Z ziemi pagórków leśnych, z ziemi łąk zielonych : książka zbiorowa poświęcona pamięci Adama Mickiewicza w stuletnią rocznicę jego urodzin 1798-1898.

.... 


, 


,.
>>>
"1 . 


1- 


";' 


, J 


.:1'. 
\ 
_ i: I'; 
, ',I 
II' j,-ji;"I, 
I I J I -',y J 
/ Ił, .'1, 
/1, 


, ' 


,I" 
,. 


, , 
i; . 
.,' Z l' 


. II. 
'., \ 


- . 


."" ',,'."' :":",:, {. ',! 
\, 
 ...., 
//jJ I' la., I . 

:( , " , J 
 
 k \ \
 ! l", 
 rl ' l 'i..l!:i':;i 
L \' I ',
II 
; 
 l' , 
f, ,d }. :r, 0/1. 
,{ ':'l' 
'II IW iJ ' 
,It' .ł 


.?" 
.
r 


...,,-fo, 


,,:"f 


, 
" 


"",; 
 \. 

,-7/ 
'" ',. 


..
.., 


,,"7
_ 
'::.\\ 
. 
r 'j;f![" =- -" , ' '1;11" 
,:tt"
"R:,I' 1 
. "//47' 


, J;. /
 11:':"j 
.. 
. ]F" ." IIII'.'
';
' 
,j" ",;\\L 
.t' . 
\ 


. 
 


. 1 / 
.. 
, . 
, 


,
,,: 


A D A M M I C K I E W I C Z. 



llIlował Wulenły Wllliknwi'z. 


... 


- 
-",- --..... 


.Orygiul znajduje .ił. w zbiorach po ś. p. Helenie Skirmunttowej w Pińsku. 


J 


"
>>>
KSIĄŻKA ZBIOROWA 


POŚWIĘCONA PAMIĘCI 


'. 


ADAMA MICKIEWICZA 


w sTuLml
 RoCZIICĘ JEGO URODZII 


(l798-1898) 


r 
 
slln 
 J fo?.I /l--:" 
· / rYjl 
IV"".f t? '8
>>>
ł" 


Drukiem Warszawskiego Towarzystwa Akcyjnego Arl,ystyezno-Wydawniczego. 


.....
>>>
6$'1b'}J(t{i 


,.. 


. . . . Z ZIEMI PAGÓRKÓW LEŚNYCH 
Z ZIEMI ŁĄK ZIELONYCH 

 






@ 


KSIĄŻKA ZBIOROWA 
POSWIĘCONA PAMIĘCI 
ADAMA MICKIEWICZA 
W STULETNIĄ ROCZ- 
NICĘ JEGO URODZIN 


') 


179 8 - 18 9 8 


WARSZAWA * 
GEBETHNER 
I \-VOLFF * 1&)9
>>>
.n.oano..eHO UeH3YpOIO. 
lJapmana, 13 IIOJI. lag) rOlla. 


/110. o;ł 


- 


u . 


, 


.,.,,"1 III f... 
.111111611 ł. 
, "ł/
S1""
 


.",,\
\Ą
\
\ 


D 


--- 


-
>>>
Słowo wstępne. 


Do wielkich ludzi swoich, niekiedy ze zwiększoną czci" 
i miłością zwracają wzrok narody, a wówczas imiona tych 
wybrańców zdl\ją się jaśnieć zdwojonym blaskiem. Takiem 
jest dla nas imię Adama Mickiewicza, w stuletnią rocznicę 
jego urodzin. 
Pierwiastki duchowe ludów z których powstał, zjedno- 
czył w duszy swojej ten wieszcz ich i tłumacz. a iskra gienju- 
szu wzniosła go wyżej ponad narodowe tłumy i dała mu 
Rtanąć na tych szczytach. skąd garstka dusz wielkich 
w wiekowym pochodzie naprzód, przewodniczy ludzkości. 
Chrześcijanin z głębi duszy, od kolebki do grobu, jak 
orzeł ptltrzący w słońce. Mickiewicz patrzył w Niebo, i gdy 
czarem poezyi wysnutej z piersi własnej otaczał ziemię Hórą 
tak miłował - brał on górne natchnienia bijące z wiary 
stropów i we wspaniałych wierszach przelewał w pisma 
swoje; dlatego do nieśmiertelnego piękna dzieł jego dołą- 
czyła się i nieśmiertelna zas]uga. 
Dziś my. wielkif'go poety najb1iżsi ziomkowie. ('Zf'ŚĆ 
wdzięczną mu niosąc-tym skromnym prac zbiorem świę- 
cimy jego rok jubileuszowy. 


--0-+ -
>>>
L. 


....
>>>
"AD ALTARIA rUA." 


Z myśli i uwag o pierwiastku religijnym 
w twórczości Mickiewicza. 


......, ,AltarIa tua, Domin. Vlrtutum 
rex meu! et deU8 me u.. Ił 


Pr,LKZXIY 


Olbrzymie rozmiary w dziejach ducha ludzkiego ma 
postae Mickipwicza, olbrzymie są, walki i cierpienia we- 
wn
trzne, przez które wieszcz przeszedł, olbrzymi i maje- 
statu pełen tryumf, który osiągnął. 
Z otchłani wątpień wydostał si
 on w słoneczny kraj 
prawdy i opowiedział ją w III części Dziadów. 
Pisali inni o tem dziele wieszcza, piszą i pisae brdą, 
zdarzała się i mnie niejeden raz sposobność myśli swoje 
o niem wypowiedzieć 1 ).-Znowu teraz wracam do niego.- 
Ale skoro się w kroczy w dziedzin
 kierunków i duchowych 
tęsknień wieku naszego, niepodobna minąć t
 najwyższą 
ich wyżyn«;}, przykuwa ona zdala i n
ci myśl badacza, 
wzbiła się zuchwale ponad piętrzące się wokoło, ale jakby 
mniej śmiałe, a bardziej brzemieniem własnem przygar- 


I) Me8yaniAci i Słowianofile, 1888 r,-BYI'on i jegu ,ciek, t. II, lti97 r. 
l 


..
>>>
2 


bimIe szczyty, przekroczyła obszary mgły i chmur, urwi- 
stym, a dla wybrańców tylko dostępnym wierzchołkiem 
sięga w wieczny błękit. 
Mickiewicz . nale
y do rodziny gieniuszów, którzy na 
schyłku zeszłego stulecia i na początku bie
ącego przynie- 
śli z Robą na świat poczucie blizkości przewrotów i zmian 
zasadniczych, a obok tego tęsknotę do jakiegoś lepszego 
i idealniejszego 
ycia, do takiej doskonałości stosunków 
ludzkich, której świat dać nie mo
e. Wypadki, których 
byli świadkami, utwierdzały ich w tern uczuciu: w krwa- 
wych powodziach rewolucyi i wojen Napoleońskich zdawała 
się toną(: cała epoka dziejowa, otwierały się podwoje no- 
wych czasów, tam pędzili marzeniem i myślą, ale z chaosu 
nowych a mglistych tęsknot i szcząt!-ów starych wiar nie 
wyłaniał się jeszcze świat nowy, było ciemno, wichry roz- 
igranych 
ądz ducha miotały ich po przepaściach wątpień, 
pochłaniał mrok odwiecznej zagadki bytu. 
'rym cierpieniom, marzeniom, dociekaniom, dą
nościom 
i 
ądzom wieku nadał Byron własne imię, bo jednym był 
z najpierwszych i najenergiczniejszych ich wyrazicieli, ale 
wielkiej zagadki rozwiązać nie zdołał. Nie rozwiązali jej i ci, 
co z nim i za nim szli, daremnie silili się przekroczyć gra- 
nicę negacyi, w której zagrzęźli; niezgodni ze sobą, rozmai- 
tych dr6g próbowali, jedno 
ich tylko h!czyło: wspólność 
protestu przeciwko złemu porządkowi świata. 
Ale dlaczego ten porządek był zły? tu nasuwała-się 
konieczność ustalenia kryteryum, określającego granicę 
między dobrem a złem. 
'V szystkie niemal religie i filozofie świata, od wieków 
nierozłącznie w pojęciach swoich kojarzyły dobro ze szczę- 
śliwością, a złe z nieszczęściem, myśl zaś o złem niemniej 
ściśle wiązały z myślą o zmienności, znikomości i niepe- 
wności rzeczy ziemskich. Dobro przeto i szczęśliwość po- 
legały na wyzwoleniu siebie z pod jarzma pragnieil owych 
rzeczy zmiennych, znikomych i niepewnych a wzniesienia 
I:;ię w sfery absolutu, bez względu na to, czy absolut ten 
był 
ywym Bogiem, czy tylko martwą Nirwaną. "r tym 


