot tego dyskursu reprezentuje tylko jedną stronę konfliktu. Głosi prawdę, która 
jest prawdą jednej tylko strony i domaga się praw, które są prawami tylko jednej strony 
konfliktu. Prawda i prawa miały dać siłę do zniszczenia pozornej równowagi uniwersali- 
stycznych projektów. Był to dyskurs rewolucji, który domagał się zmiany praw politycz- 
nych, socjalnych i ekonomicznych 8 . Sprawiedliwość wojny, justa causa, była po jednej 
stronie konfliktu 9 . 
W polityczno-historycznym dyskursie, prowadzonym przez peryferię przeciw cen- 
trum, społeczeństwo opisywane jest jako s t r u k t u r a b i n a r n a. Nie jest to już spójna 
struktura hierarchiczna ani organizm. Społeczeństwo jest podzielone na dwie grupy 
i prowadzą one permanentną walkę. Powodów walki może być wiele: etniczność lub 
język, "energia życiowa" lub "stopień barbarzyństwa". 
Ta walka, według Foucault, od samego początku, od XVII wieku była rozumiana ja- 
ko "walka ras" i z czasem otrzymała p o d w ó j n ą t r a n s kry p c j ę: biologiczną i so- 
cjalną. Pierwsza zrodziła się z materialistycznej, anatomicznej fizjonomiki oraz z filologii 


6 C. Schmitt, Der Nomos der Erde..., s. 91, 113-114. 
7 M. Foucault, Trzeba bronIć społeczeństwa..., s. 56-70. 
8 Tamże, s. 60. 
9 Według klasycznej nauki Tomasza z Akwinu, potrzebne były trzy warunki dla uznania wojny 
za sprawiedliwą: l. uzasadniona sprawiedliwością oraz grzechem zaatakowanego przyczyna (causa 
jus ta) ; 2. legalność władzy (auctorItas prIncIpIs); 3. uczciwa intencja (IntentIo recta). Zob.: Suma 
teologIczna, 2-2, 40,1. 


196
>>>
i dała początek ruchom narodowym. Druga, próbująca zająć miejsce pierwszej, definio- 
wała się jako" walka klas" lO. 
Był to dyskurs polityczny, który swoją legitymizację znajdował w zmienności i dy- 
namice historycznego procesu. Nie chodziło o to, by przeciwstawić brakowi sprawiedli- 
wości lub nadużyciom władzy jakiś idealny schemat Qak prawo naturalne, wolę Boga lub 
inne fundamentalne zasady). Chodziło bardziej o zwycięstwo w wojnie, którą prowadzo- 
na już raz w zapomnianej przeszłości i którą podejmuje się od nowa, by doprowadzić ją 
do jej zamierzonego zwycięskiego końca w przyszłości. 
Ta permanentna wojna, poprzez nastawienie na całkowite zwycięstwo i poprzez od- 
danie racji jednej stronie konfliktu, była blisko spokrewniona z unicestwiającą wojną 
totalną, a z powodu braku rozjemczego centrum i pryncypialnej nierównowagi systemu 
łatwo przeistaczać się mogła w wojnę wszystkich ze wszystkimi. 


III. 


Proza Józefa Mackiewicza może być widziana jako opowieść o XX-wiecznej historii 
antagonizmu pomiędzy tymi zasadniczymi typami dyskursów w historii Europy, szcze- 
gólnie Europy Wschodniej oraz Polski i historycznej Litwy. Zarówno w prozie jak i pu- 
blicystyce Mackiewicz stara się odbudować podstawy dla dyskursu filozoficzno-praw- 
nego, korzeniami sięgającego czasów wojny formalnej i europejskiego systemu suweren- 
nych państw o ustalonych wzajemnych relacjach i zrównoważonych siłach. Szacunek, 
jaki Mackiewicz żywi do wieku XIX dotyczy tego właśnie porządku, który był w jego 
opinii jednym z najbardziej humanitarnych i racjonalnie uzasadnionych w historii Euro- 
py. Dlatego też - uważa - porządek ten wart jest odbudowania, w zmienionym kształ- 
cie uwzględniającym państwowości Europy Środkowej i Wschodniej, które pomogłyby 
w utrzymaniu równowagi na kontynencie 1. Jeśli Mackiewicz chwali wiek XIX za jego 
liberalizm, wolność, za możliwość leben und leben lassen to chodzi mu w pierwszym 
rzędzie o "oczyszczenie ciała społeczeństw" z rozmaitych objawów wewnętrznej prze- 
mocy, z "wojny wszystkich ze wszystkimi". W ujęciu Mackiewicza, formalizm stosun- 
ków międzypaństwowych i instytucjonalny rytuał w wieku XIX był wspólny wszystkim 
państwom należącym do europejskiego systemu, także Rosji - stąd m.in. bierze się 
emfaza, z jaką Mackiewicz podkreśla nieustannie, że Rosja carska w sprawach istotnych 
nie różniła się od innych krajów Europ/z. 
Z gruntu odmienny i skierowany przeciw temu porządkowi historyczno-polityczny 
dyskurs wojny permanentnej, jest dla Mackiewicza podstawowym zagrożeniem dla hu- 
manitarnego budowania jakiegokolwiek porządku międzypaństwowego i bezpiecznych 
relacji wewnątrz społeczeństw. Rosja sowiecka była dla niego tworem zbudowanym na 
zasadniczo odmiennym porządku widzenia świata niż państwo rosyjskie sprzed rewolu- 


10 M. Foucault, Trzeba bronIć społeczeństwa..., s. 68. 
11 Mackiewicz często angażował się w dyskusje dotyczące państw i narodów Europy Wschod- 
niej. Poczynając od szczegółowych relacji z wojny sowiecko-fińskiej w redagowanej przez niego 
"Gazecie Codziennej" w latach 1939-1940, poprzez wypowiedzi na łamach prasy emigracji ukra- 
ińskiej, białoruskiej, rosyjskiej i bałtyckiej po udział w zjazdach bałtyckich w Liineburgu. Podczas 
polsko-niemieckich spotkań historyków "Lindenfelser Gesprache" deklarował w rubryce "narodo- 
wość": "obywatel Europy Wschodniej". 
12 ,,[...] Rosja przedrewolucyjna, państwo (ustawowo nawet!) związane z wiarą w Boga, oparte 
na moralności chrześcijańskiej, wolności prywatnej, wolnej konkurencji, kapitalistycznej strukturze 
gospodarczej, indywidualności ludzkiej itd. - bardziej zbliżone było, powiedzmy do Portugalii 
położonej na zachodnim cyplu Europy Zachodniej niż do dzisiejszego państwa Sowietów, jeżeli już 
o porównania chodzi" (l. Mackiewicz, ZwycIęstwo prowokacjI. Paryż 1983 s. 42). 


197
>>>
cji 13 . Rosja sowiecka w gruncie rzeczy nie była państwem, jeśli jako państwo rozumieć 
suwerenne państwo terytorialne pozostające w systemie równych mu innych państw. 
Podobnie PRL nie była kontynuacją państwa polskiego tylko filią systemu komunistycz- 
nego, który w swej "walce o ostateczne zwycięstwo" używał form międzypaństwowego 
prawa do własnych celów. 
Wielokrotnie podkreślano równoległość, z jaką Mackiewicz traktował komunizm 
i faszyzm, przy czym nacisk kładziono na opisanie zbrodniczości obu systemów. Warto 
jednak zwrócić uwagę także na fakt, że równoległość ta brała się stąd, że Mackiewicz 
widział jej ako "podwój ną transkrypcję" tego samego historyczno-politycznego dyskursu, 
relatywizującego prawdę i nastawionego teleologicznie, definiującego świat jako perma- 
nentną walkę. 


"Dwóch ludzi opartych wzajem plecami" 
Istotą idei krajowej w tej postaci, w jakiej prezentował ją Mackiewicz, było odbudo- 
wanie państwowości historycznej Litwy. Nie miało to być jednak Wielkie Księstwo Li- 
tewskie w jego historycznej postaci "z czasów Giedymina". Mackiewicz mówi przede 
wszystkim o terytorium i granicach, potencjale ekonomicznym i obronnym oraz cnotach 
obywatelskich - a zatem o suwerennym państwie terytorialnym i takich jego cechach, 
jakie wykształciły się w Europie dopiero w ciągu wieku XVII i później. Przyjrzyjmy się, 
czym była idea krajowa dla Mackiewicza na samym początku, zanim znalazł się na emi- 
gracji i zanim nie zaczęła być w jego prozie kraj o b r a z e m: wielowarstwowym obra- 
zem kraju, ludzi w nim żyjących oraz idei, które tam powstawały i rządziły. Na samym 
początku idea krajowa była dla Mackiewicza ideą strategiczną, porównywał ją do "histo- 
rycznych sojuszów politycznych starych czy nowych", "strategii państwowych", oraz do 
słynnego planu niemieckiego generała Schlieffena, który opracował strategię wojny 
Niemiec na dwa fronty przeciwko Francji i Rosji 14 . 
Gdyby mnie ktoś prosił, żebym sformułował pogląd mój "w trzech słowach", ujął- 
bym go tak: 
Jest to pomysł utworzenia pomiędzy dwoma wrogimi dla nas blokami, niemieckim 
i rosyjskim, takich organizacji państwowych, albo takiego organizmu państwowego, który 
by mógł prowadzić wojnę na dwa fronty. To znaczy obronić narody zamieszkałe pomię- 
dzy Rosją a Niemcami, nie tylko przed każdym z tych wrogów pojedynczo, ale nawet 
w wypadku zaatakowania nas ("nas" to znaczy narody zamieszkałe jak wyżej) jednocze- 
śnie z zachodu i wschodu. - Oto cała mądrość l5 . 


Plan ten nawiązuje do "założeń politycznych Wielkiego Księcia Witolda": 


...obydwa państwa utworzyły wówczas związek, który upodobnić można do dwóch ludzi 
opartych wzajem plecami a zwróconych twarzami w przeciwległe strony. 
Wielkie Księstwo Litewskie i Koronę przedstawia Mackiewicz zatem jako personae 
mag ni, jedną z twarzą zwróconą na wschód, drugą - na zachód, całkiem zgodnie z ale- 
gorycznym wzorem wywodzącym się z dyskursu kształtującego pojęcie wojny formalnej. 


13 ,,[...] Wydaje się, że można zaryzykować twierdzenie, że ZSSRjest więcej niż tylko zmianą 
dawnej Rosji, bo jest niejako jej - odwróceniem. I to pod każdym względem: polityczno-ustrojo- 
wym, gospodarczym, filozoficznym, obyczajowym a najbardziej może - psychicznym. Zacho- 
wując zewnętrzne ramy imperium, zmieniono jego substancję wewnętrzną" (l. Mackiewicz, Zwy- 
cIęstwo prowokacjI, s. 47). 
14]. Mackiewicz, Prawda w oczy nIe kole. Londyn 2002 s. 9 (DzIeła, t. 17). 
15 Tamże, s. 8. 


198
>>>
Tekst ten powstał w czasie wojny, nic dziwnego zatem, że strategiczne walory idei 
krajowej wysunięte zostały na plan pierwszy. Ważny jest jednak sam fakt, że "idea kra- 
jowa" Mackiewicza wyrastała z takiego obrazu. Była ona bowiem zasadniczym tematem 
prawie wszystkich jego powieści opowiadających o dziejach zniszczenia kraju: krajobra- 
zu i ludzi oraz możliwości jakie mogłaby dać ich rzeczywista symbioza, jeśli znalazłaby 
wyraz w politycznych ideach i czynach. 


"Polityczne prowadzenie wojny" 
Powieść Nie trzeba głośno mówić przedstawia lokalną politykę na tle globalnej wojny. 
Pokazuje rywalizację pomiędzy różnymi niemieckimi scenariuszami prowadzenia wojny na 
wschodzie, gdzie polityczna woj n a f o r m a l n a oraz taktyka i strategia teatrum belli 
ustępują stopniowo miejsca wojnie totalnej; jak misyjna, ideologiczna argumentacja 
zaczyna odgrywać większą rolę niż strategiczna logika - wbrew opinii społecznej. 
Coraz więcej ludzi po stronie niemieckiej zaczynało rozumieć, że: "Tak..." wojny nie da 
się wygrać! - Czy nie powiedzial kiedyś Clausewitz, że: "Wojna jest przedłużeniem polity- 
ki, tylko innymi środkami"?... Coraz więcej osób z różnych sfer i na różnych stanowiskach, 
z rozmaitych względów, pobudek, przekonań, tradycji, o różnym smaku estetycznym i spo- 
łecznym zaczęło się domagać przejścia na: "polityczne prowadzenie wojny". Do głosów 
w Rzeszy dołączył się dowódca włoskich sił zbrojnych na froncie wschodnim, marszałek 
Giovanni Messe, domagając się z początkiem roku 1942jakiejś interwencji ze strony Rzymu. 
[...] Stosy memoriałów z innych stron powracały z głównej kwatery początkowo z adnotacją: 
"nie odpowiada to poglądom Fiihrera", a później nie powracały w ogóle, lecz szły do kosza 6. 
Polityczne przetargi pomiędzy ministrem spraw zagranicznych von Ribbentropem, 
szefem Ostministerium Rosenbergiem popierane przez różne ugrupowania wyższych ofi- 
cerów zostają przekreślone przez Reichskomisarza Ukrainy Kocha: 
Wprawdzie z początkiem roku udało się Rosenbergowi przeforsować poufny okólnik 
zabraniający okładania Ukraińców pejczem przez urzędników Kocha, ale nie udało mu się 
podważyć głównej tezy Kocha, że Ukraińcy są takoż "Untermensch" jak Rosjanie. Gdyż 
w tej sprawie Hitler skłaniał się wyraźnie w stronę Kocha l7 . 
W podobny sposób w powieści opisana jest skomplikowana gra, jaką prowadzili 
z Niemcami reprezentanci wielu narodów i narodowości, grup etnicznych i religijnych: 
Litwinów, Białorusinów, Łotyszy, Ukraińców, Kozaków, Tatarów, Turkmenów. Mieli oni 
za cel i nadzieję doprowadzenie do "negocjacji jak pomiędzy równorzędnymi partnera- 
mi" z Niemcami. Usiłowania te skończyły się totalnym niepowodzeniem w wyniku ide- 
ologicznego nastawienia kierownictwa niemieckiego ale także z powodu wzajemnych 
nacjonalistycznych konfliktów: partykularyzmu "peryferyjnych" racji. Efektem był chaos 
wojny wszystkich ze wszystkimi w ostatniej fazie wojny. 


Operacja" CJarion" i operacja w dolinie rzeki Drawy 
Mackiewicz pokazuje, że podczas XX wieku wojny stopniowo tracą charakter zbroj- 
nego konfliktu opartego o linie granic i linie frontu i stają się unicestwiającą wojną total- 
ną, która charakter swój zapożyczyła od rewolucji z jej wizją wroga i ostatecznego zwy- 
cięstwa. Jest to rodzaj wojny gdzie musi się walczyć do końca, gdzie dozwolone jest 
użycie wszelkich środków i gdzie przeciwnik ma zostać zniszczony, ponieważ nie repre- 
zentuje prawdy i nie posiada praw. 


16]. Mackiewicz, NIe trzeba głośno mówIć. Paryż 1985 s. 167-168. 
17 Tamże, s. 169-170. 


199
>>>
Są dwie sceny, które bardziej niż wszystkie inne przypominają cechy totalnej wojny 
"permanentnej" w twórczości Mackiewicza. Sprawa pułkownika Miasojedowa kończy 
się apokaliptyczną sceną bombardowania Drezna, kiedy ludzie i zwierzęta uciekają przed 
morzem ognia. W czasie bombardowania Drezno było wyjątkowo przeludnione z powo- 
du fali uciekinierów z Europy Wschodniej uchodzących przed Armią Czerwoną. Gwał- 
towność i brutalność ataku skierowanego przeciw ludności cywilnej miała bezpośredni 
związek z zastosowaniem nowego typu wojennej techniki - "wszelkich dostępnych 
środków przeciw wrogowi". 
[...] Tego rodzaju taktyczne przykrycie niebywałego w historii zgrupowania ciężkich 
bombowców, wprowadziło w błąd przeciwnika, który zresztą i bez tego nie był w stanie 
przeciwstawić tej potędze jakiej bądź skutecznej siły. 
[...] Pod szpitalami zginęła wyjątkowo duża ilość osób, gdyż ktoś rozpuścił pogłoskę, 
że mają być oszczędzone. Oszczędzone być nie mogły, gdyż znajdowały się w środku 
miasta. Tłumy ludzi, które się tu zebrały, zostały rozszarpane łącznie z rannymi, chorymi, 
lekarzami i pielęgniarkami. 
[...] W dwie i pół godziny po zakończeniu pierwszego nalotu [...] rozpoczął się drugi. 
Tym razem nie zapowiadany żadnym alarmem [...] Lotnicy otrzymali wskazówki, które 
w znacznym stopniu upraszczały ich zadanie. Mając przed sobą objęte ogniem miasto, 
polecono im wybierać nie objęte ogniem czarne plamy [...] Ten drugi nalot pociągnął za 
sobą jeszcze więcej ofiar niż pierwszy. Nie było bowiem żadnego przed nim schronienia. 
[...] Potworne sceny rozegrały się zwłaszcza na dworcu. 
[...] Według prowizorycznych obliczeń zabito w Dreźnie w nocy z 13-go na 14-go 
lutego 1945 roku, około 350 do 400 tysięcy cywilnej ludności 18. 
Druga scena pochodzi z powieści Kontra. Przedstawia ona wydanie w ręce armii so- 
wieckiej oddziałów kozackich armii niemieckiej razem z cywilnymi uchodźcami, całymi 
wsiami wędrującymi za armią. Gwarancje dane Kozakom przez aliantów podczas kapitulacji 
nie zostały dotrzymane, unieważnione przez inny, tajny paragraf układu. 
Major Davies podjechał, popatrzył, nic nie powiedział i odjechał. Jeszcze przez pe- 
wien czas trwały modły, śpiewano pobożne pieśni. Nikt właściwie nie wiedział o co wła- 
ściwie się modli? O cud?... Nagle, na dany rozkaz żołnierze rzucili się w tłum rozrywając 
łańcuch rąk i bijąc kolbami i pałkami po obnażonych do modlitwy głowach, po plecach, 
po ramionach, po twarzach... Od razu zrobiło się zamieszanie, powstała panika... 
...Wtedy to padł pierwszy Kozak doński przebity bagnetem. Tłum odpłynął na chwilę 
i odsłonił ołtarze. Duchowny odwrócił się i wyciągnął ku żołnierzom Ewangelię, ale pie- 
chur 8-go batalionu wytrącił mują z ręki... 19 . 
Ciekawe, że jeśli cofnąć się do wcześniejszej polskiej literatury, znajdziemy podobne 
dwie sceny w powieści opisującej czas pierwszej "permanentnej" wojny rewolucyjnej: 
kampanii napoleońskiej. W Popiołach Źeromskiego książę Gintułt przeżywa atak sił 
austriackich na Mantuę tak potężny, że zniósł z ziemi wszystko: budynki, ludzi i rośliny. 
Atak prowadzony był bronią i techniką dotychczas księciu nie znaną: 
[...] pękały w powietrzu, około drzwi i okien z hukiem głośniejszym od armatniego wy- 
strzału "świecące kule", wyrzucały z bruku i ziemi leje sążniowej średnicy wielopudowe, 
jednookie, uszate bomby i skakały naokoło, jak gumowe piłki ślepe granaty. Książę dy- 
szał prędko. [...] Widział był dotychczas walki fortów z fortami na kule, bitwy pułków na 
bagnety, ataki konnicy na konnice. Teraz co innego... 2o . 


18 J. Mackiewicz, Sprawa pułkownIka MIasojedowa. Paryż 1983 s. 652-658. 
19]. Mackiewicz, Kontra. Paryż 1957 s. 191. 
20 S. Żeromski, PopIoły, t. l. London [ok. 1946] s. 333-331. 


200
>>>
Po kilku innych walkach w bagnistej okolicy miasta, oddział otrzymuje nakaz poddania 
się. Na mocy porozumienia, oddziały szwajcarskie, polskie i piemonckie miały być trakto- 
wane według tych samych reguł jak francuskie. Po wmaszerowaniu do miasta zostająjednak 
w poniżających okolicznościach rozbrojone i wzięte do niewoli - na mocy podpisanej 
przez francuskiego dowódcy tajnej klauzuli w pokojowym porozumieniu. 
Ujrzeli, jak napadniętym w ciasnych zaułkach żołnierzom i podoficerom zdzierają 
naramienniki i biją nimi po twarzy, jak szarpią za włosy, kopią nogami, tarzają w błocie 
ulicznym, wiążą ręce i nogi. 
[...] Feldmarszałek z wyrazem wzgardliwego szyderstwa przymrużonymi oczyma spojrzał 
naokół i rzekł niedbale: 
- Wszystko, co się dzieje, dzieje się na mocy paragrafu sekretnego, dodatkowego 
o kapitulacyi z dnia 28 lipca. Nie ma tu żadnego bezprawia. Zbiegowie z pod sztandaru Jego 
Cesarskiej Mości będą wydani każdy z osobna pułkowi i batalionowi, do którego nal eżą 21. 
Kryminalizacja przeciwnika i odjęcie mu praw jest tylko etapem na drodze do jego 
całkowitego unicestwienia. Brutalizacja wojny i przede wszystkim dyskryminacja wroga, 
czyli odejście od zasady justi hostes zarówno u Źeromskiego jak Mackiewicza oznaczają, 
że zasady wojny formalnej zostają podważone powrotem zasady justa causi 2 . Jeden 
z przeciwników ma rację i prawo do walki, drugiemu zostaje ono odjęte. Powrót zasady 
justa causa jest jednak niewyraźny, jakby tylnymi drzwiami, jej użycie jest niekonse- 
kwentne, w wojennym postępowaniu mieszają się dwa typy argumentacji. Dotychczaso- 
wi sojusznicy "równego rangą" wroga stają się wyjętymi spod prawa rebeliantami 
z powodu uznania ich za takich przez sojusznika. 


"Wojnajest tylko wojną, niczym więcej" 
Całkowicie kluczowe dla tego wątku twórczości Mackiewicza jest więc podjęcie 
próby przypomnienia sensu tak dowolnie interpretowanej zasady justa causa. Jeśli dok- 
tryna wojny formalnej zarzuciła tę naukę, miała ku temu poważne powody. Mackiewicz 
stara się je zrekapitulować, z perspektywy XX wieku. 
Nie ma wątpliwości, że dla Mackiewicza wojna jako taka była poza sprawiedliwo- 
ścią i niesprawiedliwością. Była to wojna widziana z perspektywy dyskursu filozoficzno- 
-prawnego, który wypracował zasady wojny formalnej. 
Wojna jest tylko wojną, niczym więcej - powiada jedna z postaci w NIe trzeba gło- 
śno mówIć - Ale gdzie tkwi peche orIgIneR Grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co 
jest arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe i wyszukane zbrodnie, 
my właśnie nazywamy: "nieludzkie"23. 
Zło wojny wynika ze skażonej złem rzeczywistości. Mackiewicz nie idealizuje wojny 
formalnej. W rozmowie z panią Blazer Anton Panisienko powiada, że "treścią" każdej 
wojennej "formy" jest śmierć i okrucieństwo. Jednak faktem jest, że w tej samej rozmo- 
wie jako przykłady wojennego okrucieństwa zostaje wymieniona triada wojen totalnych, 
"wojen wszystkich ze wszystkimi": wojny religijne, wojny napoleońskie i druga wojna 
. . k h d . E 24 
memIec a na wsc oZIe uropy . 


21 Tamże, s. 342. 
22 Już w średniowieczu obłożenie zakazem wojennych udoskonaleń technicznych (strzały da- 
lekonośne i maszyny wojenne zakazane przez Sobór Laterański w r. 1139) w praktyce nie obowią- 
zywało strony prowadzącej wojnę sprawiedliwą, a przeciwnie, otwierało możliwość walki za po- 
mocą wszelkich dostępnych środków. Por.: C. Schmitt, Der Nomos der Erde..., s. 113. 
23]. Mackiewicz, NIe trzeba głośno mówIć, s. 357. 
24 Tamże, s. 180-181. 


201
>>>
Pytanie o justa causa było u średniowiecznych teologów i jurystów m.in. pytaniem 
o grzech i winę przeciwnika. Kwestiajusta causa pojawia się u Mackiewicza w przetrans- 
formowanej postaci, nie jako pytanie o winę, ale o przyczynę cierpienia i o naturę zła. Myśl 
na temat cierpienia i zła, rozwijana w powieściach Mackiewicza mówi coś, co czytać moż- 
na jako pendant do dyskursu wojny formalnej: tak jak nie jest możliwe określenie justa 
causa wojny, tak nie jest możliwe określenie przyczyny cierpienia - czyli winy - ponie- 
waż skomponowana jest ona z łańcuchów przyczyn i zakłada wiele podmiotów. Cierpienie 
natomiast, w odróżnieniu od winy, ma zawsze tylko jeden podmiot, nie można myśleć 
o cierpieniu w liczbie mnogiej - jako o cierpieniu grupy czy cierpieniu narodu etc. 25 
Cierpienie jest jednostkowe i dotyczy jednostki. Jest to punkt wyjściowy dla etyki, 
a szczególnie dla pytania o przebaczenie. Przebaczać może tylko jednostka - podobnie 
jak pokój zawierać mogą tylko jednostki państwowe: suwerenne, ograniczone terytorial- 
nie państwa, personae morales. Jest to punkt wyjściowy międzypaństwowego prawa 
i stosunków międzynarodowych. 
Konsekwentnie więc, traktaty i umowy zawierane z komunistycznymi państwami, 
które był-r "odwróceniami", "zaprzeczeniami" państw sensu stricto 26 (Zwycięstwo pro- 
wokacjl} 2 uważał Mackiewicz za całkowicie bezużyteczne - i dokumentował szeroko 
ten pogląd w swych politycznych esejach. 


Historia nie zna prawdy ani przebaczenia 
Rewolucja, nacjonalizm i totalna wojna permanentna - tworzą w prozie Mackiewi- 
cza rzeczywistość, którą nazywa on czasem "historią". Końcowy fragment drugiego 
rozdziału Nie trzeba głośno mówić jest miejscem wiążącym wiele wątków myśli zawar- 
tych w tej powieści, także m.in. na temat "uhistorycznienia wojny": 
Zapowiadała się druga zima, głodna, bez opału w miastach, wstrętna, przejmująca 
dreszczem. Odrażająca jak olbrzymie padło nago rzucone na konary lasów, na zamarz- 
nięte rzeki-jeziora, od którego ciągnęło smrodem zwęglonych belek, benzyny, starego 
żelaziwa, biedy ludzkiej i słodkawą wonią trupów. 
- Co o niej powie historia? 
- Zapewne zełże, jak to w jej zwyczaju. 
- Czy zdobędzie się kiedy na uczynienie znaku krzyża świętego: "W imię lasów, 
rzek i stepów przebaczam wam żołnierze"? 
_ Nigdy!28 
"Historia" nie jest zatem dyskursem prawdy - podobnie jak "permanentna wojna", 
rewolucja i jak komunizm - który Mackiewicz określa gdzie indziej wprost jako "prze- 
kręcanie znaczeń słów", odwracanie uniwersalnych pojęĆ 29 . Ta sama "historia" nie zna 


25 Por. np.: fragment rozmowy ze Sprawy pułkownIka MIasojedowa: ,,- Wie pan, mnie się tak 
zdaje, że jest trochę przesady w tzw. «cierpieniach narodów». Osobiście mam takie wrażenie, że 
cierpią zawsze tylko ludzie. [...] Mnie się zdaje, że cierpienie, podobnie jak szczęście osobiste, to 
rzecz najbardziej indywidualna na świecie...". 
26 J. Mackiewicz, ZwycIęstwo prowokacjI. 
27 Problem nieużyteczności "traktatów pokojowych" i wszelkich umów z komunistycznymi 
państwami znajduje wyraz w szeroko dokumentowanym w wielu wypowiedziach poglądzie Mac- 
kiewicza o nieadekwatności "bilateralnej polityki" wobec "globalnego problemu komunizmu". 
Por.: ZwycIęstwo prowokacjI, s. 87. 
28 ]. Mackiewicz, NIe trzeba głośno mówIć, s. 236-237. 
29 "O komunizmie napisano tysiące książek. Chciałbym tu wskazać na fenomen, moim zdaniem 
najbardziej charakterystyczny. Jest nim odebranie słowom ludzkim ich pierwotnego znaczenia. [...] 
Czasem chodzi tylko o zmącenie znaczenia słowa, czasem o nadanie mu wręcz odwrotnego sensu. [...] 


202
>>>
też przebaczenia. Permanentna wojna nie jest ukierunkowana na zawarcie pokoju i nie 
może się skończyć pojednaniem. Nie istnieje taka uniwersalna prawda, w imię której 
takie pojednanie byłoby możliwe. 
"Niemożliwe pojednanie" było idealistyczną nadzieją realisty Mackiewicza. Jego 
ideałem był zawsze system suwerennych państw w równowadze europejskiego porządku. 
Poza tą retrospektywną utopią kryje się jednak ważna próba stworzenia dyskursu, który 
dostarczyłby argumentów do zwalczania ogarniającej świat permanentnej wojny. 
Obawy dotyczące faktycznego zaniku systemu międzypaństwowego, które Mackie- 
wicz wyrażał poprzez obrazy XX-wiecznych wojen, coraz częściej wypowiadane są 
obecnie przez politologów. Przyczyn jest wiele, wojna w dawnej Jugosławii, w Bośni, 
ekonomiczna wojna kryminalna oraz najbardziej aktualne - wojna terrorystyczna 
i wojna z terroryzmem. 


Przez... nazywanie agresji «wyzwoleniem», niewoli «wolnością», nietolerancji «tolerancją», nominacji 
«wyborami» etc. etc. zmierza się do zmuszenia nie narody, lecz wszystkich ludzi do posługiwania się 
językiem - na własną niekorzyść" (ZwycIęstwo prowokacjI, s. 51-52). 


203
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


ZNAKI PRZESTRZENI JAKO 
ŚRODKI DYSKURSU 
IDEOWEGO 
W DRODZE DONIKĄD 


Reinhard VESER (Niemcy) 


Od ukazania się w roku 1955 Drogi donikąd podkreślanie jakości artyzmu poszczegól- 
nych epizodów należy do stale powracających motywów w recepcji dzieła józefa Mackie- 
wicza. Pochwała ta zawiera zarzut czasami wypowiadany, że z kompozycjąjego powieści 
jest już gorzej. Zwłaszcza ci krytycy powieści Mackiewicza, którzy nie zgadzali się z jego 
poglądami politycznymi, twierdzili, że poszczególne części dzieła świadczą o dużym talen- 
cie, ale polityczne rezonerstwo niszczy je jako całość. Typowym przykładem jest sąd Marii 
Danilewicz Zielińskiej stwierdzający, że historia miłosna w Drodze donikąd jest wzorcem 
wypróbowanym wcześniej przez setki powieściopisarzy, który Mackiewiczowi służy jedy- 
nie do tego, żeby uatrakcyjnić czytelnikom jego polityczną tezę!. już pierwsze, nadzwyczaj 
pozytywne omówienie Drogi donikąd w paryskiej "Kulturze" nadało ton, podejmowany 
później wciąż na nowo: chwalono zdolność Mackiewicza do szkicowania kilkoma kreska- 
mi charakterów zwykłych ludzi, do ujmowania w słowach krajobrazu swojej ojczyzny, 
zbywano natomiast jego tezy polityczne jako dziecinne - zupełnie tak, jak gdyby powieść 
rozpadała się na dwie części, które nie mają ze sobą nic wspólneg0 2 . 
Ponieważ niektóre postaci z powieści Mackiewicza mówią dosłownie to, co autor pi- 
sał w swej publicystyce, więc wielu jego współczesnych nie dostrzegało tego, co wykra- 
czało poza publicystykę. W Drodze donikąd występuje w wypowiedziach postaci wiele 
takich cytatów. jednakże to nie one stanowią w książce jądro sporu powieściowego 
z komunizmem - jest to jedynie poddawana w wątpliwość środkami narracyjnymi war- 
stwa wierzchnia; jedynie część niezależnego od powiązanej z wydarzeniami polemiki, 
dyskursu o władzy, tożsamości i wolności, który wpisany jest w strukturę powieści. Kon- 
strukcja powieści, świadomie stosowane różne perspektywy narracji i kształtowanie 
przestrzeni są rzeczywistymi środkami, za pomocą których Mackiewicz prowadzi ten 


l M. Danilewicz Zielińska, Szldce o literaturze emIgracyjnęj. Wrocław 1992 s. 262. 
2 W. A. Zbyszewski, Nagroda Nobla, Kultura 1955 nr 10 s. 148-154. 


204
>>>
dyskurs. W tym eseju zamierzam ukazać to na przykładzie funkcji znaków przestrzeni 
kraj, miasto, wieś, droga i granica. 
W przedmowie do Drogi donikąd Mackiewicz pisze, że książka jest raportem, w któ- 
rym poza postaciami powieściowymi wszystko jest autentyczne: wydarzenia, nazwy 
miejscowości i kierunek każdej drogi (s. 6)3. Wbrew tej zapowiedzi, na pierwszych stro- 
nach powieści starannie unika precyzyjnych informacji o miejscu zdarzeń. Nie podaje ani 
nazwy miasta, w którym na Dworcu Głównym Karol i Paweł, główni bohaterowie po- 
wieści, czekają na pociąg podmiejski (s. 9 i nast.), ani przystanku, w pobliżu którego stoi 
w sosnowym lasku dom Pawła (s. 11). Nazwę kraju, w którym toczy się akcja, czytelnik 
musi odgadnąć z napisu "Mandżuria-Litwa" na pociągu przychodzącym z Moskwy 
(s. 10), ponieważ poza tym nazywany jest on - zarówno w rozmowach obu bohaterów 
powieści, jak i w opisach narratora - jedynie kra j e m (s. 9, 10, 12, 14) . To pozornie 
mało konkretne słowo, którego znaczenie podkreślają rzucające się w oczy powtórzenia 
i brak konkretnych określeń na początku powieści, jest w Drodze donikąd centralnym 
elementem literackiego kształtowania przestrzeni i wiodącym słowem w sporze z komu- 
nizmem i nacjonalizmem. Mackiewicz odnosi się przy tym bez wątpienia do i d e i 
kraj o w ej i wykorzystuje znaczenie, jakie słowo to uzyskało dzięki kraj o w c o m, 
ale w powieści dyskurs jest tak prowadzony, że staje się zrozumiały poprzez tekst, nawet 
bez znajomości tego tła. 
Słowo kraj używane w Drodze donikąd oznacza, z niewieloma wyjątkami, całą, 
rozciągającą się na około 130 km z północy na południe po obu stronach granicy - po- 
między Białoruską i Litewską Republiką Radziecką - przestrzeń, w jakiej dzieje się 
akcja powieści. 
Swoje specyficzne znaczenie słowo to uzyskuje w opozycji do różnych innych nazw 
własnych, jakimi poza tym określana jest ta przestrzeń: Litwa (s. 10,114,220), Litewska 
Republika Sowiecka (s. 114, 131, 226), Białoruś (s. 107, 148), Białoruska Republika 
Sowiecka (s. 114, 131, 223), Rzeczpospolita Polska (s. 15), Polska Wschodnia (s. 43, 
107, 116). Wszystkie te nazwy można, w odróżnieniu od kraj u, zlokalizować na mapie, 
ale żadna z nich nie obejmuje całego obszaru. Określają one różne polityczne i narodowe 
twory, pomiędzy którymi, zależnie od perspektywy i czasu, występują znaczne obszary 
geograficznie wspólne, które jednak nie mogą występować jednocześnie na tym samym 
terytorium. Nie dają one krainie uchwytnej tożsamości, co właśnie jest funkcją nazwy. 
Raczej odbierająjej tożsamość, ponieważ obierają sobie wzajemnie wartość przez to, że 
są wymienne. Nazwy te sąjedynie łuskami słów, nazywającymi nie krainę, lecz wyłącz- 
nie aktualną władzę i panujący system. Jako określenia zdefiniowane etnicznie i świato- 
poglądowo obejmują - w kraju zamieszkałym przez liczne ludy i wyznania (s. 15), 
także i na częściach obszarów, do których się odnoszą - zawsze jedynie wycinek spo- 
łeczności całej krainy. Dlatego ich zastosowanie w Drodze donikąd ograniczone zostało 
do przedstawienia wrogiego krainie historycznego wydarzenia, które wpłynęło z zew- 
nątrz na losy żyjących tam ludzi 4 . Neutralne słowo kraj natomiast oznacza, właśnie 
z powodu swej nieokreśloności, krainę jako taką, bez względu na zmieniającą się władzę, 
ponieważ jest w stanie ująć jej różnorodność, a zatem jej całość. Obejmuje wszystkie 
mieszkające na tym obszarze ludy i może być użyte w tym samym stopniu w tak różnych 
kontekstach jak opisy krajobrazu i przyrody (np. s. 12, 116, 124), opis tradycji i zwycza- 
jów (np. s. 14, 42, 69, 210), refleksje filozoficzne (s. 59, 189, 360) czy polityczno- 


3 Przy cytatach i odwołaniach pochodzących z DrogI donIkąd]. Mackiewicza (Londyn 1989) 
numery stron podano w nawiasach. 
4 Wyjątek stanowi zdanie Tadeusza Zakrzewskiego, który mówi sobie: "Byłem agentem ubez- 
pieczeniowym na wschodnich terenach Polski" (s. 116). 


205
>>>
-historyczne informacje (np. s. 9, 14,25,43). Z wzajemnego uzupełniania się tych często 
przecinających się płaszczyzn znaczeniowych i ze zderzenia z jednowymiarowaścią 
różnych polityczno-geograficznych nazw własnych słowo kraj uzyskuje znaczenie 
wielopoziomowe, które odpowiada znaczeniu słowa p ej z a ż w "patriotyzmie pejzażu" 
wymyślonym przez bohaterów powieści Lewa wolna: 
Dopiero patriotyzm pejzażu [...] obejmuje całość, bo i powietrze, i lasy, i pola, i błota 
i człowieka jako część składową pejzażu. [...] czy włoski barok, czy bizantyjska kopuła, 
i minaret i synagoga, tak samo należą do pejzażu, jak jezioro, czy rzeka, czy rynek przy 
którym st
ą. I czapki, które zdejmują ludzie wchodząc do świątyni, czy właśnie nie 
zdejmując . 
Słowo kraj w Drodze donikąd reprezentuje wielokulturową i wielowyznaniową 
tradycję, która z powodu stanowiącego jej nieodłączną część pluralizmu, jest dla niego 
tożsama z wolnością. 
Jednakże to, co w Lewej wolnęjjestjedynie idealistycznym snem najawie, w Drodze 
donikąd służy tylko jako pełne rezygnacji odbicie do opisu rozpadu wolnego społeczeń- 
stwa pod uciskiem komunistycznej władzy. Przeciwieństwo pomiędzy znaczeniem za- 
wartym w kraj u, a coraz bardziej przytłaczającą rzeczywistością pod okupacją równa- 
jącej wszystko władzy, powoduje narastanie wraz z rozwojem powieściowej akcji napię- 
cia pomiędzy słowem a rzeczami, które ono opisuje. 
Dalszym słowem przewodnim, które występuje bardzo często w mowie postaci i nar- 
ratora, służąc kształtowaniu niosącej sens przestrzeni, jest zanotowane już w tytule słowo 
d r o g a. Mackiewicz wykorzystuje jego podwójne znaczenie: jako abstrakcyjnego okre- 
ślenia ludzkiego przemieszczania się i konkret w sensie ulicy lub drogi. 
Na akcję składa się w większej części opis drogi, jaką przebył Paweł po obu stronach 
litewsko-białoruskiej granicy. Drogi są też podstawą wielu epizodów, skupiających się 
wokół głównej akcji - tak stolarz Antoni Rymaszewski wprowadzony zostaje poprzez 
opis drogi, jaką przebył uciekając z sowieckiego obozu (s. 43 i nast.). Tej motywowanej 
pragnieniem życia i wolności drodze przeciwstawiony jest na końcu bezsensowny i pełen 
zwątpienie marsz do niemiecko-sowieckiej granicy, zakończony zastrzeleniem Ryma- 
szewskiego (s. 337 i nast.). Religijne przebudzenie "proroka" z Popiszek poprzedzające 
jego pierwszą wizję, ma miejsce na drodze (s. 279-281) i wywołuje taki skutek, że liczni 
ludzie z całego kraju udają się w drogę, aby zobaczyć zapowiedziany cud (s. 353). Roz- 
patrując częstotliwość opisu drogi można dostrzec, że nie występuje on prawie w scenach 
z funkcjonariuszami władzy sowieckiej. Tam, gdzie opisywana jest droga, jak we wpro- 
wadzeniu do historii porucznika NKWD Zajcewa, starannie unika się słowa d r o g a; a na 
dodatek nie chodzi tu o drogę własną Zajcewa, ale drogę jego ojca, który za władzy car- 
skiej zesłany został na Syberię jako rewolucjonista (s. 75-77). Jeśli jednak mowa jest 
o drodze w kontekście przedstawicieli nowego systemu, to związane jest to z podważe- 
niem czyjegoś zaufania (s. 44, 239), namawianiem do denuncjacji (s. 312) albo zakłóce- 
niem spokojnego, harmonijnego nastroju (s. 278). 
Funkcja d r o g i w dyskursie ideowym powieści określona jest otwarcie w jednym 
miejscu: 


Drogajest czymś dla człowieka, bez czego życie jego byłoby wegetacją tylko. Rośli- 
ny wegetują, a nie żyją, bo nie mogą się ruszać, nie mogą wyść na drogę i pójść nią. Na- 
tomiast człowiek bez dróg, po których chodzi, jest nie do pomyślenia. Wszystkie tęsknoty, 
bodźce, impulsy życia pchają go na drogi, a one biegną przed nim do złego i dobrego, 
rozchodzą się, schodzą i prowadzą, prowadzą. [...] Gdyby wmyśleć się w psychiczną ge- 


5]. Mackiewicz, Lewa wolna. Londyn 1965, s. 372. 


206
>>>
nezę drogi, należałoby dojść do przekonania, że jest składową częścią, nierozerwalnie 
skutą z pojęciem wolności ludzkiej. Ograniczenie mechaniczne wolności osobistej odby- 
wa się przez ograniczenie dróg, po których obywatelowi wolno chodzić [...] (s. 189-190). 
Jakkolwiek motywu drogi nie da się oddzielić od motywu wolności, to droga nie jest 
po prostu symbolem wolności. Jest ona zarówno czymś więcej i czymś mniej: czymś 
więcej, bo bez niej życie ludzkie jest w ogóle nie do pomyślenia, a mniej, bo jest ona 
jedynie "mechanicznym" warunkiem do właściwej wolności, który polega na tym, że 
komentuje się i przekazuje to, co usłyszało się i zobaczyło na drodze. Łączność pomiędzy 
swobodą poruszania się i wolnością w Drodze donikąd staje się jasna dzięki osobie Tade- 
usza Zakrzewskiego, który stale jest w drodze, a ze wszystkich postaci powieści jest tym, 
który przeciwstawia władzy sowieckiej największą samodzielność myślenia. Sam po- 
twierdza tę zależność, gdy mówi, że celem jego podróży jest poznanie: 
Włóczę się po całym kraju. Zarabiam, ale nie zarobek jest istotnym celem trybu ży- 
cia, jaki wiodę. Obrabiając moje pole doświadczalne, chciałem się upewnić co do reakcji 
psychicznej różnych ludzi na działanie bolszewizmu (s. 178). 
Dialektycznym biegunem dla drogi jest granica, ponieważ wstrzymuje ruch. J ej zna- 
czenie jest w Drodze donikąd oczywiście ambiwalentne, ponieważ wyraża ona równo- 
cześnie dążenie do ograniczenia wolności i możliwość przezwyciężania jej samej, to 
znaczy zdolność ludzi do przezwyciężania granic i uzyskiwania w ten sposób większej 
wolności. I w tej sprawie Tadeusz Zakrzewski jest też świadkiem koronnym, ponieważ 
jest jedynym, który w tym samym stopniu porusza się swobodnie po obu stronach litew- 
sko-białoruskiej granicy. 
W akcji powieści tak d r o g a, jak ikr aj popadają w coraz większy kontrast po- 
między symbolicznym znaczeniem, które powstaje najpierw w z kontekstu, a następnie 
nazwane jest explicite, a przedstawioną rzeczywistością. ,,[...J drogi prowadzą, prowa- 
dzą" napisane jest w zamieszczonym powyżej cytacie, ale im dalej posuwa się fabuła 
powieści, tym więcej dróg kończy się ślepym zaułkiem, prowadzi do nikąd ("donikąd"). 
Ostatnia droga stolarza Rymaszewskiego nie ma już nic wspólnego z wolnością lub dą- 
żeniem do niej; zastrzelenie go na niemiecko-sowieckiej granicy jest jedynie cielesną 
śmiercią człowieka, który duchowo już umarł (s. 337). Również droga Pawła i jego żony 
Marty nie prowadzi w końcu dalej - ostatecznie zapędzeni zostają w swej ucieczce 
przez reżimowych naganiaczy na bagna i nie mogą swoim wozem ruszyć ani w przód ani 
w tył. Pozbawienie znaczenia drogi jako symbolu wolności następuje w ostatnich, kulmi- 
nacyjnych słowach powieści, w dialogu pomiędzy chorą Martą a Pawłem: "Zimno mi. 
A dokąd ta droga? - Donikąd" (s. 384). 
W Drodze donikąd występuje jedna geograficzna nazwa własna, która określa całą 
przestrzeń przedstawioną implicite za pomocą słów kraj i d r o g a jako obraz przeciw- 
stawny do komunistycznej rzeczywistości, a w całej powieści wymieniona jest dokładnie 
trzy razy: Wielkie Księstwo Litewskie. Nie jest to specjalnie zaskakujące, ponieważ 
w publicystycznych tekstach Mackiewicza państwo to, które upadło pod koniec XVIII 
wieku, jest historycznym uzasadnieniem dla jedności tego kraju Polaków, Litwinów 
i Białorusinów. Wartości ucieleśniane przez Wielkie Księstwo Litewskie ikr aj są sy- 
nonimami, ale zasięg obu słów w różnych warstwach tekstu różni się mocno między 
sobą. Słowo kraj używane jest w mowie postaci i w opisie codziennych sytuacji nie 
wywołując wrażenia nienaturalności i tworząc łącznik między światem, w którym żyją 
bohaterowie powieści, wydarzeniami historycznymi i dyskursem ideowym. Możliwości 
użycia określenia "Wielkie Księstwo Litewskie" są natomiast o wiele bardziej ograniczo- 
ne, niż w przypadku innych tworów politycznych na tym terytorium, ponieważ jest to, 
w odróżnieniu od nich, historia z odległej przeszłości, tak że jej wspomnienie nie może 


207
>>>
być usprawiedliwione koniecznością akcji. W świecie przedstawionym słowo to jest 
anachronicznym ciałem obcym, a więc rozpoznawalnym jako słowo ideologiczne, 
w rozumieniu Bachtinowskim 6 . Ponieważ, w przeciwieństwie do znaczącego w gruncie 
rzeczy to samo kraj u, nie ma wymiaru życiowego, więc jego użycie wskazuje wyraź- 
nie na prowadzony w powieści implicite dyskurs ideowym. Stwierdzone już w przypadku 
kraj u dialogowe napięcie pomiędzy opisywanym i opisującym ujawnia się z powodu 
tej cechy jeszcze wyraźniej w przypadku "Wielkiego Księstwa Litewskiego", co nadaje 
szczególnej wagi tym miejscom w tekście, w których się pojawia. 
Po raz pierwszy "Wielkie Księstwo Litewskie" wspomniane jest na początku Drogi 
donikąd (s. 14 i nast.) w opisie położonej na południe od Wilna Puszczy Rudnickiej, na 
którym kończy się dziwny niedostatek geograficznych konkretów. Przestrzeń akcji zo- 
staje po raz pierwszy wyraźnie nazwana i wyczerpująco scharakteryzowana; równocze- 
śnie pobrzmiewają - jak w uwerturze operowej muzyczne tematy - wszystkie ważne 
motywy ideowego dyskursu w powieści: 
Były to ziemie nie tylko litewskie, białoruskie i polskie jednocześnie, zjednoczone 
w przeszłości i pokłócone współcześnie; zamieszkali je też Żydzi i Rosjanie; na tych zie- 
miach zwycięscy w wojnach tatarskich wielcy książęta osadzali przed wiekami jeńców dając 
im grunty i przywileje. Dlatego wśród sosen północnych zdarzało się spotykać jeszcze mina- 
rety z półksiężycem; tu, w stołecznych ongiś Trokach na potrójnym jeziorem, zasiedli krym- 
scy Karaimi, wyznający Pięcioksiąg Mojżeszowy, ale odrzucający Talmud; kościoły kato- 
lickie budowano przeważnie w stylu włoskiego baroku, rzadziej w gotyku; cerkwie prawo- 
sławne w niezmiennie kopulastobizantyjskim stylu; z czasów Reformacji zostało trochę wy- 
znawców Kalwina, mniej Lutra; w bardziej zaś odległych od miasta stronach, wśród lasów 
i bagien, ludzie szukający prawdy poddawali się wpływom różnorakich sekt; w ten sposób 
pokłócone ze sobą Cerkiew i Kościół zgodnie zwalczały badaczy Pisma Świętego, bapty- 
stów, zielonoświątkowców, sztundystów i wiele innych herezji... Ale opisywać szczegółowo 
ludzi tego kraju byłoby równie długo, co wymieniać wszystkie jego rośliny, zwierzęta albo 
rzeki i jeziora, które z dużej wysokości dostępnej dziś samolotom wydają się być podobnie 
kałużom, ostałym po wielkim deszczu; tu dodać może by jeszcze wypadało, że niebo nad 
krajemjest przeważnie chmurne (s. 15). 
Opis etnicznej i religijnej różnorodności krainy zawiera powtarzane twierdzenie, że 
poszczególne grupy narodowe i religijne są ze sobą skłócone. A mimo to przedstawiono 
tę mozaikę języków i wyznań jako dorównującą przyrodzie część krajobrazu, przez połą- 
czenie większości wymienionych religijnych wyznań z typowymi dla tych terenów wra- 
żeniami wizualnymi. O kościele katolickim i prawosławnym mowa jest jedynie w związ- 
ku z dominującą w obrazie miast architekturą ich świątyń; pośród "północnych sosen" 
stoją minarety, Karaimi mieszkają nad trójramiennym jeziorem Trockim, a ojczyzna sekt 
leży "między lasami i bagnami". Poprzez porównanie ludności "tego kraju" z różnorodną 
i urozmaiconą przyrodą podkreślona jest owa symbioza. Ale wybrany obraz sygnalizuje 
równocześnie jej zagrożenie: w krainie, gdzie niebo jest najczęściej zasnute chmurami, 
piękny widok jezior, wyglądających z dużej wysokości jak kałuże po deszczu, zasłonięty 
jest najczęściej szarą zasłoną. Co by to miało znaczyć, sugeruje następujące bezpośrednio 
potem stwierdzenie, że wraz z wejściem Armii Czerwonej po umowie Hitlera ze Stali- 
nem o podziale Europy Wschodniej w roku 1939, zaczął się czas, w którym miało się 
okazać, jak zmieniają się ludzie i kraj pod rządami bolszewików. 
T a sugestia potwierdzona jest, gdy po raz drugi wspomniane jest Wielkie Księstwo Li- 
tewskie, w kontekście przygotowań władz okupacyjnych do potężnego uderzenia, które ma 
zniszczyć struktury społeczne kraju: w jedynej scenie umiejscowionej poza granicami byłe- 


6 M. M. Bachtin, Das Wart Im Roman, [w:] tegoż, DIe AsthetIk des Wartes, hrsg. von R. Gr- 
iibel. Frankfurt am Main 1979 s.170-176. 


