Obecność : zebrane teksty

( 


ł 
" 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA W TORUNIU 


ANDRZEJ WOJCIECHOWSKI 
, , 
OBECNOSC 


Z E B R A N E 


T E K S T Y 


. ' 1.- 
.i. .' 


. ,'..,- \. 
. ".;.- 


;.
 
ltt-. . 
F -.:'l- 

- 
ł
'
. . 


:-,". 


,
 ' 
,::,
 
. . I: .\ 
....
' .\' ,- '.,Y 
_ i..' 
l' 
. ,; !" 
- _'0 r . 0--1 
I- 



'" 
I:;. . 


' , ....... \' I 
.... ,"- r 
ij, ,.' i 
". 
),' -
.';'. . : 
,. t , . . ot.. "f' -ł . 
"ri/"'.. ." " . ":'/ _ ." 


.,. 


., . 


'".' 
-, Ą : .;.. . ..... 
\, -.,.... 
. -
 '. ..f".. 
,
 


. .a,..' 


. .-., 
."'
 
. ,. 


. ); . 
". . 


" 


. '.A' .' ł _ 


:. 
I' . 


\ 


.. 


, . 


"1 '. 


. , 


, .'1 


: 


J 


PAMIĘTNIK PRACOWNI ROZWIJANIA TWORCZOŚCI 
OSÓB NIE PEL NOS PRAWNYCH W TORUNIU 


-.-
>>>
ł 
\ 
,
>>>
OBECNOŚĆ 


-
>>>
l 
, 


W serii Pamiętników Pracowni Rozwijania Twórczości 
Osób Niepełnosprawnych w Toruniu ukazały się: 


Zeszyt 1, grudzień, Toruń 1991 
Idee słabo
ci, Toruń 1991, 1996, 1998 
Granice, Toruń 1995, 1998
>>>
290oL 



 


UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA W TORUNIU 


ANDRZEJ WOJCIECHOWSKI 


OBECNOŚĆ 


ZEBRANE 


T E K S T Y 


i 



I \o I 


PAMIĘTNIK PRACOWNI ROZWIJANIA TWCRCZOŚCI 
OSCB NI E PEŁNOSPRAWNYCH W TORUNIU 


TORUŃ 2001
>>>
l 
11" 


Recenzenci 
STANISŁAW KOWALIK 
CZESŁAW KOSAKOWSKI 


Projekt okładki 
ANDRZEJ WOJCIECHOWSKI 


:t. 


Na okładce rze!ba A. Wojciechowskiego ModlitWB (fot. Jan Borowski-Beszta) 


, 


Opracowanie redakcyjne i korekta 
MIROSŁAWA BUCZYŃSKA 


@ Copyright by Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika 
Toruń 2001 


" 


ISBN 83-231-1371-8 
f2
l/g

 


Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu 
ul. Gagarina 11, 87-100 Toruń 
Redakcja: (O-prefiks-56) 611 42 95, fax: 654 29 48 
Dystrybucja: tel. Ifax (O-prefiks-56) 611 42 38. 654 21 31 
e-mail: ksiazki@umk.pl 
www.umk.pl/wyd 


Wydanie pierwsze. Nakład 600 egz. 
Skład: ZOMAR. ul. Falata 92/11, 87-100 Toruń 
Druk: Zakład Poligrafii UMK 
ul. Fosa Staromiejska 3. 87-100 Toruń 


W. \0. jl O
 


L
>>>
SPIS TREŚCI 


Od Autora ........... .................... ............... ............................ ............ ................. ............ 9 
Wyznaczniki edukacji i jej patologie, Amicus - niezależna szkoła w Polsce, 
nr 9-10 (19-20), rok II, 30 listopada 1999 ................................................. 15 


REALNOSC 


Ewa M. P., wstęp do katalogu, Toruń 1978 .......................................................... 25 
Ból, Swiatło i Cienie, nr 3, 1991 ............................................................................. 27 
Regina, Nowości, nr 29 (6505), Toruń, 11 lutego 1991 ..................................... 29 
My i niepełnosprawni, Niedziela, nr 8 (62), rok XXXIX, Częstochowa-Toruń, 
24 lutego 1 996 ...... .................... ............................ ...... .......... ........ ................. .... 31 
Granica cierpienia, Sympozjum z okazji finału Konkursu Wiedzy Religijnej 
(Seminarium Duchowne, Toruń, 18 marca 1995 r.), tekst niepublikowany .. 33 
Cienka czerwona linia, Przyjaciel, pismo Stowarzyszenia Rodzin Katolickich, 
Toruń 1 993 .......... ............................. .................................... .............................. 39 
Warto
ci nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej, Rocznik Pedago- 
giki Specjalnej, t. 7, WSPS, Warszawa 1996 ................................................. 44 
Poznanie osoby niepełnosprawnej, złożone do materiałów Międzynarodowej 
konferencji "Teatr ludzi niepełnosprawnych. Terapia czy sztuka?", Łódź 
20-22 października 1999 roku, Stowarzyszenie "Terapia i teatr", Zakład 
Dramatu i Teatru Katedry Teorii Literatury, Teatru i Filmu UŁ ..................... 72 


JEDNOSC 


Konieczno
t bytowa niepełnosprawno
ci, referat - III Sympozjum Interdy- 
scyplinarne "Etyczne aspekty rehabilitacji", Warszawa, 15 marca 2000, 
Postępy rehabilitacji, AWF, t. XIV, z. 4, PWN, Warszawa 2000 .................. 79 
Twórczo
t w życiu ludzi upo
/edzonych, Szkoła Specjalna, nr 2 (127), 1985... 88 
Problemy podmiotowo
ci osób upo
/edzonych w procesie terapii przez 
twórczo
t, tekst nie publikowany, 1989 ......................................................... 102 
Terapia przez twórczo
t, Akademia Muzyczna im. Karola Lipińskiego we 
Wrocławiu, Zeszyt naukowy, nr 48, Arteterapia (sesja naukowa w Ra- 
dziejowicach k. Warszawy w dniach 16-18 marca 1989), Wrocław 
1 989 ........ ........ ................................ ................ ........... ......................................... 1 07 
Terapia przez twórczo
t - elementy do teorii, Acta Universitatis Nicolai 
Copernici, Pedagogika XX, z. 282, Toruń 1994 ............................................ 125 


ODRĘBNOSC 


Granice człowieczeństwa, [w:] Granice. Pamiętnik PRTON, UMK, Toruń 
1 995 ...................... ............. ........................... ............................. ............ ............. 1 45 


5
>>>
Spis treści 


Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (czę
ć I) - Uniwersytet Wrocławski, 
Instytut Pedagogiki, Zakład Resocjalizacji i Rewalidacji; Dolnośląska 
Szkoła Wyższa Edukacji, Instytut Pedagogiki Specjalnej - Między- 
narodowa Konferencja Naukowa nI. "Dziecko z utrudnieniami rozwoju. 
Problemy interdyscyplinarnej diagnozy i terapii w świetle naj nowszych 
teorii", Wrocław, 4-6 maja 2000 .................................................................... 167 
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (czę
ć II). Niektóre aspekty człowieka 
czynilIcego u Karola Wojtyły w perspektywie pedagogiki specjalnej, referat, 
Ogólnopolska Konferencja Naukowa "Dyskursy pedagogiki specjalnej. Od 
tradycjonalizmu do ponowoczesności", Uniwersytet Warmińsko- Mazurski 
w Olsztvnie, Zakład Pedagogiki Specjalnej, 16-18 maja 2001 ................. 183 
Francuska koncepcja pedagoga specjalnego w ujęciu Guy Vattiera, Konferencja 
Naukowa "Pedagogika specjalna, historia, teraźniejszość i wyzwania 
przyszłości", UMCS Lublin, kwiecień 1994 ................................................... 193 
Uniform ubrania uniformu je dusze, [w:] Wanda Szuman. Historia jednego 
życia, UM K, Toruń 1997 ................................................................................... 214 
WPan Premier RZlldu Rzeczypospolitej Polskiej Jerzy Buzek. Problemy 
willżllce się z projektowanymi zmianami przepisów wykonawczych 
do ustawy o zatrudnieniu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, list 
otwarty... ..... ..................... .................... ...... ....... .... ........ ....... ... ............ ....... ... ...... 220 


PRAWDA 


Prawda osoby niepe/nosprawnej - ograniczenie, czy wezwanie do rozwoju, 
III Ogólnopolski Zjazd Pedagogiczny w Poznaniu w dniu 22 września 
1 998 roku ........... ......... ..................... ....... ...... ........ .......... .............. .......... ........ 229 
Odrzucony niepe/nosprawny, odrzucona rodzina, [w:] Dziecko niepełno- 
sprawne w rodzinie. Socjalizacja i rehabilitacja (materiały z konferencji 
naukowej "Dziecko niepełnosprawne w rodzinie. Socjalizacja i rehabilitacja 
a możliwość autorealizacji oraz społecznego funkcjonowania" w Lublinie 
1993 r.), U M CS, Lublin 1995 ......................................................................... 256 
Legalizacja prewencji czy poczlltek cywilizacji 
mierciJ, [w:] Granice. 
Pamiętnik PRTON, U M K, Toruń 1995 ........................................................... 272 
Przekształcić strach w rozwój, [w:] Granice. Pamiętnik PRTON, UMK, 
Toruń 1995 ... .................................... ................. ........... ....... ........ ................. ...... 275 
Dlaczego musimy walczyć z pornografilIJ, tekst niepublikowany ...................... 286 
Aspekt deontologiczny terapii zajęciowej, Warsztat Terapii Zajęciowej - kwar- 
talnik informacyjno-szkoleniowy, Polskie Tow. Walki z Kalectwem, nr 2 
(4), Konin 1 995 ................................................................................................. 295 
Warsztaty Terapii Zajęciowej a problem integracji, tekst niepublikowany ......... 305 


DOBRO 


Bytowe wyznaczniki procesów integracji, Wychowanie na co dzień, nr 4-5 
(55-56), kwiecień-maj 1998, Wyd. ed. akapit, Toruń ............................... 321 
L 'espoir luit comme un brin de paille dans /'etable, [w:] Wanda Szuman 
- w stulecie urodzin, Toruń 1991 ................................................................... 331 


6 


,
>>>
Spis treści 


Niemoc inteligencji, a cz/owieczellstwo - stanowisko Jer6me Lejeune'a, 
Sympozjum "Człowiek i człowieczeństwo - strategie bycia i stawania się 
człowiekiem", Olsztyn 22-24 czerwca 2001, Uniwersytet Warmiń- 
sko- Mazurski ............ ........................... ..................................... ............... ........... 337 


PIĘKNO 


Wspólny 
wiat twórczo
ci, Zeszyty Artystyczne, nr 6, Państwowa Wyższa 
Szkoła Sztuk Plastycznych, Poznań 1992 ...................................................... 353 
Pewnego razu na spacerze, wstęp do katalogu wystawy Mariana Stępaka, 
Toruń, 6 kwietnia 1987 .................................................................................... 368 
Wspomnienie o Reginie, [w:] Regina Stępak-Borysewicz. 8.06.1955- 
-4.02.1991, Zeszyt pamiątkowy ..................................................................... 370 
Słowo wstępne, [w:] Plastyka i poezja Stefana Wojciechowskiego, Kujaw- 
sko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalne i Biuro Wystaw Artystycznych 
w Bydgoszczy, Bydgoszcz 1975 ..................................................................... 372 
Poezja konkretna - sztuka medytacji, Walka Młodych, 12.12.1976, War- 
szawa ..... ....... .... ...................... ...... ..... ............................ ...... ....... ............. ........ ... 373 
Rysunek, [w:] Mirosław Kocoł, Listy, Galeria "Nad Wisłą", Toruń, grudzień 
1 997 ... ........ ..................... ... ........ ..................... ........... ............ ..... ....... ..... ... ... ...... 375 
Architektura bez architektów - problem Dębowej Góry, Architektura, nr 6, 
Warszawa 1 984 ........... ............................................................. .......................... 376 
Prawda miasta - słowo wstępne, [w:] Andrzej Olubiński, Realizacja funkcji 
opiekullczej w rodzinach torulIskich, Wyd. ed. akapit, Toruń 1998 ........... 385 
Mamy tu do czynienia ze sztukII, [w:] Katalog VII wystawy wielkanocnej 
"Widnokres", Fundacja Praktyk Artystycznych "i...", Toruń 1998 ............. 392 
Rekolekcje w Laskach 3D stycznia - 2 lutego 1979 roku, tekst niepublikowany ... 394 
Iwona P. .... ... ..... ........................ ... ..... ....................................... ..... ... ......... ... ... ..... ... ... 396 
Uwagi, teksty w Biuletynie "Wysztukaniec", wydawanym przez studentów 
Wydziału Sztuk Pięknych UMK, Toruń 1981 ................................................ 398 
Problemy terapii przez twórczo
t, Paedagogia Christiana 2(8)/2001, UMK, 
Toruń 2001 ....... ................................... .................................................... ........... 402 
Piękno osoby niepe/nosprawnej, [w:] Terapia i teatr. Wokół problematyki 
teatru ludzi niepe/nosprawnych, red. Irena Jajte-Lewkowicz, Poleski 
Ośrodek Sztuki, Łódź 1999 .............................................................................. 410 
Katedra, wstęp do katalogu wystawy prac Andrzeja Wojciechowskiego 
- Galeria "na Ostrowie" (oddział Muzeum Archidiecezjalnego), kościół 
św. Marcina, Wrocław, 27 IV-18 V 1986 ..................................................... 421 
Orlik, tekst niepubl i kowa ny ........ .......................... .............. ............................... ....... 422 
· ............................................ ......................................................................... 424 
· ..................................................................................................................... 425 
Z żalem, wstęp do katalogu wystawy pośmiertnej Janiny Malessy ................... 426 
. ............................................... ...................................................................... 429 
Inaczej modlona modlitwa - o sztuce sakralnej, odczyt (tekst niepublikowany) 
Laski, Toru ń ........... ..... .................................................................... .............. ...... 433 


B ibl iog rafi a ................................................................................................................. 437 


7
>>>
.. 
\ 


.. 


. 


I 
I
>>>
OD AUTORA 


I 


Artykuły i notatki, które autor chce przedstawić tu Czytelnikom, zostały 
zebrane z około 30 lat. Pisma te powstawały w poszukiwaniu wyjaśnienia 
spraw, które napotykałem na swojej drodze, a także z chęci podzielenia się 
z Czytelnikami wyjątkowością dostrzeżoną w rzeczywistości, ale też i z po- 
trzeby ostrzeżenia przed rozpoznawanym złem. 
Treść tych pism dotyka przeważnie problemów pedagogiki specjalnej, 
tak jak je napotykał najpierw artysta rze;fbiarz nakłoniony do zajmowania 
się lud;fmi niepełnosprawnymi, a następnie człowiek współodpowiedzialny 
za funkcjonowanie terapii w powstałych ośrodkach rewalidacyjnych, 
a także wykładowca pedagogiki specjalnej i kierownik Zakładu Pedagogiki 
Specjalnej. 
Czytelnik znajdzie też w przedstawionym zbiorze notatki dotyczące 
sztuki - działania artystycznego, czy też może piękniej - używając słów 
Jacques'a Maritaina - poznania poetyckiego. Okazuje się bowiem, że 
sposób widzenia i interpretowania świata przez artystę pozostaje ważny dla 
pedagoga. Co więcej, mam nadzieję, że pomaga mu w poznawaniu głębi 
*:wiska pedagogicznego. W końcu, jak mówi Jacques Maritain, wszyscy 
rodzimy się gotowi do poetyckiego poznawania świata, jedynie później inni 
bardzo wysilają się, aby nas tego oduczyć. Być może więc jednym z zadań 
pedagoga jest odbudować tę zagubioną czy zniszczoną wrażliwość? 
Spór o to, czy jest możliwa i czy ma sens tak zwana terapia przez sztukę 
- co do czego autor tych zapisków ma dość mocne przekonanie, że w taki 
prosty sposób nie jest - sztuka to specjalna kraina - zostawmy jednak na 
inną, lepszą okazję. 
Znajdzie też tu Czytelnik ślady rozważań z teorii architektury. Przez wiele 
lat zajmowałem się tym problemem i to, co tu zamieściłem, jest ważne dla 
obrazu środowiska jako miejsca zdarzeń, w których uczestniczymy - bardziej, 
czy mniej sprawni. 
Bezwzględnie w przedstawianych tekstach - szukanie człowieka, to 
szukanie na drodze wytyczonej przez Boga, lub może też odnajdywanie 
Boga. Bóg jest ostateczną miarą naszego istnienia i naszych czynów. Jeśli 
autor kieruje gwałtowne słowa do swoich bliźnich, wierzących tak jak on, to 


9
>>>
Od AutorlI 


właśnie w ten sposób - rozumiejąc, że jest jednym z tych, którzy tych 
gwałtownych słów powinni wysłuchać. 
Przyczyną powstania tych tekstów często było nakłanianie przez kogoś 
drugiego, a także kontakty z kimś innym. Na pewno na początku były 
rozmowy z moim Ojcem, artystą malarzem śp. Stefanem Wojciechowskim, 
oraz lektura Jego pism. Z tamtych czasów formowały ducha dyskusji 
i dociekliwości wielogodzinne, czy raczej wielokilometrowe batalie myślowe 
z przyjacielem licealnym, obecnie fizykiem prof. Janem Wasilewskim. 
Dalej dyskusje z kolegami w bogatym w przeróżne klimaty Wrocławiu, 
tak na Politechnice, jak i w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. 
Wiele spraw porządkowały długie rozmowy z żoną Haliną prowadzone 
na wrocławskich nadodrzańskich bulwarach. Nie sposób zapomnieć ży- 
czliwości, przyjaźni i fascynacji kulturą obecnego prof. Ernesta Niemczyka, 
na końcu promotora mojej pracy doktorskiej, i całego zespołu Instytutu 
Historii Architektury, Sztuki i Techniki Politechniki Wrocławskiej. Wielką 
rolę odegrało też pierwsze doświadczenie pedagogiczne w Zespole Szkół 
Budowlanych we Wrocławiu, gdzie dostrzegłem ogromne piękno ukryte 
w tych, których naznaczono jako przynależących do "marginesu" spo- 
łecznego. 
W Toruniu, spotkanie profesora Czesława Kosakowskiego i Jego 
spokojne, acz niezwykle w tym stanowcze, nakłanianie do pisania i dzielenia 
się na konferencjach pedagogiki specjalnej doświadczeniem pracy z nie- 
pełnosprawnymi, stało się przyczyną głównego trzonu tych tekstów, a szerzej 
mego przeistoczenia się w pedagoga specjalnego. Jeśli można użyć tu 
słowa Mistrz, to chciałbym, aby zechciał on z mojej strony zaakceptować ten 
tytuł, obok śp'. Pani Wandy Szuman, bez spotkania której w moim życiu 
prawdopodobnie nie zaistniałaby pedagogika specjalna. 
Koleżeński i pełen spokoju klimat ówczesnego Instytutu Pedagogiki 
i Psychologii, który mnie przyjął, po odejściu z Wydziału Sztuk Pięknych, 
pozwolił na spokojne kształtowanie się myśli i doświadczenia na tak trudnej 
dla mnie nowej drodze refleksji o człowieku. 
Udało się przedstawić te przemyślenia w czasie przewodu kwalifikacyj- 
nego w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, 
poszerzonego o problemy terapii przez twórczoŚć, przez obecność dwóch 
dodatkowych recenzentów z dziedziny pedagogiki specjalnej: prof. Hanny 
Olechnowicz i prof. Czesława Kosakowskiego. Zawdzięczam możliwość 
przeprowadzenia tam przewodu, jak i wiele bodźców do klarowniejszego 
i odważniejszego formułowania sądów, między innym śp. prof. Jerzemu 
Ludwińskiemu, krytykowi sztuki. Napotkałem tam też przyjaciół wrocławskich 
prof. Mieczysława Zdanowicza i prof. Zbigniewa Makarewicza i przychylnych 


10
>>>
Od Autora 


mi członków Rady Wydziału poznańskiej uczelni, a szczególnie prof. Jana 
Berdyszaka, prof. Jarosława Kozłowskiego i prof. Janusza Marciniaka. 
Kontakty z o. Władysławem Wołoszynem SJ, o. Andrzejem Kuszyńskim 
SJ, o. Tadeuszem Sierpińskiem SJ, o. Longinem Szymczukiewiczem SJ, ks. 
prałatem Józefem Nowakowskim stanowiły wsparcie dla formułowania 
jaśniejszych poglądów. 
Zbiór tekstów otwiera artykuł, do którego napisania nakłonił mnie 
Dyrektor Instytutu Pedagogiki UM K prof. Aleksander Nalaskowski - za co 
winien Mu jestem szczególną wdzięczność, jak też i za podtrzymanie 
w poczuciu sensu prowadzonych poszukiwań. 
Obecnie, pracując w Instytucie jako kierownik Zakładu Pedagogiki 
Specjalnej, szczególnie cenię zespół: dr Sławomirę Sadowską, dr. Józefa 
Binnebesela, dr. Jacka Błeszyńskiego, mgr Beatę Borowską-Beszta, dok- 
torantów mgr Elżbietę Jurzysta i mgr. Macieja Jabłońskiego, którzy wspólnie 
ze mną prowadzą trudną pracę formowania pedagogów specjalnych. 
Szczególne miejsce chcę tu poświęcić prof. Stanisławowi Kowalikowi, 
którego przyjaźń i uwaga umacnia mnie w szukaniu rozwiązań: 
Chciałbym też podziękować Panu dr. hab. Krzysztofowi Rubasze za trud 
adiustacji swego czasu niektórych tekstów i ważne uwagi wówczas 
poczynione. 
Instytut, dzięki pracy całego zespołu, stanowi miejsce niezwykle trudnych 
wymagań naukowych i dydaktycznych, co jest szczególnym wyzwaniem. 
Wyjątkowo ważna jest dla mnie współpraca z Zakładem Edukacji 
Chrześcijańskiej w osobach ks. prof. Jerzego Bagrowicza i ks. dr. Czesława 
Kustry CS M A. 
$wiadectwem przychylności Wydziału Humanistycznego dla przed- 
stawianej tu problematyki jest pomoc, jakiej udzielił Dziekan prof. Ryszard 
Borowicz w organizacji i wydaniu materiałów Sympozjum Międzynarodo- 
wego "Sytuacja człowieka słabego we współczesnej cywilizacji", do których 
w tym zbiorze często odwołuję się. Sympozjum, zaistnienie którego stało się 
możliwe dzięki pomocy finansowej Zarządu Miasta Torunia i JM Rektora 
UMK prof. Andrzeja Jamiołkowskiego. 
Przedstawione teksty nie mogłyby powstać bez pracy terapeutycznej 
i dydaktycznej. Najpierw należy tu wspomnieć środowisko studentów 
Wydziału Sztuk Pięknych w Toruniu, którzy wymagali artykułowania 
problemów związanych ze sztuką, a potem stali się promotorami zaistnienia 
Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych - najpierw jako 
grupa dobrowolnych pracowników, poświęcających nieodpłatnie swój czas 
towarzyszeniu wysiłkom ludzi (przeważnie dzieci) niepełnosprawnych 
- najczęściej umysłowo. Z nich pierwszą była śp. Regina B orysewicz, 


11
>>>
Od Autor. 


później, po ślubie z Marianem, Stępak. Była wymagającą współpracownicą 
i rozmówczynią. Gdy zwalniano mnie z Wydziału Sztuk Pięknych, to 
Ona zbierała podpisy protestu. I znów cisną się do pamięci twarze 
i nazwiska: Piotr lorek, Krzysztof Mazur i Iwona Bednarek, Beata 
Bober-Kocoł, Mirosław Kocoł, Anna Pasionek-Szary, Artur Reda, Marek 
Reddigk, Wojciech Skop, Bożena Mancewicz-Skop, Teresa Radziwa- 
nowicz-Adamowska, Marek Zacharski, Marek Basiul, Maria Baranowska, 
Anastazja Tsiarkezou, Marek Szary, Barbara Momot, Danuta Piekarczyk, 
Iwona Rudol, Małgorzata Pszeniczna, Jolanta Klauza, Beata Gruszczyńska, 
Urszula Krasowska-Zacharska, Marzena Frol, Anna Jędryka-Perdenia, 
Barbara Mucha, Anna Kowalska, Katarzyna Kowalska, Małgorzata Misztal, 
Arkadiusz Górski, Paweł Palma, Sławomir Sędziak, Barbara Dybow- 
ska-Sędziak, Zbigniew Malicki, Małgorzata Żak, Kazimiera Gościmińska, 
Patrycja Wojak, Wiesława Nowek, Iwona Więckowska, Jerzy leżański, 
Agnieszka leńska, Magdalena Kujawa, Hanna Fuerst, Lidia Topolewska, 
Mirella Demiańczuk, Katarzyna Kirszkowska, Halina Szkutkowska, Joanna 
Buczyńska, Barbara Jacek, Ewa Jacewicz, Jerzy Gomuła, Joanna Cheł- 
miniak, Renata Budzińska, Wacław Gibaszek, Aleksander Dahm, Beata 
Gierszewska (Borowska-Beszta), Beata Kowalkowska, Maciej Jabłoński, 
Joanna Krasoń, a ostatnio dołączyli do nich Małgorzata Wiśniewska, 
Karina Kacprzyk-Mechuła i Mariusz Krasicki. Wśród nich studenci sztuk 
pięknych, pedagogiki, pracujący pedagodzy, studenci filologii, socjologii, 
którzy już uzyskali dyplomy magisterskie i pozostali w Pracowni, a także 
i inni. 
Także zespół jeżdżący na coroczne turnusy rehabilitacyjne do Orlika, 
klasztoru Sióstr Franciszkanek od Pokuty i M iłości Chrześcijańskiej i współ- 
pracujące z nami Siostry: Kamila, Rut, Kinga i Nicola, a także do Dólska - do 
gościnnego ks. Proboszcza Andrzeja Piesika. Szczególnie chciałbym wspo- 
mnieć tu wspólne prowadzone tam rozmowy całej ekipy, podczas których 
czasem przedstawiałem pierwsze wersje zawartych tu materiałów, do której 
oprócz stałych terapeutów Pracowni przybyli klerycy toruńskiego Seminarium 
Duchownego: Adam Machowski, Daniel Milewski, Marcin Mioduszewski, 
Tomasz Murawski, Piotr Ordon, Jan Piechocki, Bartłomiej Sławiński, Dominik 
Szupryczyński i Artur Urbański. Także ks. Stanisław Zimniak SDB. 
Jeździliśmy do lasek k. Warszawy szukać innego klimatu. 
Barbara Momot prowadzi od tamtych czasów pedagogicznie i or- 
ganizacyjnie Pracownię Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych, 
Sławomir Sędziak, wówczas katecheta osób niepełnosprawnych, potem 
archiwista Pracowni, obecnie kieruje Warsztatem Terapii Zajęciowej i jest 
członkiem władz krajowych Fundacji im. Brata Alberta budując Dom 


'!. 


12
>>>
Od AutorlI 


Rehabilitacji Społecznej Osób Niepełnosprawnych w Toruniu. I spotkanie 
znaczące, trudne i piękne zarazem - Bożena Swidzińska. 
Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych stała się 
miejscem spotkań z rodzicami osób niepełnosprawnych, a także pierwszym 
miejscem kontaktu studentów z niepełnosprawnymi. To, że ona istnieje, 
obecnie zawdzięczamy Miastu Toruń, które na podstawie wieloletniej 
umowy z Uniwersytetem utrzymuje w niej działalność terapeutyczną. 
Wiele z prezentowanych tu tekstów powstało .dla uporządkowania 
refleksji rodzących się w czasie pracy. Dla wzbudzenia dyskusji. Dyskusji 
często bardzo trudnych - ważną rolę w formułowaniu pola rozważań mają 
problemy wydobywane tu przez Jerzego Leżańskiego, który chce znać 
bezdyskusyjną prawdę naukową. Jednak ta wraca uparcie do podstawowych 
pytań: ile wart jest uśmiech niepełnosprawnego dziecka?, ile warte jest 
wierne zaufanie? 
Współpraca z Fundacją im. Brata Alberta w Krakowie na czele z ks. kan. 
Tadeuszem Zaleskim wprowadzała w trudny obszar budowy środowiska 
osób niepełnosprawnych i owocne, ale też bolesne często, obszary współ- 
pracy z administracją państwową. 
Zebrane pisma ułożyłem według porządku transcendentaliów - własności 
istnieniowych - niezbywalnych: realności, jedności, odrębności, prawdy, 
dobra i piękna, tak jak je określa pierwszy z zamieszczonych w zbiorze 
tekstów. Celem zebrania tych tekstów jest uporządkowanie tej refleksji, 
która działa się w czasie. Po to też, aby przedstawić studentom bieg myśli 
i jej możliwe kierunki. 
Rezultat i mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, że zobaczę dramat. 
Z taką oczywistością. Niesie on skazę być może nadmiernych śladów autora 
tekstów. Ale jak na razie, trudno tego uniknąć. Być może dlatego, że autor 
wyrósł z obszaru sztuki, gdzie ślad osobisty jest śladem pierwszorzędnym. 
Chcę podziękować Pani mgr Beacie Borowskiej-Beszta za trud pilnego 
przeczytania tekstów. Uwagi przez Nią poczynione nie mogły tu wszędzie 
być uwzględnione ze względu na potrzebę zachowania autentyczności 
tekstów. Jednak są i będą pilnie stosowane w tym, co mam nadzieję, jeszcze 
będzie mogło zostać napisane. Jednak jej aprobata, jako pierwszej czytel- 
niczki, jest dla mnie niezwykle ważna. 
Myśl o powstaniu tego zbioru została wywołana propozycją dr. Piotra 
Petrykowskiego, wicedyrektora Instytutu Pedagogiki UM K, do którego 
kieruję szczególne podziękowanie. 
Dziękuję recenzentom, Profesorowi Czesławowi Kosakowskiemu i Pro- 
fesorowi Stanisławowi Kowalikowi za bardzo wnikliwe uwagi, które tu, 
biorąc pod uwagę obie recenzje, starałem się uwzględnić. 


13
>>>
I 


Od Autora 


Pierwotnie zbiorowi temu nadałem tytuł "Istnienie", a to dlatego, że 
układ tekstów oparłem na kanwie niezbywalnych własności istnieniowych. 
Profesor Kowalik zwrócił uwagę, że właściwszy byłby tytuł "Obecność", bo 
ściślej oddaje syntezę zawartych tu treści. Po bliższym przyjrzeniu się temu 
problemowi przychylam się do jego sugestii. Rzeczywiście OBECNOSC jest 
bogata w swojej warstwie !ródłowej. Obecny - obecność u Lindego 
pochodzi od !ródła obec, obiecz, obszcze, które dotyczą tego, co społeczne, 
wspólne. Obecny znaczyło także osobiście zaangażowany. Jeszcze bliższą 
wskazówką znaczeniową tych słów jest pochodzący od nich czasownik 
używany też i teraz - wyobcować - to znaczy uczynić samotnym. 
W Słowniku języka polskiego Linde nie zamieścił słowa istnienie. Jedynie 
isty - pewny, niewi/.tpliwy, tenże. Istność - bytność, byt. Dalej istota tu 
połączona z bytnością, egzystencją. 
W Słowniku języka Adama Mickiewicza Konrada Górskiego obecność to 
bytność osobista, bezpośrednie obcowanie, a także teraźniejszość, współ- 
czesność. 
Francuski słownik etymologiczny Le Robert odnosi presence - obecność 
do !ródła 
tre - być od korzenia indoeuropejskiego es- - znajdować się. 
Poprzez greckie eimi (jestem) dochodzimy do pareimi (jestem obecny) skąd 
dalej parousia (obecność). Z kolei łacińskie esse (być). Poprzez formę 
prostego czasu przeszłego słownik odnosi się do korzenia indoeuropejskiego 
bhewe, bhu- - wzrastać i dalej poprzez !ródła greckie i łacińskie rodzić się, 
być przeznaczonym do istnienia. 


4.
>>>
WYZNACZNIKI EDUKACJI I JEJ PATOLOGIE 


"AMICUS - NIEZALEŻNA SZKOŁA W POLSCE" 
NR 9-10 (19- 20), ROK II, 30 LISTOPADA 1999 


Podmiotem i przedmiotem edukacji jest człowiek. 
Każda relacja między ludfmi jest relacją dwustronną, niezależnie od tego, 
jaki jest tytuł tej relacji. Stają wobec siebie dwa co najmniej byty osobowe 
- wolne i rozumne. Nawet, gdyby któryś z niech był w sytuacji jakby 
słabszej rozumności - spowodowanej jakimiś przyczynami. Oboje ci ludzie 
- muszą poznać sytuację, w której się znajdują. Ten przymus jest nie do 
uniknięcia. Konieczność poznania jest koniecznością bytową. Są trzy relacje 
konieczne, skupiające w sobie całą resztę: relacja otwarcia, relacja oczeki- 
wania i relacja upodobnienia. Są to relacje osobowe'. 
Celem ludzkiego życia jest chronienie tych relacji (por. G.). Także celem 
edukacji musi być chronienie tych relacji. M usimy bliżej przyjrzeć się im. Ich 
fundamentem są własności istnieniowe człowieka - te, które przysługują 
każdemu człowiekowi tylko z racji jego istnienia. Tymi własnościami, 
nazywanymi też transcendentalnymi, są: realność, jedność, odrębność, 
prawda, dobro i piękno. Te własności istnieniowe są niezbywalne. 
Przyczyną ograniczoności istnienia jest treść istoty bytu - człowieka. 
Możności bytowe ograniczone są własnościami (kategorialnymi): intelektem, 
wolą, doznawaniem, rozciągłością, jakością, wymiarami, rozwojem w czasie. 
Patologie edukacji mają tu swoje fródło. Będą nimi: 
zaprzeczenie realności; 
zaprzeczenie jedności; 
zaprzeczenie odrębności; 
zaprzeczenie prawdy; 
zaprzeczenie dobra; 
- zaprzeczenie piękna. 


, Mieczysław Gogacz, Ku etyce chronienia osób - wokół podstaw etyki, 
Pallottinum, Warszawa 1991 (odtąd wszystkie odnośniki dotyczące tej pozycji będę 
oznaczał literą G.). 


15
>>>
Wyznllczniki edukllcji i jej plItologie 


REALNOSĆ 


Początkiem relacji poznania jest spostrzeżenie czegoś, co jeszcze nie jest 
poznawczo określone (por. K., s. 107)2. To bardzo ważny moment w relacji 
edukacyjnej. "Dostrzegamy [...] byt jako nosiciela określonych praw, jako 
podmiot doznań, jako przedmiot działań" (K., s. 107). 
Ważną zasadą metafizyczną jest stwierdzenie, że to, co istnieje, jest 
w sobie zdeterminowane (K., s. 108). Tutaj jest to podkreśleniem tego, że 
partnerzy edukacji nie są, nie mogą być jakimiś danymi nam do układania 
"woreczkami identycznych cegiełek", z których zbudujemy zależne od 
naszej wytrwałości, umiejętności, poczucia ładu, czy ekspresji, dyktowane 
naszą fantazją ciekawe "budowle" jako wynik edukacji. 
Jeśli już mamy przywoływać takie metafory, to tu właściwym będzie 
"składanie puzzli". Obraz już istnieje, tylko trzeba mu pomóc się pojawić 
- praca żmudna i nie zawsze uwieńczona sukcesem. I znów w relacji 
dwustronnej: pedagog -+ prowadzony; prowadzony -+ pedagog. Metafora 
ta może nie w pełni pokazuje to, że człowiek, chociażby z samej racji swojej 
złożoności jako bytu, jest dynamiczny, zmienny, podlega rozwojowi i ma 
zdolność współistnienia z innymi, różnymi od niego, lecz tak samo w sobie 
tożsamymi bytami - ludźmi (por. K., s. 110). Te właśnie cechy tworzą 
kształty "puzzli", umożliwiając budowę (odbudowę) naturalnego obrazu. 
Dzięki temu edukacja znajduje tu swój wymiar konieczności. Sama będąc 
bytem - rzeczywistością, swoją treść ukazuje w koniecznym kierowaniu 
dynamicznymi procesami budującymi (odbudowującymi) wewnętrzną istotę 
ludzi, a także budującymi ludzkolć jako strukturę mnogich bytów. 
Ta złożoność i dynamiczność odnosi nas w końcu do bytu absolutnie 
tożsamego, inteligentnego, który jest przyczyną sprawczą wszystkiego, co 
się dzieje w świecie - Absolutu-Boga osobowego (por. K., s. 110). 
Swiat i jego procesy są podporządkowane inteligencji - nie są zabawą 
aleatoryczną (por. IsraEH). 
Inną ważną dla edukacji prawdą jest to, że każdy byt przez nas 
poznawany ma w sobie "coś więcej", czego poznaniem uniwersalnym, 
abstrakcyjnym, może ilościowym, nie jesteśmy w stanie ująć. Byt w swojej 
pełni jawi się nam "niewyraźnie" (por. G.; K.; Maritain [1] i [4]; Wojtyła). 
Rzeczywistość, która nam się jawi w poznaniu najpełniejszym - transcen- 
dentalnym "jest zbyt bogata w stosunku do naszego ujęcia poznawczego" 


2 Mieczysław Krąpiec, Dzie/a, t. 7, Metafizyka. Zarys teorii bytu, Red. Wyd. KUL, 
Lublin 1995 (odtąd odniesienia do tej pozycji będę oznaczał w tekście literą K.). 


16
>>>
Wyznllczniki edukllcji i jej plltologie 


(K., s. 112). Następstwem tego musi być konieczna ostrożność edukacyjna, 
gdyż nie umiemy opisać wyrafnie tego, co istnieje. 
Prawdę o bytach uczestniczących w edukacji uzyskamy nieco lepiej 
widząc je nie w separacji, ale w "zmieszaniu" ich w procesie (por. K., s. 112). 
Jednym z obrazów przeciwnych temu będzie "nadmierne uproszczenie", 
o którym mówi Rol!o May: 


Ty nawet nie widzia/e
 człowieka, którego stud i owałeś I [.n] nie możemy 
pozwolić, aby pęd do uczciwości przesłonił nam i ograniczył zasięg naszego 
widzenia i abyśmy przez to pominęli sprawę, którą chcemy zrozumieć, mianowicie 
Żywą istotę ludzką. (May, s. 11 i 23) 


JEDNOSĆ 


Własność jedności, to własność niesprzeczności. Przy realizacji sprzeczności 
przekreślilibyśmy zdeterminowaną treść podmiotu "w wyniku przekreślenia 
jego podstawy bytowej, to jest samego aktu istnienia" (K., s. 117). Byt nie 
może zarazem być i nie być. Nie można w jednym sądzie połączyć 
twierdzenia i przeczenia o tym samym przedmiocie (K., s. 116). 
Powinniśmy to rozumieć w ten sposób, że edukacja jako byt musi mieć 
określoną zdeterminowaną treść. Krąpiec to wyjaśnia: 
Jeśli bowiem ktoś formułuje swoją myśl i stawia sobie pytanie, czy też wikła 
się w wątpliwościach: co ja właściwie wiem] - to bez wątpienia nadaje swej 
myśli i swym słowom pewien określony sens (co przecież jest jakimś bytem), 
odróżnia myśl, a także swe słowa od ich zaprzeczenia, od nicości, i rozumie je 
tak, jak rozumie, a nie inaczej, a przez to samo już uznaje zasadę niesprzeczności 
(K., s. 118). 


Bez czego edukacja nie będzie edukacjll? 
Edukacja wydaje się naturalnym, koniecznym stanem człowieka, gdyż 
człowiek jako osoba - rozumna - jest istotą uczącą się stale. Jakby nie 
może - nie uczyć się. Jest też istotą społeczną. Dlatego proces edukacji 
może zniknąć dopiero wraz z unicestwieniem człowieka - podobnie, jak to 
podkreśla Mieczysław Gogacz, jest w przypadku miłości (G.). W końcu 
edukacja jest miłością, gdyż filozof poznanie utożsamia z umiłowaniem 
poznawanego. 
Innym ważnym stwierdzeniem jest to, że""samo pojęcie braku jest jedną 
z takich operacji, które niszczą podmiot w miarę ich zakorzeniania się w nim" 
(K., s. 126-127). 
Zło jest brakiem. 
Nie możemy więc w procesie edukacji powiedzieć o kimś, że jest zły, że 
zło jest jego zawartością treściową. Wykroczymy wówczas przeciw zasadzie 


17
>>>
WyznBczniki edukBcji ; jej PBtologie 


jedności - niesprzeczności, gdyż nie może być treścią konstytutywną 
"brak". Brak jest brakiem, jest .niczym". Dlatego też w procesie edukacyjnym 
możemy stwierdzić jakąś treść bytową, określając, że nie możemy jej nazwać 
inną treścią bytową, bo w tej pierwszej brak jakiegoś elementu tej drugiej. 
Tylko tyle. I możemy przyjąć drogę edukacyjną zmierzającą do wzbogacenia 
tej pierwszej o część, której powstanie zbliży ją do postulowanego ideału 
drugiej treści bytowej. W myśl zasady "puzzli" będzie tu raczej chodziło 
o odkrycie nie wydobytego elementu i uwydatnienie go. 


ODRĘBNO$Ć 


"Wszystko, co jest bytem, jest w sobie nie podzielone i zarazem jest 
oddzielone od każdego innego bytu (K., s. 128). Konsekwencją tego jest sąd 
o bytowych r6żnicach, czyli sąd stwierdzający pluralizm bytów (K., s. 128). 
Są możliwe różne edukacje - tak różne, jak różni są ludzie, o ile tylko nie 
będą sprzeczne z wyrażoną przez nas nadrzędną zasadą tożsamości i jedności. 
Odrębność wymusza na edukacji zasadę uznania pluralizmu osobowego tak 
uczniów, jak i nauczycieli. Zawsze są to różni od siebie ludzie. N ieuznanie tego 
będzie patologią edukacyjną, gdyż edukacja musi być oparta na realistycznym 
uznaniu pluralizmu świata. W tym miejscu pojawia się ważne zastrzeżenie: tak, 
pluralizm, ale nie izolacjonizm, czyli pluralizm skrajny (por. K., s. 130 i n.). 
Izolacjonizm, jak pokazuje Krąpiec, jest absurdalny z dwu powodów: 
1) Uniemożliwiałby łączność bytu złożonego, który nie może być 
przyczyną swego istnienia, z Absolutem, bytem niezłożonym - przyczyną 
wszelkiego istnienia. Czyli w przypadku izolacjonizmu byt złożony istniałby 
"bez racji odróżniającej go od nicości" (K., s. 131). 
2) Przeczyłby istnieniu wiedzy, która jest poznawaniem bytu przez byt, 
a więc jest łącznością relacyjną niemożliwą w izolacjonizmie (K., s. 131). 
Tak więc tu patologią edukacyjną byłoby nieuznanie pluralizmu bytów 
uczestniczących w edukacji, oraz przyjęcie zasady izolacjonizmu, czyli 
pluralizmu skrajnego, negującego istnienie innych i związek z nimi. "Inni" 
nie są piekłem - są oni naszą życiodajną potrzebą. 


PRAWDA (por. Wojciechowski [13]) 


Człowiek jest realny, osobowy, niepowtarzalny (G., s. 18). Człowiek jest 
istnieniem i istotą. W tej istocie (człowieka) akt istnienia zaktualizował 
formę i materię pod wpływem zewnętrznych wobec człowieka przyczyn I 
celowych. Samowystarczalna osobność, aktualizowana przez akt istnienia, I 
wyrażająca się zarazem w intelektualności, czyni człowieka osobą (G., s. 19). 


78
>>>
Wyznaczniki edukacji i jej patologie 


No tak, zapyta ktoś, a co począć z "osobami o nieznanych czynnościach 
mózgu", z "potworkiem"? (Kielanowski). Jest on osobą - człowiekiem, 
którego intelekt opiera się na specyficznie uszkodzonych własnościach 
fizycznych, ale który jest przygotowany do uczestniczenia w relacjach wiary, 
nadziei i miłości, więcej, on w nich uczestniczy, jest więc w pełni człowiekiem 
"wiążącym się z ludfmi w humanizmie, a z Bogiem w religii". 
Prawda, o którą pytamy, ma związek z intelektem (K., s. 132). 
Wszystko, co poznajemy o bycie, "jest w nim jakąś realną treścią, lub jest 
od niej w jakiś sposób pochodne" (K., s. 133). Wszystko, co jakoś się 
w naszej myśli "przy okazji" poznawanego bytu dzieje, jest z nim związane 
jako z podmiotem naszego myślenia. Łączą byt z nami prawa myśli. 
To poznanie wzajemne przyjmuje cechy dramatu o niezwykłym bogac- 
twie wątków. 
Obie strony poznania dążą do rozumienia, które filozof identyfikuje 
z mowl/. serca, która ujawnia się w mowie zewnętrznej wyrażeniami branymi 
z określonej kultury i czytelnymi w określonej kulturze. 
"Problematyka bytu przygodnego i Absolutu - mówi filozof - stanowi 
dwa krańce tej samej 'osi bytu', na której jest osadzony cały wehikuł 
intelektualnego poznania, tudzież ostatecznego rozumienia rzeczywistości" 
(K., s. 137). Ontologiczna prawda wyraża przyporządkowanie bytu do 
intelektu, od którego dana rzecz jest zależna (K., s. 139/140). 
W grę mogą wchodzić tylko dwa typy intelektów, od których byty są 
pochodne: ludzki i Absolutu (K., s. 140). Wszystkie twory kultury, a więc 
i edukacja, noszą na sobie piętno pochodzenia od ludzkiego intelektu i są 
zależne od niego (K., s. 140). 
Natomiast u fródła Boskiej miłości do człowieka odnajdujemy wolność 
daną człowiekowi raz na zawsze. 


DOBRO (por. Wojciechowski [3]) 


Byt sam w sobie jest dobry. Dobry jest dlatego, że jest podporządkowany 
czyjejś woli - pożądaniu. Czyjaś wola pożądała jego istnienia, stał się 
przedmiotem czyjegoś wyboru. Tak więc, własnością istnieniową każdego 
bytu, w tym bytu ludzkiego, jest dobro. Inklinację woli do dobra nazywamy 
miłością. 
Tym bytem, który jest samym Istnieniem posiadającym rację swojego 
istnienia w sobie, który pożądał istnienia wszystkich innych bytów jest 
Absolut-Bóg. 
M ożemy też na to spojrzeć jakby od siebie, poprzez pewną drogę 
psycholog iczną: 


19 


..........
>>>
Wyznaczniki edukacji i jej patologie 


Gdy przypatruję się moim czynnościom, to dostrzegam, że wszystkie one 
w naj głębszej swej treści zmierzają do zachowania mego istnienia. Cokolwiek 
bowiem działam, to 'przedłużam' mą bytowość poprzez moje czyny. W każdym 
czynie chcę zachować i zarazem ubogacić moje istnienie. [...] Im bardziej 
dostrzegam i poznawczo czuję moją ograniczoność, tym bardziej pragnę dla 
siebie bytów jako dóbr, które przyporządkowuję sobie jako celowi, a więc sobie 
jako dobru. (K., s. 148) 


Tu pojawia się nam jedna z ważnych płaszczyzn edukacji - integracja 
(nie ograniczona tylko do pedagogiki specjalnej). Jest to zmierzanie ku 
dobru: uwydatnianie, uwyraźnianie dobra. Szczególnie w perspektywie 
ograniczoności. 
Bardzo dla nas interesujące jest poznanie dobra celowego bytu w waru n - 
ka
h niepoznawczych. Czynnikiem determinującym "kierunkowość" działa- 
nia jest wówczas sama natura bytu działającego: np. jabłoń ma specyficzne 
czynności właściwe drzewu jabłoni i w normalnym stanie rzeczy czynności 
te można przewidzieć (K., s. 152). 
Tutaj czynnikiem decydującym o tym, czy działanie ma raczej być, 
niż nie być, jest "naturalna skłonność" danego bytu działającego. Ona 
też jest nazwana "miłością". W bytach żyjących, owa naturalna skłonność 
(miłość bytu działającego) jest tym właśnie, co popularnie nazywa się 
życiem (K., s. 152). 
Spróbujmy spojrzeć na to w perspektywie pedagogicznej. 
Otóż my, pedagodzy, działamy w jakimś celu natury poznawczej. 
Analizujemy zastaną sytuację, opracowujemy jakąś metodykę i działamy. To 
jest, a przynajmniej powinno być, pożądanym naszym dobrem - naszą 
miłością. Najoczywiściej nasuwa się tu stwierdzenie, że przedmiotem naszej 
miłości pedagogicznej ma być celowość działania naszych podopiecznych. 
Ich miło
t poznajllca. 
To może być trudne, bo możemy mieć do czynienia z mnogością celów 
i może nam być trudno je zorganizować w ten sposób w jakąś całość 
pedagogiczną. Warto więc zastanowić się nad dobrem celowym naszych 
podopiecznych (i oczywiście nas samych również) w warunkach niepo- 
znawczych. Zastanowić się nad tym, co w normalnym stanie rzeczy jest 
dobrem celowym ludzkiego bytu. 
I na to metafizyka daje również odpowiedź: są to życiodajne relacje 
"wiary, nadziei i miłości" - otwartości, oczekiwania i upodobnienia, będące 
podstawą życia człowieka (G.). Oczywiście, w relacji do innych bytów. 
Upodobnienie konstytuowane jest przez wsp6łżyczliwość, wyznaczoną 
przez spotkanie osób w ich realności. To wła
nie upodobnienie jest naturll 
relacji miło
ci (G., s. 8). 


20
>>>
Wyznaczniki edukacji i jej patologie 


Otwartość konstytuowana jest przez współprzebywanie wyznaczone 
przez spotkanie osób w ich własności prawdy jest naturl/. relacji wiary. 
(G., s. 8). 
Oczekiwanie, wyznaczone spotkaniem w dobru, jest nadzieją, jako 
potrzebą trwania w miło
ci i wierze (G., s. 8). Mamy różne porządki 
realizowania swego dobra osobowego - jednostkowego. 
Zdolny matematyk będzie rozwój tych swoich własności uważał za swoje 
dobro i na tym będzie chciał budować, tym celem będzie chciał zabezpieczać 
relacje wiary, nadziei i miłości. Oczywiście na pewnym etapie swego życia, 
swego rozwoju. Inaczej będzie widział swoje dobro człowiek o jakiejś 
umysłowej ograniczoności. Nie będzie dla niego celem i dobrem towarzy- 
szenie w realizacji rozwoju matematycznego młodego geniusza-matematyka. 
Mogą oni wszakże spotkać się na terenie realizacji innych celów, na 
przykład przyjaźni nie uwarunkowanej niczym innym niż istnieniem drugiej 
osoby. Muszę więc w edukacyjn
ch procesach integracji znaleźć to, co 
wzbudzi między różnymi istotami ludzkimi potrzebę wzajemnego trwania. 
Aby dopełnić obraz, musimy zapytać o zło. Czym jest zło? 
Pomijając całe szerokie rozważania o dualistycznej koncepcji dobra i zła, 
i o złu jako bytowości pozytywnej, przyjmujemy rozumienie zła jako braku. 
Ważnym brakiem jest brak w dziedzinie moralnej - negatywne przeżycie 
moralne osoby, pozbawiającej się świadomie, dobrowolnie i celowo 
wewnętrznej harmonii i zgodności swych decyzji z obiektywnymi normami 
ładu moralnego (K., s. 167). Szczególnym brakiem - złem jest brak 
zgodności sądu praktycznego z sądem teoretycznym informującym o obiek- 
tywnym układzie praw rzeczywisto
ci. I walka z tym złem, przeciwstawianie 
się tej niezgodności jest szczególnym zadaniem pedagogów. 
Poprzez "znieprawiony" działający podmiot, zło odziaływuje, nie samo 
przez się, jedynie przez ten działający podmiot, na otoczenie (K., s. 168). 


PI Ę KNO (por. Wojciechowski [12]) 


Piękno jest związane z całokształtem przeżyć poznawczo-pożądawczych 
(K., s. 167). Poznawalność piękna przechodzi przez fazę "spontaniczną" 
i bardziej zreflektowaną, w której uwyraźnia się treść przeżywana spon- 
tanicznie (K., s. 167). 
Mieczysław Krąpiec mówi, że należy zwrócić baczniejszą uwagę na 
naturę zwil/.zku pomiędzy realnie istniejącym światem, naszym intelektem 
i rozumnym pożądaniem. Intelekt może poznać wszystko, co pojawi mu się 
jako byt, przynajmniej poznaniem ogólnikowym, gdyż może stwierdzić fakt 
istnienia czegoś. Poprzez poznanie intelektualne możemy połączyć się 


21 


. 


"""'--
>>>
Wyzn8czniki edukBcji i jej pIItologie 


"'f_ 


intencjonalnie ze wszystkim, co istnieje - z każdym bytem (K., s. 169-170). 
Taka intelektualnie ujęta bytowość wzbudza w człowieku pierwotne reakcje 
pożądawcze, gdyż człowiek tak jest zbudowany, że następstwem każdej 
istniejącej w nim poznawczej formy jest jakaś skłonność "do", lub "od" 
rzeczy przedstawionej w ujęciu poznawczym. Rzeczywistość ogarniamy 
intencjonalnie jakby dwoma ramionami naszej psychiki, którymi są intelek- 
tualne poznanie i konieczna reakcja naszego, rozumnego pożądania (K., 
s. 170). W ten sposób człowiek "przeżywa" rzeczywistość (K., s. 171). 
Jeśli całościową reakcję poznawczo-pożądawczą człowieka nazwalibyś- 
my, pisze Krąpiec, przeżyciem pięknoAciowym, to takie całościowe przeżycie 
świata byłoby czymś pierwotnym w ludzkiej psychice. Władza rozumnego 
pożądania ujawnia się w postaci działania (K., s. 173). 
Zawsze zwracano uwagę na analogiczną rolę mi/oAci w porządku 
rozumnego pożądania, do pojęcia w porządku poznania. Jeśli w procesie 
poznania formułuje się pojęcie, to w procesie pożądania analogicznie 
formułuje się miłość w ruchu "do - rzeczy poznawanej" (por. K., s. 173). 
A edukacja w/aAnie jest takim intensywnym aktem poznania. 


. 


Pedagogika w sposób szczególny stoi bardzo blisko, a może najbliżej tej 
niezwykłej tajemnicy transcendentalnej: piękna ludzkiego, słabości ludzkiej, 
cierpienia ludzkiego, kresu człowieczeństwa. I tego powinna być świadoma. 
To jest jej pięknem, bo skupiając się nad zrozumieniem tych tajemnic, 
odkrywa niezwykłe piękno wzrostu i rozwoju ludzi. Staje się czynnikiem 
metanoi, o której mówi Mieczysław Gogacz, że 
jest takim ukształtowaniem intelektu, by w sposób wierny rzeczywistości 
rozpoznawał, czym są byty, że są i jakie naprawdę wiążą te byty relacje. Jest też 
metanoia takim ukształtowaniem woli, by wybierała jako dobro to, co intelekt 
ukaże jej jako prawdziwe. Dzięki metanoi człowiek uzyskuje umiejętność stałej 
wierności prawdzie i dobru, a tym samym umiejętności ciągłego nawrócenia, 
ciągłego przechodzenia od ujęć i wytworów niedoskonałych do prawdziwych 
i dobrych. Połączenie w nas zachowań prawdziwych i dobrych - pisze Gogacz 
- jest mądrością. Mądrość to główna zasada, pryncypium chronienia relacji 
osobowych i osób. Humanizm, to chronienie istnienia, realności, prawdy, dobra, 
zarazem miłości, wiary i nadziei. (G., s. 52) 


Pedagogika ma swój szczególny udział w zrozumieniu tej szczególnej 
tajemnicy Stwórcy-Boga-Absolutu, którą jest wzrost, piękno, słabość 
i cierpienie człowieka i wynikające z nich wezwanie człowieka do miłowania 
swego bliźniego. 


22
>>>
REALNOŚĆ
>>>
,. 
t 



 


t 
'\ 


l
>>>
1 


EWA M. P. 


WSTĘP DO KATALOGU, TORUKI 1978 


Ewa M. P. 3 , ur. w 1925 roku, mieszka w B., przy ul. (m). 
Jest unieruchomiona bezwładem nóg i ręki. Włada tylko prawą ręką. 
Zachorowała nagle w klasie, na parę miesięcy przed maturą w 1948 roku. 
Maturę zdała komisyjnie w domu, już leżąc w łóżku. Przeszła kilka poważnych 
operacji, które jednak nie poprawiły jej stanu zdrowia. Do 1977 roku 
opiekowała się nią staruszka matka. 
Rysowanie jest dla niej jedną z nielicznych możliwości kontaktowania 
się ze światem i uczestniczenia w jego życiu. Prace jej sprzed choroby 
pokazują duży talent. 
Od wielu lat poświęca jej swój czas i uwagę pani Wanda Szuman, 
pedagog, specjalizujący się w pracy z niewidomymi i innymi ludźmi 
z ograniczanymi możliwościami kontaktu ze światem. Pani Wanda Szuman 
podtrzymywała też jej chęć rysowania, również dostarczając potrzebnych do 
tego Środków. 
W lutym 1977 roku Biblioteka Główna Uniwersytetu M ikołaja Kopernika 
w Toruniu zorganizowała wystawę prac Ewy P., jako pierwszą z cyklu 
wystaw "Twórczości Plastycznej Osób z Ciężkim Kalectwem". Równocześnie 
zakupione prace z tej wystawy otworzyły w Bibliotece nowy zbiór twórczości 
osób z ciężkim kalectwem. 
Życzeniem Ewy P. jest, aby jej praca służyła idei Centrum Zdrowia 
Dziecka. Chce, aby jej prace otrzymywali ci, którzy ofiarują dary na Centrum. 
Z tą myślą w ciągu zimy 1978/1979 wykonała przeszło 300 rysunków. 
Papier dostarczył jej Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Z tych prac 


3 Ewa M. P. była pierwszą osobą niepełnosprawną, którą zająłem się jako artysta 
rzeźbiarz poproszony o to przez Wandę Szuman. Było to pierwsze doświadczenie tak 
pomocy człowiekowi, jak i zetknięcia się z machiną biurokratyczną i bezradnością. 
Miarą tego wszystkiego była śmierć Ewy M. P., która zmarła w mojej obecności, gdy 
wydzwaniałem do wszystkich możliwych miejsc pomocy i jej nie otrzymywałem, 
kwitowany stwierdzeniem: znamy tę histeryczkę. Zmarła. 


25
>>>
R8111noA
 


wybrano 36, tworząc z nich dwie teki, które artystka przekazuje Centrum 
Zdrowia Dziecka, aby tam pozostały. 
W zjawisku sztuki jeden aspekt wydaje się ważniejszy od innych - jest to 
rola sztuki jako kontaktu miedzy ludźmi. 
Nasz wiek pokazał też, że miarą wartości społeczeństwa jest jego 
stosunek do swoich słabych jednostek, jakakolwiek byłaby to słabość 
i jakkolwiek niesłusznie to określenie zostałoby użyte.
>>>
BOL 


"SWIATŁO I CIENIE", NR 3. 1991 


Truizmem wydaje się stwierdzenie, że praca to istotny komponent życia 
człowieka. Może nawet najistotniejszy. Pisze o tym bardzo wyraźnie Antoni 
Kępiński. Praca w rozumieniu Kępińskiego jest obwarowana różnymi 
okolicznościami koniecznymi. M usi też być na miarę możliwości. Bo zdarza 
się, że przekracza również wytrzymałość. 
U dzieci niepełnosprawnych zetknąłem się chyba z bólem pochodzącym 
z braku pracy, a zdaje się, że nie spotkałem bólu wynikającego z nadmiaru 
pracy. Dzięki Bogu. W jakiejś mierze świadczy to dobrze o naszym 
społeczeństwie. 
Opowiem o dwóch chłopcach, których ból spowodowany - jak sądzę 
- brakiem pracy właśnie dane mi było widzieć i współ-przeżyć. 
Przypominam sobie: P. - chłopak, około 18 lat. Osiedle bloków 
czteropiętrowych. P. bardzo chętnie podchodzi do przechodniów, których 
przelotnie przy jakiejś okazji poznał. Rozmawiają z nim. Pewnego czerw- 
cowego popołudnia słyszę między blokami ryk. Ktoś strasznie krzyczy, 
a raczej właśnie ryczy strasznym głosem. Wyzwiska z okien. Wzywają 
milicję. Podbiegam do okna. Między blokami maszeruje twardym krokiem P. 
Wyje, krzyczy. Jest czerwony na twarzy. Krzyki ludzi z okien podniecają go 
dodatkowo. Jak wilk w klatce zoo przemierza naokoło przestrzeń między 
blokami. Zbiegam z czwartego piętra. Nigdy właściwie przedtem z nim nie 
rozmawiałem. Podchodzę do niego. Nic nie mówię. Maszerujemy razem. 
Gdy zaczęliśmy iść w zgodnym rytmie - nieoczekiwanie skręcam w ścieżkę, 
która wyprowadza nas spomiędzy bloków. Nie zwalniam. P. idzie ze mną 
i przestaje krzyczeć. Idziemy szybko razem. Zaczynamy rozmawiać. I pejda 
pytanie: Czemu ryczałeś? Odpowiada - Nie wiem co robić? P. mocno to 
potwierdził. Nie miał co robić. Kilka okrążeń po ścieżkach między trawnikami, 
coraz wolniejszy krok i wracam do domu. Dwoje przerażonych ludzi siedzi 
na tapczanie - rodzice P. Po kilku dniach wyjeżdża z nami na dwa tygodnie 
do klasztoru na wakacje z grupą naszej Pracowni. Kłopoty niepraw- 
dopodobne. Nasza rozpacz i gniew. Przywożę po wakacjach P. do domu. 


27
>>>
Re8lnoś
 


Widzą, że wprowadzam do domu inne dziecko, niż zabrałem. To wszystko 
działo się dawno. P. maluje tkaniny, obrazki. Jedno z pytań, które stawia 
natarczywie brzmi: - Czy będę praco wal czy będę zarabiał? Buntuje się 
czasem przeciw nam, ale wśród nas. Ma swoje zdanie, nie chce podporząd- 
kować się wymaganiom. Szczególnie trudna do zaakceptowania jest dla 
niego dyscyplina dotycząca palenia. A nam właśnie wydaje się ona ważna. 
Czy jednak najważniejsza? A może to jeden z naszych błędów? Nie wiem. 
Chcielibyśmy, żeby był bliżej nas i żeby był też mocniejszy. Brakuje często 
siły, czasu i wytrwałości. Tyle jest problemów. A może trzeba jeszcze więcej 
naszej miłości? 
Inne przypomnienie: J. - też około 18 lat. Nie zna swojej siły. Spotkałem 
go w tramwaju. Kiwał się i wykrzykiwał. Obok zawstydzona matka, udająca, 
że nie ma z nim nic wspólnego. Zapraszam do Pracowni. Maluje. Wydaje się, 
że czuje się dobrze wśród nas. Zbliża się koniec zajęć. Ze zdumieniem 
spostrzegamy, że J. wykrył gdzieś komórkę sprzątaczek, przyniósł miotłę, 
szufelkę i bardzo fachowo zamiata salę. Łypie na nas roześmianym okiem. 
Zamiatać nauczył się w zakładzie u sióstr. Wie, że to umie i w ten sposób 
chce pewno zaznaczyć swoją zgodę na to, że tu jest, a może swoje 
zadowolenie. Przychodzi odtąd zawsze. Wybucha konflikt. J. jest nie- 
obliczalny. Ostatnią deską ratunku - staje się wówczas groźba, że już nie 
będzie tu mógł przychodzić. Od razu przestaje szaleć. M ilknie, nie ma go. 
I naraz widzę go z miotłą, starannie zamiatającego podłogę. Spode łba jego 
przepraszająco łobuzerski błysk oka. Teraz już rzadko do nas przychodzi. 
Właściwie w odwiedziny, "na inspekcję". Zaopatruje personel sklepów 
w gazetę popołudniową. Zarabia. Biega zaaferowany swoim ważnym 
zadaniem. 


II
>>>
I 


I 
II 


REGINA 


" Nowo$cl", NR 29 (6505), 
TORUJ\!, 11 LUTEGO 1991 


Człowiek mało wie o drugim. Regina była studentką jednego z pierwszych 
roczników, które uczyłem rzefby na Wydziale Sztuk Pięknych. Zdziwiło 
mnie, że nie wybrała rzefby jako specjalizacji. Nie wiedziałem o ciężkiej 
chorobie - cukrzycy młodzieńczej. Wybrała grafikę. Tuż przed dyplomem 
straciła wzrok. Nagle. 
Potem były Laski i Piwna w Warszawie. Siostry Franciszkanki Służebnice 
Krzyża, które "uczyły" ją na nowo żyć. (Poznała je już wcześniej, bo była 
pierwszą studentką, która jechała ze mną do Lasek, a przedtem do 
Bydgoszczy, do sparaliżowanej Ewy P. (...). W Laskach i na Piwnej spotkała, 
Boga. Jakoś tak wydaje mi się bardzo prosto. Potem był wielki, wspaniały 
ślub w Srokowie z Marianem Stępakiem. W starym rozwalonym magazynie 
nad Wisłą budowali swój dom. Ją pilnowały psy i koty. Marian pracował na 
Wydziale Sztuk Pięknych. Niewidoma prowadziła dom, paliła w piecu, 
gotowała obiady i próbowała rzeźbić. Pracowali z dziećmi niepełnospraw- 
nymi. Gdy w 1985 roku jechaliśmy z grupą dzieci do Helenowa na wakacje 
i nie było zbyt wielu pomocników; oczywiście pojechali Regina i Marian. Za 
swoje honorarium Regina kupiła gitarę dla Janusza z grupy dzieci, który, 
bardzo chciał na niej grać. Odwiedzał ich potem często już w ich nowym 
pięknym mieszkaniu na Skarpie. 
Powstał nowy problem. Był stan wojenny. Trzeba było ratować kulturę. 
Trzeba było zorganizować Duszpasterstwo Srodowisk Twórczych przy 
parafii Najświętszej Marii Panny. Kto to będzie robił? Masa pisania na 
maszynie. Oczywiście Regina i Marian. Była wielką entuzjastką tego działania, 
ale była też wielkim egzaminatorem. Ludzka niekonsekwencja, nietolerancja 
i brak inteligencji doprowadzały ją do pasji. 
I następna katastrofa. Nerki. Konsekwencja cukrzycy. Cukrzyków wów- 
czas zasadniczo nie dializowano. A jednak. Udało się. Doktor Fołdowa 
przeprowadziła pierwszą dializę z nadzieją na przeszczep nerki i trzustki we 


29
>>>
RIIBlnoś
 


Włoszech, który zorganizowała pani Wanda Gawrońska z Centro Incontri 
e Studi Europei w Rzymie. Pomoc i utrzymanie zapewniała Wspólnota 
Jezusa Zmartwychwstałego w Rzymie - bratnia grupa ludzi zajmujących się 
też niepełnosprawnymi. Przed wyjazdem o jej życie walczyło wielu lekarzy, 
m.in. na oddziale dr. Dowbora. W Rzymie dwa lata oczekiwania. (I ciężka 
praca Mariana dla zapewnienia bytu). Niestety, nie udało się tam do- 
prowadzić do przeszczepu. Wrócili do Polski, tu oczekiwać na wezwanie. 
Operacja odbyła się w Warszawie. Niestety, organizm był zbyt wyniszczony. 
Tak wygląda historia walki o życie. Ale nie to jest najważniejsze. Regina, 
a pó:fniej Regina i Marian razem fascynowali odwagą. Nigdy nie upadali. 
Oboje brali udział w wystawach. Była niezwykle krytyczna i twórcza. 
Zaskakiwała wszystkich, a było bardzo ciężko. W Rzymie prowadziła dom, 
gdy Marian zarabiał na życie. Byli razem ostoją dla wielu. I zmienili życie 
wielu ludzi. 


I 
I 


--
>>>
MY INIEPEŁNOSPRAWNI 


"NIEDZIELA", NR 8 (62), ROK XXXIX 
CZĘSTOCHOWA- TORU
, 24 LUTEGO 1996 


Jesteśmy społeczeństwem katolickim. 
Zdarzyło się to pośród nas jakiś czas temu na Rubinkowie. Dorosły, 
dwudziestoparoletni chłopak niepełnosprawny umysłowo jest nałogowym 
palaczem. Nie łatwo go oduczyć tego nałogu. Zawsze brakuje mu papierosów. 
Pomimo tego, że rodzice chcąc zapobiec żebraniu przez syna u przechodniów 
o papierosy, kupują mu je. Próbują kontrolować liczbę wypalanych. Tak więc 
chłopak nie dostaje papierosa zawsze kiedy chce, albo też nie tyle, ile chce. 
Szuka on więc okazji zdobycia dodatkowych papierosów. Idzie więc 
tam, gdzie są palacze. 
I owszem, znalazł dobrą duszę - częstował go papierosami. Tyle, że nie 
za darmo. Za każdego papierosa musiał pozwolić sobie przypalić rozżarzonym 
skórę na dłoni. 
Czy krzyczał? Nie wiem. Mówi tylko, że tamten bardzo mocno trzymał 
jego rękę. Ale przecież musieli być przy tym ludziel Musieli to widzieć. Był 
barman w barze piwnym, w którym to się stało, który przecież MUSI 
wiedzieć, co dzieje się na sali, gdyż odpowiada za wszystko. 
Chłopak miał strasznie poparzoną rękę. 
Innym razem chłopacy wrzucali mu papierosy do kratki do wycierania 
butów przy wejściu do bloku. Wyciągniesz papierosa - będzie twój. Męczył 
się więc biedak strasznie, wypinając przy tym oczywiście tyłek. O to 
chodziło. O kopanie w ten tyłek. Robiły to dzieci i młodzież na Rubinkowie 
w biały dzień na oczach sąsiadów i rodziców. Jedynym okrzykiem, który 
rozległ się z okna, było - Marysiu wracaj, bo ieste
 spocona! Słyszałem to. 
To było w barze, czy "pubie" piwnym, tzw. szalecie na Rubinkowie. To 
było pomiędzy dwoma blokami, a więc razem 14 klatek po 10 mieszkań, 
a więc 140 rodzin, z czego, powiedzmy - 120 katolickich, chodzących co 
niedziela do kościoła. 
Co gorsza w dwa tygodnie po wypadku z poparzonym chłopakiem 
spotkałem na przystanku autobusowym, też na Rubinkowie innego chłopca 


31
>>>
Rfllllnołć 


niepełnosprawnego, który niestety nie mówi. Podałem mu rękę. Wyciągnął 
do mnie dłoń poparzoną papierosem, taką samą jaką miał ten pierwszy. 
Zapytałem, kto mu to zrobił? Przestraszony przeciągnął palcem po gardle. 
Oznaczało to to, co z nim się stanie, gdy powie. 
W barze można podobno kupić papierosy na sztuki. Wielka szansa na 
poczęstunek, czy też inną formę zdobycia "szluga". W biały dzień, pomiędzy 
blokami toczy się życie społeczne. Kształtuje się społeczność. 
Cóż takiego więc stało się? Czy została zapewniona pewnym członkom 
naszej wspólnoty rozrywka? Czy może jest to nauczka dla chłopaka, 
żeby nie chodził do "pubów" i nie żebrał o papierosy, a może, aby 
wreszcie rzucił palenie? 
Bóg stworzył nas jako słabych. Jedynym istotnym przesłaniem słowa 
życia jest słowo miłości. Można by zapytać, idąc linią Bruce Marshalla czy 
Chestertona, czy można mieć miłosierdzie dla palacza? Nie. To błędne. Czy 
można mieć miłosierdzie dla tych, co poparzyli chłopaka?! Trzeba zapytać 
się, czy oni spadli z chmur? Nie. To jedni z nas. 


-.
>>>
GRANICA CIERPIENIA 


SYMPOZJUM Z OKAZJI FINAŁU KONKURSU WIEDZY RELIGIJNEJ 
(SEMINARIUM DUCHOWNE, TORU
, 18 MARCA 1995 r.), 
TEKST NIEPUBLIKOWANY 


N ie będę zajmował się wyłącznie cierpieniem alkoholików czy narkomanów, 
choć jest ono bardzo dotkliwe i ma szczególny kształt. 
To, co najbardziej może uderza w ich cierpieniu, to powstanie pewnej 
granicy pomiędzy nimi a nami. Niektóre świadectwa zdają się pokazywać, że 
są tu jakby dwa nie mogące porozumieć się światy. Możemy tu odnieść się 
do wielu źródeł. Mamy świadectwa alkoholików, mamy przejmujący literacki 
obraz tej granicy w Pod wulkanem Malcolma Lowry, mamy listy Przybyszew- 
skiej - świadectwo ze specyficznego świata podtrzymywanego narkotykami 
(co zakończyło się śmiercią poprzedzoną nie wysłanym listem do Tomasza 
Manna). Pomimo literackiej formy - też świadectwo Tarzana (Wojciecha 
Michalewskiego) - Mistycy i narkomani. 
Odnosimy wrażenie, że mamy tam widoczną, odczuwaną, szczególnie 
nabrzmiałą granicę cierpienia. Pomiędzy ludźmi. 
Nie jestem badaczem alkoholików czy narkomanów. Zajmuję się osobami 
niepełnosprawnymi umysłowo. Tamta granica cierpienia jest bardzo widocz- 
na. Osoby niepełnosprawne umysłowo i ich rodziny cierpią, gdyż są odcięte 
od ludzi przez swoją sytuację inności. Mają kłopoty w nawiązaniu kontaktu 
ze "światem normalnym", który jest zaabsorbowany sobą, nie chce zatrzymać 
się przy nich, nie chce na nich poczekać. 
Tu chcę, pokazując miejsce tamtego cierpienia, zapytać - zachęcić do 
zapytania, czy może być podobnie wobec zakażonych alkoholizmem czy 
narkomanią. 
Norma i kształtowanie. 
Pewien możliwy błąd refleksji może nas tu zaprowadzić do obrazu 
zbioru jednostek albo też do wyobrażenia sobie grupy społecznej, która 
zna miarę i normę. Poza nią jest jakby zbiorowisko bytów o nieokreślonej 
mierze i normie, czy też nie dostające do miary i normy. Grupa wiedząca 
miałaby za zadanie zbadać, określić stan tych bytów poza, poznać ich 


33
>>>
RBlllnoś
 


możliwości i ukształtować je tak, aby mogły jakoś istnieć w sposób zbliżony 
do miary i normy. 
Ten dość prosty obraz przestaje chyba być tak prosty, gdy wprowadzimy 
do niego cierpienie. 
Najpierw wprowad;tmy cierpienie jako jakąś GRANICĘ, czy lepiej strefę 
przez którą należy przejść, aby w ogóle móc dostać się do jednostek poza. 
W ten sposób cierpienie staje się udziałem wszystkich bytów, które zechcą, 
czy będą musiały, nawiązać kontakt. 
Czy takie rozumienie jest usprawiedliwione] 
Jean Vanier mówi, że "każdy z nas nosi w sobie jakieś okaleczenie i jakąś 
ranę. Jest to rana naszej własnej samotności, od której usiłujemy uciec za 
pomocą wzmożonej działalności, telewizji i tysiąca innych rzeczy. Człowiek 
;tle czuje się sam" (Vanier [5], s. 113). Obraz życia człowieka pokazany 
przez Vaniera jest przejmujący swoją zwięzłością: 
Jesteśmy w podróży: każdy z nas odbywa podróż życia, każdy jest 
pielgrzymem na tej drodze. Wzrastanie człowieka od małego dziecka w łonie 
matki aż do dnia śmierci jest bardzo długie i zarazem bardzo krótkie. Mieści się 
ono między dwiema słabościami: między słabością maleńkiego dziecka i słabością 
umierającego. [n.] O ile maleńkie dziecko zjednoczone jest przez swoją słabość 
z matką, to w miarę jak rośnie, coraz bardziej ujawnia się rozdwojenie między 
jego życiem emocjonalnym a współżyciem z innymi ludźmi, między jego wolą 
a skłonnościami psychicznymi czy popędami, między tym, co się dzieje w jego 
wnętrzu, a tym, co się dokonuje na zewnątrz, między tym, czym żyje, a tym, co 
mówi, między jego marzeniami a rzeczywistością. W miarę jak wzrastamy do 
samodzielności obawy przed słabością na zranienie, obawy przed własnymi 
ograniczeniami, przed cierpieniem i śmiercią stają się bardziej świadome, 
podobnie jak bariery wzniesione wokół wrażliwości (Vanier [5], s. 83-84). 


Gdzie indziej Vanier mówi, że boimy się własnej wrażliwości. 
Boimy się też zerwania więzi społecznej - często za wszelką cenę 
dążymy do nawiązania związków z innymi, sądzimy, że warto zapłacić każdą 
cenę za zachowanie tych związków. To nurt myśli Antoniego Kępińskiego: 
"Ponieważ sygnały pochodzące od otoczenia społecznego odgrywają rolę 
sprzężenia zwrotnego, tj. korektora aktualnego planu aktywności, są one 
przez sam ten fakt odbierane w świadomości jako coś lepszego, jako ideał do 
którego się dąży" (Kępiński [3], s. 130). Dramat jawi się w ambiwalencji 
ludzkich postaw: 


Potrzeba zrozumienia i akceptacji wiąże się ze społecznym charakterem 
natury ludzkiej. Każdy człowiek ma poczucie własnej odrębności, co praw- 
dopodobnie jest subiektywnym odpowiednikiem biologicznej indywidualności 
każdej żywej istoty. [...] Z drugiej jednak strony pragnie on, aby jego odrębność 
nie była całkowita, by była zrozumiała i przyjęta przez innych ludzi. Swiadomość, 


34 


.....
>>>
GumiclI cierpienill 


że inni przeżywaj't podobnie jest duż't pociech't w ludzkiej samotności 
wynikaj'tcej m.in. z biologicznej indywidualności. (Kępiński [3], s. 251) 
Jean Vanier dostrzega dalsze okoliczności tego: "Uderza mnie liczba 
osób, które żyją przygniecione własną samotnością. Pogrążają się w depresji 
lub w alkoholizmie" (Vanier [5], s. 235). Ludzie ci cierpią i powodują 
cierpienie innych (Vanier [5], s. 79). Czasem miewają napady straszliwej 
trwogi, które popychają ich do nieprzewidzianych czynów skierowanych 
przeciw innym lub przeciw sobie. Przeżywają straszliwą walkę między 
ciemnością i światłem, między śmiercią i życiem. Trudno im odwołać się do 
innej osoby. Swiadomość własnego ubóstwa i samotności wprawia je 
w rozpacz (Vanier [5], s. 227). Potrzebują kogoś, kto nie tylko nie będzie ich 
sądzić, ale kto ich do głębi zrozumie (Vanier [5], s. 28). Swiatło rozpraszające 
ciemności może przyjść tylko od innej osoby. Pomimo, że ambiwalencja ich 
uczuć każe im równocześnie kochać i nienawidzić osobę, do której mają 
zaufanie. Brak zabezpieczenia popycha ich jednocześnie do przywiązania, 
jak i do odrzucenia. Wahają się między umiłowaniem światła a pragnieniem 
życia w chaosie i tragizmie (Vanier [5], s. 229). Są spragnieni stosunku 
opartego na czułości, w jakiej byliby przyjęci całkowicie i w każdej chwili 
(Vanier [5], s. 230). 
Zdanie Vaniera, że "niedostosowany jest owocem doznanej niegdyś 
niesprawiedliwości i przemocy" (Vanier [5], s. 229) sugeruje, że warto by 
zastanowić się, w jakiej mierze możemy odnieść się do ludzi chorych na 
alkoholizm i narkomanię. 
"Filozoficzna próba wyjaśnienia egzystencji, sensu i celu życia człowieka 
upośledzonego musi opierać się z jednej strony na analizie ludzkiego bytu 
osobowego, z drugiej zaś na swoistej teorii cierpienia związanej zawsze 
z jakąś koncepcją zła" (Chudy, s. 105). Tak wprowadza nas Wojciech 
Chudy w Sens filozoficzny kondycji człowieka niepełnosprawnego: 
Tak pojęte nastawienie filozoficzne może mieć dwojaki akcent - pisze on 
dalej - po pierwsze akcent etyczny, wi'tżący się z takimi zagadnieniami, jak: 
problem reakcji moralnej na niepełnosprawność, problem modelu szczęścia czy 
"horyzontu" ostatecznych odniesień decyzji życiowych. Po drugie, akcent 
w rozważaniach filozoficznych tego typu winien padać na wymiar epistemolo- 
giczny i tu dotyczyć takich zagadnień, jak: problem współ-odczuwania z drugim 
jego cierpienia czy niesprawności. Tak pojęte dociekania filozoficzne mogą mieć 
dwojaki punkt odniesienia i w związku z tym być realizowane bądź z pozycji 
osoby niepełnosprawnej (jak w przypadku analizy sensu życia czy optyki 
poznania świata), bądź z pozycji osoby zdrowej (jak w przypadku analiz 
zjawiska współ-odczuwania). [on] 
Nie sposób wreszcie - pisze Wojciech Chudy - nie wspomnieć o roli 
teologii dla tych rozważań. Dociekania mające swoją podstawę w źródłach 
nadprzyrodzonych i pozaracjonalnych dostarczają analizom filozoficznym 


35
>>>
Realność 


poświęconym osobie niepełnosprawnej wiele przesłanek i impulsów. Ta 
szczególna koherencja twierdzeń i uzasadnień wynika z istoty sytuacji osoby 
niepełnosprawnej, która usposabia dynamikę i strukturę przeżyć człowieka 
dotkniętego chorobą czy ograniczeniem w kierunku wiary. (Chudy, s. 106) 
Obserwujemy wielką dążność niepełnosprawnych, szczególnie umy- 
słowo, do Kościoła, a może po prostu do kościoła, miejsca, gdzie mogą 
łatwo nawiązać kontakt z Bogiem. Możemy tu też szukać tłumaczenia tego 
po śladzie drogi jakby bardziej "ludzkiej": matka obarczona świadomością 
posiadania dziecka niepełnosprawnego, a wiec obarczona tym szczególnym 
trudem, szuka w kościele pocieszenia. I znajduje je w nawiązanym tam 
szczególnym kontakcie z Bogiem. Może na krótko. Ale już choćby to trochę 
wystarcza, aby dziecko odczuło ten jej spokój. Kościół, to spokój matki, jej 
spontaniczny może, skierowany do dziecka odruch miłości. Rozwija nam się 
tu piękna i szeroka sfera rozważań. 
Sądzę, że nie sposób rozwiązać problemu cierpienia granicy poza 
Bogiem. To "cierpienie granicy", jak pokazują relacje i świadectwa nar- 
komanów i alkoholików jest niezwykle mocno związane z problemem 
poczucia własnego ja. To właśnie cierpienie związane z problemem 
poczucia własnego "ja" zajmuje Jacques'a Maritaina (...) (patrz Woj- 
ciechowski [20], [22]). 
W tej perspektywie sądzę, że należy szukać fródeł osadzenia terapii AA 
w Bogu. Zwróćmy uwagę: najskuteczniejsza terapia alkoholików jest 
osadzona w Bogu, bez Niego nie może być w ogóle pomyślana i zawsze 
zaczyna się od akceptacji siebie jako osoby. Osoby z jej brakowością 
doskonałości ową, ale w pełni wartości godności osobowej: "Mam na imię 
Agata, jestem alkoholiczką. Bogu Najwyższemu dzięki za to, że nią jestem" 
ljestem..., s. 21). 
I tu napotykamy zaraz nowy problem: problem rozgraniczenia (jako 
jednej z "Granic"). (...) 
Musimy tu koniecznie zauważyć, że ten horyzont przygodności, który 
szczególnie jest codziennością ludzi niepełnosprawnych jest szczególnie 
codziennością rodziców, a może szerzej, rodzin osób niepełnosprawnych. 
Może bardziej niż samych niepełnosprawnychi To rodzice zostali zatrzymani 
w jakimś "ruchu naprzód" (Wojciechowski [4]). Tak więc terapię należy 
zacząć od rodziców - nie pomijać ich w ich cierpieniu. Należy otworzyć im 
przestrzeń (Wojciechowski [4]). 
Wielką niesformalizowaną metodą pedagogiki specjalnej, która to 
uwzględnia, odniesioną - sądząc z pism Vaniera - nie tylko do niepełno- 
sprawnych umysłowo, ale w ogóle do "niedostosowanych", są ruch "Wiara 
i Swiatło" i "J'Arche", które biorą w terapii pod uwagę trzy podmioty: 


36 


--
>>>
Glanica cierpienie 


nie pełnosprawnych, ich rodziców i przyjaciół. Samotność i ciężar człowieka 
odnoszą do Boga osobowego, wcielonego w Jezusie Chrystusie i stale 
dostępnego w Eucharystii (Wojciechowski [4]). Napotkałem matkę, która 
niezwykłą niepełnosprawność swojej córki przeżyła we wspólnocie "Wiara 
i Swiatło". Po śmierci tej około 20-letniej dziewczyny oświadczyła, że gdyby 
ją teraz postawiono na początku jej drogi i dano do wyboru życie z córką nie 
obarczoną niepełnosprawnością, to wybrałaby córkę taką, jaką miała, i życie, 
jakie z nią przeżyła. 
Po tych naszych rozważaniach narysowany na początku obrazek zaczyna 
bardzo chwiać się. Nie ma już dwóch zbiorów. Jest dynamika układów 
bytów powiązanych rozlicznymi relacjami. Pomiędzy nimi wije się nić 
cierpienia. (m) 
(...) znajdujemy u świętej Teresy od Dzieciątka Jezus w Dziejach duszy: 


(Jezus) stawił mi przed oczyma księgę natury i zrozumiałam, że wszystkie 
kwiaty przez Niego stworzone są piękne, że przepych róŻy j biellilji nie ujmują 
woni małemu fiołkowi ani zachwycającej stokrotce... Zrozumiałam, że gdyby 
wszystkie małe kwiatki chciały być różami, natura straciłaby swą wiosenną 
krasę, pola nie byłyby umajone kwieciem... (Sw. Teresa) 
Jeżeli połączymy rozumowanie Jana Pawła II, iż człowiek odnajduje 
swoją podmiotowość w samoświadomości i stając w opozycji samotności 
wobec pozostałego świata odróżnia go od siebie, a więc przejawia cechę 
różnicy gatunkowej - intelekt, z określeniem człowieka jako dziecka kobiety, 
to staniemy wobec niezwykłego postulatu odnalezienia w KAŻDYM DZIECKU 
KOBIETY jego podmiotowości, z wszystkim, co z tego wynika. 
To są te szeroko otwierające się drzwi pedagogiki specjalnej nie jako 
nauki o brakowości, ale jako nauki o możliwościach. 
Pozostaje wielkie pytanie rozpaczy samotności chorych, niedostosowa- 
nych - tu alkoholiczki Agaty: "Kogo uczynić mistrzem - przewodnikiem 
mojego życia? Co i jak czynić, aby przekroczyć bramę ciemności?" Uestem..., 
s. 21). Alkoholicy odpowiadają sami na spotkaniach AA: 


Boże, użycz mi pogody ducha, 
abym akceptowała to, czego zmienić nie mogę, 
odwagi, abym zmieniała to, co zmienić jestem w stanie, 
mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego. 
Niech się dzieje wola Twoja, Panie, a nie moja. Uestem..., s. 44) 


Czy ta modlitwa odnosi się tylko do nich? Starałem się tu pokazać, że 
stanowimy jeden świat ludzi jednakowo obarczonych brakowością i wspólnie 
oddzielonych od siebie nicią cierpienia. Przy tak ścisłych wzajemnych 
związkach niemożliwe jest, abyśmy nawzajem choć trochę nie byli winni za 


37 


-
>>>
RBlllnoJ
 


nasze cierpienia i rany. Sądzę, że nie sposób tych granicznych obrazów 
cierpienia człowieka, które okazują się w alkoholizmie i narkomanii roz- 
wiązać bez Boga. 
Jeżeli alkoholicy modlą się za siebie i w tej modlitwie znajdują 
ratunek i łaskę Boga, to módlmy się i my za nich, wspomagajmy ich 
modlitwą i nie oddzielajmy ich od Boga, Chrystusa pod pozorem nie 
mieszania ideologii do terapii. 


-.
>>>
CIENKA CZERWONA LINIA 


" PRZYJACIEL", PISMO STOWARZYSZENIA RODZIN KATOLICKICH, 
TORUŃ 1 993 


Autor dał taki tytuł swojemu dziełu. "Cienka czerwona linia" to widoczna 
na mapach linia frontu. Gdy podejdzie się wszakże bliżej, albo inaczej, gdy 
zejdzie się niżej, bardzo nisko, gdy wreszcie stanie się pośród walczących 
żołnierzy, okazuje się, że to rzeczywistość cierpienia, krwi, śmierci, grzechu. 
A także czynów prostych, które potem historia nazwie heroicznymi. 
Sądzę, że taką "cienką czerwoną linią" można by nazwać świat 
niepełnosprawności. 
Jest to front współczesnej walki o życie. 
Wszystko toczy się tutaj. 
Gdy Chrystusa zapytano - "kto zgrzeszył, że się ten oto urodził 
niewidomym - on, czy jego rodzice?" - odpowiedział: "Ani on nie 
zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy 
Boże" (J 9, 1-3). 
Oczywiście, pośród "ludzi światłych" nikt nie ośmieli się powiedzieć, że 
"zgrzeszył on, lub jego rodzice". Jednakże wielu "ludzi światłych" zapyta 
- po co ma cierpieć on lub jego rodzice? Lepiej niech nie ujrzy światła 
dziennego. Co wszakże zrobić z tymi, którzy już ujrzeli światło dzienne, 
a potem stali się niepełnosprawnymi? Czy nie lepsza będzie ortotanazja 
(zezwolenie na śmierć przez brak wysiłku leczenia), czy nie lepsza będzie 
eutanazja? 
Ta groźba jest realna. "Człowiek światły" czasem zechce być w zgodzie 
z logiką raz przyjętego rozumowania. Jeśliby się tu zatrzymał, to obawia się, 
że będzie śmieszny. 
No tak, ale CHRZESCIJANIE, co powiedzą chrześcijanie? I tu sprawa nie 
jest prosta. Chrześcijanie mogliby chcieć uniknąć tego "zła", którym jest 
niepełnosprawność - a jest ona złem, o ile za takie uznamy "niemożność 
ucieczki od troski" (za: 0.1. Bocheński). W jaki sposób? Unikając alkoholizmu, 
chorób wenerycznych. 


39 


-.
>>>
Realność 


Te przekonania pokutują aż do dziś. Lecz to Chrystus ma rację. Związek 
"winy rodziców" z urodzeniem się człowieka niepełnosprawnego nie istnieje. 
Po prostu niepełnosprawne życie powstaje. Nie zawsze się rodzi. Ale także 
rodzi się. I wówczas jedyną "winą" rodziców może być to, że nie 
przeprowadzili badania prenatalnego, które w tym przypadku, jak pisze 
Helena G u la n owska, staje się denuncjacją prenatalną - "denuncjacją 
chorego dziecka w łonie matki" (Gulanowska), gdyż najczęściej celem tego 
nie jest jego leczenie, a zniszczenie. 
A potem zagubieni ludzie, doprowadzeni do jakiejś szalonej logiki 
wysuną projekt takiej ustawy: "Lekarz nie popełni zbrodni ani przestępstwa 
uchylając się od udzielenia dziecku do trzech dni życia opieki koniecznej dla 
jego życia, gdy dziecko to będzie nieuleczalnie chore w takim stopniu, iż 
będzie można przewidzieć, że nigdy nie będzie mogło wieść życia godnego 
przeżycia". Taki projekt w Anglii pojawił się w roku 1981, we Francji 
w 1987. We Francji nie dopuścili go do obrad parlamentu dziennikarze, 
lekarze, politycy, episkopat. Żaden parlamentarzysta nie odważył się go 
przedstawić. 
Wracając do "winy" rodziców dzieci niepełnosprawnych. Ich winą jest 
więc to, że zatrzymali swoje dzieci, że żyją z nimi w swoich domach. 
Opuszczeni przez bliskich, opuszczeni przez sąsiadów. Przeważnie chrześcijan 
i katolików. Krzyk matek samotnych - gdzie jesteście katolicy, chrześcijanie? 
jest głośny, dramatyczny i prawdziwy. Tak właśnie skierowany. 
"Cienka czerwona linia". 
Dwie są główne troski rodziców dzieci niepełnosprawnych: 
1) Czy to moje dziecko będzie mogło włączyć się w społeczeństwo? 
2) Co będzie z nim po mojej śmierci? 
Co do pierwszego, to dzięki Bogu, coś się ruszyło. Poprzez opracowanie 
formuły Warsztatów Terapii Zajęciowej mogą mieć stałe zajęcie. Ponieważ 
jednak te Warsztaty są czymś więcej niż miejscem zajęcia, to byłoby dobrze, 
aby były związane ze wspólnotą szerszą. Myślę, że dobrą taką wspólnotą jest 
parafia. Prawo zezwala, aby taki Warsztat tworzyła parafia. Nie musi on być 
duży. Dziesięciu podopiecznych - to wystarczy. Im mniej, to nawet lepiej. 
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych ma środki na 
utworzenie i utrzymanie takiego Warsztatu. W Toruniu już działają dwa 
prowadzone przez Zarząd Regionalny w Toruniu Fundacji im. Brata Alberta 
w Krakowie. Już jednak liczba miejsc w nich się wyczerpała. 
Duży Warsztat to są kłopoty z dowożeniem. Poza tym tworzy się związki 
zbyt sformalizowane. Myślę więc, że dobrze byłoby, gdyby w świetle 
posłannictwa diakonii koła Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w diecezji 
toruńskiej (gdyż one też w świetle prawa mogą być instytucją tworzącą) 


40
>>>
Cienka czerwons linis 


podjęły dzieło tworzenia Warsztatów Terapii Zajęciowej. Ja, oraz moi 
współpracownicy służymy wszelką pomocą merytoryczną. Niepełnosprawni 
są nie tylko w Toruniu. Są oni w całej diecezji. 
Co do drugiego, to sprawa jest nieco trudniejsza. Oczywiście, najlepszą 
byłaby sytuacja, w której niepełnosprawny może nadal pozostawać w swoim 
środowisku. Gdyby na przykład mógł pozostać w swoim mieszkaniu. Tak, 
ale nie w samotności. Starzy ludzie znają smutek i beznadziejność samotnoŚci 
przebywania w swoim mieszkaniu, gdy młodzi mają swoje sprawy i znajdują 
coraz mniej czasu na odwiedziny. Osoba niepełnosprawna wymaga znacznej 
pomocy, a także opieki. Gdy żyją rodzice, to oni to czynią. Dobrze byłoby, 
gdyby mogli to czynić po śmierci rodziców ich krewni. Bądźmy wszakże 
realistami. 
Próbą zanegowania tego ostatniego zdania był projekt Marka Zachar- 
skiego "wspólnoty w diasporze", który był wezwaniem do stworzenia 
wspólnoty domów, rodzin skonstruowanych po śmierci naturalnych rodziców 
osób niepełnosprawnych, gdzie te osoby mogłyby nadal żyć "tak jak 
przedtem" nawet w swoich dawnych mieszkaniach. Pewnych źródeł szukał 
Marek Zacharski w obserwowanej przez siebie budowanej podobnej 
wspólnocie we Włoszech (Comunita di Gesu Risorto - Comunita di 
Capodarco). Myślę, że taką naturalną "wspólnotą w diasporze" powinny 
być rodziny chrześcijańskie, katolickie Minął czas, gdy być katolikiem 
znaczyło w dużej mierze "bronić czegoś", "bronić się przed czymś". Przecież 
Kościół był na początku posłaniem "ku miłości". Był właśnie wspólnotą 
w diasporze. Czas przypomnieć sobie to. Szczególnie tu, na Pomorzu, 
tradycja wspólnej moralnej niejako odpowiedzialności za zachowania 
wspólnotowe społeczności katolickiej była bardzo silna. Znaleźć chorego 
i zaopiekować się nim, przyjąć sierotę do domu, to nie były zachowania 
heroiczne. To był "normalny oddech" Kościoła-wspólnoty. Pani Wanda 
Szuman nie powstała na pustynil Jest ona częścią Kościoła-wspólnoty, dla 
którego pewne zachowania były oczywiste! Należy więc budować fakty 
posłania "ku miłości" nie jako czyny herosów, ale jako normalny rytm życia 
wspólnoty katolickiej, "wspólnoty w diasporze", że przywłaszczę tu znów 
piękną myśl Marka Zacharskiego. 
Tymczasem bądźmy realistami, czyli próbujmy korzystać z tego, co już 
jest w zasięgu ręki. Co już można czynić środkami realnymi dziś? Małe 
wspólnoty rodzinne. Małe, kilkuosobowe DOMY, gdzie wraz z grupką 
niepełnosprawnych mieszkaliby zdrowi opiekunowie na stałe. Przynajmniej 
jedna osoba, dla której to byłby też dom. Pozostałe zdrowe osoby 
przychodziłyby na dyżury. Płatne lub ochotnicze. Zbliżony model mamy we 
wspólnotach "Arki" Jeana Vaniera, oraz w domach-schroniskach Fundacji 


41
>>>
Rfllllnolć 


im. Brata Alberta w Krakowie (nie mylić z Towarzystwem Św. Brata Alberta 
dla bezdomnych - to co innego). 
To mogłoby znów być dzieło Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. Dzieło 
parafialne. W każdej parafii są niepełnosprawni czekający na taki DOM. 
Należałoby tu wszakże zabezpieczyć się przed pozbywaniem się, do takiego 
domu, niepełnosprawnych z rodzin. To wielkie niebezpieczeństwo, które 
może doprowadzić do tego, że domy te staną się gettami stworzonymi dla 
ludzkiej wygody. Ostrzega mocno przed tym Marek Zacharski. Nie. To ma 
być naturalny element chrześcijańskiego społeczeństwa. Mogłyby one 
również służyć jako domy pomocy interwencyjnej, gdy rodzice nagle 
zachorują (bardzo często z dzieckiem niepełnosprawnym pozostaje tylko 
jedno z rodziców, matka - niestety) lub gdy zechcemy umożliwić im wyjazd 
na urlop w samotności, bez 24-godzinnej sprawowanej od kilkudziesięciu 
lat opieki nad dorosłym dzieckiem. 
Dlatego nie może to być schronisko (znów argument Marka Zachar- 
skiego) - to musi być DOM znany i kochany przez niepełnosprawnych 
- z którego GOSCINY będą korzystać z radością. Takie DOMY można realnie 
stworzyć już teraz w ramach przepisów o pomocy społecznej, uzyskując też 
odpowiednie środki finansowe. 
To na razie tyle. Myślę, że będę miał jeszcze okazję na tych kartach 
poruszyć niektóre elementy tych problemów. 
Należy przeciwstawić śmierci życie. Widząc rzeczywistość ciężaru 
rodzin osób niepełnosprawnych. Rzeczywistość ciężaru ich samotności 
i bezradności. 
Zobaczmy w swoim bloku, w swojej klatce schodowej rodzinę z dzieckiem 
niepełnosprawnym. Pójd:fmy, zapytajmy w czym możemy pomóc. Czasem 
wystarczy tylko razem napić się kawy. Osoby niepełnosprawne nie są 
gro:fne. Czekają na gest miłości, dobroci. To, że są czasem zaniedbane, to 
dlatego, że ich rodzice i oni sami są już u kresu sił i samotności. Wystarczy 
wyciągnięta dłoń. Tak jak do sąsiada czy przyjaciela, czy kolegi z pracy. Po 
prostu. Nie zarażają. Są przera:fliwie samotni. 
Wszelkich informacji na związane z tym problemy można uzyskać pod nr 
telefonu (...), a tam szczególnie u Andrzeja Wojciechowskiego, Barbary 
Momot i Sławomira Sędziaka (który specjalnie działa na rzecz katechizacji 
osób niepełnosprawnych, zorganizował już rekolekcje dla nich, a co 
najważniejsze - uroczystości przyjęcia I Komunii świętej, a także chrzest. 
Dobrze byłoby, gdyby Księża Proboszczowie nawiązali z nim kontakt. Jego 
wielkie doświadczenie w tych sprawach może wiele pomóc. Dzielił się 
swoimi doświadczeniami też na terenie Francji.). Osoby te są pracownikami 
Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych oraz Warsztatów 


42
>>>
Cienk. czerwon. lini. 


Terapii Zajęciowej, które mieszczą się przy ul. Rydygiera 23 na zapleczu 
kościoła Matki Boskiej Królowej Polski. Tam też mieści się Zarząd Regionalny 
w Toruniu Fundacji im. Brata Alberta w Krakowie. Pośredniczy w tych 
kontaktach też Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Toruńskiej przy 
ul. Panny Marii (...). W sprawach organizacji Warsztatów Terapii Zajęciowej 
można zwracać się wprost do Wojewódzkiego Pełnomocnika ds. Zatrudnienia 
i Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (...)4. 


4 Artykuł ten został napisany w momencie wchodzenia w życie aktów prawnych 
i początku działania instytucji zabezpieczających powstawanie i istnienie Warsztatów 
Terapii Zajęciowej. Przewidywane, prawie nieograniczone możliwości powstawania 
WTZ tam, gdzie ich potrzeba, zostały poddane ograniczeniom. Obecny rejestr WTZ 
z 30 pafdziernika 2000 roku wykazuje 292 Warsztaty, z czego część prowadzonych 
przez Caritas Kościoła katolickiego, parafie, inne stowarzyszenia kościelne i związane 
w jakiś sposób z Kościołem. Jeśli idzie o koncepcję DOMU, to powstaje on w Toruniu 
na terenie parafii Matki Boskiej Królowej Polski, organizowany przez Fundację im. 
Brata Alberta. Jak dotąd budowa finansowana jest przez Gminę Miasta Torunia, 
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i prywatnych ofiarodaw- 
ców, z których znaczniejszym jest śp. ks. Edmund Jastak. Pełnomocnikiem do 
budowy tego Domu Rehabilitacji Społecznej, w kt6rym mają zamieszkać po utracie 
rodziców niepełnosprawni uprzednio tam korzystający z tej formy rehabilitacji, jest 
Sławomir Sędziak. Ponadto powstaje szereg domów stałego pobytu, też prowadzo- 
nych m.in. przez Fundację im. Brata Alberta, ale też i inne środowiska.
>>>
WARTOŚCI NIEUCHWYTNE - LEGE ARTIS 
W PEDAGOGICE SPECJALNEJ 


"ROCZNIK PEDAGOGIKI SPECJALNEJ", T.7, 
WSPS, WARSZAWA 1996 


Jestem artystą rzeźbiarzem, który od 19 lat pracuje z osobami niepełno- 
sprawnymi - szczególnie umysłowo. Moje mozolne wejście w problemy 
pedagogiki specjalnej odbywa się więc też na pewno i z perspektywy 
czynnego artysty, tzn. tworzącego dzieła sztuki (a przynajmniej tak sądzące- 
go) i wystawiającego je, a więc konfrontującego się z innymi. 
Na początku mojej drogi artysty zapisałem: "chcemy zamknąć swój świat 
w dłoni i pokazać innym, że to ich świat - chcemy sądzić, a jesteśmy 
sądzeni" (Wojciechowski [16]). To było na 8 lat przed zetknięciem się 
bezpośrednio z problemem osoby bardzo niepełnosprawnej. 
Tak więc moje doświadczenie obcowania z niepełnosprawnymi jakby 
przeważyło tamto. Chociaż jest to mylne rozumowanie - gdyż tamto nigdy 
nie wygasło. Powstała przestrzeń nazwana przeze mnie kiedyś - wspólnym 
światem twórczości (Wojciechowski [22]). 
Ważną sprawą jest przyznanie, że na tamtej, początkowej, mojej drodze 
artysty doszedłem do tego, co za Maritainem mogę spróbować nazwać 
zamianą porządku rzeczy - wydawało mi się, że sztuka buduje człowieka 
i określa go. A tymczasem jest odwrotnie przecież - to człowiek buduje 
sztukę - ona z niego wynika. 
Towarzyszyło temu odczute spotkanie Boga na tej drodze, które czasem 
pozornie utrudniło sprawy. 
Nie mogę wyprzeć się tej drogi i tej perspektywy. Byłoby to nieuczciwe. 
Jest to zresztą moim prawem, a także sądzę obowiązkiem - próbowanie 
określania swego punktu widzenia i czasu, w którym się ono odbywa. 
Albert Menne 5 przystosowuje swoją relację E (a, b, W, I, H, V, G) 
li Albert Menne (1923-1991) wybitny niemiecki logik, z kręgu filozofii analitycz- 
nej biski też o. I. Bocheńskiemu, autor m.in. następujących prac: Ober den 
Folgerungsbegriff in der aristotelischen Logik (1995); Einfiihrung in die Logik 
(1993); Einfiihrung in die formale Logik (1991); Folgerichtig denken (1988); 


44 


.......
>>>
Wartości nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej 


- nauka jako nauczanie do nauczania akademickiego. Wówczas ujawnia się 
wyraźniej możliwość rozróżnienia pomiędzy argumentem W - standardem 
nauczania, a argumentem V - lege artis - wartości nieuchwytne tego, co 
w W (Menne). 
Stanisław Kowalik pokazuje rolę stigmy społecznej dla percepcji osób 
nazywanych upośledzonymi umysłowo. Ta stigma społeczna budowana jest 
w odniesieniu do relacji ,,'podobieństwo-inność' w stosunku do przecięt- 
nych ludzi przebywających w danym środowisku fizyczno-przyrodniczym". 
Staje się ona prototypem osoby upolledzonej umysłowo. 
Proces stygmatyzacji jest modulowany (modyfikowany) procesem 
oznaczania nadwyżki populacyjnej oraz związanym z nim procesem podziału 
środowiska na grupę minimum oparcia, na jego pojemnolt i wynikającą 
z tych grupę kandydatów. J. Mercer znów, jak podaje Kowalik, zwraca 
uwagę na ważną rolę specjalistów (których poglądy są generatorem 
stygmatyzacji społecznej) w naznaczaniu osób z racji ich nieprzystosowania 
do "przeciętnej normy" (Kowalik, s. 106, 114, 113, 136/137). 
Ponieważ najdrastyczniejsze projekty oznaczania i eliminowania nie- 
pełnosprawnych pojawiają się współcześnie w rozwiniętych społeczeń- 
stwach konsumpcyjnych, warto zastanowić się nad tym, czy nie są to 
objawy radykalnej postawy zmniejszania grupy kandydatów do środowiska 
o bardzo ograniczonym zapotrzebowaniu na pracę ludzką - taki tok 
myślenia można powiązać z referatem Stanisława Kowalika (Kowalik, s. 106). 
Jeżeliby tak mogło być, to staje przed nami zadanie wyraźnego - pełnego 
określenia naszych poglądów, które siłą rzeczy staną się odniesieniem do 
wytwarzania etykiety społecznej - prototypu osoby upośledzonej. 


Folgerichtig denken (1988); Moda/logik und Mehrwertigkeit (1988); Philosophische 
Probleme von Arbeit und Technik (1 987); Einfuhrung in die Logik (1986); Einfuhrung 
in die formale Logik (1985); Formale und nicht-formale Logik bei Aristoteles (1985); 
Einfuhrung in die Methodologie (1984); Ober den Folgerungsbegrif( in der 
aristotelischen Logik (1982); Zur modernen Deutung der aristotelischen Logik, 
(1982); Einfuhrung in die Methodologie (1980); Logik und Sprache (1974); 
Einfuhrung in die Logik (1973); Wissenschaft vom sprachlichen Handeln (1973); 
Was ist und was kann Logistik, 2. Aufl., Paderborn - Schoeningh 1970, s. 15; 
Einfuhrung in die Logik (1966); Logico-philosophical studies (1962); Identity, 
Equality, Similarity (1962); Was ist und was kann die Logik (1957); Was ist und was 
kann Logistik, Paderborn - Schoeningh 1957, s. 15; Logik und Existenz eine 
logistische Analyse der kategorischen Sy/logismusfunktoren und das Problem der 
Nul/klasse, Meisenheim/Glan - Hain 1954, s. 152; Logik und Existenz, (1954) (zob. 
też Logisches Philosophieren, Festschrift fur Albert Menne zum 60 Geburtstag, mit 
einleitenden Errinerungen von J. M. Bocheński, 1988, Georg Olms Verlag, 
Hildesheim-Zurich-New York). 


45
>>>
R.Blność 


Widzę tu dwie bardzo ważne postawy: I) - postawę równości osobowej 
i II) - postawę uznania cierpienia za komponent konstytutywny. 
Tu ma swoje znaczenie modyfikator standardu działający lege artis 
- zgodnie z regułami sztuki. 
1. Przyczyna materialna (causa materialis) - podłoże cielesno-duchowe 
zmian samego wychowania. 
Do bardzo ciekawych obserwacji należy wydobyty przez Stanisława 
Kowalika problem stigmy społecznej wobec osób upośledzonych umys- 
łowo i związania jej z procesem oznaczania nadwyżki populacyjnej, oraz 
związanym z nim procesem podziału środowiska na grupę minimum 
oparcia, na jego pojemno
t i wynikającą z tych grupę kandydatów 
(Kowalik). 
Podobnie Claudine Loubiere charakteryzuje podłoże stosunku roz- 
winiętego społeczeństwa konsumpcyjnego do nieuleczalnie ciężko chorych: 
Ta smutna regresja stanu umysłów wobec nieuleczalnej choroby wydaje się 
wypływać z niezdolności społecznej do pojęcia stanu każdej osoby ciężko 
upośledzonej, chorej, a nawet skazanej w dłuższym lub krótszym czasie na 
śmierć. Sytuacja tych chorych przeciwstawia się radykalnie koncepcji społeczeń- 
stwa, w której wszystko ocenia się w terminach sukcesu i opłacalności. [...] 
Okrutne żądanie wobec tych, którzy nie mogą wejść w ten schemat egzystenc- 
jalnyll tu ułomny, chory ciężko niesprawny, wszyscy nie do odzyskania według 
przedstawionych wyżej kryteriów zetkną się z czymś gorszym niż choroba 
i ułomność, to znaczy z odrzuceniem, opuszczeniem, utratą swego statusu 
i swojej identyczności. Smierć jest ostateczną zniewagą zadufanej próżności 
ludzkiej, która zdobywszy, jak sądzi, mistrzostwo niby powszechne, odnajduje 
się wobec niej zmieszana, sprowadzona do swojej nie dającej się przezwyciężyć 
kondycji prochu ziemskiego [on]. Bliskość ułomnego, lub chorego ciężko 
niepełnosprawnego w tym, co on właśnie mówi o śmierci, wyzwala reakcję 
potępienia społecznego i zaproszenia bardziej lub mniej nieświadomego do 
szybkiej śmierci przez pseudoprzyzwoitość, co, jak już podkreśliliśmy, jest 
zamaskowaną formą eutanazji. (Loubij}re [1]) 
2. Przyczyna formalna (causa formalis) - nadająca treść wycho- 
wawczą rozwojowi (fizycznemu, umysłowemu, społecznemu, moralnemu, 
duchowemu). 
Z tego wynikają daleko idące konsekwencje. Kowalik z jednej strony 
podaje za J. Mercer znaczącą rolę specjalistów, których poglądy są 
generatorem stygmatyzacji społecznej (Kowalik). I tu niezwykłą rolę odgrywa 
orientacja światopoglądowa, a może ideowa tego specjalisty. 
Z jednej strony będzie to perspektywa brakowości skrajnie określona 
przez Tadeusza Kielanowskiego: "lekarz jest obowiązany i chce przedłużać 
życie człowieka, natomiast nie jest obowiązany i nie chce przedłużać życia 
istoty, która wprawdzie zachowała zewnętrzne kształty ludzkie, lecz nie ma 


46
>>>
WlJrtolci nieuchwytne - lege anis w pedlJgogice specjlJlnej 


ludzkiej świadomości, ludzkiego życia psychicznego" (Kielanowski). Az dru- 
giej strony perspektywa równowagi podmiotowej - pewnej homeostazy 
słabości, gdyż opartej na relacjach wzajemnego daru: 


Człowiek jest realnie istniejącym bytem jednostkowym, duchowo-cielesnym, 
podmiotującym relacje, wyznaczone przez własności, które posiada on ze 
względu na swe istnienie i ze względu na swą istotę. 
Własności istnieniowe: odrębność, jedność, realność, prawda, dobro, piękno, 
są podmiotami relacji osobowych. Cechą relacji osobowych jest upodobnienie 
dwu osób, otwartość, oczekiwanie. Upodobnienie, konstytuowane przez 
współżyczliwość, wyznaczoną przez spotkanie osób w ich realności, jest 
naturą relacji miłości. Otwartość, konstytuowana przez współprzebywanie, 
wyznaczone przez spotkanie osób w ich własności prawdy, jest naturą relacji 
wiary. Oczekiwanie, wyznaczone spotkaniem w dobru, jest nadzieją, jako 
potrzebą trwania w miłości i wierze. 
Własności istotowe: intelekt i wola w poziomie duszy, a rozciągłość, jakości, 
wymiary w poziomie ciała, są podmiotami relacji jako działań chroniących 
relacje osobowe w ich trwaniu. 


M iłość "nie jest emocją, choć towarzyszy jej emocja. Nie jest psychiczną 
czy fizyczną radością, mimo że ta radość może jej towarzyszyć. Nie jest 
zafascynowaniem pięknem, prawdą, dobrem, choć piękno, prawda, dobro 
mogą ją wspomagać. Nie jest biologicznym związkiem, mimo że ten związek 
może być jej znakiem. Jest spotkaniem osób w samym ich istnieniu. 
Nie niszczy miłości wiedza i decyzja, nawet nienawiść. Nic nie 
może jej zniszczyć". Oprócz zniszczenia człowieka. 
Wiara "nie jest arbitralną decyzją uwierzenia komuś". (...) Jej źródłem 
jest prawda, wiążąca osoby. 
Nadzieja "nie jest usuwaniem nieufności, sprawdzaniem kogoś, decyzją 
zaufania komuś wbrew sensowi.(...) Jest potrzebą naszego trwania 
wśród osób" (Gogacz, s. 7, 8). 


3. Przyczyna celowa (causa finalis) - wytyczająca kierunek rozwoju, 
wypływający z istoty natury ludzkiej. 
Tu dochodzimy do ważkich rozróżnień i do problemu normy. 
Co będzie normą - czy jakiś przymiar, ideał dany z zewnątrz? 
Czy też co innego? 
Jeśli idzie o los niepełnosprawnych umysłowo, to tą normą może być 
rozum. Dane z zewnątrz pojęcie rozumu, a więc zdolności abstrahowania 
- rozróżniania, separowania, kojarzenia, syntezy. Norma bardzo groźna, 
gdyż właśnie ona znalazła się jako usprawiedliwienie projektu francuskiego 
Association pour la prevention de /'enfance handicape (APEH) - po- 
zbawiania życia 3-dniowych niepełnosprawnych noworodków. 


47
>>>
RSBlność 


"Same nie mogąc osiągnąć szczęścia wynikającego z możliwości 
korzystania z rozumu nie pozwolą innym cieszyć się szczęściem przynosząc 
im cierpienie" (Wojciechowski [9]). 
I tu od razu pojawia się następna przyczyna celowa - życie szczęśliwe 
bez cierpienia. Ponieważ jesteśmy istotami społecznymi, to będzie tu szło 
o życie szczęśliwe bez cierpienia rodziny, do której dziecko miało wnieść 
radość i szczęście wynikające z jego piękna, zdrowia i rozwoju. 
Ale też możemy szukać i innej normy: nadnatury, życia nadprzyrodzo- 
nego w Bogu, które opiera się na naturze i kulturze ludzkiej; przetwarzającej 
i uszlachetniającej przyrodę i materię, powodując przy tym przemianę 
wewnętrzną człowieka i jego uświęcenie jako dziecka Bożego - mówi 
Stefan kard. Wyszyński (Kunowski, s. 93). 
Niezbywalna doskonałość ludzkiego bytu. 
Wojciech Chudy rozważając osobę niepełnosprawną w aspekcie 
bytowym pokazuje, że 
niepełnosprawność nie dotyczy w sposób istotny struktury bytowej osoby 
ludzkiej. [...] Ogólna definicja osoby niepełnosprawnej mówi, iż jest to ,,[...] 
osoba o naruszonej sprawności psychofizycznej, powodującej ograniczenia 
funkcjonalnej sprawności lub aktywności życiowej". Posługując się ustaleniami 
metafizyki ogólnej (teorii bytu), zauważyć należy, iż tak określona osoba 
niepełnosprawna nie jest osobą niepełnosprawną bytowo. Ogólna teoria bytu 
wydziela w każdym rodzaju bytu części istotowe, integrujące oraz doskonałoś- 
ciowe. Brak jakiejkolwiek części istotowej, do której należy np. element istnienia, 
istoty, formy, materii, powoduje unicestwienie bytu. Byt (np. byt osobowy) nie 
może istnieć będąc pozbawionym części istotowej; stąd nie można na gruncie 
realistycznej teorii bytu mówić o bytowej ułomności człowieka. (Chudy, s. 35, 
106/107,197-199) 


Byt albo jest, albo go nie ma. 
Części integrujące bytu z kolei - mówi dalej Chudy - to takie, z których 
powstaje materialna część bytowa (np. liczba oczu, waga człowieka). Części 
doskonałościowe zaś decydują o doskonałości konkretnego bytu, np. słuch 
u muzyka czy siła u atlety). W obydwu tych kategoriach bytowych 
brBkowoś
 jest niejako immanentną cechą człowieka (jak zresztą 
wszystkich bytów przygodnych) [podkr. A. W.]. Nie istnieje człowiek 
będący idealnie zintegrowaną jednością materialną; nie istnieje również muzyk 
doskonale muzykalny. Brakowość jest tutaj pOdstawą zmienności bytu ludzkiego, 
a w konsekwencji - śmierci. Różnica pomiędzy brakowością u ludzi zdrowych 
i u ludzi niepełnosprawnych nie jest różnicą istotną metafizycznie, lecz tylko 
ilościową. Nie można więc na jej podstawie mówić o niepełnosprawności jako 
cesze bytowej pewnego rodzaju ludzi. Podobną co do zawartości tezę - mówi 
on dalej - daje rozpatrzenie struktury bytowej osoby ludzkiej w aspekcie 
niepełnosprawności. W strukturze osobowej wyróżnia się w bycie ludzkim trzy 
warstwy. Po pierwsze, warstwę fizyczną, cielesną, związaną z funkcjami 


48 


....
>>>
Wlłrto
ci nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej 


motoryczno-organicznymi. Następnie warstwę psychiczną wiążącą się z funkcją 
psychiczno-popędową organizmu ludzkiego. Po trzecie wreszcie, warstwę 
duchową, której gł6wnymi przejawami są działalność intelektualna i wolitywna 
człowieka. W płaszczyźnie każdej z tych warstw odr6żnia się sam element 
struktury bytowej (fizyczność, psychiczność, duchowość) od funkcji poszczegól- 
nych warstw. Brak funkcji, np. abstrakcyjnego myślenia, nie wyklucza istnienia 
struktury bytowej intelektu, lecz tylko wskazuje na zakł6cenie jego funkcji. 
W szczególności wymiar duchowy osoby ludzkiej stanowi o tej cesze, którą 
w języku metafizycznym nazywa się godnością. Godność osobowa człowieka 
jest wartością ontyczną bytu ludzkiego. Jako wartość metafizyczna, struk- 
turalna przysługuje ona bez wyjątku wszystkim bytom osobowym, ma również 
z tego tytułu charakter niezmienności. Godność osobowa jest wartością 
wynikającą z najgłębszych duchowych wymiarów bytu ludzkiego 
[podkr. A. W.]. W aspekcie teologicznym jej źródło upatruje się w podobieństwie 
człowieka do Boga (homo imago Dei) [podkr. A. W.] ustanowionym w bycie 
ludzkim w akcie stworzenia (Rdz 1, 26-27). W świetle tych metafizycznych 
ustaleń widać, iż żaden rodzaj niepełnosprawności nie sięga istoty bytu 
osobowego człowieka. czyli tego wymiaru bytu ludzkiego, który 
decyduje o jego godności osobowej [podkr. A. W.]. Bez względu na typ 
niepełnosprawności: ułomność układu ruchu, układu krążenia, nerwicę, upo- 
śledzenie psychiczne, chorobę alkoholową, narkomanię, opóźnienie środowis- 
kowe i inne typy podpadające pod szerszą definicję osoby niepełnosprawnej 
- żaden z nich nie dotyczy, a w związku z tym nie narusza. struktury 
ontycznej ducha ludzkiego [podkr. A. W.]. Niepełnosprawność obejmuje 
wymiar fizyczny lub psychiczny osoby ludzkiej, jest w stanie zakłócić jej funkcje 
intelektualne i wolitywne, ale nie sięga głębi bytu osobowego. "Człowiek jest 
człowiekiem tylko o tyle, o ile - jako istota duchowa - jest czymś wyższym niż 
sam jego byt cielesny i psychiczny", pisał w monografii poświęconej choremu 
człowiekowi Viktor FrankI. Bez względu na rodzaj upośledzenia człowiek 
pozostaje osobą i stale przysługuje mu szczególna wartość ontyczna, 
na mocy której należna mu jest - tak jak każdemu innemu człowiekowi 
- afirmacja innych ludzi. Jest to wartość godności osobowej [podkr. 
A. W.]. Jak mówił Jan Paweł II w Międzynarodowym Roku Osób Niepełno- 
sprawnych: "Stan zdrowia fizycznego i umysłowego nic nie dodaje ani nic nie 
ujmuje godności osoby ludzkiej". Osoba niepełnosprawna pozostaje w pełni 
osobą ludzką. (Chudy, s. 42, 107/108). 
Byt albo jest, albo nie jest. Nie może "trochę nie być". W częściach 
integrujących i częściach doskonałościowych byt ludzki jest niejako 
immanentnie obarczony brakowością. Każdemu tu czegoś nie dostaje. 
I tu napotykamy ,zaraz nowy problem: problem rozgraniczenia (jako 
jednej z "Granic") (Granice). 
Czy pośród bytów ludzkich możemy znaleźć bardziej obarczone 
brakowością i mniej obarczone brakowością? Czy możemy znaleźć 
wyraźną granicę pomiędzy zbiorem jakichś bytów o pewnej normie 
brakowości, a zbiorem bytów poza normą brakowości7 Otóż sądzę, że jest to 


49
>>>
RflBlnol
 


niemożliwe. Złożoność części integrujących, a nade wszystko złożoność 
i mnogość części doskonałościowych umożliwiać muszą bardzo dużą, 
a może nawet niezwykle dużą różnorodność zbiorów uporządkowanych. 
W każdym z tych zbiorów osoby mogą być zupełnie inaczej uporządkowane. 
Osoba uporządkowana np. na bliskim zeru krańcu ciągu sprawności narządu 
wzroku może być uporządkowana na najwyższym krańcu ciągu doskonałości 
słuchu muzycznego. I tak podobnie z wszystkimi innymi. Osoba uporząd- 
kowana np. bardzo nisko w dwu wymienionych ciągach może być 
uszeregowana bardzo wysoko w ciągu osób wrażliwych na cierpienia 
innych. Co więcej, osoba uporządkowana bardzo nisko we wszystkich 
innych ciągach może być bardzo wysoko uporządkowana w ciągu 
osób zabezpieczających sens życia innych. To nowe i bardzo ważne 
zagadnienie. Opiera się ono na stwierdzeniu, że dla człowieka ważniejsze 
jest aby kochał, niż aby był kochany. Matka, której już nic nie zostało 
- pierwszy mąż zginął w wypadku, w którym został ciężko uszkodzony syn, 
drugi mąż zmarł na raka - oprócz właśnie tego ciężko uszkodzonego syna, 
walczy o niego, o jego obecność przy sobie, bo bez niego widzi tylko czerń 
pustki. Jest to przykład przez nas obserwowany. To odwrócenie jakby 
zasługi bytowej, czy też prawomocności bytowej. Jest to bardzo 
ważny i dość nowy problem, który należy rozwinąć w innym miejscu (szerzej 
zob. Karol Wojtyła, Milo
t i odpowiedzialno
t oraz Osoba i czyn). 
Teraz zatrzymamy się przy hipotezie, iż zbiór osób jest zbiorem wszędzie 
gęstym. Będziemy rozumieli to w tym aspekcie, który unaoczni nam, że 
pomiędzy każde dwa wyrazy zbioru możemy wprowadzić wyraz trzeci. 
Próbujemy z tego wyciągnąć wniosek, że pomiędzy każdych dwu ludzi 
w jakikolwiek sposób uszeregowanych będziemy mogli wstawić trzeciego, 
który będzie reprezentował "zestaw" części bytowych pośredni w stosunku 
do osób sąsiednich. Oznaczać to będzie, że każda ostro narysowana granica 
staje się przez to granicą szarą, gubi swoją ostrość i jest więc niejasna 
- umowna, a przez to, iż w wyniku złożoności konfiguracji brakowości 
egzystencjalnej (por. Chudy) nie znana nam jest liczba bytów możliwych do 
umieszczenia w jej obszarze i nie znane nam jest, ile osób po jakiej stronie 
umieścimy, to tworzenie takiej granicy, jej proklamacja okazuje się groźna. 
Może unicestwić byty niewinne. 
Zwróćmy uwagę, że już takie rozważanie dotyka nas głęboko przez to, 
że w ogóle jest możliwe. Jak nieco dalej zobaczymy, niepokój nasz jest 
dość głęboko uzasadniony. Uświadamia nam naszą przygodność, gdyż 
nie możemy wiedzieć, czy to nie my właśnie znajdziemy się w tej "szarej 
strefie". 
Tak więc pojawił się tu problem definicji człowieka. 


50 


-.
>>>
W.rtości nieuchwytne - lega artis w ped.gogice spIJCj.'nej 


Klasyczna definicja - homo est animaI rationale - zawiera element dla 
nas niepokojący, .gdyż obawiamy się podjęcia sporu o to, kogo można uznać 
za myślącego. 
Jan Paweł II w "katechezie środowej" z 10 pafdziernika 1979 roku 
odnajduje uzasadnienie tej definicji w akcie stworzenia człowieka przez Boga: 
- człowiek nie może się zidentyfikować ze światem widzialnym innych 
istot żywych; 
- świadomość ukazuje człowieka jako tego, kto ma zdolność poznawania 
widzialnego świata, zdolność "poniekąd wyjścia poza własną istotę", 
zdolność "objawienia się samemu sobie w całej swojej specyfice"; 
- człowiek jest sam, bo jest inny niż świat widzialny, świat istot żywych. 
Ta samotność oznacza także podmiotowość człowieka, która konstytuuje się 
przez samoświadomość. 


Ten proces - mówi Jan Paweł II - naszkicowany tak zwięźle w drugim 
rozdziale (w. 21-22) Księgi Rodzaju, proces poszukiwania przez człowieka 
definicji samego siebie, prowadzi nas nie tylko do genus proximum tradycji 
arystotelesowskiej, co w drugim rozdziale jest wyrażone słowami "dał nazwy" 
i czemu odpowiada różnica gatunkowa, czyli - w definicji Arystotelesa - nous, 
zoon noetikon (intelekt, zwierzę rozumne). Ten proces prowadzi także do 
pierwszego ujęcia istoty ludzkiej jako osoby z właściwą dla niej podmiotowością. 
(Jan Paweł II [6], s. 227) 


W przypisie 10 do tego tekstu wydawca przytacza wyjaśnienie Celestine 
N. Bittle The Science ot Correct Thinking, Logic, Ed. 12, Milwaukee 
1947, s. 73-74: 


Człowiek definiuje się jako "zwierzę rozumne"; "zwierzę" jest tu najbliższym 
rodzajem, a "rozumne" - różnicą gatunkową. Najbliższy rodzaj zawiera w swojej 
treści wszystkie istotne elementy rodzajów nadrzędnych, gdyż zwierzę jest 
zmysłową, żywą, materialną substancją [on]. Różnica gatunkowa "rozumne" jest 
jedynym istotnym elementem odróżniającym "człowieka" od wszystkich innych 
"zwierząt". Ta więc różnica wyróżnia człowieka jako odrębny gatunek w tym 
rodzaju i odróżnia od każdego innego rodzaju nadrzędnego: roślin, ciał 
nieożywionych, substancji. Dalej, ponieważ różnica gatunkowa jest elementem 
konstytuującym istotę człowieka, a więc zdolność mowy, m
ralność, samo- 
stanowienie, religijność, nieśmiertelność itd. - cechy nieobecne we wszystkich 
innych bytach fizycznego świata. (Jan Paweł II [6], s. 270) 
Niepokój pozostaje co do tych, którzy mogą nie zgodzić się z tą 
wykładnią, lub nadal na jej podstawie interpretować tę definicję wy- 
kluczająco. 
Pojawiły się próby definiowania człowieka jako dziecka kobiety. 
Wywołały one spór o uprawomocnienie tego określenia jako definicji. 
Podejmuje go Janusz Gula: 


51
>>>
Realność 


To, że istnieją różne sposoby użycia słowa "człowiek", że różne nauki 
mówiąc o człowieku uwzględniają jeden tylko aspekt jego bytowości, nie 
świadczy jeszcze o tym, że każda z nich mówi wówczas o innym bycie. [m] 
Sądzimy, że konieczny, a zarazem wystarczający warunek użycia 
terminu "człowiek" stanowi fakt bycia poczętym przez ludzkich 
rodziców. (Stwierdzenie to nie ma wbrew pozorom charakteru tautologii lub 
- jak by to powiedział T. Kielanowski - sofizmatu [por. tenże, Prawo człowieka 
do stanowienia o sobie, w: Człowiek w obliczu 
mierci, Gdańsk 1978, s. 19]. Nie 
mówi ono, kim jest człowiek, lecz tylko - kto jest człowiekiem; stanowi więc 
rodzaj definicji zakresowej, a nie treściowej [istotowej].) Fakt ten odnosi się 
bowiem nie tylko do zarodka, czy noworodka, ale i do człowieka dojrzałego, do 
chorego psychicznie i do zdeformowanego fizycznie etc. Wszyscy przecież 
jesteśmy poczęci przez ludzkich rodziców. Bycie poczętym przez ludzkich 
rodziców implikuje z kolei fakt posiadania przez każdego z nas ludzkiej struktury 
biologicznej (zakodowanej w genach). Ta natomiast warunkuje jeśli nie aktualnie, 
to przynajmniej potencjalnie, ludzki sposób życia, jakikolwiek sposób, w jaki 
człowiek bytuje, jest determinowany przede wszystkim przez ludzkie społecz- 
no-kulturowe relacje. (Gula) 
Tak więc każdy byt narodzony z kobiety jest człowiekiem. Przyjęcie 
tej definicji zabezpiecza nasze dalsze rozważania dość szeroko. Także 
w dużej mierze wobec tych, którzy nie chcą zgodzić się, iż człowiek 
jest dzieckiem Bożym. 
Każdy żywy byt narodzony z kobiety jest człowiekiem niezależnie od 
swojej brakowości w częściach integrujących i częściach doskonałoś- 
ciowych. Jeśli tak, to teraz widzimy rozległość zadań pedagogiki specjalnej. 
Zadanie pedagoga specjalnego będzie zadaniem pokory. Pisze o tym 
Guy Vattier (Vattier). 
Z pokorą przyjmujemy zadanie życia. Nie zmierzamy do upraszczania go 
przez eliminację, ale przystępujemy do pracy, której istotą będzie pomoc 
bytom w jakiś sposób słabszym w wyniku jakichś uporządkowań. Będziemy 
może starali się znaleźć dla nich ciąg, w którym będą one mogły być 
uporządkowane na najwyższych miejscach. 
Wracając do tego, co czytaliśmy u Jana Pawła II i stając na stanowisku, iż 
każde dziecko kobiety jest doskonałym tworem Boga - dzieckiem Boga, 
będziemy musieli rozważać urodzoną osobę niepełnosprawną w jej wymia- 
rze osoby z właściwą sobie podmiotowością, ze związaną z nią, 
a może ukrytą zdolnością poznawania widzialnego świata na sposób 
ludzki, zdolnością wyjścia poza własną istotę, zdolnością objawienia się 
samemu sobie w całej swojej specyfice. Także w wymiarze jej samotności, 
jako kondycji, ale także jako potrzeby. Potrzeby uświadomienia sobie 
samego siebie w samotności pośród innych. 


52 


-.
>>>
Waltości nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej 


Postępowaniami przeciwnymi temu będą ortotanazja i eutanazja, 
a także "terapeutyczne przerwanie ciąży w związku z prawdopodobnym, czy 
stwierdzonym uszkodzeniem bytu w jego częściach integrujących, czy może 
mniej jasno - doskonałościowych". 
Tak więc pojawia się nowy byt - nowy człowiek. 
Wojciech Chudy podkreśla, że "w płaszczyźnie istotnych elementów 
bytu w ogóle, oraz bytu osobowego, nie ma różnicy między człowiekiem 
w pełni sprawnym a człowiekiem w jakiś sposób ułomnym". Rozwijając 
dalej tę kwestię Chudy zwraca uwagę, iż zjawisko niepełnosprawności "jawi 
się w przeżyciach osoby ułomnej, albo w przeżyciach świadomych podmiotu 
zewnętrznego wobec tego zjawiska" w podstawowym swoim aspekcie, 
którym jest "strona przygodności człowieka, w szczególności zaś przygod- 
ności egzystencjalnej stanowiącej podstawowy rys doczesnego życia 
ludzkiego". Wszelkim świadomym aktom człowieka towarzyszy horyzont 
przygodności (Chudy, s. 108,109). 
Ujmijmy to najszerzej. Nie może tu iść tylko o akty egzystencjalne 
graniczne. Nie. Całe nasze życie utkane jest z ulotności. Ludzie "mijają się". 
Chwile mijają. Myśli ulatują - zapominamy. Refleksja artysty malarza, poety 
Stefana Wojciechowskiego: "Na przystanku lśniły jaskrawą tęczą na mokrym 
asfalcie ślady postojów autobusów. Takie pawiookie wizytówki: byłyśmy, 
nie zastałyśmy, pojechałyśmy. Przypomniał sobie, że coś o tym słyszał 
w szkole, kolory indeferencyjne, barwy cienkich błon" (Plastyka i poezja...). 
Cała poezja ludzkiego życia może tu znajdować swoje miejsce. Dochodzi też 
do tego tajemnica. 


Zniszczalność nawet najbardziej szlachetnvch wytwor6w człowieka, na- 
ruszalność ich przez upływający czas, a także ostateczna znikomość i nie- 
doskonałość najwspanialszych dzieł składają się na to poczucie przygodności. 
Przygodność miłości, przeżyć erotycznych; kruchość wiary człowieka często 
nadwyrężanej przez wątpienie czy słabość; przygodność uczuć ludzkich; 
przygodność pracy ludzkiej i jej rezultatów; kruchość energii, siły własnej 
woli i innych postaci samopoczucia oraz wiele innych rodzajów przeżyć 
składa się w sumie na ukonstytuowanie horyzontu przygodności w świa- 
domości ludzkiej. (Chudy, s. 109/110) 
Lecz lęk nasz wzbudza przygodność graniczna - śmierci, "uniedo- 
skonalenia", nadmiernego ciężaru itp. "Ciężka choroba zagrażająca życiu, 
śmierć bliskiej osoby, czy nawet doświadczenie śmiertelnego wypadku 
ulicznego konstytuują głęboką i mocną świadomość przygodności bytowej" 
- Chudy odnosi się w przypisie do tej myśli do Heideggera, który wiąże z tak 
ukonstytuowanym horyzontem świadomości przeżycie lęku "metafizycz- 
, nego" - Angst. 


53
>>>
ReBlno
t 


Horyzont przygodności, w którym żyją ludzie niepełnosprawni, jest ich 
codziennością. Można powiedzieć, że jego ukonstytuowanie się jest w małym 
stopniu zależne od doświadczenia zewnętrznego, a w większości zostało im 
"przypisane" z racji ich sytuacji niepełnosprawności. Cierpienie, bezradność, 
zagrożenie życia, lęk to dane ich codziennej kondycji świadomościowej. 
Fenomenologicznie rzecz biorąc, osobom niepełnosprawnym jest zadany jako 
stała struktura świadomościowa horyzont przygodności, w którym szczególnie 
silną znaczeniowo rolę odgrywa przygodność egzystencjalna. [...] Osoby 
niepełnosprawne żyją w horyzoncie przygodności o - można rzec 
szczególnej intensywności i podwyższonym natężeniu. (Chudy, 
s. 11 0/111 ) 


Pierre Teilhard de Chardin tak pisze: 
Przede wszystkim świat jest w toku kształtowania się. Oto prawda, którą od 
razu na początku trzeba zrozumieć, i to tak dobrze zrozumieć, by stała się ona 
codzienną, stałą, niemal naturalną dominantą naszego myślenia. Na pierwszy 
rzut oka może się wydawać, że istoty ludzkie i ich losy są rozmieszczone 
przypadkowo lub, w najlepszym razie arbitralnie na powierzchni Ziemi. Gotowi 
jesteśmy twierdzić, że każdy z nas mógł się urodzić równie dobrze wcześniej, jak 
p6iniej, tu lub tam, być szczęśliwym lub nieszczęśliwym - tak jakby wszechświat, 
od początku do końca swoich dziejów, tworzył w czasie i przestrzeni coś 
w rodzaju ogromnego klombu, na którym kwiaty są porozmieszczane wedle 
kaprysów ogrodnika. Te wyobrażenia są fałszywe. Im dłużej się zastanawiamy, 
opierając się na tym, co w swoich dziedzinach mogą nam powiedzieć nauki, 
filozofia i religia, tym bardziej umacnia się w nas przekonanie, że świata nie 
należy porównywać do wiązki sztucznie zestawionych elementów, lecz raczej 
do jakiegoś układu organicznego, ożywianego przez potężny nurt właściwego 
mu wzrastania. Wydaje się, że w ciągu wieków urzeczywistnia się wokół nas 
pewien plan ogólny. We wszechświecie dokonuje się jakaś sprawa, w grę 
wchodzi jakiś rezultat. Nasuwa się porównanie do ciąży i porodu. Ma się 
narodzić pewna rzeczywistość duchowa, tworząca się z dusz i z tej części 
materii, którą niosą one ze sobą. Żmudnie, przez działania ludzkie i dzięki nim 
skupia się, wyłania i oczyszcza nowa Ziemia. 
Nie, nie można nas porównywać do kwiatów w bukiecie, lecz do liści 
i kwiatów wielkiego drzewa, na którym wszystko pojawia się we właściwym 
czasie i na właściwym miejscu, na miarę całości i wedle jej potrzeb. (Teilhard 
de Chardin, s. 9/10) 
Tak więc, jeżeli połączymy rozumowanie Jana Pawła II, iż człowiek 
odnajduje swoją podmiotowość w samoświadomości i stając w opozycji 
samotności wobec pozostałego świata odróżnia go od siebie, a więc 
przejawia cechę różnicy gatunkowej - intelekt (Jan Paweł II) z określeniem 
człowieka jako dziecka kobiety, to staniemy wobec niezwykłego postulatu 
odnalezienia w KAżDYM DZIECKU KOBIETY jego podmiotowości, z wszystkim, 
co z tego wynika. 


54 


-
>>>
Wllrto
ci nieuchwytne - lege artis w pedllgogice spf/Cjlllnej 


To są te szeroko otwierające się drzwi pedagogiki specjalnej nie jako 
nauki o brakowości, ale jako nauki o możliwościach. 
Jawi nam się pełny obraz człowieka. Osoby. Wolnego podmiotu. 
Jeśli tak, to pytać musimy: obrazem jakiej doskonałości Boga jest 
nie pełnosprawny? 
Najpierw wprowad!my cierpienie jako jakąś granicę, czy lepiej strefę, 
przez którą należy przejść, aby w ogóle móc dostać się do jednostek poza. 
W ten sposób cierpienie staje się udziałem wszystkich bytów, które zechcą, 
czy będą musiały nawiązać kontakt. 
"Filozoficzna próba wyjaśnienia egzystencji. sensu i celu życia 
człowieka upośledzonego musi opierać się z jednej strony na 
analizie ludzkiego bytu osobowego. z drugiej zaś na swoistej teorii 
cierpienia związanej zawsze z jakąś koncepcją zła". Tak wprowadza 
nas Wojciech Chudy w Sens filozoficzny kondycji czlowieka niepelno- 
sprawnego. 
Tak pojęte nastawienie filozoficzne może mieć dwojaki akcent - pisze 
on dalej - po pierwsze akcent etyczny, wiążący się z takimi zagadnieniami, 
jak: problem reakcji moralnej na niepełnosprawność, problem modelu szczęścia 
czy "horyzontu" ostatecznych odniesień decyzji życiowych. Po drugie, 
akcent w rozważaniach filozoficznych tego typu winien padać na wymiar 
epistemologiczny i tu dotyczyć takich zagadnień, jak: problem współ-od- 
czuwania z drugim jego cierpienia czy niesprawności. Tak pojęte dociekania 
filozoficzne mogą mieć dwojaki punkt odniesienia i w związku z tym 
być realizowane bądź z pozycji osoby niepełnosprawnej (jak w przypadku 
analizy sensu życia czy optyki poznania świata), bądź z pozycji osoby 
zdrowej (jak w przypadku analiz zjawiska współ-odczuwania). [m] Człowiek 
chory lub niepełnosprawny poświęca swą energię życiową, myśli i siły 
w o wiele większym stopniu niż osoba zdrowa borykaniu się z bezradnością 
w walce z cierpieniem i przezwyciężaniu oporu materii. Ten ciężar przygniata 
zdolności projekcyjne człowieka, przytłacza jego poczucie sensu i często 
redukuje osobowe poczynania ludzkie do odruchów samozachowawczych. 
(Chudy, s. 105, 112) 
To właśnie jest jedną z głównych sił tworzących obraz niepełnospraw- 
nego. On jest obarczony nadmiernym ciężarem i nim przytłoczony. Obraz 
jaki nam się przedstawia jest obrazem jego przegrywanej samotnej walki. 
Jest to często błędne koło. Ten "zepsuty obraz" staje się przyczyną dalszych 
trudności i staje się przez to jeszcze gorszy itd. . 
Jeżeli teraz przypomnimy sobie, że to rodzina jest niepełnosprawna, że to 
rodzina ma może większą świadomość swojej niepełnosprawności niż sam 
niepełnosprawny, to to wszystko jest też jej udziałem. Jej "patologiczny" 
obraz, który nam prezentuje się, jest też wynikiem nadmiernego obciążenia 
nieprawdopodobnym (gdybyśmy go zechcieli tylko poznać) wysiłkiem 


55
>>>
Rf18lnośt 


borykania się "z bezsilnością w walce z cierpieniem i przeżywania oporu 
materii". Zdolności projekcyjne rodziny są przygniecione. Jeżeli pomimo to 
walczy i trwa razem ze swoim niepełnosprawnym to jest to świadectwo 
niesłychanego heroizmu. Oskarżani są przez to, że jest wśród nich osoba 
niepełnosprawna i przez ten swój obraz zmęczenia, o winę samoistną. 
I znowu nakręca się błędne koło. 
Z drugiej jednak strony, mówi Chudy, prawa kompensacji i sublimacji 
"stanowią o nowych i nieoczekiwanych źródłach energii życiowej u osób 
niepełnosprawnych" (Chudy, s. 112). 
Tak więc mamy jakby walkę dwóch sił. Jednej zewnętrznej - przy- 
tłaczającej, i drugiej wewnętrznej, reagującej, broniącej się. Konflikt tych 
dwu sił może dawać zjawiska gwałtowne. (...) 
Choćby to, co pisze o sobie Helene Keller - o sobie przed spotkaniem 
Anny Sullivan (Keller). 
Podobnie może dziać się z rodziną. 
Swiat bólu i walki. 
Ale, mówi dalej Chudy, niepełnosprawność wyzyskując te "nieoczeki- 
wane źródła energii życiowej" może stać się swoistym dobrem. "Walka 
z ułomnością usprawnia człowieka do działań w kierunku innych, różnych 
od homeostazy, wartości". Chudy przypomina słowa Teilharda de Chardin 
w O szczęściu, cierpieniu i miłości - "naddatek ducha zrodzony przez 
uszkodzenie ciała". (Chudy, s. 112/113) 
Z drugiej jednak strony 
niepełnosprawność każdego typu jest ujmowana w kategoriach aksjologii jako 
zło - brak dobra. Utrata wzroku, zdolności samodzielnego poruszania się, 
zaburzenia umysłowe czy nawet alkoholizm dają się określić w sposób klasyczny 
w filozofii wartości jako brak dobra. Kluczem do określenia sensu egzystencjalnej 
kondycji osoby ludzkiej obarczonej owym brakiem jest kierunek odpowiedzi na 
pytanie o cel zła i sens przyporządkowania tej właśnie postaci braku (czyli 
niepełnosprawności) tej właśnie osobie. Pytanie o sens niepełnosprawności, to 
zawsze pytanie o sens braku dobra, o sens, jaki może mieć dla mnie zło. 
W ostatecznej perspektywie zło pozostaje co do celu tajemnicą. 


..ł 


Wojciech Chudy przypomina tu słowa Jana Pawła II, które padły 
w czasie przemówienia do chorych i niepełnosprawnych podczas pielgrzymki 
w Brazylii w 1980 roku: 
Choroba naprawdę jest krzyżem, czasami ciężkim krzyżem, próbą, którą Bóg 
dopuszcza w życiu człowieka, w niepojętej tajemnicy planu, który wymyka się 
naszym zdolnościom pojmowania (Chudy, s. 113). 


Teilhard de Chardin próbuje odkryć sens tej tajemnicy: 


56 


---
>>>
WBrtości nieuchwytne - lege artis w pedBgogice specjalnej 


Zdziwilibyśmy się, gdybyśmy znaleźli w bukiecie kwiaty niedoskonałe, 
"chore", ponieważ były one zrywane po kolei i uważnie, z rozmysłem dobierane. 
Natomiast na drzewie, które musi walczyć z zewnętrznymi zaburzeniami swego 
rozwoju i z niebezpieczeństwami zewnętrznymi (np. w postaci zjawisk atmo- 
sferycznych), złamane gałęzie, potargane liście, kwiaty zeschłe, marne lub 
zwiędłe są "na swoim miejscu". Są one odbiciem bardziej lub mniej korzystnych 
warunków, w jakich rośnie drzewo. 
Podobnie we wszechświecie, w którym każde stworzenie stanowiłoby 
pewną zamkniętą całość, będącą samą sobie celem, teoretycznie dowolnie 
przemieszczalną, trudno by nam było usprawiedliwić istnienie jednostek boleśnie 
upośledzonych pod względem ich możliwości i pędu rozwojowego. Jaka 
mogłaby być przyczyna tej nieuzasadnionej nierówności i nieusprawiedliwionych 
ograniczeń? Jeśli natomiast świat jest odbywającym się aktualnie działaniem 
zdobywczym, jeśli naprawdę rodząc się wpadamy w wir bitwy, łatwo pojąć, że 
warunkiem sukcesu powszechnego wysiłku, którego jesteśmy uczestnikami 
i który dotyczy nas bezpośrednio, jest męka, bolesny trud, cierpienie. Swiat 
rozpatrywany empirycznie, w naszej skali, jest wielkim poszukiwaniem po 
omacku, wyprawą badawczą, atakiem; postęp może się dokonać tylko za cenę 
wielu niepowodzeń i wielu ran. Ci, co cierpią, bez względu na gatunek, do 
którego należą, symbolizują tę sytuację - trudną, lecz wzniosłą. Nie są bynajmniej 
zbędni ani pomniejszeni. Płacą jedynie za posuwanie się naprzód i sukces 
wszystkich. (Teilhard de Chardin, s. 10/11) 
Podobne słowa znajdujemy u św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która 
w swoim Dzienniku duszy notuje takie zdanie, rozważając wagę zasługi czy 
wyróżnienia wobec Boga: "Jezus [on] stawił mi przed oczyma księgę natury, 
i zrozumiałam, że wszystkie kwiaty przez Niego stworzone są piękne, że 
przepych róży i biel lilii nie ujmują woni małemu fiołkowi ani zadziwiającej 
prostoty stokrotce... Zrozumiałam, że gdyby wszystkie małe kwiatki chciały 
być różami, natura straciłaby swą wiosenną krasę, pola nie byłyby umajone 
kwieciem..." (Sw. Teresa, s. 31). 
Jean Vanier mówi o zaprawie murarskiej przypominając słowa jednego 
z członków wspólnoty w Trosly-Ie- Breuil: "Wspólnotę buduje się jak dom ze 
wszystkich rodzajów kamieni. Ale to zaprawa utrzymuje te kamienie razem. 
A zaprawa jest zrobiona z piasku i wapna, które są tak kruche. Jeden 
podmuch wiatru i ulatują, stają się pyłem. Tak samo we wspólnocie, to co 
nas jednoczy, nasza zaprawa, jest uczynione z tego, co jest w nas najsłabsze 
i najbiedniejsze" (Vanier [2], s. 27). 
Sens słabości. sens cierpienia. 
Nie ma już dwóch zbiorów. Jest dynamika układów bytów powiązanych 
rozlicznymi relacjami. Pomiędzy nimi wije się nić cierpienia. Styk ze 
światem, z presją świata zewnętrznego jest stykiem cierpienia. To jest 
bardzo bolesna sfera. 