.. 
l 


l 


" 


....a
>>>
... 
l 


I 
-, 



 


I 


3 - 


poglądzie religia objawiona podawała rękę krytycyzmowi 
filozoficznemu, kt6ry przez usta Kanta wygłaszał jedno 
z naj wspanialszych twierdze}} na jakie zdobyła się myśl 
ludzka: o dwóch rzeczach wielkich, o "niebie błQkitnem na- 
demną, i prawie moralnem we mnie", prawie moralnem, 
nakazującem walkę z mrokiem 
ądz w imię harmonii ducha 
z harmonią wszechświata, kt6rej symbolem jest niezmienny 
błękit nieba. 
Dopiero w naszym wieku, dawszy się porwal: wirowi 
wstrzą
nie}} dziejowych, doleciała myśl pod wra
eniem 
wit'lkich klęsk i rozczarowań porewolucyjnych, do kresu 
wątpień, zapytując, czy nie miały się rzeczy odwrotnie do 
sądów naszych, czy to, co my dobrem nazywamy, nie było 
raczej złem, a złe dobrem. 
"Czy Bóg-wołał Lucyfer, towarzyszący Byronowskie- 
mu Kainowi w jego zaziemskiej wędrówce-nie miał mocy 
nazWa
 pokonanego wroga swego złem, a siebie Dobrem 
najwyższem." Ale skoro tylko okazywała się możliwość 
przypuszczenia, 
e Bóg jest złem, więc złym i brzydkim 
mógł te
 być ideał wyzwolenia ducha, któremu hołdowała 
ludzkoś(: od początku wieków, złem i brzydkiem to błQ- 
kitne niebo, do którego zwracała oczy myśl stęskniona do 
światła, prawdy i szczę
cia. .Wzdrygał się na to Kain,
jakby 
czując, 
e wraz z takiem przypuszczeniem zanikały w du- 
szy lUdzkiej uczucia podziwu i uwielbienia, stanowiące naj- 
szlachetnif'jszy czynnik radości w 
yciu wewnętrznem, 
e 

ycie samo tra('iło wdzięk swój i moc, pustynia martwa 
zalegała kwitnące kraje zachwytów estetycznych i tęsknot 
moralnych.-"Nie-wołał Kain upojony oglądaniem iskrzą- 
cych się nieskOl}('zonych przestrzeni gwiaździstych _ nie 
mogło złe przeniknąć do tych niezliczonych 11 jaśnit'jących 
światów, są one zbyt pięknel"-Tchnienie błękitu zwiewało 
na chwilę z serca jego chmury niewiary i rozpaczy. 
Bądź co bądź ziarno ostatecznpgo zwątpienia było rzu- 
cone. Dopiero dzi
 wydaje ono swój zgniły owoc, ale ju
 
Wówczas stanęli byli bajroniści nad skrajem przepaści, tylko 
nie wpadli w nią; umieli jeszcze patrze(: w błrkit i w nim 


---
>>>
- 4 


widzieć ster dla uczuć i myśli. Najdalej ku otchłaniom ne- 
Lacyi posunął się był Lermontow, ale i w jego duszy walczył 
:c. pociągiem do pokłóconego z Bogiem demona podziw dla. 
piękna stworzenia, upojenie nieskOIlczonością, której się czuł 

 ynem wolnym. 
Mickiewicz wielkim jest i samoistnym dlatego, 
e na- 
piwszy się z tych samych źródeł buntowniczego bajronizmu. 
doznawszy wszystkich bólów wieku, i przeszedłszy ponadto 
przez szereg katuszy naszym tylko poetom znanyeh, wy- 
brnął zwycięsko z objęć rozpaczy i na gruzach zdeptanych 
wątpieIl i narzekall wzniósł świątynię Panu. Stało się to 
dzi
ki temu, 
e miał on (Juszę tak głęboko, rdzennie religij- 
ną, jak 
aden inny z poetów tego wieku, z nią przyszedł 
na świat i z nią te
 przeszedł przez 
ycie. 
Nadzwyczaj silnie i żywo czuł on związek tego świata 
z innym wy
szym i lepszym, czuł Boga w sobie i nad sobą. 
rozumiał, 
e nie na pot
dze rozumu, uczucia lub woli za- 
sadza się wartość człowieka, ale na tem, 
e on jest stwo- 
rzon na obraz i podobień!;two Bo
e, wiedział zatem, 
e zje- 
dnoczenia z wol
! Bo
ą wymaga dobro i szczęście jego, 
e 
w tem źródło jPgo mocy i niezniszczalności.-Ciemny duch 
Aryman, trawiony zazdrością, zapraglU!ł raz wznieść się do 
państwa Oromaza; po ciemności, 
ywiole swoim, jak pająk 
po sieci poniósł się on w górę i uj rzał słoIlCe przedwieczne 
i wielką jasność Bóstwa... Pomyślał wtedy o szczęściu bez 
kOIlca a myśl ta, "ogromna, jak świata brzemię," z takim 
cię
arem nań spadła, żo run
!ł i lJezsilny lociał w dół, a
 
znowu osiadł 


W samym przepaści niezgłębiont'j środku 
W samym ciemności najgrubszym zarodku. 


j 
1} 
J. 
J 
... 


r 


'Viersz ten osnuty na ustrpie z Zend-Awesty, a napi- 
sany w 1830 roku, 
ywo świadczy o usposobieniu wieszcza, 
o kierunku jego myśli, gdy wkraczając na utartą przez 
Byrona i bajronistów drogę wątpień, zastanawiał się nad I 
dobrem i złem, nad stosunkiem Boga do szatana. Zbyt j 

ywo kojarzył on piękno świata z myślą o kolejach losów
>>>
j 
f 


J. 
l 
.., 
I 


I 
ł 
t 


- 5 - 


ludzkich i o szczęściu wewnętrznem, aby mógł zasmakować 
w negacyi. 
Pozostawało mu przeto, jak wielkiemu Królowi Psal- 
miście, ukorzyć się przed Jehową, "przed obliczem któreg') 
nie usprawiedliwi się 
aden 
ywy człowiek" i w pokorz ' 
tej moc własną i wielkość czerpać. Ale tu właśnie z reli- 
gijnością wieszcza ścierała się owa zrodzona z wstrz
!śnieil, 
z nadziei i zawodów wieku wybujałość indywidualizmu, 
który zapalał się ogniem własnych nieskończonych i niczem 
nie dających się zaspokoić tęsknot i przejęty ich potęgC 
gotów był siebie ubóstwić i uznać w sobie-w tym miano- 
wicie tytanicznym wysiłku wszystkich mocy ducha, usiłu- 
j
!cego przekroczyć nakreślone mu granice i przedrzeć zr.. 
słonę tajemnic-najwy
szy wyraz rozwoju świata. lndywi- 
lualizm ten był źródłem niezmiernej dumy Manfreda, który 
na ło
u śmierci wygłaszał, 
c duch jego nieśmiertelny, od 
czasu i przestrzeni niezale
ny, sam sobie jest odpłatą za 
(',zyny dobre lub złe, sam źródłem mąk własnych i rozko- 
szy, Pod wpływem tego
 uczucia mienił się Słowacki Królem 
(luchem, mistrzem prowadzącym świat na nowe tory, Lermon- 
tow zaś, czując, 
e mu ciasno i duszno na ziemi, wcielał się 
w wygnańców-demonów z piętnem smutku na twarzy nieu- 
kojonego i wieczystego, jak płacz wieków ginących w po- 
mroku zapomnienia i rozbitych usiłowail. Te zapędy samo- 
poczucia i te pokusy pychy równie
 dobrze znał Mickie- 
wicz i zostawiły one na jego uczuciach religijnych odrębne 
znamię, nie wysuwając bowiem na pierwszy plan stanowią- 
cego istotę religijności czucia nędzy i pokory człowieka 
przed majestatem Stwórcy, przeciwnie, podnosiły raczej 
uczucia dumy, płynącej z przeświadczenia, 
e człowiek nosi 
w sobie obraz i podobieństwo Boga. Dwa te uczucia prze- 
znaczone do wzajemnego kojarzenia się we wspaniałej har- 
monii religijnej, staczały ze sobą w duszy Mickiewicza przez 
czas długi zaciętą walkę. 
Znalazła ona wyraz w twórczości wieszcza, zwłaszcza 
po roku 1830, kiedy to pod wpływem obcowania z X. Choło- 
niewskim, w Hzymie, przebudziła się w nim z uśpienia reli-
>>>
- 6 - 