208
>>>
go Wielkiego Księstwa czytelnik jest świadkiem dyktowania przez podpułkownika Ruda- 
kowa w moskiewskiej centrali NKGB sekretarce super tajnego rozkazu "O sposobie prze- 
prowadzenia operacji wysiedlenia elementu antysowieckiego z Litwy, Łotwy i Estonii". Na 
jego mocy przeprowadzono deportację 14 czerwca 1941 r. (s. 229-233). Rozdział ten włą- 
czony jest w przestrzeń właściwej akcji powieści, poprzez zakreślenie drogi słońca od Mo- 
skwy na zachód, gdzie wymienia się oświetlane po kolei miasta: 
Wprowadzenie czasu moskiewskiego w kraju było niewątpliwie dużą anomalią. Do- 
tychczasowa różnica dwóch godzin wynikała nie z różnic politycznych, a zwyczaju 
i zachowania się słońca. [...] gdy przychodzi do Moskwy, robiąc tam ranek, ma jeszcze 
długą drogę przed sobą zanim dosięgnie zachodnich połaci b. Wielkiego Księstwa Litew- 
skiego. Jest to droga wytknięta przez klęskę Napoleona, ale słońce robiło ją codziennie 
w czasach o tyle wcześniejszych, że nikt nie może twierdzić, jakoby kiedykolwiek mogło 
być inaczej. Borodino, Możajsk, Wiaźma, Smoleńsk, w poprzek Berezyny, Mińsk, a stąd 
Czarnym Traktem, wysadzanym podwójnym szpalerem wielkich brzóz. Gdy w Moskwie 
[...] pracowano już przy pełnym świetle dziennym, w dalekim kraju, świeżo wyzwolonym 
spodjarzma kapitalistycznego, ledwo zaczynało świtać (s. 229). 
U mieszczona na początku uwaga o wprowadzeniu w kraju czasu moskiewskiego 
wskazuje na zaburzenie naturalnych warunków życia, poprzez interwencję polityczną, 
której sprzeczność z naturą podkreślona została przez dwukrotne wskazanie na to, że 
dotychczasowa różnica czasu wynikała jedynie z leżącego poza wszelkim ludzkim zasię- 
giem "zwyczajem" słońca. W ten sposób ukazany jest sprzeczny z naturą charakter całe- 
go systemu, którego celem jest całkowite zrównanie wszystkich ludzi i krajów. Staje on 
tym samym w opozycji do p a t r i o t Y z m u p ej z a ż u, którego rdzeniem jest docenia- 
nie i obrona ludzkiej indywidualności, traktowanej jako naturalna. Opozycja między 
naturą a systemem nie jest opozycją pomiędzy Moskwą a Wielkim Księstwem Litew- 
skim, jako wartościującymi geograficznymi nazwami własnymi, ponieważ narysowana 
za pomocą nazw miejscowości na ziemi droga słońca, która nie zna granic, łączy je ze 
sobą. Równocześnie poprzez dwukrotne użycie kluczowego słowa d r o g a w połączeniu 
ze słońcem podkreślona została trwająca ponad wydarzeniami historycznymi naturalność 
dróg, które łączą nawet odległe od siebie obszary. 
Okazją do trzeciego wspomnienia Wielkiego Księstwa Litewskiego - trzydzieści 
stron przed końcem powieści - są masy ludzi płynące z wszystkich stron kraju do Popi- 
szek w nadziei na cud. W tych miejscach tekstu pojawiają się połączone wszystkie ważne 
motywy kształtujące przestrzeń, omówione do tej pory - kraj, d r o g a i g r a n i c a: 
O! rozległe były kiedyś ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego, od Bałtyku po Mo- 
rze Czarne, a któż zna dzisiaj jego granice?!... Ludzie przełazili sztuczne szlabany, mimo 
wszystkie zakazy poruszania się [...]. Jakoś objeżdżali bocznymi dróżkami, brodem przez 
rzekę, lasem, rojstem, pastwiskami. W gruncie rzeczy nie było tego dużo. Sporo odstało 
po drodze, trochę zawrócono z drogi, niektórzy wsiąkali do lokalnych więzień. [...] cien- 
kim, raczej skąpym nurtem, ale z całego szerokiego kraju, ciekły sznurki furmanek, 
a obok ścieżką wydeptaną szli pojedynczy ludzie piechotą (s. 353). 
Ponieważ obszar na jakim rozciągało się Wielkie Księstwo Litewskie nazwany został 
po raz pierwszy, więc w grę wchodzą tu dwa rodzaje granic: jego granice zewnętrzne 
i granice przecinające jego terytorium współcześnie. I znów przeciwstawiono sobie przy- 
rodę i ludzki porządek, bo Wielkie Księstwo Litewskie opierało się o morza, a więc gra- 
nice naturalne, a szlabany, jakie muszą pokonywać ludzie w drodze do Popiszek, okre- 
ślone sąjako "sztuczne". Obchodzenie tych sztucznie ustawionych przeszkód wymaga od 
pielgrzymów bliskiego kontaktu z przyrodą kraju. Lasy i bagna, będące właściwie natu- 
ralnymi przeszkodami, umożliwiają dalszy marsz, pomimo nałożonych przez ludzi zaka- 


209
>>>
zów. Los tych, którzy nie dotarli do celu, bo sami zrezygnowali ("odstało po drodze") lub 
zmuszeni zostali do zawrócenia ("zawrócono z drogi"), wyrażany jest zwrotem frazeolo- 
gicznym ze słowem d r o g a. 
Doprowadza to do typowego dla ostatniej części Drogi donikąd napięcia pomiędzy 
rozbudowanym w powieści znaczeniem słowa przewodniego i tym, co jest nim określane. 
Jednakże nie jest to już ta sama co wcześniej jedność kraju, która ludzi wręcz popy- 
chała do pokonywania sztucznie ustalonych granic. Retoryczne pytanie na początku: któż 
zna jeszcze dziś granice Wielkiego Księstwa? sygnalizuje, że świadomość jedności zo- 
stała już pogrzebana. Impulsem do przechodzenia wszystkich granic, łamania wszystkich 
zakazów jest magiczne słowo, silniejsze od wszystkich materialnych sił: 
[...] słowo: cud! Zapowiada ono wytłumaczenie wszystkiego, co jest na ziemi i niebie; 
potwierdza wiarę, rozprasza wątpliwości, tłumaczy przeszłość, wyjaśnia przyszłość. 
W zasadzie każda siła materialna traci wobec cudu swe znaczenie jak licha bariera kop- 
nięta nogą przechodnia (s. 352). 
Potrzeba jednoznacznego objaśnienia przeszłości i rozjaśnienia przyszłości jest reak- 
cją na sytuację, której nie da się zrozumieć w kategoriach życia codziennego. Wywołane 
przez irracjonalną nadzieję na cud sprzeciwianie się władzom okupacyjnym nie jest za- 
tem oporem, dowodem na siłę życiową kraju, lecz oznaką jego słabości. Wielkie Księ- 
stwo Litewskie wymienione po raz pierwszy na początku powieści, przedstawione jest 
jako podmiot: jest samodzielną całością, której mieszkańcy nie są zgodni, ale ich kon- 
flikty - jakkolwiek je osądzać - są ich sporami własnymi, wewnętrznymi (s. 14 
i nast.). Przywołane po raz drugi Wielkie Księstwo Litewskie jest jednoznacznie przed- 
miotem decyzji podejmowanej poza nim (s. 229). Przywołanie trzecie i ostatnie ukazuje 
je jako podmiot i przedmiot jednocześnie. Jego mieszkańcy sprzeciwiają się zarządze- 
niom władz okupacyjnych i pokonują ustanowione przez nie granice, ale jednak w swej 
nadziei na cud przyzwalają na zepchnięcie ich do roli przedmiotowej. Postrzegają się 
jako przedmiot siły przychodzącej z zewnątrz - tyle że chętnie zamieniliby tę ziemską, 
na inną, nieziemską. 
Poprzez analogię formalną w przedstawianiu przestrzeni nadzieja na cud porównywana 
jest do spożywania alkoholu bez umiaru, co nastąpiło po zajęciu kraju przez bolszewików. 
Całonocna pijatyka podczas drugiej podróży Pawła i Tadeusza Zakrzewskich jest dla nar- 
ratora okazją do opowieści, jak pomimo braku wszelkich materiałów potrzebnych do pro- 
dukcji wódki, samogon zalewa cały kraj. Entuzjastyczne niemal okrzyki wyliczają najpierw 
surowce na wódkę, a potem te miejsca, gdzie jest pędzona. Zaczynając od nazw nieznanych 
wsi i małych miasteczek, poprzez nazwy rzek, przywołany jest cały kraj: 
[...] po lewym i prawym brzegu Wilii, od starej do nowej granicy, aż het, za Niemen, za 
Prypeć [...]. Od ujścia Dźwiny w Zatokę Ryską, po brzegi Czarnego Morza, po całej Bia- 
łorusi, Litwie, Ukrainie; Wołyniu płynął samogon (s. 143). 
Rytmiczne wyliczanki tego rodzaju były w XIX stuleciu rozpowszechnionym wzor- 
cem literackim wśród epigonów romantyzmu dla patriotycznego uwielbiania kresów 7 . 
U Mackiewicza wyliczanka ta staje się, w groteskowej sprzeczności między jej pod- 
niosłym tonem i jej treścią, persyflażem tego wzorca, a równocześnie podkreśleniem 
z całą powagą sięgającego poza aktualne granice wspólnego losu. W podobnym tonie, ale 
jednak bez ironicznych pobrzmiewań i bez geograficznych nazw, opowiada się o roz- 
przestrzenianiu się od wsi do wsi po całym kraju wieści o rzekomym cudownym uzdro- 


7 Np.: W. Pol, PIeśń o zIemI naszej, [w:] tegoż, Wybór poe
I, wybór i wstęp M. Janion. Wro- 
cław 1963 s. 169 wersy 57-63, s. 177 wersy 215-220, s. 183 wersy 350-355. 


210
>>>
wieniu przez "proroka" z Popiszek, jak się o tym mówi przed katolickimi kościołami, 
prawosławnymi cerkwiami i przed synagogami: 
...Ze wsi do wsi. Do coraz dalszych. Do kolonii, do zaścianków; do miasteczek, dalej 
i dalej (s. 286). 
Picie bez opamiętania i gotowość wiary w cuda są wprawdzie zrozumiałe jako reak- 
cje na nową sytuację pod sowieckim panowaniem, ale czynią ludzi jeszcze bardziej bez- 
bronnymi, niż dotąd i tak byli. Potwierdza to łatwość z jaką tłum - gdy cud się nie zda- 
rzył - daje się rozproszyć oddziałom NKGB czekającym z interwencją, aż minie godzi- 
na zapowiedzianego cudu. Pojedynczo rozbrzmiewające okrzyki, że przecież nie należy 
się kierować, jak NKGB, czasem moskiewskim, lecz starym czasem lokalnym, giną 
w hałasie rozchodzącego się zawiedzionego tłumu (s. 370). Ludzie sąjuż jedynie w tak 
niewielkim stopniu świadomi tożsamości swojego kraju, że większości z nich w ogóle 
nie przychodzi na myśl, że może chodzić o inny czas, niż obowiązujący oficjalnie, choć 
wprowadzono go dopiero przed rokiem. 
Należy przypomnieć, że motyw przesunięcia czasu wprowadzony został przy okazji 
drugiego przywołania Wielkiego Księstwa Litewskiego. 
W fakcie, że kraj i Wielkie Księstwo Litewskie są stałymi punktami odniesienia 
w dyskursie ideowym prowadzonym ponad znakami przestrzeni, zawarta jest polemika 
z pojęciem, które nie występuje w całej powieści: K r e s y. Pojęcie to odrzucane było 
zdecydowanie przez Krajowców, ponieważ oznaczało ono, że obszar Wielkiego Księstwa 
Litewskiego był jedynie dodatkiem, "aneksem regionalnym, przyczepionym do ośrodka 
(metropolii) którejś z ziem sąsiednich, ukonstytuowanych w osobowość polityczną"8. Kra- 
jowcy przeciwstawiali temu samodzielność swego kraju, "dośrodkową koncepcję Litwy,,9. 
Mackiewicz w swej publicystyce używał także podobnych sformułowań 10. Z tego jasno 
wynika, dlaczego Mackiewicz unika tego pojęcia w Drodze donikąd ll . Tu chcemy jedynie 
zbadać, jaki wpływ postawa ta miała na kształtowanie przestrzeni. 
Liczne realia geograficzne, jak dane dotyczące odległości, nazwy miejscowości, 
gruntów i rzek pozwalają czytelnikowi wyrobić sobie dokładny obraz przestrzeni, 
w jakiej dzieje się akcja powieści. Dlatego dziwne jest, że dwa najważniejsze miejsca 
akcji - miasto Wilno i miejsce gdzie mieszka Paweł, Czarny Bór - nie są nazwane po 
imieniu, ale określane jedynie jako m i a s t o i w i e Ś 12 . Podobnie jak rzucające się 
w oczy unikanie nazw geograficznych na pierwszych stronach powieści pozostaje to 
w pozornej sprzeczności do przedmowy i zwraca w ten sposób uwagę czytelnika na oba 
słowa oraz kluczowe słowo kra j. Jednak obietnica autentyczności wszystkich miejsc 
została dotrzymana. Pomimo ich bezimienności, także w przypadku miasta i wsi, identy- 
fikacja jest prosta. 
Co do tego, że w przypadku miasta chodzi o Wilno, nie ma żadnych wątpliwości nie 
tylko dlatego, że jest to jedyne większe miasto w okolicy, ale dlatego, że wiele z ulic 


8 M. Romer, NIe ma LudwIka AbramowIcza, Gazeta Codzienna (Wilno) 1940 nr 45, cyt. za: 
[W. Bolecki] ]. Malewski, Wyrok na Józefa MackIewIcza. Londyn 1991 s. 36. 
9 Tamże. 
10 ]. Mackiewicz, OstatnIe dnI WIelldego KsIęstwa, Kultura 1960 nr 4/5 s. 118. 
11 W książce NIe trzeba głośno mówIć pojęcie k r e s y występuje wielokrotnie, ale jedynie 
w historycznym źródle (s. 470) lub w wypowiedziach postaci powieściowych przebywających 
w Warszawie i nie znających z własnego doświadczenia sytuacji na terenach wschodnich II Rzecz- 
pospolitej (s. 504, 520, 525, 549). Podane numery stron odnoszą się do wydania powieści, które 
ukazało się w 1993 r. w Londynie (DzIeła, t. 8). 
12 Nazwa Wilno pada raz, gdy skutki sowieckiego systemu gospodarczego objaśniane są na 
przykładzie cen cukru w różnych miastach (s. 114). 


211
>>>
i placów nie nazwanych po imieniu w powieści można, jeśli się zna Wilno, rozpoznać 
nawet i dziś. I tak - aby podać przykład - widok, jaki rozciąga się z okna pralni Tade- 
usza Zakrzewskiego (s. 181) musi nasuwać wniosek, że znajduje się ona w dzielnicy Za- 
rzecze (dziś Uzupis) w górnej części ulicy Zarzecznej (dziś Uzupio gatve) lub na począt- 
ku bezpośredniego jej przedłużenia, ulicy Połockiej (dziś Polocko gatve). Lokalizacja ta 
potwierdzona zostaje pośrednio w Nie trzeba głośno mówić we wspomnieniach jednej 
z głównych postaci, Henryka, gdy pada nazwa kościoła (Kościół Misjonarski), który 
można zobaczyć z okna pralni 13 . Również wieś, w której mieszka Paweł można zidenty- 
fikować pośród wielu wsi otaczających Wilno bez wielkiego trudu. Na mapie znajduje się 
jedynie jedna miejscowość leżąca na skierowanym ku miastu skraju Puszczy Rudnickiej 
(s. 14), w pobliżu drogi do Białej Waki (s. 99) i przy torach kolejowych (s. 10): Czarny Bór 
(dziś Juodsiliai), gdzie Mackiewicz mieszkał od połowy lat 30. I to też potwierdza się po- 
średnio w Nie trzeba głośno mówić, w osobie politruka Raczenko, o którym jest mowa, że 
był politrukiem gminy Rudomina, do której należał Czarny BÓr 14 . 
Autor nie podejmuje żadnych starań, aby ukryć tożsamość bezimiennych miejsc 
i podaje w tekście liczne niezaszyfrowane wskazówki do ich określenia. Tak więc prze- 
milczanie nazw nie może służyć tworzeniu fikcyjnych wysp w autentycznej przestrzeni 
- ich bezimienność pełni inną funkcję: daje ona tym miejscowościom, w odróżnieniu od 
wielu nazwanych miejscowości - jak to ma miejsce i w przypadku kraj u, wyróżniają- 
cą pozycję w przedstawianej przestrzeni, która uzależniona jest nie tylko od ich częstego 
występowania w fabule. Zastanawiającym jest, że nienazwane, albo rzadko nazywane są 
trzy różnej wielkości rodzaje ludzkich wspólnot: kraj, miasto, wieś. Dlatego nasuwa się 
podejrzenie, że bezimienność miasta i wsi związana jest z bezimiennością kraju. W od- 
niesieniu do miasta daje się to łatwo wyjaśnić - ponieważ przez m i a s t o rozumiane 
może być tylko miasto będące bezsprzecznie gospodarczym i kulturalnym centrum kraju 
- nie trzeba go nazywać. Jako że kraj zorientowany jest na leżące pośrodku centrum, to 
oznacza to, że jest samodzielnym tworem, a nie spogląda jako część większej całości na 
jej centrum. Bezimienność miasta jest wkładem w polemikę Mackiewicza z takim widze- 
niem pojęcia K r e s y, według którego obszary byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego 
są nierozerwalną częścią Polski i swoje centrum mają tam, gdzie jest centrum całej Pol- 
ski: w Warszawie. 
Właściwym celem tej konstrukcji nie jest jednak powierzchowna, aktualna polemika 
(nawet jeśli przykład ten wskazuje, że Mackiewicz był w niej dalece subtelniejszy, niż 
mu się to często przypisuje). Komunikacja bez nazywania miast i kraju możliwa jest 
jedynie z perspektywy mieszkańców kraju: dla nich jest samo przez się zrozumiałe, 
o czym mowa, podczas gdy opis z perspektywy zewnętrznej nie może zrezygnować 
z nazw 15 . Droga donikąd opowiedziana jest w dużej części z perspektywy Pawła - 
mieszkańca kraj u, udającego się do miasta dla załatwienia swoich spraw. Centrum jego 
życia jest jednak - tak jak miasto stanowi centrum kraju - wieś, w której mieszka. Jest 
jeszcze cały szereg dalszych postaci powieściowych, których perspektywa dominuje 
gdzieś w toku opowiadania fabuły. A wszyscy oni są, jak Paweł, mieszkańcami Czarnego 
Boru. Z punktu widzenia ich wszystkich znaczenie w s i jest tak samo jednoznaczne jak 
m i a s t a ikr aj u. Tak więc opuszczenie nazwy jest konsekwentną kontynuacją opisa- 
nego właśnie sposobu opowiadania. Przemilczenia nazwy miejscowej Czarny Bór nie da 


13]. Mackiewicz, NIe trzeba głośno mówIć, s. 279. 
14 Tamże. 
15 Dowód jest bardzo prosty, można go przeprowadzić w potocznej niemczyźnie. Mieszkańcy 
przedmieść Frankfurtu, Stuttgartu lub innego dowolnego miasta nie mówią przy okazji codzien- 
nych zakupów: ,,Jadę do Frankfurtu, Stuttgartu itd.", lecz ,,Jadę do miasta". 


212
>>>
się jednak wyjaśnić sporem z polską tradycją, ponieważ literackie ujęcie i d e ikr a - 
j o we j straciłoby przez jego nazwanie niewiele. Dopiero to powoduje jednak skoncen- 
trowanie perspektywy narracji na wsi, przez co spór ten uzyskuje uniwersalne znaczenie, 
wychodzące poza polskie stosunki w owym czasie. Kraj i m i a s t o pozostają z po- 
wodu ich wielkości jednostkami abstrakcyjnymi, które, jak każda ojczyzna, mogą stać się 
przedmiotem idealizacji, a nawet sakralizacji. Gdyby one same miały decydować o per- 
spektywie narracji, to Droga donikąd narażona by była na niebezpieczeństwo stania się 
jedynie wyrazem patriotyzmu Wielkiego Księstwa Litewskiego, który mógłby być przeciw- 
stawiony innym patriotyzmom, na przykład polskiemu czy litewskiemu. Niebezpieczeń- 
stwo to zostaje zażegnane, gdy politycznie nic nie znacząca wioska, która nie może być 
przedmiotem patriotycznej ideologii, staje się ideowym centrum powieści. Kluczowa pozy- 
cja kraju w powieści unaocznia, że Mackiewiczowi nie chodzi jedynie o los jego bohatera 
Pawła, ale o to, jak wpływa sowiecka okupacja na życie całego kraju. Koncentracja na 
przejrzystej wspólnocie wiejskiej pozwala autorowi połączyć przedstawienie losu indywi- 
dualnego z losem grupowym, nie rezygnując ze swej zasady priorytetu jednostki. 
Dzięki zrezygnowaniu z podania nazwy wioski i miasta i podkreśleniu neutralnego 
słowa kraj uzyskana zostaje uniwersalność obrazu. Czarny Bór, Wilno i Litwa są tylko 
przykładem. Oczywiście Mackiewiczowi chodzi o ten przykład, bo to jego ojczyzna, ale 
równocześnie chce pokazać mechanizmy sowieckiej władzy i propagandy. W Drodze 
donikąd próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak zmienia się społeczeństwo wolnego kraju, 
który dostaje się pod panowanie ustabilizowanego systemu komunistycznego. Sygnali- 
zuje to już na początku powieści: 
[...] i był to początek tego nowego okresu, o którym nikt na świecie nie wiedział przedtem, 
w co sie wyrodzi kraj i ludzie, gdy zostaną opanowani przez współczesny bolszewizm (s. 15). 
Mackiewicz traktował sowiecką okupację wschodniej Polski i państw bałtyckich, 
która była pierwszą tego rodzaju konfrontacją, jak wzór, który obowiązywałby w przy- 
padku przejęcia władzy przez komunistów w Europie Zachodniej, ponieważ nie wierzył 
w zasadnicze różnice między Europą Wschodnią a Zachodnią. Anglicy, Francuzi i Niem- 
cy, jak przypuszczał, nie zachowaliby się pod komunistycznym panowaniem inaczej niż 
Rosjanie, Białorusini, Litwini i Polacy. Myśl tę wypowiada Tadeusz Zakrzewski podczas 
pierwszej wspólnej podróży z Pawłem (s. 117 i nast.). Publicystycznie przetworzył ją 
Mackiewicz później w Zwycięstwie prowokacji. Występowanie obok siebie nazwanych 
i nienazwanych miejsc w Drodze donikąd spełnia dla tej myśli ważną funkcję. 
Dokładność topografii, którą sprawdzić można za pomocą miejsc nazwanych rów- 
nież i dla nienazwanych, poręcza prawdziwość przedstawionych wydarzeń 16 , podczas 
gdy brak pewnych nazw miejscowych wskazuje na to, że nie chodzi o historię wsi Czar- 
ny Bór koło Wilna, która byłaby interesująca jedynie lokalnie, ale o opis zmian, które 
przeżywa wolne niegdyś społeczeństwo pod komunistyczną władzą. 
Za pomocą odniesionych do siebie nawzajem znaków przestrzeni kraj, m i a s t o, 
w i e ś, d r o g a i g r a n i c a prowadzona jest w Drodze donikąd dyskusja o wolności 
i tożsamości, nacjonalizmie i komunizmie. Z kontekstu słowa te uzyskują, w przeciwień- 
stwie do innych słów, znaczenie specyficzne dla tej powieści, dzięki któremu w tekście 
implikowany jest pozytywny obraz, przeciwny do przedstawianej rzeczywistości. Te 
słowa fundamentalne dla ideowego dyskursu używane są często, zwłaszcza pod koniec 
powieści, dla opisu spraw, które przeczą swym zbudowanym uprzednio w dialogach 
znaczeniom, podczas gdy ich właściwe miejsce pozostaje puste, lub zapełnione zostaje 
słowami o znaczeniu przeciwnym. Szczególnie łatwo można to pokazać za pomocą prze- 


16 Por. też:]. Mackiewicz, LIteratura contra faktologIa, Kultura 1973 nr 7/8 s.182-183. 


213
>>>
ciwstawienia drogi i bezdroża, które widoczne jest już w tytule powieści. W Zwycięstwie 
prowokacji opisuje Mackiewicz jako najbardziej charakterystyczny fenomen komunizmu 
to, że odbiera on słowom ich pierwotne znaczenie: "Czasem chodzi tylko o zamącenie 
znaczenia słowa, czasem o nadanie mu wręcz odwrotnego sensu,']7. Chodzi tu nie o wy- 
łączne przekonanie Mackiewicza - opis tego fenomenu jest stale powracającym moty- 
wem w literaturze i publicystyce o komunizmie i totalitaryzmie, od Orwella do Siniaw- 
skiego. W Drodze donikąd Mackiewicz posuwa się o krok dalej: ukazuje, jak w systemie 
totalitarnym wraz ze słowami przekręcane są również rzeczy. 


Z niemieckiego tłumaczył: Wojciech Szreniawski 


17]. Mackiewicz, ZwycIęstwo prowokacjI. Monachium 1962 s. 51. 


214
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


SPOTKANIE Z NIEPOJĘTYM 
(KILKA UWAG 
O DRODZE DONIKĄD) 


Aleksander FIUT (Kraków) 


Dla Wacława A. Zbyszewskiego Droga donikąd była swego rodzaju epitafium dla 
Wielkiego Księstwa Litewskiego, które kona w powieści "w nędzy, oparach samogonu, 
w upadlającym strachu i nieopisanym brudzie". Stanowiła osobliwy stop niewątpliwego 
artyzmu z "grafomanią małomiasteczkowego politykiera, uważającego się za Talleyran- 
da"]. Czesław Miłosz twierdził z kolei, że powieść Józefa Mackiewicza "tylko na po- 
wierzchni jest powieścią polityczną", celem autora jest "niszczenie argumentów do opo- 
ru", zaś istota książki daje się sprowadzić do pytania: 
Jeżeli nikt tego nie chce, dlaczego to jest? Inaczej mówiąc, człowiek wobec Bestii 
Społecznej. Ta Bestia była zawsze, nigdy jednak dotychczas nie wystąpiła z pretensją ab- 
solutną, nigdy nie ogłaszała: oprócz mnie nic nie ma. Przeciwko niej buntuje się człowiek 
nie wspomagany niczym, bo wszystko zostało mu odjęte 2 . 
Czym Droga donikąd jest dzisiaj, kiedy nie dostarcza już okazji do ideologicznych 
polemik, kiedy wypaliły się polityczne spory, które prowokowała po swoim wydaniu? 
Czytana na nowo po pięćdziesięciu z górą latach, po zburzeniu Muru Berlińskiego 
i rozsypaniu się sowieckiego imperium? Dokumentem historycznym? Bez wątpienia, taki 
walor ten utwór nadal zachowuje. Do tego wszakże jego wyjątkowe znaczenie się nie 
ogranicza. Można go bowiem, jak sądzę, odczytać także jako skłaniający do namysłu - 
który znacznie wykracza poza przedstawione historyczne i topograficzne realia - opis 
procesu sowietyzacji przyjmującego postać zderzenia się ze sobą dwóch, całkowicie 
sobie przeciwstawnych form cywilizacyjnych. Celnego uchwycenia tej sfery doświad- 
czeń społecznych, w której, co polityczne, przenika się niepostrzeżenie z pozapolitycz- 
nym, co oficjalne, styka się z prywatnym, narzucone, wprowadzone siłą czy podstępem, 
wchodzi w nieraz dwuznaczne związki z dziedzictwem, przez wieki całe uznawanym za 
życiodajne źródło kulturowej i narodowej samoidentyfikacji. 


IW. A. Zbyszewski, Nagroda Nobla, Kultura 1955 nr 10 s. 148-158. 
2 Cz. Miłosz, Proszę uszanować WIlnIanIna, Kultura 1955 nr 12 s. 130-133. 


215
>>>
Mackiewicz był całkowicie świadom, że ma do czynienia ze zjawiskiem bez prece- 
densu. Pisze przecież: 
Gdy Hitler ze Stalinem podzielili wschodnią Europę, Sowiety wkroczyły doń czer- 
woną armią w latach 1939-40, i był to początek tego nowego okresu, o którym nikt na 
świecie nie wiedział przedtem, w co się wyrodzi kraj i ludzie gdy zostaną opanowani 
przez współczesny bolszewizm (DN 15)3. 
Używa określenia "w co się wyrodzi", nie tylko dlatego, żeby od razu dać wyraz ne- 
gatywnej ocenie systemu, który, co charakterystyczne, zostaje postrzegany jako zło przy- 
chodzące jak gdyby spoza Europy. Równie ważne i to, że uznaje ową formę życia eko- 
nomiczno-polityczno-społecznego za groźną anomalię, chorobliwe wynaturzenie. Toteż 
zachowuje się niczym klinicysta, który ma po raz pierwszy do czynienia z nową, niezna- 
ną mu chorobą zakaźną, i skrupulatnie badając symptomy, usiłuje dociec jej przyczyn 
i skutków. Albo, mówiąc inaczej, przyjmuje po trosze postawę badacza obserwującego 
skutki eksperymentu. Stąd tak ważne jest dla niego wydzielenie oraz izolacja obszaru 
badań od warunków zewnętrznych, bliższe określenie czasu trwania tego eksperymentu, 
wielorakość prób, precyzja narzędzi oraz chłodny obiektywizm. 
Świadomości zasadniczej, radykalnej odmienności opisywanego fenomenu towarzy- 
szy u Mackiewicza dotkliwe i nieusuwalne poczucie niewystarczalności dostępnych 
metod opisu, rozmijania się systemu gotowych i wypracowanych pojęć z przedmiotem, 
który zdaje się należeć do dziedziny patologii bądź jest niemal domeną przyrody. Tej 
trudności dają też wyraz, przynajmniej niektórzy, bohaterowie. Na przykład Tadeusz 
Zakrzewski waha się, czy termin "zaraza" dobrze oddaje "psychiczny paraliż", jakiemu 
ulegli pod wpływem strachu mieszkańcy Litwy i Białorusi. Próbuje także porównać owo 
porażenie do "hipnotycznego działania kobry" (DN 118). Gdzie indziej tenże bohater 
wyraża potrzebę znalezienia "ogólnoludzkiej odtrutki, antyrecepty na ogólnoludzką re- 
ceptę sowiecką" (DN 178). Fenomen sowietyzacji pozostaje bowiem czymś niepojętym, 
zatem nie dającym się ogarnąć rozumem, wymykającym się regułom logicznego myśle- 
nia, a zarazem - rażąco obcym, dziwnym, jak nieznana dotychczas biologiczna postać 
życia, która swoich zasad nie pozwala do końca przeniknąć. 


*** 


Wyjątkowa umiejętność wnikliwej obserwacji oraz celnego, drobiazgowego zapisu 
rozmaitych form bytu zbiorowego, panoramiczność ujęcia, które obejmuje przemiany 
zachodzące nie tylko na Litwie, ale i na Białorusi, wreszcie wielorakość przekrojów spo- 
łecznych - wszystko to sprawia, że powieść Mackiewicza dostarcza bogatego materiału, 
który weryfikuje lub ilustruje późniejsze rozpoznania teoretyków totalitaryzmu. Jest tak, 
co więcej - wbrew późniejszym staraniom pisarza, by z całą ostrością oddzielać komu- 
nizm od faszyzmu, uznając ten pierwszy za zło nieporównywalnie większe. Wystarczy 
przypomnieć, co pisała Hannah Arendt: 
Terror staje się totalny wtedy, kiedy staje się nie zależny od jakiejkolwiek opozycji, 
sprawuje absolutne rządy, gdyż nikt nie stoi mu na drodze. Jeśli istotą władzy nie mającej 
charakteru tyranii są rządy prawa, a bezprawie jest istotą tyranii, to w takim razie terror 
jest istotą totalitarnego panowania 4 . 


3 Wszystkie przytoczone tutaj cytaty z powieści Józefa Mackiewicza pochodzą z: ]. Mackie- 
wicz, Droga donIkąd. Londyn 1985 - DN (numer oznacza stronicę). 
4 H. Arendt, KorzenIe totalitaryzmu, t l., tłum.: cz. 1 i 3 - D. Grinberg, cz. 2 - M. SzawieI. 
Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1989 s. 353. 


216
>>>
Mackiewicz pokazuje, jak rządy totalitarnego terroru mogą wyglądać w praktyce. 
Znamienne, że starannie unika brutalnych i drastycznych efektów, scen zbiorowych eg- 
zekucji czy tortur. W tekście pojawiają się jedynie wzmianki o trwających ciągle aresz- 
towaniach. O aktach przemocy czytelnik zazwyczaj się dowiaduje z drugiej ręki. Cały 
proces duchowego i materialnego podboju odbywa się w rękawiczkach. Nawet sceny 
przesłuchań odznaczają się wyjątkową, zdumiewającą na tle innych świadectw, łagodno- 
ścią. W jednej z nich więźniowi udaje się uciec, w innej uderzenie pięścią w twarz sta- 
nowi element rutyny, ma na celu pozbawienie przesłuchiwanego, notabene byłego adwo- 
kata, pewności siebie, przypomnienia mu, że jakiekolwiek próby już nie tylko przechy- 
trzenia tajnej policji, ale nawet dialogu ze śledczym są w systemie totalitarnym nie do 
pomyślenia. 
Pisarza szczególnie zastanawia nie tyle czynne współdziałanie z aparatem ucisku, ile 
całkowita bierność większości, brak woli oporu 5 , a także ubogi zasób środków, jakimi 
wystarczy się posłużyć, by podporządkować sobie zbiorowość. Takie pojęcia, jak inży- 
nieria społeczna czy homogenizacja przekładają się tutaj na poszczególne zachowania, 
drobne na pozór pojedyncze gesty. Wystarczy, że oficer NKWD, nawet bez groźnej miny, 
czy przekleństwa krzyknie na tłum "stanowczo i z dobrze wyreżyserowaną perswazją" 
(DN 25), by ten natychmiast ustąpił. Wszechobecny strach wsącza się w ludzkie umysły, 
niszczy nawet najbardziej intymne relacje, zatruwa stosunki pomiędzy pojedynczymi 
ludźmi i grupami społecznymi, które przedtem były cementowane przez wielowiekowe 
więzy. Istnieje obawa nie tylko przed aresztowaniem, więzieniem czy wywózką, ale także 
przed sąsiadem, który może zadenuncjować z obawy o własnych bliskich, załatwiając 
prywatne porachunki, z żalu czy zawiści o to, że ktoś okazał się mniej uległy od niego. 
Tym sposobem następuje powolny i nieodwracalny rozkład dawnej wspólnoty. 
Do uległości skłaniają coraz trudniejsze warunki codziennego życia. Mackiewicz 
drobiazgowo rejestruje zjawiska, które wkrótce staną się chlebem powszednim miesz- 
kańców Europy Środkowej: deklasację dawnej elity intelektualnej, wprowadzaną etapami 
kolektywizację, poszerzanie się obszaru nędzy, brak nawet najbardziej podstawowych 
artykułów, a w ślad za tym rozwój czarnego rynku. Niczym wytrawny marksista dowo- 
dzi, jak dalece byt (marny, bo pozbawiony własności prywatnej i oparty na brutalnej 
eksploatacji) kształtuje (uległą) świadomość. Roztacza paletę rozmaitych postaw wobec 
nowego ustroju: od jawnej kolaboracji, poprzez zróżnicowane formy "zniewolonych 
umysłów" i rozpaczliwe gesty politycznej mimikry, usiłowania znalezienia prywatnej 
niszy, choćby w postaci kultywowanego hobby - aż po nader rzadkie próby otwartego 
buntu. Wreszcie - odnotowuje postępujące uzwyczajnienie zbiorowej schizofrenii (co 
innego się myśli i mówi prywatnie, co innego wyraża publicznie). 
Mackiewicz nie dostrzega żadnych pozytywnych cech nowego ustroju, takich jak 
choćby możliwości awansu w warunkach klasowego zrównania 6 . Jego zdaniem, na no- 
wym układzie stosunków społecznych nikt nie zyskuje, nawet naj biedniejsi. Propaganda 
rodzi w nich postawę roszczeniową, przekonanie o darmowej rekompensacie należącej 
się im za wielowiekowe krzywdy, ale wbrew oficjalnym zapewnieniom o "sprawiedliwo- 
ści społecznej" - materialny poziom ich życia wcale się nie poprawia, a opieka państwa 
okazuje się mrzonką. Ponadto awans społeczny pozostaje w ostrej kolizji z wyznawany- 
mi wcześniej zasadami. Pouczająca pod tym względem jest historia Wulfki, żydowskiego 


5 Pisał o tym m.in. Włodzimierz Bolecki (l. Malewski, PtasznIk z WIlna. O Józefie MacldewI- 
czu. Kraków 1991 s. 349). Książce tej wiele zawdzięczam, jakkolwiek nie ze wszystkimi jej tezami 
się z
a T dza f m: " ł t P . t St .. k . ( 1/ . . k h b N. .. tw ' 
ra me ZwrOCl na o uwagę 10 r asms l I\OmUmzmJa o c aro a. a margwesle or- 
czoścI Józefa MackIewIcza, Res Publica 1989 nr 2). 


217
>>>
taksówkarza, który z nadejściem bolszewików wiązał nadzieje na uwolnienie się od 
uwłaczającego jego godności statusu "sługi", zostając wpierw agitatorem, a następnie 
awansując na stanowisko zastępcy kierownika prowincjonalnego posterunku policji. Gdy 
obrugał za niedopatrzenie swojego podwładnego, został skarcony: "U nas tak nie wolno" 
(bo w Związku Radzieckim szanuje się przecież człowieka), kiedy jednak zwolnił aresz- 
towanego dyrektora banku, uważając jego zatrzymanie za całkowicie bezpodstawne, 
spotkał się z ostrą reprymendą: 
Wy [...] towarzyszu, nie jesteście mocni w zasadach walki klasowej. Czy on porządny, 
czy nieporządny, to nie ma nic do rzeczy. Do rzeczy ma to, że on był posiadaczem, któremu 
my to posiadanie odebraliśmy. I dlatego on zawsze będzie naszym wrogiem (DN 40). 
Cynizm i okrucieństwo nie tyle są bowiem domeną pojedynczych ludzi i ich wro- 
dzonych czy nabytych skłonności, ile właściwością samego systemu, który instrumentali- 
zuje tradycyjne wartości (tę cechę najjaskrawiej uzmysławia przytoczony tekst instrukcji 
o deportacji). Dlatego Mackiewicz konsekwentnie unika przedstawiania prześladowców 
jako sadystów, którzy czerpią rozkosz z zadawania cierpień, czy też zaślepionych ideow- 
ców. Podobnie jak esesmani w obozowych opowiadaniach Borowskieg0 7 są oni mniej lub 
bardziej sprawnymi urzędnikami, trybikami bezosobowego mechanizmu. To zwykli lu- 
dzie, wykonujący swoją pracę, zazwyczaj przemęczeni obowiązkami, nierzadko mogący 
nawet budzić odruch sympatii. Jak młody enkawudzista Zajcew, który "miał ruchy szyb- 
kie, prawie wesołe, twarz szczupłą, a niebieskie oczy biegały żywo pod jasnymi rzęsami" 
(DN 75). Sfera prywatna zostaje starannie odgraniczona od oficjalnej, "sentymenty" od 
obowiązków. Metoda opisu Mackiewicza dobrze przylega do tezy o "banalności zła" 
przez konsekwentne podkreślanie zwykłości zachowań i scenerii, w których dokonuje się 
monstrualna zbrodnia. Źołnierze NKGB rozmawiają półgłosem, palą papierosy, a póź- 
niej, w biały dzień, podjeżdżają pod domy i na oczach krewnych, znajomych czy prze- 
chodniów zabierają stamtąd całe rodziny. Kiedy jeden z agentów ponagla aresztowanych, 
czyni to 
bez zbytniej gorliwości i bardziej, aby uczynić użytek z formalnego brzmienia swego gło- 
su względnie dla pokrzepienia własnego autorytetu niźli z istotnej potrzeby (DN 303). 
Badacze i teoretycy totalitaryzmu wskazywali na ścisłą współzależność pomiędzy 
terrorem oraz propagandą czy ideologią. Według cytowanego tutaj klasycznego dzieła 
Hannah Arendt: 


Jak terror [...] niszczy wszystkie stosunki międzyludzkie, tak narzucony sobie przy- 
mus logicznego myślenia niszczy wszystkie stosunki z rzeczywistością. [...] Idealnym 
poddanym rządów totalitarnych nie jest przekonany nazista czy przekonany komunista, 
lecz człowiek, dla którego nie istnieje już rozróżnienie pomiędzy faktem a zmyśleniem 
(tzn. rzeczywistość doświadczenia) i rozróżnienie pomiędzy prawdą i fałszem 8 . 
Mackiewicz pokazuje, że aby zlikwidować rozróżnienie pomiędzy faktem i zmyśle- 
niem czy prawdą i fałszem, nie ma potrzeby wdawać się w wewnętrzną logikę narzuconej 
doktryny. Wystarczy umiejętna socjotechnika. 
Na początek należy całkowicie zawładnąć rzeczywistością symboliczną, poddać ją ruty- 
nie ogłupiającego powtórzenia. Stąd wszechobecne czerwone sztandary, wywieszane na 
pierwszego maja nawet bez odgórnego zarządzenia. Portrety Generalissimusa w każdym 


7 Zob. wnikliwą interpretację tych opowiadań, jako fenomenologii systemu totalitarnego 
w książce Andrzeja Wernera, Zwyczajna apokalipsa. Tadeusz BorowskI I jego wI
a śwIata obo- 
zów. Warszawa 1971. 
8 H. Arendt, KorzenIe totalitaryzmu, s. 361. 


218
>>>
urzędzie i na wystawach sklepowych; nawet u fryzjera wisi "nie tylko przepisowy Stalin, ale 
ponadto Woroszyłow, Mołotow i Budiennyj" (DN 207). Stąd napisy w szkole głoszące, że 
"życie w Sowietach jest najszczęśliwsze" (DN 36).Transparent o treści: "Związek Radziecki 
wyratował nas od okropności wojny! Niech żyje Stalin! Wódz mas pracujących!" (DN 37). 
Cytaty ze "Słownika politycznego" w rodzaju: "ASCETYZM. - Odwraca uwagę mas 
pracujących od walki o lepsze jutro, osiągnięte przez partię Lenina-Stalina" (DN 65). Pod- 
ręcznik pszczelarstwa otwarty zdaniem wielbiącym Ojca Narodu. Słowem, sfera politycznej 
fikcji, szczelnie oddzielona od rzeczywistości, zamknięta i samowystarczalna, w sposób 
nieświadomy groteskowa. Ale równocześnie - podstępnie i niedostrzegalnie wkradająca się 
w myśli ijęzyk. 
Dobrze ten proces przedstawia scena, w której jeden z dawnych, litewskich komuni- 
stów, nie opanowawszy do końca żargonu partyjnego demaskuje niechcący prawdziwe 
intencje władz: "mnie się zdaje, że naród jest dostatecznie uległy", by potem skwapliwie 
i niezdarnie bełkotać o masach 


dostatecznie, karnych, uświadomionych [...] zawstydzony, że nie potrafił od razu dobrać 
odpowiednich słów do właściwego zdefiniowania tego, co chciał wyrazić (DN 276). 
Ale kto właściwie wypowiada słowa "właściwego zdefiniowania"? Narrator poprzez 
mowę pozornie zależną zbliżający się do sposobu myślenia bohatera? Tym chwytem, bez 
kwestii, Mackiewicz bardzo często i chętnie się posługuje. Jednakże, co ciekawe, stop- 
niowe zatruwanie czy zanieczyszczanie mowy przez propagandowe slogany nie jest w tej 
powieści wyłącznie domeną agentów NKGB i NKWD, członków partii czy propagandzi- 
stów. Dotyczy także języka narracji. 
Toteż nie do końca pewne, czy zdanie: "Naj krótszy dzień żegnał krainę narodów 
Związku Radzieckiego i oddalał się na kapitalistyczny zachód" (DN 106) - uznać wy- 
pada za ironiczny żart autora (na określenie ZSRR używa on zwykle negatywnie zabar- 
wionego określenia Sowiety), czy raczej ilustrację procesu zawłaszczania nawet języka 
potocznego przez terminy zaczerpnięte ze słownika propagandy. Właściwość tę szcze- 
gólnie jaskrawo uzmysławia taki oto opis śpiącej wsi: 
Zastawy spuszczone, płaszczyzna wody odbija księżyc w pełni; śpią ptaki, ryba nie 
pluśnie, pies nie szczeka. Tylko krople z młyńskiego koła spadają miarowo i monotonnie. 
[...] Śpi kułak, wróg narodu; śpi po chlewach i stajniach prywatny dobytek chłopów, łań- 
cuch nie brzęknie przy kantarze (DN 277). 
Natomiast ścisły związek propagandy z terrorem najlepiej ilustruje epizod o tym, jak 
cały nakład codziennej gazety został wstrzymany na kilka godzin, a na nogi postawiony 
aparat bezpieczeństwa po to tylko, żeby ponad wszelką wątpliwość ustalić, czy kończąc 
swoje wystąpienie w litewskim sejmie mówca wzniósł, czy też nie, okrzyk na cześć Sta- 
lina. Mogłaby ta opowieść budzić śmiech, gdyby nie to, że za kulisami ponurej groteski 
czai się rzeczywisty strach, groźba śmierci, więzienia lub deportacji. 


*** 


Mackiewicz nie ogranicza się do zgromadzenia jak naj obszerniejszego "materiału 
dowodowego". Podejmuje także ambitną próbę dotarcia do samej istoty fenomenu, 
z którym przyszło mu się życiowo i intelektualnie zmierzyć. Świadom, że ma do czynie- 
nia z systemem tyleż samowystarczalnym, co hermetycznie zamkniętym, podejmuje 
próbę dostarczenia doń kilku kluczy. 
Klucz "antropologiczny". Punktem odniesienia są tutaj trwałe i niezmienne właści- 
wości ludzkiej natury. Jak powiada Karol: 


219
>>>
Bolszewizm nie od radości nieba chce oderwać człowieka, a właśnie przeciwnie, od 
radości ziemi [...] powstał nie z walki z Bogiem, a z walki z człowiekiem, z jego przyro- 
dzonym prawem do wolnego życia (DN 13). 
Klucz "duszoznawczy". Zasadza się na tradycyjnej refleksji o duszy narodu. Zgodnie 
z antytetycznym ujęciem archimandryty Serafima: 
Naród rosyjski kochał stepy i lasy, a sowiecki - kominy fabryczne. Naród rosyjski 
ciągle buntował się przeciw kajdanom, a sowiecki nie tylko się nie buntuje, onje liże! Tak 
zwana "dusza rosyjska" - to była dusza buntu; dusza sowiecka - to dusza psiej uległo- 
ści. Naród rosyjski, niech jemu to Pan Bóg zapomni, to był naród spiskowców, sowiecki 
- szpiclów i prowokatorów, i donosicieli! (DN 85) 
Klucz "psychologiczny". Tu brane są pod uwagę indywidualne cechy ludzkiej psy- 
chiki, zwłaszcza jej złe skłonności. Według Franciszka spod Lasu: 
straszna teraz siła ludziom dana. [...] Dziś słowemjednym można zgubić. Poszedł z dono- 
sem, powiedział co na drugiego i tamten człowiek przepadł (DN 31). 
Klucz "socjotechniczny". Tadeusz Zakrzewski argumentuje: 
Otóż bolszewicy doszli na podstawie studiów bardziej praktycznych niż teoretycz- 
nych, że skoncentrowane kłamstwo ludzkie posiada siłę, której granic na razie nie znamy, 
że można dokonać przewrotu gruntownego w takich dziedzinach, jak mowa ludzka, zna- 
czenie słów itd. [...] twierdzenie zależy nie od jego treści, a od sposobu jego wyrażenia. 
[...] Słowa mają tu znaczenie odwrotne, albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwot- 
ny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jeste- 
śmy świadkami (DN 106-109). 
Klucz "historiozoficzny". Jak wywodzi major Fjodor Mikołajewicz, skoro istnieje ja- 
skrawa rozbieżność pomiędzy prawdą Ewangelii a zbrodniami popełnianymi w imię wiary, 
nie można za nie winić także bolszewików. Uznanie kłamstwa za prawdę jest kwestią czasu 
i przyzwyczajenia: "Przez tysiące lat przywykliśmy nie krytykować spraw wiary świętej, 
a teraz przywykamy nie krytykować wiary bolszewickiej". Terror NKWD i G PU spełnia 
podobną rolę, jaką spełniała inkwizycja. Wolność słowa, krytyki i wypowiadania się to wy- 
raz "pychy jednostki", "upust pragnienia władzy nad innymi, aby im narzucić swoje zdanie". 
Tymczasem "tak zwana wolność słowa prowadzi często do własnej niewoli", bowiem pój- 
ście na kompromisy wobec słuchaczy, skłania do mówienia półprawd i w konsekwencji do 
samozakłamania. "Prawdziwa wolność jest nie w słowach [...J a w milczeniu, żeby słowa nie 
zakłamały własnych, prawdziwych, wewnętrznych myśli" (DN 218-219). 
Klucz "egzystencjalny". Zwierza się przygodny podróżny: 
Bywa taka choroba boli-nie-boli, a nawet jeżeli boli, to nie od bólu, ale taka straszna 
nudność nachodzi i gryzie, i człowiek sechnie nie wiedzieć od czego. [...] Dlatego każdy teraz 
przy sowietach chodzi wszystko równo jak kwaśne jabłko zjadłszy, różnych przyczyn dopa- 
truje się, a głównej zrozumieć nie może. A przyczyna, to ijest: zgryzota (DN 346). 
Przed Orwellem Mackiewicz odtwarza proces kształtowania się nowomowy oraz 
przedstawia jej deformujący wpływ na psychikę i sposób postrzegania rzeczywistości. 
Przed Sołżenicynem - i tyloma jego następcami - przenikliwie zwraca uwagę na fun- 
damentalną rolę kłamstwa w systemie komunistycznym. Nie tylko w tym znaczeniu, że 
głoszone tezy całkowicie rozmijają się z prawdą, ale także i w tym sensie, że ich upo- 
rczywe powtarzanie, pełne arogancji nawet wobec zdrowego rozsądku działa obezwład- 
niająco, stanowi demonstrację siły, dowód, że władza jest wszechwładna i z żadnymi 
ograniczeniami się nie liczy. 