57
>>>
Rsslność 


Aby osoba nie uległa zniszczeniu, "zgnieceniu", musi być przeciw- 
działanie "od wnętrza". To przypuszczenie zdaje się być potwierdzone przez 
to, że gdy w praktyce terapeutycznej zdejmiemy chociaż część tych sił 
blokujących, to "z wnętrza" wydobędą się wspaniałe rzeczy. Może to być 
poezja, ale też gotowość do pomocy, piękno uczuciowe, wrażliwość, 
czułość, piękno estetyczne i tym podobne. 
Można zapytać o ;fródło tych sił. Czy jest to emanacja miłości wynikająca 
naturalnie ze społeczności człowieka - podobnie pies zamknięty w samo- 
tności, wypuszczony, z radością rzuci się do pana; - czy też jest to emanacja 
ludzkiej duszy, zupełnie wyjątkowej i niepodobnej do niczego? 
Drogę wychodzenia z tego kręgu obserwujemy u Heleny Keller (Keller), 
czy u Michała Kaziowa (Kaziów). Oboje sami to relacjonują. Ciekawym 
spostrzeżeniem tam jest. że wyjście to. wcale niełatwe. odbywa 
się dzięki możliwości nawiązania kontaktu z drugim. kontaktu 
społecznego. Pojawia się tu różne piękno. 
Rozwój, który jest wynikiem współdziałania działań terapeutycznych 
"z zewnątrz" z wysiłkiem, czy też może swobodnym ruchem samej wy_ 
zwolonej osoby nieustannie obserwujemy wŚród podopiecznych Pracowni 
Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych i Warsztatów Terapii 
Zajęciowej (Granice). 
Wojciech Chudy mówi o pewnej specyfice, która zaczyna się pojawiać 
wewnątrz osoby w tym "kolorycie homeostatycznym". Zaczyna tu budować 
się "inny projekt szczęścia". 


Projekt szczęścia w modelu osoby niepełnosprawnej oparty jest w większej 
mierze na innych wartościach, transcendentnych wobec wartości przetrwania, 
zachowania dobrej formy zdrowotnej i innych wartości witalno-wegetatywnych. 
Z istoty kondycji życiowej człowieka niepełnosprawnego, zwłaszcza zaś z racji 
wpisania w nią horyzontu przygodności, jego projekt szczęścia nastawiony jest 
raczej na wartości stosunków międzyludzkich (jak miłość i przyjaźń) oraz na 
wartości transcendentne o charakterze absolutnym, a w szczególności na 
wartość Boga. (Chudy, s. 114) 
Odkrycie nastawienia projektu szczęścia na wartość Boga czasem 
wywołuje u nas zażenowanie - nie wiemy, jak się wobec tego zachować. 
Czy nie dostrzec go, czy potraktować go marginalnie, czy też tylko 
w wymiarze kulturowym? 
Ten skierowany ku Bogu projekt szczęścia odkrywamy nieraz w kontakcie 
z osobą niepełnosprawną. 
Zawsze będziemy musieli zadawać sobie pytanie, czy ta sfera dotyczy 
tylko wybranych? Czy ta sfera dotyczy tylko skazanych? A może ta sfera jest 
jakąś stałą naszego życia? 


58 


.......
>>>
Wartości nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej 


Poezja powstaje podobno zarówno na styku szczęścia, ale też cierpienia. 
Czy poeta jest osobą niepełnosprawną? Niektórzy twierdzą, że tak. Ale 
Maritain mówi, że każdy z nas rodzi się poetą (Maritain [3]). Więc każdy 
z nas ma w sobie zdolność do cierpienia, a jeśli ma tę zdolność, to musi to 
cierpienie odbierać. 
Pojawia się tu bardzo ważny problem: nawet przytaczany tu Teilhard de 
Chardin ma w swoim tekście pewien passus, z którego można jak gdyby 
domyślić się, że są ludzie nie cierpiący i ludzie cierpiący: "Gdy jednak 
zostaną już ustalone formy opierania się chorobie, cierpiący powinien 
zrozumieć, że właśnie jako cierpiący ma do spełnienia pewną szczególną 
misję, w której nikt go nie może zastąpić: misję przyczyniania się do 
przetworzenia (można by rzec: do 'nawrócenia') ludzkiego cierpienia". 
(Teilhard de Chardin, s. 12). To wynika pewno z jakiegoś przyzwyczajenia 
ludzkiego umysłu. Nie chcemy cierpieć. 
Wszelkie ludzkie myślenie "jest spętane" tym, że nie sposób jest 
oddzielić cierpienie od naszego życia. Kształtowały się wobec tego 
różne postawy. 
W kręgu religii judeochrześcijańskich mamy w Starym Testamencie 
wielki spór o cierpienie w Księdze H ioba. Przyjaciele mówią mu - ty 
musiałeś zawinić, jest to kara za coś, a Hiob broni cały czas stanowiska 
wolności Boga: ja nie musiałem zawinić - po prostu Bogu tak się podobało. 
Tu dochodzimy do chrześcjańskiej koncepcji cierpienia: Cierpienie jest! 
Ono po prostu jest. 
Sprowadzając sprawę do pewnego pozytywizmu możemy szukać jego 
sensu w analogii do bólu. Człowiek bez uczucia bólu, a wystawiony na 
wszelkie powszechne pułapki i niebezpieczeństwa swego bytu, takiego jaki 
on jest - jest skazany na śmierć. Ból jest jakby gwarantem naszego życia. 
Dzięki temu, że możemy odczuwać ból jako sygnał specyficznego dla 
człowieka zagrożenia - żyjemy. Może cierpienie jest takim samym zabez- 
pieczeniem? Jeśli Bóg usuwając człowieka z Raju skazał go na ból 
i cierpienie - a to w wyniku spożycia owocu poznania, to jakby dał mu tym 
pieczęć zabezpieczającą jego byt ziemski. Tak więc ludzkie cierpienie 
miałoby szczególny wymiar związany tylko z człowiekiem, z historią jego 
dziecięctwa Bożego? 
Cierpienie jest czasami nie do zniesienia. 
W Nowym Testamencie cierpienie zostało związane z miłością w sposób 
jednoznaczny: Chrystus przyjął na siebie całe cierpienie człowieka, nawet 
w nadmiarze. Przyjął na siebie cierpienie nie tylko fizyczne, ale i duchowe. 
W Ewangelii Św. Mateusza i Św. Marka ostatnimi słowami Jezusa na krzyżu 
są słowa: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mt 27,46; Mk 15, 


59
>>>
Realnośt 


34). Tak więc Chrystus przyjął również cierpienie bezgranicznej samotności 
człowieka. 
Kępiński podkreśla, że największym lękiem człowieka jest lęk samotności. 
Od chwili poczęcia nigdy nie byliśmy sami (Kępiński [3], Wojciechowski 
[4]). Ciekawe dowody na tę wię
 podaje psychologia prenatalna. Nas 
kształtuje świadomość obecności drugiego organizmu, drugiej istoty. Nadto 
wiemy, że jako gatunek jesteśmy bodaj najsłabszymi niemowlętami w przy- 
rodzie. Nie ma słabszego niemowlęcia niż niemowlę ludzkie. Czyli ten lęk 
samotności jest głęboko uzasadniony. Rozwija też tę myśl Jacques Maritain 
(Maritain [3]). 
Chrystus przyjął na siebie całe cierpienie człowieka - fizyczne i psychicz- 
ne. Przyjął je z miłości do człowieka: ponieważ nie możesz być człowiecze 
uwolniony od cierpienia, to ja przejdę tę drogę razem z tobą i pokażę ci, że 
poza tym nurtem cierpienia jest życie, jest zmartwychwstanie. 
Żaden myśliciel nie jest w stanie ominąć problemu cierpienia, tak samo 
jak nie jest w stanie ominąć problemu Boga. M usi zająć stanowisko wobec 
Boga i cierpienia. 
Miara i norma nie zostały tu zlikwidowane, bo bez miary i normy nie 
możemy w ogóle porozumiewać się ani poruszać. M iary i normy zostały tu 
jakby rozszerzone i uprawomocnione "po drugiej stronie". 
4. Przyczyna sprawcza (causa efficiens) - powodująca przez działanie 
wychowawców stawanie się rozwoju wychowanka. 
Oczywiście z tego rodzi się cała pedagogika - pedagogia. 
Wspomnieliśmy dotąd o doskonałoŚci bytowej każdego człowieka 
i o cierpieniu jako stałym czynniku życia. Gdybyśmy tylko na tym oparli tę 
pedagogię, to mogłaby ona stać się rezygnacją. Należy więc uczynić krok 
następny. Wszystkie rozważania filozoficzne o człowieku zamykają go 
w trzech wymiarach relacji: rozumu, wolności i miłości. Uznając te wszystkie 
trzy, różnią się jedynie rozłożeniem ciężarów i wagi ich. 
Miłość jest fundamentem chrześcijaństwa. Spróbujmy więc zobaczyć, 
jak ona się tam buduje. 
Ksiądz prof. dr hab. Franciszek Drączkowski poświęcił temu problemowi 
swoją pracę Mi/oAt syntezll chrzeAcijaństwa (Drączkowski). Otwiera ją 
słowami Jana Pawła II z encykliki Redemptor hominis: "Człowiek nie może 
żyć bez miłości. [...] Pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest 
pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się 
z M iłością". Podkreśla dalej, że potrzeba kochania jest o wiele silniejsza niż 
wszystkie inne potrzeby ludzkie. Za Św. Augustynem przypomina, że: "Nie 
ma człowieka, który by nie kochał, lecz nasuwa się pytanie, co kocha? Nie 
namawiamy, aby nie kochać, ale żeby wybrać to, co mamy kochać" 


60 


..-..
>>>
WllrtoAci nieuchwytne - lege 8rtis w pedllgogice specjalnej 


(Sermones 34, 2, przekł. J. Jaworski, w: św. Augustyn, Wybór mów, PSP 
XII 222, za: Drączkowski, s. 23). 
W potocznym języku pojęcie "miłość" kojarzy się tylko ze sferą 
emocjonalno-uczuciową. Tego elementu uczuciowego nie wolno w żadnym 
wypadku lekceważyć, a tym bardziej pomijać. "Co więcej, nie wolno też 
pomijać całej sfery zmysłowo-pożądawczej, bo i jej akty należą do kon- 
stytutywnych elementów pełnej miłości". Do najsilniejszych wrodzonych 
pragnień natury ludzkiej należą pragnienia dobra i piękna szeroko rozumiane 
w zależności od różnorodnych potrzeb i upodobań ludzkiej natury, pisze 
Drączkowski, a za J. Pieperem (O mi/ości, Warszawa 1975, s. 28) mówi, że 
miłość jest sposobem chcenia. 


W każdym możliwym przypadku miłość znaczy tyle, co uznanie za dobre. 
Należy to początkowo brać zupełnie dosłownie. Kochać kogoś, lub coś, to nazwać 
tego kogoś lub coś dobrymi, mówić: dobrze, że to istnieje, dobrze że jesteś na 
świeciel [on] Aprobata, którą tu mamy na myśli jest raczej manifestacją woli, 
a więc przeciwstawieniem rzeczowej, czysto teoretycznej mentalności. Oznacza 
ona zgodę, przyzwolenie, potwierdzenie, uznanie, afirmację, pochwałę, sławienie, 
wielbienie. [...] Wszystkie ogniwa tego łańcucha [m] mająjedną cechę wspólną 
- są bez wyjątku formami manifestacji woli. (Drączkowski, s. 24,26/27) 


Ale za Karolem Wojtyłą (Znak. któremu sprzeciwiać się będll, Poznań 
1976, s. 46, 49) przypomina on, że 


Miłość, która jest Darem Niestworzonym, należy do tajemnicy wewnętrznej 
Boga. [m] Miłość jest główną energią i główną treścią zbawienia. [...] Sw. Jan 
powiedział, że "Bóg jest miłością" (1 J 4, 16). Jeśli istoty Boga nie potrafimy 
zgłębić do końca ludzkim umysłem, to czy potrafimy zgłębić istotę miłości, która 
przynależy do istoty Boga? Może więc lepiej będzie mówić nie tyle o definicji, ile 
o próbach definicji miłości chrześcijańskiej, 


zastanawia się on. Tu jesteśmy w sercu chrześcijańskiej koncepcji miłości. 
Jest ona u Boga i jest rozumiana poprzez Boga, tak więc należy stale 
mówiąc o niej patrzeć na Boga. Ksiądz Drączkowski prowadzi nas tędy: 
Bóg jest [on] Tym, który sam w sobie ma pełnię wszelkiego bytu. Z tej racji 
jest nieskończenie doskonały; jest dobry i nieskończenie dobry, tj. najlepszy. 
Jest Mocą i siłą - jest wszechmocny; jest Prawdą, pełnią wszelkiej prawdy, 
sprawiedliwością, mądrością itd. Bóg jest więc pełnią wszystkich dóbr. [...] O ile 
można w ogóle mówić, że w Bogu istnieje jakieś pragnienie, to jest to pragnienie 
dzielenia się własnym dobrem, pragnienie tworzenia dobra podobnego sobie. 
[on] To dawanie dobra realizuje się w stwarzaniu. (Drączkowski, s. 33,35,52) 
Za ks. prof. Franciszkiem Sawickim (Deus caritas est, s. 31) ks. 
Drączkowski przypomina, że przedmiotem Bożej miłości "jest wszystko, co 
istnieje, bo wszystko stworzone jest z miłości i istnieć może tylko, dopóki 


61
>>>
RSBlnolć 


trwa ta miłość Boska. Bóg miłuje wszystkie stworzenia jednym nieskoń- 
czonym aktem" (Drączkowski, s. 53). 
Wszystko. To bardzo ważne słowo w naszym rozważaniu. Niepełnospra- 
wni do niego przynależą. Wszyscy niepełnosprawni. To wyznacza nam 
specyficzną cechę pedagogiki specjalnej w tej optyce. 
Bóg powierzył człowiekowi cały świat w posiadanie. [...] Bóg obdarzył 
człowieka wynalazczością oraz inteligencją. [on] Człowiek staje się współtwórcą 
i współpracownikiem Boga w dziele rozwijania i doskonalenia świata. [...] Bóg 
nie przestał obdarzać człowieka swoimi dobrami nawet wtedy, gdy człowiek 
zlekceważył miłość Bożą, gdy odwrócił się od Boga przez grzech pierworodny 
i utracił bliski z nim kontakt. (Drączkowski, s. 68) 


Jeśli więc konsekwentnie nadal rozumiemy Boga jako miarę miłości, to 
i my musimy kochać nawet wtedy, gdy przedmiot naszego kochania jakby 
przekroczy naszą zdolność miłowania - jakby stanie się wyzwaniem naszej 
zdolności znoszenia trudu i cierpienia. 
Bóg jest bytem, jest substancją; i miłość jest substancją, bytem, który Duch 
$więty rozlewa w sercach wiernych (Rz 5,5). Bóg jest mocą i siłą; i miłość Boża 
jest nieskończenie płodną mocą życiową i siłą twórczą, dzięki której zostały 
powołane do istnienia wszystkie byty. (Drączkowski, s. 71) 
Spośród czterech terminów, które w języku polskim "mogą być oddane 
jednym i tym samym wyrazem 'miłość', a więc rzeczowników eros, storge, 
filia, agape będziemy poruszali się w kręgu agape, co oznacza "miłość, 
miłość męża i żony, miłość Boga do człowieka i miłość człowieka do Boga, 
miłość braterską, miłosierdzie, ucztę miłości, jałmużnę". Agape nie jest 
aktem - jest raczej przyczyną: "uczta organizowana jest z powodu agape, 
lecz sama w sobie jeszcze nią nie jest", za Klemensem Aleksandryjskim 
przypomina Drączkowski (Paidagogos II 4, 4; 6, 1) 
"Etymologia terminów caritas i dilectio wykazała, że miłość chrześcijańska 
ze swej natury dokonuje oceny i wyboru dóbr, oraz skłania wolę w kierunku 
dóbr uznanych za prawdziwe", pokazuje. 
Ksiądz Drączkowski podaje m.in. takie trzy próby definicji miłości: 
Tomasza z Akwinu - ,,(Miłość) tworzy pewien związek uczuciowy 
między kochającym i kochanym; o ile kocha, uważa kochanego za coś jakby 
jednego z sobą, albo za coś co do niego przynależy i dlatego skłania się do 
niego" (Summa theologiae II, II 27, 2), Pseudo Dionizego - "Przez 
miłość - czy to Boską, czy to anielską, czy duchową, czy zmysłową, czy 
naturalną - rozumiemy siłę jednoczącą i kierującą, która skłania opatrznoś- 
ciowo jestestwa wyższe ku niższym, te zaś, które są równe - do partnerskiego 
związku, wreszcie te, które są niższe - do zwrócenia się ku lepszym 



 


62 


........
>>>
Wartości nieuchwytne - lege Brtis w pedagogice specjalnej 


i kierującym" (De divinis nominibus 4, 15) i Klemensa Aleksandryjskiego 
- "Miłość (agape) więc byłaby jednomyślnością w sprawach przynależnych 
do kręgu intelektualnego, egzystencjalnego i moralnego, albo, krótko 
mówiąc, wspólnotą życia czy też gorliwością w przyjafni i serdecznością 
wraz z rozumną troską o potrzeby bliźnich" (Stromateis II 41, 2). 
Definicja Klemensa Aleksandryjskiego podkreśla 


integralne ujęcie zjawiska miłości, według którego w miłości uczestniczą 
wszystkie sfery ludzkiej natury: intelektualna, moralna oraz egzystencjalna. [...] 
Dalszą zaletą jest ujęcie personalistyczne, akcentowane pośrednio w określeniu, 
że miłość jest wspólnotą życia, domyślnie osób. W tym określeniu zawarty jest 
też pośrednio aspekt ontyczny. Miłość rozpatrywana jest jako udział w życiu, 
udział w rzeczywistości, którą jest życie. 


Dalej definicja ta wskazuje na to, że 


aspekt strukturalno-personalny miłości chrześcijańskiej wyraża prawdę o tym, że 
cały człowiek jako osoba, wraz ze wszystkimi swoimi władzami i sprawnościami 
staje się partnerem Boskiej wspólnoty życia, Boskiej miłości przez świadomy 
i wolny wybór. [Zaś] aspekt rozwojowo-teleologiczny [...] jest osią, główną 
linią całej struktury miłości, jest jakby kręgosłupem łączącym poszczególne fazy 
miłości. Trwanie we wspólnocie życia, wspólnocie miłości nie oznacza zastoju, 
lecz rozwój. [on] Miłość chrześcijańska jest Bosko-ludzką wspólnotą bytowania, 
ożywioną świętą, Bożą Mocą (dynamis) zespoloną przez Ducha $więtego 
z ludzkim pragnieniem dobra i piękna, prowadzącą przez upodobnienie do 
Chrystusa ku pełnemu zjednoczeniu z Bogiem w Trójcy jedynym. 
Za Pieperem (O mi/o
ci, s. 36) Drączkowski znów przypomina, że 
"w każdej miłości jest akt afirmacji czegoś lub kogoś. Człowiek kochający, 
patrząc na ukochaną nie myśli i nie mówi: 'Jak dobrze, że jesteś taka (mądra, 
pożyteczna, dzielna, zręczna)', lecz 'Dobrze, że jesteś, jak cudownie, że 
istniejesz'''. Podobnie za Tomaszem (Summa theologiae II, II 25, 7) to "że 
osoba kochająca chce przede wszystkim. by osoba kochana istniała 
i żyła", a także (Summa theologiae II, II, 27, 2, za Arystotelesem Ethica 
Nicomachea) że "kochać znaczy tyle, co komuś dobrze życzyć". 
To nie oznacza powierzchowności tej relacji, gdyż, przypomina Drącz- 
kowski G. Bernanosa - "miłość Boża jest 'tysiąc razy bardziej wymagająca 
i twarda niż sprawiedliwość'" (Rado
ć, Warszawa 1953, s. 30). Zauważmy, 
że jeżeli miłość Boża jest tu wzorem, to to wymaganie dotyczy również 
i miłości (agape) między ludźmi. 
Grzegorz z Nysy (Oratio catechetica magna 5; PSP XIV 137) - prowadzi 
nas dalej Drączkowski - pokazuje nam na tej drodze też inny wymiar: 


w naturze miłości leży tendencja do dzielenia się posiadanymi dobrami; [...] Bóg 
bogaty jest we wszystkie dobra i to w stopniu najwyższym. [on] Ponieważ 


63
>>>
Reslnolt 


zarazem jest miłością [n.] zapragnął podzielić się z kimś posiadanymi dobrami 
[n.] postanowił stworzyć istoty sobie podobne, które byłyby zdolne uczestniczyć 
w Jego szczęściu. Bóg więc "stworzył człowieka do uczestnictwa w swoich 
dobrach". 


Człowiek jest "dziełem Boga z Jego dobroci powołanym do bytu [...]. 
Bóg, którego do stworzenia nas skłoniła tylko miłość, zapragnął wyróżnić 
człowieka i obdarzyć go szczególnymi przywilejami". Podobnie Jan Chryzo- 
stom (Homi/iae in Genesim): 
Człowiek już od swego początku zapraszany jest do rozmowy z Bogiem: 
istnieje bowiem tylko dlatego, że Bóg stworzył go z miłości i wciąż z miłości 
zachowuje[.n]. W opisie stworzenia świata Bóg jawi się jako stwórca coraz 
doskonalszych dzieł. Człowiek [on] wieńczy dzieło stworzenia [on]. Stworzenie 
[n.] człowieka jest wynikiem szczególnej refleksji Boga. Wskazuje na to 
zwrot "uczyńmy człowieka". (Drączkowski, s. 13/14, 16, 25, 35, 39, 40, 
46, 48, 52, 53, 75) 


Zastanówmy się, co to oznacza dla nas? 
Mamy uznać radość z istnienia niepełnosprawnych, którzy są dobrym 
dziełem Boga - wynikiem jego szczególnej refleksji. Jeśli tak, to znaczyć 
może to tylko jedno: przyjęcie takiej postawy staje się szczególną nobilitacją 
nas jako ludzi. Zbliżamy się przez to do Boga, do Jego mocy i wielkodusznoś- 
ci. Wiąże się to z uznaniem pierwszorzędnej wagi miłości Boga do nas 
- najsłabszych, w tej naszej słabości, do której nawet nie chcemy się 
przyznać, zamieniając ją na bunt przeciw Bogu. Buntujemy się szczególnie 
wtedy, gdy zbytnio cierpimy, lub też gdy nie możemy zrozumieć wymiaru 
Bożej Miłości, która nie patrzy na części doskonałościowe, ale dla której 
jesteśmy podmiotami po prostu z racji naszego istnienia. Iwona Długosz 
w "Zakończeniu" swojej pracy magisterskiej (Długosz) zastanowiła się nad 
sekwencją rozpaczy zwierzęcej matki nad okaleczeniem jej dziecka. Nie 
mogąc mu pomóc odeszła. Człowiek, pisze ona, nie porzucając swoich 
niepełnosprawnych właśnie przez to pokazuje swoją odmienność od świata 
zwierząt. 
Tutaj zaś widzimy, że jakby Bóg wzywa nas do uczestnictwa w swojej 
istocie - miłości. Może to być związane z odpowiedzią Chrystusa na pytanie 
o winę leżącą u podłoża niepełnosprawności. N ikt nie zgrzeszył - odpowiada 
On - lecz mają się tu pokazać sprawy Boże (J 9, 3). 
Co więcej, odpowiedt na to wezwanie może człowiekowi pomóc: 
Gdyby nawet człowiek przyjął, że rzekoma korzyść jest jego prawdziwą 
korzyścią, to jeszcze mogłaby go ocalić miłość do Boga, gotowość do ponoszenia 
ofiar na rzecz osoby umiłowanej owa ekteneia filias, wytrwałość w przyjaźni, 
wierność Bogu w sytuacji wymagającej wyrzeczenia się spodziewanego dobra. 
(Drączkowski, s. 78) 


64
>>>
WartoAci nieuchwytne - laga 8rtis w pedagogice specjalnej 


Zastanowiliśmy się na początku naszych rozważań nad ..przyczyną 
formalną nadającą treść rozwojowi", na którą tu z jednej strony składa 
się pytanie o kryteria możliwości odrzucenia bytów gorszych, a z drugiej 
oparcie o obraz człowieka jako osoby, której istnienie określają relacje 
wiary. nadziei i miłości. a więc odpowiednio otwartości. oczeki- 
wania i upodobnienia. których nie może zniszczyć nic poza znisz- 
czeniem samego człowieka. Następnie przyjrzeliśmy się ..przyczynie 
celowej" wytyczającej ..kierunki rozwoju wypływające z istoty 
natury ludzkiej", a więc z jednej strony wszechsądzący i wszechwładny 
rozum pojmowany jako byt niezależny i doskonale sprawny, ideał życia bez 
cierpienia, a z drugiej nadnatura - życie nadprzyrodzone w Bogu, także 
niezbywałnoAt bytowa człowieka związana z jego godnoAcil/. osobowI/., 
stałDAciI/. brakowoAci u każdego, przygodnoAcil/. życia. Spowodowało to 
nasze pytanie: obrazem jakiej doskonałości Boga jest niepelno- 
sprawny?, oraz jaki jest sens cierpienia? 
Teraz zajmuje nas przyczyna sprawcza powodująca przez działanie 
wychowawców stawanie się rozwoju wychowanka (Kunowski, 
s. 98). Tą przyczyną jest miłoAt, a więc upodobnienie. 


Cechą podstawową każdej miłości jest to, co łączy i upodabnia miłującego 
do umiłowanego. [...] Na pytanie uczonego w Piśmie "które jest pierwsze ze 
wszystkich przykazań" Chrystus odpowiedział: "Będziesz miłował (agapeseis) 
Pana Boga swego, całym swoim sercem (eks holes tes kardias), całą swoją 
duszą (eks holes tes psyches), całym swoim umysłem (eks holes tes dianoias) 
i całą swoją mocą (eks holes tes ischyos) (Mk 15, 3; Mt 22, 38). To miłowanie, 
które Bóg nakazuje ma obejmować: serce, duszę, umysł, wolę, zatem pod- 
stawowe władze i sfery istoty ludzkiej. (Drączkowski, s. 31, 46) 


Pierwszym aktem miłości [m] jest upodobanie czegoś, a w wypadku miłości 
między osobami - kogoś. Ten ktoś prezentuje jakieś wartości, które oceniamy 
pozytywnie, jako dobro. [...] Dobro obecne w drugiej osobie podoba nam się 
i nas pociąga. Rodzi się w nas pragnienie wejścia w kontakt z osobą wybraną, 
pragnienie obcowania, przebywania razem. [...] Dalszym elementem kon- 
stytutywnym miłości jest dążenie do jedności, do owej homonoi i zjednoczenia. 
[...] Poniekąd utożsamiamy się z ukochaną osobą. [m] Amicus tamquam alter 
ego - przyjaciel to jakby drugie ja, to jakby mój sobowtór. (Drączkowski, s. 47) 
Stąd możemy też szukać uzasadnienia dla postawy kroków pedagogiki 
specjalnej opartych na analogii terapeuty i podopiecznego jako dwu ludzkich 
osób. W tym szukaniu uzasadnienia pomaga nam Drączkowski: "Pragnąc 
dobra dla siebie, pragniemy go też dla osoby ukochanej [on] dobro 
ukochanej osoby jest poniekąd dobrem naszym. Stąd pragnienie dzielenia 
się posiadanymi dobrami. [...] W każdym człowieku mamy dostrzegać 
stworzenie Boże, dziecko Boże i ze względu na miłość Boga mamy dzielić 


65 


........
>>>
Rfł81nolć 


się ze wszystkimi potrzebującymi" (Drączkowski, s. 47). A za Słomką 
przypomina, że "cechą podstawową każdej miłości jest to, że łączy 
i upodabnia miłującego do umiłowanego" (Słomka, SwiętoAł na Awieckiej 
drodze życia). 
"Upodobnianie jest procesem długotrwałym, obejmującym w zasadzie 
całego człowiek przez całe jego życie. [on] Osoba kochająca gotowa jest do 
ofiar i poświęceń na rzecz osoby umiłowanej, jeśli jej dobro tego wymaga, 
co więcej, osoby prawdziwie kochające się gotowe są nawet do oddania 
życia za siebie" (Drączkowski, s. 48, 69). 
To wytycza drogi działania w kierunku "stawania się rozwoju" (por. 
Kunowski, s. 98). 
"Człowiek jako osoba stanowi integralną całość. Zaproszenie do miłości 
oznacza zaproszenie całego człowieka. Miłość [...] obejmuje całego czło- 
wieka, wszystkie jego władze i sprawności". Ale "miłość może istnieć tylko 
między osobami". Ks. Drączkowski za F. Sawickim (Deus caritas est, 
s. 20) ukazuje taką kadencję: 


pierwszym aktem jest upodobanie, bo miłość od tego się rozpoczyna [.n]. 
Z tym łączy się jako pierwiastek drugi skłonność i pociąg duszy do tego dobra, 
które budzi upodobanie [m]. Tworzy się przez to złączenie uczuciowe [n.]. 
Ten pociąg duszy (motus amoris) i to złączenie uczuciowe jest, jak słusznie 
zauważa św. Tomasz, najwięcej istotnym momentem miłości. 


Wyraz homonoia (jednomyślność) w poznanej przez nas definicji 
Klemensa Aleksandryjskiego należy rozumieć, zwraca uwagę Drączkowski, 
jako harmonijną zgodność, jedność, zgodę, harmonię. 
"Miłość zatem prowadzi do doskonałości przez to, że łączy". W tym 
momencie nasuwa się porównanie: gdyby przyjąć. że doskonałość jest budowlą, 
murem, a poszczególne cnoty, jak: miłosierdzie, dobroć, pokora, cichość, 
cierpliwość - cegłami, to miłość byłaby zaprawą murarską, która łączy i zespala 
poszczególne cegły w jeden mur. Zaprawa, bez której przecież nie ma budowli 
- nie ma doskonałości. (Drqczkowski, s. 24, 25, 30/31, 45, 72) 
I ciekawe, że Jean Vanier podaje bardzo pOdobne rozumowanie. 
U niego to słabość, niepełnosprawność jest tym co łączy, tak jak w zaprawie 
wapno, piasek i woda, same w sobie słabe łączą twarde kamienie 
(Vanier [2], s. 85, 91). 
A więc słabość i niepełnosprawność = Miłość, 
Za Św. Leonem Wielkim (Sermones 38, 4; PO K XXIV 168) Drączkowski 
pokazuje, że "miłość bliiniego, szczególnie zaś miłość nieprzyjaciół jest 
poniekąd probierzem, że Bóg w nas działa i mieszka" (Drączkowski, s. 32). 
Niepełnosprawny przez uwyrainienie cierpienia i przygodności bytu 
może stać się nieprzyjacielem. Jest też on jakimś złem, gdyż, jak to tłumaczy 


66
>>>
Wsrtości nieuchwytne - lege artis w pedsgogice specjalnej 


o. Innocenty Bocheński (objaśnienie 8 do: św. Tomasz z Akwinu, Suma 
teologiczna, t. 21, Męstwo, "Veritas", Londyn 1962, s. 175), zło to też 
niemożność odejścia od troski. Tak więc miłość niepełnosprawnego to 
działanie "palca Bożego, pewność, że Bóg tu mieszka" (Drączkowski, s. 32). 
Musi być jednak miłość (agape), bo św. Paweł uczy: "I gdybym rozdał 
na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości 
bym nie mial, nic bym nie zyskał" (1 Kor 13, 3). 
"Miłość jest rzeczywistością złożoną i wieloaspektową. [...] Zdaniem 
Piepera (O mi/olei, Warszawa 1975, s. 36) 'istotnie najwyższą postacią 
miłości jaką sobie w ogóle można wyobrazić jest creatio, stwarzanie 
w ścisłym tego słowa znaczeniu" (Drączkowski, s. 27, 48, 52). 
Zauważmy, że rewalidacja w najdalszym !ródłosłowie to "nadawanie 
nowej wartości - przewartościowanie", a więc jakby tworzenie na nowo 
- odbudowywanie w nowym kształcie. 
Wobec chrześcijaństwa usuwanie cierpienia poprzez niszczenie bytów, 
które "przeszkadzają", które, jak się wydaje są !ródłem cierpienia, jest 
odejściem od Boga. Tak rozumie chrześcijaństwo grzech. Zwątpienie w to, 
że Bóg chce dobra człowieka, to sens kuszenia szatana, który dalej będzie 
pouczał, że trzeba samemu zatroszczyć się o swoje interesy. Ale przedtem, 
czytamy u Drączkowskiego, musiał dokonać się "największy dramat w dzie- 
jach ludzkości: człowiek dobrowolnie i w pewnym sensie świadomie odciął 
się od miłości Bożej i utracił dobro najwyższe - przy jaM swojego Stwórcy". 
"Cała ludzkość stała się podobna do załogi jednego wielkiego okrętu: jeśli 
w wyniku katastrofy nastąpi jego uszkodzenie, wszyscy zginą, dobrzy i !Ii, 
sprawiedliwi i niesprawiedliwi, ci, którzy mieli rację, i ci, którzy jej nie mieli. 
Jedyną możliwą cywilizacją przyszłości jest cywilizacja miłości" (Drączkow- 
ski, s. 8, 78). Dokończenie jakby tej kwestii księdza Drączkowskiego czytamy 
u dr. Ryszarda Fenigsena, który w swojej Eutanazji - świadectwie obecnego 
czasu cywilizacji śmierci - ostrzega: "Można wysadzić w powietrze statek, 
który nabiera wody, ale nie wolno nam twierdzić, że w ten sposób 
rozwiązaliśmy problem przecieku. Nie rozwiązuje się żadnego problemu 
przez zniszczenie jego substancji" (Fenigsen, s. 51). 
Ksiądz Drączkowski ogólne określenie miłości chrześcijańskiej chce 
zamknąć w formule: "Bosko-ludzka wspólnota życia". Za Maksymem 
Wyznawcą (Epistula ad Joannem cubicularium de charitate, w: Maksym 
Wyznawca, Dzieła, s. 379) zamyka to w zdaniu, że "Miłość (agape) jest 
boską mądrością wiernych, prawdziwą i nieskalaną, której końcem jest 
prawda i dobro, ponieważ dobrem jest kochać ludzi i prawdą jest czuć 
i miłować Boga w wierze. [on] Miłość więc jest streszczeniem przykazań i to 
wszystkich przykazań" (Drączkowski, s. 9, 28, 30). 


67
>>>
Rsslnoś(: 


Wiele miejsca na początku tej pracy poświęciliśmy cierpieniu. Cierpienie 
bardzo mocno też wiąże się z miłością. Wyraża się, podkreśla ks. Drączkowski, 
w gotowości 
do ofiar i poświęceń aż do oddania życia. [on] Ten rys miłości jest typowy dla 
miłości chrześcijańskiej, o której mówimy, że jest miłością w wymiarze krzyża. 
Tej miłości nie ma bez wiary w zmartwychwstanie i życie wieczne. Bez niej 
zakrawa ona na formę masochizmu, czy manię samobójczą. 
Miłość chrześcijańska w wymiarze krzyża ma rysy miłości oblubieńczej. 
Przejawia się ona w radosnej gotowości do cierpień z miłości do Chrystusa, 
który za nas cierpiał. [...] Oddanie życia, niekoniecznie tego biologicznego, za 
Chrystusa albo za braci, z którymi Chrystus się utożsamia, nie jest unicestwieniem, 
lecz przejściem do lepszego życia, w którym wierzący połączy się na zawsze 
z Bogiem, przedmiotem swego umiłowania. [on] Matka gotowa jest cierpieć 
dla dziecka, a nawet oddać za nie życie. (Drączkowski, s. 47) 


Jakim świadectwem cierpienia w umiłowaniu swoich niepełnosprawnych 
dzieci jest życie ich matek i ich ojców? Cierpienia w niesłychanej samotności. 
Oni widzą w nich ludzi - swoje dzieci. 
5. Przyczyna wzorca (causa exemplaris) wzorowanie się na przy- 
kładach. 
Tak jak Chrystus uzdrawiać - Wanda Szuman (Iwaniszewska). 
Nie zawsze głosi się wzór. Ale sądzę, że ten, kto czynnie zajmuje 
się pedagogiką specjalną - bardzo głęboko w sobie niesie ukryty wzór, 
nazwijmy go wzorcem humanistycznym, tak jak to określa Mieczysław 
Gogacz: 


Humanizm wynika z metanoi, gdyż jest skutkiem działania człowieka. 
Jest jego wiernością prawdzie i dobru, a przez to jest zabieganiem o trwanie 
wśród ludzi osobowych relacji wiary i nadziei, zarazem miłości wymagającej 
istnienia osób. 
Metanoia zaś jest zmianą myślenia, polega ona na gotowości przyjęcia 
tego, co słuszniejsze, prawdziwsze, szlachetniejsze, lepsze. (Gogacz, s. 45) 


Ale człowiek nie może stać się lepszy sam z siebie. Błądzi wówczas. Musi 
odnieść się do Boga, do Jego łaski. Do Jego miłości w Chrystusie. 
Miłość Boża jest niejako tym wylaniem się twórczej mocy Boga w akcie 
stworzenia, powołującym do istnienia byty, które są dobre (św. Tomasz 
z Akwinu, Summa theologise I 20, 2) . "To Bóg w akcie stworzenia, wyprzedzając 
wszelką możliwą miłość ludzką powiedział: Chcę żeby
 by/; dobrze, bardzo 
dobrze, że istniejesz (Rdz 1, 31: A Bóg widzial, że wszystko co uczynił by/o 
bardzo dobre). Bóg z góry wszystkim rzeczom, które ludzie może będą kochać 
i afirmować, razem z istnieniem dał dobroć, a więc sprawił, że są godne miłości 
i afirmacji" (Pieper, O mi/o
ci, s. 37). (Drączkowski, s. 52) 


68 


-
>>>
WBrtości nieuchwytne - lege artis w pedagogice specjalnej 


Przykładem jest Chrystus, który "dla naszego dobra zdecydował się na 
okrutną mękę i śmierć krzyżową. [m] Powiedział [m] 'Nikt nie ma większej 
miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich' (J 15, 13)". 
A "oddał swe życie wtenczas, gdy byliśmy nie jego przyjaciółmi, ale 
grzesznikami [on], gdyśmy [m] byli bezsilni" (Drączkowski, s. 70). 
Swoje wystąpienie nazwałem "Wartości nieuchwytne - lege artis 
w pedagogice specjalnej". LEG E ARTIS - znaczy zgodnie z zasadami sztuki. 
Ta nieuchwytność odnosi się raczej do obawy, że w "standardzie" tejże 
pedagogiki takie relacje osobowe, jak wiara, nadzieja i miłość mogą być 
potraktowane, będąc "niemierzalnymi", jako będące nieistotnie daleko. 
Zobaczyliśmy, sądzę, że w wymiarze istotowym osoby ludzkiej są one 
bardzo uchwytne. Po prostu doświadczamy ich stale - żyjąc. 
Swiat obecny zdaje się szczególnie być uwikłany w problemy miłości 
i cierpienia. 
Co do cierpienia, to Ryszard Fenigsen (Fenigsen) znajduje tu dwa nurty: 
nurt wolnościowy i nurt eksterminacji. Okazują się one poprzez uzasadnianie 
eutanazji. 
Liberałowie, którzy podjęli krucjatę na rzecz cierpiących, przelęknionych, 
szukających wyjścia, są autorami humanitarnej i wolnościowej retoryki eutanazji 
[m] drugi nurt, starszy, potężniejszy i odwołujący się do głębokich warstw 
psychiki i do silniejszych więzi zbiorowych [to] zwolennicy eksterminacji. Wizja, 
którą mają przed oczyma, również jest piękna: wizja ludzkości zdrowej, silnej, 
szczęśliwej, uwolnionej od cierpień i od nieudanych jednostek. Aby tę wizję 
urzeczywistnić, trzeba wyeliminować wszystko, co chore, wstrętne i niedołężne. 
Eksterminatorzy [...] ujawniają swoją obecność w sposób nie pozostawiający 
żadnych wątpliwości za każdym razem, gdy dyskutowany jest los noworodk6w 
z wadami rozwojowymi, kalekich dzieci, osób upośledzonych umysłowo, czy 
psychicznie chorych. [...] 
Decydowanie o cudzym życiu lub śmierci przestało być uważane za sprawę 
sumienia, jest to sprawa służbowa i załatwia się ją w trybie urzędowym. 


Tak, to już jest nasza rzeczywistość opisana aktami prawnymi. Nasza 
cywilizacja już się zmieniła. 
Z chwilą zaakceptowania eutanazji ulega zmianie nie tylko sposób myślenia 
lekarza i jego pojęcie o własnym zawodzie, ale również cała jego działalność, 
cały jego sposób funkcjonowania. [...] . . 
Krańcowym cierpieniem psychicznym, jakie sprowadza eutanazJa, Jest 
ekskomunika, wykluczenie już za życia ze wspólnoty żywych ludzi. Poglądy, że 
wolno człowieka zabić, czy też nie wolno, są sądami wartościującymi, których 
słuszność nie może być dowiedziona logiczną argumentacją. Wynikają one 
z naszego systemu wartości, a system ten jest pozalogiczny, oparty na naszej 
tradycji i w końcu na naszych instynktach. (Fenigsen, s. 51, 96, 104, 120) 


69 


-
>>>
Realność 


Argumentacja ruchu na rzecz eutanazji 
jest [.uJ w całości oparta na błędzie logicznym, na błędnym kole. Wszystkie te 
rozumowania są słuszne tylko wtedy, gdy z góry założymy, że wolno zabić 
człowieka. Za pomocą tychże rozumowań udowadnia się następnie słuszność 
powziętego a priori założenia - a to jest w logice niedopuszczalne. (Fenigsen, 
s. 120/121) 


Wybitny specjalista holenderski w dziedzinie onkologii dziecięcej, podaje 
Fenigsen, "ujawnił w programie telewizyjnym, że niektórym swoim pacjen- 
tom dostarcza truciznę, aby mogli popełnić samobójstwo, gdy się na to 
zdecydują" (Fenigsen, s. 129/130). 
Zastanówmy się, czy nie oznacza to po prostu powiedzenia temu 
choremu i przestraszonemu w swojej samotności dziecku, które potrzebuje 
nade wszystko miłości, bo inne doświadczenie nie jest mu znane - taki, jaki 
jesteś, jesteś mi niepotrzebny? Zanim zmarło poprzez zażytą truciznę, już 
zostało zabite. Lekarz ten nie mówił mu przecież - pÓjdziesz do Boga, gdzie 
się spotkamy, bo nie wierzył w Boga. On mówił mu - idź w nicość, 
zniknij na zawsze. A może lepiej było powiedzieć temu dziecku - zostań 
ze mną jeszcze, nawet cierpiąc, potrzebuję ciebie cierpiącego, będę 
starał się ulżyć twojemu cierpieniu, jak będę mógł, ale bądź ze mną, 
a potem spotkamy się u Boga? 


W ten sposób dążenie zwolenników wolności do zwiększenia praw jednostki 
i rozszerzenia jej swobód prowadzi do przeciwnego skutku; do przymusu 
umierania, do odebrania ludziom prawa do życia i do zastąpienia wspólnoty 
ludzkiej jaką dotychczas znaliśmy, nowym Społeczeństwem, Które Zabija. 
Trzeba uczynić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby do tego nie dopuścić. 
(Fenigsen, s. 136) 


Eutanazja weszła w Holandii w zakres medycyny. Ryszard Fenigsen 
- kardiolog obserwujący w swoim szpitalu skutki tego, oświadcza, że jest to 
koniec medycyny. Przychodzi tu na myśl metafora "wirusa komputerowego". 
Utworzony z tej samej substancji za zadanie ma jej zniszczenie. 
Pojawiło się w naszej cywilizacji pojęcie "terapeutycznego przerywania 
ciąży w wyniku badania prenatalnego, które wskazało możliwość, czy też 
pewność urodzenia się dziecka niepełnosprawnego" (Granice). Jeżeli ta 
praktyka i ten termin wejdzie w zakres korpusu pedagogiki specjalnej, to 
będzie to oznaczało podobnie jej koniec. 
Rozważania nasze prowadziliśmy według pięcioprzyczynowego związku 
uzasadniającego (por. Menne; Kunowski): 
1. Przyczyna materialna pedagogiki specjalnej - człowiek, jego szcze- 
gólna sytuacja bytu o trudnej dla wielu do określenia zasadzie identyfikacji 


70 


-
>>>
Wsrtoici nieuchwytne - lega Brtis w pedsgogice specjslnej 


- nie wiadomo, czy podstawą naszej umowy identyfikacyjnej ma być jakiś 
stan jego układu psychosomatycznego, czy też różne okoliczności życia 
społecznego, czy ekonomicznego. To, do czego doprowadziło zachwianie 
podstawami identyfikacji cywilizacyjnej człowieka ujmuje Andre Frossard 
w dwu zdaniach: "Nigdy człowiek nie był lepiej badany, lepiej leczony ani 
lepiej zabijany. W tym samym szpitalu na pierwszym piętrze leczy się go 
z godnymi uwagi cierpliwością, wysiłkiem intelektualnym i troską, a na 
drugim jego płód wyrzuca do kubła na śmieci" (Frossard; Granice). 
2. Przyczyną formalną jest konieczność zajęcia wobec tego stanowiska 
i wynikające z tego wybory. Jedni dramatycznie pytają o regułę, inni ją 
definiują jako wolność od wszystkiego. Zaproponowaliśmy przyjęcie jako 
podstawy rozumienie człowieka jako osoby podmiotującej relacje wiary, 
nadziei i miłości (odpowiednio otwartości, oczekiwania i upodobnienia) 
(Gogacz). 
3. Przyczyna celowa - kierunki wytycza reguła porządkująca, norma. 
Czy będzie nią jakiś dany z zewnątrz określony umową ideał rozumu, czy też 
ideał życia bez cierpienia, czy wreszcie norma nadnatury - życia nad- 
przyrodzonego w Bogu? 
4. Przyczyna sprawcza powodująca działania wychowawców, to miłość. 
. 5. Przyczyna wzorcza - wzór Chrystusa, Jego miłości, albo niesprzeczny 
z Nim humanizm wynikający z metanoi, a więc zmiany myślenia. 
Dopóki istnieje zespół wartości, któremu tu poświęciliśmy tyle miejsca, 
to on będzie zakresem, w którym pedagogika specjalna będzie istniała 
i będzie miała sens i będzie miał sens jej rozwój - jako nauki o szczególnym 
wymiarze ludzkiej godności, miłości wynikającej z miłości Boga. 
Miłować Boga prawdziwie, całym umysłem, całym sercem, ze wszystkich 
sil, oznacza również miłować całe Jego dzieło stworzone. Wszystko wyszło 
z ręki Boga, cały wszechświat i każdy człowiek - bez żadnego wyjątku. 
(Drączkowski, s. 98) 
Człowiek nie poprzestaje na poznaniu świata stworzonego, jego piękna 
i doskonałości. Zaczyna dociekać przyczyn. Pyta o racje, o istotę rzeczy i ich cel. 
Człowiek zaczyna szukać prawdy o świecie stworzonym, o Bogu i o sobie. Tym 
samym wchodzi na drugi etap rozwoju, który Klemens Aleksandryjski nazywa 
etapem filozofii. Na tym etapie zapoznanie się z dorobkiem myśli ludzkiej jest nie 
tylko użyteczne, ale wręcz konieczne. (Drączkowski, s. 127) 
To jest NAUKA. 


(Nota: Pracę oparłem na obszernych cytatach. Dlatego, że zdaję sobie sprawę 
z trudnej dostępno
ci wielu z nich, a także, aby zarysowany obraz był bogaty 
Acis/o
cill my
/i cytowanych autorów. Omawianie tych my
/i w ich nieskażonym 
kształcie zajęłoby tyle samo miejsca, B odebrałoby im ich niezwyk/1I często precyzję.) 


71
>>>
POZNANIE OSOBY NIEPEŁNOSPRAWNEJ 


I 


ZŁOŻONE DO MATERIAŁOW MIĘDZYNARODOWEJ KONFERENCJI 
"TEATR LUDZI NIEPEŁNOSPRAWNYCH. TERAPIA CZY SZTUKA?", 
lOD120-22 PA1DZIERNIKA 1999 ROKU, STOWARZYSZENIE 
"TERAPIA I TEATR", ZAKŁAD DRAMATU I TEATRU KATEDRY 
TEORII LITERATURY, TEATRU I FILMU Ul 


W rozważaniu tym będziemy odwoływali się do terminów metafizyki 
- "ogólnej teorii rzeczywistości" (Krąpiec). "Znakiem używania rozumu jest 
zadawanie pytań pod adresem rzeczywistości" - czytamy u Mieczysława 
Krąpca. "Co to jest, skąd to jest, dlaczego jest? Są to pytania bardzo istotne, 
na które [m] odpowiada ludzkość przez wieki, coraz bardziej porządkując 
swoje poznanie". Ustalenie roli i wzajemnego stosunku poznania zmys- 
łowego i rozumu stanowi pierwszą trudność (Krąpiec, s. 14). .J 
Poznanie zmysłowe rejestruje to, co naprawdę w świecie jest i tak, jak 
jest. "Ono wiąże człowieka ze światem i pozwala nieustannie ustosun- 
kowywać się do zmiennej, ciągle płynnej rzeczywistości" (Krąpiec, s. 15). 
Dla Krąpca "poznanie zmysłowe zmiennego świata zwane DOKSA [m] jest 
wartościowe jako użyteczne dla ilustracji i zrozumienia sensów ogólnych, 
dla wychowania obywateli, dla zachowania społecznego ładu". Jednak 
prawdziwie wartościowe jest poznanie czysto rozumowe, całkowicie 
autonomiczne "od poznania zmysłowego istotnie niezależne i w stosunku 
do niego nadrzędne" (Krąpiec, s. 16). 
Mieczysław Krąpiec pierwszorzędną wartość przyznaje "poznaniu spon- 
tanicznemu" (Krąpiec, s. 18-19). Wydaje się, że w tym Krąpca "poznaniu 
spontanicznym" jesteśmy dość blisko "poznania przez upodobnienie" 
Maritaina, a więc "poznania poetyckiego" (por. Maritain [1], [2] i Woj- 
ciechowski [22]). 
Warto by może zastanowić się, jak te wyznaczniki pierwszych procesów 
poznawczych mają się do poznania osoby niepełnosprawnej. 
Od kolorytu poznania spontanicznego zależy, jak przebiegnie nasza 
dalsza refleksja. Pożyteczne tu może być przywołanie "pierwszej fazy 
metabolizmu informacyjnego" Antoniego Kępińskiego, w której to fazie 


72
>>>
Poznanie osoby niepelnosprawnej 


zapada decyzja wyboru drogi DO (Kępiński [2], [3]), na której dalej nastąpią 
inne fazy procesu poznania, na której będzie możliwa do skonstruowania 
rozumowego relacja osiowa "podmiot- przedmiot" (Krąpiec, s. 19) i wszys- 
tko, co z tego wynika. 
Może też zapaść decyzja drogi OD - ucieczki (Kępiński [2], [3]). Tu 
następne fazy procesu poznania nie będą możliwe - przynajmniej nie 
w kontakcie podmiotu z przedmiotem. Owszem, mogą tu zapewne powstać 
sądy oderwane od rzeczywistości - pewne ideologie - tu o niepełnospraw- 
ności, ale oderwane od tego, co gwarantuje poznanie zmysłowe - wiążące 
człowieka ze światem i "rejestrujące to, co naprawdę w świecie jest i tak, jak 
jest" (por. Krąpiec). 
Wyrażenie człowiek niepełnosprawny jest wyrażeniem jednoznacznym, 
abstrakcyjnym - uniwersalnym. Nic nam nie mówi o konkretnym rzeczywis- 
tym bycie tej oto osoby o istotnych treściach pozwalających ją odnieść do 
innych bytów podobnych, jako ludzi niepełnosprawnych. A "rzeczywistość 
dana nam do filozoficznego wyjaśniania jest konkretna, zmienna i dynamicz- 
na. [...] W poszczególnych (jednostkowo) istniejących bytach [...] nie 
realizują się jednoznaczne treści uniwersaliów (powszechników)". Każda 
z osób "ma swój własny, osobowy, niepowtarzalny sposób realizacji treści 
bycia człowiekiem (por. Krąpiec, s. 26). 
Wobec osoby niepełnosprawnej właśnie "niepełnosprawność", "śle- 
pota", "uszkodzenie mózgu" itp. należą do języka uniwersaliów. Nic nam 
nie mówią o konkretnej rzeczywistości poznawanej przez nas, począwszy 
od pierwotnego, uwikłanego w poznanie zmysłowe, spontanicznego 
poznania. 
Dostrzegamy odrębność, przyciąga nas jakieś dobro - odczuwamy 
skłonność, żal, radość, lęk - ale zawsze odnoszone do konkretnej osoby. 
Oczywiście łatwo jest ukryć się za językiem abstrakcyjnych uniwersaliów: 
oligofrenia, ślepota, mózgowe porażenie dziecięce, autyzm. Ale to nas 
odrywa od rzeczywistości, od tak bardzo uwydatnionych przez Mieczysława 
Gogacza relacji osobowych: otwartości, oczekiwania, upodobnienia - wiary, 
nadziei i miłości. 
W poznaniu osoby niepełnosprawnej ogromne znaczenie ma "koloryt" 
zwykłego ludzkiego życia. Jeżeli wychowujemy się w klimacie akceptacji 
innych - słabych - odrzuconych, to proces ten będzie łagodny, naturalnie 
akceptujący. Jeżeli zaś wychowujemy się w klimacie doskonałości formalnej, 
dążenia do konformizmu społecznego, konkurencji w dążeniu do osiągania 
idealnych norm, to pojawienie się tu osoby niepełnosprawnej będzie 
dramatycznym wyborem między postawą OD i DO. Taki dramatyczny, 
ambiwalentny wybór może cechować postawę rodziców. I tu jest ważne, jak 


73
>>>
Relllność 


oni są do tego przygotowani, jaki klimat społeczny im towarzyszy, tak, aby 
ich naturalny rodzicielski wybór wektora DO mógł "rozwijać się samoczyn _ 
nie", "bez wysiłku pokonując stojące na obranej drodze zapory poznania" 
(por. Krąpiec, s. 27). 
Z kolei ten spokojny kierunek spontanicznego poznania rozwija się 
prawdopodobnie naturalnie u rodzeństwa osoby niepełnosprawnej i to tym 
lepiej im różnica wieku jest mniejsza. W rodzinie powinna trwać "rozmowa" 
między rodzicami a dziećmi o niepełnosprawnym bracie czy siostrze, gdyż 
każde z uczestników tej rozmowy inaczej przeżywa spontaniczność swojego 
pierwiastkowego poznania (por. Dywal). 
Istnienie osób niepełnosprawnych, a wreszcie wynikające z tego istnienie 
słabości ziemskiej formy ludzkiego bytu, jako własności koniecznej, kon- 
stytutywnej człowieka, staje się koniecznością poznawczą. Koniecznie 
musimy poznać świat niepełnosprawności, gdyż jest on naszym układem 
bytowym, naszym układem rzeczy (por. Wojciechowski [13]). 
Koniecznie poznajemy nie jakieś niepełnosprawności oderwane, ale 
też ich idee - formy. Niepełnosprawność już sama w sobie implikuje 
tworzącą ją ideę - ideę braku czegoś. I przedmiotem naszego poznania 
koniecznościowego musi być pytanie, czy ta idea braku czegoś jest 
uzasadniona? I w jakiej mierze, w jakiej strukturze poznawczej będzie 
ona silna, a w jakiej słaba? 
M usimy zwrócić uwagę na dialog terapeutyczny. Z jednej strony my, tak 
dumnie i pospiesznie nazwani przez siebie samych sprawnymi, poznając 
świat niepełnosprawności wkraczamy w niego ze swoją "przemocą" 
- sprawstwem koniecznym (por. Krąpiec, s. 29). Jakie ono będzie? A to 
zależy od tego, na ile drążymy prawdę o tym świecie, czyli na ile uzgadniamy 
jego fakty z naszym rozumem. Jeżeli zacznie przeważać postawa OD - już 
dość, więcej nie chcę poznawać, jest to dla mnie niewygodne, to moja 
"przemoc" nie będzie oparta na realizmie, ale na ideologii - lepszej lub 
gorszej. Ale niepełnosprawny też koniecznie mnie poznaje, o ile ja nie 
wywołam dominującej u niego chęci ucieczki ode mnie. Jeśli trwa (więc 
trwamy oboje), to poznaje. I wkracza na drogi sprawczej "przemocy" wobec 
świata, którego jestem częścią. Inaczej nie może być. Poznanie i jego 
konsekwencje są koniecznością. 
Pedagogika specjalna z samego faktu swego istnienia jest dążeniem 
moralnym, które musi mieć jasno określony cel - dobro wszelkich dążeń 
człowieka. Ponieważ dobro w ujęciu podmiotowym może być różne, 
powstają różne drogi postępowania wobec niepełnosprawnych. Dlatego 
musimy tu bardzo jasno i skrupulatnie pytać o cele, które ostatecznie się tu 
realizują. Nie może być dobrem dla bytu unicestwienie tego bytu. Może ono 


74 


-
>>>
Poznanie osoby niepe/nosplawnej 


być jedynie dobrem dla unicestwiającego i to też z zastrzeżeniem, czy 
zbadaliśmy dostatecznie dokładnie cały stan rzeczy. 
Poznając osobę niepełnosprawną, a szerzej samo zjawisko niepełno- 
sprawności, najpierw spontanicznie decydujemy o kierunku DO czy OD, 
następnie stajemy wobec pojęć najpierw chaotycznych, potem poddajemy 
je porządkowaniu, za czym idzie czyn - przemoc wobec badanej rzeczywi- 
stOści - wektor NAD Kępińskiego (por. Kępiński [2], [3] i Wojciechowski 
[4]). Stajemy wobec decyzji moralnej wyboru środków odpowiednich do 
poszukiwanego dobra - celu życia. "Materiał" naszego poznania prze- 
twarzamy wobec przyjętych kryteriów. 
Widzimy tu więc rodzącą się różnorodność rezultatów procesów po- 
znawczych, tym bardziej, że w końcu są to decyzje osobowe. Jest to oparte 
na rozumie, a więc poddaje się dyskusji - rozmowie. Pomimo to jednak musi 
odbywać się w stałym kontakcie - zmysłowym z poznawanym stanem rzeczy. 
Tu ważne będzie zdanie sobie sprawy z tego, że i my jesteśmy sami 
podmiotami niepełnosprawnymi. I cokolwiek postanowimy, to będzie to 
dotyczyło nas nie tylko jako szafarzy aktów, ale też i odczuwających akty.
>>>
---
>>>
JEDNOŚĆ
>>>
I 
1 


.......
>>>
KONIECZNOŚC BYTOWA NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI 


REFERAT- - III SYMPOZJUM INTERDYSCYPLINARNE 
"ETYCZNE POSTĘPY REHABILITACJI", WARSZAWA. 
15 MARCA 2000, "POSTĘPY REHABILITACJI", 
AWF, T. XIV, z.4, PWN, WARSZAWA 2000 


Przyczyna materialna 


Na pierwszym miejscu procesu pedagogicznego jest człowiek. Ten, kto 
podlega terapii, ten, kto poddaje się procesowi terapeutycznemu, musi być 
nazwany z imienia i nazwiska. 
Pedagogika specjalna, w pewnym wymiarze, pojawiła się w historii 
ludzkości jako jakiś znak sprzeciwu wobec sytuacji osób, które właściwie 
były sprowadzone do niebytu, nie istniały jakby, były różnie postrzegane. 
Albo będziemy traktowali niepełnosprawnych jak inny gatunek ludzi, 
albo uznamy z góry ich człowieczeństwo tzn., że on jest takim samym 
człowiekiem jak ja. 
Osoby niepełnosprawne stały się przedmiotem zainteresowania nauki, 
stały się przedmiotem postrzegania społecznego i w konsekwencji zostały 
bardzo prędko podniesione do rangi podmiotów. 
Podmiot to znaczy ten, kto może powiedzieć "Ja" i pedagogika specjalna 
zaczęła badać okoliczności i życia podmiotowego tychże osób. Ta relacja 
równości jest niezwykle ważna. Otóż człowiek jako osoba jest realnie 
istniejącym bytem jednostkowym, jest rzeczywisty, istnieje i na to istnienie 
zwrócę tu jeszcze potem kilkakrotnie uwagę. Ten byt ma zdolność pod- 
miotowania relacji, które wyznaczają jego własności posiadane przez niego 
ze względu na swe istnienie, na swoją istotę. 
Jest to szczególna sytuacja bytu ludzkiego, o trudnej dla wielu do 
określenia zasadzie identyfikacji. 
Na istnienie możemy mieć wpływ, bo możemy zaprzeczyć istnieniu, 
możemy zabić po prostu; co więcej możemy zaprzeczyć istnieniu nie 
zabijając w sensie fizycznym, ale blokując wszystko inne, traktując jak byt 


79 


.......
>>>
Jfldno
ć 


żywy, ale bezrozumny, któremu jedynie trzeba zapewnić zgodne z jego 
warunkami fizycznymi schronienie i pożywienie. To też zaprzeczenie istnieniu 
w jakiś sposób. 
Rzeczy nie dzieją się w pustce, wszyscy istniejemy w jakimś społeczeń- 
stwie. Zawsze stajemy wobec decyzji wyboru i ta decyzja obciąża zawsze 
nasze sumienie. 


Przyczyna wzorcza 


Mamy przyczynę wzorczą, wzór. Ten wzór może być bardzo szeroki: pani 
Wanda Szuman, już nie żyjąca pedagog specjalny, jako wzór przyjęła 
Chrystusa, inni ludzie niewierzący jako wzór mogą przyjąć humanizm. 
Jednak jakieś bliższe badania i przyjrzenie się temu pokazują, że ten 
humanizm musi wyniknąć z przemiany, z jakiejś wewnętrznej przemiany, 
musi wyniknąć ze zmiany myślenia, która ma polegać na gotowości 
przyjęcia tego, co słuszniejsze, prawdziwsze, szlachetniejsze, co lepsze. Ten 
humanizm musi być bardzo bliski humanizmowi, który wynika ze źródeł religii. 
Taka jest obecna sytuacja pedagogiki specjalnej. 


Przyczyna sprawcza 


Poznając osobę niepełnosprawną, a szerzej samo zjawisko niepełnosprawno- 
ści, najpierw spontanicznie decydujemy o kierunku DO czy OD, następnie 
stajemy wobec pojęć najpierw chaotycznych, potem poddajemy je porządko- 
waniu, za czym idzie czyn - przemoc wobec badanej rzeczywistości (Krąpiec ) 
- wektor NAD Kępińskiego (Kępiński [2], [3] i Wojciechowski [4]). 
Stajemy wobec decyzji moralnej wyboru środków odpowiednich do 
poszukiwanego dobra - celu życia. "Materiał" naszego poznania prze- 
twarzamy wobec przyjętych kryteriów. 
Widzimy tu więc rodzącą się różnorodność rezultatów procesów po- 
znawczych, tym bardziej, że w końcu są to decyzja osobowe. Jest to oparte 
na rozumie, a więc poddaje się dyskusji - rozmowie i ustalaniu wspólnych 
celów. Powinno to jednak odbywać się w stałym kontakcie - zmysłowym 
z poznawanym stanem rzeczy. 
Tu ważne będzie zdanie sobie sprawy z tego, że i my jesteśmy sami 
podmiotami niepełnosprawności. I cokolwiek postanowimy, to będzie to 
dotyczyło nas nie tylko jako szafarzy aktów, ale też i odczuwających akty. 


80
>>>
Koniflcznośt bytowB niflpelnosprBwności 


Badając przestrzeń integracji osób niepełnosprawnych w społeczeństwie 
musimy zwracać uwagę na dwa cele - dobra: w porządku niepoznawczym 
i w porządku poznawczym. (n.) (zob. Wojciechowski [3]). 
Stajemy wobec niezwykle ważnego problemu. Wydaje się, że do- 
tychczasowe rozwiązania pedagogiczne integracyjne nie spełniają słusznie 
swego zadania. W kilku badaniach pojawiły się na to dowodY'. Potrzebne 
tu jest jeszcze głębsze niż dotąd przemyślenie problemu integracji 
szkolnej. Widać tu drogę zmierzającą do zupełnej przebudowy mentalności 
szkolnej i społecznej w niepodjętej dotąd poznawczo skali. (...) (zob. 
Wojciechowski [3]). 
Swięty Tomasz z Akwinu proponuje szczegółowy podział charakteru 
poznania: 
- speculabile - dotyczące czysto informacyjno-teoretycznego poznania 
człowieka; 
- agibile - przyporządkowane działaniu, usprawnione na roztropność, 
poznanie moralnościowe; 
- factibile - będące przedmiotem poznania twórczego jako twórczego 
(Krąpiec, s. 27). 
W obszarze poznania informacyjno-teoretycznego - speculabile - prze- 
ciwstawia się poznanie naukowe przednaukowemu. Opozycja ta rozgrywa 
się na biegunach spontaniczność-metodyczność; niezorganizowanie-zor- 
ganizowanie, nieuzasadnienie-proporcjonalne uzasadnianie stawianych tez 
(Krąpiec, s. 27). 
W poznaniu przednaukowym człowiek jest raczej bierny, a rzeczywistość 
go otaczająca działa na niego czynnie, powodując rozwój poznania. 
"Umysł w tym stadium rozwija się samoczynnie bez jakiegokolwiek 
uświadomionego kierunku, bez wysiłku pokonuje stojące na obranej 
drodze zapory poznania. Taka faza poznania jest przejawem zwykłego 
ludzkiego życia" (Krąpiec, s. 27). 
Tu w poznaniu osoby niepełnosprawnej ogromne znaczenie ma koloryt 
tego zwykłego ludzkiego życia (on) (por. Wojciechowski, Poznanie osoby 
niepe/nosprawne/). 
Poznanie zaś naukowe jest metodyczne, uświadomione i kierowane, 
a przez to jest poznaniem zorganizowanym, proporcjonalnie uzasadnionym 
i sprawdzalnym. "Nie znaczy to wcale, zastrzega Krąpiec, aby wymienione 
cechy wystąpiły w stanie doskonałym" (Krąpiec, s. 27-28). 


8 Prace magisterskie napisane pod kierunkiem A. Wojciechowskiego w Instytucie 
Pedagogiki UMK, które pokazują bezradność rodzic6w, szkoły wobec dziecka 
skutecznie wyalienowanego z grupy rówieśniczej wskutek nieprzemyślanej "integ- 
racji". 


81
>>>
Jednośt 


Charakterystyczne cechy poznania specu/abi/e - informacyjno-teoretycz- 
nego, św. Tomasz za Arystotelesem określa jako "rozum pokierowany tym, 
co jest poznawalne". Za najbardziej charakterystyczną cechę specu/abile 
uważano tzw. konieczność (Krąpiec, s. 27-28). Według tych, którzy stoją 
na gruncie realizmu ludzkiego poznania "fródłem konieczności, a zarazem 
tym, co tłumaczy samą konieczność jest odpowiedni układ bytowy, układ 
rzeczy" (Krąpiec, s. 27-28). 
I znów odkrywamy tu doniosłą rolę wektora DO poznawanego świata, 
który jest związany ze zmysłowym kontaktem z tym światem. (...) 
Idee, które Platon oddzielił od rzeczy, Arystoteles "wcielił" w samą rzecz 
i "nazwał formami będącymi zasadniczym elementem rzeczy - bytu" 
(Krąpiec, s. 28). 
Tak więc koniecznie poznajemy nie jakieś niepełnosprawności oderwane, 
ale też ich idee - formy. To niezwykle ważna uwaga: niepełnosprawność już 
sama w sobie implikuje tworzącą ją ideę - ideę braku czegoś. I przedmiotem 
naszego poznania koniecznościowego musi być pytanie: czy ta idea braku 
czegoś jest uzasadniona? I w jakiej mierze? W jakiej strukturze poznawczej 
będzie ona silna, a w jakiej słaba? 
"To forma, zwraca uwagę Krąpiec, nie będąca całym bytem, gdyż oprócz 
niej jest jeszcze materia współkonstytuująca bytowość - jest tym, co 
decyduje, że dana rzecz jest tym, czym, jest". Tylko więc forma - idea 
organizująca rzecz może być podstawą definicji rzeczy (Krąpiec, s. 28-29). 
"Forma rzeczy jest ujmowana przez pojęcia powszechne, ogólne. 
Poznanie więc koniecznościowe jest poznaniem ogólnym, powszechnym, 
ujmującym konieczne, formalne elementy rzeczy" (Krąpiec, s. 29). 
Do formy sprowadzają się inne przyczyny: materialna, sprawcza, celowa. 
Obok przyczyn wyróżniamy konieczności: wewnętrzne (materialną, formal- 
ną), zewnętrzne (hipotetyczną, czyli celową - dla danego celu jest konieczny 
pewien układ środków realizujących zamierzenie) i konieczność "przemocy", 
czyli konieczność sprawczą (Krąpiec, s. 29). 
Czyli za poznaniem idzie sprawstwo - "przemoc" wobec poznawanego 
stanu rzeczy. Pojawia się tu Antoni Kępiński ze swoim koniecznościowym 
wektorem NAD - człowiek, aby żyć musi narzucać swój porządek otaczają- 
cemu światu. M usi wprowadzać (pojęcie, które znajdujemy też u Erwina 
Schrodingera (Schrodinger) struktury "negatywnej entropii" (por. Kępiński 
[2], [3]). 
I tutaj musimy zwrócić uwagę na "dialog terapeutyczny" (por. Woj- 
ciechowski, Poznanie osoby niepelnosprawneJ1. 
Wszelkie ujęcie poznawcze rzeczy "a w następstwie tego jakieś prawo 
jest poznaniem koniecznościowym" (Krąpiec, s. 29). 


82 


.......
>>>
Koniecznośł bytowa niepelnosprBwności 


Agibi/e - ta kategoria poznawcza jest również poznaniem rozumowym, 
o ile rozum jest "pokierowany strukturami osobowo-bytowymi [...] uzasad- 
niającymi czyn moralny". "Rozum [...] ma za zadanie wskazać takie środki, 
które człowiek w sposób możliwie niepowątpiewalny połączy z obranym 
celem - dobrem" (Krąpiec, s. 30). 
Tak więc dziedzina moralności ludzkiej "sprowadzałyby się [...] do 
ujrzenia celu życia ludzkiego, który jest zawsze powszechnym dobrem 
wszelkich dążeń człowieka, oraz do świadomego i wolnego jego akcep- 
towania, tudzież wyboru tych środków, które mogą doprowadzić do celu" 
(Krąpiec, s. 30). 
Pedagogika specjalna z samego faktu swego istnienia jest dążeniem 
moralnym, które musi mieć jasno określony cel - dobro wszelkich dążeń 
człowieka. Ponieważ dobro w ujęciu podmiotowym może być różne, 
powstają różne drogi postępowania wobec niepełnosprawnych. Dlatego 
musimy tu bardzo jasno i skrupulatnie pytać o cele, które ostatecznie się tu 
realizują. Nie może być dobrem dla bytu unicestwienie tego bytu. Może ono 
być jedynie dobrem dla unicestwiającego i to też z zastrzeżeniem, czy 
zbadaliśmy dostatecznie dokładnie cały stan rzeczy. 
Agibi/e przeciwstawia się passibile. 
,,Agere (działać) i pali (doznawać), to dwie przypadłości - kategorie 
integrujące przyczynowanie sprawcze, dokonujące się poprzez ruch". 
Wynikiem jest zaistnienie nowego bytu poprzez sprawcze działanie (Krą- 
piec, s. 30). 
To sprawcze działanie może mieć na względzie dwa kresy odniesienia: 
- punkt wyjścia od przyczyny sprawczej, 
- punkt dojścia - przemienienie podmiotu, w którym kształtuje się 
nowy skutek (Krąpiec, s. 30). 
Patrząc od strony przyczyny sprawczej możemy mieć sprawcze działanie 
bez zaistnienia nowego skutku w kresie tego działania oddzielonym od 
podmiotu przyczynującego. Tym będzie kontemplacja prawdy, wizja intelek- 
tualna (Krąpiec, s. 30-31). Zatem sprawstwo w porządku moralnym może 
zatrzymać się na wytworzeniu określonego stanu umysłów wobec zjawiska 
słabości-inności-niepełnosprawności. Skutkiem jest sam akt poznania. 
W ten sposób dla zaistnienia przyczynowania sprawczego nie jest 
konieczne osiągnięcie kresu doznawania (palI) materiału, podłoża, ku 
któremu ruch poznający jest skierowany (Krąpiec, s. 31). 
Mamy tu, ale także i wówczas, gdy oddziaływujemy na cel naszego 
poznania, do czynienia z "wolnymi aktami immanentnymi wyłonionymi lub 
nakazanymi przez rozum i wolę". Sam człowiek, o ile jest wolną przyczyną 
swoich aktów, jest tożsamy z agibi/e (Krąpiec, s. 31). 


83
>>>
Jedność 


Człowiek działa jako istota rozumna, dlatego dla istnienia agibile 
potrzebny jest rozum, który kieruje nas do połączenia się z celem - dobrem. 
Jest to roztropnością, która nakazuje woii "wytwarzać akty łączące człowieka 
z celem jego życia" (Krąpiec, s. 31). 
Cała moralność leży w wyborze takich środków, które człowiek wiąże 
z wybranym celem. "Problem zaś wyboru celu dla moralności jest [...] 
ponadmoralny, dlatego dla moralności jest czymś fundamentalnym. Cel 
decyduje w ogóle o sensie życia, moralność zaś dotyczy wyboru skutecznych 
środków, które są zdolne wiązać człowieka z celem jego życia, a przez to 
z powszechnym dobrem" - konkluduje Krąpiec (Krąpiec, s. 31). 
Factibile - jest konstrukcją (twórczością) poznawczą. Jest to czynność 
formowania, konstruowania obrazu rzeczy przez podmiot poznający. Tworzy 
się obraz zastępczy, który jest "odbiciem obiektywnego, aspektywnego 
stanu rzeczy". Ten zastępczy obraz w naszym zwykłym poznaniu tworzy się 
spontanicznie, aby umożliwić nam osiągnięcie prawdy. Jednak tu człowiek 
ma możność czynnego wkraczania w swoje konstrukcje poznawcze i może 
przyjąć inne kryteria (nie tylko prawdziwościowe) swej twórczej konstrukcji. 
Może to być modyfikacja materiału poznawanego pod kątem na przykład 
komizmu, tragizmu, czy inne - zauważa Krąpiec (Krąpiec, s. 31). 
Tak więc samo poznanie jest w swoim końcowym tworze modyfikowane 
przez zamiar i wolę człowieka. Nadajemy odpowiednią dla naszych zamiarów 
barwę naszemu poznaniu. Mogą to być też, czytamy u Krąpca, wartości 
artystyczne lub techniczne (Krąpiec, s. 31). 
W poznaniu factibile konstruujemy pojęcia - plany w stosunku do 
obranego przez siebie kryterium (Krąpiec, s. 32-33). Tworzymy nowe 
pojęcia - idee w stosunku do obranego przez siebie kryterium w oparciu 
o obiektywną rzeczywistość (Krąpiec, s. 33). 
"Trójczłonowy [.u] typ poznania [...] specu/abile, agibi/e i factibile 
stanowi [u.] zasadniczą podstawę rozumienia głównych kierunków roz- 
wojowych ludzkiego poznania i kultury" (Krąpiec, s. 33). 
Widzimy tu więc rodzącą się różnorodność rezultatów procesów po- 
znawczych, tym bardziej, że w końcu są to decyzje osobowe. Jest to oparte 
na rozumie, a więc poddaje się dyskusji - rozmowie i ustalaniu wspólnych 
celów. Powinno to jednak odbywać się w stałym kontakcie - zmysłowym 
z poznawanym stanem rzeczy. 


84
>>>
Koniecznolł bytowlI niepe/nosprllwnolci 


Przyczyna celowa 


Człowieczeństwo konkretnego człowieka, to pewien zestrój momentów, lub 
aspekt istoty indywidualnej, dzięki którym jednostka jest człowiekiem (...). 
Określona jednostka posiada zespół kwalifikacji (treści), dzięki którym jest tym 
oto niepowtarzalnym indywiduum. Ta istota indywidualna jednostki ludzkiej jest 
podstawą ścisłej jedności i ciągłości tego, co do niej należy; jest treścią 
bezpośrednio kwalifikującą to, co w jednostce pełni rolę podmiotu cech, jest jej 
naturą konstytutywną, stanowi jedność harmoniczną momentów składających 
się na indywidualność jednostki. (Encyklopedia..., szp. 907) 
Strukturę psychiczną człowieka konstytuuje również świadomość moralna 
(sumienie), częściowo nabyta, wychowana autokrytyczna zdolność do 
moralnego wartościowania, zwłaszcza własnego postępowania i przeżywania 
poczucia winy (Encyklopedia..., szp. 900). 
Dziecko niepełnosprawne, niezależnie od stopnia upośledzenia, uczest- 
niczy w tej świadomości moralnej. Pytania, nierzadko bardzo gwałtowne, 
które kierują do nas "nasze dzieci" brzmią - powiedz! jaki jestem? czy 
jestem dobry? czy kochasz mnie jeszcze? 
Mogą one być wyrażane różnymi sposobami, ale są stawiane. 
Pojawiają się sytuacje wybory: dwóch chorych, a jeden lek. Jednym 
z tych dwóch jest człowiek głęboko upośledzony. Kogo wybrać? Czy osoba 
niepełnosprawna jest takim samym człowiekiem, jak ja? Kwestia ta pojawiła 
się w 1976 roku na jednym z sympozjów (Człowiek...). 
Z jednej strony będzie to perspektywa brakowości, skrajnie określona 
przez Tadeusza Kielanowskiego: _lekarz nie jest obowiązany i nie chce 
przedłużyć życia istoty, która wprawdzie zachowała zewnętrzne kształty 
ludzkie, lecz nie ma ludzkiej świadomości, ludzkiego życia psychicznego" 
(Człowiek..., s. 19). A z drugiej - perspektywa równowagi podmiotowej 
- pewnej "homeostazy słabości", gdyż opartej na relacjach wzajemnego 
daru: "Człowiek jest realnie istniejącym bytem jednostkowym, ducho- 
wo-cielesnym, podmiotującym relacje wyznaczone przesz własności, które 
posiada on ze względu na swe istnienie i ze względu na swą istotę" 
(Gogacz, s. 7). 
W procesie terapii skutkiem jest sam przebieg. Jest to działanie 
przyczyny stawania si, skutku. czy też przyczyny trwania skutku 
(Krąpiec, s. 400). Nie wolno naruszać go stereotypową rotacją, czy 
wyznaczaniem terminów dla zakończenia terapii. Trzeba zgodzić się z tym, 
że sukcesem będzie trwanie procesu terapii w tym samym środowisku, aż do 
końca, czyli śmierci. Polegać to będzie na tym, że z niebytu i chaosu 
wydobywamy niepełnosprawną osobę ku "przestrzeni bezpiecznej", która 


85
>>>
Jedność 


musi po prostu trwać. I nie będzie to wcale "degradacją" ośrodka terapii 
zajęciowej w "ośrodek stałego pobytu". Nie - to będzie właśnie specyficzny 
przebieg terapii zajęciowej. 
Doroszewska ostrzega: "stałe zmiany uzależnień od różnych osób, to stałe 
zbyt trudne warunki dla układu nerwowego, dla jego zdrowia i równowagi 
psychicznej". Nasze specjalne dzieci, pisze ona, znają aż nadto dobrze takie 
sytuacje nagłego nieraz wyrwania z domu, np. ze szpitala, nagłego poczucia 
się niczyimi, niepotrzebnymi i nie związanymi z żadnym utrwalonym sy- 
stemem pojęć, zwyczajów, poglądów, zdane na siebie i tych, od których zależą 
tak mocno, jak mało które normalne dziecko jest zależne (Doroszewska). 
W materiałach stowarzyszenia "Vivre avec la maladie", dr Bernard Wary 
mówi: "Gdy medycyna nie ma już mocy leczenia, gdy lekarz uformowany do 
tego, aby leczyć, znajduje się w sytuacji przegranego, chory pozostaje 
żyjącym, który potrzebuje pomocy i ulgi, co stawia problemy etyczne, 
psychologiczne, socjologiczne" (Vivre... [1]). 
Doktor Paul Milliez: "taki, jaki jestem, chcę jeszcze żyć z wami, czy 
możecie to zrozumieć i zaakceptować i pomóc mi, abyśmy podjęli tę próbę?" 
(Loubiere [4]). 
Claudine Loubiere: "Każdego dnia trzeba odnawiać kontrakt życia" 
(Loubiere [4]). 
Biskup Viinet: "rodziny osób niepełnosprawnych są często pierwszymi, 
które kochają i bronią swoich dzieci" (Bourdarias). 
Jean Rostand zapytał, czy "społeczeństwo, które oczyszcza się poprzez 
usuwanie chorych, nienormalnych, ludzi z marginesu, będzie jeszcze 
społeczeństwem ludzkim?" (Loubiere [4]). 
Claudine Loubiere: "Poddani opiece i opiekujący się będą mogli stać się 
bardziej szczęśliwymi twórcami harmonijnego porządku, w którym wartość 
życia przeważy nad wartością śmierci, wówczas, gdy w rozumieniu 
społecznym miłość, termin odesłany przez aktualną modę moralną do 
repertuaru naiwniaków, przeważy nad potrzebą możliwości śmierci bez 
zdania sobie z tego sprawy" (Loubiere [1]). Dla Claudine Loubiere tą siłą 
przewartościowującą stała się wiara w miłość Boga. 
Całkowite potępienie niepełnosprawności i choroby. Wydaje się, że 
tłem odrzucenia jest wizja świata, w którym może nie być słabości, 
cierpienia. Swoista wizja szczęścia, to jedna strona tego tła. Inna, to 
problem środków na pomoc. 
Postulat eliminacji słabych, "źle uformowanych" i chorych jest groźbą 
dla cywilizacji. 
Claudine Loubiere podaje w materiałach stowarzyszenia "Vivre avec la 
maladie", że w maju 1990 roku delegat Komisji Europejskiej, zajmującej się 


86 


-
>>>
Kon;ecznośt bytowB niepelnosplBwnośc; 


problemami rehabilitacji jasno przedstawił program na przyszłość: wysiłki 
powinny zmierzać w kierunku rehabilitacji niepełnosprawnych, którzy będą 
mogli wpisać się w strukturę i programy formacyjne. Jeśli idzie o innych 
ciężko niepełnosprawnych chorych, będą oni niestety pozostawieni swoim 
rodzinom. 
Sądzę, że temu poglądowi, temu kierunkowi podejmowania rehabilitacji 
tylko tych osób, które będą mogły stać się "użyteczne społecznie", musimy 
się przeciwstawiać ze wszystkich sił, gdyż godzi on w samą zasadę terapii 
i pedagogiki specjalnej. 
Zmiany są potrzebne, ale wewnątrz bezpiecznej przestrzeni. 
Cecha stałości jest tu niezwykle ważna. 
Budowa terapii dla niepełnosprawnych, to budowa terapii społeczeństwa.
>>>
TWÓRCZOŚĆ W ŻYCIU LUDZI UPOŚLEDZONYCH 


"SZKOŁA SPECJALNA", NR 2 (127), 1985 


W skierowanym do mnie liście, redakcja zadała między innymi takie 
pytania: Czy dzięki sztuce ludzie w jakiś sposób upośledzeni mogą łatwiej 
odnaleźć się w społeczeństwie? Czy także w życiu ludzi obarczonych 
kalectwem pragnienie twórczości odgrywa dużą rolę? 
Ukrywa się za nimi następne, o wiele szersze i poważniejsze: Jaka jest 
rola sztuki w życiu człowieka, jaka jest rola twórczości? Na drugą część tego 
pytania odpowiada w swoich pismach Antoni Kępiński 7 . Wprowadził on 
teorię metabolizmu informacyjnego. 
Terminem "metabolizm informacyjny", jak pisze prof. Eugeniusz Brzezicki 
w przedmowie do książki Kępińskiego Melancholia, Kępiński "określa 
podstawowe zjawisko życia. [...] Ustrój [...], aby zdobyć energię potrzebną 
do życia, musi orientować się w otaczającym go świecie, dlatego już na 
najniższych szczeblach rozwoju - obok metabolizmu energetycznego 
- pojawia się metabolizm informacyjny, który polega na wymianie informacji 
między ustrojem, a środowiskiem" (Kępiński [2], s. 4, 170-269). 
Życie człowieka rozgrywa się pod działaniem trzech wektorów: "do", 
"od" i "nad". Wektor "do", to wektor miłości, wektor "od" to kierunek 
odejścia, oddalenia, przeciwny wektorowi "do" (chciałbym tu uniknąć 
nazwania go "wektorem nienawiści", bo mogłoby to okazać się zbyt 
wielkim i nieuzasadnionym uproszczeniem). Wreszcie wektor "nad", wektor 
twórczości, podporządkowania sobie otaczającego świata, uporządkowania 
go na swój sposób, "na obraz i podobieństwo swoje" (por. Kępiński [2], 
s. 63, 217 i n., [3], s. 176, 177). Droga człowieka w świecie jest drogą 
realizacji przez człowieka "negatywnej entropii" (por. Kępiński [2], s. 58, 


7 Profesor Antoni Kępiński (1918-1972) - myśliciel, lekarz, psychiatra, wostat- 
nich latach życia kierownik kliniki psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie. 
Autor książek: Psychopatologia nerwic. Schizofrenia, Z psychopatologii Życia 
seksualnego. Melancholia, Lęk Psychopatie, Podstawowe zagadnienia współczesnej 
psychiatrii, Poznanie chorego. Rytm życia (por. A. Jakubik, J. Masłowski, Antoni 
Kępiński - człowiek idzie/o, PZWL, Warszawa 1981). 


88
>>>
--r- 


Twórczośt w życiu ludzi upośledzonych 


63,83,91,122, 177-178, [3], s. 105,140, 165, 216, 217, 221-222, 226), 
czyli nadawania swoim czynom i otoczeniu swoistego porządku. 
Sam Kępiński pisze dalej: "Różnica gatunkowa między człowiekiem, 
a najwyższym i nawet zwierzętami tkwi właśnie w metabolizmie informacyj- 
nym, a nie energetycznym. I w nim też głównie dokonuje się ewolucja 
człowieka. W ciągu całego życia człowieka, a nie tylko w jego młodości 
tworzą się nowe struktury czynnościowe metabolizmu informacyjnego. 
Dzięki temu człowiek stale się rozwija" (Kępiński [2], s. 129). Mamy dwa 
prawa biologiczne, pisze Kępiński, prawo zachowania życia i prawo 
zachowania gatunku. "Jeśli pierwsze prawo wyzwala postawy egoistyczne, 
własne życie bowiem trzeba zachować za wszelką cenę, to drugie prawo jest 
raczej altruistyczne, chodzi tu o życie gatunku i nieraz własne życie dla tego 
celu się poświęca. [m] U istot wyżej zorganizowanych cel drugiego prawa 
obejmuje też opiekę nad potomstwem" (Kępiński [2], s. 171, 172). 
"Metabolizm informacyjny człowieka jest znacznie bogatszy niż jego 
potrzeby biologiczne, toteż biologiczna hierarchia wartości, już nie wystarcza" 
(Kępiński [2], s. 92). "Każda żywa istota [m] realizuje swój plan genetyczny 
poprzez wymianę energii i informacji ze swoim środowiskiem. W zależności 
od warunków środowiskowych możliwości planu genetycznego kurczą się 
lub rozszerzają" (Kępiński [3], s. 140). 
Wracając do trzech wspomnianych wektorów: "Otoczenie, które umoż- 
liwia realizację postawy "nad" jest otoczeniem przyciągającym, a to, które, 
uniemożliwia jej realizację, jest otoczeniem odpychającym, od którego 
człowiek chce uciec lub je zniszczyć" (Kępiński [2], s. 63). Twórczość 
realizuje się w pracy (Kępiński [2], s. 58). 


Pracownik zamiatający ulicę też ma poczucie aktu twórczego, gdyż prze- 
kształca część swego otoczenia według własnego planu, a więc zmienia je "na 
obraz i podobieństwo swoje", co jest istotą, jak się zdaje każdej twórczości, 
niezależnie od tego, czy przekształcanym materiałem jest ulica zamiatacza, czy 
marmur rzeźbiarza, płótno malarza, czy czysta kartka papieru, którą trzeba 
zapełnić słowami, czy ludzie, których trzeba wychować, wyleczyć itd. (Kępiński 
[3], s. 214) 
Jest to bodaj najważniejsze zdanie w sprawie, którą się zajmujemy. 
Twórczy i świadomy wysiłek życia polega właściwie na tym, że wciąż 
pokonuje się nowe trudności. Ludzie pozbawieni tego wysiłku - określonego 
[on] jako świadoma negatywna entropia, w przeciwieństwie do negatywnej 
entropii zasadniczych procesów biologicznych, która dokonuje się bez udziału 
świadomego wysiłku są otoczeni pustką, ich zespolenie z otoczeniem rozluźnia 
się, gdyż przechodzą przez nie zbyt gładko, nie usiłują go przekształcić. 
(Kępiński [3], s. 222) 


89
>>>
JBdnoJć 


Człowiek nie może obejść się bez pracy. "W niej bowiem realizują się 
jego transcendentne tendencje. Nie mogąc tworzyć, zaczyna niszczyć" 
(Kępiński [3], s. 216). 
Bardzo dramatycznym potwierdzeniem tych słów była reakcja Tadzia 
Gapińskiego, o którym tu będzie jeszcze mowa, gdy był świadkiem (na 
którego mało kto zwracał chyba uwagę) dyskusji o tych tu problemach. 
W pewnej chwili z wielkim przejęciem powiedział: "A kto zwolnił człowieka, 
który mniej może, od wysiłku, może nawet większego od innych? Nie wolno 
zaprzestać wysiłku". I tego chłopca, jak mówi matka, z trudem kiedyś 
przyjęto do szkoły specjalnej. 
Człowiek musi dążyć do celu - może dokonać tego w przestrzeni 
otwartej, pozwalającej na realizację postawy "nad" (Kępiński [2], s. 83). 
Jeżeli więc zgodzimy się (także z Kępińskim), że dla rodziców wy_ 
chowanie dziecka jest celem twórczym, realizacją ich postawy "do" i "nad" 
względem świata, postawy miłości i twórczości, to, gdy zajmujemy się 
dzieckiem upośledzonym, pokazujemy rodzicom, że można nim się zająć, że 
warto, pokazujemy im najdrobniejsze sukcesy w rozwoju dziecka, cieszymy 
się nim wraz z nimi, to spełniamy społeczny postulat współżycia, współ- 
tworzenia, a także postulat ochrony gatunku. Nie zapominając, że i rozwój 
dziecka może się nam nagle objawić. 
"Brak perspektyw przyszłości sprawia, że człowiek staje wobec pustki. 
Nic już w życiu go nie czeka, nic nowego się nie zdarzy, niczego 
już się nie dokona, życie dopełniło się - consummatum est" (Kępiński 
[2], s. 25). 
Kępiński mówi jeszcze o lęku. Aby stwarzać nowe struktury, trzeba 
przezwyciężyć lęk nieznanego. Zwyciężyć siebie. Z kolei nie można odrzucić 
lęku, który dla życia jest tak potrzebny, jak ból (Kępiński [1], s. 54 i n.). 
Być może tu gdzieś zbliżamy się do zrozumienia zjawiska sztuki, która 
byłaby pewnie przełamaniem lęku, oswojeniem się z otaczającym światem, 
zbliżeniem się do niego. Nie wiem, gdzie postawić granicę między szerszym 
obszarem sztuki a węższym obszarem poczucia piękna. Granica ta zapewne 
istnieje. Kępiński o pięknie pisze tak: 
Nie wiemy na razie, czym jest poczucie piękna, ale przypuszczać należy, że 
nie tylko człowiek jest nim obdarzony, że mają je w jakiejś formie zalążkowej 
istoty żywe, stojące w rozwoju ewolucyjnym nawet znacznie niżej od człowieka. 
I ta właśnie tendencja do miłości i piękna, wynikająca z dążenia do zaspokojenia 
drugiego celu życiowego (zachowania życia gatunku), jest motorem rozwoju 
świata symbolicznego, sfery duchowej życia. (Kępiński [1], s. 54 i n.) 
(...) "Dotykaniu świata", przekraczaniu granicy "ode mnie - do 
otoczenia" towarzyszy lęk. Im większa wrażliwość, tym większy lęk. Większa 


90
>>>
Twórczość w życiu ludzi upośledzonych 


jasność widzenia dramatu świata, jego zagrożeń, jego niepojmowalności 
musi sprowadzać większy lęk. (...) 
Poznałem Jacka S., schizofrenika, który pisał wiersze 8 : 


Czemu cieniu odjeżdżasz 
ręce złamawszy na pancerz... 
Ja odchodzę gdzieś w próżnię 
I dziwię się, że ludzie zgodzili się 
mieć nadzieję na lepszą przyszłość 
Tak, Bóg jest wspaniały 
ale najwspanialsza jest przyszłość istnienia. 


ZACHWYT 


Pomiędzy polne uciekam łany 
Wśród natłoku kwiecia swobodnie 
krążę. 
Z radością łykam powiew kochany 
Który niesie wiatr co usta 
wiąże. 
Jestem jak człowiek miłością 
Pijany 
Kiedy pobiegnę błękitnego lasu 
skrajem 
Co rok na niebie witam bociany 
Tak się zachwycam swoim własnym 
Krajem. 
Po jakimś czasie spotkał mnie, gdy był leczony dość intensywnie. 
Spokojny, pogodny, zaczął rozmowę. Zapytałem, czy pisze wiersze? Nie. 
Gdy zażywa lekarstwa, nie pisze wierszy. Po chwili milczenia dodał: - Jak 
zaczynam pisać wiersze, to znaczy, że zbliża się choroba. Kolejna tajemnica. 
TwórczoŚć na granicy przygłuszenia lekami i nieopanowanego stanu choroby. 
Pytania się mnożą: Czym jest twórczoŚć, rysowanie dla dziewczynki, dla 
której postawienie prostej kreski, ba, utrzymanie ołówka, jest problemem? 
Dziewczynka, jak pokazują badania, o normalnie rozwiniętej inteligencji, 
o motywacji powyżej normy. 
Czym jest, czy w ogóle będzie czymś rysowanie, usiłowanie rysowania 
u dziecka z mongolizmem? 
Chłopiec z porażeniem mózgowym, po dwugodzinnym pobycie wśród 
innych podobnie chorych dzieci, w czasie którego nakłaniany był przez 
matkę i osoby prowadzące zajęcia do trzymania pędzelka w ręku, proszony 


8 Wiersze Jacka Sieniutowicza zamieszczone w piśmie studentów Wydziału 
Sztuk Pięknych UMK w Toruniu "Wysztukaniec", nr 1, wydawanego w latach 
1980-1981. 


91
>>>
Jednolć 


o postawienie kolorowej plamy, gdzie pozwalano mu palcami mazać po 
kartce papieru, wtedy, gdy zaczęto go ubierać w płaszczyk - bo czas wracać 
do domu - ryknął płaczem. A cały czas siedział prawie apatyczny, 
mechanicznie posłuszny prośbom i nakłanianiom otoczenia. 


Z pracą z ludźmi upośledzonymi zetknąłem się przez Panią Wandę 
Szuman, znanego pedagoga, która życie swoje poświęciła ludziom upo- 
śledzonym. Swoim zwyczajem "ustrzeliwania" ludzi sobie potrzebnych, 
"ustrzeliła" i mnie. Potrzebowała konsultacji plastyka. Opiekowała się 
wówczas (1975 rok) między innymi Ewą Marią P. (...) z Bydgoszczy, 
sparaliżowaną, cierpiącą na epilepsję. Władała ona tylko jedną ręką i ruszała 
głową. Pozbawiona stałej pomocy lekarskiej (w mieszkaniu było brudno 
i grasowały koty - jej przyjaciele i obiekty jej trosk i przygód, i dlatego 
lekarze nie zawsze chcieli tam zaglądać), gdy czuła zbliżający się atak, sama 
sobie robiła zastrzyki, jedną zardzewiałą i brudną igłą, tą samą, nigdy nie 
gotowaną strzykawką. Otoczenie prosiła o luminal, który miał ją chronić 
przed atakami epilepsji. Sama obsługiwała swoje potrzeby fizjologiczne przy 
pomocy matki, blisko BO-letniej staruszki. Zachorowała tuż przed maturą, 
którą zdawała w łóżku. I już nie wstała. Przez 30 lat. 
Wybitnie inteligentna. Zawsze lubiła rysować. Pani Szuman dostarczała 
jej co mogła: stare albumy brajlowskie, na kartkach których rysowała, nawet 
niezużyte nalepki na butelki, które mają tę cechę, że jedna strona jest czysta. 
I właśnie taką nalepkę Wanda Szuman wyciągnęła z torebki i pokazała mi, 
prosząc, abym skonsultował pracę Ewy. Na owalnej nalepce była słodka 
główka kobieca, taka, jaką to rysują często dziewczynki. Dostrzegłem jednak 
jakąś drapieżność w tym rysuneczku. Pojechałem więc do Bydgoszczy. 
Pokazano mi właśnie te bloki brajlowskie, zapełnione słodkimi główkami 
kobiecymi i bardzo złymi karykaturami męskich twarzy. (Złe - oznacza tu 
schematyczne, powtarzające się obrazy, bez próby pogłębionego spojrzenia). 
Zorientowałem się wszakże, że mam do czynienia z osobą inteligentną 
i odważną. Z całej masy rysunków wybrałem kilka i powiedziałem: tu można 
by się czegoś dopatrzyć, mają w sobie jakiś charakter, reszta do niczego. 
Byłem uparty. Gdy przyjechałem następnym razem, czekała na mnie nowa 
porcja głów (Ewa rysowała tylko głowy). Nieco lepsze, mniej schematyczne. 
Oczywiście moje uwagi dotyczyły też rodzaju narzędzia, sposobu jego 
stosowania, rodzaju papieru itp. Miała miejsce podobno bardzo ostra selekcja. 
Ewa pracowała bardzo wiele. Pewno musiała. Postępy robiła bardzo 
szybko. Pracowała nocami przy silnej żarówce. Inżynier Słowiński z Ośrodka 
Rehabilitacji Niewidomych w Bydgoszczy założył jej skomplikowaną 


92 


-
>>>
TwórczoAł w życiu ludzi upoAledzonych 


instalację elektryczną i sygnalizacyjną. Skonstruował jej też pulpit do 
rysowania. Pierwszą wystawę prac Ewy urządzono w Bibliotece Uniwer- 
syteckiej w Toruniu. Wiele wysiłku włożyły tu panie Hieronima Pawelska 
(obecnie na emigracji po internowaniu) oraz Cecylia Wiśniewska. Zakup 
prac z tej wystawy stał się możliwy dzięki temu, że z inicjatywy dyrektora 
biblioteki dr. B. Ryszewskiego zorganizowano tam dział gromadzenia prac 
ludzi kalekich. Sprzedaż prac Ewy stała się kolejnym problemem. Oburzona, 
nie chciała przyjąć pieniędzy. Co się wreszcie okazało? Pracowała tak wiele 
po to, aby jej prace mogły być rodzajem cegiełek wręczanych tym, którzy 
wniosą jakiś wkład do budowy Centrum Zdrowia Dziecka. Po długich 
targach zgodziła się na to, aby zrobić dwa albumy z jej pracami i przesłać do 
Centrum Zdrowia Dziecka. Pieniędzy jednak nigdy nie przyjęła. Wpłacone 
na książeczkę PKO zostały zużyte w końcu na koszty jej pogrzebu. 
Ewa bała się domu opieki i szpitala. Bała się, że ograniczą tam jej 
swobodę, że będzie musiała poddać się rygorom, które uniemożliwią jej nie 
tylko twórczość, ale i życie (podobne lęki miała i Stanisława Przybyszewska). 
Miała już za sobą doświadczenia szpitalne. Jej doba była odwrócona. 
Pracowała nocami. Po jakimś czasie zmarła matka Ewy. Została sama. Nadal 
nie chciała słyszeć o domu opieki. Wymagało to zorganizowania się wielu 
osób, które by jej pomagały. Udało się załatwić dyżury siostry PCK. 
Interweniowaliśmy aż u wicemarszałka sejmu H. Skibniewskiej. Kilkakrotnie 
wszakże musiałem z Torunia wzywać do niej bydgoskie pogotowie (miała 
przy łóżku telefon i alarmowała mnie w Toruniu, gdy przychodziły ciężkie 
ataki). Czasem musiałem korzystać z pośrednictwa milicji. Wreszcie, po 
wielu perswazjach udało się nakłonić ją do zgody na umieszczenie w domu 
opieki w Toruniu, gdzie miałaby zapewniony stały kontakt z Panią Wandą 
Szuman i ze mną. Dzięki wysiłkom rektora U M K, prof. R. Bohra i lekarza 
wojewódzkiego, dr. B. Stankiewicza znalazło się tam dla niej miejsce. 
W dniu, gdy wszystkie konieczne decyzje zostały podpisane zmarła. Smierć 
jej poprzedziło wielotygodniowe zaparcie, następnie gwałtowne rozwol- 
nienie. (Alarmowani przeze mnie lekarze nie chcieli uwierzyć w tak 
długotrwałe zaparcie.) Przy rozwolnieniu lekarz zostawił na stole receptę na 
sulfaguanidynę. Przyczyną śmierci było prawdopodobnie odwodnienie 
organizmu. Zmarła w mojej obecności, bez opieki lekarskiej, której nie 
potrafiłem, pomimo wysiłków, zorganizować. Do szpitala, jako chorej 
chronicznie nie chciano jej przyjąć. Zdaje się, że wszyscy byli zbyt 
przyzwyczajeni do jej choroby, aby przejąć się rozwolnieniem. Być może 
było też tu jakieś poczucie bezsilności. Przekonanie, że ten oto człowiek i tak 
już jest po drugiej stronie i cokolwiek zrobimy, to i tak nic nie pomoże. Może 
też jakiś paraliż woli, będący częścią jakiegoś szerszego, poczucia bezsensu 


.. 


93
>>>
JlłdnoA
 


nierutynowych wysiłków. Choroba społeczeństwa. Trudno zrozumieć ten 
splot bezsilności, który złożył się na śmierć Ewy P. [...]. Najbliższa rodzina 
też nie potrafiła unieść tego ciężaru. 
I to wszystko. Zostawiła setki prac. Ostatnie były już na wysokim 
poziomie. Czym była dla niej twórczość? Często powtarzała: gdy byłam 
mała, to śniło mi się niebo. Był to pokój pełen czystych kartek do zarysowania. 
Później, gdy była chora i sama, to te głowy, które rysowała, były jej 
towarzyszami. To byli stworzeni przez nią samą jej przyjaciele. Każdej z tych 
głów przydawała jakiś charakter, była to osoba zła lub dobra, kapryśna lub 
spokojna. Żyła z nimi i trudno było jej się z nimi rozstać. W ostatnich 
rysunkach pojawiły się biedne, zaniedbane dzieci. Były też rysunki oświęcim- 
skie. Dopiero w ostatnich rysunkach głowy mężczyzn przestają być złymi 
karykaturami. Zaczynają mieć charakter. Jeśli chodzi o obserwację ruchu 
głowy, to w pewnej mierze pomagał jej w tym telewizor, gdzie mogła patrzeć 
na ruszających się ludzi. Ewa Maria P. (...) pozostawiła po sobie wielkie 
dzieło. Swoją pracą weszła w ludzką społeczność, która nie zdała chyba 
wobec niej egzaminu. 
Tadeusz Gapiński 9 . Gdy zamieszkałem ponownie w Toruniu, w 1976 
roku, usłyszałam o dziwnym chłopcu, który z blokiem chodzi po mieście, 
w szerokoskrzydłym, czarnym kapeluszu i rysuje. Kręci się też koło studentów 
i pracowni Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu. Wkrótce pojawił się też 
i w mojej pracowni, pytając, czy mógłby rzeźbić. Zgodziłem się. W jego 
rzeźbach widać było instynktowne jakby wyczucie bryły i budowy rzeźby, 
prawideł, których z trudem często uczy się studenta. (Przedtem pojawiał się 
też w pracowni rysunku adiunkta Chmielewskiego.) Gapiński pokazywał mi 
swoje rysunki. Uderza w nich bardzo silne wewnętrzne dążenie do perfekcji, 
dokładności linii. Nie ma w nich impresyjnej swobody. Są to jakby rysunki 
inwentaryzacyjne widzianej rzeczywistości. Wykonane z doskonałą znajo- 
mością rzemiosła rysownika. Nie są to rysunki "naiwne". 


9 Tadeusz Gapiński, ur. 1953 r. Po początkowych mylnych rozpoznaniach, 
w wieku 3,5 lat stwierdzono u niego zaburzenia czynności tarczycy. Zaczął mówić 
w 5 roku życia. Do tego czasu jego "mową" było rysowanie. Początkowo mazał po 
kartce próbując naśladować starszych braci. Pierwszy czytelny rysunek był od- 
powiedzią na pytanie matki, jaki prezent chce dostać na Gwiazdkę. Chłopiec 
narysował poprawnie rękawiczki, szalik, beret i kilka cukierków w papierkach. Do 
szkoły specjalnej przyjęto go dopiero w wieku 10 lat. Matce oświadczono, że będą 
kłopoty z nauczeniem chłopca czytania i pisania. Okazało się, że już to umie, 
nauczony w domu. Do szkoły początkowo był noszony, ponieważ cierpiał na 
zaburzenia czynności ruchowych - miał kłopoty z chodzeniem. 


94 


-
>>>
Twórczośł w życiu ludzi upośledzonych 


Wreszcie malarstwo. Także duży talent, ukryty czasem pod dążeniem do 
poprawności oddania obrazu rzeczywistości. (A w malarstwie wcale o to nie 
idzie najbardziej - malarstwo to szczególnie sztuka operowania kolorem 
wobec subiektywnego uczucia, to bardziej wiersz napisany barwami niż 
urzędowy ścisły protokół oględzin.) Język sztuki jest dla Tadzia jasny. 
Podejmuje dyskusję o swoich obrazach, spiera się. Zgadza się - przekonany. 
Swiat sztuki jest światem, który rozumie, w którym czuje się bezpieczny 
i który sam wybrał. A z trudem ukończył szkołę specjalną. Matka mówi, że 
sama go nauczyła czytać i pisać. Potrafi do przyjaciół pięknie pisać o sztuce, 
o swoim przeżyciu sztuki. Podejmuje bardzo trudne tematy malarskie, 
bardzo pracochłonne. Ponieważ nigdy nie pracował zawodowo, nie ma 
renty. Rodzice otrzymują zasiłek na niego. Jak wybrnąć z tej sytuacji? Czy 
wysłać go na 5 lat do szycia rękawic czy worków? Czy nie lepiej, zrewidować 
odpowiednie przepisy? Przecież Tadzio malując obrazy pracuje. Pracuje 
bardzo uczciwie i dużo. Kilka z tych obrazów udało się sprzedać i zor- 
ganizować wystawę. 
W 1979 roku studenci Wydziału Sztuk Pięknych U M K, z inicjatywy 
Krzysztofa Mazura i Iwony Bednarek (później Mazur) nawiązali kontakt ze 
Szpitalem Psychiatrycznym w Toruniu. Ciekawe są motywy tej współpracy. 
Krzysztof M azur tak o tym pisze: 


Namawiałem Iwonę do rozpoczęcia współpracy czy to z więzieniem, czy 
domem poprawczym, czy szpitalem psychiatrycznym, co da nam możność 
konfrontacji sztuki z ludźmi o innym typie wrażliwości i sposobach reagowania, 
o innym sposobie patrzenia na świat. Owi ludzie mogliby nam otworzyć oczy czy 
na rzeczy nam dotychczas nie znane, czy pomijane. [m] Interesowała mnie 
jedynie twórczość plastyczna chorych, jako ta prawdziwa, nie-zafałszowana 
sztuka. Cała ta moja postawa brała się wtedy z niechęci wobec współczesnej 
sztuki profesjonalnej. Widziałem ją jako coś skażonego, zagmatwanego, 
nieczyteInego, przeintelektualizowanego, goniącego ciągle za czymś nowym, 
a w tej pogoni gubiącego sens na rzecz technicznych niespodzianek, czysto 
formalnych odkryć, które nic dla ludzi nie. wnoszą. Działalność w szpitalu miała 
być ucieczką z tego typu sztuki w sztukę prawdziwą, czyli tę spontaniczną, nie 
liczącą się ze sposobem, lecz z zawartością, treścią itd., czyli w sztukę cierpiących 
psychicznie. [...] W miarę zbliżania się do problemu, wiele tych myśli uległo 
zmianie. Zmieniłem tak stosunek do sztuki profesjonalnej, jak i do sztuki chorych 
psychicznie, ale to już osobna sprawa 10 . 


10 Ten bunt młodych adeptów wobec tzw. sztuki przeintelektualizowanej 
i profesjonalnej wydaje się być w rozwoju świadomości artysty etapem normalnym 
i nie bardzo odosobnionym. Później, w miarę rozwoju i poznania wielu zjawisk sztuki 
sądy są właściwsze, widzi się całość i złożoność intelektualnego procesu tworzenia. 


95 


.
>>>
Jednolć 


Dojście do szpitala nie było wcale proste. 
Wreszcie - pisze dalej Krzysztof Mazur - skontaktowaliśmy się z pedagogiem 
oddziału męskiego, Grażyną Kądziołką i tam dopiero znaleźliśmy zrozumienie. 
Nasze pierwsze akcje odbyły się jeszcze na oddziale dziennym szpitala i miały 
postać dyskusji z pacjentami na temat przyniesionych przez nas grafik. Następna 
akcja powstała już we współpracy z oddziałem męskim. To była wystawa prac 
pacjentów pt. Psychorysunek, która odbyła się w Galerii 'S' (Galeria Studencka). 
W międzyczasie próbowaliśmy nawiązać kontakt z Kołem Naukowym Wyższej 
Szkoły Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, zapraszając do uczestnictwa 
w naszych akcjach - bez rezultatów. Zanim wystawa się odbyła, miał miejsce 
w Toruniu odczyt prof. Rolanda Tonne z Republiki Federalnej Niemiec, 
z Uniwersytetu w Dortmundzie, na temat twórczości dzieci niedorozwiniętych 
i "trudnych". Profesor przedstawił problem diagnoz, jakie można wysnuć na 
podstawie prac dzieci. Mówił, jak można odczytać w nich to, co dzieci nurtuje, 
co jest powodem ich lęków i cierpień. Zauważył, że często niemożliwy z dzieckiem 
kontakt werbalny może być nawiązany na polu plastyki. Mając w pamięci ten 
odczyt
 na naszej wystawie Psychorysunek również staraliśmy się na podstawie 
prac wnioskować o tym, co twórców prac trapi, z jaką chorobą walczą, jeszcze 
przed wystawą przynieśliśmy do szpitala dar w postaci zebranych od studentów 
obrazów, którymi miały być przyozdobione ściany szpitala. Na wystawie 
poznaliśmy ordynatora, doktora Czerwińskiego, który rozwiał wciąż jeszcze 
stawiane [m] bariery między nami a pacjentami i umożliwił bezpośredni nasz 
kontakt z chorymi przy następnej akcji. Była to wystawa, tym razem w szpitalu, 
prac studentów, połączona z dyskusją. Wystawa była bardzo ciekawa, tak pod 
względem reakcji ze strony pacjentów, ich żywego udziału, jak też ze względu 
na ciekawe, indywidualne prace, jakie na tej wystawie się znalazły. 
Zaproszony przez studentów na ten wieczór, oczekiwałem go z lękiem. 
Chorzy chodzili wzdłuż ścian i patrzyli na obrazy. Spokojnie, niektórzy bez 
słowa. Pytałem doktora Czerwińskiego, czy widzi jakieś nowe reakcje 
chorych związane z sytuacją. Mówił, że za wcześnie na to, ale zauważył, że 
pacjent, z którym w ogóle nie można było nawiązać kontaktu, chodzi od 
obrazu do obrazu i nuci pod nosem. Po kilku latach, które minęły od tamtego 
czasu, pacjent ten, który okresowo wraca do szpitala, zawsze poznaje mnie 
na ulicy i widać, że nasza znajomość jest przedłużeniem tamtego wieczoru. 
Gdy studenci opuścili szpital, zostawiając obrazy w świetlicy, to niektórzy 
chorzy prosili lekarzy oto, aby mogli wybrane zabrać ze sobą do sypialni, 
aby "być" z nimi jak najdłużej. Były to obrazy trudne do odbioru także dla 
tzw. normalnych widzów. Następnie, notuje Krzysztof Mazur, odbyło się 
kilka jeszcze imprez, takich jak: koncert studentów - Moroza i Kuny na 
klawikordzie, gitarze i pianinie, koncert grupy oazowej, w którym jedynie 
uczestniczyliśmy, jeszcze jedna wystawa prac studentów i cała seria naszych, 
częstych już, poza imprezowych spotkań z poznanymi pacjentami. 


96 


-
>>>
- 


TWÓ/czośt w życiu ludzi upośledzonych 


Właśnie na wieczorze koncertowym poznaliśmy Jacka S., który recytował 
wiersze Słowackiego i swoje. Jego własne wiersze zrobiły na nas wielkie 
wrażenie swoją prostotą. Siady tych spotkań mamy w pisemku "Wy- 
sztukaniec" wydawanym przez studentów Wydziału Sztuk Pięknych od 
listopada 1980 roku do listopada 1981 roku. W pierwszym numerze Jacek 
zadebiutował wierszami (ukazało się pięć). 
Współpraca studentów ze szpitalem dobiega końca, pisze Krzysztof Mazur: 


Iwona poruszona wydarzeniami w Górnej Grupie (pożar szpitala psychiat- 
rycznego) napisała do "Wolnego Słowa" i do "Wysztukańca" artykuł o szpital- 
nictwie psychiatrycznym w Polsce. Artykuł ten miał też zaagitować ludzi do 
współudziału w otwartej aukcji prac plastycznych na rzecz szpitalnictwa 
psychiatrycznego, którą wraz z Iwoną zainicjowaliśmy, zareklamowaliśmy i przy 
pomocy kolegów zorganizowaliśmy 26 kwietnia 1981 roku, na Rynku Staro- 
miejskim w Toruniu. Aukcja przyniosła dochód ponad 60 tys. złotych. Sumę tę 
przekazaliśmy toruńskiemu szpitalowi. W międzyczasie wystąpiliśmy do toruń- 
skiego wojewody o przekazanie na potrzeby szpitalnictwa psychiatrycznego 
budynku przy ul. Słowackiego, który zajmowała wówczas milicja. [Obecnie jest 
tam szkolny internat - przyp. A. W.]. Od października 1981 roku rozpoczęliśmy 
z Iwoną regularne zajęcia terapeutyczne z pacjentami. Zajęcia te trwały do 
momentu ogłoszenia stanu wojennego. 
Jesienią 1979 roku wyjechałem na kilka dni do Lasek k. Warszawy 
z bardzo nieliczną grupą wybranych przeze mnie studentów. Atmosfera 
całego ośrodka, jego spokój, tolerancja, urzekły studentów, po hospitacji 
zajęć z dziećmi niewidomymi i upośledzonymi umysłowo i zapoznaniu się 
z charakterem pracy Zakładu studenci zobowiązali siebie i mnie do podjęcia 
pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Doszło do tego dopiero w marcu 1982 
roku. Początkowo celem naszym było wyłowienie talentów plastycznych 
i rozwijanie ich. Sprawy jednak nie biegną tak, jak planowaliśmy. Bardzo 
mało dzieci uczęszcza na zajęcia systematycznie. Bywają zajęcia tylko 
z jednym dzieckiem. Innym razem znów mamy pełną klasę dzieci i rodziców. 
Spotykamy się na dwie godziny w tygodniu w wypożyczonej na ten czas 
izbie w Szkole Specjalnej nr 19 w Toruniu. Poznaliśmy jednak rozmiary 
problemu. Już często nie jest ważny rozwój artystyczny, tak niepewny, 
ważne stało się uczestnictwo. Radością jest uczestnictwo rodziców, którzy 
przychodzą z nadzieją. Niestety, często zbyt szybko rezygnują. Mamy bardzo 
ograniczone środki na prowadzenie tych prac, choć patronuje nam, w miarę 
swoich możliwości, Towarzystwo Walki z Kalectwem. Cała praca jest 
prowadzona przez studentów poza ich zasadniczymi zadaniami, jak to się 
mówi "społecznie", w wolne soboty. 
Warto tu posłuchać relacji jednego ze studentów (obecnie już magistra 
sztuki, Mariana Stępaka, pracownika Instytutu Artystyczno-Pedagogicznego 


97
>>>
Jedność 


UM K) O pracy z 7-letnin Marcinem S. (encefalopatia o nieustalonej 
etiologii, rozwój mowy znacznie opóźniony, skrzywienie kręgosłupa): 
Pierwsze prace na przełomie 1982/1983 bardzo schematyczne, w porównaniu 
z tym, co Marcin malował później. Dwadzieścia pierwszych prac wykonanych 
zostało samodzielnie bez większej ingerencji opiekunów. Najwięcej w cały ten 
proces ingerowała matka, co trzeba było w przyszłości ograniczyć do minimum. 


"Pomoc" matek to problem bardzo trudny. Matki, zapewne chcą podnieść 
w oczach swoich i otoczenia wartość swojego dziecka, bezustannie ingerują 
w to, co dziecko robi, podpowiadając, korygując, dobierając za dziecko 
barwy i kształty. Uniemożliwiają w ten sposób samodzielne próby i pokazanie 
tego, co dziecko naprawdę czuje. Często nie chcą dopuścić do tego, aby ich 
dziecko "robiło bałagan", brudziło się przy pracy itp. Staje się to czasem 
barierą uniemożliwiającą dziecku jakąkolwiek pracę. Problem jest dość 
złożony, bo trzeba postępować z niezwykłym taktem, aby nie spłoszyć 
rodziców". Wydaje się też, że przyczyną przerwania udziału dzieci w zajęciach 
jest wstyd rodziców, że ich dziecko jest takie nieporadne, że nic nie potrafi itd. 
Początkowo Marcin, jak pisze M. Stępak, rysując, czy malując postać 
ludzką tworzy schematyczne "lale", z rękoma grabiami i nogami patykami 
(mama liczyła palce i stąd zapewne te grabie). 
Wśród prac samodzielnych najczęstszymi były pejzaże z wyobraźni [...] do 
siebie podobne, to znaczy domy w kształcie kwadratów zakończonych trójkątem, 
drzewa liściaste o prostokątnym pniu, który był podstawą dla owalnego konaru 
i iglaste o tradycyjnej formie jodełki. Nieodłączną częścią tych pejzaży było 
słońce z ustami, wąsami i promieniami na 1/3 koła. [...] Podkreślić trzeba, że 
kolory nie były schematyczne. Co prawda powtarzały się dość często te same, 
ale były one stosowane do namalowania różnych przedmiotów, to znaczy, że 
słońca, drzew, domów nie malował Marcin ciągle tym samym kolorem. 
Stwierdzenie o schematyzmie odnosi się raczej do kształtu przedmiotów 
i sposobu obrazowania, to znaczy wszystkie prace wykonane są linearnie 
z wypełnieniem konturów bez zamalowania tła, z linią ziemi na dole i nieba u góry. 


Wśród prac namalowanych na zadany temat (dwie kompozycje w kole, 
z wypełnieniem wnętrza tego koła) - jedną Marcin wykonał dobrze, w tym 
znaczeniu, ze zrozumiał problem i nic poza wnętrzem koła nie zamalował, 
przy drugiej nie zdołał się "opanować" i namalował nad kolistą bezprzed- 
miotową kompozycją granatową linię nieba. 


11 Z drugiej strony czasem wydaje się, że wszystko zależy od matki. "Matka - jak 
mówi pani Gapińska - może wszystko". Wiele takich matek obserwujemy. To, co 
niewłaściwego robią dla rozwoju swoich dzieci wynika z niewiedzy. Obserwacja 
pokazuje, że trzeba uczyć matki postępowania z dziećmi tak różnymi od innych. 
Mądry psycholog, do którego mają zaufanie, potrafi wiele zdziałać. 


98
>>>
Twórczoił w życiu ludzi upoiledzonych 


Innym zadaniem Marcina było wykonanie kompozycji z zamalowaniem 
prostokątnej kartki papieru. Kartka została zamalowana w poziome pasy, 
podobne do tęczy. Kolejne zadanie to rysunek z natury: słoik z wodą i małymi 
rybkami. Chłopiec narysował na białym tle dwie duże ryby (szary kontur 
zakończony ogonem tego samego koloru i duże czerwone oczy). Ostatnia 
z dwudziestu prac to najbardziej swobodna kompozycja na temat morza. Marcin 
namalował przekrój z dwiema oranżowymi, dużymi rybami na dole, z wodą 
niebiesko-granatową powyżej, a u góry z zabudowaniem i formami owalnymi. 
Na szczególną uwagę zasługuje równowaga bieli, tła i innych kolorów. 
W marcu 1 983 roku, Marcin przyszedł na zajęcia po wizycie u Nardellego 
(bioenergoterapeuty). Prace zmieniły się bardzo, przede wszystkim stały się 
znacznie ciemniejsze, a kartki papieru zostały całkowicie zamalowane. Tematyka 
pozostała w zasadzie ta sama, ale klimat uległ zmianie. Marcin zaczął większą 
wagę przywiązywać do doboru kolorów, zamiast barw kontrastowych pojawiły 
się barwy złamane. W poszczególnych pracach pojawiło się mniej przypadkowych 
zestawień (choć i poprzednie też mogły nie być przypadkowe), ale na pewno 
więcej stostował wówczas barw czystych, nawet podstawowych. Prawie 
wszystkie prace utrzymane zostały w kolorycie ciemnym, co nasuwać może myśl 
o pewnym dramatyzmie. Wśród tych prac tzw. "lala" bardzo drapieżna, na 
ciemnym tle malowanym spontanicznie z jasnozieloną twarzą i czerwonymi 
oczami i ustami, ręce czarne. Najbardziej trzeba tu podkreślić spontaniczny 
sposób malowania poprzedzony chwilą zastanowienia się w czasie dokonywania 
wyboru koloru farby. 
Na tę cezurę wizyty u Nardellego chciałbym szczególnie w relacji 
Stępaka zwrócić uwagę. Że zmiana, o której pisze, nie następowała 
stopniowo. Było to tak zaskakujące i wyraziste, że mieliśmy wrażenie, że 
pojechało inne dziecko, a wróciło inne. Nie znamy przyczyn tego. Prace są 
zachowane skrupulatnie i mamy nadzieję, że magister Stępak będzie miał 
możliwość opisania tego zjawiska dokładnie i być może wysnucie pewnych 
sugestii. 
Inną grupę (pisze Stępak) stanowią prace na zadany temat. Oto cykl prac 
według reprodukcji obrazów Giotta. Marcin widzi fragment obrazu przed- 
stawiający anioła z aureolą. Podczas malowania album z reprodukcją pozostaje 
otwarty. Kompozycja i kJimat kolorystyczny zostały dobrze uchwycone. Brak 
szczegółów. Później Marcin miał przetransponować kompozycje bardziej złożone, 
wielofigurowe. Problem ten okazał się za trudny, chłopiec powrócił do schematu 
rysowanego poprzednio człowieka, tzw. "lal" i schematu drzew. Trzeba w tym 
miejscu zwrócić uwagę na fakt, że w sytuacjach, gdy reprodukcje były bez tła, 
Marcin takowego tła również nie umieszczał, natomiast, gdy reprodukcja była na 
białym tle, Marcin zostawiał białą ramkę, którą później często zamalowywał 
jasnym kolorem. Malując kompozycję na podstawie słynnego obrazu laka 
przedstawiającego biegnącego czerwonego arlekina z jedną ręką zgiętą i opusz- 
czoną, a drugą podniesioną do góry, Marcin zostawił białą niesymetryczną 
ramkę, koloryt utrzymał bardzo dobrze, kłopot miał jednak z ruchem postaci. 
Postać namalował statycznie. Długo rozwiązywaliśmy z Marcinem problem 


99
>>>
Jednolt 


podniesienia jednej ręki do góry. Problem nie został rozwiązany: ręce, owszem, 
są ważne, ale powinny być opuszczone na dół. Podkreślić jednak trzeba, że 
jedna z rąk będąca na obrazie u Zaka zgięta i wsparła na biodrach, tak samo 
została namalowana przez Marcina. Z drugą problem okazał się trudniejszy. Nad 
obrazem, na szerokiej białej ramce, Marcin namalował owalną formę, której nie 
zamalował. Zamalował natomiast na kolor jednolity (brunatny) z fakturą resztki 
poprzednio białej ramki. Marcin wykonywał również kompozycje na temat 
abstrakcyjnych obrazów Henryka Stażewskiego. Najważniejsze elementy kom- 
pozycji określał szybko i jednoznacznie, pozostawiał je na białym tle, które 
później zamalowywał dość szczelnie i w miarę spontanicznie. 
Na jednym z rysunków umieścił kilka liter, które były obrazem podpisu 
pod ilustracją, według której Marcin malował. Litery te były prawie 
jednakowej wielkości z obiektami stanowiącymi istotę ilustracji. 
Tyle relacji Mariana Stępaka, jako przykładu prowadzenia pracy z jednym 
dzieckiem. 
Oczywiście głównymi "sprawcami" tego, co się dzieje, są studenci, 
którzy w miarę swojego czasu uczestniczą w zajęciach. Bywa tak, że 
prowadzących zajęcia jest tylu, co dzieci. Tak więc oddziaływanie jest 
dwustronne. Sądzę, że studentom kontakt z dziećmi jest tak samo potrzebny, 
jak i dzieciom. Dochodzi trzecia strona - rodzice. Idealnym stanem byłby 
taki, w którym te trzy elementy: prowadzący, dzieci i rodzice harmonijnie by 
się uzupełniali. 
Chciałbym wymienić tu studentów, którzy od początku pracują z dziećmi 
upośledzonymi, choć z różnym wkładem czasu i sił: Regina Borysewicz 
(obecnie Stępak), Beata Bober, Mirosław Kocoł, Anna Pasionek, Artur 
Reda, Iwona Bednarek (obecnie Mazur), Krzysztof Mazur, Marian Stępak, 
Teresa Radziwonowicz, Marek Zacharski, Anastazja Tsiarkezou, Marek 
Basiul, Bożena Mancewicz, Danuta Młynarczyk. 
Przyczyną wszystkich naszych poczynań była Pani Wanda Szuman. 
Następnie wsparł nasze działania Dyrektor Biblioteki Głównej UMK, dr 
Bogdan Ryszewski. Szczególnie chciałbym podziękować prof. Ryszardowi 
Bohrowi, Rektorowi U M K, który pomógł nam w czasie, gdy kontakt dzieła 
Pani Szuman z uczelnią się zaczynał, a który niezawodnie, także jako poseł 
na sejm, wspiera całe dzieło. Nigdy nie odmawiała pomocy, szczególnie 
w walce o sprawy Ewy Panasewicz, prof. H. Skibniewska, wicemarszałek 
sejmu. Wielką zasługę w gromadzeniu prac ludzi upośledzanych w Gabinecie 
Sztuki Biblioteki Głównej UM K mają Cecylia Wiśniewska-Mazurkiewicz, 
Kierownik Gabinetu i Hieronima Pawelska, która organizowała wystawy 
w Bibliotece (niestety, nie ma Jej już w Polsce). Rozwój grupy studenckiej, 
pracującej z dziećmi, wiele zawdzięcza opiece Towarzystwa Walki z Kalec- 
twem i osobistemu zaangażowaniu Pani Izabelli Stasińskiej, Sekretarza TWK 


100 


-
>>>
TWÓ/czośt w życiu ludzi upośledzonych 


w Toruniu. Dzięki też doc. dr. Stefanowi Kościeleckiemu, który jako Dyrektor 
Instytutu Artystyczno- Pedagogicznego umożliwiał wyjazdy grup studenckich 
do Lasek k. Warszawy. Chciałbym wreszcie podkreślić, że to, co udało się 
zrobić, nie było niczym specjalnie nowym w środowisku toruńskim i w śro- 
dowisku Wydziału Sztuk Pięknych U M K. Przykładem choćby Tadzio 
Gapiński, który już na długo przed tym, zanim zjawiłem się w Toruniu, 
uczestniczył w zajęciach razem ze studentami w pracowniach artystycznych, 
co podkreśla adiunkt Bohdan Chmielewski. 
Sprawa mogłaby rozwinąć się dalej. Brak stałego lokalu i choćby 
jednego etatu uniemożliwia prawidłowe jej prowadzenie. 
Wydaje się, że w pracy z dziećmi w jakikolwiek sposób upośledzonymi 
najważniejszy jest aspekt miłości, w terminologii Kępińskiego - postawa 
"do". Ma to znaczenie wielostronne: 
1. Rodzicom pozwala zobaczyć swoje dziecko złączone z otoczeniem ("ze 
światem"), nie odrzucone. Pozwala je widzieć we współuczestnictwie. 
2. Dziecku pozwala uczestniczyć w takim stopniu, jaki jest możliwy. 
Pozwala podnosić stopnie uczestnictwa i rozwijać motywację. 
3. Osobom, które same czują potrzebę rozwoju, twórczoŚć pozwala 
realizować ją i w ten sposób włączyć się w społeczność. 
Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na szeroki zakres pojęcia 
człowieka upośledzonego. W deklaracji "lnterlink"12 podaje się taką skalę: 
dwie główne grupy - poszkodowani fizycznie (handicapes physiques) 
i poszkodowani społecznie (defavorises sociaux). Pośród nich wyróżnia się 
- dzieci dotknięte poważnymi brakami fizycznymi lub umysłowymi, osoby 
starsze, chorych psychicznie, osoby bezrobotne, osoby bez dachu nad 
głową, narkomanów, alkoholików, przestępców. 
Te wszystkie kategorie nie mogą być odrzucone, a uznane za część 
społeczności wymagającą opieki i współdziałania. 
Wydaje się, że prace, które tu opisałem są ilustracją jakiegoś fragmentu 
działalności dość incydentalnej. Piszę to dlatego, aby złożyć hołd i uznanie 
zwykłym, bez rozgłosu i artykułów w prasie, nauczycielom szkół specjalnych 
pracującym w jakże ciężkich warunkach. Łatwo jest zrobić coś, co w oczach 
otoczenia wydaje się niezwykłe, czy to ze względu na osobę wykonawcy, 
czy na inne okoliczności. Jakże trudniej robić to co dzień, po cichu, 
wykonując w ten sposób swój zawód. 


12 "Interlink" - międzynarodowy program, którego głównym celem jest stwo- 
rzenie sieci międzynarodowej, pozwalającej poznać upośledzonym możliwości, które 
istnieją dla nich w dziedzinie sztuki - z deklaracji "Interlink" podpisanej przez Panią 
G. Levete. "Interlink" wspierają finansowo: Fondation de France, Las Fonds de 
rUNESCO pour la Promotion de la Culture, Manpower Service Comission UK. 
Pismem "Interlink" jest "Positif". 


101
>>>
PROBLEMY PODMIOTOWOSCI 
OSÓB UPOSLEDZONYCH 
W PROCESIE TERAPII PRZEZ TWÓRCZOSC 


TEKST NIEPUBLIKOWANY, 1989 


(m) 


Antoni Kępiński bardzo szeroko określił pojęcie twórczości jako proces 
niezbędny dla życia człowieka. Złączył on to pojęcie z procesami "metaboliz- 
mu informacyjnego". Twórczość według Kępińskiego, to nie specjalny akt 
stwórczy, ale konieczność, proces integracyjny - "świadoma negatywna 
entropia" (Kępiński [2], s. 63, 64 i passim, oraz s. 170 i n.). Gdy człowiek nie 
może spełnić tego procesu - umiera. Mamy na to rozliczne dowody. 
Umieranie to może być dosłowne - biologiczne, może też odbywać się 
niejako etapami - bunt, apatia, agresja, samoagresja. Może być też metaforą. 
Każdy żywy człowiek ma poczucie aktu twórczego "niezależnie od tego, czy 
przekształcanym materiałem jest ulica zamiatacza, czy marmur rzeźbiarza, 
płótno malarza" (Kępiński [3], s. 214). Brak możliwości twórczych to 
przestrzeń zamknięta. "Tragizm depresji wywodzi się z zamknięcia czasu 
i przestrzeni w jednym punkcie, który wskutek tego zamknięcia staje się 
nieskończonością" (Kępiński [2], s. 158). 
Czy osoba niepełnosprawna może być twórcą? Wobec sformułowania 
pojęcia twórczości, tak, jak to czyni Kępiński, nie tylko może, ale też musi. 
Pozostaje jedynie skala procesów twórczych. Obserwacje prowadzone 
w grupie, która następnie stała się Pracownią Rozwijania Twórczości Osób 
Niepełnosprawnych pokazują, że dziecko (osoba) niepełnosprawne, smutne, 
przygnębione, agresywne, rozkojarzone jest takie nie dlatego głównie, że 
jest niepełnosprawne, z powodu wrodzonej choroby, ale dlatego, że nie 
może realizować swojej potrzeby twórczości na odpowiednią mu miarę. 


102 


L 


-
>>>
Problemy podmiotowości osób upośledzonych w procesie terapii przez twórczośt 


Jeżeli umożliwimy dziecku realizację jego potrzeby twórczości, to okaże się, 
że jest wesołe, pomysłowe i okazuje emocje zgodnie z bodźcami. 
Wydaje się, że właśnie dlatego szczególnego znaczenia nabiera tu osoba 
opiekuna - tego, który wprowadza dziecko (osobę) niepełnosprawne w tak 
konieczny mu do życia świat twórczości. Związki tu powstające są znaczące. 
Za najważniejszy można uznać związek zaufania. Pojawia się więc tu 
natychmiast problem SZCZEGOLNEJ ODPOWIEDZIALNOSCI. 
Ponieważ zajmujemy naszych niepełnosprawnych malowaniem, śpiewa- 
niem, zabawą w teatr, jest oczywiste, że pojawia się tu określenie sztuka. 
Pomimo, że w naszej pracowni bronimy się przed określeniem "terapia przez 
sztukę" na rzecz "terapii przez twórczość" taką, jaką określa Kępiński, 
musimy, aczkolwiek niechętnie ze względu na niezwykłe skomplikowanie 
zjawiska sztuki, jego niejasność, dotknąć tu niektórych elementów związa- 
nych z tym zjawiskiem. 


II 


REma Berthelot za Schellingiem mówi, że to jedynie sztuka może wyjaśnić to, 
czego filozofia na próżno usiłuje dokonać - jedynie sztuka może przerzucić 
most (arc-en-ciel - "łuk tęczy", aby skorzystać w tłumaczeniu wyrażenia 
Bethelota z pięknego terminu Jolanty May (May» nad przepaścią, którą jest 
umiłowanie zrozumienia przez człowieka swojej tożsamości jako bytu 
wyjątkowego i skończonego w ogóle, wyjątkowego i skończonego w tych 
niepowtarzalnych chwili i miejscu (Bulletin..., s. 186, 187). 
Sztukę też możemy określić jako osadzenie w uczuciowości innych 13. 
Tak więc sztuka z jednej strony dotyczyłaby wewnętrzności człowieka, 
a z drugiej jego zewnętrzności. Obie te strony są według Kępińskiego 
niezwykle istotne dla człowieka. Są one budujące, ale też, a może i po to 
- konfliktowe. 
W wewnętrzności człowieka mamy konflikty wynikające z konieczności 
tworzenia stale nowych struktur czynnościowych (Kępiński [2], s. 83, [3], 
s. 221/222 i passim) - konflikty wynikające ze świadomości ograniczonych 
możliwości sensownej budowy struktur, ze skazania na niedoskonałe modele 
i schematy, którym ten, który je tworzy, przydaje rangę uniwersalną (Kępiński 
[2], s. 199, 200), na niepełność obrazu z jednej strony, a z drugiej 
z praktycznie nieograniczonej możliwości powstawania potencjalnych 
struktur czynnościowych i nieustającego naporu do ich tworzenia (Kępiński 
[2], s. 83, [3], s. 133-135). 


13 Można przeprowadzić rozumowanie, które to pokaże, zgodnie zresztą z intuicją. 


103
>>>
Jfłdno
t 


W zewnętrzności człowieka mamy konflikty wynikające z jego zderzenia 
z podobnymi jak jego celami innych bytów. Każdy krok człowieka w kierunku 
wprowadzenia w świat zewnętrzny jego własnej negatywnej entropii jest 
krokiem dramatycznym - obarczonym ryzykiem zderzenia z innymi, a także 
zderzenia z porządkiem kulturowym (Kępiński [2], s. 122, [3], s. 95, 217, 
219 i passim). Obarczony jest też nadzieją na akceptację struktur własnego 
specyficznego porządku - tejże świadomej negatywnej entropii (Kępiński 
[2], s. 64,65,88, 217/218, [3], s. 130, 171, 226). 
Ale więcej jeszcze, te dwie strony - wewnętrzności i zewnętrzności - są 
połączone ze sobą ambiwalentnie: człowiek dąży do określenia własnej 
odrębności, równocześnie lękając się samotności tym lękiem bodaj najstar- 
szym i najsilniejszym (Kępiński [2], s. 175,201, [3], s. 122, 184, 185, 186, 
251, 264). 
O naturze sztuki mówi Jacques Maritain: "Sztuka malarza lub poety [...] 
pozbawia (rzeczywistość tego świata) jej naturalnego kształtu i piękna [...], 
aby stworzyć dzieło wyposażone w nowy kształt i piękno zrodzone w duszy 
artysty" (Maritain [1]). Dzieło to nie jestformowane w sposób dyskursywny, 
ale raczej uczuciowy. Mówi Maritain o "intuicji twórczej" i o "poznaniu 
przez upodobnienie" (Maritain [1], [2]). 
Tak więc sztuka, jeżeli w naszym rozważaniu idziemy słuszną drogą, 
dotyka istoty człowieka. 
Maritain widzi tu głębokie podobieństwa: "ja poezji jest istotną głębią 
żywej i miłującej przedmiotowości; jest to twórcze ja, podmiot jako akt, 
naznaczony przejrzystością i ekspansywnością właściwą działaniom Ducha. 
Ja poezji podobne jest pod tym względem do ja świętego i również, choć 
w zupełnie innych celach, jest podmiotem, który daje" (Maritain [1], s. 321). 
Czy możemy więc bezpiecznie mówić o "terapii przez sztukę"? Może 
słuszniej byłoby mówić o "terapii dla sztuki" - o przygotowaniu człowieka 
do ciężaru i gwałtowności tego, co się tu musi dziać? 


III 


Podczas dyskusji we Francuskim Towarzystwie Filozoficznym 10 grudnia 
1937 roku Jean Wahl, mówiąc o egzystencjalnym odkryciu transcendencji 
w głębi samotności człowieka i o niepokoju bytu dotyczącym natury tej 
odkrytej transcendencji - czy jest ona Dobrem, czy Złem, Bogiem, czy 
Diabłem, Wzniosłym Duchem, czy Ciałem, zapytał, czy nie można by uznać 
tej dwojakości drogi - ku górze i ku dołowi, i potwierdzić ją. Jedną nazwał 
TRANSASCENDENCJĄ, drugą - TRANSDESCENDENCJĄ (Bulletin...). 


104 


-
>>>
Problemy podmiotowości osób upośledzonych w procesie terapii przez twórczość 


Próbował znalefć potwierdzenie słuszności takiego wyboru w osobach 
artystów: z jednej strony transdescendencji, Nietzsche, Gide, Lawrence, "to 
co u Dostojewskiego" (Bulletin..., s. 161/162) - drugiej strony nie określił. 
Wspomniał jedynie dramaty Rimbauda i van Gogha, szukając w ich życiu 
chyba uzasadnienia dla traktowania dzieła i życia artysty jako odpowiednika 
filozofii. 
Wspominam o tym, by pokazać, że sprawa wyboru i sądu moralnego jest 
niezwykle bliska rejonom sztuki. Pomimo płytkich sądów publiczności, 
problem decyzji moralnej - wyboru moralnego jest najbliższy artyŚcie - jest 
to problem stały. 
Akt artystyczny - przeżycie poetyckie przybiera kształt materialny 
- rzeczy, czynu. 
Maritain przypomina: 


Nic nie niszczy nas tak, jak nasze własne postępki, kiedy - zapomniane 
i przywoływane później przez relikty z tamtych czasów - stają się przedmiotami 
oddzielonymi od żywych źródeł podmiotowości. Nawet, jeśli nie były szczególnie 
złe, nie jesteśmy już pewni, czy były dobre, nie wiemy, czy nie splamiło ich jakieś 
złudzenie, czy ukryta nieczystość; obce i martwe wychodzą z naszego wnętrza, 
by nieść nam zwątpienie i śmierć. (Maritain [4], s. 94) 


Być artystą według Maritaina może być każdy: "Wielu z tych, którzy nie 
znają intuicji poetyckiej, w rzeczywistości stłumili lub zabili ją w sobie" 
(Maritain [4], s. 301). 
Poeta zaś "może siebie wychować do intuicji poetyckiej przez to, że 
nigdy jej nie zdradzi (jest to ważna szkoła dyscypliny) i że wszystko inne 
będzie wobec niej drugorzędne (jest to ważna szkoła poświęcenia)" 
(Maritain [4], s. 317). 


IV 


(u.) 


V 


Jean Vanier, filozof kanadyjski, który (...) zamieszkał z dwoma upośledzonymi 
umysłowo i stworzył w ten sposób początek wspólnoty Wiara i Swiatło, 
powiedział: "pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy słabi, wszyscy jesteśmy 
niepełnosprawni" (Vanier [5]). 


705
>>>
Jedność 


Nie może być tak, że uznajemy siebie i świat, z którego wychodzimy, za 
dobry i wzorcowy i idziemy go dawać niepełnosprawnym. To będzie koniec 
wszystkiego. Slepy będzie prowadził ślepego. 
Idziemy po to, aby powiedzieć - jestem słaby, zgubiłem się, pomóż mi. 
I dopiero wówczas będzie szansa, że WSPOLNIE zbudujemy nową rzeczywis- 
tość i że My uleczymy się, dzięki nim, lub lepiej - RAZEM. 
To, co dzieje się w świecie, w który jest wrośnięta tak zwana kultura 
współczesna i sztuka, wcale nie jest takie jednoznaczne i dobre, i humanitar- 
ne. Swiat głoszący fałszywy kult rozumu, skuteczności i komfortu do- 
prowadza do odradzających się co chwila planów eliminacji słabości przez 
eutanazję czy tak zwaną zimną śmierć noworodków, czy inaczej. 
Obraz współczesnej sztuki, to często obraz zagubienia, przemocy, 
hedonizmu. 
I teraz pójście do ludzi niepełnosprawnych z tą kulturą będzie tragedią. 
M amy tam pójŚć czyści - to znaczy świadomi swojej niepełnosprawności, 
po to, aby u nich szukać pomocy. I dopiero wtedy pomożemy im. 
Jedna z Ewangelii mówi o konieczności oczyszczenia światła swego oka 
(Mt 6, 22-23). Jest to jedna z tych Ewangelii, które ludzie sztuki odczytują 
jako wezwanie skierowane do nich. 


... 