gijność, którą przytłumiły były wra
enia z pobytu w Odessie, 
Moskwie i Petersburgu. Po kilku latach zaniedbania przy- 
stąpił wtedy poeta do Komunii Św., w tym samym kierunku 
podziałały na usposobienie jego nieszczęścia ojczyzny, po- 
czął szukać pociechy w czytaniu mistyków, poznał dzieła 
Ś-go Dyonizego Areopagity, Boehma, Baadera, St. Martin'a, 
długie wieczory zimowe 1833 roku spędzał on według opo- 
wiadania Zaleskiego l) z przyjaciółmi rozprawiając o taje- 
mnicach zaziemskiego 
ycia, o świecie duchów, a dowoLzenia 
jego świadczyły o głębokiem przeniknięciu zakresów mistyki. 
Owocem tego kierunku myśli były pochodzące z 1830-31 
roku wiersze Roz
tm i Wiara, Arcymistrz, Mędrcy, Rozmowa 
wieczorna z Bogiem 2), późniejsze nieco, ale pozbawione okre- 
ślonej daty Zdania i Uwagi z Boehma, Anioła Szlązaka i St. 
Martin'a, wreszcie panująca nad tem i nad całą twórczością, 
poety nr CZęŚI
 Dziad61V. 
Pisał Mickiewicz w jednym z listów, 
e zawdzięcza 
X. Chołoniewskiemu ,;wiele chwil szczęśliwych i nowy widok 
świata, ludzi i nauk." 'Widok ten nie tyle jednak był nowy, 
ile raczej rozszerzony, poeta bowiem wracał do usposobienia, 
które w nim panowało w pierwszych latach twórczości, gdy 
wołał, 
e "czucie i wiara silniej mówią do mnie ni
 mędrca, 
szkiełko i oko," tylko wiara jego była Wówczas prosta, ser- 
deczna, nie rozumująca, teraz pogłębiały ją i rozszerzały 
rozmyślania i studya teologiczno-filozoficzne i mistyczne. Ma- 
lały w obec nowych widnokręgów rozmiary rzeczy ziemskich, 
malał przedewszystkiem rozum, przekonywał się poeta, 
e 
ten w oczach świata i w oczach jego własnych, gdy pojęciom 
świata hołdował, "niezmierzony ocean," po którym do nieba 
chcą dopłynąl
 ludzie, "opływał tylko ziemię" ale nie dosięgał 
zaziemskich obszarów i bezsilny był i niewidomy ilekro(: 
o własnych siłach a bez pomocy wiary kusił się wtargnąć 
w sfery absolutu. Nie chcieli tego uznae mędrcy i zawyro- 


I) K a II e fi b a c li: Adam Midieu'ice, tom II, str, 188. 
2) W ład ysław Mi ckiew icz, t. II, str. 143. 


J 


.. 


r 


I' 



 
\ 


'I
>>>
J 


... 


I . 


l- 


I 

 


1 


- 7 


kowali Bogu. Zadrżnła natura w przestrachu, "lecz pokój 
był w niebie, Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu."- 
Uginał więc poeta przed Bogiem "rozumne, gromowładne" 
czoło, a Bóg sowicie mu to wynagradzał, wznosząc myśl jego 
w niebo i malując ją tam "promieni tysiącem." Nowe i nie- 
zmierzone otwierały się przed nią widnokręgi. J akżc
 mar- 
nym wydał się wtedy poecie ten świat, w którym on dotąd 
przebywał! Rozumiał on nędzę, rozpaczliwą nęuzę i głupotę 
marzeń, myśli i uczuć, gdy Bóg i nieskOllczoność nie są im 
tłem i widział to wyraźnie, że w nędzy tej i glupstwie dobro- 
wolnie zakopywały się robacze, bojące się światła i powiptrza 
dm:ze, które ogół ludzki składały. 
Z pogardą przeto uciekał on od tłumu, dumą ohojrtnQ, 
niby "mgły szatą" pokrywał on swej myśli piomny, z Bogiem 
jednym obcować chciał, przed Nim, w nocy, zdala od zgiełku 
marności wylewał on swe "burze wnętrzne, we łzaeh rozto- 
. " 
płOne... 
Wzniosłoś(;, wyrywająca się z więziennych cieśni bytu 
ziemskiego i w nieskończoności i Bogu szukająca pokarmu, 
jednym jest z najpotę
niejszych i zarazem najszlachotniej- 
szym czynnikiem wrażenia estetycznego, wspaniałe te
 
wzniosłością swoją są ówczesne wylewy liryczne Mickiewi- 
cza, zwłaszcza Rozum i 1Vim'a, Rozmowa wieczorna, ato do 
szczytnych tych natchnień religijnych zakradło się niereli- 
gijne lecz nieodłączne od poety, który zwykł był na skrzy- 
dłach tryumfującej i dumnej młodości unosil; się nad oplo- 
śniałym i martwym światem, uczucie pychy. Wprawdzie 
prześlicznie wyznawał on, że tę pychę "wzniecił duch po- 
kory" 


Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił 
}lój blask jest słabe twych ogniów odbicie, 


Ale czuł jednak, że pycha ducha tak niezmiernie wy
 
soko wzniesionego ponad błahość powszedniego życia ludz
 
kości mogła go zaprowadzić na niebezpieczne manowce sa- 
moubóstwienia, na których mógł postradać spokój i szczęście 
pojednania z Bogiem. Postanowił przeto skruszyć się 


..J
>>>
- 


- 8 - 


wewnętrznie przed Panem, zwalczając w sobie ka
de uczu- 
cie, myśl ka
dą, która nie od Boga szła. Nie było mu na 
drodze tej trudnem wyzwolenie się od pychy rozumu, do 
którego nie 
ywił nigdy zaufania, ale jak temu, który miał 
wkrótce potem nazwać się "największym z czujących na 
ziemi" poskromić pychę uczucia, olśnionego potęgą, z jaką 
umiało wcielać się w cierpienia milionów? jak wznieść się 
ponad pychę woli, kt6ra owem wszechpotę
nem czuciem po- 
rywała się natchnąć myśl, aby wcielającją w czyn "nieśmier- 
telność stworzyć" i mód z zawołać: "C6
 ty wi
kszego mo- 
głeś zrobić, Boże?" 
W Zdaniach i Uwagach należy szukać śladów tego po- 
trójnego pasowania się z sobą w celu wyrobienia w sobie 
pokory, stanowiącej istotę religijności usposobienia, pierwszy 
stopie{1 do tych mistycznych obcowali z Bogiem, do których 
poeta rwał się duszą całą, uczuwszy ich niesko{lCzoną słodycz. 
Ale zanim zdołał wziąść się do spokojnej pracy nad so- 
bą, w duszy jego między uczuciem oddania się Stwórcy a roz- 
bujałym i w siły własne ufnym indywidualizmem stoczyła 
się wałka straszna, której potę
nym odgłosem zagrzmiała 
Improwizacya w III części Dziadów. W dziejach poezyi je- 
dyne to pod względem potęgi i nastroju uczuć dzieło. Na 
skrzydłach wszystkich mocy jestestwa skupionych wjednem 
ognistem p()
ądaniu wzłeciał wieszcz ponad poziomy, czując, 