220
>>>
Jest to ponadto swego rodzaju "próba socjologiczna", imponujący przegląd stano- 
wisk i ich głosicieli. Wypowiadają się Rosjanie i Polacy, inteligenci i chłopi, ludzie wy- 
kształceni i analfabeci, były dziennikarz, drwal, duchowny prawosławny, oficer Armii 
Czerwonej i chłop z Białorusi. Jednakże, poddany próbie tak rozmaitych sposobów my- 
ślenia, metod analizy, poziomów wiedzy, przetestowany przez tak wielorakie systemy 
znaczące - opisywany fenomen w niewielkim tylko stopniu odsłania swoją istotę. Wy- 
łania się jedynie pośrednio - jako wyraz przeczenia, składnik porównania lub antytezy, 
człon negacji. Wyraźniej rysują się jego niszczycielskie skutki, zwłaszcza w sferze psy- 
chologicznej, niż ich skryte przyczyny. Ulega przy tym jaskrawym uproszczeniom 
i niejednej deformacji. Wszak, jak powszechnie wiadomo, system komunistyczny nie tyle 
odbiera wolność jednostce, co radykalnie przekreśla jej wartość i znaczenie, dąży do 
całkowitego podporządkowania pojedynczego człowieka wszechwładzy państwa. Trudno 
też zgodzić się na tak radykalne przeciwstawienie Rosji carskiej - Rosji sowieckiej, 
zwłaszcza prezentowania tej pierwszej jako oazy buntu przeciwko państwu. Spoza pseu- 
dodialektycznych wywodów majora wyraźnie prześwituje zła wola oraz przekreślenie 
wyrazistego podziału na dobro-zło oraz prawdę i fałsz. Krótko mówiąc, lepiej wiadomo 
czym analizowany fenomen nie jest, czemu tak brutalnie zaprzecza i jakie nawyki 
w rozumowaniu i postępowaniu łamie, niż czym jest. Jego istotę stanowi bowiem unie- 
ważnienie czy wzięcie w nawias całego systemu tradycyjnych wartości. Na wszelkie 
kryteria zbudowane na fundamencie tych zasad komunizm jest całkowicie i doskonale 
impregnowany. Czy można wobec tego postawić pisarzowi zarzut, że takie podejście bez 
wątpienia trafnie odsłania w systemie komunistycznym jego nihilistyczne założenie, ale 
czyni zupełnie bezradnym wobec jego filozoficznego i ideologicznego wyposażenia? 
Warto przypomnieć, że Droga donikąd nie jest fabularyzowanym studium sowietolo- 
gicznym czy fenomenologią totalitaryzmu, lecz dziełem artystycznym. Wskazane wyżej jej 
braki w znacznej mierze biorą się stąd chyba, że Mackiewicz nie traktuje idei in abstracto, 
lecz poddaje je zazwyczaj próbie życia, domaga się ich uwewnętrznienia. Stąd komentarze 
pisarza nie ograniczają się bynajmniej do cytowanych wypowiedzi, z którymi, co wypada 
podkreślić, tylko częściowo się identyfikuje. Swoistym uzupełnieniem oraz dopełnieniem 
głoszonych poglądów stają się postawy czy dalsze losy wypowiadających je postaci. Karol, 
bliski przyjaciel Pawła, nie wytrzyma presji trudnych warunków życia i niepokoju o swoją 
przyszłość i przeobrazi się stopniowo w rzecznika nowego ustroju: wykładowcę zasad leni- 
nizmu i stalinizmu, a także członka partii. Jest to postać ilustrująca drogę intelektualisty od 
konformizmu do kolaboracji i współudziału w zbrodniach. Archimandryta Serafim będzie 
się ukrywał przed władzami sowieckimi, ajego twarz mignie tylko na moment podczas cudu 
w Popiszkach, jak gdyby pop rozpaczliwie szukał remedium na panujące zło nie w samej 
religii, lecz w jej prymitywnej ludowej odmianie, graniczącej z zabobonem i gusłami. Fran- 
ciszek spod Lasu sam staje się donosicielem. Tadeusz Zakrzewski, jedyny w powieści rzecz- 
nik walki zbrojnej z bolszewikami, ginie w zasadzce - zadenuncjowany przez, zdawałoby 
się, sympatyka dawnego ustroju i zatłuczony kijami przez chłopów 9 . Major Fiodor Mikoła- 
jewicz, dawny oficer carski a teraz sowiecki, uzasadnia ironicznie swoją lojalność wobec 
Stalina dawną zasadą, że władza pochodzi od Boga. Anonimowy chłop pociesza się myślą, 
że bieda bywa swego rodzaju przywilejem, może bowiem ochronić przed deportacją. 
Mackiewicz celowo i konsekwentnie nie podejmuje polemiki z ideologią czy doktry- 
nąkomunistyczną. Jego ocena jest jednoznaczna i w dużym stopniu pokrywa się z oceną 
Zakrzewskiego. 


9 Wacław Lewandowski pisze interesująco o związku tej sceny ze snem-koszmarem Raskolni- 
kowa ze ZbrodnI I kary Dostojewskiego (zob.: W. Lewandowski, Józef Macldewlcz. Artyzm. BIo- 
grafia. Recepcja. Londyn 2000 s. 207-209). 


221
>>>
Bolszewizm predestynowany jest do tego, aby zniszczyć bez reszty siły niebolszewickie. 
I to w każdym wypadku. Nie broniąc się, nie walcząc ułatwiasz mu tylko zadanie zniszczenia 
samego siebie [...] jeżeli walcząc masz znikome szanse na życie, to nie walcząc nie masz żad- 
nych. Bolszewizm likwiduje bowiem nie za czyn wrogi, a za odmienną myśl. 
System komunistyczny jest zatem ucieleśnieniem czystej negacji. Skąd radykalny 
wniosek: 


Otóż skoro uważam, że bolszewizm jest złem samym w sobie, złem obiektywnym, 
wolę, żeby mego narodu nie było wcale, niż żeby był narodem bolszewickim i stał się in- 
strumentem do rozpowszechniania zła na świecie! (DN 177). 
Tak sformułowanego przekonania pisarz nigdy nie zmieni. Nie tylko - podobnie jak 
Herbert czy Herling-Grudziński - odmówi komunizmowi zrozumienia, ale także będzie 
ostro atakował w publicystyce wszystkich tych, co wierzyli w jego "reformowalność" 
oraz możliwość obalenia go demokratycznymi i pokojowymi środkami. Najwyraźniej się 
mylił. Ale może dlatego właśnie wymowa Drogi donikąd jest tak katastroficzna? Bo 
właściwie wszyscy protagoniści powieści przegrywają. Karol, dokonuje moralnego sa- 
mobójstwa, Zakrzewski zostaje zamordowany, Weronika znajdzie się wśród aresztowa- 
nych przez NKGB, Pawła pozostawia autor w głębi puszczy, bez szansy przeżycia, na 
drodze wiodącej do bagiennej topieli. Klęskę ponoszą zarówno jawni kolaboranci, jak 
rzecznicy chronienia "narodowej substancji" oraz inicjatorzy zbrojnego oporu. Przed 
wszystkimi majaczy perspektywa deportacji, czyli duchowego i fizycznego unicestwie- 
nia, która, co autor mocno podkreśla, obejmuje każdego - niezależnie od statusu spo- 
łecznego i postawy zajmowanej wobec nowego ustroju. Jedyną nadzieję budzi w powie- 
ści perspektywa wybuchu nowej wojny. 
Drogą donikąd byłby zatem nie tylko system komunistyczny, ale także wszelkie pró- 
by paktowania z nim czy przeciwstawienia się jemu? Oczywiście, niektórym bohaterom 
udaje się zachować osobistą godność. Czy jednakże ich wola oporu to, jak pisał Miłosz, 
wyraz buntu jednostki przeciwko Bestii Społecznej? Czy raczej - przeciwko jej wyjąt- 
kowym roszczeniom? Przecież Pawła, byłego dziennikarza, który wolał zostaĆ drwalem, 
woźnicą i przemytnikiem niż pracować w sowieckiej prasie, utrzymuje na powierzchni 
życia i przeżycia wątła pajęczyna pomocy i życzliwości nieraz przypadkowo spotkanych, 
ludzi reprezentujących, co ważne, rozmaite grupy i narodowości. Tutaj Bestia Społeczna 
chowa swoje kły i pazury, przybierając łagodniejszą postać cienia dawnej wspólnoty. 
Mackiewicz nie tyle jest, jak sądzę, rzecznikiem jednostki skłóconej ze zbiorowością, 
lecz raczej innej zbiorowości - zorganizowanej i żyjącej wedle prastarych naturalnych 
praw. Obrona wolności jednostki nie wyrasta u niego, jak twierdził Stasiński 10 - a przy- 
najmniej nie wyłącznie - z tradycji dziewiętnastowiecznego liberalizmu. Bo nie przy- 
padkiem w powieści pojawia się nostalgiczna wizja dawnych czasów, tych sprzed so- 
wieckiej inwazji: 
Były to ziemie nie tylko litewskie, białoruskie i polskie jednocześnie, zjednoczone 
w przeszłości i pokłócone współcześnie; zamieszkiwali je też Żydzi i Rosjanie; na tych zie- 
miach zwycięscy w wojnach tatarskich wielcy książęta osadzali przed wiekami jeńców dając 
im grunty i przywileje. Dlatego wśród sosen północnych zdarzało się spotykać jeszcze mina- 
rety z półksiężycem; tu, w stołecznych ongiś Trokach nad potrójnymjeziorem, zasiedli krym- 
scy Karaimi, wyznający Pięcioksiąg Mojżeszowy, ale odrzucający Talmud; kościoły katolic- 
kie budowano przeważnie w stylu włoskiego baroku, rzadziej w gotyku; cerkwie prawosław- 
ne w niezmiennie kopulastobizantY-jskim stylu; z czasów Reformacji zostało trochę wyznaw- 
ców Kalwina, mniej Lutra; w bardziej zaś odległych od miast stronach, wśród lasów i bagien, 
ludzie szukający prawdy poddawali się wpływom różnorakich sekt [...]. Ale opisywać szcze- 


10 P. Stasiński, Komunizmjako choroba..., s. 57. 


222
>>>
gółowo ludzi tego kraju byłoby równie długo, co wymieniać wszystkie jego rośliny, zwierzęta 
albo rzeki ijeziora, które z dużej wysokości dostępnej dziś samolotom wydają się być podob- 
ne kałużom, ostałym po wielkim deszczu (DN 15). 
Mackiewicz także spogląda na te ziemie z niebotycznej wysokości - z perspektywy 
mitu. Zacierają się, nawet dokonujące się w dwudziestym wieku, zmiany historyczne, unie- 
ważnieniu ulegają przesuwające się ustawicznie granice państwowe, tracą na znaczeniu 
konflikty narodowe, religijne czy polityczne (ani słowa o rozgorzałych szowinizmach!). 
Mityczne Wielkie Księstwo Litewskiell jawi się niby model europejskiej cywilizacji, tro- 
skliwie i cierpliwie gromadzącej przez wieki rozmaitość inspiracji, porządkującej bogactwo 
estetycznych rozwiązań i religijnych poszukiwań, stającej w obronie płodnej wielości dróg 
wiodących do prawdy. Organicznie wrośnięte w ziemię i przyrodę tej części Europy, stanowi 
przy tym oryginalne i swoiste, nie dające się powtórzyć, przetworzenie inspiracji zarówno 
z Zachodu, jak ze Wschodu. Może być wreszcie uznane za wzór tolerancji oraz harmonijne- 
go współbytowania rozmaitych grup narodowościowych, kulturowych i religijnych, poczu- 
cia jedności unieważniającego wszelkie podziały. 
Burzyciel, kresowych zwłaszcza, mitów i stereotypów 12 odsłania w tej powieści swoje 
zasadnicze rozdarcie: pomiędzy nieziszczalną utopią konserwatywną a brutalnie ziszczoną 
utopią czy raczej antyutopią "rewolucyjną", pomiędzy płodną, ale unicestwioną, wielowa- 
riantowością kulturowego rozwoju a obecną, jałową i wyjaławiającą, jego homogenizacją. 
Staje wobec nierozstrzygalnego dylematu: jak pozostać wiernym przeszłości historycznej, 
która może w tej postaci nigdy nie istniała, a zarazem pogodzić się z teraźniejszością, która 
w obecnym kształcie jest dla niego nie do przyjęcia. Konsekwentny antykomunizm, obda- 
rzający bezlitosną i godną najwyższego podziwu ostrością widzenia zagrożeń, jakie niesie 
każda forma totalitaryzmu, spotyka się nieoczekiwanie z troskliwie chronionym marzeniem 
o raju Litwy historycznej. Z tego głębokiego pęknięcia tryskają zarówno siła i oryginalność, 
jak też słabości i ograniczenia całego pisarstwa Mackiewicza. 


11 O związku idei Wielkiego Księstwa z ideologią tzw. "krajowców" w pisarstwie Mackiewi- 
cza pisze obszernie Maria Zadencka (W poszukIwanIu utraconej ojczyzny. Obraz LItwy I BIałorusI 
w twórczoścI wybranych polsldch pIsarzy emIgracyjnych. FlorIan CzernyszewIcz, MIchał Kryspin 
PawlikowskI, MarIa Czapska, Czesław Miłosz, Józef MacldewIcz. Uppsala 1995 s. 154-161). 
12 Zob. np.: ]. Jarzębski, Exodus. Ewolucja obrazu kresów po wojnIe, [w:] tegoż, W Polsce 
czyli wszędzIe. Kraków 1991; M. Zadencka, W poszuldwanIu utraconęj ojczyzny... . 


223
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


SPRAWY I SPRAWKI 
MIASOJEDOWÓW 


jan ZIELIŃSKI (Szwajcaria) 


We wprowadzeniu do powieści Sprawa pułkownika Miasojedowa Józef Mackiewicz 
opowiada, jak przeglądając stare gazety natknął się w angielskim dzienniku "The Times" 
z roku 1915 na artykuł dotyczący sprawy rosyjskiego pułkownika nazwiskiem Miasoje- 
dow, oskarżonego o działalność szpiegowską na rzecz Niemiec, która miała się znacznie 
przyczynić do klęsk rosyjskich na terenie Prus Wschodnich. Pisarz powiada, że artykuł 
ten obudził w nim różne wspomnienia okoliczności oraz osób - z niektórymi zetknął się 
był w młodości osobiście. Wspomnienia te zachęciły go do bliższego zajęcia się sprawą, 
którą porównuje do słynnej sprawy Dreyfusa i zastanawia się, dlaczego sprawa Dreyfusa 
dała asumpt do powstania tylu książek, podczas gdy analogiczna sprawa Miasojedowa 
nie stała się dotąd tematem książki. 
Taka jest jawnie przez autora głoszona geneza powieści Sprawa pułkownika Miaso- 
jedowa. Teraz, gdy ukazał się tom Bulbin z jednosielca, zawierający obszerny wybór 
rozproszonych tekstów prasowych Mackiewicza z lat 1922-1936, na owe intrygujące 
wspomnienia z młodości pada dodatkowe światło. Znalazł się bowiem w tym tomie tekst, 
opublikowany pierwotnie w wileńskim "Słowie" (1935 nr 97), a zatytułowany W l05-ym 
Orenburskim. Fragment dotyczący interesującej nas postaci zaczyna się, podobnie jak 
powieść, od publikacji prasowej: 
Onegdaj w ryskiej gazecie ukazały się notatki z pamiętnika literata Mincłowa, który 
umarł w roku zeszłym w Rydze. Niektóre ciekawe, dotyczą słynnego pułkownika żan- 
darmerii Miasojedowa, rozstrzelanego następnie przez sąd wojenny za rzekome uprawia- 
nie szpiegostwa na rzecz Niemiec podczas wojny. 


Ze wspomnień Mincława wynika, że przed sprawą o szpiegostwo, która stała się te- 
matem powieści Mackiewicza, Miasojedow miał u początku swej kariery wojskowej inną 
sprawę, dyscyplinarną. Rzecz działa się właśnie w Wilnie, a chodziło o wychłostanie 
hotelarza, z którego żoną Miasojedow (podówczas sztabskapitan) miał romans. Powodem 
owej samowoli nie był oczywiście sam fakt romansu, ale to, że hotelarz ośmielił się kie- 
dyś zaczepić Miasojedowa na ulicy, groził mu i nawet próbował go spoliczkować (Mac- 


224
>>>
kiewicz: "Oficera na ulicy!... To nie przelewki. Miasojedow odznaczał się wielką siłą 
fizyczną. Pochwycił przeciwnika za kołnierz i rzucił nim w błoto uliczne" l). 
Siergiej Mincław (1870-1933) znał dobrze tę sprawę, ponieważ w latach 1890-1892 
służył w 106. pułku piechoty w Wilnie. Nie miałem dostępu do oryginału jego wspo- 
mnień oMiasojedowie (Żandarmskij połk. Miasojedow i Jekaterina Miasojedowa); po- 
stać autora niewątpliwie zasługuje na uwagę. Ten prozaik, bibliograf i archeolog był też 
działaczem ruchów teozoficznego i różokrzyżowego. Debiutował tomem wierszy, wyda- 
nym w Odessie (1897). Wśród jego sztuk jedna (Bojaryn Kuczko, 1901) ukazała się 
w Warszawie. W roku 1904 wydał utwór prozą, którego tytuł zwrócił zapewne uwagę 
Józefa Mackiewicza: Wijesach Litwy. Po pierwszej wojnie był dyrektorem rosyjskiego 
gimnazjum w jugosłowiańskim mieście Novi Sad. Od roku 1926 mieszkał w Rydze, 
gdzie wydał kilkanaście książek. W roku 1930 w konkursie literackim, zorganizowanym 
na Litwie dla uczczenia pięćsetlecia wielkiego księcia Witolda, jego powieść Orlinyj 
wzijot dostąpiła zaszczytu wydania ze środków komitetu jubileuszowego (nagród nie 
przyznano). Był człowiekiem jowialnym, o dobrodusznej twarzy, wysokim czole, krza- 
czastych brwiach, szerokim nosie, długich wąsach i szpiczastej bródce. 
Mamy zatem pierwszą sprawę Miasojedowa (dyscyplinarną w Wilnie), mamy i dru- 
gą, zasadniczą, o szpiegostwo - zakończoną wyrokiem śmierci, wykonanym w Warsza- 
wie w roku 1915. Ale na tym się akcja powieści Mackiewicza nie kończy, pozostaje jesz- 
cze obszerna część, zatytułowana Sprawa Klary Miasojedowej: rzecz o tym, jak fałszywe 
oskarżenie wobec męża ciągnęło się za żoną, której nie pomogła zmiana nazwiska przez 
powtórne zamążpójście. Historia się powtarza, następuje "pełny obrót koła" kiedy drugi 
mąż Klary, Marian Szatkowski, zimą 1939/1940 w Wilnie oskarżony zostanie przez opi- 
nię publiczną o zdradę. 
Wróćmy do wspomnienia, zatytułowanego W l05-ym Orenburskim. W roku 1949 
Mackiewicz w wydawanym w Londynie piśmie "Lwów i Wilno" (podobnie jak "Słowo" 
redagowanym przez brata pisarza, Stanisława) opublikuje tekst wspomnieniowy pod tym 
samym tytułem, w którym znów będzie mowa o Miasojedowie. Dwa te teksty nie mają 
jednak, prócz tytułu, wielu miejsc wspólnych. Tym bardziej warto je porównać, przynaj- 
mniej w kwestiach, które wiążą się z przyszłą powieścią Mackiewicza. 
Mincława tym razem w ogóle nie ma. Pisząc o młodzieńczych wybrykach Miasojedowa 
w Wilnie, Mackiewicz powołuje się na lokalną tradycję ustną i samokrytycznie dystansuje 
się od szczegółów, które czternaście lat temu tak barwnie opisywał w "Słowie": 
Bardzo starzy kelnerzy wileńscy sprzed pierwszej wojny pamiętali jeszcze jakieś 
anegdotyczne wybryki, których treści ja z kolei nie pamiętam, być może dlatego, że słu- 
chałem opowiadań o nich zazwyczaj przy wódce 2 . 
Następnie Mackiewicz przedstawia dość pobieżnie dalsze, po-wileńskie dzieje Mia- 
sojedowa (praca w żandarmerii na stacji granicznej w Wierzbołowie, małżeństwo z panną 
Hollstein, poznaną w Wilnie córką zamożnych przemysłowców niemieckich, oskarżenie 
i proces, egzekucja w Warszawie, zesłanie wdowy na Syberię). Jako zjawisko chronolo- 
gicznie równoległe ("Mniej więcej w tym samym czasie") przedstawia aresztowanie 
w zajętym przez Rosjan Lwowie i zesłanie do tej samej wioski, w której przebywała 
Miasojedowa, współpracownika austriackiej agencji prasowej Mariana Szydłowskiego. 
W tym miejscu pojawiają się wspomnienia osobiste, Szydłowski bowiem po powro- 
cie z zesłania osiadł w Wilnie i został z czasem dyrektorem wileńskiego oddziału PAT 
i prezesem Syndykatu Dziennikarzy Wileńskich. Mackiewicz, płodny dziennikarz "Sło- 


l Józef Mackiewicz, BulbIn zjednosIelca. Londyn 2001 s. 334 (DzIeła, t. 14). 
2]. M[ackiewiczJ, W 105-ym Orenbursldm, Lwów i Wilno 1949 nr 12. 


225
>>>
wa" i bywalec wileńskich lokali, znał dość dobrze Szydłowskiego ijego żonę, wdowę po 
Miasojedowie. Nie tylko. Znał też pewną staruszkę, która wysiadywała przed wileńskimi 
restauracjami, sprzedając mydło. Przypadkiem od jednego z naj starszych wileńskich kel- 
nerów dowiedział się, że ta biedna staruszka to była wileńska piękność, za którą szalał 
kiedyś Miasojedow ze 105. Pułku Orenburskiego. 
Ostatnia część wspomnienia poświęcona jest wojennym losom Szydłowskiego, który 
po wkroczeniu do Wilna wojsk radzieckich w roku 1940 skorzystał z niemieckiego po- 
chodzenia żony i oboje wyjechali na zachód. Mackiewicz odnotowuje reakcję opinii pu- 
blicznej na takie przypadki: 


Wilno nie ukrywało swej dezaprobaty, nie była to wszakże dezaprobata przekraczają- 
ca granicę tej, jaką obdarzano przed wojną ludzi, którzy na ul. Zawalnej uciekali się do 
formalnej zmiany religii, by uciec od pożycia, które im wydawało się nie do zniesienia. 


Sam powstrzymuje się od osądu. Widać jednak wyraźnie, że splot okoliczności, jakie 
wyznaczają biografię Miasojedowa, jego żony i jej drugiego męża już wtedy rysował mu 
się w kategoriach powieściowych: 
Tu nie ma też żadnej pointy. To prosty splot wydarzeń. Ułożyłby się zapewne inaczej, 
gdyby... gdyby na przykład przed kilkudziesięciu laty, ktoś tam, w nieznanych biurach car- 
skiej hierarchii wojskowej nie zadecydował, że 105-ty Orenburski ma stać garnizonem 
w Wilnie? Zapewne, zapewne. Zwyczajna fabuła powieści, do której nie mam prawa się mie- 
szać, wpleciona w odcinek historii, od której zawisłe są losy nas wszystkich. 
Dwa teksty wspomnieniowe o jednakowym tytule stanowią etapy dojrzewania fabu- 
ły, przechodzenia od faktów historycznych i biograficznych przez wspomnienia własne 
po odrębną logikę powieściową. Warto zauważyć, że w tym procesie następuje swoista 
multiplikacja. Zamiast jednej sprawy Miasojedowa mamy oto do czynienia z kilkoma 
(przy czym ich ranga zmienia się z upływem czasu): buńczucznego oficera w Wilnie, 
rzekomego szpiega, jego żony i jej drugiego męża - jakby "drugiego Miasojedowa". 
A przy tym nasuwa się wrażenie, że cały czas jest to jedna i ta sama sprawa. Sprawa 
pomiędzy dążącą do transgresji jednostką a nietolerancyjną opinią publiczną. 
O tej uniwersalności "sprawy Miesojedowa" myślałem jesienią roku 2000 we Frank- 
furcie, kiedy to na targach książki wpadła mi w ręce książka biograficzna, poświęcona 
mieszkającemu w Lichtensteinie rosyjskiemu arystokracie i mecenasowi sztuki, Eduar- 
dowi baronowi Falz-Feinowi 3 . Założyciel rodu Feinów przybył na Ukrainę z Wirtember- 
gii w drugiej połowie XVIII wieku. O tym, jak Falz-Feinowie zrobili krociowy majątek 
na hodowli owiec, opowiada barwnie w swych wspomnieniach Lew Trocki. Pod koniec 
XIX wieku rodzinny interes bardzo się rozwinął, obejmując flotyllę parostatków, nieza- 
marzający port nad Morzem Czarnym, posiadłość Preobrażenka (w której częstym go- 
ściem bywał Ajwazowski) oraz fabrykę konserw. W książce Nadieżdy Danilewicz za- 
mieszczono reprodukcję polskojęzycznego plakatu sprzed I wojny, reklamującego "Czar- 
nomorsko-Azowską Fabrykę Konserw S. B. Falz-Fein" w Odessie, z charakterystycznym 
znakiem firmowym, przedstawiającym "rybkę na welocypedzie". 
W biografii barona Falz-Feina dla miłośnika Józefa Mackiewicza najważniejsze są 
niewątpliwie dwa sąsiadujące ze sobą i podobnie zatytułowane rozdziały: Rosjanie 
w Lichtensteinie. Miasojedow i Rosjanie w Lichtensteinie. Bez skruchy. 
Zacznijmy od drugiego. Falz-Fein relacjonuje w nimjak to pewnej chłodnej majowej 
nocy roku 1945, o piątej nad ranem, zadzwonił do niego premier Lichtensteinu, żądając 
jego obecności na granicy w charakterze tłumacza i fotografa. Na granicy alpejskiego 
państewka pojawiła się bowiem grupa pięciuset żołnierzy i oficerów, w mundurach nie- 


3 N. Danilevic, Baron Falz-FeIn. ZIzjz russkogo arIstokrata. Moskva 2000. 


226
>>>
mieckich, ale pod trójkolorową flagą rosyjską. Wśród nich był też wielki książę Włodzi- 
mierz, jego jednak jako osoby cywilnej do Lichtensteinu nie wpuszczono. Baron uczest- 
niczył w pertraktacjach. W ich trakcie okazało się, że dowódca tej grupy niedobitków 
RONA, Arthur Holmston, to w rzeczywistości były oficer carski, Borys hr. Smysłowski 
(1897 -1988), który w czasie wojny domowej walczył pod rozkazami Denikina, a w okre- 
sie międzywojennym był emigrantem, czynnym w Polsce jako przedsiębiorca; po wojnie, 
dodajmy, wyemigrował do Argentyny. Towarzystwo jak z Kontry. Falz-Fein rekonstruuje 
logikę Smysłowskiego: liczył, powiada, na to, że Hitler i Stalin wykończą się nawzajem; 
wiedział o spisku niemieckich oficerów przeciw Hitlerowi, a odjeńców wojennych z Armii 
Czerwonej dowiedział się, że w Związku Radzieckim też ludzie nie są zadowoleni. Na tym 
budował swoje plany, które jednak pod koniec wojny runęły jak domek z kart. 


Wtedy, mając nadzieję, że uratuje resztki swej armii, przedostał się z Wrocławia 
w stronę Alp. Pewien dziennikarz szwajcarski poradził mu, żeby prosił o schronienie 
w neutralnym Lichtensteinie 4 . 
Nadieżda Danilewicz i baron Falz-Fein powołują się, przedstawiając sytuację niedo- 
bitków RONA, nie na Kontrę, tylko na książkę Nikołaja Tołstoja Victims of YaJta. Ale ton 
jest ten sam: podkreślają, że wielu spośród tych, których alianci siłą wydali Związkowi 
Radzieckiemu, wybierało samobójstwo. 
Jeśli chodzi o ocenę dowódcy internowanych w Lichtensteinie wojsk, baron jest da- 
leki od entuzjazmu. 
Nie ma w tym nic dziwnego, powiada, taki był powszechny stosunek starych Rosjan 
do tych, którzy współpracowali z Niemcami, nawet jeśli czynili to w dobrym zamiarze. 
Wszyscy emigranci byli przeciwni i piętnowali taką postawę kolaboracji. Smysłowski 
sam wybrał swój los. A młodzi żołnierze poszli za nim, żeby się wyrwać z niemieckiej 
niewoli. Dodatkowo Smysłowski nie budził sympatii przez to, że rozstrzelał niektórych 
swoich żołnierzy, którzy coś tam pod koniec wojny przeskrobali. Takie bezsensowne 
okrucieństwo trudno czymś uzasadnić czy usprawiedliwić. Przecież życie tych Rosjan 
i tak było dość beznadziejne 5 . 
Wkrótce po internowaniu Rosjan wypadła Wielkanoc. Miejscowi harcerze nazbierali 
po okolicznych wsiach kilkaset jajek, zrobili z nich pisanki, nauczyli się od barona kilku 
słów po rosyjsku i przyszli do rosyjskiego obozu z życzeniami. 
Po zakończeniu wojny władze radzieckie próbowały odzyskać żołnierzy i oficerów, 
którym Lichtenstein udzielił tymczasowego azylu politycznego. W wielu przypadkach 
udało się zastraszyć młodych żołnierzy bądź omamić ich obietnicą amnestii. Pozostało 
143, którzy w roku 1945 uzyskali azyl w Argentynie generała Perona. Wraz z nimi wyje- 
chał dowódca, który na drugiej półkuli raz jeszcze dorobił się majątku i na starość po- 
wrócił do Lichtensteinu. 
Dla barona Falz-Feina los niedobitków RONA stał się punktem wyjścia do poszukiwań 
historycznych. Analogia trochę odległa, ale przecież w 1799 r. w tych samych okolicach, 
najpierw przez Szwajcarię, potem przez Austrię, przechodziły wojska osławionego rzezią 
Pragi Suworowa. Baron podejrzewał, że musieli też zahaczyć o Lichtenstein; i rzeczywiście, 
w lokalnym archiwum kościelnym znalazł zapis: "Rosjanie zjedli w Lichtensteinie wszystkie 
kury". Kontynuował poszukiwania archiwalne i ustalił, że w nocy z l O na 11 października 
1799 r. armia rosyjska rozbiła obóz w miejscowości Balzers, w południowej części księstwa. 
Dziś upamiętnia to ufundowana przez barona tablica. 


4 Tamże, s. 134. 
5 Tamże, s. 136. 


227
>>>
Nie będę tu streszczał poprzedniego rozdziału biografii Falz-Feina, ponieważ dużo 
obszerniejszym źródłem do biografii i twórczości Iwana Miasojedowa jest książka, do 
której dotarłem naturalną koleją rzeczy, a mianowicie wspaniale wydany katalog, opubli- 
kowany w roku 1997 z okazji poświęconej temu malarzowi wystawy retrospektywnej 
w Vaduz 6 . 
Źycie Iwana Miasojedowa to jedno pasmo transgresji. Urodził się 30 września/ 12 
października 1881 w Charkowie jako nieślubny syn znanego malarza Pieredwiżnika, 
Grigorija Miasojedowa (1834-1911) i malarki Kseni Iwanowej (1860-1899). Ojcem 
chrzestnym był niejaki Sachar Zotow - stąd późniejsze przybrane nazwisko Miasoje- 
dowa. Z własnym nazwiskiem też będzie igrał. Jako zapaśnik będzie przez pewien 
czas występował pod pseudonimem Rybojedow. Motyw pożerania mięsa, żywego 
bądź martwego, pojawia się często w jego twórczości artystycznej (pies rozszarpujący 
pawia - kat. 105 i 106, psy wygrzebujące trupy - kat. 127)7. Malarz był też świa- 
dom tożsamości znaczeniowej swego nazwiska ze słowem sarkofag: jeden z listów do 
zaprzyjaźnionego malarza Masjutina podpisał "Profesor Akademii Duchownej - 
Ojciec Ioann Sarkofagow"8. Data urodzenia także odgrywała dla niego istotną rolę. 
W kalendarzu gregoriańskim w ten dzień czci się św. Hieronima. Miasojedow w roku 
1923 malował niekanoniczne sceny z życia tego świętego; naszkicował też poświęco- 
ny mu ołtarz. W przedstawieniach tych odwołuje się do legendy, zgodnie z którą Hie- 
ronim prosił niebiosa o towarzyszkę w swym samotnym życiu i otrzymał lilię, która 
przemieniła się w kobietę, z którą święty wędrował na oswojonym lwie po pustyni; po 
śmierci jego towarzyszka przemieniła się w niebieskiego gołębia (symbol nadziei, 
częsty u rosyjskich symbolistów)9. 
Wróćmy wszakże do życiorysu. Młody Miasojedow buntuje się przeciw ojcu. 
Wprawdzie uczęszcza do moskiewskiej szkoły malarstwa, rzeźby i architektury, ale rów- 
nocześnie pasjonuje się kulturystyką i zapasami. Kończy kursy założonego przez hrabie- 
go Ribaupierre'a Towarzystwa Atletycznego. Współpracuje jako rysownik z czasopi- 
smem sportowym "Gierkules". Sam występuje jako atleta w różnych cyrkach, w Rosji 
i zagranicą. 
Druga dziedzina aktywności, spokrewniona z kulturystyką, to kult nagości. Miasoje- 
dow w latach przed wybuchem I wojny światowej jest głosicielem haseł powrotu do 
natury i kultu swobody ciała. Wraz z grupą przyjaciół urządzają nagie tańce na łonie 
natury, fotografując się w wyszukanych pozach, często zaczerpniętych z antycznej mito- 
logii. W roku 1911 w piśmie "Nagota na scenie" ukazuje się tekst Miasojedowa Manifest 
o nagotie, ilustrowany stosownym zdjęciem autora w stroju Adama. 
Rok 1911 jest dla Miasojedowa bogaty w wydarzenia. Opublikował manifest o nago- 
ści. Poślubił Ludmiłę Fridmann (za rok urodzi im się syn, ale małżeństwo wkrótce się 
rozpadnie). Namalował monumentalny obraz (dziś zaginiony) Centa uroma chia, za który 
uzyskał stypendium zagraniczne. Wreszcie pod koniec roku umarł mu ojciec (cykl rysun- 


6 Ivan MIassojedoff/Eugen Zotow l88l-l953. Spuren eInes Exlls. Bern 1997. Dalej cytowane 
jako: Spuren... Do poszczególnych prac Miasojedowa odsyłam skrótem "kat." i numerem pracy. 
Ukazała się także wersja rosyjska katalogu, nieco skrócona i w mniejszym formacie. Retrospekty- 
wa trwała od 28 września 1997 do 18 stycznia 1998. Wiosną 1998 pokazano ją w Galerii Tretia- 
kowskiej. 
7 Obszerniej pisze na ten temat John E. Bowlt w artykule Gefahrliche Querungen. Ivan MIas- 
sojedoffund dIe Kultur der Grenzverletzungen, [w:] Spuren..., s. 102-113. 
8 Spuren..., s. 88 i 91. List ze stycznia 1936. 
9 Zob.: Der hl. HIeronymus und andere religI6se Themen, [w:] Spuren..., s. 278-285, kat. 151 
i 152. 


228
>>>
ków, przedstawiających starego Miasojedowa na łożu śmierci, kat. 27 i 28, poraża eks- 
presją, są to jakby antyczne maski Dionizosa, a może i Zeusa). Rodzinne dobra Pawlenki 
pod Połtawą przeszły na Iwana Miasojedowa. 
Na okres pierwszych lat XX wieku przypada też epizod, świadczący o gotowości 
Miasojedowa do zniesienia bólu, jeśli taka jest cena za zmianę siły oddziaływania ciele- 
snego i duchowego. Młody malarz i atleta zamówił sobie u wędrownego japońskiego 
żonglera specjalny tatuaż brwi i powiek, dzięki czemu jego oczy do końca życia spra- 
wiały demoniczne wrażenie 10. Kiedy w roku 1913 Michaił Łarionow w piśmie "Argus", 
w manifeście Poeemu my raskrascaivaemsja, głosił wyższość malowania twarzy nad 
tatuażem jako formy wyrazu osobowości artysty, miał zapewne na myśli właśnie rady- 
kalny, bo niezmywalny postępek Miasojedowa. 
W tym też czasie poznał Miasojedow córkę wędrownych artystów cyrkowych, tan- 
cerkę Malvinę Vernici, która pozostanie do końca towarzyszkąjego życia. Dla niej urzą- 
dzi w Połtawie wieczory tańców narodowych, dla niej będzie projektował kostiumy 
i afisze. Ona zaś urodzi mu w roku 1915 córkę Isabelle, a po jego śmierci zaopiekuje się 
spuścizną i przyczyni się do pośmiertnego odkrycia Iwana Miasojedowa. 
Rewolucję i wojnę domową przeżył Miasojedow na Ukrainie. W roku 1918 był, wedle 
własnego zeznania, reporterem artystycznym przy armii generała Denikina, w roku 1919 
pracował, jak się zdaje, przy inwentaryzacji zamków i innych posiadłości na Krymie. O tym 
okresie nie rozmawiał jednak nigdy w Lichtensteinie ani z Holmstonem ani z baronem Falz- 
-Feinem. Nie zachowały się szkicowniki z wojny domowej. Motywy okropieństwa wojny 
pojawiają się natomiast w jego twórczości w pracach o charakterze alegorycznym. 
Już na emigracji powstał przejmujący obraz, który swym klimatem przypomina niektó- 
re płótna Malczewskiego: Pożegnanie z Pawlenkami (kat. 77). Lewą część zajmuje biały 
mur, zwieńczony rzeźbą obojętnego lwa. Z prawej drewniane wrota, w których stoi, tyłem 
do widza, biało-rudy pies i patrzy smutno na ciągnącą się ku horyzontowi drogę, na której 
majaczy sylwetka odjeżdżającego w nieznane powozu. Wrota sąjeszcze otwarte, ale stary 
sługa w narzuconym na ramiona szynelu już się szykuje, by je na zawsze zamknąć. 
Szczegóły wyjazdu Miasojedowa i jego nowej rodziny na zachód nie są dobrze zna- 
ne. Wiadomo, że trasa wiodła przez Krym, gdzie Miasojedowa aresztowano i o mały 
włos nie rozstrzelano, Augsburg, gdzie chorował na tyfus i Berlin, gdzie osiadł pod ko- 
niec roku 1921, zasilając licznąjuż wówczas kolonię rosyjską. 
Miasojedow w Berlinie przeżywa transformację. Czterdziestolatek, nie bardzo może 
epatować nagością (choć w archiwum zachowało się zdjęcie, na którym, rozwalony w fo- 
telu, z siwiejącą po bokach bujną brodą, nago pozuje jako Herkules). Zapuszcza, jako się 
rzekło, brodę i wygląda teraz jak bojar rosyjski albo jak młodszy brat Tołstoja. W roli 
bojara występuje zresztą w filmie Spielereien einer Kaiserin (1929). Poza tym projektuje 
kostiumy dla Malviny Vernici i maluje na zamówienie portrety, głównie mieszkających 
w Berlinie Rosjan (kat. 88, 89), ale też na przykład włoskiego dyplomaty Savignone 
ijego rodziny (kat. 90), co świadczy o pewnej pozycji społecznej. 
Pomimo tych oznak stabilizacji w okresie berlińskim skłonność do transgresji nadal 
cechuje działalność Miasojedowa i jego partnerki. Oto kolejne etapy: w roku 1922 Ma- 
lvina zostaje zatrzymana przy próbie rozmienienia fałszywego banknotu. W roku 1923 
oboje są aresztowani pod zarzutem sporządzania i wprowadzania do obiegu fałszywych 
pieniędzy. W roku 1924 Miasojedow dostaje wyrok trzyletniego więzienia, a jego part- 
nerka - 9 miesięcy. W Moabicie maluje arabeski i groteski w więziennej kaplicy (znisz- 
czonej w czasie II wojny światowej). Zwolniony przed terminem, w roku 1925, próbuje 


10 Zob.: Spuren..., 77 i 90 (p. 11) oraz 105 i 1113 (p. 9). 


229
>>>
zarobić na życie jako grafik i portrecista. Maluje też, na swoją zgubę, zwierzęta w berliń- 
skim ZOO. W roku 1932 policja przeprowadza kolejną rewizję w domu Miasojedowych, 
podejrzewając artystę o wytwarzanie fałszywych banknotów funtowych i dolarowych, 
które pojawiły się w Berlinie. Zdradziły go miniaturowe studia rysunkowe bawołów na 
jednej z płyt drukarskich, znalezionych w mieszkaniu wspólnika: były identyczne z ry- 
sunkami, robionymi w ZOO. Od marca 1933 do grudnia 1934 Miasojedow siedzi w wię- 
zieniu w Luckau - powstają wtedy szkice olejne z widokami z okna (kat. 94 i 95) oraz 
rysunki z życia codziennego w więzieniu (kat. 96 i 97). 
Dość zdumiewająca jest dezynwoltura i wyrozumiałość, zjaką autorzy katalogu (a ze 
swej strony także baron Falz-Fein) mówią o działalności Miasojedowa na polu fałszowa- 
nia pieniędzy. Posłuchajmy barona: 
Do Lichtensteinu trafił pod przybranym nazwiskiem Eugena Zotowa. Ukrywał się 
przed policją, ponieważ był fałszerzem pieniędzy. Miał niespotykanej ostrości wzrok 
i talent grawera, naturę awanturniczą i już w Rosji na własną rękę zajmował się przygo- 
towywaniem środków pieniężnych 11. 


Trudno o bardziej rzeczowy, beznamiętny i pobłażliwy ton. 
Dalsze losy Miasojedowych po zwolnieniu z Luckau znów znane są tylko wyrywko- 
wo. W roku 1935 mieszkali bodaj w Rydze, mieście rodzinnym zaprzyjaźnionego 
z Miasojedowem malarza-emigranta Wasila Masjutina (1884-1955) - a także mieście 
Mincłowa, który w ryskiej gazecie publikował, jak wiemy, swe wspomnienia o oficerze 
Miasojedowie. W roku 1936 kupili (sami sporządzili?) fałszywe czeskie paszporty na 
nazwisko Eugen i Malvina Zotow. We włoskim konsulacie w Brukseli (czyżby tam urzę- 
dował teraz ów dyplomata Savignone?) Miasojedow/Zotow narysował portret Mussoli- 
niego, reprodukowany w piśmie "L'Italie nouvelle" 28 marca 1938. W czerwcu tegoż 
roku para wraz z córeczką pojawia się w Lichtensteinie. 
Miasojedow występuje w tym malowniczym kraiku jako "profesor Zotow". Szybko 
nawiązuje kontakty z elitą księstwa: maluje księcia i jego małżonkę, otrzymuje państwo- 
we zamówienia na znaczki Lichtensteinu. Patriarchalny starzec z długą siwą brodą jest 
powszechnie lubiany. Rzeczy komplikują się nieco, gdy paszporty Miasojedowych utra- 
ciły po 10 latach ważność: czeski konsulat w Bernie stwierdza, że dokumenty są fałszy- 
we. Zotowowie otrzymują status bezpaństwowców. W roku 1947 berneńska prokuratura 
otrzymuje donos: podobno Zotow produkuje fałszywe paszporty Lichtensteinu i bank- 
noty dolarowe. Następnego dnia władze w Vaduz przeprowadzają rewizję i znajdują płyty 
miedziorytnicze do drukowania studolarówek. Zotow/Miasojedow otrzymuje wyrok 2 lat 
ciężkiego więzienia i nakaz opuszczenia kraju po odsiedzeniu wyroku. 
Wychodzi po dwóch miesiącach. Stopniowo szykuje się do emigracji do Argentyny, 
gdzie grunt przygotowuje mu Holmston/Smysłowski. Ale nadal jest poważanym obywa- 
telem. Rząd Lichtensteinu zamawia u niego w roku 1951 cykl rycin, przedstawiających 
poszczególne gminy księstwa. Zotow ze swej strony oferuje szwajcarskiej firmie Orell 
Fiissli & Co własny system zabezpieczeń banknotów przed fałszerstwem (fachowiec!). 
W roku 1952 w Vaduz ma miejsce wystawa obrazów "prof. E. Zotowa". W roku następ- 
nym, serdecznie żegnany przez barona Falz-Feina, wyrusza z Malviną w drogę do Ar- 
gentyny. Płyną statkiem MS Augustus - stosowna nazwa dla kogoś, kto w młodości 
lubił się fotografować upozowany na rzymskiego cesarza. Ale dla Miasojedowa to już 
ostatnia podróż. Wdaje się rak, w Buenos Aires malarz próbuje jeszcze reaktywować 
ruch Pieredwieżników, ale 27 lipca 1953 umiera. Dziś nie istnieje już nawet cmentarz, na 
którym go pochowano. Towarzyszka życia powróciła do Europy zjego spuścizną, umarła 


11 Danilevic, Baron Falz-FeIn, s. 127. 


230
>>>
w domu starców w Vaduz w roku 1972. Spuścizną opiekuje się Fundacja Prof. Eugena 
Zotowa - Iwana Miasojedowa z siedzibą w Vaduz. 
Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o pewnych wątkach polskich w twórczości 
tego artysty. To drobiazgi, które jednak warte są chyba odnotowania. W roku 1911, pod- 
czas pobytu stypendialnego w Rzymie, Miasojedow namalował portret olejny oraz wiele 
szkiców ołówkowych niejakiej Antonietty, rzymskiej modelki, która miała wówczas 48 
lat (kat. 37, 38, 40). Z twarzy siwowłosej kobiety przebija duma z własnego ciała i spo- 
kojna zaduma nad upływem czasu. Otóż Antonietta była w młodości modelką Henryka 
Siemiradzkiego, w roku 1880 pozowała mu do Tańca z mieczamP. Inne polonicum 
w twórczości Miasojedowa to pastel, przedstawiający Chopina i George Sand (kat. 71): 
kompozytor z głową opartą na lewej dłoni, w której trzyma bukiecik fiołków, wystukuje 
coś prawą ręką, też "uzbrojoną" w bukiecik, na fortepianie, pisarka unosi się niemal 
w powietrzu, w powiewnej sukni, ze skrzyżowanymi rękoma i przymkniętymi w ekstazie 
oczyma. I wreszcie Pojedynek dam. Balladyna zabija Alinę (kat. 75) - barwny rysunek 
z akwarelą, przedstawiający dość frywolną scenę pojedynku na szpady w wykonaniu 
dwóch od pasa w górę obnażonych niewiast w rokokowych sukienkach i kolorowych 
pończochach, między którymi widać w głębi biegnącego Kirkora w przebraniu pustelni- 
ka. Ta dynamiczna scenka, nie znana polskim badaczom ikonografii Słowackiego, nawią- 
zuje do Balladyny w przekładzie Konstantego Balmonta, wystawianej w 1920 r. przez 
MchAT (Moskowskij Chudożestwiennyj Akadiemiczieskij Tieatr) 13. 
Miasojedow z powieści Mackiewicza, wdowa po nim i jej drugi mąż walczyli 
z uprzedzeniami i presją opinii publicznej. Pomarli w niesławie. Iwan Miasojedow pro- 
wadził życie, które było nieustannym wyzwaniem, ale opinia publiczna obeszła się z nim 
stosunkowo łagodnie. Dziś, pośmiertnie, jest uznanym malarzem, urządza mu się wysta- 
wy, pisze się o nim uczone rozprawy. Ajednak między tymi biografiami istnieje, jak się 
zdaje, pewne głębsze pokrewieństwo. Są to biografie niepokorne, biografie jednostek, 
skonfliktowanych ze społeczeństwem, jednostek, które bronią prawa do swojej prawdy. 
Czy józef Mackiewicz zetknął się z postacią Iwana Miasojedowa? Fizycznie na pewno 
nie: Miasojedow zmarł w Argentynie w roku 1953, Mackiewicz dopiero w 1955 przeniósł 
się z Londynu na kontynent i zamieszkał w Monachium. Mógł niewątpliwie czytać coś 
o nim w prasie, zwłaszcza, że nazwisko Miasojedow nie było mu obce; pomysł osnucia 
wokół tego nazwiska powieści dojrzewał w nim być może już od roku 1935, na pewno skry- 
stalizował się w 1949. Czy w archiwum józefa Mackiewicza zachowały się jakieś wzmianki 
o Zotowie/Miasojedowie, dowiemy się naj wcześniej w roku 2005. 
już dziś wszakże można powiedzieć, że między powieściową biografią oficera i rze- 
komego szpiega Miasojedowa a rzeczywistą biografią malarza i niewątpliwego fałszerza 
Miasojedowa istnieje iunctim w postaci pewnego rosyjskiego malarza. Wspomniałem już 
nazwisko berlińskiego przyjaciela Iwana Miasojedowa. Wasilij Nikołajewicz Masjutin 
urodził się w roku 1884 w Rydze. Od roku 1908 wystawiał w Petersburgu i w Moskwie. 
Bezpośrednio po rewolucji był autorem prac o wymownych tytułach: Rok 1917, Manife- 
stacja, Zwycięzcy. W latach 1919-1920 ogłosił dwie powieści fantastyczne, które sam 
ilustrował. Zasłynął jako ilustrator tekstów Błoka, Dostojewskiego, Gogola, Lermonto- 
wa, Pilniaka, Puszkina. Pod koniec roku wyjechał do Rygi, rok później do Berlina. Nale- 
żał do naj aktywniejszych członków rosyjskiej emigracji w tym mieście, brał udział 
w corocznych wystawach. Po wojnie Rosjanie internowali go w obozie w Sachsenhau- 
sen. Zmarł w roku 1955 w Berlinie. Miasojedow korespondował z nim do końca życia, 


12 Zob.: Spuren..., s. 164. 
13 Przekład Balmonta ukazał się drukiem w roku 1911 w tomie TrI dramy (wraz z Lillą Wene- 
dą i fragmentem Samuela Zborowsldego). 