-
>>>
TERAPIA PRZEZ rwORCZOŚC 


AKADEMIA MUZYCZNA IM. KAROLA l!PIf.lSKIEGO 
WE WROCŁAWIU, ZESZYT NAUKOWY. NR 48, 
"ARTETERAPIA" (SESJA NAUKOWA W RADZIEJOWICACH 
K. WARSZAWY W DNIACH 16-18 MARCA 1989), 
WROCŁAW 1989 


Początki pracy terapeutycznej z osobami niepełnosprawnymi w Toruniu 
należy odnieść do Wandy Szuman, pedagoga, liczącej obecnie 99 lat. Od 
najwcześniejszych lat swojej młodości zajmuje się ona osobami niepełno- 
sprawnymi (M omot). Najpierw były to sieroty i osoby niewidome. Przyczyną 
jej działania, oprócz wzorców osobowych wyniesionych z domu (ojciec 
- dr Leon Szuman, właściciel kliniki w Toruniu zwany był lekarzem ubogich, 
brat - Stefan Szuman, pedagog, brat - ks. Henryk Szuman, kapłan, 
duszpasterz sierot, zamordowany w 1939 r. (Sajewicz), jak sama podkreśla, 
był przykład Chrystusa uzdrawiającego. 
Pierwsze próby dotarcia do niepełnosprawnych za pomocą działań 
kojarzących się ze sztuką, to rysunek dzieci niewidomych. Wanda Szuman już 
przed II wojną światową była autorką "rysowanych wierszyków" (Szuman 
[2]), wierszyków, które były opowiadane choremu dziecku (chwilowo 
choremu i smutnemu) z towarzyszeniem prostych rysunków, opartych 
prawdopodobnie na schematach rysunkowych charakterystycznych dla 
nauczania rysunku w początkach tego wieku. Te zręcznie ułożone wierszyki 
cechuje duża celność i czytelna pointa dobranego schematu rysunkowego. 
Zawsze miały wywoływać uśmiech na twarzy dziecka. Wanda Szuman 
zetknąwszy się z dziećmi niewidomymi spontanicznie spróbowała narysować 
palcem na skórze ręki dziecka schemat np. myszki czy bociana, mówiąc 
równocześnie odpowiedni wierszyk. Dziecko zrozumiało i uśmiechnęło się. 
I to był sukces. Co więcej - dziecko samo powtórzyło to na dłoni Wandy 
Szuman. To był początek całego szeregu działań następnych (Szuman [1]). 
W latach 50. zetknęła się za pośrednictwem artystki malarki Janiny 
Malessy z wytworami Stowarzyszenia Osób Malujących Ustami i Nogami 
w Vaduz w Liechtensteinie (Die Mund...). To ją utwierdziło w nakłanianiu 


107
>>>
Jedność 


osób Z niedowładem rąk lub bez rąk do malowania i rysowania ustami. 
Efektem tego był rozwój twórczy Jarosława Orłowskiego (Jaroszka) i Józefa 
Sikory (prace ich są w zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu 
gromadzącej twórczość osób niepełnosprawnych). Zaczęła szukać pomoc- 
ników wśród zawodowych artystów. To było przyczyną mego zetknięcia się 
z nią. Ponieważ w tym czasie byłem pracownikiem Wydziału Sztuk Pięknych 
U M K, zainteresowali się tą pracą studenci. Wskutek tego podjęto decyzję 
w roku 1982 o zorganizowaniu regularnych zajęć z dziećmi niepełnospraw- 
nymi. Zajęć, których celem pierwotnym miało być wyłowienie talentów 
plastycznych i rozwijanie ich. Towarzystwo Walki z Kalectwem w Toruniu 
przez organizowanie imprez dla dzieci niepełnosprawnych, które zawierały 
w sobie konkursy plastyczne, ułatwiło nam rozpoczęcie działania. Bardzo 
prędko wszakże okazało się, że idzie o coś zupełnie innego niż wyszukiwanie 
talentów plastycznych. Zetknęliśmy się z ogromnym zjawiskiem upośledzenia 
dzieci niepełnosprawnych i ich rodzin, którego wyrazem była ich samotność. 
Ogólnie można mówić o trzech stopniach 14 upośledzenia. Dwa następne 
poza upośledzeniem pierwotnym potęgują się na zasadzie spirali: 
I stopień (obszar) - ułomność, z którą dziecko rodzi się. Tu możemy 
pomóc najmniej. 
II stopień (obszar) - pojawienie się ułomnego dziecka niszczyć może 
nastawienie uczuciowe matki do dziecka. Zamiast radości jest nieszczęście. 
Następuje co najmniej upośledzenie spontaniczności stosunku matki z dziec- 
kiem - upośledzenie tej niezwykle ważnej dla dziecka otoczki uczuciowej. 
Powoduje to zahamowanie bodfców mogących wpłynąć na rozwój dziecka. 
I tak, dziecko już dotknięte chorobą wrodzoną nie rozwija się tak, jakby 
mogło rozwijać się pomimo choroby. Ten brak rozwoju wpływa na dalsze 
obniżenie nastroju matki, co z kolei dalej hamuje rozwój dziecka. Mówi się 
tu nawet o "osmotycznym przenikaniu uczuć". Mamy tu wyraźny obraz tzw. 
spirali w dół. Może dojść jeszcze zaburzenie wzajemnych stosunków między 
małżonkami, którzy zamiast oczekiwanego spełnienia ich miłości w dziecku 
mają nieszczęście oraz obarczeni są bardziej niż inni rodzice dziecka 
nieupośledzonego. Czasem dochodzi do rozbicia małżeństwa. Zbyt łatwe 
byłoby tu wskazywanie na któregoś z małżonków. To układa się różnie 
(Vanier [3], [4]). 
III stopień (obszar) - upośledzenie społeczne. Najpierw odsuwają się 
bliscy, przyjaciele, pod pretekstem, że "i tak mają ciężar, nie zawracajmy im 
głowy". Przyczyny tego odsunięcia się przyjaciół są różnorakie - m.in. lęk 
przed ciężarem, który by częściowo na nich spadł, a także lęk przed 


14 Może słuszniej, jak to zauważył profesor Czesław Kosakowski, używać tu 
pojęcia "obszar". 


108 


... 


-
>>>
Terapia p/zez twórczość 


kontaktem z nieszczęściem: "lęk lustra" - boję się w cudzym nieszczęściu 
zobaczyć siebie. Jest to jakby irracjonalny wyraz przekonania, że gdy ze 
swego otoczenia odsunę nieszczęście, to mnie nie dotknie. Poza tym może 
to być jeszcze wyraz tzw. postawy estetycznej wobec życia - życie ma być 
we wszystkich przejawach piękne i ja mam prawo dokonywania wyboru 
tego piękna. Następnie dochodzi ostracyzm ze strony sąsiadów, w pracy. 
Przybiera on wyrazy niesamowite: oskarżanie o alkoholizm, choroby 
weneryczne, dziedziczne obciążenia - mówi o tym ostracyzmie Krzysztof 
Lausch (Lausch), złe prowadzenie się - ułatwia to wprowadzenie do 
publicznego obiegu określenia margines - "porządni ludzie oddają chore 
dziecko do domu opieki, a nie trzymają w najbliższym otoczeniu, gdzie ja 
sam mogę się z nim stykać i moje dzieci są na to narażone". Można by ten 
obraz poszerzać. 
O ile w pierwszym stopniu (obszarze) upośledzenia możemy pomóc 
najmniej, o tyle w następnych dość dużo. Pracujemy z dziećmi, które 
mieszkają z rodzicami lub opiekunami. Podstawą naszej pracy jest malowanie, 
gdyż to najłatwiejsze. Oprócz dokonania czegoś przez dziecko może temu 
towarzyszyć zachwyt: "jakie to piękne". Podstawą teoretyczną naszej pracy 
jest przedstawiony przez Antoniego Kępińskiego w jego dziełach obraz 
człowieka twórczego - człowieka "metabolizmu informacyjnego" (por. 
Kępiński [2], [3]). Postawa twórcza "nad" realizowana w klimacie wektora 
miłości "do" jest konieczna dla człowieka - niezbędna dla jego życia 
(Kępiński [2], passim, [3], s. 105 i passim). Człowiek musi wprowadzać 
w świat otaczający swój "świadomie ukształtowany specyficzny porządek" 
(Kępiński [3], s. 222). To nie ważne, czy jest zamiataczem zamiatającym 
ulicę, czy lekarzem leczącym ludzi, czy nauczycielem, czy malarzem, 
rzeźbiarzem, czy poetą. Realizuje jednaką potrzebę (Kępiński [3], s. 214). 
Malowanie czegoś na papierze jest sukcesem, jest realizacją potrzeby 
twórczej. Jednak nie zawsze uda się namalować cokolwiek. Często sukcesem 
twórczym jest pogniecenie kartki papieru. DZIECKO COSZROBIŁO. Następnym 
WIELKIM krokiem będzie kreska narysowana na tym papierze. Dla dziecka 
spastycznego to niesłychana często sprawa. Zbieramy więc każdy papierek 
dotknięty ręką dziecka. Jest on opisany i przechowywany. Po pewnym 
czasie można je przeglądać historycznie. Wówczas te zebrane ślady wysiłku 
dziecka i prowadzącego dają nam czytelny obraz specyfiki jego pracy 
i postępów, a powinny pokazać specyfikę jego samego. Możemy wówczas 
wyciągnąć wnioski do dalszej pracy albo też pokazać dziecku i rodzicom, 
jakie postępy zrobiło dziecko. Jeżeli u początku drogi była zgnieciona lub 
podarta kartka papieru, a u końca jakiegoś jej etapu dość czytelny obrazek 
z lalką czy misiem i drzewkiem, to mamy dowód rozwoju dziecka w jego 


109
>>>
Jedność 


umiejętności stwarzania "świadomego specyficznego porządku". Wiąże się 
to również z określeniem pracy przez Kępińskiego jako procesu pokonywania 
trudności (Kępiński [3], s. 222). Jeżeli Kępiński mówi, że praca związana 
z pokonywaniem trudności jest warunkiem prawidłowego życia człowieka, 
to tu mamy potwierdzenie słusznego kierunku, który przyjęliśmy. 
Obok zachowywania każdego wytworu dziecka drugą cechą naszej 
pracy jest zasada "niedotykania ręki dziecka". Jest to określenie prawie 
symboliczne, które oznacza, że chcemy aby dziecko samo, o ile może, 
stawiało sobie zadanie i rozwiązywało je. Można z dzieckiem rozmawiać, 
starać się prowokować obraz, który ono stworzy, starać się go skłaniać do 
wyboru poprzez rozmowę, aprobatę, czy dezaprobatę. Ostatecznie jednak 
zwycięża dziecko. Pozwoliło to na wykształcenie się bardzo wyraźnych 
indywidualności plastycznych u dzieci. Przełamana została nawet naturalna 
chęć naśladowania kolegów. Oczywiście, zdarza się to, jak to w grupie, ale 
jako decyzja "wolnego twórcy" podyktowana okolicznościami, czy chwilową 
chęcią, a nie jako wewnętrzny przymus kogoś, kto wie, że sam niczego nie 
osiągnie. Zapewne spektakularne wyniki każą na siebie czekać dłużej. Są 
one dość odmienne może od przyjętych .oczekiwań estetycznych", ale 
mamy pewność, że dziecko idzie własną autentyczną drogą. Idzie za tym 
rozwój ogólny indywidualności dziecka. Gest staje się swobodniejszy, 
pewniejszy. Emocja wyraźniej i odważniej wyartykułowana. Dziecko nie- 
pełnosprawne jest indywidualnością. 
Tak więc, ten zakres pracy dotyczy, ogólnie biorąc upośledzenia II stopnia 
wg podziału, który tak bardzo szkicowo i ogólnie zakreśliłem. Rodzice nie są 
samotni. Mówią nam to często: "Ktoś zajął się moim dzieckiem, więc warte 
jest ono zachodu". Jedna z matek co tydzień dowoziła dziecko z odległości 
30 km, gdyż mając w domu i inne dzieci, przyjeżdżała tu z chorym dlatego, 
aby być pewną, że te dwie godziny będą tylko jemu poświęcone. 
Obok malowania na papierze utworzyliśmy grupę dla dzieci całkiem 
małych, które bawią się, biegają i od czasu do czasu coś malują, jeśli zechcą. 
To konieczne, gdyż rod
ice przychodzą z takimi małymi dziećmi. 
Próbą zmniejszenia upośledzenia społecznego dziecka i rodziny 
(III stopień - obszar) jest pracownia malowania tkanin. Narodziła się 
z wielkodusznej współpracy Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycz- 
nego "Rzut" w Toruniu. Ofiarowali nam bezinteresownie pomoc techniczną, 
instruktaż, farby i resztki tkanin. Dzieci już kilka lat nierzadko malujące na 
papierze z dużą swobodą i fantazją zabrały się do malowania na tkaninach. 
Nie kopiują gotowych wzorów, ale z zupełną swobodą malują to, co chcą. 
Trzeba je tylko czasem nakłaniać do całkowitego zapełnienia kolorem tkaniny. 
Utrwalona, kolorowa tkanina to już zupełnie co innego niż zamalowany 


110 


1 


-
>>>
Terapis przez twórczość 


kawałek papieru. Z tego można robić chustę, spódnicę, szal, czy wreszcie 
powiesić na ścianie, albo położyć na stole jako serwetę. Gdy w czasie 
wyprzedaży spotkały się te tkaniny z olbrzymim zainteresowaniem kupują- 
cych, szczególnie pań, i zostały sprzedane za cenę nierzadko przekraczającą 
cenę podobnych wyrobów z wytwórni, gdzie pracują ludzie zdrowi, to dla 
rodziców miało to duże znaczenie. Ich dzieci przestały być "nieudacznikami". 
Weszły w krąg społeczny. Robią coŚ, czego nie robią dzieci sąsiadów. Ich 
wyroby są przedmiotem zabiegów i pożądania. Mogą być przedmiotem 
dumy. Działamy tu terapeutycznie raczej na rodziny niż dzieci. 
Te same dzieci uczestniczą też w grupie teatralnej. Mniej więcej raz na 
pół roku przygotowują jeden spektakl. Są to bajki sprowadzone do prostych 
sytuacji, które przyjmują specyficzny kształt dzięki inwencji dzieci, lub 
przypadkowym, powstałym w czasie przedstawienia sytuacjom. Dzieci 
wystawiły też spektakl wg Małego Księcia Antoine'a de Saint-Exupery. 
Uczestnictwo w spektaklu teatralnym to kompleks wewnętrznego przeżycia 
połączony z radością współuczestnictwa wraz z rodzicami i przyjaciółmi. Tu 
podobnie, jak poprzednio musi obowiązywać zasada "niedotknięcia ręki 
dziecka". Ma ono tworzyć z wewnętrznej potrzeby i przekonania. Ma być 
świadome tego, co robi. I to wyznacza granice interpretacji czy kształtu 
spektaklu. To współtworzenie aktywne spektaklu od samego początku może 
doprowadzić do tego, że dziecko samo zechce ułożyć bajkę, czy wyreżysero- 
wać. Mieliśmy taki przykład zrealizowany. 
Poza zajęciami plastycznymi powinny odbywać się zajęcia muzyczne. Są 
dzieci szczególnie zainteresowane muzyką. Niestety nie mamy w naszej 
pracowni muzyka. Wydaje się wszakże, że należy raczej dążyć do aktywnego 
uprawiania muzyki, gry. Choć klimat muzyki może wiele pomóc w "czuciu 
się" dzieci w grupie. Dzieci bardzo lubią śpiewać i tańczyć. 
Sprawdzianem naszej pracy jest śmiech dzieci. "Smiech" ma tu znaczenie 
symbolu. Idzie raczej o swobodę okazywania emocji, szczerość tej manife- 
stacji emocji. Gdyż dzieci te, jak wszyscy inni, odczuwają całą gamę emocji 
- lęk, gniew, zniecierpliwienie, radość, smutek, wstyd. Muszą wiedzieć, że 
mogą te emocje okazać bezpiecznie. Nie mogą odczuwać lęku okazania ich. 
Dzieci czują się z nami bardzo związane. Nierzadko ich rodzice są już 
starsi, chorzy. Czasem są u dziadków, którzy się nimi opiekują. Trzeba więc 
myśleć o zapewnieniu przyszłości. Rozwiązaniem może tu być powstała 
w Krakowie Fundacja im. Brata Alberta o zasięgu ogólnopolskim, której 
jednym z celów jest tworzenie wspólnotowych domów rodzinnych dla 
dzieci niepełnosprawnych pozbawionych opiekunów. 


111
>>>
Jedność 


Jedną z istotnych cech naszej Pracowni Rozwijania Twórczości Dzieci 
Niepełnosprawnych, w zajęciach której w roku akad. 1987/1988 uczest- 
niczyło przeszło 80 dzieci, a w roku obecnym (1989) zapisanych jest około 
50, jest integracja. Dzieci w różnym wieku i o różnych stopniach upośledzenia 
pracują razem. Ma to wielkie znaczenie dla rozwoju. Jeżeli dziecko ma 
zdrowe rodzeństwo, czy przyjaciół, to prosimy ich o udział w naszyhh 
zajęciach. Podobnie przyjmujemy zdrowe dzieci "z ulicy", które tu przyjdą, 
a także zdrowe dzieci z rodzin niepełnosprawnych. 
Gdyby próbowano ustalić hierarchię celów Pracowni, czy jakiegokolwiek 
innego podobnego zespołu, to należy podkreślić, że celem jest dobro 
dziecka pojętego w całości. 
Nie może być celem Pracowni wyłącznie sukces "artystyczny" dziecka, 
czy jego wyrobów, a tym bardziej nie może być celem skonstruowanie 
dzieła, w którym dzieci będą uczestniczyły jako "wytresowane" elementy. 
Byłoby to zaprzeczeniem terapii, jeżeli już byśmy chcieli użyć tego słowa. 
Byłoby to malowanie obrazów, w czasie którego dzieci by trzymały tylko 
pędzle i nimi poruszały według naszych ścisłych dyrektyw i zgodnie 
z naszym wyborem kolorów. Celem jest dobro dziecka, czyli stawanie się 
jego własnymi siłami po jego własnej drodze. My jesteśmy tymi, którzy 
zapewniają bezpieczne środowisko i uczą dziecko, w jaki sposób może 
samodzielnie iść. Wszelka praca badawcza i wnioski MUSZĄ dotyczyć tego 
całego kompleksu. M.in. po to, aby wykazać, gdzie schodzimy z tej drogi 
i gdzie grozi nam niebezpieczeństwo. Jesteśmy partnerami dzieci (Woj- 
ciechowski [19]). 
Wydaje się, że najpełniejszym przedstawieniem teorii tego partnerstwa 
jest dzieło Jeana Vanier. To, co tworzy on w "I'Arche" (Vanier [5]) 
w podobny sposób powstaje i w innych miejscach - np. we Włoszech 
w ComunitB di Gesu Risorto - ComunitB di Capodarco, wspólnocie, 
w której niepełnosprawni są kierującymi i terapeutami (La comunita...). 
Naszą metodę należy rozumieć i tak, że nie mamy zamiaru tworzyć 
jakiegoś klosza, pod którym nie będzie bólu, lęku, gniewu, żalu. Tego nigdy 
nie unikniemy. Mamy wszakże stworzyć środowisko, w którym to wszystko 
będzie mogło być bezpieczne. I BĘDZIE MOGŁO PO PROSTU BYĆ. 
Zrozumiałą jest rzeczą, że bliskie nam są wspólnoty "Wiara i Swiatło", 
czyli "Muminki", oparte na idei Jeana Vanier, dostosowanej do polskich 
warunków. I nasze środowisko wypuściło podobny odrost. To naturalne. 
Bardzo ważne jest dążenie dzieci niepełnosprawnych i ich rodzin do 
Kościoła, do przeżycia religijnego. To bardzo zrozumiałe i oczywiste. Mniej 
jednak jest oczywiste to, co obserwujemy. Niezwykłe przyciąganie Kościoła, 
które odczuwają dzieci niepełnosprawne jakby spontanicznie. Często 


112 


-
>>>
T sI.pi. przsz twólczolt 


bywaliśmy zaskakiwani domaganiem się dzieci, aby pójŚć z nimi do kościoła. 
Jest to w przeważającej mierze uczucie pozbawione jakiegokolwiek ze- 
wnętrznego przymusu, który, gdyby miał się pojawić, byłby zupełnie bez 
sensu. Obserwujemy to jako wewnętrzną potrzebę. Jest to problem 
szczególny, wymagający wielkiej delikatności. 
Należy zapytać o naszą koncepcję człowieczeństwa. Wydaje się oczywi- 
ste, że nie widzimy granic człowieczeństwa wśród osób urodzonych przez 
kobietę. Trzeba posunąć się i dalej. Człowiek to nie tylko dziecko kobiety, to 
każde życie powstałe z połączenia gamety żeńskiej i gamety męskiej. 
To zagadnienie niezwykle mocno pokazało się właśnie w związku 
z osobami niepełnosprawnymi. W listopadzie 1987 roku we Francji 
próbowano wprowadzić do parlamentu projekt ustawy, która miała pozwalać 
na podjęcie przez rodziców, po wcześniejszej opinii specjalistów pedia- 
trów, decyzji o pozbawieniu noworodka niepełnosprawnego życia w ciągu 
trzech dni po urodzeniu. To pozbawienie życia miało nastąpić przez 
odmówienie mu opieki (nie precyzowano, czy idzie tu tylko o opiekę 
medyczną, czy też o zapewnienie komfortu cieplnego, czy pożywienia etc.). 
W przypadku różnicy zdań głos decydujący miała mieć matka. Projekt ten 
wywołał debatę publiczną i nie znalazł się żaden deputowany, który podjąłby 
się przedstawienia tego projektu w parlamencie. Jednymi z poważniejszych 
oponentów byli lekarze. Argumenty projektodawców były m.in. następujące: 
1. Człowiek niepełnosprawny jest ciężarem dla rodziny (głównie psychi- 
cznym), dla społeczeństwa i dla siebie - nie będzie "nigdy mógł żyć życiem 
godnym człowieka i korzystać z dobrodziejstw Rozumu". 
2. Jedną z przesłanek pozwalających na przerywanie ciąży jest zapobie- 
żenie urodzenia się dziecka niepełnosprawnego (w obowiązującym prawo- 
dawstwie francuskim). Jednakże badania prenatal ne n ie dają pełnej pewności 
czy dziecko rzeczywiście urodzi się niepełnosprawne. Dlaczegóżby więc, 
pytają projektodawcy, nie poczekać aż z pewnością ujrzymy obraz dziecka 
i dopiero wówczas podjąć decyzję? (Nau [1]; Faut-i/...; L 'affaire...; M., 
Euthanasie...; Bourdarias; Euthanasie... [2]; Corbin, L 'euthanasie... [3]; Le 
droit...; L'euthanasie... [1]; Le debat...; Euthanasie... [4]; De Legarde [2]; 
Sureau [1]; Clement, Hourdin [1]; Brunet; Handicapes...; Henri Cai/lavet...) 
Widzimy tu wyraźnie, że postawienie gdziekolwiek i jakiejkolwiek granicy 
jest groźne. Od tej chwili możemy ją przesuwać i manipulować nią. Jest to 
tym groźniejsze, że obserwacje pokazują, że wraz z rozwojem kultury 
medycznej i higieny społeczeństwa wzrasta liczba żywych urodzeń nie- 
pełnosprawnych. Casus projektu francuskiego pokazuje też, że droga 
czyszczenia społeczeństwa z bólu, cierpień w imię jakiegoś komfortu jest 
drogą niebezpieczną i czasem zbrodniczą. 


713 


-.
>>>
- 


Jfłdnol
 


Właściwym kierunkiem jest ochrona każdego życia już od chwili jego 
powstania, czyli poczęcia. Reszta jest zadaniem dla nas ludzi. 
Celem integracja. Nie tworzenie getta niepełnosprawnych, ale wprowa- 
dzanie ich w normalne życie społeczne, tak aby zniknęła etykietka niepełno- 
sprawnego, przed którą oni bardzo bronią się. Wszyscy jesteśmy niepełno- 
sprawni, tylko w różnym stopniu. Vanier powiedział - każdy ma prawo być 
byle jaki, bo takim jest. 
Znani mi poeci, malarze niepełnosprawni nie chcą nimi być. Nie chcą być 
wyróżniani z racji swojej niepełnosprawności. 
Wydaje się, że praca, o której mówimy może i powinna wiele zaczerpnąć 
z doświadczenia lasek k. Warszawy, Zakładu dla Ociemniałych, jak 
i Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Laski, założone dla 
ociemniałych, stały się centrum polskiej myśli filozoficznej i społecznej. Na 
cmentarzu w Laskach spoczywają m.in. Jerzy Zawieyski, Antoni Słonimski 
i inni. Poprzez malarstwo ks. Jerzego Wolfa, poezje Herberta i Zawieyskiego, 
myśl filozoficzną i społeczną Kardynała Wyszyńskiego weszły do kultury 
polskiej. To jest model. 
Odnośnie do referatów i głosów sympozjum dotyczącego arteterapii 
w Radziejowicach chciałbym wspomnieć w tym miejscu o kilku ważnych 
zagadnieniach: 
- zanik zainteresowania chorym jako istotą społeczną, 
bezosobowe, narządowe traktowanie pacjenta. To zarzuty i wskazania, 
- terapia przez umiejętność nawiązania kontaktu, 
- dążenie do modelu terapii humanistycznej, łagodzenie skutków 
rozwoju techniki i niedostatecznego kontaktu z terapeutą, 
- terapeutyczny wpływ ludzi i kontaktów w powołaniu się na Annę 
Kamieńską. 


. 


Wokół określeń twórczo
ć i sztuka panuje spore zamieszanie. W literaturze 
najczęściej spotykamy określenie twórczości użyte dla pewnych zjawisk 
wybranych, z tym że granice tego zbioru zjawisk są niejasne. Wydaje się, że 
mówiąc o twórczości myśli się o jakimś działaniu demiurga - stwórcy. Idzie 
o czyn, zastrzeżony dla "rejonów wyższych". Czytając słowo twórczo
ć 
zazwyczaj możemy spodziewać się, że używający tego określenia myśli 
o akcie artystycznym lub jakimś akcie "wyższym". Ten brak precyzji 
zaskakuje. Podważa on w ogóle możliwość mówienia o czymkolwiek. 


114 


-
>>>
TerlIpiII przez tw6rczośt 


W miejsce tej niejasności Antoni Kępiński wprowadza pojęcie twórczości 
jako warunku koniecznego życia człowieka. Jest to realizacja postawy 
"nad" w klimacie wektora miłości "do" (Kępiński [3], s. 176/177). Tak 
rozumianą twórczość nazywa on "świadomą negatyWną entropią" - "świa- 
domym wprowadzaniem własnego porządku w otaczający świat". Przestrzeń, 
w której ta twórczość jest możliwa - to przestrzeń otwarta, jasna. Przestrzeń, 
gdzie ta twórczość jest niemożliwa, to przestrzeń zamknięta, ciemna, gdzie 
następuje bunt, apatia, agresja i samoagresja (Kępiński [2], s. 63, 64 
i passim). Nic się tu już nie wydarzy. Brak nadziei. Lasciate ogni speranza za 
Dantem mówi Kępiński. Tu otwiera się piekło (Kępiński [2], s. 158). 
Tak zdefiniowana twórczość ("świadoma negatyWna entropia") ma 
bardzo szerokie granice. Pracownik zamiatający ulicę też ma poczucie aktu 
twórczego, gdyż przekształca część swego otoczenia według własnego 
planu, a więc zmienia je na "obraz i podobieństwo swoje", co jest istotą, jak 
się zdaje, każdej twórczości, niezależnie od tego, czy przekształcanym 
materiałem jest ulica zamiatacza, czy marmur rzeźbiarza, płótno malarza, czy 
czysta kartka papieru, którą trzeba zapełnić słowami, czy ludzie, których 
trzeba wychować, wyleczyć itd. 
Ciekawą jest rzeczą, że w wydanych przed wojną Pamiętnikach bez- 
robotnych mamy potwierdzenie, jakby ilustrację, przytoczonego zdania 
Kępińskiego. Bezrobotny, który dostał właśnie pracę pomocnika dozorcy, 
cieszy się z niej w taki sposób: 


Zamiatam szeroki trotuar. Mam twarz jasną i zdaje się, że pogodną. Znikło 
naprężenie, niepokój. Jest jakby we mnie wielka cisza i wielki spokój. Na ulicy 
szum, gwar, hałas, ale ja nic nie słyszę, nic mnie nie razi, nic nie męczy. Zamiatam 
ulicę ruchem żniwiarza. Kiedyś czytałem o rytmie roboczym. Jeśli kiedykolwiek, 
to właśnie teraz praca moja jest spółrzędną z jednoczasowym skurczem komór 
sercowych. Dlatego może tak lekko mi. Nie myślę, nie kombinuję. Teraz pracuję, 
mam pracę. (Pamiętniki..., s. 183) 


W wielu relacjach zawartych w tych Pamiętnikach... spotykamy to 
wielkie świadectwo tego, co później powie Kępiński: że człowiek może 
umrzeć tak samo z powodu braku możliwości tworzenia (w znaczeniu 
Kępińskiego), jak z powodu braku pożywienia. 
Dlatego też uważamy, że obraz dzieci niepełnosprawnych, smutnych, 
otępiałych, idących wymierzonym krokiem za swoimi opiekunami w pode- 
szłym wieku jest właśnie obrazem człowieka, którego przestrzeń, o ile nie 
jest zamknięta, to zamyka się. Obraz braku nadziei. Po wielu latach pracy 
w naszej grupie widzimy dzieci radosne, pełne dowcipu, ale także okazujące 
cierpienie, gdy jest taka potrzeba. Brak jednak tego pancerza beznadziejnego 
smutku i powagi. 


115
>>>
Jfldnol
 


Tak więc celem naszym jest otwarcie przestrzeni dzieciom niepełno- 
sprawnym - aby mogły spełniać swoją potrzebę twórczości. Dlatego terapia 
przez twórczość. 


. 


Przyjęło się uważać, że sztuka spełnia rolę zawsze dobroczynną, jest 
katharsis. Nie bardzo jednak wiadomo, co to jest - sztuka. 
Tutaj mówiąc o sztuce będę mówił o tym, co Jacques Maritain nazywa 
poezją w odróżnieniu od wytwarzania, od rzemiosła artystycznego. 
Sztuka malarza lub poety, obserwując naturalną postać rzeczywistości tego 
świata, pozbawia tę rzeczywistość jej naturalnego kształtu i piękna, a narzędzia 
umysłu odwiecznych, ustalonych przez powszechne używanie wzorców działa- 
nia, aby stworzyć dzieło wyposażone w nowy kształt i piękno zrodzone w duszy 
artysty. (Maritain [1], s. 52) 


To oczywiście bardzo szerokie, choć precyzyjne określenie zjawiska 
sztuki, gdyż przeciwstawiane jest "kunsztowi rzemieślnika", który "jeśli 
wziąć pod uwagę naturalne właściwości wykorzystywanych materiałów, 
pozbawia te materiały ich naturalnego kształtu (m jaki ma drewno w drze- 
wach, lub kruszec w głębi ziemi), aby nadać im kształt zrodzony w jego 
umyśle" (Maritain [1], s. 51/52). 
Tu przemiana obrazu materiałów, tam przemiana obrazu rzeczy- 
wistości świata. 
Joseph Conrad: "A samą sztukę można określić jako rzetelną próbę 
oddania najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu" (Conrad, s. 9). 
Władysław Tatarkiewicz: "Sztuka jest sposobem uchwycenia tego, co 
inaczej nie jest uchwytne, co przekracza ludzkie doświadczenie" (Tatar- 
kiewicz [1], s. 53). 
Tak więc jest to specyficzny sposób poznania, o którym Maritain mówi 
jako o poznaniu szczególnym: 
poznaniu przez upodobnienie (Maritain [1], s. 294) [...] u korzenia aktu 
twórczego [musimy to rozumieć - artystycznego ze względu na wspomniane 
wyżej zamieszanie wokół słowa twórczość - A.W.] musi mieć miejsce szczególny 
proces myślowy nie mający odpowiednika w rozumie logicznym, rodzaj 
doświadczenia czy poznania, przez które rzeczy i jaźń są zarazem niewyraźnie 
uchwycone i zrozumiane. (Maritain [1], s. 293) 
Treścią intuicji poetyckiej jest zarówno rzeczywistość tego świata, jak 
i podmiotowość poety niejasno przekazywane przez intencjonalne czy natchnione 
uczucie. Dusza jest poznawana w doświadczeniu świata, a świat jest poznawany 
w doświadczeniu duszy, przez poznanie, które nie zna siebie samego. Takie 


116 


-.
>>>
Terapia przez twórczośt 


bowiem poznanie poznaje nie po to, aby znać, lecz po to, aby tworzyć. Dążyć do 
tworzenia. (Maritain [1], s. 301, 302) 


Tak zawiązane zagadnienie już teraz pozwala wątpić, czy sztuka koniecz- 
nie musi być katharsis. Mogę się tylko odwoływać do własnego doświadcze- 
nia artysty i relacjonowanych, czy obserwowanych doświadczeń innych. 
Sztuce nierzadko towarzyszy lęk. Nie chcę się zbyt głęboko wdawać w naturę 
tego lęku, gdyż wymaga to wielu rozważań. Poznanie poetyckie, jak mówi 
Maritain, jest "poznaniem na drodze tworzenia" (Maritain [2], s. 106). Ale: 
Nic nie niszczy nas tak, jak nasze własne postępki, kiedy - zapomniane 
i przywołane pófniej przez jakieś relikty z tamtych czasów - stają się 
przedmiotami, oddzielonymi od żywych fródeł podmiotowości. Nawet jeśli nie 
były szczególnie złe, nie jesteśmy już pewni, czy były dobre, nie wiemy, czy nie 
splamiło ich jakieś złudzenie czy ukryta nieczystość, obce i martwe wychodzą 
z naszego wnętrza, by nieść nam zwątpienie i śmierć. (Maritain [4], s. 94) 


A cóż mówić o postępkach artysty, które interpretowane przez innych na 
mnogość sposobów przestają być "jego dziećmi", a stają się "maszkarami 
pomalowanymi na różne kolory przez brudne ręce"] Wyznaje artysta: 
Zasłona spadła - zasłona wstęga. (Wstęgę przecięto / żona otrzymała kwiaty 
/ Idą miopki i daltońce, / ślepce i dalekowidze, / niedojrzałki, niewidzący, 
ateusze, laicy i fideiści / "Skąd mu to, jak tu się wepchnął..." / Z lornetkami, 
okularami, lunetami - dwu i jedno-ogniskowce. / - A on stoi nagi, pokryty 
potem, śmierdząco wisielczym, / z mokrymi stopami i dłońmi: / on - autor. 
(Plastyka i poezja..., s. 71) 
Nie piszę tego, aby usunąć z naszego życia sztukę. Jest to niemożliwe. 
Siedząc myśl Maritaina musimy odkryć, że sztuka jest w ogóle wykwitem, 
ukoronowaniem życia. Nie chcę wdawać się w uwarunkowania tu po- 
wstające, są bardzo rozległe. Dotyczy ich m.in. debata we Francuskim 
Towarzystwie Filozoficznym w 1937 roku, gdzie Jean Wahl zastanawiając 
się nad subiektywnością i transcendencją przypuścił, że istnieją dwie drogi 
transcendencji - droga "w górę" - transascendencja i droga "w dół" 
- transdescendencja. Pierwsza to kierunek "ku Bogu", druga to kierunek 
"ku ciału, ku Dionizosowi". Zapytał wówczas, czy tam, w tym drugim 
kierunku nie znajdziemy takich imion, jak Blake, Gide, Lawrence, Cowper 
Powys i "to, co u Dostojewskiego" (Bulletin...) (nie Dostojewski, który 
w końcu mierzy "ku górze", ale "to, co u Dostojewskiego" - np. 
Raskolnikow, przypuszczamy). Nie wymienia Wahl imion transcendencji 
"ku górze". Możemy próbować je domyśleć - Fra Angelico, Norwid, Conrad? 
Sztuka to cierpienie, jak często czytamy, a mamy przykłady, że towarzy- 
szem jej jest śmierć. Przybyszewska - ostatni list do Tomasza Manna: 


117
>>>
JfJdnol
 


Brak mi mojego chleba, a bez niego nie mogę żyć. Męczy mnie zimno. Każdy 
przedmiot w pokoju naładowany jest cierpieniem, w każdym "pokonanym" 
mięśniu tkwi męka, niewyobrażalna zarówno duchowo, jak też cielesna męka. 
I nic nikt nie daje odpowiedzi. I znikąd miłości. Niemożliwe już własne tortury 
ćwiczeń: nie ma już odwagi. Gdybym wiedziała, że takie cierpienie jest możliwe 
- chyba zawahałabym się przyjść na świat. Nie chcę żyć ani umierać. Bluźnię 
w swoich myślach, wbrew własnemu życzeniu. Nie chcę niczego. Nikogo (o 
Panie, o Boże, że też to musi być prawdąl) i tylko spokoju. Tak - spokoju on 
Łatwo powiedziećl Nie jestem wystarczająco czysta. Zużyłam się, nadużyłam. 
Cóż. Wiem tylko jedno: już dłużej nie mogę. (Przybyszewska) 
Samobójstwo van Gogha. Wystarczy. Cierpienie. Smierć Przybyszewskiej 
była spowodowana być może narkotykami, ale narkotyki brała, aby pisać, 
tworzyć. Aby wzmocnić swoje siły morfiną. Może to nie wynika z jakiegoś 
"czystego" zjawiska sztuki, o ile takie jest w ogóle możliwe. Może jest to 
kompleks tego, co jest koniecznym warunkiem dla artysty, aby nim być, 
może to jest natężenie koncentracji i natężenia "zewnętrzności" wobec 
świata, opozycja wobec otaczającego świata z jego problemami codzienno- 
ści, przyziemności? Także problem sprostania, nadążania ograniczonych sił 
organizmu za presją tworzących się w umyśle obrazów? 
Sztuka w swojej ewolucji, pisze Maritain, 
doprowadziła do 1C:.0ńca powolny proces "odkrycia jaźni", toczący się przez 
stulecia ery nowożytnej. To odkrycie "jaźni" jest błogosławieństwem, jeżeli ma 
miejsce w linii autentycznej poezji. Staje się przekleństwem, jeśli zsuwa się z linii 
poezji i twórczego ja w ogniu duchowego porozumienia na linię materialnej 
jednostkowości człowieka i ześrodkowanego na sobie, zajętego własną korzyścią 
i władzą ego. Wówczas egoizm wkracza w dziedzinę aktu poetyckiego i karmi 
się tym aktem. A znajdując się tam w stanie nienaturalnym rozrasta się 
niepohamowanie. Akt poetycki z drugiej strony jest zdradziecko raniony, nawet 
w wielkich poetach. (Maritain [1], s. 323) 


Wydaje się, że tyle myśli i uwag wystarczy, aby zastanowić się, czy 
określenie "terapia przez sztukę" jest właściwe. 
Najważniejszym zastrzeżeniem tu dla mnie jest niejasny obraz współ- 
czesnej sztuki - dostrzegam przewagę w nim tego, co Jean Wahl (wcale 
zresztą nie oskarżając tego) nazywa transdescendencją - drogą w dół. 
Twórczość, tak jak to przedstawia Kępiński także niesie konflikty, zarówno 
wynikające ze struktury psychiki człowieka, jak i jego społeczności. Swiat 
tych konfliktów wydaje mi się czytelniejszy. Swiat sztuki jest niejasny, 
nierzadko groźny. 
Tak więc uważam, że jestem bardziej odpowiedzialny wobec tych, 
których mi powierzono, czy którzy mi zaufali, gdy prowadzę ich ku "realizacji 
twórczości". Wolę tak. 


118 


-.
>>>
TerBpiB przez twórczość 


Jeśli tu "przemienią oni obraz rzeczywistości świata" na swój sposób, to 
dobrze. Gdyż i namalowanie kwiatu może być przemianą obrazu rzeczywi- 
stości świata. Będę jednak patrzeć na tę przemianę nie jako na podstawę ich 
drogi "ku", ale na wynik czegoś. Będzie to dla mnie obraz ich jako ludzi, ich 
duszy. Na obraz ten będę patrzał z troską. Będę patrzał niejako tylko od 
siebie, przez siebie, bo inaczej nie mogę. Tajemnica drugiego jest tu przede 
mną zakryta. Po pierwsze dlatego, że nie mam sposobu spojrzenia jego 
oczyma, po drugie, że nie mogę posunąć się o krok za daleko: on jako pełny 
człowiek ma prawo do tajemnicy. Częścią jego sztuki, jego poznania 
poetyckiego jest tajemnica. 
Dlatego też tego wszystkiego, co właśnie napisałem, nie mogę pogodzić 
z tym, co powiedziano, m.in. podczas sympozjum w Radziejowicach, że 
"artysta zdrowy w pełni panuje nad swoim dziełem", a także, że sztukę 
można wykorzystać "do korekcji wychowawczych dzieci i młodzieży". 
Wszystko jest o wiele bardziej złożone. 
Mój lęk przed sformułowaniem "terapia przez sztukę" wynika także 
z możliwych pomyłek. Celem naszych zabiegów jest, aby niepełnosprawni, 
słabsi, pomimo przeszkody własnej choroby, mimo zaburzenia wynikającego 
ze zniekształconych związków emocjonalnych w rodzinie, mimo swojej 
samotności spowodowanej odrzuceniem przez społeczeństwo, mimo agresji, 
głupoty, na którą bez przerwy napotykają, mogli zrealizować swoje człowie- 
czeństwo zgodnie z warunkami, które są im dane. W zgodzie ze swoją 
słabością i innością. 
Boję się, że sformułowanie hasła "terapia przez sztukę" wobec zamiesza- 
nia, jakie panuje w tym obszarze, wobec możliwej dominacji kierunku "ku 
dołowi" - transdescendencji w poszukiwaniach artystów może spowodować 
sprowadzenie niepełnosprawnych do roli przedmiotów, przy pomocy których 
realizuje się czyjś zamysł artystyczny. Musimy tu koniecznie wiedzieć, że 
i odbiór dzieła sztuki może, czy też raczej ma wartość kreacyjną. Odbiorca 
dzieła sztuki z materii, którą widzi, słyszy, czy dotyka, tworzy własne, 
"odrębne dzieło sztuki". Tu sprowadzenie niepełnosprawnego artysty do roli 
przedmiotu mogłoby polegać na skłanianiu go to takich wyborów w świecie 
jego uczuciowości, które stawszy się przyczyną wykonania dzieł, będą 
odpowiednie do oczekiwań odbiorcy. Cenę jednak będzie płacił artysta, 
gdyż to on jest skazany na pamięć o swych własnych postępkach, które 
"zapomniane i przywołane p6tniej [...] stają się przedmiotami oddzielonymi 
od żywych źródeł podmiotowości [...] obce i martwe" wyjdą z jego wnętrza 
by nieść zwątpienie i śmierć. 
Tym łatwiej być może będzie skłonić niepełnosprawnego, gdyż 19nie on 
do ludzi z głębi swej samotności, jest przygotowany do obdarzania zaufaniem. 


119 


-
>>>
JBdnoś
 


Sprawa jest tu o tyle bardziej złożona i narażona na nadużycie, że już przez 
swoją niepełnosprawność jest on odarty z części swojej tajemnicy. Niewido- 
my ma białą laskę, głuchy, nawet gdy szepcze w publicznym miejscu, to każdą 
swoją intymną myśl musi przełożyć na widomy dla wszystkich ruch rąk, 
których szyfr jest czasem bardzo czytelny. Często w najintymniejszych 
sytuacjach musi korzystać z pomocy osób trzecich. Cóż mówić o upośledzo- 
nych umysłowo? Można więc pomyśleć, że stosunkowo łatwo będzie go 
można na przykład skłonić do rezygnacji w imię sztuki z tajemnicy nagości. 
Przypominam jeszcze raz, że prawidłowo rozumiana kreacja artystyczna, 
uczestniczenie w kreacji artystycznej jest dawaniem całych siebie - uczucie 
dojmujące, nigdy obojętne. 
Ciekawe są tu relacje tzw. zdrowych i sprawnych uczestników akcji 
happening czy performance. Relacjonują oni uczucia niezwykle głębokie, 
które nierzadko zmieniają ich stosunek do siebie samych. Czyż często 
znajdzie się artysta, inicjator tych akcji, który, jak Wojciech Skop, osądzi: 
sam doświadczyłem granic kreacji artystycznej chcąc posłużyć się człowiekiem 
jako przedmiotem dla potrzeb mego spektaklu (Skop), aby sformułować wniosek: 
SZTUKA STAŁA SIĘ BRONIĄ i trzeba umieć się z nią obchodzić ostrożnie. 
ARTYSTA [...J TO KTOS, KTO SWIADOMY SWOJEJ WŁADZY ZNA GRANICE 
SWOJEJ WOLNOSCI ARTYSTY. 
Wobec tego musimy oskarżyć mocno "dokonania artystyczne", gdy 
odbywają się one kosztem nadużycia zaufania. Nadużyciem zaufania będzie 
także wyzyskanie ludzi, artystów, szczególnie niepełnosprawnych do 
uczestnictwa w spektaklach, z których wykładem ideowym nie zgadzają się, 
lub NIE MOGĄ SIĘ ZGODZIC CZY NIE ZGODZIC, BO SĄ POZA ICH GRANICĄ 
ROZUMIENIA. 
Tu znów trzeba odwołać się do niejasności, która panuje na obszarze 
sztuki. Procesy tam zachodzące są tak złożone i nie wyjaśnione, że 
bezsprzecznie wielki myśliciel, jakim jest Gabriel Marcel, czuł się zmuszony 
stwierdzić: "im większy artysta, tym bardziej redukuje się do zjawisk". 
To ukazuje rozmiar niebezpieczeństwa. Jeśli tak, to problemy dobra i zła 
sprowadzają się tylko do poprawnej konstrukcji struktury zjawiska. Poza tym 
jest tylko odbiorca, który otrzymuje bogaty pokarm dla swej "wrażliwej 
duszy" i tworzy z tego pokarmu światy przedziwne. Niestety. Tyle, że ten 
wyrafinowany odbiorca nie zada sobie trudu, aby uświadomić sobie, że 
zjawisko nie ma wolności, jest poza wolnością, a więc po drugiej stronie być 
może nie ma człowieka, a jedynie jakiś zniszczony byt, sprowadzony do 
zjawiska. 
Nasze zadanie wszakże jest zupełnie inne. Naszym zadaniem jest 
wyprowadzenie niepełnosprawnego z rejonów "bycia zjawiskiem" - figurą 


720 


-.
>>>
Terapia pnez twórczolt 


grożącego wszech niebezpieczeństwa upostaciowaną w kalectwie, od- 
pychaną do ciemnych komórek, do higienicznych, zamkniętych zakładów, 
wyprowadzenie go stamtąd do podmiotowości, do wolności, który nigdy 
nie jest "jakąkolwiek wolnością", ale zawsze prawem wyboru i tajemnicy. 
Jeśli jako wolny "przemieni obraz rzeczywistości świata w nowy kształt 
i piękno zrodzone w jego duszy", to będzie to naszym zwycięstwem. Ale 
musimy pomóc zrodzić się w jego duszy pięknu, które nie musi koniecznie 
być najpierw pięknem estetycznym. Nie unikniemy tu problemu wyboru, 
problemu moralności. Gdyż problem wyboru, moralności nie jest wymysłem 
"ciemnogrodu", lecz częścią "bycia człowiekiem wolnym", podobnie jak 
problem religii. 
Szczególne znaczenie ma to jeśli idzie o przygotowanie młodych 
adeptów uczelni artystycznych do udziału w procesie rehabilitacyjnym. 
Problemy, o których tu mówię są rzadko przedmiotem studiów. Mogą oni 
więc mylić się w swoich przedsięwzięciach rehabilitacyjnych w dobrej 
wierze, wówczas narażając i siebie samych na zranienie. Choć przykład 
Wojciecha Skopa jest tu budujący. Swoje sądy o odpowiedzialności artysty 
sformułował jako student. Tak więc niech ta apostrofa będzie raczej 
wezwaniem do przekazywania młodym adeptom sztuki pełnej wiedzy, jakże 
trudnej, o ich powołaniu. 
W swojej praktyce co rusz stajemy wobec podobnych problemów. 
Co chwila musimy zatrzymywać rozpędzony krok, często ku swojemu 
smutkowi. Planowaliśmy wystawę prac niezwykle wrażliwej uczestniczki 
naszej pracowni. W warunkach zaufania napisała ona wspomnienie o sobie, 
bardzo głębokie, czułe i przejmujące. Pierwsza myśl: drukujemy to wspo- 
mnienie zamiast notatki w katalogu. Pięknie. Zaraz jednak ktoś z zewnątrz 
wpada na lepszy pomysł - po co drukować? Mocniej, szczerzej będzie 
sfotokopiować jej pismo. I właśnie ta eskalacja "autentyczności" zatrzymała 
nas. Czy wolno nam nagle, znając jej wrażliwość, wiedząc że malowanie 
u nas w Pracowni jest dla niej schronieniem przed wrogim światem, 
nie wiedząc, jak zareaguje, jak przeżyje swoją publiczną wystawę (może 
będzie tak zemocjonowana, że będzie jak pijana chodziła po ulicach 
miasta, zaczepiając ludzi?) przekrocLYć granicę intymności, której prze- 
kroczenia może nawet by nie zauważyła? Oczywiście, patrząc na artystę 
jako na zjawisko, popełniliśmy niewybaczalny błąd - zniszczyliśmy fa- 
scynującą strukturę zjawiska. Patrząc jednak na wolnego, słabego czło- 
wieka, który nas obdarzył zaufaniem, sądzę, że błędu nie popełniliśmy. 
Norwid czy Conrad, czy Fra Angelico może nas usprawiedliwią? 
Niebezpieczeństwa można by tu mnożyć. Innym z nich będzie niebez- 
pieczeństwo utracenia przez osobę niepełnosprawną kontroli nad sobą 


121 


-.
>>>
Jednolć 


- niebezpieczeństwo "gwiazdorstwa". Akurat to nie musi być w całości 
naganne. Ale może mieć aspekty, na które powinniśmy zwrócić uwagę. 
Chcąc dać zatrudnienie niepełnosprawnym można ich zatrudnić jako 
modeli do pozowania w uczelni artystycznej. Tu znów trzeba uważać, aby 
nie pozowali do aktu, gdyż naruszylibyśmy w ten sposób ich zaufanie 
i możemy narazić ich na wykorzystanie ich przez innych. Skutki mogą być 
bardzo bolesne, 
Słusznie jednym z głosów w Radziejowicach było wezwanie, aby nie 
stosować metod, które miałyby skutki uboczne. 
Z kolei nie wiem, czy koniecznie dzieła chorych psychicznie powinny 
mieć własną publiczność. N ie wiem. Jednak nie mogę zgodzić się z przypusz- 
czeniem, że "szaleństwo daje szansę stworzenia wielkiego dzieła". Zdaje się, 
że właśnie wyjaśniałem, dlaczego nie mogę się z tym zgodzić. Tak nie 
wyjaśnimy tej wielkiej, a często grofnej tajemnicy, którą nazywa się sztuką, 
a która być może jest własnością tylko ludzi. 


. 


Pozostaje więc pytanie o sens kierunku badawczego "terapia przez sztukę". 
Tak sformułowanego określenia obawiam się, gdyż nie wiem, czy sztuka, 
pojawienie się sztuki jest środkiem terapeutycznym, czy wynikiem terapii. 
Oczywiście nie sposób zaprzeczyć pojawiającej się potrzebie malowania, 
rysowania, rzefbienia, śpiewu czy tańca. To są potrzeby naturalne i ko- 
nieczne. Pojawiają się one wszakże już w pewnym klimacie światopoglądu, 
który to klimat jakby ogólniej stanowić może wyraz artystyczny organizatora 
tego klimatu. 
Zbyt mało wiem o formułowanych na Świecie hasłach tzw. arteterapii, 
aby zgodzić się z nimi, czy też nie. Jeżeli cierpią one na niejasności, 
o których tu mówiłem, to właśnie przedmiotem naszego badania 
powinno być wyjaśnienie tych niejasności i próby odpowiedzi na pytania. 
Twórczość i życie niepełnosprawnych powinny podlegać badaniu, ale 
z zachowaniem ich prawa do tajemnicy, do szacunku, tak jak z tego 
powinien korzystać każdy człowiek. 
Właśnie w imię wyjaśniania niejasności, ostrzegania przed niebez- 
pieczeństwami należałoby studentów kierunków artystycznych wprowadzić 
w problemy człowieka słabego, niepełnosprawnego - pokazując im jego 
pełnię, jego bogactwo i jego podmiotowość poprzez ukazanie samym tym 
studentom ich własnej podmiotowości, bogactwa i odpowiedzialności. 
Dopiero spośród tak przygotowanych studentów można by rekrutować 
ludzi do dalszego kształcenia i pracy. 


722 


-
>>>
--r 


T erBpiB przez twórczośt 


W mojej praktyce, gdy pracowałem na Wydziale Sztuk Pięknych U M K, 
z każdego rocznika studentów średnio dwie osoby poświęcały się z wielką 
ofiarnością pracy z niepełnosprawnymi. Powodem ich zainteresowania były 
właśnie wymienione zagadnienia odpowiedzialności, samorefleksji i poczucia 
człowieczeństwa. Zapewne ich wrażliwość jako artystów mogła być 
dodatkowym czynnikiem ułatwiającym im podjęcie decyzji. 
Sądzę, że należałoby zrobić pełne rozeznanie problemów terapeutycznych 
w Polsce, szczególnie w takich ośrodkach, jak Zakład dla Niewidomych 
w Laskach k. Warszawy, razem ze Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek 
Służebnic Krzyża w tychże Laskach, Ośrodki "Wiara i Swiatło" w całej 
Polsce ("Muminki"), Ośrodek na Zamku Królewskim w Warszawie zajmujący 
się udostępnianiem muzeów osobom niepełnosprawnym, zainteresować 
wszystkie ośrodki terapeutyczne i naukowe, aby odpowiedzieć sobie na 
podstawowe pytanie: jaki ma być etos człowieka zajmującego się niepełno- 
sprawnymi? Należy szukać u takich ludzi jak M ichał Kaziów, niewidomy bez 
rąk, doprowadzony do doktoratu z filologii polskiej przez aktorkę poznańską 
p. Halinę Lubicz (jego praca magisterska "Postać niewidomego w oczach 
poetów", a doktorska "O dziele radiowym") (Kaziów). 
Problemy są u początku. Trzeba je uchwycić w ich wartościach 
podstawowych z pełną świadomością niebezpieczeństw. Pełna instytuc- 
jonalizacja grozić może przy ile sformułowanych zasadach zwyrodnieniem. 
Zdarzyło mi się spotkać osobę bardzo sprawną fachowo, która jed nak pytała 
- po co te dzieci żyją? Czy nie lepiej, gdyby nie żyły? 
W medycynie ogólnej znamy takie wypadki, jak choćby ostatnia sprawa 
pielęgniarek wiedeńskich, na pewno bardzo sprawnych fachowo, które na 
oddziale dla nieuleczalnie chorych wielu z nich świadomie pozbawiły życia. 
Czy ginekologów, których pierwszym zdaniem po stwierdzeniu ciąży jest 
propozycja jej przerwania. 
Ze względu na wszystko, co tu napisałem, zostanę przy określeniu "terapia 
przez twórczość", nie negując bynajmniej wagi zjawiska sztuki w świecie 
ludzi. 
"Ja poezji jest istotną głębią żywej i miłującej podmiotowości, jest to 
twórcze ja podmiot jako akt, naznaczony przejrzystością i ekspansywnością 
właściwą działaniom Ducha. Ja poezji podobne jest pod tym względem do 
ja świętego i również, choć w zupełnie innych celach, jest podmiotem, który 
daje" (Maritain [1], s. 321). Tak pisze Maritain. 
Konkludując: 
1. Niezmiernie ważna jest pomoc dzieciom niepełnosprawnym i ich 
rodzinom. Można ją realizować różnorako. Jedną z dróg jest pomoc dziecku, 
aby mogło realizować swoje tendencje twórcze (wg terminologii Antoniego 


123 


-
>>>
Jedność 


Kępińskiego) na swoją miarę w bezpiecznym środowisku. Jeszcze lepiej, 
gdy dziecko uda się wprowadzić w świat jako człowieka wytwarzającego, 
chociaż celem naszym powinno być pokazanie go światu jako ogniska 
bezinteresownej miłości, jako klucz w ogóle naszej miłości do siebie 
samych - sens naszego życia. 
2. Zapewne działalność chorych może objawiać się w rejonach bliskich 
odczuciu sztuki, może ona tu zmierzać, czy w ogóle tam może dopiero sztuka 
objawia się w swojej czystości. Jednak kryje się tu zbyt wiele niepokojących 
pytań. Zjawisko sztuki jest zbyt mało zbadane. Pewne aspekty jego obrazu 
skłaniają do lęku. Wobec tego nie przyjmuję terminu "terapia przez sztukę", 
ale "terapia przez twórczość". 
3. W dziedzinie kształcenia terapeutów, jakimikolwiek by nie byli, sprawą 
pierwszorzędną jest ukazywanie wartości człowieczeństwa zarówno osoby 
poddanej opiece, jak i tej, która podejmuje się opieki. 
4. Nie występuję przeciw złożonym problemom pojawiającym się na 
różnych drogach terapii. Próbowałem pokazać tu jednak niebezpieczeństwa, 
gdyż tak powinno przebiegać nasze postępowanie. 


-
>>>
TERAPIA PRZEZ TWORCZOŚC 
- ELEMENTY DO TEORII 


ACTA UNIVERSITATIS NICOLAI COPERNICI, 
PEDAGOGIKA XX, Z. 282, TORUf.l1994 


Z a r y s t r e Ś c i. Próba zarysowania elementów składających się na 
teorię "terapii przez twórczość". Osobowe perspektywy terapii. Argumenty 
antropologiczne i światopoglądowe. Elementy struktury terapeutycznej. 
Sądzić należy, że jedną z ciekawszych matryc metodologicznych jest 
struktura relacji Alberta Menne'a E (a, b, W, I, H, V, G). Nazywa on ją strukturą 
relacji kształcenia lub nauczania, lub wychowania. Bliższe przyjrzenie się tej 
strukturze pozwala sądzić, że może ona mieć również zastosowanie do 
aktywności terapeutycznej i opiekuńczej. Dotychczas podjęte na moim 
seminarium magisterskim próby zastosowania tej struktury relacji pokazały jej 
bardzo dużą moc wypełnienia zakresu. Chodzi tu szczególnie o prace: Doroty 
Wiśniewskiej "Funkcjonowanie systemu rodzinkowego w domu pomocy 
społecznej dla dzieci w Bielawkach koło Pelplina (model i rzeczywistość)", 
Beaty Gierszewskiej "Współczesny system opieki nad niepełnosprawnymi 
umysłowo dziećmi/osobami w Stanach Zjednoczonych ze szczególnym 
uwzględnieniem stanu IlIinois" oraz Beaty Owsian "Praktyka hippoterapii 
w Polsce". Te prace, a także inne z tego seminarium, zostały oparte również na 
bliźniaczej strukturze relacji "F" - nauka jako badanie naukowe. Struktury te 
cechuje wybitna perspektywa "osobowa", na co wskazują prezentowane 
przez Mennego cechy poszczególnych argumentów: 
a) ktoś nauczający, reprezentujący poszczególną osobę ludzką, a także 
pewną wielość indywidualnych osób ludzkich; 
b) ktoś uczący się, także tu chodzi o indywidualną osobę ludzką, lub 
grupę takich osób; 
W) określony zakres kształcenia, w jaki bądź sposób zabarwiony 
wartościami; 
I) instytucja, w przypadku krańcowym instytucja prywatnego nau- 
czyciela; 


125 


--
>>>
Jfłdnol
 


H) zestaw środków pomocniczych; 
V) zbiór świadomych i nieświadomych znajomości rzeczy i stałych 
sposobów postępowania (wiedza, jak warg. "W" wzbogacona o habitus); 
G) tło historyczne, społeczeństwo, współodpowiedzialność, pewien 
ogół stosunków duchowych, granica, odpowiedzialność przed społeczeń- 
stwem lub Bogiem. 
Pierwszym argumentem struktury relacji "F" jest arg. c), który reprezentuje 
bądf badacza (naukowca, uczonego), który jest indywidualną osobą ludzką, 
bądf zespół badaczy, który składa się z pewnej grupy takich osób. W tejże 
samej strukturze arg. "I" - instytucja badawcza może stać się w przypadku 
krańcowym instytucją uczonego nie piastującego żadnego stanowiska 
urzędowego. 
Jest to oczywiście zgodne z niezwykle ważnym postulatem metodologicz- 
nym mówiącym o bezwzględnym wpływie badacza na pole badania, co ma 
zastosowanie nawet w najbardziej zdawałoby się zobiektywizowanej 
metodologii nauk ścisłych. Badacz stoi zawsze wobec decyzji wyboru. 
Wybór oznacza wartościowanie. Gabriel Marcel zwraca uwagę na to, że nie 
sposób odrzucić wartościowania (por. Bulletin..., s. 175, 178). 
Oznacza to w końcu, że niezwykle ważnym zadaniem badacza jest 
określenie "swego miejsca obserwacji", na co bezwzględnie składają się 
specyficzne cechy jego samego jako osoby. Dopiero zbierając wyniki badań 
różnych badaczy możemy zbliżyć się do jakiegoś obrazu obiektywnego. Aby 
spełnić ten postulat, Autor przedstawia się: jestem artystą rzefbiarzem 
i teoretykiem architektury współczesnej, który od 16 lat pracuje z niepełno- 
sprawnymi; w pracy tej obserwacja i stosunek emocjonalny wyprzedzają 
refleksję naukową. Poszukując "elementów do teorii" posłużyłem się tu, 
w sposób wprawdzie dość swobodny, strukturą relacji Mennego "E"15. 


Kto sprawuje terapię? 
a) pedagog specjalny, człowiek o poświadczonej dyplomem wiedzy; 
b) opiekun bez teoretycznego wykształcenia w dziedzinie pedagogiki 
specjalnej, człowiek, który z bliżej nie określonej potrzeby serca chce zająć 
się osobami niepełnosprawnymi; 
c) opiekun bez przygotowania i bez powołania; 


1& Chciałbym wyrazić wdzięczność Sławomirowi Sędziakowi za zwrócenie mojej 
uwagi na pracę A. Menne, M. Bombika, T. Olszewskiego, E. Nieznańskiego, 
Z ogólnej metodologii nauk, Wyd. ATK, Warszawa 1985, t. II serii Miscellanea Logica. 


126 


-.
>>>
Terapia przez twórczość - elementy do teorii 


d) rodzice, z natury obarczeni opieką nad dzieckiem niepełnosprawnym. 
Mogą odmówić terapii - oddać dziecko do zakładu specjalistycznego. 
Nie zajmiemy się tu przypadkiem "c", gdyż albo przekształci się on 
w "b", albo odejdzie, albo przyjmie postawę "katechumena" albo "wroga" 
- z pewnością obie postawy na tyle ciekawe, aby mogły być poddane 
specjalnej analizie. 
Tak jak "niewykształcony opiekun" może nie mieć wystarczającej wiedzy 
teoretycznej, a kierować się intuicją, tak "pedagog specjalny" może mieć 
wiedzę teoretyczną, a może brakować mu intuicji albo tego "poświęcenia", 
które cechuje "niewykształconego opiekuna". 
Może być tak, że "niewykształcony opiekun" przez przypadek znajdzie 
się w kręgu "terapii przez twórczość" nie mogąc zrozumieć istoty inności, 
a z innych przyczyn, często powodowany zasadami moralności, powinności, 
czy specyficznej wrażliwości, pozostaje w kręgu tej terapii - nie może 
odejść, gdyż ma świadomość, że tak niewielu chce zająć się niepełnospraw- 
nymi, pozostaje z litości czy też z chęci "bycia w porządku wobec siebie", 
albo też z powodu głęboko przeżywanej wiary religijnej. Nie bez wpływu na 
to jest wielka gotowość do obdarzania przyjaźnią, wielka nadzieja zwrócona 
w jego stronę od niepełnosprawnych (zob. Chudy; por. też Wojciechowski 
[4]). Wydaje się, że jeśli zachodzi ten proces, to nie należy tego związku 
zrywać, gdyż jest on cenny. 
Wykształcony pedagog o istocie inności dowiedział się dość dużo 
na studiach. Tu brakiem może być niezrozumienie istoty podobień- 
stwa. Granicznym wyrazem tego będzie brak ostatecznego przekonania, 
iż osoba podopieczna jest takim samym człowiekiem jak on, lub brak 
przekonania, że w ogóle jest człowiekiem. Najbardziej dramatycznie 
wyraził to prof. T. Kielanowski pytając, "co robić z istotami, których 
poziom inteligencji jest daleki nawet od inteligencji zwierząt?" (Człowiek..., 
s. 20; por. też Wojciechowski [22], s. 81-97, [4]). Pytanie postawione 
nie po to, aby niszczyć, zastrzega Kielanowski, ale po to, aby usprawiedliwić 
wybór jednego życia przeciw drugiemu życiu w stanie wyższej konieczności. 
Gdy jest dwu pacjentów, a tylko "jedna dawka leku". Taki graniczny 
przypadek odsunęli od rozstrzygnięć generalnych francuscy lekarze w dys- 
kusji o dopuszczeniu świadomie spowodowanej "z litości" śmierci nie- 
pełnosprawnych noworodków. Zarezerwowali go sumieniu lekarza w ka- 
żdym poszczególnym przypadku (Choquet; Gomez; Lejeune, Rellier; 
Johannes [2]; Sureau [1]). 
Rodzice jako "terapeuci dziecka niepełnosprawnego" bez swojej woli 
znaleźli się w sytuacji, do której w ogóle nie byli przygotowani - ani 
"tJczuciem, skłonnością pomocy komuś choremu, ani wiedzą teoretyczną. 


127 


-
>>>
Jednolt 


Zna'e:tli się w tej sytuacji na zawsze (por. Nowicka; Wronecka; Talarczyk 
[2]). Myślę, że nawet odejście ich - świadome - niczego nie zmieni. Będą 
zawsze rodzicami dziecka niepełnosprawnego - tymi, którzy się nim opiekują, 
czy też tymi, którzy je porzucili. Smierć dziecka niepełnosprawnego wydaje 
się tu czasem najiepszym rozwiązaniem. I to przekonanie wydaje się być 
dość mocne u wielu, szczególnie postronnych. Pytanie tylko, na ile to 
rozwiązanie może być zaakceptowane przez rodziców? Na ile taka decyzja 
czy zmierzanie ku takiej decyzji jest "bezpieczne", czy "dobre"? Nie należy 
sądzić, że takich dążeń nie ma, czy nie było. 
Sądzić należy, że jedną z przyczyn takich kroków była rozpacz. Założyciel- 
ka Stowarzyszenia dla Zapobiegania Dziecięctwu Niepełnosprawnemu 
(Association pour la Prevention de l'Enfance Handicape), które propagowało 
badania prenatalne kończące się zniszczeniem chorego płodu oraz podjęło 
próbę wprowadzenia legalnej zgody na spowodowanie śmierci 3-dniowych 
niepełnosprawnych noworodków "przez odmówienie im opieki", "chce 
odwołać się do prawa i tych, którzy je tworzą, aby zmniejszyć liczbę dzieci 
nienormalnych". Mówi: "Same nie mogąc być szczęśliwe, najczęściej burzą 
całą rodzinę". Myśli tu o poczuciu winy rodziców, o ile ich dziecko znajdzie 
się w zakładzie specjalnym, czy o kłótniach między ojcem i matką wywoła- 
nych przez ten ogromny ciężar, kłótniach, które mogą spowodować 
opuszczenie rodziny przez ojca (L 'attaire...). 
Swoje wystąpienie uważa za wynik desperacji z powodu nieczułości 
świata wobec sytuacji przeżywanej przez rodziców i przez dzieci. 
Mam 25 lat osobistego doświadczenia [oskarża], widziałam, jak traktuje się 
dzieci w szpitalach. Słyszałam ludzi, którzy mi mówili: - "proszę zabrać swoją 
małpkę" (C. M.). [on] Oskarżano mnie, wyśmiewano. (De Legarde [2]) 
(Owszem, podziwia tych, którzy tworzą miejsca życia dla niepełnospraw- 
nych), ...ale miejsca, w których mogliby żyć niepełnosprawni, nie są rozciągliwe, 
więc dlaczego narzucać dziecko, które. zawsze będzie odrzucone? Mówi się 
nam, że są brzydcy, przeszkadzają. Nikt nie może zrozumieć tego cierpienia 
dzieci i rodziców. (Azoulai) 
Istnieją wszakże i dowody na zupełnie odmienne działanie podobnych 
matek czy rodziców. We Francji właśnie praktycznie cała struktura terapii 
niepełnosprawnych, niezwykle rozbudowana i sprawna, jest zarządzana 
przez stowarzyszenia rodziców niepełnosprawnych dzieci. Wiele z tych 
stowarzyszeń jest zjednoczonych w Narodowej Unii Stowarzyszeń Rodziców 
Dzieci Nieprzystosowanych (Union Nationale des Associations de Parents 
d'Enfants Inadaptes -UNAPEI). Pani Claudine Loubiere założyła Stowarzy- 
szenie "Vivre avec la maladie", Georges Hourdin, ojciec córki z zespołem 
Downa, jest autorem książki Niezawinione nieszczęAcie, pani Breza z Wroc- 


128 


-
>>>
Terapie przez twórczośt - elementy do teorii 


ławia, matka dziewczynki z zespołem Downa, implantowała do Polski ruch 
"Wiara i Swiatło" ("Foi et Lumiere") - "M uminki" założony przez Jeana 
Vanier, pani Gapińska z Torunia doprowadziła do niesłychanego rozwoju 
twórczego swego syna, artysty malarza (Stanclewska), państwo Susłowie 
z Torunia dzięki uporowi i chęci wyleczenia niepełnosprawnej córki Magdy 
stali się jednymi z prekursorów zastosowania w Polsce metody Domana, 
pan Andrzej Sekuradzki z Zakopanego jest założycielem i dyrektorem 
Ośrodka Rehabilitacyjno-Wychowawczego dla Upośledzonych w Zakopa- 
nem. Przykłady można by mnożyć. 
Należy wszakże podkreślić leżący u fródeł tych działań, tak w kierunku 
negacji, jak i afirmacji - dramat. Dramat niezrozumiały dla tych, którzy nie 
doświadczyli załamania już u progu całej nadziei realizacji swoich potrzeb 
transcendentnych w dziecku. Nadziei przez nas wszystkich odczuwanej jako 
naturalna do tego stopnia, że jej nie dostrzegamy i nie doceniamy. 


II 


Osoba niepełnosprawna. Dziecko lub dorosły. M usimy tu próbować 
odpowiedzieć na pytanie, czy istotny jest rodzaj niepełnosprawności. 
Przeważnie rozgranicza się niepełnosprawność motoryczną od niepełno- 
sprawności umysłowej. Wyróżnia się głuchych i niewidomych. W jakiś 
sposób wydaje się to uzasadnione. Za tworzeniem zespołów segregowanych, 
szczególnie jeśli idzie o głuchych, przemawiać może ich większe poczucie 
bezpieczeństwa. Ale czy to nie byłoby rozwiązanie najłatwiejsze, nadto 
stwarzające niebezpieczeństwo uzależnienia takiej jednorodnej grupy od 
słyszącego "przewodnika" czyli opiekuna? To bardzo poważna obawa. 
Anna Sullivan i Helen Keller (Keller) pokazały, że można tę segregację 
przełamać. Więc czy nie trzeba do tego dążyć? 
Sądzę, że granicą segregacji może być tylko jasno określona konieczność 
stosowania bardzo wyspecjalizowanej terapii. Granicą taką nie może być 
porządkowanie populacji na klasy o różnej wartości. Myślę nawet, że należy 
uważać, aby te konieczne granice powodowane specyfiką terapii nie 
przerodziły się w granice klasyfikacji wartościującej. Terapia w swoim 
najgłębszym fródłosłowie zawiera "cześć - oddawanie czci". Warto tu 
przypomnieć, co mówi antropologia chrześcijańska o strukturze bytowej 
człowieka, o jego istocie. 


Człowieczeństwo konkretnego człowieka to pewien zestrój momentów lub 
aspekt istoty indywidualnej, dzięki którym jednostka jest człowiekiem [...]. 
Określona jednostka posiada zespół kwalifikacji (treści), dzięki którym jest tym 


129 


-
>>>
Jednośf: 


oto, niepowtarzalnym indywiduum. Ta istota indywidualna jednostki ludzkiej 
jest podstawą ścisłej jedności i ciągłości tego, co do niej należy; jest treścią 
bezpośrednio kwalifikującą to, co w jednostce pełni rolę podmiotu cech, jest jej 
naturą konstytutywną, stanowi jedność harmoniczną momentów składających 
się na indywidualność jednostki. (Encyklopedia..., szp. 907) 


Wobec dramatu pytań zadawanych przy pojawieniu się dziecka nie- 
pełnosprawnego nie sposób uniknąć dziedziny, która ten dramat tłumaczy, 
uzasadnia czy usprawiedliwia. Tak więc problem niepełnosprawnych musi 
być przemyślany również w świetle religii, bo inaczej być nie może. 
W religii chrześcijańskiej "dzięki Chrystusowi człowiek wyzwolony od 
zła, czyli zbawiony, oraz usynowiony w Chrystusie został wprowadzony we 
wspólnotę dzieci Boga" (Encyklopedia..., szp. 917-918). Tak więc powstaje 
tło celów, potrzeb, usprawiedliwień właściwych dla tej religii, której 
widomym symbolem jest śmierć w męce i uwolnienie od niej. 


III 


Zakres terapii. Co chcemy uzyskać poprzez terapię? M ożemy chcieć uzyskać 
sprawność ruchową. Możemy chcieć uzyskać powiększenie sprawności 
intelektualnej. Możemy chcieć uzyskać poprawę sytuacji społecznej osoby 
poddanej terapii. Wydaje się, że możemy mówić tu o dwóch granicach 
terapii: jedną granicą będzie granica wyznaczona przez zdolność organizmu, 
a drugą wyznaczona przez świat zewnętrzny. 
Co chcemy uzyskać poprzez terapię? Chcemy, aby osoba, o której mowa, 
poznała swoje prawdziwe granice, zaakceptowała je i aby poznała rejony, 
gdzie te granice w stosunku do pozostałego świata nie istnieją lub są 
odsunięte bardzo daleko. Każda osobowość jest dynamiczna. Nasuwa to 
wniosek, aby i środowisko terapeutyczne było dynamiczne. Powinno ono 
być jak naj bogatsze, tak, aby osoby uczestniczące w nim mogły znalefć 
najlepszą dla nich formułę uczestnictwa. 
Terapia przez twórczoŚć ma pomóc zbudować człowiekowi niepełno- 
sprawnemu pole twórczości. Twórczość rozumiemy tu oczywiście jako 
"świadome wprowadzanie własnego porządku w świat otaczający" (por. 
Wojciechowski [4]; Kępiński [2], [3]). Mamy tu trzy ważne słowa: 
1) "świadome"; 2) "własnego porządku" - własnego, a nie cudzego 
- trzeba więc móc poznać własny porządek; 3) "w otaczający świat" 
- oznaczać to będzie poznanie otoczenia, zaakceptowanie go, ocenienie 
jako przyjazne i skłonne przyjąć "mój porządek". 


130 


- 


....
>>>
Terapia przez twórczość - elementy do teorii 


Mówię tu O akceptacji, przyjaznej ocenie i przyjęciu. Nie mówię o uznaniu 
za obcy i o ataku czy narzuceniu. O tej granicy bardzo jasno opowiada 
Helena Keller. Zanim znalazła wspólny język z otaczającym światem, 
atakowała go. Czy tworzyła coś? Oczywiście tak. Tylko że tworzyła sytuacje 
konfliktowe, agresywne i w odpowiedzi mogła otrzymywać tylko agresję lub 
odejście, oddalenie lub smutek, który, jak to ujmuje za Św. Tomaszem 
o. Innocenty Bocheński, jest wynikiem "psychicznej obecności zła, gdy 
ruch od przedmiotu nie jest możliwy i zamiast niego występuje (zwykle) 
uczucie smutku" (Bocheński [1]). 
To bardzo istotne. Dziecko agresywne bez kontaktu jakiegokolwiek 
z otoczeniem, dziecko, którego nie opuszczamy, jest jakimś "złem". Nasz ruch 
ucieczki nie następuje. Zostaje smutek. Aż do momentu, gdy agresja i brak 
kontaktu znikają. U Heleny Keller było to podejście Anny Sullivan i "wpisanie 
jej słowa w dłoń". Pojawiła się ciekawość. Potem zrozumienie. Ustąpiła 
agresja. Został zbudowany pierwszy krok postawy "do" w szerszym sensie. 
M usimy wszakże tu zatrzymać się. Swiat twórczości nie jest wyizolowa- 
nym światem, w którym podmiot jest ośrodkiem i na tym sprawa kończy się. 
Nie. Jest to świat wielu podmiotów, świat konfliktów i porozumienia. 
Wspólny świat twórczości (por. Wojciechowski [22]). Proces tworzenia jest 
procesem wspólnym wielu podmiotów. Tak więc osoby pozornie niezdolne 
do wprowadzania jakiegokolwiek porządku własnego w otaczający świat 
czynią to swoim istnieniem i obecnością, która jest prowokacją dla innych. 
Mogą oni odrzucić je albo zaakceptować, ale zawsze muszą stworzyć nowy 
porządek, który jest porządkiem wspólnym 18 . 


IV 


Instytucja terapeutyczna. Należy tu wrócić do początków. Matka, ojciec 
i dziecko. Właściwie to oni normalnie powinni wprowadzać swoje dziecko 
w świat. Uczyć je poznawać świat. 
Niektórzy nie potrafią, bo są zbyt porażeni nieszczęściem - innością, 
wykluczeniem ze świata "normalnych rodziców". Normalni rodzice porów- 
nują. Patrzą na dziecko kolegi, koleżanki, sąsiadów. I szukają potwierdzenia. 
Moje dziecko jest takie samo, lepsze, gorsze. Jeśli gorsze, to próbuję 
naprawić, szukam innych dróg. Tu niestety wiem, że na pewno będzie 
gorsze. Zawsze. I smutek wobec stałej obecności "zła". Smutek, który 
udziela się dziecku. I poszerza strefę "zła". 


18 W szczególny sposób pokazuje to Claudine Loubiere, przewodnicząca 
Stowarzyszenia "Vivre avec la maladie". 


131
>>>
Jednośł 


Niektórzy mobilizują się. Wystarczy promyk nadziei. "Nadziei przeciw 
nadziei". Tą nadzieją bardzo często jest głęboka wiara religijna w wymiarze 
nieznanym dla "zwykłego wierzącego". (m) niezwykle głęboka wiara we 
współuczestnictwo Boga w życiu takim, jakie jest 17 . 
Jest to zawsze świadectwo męstwa przejawiającego się w wytrwałości. 
Pięknie to powiedziała pani Gapińska - "widziałam, że w tym chłopcu coś 
się dzieje". Tylko ona. lekarka nie miała nadziei. 
Instytucja terapeutyczna inna niż rodzice powinna tu wkraczać w kierunku 
pomocy rodzicom. Należy w nich wzbudzić nadzieję. Obudzić nadzieję. 
Czasem przeciw ich beznadziei. Taką instytucją terapeutyczną chciałaby też 
być Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych. 


v 


Srodki terapii. Spróbujmy najpierw przyjrzeć się temu, czym dysponował 
zespół, który stworzył obecną Pracownię. 
Papier, farby, woda, pędzel. Obserwowane dzieci, osoby niepełnosprawne 
poczuły się tu pewnie. Przypominając sobie tamten obraz pierwszych zajęć 
najbardziej pamiętam, że "gospodarzyli się". Układali na stołach kartki 
papieru. Zasiadali przy tych stołach, układali i ustawiali farby, pędzelki, słoiki 
z wodą. Biegali zmieniać tę wodę do ubikacji. Ten ruch "gospodarzenia się" 
zapamiętałem jako ważniejszy niż malowanie, niż to, co powstawało. 
Zapewne, wielu z nich już miało do czynienia z takim "aranżowaniem 
własnego warsztatu pracy", może w szkole. Inni podglądali i próbowali 
naśladować. Powstawały rzeczy różne. Od razu wszystkie akceptowaliśmy. 
Nie było złych. To bardzo ważny krok. Być może przypadkowy. Nie bez 
znaczenia było to, że po drugiej stronie byli studenci sztuk pięknych, którzy 
sami widzieli potrzebę takiej pracy. Nie mając żadnych doświadczeń 
w dziedzinie pedagogiki specjalnej. Mieli za sobą tylko własne doświad- 
czenie. Własny konflikt z materią malarstwa czy rysunku. Sami gwałtownie 


17 C. Loubi
re w swoich niepubl. materiałach pisze: "Nie zgadzam się z aspektem 
'odkupiającym' cierpienia. To ile pojęte chrześcijaństwo wytworzyło tę ideę: 
'cierpienie jest niezbędne i dopuszczone dla odkupienia grzechów'l To oznacza 
uznanie próżności ofiary Krzyża, gdzie grzechy ludzkości, przeszłe, obecne i przyszłe, 
zostały odkupione raz na zawsze dla tego, kto usłyszy to objawienie. Cierpienie jest 
bardziej próbą, poprzez którą może dokonać się zmiana, przeobrażenie, uświadomienie 
sobie sensu życia, okazją, aby stać się aktywnym wobec choroby (podlegający 
opiece i opiekujący się razem)". Autorka tych słów nie identyfikuje się z nauką 
Kościoła katolickiego - uważa się za chrześcijankę, słowa te są wyrazem jej 
przekonania o sile, jaką otrzymuje z wiary w cierpiącego Chrystusa. 


732 


..... 


.....
>>>
Terapia przez twórczość - elementy do teorii 


szukali właściwych sobie środków wyrazu. I myślę, że obserwując te dzieci 
- osoby niepełnosprawne - znaleźli w nich swoją pasję. 
Zakłopotanie, a może nawet lęk, które w nich wyzwoliła obecność tylu 
"innych" osób, mogły zostać przezwyciężone wtedy, gdy utożsamili wysiłek 
tych zaproszonych nowych podopiecznych ze swoim. Bo przecież nie mogli 
powiedzieć tym ZAPROSZONYM - idźcie sobie, to bez sensu. TRZEBA BYŁO 
ujrzeć sens. Widzieliśmy nadzieję zarówno w ruchach i oczach tych dzieci, 
jak i ich rodziców. Nie można było dziecku z zespołem Downa, które z dumą 
pokazało zamaszyście zamalowaną kartkę, powiedzieć - to do niczego, to 
się nie komponuje. Trzeba było zadać sobie po tym wszystkim pytanie - co 
się tu wydarzyło? 
Chciałbym tu jeszcze chwilę zatrzymać się nad klimatem tego spotkania. 
Były narzędzia - stoły, krzesła, farby, słoiki z wodą. Trzeba to było jakoś 
urządzić, liczyć się z tymi "narzędziami", z tymi "ramami przestrzennymi". 
Nie było tu nic z atmosfery "malowania 10 palcami", gdy dziecko może po 
łokcie zanurzyć ręce w farbie, mazać po papierze i nie uważać na otoczenie 
i na siebie. Tu takich możliwości nie było. Też przypadkiem. Nie znaliśmy 
metody "malowania 10 palcami". Okazuje się, że ten przypadek również 
miał duże znaczenie. To, co dalej następowało, działo się w klimacie 
wymogów domu. Było stosunkowo nieodległe od domu, gdzie mama każe 
sprzątać itp. Ale też było zasadniczo różne. Można tu było "wyrazić siebie" 
- na tej ograniczonej powierzchnią stołu przestrzeni, a właściwie ograniczo- 
nej kartką papieru. Tu kończyła się strefa "cudzego porządku", a zaczynał 
obszar "mojego porządku". Jednak podlegający "kontroli otaczającego 
ŚWiata"18 mieszczącego się w jego ramach. 
Być może buduję tu już sztuczną strukturę zjawiska, ale Kępiński bardzo 
mocno podkreśla znaczenie pracy, która jest działaniem poddającym 
się kontroli 19 . Więc jakby niechcący stworzyliśmy tu strefę pracy. Następ- 
nym krokiem było pochwalenie tej pracy. Ten krok jest najtrudniejszy 
i najdonioślejszy. 
Dziecko niepełnosprawne, ta "wieczna przegrana", nigdy nie miało 
prawa zrobić nic dobrego. Nigdy nie było traktowane poważnie. I teraz 
w stworzonym przez nas środowisku również coś robi. Są trzy osoby: 
dziecko, rodzice, opiekun-terapeuta. Dziecko macza pędzel w wodzie 
i farbie i zamalowuje papier. Nie wiemy, dlaczego. Matka czy ojciec 
z niepokojem patrzą na opiekuna-terapeutę. Wstyd im, że przyprowadzili tu 
to stworzenie nic niewarte, które właśnie zniszczyło papier, drogie farby 


18 Jest to terminologia A. Kępińskiego, Melancholia...; tenże, Psychopatologia...; 
A. Wojciechowski, Człowiek u Kępińskiego... 
19 Ten sam problem co przypis poprzedni. 


133
>>>
Jednośt 


i jeszcze zachlapało stół. Opiekun mówi - wspaniale, bardzo piękne 
- ciekawe co dalej namalujesz. Potem zabiera kartkę, opisuje ją datą 
i imieniem dziecka, i chowa na półkę. Daje następną kartkę. Dziecko jest 
zadowolone. Pochwalono je, może dalej próbować. Rodzice nie wiedzą, jak 
zareagować. Być może nie traktuje się ich poważnie. Ale coś się dzieje. 
Mogą się tu czuć bezpieczni ze swoim dzieckiem. 
Właśnie - bezpieczni. 
Często pytają mnie studenci o to, co rozumiem pod tak często 
przeze mnie używanym pojęciem - bezpieczna przestrzeń. To taka 
przestrzeń, o której dzieci i rodzice, i dorośli niepełnosprawni będą 
wiedzieli, że jest ona dostosowana do ich rytmu. Gdy trzeba czekać, 
to poczeka się, gdy trzeba coś przyspieszyć czy naprawić to zrobi 
się to. Jean Vanier użył tu znanej metafory wzrostu rośliny. Ciągnięcie 
liści niczego nie przyspieszy. M usi być odpowiednia gleba i klimat 
(Vanier [5]; Wojciechowski [4]). 
Jest wszakże jeszcze jeden bardzo ważny czynnik bezpiecznej przestrzeni. 
Otóż może ona być bezpieczna tylko wówczas, gdy wszyscy jej uczestnicy 
będą bezpieczni. Nie może zapewnić bezpieczeństwa ktoś, kto sam nie czuje 
się bezpieczny. Dotyczy to też terapeutów, którzy nie są maszynami, ale też 
ludźmi. Nie mogą być oni poddani presji stresów dotyczących ich pracy. 
Trzeba im zaufać. To również niezwykle ważne i trudne. Nie będzie dobrego 
ośrodka terapeutycznego bez atmosfery bezpiecznego domu, gdzie można 
być czasem w złym nastroju, gdzie może zaboleć głowa, gdzie nie zawsze 
wszystko musi się udać. 
Każdy przypadek jest inny. Dziecko samo będzie zmierzać do zbudowania 
mostu między sobą a innymi. 
Magda z porażeniem mózgowym zaczęła od własnych kreacji, ale 
przełom nastąpił, gdy zaczęła próbować powtarzać wyraziste kompozycje 
swojej siostry - zdrowej. Radość otoczenia z odkrycia podobieństwa była 
jej radością i skłoniła ją do stawiania sobie coraz wyższych progów. 
Kulminacją było odkrycie przez nią, że może prowadzić rozchwianą rękę 
spokojnymi kolanami i powstają prace wyraziste. Wtedy zaczęła tworzyć 
zupełnie samodzielne kompozycje. 
Janusz, gdy odkrył naszą radość z demonstrowanej przez niego umiejęt- 
ności liczenia rysowanych mnogich elementów, uznał to za swój sukces 
społeczny i poczuł się pewny w środowisku. Później zarzucił malowanie, ale 
zaczął demonstrować swobodne poruszanie się w otoczeniu. 
Poza tym jest jeszcze teatr. Zasygnalizujemy tylko to bardzo ważne pole 
wspólnej zabawy i poddania się egzaminowi dorosłych - rodziców 
i przyjaciół. (m) 


134 


-
>>>
Terepie przez twórczośt - elementy do teorii 


Ja [...] stanowi w człowieku miejsce, w którym dochodzi do ujawnienia się 
jego składników i jego struktury, do wyzyskania samowiedzy, do realizacji 
czynów moralnie kwalifikowanych, co sprawia, że człowiek ma rangę bytu 
osobowego. (Encyklopedia..., szp. 906) 


"Ja" wreszcie stanowi centrum poznania wszechświata - z tego punktu 
poznajemy wszechświat (Maritain [4], s. 81 i n.). (...) 
Człowiek jest ścisłą (co najmniej funkcjonalnie) jednością elementów 
i czynników różnorodnych, paradoksalnym wręcz splotem psychiczności i cieles- 
ności, świadomości i nieświadomości, indywidualności i wspólnotowości 
(a także i opozycji) transcendującym w rozmaity sposób to, co w nim 
immanentne; z jednej strony istnieje więc w życiu i działaniu jego ciała oraz 
niecielesnej (nieprzestrzennej, fizykalnie niewymiernej) psychiki - pierwotna 
solidarność tego "ja" z jego ciałem, z drugiej zaś ich zasadnicza jakościowa 
odmienność, a niekiedy i przeciwstawność. [.n] człowiek istnieje w sposób 
- globalnie biorąc - dramatyczny. (Encyklopedia..., szp. 905-907) 
Jednak w sytuacji dziecka, osoby niepełnosprawnej na samym początku 
możemy mieć do czynienia z brakiem w ogóle podstaw do tego dramatu 
życia. Byłaby to sytuacja pierwiastkowa. Możemy więc wkraczać w dwu 
miejscach: 
"I" - stawiając możliwe do spełnienia zadanie; 
"II" - obdarzając podmiot uczuciem miłości, znakami, gestami takiej 
miłości. 
Zazwyczaj postępowanie nasze wobec osób niepełnosprawnych jest 
"kombinowane". Klasyczny przykład takiego kombinowanego zadania: 
Wanda Szuman rysuje palcem na dłoni dziecka niewidomego schematy 
myszki, domku etc. i mówi przy tym odpowiednie wierszyki. Dziecko 
rozpoznaje schemat i odwzajemnia go na dłoni Pani Szuman (Szuman 
[1], [2]). 
Bardzo szybko musimy liczyć się z dramatyzacją tego kręgu nadziei. Co 
ciekawe, wzrasta jego paradoksalność i ta dramatyzacja będzie świadectwem 
naszego sukcesu pedagogicznego. Rozpacz - łzy, gniew, bunt (por. 
Wojciechowski [4]). Wówczas musimy, że użyję tu określenia Kazimierza 
Dąbrowskiego, umieć stanąć "na wyższym poziomie integracji naszego 
związku" (Dąbrowski). 
Nie wolno nam też zapominać o tym, że sami nie jesteśmy przyrządami 
terapeutycznymi, lecz ludźmi. Takimi samymi podmiotami, jak nasi podopie- 
czni. Wpleceni w ten sam krąg nadziei i obarczeni takim samym dramatyzmem 
naszego jestestwa. Może nawet bardziej. I wówczas ten cały "krąg nadziei" 
naszego podopiecznego jest naszym zadaniem (...) w naszym osobistym 
"kręgu nadziei". I to, co tu najtrudniejsze, to to, że musimy pamiętać, że 


135 


-
>>>
Jedność 


"krąg nadziei" naszego podopiecznego jest ważniejszy od naszego. Że to on 
ma realizować swoje zadanie i wzmacniać swoją podmiotowość, a nie tylko 
być obrazem sukcesu naszego zadania (m). Gdy dodamy do tego "kręgi 
nadziei" rodziców dziecka niepełnosprawnego, te naszych kolegów współ- 
pracowników, stanie nam przed oczyma zaledwie szkicowy obraz całego 
złożonego procesu terapii. Dość wyrazisty obraz tego mamy w pracy Heleny 
Keller i Anny Sullivan, a także w pracach Vaniera (por. Keller; Vanier [5]). 
Ponieważ praca z niepełnosprawnymi tak głęboko angażuje problemy 
jestestwa wszystkich jej uczestników, musimy być szczególnie uczuleni na 
manifestacje frustracji terapeutów, którzy często w ogóle nie zdają sobie 
sprawy z głębokości i dramatyzmu własnego zaangażowania. Postawami 
skrajnymi będą: 
- manifestacja bezsensu tej pracy (pomimo wszystko wykonywanej 
z poświęceniem) dochodząca do apeli o eugenikę i eutanazję; 
- manifestacja niezwykłych sukcesów podopiecznych - w swej istocie 
manifestacja zrealizowanych własnych zamierzeń twórczych terapeuty, 
w których podopieczny pełnił tylko rolę medium. 
Nadzieją naszej pracy powinna być świadomość, że "każda cecha 
człowieka jest rezultatem interakcji genów i środowiska. Ujawnienie się 
niektórych cech uwarunkowanych genetycznie zależy w mniejszym lub 
większym stopniu od środowiska" (Encyklopedia..., szp. 892). 
Również istotne jest to, że oprócz procesów poznania dyskursywnego, 
logicznego człowiek operuje procesami poznania niedyskursywnego, "po- 
znania przez upodobnienie" - jak to precyzuje Maritain. Polega ono na 
upodobnianiu się do rzeczywistości jako nie dającej się ująć w pojęcia, 
stosownie do tego, jak ta rzeczywistość uwewnętrznia się w samej 
podmiotowości poznającego (Maritain [4]). 
"Dusza ogarnięta uczuciem znajduje w rzeczach aspekty podobne 
i podnosi je w stronę intelektu, gdzie pod światłem tego samego Rozumu 
Oświecającego tworzy się zawiązek inny niż zrozumiały zawiązek pojęcia" 
(Maritain [4], s. 189, 300). 
Ten inny zrozumiały zawiązek jest już myślową formą czy aktem w pełni 
określonym, choć pogrążonym w nocy duchowej nieświadomości. Jest to 
poznanie, ale poznanie niepojęciowe (Maritain [4], s. 289). Podmiot 
poznający musi uchwycić obiektywną rzeczywistość zewnętrznego świata 
i wewnętrznego świata przez nieokreślone poznanie, przez zjednoczenie 
afektywne. Wszystko, co rozróżnia i odgaduje w rzeczach, rozróżnia 
i odgaduje jako nieodłączne od niego i od jego uczucia i w rzeczywistości 
jako utożsamione z nim. Intuicja jego jest niejasnym poznaniem własnego 
"ja" i rzeczy w poznaniu przez zjednoczenie, czyli przez upodobnienie, które 


136 


-
>>>
Telapia plzez twó/czośł - elementy do teolii 


rodzi się w duchowej nieświadomości i które owocuje jedynie w dziele 
(Maritain [4], s. 292). 
To nie jest opis procesu poznania właściwego dziecku niepełnospraw- 
nemu. To opis poznania właściwego poecie. Pozostawiam to tu jako znak 
zapytania. 


VI 


Albert Menne siódmy argument G) swej relacji "edukacja" nazwał: "od- 
powiedzialność przed społeczeństwem lub Bogiem. Granice". We wspo- 
mnianej na wstępie dyskusji uczonych-materialistów o granicach człowie- 
czeństwa prof. Zbigniew Cackowski za początek kształtowania się człowieka 
uznał "akt narodzin". Proces uczłowieczania organizmu ludzkiego jest dla 
niego procesem socjokulturowym. Wewnętrzne elementy naszego "ja" są 
powiązane ze światem zewnętrznym, z innymi ludźmi - także więzią 
z przedmiotami, wyrazami minionego ludzkiego doświadczenia. Przesłanką 
wyjściową uczłowieczania nowo narodzonego ludzkiego organizmu jest 
inny dorosły człowiek - matka, nauczyciel, wychowawca. Żyjemy poprzez 
innych ludzi i poprzez rzeczy tworzone przez innych i przez nas samych. Taki 
pogląd na ludzkie życie, jako tworzone przez związki z rzeczami, przez więzi 
praktyczne z przedmiotem i więzi miłości (brania i obdarowywania), jest 
jakby zmierzaniem do rozwiązania problemu Kielanowskiego - czym jest 
uczłowieczenie - czy sprawnym mózgiem? (por. Człowiek..., s. 24-28) 
Ze względu na złożoność procesów zachodzących w człowieku ant- 
ropologia chrześcijańska wyróżnia: 
strukturę biotyczną - przejawiającą się w życiu układu żywego; 
strukturę psychiczną - przejawiającą się w życiu osobowym; 
strukturę społeczną - przejawiającą się w życiu wspólnotowym; 
- strukturę bytową - wskazującą na rację działania; 
strukturę nadprzyrodzoną - wskazującą na partycypację człowieka 
w życiu osobowym Boga (Encyklopedia..., szp. 892). 
I na tym polu działamy w pełni. Nie wolno nam zapominać o tym, że 
strukturę psychiczną człowieka konstytuuje również świadomość moralna 
(sumienie), częściowo nabyta, wychowana autokrytyczna zdolność do 
moralnego wartościowania, zwłaszcza własnego postępowania i przeżywania 
poczucia winy (Encyklopedia..., szp. 900). 
Wiedza o tym jest dla nas, uwikłanych w złożony proces terapii, bardzo 
ważna. Dziecko niepełnosprawne niezależnie od stopnia upośledzenia 
uczestniczy w tej świadomości moralnej w sposób właściwy sobie, ale 


137 


-
>>>
Jednośt 


uczestniczy. Zapoznanie tego oznaczać będzie próbę zburzenia całości 
podmiotu, który poddał się naszej terapii. Pytanie, nierzadko bardzo 
gwałtowne, które kierują do nas "nasze dzieci" brzmi - powiedz! jaki 
jestem?, czy jestem dobry?, czy kochasz mnie jeszcze? Może ono być 
wyrażone różnymi sposobami, ale jest stawiane. 
Człowiek zdobywa wolność częściowo przez uświadamianie sobie wpływu 
czynników determinujących (psychoterapia), częściowo poprzez zdolność do 
działań twórczych, do tworzenia nowych sposobów zachowań przekraczających 
zastane schematy jako gotowe wzorce kulturowe. (Encyklopedia..., 
szp. 900-901) 
Kontakt ze społeczeństwem jest pOdstawą obudzenia, rozwoju i możliwości 
zaspokojenie wyższych potrzeb (poznawczych, estetycznych, społecznych, 
moralnych i religijnych) poprzez które, a przede wszystkim poprzez stosunek do 
drugiej osoby oraz do społeczeństwa jako wspólnoty osób, urzeczywistnia się 
on sam jako osoba. (Encyklopedia..., szp. 901 -902) 


Sądzę, że ponieważ człowiek ma głęboko w sobie wpisane poczucie 
porządku, przynależności do bezpiecznej grupy, to środowisko, które 
tworzymy, musi być wyra:tnie uporządkowane, z wyrafnymi granicami, 
z wyraźnym porządkiem hierarchicznym i z wyrafnym rozróżnieniem dobra 
i zła. Inaczej nie będzie bezpieczne. 
W działaniu człowieka występuje zawsze tzw. "transcendencja celów" 
- człowiek zmierza do celów przekraczających jego aktualne potrzeby i bodźce, 
a po osiągnięciu jednego dobra szuka innego, ten niepokój (nienasycenie) 
w działaniu pozwala sądzić, że człowiek (świadomie lub nieświadomie) jest 
nastawiony na dobro pełne i nieutracalne (absolut). (Encyklopedia..., 
szp. 904-905) 
Jeżeli tego postulatu zaniedbamy w pracy z osobami niepełnosprawnymi, 
nie osiągniemy niczego. Ta cecha transcendencji tak bardzo właściwa 
człowiekowi jest dla uważnego obserwatora cechą niezwykle silnie postulo- 
waną u osób niepełnosprawnych, niezależnie od stopnia uszkodzenia. Ten 
postulat, nie nazywany przez terapeutów właściwie, jest często najbardziej 
przez nich potępiany - "nie mieści się, nie wie czego chce, chwyta mnie za 
ręce, za nogi, jest nienasycony, patrzy na mnie stale" itp. 
Człowiek oswaja (uczłowiecza) zastany świat dzięki jego poznawaniu 
- zarówno oddziałując nań realnie (przekształcając go), jak i tworząc 
kulturę (otaczając się własnymi dziełami) (Encyklopedia..., szp. 906). Osoba 
niepełnosprawna jest inna. Nigdy nie będzie taka jak ja. To już nie idzie o to, 
że jest słabsza. Jest po prostu innym zadaniem dla mnie. 
POjawiają się sytuacje wyboru. Dwóch chorych, a jeden lek. Jednym 
z tych chorych jest człowiek głęboko upośledzony. Kogo wybrać? To 


138 


-.
>>>
Terapia przez twórczośt - elementy do teorii 


problem prof. Kielanowskiego. Nie podejmujemy się tu rozstrzygać dylematu 
tej dramatycznej sytuacji. To dramat sumienia lekarza. Decyzja będzie 
musiała być podjęta, a naj prawdopodobniej żadna nie może być przesłanką 
potępienia lekarza. Możemy natomiast próbować rozważać sprawę, wskazy- 
wać stanowisko, gdy problem ten zostanie rozszerzony na niepotrzebne 
dla rozwiązania go pytanie: czy osoba niepełnosprawna jest takim samym 
człowiekiem jak ja 1 
Profesor Cackowski we wspomnianej dyskusji naukowców-marksistów 
dał przesłanki do usprawiedliwienia na gruncie filozofii materialistycznej 
człowieczeństwa osoby niepełnosprawnej: wchodzi ona w głębokie związki 
emocjonalne z innymi. Co więcej, narodziny jej są wyprzedzone takim 
samym zespołem uczuć, nadziei i planów, jak i narodziny innych osób. 
Następuje załamanie współmierne do uprzednich oczekiwań. 
W tej samej dyskusji zabiera głos prawnik, profesor Cieślak, który 
sprzeciwia się definiowaniu zjawisk "dość oczywistych", gdyż wówczas 
definicja może służyć tylko eliminowaniu elementów, które się w niej nie 
mieszczą. Każdy dość jasno wie, co to jest człowiek i trudno go będzie 
pomylić z innymi formami świata żywego. Jakakolwiek wątpliwość musi 
być rozstrzygana na korzyść. Dotyczy to także tzw. "potworków". Potwor- 
kami w tej debacie nazywano osoby niepełnosprawne o nieznanej czynności 
mózgu. Profesor Cieślak uściśla swoje ostrzeżenie: nie można pośród 
upośledzonych (kalek) wyodrębnić bardziej upośledzonych "(potworków), 
których uznamy za niezdolnych do życia, czy niegodnych go (Człowiek..., 
s. 66-67). 
W antropologii chrześcijańskiej problem pytania o człowieczeństwo osoby 
niepełnosprawnej nie istnieje. Antropologia chrześcijańska odrzuca płynność 
ewolucyjną. Nie ma ciągłOści metafizycznej między człowiekiem a zwierzę- 
ciem pomimo ciągłości morfologicznej. Człowiek jawi się jako nowy byt. 
Tak więc stany największego ograniczenia funkcji psychicznych nie 
mogą nigdy być porównywane ze statusem zwierzęcia, jak to nieraz 
sfrustrowani terapeuci czy opiekunowie oświadczają. Zwierzę ma swoją 
własną sekwencję przyczyn i skutków. Człowiek upośledzony, choćby 
najgłębiej, charakteryzuje się "wielkością" struktur. Reagowanie jest nie- 
przewidywalne. Tę "wiotkość ludzkich struktur czynnościowych podkreśla 
Kępiński: "plan, według którego otoczenie ma być zmieniane, jest chwiejny 
i niepewny" (Kępiński [3], s. 221; por. Wojciechowski [4]). 
Struktura człowieka narzuca, jak już to wspomnieliśmy, pewien drama- 
tyzm. Człowiek żyje dzięki istotnemu połączeniu rozumowości z cielesnością, 
jest substancją obdarzoną indywidualnością o szczególnej mocy, zdolną do 
samookreślenia i do współtworzenia siebie. To połączenie powoduje jednak, 


739
>>>
Jednośt 


że człowiek jest wciąż niejako zagrożony w swej osobowości, że istnieje 
w sposób, generalnie biorąc - dramatyczny. Ważny jest tu czasowy wymiar 
ludzkiego bytu (Encyklopedia..., szp. 907). 
AntropOlogia chrześcijańska wprowadza nas w nadprzyrodzoną struk- 
turę i funkcję człowieka. Naczelną kategorią teologiczną interpretującą 
życie człowieka jest jego zbawienie jako wspólnotowy, osobisty dar 
przyjaźni z Bogiem i z ludźmi przez Chrystusa w Duchu Swiętym (En- 
cyklopedia..., szp. 917). Całkowitej zależności od Boga doświadcza czło- 
wiek przeżywając swoją wielkość i nędzę, dążenie ku śmierci i pragnienie 
nieśmiertelności. Ze stworzenia człowieka przez Boga i obdarzenia go 
przyjaźnią Chrystusa wynika także zbawcze znaczenie podstawowych 
struktur ludzkiej rzeczywistości, takich jak język, praca, twórczość, mał- 
żeństwo (Encyklopedia..., szp. 918). Człowiek będący w rozwoju osiąga 
największą doskonałość i szczęście w pełnej wolności, jeśli związany 
jest w miłości z Bogiem, gdyż taka wolność nie naraża go na błędny 
wybór. Postawa nadziei należy jako element istotny do struktury człowieka 
w aspekcie teologicznym, ponieważ dopiero w końcu dziejów ujawni 
się w pełni także ludzka doskonałość Królestwa Bożego, które już istnieje 
(Encyklopedia..., szp. 919). Tę antropologię odnosi bezpośrednio do 
niepełnosprawnych prof. Wojciech Chudy (Chudy). 
Człowiek próbuje wyzwolić się z niedoskonałości. Próbuje nawet 
przekroczyć normalność. Wykraczamy tu nawet poza ścisłe zagadnienie 
choroby czy nienormalności. Znany jest problem "matek zastępczych". 
Służyły one jako "naczynie" do dania ochrony i zabezpieczenia życia 
w swoim ciele w ciągu 9 miesięcy dla "nie swojego dziecka". Ten ostatni 
cudzysłów użyłem, aby zilustrować niecelność tego określenia. Więź 
emocjonalna z żyjącym przecież w ich łonie człowiekiem była tak silna, że 
rozstanie i oddanie dziecka było zbyt straszne. Narodziły się niewyobrażalne 
tragedie. Pojawiła się nowa niepełnosprawność. 
Andrzej Sekuradzki, dyrektor Ośrodka Rehabilitacyjno-Wychowaw_ 
czego dla Dzieci Upośledzonych w Zakopanem, w sposób zdecydowany 
chce zmierzać do etapu normalizacji jako czwartego etapu stosunku 
społeczeństwa do niepełnosprawnych: po segregacji, walce (z kalectwem) 
i integracji. Społeczeństwo onegdaj w sposób normalny znajdowało 
"nisze" dla swoich niepełnosprawnych, głosi ta teoria. Były to funkcje 
i zawody dla nich dostosowane, a konieczne dla "normalnego" funk- 
cjonowania społeczeństwa - gęsiarz, stróż, pomocnik itp. 


140
>>>
Terapie przez twórczość - elementy do teorii 


Możemy szukać innych nowych "nisz", ubogacać je, kształcić do nich 
niepełnosprawnych zgodnie z ich wolą i zadowoleniem. Jean Vanier mówi 
o tym: 


Wspólnotę buduje się jak dom, ze wszystkich rodzajów kamieni. Ale to 
zaprawa utrzymuje te kamienie razem. A zaprawa jest zrobiona z piasku i wapna, 
które są tak kruche. Jeden podmuch wiatru i ulatują, stają się pyłem. Tak samo, 
we wspólnocie, to co nas jednoczy, nasza zaprawa, jest uczynione z tego, co jest 
w nas najsłabsze i najbiedniejsze. (Vanier [2], s. 27)
>>>
-
>>>
ODRĘBNOŚĆ
>>>
-.
>>>
GRANICE CZŁOWIECZEŃSTWA 


[w:] GRANICE. PAMIĘTNIK PRTON, 
U M K, TORUrJ 1995 


PodmiotowośĆ człowieka u Maritaina 


Tylko indywidualne podmioty mogą spełniać akt istnienia (Maritain [4], 
s. 81). Każdy z podmiotów w swojej odrębnej istniejącej rzeczywistości jest dla 
nas niewyczerpalną głębią poznawalności. [...] Poznajemy te podmioty i nigdy 
nie poznamy ich do końca. Nie poznajemy ich jako podmioty, lecz poznajemy 
uprzedmiotawiając je, patrząc na nie spojrzeniem obiektywnym i sprawiając, że 
są dla nas przedmiotami. [Poznajemy podmioty jako przedmioty], a więc pod 
takimi i tylko takimi poznawalnymi względami [m] i w takich poznawalnych 
perspektywach, w jakich pojawiają się w umyśle i których nigdy nie poznamy 
w nich do końca. (Maritain [4], s. 84) 
Paradoksem świadomości i osobowości jest, że każdy z nas znajduje się 
dokładnie pośrodku tego świata [otaczających go przedmiotów] i osób w ich 
roli przedmiotów. [Każdy więc jest] środkiem nieskończoności. Ów uprzywile- 
jowany podmiot, myślące ja, jest dla siebie nie przedmiotem, lecz podmiotem: 
pośrodku wszystkich podmiotów, które zna jako przedmioty, ono jest jedynie 
podmiotem jako podmiot. Stoimy oto wobec podmiotowości jako podmiotowo- 
ści. [Według św. Tomasza każdy z nas poznaje] przez spontaniczne zastanowienie 
się nad sobą, które jest przywilejem życia intelektu, [...] poznaniem nie 
naukowym, lecz doświadczalnym i nieprzekazywalnym - istnienie swojej duszy, 
szczególnie istnienie tej podmiotowości, która postrzega, cierpi, kocha, myśli. 
(Maritain [4], s. 85) 
Kiedy człowiek jest świadomy intuicji istnienia, jest zarazem świadomy 
intuicji podmiotowości, pojmuje w jednym niegasnącym błysku, że jest 
sobą, jak mówił J. P. Sartre - przypomina Maritain. Siła takiego postrzegania 
może być tak wielka, że zdolna jest porwać za sobą człowieka ku heroicznej 
ascezie próżni i unicestwienia, mającej doprowadzić go do zachwytu sub- 
stancjalnym istnieniem ja i zarazem niezmierzonością Ja boskiego. (Maritain 
[4], s. 85-86) 
Podmiotowość jako podmiotowość nie daje się określić jako pojęcie, 
jest niepoznawalną otchłanią. [on] Podmiotowość jako taka, z samej definicji 
wymyka się temu co poznajemy na drodze pojęć o sobie samych. (Maritain 
[4], s. 86) 


145
>>>
Odr,bnoA
 


Możemy poznać podmiotowość jako taką, niedoskonale, fragmentarycz- 
nie, poznaniem ukształtowanym i faktycznie danym umysłowi, wchodzącym 
"w zakres tego, co Św. Tomasz nazywa poznaniem przez skłonność, 
wspólne odczuwanie i wspólną naturę, nie na sposób poznania". To 
poznanie "ukazuje się nam w trzech specyficznie różnych postaciach": 
poznania praktycznego, poznania poetyckiego i poznania mistycznego. 
W poznaniu poetyckim "rzeczy tego świata i podmiotowość są poznawane 
razem w twórczej intuicji - wzruszenia i razem wyrażane i objawiane nie 
w słowach, lecz w stworzonym dziele" (Maritain [4], s. 87). 


Sytuacja uprzywilejowanego przedmiotu znającego siebie jako podmiot 
wobec wszystkich innych podmiotów, które zna jako przedmioty, moja sytuacja 
trzciny myślącej pośród wszystkich innych myślących trzcin stawia szczególny 
problem. [Jesteśmy dla siebie najważniejszą osobą na świecie (perspektywa 
podmiotowości), ale choćby tylko z punktu widzenia zdrowego rozsądku (nawet 
nie biorąc pod uwagę Absolutu) moja osoba nie ma (perspektywa przedmioto- 
wości) żadnego znaczenia. Implikacje tego idą bardzo daleko]. Choć wiem, jak 
jestem nędzny, jestem bardziej interesujący niż wszyscy święci. [...] Wszystko, co 
przydarzy się innym, stanowi tylko przypadek w obrazie, lecz to, co przydarzy się 
mnie samemu [m] ma niezwykle doniosłe znaczenie (Maritain [4], s. 90). 


"Te dwa wyobrażenia [najważniejszej osoby na świecie i znikomości 
wobec wszechświata] nie nakładają się na siebie, te dwie perspektywy nie 
mogą się zetknąć". Dość żałośnie oscylujemy raz ku jednej, raz ku drugiej. 
Jeżeli "poddam się perspektywie podmiotowości, wchłaniam wszystko 
w siebie i poświęcając wszystko mojej niepowtarzalności jestem przykuty do 
absolutu egoizmu i pychy. Jeśli poddam się perspektywie przedmiotowości, 
jestem wchłaniany przez wszystko i roztapiając się w świecie zdradzam moją 
niepowtarzalność i zrzekam się swego przeznaczenia" (Maritain [4], s. 91). 
Ta antynomia może być rozstrzygnięta tylko z niebios. Jeżeli Bóg istnieje, nie 
ja jestem ośrodkiem, tylko On. Mogę więc wiedzieć jednocześnie, że moja osoba 
nie ma żadnego znaczenia i zarazem, że mój los jest ze wszystkich najważniejszy 
- wiedzieć jedno nie wpadając w pychę, wiedzieć drugie nie zdradzając swojej 
niepowtarzalności. Bowiem kochając bardziej niż siebie samego Podmiot boski, 
kocham siebie dla Niego i aby pełnić jego wolę chcę przede wszystkim być wiery 
swemu przeznaczeniu. Choć jestem nieważny dla świata, ważny jestem dla 
Niego, nie tylko ja, lecz wszystkie inne podmiotowości; w Nim i dla Niego 
dostrzegam, że godne są miłości i razem ze mną tworzą jedno my, powołane do 
tego, by radować się Jego życiem. (Maritain [4], s. 91) 
Czy tu by mogło niesprzecznie znaleić się Vaniera "kochaj siebie 
samego': w swojej małoAci} (por. Vanier [5]). 
Inni ludzie znają mnie jako przedmiot. "Moja podmiotowość jako taka 
pozostaje dla nich nieznana" (Maritain [4], s. 91). 


146
>>>
Glanice człowieczeństwa 


T U może jest ta nasza ambiwalencja, o której mówi Kępiński - z jednej 
strony chcemy być podobni do innych, nie chcemy być sami a z drugiej 
strony lękamy się utraty własnej identyczno
ci-samotno
ci (por. Woj- 
ciechowski [4]). 


Być znanym jako przedmiot, być znanym przez innych, [...] to zawsze być 
znanym niesprawiedliwie. Trybunał sądowy jest maskaradą, gdzie oskarżony 
staje przybrany w fałszywe ja kładąc swoje czyny na wagę. [Ale jestem znany 
Bogu]. Bóg zna mnie całego [jako podmiot]. Nie potrzebuje mnie uprzed- 
miotawiać, aby poznać. Dla siebie tak odkryty nie jestem. Im bardziej poznaję 
moją podmiotowość, tym bardziej jest ona dla mnie niejasna. (Maritain [4], s. 92) 


Gdyby Bóg mnie nie znał, nie znałby mnie nikt, nikt nie znałby mnie 
w mojej prawdzie, w moim własnym istnieniu, jako podmiot. 


Nic nie zniszczy nas tak, jak nasze własne postępki - kiedy zapomniane 
i przywoływane później przez jakieś relikty z tamtych czasów - stają się 
przedmiotami, oddzielonymi od żywych źródeł podmiotowości. Nawet, jeżeli nie 
były szczególnie złe, nie jesteśmy już pewni, czy były dobre, nie wiemy, czy nie 
splamiło ich jakieś złudzenie, czy ukryta nieczystość; obce i martwe wychodzą 
z naszego wnętrza, by nieść nam zwątpienie i śmierć. (Maritain [4], s. 94) 
Mamy tu do czynienia z pewnym wzmocnieniem myśli Maritaina 
powstałym w wyniku tłumaczenia jej przez Janinę Fenrychową. Zdanie to 
w języku francuskim brzmi nieco inaczej: /I n'a rien qui nous detrouise autant 
que nos actes, quand, oubliees puis un jour evoques par quelque re/ique 
d'autrefois, ils passent a tetat d'objets, separes des sources vives de la 
subjectivitee: m
me s'ils n'ont pas ete specifiquement mauvais, nous ne 
sommes plus sOrs qu'i!s aient ete bons et qu'on ne sait que/le i/lusion ou 
impurete cachee n'a les ait gates, ces etrangers se jettent sur nous comme 
des morts sortis de nous porter le doute et la mott en nous (Maritain [4], 
s. 131 oryg. fr.) - "Nic nas tak nie niszczy jak nasze czyny, gdy zapomniane, 
a pewnego dnia przywołane przez jakiś ślad przeszłości, przychodzą do nas 
jako przedmioty oddzielone od żywych źródeł podmiotowości: nawet gdy 
nie były szczególnie złe, nie jesteśmy już pewni, czy były dobre i czy nie 
skalało ich jakieś złudzen ie, czy ukryta nieczystość - obce spadają na nas jak 
zrodzeni w nas umarli, aby wlać w nas zwątpienie i śmierć". Ma ono więc 
wymowę bardziej refleksyjną niż to przetłumaczone przez Janinę Fen- 
rychową. Jednak jej tłumaczenie inspiruje nas do refleksji, gdyż wnosi inny, 
być może nie- Maritainowski aspekt sprawy. Jest także tak: nasze postępki 
wyparte z serca i myśli, zapomniane, przywołane później, nie dają się 
ponownie zrozumieć w prawdzie, już nie nasze, a jednak nasze - niosą nam 
zwątpienie i śmierć. I tylko Bóg, który jest miłością, staje się dla nas 
wówczas światłem rozgrzeszenia. 


147
>>>
Odr(łbnol
 


Jeśli niemożliwa jest sprawiedliwość w odniesieniu do mojej istoty, 
niemożliwa jest również dla mnie nadzieja. [...] 
Jeśli Bóg nie zna człowieka, a człowiek głęboko doświadcza swego własnego 
istnienia i swojej podmiotowości, doświadcza zarazem, jak beznadziejnie jest 
samotny; jedynym światłem, jakie w nim może wówczas wytrysnąć, jest 
pragnienie śmierci - więcej, dążenie do całkowitego unicestwienia. (Maritain 
[4], s. 93) 
Jest to polemika Maritaina także z egzystencjalizmem. 
Wiedzieć, że jest się poznanym jako podmiot, "w całym wymiarze mego 
istnienia", to "znaczy wiedzieć, że jest się zrozumianym. Nawet jeśli Bóg 
mnie potępia, wiem, że mnie rozumie" (Maritain [4], s. 93). 
I tu Nadzieja. 
Swiadomość, że zna nas Ten, który przenika nasze myśli i serca rodzi w nas 
najpierw dreszcz trwogi z powodu zła, które w nas jest. [Ale Bóg poznaje 
człowieka w miłości], nas samych i wszystkie te biedne istoty, o które ocieramy 
się, które znamy jako przedmioty i dostrzegamy przede wszystkim ich nikczem- 
ność. [Bóg zna w człowieku] zarówno rany, jak i ukryte zło, jak i ukryte piękno 
otrzymanej od Niego natury, najskromniejsze iskierki dobra i wolności. (Maritain 
[4], s. 93) 


Istnieje pośród ludzi jedna płaszczyzna znosząca "uprzedmiotowienie": 


Dopiero miłość znosi tę niemożliwość poznania drugiego człowieka inaczej 
niż przedmiot. [...] Gdy mówimy, że przez zjednoczenie w miłości kochana przez 
nas istota staje się dla nas naszym drugim ja, mówimy, że staje się dla nas drugą 
podmiotowością, drugą naszą podmiotowością. (Maritain [4], s. 97) 
W tej mierze, w jakiej kochamy prawdziwie, to znaczy nie dla siebie, lecz dla 
owego drugiego człowieka i w jakiej [...] rozum w nas stając się bierny jeśli chodzi 
o miłość i pozwalając drzemać swoim pojęciom, sprawia przez to, że miłość staje 
się formalnym środkiem poznania, w takiej mierze dane nam jest niejasne poznanie 
kochanej przez nas istoty, podobne do tego, które pozwala nam znać siebie. 
Poznajemy ją w tej samej podmiotowości, przynajmniej do pewnego stopnia, 
dzięki przekazywanemu zjednoczeniu. A kochana przez nas istota jest w pewnej 
mierze uleczona ze swojej samotności, może - choć jeszcze niespokojna 
- spocząć na chwilę w schronieniu poznania, dzięki któremu znamy ją jako 
podmiot. (Maritain [4], s. 97-98) 
Nie popełniamy wobec podmiotu zdrady ujmując go jako przedmiot; 
uprzedmiotowienie, uogólniając go i dostrzegając w nim natury poznawalne, 
pozwala go poznać poznaniem, które niewątpliwie będzie się jeszcze pogłębiało, 
lecz w żaden sposób nie jest niesprawiedliwe. Poznanie takie nie zniekształca 
prawdy o podmiocie, lecz uogólnia tę prawdę rozumowi. (Maritain [4], s. 95) 


Milo
t osadzona, usprawiedliwiona w Bogu daje możliwo
t prze- 
kroczenia barier samotno
ci i rozpaczy. Z jednej strony stając się formalnym 

rodkiem poznania pozwala nam poznat drugI/. osobę tak jak siebie, a więc 


148
>>>
Gr/mice człowieczeństwa 


jako podmiot "poznaniem nie naukowym, lecz do
wiadczalnym - nie- 
przekazywalnym" (Maritain [4], s. 85). Z drugiej strony jest milo
ć 
usprawiedliwieniem poznania przedmiotowego, uogólniajllc prawdę o dru- 
gim czlowieku rozumowi. To może być usprawiedliwieniem poznania 
naukowego. Ma to wielkie znaczenie przy uogólnianiu prawd o podopiecz- 
nych niepełnosprawnych. Boimy się to robić, więcej, oskarżamy się 
o nielojalno
ć wobec tych, którzy nam zaufali i pokochali nas. Drogę do 
postępowania wyznacza nam tu Maritain. Możemy uogólniać pod warun- 
kiem, ze nie przestaniemy kochać. Dopiero stlld możemy zaczllć budować 
deontologię badali naukowych w pedagogice. 
Wydaje się też, że te dwie drogi poznania oparte na milo
ci zawierajll 
w sobie poznanie drugiego poprzez dzieło sztuki, które tamten tworzy. 
Poznanie mistyczne, które kieruje się ku sprawom boskim i w którym 
"Bóg jest poznawany przez zjednoczenie i wspólną materię miłości [...] 
sprawia zarazem, że ja ludzkie staje się przejrzyste w swoich duchowych 
głębiach; wystarczy że zastanowi się nad sobą" (Maritain [4], s. 87). 
"Religia wnika w stosunek podmiotu do podmiotu" (Maritain [4], s. 88). 
"Podmiotowość stworzona staje wobec [on] podmiotowości transcendentnej 
i drżąc i kochając oczekuje od niej zbawienia" (Maritain [4], s. 89). 


Poznanie przez upodobnienie 


Przez doświadczenie mistyczne Maritain rozumie ogólnie "uszczęśliwiające 
doświadczenie absolutu". Z tym, że absolut ten nie musi być Bogiem. "Nie 
każde doświadczenie mistyczne jest doświadczeniem Boga" (Maritain [2], 
s. 100, patrz też przypis na tej stronie). 
Maritain wyróżnia trzy kategorie poznania przez upodobnienie: 
1 Poznanie przez afektywne, skłon n ości owe upodobnienie do celów 
działania ludzkiego (Maritain [2], s. 100); 
2. Poznanie przez upodobnienie umysłowe (Maritain [2], s. 101); 
3. Poznanie poetyckie, czyli "poznanie na drodze tworzenia" (Maritain 
[2], s. 106). 
Poznanie przez upodobnienie afektywne "jest poznaniem w porządku 
praktycznym i etycznym". Jest to sądzenie 


o sprawach wstrzemięźliwości i sprawiedliwości nie tylko przez poznanie, jak 
filozof moralista, ale również przez instynkt, czy upodobnienie, przez radzenie się 
swych własnych wewnętrznych skłonności, tego nastawienia ku umiarowi 
i sprawiedliwości, które w nim jest i które jest nim samym, 'ub jego cząstką. To 
poznanie rzeczy ludzkiego życia przez instynkt czy upodobnienie obejmuje 
wielkie obszary. 


149
>>>
Odr'lbnolt 


Poznanie ludzkiego życia przez instynkt czy upodobnienie należąc do 
porządku praktycznego i etycznego, "nie wchodzi w zakres świata kontem- 
placji" (Maritain [2], s. 100). "Jest to podstawowy, najbardziej dostosowany 
do człowieka rodzaj poznania". Swięty Tomasz mówi, że mistyk "raczej 
cierpi z powodu rzeczy boskich, aniżeli je poznaje" - to właśnie poznanie na 
sposób skłonności (Maritain [2], s. 100-101). 
Poznanie przez upodobnienie umysłowe jest przeciwieństwem po- 
znania przez upodobnienie afektywne. Wynika ono "z habitus właś- 
ciwego człowiekowi o umyśle spekulatywnym, mędrcowi, czy uczonemu. 
Każdy habitus rodzi pewien stosunek do przedmiotu i pewne upodob- 
nienie". Jest to 


poznanie przez upodobnienie umysłowe do rzeczywistości, która może być ujęta 
w pojęcia i dostosowana w akcie do umysłu ludzkiego. Poznanie to idzie 
w parze z rozwojem habitus umysłu; z niego wypływa intuicja intelektualna, 
Abstrakcyjna i ejdetyczna, wyrażalna w słowie myślowym filozofa czy uczonego, 
tego, który poznaje drogę poznania. [...] W ten sposób umysł matematyka czy 
metafizyka upodabnia się do spraw matematyki czy metafizyki, a owo umysłowe 
upodobnienie dąży tylko do udoskonalenia i ułatwienia procesu poznania przez 
poznanie, przez pojęcia i wyobrażenia. (Maritain [2], s. 101) 
Poznanie poetyckie, czyli poznanie na drodze tworzenia polega na 
"poznaniu przez efektywne upodobnienie do rzeczywistości jako nie dającej 
się ująć w pojęcia, gdyż uświadamiającego twórcze głębie podmiotu im 
samym". "Jest to poznanie przez upodobnienie do rzeczywistości stosownie 
do tego, jak jest (ona) uwewnętrzniona w samej podmiotowości, jako 
umysłowo płodnej egzystencji i jak jest dosięgana w konkretnej i egzysten- 
cjalnej harmonii z podmiotem jako podmiotem." Poznanie poetyckie jest 
"przede wszystkim doświadczeniem". "Bardziej jest doświadczeniem niż 
poznaniem". Usposabia ono do "kontemplacji, pełne jest kontemplacyjnych 
przebłysków natchnienia, nie jest jednak we właściwym znaczeniu kontem- 
placyjne, czyli uszczęśliwiające. Pojawia się (ono) przy minimum poznania 
i maksimum rozwojowej potencjalności; nie ma w sobie swego celu ani 
swoich owoców"; nie dąży do milczenia, ale do wypowiedzenia "słowa ad 
extra; jego celem i owocem jest dzieło zewnętrzne, w którym się uprzed- 
miotawia i wytwarza" (Maritain [2], s. 106). 


Charakterystyczną rzeczą uchwyconą, czy pojętą w tym doświadczeniu nie 
jest absolut, lecz raczej objawiona podmiotowości łączność duchowa rzeczy 
między sobą i z nią samą w duchowym strumieniu, z którego wypływa istnienie. 
(Maritain [2], s. 106-107) 


Maritain sądzi, że choć poznanie poetyckie nie jest doświadczeniem 
mistycznym, "usprawiedliwione jest uznanie 'bliskości - w tym samym 


150 


-
>>>
GIBnice człowieczeństwa 


boskim fródle - doświadczenia poety i doświadczenia mistyka' " (cytat za 
Raisą Maritain, jak wyjaśnia Jacques Maritain) (Maritain [2], s. 107). 


Człowiek 


Człowiek jest, jak podaje Encyklopedia katolicka 


istotą zajmującą naczelne miejsce w hierarchii świata biotycznego i wykraczającą 
poza świat ożywiony duchowymi właściwościami oraz możliwością partycypacji 
w nadprzyrodzonym życiu Boga. (Encyklopedia..., szp. 881 ) 


Człowiek jest przedmiotem badań psychologii "jako układ zorganizowa- 
nych dyspozycji i procesów psychicznych związanych funkcjonalnie z sys- 
temem nerwowym"; socjologii "jako indywidualna osobowoŚć żyjąca we 
wspólnocie, zdolna do tworzenia organizacji społecznej, kultury i cywilizacji"; 
filozofii "jako osoba w aspekcie ostatecznej racji bytu"; teologii jako osoba 
"w jej relacji do Boga, stwórcy i celu całej rzeczywistości kosmicznej" 
(Encyklopedia..., szp. 881). 


Wśród uczonych brak zgodności w określaniu istoty 'homo'. Najczęściej za 
kryterium przyjmuje się objętość mózgu (900 cm 3 - istota 'homo'). Antropolodzy 
o orientacji marksistowskiej za czynnik hominizacji uważają zdolność do pracy. 
(Encyklopedia..., szp. 884-885) 


Nauki przyrodnicze stwierdzają, "że człowiek jest nowym i jedynym 
organizmem, który w procesie ewolucyjnym przekroczył próg nowej fazy 
(psychosocjalnej). Anatomia porównawcza, morfologia, fizjologia czy 
paleontologia nie dają jednak dostatecznych podstaw do przyjęcia poglądu, 
że umysł człowieka jest wysoko rozwiniętym zwierzęciem". Według Periera 
"uczłowieczenie antropoidów kopalnych dokonało się nagle przez pod- 
stawienie duszy ludzkiej (faktora sprawczego hominizacji) stworzonej przez 
Absolut z niczego, w miejsce substancjalnej formy zwierzęcej". Nie ma 
ciągłości metafizycznej między człowiekiem a zwierzęciem pomimo ciągłości 
morfologicznej. Człowiek jawi się jako nowy byt (Encyklopedia..., szp. 886). 
T ak więc skrajny przyklad niepełnosprawno
ci nie może u czlowieka być 
porównywany ze stanem zwierzęcym, gdyż czlowiek jest nowym, innym 
bytem metafizycznym - ma duszę! Przyjęcie takiego stanowiska ma 
niezwykle doniosle konsekwencje - zmusza niemal do szukania odpowiedzi 
na pytanie: obrazem jakiej doskonalo
ci Boga jest niepełnosprawny? To 
pytanie jest wiodącym pytaniem naszych postaw. 
Według Teilharda de Chardin, podaje Encyklopedia katolicka, "hominiza- 
cja nastąpiła nagle nie wywołując w przyrodzie żadnego wstrząsu" przez 


151 


-
>>>
Odr,bnolt 


"ekspiozję ducha w materii". W tym procesie hominizacji nastąpił skok: 
pojawiła się "świadomość czyli zdolność spostrzegania samego siebie" 
(Encyklopedia..., szp. 886-887). 
I z tych kamieni może Bóg stworzył synów Bożych - mówi Pismo. 


Hominizacja nastąpiła w wyniku pojawienia się duszy na bazie istniejącej 
materii i życia tworząc z nimi całość organiczną i hierarchiczną, w której 
element cielesny i duchowy wzajemnie się warunkują. Przyczyną sprawczą 
hominizacji jest Absolut transcendentny - Bóg kosmogenezy wszechświata, 
który ożywia go i powoduje ewolucję. [on] Człowiek z doświadczalnego 
punktu widzenia jest strumieniem zjawisk stanowiącym całość, [dusza i ciało 
są dwoma różnymi aspektami tego strumienia] - ogniska organizacji material- 
nej i ogniska ześrodkowania psychicznego. (Teilhard De Chardin, za: Encyk- 
lopedia..., szp. 887) 
Ze względu na złożoność procesów zachodzących w człowieku wyróżnia 
się w nim: 
A. strukturę biotyczną - przejawiającą się w życiu układu żywego; 
B. strukturę psychiczną - przejawiającą się w życiu osobowym; 
C. strukturę społeczną - przejawiającą się w życiu wspólnotowym; 
D. strukturę bytową - wskazującą na racje ich działania; 
E. strukturę nadprzyrodzoną - wskazującą na partycypację człowieka w życiu 
osobowym Boga. (Encyklopedia..., szp. 892) 


A. Biotyczna struktura; funkcja 


J 


Struktura biotyczna to organizm - całość złożona "z układów podrzędnych 
anatomicznie i fizjologicznie ściśle ze sobą związanych" o "wysokim 
stopniu zorganizowania uwydatniającego się szczególnie w systemie 
nerwowym". Procesy stałej wymiany materii, energii i informacji z otocze- 
niem. Wykazuje istotne cechy życia (Encyklopedia..., szp. 892). 
Każda cecha człowieka jest rezultatem interakcji genów i środowiska; 
ujawnienie się niektórych cech uwarunkowanych genetycznie zależy w mniej- 
szym lub większym stopniu od środowiska (Encyklopedia..., szp. 892) 


Uzasadnia to dllżenie do tworzenia bezpiecznego Irodowiska dla 
niepełnosprawnych. 


B. Psychiczna struktura i funkcja 


"Psychiczna struktura i funkcja jest w człowieku układem zorganizowanych 
dyspozycji i procesów psychicznych, nieobserwowalnych z zewnątrz, 
związanych funkcjonalnie z systemem nerwowym, a w dalszym stopniu 
z całym organizmem". Składają się na nią dwa systemy: poznawczy 


152
>>>
Grenice człowieczeństwe 


(informacyjny) i dążeniowo-emocjonalny (motywacyjny). Jednoczy te 
systemy świadome "ja" (Encyklopedia..., szp. 896). 
"Człowiek posługuje się myśleniem dyskursywnym, opartym na rozumo- 
waniu i stosowaniu wielu logicznych operacji". Jednakże posługuje się też 
myśleniem intuicyjnym - nie dającym się sformalizować, zaprogramować 
i symulować za pomocą maszyn matematycznych. Dzięki temu myśleniu 
może ujmować ogólne relacje logiczne, tworzyć hipotezy z elementów 
niewystarczających, ujmować elementy myślenia dyskursywnego w sposób 
skrótowy, może też przeżywać "poczucie tajemniczego 'sensu' czyli 'drugiego 
planu' otaczającego go świata (doświadczenie religijne i metafizyczne)" 
(Encyklopedia..., szp. 897). 
Inteligencja - "zdolność rozumienia całokształtu otaczającej go sytuacji 
i własnej w nim roli, oraz wykorzystania doświadczeń poprzednio zdobytych" 
(Encyklopedia..., szp. 898). 


Człowiek ma zdolność przystosowania się, czyli zachowania równowagi 
psychicznej, zwłaszcza pomiędzy potrzebami osobistymi a wymaganiami 
nałożonymi przez społeczeństwo. [...] 
Emocje ściśle łączą się z systemem motywacyjnym - ponieważ zachowanie 
się człowieka zabarwione jest przyjemnością i cierpieniem, nadzieją i strachem, 
zadowoleniem i przykrością. (Encyklopedia..., szp. 899) 


Swiadomość to "strumień następujących po sobie aktów", a także 
"podmiot własnych aktów psychicznych" - "ośrodek dyspozycyjny i wyko- 
nawca własnych czynności człowieka. Faktu skupienia przeżyć doświadcza 
człowiek dookoła 'ośrodka', którego wyrazem jest 'poczucie' własnego 'ja' 
będącego czymś trwałym; bez trwałości ludzkiego 'ja' nie ma odpowiedzial- 
ności, gdyż człowiek nie mógłby podejmować żadnych zobowiązań" 
(Encyklopedia..., szp. 900). 
Pytanie: czy ta zależno
t dotyczy też niepelnosprawnych umysłowo? 
Swiadomość z "introspekcyjno-fenomenologicznego punktu widzenia" 
- to "doznanie określonej treści skierowane ku przedmiotom (intencjonal- 
ność), dzięki czemu człowiek formułuje twierdzenia o danym przed- 
miocie", wykracza poza własną świadomość ku przedmiotom, które 
w stosunku do świadomości są transcendentne. Swiadomość z "obiek- 
tywistyczno-funkcjonalnego punktu widzenia" stanowi najwyższy poziom 
regulacji zachowania się człowieka. Swiadomość umożliwia "celową 
działalność powiązaną w sensowną całość" (Encyklopedia..., szp. 
899-900). 
Czy więc dzieci niepelnosprawne umysłowo mają twiadomottl 
Strukturę psychiczną człowieka konstytuuje również świadomość moralna 
(sumienie) częściowo nabyta, wychowana, autokrytyczna zdolność do 


153 


-
>>>
Odr,bność 


moralnego wartościowania zwłaszcza własnego postępowania i przeżywania 
poczucia winy. 
Nieświadomość obejmuje część procesów regulacyjnych zachowania się, 
które przebiegają poza progiem świadomości. [Za pomocą mechanizmów 
obronnych człowiek w sposób nieuświadomiony modyfikuje własne motywy, 
"nadając im świadomą postać bardziej racjonalną, szlachetną, społecznie 
akceptowaną" .] 
Podświadomość - specyficzna, dynamiczna, konfliktowa determinacja 
świadomości poprzez czynniki w podświadomości będące śladami wszelkich 
doświadczeń osobistych człowieka, oraz całego gatunku ludzkiego (z punktu 
widzenia psychoanalityków). (Encyklopedia..., szp. 900) 


Człowiek ma w pewnym zakresie możliwość wybierania wśród motywów 
czynów dzięki woli, "która jest dyspozycją do świadomego i celowego 
kierowania swym postępowaniem, do podejmowania decyzji i wysiłków 
w celu realizacji pewnych działań, zachowań a zaniechania innych" 
(Encyklopedia..., szp. 900). 
Człowiek zdobywa wolność "dzięki dojrzałym decyzjom wyznaczonym 
przez świadome motywy, różniące się u poszczególnych ludzi, a uważane za 
miarę psychicznej dojrzałości". Zdobywa wolność "częściowo przez uświa- 
domienie sobie wpływu czynników determinujących" (przez psychoterapię), 
"częściowo poprzez zdolność do działań twórczych, do tworzenia nowych 
sposobów zachowań, przekraczających zastane schematu jako gotowe 
wzorce kulturowe" (Encyklopedia..., szp. 900-901). 


C. Spoleczna struktura i funkcja 


Człowiek zawdzięcza społeczeństwu możliwość osiągnięcia pełnej dojrzałości 
biologicznej, większość informacji o świecie, umiejętność ich przekształcania 
i wykorzystywania (myślenie), sprawność techniczną i zdolność przystosowania 
się do otoczenia; kontakt ze społeczeństwem jest podstawą obudzenia, rozwoju 
i możliwości zaspokajania wyższych potrzeb (poznawczych, estetycznych, 
społecznych, moralnych i religijnych), poprzez które, a przede wszystkim 
poprzez stosunek do drugiej osoby, oraz do społeczeństwa jako wspólnoty osób 
urzeczywistnia się on jako osoba. (Encyklopedia..., szp. 902) 
Autonomia człowieka, jego zdolność do samookreślenia się (autodeterminac- 
ja) realizują się w twórczości; wówczas korzysta on ze zdolności wykraczania 
poza zastany repertuar gotowych rozwiązań i osiąga maksimum uniezależnienia 
się od uwarunkowań społeczno-kulturowych. [m] Twórczość jest jego odpowie- 
dzią na problemy i konflikty w zastanym systemie społecznym i kulturowym, oraz 
propozycją ich rozwiązania. Przez te same akty niezależności i twórczości 
człowiek z jednej strony realizuje najpełniej własną autonomię, z drugiej zaś strony 
umożliwia rozwój społeczeństwa i kultury. (Encyklopedia..., szp. 904-905) 


154 


--
>>>
Granice człowieczeństwa 


Dotykamy tu znów rozumienia zakresu pojęcia twórczo
t. Jak na 
to zwrócilem uwagę w Ideach słabości (por. Wojciechowski [4J) mamy 
pojęcie twórczo
ci sensu węższego i sensu szerokiego. Twórczo
t sensu 
szerokiego, jak j/ł pokazuje Kępiński, jest niezbędn/ł w ogóle podstaw/ł 
życia czlowieka. Jako taka w ogóle umożliwia, a nie tylko warunkuje 
wykraczanie poza zastany repertuar gotowych rozwi/łzań - więcej - to 
wykraczanie jest w ogóle warunkiem życia. Twórczo
t w tym sensie 
jest nie tyle możliwo
ci/ł odpowiedzi na problemy i konflikty w systemie 
spoleczno-kulturowym, co w ogóle podlożem i tworzywem tych WSZy- 
STKICH problemów i konfliktów. Bez tej szeroko rozumianej twórczo
ci 
NIC by w dzialaniu czlowieka nie zaistnialo. Tak rozumiana twórczo
t 
jest też tlem niezależno
ci i autonomii. Przyjęta przez nas droga rewalidacji 
niepelnosprawnych możliwa jest dopiero od przyjęcia tak szeroko ro- 
zumianej twórczo
ci. Można tu przyj/łt analogie do pojęcia piękna sensu 
szerokiego i pojęcia piękna sensów węższych (por. m.in. Tatarkiewicz 
[3]). Św. Tomasz zakre
/il szeroko: "Pięknem jest to, co się podoba': 
inni wybrali w tym szerokim w/łskie - "a mnie się podoba tylko to". 


D. Struktura bytowa czlowieka 


Człowiek jest ścisłą (co najmniej funkcjonalnie) jednością elementów 
i czynników różnorodnych, paradoksalnym wręcz splotem psychiczności i cieles- 
ności, świadomości i nieświadomości, indywidualności i wsp61notowości (a 
także i opozycji) transcendującym w różny spos6b to, co w nim immanentne; 
z jednej strony istnieje więź w życiu i działaniach jego ciała oraz niecielesnej 
(nieprzestrzennej, fizyka'nie niewymiernej) psychiki - pierwotna solidarność 
jego 'ja' z jego ciałem, z drugiej zaś ich zasadnicza, jakościowa odmienność, 
a niekiedy i przeciwstawność. (Encyklopedia.u, szp. 905-906) 
W działaniu człowieka występuje "tzw. transcendencja celów - człowiek 
zmierza do celów przekraczających jego aktualne potrzeby i bodźce, a po 
osiągnięciu jednego dobra szuka innego; ten niepokój (nienasycenie) 
w działaniu pozwala sądzić, że człowiek (świadomie lub nieświadomie) jest 
nastawiony na dobro pełne i nieutracalne" (Encyklopedia..., szp. 906). 
Człowiek "oswaja" (uczłowiecza) zastany świat - dzięki jego poznawaniu 
_ zarów('lo oddziałując na niego realnie (przekształcając go ), jak i tworząc kulturę 
(otaczając się własnymi dziełami). [...] 
"Ja" przekracza swoją istotą i rolą strumień świadomości i jego zawartość. [...] 
"Ja" jako podmiot własności i dyspozycji, spełnia czynności, samookreśla byt 
ludzki, nadaje kierunek uwadze, dokonuje wyboru, postanawia itp.; wraz 
z własnym strumieniem świadomości stanowi w człowieku miejsce, w którym 
dochodzi do ujawnienia się jego składników i jego struktury, do uzyskania 


15
>>>
Odr'lbnolć 


samowiedzy, do realizacji czynów moralnie kwalifikowanych, co sprawia, że 
człowiek ma rangę bytu osobowego. (Encyklopedia..., szp. 906) 


Istota człowieka - 
określona jednostka posiada zespół kwalifikacji (treści), dzięki którym jest tym 
oto, niepowtarzalnym indywiduum. Ta istota indywidualna jednostki ludzkiej 
jest podstawą ścisłej jedności i ciągłości tego, co do niej należy [...] jest treścią 
bezpośrednio kwalifikującą to, co w jednostce pełni rolę podmiotu cech, jest jej 
naturą konstytutywną; stanowi jedność harmoniczną (termin Ingardena) 
momentów składających się na indywidualność jednostki. [...] 
Człowieczeństwo konkretnego człowieka [...] to pewien zestrój momentów, 
lub aspekt istoty indywidualnej, dzięki którym jednostka jest człowiekiem. 
Natura człowieka to jego istota wzięta jako ontyczna zasada działania. 
(Encyklopedia..., szp. 907). 


E. Nadprzyrodzona struktura i funkcja 


Człowiek, jako istota cielesno-duchowa, rozumna i wolna 
"został stworzony według obrazu Bożego" (Rdz I, 26). "Jest całkowicie 
podporządkowany Stworzycielowi, który udziela człowiekowi istnienia z moż- 
nością jego osobowego rozwoju indywidualnego i społecznego, oraz pod- 
trzymywania gatunku i możliwości nadprzyrodzonego rozwoju osobowego" 
(Rdz 2,24; 3, 20; 4, 1). 
Człowiek jako dziecko Boga "może stać się przyjacielem Boga" (J 15, 
14-15), może osiągnąć pełnię transcendentnego rozwoju osobowego. Darmo- 
wość przyjaźni i niemożność jej wymuszenia na drugiej osobie stawia człowieka, 
któremu Bóg ją ofiaruje, wobec alternatywy przyjęcia lub odrzucenia. 
Dążenie do dobra i miłości jest podstawą bytową do nowego (przerastającego 
naturalne możliwości) uobecniania się w człowieku Ducha $więtego (I Kor 6, 
19) jako transcendentnej miłości Ojca i Syna, ostatecznego celu wszystkich 
dążeń człowieka (Rz 5, 5; J 14; 16-17). (Encyklopedia..., szp. 908) 


ZajmujlIc się osobami niepełnosprawnymi szczególnie umysłowo, musi- 
my podjllt problemy wnikajlIce z istnienia tych WSZYSTKICH struktur. Żadna 
z nich nie może byt osłabiona w swoim zadaniu konstytutywnym, a także 
równowadze. Takie stanowisko pozwala nam spojrzet w drugll stronę: 
istnienie niepełnosprawnego dopiero nam ukazuje pełnię człowieczeństwa, 
pełnię zamiaru Boga wobec człowieka. "Dzieła Boże majll się na nim 
okazat" (J 9, 3). 


756
>>>
Grenice człowieczeństwa 


Człowiek - interpretacja teologiczna 


Istotą człowieka w chrześcijaństwie jest jego dziecięctwo Boże. Encyklopedia 
katolicka zakreśla je tak: Objawienie Boże ukazuje godność osoby ludzkiej 
"zarówno w wymiarze immanentnym, jak i transcendentnym". 
"Naczelną kategorią teologiczną interpretującą życie jest jego zbawienie 
jako wspólnotowy i osobisty dar przyjaźni z Bogiem i z ludźmi przez 
Chrystusa w Duchu Swiętym". Los człowieka związany jest z Chrystusem 
(Mesjaszem), który "gromadzi rozproszone dzieci Boże łącząc je w swojej 
śmierci i zmartwychwstaniu" (Encyklopedia..., szp. 917). 
Czyli człowiek łllczy się z Chrystusem przez Jego Amiert i zmartwych- 
wstanie. Jean Vanier szczeg61nie zwraca uwagę na przeniesienie tego na 
Eucharystię (por. Vanier [5] oraz Wojciechowski [4], s. 16-18). 
"Wskutek grzechu zerwana została więź człowieka z Bogiem; zakłócona 
jego pozycja w świecie [...] zaistniały podziały między ludźmi, prowadzące 
do nienawiści" (Encyklopedia..., szp. 917). 
Czyli chrzeAcijaństwo uznaje stan doskonałoAci zerwany przez grzech 
ludzki. Powr6t do stanu doskonałoAci jest niemożliwy bez Chrystusa - bez 
złllczenia się z Chrystusem w Jego Amierei i zmartwychwstaniu. Wszelkie 
inne pr6by Sll skazane na niepowodzenie, bo opierajll się na grzechu - pysze. 
Dzięki Chrystusowi człowiek wyzwolony od zła, "czyli zbawiony 
oraz usynowiony w Chrystusie, został wprowadzony we wspólnotę dzieci 
Boga" (Encyklopedia..., szp. 918). 
Czyli problem niepełnosprawnych też musi byt przemyAlany w Awietle 
religii bo inaczej nie może. O. Innocenty Bocheński zwr6cił uwagę, iż zło to 
też niemożnoAt odejAcia od troski (por. Bocheński [1]). 
Człowiek nie ma w sobie możności związania się miłością z ludźmi 
i dokonywania humanizacji i konsekracji świata, czyli wyzwolenia się z grzechu 
i śmierci, dlatego musi je przyjąć jako dar Boga [i musi z Bogiem (Chrystusem)] 
współpracować przez wiarę, nadzieję i miłość. (Encyklopedia..., szp. 918) 



 


Jest to dramatyczna odpowiedi dana m.in. J. P. Sartre'owi. 
Człowiek słuchający Boga, przyjmujący jego dar i wezwanie jest w teologicz- 
nej perspektywie osobą o strukturze dialogowej; jest otwarty na transcendencje 
nie tylko z racji wchodzenia w osobowe relacje z innymi ludźmi, ale przede 
wszystkim z Bogiem. [...] Całkowitej zależności od Boga doświadcza człowiek 
przeżywając swoją wielkość i nędzę, dążenie do śmierci i pragnienie nieśmiertel- 
ności. [on] N aj głębszy sens wspólnoty ludzi z Bogiem i między sobą w Chrystusie 
wyraża się w oddaniu i służbie w miłości Bogu i człowiekowi. [on] Mimo że 
człowiek jest już dzieckiem, przyjacielem i kapłanem Boga, to jednak nieustannie 
się nim staje. (Encyklopedia..., szp. 918) 


757
>>>
Odr,bnolć 


Człowiek będący w rozwoju osiąga największą doskonałość i szczęście 
w pełnej wolności, jeśli związany jest w miłości z Bogiem, gdyż taka wolność nie 
naraża go na błędny wybór. [...] Postawa nadziei należy jako element istotny do 
struktury człowieka w aspekcie teologicznym, ponieważ dopiero w końcu 
dziejów ujawni się w pełni także ludzka doskonałość Królestwa Bożego, które 
już istnieje. (Encyklopedia..., szp. 919) 


. 