e unosi z sobą najlepszą treść dusz milionów. Silny ich siłą 
wszystką, on "największy z czujących na ziemi" zapragnął 
po promieniach uczucia swojego wznieść się do Boga, aby 
wydrzeć z nieba prawo miłości i moc jego wcielenia na ziemi 
i jak niegdyś Moj
esz na g6rze Synai, zwiastować ludziom 
wolr Stwórcy - ale milczeniem odpowiedziało mu niebo 
i uczuł on hezsilnośc uczucia, które mu się siłą najwy
szą 
a wszechpotrżną wydało: chwilowy hymn tryumfu zmienił 
się w skargę graniczącą z przekleństwem, skargę tem tragi- 
czniejszą, że skierowaną została nie przeciw martwej jakiejś 
idei, lecz przeciw Bogu żywemu, Stwórcy i Ojcu świata.- 
Skarżyli się inni przed Mickiewiczem-Goethe, Byron-ale nie 
przeciw Bogu powstawali oni, tylko przeciw własnemu 


lo 


I 
I' 
I 


,
>>>
" 


9 - 


pojęciu o Bogu, bo w Boga albo nie wierzyli, albo wątpili 
o Jego istnieniu, albo pojmowali Go jako byt jakiś beztreści- 
wy, Mickiewicz zaś zbyt 
ywo czuł przekraczającą granice 
ziemi a tonącą w otchłaniach nieskończoności potęgę uczuć, 
marzeń, myśli, całego 
ycia swoj ego, aby zwątpić mógł 
o Tym, który 
ywą był nieskOIiczonością. 
Nie jest Improwizacya artystycznie wykOIlczoną rzeczą, 
:zapragnął bowiem w niej poeta wyrazić uczucia, których 
Jliepodobna oddać w mowie ludzkiej, gdy
 stanowią one stan 
ekstazy ducha, goszczącego po za granicami poznawania.- 
Pogrą
ony w ogniu własnym nie umiał te
 Mickiewicz zapa- 
lI10wać nad wyobraźnią, aby szeregiem metafor przyjść uczu- 
ciom swoim w pomoc, wyra
ał je więc negacyjnie, wołając, 

e niczem są uczucia i tryumfy wszy:::;tkich mrdrców i proro- 
ków świata w porównaniu z tem co on czuje. 
Wołania takie nie wywarłyby trwalszego wra
enia, 
gdyby nie było w Improwizacyi tych zwrotów nagłych bły- 
ł" skiem geniusza natchnionych, które w duszy czytaj ącego 
:zapadają nazawsze, zginając ją przed majestatem ducha, 
który tak czuć umiał. Nazwał siebie wieszcz Milionem, "bo 
za miliony kocha," i. Boga chciał wyzwać do walki, na serca! 
Gdyby zaginrły w wirze jakichś kataklizmów dziejowych 
wszystkie ślady poezyi, myśli, cywilizacyi naszej i gdyby 
przypadkiem z całej przeszłości uratowane zostało to jedno 
wyra
enie, zapisane w księgach jakiegoś nowego Herodota, 
wyra
enie to rzuciłoby w ciemną otchłml dziejów zapomnia- 
nych pokoleń taki smug światła, 
e zrozumianoby, i
 istniał, 
działał i przeszedł przez świat naród, który snać umiał sercem 

yć, kochać i cierpieć, skoro wieszcz jego wydobył ton po- 
chodzący z takich głębin kochania i cierpienia, jakich nie 
znali pieśniarze innych narodów. 
Nie znali-z wyjątkiem owego jedynego, który w Bogu 
ufność swoją całą zło
ył i w nim jedyne źródło myśli i na- 
tchnienia uznał. Nie wyniosło się serce jego, ani "kusił się 
o rzeczy wielkie albo wy
sze nad te, które mu nale
ą." 1) 


ł 


l} Psalm CXXXL 


...
>>>
-- 


10 


tylko Bogu duszę swoją oddał, jako dziecir matce. Iobda- 
rzył go za to Pan nieśmiertelną mocą śpiewu, myśli swoje 
w niego wło
ył, a liczba ieh była "bardzo wielka", rOZ!llno- 

yły się nad piasek I), gdy je zliczyć zechciał, i wywy
szon 
został nad pieśniarze wszystkich plemion ludzkich. ,,0, jak
e 
są miłe przybytki Twoje, Panie Zastępówl - wołał on 
w Psalmie, który świeci w pamirci kaMego, kto rozkosz 
modlitwy zna-do sieni Pailskich bardzo tęskni dusza; serce 
moje i ciało moje rozgorzały do Boga 
ywego,-"oto i wróbel 
znalazł sobie domek a jaskółka gniazdo, w którem pokłada 
visklrta swoj e....." ...Ołtarze Pańskie schronieniem są dla 
duszy ludzkiej-lepszy jest dzielI jeden u progu świątyni 
nad tysiące w pałacadl bezbo
ników...... 0, błogosła- 
wieni, którzy to wiedzą -marzył pieśniarz boski-wzniesio- 
ne będą ich serca, zamit'szkają na wieki w domu paliskim..." 
I coraz szersze zakresy ogarniało marzenie króla wiesz- 
czów, widział on przed sobą zastępy onych męMw wybra- 
nych, prawo Boga prawdziwego utwierdzali oni na świecie. 
"Pan panów-wołał on--ukaże się na Syoniel" Ale, pory- 
wając duszę, marzenie nie zapanowywało w niej samowła- 
dme, do ciszy serca swego wracał wieszcz święto.bliwy, i ko- 
rzył się przed Stwórcą, i błagał o zlitowanie: 0, Boże Jakó- 
bów! wysłuehaj modlitwy mojej, nie odmawiaj łaski tym, 
którzy chodzą w niewinności... 
Do tego bezgranicznego oc dania się z ogromną mesyaI'l- 
ską nadzieją zlitowania jego nad narodem "chodzącym w nie- 
winności" dochodził również Mickiewicz, tylko u kr61a psal- 
misty, było to wypływem serca "skruszonego i uniżonego" 
wyrobionej religijności duszy, u Mickiewicza zaś następowało 
po nadludzkim wysileniu ducha, po spazmach zwątpienia 
i rozpaczy. Nie było wirc oddanie się jego tak zuvełne
 
dźwirczał w niem 
al, po utraconej nadziei natychmiasto- 
wego urzeczywistnienia prawdy Bożej, nie zamilkły odgłosy 
zawiedzionych poż
!dań. 


') Psalm CXXXIX. 


I 


I 
.. 


--
>>>
11 


Korzył. się jednak poeta, uznawał, 
e popełnił grzech 
najcię
szy, grzech bluźnierstwa i buntu przeciw 'remu, który 
jest Drogą, Prawdą i Żywotem, 
e wypowiedział "słowa 
głupstwa",łkt6re "najsro
szą są dla mądrych ust mrką," słowa 
będące wyskokiem pychy, w siły swoje zaufanej. Jednał go 
z Bogiem, wnosząc pokój w ten dom zdruzgotanej pychy, 
pokorny zakonnik, jeden z tych męMw, kochający się 
w przykazaniu BO
eIn, o których marzył psalmista. Więcej 
znaczenia ni
 potęga zbuntowanego olbrzyma Konrada miało 
w oczach Boga serce czyste i proste zatopionego w modlitwie 
zakonnika, przed okiem jego ducha spadała zasłona z przy- 
szło
ci. 