231
>>>
pisał bardzo otwarcie o swoich problemach i słabościach, listy te są dziś przechowywane 
w Fundacji Zotowa-Miasojedowa w Vaduz. Kiedy Masjutin dowiedział się o śmierci 
Miasojedowa, zaraz przekazał tę wiadomość Dawidowi Burliukowi do Nowego Jorku. 
Burliuk odpisał: 
Niech mi Pan szerzej napisze o malarzu Miasojedowie (to był piękny mężczyzna, za- 
paśnik) 14. 
W powieści Mackiewicza występuje dobry znajomy i sąsiad Miasojedowa, malarz 
nazwiskiem Maljuszyn. Zdaniem Tomasza Mianowicza wypowiada on w powieści 
"wiele poglądów Mackiewicza" 15. To może za mocno powiedziane, ale niewątpliwie jest 
to w tej książce postać znacząca. Malarz, który z Włoch przywiózł obrazy, przedstawia- 
jące przeważnie rozwieszone na włoskich uliczkach pranie. Przeciwnik wszelkiego 
upraszczania. Przewidujący, że mogą nadejść czasy, kiedy nie być socjalistą będzie wy- 
magało więcej odwagi, niż nim być. Zwolennik "awangardy czasu", wyśmiewający 
utarte pojęcia. Człowiek, który za najwyższe ludzkie szczęście uważa "zachowanie we- 
wnętrznej szczerości" 16. Słowem: malarz-intelektualista. Skoro autentyczny Szydłowski 
zmienił się w powieściowego Szatkowskiego, czyż autentyczny Masjutin nie mógł zmie- 
nić się w powieściowego Maljuszyna? 


14 Spuren..., s. 62. 
15 Zob.: T. Mianowicz, DwIe powIeścI Józefa MacldewIcza, [w:] Nad twórczoścIą Józefa Mac- 
ldewIcza, pod red. M. Zybury. Warszawa 1990 s. 60. 
16 J. Mackiewicz, Sprawa pułkownIka MIasojedowa. Londyn 1962 s. 178. 


232
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


KONTRA JÓZEFA MACKIEWICZA: 
O POSTACIACH I TECHNIKACH 
POWIEŚCIOWYCH 


Waldemar JAKUBOWSKI (Lublin) 


Kozacka epopeja zajmuje szczególne miejsce w twórczości autora Lewej wolnej. 
jest jakby prefigurą całej jego literackiej działalności. Stanowi ramę czasową, w której 
józef Mackiewicz będzie się dość konsekwentnie poruszał. Magiczną granicą dla po- 
wieściopisarstwa wilnianina jest rok 1945. jeśli wybiega poza tę granicę, to po prostu 
na zasadzie dopowiadania, snucia epilogu. Mackiewicza-artystę rzeczywistość powo- 
jenna nie interesuje! Co innego publicystyka, ta bardzo często relacjonuje zdarzenia 
powojenne. 
Kontra zapowiada także tematyczne kierunki dzieła józefa Mackiewicza, które zo- 
staną rozwinięte w późniejszych jego powieściach. Są to: obie wojny światowe, rewolu- 
cja, pierwsza i druga kontrrewolucja, charakterystyka dwu totalitaryzmów. Przede 
wszystkim jednak zarysowana została sylwetka człowieka wobec kataklizmów XX w., 
będzie ona potem systematycznie rozwijana. Wobec powyższego można potraktować 
kozacką opowieść jako wstęp i równocześnie streszczenie zainteresowań pisarskich byłe- 
go reportera "Słowa". 
W powieściopisarskiej twórczości józefa Mackiewicza Kontra zajmuje szczególne 
miejsce przede wszystkim z dwu powodów: nie dotyczy bezpośrednio spraw polskich 
(podobnie jak Sprawa pułkownika Miasojedowa) oraz cechuje się fabularną kondensacją 
i koncentracją na jednym temacie. Skąd wzięło się zainteresowanie losem Kozaków i to 
w dodatku tych znad Donu? Musi widocznie istnieć związek między losami Donu 
a dziejami Wileńszczyzny, jaki?... Nietrudno zgadnąć - jest nim oczywiście wspólnota 
doświadczeń związanych z komunizmem. Nie jest to jednak wyjaśnienie, dlaczego akurat 
Kozacy są bohaterami powieści. Mogliby nimi być na przykład Kałmucy, Tatarzy czy też 
Estończycy, których dzieje są bliżej związane z Wileńszczyzną. Z dużym prawdopodo- 
bieństwem można stwierdzić, że o wyborze zdecydowały wydarzenia l czerwca 1945 r. 
nad rzeką Drawą. Ich gwałtowność i dramatyzm (tak pożądane dla każdego chyba pisa- 
rza) oraz wymowa polityczna i ideowa pozwalająca rozwinąć i egzemplifikować tezy 


233
>>>
głoszone przez autora Zwycięstwa prowokacji. W takim wypadku zupełnie nie liczyło się 
to, że Kozacy kojarzą się Polakom, delikatnie mówiąc, niedobrze. 
Temat kozacki wpisuje się w wątek nadrzędny w twórczości józefa Mackiewicza, 
jest nim konsekwentnie budowany wizerunek Rosji przedrewolucyjnej. Sposób przed- 
stawiania Rosji w Kontrze można bez ryzyka nazwać daleko posuniętą idealizacją. Trze- 
ba jednak uczciwie przyznać, że obiektywnie, w porównaniu z Rosją bolszewicką, carska 
z pewnością prezentuje się, jeśli nie dobrze, to z całą pewnością o niebo lepiej. Konse- 
kwentna idealizacja jako zabieg artystyczny jest zrozumiała, uwydatnia kontrast między 
starym a nowym porządkiem, idea przekazu staje się czytelni
sza. Z punktu widzenia 
historycznej rzetelności pozostawia natomiast wiele do życzenia . 
Drogą idą woły, za nimi kurz stoi leniwie i nie chce opadać. Kolcow stoi leniwie na 
ganku w rozpiętym zipunie, w rozchełstanej koszuli, drapiąc się po nieogolonej siwiźnie 
policzka (17)3. 
Niczym niezmącony spokój tworzy kontrast z późniejszymi gwałtownymi wydarze- 
niami, przygotowuje odbiorcę, by różnica stała się wyraźniejsza. W jakimś sensie moty- 
wuje psychologicznie zachowania bohaterów w dalszej części opowieści. Zwraca uwagę 
także charakterystyczny dla autora Kontry sposób opisywania postaci, cechujący się 
daleko posuniętym naturalizmem: drapanie się po głowie, rozchełstane koszule, spluwa- 
nie itd. 4 jednak niejest to prawda do końca, pewnych czynności właściwych tak ludziom, 
jak zwierzętom i wykonywanych codziennie u Mackiewicza nie znajdziemy. Tak jakby 
chciał powiedzieć, że nie ma ochoty być niewolnikiem żadnej doktryny literackiej, ko- 
rzysta po prostu z pewnych technik, gdy wydają mu się artystycznie potrzebne. 
Autor Kontry ma poglądy ugruntowane nie tylko w odniesieniu do spraw, nazwijmy 
je ogólnie, politycznych. Posiada także okrzepłą wizję problemów egzystencji. Wizeru- 
nek człowieka u józefa Mackiewicza nie należy do najpochlebniejszych w literaturze. 
Samo w sobie nie jest to niczym szczególnym i nie odbiega przecież od "zdroworozsąd- 
kowego" widzenia ludzkości przez większość przedstawicieli tego gatunku. Ciekawe wy- 
daje się natomiast wyjaśnienie takiego stanu rzeczy, jakie proponuje autor Zwycięstwa 
prowokacji. Wynika z niego, że nie ma on złudzeń w odniesieniu do ludzkości 5 . Człowiek 
raczej nie jest taki, żeby chciał szkodzić innemu, najważniejsze: jego własne dobro (cie- 
szy się, że "nie jemu się przytrafiło"). Zdobędzie się nawet na tolerancję, gdy problem go 
nie dotyczy: 


Z Turkiem wprawdzie nigdy nie wojowałem, ale wiem, że wódki nie piją i po kilka 
bab mają. Niech sobie. Nie ja od nich będę odbierał (18). 
Słowa, jakie wypowiada stary Kolcow, współgrają ze stałym dążeniem autora, by 
Kozacy na tle innych społeczności wypadali lepiej. Stąd biorą się różne zabiegi, za po- 
mocą których taki wizerunek przenika do odbiorcy, sączy się wąską strugą, na ile sku- 
tecznie, to już inna kwestia. Przy generalnie pesymistycznej wizji ludzkości, sygnały 
takie nie muszą być bardzo silne, poprzez kontrast i tak zostaną uwydatnione, a twórcy 
nie będzie można posądzić o nachalną i naiwną ideologizację przekazu. 
Wrażenie tolerancyjności pozostaje nawet wtedy, gdy bohater osobiście doświadczo- 
ny wymienia wady przyszłego zięcia. Na pierwszym miejscu stawia jego status społeczny 


l Por.: W. Lewandowski, Józef MackIewIcz: Artyzm. BIografia. Recepcja. Londyn 2000 s. 37. 
2 Z podobnym zjawiskiem spotkamy się u A. Sołżenicyna; zob. np.: Ro
a w zapaścI. Warsza- 
wa 1999 s. 87 i 102. 
3 Cytaty z powieści z: ]. Mackiewicz, Kontra. Londyn 1988, z numerem strony w nawiasie. 
4 O naturalizmie, zob.: M. Bąkowski, Votum separatum. Londyn 2000 s. 34 i 36. 
5 Por.:]. Bocheński, Ludzkość, [w:] Sto zabobonów. Kraków 1992 s. 78. 


234
>>>
("bezdomny włóczęga"), a dopiero w drugiej kolejności mówi o przynależności etnicznej 
i religijnej ("do tego jeszcze niewierny"). 
Jeśli chodzi o motywację wydarzeń, to poza "przyrodniczą" nie otrzymujemy żadnej 
innej, bohaterowie zachowują się tak, jak zachowują, z przyczyn niewyjaśnionych 6 . Zo- 
stajemy powiadomieni, że ludzkie czyny często nie mają po prostu uzasadnienia i są 
dziełem przypadku. 


Kolcow [...] potraktował go trochę jak gościa, czemu się właściwie sam dziwił, i nie 
bardzo później rozumiał dlaczego tak wyszło... (18). 
Wskazuje się, co prawda, na źródło wiedzy, ale równocześnie pada stwierdzenie 
o daremności wszelkiego dociekania: 
I jak to Pan Bóg na takich nie ciśnie piorunem? Nie rozumiem ja. Ech, tam! Pana 
Boga zrozumieć, to by za dużo czasu na to stracić trzeba było. Nic tylko myśleć. Gospo- 
darkę zaniedbać i z torbami pójść (20). 
Pan Bóg dla bohaterów Kontry jest bardzo daleko, aż tak, że nie warto się Nim zaj- 
mowae. Nie stanowi punktu odniesienia, jest milczeniem lub, co najwyżej, ujawnia się 
w figurach retorycznych. Postaci nie mają żadnego dostępu do nadprzyrodzonych źródeł 
wiedzy. Czytelnik, jak i bohater powieści, pozostaje wobec tajemnicy samotny, nie może 
także liczyć na pomoc sił przyrody. Bezsilność w obliczu przypadku i tajemnicy to stałe 
elementy towarzyszące postaciom wykreowanym przez autora Kontr.!. 
W prezentacji postaci narrator ujawnia znaki przenikające poprzez warstwy tekstu, 
łączące oddalone jego części semantycznymi klamrami. Tak jest w przypadka motywu 
wyjazdu Mitii nad Don. W bandzie "bezprizornych", jako człowiek wciąż wolny, przeja- 
wia chęć odnalezienia rodziny. Po przejściach w sowieckich obozach, już jako człowiek 
sowiecki, sam odrzuca taką możliwość. Wśród wielu sygnałów przemiany ten wydaje mi 
się niezwykle istotny. Odcięcie od swych korzeni ma symboliczną wymowę utraty toż- 
samości indywidualnej na rzecz kolektywnej. Jeszcze jeden przejaw zróżnicowania jako- 
ściowego Rosji przed i po rewolucji, co Mackiewicz stara się podkreślać przy każdej 
nadającej się do tego okazji. 
Wspomniane "klamry semantyczne" dają się obserwować w powieści jeszcze kilka- 
krotnie. Poprzez odwołanie się do obrazów uprzednio prezentowanych są elementem 
scalającym tok powieści, który ma znaczenie tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagi jej 
"rwaną" strukturę. 
Nierzadko problematyka społeczna wielkiej wagi jest egzemplifikowana przez indy- 
widualnego bohatera. Tak dzieje się w przypadku młodszego syna Kolcowa, który jest 
najważniejszą postacią utworu, gdyż to na jego przykładzie ukazuje Mackiewicz zmiany, 
jakie zachodzą w psychice człowieka pozostawionego samotnie wobec sowieckiego 
systemu władzy. W krótkim fragmencie ujawnia się wielki kunszt pisarski autora Kontry, 
stajemy wobec wprost genialnego konterfektu zmianl: 


Mitia wyszedł w lipcu, w marynarce narzuconej na ramiona, z drewnianym kufer- 
kiem w ręku, z jakim kiedyś podążali do wojska wiejscy rekruci. Gdy przy okienku kasy 
stacyjnej podszedł doń służbowy z GPU i zapytał: "A ty dokąd?" Odpowiedział obojętnie: 
- Do Bobrików. 
- Pokaż dokumenty. 
Pokazał obojętnie. 


6 O tajemnicy, zob.: W. Lewandowski, Józef MackIewIcz..., s. 313. 
7 Por.: P. Skawarski, MIlczenIe Boga czyli agnostycyzm J MacldewIcza, W drodze 1995 z. 11 s. 32. 
8 Podobnie problem widzi A. Fitas w: Model powIeścI Józefa MacldewIcza. Lublin 1996 s. 145. 
9 Por.: W. Lewandowski, Józef MacldewIcz..., s. 278. 


235
>>>
- Po co tam? 
- Na służbę wysyłają - odparł obojętnie. 
- No, waliaj! 
Kiwnął głową obojętnie. Wiedział, że tak trzeba, że taki jest porządek (37). 
W powyższej scence użyto czterokrotnie słowa: "obojętnie" na przestrzeni kilku 
krótkich zdań i równoważników! Z całą pewnością nie jest to nieudolność stylistyczna 
autora. Obojętność urasta do rangi najważniejszej immanentnej cechy homo sovieticus, 
w niej zawiera się cały bezmiar znaczeń 10. Jak widać, bohater obojętnieje na bodźce 
zewnętrzne, przyjmuje niedogodności i dotkliwe naruszenia godności osobistej jako 
składniki naturalne. Pytania służbowego GPU nie są neutralne, noszą wszelkie znamiona 
agresji człowieka władnego decydować o życiu i śmierci indagowanego, a jego ostatnia 
wypowiedź tylko podkreśla nadaną władczość. Bezmiar tragedii moralnej przejawia się 
d . t t . II 
W zgo zle na ę sy uacJę . 
Zgoda na naruszenie godności nie wyczerpuje jednak zagadnienia, obojętność ma 
także wymiar wewnętrzny i objawia się jako rezygnacja z wszelkich ludzkich dążeń. 
Bohater jedzie tam, gdzie mu każą jechać. Nie przejawia żadnych własnych ambicji ani 
dążeń, te mogłyby się okazać niebezpieczne dla jego fizycznego bytu, więc reaguje in- 
stynktownie, jak zwierzę, unika niebezpieczeństwa. Nie myśli nawet o oporze, jak stwie- 
rdzi narrator w dalszej wypowiedzi l2 . Obojętność to także przyzwolenie na brak per- 
spektyw, redukcję przyszłości do dnia jutrzejszego, a przeszłości do zera, pamięć o prze- 
szłości może okazać się niebezpieczna. 
Mizerność dorobku duchowego współgra ze znikomością dorobku materialnego, któ- 
ry daje się zarzucić na ramię i spakować do drewnianego kuferka. Poprzednia, tragiczna 
ajednak rzeczywista, przestrzeń wolności została zlikwidowana. Jako bezprizorny Mitia 
mógł jechać, dokąd chciał, teraz jako niewolnik podlega wszechstronnej kontroli, nie 
może nawet kupić biletu do wymyślonego przez siebie miejsca. Transformacja jest rady- 
kalna, ale bohater zdaje się jej nie dostrzegać. 
Jaka jest najbardziej charakterystyczna cecha homo sovieticus? Otóż według Józefa 
Mackiewicza jest nią totalne zakłamanie. Prawda nie może być ujawniana nikomu, oso- 
bom postronnym, co oczywiste, ale także najbliższym członkom rodziny, bo grozi nie- 
obliczalnymi skutkami. Już na tym etapie otrzymujemy wizerunek przerażający, o god- 
ności osobistej w takich warunkach nawet nie da się marzyć. A na tym się przecież pro- 
ces nie kończy, z bezwzględną skutecznością działa jeszcze mechanizm wewnętrznego 
okłamywania się. Prawdziwe jest nie to, co stało się naprawdę, ale to co zostało zapisane 
w kwestionariuszu 13. Człowiek nie staje się takim na własne życzenie. Zmiany są wyni- 
kiem dramatycznej walki o przeżycie. Bohater wypowiada się wprost na ten temat: 
Niech się mędrcy zastanawiają a nie znajdą innego celu ponad: życie samo w so- 
bie. Co innego sens tego życia. Nad tym można się zastanawiać, owszem. Ale jakiego 
sensu można dopatrzyć się w łagrze, na który czego-dobrego skażą? - Tak rozumował 
Mitia (39). 
Zdaje się, że nie tylko Mitia tak rozumował, podkreślanie znaczenia życia samego 
w sobie przewija się przez karty powieści i twórczości autora Kontry ciągle. Z drugiej 
jednak strony znajdziemy w tej twórczości wiele momentów, w których krytykuje się 


10 M. Bąkowski, Votum separatum, s. 121. 
11 Por.: A. Fitas, Model powIeścI..., s. 96. 
12 Por.: W. Lewandowski, Józef MacldewIcz..., s. 207 i M. Bąkowski, Votum separatum, s. 31. 
13 Problematyce prawdy poświęcił najwięcej uwagi M. Bąkowski w dwu początkowych roz- 
działach swej książki, zob. szczególnie: s. 15,25,39, 43-47, nazywa zjawisko: "absolutnym sto- 
sunkiem do prawdy" . 


236
>>>
taką postawę, bierne poddawanie się systemowi 14 . Skąd bierze się taka podwójna miara? 
Odpowiedzią może być dwustopniowa norma aksjologiczna 15 . Źycie dla przeżycia jest 
dopuszczalne, o ile nie stawia przed sobą innych zadań, ogranicza się do przetrwania, 
wpisuje się w byt szarego obywatela. Inna sprawa, gdy pojawiają się ambicje, te zawsze 
będą prowadzić do służby aparatowi zniewolenia i jako takie nie mogą być akceptowane. 
Innymi słowy życie jest prawem przyrodzonym, prawem natury i tego nie można nikomu 
zabronić, natomiast jakakolwiek "kariera" w systemie zniewolenia powinna spotkać się 
z dezaprobatą. Tak więc Mitia "stał się człowiekiem sowieckim", ale nie można go za to 
potępiać, gdyż "chodziło o całe życie". Swą wypowiedź narrator kończy jednak akcen- 
tem optymistycznym: 
A tymczasem ojciec, stary Aleksander Kolcow, żył nadal, istniał (40). 
Dla homo sovieticus istnieje alternatywa, uosabia ją Aleksander Kolcow, który 
przedstawiany jest jako depozytariusz wartości starego świata, prawdziwych wartości. 
Jego istnienie ma wagę znacznie większą niż byt jednostkowy, dopóki żyje, możliwy jest 
opór skierowany nie tyle przeciw, co za. Postać głowy rodu została też wyraźnie skontra- 
stowana z "ludźmi sowieckimi", za których w zasadzie można uznać pozostałych człon- 
ków rodziny (z wyjątkiem, rzecz jasna, naj starszego syna pozostającego na emigracji). 
Generalnie czynnikiem decydującym o losach postaci jest historia w wymiarze glo- 
balnym. Nie znaczy to jednak, że nie są one motywowane w inny sposób. Pisałem wcze- 
śniej o roli przypadku, jako istotnej przyczynie wydarzeń, na tym nie wyczerpują się 
jednak możliwości pisarskie autora Kontry. Przyjrzyjmy się, jak do niego doszło i jak 
postępował proces rewalidacji Mitii Kolcowa. Na początku decydującą rolę ma historia. 
Narrator wyjaśnia, w jakich okolicznościach zwolniono bohatera z łagru: 
Z nastaniem roku 1942 Mitia ponowił swoje podanie o zwolnienie z łagru na front. 
W roku 1935, gdy potrzebni byli bezpłatni robotnicy, przestępstwo Mitii uznano za cięż- 
kie. Teraz, w roku 1942, gdy potrzebni byli na gwałt żołnierze na front [...] uznano jego 
przestępstwo za błahe (62). 
Inicjatywa pozornie jest po stronie Mitii, ale to przecież nie on podejmuje decyzje, 
zapadają one bardzo wysoko, w salonach-gabinetach kreatorów historii. Następnym eta- 
pem w metamorfozie bohatera jest zmiana decyzji o kierunku podróży. Zamiast na front 
postanawia pojechać do rodzinnego chutoru. Trzeba pamiętać, że zmiana marszruty ma 
konsekwencje nie tylko fizyczno-geograficzne, zadecyduje o przyszłym losie postaci, co 
biorąc pod uwagę okoliczności historyczne, nie powinno dziwić. Pozorną zagadkę zmia- 
ny decyzji tłumaczy zapewne jej wewnętrzne źródło. 
Dlaczego młodszy Kolcow zmienił decyzję i dlaczego narrator nie stara się jej pre- 
cyzyjnie określić, mimo że dociekanie przyczyn, nawet naj głębszych, jest częstym za- 
daniem, jakie sobie stawia. Wszystko wskazuje na to, że motywacje bohatera są natury 
emocjonalnej, działa pod wpływem bodźca, chwilowego nastroju, na który złożyły się 
wspomnienia, majaki i oddziaływanie otoczenia. Nie oznacza to, że osobowość Mitii 


14 Np. rozdział Okupacja sowIecka, w tomie: ]. Mackiewicz, Fakty, przyroda I ludzIe. Londyn 
1993 s. 170, gdzie Mackiewicz pisze: "czasem znowu mi się zdaje, że okupacja sowiecka przypo- 
mina ten obrazek z OgnIem I mIeczem, gdy skazańcy z samego tylko strachu przed Jeremim Wi- 
śniowieckim, wieszali jeden drugiego, ponaglając: prędzej, prędzej, bo on się będzie gniewał. - 
Tak mniej więcej było podczas wyborów". 
15 Zob.: T. Czeżowski, DwojakIe normy, [w:] tegoż, PIsma z etykI I teorII wartoścI, pod red. 
P.]. Smoczyńskiego. Wrocław 1989 s. 147; S. Kamiński, Jak uporządkować rozmaIte koncepcje 
wartoścI? [w:] O wartoścIowanIu w badanIach literacldch, pod. red. S. Sawickiego, W. Panasa. 
Lublin 1986 s. 16 (o wartościach transcendentalnej i kategorialnej). 


237
>>>
nie odegrała żadnej roli, wręcz przeciwnie, jego konstrukcja psychiczna w zdecydowa- 
ny sposób umożliwiła takie a nie inne reakcje. A dlaczego narrator nie nazywa tych 
stanów, nie daje pełnej informacji, mimo pełnego wglądu we wnętrze bohatera? Przy- 
czyna leży naj prawdopodobniej w dążeniu do zachowania wiarygodności relacji, także 
na poziomie psychologicznym. Skoro postać miałaby trudności w nazwaniu przyczyny 
swej decyzji, opowiadacz również nie może tego robić, pewne sfery muszą pozostać 
w ukryciu, jeśli ma być uratowana psychologiczna wiarygodność przekazu. O stanach 
wewnętrznych można oczywiście wnioskować, ale zawsze wnioskowanie takie będzie 
w jakimś stopniu ułomne, napotka bariery, poza które nie wolno sięgać, jeśli chce się 
t '. d 16 
pozos ac wlarygo nym . 
Trzeci etap przemiany następuje w rodzinnym chutorze, składa się na niego spotka- 
nie po latach z ojcem i towarzyszące temu zdarzeniu okoliczności. Stroną aktywną jest 
oczywiście ojciec. Co dzieje się we wnętrzu starego Kozaka? Niestety, po raz kolejny 
narrator nie ma do niego wstępu, wygląda, że jest lepiej zorientowany w psychice czło- 
wieka sowieckiego niż osoby, która sowietyzacji się oparła. Czyżby przyczyny ulegania 
systemowi były łatwiejsze do określenia, aniżeli przyczyny opierania się mu. Można się 
zgodzić z taką tezą, powody poddawania się indoktrynacji mają charakter masowy ijako 
takie dadzą się opisać w formie reguł. Natomiast opór jest zawsze indywidualny, decy- 
dują przyczyny wewnętrzne, a więc nie dające się jednoznacznie klasyfikować, poza 
oczywistą różnicą pokoleń i związanych z tym doświadczeń. 
Znamienny i konsekwentny jest także kontrast towarzyszący ukazywaniu obu posta- 
ci: oczy Kolcowa są po dawnemu "barwy szarego lodu", natomiast Mitia ma "zapadłe 
policzki". Jeszcze raz uwydatniane są skutki poddania się systemowi. Scena powitania 
nie obfituje w słowa, ściślej - padają tylko dwa, postacie więcej mówią poprzez zacho- 
wania i gesty. Kolcow dotyka syna "jakby był ślepy", co podkreśla "cudowność" zdarze- 
nia. Przypomnijmy: "millllioooony" zginęły, dlatego trudno uwierzyć ojcu w spotkanie 
z synem. Nie odbiera to scenie realizmu, przecież ktoś musiał przeżyć, dlaczego w takim 
razie nie miałby to być Mitia? Oszczędny dialog także nie narusza poczucia rzeczywisto- 
ści, w końcu co niby mieliby mówić w dużym stopniu obcy sobie ludzie, zaskoczeni na 
dodatek sytuacją. Jak więc widać, niezwykłe zdarzenie zostało opisane ze sporą dozą 
. . t ' .17 
poczuCIa rzeczywIs OSCl . 
Skoro spotkanie z ojcem nie było decydującym punktem w przemianie duchowej 
Dymitra Kolcowa, kiedy w takim razie można powiedzieć o przekroczeniu niewidzialnej 
bariery, która na zawsze miała go oddzielić od znienawidzonego sowieckiego "rodowo- 
du"? Kiedy zamknął się ostatni etap swoistej metagenezy bohatera? Sygnałem takiej 
zmiany jest zapewne inny sposób budowania wizerunku postaci: 
- Ej! Wy co!? Chłopcy dawajcie łopaty! Waniaaa! Łopatęęę!! Mitia! Dawaj, 
dawaaaj! 
Mitia uśmiechnął się mimo woli na ten okrzyk, tak personalnie i bezpośrednio do 
niego skierowany, wesołym zadzierzystym głosem, jakim nań dawno już nikt nie wo- 
łał (70). 
Mitia nie jest już przygarbiony, pasywny, wychudły, zrezygnowany, pogodzony 
z systemem. Uśmiecha się, wyraża zadowolenie, działa. Wcześniejsze okrzyki podkre- 
ślają aktywność bohaterów, ich zaangażowanie oraz radość. Przypomnijmy jednak, że 
scena rozgrywa się nad trupami zastrzelonych przed chwilą enkawudzistów, którzy zo- 


16 Można przypomnieć choćby przekonania behawiorystów, którzy odrzucali w ogóle sensow- 
ność badania myśli i nastrojów, wszelkich stanów wewnętrznych, zob.: G. Mietzel, WprowadzenIe 
do psychologIJ. Gdańsk 2000 s. 30. 
17 O realistycznej kreacji bohaterów zob.: A. Fitas, Model powIeścI..., s. 118. 


238
>>>
staną za chwilę zakopani, nie da się przecież powiedzieć zgodnie z rzeczywistością: po- 
grzebani. Radość ma więc wydźwięk makabryczny, taniec nad ciałami pomordowanych, 
kimkolwiek by oni byli, wskazuJe na zupełnie nową jakość w życiu bohaterów w tym 
i Mitii, metageneza dokonała się! . 
Ze względu na reprezentatywny charakter postaci w Kontrze całą sytuację można od- 
nieść nie tylko do postaci działających w chutorze Jaglickim. Wydarzenia ilustrują zjawi- 
ska masowe, pokazują, jak doszło do pobudzenia ludzkich odruchów w sowieckich oby- 
watelach. Nie pomijając chęci mordu i triumfu myśliwego nad ofiarą, które, jak widać, 
autor uznaje za immanentnie ludzkie. Nie stawia to kontrrewolucjonistów w najkorzyst- 
niejszym świetle, ale czytelnik został do tej prezentacji bardzo dobrze przygotowany, 
"urobiony", nie ma więc obawy, zrozumie motywy działania bohaterów, istnieje duże 
prawdopodobieństwo, że również wybaczy!9. 
Mitia to przedziwny bohater, spokojny, zrównoważony, w jednej chwili zmienia się 
w furiata oszołomionego uniesieniem bojowym. Jaki jest naprawdę? Najbardziej prawo- 
mocne jest twierdzenie, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bohater zwy- 
czajnie wciąż się zmienia. Tylko czy taka nieustająca metamorfoza rzeczywiście jest 
czymś zwyczajnym? 
Bardzo trudno uznać zachowanie Mitii za mieszczące się w ogólnie przyjętych ra- 
mach tak zwanej normalności. Widać to najlepiej na przykładzie epizodu jugosłowiań- 
skiego. W ciągu zapewne niespełna godziny jest: dwa razy starym wojakiem, którego 
niewiele może poruszyć, raz ogarnia go bojowe uniesienie rodem z filmów wojennych 
trzeciej klasy, raz niczym nieuzasadniona panika. Czy zachowanie takie jest prawdopo- 
dobne? Zdecydowanie nie jest, chyba żeby przyjąć, iż bohater cierpi na zaburzenia 
osobowości, co, jak wiemy, nie zgadza się ze stanem faktycznym. Cała prezentacja 
natomiast doskonale odmalowuje stany świadomości towarzyszące żołnierzom na polu 
walki i w tym tkwi jej cel. Nie w charakterystyce pojedynczego bohatera, a w pokaza- 
niu, jak mogą zachowywać się ludzie w obliczu zagrożenia życia, opowiadacz buduje 
model takich zachowań 20 . Oczywiście jeden bohater nie może sprostać zadaniu zbudo- 
wania modelu postaw wobec sowieckiego zniewolenia. Konieczne jest wprowadzenie 
w tej roli innych postaci. 
W najwyraźniejsze psychologiczne osobiste motywacje wyposażono parę bohaterów: 
Ulę i jej syna Alego. Pod wieloma względami ich losy wykazują daleko idącą zbieżność. 
Decyzja o powrocie do Związku Sowieckiego jest konsekwentnie przygotowywana przez 
szereg sygnałów. 
Ula prawie z każdym dniem stawała się coraz bardziej zgryźliwa. Twierdziła, że kli- 
mat jej nie służy. Starzała się w sposób nieprzyjemny dla otoczenia. [...] Ponad wszystko 
jednak zżerała ją wewnętrzna nie utul ona tęsknota za synem. [...] w Uli jednak tęsknota łą- 
czyła się ponadto z fanatyczną nostalgią za krajem... (138). 
Postawa bohaterki doprowadzi ją nawet do waśni z ojcem, chwilowej co prawda, ale 
jednak. Bardzo rzadki to wypadek. Konstrukcja powieści nie przewiduje właściwie takich 
splotów akcji, które prowadziłyby do prawdziwych konfliktów prywatnych. Motywacje 
osobiste popychają niekiedy postaci do działań wymierzonych przeciw innym, ale dzieje 
się to poniekąd przypadkowo i najczęściej jednorazowo (śmierć żony i córki Kolcowa 
w czasie rewolucji). W całym utworze nie występuje ani jeden rozwinięty konflikt osobi- 


18 O relacji: bohater - przestrzeń - sytuacja, zob. w: A. Martuszewska, problem tzw. interfe- 
rencji elementów rzeczywistości przedstawionej, w: PTL ser. 3, s. 197 i 199. 
19 Por.: W. Lewandowski, Józef MackIewIcz..., s. 268 i 269. O ewokowaniu odczuć czytelni- 
czych wobec postaci. 
20 O reprezentowaniu ludzkich reakcji zob.: A. Fitas, Model powIeścl..., s. 98. 


239
>>>
sty opatrzony "wymianą ciosów" i uzasadniony różnymi interesami 21 ! Tę "ułomność" 
rekompensuje do pewnego stopnia rozbudowana sprzeczność dążeń świata polityki. To 
bardzo charakterystyczna i wielce znamienna cecha dzieła. 
Stan psychiczny bohaterki ujawnia się naj dobitniej w chwili śmierci ojca. Przypomi- 
na bardzo pod tym względem Mitię pogodzonego z sowiecką rzeczywistością, tak, jakby 
przejmowała jego rolę: 
Na tę wiadomość starzejąca się kobieta obróciła się jakoś bezradnie w kółko. [...] Si- 
wiejące włosy sterczały najej głowie we wszystkie strony świata... (195). 
Radość i pogodę ducha odzyskuje dopiero w... radzieckiej strefie okupacyjnej: 
Ula, gdy wyszła z wagonu, zwróciła się do konwojenta, po raz pierwszy śmiało, bo 
w rodzonym języku: 
- Ej, swojak! [...] przekroczyła szyny wraz z innymi. Nawet się uśmiechnęła po 
drodze do baraków (257). 
Autor Kontry prezentuje postawy bardzo różne, nie mogło więc zabraknąć także 
i takiej. Świat, w którym nie trzeba podejmować decyzji, w którym o większości aspek- 
tów życia decyzje zapadają poza człowiekiem, dla wielu ludzi jawi się jako pokusa często 
nie do odparcia. Fakt, że wiąże się on nierozerwalnie z rzeczywistością baraków i drutu 
kolczastego, nie stanowi wystarczającego argumentu, po prostu wolność wcale nie jest 
wartością powszechnie uznawaną, jak się niekiedy zdaje. W przypadku Uli decyzję mo- 
tywuje jeszcze opozycja: obcy-swojski, co pogłębia realizm jej zachowania. Swoista re- 
sowietyzacja bohaterki zaczyna się o dziwo jeszcze na Zachodzie. Jest znakiem tego, że 
otaczająca nas kultura wcale nie musi oddziaływać w sposób decydujący, co jeszcze raz 
potwierdza opozycyjność wobec behawioryzmu koncepcji człowieka kreowanej przez 
autora Kontr/z. 
Wspomniana już zamiana ról objęła także Mitię, który wchodzi w rolę Aleksandra 
Kolcowa, staje się postacią coraz bardziej aktywną, w miarę jak tę aktywność traci ojciec 
ijako taki będzie jedynym reprezentantem rodziny, który z dramatu wyjdzie cało. Jedynie 
Ali Malek decyzją o ucieczce odmienił (chwilowo) swój los. Bohater wykazał w tym 
momencie podobieństwo do Mitii, którego również uratowała osobista inicjatywa. Róż- 
nica ich dalszych dziejów wynika z odmienności motywacji psychologicznych. Ali ratuje 
się ze względu na miłość do Zinaidy, Mitia natomiast ze względu na miłość własną, 
przetrwa tylko ten drugi. Widać wyraźnie tendencję do stawiania na jednostki aktywne. 
Wielka historia pcha postaci, gdzie chce, ale własna przedsiębiorczość jest również czyn- 
nikiem decydującym o życiowym powodzeniu z3 . 
Modelowość ukazywania postaci rodzi potrzebę stałego uzupełniania modelu tak, by 
stał się kompletny. Dlaczego jednak ostatnią część powieści zatytułowano AzjacI? Praw- 
dopodobne wydają się dwie komplementarne zresztą odpowiedzi. Według jednej decy- 
dowałaby w tym wypadku założona optyka Brytyjczyków, zgodnie z którą wszystkie 
narody, powiedzmy na wschód od Łaby, są Azjatami. Nie warto ich rozróżniać, a zatem 
tym bardziej zajmować się ich problemami, czy też, sytuacja nie do wyobrażenia, próbo- 
wać je rozwiązać. Zauważmy, że w tym momencie poglądy Brytyjczyków stałyby się 


21 Tamże, s. 213. 
22 O stosunku behawiorystów do środowiska zob.: G. Mietzel, WprowadzenIe do psychologII, 
s. 30-32. 
23 Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu Mackiewicz nie jest wyznawcą determinizmu 
"absolutnego" tak w odniesieniu do historii, jak i do bohaterów. Por.: A Fitas, Model powIeścl..., 
s. 145; M. Bąkowski, Votum separatum, s. 20. 


240
>>>
tożsame z narodowosocjalistycznymi i byłby to jeszcze jeden czynnik kompromitujący 
tych pierwszych (wykorzystywany już wcześniej). 
Druga odpowiedź: Azjaci są podwójnie niewinni ze wzglądu na swe podwójne znie- 
wolenie. Jedno wcześniejsze, sięgające czasów rosyjskich jeszcze i mające charakter do- 
minacji narodowej Rosjan. Drugie, świeższej daty, bolszewickie, sięgające, według auto- 
ra Kontry, znacznie głębiej. Odpowiedź taka niesie ze sobą sugestię, że przedstawiani 
bohaterowie nie byli niczym zobowiązani do wierności Związkowi Sowieckiemu, gdyż 
stali się jego obywatelami w wyniku podwójnej agresji. Ich przypadek jest zatem moral- 
nie o wiele jaśniejszy niż to ma miejsce w odniesieniu do Kozaków, których separatyzm 
sam Aleksander Kolcow uważał za "przesadnie wybujały". Przy skrajnie pojmowanym 
legalizmie dałoby się ich oskarżyć o zdradę, Azjatów natomiast raczej nie. Azerowie, 
Karaczaje, Ingusze i tak dalej nie mieli z krajem, którego się stali częścią, na dobrą spra- 
wę żadnych punktów stycznych ani religijnych, ani kulturowych, ani społecznych. Dlate- 
go też ich przykład jest o wiele jaskrawszy a obcość wobec ewentualnych prześladowców 
dostrzegalna gołym okiem, bo przecież fizyczna. 
Najważniejszym motywem części trzeciej jest przetrwanie w obcym i wrogim świe- 
cie. By przeżyć, trzeba wyrzec się własnej tożsamości, przekonań, udawać kogoś innego, 
zmieniać się jak kameleon-Paulina Grostaczko. Większość bohaterów, którzy przetrwają, 
udaje, kłamie, zmienia skórę i poglądy zależnie od potrzeb. Robi w ten sposób Ali, wę- 
drując przez Włochy, choć niezbyt wprawnie. Podobnie postępuje Signira Porolli, pro- 
wadząc Zinaidę. Wynika z tego, że warunkiem Erzeżycia jest zaprzeczenie samego siebie 
i nieunikniona w takim wypadku demoralizacja 4. 
Dramatycznym i bardzo wymownym znakiem tej demoralizacji jest pijaństwo sze- 
rzące się wśród muzułmanów, motyw ten kilkakrotnie powraca w obrębie dwu rozdzia- 
łów (Mediolan i Rzym). "Prawo równi pochyłej"25 powoduje stopniowe staczanie się 
wyznawców Proroka. Zaczyna się od darcia portretów i drobnych kłamstw, a kończy... 
Nie może być przypadkiem, że o emigracji muzułmańskiej opowiada się w scene- 
rii, delikatnie mówiąc, alkoholowych przyjęć. Oczywiście zawsze da się powiedzieć: 
nie dzieje się nic specjalnie zdrożnego. Pamiętajmy jednak, że jest to tylko pewna kon- 
strukcja semantyczna, semiotyczny sygnał rzeczywistości o wiele groźniejszej, porzu- 
cenia wszelkich zasad moralnych na rzecz przetrwania za każdą cenę. Podkreśla się też 
w ten sposób dramatyzm położenia uciekinierów i panujący wśród nich nastrój nie- 
pewności i beznadziei. 
Reguła ma jeden wyjątek, jest nim oczywiście młodszy Kolcow, o jego przeżyciu de- 
cyduje podwójny przypadek: uzyskanie informacji od chłopa i znajomości bohatera 
w dowództwie oddziału. Nie bez znaczenia są też cechy charakteru Mitii: aktywność, 
determinacja w walce o przetrwanie oraz odporność psychiczna i fizyczna. Podsumować 
można w ten sposób: tylko taki bohater mógł wyjść cało z opresji. Dodatkowo dzięki 
kwalifikacjom psychicznym Kolcow niespodziewanie łatwo odnajduje swe miejsce 
w nowym świecie i to bez zbędnych kompromisów moralnych. Ta nowa osobowość 
otrzymuje nawet inne imię: Dmitrij Aleksandrowicz. 
Znamienne, że nigdy, bez względu na to z jakiego rodzaju bohaterem się spotykamy, 
nie dostrzeżemy kreacji pełnowymiarowej, wszechstronnie umotywowanej psycholo- 
gicznie. Wcale nie oznacza to, że autora Nie trzeba... nie interesuje "psychologizacja" 
bohaterów, jeszcze jak interesuje! Wytłumaczenie pozornej sprzeczności jest bardzo 
proste, narrator ujawnia psychologiczne motywacje poszczególnych osób tylko w takim 


24 Por.: W. Lewandowski, Józef MackIewIcz..., s. 253. 
25 "Prawo równi pochyłej wszędzie jest jednakie. Kto na nią raz wstąpi, ten się już zatrzymać 
nie może" (Kontra, s. 219). 


241
>>>
zakresie, jaki służy zadaniom danej prezentacji (zbudowaniu modelu) i wtedy, trzeba 
przyznać, czyni to z wielkim znawstwem. 
Jeszcze jedna uwaga, powyższe ustalenia dotyczą w zasadzie postaci fikcyjnych a nie 
historycznych. Hitler jest ograniczony intelektualnie, co ma niebagatelny wpływ na prze- 
bieg kampanii na wschodzie, a Churchill zaś jest cyniczny i dlatego sprzymierza się ze 
Stalinem. W takim układzie trudno mówić o indywidualizacji bohaterów, dostrzegamy 
zaledwie "lekkie dotknięcie pędzla". Jednakowoż, moralność jest ostatecznie w rękach 
jednostki. Bohaterowie są zdolni postępować odmiennie, jednym z "tematów" Kontry jest 
właśnie to, że historia mogła potoczyć się inaczej. Churchill nie musiał ulec szantażowi 
Stalina i godzić się na deportację kontrrewolucjonistów. Dowódcy brytyjscy nie musieli 
wydawać obywateli niesowieckich, żołnierze nie musieli być brutalni ani wykorzystywać 
sytuacji dla niewielkiego zarobku! Jak widać kwalifikacje moralne w istotny sposób 
motywują bohaterów, dlatego "wróg" (w Kontrze są nim Anglicy) nie jest tak samo dobry 
jak "bohaterowie pozytywni" (Kozacy) - w tym momencie pewnie należałoby już zdjąć 
cudzysłowy. 
Dwudziestowieczny pisarz nie mógł bez narażania się na śmieszność wskazać pal- 
cem i powiedzieć: ci są dobrzy a tamci źli. Jeśli zakłada jakąś strategię aksjologiczną, 
musi przeprowadzić ją w sposób "przezroczysty", tak, by zmylić nawet wytrawnego 
badacza literatury. Z tego powodu stosuje cały szereg środków od kontrastu i para- 
doksu poczynając, poprzez symbolikę, metaforykę, makabrę, egzotykę aż do drwiny 
i ironii, nie stroni także od groteski i powoływania się na stereotypy. Buduje w ten 
sposób sieć sygnałów odwołujących się nie tylko do racjonalności, ale również, a może 
przede wszystkim, do emocji i w jakimś zakresie do podświadomości. A wizerunki 
wrogów, owszem, pobudzają uczuciowość odbiorcy, ale nie są to uczucia, z którymi 
chcielibyśmy się spotykać. 
Człowiek jest zdolny przelicytować zwierzę w okrucieństwie, zapamiętać się w nim, 
jak niektórzy angielscy żołnierze w Peggetz. Spaść na samo moralne dno, ale równocze- 
śnie potrafi się wydźwignąć, przezwyciężyć swą "zwierzęcość" jak Mitia. Niestety, do 
tego ostatniego zdolni są nieliczni i tylko w określonych warunkach, a pierwsza postawa 
odnosi się do wielu. Tak więc ostateczny wizerunek człowieka trudno nazwać optymi- 
stycznym, nawet neutralnym. Jest pesymistyczny i zaledwie "przyprawiony" odrobiną 
nadziei, mimo to autor wyraźnie stawia na tę odrobinę. Nieprzypadkowo "głównym bo- 
haterem" Kontry jest naj młodszy Kolcow, czyli ten, który się "wydźwignął". Dymitr 
wygrał najwyższą stawkę, jaką w zaistniałych warunkach historycznych można było 
wygrać. Oczywiście dopomógł mu w tym również przypadek, ale przede wszystkim jego 
kwalifikacje moralne i psychologiczne wyrażające się w podjęciu walki i prowadzeniu jej 
do końca. Ali, który znalazł się w obiektywnie lepszej sytuacji, przegrywa, gdyż nie 
walczy do końca, brakuje mu tej swoiście pojętej heroiczności. Nie znajdziemy natomiast 
odpowiedzi w Kontrze, skąd wzięła się taka różnica postaw, co decyduje o odmiennej 
konstrukcji psychologicznej postaci. W tym sensie psychologizm Mackiewicza jest nie- 
kompletny. Jakaś część natury ludzkiej, wcale niemała, na zawsze pozostanie w ukryciu, 
będzie nieodgadniona. 
W powieści działanie bohatera bywa motywowane przez: historię, przypadek, oso- 
bowość, bodziec, nastrój, pogodę, ostatecznie jednak to właśnie osobowość decyduje 
o losie bohaterów, jak w dziejach Mitii. Wszystko wskazuje na to, że taki sposób kreacji 
postaci jest zamierzoną i w pełni świadomą strategią twórcy. Jego ambicją nie jest bo- 
wiem opowiedzieć o Mitii Kolcowie ani nawet o Kozakach, ostatecznie chce mówić 
o człowieku, o ludzkości, stąd tendencja do ukazywania pełnego wachlarza motywacji. 
Ze sposobami prezentowania postaci dzieła wiążą się bezpośrednio strategie pisar- 
skie stosowane przez autora, potrzebne zarówno do budowania przekazu ideowego, jak 


242
>>>
ijego kształtu artystycznego. Najbardziej widoczne jest oddzielenie świata dokumentu 
reprezentującego wielką historię od świata fikcyjnie wykreowanych bohaterów, którzy 
egzemplifikują prywatny los jednostek. Zdaniem autora tego wywodu, mamy progra- 
mową równorzędność obu warstw, tematyczną - poprzez dopełnianie obrazu na zasa- 
dzie komplementarności, jak i funkcjonalną - na zasadzie wymiennego wchodzenia 
w kompetencje. 
Możliwe jest "wypreparowanie" z powieści przekazu historycznego, ale oznaczałoby 
to zredukowanie dzieła do warstwy informacyjnej z pominięciem walorów artystycznych. 
Pamiętając, że również artyzm często traktuje się funkcjonalnie, wtedy i warstwa infor- 
macyjna zostałaby zubożona. Tak więc oczywista z pozoru odrębność dwu ciągów fabu- 
larnych w istocie stanowi skończoną całość. Przekaz publicystyczno-historyczny uczest- 
niczy na równych prawach z fikcją literacką w budowaniu emocjonalnego oddziaływania 
Kontry, czyli obie warstwy realizują funkcje artystyczne. Na gruncie emotywności 
w równej mierze warstwa "wysoka" i "niska" spełnia zadanie kierunkowania uczuć od- 
biorcy. Skoro autonomiczność fabuł jest warunkowa, a ich wydzielanie prowadzi do 
deformacji odbioru, jaki cel ma istnienie takiego zróżnicowania? 
Pełen niewiary w możliwość uelastycznienia "akademickiej" historiografii, zachęce- 
nia jej do sięgnięcia po różne konwencje, proponował Mackiewicz nową powieść, która 
byłaby zarazem "nową historią", bowiem ostatecznie pogrzebałaby pradawny rozdział 
poezji epickiej od dziejopisarstwa... 26 . 
Mielibyśmy zatem nie dwie formy wyrazu współistniejące w dziele i odwołujące się 
do różnych wrażliwości, ale jedną współistotną, choć czerpiącą wzorce z odmiennych 
tradycji. Nie dwóch zresztą tylko, bo autor odwołuje się do znacznie większej liczby 
źródeł. Zatem zarówno tradycyjna historiografia, jak i tradycyjna literatura piękna wy- 
czerpały już swe możliwości oddawania prawdy. Stąd konieczne jest stworzenie nowego 
medium, dającego komplementarny obraz zdarzeń i syntetyzującego przekaz. Opisana 
strategia komunikatywności ma także drugie źródło, mianowicie wchodzenie w konwen- 
cję eposu, którego podstawową cechąjest przecież dwuwarstwowa narracja. Oczywiście 
nie może być mowy o odtworzeniu antycznego świata bogów ingerujących w życie 
śmiertelników. 
Wykorzystywanie literatury pięknej jako źródła historycznego nie jest zjawiskiem 
nowym, szczególnie w odniesieniu do epiki. W przypadku twórczości Józefa Mackiewi- 
cza mamy jednak do czynienia z sytuacją odwrotną, jego dzieła wyrastają z zamierzenia 
bycia źródłem wiedzy o wypadkach historycznych. Przyczyna leżałaby więc w potrzebie 
dania świadectwa o wydarzeniach, które "zbywa się milczeniem". Czy można w takim 
razie uznać Kontrę, za źródło wiedzy historycznej, za tekst historyczny? 
Zgodnie z kryteriami zaproponowanymi przez K. Bartoszyńskieg0 27 trzeba uznać 
powieść za tekst historyczny o znamionach źródła wiedzy o przedstawionych wypad- 
kach. Trudno odmówić wywodowi Kontry logiczności, tak na poziomie elementów (tu 
znajdziemy pewne usterki), jak i na poziomie kreowanej "całości" (w tym wypadku 
nikt poważnie nie zakwestionował obiektywności autora Kontry). Źródłowość powieści 
Mackiewicza nie ogranicza się do zbioru faktów" wypreparowanych" z warstwy wyż- 
szej. Funkcję taką posiada również fikcja literacka i nie jest to zjawisko nieznane 
w literaturze 28 . 


26 W. Lewandowski, Józef MacldewIcz..., s. 326. 
27 K. Bartoszyński, Aspekty I relacje tekstów (Źródło - hIstorIa - literatura), [w:] DzIeło lite- 
rackIe jako źródło hIstoryczne. Warszawa 1978 s. 64. 
28 W. A. Diakow, HIstorIa w dzIełach Lwa Tołstoja, [w:] tamże, s. 318. 