Spróbujmy wejrzeć w dylematy człowieczeństwa w perspektywie świa- 
topoglądu materialistycznego poprzez wypowiedzi lekarzy i humanistów 
uwzględniających etykę marksistowską. Przeglądamy materiały Krajowej 
Konferencji Lekarzy i Humanistów - "Człowiek w obliczu śmierci, z uwzględ- 
nieniem etyki marksistowskiej, granic i praw reanimacji", w Gdańsku 10-11 
maja 1976 r.: 
Człowiek jest istotą materialną, podlegającą określonym prawom przyrod- 
niczo-społecznym. O śmierci człowieka można mówić sensownie wyłącznie 
z pozycji jednostki i zbiorowości ludzkich. Z punktu widzenia przyrody, a szerzej 
- materii, mamy do czynienia tylko z formowaniem się, trwaniem i rozpadem 
wciąż nowych struktur materialnych. Jesteśmy dalecy od poznania naj głębszych 
struktur człowieka, jednakże, aby człowiek, dziecko, mógł nauczyć się struktur 
świata, mógł je przyjąć musi urodzić się z określoną strukturą materialną, 
przyrodniczo uformowaną (Cz/owiek.n, wyp. prof. dr. Wf. Lebiedzińskiego, 
s. 99-103). 


Najważniejszą wartością wyznaczającą człowieczeństwo człowieka jest 
jego mózg. Człowiek jest funkcją mózgu. "Istnieje tylko wtedy, kiedy 
prawidłowo zbudowany mózg jest prawidłowo zaopatrzony w tlen i sub- 
stancje odżywcze". Jednakże mózgu człowieka "nie można identyfikować 
[m] Z całym człowiekiem". Są jeszcze narządy ruchu, gra naczyń krwionoś- 
nych, emocje, a także artykułowana mowa lub jej symbole. Smierć człowieka 
jest dla materialistów końcem wszystkiego - "końcem jego myśli, wspo- 
mnień, planów - końcem jego świadomości", Nikt wszakże nie ma prawa 
dysponować życiem drugiego człowieka. "Lekarz jest obowiązany i chce 
przedłużać życie człowieka, natomiast nie jest obowiązany i nie chce 
przedłużać życia istoty, która wprawdzie zachowała zewnętrzne kształty 
ludzkie, lecz nie ma ludzkiej świadomości, ludzkiego życia psychicznego". 
Tak więc w tym dyskursie lekarza (profesora Tadeusza Kielanowskiego) 
musi pojawić się problem niepełnosprawnych, których graniczną formą są 
tzw. w żargonie medycznym "potworki" o nieznanej czynności mózgu 
i niewiadomym stopniu świadomości - lekarz wzdraga się przed uśmier- 
caniem ich, ale domaga się racjonalnego uzasadnienia ich prawa do życia 


758 


-.
>>>
-- 


Grsnice człowieczeflstws 


wobec przyjęcia, że człowiek jest funkcją mózgu. Co robić z istotami, 
których "poziom inteligencji jest daleki nawet od inteligencji zwierząt?" Nie 
jest to postulat, zastrzega się jeszcze raz lekarz, uśmiercania ich, ale wniosek 
o "w pełni racjonalną motywację takiego, a nie innego postępowania 
wobec istot, których człowieczeństwo nie wynika bezpośrednio i w sposób 
oczywisty ani z budowy ciała, ani z liczby i kształtu par chromosomów [on], 
ani z cech umysłu". I tu znów wracamy do roli sprawnego mózgu 
w człowieczeństwie człowieka - operacja mózgu pozbawiająca chorego 
cierpienia wskutek bólu - "pozbawia go równocześnie wyższej wrażliwości 
i poczucia moralnego, a więc pozbawia go atrybutów człowieczeństwa". 
To wszystko stawia Kielanowski wobec problemu definicji człowieka. 
Pewien tok rozumowania skłania go ku przyznaniu człowieczeństwa tylko 
istocie z prawidłowo zbudowanym i prawidłowo działającym mózgiem, 
jednak konstrukcja ta wyraźnie wydaje się zbyt sztywna wobec "istot, 
których człowieczeństwo nie wynika bezpośrednio i w sposób oczywisty ani 
z budowy ciała [...], ani z cech umysłu". Pytanie jest dla niego trudne 
szczególnie dlatego, że uznaje zawodność definicji biologicznych (np. 
opartych na liczbie par chromosomów). Stwierdzenie, że "człowiek jest 
istotą spłodzoną przez ludzi", uważa za sofizmat2°. 
Większość chorych nie chce umierać samotnie (Cz/owiek..., wyp. mgr 
Z. Uniejewskiej, s. 156). Człowiek nie chce umierać, bo odchodzi sam, śmierć 
wyłącza go z grona bliskich (Człowiek..., wyp. doc. dr. hab. K. Trzebiatowskiego, 
s.147-148). 
U lekarza narażonego na ciągły kontakt z umierającymi powstają 
określone zmiany w zachowaniu się wobec chorego: - tendencja do unikania 
kontaktu z pacjentem, który może umrzeć; jest ona tym silniejsza im zagrożenie 
jest bliższe i większe; reakcje lękowe, nie zawsze w pełni świadome, gdy lekarz 
orientuje się, że pacjent, którym się opiekował, musi umrzeć. (Cz/owiek.... wyp. 
dr n. hum. M. T. Nowakowskiej, s. 103-197) 


T o bardzo ważne - zobaczyłem to swego czasu u lekarki którą wezwałem 
do będącej pod moją opieką ciężko niepełnosprawnej osoby. Być może takie 


20 Wypowiedź prof. dr. med. Tadeusza Kielanowskiego, s. 17-23; por. też tamże 
wyp. prof. dr. med.Olecha Szczepskiego, s. 59-61; co do negacji przez T. Kielanow- 
skiego uznania jako definicji, czy w ogóle odmówienia poprawności znaczeniowej 
określeniu człowieka jako "osoby spłodzonej przez ludzi", należy odwołać się do 
J. Guli, Lingwistyczny aspekt problemu Nasciturusa, [w:] W imieniu dziecka 
poczętego, wyd. Inst. JP II, Rzym-Lublin 1991, s. 17, przyp. 9, gdzie stwierdza, iż tu 
Kielanowski nie ma racji, gdyż twierdzenie to nie ma "charakteru tautologii lub [...] 
sofizmatu [...]. Nie mówi ono, kim jest człowiek, lecz tylko - kto jest człowiekiem; 
stanowi więc rodzaj definicji zakresowej, a nie treściowej (istotowej)". 


159
>>>
Odr'lbnolć 


jest też i tło reakcji wobec niepełnosprawnych w ogóle - reakcji powszech- 
nych. Profesor Wojciech Chudy nazywa to lękiem przed rozpoznanym 
"horyzontem przygodnoAci" naszego bytu (por. Chudy). Należy więc 
pamiętał, że po drugiej stronie chorych i niepelnosprawnych też sil 
zwykli, słabi ludzie. 
W dyskusję wkracza filozof (Człowiek..., wyp. prof. dr. hab. Z. Cackow- 
skiego). Za początek kształtowania się jednostki ludzkiej przyjmuje "akt 
narodzin". Ludzkie dyspozycje organizmu nie rodzą się z samych procesów 
ludzkiego dorastania. Proces uczłowieczania organizmu ludzkiego jest 
procesem socjokulturowym. Procesy te nie istnieją w nas, są one więzią 
"z rzeczami, przedmiotowymi wyrazami minionego ludzkiego doświad- 
czenia". Gdywię:t praktyczna człowieka z przedmiotem ulega gwałtownemu 
naruszeniu (Dersu Uzała Kurosawy i jego strzelba), oznacza to radykalne 
załamanie się życia, "każda okruszyna naszego ja istnieje i funkcjonuje tylko 
jako jedna strona tej relacji, której stroną drugą jest struktura przedmiotowa, 
nad którą operacje są wykonywane". "Wewnętrznymi elementami naszego 
życia" są zawsze "nasze związki ze światem przedmiotowym". 
"Przesłanką wyjściową uczłowieczenia nowo narodzonego ludzkiego 
organizmu [...] jest dorosły człowiek - nauczyciel i wychowawca". Matka. 
Związki przyja:tni i miłości, związki brania i obdarowywania, bez których nie 
ma prawdziwej przyja:tni ani prawdziwej miłości. Wszystkie treści naszego ja 


w istocie rzeczy są tylko członami relacji do innych ludzi, do ich zachowań, do 
ich dzieł. [...] "Wewnętrzne" elementy naszego ja [on] nie stanowią wewnętrz- 
nych elementów naszego organizmu czy naszego mózgu; są one powiązaniami 
ze światem "zewnętrznym" - z innymi ludźmi, ich działaniami i wytworami. Te 
"zewnętrzne" powiązania są tylko pozornie zewnętrznymi. W istocie rzeczy są 
one wewnętrzną treścią ludzkiego życia. 
Żyjemy poprzez innych ludzi i w nich, żyjemy poprzez rzeczy tworzone przez 
innych ludzi i przez nas samych, żyjemy w tych rzeczach. Życie człowieka jest 
partnerstwem z ludźmi i światem ludzkim, świadomym partnerstwem. Wzboga- 
canie życia to wzbogacanie tego partnerstwa, jego zubożanie - to rozstania, to 
zrywanie więzi, jego ustanie wreszcie - to ustanie wszystkich więzi. [...] 
Ograniczenie życia jest ciągiem rozstań, a ustanie życia - rozstaniem pełnym, 
ostatecznym. [...] Rozstawanie się z ludźmi oznacza zrywanie nie tylko naszych 
związków, ale także związków, w które są uwikłani inni ludzie, które są także 
treścią ich życia. I z tych powodów nikt nie umiera sam. 
Ileż życia odbiera odejście dziecka pozostałym przy życiu rodzicom, np. 
śmierć noworodka. Stając nad czyjąś mogiłą "nie tylko nad nią płaczemy, ale 
i nad sobą". Broniąc cudzego życia, także odmawiając prawa do samobój- 
stwa, eutanazji, bronimy siebie, naszego życia. 
W każdej rzeczy, którą 


160 


--
>>>
Granice człowieczeństwa 


oswoiliśmy jest coś z kwiatuszka Małego Księcia. Niemożliwe jest [...] odejście 
od rzeczy oswojonej; przez oswojenie upodmiotowiliśmy ją i dlatego odchodząc 
widzimy nie tylko z naszej, ale i także z drugiej strony. [...] 
Umieranie ludzkie zawsze i wszędzie toczy się po stronie życial, po stronie 
żywych i to nawet wtedy, gdy organizm psychicznie umarłego człowieka jest 
jeszcze żywy, gdy po jego stronie dalsze umieranie jest już tylko procesem 
obiektywno-przedmiotowym. [...] W obliczu śmierci - to znaczy w obliczu 
życia! W obliczu życia ulegającego zerwaniu, w obliczu świata ludzi i ludzkich 
rzeczy, z którymi się związaliśmy, przez które i w których żyliśmy, do kt6rych 
przykładaliśmy nasze ręce, kierowaliśmy nasze myśli i nasze uczucia (zarówno 
dobre jak i nie najlepsze). Stąd [on] wyłania się nam psychologia umierania jako 
psychologia żalu, tęsknoty, wsp6łczucia, niedopełnienia. (Cz/owiek..., wyp. 
prof. dr. hab. Z. Cackowskiego, s. 24-37) 
Taki. przedstawiony przez pro/. Zdzisława Cackowskiego pogląd na 
ludzkie życie jako tworzone przez związki z rzeczami (Człowiek..., wyp. prof. 
dr. hab. K. Trzebiatowskiego, s. 148), więzi praktyczne z przedmiotami 
i więzi miłości (brania i obdarowywania) z innymi. jest jakby zmierzaniem do 
rozwiązania problemu Kielanowskiego - czym jest uczłowieczenie - czy 
mózgiem sprawnym? Wydaje się, że u Cackowskiego możemy znaleźć 
usprawiedliwienie - człowiek to dziecko kobiety, istota spłodzona przez 
ludzi. gdyż wchodzi w związki emocjonalne z innymi. Nawet., gdy ma się 
narodzić kaleką, jest oczekiwane z natężeniem miłości - oczekiwania. Miarą 
bólu rodziców jest może natężenie tej miłości oczekiwania - jeżeli byśmy 
uznali narodzonego "potworka" za " nie-człowieka" ze względu na jego stan 
mózgu, to jakby umar/, ale, jak pisze Cackowski. śmierć jest po stronie 
żywych, umieranie jest po stronie życia (Człowiek..., wyp. pro/. dr. hab. 
Z. Cackowskiego, s. 31), więc oni są po stronie życia. Nie są obojętnością 
- są życiem. Tu ból rodziców dziecka niepełnosprawnego - oni płaczą nad 
sobą (Człowiek..., wyp. pro/. dr. hab. Z. Cackowskiego, s. 29), bo zostali 
sami ze swoją nadzieją, która była, a której nie ma. T ak więc Cackowski 
chyba idzie "twarzą ku Bogu" (tak o kim innym powiedział Jan XXIII), 
pomimo że uważa on, że z poglądów ludzi wierzących o śmierci wylania się 
inna psychologia śmierci - psychologia nadziei. niepewności i niepokoju. 
Człowiek niewierzący umiera odwrócony twarzą ku życiu, człowiek wierzący 
spogląda w drugą stronę21. 


21 Por. ibid., s. 32-33; ta refleksja Cackowskiego, iż człowiek niewierzący umiera 
odwrócony "twarzą ku życiu" mogłaby zostać przemyślana wobec pracy magisterskiej 
Zofii Sędziak, Sens życia w obliczu permanentnego zagrożenia śmiercią - analiza 
sytuacji egzystencjalnej osób zarażonych wirusem HIV, UM K, Toruń 1992 (pod kier. 
prof. dr. hab. Czesława Kosakowskiego) - chorzy zarażeni wirusem HIV w obliczu 
grożącej śmierci też odwracają się od niej WSTECZ - dążąc do przywrócenia wartości 
swemu minionemu życiu. 


161
>>>
Odrfbnolć 


Wobec tych rozważań jak grom z jasnego nieba spada stwierdzenie 
urzędnika obecnego na konferencji, iż marksistowska teoria traktuje moral- 
ność jako formę historycznie zmienną, "zależną od materialnych warunków 
życia i stopnia rozwoju społeczeństwa" w danym okresie historycznym 
(Cz/owiek..., wyp. Min. Zdr. i Op. Sp. PRL prof. dr. med. M. Sliwińskiego, 
s. 11). W ślad za tym pojawia się relatywne stanowisko wobec zadawania 
śmierci: - kiedyś przerywanie ciąży było zabijaniem, teraz nie - uzasadnia 
się je społecznie i lekarsko; czy "dobra śmierć" nie zostanie uzasadniona 
w stosunku do potworków i bezmózgich? (Cz/owiek..., wyp. dr. hab. med. 
A. Talewskiego). 
Jednak nie jest to tak oczywiste dla wszystkich. 
Tadeusz Stelmaszczyk, psychiatra, uważa że oświadczenie, że człowiek 
jest chory nieuleczalnie i umożliwienie mu w ten sposób samobójstwa jest 
pośrednim zabójstwem. Zastanawia się jednak, czy życie "nowo narodzonego 
potworka lub człowieka odkorowanego jest również życiem ludzkim" 
(Cz/owiek..., wyp. lek. med. T. Stelmaszczyka). 
Profesor Raszeja przypomina, że w świetle prawa "osoba, która nie 
podejmie kroków, aby uchylić grożące innemu człowiekowi bezpośrednie 
niebezpieczeństwo utraty życia", w razie zgonu może odpowiadać za 
zabójstwo przez zaniechanie. "Przedmiotem ochrony prawnej jest człowiek 
nawet wówczas, gdy organizm jego uległ tak poważnym zakłóceniom, że 
wszelka walka [m] wydaje się bezcelowa" (Cz/owiek..., wyp. prof. dr. hab. 
S. Raszei). 
Sądzę, że teraz jest w/a
ciwe miejsce na to, aby przypomnieł po- 
stępowanie 
redniego personelu medycznego, salowych, a także oczywi
cie 
lekarzy oddziału neurochirurgii jednego ze szpitali, którzy długi już czas mieli 
na oddziale człowieka tzw. wymóżdżonego po rozleg/ej operacji. Poza 
utrzymywaniem go przy życiu nie pozwalali w jego obecno
ci rozmawiał 
o jego stanie (nie wiemy, czy nie słyszy), a także opuszczonemu już przez 
najbliższych po każdym dniu wizyt w szpitalu stawiali na stoliku 
wieży 
bukiet kwiatów. By/a to dla mnie wielka nauka 22 . 
Powróćmy jednak do śledzenia debaty. Ważne tu więc będzie wyjaśnienie 
prawnika. Profesor Marian Cieślak uzmysławia, że "życie jest nieustannym 
procesem. Procesem nieustającym jest także śmierć". "Smierć zaczyna się 
z samym momentem powstania życia". Z punktu widzenia kulturowego 
- człowiek może być nieśmiertelny w swoich dziełach. Z punktu widzenia 
jednostki śmierć może być "po prostu końcem świata". Życie wydobywa 
"zjawiska g raniczne", co do których "norma nie jest całkiem dostosowana". 
22 Było to w Klinice Neurochirurgii Sląskiej Akademii Medycznej w Katowicach: 
Ligocie. 


162 


-.
>>>
Granice człowieczeństwa 


Cieślak jest przeciwny definiowaniu zjawisk "dość oczywistych", gdyż 
wówczas definicja może służyć eliminowaniu elementów, które się w niej 
nie mieszczą. Takie niebezpieczeństwo może nieść ze sobą próba definiowa- 
nia człowieka, gdyż każdy dość jasno wie, co to jest człowiek i trudno 
go będzie pomylić z innymi formami świata żywego. 
Wydaje się, że spotykaj li się tu dwie sprawy: - ostrzeżenie wypowiedziane 
przez Kępińskiego przed pochopnym budowaniem definicji i schematów, 
które muszą z racji charakteru naszego poznania byt niepełne i - dojście 
jednak do zdroworozslldkowego określenia człowieka jako płodu dwojga 
ludzi (dziecko kobiety). 
Jeżeli mamy jakąkolwiek wątpliwość, czy człowiek jest zdolny do życia, 
to decydujemy na jego korzyść. Odnosi się to do tzw. potworków. Nie 
można pośród upośledzonych (kalek) wyodrębnić bardziej upośledzonych 
(potworków), których uznamy za niezdolnych czy niegodnych życia. To 
niebezpieczeństwo może biec w drugą stronę - próba określenia formy 
eliminowanej może pociągać rozszerzanie zbioru form eliminowanych. 
Reanimując niepotrzebnie, co ryzykujemy? Najwyżej to, że go nie obudzimy. 
Ryzyko tej naszej działalności jest żadne. Natomiast jeśli spróbujemy oprzeć się 
na schematycznej definicji człowieka potencjalnie zdolnego do życia, gotowi 
jesteśmy postąpić tak, jak bylo w tym przypadku człowieka porażonego prądem, 
o którym mówił doc. Sych: ryzykujemy utratę życia, które było do uratowania. 
Jeżeli jakaś reguła zawodzi trochę na obrzeżach swego zakresu, a więc 
w wypadkach krańcowych, to normodawca ma jednak wielkie opory przeciwko 
temu, co chcieliby powiedzieć mu ludzie wskazujący na te wypadki krańcowe. 
"Stwórzmy kontrregułę, która by nam objęła te wypadki krańcowe, tzn. wyjmijmy 
je spod działania reguły". Byłoby to niebezpieczne, gdyż podważałoby, 
relatywizowało samą regułę ogólną. Po drugie mogłoby prowadzić do nadużyć, 
a nawet do zlikwidowania samej reguły. I w związku z tym, jeżeli lekarze 
oświadczają tutaj, że nie proponują żadnego innego sposobu załatwienia 
problemu potworków, jak ten, który dotychczas jest praktykowany, to ja mogę 
dodać, że nie ma innej alternatywy, że tak właśnie być powinno. Z praktycznych 
względów niemożliwe jest zdefiniowanie potworka, którego definicja nie objęła 
by kaleki, ale jeszcze nie potworka. Jeżeli niemożliwa jest taka ścisła definicja, to 
musimy - idąc zgodnie z tą pierwszą wytyczną, że w razie wątpliwości należy 
ratować i utrzymywać życie - tymi potworkami opiekować się, innego wyjścia 
nie ma. Jeżeli są w stanie czynić to sami rodzice, to bardzo dobrze. Jeżeli rodzice 
nie są w stanie tego czynić, to w moim przekonaniu, można im to wybaczyć, idąc 
po linii pewnego minimalizmu. Natomiast obawiałbym się tu sformułować 
regułę, że rodzice mają wtedy prawo pozbyć się takiego dziecka, nawet prawo 
oddać go do zakładu - niechaj się nim opiekuje społeczeństwo. (Cz/owiek..., 
wyp. prof. dr. hab. M. Cieślaka, s. 62-68) 
Nie ma formuły "skrócenia życia". Oznacza ona tyle samo co "zadanie 
śmierci". Nie wolno stwarzać złudzeń. Jednak Cieślak nie widzi możliwości 


163
>>>
OdrfJbność 


pełni dziecka upośledzonego (Człowiek..., wyp. praf. dr. hab. M. Cieślaka, 
s. 62-68). 
Obok tego stanowiska mamy poglądy trudniej poddające się refleksji: Na 
gruncie światopoglądu marksistowskiego "nie jest możliwa akceptacja 
śmierci". M aterializm dialektyczny i historyczny czyni życie ludzkie najwyższą 
wartością. Postuluje nasilenie społecznego wysiłku na rzecz przedłużenia 
życia i uczynienia go maksymalnie sensownym (Człowiek..., wyp. doc. dr. 
W. Kota, s. 121-125). 
Powstaje więc specyficznie formułowana wiara: tęsknota do przetrwania 
- wiara w przetrwanie w działaniu jest niezbędnym motorem ludzkiego 
wysiłku, ludzkiej pracy, także u ludzi wierzących (referent powołuje się na 
Teilharda de Chardin). Religia, mówi dalej, jedynie eksponuje potrzebę 
przetrwania. Nie ona ją wymyśliła. Nawet instynkt samozachowawczy 
zwierząt popycha je ku przedłużaniu swojego życia. Człowiek niejako 
"upiera się przy własnym istnieniu" (za Spinozą), "tylko dzieci i głupcy 
myślą wyłącznie o teraźniejszości" (za Wolterem). Jeżeli inni żyją nadal, to 
śmierć indywidualna nie jest kresem, a przemianą. "Tym łatwiej człowiekowi 
pogodzić się z własną śmiercią biologiczną, im bardziej żyje dla innych" 
(Człowiek..., wyp. dr. Wł. Pałubickiego, s. 162-165). 
Dzieła sztuki, kontynuuje inna referentka, jako akt psychiki ludzkiej, akty 
poznania, miłości - "transcendując świat, równocześnie go organizują 
i porządkują, nadając mu nowy sens, 'antropologiczny wymiar', w którym 
perspektywa śmierci nie jest przerażająca" (Człowiek..., wyp. mgr Z. Reroń, 
s. 158-161). 
Powraca refleksja nad samą śmiercią. 
Nie jest straszny fakt biologicznego przemijania. Straszne jest odchodzenie 
od świata kultury, "świata swych miłości i niechęci, z ukochanego domu 
swojego, spośród swoich książek, obrazów, muzyki, starych fotografii 
i pamiątek". Gdy już trzeba odejść z tego świata, to najważniejsza jest 
"obecność drugiego człowieka przy nim blisko". Kogoś swojego, kochanego, 
"z kim się wspólnie wiele przeżyło" (Człowiek..., wyp. prof. dr. med. 
J. Blicharskiego, s. 93-99). 
Spróbujmy tu ponownie wrócił do problemu niepełnosprawności 
- głębokiej niepełnosprawności. O ile uznamy to za stan w jakiś sposób 
bliski śmierci, a taka interpretacja, jak pokazałem, też jest możliwa, to ten 
postulat prof. Blicharskiego przybiera tu szczególną wagę. Powiedzmy 
jaśniej - o ile stan słabości uznamy za coś bliskiego śmierci, stan każdej 
s'abo
ci, to "obecnośł drugiego człowieka przy nim blisko" stanie się 
jeszcze bardziej ważna. 


164 


-.
>>>
Granice człowieczeństwa 


Trzy sądy jakby próbują oderwać się od tego refleksyjnego nurtu 
rozważań, jakby wyznaczyć mu nową drogę. 
Człowiek, nawet gdy tracąc świadomość przestaje być podmiotem, 
a staje się przedmiotem moralności, nie przestaje być dla nas tą najwyższą 
wartością. Nie ma potrzeby "rozpowszechniać i propagować filozofię 
śmierci" - "gdyż jest to zawsze podejście i tłumaczenie negatywne". Należy 
rozwiązywać ten problem praktycznie, zabezpieczając godziwe warunki 
życia, leczenia się i umierania" - "pozytywna interpretacja sensu życia, 
kształtowanie socjalistycznego sposobu tego życia. [...] Życie człowiekowi 
dane jest raz i tylko raz" (Człowiek..., wyp. doc. dr. hab. J. Pawlicy, 
s. 110-115). 
Życie to "godność w postawie człowieka" (za Marksem). Dla tej 
godności możemy wybrać śmierć. "Aktywny, twórczy stosunek do świata", 
współodpowiedzialność w działaniach ku zmniejszaniu cierpienia i mnożeniu 
radości. Czemu słuchać stałego "brzęczyka" - przemijasz, przemijasz 
(memento mo,,); przeszkadza on "w przeżywaniu i współprzeżywaniu 
wielkiej, ziemskiej przygody". Wrażliwość "wobec umierających jest tylko 
jednym z przejawów ogólnej wrażliwości wobec bliskich, przyjaciół, 
przechodniów". Stąd postulat wobec śmierci drugiego - całą uwagę 
chorego kierujemy na sprawy życia (Człowiek..., wyp. doc. dr. H. Maślińskiej, 
s. 88-93). 
Lekarze to technicy, w większości dobrze przygotowani "do ratowania 
życia, jak też ułatwiania człowiekowi przejścia trudnej bariery życia-śmierci". 
Nie są lekarze technikami eutanazji. Nie są też uszczęśliwiaczami" (Czło- 
wiek..., wyp. doc. dr. hab. B. Kamińskiego, s. 140-141). 
Nie dla wszystkich takie proste sądy są oczywiste: "Każdy człowiek 
(o zachowanej świadomości) ma prawo swobodnego decydowania o swoim 
losie" (Człowiek..., wyp. doc. dr. hab. A. Kułakowskiego, s. 128-129). 
Przypomina się postulaty legalizacji prawnej eutanazji, jednak z wykluczeniem 
podejmowania decyzji przez osoby trzecie - gdyż jest to sprzeczne z etyką 
marksistowską uznającą człowieka za dobro najwyższe (Człowiek..., wyp. 
doc. dr. K. Toeplitza, s. 82-86). 
Czy "jakiś odwieczny instynkt umierania właściwy tylko gatunkowi 
ludzkiemu" nie każe ludzkości więcej płacić za śmierć, cierpienia i zniszczenia 
niż za przedłużanie życia i zdrowia człowieka? (Człowiek..., wyp. mgr. 
M. Lewit, s. 167-173). 
Profesor Włodzimierz Szewczuk przyjmuje perspektywę transcendentną. 
Problemem poruszającym bardzo ludzi jest przezwyciężanie śmierci. Obok 
przezwyciężania śmierci przez nieśmiertelność duchową (religie) mamy 
także przezwyciężanie śmierci przez "realizacje wartości, które mają walor 


165 


-
>>>
Odr,bność 


ponadjednostkowy", "walor ogólnoludzki" - "człowiek tym jest wyższy oe 
bogów, że będąc śmiertelnym potrafi podjąć rezygnację z życia w służbie 
wartOści wyższych" (za Żeromskim). Człowiek tym różni się od zwierzęcia, 
że "swój program życiowy tworzy w toku życia". "Człowiek żyje w trój- 
wymiarowym czasie. Poza aktywnością wypełniającą teraźniejszość ma 
zawsze określone relacje do przeszłości i do przyszłości. W każdym niemal 
działaniu zawarte są dwa ciągi czasowe" (Człowiek..., wyp. prof. dr. hab. 
Wł. Szewczuka). 
Ten krótki przegląd w końcu incydentalnego spotkania ludzi, którzy 
zdecydowali się z troską spojrzet na jeden z najtrudniejszych według nich 
problemów z pewnej jasno okreJlonej perspektywy materialistycznej pokazuje 
bez uprzedzeń istotę lęku i pustki, i zagrożeń w podejmowanych wyborach, 
które jawią się przed człowiekiem, gdy co najmniej" weimie Boga w nawias". 
Sądzę, że jasno też zobaczyliJmy te aspekty problemu niepełnosprawno- 
Jci, które są dla nas istotne. 


* 


Nazwałem to wprowadzenie Granicami człowieczeństwa. Bardzo trudno 
jest rozpoznat drogę postępowania. Równie trudno jest często zrozumiet 
to, co napotykamy, a także siebie. Jeszcze trudniej, gdy staniemy wobec 
zadania różnego od tego, które otrzymali inni - większoJt - zadania 
dramatyczniejszego, tragiczniejszego, trudniejszego. 
ChcielibyJmy, aby ten (..j szczególny Pamiętnik wprowadzał nas w tajniki 
tej DROGI, o której myJlimy, że jest najważniejszą. Może też doprowadzi nas 
do jej zrozumienia, do "nauki jak iJt wzdłuż niej nie błądzlłC'
3. 


23 J. M. Bocheński, Współczesne metody my
/enia, "W drodze", Poznań 1993, 
s. 20-21: "Metodologia [...] słowo to pochodzi z greckich słów meta - 'wzdłuż' 
i odos - 'droga'. Znaczy więc ono dosłownie tyle, co logos, a więc 'mówienie 
o (poprawnvm) - chodzeniu-wzdłuż-drogi' ". 


-
>>>
PRZYCZYNY BYTU PEDAGOGIKI SPECJALNEJ 
(część I) 


REFERAT, MIĘDZYNARODOWA KONFERENCJA NAUKOWA 
NT: "DZIECKO Z UTRUDNIENIAMI ROZWOJU. PROBLEMY 
INTERDYSCYPLINARNEJ DIAGNOZY I TERAPII W SWIETLE 
NAJNOWSZYCH TEORII", UNIWERSYTET WROCŁAWSKI, 
INSmUT PEDAGOGIKI, ZAKŁAD RESOCJALIZACJI 
I REWALIDACJI; DOLNOSLASKA SZKOŁA WYŻSZA 
EDUKACJI, INSTYTUT PEDAGOGIKI SPECJALNEJ. 
WROCŁAW, 4-6 MAJA 2000 


Według: Karol Wojtyła, Osoba i czyn, rozdział I, 
Osoba i czyn w aspekcie 
wiadomo
ci 


Arystoteles wymienia cztery przyczyny uzasadniające rzeczywistość: są to 
czynniki materialne, formalne, sprawcze i celowe (Krąpiec 24 , s. 368). 
Pytaniem podstawowym jest pytanie DlA TI - dzięki czemu} Należy pytać 
się dzięki czemu jaka
 cecha przysługuje jakiemu
 podmiotowi} Pytać się 
dzięki czemu jaka
 rzecz jest wła
nie nil/. samI/., znaczy nie pytać się w ogóle, 
zwraca uwagę Mieczysław Krąpiec (K., s. 370). Nie oznacza to braku 
słuszności pytania jak}, które zachowuje wartość dla nauk szczegółowych. 
W systemie Arystotelesa, przyczyną naczelną, czytamy u Krąpca, do 
której można sprowadzić inne typy przyczyn jest przyczyna formalna 
(K., s. 370-371). Następnie należy przyjąć przyczynę sprawczą (K., 
s. 372). Z przyczynowością sprawczą łączy się cel, który jest racją 
zaistnienia ruchu, pochodzącego od czynnika sprawczego. Osiągnięcie 
celu jest kresem ruchu (tamże). Te cztery czynniki wymienione przez 
Arystotelesa są sobie przyporządkowane i wzajemnie się dopełniają w ró- 
żnych aspektach (K., s. 373). 


24 M. Krąpiec, Dzie/a, t. 7, Metafizyka. Zarys teorii bytu, Red. Wyd. KUL, Lublin 
1995 (odtąd odniesienia do tej pozycji będę oznaczał w tekście literą K.). 


167
>>>
Odrębność 


To, Z czego coś powstaje i trwa, tak za Arystotelesem określa przyczynę 
materialną Mieczysław Krąpiec (K., s. 374). Materia, która jest czystą 
potencjalnością wśród czynników wpływających na powstanie skutku 
materialnego może być tylko bytową racją tego, że coś wypływa z jej natury 
(K., s. 374-375). 
Napotykamy tu na bardzo ciekawą kategorię bierności, czy też do- 
znawania podmiotu jako podmiotu. Bierne doznawanie, pisze Krąpiec, jest 
istotną funkcją przyczynowania materii (K., s. 375). Bierność doznawania 
oznacza tu zdolność do doznawania działań w procesie przyczynowania. 
Spróbujmy odnieść to do pedagogiki specjalnej. Materią pedagogiki 
specjalnej, jak wiemy, są ogólnie biorąc niepełnosprawni i pedagogo- 
wie-terapeuci. Można ten zakres, a właściwie powinno się, poszerzyć do 
całego społeczeństwa, którego częścią są niepełnosprawni. Tak przynajmniej 
przyjmujemy wyodrębnienie z ogółu ludzi obarczonych słabością tych, 
w jakiś sposób, szczególniej słabych. 
Aby powstał jakiś skutek działań, które nazwiemy pedagogiką specjalną, 
to ta materia początkowa musi wykazać się biernością na działania. Inaczej 
mówiąc, musi chcieć poddać się jakimś procesom, których skutkiem będzie 
pedagogika specjalna. 
Karol Wojtyła pyta o człowieka ukazującego się poprzez czyn (Wojtyła). 
"Człowiek działa". Sądzę, że warto przyjrzeć się temu, co jest na początku 
"działania" człowieka. Bo przecież wszelka terapia jest działaniem - działa- 
niem co najmniej dwojga ludzi w relacji. Tą drogą chcę otworzyć wielkie 
pytanie: czy partnerzy terapii - człowiek "sprawny" i człowiek "niepełnospra- 
wny" są równorzędnymi partnerami. Jaki element miłości się tu realizuje? 
Ks. Franciszek Drączkowski (Drączkowski) podaje m.in. takie trzy próby 
definicji miłości: Tomasza z Akwinu - ,,(Miłość) tworzy pewien związek 
uczuciowy między kochającym i kochanym; o ile kocha, uważa kochanego za 
coś jakby jednego z sobą, albo za coś, co do niego przynależy i dlatego skłania 
się do niego" (Summa theologiae II, II 27, 2), Pseudo Dionizego - "Przez 
miłość - czy to Boską, czy to anielską, czy duchową, czy zmysłową, czy 
naturalną - rozumiemy siłę jednoczącą i kierującą, która skłania opatrzno- 
ściowo jestestwa wyższe ku niższym, te zaś, które są równe - do 
partnerskiego związku, wreszcie te, które są niższe - do zwrócenia się ku 
lepszym i kierującym" (De divinis nominibus 4, 15) i Klemensa Aleksandryjs- 
kiego - "Miłość (agape) więc byłaby jednomyślnością w sprawach 
przynależnych do kręgu intelektualnego, egzystencjalnego i moralnego, albo, 
krótko mówiąc, wspólnotą życia czy też gorliwością w przyjaźni i serdecznoś- 
cią wraz z rozumną troską o potrzeby bliźnich" (Stromateis II 41, 2). 


168 


--
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (część I) 


Doświadczenie człowieka (Wojtyła, s. 51) 


Człowiek bezustannie nawiązuje kontakt poznawczy z sobą samym. W ten 
sposób człowiek siebie doświadcza - to doświadczenie jest wypadkową 
"wielości doświadczeń" (Wojtyła, s. 51-52). Zjawisko to trwa tak długo, 
jak długo utrzymuje się mój kontakt poznawczy z samym sobą. Wynika 
z tego proces zrozumienia (Wojtyła, s. 52). 
W zakres doświadczenia człowieka wchodzi też doświadczenie innych 
ludzi. To też dzieje się w trwaniu (Wojtyła, s. 52). Na kształt tego 
doświadczenia wpływa też wiedza, która powstaje w wyniku przekazywania 
- wymiany doświadczeń między ludźmi (Wojtyła, s. 53). Ta wiedza z kolei 
służy mnożeniu i uzupełnianiu doświadczeń. 
Jednak człowiek doświadcza innych inaczej niż sam siebie (Wojtyła, 
s. 53). Doświadczenie innego człowieka "z zewnątrz" może dopomóc 
w doświadczeniu samego siebie, ale nie jest tym samym (Wojtyła, s. 54). 
Doświadczenie wewnętrzne dotyczy tylko tego jednego człowieka, 
którym jestem ja sam (Wojtyła, s. 55). Jacques Maritain mówi tu, że tylko 
miłość może zbliżyć zewnętrzne doświadczenie drugiego do wewnętrznego 
doświadczenia mnie samego (Maritain). Jeżeli oba doświadczenia, zewnętrz- 
ne i wewnętrzne dopełniają się, to "pracują na rzecz owego dopełnienia 
i wyrównania, nie zaś przeciwko niemu" (Wojtyła, s. 55). 
Ja sam jestem dla siebie zarazem "wewnętrznością", jak i "zewnętrzno- 
ścią" (Wojtyła, s. 55). 
Profesor Cieślak, prawnik, powiedział w sporze myślicieli materialistów 
o definicję człowieka, iż "każdy wie, kim jest człowiek" (Cieślak). Karol 
Wojtyła mówi, że "ponad złożonością doświadczenia człowieka góruje 
jednak jego zasadnicza prostota" (Wojtyła, s. 56). Przy tym doświadczenie 
człowieka jest naj bogatszym z doświadczeń, którymi dysponuje człowiek. 
"Człowiek nigdy nie doświadcza czegoś poza sobą, nie doświadczając 
w jakiś sposób siebie w tym doświadczeniu" (Wojtyła, s. 51). To musi być 
punktem wyjścia, jeśli idzie o rozpoznanie sytuacji osoby niepełnosprawnej 
z trudnościami poznawczymi. 
W ten sposób człowiek niepełnosprawny staje wewnątrz nas. My 
doświadczając siebie, to doświadczenie wzbogacamy doświadczeniem 
"z zewnątrz" - osoby niepełnosprawnej. Tak, jak ona "nam się jawi", ale 
też tak, jak my "chcemy ją poznać". Jeśli naszą postawą wobec niepełno- 
sprawnych jest ucieczka - OD, to uwewnętrznienie tego doświadczenia 
będzie dramatyczne. Ale też powinniśmy zapytać, jakie nasze wewnętrzne 
doświadczenie samych siebie kazało nam odrzucić doświadczenie niepełno- 
sprawnego. 


169
>>>
Odr'lbnolt 


Poznanie osoby na gruncie doświadczenia człowieka 
(Wojtyła, s. 56) 


Doświadczenie człowieka łączy się z faktem, dynamicznym całokształtem: 
"człowiek działa". Tych faktów jest wiele, tyle ilu ludzi, co "daje ogromne 
bogactwo doświadczeń" (Wojtyła, s. 57). Ale też daje ogromne bogactwo 
konfliktów (patrz Kępiński). Ale też i ogromne bogactwo kultury, w której 
człowiek żyje (Wojtyła, s. 57/przyp.). 
Czyn jest działaniem, które zakłada istnienie osoby, które może być 
przypisane tylko osobie. Czyn ..ujawnia osob," (Wojtyła, s. 59). 
To podkreślenie zdania Karola Wojtyły jest niezwykle ważne dla rozpo- 
znawania wartości terapii. Jeśli "czynią" to ujawniają się nam jako osoby. 
I to niezależnie od ocenianej przez nas "wartości" tego czynu. Czynem może 
być zwrócenie na nas wzroku. A może jeszcze coś "mniejszego". 
Jeśli terapię przez twórczość ujmiemy jako "terapię czynem", lub terapię 
"dla czynu", to będzie to zarazem "terapia osoby", lub "terapia dla osoby". 
To ma znaczenie ogromne, gdyż stawia nam wspólne pole "doświadczania 
osób". Jean Vanier pisze: "komunii osób" (Vanier [1], [5]). 
Czynom przysługuje wartość moralna: są moralnie dobre i moralnie złe. 
"Moralność stanowi ich wewnętrzną właściwość" (Wojtyła, s. 59). 
W terapii niepełnosprawnych odnoszę tę ocenę moralną do całej wartości 
relacyjnej czynu: do relacji czynów obu stron. Patrząc na świat niepełno- 
sprawnych, którzy przecież nigdy nie są samotni, wyizolowani - patrzymy 
na świat moralności - czynów moralnie dobrych i moralnie złych. Najpierw 
to my jesteśmy zapytani o nasze czyny wobec "nich". O umożliwienie im 
"czynienia moralnego wyboru". Czy umożliwimy im "życie w rzeczywistości 
moralnego wyboru"? Czy uznajemy w nich osoby? (por. Wojtyła, s. 59-60). 
Jeśli pytaliśmy o "bierność", "pasywność" osoby na początku tego, co 
ma zdarzyć się, na możliwość zdarzenia, to częścią tej "bierności", 
"pasywności" jest zdolność moralna - moralność, zdolność uzgadniania 
środków z celem (patrz Krąpiec). 
"Wartości moralne - dobro i zło - stanowią nie tylko wewnętrzną 
właściwość ludzkich czynów, ale mają również to do siebie, że człowiek 
właśnie jako osoba poprzez te moralnie dobre lub złe czyny sam staje się 
dobry lub zły" (Wojtyła, s. 61). 
Jeśli poznaliśmy świat niepełnosprawnych, poznaliśmy siebie w tym 
świecie, zbliżyliśmy się do czynów, to te zdania powinny nami wstrząsnąć. 
Czyny osób - niepełnosprawnych - ich uczestnictwo w odpowiedzialności, 
ich dążenie do miłości, ich dążenie do uczestnictwa w życiu, ich dążenie do 


170
>>>
Pnyczyny bytu pedagogiki specjalnej (cz,ść I) 


ojcostwa i macierzyństwa, ich poszukiwanie zaufania i prawdy. A na przeciw 
tego - my. Obarczeni niejako tym oczekiwaniem. "Stajesz się odpowiedzialny 
na zawsze, za to, co oswoiłeś" - mówi lis do Małego Księcia (Antoine de 
Saint-Exupery). 


Etapy zrozumienia. oraz kierunek interpretacji (Wojtyła, s. 62) 


Karol Wojtyła stwierdza, że w każdym fakcie "człowiek działa" zawiera się 
"taka sama" relacja "osoba-czyn", że tak samo osoba poprzez czyn się 
unaocznia (Wojtyła, s. 63). 
"Każdy fakt" oznacza dla nas wobec osób niepełnosprawnych otwarcie 
szerokiej drogi rewalidacji - wzajemnego porozumienia - poznania - zro- 
zumienia. W każdym doświadczeniu osoby niepełnosprawnej ujawnia się 
ona jako OSOBA. Zawsze więc mamy ujawnione przez nią jej człowieczeń- 
stwo - pełne. 
Pasywność - "bierność" materii przez to jest wezwaniem do nawiązy- 
wania pełnej relacji. Pełni relacji. Tu mogą zawiązywać się bogate sekwencje 
rewalidacyjne - odnoszące się do obu podmiotów relacji rewalidacyjnej. 
My też przez kreowane przez nas fakty stajemy wobec osoby niepełno- 
sprawnej za każdym razem w PEŁNI naszej OSOBY. 
Karol Wojtyła stwierdza niezwykle ważny dla pedagogiki specjalnej sąd: 
"nie chodzi o to, aby wykazywać, czyli udowadniać, że człowiek jest osobą, 
że działanie człowieka jest czynem [...] to jest już raczej dane w doświad- 
czeniu człowieka: rzeczywistość osoby i czynu jest poniekąd zawarta 
w każdym fakcie człowiek działa" (Wojtyła, s. 64). 
Jeżeli więc stworzymy przestrzeń działania, to w każdym z faktów tej 
przestrzeni ujawni się osobowość człowieka "niepełnosprawnego". W każ- 
dym z faktówl 
Czytamy u Karola Wojtyły: 


Bogactwo i różnorodność doświadczenia stanowią jak gdyby prowokację dla 
umysłu, aby rzeczywistość osoby i czynu, raz pojętą, starał się jak najwszechstron- 
niej ująć i jak najpełniej wytłumaczyć. To jednak może się dokonać tylko na drodze 
coraz głębszego wchodzenia w doświadczenie, w jego zawartość. Dzięki temu 
osoba i czyn zostają niejako wydobyte z mroku. (Wojtyła, s. 64) 


Wynika z tego konieczność coraz głębszego wchodzenia w rzeczywistość 
"niepełnosprawnych". Nieustanne podtrzymywanie kontaktu zmysłowego 
(patrz Krąpiec). To pogłębione doświadczenie winno podlegać tłumaczeniu, 
zrozumieniu (redukcji). Musi rozpocząć się proces poznawczy "w którym 
dokonuje się stały i homogenny rozwój pierwotnego oglądu osoby w czynie 


171 


--
>>>
Odr(Jbność 


i poprzez czyn" (Wojtyła, s. 64). Aby to mogło się zdarzyć, musimy 
współtworzyć środowisko "czynienia" dla osób "niepełnosprawnych". Ono 
zawsze istnieje - pytanie jest tylko, jakie "czyny" tam mogą zaistnieć? Może 
są to "czyny - cierpienia"? 
Osoba "niepełnosprawna" uczestnicząc w tym środowisku też poznaje 
je najpierw uogólniając przez indukcję i w ten sposób znów doświadczając 
własnego "ja" (por. Wojtyła, s. 64). W ten sposób pewno wzmacnia się 
podmiotowość człowieka w "kręgu nadziei" (Wojciechowski [14]). 
Dzięki indukcji przeżycie subiektywne relacji "osoba-czyn" staje się 
tematem, oraz problemem (Wojtyła, s. 64). Przeżyciu relacji "osoba-czyn" 
towarzyszy "zrozumienie praktyczne" - to znaczy zrozumienie wystarczające 
i potrzebne człowiekowi do tego, aby żyć i działać świadomie (Wojtyła, 
s. 64-65) - tłumaczenie, wyjaśnianie, interpretowanie (por. Wojtyła, s. 65). 
Pojawia się tu problem prawidłowego scalenia zrozumień, jakie wyłaniają 
się na gruncie doświadczenia własnego "ja", jak też doświadczenia tego, co 
"na zewnątrz", a szczególnie doświadczenia "innych" (zob. Wojtyła, s. 66). 
Tu ujawnia się relacyjność procesu rewalidacji - procesu chronienia 
i trwania relacji osobowych (patrz Gogacz). 


Proponowana koncepcja osoby i czynu (Wojtyła, s. 67) 


Osoba w całościowym doświadczeniu jawi nam się jako "ja" - a więc 
otwiera nam się możliwość takiej interpretacji, która "odtworzy pod- 
miotowość człowieka" (Wojtyła, s. 67). 
"Chodzi [...] nade wszystko o wydobycie z doświadczenia czynu 
(człowiek działa) tego wszystkiego, co świadczy o człowieku jako osobie, 
co tę osobę jakby unaocznia" (Wojtyła, s. 68). 
Jakimś wyraźnym obrazem naszego czasu jest odkrycie niepełnospraw- 
ności - słabości. Z jednej strony - jako postulat oczyszczenia świata 
z niepełnosprawnych - słabych, a z drugiej jako coraz głębsze, coraz 
wnikliwsze widzenie bogactwa tego świata (wewnętrznego szczególnie), 
który nazwano światem defektu. Wchodząc w ten świat - widząc czyny tam 
ujawniające się coraz lepiej, widzimy tam tożsamość człowieka - w jego 
niesłychanym bogactwie. Droga wskazana przez Karola Wojtyłę - poprzez 
czyn - doświadczenie "człowiek działa" jest tu szczególnie pociągająca 
przez to, że możliwa do dowodowego wykazania. 
Karol Wojtyła wzywa do przezwyciężenia niebezpieczeństwa, że człowiek 
"stanie się dla siebie samego nazbyt zwyczajny". Należy stanąć w "za- 
dziwieniu w stosunku do osoby ludzkiej" (Wojtyła, s. 70). 


172
>>>
Pnyczyny bytu pedagogiki specjalnej (część I) 


Właśnie my stajemy nierzadko w takim zadziwieniu wobec osoby 
niepełnosprawnej. I jeżeli stworzymy wspólną przestrzeń akceptacji i po- 
znawania, to wszystkim nam udzieli się to zadziwienie. Marie Odile Rethor 
mówi o Violaine: "I co wieczór modli się za tatę i mamę, którzy przestraszyli 
się jej choroby. I za tatę i mamę, którzy jej otworzyli swój dom. I pewnego 
dnia, z całego serca, zupełnie sama w swoim pokoju, śpiewała: Dziękuję, 
Panie Boże za cud, którym jestem" (Sympozjum, s. 122). To zadziwienie 
trzeba przekształcić w system pytań, a dalej w system odpowiedzi, czy 
rozwiązań (por. Wojtyła, s. 70). 
"Chodzi o to, ażeby dotknąć rzeczywistości ludzkiej w punkcie najbardziej 
właściwym - w punkcie, na który wskazuje doświadczenie człowieka 
i z którego człowiek nie może się wycofać bez poczucia, że siebie zgubił" 
(Wojtyła, s. 70). 
Sądzimy, że tym punktem "najbardziej właściwym" jest człowiek 
słaby - niepełnosprawny. Dlatego, że niepełnosprawność jest stałym 
jego miejscem - z niego wychodzi i do niego wraca (por. Vanier 
[1], [4], [5]). Słabość jest elementem wzrastania tego "drzewa ludzkiego", 
o którym pisze Teilhard de Chardin (Teilhard de Chardin; Wojciechowski 
[4]), bogactwem łąki, o której czytamy u św. Teresy od Dzieciątka 
Jezus (Sw. Teresa od Dzieciątka Jezus; Wojciechowski [4]). 


Osoba i czyn w aspekcie świadomości (Wojtyła, s. 73) 


Czynem Karol Wojtyła nazywa "wyłącznie świadome działanie człowieka" 
(Wojtyła, s. 73). 
Tak więc stajemy tu też wobec tego, co mówi Kępiński: twórczoŚć to 
każde świadome wprowadzenie własnego porządku w otaczający świat 
(Kępiński [2], [3]; Wojciechowski [4], [14]). Możemy więc wyprowadzić 
z tego "twórczoŚć to każdy czyn". Karol Wojtyła: skoro mówimy czyn nie 
trzeba dodawać ludzki (Wojtyła, s. 73). 
Interpretacja tego czynu musi być "realistyczna, obiektywistyczna, 
a zarazem metafizyczna" (Wojtyła, s. 73-74) . "Chodzi o ten konkretny byt, 
jakim jest człowiek z właściwym tylko jemu działaniem". Chodzi też o to, że 
czyn ten "dokonuje się w sposób właściwy wolnej woli". Więc czyn musi 
być "dobrowolny" (por. Wojtyła, s. 74). 
Swiadomość jest istotnym i konstytutywnym aspektem całej dynamicznej 
struktury, którą stanowi osoba i czyn "Człowiek bowiem nie tylko działa 
świadomie, ale także jest świadom swego działania, oraz tego, kto działa 
- jest więc świadom czynu i osoby w ich dynamicznej korelacji" (Wojtyła, 


173
>>>
Odr
bność 


s. 79). Każdy czyn niejako "zastaje już świadomość, kształtuje ją 
i przemija wobec niej, zostawiając za sobą jakby ślad swej obecności" 
(Wojtyła, s. 79). 
To niezwykle ważne stwierdzenie dla terapii. Pokazuje ono niezwykłą 
wagę właśnie czynu dla rozwoju osoby niepełnosprawnej. Stając więc 
wobec osób naszych partnerów terapii musimy koniecznie zdawać sobie 
sprawę z tej wagi czynu. I znów nie narzucając z naszej strony naszej skali 
wartości tego czynu - nawet tylko zwrócenia w naszą stronę wzroku, 
zaciśnięcie palców na naszym palcu, czy też "jeszcze mniej". 
Osoba konstytuuje się poprzez świadomość (Wojtyła, s. 79). Czy osoba 
o skrajnej niepełnosprawności mózgu również? Kluczem naszego rozumo- 
wania jest przyjęcie, że ona również. Naszym zadaniem więc będzie 
niezwykła pieczołowitość naszych z nią kontaktów i dążność do odczytania 
tego jej stawania się w kontakcie z nami. Bo jeśli jest ona człowiekiem, to to 
stawanie się musimy przynajmniej zakładać. Z takiego założenia wyniknął 
onegdaj sukces terapii Anny Sullivan wobec Heleny Keller (por. Keller). 
Działania Heleny były odczytywane przed spotkaniem ich obu jako poza- 
świadome. Historia terapii zakończonej sukcesem intelektualnym Heleny 
pokazała, że była to rozpacz spowodowana niemożnością zrozumienia 
otaczającego świata przez dziecko głuchoniewidome. 
$wiadomość jest również odbiciem, raczej odzwierciedleniem, tego wszyst- 
kiego, z czym człowiek wchodzi w kontakt przedmiotowy za pośrednictwem 
jakiegokolwiek działania (a więc również poznawczego), a także przy okazji 
tego, co w nim "się dzieje". W świadomości jest poniekąd cały człowiek, a także 
cały świat dostępny dla tego konkretnego człowieka [...] wszystko to jest 
w świadomości w sposób jej tylko właściwy. (Wojtyła, s. 80) 


Do istoty aktów poznawczych należy rozumienie. W ten sposób akty 
poznawcze są zwrócone ku przedmiotowi poznawanemu, "w nim bowiem 
znajdują swoją rację bytu jako akty zrozumienia, czy wiedzy" (Wojtyła, 
s. 80). Gdy odniesiemy to do osób określonych jako niepe/nosprawne, to 
pojmiemy całą złożoność i delikatność sytuacji, wobec której stoimy. 
$wiadomość ogranicza się do odzwierciedlenia tego, co zostało już w inny 
sposób poznane. Jest to poniekąd zrozumienie już zrozumianego. [...] (Wojtyła, 
. s. 81). $wiadomości [...] właściwe jest to samo umysłowe światło, któremu 
człowiek zawdzięcza swoją tradycyjną definicję animaI rationale, a dusza ludzka 
określenie anima rationalis. (Wojtyła, s. 81-82) 
Tym stwierdzeniem Karol Wojtyła pozwala nam wejść w problem 
uznania równości osobowej niepełnosprawnych - mając świadomość 
swego poznania są istotami rozumnymi. Idąc dalej - jeżeli nie potrafimy 
jasno odczytać świadomości działania, to nie oznacza to wcale, że osoba 


174 


--
>>>
Pnyczyny bytu pedagogiki specjalnej (cz,śt I) 


utraciła swoją rozumność - nie, ona ją posiada, lecz uwikłaną w specyfikę 
swojej istoty. 
Swiadomości nie widzimy tu jako oderwanej rzeczywistości - ale "jako 
podmiotową zawartoŚć tego bytowania i działania, które jest świadome 
- czyli bytowania i działania właściwego człowiekowi" (Wojtyła, s. 82). 
Swiadomość tak ujęta jest powiązana z czynem, dynamizmem i sprawczością 
osoby (Wojtyła, s. 82) "Swiadomość [...J nie tylko odzwierciedla, ale także, 
w sposób szczególny uwewnętrznia, czyli interioryzuje to, co odzwierciedla, 
dając temu wszystkiemu miejsce we własnym ja osoby" (Wojtyła, s. 83). 
To, co dalej poznamy traktuję jako wyzwanie - jako pokazanie pola 
"czynu osoby ludzkiej" z pytaniem, czy w tym polu uczestniczy osoba 
niepełnosprawna. 


Świadomość a samowiedza (Wojtyła, s. 83) 


o ile człowiek niepełnosprawny korzysta z pełni praw osobowych, a tak 
jestl, to jego możnością jest właśnie możność poznawcza. Jego udziałem 
jest więc świadomość, która "odzwierciedla czyny ludzkie w sposób sobie 
tylko właściwy" nie obiektywizując ich poznawczo (Wojtyła, s. 83). 
Swiadomość nie jest zrozumieniem, czyli intelektualnym uchwyceniem 
znaczenia rzeczy lub związków między nimi. Jednak ma związek z wiedzą; 
"różne stopnie wiedzy wyznaczają różny poziom świadomości" . Wiedza 
kształtuje świadomość "pod względem treści, czyli od strony znaczeniowej" 
(Wojtyła, s. 84). Od wszelkich postaci i rodzajów wiedzy trzeba odróżnić 
samowiedzę - czyli zrozumienie samego siebie "rodzaj poznawczego 
przeniknięcia tego przedmiotu, którym jestem sam dla siebie" (Wojtyła, s. 84). 
To "przeniknięcie" swego własnego jestestwa wprowadza "swoistą 
ciągłość pomiędzy najróżnorodniejszymi momentami, czy stanami bytowania 
własnego ja, dosięgając tego, co stanowi o ich pierwotnej jedności, poprzez 
zakorzenienie w tymże ja (Wojtyła, s. 84-85). "Dzięki samowiedzy własne 
ja działającego podmiotu zostaje poznawczo ujęte jako przedmiot. [...J 
Spójność samowiedzy ze świadomością wypada uznać za podstawowy 
czynnik równowagi w życiu wewnętrznym osoby, zwłaszcza gdy chodzi 
o jego intelektualną strukturę" (Wojtyła, s. 85). 
Czy tu nie należałoby zastanowić się nad stopniem tej spójności u osób 
żyjących w uszkodzonych relacjach ze światem, a szczególnie z tymi 
"innymi", którzy ich nie rozumieją, bo nie chcą i najchętniej odrzucają? 
Kolejny trudny punkt do zrozumienia w relacji do osób niepełnospraw- 
nych, których graniczną postacią są osoby o "nieznanych czynnościach 


175
>>>
OdrfJbność 


mózgu". Może moglibyśmy powiedzieć, że chcemy je wyprowadzić ku 
świadomości? A jeśli nie? Jeśli nam nie uda się? Pytanie to jest nieprecyzyjne. 
One mają świadomość. Idzie jednak o nawiązanie relacji ich i mnie. Ich w ich 
świadomości i mnie w mojej. 
Najpierw musimy zapytać o nas samych - o naszą samowiedzę i naszą 
świadomość, aby analogicznie przejść "na tamtą stronę". 
Sądzić należy, że uświadomienie sobie swojego czynu, lub uświadomienie 
siebie jest udziałem niepełnosprawnych. Dowodem na to mogą być 
kierowane do nas pytania: "jaki jestem?", "czy dobrze zrobiłem?", okazywanie 
radości z dokonania i upór w dążeniu do spełnienia celu. 
"Własne ja każdego człowieka stanowi jak gdyby punkt zborny wszystkich 
intencjonalnych aktów samowiedzy. Jest to wiedza, która w tym właśnie 
punkcie, jaki stanowi uprzedmiotowione ja spotyka się ze wszystkim, co 
z tymże ja w jakikolwiek sposób się łączy lub do niego odnosi". Dotyczy ona 
własnego ja w całej jego konkretności, a równocześnie całej szczegółowości 
"która jest nieuchwytna dla jakichkolwiek uogólnień" (Wojtyła, s. 88). 
Samowiedza związana jest z aspektem wartości - uogólnia wszelkie 
poglądy na siebie samego lub oceny siebie samego - które mają odzwier- 
ciedlenie w świadomości" (Wojtyła, s. 88-89). Cała praca poznawcza 
właściwa samowiedzy "idzie wyłącznie od samo-doświadczenia do sa- 
mo-zrozumienia, a nie przechodzi do uogólnień na temat człowieka jako 
takiego. Przebiega w naszym poznaniu dyskretna, niemniej ściśle wyznaczona 
granica pomiędzy wiedzą o człowieku w ogólności a samowiedzą, czyli 
wiedzą o własnym ja" (Wojtyła, s. 89). 
Przedstawienie sobie tej problematyki jako ważnej u osób niepełno- 
sprawnych może' stanowić dla nas trudność. Jednak ważnym też będzie 
przyjęcie tego, że to wszystko, o czym mówi Karol Wojtyła jest ważne dla nas 
- tych drugich. Jeżeli zatrzymamy się na fakcie, iż terapia jest relacją, to 
nasza świadomość i samowiedza o sobie jako terapeucie w tej właśnie 
chwili i miejscu wobec tej właśnie osoby niepełnosprawnej staje się 
niezwykle istotna. 


Dwoista funkcja świadomości a przeżycie własnej 
podmiotowości (Wojtyła, s. 89) 


Własne "ja" występuje na terenie świadomości w całej swojej przed- 
miotowości, równocześnie przeżywając w całej pełni właściwą sobie 
podmiotowość (Wojtyła, s. 90-91). 
Swiadomość więc ukazuje nas w pewnej pełni. Wiem, co czynię i wiem, 
że to ja to czynię. To jest bardzo dramatycznym problemem naszej "rozmowy" 


176 


......
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (CZ(łśt I) 


z niepełnosprawnym. Błędem najczęściej przez nas tu popełnianym jest nie 
uznanie tej pełni. Z kolei jej uznanie zmusić nas powinno do "pochylenia" 
się nad "całością" osoby niepełnosprawnej. Wbrew naszym dążeniom do 
ilościowych - uniwersalnych uproszczeń. Rol!o May: "Ty nawet nie 
widziałeś człowieka, którego studiowałeś! [...] nie możemy pozwolić, aby 
pęd do uczciwości przesłonii nam i ograniczył zasięg naszego widzenia 
i abyśmy przez to pominęli sprawę, którą chcemy zrozumieć, mianowicie 
żywą istotę ludzką" (May, s. 11, 23; Wojciechowski [23]). 
"Zasadniczą funkcją świadomości jest to, że kształtuje ona przeżycie, co 
pozwala człowiekowi w szczególny sposób doświadczyć własnej pod- 
miotowości" (Wojtyła, s. 91). 
Wielokrotnie i dobitnie doświadczamy przeżycia osób niepełnosprawnych 
- żyjąc z nimi widzimy głębię ich przeżyć: "on to bardzo przeżywa". 
Obserwując życie osób niepełnosprawnych jesteśmy bezustannie wobec ich 
świata "przeżywania", który to świat objawia się nam mniej lub bardziej 
dramatycznie, czy konfliktowo. Oni raczej "przeżywają" niż Hnie przeżywają". 
Nawet w stanie głębokich deficytów i uszkodzeń. A więc są świadomi siebie 
i swoich czynów. Swiadomi całego swojego świata, także intencjonalnego, 
który tworzy własną podmiotowość (por. Wojtyła, s. 91). 
Swiadomość poprzez swój "rys refleksywny" prowadzi do uwydatnienia 
się podmiotowości w przeżyciu (Wojtyła, s. 92). O ile byśmy przypuścili, że 
przeżycie poetyckie (por. Maritain [3]) jest związane z tym rysem refleksyw- 
nym świadomości, to obserwując udział niepełnosprawnych w tym, co 
wydaje się nam, że jest przeżyciem sztuki (teatr, poezja, muzyka, rysowanie, 
malowanie) obserwujemy ich przeżycie siebie jako "osób w czynie" 
o mocnym poczuciu własnej podmiotowości. 
Aby przeżycie ukonstytuowało się musi nastąpić "specjalny zwrot 
w stronę podmiotu", dzięki czemu uwydatnia się podmiotowość przeżywa- 
jącego "ja". 
Czy osoba niepełnosprawna przeżywa siebie jako podmiot swych aktów 
i swych przeżyć? Bezwzględnie tak. Smuci się sobą, martwi swoją niemocą, 
cieszy się z pomocy sobie udzielanej - dąży do samodzielności, "uwzniośla" 
swoje istnienie za pomocą symboliki i kreowania sytuacji nadzwyczajnych. 
Terapia będzie miała sens tylko wtedy, gdy będzie brała pod uwagę koncepcję 
człowieka - świadomej osoby - jako swego celu. M usi być całościowa. 
Nie tylko "posiadam świadomość własnego ja [...], ale także [on] 
przeżywam to moje ja" (Wojtyła, s. 94). Tym razem spójrzmy na to "ja" jako 
"ja" terapeuty - jestem cały w relacji terapeutycznej - uwikłany z całą swoją 
podmiotowością. Swiadomość jest istotnym wymiarem mego bytu jako 
terapeuty (por. Wojtyła, s. 94-95). Swiadomość odsłania mnie od wewnątrz 


177
>>>
Odrf/bność 


w mojej "swoistej odrębności i najbardziej niepowtarzalnej konkretności" 
(Wojtyła, s. 95). 
Tak więc w procesie terapii odkrywam siebie jako to jedyne - niepo- 
wtarzalne "ja" w danej chwili, w danym miejscu, w danej sytuacji. Odkrywam 
pełny wymiar mojej rozumnej (umysłowej) istoty (por. Wojtyła, s. 95). Mnie 
tera peuty. 
To, że nasze przeżycia kształtują się dzięki świadomości, tłumaczy 
w definicji arystotelesowskiej człowieka przydawkę rationale. To tu jest 
rozumność człowieka - w jego związku ze świadomością (por. Wojtyła, 
s. 96). 


Swiadomość otwiera przystęp do duchowości człowieka [u] Duchowość 
człowieka przejawia się w świadomości [.u] Podstawy duchowości człowieka, 
jej niejako korzenie, znajdują się poza bezpośrednim zasięgiem doświadczenia 
- dosięgamy ich drogą rozumowania - sama jednak duchowość ma swój 
doświadczalny wymiar, ukazując się poprzez swe przejawy". (Wojtvła, s. 96) 
Siebie i wszystko, co w nim się znajduje, cały swój świat, człowiek 
przeżywa umysłowo, natura świadomości jest bowiem umysłowa i intelektualna 
(Wojtyła, s. 96-97) 
Jeżeli ludzie o znacznych uszkodzeniach przeżywają, są świadomi swego 
przeżycia - to myślą, a więc także cierpią. Uczłowieczenie w rewalidacji to 
uświadomienie, a uświadomienie to cierpienie? To dość trudny moment 
naszych rozważań. Z jednej strony musimy przyjąć a priori człowieczeństwo, 
a więc rozumność. Czyli a priori przyjąć wymiar cierpienia i świadomościową 
relację podmiotów terapii. Ale też i radości, współprzebywania, współczucia. 
To nas nakłania do uwagi, do zatrzymania się - do szczególnej delikatności. 
Tematykę tę podjął Jean Vanier (Vanier [1], [4], [5]). 
Działanie człowieka jest "jakimś dogłębnym wyrazem i ujawnieniem 
tego, co składa się na jego własne ja, na to, czym to ja po prostu jest" 
(Wojtyła, s. 97). Człowiek dokładnie rozróżnia swoje działanie od wszyst- 
kiego, co w jego własnym ja tylko się dzieje (Wojtyła, s. 97). 
Janina Gapińska nie ustawała w nadziei patrząc na swoje dziecko 
- widziałam, że w nim coA się dzieje. I oto to wewnętrzne dzianie, tak 
pielęgnowane w oczekiwaniu przez matkę zaowocowało działaniem: chłopiec 
uczynił pierwsze kroki - następnie narysował swój pierwszy komunikat 
(Stancelewska; Granice). 
Wartości moralne: dobro - zło człowiek przeżywa tylko w związku ze 
swoim działaniem (Wojtyła, s. 97). Swiadomość warunkuje przeżycie, 
w którym funkcjonują wartości moralne (Wojtyła, s. 97-98). Jeżeli teraz 
uznamy za Kępińskim przymus działania człowieka, to będzie to w następ- 
stwie przymus moralnego świadomościowego przeżywania siebie. 


178 


...... 


.....
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (część I) 


Szczególnym dramatem ludzkiego wnętrza jest "dramat dobra i zła, który 
rozgrywa się w czynach, a poprzez czyny w osobie". Człowiek przeżywając 
dobro lub zło w sobie, tym samym przeżywa siebie, jako tego, który jest dobry 
lub zły (Wojtyła, s. 98). Tego aspektu nie możemy pominąć w pedagogice 
specjalnej. Poczucie siebie jako dobrego, czy złego jest głęboko przeżywane 
przez osoby niepełnosprawne i w odniesieniu do tego pedagogika specjalna 
może i powinna budować sekwencje swojej terapii "godnościowej". 
"Znajdując się w obrębie samodoświadczenia oraz samozrozumienia 
znajdujemy się w jakimś szczególnie uprzywilejowanym i szczególnie 
owocnym punkcie doświadczenia i zrozumienia człowieka" (Wojtyła, s. 99). 
Nasze poznanie człowieka już w samym punkcie wyjścia wychodzi "od 
wewnątrz" siebie przez własne "ja" do "człowieka" i równocześnie wychodzi 
od tego "człowieka", wraca do własnego "ja", a więc znów "do wewnątrz" 
(Wojtyła, s. 99). 
W takim właśnie dialogu przebiega proces poznawczy, którym przecież 
jest relacja terapeutyczna. Dotyczy to zarówno "nas", jak i "tych drugich". 
Inni są nam potrzebni do samodoświadczenia i samozrozumienia. 
"Przedmiotem poznania nie ma być tylko własne ja, ale człowiek 
- a równocześnie ów człowiek jest między innymi także mną - jest również 
moim własnym ja" (Wojtyła, s. 99). 


Problemy emocjonalizacji świadomości (Wojtyła, s. 99) 


W człowieku ma swoje obiektywne bogactwo "świat czuć", gdyż człowiek 
jest istotą czującą, a nie tylko myślącą (Wojtyła, s. 101). 
Całe życie emocjonalne ma wielkie znaczenie dla kształtowania się 
czynów ludzkich. Czucia mogą wpływać intensyfikująco na działanie, ale też 
ograniczająco w tym, co w działaniu ma być wolne (Wojtyła, s. 101 ). "Same 
emocje dzieją się w człowieku, ale równocześnie ten sam człowiek jest ich 
świadomy i przez świadomość niejako panuje nad nimi" (Wojtyła, s. 102). 
Owo "świadomościowe" panowanie nad emocją dokonuje się z udzia- 
łem woli. Wartość moralna kształtuje się na kanwie świadomościowego 
panowania nad emocją. Swiadomość i wola wzajemnie przenikają się 
(Wojtyła, s. 102). 
Gdy czucia wyrastają ponad ich aktualne zrozumienie, to wówczas 
następuje załamanie się samowiedzy. Swiadomość traci swój nadrzędny, 
przedmiotowy stosunek wobec "faktów emotywnych" (Wojtyła, s. 102). 
Samowiedza jakby przestała obiektywizować - nie ustala znaczeń i "przez 
to nie trzyma emocji w intelektualnej zależności" (Wojtyła, s. 102). Jako 


179 


-
>>>
OdrfJbność 


powód tego załamania się wskazuje się intensywność uczuć, ich zmienność. 
Udział swój w tym ma także "mniejsza lub większa sprawność samowiedzy" 
(Wojtyła, s. 102). 
Wiedzieć, być świadomym "czuć" - nie znaczy zaraz panować, czy 
rządzić nimi. Można uświadomić swoją słabość wobec nich - pozostaje 
droga ucieczki stamtąd. U niepełnosprawnych osób Stanislas Tomkiewicz 
mówi o głębokim poczuciu nieszczęścia (Tomkiewicz). Problemem tu będzie 
opanowanie nadmiernej emocjonalizacji tego. Przywrócenie świadomości 
obiektywizującego stosunku wobec całokształtu faktów emotywnych. Podo- 
bnie osoba, która styka się z niepełnosprawnością zostaje jakby opanowana 
przez nadmierną emocję tego przeżycia, które nie pozwala jej zachować się 
zgodnie z wolą. Swiadoma tego unika relacji z niepełnosprawnymi. Zadaniem 
tu będzie opanowanie tej emocjonalizacji i przywrócenie obiektywizującego 
stosunku do tej sytuacji. Jest to zawsze sytuacja dynamiczna. 
Każdy człowiek podlega swojej własnej dynamice emotywnej, która jest 
u niego obiektywnym faktem psychicznym (Wojtyła, s. 103). Nie można 
więc forsować procesów. "Nie ciągnąć rośliny za liście" - mówi Jean 
Vanier (Vanier [5]). 
Pewien stopień nacisku emocji warunkuje normalne funkcjonowanie 
świadomości (Wojtyła, s. 103). Z chwilą przekroczenia tego stopnia zostaje 
jakby zagubiona strona znaczeniowa faktów o charakterze emotywnym 
(Wojtyła, s. 103). Funkcja reflektywna świadomości traci swój wpływ 
decydujący (Wojtyła, s. 104). 
Człowiek przy znacznym nasileniu uczuć i namiętności przestaje je 
przeżywać, a tylko "żyje" nimi w jakiś sposób jakby bezosobowy, gdyż gubi 
się tu przeżycie podmiotowości własnego "ja" (Wojtyła, s. 104). 
Aby zapanować nad sytuacją należy zmierzać ku równowadze tego, co 
emocjonalne z tym, co świadome. Ma to szczególne znaczenie w relacji 
osób niepełnosprawnych ze światem. Ponieważ jest to relacja, to znakomitą 
rolę odgrywa tu zrównoważenie emocjonalne po stronie kierujących terapią. 
Trzeba dążyć do tego, aby przy pewnym nasileniu "czuć" świadomość 
funkcjonowała normalnie, tak pod względem odzwierciedlenia, jak i reflek- 
sywności. Wówczas będzie mogło ukształtować się autentyczne przeżycie 
uczuciowe w całej swej podmiotowości (Wojtyła, s. 104-105). 


Subiektywność a subiektywizm (Wojtyła, s. 105) 


Człowiek poznaje świat w subiektywności. Bowiem jest podmiotem 
i przeżywa siebie jako podmiot. Na tym gruncie realizuje się dynamiczna 


180 


.....
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (cz,ść I) 


relacja między osobą i czynem. Na gruncie świadomości zrozumienie 
wyrasta tutaj "wprost z doświadczenia bez żadnych członów pośrednich, 
bez wnioskowania" (Wojtyła, s. 105). 
Człowiek też przeżywa swoje czyny jako działanie, którego jest sprawcą. 
Sprawczość ta staje się oczywista dzięki przeżyciu i tak jawi się nam 
w aspekcie świadomości (Wojtyła, s. 105). Bez zarysowania subiektywności 
człowieka "nie zarysuje się też we właściwej pełni dynamiczna relacja 
między osobą i czynem" (Wojtyła, s. 106). 
Człowiek przeżywa czyn, przeżywa sprawczość stosunku osoby do . 
czynu, przeżywa wartość moralną, "która w tym dynamicznym układzie 
kiełkuje" . Te wszystkie fakty obiektywne swoją obiektywność i realność 
posiadają tylko w subiektywności człowieka (Wojtyła, s. 106). 
Przeciwieństwem tego jest subiektywizm, który może rozwinąć się 
przy okazji "zbyt ciasnego i jednostronnego obiektywizmu" (Wojtyła, 
s. 106). Subiektywizm polegałby na całkowitym oderwaniu przeżycia 
od czynu, oraz sprowadzeniu wartości moralnych - do samych treści 
świadomości (Wojtyła, s. 106). 
Dalszą perspektywą tego będzie idealizm, gdy świadomość stanie się 
namiastką podmiotu (Wojtyła, s. 106). 
W subiektywizmie świadomość jest całościowym i wyłącznym podmiotem 
przeżyć oraz wartości - przestaje jednak być tu czymś rzeczywistym. Na 
koniec i sama świadomość przestanie być czymś rzeczywistym, stając się 
. tylko pomyślanym podmiotem treści. "Droga subiektywizmu kończy się 
w idealizmie" (Wojtyła, s. 106-107). 
Granica obiektywizmu oraz realizmu w koncepcji człowieka przebiega 
w uznaniu samowiedzy (Wojtyła, s. 107). Świadomość zintegrowana 
samowiedzą zachowuje znaczenie przedmiotowe. Jest ona tylko kluczem do 
subiektywności człowieka, nie jest natomiast podstawą subiektywizmu. 


* 


Tak oto poprzez myśl Karola Wojtyły dotknęliśmy realizmu tego, co jest 
jakby "na początku" procesu terapii - postawy wyjścia do dialogu 
terapeutycznego. Osób świadomych swego przeżywania. 
Na początku postawiliśmy pytanie: czy partnerzy terapii - człowiek 
"sprawny" i człowiek "niepełnosprawny" są równorzędnymi partnerami? 
Jaki element miłości się tu realizuje? 
Szczególny wymiar przyjmuje to pytanie, gdy odniesiemy je do relacji 
z człowiekiem o znacznych uszkodzeniach - o nieznanych czynnościach 


181
>>>
Odr'Jbność 


mózgu. Drogę naszego rozumowania powinniśmy poprowadzić od apriorycz- 
nego stwierdzenia ich wspólnego człowieczeństwa, do czynów, które są 
manifestacją tego człowieczeństwa. Z mojej strony będą to "wielkie czyny", 
być może poświęcenie, głęboka wiedza czerpana z dorobku nauki, biegłość 
fachowa; z "tamtej strony" będzie to być może tylko reakcja organizmu na 
dotyk mojej dłoni, a może coś jeszcze bardziej nieuchwytnego, o czym 
doprawdy nie mogę powiedzieć, czy jest świadome i osadzone w samowie- 
dzy, czy nie. I prawdą tej rzeczywistości będzie czyn, który pojawi się między 
nami - otwarcie, oczekiwanie, upodobnienie (Gogacz). Pomiędzy nami 
obojgiem - ludźmi. Z moją skrajną słabością zawartą we mnie potencjalnie, 
ale koniecznie i ze słabością tego drugiego, która jest tylko wyraźniejszym 
obrazem mnie samego w mojej sytuacji możnościowej. Z tym, że nawiązane 
relacje otwartości, oczekiwania i upodobnienia (wiary, nadziei i miłości) 
(Gogacz) są na pewno początkiem rozwoju - nas obojga.
>>>
PRZYCZYNY BYTU PEDAGOGIKI SPECJALNEJ 
(część II) 
NIEKTÓRE ASPEKTY CZŁOWIEKA CZYNIĄCEGO 
U KAROLA WOJTYŁY W PERSPEKTYWIE 
PEDAGOGIKI SPECJALNEJ 


REFERAT, OGCLNOPOLSKA KONFERENCJA NAUKOWA, NT. 
"DYSKURSY PEDAGOGIKI SPECJALNEJ. OD TRADYCJONALIZMU 
DO PONOWOCZESNOSCI", UNIWERSYTET WARMIŃSKO-MAZURSKI, 
ZAKŁAD PEDAGOGIKI SPECJALNEJ, OLSZTYN 16-18 MAJA 2001 


Według: Karol Wojtyła, Osoba i czyn, rozdział II, 
Analiza sprawczo
ci na tle dynamizmu człowieka 


Karol Wojtyła w pracy Osoba i czyn (Wojtyła) podejmuje problem "stawania 
się człowieka w swoim człowieczeństwie". 
Pierwszą manifestacją tego procesu jest postrzeżenie "człowiek działa" 
- oznacza ono aktywność człowieka. Człowiek jest przyczyną czynów 
- aktów. Staje się w ten sposób dynamicznym podmiotem, wskazując na 
drogę stawania się poprzez swoje czyny - fieri - stawania się osobą. 
Pierwszorzędne znaczenie ma tu sprawstwo człowieka - czyli świadome 
działanie dla osiągnięcia celu. W tej perspektywie osoba odnajduje swoją 
wolność - "która najwłaściwiej unaocznia się każdemu człowiekowi 
w przeżyciu, które można streścić jako 'mogę - nie muszę'" (Wojtyła, 
s. 148). Z tej wolności wynika moralność: 


Człowiek staje się "kimś" i "jakimś" nade wszystko przez swoje czyny, przez 
działanie świadome. Ta postać ludzkiego fieri, pisze Wojtyła, zakłada [...] 
sprawczość, czyli przyczynowanie właściwe osobie. Owocem tego przyczyno- 
wania, homogennym skutkiem sprawczości osobowego "ja" jest moralność 
- nie jako jakiś abstrakt, ale jako najściślejsza egzystencjalna rzeczywistość 
związana z osobą, jako właściwym swoim podmiotem. (Wojtyła, s. 146/147) 


Ten cały proces uczynniania człowieka, jego stawania się wolną i moralną 
osobą ma w całym swoim przebiegu odniesienia do wnętrza człowieka. Cały 


183 


-
>>>
Odr,bność 


czas ,,(coś) dzieje się w człowieku". Sprawczość, ukazując tran.scendencję 
osoby, ma odniesienie do jej immanencji. 
Ma to dość wyrafne odniesienie do tego, co u Kępińskiego możemy 
zrekonstruować jako nazwany tak przeze mnie "krąg nadziei" (por. Woj- 
ciechowski .[14], [18]). Podmiot, aby żyć musi tworzyć (działać świadomie 
w kierunku otaczającego świata). W wyniku takiego działania osiąga 
przestrzeń miłości - otwarcia na drugich i na świat. Wskutek tego wzmacnia 
się poczucie jego "ja". 
U Karola Wojtyły cała procedura "stawania się" nie jest wolna od 
wpływów zewnętrznych: ,,(coś) dzieje się z człowiekiem". Ta osoba 
działająca jest dla Karola Wojtyły suppositum - "kimś", który ma swoją 
naturę. Tą naturą jest jego człowieczeństwo. 
Ważnym dla nas polem refleksji jest pytanie, jak te etapy stawania się 
mogą być obserwowane z perspektywy pedagogiki specjalnej. 
Tu przyjrzymy się wstępnemu podrozdziałowi rozdziału II Osoby; czynu 
- Analiza sprawczo
ci na tle dynamizmu człowieka, a mianowicie "Unaocz- 
nieniu i pojęciom podstawowym dla dynamizmu człowieka". Ogółem mamy 
tam osiem podrozdziałów: 2. Specyfika sprawczości; 3. Synteza sprawczości 
i podmiotowości. Człowiek jako suppositum; 4. Osoba, a natura: od 
przeciwieństwa do integracji; 5. Natura, jako podstawa dynamicznej 
spójności osoby; 6. Potencjalność, a świadomość; 7. Podświadomość jako 
wyraz stosunku potencjalności do świadomości; 8. Stawanie się człowieka. 
Ujawnianie wolności w dynamizmie podmiotu ludzkiego. 


I. Unaocznienia i pojęcia podstawowe dla dynamizmu człowieka 


1. Wstępna uwaga o stosunku dynamizmu do 
rodowiska (Wojtyła, s. 109) 


Wojtyła opiera się na oczywistym spostrzeżeniu "człowiek działa". Jest 
to spostrzeżenie każdemu z nas dostępne - chociażby poprzez "ja 
działam" - przeżycie "ja działam". Wojtyła wprowadzając tu określenie 
"przeżycie" zakłada jakby obecność w świadomości tego faktu "ja działam" 
(Wojtyła, s. 109). 
Idąc dalej, dochodzimy do analogii. Obserwujemy innego działającego 
- "ty działasz", a więc ponieważ jesteś człowiekiem, to "ty działasz" musi 
być podobne mojemu przeżywaniu działania. I tak oto uogólniamy kolejnymi 
krokami aż do "człowiek działa" (Wojtyła, s. 109). 
Jak to wszakże będzie w odniesieniu do relacji nas "sprawnych" 
z "niepełnosprawnymi", o których też jakoś powszechnie wiemy, że ich 
mechanizmy działania muszą być jakieś inne od naszych. Najoczywiściej na 


184
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (część II) 


przykład widzimy to obserwując niewidomego, niesłyszącego czy po- 
zbawionego nóg, czy rąk (choćby w możliwości sprawnego ich używania). 
Wysiłek, który zawsze podejmujemy chcąc nawiązać relacje prowadzić 
nas musi do pewnego ustalenia wspólnych płaszczyzn - "wspólnych 
wyznaczników działania". Nie masz nóg, ale rozmawiasz. Nie widzisz, ale 
poruszasz się, nie słyszysz, ale patrzysz. Zawsze w tym wysiłku analogicznym 
mamy ukryte uściślenie - "tak, jak ja". I sądzę, że nie ma to nic wspólnego 
z zaciemnieniem problemu - z nadmiernym uproszczeniem. Zresztą te moje 
tu rozważania zmierzają do tego, aby jak najwięcej zrozumieć z okoliczności 
tej relacji analogii. Specjalny wymiar to przyjmuje wobec osób upośledzonych 
umysłowo. 
Swiadomie piszę upośledzonych, gdyż jak pokazały to już badania Jerorne 
Lejeune'a, mamy tu do czynienia z powstałymi przeszkodami w działaniu 
centralnego układu nerwowego przynajmniej w czterech obszarach: 
I. odpowiedniej i logicznie określonej wielości obwodów działających 
na zasadzie "efektu kaskady"; 
II. prawidłowego działania węzłów zmiany kierunku przebiegu drogi 
w obwodzie i skutecznej izolacji obwodów między sobą; 
III. tożsamości elementów: każda część podlega dokładnie swoim 
prawom właściwego sobie działania; 
IV. stałości i odpowiedniości relacji czasowych obwodów, tak, aby 
skutki działania poszczególnych obwodów mogły być skonfrontowane 
i związane (Lejeune [2]). 
Te cztery obszary zostały w 1972 roku określone przez Lejune'a przez 
ustalenie wspólnych zasad znanych do tamtego czasu maszyn symulujących 
działanie człowieka myślącego (od maszyny Pascala do znanych ówcześnie 
komputerów). Zapewne, od tego czasu jakość tych maszyn rozwinęła się, ale 
te cztery obszary są nadal aktualne jako warunki działania tych maszyn. 
Lejeune, zdając sobie sprawę z niezwykle ogromnej różnicy pomiędzy naszym 
mózgiem (10 13 neuronów z odpowiednią ilością połączeń - Kępiński używa 
tu liczby 10 13 1 /silnia/ odpowiadającej granicznej wielkości wszelkich 
możliwych połączeń dwójkowych tego ogromu neuronów) a tymi maszyna- 
mi, uznał, że te cztery obszary są ważne również dla działania naszego mózgu. 
Stając wobec osób upośledzonych umysłowo jesteśmy zdominowani 
przeżyciem: oto stoję wobec człowieka i muszę jakoś postąpić. 
Zaczynam jakoś działać: bardzo często dominującym uczuciem jest 
strach - co zrobić? Przybiera on bardzo bogate struktury. I oto okazuje się, 
że najlepszym rozwiązaniem jest postąpić naturalnie, prosto, tak jak do 
z radością napotkanej bliskiej, może dawno nie widzianej, osoby. Okazać 
gesty radości i miłości. 


185 


--
>>>
Odr,bność 


I tak oto, jakby drogą redukcji odkrywamy słuszność naszego rozumo- 
wania analogicznego: oto jest przede mną człowiek, który "działa", który 
musi "działać". Teraz muszę odkryć zakres możliwości tego działania. 
Oczywiście, można nie podjąć tego wszystkiego. Ominąć, odejść, domyślając 
się przede wszystkim tego, że przecież między moim przeżyciem "ja działam" 
a "on działa" jest przepaść nie do przebycia. Ale wtedy nie będzie pedagogiki. 
Być może pozostanie medycyna. Ale jakież znaczenie ma medycyna bez 
pedagog iki7 
Jeróme Lejeune, odkrywca trisomii 21 zawołał: "M usimy szukać dla nich 
lekarstwa, bo inaczej ich zabiją" (Rethore, s. 143). Karol Wojtyła pisze: 
"Przeżycie działania jest subiektywne w tym znaczeniu, że zatrzymuje nas 
w obrębie konkretnej subiektywności ludzkiego 'ja' działającego, nie 
przesłania jednak intersubiektywności potrzebnej przy zrozumieniu oraz 
interpretacji ludzkiego działania" (Wojtyła, s. 109). 
Z działania wynika dynamizm - jako przeciwieństwo statyki (Wojtyła, 
s. 110). "Chodzi o dynamizm całościowy, który jest nam dany w cało- 
ściowym doświadczeniu człowieka. Nie wszystko, co nań się składa znajduje 
swe odzwierciedlenie w świadomości" (Wojtyła, s. 110). 
Tu znajdujemy kolejną szansę dla zrozumienia człowieka niepełno- 
sprawnego i nawiązania z nim relacji, bo wskazuje nam to na to, 
co jest i że jest w człowieku "więcej" niż możemy poznać poznaniem 
dyskursywnym, uniwersalnym. Możemy odkrywać coraz większe obszary, 
albo po prostu mieć większą szansę na znalezienie tego, co jest nam 
bardziej wspólne. 
"Mieliśmy [...] okazję zwrócić [...] uwagę na niewspółmierność, jaka 
istnieje pomiędzy całością życia w człowieku a zakresem, czy też 
zasięgiem, jego przeżyć" pisze Wojtyła (s. 110). Czyli to, co odkrywamy 
w człowieku przeżywając to spotkanie jest o wiele mniejsze niż dana nam 
przed nami "całość człowieka" (May). Ta "całość człowieka" ukazuje się 
poprzez właściwy człowiekowi dynamizm (Wojtyła, s. 110). 
Karol Wojtyła odróżnia w dynamizmie człowieka "działanie" od "dziania 
się". Dzianie się "Ii tylko się dzieje, a w czym człowiek jako człowiek nie jest 
czynny, nie działa" (Wojtyła, s. 110). Ale te dwa obrazy "działania" 
i "dziania się" nie są oddzielone twardą granicą. Janina Gapińska obserwując 
pilnie swego, skazanego przez lekarzy na brak rozwoju, syna zauważyła, że 
"coś dzieje się w tym dziecku" i to było wezwaniem do pobudzenia go do 
działania. Spostrzeżenie wyzwoliło nadzieję jako motor działań terapeutycz- 
nych matki (Stancelewska)25. 
25 Także Wyznanie matki (z pracy magisterskiej Renaty Stancelewskiej), [w:] 
Granice. Pamiętnik PRTON, UMK Toruń 1998. 


186
>>>
Przyczyny bytu psd8gogiki specjalnsj (cztJśt II) 


"Obiektywne zróżnicowanie" tych dwu struktur "człowiek działa" 
i ,,(coś) dzieje się w człowieku" Wojtyła przypisuje "całościowemu 
doświadczeniu człowieka", a nie tylko "samemu świadectwu świadomości" 
(Wojtyła, s. 110). 
To jest ważne dla naszej sytuacji wobec człowieka niepełnosprawnego, 
jeśli tylko przewalczymy lęk, a wejdziemy na drogę wzajemnej relacji, to 
przewodnikiem naszym nie będzie "świadectwo świadomości", które właśnie 
być może wyzwalało lęk, a "całościowe doświadczenie człowieka". To, co 
wiemy o człowieku integralnie. Do podobnego "całościowego doświad- 
czenia" odwołuje się na gruncie sztuki "poezja konkretna". Artysta, 
przedstawiając nam na przykład znaki pisarskie, nie chce, abyśmy je 
odczytywali werbalnie. On chce, abyśmy odwoływali się do "całościowego 
doświadczenia", które nam ten znak przywołuje. Tak to jest na przykład 
u Stanisława Dróżdża. U lana Finleya mamy szkutnicze rysunki statków. 
I znów nie wzywa nas on do zbudowania choćby modelu tego statku (co 
zresztą nie byłoby błędem), ale odwołuje się do naszego "całościowego 
doświadczenia" statku, takiego, jakie może w nas być przywołane (i tu 
zbudowanie modelu też może być odpowiedzią). Wydaje się, że ten 
kierunek kontemplacji artystycznej, jaki proponuje nam poezja konkretna 
jest chyba najistotniejszym kierunkiem kontemplacji sztuki w ogóle, która 
przecież nie ma ograniczać się do dyskursywnego świadectwa świadomości, 
ale do "całościowego doświadczenia" człowieczeństwa, które ma wyzwolić 
dzieło estetyczne. 
Nad tymi odniesieniami do sztuki zatrzymuję się nie dlatego, że jestem 
artystą, który znaczną część swojego życia poświęcił sztuce, ale też dlatego, 
że w powszechnym przekonaniu świat bez sztuki byłby nieludzki. Ponieważ 
w "przeżyciu ludzkim" wszystko odnosi się do jednego planu poznawczego, 
to to naznaczenie sztuki jako znaku człowieczeństwa musi wskazywać na 
sferę szczególnie ważnego związku z rzeczywistością. 
Maritain "poznanie poetyckie" odnosi do "poznania przez upodobnienie", 
w którym dzieło sztuki upodabnia w sobie, poprzez jego twórcę "pod- 
miotowość artysty i świata" (Maritain [2]; por. Wojciechowski [22]). 
A przecież relacja upodobnienia jest inaczej relacją miłości. 
Stając więc wobec osoby niepełnosprawnej i odwołując się poprzez nią 
do "całościowego doświadczenia człowieka" odwołujemy się do miłości, 
"w świetle której obdarzony nią człowiek, zapomina nieco o lęku swojej 
samotności" (por. Maritain [4]; Wojciechowski [22]), tak oto wyznaczona 
zostaje droga terapii. 
Jeróme Lejeune referując problem inteligencji człowieka jako inteligencji 
ludzkiej odwołał się do pojęcia duszy: "ta dusza jest zarazem sercem 


187 


--
>>>
Odr'lbność 


i umysłem. [...] Inteligencja potrzebuje duszy, która byłaby zarazem sercem 
i umysłem. Tę duszę posiada każdy człowiek, ona ożywia każdego 
z nas"(Lejeune [4], s. 335). 
Karol Wojtyła zwraca uwagę, że doświadczenie wewnętrzne - gdy 
chodzi o wszystko, co dzieje się wewnątrz ludzkiego ciała, co należy do 
życia organizmu - nie wystarcza, musimy stale sięgać poza spontaniczność 
i doraźne świadectwo samej świadomości, oraz wiązanych z nią przeżyć, 
musimy je stale wypełniać na innej drodze, aby poznanie człowieka było 
w tej dziedzinie możliwie całkowite" (Wojtyła, s. 110-111). 
Ta wiedza, którą musimy uzupełniać i formować, powinna czerpać 
z wielu pól. "Całościowe doświadczenie", o którym mówiliśmy, jest jakby 
wprowadzeniem nas w coraz pełniejsze odkrywanie rzeczywistości, wobec 
której stoimy. Wzywani jesteśm"y stale do uzupełniania zespołu sądów naszej 
wiedzy o coraz to nowe aspekty rzeczywistości, a którą nawiązujemy relację. 
W ten sposób niepełnosprawny nie może dla nas pozostać "przypadkiem 
tyflopedagogicznym o sprzężonej encefalopatii o nieznanej etiologii". 
Odkryjemy go w jego relacji miłości do bliźnich, w jego sytuacji samotności, 
w jego sile twórczej, w jego wrażliwości i wreszcie odkryjemy jego wartość 
dla nas w wymiarze "komunii osób" (por. Vanier, passim). 


2. Rozróżnienie "człowiek działa" - ,,(coA) dzieje się w człowieku" jako 
dolwiadczalna podstawa kategorii agere - pati 


W dwu wyróżnionych przez Karola Wojtyłę kierunkach "człowiek działa" 
i ,,(coś) dzieje się w człowieku" unaoczniają się i zarazem urzeczywistniają 
"aktywność, czyli czynność człowieka, w drugim natomiast pewna jego 
pasywność, czyli bierność" (Wojtyła, s. 111). To początkowe rozdzielenie 
tych dwu kierunków Karol Wojtyła na końcu swoich rozważań połączy. 
Teraz jednak, chcąc jak najpełniej "sięgnąć poza spontaniczność i doraźne 
świadectwo" przypatruje się każdemu z nich z osobna. 
"Człowiek działa" jest najprędzej przez nas postrzegane. To, co się 
"unaocznia" odpowiada strukturom, których jest zjawiskiem (Wojtyła, 
s. 111). Jak to zauważyłem, trudno nam jest często jasno określić granicę 
tego agere i pati, gdyż "jedno nie tylko odróżnia się od drugiego, ale także 
jedno przez drugie się tłumaczy. Przy zrozumieniu struktury 'człowiek działa', 
a w dalszym ciągu przy jej możliwości gruntownej interpretacji jest to bardzo 
ważne" (Wojtyła, s. 111/112) pisze Karol Wojtyła. Zachodzi tu "nawet 
pewna równorzędność obu faktów, czy też obu struktur" (Wojtyła, s. 112). 
Za każdym razem, czy to gdy rozpatrujemy te fakty osobno, czy widząc je 


188
>>>
Przyczyny bytu pedBgogiki specjBlnej (cz,ść II) 


razem "człowiek występuje jako dynamiczny podmiot" (Wojtyła, s. 112). 
Wspólny jest im kierunek "od wewnątrz", który "należy [m] do istoty 
wszelkiego dynamizmu" (Wojtyła, s. 112). W tym miejscu Karol Wojtyła 
zwraca uwagę na bardzo ważne rozróżnienie bierności - pati, ,,(coś) dzieje 
się w człowieku", oraz ,,( coś) dzieje się z człowiekiem". W drugim przypadku 
mamy do czynienia z czynnikami zewnętrznymi. "Człowiek nie jest wówczas 
dynamicznym podmiotem dziania się, które w nim ma swoje źródło, ale 
raczej przedmiotem, z którym jakoś inny podmiot, albo nawet jakaś inna siła 
coś czyni, on zaś tylko doznaje". Nie mówi to "o dynamizmie wewnątrz tego 
podmiotu, o tym w szczególności dynamizmie, na jaki wskazuje zdanie 
'(coś) dzieje się w człowieku'" ( Wojtyła, s. 112). 
Zwróćmy uwagę, że ,,(coś) dzieje się z człowiekiem" mówimy, gdy na 
przykład człowiek ulegnie zatruciu lub jakiemuś szczególnemu atakowi 
choroby. Sugeruje to zazwyczaj nagłość i wpływ środka dostarczonego 
z zewnątrz. Także, gdy człowiek podlega silnej presji zniewalającej, 
jakakolwiek ona by nie była. Mówimy wówczas ,,(coś) dzieje się z człowie- 
kiem", ale też następnym zdaniem może być "skutkiem tego (coś) w nim się 
dzieje" . 
Warto przyjrzeć się tym okolicznościom, gdy dotyczą one człowieka 
niepełnosprawnego. Ciekawym, znaczącym przykładem, któremu moglibyś- 
my się przyjrzeć, jest Helena Keller. Przykład ten dość dobrze nadaje się do 
tej analizy, gdyż znamy relację samej Heleny o swoim doznawaniu i swojej 
świadomości. Znamy też relację równoległą jej terapeutki Anny Sullivan. 
Helena Keller - głucho-niewidoma dziewczynka. Otoczona zupełnie dla 
niej niemożliwym do uporządkowania i zrozumienia światem. Cały czas 
dominuje w niej świadomość, że ,,(coś) się z nią dzieje". Coś ją przesuwa, 
coś się pojawia, coś staje na drodze, coś obejmuje, potem znika. 
Czy "w niej coś się dzieje"? Tak. Dominuje dezorientacja, strach i obronne 
uczucie agresji. 
Gdy pojawia się Anna Sullivan i zaczyna porządkować ten wrogi świat, 
nawiązując z Heleną czytelny kontakt pojęciowy (m.in. przez "mowę do 
dłoni"), to zakres zjawisk ,,(coś) z nią się dzieje" ustępuje na korzyŚĆ zjawisk 
,,(coś) w niej się dzieje". Pierwszorzędnym uczuciem jest ciekawość 
i oczekiwanie. Odwołując się do trojakości Gogacza, możemy zauważyć, że 
właśnie zostały pobudzone dwa elementy "otwarcie" i "oczekiwanie" 
(wiara i nadzieja). Po to, aby zmierzać ku "upodobnieniu", czyli miłości. 
Zapamiętajmy, tym, co wyzwoliło tę drogę, była uporządkowana, zrozumiała 
komunikacja. 
Jak to wyglądało z zewnątrz? Dla obserwatora zewnętrznego mieliśmy tu 
konfuzję tego "co się z nią działo" z tym, lICO się w niej działo". To dziecko 


189 


--
>>>
Odr{1bność 


było przerażającym kłębkiem emocji i zachowań często agresywnych. 
I znów wraz z nawiązaniem zrozumiałego kontaktu zaczęło dominować 
,,(coś) się w niej dzieje". Wyciszenie, oczekiwanie, chęć współpracy. Sfera 
,,(coś) się z nią dzieje" stała się sferą wspólną dla Heleny i Anny: ,,(coś) się 
z nimi działo". Szły razem. Znów ku "upodobnieniu" do świata. Ku zgodzie 
ze światem. 
Mamy jeszcze inny przykład, któremu możemy się przyjrzeć. Michał 
Kaziów. Mężczyzna w sile młodości traci wzrok i ręce. Jak wyglądają strefy 
,,(coś) się z nim dzieje" i ,,(coś) się w nim dzieje"? 
Strefa " (coś) się z nim dzieje" jest po stronie nabytego kalectwa. To coś, 
co się stało i zamknęło drogę. Pozostało ,,(coś) się w nim dzieje". Rozpacz, 
inwolucja, chęć śmierci. I znów węzłowy moment zmiany kolorytu tych 
stref. Po usłyszeniu, że nawet taki, jaki jest, byłby pożądany dla człowieka, 
który stracił syna, strefa " (coś) się z nim dzieje" zmieszała się ze strefą " (coś) 
się w nim dzieje" w dwie wyraźne tendencje ciekawości i oczekiwania, 
a więc znów Gogaczowskich otwarcia i oczekiwania, czyli wiary i nadziei. 
Tak, jak u Heleny Keller następuje droga życia, która jest realizacją tych 
trzech: wiary, nadziei i miłości. U Heleny z jej drogą od wiary i nadziei 
(otwarcia i oczekiwania) ku miłości (upodobnieniu), u Kaziowa od miłości 
ku otwarciu i oczekiwaniu (wierze i nadziei). 
Tak więc przyglądając się tym dwóm przykładom, widzimy, że w naszej 
rozumnej, wyważonej relacji do niepełnosprawnych, u początku powinno 
być rozeznanie ,,(tego) co się z nim dzieje" i ,,(tego) co się w nim dzieje". 
M ożemy przyjąć, że w dalszych krokach terapeutycznych będziemy 
zmierzać ku skonstruowaniu tej triady, o której pisze Gogacz: otwartości, 
oczekiwania i upodobnienia (wiary, nadziei i miłości). To, w jakim porządku 
będzie się ona realizowała, jak widzimy, może być różne. 
To są elementy tego "całościowego doświadczenia człowieka", o którym 
już za Karolem Wojtyłą tu mówiliśmy. 


3. Sprzężenie potentia - actus jako pojęciowy odpowiednik dynamizmu 


4. Pewna wieloznaczno
t pojęcia actus w stosunku do zróżnicowania 
do
wiadczeń " działania" i " dziania się" 
Następnym krokiem, który czyni Karol Wojtyła, jest przejście do dynamizmu 
bytu. Dynamizm ten przedstawia on jako parę pojęć potentia - actus. 
Pojęcia te są ze sobą sprzęgnięte: "gdy posługujemy się jednym z nich, przez 
to samo wskazujemy na drugie. Zawsze bowiem drugie zawiera treść 


190
>>>
Przyczyny bytu pedagogiki specjalnej (część II) 


korelatywną, bez ujęcia której nie jest zrozumiałe pierwsze i vice versa" 
(Wojtyła, s. 113). Tu nie musimy mieć koniecznie ruchu (por. Wojtyła, 
przyp. 27, s. 113). 
Potentia to możność. Actus - to urzeczywistnienie możności, jej 
spełnienie (Wojtyła, s. 113). Aby stwierdzić dynamizm, to musimy stwierdzić 
możność spełnienia. We wspomnianych przykładach Heleny i M ichała to 
rysowało się dość jasno. 
Zastanawia nas jednak sytuacja osoby skrajnie niepełnosprawnej, którą 
Francuzi nazywają grabataire - ten, który się nie podniesie z łóżka. MyŚlę tu 
o "osobach o nieznanych czynnościach mózgu". Patrzymy uważnie na taką 
osobę. Często zdarza się, że nasz dotyk wywoła grymas uśmiechu. Ten 
grymas ujawnia nam to, że ,,(coś) się w niej dzieje". To "coś" jest dość 
bogate strukturalnie, bo było reakcją na moje działanie. A więc sygnał 
"możności". Urzeczywistniła się ona w grymasie uśmiechu. A więc mamy 
drugi człon - actus. A więc mamy dynamizm - dynamizm właściwy 
człowiekowi (por. Wojtyła, s. 112/113). Może dzieje się coś, co możemy 
nazwać "otwartością" i "oczekiwaniem" na razie nie wiemy. 
Inny przykład. Stoimy wobec dziecka ludzkiego i nie znajdujemy 
sygnałów, które by świadczyły, że oprócz czynności wegetatywno-somatycz- 
nych ,,(coś) się w nim dzieje". Ale całe nasze doświadczenie człowieczeństwa 
każe nam oczekiwać. Być otwartym na oczekiwanie. Być może w tej 
otwartości oczekiwania dajemy dowód na to, że zaszła już relacja upodob- 
nienia. Rozpoznajemy i uznajemy w tym ludzkim dziecku swojego bliźniego. 
Sytuacja, w której jesteśmy tym elementem zbioru, którego nie można usunąć. 
Karol Wojtyła podkreśla, że "zarówno struktura 'człowiek działa', jak też 
struktura '(coś) dzieje się w człowieku' stanowią konkretyzację dynamizmu 
właściwego człowiekowi" (Wojtyła, s. 114). "Można zarówno działanie 
człowieka, jak i dzianie się, które w nim zachodzi, ujmować jako spełnienie 
pewnej możności" (Wojtyła, s. 114/115). 
Oznacza to, że i to dziecko ludzkie, w którym możemy na zasadzie 
analogii domniemywać, że coś w nim się dzieje, czego oznak na razie nie 
widzimy, realizuje swój dynamizm. 
Różnica [on] pomiędzy dynamiczną czynnością a pewną dynamiczną 
biernością nie przesłania i nie niweluje dynamizmu człowieka, który tkwi w jednej 
i drugiej postaci. Nie przesłania - w sensie doświadczenia fenomenologicznego, 
nie niweluje zaś - w sensie potrzeby realistycznej interpretacji. (Wojtyła, s. 115) 
[.u] przejście z możności do aktu [...] jest przejściem w porządku istnienia, 
wskazuje na pewne fieri, czyli stawanie się [on] w znaczeniu [u.] względnym, tj. 
na fundamencie jednego bytu już istniejącego, w obrębie jego wewnętrznej 
struktury. (Wojtyła, s. 114) 


191 


--
>>>
OdrfJbnośt 


Czyli to fieri - stawanie się, dotyczy każdego człowieka "w obrębie jego 
wewnętrznej struktury". Aby miało sens, musi koniecznie uwzględniać tę 
wewnętrzną strukturę. Czyli musimy w naszej relacji być realistami. Musimy 
wiedzieć i pamiętać, że mamy za każdym razem do czynienia z innymi 
bytami, których istota jest określona przez ich własności istotowe - właśnie 
kategorialne. 
Dynamizm bytu [...] stanowi podstawę i źródło wszelkich struktur, jakie 
możemy w nim odnaleźć. (Wojtyła, s. 114) 
[...] każda aktualizacja zawiera w sobie możność oraz actus, jako jej realne 
spełnienie, a zatem [...] dwie postaci istnienia względem siebie korelatywne. 
[...]to, co istnieje w możności, przez to, że istnieje w możności, może zaistnieć in 
actu - oraz to, co zaistniało już in actu zaistniało dzięki możności, w kt6rej 
istniało poprzednio. (Wojtyła, s. 114) 


Widzimy tu drogę wnioskowania redukcyjnego. Do realizacji tej drogi 
mamy bardzo bogate przesłanki w "aktach" spełnianych przez niepełno- 
sprawne osoby. Właśnie dla czytelności, a raczej w ogóle możności takiej 
redukcji postulujemy zasadę terapii, którą określamy jako "powstrzymywanie 
się od dotykania ręki dziecka". Chcemy wiedzieć, jakie własne spełnienie 
swojej możności ofiarowuje nam osoba niepełnosprawna. 
Bardzo częstym błędem jest współtworzenie różnych dzieł i ukrywanie 
następnie faktu tego współistnienia, może przez jakąś fałszywą "wspaniało- 
myślność". Wszak nie jest głównym celem dzieło, ale umożliwienie człowie- 
kowi czynienia i stwarzanie przez to czynienie pełniejszego obrazu swojej 
własnej osoby. 
Akt, o którym mówi Karol Wojtyła - actus, nie-oznacza tylko dokończenia 
stanu spełnienia możności, ale oznacza też samo przejście do tego stanu, 
samo spełnienie (Wojtyła, s. 114). W tym samym miejscu Wojtyła pisze, że 
"tutaj jawi się oczywiście potrzeba czynnika, dzięki któremu owo przejście 
lub spełnienie się dokonuje - ale problem ten na razie pozostawiamy" 
(Wojtyła, s. 114). 
I my też na razie go pozostawiamy.
>>>
FRANCUSKA KONCEPCJA PEDAGOGA 
SPECJALNEGO W UJĘCIU GUY VATTIERA 


KONFERENCJA NAUKOWA "PEDAGOGIKA SPECJALNA, HISTORIA, 
TERAlNIEJSZO$C I WYZWANIA PRZYSZŁO$C(', UMCS LUBLIN, 
KWIECIEf\ł 1994 


Guy Vattier - doktor socjologii, dyrektor departamentalnych służb wy- 
chowawczych, prezydent Instytutu Formacji i Badań Pracy Socjalnej. 
Deputowany władz regionalnych, mer i wiceprezydent Rady Generalnej 
departamentu Meurthe et Moselle ze stolicą w Nancy odpowiedzialny za 
sprawy zdrowia i pomocy społecznej (Vattier; Informator2 8 ). 
Zanim zaczniemy poznawać problemy kryjące się za pojęciem "wy- 
chowawca specjalny" ustalmy różnicę, która kryje się w języku francuskim 
za określeniem I'education - wychowanie, i określeniem la pedagogie 
- pedagogika. 
Dictionnaire des synonymes de lalangue franr;aise (Dictionnaire) podaje: 
Education - wzięta w swoim sensie absolutnym i ogólnym skłania 
bardziej do mydlenia o formacji moralnej (podkr. A.W.) niż o formacji 
intelektualnej. Wychowanie (I'education) jest niezbędnym dopełnieniem 
(podkr. A.W.) nauczania (/'instruction). 
Pedagogie - jest terminem dydaktycznym, który służy do oznaczenia 
sztuki uczenia i wychowywania dzieci. Wiąże się z metodą, 
systemem. Pedagogika wymaga większego przygotowania, światła i do- 
świadczenia niż nauczanie - /'instruction, a także wielkiej przenikliwości 
ducha i wysokiej moralności serca. 
Wychowawca specjalny - I'educateur specialise jest, podkreśla Vattier, 
pojęciem typowo francuskim, które przyjęło się tylko w sąsiadujących 
z Francją krajach frankofońskich (Szwajcaria, Belgia, Luksemburg). We 
Francji jest około 28 000 wychowawców specjalnych. Wszędzie indziej 
wychowawca specjalny nie posiada odrębnego statusu i nie przechodzi 
odrębnej formacji. Jest po prostu pracownikiem socjalnym (Vattier, s. 79). 


28 Guy Vattier był merem Briey. 


193
>>>
Od'IJbność 


W istocie odrębności wychowawcy specjalnego leży wszechstronność. 
W języku francuskim tworzy to pewną sprzeczność, gdyż specia/ise oznacza 
bardzo często "wyspecjalizowany w czymś" aż do skrajnej ograniczoności 
tego terminu; ouvrier specialise to najprymitywniejszy rodzaj robotnika do 
naj prostszych prac. Język polski jest tu łaskawszy. Specjalny oznacza może 
częściej - wyjątkowy, na specjalną, wyjątkową okazję. Część rozważań 
Vattiera jest zdominowana tą trudnością językową. "Specjalista od wszystkie- 
go staje się specjalistą od niczego" (Vattier, s. 1). 
Wychowawca specjalny jako zawód ukształtował się w wyniku rozwoju 
poglądów i metod pedagogicznych. W wyniku przekształcenia "internatów", 
pracy w nich w kierunku pracy w środowisku, w wyniku zniknięcia domów 
poprawczych, a także "azyli dla debili". 
Uważano, że nowym problemom, takim, jakimi je pojęto po raz pierwszy, 
powinien także odpowiadać nowy personel, zdolny odkryć nowe oryginalne 
metody postępowania (Vattier, s. 14). 
Lekarz zajmujący się niepełnosprawnymi, czy nieprzystosowanymi ogra- 
nicza się do problemów medycznych, nauczyciel będzie się nimi zajmował 
od strony problemów nauczania. M usi więc być ktoś, kto zrozumie obu, 
będzie trochę lekarzem, trochę nauczycielem i zrozumie problemy dziecka 
niepełnosprawnego czy odrzuconego. Tak pojęty wychowawca specjalny 
nieustannie będzie musiał określać się wobec innych (Vattier, s. 15/16). 
Nie będzie to łatwe wobec nieustannej projekcji modeli społecz- 
no-zawodowych na tego nowego "specjalistę": 
zajmuje się przestępcami, jest wiec policjantem w cywilu; 
- wysłuchuje ludzi - to zadanie księdza czy psychoanalityka; 
- prowadzi klasy niepełnosprawnych? - jest wiec nauczycielem (Vat- 
tier, s. 16). 
Kim jest więc obecnie we Francji wychowawca specjalny i co wyjąt- 
kowego różni go w swej istocie i w szczególnych aspektach zadań od 
innych pracowników? 
Jest to w całej pełni profesjonalista - może uprawiać swój zawód 
posiadając normalną rodzinę, której istnienie daje się pogodzić z wykony- 
waniem tego zawodu. Jest to pracownik "intelektualny". Z tej racji przynależy 
do klasy średniej, mieszczańskiej z całym bagażem statusu także materialnego 
i odróżniającego społecznie od klas niższych. To ważne dla jego obrazu 
w oczach "klas odrzuconych", bez zajęcia, bez dachu, a często bez 
możliwości pracy (Vattier, s. 14). 
Odzwyczailiśmy się od tych odróżnień. Tak bardzo, że nie rozumiemy, jak 
można je przeprowadzać. Smieszą nawet w Polsce po latach "zrównania 
społecznego". Sądzę, iż warto być realistą i zastanowić się, czy przychodząc 


194
>>>
- 


Francuska koncepcja pedagoga specjalnego w ujlJciu Guy Vattiera 


do domu "rodziny nieprzystosowanej" nie jawimy się jej jako przedstawiciele 
innej KLASY - niedostępnej dla nich, a może pogardzanej przez nich? 
WYCHOWAWCA SPECJALNY jest tym, który najszerzej dzieli życie 
codzienne dzieci niedostosowanych i z tego tytułu jest rodzajem "osi", 
rodzajem koordynatora działań reedukacyjnych. Dlatego nie może zanie- 
dbywać zetknięcia się ze wszystkimi innymi osobami, które znajdują się 
w świecie relacji dziecka i powinien z nimi utrzymywać stały kontakt 
współpracy, pamiętając, że nikt w tej dziedzinie nie ma wyłączności 
i wychowawca specjalny powinien bardzo szybko nauczyć się konieczności 
pokory (Vattier, s. 66). 
Guy Vattier później wróci jeszcze do tego określenia "dzieli życie 
codzienne dzieci niedostosowanych". Jak zobaczymy wówczas, otworzy 
nam to zastrzeżenie, które uczyni, obszar, o którego głębi nie wolno nam 
zapomnieć. 
Do pracy w zawodzie przychodzą różni. Badania kandydatów do zawodu, 
w których przez wiele lat uczestniczył Autor, pozwoliły mu rozróżnić 
następujące motywy: 
- chęć "anulowania" poprzez "dobro" czynione innym własnego 
cierpienia związanego z brakami własnego dzieciństwa; 
- chęć przedłużenia roli, jaką pełniło się wobec swojego rodzeństwa 
("starszy brat, starsza siostra"); 
- chęć schronienia się w "instytucji, w której panują uprzywilejowane 
relacje" przed agresją świata dorosłych; 
- chęć "anulowania" przypadku dziecka niedostosowanego istniejącego 
we własnej rodzinie, lub 
chęć identyfikacji ze zmitologizowaną funkcją wychowawcy; 
chęć życia w otoczeniu "wiecznej młodości"; 
chęć znalezienia "ideału", wzrostu, oddania się, przekroczenia siebie; 
- chęć "obejścia", wysublimowania doznanej porażki (nie mogąc być 
lekarzem, chce zostać pedagogiem). 
Każdy z tych punktów motywacji, mówi Vattier, może być skuteczny lub 
nieskuteczny w działaniu. M oże pomóc, ale też może stwarzać niebezpieczeń - 
stwo. "Wychowanie specjalne nie potrzebuje ani świętych, ani męczenników. 
Raczej potrzebuje ludzi dbających o swoją równowagę, swoje zdrowie 
fizyczne i umysłowe, kochających życie i innych i. żywiących prawdziwy 
szacunek dla osoby ludzkiej zaczynając od własnej" (Vattier, s. 67/68). 
Czy taka postawa jest słuszna? Sąd Vattiera przypomniał mi inny sąd 
Jeana Vanier: uznaj swoją bylejakość - Droit d' Iltre moche; terapia, pomoc, 
winna biec w dwu kierunkach. Jan Paweł II naucza, że prawdziwe 
miłosierdzie jest miłosierne dla udzielającego go. Nie twierdzę tu, że Vattier 


195 


--
>>>
Odr,bność 


jest zasadniczo sprzeczny z tymi wypowiedziami. Poddaje je jedynie pod 
rozwagę czytelnikowi. 
Istotą usprawiedliwiającą istnienie kategorii "wychowawcy specjalnego" 
jest dla Vattiera pomoc, którą ma nieść nieprzystosowanym w społeczeństwie. 
Cel ten wymaga obecnie nowych przemyśleń w perspektywie europejskiej 
pamiętając, że gra toczy się o życie osoby społecznie nieprzy- 
stosowanej (Vattier, s. 81 ). 
Określając znaczenie, miejsce, rangę i zakres wychowawcy specjalnego 
należy z pokorą pamiętać, iż dyplomowani wychowawcy specjalni nie mają 
monopolu na kontakt z młodymi nieprzystosowanymi. W internatach czasem 
właśnie praczka lub kucharka odnosiła największe sukcesy w pracy 
z najtrudniejszą młodzieżą. Podobnie mogą to być instruktorzy wojskowi, 
czy policjanci imponujący specyfiką swojego zawodu, czy sprawnością. 
Dlatego też nie należy zapominać o wielkiej roli ochotników w procesie 
wychowania specjalnego (wolontariuszy) (Vattier, s. 91). 
W programie formacyjnym wychowania specjalnego w Institut de 
Formation et de Recherches Sociales w Nancy były zajęcia z KLOWNEM. 
Sądzę, że wszyscy pedagodzy specjalni pozazdroszczą tego elementu 
formacji. W pedagogice św. Jana Bosko wielką rolę odegrała jego umiejęt- 
ność chodzenia po linie. 
Wraz z rozwojem technologii zmienia się też zakres pracy wychowawcy 
specjalnego. Podobny wpływ wywiera też starzenie się społeczeństwa. 
Wychowawca specjalny musi być więc czuły na wynajdywanie tych 
zmian, "wymyślanie" ich, jednak nie ulegając zbyt nowemu porządkowi 
spraw (Vattier, s. 94). Zawód "wychowawcy specjalnego" różni się od 
innych, ponieważ dotyczy ludzi i WYZWALA WYCHOWAWCĘ SPECJALNEGO 
OD LĘKU PRZED BYTEM LUDZKIM W CAŁEJ JEGO ZŁOŻONO$CI. Jest bardzo 
trudny, ponieważ wymaga słuchania drugiego, dyspozycyjności, cierpliwości 
i tolerancji. Jest też niewdzięczny, gdyż dotyczy sytuacji "marginesowych'", 
które nie on stworzył, ale które musi wziąć na siebie, jest też frustrujący, gdyż 
przy podejmowanych decyzjach strukturalnych i społecznych rzadko decy- 
dujący konsultują się z wychowawcą specjalnym (Vattier, s. 101). 


. 


Wychowawca specjalny zajmuje się "młodymi nieprzystosowanymi" 
z całym spektrum zaburzeń lub niepełnosprawności sytuacji i sposobów 
postępowania (Vattier, s. 11). 
Guy Vattier wymienia następujące kategorie dzieci nieprzystosowanych, 
którymi zajmuje się wychowawca specjalny: 


196 


-
>>>
FfancuskB koncepcja pedagoga specjalnego w uj,ciu Guy Vattiefa 


nieprzystosowanie szkolne; 
nieprzystosowanie zarazem szkolne, jak i społeczne; 
dzieci upośledzone umysłowo; 
nieprzystosowanie fizyczne; 
młodociani przestępcy (Vattier, s. 29). 
Także: 
- małoletni, którzy chwilowo nie mogą pozostawać w swoim normalnym 
środowisku, i zostają oddani pod opiekę służby "pomocy społecznej 
dzieciom" (ASE) na życzenie rodziców; 
- sieroty pod opieką państwa; 
- dzieci powierzone "pomocy społecznej dzieciom" na podstawie 
decyzji sędziego; 
kobiety ciężarne i samotne matki z dziećmi poniżej 3 lat; 
nieletni wyjęci spod władzy rodzicielskiej i starsza młodzież; 
umieszczone w zakładach dzieci porzucone przez swoich rodziców; 
lub odrzucone; 
ofiary złego traktowania; 
ofiary nieszczęsnego środowiska rodzinnego z powodu poważnych 
nieporozumień, aktów przemocy, alkoholizmu itp.; 
- dzieci manifestujące swój bunt, swój lęk lub po prostu swój brak 
nadziei poprzez różne reakcje, zaburzenia charakteru lub psychosomatyczne 
(Vattier, s. 51/52). 
Wychowawca specjalny ma sprostać przeżytym sytuacjom, pomóc je 
przejść w celu realizowania się i rozwoju (Vattier, s. 62). Gra toczy się o życie 
osoby nieprzystosowanej (Vattier, s. 81). 
Podopieczni wychowawcy specjalnego pozostają w rodzinie lub są 
w internacie. Uznając pierwszą formę za korzystniejszą, trzeba mieć zawsze 
na uwadze interes dziecka w wyborze form. W żadnym wypadku nie może tu 
przeważać interes finansowy (Vattier, s. 93). 
Najlepsze efekty pracy wychowawcy specjalnego są niewidoczne, gdyż 
są sukcesem postępowań prewencyjnych, zapobiegawczych (Vattier, s. 95). 
Kierunek przemian społecznych zwiększy pole działania wychowawcy 
specjalnego, liczbę jego "klientów". Po II wojnie światowej takim czynnikiem 
była emancypacja zawodowa kobiet - podjęcie pracy zawodowej poza 
domem. Obecnie nastąpi i następuje zwiększenie bezrobotnych struktural- 
nych (jakościowych) w wyniku przemian technologii wytwarzania, która 
wymaga wysokich specjalistów. Powstanie nie "klasa bezrobotnych", ale 
"klasa wyłączonych ze społecznego statusu wartościującego" (Vattier, s. 95). 
Powstania też konieczność "zarządzania czasem", który uwolni się 
w wyniku dobrobytu ekonomicznego i rozwoju technologii. Będzie szło 


197
>>>
Odrębność 


o zapewnienie rozwoju osobistego i stworzenie uczucia uczestnictwa 
w życiu wspólnotowym (Vattier, s. 95/96)27. 
Wprowadzenie nowych technologii służb powszechnych (szybka, zau- 
tomatyzowana kolej miejska, automati do zakupów, do zmiany pieniędzy, 
minitele etc.) i innych "inteligentnych" aparatów wzmocni trudności dla 
młodych niepełnosprawnych intelektualnie, czy społecznie. Dojdą nowe 
czynniki "niepełnosprawności dodanej" (Vattier, s. 96). 


. 


Guy Vattier w swoim opracowaniu chce zbliżyć się do zadań wychowaw- 
cy specjalnego na progu XXI wieku (Vattier, s. 9). Próbując określić zakres 
pracy wychowawcy specjalnego stale podkreśla niemożność "wyspecjalizo- 
wania się" w jakimś określonym typie działania ze względu na zasięg tego, co 
mieści się pod określeniem "młodzież nieprzystosowana (Vattier, s. 11). 
Po cóż więc tworzyć nowego profesjonalistę zamiast wprowadzać 
asystentów społecznych, nauczycieli, kuratorów policyjnych, kuratorów 
sądowych w formacje czyniące z nich specjalistów od dzieci nieprzy- 
stosowanych? Otóż po to, aby stworzyć "pracownika wiążącego" w tak 
ruchomej dziedzinie medyczno-psycho-społecznej (Vattier, s. 13, 15). 
Będzie on wiedział "trochę o wszystkim". Jego posłannictwo będzie 
niewygodne i dlatego stale będzie musiał określać się wobec innych. 
Będzie się więc źle czuł w swojej skórze "rozrywany, dręczony sprzecznymi 
wymaganiami" (Vattier, s. 15/16). 
Z początku będąc "substytutem rodziny" (szczególnie w środowiskach 
internatowych) wychowawca specjalny stał się "mediatorem społecznym". 
Rola "substytuta rodzinnego" wynika z tego, że działania wychowawcze 
trwają dość długo. Uczuciowo i materialnie wychowawca specjalny zbliża 
się więc ku roli rodzicielskiej (Vattier, s. 17). 
Dość pochopnie w początkach mówiono, że jest "tym, który dzieli 
codzienne życie dziecka nieprzystosowanego", jakby ktoś w ogóle mógł 
dzielić to życie (Vattier, s. 18). 
Uprzedzaliśmy czytelnika o tym zastrzeżeniu wobec możliwości "dzielenia 
życia", Radzimy tu zatrzymać nieco myśl, aby zrozumieć to wszystko 
najgłębiej. 
Jedną ze specyficznych technik wychowawcy specjalnego jest relacja, 
jaką ustala on z młodym nieprzystosowanym indywidualnie czy też w grupie. 
W ten sposób zmierza do popierania rozwoju osobowości i dojrzałości 


27 Ciekawe, że myśl ta zaprzątała już Le Corbusiera w końcu lat 30. i stała się 
jedną z przesłanek jego idealnych projektów globalnej urbanizacji (por. Le Corbusier 
[4] i Wojciechowski [7]). 


198
>>>
Francuska koncepcja pedagoga specjalnego w uj,ciu Guy Vattiefa 


społecznej młodzieży nieprzystosowanej pośród różnych sytuacji spon- 
tanicznych lub wywołanych, przeżywanych w środowisku naturalnym, lub 
w instytucji (Vattier, s. 19). 
Wychowawca specjalny chce umieścić swoją pracę w spójnej całości 
relatywnej do całości zjawiska nieprzystosowania. Jednak dążenie to traci 
swoją siłę wobec płynności tej "całości nieprzystosowania". Granicznie 
biorąc, przynależy tu każde działanie, mówi Vattier. Globalność jego 
przyjmuje wymiar kosmiczny i skutkiem może być tylko intelektualna 
spekulacja. Jeszcze raz okazuje się tu' wewnętrzna trudność badania 
nieprzystosowania w ogóle, a co się tyczy młodzieży, szczególnie. Ogromna 
różnorodność znaczeń, do których ona odwołuje się i pole o bezustannie 
poszerzanych granicach (Vattier, s. 23). 
Podkreślając tę trudność Janina Doroszewska ze swojej strony i niezależ- 
nie od rozważań Vattiera przywołuje poglądy Floriana Znanieckiego (Doro- 
szewska, s. 217). 
Wychowawca specjalny jest regulatorem społecznym, mediatorem, 
czynnikiem promocji ludzkiej, osobistej i zbiorowej. Zadania jego łącząc się 
z zadaniami sąsiednich zawodów różnią się od nich poprzez swój globalny 
charakter. Ponieważ często interweniuje tam, gdzie inni specjaliści próbowali 
bez sukcesu, to jego program jest rodzajem carte blanche. Jego formacja 
intelektualna uczula go na rozliczne aspekty nieprzystosowania. Jest on 
jednym z nielicznych adwokatów, który godzi się bronić sprawy ludzi 
odsuniętych na margines. Pozbawiony władzy, jest jednym z ostatnich 
humanistów technokratycznego społeczeństwa, które dąży do zapomnienia, 
iż człowiek jest całością, niegdyś harmonijną, a przynajmniej żyjącą w pewnej 
harmonii ze swoim naturalnym wszechświatem, pisze Vattier (Vattier, s. 24). 
Można więc doznać, zauważa, zawrotu głowy wobec nieprawdopodobnego 
bogactwa tego zawodu, co czyni z niego zawód najbardziej pasjonujący 
(Vattier, s. 25). 
Rozwija się refleksja naukowa tego zawodu. Powstaje praca. Wy- 
chowawcy specjalni są zdolni opracowywać swoje własne teorie i podjąć 
rozwój swoich własnych technik interwencji (Vattier, s. 26/27). 
Jednak nie ma sensu przeciwstawiać "wychowawcy-aktora" "wy- 
chowawcy-myślicielowi". Nie działamy skutecznie, jeśli nie zastanawiamy 
się nad tym, co robimy, a zastanawianie się bez doświadczalnej weryfikacji 
owocu swoich refleksji doprowadza często do bezpłodnej teoretyzacji. 
Ideałem jest wychowawca wystarczająco ludzki, aby jeszcze umieć 
bawić się z dziećmi i pozostać naturalnym i prostym, i o szerokiej kulturze 
ogólnej i zawodowej, tak aby wpisać swoją praktykę w poziom przy- 
czynowości, na jaki zasługuje (Vattier, s. 27). 


799
>>>
Od"lbnośt 


Wraz z rozwojem wydarzeń zmienia się i obraz wychowawcy specjalnego. 
Wychowawca specjalny jest konsekwencją niewystarczalności pedagogiki 
przeznaczonej dla ogółu dzieci i dorosłych. To często system szkolny tworzy 
nieprzystosowania, lub przyczynia się do ich ukazania, jest katalizatorem. 
Tak wiec wychowawca specjalny musi wziąć pod uwagę wszystkie 
poszukiwania pedagogiczne w takiej mierze, jak mogą one ukazać mechani- 
zmy nieprzystosowania (Vattier, s. 28, 30). 
Cywilizacja dyktuje pola działania: Kto może obecnie sobie pozwolić na 
to, aby być pielęgniarzem własnych rodziców czy chorych? Jakie małżeństwo 
może nagle zająć się osieroconymi krewnymi? Stajemy się egoistami 
z konieczności przeżycia. Kto zrezygnuje ze świętych wakacji dla pielęgnacji 
chorego? (Vattier, s. 32). 
Liczne zniszczone ogniska rodzinne, rozsypane, rozkojarzone, liczne 
sieroty, zaburzania wartości moralnych związane z koniecznością przeżycia. 
Kobiety zdobyły równouprawnienie, a młodzież znalazła samotność w świecie 
oszalałych dorosłych zajętych zabawą w wojnę. To czynniki budujące pole 
pracy wychowawcy specjalnego (Vattier, s. 34). Możemy tylko dodać tu 
pytanie, czy to szaleństwo dorosłych dotyczy tylko zabawy w wojnę? 
Pole działania wychowawcy specjalnego obejmuje właściwie całość 
szczególnie "czułych" odcinków społeczeństwa. Szczególnie rozwija się 
interwencja wychowawcy specjalnego w środowisku naturalnym. Są to 
często ogniska - nieletni prowadzą aktywność szkolną czy zawodową, 
a spożywają posiłek, mieszkają i organizują swój czas wolny w ognisku. To 
właśnie wychowawca specjalny pomaga w organizacji i wyborze takich 
ognisk. Otwarcie granic Europy otworzy przed nim nowe pola działania 
(Vattier, s. 64/65). 
Słuchając słów o "otwarciu granic Europy" doznajemy uczucia pewnej 
przesady, czy niewiarygodności spowodowanych pe
ną niechęcią do 
wyrażeń sloganowych. W wymiarze wychowania specjalnego, problemów 
nieprzystosowania oznaczają one pojawienie się "nowych ubogich" (Paweł 
VI [1]), cudzoziemców już znanych na ulicach miast tak "bogatej Europy", 
jak i naszej "biednej Europy". W "bogatej Europie" to byliśmy, a nawet 
jesteśmy, często my sami, niezależnie od tego jak bardzo byśmy oponowali 
przed zaliczeniem nas do podmiotów pedagogiki specjalnej. W "biednej 
Europie" to są "handlarze rosyjscy" i "żebracy rumuńscy" niezależnie od 
tego jak bardzo byśmy oponowali przed zaliczeniem ich do podmiotów 
pedagogiki specjalnej, skłaniając się do uczynienia z nich przedmiotów 
służb represyjno-porządkowych. 
Szkołom formującym wychowawców specjalnych zarzuca się, mówi 
Vattier, to, iż bardziej przygotowują ich do kontestacji instytucji i systemu 


200
>>>
Frsncuska koncepcjs pedagogs spfłCjslnego w uj,ciu Guy Vattiers 


socjalnego niż do konkretnego działania wobec młodzieży niedostosowanej. 
Broniąc szkoły trzeba stwierdzić, odpowiada na to, że wiele form i służb 
zatrzymało się w rozwoju, a nowe zmiany ekonomiczne powodują od- 
wrócenie priorytetów. Już nie dziecięctwo, jak to było do końca lat 70., jest 
priorytetem działań wychowawcy specjalnego. Ukazały się "nowe biedy" 
(Vattier, s. 83, 91-93). Wraz z rozwojem technologicznym, ekonomicznym 
i społecznym wzmocnią się procesy wyłączenia. Rozciągną się one na te 
osoby, które w poprzednim etapie mogły się społecznie adaptować. Tak 
więc i tu trzeba będzie modyfikować pole działania wychowawcy specjalnego 
(Vattier, s. 96). 
W początkach wychowanie specjalne za zadanie miało łagodzenie 
braków rodzinnych. Później podtrzymywanie komórki rodzinnej, 
aby uniknąć jej rozbicia, czy pomóc niewłaściwości jej funkcjonowania. 
Dziś nadal koncentruje się wychowanie specjalne na rodzinie, ale wkracza 
też i w inne sprawy. IlIiteryzm, narkotyki, AIDS to tylko ostatnie zjawiska. 
Ponieważ na wychowawcę specjalnego spadają zadania wytworzone przez 
zaniedbanie w innych dziedzinach powinności społecznych, staje się on 
"naprawiaczem" działań społecznych. Co więcej, musi działać wobec 
i wbrew lotnym hasłom naprawy rzucanym przez polityków i ludzi 
hałaśliwych. Hasła te przeczą często i uniemożliwiają właściwe przeciw- 
działanie, które polega na pracy zindywidualizowanej. Nie należy też 
zapominać, że nowe skuteczne formy walki z nowymi plagami wprowadzają 
ochotnicy, jakby współdziałając z instytucjami formalnymi. M uszą oni się 
tu pojawiać ze względu na brak formacji dotyczącej nowego zjawiska. 
Ona przyjdzie potem. Instytucji trudno odpowiedzieć na nowe zagadnienie. 
Tak było zawsze. Podobnie było z wyjściem z "internatu" do prewencji 
w środowisku otwartym. Sztywne systemy ewoluują ku marginesowi 
z powodu ciężkości (Vattier, s. 98/99). I tu rola prekursorska ochot- 
ników-wolontariuszy. 
Procesy wychowania specjalnego są procesami rozwojowymi, które 
ulegają głębokim modyfikacjom (Vattier, s. 101). 
Powstanie Europy bez granic, zauważa Vattier, może tu spowodować tak 
głębokie i rozległe zmiany strukturalne, jak to ostatnio uczyniło zakończenie 
II wojny światowej, gdy pojawił się problem zagrożonego dziecięctwa. 
Niektórymi z nowych problemów są: starzenie się klasycznych populacji 
europejskich, przyjęcie dzieci i rodzin pochodzących znajbiedniejszych 
krajów planety, nowe plagi społeczne etc. Mężczyźni i kobiety błądzący po 
ulicach wielkich miast bez wystarczających środków, czasem bez dachu, 
a "szczególnie bez godności" (Vattier, s. 102). 


207 


.......
>>>
Odr,bność 


* 


Działanie wychowawcy specjalnego nie jest izolowane i wpIsuJe się 
w bardziej zróżnicowane działania całego zespołu psychopedagogiki medycz- 
no-społecznej, skupiającego zarówno nauczycieli, reedukatorów, psycho- 
logów, pracowników opieki, lekarzy i urzędników samorządowych i ad- 
ministracyjnych. To całe wspólne działanie wspiera się na stałej współpracy, 
w pełnym wymiarze możliwości, z rodziną młodego człowieka, którego 
dotyczy (Vattier, s. 19/20). 
Jedną z wielkich trudności w zdefiniowaniu specyfiki zawodu jest 
brak systemu "świadka", odwołania się do punktów odniesienie. Gdy 
inne zawody mają takie punkty odniesienia względnie obiektywne dla 
oceny skuteczności działania, wychowawca specjalny wkracza w przypadki 
nietypowe i w praktykę wielodyscyplinarną. Stąd konieczność stałej 
refleksji nad swoim działaniem, usprawiedliwiania go, usprawiedliwiania 
jego kosztów, a także ukazywania jego skuteczności (Vattier, s. 27). 
Wychowanie specjalne jest w pierwszym rządzie działaniem w relacji 
bez wsparcia się na rzeczach konkretnych - widzialnych. Nauczyciel 
przekazuje wiedzę; lekarz sprawuje leczenie; pielęgniarka udziela opieki. 
Czynności wychowawcy specjalnego wydają się nie do dotknięcia 
(impalpable), nie do wyróżnienia (indiscernable). Cóż to za praca żyć 
z dzieckiem nieprzystosowanym, bawić się z nim, słuchać go i mówić do 
niego, po prostu? Jak to wyjaśnić tym, dla których praca jest nieoddzielna 
od typowej klasyfikacji: produkcja - wymiana - usługi? (Vattier, s. 60). 
Siedząc myśl Antoniego Kępińskiego możemy uznać, że praca powstaje 
po poddaniu wysiłku ocenie otoczenia społecznego (Wojciechowski [4]). 
Początkowo przyrównywano w niektórych sytuacjach wychowawcę 
specjalnego do rodziców. Porzucono ten pogląd... a jednak? (Vattier, s. 60). 
Dla młodych w internatach i nie tylko, dla których środowisko rodzinne już 
nie istnieje lub obarczone jest dużymi brakami, wychowawca specjalny 
łatwo staje się uprzywilejowanym partnerem (uczuciowo, społecznie, 
moralnie), do którego chętnie się zwracają (Vattier, s. 60/61). 
W zamkniętych zakładach korekcyjnych (które już nie są domami 
poprawczymi) wychowawca specjalny uczestniczy w udzielaniu nauki 
szkolnej, czy w pomocy w tej nauce, czy w formacji zawodowej. Przewod- 
niczy tu działalności sportowej i rozrywkom. Podobne działania podejmuje 
w klubach na zewnątrz (Vattier, s. 61/62). 
Poza tymi zorganizowanymi godzinami pozostają ważne chwile życia 
codziennego, na przykład: posiłki, czas wieczorny, weekendy, wakacje etc. 
To uprzywilejowana domena wychowawcy specjalnego. Zapewnia dora- 


202
>>>
FIBncuska koncepcjB pedagogB specjalnego w uj'Jciu Guy Vattiera 


stającemu dziecku uważną obecność, a więc robi to, co normalnie 
czynią rodzice. Wobec nieletnich z zaburzeniami psychiki wychowawca 
specjalny obserwuje objawy tych zaburzeń, pomaga dziecku w rozwoju ku 
zadowalającej autonomii i przezwyciężaniu jego trudności. W dziennych 
ośrodkach wychowawczych, skąd nieletni wraca co wieczór do swojej 
rodziny, wychowawca odgrywa rolę pedagoga specjalnego, pozwalając 
młodym ludziom określić normy swego widzialnego zachowania się (ges- 
tuelle) i podstawowej wiedzy za pomocą stosownych metod (Vattier 
s. 61-65). 
W środowisku naturalnym pierwszoplanową rolę odgrywa prewencja. 
Tu wychowawcy specjalni muszą wejść w relacje z młodzieżą z marginesu 
już zaangażowaną w aspołeczne postępowanie, lub bliską tego. Akcja ta 
opiera się głównie na "klubach", gdzie młodzi są przyjmowani, wymieniają 
poglądy, podejmują dialog z dorosłymi, którzy ich wysłuchują. W ten 
sposób ofiarowuje się im alternatywę dla zachowań przestępczych. Wy- 
chowawca specjalny pracuje też w środowisku otwartym z mandatu sędziego 
dla nieletnich lub z mandatu departamentalnych służb pomocy społecznej. 
Wychowawca specjalny kieruje się ku pewnej liczbie rodzin, aby pomóc, 
doradzić, pozwolić na odnowienie wewnętrznych stosunków. Za 
pomocą spotkań wychowawca specjalny analizuje naturę postawionego 
problemu i sugeruje możliwe rozwiązania. Jego zasadniczymi narzędziami 
są słuchanie i dialog. Służy za pośrednika pomiędzy dziećmi, ich rodzicami, 
otoczeniem społecznym, pracodawcami lub nauczycielami. Pozwala na 
odnowienie stosunków międzyludzkich. Młody człowiek skonfrontowany 
z twardą rzeczywistością świata pracy, zobowiązany stawić czoła koniecz- 
ności stopniowego dojścia do statusu dorosłego, znajduje w wychowawcy 
specjalnym obecność. Wychowawca specjalny musi pamiętać, że ci młodzi 
z kłopotami są słabi psychicznie i wymagają skutecznej pomocy (Vattier, 
s. 63-65). 
Jak już powiedziano, wychowawca specjalny musi być nastawiony na 
nowatorstwo, na szukanie nowych pól i metod działania wobec młodych 
ludzi (Vattier, s. 94). 
Wychowawca specjalny musi pomimo trudności szukać odwołań - refe- 
rencji, szukać systemu referencji. Czym więcej referencje - moralne, socjalne, 
odnoszące się do zachowań - są stabilne, tym łatwiej jest proponować 
drogi adaptacji. Gdy modele są płynne lub stale zmieniające się, znalezienie 
odpowiedniej drogi wychowania staje się szczególnie uciążliwe, ma to 
szczególny zasięg właśnie teraz w końcu XX wieku, podkreśla Vattier, gdy 
społeczeństwa są w stałej przemianie we wszystkich dziedzinach, gdy 
bardzo trudno o "stabilny model" (Vattier, s. 94). 


203 


......
>>>
Odr(1bnolt 


Problem referencji, czy jak gdzie indziej powie "reperów", czyli stałych 
punktów odniesienia, jest szczególnie interesujący. Kępiński powiada, że 
"w pracy", która jest w tym wypadku wyznacznikiem tożsamości ludzkiej, 
"wysiłek koncentruje się na samym procesie przekształcania; plan, według 
którego otoczenie ma być zmienione jest uświadomiony, dlatego może 
jest on tak chwiejny i niepewny, [...]. Swiadomość bowiem łączy 
się z tymi procesami życia, które są zmienne, niestałe i niepewne" 
(Wojciechowski [4], s. 26; por. Kępiński [3], s. 221). Dlatego też 
świadomość, rozum ludzki, który jest podstawą mechanizmów naszej 
wolności paradoksalnie domaga się stałych punktów odniesienia. 


. 