Panie! czemże ja jestem przelł Twoim obliczem.: 
l'rochem i niczem, 
A łe gdym Tobie moją nicość wyspowiadał 
Ja proch będę z !'anem gadał. 


I 


\V tych słowach zawarta jest zasadnicza idca dzieła. 
Są one kresem myśli Mickiewicza, a stanowią zarazem pod- 
stawę do rozkwitu religijnego 
ycia duszy. 
Zwycięsko wybrnął poeta z walki, którą uczucie religij- 
ne staczało w nim z butnemi zapędami dumnego indywidua- 
lizn
u, zrozumiał 
e indywi.:ualizm pokłócony z Bogiem był 
aktem nie siły woli, lecz jej zaniku, bo cofała się przed tru- 
dem ciągłej ofiary z siebie na ołtarzu Boga prawuziwego, 
uznał przez to, 
e szczytem indywidualizmu jest akt skruchy 
wewnętrznej, poddanie siebie \Voli N aj wy
szej, kieruj ącej 
bie giem światów i nakazującej wyzwolenie z tego, co Bogiem 
nie jest, z jarzma znikomych i zmiennych pragnień, jako wa- 
runek zdobycia szczę
liwości spokoju. 
Odtąu praca nad skruszeniem siebie, "spowiedź z nicości" 
włas
ej przeu Bogiem stanowi treść wewnętrzną 
ycia poe- 
ty. SIady tego upatrujemy w Zdaniach i Uwagach.-"Niech 
się twa uusza-woła on za Aniołem Szlązakiem w jednym 
z pierwszych Zdań-jako dolina położy, a wnet po niej, jak 
rzeka, popłynie Duch Bo
y,"-Obraz uoliny, jako symbol 
duszy skruszonej przed Panem, pociągał i innych mistyków.- 


ł
>>>
12 - 


Od niego zaczynał rozmyślania swoje wielki Rusbrock, któ- 
rego pisma przyswoił mowie naszej X. vValeryan Przewło- ! 
cki. Nau doliną tą świeci, według Rusbrocka, słollCe połu- 
dnia, symbol Chrystusa i zlewa w nią taki blask i 
ar 
"jakiego nie znają płaszczyzny, po obu zaś jej stronach 
wznoszą się dwie góry ogromne, wyobra
ające dwie 
ądze 
duszy: 
ądzę słu:2;enia Panu i wielbienia i 
ądzę zdobycia 
doskonałej świ\:tości, góry te wy:2;sze są ni:2; niebo, dosięgają 
Boga..." Po nich wspinał się Mickiewicz, odrodzony po wal- 
kach wewnetrznych, wielki pokorą. Zdeptał on pychę rozu- 
mu, było mu to łatwe, jak to jn:2; zauwa:2;ono, bo zawsze 
od młodości (iuszą całą czuł i rozumiał,:2;e "im głębszą poko- 
ra, tern rozum wy:2;szy" (Zd. i U.). Ale trudniej było mu upo- 
rać się z pychą uczucia. Liczne te:2; zdania świadczą jak 
gorąco pracował poeta nad wyrobieniem i utrwaleniem w so- 
bie przeświadczenia, 
e o tyle uczucie ka:2;de, nawet naj- 
wzniośl(
sze z pozoru, jest warte, o ile od Boga pochodzi. 



lówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga, 
Byle im b
'ła cnota i ojcz
'zna droga. 
Głupiec mówi: niech sobie żr
rlło wyschnie w górach, 
Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach. 


Ale by pamiętać o Bogu trzeba umieć zapomnieć o świe- 
cie, uszy zamknąć by w głębi serca uchwycić "wiecznego 
słowa" odgłos: "kto w sercu ucichnie, ten Boga usłyszy"- 
błogosławieni są cisi, oni posiądą ziemię! Pomimo tego zakra- 
dał się jednak zawsze pod myśl poety robak pokonanej py_ 
chy: z pychą woli szepcącej mu, 
e wysiliwszy się zdobędzie 
Boga, naj trud niej było mu dać radę.-Nie wiemy, czy było to 
rzeczą trafu, czy obmyślanego wyboru, 
e najpilniej, z naj- 
większem upodobaniem rozczytywał się w dziełach mistyków 
protestanckich lub wolnomyślnych, jak Boehm i Saint Martin, 
tern się zaś ich mistyka od mistyki katolickiej ró
ni, 
e prze- 
dewszystkiem jest łatwiejszą, t. j. mniejszy kładzie nacisk na 
umartwienie się, jako wstęp do doskonałości, a większą widzi 
w człowieku skłonność i zdolność do zjednoczenia się z Bo- 
giem, nastt'}mie, zgodnie z tern, silniej w niej się zaznacza 


j 


r 
)
>>>
Ja 
I 


, 


l 
.J.. 


I 
) 
f 
I 


13 - 


właściwy riaturze wszelkiej w ogóle mistyki pop
d panteisty:' 
czny. Wszystko to odpowiadało usposobieniu wieszcza, i pod- 
sycało w nim dziwną wiarę w siły swoj e. 
Nie tylko-wołał OlI-zdolnym jest człowiek pogrą
yć 
się w Bogu, ale sarn pogrą
a on Boga w sobie, "zabiera z Bo- ' 
ga tyle, ile chce", bez naszej wiedzy Bóg nie mo
e nas rzuci(:, 
a gdyby rzucił, skoro zechcemy, zn6w do naS zejść musi.- 
Myśli takie napełniały poetę durną radośną, skrzydła rosły, 
zdawało się, 
e "ziemia dalsza jest od człowieka, ni
 niebo". 
Widoczne cechy panteizmu nosiło niedokOlIczone i niewyda- 
ne za 
ycia wspaniałe mistyczne widzenie. - Jak "kwiat 
polny otoczony puchem" prysło ciało poety, dotknięte przez 
Anioła, pozostało "nagie ziarno" duszy i zdawało mu się, 
e się 
budził ze snu strasznego: jasność nagła rozświecała mroczną 
otchłaIl tajemnic, w której dotąd cierpiała dusza w powło- 
ce cieleslwj uwi
ziona, teraz do źródła swego leciał, do Boga. 
Stawał "w pierwotnych 
ywiołów 
ywiole", w jednym pierw- 
szym ciemnym błysku rozlewał si
 nad wszechświatem, 
w środku siebie, ,jakby w ognisku", czuł przyrodzenie całe, 
światłością był zarazem i źrenicą, środkiem koła i jego okr
- 
giem i czuł, 
e coraz bardziej roz
arzać si
 będzie, "rozpły- 
wać, rosnąć, rozjaśnial:, rozlewać się, stwarzać"... 
Jedna to z naj wspanialszych wizyi mistycznych, jakie 
zna poezya, ale przenikającem ją u('zuciem zlewania się 
istoty ludzkiej z istotą Boską staje ona w sprzeczności z tern 
chrześcijaIlskiem przejęciem się nędzą człowieka w obec Bo- 
ga, które rozjaśniało duszę ks. Piotra. 
W Bogu zło
one są typy istot, ów świat wzorów, o któ- 
rym marzył Plato, mistyka zaś, według Rusbrocka, to lot du- 
szy do swego przedwiecznego typu, cią
enie skutku do swej 
przyczyny. Dą
ności tej nie uwiełiczy nigdy esencyonalna 
jedność ze Stwórcą, lecz tylko jedność miłości, przedwieczną 
bowiem jest istota Boska, w6wczas gdy istota ludzka została 
stworzoną, przepaść wi
c między jedną a drugą jest niezgłę- 
biona, wieczysta. \Vreszcie w duszy ludzkiej, gdy nawet prze- 
bywa na wysokościach, znajdzie się zawsze pewna pochyłość, 
gro
ąca jej mo
liwością stoczenia się i spadnięcia, ale wła- 


j
>>>
........ 