243
>>>
Konieczne jest zwrócenie uwagi na jeszcze jeden aspekt "źródłowości" dzieła autora 
Kontry czyli fakt, iż sam Mackiewicz jest źródłem wiedzy o opisywanych wypadkach. 
W wielu uczestniczył, jeszcze większej ilości był świadkiem. W takim układzie rzeczy 
mielibyśmy do czynienia z literaturą osobistego świadectwa, rozumianego jako praźródło 
przedstawień. Nie należy z powyższego wnosić, że kreacja literacka jest dla autora Dro- 
gi... tylko maską kryjącą historyczne niedociągnięcia. Przeczy temu w sposób zdecydo- 
wany bogactwo i dojrzałość literackiej formy. Podkreśla ono jeszcze dobitniej nieroze- 
rwalność "fikcji i faktu", gdyż obu warstwom towarzyszą zamierzenia czysto artystyczne. 
Stosowane techniki pisarskie obracają się wokół perswazyjności dzieła i związanej 
z nią epopeizacji budowanego obrazu zdarzeń. Ton perswazji jest tam stale obecny, bo 
został programowo założony, czego wyrazem będzie końcowy dialog w powieści. Cała 
konstrukcja utworu podlega swoistej strategii perswazji, a poetyka wypowiedzi "ociera" 
się o techniki propagandowe. W żadnym jednak wypadku nie można mówić o powieści 
propagandowej, nie jest ona nawet tendencyjna, bo obrazowanie nie zostało podporząd- 
kowane żadnej konkretnej tezie 29 . 
Funkcję perswazyjną dzieło pełni zarówno w warstwie "faktu" jak i "fikcji", a nawet 
"na styku" obu warstw, jako skutek ich wewnętrznego "dialogu". Ważny jest też sposób 
rozumienia problemu. Czy perswazyjne będą tu tylko te fragmenty, gdzie opinie wyraża- 
ne są wprost, czy również te, gdzie są zaledwie sugerowane. Osobiście rozszerzyłbym 
zakres rozumienia pojęcia, gdyż dla odbiorcy widzianego w tej perspektywie ma drugo- 
rzędne znaczenie, jak komunikat do niego dociera, ważne, że w ogóle dociera. 
Ze strategią perswazyjności wiąże się bezpośrednio epopeizacja Kontry. Składa się 
na nią szereg zabiegów pisarskich na różnym poziomie i o różnym znaczeniu dla całości 
artystycznej dzieła. Pisząc o epopeizacji dzieła Mackiewicza, nie należy tracić z oczu za- 
biegów "łatwiejszych" do przeprowadzenia niż opisane w pracy A. Fitasa 30 . Jednym 
z nich jest technika drobiazgowego opisu wywodząca się bezpośrednio z eposu homeryc- 
kiego i obecna w Kontrze np. przy wyliczaniu formacji walczących na froncie. Pełni ona 
tradycyjną funkcję retardacyjną, ale o wiele istotniejsze są nowe zadania, jakie zostały jej 
przypisane. Przede wszystkim stawia opowiadacza w pozycji "fachowca", a także nadaje 
utworowi cechy źródła historycznego. 
Zamysł konstrukcyjny zarówno eposu, jak i Kontry opiera się na strukturze epizo- 
dycznej. Stanowi swoistą technikę "wglądów" w wydarzenia, dzięki czemu możliwe jest 
ukazywanie dziejów bardzo rozciągniętych w czasie i rozgrywających się w różnych 
sceneriach. Epizody-wglądy fabularne są równocześnie ośrodkami tematycznymi na 
poziomie publicystyki i ilustracji fabularnej. Dla przypomnienia: wyjazd Mitii do Jugo- 
sławii umożliwia pokazanie dziejów korpusu von Pannwitza, retrospekcję w losy emi- 
gracji porewolucyjnej na Bałkanach oraz zbudowanie obrazu przeżyć wojennych bohate- 
ra. Tak więc oprócz wątku bohaterskiego otrzymujemy wątek historyczny i temat publi- 
cystyczny. Epizodyczna struktura pozwala na zbudowanie szerokiej panoramy wypad- 
ków na stosunkowo niewielkim obszarze powieści. 
Z konwencji epopei wyrasta także skłonność do operowania patosem, jednakowoż 
rozumiana specyficznie. Często stosowany jest zabieg autokompromitacji patosu, jako 
nieprzystawalnego do opisywanej rzeczywistości. Narrator wyraża wobec niego swój 
dystans, przerywając takie obrazy chłodną relacją o wydarzeniach wprowadzaną zazwy- 
czaj bez żadnego przygotowania. Taka "zabawa" konwencją umożliwia równoczesne 


29 Problem tendencyjności dzieł Mackiewicza omawia wyczerpująco W. Lewandowski, Józef 
MackIewIcz..., s. 156. 
30 Por.: A. Fitas, ModelpowIeścI..., s. 157. 


244
>>>
stosowanie i dystansowanie się wobec niej. Mamy do czynienia naraz z ukłonem w kie- 
runku tradycji i nowatorstwa. 
Według M. Bachtina "przedmiotem epopei jest epicka przeszłość narodu"31, najlepiej 
też, żeby była to przeszłość heroiczna. Z tego powodu Kozacy w Kontrze podlegają stale 
zabiegom nobilitującym, co zasadniczo przeczy deklarowanemu obiektywizmowi, przy- 
najmniej na pierwszy rzut oka. Natykamy się w powieści na strategię idealizowania opi- 
sywanego narodu. Nie tylko narodu zresztą, bo wspomniana strategia obejmuje sobą 
szerszy zakres zjawisk. Pogląd, który wyraziłem, może wydawać się kontrowersyjny, 
szczególnie że wielu badaczy twórczości autora Lewej... traktuje metapowieściowe dekla- 
racje narratorów zbyt poważnie 32 . 
To prawda, sądy wartościujące nie są wyrażane wprost. Co z tego jednak, są przecież 
wyraźnie sugerowane, np. gdy porównuje się systemy represji: carski i bolszewicki lub 
gdy buduje się obrazy Brytyjczyków i Kozaków w kulminacyjnej części powieści. Teza, 
iż Kontra nie jest w żadnym aspekcie utworem o tym, co dobre i o tym, co złe, wydaje mi 
się chybiona. 
Idealizacja świata przedstawionego nie ogranicza się tylko do Kozaków. Podlega mu 
także kraina dzieciństwa czyli Rosja carska, co charakterystyczne ze strategii tej zostało 
wyłączone Dwudziestolecie, zapewne ze względu na skażenie komunizmem. Wszystko, 
co dzieje się przed epoką porewolucyjną zawsze, w porównaniu ze stanem obecnym, jest 
lepsze. Zło nigdy nie przekracza granic dopuszczonych przez starą reakcyjną obyczajo- 
wość, taki po prostu obowiązuje schemat 33 . Cała rzecz właśnie polega na kontraście, na 
nim bowiem opiera się strategia idealizująca stosowana przez autora W cieniu... . Kon- 
trast zaś wynika z przyjętej metody porównawczej w partiach o walorach polemicznych, 
czyli w warstwie "wyższej", choć została przeniesiona także do przedstawień fabular- 
nych. Metoda porównawcza nie może być stosowana zawsze i wszędzie bez względu na 
okoliczności. Z tego powodu narrator Kontry odwołuje się niekiedy do tzw. "zdrowych 
odczuć", gdy wyraża sądy wartościujące. 
Ale obcym ludziom przeszkadzać poczęły: jednym cerkwie, innym kościoły, trzeci 
zaczęli palić synagogi (83). 
Z artystycznego punktu widzenia strategia taka jest w pełni uzasadniona i niezwykle 
skuteczna, spełnia swoje zadania. Zbudowany obraz jest na tyle wiarygodny i przekonu- 
jący, że dało mu się zwieść wielu wytrawnych w końcu badaczy literatury. Dzieje się tak 
też dlatego, że nie można odmówić kreacji wewnętrznej logiki. Czy Rosja carska była 
"lepsza" od bolszewickiej? Oczywiście, że była! Czy stanowiła zupełnie inną jakość 
w dziejach ludzkości? Na to pytanie również trzeba odpowiedzieć twierdząco. Czy nale- 
ży z tego wnosić, iż Rosja carska z bolszewicką nie mają nic wspólnego. Twierdzenie to 
w żadnym wypadku nie daje się utrzymać, mimo to sugestia taka pojawia się w twórczo- 
ści Mackiewicza. Dodatkowo autor Nie trzeba... "wybiera" do przeprowadzenia porów- 
nania okres w historii Rosji szczególny, wyjątkowy i stosunkowo krótki, kiedy istotnie 
nastąpiła ogólna liberalizacja stosunków społecznych. Dla przykładu, często podkreślana 
wartość własności prywatnej była stosunkowo "świeżym implantem" w strukturze pań- 
stwowej Rosji carskiej. Obiekt idealizacji zaś to "państwo-bandyta", które (w tym wy- 
padku Mackiewicz nie myli się) nie było wyjątkiem na politycznej scenie XIX wieku. 


31 M. Bachtin, Epos a powIeść (O metodologII badanIa powIeścI), Pamiętnik Literacki 1970 
z. 3 s. 211. 
32 [W. Bolecki] ]. Malewski, PtasznIk z WIlna. Kraków 1991 s. 380. 
33 M. Nowakowski, Józef MackIewIcz - człowIek I pIsarz osobny, [w:] Nad twórczoścIą Jó- 
zefa MacldewIcza, szkice pod red. M. Zybury. Warszawa 1990 s. 152. 


245
>>>
Czy powinniśmy w takim razie sądzić, że autor Kontry dokonuje manipulacji histo- 
rycznej dla osiągnięcia jakichś swoich celów? Nic bardziej mylącego, józef Mackiewicz 
to wielki pisarz, który ma za sobą "święte prawo literatury" do budowania takiej kreacji 
świata przedstawionego, jaką uzna za stosowną i konieczną, by dać wyraz swej a r t y- 
s t Y c z n ej pasji. Świadomy czytelnik powinien jednak zdawać sobie z tego sprawę. 
Ze strategią idealizującą wiąże się strategia obiektywizująca. Fakt, że mogą bezkon- 
fliktowo egzystować obok siebie, stanowi jedno z największych osiągnięć techniki pisar- 
skiej autora Lewej wolnej. Na strategię tę składają się: dokumentaryzm, wyraźne nawią- 
zanie do stylu realistycznego XIX wieku, mistrzowskie operowanie emocjami, które pro- 
wadzi do empatii oraz techniki naturalistyczne a w szczególności niezwykła dbałość 
o detale kreowanych wizerunków. 
Sam autor Kontry ma pełną świadomość stosowanej strategii, co wyraża w słynnym 
już monologu o prawdzie. Pierwsza prawda ma swój wyraz w notach historycznych wte- 
dy, gdy traktują o sprawach "idealnie obiektywnych". Podawane są cyfry, daty, nazwiska, 
które są jak odbicie obłoków w wodzie. W innych przypadkach mamy do czynienia 
z drugą prawdą, czyli interpretowaniem-poszukiwaniem pierwszej prawdy. Karkołomne 
zadanie, żeby z "zakłamanych" okruchów drugiej prawdy odtworzyć pierwszą, zakoń- 
czyło się jednak sukcesem. Globalny, całościowy ogląd zjawisk jest po prostu prawdzi- 
wy, zdaniem autora tej pracy. 
W takim razie kompletny obraz pierwszej prawdy jest obecny jakby poza powieścią, 
gdzieś na drodze: nadawca-odbiorca. W samym dziele spotykamy za to obiektywizm 
pozorowany, grę z czytelniczą świadomością. jeśli konsekwentnie budowany jest nega- 
tywny obraz Anglików, który krok po kroku staje się bardziej złowrogi, to w pewnym 
momencie musi pojawić się scena, w której jakiś Anglik wystąpi w pozytywnej roli. 
Ogólny obraz nie ulegnie zmianie, ale przedstawienie uzyska "maskę obiektywizmu". 
Na podobnej zasadzie operuje Mackiewicz emocjami. Najpierw lento secco, kiedy 
pisze, "jak do tego doszło", a kiedy już "dojdzie": forte ardente lub doloroso. Grunt pod 
wydarzenia kluczowe przygotowywany jest przez suchą, spokojną relację narratora, gdy 
zaś dochodzi do kulminacji, ton wyraźnie się zmienia. W ten sposób narracja otrzymuje 
etykietę obiektywności, dzięki wyraźnej przewadze tonu spokojnego, a przekaz emocjo- 
nalny zostaj e również "wysłany". 
Od dawna badacze dorobku literackiego józefa Mackiewicza podkreślali związki je- 
go prozy z realizmem XIX wieku. Kwestia wydaje się bezsporna, co wcale nie znaczy, że 
nie wymaga badania 34 . Autor Kontry byłby raczej odnowicielem realizmu niż jego epigo- 
nem a "nowa powieść" budująca fikcję z faktów w żadnym razie nie mieści się 
w konwencji realizmu XIX w. Zaznaczyć trzeba także, że model realizmu może być 
trudno uchwytny, nie sposób bowiem mówić o jednym jego nurcie 35 . 
W takiej perspektywie dostrzegamy u autora Drogi donikąd nowe wcielenie starego 
prądu literackiego, tym bardziej specyficzne, że osobne, nie znajdujące poprzedników 
i naśladowców. Poszukując wzorców i odniesień często zwraca się uwagę na elementy 
stylu naturalistycznego, które mają być prostą konsekwencją wejścia w konwencję po- 
wieści XIX wieku. Szuka się też tego powinowactwa w przyrodniczych zainteresowa- 
niach autora Buntu rojstów 6 . Takie postawienie sprawy wydaje się zbyt daleko idące. 
Ograniczenie źródeł, z których czerpał twórca "nowej powieści", do jednego raptem, jest 
tezą, którą byłoby bardzo trudno udowodnić. 


34 [W. Bolecki] ]. Malewski, PtasznIk z WIlna, s. 328. 
35 W. Weintraub, WyznacznIkI stylu realistycznego, w: PTL ser. 1, Wrocław 1987 s. 281. 
36 D. Rohnka, Aja przecIwnIe... SzkIce o Józefie MackIewIczu. Londyn 1997 s. 14. 


246
>>>
Jest oczywiste, że autor Kontry, nie rezygnując z literackiej kreacji, ma zamiar osią- 
gnąć wiedzę historyczną, psychologiczną a nawet moralną, co nie jest zgodne z koncep- 
cjami naturalistycznymi 37 . Nie tylko zresztą osiągnąć, ale również w sposób perswazyjny 
przekazać odbiorcy. Z tego powodu musi uzyskać jak największą wiarygodność prze- 
kazu, a dzieje się to na drodze starannie przemyślanej i perfekcyjnie prowadzonej strate- 
gii obiektywizującej. Wszelkie konwencje i style literackie traktowane są jak narzędzia 
tej strategii, a o ich użyciu decyduje po prostu przydatność. W tym względzie autor nie 
nakłada na siebie żadnych "kagańców". 
Nie wydaje mi się jednak aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę 
autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograni- 
czonej38. 


Ambicją tego artykułu było, chociażby tylko pobieżne, zasygnalizowanie problema- 
tyki związanej z lekturą Kontry. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że mamy możliwość 
obcowania ze zjawiskiem niezwykłym w kulturze światowej. Tematyka powieści w mi- 
strzowski sposób łączy to, co aktualne, z tym, co ponadczasowe. Przy czym problematy- 
kę związaną z największą tragedią, jaka spotkała ludzkość w XX wieku, czyli pojawie- 
niem się komunizmu, wciąż trudno uznać za nieistotną i nieobecną. 
Nowość zjawiska spowodowała konieczność znalezienia innych środków wyrazu, 
odmiennego sposobu komunikowania. Sposób ten Józef Mackiewicz odnalazł, a była nim 
oczywiście: nowa powieść realistyczna. Powstała na gruncie krzyżowania znanych kon- 
wencji literackich, przede wszystkim był to dziewiętnastowieczny realizm (szczególnie 
rosyjski) wraz ze swymi dwudziestowiecznymi kontynuacjami 39 i ciekawie poję70m psy- 
chologizmem. Naturalistyczne techniki obrazowania oraz epopeiczna stylizacja o stano- 
wią bardzo wyraźne cechy powieści, całkowitą nowością było wprowadzenie w tym kon- 
tekście form ściśle dokumentarnych. 
Struktura tematyczna dzieła zaś rozpada się na trzy zasadnicze bloki: losy bohaterów 
(zbiorowości), wielką historię oraz prezentację idei. Każde zjawisko rozpatrywane jest 
z perspektywy wszystkich "bloków", stąd bierze się niezwykła gatunkowa różnorodność. 
Nie ma ustalonej kolejności występowania sposobów prezentacji tematów. Czasami 
dzieje się to tak jak wyliczono wyżej, innym razem pierwsza do głosu dochodzi wielka 
historia. Kiedy indziej wykłada się najpierw ideę. Zawsze jednak narrator odnosi się do 
wydarzenia-zjawiska na wszystkich trzech płaszczyznach. Dzięki temu otrzymujemy 
niezwykle wnikliwą analizę problemu, odbiorca zostaje "pouczony" o wszelkich jego 
konsekwencj ach. 
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba stwierdzić, iż napotykamy bardzo skompliko- 
waną i misternie złożoną strukturę. Jej analiza, wbrew pozornym oczywistościom, nie 
jest wcale łatwa. Stąd zapewne tak wiele nieporozumień i skrajnie odmiennych interpre- 
tacji, pomijając nawet zamierzoną przez autora kontrowersyjność i prowokacyjność wy- 
powiedzi. 
Dodatkowo nakładają się na opisaną strukturę dwie najważniejsze strategie pisarskie: 
nobilitująca i obiektywizująca, rzutujące na wymowę dzieła i realizujące jego funkcję 
perswazyjną. Jak już wspomniano, są one w dużym stopniu "przezroczyste" i świadczą 
o artystycznym kunszcie twórcy. 


37 Z. Mitosek, TeorIe badań literacldch, Przegląd Historyczny 1983 s. 85-86. 
38]. Mackiewicz, NIe trzeba głośno mówIć. Londyn 1985 s. 9. 
39 Bardzo dokładnie problem analizuje W. Lewandowski w: Józef MacldewIcz..., zob.: roz- 
działlc Alu
a "rosyjska" oraz Ideał pIsarsld. 
o Najlepszą analizę epopeiczności dzieł]. Mackiewicza przedstawił A. Fitas w: Model powIe- 
ścI... . 


247
>>>
Kontra spełnia także wymogi źródła historycznego i jest to jeszcze jeden sukces jej 
autora, zamiar stworzenia nowego środka wyrazu historii raczej się powiódł. Krąg 
osób, dla których dzieło Józefa Mackiewicza było czynnikiem formującym ich świa- 
domość historyczną, nie jest wcale taki mały. Stało się tak, dlatego że wypełnił on swą 
twórczością rzeczywistą lukę w historiografii, która znalazła się w XX wieku pod 
wieloraką presją. Wszystko to sprawia, że należy Józefa Mackiewicza zaliczyć do naj- 
większych polskich i światowych pisarzy. Nie mam wątpliwości, że wejdzie na trwałe 
do historii literatury.
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


NIE TRZEBA GŁOŚNO MÓWIĆ 
- POWIEŚĆ HISTORYCZNA 
CZY POLITYCZNA? 


jerzy R. KRZYŻANOWSKI (USA) 


We wstępie do swej naj ambitniejszej powieści Nie trzeba głośno mówić pisał Józef 
Mackiewicz: 


Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej pewnych fragmentów 
minionej wojny, ijest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na 
celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek "tezy", bądź fodejmowania "polemiki poli- 
tycznej". Jest wyłącznie próbą opisania tego co było" (s. 9) . 
A zatem powieść historyczna, obiektywna, napisana w myśl zasady Tacyta sine ira et 
studio? Staranne odczytanie tekstu książki zdaje się stawiać to autorskie stwierdzenie pod 
znakiem zapytania, co nota bene spowodowało szereg ostrych ataków zarówno przeciw- 
ko Mackiewiczowi, jak i jego powieści. I mimo że polemiki te należą do przeszłości, 
trwałe miejsce jego powieści w historii literatury polskiej XX wieku skłania do ponow- 
nego, uważnego przyjrzenia się jej treści i podjęcia próby odpowiedzi na postawione 
w tytule niniejszych rozważań pytanie. 
Nie trzeba głośno mówić zdaje się spełniać wszystkie wymogi stawiane powieści 
historyczne/, Fikcyjne postaci działają na starannie zarysowanym tle konkretnych wy- 
padków, zwykle z dokładnym podaniem miejsca i czasu akcji. Pierwsza scena powieści 
to atak niemieckiego lotnictwa na Wilno w dniu 22 czerwca 1941 r., zaskakujący czeka- 
jące na pociąg dwie główne postaci powieściowe, Henryka i Leona, stanowiąc zarazem 
bezpośrednie nawiązanie do podobnej sytuacji otwierającej poprzednią powieść Mackie- 
wicza Droga donikąd, której "powieść niniejsza jest chronologicznie dalszym ciągiem" 
(s. 9). Dodajmy od razu, że nie tylko chronologicznie, szereg bowiem zarówno sytuacji 
jak i metod powieściowych łączy oba utwory w pewną nierozerwalną całość, z tym 
oczywiście, że podczas gdy rzecz wcześniejsza ma na celu przedstawienie okupacji so- 
wieckiej okresu od lata 1940 do lata 1941, Nie trzeba głośno mówić jest niemal drobia- 


l W wypadku, kiedy cytaty, pochodzą z powieści ]. Mackiewicza, NIe trzeba głośno mówIć (Pa- 
ryż 1969) numery stron podano w nawiasach. 
2 W rozumieniu: "opartej na zdarzeniach historycznych" - red. 


249
>>>
zgową kroniką okupacji niemieckiej, od 22 czerwca 1941 r. aż po pewien dzień "w pew- 
nym tygodniu" późnej wiosny 1945 r. (s. 547),już po wyzwoleniu przez Anglików pol- 
skiego oflagu w Niemczech. Podobnie ma się rzecz z fikcyjnymi wydarzeniami, które 
najczęściej wiążą się bezpośrednio z wypadkami historycznymi i są przez nie albo moty- 
wowane, albo z nich w taki czy inny sposób wynikają. Celem podbudowania wiarygod- 
ności fikcji Mackiewicz odstępuje tu od zasady prowadzenia wątku wyłącznie fikcyjnego 
i wprowadza obszerne wstawki historyczne, udokumentowane załączoną do tekstu bi- 
bliografią 106 pozycji w ośmiu językach; te zaś z kolei niejednokrotnie nabierają cha- 
rakteru literatury raczej niż historii przez zbeletryzowanie ich dialogami, żywą charakte- 
rystyką postaci, szerokim malowaniem tła itp. Wstawki te zajmują ok. jednej trzeciej 
objętości książki, ściśle mówiąc 34 na ogólną liczbę 94 rozdziałów, stanowią więc jej 
integralną część. ,,jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczo- 
ner (s. 9), napisał autor w przedmowie i postulat ten w pełni zrealizował, tworząc 
w sumie ogromnie bogate, a pod wieloma względami niezwykłe dzieło. 
Jedną z niecodziennych metod narracji, zapożyczonych z Wojny i pokoju Tołstoja, 
jest prowadzenie dwóch niemal równoległych wątków, w pewnym momencie poszerzo- 
nych o wątek trzeci, co pozwala pisarzowi na rozbudowanie terenu akcji na obszar się- 
gający od Moskwy po Berlin, w przypadku bowiem ograniczenia akcji do działania obu 
postaci pierwszoplanowych byłoby to w powieści ściśle realistycznej niemożliwe. I pod- 
czas gdy Henryk, postać naj ważniejsza, porusza się głównie na terenie Wileńszczyzny, 
z wypadami na Białoruś, a jego przyjaciel Leon z Wilna wyrusza do Warszawy a następ- 
nie, po Powstaniu, znajduje się w Niemczech, natomiast Anton Panisienko, zbuntowany 
moskiewski inżynier, włącza się w akcję antysowiecką i podróżuje między Moskwą 
a Berlinem by przypadkowo zginąć na warszawskiej ulicy. Tego rodzaju rozszerzenie 
terenu akcji pozwala pisarzowi na wprowadzenie szeregu dodatkowych wątków i postaci, 
co znakomicie wzbogaca wielostronną panoramę powieści. Warto od razu zauważyć, że 
ani Henryk, ani Leon nie noszą w powieści nazwisk, a ich biografie ograniczone są do 
nielicznych w tekście wzmianek, takich jak np., że obaj są oficerami rezerwy (s. 199, 
516), że Henryk był "jedynym chyba urzędnikiem magistratu, posiadającym przed wojną 
własne auto" (s. 70), Leon zaś pracował jako aplikant adwokacki 3 . Nieco częstsze są 
króciutkie opisy wyglądu jednej z głównych postaci - wzmianki o otyłości Henryka 
(s. 31), czy o jego szoferskim talencie, co wykorzystane zostaje w wątku podróży do 
Mińska i przygodach z partyzantami. Natomiast postaci drugoplanowe, takie jak Pani- 
sienko i inni, noszą pełne imiona i nazwiska, a niektóre postaci kobiet, takie jak zniem- 
czona Rosjanka Nastazja Ipolitowna, opisane są nader starannie (s. 177). Charakterystyki 
te bywają nie zawsze dla postaci kobiecych korzystne, jak np. w przypadku okupacyjnej 
spekulantki Klaudii Kalinowskiej, która w sposób niewyszukany choć skuteczny próbuje 
uwieść Henryka (s. 40). 
Brak zaplecza biograficznego głównych postaci nie jest też uzupełniony charaktery- 
styką językową. I mimo, że zarówno Henryk jak i Leon działają przede wszystkim 
w Wilnie, język ich pozbawiony jest jakichkolwiek akcentów lokalnych, tak charaktery- 
stycznych dla tego regionu. Należąc do warstwy inteligencji posługują się poprawną, 
standardową polszczyzną, co zresztą znajduje potwierdzenie w opracowaniach nauko- 
wych, takich jak np. Język polski na Wileńszczyźnie Haliny Turskiej, która stwierdza, że 
"na ogół język inteligencji polskiej jest bardziej zbliżony do polskiego języka literackie- 
go,,4. To poczucie poprawności językowej jest tak silne, że kiedy Halina, przyjaciółka 


3]. Mackiewicz, Droga donIkąd. Londyn 1955 s. 37. 
4 H. Turska, Język polsld na WIleńszczyźnIe, [w:] StudIa nad polszczyzną kresową, t.2, pod 
red.]. Riegera i W. Werenicza. Wrocław 1983 s. 16 (Prace Językoznawcze, 106). 


250
>>>
Henryka, adresując do niego list przez pomyłkę pisze "Hendryczku", spostrzega natych- 
miast swój błąd, ale go nie koryguje "nie żeby było śmieszniej, ale tylko zdawało się jej 
nagle, że będzie czulej" (s. 505). Natomiast językowy obraz Warszawy przez kontrast 
nacechowany jest lokalnymi idiomami i typowym dla okresu okupacji wisielczym humo- 
rem, jak np. w scenie ulicznej strzelaniny, podczas której kula dziurawi nowy kapelusz 
kuzyna Leona, co wiozący ich rikszarz komentuje: "A u szanownego pana mecenasa 
cylinder przedziurawiony na dwie strony. To pewnie dla przewietrzenia fiksa brylanty- 
ny". Odpowiedź jest równie dowcipna jak typowa: "Nie, taki już znalazłem na ławce 
w Ogrodzie Saskim", po czym Julian darowuje młodemu człowiekowi uszkodzony ka- 
pelusz, co z kolei spotyka się z repliką: "Dziękuję za dar narodowy. Może będzie kiedyś 
tyle wart co «Szczerbiec» na Wawelu" (s. 468-469). 
Zastanowić się należy nad celem tak oszczędnej charakterystyki głównych postaci 
powieści. Wydaje się, że Mackiewicz, który metody tej użył już poprzednio w Drodze 
donikąd, chciał zbliżyć je maksymalnie do czytelnika, uniknąć formalnego dystansu 
tworzonego przez podawanie nazwiska, spowodować pewnego rodzaju identyfikację 
czytającego z bohaterami powieści, a tym samym wzmóc jeszcze bardziej dominującą na 
każdym kroku zasadę realizmu. 
Natomiast dziesiątki postaci drugoplanowych wielu narodowości dodają powieści 
kolorytu m.in. dzięki używaniu przez nie odpowiednich form języka, co w książce 
wprowadzane jest w wielu różnych formach, od lokalnych przysłów i powiedzeń po 
ledwie wyczuwalne akcenty, takie jak np. w wypowiedziach Źyda Wulfki, typowych dla 
tej grupy etnicznej mieszkańców Wileńszczyzny ("Ach, kogo ja nie mam...", s. 35). Źy- 
dzi, Litwini, Białorusini i Rosjanie stanowią barwne tło dla działania głównych postaci, 
Polaków, w rzeczywistości, tak jak w powieści, stanowiących zdecydowaną większość 
ludności regionu. Język tych grup etnicznych jest równie bogaty jak ich folklor, manife- 
stujący się często swoistym humorem, typowym dla tego rodzaju form wypowiedzi. Tak 
np. jeden z wiejskich komunistów podaje powody lokalnego konfliktu doprowadzającego 
w konsekwencji do krwawej bitwy: 
To Ignat, jakby bieluniu napił się, rozum stracił. Słowem dla niego słońce, księżyc 
i gwiazdy mniej blasku mają niż to, co Juchniewiczówna między nogami (s. 147). 
Jędrność a zarazem swoista poetyckość tej frazy jest znakomitym przykładem opanowa- 
nia przez Mackiewicza miejscowego idiomu, co zresztą umiał zademonstrować już wcze- 
śniej, w przedwojennym tomie reportaży Bunt rojstów 5 . Nawiasem warto zauważyć, że 
w tej wielkiej powieści o okupacji niemieckiej prawie zupełnie nie występują Niemcy. 
Poza epizodycznymi sylwetkami żołnierzy pojawiają się tam dwaj tylko oficerowie, przy 
czym okazuje się, że obaj są cudzoziemcami noszącymi niemieckie mundury. Obszernie 
natomiast potraktowani są Niemcy, od Hitlera po miejscowych urzędników administracji, 
we wstawkach historycznych. 
Zagadnienie osobne, do którego szerzej powrócić przyjdzie za chwilę, stanowią wy- 
stępujący w powieści Rosjanie, a zwłaszcza główny ich przedstawiciel, oficer NKWD 
Raczenko vel Nikitin. Ewakuowany z Wilna w 1941 r. wraca tam na czele ekipy zrzuto- 
wej jako zapowiedź nowej, tym razem trwałej okupacji regionu. Bezwzględny i bezlitos- 
ny jako dowódca, który nie zawaha się dobić rannego towarzysza (s. 146), Raczenko 
posługuje się językiem propagandy, przy czym nie unika ironii, jak np. w rozmowie 
z wileńskim szewcem Drużką, którego terroryzuje jawnymi pogróżkami. 
Nie byłja żadnym agentem - przerwał ponuro Drużko. - Nie? - zdziwił się Ra- 
czenko. - U mnie jak raz dowody są i chciałem was właśnie do nagrody, odznaczenia 


5 J. Mackiewicz, Bunt rojstów. Wilno 1938. 


251
>>>
przedstawić, do orderu, jak wróci nasza władza. Aaa, to szkoda. Pewnie sfałszowane do- 
wody (s. 223). 
W rezultacie Drużko, nie widząc innego wyjścia z pułapki, popełnia samobójstwo. 
Raczenka, podobnie jak przedstawiciele innych grup etnicznych w powieści, posługuje 
się językiem polskim i tylko pewne elementy rosyjskiej składni pozwalają odgadnąć 
w jakim naprawdę języku toczy się rozmowa, jak np. w dialogu z wiejskim działaczem 
komunistycznym Kuszelenką: "No, tego to my jeszcze z wami na pewno nie wiemy... [...J 
Wy, sami, kto będziecie?" (s. 152). 
Indywidualny styl pisarski Mackiewicza przejawia się wyraźnie nie tylko w dialo- 
gach, ale także w partiach opisowych, gdzie umiejętnie wtrącone wyrażenia czy zwroty 
nadają fragmentom tym cech realizmu językowego w skali rzadko u innych pisarzy spo- 
tykanej. Jako przykład podać można ustępy z pierwszego rozdziału powieści ukazujące 
chaos spowodowany niemieckim atakiem a zarazem reakcję polskiej ludności na panikę 
wśród Rosjan, dotychczas propagandowo przedstawianych jako przedstawiciele "nie- 
zwyciężonej czerwonej". Mackiewicz jest pisarzem zbyt doświadczonym, żeby powielać 
stereotypy językowe, toteż rzadko tylko znaleźć tu można charakterystyczne dla Wi- 
leńszczyzny imiesłowy ("znaczy ogon zadarłszy, zwiali", s. 16). Zamiast nich pisarz woli 
wprowadzać kolokwialne wyrażenia takie jak np. "Niemcy dali w samą guszczę" (s. 15) 
lub umiejętnie wtrącane rusycyzmy, trafnie oddające obraz sowieckiej klęski: "konie 
luzem, konie galopem, ciągnące połamane przodki wozów, duha wisi bokiem, hołoble na 
jebiona mać, przez pola i szyny kolejowe" (s. 14). Ordynarne rosyjskie przekleństwo nie 
tylko w kontekście tym nie razi, ale wzmacnia ogólne wrażenie rozbicia sowieckiej wła- 
dzy, przez przeszło rok panującej nad regionem. 
W ten sposób, mimochodem, przechodzimy do sprawy w powieści Mackiewicza 
zasadniczej, a mianowicie do kwestii powrotu komunizmu, będącej dla ciężko doświad- 
czonych mieszkańców Wileńszczyzny sprawą kluczową. Krótkotrwała radość z powodu 
klęski Rosjan w czerwcu 1941 r. stopniowo zamienia się w rosnącą obawę, której przed- 
stawiciele Polskiego Państwa Podziemnego z Warszawy zrozumieć nie potrafią. Kontrast 
między tymi dwiema postawami wykorzystywany jest nader umiejętnie na wielu płasz- 
czyznach, począwszy od politycznej a skończywszy na leksykalnej, co w powieści po- 
jawia się stosunkowo wcześnie, np. w rozmowie między emisariuszem Komendy Głów- 
nej Związku Walki Zbrojnej a Henrykiem, gdy pada propozycja wyjazdu Henryka do 
Mińska i środków materialnych na przeprowadzenie tej imprezy: 
- Finanse? - "Świnki". - Co to jest? - Ach, u was się tak nie nazywają? Złote ruble. 
- U nas się mówi: złote ruble. - Trochę "miękkich". - Nie wiem. - Banknoty dolarowe. 
- To słabsze. - I "koła". - Również nie znam - wzruszył ramionami. - Dolary złote. - 
Dobra rzecz. U nas się mówi: dolary złote. - Co kraj to obyczaj (s. 32-33). 
Podobnie zdezorientowany jest Panisienko, gdy w trzy lata później, po przyjeździe 
do Warszawy, rikszarz proponuje mu jazdę "za górala" (s. 440), a kiedy usiłuje podjąć 
temat niebezpieczeństwa bolszewickiego "obecni w sklepie spoglądali na tego klienta 
z innej planety" (s. 443). 
Warszawa widziana zarówno przez Panisienkę jak i przez Leona, który przyjeżdża 
tam w tym samym okresie celem ostrzeżenia władz konspiracyjnych przed nadciągają- 
cym zagrożeniem sowieckim, czyni na obu podobne wrażenie miasta mimo niemieckiego 
terroru beztroskiego, żyjącego własnym, pełnym życiem a ponadto bogatego. 
[...] Zrzuty. [Wyjaśnia źródło tego dobrobytu Leonowi jego kuzyn.] Miasto, w które 
wpompowuje się miliony dolarów, funtów i złotych monet. Nie licząc dziesiątków milio- 
nów w "młynarkach" i markach niemieckich (s. 466). 


252
>>>
Ten obraz okupacyjnej Warszawy pod piórem Mackiewicza nabiera parokrotnie cha- 
rakteru niemal satyrycznego, jak np. w opisie uczty Leona i jego kuzyna w restauracyjce 
uroczej pani Doroty (s. 456), przy czym trafną ocenę polityczną charakteru miasta daje 
spotkany przez Panisienkę w tym samym lokalu sotnik stacjonujących w Warszawie Ko- 
zaków w niemieckiej służbie, Borys Mikołajewicz Siłamikiel mówiąc: 
[...] Sytuacja paradoksalna. Bogactwo, burżuje, paniczyki w lakierowanych cholewach. 
A po naszej stronie nędza proletariacka, bezdomna. Puść ją tylko na "grab' nagrablenno- 
je" , jak mawiał nieboszczyk Lenin! Oho-ho-ho! [...] Ale paradoks w tym największy, że 
do tego dochodzi jeszcze straszna złość, bo te burżuje i paniczyki, razem z ich złotem 
i towarami, stoją jak raz na stronie bolszewików, a nasza bezprizorna czerń, nasze "czar- 
nokoże", po przeciwnej stronie. Ty rozumiesz takie szaleństwo historii? (s. 453). 
I tu wkraczamy już bezpośrednio na teren polityki, nie tylko "szaleństwa historii". 
Warto nawiasem dodać, że Mackiewicz, który był pisarzem nade wszystko prowin- 
cjonalnym, kresowym, znalazł się pod koniec okupacji w Warszawie, toteż wiele wła- 
snych obserwacji przetworzył w wątki powieściowe, o czym wyraźnie pisał np. w arty- 
kule Zgoda 6 czyli pęk kluczy..6. Jest to historia zlikwidowania przez Gestapo lokalu 
"braci Botlarewskich", w rzeczywistości Kotlarewskich, działaczy Kierownictwa Walki 
Cywilnej (s. 441-444, 451-452), dla których Panisienko zbiera wywiadowcze informa- 
cje, potwierdzona szeregiem innych relacji przytoczonych w tym artykule. 
Wbrew cytowanemu na wstępie oświadczeniu Mackiewicz nie tylko nie uniknął, ale 
w powieści swej forsował własną tezę oskarżając Polskie Państwo Podziemne o jawną 
współpracę ze Związkiem Sowieckim w okresie obowiązujących warunków paktu Sikor- 
ski-Majski, tZn. od wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej aż do odkrycia grobów katyń- 
skich w kwietniu 1943 r., a także i późniejszej działalności na korzyść "sojusznika na- 
szych sojuszników". Jako koronny argument przytaczał fakt wyjątkowej roli Polski jako 
jedynego w okupowanej Europie państwa, które nie przyłączyło się do koalicji antyko- 
munistycznej, wykluczając wszelką kolaborację z Niemcami jako warunek nie do przyję- 
cia. Toteż wątki fabularne, zwłaszcza działalność Henryka i Leona w AK, tezę tę nie 
tylko podtrzymują, ale w kilku przypadkach naginają do niej fakty historyczne, co jest 
niewybaczalną wadą rzekomo obiektywnej powieści. Jako przykład zasadniczy podać tu 
należy sprawę organizacji "Wachlarz", na ogół w krytycznych omówieniach książki 
Mackiewicza całkowicie pomijaną. 
A przecież problem "Wachlarza" występuje w Nie trzeba głośno mówić nader wcze- 
śnie: już w rozdziale III przedstawiciel "Organizacji" z Warszawy proponuje Henrykowi 
wyjazd do Mińska celem przewiezienia dwóch ciężkich, "mocno trefnych" waliz. Na py- 
tanie Henryka czy są to druki dodaje, że nawet "gorzej", domyślić się więc można, że 
idzie tu albo o sprzęt drukarski, albo broń. Nieznajomy wyjaśnia ogólny cel misji jako 
"wachlarzowate opanowanie na wschód od naszej granicy", "wejście w teren", "wytypo- 
wanie miejsc i ludzi pierwszego oparcia" (s. 32), nie mówi jednak nic o charakterze akcji. 
Dzieje się to późnym latem 1941 r., gdy "szpalery lip już dawno przekwitły" (s. 31), potem 
jednak wyjazd Henryka ulega opóźnieniu i w rezultacie dociera on do Mińska dopiero gdy 
czuje się tam "oddech jesieni o posmaku zbutwiałych liści" (s. 84). Na miejscu nawiązuje 
kontakt z niejakim Romualdem Ławrynowiczem, wieloletnim tamtejszym rezydentem pol- 
skiego wywiadu, człowiekiem nie tylko doskonale zorientowanym w tamtejszych stosun- 
kach, ale także w bieżących planach "wachlarzowatego" opanowania terenu, co całkowicie 
dezaprobuje, mimo że z organizacją tą się identyfikuje ("akcja tego naszego «Wachlarza 
nr 4»", s. 88). Ławrynowicz, zacięty antykomunista, wyjawia całe swoje poglądy znacznie 


6 Tegoż, Fakty, przyroda I ludzIe. Londyn 1984 s. 297-306. 


253
>>>
później, gdy w styczniu 1942 r. przyjeżdża z Warszawy łącznik, wobec którego akcję "Wa- 
chlarza" nazywa otwarcie "normalnym szpiegostwem na rzecz i korzyść bolszewików" 
(s. 114), przy czym podaje bardzo szczegółowe informacje o przybyłej z Warszawy ekipie 
"Czarnego", który na bezpośrednie polecenie "GrabicJ" ma w Mińsku "przygotować wspól- 
ne wystąpienie z partyzantką bolszewicką". Co więcej, identyfikuje przyjezdnego kierowni- 
ka grupy jako "niejakiego majora Sokołowskiego od szwoleżerów" (s. 115), a więc podaje 
maksimum dostępnych informacji, równocześnie ostro się od współpracy z "Wachlarzem" 
odcinając ze względów ideologicznych. 
Zauważmy od razu, że w tych paru zdaniach popełnił Mackiewicz możliwie wielką 
ilość pomyłek lub przeinaczeń prawdy, w innych epizodach powieści tak starannie od- 
twarzanej. Pseudonimu "Grabica" używał gen. Stefan Rowecki tylko w okresie począt- 
kowym jako szef sztabu Służby Zwycięstwa Polski, zmieniając go następnie w Związku 
Walki Zbrojnej na "Rakoń" , a od 7 lutego 1940 r., jako komendant polskich sił zbrojnych 
na terenach okupowanych przez Niemców, występował jako "Grot"7. Jedynym "Czar- 
nym" na terenie Mińska był strażnik więzienny, Marian Miłaszewski, który w grudniu 
1942 r. utrzymywał kontakt między uwięzionymi przez Gestapo członkami grupy "Wa- 
chlarz" a światem zewnętrznym. Wśród uwięzionych znalazł się m.in. komendant IV od- 
cinka, major dypl. "Trop" Tadeusz Sokołowski, który zrzucony był z Anglii do kraju 
dopiero 30 marca 1942 r., a więc w kilka miesięcy później od sceny opisanej w powieści 
Mackiewicza. Istotnie, w chwili wybuchu wojny w stopniu rotmistrza (nie majora) służył 
on w l. Pułku Szwoleżerów, ale na tym kończy się podobieństwo między prawdą histo- 
ryczną a fikcją. Dodajmy, że major "Trop" do Mińska na stałe przybył dopiero w końcu 
września 1942 r. 8 i dowodził swoją grupą aż do aresztowania w okresie 7-9 grudnia 
1942 r. Zginął w tamtejszym więzieniu w dniu 6 lutego 1943 r. 9 . 
O tym wszystkim powieściowy Ławrynowicz nie mógł wiedzieć w styczniu 1942 r. 
W parę dni później zostanie on brutalnie zamordowany, a łatwe do wyczytania między 
wierszami implikacje zdają się wskazywać na emisariusza z Warszawy jako na zabójcę. 
Mimo to Henryk decyduje się uciekać z Mińska i korzysta z nadarzającej się okazji wy- 
jazdu dalej na wschód, aż pod Lepel, co z kolei zaważy na jego dalszych losach. I na tym 
kończy się powieściowy epizod "Wachlarza". 
W rzeczywistości koncept "Wachlarza" jako organizacji dywersyjnej - nie wy- 
wiadowczej, jaką nigdy nie była - działającej na tyłach armii niemieckiej na wscho- 
dzie powstał jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej, w kwietniu lub 
maju 1941 r., a realizowany był wstępnie od sierpnia tegoż roku. Praktycznie jednak 
"Wachlarz" rozpoczął swoją działalność dopiero wiosną 1942 r., a na IV odcinek (kie- 
runek Mińsk) - dopiero w pierwszej dekadzie maja 1942 r. przerzucono prawie trzy- 
dziestu ludzi 10. 
Podobnie mylne są informacje co do istnienia "Wachlarza" w WilnielI. Bronisław 
Krzyżanowski w swojej książce Wileński matecznik pisze wyraźnie o rozpoczynaniu 
wiosną 1942 r. działalności organizacji czysto dywersyj nej 12, podobnie wspominają jej 


7 Zob.: Stefan RoweckI w relacjach, pod red. nauk. T. Szaroty. Warszawa 1988 s. 53. 
8 Zob.: C. Chlebowski, Zagłada IVodcInka. Warszawa 1968 s. 68. 
9 Tamże, s. 163. 
10 C. Chlebowski, Wachlarz. Monografia wydzIelonej organIzacjI dywersyjnęj ArmJj Krajowej: 
wrzesIeń 1941-marzec l 943. Warszawa 1983 s. 52. 
11 V odcinek "Wachlarza" wyznaczono zgodnie z linią komunikacyjną: Wilno-Daugavpils- 
Połock - red. 
12 B. Krzyżanowski, WIleńsld matecznIk, 1939-l944: z dzIejów" Wachlarza" I ArmII Kraja- 
węj. Paryż 1979 s. 63-64. 


254
>>>
początki inni działacze z tamtego terenu, w sumie więc koncept Mackiewicza okazuje się 
całkowicie nierealny. 
Wolno zadać sobie pytanie dlaczego pisarz, w innych fragmentach swojej powieści 
ogromnie dbały o szczegóły dopuścił się tak wyraźnego wypaczenia prawdy historycznej, 
tym bardziej, gdy z załączonej do książki bibliografii wiemy, że znał wydawnictwo Pol- 
skie Siły Zbrojne w Drugiej Wojnie Światowej, gdzie zamieszczono obszerne choć ogól- 
nikowe opracowanie historii "Wachlarza,,13? Odpowiedź może być tylko jedna: Mackie- 
wicz nagiął prawdę historyczną dla podparcia swojej tezy politycznej o pracy wywiadu 
AK na rzecz i korzyść Rosji Sowieckiej, co całkowicie mijało się z prawdą. 
Dalszym dowodem forsowania tej tezy są obrazy środowiska warszawskiego latem 
1944 r., dyskusje całkowicie lekceważące rosyjskie niebezpieczeństwo lub też mające 
udowodnić lewicowe sympatie Kierownictwa Walki Cywilnej, co zresztą miało znaleźć 
potwierdzenie w powojennej działalności postaci takich jak szef Biura Informacji Propa- 
gandy AK płk Jan Rzepecki. W sumie Nie trzeba głośno mówić, przy swojej wielkiej 
wartości literackiej okazuje się powieścią nie tyle historyczną, co polityczną i to powie- 
ścią politycznie fałszywą, a to podważa jej ogólne znaczenie. Włodzimierz Bolecki, ba- 
dacz twórczości Mackiewicza, nazwał ją "wyrosłą z rozpaczy" powieścią ,,0 naj strasz- 
niejszej klęsce, jaka dotknęła Polskę w ciągu jej nowożytnego istnienia,,14. Ale najwięk- 
sza nawet rozpacz nie powinna usprawiedliwiać nieuczciwości pisarskiej i o to należy 
mieć do Mackiewicza pretensję. 


13 Polslde SIły Zbrojne w DrugIęj WojnIe ŚwIatowęj, t. 3: ArmIa Krajowa. Londyn 1950 
s. 482-498. 
14 [W. Bolecki] ]. Malewski, PtasznIk w WJlna: o Józefie MackIewIczu. Kraków 1991 s. 371. 


255
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JÓZEF MACKIEWICZ 
- OD STRONY PONAR 1 


Natan GROSS (Izrael) 


HISTORYK, POWIEŚCIOPISARZ, DZIENNIKARZ 


Historia to łańcuch faktów niewątpliwych: coś działo się gdzieś w jakimś określo- 
nym czasie, a potem działo się coś nowego, powiązanego na ogół z poprzednimi wyda- 
rzeniami, ale niekoniecznie. O tym powiązaniu decyduje ktoś, kto odnotowuje fakty 
i stwierdza ich zależność od siebie. Porządkuje. To jest historyk, człowiek uczony 
(o takich mowa), powołany do zbierania faktów, analizowania ich, zapisywania i publi- 
kowania. Historyk jest jednak człowiekiem, a choć dziś posługuje się komputerem, sam 
komputerem nie jest. Ma swoje osobiste poglądy społeczne, polityczne, estetyczne, zdaje 
sobie sprawę z tego, że pisze dla jakiegoś czytelnika emocjonalnie związanego z jego 
pisaną historią. Historyk wie, niewątpliwie, o wiele więcej niż to co zawiera jego książka 
- owoc studiów i przemyśleń. Z jednej strony musi rezygnować z mniej ważnych szcze- 
gółów i faktów - bo jego praca badawcza rozrosłaby się do nieobliczalnych rozmiarów 
(a są i takie), a z drugiej, chce podkreślić te fakty, które odpowiadają jego myśli prze- 
wodniej - kompozycji, ideologii, celowi, któremu idzie naprzeciw - on i historia (we- 
dług jego poglądu). 
Historia est magistra vitae - historia jest nauczycielką życia - taki slogan ukuli już 
starożytni historycy. Nie historia - a historycy. Ci są, chcą być nauczycielami, posługu- 
jąc się materiałem historycznym tak by nauczał, pouczał, umoralniał czytelnika-naród. 
Bo historyk pisze d l a n a r o d u i w pewnym sensie kształtuje jego charakter i sposób 
myślenia ukazując mu niejako jego odbicie, fotografię jakby - w swoim dziele. Tu nale- 
żałoby rozszerzyć pojęcie "historyk" do literata piszącego powieści historyczne, malarza 
- Sienkiewicza, Matejkę - czy dziennikarza, eseistę, krytyka, "korygującego" dzieła 
historyków - więc Boya-Źeleńskiego na przykład. 


l W opracowaniu wykorzystano: W. Lewandowski, Józef MacldewIcz. Artyzm. BIografia. Recep- 
cja. Londyn 2000 (w cytatach: WL); Nad twórczoścIą Józefa MacldewIcza, szkice pod red. M. Zybu- 
ry. Warszawa: [wyd. GryfJ, 1990. Cytaty z]. Mackiewicza pochodzą z książek oznaczonych nastę- 
pującymi skrótami: (B) - Bunt rojstów. Warszawa: [wyd. Gryf], 1990; (F) - Fakty, przyroda 
JludzIe. Warszawa: [wyd. BazaJ, 1990; (N) - NIe trzeba głośno mówIć. Warszawa: [wyd. BazaJ, 
1990. Numer strony podano po symbolu literowym. 