Instytucjonalizacja wychowawcy specjalnego odbywała się skokami. 
Przełomem był koniec II wojny światowej. Pierwsze Dyplomy Państwowe 
(Dip/6me d'etat d'educateur specia/ise - DEES) wydano w roku 1970, gdy 
formacja wychowawców specjalnych trwała już od 30 lat. Pierwszy statut 
otrzymali w 1958 roku dzięki porozumieniom o zatrudnieniu. Z umowy 
zbiorowej mogli korzystać dopiero od 1966 roku (Vattier, s. 34/35). 
Wychowanie specjalne przynależy zarazem do administracji i do stowa- 
rzyszeń prywatnych, których funkcjonowanie zapewnia państwo i społecz- 
ności lokalne. Tworzy to dość złożoną sytuację (Vattier, s. 39). 
Wychowawcy specjalni pracują w następujących służbach i zakładach: 
- umieszczenie w rodzinie zastępczej - wychowawca specjalny bada 
okoliczności z tym związane; 
- centra medyczno-psycho-pedagogiczne w trybie ambulatoryjnym; 
- konsultacja orientacji wychowawczych (najczęściej na życzenie 
sędziego dla nieletnich); 
- służby obserwacji i działania w środowisku otwartym; 
- służby, kluby i zespoły prewencji specjalnej (w naturalnym otoczeniu 
społecznym raczej wobec grup niż jednostek); 
- służby "dalszego ciągu", lub "po-leczeniu" pomagają po wyjściu 
z internatu w przystosowaniu się do naturalnego środowiska społeczno-za- 
wodowego - mamy tu "mieszkania terapeutyczne", w których określona 
grupa młodzieży korzysta z działania wychowawczego wpisanego w natural- 
ne środowisko; 
- służby nadzorowanej wolności (tryb karny na podstawie decyzji 
sędziego dla nieletnich); 
- służby opieki nad zasiłkami rodzinnymi pobierają zasiłki rodzinne 
w imieniu zagrożonych rodzin i zarządzają nimi w imieniu dzieci (rzadko 


204
>>>
FIBncuslcB koncepcja pedagoga specjalnego w ujęciu Guy Vattiela 


korzystają z pomocy wychowawców specjalnych). Oprócz ścisłej funkcji 
ochronnej możliwe jest tu uregulowanie dalszego rozwoju rodziny; 
- ogniska i domy macierzyńskie - przyjmują młode, samotne matki 
z dziećmi; 
- ogniska dziecięce dla dzieci od 0-18 lat, którymi ich własne 
środowisko rodzinne przez pewien czas nie może opiekować się (czasem ten 
przedział wieku dotyczy tego samego zakładu); 
- ośrodki przyjęć i obserwacji - przyjmują nieletnich na okres obserwacji 
lub krótkoterminowego działania wychowawczego; 
- ogniska o ograniczonej swobodzie - dla nieletnich, którzy mogą 
kontynuować działalność szkolną lub zawodową w normalnym otoczeniu 
społecznym, ale którzy pochodzą z zagrożonych środowisk rodzinnych; 
- instytuty medyczno-wychowawcze - przeznaczone dla niepełno- 
sprawnych umysłowo od 3-18 lat życia. Istnieje możliwość przedłużenia 
pobytu powyżej 18 roku życia. Wychowanie specjalne odbywa się pod 
kontrolą lekarską; 
- instytuty medyczno-zawodowe (I M PRO) - pozwalają młodzieży 
niepełnosprawnej wejść na rynek pracy przez furtkę aktywności zawodowej 
dostosowanej do ich niepełnosprawności. Zatrudniają raczej wychowawców 
techników niż wychowawców specjalnych; 
- zakłady dla niepełnosprawnych o złożonej niepełnosprawności - mają 
na celu wychowanie, formację i wprowadzenie do życia społecznego pod 
kontrolą medyczną dzieci i dorastającą młodzież niepełnosprawną intelek- 
tualnie, a także niepełnosprawnych sensorycznie, epileptyków i niepełno- 
sprawnych ruchowo; 
- regionalne zakłady nauczania przystosowanego - dla uczniów, którzy 
nie mogą z pożytkiem chodzić do "normalnych" klas nauczania ogólnego, 
czy zawodowego; 
- państwowe zakłady dla młodzieży głuchej lub niewidomej; 
- różna centra reedukacji dla młodocianych z zaburzeniami osobowości 
lub zachowania; 
- centra obserwacji - służą do ukierunkowania akcji reedukacyjnej 
(mają tendencję zanikania); 
- centra psychoterapii, szpitale dzienne - zatrudniają wychowawców 
specjalnych (Vattier, s. 42-47). 
Decyzje o interwencji są podejmowane przez sędziego dla nieletnich 
i departamentalne służby pomocy społecznej. Postępowanie sędziego dla 
nieletnich wpisuje się w ramy Ochrony Sądowej Dzieciństwa (Protection 
judiciaire de /'enfance), pojęcia stosunkowo nowego, zwraca uwagę Vattier, 
gdyż oficjalnie ogłoszonego dopiero 2 lutego 1945 roku. Departamentalnym 


2 05 


.........
>>>
Od"Jbność 


służbom spraw socjalnych podlega Pomoc Społeczna Dzieciństwu (/'Aide 
socia/e a /'enfance - ASE). W tych właśnie ramach funkcjonują wychowawcy 
specjalni w wymienionych tu służbach i zakładach (Vattier, s. 47-52). 
Działanie wychowawcy specjalnego jest przede wszystkim pracą 
zespołową. Ma on częste kontakty z tymi, którzy dają mu pełnomocnictwo 
do wypełniania jego służby - sędzią dla nieletnich, departamentalnymi 
służbami, rodzinami, pracodawcami, nauczycielami. Warto tu ponownie 
przypomnieć, iż Guy Vattier szczególnie podkreśla współpracę wychowawcy 
specjalnego z personelem służb ogólnych - robotnikami (kierowcą, praczką, 
ogrodnikiem, kucharzem itp.), gdyż to właśnie z nimi dzieci utrzymują 
uprzywilejowane stosunki (Vattier, s. 66). 
Formacja wychowawcy specjalnego nastawiona na rozwój intelektualny, 
na krytycyzm, na szukanie nowych rozwiązań, na stałą gotowość do 
podjęcia nowych problemów siłą rzeczy musi nieść zalążek konfliktu 
z instytucjami, do których on wchodzi, które, tak jak każda instytucja 
zhierarchizowana, kostnieją i formalizują się. Nie da się tego uniknąć 
i należy to brać pod uwagę (Vattier, s. 83, 84). 
Guy Vattier wskazuje na jeszcze jedno możliwe źródło konfliktów. 
Wieloma, a właściwie większością zakładów administrują we Francji 
stowarzyszenia rodziców. I tu z ich strony może dojść do niebezpiecznego 
skumulowania ich uczuciowego zaangażowania osobistego z ich 
odpowiedzialnością jako pracodawców. Widząc te zagrożenia Vattier 
pyta nawet, czy nie popełniono błędu oddając właściwie cały sektor pomocy 
w zarządzanie "prywatne" (poprzez stowarzyszenia rodziców), które obar- 
czone jest możliwością kumulacji motywów. szlachetnej indolencji, 
a także uruchomienia mechanizmów eliminacji innych "obcych" ośrodków 
poprzez wpływ na decyzje o "umieszczeniu". W innym miejscu pokazuje 
Vattier inne zagrożenia systemowe. Jednoosobowa decyzja sędziego dla 
nieletnich o powierzeniu dziecka służbom czy zakładowi automatycznie 
uruchamia proces finansowania. Może to być źródłem "wysuszania" 
niektórych zakładów, a rozwijania drugich, praktycznie bez możliwości 
obrony (Vattier, s. 87,89). 


. 


Głównym nośnikiem działania wychowawcy specjalnego jest rze- 
czywiste życie. Słowo "nośnik" ma tu ukryte znaczenie. Narzędziem 
pracy wychowawcy specjalnego jest relacja. Tak więc chce on potwier- 
dzić realność tego narzędzia i zdefiniować je. Stąd ten "nośnik" (Vattier, 
s. 19, 20). 


206
>>>
FrBncuskB koncepcjB pBdagOgB specjBlnBgo w ujęciu Guy Vattiera 


Ma to konsekwencje w zmierzaniu do szukania przez wychowawcę 
specjalnych narzędzi jak najbardziej zbliżonych do "realnego życia" - prac 
ręcznych, rzemiosła, aby robić "coś widzialnego", szukać "techniczności" 
(Vattier, s. 20/21). 
Innym rodzajem "narzędzia" wychowawcy specjalnego będzie bez- 
pieczeństwo. Wychowawca specjalny jest osobą, która może "wszystkiego 
wysłuchać" bez ferowania na razie sądu moralnego. Jak podkreśla Guy 
Vattier jest to najbardziej oryginalny wkład wychowawcy w formowanie 
osobowości i rozwój młodego człowieka (Vattier, s. 22). 


* 


Ważnym problemem rozwoju wychowania specjalnego jest próba 
wyzwolenia się od słowa "opieka" (Vattier, s. 18). 
Czynnikiem najważniejszym w formowaniu nowego oblicza wychowania 
specjalnego było dążenie wychowawców do opuszczenia internatu - prze- 
skoczenia muru. Wyszedłszy stamtąd znaleźli się nagle w roli mediatorów 
wszystkich czynników. Stali się jednak czynnikiem nieodzownym w rela- 
cjach pomocy i solidarności w przechodzącym kryzys społeczeństwie 
postindustrialnym. Wspólną cechą różnych zajęć tego zawodu stało się 
pozostawanie w służbie tych. których społeczeństwo nie uznaje. lub 
w ogóle nie uznaje jako swoich (Vattier, s. 18/19). 
Wychowawca specjalny raczej towarzyszy podopiecznym niż dzieli 
ich życie, bo ..któż jest zdolny dzielić życie tego samotnego 
zwierzęcia. jakim jest nieprzystosowany. nawet jeśli tylko chodzi 
o życie społeczne?" Gdy pozna się rozmiary zniszczeń jego psychiki, jego 
zamknięcia, jego izolacji w jego "tajemniczym ogrodzie", to lepiej oceni się 
pustkę, która kryje się za postulatem "dzielenia z nim życia". 
Żyć u jego boku będąc zaakceptowany. już samo w sobie jest 
sukcesem (Vattier, s. 22). 
Działając w środowisku otwartym wychowawca specjalny wnosi łagod- 
ność, ochronę jedności rodzinnej w każdym wypadku, gdy to jest możliwe, 
zatrzymuje nieletniego w jego zwyczajnym środowisku życia względnie 
niskim kosztem. W ośrodkach zamkniętych (internatach lub półinternatach) 
wnosi jakość zbliżoną do jakości domu, który jest bezpiecznym zapleczem 
dla młodzieży może bliskiej przestępstwu, ale która w końcu jest słaba 
psychicznie (Vattier, s. 63/64). 
Nie może on izolować się - personel administracyjny i gospodarczy 
współtworzy z nim to środowisko i on musi z nim współpracować. Jest to 
bardzo trudne nadanie, gdyż nie istnieje zespól idealny, tak samo, jak nie 
istnieje małżeństwo idealne. Ale trzeba pamiętać, że tak jak dzieci w rodzinie 


207 


.......
>>>
OdrfJbność 


szybko dostrzegają napięcia, tak i w instytucji istnieje dlatego konieczność 
stałego wysiłku na podstawie tolerancji i zrozumienia, i szacunku dla 
drugiego. Wymaga tu często pokory. Wychowawcy specjalni nie mają 
monopolu na kontakt z młodymi (Vattier, s. 66,91). 


* 


Kandydaci do formacji przygotowującej do Państwowego Dyplomu 
(Diplóme d'etat d'educateur specialise - DEES) powinni przejść egzamin 
wstępny. Aby do niego przystąpić muszą legitymować się maturą lub 
zdanymi uniwersyteckimi egzaminami wstępnymi (co już zapewnia wysoki 
poziom, gdyż, we Francji tylko na niektórych uczelniach jest wymagany 
egzamin wstępny, do zdania którego nie zawsze wystarcza wykształcenie 
licealne), lub - państwowym dyplomem pracownika socjalnego (DETS), 
lub - dyplomem paramedycznym stwierdzającym dwuletnią formację 
zawodową, lub - dyplomem zawodowym (CAP) pomocy medyko-psycho- 
logicznej i wykonywaniem przez 5 lat odpowiedniego zajęcia. 
Formacja obejmuje 1450 godzin nauczania teoretycznego i technicznego 
podzielonych na bloki formacyjne i 15 miesięcy stażu. Czas trwania formacji 
3 lata. M oże on być przystosowany do trybu studiów zaocznych w granicach 
4 lat dla personelu zatrudnionego na stanowiskach wychowawczych (Vattier, 
s. 68-70). 
Kandydaci posiadający dyplomy lub zaświadczenia uniwersyteckie, lub 
zawodowe, lub posiadający wcześniejsze doświadczenie zawodowe otrzy- 
mują ulgi w formacji teoretycznej (Vattier, s. 70). 
Celem programu teoretycznego (8 bloków formacyjnych) jest zaopa- 
trzenie stażystów w narzędzia teoretyczne. Takim sformułowaniem 
Guy Vattier zdaje się wskazywać, iż istotą studiów są staże praktyczne (15 
miesięcy). Programy studiów zdają się usprawiedliwiać takie mniemanie. 
Inaczej można powiedzieć, że wszystko można zmodyfikować czasowo, 
tylko nie staże, które są kluczem formacji (Vattier, s. 69). 
Bloki formacyjne są następujące: 
UF 1 (Unite de Formation) - pedagogika ogólna i relacje ludzkie.............. 180 g. 
UF 2 - pedagogika ekspresji i technik wychowawczych............................... 160 g. 
UF 3 - zapoznanie się z niepełnosprawnością nieprzystosowań i pedagogika 
wychowa nia specja Inego ...................................................................... 240 g. 
UF 4 - życie zbiorowe ....................................................................................... 160 g. 
UF 5 - ekonomia i społeczeństwo ................................................................... 160 g. 
UF 6 - blok prawniczy...................................................................................... 180 g. 
UF 7 - ogólna kultura zawodowa .................................................................... 160 g. 
U F 8 - blok specjalizacji ................................................................................... 160 g. 


208 


.......
>>>
Frllncusb koncepcjll pedlIgoglI specjlllnego w uj'lciu Guy Vllttierll 


Podczas stażu wychowawca jest wprowadzany w rzeczywistą sytuację 
zawodową. Powinien opracować, lub prowadzić na stażu projekt wy- 
chowawczy. Czas 15 miesięcy stażu podzielonych jest następująco: 
- jeden długi staż 7-9 miesięcy odpowiedzialności wychowawczej 
w związku z wyborem bloku specjalizacji; 
- dwa staże przynajmniej 2-miesięczne dla poznania sektorów pracy 
różnych od sektora stażu długiego; 
- jeden staż zewnętrzny na polu wychowania specjalnego przynajmniej 
jednomiesięczny związany z elementami programu. 
- jeden ze staży będzie odbywał się w internacie. 
Od stażysty wymaga się oceny przebiegu stażu i przedstawienia prac. Te 
dwa elementy będą podstawą oceny stażysty. 
Egzamin dyplomowy składa się przed państwową komisją, która składa 
się z następujących osób: 
- przewodniczącego wyznaczonego przez odpowiedniego ministra; 
- wiceprzewodniczącego, którym jest regionalny dyrektor do spraw 
sanitarnych i socjalnych; 
- w 1/3 z formatorów uprawnionych ośrodków; 
- w 1/3 z pracujących fachowców lub osób wykwalifikowanych 
w dziedzinie działań wychowania specjalnego; 
- w 1/3 z przedstawicieli ministerstw sprawujących w ramach swej 
służby funkcje opiekuńcze i z przedstawicieli wspólnot publicznych. 
Egzamin składa się z: 
- egzaminu pisemnego z psychopedagogiki; 
- przedstawienia i obrony pracy; 
- kwestionariusza dotyczącego istotnych zdobyczy w naukach humanis- 
tycznych i społecznych; 
- rozmowy (na podstawie dokumentacji przebiegu nauki) (Vattier, 
s. 68-71). 
Sadzę, że poziom wymagań jest tu wystarczająco czytelny i nie wymaga 
komentarza. 
Co do programu teoretycznego studiów Vattier szczególna wagę 
przypisuje U F 8 - "blokowi specjalizacyjnemu" - a to dlatego, że, jak pisze, 
"nie ma dobrego generalisty bez specjalizacji przynajmniej na jednym polu". 
"Formacja zarysowana jako wielowartościowa przygotowująca do zróż- 
nicowanych sektorów działań powinna koniecznie zawierać pogłębienie 
w jednym z sektorów". Drugą ważną sprawą, pisze, jest położenie akcentu 
na relację miedzy wychowawcą, a społeczeństwem. Chodzi o używanie 
narzędzi powstałych w naukach humanistycznych w służbie projektu 
wychowawczego (Vattier, s. 72). 


209
>>>
Odr
bnośt 


Przemyśliwując niedoskonałości obecnej formacji Vattier uważa, że należy 
dążyć do tego, aby formacja wychowawcy specjalnego była tak skonstruo- 
wana, aby była otwarta na inne możliwe kariery zawodowe, tak aby uniknąć 
"zamknięcia się na sobie" wychowawcy specjalnego i poczucia związania 
z istnieniem młodzieży nieprzystosowanej (Vattier, s. 84). To nowe dla nas 
zastrzeżenie. Niezwykle jednak ważne. Człowiek musi mieć możliwość 
odejścia z tego trudnego zawodu, a także powinien mieć perspektywę takiego 
sukcesu zawodowego, że nie będzie bał się utraty podmiotów swojej pracy. 
Ciekawe, że postulat ten w innej formie pojawia się u Jeana Vanier. Jest to 
postulat odwagi do "porzucenia swego ludu", aby znaleźć inny, lub w ogóle 
znaleźć inne powołanie (por. Vanier [5], s. 67 i n., passim). 
Guy Vattier postuluje też zwiększenie związków pomiędzy formacją 
a wykonywaniem zawodu, tak na przykład, aby osoby z zespołu formacyjnego 
pracowały na 1/2 etatu w służbach wychowawczych i vice versa. Także 
uważa, że formacja winna być szerzej niż dotychczas otwarta dla osób, które 
złożyły w innych zawodach dowód swoich wartości ludzkich i tu mogłyby 
zdobyć bez zbyt wymagającego uprzedniego przeszkolenia udoskonalenie, 
które pozwoliłoby im wejść do instytucji specjalnych, które przez to 
ubogaciliby (Vattier, s. 85). 
Oprócz programu formacji wychowawców specjalnych jest program 
kształcenia dyrektorów zakładów do egzaminu w celu otrzymania Zaświad- 
czenia o Zdolności do Pełnienia Funkcji Dyrektora Zakładu Społecznego (/e 
Certificat d'aptitude aux fonctions de directeur d'
tabliss
ment socia/ 
- CAFDES). Zawiera on nauczanie wspólne dotyczące kwestii zarządzania, 
kierowania zespołem i prowadzenia projektu wychowawczego lub inter- 
wencji socjalnej, a także nauczanie specjalistyczne odnoszące się do jednej 
z czterech opcji do wyboru: 
dziecięctwo; 
ośrodki pomocy przez pracę; 
opieka społeczna i wprowadzanie w życie społeczne (insertion); 
zakłady i służby dla osób starszych (Vattier, s. 74-78). 


. 


Rok 1945, koniec Ił wojny światowej był momentem, w którym, już 
wcześniej powstała, idea wychowawcy specjalnego znalazła we Francji 
warunki do gwałtownej ekspansji. W ciągu 45 lat od 1945 do 1990 roku 
liczba wychowawców specjalnych wzrosła od kilkudziesięciu do kilku- 
dziesięciu tysięcy. 
Po grozie wojny oczywiste stało się, że już dalej nie może być "galer 
dziecięcych" (/es bagnes d'enfants), czy też może bardziej dla nas zrozumiale 


210
>>>
F,encusb koncBpcje pBdegoge specjelnBgo w uj,ciu Guy VettiB,e 


"karcerów dziecięcych". Uświadomiono sobie, że dziecko nie jest wyrzutkiem 
społeczeństwa, a ofiarą. Odnosiło się to też do ośrodków, w których gnili 
"debile umysłowi" (Vattier, s. 13, 14). 
Następna zmiana zaczyna się z kontestacją internatów, symboli minionych 
autorytetów. Nowe pokolenie wychowawców specjalnych, wrażliwe na 
wszelkie formy wyłączenia społecznego, odrzuca zasadę umieszczania 
w zakładach. W tym samym czasie odbywa się rehabilitacja rodziny, 
jednostki. Stwierdza się, że OSOBA (personne) zawsze jest zdolna zmieniać 
się, poprawiać. Bardziej niż chronić dziecko przed zepsutym środowiskiem 
rodzinnym będzie dążyć się do poprawienia tego środowiska (Vattier, 
s. 17-19). 
Wychowawca specjalny pracuje w społeczeństwie i nad społeczeństwem 
(Vattier, s. 20). 
Istnieje wszakże niebezpieczeństwo "przebiegnięcia linii mety" - "wy- 
kluczenia na odwrót". Takie nazwy jak "Schronisko", "Gniazdko", "Dobry 
pasterz", "Wytchnienie", "Polanka", "Nowy Plon" nadawane służbom 
i ośrodkom określają kierunek tego minięcia celu - zwraca uwagę Vattier 
(Vattier, s. 22/23). To nie ma być tak. Wychowawca specjalny nie może 
uciekać ze świata. W świecie, w którym nie brakuje rożnych sędziów 
i oskarżycieli ludzi odsuniętych na margines ma on być jednym z ich 
nielicznych adwokatów, czasem jedynym, który godzi się bronić ich sprawy. 
Jest on pozbawionym władzy jednym z ostatnich humanistów techno- 
kratycznego społeczeństwa, które dąży do zapomnienia, że człowiek jest 
całością, niegdyś harmonijną, a przynajmniej żyjąca w pewnej harmonii ze 
swoim naturalnym wszechświatem (Vattier, s. 24). 
Nie ulega zmianie fakt pojawiania się nieprzystosowania - on był 
zawsze. Zmienia się typ odpowiedzi społecznej udzielanej na pytania. 
jakie to zjawisko stawia. Obserwujemy rozszerzanie się wykluczenia 
społecznego na coraz nowe rejony. Szersze (Vattier, s. 31, 32). 
Sama w sobie troska opieki społecznej w szerokim znaczeniu nie jest 
"nowoczesna". W sposób uporządkowany z inspiracji miłosierdzia podjął ją 
już św. Wincenty a Paulo. Lecz w XX wieku wraz z wyróżniającą się 
tendencją kolektywistyczną potwierdza się, że rodzina pozostaje pod- 
stawową komórką społeczną i zarazem społeczeństwo przyznaje 
sobie coraz szerszą władzę interwencji. Interwencja społeczeństwa 
wobec jednostki rozciąga się od przedmałżeńskiego zaświadczenia lekar- 
skiego do kurateli nad niedołężnymi osobami starymi. Scisła sieć krępująca 
jednostki, aby je chronić, a w szczególny sposób chronić ich wybory. 
Pojawia się więc pytanie o granice. których należy przestrzegać. aby 
nie iść zbyt daleko (Vattier, s. 36, 37). 


211 


-
>>>
Od"bność 


Nadto obecna sytuacja przypomina sztafetę, która nigdy siebie nie 
dogoni. Pierwszym zawodnikiem jest zwiększenie nieprzystosowania, 
drugim zwiększenie niezbędnego wyposażenia do jego leczenia. 
Możemy obawiać się, że drugi nigdy nie zdoła dogonić pierwszego 
(Vattier, s. 38). 
Nasze społeczeństwo, mówi Vattier, naprawdę zmieni się, gdy każdy 
z nas poczuje się odpowiedzialnym, na miarę swoich środków, za wszystkich 
innych (Vattier, s. 92). 
Wychowanie w ogóle, a jeszcze bardziej wychowanie młodzieży z tru- 
dnościami wiąże się z systemem referencji. Czym więcej referencje 
(moralne, socjalne, odnoszące się do zachowań) są stabilne, tym łatwiej 
jest proponować drogi adaptacji. Gdy modele są płynne lub zmieniające 
się, znalezienie odpowiedniej drogi wychowania staje się szczególnie 
uciążliwe (Vattier, s. 94). 
Społeczeństwo w XX wieku jest w ciągłej przemianie we wszystkich 
dziedzinach. Bardzo trudno jest pracownikom socjalnym znaleźć stabilny 
"model", który zaoferuje możliwość identyfikacji z nim (Vattier, s. 94). 


. 


Myślę, że rozważania Vattiera mieszczące się w formule metodologii 
Mennego - argumentu odpowiedzialności przed Bogiem lub społeczeń- 
stwem (por. Menne, s. 14-19) możemy odnieść do pojęcia zmiany 
gęstości społecznej: człowiek sam w sobie pozostaje słaby, ale zagęścił 
wzajemne stosunki, zarówno liczbą, ale przede wszystkim tempem rozwoju, 
akcelerowanym sztucznie, które to tempo przestano być służebne, a stało się 
rządzące. Człowiek sam sobie buduje obóz niewolniczej pracy i stąd nowe 
problemy. Chociaż od razu pojawia się myśl, że wcale nie jest to takie nowe. 
Być może człowiek zawsze "zagęszczał" swój świat uczuciami i czynami 
nieuprawnionej dominacji, dążenia do przewagi, do zapanowania nad 
innym, po prostu czynami przeciwnymi miłości bliźniego i Boga. Pierre 
Francastel nazwał to "mitem grzechu pierworodnego" (por. Francastel). 
Należy odrzucić słowo mit. 
Już po pojawieniu się w 1991 roku pracy Guy Vattiera pojawiło 
się w Europie pojęcie legalnej eutanazji, stosuje się czynnie ortotanazję. 
Domaga się swoich praw i pola działania medycyna predyktywna (por. 
Rapport...). Powszechnym prawem jest "terapeutyczne przerywanie ciąży 
ze względu na możliwą niepełnosprawność dziecka", co jest, jak wskazuje 
Crocker, czynnikiem zmniejszającym wartość żyjących niepełnosprawnych 
(Puschel). (Niestety i u Vattiera czytamy, że pośród pomocy socjalnej 


212
>>>
Frlmcusb koncepcjll pedlIgoglI spflCjlllnego w uj,ciu Guy Vllttierll 


państwa we Francji pośród świadczeń związanych z polityką narodową 
wymienia się "zwrot kosztów związanych z dobrowolnym przerywaniem 
ciąży" - Vattier, s. 54). 
Byliśmy świadkami załamania się modelu społecznego, możemy wątpić 
w stabilność i jasność nowego - a więc nie pracujmy dla przystosowania do 
życia w modelu społecznym, ale dla budowy pełnej koncepcji człowieka 
- osoby. Rekonstruujmy strukturę osoby. Taki postulat nie może istnieć na 
gruncie zakładania formowania osoby wyłącznie przez społeczeństwo 
- może on budzić się w pełni tylko w światopoglądzie uznającym 
autentyczność osoby - chrześcijaństwo jest takim światopoglądem. 
Vattier widzi początek nowej rewolucji w wychowaniu specjalnym wraz 
z upadkiem granic w Europie. Trzeba podjąć to zadanie nie w roli petenta, 
ale w płaszczyźnie wymiany. Sądzę, że nie mamy pustych rąk. Nazwiska 
Marii Grzegorzewskiej, Janusza Korczaka, Zofii Szymańskiej, Wandy Szuman, 
ks. Henryka Szumana, duch Lasek z Matką Elżbietą Czacką, ks. Kor- 
niłowiczem, Antonim Marylskim - wraz z całą teraźniejszością, fundamen- 
talne opracowania Karola Wojtyły i Jana Pawła II. Warto podjąć próbę 
syntezy wobec współczesności Europy. Chociażby, aby odpowiedzieć na 
postulaty Vattiera, aby podjąć płodną refleksję w ramach Europy. "Wy- 
chowawca specjalny w tej nowej perspektywie będzie musiał liczyć się 
z historią społeczną Europy i historią ludzi w Europie" (Vattier, s. 80). 


* 


Na tle rozważań Vattiera rodzi się myśl, że wychowanie specjalne 
jest raczej sztuką niż nauką. Oznacza to wielką rolę Maritainowskiego 
"poznania przez upodobnienie" (por. Maritain [1]).
>>>
UNIFORM UBRANIA UNIFORMUJE DUSZE 


[w:] WANDA SZUMAN. HISTORIA JEDNEGO ZYCIA, 
UMK. TORU
 1997 


Wanda Szuman - urodzona w rodzinie o wielkich tradycjach wpływu 
osoby na życie społeczeństwa. Było to prostym wynikiem przesycenia życia 
rodzinnego wartościami uformowanymi w religii katolickiej. 


. 


Po odebraniu Jej Liceum Wychowawczyń Przedszkoli rodzi się też inna 
piacówka. Na ostatnim piętrze Jej rodzinnego domu, teraz zajmowanego 
przez prokuraturę, w dwu pokoikach, gdzie mieszka razem z niewidomą 
Kazimierą Bieńkowską, działa "natychmiastowe pogotowie pomocy nie- 
pełnosprawnym i ludziom w potrzebie" i "nieustający punkt formacji 
pomocników i terapeutów". Prowadzone też są badania naukowe. Prowa- 
dzona jest rozległa korespondencja. 
Te dwa pokoiki w tych latach 50. i 60. promieniują wiarą. Głęboką wiarą 
religijną. Niezależnie od tego, że niewidoma Kazimiera Bieńkowska uczy tam 
religii dzieci niepełnosprawne umysłowo. Toruń wie o tym mieszkaniu 
i o Osobie, która tam mieszka, a także o tym, co Ona robi, gdyż niezwykle 
prostodusznie i otwarcie dzieli się z każdymi problemami, które ją zajmują. 
Są cisi współpracownicy, a niezwykle ofiarni, jak Pan Czesław Jarmusz 
- fotograf, który wykonuje jej niezliczone zlecenia reprodukcyjne i foto- 
graficzne. 


. 


W Jej archiwum, to znaczy w zawieruszonym w spuścifnie Ewy Panase- 
wicz zeszycie, w którym zachowywała różne dokumenty, korespondencje, 
a także swoje notatki, znalefliśmy zdjęcie dzieci "z ochronki" ustawione 
w karnym szyku i wszystkie w jednakowych ubrankach i fartuszkach. Pod nim 
odręcznie Pani Wanda Szuman zapisała: "Uniform ubrania - uniformuje 
dusze". Przypomina mi to słowa Colleen zanotowane przez Jeana Vanier: 


214 


-.
>>>
Uniform ubrania uniformu je dusze 


Zawsze chciałam być przezroczysta w życiu wspólnoty. Szczególnie nie 
chciałam przeszkadzać miłości Bożej zwróconej do innych ludzi. Teraz zaczynam 
odkrywać coś innego: jestem przeszkodą i zawsze nią będę. Czyż jednak życie 
we wspólnocie nie polega na uznaniu, że jestem przeszkodą, na dzieleniu się tym 
z braćmi i siostrami i na przepraszaniu ich za to? (Vanier [5], s. 40). 


W kaplicy Matki Boskiej Bolesnej w Kościerzynie wśród wotów od dość 
dawna wisi skrawek płótna z wyhaftowanym skromnym motywem kaszub- 
skim i chyba dziecięcą ręką wyszytym zdaniem: Matko, pozwól mi być kimś. 
Tak jakbym słyszał teraz to znane wielu Paniszumanowe: OOOO...! 
Ktokolwiek przed Nią stawał - był kimś. 
Gdy mówiła mi o Ewie P (...), to najpierw usłyszałem o uzdolnionej 
rysowniczce, a dopiero potem informacje dodatkowe - że sparaliżowana, że 
ze znacznie osłabionym wzrokiem itd. Józio Sikora to był genialny malarz 
kwiatów i ptaków. Jerzy Omelczuk pisał wiersze, Jaroszek był genialnym 
malarzem. 
Tak oto wprowadza nas do swojej pracy O dostępności rysunku dla 
dzieci niewidomych: 
Do przygotowania tej książki przyczyniła się myśl i praca wielu os6b 
dorosłych i dzieci, widzących i niewidomych, którym na tym miejscu pragnę 
wyrazić żywą wdzięczność w imieniu własnym oraz w imieniu tych niewidomych, 
którzy będą korzystali z książki w jakikolwiek sposób. [...] W toku doświadczeń 
uczyłam się prawie stale od samych dzieci [...]; nie ja dowiodłam dzieciom 
niewidomym dostępności dla nich rysunku [...]. Samorzutne, indywidualne, 
często także śmiałe i dojrzałe podchodzenie dzieci do nowych dla nich zagadnień, 
rzucało coraz inne światło na opracowane tematy. Chcę więc wymienić kilkoro 
dzieci, które wskazywały mi niejako drogę przy badaniach. Byli to: Antoni 
Lewczuk, Krzysztof Gawlik, Marian M uszyński, Marysia Cieślińska, Zosia Kukuła, 
Zygmunt Napierała. (Szuman [1], s. 3-4) 
Ale my także - my, do których zwracała się i którzy uważaliśmy, że 
stajemy jako Jej pomocnicy - stawaliśmy się kimś. Dziwne sprawy się 
z nami działy. Czasem po prostu zmienialiśmy nasze życie. 
Zazwyczaj myśląc o niepełnosprawnych - myślimy o cierpieniu. Spot- 
kania Ojca Swiętego z niepełnosprawnymi grupowane są pod hasłem: 
Ojciec Swięty i cierpiący. 
W Rabce, na wakacjach, gdy co dzień mszę odprawiał inny ksiądz (o ile 
udało się go znaleźć na ulicach Rabki i "doprowadzić"), to przeważnie 
zawsze w homilii wspominał o cierpieniu. I pewnego dnia jeden z dorosłych 
chłopaków - bez nóg, z trudem, ale i zręcinie na rękach wspinał się po 
stromych schodach do salki na piętrze - uniósł się na rękach na krześle, 
rozglądnął się i głośno, zdziwiony spytał: - A kto tu jest nieszczęśliwy? 
I znów zdaje się słyszę wyraźne: 0000...1 Pani Szuman. 


215
>>>
Odr'lbnolć 


Oni nie byli nieszczęśliwi: byli kimś. 
Pomówmy więc o radości. 
Zacznijmy od Jeana Vanier: 


Właśnie poprzez życie codzienne, poprzez miłość, której to życie codzienne 
jest wyrazem, upośledzony umysłowo zaczyna stopniowo odkrywać, że posiada 
jakąś wartość, że jest kochany i godny miłości. (Vanier [5], s. 17) 
Miłość [...] polega na umiejętności wysłuchania drugiego, postawienia się 
na jego miejscu, na okazaniu zrozumienia i zainteresowania. [m] Wyraża się 
w płaczu z płaczącymi i radości z radującymi się. Kochać, to r6wnież szczęście 
z obecności blifniego i smutek z powodu jego braku; to wzajemne trwanie 
i poszukiwanie schronienia w sobie. Miłość jest siłą jednoczącą - mówi Dionizy 
Areopagita. (Vanier [5], s. 26) 
Kochać [m] to pragnąć, aby drugi człowiek w pełni rozwijał się według planów 
Bożych i w służbie dla innych; to pragnąć, aby był on wierny swemu wezwaniu, 
aby był wolny w miłości we wszystkich wymiarach swego bytu. (Vanier [5], s. 27) 
Nie trzeba się bać kochać i mówić ludziom, że się ich kocha. To jest 
największe osobiste fródło siły. (Vanier [5], s. 158) 
Niektórzy [m] nie wierzą, że ich słowo, uśmiech, ich istnienie i modlitwa 
mogą nakarmić innych i przywracać im ufność. [m] Inni, przeciwnie, odkrywają, 
że ich pokarmem jest dawanie, zaczynając od pustego koszyka I Jest to cud 
rozmnożenia chleba. Panie, uczyń, abym nie tyle szukał pociechy, co pociechę 
dawał. (Vanier [5], s. 167) 
Miłość jest w ciągłym ruchu; nigdy nie może być statyczna. Jeśli serce 
ludzkie nie porusza się ku przodowi - cofa się. Jeśli się coraz bardziej nie 
otwiera, zamyka się i wchodzi w proces duchowej śmierci. [...] Kogoś przyjąć 
- to otworzyć mu drzwi swojego serca, użyczyć mu przestrzeni. Oczywiście, 
jeżeli mam do zrobienia coś nie cierpiącego zwłoki, muszę mu to powiedzieć, ale 
zawsze otwierając mu serce. (Vanier [5], s. 222) 


Pragnąć, aby drugi człowiek w pełni rozwijał się według planów Bożych 
- to nie uniformować duszę - to nie nakładać na duszę uniform. 
Pani Wanda właściwie nie używała wielkich słów. Przez to bardzo źle 
czuję się, nie mogąc w tym wystąpieniu zwalczyć swojej brzydkiej skłonności 
do tego. Pani Wanda mówiła o sprawach rewolucyjnych, sprawach 
doniosłych po prostu, na przykład dając dyrektywy metodyczne: 


Rola nauczyciela rysunków w odniesieniu do dziecka niewidomego jest 
w zasadzie podobna do roli nauczyciela dzieci widzących w znaczeniu popierania 
rozwoju sił tkwiących w dziecku, nie hamowania ich, a pomagania w wydobyciu 
ich na zewnątrz poprzez działanie dziecka. (Szuman [1], s. 24) 
Nie wolno mówić dziecku, że nie potrafi rysować, że źle rysuje, tak jak nie 
należy hamować czy zniechęcać krytyką i innych dzieci w początkach rysunku. 
(Szuman [1], s. 25) 
Ta myśl ukształtowała się już dużo wcześniej, gdy jako Wanda Szumanó- 
wna pisała, że: 


216
>>>
Uniform ubrBniB uniformujB dusze 


przedwczesna i nieumiejętna krytyka rysunku dziecka i wymaganie: "Tak musisz 
rysować", np. kolejność kresek, albo "To musisz narysować" - są niewskazane, 
a nawet wprost szkodliwe dla rozwoju dziecka. Zniechęci je do rysunku i do 
zabawy, odstraszy je może od próbowania swych sił w innym kierunku, 
przyczyni się do wytworzenia bierności i zahamuje żywość, tak właściwą 
zdrowemu dziecku. (Szuman [2], s. V) 


W Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych roz- 
winęliśmy całą ideologię wokół tej sprawy używając słów bardziej, czy 
mniej wzniosłych, zdeterminowanych itp. A wystarczyło to powiedzieć 
tak po prostu. 
Otwierając książeczkę Wandy Szuman Zabawy z najmłodszymi dziećmi 
(Szuman [3]) czytamy słowa: "nie pokazujmy dzieciom po kilka [on] zabaw 
na raz i nawet nie kilka - jednego dnia. Dziecko małe musi mieć czas, by 
mogło przeżyć nowe wrażenie, oswoić się z nim i nacieszyć się nim" 
(Szuman [3], s. 6). 
W naszej Pracowni nazywamy uczenie "bezpieczną przestrzenią", a jest 
to takie proste. Jean Vanier później powie, że nie należy rośliny ciągnąć za 
liście, aby urosła - trzeba jej zapewnić glebę i klimat. 
Człowiek dla swojego rozwoju potrzebuje wody i chleba. Jeżeli nie 
przyjmuje pożywienia, umiera. Żeby zaś wzrastać duchowo, podobnie jak 
roślina potrzebuje on słońca, wody, powietrza i ziemi (Vanier [5], s. 143; por. 
Wojciechowski [4] s. 18). [m] Pokarmem jest wszystko, co budzi z uśpienia 
istotę naszego bytu i stawia nam ją przed oczy. Może nim być słowo, lektura, 
spotkanie, wydarzenie, załamanie, cierpienie, które ujawniają nam to, co 
naj istotniejsze i budzą ze snu głębie naszego serca, przywracając nadzieję. 
(Vanier [5], s. 145) 


I znów Wanda Szuman: 


Wiemy dobrze, jak się małe dzieci upominają o powtarzanie wciąż tych 
samych bajeczek. gdy wciąż na nowo odczuwają one wspólnie z chłopczykiem 
czy dziewczynką, misiem, czy kotkiem z bajki ich obawy i ich próby odwagi, ich 
smutki i radości. (Szuman [3], s. 6) 
Inne zdania z tej samej książeczki znów są esencją metody stosowanej 
przez wielu terapeutów (my nazywamy ich prowadzącymi czy opiekunami) 
w naszym Ośrodku: "raczej zabawa dorosłych przy dziecku i na dziecku 
i przyciąganie jego słabiutkiej uwagi w kierunku zabawy przez bezpośrednie 
oddziaływanie na nie" (Szuman [3], s. 9). Wanda Szuman obserwuje, 
zgodnie zresztą z wielką tradycją pedagogiki, fundament pedagogiki - matkę 
i dziecko: 


217
>>>
OdrtJbnośt 


matka i każdy pilny obserwator stwierdzają stale, ile wysiłków, niepowodzeń 
i radości przeżywa małe dziecko, zanim nauczy się wyodrębniać każdy [u.] 
z ruchów. [on] Osobnej zabawy, osobnego ćwiczenia się dziecka wymaga też 
nabycie sprawności użycia zabawek (np. otwierania i zamykania pudełek); 
odpowiedniego nastawienia palców wymaga czesanie się, mycie, wycieranie 
się, nie mówiąc już o zapinaniu guzików, zatrzasków, o pisaniu, o szyciu itd. 
(Szuman [3], s. 10) 
Zabawy [...] wywołują wspólną radość przeżywaną przez dużych i małych. 
Radość ta budzi zarazem uczucia wzajemnej miłości, zaufania, uczucia, które się 
z czasem spotęgują i utrwalą. (Szuman [3], s. 12) 


Bardzo ciekawe jest spostrzeżenie, że: 
dwuletnie dziecko, które klaszcze w rączki i piszczy ucieszone, gdy mu stawiamy 
wieże z klocków, skacze i śmieje się z radości i wtedy, gdy mu się uda tę wieżę 
przewrócić jednym zamachem" (Szuman [2], s. IV). 


Wanda Szuman zanotowała to jako refleksję nad nie przywiązywaniem 
przez dziecko wagi do "zasobów materialnych". 
Rysując lub budując coś dla dziecka zyskujemy sobie wprawdzie jego 
zaufanie i uznanie, nie znaczy to jednak, że dziecko te dzieła nasze bardzo 
uszanuje. Przeciwnie, przez chwilę się tylko nimi interesuje, tak przy rysunkach, 
jak i innych wspólnych zabawach, potem je drze, niszczy i wyrzuca. [.u] Tak 
samo nawet pięcio- i siedmioletnie dziecko nie przechowuje najczęściej naszych 
rysunków, jak zresztą i swoich własnych, chociaż nieraz długo pamięta o tym 
rysowaniu dla niego. (Szuman [2], s. IV) 


To spostrzeżenie jest niezwykle bogate. Analizując je odkrywamy piękno 
i złożoność relacji między ludźmi. 
Guy Vattier - francuski teoretyk wychowania specjalnego powie, że 
pedagogika jest nauką o relacjach (Vattier). 
Obserwację Wandy Szuman możemy rozumieć jako opis "otwartej 
przestrzeni" Kępińskiego: dziecko bezpiecznie wprowadza własny porządek 
w otaczający świat, bardziej ceniąc powstałą w ten sposób przestrzeń 
społeczną niż materialny ślad zdominowania tej przestrzeni (Wojciechowski 
[4]). 


* 


M ówimy o deontologii pracy z osobami, dziećmi niepełnosprawnymi, 
o ich podmiotowości. Pani Wanda Szuman powiedziała o tym wszystko, 
wymieniając ich jako współautorów. 
My to znów mądrze nazywamy "analogią". 


218
>>>
Uniform ubr.ni. uniformuje dusze 


A idzie tu raczej o pełniej wyrażone "prawo do bylejakości" Jeana 
Vanier. Wszyscy jesteśmy równo "byle jacy" - problemem zaś jest 
"zniszczenie barier, które stawiamy wokół naszej i cudzej wrażliwości". 
Jan Pawel II w encyklice Dives in misericordia wypowie chyba 
najpiękniejszą definicję miłosierdzia: prawdziwe miłosierdzie ubogaca 
dającego. 
Zakończmy słowami Pani Wandy Szuman: "Sądzimy więc, że wesoły 
nastrój, wypływający ze współpracy rysunkowej osób dorosłych z dziećmi, 
wyjdzie na dobre jednym i drugim" (Szuman [2], s. IX). 


--
>>>
WPan Premier Rządu Rzeczypospolitej Polskiej 
Jerzy Buzek 
PROBLEMY WIĄŻĄCE SIĘ Z PROJEKTOWANYMI 
ZM IANAM I PRZEPISÓW WYKONAWCZYCH 
DO USTAWY O ZATRUDNIENIU I REHABILITACJI 
OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH 


LIST OTWARTY 


Jak nam wiadomo, podjęte zostały prace nowelizacyjne nad zmianą 
przepisów wykonawczych do Ustawy o zatrudnieniu i rehabilitacji osób 
niepełnosprawnych. Z prac tych przenikają pewne wiadomości o projekto- 
wanych zmianach. Najbardziej bulwersującą jest dla nas wiadomość 
o planowanym zawarciu w przepisach ustawy zmiany regulacji terapii 
w Warsztatach Terapii Zajęciowej. Zmiana ta ma m.in. polegać na wprowa- 
dzeniu tzw. okresu terapii, po którym uczestnik Warsztatu musiałby 
obowiązkowo opuścić Warsztat. 
Prosimy więc o wzięcie pod uwagę poniższych uwag opartych na 
wiedzy pedagogiki specjalnej i praktyce działania Warsztatów, szczególnie 
przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych umysłowo ze sprzężonymi 
uszkodzeniami. Osoby te w Warsztatach osiągają wielki rozwój, który jednak 
dla niektórych będzie musiał trwać jeszcze wiele lat, a dla wielu jego skutki 
będą mogły utrwalić się tylko w dalszym trwaniu bezpiecznego, poznanego 
przez nich i zaakceptowanego środowiska. 
Życie osób odchylonych od normy, pisze Janina Doroszewska w swoim 
fundamentalnym dziele Pedagogika specjalna (Doroszewska), przedstawia 
w sposób uderzający to wszystko, co obejmuje się terminem pawłowskim 
jako "zbyt trudne zadanie stawiane układowi nerwowemu" lub w ujęciu 
T. Tomaszewskiego i J. Reykowskiego jako "trudne sytuacje". Celem 
często jest bowiem ukrywanie swego odchylenia od normy przed sobą 
i przed innymi - czasem udawanie, że ono nic nie znaczy. Jego potrzebą, 
najbardziej dla niego wyraźną, jest chęć bycia takim jak inni, nie wyróżniać 
się, nie być wyjątkiem. Ale to jest złudzenie. Lęk bowiem pozostaje. 


220 


-.
>>>
Problemy wi'lż'lce si, z projektowllnymi zmi8n8mi przepis6w wykon8wczych... 


Nadrzędnym dążeniem powinno być zwrócenie dzieciom (kalekim) tego 
wszystkiego, co w tak brutalny i nieludzki sposób zostało im z życia zabrane, 
a więc radość życia, pasję tworzenia, uroki współżycia zespołowego, 
możność korzystania z tego wszystkiego, co mają inne dzieci, pisze Autorka. 
Taką drogę otworzyła formuła Warsztatów Terapii Zajęciowej wobec 
dorosłych osób niepełnosprawnych. Stała się ona jedną z najbardziej 
udanych inicjatyw w kierunku rewalidacji osób niepełnosprawnych w po- 
wojennej Polsce. 
Do zakresu zaburzeń od normy, pisze Doroszewska, związanych z brakami 
w zakresie odbioru informacji należą również i takie odchylenia, które są 
wywołane "zbyt małą liczbą" bodfców odziaływujących na analizatory 
zmysłów, po to, aby rozwój danej osoby mógł przebiegać normalnie. 
Jest to też sytuacja dzieci "w skrajnej izolacji", które z takich czy innych 
przyczyn wykazują ogromne odchylenia od normy. 
Warsztaty Terapii Zajęciowej stały się niezmiernie ważnym krokiem 
w kierunku wydobycia osób niepełnosprawnych z tej sytuacji skrajnej 
izolacji. Co więcej, stały się one niezwykle ważnym czynnikiem wydobycia 
ze skrajnej izolacji "rodzin dorosłych niepełnosprawnych". Nie sposób 
przecenić tej wielorakiej dobroczynnej sytuacji, którą dla wielu stworzyły 
Warsztaty Terapii Zajęciowej. 
Do tej kategorii odchyleń od normy, związanych z zaburzeniami 
w odbiorze bodfców zewnętrznych należą również i wypadki złego 
odbioru wskutek "nadmiaru bodfców" lub ich "chaotyczności" (tak 
zwanej entropii) - przy normalnie funkcjonujących aparatach odbiorczych 
(Doroszewska, s. 263). 
Przypuszczać można, wnioskuje Autorka, że akcja obronna organizmu, 
pochłaniając maksymalnie energię ustroju, nie pozostawia już w dostatecznej 
mierze "sił" na wysiłki związane z kontaktami ze światem zewnętrznym. 
Rodzi się postawa frustracyjna (Doroszewska, s. 264). 
Tu należy zwrócić uwagę na szczególny aspekt działania terapeutycznego 
Warsztatu Terapii Zajęciowej - przez swoją formułę stałości rytmu dni, 
tygodni i miesięcy cyklu terapeutycznego zmniejsza on i porządkuje 
chaotyczność i przypadkowość bodźców, a w wielu przypadkach, szczegól- 
nie trudnych, staje się bazą do prowadzenia szczególnie skomplikowanych 
ciągów terapii pod nadzorem psychologa. 
Do sytuacji "zbyt trudnych zadań dla układu nerwowego osoby nie- 
pełnosprawnej", pisze Doroszewska, dołączają się - jako przyczyny towa- 
rzyszące - również i złe warunki środowiska zewnętrznego, takie jak 
oddalenie dziecka od domu rodzinnego (i związany z tym brak poczucia 
bezpieczeństwa, lęk, tęsknota itd.), brak normalnych, potocznych, osobistych 


221
>>>
""" 


Odr,bnolć 


doświadczeń życia codziennego, zależność w zakresie samoobsługi, większy 
lub mniejszy brak swobodnego ruchu i normalnych stosunk6wztowarzysza- 
mi itd., tzn. braków szczególnie nękających dziecko (Doroszewska, s. 265). 
Na nie nakłada się jeszcze cały ciężar innego niż normalne życia, 
wynikającego właśnie z tych niewystarczalności, uszkodzeń, zaburzeń: 
izolacja w zakładzie specjalnym czy wychowawczym, oddalenie od rodziny, 
nienormalne stosunki społeczne, trudne i skomplikowane warunki życia 
codziennego i społecznego, w których te osoby są najczęściej - wyraźniej, 
lub mniej wyraźnie, eliminowane (Doroszewska, s. 271). 
W wypadku ludzi odchylonych od normy mechanizmy najczęściej 
dezintegrujące ich biologiczne i psychiczne reakcje stanowią tak 
znaczną przeszkodę w dążeniu do zharmonizowania wszystkich procesów 
organizmu ze sobą i z otoczeniem, że danej osobie musi być udzielona 
pomoc z zewnątrz dla poparcia samosterownych dążeń adaptacyjnych, 
aby to zharmonizowanie - na tyle, na ileto możliwe - nastąpiło (Doroszew- 
ska, s. 238). 
Warsztat Terapii Zajęciowej jest właśnie znaczącym i bardzo 
skutecznym czynnikiem udzielania takiej pomocy z zewnątrz 
zarówno samemu niepełnosprawnemu. jak i jego rodzinie. 
Do zaburzeń, pisze dalej Doroszewska, doprowadza deprywacja infor- 
macyjna (Doroszewska, s. 284). Ważną sprawą jest też przeciążenie układu 
nerwowego sytuacjami wymagającymi zbyt szybkiej przebudowy do- 
tychczasowych układów dynam icznych poznawczo-uczuciowych, 
na przykład w sytuacji zmian środowiska i konieczności całkowitego 
przystosowania się do nowych warunków, do nieznanych ludzi, ich wymagań 
i poglądów (Dorszewska, s. 284). j 
Nazywamy to naruszeniem bezpiecznej sytuacji. 
Odczuwamy ogromne zagrożenie ze strony przygotowywanych 
zmian formuły rehabilitacji poprzez Warsztaty Terapii Zajęciowej 
co do tego patologicznego ..przeciążenia układu nerwowego". 
Myślę tu przede wszystkim o przygotowywanej formule obli- 
gatoryjnego odejścia osoby niepełnosprawnej ze środowiska War- 
sztatu Terapii Zajęciowej po pewnym ścisłym okresie rehabilitacji 
(3. 4. 5. czy 6 lat). 
Niektóre formułowane poglądy osób podejmujących decyzje strukturalne 
wiążące mocą nadawanego prawa zdają się wskazywać na to, iż "uważają 
oni, że proces terapii oznacza to samo, co proces wytwarzania produktów: 
jest jakiś początek, jakiś przebieg i jakiś skutek". ł . 
Otóż w procesie terapii skutkiem jest sam przebieg. Na przykład 
trudno wyobrazić sobie osobę obarczoną rozszczepem kręgosłupa na 


222 


........
>>>
Ploblemy willźllce si, z plojektowanymi zmianami pnepisów wykonawczych... 


przykład z normą intelektualną, która będzie mogła bez oparcia na bezpiecz- 
nym środowisku funkcjonować zupełnie samodzielnie. Znane nam są 
wypadki samobójstw osób w normie intelektualnej. z glębokim 
porażeniem mózgowym. które pozostawione same sobie po skoń- 
czeniu studiów nie mogly unieść ciężaru samotnej walki o pracę 
i byt. Bardziej jeszcze to ujawnia się może u osób niepełnosprawnych 
umysłowo z uszkodzeniami sprzężonymi, które w Warsztacie Terapii 
Zajęciowej w oparciu o bezpieczne środowisko osiągają ogromne wyniki, 
jeśli idzie na przykład o wytwory z zakresu sztuk pięknych. Nie wolno 
naruszać tego bezpiecznego środowiska stereotypową rotacją czy wy- 
znaczaniem terminów dla zakończenia terapii. Trzeba zgodzić się z tym, że 
sukcesem będzie trwanie procesu terapii w tym samym środowisku aż do 
końca, czyli śmierci. Polegać to będzie na tym, że z niebytu i chaosu 
wydobywamy osobę niepełnosprawną ku "przestrzeni bezpiecznej", która 
musi po prostu trwać. I nie będzie to wcale "degradacją" ośrodka terapii 
zajęciowej w "ośrodek stałego pobytu". Nie - to będzie właśnie specyficzny 
przebieg terapii zajęciowej. 
Doroszewska ostrzega: ..stale zmiany uzależnień od różnych osób 
to stale zbyt trudne warunki dla układu nerwowego. dla jego 
zdrowia i równowagi psychicznej" (Doroszewska, s. 284). Nasze 
specjalne dzieci, pisze ona, znają aż nadto dobrze takie sytuacje nagłego 
nieraz wyrwania z domu, np. ze szpitala, nagłego poczucia się niczyimi, 
niepotrzebnymi i nie związanymi z żadnym utrwalonym systemem pojęć, 
zwyczajów, poglądów, zdane na siebie i tych, od których zależą tak mocno, 
jak mało które normalne dziecko jest zależne (Doroszewska, s. 284). 
Instytucje terapii, takie np. jak Warsztaty Terapii Zajęciowej winny przede 
wszystkim zapewnić bezpieczeństwo ze względu na trudne warunki adaptacji 
wewnątrzustrojowej i na to, że nadmierne zmiany, a czasem, w ogóle 
zmiany, powodują zachwianie poczucia bezpieczeństwa i wprowadzają 
niepełnosprawnego w tzw. zbyt trudną sytuację poprzez postawienie zbyt 
trudnych zadań jego układowi nerwowemu. 
Zmiany są potrzebne, ale wewnątrz bezpiecznej przestrzeni. 
Są ludzie niepełnosprawni, dla których proces terapii w Warsztacie 
Terapii Zajęciowej jest procesem ciągłym i trwałym. Wykazują oni rozwój, 
ale tylko dlatego. że mają stabilne. uporządkowane i bezpieczne 
środowisko. 
Cecha stałości jest tu niezwykle ważna. 
O ile zostanie utworzony następny etap. Zakłady Aktywizacji Zawodowej, 
to nikt nie będzie zatrzymywał w Warsztacie Terapij Zajęciowej tych, którzy 
aż się palą do odejścia do innej "bardziej społecznej formy". 


2 23 


--
>>>
Odr
bność 


Budowa terapii dla niepełnosprawnych to budowa terapii społeczeństwa. 
Według dochodzących sygnałów, których wyra
nym śladem jest zgło- 
szony na III Ogólnopolskim Sympozjum "SALMED" w Poznaniu dnia 19 
marca 1997 roku referat pt. "Aktywność zawodowa i społeczna młodzieży 
z ciężkim kalectwem" proponowana zmiana ma polegać na przesunięciu po 
3 latach tych, którzy odzyskali zdolność do pracy zarobkowej do mających 
powstać Zakładów Aktywizacji Zawodowej. Ci, którzy nie uzyskaliby takiej 
zdolności mieliby przejść pod opiekę Domów Kultury. 
Sądzić należy, że pomysł ten mógłby mieć pewne zastosowanie do osób 
uszkodzonych motorycznie. A przecież Warsztaty Terapii Zajęciowej obejmują 
też, a może w znacznej mierze osoby niepełnosprawne umysłowo w znacz- 
nym często stopniu i ze schorzeniami sprzężonymi. Osiągają oni niezwykłe 
często wyniki rozwoju twórczego, ale możliwe to jest tylko w środowi- 
sku bezpieczeństwa, które daje im Warsztat Terapii Zajęciowej. 
Czy to jest złe? Nie, na pewno nie. Przecież Warsztat Terapii Zajęciowej jest 
przeznaczony właśnie dla tych osób. 
Czy Domy Kultury są przygotowane do przyjęcia takiej liczby osób 
niepełnosprawnych umysłowo i motorycznie? Nie. Nie są przygotowane, 
gdyż praca z tymi lud
mi wymaga specjalnych predyspozycji. To są niezwykle 
wrażliwe osoby ludzkie, praca z którymi wymaga szczególnej wiedzy 
i umiejętności. 
Czy Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych jest 
przygotowany do wspomagania Domów Kultury w tej działalności? Sądzić 
należy, że też nie. Przykładem na to może być odmówienie finansowania 
kosztów dowozu osób niepełnosprawnych do Pracowni Rozwijania Twór- 
czości Osób Niepełnosprawnych przy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika 
w Toruniu, która to Pracownia pełni w środowisku rolę ośrodka przyj- 
mującego osoby, które nie zmieściły się w formule Warsztatu Terapii 
Zajęciowej. 
Przygotowywana formuła Zakładu Aktywizacji Zawodowej jest formułą 
piękną i właściwie poza tym, że działalność niepełnosprawnych uczestników 
nazywana tam jest pracą, niewiele różniącą się od formuły Warsztatu Terapii 
Zajęciowej. Można przypuszczać, że projektodawca zakładał, że inicjatywa 
organizacji tych Zakładów Aktywizacji Zawodowej wyjdzie od dużych 
zakładów pracy i zakładów pracy chronionej. Należałoby więc pójŚć w tym 
kierunku i ewentualne wyjście niektórych uczestników Warsztatu Terapii 
Zajęciowej do Zakładu Aktywizacji Zawodowej uzależnić od istnienia 
takich Zakładów. których jak na razie nie ma i niewiele wskazuje 
niestety (głównie z powodu braku zainteresowania zakładów pracy 
i braku bazy lokalowej). że rychło powstaną. 


224
>>>
Problemy willźllce si, z projektowanym; zmianami przepisów wykonawczych... 


Sądzić należy, że prace nad dalszym rozwojem formuły rehabilitacji osób 
niepełnosprawnych powinny iść w wielu kierunkach: 
1. dalszego rozwoju Warsztatów Terapii Zajęciowej jako formuły spraw- 
dzonej i niezwykle trafnej; 
2. utworzenia formuły Zakładu Aktywizacji Zawodowej nie jako for- 
muły obligatoryjnego etapu dla uczestników Warsztatu Terapii 
Zajęciowej, ale jako formy równoległej do WTZ, do której będą mogli 
trafiać niektórzy uczestnicy WTZ; 
3. wspierania istnienia Ośrodków terapii na zasadzie formuły Domów 
Kultury integracyjnych, mogących przyjmować też osoby o znacznej 
niepełnosprawności. 
Należałoby też w obieg takiej terapii wciągnąć Zakłady Pracy Chronionej 
i formułę tworzenia miejsc pracy dla niepełnosprawnych w pozostałych 
zakładach. 
Nade wszystko należałoby usprawnić działanie Państwowego Fun- 
duszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, którego działalność robi 
wrażenie rozdartej pomiędzy niejasne perspektywy rozwoju terapii Polsce. 
Skutkiem tego jest być może sytuacja, w której Warsztaty Terapii Zajęcio- 
wej w roku 1997 w czerwcu jeszcze nie miały zatwierdzonych preliminarzy 
działalności i działały na podstawie zaliczek. Niezwykle obciążające wydaje 
się też to, że wszystkie, najbardziej szczegółowe decyzje zapadają na 
szczeblu centralnym. 
Wprowadzenie systemu rotacji 48-miesięcznej oznaczać będzie obecnie 
po prostu zaprzepaszczenie skutków terapii osiągniętych na poziomie 
Warsztatów Terapii Zajęciowej, które nie staną się w takim przypadku 
środkami terapii o bardzo dużym znaczeniu merytorycznym, a zamienią się 
jedynie w kilkuletnie przedłużenie obowiązku szkolnego z nadal istniejącą 
przepaścią po nim. 
Prosimy więc, aby wziąć pod uwagę niezwykle bogatą polską wiedzę 
z zakresu pedagogiki specjalnej. W latach 1992/1993 podjęto wielkie dzieło 
odbudowy i budowy polskiego procesu terapii. To dzieło, którego budowa 
jest długotrwała i trzeba o tym pamiętać. Najpierw trzeba zbudować sieć, 
aby po niej się poruszać. Jak dotąd tej sieci nie ma. Proponowana rotacja nie 
będzie budową sieci, a przerwaniem zaczętego wielkiego dzieła. 


Toruń, 15 stycznia 1998 roku 


-
>>>
OdrfJbno
ć 


Do wiadomości: 


WPan Minister Pracy i Polityki Społecznej Longin Komołowski; 
WPani Marszałek Senatu RP prof. dr hab. Alicja Grześkowiak; 
WPan Marszałek Sejmu RP Maciej Płażyński; 
WPani Poseł na Sejm RP Anna Sobecka; 
WPan Poseł na Sejm RP Jacek Janiszewski; 
WPan Poseł na Sejm RP Jan Maria Rokita; 
WPan Poseł na Sejm RP Michał Wojtczak; 
WPan Poseł na Sejm RP Jan Wyrowiński.
>>>
PRAWDA
>>>
PRAWDA OSOBY NIEPEŁNOSPRAWNEJ 
- OGRANICZENIE, CZY WEZWANIE DO ROZWOJU 


III OGOLNOPOLSKI ZJAZD PEDAGOGICZNY W POZNANIU 
W DNIU 22 WRZEŚNIA 1998 ROKU. 


Pedagogika specjalna wydaje się być bardzo blisko problematyki kresu 
istnienia człowieka. Dlatego warto przyjrzeć się jej przedmiotom z perspek- 
tywy wiedzy, która zajmuje się samym istnieniem i samą istotą tego, co jest 
- bytu: z perspektywy ustaleń metafizycznych. 
Pytanie metafizyczne jest pytaniem o to, "czym coś jest i że jest" 
(Gogacz 28 , s. 5/1). Jest to identyfikacja bytu. 
Przedmiotem takiej identyfikacji, mówi filozof, są realne byty jednostkowe, 
ich własności i wsparte na własnościach relacje (G., s. 10/1). Metafizyka, 
mówi nam dalej filozof, ustala czym są realne byty jednostkowe, takie jak: 
człowiek, zwierzę, rośliny, czym są w człowieku własności, takie jak: 
realność, jedność, odrębność, prawda, dobro, intelekt, wola, rozciągłość, 
jakość, wymiary, czym są relacje, takie jak: miłość, wiara, nadzieja, poznanie, 
decyzja, uczucia, emocje, doznania zmysłowe (G., s. 10/3). I, co ważne, 
przedmiotem metafizyki może być tylko byt jednostkowy, odrębny i realny, 
którego analiza polega na rozpoznaniu stanowiących go archai, będących 
jego przyczynami wewnętrznymi. Od tych to przyczyn wewnętrznych bytu 
metafizyka rozpoczyna swoje badanie. "Skupiwszy uwagę przede wszystkim 
na własności odrębności, odkryje pierwsze zasady bytowania i pluralizmu 
bytów" (G., s. 21/6). 
To wskazanie na własność odrębności jest w istocie stwierdzeniem dość 
rewolucyjnym dla wielu potocznie myślących o pedagogice specjalnej. Oto 
mamy mówić o tymże odrębnym Pawle, Ani czy Gosi - ludziach w ich 


Referat wygłoszony i złożony, z przyczyn niezależnych od autora nie znalazł się 
w materiałach pokonferencyjnych. 
28 Mieczysław Gogacz, Ku etyce chronienia osób - wokół podstaw etyki, wyd. 
Pallottinum, Warszawa 1991. UWAGA: odtąd wszystkie odnośniki dotyczące tej 
pozycji będę oznaczał literą G. 


229
>>>
PrBwda 


prawie do odrębności i pluralizmu, a nie o trzech jednostkach oligofrenicz- 
nych, co do których być może stwierdzimy jakiś tam stopień uciążliwości dla 
społeczeństwa - jakiś tam szczebel w skali ilorazu inteligencji. Nie ma 
problemu tyflopedagogiki, mówi s. Elżbieta Więckowska z Lasek - jest 
problem niewidomego Jurka, Piotra... 
To stwierdzenie odrębności osób stawia przed nami niezwykły świat 
trudności. Dlatego, że te osoby są tak bardzo poranione, że normalna rutyna 
pielęgnacyjno-terapeutyczna tu zupełnie zawodzi. 
Uwaga Guy Vattiera, że oto mamy cieszyć się, gdy oni pozwolą nam 
sobie towarzyszyć w swoim życiu, tak bardzo okaleczonym, jest tu uwagą 
niezwykle cenną. Postulat wspólnego przeżycia ich życia staje się tu 
postulatem nieprzemyślanym i pełnym pychy (Vattier; Wojciechowski [11]). 
Byt jednostkowy nie jest drugim bytem, zawiera w sobie to, co go 
stanowi, ta zawartość jest realna i nie jest częścią procesu (G., s. 22/4). 
Identyfikujemy byt od strony jego bytowania, a nie z pozycji przyczyn 
zewnętrznych, takich jak inny byt, cel lub poznanie (G., s. 23/1). 
W procesie rozumienia wskazujemy na treści stanowiące tylko ten byt, na 
te, które go stanowiąc właśnie w nim dominują i na te, które są do nich 
podobne w innych bytach. Ujmujemy w ten sposób przyczynę odrębności 
bytu jednostkowego, skutek zidentyfikowania archai, stanowiących ten byt 
(G., s. 23/3). 
To musi być początkiem pracy z osobą niepełnosprawną - proces 
rozumienia odrębnej, tej oto osoby niepełnosprawnej - rozpoznanie treści 
stanowiących tylko tę osobę i tych, które są podobne w innych bytach. 
To poszukiwanie podobieństwa treści do treści innych bytów jest 
wskazaniem drogi rozumienia tej oto osoby niepełnosprawnej w relacji do 
mnie samego. Szukam i rozpoznaję to, co jest podobne do treści, które są we 
mnie, ale nie zastępuję treści osoby niepełnosprawnej treścią mojej osoby, 
czy też treści mojej osoby treścią osoby niepełnosprawnej. Nie. Po prostu 
odnajduję w tej oto osobie niepełnosprawnej mojego bliźniego. 
Jacques Maritain pokazuje, że nie sposób poznać całkowicie podmioto- 
wości drugiej osoby wskutek sposobu naszego poznawania. Jedynie miłość, 
mówi on, może zbliżyć nas najbardziej do tego poznania. Ale nie jest 
grzechem poznanie przedmiotowe, gdyż tylko to nam jest dostępne (Maritain 
[4]; Wojciechowski [22]).1 właśnie w tym procesie poznania przedmiotowe- 
go możemy rozpoznać treści, które "stanowią tylko ten poznawany byt, oraz 
te, które są w nim podobne do tych w innych bytach", w tym także we mnie. 
Filozof postuluje rozpoczęcie analizy metafizycznej od "transcendentalnej 
własności odrębności i od wyrażającej tę odrębność zasady niesprzeczności" 
(G., s. 24/5). 


230
>>>
PrBwda osoby niepelnospIBwnej - oglBniczenie, czy wezwanie do rozwoju 


Filozof podkreśla wagę relacji poznawania w naszym życiu (G., s. 44/4). 
Realistyczna teoria poznania odnosi relację poznania do jej podmiotu 
- poznawanego przedmiotu (G., s. 10/4). Oznacza to dla nas, że poznając 
osobę niepełnosprawną przyjmujemy od niej to, co ona nam podaje. 
Kresem tego poznania są właściwości naszego intelektu i naszych 
zmysłów (G., s. 10/4/5). W naszej strukturze psychicznej powstają sądy 
subiektywne o poddającej się naszemu poznaniu osobie niepełnosprawnej, 
ograniczone naszym intelektem i sprawnością naszych zmysłów (por. 
Bocheński [2]; Maritain [1]). 
Teraz wszakże musimy jakby odwrócić obraz. 
Stoimy oto wobec osoby niepełnosprawnej. Jeżeli określiliśmy ją jako 
osobę, to przyznaliśmy jej prawo do intelektu. I ta oto osoba niepełnosprawna 
poznaje nas. My stajemy się podmiotem jej poznania. Poznaje nas o tyle, 
o ile my podamy się jej do poznania i o tyle, o ile pozwoli jej na to kres jej 
poznania, którym jest jej intelekt i sprawność jej zmysłów. Ale stoi ona też 
wobec granicy poznania, którą jest nasza podmiotowość. Oznacza to, że nie 
jest ona w stanie dotrzeć do naszego ja, które zresztą i dla nas samych nie 
jest w pełni jasne (Maritain [4]). Co więcej, na kształt stanu rzeczy przez nią 
poznawanego, wpływa zakres symbolu, który ona w swoim intelekcie 
buduje w procesie poznania (Dubos za Doroszewską). Na kształt tego 
poznania składa się jej historia (jej doświadczenie), kontekst poznania 
i wiele innych warunków nieuchwytnych. To samo, oczywiście odnosi się 
i do nas, jako osób poznających. 
Tak oto, stoją wobec siebie dwie osoby ze swoją historią - doświad- 
czeniem, ograniczeniami swoich intelektów i swoich zmysłów, poranione, 
doda Jean Vanier (Vanier [4], [5]). I to, co ma stać się początkiem procesu 
terapeutycznego, jest oto między nimi. Jean Vanier wspomni, że zazwyczaj 
nakładamy wówczas na twarz maski lub obudowujemy swoją i tej drugiej 
osoby wrażliwość murami (Vanier [5]). Możemy więc zapytać się, czy nasze 
pretensje do osób niepełnosprawnych nie polegają na tym, że oni nie 
nałożyli maski, nie zbudowali muru. 
W procesie poznania nabywamy wiedzę o poznawanym stanie rzeczy 
(G., s. 10/8; Bocheński [2]). Wiedza, mówi filozof, może być wyliczeniem 
poznawanych "części" bytu, ujęciem jego podobieństw i różnic, a przede 
wszystkim, rozumieniem (G., s. 10/8). Jest to wiedza o bytach po- 
znawanych, ale także o podmiotowanych przez te byty własnościach 
i relacjach (G., s. 11/1). 
Realistyczna teoria poznania mówi nam, że oprócz koniecznych elemen- 
tów istoty, poznajemy jej realność, która jest przejawem istnienia (G., 
s. 11-12). Intelekt ujmuje pryncypia (esse etessentia) oraz transcendentalia 


231
>>>
Prswda 


(realność, jedność, odrębność, dobro, piękno, prawdę). Wynikiem jest 
rozumienie (G., s. 15/5). 
Zakładając osobowość, a więc intelektualność osoby niepełnosprawnej, 
powinniśmy stwierdzić, że ona ujmuje istotę i istnienie (esse et essentia) 
poznawanej rzeczywistości, a także transcendentalia, a więc realność, 
jedność, odrębność, dobro, piękno i prawdę i oparte na nich relacje 
osobowe - wiary, nadziei i miłości (por. Wojciechowski [20]). To 
stwierdzenie jest postulatem dalekiej perspektywy terapii (używam słowa 
terapia ze względu na jego piękny źródłosłów - opieka, oddawanie CZCI) 
(por. Wojciechowski [17], [18]). Dr Tomkiewicz wskazuje na głęboką 
depresję, a właściwie, jak woli, poczucie nieszczęścia osób niepełnospraw- 
nych umysłowo, spowodowane tym (a może nie pomyśleliśmy o tym), iż oni 
ROZUMIEJĄ otaczającą ich rzeczywistość (Tomkiewicz). Rozumieją w zna- 
czeniu rozumienia dramatu i bólu. Może nie potrafią zrozumieć przyczyn, ale 
rozumieją niesprawiedliwości. Rozumieją ból wynikający z odrzucenia, ze 
ściany milczenia, która ich otacza. Rozumieją głęboką niesprawiedliwość: 
znamy przypadek niemożności nawiązania kontaktu uczuciowego z matką 
będący źródłem bardzo głębokiej depresji. Rozumieją ból wynikający 
z niezaspokojenia potrzeb "nie koniecznych" - inaczej nazywamy je 
przyjemnościami. I to rozumienie jest wynikiem głębokiego poczucia 
nieszczęścia, o którym mówi dr Tomkiewicz. Rozumieją wypowiadane w ich 
obecności wyroki diagnostyczne - "nigdy nie będzie mógł zdobyć zawodu, 
nigdy nie założy rodziny" itp. 
Filozof identyfikuje rozumienie z mową serca. Słowem tej mowy, pisze, 
czyli rozumieniem, jest ujęcie i umiłowanie jedności pryncypiów: istoty 
i istnienia (G., s. 15/6). Ta mowa serca, czytamy u M. Gogacza, jest 
podstawą mowy wewnętrznej wzbogaconej pojęciami rodzajowymi i gatun- 
kowymi. Do wszystkich tych pojęć potrzebne są zewnętrzne i wewnętrzne 
władze poznawcze zmysłowe, głównie ważna wŚród nich vis cogitativa 
(zmysł konkretnego osądu). Tę wewnętrzną mowę wyrażamy w mowie 
zewnętrznej, która polega na znalezieniu dla mowy wewnętrznej wyrażeń 
branych z określonej kultury i czytelnych w tej kulturze (G., s. 16/1). 
Spróbujmy przeprowadzić pewną redukcję: ilu z nas otrzymało jakiś dar 
od osoby niepełnosprawnej? Ilu z nas usłyszało: "czy Pan mnie kocha?", 
"czy jestem dobry1".lIu z nas poczuło na szyi uścisk osoby niepełnosprawnej, 
ilu z nas ujrzało skierowany do siebie uśmiech? A może niektórzy otrzymali 
specjalnie namalowany dla nich obraz? Oto wyrazy tej mowy serca. Dziecko 
autystyczne nagle bez powodu podbiega i tuli się. 
M iara naszej bezradności i rozpaczy. Nagle spostrzegamy, że mówimy 
innym językiem. Nie rozumiemy się. Otóż to powinno być początkiem 


232
>>>
Prawda osoby niepelnosprawnej - ograniczenie, czy wez wa nie do ro zwoju 


naszych badań. Pytanie, czy to, co podaję osobie niepełnosprawnej jest 
wyrazem umiłowania jej wewnątrz mojego serca, czy też zirytowania 
i zniecierpliwienia - czy może zrozumieliśmy ją jako przeszkodę naszego 
porządku? Jeśli tak, to mowa zewnętrzna, którą osoba niepełnosprawna 
z nas odczytuje, jest wyrazem tego zirytowania i zniecierpliwienia. 
To spotkanie dwu poznających się bytów jest dynamiczne. Byty te są 
autorami poznania i wiedzy (G., s. 4417). Rozumienie, pisze Mieczysław 
Gogacz, jest umiłowaniem jedności istnienia i istoty bytu niezależnego, 
stworzonego przez Boga (G., s. 14/3). 
Analiza, czytamy, przypadłości fizycznych da w wyniku tylko nauki 
szczegółowe (G., s. 18/1). Analiza zaś własności transcendentalnych, takich 
jak: jedność, odrębność, realność, piękno, dobro i prawda, doprowadzi nas 
do metafizyki, czyli identyfikacji bytu (G., s. 18/3). Byt jednostkowy jest 
odrębny, wewnętrznie ukonstytuowany z tego, czym jest, jest realny 
i niepowtarzalny. Taki jest każdy byt, pisze Mieczysław Gogacz, ujmowany 
przez nas w naszym poznaniu, taki jest więc także człowiek (G., s. 18/6). 
Pytając więc o prawdę człowieka niepełnosprawnego, musimy właśnie 
to stwierdzić. 
Człowiek jest realny, osobowy, niepowtarzalny (G., s. 1817). Człowiek 
jest istnieniem i istotą. W tej istocie (człowieka) akt istnienia zaktualizował 
formę i materię pod wpływem zewnętrznych wobec człowieka przyczyn 
celowych. Posiadanie formy, którą jednostkuje sfera intelektualna będąca 
możnością i posiadanie materii, czynią człowieka człowiekiem (G., s. 19/2). 
Samowystarczalna osobność, aktualizowana przez akt istnienia, wyrażająca 
się zarazem w intelektualności, czyni człowieka osobą (G., s. 19/3). 
Mówiąc: osoba niepełnosprawna, właśnie to stwierdziliśmy - osobność 
i intelektualność. To odtąd musi stać się fundamentem naszych rozważań 
o niepełnosprawnym. 
Każda osoba przejawia swoje istnienie w wymienionych już tu własnoś- 
ciach transcendentalnych - odrębności, realności, jedności, prawdzie, 
pięknie, dobru. Gdy w trwaniu wspiera te własności działanie intelektu, to 
stają się one podmiotami relacji osobowych: miłości, wiary i nadziei. Relacje 
te, pisze filozof, gdy wiążą osoby ludzkie, sytuują je w humanizmie, gdy 
wiążą ludzi z Bogiem, sytuują człowieka w religii (G., s. 19/5). 
Identyfikujemy człowieka jako człowieka, odkrywając w samodzielnym 
bycie rozumienia, które ujawniają intelekt (G., s. 19/6). Mieczysław Gogacz 
uściśla jeszcze bardziej: 


Stwierdzenie o danym bycie, że ukazuje rozumienie, że posiada intelekt, że 
ujmuje pryncypia i transcendentalia zarazem je posiadając jako swe osobowe 
wyposażenie, urealnione przez współstanowiący go razem z istotą akt istnienia, 


233
>>>
Pr8wd8 


stwierdzenie też, że ten byt zarazem kocha, wierzy i oczekuje trwania w miłości 
i wierze, że wiąże się z ludźmi w humanizmie, a z Bogiem w religii, jest 
teoriopoznawczym i metafizycznym zidentyfikowaniem człowieka jako człowieka 
i jako osoby. (G., s. 19/9) 


No tak, zapyta ktoś, a co począć z "osobami o nieznanych czynnościach 
mózgu" z "potworkiem"? (Kielanowski). Jest on osobą - człowiekiem, 
którego intelekt opiera się na specyficzn ie uszkodzonych własnościach 
fizycznych, ale który jest przygotowany do uczestniczenia w relacjach wiary, 
nadziei i miłości, więcej, on w nich uczestniczy, jest więc w pełni człowiekiem 
"wiążącym się z ludźmi w humanizmie, a z Bogiem w religii". Czytamy 
u Jacques'a Maritaina: 
intuicja poetycka może niekiedy pojawić się z uderzającą jasnością nawet 
w poemacie, któremu brak nieskazitelności; i takie rozproszone okruchy, 
przezroczyste dla promieni bytu, mogą wystarczyć dla ukazania czystej istoty 
poezji. Nie ma bowiem nic cenniejszego, jak zdobycz w bezmiarze poezji, 
choćby stanowiła ją jedna jedyna linijka: L 'espoir luit comme un brin de pail/e 
dans /'etable... (Nadzieja I
ni jak słomy idziebe/ko w stodole...) - Verlaine. 
(Maritain [1]; Wojciechowski [5]) 


. 


Prawda, o którą pytamy, ma związek z intelektem (Krąpiec, s. 132/1 )29. 
Wszystko, "co jest bytem - rzeczą - jednością - odrębnością, jest zarazem 
w koniecznej relacji do intelektu" - czytamy u Mieczysława Krąpca (K., 
s. 132/2). Podstawę racjonalnego poznania w ogóle stanowią zasady 
tożsamości i niesprzeczności (K., s. 132/5). 
Człowiek poznając nie tworzy rzeczywistości - mówi realistyczna teoria 
poznania (K., s. 133/6). Poznajemy byty rzeczywiste. Poznając osobę 
niepełnosprawną - poznajemy aspekty jej rzeczywistego istnienia. To 
pozornie bardzo trywialne stwierdzenie - jednak niezwykle trudne w rzeczy- 
wistości. Ujrzeć rzeczywiście to, co jest i takie jakie jest. Upraszczamy 
zazwyczaj, bo tak nam wygodniej (por. Kępiński [2], s. 199-200). Zbyt 
prędko zmierzamy do "podmiany" naszych doznań na doznania osoby 
niepełnosprawnej. A powinniśmy stanąć w postawie pytającej: czego 
jeszcze nie wiem o tej osobie? Co jeszcze muszę zrozumieć? 
"Prawa bytu są prawami myślenia" - pisze Krąpiec. Tak więc "byt sam 
w sobie jest racjonalny" (K., s. 132-133). Wszystko, co poznajemy o bycie 
"jest w nim jakąś realną treścią lub jest od niej w jakiś sposób pochodne" 
(K., s. 133/1). Wszystko, co jakoś się w naszej myśli "przy okazji" 


29 Odtąd wszystkie odniesienia do tej pozycji będę oznaczał literą K. 


234
>>>
PrBwda osoby niepelnosprBwnej - ogrBniczenie, czy wezwanie do rozwoju 


poznawanego bytu dzieje, jest z nim związane jako z podmiotem naszego 
myślenia. Byt łączą z nami prawa myśli. 
Racjonalność bytu potwierdza nauka i jej rozwój, zwraca uwagę filozof 
(K., s. 133/3). Zastanówmy się nad tym, jak wielka jest nauka o osobie 
niepełnosprawnej. Jakie bogactwo racjonalności bytu niepełnosprawnego 
w niej odnajdujemy? Jakie bogactwo relacji myślowych, znaków mowy 
serca, o której mówi Mieczysław Gogacz, tam znajdujemy? Oto wynik 
uważnego spotkania się dwu co najmniej osób - osoby niepełnosprawnej 
i uważnego badacza, który łączy się z nią w procesie poznania. 
Trzeba zwracać uwagę na to, aby to nie była mowa jednostronna. Jak 
bardzo potrzeba nam tego, co ONI o nas mówią, co ONI o nas myślą. Prace 
pedagogów specjalnych ukazują nam dość dużo z tej mowy drugiej strony. 
Doceńmy to: uznajmy to za wejście w człowieczeństwo - pełne człowieczeń- 
stwo naszych bliźnich, którzy oto wobec nas stoją. Prace Haliny Olechnowicz, 
Marii Kościeiskiej, Marii Chodkowskiej i wielu innych wprowadzają nas 
w ten świat. Bardzo ciekawe obserwacje przeprowadza w Toruniu Beata 
Borowska- Beszta. Gdyż to jest spotkanie. Często z natury swojej to spotkanie 
jest odniesieniem do trzeciego uczestnika - do Boga. Odnajdujemy to 
u Jeana Vanier, u Matki Teresy z Kalkuty i u Wandy Szuman. 
Prawa bytu, poznawane mniej lub bardziej dostatecznie, stają się z chwilą 
przyjęcia ich w odpowiednim kontekście przez myśl, czytamy u Mieczysława 
Krąpca, prawami naukowymi (K., s. 133/4). 
Nie sposób wszakże zapomnieć, że kresem poznania jest nasz intelekt 
i nasze zmysły - nasze doświadczenie, nasza historia i nasza wrażliwość. 
O tym samym bycie można powiedzieć: złożone uszkodzenie zmysłów 
i centralnego układu nerwowego - obraz ciężaru i kosztów społecznych, 
albo też - złożone uszkodzenie zmysłów i centralnego układu nerwowego 
- obraz wezwania do zrozumienia, miłości i współpracy. 
Każdy byt ma swoją rację bytu. Rację bytu można ująć negatywnie, mówi 
filozof: racją bytu jest to, bez czego dany byt nie jest tym, czym jest (K., 
s. 134/2). 
Bez czego osoba niepełnosprawna nie jest tym, czym jest? 
Tu trzeba sprawę postawić niezwykle ostro: osoba niepełnosprawna nie 
jest tym, czym jest bez jej wymiaru osobowego, a więc odrębności 
i intelektualności. Oznaczać to będzie, że osoba niepełnosprawna jest 
związana z cierpieniem, które wynika z rozumienia przez nią otaczającej 
rzeczywistości, ale także z miłością, która wynika z rozumienia otaczającej ją 
rzeczywistości. To stawia wymagania charakterowi naszych wzajemnych 
relacji. Bardzo wyraźnie postuluje to Jean Vanier, Matka Teresa z Kalkuty 
i Wanda Szuman - musimy odkrywać wzajemne piękno. 


235
>>>
Prswdll 


Stwierdzenie osobowości osoby niepełnosprawnej, a więc jej człowie- 
czeństwa, musi być ostateczne i pojęte jako zasada konstytutywna tej osoby. 
"Ten sam byt nie może być zarazem tym, co nim jest i nim nie jest" - to 
przypomnienie Mieczysława Krąpca (K., s. 134-135) jest tu bardzo ważne. 
"Ten sam byt nie może być zarazem (w tym samym czasie) zdeterminowany 
różnorodnie, gdyż być zarazem zdeterminowanym różnorodnie, znaczy 
zarazem być i nie być tym, czym się jest" (K., s. 135/1). 
M usimy przyjąć taki kierunek myślenia: niepełnosprawność jest włas- 
nością bytów ludzkich w różnym stopniu, ale jest. Jean Vanier wymienia tu 
dwa kresy tej niepełnosprawności powszechnej: narodziny i śmierć. Jeś- 
libyśmy chcieli ująć niepełnosprawność jako zasadę konstytutywną osoby 
ludzkiej, to musielibyśmy ją przyjąć jako zasadę powszechną. W tym kierunki 
zmierza myśl Jeana Vanier (Vanier [4], [5]). 
Metafizyka w odniesieniu do bytów ludzkich podkreśla, że zasadą 
konstytutywną człowieka jest jego odrębność i intelektualność. Można by 
zastanowić się, czy można określić człowieka jako osobę koniecznie 
niepełnosprawną, odrębną i intelektualną. 
Czy bez niepełnosprawności człowiek byłby tym, kim jest? Sądzę, że 
prawdziwe będzie stwierdzenie: Nie, nie byłby tym kim jest - zależnym od 
innych, bezradnym w chwili narodzin, o zanikających gwałtownie, lub 
stopniowo, ale bezwzględnie, funkcjach cielesnych i intelektualnych aż do 
bezwzględnej śmierci. 
Swiat ludzki jest jakby nachylony ku niepełnosprawności. I to jest 
składową jego racji bytu. Jeśli temu zaprzeczymy - to stwierdzimy fałsz. 
Filozof odnosi rację bytu do przyczyn (K., s. 135/4). Klasyczne przyczyny, 
to: formalna, materialna, sprawcza i celowa (K., s. 136/1). W porządku 
przyczynowości celowej widzimy cel i środki doń wiodące. Podstawą 
zrozumienia bytowości środków jest ich cel (K., s. 136/2). 
W porządku przyczynowania sprawczego wyróżniamy skutek i przyczynę 
(K., s. 136/3). Jeśli istnienia bytu nie możemy uzasadnić w nim samym, 
w jego treści, to ma ono rację bytu poza sobą. Ponieważ to, co zaistniało, nie 
dało samo sobie istnienia, to jedynie niesprzeczną racją istnienia bytu 
zmiennozłożonego jest byt mający istnienie sam z siebie. Taki byt metafizyka 
odkrywa w Bogu - Istnieniu, Absolucie (K., s. 136/5). 
W porządku przyczynowości materialnej wyróżniamy właściwości i pod- 
miot. Właściwości przypadłości owe nie mają racji bytu same w sobie, gdyż 
nie są zdolne do samodzielnego istnienia (K., s. 136/6). 
Jak poprzednio zauważyliśmy, że niepełnosprawność zawarta jest 
w istocie człowieka, tak różne kształty tej niepełnosprawności możemy 
uznać za właściwości przypadłości owe. 


236
>>>
Prawda osoby niepelnosprawnej - ograniczenie, czy wezwanie do rozwoju 


W porządku przyczynowania formalnego wyróżniamy czynniki formal- 
ne wewnętrzne i zewnętrzne (K., s. 136/7). Przyczynowość formalna 
zewnętrzna nosi nazwę przyczynowania wzorczego. Racją bytu tu odnaj- 
dywaną jest idea. Byty - wytwory rację takiego oto swego bytu posiada- 
ją w intelekcie konstruującym samą ideę, a przez nią tworzącym dzieło 
(K., s. 136/8). 
W odniesieniu do osób - ludzi ideę ich racji bytu znajdujemy u Boga 
- Absolutu. Stwierdzenie to odnosi pytanie o zasadność pedagogiki 
specjalnej do uczestnictwa w zamiarze Boga. "Ani on nie zgrzeszył, ani 
rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba 
nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, 
kiedy nikt nie będzie mógł działać" (J 9. 3,4). Kończy studia pedagogiki 
specjalnej człowiek od urodzenia pozbawiony władzy w nogach, urodzony 
z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem, oraz brakiem władzy w jednej 
ręce. Jest ogromne prawdopodobieństwo, że człowiek ten obecnie, wobec 
obecnego stanu prawnego w ogóle by się nie narodził. Jest on chłonnym 
wiedzy młodym człowiekiem, kochającym, odczuwającym gniew i głód 
intelektualny, otoczony miłością matki i uznaniem swoich nauczycieli. 
Przyczynowość formalna wewnętrzna odnosi się do formy, która od 
wewnątrz organizuje treść rzeczy i dzięki niej, jako wewnętrznemu czynnikowi 
organizującemu, dana rzecz jest właśnie tym, czym jest (K., s. 136/9). 
Zasada racji bytu ukazuje racjonalność bytu. Wszystko, co jest realne, jest 
zarazem realnie bytowo uzasadnione i oddzielone od niebytu, mówi filozof 
(K., s. 137/1). Racjonalność wszelkiego wyjaśniania sprowadza się do 
ukazania właściwego bytu, stanowiącego rację (realną, bytową) niesamoz- 
rozumiałych stanów rzeczy (K., s. 137/2). W codziennym doświadczeniu 
dane są nam byty zmienne, dynamiczne i przygodne. Szukamy bytu, który 
uniesprzeczniałby ich istnienie. Jeżeli nie potrafimy wyjaśnić istnienia 
bytów przygodnych (a sami nimi jesteśmy) i uzasadnić ich istnienia w nich 
samych, to musimy przyjąć jakąś inną realną rację istnienia tych bytów 
przygodnych. Racja ta jest takim bytem, w którym sam akt istnienia jest 
czynnikiem konstytuującym byt. Jest tylko jeden i zarazem konieczny taki 
wypadek bytowy) - Absolut (K., s. 137/3). Tak więc w metafizyce byt 
absolutny jawi się jako realna racja bytów przygodnych zarówno w aspekcie 
wyjaśniania faktu bycia, jak i ostatecznego motywu działania, czyli celu, jak 
też inteligibilności treści, która jest ideą jako wytwór intelektu (K., s. 137/4). 
Problematyka bytu przygodnego i Absolutu - mówi Filozof - stanowi 
dwa krańce tej samej "osi bytu': na której jest osadzony cały wehikuł 
intelektualnego poznania, tudzież ostatecznego rozumienia rzeczywistości 
(K., s. 137/5). 


II 


237
>>>
PrBwdB 


o prawdzie można mówić w dwojakim znaczeniu: 
1) jako o prawdzie naszego poznania; 
2) jako o prawdzie samej rzeczy. 
Obie są aspektami prawdy transcendentalnej (K., s. 138/1). 
Mieczysław Krąpiec przytacza jako klasyczną definicję prawdy sfor- 
mułowaną przez Izaaka ben Salomona, lekarza i filozofa żydowskiego, 
żyjącego w Egipcie między 815 a 940 rokiem: "Prawda jest uzgodnieniem 
intelektualnego poznania i rzeczy" (K., s. 138/3). 
Prawda osoby niepełnosprawnej ma więc być uzgodnieniem intelektual- 
nego poznania tej osoby i niej samej w jej istocie i jej istnieniu. 
Intelektualne poznanie osoby niepełnosprawnej jest już bardzo znaczne. 
Wiemy o tym patrząc na bibliotekę korpusu pedagogiki specjalnej. Pozostaje 
nam pytanie o uzgodnienie tego poznania z samą osobą niepełnosprawną. 
Idzie nam o to, aby to poznanie intelektualne odniosło się rzeczywiście do 
osoby niepełnosprawnej w jej istocie i jej istnieniu. 
W jednym z niezwykle profesjonalnych i bogatych zagranicznych 
ośrodków dla osób niepełnosprawnych, obejmującym swoją opieką osoby 
o skrajnie ciężkim upośledzeniu (bez części zmysłów, brakami części 
układów wewnętrznych itp.), a także osoby lżej upośledzone, oprowadzała 
mnie psycholog tam pracująca. W każdym jej słowie i geście skierowanym 
do pacjentów tego ośrodka wyczuwało się ogromną wiedzę i znajomość 
postępowania. Dotknięciem dłoni wywoływała uśmiech na twarzy dziecka 
bez oczu i uszu. Po wyjściu zadała mi pytanie: "Po co oni żyją?" Wyraziła 
aprobatę dla procedur ortotanazji (zaniechania leczenia) zalecanych tam na 
wniosek rodziców w przypadku kryzysu chorobowego i zwróciła moją 
uwagę na projekt pozbawiania życia, przez odmowę opieki, noworodków 
niepełnosprawnych. Przypuszczać można, że właśnie tu stanęliśmy wobec 
problemu uzgodnienia intelektualnego poznania i samej osoby niepełno- 
sprawnej. 
Takie uzgodnienie, czyli prawdę, wyraziła krótko Maria Grzegorzewska: 
"Nie ma kaleki, jest człowiek". Czynnie wyraziła to Wanda Szuman na widok 
chłopca, który stracił ręce w wypadku: "ależ on może malować trzymając 
pędzel w ustachl" Malować, a więc żyć społecznie - to wyraziła Wanda 
Szuman w swoim okrzyku. 
Jeżeli mówimy o prawdzie, to pojawia się problem prawdziwości, czy też 
prawdomówności. Prawdziwość związana jest z podwójną zgodnością 
myśli (która jest tu znakiem formalnym) ze stanem rzeczy i znaku umownego 
(mowy, pisma) ze stanem myśli (K., s. 138/5). 
Obyśmy myśleli to, co jest rzeczywiście - a to nierLadko jest bardzo trudne 
i abyśmy potrafili precyzyjnie wyrazić to, co myślimy (por. Bocheński [2]). 


238 


.. 


-
>>>
PrBwdB osoby niepelnosprBwnej - ograniczenie, czy wezwanie do rozwoju 


Obok prawdy epistemicznej mamy prawdę ontyczną, która polegałaby na 
zgodności samej rzeczywistości z poznaniem, a ogólniej z intelektem (K., 
s. 139/1). 
Filozof wyraża prawdę ontyczną w postaci następujących zdań: 
1) każdy byt jako byt jest poznawany przez Absolut, jeśli rzeczywistość 
jest złożona, pluralistyczna i obowiązuje w niej zasada niesprzeczności; 
2) każdy byt jest zgodny z umysłem Absolutu, jeśli jest całkowicie 
pochodny od tego właśnie Absolutu; 
3) każdy byt jako byt jest poznawalny przez intelekt ludzki, jeśli bytowość 
wyraża się w zasadzie tożsamości i niesprzeczności; 
4) każdy byt jako byt jest poznawalny przez intelekt ludzki - w granicach 
jego możliwości - jeśli przedmiotem ludzkiego intelektu jest właśnie byt; 
5) każdy byt pochodny od intelektu ludzkiego jest z nim związany 
w tym, co go konstytuuje jako intelektualnie pochodny (K., s. 139/4). 
Ontologiczna prawda wyraża przyporządkowanie bytu do intelektu, od 
którego dana rzecz jest zależna (K., s. 139/140). W grę mogą wchodzić 
tylko dwa typy intelektów, od których byty są pochodne: ludzki i Ab- 
solutu (K., s. 140/1). Wszystkie twory kultury noszą na sobie piętno 
pochodzenia od ludzkiego intelektu i są zależne od niego (K., s. 140/2). 
Nasze relacje z osobami, w tym z niepełnosprawnymi, wyrażana jako 
pedagogika specjalna, pochodzą od ludzkiego intelektu i zależą od niego. 
Sądzę, że w ogromnej mierze (wyłączam tu te głosy - które jednak nie 
powinny mieć nic wspólnego z pedagogiką specjalną, a które mówią 
o słuszności i potrzebie eliminacji niepełnosprawnych) może ona być 
chlubą ludzkiego intelektu. Gdyby tak została zrozumiana, to byłaby 
niezmiernie ważnym spojrzeniem na człowieka w ogóle, gdyż, jak to 
pokazałem, człowieczeństwo z samej swojej natury jest niepełnosprawne. 
Gdy ucieka od tej prawdy, to paradoksalnie jeszcze bardziej staje się 
niepełnosprawne. 
Jeśliby pedagogika specjalna nie przyjęła tego, że słabość ludzka jest 
wartością konstytutywną bytu ludzkiego, to mielibyśmy do czynienia 
z fałszem (por. K., s. 140/5). 
Sam byt jest racjonalny (inteligibilny), mówi filozof (K., s. 14017). Każdy 
byt nosi nadto cechę odrębności, czyli istnieje pluralizm bytowy. Czy racja 
inteligibilności (racjonalności) bytu tkwi w samym bycie, czy też sięga poza 
konkretnie dostrzegany byt? - pyta filozof (K., s. 140/141). Istnienie bytu 
nie pochodzi od jego treści, jest elementem ułomnym, utracalnym. Musi 
więc ono pochodzić od jakiegoś innego bytu, który jest istnieniem, czyli od 
Absolutu, który przez to samo jest intelektem, skoro byt od niego pochodny 
jest racjonalny (inteligibilny) (K., s. 141/5). 


239
>>>
Prawda 


"Absolut, który jawi się jako źródło wszystkich bytów przygodnych, 
mnogich, a tym samym i złożonych, jest w sobie najbardziej inteligibilny", 
pisze Mieczysław Krąpiec (K., s. 142/1). Absolut zawsze pojawia się 
w myśleniu filozoficznym jako ostateczna racja poznawanego bytu, chociaż 
nie zawsze pojawia się w postaci religijnego Boga (K., s. 142/3). 
Przyporządkowanie bytu do intelektu, od którego pochodzi, jest koniecz- 
ne, a bytowość nie może pozbyć się relacji koniecznej, bez równoczesnej 
zatraty swej bytowości. Formalne zatem ujęcie prawdy bytowej, pisze 
filozof, zawiera w sobie poznawcze zaakceptowanie samej relacji bytu do 
intelektu, jako do źródła i miary swej bytowości. O tyle bowiem byt jest 
prawdziwy - czytamy - o ile znajduje się w koniecznościowej, konstytu- 
ującej daną bytowość, relacji do intelektu (K., s. 143/1). 
"Zgodność bytu i intelektu jest relacją realną, konieczną całej bytowości 
(we wszystkich jej czynnikach) do intelektu, od którego pochodzi (w takiej 
mierze, w jakiej od danego intelektu jest pochodna)" (K., s. 143/4). 
"Prawda bytu, to bytowość, o ile jest przyporządkowana do intelektu" (K., 
s. 143/6). Samą prawdziwością bytu jest konieczna relacja do intelektu 
twórcy (K., s. 14317). W stosunku do intelektu absolutnego nie można 
mówić o fałszu, jeśli intelekt ten jest Absolutem (K., s. 144/2). 
Tak więc byt niepełnosprawny jest racjonalny (zdolny do pojęcia 
rozumowego, zależny od intelektu twórcy, czyli Absolutu - Boga). Jest 
znakiem jakiejś prawdy absolutnej - Boskiej - a więc znakiem jakiejś 
Boskiej prawdy o człowieku. 
U źródła Boskiej miłości do człowieka odnajdujemy wolność daną 
człowiekowi raz na zawsze. Teraz odnajdujemy też słabość tego człowieka 
jako jego prawdę ontyczną. Prawdę konieczną. 


* 


Byt jest przyporządkowany woli - pożądaniu (K., s. 145/1). Dobro jest 
więc relacją bytu do porządku pożądawczego (K., s. 145/2). Filozof krótko 
stwierdza: byt jest dobrem (K., s. 145/4). Relacja pożądania stanowi 
konieczne następstwo związania i przyporządkowania bytu intelektowi (K., 
s.145/6). 
Pochodność od intelektu jest uwikłana w "swoistą dążność zwaną też 
pożądaniem rozumnym" (K., s. 145/6). 
Rzeczywistość jest dynamiczna (K., s. 14517). Następstwem każdej 
formy organizującej byt od wewnątrz jest jakaś inklinacja i dążność (poprzez 
działanie) "do przedmiotu działania, w jakiejś mierze współmiernego 
z działającym bytem". Filozof nazywa tę inklinację kosmiczną mi/ością bytu 
(K., s. 145/8). 


240 


...... 



 
.-.
>>>
P,IIWdll osoby n;epełnosplllwnej - oglllniczenifł, czy wezwllnie do rozwoju 


Byt doskonali siebie poprzez działanie (K., s. 145/9). Działanie jest 
"przedłużeniem istnienia" (K., s. 145/11). Następstwem każdej formy, 
będącej czynnikiem organizującym byt w aspekcie istotowym, jest pewna 
dążność "która odsłania pożądanie doskonałości współmiernej bytowi" (K., 
s. 145/12). 
Są formy "wrodzone", wtedy i "pożądania" z nich wypływające są 
również "wrodzone". Takim pożądaniem wrodzonym jest dążność do 
zachowania własnego istnienia (K., s. 146/2). 
U człowieka w formie organizującej byt zawiera się możność materialna 
i możność duchowa. Do możności duchowej przynależą następujące 
własności kategorialne: intelekt, wola, doznawanie i działanie. Do możności 
materialnej przynależą własności kategorialne (ograniczające): rozciągłość, 
jakość, wymiary i podlegający czasowi rozwój (por. G.). Są one w istocie 
bytu, która jako akt możnościowy jest powodem ograniczoności i nieab- 
solutności istnienia bytu ludzkiego. Jednostkuje ona też istnienie (por. G.). 
Spójrzmy w ten sposób na człowieka niepełnosprawnego. Własnościami 
ograniczającymi i jednostkującymi byt człowieka niepełnosprawnego w jego 
możności materialnej są jego dające się zmierzyć cechy fizyczne i podlegający 
czasowi rozwój - czyli historia jego niepełnosprawności. Przypominam, 
i widzimy to w sposób oczywisty, że są to ograniczenia i czynniki identyfikują- 
ce KAŻDEGO bytu ludzkiego. Ale zatrzymajmy się przy tej szczególnej kategorii 
ludzi, określanych zresztą bardzo zmiennie, zależnie od cywilizacji i etapu 
historycznego - niepełnosprawnymi. Cechy fizyczne podlegają zmianie: 
można operować, rehabilitować, ćwiczyć i dawać protezy (np. okulary). 
Podlegający czasowi rozwój jest też podatny na wpływy i zmiany przez 
działania rewalidacyjne. Jest on "najbardziej w naszych rękach". 
Jeśli więc filozof mówi, że dążność, która odsłania "pożądanie doskonało- 
ści współmiernej bytowi" jest następstwem formy bytu, to tu widzimy, że 
mamy wpływ na fundament tej dążności - na własności kategorialne 
wynikające z możności materialnej formy. 
Przyjrzyjmy się teraz własnościom kategorialnym wynikającym z możności 
duchowej formy bytu człowieczego: intelekt, wola, doznawanie i działanie. 
Są to wszystko własności, które wchodzą w relacje międzyludzkie i mogą 
ulegać transformacji w wyniku tych relacji, np. wydoskonalaniu, odkrywaniu 
(zdolności). Bardzo ważne słowa o dynamice tych zmian formułuje Glenn 
Doman: niczego nie otrzymamy, jeśli nie włożymy czegoś (por. Doman). I tu 
znów widzimy związek z opartym na formie "pożądaniem doskonałości 
współmiernej bytowi". Tak więc możemy powiedzieć, że to "pożądanie 
doskonałości współmiernej bytowi" jest oparte na historii bytu człowieka, 
tak samo niepełnosprawnego, jak i sprawnego. 


. 


241
>>>
P'lIwdll 


Filozof ukazuje nam następnie byt (formę) w porządku intencjonalnym 
(poznawczym). Następstwem takiej formy poznawczej jest pożlidanie 
poznawcze (K., s. 146/3). 
Wola, którą znajdujemy wśród własności kategorialnych możności 
duchowej człowieka, jest wyrazem tego pożądania poznawczego w porządku 
intelektualnym (por. K., s. 146/4). 
Bezpośrednim następstwem istnienia intelektualnego poznania jest 
pojawiająca się w świadomości rozumu dążność do właściwego działania 
i celu osiąganego w tym właśnie działaniu (K., s. 146/5). Cel ten nosi nazwę 
dobra (K., s. 146/6). 
I oto jesteśmy w bardzo ważnym momencie naszego rozumienia prawdy 
osoby niepełnosprawnej (a uważam, że jest to prawda każdej osoby 
ludzkiej). Osoba niepełnosprawna przejawia jakąś dążność do jakiegoś celu 
- do jakiegoś dobra. Tę dążność dość często możemy łatwo spostrzec. Są to 
najpierw cele podstawowe - KU i OD. Miłości i ucieczki (por. Kępiński [1], 
[2]; Wojciechowski [4]). Są to często cele zapoznane przez niepotrzebną 
uprzednią klasyfikację tych celów, której MY dokonujemy. Błędem jest 
określenie niektórych celów jako nieważne. Takie określenie nie pozwala 
nam rozpocząć historii rozwoju. Dlatego tak ważna jest definicja twórczości 
Antoniego Kępińskiego przyjętej przeze mnie za podstawę terapii przez 
twórczość: KAŻDE Awiadome wprowadzenie własnego porzlidku w otacza- 
jliCY Awiat (Wojciechowski [4], [14]). 
Pytanie o świadomość jest tu dość często słyszanym pytaniem. Działać 
świadomie to wiedzieć, gdzie zmierzam i że zmierzam. I tu znów musimy 
odwołać się do szczególnej uwagi terapeutów. Aby dostrzec to świadome 
działanie, często tak nieuchwytne i momentalne. 
Bardzo ważne jest tu przyjęcie a priori rzeczywistości ludzkiej bytu, 
z którym współpracujemy. Wówczas brak wyra:tnego dążenia do jakiegoś 
dobra nie będzie skutkował naszym oświadczeniem oto człowiek roAlina, ale 
wywoła nasz niepokój: DLACZEGO U TEGO CZŁOWIEKA NIE MOGĘ ODCZYTAĆ 
JEGO DĄżNOSCI DO CELU - DO DOBRA? Ten niepokój będzie początkiem 
naszej diagnozy, naszej terapii. 
Nie sposób nie przypomnieć tu historii rodzeństwa, które znam, a którą to 
historię opowiadano mi z zastanowieniem. 
W domu opieki leżą w łóżeczkach obok siebie (początkowo przez 
przypadek) brat i siostra. Znaczna mikrocefalia, ciała pełne spastycznych 
przykurczów i zniekształceń - karłowate. Posługą wobec nich są właściwie 
tylko zabiegi pielęgnacyjne. I oto za przyczyną remontu sali łóżeczka 
przeniesiono gdzie indziej - oddzielając je od siebie. Dzieci zaczęły umierać. 
Być może znów przypadkiem, ale przysunięto łóżeczka do siebie. Dzieci 


242
>>>
- 


Prswds osoby nispelnosprswnej - ogrsniczenie. czy wezwsnie do rozwoju 


odżyły. Innym razem dziewczynka zaczęła demonstrować objawy bardzo 
złego samopoczucia. Próbowano dojŚć przyczyny. Bezskutecznie. Dopiero 
przypadkowe zajęcie się chłopcem pokazało, że to on jest chory. Gdy zajęto 
się chłopcem - dziewczynka uspokoiła się. 
Filozof dalej mówi: 


Gdy więc staniemy na stanowisku, że byty w swej wewnętrznej naturze 
są inteligibilne, że są pochodne od Intelektu Czystego (Absolutu), to przez 
to samo są one pożądane i stanowią przedmiot woli, czyli przedmiot pożądania 
tegoż Intelektu. Istniejll one dlatego, że Absolut jako
 chcial aby te byty 
istniały. (K., s. 146/7) 
Jeżeli inklinację woli do dobra nazwiemy miłością, to byty są dziełem 
miłości Absolutu - Boga (K., s. 146/10). Byty są związane z wolą Absolutu 
(K., s. 146/11). Są przedmiotem transcendentalnego dobra (K., s.. 147/1). 
Dobro to, mówi filozof, stanie się jeszcze wyrafniejsze, gdy zwrócimy uwagę 
na przygodność bytową (K., s. 147/2). Wszystkie konkretnie istniejące, 
dostrzegane przez nas byty cechuje utracalność istnienia. Ani my, ani byty 
nas otaczające nie istnieją koniecznie, ale przygodnie - nie muszą istnieć 
(K., s. 147/3). Tak więc, to przygodne istnienie nie jest tożsame z treścią 
bytu. Ta treŚĆ bytu ujęta w aspekcie istoty jest konieczna - bo inaczej nie 
moglibyśmy mówić o tej istocie (por. K., s. 147/4). 
Jeżeli więc istnienie nie utożsamia się z istotą, to byt przygodny nie może 
sam sobie nadać istnienia i bytowości (K., s. 147/5). Więc każde istnienie 
przygodne musi pochodzić od jakiegoś bytu, który sam z siebie jest (K., 
s. 147/6). Filozof wyprowadza tę pochodność od Intelektu - Absolutu 
"o ile on chciał, czyli od woli Absolutu". I pochodność ta wcale nie jest 
konieczna, "gdyż byty wcale nie bytują koniecznie" (K., s. 147/7). Jest ona 
niekonieczna, czyli dla Absolutu wolna i jest pochodnością miłości nieko- 
niecznej (K., s. 147/8). 
Według Wojciecha Chudego osoby niepełnosprawne są szczególnie 
wyrazistym obrazem przygodności człowieka, jako ten wyraźny obraz 
wywołują lęk (zob. Chudy). 
Spróbujmy tu, na ten aspekt szczególnego obrazu przygodności spojrzeć 
tak, abyśmy pamiętali, że dlatego, że jesteśmy niekonieczni, to to, że 
istniejemy jest treścią dobra, jako celu Boga - Absolutu. 
Obraz osoby niepełnosprawnej - szczególnie słabej, może być szczegól- 
nym znakiem dobra Boga, dobra, którym jest człowiek: patrz, oto kres mojej 
miłości. Aż do tego kresu umilowalem twoje istnienie. Co więcej - człowie- 
kowi ukazano przez to, że jest współuczestnikiem planu dobra Boskiego. 
W tym planie dobra została mu przydzielona rola opiekuna-terapeuty. To tak, 
jak z istnieniem niemowlęcia. Samo jego istnienie jest aspektem celu 


243
>>>
P,.wd. 


- dobra Boga. Ale trwanie tego istnienia zostało uzależnione od woli 
i wytrwałości innych ludzi. Podobnie istnienie niedołężnego, starego 
człowieka - nadal jest dobrem - celem Boga, ale zależy od woli i wytrwałości 
innych ludzi. 
Rezygnując ze spełnienia tych zadań uderzamy w sam sens naszego 
bytowania. I co więcej, uderzamy w sens Boskiej miłości - celu. 
Oto związanie sprawności z niepełnosprawnością. 
Filozof proponuje, abyśmy na problem dobra spojrzeli też od siebie, 
poprzez pewną drogę psychologiczną: dostrzegam, że wszystkie moje 
czynności, w najgłębszej swej treści zmierzają do zachowania mego istnienia. 
"W każdym czynie chcę zachować, a zarazem ubogacić moje istnienie" (K., 
s. 148/1). Tak więc, poprzez moje czyny i działania dostrzegam uwidocznioną 
zasadniczą inklinację - miłość - do własnego istnienia (K., s. 148/2). To 
moje istnienie tak dalece mnie nieustannie pociąga, że we wszystkich 
działaniach mam siebie na względzie. Co więcej. 


to mienie siebie na względzie, wzrasta w miarę poczucia ograniczenia własnego 
istnienia. Im bardziej dostrzegam i poznawczo czuję moją ograniczoność, tym 
bardziej pragnę dla siebie bytów, jako dóbr, które przyporządkowuję sobie jako 
celowi, a więc sobie, jako dobru - mówi filozof. (K., s. 148/3) 


I znów musimy na to zagadnienie spojrzeć z dwu stron: najpierw od 
strony osoby niepełnosprawnej. Widzimy tu ogromny zakres jej pożądania 
świata jako dobra i istnienia samej siebie jako celu - dobra. Mówiąc po 
prostu - OSOBA NIEPElNOSPRAWNA CHCE żvC. Jeśli ujmiemy niepełno- 
sprawność najszerzej, to możemy tu usłyszeć pytanie o problem żądania 
śmierci przez osoby nieuleczalnie chore. Otóż obserwacje pokazują, że to 
żądanie śmierci, o ile jest, a pojawia się naprawdę bardzo rzadko, nie jest 
wołaniem o śmierć, a wołaniem o miłość i obecność (Israel; Verspieren [1]). 
Problemowi temu było poświęcone sympozjum "Sytuacja człowieka słabego 
we współczesnej cywilizacji", które odbyło się 10 maja 1997 roku w Toruniu 
(Sympozjum...). Jeśli idzie o osoby naznaczone jako niepełnosprawne 
z innych przyczyn, to tę chęć życia odbieramy manifestowaną w różnych 
fródłach. Najbardziej u Jeana Vanier, Matki Teresy z Kalkuty, w materiałach 
"Ombres et Lumiere" (Ombres et Lumiere). Bardzo wyraźnie pokazała tę 
dążność ku życiu prof. Marie-Odile Rethore na wspomnianym sympozjum: 
Violaine jest trisomiczką 21, chorą na serce, opuszczoną od urodzenia, bo 
niepełnosprawna i chora na serce. Ona o tym wie. Jest adoptowana przez 
wspaniałą rodzinę. I każdego wieczora modli się za ojca i matkę, którzy 
przestraszyli się jej choroby. I za ojca i matkę, którzy otworzyli przed nią swój 
dom. A pewnego dnia, z całego serca, zupełnie sama w pokoju, śpiewała: 
Dziękuję ci Panie Boże, za cud, jakim jestem. (Sympozjum...) 


244 


.......
>>>
Prewde osoby niepfłlnosprewnej - ogreniczenie, czy wezwenie do rozwoju 


Innym aspektem tego problemu dobra pożądawczego jest umiłowanie 
nie pełnosprawnych przez "sprawnych", jako treść zmierzającą do umocnienia 
zachowania mego istnienia (mego, czyli osoby"sprawnej"). 
Otóż - my tu wszyscy zajmujący się osobami niepełnosprawnymi 
- zajmujemy się nimi dlatego, że są oni jakimś dobrem dla nas. Warto, 
abyśmy sobie w prawdzie odpowiedzieli, jakim są oni dla nas dobrem, 
pamiętając, że jest to dobro przyporządkowane celowi naszego życia, który 
jest dla nas dobrem naczelnym. 
Na wspomnianym sympozjum prof. Marie-Odile Rethore przywołała 
dokument-świadectwo Generała de Gaulle'a o roli jego niepełnosprawnej 
córki Anny, obarczonej zespołem Downa, w jego życiu. Chodzi o list, który 
odnalazła Pani de Gaulle, a który był jednym z sekretów podczas wojny. 
Generał pisał w nim do kapelana: 
Rzeczywiście, Księże Kapelanie, narodzenie Anny było próbą dla mojej żony 
i dla mnie, ale proszę mi wierzyć, Anna jest moją radością i moją siłą, ona 
pozwala mi zachować skromność granic i niemocy ludzkiej. Ona zachowuje 
mnie w bezpieczeństwie posłuszeństwa wobec wszechwładnej woli Boga, 
pomaga mi wierzyć w sens i wieczysty cel naszych żywotów, w ten dom Ojca, 
gdzie moja córka Anna znajdzie w końcu swoją miarę i całe swoje szczęście. 
(Sympozjum...) 


Spośród znanych świadectw mamy świadectwo Georges'a Hourdin 
(Hourdin [2]). 
Mamy wszakże i świadectwa odmienne - świadectwa rodziców, którzy 
uważają, że ich niepełnosprawne dziecko odebrało im wartość ich życia, lub 
też świadectwa osób sprawnych domagających się usunięcia z perspektywy 
ich życia niepełnosprawnych (Wojciechowski [10]). Co więcej, mamy 
obecnie prawodawstwo zmierzające do eliminacji możliwości narodzenia 
się osoby niepełnosprawnej (Ustawa [1]). Osoby sprawne oświadczają, że 
ich dobrem jest usunięcie w ogóle niepełnosprawności, jako generatora 
celów ich działań. 
Jeśli idzie o postawę negatywną, przedstawianą przez rodziców i oto- 
czenie osoby niepełnosprawnej, to sądzimy, że są one manifestowaniem 
opuszczenia i braku wsparcia ze strony społeczeństwa, czy to poprzez 
postawy poszczególnych osób, czy też poprzez formy instytucjonalne. 
U innych może to też być ucieczką od prawdy życia, która zawiera w każdej 
historii osobistej pewną niepełnosprawność - niepełnosprawność śmierci. 
Podejmuje ten problem Wojciech Chudy (Chudy). Claudine Loubiere 
wyraziła to bardzo mocno: 
Smierć jest ostateczną zniewagą wobec zadufanej próżności ludzkiej, która 
zdobywszy, jak sądzi, mistrzostwo niby powszechne, odnajduje się wobec niej 


245 


-
>>>
Prllwdll 


(śmierci) zmieszana, sprowadzona do swojej nie dającej się przezwyciężyć 
kondycji prochu ziemskiego[...]. Bliskość ułomnego lub chorego niepełno- 
sprawnego z tym, co on właśnie mówi o śmierci, wyzwala reakcje potępienia 
społecznego i zaproszenie, bardziej lub mniej nieświadome, do szybkiego zgonu 
z pseudoprzyzwoitości, co jest znakomitą formą eutanazji. (Loubiere [2]; 
Wojciechowski [1 5]) 
Ocenę tego dał Andre Frossard (Frossard). 
To wszystko - pożądanie życia przez osobę niepełnosprawną, uznanie 
osoby niepełnosprawnej jako czynnika pożądanego przeze mnie dla wzmoc- 
nienia celu mego życia, ale też i odrzucenie osoby niepełnosprawnej, 
intencjonalne wyparcie problemu niepełnosprawności z życia, które urealnia 
się poprzez zamach na istnienie osoby niepełnosprawnej, są paradoksalnie 
aspektami tego samego dążenia - dążenia do posiadania dobra, jako celu 
pożądawczego. 
Jednak pożądanie eliminujące zawiera w sobie sprzeczność - jest 
pożądaniem poprzez odrzucenie dobra zawartego w istnieniu bytu, który nie 
dlatego jest dobry, że jest pożądany przeze mnie, ale dlatego, że zawiera 
w sobie treść taką, że jest ona zdolna w jakiejś mierze uzupełnić moją 
bytowość. 
Gdyby było inaczej, pedagogika specjalna nie miałaby sensu, gdyż 
zajmowałaby się bytami niepotrzebnymi albo szkodliwymi. 
Filozof znów odnosi tę konieczną relację miłości do miłości bardziej 
pierwotnej, która istnieje na skutek związania bytu z wolą Absolutu (por. K., 
s. 148/7/8). 
Zasada celowości jest sformułowana także przez zdanie: wszystko, co 
działa, działa dla celu (K., s. 149/1). Ta zasada celowości realizuje się w dwu 
dziedzinach bytu: samoświadomych i nieświadomych (K., s. 150/1). 
Działanie i rezultat pojawiają się nam jako upragnione dobro, które przez to 
działanie chcielibyśmy osiągnąć (K., s. 150/2). Mieczysław Krąpiec zauważa, 
że dość wyraźnie spostrzegamy tę celowość działania, "przy działaniach, 
które nie przynoszą zamierzonego rezultatu, co boleśnie odczuwamy, 
przeżywając swoisty tragizm daremności przedsięwzięć" (K., s. 150/3). 
Tak więc w porządku samoświadomym chcemy coś osiągnąć: chcemy 
kogoś kochać, chcemy, aby ktoś istniał. 
Do wszelkiego działania są bezwzględnie konieczne: 
a) realne istnienie podmiotu działającego, którego emanatem jest samo 
działanie; 
b) jakiś realny powód, realna racja bytu, dzięki której działanie raczej 
jest, niż nie jest i jest właśnie takie, a nie inne. 
Tę realną rację w ludzkim świadomym działaniu dostrzegamy w postaci 
jakiejś formy poznawczej, która determinuje działanie świadome do takiej 


246
>>>
Prswds osoby niepelnosprswnej - ogrsn;czenie, czy wezwsnie do rozwoju 


oto postaci. Dostrzegamy też w nas istnienie takich form poznawczych, 
z których niekoniecznie wypływa realne działanie. "Aby dokonało się w nas 
działanie, prócz form poznawczych musi dojść jeszcze inny czynnik 
nakłaniający nas w kierunku 'zrealizowania' tego, co wpierw intencjonalnie 
przedstawiało się w postaci formy". Potrzebna jest jeszcze bytowa racja 
- motyw, aby działanie raczej było, niż nie było. Potrzebna jest racja 
istnienia samego działania. "W warunkach ludzkich (świadomych) tą racjI/. 
- motywem jest jakaś inklinacja do dobra, które przez działanie chcemy 
realizować. Nabywamy - w zależności od poznania - coraz nowe inklinacje, 
nazwijmy je miło
cil/., które ujawniamy w danym akcie działania" (K., 
s. 151-152). 
W warunkach niepoznawczych dostrzegamy najpierw istnienie: 
a) podmiotu działania; 
b) czynnika determinującego kierunkowość działania, którym jest sama 
natura bytu działającego; 
c) czynnika, który decyduje o tym, czy działanie ma być raczej, czy nie 
być (K., s. 152/3). 
Mieczysław Krąpiec jako przykład czynnika determinującego kierunko- 
wość działania samej natury bytu działającego daje drzewo, np. jabłoni, 
które ma specyficzne czynności, właściwe drzewu jabłoni i w normalnym 
stanie rzeczy czynności te można przewidzieć (K., s. 152/4). Czynnikiem zaś 
determinującym samo działanie "jest forma pojęta jako substancjalny, czy 
też przypadłościowy element organizujący materię do takiej oto tre
ci" (K., 
s. 152/5). 
Czynnikiem, który jest racją bytu samego faktu działania, jest "naturalna 
skłonność (miłość)" danego bytu działającego. Jest ona koniecznym 
następstwem formy w istniejącym bycie (K., s. 152/6). 
W bytach niesamoświadomych żyjących (np. roślinach), owa naturalna 
skłonność (miłość bytu działającego) "jest tym właśnie, co popularnie 
nazywa się życiem" (K., s. 152/7). 
W bytach zaś nieżyjących "samo działanie - i jego racja w postaci jakiejś 
określonej przez formę skłonności - jest koniecznym następstwem samego 
bytowania" (K., s. 152/8). 
"W bytach [...] żyjących pełniej [...] przeszkodzenie w jednym działaniu 
wyzwala zastępcze działanie drugie, natomiast w bytach w hierarchii 
bytowej niższych, uniemożliwienie działania powoduje zagładę bytowania" 
(K., s. 152/9). 
Gdybyśmy wyobrazili sobie zbiór bytów żyjących - ludzi uszeregowanych 
w jakiś ciąg oparty na aktach (czynach) realnych i potencjalnych, to 
moglibyśmy przyjąć, że ciąg ten zmierza do granicy, którą jest śmierć jako 


247
>>>
Pr.wd. 


kres bytu ludzkiego w jego formie duchowo-cielesnej. Byty bliskie temu 
kresowi, bardzo ograniczone w swojej samoświadomości, wykazując jeszcze 
naturalną skłonność - miłość, są bytami żywymi. Byty nieżyjące też jakoś 
działają przez jakąś określoną przez formę skłonność. Otóż naturą człowieka 
jest jego istota w formie duchowo-cielesnej, posiadająca realność, jako ślad 
czyniącego ją istnienia, zarazem niosąca ślad podmiotowania przypadłości 
(por. G., s. 27/6). 
Dobrem transcendentalnym bytu ludzkiego są relacje istnieniowe - ot- 
wartość, oczekiwanie, upodobnienie (wiara, nadzieja i miłość), oparte na 
własnościach transcendentalnych - odrębności, jedności, realności, praw- 
dzie, dobru i pięknie. 
W człowieku forma organizuje materię do treAci ludzkiej. Treścią ludzką 
jest kochać (upodabniać się), wierzyć (otwierać się) i mieć nadzieję 
(oczekiwać) (por. G.). Szerzej: uczestniczyć w tych relacjach, czy też 
podmiotować. Bardzo ciekawe jest spostrzeżenie materialisty, Zdzisława 
Cackowskiego, że śmierć jest po stronie życia (Cackowski; por. Woj- 
ciechowski [8]). Rozumieć możemy to tak, że relacje wiary, nadziei i miłości, 
które wiązały człowieka z jego blifnimi, po jego śmierci jakby pozostają po 
stronie żyjących blifnich. Trwają. Przyjmują tylko inny koloryt. To jest kres 
ludzkiego bytowania w formie duchowo-cielesnej. 
Jeśli rozważymy byty niepełnosprawne, których istotowe własności 
kategorialne (intelekt, wola, doznawanie, działanie, rozciągłość, jakość, 
wymiary, rozwój) (por. G.) zostały znacznie ograniczone - zredukowane, to 
będą one wydawały się nam blisko kresu ludzkiego bytu w formie 
duchowo-cielesnej. Tym bardziej jednak będą uczestniczyć w relacjach 
osobowych wiary, nadziei i miłości opartych na istnieniu człowieka. Działanie 
w porządku niesamoświadomym, niepoznawczym będzie miało możność 
stania się działaniem w porządku świadomym - poznawczym, zachowując 
podstawowy cel działania i jego dobro: zachowanie istnienia, a także jego 
wzbogacenie (por. K., s. 152/10). 
Mieczysław Krąpiec zwraca wszakże uwagę, że nie zawsze przez określone 
działanie byt osiąga to, co przez działanie jest zamierzone, gdyż osiągnięcie 
rezultatu działania jest uwarunkowane przez działania innych bytów (por. 
K., s. 152-153). 
Jest to bardzo poważne upomnienie nas wszystkich działających wobec 
osób niepełnosprawnych: nie zawsze osoba niepełnosprawna osiągnie to, 
co jest zamierzone w jej działaniu, samoświadomym czy niesamoświadomym, 
gdyż może to nastąpić tylko o tyle, o ile nasze działania w tym dopomogą 
albo na to pozwolą. 


248 


--
>>>
Prllwdll osoby niepelnosprllwnej - ogrllniczenift czy wezwllnie do rozwoju 


Jeżeli głównym celem działania bytu ludzkiego, tak samoświadomego, jak 
i niesamoświadomego są relacje wiary, nadziei i miłości (otwartość, oczeki- 
wanie, upodobnienie), to możemy mieć tu do czynienia z uniemożliwieniem 
okazania się ich. Skrajnym rezultatem będzie zagłada samego bytowania. 
Filozof zwraca więc uwagę, że do istoty celowości należy 


samo zdeterminowanie podmiotu działającego, przez określoną formę (czyli 
czynnik wyznaczający kierunek działania) oraz nade wszystko sama sk/onno
t 
(miłość - motyw) do odpowiedniego, osiąganego w normalnych przypadkach, 
przedmiotu działania [on] tak pojęty przedmiot działania, jako racja jego bytu jest 
tym, co można nazwać dobrem, gdyż dobrem nazywa się to, co jest przedmiotem 
skłonności (woli, inklinacji, miłości). (K., s. 153/2) 


Uważamy, że tym dobrem są relacje wiary, nadziei i miłości (otwartości, 
oczekiwania i upodobnienia), jak to powiedzieliśmy (por. Wojciechowski 
[20]) . 
Ale nie można zapomnieć o tym, że do istoty celowości należy sama 
skłonność (miłość) do samego faktu działania podtrzymujęcego bytowość 
(K., s. 153/2). To jest jedna z podstaw terapii przez twórczość (por. 
Wojciechowski [4], [14]). 
Dla osób o skrajnej niepełnosprawności oznacza to, że w relacji z nimi 
musimy opierać się na tej zawartej w ich istocie możności dążenia do 
zabezpieczenia relacji wiary, miłości i nadziei, jako czynnika konstytuującego 
samą treść ludzkiego działania (por. K., s. 153/1). 
Byt przygodny, a takim jest osoba ludzka, sama w sobie niepełnosprawna 
- nachylona ku słabości, jest "jakby zmaterializowaną miłością Absolutu, 
który ruch miłości przekazuje innym bytom" (K., s. 158/3). 
"Dobro i byt są wartościami równoważnymi i realnie tożsamymi" (K., 
s. 158/4). 


. 


. 
"Przeciwieństwem dobra - na sposób braku - jest zło" (K., s. 158/9). 
Problem zła jest szczególnie trudny, jeżeli mówimy o niepełnosprawności. 
Filozof szuka wyświetlenia faktu złą drogą wyjaśnienia zła jako zła, 
a więc Hwskazania momentu, który realizuje się we wszystkich konkretnych 
postaciach zła, a przez to jest proporcjonalnie wspólny temu wszystkiemu, 
co określamy jako zło" (K., s. 159/1). 
Zagadnienie obecności zła w świecie można rozpatrywać w różnym 
świetle. O. Innocenty Bocheński zwrócił uwagę, że zło, to też "niemożność 
odejścia od troski" (Bocheński [1]). 
Mieczysław Krąpiec zwraca uwagę, że współczesne nam czasy wyjask- 
rawiły społeczną świadomość zła. "Powodem zła stała się śmierć wielu ludzi I
>>>
Prswds 


na frontach, w więzieniach, obozach, nieustanne niebezpieczeństwo utraty 
życia przez całą niemal ludzkość, deptanie podstawowych naturalnych praw 
człowieka na skutek wojen, zbrodni z nimi związanych" (K., s. 159/3). 
Andre Frossard tak to ukazuje: 
Nigdy człowiek nie był lepiej badany, lepiej leczony ani lepiej zabijany. 
W tym samym szpitalu na pierwszym piętrze leczy się go z godnymi uwagi 
cierpliwością, wysiłkiem intelektualnym i troską, a na drugim jego płód wyrzuca 
do kubła na śmieci. Człowieka można bronić przed wszystkim za wyjątkiem jego 
samego. Ta zaskakująca epoka, która zapoczątkuje osiągnięcia w materii 
władania, które kiedy indziej zostałyby zaliczone do nadziemskich, cofnęła 
prawie do nicości granice postawione od początku czasów przez naturę 
panowaniu nauk i technik; cofnie ona jednak też granice stawiane barbarzyństwu 
i ujrzy się sprawczynią rodzaju zbrodni nie znanej czasom minionym - zbrodni 
przeciw ludzkości. Zbrodnię przeciw ludzkości mamy wówczas, gdy zaprzeczy 
się człowieczeństwu ofiary - jasno i nieodwołalnie. (Frossard) 
Ponadto, mówi Krąpiec, powszechne przeżywanie obecności zła wiąże 
się z dolą ludzkiego życia i jej uwarunkowaniami: 
1) z przeznaczoną każdemu człowiekowi śmiercią, której zapowiedzią są 
choroby i cierpienia psychiczne i fizyczne; 
2) z psychiczną niepewnością losu pośmiertnego, którego faktu i natury 
nie można eksperymentalnie zbadać; 
3) z lękiem w stosunku do Absolutu, z którym nic, co skażone, nie da się 
połączyć (ten lęk występuje szczególnie u wierzących); 
4) ze skażeniem bytów ludzkich i z możliwością wyboru przez innych 
dobra, które stoi w niezgodzie z dobrem danej jednostki; 
5) z niszczycielskim dla wielu biegiem przyrody (K., s. 159-160). 
Obecność zła w świecie, podkreśla filozof, znalazła swój wyraz we 
wszystkich niemal systemach filozoficznych (K., s. 160/3). 
W historii filozofii dostrzegamy bądf koncepcję dualistyczną: dobro 
- zło, bądf koncepcję, którą można by nazwać monogeniczną - podmiotową 
(K., s. 160/6). My zajmiemy się opartą na tomizmie teorią zła jako braku 
bytowego. 
Jak tu za koncepcją tomistyczną przyjęliśmy - wszystko, co istnieje, co 
jest bytem, jest dobrem. Zło - to tylko bytowy brak. "Stwierdzenie zła 
dokonuje się tutaj na tle dostrzeżonych złożonych struktur bytowych" (K., 
s. 163/2). 
Mieczysław Krąpiec sprowadza elementy złożonego bytu do najogól- 
niejszych trzech analogicznych typów: 
a) do tzw. częJci istotowych, a więc takich, które konstytuują samą 
naturę danego bytu; 
b) do częJci integrujllcych, które tworzą materialną całość; 


250 


..........
>>>
Prawda osoby niepelnosprawnej - ograniczenie. czy wezwanie do rozwoju 


c) do tzw. częJci doskonałoJciowych, a więc takich składników różnego 
rzędu, których posiadanie decyduje o doskonałości przysługującej jakiemuś 
konkretowi (K., s. 163/4). 
Naturą ludzkiego bytu jest jego forma duchowo-cielesna (por. G.). 
Krąpiec zwraca uwagę, że tu w tych elementach istotowych nie ma 
możliwości "uobecnienia braków", gdyż skutkiem byłoby unicestwienie 
tego konkretnego bytu - nie byłby on już tym, czym jest (K., s. 163/5). 
Części integrujące i części doskonałościowe wyrażane są we własnościach 
kategorialnych bytu, a więc intelekcie, woli, doznawaniu, działaniu, rozciągło- 
ści, jakości, wymiarach i podlegającym czasowi rozwoju (por. G.). Tu 
- stwierdza Krąpiec - mogą nastąpić braki, które poznajemy albo w sposób 
spontaniczny, przednaukowy, albo zorganizowany, naukowy, w zależności 
od tego, jakimi metodami poznawczymi się posługujemy (K., s. 164/1). I tu zło 
będzie brakiem jakiegoś elementu, jakiej części należnej danemu bytowi (K., 
s. 164/2). Zgadza się z tym Wojciech Chudy (por. Chudy). 
Rozważając jednak prawdę osoby niepełnosprawnej, musimy, sądzę, 
uczynić tu ważne zastrzeżenie. 
Otóż, rzeczywiście, mało kto powie, że brak wzroku, opóźniony relatywnie 
rozwój, brak nogi, brak sprawności intelektualnej, jest dobrem. Rzeczywiście, 
w większości uznamy, że braki takie są złem. 
Tyle, że zatrzymanie się na tym poziomie stwierdzenia doprowadzić nas 
może do postawy eliminacyjnej - likwidowania zła razem z "posiadającym 
je" bytem, o ile samego braku nie możemy doskonale uzupełnić. Tak więc 
brak na tym poziomie musimy uznać jako pewne zło względne, jako zadanie 
nam postawione, aby je albo likwidować leczeniem, czy jakąś formą terapii, 
a gdy nie uda nam się zlikwidować braku, uznać te braki za części istotowe 
pełnej osoby ludzkiej. 
Jest jednak inny poziom rozumienia bytu: oparte na własnościach 
transcendentalnych ludzkiego bytu - odrębności, jedności, realności, 
prawdzie, dobru, piętnie - relacje osobowe tzn. wiara, nadzieja, miłość. 
W tej właśnie perspektywie, braki na poziomie wartości kategorialnych 
będziemy przyjmowali jako cechy kategorialne (ograniczające) bytu, podob- 
ne do tych, jak większa lub gorsza zdolność do czegoś, albo nawet 
specyficzna, właściwa każdemu uroda. 
I nasze działania wsparte na relacjach osobowych będą musiały 
uwzględniać te własności kategorialne, które wpływają na ograniczoność 
i nieabsolutność istnienia bytu i są czynnikami jednostkującymi specyficzne 
istnienie tego bytu (por. G.). I dopiero brak, czyli zło na poziomie 
własności istnieniowych - transcendentalnych i opartych na nich relacji 
osobowych będą tym złem transcendentalnym, któremu w naszych 


251
>>>
Pr.wd. 


działaniach pedagogicznych musimy się szczególnie i w sposób fundamen- 
talny przeciwstawić, złem bezwzględnym. 
Zło, mówi filozof, tłumaczy się wyłączeniem natury podmiotu, w którym 
się uobecnia (K., s. 164/4). O takim złu tu myślimy. 
Mieczysław Krąpiec zwraca uwagę na wagę wyodrębnienia "zła moral- 
nego jako braku zgodności ludzkich decyzji (ludzkiego postępowania) 
z obiektywnymi regułami ludzkiego postępowania (moralności)". Owe 
obiektywne reguły, pisze, na które składają się Absolut jako racja natury, 
samo prawo naturalne, prawa społeczne, "ostatecznie wyrażają się konkretnie 
w ludzkim poznaniu teoretycznym, które informuje człowieka o obowiązują- 
cych normach postępowania" (K., s. 168/2). 
Tak więc, sąd teoretyczny reprezentuje dla człowieka obiektywny układ 
norm postępowania (K., s. 168/3). Więc zło moralne występuje w człowieku 
w postaci braku zgodności sądu praktycznego z sądem teoretycznym, 
informującym o obiektywnym układzie praw rzeczywistości. "Tak pojęte zło 
uderza przede wszystkim w podmiot, w człowieka, osłabiając jego zhar- 
monizowane siły działania" (K., s. 168/4). 
Wreszcie podstawowa kwestia: "czy zło pojęte jako brak należnego bytu, 
posiada swe odniesienie do Absolutu?" pyta filozof. I odpowiada, że "jeżeli 
zwrócimy uwagę, że jedynym łącznikiem z Absolutem jest bytowość pojęta 
w różnych aspektach, a zło jest brakiem bytowości, to trzeba stwierdzić, że 
nie istnieje łączność sprawcza Absolutu i zła w świecie" (K., s. 168/6). Zło, 
jako brak, "urywa łączność Absolutu, jako przyczynowości sprawczej 
i bytu". (16817). Sądzę, że w pełni tę kwestię będziemy mogli zrozumieć, 
jeśli uświadomimy sobie, że niezbywalnym darem, którym Absolut - Bóg 
obdarzył byty osobowe - jest wolność. "I jak zło jest brakiem należnego 
dobra w podmiocie, pisze filozof, tak też działa przez podmiot posiadający 
braki" (K., s. 168/8). Zwracam uwagę tu na to, że poziom braków istotnych, 
co do osoby niepełnosprawnej, odnieśliśmy tu do braku na poziomie racji 
transcendentalnych, a nie racji kategorialnych. 
"Sprawa zaś dopuszczenia złego działania i pc;jawienia się zła, jest 
tajemnicą bez podstawy wyjaśnienia, gdyż zło nie jest bytem" stwierdza 
Mieczysław Krąpiec (K., s. 168/9). 


. 


Jeżeli pedagogikę specjalną ujmiemy jako jakiś sposób poznania, to jej 
kresami będzie z jednej strony osoba niepełnosprawna, a z drugiej jej bliźni 
- pedagog specjalny. I to dopiero będzie prawdą tej rzeczywistości. 
Przeszliśmy to poszukiwanie prawdy osoby niepełnosprBwnej jakby 
prowadzeni przez myśli filozofów-tomistów: Mieczysława Gogacza i o. M ie- 


252
>>>
Pr.wd. osoby niflptłlnospr.wnflj - ogr.niczflnifl, czy wflzw.nifl do rozwoju 


czysława Krąpca, starając się po tych śladach zbudować przesłanki dla 
prawdy, która jest jakimś stanem rzeczy, w który jesteśmy uwikłani. 
Najpierw odkryliśmy, że poznanie nasze ma dwa kresy: podmiot poznania 
- rzecz poznawaną i podmiot poznający ograniczony w swojej władzy 
poznania przez właściwe każdemu człowiekowi ograniczenia zmysłów, 
intelektu i sytuacyjne. Podmiot zaś poznania - osoba niepełnosprawna, jawi 
nam się we własności odrębności koniecznej w jej istnieniu bytowym. To 
stwierdzenie odrębności stawia przed nami specjalne trudności osobowego 
traktowania wszystkich niepełnosprawnych. 
Pokazaliśmy, że osoba niepełnosprawna, niezależnie od stopnia uszko- 
dzenia, jest też podmiotem poznającym, tak samo ograniczonym przez 
jakości zmysłów, intelektu i sytuacji. 
Tak więc to poznanie wzajemne przyjmuje cechy dramatu o niezwykłym 
bogactwie wątków. 
Obie strony poznania dążą do rozumienia, które filozof identyfikuje 
z mową serca, która ujawnia się w mowie zewnętrznej wyrażeniami branymi 
z określonej kultury i czytelnymi w określonej kulturze. 
Następnie wyrafnie stwierdziliśmy niezbywalną odrębność i intelektual- 
ność osoby niepełnosprawnej i to niezależnie od jakości i stopnia tej 
niepełnosprawności. 
Takie spojrzenia ukazuje nam wspólność świata "sprawnych" i "nie- 
pełnosprawnych" . 
Swiat ludzki nachylony jest ku niepełnosprawności. Prawdziwe spojrzenie 
na ten świat pozwala nam przyznać człowiekowi w ogóle jako racje 
konieczne: niepełnosprawność, odrębność i intelektualność. 
Rozważania bytu, który jest bytem niekoniecznym, przygodnym, a takim 
jest każdy człowiek, prowadzą nas do Absolutu - Boga. 
"Problematyka bytu przygodnego i Absolutu stanowi dwa krańce tej 
samej osi bytu, na której jest osadzony cały wehikuł intelektualnego 
poznania, tudzież ostatecznego rozumienia rzeczywistości" - mówi filozof 
(K., s. 137/5). 
Prawdą, do której zmierzamy jest uzgodnienie intelektualnego poznania 
i rzeczy (K., s. 138/3). To uzgodnienie doprowadza nas do stwierdzenia, że 
obok wolności, będącej darem Boskiej miłości, prawdą konieczną człowieka 
jest jego słabość. 
W relacji poznawczej i działaniowej do człowieka niepełnosprawnego 
musimy koniecznie brać pod uwagę jego rzeczywiste cechy intelektualne, 
fizyczne i historię jego niepełnosprawności osadzoną w środowisku 
społecznym. 


253
>>>
Prllwdll 


Jednak świadomość, że te ograniczenia są właściwe KAżDEMU bytowi 
ludzkiemu, pozwoli nam na wykorzystanie rozumowania analogicznego 
wobec osób niepełnosprawnych, odnosząc nasze własne doświadczenia do 
ich sytuacji. 
Medycyna i pedagogika specjalna podjęły znaczny trud sprowadzenia 
stwierdzonych różnic i braków do pewnego stanu wspólnego wszystkim, 
określonego jako norma. Jednak jako nadrzędny cel normalny dla naszych 
dążeń musimy przyjąć wspólne uczestnictwo w podtrzymujących życie 
ludzkie relacjach wiary (otwartości), nadziei (oczekiwania) i miłości 
(upodobnienia), wspartych na własnościach transcendentalnych osoby: 
odrębności, jedności, realności, prawdzie, dobru i pięknie. 
Wszystkie byty zmierzają do dobra jako celu. Podstawowym dobrem jest 
zachowanie i zabezpieczenie swego istnienia. Tego dobra nie można odebrać 
osobom niepełnosprawnym. O ile pragnęłyby one unicestwienia, to oznacza- 
łoby to, że my, jako ich bliini, nie podjęliśmy trudu zabezpieczenia ich bytu. 
Postrzegamy też dobro celowe "sprawnych" związane z niepełnospraw- 
nymi: umiłowanie niepełnosprawnych staje się treścią zmierzania do 
umocnienia zachowania istnienia osoby sprawnej. Osiągane dobro jest 
wynikiem wzajemnej relacji działań podmiotów jakoś ze sobą w tych 
działaniach związanych. 
Przeciwieństwem dobra - na skutek braku - jest zło. 
Wobec niepełnosprawnych musimy przyjąć jakby dwa poziomy tego 
zła - braku: 
1. Braki na poziomie własności kategorialnych, które częściowo poddają 
się uzupełnieniu i mogą być utrudnieniem relacji osobowych. Braki te 
i konieczność ich kompensowania możemy uznać też jako specyfikę 
własności kategorialnych osób: intelektu, woli, doznawania, działania, 
rozciągłości, jakości, wymiarów i podlegającego czasowi rozwoju, specyfikę, 
jeśli idzie o wszystkie byty ludzkie powszechną, a tu szczególnie wyrainą. 
Określiłem to jako zło względne jakby zadane człowiekowi przez Boga. 
2. Złem bezwzględnym będzie brak na poziomie własności transcenden- 
talnych i opartych na nich relacji osobowych, gdyż to stanowi obszar 
naszego wolnego działania. 
Szczególnym brakiem - złem jest brak zgodności sądu praktycznego 
z sądem teoretycznym informującym o obiektywnym układzie praw rzeczy- 
wisto
ci. Zło to, mówi filozof, uderza przede wszystkim w człowieka, 
osłabiając jego zharmonizowane siły działania. 
Tak więc po jednej stronie mamy sąd teoretyczny. 
M usimy tu z mocą stwierdzić, że sąd teoretyczny od noszący się do osoby 
niepełnosprawnej jest ogromny i w całości ukazuje on nam jej złożoność, 


254
>>>
Prawda osoby niepelnosprawnej - ograniczenie, czy wezwanie do rozwoju 


bogactwo i piękno. M ówię tu o całym korpusie pedagogiki specjalnej 
- całej bibliotece pedagogiki specjalnej - jest to nie dająca się podważyć 
nauka o wartości osobowej i człowieczeństwie osoby niepełnosprawnej. 
Z drugiej strony mamy sąd praktyczny - to, co czynimy, lub 
usiłujemy czynić. 
Przejawem zła wynikającego z braku tej zgodności sądów teoretycznego 
i praktycznego są postulaty i praktyka unicestwiania bytów niepełnospraw- 
nych na KAŻDYM etapie ich istnienia. I walka z tym złem, przeciwstawianie 
się tej niezgodności jest szczególnym zadaniem pedagogów specjalnych. 
Pedagogika specjalna w sposób szczególny stoi bardzo blisko, a może 
najbliżej tej niezwykłej tajemnicy transcendentalnej: słabości ludzkiej, 
cierpienia ludzkiego, kresu człowieczeństwa. I tego powinna być świadoma. 
To jest jej pięknem, bo skupiając się nad zrozumieniem tych tajemnic, 
odkrywa niezwykłe piękno wzrostu i rozwoju ludzi. Staje się czynnikiem 
metanoi, o której mówi Mieczysław Gogacz, że 


jest takim ukształtowaniem intelektu, by w sposób wierny rzeczywistości 
rozpoznawał, czym są byty, że są i jakie naprawdę wiążą te byty relacje. Jest też 
metanoia takim ukształtowaniem woli, by wybierała jako dobro to, co intelekt 
ukaże jej jako prawdziwe. Dzięki metanoi człowiek uzyskuje umiejętność stałej 
wierności prawdzie i dobru, a tym samym umiejętności ciągłego nawrócenia, 
ciągłego przechodzenia od ujęć i wytworów niedoskonałych do prawdziwych 
i dobrych. Połączenie w nas zachowań prawdziwych i dobrych, pisze Gogacz, 
jest mądrością. Mądrość to główna zasada, pryncypium chronienia relacji 
osobowych i osób. Humanizm, to chronienie istnienia, realności, prawdy, dobra, 
zarazem miłości, wiary i nadziei. (G., s. 52) 


Pedagogika specjalna ma swój wyjątkowy udział w zrozumieniu tej 
szczególnej tajemnicy Stwórcy- Boga- Absolutu, którą jest słabość i cier- 
pienie człowieka i wynikające z nich wezwanie człowieka do miłowania 
swego bliźniego.
>>>
ODRZUCONY NIEPEŁNOSPRAWNY, 
ODRZUCONA RODZINA 


[w:] DZIECKO NIEPELNOSPRAWNE W RODZINIE. SOCJALIZACJA 
I REHABILITACJA (MATERIAŁY Z KONFERENCJI NAUKOWEJ "DZIECKO 
NIEPEŁNOSPRAWNE W RODZINIE. SOCJALIZACJA I REHABILITACJA 
A MOŻLlWO$C AUTOREALIZACJI, ORAZ SPOŁECZNEGO FUNKCJONOWANIA"' 
W LUBLINIE 1993 R.), UMCS, LUBLIN 1995 


Co będzie oznaczało odrzucenie? Będę przez to rozumiał odmowę prawa do 
zaistnienia. Będzie nam tu szło nie tylko o kompletne unicestwienie, ale też 
o eliminację niektórych aspektów zjawiska osoby. Odmówienie również 
prawa do zaistnienia rodziny osoby niepełnosprawnej jako rodziny - a więc 
też o eliminację niektórych tylko aspektów zjawiska rodziny. 
Osoba niepełnosprawna może być w ten sposób odrzucona przynajmniej 
w trzech wyra:tnych jej pojawieniach się: 1) gdy pojawi się jako życie 
w łonie matki; 2) gdy pojawi się jako dziecko nowo narodzone; 3) gdy 
pojawi się w wyniku choroby w życiu póiniejszym. 
Przedstawiamy tu materiał mówiący o etapach cywilizacyjnych, których 
ukazywanie się obserwujemy. Użyłem tu określenia etapy cywilizacyjne nie 
dlatego, że przyjmą one w końcu taki, czy inny wyra:tny kształt, nie dlatego, 
że taki, czy inny zamysł wkraczania w zjawiska życia zwycięży, ale dlatego, 
że gdy coś stało się - wykroczyło poza sferę subiektywnych sądów, bardziej 
lub mniej uświadomionych, i stało się zespołem sądów istniejących 
obiektywnie, to jest już kształtem naszego świata, którego już nie wymażemy 
z historii i wobec którego będziemy musieli zabierać głos, czy myśląc, brać 
go pod uwagę. Stał się on materiałem naszych emocji, odczuć, czy też tłem 
naszych czynów. Co więcej - wielu wkrótce przyjmie go jako tło naturalne 
ich życia, niezależne od ich woli. 
Niepełnosprawność obejmuje aspekty życia człowieka od uszkodzeń, 
z którymi się człowiek rodzi, poprzez różne stany choroby, słabości, także 
społecznej, aż po niepełnosprawność człowieka śmiertelnie chorego i w koń- 
cu umierającego. 