- 


14 


śnie dzięki temu zachowuj ąca te
 w niej świadomość otchłani 
między nią a Bogiem. To właśnie chroni ją od panteizmu. 
Ale nie liczył się z tern Mickiewicz. I dlatego to panteisty- 
czny zapęd w skojarzeniu z właściwą poecie nerwową niecier- 
pliwością w oczekiwaniu spełnienia ideału skrzywił w nim 
harmonię skruszonej duszy. Dumne marzenia osiadały na 
niebotycznych wierzchołkach myśli, pojąc ją snem o wszech. 
potędze woli, mierzącej siły swoje na zamiary i got6w bywał 
poeta opuszczać "podn6
a ołtarzy" 
eby zejść ku pałacom 
bezbo
nej pychy. 
Czuł to jednak i rozumiał. Przej
t.r myślą o konieczno- 
ści religijnego podniesienia narodu, marzył on o stworzeniu 
nowego zakonu, ale "kto go zało
y?-pytał towarzyszy-ua 
to trzeba Świętego, ja za pyszny l). 'rak, zbyt mocno był 
wieszcz nasz w swem 
yciu religijnem przejęty sobą i w sto- 
sunku do tego zbyt słabo-Bogiem. Nie wzniósł się wi
c na 
te szczyty liryzmu, na kt6rych przebywał największy śpie- 
wak Boga, nie mógł on wraz z nim powiedzieć o sobie: "Bóg 
jest pasterzem moim-na paszach zielonych postawił i do wód 
cichych prowadzi-du::izę moją posila prawdą"... ale pomimo 
tego, z poetów wieku naszego był on tym, kt6ry naj głębiej 
zrozumiał i uczcił królujący nad światem chrześcijańskim 
ideał moralny, ideał oddania się Bogu. Do źródeł naj- 
czystszych "u podnó
a ołtarzy" poszedł on czerpać natchnie- 
nie i znalazł je i stworzył lU Dziadów, naj wspanialszy w dzie- 
jach poezyi nowoczesnej wyraz zespolenia myśli religijnej 
z twórczością artystyczną. 


]Vtaryaq Zdziechowski. 


-....;::::...c:._ 


') Kall e n b a c h, t. II. str. 187. 
2) P8alm XXIII. 


L 


--
>>>
I 


"'"VJĄTI1 


Z NIEWYDANYCH PAMIĘTNIKÓW 


cfJgnacego f.l)omeYRi. 


Czytelnik, biorący do ręki ksią
kę, po
więconą pamięci 
Adama Mickiewicza, doznałby pewnego zawodu, gdyby 
w niej nie znalazł wspomnienia o serdecznym przyjacielu 
poety, Ignacym Domeyce, Ostatni z filaretów, któremu było 

anem prze
yć wszystkich swoich towarzyszów młodości, 
l po długiem tułactwie ujrzeć znowu kraj rodzinny, zostawił 
pami
tnik, który przez całe 
ycie spisywał, cenny materyał 
d
a 
rzyszłego biografa. Z tego to pamiętnika podajemy po- 
ll1
eJ niektóre wyjątki. Na tem miejscu wyrażamy wdzię- 
Czność rodzinie Ignacego Domeyki za udzielenie nam t!'go 
rękopisu i ulegamy pokusie umieszczenia ustępu z listu sy- 
nowca zmarłego Rektora. List ten zawiera nader trafną cha- 
rakterystykę tej pięknej postaci. 
. ,,\Viara szczególniej przyświecała Ignacemu Domeyce 

 Jego 
yciu i kładła pieczęe, cechującą wszystkie jego prace 
l dą


ści, wiara utrzymywała go w równowauze, kiedy inni 
wątpIlI, błądzili, padali; wiara dziecinna, 
e tak nazwę, nie po- 
.zwoliła, pomimo wpływów, oziębnąć rzewnej i gorącej wyo- 
braźni i słodkiej pobła
liwości dla bliźniego; wiara wysoko 


-'
>>>
16 - 


wykształcona i entuzyastyczna, porywała ku dobremu wszyst- 
JJ( 
kich, co się do nie g o zbli
yli, równie maluczkich , J 'ak i naio- 
;tJ LI 
porniejszych. Zawsze spokojny, uprzejmy, zawsze wesół, 
fałszem jedynie brzydzący się, miewał te
 nieprzyjaciół Ii 
tylko w rzędzie ludzi zupełnie przewrotnych; słuszniej jest 
ieI 
iIi powiedzied jednak, 
e nie on, lecz jego idee i dą
ności mie- 
wały nieprzyjaciół. Posiadał wiele sympatycznych cech na- 
m. szych ubiegłych pokolmi; kochał czule i gorąco kraj rodzinny, 
ale wstrętnym mu był fałszywy szowinizm, a wszystkie te 
ue 
cnoty, zalety i cechy charakteru przenosiła dziwnie sympa- 
)Y t y czna i naturalna skromność. Nie zapomnę dzieciI1llei rado- 
"': oJ 
:i
 ści, z jaką, za przybyciem swym do kraju, odnalazł pierwszy 
swój dyplom, wydany w szkołach SzczuczYliskich, miam
j ący 
V) go członkiem bractwa Maryi-"Sodalis Marianus". Całe dzie- 
łO 
siątki późniejszych świetnych dyplomów ciał uczon y ch, nie 
"': 
sprawiły mu nigdy tyle uciechy." 


aę. 


g 


10' 


VI 


Drezno, 18.'1;1 r. 



o 


nc Z Frankfurtu nad Odrą jedziemy z W rotnowskim do 
,y Drezna i tam znajdujemy Mickiewicza, OdYlica, GarczYIl- 
Ir skiego, Weisenhofa i mnóstwo z bogatszych rodzin Polaków. 


;c 
Mieszkałem z W rotnowskim i Weisenhofem niedaleko 
n 
Starego Platzu. Mickiewicz, Odyniec, GarczYliski, ka
dy po 
o,.:obno mieli swoje mieszkania jedni przy drugich, w pobliiu 
II 
Briihlowskiego tarasu. 
Był to czas, w którym Adam pisał 4-tą część Dziadów; 
. 
GarczYliski-Wacława i sonety; Odyniec spodziewał się przy" 
v 
e bycia swojej narzeczonej, miał 
enić się i codzim'l prawie przy- 
2 nosił coś nowego ze swoich utworów. Codzie{l z nim i Gar. 
czyńskim schodziliśmy się z rana i na wieczór do Mickiewieza r 
i U niego spędzaliśmy godziny przyjemne, Mickiewicz pospo- 


..-
>>>
17 - 


licie był smutny... Rozpogadzało się jednak mu czoło, kiedy 
sami, we czterech, zostawaliśmy na pogadance. Odyniec był 
wesoly i mnie nie opuszczał humor; rozweselaliśmy Mickie- 
wicza i, posępnil'jszego częstokroć od niego, Stefana. Mickie- 
wicz niekiedy czytywał ustrpy z tego, co pisał; czasem zanucił 
Filona, lub jaki ułamek z Mozarta, palił bezustannie fajkę, 
często zamyślał się. Chodziliśmy cz£sto na operę włoską i na 
przechadzki. \V tym czasie, pierwszy raz wykonywano na 
scenie opery Bellini'ego; w lo
y królewskiej pokazywała się 
nasza Infantka, nie piękna, nie młoda, wysoka, której loser. 
jak wiadomo, było czekać i nie doczekać się przyrzeczonego 
jpj tronu i mrża 


Pierwszych więc dni lipca, jedenastu nam kazano wy je- 
l'hać, do tej liczby nale
eli: Mickiewicz, Nakwaski, paJseł sej- 
mowy, syn kasztelana, Łagowski, ...... Aleksańder Jełowicki, 
poseł, jeden z trzech synów marszałka, zamo
nego obywatela 
na \V ołyniu... jeden te
 poseł kaliski z synem 14-letnim, Zar- 
czyilski, poseł jednego z powiatów podolskich i dwóch jeszcze 
zacnych obywateli miast.a \Varszawy. 
Najęliśmy duży powóz, długi, trzęsący, w którym wszys- 
cy mogliśmy się pomieścić; jechaliśmy powoli, zatrzymując 
się na noclegi i popasy, gdzie się nam podobało i oprócz go- 
ścinnych przyjęć, których doznawaliśmy od komitetów miej- 
scowych niemieckich, a które po wszystkich miastach i mia- 
steczkach znajdowaliśmy, ustanawianych przez rady miej- 
skie na ugoszczenie emigrantów, nie szczrdziliśmy sobie wy- 
gód własncmi pieniędzmi, których nam jeszcze nie brakło. 