256
>>>
Historyk, przywiązany do postaci historycznych bohaterów, wodzów, przywódców 
narodu, buduje swój życiorys jak chce, wybierając z bogatych zasobów historii te fakty, 
które - w jego oczach - gloryfikują wybrane postaci, mogące być "wzorem" dla 
ucznia, studenta, czytelnika a unikając i wymazując z życiorysu - i z historii przez sie- 
bie ułożonej - fakty, które jego zdaniem mogłyby obniżyć ocenę moralną "wzoru". 
Słowem, odczłowieczają "historyczną postać" - ku pokrzepieniu serc narodu. 
Celem historyka jest (powinno być, tak sądzą) poszukiwanie prawdy i nie ukrywanie 
jej przed narodem - tj. czytelnikiem. Ale ta sama prawda ma różne oblicza: przedstawia 
się inaczej pod piórem historyka polskiego a inaczej ukraińskiego, a jeszcze inaczej an- 
gielskiego. Te same fakty znajdą diametralnie różną interpretację - jeśli nie zostaną cał- 
kowicie pominięte. Interpretacja faktów historycznych jest przeważnie kwestią tendencji 
autora - ale niekoniecznie. Może wynikać z dociekliwości, z poszukiwania "prawdziwej 
prawdy" . 
Chciałoby się żądać od pisarza, historyka, twórcy zajmującego się historią by był 
obiektywny - ale wygląda to na zadanie niewykonalne. Wystarczy żeby był uczciwy, 
żeby świadomie nie fałszował faktów, nie unikał spojrzenia prawdzie w oczy, choćby to 
była prawda bolesna. Może ją interpretować takjakją odczuwa, byle szczerze. 
Prawda w oczy kole - nie historyka, który rozumie (powinien rozumieć) nawet to co 
nie zawsze "kładzie się na rozum". Ale czytelnik (przeciętny, którego w szkole uczyli "nie 
szargać świętości") reaguje na nie znane mu fakty, utajone przed nim przez "nierozsądne 
wychowanie" - histerią. jeszcze większą histerią reagują ci historycy, którzy trzymają się 
kurczowo ukształtowanych przez wieki pojęć o swoich bohaterach narodowych ijeśli ktoś, 
inny uczony, kompetentny badacz dziejów odkrywa to - o czym "oficjalni" historycy 
dobrze wiedzą ale tę wiedzę ukrywają przed narodem - dochodzi do skandali, obelg, ob- 
mowy, banicji - zamiast rzeczowej dyskusji o faktach. Ale "konserwatyści" nie chcą mó- 
wić o faktach tylko o zasadach... Nie, jaka jest historia (narodu, w szczególności) ale jaka 
być powinna. j ak ją należy pisać i podawać do spożycia czytelnikowi. 
Najwspanialszym przykładem "obiektywnej" historii - obiektywnie napisanej - 
jest Biblia. Tu nie ma "świętych" - choć wszyscy są święci. Nie ma postaci bez skazy 
od Abrahama po Dawida i Mojżesza - najwybitniejsze postaci w mitologii żydowskiej 
- i nie tylko żydowskiej. Przekaz biblijny nie odbiera im cech ludzkich, ich słabości, 
zboczeń, niesprawiedliwych decyzji. Nie idealizuje również ludzi, narodu, który nie zaw- 
sze kroczy drogą sprawiedliwości, nie zawsze trzyma się litery prawa, przykazań bo- 
skich. Oczywiście, to wszystko, zdanie po zdaniu, słowo po słowie, skomentowane jest 
przez mędrców, ślęczących całe życie nad tą księgą i dopisujących komentarze do ko- 
mentarzy. Te komentarze - składające się m.in. na Talmud nie dochodzą do każdego 
zjadacza chleba - ale podstawowa księga historyczna, Biblia jest w każdym domu... 
Każdy może sobie przemyśleć i zinterpretować ten święty tekst, który w sposób prosty, 
bezpośredni opowiada o ludziach wielkich i małych a czasem, w niektórych księgach - 
jak Pieśń nad pieśniami, wznosi się do wyżyn poezji. 
Musiałem sobie i czytelnikowi uświadomić te nie nowe poglądy, by pod ich aspek- 
tem ocenić człowieka i dzieło - józefa Mackiewicza. Wyznam szczerze, nie jestem 
"Mackiewiczologiem". Współpracując z "Wiadomościami" londyńskimi otarłem się 
o dyskusje, rozróby, skandale związane z jego piórem, jego interpretacją historii - 
i historią związaną z jego miłością prawdy, która dla jego adwersarzy była niejako "szar- 
ganiem świętości narodowych". A on pisał co widział, co wiedział, co czuł, jako czło- 
wiek kresowy, mający bezpośredni kontakt z ludem, słyszący co w trawie piszczy, i nie 
bojący się o tym pisać choć nie wiedział, że nie w smak to będzie patriotom na emigracji, 
którzy zamiast popatrzeć do lustra i zobaczyć jak istotnie wyglądają, wolą rozbić to lu- 


257
>>>
stro. Nie chcą wiedzieć. Trzeba wiele cierpliwości, by ostudzić zapalczywość zaślepio- 
nych bojowników ciemnogrodu. 
Przyjąłem z pewnym wahaniem propozycję redaktora "Archiwum Emigracji", by 
napisać o stosunku - może stosunkach - Mackiewicza do Źydów, jako że Źydzi polscy, 
Źydzi w Polsce, to jeden z tematów, który konsekwentnie rozwijam w mojej działalności 
dziennikarskiej w Izraelu i ewentualnie w polskiej prasie zagranicznej. Mackiewicz jak 
wiadomo (może nie wiadomo?) nie był Źydem, więc niechętnie widziałbym reakcję 
nieprzyjaznego polskiego czytelnika, że "pcham się nie do swoich spraw", a z drugiej 
strony narażam się na ataki żydowskiego czytelnika - tego nietolerancyjnego - że 
biorę w obronę niejako "endeckiego" pisarza (co nie jest prawdą - ale kogo to obcho- 
dzi... W każdym razie skrajnie prawicowego antykomunistę). Doszedłem jednak do 
wniosku, że Mackiewicz był świetnym pisarzem, uczciwym i szczerym, wierzył w to co 
pisał i należy mu się ode mnie uczciwe słowo. 
Mackiewicz mówił głośno o tym o czym "nie trzeba głośno mówić", a jedną z tych 
spraw, o których "nie trzeba głośno mówić" jest to co zrobiono Źydom, co zrobiono 
z Źydami podczas II wojny światowej. Dlatego wziąłem pod skalpel powieść Józefa 
Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić. 


HUZIA NA MACKIEWICZA 


Oczywiście, Mackiewicz nie pisał powieści o Źydach - ale pisał o tym co widział 
i słyszał - żył w społeczeństwie, którego 30-40% po miastach, miasteczkach i wsiach 
stanowili Źydzi. Siłą rzeczy nie mógł na ten fakt przymknąć oczu - a oczy miał bystre. 
Swój stosunek do świata odnotował w sloganie, którego treść stała się treścią jego życia 
ijego credo: "nie ma złych i dobrych narodów, są tylko źli i dobrzy ludzie". Nie był na- 
cjonalistą a w żadnym razie "endekiem", o co go nieraz pomawiano. 
Motyw żydowski przewija się przez całą twórczość Józefa Mackiewicza, przeplata 
się z motywami głównymi jako naturalny element ogólnej sytuacji. Znał Źydów, pomagał 
im, oni jemu pomagali - ot normalne stosunki między ludźmi, sąsiadami, a różnie to 
bywało w niepewnych, ciągle zmieniających się czasach. Jeszcze przed wojną zdobył 
sobie opinie "antysemitnika", gdy w felietonie A Szwarce Bor - opisał kolonię letni- 
skową wileńskich Źydów w Czarnym Borze pod Wilnem. Jak ich widział - tak ich pisał 
- ale nie zapomniał dodać, że "dobrobyt z tego płynie". Chłopi przywożą na sprzedaż 
kartofle, ogórki, mleko, masło - wszystko, co jest do jedzenia. A traktują żydowskiego 
klienta jakby mu łaskę robili... 
Mój znajomy Jan Kol wynajął wszystkie zakamarki swej chaty Żydom. Sam się 
gnieździ byle jak. Ale z tego żyje, ma zarobek i przez to nie pracuje. 
Ani drzewa nie chce rąbać, ani w ogrodzie cudzym na dniówkę pracować. Po co mu to? 
Wychodzi do pociągu, pływa w żydowskim tłumie i lekką ręką zarabia na pośrednictwie. 
Prowadzi do nie wynajętych jeszcze mieszkań, szuka dla każdego Żyda odpowiedniej, we- 
dług jego miejskich geszeftów, kwatery. Dostarcza im co potrzeba i informuje. Żydzi, to je- 
go chleb powszedni z masłem, to jego utrzymanie, to jego roczny niemal budżet (B, 170). 
Rozmowa toczy się na peronie, gdzie Jan Kol łowi swoich klientów: 
U mnie, pan łaskawy, tak Żydów nalazłszy pełna chata. Kiedy smalo się na słońcu. 
Na ranku słysza płacz, dzieciuk ichni na słońcu spalił sia. Tak mówia, poco palić się tak... 
- znów zerknął w tłum, bo mu się wydało, że ktoś nań kiwa, ale nie. Zapomniał o czem 
opowiadał, więc zakończył sentencjonalnie, głośno, nie żenując się swych zarobkowi- 
czów: - Ażeby oni wszystkie w piekle spaliliby się! 
Jan Koljest niepoprawny (B, 171). 


258
>>>
Także Mackiewicz jest niepoprawny - i płaci za tę swoją wolność myśli i wypowie- 
dzi wysoką cenę. Jego stosunek - jednoznaczny i bezwzględny - do komunizmu so- 
wieckiego, trafia jak kosa na kamień na prosowiecką politykę państw alianckich walczą- 
cych z Niemcami. Jego prawda o Katyniu - fakt, że towarzyszył komisji demaskującej 
zbrodnie stalinowskie, wraz z publikacjami w polskojęzycznej prasie inspirowanej przez 
okupanta, przylepiły mu znamię kolaboranta ale: 
12 listopada 1945 roku Sąd Koleżeński Związku Dziennikarzy RP - Syndykat Wło- 
chy uwolnił Józefa Mackiewicza od zarzutu kolaboracji z niemieckim okupantem. Wyrok 
ten nie zahamował jednak nagonki na pisarza, prób wyeliminowania go ze społeczności 
emigracyjnej, na jakie będzie narażony do końca życia. W 1946 roku Mackiewicz zaczął 
publikować w wydawanym przez swego brata, Stanisława Mackiewicza, piśmie "Lwów 
i Wilno". W połowie 1949 roku wycofał się ze współpracy z tym tygodnikiem, podejrze- 
wając, że "Caf' nawiązał kontakt z agenturą PRL i negocjuje warunki powrotu do kraju. 
Jeszcze z Rzymu]. Mackiewicz przypomniał o sobie Mieczysławowi Grydzewskiemu 
i od roku 1947 rozpoczął współpracę z londyńskimi "Wiadomościami". Zamieszczanie 
tekstów Józefa Mackiewicza kosztowało Grydzewskiego utratę londyńskiej subwencji 
rządowej dla "Wiadomości" (w 1948 r.). Zapytany o przyczynę jej wstrzymania, gen. Bór- 
-Komorowski odpowiadał, że pismo, które drukuje Ferdynanda Goetla, Józefa Mackiewi- 
cza i Władysława Studnickiego, wyłamuje się z dyscypliny obywatelskiej i nie zasługuje 
na poparcie (WL, 124) . 
Prawda, tak jak ją widział, czuł i opisywał]. Mackiewicz doprowadzała do białej go- 
rączki patriotów na emigracji. Mackiewicz, który jako młody ale myślący i piszący czło- 
wiek brał udział w krwawych bojach oczyszczających północno-wschodnie rubieże do- 
piero co powstałej Niepodległej Polski z bolszewików - widział przy tej sposobności 
rozpad moralny swoich współtowarzyszy broni, mord i rabunek, bezmyślne zabijanie 
Źydów, palenie wsi pomawianych o współpracę z bolszewikami - i dał temu wyraz 
w książce Lewa wolna. 
W dyskusji na zebraniu Biura Studiów Rady Głównej Stowarzyszenia Polskich 
Kombatantów, zwołanym w Londynie, w celu potępienia Józefa Mackiewicza i jego po- 
wieści Lewa wolna oraz "skarcenia" Juliusza Sakowskiego, który samodzielnie podjął de- 
cyzję o wydaniu książki przez Polską Fundację Kulturalną, Tadeusz Pełczyński mówił 
m.in.: "Obraz lat 1919-20 zarysowany przez Mackiewicza w Lewęj wolnej musimy cał- 
kowicie odrzucić, jako nieprawdziwy, tendencyjnie wypaczony i uwłaczający nam [...] 
Kawalerzyści polscy występujący w tej powieści, a reprezentujący żołnierza polskiego 
w ogóle, to ludzie bez żadnej busoli ideowej. Poza akcją bojową [...] czas swój wypełniają 
wódką, kokainą lub innymi narkotykami, włóczeniem się po burdelach, poszukiwaniem 
okazji do różnych nieczystych spraw, do wykroczeń, a nawet do zbrodni. Stanowią oni 
odrażającą, występną bandę bez wartości moralnych. Kobiety biorące udział w walce - 
to według Mackiewicza nierządnice i lesbijki rozwydrzone seksualnie. Przedstawia on je 
wszystkie w sposób poniżający Polki w ogóle. [...] Aby poniżyć żołnierza polskiego 
w oczach czytelnika, Mackiewicz każe mu używać bezustannie i na każdym kroku najor- 
dynarniejszego języka. Nawet nad trumną na pogrzebie towarzysza broni poległego 
w walce żołnierz w Lewej wolnej myśli i śpiewa ordynarnie i sprośnie" (WL, 271-272). 
Nie będę analizował Lewej wolnej - nie czytałem tej książki, ale powyższy atak 
Pełczyńskiego jest przecież dowodem, jak "patriotyczna opinia" przyjmowała jego wizję 
zdarzeń. 
Komendant Armii Krajowej Bór-Komorowski nie mógł być zadowolony z relacji 
Mackiewicza o stosunkach AK do sojusznika sowieckiego... 
Generał Rowecki był również zdecydowanym zwolennikiem kolaboracji polsko- 
-sowieckiej i on to, z chwilą wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej położył duży nacisk 


259
>>>
na powiększenie obszaru dywersji na niemieckich tyłach w kierunku wschodnim, oraz 
w myśl wskazań gen. Sikorskiego powołał w tym celu organizację wywiadowczą pod 
kryptonimem "Wachlarz". Wysłał też do Mińska majora Sokołowskiego dla podjęcia na 
Białorusi wspólnej z partyzantką sowiecką walki przeciwko Niemcom. Wkrótce potem, 
14 lutego 1942, depeszował do naczelnego wodza w Londynie: "Organizacja Wachlarz 
jest już mocno ustawiona w terenie. Operację przerwania wszystkich linii kolejowych 
mógłbym powtórzyć kilkakrotnie w różnych odstępach czasu i w chwili najbardziej do- 
tkliwej dla transportu niemieckiego, jeżeli otrzymam wydatnie zwiększoną ilość lotów. 
Dla wydatnego przeprowadzenia operacji konieczne jest zwiększenie zasięgu lotów do 
rejonu Wilno i rejonu Lwów, co motywowałem w meldunku nr 146". 
Dnia 30 kwietnia generał Sikorski podejmował uroczystym obiadem w hotelu Dor- 
che ster w Londynie ambasadora sowieckiego Bogomołowa i attache wojskowego płk. Si- 
zowa. Obecni byli ze strony polskiej ministrowie: Mikołajczyk, Raczyński, gen. Józef 
Haller, Modelski i wielu innych. Gen. Sikorski wykorzystał tę okazję, aby podkreślić, że 
wywiad AK oddaje ogromne usługi Generalnemu Sztabowi Sowieckiemu. Ambasador 
Bogomołow nie zaprzeczył. Przeciwnie, przywołał do siebie przybyłego z Moskwy rotmi- 
strza Klimkowskiego, i bardzo komplementował go za zasługi oddane sprawie polsko- 
-sowieckiego braterstwa broni (N, 165-167). 
Nie spodobały się też chyba uwagi o powstaniu w getcie warszawskim, tak jak je 
zrelacjonował Andruszkiewicz (redaktor wileńskiego "Słowa", wybitny działacz podzie- 
mia) Henrykowi po powrocie z Warszawy. 
- Nie wiem dlaczego wyjątkowo przygnębiające wrażenie zrobiło na mnie powsta- 
nie getta warszawskiego. Taki bezprzykładny zryw. 1... 
- Ciągle się jeszcze poszeptuje: ,,Jedyna rzecz co Hitler dobrego zrobił, to to, że 
zniszczył Żydów. Tylko nie należy o tym głośno mówić". 
- Nie, niekoniecznie. Choć z drugiej strony fakt, że nie ma Polaka, który by tego po- 
wiedzonka nie słyszał, względnie o nim nie słyszał, nie świadczy dobrze. Wie pan, ile AK 
dało sprzętu walczącym Żydom? Jeden RKM, jeden pistolet maszynowy, 20 rewolwerów 
i, zdaje się, 10 karabinów. A powstanie zbrojne w środku fortecy Hitlera od Atlantyku do Do- 
nu, bez żadnej pomocy z zewnątrz!... Fantastyczne. Piłem kawę ijadłem ciastka u "Aktorek" 
przy Mazowieckiej, jakby nigdy nic. A od Placu Krasińskich biją moździerze po Żydach. Kto 
chciał mógł nawet iść patrzeć. Gdy się zastanowić... (N, 256). 
Z biegiem czasów i wypadków - z Katyniem w środku - atmosfera się zmieniła, ale 
sytuacja polityczna nie... Polska nie mogła występować przeciw aliantom. Ale na froncie, 
w partyzanckich kołach i szeregach - "od dołu" - myślano inaczej. Przytoczę fragmenty 
jednego z licznych dialogów jakie niewątpliwie drażniły byłych partyzantów AK, którzy nie 
zawsze tak myśleli i nie zawsze wszystko wiedzieli... bo nie o wszystkim mówi się głośno. 
Rozmowa toczy się w garażu, gdzie stary (ale młody wiekiem) mechanik Skowroński 
uświadamia nowo zaangażowanego kolegę "Orłowskiego", wykładając mu "kawę na ławę", 
taktykę polskiego podziemia w sytuacji zbliżającego się do Wileńszczyzny frontu sowiecko- 
-niemieckiego. "Orłowski" (Henryk, bohater powieści) wilnianin, zna dobrze sowietów 
i sceptycznie zapatruje się na wywody warszawiaka, który niedawno został odkomendero- 
wany w te strony. Skowroński peroruje ze swadą znawcy i wielką pewnością siebie: 
Niemcy dają nam teraz broń i myślą oczywiście, że jak przepędzimy tych kilka band 
bolszewickich, to zaraz ukręcą nam samym głowę, i po kwiku. Ale oni tego nie zrobią, bo 
oni wojnę już przegrali. Broń natomiast zostanie u nas, i ich własną bronią dostaną jesz- 
cze od nas w dupę. A że w międzyczasie oczyściliśmy trochę teren od bolszewików, to też 
wyjdzie nam przede wszystkim na dobre, a nie Niemcom, których tu wkrótce już nie bę- 
dzie. A jak bolszewicy wejdą, to również nam i tylko nam, zależy na tym żeby być 
uzbrojonymjak najlepiej, ale niejak najgorzej. To chybajasne. 
- No, tam z tąjasnością, to powiedziałbym, częściowo. Bo co dalej? 
- Naturalnie, że "dalej" zależeć będzie od naszych sojuszników zachodnich. Jeżeli 


260
>>>
nas poprą, albo nawet wdadzą się w wojnę z Sowietami, musimy być uzbrojeni po zęby. 
Jeżeli zaś najgorsze, w co ja wierzę, że nas sprzedadzą, to musimy być uzbrojeni po czu- 
bek włosów na głowie. Pan myśli, że komuniści nam dadzą radę?! Polska, proszę ja pana, 
to nie Białoruś, nie Litwa i nie Ukraina. Polska to Zachód, to kultura europejska, to kato- 
licyzm rzymski, to tradycja. Dla nas komunizm nie jest straszny. Nie dadzą rady. [...] Że- 
by pan zobaczył, czego potrafią dokonać nasze chłopaczki. W Warszawie sprzątają gesta- 
powców i nawet generałów. Włączają się w radio, drukują im gadzinówki na opak, ach. 
A taki wyczyn ostatnio, jak uwolniliśmy więźniów w Pińsku. I jeżeli tego wszystkiego 
dokonywuje się wobec takiego przeciwnika jak Niemcy, to myśli pan, że my w trzy migi 
nie załatwimy się z jakąś tam Wasilewską, Putramentami, Osóbkami, czy jak się oni tam 
nazywają w Moskwie i na miejscu? Z całym "Związkiem Patriotów" i wszystkimi wo- 
dzami tego Pe-Pe-eRu? Po tygodniu nie będzie ani jednego. 
- "W imieniu Rzeczypospolitej"? 
- Takjest. W imieniu Rzeczypospolitej. My się komunistów nie boimy. Ale do tego 
potrzeba nie patyczkować się, nie bawić w zasady. Tylko stosować te same bezwzględne 
metody co oni, i inni, dla jednego celu: dla dobra Rzeczypospolitej. Niemcy dają broń, 
brać. Dają rozkaz policji i SS nie strzelać pierwsi do partyzantów polskich, to korzystać 
z tego. Tak się, panie Orłowski, robi i tak powinno robić (N, 328-329). 
Ale "Orłowski" chciał wiedzieć jak Skowroński ocenia niebezpieczeństwo zdema- 
skowania tej "cienkiej roboty" i związanej z tym politycznej kompromitacji, którą so- 
wiecka propaganda niewątpliwie roztrąbi po świecie. Skowroński ma w tej mierze prze- 
konywujące argumenty: 
[...] czasy się zmieniły od tamtego czasu, gdy wpisywano w nasz hymn słowa: "Dał nam 
przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy". Od czasów rewolucji bolszewickiej, wpisuje 
się we wszystkie hymny wszystkich narodów: "Dał nam przykład Lenin z Trockim jak 
łgać mamy"... Chociaż się tego głośno nie śpiewa. Nie mówiąc już, że jest wojna, 
a pierwszą ofiarą każdej wojny pada zawsze prawda. No i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Od 
czegoż więc są zaprzeczenia: "Nieprawda, tego nie było"! Od czego świadkowie naoczni: 
Janek, Franek, Kazio, Staś i Krysia, powiedzcie, było tak, co nam zarzucają? - Nie! Nie 
było!... Jeżeli dla dobra Rzeczypospolitej można samemu zginąć, to dlaczego nie można 
krzywoprzysiąc? Krzywoprzysięstwo jest mniejszym grzechem niż zabicie człowieka. No 
więc! A tego, kto by twierdził, że było tego wykończyć jako oszczercę i prowokatora... 
w imieniu Rzeczypospolitej. Tak się robi, panie Orłowski i tak się powinno robić! - 
Trzasnął nagle otwartą dłonią po kolanie Henryka. Henryk ani drgnął. - Powie pan, że to 
cyniczne? Nie zaprzeczę. Ale co nie jest cyniczne, powiedz pan, na wojnie? 
- Nie to powiem. Tylko nasze staropolskie: "po co o tym głośno mówić"... 
- O, pierwsze rozumne słowo. Ja w każdym razie, na to możesz pan być przygoto- 
wany, zaprzeczę każdemu słowu tu powiedzianemu. W dodatku przy wódce. Pan się upił, 
Orłowski, co? 
- Upiłem się (N, 329-330). 


W atmosferze stałych zmian na froncie i za frontem, niepewność, która udziela się 
wszystkim trzeźwym ofiarom i obserwatorom, w atmosferze udokumentowanej bogato 
cytatami raportów, głosów prasy niemieckiej i podziemnej, tylko "Skowrońscy" mieli 
wytyczoną ideologię i strategię. Byli w niej bardzo konsekwentni - i zapłacili drogo za 
swoją drogę. 


ŻYDZI - NIE TRZEBA GŁOŚNO MÓWIĆ 


Ale nie chcę się zająć w tym felietonie stroną polityczną książki, zresztą fascynującą 
w swoich głębokich penetracjach w archiwa niemieckie i polskie. Drogą paradoksu pisarski 
debiut Józefa Mackiewicza na emigracji związany był z tematem źydowskim - choć, jak 


261
>>>
się rzekło, był to temat uboczny, niejako poruszany "po drodze" przez autora tak licznych 
powieści i publikacji - po drodze, bo zawsze jakoś znajdował się najego drodze. 
Jesienią 1943 roku pisarz był przypadkowym świadkiem masakry Żydów w podwi- 
leńskich Ponarach. Swoją relację, jeden z najsilniej przejmujących literackich dokumen- 
tów zagłady Żydów, opublikował w Rzymie, w "Orle Białym" - nr 35 (170) z 1945 ro- 
ku. Tekst (w wersji skróconej) został przedrukowany w antologii, wydanej nakładem Sze- 
fostwa Duszpasterstwa Wyznania Mojżeszowego II Korpusu. 
Już w związku z tą pierwszą publikacją dały znać o sobie skutki szeptanej propagandy, 
pogłosek o rzekomym kolaboracjonizmie Józefa Mackiewicza, przywożonych do Rzymu 
przez napływających do siedziby II Korpusu przedstawicieli "elity wileńskiej". Pracujący 
wtedy w redakcji "Orła Białego" Gustaw Herling-Grudziński wspominał po latach: "Przy- 
niosłem do redakcji wstrząsającą relację Mackiewicza Ponary-Baza, ale Piestrzyński [Ry- 
szard, red. pisma - W.L.] bez czytania odmachnął się od niej, przerażony nazwiskiem auto- 
ra; stanęło krakowskim targiem, na druku pod inicjałami ].M." (WL, 123). 
We wspomnianej "antologii" Żyd polski - żołnierz polski (pięćdziesięciostronicowa 
broszura zawierająca około 15 przemówień, raportów, wierszy, opowiadań i podobnych 
materiałów na żydowski temat), skrócony tekst Ponary-" Baza " podpisany jest także inicja- 
łami: ].M. Następna publikacja Ponarw 1984 r. w wydanej przez londyńską "Kontrę" książ- 
ce Fakty, przyroda i ludzie rozszyfrowuje wreszcie nazwisko autora, który wcześniej 
(w 1969) wprowadził ten "reportaż" do historycznej powieści Nie trzeba głośno mówić, 
z pewnymi skrótami. Jeszcze do tego wrócimy. 
Nie trzeba głośno mówić jest powieścią historyczną w najściślejszym znaczeniu 
tego pojęcia 2 . Tytuły jej kolejnych części to numeracja lat od 1941 do 1945, z biblio- 
grafią obejmującą ponad 90 pozycji książkowych w kilku językach i bogatym indek- 
sem nazwisk historycznych. Historia od Berlina po Moskwę z centralnymi wydarze- 
niami na Białorusi, Wileńszczyźnie, Wołyniu, w którą wplecione są losy postaci czę- 
ściowo historycznych, częściowo fikcyjnych, portretujących prawdopodobnie znanych 
autorowi mieszkańców miast czy majątków objętych opowiadaniem - m.in. przygod- 
nych Źydów, nawiasowych bohaterów powieści, nawiasowych i sporadycznych, choć- 
by z tego powodu, że autor nie wchodzi do getta, gdzie większość tego społeczeństwa 
jest "zamurowana". Poznajemy ich - jak wszystkich i wszystko inne w tej powieści 
- bezpośrednio przez opis autora-świadka zdarzeń, pośrednio przez relacje bohaterów 
powieści oraz ich losy, przez oficjalne dokumenty-rozporządzenia, tajne raporty, prasę 
etc. Tak np. wspomniany wyżej, szeroko rozbudowany, wstrząsający epizod ponarski 
opisany w 1945 r. jako osobiste wspomnienie Mackiewicza-naocznego świadka staje 
się w powieści Nie trzeba głośno mówić częścią przygody i reakcji Leona, jednego 
z bohaterów opowiadania, aktywnego członka podziemia, kolportera prasy konspira- 
cyjnej. Tenże Leon wprowadza nas w wątek żydowski - jeszcze niespecyficzny, 
z konkretnymi postaciami - gdy wychodząc z kolegą z kawiarni, gdzie mieli spotka- 
nie konspiracyjne, był świadkiem spędzania Źydów do getta, które jak mówiono, miało 
być zamurowane. 
Żydzi szli każdy z tym co mógł unieść, czasem pchając rzeczy w wózkach dziecin- 
nych lub ciągnąc za sobą w ręcznych kolaskach (N, 33-34). 
Konwojowali, pokrzykując, litewscy policjanci i niemieccy żandarmi. "Tłum na 
chodnikach milczał". 


2 W rozumieniu: "powieścią traktującą o historycznych zdarzeniach". Z punktu widzenia po- 
etyki jest to powieść współczesna, nie wyznaczająca historycznego dystansu pomiędzy czasem 
narracji a czasem zdarzeń - red. 


262
>>>
Tuż po jezdni, wzdłuż chodnika na którym stali, wlokła się stara Żydówka zgar- 
biona pod ciężarem worka na plecach, lewą ręką ciągnąc za sobą długi zegar szafkowy, 
który podzwaniał na nierównościach bruku. Widać było, że jest u kresu sił. Nagle 
z tłumu, z chodnika na jezdnię wyszedł stateczny człowiek o staturze i rysach chrze- 
ścijańskiego rzemieślnika (mógł być na przykład majstrem stolarskim), człowiek z wą- 
sami; podszedł do Żydówki i kiwnięciem głowy dał do zrozumienia, że chce jej pomóc. 
Stara przystanęła, z głębokim westchnieniem postawiła worek na ziemi, i podniosła na 
człowieka oczy pełne, może tylko udanego zachwytu; przechyliła głowę, wargi jej za- 
drgały, ni to w płaczliwym, ni to w dziękczynnym uśmiechu, a starcza łza spłynęła po 
jej policzku, zlewając się z kroplami potu. Człowiek lekko zarzucił worek na plecy, 
wziął w drugą rękę zegar, i... wstąpił na chodnik, po którym Żydom z gwiazdą chodzić 
nie było wolno, milcząc roztrącił tłum, i poszedł prędko z tym łupem, znikając w bocz- 
nej uliczce. Coś jak głębokie stęknięcie przebiegło w zamarłym nagle tłumie. Ktoś ci- 
cho zaklął. Watrycy wyjął fajkę i spojrzał w raptownym osłupieniu za szybko niknącym 
człowiekiem. Leon otworzył usta. I było po wszystkim. Tylko stara Żydówka stała 
jeszcze na dawnym miejscu na bruku, z kamieniejącym uśmiechem na jej twarzy, 
uśmiechem wdzięczności. 
- I żeby to coś warte. Ale takie barrrachło... - splunął ktoś obok (N, 34). 
Getto i to, co potem wkrótce przyszło, zaskoczyło Źydów nie mniej niż ich polskich 
sąsiadów. Źydów zaskoczyło, bo nie wierzyli, że Niemcy są zdolni do takich zbrodni, 
a Polaków - że to zaskoczyło Źydów: 


- A, to masz pan prawie i trochę racji. Z żydkami, to prawda, że jakoś nieładnie 
wychodzi. Ale i sami sobie winni. Tyleż to mówiło się, jeszcze do ostatnich czasów: "Ży- 
dzi wszystko wiedzą, Żydzi wszystko przewidują". Gazetom u nas, bywało, nikt nie wie- 
rzył, a chodził Żydów pytać. Ot tobie, i przewidzieli! Jak dzieci, gołymi rękami dali się 
zaskoczyć. A niektórzy, mówią, to jeszcze w ostatniej chwili z Ameryki do Europy po- 
wrócili. Ech, inaczej jest na świecie, niż ludzie mówią. 
- Jeden mój znajomy, też tak mówił. 
- A zresztą ja w mądrość żydków nigdy nie wierzyłem - ciągnął Panisienko. - 
Pachciarz archirejskich sadów był, Chaim Szpitalnik. To wie pan, co on po rewolucji ro- 
bił? Skupywał papierowe carskie ruble. Pomyśleć tylko. I co jemu było z nich? W Bory- 
sowie (N, 123). 
A w Borysowie? Niedługo potem - i tam i wszędzie... 
- Chociażby w Borysowie. Mogę panu nawet powiedzieć dokładnie: 7.620 Żydów, 
9 listopada ubiegłego roku. Warstwa po warstwie kładziona w rów, najeszcze nie ostygłe 
trupy, lub tylko rannych, i strzelana na rozkaz policyjnych władz SS. Mężczyźni, kobiety, 
dzieci; wszystkim przedtem kazano rozebrać się do naga. A dlaczego to panu opowia- 
dam? Bo mój dobry kolega z "Abwehry", feldfebel Sónnicken, był tam wtedy i przesłał 
ściśle tajny raport do mego szefa o tym co wyrabia SS. Ja ten raport miałem w ręku 
i czytałem. A dlaczego w tej chwili zdradzam panu tajemnicę ściśle tajnego raportu? Dla- 
tego, że mój przyjaciel Sónnicken pisał w nim nie tylko co się działo na rozkaz SS ale 
również kto ten rozkaz wykonywał, mordował. A mordowali wyłącznie, w tym właśnie 
wypadku, zwerbowani policjanci białoruscy, lokalnego tzw. samorządu. Wszystko byli 
obywatele Związku Sowieckiego (N, 130). 
Bezsensowne masowe mordy i okrucieństwa, wykonywane na rozkaz z góry, nie zawsze 
podobały się nawet niemieckim władzom administracyjnym, które nie mogły zrozumieć dla- 
czego likwiduje się darmową siłę roboczą, pracującą dla podniesienia potencjału walczących 
sił zbrojnych. Komisarze obwodowi, niekoniecznie zawodowi zbrodniarze, chcieliby stosowaĆ 
inną politykę wobec ludności białoruskiej czy ukraińskiej, może nawet i żydowskiej, w szcze- 
gólności, gdy mieli na uwadze coraz cięższą sytuację niemieckich armii na wschodzie. Dawały 
temu wyraz tajne raporty, które Mackiewicz wyławiał z archiwów i literatury. 


263
>>>
Jeszcze niedawno temu generalny komisarz Kube przesłał do Ostministerium tajny ra- 
port,jaki otrzymał od swego "Gebietskomisarza" ze Słucka, Carla: "Metody masakry Żydów 
są nieodpowiedzialne. Tego rodzaju metodami nie da się utrzymać spokoju i porządku na 
Białorusi. Poza tym ci żydowscy rzemieślnicy po prostu są potrzebni i nie mogą być zastąpie- 
ni. Mimo to, batalion policY-jny w Słucku wyprowadził wszystkich Żydów i odtransportował. 
Na moją interwencję, kapitan policji odpowiedział, że oczyszczanie terenu z Żydów odbywa 
się ze względów politycznych, i względy gospodarcze nie mogą być przy tym brane pod 
uwagę. Z brutalnością nie do opisania, zarówno ze strony niemieckich urzędników policY-j- 
nych,jak zwłaszcza litewskiego batalionu SS, wyciągani byli z mieszkań nie tylko Żydzi, ale 
i inni mieszkańcy Słucka, i zganiani na kupę. W mieście zapanowała dzika strzelanina i na 
poszczególnych ulicach gromadziły się trupy zastrzelonych Żydów. Abstrahując od tego, że 
Żydzi - w tej liczbie pracujący dla nas rzemieślnicy - na oczach całej ludności w straszli- 
wy sposób byli masakrowani, inni mieszkańcy też byli bici kolbami. O jakiejś "akcji żydow- 
skiej" nie było już mowy, całość robiła wrażenie chaotycznej rewolucji... Znęcanie się doszło 
do tego, że ludzie bywali zakopywani żywcem, a litewski batalion policY-jny dopuszczał się 
niesłychanych gwałtów i rabunku prywatnego mienia. Bialorusini, którzy nabrali do nas za- 
ufania, stali wobec tych wypadków zmieszani i zdumieni. Zaklinam Pana, Panie Generalny 
Komisarzu, aby zechciał Pan zabrać stąd przynajmniej ten batalion policY-jny... HeIł HItler!" 
(N, 111-112). 


Tego typu raporty, sygnalizujące narastający niepokój a zarazem niezadowolenie 
z centralnej polityki Hitlera, uderzającej nie tylko we wroga ale też wprowadzającej za- 
męt i demoralizację w rodzime szeregi niemieckie, przewijają się często przez karty po- 
wieści przynosząc jeszcze jedno i jeszcze jedno sprawozdanie z rzezi dokonanej na Źy- 
dach w Słucku czy w Mińsku i innych miejscowościach. 


W POSZUKIWANIU WYjŚCIA: WULFKA I INNI 


Na takim tle rozwijają się opowiadania o losach Źydów, znajomych Henryka, Leona 
i innych bohaterów książki. Jedną z żydowskich postaci przewijających się przez różne 
etapy powieści jest Wulfka. Zasygnalizowany wcześniej jakimś zdaniem gdy podczas 
nalotów spotkał niespodziewanie w bramie Henryka: ,,- Ale wy Wulfka znikajcie też. 
Wiecie co Niemcy z Źydami robią". Zjawia się wkrótce w mieszkaniu Henryka: "Ratuj 
moją siostrę!" Jego siostra ma złoto i brylanty, ale nie chcą jej dłużej trzymać na starym 
mieszkaniu niż trzy dni. "A co z tobą samym?" - zatroszczył się Henryk. 
- Mnie obiecał po znajomości schować proboszcz Bernardynów. Tylko on nie chce 
kobiety. Ale ja sam, mam czas. Ja mieszkam u jednego. A później chcę z archimandrytą 
Serafimem przedostać się na wschód. [...] 
Henrykowi zaświtała ukryta myśl. Nic jednak nie powiedział tylko spojrzał pytająco 
na Halę. Ta wzruszyła ramionami. 
- Chyba u Klaudii Kalinowskiej, na wsi - powiedziała. - Wiesz, ta moja bliska 
kuzynka. Sama jedna z dziećmi w lesie. Trzeba by pojechać pogadać. Za darmo ona nie 
zrobi, ale za brylanty... 
- To ta fajna blondyna w kierunku na Puszczę Rudnicką? - zapytał Wulfka. 
- A skąd pan wie? 
- Gdzie ja z panem Zakrzewskim nie bywałem! [...] 
Sprawa umówiona została w ciągu kilku minut. Spotkanie wyznaczone w mieszkaniu 
wozaka Anatola Uszkowa, przy ulicy Nowogródzkiej 141. U niego mieszkał na razie 
Wulfka. Uszkow dużo zawdzięczał Wulfce za czasów bolszewickich (N, 35-36). 
Przytoczyłem fragmenty tej żywej rozmowy, ale na dobrą sprawę należałoby przyto- 
czyć ją w całości, bo ukazuje ona sposób charakteryzowania postaci i sytuacji: Mackie- 
wicz, któremu nie można zresztą odmówić mistrzostwa epickiego opisu, zamyka wszyst- 


264
>>>
ko najlepiej w dialogu, doprowadzając odbiorcę bez niepotrzebnych odautorskich uwag 
psychologicznych do pożądanych wniosków. 
Wszystko się ułożyło, ale nie tak, jak to sobie projektował Wulfka, który chciał 
z Henrykiem jechać do Klaudii. Anatol, ugodzony za woźnicę sprzeciwił się stanowczo: 
Nie pojadę ja z tobą Wulfka. Na wiorsty dwie Żyda widać. I siedział by ty w ogóle 
w chacie a nie biegał chwost zadarłszy (N, 37). 
Okazało się, że archimandryta Serafim też woli do Mińska nie jechać z Wulfką: 
"To tylko narazi, mówił, ijego i nas. Już po jednej wymowie każde dziecko pozna"... 
- Wulfka słuchał, tracił werwę [...]. Jego niespożyta ongiś inicjatywa i energia rozbijały 
się o rzecz podstawowąjakjego własny wygląd fizyczny. [...] 
- Nu nie ma tobie jak, Wulfka, nie ma jak... - sprecyzował jego sytuację Anatol. 
- Już za to jedno, że gwiazdy nie nosisz mogą zabić jak psa na ulicy. A co dopiero my- 
śleć o czymkolwiek (N, 37). 
Pojechali więc bez Wulfki, a po drodze jeszcze i o polityce pogadali - Anatol 
Uszkow wybrzydzał się na Niemców, że "zamiast oswobodzić, sami ta bolszewizma 
rozprowadzają" - i po dłuższej przerwie dorzucił: "Ajak czekali ludzie...". 
- Bóg raczy wiedzieć, jak to się skończy - mruknął Henryk, myśląc o czekającej 
go rozmowie z Klaudią. 
- Pewnie, że Bóg. Ale już i po ludziach widać. Jak to inaczej złożyło się niż tego 
spodziewali. Ale i nasz człowiek też, jeżeli już po prawdzie mówić, sumienie u niego 
czarne jak cholewa. Weź pan na przykład z Żydkami. No dobrze, Gitler ten ich, chce 
wszystkich Żydów wyniszczyć. To co nam do tego? A zobacz pan, dlaczego ani jeden 
Żyd zamieszkały wśród chrześcijan, nie może u nas dalej tam mieszkać gdzie mieszkał, 
czy przykładem, przeprowadzić się w spokojniejsze pomieszkanie? Niemcy żesz jego sa- 
mi nie rozpoznają, nie tutejsi, a po drugie u Niemców dużo jest do Żydów podobnych. 
Oni do tego smiekałki nie mają sami. A dlatego nie może, że rozpoznany będzie przez 
tychże chrześcijan naszych. I prędzej czy później wydany. Ot, i cała rzecz. Co tu i ga- 
dać!... Ja, ot za tego Wulfki głowę nadstawiam. A czyż ja przed Niemcami nadstawiam? 
Niemiec do mnie i wody nawet napić się nie zajdzie. Przed swoimi nadstawiam, że nie 
dziś to jutro doniosą. No, czy nie tak mówię? (N, 38-39) 
Mąż Klaudii, oficer, był w niemieckim oflagu. Klaudia z córką dziesięcioletnią 
i siedmioletnim synem... była piękna i ponętna... Henryk odprawił woźnicę pod pretek- 
stem, że ma jeszcze coś do załatwienia w okolicy. Sam wróci piechotą... "Powiedz Wulf- 
ce, że załatwione!" I tak sprawa została załatwiona bez zbytecznych słów. 
Siostra Wulfki zamieszkała u pięknej Klaudii, która bardzo lubiła złoto i brylanty. 
Ale w końcu nie przyniosły jej szczęścia. Opowiada o tym jeden z jej zawiedzonych 
wielbicieli Rogożin, spekulant czarnorynkowy i polityczny, który poznał Klaudię na tle 
handlu złotem i biżuterią. 


Rogożina zastał Anton Panisienko w stanie największego rozdrażnienia. 
Same niepowodzenia - opowiadał. - Miał tu znajomą. Trochę handlowali złotem. 
To znaczy: "trochę", wcale dobrze! Skąd ona zdobywała? Nie jego rzecz. Była u niej bo- 
gata Żydówka. Mówią, że jej zabrała wszystko, a później wydała w ręce Gestapo. Już on 
domyśla się, jakie to było "gestapo"... Zawsze takie rzeczy będą mówić, gdy nikt spraw- 
dzić nie może. Bo skąd i później zdobywała złote rzeczy, brylanty? Znaczy, miała dobre 
chody. Ładna była. Czort ją wie, z kim tam się ona kontaktowała jeszcze, z jaką bandą. 
Ostatecznie nie jego rzecz. Klaudia było jej na imię. I teraz zabili ją. Pod miastem, głupia, 
mieszkała sama jedna z dwojgiem dzieci. A mówił jej tyle razy, uprzedzał! W nocy za- 
mordowali. Pewnie wspólnicy. Ładna była... Ach, jaka ładna! - W głosie Rogożina 
przebijała nuta głębokiego żalu. Trudno by osądzić z całą pewnością, czy żalu wskutek 
strat materialnych, czy żalu za nią samą. Musiał być jednak do żywego poruszony, że nie 


265
>>>
mógł się powstrzymać by nie mówić o rzeczach, o których się teraz zazwyczaj przemil- 
cza. Doprawdy, wydawało się Antonowi, że Jurij Wasiljewicz zmienił się, podupadł na 
duchu, zgorzkniał w tym krótkim czasie (N, 367). 
Losy Wulfki potoczyły się innymi torami, aż stoczyły się w otchłań wieczności. 
Zmuszony w pośpiechu opuścić schron u Anatola Uszkowa pobiegł pędzony strachem do 
proboszcza kościoła Bernardynów, który przyrzekł mu pomoc ale gosposia księdza za- 
mknęła mu drzwi przed nosem. Okazało się, że proboszcza nie ma i nie będzie. Już go 
zabili... Zrozpaczony, u progu samobójstwa "złapał" przypadkiem przechodzącego inne- 
go księdza, proboszcza kościoła Wszystkich Świętych i ten litościwy duszpasterz "zama- 
gazynował" go w piwnicy swego kościoła. 
[...] wegetacja w piwnicy kościoła odebrała mu resztkę energii i przedsiębiorczości. 
[...] I Wulfka, który już nie mógł dłużej wytrzymać zamknięcia w schowku i postanowił 
uciec, wybrał ucieczkę n i e w pola-lasy [...] lecz prześliznął się w tłum getta (N, 289). 
Stąd droga prowadziła do Ponar... Z t e g o transportu do Ponar (który wspomnieliśmy 
i o którym jeszcze opowiemy) nie uratował się praktycznie nikt. 
To znaczy, kto się nawet i uratował, ten zginął wkrótce w tych lub innych okoliczno- 
ściach. Wulfka, trafiony kulą w nogę, gdy spod pociągu wyskoczył na szyny by osiągnąć 
zbawcze krzaki, mógł biec jeszcze i zamierzał stoczyć się właśnie ze skarpy w zarośla 
leszczyny, ale trafiony został boleśnie gdzieś w tył, nie znał swej anatomii zbyt dokładnie: 
mogło to być w okolice płuc, serca, czy kręgosłupa. Ból promieniował. Udało mu się 
wszakże stoczyć i później pełzał długo na czworakach; nawet próbował wstawać; później 
znowu na rękach i kolanach przedzierał się przez krzaki (N, 289). 
W tym czasie Leon, po wizycie "interesownej" u znajomej w Ponarach, wracał na 
rowerze do Wilna, ciągle pod wrażeniem niesamowitych scen pogromu i transportu Źy- 
dów na stacji kolejowej. 
Wyjeżdżając z Ponar drogą dalej od toru kolejowego, zrobił krąg, ale trafił niebawem 
na ubitą ścieżkę, przemknął mokry w tym miejscu las i wyjechał na skraj pastwiska. 
Wciąż było pochmurnie. Szelest drozdów w liściastym podłożu olszyny. Dalej trzask ga- 
łązek pod racicami przechodzących krów. Raptownie wyskoczył na ścieżkę chłopak, pa- 
stuch z długim biczowiskiem wyciętym z jałowca, lat na oko trzynaście. Miał spaloną 
słońcem twarz, niesforne blond włosy i oczy palące się ogniem podniecenia. 
- Panie! Pan może z policji?! Panie... O tam Żyd... Żyd chowa się, o, w tamtych 
krzakach, rojstach! Leży, raniony zdaje się... - pokazywał wyciągając bicz. 
Leon minął go. Gdy zjeżdżał hamując, w gęsty parów, usłyszał za sobąjego wołanie: 
- Ej! Siwaaa!! Ty, kudy?! Kudyty! Siwaaa!... (N, 288) 
Czy zdawał sobie sprawę kto go wołał, czego chciał?... 
[Wulfka] umarł zupełnie samotnie. Bo młody pastuszek zapędził się za krową i za- 
pomniał o nim. Był okropnie obdarty i wymizerowany. Ostatnie co na nim żyło to wszy, 
które zaczęły złazić z ostygającego ciała (N, 289). 


PONARY - UROCZE LETNISKO... 


Ponary stały się w tej wojnie uosobieniem niesłychanej dotychczas grozy. Na dźwięk 
tych sześciu liter zakończonych "ypsylonem" truchlał niejeden człowiek. Ich ponura, od- 
rażająca sława przesączała się z wolna od roku 1941, jak lepko cieknąca krew ludzka, co- 
raz szerzej, coraz szerzej po kraju i z kraju do kraju, ale nie objęła jeszcze świata całego, 
do dziś dnia (F, 18). 