256 


... 


.......
>>>
Odrzucony niepelnosprllwny, odrzuconll rodzinIl 


Przedstawiam materiał publicznej dyskusji toczącej się w listopadzie 
1987 roku we Francji po rozpowszechnieniu projektu o sprowadzaniu 
śmierci na trzydniowe niemowlęta niepełnosprawne poprzez "pozbawianie 
ich koniecznej do życia opieki". Materiały te zostały mi przekazane przez 
biuro OCH - 1'0ffice Chretien des Personnes Handicapees 30 prowadzone 
przez panią Helene Mathieu. 
W rozpowszechnionych materiałach założone 31 stycznia 1984 roku 
we Francji Stowarzyszenie Zapobiegania Dziecięctwu Niepełnosprawnemu 
(Association pour la Prevention de I'Enfance Handicapee - APEH) 
domaga się, 


aby rodzice zostali poinformowani podczas ciąży o istniejącym przy porodzie 
ryzyku, aby podczas comiesięcznych wizyt lekarskich podjęto wszystkie badania 
i niezbędne analizy, echografię w 2 lub 3 miesiącu, amniocentezę u matek 
z grupy ryzyka, bezpłatne dla kobiet powyżej 40 roku życia. Będzie to zawsze 
mniej kosztowało niż troska o niepełnosprawnych, z których niektórzy będą 
wiedli niezwykle ciężkie życie przez ponad 50 lat. (Association...) 


W deklaracji, którą podpisywały członkinie tego stowarzyszenia, czytamy: 
W wypadku wyrainego ryzyka [proszę] zapewnić mi lub spowodować 
zapewnienie mi dobrowolnego przerwania ciąży ze wskazań terapeutycznych. 
przy porodzie, jeżeli nieszczęśliwie moje dziecko nie byłoby normalne, wyraźnie 
proszę lekarza, aby go nie reanimowal Jeśliby było dobrze zbudowane, lecz 
miało kłopoty z oddychaniem, proszę lekarza, aby uczynił wszystko, aby żyło, ale 
tylko w6wczas, gdy będzie przekonany, że jego m6zg jest nienaruszony 
i funkcjonuje normalnie. (Clement) 
Profesor Claude Sureau, członek Narodowej Akademii Medycznej 
(Academie Nationale de Medecine), przewodniczący Komitetu Etyki Między- 
narodowej Federacji Ginekologii i Położnictwa, w "Le Figaro" z 14, 15 
listopada 1987 r., a więc w trzy lata później, stwierdza, że lekarze są 
doprowadzani do decydowania o przerywaniu ciąży z "przyczyn terapeutycz- 
nych", "już nie dla pewności anomalii, ale dla ryzyka (50%,25%, a czasem 
tylko 5%), ryzyka, które rodzice osądzają jako nie do przyjęcia" (Sureau [2]). 
APEH domagało się "rozszerzenia możliwości terapeutycznego przery- 
wania ciąży ze wskazań medycznych poza ustawową granicę 3 miesięcy 
(Association...) . 
Claude Sureau we wspomnianej publikacji zatytułowanej Rozdzierający 
problem sumienia zauważa, że "oczywista ciągłość biologiczna życia 
ludzkiego logicznie prowadzi do wniosku, że jeśli prawo stanowienia o życiu 
i śmierci zo stało bezapelacyjnie przyznane matce aż do 12 tygodnia ciąży, to 
30 L'Office Chretien des Personnes Handicapees (OCH) 90, avenue de Suffren, 
75738 Paris, wydawca pisma "Ombres et Lumiere". 


257
>>>
P'lIwdll 


niespójne logicznie będzie odmawianie jej tego prawa aż do okresu 
poporodowego" (Sureau [2]). 
Gilbert Brunet, członek APEH, doktor religioznawstwa, w polemice 
z Georges'em Hourdin, ojcem dziewczynki z zespołem Downa, autorem 
książki Niezawinione nieszczęJcie, obrońcą życia niepełnosprawnych, 
przyznaje, że 
badania prenatalne nie ujawniają wszystkich niebezpieczeństw. Na odwrót, 
wskazują jako podejrzane płody, które mają pewną szansę stać się dziećmi 
bardzo normalnymi. To są te dwa przeciwstawne błędy prewencji prenatalnej, 
które prowadzą ku idei zalegalizowanej eutanazji noworodków, nawet gdy nie 
można ukryć, że jest to dzieciobójstwo. To wszystko oczywiście na żądanie 
rodziców, gdy lekarze uznają to za usprawiedliwione. (Brunet) 


Zwróćmy uwagę, że protagonista projektu "eliminacji niepełnosprawnych 
noworodków" otwarcie używa określenia dzieciobójstwo na określenie 
tego, co proponuje. 
We wspomnianej deklaracji APEH domagało się, "aby przyszłe matki 
zgłaszały lekarzowi, którego darzą zaufaniem, deklarację woli obdarzenia 
życiem tylko dzieci normalnych". Należy także _przypomnieć wszystkim, 
którzy mogą być wezwani do porodu, że każdy brak oddechu przekraczający 
2 lub 3 minuty może spowodować w mózgu nieodwracalne szkody" 
(Association...) . 
L'Association pour la Prevention de l'Enfance Handicapee opierało się 
w swoich dalszych krokach na angielskim projekcie z roku 1981, który 
proponował, aby nie było 


ani zbrodnią, ani przestępstwem uchylenie się przez upoważnionego lekarza od 
stosowania lub zaniechanie stosowania wobec pacjenta powierzonego jego 
opiece leczenia niezbędnego dla ochronienia lub przedłużenia jego życia, 
zgodnie z podanymi dalej warunkami. Prawo to będzie miało zastosowanie tylko 
wobec pacjentów, którzy są dziećmi poniżej 28 dnia życia. Uchylić leczenie 
można tylko wówczas, gdy: dwóch leczących lekarzy działając w dobrej wierze 
[...], obaj mający przynajmniej siedem lat praktyki, poświadczy na piśmie, że 
pacjent cierpi na poważną chorobę fizyczną i umysłową, która według nich 
i zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej jest - nieodwracalna lub wobec 
której żadne rozsądnie osiągalne leczenie nie przyniesie znaczącej poprawy; 
- tak ciężka, że pacjent po skorzystaniu ze wszystkich rodzajów leczenia 
rozsądnie osiągalnych nie będzie cieszył się życiem o jakości godnej przeżycia. 


Określenie życie o jakoJci godnej przeżycia będzie się przewijało często 
w naszej debacie. La vie ne digne pas 
tre vt!cue to Lebensunwerten Lebens 
Carla Bindinga z 1920 roku, pracy którą uważa się za tę, która zapoczątkowała 
eksterminację osób z zespołem Downa (mongolizmem). 


258 


# 


--
>>>
Odrzucony niepełnosprBwny, odrzucona rodzinB 


Lekarze, o których mówi projekt angielski "są zobowiązani wziąć pod 
uwagę stopień cierpienia (umysłowego i fizycznego), którego prawdopodob- 
nie pacjent doświadczy, jeżeli jego życie zostanie przedłużone", a także 
wdodatkowe cierpienia, które spadną na pacjenta, jeżeli będzie wymagał on 
częstych i powtarzalnych operacji chirurgicznych koniecznych dla zapew- 
nienia życia." 
Następnie zobowiązani są wziąć pod uwagę możliwą do prawdopodob- 
nego potwierdzenia zdolność pacjenta: a) do porozumiewania się, b) do 
zdawania sobie sprawy z otoczenia i swego stanu, c) do spełnienia bez 
pomocy przynajmniej kilku podstawowych funkcji cielesnych, d) do 
osiągnięcia pewnej zdolności ruchu dzięki sztucznym pomocom będącym 
normalnie do dyspozycji chorych (Proposition...). 
Przedstawiony w listopadzie 1987 r. parlamentarzystom francuskim 
projekt Stowarzyszenia Zapobiegania Dziecięctwu Niepełnosprawnemu 
(APEH) proponował jako istotę to, że: 


Lekarz nie popełni ani zbrodni, ani przestępstwa uchylając się od zapewnienia 
dziecku opieki koniecznej dla jego życia i gdy dziecko to będzie dotknięte 
nieuleczalną chorobą w takim stopniu, że będzie można przewidzieć, że nigdy 
nie będzie mogło wieść życia godnego przeżycia. (Nau [2]) 


Ta część deklaracji uderzyła wypowiadających się w prasie najsilniej. 
Dalej projektodawcy zastrzegli, że 
takie powstrzymanie się od opieki będzie mogło zajść tylko na podstawie pisemnej 
zgody rodziców i na podstawie jasnego i szczegółowego świadectwa niepełno- 
sprawności, które będzie musiało być podpisane przez dwóch lekarzv, z których 
każdy będzie miał siedem lat praktyki. a jeden z nich będzie musiał obowiązkowo 
być specjalistą pediatrii lub choroby, na którą cierpi dziecko. (Nau [1]) 
Martine Azoulai w "Le Matin" sprecyzowała, że "projekt ten, jasno 
rozumiany, oznaczałby osądzenie przy urodzeniu 'normalności' u noworod- 
ków" (Azoulai). 
"Liberation" zawarł stwierdzenie, że ten projekt ustawy, rozesłany do 
wszystkich partii politycznych reprezentowanych w Zgromadzeniu Narodo- 
wym, deklarowany jako dotyczący "delikatnego problemu nienormalnych 
noworodków" jest "ustawą bez żadnych niuansów, faktycznie zezwalającą 
na każdą formę eutanazji" (i 'euthanasie... [1]). 
Profesor Jeróme Lejeune, genetyk, zwrócił uwagę na to, że uchylenie się 
od świadczenia opieki koniecznej dla życia noworodka może dać miejsce 
licznym interpretacjom: "nie oznacza to tylko zgody na niewykonanie 
terapii, ale również odmowę, o ile dobrze rozumieć, dania mu wszystkiego, 
co niezbędne do życia, przede wszystkim pożywienia" (Dumonceau). 


259 


--
>>>
P/swds 


Profesor Claude Sureau, wspomniany tu już, wskazywał na inny postulat 
logiczny: 


Po urodzeniu nie istnieje już żadna granica, trzy dni nie są bardziej 
nieuzasadnione niż 24 godziny, czy trzy miesiące. Dopuścić eutanazję poporo- 
dową, na przykład dla porażających uszkodzeń neurologicznych, oznacza 
dopuścić eutanazję niemowlęcia, czy dziecka chorego na chorobę Heinego- 
-Medina, a także dorosłego z rdzeniowym porażeniem kończyn dolnych. 
(Sureau [2]) 


Georges Hourdin otwarcie nazwałsprawę "zalegalizowaniem dzieciobój- 
stwa, w trzy dni po urodzeniu, ciężko upośledzonego" (Hourdin [1]). 
Projektodawcy otwarcie uzasadniali swój pomysł tym, że "dzieci nie- 
pełnosprawne kosztują drogo społeczeństwo i niczemu nie służy pozwalanie 
na przeżycie niemowląt poniżej trzeciego dnia życia, gdy wiadomo, że nie 
będzie tam życia godnego istnienia" (Faut-i1...)31. Zresztą "eutanazja dzieci, 
które rodzą się nienormalne na skutek przypadku czy braku uwagi, odbywa 
się obecnie nielegalnie" (L 'euthanasie... [3]). 
Jak to już widzieliśmy na przykładzie profesorów Sureau i Lejeune, 
propozycja ustawy zmierzającej do "zmniejszenia liczby dzieci anormalnych" 
przez "odwołanie się do eutanazji wobec niepełnosprawnych niemowląt" 
spotkała się z bardzo wyra;fną wrogością świata medycznego. Donosił o tym 
"Le Quotidien du Medecin" z 6 listopada 1987 roku. 
Profesor Pierre Relier, neonatolog zajmujący się wcześniakami, prze- 
strzegał, że ewentualna ustawa wystawiałaby niesłusznie noworodki z zabu- 
rzeniami okołoporodowymi na ryzyko zakwalifikowania do kategorii "nie- 
przeżywalnych" (Dumonceau). 
Gilbert Dhumerelle zweryfikował projekt wobec obowiązującego prawa 
i wykazał, że "Kodeks Zdrowia Publicznego zorganizował ochronę dzieci, 
która w sposób zasadniczy sprzeciwia się możliwości ze strony kogokolwiek, 
a szczególnie lekarza, pozbawienia opieki noworodka niepełnosprawnego 
w celu spowodowania jego śmierci" (Dhumerelle). 


31 Zwróćmy tu uwagę na określenie "życie niegodne istnienia". Profesor Józef 
Bogusz zwrócił uwagę na tytuł pracy z r. 1920, profesora prawa karnego Karla 
Bindinga i psychiatry Alfreda Hochee Die Freigabe der Vernichtung lebensunwerten 
Lebens, która dała początek realizacji masowej eksterminacji ludzi przez nazistów. 
Użyto tu identycznego określenia. Por. Józef Bogusz. Lekarz i jego chorzy, Kraków 
1979, s. 39, oraz s. Maria Wilgorska, Zagadnienia etyczne służby zdrowia w ujęciu 
profesora Józefa Bogusza, praca magisterska na Wydziale Teologicznym ATK pod 
kier. ks. doc. dr. hab. Helmuta Janasa, masZ'{nopis niepublikowany; por. też J. C. 
Willke i inni, Życie czy 
miert, stare i nowe tajemnice eutanazji, wyd. Human Life 
International - Europa, Gdańsk 2000. 


260 


........
>>>
Odlzucony nifJpelnosplBwny, odrzucona rodzina 


JoeIle Desparmet, anestezjolog pediatra, była zdania, że "zdefiniować 
niepełnosprawność, wobec której byłoby możliwe zaprzestanie opieki, jest 
sprawą niewyobrażalną" (Parlons-en...). 
Lekarze twierdzili, że nawet, gdyby nie chciało się utrzymać przy życiu 
dzieci poważnie niepełnosprawnych, nigdy nie jest się zupełnie pewnym 
w trzy dni po urodzeniu, że niepełnosprawność będzie tak poważna, jak się 
podejrzewa: "wielokrotnie byłam zaskoczona w dobrym tego słowa znacze- 
niu po sześciu miesiącach" (dr Isabelle Thomas) (Parlons-en...). 
W cztery lata później, tj. w roku 1991, w dokumentach Francuskiego 
Ruchu Prawa do Choroby (Le Mouvement Fran
ais pour le Droit ci la 
Maladie), w dokumentach Stowarzyszenia "Vivre avec la maladie" zainic- 
jowanego przez panią Claudine Loubire, czytamy, iż "ciężko chorzy, ciężko 
niepełnosprawni są odrzucani przez instytucje opiekuńcze, zwracani rodzi- 
nom z prawem do niepoważnej opieki - to jest rzeczywistość, która staje się 
prawdziwą instytucjonalną eutanazją, bardziej lub mniej nieświadomą" 
(ApeL). W sytuacji takich chorych 


wybór jest ograniczony do wszystkiego lub niczego. Jest dostępna przechowal- 
nia, 'typowe ognisko'. Chory zostanie wchłonięty przez instytucję, a my 
będziemy żyć obok z pytaniami, które w najlepszym razie się pojawią: czy żyje, 
jak żyje? Inne możliwe rozwiązania: zatrzymajcie waszego chorego lub zostawcie 
u siebie tak długo, jak tylko będziecie mogli. (Vivre... [1]) 


Zespół medyczny leczący syna pani Loubiere, u którego stwierdzono 
stwardnienie rozsiane, "zaniepokojony o przyszłość tego młodego człowieka 
i bez wątpienia świadomy ciężaru przyszłej opieki" poradził jej "natychmias- 
towe umieszczenie go w zakładzie" (Loubire [4]). Nie zgodziła się. Po 11 
latach od tej propozycji znajduje potwierdzenie słuszności swojej decyzji, 
która wyraża się w następujących słowach: 


Jest oczywiste, że jeżeli chory w swoim otoczeniu rodzinnym lub instytu- 
cjonalnym nie znajduje oparcia, zrozumienia swojej rzeczywistości, zupełnie jak 
dziecko w swojej zależności, umrze z braku zainteresowania, braku opieki. 
(Loubire [4]) 
"Chęć śmierci u chorego zawsze jest związana z z e r w a n i e m 
r e I a c j i p o t w i e r d z a j ą c e j z osobą odpowiedzialną za jego życie 
i z jego otoczeniem rodzinnym" - przytacza słowa Franza Weldmana. 
"Eutanazja jest również tylko tym - to zanik relacji z innymi, wówczas gdy, 
jak podaje Bernard Wary, mamy dziś wszystkie środki, aby złagodzić ból 
fizyczny i pozwolić na naturalną śmierć" (Loubiere [40]). 
"Dziś praktykuje się zbyt często w służbach przyjmujących ciężko 
chorych niepełnosprawnych ortotanazję - zezwalanie na śmierć przez brak 


261
>>>
P'BwdB 


wysiłku leczenia. Wysiłków leczenia, które ratuje, a nie które zapewnia 
spokój zespołowi leczącemu" (Loubiere [4]). 
Towarzyszy temu opuszczeniu pozbawienie praw obywatelskich tych 
chorych, rzecz zdawałoby się marginalna, lecz "w konsekwencji ustala się 
proces nieodwracalnego wyłączenia, który następnie sprowadza reakcje 
instytucji zmierzające do opuszczenia, zapomnienia tej kategorii ludzi" 
(Loubiere [4]). 
Zgrupujemy zatem zagadnienia wokół aspektów wyraźnie rysujących się 
w badanych wypowiedziach: 


I. Eliminacja jako element cywilizacyjny 


Zwolennicy eliminacji twierdzą, że "można sobie wyobrazić przerwanie 
życia dziecka nienormalnego pod pewnymi warunkami, ale po szerokiej 
debacie moralnej i socjologicznej" (Le debat...). Gdyż "niepełnosprawni są 
nie tylko obciążeniem dla narodu, ale sami nie są szczęśliwi i czynią swoje 
otoczenie nieszczęśliwym. Medycyna daje tu niewielką pomoc, ponieważ 
dąży do zachowania osobników źle ukształtowanych, przeciwnie do 
naturalnej eliminacji" (Le debat...). "Miłość nie powinna uniemożliwić 
rozumienia tych, którzy dążą do zmniejszenia liczby ciężko niepełnospraw- 
nych" (Le debat...). 
Obrońcy życia niepełnosprawnych i ciężko chorych, wprawdzie w debacie 
dotyczącej życia w znaczny czas po urodzeniu i późniejszej o cztery lata, 
kreślą problem o wiele szerzej. Dr Bernard Wary: "Gdy medycyna nie ma już 
mocy leczenia, gdy lekarz uformowany do tego, aby leczyć, znajdzie się 
w sytuacji przegrania, chory pozostaje żyjącym, który potrzebuje pomocy 
i ulgi, co stawia problemy etyczne, psychologiczne, socjologiczne" (Vivre... 
[1]). Dr Paul Milliez: "taki, jaki jestem, chcę jeszcze żyć z wami; czy możecie 
to zrozumieć i zaakceptować i pomóc mi, abyśmy podjęli tę próbę?" 
(Loubiere [4]). 


II. Całkowite potępienie niepełnosprawności i choroby 


Wydaje się, że tłem odrzucenia jest wizja świata, w którym może nie być 
słabości, cierpienia. Jakaś wizja swoiście pojmowanego szczęścia. Kobiety 
podpisując deklarację z prośbą o niedopuszczenie do urodzenia przez nie 
dzieci niepełnosprawnych, podpisywały się pod tekstem, który afirmował 
życie jako "dobre", ale jednocześnie stwierdzał "że mogą być szczęśliwe 


262 


.......
>>>
Odrzucony niflpelnospr.wny, odrzucon. rodzin. 


i użyteczne dla dobra innych tylko istoty dobrze zbudowane i w pełni 
normalne" (Clement). Główny protagonista idei stwierdzał, że "noworodek 
z zespołem Downa nie mógłby przeżyć u niego, nawet, gdyby on sam musiał 
przez to utracić swoją togę adwokacką, czy położyć kres swojej działalności 
politycznej" (Carre). 
Jean Vanier oświadczył, że problem nie jest jednostkowy: "trwa obecnie 
prawdziwe poszukiwanie sposobów wyeliminowania dzieci niepełnospraw- 
nych z naszego świata. Mogę [...] podać liczne przykłady matek, które 
muszą walczyć o zachowanie swojego dziecka" (De Legarde [1]). 


III. Obciążenie ekonomiczne 


Swoista wizja szczęścia, to jedna strona tego tła. Inna, to problem środków 
na pomoc. Franr;ois Raoux w artykule Zniewaga uczyniona rodzinom 
stwierdza, że 
przedstawienie motywów wskazuje najpierw z cynizmem na podstawową 
rację tego projektu, ciężar finansowy, który niesie za sobą liczba niepeł- 
nosprawnych fizycznie i chorych umysłowo: 1 227 000 poniżej 20 lat 
i 1 1 04 800 dorosłych, do których dodać należy - czytamy w tym straszliwym 
tekście - ludzi w wieku ponad 60 lat, których jest, wliczając w to starców 
i kaleki, około 1 500 000. (Raoux) 


France de Legarde wskazuje na zły wybór drogi rozwiązania: 
Dramat matek, które podpisały się pod tą akcją eliminacji mógłby wywołać 
kampanię opinii publicznej i niewystarczalności środków materialnych i psycho- 
logicznych danych do dyspozycji rodzin celem ich lepszej egzystencji. Zamiast 
tego dzisiaj doszliśmy tylko do przykrej debaty o usuwaniu "nienormalnych" 
i o nielegalnej eugenice. (De Legarde [2]) 


IV. Woluntaryzm 


Senator Caillavet: "Nie jestem wierzący. Ten, kto daje życie, może je 
odebrać". Myśli tu oczywiście nie o Bogu, ale o rodzicach (Corbin [1]). 
Patrick Verspieren w "Le Figaro": "Odtąd chce się przeszkodzić żyć tym, 
których doświadczenie przeszkadza naszej beztrosce" (Verspieren [2]). Ten 
sam klimat widzi się i w cztery lata później. 
Bliskość ułomnego lub ciężko chorego niepełnosprawnego chorego w tym, 
co on właśnie mówi o śmierci, wyzwala reakcję potępienia społecznego, 


263
>>>
PrBwdB 


zaproszenia bardziej lub mniej nieświadomego do szybkiej śmierci przez 
pseudoprzyzwoitość, co [on] jest według nas zamaskowaną formą eutanazji. [...] 
$mierć jest ostateczną zniewagą zadufanej próżności ludzkiej, która zdobywszy, 
jak sądzi, mistrzostwo niby powszechne, odnajduje się wobec niej zmieszana, 
sprowadzona do swojej nie dającej się przezwyciężyć kondycji prochu ludzkiego. 
(Apel...) 


Tak więc jesteśmy u istoty. Wojciech Chudy jako jeden z horyzontów 
niepełnosprawności ukazał horyzont przygodności egzystencji ludzkiej 
(Chudy). Może to mieć ważne konsekwencje. Jedną z możliwych jest chęć 
usunięcia tego horyzontu, zamazania go. I z tym właśnie mamy tu, sądzę, do . 
czynienia. 
Przyjąć to może następujący obraz: 


V. litość nad późniejszym "niegodnym życiem" chorego 
czy niepełnosprawnego 


"Czy trzeba przyznać dwudniowemu dziecku z mikrocefalią prawo do 
przeżycia swego losu?" (Brunet). 
Założycielka ruchu, sama matka dorosłego niepełnosprawnego, ar- 
gumentuje, że "miejsca, w których mogliby żyć niepełnosprawni nie są 
rozciągliwe, więc 'dlaczego narzucać dziecko, które zawsze będzie od- 
rzucone'?" (Azoulai). To pytanie w ustach matki przybiera wyraz rozpaczy 
raczej niż litości i może być skierowane do nas jako wyrzut. 
Otóż 


VI. Rzeczywistość opuszczenia jest dramatyczna 


"Jeślibyśmy przeszli się przez zakłady specjalistyczne, zobaczylibyśmy ukrytą 
twarz naszej cywilizacji, gorszą od więzienia. Co robić z niepełnosprawnymi 
zupełnie u dołu drabiny?" - pyta Brunet (Brunet). 
,,100 urodzonych w jednym roku dzieci z zespołem Downa jest 
opuszczonych w sposób legalny. 500 jest umieszczonych w specjalnych 
ośrodkach, gdzie wiele z nich w miarę czasu także zostanie opuszczonych 
(przez rodziny). Dla nich życie nie jest warte przeżycia" - mówi Jean 
Alingrin, założyciel ośrodka adopcyjnego "Emmanuel" (Azoulai). 
Gilbert Brunet zdaje się bronić rodziców. "Czy można zmuszać do 
przyjęcia dziecka niepełnosprawnego rodziców, którzy nie chcą go przyjąć? 
A czasem nie mogą po prostu. A przypomnijmy, są niepełnosprawności 
o wiele poważniejsze niż mongolizm" (Brunet). 


264
>>>
I 


Odrzucony niepelnosprBwny, odrzuconB rodzinB 


Claudine Loubiere, matka ciężko niepełnosprawnego chorego, potwier- 
dza, że każdego dnia trzeba usprawiedliwiać fakt, iż chory żyje i chce żyć 
pomimo ciężaru próby i zależności. "Każdego dnia trzeba odnawiać kontrakt 
życia". "Wyjścia do ludzi" z chorym synem były zawsze problematyczne, 
ponieważ trzeba było zawsze uzgadniać z otoczeniem ludzkim obecność 
tego młodego człowieka, leżącego w swoim fotelu, z ustami szeroko 
otwartymi" (Loubiere [4]). Często oddanie chorego do szpitala czy zakładu 
oznacza "porzucenie go w ręce niedbałych służb szpitalnych, które tylko 
marzą, aby się go pozbyć" - potwierdza Franz Weldman (Faul-i!...). 
Postulat eliminacji słabych, "źle uformowanych" i chorych to jest 


VII. Groźba dla cywilizacji 


Patrick Gaue, dyrektor generalny Narodowej Unii Stowarzyszeń Rodzin 
Dzieci Niepełnosprawnych (Union Nationale des Associations de Parents 
des Enfants Handicapes - UNAPEI), pyta: "kto może być uprawniony do 
sądzenia o zdolności do życia godnego przeżycia?" (Faul-ii...). 
Psychiatra Jean Franc;ois Corbin ostrzega, że "chce się usunąć żywoty 
nie warte życia [...] Określa się normę i w dwa lata p6fniej rozszerza się 
granice i dochodzi do eugeniki - to straszliwie niebezpieczne". Tak było 
w latach dwudziestych w Niemczech. W roku 1920 książka Karla Bindinga 
zachwalała eliminację tych "żywotów nie wartych życia" z poparciem 
lekarzy, prawników, ekspertów (Johannes [1]). 
Minister zdrowia Francji Michale Barzach pyta z kolei: "jakie społeczeń- 
stwo sobie przygotowujemy, jeżeli państwo musi ustanawiać prawa o życiu, 
śmierci i miłości?" (Sureau [1 ]). Obowiązkiem lekarza jest zrobić wszystko, 
aby dać szansę przeżycia, zwłaszcza dziecku, które ma się narodzić, nawet 
jeśli jest ono głęboko niepełnosprawne (Dhumerelle). 
Dyrektor UNAPEI M. Gohet twierdzi, że: "na poziomie odpowie- 
dzialności grupowej (społecznej) odpowiedzialnością społeczeństwa jest 
umieć przyjąć byty odmienne i dać im środki, które pozwolą skompensować 
im braki" (M .G.). 
Claude Sureau uważa, że "jedynie logicznie zgodni są ci, którzy jak 
Kościół katolicki utrzymują, że życie musi być chronione we wszystkich 
okolicznościach" (Sureau [2]). 
Kardynał Jean-Marie Lustiger w samej wywołanej debacie dostrzega 
niebezpieczeństwo, gdyż "projekt ustawy będzie prawdopodobnie odrzucony 
z oburzeniem, ale jednocześnie przyzwyczaimy się do samej myśli o zabijaniu 
żywych istot" (Lustiger). 


265
>>>
Pr.wd. 


Przedstawione dotąd elementy wkraczają w sposób istotny w strukturę 
rodziny. Dziecko zazwyczaj przychodzi na świat w rodzinie. Owszem, może 
instytucjonalnie "nie mieć rodziny", ale ma rodziców, nawet choćby nie 
mogli go poznać, ma dziadków, pradziadków etc., choćby tylko w sekwencji 
poprzedzającej. Tak więc w sensie biologicznym ma rodzinę. Jednakże rolę 
rodziny rozumiemy jako zadanie wrzenia związku osób najściślej umoc- 
nionego poprzez więzy biologiczne, a także szczególne więzy społeczne, 
którymi są więzy miłości. Rodzina trwa jako ten silny związek, nawet gdy 
w postrzeganiu materialnym może już nie istnieć. 
Zjawiska, o których tu mówimy, mogą tworzyć syndrom, który chcę 
nazwać odrzuceniem rodziny. Oznacza to albo odmówienie rodzinie 
warunków, w których będzie mogła wypełnić swoje zadanie miłości, a więc 
"zapewnienie swoim członkom zapomnienia o ich lęku samotności"32, albo 
też narzucenie czy proponowanie rodzinie zachowań przez oczywistość 
wykraczających przeciw temu zadaniu, stanowiących jego wyraźną i zupełną 
negację, a więc narzucających klasyczną postawę OD - postawę negacji, 
ucieczki, zapoznania. Gdy ta postawa dominuje, zostaje zburzona struktura 
kreacji, struktura NAD, będąca w ogóle warunkiem życia (zob. Wojciechowski 
[4] za: Kępiński [2] i [3]). 
Pojawienie się niepełnosprawności może narzucić wybór jednego z dwu 
kierunków: albo właśnie postawy OD, albo wzmocnienia postawy DO. 
Zawsze, wydaje się, będzie to bardzo złożony kompleks: 


"żałuję, niczego nie zaakceptowałam, mój mąż też, a nasz syn jest zupełnie 
zbuntowany. Dziecko niepełnosprawne to śmierć rodziny". "Gdy moja córka 
urodziła się, miałam 26 lat. W tamtym momencie byłam zupełnie nie przygoto- 
wana, aby wznieść się do zadania, które mnie przekraczało. To właśnie dlatego 
zgadzam się z tą ustawą, a nie zgadzam się ze stowarzyszeniem rodzin 
niepełnosprawnych, które według mnie miesza drogę krzyżową z funkcjami 
rodzicielskimi. Mieć dziecko niepełnosprawne to codzienna kalwaria. Byłam 
nauczycielką i miałam uczniów w swojej klasie, którzy byli w tym samym wieku, 
co moja córka, bezustannie czyniłam porównania, jest to coś absolutnie 
straszliwego do przeżycia". "Jeżeli przy urodzeniu córki pytano by nas o wybór: 
czy zostawić Pani dziecko przy życiu, czy niej' [mam nadzieję, że nie można 
postawić takiego pytania matce], odpowiedziałabym: niech żyje. Ale na przekór 
temu miałabym nadzieję, że to zrobią. Moja córka ma teraz 14 lat i mówię, że 


32 Skracam tu myśl Jacques'a Maritain, który do tego sprowadza istotę uczucia 
miłości: "A kochana przez nas istota jest w pewnej mierze uleczona w swej 
samotności, może - choć jeszcze niespokojna - spocząć na chwilę w schronieniu 
poznania, dzięki któremu znamy ją jako podmiot" (Jacques Maritain, Pisma 
filozoficzne, Znak, Kraków 1988, s. 97 -98, tyto oryg. Court traite de /'existence et de 
/'existant, 2 wyd., Flammarion, Paris 1964, s. 101-138. 


266
>>>
Odrzucony niepmnosprBwny, odrzucona rodzina 


należało ją zabić przy urodzeniu, to musi wydawać się straszne, lecz nie, takie nie 
jest. Kocham moją córkę głęboko, bardziej niż wszystko na świecie". (Clement) 


To świadectwo, co do którego przytaczający je Marcel Clement dopuszcza 
podejrzenie, że zostało skonstruowane przez projektodawców ustawy 
o pozbawieniu życia niemowląt niepełnosprawnych, przedstawia charak- 
terystyczną ambiwalencję. Sądzić można, wiedząc o w ogóle ambiwalentnym 
charakterze naszych uczuć, iż może ono ukazywać istotę wyboru, być może 
głęboko wypartego ze świadomości. Staje się więc ważne to, co nastąpi. 
Inna matka, założycielka APEH, Yvonne Jegou mówi nam, że przypadkiem 
jej syna, osądzanym a to w kategoriach winy, a to choroby lub upośledzenia 
umysłowego, nie mogło się skutecznie zająć żadne stowarzyszenie czy 
instytucja (De Legarde [2]). Przyznaje, że projekt ustawy jest z jej strony 
desperackim wystąpieniem wobec nieczułości świata, wobec sytuacji 
przeżywanej przez rodziców i przez dzieci: 
Mam 25 lat osobistego doświadczenia - oskarża - widziałam jak traktuje się 
dzieci w szpitalach. Słyszałam ludzi, którzy mi mówili: proszę zabrać swoją 
małpkę (C. M.). Dwadzieścia pięć lat cierpień i wyłączenia - społeczeństwo nie 
toleruje anormalności, zostajemy na dole drabiny społecznej. Nikt nie poślubi 
matki niepełnosprawnego 34 . [...] Oskarżano mnie, wyśmiewano. Jedynie 
członkowie Stowarzyszenia Prawa do Godnej Smierci (Association pour le Droit 
de Mourir dans la Dignit8 - ADMD) wysłuchali mnie przyjaźnie i pomogli.(De 
Legarde [2]) 
Dodajmy tu, że pomogli też w rozpowszechnianiu i obronie omawianego 
projektu ustawy o pozbawianiu życia niemowląt niepełnosprawnych. 
Możliwy jest wybór innej drogi. Claudine Loubiere ("Tak, jak i wy, należę 
do tej kategorii osób bezpośrednio dotkniętych chorobą wykluczającą 
z życia przez to, że mam w domu chorego" (Vivre... [1]» zawiązała 
Francuski Ruch Prawa do Choroby (Mouvement Fran
ais pour le Droit ci la 
Maladie), aby "bliscy chorego nie byli zobowiązani przeżywać jego getta 
w domu - grobowcu (heroizm samotnej walki nie jest obowiązkowym 
powołaniem"). Uczyniła to w pełni świadoma skutków opuszczenia rodziny 
w tej sytuacji. Jedną z przesłanek, które ją do tego skłoniły, był proces 
o dzieciobójstwo wytoczony człowiekowi niepełnosprawnemu, który był 
ojcem dziecka skazanego na przeżycie tej samej drogi (Vivre... [1]). 
Projektodawcy uregulowań zmierzających do eliminacji niepełnospraw- 
nych angażują do tego celu samych rodziców, a więc tych, których tragedię, 
sądzę, już czujemy. Anglicy proponują, aby przy decyzji o śmierci dziecka 


33 La Matin, 6 list. 1987, (Azoulai). Znamy wszakże w swoim otoczeniu w Polsce 
przypadek utworzenia rodziny przez poślubienie matki chłopca niepełnosprawnego 
mieszkającej nadto z niedołężną ciotką. 


267
>>>
Prlłwdlł 


niepełnosprawneQo uwzględnić "możliwości i deklarowaną zgodę rodziców 
pacjenta na zapewnienie mu pielęgnacji i zaspokojenia potrzeb zgodnie 
z jego stanem", a także "prawdopodobny wpływ na zdrowie psychiczne 
i umysłowe rodziców i innych członków rodziny pacjenta podczas przewi- 
dywanego trwania jego życia" (Proposition...). 
Te same argumenty mogą jednak służyć wyborowi dwu różnych dróg. 
Założycielka APEH wybierając drogę eliminacji mówi o "poczuciu winy 
rodziców, gdy ich dziecko znajdzie się w zakładzie specjalnym, czy o kłótniach 
między ojcem i matką wywołanych tym ogromnym ciężarem, kłótniach, 
które mogą spowodować opuszczenie rodziny przez ojca" (Carre). 
Claudine Loubiere wybierając drogę życia ze swoim unieruchomionym 
i odciętym od dotychczasowego świata synem musiała 
pogodzić się z odejściem ojca (dziecka), który nie mógł znieść myśli o tym, co 
miało stać się z tym chłopcem. Później młodszej siostry, która nie wyobrażała 
sobie życia pomiędzy matką i niepełnosprawnym bratem. To rozbicie pod- 
stawowej rodziny, następnie oddalenie się reszty rodziny i przyjaciół pozostawiło 
nas w getcie ciężko degradującej choroby, przedsionku śmierci. (Loubiere [4]) 
Dyskusja, którą śledzimy, jest dość pełna. Rodzina, pośród której pojawia 
się niepełnosprawność przekraczająca powszechnie przyjęte poczucie 
normalności, nie musi przestać być rodziną, to znaczy nie musi tracić swojej 
zdolności do miłości. Jean- Yves Nau podkreślił, iż projekt rozważanej 
ustawy przysporzył rodzinom dzieci niepełnosprawnych czy nienormalnych 
dodatkowych cierpień, gdyż już nauczyli się oni znosić cierpienie i żyć ze 
swoim dzieckiem (Nau [2]). Biskup Viinet, ówczesny przewodniczący 
Konferencji Episkopatu Francji wskazał, iż "te rodziny doświadczone są 
pierwszymi, które kochają i bronią swoich dzieci" (Bourdarias). Jean 
Allingrin, założyciel ośrodka adopcyjnego "Emmanuel", powiedział: "Mogę 
wam podać przykład ośmiu osób, które myślały o opuszczeniu swojego 
dziecka obciążonego zespołem Downa przy urodzeniu, a po namyśle 
zdecydowały się przyjąć je. Jesteśmy w stałym kontakcie z nimi - to 
zwycięstwo" (Azoulai). Wypowiedź Georges'a Hourdin: "M oje ostatnie, 
ósme dziecko - córka, która ma teraz czterdzieści jeden lat - dotknięta jest 
trisomią 21 (mongolizm). Moja żona i ja zaakceptowaliśmy to dziecko 
i usiłowaliśmy je wychować. Nawet nie przychodziło nam do głowy, że 
mogliśmy postąpić inaczej" (Hourdin [1]). 
Choroba, która dotknęła rodzinę Claudine Loubiere, musiała przynieść 
rezygnację młodego człowieka z tego życia, którego oczekiwał. Dla niej 
- rezygnację z syna, którego oczekiwała. "Ale nie rezygnację z życial Trzeba 
je przejść nową trasą, przejść przez osobistą próbę i uczynić z niej owoc 
w służbie podzielonej wspólnie inteligencji chorego, jego rodziny i działają- 


268
>>>
Odrzucony nieptłlnosprBwny. odrzuconll rodzinll 


cego Z przekonaniem zespołu opiekującego się" (Loubiere [4]). Wartość 
owej decyzji potwierdzają lekarze leczący Jean-Philippe'a: 


Jean-Philippe i jego matka z pewnością więcej nam przynieśli, niż my im 
daliśmy. Matka stała się tu dekoderem, medium rozwiązującym wszystkie 
tajemnice, przyczyny tylu problemów w naszych relacjach "opiekujący się 
- podlegający opiece". Z taktem tłumaczyła nam, jak żyje ze swoim synem, 
swoje codzienne gesty. Mówiła nam o zwyczajach Jean Philippe'a, jego 
ulubionych audycjach radiowych i telewizyjnych, jego pasjach, stosunkach 
z rodziną, niektórych cechach charakteru. Widzieliśmy również miłość, którą mu 
dawała[...] i którą on przyjmował na swój sposób. (Vivre... [1]) 


Przeciw owej realizacji większej miłości w rodzinie wystąpili projekto- 
dawcy ustawy, postulując pisemną zgodę rodziców na pozbawienie opieki 
ich nowo narodzonego dziecka (Dumonceau). Henri Caillavet postulował, 
aby "jeżeli to dziecko nie będzie normalne, zdolne do zaakceptowania, 
trzeba w pierwszych godzinach, aby konsylium pediatrów uprzedziło o tym 
rodziców i zapytało, czy chcą je zachować. W przypadku braku zgody 
między rodzicami ostateczna decyzja należałaby do matki" (De Legarde 
[1]). Dopuszczał on myśl o ustanowieniu prawa, "które pozwoliłoby tym, 
którzy dali życie, zabrać je" (De Legarde [2]). Oczywiście rodzice mieliby 
wolny wybór: 


Jeżeli rodzice zaakceptowaliby dziecko - a ci rodzice według mnie byliby 
wspaniali - społeczeństwo powinno tu w całej solidarności i wielkoduszności, 
jaka jest tylko możliwa, pozwolić tej rodzinie żyć i odkrywać w ich dziecku 
bogactwo. Jest to możliwe - mówi Caillavet - wiem o tym, i niektóre z tych 
rodzin wywierają bardzo wielki dobroczynny wpływ. (De Legarde [1]) 


W obronie rodziny wystąpili lekarze. Dr Frappat określił debatę jako 


rozważania salonowe [...], które nie mają nic wspólnego z tym, co przeżywają 
rodzice postawieni wobec tego rodzaju problemów. Istnieje wielka różnica 
między tym, co rodzice mówią na zimno, a ich żądaniem wyrażonym w obliczu 
dziecka. Regulowanie prawem tej dziedziny wydaje mi się szczególnie trudne 
[...]. Nie można kazać rodzicom wpływać na zatrzymanie reanimacji, ponieważ 
to postawi potem przed nimi poważne problemy psychiczne, wyrzuty sumienia, 
poczucie winy. (Choquet) 


Publicysta "La Croix" (C. M.) określił proponowane rozwiązanie 
"zamknięciem się każdego na okopanych pozycjach i dzielenie rodziców, 
którzy przeciwnie, mieliby potrzebę zjednoczenia się, aby stawić czoła 
nieczułości, którą tu ujawniono" (C. M.). Dr Ropert uważał za szokujące 
angażowanie punktu widzenia rodziców: 


269
>>>
PrBwdB 


Zapytać, czy dziecko ma żyć, to oznacza poddać ich torturom w całym sensie 
tego słowa. Pytać ich o straszną rzeczywistość i wymagać od nich podjęcia 
decyzji, która będzie na nich ciążyła bez wątpienia przez całe życie [m]. 
Postawić ich w ten sposób pod ścianą, to nie do pomyślenia. (C.M.) 


Profesor Lejeune: 


Na pewno nie rodzice, w żadnym wypadku. I to właśnie ich, lekarze powinni 
uspokoić w tej sprawie, aby nie byli spłoszeni podobnymi dywagacjami i aby 
wiedzieli, że będą zawsze istnieli prawdziwi lekarze, szanujący życie swoich 
chorych. (Dumonceau) 


Doktor Louis Rene, prezes Izby Lekarskiej: 


Myślenie, że można chcieć od rodziców, którzy będą musieli stawić czoła 
dramatowi posiadania nowo narodzonego dziecka niepełnosprawnego, pod- 
pisania wyroku śmierci na nie, poprzez nieudzielanie mu opieki, jest bardzo 
nierealistyczne. (Le droit...) 


Konkluzji spróbujemy poszukać w tym samym kręgu cywilizacyjnym. 
Claudine Loubiere, patrząc na złożony syndrom, widzi w nim skutek 
"mentalności, która rozbudowała się wokół polityki obłudy, odrzucenia 
i opuszczenia grupy szczególnie wrażliwej i ogołoconej" (Loubiere [4]). 
Animowany między innymi przez nią Francuski Ruch na rzecz Prawa do 
Choroby (Mouvement Fran
ais pour le Droit a la Maladie - M FPD) sądzi, iż 
"ta smutna regresja stanu umysłów wobec nieuleczalnej choroby wydaje się 
wypływać z niezdolności społecznej do pojęcia stanu każdej osoby ciężko 
upośledzonej i chorej, a nawet skazanej w dłuższym, lub krótszym czasie na 
śmierć" (Apel...). 
Autorzy deklaracji tego ruchu twierdzą, iż niestety ten stan umysłów 
uwidacznia się też w deklaracjach instytucji: 
W maju 1990 roku delegat Komisji Europejskiej, zajmującej się problemami 
rehabilitacji jasno przedstawił program na przyszłość: wysiłki powinny zmierzać 
w kierunku rehabilitacji niepełnosprawnych, którzy będą mogli wpisać się 
w struktury i programy formacyjne. Jeśli idzie o innych ciężko niepełnosprawnych 
chorych, będą oni niestety (wyraźnie podkreślone) pozostawieni ich rodzinom. 
(Pourquoi... ) 
Jean Rostand zapytał, czy "społeczeństwo, które oczyszcza się poprzez 
usuwanie chorych, nienormalnych, ludzi z marginesu, będzie jeszcze 
społeczeństwem ludzkim?" (Loubiere [4]). 
Potrzebna jest "walka idei", "aby choroba według powszechnej reguły 
już nie była przeżywana jako klęska społeczna, co obecnie tak straszliwie 
ciąży na naszych wyspecjalizowanych strukturach, do tego stopnia, że sam 


270 


...........
>>>
Odrzucony niepelnosprBwny, odrzuconB rodzina 


chory jest uznawany za taką klęskę". Z tym apelem do intelektualistów 
zwraca się MFPDM (ApeL). 
Stowarzyszenie "Vivre avec la maladie" z pomocą Bernarda This, 
psychologa i psychoanalityka, sformułowało cel etyczny: "Wobec głębokich 
niepełnosprawności przekształcić lęk w pełnię życia chorego i tych, którzy 
mu towarzyszą" (Loubiere [3]). Do tego wszakże trzeba Walki o wartości. 
"Poddani opiece i opiekujący się" będą mogli stać się "bardziej szczęśliwi, 
twórcami harmonijnego porządku, w którym wartość życia przeważy nad 
wartością śmierci", wówczas gdy "w rozumieniu społecznym mi/ośt, termin 
odesłany przez aktualnłl modę moralnil do repertuaru naiwniaków, przeważy 
nad potrzebil możliwości śmierci bez zdania sobie z tego sprawy" (ApeL). 
Dla Claudine Loubiere tą siłą przewartościowującą stała się wiara 
w miłość Boga. 


......
>>>
LEGALIZACJA PREWENCJI 
CZY POCZĄTEK CYWILIZACJI SMIERCI? 


[w:] GRANICE. PAMIĘTNIK PRTON, 
U M K, TORUf\.I 1995- 


W głosowaniu w Sejmie 7 stycznia 1993 roku przyjęto poprawkę 
dopuszczającą przerywanie ciąży "z powodu ciężkiego i nieodwracalnego 
uszkodzenia płodu". Zapewne niewielu z głosujących za tą poprawką zdało 
sobie sprawę, że oto wchodzimy w nowy krąg cywilizacyjny. 
Otóż taki zapis istniał już w prawodawstwie wielu krajów. We Francji 
nazywa się to możliwością "dobrowolnego terapeutycznego przerywania 
ciąż" (IVG therapeutique). Nazywa się to też zasadą prewencji. 
Autor amerykański Allan C. Crocker poświęca temu określeniu na- 
stępujące uwagi: "Słowo prewencja ma magiczny dźwięk i znaczenie 
nacechowane radością, ponieważ zrodziło się z nadziei i miłosierdzia". 
Oznacza ono sposób unikania niepełnosprawności na rzecz osiągnięcia 
maksymalnego potencjału rozwojowego każdej istoty ludzkiej. Crocker 
wskazał, iż istnieją dwie komplikacje pojawiające się w sytuacjach dotyczą- 
cych działań prewencyjnych: 
1. Pierwszą z nich jest niebezpieczeństwo pojawienia się przypuszczenia 
o mniejszej wartości osób niepełnosprawnych. W skrajnej formie taki sąd 
o jednostkach z zaburzeniem mógłby objawiać się zwłaszcza przy po- 
strzeganiu jednostek, np. z zespołem Downa, jako przegranych, ponieważ 
ich urodzenie jest porażką odniesioną na polu działań prewencyjnych. 
2. Drugim niebezpieczeństwem jest fakt, że programy profilaktyki 
i prewencyjne mogą być podejmowane raczej z pobudek ekonomicznych, 
niż ze względów humanitarnych (Puschel). 
(W 1987 roku) we Francji Stowarzyszenie na rzecz Zapobiegania 
Dziecięctwu Niepełnosprawnemu (Association pour la Priwention de 


Także Legalizacja prewencji czy poczlltek cywilizacji 
mierci. Konsekwencje 
zapisu o możliwo
ci przerywania cillży z powodu ciężkiego i nieodwracalnego 
uszkodzenia płodu, Ethos, nr 21/22, Inst JP II, Lublin 1993, z niewielkimi skrótami 
redakcyjnymi. 


272 


.:......
>>>
LegBlizBcjB prewencji czy pOczlltek cywilizBcji Imierci' 


l'Enfance Handicapee - APEH) rozesłało parlamentarzystom i politykom 
projekt ustawy, który tu przytoczę. 
Art. 1. 
Lekarz nie popełni zbrodni ani przestępstwa uchylając się od udzielenia 
dziecku do trzech dni po urodzeniu opieki koniecznej dla jego życia, gdy dziecko 
to będzie nieuleczalnie chore w takim stopniu, iż będzie można powiedzieć, że 
nigdy nie będzie mogło wieść życia godnego przeżycia. 
To przerwanie opieki będzie podlegało warunkom wyznaczonym w poniż- 
szych artykułach 2 i 3. 
Art. 2. 
Jasne i szczegółowe świadectwo niepełnosprawności będzie musiało 
podpisać dwóch lekarzy, z których każdy będzie miał siedem lat praktyki, a jeden 
z nich koniecznie będzie musiał być specjalistą pediatrii lub choroby, na którą 
cierpi dziecko. Lekarz leczący matkę nie będzie z tego wyłączony pod warunkiem, 
iż nie będzie krewnym z prawem dziedziczenia. 
Art. 3. 
Ojciec i matka, a w ich braku wszystkie osoby mające władzę rodzicielską 
nad dzieckiem, będą musieli podpisać zgodę na przerwanie opieki utrzymującej 
życie dziecka. 
Art. 4. 
Dziecko, które w ten sposób umrze w trzy dni od urodzenia, będzie uważane 
za urodzone jako niezdolne do życia w sensie art. 725 Kodeksu Cywilnego. 
(Clement) 


Pomysł nie był nowy. W 1981 roku podobny projekt został opracowany 
w Wielkiej Brytanii, z tym, że termin, w którym można było doprowadzić do 
Śmierci dziecka, miał wynosić 28 dni. Projektodawcy francuscy odrzucili go 
na rzecz trzydniowego, gdyż "w okresie czterech tygodni matka już się 
przyzwyczaja do dziecka i nieludzkie byłoby narażać ją tak długo na wahania 
co do decyzji, czy jej dziecko ma żyć, czy umrzeć" {Proposition...; Nau [2] )34. 
(...) 
Pracuję już 15 lat z osobami niepełnosprawnymi i ich rodzinami. Muszę 
powiedzieć, że ich udowodniona czynami miłość rodzicielska nie ma 
żadnego porównania z miłością rodzicielską nas, rodziców "normalnych" 
dzieci. My, jako rodzice, "wąchamy kwiatki na łące", podczas gdy oni każdą 
minutę swego życia oddają swoim dzieciom: 
W historii ludzkości próba hodowli normatywnej czy zorganizowanej, 
masowego usuwania cierpienia, a nawet porządkowania mapy etnicznej 


34 Pragnę tu podziękować biuru pani Helene Mathieu w Paryżu, które przekazało 
mi materiały dotyczące debaty o życiu niemowląt niepełnosprawnych, toczącej się 
w prasie francuskiej w listopadzie 1987 roku, które wykorzystałem w tym opra- 
cowaniu. 


273 


.....
>>>
PrawdlJ 


kończyła się często nieopanowaną rzezią. Nadto, jak powiedział Malhuret, 
legalizacja zamienia się w zachętę. 
Redakcja "Ethosu" zaproponowała tytuł Legalizacja prewencji czy 
zachęta do ludobójstwa? Zawahałem się, gdyż obawiałem się, że wywoła 
niepotrzebne dyskusje z oponentami, którzy podniosą, że ludobójstwo to 
ścisły termin historyczny. Poza tym ludobójstwo kojarzy nam się z pożogami 
wojny, masowymi grobami obozów. Więc niech będzie raczej ...czy początek 
cywilizacji Amierci? Jednak robiąc korektę tekstu zobaczyłem, że terminu 
ludobójstwo użył prof. Jerome Lejeune. Protagonista zaś projektu, Gilbert 
Brunet (Brunet), użył terminu dzieciobójstwo. 
Stało się coś, czego dalsze konsekwencje scenariusza można by dość 
trafnie chyba przewidzieć, jednak wolę nie próbować tego czynić, aby nie 
ułatwiać nieszczęsnego biegu wydarzeń. Od wprowadzenia we Francji 
zapisu o możliwości niszczenia przed urodzeniem niepełnosprawnych do 
powstania projektu zabijania takichże niemowląt upłynęło 13 lat. Po dalszych 
6 latach mamy legalizację eutanazji w Holandii. W oczach społeczeństwa na 
rodziców niepełnosprawnych dzieci spada dodatkowe odium - sami sobie 
są winni, bo nie przeprowadzili badań prenatalnych i nie zniszczyli tego 
dziecka przed urodzeniem. 
Została otwarta furtka czy też drzwi do nowej cywilizacji. 


Przedstawiany tekst jest (...) [fragmentem tekstu rozeslanego] w styczniu 
1993 roku jako list otwarty. Zostal on też po koniecznych zabiegach 
redakcyjnych opublikowany w kwartalniku "Ethos" Instytutu Jana Pawia /I 
w numerze 21/22, 1993. (...).
>>>
PRZEKSZTAŁCIĆ STRACH W ROZWÓJ 


[w:] GRANICE. PAMIĘTNIK PRTON, 
UM K, TORUriI 1995 


Wezwanie "Przekształcit strach w rozwój" jest wzięte z tekstów 
Stowarzyszenia" Vivre avec la maladie". Osoba Pani Claudine Loubiere i Jej 
syna dramatycznie wyznacza linię walki o życie, która rysuje się we 
współczesnym 
wiecie. Jest chrze
cijankll. - Żydówkil - FrancuzkIl.. Jej Sild 
o "odkupiajilcej roli cierpienia" może wydat się nam zbyt kategoryczny. 
Zostawmy go więc takim, jakim jest. Cierpienie to też skupienie i cisza 
miłosierdzia. 
Tych dwoje ludzi wszakże walczy. Walczy nie tylko o siebie, ale i o innych. 
I w tej walce trzeba stawiat granice dalej. T ak jak chyba w każdej innej. 
W dniach 29 XI-13 XIII 1992 roku przebywała w Toruniu na zaproszenie 
Zakładu Pedagogiki Specjalnej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i Zarządu 
Regionalnego w Toruniu im. Brata Alberta w Krakowie 35 pani Claudine 
Loubiere, założycielka i przewodnicząca Stowarzyszenia "Vivre avec la 
maladie", wraz ze swoim chorym na stwardnienie rozsiane synem Jean- 
-Philippem. 
Zwracając się do wszystkich pani Loubiere przedstawia się: "poprzez to, 
że mam w domu chorego, należę do kategorii osób bezpośrednio dotkniętych 
chorobą, która wyklucza z życia" (Vivre... [1]). 
W czerwcu 1981 roku stwierdzono u jej 17-letniego syna Jean-Philippe'a 
stwardnienie rozsiane, przewidując, że w ciągu 2-3 lat postęp choroby 
doprowadzi go do unieruchomienia w łóżku i znacznie ograniczy jego 
możliwości intelektualne oraz możliwość kontaktu. Lekarze, świadomi 
ciężaru, który spadnie na rodzinę, radzili natychmiast umieścić go w zakładzie. 
Był to młody, pełen życia chłopak tuż przed.maturą, zdolny pianista. 


36 Zarząd Regionalny w Toruniu Fundacji im. Brata Alberta w Krakowie dziękuje 
księdzu prałatowi Bronisławowi Porzychowi z parafii Matki Boskiej Kr610wej Polski 
w Toruniu za pomoc finansową, która umożliwiła przyjęcie pani Claudine Loubiere 
wraz z synem Jean-Philippem. 


275 


--
>>>
Prllwdll 


Matka odrzuciła tę propozycję, zaczęła "organizować swoje życie 
w perspektywie przyszłości" (Loubiere [4]). Podjęli samotną walkę. 
Jean-Philippe zdał maturę i zapisał się na studia. Niestety degradacja 
w wyniku choroby postępowała. Początkowo matka służyła mu za sekretarkę, 
ale to wkrótce przestało wystarczać. 
Odszedł od rodziny ojciec chłopca, następnie młodsza siostra. Nie mogli 
sobie wyobrazić dalszego życia pomiędzy żoną, matką aniepełnosprawnym 
synem i bratem. W ślad za nimi oddaliła się reszta rodziny i przyjaciół, 
pozostawiając oboje "w getcie ciężko degradującej choroby, przedsionku 
śmierci" (Loubiere [4]). 
Jednak po 9 latach unieruchomienia chory jest w relatywnie dobrym 
stanie ogólnym pomimo bardzo poważnych uszkodzeń. Odżywiany jest 
drogą naturalną i sztuczną. Dzięki aktywności utworzonego przez matkę 
stowarzyszenia wraz z innymi chorymi z okręgu Nancy korzysta raz 
w tygodniu z basenu połączonego z masażami podwodnymi. To bardzo 
ciekawa akcja, w której zostały połączone niepełnosprawność społeczna 
i organiczna. W opiece nad chorymi w basenie pomagają młodzi ludzie po 
wyrokach, które zamieniono im na zadośćuczynienie poprzez towarzyszenie 
chorym (Loubiere [4]). Ma to znaczne skutki resocjalizacyjne. "Rodzą się 
liczne projekty..." 
Przetrwanie Jean-Philippe'a z taką świadomością osiągnięcia funkcji 
społecznej, którą ma, jest rezultatem "wysiłku rezygnacji" - pisze Claudine 
Loubiere. Rezygnacji z takiego życia młodego człowieka. jakiego oczekiwał, 
a dla matki - rezygnacji z syna, którego oczekiwała. "Ale nie rezygnacji 
z życia I Trzeba je przejść nową trasą..., przejść przez osobistą próbę i uczynić 
z niej owoc w służbie współpracy chorego, jego rodziny i działającego 
z przekonaniem zespołu opiekującego się" (Loubiere [4]). 
"Gdy medycyna już nie może pomóc, gdy lekarz, uformowany dla 
leczenia, uznaje się za pokonanego, chory żyje, potrzebuje pomocy i ulgi; 
stwarza to problemy etyczne, psychologiczne i socjologiczne"3B. 
Tłem tych problemów jest stała konieczność uzgadniania (negocjowania) 
z otoczeniem ludzkim obecności tego wielkiego młodego człowieka, leżącego 
w swoim fotelu, z ustami często szeroko otwartymi (Loubiere [4]). To 
uzgadnianie dotyczy wszystkiego, nie mówiąc już np. o zgodzie na jego 
obecność w sali koncertowej. 


38 Doktor Bernard Wary, geriatra w centrum szpitalnym CHR Metz-Thionville, 
przewodniczący Stowarzyszenia REVI (Respectet Vie en Institution), członek 
założyciel francuskiego towarzystwa opieki łagodzącej cierpienie i towarzyszenia 
chorym (la Societe Francaise de Soins Palliatifs et I'accompagnement), [w:] Vivre 
avec la maladie... 


276
>>>
PrzeksztBlcit strach w rozwój 


Cierpienie i choroba w świecie, gdzie samotność staje się głównym 
problemem (z orszakiem depresji i samobójstw...) są bardzo często łączone 
z głębokim uczuciem bezuŻyteczności (Loubiere [4]). Jednak mogą one 
stać się okazją przemiany. W obliczu bardziej lub mniej bliskiej śmierci mogą 
być w życiu momentem zwrotnym. Instynkt przeżycia może uczynić 
chorego aktywnym i walecznym. Paul M iIIiez ujmuje to w posłanie chorego 
do "dobrze się mających": "taki jestem, chcę jeszcze z wami żyć, czy 
możecie to zrozumieć i zaakceptować i pomóc mi w podjęciu tej próby?" 
(Loubiere [4]). 
Dla chorego, który stał się poprzez swoje unieruchomienie zależnym, 
droga odbywa się w kierunku "do tyłu". Stał się znowu jakby nowo 
narodzonym dzieckiem w obcym teraz ciele, które odkrywa z przerażeniem, 
ciele nieznanym, którego życie zależy całkowicie od kogoś innego. Jego 
istnienie jest możliwe tylko wówczas, gdy ktoś inny przyzna mu prawo do 
życia i przyniesie mu chęć do życia. Nie można więc oczekiwać od chorego 
sprowadzonego do tego stanu zachowań "dorosłych". Musimy go wszyst- 
kiego nauczyć od nowa, towarzyszyć mu tak, jak towarzyszy się dziecku 
z całą pedagogiką, miłością, pozytywnymi wymaganiami, szacunkiem. 
Niekoniecznie trzeba dążyć do cudu zmartwychwstania czy wyleczenia. 
Ważne jest uznanie tego stanu zależności i prawa do życia chorego w tej 
zależności. Tak jak dziecko, tak jak człowiek, ma swoje prawa... Gdy nie 
napotka w otoczeniu rodzinnym lub instytucjonalnym tego oparcia, tego 
zrozumienia swojej rzeczywistości, znajdzie straszliwą rozpacz, gdyż jedyny 
jego związek ze światem polega na uznaniu jego prawa do miłości. Niestety, 
w większości zderza się z odczłowieczoną praktyką medyczną, która chce 
być skuteczna, racjonalna, rentowna, która z góry określiła tego, kto może 
być uleczony i tego, który nie może... (Loubiere [4]). 
Kłamstwo, demagogia, infantylizm, pogarda to zachowania, które zbyt 
często kierujemy do tych chorych. Aby uwolnić się od ich nadczułości 
i wrażliwości wynikającej z ich całkowitej zależności pogrąża się tych 
chorych w "sztucznie wywołany sen". 
"Chęć śmierci ze strony chorego zawsze jest związana z przerwaniem 
z odpowiedzialnymi za jego życie i z otoczeniem rodzinnym relacji potwier- 
dzającej", przypomina Franz Weldman (Loubiere [4])37. To jest właśnie 
eutanazja - zanik relacji z innymi, gdy, mówi Bernard Wary3B, mamy dziś 
środki dla złagodzenia bólu fizycznego i możemy pozwolić na naturalną 
śmierć. W ośrodku opieki paliatywnej widzi się chorych, którzy dochodzą do 


37 Autorka powołuje się na słowa Franza Weldmana, założyciela i przewod- 
niczącego Centre International de Recherche et de Developpement de I'Haptonomie. 
38 Por. przypis 32. 


277
>>>
Prawda 


stanu terminalnego, a korzystając z wykwalifikowanej opieki towarzyszącej 
odkrywają możliwości życia i na nowo podejmują drogę (Loubiere [4]). 
Dziś, mówi Claudine Loubiere, praktykuje się w sposób zbyt częsty 
w ośrodkach przyjmujących ciężko chorych i niepełnosprawnych ortotanazję, 
zezwolenie na śmierć przez niepodjęcie wysiłków leczenia. "Idzie tu 
o leczenie, które może ratować, a nie leczenie, które zapewnia spokój 
zespołowi leczącemu i uzależnia chorego od całej aparatury, która ogranicza 
pracę pielęgniarki, zapewnia sztuczny sen, a potem sen wieczny..." 
(Loubiere [4]). 
Ciężka choroba i niepełnosprawność, perspektywa wysiłków, które 
należałoby podjąć wywołują gniew i oburzenie, które przeradzają się 
następnie w podnoszone mniej lub bardziej świadome zadanie śmierci dla 
tego, który nam ofiarowuje widok swojego nieszczęścia. "Wykluczenie 
organizuje się na zimno, skutecznie. Wiedzie ono ku schroniskom-umieral- 
niom lub gettom rodzinnym, gdzie będą musieli żyć za cenę nieludzkich 
poświęceń rodzin zupełnie opuszczonych przez lekarzy, zniszczonych 
spadłymi na nie ciężarami" (Loubiere [4]). 
Claudine Loubiere przypomina pytanie Jean Rostanda - czy społeczeń- 
stwo, które oczyszcza się przez usuwanie chorych, nienormalnych, ludzi 
z marginesu, będzie jeszcze społeczeństwem ludzkim? (Loubiere [4]). 
A jednak niektórzy z tych skazanych podejmują wyzwanie i stawiają 
czoła tej przemocy społecznej; znajdując nowy sens życia, ukazując skarby 
inteligencji, wielkoduszności, pokory; zdobywają sami wraz z tymi, którzy 
im towarzyszą, szczęście!... Lekcja sztuki życia, która zaczyna stawiać pytania 
temu społeczeństwu, umierającemu z nudy, ogarniętemu nieokreśloną żądzą, 
skazanemu na przeżycie fałszywego szczęścia według reguł istnienia przeżutych 
w instancjach ideologicznych, prawdziwych walcach zgniatających życiową 
energię. (Loubiere [1]) 
Choroba i śmierć są częścią życia. Chorzy, gdy ukazują cierpienie 
i niebezpieczeństwo zerwania, którym jest śmierć, spełniają swoją społeczną 
funkcję. Choroba jest "siłą odsłaniającą" jednostki i instytucje. Poza 
odrzuceniem może też wzbudzać działania pozytywne, pozwalać na przed- 
sięwzięcia twórcze tak opiekującemu się, jak i podlegającemu opiece, 
pozwala odczuć względność bytu - co jest dla niektórych prawdziwą 
kuracją ozdrowień czą 39 (Loubiere [1]). 
Chorzy powinni odrzucić wszelkie poczucie winy i przyjąć stan choroby, 
nawet bardzo uniesprawniającej, jako społeczne uczestnictwo. Powinni 
angażować się w domaganie się prawa do życia nawet dla nieuleczalnie 


39 Por. też te problemy będące przedmiotem refleksji prof. Wojciecha Chudego 
(Chudy). 


278
>>>
Przekszta/cit strach w rozwój 


chorych i pracować w kierunku uniezależnienia się, maksymalnego ograni- 
czenia zależności tak moralnej, jak i fizycznej. 


Ciężko chory, nawet nieuleczalnie, jest pełną osobą i ma te same prawa jak 
wszyscy inni obywatele (prawo do opieki, rozrywki, kultury...). Z ograniczenia 
lub skazania na chorobę powinna wynikać różnica w zachowaniu, właściwy mu 
samemu i użyteczny dla drugich stosunek do życia... Powinien rozwijać swoją 
własną zdolność tworzenia, wspomagany przez tych, którzy są obok (lekarze, 
personel opiekujący się, psychoterapeuci, rodzina, przyjaciele, zaangażowane 
instytucje...). Jest to jedyna postawa pozwalająca na uratowanie godności 
indywidualnej i społecznej. (Loubiere [1]) 
Aż dotąd - mówi Claudine Loubiere - we Francji wybór jest ograniczony 
do wszystkiego, lub niczego: przechowalnia, ośrodek opiekuńczy, chorego 
wchłonie instytucja, a my będziemy żyli obok z pytaniami, które pojawią się 
w najlepszym wypadku. czy żyje, jak żyje? Inne możliwe rozwiązanie - za- 
trzymujecie waszego chorego w domu tak długo, aż już dłużej nie będziecie 
moglil Można jednak znaleźć rozwiązania zmierzające do pomocy i poprawy 
warunków tym, którzy zgodzili się zatrzymać swoich chorych, a także samym 
chorym. (Loubiere [3]) 
Przede wszystkim należy zabiegi wokół chorego uczynić bardziej 
osobistymi, spersonalizowanymi. Dotyczy to samego chorego, ale też 
i rodziny. Należy uważnie śledzić nawiązane przy okazji opieki bezpośredniej 
osobiste, nieuchwytne kontakty i środki porozumienia się. W zrutynizowanej 
opiece w zakładach czy szpitalu może to być niemożliwe. I właśnie 
ta opieka instytucjonalna może znaleźć źródła swojej odnowy w obserwacji 
kontaktów osób najbliższych choremu z nim samym. Osoba bliska 
(np. matka) może być dla profesjonalnego zespołu opiekującego się, 
lub leczącego, dekoderem, medium rozwiązującym tajemnice relacji 
"opiekujący się - podlegający opiece". Ukazuje jego przyzwyczajenia, 
gusty, pasje, stosunki z rodziną, a także po prostu miłość, którą mu 
daje..., a on przyjmuje na swój sposób. Dialog. Dialog, który ubogaca 
(Loubiere [3]). 
Zadanie, które się rysuje zostało wyrażone w sformułowanym przy 
pomocy psychiatry i psychoanalityka Bernarda This celu etycznym stowa- 
rzyszenia "Vivre avec la maladie": "Wobec głębokiej choroby przekształcić 
strach w rozwój chorego i tych, którzy mu towarzyszą" (Loubiere [4]). 
Trzeba walczyć przeciw rutynie, przyzwyczajeniu, które sprowadza 
chorego do stanu "przezroczystości" egzystencji, bramy zapomnienia 
i śmierci. Każdego dnia trzeba odnawiać kontrakt o życie z zespołem 
opiekującym się i z chorym, który ma swoją własną drogę do przejścia. 
Trzeba usprawiedliwiać fakt, że on żyje i że chce żyć jeszcze, czegoś co może 
"służyć innym" (Loubiere [4]). Oznacza to wytworzenie porządku ducho- 
wego w nieunikniony sposób związanego z uczuciem miłości drugiego, jego 


279
>>>
P,.wd. 


istnienia, jego osoby, po prostu życia. Wzmocnienia życia lub wzmocnienia 
śmierci (Loubiere [4]). 
Porozumienie polega na rzeczach nieuchwytnych - intonacji głosu, 
sposobie dotykania. Są to ważne informacje, które szybko wprowadzają 
chorego w plany, które jego opiekun ma wobec niego (Loubiere [4]). 
Trzeba sobie też zdać sprawę, pisze, z ciężaru, który nadmiernie 
przygniata rodzinę. Dlatego trzeba znalefć, stworzyć "czasowe miejsca 
przyjęcia chorego" pozwalające rodzinom odpocząć, pozwolić na czas 
oddalenia, aby "odnowić się". Dla chorego również jest to ważne, gdyż 
może on wówczas ocenić inne miejsce życia, przeżyć tam inne związki, czuć 
się spokojnym na wypadek nieprzewidzianego np. nagłego zniknięcia tego, 
który mu zawsze dotąd towarzyszy. Gdy to "inne miejsce" jest znane 
i przyjazne, to może on mieć nadzieję, że będzie mógł żyć tak jak przedtem 
(Loubiere [2]). 
Wartość życia przeważa nad wartościami śmierci, gdy w rozumieniu 
społecznym "miłość" (ale w znaczeniu, które przez "aktualną modę moralną" 
zostało odesłane do repertuaru naiwniaków) przeważy nad "potrzebą 
możliwości śmierci bez zdania sobie z tego sprawy (wyraz oczywistej 
niedojrzałości...)" (Loubiere [2]). 
To deklaracja Claudine Loubiere stawiająca ją w pozycji walki wobec jej 
społeczeństwa. 
Medycyna ulgi nie oznacza medycyny opuszczenia ani medycyny niższej 
wartości. Wymaga ona rzeczywistej motywacji, wzmocnionej specjalną 
formacją personelu opiekującego si ę 40. 
Co robić z cierpieniem? 
Pozwolić się rozbić, pozbawić wartości, unicestwić? Lub też posłużyć się 
nim dla przekroczenia sytuacji i poznania swojego rozwoju w wolności aż do 
śmierci? W wolności bytu, który naprawdę wzbogaca się tym "niestety" naszych 
ograniczeń, dając im nowy sens, wznosząc ku nowemu sposobowi życia, 
opartemu na jakości życia uczuciowego, w "Extentus Affectus"l 
Aby to czynić trzeba samemu znaleźć miarę swoich własnych ograniczeń, 
swojej wrażliwości, trzeba już dojrzeć w "być-z", bez ujarzmiania drugiego lub 
poświęcania się jemu całkowicie: respektować swoją wolność to wcale nie 
oznacza porzucać tego drugiego niedbałości służb szpitalnych, które tylko 
marzą, jak by się go pozbyć 41 . 


To Vanierowskie - aby pokochać drugiego, trzeba najpierw pokochać 
samego siebie. 
Claudine Loubiere dzieli się z nami tu osobistym doświadczeniem: 


40 Por. przypis 32. 
41 Por. przypis 33. 


280 


........ 


.......
>>>
PrzeksztBlcit strach w rozwój 


Nie zgadzam się, mówi, z "odkupiającym" aspektem cierpienia. Tę ideę 
wytworzyło ile pojęte chrześcijaństwo, "cierpienie jest niezbędne i dopuszczone 
dla odkupienia grzechów" I Oznaczałoby to uznanie pr6żności ofiary Krzyża, 
gdzie grzechy ludzkie przeszłe, obecne i przyszłe zostały odkupione raz na 
zawsze dla tego, który zechce usłyszeć to objawienie. Cierpienie jest bardziej 
próbą, poprzez którą może dokonać się zmiana, przeobrażenie, uświadomienie 
sobie sensu życia, okazja aby stać się aktywnym wobec choroby (podlegający 
opiece i opiekujący się razem). Oczywiście każdy może wybrać w sposób wolny 
swój stosunek do cierpienia... Jeśli o mnie idzie, moja propozycja jest taka, że 
jest to przygoda do przeżycia. Choroba może być iródłem odkrycia siebie 
i innych, ryzykiem znalezienia potencjalnych nieoczekiwanych możliwości 
wobec cierpienia, jej siłą jest skonfrontowanie nas z samym sobą, może 
przynieść przekroczenie siebie, nawet wtajemniczenie. Tutaj właśnie cierpienie 
może być użyteczne. (Loubiere [4]) 
Chory stawszy się użytecznym dla siebie i dla innych nadaje sens swemu życiu 
i przez to samo życiu innych. Sensem jego Życia jest pewność, że jest ono możliwe 
tylko wtedy, jeżeli istnieje walka i opór presji śmierci. To codzienna walka we 
wszystkich dziedzinach: to konieczność stałego wyboru, to zobowiązanie do 
nieustannego wchodzenia we wspaniale układy. Bez tego porywu będziemy tylko 
dążyć do przeżycia rutynowej zależności, kt6rej wartości nie znamy. To łagodna 
śmierć poprzez wejście w system, który wytwarza chroniczną depresję, częsty 
średni stan życia dzisiejszego obywatela załamanego w swojej egzystencjalnej 
samotności, amatora różnych podniet oczarowanego migotliwymi pułapkami 
społeczeństwa, którego skuteczność opiera się na stanie zależności obywatela, 
który jest w ten sposób przygotowany do życia w fałszywym szczęściu według 
modelu Życia pełnej, szeroko rozpowszechnionej konsumpcji. 
Cierpienie chorego odsyła zdrowego do siebie samego, do własnego stosunku 
do choroby, wypadku, śmierci, do gotowości do solidarności i miłości. Nie 
można skrupulatnie wyliczyć powstającej tu refleksji, która bardzo szybko może 
zamienić się albo w ucieczkę lub niemożliwość zrozumienia tej rzeczywistości 
(reakcja większości), lub przeciwnie, w decyzję podjęcia z chorym podróży ku 
przygodzie. (Loubiere [4]) 


Weldman przypomina, że naj istotniejszy jest tu problem formacji. Jest się 
obecnym i przewodzi się nie za pomocą szlachetnych zasad, ale całym 
swoim bytem". Podobnie Bernard Wary - należy promować przede 
wszystkim działania informacyjne i formacyjne, aby uniknąć "szaleństwa 
terapeutycznego", ale też i fatalizmu, aby pozwolić każdemu na ludzkie życie 
aż do końca (Loubiere [3]). 


. 


W rzeczywistości życia francuskiego istnieje dziś, pisze Claudine 
Loubiere, pomimo postępu, który uczyniła medycyna i chirurgia, głęboka 
nierówność wobec prawa do opieki, wobec prawa do życia, jakakolwiek 
by nie była jej forma. 


281
>>>
Prawda 


Rewindykacje statusów zawodowych i płac nie mogą przekreślić 
deontologii lekarskiej i zawodowej służb medycznych. Zespół leczący ma nie 
tylko prawa, ale też i obowiązki i odpowiedzialność, którą musi potwierdzić. 
Są lekarze i opiekujący się chorymi, którzy cierpią z powodu obecnego 
zdehumanizowanego traktowania chorych. Niektórzy z nich zderzają się 
z kliką stworzoną przez miejscowych liderów, którzy wytwarzają terrorys- 
tyczne układy sił, zmuszając ich do złamania się lub opuszczenia miejsca 
pracy. Potrzebna jest tytaniczna praca, aby zburzyć mentalność, która 
rozbudowywała się wokół obłudy, odrzucenia i opuszczenia grupy szcze- 
gÓlnie wrażliwej i ogołoconej - nieuleczalnie chorych, unieruchomionych. 
Sprawujący opiekę są zaangażowani w proces likwidacji życia, co efektem 
bumerangu ukazuje im ich własną bezsiłę, ich niemożność twórczą. 
Tym w dużej mierze tłumaczy się przemęczenie personelu, jego zmęczenie, 
częstą depresję, opuszczanie pracy, wyłączanie się (Loubiere [4]). 
Nie wszyscy lekarze praktykują altruizm. Niektórzy opierają swoją 
reputację na wysokości przekroczeń honorariów, co w rzeczywistości 
zmierza do wzmocnienia ogólnej polityki redukcji prawa do zdrowia lub 
rozwoju lecznictwa dla ubezpieczonych. W instytucjach leczących niektórzy 
lekarze raczej liczą się z zadaniami personelu na niekorzyść interesu chorych. 
Ukazują w ten sposób swoją niezdolność do potwierdzania się jako 
odpowiedzialni za najsłabszych pod pretekstem konsekwencji ekonomicz- 
nych (redukcji budżetu), kryją błędy i nieodpowiedzialność zawodową, aby 
utrzymać skompromitowaną pseudowładzę, prawdziwe pogwałcenie przy- 
sięgi Hipokratesa, w ten sposób popierają ogólną demobilizację personelu 
opiekuńczego (Loubiere [2]). 
Rzeczywistością medycyny współczesnej na zachodzie Europy jest 
eutanazja lub dążenie do niej. Powoduje to odrzucenie przez instytucje 
opieki nad ciężko, nieuleczalnie chorymi jako wynik ogólnego stanu umysłów 
- ostrzega Claudine Loubiere. 
Ta smutna regresja stanu umysłów wobec nieuleczalnej choroby 
wydaje się wypływać z niezdolności społecznej do zrozumienia stanu 
każdej osoby ciężko upośledzonej, chorej, a nawet skazanej w bliższym 
lub dalszym czasie na śmierć. Sytuacja tych chorych radykalnie prze- 
ciwstawia się koncepcji społeczeństwa, gdzie wszystko ocenia się w ter- 
minach sukcesu, opłacalności... Okrutne zadanie wobec tych, którzy 
nie mogą wejAt w ten egzystencjalny schemat. I tu ułomny, ciężko 
niepełnosprawny chory, wszyscy "nie do odzyskania" według kryteriów 
tego społeczeństwa konsumpcji, zetkną się z czymś gorszym niż choroba 
i ułomność, to znaczy z odrzuceniem, opuszczeniem, utratą swego statusu 
i swej identyczności. Przyczyny tego są głęboko osadzone w stanie, 


282
>>>
1 


Pneksztlllcit w.ch w rozwój 


który moglibyśmy nazwać jakimś "przeświadczeniem światopoglądowym". 
Claudine Loubiere, prowadząc tę dojmującą w swojej zgodności także 
z myślą encyklik papieskich konstatację, tak to określa: 
$mierć jest ostateczną zniewagą wobec zadufanej próżności ludzkiej, która 
zdobywszy, jak sądzi, mistrzostwo niby powszechne odnajduje się wobec niej 
(śmierci) zmieszana, sprowadzona do swojej nie dającej się przezwyciężyć 
kondycji prochu ziemskiego... 
Bliskość ułomnego lub chorego niepełnosprawnego z tym, co on właśnie 
mówi o śmierci wyzwala reakcje potępienia społecznego i zaproszenie bardziej 
lub mniej nieświadome do szybkiego zgonu z pseudoprzyzwoitości, co jest 
znakomitą formą eutanazji... (Loubiere [2]) 


. 


Z takim przesłaniem przybyła do Polski pani Claudine Loubiere razem ze 
swoim już 28-letnim wówczas synem Jean-Philippem. 
Rzeczywiście przybycie z tak daleka, takimi skomplikowanymi połącze- 
niami komunikacyjnymi z człowiekiem, który na dobrą sprawę nie powinien 
opuszczać łóżka, który nie rusza się samodzielnie, nie mówi, jest sztucznie 
karmiony i wymaga stałego posługiwania się ssakiem mechanicznym 
odsysającym złogi w płucach i oskrzelach, wstrząsa, a wielu oburza. Po co 
męczyć tego człowieka? 
I właśnie próbując odpowiedzieć na to, zdawałoby się retoryczne 
pytanie, być może zrozumiemy mocniej to, co oni (ONA?) chcą nam 
powiedzieć. 
To właśnie ta "cywilizacja śmierci" - pędząca jak w wehikule czasu 
z zepsutymi hamulcami po pochylni kończącej się przepaścią (słowa pani 
Loubiere) zmusiła ich do takiej dramatycznej manifestacji. Gdyby poddali się 
temu, co proponuje to społeczeństwo, to Jean-Philippe już by nie żył. Z tym 
zgadzają się lekarze - podkreśla pani Loubiere. Zmarłby w zakładzie 
specjalnym dla nieuleczalnie chorych podłączony do komputera, który by 
mierzył parametry czynności jego organizmu i odpowiednio na nie reagował 
przeprowadzaniem odpowiednich zabiegów czy wprowadzaniem do or- 
ganizmu odpowiednich leków - wraz z tymi, które na żądanie prokurują 
rozbudzonemu nad miarę, według jakichś ustalonych norm układowi 
nerwowemu, sztuczny sen. żadnych konfliktów, żadnego buntu, bólu, łez, 
żadnej "niepotrzebnej obecności". Aż do śmierci. 
A matka miałaby żyć z "pytaniami, które pojawią się w najlepszym 
wypadku, czy żyje, jak żyje?" (Loubiere [3]). 
Społeczeństwo zmierzające do eutanazji, do umożliwionej rozwojem 
genetyki medycyny predyktywnej, "która lęk codziennych związków 


..ł.....
>>>
PrBwdB 


społecznych", sekwencji prób i błędów zastąpi "bezlitosnym lękiem samo- 
tności" osadzonej w pewności wyroku osobistego badania genetycznego 
(Vivre... [3]). 
Claudine Loubiere i Jean-Philippe spotkali się w Polsce w Toruniu 
z przeszło dwustu studentami pedagogiki, z uczniami Liceum Medycznego 
- przyszłymi pielęgniarzami. Z rodzinami dzieci niepełnosprawnych, z rodzi- 
nami tych dzieci (co dzień byli przyjmowani obiadem w domu rodziny 
mającej niepełnosprawne dziecko), z pedagogami i pedagogami specjalnymi 
z Zakładu Pedagogiki Specjalnej, Zakładu Pedagogiki Wczesnoszkolnej 
Instytutu Pedagogiki U M K, a także ze słuchaczami Wojewódzkiego Ośrodka 
Metodycznego. Pani Loubiere spotkała się też ze słuchaczami Radia Maryja 
w Toruniu. Ważne było nieprzewidziane spotkanie z księdzem biskupem 
Andrzejem Suskim, podczas uroczystości poświęcenia pomieszczeń Pra- 
cowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych, oraz diakonami 
Seminarium Duchownego. Także z władzami oświatowymi i z Prezydentem 
miasta Torunia. 
Na zadane pod koniec wizyty przez dziennikarkę pytanie - co 
jest jej największym wrażeniem z pobytu w Polsce? - odpowiada: 
"Wrażenie pustki, która się u was tworzy, jeśli idzie o wartości, a z drugiej 
strony nadziei, bo macie skarb, którego już na Zachodzie nie ma 
- skarb gorącego serca, altruizmu, dobroci i chęci czynienia tego 
dobra. Szczególnie młodzież. We Francji takiej młodzieży bym nie 
spotkała". 


. 


Claudine Loubiere przywiozła też do nas świadectwo głębokiej wiary. 
Jak mówi, całe jej i syna istnienie jest nieustającą modlitwą. Gdyby przestali 
wierzyć, to pewno popełniliby samobójstwo. 
Pochodzi ze środowiska żydowskiego. Dlatego, mówi, odnalezienie 
Boga przyszło jej z łatwością - nie musiała Go szukać daleko - każdy Żyd 
ma zawsze Boga w sobie. Ateistka i marksistka, wciągnięta w tę ideologię 
przez męża. Syn podobnie. I spada wielorakie nieszczęście - choroba syna, 
kryzys rodziny, utrata przez męża pracy, odejście najbliższych. I wówczas 
przyjaciółka - chrześcijanka, jak ją określa pani Loubiere, zadaje jej pytanie: 
"Czy to przypadkiem Bóg okazuje tobie w ten sposób swoją miłość?" 
Pytanie znane z księgi Hioba, dla Claudine Loubiere i Jean-Philippe'a stało 
się szansą życia. Zrozumieć zadanie, które z miłości do niej postawił przed 
nią Bóg. Zmieniła całe swoje życie. Nienawiść i gorycz do tych, którzy ją 
opuścili zmieniła w miłość do nich i w modlitwę. Nie modli się o cud 
wyzdrowienia syna. Modli się o cud nawrócenia męża, który od niej odszedł. 


284 


.........
>>>
Pneksztlllcit wBch w rozwój 


A sądzi, że przyjaciele, rodzina, koledzy jej syna opuścili ich bardziej z tego 
powodu, że oni odnalefli Boga, niż dlatego, że on jest chory, a ona go nie 
opuszcza. 
Tak więc przywiefli nam świadectwo heroizmu wiary. Jak ze śmiechem 
mówi, jest ich dwoje - tak, jak kazał Chrystus - idfcie po dwóch i nauczajcie. 


. 


Oczywiście w tym czasie musiało pojawić się z jej strony pytanie 
o aborcję. Postawiła je diakonom. Odpowiedf była zgodna z nauką Kościoła, 
ale grzeczna, tak, aby przypadkiem nie urazić nie znanych odpowiadającemu 
jej uczuć co do tej sprawy. Zdaje się, że owa grzeczność tej wypowiedzi 
kazała Claudine Loubiere postawić problem gwałtownie i jasno. Kościół nie 
ma sądzić, nie może karać, ale ma odważnie, nie licząc się ze skutkami 
mówić to, co Bóg nakazuje. Czarne nazywać czarnym, a białe białym. Bo czy 
można szukać wartości w Kościele, w którym na przykład księża będą 
błogosławić małżeństwo homoseksualistów? Kościół ma być opoką prawdy 
Bożej bez względu na konsekwencje głoszenia tej prawdy. Obojętne czy 
będzie to gniew, czy śmiech, czy odwrócenie się. Ale, mówi, wy tu w Polsce 
możecie przecież odwołać się do siły poparcia wiernych, których obecność 
w kościołach przekracza wyobrażenia ludzi na zachodzie Europy. Niestety, 
i tu znów nie mogła pojąć, że ci wierni często bardziej słuchają tego, co 
słyszą na temat prawd Bożych w TV niż w kościele. Było to jedno 
z zaskoczeń, które nam okazała. 
Sądzę, że można by Ich wizytę określić jako ukazanie prawdy. Prawdy 
o walce o życie, jaka toczy się na świecie. W tej walce o życie, jak to 
podkreślała wielokrotnie Claudine Loubiere, my Polacy musimy wziąć 
udział, bo mamy środki i skarby, o które już trudno w wielu materialnie 
rozwiniętych krajach. Mamy też pełne kościoły i ten lud, jak powiedziała, 
powinien stać się siłą w tej walce. 


(Jean Phi/ippe zmarł. Smiert jego była poprzedzona głębokim konfliktem 
Cłaudine Loubiere ze społeczeństwem kt6re w intymnych rozmowach. 
ustami przyjaci6ł, m6wiło jej: "Czemu, kobieto, tak się męczysz? Przecież to 
już się robi." - domyślając się eutanazji. Narodziła się myśl o osaczeniu 
przez spisek godzący w życie syna i jej wolnośt. Skutkiem była choroba, 
także odsunięcie od pracy społecznej, w kt6rej już przedtem doświadczat 
zaczęła znaczących przeszk6d.) 


..... 


--"
>>>
DLACZEGO MUSIMY WALCZYC Z PORNOGRAFIĄ?' 


TEKST NIEPUBLIKOWANY 


Wstyd 


Owo zawstydzenie samym człowieczeństwem jest równocześnie immanentne 
i relatywne: ujawnia się w wymiarze ludzkiego wnętrza i równocześnie odnosi 
się do drugiego. Jest to wstyd kobiety wobec mężczyzny i zarazem mężczyzny 
wobec kobiety, wstyd wzajemny, który przymusza ich do okrycia swej nagości, 
do ukrycia przed sobą swych ciał, do odcięcia od wzroku mężczyzny tego, co 
stanowi widzialne znamię kobiecości, a od wzroku kobiety tego, co stanowi 
widzialne znamię męskości. (Jan Paweł II [6], s. 284) 
Tak więc ów wstyd jest immanentny, zawiera się w nim taka ostrość poznania, 
która rodzi podstawowy niepokój: drżenie całej ludzkiej egzystencji nie tylko 
wobec perspektywy śmierci, ale także wobec perspektywy owego napięcia, od 
którego zależy sama wartość, czyli godność osoby w znaczeniu etycznym. [...] 
Człowiek uświadamia sobie po raz pierwszy, że jego ciało przestało czerpać z tej 
mocy ducha, która wynosiła je na poziom obrazu Boga. Jego pierwotny wstyd 
nosi znamiona swoistego poniżenia przez ciało. (Jan Paweł II [6], s. 284) 
Potrzeba ukrycia się wskazuje na to, że w głębi wstydu, który wzajemnie się 
im udzielił jako bezpośredni owoc drzewa poznania dobra i zła, dojrzał lęk 
wobec Boga - lęk, którego przedtem nie znali. [...] 
Do istoty wstydu zawsze należy jakiś lęk - jednakże ten pierwotny wstyd 
w szczególnej mierze odsłania oblicze lęku: "Przestraszyłem się, bo jestem nagi". 
(Jan Paweł II [6], s. 281 ) 
[on] poprzez wstyd mężczyzna i kobieta ciągle jakoś trwają w wymiarze 
pierwotnej niewinności. 
Ciągle bowiem uświadamiają sobie oblubieńcze znaczenie ciała i starają się 
zabezpieczyć się niejako wobec pożądliwości; tak jak starają się zabezpieczyć 
komunijny sens zjednoczenia osób w jedno
ci cia/a. (Jan Paweł II [6], s. 290) 
Wstyd posiada znaczenie podwójne: wskazuje na zagrożenie wartości 
i równocześnie wartość tę wewnętrznie zabezpiecza (por. K. Wojtyła, Mi/o
t 
i odpowiedzialno
t, Znak, Kraków 1962, rozdz. Metafizyka wstydu, s. 165-185). 
(Jan Paweł II [6], s. 285) 


Tekst w takiej formie nie był publikowany, wielokrotnie zaś przedstawiany na 
różnych forach i w różnych formach (także listów otwartych). 


286 


..........
>>>
Dlaczego musimy walczył z pornografill? 


Możemy natomiast pytać, czy charakter seksualny wstydu oznacza tylko jego 
charakter relatywny. Innymi słowy, czy jest to wstyd własnej płciowości tylko 
w odniesieniu do człowieka innej płci? (Jan Paweł II [6], s. 284) 
[.u] jakby ów człowiek pożlldliwo
ci (mężczyzna i kobieta wewnlltrz poznania 
dobra i z/a) odczul, że przestaje być tak po prostu, również przez swoje ciało 
i płeć, wyniesiony ponad cały świat stworzeń żyjących, animalia. (Jan Paweł II 
[6], s. 285) 
Słowa Rdz 3, 10 "przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się" zdają się 
wyrażać jakby poczucie bezbronności człowieka wobec świata, bezbronności 
całej jego somatycznej struktury wobec procesów przyrody, działających 
z nieuchronną koniecznością. 
Może więc tkwi w tej przejmującej wypowiedzi jakiś wstyd kosmiczny, 
w którym zarazem dochodzi do głosu istota stworzona "na obraz Boga", 
powołana do tego, aby "ziemię czynić sobie poddaną", aby nad nią "panować" 
(por. Rdz 1, 28), a oto - u początku swych historycznych doświadczeń 
- w tak wyraźny sposób poddana zostaje ziemi tą w szczególności czę
cill 
swej transcendentnej konstytucji, którą stanowi właśnie ciało. (Jan Paweł II 
[6], s. 283) 
O ile Rdz 2, 25 podkreśla, że "byli nadzy a nie odczuwali nawzajem wstydu", 
to Rdz 3, 6 mówi wyraźnie o narodzinach wstydu wraz z grzechem. Ow wstyd 
jest jak gdyby pierwszym źródłem ujawnienia się w człowieku - w obojgu: 
mężczyźnie i kobiecie - tego, co "nie pochodzi od Ojca, ale od świata". (Jan 
Paweł II [6], s. 281) 
Wychowanie człowieka trwa całe życie i polega na tym, że każde zdarzenie 
nakłada się na te, które były przedtem. Nie dodaje się jak zapałki w pudełku, 
jedna do drugiej - jak weźmiemy jedną, to inne pozostaną takie same. Nie. 
Człowiek wychowuje się tak, jak rośnie roślina, gdy zaczniemy obrywać 
płatki kwiatu, to będziemy niszczyli cały kwiat. 
W rozwoju człowieka biorą udział czynniki wewnętrzne, jego organizm, 
jego wrodzone właściwości, jego stan zdrowia. 
Także w rozwoju człowieka biorą udział czynniki zewnętrzne te, które 
wywołujemy świadomie, jak wychowanie rodziców, wychowanie Kościoła, 
wychowanie przez szkołę, ale także te niezamierzone, jak obrazy w telewizji, 
wystawy sklepów, słowa słyszane w autobusie i to, co widzi dziecko 
w kioskach z gazetami i na stole w domu, przyniesione przez ojca, czy przez 
matkę. To wszystko buduje człowieka. 
I wreszcie w rozwoju człowieka biorą udział czynniki duchowe, te które 
są znakiem synostwa Bożego człowieka i jego przymierza z Bogiem, które 
ukazuje się w życiu każdego człowieka. 
Właściwym działaniem wychowawców jest prawidłowe ukształtowanie 
osobowości dziecka, budzenie jego duchowości, aby całość mogła się 
uformować. 


287 


..ł.....
>>>
PrBwdB 


Wiek młodzieńczy jest szczególnie ważny - tu człowiek jest szczególnie 
zależny od wpływów otoczenia, gdyż jest niezwykle rozbudzona jego 
ciekawość. Dojrzewa też w tym okresie warstwa biologiczna pod względem 
płciowym, i młody człowiek musi znalefć w sobie i w otoczeniu siły, aby dać 
sobie z tym radę. 
W warstwie duchowej wychowawcy mają go pobudzać do wybrania 
właściwego kierunku, w warstwie kulturowej i społecznej mają go uczyć. 
W warstwie biologicznej mają go chronić, leczyć i zapobiegać. Siła popędu 
życiowego od początku istnienia człowieka zależy od pomocy i opieki 
wychowawczej. Profesor Stefan Kunowski podkreśla, że nawet zupełnie 
zdrowy biologicznie i psychicznie wychowanek może ulec wykolejeniu, gdy 
wejdzie w środowisko demoralizujące, czasem pod wpływem szerzonej tzw. 
kultury masowej, żerującej na najniższych instynktach tłumu. 
Pomyślmy, jaką grofbą jest wysłanie dziecka do kiosku z gazetami, gdzie 
zobaczy obrazki zupełnie sprzeczne z tym, co usłyszał od rodziców, dziadków, 
czy na lekcji religii, czy w konfesjonale. Pomyślmy dalej, jaką groźbą są 
wyłożone w sklepie na regałach gazety, po otwarciu których nawet dorosłym 
i doświadczonym ludziom robi się niedobrze. A przecież Wasze dzieci mogą 
to w tych sklepach oglądać bez żadnej przeszkody. 
Wy wysłaliście ich po chleb, czy mleko, a im podstępnie, czy bezmyślnie 
podsunięto materiały, z którymi oni w swojej budzącej się płciowości nie 
będą sobie mogli dać rady. Za to przy kasie obok gumy do żucia zobaczą 
prezerwatywy. Na co więc Wasze wychowanie, gdy oni wiedzą, że Wy 
przeciw temu nie protestujecie, albo nawet oglądacie podobne filmy w TV 
czy na video. 
Nagość człowieka jest przeznaczona tylko dla jednego drugiego czło- 
wieka. Obroną tej sfery jest wstyd. Wstyd, który jest dobry i który reguluje 
bezpieczeństwo człowieka. 
Specjaliści kanadyjscy, prawnicy, stwierdzili, że umożliwienie dzieciom 
i młodzieży niekontrolowanego kontaktu z erotyką poza sferą wychowania 
rodziców stanowi naruszenie wolności rodziców w zakresie wykonywania 
przez nich funkcji wychowawczych. Czyn polegający na obrazie wstydliwości 
i zgwałcenie nie różnią się między sobą co do istoty, pOdkreślają oni. 


Dlatego musimy się bronić? 


Nie wolno nam zapomnieć też o drugiej stronie. Przecież na tych zdjęciach 
są jacyś ludzie, a być może nieletnie dziewczęta. Pamiętacie w telewizji 
w "Wiadomościach" zdjęcie odwróconej tyłem do kamery dziewczyny i jej 


288 


...........
>>>
Dlaczego musimy walczyć z pornogIlIfilI? 


słowa: "chciałabym się obudzić i stwierdzić, że to był koszmarny sen". 
Słyszymy o wykorzystywanych seksualnie małych dzieciach, które też 
wykorzystywano do zdjęć pornograficznych, o porywanych, czy zwabianych 
dziewczętach do domów publicznych i agencji towarzyskich. Zastanówmy 
się, czy oglądając te pisma, czy te obrazki nie uczestniczymy w tych 
zbrodniach? Bo gdyby nie klienci, to to by się nie opłacało! Dlaczego nie 
zasypujecie np. redakcji (...) protestami przeciw ogłoszeniom o agencjach 
towarzyskich? Przecież to wasze dzieci czytają te ogłoszenia i być może 
pójdą tam, a nie daj Boże, że przeczytawszy w rubryce PRACA ogłoszenie 
o "pracy" w agencji towarzyskiej Wasza córka tam pójdzie. A to Wyście tę 
gazetę przynieśli do domu i położyli na stole, a może wysłaliście własne 
dziecko po nią. To wyście kupili swoim dzieciom (.u) (kolorowe pismo), 
gdzie przeczytają i oglądną, jak robić rozbieraną prywatkę. Co więcej, to 
może Wy je sprzedajecie w kiosku, czy w sklepie i protestującym od- 
powiadacie, żeby się nie wtrącali, bo to jest towar na sprzedaż. Pytam się, co 
byście powiedzieli na tego, kto sprzedaje w sklepie z cukierkami truciznę? 
Przecież to też towar. 
Jan Paweł II mówił: 


Słowa Chrystusa są realistyczne. Wskazują drogę do takiej czystości serca, 
jaka jest człowiekowi możliwa i dostępna również w stanie dziedzicznej 
grzeszności. Jest to czystość człowieka pożądliwego, ograniczonego Chrys- 
tusowym odkupieniem ciała. 


Jesteśmy jako ludzie bytami rozumnymi i wolnymi z właściwą sobie 
dynamiką rozwoju. Chrystus zna problemy, z którymi człowiek, a szczególnie 
młody człowiek musi się borykać w czasie swego wychowania. Ale też 
Chrystus położył na nas obowiązek chronienia go przed wpływami, które 
utrudnią mu to dawanie sobie rady. Powiedział straszne słowa o zgorszeniu. 
Kara za zgorszenie jest straszna. (u.) 
Orzeczenie 7 sędziów, OSNKW 132/73: 


działanie publiczne jest wówczas, gdy jest dostępne (dostrzegalne) dla 
nieokreślonej liczby osób, przy czym sprawca mając świadomość tej możliwości 
co najmniej się na to godzi. (u.) 
Za tymi czynami, a więcej, czyny są tylko tego odbiciem, istnieje 
ogromny przemysł przestępczy wykorzystujący osoby dorosłe, często 
nieświadome na początku tego, w co się je wprowadza i czego od niech 
będzie się żądało, oraz, co jest szczególnie odrażające i domagające się 
wkroczenia prawa - dzieci. 
Czyny, o których mowa najprawdopodobniej najpierw wyrastają z nie- 
uporządkowanej żadnymi bardziej złożonymi przyczynami chęci zysku. 


289 


......
>>>
Prawda 


Jako takie operując wszak na naj żywszych, trudnych do opanowania 
popędach ludzi i nie powstrzymywane przez wychowawców, tworzące 
z samej swojej natury klimat środowiska - zaprzeczają i niszczą świadome 
działania wychowawców. 
Są trzy przyczyny naszego stanowiska: 
1. Człowiek jest bytem rozumnym i wolnym z właściwą sobie dynamiką 
rozwoju. Wychowanie człowieka przedstawia się 
współcześnie jako długotrwały, ciągnący się przez całe życie (ang. lifelong 
educBtion) proces zachodzących i kumulujących się zmian w wychowanku. 
Proces wychowawczy (tac. processi - posuwanie się naprzód) tworzy więc 
łańcuch kolejnych zmian, ściśle ze sobą związanych stadiów, które składają się 
na ciągły, jednokierunkowy ruch. Zmiany kumulują się w jednym kierunku 
często w sposób nieodwracalny lub z trudem dający się zawrócić i przestawić na 
inny tor. (Kunowski, s. 181) 


Trójczynnikowa teoria pedagogiczna Arystotelesa (natura, przyzwycza- 
jenie, rozum,) 
rozszerza się dziś w oparciu o współczesną naukę na trzy grupy czynników: 
a) wewnętrznych (genicznych), b) zewnętrznych (środowiskowych), oraz 
c) czynników osobowościowych (duchowych). 
Pierwsza grupa obejmuje dziedziczność biologiczną, [u.] wrodzoność 
pewnych cech nabytych [on] oraz stany somatyczne organizmu [...]. 
Drugą grupę czynników rozwojowych stanowią wszelkie wpływy zewnętrzne 
środowiska zarówno niezamierzone, jak też i celowe. [.u] Wszystkie [.u] wpływy 
otoczenia i czynników zewnętrznych wytwarzają cechy nabyte wychowanka, 
wyrażające się w jego postawach wobec życia i ludzi, w opiniach i przekonaniach, 
w przyzwyczajeniach i nawykach. 
Podstawę działania dla czynników zewnętrznych stanowi podatność wy- 
chowanka na bodźce otoczenia fizycznego, jak widoki, dźwięki, zdarzenia, 
których jest on świadkiem oraz otoczenia społecznego, jak przykład, wzór 
postępowania, autorytet wychowawczy. [u.] 
Wreszcie trzecią grupę czynników osobowościowych tworzy duchowość 
człowieka. [m] 
Właściwym zadaniem wychowawców jako siły agosu jest prawidłowe 
ukształtowanie czynników osobowościowych wychowanka, budzenie jego 
duchowości, aby zapanowała nad całością oraz formowanie na tej podstawie 
pełni człowieczeństwa we wszechstronnie rozwiniętej osobowości człowieka. 
[...] 
Agos ma więc swoje powinowactwo z rodzącą się duchowością wy- 
chowanka, podobnie jak bios pokoleń i rodziców wiąże się z dziedzicznością [...]. 
Współistnienie i współdziałanie cech duchowych (gatunkowych) człowieka 
z jego indywidualnymi cechami wrodzonymi (genicznymi) i cechami nabytymi 
(środowiskowymi) dopiero w pełni wyjaśniają uwarunkowanie możliwości 
rozwojowych, degresji lub regresji wychowawczych. (Kunowski, s. 188-194) 


290
>>>
Dlaczego musimy walczyć z pornografii/l 


Według teorii warstwicowej rozwoju człowieka 
rozwój każdego podłoża manifestuje się wzrostem potrzeb, których zaspokojenie 
kierowane przez wychowawców we właściwym czasie i co do ilości, jak też 
jakości dostarczanych czynników zewnętrznych stanowi tzw. wpływy wy- 
chowawcze, powodujące różnicowanie się składników, czyli dyferencjację 
podłoża. Razem rozwój podłoża wraz ze sprzężonymi z nimi wpływami 
wychowawczymi tworzy warstwę wychowania [m]. Każda warstwa w swojej 
kolejności najpierw przechodzi okres rozwijającego się kształtowania, w którym 
pojawiają się nowe zapotrzebowania. [m] 
Warstwa biologiczna dojrzewa pod względem płciowym w okresie dorastania 
pod koniec drugiego i w początkach trzeciego siedmiolecia w naturalnej 
u człowieka synchronizacji z dojrzewaniem psychicznym i społecznym. 


Następną wyróżnioną warstwą jest warstwa psychologiczna, dalej 
socjologiczna. 
W wieku młodzieńczym nadbudowuje się nad nią nowa warstwa kulturo- 
logiczna (lub kulturotwórcza). Wyraża się ona w spontanicznym uczuleniu 
jednostki na wartości zawarte w wytworach (artefaktach) kultury wyższej, jak 
sztuka (poezja, muzyka, plastyka, nauka, filozofia, technika, prawo, polityka czy 
moralność i religia). 
Zależnie od rozbudzonych zainteresowań kulturalnych, od zamiłowań, 
uzdolnień i talentów rozpoczyna się pogoń za wrażeniami estetycznymi 
przy przeżywaniu i przyswajaniu sobie podobających się jednostce wartości 
kulturowych. 
(Warstwicowo pełny, całkowity rozwój biosu jednostki jest warunkowany 
pomyślnym działaniem życia społecznego, czyli etosu, oraz oddziaływaniem 
wychowawców, a więc agosu [...]. 
Teoria warstwicowa wychowania wskazuje na poczwórne uwarunkowania, 
od których zależy osiągnięcie pełni rozwoju społeczeństwa. Są to: 1) - zdrowy 
bios jednostki (n.), 2) obyczajowy etos społecznego otoczenia [...], 
3) ideowy agos współpracujących ze sobą wychowawców [..,],4) ko- 
rzystny układ sytuacji losowych [m]. (Kunowski, s. 194-202) 
Ostatecznie poziom kultury i moralności narodów zależy od "poziomu 
umysłów" członków społeczeństwa. (Kunowski, s. 216) 
Poznawaniem czynników środowiskowych i zużytkowaniem ich praktycznie 
w wychowaniu zajmuje się specjalny dział pedagogiki opisowej zwany 
pedagogiką mesologiczną [...]. Przedmiotem mesologii, lub ekologii jako 
nauk o środowisku jest samo otoczenie (milieu) życiowe i jego wpływ na cechy 
organizmów w biologii, a na zachowanie się i reakcje jednostek w psychologii 
lub grup w socjologii oraz wpływy na rozwój wychowawczy w pedagogice. (m) 
Dlatego też w środowisku życiowym trzeba odróżnić: 1) środowisko 
wychowawcze jako całokształt rzeczywistych wpływów na jednostkę, głównie 
jednak działających w sposób nieświadomy i niezamierzony [...], wpływów 
stałych i zmiennych, tak szkodliwych w rozwoju wychowaroka, jak też wywołu- 
jących korzystne zmiany zgodnie z dobrem rozwojowym, oraz 2) środowisko 
pedagogiczne, które świadomie i celowo, jak np. szkoła, stara się usuwać 


291
>>>
Prawds 


wpływy ujemne, a potęgować dodatnie, kierując rozwojem wychowanka ku 
wartościowym wzorom i do wzniosłego, szlachetnego ideału człowieka. 
(Kunowski, s. 229/230) 
W związku z [on] antagonizmem środowisk, związanych z siłą agosu 
(środowisko pedagogiczne), z siłą życia społecznego etosu (środowisko 
wychowawcze) oraz z siłą życiowego pędu biosu (środowisko życiowe), 
nie wykluczając zmiennych losowych (środowisko duchowe), w wy- 
chowaniu nie decyduje samo środowisko jako całość, lecz wyniki pozostają 
w zależności od sytuacji wychowawczej. [on] 
Działanie życia społecznego (etosu) nie jest rozproszone, lecz konkretyzuje 
się w zwyczajach i obyczajach obowiązujących w określonych środowiskach 
i kręgach społecznych. Te zwyczaje i obyczaje przejmowane przez wychowanka 
uspołeczniają go w ciągłym procesie socjalizacji. (Kunowski, s. 234, 235) 
Sytuacje społeczne powodują wpływy nieświadome, formowane przez samo 
uczestniczenie w życiu środowiska społecznego, przez uleganie sugestii, 
konformistyczne naśladownictwo, modę. Występuje tu tzw. wychowanie 
ekstensywne, uczestniczące, nazywane także nieformalnym (informaI education). 
Dalej sytuacja kulturalna, która 


działa dorywczo i ubocznie, stwarza wychowanie niesystematyczne przez 
"ocieranie się w świecie", nazywane wychowaniem okolicznościowym (by 
education). 
Wynikiem sytuacji życiowej, losowo-bytowej danej jednostki tworzą się 
doświadczenia życiowe, wpływy kumulujące się w podświadomości i określające 
postawy popędowe, emocjonalno-dążeniowe, które stają się treścią dolnego 
nurtu życia. (Kunowski, s. 238, 239) 
Wszystkie [on] funkcje wychowawców można powiązać z kolejnymi warst- 
wami rozwoju człowieka, z warstwą biologiczną i psychologiczną - funkcję 
sanare, z socjologiczną - educare i z kulturologiczną - educare, a z warstwą 
duchową - initiare. 


Poza funkcjami bezpieczeństwa przed wypadkami i higieny pracy 


funkcja S8nare wymaga ustrzeżenia zdrowia od chorób wenerycznych i niebez- 
pieczeństw zboczenia seksualnego, dlatego też obejmuje wychowanie seksualne 
dzieci i młodzieży z programem uświadomienia nie tylko medycznego, lecz także 
w zakresie rozwiązania problematyki psychologicznej, społecznej i moralnej tak 
erotyki, jak i seksu na drodze przygotowania do małżeństwa. [m] 
Funkcja sanare wymaga czynności, którą ogólnie nazywamy dozorowaniem 
Polega ona na ochronie rozwoju organizmu, jego zdrowia i bezpieczeństwa, na 
pilnowaniu koniecznego porządku czy regulaminu, na pielęgnacji zdrowego 
i moralnego rozwoju wychowanka, na profilaktyce oraz prewencji, czyli 
zapobieganiu wpływom wszelkiego zła fizycznego czy moralnego. (Kunowski, 
s. 248-254) 
Siła biosu, wynikająca z instynktu samozachowawczego i rozrodczego, 
z popędów i namiętności, jest zawsze żywiołowa i ślepa, wymaga przeto ujęcia 
w łożysko i pokierowania jej energii do właściwych celów. [...] Pomimo swej 
żywiołowości siła popędu życiowego od początku istnienia człowieka 


292
>>>
Dlaczego musimy walczyć z pornografill? 


zależy od pomocy i opieki wychowawczej, czyli od społecznego 
działania wychowawców. (Kunowski, s. 172/173) 
Nawet zupełnie zdrowy biologicznie i psychicznie wychowanek może [...] 
ulec wykolejeniu wychowawczemu, gdy wejdzie w środowisko demoralizujące 
i deprawujące moralnie, czasami pod wpływem szerzonej tzw. kultury masowej, 
żerującej niekiedy na najniższych instynktach tłumu i zwyrodniałego biosu. 
Wychowawcy natomiast mają wyprowadzić wychowanka z tego stanu natury 
i przeciętności do wyższej kultury, mają zbliżyć go do ideału, doskonalić we 
wszechstronnym rozwoju, aby na tej drodze przekształcić także całe społeczeń- 
stwo. Takie prowadzenie wzwyż nazywa się w pedagogice psychagogią. 
(Kunowski, s. 174) 
2. Społeczeństwo nasze jest w przeważającej mierze katolickie, chrześ- 
cijańskie, i takie wartości napotykają ludzie w zamierzonych sytuacjach 
wychowawczych. Istotą tych wartości jest posłuszeństwo nakazom Bożym 
i przeniesienia problemów dotyczących sfery seksualnej do poziomu 
godności człowieka, jako jego fundamentalnej, życiodajnej i niezbywalnej 
wartości osobowej. 
Zawstydzenie samym człowieczeństwem jest równocześnie immanentne 
i relatywne: ujawnia się w wymiarze ludzkiego wnętrza i równocześnie 
odnosi się do drugiego. Jest to wstyd kobiety wobec mężczyzny i zarazem 
mężczyzny wobec kobiety, wstyd wzajemny", pisze Jan Paweł II (Jan 
Paweł II [6], s. 284). 
Nagość ma swoją funkcją w pewnym układzie - jest adresowana do 
jednej tylko osoby. Nagość nie może być adresowana do wszystkich. 
Życie ludzkie z natury jest koedukacyjne, pisze znów Jan Paweł II, a god ność 
jego zależy w każdym momencie historii, a także w każdym punkcie długości 
i szerokości geograficznej od tego, kim ona będzie dla niego, a on dla niej. (Jan 
Paweł II [6], s. 319) 
Profesor Marian Filar w swojej pracy przytacza opinię tzw. raportu 
kanadyjskiego: "Umożliwienie [...] dzieciom i młodzieży niekontrolowanej 
konfrontacji z erotyką poza sferą wychowawczych zabiegów rodziców 
stanowi naruszenie ich wolności w zakresie swobodnego wykonywania 
funkcji wychowawczych" (Filar, s. 89). Przytacza też opinię A. G. Blanco: 
Wstyd jest poczuciem nieprzyjemności, którego obiekt seksualny doznaje 
w stosunku do osobnika pragnącego go wykorzystać bez jego zgody. Wstyd- 
liwość i wolność seksualna koegzystują etiologicznie i w tym ujęciu czyn 
polegający na obrazie wstydliwości i zgwałcenie nie różnią się 
esencjalnie. (Filar, s. 85) 
3. Musimy też zabrać głos w sprawie tego, co dzieje się po drugiej 
stronie, po stronie modeli zdjęć pornograficznych, a w dalszym rozumieniu, 
po stronie prostytucji. 


293
>>>
Prawda 


Pojęcie znane z powieści - "świętej prostytutki" jest fikcją literacką. 
Gustaw Herling-Grudziński w Innym świecie pisze: "Kiedy chcę obiektywnie 
opisać obóz sowiecki, muszę zstąpić do najgłębszych czeluści piekieł (...). 
Głód najczęściej łamał kobiety, kiedy zaś je raz złamał, nie było już zapory na 
równi pochyłej, po której staczały się na samo dno upodlenia seksualnego 
(Herling-Grudziński, s. 176, 178). 
Wystarczy otworzyć gazetę: 500 dziewcząt skarży porywaczy, sutenerów 
i właścicieli tego "przemysłu rozrywkowego", którego wielu tu chce bronić, 
o najstraszniejsze zbrukanie ich człowieczeństwa. (m) 
Dlatego też oskarżamy i tych, którzy umieszczają ogłoszenia "agencji 
towarzyskich" czy "gabinetów masażu". W ten sposób stają się oni też 
winni zbrodni popełnianej na tych dziewczętach. 


--
>>>
ASPEKT DEONTOLOGICZNY TERAPII ZAJĘCIOWEJ 


"WARSZTAT TERAPII ZAJĘCIOWEJ - KWARTALNIK 
INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY", NR 2 (4), 
POLSKIE Tow. WALKI Z KALECTWEM, KONIN 1995 


Uważamy się za bezpośrednich uczniów Pani Wandy Szuman, zmarłej 
w styczniu tego roku w wieku 104 lat, pedagoga i wielkiego człowieka. 
W końcu swego życia tych, którzy do Niej przychodzili przyjmowała 
pytaniem: "Kochany, w czym mogę ci pomóc?", a potem mówiła: "ale ja już 
nic nie mam". Była siostrą Stefana Szumana. Gdy pytano Ją o wzór Jej 
pracy, odpowiedziała: "Tak, jak Chrystus, który uzdrawiał". To było marzenie, 
które zapamiętała ze swojego szóstego roku życia. 
Byliśmy najpierw grupą wolontariuszy, która podczas trudności lokalo- 
wych i finansowych po kilkunastu latach działania natrafiła na rodzącą się 
ideę Warsztatów Terapii Zajęciowej. Po wielu walkach i zabiegach w 1993 
roku powstały dwa Warsztaty - "Karczemka" pod Toruniem i "Pracownia" 
w Toruniu. "Pracownia" obejmuje 40 niepełnosprawnych i powiększy się 
do 46, a "Karczemka" - w środowisku leśnym, wiejskim, początkowo 16, 
a teraz już urośnie do 32. Warsztaty te objęły tylko tych podopiecznych, 
którzy mieszczą się w przepisach ustawy, a poza tą formułą pozostało nam, 
objętych działalnością Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełno- 
sprawnych około 80. Gdybyśmy nie postawili bariery byłoby ich około 100. 
Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych działa na 
innych zasadach niż Warsztaty. Przyjmujemy tu w trybie nieregularnego 
uczestnictwa niepełnosprawnych bez ograniczenia wieku, bez orzeczenia 
o niezdolności do pracy, ale i bez kieszonkowego i bez dotacji stałych 
{jedynie Kuratorium daje nam 6 etatów i otrzymujemy nieregularne dotacje 
od miasta, a także Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnospraw- 
nych refunduje nam koszta transportu uczestników)42. Tak więc swoją 


42 Obecnie Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych Instytutu 
Pedagogiki UMK jest w całości w części terapeutycznej utrzymywana ze środków 
miejskich (9 etatów i środki na prowadzenie terapii). 


295
>>>
Prawda 


działalnością obejmujemy w tych dwu formach (WTZ i PRTON) przeszło 
100 niepełnosprawnych w różnym wieku i o różnym stopniu upośledzenia. 


. 


Chcę tu powiedzieć o ważnej sprawie, która już pojawiła się w niektórych 
referatach, co stwierdzam z radością. Jest to problem deontologii. Deon- 
tologiczny problem terapii zajęciowej, deontologiczny problem terapii 
w ogóle. 
Deontologia, jak wiemy, jest to nauka etyczna o powinnościach. Zajmuje 
się zagadnieniami norm etycznych oraz czynników decydujących o moralnej 
wartości czynów ludzkich (por. Talarczyk [2]). 
Tak się dobrze składa, że głębokim źródłosłowem słowa terapia jest 
"oddawanie czci". Therapeuein - opiekować się, oddawać czeŚć. Tak więc 
mówiąc o deontologii nie musimy zbyt daleko odbiegać. Spróbujemy podjąć 
nasze zadanie rozważając pewien porządek zagadnień. 


. 


Jeśli mielibyśmy szukać najgłębszej postawy, która realizuje się w naszej 
pracy, w Państwa pracy, to jest nią miłosierna miłość. Jest to pojęcie użyte 
przez Jana Pawła II w encyklice Dives in misericordia. 


Miłosierna miłość jest skoncentrowana przede wszystkim na podstawowej 
wartości człowieka, jaką stanowi godność jego człowieczeństwa, tę właśnie 
godność stara się ocalić, oczyścić i podnieść. Wydobyć niejako spod wszelkich 
nawarstwień zła. Mówiąc o całym bogactwie treści zawartych w pojęciu 
miłosiernej miłości trzeba zwrócić uwagę na dwa istotne elementy tego pojęcia, 
których przedtem nie dostrzegano. Jednym z nich jest wierność sobie, czyli 
wierność tej miłości, jaką mamy darzyć drugiego człowieka bez względu na jego 
ustosunkowanie się do nas. Wierność ta stanowi jakby fundament miłosierdzia. 
Drugim ważnym elementem jest zrównanie osób w akcie miłosierdzia, które 
polega na tym, że dobroczyńca jest równocześnie odbiorcą. Bez niego wszelkie 
akty czynnej miłości wobec bliźnich nie byłyby czynami prawdziwego miłosier- 
dzia, lecz tylko przejawami filantropii. Wprowadzenie do etyki pojęcia miłosierdzia 
o tak bogatej treści pociąga za sobą daleko idące konsekwencje życiowe. 
Dotyczą one zarówno życia indywidualnego, jak i społecznego. Zastosowanie 
ich w życiu daje gwarancję rozwoju osobowości i skutecznego oddziaływania 
na innych, a także zachowania zgody, pokoju, braterskiej miłości w stosunkach 
międzyosobowych, międzyspołecznych, międzyludzkich. (por. Talarczyk [1]) 
Nie może być tak, że jeden jest wyższy, a drugi niższy. Muszą być 
wyrównane poziomy. Bez tego zrównania nie byłoby terapii - to właśnie 
wypowiedziała na końcu swego wystąpienia Pani Małgorzata Drozd pytając, 
kto kogo rewaliduje. 


296 


.....
>>>
.J 


Aspekt deontologiczny terapii zajęciowej 


Dokładne słowa Jana Pawła II są takie: "Prawdziwa miłość miłosierna 
jest wtedy, gdy świadcząc ją innym, żywimy głębokie poczucie, że sami jej 
doznajemy ze strony tych, którzy ją od nas przyjmują" (Jan Paweł II [2]; por. 
Talarczyk [1], [2]). 
Wydaje mi się, że w tych meandrach, w tych trudnościach, bo przecież 
my się poruszamy często na zupełnie nie przetartych szlakach, psychologia 
kliniczna, pedagogika specjalna, swoimi skategoryzowanymi drogami próbuje 
dochodzić do tego pojęcia miłości miłosiernej w praktyce pedagogiki 
specjalnej, do którego Jean Vanier już bardzo dawno doszedł (por. Kowalik; 
Vanier [1], [2], [3], [4], [5], [6]). 
M usimy zdać sobie sprawę, jakie są podmioty tej miłości miłosiernej 
w naszej rzeczywistości terapeutycznej. Są trzy podmioty: rodzice, niepełno- 
sprawni, opiekunowie. Właśnie w tym porządku. 
Dlaczego na pierwszym miejscu rodzice? Otóż dlatego, że dziecko nie 
rodzi się niepełnosprawne. Dziecko rodzi się takie, jakie jest. Niepełno- 
sprawność to jest brak czegoś. Dziecko rodzi się w swojej kompletnej istocie 
bytowej. Nie ma brakowości bytowej, jak to pokazał w tej sprawie profesor 
Wojciech Chudy. 
Rozważając osobę niepełnosprawną w aspekcie bytowym pokazuje, 
że "niepełnosprawność nie dotyczy w sposób istotny struktury bytowej 
osoby ludzkiej. [...] Ogólna definicja osoby niepełnosprawnej mówi, 
iż jest to '[...] osoba o naruszonej sprawności psychofizycznej, powodującej 
ograniczenia funkcjonalnej sprawności lub aktywności życiowej"43. Po- 
sługując się ustaleniami metafizyki ogólnej (teorii bytu), zauważyć należy, 
iż tak określona osoba niepełnosprawna nie jest osobą niepełnosprawną 
bytowo. Ogólna teoria bytu wydziela w każdym rodzaju bytu części 
istotowe, integrujące oraz doskonałościowe 44 . 
Brak jakiejkolwiek części istotowej, do której należy np. element istnienia, 
istoty, formy, materii, powoduje unicestwienie bytu. Byt (np. byt osobowy) 
nie może istnieć będąc pozbawionym części istotowej; stąd nie można 
na gruncie realistycznej teorii bytu mówić o bytowej ułomności człowieka. 
(Chudy, s. 106 , 107) 
Byt albo jest, albo go nie ma. 
Części integrujące bytu z kolei - mówi dalej Chudy - to takie, z których 
powstaje materialna część bytowa (np. liczba oczu, waga człowieka). Części 


43 Wojciech Chudy powołuje się tu na ekspertyzę Sytuacja ludzi niepe/no- 
sprawnych i stan rehabilitacji w PRL, pod red. M. Sokołowskiej, Warszawa 1980, 
s. 35. 
44 Wojciech Chudy odsyła nas tu do M. A. Krąpiec, Metafizyka. Zarys teorii bytu, 
wyd. II przejrzane i poprawione, Lublin 1978, s. 197-199. 


297
>>>
Prawda 


doskonałościowe zaś decydują o doskonałości konkretnego bytu, np. słuch 
u muzyka czy siła u atlety. W obydwu tych kategoriach bytowych brakowość 
jest niejako immanentną cechą człowieka [jak zresztą wszystkich bytów 
przygodnych - podkr. A.W.]. Nie istnieje człowiek będący idealnie zintegrowaną 
jednością materialną; nie istnieje również muzyk doskonale muzykalny. Brako- 
wość jest tutaj podstawą zmienności bytu ludzkiego, a w konsekwencji 
- śmierci. Różnica pomiędzy brakowością u ludzi zdrowych i u ludzi niepełno- 
sprawnych nie jest różnicą istotną metafizycznie, lecz tylko ilościową. Nie można 
więc na jej podstawie mówić o niepełnosprawności jako cesze bytowej pewnego 
rodzaju ludzi. Podobną co do zawartości tezę - mówi on dalej - daje 
rozpatrzenie struktury bytowej osoby ludzkiej w aspekcie niepełnosprawności. 
W strukturze osobowej wyróżnia się w bycie ludzkim trzy warstwy. Po 
pierwsze, warstwę fizyczną, cielesną, związaną z funkcjami motoryczno- 
-organicznymi. Następnie warstwę psychiczną wiążącą się z funkcją psy- 
chiczno-popędową organizmu ludzkiego. Po trzecie wreszcie, warstwę du- 
chową, której głównymi przejawami są działalność intelektualna i wolitywna 
człowieka. W płaszczyźnie każdej z tych warstw odróżnia się sam element 
struktury bytowej (fizyczność, psychiczność, duchowość) od funkcji po- 
szczególnych warstw. Brak funkcji, np. abstrakcyjnego myślenia, nie wyklucza 
istnienia struktury bytowej intelektu, lecz tylko wskazuje na zakłócenie jego 
funkcji. W szczególności wymiar duchowy osoby ludzkiej stanowi o tej 
cesze, którą w języku metafizycznym nazywa się godnością. Godność osobowa 
człowieka jest wartością ontyczną bytu ludzkiego. Jako wartość metafizyczna, 
strukturalna przysługuje ona bez wyjątku wszystkim bytom osobowym, ma 
również z tego tytułu charakter niezmienności. Godność osobowa jest wartością 
wynikającą z najgłębszych duchowych wymiarów bytu ludzkiego [podkr. 
A.W.]. W aspekcie teologicznym jej Źródło upatruje się w podobieństwie 
człowieka do Boga (homo imago Dei) [podkr. A.W.] ustanowionym 
w bycie ludzkim w akcie stworzenia (Rdz 1, 26-27). W świetle tych 
metafizycznych ustaleń widać, iż żaden rodzaj niepełnosprawności nie sięga 
istoty bytu osobowego człowieka, czyli tego wymiaru bytu ludzkiego, który 
decyduje o jego godności osobowej [podkr. A.W.]. Bez względu na 
typ niepełnosprawności: ułomność układu ruchu, układu krążenia, nerwicę, 
upośledzenie psychiczne, chorobę alkoholową, narkomanię, opóźnienie śro- 
dowiskowe i inne typy podpadające pod szerszą definicję osoby niepe- 
łnosprawnej - żaden z nich nie dotyczy, a w związku z tym nie narusza, 
struktury ontycznej ducha ludzkiego [podkr. A.W.]. Niepełnosprawność 
obejmuje wymiar fizyczny lub psychiczny osoby ludzkiej, jest w stanie 
zakłócić jej funkcje intelektualne i wolitywne, ale nie sięga głębi bytu 
osobowego. "Człowiek jest człowiekiem tylko o tyle, o ile - jako istota 
duchowa - jest czymś wyższym niż sam jego byt cielesny i psychiczny", 
pisał w monografii poświęconej choremu człowiekowi Viktor Frankl 41i . Bez 
względu na rodzaj upośledzenia człowiek pozostaje osobą i stale przysługuje 
mu szczególna wartość ontyczna, na mocy której należna mu jest - tak 


45 Wojciech Chudy odwołuje się tu do: V. G. Franki, Homo patiens, Warszawa 
1976, s. 42. . 


298 


..........
>>>
Aspekt deontologiczny terapii zajęciowej 


jak każdemu innemu człowiekowi - afirmacja innych ludzi. Jest to wartość 
godności osobowej [podkr. A.W.]. Jak mówił Jan Paweł II w Między- 
narodowym Roku Osób Niepełnosprawnych: "Stan zdrowia fizycznego i umy- 
słowego nic nie dodaje ani nic nie ujmuje godności osoby ludzkiej" (Jan 
Paweł II [1]). Osoba niepełnosprawna pozostaje w pełni osobą ludzką. 
(Chudy, s. 107/108) 


Byt albo jest, albo go nie ma. Brakowość mamy w strukturze doskonało- 
ściowej. Dziecko, gdy się rodzi, jest doskonałe. Tak jak my jesteśmy dla 
siebie doskonali, a dla ptaków jesteśmy dziwnymi stworzeniami, które mogą 
żyć bez skrzydeł. Dla ptaków musi być to dziwne. Ale my jesteśmy dla siebie 
doskonali. Dziecko też jak się rodzi, to rodzi się z pełnią doskonałości. 
Problemem jest tylko, czy ono tę swoistość doskonałościową potrafi 
zrealizować w świecie, do którego przychodzi. Więc kto jest niedoskonały? 
Kto staje się niedoskonały wobec wykształconego modelu swojej obecności 
w świecie? Rodzice. To oni są pierwszymi niepełnosprawnymi. I to trzeba 
sobie bardzo mocno uświadomić. A o tym bardzo często się zapomina. Do 
rodziców dochodzimy dopiero na końcu. Łączy się nawet niepełnosprawność 
dzieci drogą pewnej redukcji z "nieprzystosowaniem" rodziców. Obarcza się 
drogą pewnej redukcji przyczynę tej niepełnosprawności rodziców: mają 
dziecko niepełnosprawne, więc coś tam musi być nie w porządku. 
Trzeba odwrócić drogę wnioskowania: urodziło się dziecko niepełno- 
sprawne i rodzina stała się niepełnosprawna. (...) Wynik dziewięciu miesięcy 
oczekiwania, które kończy się katastrofą. (m) Ten szok przecież udziela się. 
Matki nie mogą się wydobyć z samooskarżeń wspomaganych przez 
otoczenie: "a paliłaś, a skakałaś, a tańczyłaś". Ile takich zranionych matek 
musimy odgrzebywać spod tej lawiny, po 20, 30 latach. Są to tak zniszczone 
osobowości, że często nie ma jak im pomagać. I dlatego na pierwszym 
miejscu rodzice. W takiej pięknej relacji Alberta Mennego "edukacja 
- wychowanie" pierwszym argumentem jest "ktoś nauczający, ktoś 
wychowujący, ktoś, kto sprawuje terapię". 
I tutaj mamy połączenie pierwszego podmiotu - rodziców z tym 
ostatnim - z terapeutą, opiekunem. Jakby przeskakujemy na razie przyczynę. 
Pytanie: Jeśli jestem terapeutą, a nie jestem ani ojcem, ani matką, to co mam 
robić? Gdzie mam szukać okrzyczanej normy, jeśli nie w samym dziecku? Bo 
mogę przecież szukać jej w samym dziecku, co czasem jest trudne, ponieważ 
nie wiem, jak się porozumieć. Szukam więc normy dla siebie, dla swego 
postępowania. Nie dla dziecka, jak to mówi niedobra pedagogika szukająca 
normy poza niepełnosprawnym. Szukam normy dla siebie, dla terapeuty, bo 
to ja mam coś zrobić. Po rodzicach ja staję jako niepełnosprawny, bo nie 
mam wzorców. Bo mnie inaczej wychowywano, ja byłem "sprawny". 


299
>>>
Prawda 


Jest taki piękny scholastyczny związek uzasadniający, pięcioargumen- 
towy, który między innymi jako przyczynę podaje causa exemplaris, wzór 
postępowania (por. Menne). 
Co będzie moim wzorem? Myślę, że właśnie ja tutaj jako terapeuta 
wkraczam jako substytut rodziców. Może jednak "substytut" jest tu złym 
pojęciem wobec tego, co powiedziałem na początku. Nie mogę być 
substytutem. Muszę być jak gdyby dopełnieniem. Muszę stanąć obok 
niepełnosprawnych rodziców jako ten, który chce ich wspomóc w ich 
niepełnosprawności wobec ich dziecka. 
Zapytajmy więc, jakie mają rodzice wobec dzieci zamiary? Mówi się 
o takim przykładzie arabskim, że ojciec uczy syna łowienia ryb, polowania, 
budowania domu, sadzenia drzewa, kopania studni. To są niektóre warunki 
bycia mężczyzną. Matka na pewno też ma zamiary wobec córki - wprowa- 
dzenia jej w świat, bycia piękną, uważną, umiejętną. I jeśli to przyjmiemy za 
wzorzec (a tu właśnie słyszałem, że Państwo to robicie, uczycie chłopców 
"budowania domu", córki bycia pięknymi chociażby przez zrzucenie nadwagi 
itp., nauczenie zachowania się, ubrania, bycia czystą, uważną, umiejętną), to 
często nie wiemy jak zabrać się do tego zadania. Szukamy wzorców, 
podrzuca nam się jakieś narzędzia - indywidualne karty nauczania, procesy 
terapii itd. Nie negujemy ich, ale czasami będzie to po prostu to, że on 
przyjdzie i zapyta - "a ładny jestem?", "a ładna jestem?", "a czy dzisiaj 
byłam grzeczna, a powiedz, czy kochasz mnie?" To są te efekty terapii. Albo 
się uśmiechnie: mamy chłopca, który po prawie roku po raz pierwszy 
uśmiechnął się przy robieniu grafiki. Grafika, którą mamy na okładce Granic 
(Granice) jest trzecią w życiu grafiką wykonaną przez dorosłego człowieka, 
który nigdy nie rysował. Od razu wziął dłuto linorytnicze i to jest trzecia jego 
grafika według zdjęcia Krucyfiksu z Mogiły. Tak jakby na oświadczenie: 
"Julku, jak to dobrze, że tu jesteś", on od razu nam zrobił tę grafikę. Może 
jest to efekt zakorkowanej butelki, która po wyciągnięciu korka uwalnia to 
co było po prostu w niej uwięzione. Nie musi robić grafiki. Może po prostu 
tylko uśmiechnąć się. 
Trzeba im dać miłość. Dzieciom, ale w pierwszym rzędzie rodzicom. 
W ich złamanym rodzicielstwie. Jest to bardzo trudne. Są to ludzie poranieni. 
Wykształcili pewne sposoby postępowania. Szukają panaceum i musimy się 
z nimi jak gdyby tu spotkać się. Często oczekują od nas, że my to dziecko 
ukształtujemy na jakiś wzór, za pomocą jakiegoś łoża prokrustowego. 
M usimy rodzicom powiedzieć, że to ich dziecko jest piękne w tym, 
kim ono jest, w swoim własnym pięknie. M usimy im powiedzieć, że 
oni, rodzice, mogą wszyscy utworzyć akademię miłości rodzicielskiej. 
Nikt nie dał w życiu tak wielkich dowodów miłości dla swego dziecka 


300
>>>
Aspekt deontologiczny terapii zajfJciowej 


jak oni. Musimy im powiedzieć: macie 30-letnich synów, których co dzień 
rano golicie i trwacie przy tym. Jesteście z nimi. Wy kochacie bardziej niż 
ktokolwiek jest w ogóle w stanie pomyśleć. Jest to ten pierwszy krok. 
M usimy to powiedzieć sobie i im. 
Dziecko. Kto to jest dziecko? 
Przychodzimy więc do przyczyny naszych działań. Tego podmiotu, który 
umieściłem pośrodku pomiędzy rodzicami a terapeutą. 
Jean Vanier w swojej przepięknej książce Wspólnota miejscem radości 
; przebaczenia nakreślił sekwencję ludzkiego życia: 
1) maleńkie dziecko żyje miłością i obecnością; 
2) okres dzieciństwa jest okresem ufności; 
3) młodzieniec żyje wspaniałomyślnością, utopią i nadzieją; 
4) dorosły realizuje zamiary, angażuje się, przyjmuje na siebie od- 
powiedzialność, jest to okres wierności; 
5) starzec znów znajduje czas ufności, która jest także mądrością. 
Jean Vanier apeluje, aby ten piąty okres w procesie terapii terapeuci 
zarezerwowali dla siebie. Żeby byli tymi raczej dziadkami, żeby terapia nie 
była formacją, a raczej filiacją (Vanier [5]; por. też Wojciechowski [4]). Aby 
słuchali, umieli słuchać, przebaczać i pokierować. 
Wydaje się, że te sekwencje życia mogą być sekwencjami terapii. 
Najsłabszych możemy uznać za maleńkie dzieci, które żyją miłością i obec- 
nością. Powiedzieć im - "dobrze, że jesteś" i zachować się tak. 
Zle jest, gdy terapeutą jest osoba, która nie może pogodzić się z "nieład- 
nością", "oślinieniem" tych dzieci. Zdarza się tak i męczy się on i inni. 
Jean Vanier mówi, że musimy najpierw siebie miłować, czyli nie 
podejmować zadań, które nas przerastają. 
Następnym krokiem terapeutycznym będzie dojście do tego okresu 
ufności - ja tobie ufam, a ty mnie ufasz. Jest to ta relacja bezpośrednia, którą 
w Warsztatach doskonale widać. 
Byłoby dobrze, gdybyśmy mogli dojŚć do sekwencji tego młodzieńca, 
który żyje wspaniałomyślnością, utopią i nadzieją. Często po tych dwóch, 
czy trzech latach terapii możemy już widzieć takie sprawy. Nadzieje, 
niesamowite pomysły, pytanie się. Obudzenie nadziei - gdy zaczną 
powstawać plany, wariackie może, ale jest w stanie już planować, myśleć. 
Niezwykłym sukcesem byłoby to, że będzie dorosły, zrealizuje zamiary, 
zaangażuje się, przyjmie na siebie odpowiedzialność. To byłby pułap 
naszej terapii. 
Teraz chciałbym pokazać bardzo ciekawą sprawę. Opieramy się na teorii 
człowieka twórczego, którą da się wyczytać u Kępińskiego. W zeszycie 
"Pedagogika XX" piszę o tym wart. Terapia przez twórczośł - elementy do 


301
>>>
Prawda 


teorii (Wojciechowski [18]). Poświęcony jest temu zeszyt Pamiętnika 
Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych Idee słabości 
(Wojciechowski [4]). 
Kępiński mówi, że człowiek, aby żyć musi tworzyć. Nie w sensie 
rozumienia twórczości jako synonimu sztuki, ale w myśl definicji mówiącej, 
że "twórczość jest to każde świadome wprowadzanie własnego porządku 
w otaczający świat" (Wojciechowski [4]). Każde. To znaczy, że gdy dziecko 
przyjdzie do mnie i jedyną rzeczą, którą zrobi to będzie zrzucenie kartek ze 
stołu, a zrobi to z jasnymi oczyma patrząc na mnie z przyjaźnią, oznaczać to 
będzie prawdopodobnie nie akt agresji, ale jego pierwszy akt twórczy. Ono 
narzuciło własny porządek otaczającemu światu. Gdy ja takim to przyjmę, to 
ono mi później wykona grafikę, albo coś innego. Dla Kępińskiego jest to 
warunek życia. Człowiek musi mieć możność realizacji swojej postawy 
twórczej. (u.) 
Człowiek - podmiot (m) musi wykonywać pracę (.u), czyli akt twórczy 
poddany ocenie społecznej (tak definiuje pracę Kępiński). Jeśli uczyni to 
z sukcesem, to otworzy mu się przestrzeń miłości (...), tzw. jasna przestrzeń. 
Koloryt przestrzeni rozjaśni się, co jest niezwykle ważne do wzmocnienia 
poczucia własnej podmiotowości. I gdyby nie było komplikacji, to wydawać 
by się mogło, że bez trudu rozkręcając ten cykl możemy dojść do etapu, gdy 
nasz podmiot sam zacznie sobie stawiać zadania. Możemy wkraczać przed 
wykonaniem pracy, czyli stawiając zadanie, lub przed otwarciem jasnej 
przestrzeni, czyli obdarzając gestem przyjaźni czy miłości. W granicznym 
przypadku dziecku lub choremu o nieznanych czynnościach mózgu stawiam 
na stoliku kwiat. Nie będzie to pustym gestem, bo proces twórczy, proces 
terapeutytzny jest procesem związanym, uwikłanym. Ja jako terapeuta też 
jestem aktorem tego procesu. Jeśli zdobędę się na to, że postawię ten 
kwiatek w dniu jego imienin czy urodzin, to ja zrobię coś nieprawdopodobnie 
ważnego dla całego procesu terapii. Potem objawią mi się kroki, z których 
przed wykonaniem tego gestu nie zdawałem sobie sprawy. Nie wiem, co się 
stanie. Może stanie się to, że Helena Keller zacznie robić doktorat? A może 
stanie się to, czego u nas mamy przykład, że dziewczynka skazana na niebyt 
jako męczliwa i nierozwijalna o skomplikowanym obrazie uszkodzenia 
mózgu chodzi, kończy szkołę podstawową i zaczyna mówić. A zaczęło się 
od tego, że w geście bezradności daliśmy jej kartkę i pędzel po prostu po to, 
żeby była. Pani Gapińska zapytała swojego opóźnionego, nie mówiącego 
syna, co chce mieć na gwiazdkę, bo nie mogła go pominąć pytając inne 
dzieci. Chłopiec w odpowiedzi narysował cukierki, rękawiczkę i kota. I tak 
narodził się artysta malarz Tadeusz Gapiński (Stancelewska). 


302
>>>
Aspekt deontologiczny terapii zajęciowej 


(on) Każdy z nas podlega temu procesowi. Każdy z nas, aby żyć musi 
tworzyć. Każdy z nas, aby żyć musi spełnić postawione sobie zadanie i uzyskać 
zadowolenie z tego. Tutaj zaczynają się problemy. Następują zderzenia 
interesów. A największym zderzeniem interesów jest zderzenie interesów 
terapeuty i podopiecznego. Dlatego, że zadaniem terapeuty jest krąg nadziei 
podopiecznego. Jest on jakby zawarty w polu zadania twórczego terapeuty. 
To właśnie spełnienie tego zadania ma dać zadowolenie, otworzyć 
przestrzeń terapeuty. Często będziemy myśleć, że spełnienie naszego zadania 
ma nam dać poczucie przestrzeni otwartej zapominając, że naszym sukcesem 
powinien właściwie być paradoks pedagogiczny, gdy nasz wychowanek 
stanie wobec nas i powie - już niczego mnie nie możesz nauczyć, nie 
wystarczasz mi, albo mylisz się. 
Chciałbym przy tym zadać pytanie o rzecz pozornie błahą i powszechnie 
uważaną za oczywistą. Sprawę konkursów. A jest to niezwykle trudny 
problem terapeutyczny, z którego ciężaru my sobie często nie zdajemy 
sprawy. Kto jest zwycięzcą w konkursach dla niepełnosprawnych? Dziecko 
czy terapeuta? Czyje zadowolenie jest na pierwszym miejscu? Dziecka czy 
terapeuty? Tutaj chcę posłużyć się słowami Jeana Vanier. Widzi on 
w dezintegracji znak utraty naturalnej solidarności, którą można jeszcze 
odkryć w społeczeńs
ach nie skażonych tak mocno cywilizacją. Podaje za 
Rene lenoir - "jeżeli grupie dzieci Indian kanadyjskich obieca się nagrodę 
dla tego, który pierwszy odpowie na pytanie, wtedy wszyscy razem zaczynają 
się zastanawiać i po uzgodnieniu odpowiedzi wykrzykują ją jednym głosem". 
Dlatego, że gdyby jeden wygrał, to w ten sposób odłączyłby się od reszty 
braci. "Wygrałby nagrodę, ale utraciłby solidarność" (Vanier [5], s. 23; 
Wojciechowski [4], s. 43). 
Są terapeuci przedstawiający pogląd, że jest to stanowisko fałszywe, że 
życie jest takie, jakie jest. Brutalne. Jest to bardzo trudny problem. 
Nasi podopieczni już przeszli konkurs. Już zostali wyeliminowani. I teraz 
na tej odrzuconej próbie robić następną selekcję? A nasze drzwi - drzwi 
naszych Warsztatów są ostatnimi drzwiami. Za tymi drzwiami już nie ma 
innych. Gdzie wyprowadzić tych, co odpadną? Dokąd pójdą ci wyselek- 
cjonowani? 
Nasz ośrodek jest dość znany w osiedlu i spotkałem tu matkę z dorosłym 
chłopcem, z którym nie dawała sobie rady. On ją "zjadał". Wykończona nie 
miała chwili spokoju dla siebie. Znany obraz. Podszedłem do niej i za- 
proponowałem, aby przyprowadziła chłopca do nas, do ośrodka. Od- 
powiedziała mi, że zna to miejsce, ale my robimy tam grafiki, obrazy, 
wygrywamy konkursy zagraniczne, a jej syn jest przecież do niczego, on tam 
nie ma czego szukać, a ona nie chce go skrzywdzić wysyłając tam. 


303
>>>
PrBwda 


Niepełnosprawni są rodzice. Ten chłopak sam by przyszedł. Rodzice nie 
chcą poddać swojego dziecka kolejnemu konkursowi. Dziwiłem się, że 
rodzice, którzy zarządzają naszym Warsztatem protestowali przeciw zatrud- 
nieniu psychologa. Wręcz zaatakowali mnie. Początkowo nie wiedziałem, 
o co chodzi. Potem usłyszałem opinie, że psycholog jest dla nich tym, który 
wydawał wyroki bardzo szybko ferowane i nieodwołalne. M ieli nadzieję, że 
tu wreszcie tego nie będzie. 
Pojawił się bardzo złożony obraz: z jednej strony jest to na pewno obraz 
kręgu twórczego rodziców, dla których dziecko jest zadaniem twórczym do 
spełnienia, a z drugiej strony mamy tu do czynienia po prostu z miłością. 
Jacques Maritain mówi o niej, że jest to takie uczucie, w świetle którego 
obdarzona nim osoba zapomina nieco o lęku swojej samotności (Maritain 
[4]; Wojciechowski [6]). Tu to uczucie jest skierowane na chronienie tej 
istoty, której zagraża cały świat, której istnienie zależy tylko ode mnie tak 
dalece, że nie chcę go opuścić, tak jak nie wypuszczę ze swoich rąk 
niemowlęcia. A świat dał mnogie dowody, że to dziecko jest zagrożone, 
nawet jak ma już 30 lat (Wojciechowski [8], [15]). 
Jest też inna strona problemu współzawodnictwa, wyróżniania się. Jean 
Vanier przytacza słowa Colleen: 


Zawsze chciałam być niewidoczna w życiu wspólnoty. Nade wszystko 
nie chciałam być przeszkodą w miłości Boga ku drugim. Teraz zaczynam 
odkrywać inną rzecz: jestem przeszkodą i będę nią zawsze. Ale, czy życie 
wspólnoty nie polega na uznaniu tego, że jestem przeszkodą, na dzieleniu 
tego z moimi braćmi i siostrami i na proszeniu ich o przebaczenie? (Vanier 
[5], s. 40; Wojciechowski [4], s. 43) 


Nie być przezroczystym. Tu wkraczamy znów w krąg twórczy niepełno- 
sprawnego. W jego specyficzne miejsce - osoby. Człowiek jest osobą. Jest 
bytem wolnym stworzonym przez Boga, obdarzonym duszą. Pomimo 
niepełnosprawności doskonałościowej. I jeśli mamy mówić o normie, to 
właśnie osoba jest tą normą. 