\V naszem zaś podró
ncm gronie, przez całe dnie, w dro- 
dze i gdzieśmy się zatrzymywali, jakie to nieustanne toczyły 
się rozmowy, wzajemne zwierzenia się! 
Mickiewicz miał momenty wesołe, górował nad nami, 
już to opowiadaniem rzeczy domowych, tego czesnych czy hi- 
storycznych, ju
 
artami i pobudzaniem do gawędki, gdy siQ 
drudzy ustawa(; zdaw
.. 
\'O\.\AUl(j 
'" . 
1I"t:7IBs'f\\. "
>>>
lH 


Strasburg, 12 lipca 188:1 1'. 
Na granicy stra:2; cl'lna i wojskowa niemiecka po luuzku 
z nami siQ obeszła, grzecznie, a nawet z niejakiemś przymila- 
niem siQ. Celnik Szwab, co od podró:2;nych zapłatę odbicra, 
zrazu mrowo od nas domagał się kilku krajcarów, ale skoro 
poznał, 
eśmy Polacy, zdjął kapelusz, ukłonił siQ i odszedł. 
Dawno przez most przejechaliśmy. Żołnierz na warcil' 
francuskiej jednem spojrzeniem bratersko nas powitał; drudzy 
wykrzykn£li: "vivent les Polonais". Duaniery nie rewidują 
nas, wjechaliśmy do Francyi, jak gdyby po jakiej wielkicj 
wygranej, jak gdyby do swojego kraju. Zadr:2;ałem z radości 
na widok francuskich 
ołnil'rzy: nie widziałem ich od 1812 roku, 
kif'dy to cały korpus kr6la \Vestfalskiego, Poniatowski i Dą- 
hrowski ze swojemi legionami przeciągnQli przez Szczuczyn, 
guzie byłem małym studentem natenczas w szkołach. Dzi- 
wne przypomnienie, momentalne, jak błyskawica, przeleciało 
przez duszę, 


Postanowiliśmy z Mickiewiczem ruszyć uo ChaIons sur 
Marne, stroniąc od zwad Strasburgskich i przybli:2;ać się do 
Pary
a. Kilka dni tylko zatrzymaliśmy się dla widzcnia 
miasta, katedry i wie
y (Miinster). 


Po pięciu dniach pobytu w Strasburgu, kazano mnie 
i Mickiewiczowi jechać do CJuUons nad Marną, i czekać tam 
odpowiedzi z Pary
a na nasze prośby, albowiem oświadczy- 
liśmy, 
e nic potrzebujemy zasiłków od rządu, byleby nam 
wolno było mieszkać w stolicy. . . 


W nocy z 17 na 18 lipca uziwnie przyjemną miałem po- 
dró
: na wpół we śnie, na wpół na jawie. Noc była pogodna, 
księ
yc jasny, ciepło umiarkowane, konie biegły ochoczo 
i nasi młodzi ochotnicy usn£li byli po całodziennf'j swawoli. 
Co chwila zasypiałem i buuziłem się: zaledwo zmru
yłem 
powieki, stawiło mi się Zapole, gospodarz, dom, rodzina tak
>>>
w - 



ywo, tak jasno i tak wyraźnie, że nigdy może, w rzeczywi- 
stości na jawie, nie widziałem ich jaśniej i wyraźniej; a gdy 
si
 budziłem, przesuwało mi się przed oczyma, jakoby w pa- 
noramie, jakie miasto, wieś czy miasteczko, ze swojemi bia- 
łŁ'mi domami, tak właśnie,jakje wyobrażałem sobie we snach 
młodości mojej, kiedy mi się tak chciało wojażować, widzieć 
zagraniczne kraje. W istocie, kto zna Litwę naszą, jej dre- 
wniane wsie i słomiane strzechy, jej miasteczka nieschludne, 
karczmy i stodoły, i kto wie, co to jest w młodości chęć do 
wojażowania po obcych krajach, chęć, zapalona czytaniem 
podróży, obrazami, pejzażami i opowiadaniem wojażerów; kto 
nadto przypomni sobie, że za moich czasów rząd nie dawał 
pasportów zagranicę, albo ich danie utrudniał, zaostrzając 
tembardziej żądzę w zapalonej głowie do widzenia obcych 
krajów, ten pojmie, jak to się za młodu malowały w snach 

lOich domowych miasta francuskie, włoskie, niemieckie 
i góry szwajcarskie. W takich właśnie kolorach przy świetle 
księżyca, przeciągały teraz na jawie przed oczyma mojemi 
rozmaite miasteczka: Benamenis, Luneville, DombalIe, St. 
Nicolas. Tylko że dusza moja była tak daleko odemnie, od 
moich zmysłów, że do niej nie dochodziły wrażenia, jakie od 
nich odbierałem. To, co mi było obecne, .tak blade było, 
w słabych bladych odcieniach; a to, co widziałem we snach, 
tak było żywe, porywające za serce, gorące, drażliwe, że owe 
sny nieporównanie rzeczywistsze dla mnie były od samej rze- 
czywistości; i tak dalece mieszały mi się sny z przedmiotami 
na jawie, że rozróżnić nie mogłem jednych od drugich, 
i w danym momencie nie wiedziałem, co było we śnie, co 
hyło na jawie, gdzie byłem i czy jeszcze żyję w domu, czy 
też na zawsze go opuściłem. 
Trudno opisać ów stan, w ktJrym się czuje dobrze dwa 
oddzielne istnienia, choć powiązane z sobą łaIlcuchem, który 
się rozciąga, ale nie pęka; to jest ciało ze zmysłami najednem 
miejscu, a dusza daleko, zajęta innym światem i inną rzeczy- 
wistością; ciało słabe, zmęczone, zmysły, odurzone, a dusza 
wolna, nieuwięzła, jak błyskawica, wylatująca w swoje ulu- 
bione strony i wracająca na zawołanie drażliwych zmysłów,
>>>
. 20 - 


jak owa matka, co, zostawiwszy chore, słabowite dziecko, nie 
może długo zostać na modlitwie, do której ją unosi wyższa 
miłość, i wraca za każdem odezwaniem się dziecka, aby je 
ulagodzić, pocieszyć, opatrzy{
. 


19 lipca. Chlilons sur .J.1Iame. 
Przyjechaliśmy do stolicy Szampanii. Któż jej nie zna 
ze sławnego wina, którem się upija świat wielki, zepsuty! 
Zdaleka od niej rzekłbyś, że ta ziemia cała winnicami musi 
być pokryta, niebo i natura piękne. Przeciwnie, kraj smutny. 
ró" niny, wapienną ziemią pociągni
te, suche, mało drzew. 
mało wzgórz, rzeka mQtna, nie widać winnic, ni ogrodów. 
'V mieście znaleźliśmy cholerę, mieszkańcy przestra- 
!-:zeni, prefekt, jPkiś karlista, niebardzo nam przychylny. 