266
>>>
Mackiewicz co najmniej cztery razy publikuje jak już wspomnieliśmy - swoje wra- 
żenia (nazwijmy to tak - bo jak?) z przygodnie (co za przygoda!) zaobserwowanej rzezi 
transportu Źydów przywiezionych pociągiem do Ponar. Za każdym razem wprowadza 
pewne zmiany - czasem dodaje, czasem ujmuje, czasem przerabia i zmienia któryś 
z niesamowitych epizodów zbrodni i okrucieństwa, ale zawsze daje obraz szału i szaleń- 
stwa w nieprzewidzianej sytuacji buntu i samoobrony ze strony transportowanej masy 
więźniów, którzy uświadomili sobie nagle prawdziwy cel ich podróży (powiedziano im, 
że jadą na roboty do Koszedar) , a z drugiej niezorganizowaną wściekłość uzbrojonych 
oprawców niemieckich i ich litewskich pomocników w bezsensownych aktach mordu 
i rozwydrzenia usiłujących opanować ten bunt i próbę ucieczki. 
Ten opis naocznego świadka - pisarza, zawodowego reportera - z Ponar jest, zdaje 
się, bez precedensu, bo jeśli nawet udało się pojedynczym Źydom uciec z miejsca kaźni 
i opowiedzieć o niesamowitych przeżyciach, to nie byli to pisarze, i nie obserwowali scen 
mrożących krew w żyłach z bezpiecznej (?) choć bezpośredniej odległości - sami byli 
ofiarami, nie reporterami. 
Najszerzej - z czterech znanych mnie - rozpisany jest reportaż z transportu śmier- 
ci w rozdziale Ponary-" Baza " w tomie Fakty, przyroda i ludzie (1984)3 niemal na po- 
czątku książki, zawierającej zresztą inny bogaty materiał na temat Źydów wileńskich. 
Otwiera go liryczno-historyczny opis wzgórz i lasów ponarskich znanych od dawna ze 
swej malowniczości, z poematu Mickiewicza, z bitwy rozegranej tu w roku 1831 pomię- 
dzy wojskami polskimi i rosyjską gwardią carską - 
[...] miasto ogród, po naszemu zwyczajne letnisko [...] pachnie tu żywicą rok okrągły, a na 
jesieni grzybami i zimnym, potężnym wiatrem, który nawiewa świeżość ze wszystkich 
stron kraju. [...] 
Kto kochał swój podwileński kraj rodzinny ten kochał oczywiście Ponary (F, 17). 
Zimą były tam tereny narciarskie ale były też tereny... pojedynkowe... 
W roku 1940 założyli w Ponarach bolszewicy, na spiłowanym bezmyślnie kawałku 
lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś nikomu niepotrzebne przedsiębiorstwo 
państwowe, wielkie place otaczając, swoim zwyczajem, mocnym płotem i drutem kolcza- 
stym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w r. 1941 i użyli pod miejsce kaź- 
ni, uruchamiając tujedną z największych w Europie rzeźni Żydów. Nikt nie wie dlaczego 
i kto właściwie przezwał ten teren: "bazą". Do Ponar podwożono ciężarówkami, a nastę- 
pnie całymi transportami kolejowymi, tysiące Żydów i zabijano. 
Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze 
strzaly, krótkie, urywane, gęste, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkoczące se- 
riami broni maszynowej. Odbywało się to w różnych terminach, prawie wyłącznie w bialy 
dzień. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygo- 
dnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory ro- 
ku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub więcej wyraźne postukiwania masowej rzezi. 
Miałem nieszczęście mieszkać, wprawdzie przy drugiej z rozwidlających się od Wil- 
na tras kolejowych, ale tylko w odległości ośmiu kilometrów od Ponar (F, 18) 
- dokumentuje Mackiewicz. Potem, parę lat później - przeniesie swoje doświadczenia 
na głowę Leona z powieści Nie trzeba głośno mówić (1990). Przytoczę jednak fragment, 
który nie wszedł do skróconej wersji omawianej tu powieści. 
Po roku 1942, gdy do Ponar zaczęły zjeżdżać masowe transporty skazańców, w la- 
sach biegali Żydzi, którzy się wyrwali z kręgu konwoju, przeważnie postrzeleni, zupełnie 
tak samo, jak biega ranna zwierzyna. Błąkali się pokrwawieni, krwawiąc pod sobą mech, 
czy liście, wcale nie sprytniejsi od dzikiego zwierza, który też nie potrafi zatrzeć po sobie 


3 Tj. przedruk książkowy tekstu z "Orła Białego" 1945 nr 35 - red. 


267
>>>
śladów. Pewien stary Żyd, ze szczęką oderwaną przez kulę, umarł aż w odległości 10 ki- 
lometrów od Ponar, zaszyty w rojsty na torfiastej łące. Ani w ich ruchach, ani w ich 
ucieczce, w sposobie chowania, w ich bełkoczącym z głodu i przerażenia języku, w ich 
fantastycznych łachmanach i ranach, a głównie w ich oczach pozieleniałych dzikością, nie 
było już nic człowieczego. Tropiono ich też tak samo jak zwierzynę. Szli więc policjanci- 
-strzelcy, z psami, z naganką. Kobieta, dziecko, dziewczyna młoda, mężczyzna-Żyd, to 
nie robiło różnicy. Ranny, czy zdrowy, czy umierający właśnie gdzieś pod krzakiem ja- 
łowca, strzelany był po prostu na miejscu i tropiciele szli dalej. Sołtys miał tylko później 
nakazane wyznaczyć wóz czy sanie i trupa odwieźć w oznaczonym kierunku. 
Żydzi wiedzeni już nie ludzkim odruchem, a zwierzęcym instynktem przedśmiertnej 
ucieczki, tak samo jak zwierzęta unikali siedzib ludzkich, psów, głupich dzieci, które 
z czujnym okrzykiem i oznajmieniem nowiny, biegły do wsi wskazując palcami miejsce, 
gdzie wypadkiem spostrzegły ludzkiego potwora. Bezwzględnie stosowany przepis karał 
śmiercią każdego człowieka, który by Żydowi udzielił schronienia, a chociażby kawałka 
chleba, czy nawet tylko wskazówki, który by wiedząc nie powiadomił policji. A policja ta 
złożona z mętnych opryszków, których Niemcy werbowali na Litwie i przywozili do Wi- 
leńszczyzny, nastawiona była nie tylko na zabijanie Żydów, ale gnębienie ludności, na ra- 
bunek, szantaż i picie samogonu. - Strach zaś jest najpodlejszym doradcą człowieka (F, 
19-20) . 


Tu już zaczyna się nasze opowiadanie: 
Ajednak żyli ludzie nawet w samych Ponarach. Mniej ich było. Połowa, tj. w ogóle 
kto mógł, zatrzasnął drzwi, werandę i okna pozabijał z płotu wyciągniętymi deskami 
i przenosił się do miasta, czy do innej okolicy. Ale byli tacy, którzy nie mogli (F, 20). 
Człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić nawet do życia w pobliżu rzeźni 
ludzkiej... 
Gwoli tym licznym czytelnikom, którzy jeszcze nie czytali książek Mackiewicza 
przytaczam obszerne cytaty w mojej próbie omówienia tematu nie omawianego na ogół 
przez recenzentów. Jakże więc mógłbym zrezygnować zjego naturalistycznego "reporta- 
żu" naocznego świadka? Tylko fragment - ale starczy za całe opowiadanie: Długi po- 
ciąg osobowy stoi na stacji Ponary, gdy zjawia się tam Leon, na rowerze w drodze do 
mieszkającego w pobliżu znajomego. 
Wypadło zleźć z roweru i prowadzić. W tej chwili młoda Żydówka wychyliła się 
z okna wagonu i wprost pyta policjanta: 
- Czy prędko pojedziemy dalej? 
Policjant litewski spojrzal na nią, nie odpowiedział i miarowym krokiem wartownika 
wybierając podkłady pod stąpnięcie, obszedł, a zrównawszy się z Leonem, powiedział z gry- 
masem uśmiechu... A nie był to uśmiech, ani zły, ani zawstydzony, ani wesoły, taki sobie: 
- Ona się pyta czy prędko pojedzie?... Ona już za pół godziny może żyć nie będzie. 
Leon nic nie odpowiedział. Podniósł wzrok, dojrzał jej twarz, a tam pod łokciem 
wyłaziła głowa dziewczynki i coś na jej włosach o podobieństwie kokardki. Na dachu 
wagonu skaczą wróble. Dziwna rzecz, uparł się w tej chwili, aby myśleć. "Ona pojedzie 
i dziewczynka z łachmankiem zamiast kokardki pojedzie, i oni wszyscy, cały pociąg". [...] 
ale gdy tak myślał poczuł, że nogi mu drżą. [...] 
W tej chwili z pociągu zaczynają dochodzić jakieś odgłosy; zrazu jak brzęczenie ran- 
kiem obudzonego ula; później coś w nim rzęzi, potężnieje chrobot u zamkniętych na głucho 
drzwiczek, jak chrobot tysięcy szczurów, później robi się rwetes, gwałt straszny, przechodzi 
w ryk, wrzask, wycie... Pękają uderzone pięściami szyby, trzeszczą, trzeszczą, a później ła- 
mią się pod naporem niektóre drzwi... Policjanci zaroili się, zwielokrotnili w oczach, zabie- 
gali gestykulując, krzycząc i zrywając karabiny z pleców. Dał się słyszeć metalowy trzask 
zamków i ich, policjantów, groźny ryk, w odpowiedzi na ryk ludzi zamkniętych w pociągu. 
Żydzi zaczęli wyskakiwać z połamanych drzwi wagonów, a naprzeciw, w sukurs 
wartownikom, biegli inni w różnorakich mundurach. Z okien zaczęto wyrzucać tłumoki 


268
>>>
i walizy, i oknami też wyłazili Żydzi, sami niechlujni i nieforemnijak ich worki i pakunki. 
To było dziełem kilku sekund raptem powstałej paniki. Ktoś przecie musiał tam, w po- 
ciągu, krzyknąć, że to koniec drogi!!! 
Pierwszy strzał padł w sposób następujący: jakiś Żyd wyłaził właśnie tyłem przez ciasne 
okno, spuścił nogi i wystawił tyłek, a policjant podskoczył i z odległości jednego kroku: 
strzelił mu w tyłek! Strzał padł głośny i zaraz zerwały się gawrony z pobliskich drzew obsa- 
dzonych gniazdami. W ogólnym harmidrze nie było słychać, czy krzyczał trafiony, załopotaly 
tylko jego zwieszone nogi, w podciągniętych prawie do kolan nogawicach, tak że z bosych 
stóp spadł jeden kalosz, a drugi zadyndał na sznurku, przywiązany do kostki. Powstal wrzask, 
lament, i wycie, i płacz, i ze wszystkich stron naraz gruchnęły strzały, gwizdnęły kule, spadły 
z chrzęstem łamanych kości i pękających czaszek, uderzenia kolb... - Ktoś skakał przez rów 
i trafiony między łopatki, spadł weń jak ciemny ptak z rozczapierzonymi na kształt skrzydeł 
ramionami. Ktoś pełzł na czworakach pomiędzy szynami... Stary jakiś Żyd zadarł do góry 
brodę i wyciągał ręce do nieba, jak na biblijnym obrazku, i naraz chlupnęła mu z głowy krew 
i kawały mózgu... Potoczyły się jakieś koszyki-kobiałki... Wywrócił się w biegu jeden poli- 
cjant, poślizgnąwszy się we krwi... Tiuuu! gwizdnęła kula... Tam leżało dlaczegoś kilku ludzi 
jeden na drugim... W poprzek szyny leżał cicho może dziewięcioletni chłopczyk i choć, gdy- 
by krzyczał nie dosłyszeć by jego głosu, to widać było że nie żył już, bo nie drga... Zakotło- 
wało się pod kołami wagonów, bo tam większość szukała ratunku i tam ich najbardziej pole- 
wano z broni maszynowej, jak z sikawek, w ciemną masę złachmanionych postaci... Oto, ze- 
skakuje i ta młoda Żydówka, płowe jej włosy rozwiane, twarz wykrzywiona śmiertelnym 
strachem, z ucha, na kosmyku zwiesza się grzebyk, chwyta córeczkę... Nie mógł patrzeć. Po- 
wietrze rozdziera taki jazgot straszliwy mordowanych ludzi, ajednak rozróżnić w nim można 
głosy dzieci o kilka tonów wyższe, właśnie takie jak płacz-wycie kota w nocy... Żydówka pa- 
da najpierw na twarz, później się przerzuca na wznak i zataczając ręką w powietrzu, szuka 
rączki swego dziecka... Nie słychać, ale widać z ułożenia ust małej, że woła ona: "Mame! "... 
Na głowie jej dygoce wstążeczka z łachmanka i nachylona ku przodowi, chwyta matkę za 
włosy... - W mgnieniu myśli Leon przypomniał sobie nagle Watrycego, gdy patrzyli na 
brutalne spędzanie Żydów do getta ijego okrzyk pod adresem policjantów: "bydło!"... Teraz 
przeszyła go myśl: "Nie! Ludzie!..." Po ludzku bladzi, spoceni, jak szaleńcy, jak dzicy w tań- 
cu, w ruchach, w obłędnych gestach, w mordowaniu, w strzelaniu... Bo jakżeby wytłumaczyć 
można inaczej, że ten oszalały kompletnie policjant chwyta Żydówkę za prawą nogę i usiłuje 
wlec ją pomiędzy szynami, cały zgięty, z twarzą tak przekrzywionąjakby ciętą na ukos sza- 
blą, dokąd?! Po co?! Nogi kobiece się rozstawiają, lewa zaczepia za podkład, spódnica za- 
dziera do pasa, odsłaniając majtki, a dziecko łapie włóczące się po kamieniach włosy matki 
i ciągnie ku sobie, jakby chcialo wyrwać z rąk policjanta, i nie słychać, a widać jak wyje: 
"Mamme! "... Z ust wleczonej kobiety bucha teraz krew... Gęsta ściana mundurów zasłania na 
chwilę widok... A później jakiś Łotysz podniósł kolbę nad zwichrzonymi włoskami uwiąza- 
nymi w ciemieniu w kokardkę i... 
Leon zamknął oczy, a zdawało mu się, że ktoś zadzwonił. Telefon? Zadzwonił istot- 
nie, kolejarz ściskający konwulsyjnie kierownicę roweru Leona wpił się palcami 
w dzwonek, kurczowo nim targnął mimo woli, i przechylony ku przodowi drga na całym 
ciele, nie wiadomo czy łka, czy rzyga... 
Żyd chciał przeskoczyć rampę, ranny w nogę padł na kolana i teraz słychać wyraźnie 
i kolejno: płacz, strzał, rzężenie... Gestapowiec dopadł właśnie któregoś koło samego słu- 
pa telegraficznego i trzasnął nim w ten słup... 
- Na rany Jezusa Chrystusa! - szepce drugi kolejarz - na rany Boga! 
- Aaaaa! aaa! aaa! - zakrakał ten uderzony... A w niebie, nie w niebie, a tylko na 
tle nieba, zadrgały przewody drutów telegraficznych! (N, 283-285) 
W oryginalnej, pierwszej, "osobistej" wersji scena wyglądała trochę inaczej: 
Żyd chcial przeskoczyć rampę, ranny w nogę padł na kolana i teraz słyszę wyraźnie 
i kolejno: płacz, strzał, rzężenie... Ach, a ten co robi?!!! Ten tam, obok, o czterdzieści kroków, 
nie dalej, w czarnym mundurze! Co on chce zro... Rozkraczył nogi koło słupa, stanął ukosem, 
zamachnął się dwiema rękami... Sekunda jeszcze... Co on ma w ręku?! Co on ma w tych rę- 


269
>>>
kach?!!! Na rany Jezusa Chrystusa! na rany Boga! Coś wielkiego, coś strasznie strasznego!!! 
zamachnął się i - bęc głową dziecka o słup telegraficzny!... Aaaa! aaa! aaa! - zakrakał ktoś 
koło mnie, kto taki - nie wiem. Ale w niebie... nie w niebie, a na tle tylko nieba, zadrgaly od 
uderzenia przewody drutów telegraficznych (F, 24). 
Ale wołanie o pomstę dotarło do nieba i bez drutów telegraficznych... Czy dotarło?... 


"ANTYSEMITNIK" (GETTO WILEŃSKIE - ŻYDZI WILEŃSCY) 


Mackiewicz w getcie wileńskim nie był - choć jeden z większych rozdziałów jego 
książki Fakty, przyroda i ludzie (Londyn 1984) nazywa się Getto wileńskie. Może i był 
(choć - po co?) ale o tym nie pisze. Wspomina spotkania z Źydami wileńskimi 
w przeddzień zapędzenia ich do getta - gdy jeszcze o tym nie wiedzieli, albo odwie- 
dzających go przygodnie, bez zapowiedzi, gdy ukrywali się po lasach. 
"Moja znajomość z Rosenzweigiem datowała się od dawna, ale była powierzchow- 
na". (Rosenzweig to nazwisko zmyślone - ale osoba prawdziwa.) Znajomość "powierz- 
chowna" - myślę, że nie oddalę się zbytnio od prawdy, jeśli powiem, że także wszystkie 
inne znajomości ]. Mackiewicza z Źydami, których opisuje, były "powierzchowne", co 
nie znaczy, że pozbawione były sympatii, współczucia nawet serdeczności. Ten Rosen- 
zweig miał maleńkie i źle prosperujące biuro reklamowe a Mackiewicz pomagał mu 
przemycać drobne ogłoszenia do gazety, w której pracował, "na kredyt", na co admini- 
stracja patrzyła niechętnym okiem. Za czasów "fołksfrontu" - w 1939 r., koledzy zece- 
rzy doradzali Mackiewiczowi, "Oj, niech pan ucieka, Źydki na pana cięte. Wydadzą". 
Ale się nie przestraszył - nie uciekł, a oni go nie wydali, choć przylepiono mu mia- 
no "antysemitnika" z powodu jego reportażu A Szwarce Bor, który już wspomnieliśmy, 
a który nie wszystkim Źydom się podobał: 
W okresie naj cięższych czasów okazali mi Żydzi raczej pomoc i przychylność. - 
Ludzie bezkrytyczni widzieli w sowieckim reżymie równanie w dół. Żydów rozpychają- 
cych się łokciami. Mój Boże, kto wówczas nie był konkurentem wspólnej walki, walki 
o miejsce w kolejce, przed pustym sklepem! Któż się nie starał rozpychać łokciami w tej 
niedoli strachu, biedy i nudy życia! Zdaje mi się, że największym łgarstwem Adolfa Hi- 
tlera był jego bluff o Sowietach rządzonych przez - Żydów. - Sam na początku roku 
1941, jako furman, wywoziłem szmochty i rupiecie różnym Żydom, którzy zwiewali 
z miasta przed rządami tej "żydo" -komuny, którzy uciekali do lasu przed Kazachstanem... 
Ale to należy znów do dyskusji wielkiego tematu (F, 60). 
A na zakończenie rozmowy dodał: 
- Jedno tylko mogę panu powiedzieć... [...] 
- Tsss! mów pan dziś obywatelu... 
Wzruszyłem ramionami - ...otóż jedno tylko powiedzieć, że jeżeli kiedyś będę 
znów pisał, i pisał o Żydach, to tylko prawdę bez względu na miejsce i moje sympatie czy 
antypatie do poszczególnych obozów... 
- O! o! o! - potakiwał Rozencwejg i podaliśmy sobie ręce na pożegnanie, wówczas 
w tym państwie, w którym strach i nuda krzyżują się ze sobąjak sierp z młotem (F, 60). 
W dwa lata później, w Rzymie, w najelegantszej dzielnicy, pomiędzy pałacem kró- 
lowej matki i Porta Pinciana, na via Vittorio Veneto, przy kiosku gazetowym, gdzie moż- 
na kupić wszystkie gazety europejskie, patrzę L. oczom nie wierzę! Stoi Rozencwejg ze 
szwajcarską "Weltwoche" pod pachą. 
Człowiek ten osiem miesięcy przeleżał (przeleżał!) w piwnicy kościoła Wszystkich 
Świętych, ukrywany przez proboszcza, a gdy przyszli bolszewicy, wyszedł, mrugając od 
niezwykłe go światła i - uciekł. Uciekł aż do Rzymu. Ściskał mi rękę i z radości słowa 
nie może wydobyć. Ja myślę! Takie spotkanie! (F, 66) 


270
>>>
Jest to jeszcze jeden przykład jak Mackiewicz swoimi przeżyciami, spotkaniami 
i informacjami inspiruje losy postaci w swoich powieściach - w tym wypadku, Wulfki, 
ukrywającego się właśnie w piwnicy kościoła Wszystkich Świętych. 
W szkicu Getto wileńskie odnotowuje Mackiewicz spotkania ze znanymi kupcami czy 
rzemieślnikami wileńskimi - np. z Ezechielem Fridmanem, właścicielem wielkiego sklepu 
futer ijego ciągle jeszcze hyper elegancką żoną, z żółtymi gwiazdami na plecach, gdy kro- 
czą wzdłuż wileńskiego rynsztoku (bo na chodniki, Źydom nie wolno). Mackiewicz, zdając 
sobie sprawę z narastających z każdym dniem niemieckich represji proponuje Fridmanowi 
"posadę" ogrodnika w swoim domku na przedmieściu, gdzie ma akurat wolny pokoik - 
ale spocony Fridman dziękuje - gdzież on się tam pomieści z żoną, dziećmi i... służącą? 
Jeszcze się zastanowi... Ale nazajutrz - już komisarz Zehnpfennig wydał rozporządzenie 
o przesiedleniu wszystkich Źydów do getta w ciągu dwóch godzin! 
Inny znajomy, Szapiro ("Materiały piśmienne"): "Panie, kto mógł wiedzieć?!" - cho- 
wał się w lesie i przynosił Mackiewiczowi drobne ilości "towaru" na sprzedaż, np. paczkę 
herbaty (nie ma pan pieniędzy? to zapłaci pan na raty... Po ostatnią ratę już nie przyszedł...). 
Znajomy sklepikarz Jakub Ałter, gdy Niemcy weszli, zamknął skład, bo nie wiedział 
jakie jutro będą ceny - ale jutro już mu wszystko zabrali - jak mu przepowiedział 
Mackiewicz. (No może nie wszystko... na razie. Potem już resztę, razem z życiem.) 
Wspomina różnych - wielu - znajomych jeszcze z czasów okupacji sowieckiej, 
gdy był furmanem (potem też) i rozjeżdżał po okolicznych wsiach i miasteczkach - 
"żydowskich miasteczkach" - i z ironią patrzy wstecz na tzw. "walkę ekonomiczną" 
rządów ozonowskich (" walka ekonomiczna" - owszem, ale bić nie wolno!): 
Ejszyszki położone na odwiecznym ongiś szlaku, podupadłe później, pozostały typowo 
naszym, "tutejszym" miasteczkiem, tzw. przed wojną "żydowskim" miasteczkiem. Bruko- 
wane były kocimi łbami, wykoślawionymi jak bardzo stare obcasy. Rynek pusty w dnie nie- 
-targowe, sklepy, w których wiszą sznury, łańcuchy, babskie chusty, w oknach czasem po- 
społu z workami mąki i zardzewiałym pługiem. Cztery restauracyjki z przygodnym zajaz- 
dem. Oto cały narodowy majątek żydowski, wywierający z tego miasteczka swój ongiś tzw. 
zgubny wpływ gospodarczy na daleki, płaski kraj zamieszkały przez chrześcijan. 
Z chwilą wkroczenia bolszewików w r. 1940 wiele sklepów zostało zamkniętych. 
Kilka przeistoczyło się w ledwo wegetujące handelki. Otworzono kooperatywę, w której 
nowym zwyczajem kupować można było tylko ograniczoną ilość towaru, a zazwyczaj nie 
tego, którego by się pragnęło, przy tym w sposób zawiły, biurokratyczny, na podstawie 
zaświadczeń z gminy, okazywania paszportów i innych szykan tego rodzaju (F, 108). 
Mackiewicz, furman, który stacjonuje z kolegami u Szlomy Kowarskiego obserwuje 
tych "burżujów" z Ejszyszek, z których niektórzy dorobili się grosza i rozbudowali inte- 
res. Oczywiście pójdą wkrótce z torbami. Restauracyjka Szlomy, w którą zainwestował 
rok temu swój dorobek i inicjatywę, została uznana przez nowe władze za najlepszą, by 
w niej urządzić stołówkę ludową, ale nikt "nie pozwoli sobie wyciągnąć złorzeczącej ręki 
przeciw portretowi Stalina, który wisi nad podartym bilardem, od lat już służącym za 
miejsce «do przespania» dla pijanych gości w dzień targowy". 
My, którzy od kilku dni mieszkamy w zajeździe u Kowarskich, oczekujemy przyjaz- 
du pośrednika, aby nasz towar przerzucił przemytem na stronę "białoruską". Rano golimy 
się, myjemy, czyścimy cholewy, jak na wielkie święto. Szloma nie interesuje się nami. 
Jakby nas nie widział wcale. Po co? Ale stara i córki są grzeczne, jak za "dobrych pol- 
skich czasów", dla gości tzw. lepszych (F, 111). 
Córka Szlomy Gałka jest komsomołką ("w pokoiku gdzie spałem znajduję w szufla- 
dzie jej zeszyty szkolne z polskiej przedwojennej szkoły. Są czyściutkie a w jednym 
czytam staranne wypracowanie na dzień Trzeciego Maja"). Starsza Sonia też nie opusz- 


271
>>>
cza żadnego zebrania politycznego ani wiecu. Ich ojcu niewiele to pomoże... "Tyle lat 
pracy, tyle pracy... a teraz to wszystko pójdzie na «radość nowego życia». Trzeba będzie 
wiązać toboły i szukać... Czego??" 
Ale Hackiel, konkurent, indagowany w sprawie niesprawiedliwości losu (?) peroruje: 
- Czy to władza winna? - odpowiada. - On sam sobie winien. Po co jemu biło 
stawiać w kuchni dwanaście fajerek? (F, 110) 
Gałka i Sonia - de facto burżujskie córki - niby przyjmujące z entuzjazmem "no- 
we porządki", ale pamiętające jeszcze stare z sentymentem, to tu jedyne bodaj przedsta- 
wicielki młodszego pokolenia Źydów. Mackiewicz "ma na rozkładzie" tylko swoich 
rówieśników albo starsze pokolenie małomieszczańskie. Tych ze sfer ortodoksyjnych - 
np. - może obserwować w tłumie. Dlatego myślę, że nie zna Źydów bliżej - zna wielu, 
potrafi ich scharakteryzować, słucha ich poglądów i narzekań - ale nie wnika w istotę 
ich odrębności narodowej, religijnej, ideowej - i nie mam do niego pretensji! Po prostu 
żyje, sąsiaduje z tą społecznością, widzi przejawy antysemityzmu i nawet próbuje - 
jeszcze w przedwojennych felietonach (gdy stara się np. rozgryźć pogrom grodzieński - 
który uważa za największy w Polsce) - dojść do przyczyn antysemityzmu - ale jak 
sam twierdzi, nie udaje mu się ta próba. Natomiast rozumie (rozumuje?) dlaczego wie- 
śniacy naroczańscy darzą Źydów większym zaufaniem niż panów z okolicznych dworów 
(gotowi Źydowi sprzedać za 80 groszy - to co panom za złotówkę!) - Źyda - choć 
może ich i oszukuje, nie boją się - a w "tamtych" widzą przedstawicieli rządu, którego 
polityka względem tej białoruskiej biedoty jest poniżająca i krzywdząca - ale o tym 
mówi się szeptem... (Dlaczego?!) 
Nie, Józef Mackiewicz nie bywał w getcie - widział je być może, poza jego murami 
na ulicach Wilna, widział je w pewnej mierze jeszcze przed wojną, choć Źydzi byli dla 
niego równouprawnionymi współobywatelami, a getto było może dobrowolną odrębno- 
ścią życia. Ale nie spotykał się ze zasymilowaną inteligencją żydowską (może się i spo- 
tykał, chyba tak...) ale nie interesowała go jako obiekt do felietonów i książek. Nie miał 
też kontaktu z ruchami młodzieżowymi, ani z kulturą żydowską, która w Wilnie była tak 
silnie reprezentowana choćby przez grupę "Jung Wilne". Nie znajduję tych Źydów i tych 
elementów społeczno-kulturalnych w pismach Mackiewicza (może nie dość dobrze je 
znam, przyznaję). Nie jest to ani zarzut ani wyrzut. Dlaczegoż miałby się tym bliżej inte- 
resować? To nie leżało na linii jego obserwacji życia na Wileńszczyźnie czy gdzie in- 
dziej. Ani na linii jego walki politycznej - chyba na uboczu. 
Być może jednak (na pewno) wstrząs, który przeżył w Ponarach - poszerzył jego 
zasięg zainteresowań o tę społeczność, która już przeszła do historii. Poszedł do getta, 
kiedy już tam Źydów nie było - ale opis tego co pozostało jest nieodłączny od tego co 
było - zakończmy więc ten powierzchowny, siłą ograniczonych rozmiarów zapis 
fragmentem opisu: 
... Idealna cisza panuje wokół. Widziałem tyle miast i miasteczek zbombardowanych, 
gdzie domy ginęły razem z ludźmi, albo ludzie się uratowali, a domy zginęły. Ale żadne 
z nich nie robiło takiego wrażenia. Tu było zupełnie coś przeciwnego: domy ostały, a tylko 
ludzie zginęli. Gdzieś w rogu kupa łachmanów, nie wymiecione śmiecie i czasem drogę 
przebiegnie zdziczały kot. Z dala dochodzi gwar miasta. Tu słońce ledwo się przeciska po- 
między murami, ale cicho jak na wsi i nawet trawa obrasta już kamienie bruku. Gdzieś 
skrzypi niedomknięte okno i odblask szyby potrącanej wiatrem biega po chodniku, po wiel- 
kich, kamiennych płytach z tamtego czasu, sprzed lat stu i więcej. Żydów wyprowadzono. 
Ludzie po nich wynieśli co pozostało jeszcze ruchomego, spalili na opał co było drewniane- 
go. Ostały mury, kraty, zardzewiałe żelazo. Może gdzieś w piwnicy zakopane złoto? Echem 
odbijają się kroki. Wyobrazić by sobie można, że tu po nocach straszy. Ale kogo? (F, 65) 


272
>>>
ARCHIWUM EMIGRACjI 
Studia - Szkice - Dokumenty 
Toruń, Rok 2002/2003, Zeszyt 5/6 


JÓZEF MACKIEWICZ 
- FAKTY I MITY 


Zenowiusz PONARSKI (Kanada) 


Nigdy nie zajmowałem się specjalnie twórczością i życiem Józefa Mackiewicza. 
Stale jednak spotykałem się z jego nazwiskiem w trakcie zbierania materiałów o mię- 
dzywojennym Wilnie. Zwłaszcza wtedy, gdy zająłem się osobą imigranta z Litwy, Fran- 
ciszka Ancewicza, wileńskiego przyjaciela Czesława Miłosza. Nazwisko autora Drogi 
donikąd napotykałem też przy kwerendzie materiałów o białoruskim pisarzu Franciszku 
Olechnowiczu i publicyście Piotrze Kownackim. 
Niniejsza praca składa się z czterech niezależnych części. W pierwszej (Trudna droga do 
Wilna) przedstawiam sytuację Wilna po 17 IX 1939 r. oraz znaczenie artykułu Mackiewicza 
My Wilnianie w dyskusji nad tożsamością miasta. Druga część (Siedem lat w szponach 
GPU) została poświęcona osobie Franciszka Olechnowicza-Brzozowicza z Nie trzeba gło- 
śno mówić. Tematem trzeciej części jest problem autorstwa dwóch broszur: Gdyby Dziadek 
żył... i Rachunek sumienia. Ostatnia zaś część dotyczy tzw. "listy 750" sporządzonej w latach 
1943-1944 przez Okręg Wileński AK, na której znalazło się nazwisko Mackiewicza. 
Większość prezentowanych tu materiałów jest nieznana lub pomijana. Są to mate- 
riały głównie litewskie i białoruskie, niedostępne w kraju, które dotyczą przedwojennej 
prasy wileńskiej i kowieńskiej oraz powojennej prasy litewskiej emigracyjnej. Do prac 
i opracowań powszechnie znanych sięgałem rzadko. 
Mam nadzieję, że zbierane przez wiele lat materiały okazały się przydatne i wniosły 
cokolwiek do naszej wiedzy o Józefie Mackiewiczu. Jeśli tak się stanie, będzie to wielka 
satysfakcja dla autora tego artykułu. 


TRUDNA DROGA DO WILNA 


Ponad sto lat Wilno było pod rządami sześciu kolejnych generałów-gubernatorów. 
Dnia 20 listopada (8 grudnia według nowego stylu) odsłonięto u nas pomnik Murawie- 
wa-Wieszatiela. Uroczystość odbyła się z nadzwyczajną pompą - pisał w listopadzie 1898 
roku Józef Piłsudski w korespondencji z Wilna - Obecnie strzegą pomnika jak oka w gło- 
wie. Dwóch stójkowych w ciągu dnia, a w nocy żołnierz z nabitą bronią, nie spuszczając oka 
z pomnika. Powszechnie jednak i teraz panuje przekonanie, że pomnik postoi niedługol. 


l]. Piłsudski, PIsma zbIorowe, t. l. Warszawa 1937 s. 237, 239. 


273
>>>
Podczas Wielkiej Wojny, w miarę przybliżania się frontu do Wilna, na wiosnę 1915 r., 
Rosjanie rozkazali wyjechać z miasta konsystorzowi biskupiemu jako instytucji rządowej. 
Wywieźli też czczone w monastyrze św. Ducha, zmumifikowane w całości relikwie trzech 
świętych prawosławnych. Poza tym wywieziono stosy kufrów, worków i mebli. 
Zobaczycie, mówili ludzie nie powściągliwi w mowie - wspominał Czesław Jan- 
kowski - oni się nie uspokoją, dopóki nie wywiozą nawet ciastek Sztralla 2 . 
Wywieziono posągi Katarzyny, Murawiewa i Puszkina. Gdy pomnik Wieszatiela 
znajdujący się na placu Dworcowym zawisł w powietrzu, asystujący cierpliwie całej 
akcji jakiś wysoki wojskowy kozacki, zrobił kilka fotografii. Zdjęcia robił także znany 
fotograf wileński, ukryty za roletą w mieszkaniu mecenasa Tadeusza Wróblewskiego. 
Fotografują moment detronizacji Murawiewa - wspominał Jan Bułhak. - Jeden 
sołdat siedzi na jego głowie i wieńczy ją swemi pośladkami, a drugi otacza miłośnie jego 
szyję siedmiorskim skrętem postronka i koniec węzła podsuwa mu pod nos jakby do po- 
wąchania 3 . 


Minęło więc zaledwie siedemnaście lat od przepowiedni józefa Piłsudskiego, że po- 
mnik Murawiewa "postoi niedługo". 
W chwili opuszczenia Wilna gubernator, zatwierdzając skład powstałego Komitetu 
Obywatelskiego dla guberni wileńskiej i kowieńskiej, powiedział do jego członków: "Teraz 
panowie róbcie, co chcecie, tylko radzę pamiętać, że my jeszcze wrócimy". W sobotę 18 
września 1915 r. o godz. 4 rano rozległ się ogłuszaj ący huk pierwszego wybuchu wysadza- 
nych przez Rosjan budowli. Naliczono przeszło 50 słabszych i mocniejszych wybuchów 
rozlegających się z niewielkimi przerwami mniej więcej do godziny 5.30. O 6 rano wojska 
carskie opuściły miasto. Wbrew szerzonym alarmom odeszły nie rabując, nie paląc i nie 
czyniąc żadnych ekscesów. Przez trzy godziny, od 6 do 9 rano, Wilno było wolne, pod 
rządami własnej Rady Miejskiej. Dopiero o 9 rano od strony Zwierzyńca wolno i uroczy- 
ście wkroczył do miasta oddział niemiecki. Rosjanie oddali Wilno bez boju, chociaż trzy 
lata później - jak pisał Michał Pawlikowski - spotykano w Mińsku oficerów niemiec- 
kich, którzy mówili, że dostali krzyże żelazne fur die Schlacht von 1111na 4 . 
józef Mackiewicz opisał cmentarz, na którym spoczywali Die helden des Weltkrieges: 


Cmentarz wojenny Zakrecie jest mało odwiedzany, jakkolwiek wszyscy wiedzą o je- 
go istnieniu. Pamiątka wojny światowej w Wilnie - nie leży tu nikt bliski i żadna zna- 
mienitość, ni wielki człowiek, ani żaden, kto z Wilnem związany, ni z tą ziemią. Skądciś 
przyszli tu i ich w grób zwalono. Zupełnie obcy...5. 
Na przestrzeni trzydziestu lat od wybuchu I wojny do zakończenia II wojny świato- 
wej, Wilno przechodziło z rąk do rąk czternaście razy. Niepublikowana książka józefa 
Mackiewicza "Przy konfesjonale", pochodzi właśnie z okresu, jak to autor określił, kiedy 
Wilno jedenaście razy miało kolejnych gospodarzy6. 
Przekazanie miasta odbyło się po podpisaniu przez Mołotowa i Urbsysa sowiecko- 
-litewskiego traktatu z 11 października 1939 r. 
Po tym zdarzeniu, ustała w Wilnie wszelka agitacja przedwyborcza w związku z wy- 
borami do Zgromadzenia Ludowego. jednym z członków Komitetu Wyborczego, wystę- 


2 Cz. Jankowski, Z dnIa na dzIeń. Wilno 1923. 
3]. Bulhak, DwadzIeścIa sześć lat z Ruszczycem. Wilno 1939 s. 11. 
4 M. K. Pawlikowski, Wojna I sezon. Warszawa 1989 s. 29. 
5]. Mackiewicz, BulbIn zjednosIelca. Londyn 2001 s. 203, 206. 
6 ]. Mackiewicz, "Przy konfesjonale". Maszynopis w bibliotece Akademii Nauk w Wilnie; je- 
den z rozdziałów książki nawiązuje do II-krotnego przechodzenia Wilna z jednych do drugich rąk. 


274
>>>
pującego pod hasłem: "naszym pragnieniem jest, by się zjednoczyć z ZSRR i żyć w ro- 
dzinie narodów sowieckich", był Jerzy Putrament. Należał on do działaczy bardzo ak- 
tywnych i często był widoczny na wiecach i zebraniach publicznych. Na jednym z takich 
zebrań "z wielką uwagą wysłuchano przemówienia tow. Putramenta, który mówił o la- 
tach znęcania się polskiej szlachty nad ludem pracującym różnych narodowości,,7. 
Wraz z wojskiem, które miało wkroczyć do Wilna, zabrała się też ekipa dziennikarzy. 
W jej składzie z ramienia "Lietuvos Zinios" był Franciszek Ancewicz, który dopiero 
przyjechał z oblężonej Warszawy. Wysłano tam także historyka Antanasa Vasilauskasa, 
który w niepublikowanej relacji napisał: 
Z sympatią Białorusini spotkali Litwinów, kupcy żydowscy byli zadowoleni. Kra- 
jowcy Polacy odnieśli się do Litwinów z większą lub mniejszą sympatią, wybierając 
z dwojga złego, mniejsze zło, uznając, że lepiej znaleźć się pod panowaniem litewskim 
aniżeli sowieckim. Litwinom nie wiwatowali, a w głębi serca cieszyli się po wkroczeniu 
Litwinów do Wilna. Jako Polacy czekają na dawną Polskę. Wśród Polaków jest jeszcze 
grupa, "hura patriotów", składająca się głównie z młodzieży, która przed rokiem wołała, 
"marsz na Kowno" i której teraz trudno zmienić poglądy. Jest grupa sympatyzujących 
bolszewikom. Są to w znacznej mierze Żydzi i w pewnej części polscy robotnicy. Bol- 
szewicy wchodząc do Wilna mieli więcej sympatyków, po tym jak wywieźli prawie cały 
majątek wileńskich przedsiębiorstw i robotnicy zostali bez pracy, jak kilkakrotnie oszu- 
kali robotników, wówczas większość odwróciła się od nich 8 . 


Rząd litewski od razu po zajęciu Wilna wprowadził politykę depolonizacji miasta 
i w tym celu skierował doń znaczną grupę Litwinów o nacjonalistycznych poglądach. 
Mieli związać miasto z Litwą i przynaj mniej zbliżyć je pozornie do reszty kraju. 
Do zachodzących wydarzeń Polacy odnosili się nieufnie. Powstawały różne organi- 
zacje środowiskowe, prezentujące rozmaite opcje polityczne. Z inicjatywy grupy star- 
szych harcerzy z "Czarnej Trzynastki", kierowanych przez harcmistrza Józefa Grzesiaka- 
-Czarnego, powstał Związek Bojowników Niepodległości, reprezentujący stanowisko 
organizacji w aktualnych sprawach. Przyjmuje się, że nie zachował się żaden egzemplarz 
B . l t ,,9 
" lU e ynu . 
Udało mi się jednak zapoznać z treścią numeru 5 z listopada 1939 r. Miał podtytuł 
"Wolność - Równość - Niepodległość". W tym numerze znalazły się informacje o ist- 
niejącym Komitecie Polskim i powstałym "Kurierze Wileńskim". W artykule Litewskie 
róże i kolce czytamy: 
Naszych żołnierzy z oddziałów wojskowych, które przekroczyły granicę litewską, 
Litwini przyjęli bardzo serdecznie... Pragniemy, aby nasi bracia Litwini wyrzekli się za- 
miaru zlitwinizowania nas Polaków a poświęcili więcej wysiłków na znalezienie sposo- 
bów bratniego współżycia naszych narodówlO. 
W numerze "Biuletynu", wydanym jeszcze przed litewskim "marszem do Wilna" uka- 
zała się odezwa skierowana do ludności ziem północno-wschodnich, w której czytamy: 
Nasz rząd polski oficjalnie zaprotestował przeciwko inkorporacji Wilna i Wileńsz- 
czyzny. Dzisiaj trudno przewidzieć jak się później ułożą stosunki Polski z Litwą. Chce- 


7 Wileńska ja Prauda 1939 nr 13 (6 X). Wypowiedź]. Putramenta na ogólnomiejskim zebraniu 
nauczycieli w Wilnie z 5 X. O tym, że wybrano go jednogłośnie do Komitetu Organizacyjnego - 
notka w tymże numerze. W numerze 7 z 7 X znajduje się postanowienie Tymczasowe Zarządu m. 
Wilna o nominacji Putramentajako członka trzyosobowego Komitetu. 
8 A. Vasilauskas, "Wrażenia z podróży do Wilna w październiku 1939", rękopis w: Biblioteka 
Akademii Nauk Litwy (dalej nazywam BANL), F. 205. 202, relacja napisana w Kownie, 2 XI 1939 r. 
9 L. Tomaszewski, KronIka wIleńska 1939-l94l. Warszawa 1990 [wyd. 2] s. 191. 
10 BANL, F.9, 3061. 


275
>>>
my, aby Polska i Litwa znalazły wspólną drogę współżycia. W sytuacji obecnej nasze wy- 
siłki muszą pójść w takim kierunku: uszanować należy wszystkie cechy pozytywne naro- 
du litewskiego i uznać z tym związane prawa. W stosunkach naszych z Litwinami nie 
powinno być uniżoności, ani litwinizowania się dla zdobycia posady, osiągnięcia jakiej- 
kolwiek bądź korzyści materialnej lub zrobienia kariery. A z drugiej strony stosunek nas 
wobec Litwinów nie może wyrażać się nieuzasadnioną pogardą, złością, szyderstwami 
itp. Oczywiście, że każde wrogie wystąpienie ze strony Litwinów, powinno być nami od- 
parte, każde prześladowanie spotkać się ze stosownym oporem. 
Należy też walczyć z objawiającymi się zjawiskami naszego szowinizmu ze wszyst- 
kimi zbędnymi kolcami, mogącymi zranić bratnią rękę Litwina. Wspólny los obu naro- 
dów winien nas zbliżyć a nie oddalaćII. 
Był pewien czynnik nieuwzględniony przez niektórych polityków, o którym meldo- 
wał Stalinowi w końcu września 1939 r. przywódca komunistów białoruskich, Ponoma- 
renko. Przedstawił przebieg okupacji Zachodniej Białorusi: 
Za Białymstokiem ludność wita nasze wojska bardziej wstrzemięźliwie, gorzej zna 
język rosyjski, częściej rozlegają się strzały zza węgła i z lasu do czerwonoarmistów, do 
dowódców. W miastach (gdzie) znajduje się PPS i robotnicy pepeesowcy - sytuacja 
staje się bardziej złożona, niż w miejscowościach gdzie są Białorusini - relacjonował. 
Nawiasem mówiąc, należy stwierdzić, że Piłsudski jest popularny nie tylko wśród ludno- 
ści polskiej, ale nawet wśród Żydów. Mówią, że był to prawdziwy człowiek - było przy 
nim znacznie lepiej aniżeli później. Stał się więc zrozumiały akt Hitlera, złożenie wieńca 
na grobie Piłsudskiego l2 . 
Litwinów w Wilnie powitał Bolesław Szyszkowski, zwracając się do nich w imieniu 
Polaków, niegdyś grupu
ących się wokół osoby Ludwika Abramowicza, reprezentującego 
krajowców wileńskich l . Okazało się, że chyba nie wszystkich, gdyż po tym wystąpieniu 
rozległy się liczne głosy krytyczne opinii publicznej na temat uprawiania polityki pol- 
skiej. Spotykamy się z wypowiedziami tego rodzaju w piśmie "Złoty Róg": 
Próżne usiłowanie, bo ani zbankrutowana sanacja, którą krytykujemy nie we właści- 
wym czasie i miejscu, ani zmurszała endecja, w przyszłej Polsce miejsca mieć nie będzie. 


Tam też pojawiła się odezwa: "Matko-Polko, w dniu 12 maja udaj się z Synem na 
Rossę" (nr 5/4 z 25.04.1940) 14. 
"Narodowiec", organ endecji, natomiast określił prasę wileńską: 
"Nowe Słowo" gazeta litewska w języku polskim, "Gazeta Codzienna" - gazeta 
polska w duchu litewskim, a "Kurier Wileński" - gazeta broniąca reżym majowyl5. 


Były środowiska skrajne, którym wystarczało, by arcybiskup R. ]ałbrzykowski wy- 
konał w stosunku do Litwinów gest pojednania, aby napisać w ulotce z 13 kwietnia 
1940 r. (podpisanej "Czuwające społeczeństwo"): 


11 A. Bubnys, Lenku pogrIndIs LIetuvoje 1939-l940 (Polskie podziemie na Litwie 1939- 
1940). Vilnius 1994 s. 32, 33 (wyd. lit.). Autor przytacza treść "Biuletynu", na podstawie 
"Biuletynu" Saugumy wileńskiego okręgu. "Biuletyn", z wyjątkiem numeru 5, cytowany jest 
w przekładzie z języka litewskiego. Pod takim samym tytułem artykuł w "Lithuani" (1992 nr 4/5), 
w którym nie wspomina się o "Biuletynie". 
12 WydarzenIa I losy ludzlde: rok l 939, red. nauk. B. Gronek [i in.]. Warszawa 1998 s. 146 
(Zachodnia Białoruś l IX 1939 - 22 VI 1941, t. 1). 
13 Vilniaus Zinios (Wiadomości Wileńskie) 1939 nr 2 (29 I) (lit.). 
14 BANL, F.9, 3059. 
15 BANL, F.9, 3060. 


276
>>>
[...] nasz pasterz, arcybiskup Jałbrzykowski zabronił nam śpiewać nasz hymn Boże coś 
Polskę! [...] Pod płaszczykiem patrioty, zdrajcy nie mogą się ukrywać l6 . 
Jak więc widać pewne mniej znane, a nawet nieznane fakty świadczą, że po 17 wrze- 
śnia 1939, w Wilnie istniały antagonizmy polityczne i narodowościowe i dają one wyobra- 
żenie o stanie umysłów ówczesnych mieszkańców miasta. W tym trudnym okresie przybył 
do Kowna, wraz z tysiącami Polaków uciekających przed szybko postępującą Armią Czer- 
woną, Józef Mackiewicz, który podjął się trudu ogłoszenia niepopularnych często poglą- 
dów. Oczywistą więc rzeczą jest, że był zwalczany przez oponentów z nacjonalistycznej 
prawicy, niektórych piłsudczyków, zwłaszcza tych związanych z rządami po śmierci Pił- 
sudskiego, a także opinię patriotyczną i niektóre grupy działające w podziemiu. 
W końcu września w Kownie znalazł się też Ancewicz i od razu w "Lietuvos Zinios" 
rozpoczął publikację artykułów o bohaterskiej Warszawie. Artykuły te cieszące się zainte- 
resowaniem czytelników zostały źle przyjęte przez młodych narodowców Smetony i zwo- 
lenników Voldemarasa. Nacjonalistom nie podobał się przekaz o bohaterskich warszawia- 
kach i ogólny ton artykułów, o znacznym ładunku sympatii do Polski i Polaków. Te właśnie 
ataki były powodem, że Ancewicz skorzystał z okazji, aby wyrwać się z Kowna do Berlina, 
jako korespondent "Lietuvos Zinios". 
Sławny artykuł Józefa Mackiewicza My Wilnianie mógł być przełożony na litewski 
przez Ancewicza albo wileńskiego korespondenta, Vincasa Zilenasa, z którym znał się 
osobiście 17 . 
W tym samym numerze, obok artykułu Mackewicza, znalazła się kolejna relacja An- 
cewicza o Warszawie: "Dosyć! Ani kroku dalej!" W tekście tym przedstawiono staruszka, 
któremu zginął pinczerek i który błagał o ogłoszenie w gazecie, której czytelnikiem był od 
pięćdziesięciu lat. Ancewicz napisał, nawiązując do wcześniejszych relacji: 
Przyjmując poświęcenie jako misterium, jedni szukają, bez względu na grożące nie- 
bezpieczeństwo, zagubionych pinczerków, inni w takiej sytuacji szukają bliskich, a nie- 
którzy w obliczu bomb i pocisków artyleryjskich mówią o miłości i wreszcie inni giną za 
ojczyznęl8. 
Artykuł Mackiewicza znany z wielu relacji może być rozumiany, w nawiązaniu do 
słów Ancewicza, jako poszukiwanie wyjścia z sytuacji, w której znalazło się Wilno 
w początkowym okresie II wojny światowej. 
Stanisław Mackiewicz (Cat) przebywał w tym czasie w Kownie, chroniąc się w sute- 
renie, którą mu znalazła Grażyna Łozorajtis, jego litewska krewna, solistka opery ko- 
wieńsk iej 19. Ze Stanisławem Mackiewiczem spotkał się Ancewicz w kawiarni "Monika", 
w której jak wspomniał: "Zbierali się uchodźcy polscy, aby popolitykować i poplotko- 
wać". Został zaproszony przez Cata, po przyłączeniu Wilna do Litwy: 
Obecnie Cat-Mackiewicz był zapalony do ożywienia ich w nowych czasach - 
wspominał - udowadniał mi, że przyłączenie Wilna do Litwy jest najistotniejszym wy- 
darzeniem w historii Litwinów i Polaków i stwarza doskonałą okazję powrotu do koncep- 
cji W. Ks. Litewskiego. Litwini winni zrozumieć, że Księstwo nie było nacjonalistyczne, 


16 BANL, F.9, 3061. 
17 V. Zilenas, VisuotlnIe mobilizacija (Powszechna mobilizacja), Lituvos Zinios (dalej: LZ) 
28 XII 1939 (lit.). Autor wspominał, że 28 VIII 1939 w kawiarniach zamiast muzyki słuchano 
komunikatów radiowych, w tym z Kowna - "Redaktor «Słowa» Józef Mackiewicz gdy mnie 
spotkał, zaproponował udać się do redakcji by posłuchać kowieńskiego radia i w ogóle porozumieć 
się o (wymianie) informacji prasowej". Dalej relacjonował o rozmowie ze S. Cat-Mackiewiczem, 
o możności otrzymywania informacji z Kowna. 
18 P. Ancevicius, Gana! NIeI zIngsnIo toliau! (Dosyć! Ani kroku dalej i), LZ z 14 XI 1939 (lit.). 
19]. Karbowska, Z MackIewIczem na ty. Warszawa 1994 s. 39. 


277
>>>
wyrażające się zamieszkiwaniem jednej grupy etnicznej, lecz stanowiło wielonarodowo- 
ściowy konglomerat i podkreślać należy tolerancyjność i (konieczność) współżycia, gdy 
zechce się stworzyć coś wielkiego i pociągająceg0 2o . 
Ancewicz wspominał, iż Cat oświadczył, że chce bardzo powrócić do Wilna i po- 
przez swoje "Słowo", propagować idee Wielkiego Księstwa Litewskiego i uczestniczyć 
czynnie w nowym historycznym procesie. 
Mackiewicz zachęcał mnie bym się przyłączył do jego zamysłów i dopomógł mu w 
nawiązaniu kontaktu z kierowniczymi ośrodkami Litwy - napisał - nie wiem czy do 
Łozorajtisa zwrócił się ze swymi ideami, czy też tego nie uczynił 21 . 