........
>>>
WARSZTATY TERAPII ZAJĘCIOWEJ 
A PROBLEM INTEGRACJI 


TEKST NIEPUBLIKOWANY 


"Warsztaty Terapii Zajęciowej" według ustawy z dnia 9 maja 1991 roku 
o zatrudnieniu i rehabilitacji zawodowej niepełnosprawnych osób oznaczają 
zorganizowanie w zakładach pracy stanowiska umożliwiającego prowadzenie 
rehabilitacji przez terapię zajęciową osób niepełnosprawnych z upośledze- 
niem uniemożliwiającym podjęcie pracy zarobkowej (Ustawa [2], rozdz. I, 
art. 3, p. 4). 
lródłosłów integracji wskazuje na łacińskie integer - nietknięty, cały. 
A więc integracja to będzie też chronienie całości. Francuski słownik Robert 
integrację odniesioną do filozofii określa jako "ustalenie bardziej ścisłej 
współzależności pomiędzy częściami żyjącego bytu albo pomiędzy członkami 
społeczeństwa" (Le Robert...). 
Aby móc problem poznać w samej jego istocie, musimy skorzystać 
z pomocy - z jakiejś obiektywnej matrycy. Za taką matrycę przyjmę tu relację 
podaną przez Alberta Menne - "edukacja", z tym że, jak komentuje on, 
okazuje się, że i inne relacje, przy których chodzi np. o kształcenie czy 
wychowanie, mają tę samą strukturę (w końcu educare oznacza to właśnie). 
Relacja ta wygląda tak: E (a, b, W, I, H, V, G) (Menne, ind. 0.1,0.2). 
Rozpatrzmy więc kolejne argumenty w perspektywie naszego tematu. 
Argument a - ktoś nauczający, a więc tu wychowujący, spełniający 
terapię zajęciową wobec osób niepełnosprawnych z upośledzeniem unie- 
możliwiającym podjęcie pracy zarobkowej. 
W strukturze związku uzasadniającego jako ostatnią przyczynę podaje się 
causa exemplaris - wzór (Menne, ind. 4.8). Tak więc musimy zapytać, co 
jest w naszym wypadku wzorem - causa exemplaris? 
M ożemy powiedzieć, że jest to matka opiekująca się dzieckiem, ucząca to 
dziecko poruszania się w świecie. Możemy też powiedzieć, że jest to ojciec 
uczący dziecko - syna łowienia ryb, polowania, budowania domu, sadzenia 
drzewa, kopania studni, że wymienimy pełne atrybuty bycia mężczyzną 


305
>>>
PrawdB 


sformułowane bodaj w kulturze arabskiej. Matka oczywiście też ma takie 
zadania, czy zamiary, czy marzenia wobec córki - uczy wejść w świat, być 
piękną, uważną, umiejętną itd. 
Tak więc wszystko, czym możemy wypełnić ten argument powinno mieć 
jako wzór tych podstawowych opiekunów i wychowawców - ojca i matkę. 
Otóż wobec dziecka niepełnosprawnego te zadania, zamiary, marzenia 
mogą zostać w samym początku zniweczone - uniemożliwione. 
Co powinno teraz zdarzyć się - teoretycznie, idealnie? 
Powinien znalefć się ktoś, kto potrafi znaleźć sposoby i siły spełnienia 
tych zadań wobec dziecka. 
Jednak jedynym, najsłuszniejszym postępowaniem będzie wejście w to 
już trudne zadanie razem z rodzicami - przez nich. 
Trzeba im dać miłość, ich obdarzyć miłością w ich zranionym, złamanym 
rodzicielstwie, aby oni mogli uwierzyć, że jednak będą mogli wychować, 
wprowadzić w świat, w jego trudne role - swoje dziecko często dziecko 
bardzo chore. 
To może spełnić najbliższa rodzina, najbliższe społeczeństwo - sąsiedzi, 
najbliższa wspólnota - gmina religijna. 
Potem sformalizowane struktury społeczne - poradnia lekarska, poradnia 
wychowawczo-zawodowa, szkoła, uniwersytet, zakład pracy, czy warsztat 
terapii zajęciowej. 
Aby spełniać te zadania formowały się różne grupy: często były to grupy 
religijne, że wymienię tu laski k. Warszawy - Zgromadzenie Sióstr 
Franciszkanek Służebnic Krzyża. Także grupy świeckie, oraz wspólnoty, 
często też oparte na wartościach religijnych "Wiara i Swiatło". 
Istotną sprawą jest to, abyśmy pamiętali wzór tego argumentu - causa 
exemplaris - matka i ojciec w ich spełnionych miłością funkcjach wy- 
chowawczych, gdyż to nam pokaże zakres, wymiar wychowania, nauczania 
czy rehabilitacji. 
Nigdy nie zapomnę reakcji ojca chłopca "nigdy nie mogącego pracować 
zarobkowo", gdy pokazaną mu tkaninę namalowaną zupełnie samodzielnie 
przez jego syna wyrwał nam z rąk i uciekł (I), gdyż, jak potem tłumaczył, 
zorientował się, że jeszcze zdąży do pracy, aby pokazać swoim kolegom. Ten 
sam ojciec, pófniej, gdy widział jak dwie panie spierają się, która pierwsza 
zgłosiła chęć kupienia tkaniny, której autorem był ten sam chłopiec, 
zaciągnął mnie w ciemny kąt i ze łzami w oczach mówił - "mój chłopaki Ten 
głupil". 
Argument b - ktoś uczący się (dziecko, wychowanek), a więc 
podlegający opiece. 
Dziecko. 


306 


-.
>>>
Warsztaty Terapii Zaj,ciowej a problem integracji 


Tu należy posłużyć się piękną formułą - sekwencją życia ludzkiego 
napisaną przez Jeana Vanier: 
1) maleńkie dziecko żyje miłością i obecnością; 
2) okres dzieciństwa jest okresem ufności; 
3) młodzieniec żyje wspaniałomyślnością, utopią i nadzieją; 
4) dorosły realizuje zamiary, angażuje się, przyjmuje na siebie od- 
powiedzialność - jest to okres wierności; 
5) wreszcie starzec znów znajduje okres ufności, która jest także 
mądrością (Vanier [5], s. 83). 
Czy dziecko niepełnosprawne, człowiek niepełnosprawny może w pełni 
przejść przez te etapy? Powinniśmy sądzić, że tak. Być może najważniejszy 
będzie tu czynnik miłości i obecności. 
Co jednak z dziećmi najbardziej upośledzonymi? Z takimi, "które wpraw- 
dzie zachowały zewnętrzne kształty ludzkie, lecz nie mają ludzkiej świadomo- 
ści, ludzkiego życia psychicznego?" Z "istotami, których człowieczeństwo nie 
wynika bezpośrednio i w sposób oczywisty ani z budowy ciała, ani z liczby 
i kształtu par chromosomów, ani z cech umysłu"? Te obydwa cytaty to zdania 
wypowiedziane przez profesora Tadeusza Kielanowskiego (Człowiek..., s. 19, 
20) - myślę, że powinny szokować w polu pedagogiki specjalnej. Z biegiem 
czasu, który upłynął od podjęcia przez nas naszej pracy zapominamy 
o świecie, który nas otacza, a który przypomina się takimi słowami. 
Sądzić należy, że Vanierowskie spełnienie potrzeb małego dziecka 
jest możliwe. 
Tu, aby w pełni zrozumieć dramat, należy zwrócić uwagę na to, że 
mówiąc o innych ludziach, mówimy o sobie samych. Patrząc na rany innych 
ludzi - widzimy swoje rany, patrząc na niepełnosprawnych - widzimy 
siebie jako niepełnosprawnych, a także widzimy swój lęk przed wyzwaniem, 
które nam może grozić. Wojciech Chudy mówi, że niepełnosprawność 
przypomina nam o naszym horyzoncie przygodności - przypomina nam 
o tym, że sami będziemy słabi, że sami umrzemy. Oczywiście, i to też mówi 
profesor Chudy, niepełnosprawny jest wymagający - zabiera nam czas 
i naszą energię. Przynosi nam trud (Chudy). 
Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia mówi o tym, że prawdziwe 
miłosierdzie musi ubogacać dającego (Jan Paweł II [2]). Można to pojąć 
inaczej - miłość, którą obdarzamy kogoś odbija się jakby i wraca do nas. To, 
co dzieje się u człowieka nie jest autonomiczne. Kępiński mówi, że człowiek 
jest układem, który nie może być niezależny (wolny), własny (autentyczny) 
ani odizolowany (samotny) (Kępiński [2], s. 201). Fenomeny ludzkiego życia 
dzieją się między ludfmi. Tak więc oddzielenie niepełnosprawnego od reszty 
społeczeństwa jest nieprawdziwe. Jest fałszywym widzeniem świata. 


3 07
>>>
Prswds 


Rodzice czekają na urodzenie się człowieka. Na spełnienie w nim swojej 
miłości. Rodzi się nieszczęście. Owszem, można je zniszczyć, usunąć. Ale co 
czynimy w ten sposób? Czy świadczymy jakąś prawdę o życiu? Czy 
zmniejszamy w ten sposób wymiar cierpienia? A może otwieramy drogę do 
fałszywego przeświadczenia, że można usunąć z życia ból, a w końcu 
śmierć? Integracja pochodzi od łacińskiego integer - nietknięty, cały. A więc 
chronienie całości. Spotkałem matkę, która żyła przez dwadzieścia lat z córką 
chorą na porażenie okołoporodowe o bardzo przykrym obrazie - mogła być 
karmiona tylko w odruchu płaczu. I ta matka powiedziała, że nie wyobraża 
sobie życia bez tej córki, która zmarła. Wraca myślami do tamtego czasu. 
Jeszcze raz zgodziłaby się przeżyć to życie. 
W "Gazecie Wyborczej" czytaliśmy przerażające zdania o tym, co dzieje 
się w rejonie skażenia czernobylskiego. 
Lekarz mówi: Zachód podarował nam aparaty do badania płodu i każdą ciążę 
sprawdzamy dwa razy. Jeżeli wadę udaje się wykryć w pierwszych miesiącach, 
to dobrze. Ciążę usuwamy i nie ma żadnego kłopotu. Jeżeli patologia wychodzi 
na jaw w siódmym, ósmym miesiącu, trzeba wywołać poród. Potem płód się 
uśmierca: ktoś pakuje go w foliowy worek. [on] Pomimo badań, likwidujemy co 
piątą narodzoną w czasie istotę. Na świat przychodzi ni to zwierz, ni człowiek 
- ma dwie głowy, albo trzy nogi, trzy ręce. Matce mówimy: kobieto, masz zbyt 
wąską miednicę, dlatego lepiej, żebyś więcej nie rodziła. I kobieta nie rodzi. 


Eksperci M iędzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu mówią, 
że "historie o tym, że coraz więcej rodzi się dzieci martwych, lub dzie- 
ci-potworów, należy [...] włożyć między bajki" (Ostałowska). 
Czy pozwolić tym dzieciom (w końcu przecież!) urodzić się? Do jakiego 
życia? Znam dzieci z trójkończynowym wrodzonym brakiem i czterokoń- 
czyn owym, które znają uczucie radości, szczęścia, bo są kochani przez 
rodziców, które stawiają wymagania, które świadczą o miłości. Usuwanie 
tych dzieci tak, jak napisano, jest częścią drogi do zbrodni - oznaczać to 
będzie, że możemy robić co chcemy, bo potem można zniszczyć - mamy 
czułą aparaturę wykrywającą wcześnie nieuleczalną chorobę. Więc usuńmy 
z życia zanim zobaczymy, zanim jego własna świadomość to zobaczy. Ale 
gdzie będzie granica? Jakie cechy gatunku uzna się za znośne, dobre, jakie 
za złe? Naruszenie jednej granicy przynosi zachwianie wszystkich. 
Zabijając płód o wrodzonym braku kończyn może niszczymy Łukasza, 
którego znam, a który jest szczęśliwy, inteligentny, a prowadzona obserwacja 
pokazała, że niezmiernie kocha swoich rodziców (Korcz). 
Opiece podlega człowiek uszkodzony, słaby, zagrożony - to jest cel 
pedagogiki specjalnej. 


308 


.ł.........
>>>
Warsztaty Terapii Zaj'łciowej a problem integracji 


Argument W - określony zakres kształcenia (opieki) "przeważnie 
w jaki bądf sposób zabarwiony wartościami". 
I znów musimy odwołać się do pierwszego argumentu a, do wzoru tego 
argumentu - do rodziców jako wychowawców, dziecka, a właściwie 
mówiąc - dawców życia, bo jak to podkreśla Kępiński - człowiek przenosi 
w przyszłość nie tylko swoje geny, ale także wartości kulturowe (Kępiński 
[2], s. 171/172, [1], s. 140). Te zaś wartości cechuje wykraczanie poza 
prostą użytkowość, transcendencja. Transcendencja nierzadko w świat 
absurdu, nierzeczywistości (Kępiński [1], s. 216 i passim, [2], s. 91, 92 
i passim). Yves Congar w rozmowie z Jeanem Puyo mówi, że człowieka 
właściwie wyróżnia nie to, że jest homo sapiens, czy homo faber, ale homo 
demens - człowiek szalony. I tu możemy szukać miejsca sztuki, poezji, 
a także dodaje, religii (Jean Puyo...). Szalony, bo "nie użytkowy". Nie dajmy 
się oceniać w kategoriach użytkowości, czy użyteczności. W dojmującym 
projekcie uśmiercania nowo narodzonych dzieci niepełnosprawnych fran- 
cuscy autorzy w 1987 roku użyli uzasadnienia: "nie będą mogli wieść życia 
godnego przeżycia"46 Profesor Józef Bogusz przypomina nazistowskie 
lebensunwerten Leben (Bogusz, s. 17). Takie określenia mogą powstać 
tylko wtedy, gdy opiszemy ściśle normę "życia godnego przeżycia". 
W tej samej dyskusji na konferencji lekarzy i humanistów określonej jako 
uwzględniającą etykę marksistowską, gdzie profesor Kielanowski wypowie- 
dział przytoczone słowa, profesor Cieślak zwraca uwagę, że "życie jest 
nieustającym procesem. Procesem nieustającym jest także śmierć. [...] 
Z punktu widzenia społecznego należy się zgodzić nie tylko z faktem, że 
śmierć jest procesem", ale też, 
że to jest w dalszym ciągu jakaś kontynuacja [...] partnerstwa w życiu 
zbiorowym społeczności ludzkiej.[...] Życie wyrzuca na powierzchnię zjawiska 
o charakterze granicznym, w stosunku do których norma jest nie całkiem 
dostosowana. Chodzi między innymi o definicję człowieka. Może pojawić się 
wątpliwość w pewnej liczbie przypadków, czy istota, z którą mamy do czynienia 
jest człowiekiem. Są to właśnie przypadki graniczne, w których ta wątpliwość 
musi się wyjaśnić i na to nie ma rady.[...] W stosunku do samej "istoty" 
człowieka jako gatunku, definicja jest chyba zbyteczna, albowiem dla każdego 
dość jasne jest, co to jest człowiek i praktycznie biorąc nie zachodzi niebez- 
pieczeństwo pomylenia tego gatunku z innymi formami świata żywego. Definicja 
natomiast służyłaby tylko wyrzuceniu tych zjawisk, które w niej się nie mieszczą 
poza nawias ochrony należnej życiu ludzkiemu. 


48 Projekt przepisów o powodowaniu śmierci niepełnosprawnych noworodków 
poprzez pozbawianie ich opieki przedstawiony przez Marcela Clementa wart. 
M{mace sur les nouveau-nes, L'homme nouveau, nr 934 z 15 listopada 1987 roku. 


309 


lo.......
>>>
PrBwdB 


Co do podniesionego na konferencji zagadnienia "potworków", 
nie jesteśmy chyba w stanie zbudować zadowalającej definicji, która by nam 
rozstrzygnęła te w!;zystkie przypadki krańcowe. [u.] Jeżeli przyjmiemy [.u] 
aksjomat, że życie ludzkie jest najwyższą wartością, to reguła rozstrzygania 
wątpliwości narzuca się sama przez się. [.u] Jeżeli mamy wątpliwości co do 
tego, czy dany człowiek jest potencjalnie zdolny do życia, czy nie, to powinniśmy 
próbować ratować go.[u.] Z praktycznych względów niemożliwe jest zdefinio- 
wanie potworka, którego definicja nie objęłaby kaleki, ale jeszcze nie potworka. 
[.u] W razie wątpliwości należy ratować i utrzymywać życie - tymi potworkami 
opiekować się, innego wyjścia nie ma. Jeżeli są w staniu uczynić to sami 
rodzice, to bardzo dobrze. Jeżeli rodzice nie są w stanie tego uczynić, to, 
w moim przekonaniu, można im to wybaczyć, idąc po linii pewnego minimalizmu. 
Natomiast obawiałbym się tu sformułować regułę, że rodzice mają prawo 
pozbyć się takiego dziecka, nawet prawo oddać je do zakładu - niechaj się nimi 
opiekuje społeczeństwo. (Cz/owiek..., s. 63-67) 


To słowa prawnika na konferencji o etyce materialistycznej. Taki człowiek 
jest uczestnikiem, autorem kultury - a więc sztuki, a więc wojen, a więc 
wyznawcą różnych religii, a w przypadkach poszczególnych osób - uczest- 
nikiem zmieniających się bezustannie sekwencji dramatów. 
Wniosek z tego może być jeden: integracja to uznanie złożoności 
i komplikacji życia. 
Porządek w ten dramat ludzki może wnieść cywilizacja miłości, która 
przynosi nadzieję człowiekowi "historycznemu", który zaczął się w chwili 
grzechu pierworodnego - cywilizacja Ewangelii (Jan Paweł II [2], 
[3], [4], [5]). 
Jakie są ramy tego argumentu W Mennego? Ramy "określonego zakresu 
kształcenia, wychowania, w jaki bądi sposób zabarwionego wartościami"? 
Może być skrajny przykład - dotykamy ręką dziecka "o nieznanych 
funkcjach mózgu". Stawiamy kwiat na stoliku tego dziecka. Krok dalej - na 
skórze ręki niewidomego dziecka rysujemy palcem kształt myszki, mówiąc 
przy tym odpowiedni wierszyk. Dziecko uśmiecha się. To wynalazek Wandy 
Szuman, jak wiemy. Potem to samo dziecko odpowiada podobnym 
rysunkiem na skórze ręki opiekuna (Szuman [1]). 
(m) 
Doświadczenia naszej Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełno- 
sprawnych pokazują, że możemy dojŚć na przykład do samodzielnego 
malowania tkanin, do uczestnictwa w spektaklu teatralnym itp. 
Argument I) - instytucja, w której dokonuje się proces opieki, 
wychowania. Menne mówi, że w skrajnym przypadku może to oznaczać 
osobę pojedynczego, "prywatnego" mistrza. 


310
>>>
WBrsztBty Terapii ZajfJciowej B problem integracji 


i) Rodzina wąsko pojęta (matka, ojciec); 
ii) rodzina szeroko pojęta; 
iii) grupa sąsiedzka; 
iv) grupa religijna; 
v) sformalizowane struktury społeczne (szpital, szkoła, warsztat terapii 
zajęciowej itp.). 
Nigdy jednak, w myśl zasady integracji (całości) nie wolno zapominać 
o rodzinie - nie wolno przestać myśleć o rodzinie. Trzeba starać się 
wchodzić w nią albo poprzez nią. Na świecie obserwuje się wzmacnianie 
rodziny i jej struktur otaczających, tak aby dziecko mogło zostać w domu, 
aby pomoc docierała do dziecka poprzez rodzinę. Nie bez znaczenia są tu 
aspekty ekonomiczne - tak jest po prostu taniej (Gierszewska). Niestety 
również są sygnały "wyręczania rodziny - poprzez opcje zabijania dziecka 
niepełnosprawnego zanim narodzi się, a nawet już po jego urodzeniu 
(Granice). 
Argument H - środki pomocnicze. 
Mogą być różne. Począwszy od palca Wandy Szuman wodzącego po 
skórze ręki dziecka aż po elektroniczne urządzenie zastępujące wzrok, 
poprzez baseny z piłeczkami dla niewidomych, konie hippoterapii, papier do 
malowania itp. 
Kępińskiego definicja twórczości - "każde świadome wprowadzenie 
własnego porządku w otaczający świat" i odniesienie tego procesu 
twórczego do zamiatacza ulicy (Kępiński [1], s. 214, 221 i passim; por. 
Wojciechowski [4]) pozwala nam bardzo wysoko w sensie procesów 
twórczych oceniać np. zrzucenie przez dziecko niepełnosprawne kredek ze 
stołu na podłogę, czy podarcie przez nie kartki papieru. 
Argument V - zbiór świadomych i nieświadomych znajomości rzeczy 
i stałych sposobów postępowania (oczekiwany skutek wychowania i opieki). 
Spełnienie przestrzeni miłości między rodzicami, a ich niepełnosprawnym 
dzieckiem (zob. argument a). 
Następnie spełnienie przestrzeni miłości pomiędzy rodziną osoby nie- 
pełnosprawnej a społeczeństwem. 
Warsztaty terapii zajęciowej, to określenie wzięte z ustawy o zatrudnieniu 
i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, które nigdy nie będą mogły podjąć 
pracy zarobkowej. Tworząc statut takiego warsztatu stanęliśmy wobec 
problemu granic 47 . 


47 Warsztat Terapii Zajęciowej "Pracownia" w Toruniu utworzony 1 marca 1993 
roku pod formalnym zwierzchnictwem Zarządu Regionalnego w Toruniu Fundacji 
im. Brata Alberta w Krakowie jest autorskim dziełem zespołu tworzącego do tego 


311 


.........
>>>
Prawda 


Dotychczasowe, już przeszło piętnastoletnie doświadczenie naszego 
zespołu, który przyjął później kształt Pracowni Rozwijania Twórczości 
Osób Niepełnosprawnych opartej na pracy Wandy Szuman przyniosło 
nam zasadę integracji pojętej jak naj szerzej - od kilkuletniego dziecka 
o nieznanych możliwościach tworzenia po osoby dorosłe o wyraźnie 
sprecyzowanej woli działania (chce zarabiać, chce być czynnym artystą, 
chce być mechanikiem itp.). 
Co więcej, okazało się, że pracownicy - terapeuci, nazywamy ich 
prowadzącymi, którzy podejmują tę pracę, też stanowią wynik pewnego 
określonego wyboru. Bardzo często dyplomowani pedagodzy nie mogą, nie 
potrafią czy nie chcą podjąć pracy z "dziećmi", a podejmują ją i wykonują 
z wielką intuicją ludzie o zupełnie innym przygotowaniu formalnym. Wydaje 
się, że tu szczególnie mocno zabrzmiało Vanierowskie spostrzeżenie tylekroć 
potwierdzane przez innych - nie wiadomo, kto tu podlega procesowi 
rewalidacji. 
Jest jeszcze jeden powód, dla którego tzw. wolontariusze odgrywają 
taką dużą rolę w procesie terapii. Francuski teoretyk i praktyk "wychowania 
specjalnego", która to dziedzina jest specyficzna dla krajów frankofońskich, 
Guy Vattier, omawiając problemy terapii toksykomanów zwraca uwagę na 
wielką w niej rolę "nie wyspecjalizowanych ochotników". To oni właśnie 
dzięki "brakowi formacji" nie są obciążeni "sztywnością systemu" i stać ich 
przez to na wchodzenie na nowe drogi terapii (Vattier, s. 98, 99). 
Sądzę, że podobnie jest w "terapii zajęciowej". Przyjmując zasadę 
jedności podmiotowej osób możemy rozumować poprzez analogię: też 
jesteśmy słabi, obarczeni brakowością, tylko w innych obszarach (por. 
Vanier [5]), będąc jednak tak samo doskonali jako osoby ludzkie możemy 
znaleźć wspólną drogę rozwoju nawet bez znajomości opisanych już 
z większym lub mniejszym szczęściem zasad teorii niepełnosprawności. 
(por. Wojciechowski [5], [18]). Nie przypadkowo więc prawdopodobnie 
tak szybko znalazł uznanie dla swoich metod terapeutycznych zespół 
Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych, którą utworzyli 
ludzie bez przygotowania specjalistycznego, ale za to przez lata studiów 


czasu Pracownię Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych (która nadal 
istnieje), a więc wolontariuszy jeszcze z czasów, gdy była to nieformalna grupa 
studentów Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu wraz z ich przyjaciółmi 
- później niektórzy z nich stali się etatowymi pracownikami PRTON, także rodziców 
dzieci niepełnosprawnych uczestniczących w zajęciach. Ostateczny kształt programu 
WTZ został opracowany przez zespół: Barbarę Momot, Sławomira Sędziaka i Andrzeja 
Wojciechowskiego we współpracy z Markiem Zacharskim, obecnie kierownikiem 
i autorem programu WTZ "Karczemka" w Otłoczynie pod Toruniem. Program ten jest 
nadal modyfikowany w trakcie pracy całego zespołu Warsztatu. 


312 


........
>>>
Warsztaty Terapii Zaj,ciowej B problem integracji 


artystycznych uformowani w poszukiwaniu "diamentów w popiele". Dla 
nich nie istniało pojęcie "bazgrot", czy może "bazgroł", jak w ustach 
niektórych "specjalistów" zdaje się brzmieć ta klasyfikacja. Każda kreska 
wymaga trudu. O tym doskonale wiedzieli. I to stało się ich punktem wyjścia 
(por. Wojciechowski [5], [18]). 
Doświadczenie tych wielu lat pracy przynosi też nowe potwierdzenie 
słuszności zasady Vaniera realizowanej w ruchu "Wiara i Swiatło": należy 
pracować wraz z rodzicami i przez nich. 
Tę zasadę możemy obserwować bardzo mocno w praktyce francuskiej, 
gdzie niezwykle rozwiniętymi ośrodkami rehabilitacyjnymi, oraz całymi 
kompleksami warsztatów terapii zajęciowej zarządzają rodzice zrzeszeni 
w takich stowarzyszeniach, jak Adultes et Enfants Inadaptes Mentaux 
(AEIM), Union Nationale des Associations de Parents d'Enfants Inadaptes 
(UNAPEI) i innych. 
Jest to zgodne z samą myślą, chociaż należy tu poznać to, co pisze 
Vattier: "inicjatywa rodziców dzieci niepełnosprawnych powinna wokreś- 
lonym momencie zastąpić działanie publiczne. Dynamiczna i ochotnicza, ta 
inicjatywa prywatna pozwala na tworzenie licznych zakładów i służb" 
(Vattier, s. 88). Lecz "jeśli idzie o stowarzyszenia rodziców, administratorzy 
kumulują - w niektórych przypadkach niebezpiecznie - swoje uczuciowe 
zaangażowanie osobiste ze swoją odpowiedzialnością jako pracodawców" 
(Vattier, s. 89). 
Obserwując na przykładzie Francji wysoko wyspecjalizowany system 
pomocy i edukacji musimy zauważyć, że otrzymujemy stamtąd sygnały 
o tym, że poprzez swoje sformalizowanie system ten może wykluczać, lub 
nie obejmować rodziny dzieci, które wymykają się zasadzie insercji - czyli 
możliwości "wprowadzenia w obieg społeczny". 
Stowarzyszenie założone przez Panią Claudine Loubiere "Vivre avec la 
maladie" (Vivre... [1]) bardzo mocno sygnalizuje ten problem. Idzie o rodziny 
osób upośledzonych czy chorych, które pozostają w rodzinie. 
W naszej koncepcji Warsztatu Terapii Zajęciowej proponowaliśmy zajęcie 
się już małymi dziećmi po to, aby równocześnie przyjąć najstarszych. 
Tworzenie grup zróżnicowanych tak pod względem wieku, jak i uszkodzenia. 
Ograniczenia aktów prawnych regulujących status Warsztatów Terapii 
Zajęciowej uniemożliwiły zachowanie tej zasady. Nie chcielibyśmy też 
stawiać granic czasu pobytu w Warsztacie, to znaczy widzieć możliwość 
oświadczenia uczestnikom - dość, już możesz nie przychodzić, bo twój 
program terapeutyczny zakończył się. Dlatego, że najważniejszym czynnikiem 
jest czynnik bezpiecznego środowiska - przyjaźni. W strukturze Warsztatu 
powinny być przewidziane też "zajęcia chałupnicze", to znaczy pójście do 


313 


-..
>>>
Prawda 


domu tego, który nie może przyjść do nas. W pracę Warsztatu włączamy 
rodziców - jako doradców, radę. 
Pracownię Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych, "matkę" 
naszych Warsztatów Terapii Zajęciowej, nazywamy "ostatnimi drzwiami". 
Poza nimi nie ma już innych. Tak więc w zasadzie musimy przyjąć każdego. 
Argument G - tło historyczne, społeczeństwo, współodpowiedzialność, 
granica, kres, odpowiedzialność przed społeczeństwem lub Bogiem. 
Stowarzyszenie "Vivre avec la maladie" w preambule do swojego 
statutu pisze: 
Choroba i śmierć są częścią życia. Choroba wówczas, gdy mówi nam 
o cierpieniu i o niebezpieczeństwie przerwania, którego znakiem jest śmierć w jej 
funkcjach społecznych: działa ona jako czynnik odsłaniający wobec osób 
i instytuCji. Poza odrzuceniem może powodować działania pozytywne, pozwalać 
na przedsięwzięcia twórcze tak opiekującemu się, jak i podlegającemu opiece, 
pozwala spostrzec względność egzystencji, prawdziwy środek terapeutyczny 
dla niektórych. 


Założycielka stowarzyszenia Claudine Loubiere jest matką 18-letniego 
chłopca, który na skutek nieuleczalnej choroby ze zdolnego maturzysty stał 
się istotą mogącą mówić tylko "mama". 
Istnieje wszakże i druga strona. W swoim apelu pani Loubiere przypomina 
takie fakty: 
- dramatyczny epizod pielęgniarek wiedeńskich (które uśmiercały 
chorych starych pacjentów) dotykający cały świat niepełnosprawnośCi 
i choroby; 
- zamknięcie instytucji na południu Francji z powodu nadużyć w ob- 
chodzeniu się z pensjonariuszami; 
- proces o dzieciobójstwo przeciw mężczyźnie, który - sam niepełno- 
sprawny, był ojcem dziecka, któremu groził ten sam los. 
Oczywiście, można wybierać. Claudine Loubiere mówi, że należy poczuć 
się odpowiedzialnym wobec tych spraw. I wybrała walkę o rodziny chorych. 
Aby odpowiedzieć na jej wezwanie nie możemy odmówić uczestnictwa 
w naszych warsztatach tym, którzy nie dają się "wsunąć" w społeczeństwo. 
Na każdym etapie. 
W 1987 roku w tej samej Francji Stowarzyszenie na rzecz Zapobiegania 
Dziecięctwu Niepełnosprawnemu wybrało zabijanie (pozbawianie życia) 
trzydniowych noworodków niepełnosprawnych. Głosi się wszem i wobec 
dObrodziejstwo badań prenatalnych, które kończą się zniszczeniem życia 
pOdejrzanego o "niepełnosprawność" (Gulanowska; por. Wojciechowski 
[8], s. 161). 
Gdyż, jak mówi preambuła stowarzyszenia "Vivre avec la maladie": 


314 


..........
>>>
Ws/sztaty Terapii Zsjf/ciowej s problem integracji 


Sytuacja tych chorych jest radykalnie przeciwna koncepcji społeczeństwa, 
w którym wszystko ocenia się w terminach sukcesu i rentowności... Okrutne 
żądanie dla tego, który nie może wejść w ten schemat egzystencji. [...] Smierć 
jest ostateczną obrazą dążeń ludzkości, która doszła, wydaje się, do mistrzostwa 
niemal uniwersalnego i znajduje się wobec śmierci zmieszana, sprowadzona do 
swojej nieuniknionej kondycji prochu ziemskiego... Bliskość ułomności, choroby, 
ciężkiej niepełnosprawności w tym, co mówi ona o śmierci, wyzwala refleks 
potępienia społecznego i mniej lub bardziej nieświadome zaproszenie do 
szybkiego zgonu z pseudoprzyzwoitości, co jak podkreśliliśmy, jest w naszym 
rozumieniu zamaskowaną formą eutanazji. (Loubiere [1]) 


Taka jest zawartość ostatniego argumentu relacji Mennego - argumentu 
G. Tło historyczne, społeczeństwo, współodpowiedzialność, ogół stosunków 
duchowych. Odpowiedzialność przed Bogiem i społeczeństwem. 


Przejrzeliśmy argumenty relacji, która współtworzy "warsztaty terapii 
zajęciowej" dla osób, co do których orzeczono niemożliwość wykonywania 
pracy zarobkowej. Relacja ta pozwala nam pełniej zrozumieć nasze zadanie 
i naszą odpowiedzialność wobec nowej sytuacji, w jakiej znalazła się 
pedagogika specjalna. 
Relacja ta została tu tylko naszkicowana. Nowa sytuacja, w której 
znaleźliśmy się, to być może przestrzeń pomiędzy tym, co było - tragedią 
Czernobyla i jej potwornymi skutkami, a tym, co nas czeka - niezwykle 
rozwinięta cywilizacja, gdzie dzieci niepełnosprawne dowozi się do szkół 
specjalnymi taksówkami na koszt państwa, gdzie system insercji obejmuje 
wszystkich, którzy się dają "wsunąć", ze wzrostem przeżywalności nie- 
pełnosprawnych, nieuleczalnie chorych i kalek, a co za tym idzie wezwaniami 
do eutanazji, a czasem dzieciobójstwa (postulat APEH we Francji, a w USA 
postulat wystawiania aktu urodzenia dopiero począwszy od trzeciego dnia 
życia po porodzie, w Polsce zgoda na nieograniczone żadnym terminem 
trwania ciąży zniszczenie życia nienarodzonego dziecka podejrzaneg
 
o niepełnosprawność). Mamy możliwość oceny i wyboru. Straszne i dobitne 
jest tu świadectwo tego rodzącego się świata przedstawione przez doktora 
Ryszarda Fenigsena - świata eutanazji jako integralnej części praktyki 
szpitalnej wykonywanej w majestacie prawa (Fenigsen). 
Jeżeli wybierzemy granice od chwili poczęcia do naturalnej śmierci, musi 
to pociągnąć za sobą odpowiednią formę rehabilitacji i odpowiednie 
zrozumienie tego, co oznacza uczestnictwo w pełni życia. Dlatego odwołałem 
się tu i w naszej pracy odwołujemy się do definicji twórczości sformułowanej 
przez Kępińskiego, oraz do praktyki terapii, odpowiadającej temu szerokiemu 
polu, podjętej przez Wandę Szuman. Ona odniosła się do Chrystusa 
uzdrawiającego. To bardzo duże zobowiązanie. Chrześcijańska interpretacja 
osoby rysuje się tu jako mocny fundament. 


315
 


.-.
>>>
- 


DOBRO 


.-.
>>>
BYT (człowiek) 
,_....")'. poj.dyłn;y (I. 8O'u) b)'I w _ (....,. Ił), b)'I dlltkllOble (.... per Ił); 
... -ł....... ł--ł ....... ..,.. (jeoC NIEPRZEKAZYWALNV) 
SUBSTANCJA- lo,. .....yohlfld
,............". *.... 
 


i 
ł f ł 
ł Ił 
r łt 
ł . 

 II 
I !lł 


 . 
 , N 
VJ z, 
; .

 
- 
ł 
1 
r 
ł 
ł 
J 
i 


ł 
ł t ttl 
łllll'i 


-- 


-o 
k.. 
. .,
"'_. 
: ;fJ. 
- ,.' 
": ł :.1 
..'o. .1 
ir1ł 


P\lMod. .wo,_J
 


ł 
ł 

 Ił 
 ił 

 ; \
 
 J J 

 \ 
 ! 
f ł '
 . 11 
J 
.I 
O 

 


..... 
m 
m 


..... 
...... 
co 
m 
m 
..... 


"tJ 
iti 
-""- 
iti 

 


Gl 
c: 
iti 
:!: 
o 

 
:c 
:J 
c. 
.!!! 
c: 
 
"tJ 
iti 
::;t 

 


I 

 
en 
:!: 
o 
.£; 
IJ 
Gl 
1 'eJ 
.; '0 

 
f f[ 
 
g lu 
 

 l p :1 
p 
'i l , 
 
J 
 
ił g 
i.ł 
&!: 
i1 


Cli 
N 
IJ 
iti 
Q) 
o 
C) 
iti 
:!: 
iti 
iii 
 
N 
IJ 
.!!! 

 
Q) 
:J 
=c 
Gl
>>>
* 


Przyczyną wszystkich istniejących bytów jest Byt Absolutny zawdzięcza- 
jący swoje istnienie tylko sobie - Bóg. 
Człowiek jest bytem niesamoistnym, stworzonym. 
Jego bytowość konstytuuje Istnienie i Istota, w rzeczywistości 
niepodzielne, warunkujące (ograniczające) jedno drugie. 
Istnienie, powołane wolą Bytu Absolutnego - Boga, jest aktem 
urealniającym i powodującym odrębność człowieka. Cechują je własności 
transcendentalne - realność, odrębność, jedność, prawda, dobro 
i piękno. Ponieważ usunięcie istnienia skutkuje nieistnieniem całego 
bytu, to też i te własności są nieusuwalne. Przynależą one każdemu 
bytowi - tu człowiekowi - z racji samego istnienia. 
Aktem aktualizującym istnienie człowieka jest jego istota, która ma 
formę aktualizującą w człowieku możności duchowe i możności material- 
ne. Tą formą jest właściwa człowiekowi dusza - nieśmiertelna. 
Formę aktualizują możności określone właściwościami ograniczają- 
cymi (kategorialnymi). Te własności kategorialne: intelekt, wola, do- 
znania, działanie, rozciągłość, jakość, wymiary, podlegający czasowi 
rozwój są przygodne, to znaczy, że niektórych z nich, a nawet wszystkich 
może nie być. Przez tę przygodność istotowych własności kategorialnych 
istota człowieka jest powodem ograniczoności istnienia. Przez zniszczenie 
własności istotowych można zniszczyć samo istnienie człowieka w jego 
wymiarze materialnym. 
Istotajest więc urealnionym skutkiem istnienia, powodem ograniczo- 
ności i nieabsolutności istnienia, ważnym, identyfikującym człowieka 
zespołem możności. 


Według Mieczysława Gogacza, Ku etyce chronienia osób - Andrzej 
Wojciechowski - wykłady niepublikowane r. akad. 1996/1997
>>>
- 


BYTOWE WYZNACZNIKI PROCESOW INTEGRACJI 


"WYCHOWANIE NA CO DZIEł'f', NR 4-5 (55-56), 
KWIECIE"'-MAJ 1998, WYD. ED. AKAPIT, TORU"" 


Integracja - integratio - odnowienie; integer - nietknięty, nienaruszony; 
integro - przywrócić do pierwotnego, dawnego stanu (Slownik...); francuskie 
integrer - zjednoczyć się; inMgre - ten, który czyni wszystko to, co powinien, 
wiąże się ten termin z nieskalaną szlachetnością, zdolną przeciwstawić się 
wszelkiemu zepsuciu; integrite - odporność na ataki i pokusy (Auge); podobnie 
w języku angielskim. 
A więc musimy zapytać, o jaką całość, czystość i szlachetność idzie? 
Mówimy oczywiście cały czas o ludziach. Podmiotem i przedmiotem 
pedagogiki specjalnej jest człowiek. 
Spróbujmy przyjrzeć się sprawie u samego jej początku. 
Człowiek jest bytem, bo po prostu jest, ma jakąś treść. 
Struktura metafizyczna bytu, w jednym ze swoich ujęć, wyróżnia w nim 
dwie "części": istnienie i istotę. 
Byt jawi się nam poprzez swoje istnienie, w swojej istocie. 
Tu widzimy już, że poprzez to, że "jawi się nam", to stwierdziliśmy, że jest 
z nami w jakiejś relacji, poprzez swoje istnienie. 
Wrócimy do tego. 
Rozpoznajemy byt w jego istocie. Istota bytu ludzkiego jest określona 
jego formą, która realizuje się w tym, co duchowe i co materialne. 
Te duchowe i materialne aspekty formy ukazują się nam poprzez 
własności opisujące istotę - własności kategorialne. Są to: co do ducha 
- intelekt, wola, doznawanie, działanie; co do materii - rozciągłość, jakość, 
wymiar i podlegający czasowi rozwój. 
Istota więc bytu ludzkiego zostaje opisana jego działaniem, wolą, 
intelektem, rozciągłością, wymiarami i trwaniem w czasie. 
Co więcej: istota stanowi granicę istnienia. 


Oparte na referacie wygłoszonym podczas Sympozjum zorganizowanego przez 
FORUM MED s.C. w Poznaniu. Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika 
w Toruniu w dniu 10 grudnia 1997 roku w Toruniu. 


321
>>>
Dobro 


. A więc istnienie będzie takie, jak je ograniczy istota danego bytu. 
Otóż istotą człowieka indywidualnego, tu niepełnosprawnego, jest 
to, że odróżnia się od innych bytów ludzkich poprzez swoje własności 
kategorialne, a więc poprzez to, że jego ciało jest jakoś uszkodzone, 
że jego intelekt ma takie, a nie inne właściwości, że jego wola objawia 
się tak, a nie inaczej. W ten sposób zostały wyznaczone jego istnieniu 
jakieś właściwe tylko jemu granice. 
Do niezbywalnych części istotowych należy dusza człowieka. Gdybyśmy 
ją odjęli, to nie mielibyśmy do czynienia z człowiekiem, a tylko z jakąś inną 
formą żywą. 
Stwierdzenie o stałości posiadania przez człowieka duszy, jako w ogóle 
warunku człowieczeństwa, jest aprioryczne i niepodważalne. 
Tu oczywiście można spytać: kto jest człowiekiem? Janusz Gula (Gula) 
uzasadnił prawomocność definicji zakresowej człowieka: człowiek, to byt 
narodzony z ludzi. Czyli bardziej poetycko: człowiek to dziecko kobiety. 
Definicja ta nie mówi o istocie człowieka, lecz jedynie określa zawartość 
zbioru ludzi. 
Każdy byt w swoim istnieniu oparty jest na własnościach istnienio- 
wych: odrębności, jedności, realności, prawdzie, dobru i pięknie. Nazywamy 
je też własnościami transcendentalnymi. Wykraczają one jakby poza byt 
i przysługują wszystkim bytom. Konstytuują byt wobec innych bytów. 
Odrębność - byt, aby mógł być rozpoznany, musi być odrębny od 
innych; nie może być częścią innego bytu. Odrębność pozwala go nazwać. 
JednoŚĆ - musi być w całości - integralny, wewnętrznie spójny. 
Realność - aby mógł być postrzegany i rozważany, musi być rzeczywisty, 
po prostu musi aktualnie istnieć. 
Prawda. 
Dobro. 
Piękno. 
Chcielibyśmy zatrzymać się przy dobru. 
Otóż, spójrzmy najpierw na to, że byt sam w sobie jest dobry. Każdy byt. 
Dobry jest dlatego, że jest podporządkowany czyjejś woli - pożądaniu. 
Czyjaś wola pożądała jego istnienia, stał się przedmiotem czyjegoś wyboru. 
Tu musimy wrócić do racji bytu. 
Otóż my wszyscy, jako ludzie, jesteśmy bytami przygodnymi: jesteśmy, 
ale nie musimy być. Czyli w swojej istocie nie mamy racji swojego istnienia. 
Sami zresztą odczuwamy nieustannie kruchość własnego istnienia (Krąpiec, 
s. 147). Ta racja (bo przecież istniejemy) musi być gdzieś na zewnątrz. Musi 
więc być jakiś byt, który będzie miał sam w sobie rację swojego istnienia 
i swoją wolą powoła inne byty do istnienia. 


322
>>>
Bytowe wyznaczniki procesów integracji 


Tym bytem, który jest samym Istnieniem posiadającym rację swojego 
istnienia w sobie, jest Absolut - Bóg. 
I oto, to Istnienie, ten Absolut - Bóg, pożądał, chciał istnienia bytów 
ludzkich (pomiędzy wszystkimi innymi bytami), a więc te byty muszą być dla 
Stwórcy dobrem. 
Tak więc, własnością istnieniową każdego bytu, w tym bytu ludzkiego, 
jest dobro. Są one dobre przez to, że istnieją. Co więcej, będąc dziełem 
wolnej woli Absolutu, są dziełem jego miłości, gdyż inklinację woli do dobra 
nazywamy miłością. 
Otaczające nas byty i my sami, jako przygodni w istnieniu, jesteśmy 
pochodni od wolnej woli Absolutu. jesteśmy naszym bytowaniem związani 
z wolą Absolutu. Skutek owego związania bytowego z wolą Absolutu nosi 
nazwę dobra. (Krąpiec, s. 147) 


M ożemy też na to spojrzeć jakby od siebie, poprzez pewną drogę 
psychologiczną: 


Gdy przypatruję się moim czynnościom, to dostrzegam, że wszystkie one 
w naj głębszej swej treści zmierzają do zachowania mego istnienia. Cokolwiek 
bowiem działam, to "przedłużam" mą bytowość poprzez moje czyny. W każdym 
czynie chcę zachować i zarazem ubogacić moje istnienie. (Krąpiec, s. 148) 
To moje istnienie nieustannie mnie pociąga, tak, że we wszystkich działaniach 
mam siebie (nie tylko - lecz także) na względzie. Owo "mienie" siebie na 
względzie wzrasta w miarę poczucia ograniczenia własnego istnienia. 
Im bardziej dostrzegam i poznawczo czuję moją ograniczoność, tym bardziej 
pragnę dla siebie bytów jako d6br, które przyporządkowuję sobie jako celowi, 
a więc sobie jako dobru. (Krąpiec, s. 148) 
Istnienie moje, m6j byt, dostrzegam jako przedmiot pożądania, a więc jako 
dobro - i wszystkie inne byty, które pożądam, uznaję za dobro. Byty te kocham 
i pragnę ich dla siebie w ogromnym, bytowym zakresie: pragnę i kocham drugie 
osoby nawet Boga, jako moje dobro i szczęście), pragnę i kocham najrozmaitsze 
przedmioty ożywione i nieożywione, byty samoistne i niesamoistne, pragnę 
i kocham nawet byty czysto intencjonalne - myślenie o kochaniu drugiego 
człowieka, jego twórczość realną, czy potencjalną. (Krąpiec, s. 148) 
Najrozmaitsze zatem dziedziny bytów: od poznanego (właściwie, czy 
niewłaściwie, to już sprawa dalsza) Boga, od ludzi i bytów samoistnych 
ożywionych, poprzez byty samoistne nieożywione, do bytów intencjonalnych, 
nawet czysto możliwych - wszystko staje się przedmiotem mego pożądania. 
Jeśli zatem przedmiot pożądania nazwę dobrem, to wszystko, co jest 
bytem. jest zatem dobrem. Wszystko bowiem pojawia się jako kochane 
i pożądane przez kogoś, a jeśli nawet nie jest aktualnie kochane, to ma w sobie 
moc taką, że może być ukochane przez poznającą je osobę. Słowem - byty są 
dobrem. (Krąpiec, s. 148) 
Te słowa o. prof. Mieczysława Krąpca ukazują nam jedną z ważnych 
płaszczyzn integracji. Jest to zmierzanie ku dobru: uwydatnianie, uwyraź- 


323
>>>
Dobro 


nianie dobra. Szczególnie w perspektywie ograniczoności. Im bardziej 
odczuwamy własną ograniczoność, tym bardziej pragniemy dla siebie bytów 
:- relacji z innymi bytami. Zapamiętajmy to - wrócimy do tego. 
Byt nie dlatego jest dobry, że jest pożądany przeze mnie, lecz dlatego jest 
przeze mnie pożądany i kochany, że już sam w sobie ma treść taką, że jest ona 
zdolna w jakiejś mierze uzupełnić moją bytowość. 
A zatem dlatego byt jest kochany, że jest dobry. (Krąpiec, s. 148) 
Pochodność bytu od Intelektu i Pożądania Pierwszego (Absolutu - Boga) 
jest miarą dobra i ostatecznym powodem mojej miłości. (Krąpiec, s. 148) 
Wszystko, co działa, działa dla celu (Krąpiec, s. 149). 
To bardzo ważne stwierdzenie metafizyki, o którym pomimo jego 
trywialności, właściwie zapominamy. 
Każda rzecz istnieje dla siebie, jako dla rzeczy działającej (Krąpiec, s. 148). 
W naszych ludzkich czynnościach wyraźnie odczuwamy, że deter- 
minujemy się sami do wykonywania jakiegoś działania, które to działanie 
i jego (oczekiwany) rezultat ukazują się nam jako upragnione dobro, które 
poprzez to działanie chcielibyśmy dla siebie osiągnąć (Krąpiec, s. 150). 
Tę celowość działania bardzo wyraziście dostrzegamy przy działaniach, 
które nie przynoszą upragnionego rezultatu - naszym udziałem jest wówczas 
"tragizm daremnych przedsięwzięć" (Krąpiec, s. 148). 
Do działania potrzebne jest: 
- istnienie podmiotu, który działa; 
- istnienie jakiejś formy poznawczej (zmysłowej lub intelektualnej), 
która determinuje samo działanie. 
Aby dokonało się w nas działanie, potrzebny jest jeszcze inny czynnik: 
racja - motyw tego, aby działanie raczej było, niżby go nie było. W warunkach 
ludzkich tą racją - motywem jest jakaś skłonność do dobra, które przez to 
działanie chcemy realizować. Tę inklinację możemy nazwać miłością 
(Krąpiec, s. 152). 
To dotyczy bytu w warunkach poznawczych - to znaczy bytu, który 
działa, prowadzony poznaniem czegoŚ. 
Bardzo dla nas interesujące jest poznanie dobra celowego bytu w warun- 
kach niepoznawczych. Czynnikiem determinującym "kierunkowość" 
działania jest wówczas sama natura bytu działającego, np. jabłoń ma 
specyficzne czynności właściwe drzewu jabłoni i w normalnym stanie 
rzeczy czynności te można przewidzieć (Krąpiec, s. 152). 
Tutaj czynnikiem decydującym o tym, czy działanie ma raczej być, niż nie 
być, jest "naturalna skłonność" danego bytu działającego. Ona też jest 
nazwana "miłością". Jest ona koniecznym następstwem jakiejś formy 
w istniejącym bycie (Krąpiec, s. 152). 


324
>>>
Bytowe wyznaczniki procesów integracji 


W bytach żyjących owa naturalna skłonność (miłość bytu działającego) 
jest tym właśnie, co popularnie nazywa się życiem (Krąpiec, s. 152). 
W bytach żyjących pełniej (zmysłowo i intelektualnie) przeszkodzenie 
w jednym działaniu wyzwala zastępcze dzialania drugie, bo tu 
mamy bogactwo struktury istotowej. Natomiast w bytach w hierarchii 
bytowej niższych, uniemożliwienie działania powoduje zagładę bytowania 
(Krąpiec, s. 152). 
Spróbujmy spojrzeć na to w perspektywie pedagogicznej. 
Otóż my, pedagodzy, działamy w jakimś celu natury poznawczej. Analizu- 
jemy zastaną sytuację, opracowujemy jakąś metodykę i działamy. To jest, 
a przynajmniej powinno być, pożądanym naszym dobrem - naszą miłością. 
Przedmiotami naszego działania mają być pewne okoliczności bytowania 
naszych podopiecznych. 
Najoczywiściej nasuwa się tu stwierdzenie, że przedmiotem naszej 
miłości pedagogicznej ma być celowoŚć działania naszych podopiecznych. 
Ich miłość poznająca. 
To może być jednak trudne, bo możemy mieć do czynienia z mnogością 
celów i może nam być trudno je zorganizować w ten sposób w jakąś całość 
pedagog iczną. 
Warto więc zastanowić się nad dobrem celowym naszych podopiecznych 
(i oczywiście nas samych również) w warunkach niepoznawczych. Za- 
stanowić się nad tym, co w normalnym stanie rzeczy jest dobrem celowym 
ludzkiego bytu. 
I na to metafizyka daje również odpowiedź: Są to życiodajne relacje 
"wiary, nadziei i miłości", będące podstawą życia człowieka (Gogacz). 
Oczywiście, są to relacje do innych bytów. Za chwilę zajmiemy się nimi bliżej. 
Metafizyka stwierdza istnienie koniecznej skłonności do działania 
określonego przez naturalną i wrodzoną formę. W działaniu tym byt 
osiąga swoje dobro - zachowanie istnienia, a także jego ubogacenie 
(Krąpiec, s. 152). 


Nie zawsze jednak przez określone działanie byt osiąga to, co przez działanie 
jest zamierzone. Osiągnięcie rezultatu działania jest bowiem uwarunkowane 
przez inne jeszcze zewnętrzne czynniki. Może zaistnieć przypadek, czyli 
zbieżność działań różnych bytów. (Krąpiec, s. 152) 
To, "co więc w danych warunkach rzeczywiście wynika z działania, 
nacechowanego dążnością, nie musi być przedmiotem w znaczeniu celu. 
(Krąpiec, s. 152-153) 


Tak więc tymi zdaniami o. prof. Mieczysława Krąpca zakreśliliśmy obraz 
rzeczywistości pedagogicznej. To, co wynika z działań pedagogicznych, nie 
musi zgadzać się z wyrozumowanym celem tych działań. 


325
>>>
Dobro 


Krótko mówiąc, integracja, założona przyczyna podejmowanych działań, 
na skutek "zbieżności działań innych bytów", czyli różnych "przypadków", 
nie musi przynieść jako wyniku "scalenia tego, co rozproszone" i "zjed- 
noczenia tego, co podzielone" w jakąś całość o znamionach czystości 
i szlachetności. 
Tym bardziej, że "ostateczny kres działania, będący zarazem rezultatem 
całego działania i naturalnej skłonności określonego bytu, łączy się z po- 
przednimi fazami, jako fazami koniecznymi" (Krąpiec, s. 154). 
Okazuje się, że to, co jeszcze samo w sobie nie istnieje, już determinuje 
"do siebie" całokształt działania, i to tak dalece, że istnieje konieczność 
przyporządkowania dowolnie wyróżnionych części i zarazem całości (Krą- 
piec, s. 154). 
To znaczy, że musimy zachować pewną integralność postępowań 
pedagogicznych, aby one przyniosły nam zamierzony skutek pedagogiczny. 
Zajmujemy się integracji/., więc pytaniem naszym jest, jakie pewne kroki 
musimy spełniać, aby zostało osiągnięte dobro pedagogiczne poprzez 
integrację i wreszcie, co jest, co ma być ti/. oto integracji/.. 
Pytanie o naturę naszych działań. 
Przez naturę [...] rozumiemy taki byt, jaki jest źródłem uporządkowanego, 
koniecznościowego działania, a więc działania, które w sposób stały - samo 
z siebie (mogą być z zewnątrz przeszkody uniemożliwiające) - doprowadza do 
rezultatów, ku którym byt jest od wewnątrz zdeterminowany. (Krąpiec, s. 155) 


Czyli musimy zapytać, do jakich rezultatów jest ludzki byt od 
wewnątrz zdeterminowany? Interesuje nas osoba niepełnosprawna - w ja- 
kikolwiek sposób. 
Do jakich rezultatów osoba niepełnosprawna jest od wewnątrz zdeter- 
minowana? 
Czy do jakichś szczególnych, wynikających z indywidualnych nie- 
pełnosprawności? Być może, ale najpierw zapytajmy, do jakich rezultatów 
wewnętrznie zdeterminowany jest w ogóle człowiek bez brania pod 
uwagę zawartych w istocie każdego poszczególnego bytu specyficznych 
jakości jego własności kategorialnych: intelektu, woli, doznawania, działa- 
nia, rozciągłości, jakości, wymiarów i podlegającego czasowi rozwoju 
(Gogacz). 
M usimy więc odnieść się do tego, co w bycie niezmienne i konieczne 
- do jego istnienia i własności istnieniowych: odrębności, jedności, realności, 
prawdy, dobra i piękna (Gogacz). Te własności istnieniowe są podstawą 
relacji osobowych: upodobnienia, otwartości, oczekiwania, a inaczej: miłości, 
wiary, nadziei (Gogacz). 


.. 


326
>>>
Bytowe wyzneczniki procesów integracji 


Upodobnienie konstytuowane jest przez wsp6łżyczliwość, wyznaczoną 
przez spotkanie osób w ich realności. To właśnie upodobnienie jest naturą 
relacji miłości (Gogacz, s. 8). 
Otwartość konstytuowana jest przez współprzebywanie wyznaczone 
przez spotkanie osób w ich własności prawdy jest naturą relacji wiary 
(Gogacz, s. 8). 
Oczekiwanie, wyznaczone spotkaniem w dobru, jest nadzieją, jako 
potrzebą trwania w miłości i wierze (Gogacz, s. 8). 
Mieczysław Gogacz podkreśla, że zadaniem i celem człowieka, jego 
sensownym życiem, jego etyką, staje się chronienie trwania tych relacji 
osobowych, jako podstawowego środowiska osób (Gogacz, s. 8). 
Gdy osoby chronią wiążące je relacje osobowe, gdy podtrzymują je 
w trwaniu, odkrywamy, że byty jednostkowe ujawniają swą intelektual- 
ność, tak jak realność, prawda i dobro ujawniają istnienie tych bytów 
(Gogacz, s. 35). 
Relacje osobowe powstają w całym kontekście, którym jest osoba, 
w powiązaniu z jej własnościami, także kategorialnymi (a więc orzekającymi) 
i spowodowanymi przez te własności relacjami. W relacjach osobowych 
liczy się kategorialna relacja poznawania, oraz relacje decyzji wyznaczone 
przez rozumność i wolność (Gogacz, s. 44). 
Poznanie i decyzje, wszystkie zresztą relacje istotowe mogą niszczyć lub 
wspierać w trwaniu relacje osobowe. 
Tak więc każde nasze transcendujące działanie, czyli każda nasza 
emanacja tego, co w nas wewnętrzne, jest ograniczona przez możność 
naszej istoty. 
Możemy pokusić się chyba o stwierdzenie, że nasze dążenie do 
powstania i podtrzymania relacji osobowych, takich jak: otwartość, 
oczekiwanie i upodobnienie - a więc wiara, nadzieja i miłość, jest 
ograniczone naszymi własnościami kategorialnymi, takimi jak: intelekt, 
wola, rozciągłość, jakość, wymiar, doznawanie, działanie i podlegający 
czasowi rozwój. 
Mamy różne porządki realizowania swego dobra osobowego - jedno- 
stkowego. 
Zdolny matematyk będzie rozwój tych swoich własności uważał za swoje 
dobro i na tym będzie chciał budować, tym celem będzie chciał zabezpieczać 
relacje wiary, nadziei i miłości. Oczywiście na pewnym etapie swego życia, 
swego rozwoju. 
Inaczej będzie widział swoje dobro człowiek o jakiejś umysłowej 
ograniczoności. Nie będzie dla niego celem i dobrem towarzyszenie 
w realizacji rozwoju matematycznego młodego geniusza matematyka. Mogą 


327
>>>
Dobro 


oni wszakże spotkać się na terenie realizacji innych celów - na przykład 
przyjaźni nie uwarunkowanej niczym innym niż istnieniem drugiej osoby. 
Gdyż miłość - upodobnienie jest spotkaniem osób w samym ich 
istnieniu. 
Podobnie źródłem wiary - otwartości jest prawda wiążąca osoby. 
W naszym przykładzie podłożem integracji będzie prawda o istocie 
mojego i twojego bytu, o istocie mojego i twojego celu. 
Tak więc terenem integracji musi być prawda, a nie jej zamazywanie. 
Nadzieja - oczekiwanie, jest potrzebą trwania wśród osób. 
M uszę więc w procesach integracji znaleźć to, co wzbudzi między 
różnymi istotami ludzkimi potrzebę wzajemnego trwania. 
Drogę do tego pokazuje nam Mieczysław Gogacz. 
Jeżeli dzięki poznaniu i decyzjom wyznaczonym przez rozumność 
i wolność zabiegamy o trwanie relacji osobowych wywołanych realno- 
ścią, prawdą i dobrem osób, to staniemy wobec dwóch faktów: metanoi 
i humanizmu. 
Metanoia - to zmiana myślenia, która polega na przyjęciu tego, co 
słuszniejsze, prawdziwsze, szlachetniejsze i lepsze. Jest ona procesem 
kształcenia intelektu i wychowania woli. Jest kierowaniem się do prawdy 
i dobra (Gogacz, s. 45). 
Humanizm wynika z metanoi, gdyż jest skutkiem działania człowieka. 
Jest jego wiernością prawdzie i dobru, zabieganiem o trwanie wśród ludzi 
osobowych relacji wiary, nadziei, a zarazem miłości wymagającej istnienia 
osób. Humanizm jest obroną istnienia i życia ludzi (Gogacz, s. 45). 
Aby dopełnić obraz, musimy zapytać o zło. Czym jest zło? 
Pomijając całe szerokie rozważania o dualistycznej koncepcji dobra i zła 
i o złu jako bytowości pozytywnej, przyjmujemy rozumienie zła jako braku. 
Teoria zła jako braku związana jest z koncepcją bytu analogicznego 
i złożonego. Braki mogą bowiem wystąpić tylko tam, gdzie jest złożoność, 
gdzie istnieje wielość elementów składowych. Nieobecność jakiegoś 
elementu nazwiemy brakiem lub złem (Krąpiec, s. 167). 
Ważnym brakiem jest brak w dziedzinie moralnej - negatywne przeżycie 
moralne osoby, pozbawiającej się świadomie, dobrowolnie i celowo 
wewnętrznej harmonii i zgodności swych decyzji z obiektywnymi normami 
ładu moralnego (Krąpiec, s. 167). 
Zło moralne występuje u człowieka w postaci braku zgodności sądu 
praktycznego z sądem teoretycznym, informującym o obiektywnym układzie 
praw rzeczywistości. Poprzez "znieprawiony" działający podmiot, zło 
odziaływuje, nie samo przez się, jedynie przez ten działający podmiot, na 
otoczenie (Krąpiec, s. 168). 


328
>>>
Bytowe wyznaczniki procesów integracji 


Tak rysuje się tło bytowych wyznaczników, na którym chcemy budować 
procesy integracji - scalania - uszlachetniania. 
Na moim seminarium magisterskim, w pracach, które jakoś wiążą się 
z praktyką pedagogiczną, coraz powszechniej nazywaną integracją, ujawniły 
się dwa problemy, sformułowane tak przez Annę Rajską, uczestniczkę tego 
seminarium: 
1) sytuacja uczniów niepełnosprawnych pozbawionych braku sukcesu; 
2) poczucie winy u nauczycieli dotkniętych myślą, że oto nie potrafią 
sprostać sytuacji. 
Ksiądz prof. dr T. Witkowski zwrócił uwagę, że rozległość uszkodzenia 
pola relacyjnego, z tego wynikająca, może być poważna. W sytuacji 
uczniów, porównuje ich do sytuacji dzieci ociemniałych. 
Badając przestrzeń integracji musimy zwracać uwagę na dwa cele dobra: 
w porządku niepoznawczym i w porządku poznawczym. 
1. W porządku niepoznawczym będzie to zmierzanie do zachowania 
i przedłużenia własnego istnienia i podtrzymanie z innymi relacji wiary, nadziei 
i miłości (oczekiwania, otwartości i upodobnienia), ale W PRAWDZIE ISTOTY 
BYTO W, których to dotyczy. W prawdzie bezrękiego chłopca, a za to 
genialnego matematyka, w prawdzie genialnej muzycznie i tanecznie dziew- 
czynki, ale za to nie potrafiącej zrozumieć istoty równania matematycznego. 
2. W porządku poznawczym będzie to takie konstruowanie celów 
pedagogicznych i działań z nich wynikających, aby mogły zrealizować się 
dwa dobra celowe: 
a) dobro celowe nauczyciela, który chce wiedzieć o osiągnięciu swego 
celu pedagogicznego; 
b) dobro celowe ucznia (w prawdzie jego istoty ), który chce w jak 
największym stopniu zrealizować swoje własności doskonałościowe - do- 
brego matematyka, zwinnej tancerki i chce to osiągnąć otoczony miłością 
swoich kolegów i nauczycieli i świadomy spełniania się własnej miłości 
do siebie. 
Drogi, które tu wybierzemy mogą być różne. 
Zapytajmy, czy będzie integracją wprowadzenie dziecka obarczonego 
diagnozą - upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim do klasy uczniów 
nieobarczonych diagnozą ujemną, bez dodatkowych zabezpieczeń? Mamy 
rozliczne dowody na to, że taka "integracja" będzie klęską - zarówno dla 
tego ucznia, jak i dla nauczycieli, jak i dla rodziców. 
Podczas Sympozjum "M ożliwości integracji dzieci niepełnosprawnych 
fizycznie i psychicznie w polskim systemie oświatowym"48 widzieliśmy 


48 Zorganizowane przez FORUM MED s.C. w Poznaniu, Instytut Pedagogiki 
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w dniu 10 grudnia 1997 roku w Toruniu. 


329
>>>
Dobro 


przedstawioną praktykę Szkoły Terapeutycznej w Toruniu, gdzie dzieci, 
które "wypadały" w powszechnych szkołach z procesu dydaktycznego tu 
znalazły specjalnie dla nich zaprojektowany cykl zajęć uwzględniający ich 
specyfikę istotową. Widzieliśmy ich sukcesy i ich rozwój - po prostu 
integrację. 
Widzieliśmy też młodych ludzi sparaliżowanych, spastycznych i jeszcze 
inaczej uszkodzonych, którzy docierali na skały, w dzikim krajobrazie gór, 
wspierani przez swoich rówieśników o zdrowych i silnych mięśniach 
i układzie nerwowym. Ta wspólnota Fundacji Ducha jest bezwzględnie 
integracji/o 
W systemie pomocy dzieciom z uszkodzonym mózgiem Fundacji "Daj 
Szansę" rodzice wspomagani przez specjalistów i wolontariuszy budzą 
swoje dzieci za pomocą złożonych sekwencji terapeutycznych do uczestnic- 
twa w życiu. Jest to integracja. 
Fundacja Książki Łatwej w Czytaniu przy Ośrodku Czytelnictwa Osób 
Niepełnosprawnych Książnicy Miejskiej w Toruniu wydaje książki, które 
mogą czytać ludzie o różnych typach uszkodzeń. I to jest integracja. 
W Pracowni Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych i Warsz- 
tacie Terapii Zajęciowej terapeuci i wolontariusze razem budują przed- 
stawienie teatralne stając na scenie jako równorzędni partnerzy. To też jest 
integracja. 
Te wszystkie przykłady pokazują integrację, która uwzględnia prawdę 
o istocie współpracujących osób i wiąże ich układami wzajemnej przyjaźni 
i wspólnoty. 
Na wspomnianej konferencji dr Jolanta Lausch-Żuk zwróciła uwagę, że 
pierwsza szkoła specjalna w historii była pierwszym krokiem integracyjnym. 
Dopiero potem zaczęto w niej widzieć getto, a może sama stała się takim. 
Przypomnę jeszcze raz: 
Metanoia - to zmiana myślenia, która polega na przyjęciu tego, co 
słuszniejsze, szlachetniejsze, lepsze - to kierowanie się do prawdy i dobra. 
Z metanoi wynika humanizm, który jest wiernością prawdzie i dobru, 
zabieganiem o trwanie wśród ludzi osobowych relacji wiary, nadziei, 
a zarazem miłości wymagającej istnienia osób. Humanizm obroną 
istnienia i życia ludzi, tych genialnych w jednej przestrzeni, a niepełno- 
sprawnych w drugiej i tych niepełnosprawnych w jednej, a genialnych 
w innej49. 


48 Dziękuję ks. prof. dr. hab. Jerzemu Bagrowiczowi ks. dr. Zdzisławowi 
Pawlakowi za przejrzenie tego tekstu i cenne uwagi. 


330
>>>
L'ESPOIR LUIT COMME UN BRIN DE PAILLE 
DANS L'ETABLE 


[w:] WANDA SZUMAN - W STULECIE URODZIN, TORUril1991 


[...] intuicja poetycka może niekiedy pojawić się z uderzająca jasnością nawet 
w poemacie, któremu brak nieskazitelności; i takie rozproszone okruchy, 
przezroczyste dla promieni bytu, mogą wystarczyć dla ukazania czystej istoty 
poezji. Nie ma bowiem nic cenniejszego, jak zdobycz w bezmiarze poezji, 
choćby stanowiła ją jedna jedyna linijka: 
L 'espoir luit comme un brin de paille dans /'etable... ("Nadzieja lśni jak słomy 
ździebełko w stodole...") Verlaine. To Jacques Maritain. (Maritain [1], s. 313) 
Panią Wandę Szuman spotkałem na pogrzebie jej przyjaciółki, a mojej 
serdecznej znajomej, koleżanki mojego Ojca, malarki Janiny M a lessy w maju 
1976 roku. Bóg różnie układa ludzkie losy. Czasem, gdy spojrzymy wstecz, 
zastanawia nas symbolika "zbiegów okoliczności". 
Janina Malessa była malarką, która niosła w sobie płomyk poezji 
- malarstwa, delikatny, łatwy do ugaszenia byle podmuchem. Malowała 
małe obrazki-gwasze. Przypomina się tu Salinger: 
dumny, nadęty minister wychodzi na dziedziniec rozpamiętując niezwykle 
miażdżące przemówienie, które tego ranka wygłosił w obecności cesarza, 
i nadeptuje z żalem na rysunek zrobiony piórkiem i tuszem i przez kogoś tutaj 
zgubiony czy porzucony. (Biada mi, prozaik jest wśród nas; musiałem zastosować 
kursywę tam, gdzie poeta orientalny nie zrobiłby tego). (Salinger, s. 139) 


To sztuka Malessy - rysunek delikatny. 
I właśnie Malessa pokazała kiedyś Wandzie Szuman reprodukcje obraz- 
ków malowanych ustami i stopami przez artystów zrzeszonych w Stowarzy- 
szeniu w Księstwie Liechtenstein (Vereinigung...). 
Wanda Szuman zapaliła się do tej idei. Owocem - prace "Jaroszka" 
- bezrękiego Jarosława Orłowskiego, prace Józia Sikory z bezwładem rąk 50 . 
I wówczas, na pogrzebie Janiny Malessy podeszła do mnie Pani 
Szuman, której poprzednio osobiście nie znałem. Wyciągnęła z torebki dwie 


60 W zbiorach Gabinetu Sztuki Biblioteki Głównej UMK. 


331
>>>
Dobro 


nieużywane nalepki na butelki, po drugiej stronie których były narysowane 
główki kobiece. Takie słodziutkie, jak to dziewczynki rysują. I kazała mi zająć 
się tą sprawą "bardzo uzdolnionej, sparaliżowanej, półniewidomej malarki 
z Bydgoszczy". 
"Kazała" . 
Kto zna Panią Szuman, to wie, co mam na myśli. 
I pojechaliśmy z żoną do Bydgoszczy. To było trudne doświadczenie. Ale I 
Ewa czekała na pomoc. Za plecami stała Wanda Szuman. Prawdę powie- I 
I I 
dziawszy nie miałem wyjścia. Były też inne, głębokie przyczyny wewnętrzne, 
które nie pozwalały na zbyt wielkie wahania. Po trzech latach wspólnych 
początkowo wyjazdów do Bydgoszczy z Panią Wandą (czasami samo- 
chodem prokuratury - lokatorów dawnej Kliniki Szumana), następnie już 
samodzielnych, mieliśmy satysfakcję wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej, 
utworzenia tam Działu Gromadzenia Twórczości Osób Niepełnosprawnych, 
wysłania dwu tek portretów dzieci do Centrum Zdrowia Dziecka. 
Zainteresowanie Pani Wandy Szuman przekazywaniem informacji oso- 
bom oddzielonym od tego świata barierą kalectwa czy niepełnosprawności 
jest dawne. Najbardziej znaną próbą podjętą w tym kierunku są jej "rysowane 
wierszyki". Potem te swoje schemaciki myszki, bociana, domku, rysowała 
dzieciom niewidomym palcem na dłoni (Szuman [2]). I udało się. Dziecko 
uśmiechnęło się. I odwzajemniło rysunek. Za tym idzie ważna praca twórcza 
i publikacje o twórczości nie pełnosprawnych. 
Aby wyczerpać w jakiś sposób sprawy historii, powiedzmy, co wydarzyło 
się po naszym spotkaniu. A więc Ewa P (on). Wystawy w Bibliotece 
Uniwersyteckiej. Zainteresowanie studentów. I znów z drugiej strony sprawa 
Lasek Warszawskich. Pojechałem tam zaproszony jako artysta przez Janusza 
Boguckiego na spotkanie "awangardy artystycznej lat 50-tych". Była to 
z jego strony próba zetknięcia artystów z duchowością Lasek, krótko 
mówiąc, z Bogiem. Mój uprzedni sceptycyzm wobec Lasek ustąpił miejsca 
fascynacji. Były to ostatnie lata siedemdziesiąte. To był skarb, który należało 
pokazać studentom. Pokazać im NADZIEJĘ. Nie niewidomym, nie kalekom, 
ale młodym adeptom-artystom. 
Zaczęły się wyjazdy z grupkami studentów do Lasek. 
I tam, na skrzyżowaniu ścieżek padło pytanie - a czemu by samemu 
czegoś nie zrobić? I znów nie było wyjścia. Trzeba było wziąć się do pracy. 
Nie wiedziałem, jak szeroki jest problem. Wiedzieli inni. I pomagali. Owczesny 
dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej Bohdan Ryszewski. Towarzystwo Walki 
z Kalectwem przez Czesława Kosakowskiego i ówczesną sekretarz oddziału 
w Toruniu panią Izabellę Stasińską. Wizyty Rolanda Tonne z Dortmundu na 
zaproszenie Stefana Kościeleckiego, które pobudziły studentów do pracy 


332 


.........
>>>
L'espoir luit comme un brin de psi Ile dans retsble 


w szpitalu psychiatrycznym. Wreszcie moje trudne odejście z Wydziału 
Sztuk Pięknych szczęśliwie zakończone przyjęciem mnie do pracy w In- 
stytucie Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu "z dobrodziejstwem inwen- 
tarza". Owocem tego Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełno- 
sprawnych, jako część organizmu Uniwersytetu. I sprawy biegną własnym 
rytmem. Filia Fundacji Brata Alberta w Toruniu, założona przez Marka 
Zacharskiego, dawnego mego studenta, kontakty z ComunitB di Gesu 
Risorto w Rzymie nawiązane za przyczyną pani Wandy Gawrońskiej z Centro 
Incontri e Studi Europei, z którą zetknął mnie Andrzej Tyc. Skutkiem tych 
włoskich kontaktów praktyki studentów ochotników w Rzymie, a także 
pomoc materialna, która pozwoliła kupić dom pod Toruniem, w Karczemce, 
gdzie Marek Zacharski, współfundator, z żoną Urszulą (Krassowską) zakłada 
ośrodek rodzinny. 
Kiedyś, na jubileuszu profesora Sierpińskiego prowadzący uroczystości 
poprosił, aby wstali uczniowie Profesora. Potem, aby wstali uczniowie 
uczniów, a potem uczniowie uczniów uczniów. I stała cała aula 5 '. 
Wanda Szuman jako mała dziewczynka chciała uzdrawiać tak, jak 
Chrystus uzdrawiał. 
Zadanie pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Czasem ogarnia nas panika 
- zbyt mało robimy. Nieuporządkowane to i czasem powierzchowne. 
Dzieci malują. Przychodzą. Popłakać czasem, wyżalić się, częściej pośmiać 
się. Wielokrotnie zastanawiałem się, na czym polega metoda? Czy tu u nas 
jest jakaś metoda? I jeżeli jest jakaś metoda, to należy nazwać ją n a d z i ej ą. 
Nadzieją, która przemieniła się w pewność, we wiarę, że te dzieci wszystko 
mogą. Są pełnymi ludźmi. 
Bronimy się przed nazywaniem tego - terapią przez sztukę. Chcemy 
mówić terapia przez twórczość. 
Ale przecież, w każdej chwili stoimy wobec rzucanego nam pytania - czy 
te dzieci są godne życia? Czy one nie są ciężarem? 
W 1987 roku we Francji sporządzono projekt uśmiercania ludzi - trzy- 
dniowych dzieci niepełnosprawnych, w imię humanizmu, a może jakiegoś 
fatalnego racjonalizmu? Projektodawca chciał uchronić te dzieci przed 
nieszczęściem niemożności korzystania pełnego z dobrodziejstw ROZUMU. 
Próbuje się definiować człowieka. Ale i tu ogarnia lęk. Klasyczna, 
scholastyczna definicja homo est ani ma/ rationa/is może też być groźna. 
Czyżbyśm y więc byli bezradni? Stwierdzenie socjologów, że człowiek jest 
51 Tę listę dobroczyńców można by mnożyć. Chciałbym tylko wspomnieć jeszcze 
kilku: śp. rektor Ryszard Bohr, pan prorektor Gabriel Wójcik, ówczesny dyrektor 
administracyjny Wydziału Humanistycznego pan Jan Piasecki, pan Krzysztof Ciszak, 
dzięki któremu Pracownia Rozwijania Twórczości Osób Niepełnosprawnych otrzy- 
mała pierwsze dwa etaty. 


333 


.........
>>>
Dobro 


1 


wytworem relacji społecznych, dając większą nadzieję, też nie wypełnia 
całej strefy niebezpieczeństwa. 
Jacques Maritain próbując odpowiedzieć na fenomen sztuki - poezji, 
rozróżnia między poznaniem pojęciowym - dyskursywnym, a poznaniem 
poetyckim (Maritain [1], s. 283 i n.) To pierwsze, to poznanie logiczne, 
które podlega regułom naukowym - jest sprawdzalne, powszechne. To 
drugie jest rządzone uczuciem. Jest to jedno z "poznań przez upodob- 
nienie". Angażuje ono całą osobę ludzką. Osoba ludzka upodabnia się do 
tych aspektów świata, które akurat w tym ułamku chwili, w tym właśnie 
miejscu są jej odpowiednie. Upodabnia siebie, albo upodabnia sobie. 
Schelling (podaję za Berthelotem) mówi o "łuku tęczy" (Bulletin..., 
s. 186/187), który zostaje przerzucony między tym, co wiemy osobie, jako 
o ludziach, a tym co wiemy osobie, jako błysku bytu w tym właśnie 
ułamku czasu i tu właśnie. Maritain mówi że tak właśnie matka poznaje 
dziecko, przez miłość czyli upodobnienie (Maritain [1], s. 301). Nie 
racjonalizuje. 
Gdy dzieci niepełnosprawne śmieją się razem z nami, patrzą badawczo 
nam w oczy, biegną do nas na zajęcia - malują, czekają na pochwały, wierzą 
nam, skupione powtarzają melodię śpiewaną, czy męczą się, aby namalować 
tkaninę taką, którą będziemy się długo zachwycali, czy rozpaczają dotknięte 
czyimś bolesnym słowem, czy gestem, czy głębią swej samotności - to one 
poznają świat przez upodobnienie. Tak myślę. 
Jeśliby udało się zrozumieć, co to takiego poznanie poetyckie - jeśliby 
udało się to przekazać, to wydaje się, że widziałem u tych dzieci chwile 
poznania poetyckiego. 
Maritain pisze, że 
poznanie poetyckie jest tak naturalne dla ducha ludzkiego, jak powrót ptaka do 
gniazda: to cały wszechświat wraca razem z duchem do tajemnego gniazda 
duszy. Treścią bowiem intuicji poetyckiej jest zarówno rzeczywistość rzeczy 
tego świata, jak i podmiotowość poety, niejasno przekazywane przez inten- 
cjonalne, czy natchnione uczucie. Dusza jest poznawana w doświadczeniu 
świata, a świat jest poznawany w doświadczeniu duszy, przez poznanie, które 
nie zna siebie samego. Takie bowiem poznanie poznaje nie po to, aby znać, lecz 
po to, aby tworzyć. Dąży do tworzenia. (Maritain [1], s. 301/302) 


No tak. Lecz wykładu Maritaina nie sposób zrozumieć, gdy nie uznamy, 
że człowiek to nie tylko "zwierzę rozumne" - człowiek to istota obdarzona 
duszą. Zmysły, mózg, ciało - mogą być uszkodzone. Dusza nie podlega 
uszkodzeniu. 
I jakkolwiek dyskusyjna byłaby ta następna definicja, to przynosi ona 
nadzieję. Myślę o definicji Teilharda de Chardin - 


334 


.........
>>>
L 'espoir luit comme un brin de pai/le dans retable 


człowiek z doświadczalnego punktu widzenia jest strumieniem zjawisk stano- 
wiących całość, dusza i ciało są dwoma różnymi aspektami tego strumienia. 
(Encyklopedia..., s. 887) 


Wydaje się, że tu dopiero problemy zaczynają się. 
Zwróćmy uwagę - przeszedłem tę drogę od wprowadzenia pOJęcia 
poezji, poznania poetyckiego, usprawiedliwionego istnieniem duszy. 
Więc sztuka. Ogarnia lęk. Lęk nam nieodłączny. Widzę go w tajemnicy 
podmiotowości człowieka. Tylko indywidualne podmioty, mówi Maritain, 
mogą spełniać akt istnienia. Każdy z podmiotów w swej odrębnej, istniejącej 
rzeczywistości jest dla nas niewyczerpalną głębią poznawalności. Poznajemy 
je i nigdy nie poznamy ich do końca. Poznajemy je uprzedmiotowiając, 
patrząc na nie spojrzeniem obiektywnym i sprawiając, że są dla nas 
przedmiotami. 
Jednak tu powinna być nadzieja. 
Wiedzieć, że j e s t s i ę p o z n a n y m jako podmiot, w całym 
wymiarze swego istnienia, to znaczy wiedzieć, że jestem z r o z u m i a n y. 
Nawet jeśli Bóg mnie potępia, wiem, że mnie rozumie (Maritain [4], 
s. 81, 84, 93). 
Bóg poznaje człowieka w miłości, nas samych, mówi Maritain, i wszystkie 
te biedne istoty, o które ocieramy się, "które znamy jako przedmioty 
i dostrzegamy przede wszystkim ich nikczemność. Bóg zna w człowieku 
zarówno rany, jak i ukryte zło, jak i ukryte piękno otrzymanej od Niego 
natury, najmniejsze iskierki" dobra i wolności (Maritain [4], s. 93). 
Dopiero m i łoś ć, konkluduje Maritain, znosi tę niemożliwość po- 
znania drugiego człowieka inaczej niż jako przedmiot. Gdy mówimy, że 
przez zjednoczenie w miłości kochana przez nas istota staje się dla nas 
naszym drugim ja, mówimy, że staje się dla nas drugą podmiotowością 
drugą naszą podmiotowością (Maritain [4], s. 97). 
Miłość staje się formalnym środkiem poznania, dane nam jest niejasne 
poznanie kochanej przez nas istoty, podobne do tego, które pozwala nam 
znać siebie. A "kochana przez nas istota jest w pewnej mierze uleczona 
w swojej samotności, może - choć jeszcze niespokojna - spocząć na 
chwilę w schronieniu poznania, dzięki któremu znamy ją jako podmiot 
(Maritain [4], s. 97/98). 
Także z perspektywy miłości nie popełniamy wobec podmiotu zdrady, 
ujmując go jako przedmiot. Uprzedmiotowienie, uogólniając go i dostrzegając 
w nim natury poznawalne, pozwala go poznać poznaniem, które niewątpliwie 
będzie się jeszcze pogłębiało, lecz w żaden sposób nie jest niesprawiedliwe. 
Poznanie takie nie zniekształca prawdy o przedmiocie, lecz uogólnia tę 
prawdę rozumowi (Maritain [4], s. 95). 


335
>>>
Dobro 


Ostatnia strofa sonetu Verlaine'a, którego pierwszy wiersz podałem za 
Maritainem, brzmi: 
Midi sonne. J'ai fait arroser dans la chambre. 
Va, dorsl L 'espoir luit comme un caillou dans un creux. 
Ah, quand refleuriront les roses de septembre! 


Przekładam: 
Południe. Kazałam ochłodzić pokój. 
Śpijżel Nadzieja lAni jak kamyk w wykrocie. 
Oh, kiedyż znów zakwitnę róże wrzeAniowel 


......
>>>
NIEMOC INTELIGENCJI A CZŁOWIECZEŃSTWO 
- STANOWISKO JERDME LEJEUNE'A 


SYMPOZJUM "CZŁOWIEK I CZŁOWIECZEf\.ISTWO - STRATEGIE BYCIA 
I STAWANIA SIĘ CZŁOWIEKIEM", OLSZTYN, 22-24 CZERWCA 2001, 
UNIWERSYTET WARMlf\.ISKO-MAZURSKI 


Przedstawiam rozważania Jerome Lejeune'a 62 z okresu lat 1970-1988, 
o "niemocy ludzkiej inteligencji". Od jednego z pierwszych doniesień 
naukowych Sur un modele de recherche dans certains cas de debilite 
mentale (,,0 modelu badań w niektórych przypadkach niemocy umysłowej") 
przedstawionego w 1970 roku w Paryskiej Akademii Nauk do referatu 
Existe-t-i1 une morale naturelle? ("Czy istnieje naturalna moralność?") 
przedstawionego w Watykanie na II Międzynarodowym Kongresie Teologii 
Moralnej w 1988 roku. 
Lejeune sam mówi, że problemy go tu zajmujące dotyczą "dziwnej 
zależności ducha i materii" (Lejeune [2], s. 145). Oczywiście jako lekarza 
interesuje go znalezienie środków do wyleczenia "choroby", którą tu jest 
uszkodzenie umysłu, ale zastrzega, że "medycyna wcale nie pretenduje do 
przywrócenia mądrości tym, którzy są w nią słabo zaopatrzeni, ale chciałaby 
im dostarczyć środków do lepszego używania ich własnej inteligencji, 


62 Jeróme Lejeune (1926-1994), odkrywca trisomii 21, badacz mechanizmów 
uszkodzeń inteligencji wskutek aberracji chromosomowych. 1952 r. - badacz 
w CNRS (Narodowym Centrum Badań Naukowych); międzynarodowy ekspert 
promieniowania atomowego; 1964 r. - pierwszy profesor Katedry Genetyki 
Fundamentalnej na Paryskim Wydziale Medycznym; 1974 r. - członek Papieskiej 
Akademii Nauk; 1981 r. - członek Akademij Nauk Moralnych i Politycznych; 1983 r. 
- członek Narodowej Akademij Medycyny; członek Academie de Lincei, American 
Academy of Arts and Sciences, Królewskiej Akademij Szwedzkiej, Argentyńskiej 
Akademij Medycyny, Uniwersytetu Santiago w Chjle; dr h.c. uniwersytetów 
w Dusseldorfie, Pampelunie, Buenos Aires, Papieskiego Uniwersytetu w Chile; 
pierwszy przewodniczący Papieskiej Akademii Życia utworzonej przez Jana Pawła II 
w 1994 roku; od 1965 roku kierownik Zakładu Cytogenetyki Szpitala Dziecięcego 
Necker w Paryżu, zbadał z zespołem ponad 30 000 dossiers chromosomowych 
i leczył ponad 9000 osób dotkniętych upośledzeniem inteligencji. 


337
>>>
Dobro 


kompensując braki niedoskonałości sieci [działania ośrodkowego układu 
nerwowego począwszy od poziomu zjawisk cytoneurofizjologicznych 
- A. W.]" (Lejeune [2], s. 145). 
Pomimo poznania na podstawie symptomów wielu uszkodzeń skut- 
kujących niepełnosprawnością inteligencji, wówczas, na początku podjętych 
przez Lejeune'a poszukiwań "prawie nic nie wiedziano o mechanizmach 
tego uszkodzenia umysłu" (Lejeune [2], s. 139), które jest dolegliwością 
"najbardziej nieludzką także dlatego, że pozbawia chorego najbardziej 
cennej jakości określonej przez nasze dziedzictwo" (Lejenne [5], s. 137). 
Gdyby udało się znaleźć odpowiedź na pytanie "dlaczego ci chorzy nie są 
inteligentni?", to lekarz mógłby być może stosować jakieś środki, także 
farmakologiczne, które poprawiałyby funkcjonowanie mechanizmu, nawet 
nie poprawiając samej istoty zaburzeń (Lejeune [2], s. 139). 
Trudność pojęcia całości problemu leży również w tym, że przyczyną 
"niemocy umysłowej" może być "ogromna liczba chorób, począwszy od 
urazów, infekcji i zatruć poprzez choroby genetyczne i chromosomowe" 
(Lejeune [5], s. 137). 
Wśród możliwych przyczyn pojawia się też dziwna właŚciwość. Tak, jak 
"nadmiar lub brak segmentów chromosomów, lub całych chromosomów 
wywołuje zależnie od chromosomu, o który chodzi, szczególny, rozpo- 
znawalny klinicznie syndrom" lustrzany, zależnie od braku, czy nadmiaru 
chromosomu, to "jeśli idzie o inteligencję, to już nie obserwujemy tej 
opozycji [...] rezultat jest zawsze ten sam: poważne upośledzenie umysłowe" 
(Lejeune [5], s. 140). 


* 


Lejeune ma pełną świadomość tego, na jak trudny teren wkracza. 
Myśl ludzka. 
Myśl, powiedział Sokrates, [.u] jest rozmową, którą prowadzi dusza z samą 
sobą o rzeczach, które bada. [.u] Ta rozmowa może mieć [...] związek ze światem 
i czynić go nam zrozumiałym. Einstein się tym zadziwił. (Lejeune [4], s. 319) 
Aby odpowiedzieć na [u.] pytanie o energię mózgu, z całą prostotą powiem, że 
jeszcze jej nie rozumiemy. Znamy pewne nadzwyczajne kaskady reakcji biochemi- 
cznych, które pozwalają jej się okazać i zbyt często obserwujemy choroby, które 
mogą zakłócać ich normalny bieg. Ale jak nasza wola uruchamia tę energię 
kanalizując ją do tego, a tego zadania, do przezwyciężania tej lub innej przeszkody, 
tego co nazywamy badaniem, rachowaniem, zastanawianiem się, po prostu nam 
umykal W sensie biochemicznym ustalono, że myśl modeluje naturę, ale ten 
zaskakujący proces przekracza nasze możliwości analizy. (Lejeune [4], s. 333) 


I jest to właściwość człowieka. "Krok od ewolucji do rozumu uczynił 
tylko człowiek" (Lejeune [4], s. 334). 


338 



 


.....
>>>
Niemoc inteligencji a człowieczeństwo - stanowisko JertJme Lejeune'a 


Sokrates miał rację. Ta myśl, ta rozmowa, którą dusza prowadzi sama 
z sobą, wcale nie musi być zwerbalizowana. "Ale koniecznie trzeba, aby te 
myśli przeszły potem przez sito logiki w formie słów, symboli lub gestów; 
trzeba, aby te myśli zostały porównane między sobą w rozmowie, którą 
dusza prowadzi ze sobą o tych obiektach, które bada" (Lejeune [4], s. 335). 
Trzeba ustalić dwie rzeczy, mówi Lejeune: "najpierw, czy rozum jest 
udziałem wszystkich ludzi i czy jego używanie jest wrodzone. Po drugie, 
trzeba poszukać tego, co może przeszkadzać w tym używaniu i jeśli te 
osłabienia są wrodzone, ich też poszukać" (Lejeune [4], s. 320). 
I tu Lejeune zwraca uwagę na niezwykłą pozornie sprawę. Wszystko, co 
jest zasobem naszego rozumowania, logiki, jest w nas. Jakbyśmy byli 
jednością ze Wszechświatem i naszą myślą. Niematerialne zmieszane jest 
z materialnym. Kartezjańskie współrzędne wyznaczające płaszczyznę są tylko 
rozumową ilustracją tego, co wyznacza kurcząca się po najkrótszych liniach 
źrenica. Cztery wymiary Einsteina są zapisane w "anatomii nerwu przedsion- 
kowego, który informuje o przestrzeni i równowadze i nerwu ślimakowego, 
który przynosi nam muzykę, a z nią i czas" (Lejeune [4], s. 322,324). Tak 
więc człowiek jest wpisany w doskonałość świata. Cały człowiek. 
I tu musimy postawić następne trudne pytanie. Czy znaczy to, że 
wszyscy jesteśmy w równym stopniu doskonali, czy nasze nierówności 
mają tylko przyczyny społeczne? To chwalebnie, mówi Lejeune, tak 
próbować twierdzić, chroniąc w ten sposób jednych (słabych) przed 
drugimi (silnymi). Niebezpieczeństwo tego zagrożenie pokazała historia. 
Ale jesteśmy zobowiązani do prawdy. Jeżeli chcemy pomóc słabym, 
a może nawet ich zupełnie wyleczyć, to musimy "ich naprzód uznać, 
aby ich następnie chronić" (Lejeune [4], s. 320). 


* 


Aby szukać obszarów czy miejsc uszkodzenia Jeróme Lejeune odwołał 
się do analogii. Stwierdził, że są urządzenia o dokładnie znanej technologii 
i mechanizmach funkcjonowania, które symulują pewne operacje właściwe 
dla ludzkiego mózgu. Zaczął od maszyny liczącej Pascala złożonej z kół 
zębatych i drążków. Obecnie takimi urządzeniami są najbardziej wyrafino- 
wane komputery. Wprawdzie złożoność ludzkiego mózgu nieprawdopodob- 
nie przekracza złożoność najlepszego komputera, oraz zasada elektronicznego 
funkcjonowania komputera jest zasadniczo różna od reakcji biochemicznych 
elementów nerwowych (Lejeune [2], s. 139-140), to wszystkie te maszyny, 
poczynając od maszyny Pascala, odpowiadają na trzy podstawowe wyma- 
gania: ustalona sieć, logiczna przez swoją konstrukcję, jasny i niezakłócony 
przekaz na odległość i bardzo ścisła odpowiedź każdego składnika: 


339
>>>
Dobro 


tak lub nie (Lejeune [4], s. 324; [5], s. 137). Wcześniej wyodrębnił cztery 
obszary wspólne: 
1) wszystkie znane systemy są utworzone na zasadzie powiązania ściśle 
określonych i tworzących niezwykle złożoną i rygorystycznie ustaloną sieć, 
efektów kaskady, składającą się z wielu obwodów reprezentujących poten- 
cjalne znaczenie logiczne; 
2) każdy z możliwych obwodów zawiera zwrotnice, których układ 
określa drogę, która ma być przebyta; połączenia te są ściśle izolowane jedne 
od drugich, tak aby ukierunkować łańcuch skutków wykluczający szkodliwe 
rozproszenia; 
3) komponenty, które je tworzą mają dokładnie określone i zlokalizowane 
działanie, zawsze takie samo i zawsze uruchamiane w tych samych 
warunkach; każda część podlega ściśle prawom właściwego sobie działania; 
4) każdy łańcuch skutków odbywa się w dokładnie określonym czasie, 
tak aby skutki mogły być skonfrontowane z rezultatami otrzymanymi na 
innym obwodzie; oznacza to, że szybkość elementów procesów ma wagę 
absolutną i nie może być zmieniana (Lejeune [2], s. 140). 
Zastrzegając, że analogia z mózgiem ludzkim może być tylko bardzo 
ogólna, gdyż maszyny te symulują tylko niektóre skutki działania umysłu, 
Lejeune sądzi, że "jeżeli wszystkie znane maszyny odpowiadają tym 
wymaganiom, pod groźbą nieskuteczności, wydaje się możliwe przypusz- 
czenie, iż podłoże inteligencji [nasz mózg - A.W.] odpowiada tym samym 
wymaganiom" i "uszkodzenia maszyn mogłyby nam pozwolić określić istotę 
pewnych dolegliwości, które czynią z chorego niepełnosprawnego umy- 
słowo" (Lejeune [2], s. 140). Nie idzie o "mechaniczne rozwiązanie 
problemu niepełnosprawności umysłowej". Chodzi o pokazanie, że choroby 
obecnie nieuleczalne (jak trisomia 21) "mogłyby być łatwo zwalczane, jeżeli 
te mechanizmy byłyby, nawet częściowo, objaśnione" (Lejeune [3], s. 7). 
"Brak części sieci, jak w [...] trisomii 13 [...], wtórne zniszczenia przez 
krwotoki, niedotlenienia, zakażenia, czy ucisk nowotworowy, lub też [...] 
postępujące ściskanie mózgu przez ucisk hydrauliczny wodogłowia mogą 
niszczyć [...] precyzyjną sieć" (Lejeune [5], s. 137-138). Także anomalie 
osłon izolacyjnych, liczne choroby genetyczne, które zakłócają tworzenie się 
i rozpad koniecznych substancji. Zaburzenia prędkości reakcji (Lejeune [4], 
s. 327). Zachwiania równowagi temperatury (Lejeune [4], s. 327-328). 
Najpoważniejsze zniszczenia automatycznie sygnalizują pewne choroby. 
"Każde dążenie naprawy, zwraca uwagę Lejeune, wydawałoby się 
próżne, ponieważ neurony nie odradzają się, ale prewencja może być 
wzorcowa", jak na przykład odprowadzanie płynu mózgowo-rdzeniowego 
czy zabiegi na zastawce, aby zrównoważyć hydrocefalię, czy też problem 


340
>>>
Niemoc inteligencji B człowieczeństwo - stBnowisko Jer6me Lejeune'B 


prewencyjnego zaopatrzenia matki w kwas foliowy, aby zapobiec zwyrod- 
nieniu cewy nerwowej (Lejeune [5], s. 138), co jak wiemy, dzisiaj jest już 
działaniem powszechnym. 
Być może - pisał w 1982 roku Lejeune - że wielka liczba niepełnosprawności 
umysłowych, w których nie obserwuje się ani wielkich zniszczeń anatomicznych, 
ani widocznych uszkodzeń powłok izolujących, wynika ostatecznie z zaburzenia 
dostarczania w określonym punkcie niezbędnych pośredników. Takie nad miarę 
uproszczone przedstawienie tych chemicznych przekładni, jak to czynię, pozwala 
lepiej zrozumieć te fakty. (Lejeune [5], s. 139) 


Lejeune bardzo dużo uwagi poświęcił właśnie badaniom doskonale 
obecnie znanych z cytoneurofizjologii mechanizmów przekazu jonowego 
między neuronami szukając tam między innymi powodów upośledzenia 
inteligencji u osób dotkniętych zespołem Downa. Nadmiar chromosomu, to 
według jego przypuszczenia także przyczyna zaburzenia funkcjonowania 
neuroprzekaźników biochemicznych. 


* 


Przypatrując się językowi genetycznemu DNA, a także logice neu- 
rologicznej wszystkich żyjących obserwujemy, że elementy tych układów 
są wspólne wszystkim. "Ale plan dzieła jest szczególny dla każdego 
gatunku". "Równie dobrze rozpoznajemy przynależność jednostki przez 
analizę jej chromosomów, jak i rozbiór jej półkul mózgowych" (Lejeune 
[4], s. 326). 
To jednak nie wystarcza. Naszą wiedzę identyfikacyjną buduje też 
obserwacja szczególnego bytowania obserwowanych istot. Dlatego też 


natura ludzka jest oczywista dla każdego. Na tej planecie człowiek jest 
jedynym bytem, który może stawiać sobie pytanie skąd przychodzi, kim 
jest i co uczynił swojemu bratu. [on] To ta wyjątkowość, ta wiedza jakby 
wpisana genetycznie w serce człowieka, przekazuje jego zachowaniu, a szcze- 
gólnie jego zachowaniu miłosnemu, godność, której nie ma w reszcie świata 
zwierzęcego. (Lejeune [6], s. 366) 
Najbardziej obiektywna i najbardziej nowoczesna genetyka molekularna 
mogłaby streścić się w niezręcznej parafrazie początku Ewangelii św. Jana: na 
poczlltku był przekaz, to przekaz zawiera się w życiu, to przekaz jest życiem i je
/i 
ten przekaz jest przekazem ludzkim, to życie to jest życiem ludzkim. (Lejeune 
[6], s. 365) 
Wiele możemy dowiedzieć się tak o informacji genetycznej, jak i o budo- 
wie mózgu wszystkich żyjących. "Ale pośród wszystkich tych konstrukcji, 
tak samo racjonalnych u jednych, jak i u drugich, nie wiemy w jaki sposób 
ostateczny rozkład materii powoduje, że nie może [u człowieka - A.W.] 


341
>>>
Dobro 


zabraknąć ducha [ludzkiego rozumu - A.W.] - jak to powiedział Św. 
Augustyn (Lejeune [4], s. 326). 
Możemy poznać długość przekazu, ilość informacji. Możemy nawet 
odczytać poszczególne informacje, ale nie oznacza to wcale, że odróżnimy 
"bla, bla, bla, ran, tam, plan i inne ron, ron, ron i patapu" od "Sonetu 
Petrarki". (Lejeune [6], s. 365). 
Inaczej mówiąc, tą samą liczbą znaków i nawet słów można napisać 
książkę telefoniczną z tekstami reklam, jak i Nędzników Wiktora Hugo. Ale 
książka telefoniczna pozostanie książką telefoniczną i nigdy nie będzie 
Nędznikami Hugo. 
Ta wyjątkowość, ta tożsamość pozwala nam też wiedzieć o uszkodzeniach 
tekstu Nędzników i rozpoznawać je. I zmierzać do ich naprawy nie 
zestawiając w bezsensowne "bla bla bla", czy nie upraszczając w tekst 
książki telefonicznej. 


* 


Skupiając się na ośrodkowym układzie nerwowym możemy kontrolować 
braki części sieci zarówno pierwotne, jak i powodowane wtórnymi uszkodze- 
niami osłabienia sieci. Tu widząc, że mózg ma nadmiar neuronów, które 
w sposób naturalny ciągle traci, można szukać dróg zastępczych, [jak to mamy 
w niektórych aktywnych metodach terapeutycznych - na przykład terapii 
Domana, Faya i ich pochodnych - A.W.]. Także możemy śledzić przeszkody, 
na przykład toksyczne, na drodze tworzenia się nowych obwodów. Nadmiar, 
czy niedobór substancji izolujących. Zakłócenia odbiorników, szczególnie 
w przerwach między synaptycznych (Lejeune [2], s. 140-144). 


* 


Na początku poznaliśmy tok myślenia Lejeune'a szukającego analogicz- 
nych mechanizmów w komputerze i mózgu ludzkim. Jednak wcale to nie 
oznacza, że Lejeune chce sprowadzić mózg do roli komputera. Wręcz 
przeciwnie. Jest to niemożliwe, bo człowiek ma umysł ludzki - ducha 
(/'esprit) - "człowiek rzeczywiście jest wcieleniem inteligencji" (Lejeune 
[2], s. 141 -142). 
M ożna się spierać o to, czy "struktura mózgu jest ustalona swoją 
konstrukcją i nic nie można do niej dodać", czy też o to, że "nauka i środki 
edukacyjne powodują wszelkie zróżnicowania" (Lejeune [4], s. 319). 
Jedno mówią inżynierowie konstruktorzy, drugie instruktorzy pilotażu. 
"Te dwie tezy uzupełniają się, tak jedna jak i druga wyraża część prawdy" 
(Lejeune [4], s. 319). Maszyna musi być doskonała, ale bez doskonałego 
pilota nic z niej nie będzie. I odwrotnie. 


342
>>>
Niemoc inteligencji a człowieczeństwo - stanowisko Jer6me Lejeune'a 


Na kształt człowieczeństwa wpływa z jednej strony doskonałość materii, 
z której jest człowiek zbudowany, ale z drugiej strony ogromne dziedzictwo 
jego kultury, która stale rozwija się i doskonali, która jest całością. Lejeune 
porównuje ją z rakietą wielostopniową, gdzie człony pierwsze odpadają, ale 
bez nich człony następne nie osiągnęłyby swojej mocy. 
Nie można więc mówić o człowieku bez jego historii, kultury, cywilizacji, 
które przekładają się na kroki edukacyjne człowieka od pierwszego 
kontaktu ze światem po kres. Każdy żywot zostawia swój ślad, który 
wzmaga i udoskonala działania następnych (Lejeune [4], s. 319-320 
i [5], s. 137). 


To specyficzne przystosowanie pozwala rozpoznać w zawiłym zagmatwaniu 
sieci [mózgu - A.W.] zespoły funkcjonalne, które prawdopodobnie odpowiadają 
wielkim funkcjom umysłowym; każde z nich używa swego osobistego języka 
cząsteczkowego. (Lejeune [5], s. 139) 
UMYSŁ OŻYWIA MATERIĘ [on], nasza [mózgowa - A.W.] maszyna do 
eliminacji przypadku po to, aby zatrzymywać tylko to, co podlega wnioskowaniu, 
co jest właściwością umysłu, jest liczeniem cząsteczek o niewiarygodnej 
szybkości [on]. Ale to, co jest najbardziej zaskakujące to to, że najmniejsza myśl, 
najdrobniejszy ruch, wyzwala ten strumień jonów i to nadzwyczajne liczenie 
cząsteczek: duch rzeczywiście ożywia materię. (Lejeune [6], s. 363) 


To, że duch ożywia materię jest w jakiś sposób wpisane w nasz język. 
Używamy tego samego słowa, aby zdefiniować ideę, która przychodzi nam 
na myśl, lub aby zdefiniować nowy byt, który ma zaistnieć; w obu 
wypadkach mówimy o "koncepcji" (conception). 


Od samego początku dusza i ciało, duch i materia są tak wzajemnie związane, 
że nie można ich wyrazić jednego bez drugiego, język nigdy tego nie robi. [...] 
Biologia molekularna także wyklucza kartezjański dualizm, wedle którego 
z jedne strony byłby umysł (duch), a z drugiej ciało. Jest tylko jedno ożywione 
ciało, ale ożywione przez naturę ludzką". (Lejeune [6], s. 364) 


. 


Analizując możliwe obszary i sposoby uszkodzeń na wyróżnionych przez 
siebie analogicznie zespołach funkcjonalnych Lejeune zaproponował pewne 
szczególne kroki heurystyczne, aby poszukiwać głównie farmakologicznych 
środków poprawy działania struktury mózgowej, aby usprawnić i umocnić 
"ekspresję inteligencji" (m.in. Lejeune [4], s. 327). 


343
>>>
Dobro 


. 


"Pozwólcie mu żyć, on będzie myślał, to jest przeznaczeniem ludzi" 
(Lejeune [4], s. 325). 
Przeznaczeniem wynikającym z całej ogromnej struktury zapisanej 
w DNA jest powstanie istoty myślącej. Istotą człowieka jest inteligencja. 
Istota wyprzedza istnienie. [on] Mając daną maszynę do tłumaczenia 
(cytoplazmę) z jednej strony i formułę DNA (jądro i jego chromosomy) 
z drugiej, możemy znać dokładnie istotę nowego bytu, zanim on się 
wyrazi, to znaczy nawet zanim, gdy jego istnienie byłoby możliwe do 
rozpoznania (Lejeune [6], s. 363). 
Lejeune mówi tu o "istocie człowieczeństwa". Istota człowieczeństwa 
jest już zanim zaistnieje pojedynczy człowiek. 


Cała niezbędna i wystarczająca informacja jest już przedstawiona w chwili 
zapłodnienia, to znaczy w momencie, gdy informacja przenoszona przez 
spermatozoid i informacja przenoszona przez jajo zostaną połączone. (Lejeune 
[6], s. 364) 
Byłoby jednak o wiele za mało brać pod uwagę tylko DNA. Z pewnością 
DNA można dobrze porównać z taśmą magnetofonową, na której zapisana jest 
symfonia życia, ale nie należy zapominać, że reszta zapłodnionej komórki jest jak 
magnetofon, który będzie odczytywał kod i wykonywał symfonię. Gdy mówimy 
o ilości informacji wyrażonej w bitach, nie tylko idzie o tę zapisaną na taśmie, ale 
i tę, która jest zapisana w całej maszynie odczytującej taśmę i stosującej to, co 
tam jest zapisane. [...] To już nie jest kilka 10 1 °-10 13 bitów, o które idzie, ale 
cyfra absolutnie ogromna, której nikt w tej chwili nie może precyzyjnie ocenić. 
(Lejeune [6], s. 365) 


. 


Każdy człowiek jest wcieleniem inteligencji. (Lejeune [4], s. 326) 
Inteligencja jest własnością człowieka. Trzeba i wystarcza to, że dziedzictwo 
genetyczne jest dziedzictwem naszego gatunku, aby powstający w jego wyniku 
byt był z natury inteligentny; to nasza wspólna jakość. Ale idealny prototyp 
nigdy nie zostaje całkowicie zrealizowany. W wyniku dziedziczenia, czy wypadku, 
każdy cierpi jakiś brak, lub jakiś nadmiar - to nasza osobista niedoskonałość. 
(Lejeune [4], s. 328) 


Tak więc człowiek oznacza inteligencję. Wszakże, jak każdy byt bardzo 
złożony podlega różnym sytuacjom przygodnym, które mogą modyfikować 
lub niszczyć idealny wzorzec. To też jest ludzkie. 
Dlatego konsekwencją jest następnie zwrócenie uwagi przez Lejeune'a, 
na to, że 


rozprawianie o samej inteligencji wypacza sąd. Oznacza te zapominanie o tym 
innym, rzeczywistym, czego istnienie wyczuwają poeci i które osiągają od czasu 


344
>>>
Niemoc inteligencji _ człowieczeństwo - s
anowisko Jer{Jme Lejeune'_ 


do czasu zakochani i mistycy. Jeżeli nie jesteśmy maszynami ani zwierzętami, to 
z pewnością z powodu tej troski o drugiego, tego szacunku dla tego, co różne, 
jednym słowem z powodu miłości bliźniego, której wymaga nasz gatunek. 
(Lejeune [4], s. 329) 


A więc to nasz gatunek - jego istota - wymaga dla swojego istnienia 
miłości bliźniego - i to go odróżnia od reszty świata. Taki wymiar 
człowieczeństwa wynika ze ścisłego zastanawiania się nad poznawaną 
rzeczywistością przez genetyka i lekarza. 


Zaprzeczać brakowi każdego z nas, aby zuniformizować to, co ludzkie 
oznacza zasłanianie sobie oczu. Ale zgadzać się na to, aby najbardziej obdarzeni 
uciskali pozbawionych spadku, byłoby po prostu nieludzkie. Pozostaje nieustan- 
ne kompensowanie naszych wrodzonych niedoskonałości. Edukacja, medycyna 
i cała aktywność ciała naprawdę przeznaczonego do życia społecznego, zostały 
stworzone właśnie dla tego. (Lejeune [4], s. 329) 
Niektórzy chcą wyeliminować tych, którzy przeszkadzają lub nie od- 
powiadają idealnemu wzorcowi. Ale to może tylko poprawić jakąś statystykę. 
W rzeczywistości będzie niszczeniem ludzkiej duszy (Lejeune [4], s. 329). 
Ludzki "umysł też może ponieść, ale to serce nadaje mu miarę i kierunek, 
nie można ich oddzielić. Sama myśl nie obroni się" (Lejeune [4], s. 329). 
Jeżeli ludzka inteligencja byłaby czysto racjonalna, to byłaby auto- 
matyczna - taką inteligencję inwestujemy w maszyny. Gdyby była czysto 
uczuciowa - byłaby zwierzęca. 
"Inteligencja potrzebuje duszy, która byłaby zarazem sercem i umysłem. 
Tę duszę posiada tylko człowiek. Ona ożywia każdego z nas" (Lejeune 
[4], s. 335). 
Pojawia się więc, mówi Lejeune, problem: "czy istnieje rodzaj sposobu 
użycia, rodzaj wskazówki obchodzenia się z tą naturą ludzką? czy istnieje 
naturalna moralność?" (Lejeune [6], s. 364). Jeżeliby taka istniała, to 
byłoby roztropnie stosować się do niej (Lejeune [6], s. 364-365). 
Jeżeli zaakceptujemy istnienie naturalnej moralności, to zaraz wyniknie 
z tego szereg ograniczeń, po to, aby ochronić naturalną godność człowieka: 
- rozdzielenie miłości dziecka i dziecka miłości jest pomyłką metodycz- 
ną". Znaczy to, że dziecko kochane powinno być owocem miłości i od- 
powiedzialności, a więc jest to postulat czystości, a między mężem a żoną 
naturalnej okresowej fizjologicznej abstynencji od kontaktów seksualnych; 
- podobnie chęć uprawiania miłości bez dopuszczenia zaistnienia 
dziecka (skutkiem aborcja, która jest niszczeniem dziecka, i antykoncepcja); 
- tworzenie dziecka bez uprawiania miłości (zapłodnienie poza 
ciałem matki); 
pornografia, która jest niszczeniem miłości (Lejeune [6], s. 366-367). 


345
>>>
Dobro 


Technika pozwala nam zająć się bardzo młodym bytem ludzkim, embrionem, 
który może nawet uformować się w probówce [m], a nawet może zostać 
ożywiony z największego zimna. 


Ale właśnie naturalna moralność uczy nas, że 
embrion ludzki jest członkiem naszego gatunku i z tego powodu musi być 
chroniony przed wszelką eksploatacją. To nie jest kupka zgromadzonych 
kamieni, z której bierze się zależnie od potrzeby, to nie są łatwo psujące się 
artykuły, które zamraża się i rozmraża do woli, nie jest to dobro konsumpcyjne, 
które można sprzedać, lub wymienić, to jest naprawdę nasz bliski, nasz bliźni, 
nasz brat. (Lejeune [6], s. 367) 


Czy ta moralność jest przeszkodą w badaniach, czy cennym przewod- 
nikiem? - zapytuje Lejeune (Lejeune [6], s. 367). Jest tym drugim 
- konstatuje, przypominając przypadki pochopnego domagania się eks- 
perymentów na embrionach, które przy szczegółowym zanalizowaniu ukazały 
się zupełnie nieuzasadnione. Lepsze odpowiedzi i jedyne możliwe, można 
było otrzymać zupełnie inną drogą nie naruszającą istoty żywego bytu 
(Lejeune [6], s. 367-368). W tych protestach Lejeune wcale nie był 
odosobniony w świecie nauki. 
Jak już zapewne możemy się domyślić, był wrogiem inwazji chemicznej 
niszczącej poczęte życie. Porównał ją z "wojną chemiczną przeciw człowie- 
kowi" (Lejeune [6], s. 368-369). 


Ale pozostaje ostatni problem - jedyny problem prawdy. Nasza siła wzrasta 
z każdym dniem. Będziemy wytwarzali nowe byty (bakterie, rośliny, zwierzęta), 
jakie nie zostały wytworzone przez dobór naturalny ani ewolucję. Z pewnością 
będzie to początkiem modyfikowania losu człowieka przed, być może, modyfi- 
kowaniem jego samego. Nie wiem, pisze Lejeune, czy będziemy mogli za 
naszego życia zmodyfikować ludzki mózg, ale nikt nie może wykazać, że to 
zawsze będzie niemożliwe. [...] Zmierzamy do tego, aby być coraz silniejszymi 
i bomba biologiczna jest prawdopodobnie groźniejsza niż bomba termojądrowa. 
[...] Potrzeba nam czegoś, co będzie nas prowadziło. Trzeba ustalić lub odnaleźć 
miejsce odniesienia, gdyż kto nam powie: to jest dobre, to jest złe? Kto nas 
pouczy? W moim zawodzie genetyka i lekarza, ostrzega Lejeune, te pytania 
pojawiają się każdego dnia. [on] Niektórzy będą proponowali zmiany obyczaju 
za każdym razem, gdy innowacja będzie wydawała się tego domagać. Ta metoda 
jest bez przyszłości, ponieważ nie można pokonać decydującej trudności 
polegającej na tym, że technologia wzrasta wraz z postępem, a mądrość nie. 
Więc co nam zostaje? Zostaje nam sama Mądrość: Co
cie uczynili najmniejszemu 
z moich - Mnie
cie uczynili. (Lejeune [6], s. 369) 
Lejeune pokazał nam niezwykłość zapisu natury człowieka, którego 
część możemy odczytać ze struktury jego DNA i reszty struktury komórki, 
a także nieogarnionej struktury i działania jego mózgu. 


346
>>>
Niemoc inteligencji 8 człowieczeństwo 
 stanowisko Jer(jme Lejeune'a 


Ale jest to tylko część tego zapisu. Z niej możemy zidentyfikować litery, 
znaki graficzne, liczbę stron i kształt książki. Możemy nawet odczytać słowa, 
a może i zdania. Ale w pełni zrozumieć zapisany tu "Sonet Petrarki" możemy 
dopiero obserwując skutki istnienia człowieka, jego kulturę, historię, sztukę 
i miłość, która nim kieruje. To, co powiedzieli filozofowie i poeci, a także 
inżynierowie. I to dopiero jest całość. 
A najważniejsze jest to, że ten "Sonet Petrarki" istnieje już w pierwszym 
"koncepcyjnym" połączeniu komórek. I manipulując tu musimy wiedzieć, że 
nie przestawiamy haseł książki telefonicznej, co nam najwyżej mogłoby tylko 
trochę zepsuć jej czytelność, ale po prostu niszczymy poezję, coś, czego nie 
da się skopiować, co jest jedyne. 
Człowiek o osłabionej inteligencji - niepełnosprawny, jest dalej człowie- 
kiem, któremu musimy starać się pomóc uczestniczyć we wspólnej, 
wyjątkowej naturze człowieka, którą jest miłość, która nas skłania do 
ścisłych poszukiwań naukowych. Mieczysław Gogacz umieszcza ją pośród 
trzech relacji osobowych: otwartości, oczekiwania i upodobnienia, które 
należy chronić (Gogacz).
>>>
PIĘKNO
>>>
.a 


_ "111 ... '. .... ',._. , 
- ;ł.' . 


'. 



 .. J 


., 


... .- 


;;. 
.. .' 


.. 


.........- 


. ,'i.- 


" 
". 


'::
. 
.... 



 ",' 
. 


.... -', 
,. 



'. 

.-.
 
: '''' . 


.' 


'. 


'11\ . 


.... '. - 
., '. '. .. 


,. 


,. 
 


Andrzej Wojciechowski, Kwiat, 
(Wrocław, Paryż, Zakopane, Warszawa, Toruń, Poznań)
>>>
j
>>>
WSPOLNY ŚWIAT TWORCZOŚCI 


"ZESZYTY ARTYSTYCZNE", NR 6, PAIi.lSlWOWA 
WYŻSZA SZKOŁA SZTUK PLASTYCZNYCH, 
POZNAŃ 1 992 


Istotll sztuki jest dusza wyrażajlIca się w stylu. 
(Chmielowski) 


Od (m) (1976 roku) zajmuję się, może inaczej, towarzyszę ludziom chorym, 
niepełnosprawnym w ich drodze. Artysta-rzefbiarz, zostałem poproszony 
o pomoc, a może więcej, zażądano ode mnie tej pomocy. Zażądali ludzie 
w sytuacji granicznej - odrzucenia przez społeczeństwo. Potem ja sam, 
jakby zobowiązany przez grupę studentów-artystów, zorganizowałem wraz 
z nimi zajęcia rysunkowe i malarskie dla dzieci niepełnosprawnych. Bardzo 
szybko okazało się, że idzie o coś więcej - o bycie ich przyjacielem 
(Wojciechowski [19]). 
Wydawać by się mogło, że jest dziwne przyjęcie przez artystę w jego 
wystąpieniu publicznym, mającym uzasadnić sens jego dokonań artysty, 
perspektywy tak wzniosłej, transcendentnej, jak ta, którą chcę tu przedstawić. 
Być może jedną z przyczyn wejścia w te rejony, przyznam, i mnie napełniające 
pokorą i lękiem, stało się poznanie przeze mnie projektu uśmiercania "przez 
odmówienie opieki" trzydniowych noworodków niepełnosprawnych, po- 
wstałego dwa lata temu w kraju wysokiej cywilizacji i kultury, w imię 
humanitarnego stosunku do ludzi: te dzieci nie będą mogły korzystać 
z dobrodziejstw Rozumu, a rodzicom i społeczeństwu zamiast radości życia 
przyniosą ból (L 'affaire...; De Legarde; Henri Caillavet...; zob. też Woj- 
ciechowski [10]). Podobnie u nas, w naszym kraju rodzice wraz z dziećmi 
czynnie demonstrują przeciw budowie w ich dzielnicy domu spokojnej 
śmierci dla nieuleczalnie chorych. 
To jedno. Ale w głębi żyje we mnie ciągle pytanie o to, gdzie ja tu mogę 
znaleźć się ze swoją sztuką? Czy w ogóle jest tu dla mnie miejsce? Czy nie 
trzeba "połamać pędzli i dłut"? To ważne pytanie. 


353
>>>
Pi'Jkno 


Dwie różne koncepcje człowieka istotnie odznaczają się w naszym kręgu 
kulturowym. Są to: koncepcja, którą nazywa się materialistyczną, ateistyczną, 
bo nie zgadza się na istnienie Boga - stwórcy świata i sprawcy życia, oraz 
koncepcja chrześcijańska. Nasze poruszenia odbywają się w świetle tych 
dwu kręgów. W potocznym życiu postępujemy trochę zgodnie z jedną, 
a trochę z drugą. 
Istotą mego wykładu ma być zrozumienie tego, jak człowiek, w tym, co 
nieuchwytne i trudne - w sztuce, spotyka się z tym, co wydaje się najsłabsze 
w jego życiu. 
Bardzo przejmującym i interesującym materiałem są teksty Krajowej 
Konferencji Lekarzy i Humanistów "Człowiek w obliczu śmierci, z uwzględ- 
nieniem etyki marksistowskiej, granic i praw reanimacji" odbytej w Gdańsku, 
w maju 1976 roku (Człowiek...). Próbuje się tam dotknąć tego, co dla 
niewierzącego najtrudniejsze - kresu życia. Istotne dla tej debaty tematy 
znajdziemy w dwu głównych referatach: lekarza, profesora Tadeusza 
Kielanowskiego i profesora Zdzisława Cackowskiego z Instytutu Filozofii 
i Socjologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. 
Dla prof. Kielanowskiego wartością wyznaczającą człowieczeństwo 
człowieka jest jego mózg. Człowiek jest funkcją mózgu. Jednakże definicja 
człowieka tu nie pojawia się, gdyż Kielanowski odrzuca jako sofizmat 
określenie człowieka - "istota spłodzona przez ludzi". Rozważanie o tym, 
czy człowiek jest człowiekiem po ustaniu prawidłowej pracy mózgu, raczej 
powinno odnosić się do pytania - pokąd człowiek jest żywym człowiekiem? 
Problem nie jest tu postawiony jasno. Pojawia się jednak kwestia niepełno- 
sprawnych, których graniczną formą są, że użyję określenia prof. Kielanow- 
skiego - potworki o nieznanej czynności mózgu i niewiadomym stopniu 
świadomości. 
Co robić, pyta prof. Kielanowski, z istotami, których npoziom inteligencji 
jest daleki nawet od inteligencji zwierząt? (Człowiek..., s. 20). Nie idzie o ich 
uśmiercanie, ale jako lekarz chce mieć racjonalne uzasadnienie ich prawa do 
życia i swojego obowiązku, czy poświęcenia lekarza, wobec przyjęcia, że 
człowiek jest funkcją swego mózgu. 
Dla profesora Cackowskiego początek kształtowania się człowieka to akt 
narodzin (Człowiek..., s. 24). Proces uczłowieczania organizmu ludzkiego to 
proces socjokulturowy. Żyjemy razem z innymi ludźmi i rzeczami tworzonymi 
przez innych i przez nas samych w silnym z nimi związku (Człowiek..., s. 28). 
Przesłanką wyjściową uczłowieczenia ludzkiego organizmu jest inny dorosły 
człowiek - nauczyciel, wychowawca, Matka (Człowiek..., s. 26). 
Taki pogląd na ludzkie życie, jako tworzone przez związki z rzeczami, 
więzi praktyczne z przedmiotami i więzi miłości (brania i obdarowywania) 


354
>>>
Wspólny świat twórczości 


z innymi, jakby zmierza do rozwiązania problemu Kielanowskiego - czym 
jest uczłowieczenie - czy tylko mózgiem sprawnym? 
Wydaje się, że u Cackowskiego moglibyśmy znaleźć usprawiedliwienie 
określenia "człowiek to dziecko kobiety" - istota spłodzona przez ludzi. 
Dziecko kobiety, istota spłodzona przez ludzi wchodzi w głębokie związki 
emocjonalne z innymi, co jest przecież dla Cackowskiego istotnym warun- 
kiem uczłowieczającym. Spójrzmy dalej - nawet, gdy ma narodzić się 
kaleką, jest oczekiwane z natężeniem miłości. M iarą bólu rodziców jest może 
natężenie tej miłości oczekiwania. Wreszcie - oczekują człowieka I Jeżeli 
byśmy uznali urodzonego "potworka" za "nie-człowieka" ze względu na 
stan jego mózgu, to jakby umarł. Cackowski wszakże pisze, że śmierć jest po 
stronie żywych, umieranie jest po stronie życia (Człowiek..., s. 31). Więc on 
jest po stronie życia. Nie jest obojętnością - jest życiem. Inne tłumaczenie 
bólu rodziców dziecka niepełnosprawnego - oni płaczą nad sobą, bo zostali 
sami ze swoją nadzieją, która była, a której nie ma, tak jak po śmierci, ci, co 
zostają, płaczą nad sobą (Człowiek..., s. 29). 
Tak możemy rozważać na tle myśli Cackowskiego. Wywód ten może 
wydawać się nieprecyzyjny - bo któż tu jest uczłowieczony w tym procesie 
socjokulturowym? Czy rodzina, czy chore dziecko? Istotą tak przeprowadzo- 
nego wywodu było pokazanie głębokiego wzajemnego "związku uczłowie- 
czającego". I co tu jest niezwykle ważne, związek ten "uczłowiecza" obie 
strony: 1) uczłowiecza dziecko kalekie, bo daje mu poznać miłość rodziców, 
a także musimy to wiedzieć, uczłowiecza poprzez odkrycie samotności 
i rozpaczy (dzieci te poznają i czują o wiele więcej, niż nam wydaje się); 
2) uczłowiecza rodziców - doznają oni głębokiej świadomości swego 
bólu, doznają przewartościowania. Stają się więc "czymś więcej". Rodzice 
stają się też "czymś więcej" znajdując w sobie miłość, szczególnego rodzaju. 
Mamy prawo bać się tego "czymś więcej". Lęk nasz nie zmieni jednak 
wymiaru naszego życia, którego istotnym komponentem jest cierpienie, 
a także niespodziewany może wymiar miłości. 
Siedząc wszystkie głosy tej dyskusji czujemy tajemnicę, nieznane, wobec 
którego stoimy. Niektórzy wolą odwrócić się od bólu i lęku i wezwać do 
afirmacji życia w "działaniach ku zmniejszeniu cierpienia i mnożeniu radości" 
(Człowiek..., s. 91/92). Inni pytają, czy "dobra śmierć nie zostanie 
uzasadniona w stosunku do potworków i bezmózgich?" (Człowiek..., s. 166). 
Dla chrześcijaństwa człowiek jest w żywym świecie zupełnie nowym 
bytem. Nie ma ciągłości metafizycznej między człowiekiem a zwierzęciem, 
pomimo ciągłości mońologicznej (Encyklopedia..., s. 886). Według Teilharda 
de Chardin człowiek z doświadczalnego punktu widzenia jest strumieniem 
zjawisk stanowiących całość, dusza i ciało są dwoma różnymi aspektami 


355
>>>
Pi,kno 


tego strumienia (Encyklopedia..., s. 887). Człowiek, jako istota cieles- 
no-duchowa, rozumna i wolna, został stworzony według obrazu Bożego 
(Rdz 1, 26). Jako dziecko Boga może stać się przyjacielem Boga (J 15, 
14-15), może osiągnąć pełnię transcendentnego rozwoju osobowego. 
Przyja:fń Boga jest darmowa i nie można jej wymusić. Człowiek może ją 
przyjąć albo odrzucić. Ostatecznym celem człowieka, wszystkich jego 
dążeń, jest uobecnienie się w człowieku Ducha Swiętego, jako transcenden- 
tnej miłości Ojca i Syna. Podstawą bytową do tego jest dążenie do dobra 
i miłości (Encyklopedia..., s. 908). 
Swięty Tomasz z Akwinu dla uniesprzecznienia faktu egzystencji aktów 
psychicznych niematerialnych przyjął podłoże niematerialne, gdyż tylko 
w nim mogą one być zapodmiotowane i tylko z niego mogą wyemanować. 
To niematerialne podłoże nazwał duszą ludzką, bytującą samodzielnie, 
ponieważ nie może ono otrzymać aktu istnienia na skutek zjednoczenia 
z ciałem, czy też w następstwie tego zjednoczenia, gdyż zniszczyłoby to 
transcendencję "ja" człowieka w stosunku do jego aktów. Ciało istnieje 
istnieniem duszy, która organizuje materię jego do istnienia. Dusza jest jego 
formą (Encyklopedia..., s. 916). Człowiek jest ścisłą (co najmniej funk- 
cjonalnie) jednością elementów i czynników różnorodnych, paradoksalnym 
wręcz splotem psychiczności i cielesności, świadomości i nieświadomości, 
indywidualności i wspólnotowości, transcendującym w rozmaity sposób 
w to, co w nim immanentne; z jednej strony istnieje wię:f w życiu i działaniu 
jego ciała, oraz niecielesnej (nieprzestrzennej, fizykalnie niewymiernej) 
psychiki - pierwotna solidarność tego "ja" z jego ciałem, z drugiej zaś ich 
zasadnicza jakościowo odmienność, a niekiedy i przeciwstawność (Encyk- 
lopedia..., s. 906). 
Istotną rolę w chrześcijaństwie zajmuje problem grzechu - zerwanie 
więzi człowieka z Bogiem. Przez to zakłócona jest pozycja człowieka 
w świecie, zaistniały podziały między ludźmi, prowadzące do nienawiści. 
Człowiek sam w sobie nie ma możności związania się miłością z ludźmi 
i dokonania humanizacji świata, czyli wyzwolenia się z grzechu i śmierci. 
Dlatego musi je przyjąć jako dar Boga i musi z Bogiem (Chrystusem) 
współpracować przez wiarę, nadzieję i miłość. Całkowitej zależności od 
Boga doświadcza człowiek przeżywając swą wielkość i nędzę, dążenie do 
śmierci i pragnienie nieśmiertelności (Encyklopedia..., s. 917/918). 
Zauważmy, że w tej perspektywie problem niepełnosprawności umyka 
decyzji i sądowi ludzkiemu. Cały człowiek jest niepełnosprawny w perspek- 
tywie Boga. Jest tylko problem aspektu jego niepełnosprawności. 
Oczywiście, można by powiedzieć, że jest tu przecież różnica pomiędzy 
"niepełnosprawnością niezawinioną", wynikającą z różnych uszkodzeń 


356
>>>
, 


Wspólny świst twó/czości 


wrodzonych, a "niepełnosprawnością woli", gdy to człowiek stwarza się 
sam jakby niepełnosprawnym, mogąc swobodnie wybierać. No cóż, człowiek 
jest istotą na tyle złożoną, że trudno doprawdy osądzić, czy nasze kłopoty 
z wolnym wyborem są całkowicie od nas zależne, to znaczy, czy działamy 
w jakimś idealnym polu, które nie powinno, sprawiać jakiegoś szczególnego 
trudu wyboru. Może u podłoża tych kłopotów kryje się jakaś głęboko ukryta 
"niepełnosprawność niezawiniona", która nie musząc być usprawied- 
liwieniem staje się zadaniem? Dlatego też słuszny wydaje się pogląd, iż nie 
znajdziemy czystej i jasnej granicy pomiędzy "światem niepełnosprawnym" 
a "światem zdrowym". Granica ta prawdopodobnie nie istnieje. Jedni są 
sprawni fizycznie, a "niesprawni" w woli, w wyborze, inni odwrotnie. 
W każdym z nas istnieje tajemnica jakiejś niepełnosprawności, która być 
może dałaby się wykryć obiektywnie. Bezustannie podnosi się tu bezwarun- 
kową miłość Boga do człowieka. Ta bezwarunkowa miłość zobowiązuje 
człowieka do bezwarunkowej miłości z jego strony ku życiu, takiemu, jakie 
mu dał Bóg. I ku istotom, takim, jakie Bóg przynosi. 
Czy w tej perspektywie "potworek" ma duszę? Czy jest człowiekiem? 
Jest tajemnicą Boga, tak jak tajemnicą Boga jest nasz prawdziwy obraz, 
którzy jesteśmy dumni ze swego rozumu. 
Profesor Marian Cieślak na wspomnianym sympozjum tak problem 
ujmował: jakakolwiek wątpliwość musi być rozstrzygana na korzyść. Dotyczy 
to także tzw. potworków. Nie można pośród upośledzonych (kalek) 
wyodrębnić bardziej upośledzonych (potworków), których uznamy za 
niezdolnych czy niegodnych życia (Człowiek..., s. 66/67). 
Wydaje się, że esencją myśli chrześcijańskiej może być zdanie Jeana 
Vanier - "Każdy ma prawo być bylejaki" (Vanier [5], s. 37). Niezwykłą 
wagą wspomnianego tu sympozjum myślicieli-ateistów jest ukryty sens 
tego spotkania, który z mocą przebija przez całą dyskusję - człowiek jest 
słaby. Słaby w swojej samotności. A Vanier, chrześcijanin, dodaje: to nie 
rezygnacja, to mocny punkt wyjścia ku wzrostowi. 
Teraz chciałbym spojrzeć na sztukę oczyma filozofa chrześcijańskiego 
- Jacques'a Maritaina. Podkreślenie - chrześcijańskiego - jest tu ważne, 
gdyż warunkiem sensu tych rozważań jest przyjęcie faktu istnienia duszy 
ludzkiej. 
Jacques Maritain pisze: Sztuka korzeniami tkwi w intelekcie. Jest 
właściwością rozumu praktycznego, jest istotną właściwością czynnego 
rozumu (Maritain [1]). 
Sztuka w ciągu ostatniego stulecia, mówi Maritain, osiągnęła świadomość 
siebie w stopniu dotąd nie spotykanym i znalazła w centrum tej świadomości 
poezję. Staje się ona coraz bardziej świadoma swojej wolności w odniesieniu 
357
>>>
Pi'lkno 


do wszystkiego, co nie jest jej własnym istotnym prawem, oraz lojalności 
wobec prawdy, której wymaga się od artysty, a która jest lojalnością wobec 
jego własnego, indywidualnego widzenia (Maritain [1], s. 51). 
Malarz lub poeta (artysta więc) "obserwując naturalną postać rzeczywis- 
tości tego świata, pozbawia tę rzeczywistość jej naturalnego kształtu 
i piękna, a narzędzia umysłu odwiecznych, ustalonych przeż powszechne 
używanie wzorców działania, aby stworzyć dzieło wyposażone w nowy 
kształt i piękno zrodzone w duszy artysty" (Maritain [1], s. 52). 
Czy to będzie poemat, czy obraz, dzieło zawsze przemawia, ale nie 
przemawia już słowami logicznego rozumu. W ten sposób sztuka wkracza 
w krainę niezrozumiałości (Maritain [1], s. 53). W sztuce współczesnej sens 
poetycki chce być definitywnie wolny, za wszelką cenę (Maritain [1], s. 53). 
Proces wyzwalania od konceptualnego, logicznego rozumu nie jest 
żadną miarą w swojej istocie procesem wyzwalania od rozumu samego, jeśli 
prawdą jest, że rozum posiada życie zarówno głębsze, jak i mniej świadome 
niż jego wyrafne, logiczne życie (Maritain [1], s. 54). 
Pośród kierunków wyzwalania sensu poetyckiego Maritain widzi głębokie 
niebezpieczeństwo (Maritain [1], s. 56-58). Tym niebezpieczeństwem jest 
odwrócenie biegu, gdy najwyższym celem nie będzie ani wyzwolenie sensu 
poetyckiego, ani nawet czyste tworzenie (w sensie porównania Bogu, 
dążenia do tego), lecz poszukiwanie przez człowieka samego siebie 
przez poezję (Maritain [1], s. 58/59). (Zanotujmy na marginesie rodzącą 
się tu myśl: To odwrócenie może nieść skutki niesłychane. Człowiek 
doświadcza głębokiej samotności, i wydaje się, że próba odnalezienia siebie 
przez poezję, może doprowadzić jakby do zwielokrotnienia tej samotności, 
jej przekształcenia w obraz przerażający, tak jakbyśmy spojrzeli na nią przez 
silne szkło powiększające i zniekształcające. A. Kępiński pisze, że lęk 
człowieka może objawiać się w apatii, agresji, samoagresji. Tu może pojawić 
się lęk. Samotności boimy się najbardziej.) 
Intuicja poetycka, według Maritaina, rodzi się w nieświadomości, z niej 
wychodzi. Ta intuicja jest najcenniejszym światłem poety i podstawowym 
warunkiem siły jego sztuki. Ale, mówi Maritain, jest on tego świadomy jakby 
na krawędzi świadomości (Maritain [1], s. 72). 
Maritain widzi dwa rodzaje nieświadomości: przedświadomość ducha, lub 
ze względu na Platona, przedświadomość muzyczną, oraz nieświadomość 
ciała i krwi, instynktów, dążeń, kompleksów, tłumionych obrazów i pragnień, 
bolesnych wspomnień i urazów - nieświadomość automatyczną, głuchą 
- wobec rozumu i wbudowaną w swój własny, niezależny od rozumu świat. 
Duchowa nieświadomość z wyjątkiem rzadkich przypadków najwyższego, 
duchowego oczyszczenia - nie działa bez udziału tej drugiej nieświadomości, 


358
>>>
Wspólny świllt twórczości 


ciała. Obie są jednak całkowicie odrębne i różne w swej naturze (Maritain 
[1], s. 72/73). 
Istnieje rozległy obszar nieświadomego działania rozumu i woli, z którego 
wyłaniają się akty i owoce ludzkiej świadomości i jasne percepcje myśli. Cały 
ten świat pojęć, związków logicznych, rozumowych dyskursów i rozumo- 
wych rozważań, w którym działanie rozumu przyjmuje ostateczną formę 
i kształt, poprzedzony jest ukrytą pracą niezmierzonego i pierwotnego 
przedświadomego życia (Maritain [1], s. 74/75). 
Rozum, mówi Maritain, jak to od wieków widzi filozofia, jest duchowy 
i stąd z istoty swej różny od zmysłów. Ale, za Arystotelesem, niczego nie 
można znaleźć w rozumie, czego by nie przekazały zmysły. Za Arystotelesem 
też Maritain przyjmuje jedynie czynną i zawsze czynną energię rozumu 
- rozum oświecający. Z kolei św. Tomasz z Akwinu przyjmuje, że nie jest 
on odrębny, ale stanowi nieodłączną część każdej indywidualnej duszy 
i struktury rozumowej, wewnętrzne, duchowe światło, które jest uczestnic- 
twem w odwiecznej światłości Bożej, jest w każdym człowieku przez swoją 
czystą, nieustannie działającą duchowość - pierwotne, ożywiające światło 
każdego rozumowego działania. Akt rozumowego widzenia może dokonać 
się jedynie poprzez identyfikację duchowego umysłu z przedmiotem 
doprowadzonym do stanu duchowości w akcie (Maritain [1], s. 77). 
Rozum oświecający nie poznaje, rozum oświecający ożywia. Poznający 
rozum, aby poznać, musi być pobudzony i ukształtowany przez to, co zostaje 
wydobyte z wyobrażeń, a wyobrażenia są przesiąknięte materialnością 
(Maritain [1], s. 77/78). 
Tak więc na pierwszym stopniu obecna w wyobrażeniach zrozumiała 
treść, która w wyobrażeniach była jedynie zrozumiała w możności, staje się 
zrozumiała w akcie w formie duchowej, powiedzmy, w zrozumiałym 
zawiązku, który rozum, pobudzony przez rozum oświecający, otrzymuje 
z wyobrażeń. Zrozumiała treść wydobyta z wyobrażeń powinna być nie tylko 
zrozumiała w akcie albo zdolna stać się przedmiotem widzenia rozumowego, 
ale powinna być zrozumiana w akcie, czyli rzeczywiście stać się przedmiotem 
rozumowego widzenia. Wówczas sam rozum, zapłodniony zrozumiałym 
zawiązkiem rodzi - zawsze pobudzony przez rozum oświecający - wewnęt- 
rzny owoc, ostateczny i pełniej określony duchowy kształt, pojęcie, w którym 
treść wydobyta z wyobrażeń jest przeniesiona do tego samego stanu 
duchowości w akcie, w którym znajduje się rozum w akcie i w którym owa 
całkowicie już duchowa treść jest widziana, jest przedmiotem widzenia 
rozumowego (Maritain [1], s. 78). 
Nasz rozum nie wie nic o zawiązkach, które w siebie przyjmuje, ani 
o samym procesie, w którym widzi swoje pojęcia. A nawet, jeśli chodzi 


359
>>>
Pi'lkno 


o pojęcia, to sprawiają one, że poznawany jest widziany w nich przedmiot, 
lecz same nie są bezpośrednio poznawane, nie są poznawane przez swoją 
istotę, lecz jedynie dzięki temu, że rozum ogarnia myślą swoje własne 
operacje. Może się jednak zdarzyć, że tego rodzaju zrozumienie nie będzie 
miało miejsca. Mogą istnieć nieświadome fakty myślenia i nieświadome idee 
(Maritain [1], s. 79). 
Mamy w sobie rozum oświecający, nieustannie promieniujące duchowe 
słońce, które wszystko w umyśle pobudza. Jego światłu zawdzięczamy 
wszystkie pojawiające się w nas idee, a jego energia przepaja wszystkie 
nasze operacje myślowe. Lecz tego pierwotnego :fródła światła nie możemy 
dostrzec; pozostaje ono ukryte w nieświadomości ducha. Jego światło 
pochodzi od najwyższego słońca, Rozumu Przedwiecznego (Maritain 
[1], s. 79). 
Kończąc ten wywód o rozumie oświecającym i duchowej przedświado- 
mości, mówi Maritain, nie było to pytanie o poezję. Było to pytanie 
o pochodzenie i kształtowanie się narzędzi tego pojęciowego, logicznego, 
dyskursywnego poznania, z którym poezja jest w złych stosunkach (Maritain 
[1], s. 80). 
A poezja '7 
Oprócz życia intelektu o duchowej nieświadomości, poświęconego 
poznaniu rozumowemu i procesowi tworzenia pojęć i idei, mamy życie 
intelektu inne - wolne. Ten proces jest również poznawczy i twórczy - dla 
niektórych, mówi Maritain, choć każdy mógłby w nim uczestniczyć (Maritain 
[2], s. 287/288). 
W tym wolnym życiu intelektu ma swoje :fródło poezja. Poezja nie jest 
owocem ani samego intelektu, ani samej wyobra:fni. Pochodzi od całego 
człowieka, jego zmysłów, wyobraźni i intelektu, miłości i pragnienia, 
instynktów, krwi i ducha (Maritain [2], s. 288). 
Poznanie, z którym tu mamy do czynienia, jest dwojako skierowane: 
ku światu w rzeczach i ku poecie, ku jego podmiotowości. Poeta musi 
uchwycić obiektywną rzeczywistość zewnętrznego świata i wewnętrznego 
świata przez nieokreślone poznanie, przez zjednoczenie afektywne. Wszy- 
stko, co poeta rozróżnia i odgaduje w rzeczach, rozróżnia i odgaduje 
jako nieodłączne od niego i od jego uczucia i w rzeczywistości jako 
utożsamione z nim. Intuicja poety jest niejasnym poznaniem własnego 
"ja" i rzeczy w poznaniu przez zjednoczenie, czyli przez upodobnienie, 
które rodzi się w duchowej nieświadomości i które owocuje jedynie 
w dziele (Maritain [2], s. 292). 
O poznaniu przez upodobnienie pisał Maritain gdzie indziej, że polega 
ono na upodobnieniu się do rzeczywistości, jako nie dającej ująć się 


360
>>>
Wspólny świat twórczości 


w pOJęCia, stosownie do tego, jak ta rzeczywistość uwewnętrznia się 
w samej podmiotowości poety (Maritain [2], s. 101). Poznanie poetyckie to 
poznanie na drodze tworzenia (Maritain [2], s. 106). 
Dzieło (obraz, poemat) staje się przedmiotem - w nim jedynie intuicja 
poetycka zostaje uprzedmiotowiona. Jest ono bezpośrednim znakiem 
tajemnic postrzeganych w rzeczach, a także odwróconym znakiem subiek- 
tywnego świata poety, jego niejasno ukazanego substancjalnego "ja" 
(Maritain [2], s. 305). 
Cały ten proces, pisze Maritain, nie potrzebuje żadnego natchnienia 
z zewnątrz, tak jak nie potrzebuje go poznanie dziecka przez matkę, która je 
poznaje przez miłość, czyli upodobnienie (Maritain [2], s. 300/301). 
Wewnętrzny proces odbywa się w tych samych warunkach, co poznanie 
rozumowe: Dusza ogarnięta uczuciem znajduje w rzeczach aspekty po- 
dobne i podnosi je w stronę intelektu, gdzie pod światłem tego samego 
Rozumu Oświecającego tworzy się zawiązek inny, niż zrozumiały zawiązek 
pojęcia (Maritain [2], s. 289, 300). Ten inny zrozumiały zawiązek jest 
już myślową formą czy aktem w pełni określonym, choć pogrążonym 
w nocy duchowej nieświadomości. Jest to poznanie, ale poznanie nie- 
pojęciowe (Maritain [2], s. 289). 
Jak już wiemy, w dziele poznajemy podmiotowość poety. Nawet, 
gdy dzieło będzie niedoskonałe. Wystarczy tylko linijka, jedna (Maritain 
[2], s. 313). 
Procesu poetyckiego nie można zatrzymać - trzeba szukać coraz głębiej: 
im bardziej poeta wzrasta, tym bardziej w głąb jego duszy zstępuje 
płaszczyzna intuicji twórczej. Tam, gdzie przedtem mógł być pobudzony do 
śpiewu, pisze Maritain, teraz nie znajduje nic, musi szukać głębiej. Poeta jest 
nękany, tropiony, niszczony. Biada mu, jeśli zamykając się w sobie znajdzie 
niebo zburzone, niedostępne. Nie możemy wówczas zrobić nic innego, 
czytamy dalej, jak tylko pogrążyć się w jego piekle. Jeżeli poeta ostatecznie 
zamilknie, to nie znaczy, że wzrastanie może się kiedykolwiek zakończyć. 
Znaczy to, że została osiągnięta ostatnia zasłona i zniszczona ostatnia ludzka 
treść (Maritain [2], s. 319). 
I tu napotykamy lęk. Pojawia się lęk. Wydaje się, że odpowiedzi na naturę 
tego lęku możemy też poszukać u Maritaina. Zresztą lęk ten, jak w ogóle 
ludzki lęk; można bardzo szeroko opisać (por. Kępiński [1]). Lęk jest nam 
nieodłączny. Wydaje się wszakże, że lęk, który pojawia się wówczas, gdy 
myślimy o sztuce, jest szczególny. Nie sądzę, abym słusznie tu odpowiedział 
na pytanie o niego. Chciałbym jedynie pokazać jego drgnienia w myśli 
Maritaina, tak jak je odczuwam. Widzę go w tajemnicy podmiotowości 
człowieka. 


361 


.........
>>>
Pi(lkno 


Tylko indywidualne podmioty, mówi Maritain, mogą spełniać akt istnienia 
(Maritain [4], s. 81). Każdy z podmiotów w swej odrębnej, istniejącej 
rzeczywistości jest dla nas niewyczerpalną głębią poznawalności. Poznajemy 
je i nigdy nie poznamy ich do końca. Poznajemy je uprzedmiotawiając, 
patrząc na nie spojrzeniem obiektywnym i sprawiając, że są dla nas 
przedmiotami (Maritain [4], s. 84). 
Paradoksem świadomości i osobowości jest, że każdy z nas znajduje się 
dokładnie pośrodku tego świata otaczających go podmiotów i osób w ich 
roli przedmiotów. Każdy więc jest środkiem nieskończoności. Lecz ja, ten 
uprzywilejowany podmiot, środek nieskończoności, nie jest dla siebie 
przedmiotem, a podmiotem. Pośrodku wszystkich podmiotów, które zna 
jako przedmioty, ono jedynie jest podmiotem jako podmiot. Sw. Tomasz 
mówi, że każdy z nas poznaje istnienie swojej duszy, szczególne istnienie tej 
podmiotowości, która postrzega, cierpi, kocha i myśli, poprzez spontaniczne 
zastanowienie się nad sobą, które nie jest poznaniem naukowym, lecz 
doświadczalnym i nieprzekazywalnym (Maritain [4], s. 85). Ta właśnie 
podmiotowość jest niepoznawalną otchłanią, nie daje się określić jako 
pojęcie (Maritain [4], s. 86). 
Tę podmiotowość możemy poznać niedoskonale, fragmentarycznie 
poznaniem przez skłonność, wspólne odczuwanie i wspólną naturę (wg Św. 
Tomasza). To poznanie przez skłonność ukazuje się nam w trzech różnych 
postaciach: poznania praktycznego, poznania poetyckiego i poznania 
mistycznego (Maritain [4], s. 87). 
Nasza sytuacja jedynego podmiotu poznawanego przez nas, choć 
niedoskonale, jako podmiot stawia nas w dwojakiej sytuacji - raz jesteśmy 
dla siebie najważniejszą osobą na świecie (perspektywa podmiotowości), 
innym razem, choćby tylko z punktu widzenia zdrowego rozsądku (nawet, 
mówi Maritain, nie biorąc pod uwagę Absolutu), moja osoba nie ma 
żadnego znaczenia (perspektywa przedmiotowości) (Maritain [4], s. 90). 
Oscylujemy raz ku jednej, raz ku drugiej perspektywie. W perspektywie 
podmiotowości chcemy wchłonąć w siebie wszystko, zmierzamy ku egoiz- 
mowi, pysze. W perspektywie przedmiotowości jestem wchłaniany przez 
wszystko i roztapiając się w świecie zdradzam swoją niepowtarzalność 
i.zrzekam się swego przeznaczenia (Maritain [4], s. 91). Nieco podobnie 
mówił Kępiński o dążeniu do wyjątkowości i społeczności - również 
ambiwalentnym li3 . 


53 "Każdy człowiek ma poczucie własnej odrębności. [m] Z drugiej jednak strony 
pragnie on, by jego odrębność nie była całkowita, by była zrozumiała i przyjęta przez 
innych ludzi. $wiadomość, że inni przeżywają podobnie jest dużą pociechą w ludzkiej 
samotności, wynikającej m.in. z biologicznej indywidualności" (Kępiński [3], s. 251). 


362
>>>
Wspólny lwiat twólczolci 


Maritain widzi tu główny problem człowieka. Uważa, że można go 
rozstrzygnąć tylko w perspektywie Boga. Jeśli Bóg istnieje, to nie ja jestem 
ośrodkiem, lecz On. Jeżeli tak, to mogę nie mieć żadnego znaczenia, ale mój 
los jest ze wszystkich najważniejszy. Również wolno mi kochać siebie, ale 
dla Niego. Pełniąc Jego wolę chcę być przede wszystkim wierny swemu 
przeznaczen iu. 
Tu też znajdujemy nadzieję. Wiemy, że inni znają nas tylko jako 
przedmioty. Moja podmiotowość jest dla nich nie znana. Być znanym jako 
przedmiot, to zawsze znaczy, mówi Maritain, być znanym niesprawiedliwie. 
"Trybunał sądowy jest maskaradą, gdzie oskarżony staje przybrany w fał- 
szywe ja kładąc swoje czyny na wagę". Ale jestem znany Bogu. Bóg zna 
mnie całego, jako podmiot. Nie potrzebuje mnie uprzedmiotawiać, aby 
poznać. Nawet dla siebie nie jestem tak odkryty. Gdyby Bóg mnie nie znał, 
nie znałby mnie nikt, nikt nie znałby mnie w mojej prawdzie, w moim 
własnym istnieniu jako podmiotu (Maritain [4], s. 91-93). 
I tu możemy próbować zastanowić się, czy tęsknota dania się poznać 
jako podmiot, w pełni, nie jest jedną z sił tworzenia dzieła sztuki, wynikającą 
z jakiejś nadziei, że tworząc sztukę dajemy się poznać innym, jako podmioty. 
Równocześnie mógłby zrodzić się tu głęboki lęk odkrycia się. Lęk dwojaki: 
z jednej strony, odkrywając się, stanę się bezbronny, z drugiej strony, 
poznam swoje zło, to, co we mnie chcę ukryć nawet przed sobą. I odtąd 
stworzywszy dzieło sztuki - materialne, będę już zawsze odkryty i na- 
znaczony. Niczego już nie będę mógł zmienić. Albo inaczej: stworzę moje 
dzieło z miłością, w miłości (bo inaczej, jak mówi Maritain, nie może ono 
powstać). Ukażę to, co we mnie najwrażliwsze, najcenniejsze i spotkam się 
ze śmiechem, z sądem, z fałszywym poklaskiem. To refleksje na tle myśli 
Maritaina. 
Jeśli Bóg nie zna człowieka, mówi Maritain, a człowiek głęboko 
doświadcza swego własnego istnienia i swojej podmiotowości, doświadcza 
zarazem, jak beznadziejnie jest samotny. Jedynym źródłem, jakie może 
w nim wówczas wytrysnąć, jest pragnienie śmierci - więcej, dążenia do 
całkowitego unicestwienia (Maritain [4], s. 93). 
Nieprzenikniona noc przestrzeni zamkniętej u Kępińskiego (Kępiński [2], 
s. 64, 65 i passim, [3] passim). 
Kolejna refleksja: dwojaka więc może być rozpacz człowieka, który nie 
może znaleźć drogi do Boga. Chce dać poznać siebie innym przez swoje 
dzieła, a obnaża siebie, utrwala swoją tajemnicę w dziele - daje siebie innym 
po to, aby "jego własne postępki, zapomniane i przywołane później, obce 
i martwe niosły mu zwątpienie i śmierć" - Maritain (Maritain [4], s. 94)54. 


64 Mamy tu do czynienia z pewnym wzmocnieniem myśli Maritaina powstałym 


363
>>>
Pi'l1cno 


Jednak artysta wie, że to nie jest on, że inni, którym dał to, co miał 
najcenniejszego - siebie samego w dziele sztuki, pokazują, widzą kogo 
innego, sądzą kogo innego, to "fałszywe ja przed trybunałem, który jest 
maskaradą" (Maritain [4], s. 92). Pozostaje uczucie głębokiej samotności 
- rozpaczy. 
Czy tak może być? 
Jednak tu powinna być nadzieja. 
Wiedzieć, że jest się poznanym jako podmiot, w całym wymiarze 
swego istnienia, to znaczy wiedzieć, że jestem zrozumiany. Nawet jeśli 
Bóg mnie potępia, wiem, że mnie rozumie (Maritain [4], s. 93). 
Bóg poznaje człowieka w miłości, nas samych, mówi Maritain, i wszystkie 
te biedne istoty, o które ocieramy się, które znamy jako przedmioty 
i dostrzegamy przede wszystkim ich nikczemność. Bóg zna w człowieku 
zarówno rany, jak i ukryte zło, i ukryte piękno otrzymanej od Niego natury, 
naj mniejsze iskierki dobra i wolności (Maritain [4], s. 97). 
Dopiero miłość, konkluduje Maritain, znosi tę niemożliwość poznania 
drugiego człowieka inaczej niż jako przedmiot. Gdy mówimy, że przez 
zjednoczenie w miłości kochana przez nas istota staje się dla nas naszym 
drugim ja, mówimy, że staje się dla nas drugą podmiotowością, drugą naszą 
podmiotowością (Maritain [4], s. 97). 
Miłość staje się formalnym środkiem poznania, dane nam jest niejasne 
poznanie kochanej przez nas istoty, podobne do tego, które pozwala nam 
znać siebie. A kochana przez nas istota jest w pewnej mierze uleczona 


w wyniku tłumaczenia jej przez Janinę Fenrychową. Zdanie to w języku francuskim 
brzmi nieco inaczej: /I n'a rien qui nous detrouise autant que nos actes, quand, 
oublies puis un jour evoques par quelque relique d'autrefois, ils passent a I'etat 
d'objets, separes des sources vives da la subjectivite: meme s'ils n'ont pas ete 
specifiquement mauvais, nous ne sommes plus surs qu'ils aient ete bons et qu'on na 
sait quelle iIIusion ou impurete cachee n'a les ait gates, ces etrangers se jettent sur 
nous comme des morts sortis de nous pour porter le doute et la mort en nous. (J. 
Maritain, Court traite de I'existence et de I'existant, Paris 1947, s. 131) - "Nic nas tak 
nie niszczy jak nasze czyny, gdy zapomniane, a pewnego dnia przywołane przez jakiś 
ślad przeszłości, przychodzą do nas jako przedmioty oddzielone od żywych źródeł 
podmiotowości: nawet gdy nie były szczególnie złe, nie jesteśmy już pewni, czy były 
dobre i czy nie skalało ich jakieś złudzenie, czy ukryta nieczystość - obce spadają na 
nas jak zrodzeni w nas umarli, aby wlać w nas zwątpienie i śmierć". Ma ono więc 
wymowę bardziej refleksyjną, niż to przetłumaczone przez Janinę Fen ryc hową. 
Zachowuję jednak w tekście zdanie w tamtym tłumaczeniu, gdyż ono pokazuje inny, 
być może nie-Maritainowski aspekt sprawy. Tak także jest: nasze postępki wyparte 
z serca i myśli, zapomniane, przywołane później, nie dają się ponownie zrozumieć 
w prawdzie, już nie nasze, a jednak nasze - niosą nam zwątpienie i śmierć, i tylko 
Bóg, który jest Miłością, staje się dla nas wówczas światłem rozgrzeszenia. 


364 


I 


........
>>>
Wspólny świat twórczości 


w swej samotności, może - choć jeszcze niespokojna - spocząć na chwilę 
w schronieniu poznania, dzięki któremu znamy ją jako podmiot (Maritain 
[4], s. 97/98). 
Także z perspektywy miłości nie popełniamy wobec podmiotu zdrady, 
ujmując go jako przedmiot. Uprzedmiotowienie, uogólniając go i dostrzegając 
w nim natury poznawalne, pozwala go poznać poznaniem, które niewątpliwie 
będzie się jeszcze pogłębiało, lecz w żaden sposób nie jest niesprawiedliwe. 
Poznanie takie nie zniekształca prawdy o przedmiocie, lecz uogólnia tę 
prawdę rozumowi (Maritain [4], s. 95). 
Nie mogę mówić, że zajmuję się sztuką osób niepełnosprawnych. Mówię 
o twórczości osób niepełnosprawnych. Twórczości, tak jak ją określa 
Kępiński. 
Antoni Kępiński 66 postawę twórczą "nad", osadzoną w atmosferze 
wektora miłości "do", czyni pierwiastkiem koniecznym do życia człowieka, 
a więc powszechnym. Ta twórczość, o której mówi, to "świadoma negatywna 
entropia" - świadome wprowadzenie własnego swoistego porządku w świat 
otaczający. Można określić zakres tej interwencji: 
Pracownik zamiatający ulicę też ma poczucie aktu twórczego, gdyż prze- 
kształca część swego otoczenia według własnego planu, a więc zmienia je na 
"obraz i podobieństwo swoje", co jest istotą, jak się zdaje, każdej twórczości, 
niezależnie od tego, czy przekształcanym materiałem jest ulica zamiatacza, czy 
marmur rzeźbiarza, płótno malarza, czy czysta kartka papieru, którą trzeba 
zapełnić słowami, czy ludzie, których trzeba wychować, wyleczyć itd. (Kępiński 
[3], s. 211) 


Zjawiska, które tu śledzimy, są głębokie, tłumaczą wiele. Pozwalają 
widzieć bogactwo każdego. 
Powie ktoś, że żal. Jestem artystą, dlatego tyle miejsca poświęciłem 
relacji ze swej próby czytania Maritaina. Bo tam, według Maritaina ma być 
pełnia człowieczeństwa. Zaniedbana przez nas, a często zbrukana. Często 
zbłądziliśmy tam w dobrej wierze. Często napotkaliśmy tam niezmierzone 
cierpienie. Mam nadzieję, wierzę, że idąc razem z tymi dziećmi odnajdę świat 
sztuki. Piszę - sztuki, nie terapii przez sztukę. Sztuki, w jakiejś jej nie znanej 
mi czystości. A może, odwrotnie - sztuka, ponownie przeze mnie pojęta, 
pozwoli mi jeszcze raz odnaleźć świat tych dzieci. 


55 Profesor dr med. Antoni Kępiński (1918-1972) - myśliciel, lekarz, psychiatra, 
w ostatnich latach kierownik kliniki psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie, 
autor książek: Psychopatologia nerwic, Schizofrenia, Z psychopatologii życia 
seksualnego, Melancholia, Lęk. Psychopatie, Podstawowe zagadnienia współczesnej 
psychiatrii, Poznanie chorego, Rytm życia (patrz: Jakubik, Masłowski). 


3 65
>>>
PilJkno 


. 


Obserwowałem Niewolników Michała Anioła znajdujących się w Luwrze 
- Niewolnika umierajl/.cego i Niewolnika walczl/.cego. Obie rzeźby wykonane 
około 1513 roku już po wymalowaniu sklepienia Sykstyny (to może okazać 
się bardzo ważne). Wydaje się, że znalazłem tam dowody na to, że Michał 
Anioł, nawet, jeżeli wykonałby do nich model naturalnej wielkości, nie 
posługiwał się przy pracy żadnym narzędziem pomocniczym do przenoszenia. 
Opierając się na obserwacjach innych rzeźb Michała Anioła, szczególnie 
tych nie dokończonych, możemy próbować zrekonstruować przebieg jego 
pracy: oznaczał najpierw dłutem "duże bryły", tzn. bryły cięte z dużą rezerwą 
materiału dla późniejszego opracowania ostatecznej tektoniki. Oznaczanie 
tych brył wynikało z Jego wiedzy o przestrzennej budowie zamierzonej 
rzeźby. A może czekał na odzew kamienia? Następnie wchodził w te duże 
bryły, jak w płaskorzeźbę. Co ciekawe, patrząc na niedokończonych 
Niewolników w Muzeum Akademii Florenckiej, widzimy, że to określanie 
tych dużych brył, a następnie ich dalsze opracowywanie nie podlegało 
jakiemuś martwemu porządkowi. Wcale nie obciosywał on najpierw całej 
rzeźby z grubsza. Wchodził w kamień tak, aby stale była napięta nić łącząca 
jego zamiar wyrzeźbienia z pracą dłutem. 
Gdy wrócimy do Niewolników w Luwrze, które to rzeźby są jedynymi 
z tej grupy tzw. skończonymi, obserwując, znajdujemy tam miejsca, 
które świadczą o tym, że M ichał Anioł w pewnym momencie zorientował 
się, że nie starczy mu kamienia i zaczął skracać bryłę, stopniowo prze- 
chodząc w płaskorzeźbę. Można by teraz, po poprzednim rozumowaniu, 
dodać - znów. 
W Luwrze też oglądałem te rzeźby z takiej odległości, w jakiej rzeźbiarz 
widzi kamień w momencie kucia w nim. I tak robiłem zdjęcia. Zestawiłem je 
potem w kolejności, która pozwala nam kojarzyć je z pracą rzeźbiarza, który 
zbliża się, rzeźbi, i oddala się, kontroluje. Taka konstrukcja jest nieco 
sztuczna, oczywiście, bo mamy do czynienia z rzeźbami już zrobionymi, 
gotowymi. 
Gdybyśmy jednak zgodzili się, że oglądany obraz jest wspólny z tym, co 
widział Michał Anioł, to nasuwa się interesująca myśl, że Michał Anioł 
realizował, materializował fragmenty jakiejś olbrzymiej przestrzeni, zapeł- 
nionej formami. W tej przestrzeni rozgrywał się jakiś fascynujący, potężny 
w swej dynamice spektakl, podobny do tego, który widzimy namalowany na 
ścianie Kaplicy Sykstyńskiej jako Sl/.d Ostateczny. 
To skracanie obrazu rzeźbionego, bo kamień kończy się, świadczy 
o istnieniu tego świata burzliwego, którego obraz został jakby utajniony, 


366
>>>
- 
Wspólny świst twórczości 


w innym jednak aspekcie. Tu byłoby to wizją obrazów zaczepionych jakby 
tylko na kawałkach kamienia. M ichał Anioł zaskoczony rzeczywistością 
"mówi w pośpiechu" to, co widzi olbrzymie i bez końca. Albo też wiąże 
kamień z jakąś większą od niego rzeczywistością. 
Przypomina się tu Pieta Rondanini. Ostatnia rzeźba, gdzie kamień 
to tylko tworzywo - najbardziej to tu widać. Michał Anioł tnie w nim 
tak swobodnie, jak szkicuje na papierze. Widać to tu wyraźnie. W czasie 
pracy zmienił koncepcję i być może już bez żadnego szkicu zaczął 
przerabiać rzeźbę, zmieniać układ brył. Swiadczą też o tym ślady rysów 
twarzy na powierzchni obecnych głów. Wydaje się, że ta ostatnia rzeźba 
wynika wprost z tej wizji świata większego, dynamiczniejszego niż kamień 
dany do wyrzeźbienia. A może inaczej - z niepokoju o obraz świata, 
który artysta dotyka. 
Inna rzeźba - z młodości. Krucyfiks drewniany, 132 cm, wykonany 
prawdopodobnie w latach 1492-1493 i odnaleziony w 1963 roku przez 
p. Margrit Lisner i przypisany chyba słusznie Michałowi Aniołowi (obecnie 
znajduje się w Casa Buonarotti we Florencji). Mamy tu spokój. Spokój, 
który odnajdujemy w ostatnich rysunkach Michała Anioła. Może to być 
spokój wiedzy o tym, czego nie da się zgłębić do końca. M ożna tylko 
próbować. 
Mam jeszcze jedną nadzieję i cieszyłbym się, gdybym potrafił ją 
usprawiedliwić. Jest to wiara w to, że niedoskonałość zmysłów i samego 
rozumu poznającego u człowieka niepełnosprawnego nie ma nic wspólnego 
z niezmienną doskonałością Rozumu Oświecającego - dla każdego z nas 
indywidualnego, dla każdego innego, światła ożywiającego nasze człowie- 
czeństwo. To jest głęboka nadzieja, którą przyniosła mi lektura Jacques'a 
Maritaina.
>>>
PEWNEGO RAZU NA SPACERZE 


WSTĘP DO KATALOGU WYSTAWY MARIANA STĘPAKA, 
TORUf..I, 6 KWIETNIA 1987 


"Pewnego razu na spacerze Ma-tsy Po-czang zobaczyli odlatujące 
dzikie gęsi. 
- Co to jest - zapytał Ma-tsy. 
- Dzikie gęsi - odparł Po-czang. 
- Dokąd lecą? - spytał Ma-tsy. 
- Już odleciały - odpowiedział Po-czang. 
Nagle Ma-tsy złapał Po-czanga za nos i tak mu go wykręcił, że ten aż 
zawył z bólu. 
- Jak w ogóle gęsi mogą odlecieć - wykrzyknął Ma-tsy". 
"W Szobogenzo czytamy: 
Ryba płynie i płynie, ale nigdy nie dopływa do końca wody. Ptak leci 
i leci, ale nigdy nie dolatuje do końca nieba. Od najdawniejszych czasów nie 
zdarzyło się, żeby ryba wypłynęła z wody ani żeby ptak wyleciał z nieba. Ale, 
gdy ryba chce tylko trochę popływać, przepływa tylko trochę wody. A gdy 
chce dużo przepłynąć, przepływa dużo wody. Krańcem głowy jest zawsze na 
krawędzi (swej przestrzeni). Gdyby raz tę krawędź przekroczyła, zginęłaby. 
I tak samo ptak. 
Woda jest życiem ryby, a niebo jest życiem ptaka. A zarazem - ptak i ryba 
zależą od życia. Istnieje więc ryba, woda i życie i wszystkie trzy się tworzą 
wzajemnie. 
Ale gdyby jakiś ptak chciał sprawdzić najpierw, jak daleko sięga niebo, 
a dopiero potem popróbował latać, gdyby jakaś ryba chciała najpierw 
sprawdzić, jak daleko sięga woda, a dopiero potem popróbowała pływać, 
nigdy sobie nie dadzą rady - ryba w wodzie ani ptak w powietrzu" (Watts). 
Prace pochodzące z cyklu MATKA są przykładem emocji szczególnej. Czy 
zauważyłbym to piękno w tych starych rzeczach, gdyby nie było związane 
z moją mamą? Czy zauważyłbym to piękno, gdybym nie wyrósł w tym domu, 
który jest przesiąknięty tą osobą? (M. Stępak - tekst do własnej wystawy 
- Poznań 1985) 


368 


... 


---iII
>>>
Pewnego razu na spacerze 


Pytanie szczególne - czy wobec tego Całun Turyński jest całą męką 
Chrystusa? 
Po cyklu MATKA Stępak napiął na ramy kawałek kolorowego kretonu 
i namalował na nim wnętrze swojego domu. Jego żona lubi kolorowe 
kretonowe sukienki. Wszystkim gościom w domu Stępaków bardzo się ten 
obraz podoba i zawsze go w tym domu chwalą. Czy chwali się dom dlatego, 
że jest, czy też dom jest dlatego, że jest chwalony? 
"Na pytanie o sens buddyzmu Ts'ui-wei odpowiedział: - Poczekaj, aż 
nikogo tu nie będzie. Wtedy ci powiem. - Po jakimś czasie mnich znów 
podszedł do niego mówiąc: - Nikogo tu nie ma. Odpowiedz mi, proszę. 
- Ts'ui-wei zaprowadził go do ogrodu i pokazał mu w milczeniu gaj 
bambusowy. M nich dalej nie rozumiał, więc Ts'ui-wei rzekł w końcu: - Oto 
wysoki bambus, a obok niskil" (Watts).
>>>
WSPOMNIENIE O REGINIE 


[w:] REGINA ST{PAK-BoRYSEWICZ, 
8.06.1955-4.02.1991, ZESZYT PAMIĄTKOWY 


Odkładałem to wspomnienie. Nie miałem czasu. Wydawało mi Się, że 
wystarczy siąść i cokolwiek napiszę, to będzie dobre. Bo przecież wcale nie 
muszę zastanawiać się, chcąc coś pomyśleć, czy napisać o Reginie. To 
bardzo dziwne, że ktoś może tak mocno wpisać się w drugie życie, będąc 
w końcu obok. Punkty istotne? Może raczej zdumienia? 
Pracownia: studentka, która rzeźbi "istotnie". To, co istotne. Właśnie to, 
o co mi idzie. Odpowiada na moją myśl. Wyprzedza ją i rozwija. Jest 
niezwykle twórcza. Z moich uwag często czysto technicznych, czyni 
problemy ekspresji, wrażliwości, zdumiewające mnie swoją odwagą wobec 
moich "malutkich problemów statyki czy topografii". 
Jestem zdumiony. A potem, wiele lat potem powie - wiesz, zupełnie nie 
wiedziałam o co tobie szło. Coś takiego chyba. I jakoś tak boję się. Ona 
wszystko robiła tak, jakby wyprzedzała myśl. Już teraz pewno nie usłyszę: 
wiesz, zupełnie nie wiedziałam o co szło. Mój związek z Reginą, jako artystką 
był krótki. Tyle co wstępne dwa lata rzeźby. Potem wybrała grafikę. 
Dlaczego pojechała ze mną do Ewy P. (...)? Nie wiem. Tylko była taka 
chwila że Ewie trzeba było zrobić zastrzyk. Zupełnie pogubiłem się, nie 
wiedząc, o co chodzi, a tu Regina błyskawicznie, fachowo to zrobiła. Nie 
wiem, czy wtedy przyznała się, że sama sobie robi zastrzyki z powodu 
cukrzycy. Potem jedliśmy obiad w restauracji. 
laski - pierwszy wyjazd. Komiczny, bo jechaliśmy we dwoje tylko 
i w Kutnie chcieliśmy coś zjeść. Akurat sklepy zupełnie wydmuchało. 
"Planeta Małp". Siady po cywilizacji. Ale w laskach groźne sprawy. 
Okazało się, że Regina jest, delikatnie mówiąc "antyklerykalna", a tu akurat 
było w domu rekolekcyjnym nieustające nabożeństwo do Matki Boskiej 
Fatimskiej. Przeżywała to mocno. W pokoju kopciliśmy wszyscy papierosy 
- studenci, którzy ze mną byli (po raz któryś łamałem długi czas niepalenia). 
laski - po raz drugi. Marian w Laskach. Marian, którego właściwie nie 
było - podobno cały czas spał, jak mówiła Regina. 


370
>>>
Wspomnienie o Reginie 


Piszę te błyski cały czas wołając w sobie - a gdzie wartości? Czy wtedy, 
gdy trzeba było przejŚĆ przez płot na łące w laskach i Regina, raczej 
okrągława uznała, że nie da rady - "raczej się przeturla"? Czy te poważne, 
mój Boże, rozmowy już nad Wisłą, gdy w przerwie między zajęciami 
uciekałem do niej, pogadać w słońcu i z lekkim przerażeniem patrzałem, jak 
niewidoma rozpala węglową westfalkę? Ona strasznie poważnie traktowała 
rozmowy ze mną, tak mi powtarzano, a ja gdy z nią mówiłem, to raczej 
uciekałem może gdzieś w bok. Chciałem, aby się śmiała, ale bardziej bałem 
się co ona w tej chwili o mnie myśli. Tak głęboko i na serio żyła. Pasją? 
Smiechem? Rozśmieszyć? Rozzłościć? Nie, to nie to. Każde zetknięcie się 
z Nią było na serio. Każdy głupi żart był "na serio". 
No tak. Nie wiem, co pisać dalej. Piszę to nad Wisłą. Zabrnąłem. Wybacz 
Regina, trochę tu zgłupiałem. Można zakończyć efektownie - "Wiesz, 
zupełnie nie wiedziałem, o co Tobie szło"? Albo może to, co wpisałem 
Marianowi do katalogu: "Pewnego razu na spacerze Ma-tsy i Po-czang 
zobaczyli odlatujące dzikie gęsi [...]". 


. 


Bycie drugiego człowieka. Człowieka, który wierzy. Nie wiadomo czemu? 
Ale tą swoją wiarą zobowiązuje, nie pozwala upaść. Troska, aby nie "zmalić 
się" przy Niej. Swoim życiem stawiała nieustanne wymagania. Obojętnie 
gdzie była. Stawiała natarczywe pytania. 
Wierzyła w Boga.
>>>
SŁOWO WSTĘPNE 


[w:] PLASTYKA I POEZJA STEFANA WOJCIECHOWSKIEGO, 
KUJAWSKO-POMORSKIE TOWARZYSTWO KULTURALNE 
I BIURO WYSTAW ARTYSTYCZNYCH W BYDGOSZCZY, 
BYDGOSZCZ 1975 


Stefan Wojciechowski notuje za Francisco Nieva (Nowa Kastylia): L 'idea' 
en art est de donnef une image saturee du monde (Rzeczą idealną w sztuce 
jest dać nasycony obraz świata). 
Sam pisze: "Sztuka obrazowa staje się najbardziej interpretująca, bo 
transponująca namacalną trójwymiarowość na namacalną dwuwymiaro- 
wość, dająca jednak jej wyobrażenie od prostego znakowania do zupełnej 
iluzji wraz z całym "międzysłowiem plastycznym". 
I gdzie indziej: "Nawet wizje plastycznie rzekomo autentycznie abstrak- 
cyjne są zawsze odbiciem zapamiętanych obrazów; plam, czy form. Możliwie, 
że skomponowanych woluntarycznie, choć nie jest pewne, czy nie są to 
uproszczone, zsyntetyzowane ad u'timum obrazy, pierwotnie bardzo kon- 
kretne" , 
Cytaty te nie mają tłumaczyć pokazanych obrazów, tak jak obrazy nie są 
ilustracją wierszy. Jest w pismach Wojciechowskiego taki szkic: "Na 
przystanku lśniły jaskrawą tęczą na mokrym asfalcie ślady postojów 
autobusów. Takie pawiookie wizytówki: byłyśmy, nie zastałyśmy, pojechałyś- 
my. Przypominał sobie, że coś o tym słyszał w szkole, kolory indyferencyjne, 
barwy cienkich błon". Wydaje się, że jeżeli pojmiemy ten szkic jak najszerzej, 
to powie on nam najwięcej. 
Zestaw prac olejnych miał pokazać bieg myśli, jej powroty. Podziały nie 
są podziałami Stefana Wojciechowskiego, ale tak mogła biec jego myśl. Inne 
uszeregowanie narzuciłoby z pewnością inne związki. 
Istnieje przeszło sto skatalogowanych obrazów olejnych, kilkakrotnie 
więcej rysunków, gwaszów itp., polichromie ścienne oraz teksty równoważne 
obrazom rysowanym czy malowanym. 


372
>>>
POEZJA KONKRETNA - SZTUKA MEDYTACJI 


"WALKA MŁODYCH", 12.12.1976, WARSZAWA 


Od pewnego czasu spotykamy się z określeniem "poezja konkretna". 
W latach sześćdziesiątych w Polsce Stanisław Dróżdż zaczął wykonywać tak 
nazwane przez siebie "pojęciokształty". Były to znaki pisarskie zestawiane 
w układy, które miały oddziaływać na odbiorcę nie przez swoją funkcję 
budulca słowa pisanego, ale przez zestawienie w różnych grupach tego 
wszystkiego, co wiemy o użytych znakach. W "poezji konkretnej" spotykamy 
się też z pojedynczymi słowami pozbawionymi towarzystwa innych słów, 
które mogłyby tworzyć razem z nimi zdanie. Tu na reakcję odbiorcy ma się 
składać to wszystko, co o danym słowie i jego znaczeniu wiemy. "Poeci 
konkretni" używają także znaków tradycyjnie plastycznych, z całego ich 
znanego zasobu. 
lan Hamilton Finley, artysta szkocki, pokazał kiedyś rysunki, które można 
było uważać za szkutnicze rysunki kutrów rybackich czy jachtów żaglowych. 
Znów szło prawdopodobnie o przywołanie w nas tego wszystkiego, co 
wiemy o statkach, o ich budowie, o morzu, o pięknie żaglowca. Przypomina 
mi się dość mało badany przez historyków sztuki, a zupełnie pominięty 
w podręcznikach rozdział malarstwa. Myślę o portretach statków malowa- 
nych głównie na zamówienie armatorów. Te piękne, hieratyczne obrazy 
żaglowców czasem możemy u nas oglądać w miesięczniku "Morze". 
Właśnie anonimowość sytuacji, w której przedstawione są te portrety 
okrętów, upodabnia je do statków Finleya i do "poezji konkretnej". Ta 
anonimowość daje nam szansę myślenia o wszystkim, co wiemy o statku 
żaglowym i co jego obraz wywołuje w naszej pamięci. Pobudza nas do 
medytacji o morzu, statkach, żaglach, historii i o wielu różnych rzeczach, 
które nasz umysł zanotował pod hasłem żaglowiec. 
"Poezja konkretna". Bez wątpienia mamy do czynienia z czymś zupełnie 
nowym w sztuce w porównaniu z tym, do czego przywykliśmy. Pomagało 
nam odkryć zapoznane skarby naszej kultury i nobilitować je. Pomaga to 
nam też nawiązać kontakt z inną kulturą. Jest taki obszar sztuki, który 
wydaje się być bardzo bliski współczesnej nam "poezji konkretnej". Sztuka 


3 73
>>>
Piękno 


ZEN - medytacja. Sztuka japońska oparta na kaligrafii, wychodząca 
z umiejętności malowania znaków pisarskich, ale nie ograniczająca się tylko 
do nich. Także człowiek, pejzaż, sytuacja. Znaki symboliczne. Znak stawiany 
przez artystę ma być pomostem wiodącym do świata kontemplacji. Tak to 
odczuwam. W 1968 roku we Wrocławiu, w Galerii pod Moną Lisą Koji 
Kamoji (japoński artysta mieszkający w Polsce) tłumaczył licznym słucha- 
czom, że jego reliefy przypominające prace J. Arpa, pomalowane jednostajnie 
na biało, nie mogą być badane w kategoriach kompozycji płaszczyzn i brył. 
Są to obiekty kontemplacji. Mówił wówczas o ogródku japońskim, który jest 
właśnie po to, aby stworzyć przestrzeń do kontemplacji. 
Poznajemy bardzo skomplikowaną i bogatą budowlę nazywaną sztuką. 
Składa się ona z różnych cegieł. Czasem wydaje się komuś, że mógłby którąś 
z nich usunąć, bo jej przeznaczenie i kształt są niezrozumiałe. Gdyby to 
uczyniono, gmach sztuki groziłby ruiną. Byłby dziurawy i niebezpieczny. 
Sztuka to człowieczeństwo w tym, co przeciwne złu, zniszczeniu. Jest to 
różnorodność i bogactwo i to, co łączy. Często mówi o sprawach bardzo 
trudnych. 
Napisałem to z okazji wystawy czeskiej i słowackiej "poezji konkretnej" 
sprowadzonej do Polski przez Stanisława Dróżdża i pokazanej w Toruniu 
w podziemiach Kamienicy pod Gwiazdą. Poprzednio można ją było oglądać 
w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. W Toruniu towarzyszyła akcji 
"Punkt" zorganizowanej przez Jerzego Ludwińskiego w ramach Ogólno- 
polskiego Festiwalu Teatru Jednego Aktora w Toruniu w 1976 roku.
>>>
RYSUNEK 


[w:] MIROSŁAW KOCOŁ, LISTY, 
GALERIA "NAD WISŁĄ", 
TORUŃ, GRUDZIEŃ 1997 


"Rysunek" w języku polskim pochodzi od słowa "rys" - ślad jakiegoś 
narzędzia, co później przyjęło też znaczenie - " charakterystyczna cecha". 
Po francusku czytamy: dessin - rysunek, dessein - znaczy zamiar, obydwa 
pochodzą z jednego pnia - włoskiego disegno. Patrząc na rysunki Kocoła, 
które są częścią jego listów, myślę wszakże jeszcze o czym innym... 
Człowiek pisząc stawia znaki - te znaki składają się nam w słowa, które 
oznaczają pojęcia - te pojęcia łączą się w zdania - sądy. Pisząc, znaczymy 
papier śladami po to, aby "zakląć" w nich jakąś myśl. Chcemy komuś coś 
powiedzieć, chcemy coś zapamiętać. Ale możemy też tę myśl przekazać, 
zapamiętać niekoniecznie w znakach mających swój początek w literach. 
W rysunku. 
Rysunek przynależy do trybu poznania określanego przez Jacques'a 
Maritaina jako poznanie poetyckie. 
Artysta upodabnia rzeczywistość świata do siebie i zanim powezmle 
o tym sąd dyskursywny - stworzy rysunek. Pozostawi ślad - charakterys- 
tyczną cechę. 
Zamierza nawiązać z adresatem swego listu kontakt najściślejszy, 
najbardziej podstawowy - przez upodobnienie. Zaprasza czytelnika do 
współprzeżywania świata. 
Myśląc o rysunkach w listach myśli się przede wszystkim o van Goghu, 
Józefie Czapskim. To wielkie ślady. 


375
>>>
ARCHITEKTURA BEZ ARCHITEKTOW 
- PROBLEM DĘBOWEJ GORY 


"ARCHITEKTURA", NR 6, WARSZAWA 1984 


Człowiek nie tyle winien bat się przeludnienia na ziemskim globie, 
co własnych uczut lęku i nienawi
ci prowadzllcych z reguły 
do ograniczenia jego przestrzeni przeżywanej. 
(Kępiński [2]) 


W drugiej połowie XIX wieku rozpoczął się kryzys "mieszkania" nie tylko 
w sensie ilościowym (zaspokojenia potrzeb siły roboczej), ale także pod 
względem statusu człowieka w społeczeństwie. 
To, co zaczęło się wówczas, obecnie przyjęło, przynajmniej dla nas, obraz 
często nieznośny, chociaż zapewne mający swoje przyczyny daleko poza 
architekturą. "Czy człowiekowi dano prawo być podmiotem architektury, 
a mówiąc dalej, społeczeństwa?" Twórcy wystawy Terra-1 wręcz domagali 
się, aby mieszkańcy wielkich osiedli byli rygorystycznie podporządkowani 
wizji estetycznej architekta, urbanisty, który projektuje kilkudziesięcio- 
tysięczne osiedle. 
W drugiej połowie XIX wieku zaczyna się kulminacja zjawiska nazywa- 
nego rewolucją architektoniczną. Ta kulminacja trwa prawdopodobnie do 
dziś, a może przeżywamy koniec jakiegoś jej etapu. Sądzę, że była ona 
związana z pewnym zafascynowaniem możliwością sterowania życiem zza 
biurka, zza pulpitu, zza stołu człowieka tworzącego na papierze wizje 
społeczne. Odbyło się to w wielu dziedzinach, miało odbicie w wielu 
teoriach społecznych. Jedne zostały zrealizowane w większym, inne 
w mniejszym stopniu, jedne skończyły się katastrofą, inne trwają i rozwijają 
się. Wydaje się, że zwrócenie się ku człowiekowi z całym aparatem 
maszynizmu, uprzemysłowienia, teorii było konieczne. Jan Paweł II wen- 
cyklice Laborem Excersens mówi o podobnym zagadnieniu ujmując je 
w o wiele szerszym planie: 


376
>>>
Architektura bez architektów - problem Dębowej Góry 


Ze względu na [on] nieprawidłowość [w procesie rozwoju pracy - A. W.] 
o wielkim zasięgu zrodziła się w wieku ubiegłym tak zwana kwestia robotnicza, 
określana czasem jako "kwestia proletariacka". Kwestia ta - razem z problemami, 
które się z nią łączą - stają się źródłem słusznej reakcji społecznej: wyzwoliła 
wielki zryw solidarności pomiędzy ludźmi pracy, a przede wszystkim pomiędzy 
pracownikami przemysłu [u.]. Była to reakcja przeciw degradacji człowieka jako 
podmiotu pracy, połączonej z niesłychanym wyzyskiem w dziedzinie zarobków, 
warunków pracy i troski o osobę pracownika, która połączyła świat robotniczy 
we wspólnocie wielkiej solidarności [m]. Była to słuszna z punktu widzenia 
moralności społecznej reakcja na cały system niesprawiedliwości, krzywdy 
wołającej o pomstę do nieba [.u], jaki ciążył nad człowiekiem w okresie 
gwałtownej Industrializacji [...]. [Jednakże] poszczególne systemy ideologiczne, 
lub systemy władzy oraz nowe układy, jakie zaistniały na różnych poziomach 
współżycia ludzkiego pozwoliły przetrwać rażącym niesprawiedliwościom, lub 
też wytworzyły nowe ich formy. 


Architektura współczesna od drugiej polowy XIX wieku sprowadzała się 
często do pewnego dyktatu narzuconego kilkudziesięciotysięcznym społecz- 
nościom przez jeden zespól. Mało tego - do tego dyktatu dołącza się 
nierzadko dyktat systemu społecznego. Ponieważ jestem rzeźbiarzem, zadaję 
sobie pytanie, czy narzucona estetyka może dać coś współczesnemu 
człowiekowi? Wydaje się, że stoimy wobec konieczności, kolejnej po 
dziewiętnastowiecznej, rewolucji społecznej. 
Casus Dębowej Góry jest jakby wypreparowanym laboratoryjnie prob- 
lemem. Jest to dzikie osiedle powstałe zapewne poza działaniami władz 
miejskich i architektonicznych w latach trzydziestych. M oże na początku był 
to rodzaj bidonville, osiedla bezrobotnych I bezdomnych, które jednak do tej 
pory istnieje i rozwija się bez żadnej kontroli architektonicznej. Jest to 
wydma, na której ludzie budują sobie domki mieszkania, przypuszczalnie na 
zasadzie wzajemnych porozumień terytorialnych, tak jak chcą. Ci ludzie są 
już często zamożniejsi, nie są bezrobotni, ale nadal tam żyją i nadal tworzą. 
Niektórzy z nich mają samochody. Nie chcą się wyprowadzać. Osiedlu grozi 
zagłada, bo miasto chce je zlikwidować. W opinii pozostałej społeczności 
miasta jest to wrzód i siedlisko nędzy, a szczególnie - przestępstwa. 
Z daleka osiedle robi dziwne wrażenie chaotycznego nagromadzenia 
walących się bud. Gdy jednak wchodzimy do wnętrza między domki, 
napotykamy na rzeczy i wnętrza zupełnie fascynujące: zupełnie inny świat. 
Miłe zakątki, zadbane, pełne zieleni i kwiatów. Kolorowe ściany, płoty, 
czasem rodzaje fantazji architektonicznych w najmniejszej skali. Przede 
wszystkim dużo zieleni i kwiatów. Podobne miejsca widziałem na Lazurowym 
Wybrzeżu. Czasem przypomina to architekturę miasta znaną z japońskich 
filmów. Gąszcz, w którym życie toczy się zupełnie swobodnie, jakby od 
środka. Wielu mieszkańców Dębowej Góry wydaje się kochać to miejsce, 


377
>>>
Pi,kno 


a może chciałoby je kochać i dlatego co roku odmalowują ściany, płoty, 
pielęgnują kwiaty. Wśród tych, którzy głównie chcieliby to miejsce opuścić, 
przeważają kobiety, bo nie ma tam takich podstawowych, dostępnych 
w blokach komfortów, jak łazienka, kanalizacja itd. Scieżka jest tak wąziutka, 
że czasem nie mogą się minąć dwie osoby, prowadzi w zupełnie nie- 
spodziewane zakamarki. 
Za płotem kolorowe wnętrze, ciekawy układ przypadkowych brył. 
Przeważnie zadbane, zamiecione podwórka. Właściwie anatomia ludzkiego 
mieszkania. M oże mury rosły tak, jak poruszali się mieszkańcy, jak zaznaczali 
swoimi ruchami funkcje tego miejsca. Nałożyły się tu naturalne funkcje 
i potrzeby wszystkich członków rodziny, a może także zwierząt domowych. 
Oczy mieszkańców wyznaczały formy i kolory tego miejsca. Oczywiście, 
wszystko to jest również ograniczone ich możliwościami materialnymi. 
Ludzie budują na odległość swojej ręki. Strop jest również na wysokości 
ręki, tak że nie trzeba robić rusztowania, aby go zbudować. Gdy rodzina 
powiększa się - burzy się ścianę i dostawia następne pomieszczenie. 
Dębowa Góra staje się niezwykle ważnym problemem. Jakie wartości 
człowiek tam uchronił i o jakie wartości może trzeba będzie walczyć? 
Wystąpiły tam wartości, które ludzie w tej biedzie uznali za ważne. Co roku 
malują płot na inne kolory, jest to ważniejsze niż troska o komfortową 
łazienkę. Choć gdyby mogli, mieli możliwości materialne i poczucie stabilizacji 
na tym miejscu, to pewnie znalazłaby się tam łazienka i hydrofor. 
Pojawia się w tym miejscu problem twórczości. Czym jest twórczość? 
O twórczości w sposób pełny, nawet dramatyczny mówi w swych pracach 
Antoni Kępiński. Nie dopuszcza schematów, ucieczek w nęcące spekulacje, 
pokazuje dramat złożoności kondycji I.udzkiej. Antoni Kępiński wprowadza 
pojęcie metabolizmu informacyjnego. 


Różnica gatunkowa między człowiekiem a najwyższym i nawet zwierzętami 
tkwi właśnie w metabolizmie informacyjnym, a nie energetycznym. I w nim też 
głównie dokonuje się ewolucja człowieka. W ciągu całego życia człowieka, a nie 
tylko w jego młodości tworzą się nowe struktury czynnościowe metabolizmu 
informacyjnego. Dzięki temu człowiek stale się rozwija. 
W wielkim skrócie można powiedzieć, że jest to po prostu wymiana 
informacji. Jeśli metabolizm energetyczny - wymiana energii - jest 
warunkiem życia, to takim samym warunkiem życia jest wymiana informacji 
- metabolizm informacyjny. Istnieją dwa prawa biologiczne: prawo za- 
chowania życia i prawo zachowania gatunku. 
Metabolizm informacyjny człowieka oczywiście należy do prawa za- 
chowania życia, ale wydaje się bardziejzwiązany z prawem zachowania 
gatunku, gdyż dotyczy wartości i wzorców kulturowych. U człowieka 


378
>>>
Architektura bez architektów - problem D
bowej Góry 


w porównaniu ze światem zwierzęcym nastąpił jakby przerost metabolizmu 
informacyjnego. 
Metabolizm informacyjny człowieka jest znacznie bogatszy niż jego potrzeby 
biologiczne, toteż biologiczna hierarchia wartości już nie wystarcza. Człowiek 
pozbawiony wzorców kulturowych zgubiłby się w chaosie informacji do 
niego docierających i w chaosie własnych możliwości tworzenia struktur 
czynnościowych. 


Z drugim prawem biologicznym wląze się, jak to Kępiński nazywa, 
rzutowanie w przyszłość - zdolność przewidywania, nadzieja, że ze śmiercią 
nie wszystko się kończy. Ludzka aktywność rozgrywa się w trzech pod- 
stawowych wektorach - postawach uczuciowych "do", "od" i w postawie 
twórczej "nad". Otoczenie, które umożliwia realizację postawy "nad" jest 
otoczeniem przyciągającym, a to, które uniemożliwia jej realizację, jest 
otoczeniem odpychającym, od którego człowiek chce uciec lub je zniszczyć. 
Tak więc widzimy, że jest ścisły związek między postawą "do" i "nad". 
Zbliżenie do otoczenia pozwala na twórczość, a możliwość twórczości 
w otoczeniu zbliża do niego. 
Twórczość realizuje się w pracy. Zdanie, które teraz przytoczę wydaje mi 
się fundamentalne dla rozważań, które tu snujemy: 
Pracownik zamiatający ulicę też ma poczucie aktu twórczego, gdyż prze- 
kształca część swego otoczenie według własnego planu, więc zmienia je 
na "obraz i podobieństwo swoje", co jest istotą, jak się zdaje, każdej 
twórczości, niezależnie od tego, czy przekształcanym materiałem jest ulica 
zamiatacza, czy marmur rzeźbiarza, płótno malarza, czy czysta kartka papieru, 
którą trzeba zapełnić słowami, czy ludzie, których trzeba wychować, wyleczyć 
itd. (Kępiński [3]) 
Czy może zdarzyć się, że zamiatacz nie będzie mógł poruszać miotłą 
według swojego własnego porządku? Jeśli odpowiemy twierdząco, to 
uznamy granicę, którą jest całkowity brak twórczości, postawy "nad". 
Sądzimy też, że nie będzie tam też postawy "do" i "od". A przecież człowiek 
nie może obejść się bez pracy. W aktywności twórczej - wektorze "nad" 
- człowiek stara się narzucić własny porządek otoczeniu, przekształcić je 
według własnego planu. 
Jest to postawa swoiście ludzka. Dzięki niej powstaje kultura i dzięki niej 
człowiek wychodzi poza zakres swego konkretnego życia (dziedziczność 
kulturowa i transcendentne dążenie człowieka. Zmiana świata nie jest 
jednak zadaniem łatwym, a w realizacji postawy "nad" człowiek napotyka 
silny opór otoczenia. 
Natura ludzka nie znosi spoczynku. Człowiek musi dążyć do celu - może 
tego dokonywać w przestrzeni otwartej, pozwalającej na realizację postawy 


379
>>>
Pi'Jkno 


"nad". Jeżeli architektura za sprawą jednego człowieka wkracza w życie 
drugiego człowieka, w rejony bardzo intymne, rejony twórczości, w problemy 
piękna, estetyki, poczucia ładu, to narzuca mu określony sposób życia. 
Pojawia się tu trudne, z punktu widzenia społecznego, pytanie o model, 
w którym człowiek ma funkcjonować. Czy obecnie nie stoimy bardziej 
wobec naginania człowieka do pewnej wizji społeczeństwa (w ogóle 
i w szczególe - tym drugim byłaby wizja społeczeństwa sformułowana przez 
zespół urbanistów i architektów) niż wobec zapewnienia mu twórczej 
obecności w tym społeczeństwie? Wydawać by się mogło, że są to 
nieznaczące drobiazgi wobec szeroko zarysowanego problemu. Na osiedlu 
Rubinkowo w Toruniu, na obszernych przestrzeniach przyblokowych zaczęto 
przez dwa ostatnie lata zakładać ogródki działkowe dla mieszkańców. Po 
znikomości tych ogródków można sądzić, że jednak władze osiedla dały się 
zwyciężyć "estetom" najprawdopodobniej zazdroszczącym sąsiadom ich 
ogródków ("pies ogrodnika") i zaczęły wydawać pozwolenia ostrożnie. Jak 
wielkie to ma jednak znaczenie dla opisywanych tu zjawisk? Nawet gdy nie 
uprawiam ogródka, to śledzę wzrost roślin, konkurencję sąsiadujących ze 
sobą ogrodników: uczestniczę w twórczości. Gdy ogródka nie ma, jestem 
sterowanym przez projektantów przechodniem wśród jałowych trawników 
na drodze z autobusu czy tramwaju do mieszkania z telewizorem w wielo- 
piętrowym bloku. Jak wobec tego postępować? Dębowa Góra w Toruniu 
jest tworem, który rośnie sam. Uwarunkowania zewnętrzne są takiej natury, 
że są akcentowane w prostych kontaktach między ludźmi. Nie istnieją 
nakazy, zakazy; sąsiad jakoś się z sąsiadem dogada o działkę, nie ma tam 
architekta wojewódzkiego, plastyka wojewódzkiego - na szczęście. Nikt nie 
mówi, że ma się tam coś namalować... Ci ludzie żyją. Ktoś powie, że żyją 
w strasznych warunkach. Ale wielu z nich nie chce tego miejsca opuścić. I tu 
należy rozróżnić skalę ocen strasznych warunków życia. Są subiektywne 
oceny widza, który na przykład nie wyobraża sobie życia bez wyasfaltowanej 
ścieżki. I są straszne warunki, gdzie już nie ma żadnej nadziei. Dnia 30 marca 
1984 roku w "Gazecie Toruńskiej" przeczytałem notatkę Saga rodziny... 
tragicznej. 
Pokój niewielki, od środka sufit podpierany belkami, grożący zawalaniem. 
W pokoju cztery osoby. Matka i trzech nastoletnich chłopców. Łóżka nie 
mieszczą się tutaj dla wszystkich - śpią wiec razem. Zimno i wilgoć, deszcz 
zacina niczym w szałasie. Matka trojga dzieci jest tu głową rodziny, bezradna, 
zagubiona. Chora - i co pewien czas przebywa w szpitalu. Mąż już dawno 
opuścił ją i dzieci [.u]. Kiedy szła ciężko chora do szpitala, dzieci wędrowały do 
placówki opiekuńczej [u.], gdy tylko dowiadywały się, że matka jest już w domu, 
uciekały do niej. Tam jest dobrze, ale my chcemy z mamą - mówiły. 


380
>>>
Architektura bez architekt6w - problem DfJbowej G6ry 


Odszukałem tę kobietę. M ieszkała w rejonie Dębowej Góry. Jeżeli można 
znaleźć człowieka bez nadziei, to być może była nim ona. Strop komórki, 
w której mieszkają wali się. W nocy budzą się ze strachem nasłuchując 
szelestu wody. Podłoga - klepisko, ściany popękane i czarne. Młoda, około 
czterdziestoletnia kobieta u kresu wytrzymałości. Co jakiś czas jest pacjentką 
szpitala dla nerwowo chorych. Ostatnio trafiła tam, bo nie mogła już 
sprostać sytuacji - jak tłumaczy. Synowie - 17, 16 i 14 lat. Starsi rzucili 
szkolę i zaczęli uczyć się rzemiosła. Najmłodszy widzi jednym okiem tylko 
w 70 procentach. Drugie niewidome: zezuje. Boi się rówieśników, którzy 
śmieją się z niego. Matka mówi, że często w czwórkę płaczą nad swoim 
losem bez młodości i słońca. Jak się tu znaleźli? Otóż przygarnęli ich 
właściciele domku (jednej izby z kuchnią i z tą właśnie przybudówką, gdzie 
mieszka Józefa Ch.: domek zbudowany z najtańszych materiałów, stropy 
z desek "obrzynków". Nie tylko tolerują brak regularnych wpłat omówionego 
czynszu, ale jeszcze często wspomagają Józefę Ch. materialnie. Są to 
renciści. Wspólnie, z dodatkami na dzieci mają około 15 tysięcy złotych 
renty. Pięcioro dzieci, z których tylko najstarszy, kaleka, pracuje. Bieda 
przygarnęła biedę. Pytam, czy przeszliby do bloków. Wahają się: tu mają 
trochę ziemi, króliki, kury i tak mogą żyć. W blokach może by nie dali rady się 
utrzymać. Sięgając do rozważań Kępińskiego, być może jest to już sytuacja, 
gdzie zbliża się moment zaniku zarówno postawy "do", jak i "od". Matka nie 
ma już może wyboru i kierunku "zamiatania miotłą zamiatacza ulic" 
Kępińskiego. Straszna konstatacja. Józefa Ch. jeszcze dba o swój wygląd. 
Jeszcze walczy. Jak długo? 
Czy jest to oskarżeniem Dębowej Góry, czy czego innego? Stoimy tu 
u początku dziewiętnastowiecznej walki o godne mieszkanie człowieka. 
Wobec tego można krzyczeć: czemu tak mało bloków? Czemu nie buduje się 
metrów kwadratowych z prymitywnymi kuchniami, bez wind? Czemu nie 
buduje się czegokolwiek? Szklane domy Żeromskiego! Z konstatacji takich 
warunków wyszli Le Corbusier, Gropius i inni. Usunąć nędzę. Uznać 
obecność najbiedniejszych i budować dla nich. Z całym aparatem wspólnych 
służb. Pierwsze osiedla społeczne w latach trzydziestych w Polsce miały 
bardzo ograniczony standard. Byliśmy w czołówce Europy w rozwiązywaniu 
problemu ekonomicznego mieszkania, dzięki realizmowi i wyborowi od- 
powiednich środków. Czy te obie rodziny, o których mowa, bez pomocy 
społecznej mogłyby opłacić jeszcze czynsz mieszkania spółdzielczego? To 
nie oznacza chęci zatrzymania najbiedniejszych na dole drabiny społecznej. 
Co lepsze? Zobaczyć ich, czy też nie widząc ich skazać na nory? 
A jednak nie jest to oskarżenie Dębowej Góry, nie może być hasłem do 
zburzenia jej buldożerem. Czy mieszkaniec M-ileś z łazienką i kuchn!ą 


381
>>>
Pit;kno 


przyjąłby do siebie chorą nerwowo kobietę z trojgiem dorosłych dzieci, 
z których jedno niezupełnie panuje nad potrzebami fizjologicznymi? Nędzy 
nie zburzy się buldożerem, trzeba znaleźć sposób na to, jak jej pomóc. 
Budować mieszkania - ile się da, ile trzeba. A Dębowej Góry nie burzyć, lecz 
jej pomóc. Dać środki na porządny dach, nie z obrzynków. Budować 
mieszkania dla Józefy Ch. i jej dzieci, i dla dzieci gospodarzy Józefy Ch., jeśli 
będą potrzebowały tych mieszkań. To społeczeństwo winno wziąć na siebie 
ciężar, jaki wzięli na siebie gospodarze Józef y Ch. Sami nic nie mając nie 
mogą pomóc drugiemu. 
Podczas dyskusji na Sympozjum Terra-2 Witold Molicki z Wrocławia 
wprowadził określenie "proces falowy" dla nazwania cyklicznych zmian 
traktowania problemu architektury w historii. Proces ten ma odbywać się "w 
czasie". Można by zapytać, czy ta zmienność nie mogłaby być realizowana 
w jednym czasie, a za to w przestrzeni. 
Nasuwa się tu słowo symbioza. Być może właśnie symbioza różnych 
postaw przyniosłaby rozwiązanie. Same hasła mogą niewiele dać. Ustalono 
już wysoką cenę za wycięcie drzewa, o wiele wyższą od wartości zrąbanego 
drewna. Należałoby za takim samym tokiem myślenia ustalić cenę siedziby 
ludzkiej, o wiele większą niż zużyte tam materiały budowlane. Na cenę tę 
składa się wysiłek i nierzadko marzenia wielu pokoleń. Taka cena byłaby 
dopiero ceną sprawiedliwą i być może wykrzywiałaby nieco "prostą 
przykładnicę" projektantów, która bez wahania przekreśla na podkładach 
geodezyjnych po prostu ludzkie życie. Czy ktoś prowadzi statystykę śmierci 
ludzi w podeszłym wieku, która nastąpiła niedługo po przeprowadzeniu ich 
do mieszkania w bloku ze zburzonego domku z ogródkiem? Mamy więc 
postawę zamiatacza ulic, dla którego twórczość realizuje się w potrzebie 
pewnych gestów, pewnego małego porządku, niejako w tle jego zasadniczej 
pracy. Mamy również postawę "twórcy piramid", dla którego transcendentna 
twórczoŚć jest w ogóle istotą pracy. 
Mamy także postawy, o których mówił Molicki na Sympozjum Terra-2: 
postawy ludzi chcących żyć i żyjących według pewnego wspólnego modelu, 
a z drugiej strony będziemy mieli postawy indywidualne. Jeżeli do- 
prowadzimy do symbiozy tych różnych form, być może zaspokoimy nasz 
postulat twórczości, zdolności do twórczości. 
I sądzę, że właśnie ta świadomość cyklu falowego, zarówno w czasie jak 
i - może bardziej - w przestrzeni, pomoże nam w odpowiedzi na pytanie, 
jaka powinna być architektura. Ale przede wszystkim muszą być mieszkania 
dla Józefy Ch. Bo jakże inaczej mówić o architekturze? 
Sztuka jest rzeczą intymną, rzeczą indywidualną, rzeczą wolności, 
wolnego wyboru. Znana jest sprawa Simona Rodia. Był to włoski murarz, 


382 


... 


-...ł...
>>>
Architektur. bez .rchitektów - problem D'lbowej Góry 


który jak sam to mówił - ze szczęścia, że w Ameryce mógł stać się pełnym 
człowiekiem - na swojej działce przez prawie trzydzieści lat własnymi 
rękoma zbudował olbrzymie wieże z betonu zbrojonego. Ten ażurowy twór 
ozdobił trochę tak, jak to robił Gaudi ze zwieńczeniami swoich budowli. 
Ważne jest tu to, że Rodia budował na swojej działce, w biednej dzielnicy 
Los Angeles, Wats, własnymi rękoma. Nie był to wynik braku pieniędzy, lecz 
jego program. Nikt inny nie był w stanie zrozumieć, o co mu chodzi. Mówił: 
miałem te wieże w sobie, w środku. A kiedy je już zbudował, wyniósł się do 
innego stanu. Na pytanie "dlaczego", odpowiadał, że "się wypalił" i nie 
chciał nawet udzielić wywiadu. Mówił: "czy gdyby wam matka umarła, to 
byście chętnie o niej mówili?" 
Miasto chciało wieże zniszczyć, bo były one tak przedziwne, tak nie 
pasujące do schematu, że wymyślono, iż grożą katastrofą. Znalazła się grupa 
zapaleńców, klony uznali, że należy wieże ocalić. Obrońcy wież podłączyli 
do nich aparat wstrząsowy do badania statków kosmicznych. Dano parę 
impulsów i zaryzykowano - wieże się nie zawaliły, a obecnie są filią 
Muzeum Sztuki Nowoczesnej. 
Mówi się ostatnio wiele o człowieku pracy. Na całym świecie podejmuje 
się wielkie próby wyleczenia ludzi, zrobienia z nich ludzi pracy. Buduje się 
osiedla dowartościowujące, osiedla dla marginesu. Słyszy się, że trzeba dbać 
o człowieka pracującego, o człowieka pracy. Ale najpierw i nade wszystko 
należy dbać i walczyć o człowieka. Nie tylko jego praca czyni go cennym, ale 
i jego istnienie. Być może tylko praca czyni niewolnika cennym dla 
właściciela. Może tylko i użyteczność narzędzia czyni je cennym dla 
posiadacza? Co to jest człowiek pracy? A co to jest człowiek i nie-pracy? 
Czy tylko sprawność towarzysza wspinaczki czyni go cennym dla 
taternika? Jeżeli towarzysz wspinaczki stanie się mniej sprawny, czy wolno mi 
go porzucić?/ czy nie jest moim obowiązkiem towarzyszyć współwspinaczo- 
wi w jego słabości i lęku? Czy nie to jest moim szczytem, który mam zdobyć, 
a nie ten błyszczący w słońcu kawałek skały? Czy to nie przekonanie, hasło 
o wspaniałości, godności człowieka pracy, wprowadziło pojęcie "pasożyt 
społeczny", człowiek z marginesu? A może to człowiek z centrum, z samego 
sedna sprawy, cel naszych zabiegów, naszej pracy? Miłość do człowieka tylko 
dlatego, że jest człowiekiem i niczym więcej, po prostu człowiekiem, musi być 
naszym celem. Czy pochylenie się człowieka pracy nad człowiekiem pracy nie 
jest wyrazem straszliwego egoizmu, potwornego zwyrodnienia społecznego? 
Czy właśnie człowiek pracy nie powinien pochylić się nad człowiekiem i pracy 
i nie-pracy, a szczególnie tej drugiej. 
Używa się też wobec tych zjawisk określenia: patologia społeczna. Jeśli 
to choroba, to trzeba ją leczyć. Czy zresztą każdy człowiek pomiędzy 18 a 45 


383
>>>
Piękno 


rokiem życia, będący na utrzymaniu rodziny, był szkodliwy dla społeczeńst- 
wa? Wiele biografii, którymi szczyci się ludzkość temu przeczy. W pierwszej 
połowie lat siedemdziesiątych mieliśmy zastraszającą falę wyroków śmierci 
ferowanych i wykonywanych przeważnie na młodych ludziach. Falę tę 
wreszcie ucięto, ale już samo czytanie prasowych opisów przestępstw 
i sylwetek skazanych pozwalało widzieć współwinę społeczeństwa za ich los. 
Człowiek ma prawo do nauki nie dlatego, że będzie pożytecznym 
pracownikiem, ale dlatego, że ma prawo do nauki jako człowiek. Człowiek 
ma prawo do leczenia nie dlatego, że jest człowiekiem pracującym, ale 
dlatego, że jest człowiekiem. Podobnie ma prawo do informacji - nie 
dlatego, że jego praca tego wymaga, czy stanowisko do tego upoważnia, ale 
dlatego, że każdy człowiek ma prawo do informacji. Człowiek ma prawo do 
mieszkania nie dlatego, że jest pożytecznym pracownikiem ważnego zakładu 
pracy, ale dlatego, że jest człowiekiem. Godność pracy znaczy coś wtedy, 
gdy służy ona człowiekowi każdemu, a nie tylko człowiekowi pracującemu. 
Gdy służy każdemu, jest wyrazem miłości, gdy służy tylko pracującemu, jest 
wyrazem egoizmu i zazdrości, a może braku litości. Odbiera pracownikowi 
godność. Czy możemy na pewno wiedzieć, dlaczego człowiek nie pracuje? 
Czy możemy zgodzić się na kryteria pracy wyznaczone pieczątką w dowodzie 
osobistym? Czy wreszcie możemy wiedzieć, na ile my jako społeczeństwo 
jesteśmy winni nieszczęściu tego człowieka? Może wtedy, gdy człowiek już 
nic nie robi, gdy uważamy, że niczym nie służy społeczeństwu jest dla kogoś 
obiektem kochania? Ewangelia mówi, że człowiek jest dzieckiem Bożym, nie 
powinniśmy go sądzić i klasyfikować, mamy go kochać. 
Gdy pojawia się pojęcie człowieka z marginesu i pojęcie pasożyta 
społecznego, jest to znak śmierci społeczeństwa. Te uwagi o człowieku, 
pozornie oderwane od rozważań o architekturze, pokazują szeroki plan, 
z którego architektura powstaje. Oczywiście nie może to być radosny 
nihilizm, odrzucający wszystko, co uporządkowane. Życie człowieka, jak 
mówi Kępiński, dzieje się w dążeniu do porządku i jest zwrócone tak 
naprzód, jak i wstecz. Ale porządek podlega pewnym prawom. Wydaje się, 
że stoimy u początku drogi nie tak bardzo różnej od tej, którą przeszliśmy, 
tyle że będzie to droga, na której zobaczymy człowieka, któremu trzeba 
oddać cały należny mu szacunek. Dla zamiatacza ulic z przykładu Kępińskiego 
problemem jest to, czy będzie zamiatał od lewej do prawej, czy od prawej do 
lewej. Nie jest to problem dyrektywy czy ergonomii, lecz realizacji jego 
postawy miłości do świata, w jego małej skali. 


384 


...ł........
>>>
PRAWDA MIASTA - SŁOWO WSTĘPNE 


[w:] ANDRZEJ OLUBIŃSKI, REALIZACJA FUNKCJI OPIEKUNCZEJ 
W RODZINACH TORUŃSKICH, WYD. ED. AKAPIT, TORUŃ 1 998 


Prawda miasta. Pytanie o prawdę miasta jest pytaniem skierowanym do 
naszego intelektu - co nasz intelekt znajduje w relacji do stanu rzeczy, który 
nazywamy miastem? Z tego poznania winno wynikać jakieś dobro - to, co 
będziemy mogli nazwać dobrem miasta zawartym w samej jego istocie. 
Napotkamy też inne dobro. Dobro, do którego zmierzamy w wyniku 
naszych działań - związane z naszą wolą. 
Wynikiem prawdy odkrytej przez nasz umysł i woli naszego działania 
powinno być piękno (por. Krąpiec, s. 132). 
Piękno miasta. Rzeczywiście wielkie to wyzwanie. 
Wszystko co istnieje, istnieje w jakiejś relacji do naszego intelektu 
(Krąpiec, s. 132). Oczywiście, nasz rozum ma granice swego poznania, ale 
nie możemy zaniechać tego poznania i nie możemy zaniechać poznawania 
prawdy tak dalece, jak ona sama nam się odkrywa i tak dalece, jak nasze 
ograniczone narzędzia poznania na to pozwalają. 
Aby cokolwiek móc twierdzić o badanej rzeczywistości, musimy zapytać, 
co nam jest dane do poznania i jakie cechy ono przedstawia. Tak więc tu 
musimy stwierdzić, że oto mamy do czynienia z 200-tysięcznym miastem, 
czyli z 200 tys. istnień ludzkich powiązanych we wzajemnych zależnościach 
- najpierw rodzinnych, potem sąsiedzkich, następnie w relacji "poddany 
rządzeniu i rządzący", relacjach praw i swobód obywatelskich i całej 
gromady innych. M usimy zapytać, czy jest to zbiorowisko przypadkowych 
nomadów - ludzi "zurbanizowanych", którzy "przechodzą podczas swojego 
życia z jednego mieszkania do drugiego" i "grupują się między sobą 
(całkiem po prostu, aby móc żyć: pracować, odżywiać się, bronić się, kochać 
się, bawić się), zgromadzeni tworzą kolektyw, wnoszą swoje zasady i swoje 
przymusy" (Le Corbusier [1], za: Wojciechowski [7]), czy też jest to 
społeczeństwo, które tworzy wzajemne relacje bezpieczeństwa. 
Le Corbusier, architekt i teoretyk miasta używa dwa razy pojęcia 
"koczownik". Raz, aby pokazać nędzę ludzi pozbawionych przez warunki 


385
>>>
Piękno 


zewnętrzne ogniska rodzinnego, spędzających czas swojego życia na 
dojazdach do pracy i innych miejsc, pracujących w nieludzkich warunkach 
i nocujących w pomieszczeniach, które nie mogą być domem, a co najwyżej 
sypialnią. Drugi raz, by pokazać historyczną zmianę sposobu korzystania 
z domu rodzinnego - z ogniska domowego. To drugie koczownictwo 
wymaga odpowiedniego mu mieszkania w cywilizacji, w której nie będzie 
koczownictwa nędzy (Le Corbusier [3], za: Wojciechowski [7]). 
Relacje jakiego bezpieczeństwa ma tworzyć społeczeństwo? Czy tylko 
bezpieczeństwa przed zamachem na życie? A może też i bezpieczeństwa 
posiadania dachu nad głową, możliwości zarabiania na życie, bezpieczeństwa 
wychowania dzieci? 
Relacje dotyczące dzieci są tu szczególnie ważne. 
Miasto jest złożonym organizmem, w którym należy przede wszystkim 
dostrzec ludzi słabych. Ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, często 
ukrywają to. Sprawiedliwość wymaga rozpoznania ich potrzeb. 
Miasto zawiera w sobie treści duchowe. Nie wolno o tym zapominać 
i dopuszczać do zagrożenia porządku moralnego. Celem jest miasto, które 
będzie bezpiecznym przedłużeniem bezpiecznego bytowania rodziny w bez- 
piecznym mieszkaniu. 
Ojciec $więty Paweł VI w swoich encyklikach, a szczególnie liście 
apostolskim Octogesima Adveniens pokazał, że w mieście zwracać należy 
szczególną uwagę na nowych ubogich i samotnych usuwanych na margines 
życia społecznego wskutek konkurencji i pogoni za zyskiem. 
I oto musimy sobie uświadomić, że tymi nowymi ubogimi w mieście są 
też dzieci. A może przede wszystkim. Prezentowana czytelnikowi praca jest 
związana z tym właśnie problemem. Ta rzeczywistość jest poznawalna 
- ona jest dostępna dla naszego intelektu. 
Niestety, często napotykamy na pewną "ślepotę poznawczą". Co jest jej 
przyczyną? Czy brak informacji? Może. Ale też niechęć spojrzenia w stronę, 
z której przychodzą do nas informacje niewygodne. Na nic się nie zda 
tłumaczenie, że to bardzo niejasne zjawisko. Jeśli jest, to musimy podjąć 
wysiłek rozjaśnienia. Głównie przez podjęcie niezależnych, spokojnych, 
drążących badań, których nie będą prowadzili ci, do których należą decyzje 
(Chombart De Lauwe [1], [2]). Ci wszakże, do których należą decyzje 
muszą przyjąć wyniki tych badań z odwagą. 
Prawa badanego bytu, "poznawane mniej lub bardziej dostatecznie, 
stają się - z chwilą przyjęcia ich w odpowiednim kontekście przez myśl 
- prawami naukowymi" (Krąpiec, s. 133). 


386
>>>
Prawda miasta - słowo wst'lpne 


Poznając, nie tworzymy rzeczywistości, lecz ją odkrywamy rozumowi. 
Przy uwyrafnieniu bytu jako prawdy (mówi filozof), odkrywamy nową 
zasadę bytu, zwaną racją bytu (Krąpiec, s. 133). 
Mamy więc zapytać o rację bytu miasta. Aby poznać tę rację bytu, trzeba 
zapytać, jakie przyczyny zewnętrzne ją kształtują: 
1. Najpierw przyczyna materialna, a więc kształt miasta. Zazwyczaj 
sądzimy, że tworzą go jego budynki, ulice, infrastruktura miejska. Miasto 
Toruń ma ten kształt bardzo zróżnicowany i bardzo bogaty. Co więcej, w tym 
kształcie zawarta jest duża potencja zmian i udoskonaleń. 
Wszakże na przyczynę materialną miasta składają się nadto, a właściwie 
przede wszystkim ludzie - mieszkańcy. I tu bardzo ważne jest zbadanie, kim 
oni są, jaka jest ich kondycja? Jeśli idzie o obraz całej Polski, to Raport 
Pełnomocnika Rządu ds. Rodziny (Raport Kapery) pokazuje, że 1,5 miliona 
rodzin nie ma własnego mieszkania, 63% małżeństw z trójką dzieci i 84% 
z czwórką żyje w ubóstwie. Co dziesiąte polskie dziecko jest niedożywione, 
a 15% dzieci przychodzi do szkoły bez drugiego śniadania. Pracy nie ma co 
czwarta osoba w wieku 20-24 lat. W Toruniu raport Miejskiego Ośrodka 
Pomocy Społecznej wymienia liczbę 8 tys. rodzin w strefie zagrożenia 
bezpieczeństwa mieszkaniowego (niepłacenie czynszów, zagrożenie eksmisją 
itp.). Badania mgr Raniszewskiej, mgr Michalskiej i mgr Sniegockiej 
w ramach seminarium magisterskiego Zakładu Pedagogiki Specjalnej UM K 
wymieniają 500 dorosłych osób niewidomych, 85 dzieci z porażeniem 
mózgu, 62 rodziny z dziećmi niewidomymi (Raniszewska; Michalska; 
Sniegocka.) Uzyskiwanie i poznawanie takich danych jest konieczne, aby 
móc odpowiedzieć na pytanie - co jest racją bytu tego miasta? 
2. Następnie przyczyna wzorcza: jaka myśl, jaka idea przyświeca 
mieszkańcom, co do ich racji bytu w tym mieście? Pytanie trudne, także jeśli 
idzie o formę uzyskania na nie odpowiedzi. Można je wszakże, a nawet 
trzeba, zadać też tym, którzy rządzą tym miastem, czy też do takiego 
rządzenia aspirują. 
3. Przyczyna sprawcza: co dzieje się w tym mieście? Jakie procesy toczą 
się, aby odpowiedzieć na trzy sformułowane przez Le Corbusiera i CIAM 
(Międzynarodowe Kongresy Architektury Współczesnej) potrzeby: mieszkać, 
pracować, dbać o ciało i ducha? (por. Le Corbusier [2], [4]). 
4. Przyczyna celowa: jaki jest cel działania mieszkańców miasta, a szcze- 
gólnie władz miasta? Czy w ogóle jest taki cel? To ciekawe pytanie. 
( ...) 
I wreszcie przyczyny wewnętrzne racji bytu miasta. 
Zapytać trzeba o to, co stanowi to, że miasto jest. 
A więc najpierw jego istnienie. 


387
>>>
Piękno 


Co powoduje to, że możemy mówić o istnieniu miasta? Czy akt prawny je 
tworzący, czy też wola współżycia jego mieszkańców? A jeśli tak, to czy 
wszystkie potrzeby tych mieszkańców, jako społeczności zabiegającej 
o swoje bezpieczeństwo, są zapewnione? 
Musimy tu zapytać o tożsamość miasta Torunia. 
Filozof ujmuje też rację bytu jakiegoś stanu rzeczy negatywnie: racją bytu 
jest to, bez czego dany byt nie jest tym, czym jest (por. Krąpiec, s. 134). 
A więc bez czego miasto Toruń nie jest tym, czym jest? 
Już słychać szybką odpowiedf: bez Kopernika, bez pierników, bez 
ratusza, flisaka itp., itd. 
Nieprawda albo prawda niepełna, bardzo cząstkowa. 
Toruń nie będzie tym, czym jest, bez jego mieszkańców, zróżnico- 
wanych: biednych i bogatych, zapełniających domy, szkoły, kościoły 
i ulice tego miasta. 
Mieszkańcy są czynnikiem konstytutywnym bytu miasta. Jego architek- 
tura, jej kształt piękna nie konstytuują same z siebie bytu miasta. Same, bez 
mieszkańców, którzy je stworzyli, nie będą miastem, ale skansenem, 
pomnikiem miasta (grobem miasta). 
Mieszkańcy - zbiorowisko społeczne na danej przestrzeni może być 
miastem, niezależnie od kształtu jego architektury. W Słowniku Bogumiła 
Lindego pod hasłem miasto czytamy: "Wszelkie miasto stąd się stawa, że 
w nim ludzi jest zebranie w pewną gromadę, ku spólnemu życiu pod jednym 
prawem", a także "Miasta ludfmi stoją, nie murami lub domami". 
Jednak mieszkańcy tworzą razem z architekturą stworzoną przez siebie, jej 
pięknem, pewien byt wewnętrznie niesprzeczny, którego części konstytutyw- 
ne są w pewnej relacji posiadającego do posiadanego (por. Krąpiec, s. 134). 
Społeczność miejska posiada pewną architekturę, pewne piękno tej 
architektury, jest panem tego piękna - a nigdy odwrotnie. Architektura 
miasta, jego piękno, tłumaczy si, jego mieszkańcami. Racją bytu tej 
architektury są mieszkańcy miasta. To jest pozornie takie oczywiste. 
Znajdujemy wiele przykładów, gdy próbuje się odwrócić porządek rzeczy, 
tak jakby racją bytu mieszkańców była urbanistyka czy architektura miasta. 
Specyficzną grupę mieszkańców miasta łączą specyficzne tylko dla niej 
relacje społeczne. I one poddają się badaniu. 
M ieszkańcy posiadają swoją rację bytu wewnętrzną, zgodną z zasadą 
tożsamości: posiadają w sobie swoją zdeterminowaną przez swoje czynniki 
konstytutywne, naturę. 
Do tych czynników konstytutywnych wewnętrznych należą relacje rodzin 
tak wewnątrz nich samych, jak i do tego, co na zewnątrz. Relacje opiekuńcze 
rodziny należą właśnie do tej natury. I dlatego trzeba je badać. 


388
>>>
Prswds missta - slowo wstępnEJ 


I znów badając rację bytu funkcji opiekuńczych rodziny, musimy odwołać 
się do czynnika formalnego, materialnego, sprawczego i celowego. Mamy 
spytać o cel i środki do niego wiodące. Mamy zapytać o skutki i o przyczyny, 
a także o podmiot badany i jego właściwości. Mamy też zapytać o wzory 
(idee) i wreszcie o to, co organizuje od wewnątrz treści badanej relacji, to 
znaczy o to, dzięki czemu dana relacja jest właśnie tym, czym jest. Ma to 
szczególne znaczenie przy badaniu stanu rzeczy tak dynamicznego, zmien- 
nego i przygodnego, jakim jest stan rzeczy obrazujący sytuację mieszkańców 
miasta (por. Krąpiec, s. 137). 
W konsekwentnych badaniach musimy dojść do czynnika uniesprzecz- 
niającego ten stan rzeczy. Może to być po prostu humanizm, a więc trwanie 
relacji naturalnych i koniecznych dla istnienia człowieka: wiary, nadziei 
i miłości. Jeśli będziemy jednak pytali dalej, to znajdziemy konsekwentne 
odniesienie do Absolutu - Boga (por. Gogacz). 
To ten zapomniany paradygmat naszej cywilizacji. Jak mówi filozof, 
"cały wehikuł intelektualnego poznania i ostatecznego rozumienia rzeczywis- 
tości" osadzony jest na osi, której dwa krańce stanowi z jednej strony 
problematyka bytu przygodnego, jakim jest człowiek z jego relacjami, 
a z drugiej strony Absolut (por. Gogacz). 
Rzeczywistość ludzkich społeczeństw jest złożona. Z jednej strony 
związana jest ona z prawdą Absolutu - Boga. Bóg chciał, aby ludzka 
społeczność zaistniała, aby człowiek był bytem społecznym. 
Człowiek staje wobec tej złożonej rzeczywistości społecznej, która 
jest jego historią i poznaje ją w granicach swoich możliwości. Jest 
to trudne. Wystarczy spojrzeć na rozliczne koncepcje społeczeństw - prze- 
ważnie związane z jakąś utopią-uproszczeniem. To zresztą też cecha 
specyficznie ludzka. Im bardziej zjawisko, wobec którego staje człowiek, 
jest złożone, tym bardziej człowiek dąży do jego uproszczenia, zauważa 
Kępiński (Kępiński [2], s. 199-200). To przypomnienie wydaje się 
bardzo konieczne. Rol!o May ostrzegł, że przed św. Piotrem zostaniemy 
zapytani o grzech "nadmiernego upraszczania". Za to, że na wulkany 
mówiliśmy: kretowiska (May, s. 10). 
Jeżeli uda nam się uzgodnić rzeczywistość badanego bytu z naszym 
intelektem, to nasze sądy będą wyrażały prawdę transcendentalną, mówi 
filozof (por. Krąpiec, s. 139/140). 
Częścią tej prawdy jest i to, że relacje społeczne, o ile potraktujemy je 
jako wytwory kultury, noszą na sobie piętno pochodzenia od intelektu 
ludzkiego, czyli poddają się zmianie dokonywanej przez tegoż człowieka. 
Poznanie więc otwiera drogę do naprawy, doskonalenia. Na te twory 
kultury, którymi są relacje społeczne składa się materia - ludzie tacy, jakimi 


389 


............
>>>
Pi,kno 


są naprawdę - z ich słabościami, zróżnicowaniem co do siły twórczej, 
skłonnością do dobra i zła, egoizmem i altruizmem, oraz zorganizowanie 
tej materii - ludzi przez samych siebie, przez porządek wprowadzony 
intelektem ludzkim. 
Dlatego obowiązkiem badacza jest śledzić każdy szczegół - badać każde 
pęknięcie i mówić: oto prawda, oto fałsz. Co jest probierzem? Otóż sądzę, że 
zbadanie, czy rzeczywistość nam przedstawiana jest odniesiona do fun- 
damentanych potrzeb człowieka: wiary, nadziei i miłości, a więc otwartości, 
oczekiwania, upodobnienia, mających swe fródło w Absolucie - Bogu, 
który zostawił człowiekowi wolność: czyń ziemię sobie poddaną (por. 
Gogacz). Ale też powiedział: "Będziesz miłował M nie, a blifniego swego jak 
siebie samego". 
Aby zapewnić istnienie czegoś, trzeba dbać o fródło. 
Miasto - dzieło człowieka, nie musi istnieć - ileż przykładów dała nam 
historia. 
Społeczność ludzka - dzieło człowieka, też nie musi istnieć - znów 
wiele przykładów z historii bardzo nieodległej - kilkuletniej, gdy świat, 
z przerażeniem graniczącym z porażeniem, patrzył i patrzy na ruinę społe- 
czeństw, na przykład na południu Europy, gdzie kolega szkolny zabijał 
kolegę z tej samej ławki tylko dlatego, że wyznawał inną religię, czy 
pielęgnował inny obyczaj, gdy najwspanialsze pomniki architektury - po- 
mniki współczesności i historii padały w gruzy. A także te umierające powoli 
tłumy na czerwonym piasku afrykańskim. Także u nas bezdomne rodziny na 
bruku z małymi dziećmi zabieranymi do pogotowia opiekuńczego. 
Jak się ustrzec? Myślę, że patrząc na fródła. A tymi fródłami są 
rodzina i społeczność - miasto, które je chroni, osadzone w prawdzie 
Absolutu - Boga. 
Rolą badacza jest szukanie dających się poznać zależności i praw. Nauka 
społeczna papieży bardzo pięknie formułuje te podstawowe prawa (por. 
Wojciechowski [1]). 
Ojciec $więty Paweł VI w liście apostolskim Octogesima Adveniens pisał: 
Miasto sprzyja dyskryminacji i obojętności [...] za fasadami kamienic 
kryje się nieraz nędza, nieznana nawet najbliższym sąsiadom [...] powstaje 
nowa formacja ubogich - upośledzonych i nie przystosowanych, starych 
i z różnych przyczyn usuniętych na margines życia społecznego. [...] jest 
rzeczą konieczną, by w wymiarze ulicy, dzielnicy, czy całej wielkiej zbiorowości 
odbudować tkankę życia społecznego, która odpowiadałaby potrzebom osoby 
ludzkiej. (Paweł VI [1]) 


Kierując się miłością przekraczającą człowieka i rzeczywiście służąc 
ludziom osiągamy wewnętrzną wolność w dążeniu do swego dobra. 


390
>>>
Prawda miasta - słowo wstępne 


Musimy też opanować swoją żądzę władzy. Bez tego nawet najbardziej 
rewolucyjna zmiana będzie tylko zmianą rodzaju ucisku. Smierć Chrystusa 
zobowiązuje do wykorzystania twórczej wolności na rzecz postępu we 
wszelkiej prawdzie, oraz nadziei, która nie zawodzi. Wolność to nie żądanie 
autonomii przeciwstawnej wolności drugiego człowieka, ale współtworzenie 
aktywnej i głębokiej solidarności. Trzeba też wiedzieć, że podstawowym 
wymaganiem natury ludzkiej, środkiem rozwoju człowieka i realizacją jego 
wolności jest udział w odpowiedzialności (Paweł VI [1]). 
Rodzina jest fundamentem życia społecznego - naturalna, 
monogamiczna, wielopokoleniowa, wspomagająca się, kształcąca się, 
będąca oparciem dla pracy społecznej. Jest ona najważniejszym śro- 
dowiskiem społecznym dla człowieka, który tylko w społeczności jest 
sobą (Paweł VI [2]). 
Prawda jakiegoś bytu to sam ten byt. Prawda o mieście, to samo to 
miasto poznawane przez ludzki intelekt.
>>>
MAMY TU DO CZYNIENIA ZE SZTUKĄ 


[w:] KATALOG VII WYSTAWY WIELKANOCNEJ" WIDNOKRES", 
FUNDACJA PRAKTYK ARTYSTYCZNYCH ,,1...", TOR U r'.I 1998 


M amy tu do czynienia ze sztuką. Przynajmniej tak sądzimy, a wystawiający 
tego chcą. Czymże jednak jest sztuka? Wiele na ten temat próbowano 
powiedzieć, jednak mało która wypowiedź może zadowolić. 
Adam Chmielowski, późniejszy Św. brat Albert, napisał, że "istotą sztuki 
jest dusza wyrażająca się w stylu". A więc człowiek. W tym, co najbardziej 
ludzkie, ale i najwznioślejsze - najbliższe Boga - w duszy. 
Jacques Maritain pośród kierunków wyzwalania sensu poetyckiego 
widzi głębokie niebezpieczeństwo. Tym niebezpieczeństwem będzie od- 
wrócenie biegu, gdy najwyższym celem nie będzie ani wyzwolenie sensu 
poetyckiego, ani nawet czyste tworzenie (w sensie dorównania Bogu, 
dążenie do tego), lecz poszukiwanie przez człowieka samego siebie 
poprzez poezję. (...) 
Poznanie poetyckie dla Maritaina to poznanie na drodze tworzenia. 
Dzieło (obraz, poemat) staje się przedmiotem - w nim jedynie intuicja 
poetycka zostaje uprzedmiotowiona. Jest ono bezpośrednim znakiem 
tajemnic postrzeganych w rzeczach, a także odwróconym znakiem subiek- 
tywnego świata poety, jego niejasno ukazanego substancjalnego "ja". 
Maritain pisze: "cały ten proces nie potrzebuje żadnego natchnienia 
z zewnątrz, tak jak nie potrzebuje go poznanie dziecka przez matkę, która je 
poznaje przez miłość, czyli upodobnienie. W dziele poznajemy podmiotowość 
poety, nawet gdy dzieło będzie niedoskonałe. Wystarczy tylko linijka, jedna". 
Najpierw więc człowiek: artysta chce zamknąć swój świat w dłoni 
i pokazać innym, że to ich świat. Chce sądzić, a jest sądzony. 
I tu napotykamy lęk. (m) 
Jednak artysta wie, że to nie jest on, że inni, którym dał to, co miał 
najcenniejszego - siebie samego w dziele sztuki, pokazują, widzą kogo 
innego, sądzą kogo innego, to "fałszywe ja przed trybunałem, który jest 
maskaradą". Pozostaje uczucie głębokiej samotności - rozpaczy. 
Czy tak może być? 


392
>>>
Mamy tu do czynienie ze sztuk, 


Jednak tu powinna być nadzieja. 
Bóg poznaje człowieka w miłości, nas samych, mówi Maritain, i wszystkie 
te biedne istoty, o które ocieramy się, które znamy jako przedmioty 
i dostrzegamy przede wszystkim ich nikczemność. Bóg zna w człowieku 
zarówno rany, jak i ukryte zło, i ukryte piękno otrzymanej od Niego natury, 
naj mniejsze iskierki dobra i wolności. 


. 


Ojciec mój, artysta malarz, Stefan Wojciechowski zapisał następujące 
słowa Williama Saroyana: 
"Gdyby nie sztuka, zniknęlibyśmy z powierzchni ziemi już dawno". 


W każdym domu powinien być stół na sztukę, na którym, jedną po 
drugiej, kładzie się różne rzeczy, tak by każdy w domu mógł patrzeć na nie 
bardzo uważnie i widzieć je ................................ 
liść, monetę, guzik, odłamek skały, udarty kawałek gazety, jabłka, jajo, 
kamyk, kwiat, nieżywego owada, but. - każdy widział już te rzeczy. 
Ale nikt się im nie przygląda, a na tym polega sztuka. Patrzeć na 
codzienne rzeczy tak, jakby się je widziało po raz pierwszy. Gładka kartka 
papieru ze słowami napisanymi na maszynie: krawat, scyzoryk, klucz, 
widelec, filiżanka, flaszka, miska, orzech .......... (...)56. 


58 Zachowano układ tekstu notatki St. Wojciechowskiego.
>>>
-... 


REKOLEKCJE W LASKACH 
30 STYCZNIA-2 LUTEGO 1979 ROKU' 


TEKST NIEPUBLIKOWANY 


Rzeczą naszą jest odpowiedzieć na niezmierną miłość Boga, której nigdy 
nie jesteśmy godni. 
Odpowiadamy na tę miłość naszymi czynami. 
Należy chyba uznać, chociażby wobec historii kultury, że istnieją takie 
jakości, jak sztuka i artysta, czyli ten, który tworzy sztukę. 
Sztuka więc będzie odpowiedzią na niezmierną miłość Boga. 
Będzie skierowana bardziej ku ludziom niż ku Bogu, ale ku ludziom 
w imię miłości Boga. 
Winna ona przybliżyć ludziom Boga lub ludzi zbliżyć do Boga. 
Tak więc sztuka powinna być stałym rozpamiętywaniem miłości Boga do 
ludzi i być może rozpamiętywaniem stosunku człowieka do Boga. 
Znane środki są olbrzymie. 
Nie wolno więc chyba uchylać się od wypełnienia tego zadania, jeżeli 
można je wypełnić. 
Można przypuścić, że obowiązkiem tych, którym są dane umiejętności, 
czy zdolności, jest ich właściwe rozeznanie i wyzyskanie do zbliżenia ludzi 
do Boga lub ukazania ludziom Boga, lub też zadawanie pytania o związek 
człowiek- Bóg. 
Pieśni śpiewane przez Kazia Jałowczyka dzieciom w laskach będą też 
się mieściły w tym. 
I Dostojewski też pewno będzie się tu mieścił, a może przede wszystkim. 
Może Kaziu Jałowczyk mógłby zrobić grafiki, które by się tu mieściły? 
Wydaje się oczywiste, że powinniśmy też dbać o jakość tego, co robimy. 
Jednak nie powinno to być przyczyną pychy wobec tych dzieł sztuki, czy 
też tego, co chce być dziełem sztuki, a wydaje się nam być gorsze lub mniej 
uczciwe, czy mądre od tego, co sami robimy. 


Spotkanie artystów i filozofów w Laskach k. Warszawy zorganizowane przez 
Janusza Boguckiego. 


394
>>>
Rekolekcje w Laskach... 


Największą i najpiękniejszą odpowiedzią na miłość Boga jest odpowiedź 
Janusza Korczaka. 
Zastanówmy się jednak, czy byłaby ona bez odpowiedzi Dostojewskiego, 
bez całej kultury świata? 
Jeżeli Janusz Korczak jest koniecznie związany z kulturą i sztuką świata, 
to jest to wielkie zobowiązanie nas wszystkich do odczytania swego 
własnego powołania. 


Laski-Toruń, 30 1-13 111979 r.
>>>
IWONA P: 


Czym jest decyzja wystawienia swoich prac dla artysty? Jest to decyzja 
pokazania publicznie, wszystkim bez wyjątku, swoich najskrytszych myśli. 
więcej, pokazania tego z siebie, czego sam artysta nie do końca był 
pewien, co jest odkryciem w nim czegoś nawet dla niego zastanawiające- 
go, a czasem strasznego. I teraz to trzeba pokazać publicznie. Żadne 
ukrycie przed sobą, przekłamanie przed sobą, wobec siebie rzeczywistych 
intencji nie ma znaczenia. Zostaną wydobyte wszystkie możliwe interpreta- 
cje. I teraz to trzeba pokazać. Właściwe bez szansy obrony. To tak, jakby 
z własnej woli stanąć przed tłumem mogącym sądzić i powiedzieć, myślę 
tak i tak, moje najskrytsze myśli są takie a takie, zrobiłem w ukryciu to i to. 
Powiedzcie, kim jestem. Te zdania niestety nie oddały powagi takiego sądu 
i jego grozy. Po takim sądzie można pozostać na zawsze z plamą nie do 
zmazania. Teraz, nie chcąc być tanim ekshibicjonistą, należy z tego zdawać 
sobie sprawę. Trzeba tę próbę podjąć odpowiedzialnie. I wówczas może 
nas ogarnąć groza tego ciężaru odpowiedzialności. Groza chęci i zro- 
zumienia tego. 
Jak wobec tego wyglądałaby śmierć I. P. wobec Jej obrazów, niezwykle 
przejmująca możliwymi związkami z tym problemem? Prowadzili rozmowy 
niezwykle dręczące - próby dotknięcia "żywego mięsa". Może bawili się 
tym, ekscytowali. Traktowali sztukę niezwykle poważnie. Niezwykle. I na- 
malowała rzeczy z głębokości - z siebie. I miała to przedstawić publicznie. 
Co więcej, poddać to sądowi. Po prostu sądowi innych. Mogła do- 
mniemywać, że ten sąd nie podejmie głębi, może myślała o nim, że będzie 
"durny". I co jeszcze? Jeszcze od tego osądu jej największej głębi miało 
zależeć wydanie jej jakiegoś w końcu mało znaczącego papierka - dyplomu. 
Więc jej najtajniejsze głębie miały stanąć do wyścigu z tym, co byle jakie, 
obce, siłą rzecze pobieżne, płytkie, administracyjne i bezsensowne. Mówiło 
się o głębi życia, o panowaniu nad swoim życiem do końca. I ten wrażliwy 


Refleksje po samobójczej śmierci studentki Sztuk Pięknych Iwony P. Tekst 
był publikowany w nieoficjalnym obiegu i jako tekst towarzyszący wystawom 
plastycznym. 


396
>>>
IwonlJ P. 


instrument, jakim jest dusza artysty, jego mózg, jego rozumowanie, które jest 
samą wrażliwością, wybuchający za pyłkiem poruszającym go, a dla innych 
niedostrzegalnym, poprowadził ją na drogę do lasu za lotniskiem. Tak mogło 
być. M ódlmy się. 


. 


Sądzę, że jest różnica między pracą naukowca, publikacją naukowca 
a pracą artystyczną. Praca naukowa jest stawaniem, próbą stawania 
w szeregu innych, tych, którzy podobnie próbowali czy próbują. Prawda 
naukowa musi być oparta na dających się uzasadnić przesłankach, a to co 
już dokonane, jest dążeniem do prawdy. I w tym jest bezpieczna. Można by 
przypuszczać, że może te osiągnięcia najbardziej czołowe, te które stoją 
pierwsze w szeregu (Kopernik, Newton, Einstein, Pasteur) mogłyby być 
podobne do pracy artysty. Ale i te muszą móc być w pełni uzasadnione 
i sprawdzone przez innych. One może bardziej odkrywają prawdę o innych 
niż o twórcy. Praca zaś artysty jest czymś, co można oprzeć tylko na sobie. 
W dużym stopniu przynajmniej. I tu patrzymy na innych. Patrzymy na 
doświadczenia M ichała Anioła, Homera, Tycjana może, ale składamy na nie, 
czy na nich, swoje uczucie, siebie samych, tajemnicę swego wnętrza. 
Nie ryzykujcie. Nie ryzykujcie pokazywania tego, co ma tylko wzburzyć, 
dać nam poklask, czy tego co inni uznają za warte pokazywania, czy czekają 
aż im pokażecie brudy ich wnętrza w majestacie sztuki i tak usprawiedliwicie 
te ich brudy, podbudujecie je, a zarazem i sami trochę pobędziecie w tym 
brudzie. Dawajcie tylko samą czystą waszą prawdę, nawet, gdyby ona była 
byle jaka, malusieńka. Gdy będzie godna, to urośnie. Jak wielka radość, gdy 
urośnie, gdy inni wzniosą waszą piękną, prawdziwą roślinkę. Jaki ból 
i groza, gdy inni rozdmuchają Wasz błąd, Wasz grzech, Waszą głupotę, Wasz 
brud. Gdy uczynią Was heroldami swego brudu.
>>>
UWAGI 


TEKSTY W BIULETYNIE "WYSZTUKANIEC" 
WYDAWANYM PRZEZ STUDENTOW WYDZIAŁU 
SZTUK PIĘKNYCH U M K, TORUŃ 1981 


Prosiliście mnie o parę słów do Waszego pisma. Mamy czas pasji i różnych 
uczuć, którym podlegamy. Nie wiem, czy zawsze kierunki tych uczuć i pasji 
są słuszne. Chciałbym w tym odnaleźć jakieś wartości stałe. Myślę o Bogu. 
Zawsze w swojej pracy, a szczególnie w pracy z Wami powinienem był 
myśleć o Bogu. To, co tu piszę teraz, powinno być przypomnieniem 
i zobowiązaniem. Chciałbym, abyście szukali Boga. Może szczególnie 
dlatego, że sztuka wydaje się być takim niepewnym gruntem, ale nie tylko 
dlatego. Chrystus mówi o tym, aby nie sądzić nikogo. To wielkie i nieraz 
niezwykle trudne zobowiązanie. Nie sądźcie nikogo. Chciałbym, abyście 
stali się silni, mocni wewnątrz. Abyście mogli też pomóc mnie, nam, innym, 
abyście byli silni dla siebie. Szukajcie też życia czystego. Sztukę tak często 
łączy się z tym, co brudne. Nie sądźcie innych 57 . 


Co przenieść w przyszłość? 


"Niech żywi nie tracą nadziei i przed narodem niosą oświaty kaganiec...". 
"Nikt nie może mieć większej miłości, jak oddać życie za swoich przyjaciół". 
Te dwa zdania, jedno Słowackiego, a drugie Chrystusa, mogą mówić 
o tym samym. 
Dać życie za kogoś, to niekoniecznie umrzeć. To może czasem być 
zupełnie przeciwnie: żyć. Żyć dla kogoś. Żyć dla narodu, dla społeczeństwa. 
Część z Was przychodziła tu po to, aby być nauczycielami. Nieść przed 
narodem oświaty kaganiec: nie aż do ofiary z życia, ale jako ofiara z życia. 
Dać sztukę narodowi, społeczeństwu. Też jako ofiarę życia. NIE dawać sztuki 
sobie, dla swojej chwały, ale dać sztukę drugim, narodowi. 


117 Wysztukaniec, nr 1, Biuletyn Wydziału Sztuk Pięknych UMK, Toruń 1981. 


398
>>>
Uwagi 


I już mamy sens nauki, sztuki, przyczynę szukania powodów i istoty 
sztuki. Dać sztukę innym. Jaką? Pojawia się szereg pytań. Same pytania. 
I trzeba próbować na nie odpowiedzieć 58 . 


. 


(...) Nie można pisać, chcąc mówić o sztuce, takiego zdania: "czyżby ci 
artyści nie obawiali się odsłonięcia, nie daj Boże, wewnętrznej pustki, 
ukrytej pod mniej lub bardziej abstrakcyjnymi formami". Sądzę, że nie można 
tak. Z opisywanych trzech wystaw widziałem dwie. Niestety, nie mogłem 
zobaczyć wystawy Barbary Narębskiej-Dębskiej, czego żałuję, ale znam jej 
twórczość dość dobrze i fascynuje mnie ona bardzo. Otóż to: fascynuje. 
Widziałem opisywaną (n.) wystawę trzech artystów w BWA. Były tam prace, 
które też mnie zafascynowały. Co to znaczy? To znaczy, że stanąłem 
i próbowałem zrozumieć to coś, co się między mną a obrazem zdarzyło. 
Nie rozumiem też użytego w zdaniu tekstu "Trzy wystawy" określenia 
"na obecnym etapie rozwoju sztuki". Ja naprawdę nie wiem, czy istnieje coś 
takiego, jak "obecny etap rozwoju sztuki", który by miał być probierzem do 
oceny wartości zawartej w "kilku, czy kilkunastu spontanicznych pociąg- 
nięciach pędzlem". O ile ja rozumiem obecny etap rozwoju sztuki, to 
oznacza on coraz bardziej zrozumienie ceny intymności dziejącej się 
pomiędzy wytworem, także artysty, a odbiorcą (ja tę intymność na wystawie 
w BWA spotkałem). 
W tej perspektywie (.n) okaże się, że nie wolno używać, mówiąc 
o sztuce, wyrazów: miernota, sztuka udająca wielką etc. Tu rejony wartości 
są zupełnie gdzie indziej. Oczywiście, nie sposób umknąć pytaniu: czy 
istnieją mierniki sztuki i gdzie one są? Nie sposób. Ale jest to wielkie 
pytanie. Bodaj, czy nie największe pytanie sztuki od stworzenia świata, na 
które dotąd nie udzielono odpowiedzi. A często chciałoby się, aby ta 
odpowiedź była. 
(...) nie trzeba wcale udowadniać tego, że malarstwo sztalugowe 
i grafika nie są zdewaluowane w stosunku do najnowszych działań 
artystycznych. Nie są. Bo nie mogą. Tak samo i na odwrót. Rzeczywiście 
w sztuce dzieją się wielkie sprawy. Zastanawia, dlaczego nie mogą 
one się tak prosto i oczywiście wyklarować, jak to może (wydaje nam 
się tak) dzieje się w innych dziedzinach nauki. A może trzeba poczekać? 
Tylko, że czekać można w spokoju, szacunku, zrozumieniu i pewności, 
że nasze czekanie nie zostanie poczytane za głupotę czy nieróbstwo, 
a nasze próby za hochsztaplerstwo. 


68 Wysztukaniec, nr 2, Biuletyn Wydziału Sztuk Pięknych UM K, Toruń 1981. 


399
>>>
PifJkno 


Kilka dni temu rozmawiałem z Reginą Borysewicz. Oboje zadaliśmy 
sobie pytanie, dlaczego właśnie przy okazji sztuki, która z pewnością jest 
rzeczą rozumu, ale i uczucia (może w większej mierze), staje się tak, że te 
uczucia ujawniają się czasem w chwytaniu za gardło. (m) To wyraz żalu 
z ostatnich paru miesięcy, które przypomniały ostatnie wiele lat. Obawiam 
się, że (...) wiele spraw nie zostało odczyszczonych. (m) Być może za 
nami gdzieś zostaje czyjaś krzywda i może tym większa nasza gorycz, im 
dalej się od tego momentu krzywdy odsuwamy. A również może w innym 
miejscu rodzi się gdzieś czyjaś zupełnie inna krzywda, obok nas, 
w naszym czasie. 
Siądźmy na chwilę i zastanówmy się wszyscy, każdy w sobie, jak to jest 
z tymi krzywdami, minionymi czy obecnymi. Zastanówmy się też, co 
możemy zrobić, aby pomimo wszystko odwrócić jednak to, co było i nie 
dopuścić do tego, co jest blisko. Zwracam się z tym do moich kolegów tak 
samo, jak do studentów. Obawiam się, że wobec doświadczeń naszego 
czasu, gdy nasze wszelakie GRANICE zostały dość jasno określone, 
pozostaje nam jednak wielka sfera wolności: wolności naszego wyboru 
i sądu z samym sobą. 


Post scriptum. 
M ówiąc o krzywdzie, która gdzieś tam za nami została i gdzieś się tam 
może dzieje obok nas, myślałem szczególnie o ludziach, którzy są poza 
uczelnią. Nieważne, czy sami odeszli, czy stało się jakoś inaczej. Wydaje się, 
że nie można rozliczać się ze słów i czynów, które były w czasie wspomina- 
nym przez wielu, jako straszny. Być może to właśnie zamiar pójścia dalej, tak 
jakby nic się nie zdarzyło, jakby mogła być pozostawiona czyjaś krzywda bez 
próby pogodzenia spraw i ludzi, jest oczekiwanym zamiarem przez tych, 
którzy chcą, abyśmy byli nadal skłóceni i aby była w nas zawsze jakaś nie 
załatwiona sprawa. Oczywiście załatwienie wszystkich tych ciężkich spraw 
jest trudne. Szłoby tu o próbę podania ręki do zgody po to, aby móc 
budować dalej. Bez tego może to być niemożliwe. Pomimo pozorów 59 . 


. 


Kusi pytanie o to, gdzie szukać początku tragedii, która się tu zarysowała. 
Być może stało się to także wtedy, gdy mężczyzna, opiekun i obrońca musiał 
opuścić rodzinę i iść zabijać i był zabijany nie dla ochrony tej rodziny, ale dla 
kaprysu czy szalonego umysłu tego, który miał nad nim władzę, może też 


69 Wysztukaniec, nr 4, Biuletyn Wydziału Sztuk Pięknych UMK, Toruń, październik 
1981. 


400
>>>
Uwagi 


i wtedy, gdy miał opuścić rodzinę pracując jako niewolnik i nie mogąc za tę 
pracę wyżywić rodziny. A może też i z innej strony wtedy, gdy miliony, 
tysiące śmierci stały się chlebem powszednim - opuszczenie płodu stało się 
w tej perspektywie niczym, bo odbywa się bez rozpaczy zabijanego, bez jego 
obrony, a co najstraszniejsze, może bez rozpaczy jego rodziców. A być może 
te śmierci nienarodzonych są największym zaprzeczeniem ofiary życia tych 
zabitych przez zbrodniczych szaleńców na frontach i w obozach 60. 


60 Wysztukaniec, nr 5, Biuletyn Wydziału Sztuk Pięknych UMK, Toruń, grudzień 
1981.
>>>
PROBLEMY TERAPII PRZEZ TWÓRCZOŚĆ 


"PAEDAGOGIA CHRISTIANA", 2(8)/2001 
UMK, TORUŃ 2001 


Podmiotami terapii przez twórczość są wszyscy aktorzy tego procesu, 
a więc osoby niepełnosprawne poddane pewnej opiece, ale obok nich także 
rodzice, nauczyciele, terapeuci, przyjaciele. 
Jaka jest jednak ich wzajemna relacja? Czy jedni są ważniejsi od drugich, 
lub pełnią role koryfeuszy wobec innych? Historia refleksji pedagogów 
specjalnych, a właściwie w ogóle pedagogów, pokazuje, że mamy tu do 
czynienia z procesem, w którym wpływy biegną wielostronnie. Wielu 
wybitnych terapeutów formułowało refleksje, które można sprowadzić do 
stwierdzenia: "właściwie nie wiadomo, kto w tym procesie jest terapeutą" 
(por. Vanier [5]). 
Terapia przez twórczość jest najbliższa głębokiemu źródłosłowowi 
greckiemu - therapeuein - opiekować się, oddawać cześć (Abramowiczów- 
na). To jeden człon tej nazwy. 
Pozostaje jeszcze drugi człon - twórczość. Tu przyjmujemy definicję 
twórczości sformułowaną przez Antoniego Kępińskiego: "twórczość to 
każde świadome narzucanie własnego porządku otaczającemu światu lub 
każde świadome wprowadzanie własnego porządku w otaczający świat" 
(Kępiński [2], [3]; Wojciechowski [4]). 
Wobec innych określeń twórczości chcielibyśmy uznać tę definicję za 
jedyną, sądząc, że jest ona nadrzędna wobec innych, pozostałe zaś nazwać 
teoriami twórczości. Chcemy tu postąpić podobnie, jak to czyni Władysław 
Tatarkiewicz z definicją piękna. Jako jedyną definicję przyjął to, co powiedział 
św. Tomasz z Akwinu: "piękne jest to, czego samo postrzeżenie się podoba". 
Pozostałe wypowiedzi uznał za teorie piękna (Tatarkiewicz [3]). 
Jest jeszcze jeden bardzo poważny problem - problem uporczywego 
utożsamiania pojęcia twórczości z pojęciem sztuki. To przyzwyczajenie 


Nieco węższa wersja tego tekstu jest za wara w wydaniu I Pedagogiki 
specjalnej, pod red. prof. Wł. Dykcika, Wyd. Nauk. UAM, Poznań 1997. 


402
>>>
Problemy terapii przez twórczość 


językowe czyni nie tylko wiele zamieszania, ale i wiele szkody, gdyż skłania 
do zamiennego odczytywania nazwy "terapia przez twórczość" jako "terapia 
przez sztukę". Wielkim lękiem napawa postulat jakoby sztuka w całości 
swoich procesów miała pełnić rolę terapeutyczną. Już zwykłe pytanie o losy 
van Gogha czy Przybyszewskiej, czy wielu, wielu innych, którzy właściwie 
utożsamili się z tym co robili, a co bezsprzecznie godzimy się nazwać sztuką, 
powinno nas zatrzymać przed użyciem sztuki jako środka terapeutycznego. 
Może nie po to, aby zupełnie odrzucić sztukę jako składnik procesu 
terapeutycznego, ale choćby po to, aby skłonić do głębokiej refleksji 
(Wojciechowski [22]). 
Oczywiście, sztuka pojmowana szczególnie jako część pewnych manifes- 
tacji społecznych czy kulturowych może skłaniać do łatwego uznania jej za 
elerr,ent wszechstronnie dobroczynny dla człowieka, podobnie jak piramida 
czy wybudowany ludzkimi rękoma kanał łączący morza, które gdy już są, to 
są elementami dobrymi dla kultury. Ale przecież ich wybudowanie mogło 
zostać okupione niesłychanymi cierpieniami ludzi w jakiś sposób przymu- 
szonych do tej pracy czy też cierpieniami tych, którzy jej się podjęli 
z radością, nie zdając sobie sprawy, że rychło upadną pod jej przeogromnym 
ciężarem. 
Ważną refleksję co do sztuki w procesie terapeutycznym uczyniła Joan 
Erikson, która dostrzega podobnie duże niebezpieczeństwa (Erikson)6'. 
Wróćmy zatem do naszej definicji Kępińskiego: twórczość to każde 
świadome wprowadzenie własnego porządku w otaczający świat. 
Czy sztuka będzie tą twórczością? Tak, o ile będzie działaniem świadomym 
i własnym, to znaczy porządkiem zaakceptowanym przynajmniej w sposób 
dobrowolny. Adam Chmielowski (późniejszy Brat Albert) zapisał to w ten 
sposób: "sztuka to dusza objawiająca się w stylu" (Chmielowski). Mamy 
w tej definicji jako rodzaj najbliższy duszę, a więc też człowieka w jego 
największym wymiarze osobowym, a jako różnicę gatunkową objawianie 
się w stylu, a więc nadawanie kształtu w procesie twórczym. Jacques 
Maritain wyjaśni, że poznanie poetyckie upodobnia świat w poecie (Maritain 


61 Joan M. Erikson "od początku [m] ściśle związana ze sztuką [m] najpierw jako 
tancerka i nauczycielka tańca". Eksperymentowała "z dramatem, malarstwem, 
metaloplastyką, jubilerstwem". Poglądy swoje wypracowywała "przez lata pracy 
i obserwacji". Zwraca ona uwagę, że wwiększość profesjonalnych artystów i wielu 
psychologów i psychiatr6w czuje, że niewłaściwe jest naginanie sztuki, używanie jej 
jako narzędzia do manipulowania pacjentami w celu skłonienia ich do ujawnienia 
nieuświadomionych uczuć". "Zaangażowany artysta ma szlachetny obowiązek 
kontynuowania swojej pracy bez poniżającej go jakiejkolwiek ingerencji [m]". "Nie 
można twierdzić, że tworzenie [artystyczne - A. W.] jest całkowicie bezbolesne, lecz 
z całą pewnością pędzel nie może być narzędziem do bolesnych badań" (Erikson). 


403
>>>
Piękno 


[3]; Wojciechowski [22]}. Pamiętajmy jednak, że nie mamy tu do czynienia 
z "narzędziem terapeutycznym", ale z przeogromną przestrzenią w wielu 
miejscach obarczoną niezwykłą tajemnicą (Wojciechowski [22]). Z pewną 
sytuacją człowieka. Czy praca będzie tą twórczością? Oczywiście, o ile 
będzie działaniem świadomym i własnym. Kępiński w ogóle pracę określił 
jako twórczość (z jej warunkami świadomości i akceptacji) poddaną ocenie 
społecznej (Kępiński [2], [3]). 
Kępiński używa jeszcze innego określenia twórczości: "twórczość 
to świadoma negatywna entropia". Entropia jest miarą nieokreśloności, 
chaosu, a także właściwością poddania czemuś, zależności (Wojciechowski 
[4]; Abramowiczówna). Tak więc, twórczoŚć będzie świadomym tego 
zanegowaniem. 
Nazwę terapia przez twórczość możemy więc wytłumaczyć jako 
pełną czci opiekę, która umożliwia świadome przeciwstawienie się, poprzez 
wprowadzania własnych zamysłów w otaczający świat, tendencjom rozpadu, 
bezruchu, uzależnienia. Oczywiście, opieka ta będzie podlegała warunkom 
pedagogicznym, które formułuje Stefan Kunowski jako pola biosu, etosu 
i agosu (Kunowski). Oznacza to, że musimy liczyć się z granicami 
narzuconymi przez strukturę biologiczną naszego partnera, musimy brać pod 
uwagę wpływy środowiska, sami je współtworząc, a także granice etyczne 
i moralne, i w taki sposób wkraczać w nasze terapeutyczne (pełne czci dla 
godności osoby ludzkiej) działanie. 
Terapia przez twórczość dzieje się w interakcji pomiędzy "terapeutą" 
a poddanym opiece. Istotą jest tu równość podmiotowa. 
Narzędziami terapii przez twórczość może być wszystko, co służy 
rozbudzeniu "kręgu nadziei" (Wojciechowski [18]), a więc wzmocnieniu 


"Krąg nadziei" 
Podmiot S podejmuje zadanie twórcze, które poddane ocenie społecznej staje się 
pracą T, w następstwie czego może otworzyć się przestrzeń miłości A. Jeśli tak będzie, 
to wzmocni się poczucie podmiotowości S. 


404
>>>
Problemy terapii przez twórczość 


poczucia podmiotowości poprzez stawianie i podejmowanie zadań świado- 
mie i zadań zaakceptowanych. 
Terapia przez twórczość winna służyć wszelkim układom terapeutycz- 
nym, od najprostszego - nauczyciel i uczeń aż do terapii w roz- 
budowanej instytucji i, co ważne, nie dotyczy ona tylko osób niepełno- 
sprawnych, to znaczy wyróżnionych tak poprzez odróżnienie od jakiejś 
powszechnej normy. 
Jednak gdy mamy do czynienia z osobami, które podlegają naznaczeniu 
poprzez odróżnienie od jakiejś upowszechnionej normy (por. Kowalik), 
relacje terapeutyczne przybierają tu szczególny wymiar i charakter. 
Czynem Karol Wojtyła nazywa "wyłącznie świadome działanie człowieka" 
(Wojtyła, s. 73). 
Kępiński mówi: twórczość to każde świadome wprowadzenie własnego 
porządku w otaczający świat (Kępiński [2], [3]; Wojciechowski [4], [18]). 
Możemy więc wyprowadzić z tego "twórczość to każdy czyn". Karol 
Wojtyła zaznacza: "skoro mówimy czyn nie trzeba dodawać ludzkl' (Wojtyła, 
s. 73). "Chodzi o ten konkretny byt, jakim jest człowiek z właściwym tylko 
jemu działaniem". Chodzi też o to, że czyn ten "dokonuje się w sposób 
właściwy wolnej woli" (Wojtyła, s. 74). 
Wyrażenie czyn tak samo jak działanie 
wiadome mówi nam o dynamizmie 
właściwym człowiekowi jako osobie" (Wojtyła, s. 75-76). 
W wyrazie czyn, czytamy u Wojtyły "skondensowały się te treści 
ontologiczne, które są właściwe terminowi actus humanus, a zarazem treści 
psychologiczne, na które naprowadzają przydawki: łacińska voluntarium 
i polska twiadome (Wojtyła, s. 76). 
Każde ludzkie doświadczenie jest jakimś zrozumieniem tego, czego czyn 
jest "szczególnym momentem" - doświadczeniem osoby. Jest ono zarazem 
zrozumieniem - oglądem intelektualnym (Wojtyła, s. 58). W tym doświad- 
czeniu ujawnia się ścisła korelatywność znaczeniowa odpowiedniości 
i współzależności pomiędzy osobą a czynem (Wojtyła, s. 59). 
Jeśli terapię przez twórczość ujmiemy jako "terapię czynem", lub terapię 
"dla czynu", to będzie to zarazem "terapia osoby", lub "terapia dla osoby". 
To ma znaczenie ogromne, gdyż stawia nam wspólne pole "doświadczania 
osób". Jean Vanier pisze: "komunii osób" (Vanier [1], [5]). 
Czynom przysługuje wartość moralna: są moralnie dobre i moralnie złe. 
"Moralność stanowi ich wewnętrzną właściwość" (Wojtyła, s. 59). 
Patrząc na świat niepełnosprawnych, którzy przecież nigdy nie są 
samotni, wyizolowani - patrzymy na świat moralności - czynów moralnie 
dobrych i moralnie złych. Najpierw to my jesteśmy zapytani o nasze czyny 
wobec "nich". O umożliwienie im "czynienia moralnego wyboru". Czy 


405
>>>
Piękno 


umożliwimy im "życie w rzeczywistości moralnego wyboru"? Czy uznajemy 
w nich osoby? (por. Wojtyła, s. 59-60). 
Czyny, a z nimi moralność "stanowią niejako najwłaściwszy punkt 
wyjścia zrozumienia dynamicznej istoty" osoby (Wojtyła, s. 60). Czy 
pozwalamy zrealizować się moralności osoby niepełnosprawnej? Albo 
lepiej, pełniej: czy pozwalamy zrealizować się moralności nas i osoby 
niepełnosprawnej? 
Karol Wojtyła stwierdza niezwykle ważny dla pedagogiki specjalnej sąd: 
"nie chodzi o to, aby wykazywać, czyli udowadniać, że człowiek jest osobą, 
że działanie człowieka jest czynem [...] to jest już raczej dane w doświad- 
czeniu człowieka: rzeczywistość osoby i czynu jest poniekąd zawarta 
w każdym fakcie człowiek działa" (Wojtyła, s. 64). 
Jeżeli więc stworzymy przestrzeń działania, to w każdym z faktów tej 
przestrzeni ujawni się osobowość człowieka "niepełnosprawnego". W każ- 
dym z faktówl 
Czytamy u Karola Wojtyły bardzo ważne zdanie: 
Bogactwo i różnorodność doświadczenia stanowią jak gdyby prowokację 
dla umysłu, aby rzeczywistość osoby i czynu, raz pojętą, starał się jak 
najwszechstronniej ująć i jak najpełniej wytłumaczyć. To jednak może się 
dokonać tylko na drodze coraz głębszego wchodzenia w doświadczenie, w jego 
zawartość. Dzięki temu osoba i czyn zostają niejako wydobyte z mroku. 
(Wojtyła, s. 64) 


Musi rozpocząć się proces poznawczy "w którym dokonuje się stały 
i homogenny rozwój pierwotnego oglądu osoby w czynie i poprzez czyn" 
(Wojtyła, s. 64). Aby to mogło się zdarzyć, musimy współtworzyć środowisko 
"czynienia" dla osób "niepełnosprawnych". Ono zawsze istnieje - pytanie 
jest tylko, jakie "czyny" tam mogą zaistnieć? M oże są to też "czyny 
- cierpienia"? 
Osoba "niepełnosprawna" uczestnicząc w tym środowisku też poznaje 
je najpierw uogólniając przez indukcję i w ten sposób znów doświadczając 
własnego "ja" (por. Wojtyła, s. 64). 
W ten sposób pewno wzmacnia się podmiotowość człowieka w "kręgu 
nadziei". Dzięki indukcji przeżycie subiektywne relacji "osoba-czyn" staje 
się tematem, oraz problemem (Wojtyła, s. 64). 
Osoba w całościowym doświadczeniu jawi nam się poprzez czyn 
dlatego, że człowiek dany nam jest nie tylko od zewnątrz, ale także od 
wewnątrz. Jawi nam się jako "ja" - a więc otwiera nam się możliwość takiej 
interpretacji, która "odtworzy podmiotowość człowieka" (Wojtyła, s. 67). 
Człowieka rozumiemy dzięki wzajemnej relacji obu aspektów doświad- 
czenia (wewnętrznego i zewnętrznego). Jeżeli oglądamy osobę poprzez 


406
>>>
Problemy terapii przez twórczośt 


czyn, to oglądamy go poprzez samą dynamiczną rzeczywistość, która 
równocześnie ujawnia osobę jako swój podmiot sprawczy (Wojtyła, s. 58). 
"Kategoria osoby i czynu jest właściwym wyrazem dynamicznej jedności 
człowieka" (Wojtyła, s. 59). 
Antoni Kępiński umieścił twórczość wśród procesów metabolizmu 
informacyjnego, uznanego przez niego za taki sam zespół czynników 
życiodajnych, jak metabolizm energetyczny. Zaburzenie procesów me- 
tabolizmu informacyjnego skutkuje, podobnie jak zaburzenie procesów 
metabolizmu energetycznego, chorobą i wreszcie śmiercią. Nie w przenośni, 
ale rzeczywiście. 
Procesy te rozgrywają się na kanwie trzech "wektorów": wektora DO, 
czyli wektora mi/oJci, wektora OD, czyli wektora ucieczki, które tworzą tło 
procesów metabolizmu informacyjnego, i wreszcie wektora NAD, wektora 
twórczoJci urzeczywistniającego te procesy. 
Człowiek (S), aby tworzyć, musi najpierw zwrócić się KU czemuś, musi 
"pokochać". Wówczas to, co będzie zamierzał uczynić czy też będzie czynił, 
poprzez ocenę społeczną stanie się pracą (T) i w taki sposób stanie się 
czynnikiem, a nawet przyczyną wielu niezwykle bogatych sytuacji społecz- 
nych. Rozpoczną się procesy społeczne w całej ich komplikacji. Będzie to 
kierunek ku życiu (Wojciechowski [4]; Kępiński [2], [3]). 
Jeżeli jednak z jakichś powodów uprzednich czy też w wyniku tychże 
procesów społecznych zacznie w człowieku rozwijać się i dominować 
postawa OD, to rozpocznie się proces inwolucji, który będzie początkiem 
drogi ku śmierci - entropii. Pojawią się tu różne procesy towarzyszące, takie 
jak na przykład agresja, którą powinniśmy tu rozumieć także jako znak 
obrony. Jednak kierunek będzie stały - entropia (Kępiński [3]; Woj- 
ciechowski [4]). 
I właśnie obserwacja osób odrzuconych na skutek, stwierdzonej wobec 
jakiejś powszechnej normy, niepełnosprawności zdaje się wskazywać, że 
mamy do czynienia z procesami chorobowymi spowodowanymi zaburze- 
niami metabolizmu informacyjnego, które ogólnie możemy określić jako 
uniemożliwienie realizacji postawy NAD - twórczości. Winniśmy się teraz 
zastanowić, jakie są przyczyny tego zatrzymania "ruchu naprzód". Czy są to 
uszkodzenia organiczne, czy zmiany w strukturze organizmu, które uniemoż- 
liwiają działania wychowawcze i społeczne takie, jakie stosujemy zazwyczaj 
u osobników "w normie", czy też postawa społeczeństwa blokującego przez 
odrzucenie czy na przykład przez nadopiekuńczość każdy zamiar twórczy 
lub, co gorzej, każdy gest postawy DO - postawy miłości? 
Jeśli potrafimy uczynić takie rozpoznanie, to potrafimy także znaleźć 
kroki terapeutyczne. 


407
>>>
Pi{Jkno 


Jednym z takich pierwszych kroków powinno być postawienie zadania 
na pewno możliwego do spełnienia i po jego wykonaniu wyrażenie 
akceptacji. Byłby to krok ku rozjaśnieniu przestrzeni 62 , otwarciu przestrzeni 
miłości (A), co w konsekwencji winno wzmocnić poczucie podmiotowości 
osoby z którą wchodzimy w relację terapeutyczną. Wówczas powinniśmy 
móc postawić zadanie trudniejsze, okazać akceptację i tak dalej. Możemy 
też, a nawet powinniśmy, obserwować i oceniać działania podejmowane 
samorzutnie przez naszego partnera. Nie każde działanie pochopnie przez 
nas ocenione jako przypadkowe, agresywne, czy pozbawione wewnętrznego 
porządku takie jest. Wymagana tu jest nasza pilna uwaga, nastawiona 
przychylnie do poczynań partnera. 
Pamiętajmy, że Kępiński mówi o każdym świadomym wprowadzaniu 
własnego porządku w otaczający świat. Tak więc, każdy ślad świadomego 
działania naszego partnera jest chroniony (święty). Jest to fundamentalna 
zasada metodyczna terapii przez twórczość. Błędem najczęściej popełnianym 
jest wartościowanie dokonań twórczych partnera i odrzucanie tych, których 
my nie uważamy za twórcze, na przykład z powodu "prymitywizmu". 
Wartościujemy je, oczywiście, według naszej skali, inaczej mówiąc projek- 
tujemy poczynania partnera, wprowadzając w ten sposób nasz porządek, 
a nie pozwalamy na okazanie się porządku partnera. Drugą podsta'wową 
zasadą jest "niedotykanie ręki partnera" - tak poprzez pewną metaforę 
zabezpieczamy jego prawo do samodzielności w realizowaniu zamiarów. 
Nie prowadzimy "ustawiając jego ręce i nogi", a zapewniamy bezpieczeństwo 
jego własnej drogi. 
Pozostaje ważny problem osób, które według naszej oceny w ogóle nie 
będą mogły wejść w relację twórczą ze światem, czy to z powodu 
uszkodzenia zmysłów, czy z innych powodów. Musimy wówczas pamiętać, 
że w "kręgu nadziei" następnym miejscem po "twórczości" jest "miłość 
- przestrzeń otwarta". Tak więc, dziecku leżącemu w łóżku, z którym nie 
potrafimy nawiązać kontaktu twórczego, postawmy na przykład na stoliku 
kwiat z pełnym przekonaniem, że przez to akceptujemy jego osobę i jej ukrytą 
możliwość. Nie wiem, co się potem stanie (por. Szuman [1]). Pamiętajmy 
jednak, że "terapia przez twórczość" jest procesem, w którym my sami 
jesteśmy jednymi z aktorów i sami podlegamy zmianie - sami przeżywamy 
własny proces "terapii przez twórczość", zwróconej ku nam. Ilustracją tego 
może być proces "terapii przez twórczość", mający miejsce między Anną 
62 Jest to określenie Antoniego Kępińskiego, który ze względu na życiodajny 
charakter nazywa przestrzeń, w której jest możliwa postawa miłości - DO, a w jej 
następstwie twórczość - NAD przestrzenili jasnll, otwartlI w odróżnieniu przestrzeni 
zamkniętej, ciemnej, w której dominuje postawa ucieczki - OD i która jest przestrzenili 
depresji 


408
>>>
Problemy terapii przez twórczość 


Sulivan a Heleną Keller (Keller), czy też procesy pomiędzy Michałem 
Kaziowem a jego otoczeniem, a szczególnie Haliną Lubicz (Kaziów). 
Uprawnione są tu wszystkie działania, które pomagają budować relacje 
"wiary, nadziei i miłości (oczekiwania, otwartości i upodobnienia)" (Go- 
gacz). Kuchnia, sprzątanie, malowanie, rysowanie, grafika, stolarstwo, 
a nade wszystko wszelkie małe okazje życia codziennego. 
Granice - odpowiedzialność przed Bogiem i społeczeństwem. Tak 
Albert Menne (Menne) nazywa ostatni argument swoich relacji "nauka jako 
badanie i nauka jako nauczanie" (por. Wojciechowski [18]). 
Równość ludzi wobec Boga i powszechna słabość. 
Jean Vanier naczelnym drogowskazem rewalidacji uczynił stwierdzenie: 
"Każdy ma prawo być byle jaki (droit d'
tre mache). Każdy ma prawo być 
słaby" (Vanier [5]). Antoni Kępiński pokazuje niezwykłą złożoność procesów 
metabolizmu informacyjnego człowieka. Ta złożoność właśnie implikuje 
słabość struktur ludzkich (Kępiński [3]; Wojciekchowski [4]). Vanier mówi: 
dopiero wtedy, gdy uznasz swoją słabość i zwrócisz się z nią ku Bogu, 
będziesz mógł zgodzić się na słabość drugiego (Vanier [5]). Jest to bardzo 
ważne, bo proces terapeutyczny jest relacją co najmniej dwóch osób 
i bardzo często może być poprawnie zbudowany przez odwołanie się do 
relacji i wartości religijnych (por. Osoba...). 
Tłem terapii przez twórczoŚć są właśnie relacje osobowe wiary, nadziei 
i miłości, a więc otwartości, oczekiwania i upodobnienia (Gogacz). 
Tu znów w jakiś sposób dotykamy problemu sztuki, gdyż Jacques 
Maritain poznanie poetyckie nazywa poznaniem przez upodobnienie (Ma- 
ritain [3]). Jedynie w takim wymiarze godzimy się na obecność sztuki 
w terapii przez twórczoŚć. Wydaje się jednak, że ona sama bez naszego 
specjalnego wysiłku się tam pojawi, gdyż, jak już wiemy, jest sytuacją 
człowieka. Z kolei nasza wiedza o nierzadko bardzo trudnych i bolesnych 
okolicznościach tej sytuacji będzie nas skłaniała do szczególnej uwagi 
i do pomocy człowiekowi, naszemu partnerowi, który dzięki naszemu 
wzajemnemu wysiłkowi mógł znaleźć się w nich.
>>>
PIĘKNO OSOBY NIEPEŁNOSPRAWNEJ 


[w:] TERAPIA I TEATR. WOKOL PROBLEMATYKI TEATRU 
LUDZI NIEPELNOSPRAWNYCH. RED. IRENA JAJTE- LEWKOWICZ, 
POLESKI O
RODEK SZTUKI, ŁCD11 999 


Proces poznania przebiega od strony bytów w kierunku osoby ludzkiej. 
Realistyczna teoria poznania stwierdza, że to byty wywołują rozumienie ich 
i wiedzę o nich (Gogacz, s. 44). 
Musimy wyra!nie odróżniać to, co jest przez nas konstruowane w na- 
szym procesie poznania, od tego, co bytuje niezależnie od naszego 
poznania - stworzone przez Boga. M usimy starać się odróżnić to, co 
budujemy w naszym umyśle o osobie niepełnosprawnej, od tego, czym 
ona rzeczywiście jest. 
Jak to zobaczymy, proces ten nie jest ani łatwy, ani w pełni skuteczny. 
To, co w naszym umyśle powstaje, zawsze jest jakąś wiedzą powstałą. 
z tego, co byt poznawany podał nam do poznania i z tego, co subiektywnie 
z tego odebraliśmy i przetworzyliśmy. Gdy poznajemy osoby niepełno- 
sprawne, to szczególnie mamy do czynienia z sygnałami od poznawanego, 
które są niezwykle silne, ale prawdopodobnie dotyczą tego, co bardziej 
zewnętrzne - wyglądu, zachowania się, zewnętrznych sygnałów choroby. 
Jeśli zaś idzie o subiektywizm naszego poznania, to tu może domino- 
wać lęk i bezradność, które modyfikują nasz obraz wewnętrzny osoby 
niepełnosprawnej, który z kolei wywoła w naszym umyśle pojęcie - sąd 
(Maritain [3]; Bocheński [2]). Nade wszystko trzeba też pamiętać, że jak 
to podkreśla Janina Doroszewska za Rima Dubosem, "przyjmujemy do 
naszego wnętrza" całe złożone symbole, na kształt których mają wpływ 
nasza historia, przewidywanie przyszłości, obecny stan naszej psychiki itp. 
(D oroszewska). 
Mieczysław Gogacz podkreśla, że bytem, który poznajemy, jest zawsze 
odrębna, o wewnętrznej jedności kompozycja przyczyn wewnętrznych, 
które stanowią tylko ten właśnie byt. Nie stanowi go żaden element innego 
bytu, a to co go stanowi jest wystarczającym powodem tego, że jest i tego 
czym jest (Gogacz, s. 23). Byt zaś stworzony, aby istniał musi mieć swoją 


410
>>>
PifJkno osoby niepe/nosprawnej 


przyczynę zewnętrzną - samo Istnienie - Absolut. Mówimy więc o Bogu, 
jako praprzyczynie wszystkich innych bytów (Gogacz, s. 23). 
Według świętego Tomasza z Akwinu, czytamy u Gogacza, status 
wewnętrzny przyczyn bytu określają: "jego jednostkowość, jego osobność, 
jego inność i jego pojedyńczość" (Gogacz, s. 24). 
Niepowtarzalność gwarantowana osobnością istnienia i istoty, jako 
tworzących byt, wskazuje, że ten byt jednostkowy jest osobny dzięki tylko 
jemu właściwym skutkom przyczyn głównych (Gogacz, s. 24). 
Byt jednostkowy jest inny niż pozostałe byty, gdyż cały zespół deter- 
minujących go pryncypiów wywołał tylko te niepowtarzalne skutki, które go 
stanowią (Gogacz, s. 24-25). 
Ten postulat osobności bytu jest szczególnie ważny przy poznawaniu 
osób niepełnosprawnych. Najczęściej mówimy: niewidomi, trisomicy, autys- 
tycy, dotknięci dziecięcym porażeniem mózgowym, itp. A przecież to są 
zawsze odrębni ludzie, każdy ze swoją własną historią. To, że cierpią na 
jakieś deformacje czy uszkodzenia, oznacza tylko tyle, że historia ich życia, 
rozpoczęta tak, jak u każdego z nas narodzinami i wymaganiem miłości 
matczynej jest obarczona epizodem dziecięcego porażenia mózgowego, 
problemów ze wzrokiem, skutków trisomii 21, autyzmem (zawsze innym) itd. 
Filozof stwierdza, że przyczyną realności osoby jest jej istnienie 
(Gogacz, s. 27). 
Osobę zaś cechuje możno
ć intelektualna zawarta w jej formie czyniącej 
z istnienia istnienie tylko tej właśnie istoty (por. Gogacz, s. 23). 
Ludzkim, przypadłościowym wyposażeniem realnej osoby jest jej psychika 
- zespół jej uczuć, wiedzy i skutków decyzji, czytamy u Mieczysława 
Gogacza. Do bytu osobowego przynależy rozumnoŚĆ i wolność - podstawy 
poznania i decyzji (Gogacz, s. 40). 
Osoba ludzka kontaktując się z ludźmi poprzez swoje istnienie i własności 
transcendentalne (odrębność, jedność, realność, prawdę, dobro i piękno) 
powoduje istnienie relacji osobowych: wiary, nadziei, miłości, a więc 
otwartości, oczekiwania i upodobnienia (Gogacz, s. 40). 
Tu pojawia się ważne pytanie: czy każdy człowiek niepełnosprawny jest 
obdarzony intelektem? Odpowiedź jest bardzo obciążająca: tak, każdy, gdyż 
wynika to z jego duchowej istoty. Oczywiście funkcje tego intelektu są 
u każdego inne - u jednych bogatsze i silniejsze, u innych słabsze i może 
uboższe. Wszakże wszystkich tak zwanych sprawnych możemy uszeregować 
na pewnej linii według różnych jakości ich funkcji intelektualnych. Tak 
zwani skrajnie niepełnosprawni umysłowo nie są poza tym szeregiem, ale 
mają jedynie określone miejsce w tym szeregu. Każdy z nich jak już wiemy, 
swoje szczególne miejsce - dla siebie osobne. 


411
>>>
Pi,kno 


Czy tak zwani wymóżdżeni też? Też. I to może być dla nas wstrząsem 
intelektualnym. Stałym przypomnieniem o tym, że możemy bezustannie 
szukać kontaktu z tym intelektem. Wszakże liczba naszych tak zwanych 
normalnych możliwości mózgu (na poziomie połączeń dwójkowych) jak 
podaje Antoni Kępiński wynosi 10 1 °1 [silnia] (por. Kępiński [3], s.134). 
Jakiej redukcji może ona ulec? Sądzę, że psychoneurologowie mieliby tu 
wiele do powiedzenia. 
Mieczysław Krąpiec przypomina, że wszystko, co jest bytem - rzeczą 
- jednością - odrębnością, jest zarazem w koniecznej relacji do intelektu. 
(Krąpiec, s. 132). 
Poznanie nasze jako podstawę ma zasadę tożsamości i niesprzeczności 
poznawanego bytu. Zasada tożsamości pozwala nam wyróżnić przedmioty 
poznania i ich cechy, a zasada niesprzeczności pozwala odróżnić byt od 
niebytu - stwierdzić, że byt istnieje. Zasady tożsamości i niesprzeczności 
czynią poznawany byt wyraźnym dla nas (Krąpiec, s. 132). 
Jeśli zatem zasady tożsamości i niesprzeczności są ostateczną podstawą 
naszego poznania i dzięki nim poznanie jest w ogóle możliwe, to znaczy to, 
że byt sam w sobie jest racjonalny. "Prawa bytu są prawami myślenia" 
(Krąpiec, s. 132-133). 
Wszystko, co powstaje w naszej myśli jest jak gdyby "wywołane" przez 
poznawany byt. Nasz intelekt w trakcie poznania jest jak gdyby swoiście 
połączony z bytem poznawanym. W intelekcie "uświadamiają się" realne 
treści poznawanego bytu (Krąpiec, s. 133). 
To właśnie prawa bytu, poznane mniej lub bardziej dostatecznie, stają się 
z chwilą przyjęcia ich w odpowiednim kontekście przez myśl - pisze 
Mieczysław Krąpiec - prawami naukowymi (Krąpiec, s. 133). 
Naukowe poznanie praw rządzących bytami niepełnosprawnymi jest 
doprawdy ogromne i w swej istocie ukazuje ich człowieczeństwo, jego 
pełnię i złożoność. Pozostaje postawić pytanie: dlaczego sformułowane tu 
prawa naukowe są tak dalece zapoznane powszechnie? 
Uwyraźniając w naszym poznaniu byt jako prawdę odkrywamy zasadę 
racji bytu (Krąpiec, s. 133). 
Zgodnie z zasadą tożsamości, czytamy u Mieczysława Krąpca, wszystko, 
co jest, ma to dzięki czemu jest (istnieje) i jest tym, czym jest. Tak więc 
zgodnie z tym, co powiedzieliśmy poprzednio - wszystko co jest, jest 
poznawczo ujmowalne, gdy jest możliwe do uzasadnienia (Krąpiec, s. 134). 
Tu wszakże wkracza subiektywizm naszego poznania. Wszystko może być dla 
intelektu zrozumiałe, o ile odpowiednio mu się przedstawi (Krąpiec, s. 134). 
Poznajemy byty w ich złożoności zarazem z czynników konstytutywnych, 
jak i niekonstytutywnych bytu, ale z bytowością jakoś związanych. To 


412
>>>
PifJkno osoby niepe/nosprawnej 


złożenie zgodnie z zasadami fundamentalnymi bytu jest niesprzeczne 
(Krąpiec, s. 134). Czynniki konstytutywne bytu mają się do czynników 
niekonstytutywnych (przypadłościowych) w relacji posiadającego do 
posiadanego (Krąpiec, s. 134). 
Wszystko, co jest, ma swoją rację bytu albo "w sobie" (jako czynniki 
konstytutywne), albo "poza sobą" (we wszystkich innych aspektach). 
(Krąpiec, s. 134). Tak więc mamy wyróżnioną rację bytu wewnętrzną 
i zewnętrzną. "W sobie" byt zawiera zdeterminowaną przez czynniki 
konstytutywne naturę (Krąpiec, s. 134). Czynniki zewnętrzne (racja bytu 
zewnętrzna) budują byt, ale nie są konieczne dla tego bytu, jako bytu. 
Jeżeli teraz zapytamy, czy niepełnosprawność konstytuuje człowieka, to 
uzyskamy odpowiedf co do zawartości racji bytu wewnętrznej. Jean Vanier 
twierdzi, że niepełnosprawność - słabość jest konstytutywną częścią 
istotową bytu osoby ludzkiej (por. Vanier [5]; także Wojciechowski [4]). 
Podobną myśl znajdziemy też u Kępińskiego, który słabość bytową człowieka 
upatruje w jego złożoności. Im układ bardziej złożony, tym bardziej narażony 
na zniszczenie, czy osłabienie (por. Kępiński [3]; także Wojciechowski [4]). 
Mieczysław Krąpiec przypomina stwierdzenie Św. Tomasza z Akwinu, że 
"wszystko, co przysługuje jakiemuś bytowi nie na mocy tego, czym on sam 
jest, przysługuje mu w wyniku działania jakiejś przyczyny' (Krąpiec, s. 135). 
W tradycyjnym systemie arystotelesowskim mamy cztery przyczyny: 
formalną, materialną, sprawczą i celową (Krąpiec, s. 136). Rozbudowały się 
one pófniej o przyczynę formalną zewnętrzną (ideę) i przyczynę sprawczą 
narzędną. , 
Jako racja bytu wewnętrzna jest przyczyna formalna wewnętrzna. 
Wyróżnia się ona w zasadzie tożsamości (Krąpiec, s. 136). 
Tu właśnie mamy ważne pytanie: jaka jest wewnętrzna racja bytu 
człowieka? 
Ponieważ jest osobą, musi odznaczać się rozumnością. Ponieważ 
niezależnie od niepełnosprawności mamy do czynienia zawsze z osobą 
ludzką, to ta zasada wewnętrznej racji bytu jest niesłychanym wyzwaniem 
dla nas: z jednej strony do pielęgnowania nadziei, a z drugiej do lęku przed 
zranieniem nieuwagą czy naruszeniem godności. 
W racjach bytu zewnętrznych (por. Krąpiec) wyróżniamy - przyczynę 
celową. I tu dwojakie pytanie: 
1) o cel niepełnosprawności - odpowiada na to Chrystus u Św. Jana 
(J 9, 1-4): "Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się 
na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który M nie 
posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać"; 


413 .
>>>
Pi,kno 


2) jaki cel jest racją bytu naszej relacji do niepełnosprawnych - naszego 
działania? 
To niezwykle ważne pytanie: musimy tu odpowiedzieć, czy celem 
naszym jest dobro każdego z odrębnych bytów, z którymi mamy do 
czynienia, czy też celem naszym jest zaspokojenie naszej "koncepcji na 
sztukę niepełnosprawnych", "na nas samych, jako miłosiernych", "na 
system organizacji społecznej" itp. 
Wyróżniamy też przyczyntł sprawczą. Racją bytu osoby niepełno- 
sprawnej jest przyczyna sprawcza' - Bóg. Ale i my jesteśmy sprawcami 
skutków sytuacji człowieka niepełnosprawnego - w relacji do sprawstwa 
Bożego. To jest nasza odpowiedzialność. 
Dalej przyczyna wzorcza. Idea Boga jest znana samemu Bogu - my 
możemy poznać jej część właśnie w przytoczonym tekście Ewangelii według 
Św. Jana. Ale pozostaje pytanie o ideę przyświecającą nam jako pozo- 
stającymi (zawsze!) w relacji z niepełnosprawnymi. 
I przyczyna materialna. Jeżeli niepełnosprawności należą do właś- 
ciwości tego oto człowieka, to rację bytu mają w człowieku. Są emanacją 
i przejawem jego człowieczeństwa (por. Krępiec, s. 136-137). Są z nim 
związane. 
Jest to wielkie stwierdzenia Jeana Vaniera: "każdy z nas jest byle jaki 
- ma prawo być byle jakim". Każdy z nas nosi w sobie swoją niesprawność 
- lepiej lub mniej ukrytą, a co więcej - lepiej lub mniej znaną nam samym. 
Jesteśmy raczej słabi niż silni - przez swoją słabość narodzin, śmierci 
i zawartej między tymi punktami granicznymi - historii naszego życia (por. 
Vanier [5]). 
Nasze poznanie osadzone jest na osi, której krańcami z jednej strony 
jest byt przygodny niekonieczny, a na drugiej stronie Absolut - taki 
byt, w którym sam akt istnienia jest czynnikiem konstytuującym byt 
(Krąpiec, s. 137). 
O prawdzie można mówić w dwojakim znaczeniu: 
- jako o prawdziwości naszego poznania; 
- jako o prawdzie samej rzeczy (Krąpiec, s. 138). 
To odnosi się do naszego myślenia o osobach niepełnosprawnych: 
1) poznajemy osoby niepełnosprawne w tym, co one nam "podają" do 
poznania, ale tylko w taki sposób, w jaki nasza myśl się subiektywnie 
kształtuje; 
2) prawda osoby niepełnosprawnej zawarta jest w niej samej - przez 
to, że jest. 
Możemy odrzucić osobę niepełnosprawną lub ją przyjąć. To sprawa 
naszej wolności. Ale poznanie naukowe osób niepełnosprawnych jest 


414
>>>
Pi,kno osoby niepe/nosprawnej 


ogromne i uzasadnia nam to, że są oni pełnymi lud;tmi dążącymi do 
podtrzymania relacji wiary, nadziei i miłości. 
Mieczysław Krąpiec podaje za Izaakiem ben Salomonem: "Prawda jest 
uzgodnieniem intelektualnego poznania i rzeczy." Czyli szukając prawdy 
szukamy jakiejś zgody pomiędzy naszym rozumem a poznawanym bytem. 
Szukając prawdyoniepełnosprawnym szukamy zgody pomiędzy naszym 
rozumem a poznawanym bytem, który określamy jako byt niepełnosprawny. 
I zwróćmy tu uwagę na historię poznawania osób nazywanych przez nas 
niepełnosprawnymi, w naszym własnym życiu. 
Najpierw zazwyczaj był to lęk. Lęk, a potem może poczucie bezradności. 
O tym lęku mówi pięknie mgr Beata Borowska-Beszta. Jest to lęk naszej 
egzystencji. Wynikiem tego lęku może być odrzucenie - ale my nie 
odrzuciliśmy: pozostaliśmy i jesteśmy. I to właśnie jest "pułapka" w którą 
wpadliśmy. Pułapkę tę definiuje Św. Augustyn: "Jak ciężar rzeczy powoduje 
jej materialny ruch, tak materialnym ru