Nie wiadomo, czy Cat-Mackiewicz był tak naiwny, że liczył, iż niedawny banita mo- 
że mu pomóc, czy też Ancewicz w tej relacji przesadził! Trudno ustalić wiarygodność tej 
rozmowy, ale ponoć w archiwach litewskich jest jakaś "lojalka" Ancewicza, jak się wy- 
raził polski uczony, znający znaczenie tego słowa 22 . 
Teraz słów kilka o artykule młodszego Mackiewicza w "Lietuvos Zinios". Artykuł 
ten to swego rodzaju deklaracja woli współżycia z Litwinami w nowych warunkach, 
próba osłabienia litewskiego nacjonalizmu, który niebawem podjął próbę zlitwinizowania 
Wilna i usunięcia wielowiekowych śladów kultury polskiej. Nie wiadomo, czy Józef 
Mackiewicz w redakcji uzgadniał treść artykułu i czy się z kimś konsultował przed opu- 
blikowaniem. W tym czasie w redakcji były dwie osoby, z którymi mógł porozmawiać na 
temat przekładu "po wileńsku": Ancewicz i Zilenas, jego znajomi z przedwojennego 
Wilna. Z Ancewiczem, w pewnym sensie zapoznał się jeszcze w listopadzie 1927 r., gdy 
jako uchodźca polityczny i student był sekretarzem Zjazdu Emigrantów Litewskich 
w Rydze 23 . Sprawy litewskie w tym czasie mocno absorbowały Mackiewicza, który na 
łamach "Słowa" poświęcał mu wiele uwagi, podobnie jak zagadnieniu białoruskiemu. 
Ancewicz po zjeździe ryskim na stałe związał się z Wilnem, gdzie rozpoczął wyda- 
wanie pisma "Pirmin" (Naprzód). Ucieszył się, kiedy objechawszy pół Europy, mógł 
studiować, pracować i założyć rodzinę w grodzie nad Wilią. Prowadził wiele rozmów ze 
znajomymi o nowych czasach, kiedy flaga litewska powiewała nie tylko na przystani 
w Trokach, lecz także na Zamku Giedymina 24 . 
Te rozmowy zaowocowały serią prawie pięćdziesięciu artykułów, z których więk- 
szość nigdy nie ukazała się drukiem, naj prawdopodobniej ze względów cenzuralnych. Te, 
które były opublikowane, do tej pory nie są znane, ani w Polsce ani na Litwie. Co praw- 
da, zostało opublikowanych kilka fragmentów z jego wywiadów, ale bez podania nazwi- 


20 P. Ancevicius, Istorija... 
21 Tamże. 
22 W 1996 r. w Wilnie podczas rozmowy z]. Widackim, ambasadorem RP, dowiedziałem się, 
że odnalazł w archiwum "lojalkę" Cata-Mackiewicza. Nie wnikałem w szczegóły, gdyż miałem 
otrzymać kserokopię. Z mojej winy nie doszło do następnego spotkania. W grudniu 2001 r. zwró- 
ciłem się do prof. Widackiego zam. w Krakowie z prośbą o umożliwienie zapoznanie się z doku- 
mentem. 
23 ]. Mackiewicz, Bulbin..., s. 103-107; B. Szyszkowski (współwydawca "Gazety Codzien- 
nej") reprezentował inny pogląd na zjazd litewskich emigrantów, patrz: Państwo (Wilno) 1927 nr l 
(20 XI); o tym zjeździe: P. Ancewicz w: Pirmin (Naprzód) 1927 nr 3/4. Organ literacki wydawany 
początkowo w Wilnie przez Ancewicza, był przeniesiony do Berlina, jako "Kova" (Walka) i póź- 
niej do Paryża. 
24 P. Jasienica, PamIętnIk. Kraków 1990 s. 65. Autor wspomniał, że w Trokach Ancewicz po- 
wiedział: ,,- Kiedyż ja tu nareszcie zobaczę chorągiew litewską i z tego nikt nie zrobi skandalu, 
chociaż wśród obecnych nie brakowało ludzi znanych z przekonań narodowych. Kneblowanie ust 
wciąż jeszcze uchodziło za czynność mało elegancką". 


278
>>>
ska autori 5 . Wielka to szkoda, gdyż na pewno byłyby pomocnym źródłem w badaniach 
nad sytuacją panującą w Wilnie w czasie, kiedy Mackiewicz pisał artykuł My Wilnianie. 
Spójrzmy na problemy miasta z punktu widzenia innego bacznego obserwatora ów- 
czesnego życia a zarazem aktywnego uczestnika wydarzeń, gen. Nikodema Sulika, 
pierwszego komendanta wileńskiej Służby Zwycięstwu Polski 26 . 
Sulik stwierdził, że okupacja litewska była psychicznie znacznie łatwiejsza do znie- 
sienia aniżeli okupacja sowiecka, a na życiu i konsolidacji ludzi zamieszkujących Wi- 
leńszczyznę zaważył fakt, że ziemia wileńska zmieniała okupanta częściej aniżeli jaki- 
kolwiek inny skrawek Rzeczypospolitej27. 
Walka o przyszłą Polskę wymaga zupełnie nowego podziału społeczeństwa [...]. 
Walka o taką koncepcję, nie była zbyt łatwa wobec nastrojów poklęskowych, powszech- 
nego poszukiwania winnych klęski, próby odgrywania się partii politycznych na obozie 
rządzącym dotychczas Polsk ą 28. 
W ogóle Pranas (Ancewicz), czy Draugas, jak go nazywałem, miał całe życie być so- 
cjalistą radykalnym w stylu wiedeńskiego marksizmu i w tym jego tragedia. Bo niewąt- 
pliwie był to człowiek spragniony politycznego działania, a skazany na los emigranta 
- tak go określił Cz. Miłosz 29 . A gdy Miłosz po wojnie stał się emigrantem napisał mu: 


Na szczęście z tzw. "polityczną emigracją" nie podtrzymuję żadnych stosunków - pi- 
sał z Paryża. - Jednakże sądzę, że olbrzymie masy, obejmujące "spadek" po dawnych kla- 
sach oświeconych, wychowują się w zwykłym nacjonalizmie i że inaczej być nie może 30 . 
Protektor Ancewicza, prof. W. Sukiennicki wspomina, że mówiono o nim: "Mówić 
po litewsku, to on mówił, ale myślał po polsku. Tegoście go nauczyli,,31. Rozmawiał więc 
z Litwinami, Polakami i z reprezentantami innych tu zamieszkałych grup etnicznych. 
Tylko miejscowi Rosjanie, wystraszeni niedawnymi aresztowaniami w Wilnie woleli nic 
nie mówić. Z ludzi znanych tylko arcybiskup R. Jałbrzykowski nie udzielił mu wywiadu, 
bo nigdy - jak oświadczono w Kurii Metropolitalnej - nie wypowiadał się w sprawach 
bl ' h . 32 
pu Icznyc w prasie . 
K. Stasys, wieloletni przywódca wileńskich Litwinów, prześladowany przez władze, 
więziony i sądzony, w rozmowie z Ancewiczem oświadczył, że życzy sobie, by władze 
kowieńskie nie przysyłały do Wilna spekulantów, szowinistów i karierowiczów, litew- 
skich Bociańskich, Bauermanów i Jasińskich - tu wymienił osoby, które szczególnie 
dokuczały Litwinom. Powiedział wyraźnie: "wszyscy Wilnianie (muszą) czuć się dobrze, 
niezależnie od języka, którym mówią"33. 
Dla nas są istotne wypowiedzi osób, współbrzmiące w ogólnym sensie z wypowie- 
dzią Józefa Mackiewicza My Litwini w kowieńskim dzienniku. 
Rektor S. Ehrenkreutz, ważący słowa i bardzo ostrożny w wypowiedziach, stwierdził: 


25 K. Pol, Poczet prawnIków polsldch. Warszawa 2000 s. 1075. Autor przytacza wywiad prof. 
S. Ehrenkrautza z listopada 1939 r., nie podając nazwiska rozmówcy; P. Łossowski, LItwa a spra- 
wy polskIe 1939-l940. Warszawa 1982 s. 222. Autor wspominając o wywiadzie z prof. W. Stanie- 
wiczem, nie wskazał rozmówcy. 
26 K. Tarka, Gen. NIkodem Sulik o SZP-ZWZ na WIleńszczyznIe, Dzieje Najnowsze 2000 nr 4. 
27 Tamże, s.128. 
28 Tamże. 
29 T. Venclova, Kształty nadzIel. Warszawa 1995. 
30 List Cz. Miłosza do F. Ancewicza z Paryża, bez daty, rękopis w zbiorach autora. 
31 W. Sukiennicki, Legenda I rzeczywIstość. Paryż 1967 s. 64. 
32 LZ z 15 XI 1939. 
33 Tamże, 6 XI 1939. 


279
>>>
Wydarzenia w Europie Wschodniej odbywają się w tak szybkim tempie, że po prostu 
brak czasu na wszechstronną refleksję. Dokonały się jednak fakty, z którymi należałoby 
i należy się liczyć. Mogą być różne poglądy dotyczące dalszego przebiegu wydarzeń 
i ewentualnego końca wojny - powiedział - niezależnie od tego, co się wydarzy 
w przyszłości, nawiązanie ściślejszych kontaktów między społeczeństwem polskim i li- 
tewskim, tak jak współpraca nad pomnażaniem kulturalnych wartości, w przyszłości dać 
może wprost nieocenione rezultaty. 


Bardziej otwarcie wypowiedział się prof. W. Staniewicz, oceniając pozytywnie rozwią- 
zanie kwestii wileńskiej: 
Nasze miasto i kraj w tej sytuacji miały wybór między Litwą a Białorusią. Należąc 
do Europy Zachodniej i katolickiej kultury, pragniemy znaleźć się pod władzą Republiki 
Litewskiej, prezentującej taką samą kulturę. Gdy nam, Wilnianom dano wybór, chcemy 
żyć wespół z narodem, z którym łączy nas wiekowa wspólna historia. Ogólnie biorąc 
wszystko razem, nie ma żadnych wątpliwości i to podkreślić należy, iż obecnie jest dla 
nas korzystny sowiecko-litewski pakt. Wypływa z tego wniosek, że obowiązkiem naszym 
jest pomóc litewskiemu rządowi w zaprowadzeniu tutaj porządku i bezpieczeństwa, aby 
można było gospodarczo podnieść Wilno i Wileńszczyznę34. 


Jako przykład współpracy z rządem wskazał: 
Powrót do Wilna aresztowanych i wywiezionych obywateli miasta, wśród których 
jest wielu potrzebnych miastu ludzi [...] opieka nad oficerami i żołnierzami, których 
w tym trudnym okresie nie można pozostawić bez pomocy i opieki [...]. 
Ponieważ Staniewicz miał zastrzeżenia do opublikowanego wywiadu, ukazała się w pra- 
sie notatka: 


Proszeni jesteśmy wskazać, że ten wywiad - prawdopodobnie z przyczyn od dr An- 
cewicza niezależnych, został skrócony i pozbawiony bardzo ważnej części wstępnej [...] 
prof. Staniewicz był i jest zwolennikiem porozumienia polsko-litewskiego, to jednak 
uważa się za Polaka i takim pozostanie 35 . 


Ancewicz przewidywał możliwość ingerencji cenzury i dlatego napisał: "czytając 
«Lietuvos Zinios» nie wszystko znajdziecie i mnie o to proszę nie oskarżaC 36 . To dobit- 
ne oświadczenie było zrozumiałe i dla Staniewicza. 
Jednym z rozmówców Ancewicza był mecenas Krzyżanowski - były senator i dzie- 
kan Rady Adwokackiej, który stanął na czele wileńskiego Komitetu Polskiego. Jego 
wypowiedź jest nad wyraz lakoniczna. Na pierwszy plan wysuwał egzystencję fizyczną, 
odsuwając na później za?adnienia kulturalne. Nie powiedział nic, co mogło być uznane 
za deklarację polityczną3 . Wiadomo, że spotykał się w Kownie z byłym premierem Pry- 
storem, który działając zakulisowo, pozostawał autorytetem dla znacznego grona polity- 
ków polskich w Wilnie 38 . 
Teraz przejdźmy do omówienia kilku krotnie już wspominanego głośnego artykułu 
Józefa Mackiewicza My Wilnianie, który W. Bolecki umieścił w świetnej pracy Ptasznik 


34 Tamże, 15 XI 1939. 
35 Kurier Wileński z 18 XI 1939. 
36 LZ z 6 XI 1939. 
37 Tamże, 16 XI 1939 
38 PolskIe podzIemIe na terenach ZachodnIęj UkraIny I ZachodnIęj BIałorusI w latach. 1939- 
1941. Warszawa-Moskwa 2001 s. 1287; Z. Ponarski, Aleksander Prystor w szponach NKWD, 
Nowy Kurier (Toronto) 2001 nr 23. O ostatnich latach Prystora na Litwie kilka wcześniejszych 
artykułów tegoż w "N owym Kurierze". 


280
>>>
z 1111ni 9 . Znam tekst litewski i tłumaczenie jest niezupełnie dokładne. Niestety, nie mogę 
go odnaleźć, ale dobrze pamiętam, że w pewnym fragmencie opuszczono w tłumaczeniu 
kilka słów, mogących mieć pewne znaczenie. A pamiętać należy, że pisany po polsku, 
tłumaczony na litewski i z powrotem na język polski nie może być dokładny i zgodny 
z oryginałem. W tekście brak sformułowań obrażających marszałka Piłsudskiego, 
a stwierdzenie o jego obłędzie nie może nie być uznane za oszczerstwo. Mówiąc o poli- 
tycznym paradoksie rządzenia ziemiami wschodu, warto przypomnieć, że józef Piłsudski 
miał własny pomysł na rozwiązanie dotyczące włączenia utworzonej Litwy Środkowej 
do Polski, a jego zwolennicy byli zwolennikami innej koncepcji rozwiązania problemu 
W ' l ' '40 
1 enszczyzny . 
Należy tu wspomnieć o niewłaściwej polityce sanacji wobec prawosławia, warto od- 
notować fakt, że pewne rozwiązania nie były aprobowane przez premiera Sławoja- 
-Składkowskiego, który nie zawsze wiedział o prowadzonej w jego imieniu polityce 
d '. .41 
naro OwosclOweJ . 
Artykuł Mackiewicza, wyważony w formie i treści, był przedmiotem krytyki, gdyż 
przypisywano mu współautorstwo broszury Piotra Kownackiego, wymierzonej przeciw- 
ko zamachowi majowemu i sanacji. Z Kownackim łączyły Mackiewicza kontakty pry- 
watne i dlatego był posądzany o współpracę z nim, a w efekcie stał się obiektem nie- 
sprawiedliwej krytyki. 
Nawet dobrze poinformowany w sprawach wileńskich okresu wojny, Marian Świę- 
cicki przyznał, że: 
[...] dochodziły mnie plotki jakoby występował w radio z krytycznymi uwagami pod ad- 
resem rządów polskich oraz opublikował jakąś broszurę również krytykującą rządy pol- 
skie, zwłaszcza pomajowe. Ani broszury nie widziałem, ani uwag w radio nie słyszałem 42 . 


o tym, że plotki roznoszą się na skrzydłach i zawsze powracają, świadczy okolicz- 
ność, że opinia ta nie została zweryfikowana do dnia dzisiejszego. Publicystyka Mackie- 
wicza zamieszczona w "Gazecie Codziennej" i "Lietuvos Zinios" sama w sobie jest do- 
wodem na to, że stawiane mu zarzuty są bezpodstawne i są wynikiem "złośliwego zacie- 
trzewienia", które rozpoczęło się w Wilnie w 1940 r. 
Przecież józef Mackiewicz w 1930 r. napisał: 


Gdzie jest ta jasna wyraźna polityka? Gdzie jest to świadome skoordynowanie poli- 
tyki zagranicznej z wewnętrzną, wyznaniową, oświatową, narodowościową, skoordyno- 
wanie w odniesieniu do Wileńszczyzny, tej całej polityki, jej zunifikowanie z wewnętrz- 
nymi i zewnętrznymi planami na przyszłość, które by wyprowadziły Wilno z ziemi... 
niedoli?43 


Czy nie powtórzył tego w październiku 1939 r.? 


GDYBY DZIADEK ŻYŁ... I RACHUNEK SUMIENIA 


Czesław Miłosz wielokrotnie wypowiadał się o józefie Mackiewiczu. Poświęcił mu 
nawet publikację Koniec l11elkiego Xięstwa (o Józefie Mackiewiczul 4 . Miłosz wspomina, 


39 [W. Bolecki] ]. Malewski, PtasznIk z WIlna. Kraków 1991 s. 34-36. 
40 A. Srebrakowski, Sejm wIleńsld l 922 roku. Wrocław 1995 (i nast. wyd.) s. 13. 
41 Z. Ponarski, Sprawa bIałoruska według relacjI posła Szymanowsldego, Białoruskie Zeszyty 
Historyczne (dalej BZH) 2000 nr 14. 
42 M. Święcicki. ŻycIe na wulkanIe. New York 1984 s. 161. 
43 ]. Mackiewicz, Bulbin..., s. 198. 
44 Cz. Miłosz, KonIec WIelkIego XIęstwa (o Józefie MackIewIczu), Kultura 1989 nr 5 s. 102- 
120. 


281
>>>
że bliżej poznali się w 1940 r., kiedy to juozas Keliuotis, redaktor "Naujoji Romuva", 
pomógł mu dostać się do litewskiego wówczas Wilna. Mackiewicz redagował wtedy 
wychodzącą w Wilnie "Gazetę Codzienną", a jego zastępcą był Teodor Bujnicki, kolega 
Miłosza z "Źagarów". 
Czesław Miłosz został współpracownikiem jego gazety ale nigdy z nim bliżej się nie 
zaprzyjaźnił, "bo inne pokolenie i inny skład umysłu". Podkreślał jednak nieraz, że da- 
rzył Mackiewicza dużym szacunkiem jako pisarza i człowieka dobrej woli. 
jak podaje Miłosz, Mackiewicz naraził się polskiemu Wilnu od pierwszych numerów 
"Gazety Codziennej", ogłaszając artykuły, w których we wściekłych atakach na całą 
międzywojenną Polskę wyładowywał rozpacz i gniew z powodu klęski wrześniowej. 
Miłosz ustosunkowuje się też do kwestii oskarżenia Mackiewicza o współautorstwo owej 
sławetnej antysanacyjnej broszury. Stwierdza mianowicie, że Mackiewicz: 
Nie lubił Piłsudskiego ani sanacji (choć pracował przecie w sanacyjnym "Słowie"), 
ale żeby znaleźć teraz współpracownika w osobie Piotra Kownackiego, "narodowca", 
i razem z nim rządy "pułkowników" wyszydzać, choć przecież nic go poza tym z Kow- 
nackim nie łączyło, to już było dużo. Wyglądało na znęcanie się nad powaloną Polską, 
żeby przypodobać się litewskim, gospodarzom 45 . 
Widać tu wyraźnie, że józef Mackiewicz razem z Kownackim wyszydzali przed- 
wrześniową Polskę z zamiarem przypodobania się Litwinom, którzy przejęli od Sowie- 
tów Wilno. Nie sprecyzował, jaka to była współpraca i na czym polegała. Sądzić można, 
że dotyczyła "Gazety Codziennej" wydawanej przez Mackiewicza, z którą współpraco- 
wał Kownacki. W rozstrzygnięciu problemu może pomóc analiza kolejnej wypowiedzi 
Miłosza: 


Klęska 1939 roku nie zakończyła tej wrogości, [narodowych demokratów wobec Pił- 
sudskiego i sanacji - Z.P.] przeciwnie, dostarczyła okazji do porachunków. Piotr Kownacki 
napisał wtedy broszurę, w której cały gniew za przegraną, odpowiedzialnością za to obar- 
czając sanację. Drugim autorem broszury był, o dziwo, Józef Mackiewicz, współpracownik 
"Słowa", który przed wojną nic wspólnego nie miał z endekiem Kownackim. Połączyła ich 
wściekłość i rozpacz w obliczu nieszczęścia kraju. A to pastwienie się nad pokonaną Polską 
Dwudziestolecia nie było dobrze przyjęte w Wilnie i od tej broszury zaczyna się, moim zda- 
niem, seria oskarżeń o zdradę, mających ścigać Józefa Mackiewicza 46 . 
Nie wiemy jednak, jaka to była broszura. Wiemy już jednak, na czym polegało 
współdziałanie obu wilnian, których połączyła "wściekłość i rozpacz" z powodu klęski 
wrześniowej. 
P. Łossowski, wybitny znawca historii Litwy i problematyki wileńskiej pisze: 
Wydane zostały także (obok innych książek) dwie broszury Piotra Kownackiego. 
Pierwsza z nich pt. Gdyby DzIadek żył... była rozrachunkiem, przyczyn klęski wrześnio- 
wej. Druga, Rachunek sumIenIa omawiała dzieje rządów sanacji. Broszury te pisane z po- 
zycji skrajnie endeckich były w istocie pamfletami politycznymi, pisanymi w dodatku 
wulgarnym językiem. "Kurier Wileński" usiłował replikować, natomiast prasa litewska 
nadać broszurom dużego rozgłosu. Korzystając z wyraźnego poparcia władz, do maja 
1940 r. ukazały się aż trzy wydania broszury Gdyby DzIadek żył... Prace Kownackiego 
były oczywiście zjawiskiem bardziej politycznym niż kulturalnym 47 . 
Łossowski podaje także, że działacze z kręgów PPS mieli wydać broszurę rozpoczy- 
nającą polemikę z poglądami Kownackiego. "Gazeta Codzienna" pod redakcją Mackie- 


45 Tamże, s. 106-107. 
46 Cz. Miłosz, Abecadło Miłosza. Kraków 1997 s. 147. 
47 P. Łossowski, LItwa a sprawy polslde 1939-l940. Warszawa 1982 s. 252. 


282
>>>
wicza popierała stanowisko Kownackiego. "Kurier Wileński" zaś bronił stanowiska, iż 
nie jest czas ani miejsce na publiczne rozdrapywanie ran, a wrzesień tai w sobie nie tylko 
klęskę, lecz i bohaterstwo żołnierza polskiego 48. 
S. Lewandowska pisząc o Wilnie lat wojny i ówczesnej działalności wydawniczej, 
wspomniała, że: 
Opublikowano również - pisane z pozycji skrajnie endeckich dwa pamflety poli- 
tyczne, autorstwa Piotra Kownackiego: Gdyby DzIadek żył..., stanowiący rozrachunek 
klęski wrześniowej, oraz Rachunek sumIenIa, omawiający dzieje rządów sanacji 49 . 
L. Tomaszewski napisał, że w drugiej połowie marca 1940 r., w czasie, gdy władze 
litewskie wzmogły swe antypolskie poczynania i społeczeństwu Wilna potrzebna była 
solidarność i zgoda: 
[...] ukazała się drukiem bulwersująca broszura Piotra Kownackiego, znanego działacza 
Stronnictwa Narodowego, zatytułowana Gdyby DzIadek żył... Był to napisany wulgarnym 
językiem paszkwil oczerniający Piłsudskiego i obciążający go winą za tragedię wrze- 
śniową. Przedrukowała go wkrótce bardzo skwapliwie "Gazeta Codzienna" reprezentują- 
ca nurt rozliczeniowy [...]. Kownacki swe publiczne rozrachunki polityczne prowadził i to 
w sposób pozbawiony kultury i uwłaczający godności narodowej Polaków [...]. "Gazeta 
Codzienna" pośpieszyła w sukurs Kownackiemu. Nie odbyło się bez gorszących polemik, 
które Litwini obserwowali z nieukrywaną satysfakcją [...]. Kownacki nie licząc się z pol- 
ską opinią publiczną, zdobył się w najbardziej nie odpowiednim momencie na paszkwil 
najgorszy z możliwych 50 . 
W taki sposób kształtowały się opinie współczesnych historyków o rozrachunkowej 
publicystyce Kownackiego. 
A. Kolator przebywający z Piotrem Kownackim, w piątym forcie w Kownie wspo- 
minał: 


Nie wszyscy pensjonariusze na 7 forcie byli wojskowymi, sporo było cywilów, Pola- 
ków wyłapanych na drogach przez szaulisów (litewskich strzelców). Nie wiem, czy miał 
coś wspólnego z wojskiem redaktor Piotr Kownacki z "Dziennika Wileńskiego", zastałem 
go w 7 -ym forcie. Nie musiał mieć więcej niż 40 lat, bo pamiętam go z wieców akade- 
mickich na USB, teraz nieogolony, nieostrzyżony, w zaniedbanym ubraniu cywilnym 
wyglądał na starca. Podał też, że ma 56 lat, na tyle przynajmniej wyglądał i wkrótce został 
zwolniony z obozu. 
Opisał też swoje wrażenia obozowe: 
[...] dotarła do nas plugawa książeczka napisana przez Niemczyka (niewątpliwie pseudo- 
nim), nie pamiętam jej tytułu, zohydzał w niej życie prywatne prezydenta Kościckiego. 
Ktoś życzliwy nadesłał nam broszurę byłego pensjonariusza naszego fortu, Piotra Kow- 
nackiego. Broszura była zatytułowana Gdyby DzIadek żył... [...] Kownacki twierdził, że 
gdyby "Dziadek" (Piłsudski) żył, byłoby to samo, co się zdarzyło [...]. Gasiła ostatnią 
iskierkę pociechy. 
Opublikowanie broszury Gdyby Dziadek żył... rozpoczęło gwałtowną polemikę na 
łamach wilnieńskiej prasy. 30 marca w "Kurierze Wileńskim" prof. Staniewicz: 


48 Tamże, s. 253, 270. 
49 S. Lewandowska, ŻycIe codzIenne 
s.277. 
50 


WIlna w latach II wojny śwIatowej. Warszawa 1997 


L. Tomaszewski, KronIka WIleńska 1939-l94l, s. 47. Autor przypomniał, że jeszcze 
w 1930 r. Kownacki ogłosił złośliwy paszkwil obrażający Piłsudskiego i spowodował oburzenie 
opinii publicznej w Wilnie. 


283
>>>
Nie wszczynając polemiki, dał Kownackiemu odpowiedź pełną godności i powagi, 
zamykając rozgorzały spór. Przypomniał, że jesienią 1930 roku ogłosił Kownacki wyjąt- 
kowo złośliwy pamflet obrażający Piłsudskiego [...]51. 
W "Gazecie Codziennej" 4 kwietnia 1940 r. (numer 74) opublikowano list Kownac- 
kiego z 31 marca 1940, w którym napisał: 
W związku ze wzmianką, która się ukazała w nr 70-ym z 30.m. pt. "Starczy na 
odpowiedź", że autor wzmianki, b. minister i b. rektor USB, p. Witold Staniewicz, 
kwalifikując jego broszurę (Gdyby DzIadek żył...) jako zwykły paszkwil, jednocześnie 
utrzymuje, że i za życia Piłsudskiego pisał o nim paszkwile. Jednym z naj gorszych 
"paszkwili" miały być moje artykuły z jesieni 1939 r. (w nich była mowa o transakcji 
dokonanej przez pp. Piłsudskich, którzy zamienili swe działki na Wołyniu i w Świątni- 
kach na majątek Pikieliszki). 
Ajuż następnego dnia, 5 kwietnia ukazał się w "Gazecie" artykuł Jana Otrębskiego. 
Profesor językoznawstwa indoeuropejskiego i filologii sanskryckiej, zazwyczaj nie anga- 
żował się w spory polityczne, a społecznie pełnił funkcję kuratora Związku Polskiej 
Młodzieży Akademickiej w Nowej Wilejce, bo mieszkał w Kolonii Wileńskiej. W arty- 
kule pt. Co to jest paszkwil?, jako filolog dał pojęcie słowa "paszkwil". Nie chcąc niko- 
mu narzucić swego poglądu, stwierdził po akademicku: "Rzeczą czytelników jest teraz 
osądzić, czy pismo p. Kownackiego podpada pod te określenia". 
Artykuł Gdyby Dziadek żył... przysporzył Piotrowi Kownackiemu jeszcze innych 
nieprzyjemności. Mianowicie przypisano mu autorstwo agresywnej broszury wymierzo- 
nej przeciwko Piłsudskiemu Rachunek sumienia podpisanej pseudonimem Bolesław 
Niemczyk. Aby rozstrzygnąć ten problem, przytoczę wypowiedź Litwina, ]. Cycenasa, 
absolwenta Uniwersytetu Stefana Batorego, lektora języka litewskiego Instytutu Nauko- 
wo-Badawczego Europy Wschodniej w Wilnie, redaktora pism litewskich, a w 1940 r. 
członka kolegium redakcyjnego "Nowego Słowa", pisma wydawanego po polsku w Wil- 
nie a będącego przeciwwagą dla gazet polskich. Cycenas, w książce wydanej na emigra- 
cji w 1953 r. napisał: 
Znany działacz polskiej endecji i redaktor "Dziennika Wileńskiego", P. Kownacki 
w maju 1940 r. opublikował broszurę, Gdyby DzIadek żył. Obciążył za całą tragedię Pol- 
ski reżym, który przejął ster rządów po przewrocie, w ciągu 1926 r. - i jak napisał - 
najbardziej wygarnął słowa prawdy autor Rachunku sumIenIa. Jest doktorem filozofii 
i filologii. Nazwisko autora nie podane i dlatego, nie mając upoważnienia, nie mogę tego 
uczynić. Dodam, że w Poznaniu był przez piłsudczyków pobity. Nie lubił reżymu 
i w Wilnie przez Kuratorium Oświaty był przerzucany z miejsca na miejsce 52 . 
Z wypowiedzi Cycenasa dowiadujemy się, że Kownacki nie był autorem Rachunku 
sumienia odbiegającego zresztą bardzo od tonu ostrej krytyki i pozbawionego wulgarne- 
go słownictwa, tak charakterystycznego dla publikacji Gdyby Dziadek żył... W Rachunku 
sumienia Niemczyk napisał, że wojnę w 1920 r.: 
sprowokował Piłsudski i ten "wielki mąż" wstąpił na Wawel tak, jak żył: bez mózgu i ser- 
ca [...] jego ostatni kabotyńsko-błazeński gest-nakaz "rozparcelowania" zwłok jest do- 
prawdy symboliczny. 
Napisał o aresztowaniu Jana Piłsudskiego, brata marszałka. Chętnie uścisnąłby dłoń 
temu komisarzowi. I że słyszał, iż również: 


51 L. Tomaszewski, KronIka WIleńska 1939-l94l, s. 47. 
52 ]. Cycenas, VIlnIus tarp audru (Wilno między burzami). Vilnius 1993 s. 286. Pierwsze wy- 
danie książki ukazało się w Chicago w 1953. 


284
>>>
pan Leon Kozłowski [...] został aresztowany w Lwowie, i mam błogą nadzieję, że i on 
doczeka się sprawiedliwej oceny i nagrody swych "zasług". 
Zanim skończyłem me rozważania, nastała nowa mutatlo rerum - miasto zajęły 
wojska litewskie na mocy układu z bolszewikami - stwierdzał dalej - Snać podobało 
się Opatrzności raz jeszcze okazać nam szczególną łaskę... Może niejednemu "patriocie", 
co z tego powodu stracił cztery posady, pójdą nie w smak moje słowa. Ale zwracam się 
do ludzi dobrej woli i zdrowego rozsądku. Zdaje mi się, że leży w interesie polskości 
znalezienie modus vivendI z rządem i ludnością litewską. 
Dla poparcia swego stanowiska Niemczyk w pewnym fragmencie powołał się nawet 
na Bunt rojstów józefa Mackiewicza: "wmyślcie się w znane przekleństwo białoruskiego 
chłopa: «Kab ty pa polskim uradam chadził!»"s3. 
W kontekście obrachunku z przeszłością było to nadużyciem nazwiska józefa Mac- 
kiewicza szczególnie, że dalej wysuwa bardzo radykalne i obrazoburcze postulaty: 
[...] pierwszym czynem odrodzonej Polski będzie zniesienie kopca (Piłsudskiego) na So- 
wińcu, opróżnienie krypty pod wieżą srebrnych dzwonów na Wawelu, zniszczenie 
wszystkich popiersi, pomników [...] aby nie pozostało w nas ani poza nami - nic, żad- 
nych śladów, żadnych wspomnień po haniebnie-koszmarnym śnie jego rządów [...] nie 
znaleźliśmy w sobie sił, aby tę żarłoczną zgraję przepędzić i wskazać jej właściwe miej- 
sce - rynsztok i kryminał, że czekaliśmy, aż obcy najazd uderzeniem maczugi w czaszkę 
zetrze nam z czoła syfilityczny furunkuł piłsudczyzny [...]54. 
Rachunek sumienia publikował fragmentami pod tytułem Obraz wewnętrznego życia 
Polski, "Lietuvos Zinios", poczynając od 4 maja 1940 r. już 10 maja gazeta poinformo- 
wała czytelników, że pełny przekład, 170 stron druku, ukaże się nakładem wydawnictwa 
Spaudos Fondas. "Lietuvos Zinios" przedrukowało też broszurę Kownackiego, pod tytu- 
łem Gdyby Piłsudski żył. jak napisał w notce redakcyjnej korespondent tej gazety w Wil- 
nie V[incas] Z[ilenas]: "Broszurę (Kownackiego) trudno w Wilnie zdobyć? Rozchwytują 
ją mieszkańcy i wykupują w znacznych ilościach piłsudczycy, by przed ludźmi ukryć jej 
treść". Cena tylko, jak podano na okładce, 15 centów. Miała kolejne, drugie i trzecie 
(uzupełnione), wydania wraz z adnotacją: "W przygotowaniu broszura pt. Dlaczego wła- 
śnie teraz i dlaczego właśnie my.. Parę słów odpowiedzj"ss. 
W biogramie Piotra Kownackiego zamieszczonym w Polskim Słowniku Biograficz- 
nym napisano: 
Rychło po wrześniu 1939 roku pod rządami litewskimi w Wilnie wydał broszurę po- 
lemiczną Gdyby DzIadek żył... o przyczynach klęski wrześniowej; broszurę tę wraz 
z przyjaciółmi politycznymi, wycofałjako zbyt kontrowersyjną w dobie wojnl 6 . 


53 [T. Pizło] B. Niemczyk, Rachunek sumIenIa. KIlka słów o naszęj nIedawnęj przeszłoścI. 
[Wilno 1940]. Wydana nakładem autora i przyjaciół w kwietniu 1940 r. (wynika to z tekstu, gdzie 
cytowano artykuł z 30 III) a tłumaczenie ukazało się w "Lietuvos Zinios" już 5 V 1940. Wydanie 
amerykańskie wyszło w Nowym Jorku w 1941 r., następnie była drukowana w Toronto w "Kronice 
Tygodnia" poczynając od 17 I 1942 w numerach 48-72. 
54Tamże,s.II,39, 160, 161, 162, 166. 
55 BIbliografios ZInIos (Wiadomości bibliograficzne), 1942 nr 3/4. Ukazywały się w Kownie 
od 1928 do 1944 r. Odnotował jeszcze broszurę rozliczeniową: L. Radzyński, Dlaczego katastrofa? 
I dlaczego Anglia I Francja nIe przyszły nam z pomocą wojskową w 1939? Wilno 1940 s. 15+1. 
Przygotowywana broszura Dlaczego właśnIe teraz... jak odnotowała bibliografia miała zawierać 
15+ l stron. 
56 E. MuszaIski, Kownacld PIotr, [w:] PolskI słownIk bIograficzny, t. 14. Wrocław-Warszawa- 
Kraków 1968-1969 s. 589. Autor biogramu podaje, że korzystał z informacji brata Kownackiego 
ijego przyjaciół. Przekazali niewłaściwą informację o broszurze, która nie była wycofana, lecz 


285
>>>
Sądzę, że przedstawiłem wystarczająco wiele wiarygodnych i niepodważalnych do- 
wodów, by autorstwo broszury przypisać rzeczywistemu autorowi i zdjąć z Kownackiego 
piętno autorstwa Rachunku sumienia. O ile bowiem broszura Kownackiego ma charakter 
polemiczny i słusznie prof. Jan Otrębski pozostawia czytelnikom osąd, czy była pasz- 
kwilem, to w przypadku wypowiedzi podpisanej nazwiskiem Niemczyk, nikt nie mógł 
wątpić, że jest to paszkwil w naj gorszym stylu. ]. Cycenas nie chciał ujawnić nazwiska 
autora Rachunku sumienia, jednak z relacji prof. P. Cibirasa, można dowiedzieć się, że 
był nim Tadeusz Seweryn Pizło, doktor literatury pracujący w czasie wojny w księgarni 
przeznaczonej dla żołnierzy Wehrmachtu. 
W Wilnie wśród wielu innych wydań ukazała się pod pseudonimem Bolesława 
Niemczyka broszura Rachunek sumIenIa (1940). Najgorszymi epitetami obrzucono tu 
Marszałka i całą władzę piłsudczyków [...]. Ze stylu broszury i wielu słyszanych już cha- 
rakterystycznych wypowiedzi z łatwością rozpoznajemy prawdziwego autora, polonistę 
naszego gimnazjum (litewskiego) Tadeusza Pizłę, współpracownika "Dziennika Wileń- 
skiego". Jako zagorzały endek przyznał się nawet do tego z dumą57. 
Skoro sprawa autorstwa Rachunku sumienia została ustalona, należy poświęcić nieco 
miejsca broszurze Kownackiego, gdyż ma ona duże znaczenie dla wyjaśnienia istoty 
stosunków wileńskich i sprawy samego Józefa Mackiewicza. Niektórzy pisali, że Gdyby 
Dziadek żył... zostało opublikowane na łamach "Gazety Codziennej". Tak jednak nie 
było, gdyż jej autor w słowie wstępnym napisał: 
Z przyczyn zrozumiałych nie mogę pisać pod własnem nazwiskiem w żadnym z wy- 
chodzących obecnie w Wilnie dzienników polskich. Zmusza to mnie do wydania paru po- 
niższych artykułów dyskusyjnych w formie broszury, którą też oddaję pod sąd P.T. Czy- 
telników. - Autor 58 . 


W pierwszym rozdziale: Prawdzie śmiało spojrzeć w oczy napisał: 
Od pewnego czasu na łamach dwóch dzienników wileńskich toczy się spór o to, czy 
należy już teraz przystąpić do omawiania i ujawnienia tego wszystkiego, co legło u pod- 
stawy wrześniowej tragedii Narodu Polskiego? 
Pisze, że "Gazeta Codzienna" usiłuje ustalić fakt odpowiedzialności reżimu, a jego 
aktywnych popleczników można oskarżyć za to wszystko, co się stało w przeciągu paru 
ostatnich lat, w 1939 r. w szczególności. "Kurier Wileński" natomiast twierdzi, że chwila 
obecna bynajmniej niejest odpowiednią na "pranie brudów". 
Autor zapytuje: 


Który kierunek i który z dzienników ma rację? Jeśli chodzi o kierunek, to rację ma 
pierwszy, a jeśli chodzi o dzienniki - to drugi. Pozornie twierdzenie nasze zawiera we- 


miała trzy wydania i miała dalszy ciąg. Napisałem biogram P. Kownackiego do SłownIka bIogra- 
ficznego adwokatów polsldch, który z innymi materiałami zaginął (informacja mec. T. Burakow- 
skiego; List u autora). A w t. 2 wydanym prawdopodobnie w Warszawie 1998 r., jest biogram 
P. Kownackiego pióra]. Grodzkiego (R. Łyczywka), w którym napisano, że faktycznie prowadził 
"Kurier Wileński" (sId i że napisał broszurę Gdyby DzIadek żył po tym jak współpracował 
z "Walką", w której pracował po wyjeździe z Wilna. 
57 P. Cibiras, Czas - magazyn publicystyczny, dodatek do "Naszej Gazety" (Wilno) 2000 
nr 46 (28 XII). 
58 P. Kownacki, Gdyby DzIadek żył... . Wilno 1940 s. 3. Obszerna bibliografia LIteratura pol- 
ska I teatr w latach II wojny śwIatowęj, t. l-3 (Wrocław 1983-1986) sporządzona przez 
]. Czachowską, M. K. Maciejewską i T. Tyszkiewicz w ogóle nie odnotowuje broszury Kownac- 
kiego, podobnie B. Niemczyka, z tym, iż odnotowała jej przedruk w wychodzącej w Toronto "Kro- 
nice Tygodniowej". 


286
>>>
wnętrzną sprzeczność. Ale tylko pozornie. Rację bowiem mają ci, co dążą do jak najszyb- 
szego wyjaśnienia przyczyn upadku i ustalenia odpowiedzialności. Ale rację też ma "Ku- 
rier Wileński" twierdząc, iż nie czas i nawet nie miejsce na "pranie brudów". 
Kownacki pisze też, że może niepotrzebnie wspomina już dziś "Gazeta Codzienna" 
o płaceniu "długów karcianych synalka". "Kurierowi Wileńskiemu" zarzuca zaŚ ocenzu- 
rowanie wystąpienia premiera Sikorskiego, gdy mówił o odpowiedzialności nie jedno- 
stek, lecz systemu rządów pomajowych w Polsce 59 . 
Wykazuje niekonsekwencję, pisząc: 


Nie to nas powinno interesować, czy generała Zagórskiego zamordował Wenda, czy 
bandą zbirów którzy napadli na Zdziechowskiego, dowodził Kirtiklis, a samochodów na 
porwanie Mostowicza dał (prezydent Wilna) Maleszewski, lecz i dlaczego zbrodnie te 
uszły bezkarnie, a sprawcy mogli pozostać w szeregach korpusu oficerskiego, funkcjona- 
riuszy administracji państwowej czy też policji?60 
Przecież bez ustalenia sprawcy nie może być mowy o winie. 


SIEDEM LAT W SZPONACH GPU 


Książkę Siedem lat w szponach GPUFranciszek Olechnowicz wydał własnym sumptem 
w Wilnie w 1935 r. Przełożył ją na białoruski. Potem ukazała się po ukraińsku we Lwowie, 
wydano ją po polsku w Warszawie i Kurytybie oraz w wielu przekładach na inne języki 61 . 
Myśl o napisaniu książki powstała we wrześniu 1933 podczas jego rozmowy z Józe- 
fem Mackiewiczem. Olechnowicz powiedział mu, że po powrocie z ZSRR chce zajmo- 
waĆ się białoruskim życiem kulturalnym, literaturą i publicystyką, by ostrzec przed mira- 
żem sowieckim tych, którzy kierują wzrok ku Wschodowi 62 . Książka, którą zamierzał 
napisać, miała być ostrzeżeniem. 
Olechnowicz przeszedł interesującą, choć trudną drogę życia. Przed wojną, mimo 
znacznego dorobku literackiego, nie mógł realizować swych planów twórczych na niwie 
teatralnej. Dlatego zdecydował się pojechać do Mińska, sądząc, że się zrealizuje w te- 
atrze, któremu zawsze był wierny. Zamiast na scenę trafił na Wyspy Sołowieckie. Po 
powrocie rodacy go unikali, a władze polskie nie ułatwiały mu życia. 
Nieliczni go nie odtrącili. Wśród nich był Stanisław Mackiewicz, który podjął się 
drukowania jego wspomnień, nie ulegając szantażowi czynników rządowych (a właści- 
wie policyjnych) nalegających, by zaprzestał drukowania Siedmiu lat... . Józef Mackie- 
wicz spotkał go po przyjeździe do Wilna, opublikował obszerny z nim wywiad i utrzy- 
mywał stosunki towarzyskie. Później także uwiecznił w swej twórczości. 
W tej części artykułu przedstawię krótko sylwetkę Franciszka Olechnowicza. Zainte- 
resowanych pełną informacją poświęconą temu wybitnemu białoruskiemu dramatopisa- 
rzowi, artyście sceny i publicyście, odsyłam do stosownych publikacji 63 . 


59 P. Kownacki, Gdyby DzIadek żył, s. 4. 
60 Tamże. 
61 F. Olechnowicz, SIedem lat w szponach GPU Wilno 1935 (nakład autora); tegoż, Prawda 
o SowIetach. WrażenIa z 7-letnIego pobytu w wIęzIenIach sowIecldch, r. l 927-l933. Warszawa 1937 
(nakład autora); tegoż, Prawda o SowIetach... . Kurytyba 1938, F. Olechnowicz (Aljachnovic), 
Ukapgurach GPU Wilno 1937. Książka ukazała się we Włoszech i Brazylii, łącznie miała siedem 
przekładów. Drukowała ją w odcinkach prasa polska, rosyjska w Wilnie, Paryżu i Harbinie i ukraiń- 
ska we Lwowie, a podczas wojny białoruska, uzupełniona przez autora o EpIlogi szkic Zamiast życIo- 
rysu garść wspomnIeń. Po wojnie wydano ją w Warszawie i w Mińsku w wersji uzupełnionej. 
2 ]. Mackiewicz, Bulbin..., s. 290. 
63 Z. Ponarski, SIedem lat w szponach GPu, Jedność 1989 nr 7 (4 X); tegoż, FrancIszek 
OlechnowIcz - wydawca, redaktor, publicysta, BZH 1996 nr 2 s. 6; tegoż, "Franciszka Olechno- 


287
>>>
Był synem ziemi, której dzieci z jednego ojca i matki pochodząc, bywali nierzadko 
różnych narodowości lub wyznań. Był początkowo Polakiem, a przed Wielką Wojną 
określił się jako Białorusin. Imał się wszelakich zawodów, hołdował różnym ideałom. 
Rozdarty między Wilnem, gdzie nie mógł powstać teatr białoruski, a Mińskiem, gdzie się 
rozwijał, wybrał miasto nad Świsłoczą. 
Gdy wrócił z sowieckiej niedoli, rodacy przyjęli go nieufnie, a białoruska "Krynica" 
odmówiła drukowania wspomnień. Zginął tragicznie z rąk sowieckiego agenta, choć 
obecnie pokutuje pogląd, że zabili go akowcy. Pisząc o zabójstwie, ]. Mackiewicz poda- 
je, że zabójca opuścił dom: "Trzasnął drzwiami i wszelki ślad po nim zaginął"64. 
Nie zaginął jednak i ślad doprowadził do Moskwy. 
Ostatnio sylwetkę tę przypomniał Zenowiusz Ponarski - napisał Z. Solak - Jego 
zasługą, obok nowych szczegółów, jest ustalenie ponad wszelką wątpliwość faktycznych 
sprawców śmierci Franciszka Olechnowicza 65 . 


Podając fakty związane z józefem Mackiewiczem, widzimy, że autor Nie trzeba gło- 
śno mówić nie mijał się z prawdą historyczną, kiedy mówił o Brzozowskim-Olech- 
nowiczu: 


Polacy w ogóle są do akcji białoruskiej, do emancypacji narodowej Białorusi, uspo- 
sobieni niechętnie i sceptycznie - wspominał M. Rómer - zwłaszcza gdy dotyczy Bia- 
łorusinów katolików, których Polacy uważaj za dziedzictwo narodowe Polski 66 . 


Do tych Polaków nie należał józef Mackiewicz, który utrzymywał z nim kontakty 
przed i w trakcie wojny, zawsze wyrażał się życzliwie, co nie oznacza bezkrytycznie, 
o narodowych aspiracjach Białorusinów. 
józef Mackiewicz w szkicu Egzekucja napisał o tym z pewnym wyrzutem. Olechno- 
wicz nie odwdzięczył się stronie polskiej, tak jak powinien: za wyrwanie z niewoli sowie- 
tów i możność ucieczki przed nimi na Litwę i w końcu za to, że razem z Karolem Zby- 
szewskim poświadczyli jego tożsamość w Kownie 67 . Nie jest zupełnie tak z tą wdzięczno- 
ścią, jak twierdził. Olechnowicz faktycznie podczas panowania Niemców czynił starania 
o nawiązanie współpracy polsko-białoruskiej, o której niewiele wiadom0 68 . 
Przedstawię podstawowe informacje o nim. Urodził się w Wilnie w 1883 r. w rodzi- 
nie drobnoszlacheckiej, z ojca Karola i matki z domu Narkiewicz. Dziadek jan posiadał 
majątek w okolicy Radoszkowic, a ojciec był skrzypkiem w teatrach wileńskich. Franci- 
szek w wieku 5 lat był stałym bywalcem teatrów. Wcześnie wykrystalizowane zaintere- 
sowania teatralne, spowodowały, iż podjął naukę w dwuletniej Szkole Towarzystwa Mu- 
zycznego w Warszawie. 
Od grudnia 1907 występował w Warszawie w zespole F. Kwaśniewskiego. [...] 
W lutym 1908 został zaangażowany do zespołu objazdowego K. Kamińskiego, w którym 
pozostał do końca maja. Po powrocie do Warszawy występował w t[eatrze] Bagatela. [...] 
Od początku 1909/10 występował w Lublinie. [...] na sez[on] 1909/10 został zaangażo- 
wany do lubelskiego zespołu]. Myszkowskieg0 69 . 


wicza droga do białoruskiego teatru" (maszynopis u autora); Z. Solak, UzupełnIenIa do bIografiI 
FrancIszka OlechnowIcza z dzIennIka M Romera, BZH 1998 nr 9 s. 149-158. 
64 J. Mackiewicz, Fakty, przyroda I ludzIe. Londyn 1984 s. 107. 
65 Z. Solak, UzupełnIenIa..., s. 149. 
66 Tamże, s. 152. 
67]. Mackiewicz, Fakty, przyroda..., s. 104. 
68 L. Tomaszewski, KronIka WIleńska 1939-l94l, s. 82. 
69 SłownIk BIograficzny Teatru Polsldego, t. 2: 1900-l980, red. Z. Wilski [i in.]. Warszawa 
1994. 


288
>>>
Wraca do Wilna i wydaje: 
Jedną z ciekawszych jednodniówek humorystycznych, BIcze z PIasku [...]. W dniach 
17 lipca - 7 sierpnia 1910 ukazywał się również redagowany przez Olechnowicza tygo- 
dnik humorystyczno-satyryczny "Perkunas,,70. 
Za artykuł w "Perkunasie" , który został skonfiskowany, postawiono mu zarzut bluź- 
nierstwa. W obawie przed skazaniem wyjeżdża do Galicji, gdzie występuje na deskach 
teatralnych w teatrach objazdowych od 1910 do 1913 r. 
Powraca do stron rodzinnych sądząc, że obejmie go amnestia ogłoszona na 300-lecie 
panowania Romanowych. Amnestia jednak nie miała zastosowania do przepisu 73 (bluź- 
nierstwo), Olechnowicz zostaje aresztowany i skazany. W więzieniu na Łukiszkach po- 
wstał pierwszy dramat Na Antakali 71 . 
Podczas okupacji niemieckiej pracuje w piśmie "Homan" jako korektor, gdzie publi- 
kuje ten dramat. W okresie pookupacyjnym, gdy ważą się losy Wilna, wydaje "Białoru- 
skaja Zyccio" (niektórzy twierdzą, że za polskie pieniądze), które ukazuje się do września 
1919, a później w Mińsku, gdzie wychodzi do marca 1920 r. 
Początkowo pismo w