:Hi lipca. 
Umarł tu z cholery jeden z naszych rodaków, oficer 
z dawnej służby. Odbył całą kampanię zdrów i bez szwanku, 
znajdując się po tysiąc razy mi rdzy cholerycznymi, dogląda- 
j
!C, opatrując umierających z ('hol ery. Przeżył też czas nie- 
jakiś w PruRiech, gdzie cholera grasowała i przejechał całe 
Niemcy, nie dotknięty zarazą, bez obawy. Czekała go tu 
cholera, gdzie się jpj nie spodziewał. Widzieliśmy go na parę 
godzin przl:'dtem; wesoły, młody i pirkny wiarus, z zapałem 
opowiadał czyny swoje z ostatniej wojny, batalie, na jakich 
się znajdował. Nagle !':tracił przytomność. Kiedyśmy po- 
biegli z lekarzem widzieć go w hotl'lu, tak już był zmieniony, 
że żadnym sposobem nie mogliśmy uwierzyd, że był ten sam" 
kt6rego znaliśmy... \V kilka godzin skonał. Ta śmierć tak 
przeraziła Mickiewicza i tak go zasmuciła, że sir lrkalcm, żpby 
nie zachorował. Nigdy go dotąd nie widziałl:'m w podohnym 
stanie. Do późnej nocy nie myślał, nie mówił o czem innem, 
jak o umarłym, i aż do świtu nie zmrużył oka; budził mnie co 
chwila i dziwił sir, gniewał się, że mnie sen morzył. Naza- 
jutrz też był bardzo R1l1utny, nie jadł i mało rozmawiał. "Ta
>>>
- 21 


IJrzebrzydła cholera jest gorszą, ni
 wszystkie choroby", po- 
wtarzał i nie taił, 
e się jej Irka, jak gdyby jakie strasznl' 
przeczucie go dręczyło... 
Pochowaliśmy naszego. oficera na miejskim cmentarzu. 
Mickiewicz napisał dla niego nagrobek po łacinie i zło
ono 
składkę na wystawienie pomnika. 
Tak był smutny i nudny pobyt nasz w Cluilons, 
e, dla 
rozerwania Mickiewicza, umyśliliśmy zwiedzić okolice Szam- 
panii. Pojechaliśmy naprzód o [) godzin stąd do sławnych 
okopów, które uchodzą pod nazwaniem: Camp d'AtiZła... 


Mog£ pochwalil; się, 
e przyjemnie przepędziliśmy trzy 
dni wypoczynku na wsi, choć ta wieś szampaliska w ogólności 
bardzo ró
ni się od obrazu, jaki sobie o cudzych krajach 
amatorowie wina i podró
y zazwyczaj tworzą. Szampania 
jl'st mo
e najmniej malowniczą ze wszystkich części Francyi: 
mianowicie ChaIons i jego okolice, niewesołe, płaskie, wa- 
pienne. Tu nie masz folwarków naszych, dworów, ni ogro- 
dów, bo nie masz bogatszych właścicieli. 'V szyscy 
yją 
W miasteczkach; nawet chłopi nie mają takich wsi, jak nasze, 
ani po polach widać trzód, bo wszystkie bydło na uwięzi. Nie 
widać te
 winnic, które na zachodnim tylko krańcu Szampa- 
nii, około Ais i Epernay mały obszar zajmują. Około Suil 
piękne łany pszenicy widziałem na otwartej płaszczyźnie 
i kraj z wejrzenia podobny jest do powiatu Grodzie{lskiego, 
choć nie tak mo
e 
yzny i wesoły. 
Za powrotem do Uhitlons, znaleźliśmy odpowiedź mini- 
stra, w której ka
e prefektowi "prendre des renseignements 
SUr nos persOlllles et notre conduite." Doprawdy, nudzić ju
 
nas poczynał pobyt w Ch£tlons. Radziliśmy się jednego urzę- 
dnika królewskiego, jakim sposobem, nie obra
ając wcale 
króla ni konstytucyi, mo
naby się dostać do Pary
a za pa- 
Sportem, w którym wyraźnie zastrze
ono: "def'ense de se 
rendre a Paris, sous quolque pretexte que ce soit."-"lI n'y 
]u'un moyen pour cela"-odpowiedział. Byliśmy pewni, 
e 
11am ułatwi w sekrecie podró
. "Quel est donc ce moyen?"
>>>
- 22 - 


pytał go Mickiewicz. "Partir par la malle-poste"-odpowie- 
dział. "Jakto? kuryerem, pocztą, powozem rządowym?"-"Ni 
mniej, ni więcej."-"A któ
 nas wpuści do miasta? skoro zo- 
baczą pasporta, zaaresztują."-"Nikt się nie odwa
y zatrzy- 
mać kuryera na drodze, ani na wjeździe do miasta." 
Na to ostatnie zaręczenie, tej
e samej godziny wsiedli- 
śmy do malle-poste i ru;zyliśmy do Pary
a. 


Pm'yż. 
Jl'stem w Paryżu-w mieście, do którego z najnu}szych, 
a mianowicie z uniwersyteckich moich czasów, tak gorącó 
rwałem się, rojąc sobie, 
e tu jest ognisko wolności, środek 
i stolica wy
szej cywilizacyi, przez to samo, 
e z niego tyle 
wybuchło rewolucyj, tyle wielkości ludzkich, tyle :;:ywiołów 
dla dumy i namiętności ludzkich urosło. Tak sobie wyobra- 

ałem Pary
, kiedy nasza malle-poste zatrzymała się przy 
ulicy du Mail, hotelu de Metz... 


Drugi dziCl} poświęciliśmy z Mickiewiczem na widzenie 
przedmieścia St. Germain, Hotelu Inwalidów i Panteonu. 
Mo
e
 być co godniejszego widzenia w tym czasie w Pa- 
ry
u, jak hotel Inwalidów, gdzie tyją jeszcze 
ołnierze z naj- 
wojenniejszej epoki wojennego narodu? 
Na pięknej, rozległej równinie, nicco na u;troniu 01 
zgiełku Pary
a, stoi wspaniały gmach, bardziej prostotą 
i ogromem, ni
 wyszukaną jakąś wykwintnością architektury 
odznaczający się; nad nim wznosi się złocona kopula z krzy- 

em; przed nim ogród i rozstawione działa, w niezliczonych 
bataliach po całej Europie zebrane. Czas był niegorący, po- 
godny, gromady starców, a wielu z nich bez rąk, bez nóg
 
do połowy skurczonych, szukały cienia pod drzewami. .Jedni 
spokojnie na ławach siedzieli, drudzy, ru:;hliwsi, przechadzali 
się, rozmawiając z sobą o całej przeszłości wojen i zaborów. 
Oh, nigdy im się nie przebierze treść do rozmowy! Tu widzisz. 
jeszcze zgrzybiałych rzeczypospolitej 
ołnierzy, co najprzód
>>>
- 
3 - 


ludowi, potem konwencyi, a potem szcz
śliwemu kapralowi 

łużyli; tlC'ją w ich oczach ostatki jeszcze rycerskiego ognia, 
ich wdzi£kiem są blizny i zmarszczki na pooranych wiekiem 
twarzach, a czarującą zaletą-żywość francu:3ka, grzecznośd, 
dowcip, spokój i pewna surowość przy ociężałej latami powa- 
dze; trudno, niepodobna opisać owej żyjącej historyi olbrzy: 
miego wysilenia narodu. rfu mi ukazywano zdobywców Ba- 
stylii; tu nie jeden żyje z tych, co widzieli początek rewolu- 
cyi, upadek królestwa, ścięcie Ludwika; nie jeden z tych, co, 
zaprawieni na koalicyjnych i domowych wojnach, nieśli po- 
::;trclCh na Libijskie piaski, pod czterdziestowiekowe spiekłe 
pimmidy; nie jeden z nich, co tak dziś powoli idzie poza 
kratą, ocalał tam od zarazy i mameluków jatagana i przecho- 
dząc koleją przez szereg niezliczonych bitew i tryumfów, za- 
szedł aż pod biegunowe louy i zamiecie, wszędzie z wesolem 
s
rcem, z wiarą w przeznaczenie Francyi i miłością ojczyzny. 


,V miesiąc potem przeniosłem się na ulicę Monsieur 
le Prince; Mickiewicz sobie najął osobne mieszkanie i wkrótce 
straciłem zupełnie ochotę opisywać Paryż; począłem chodzić 
na kursa do Sorbony i do College de France, a notowałem 
tylko szczególniejsze zdarzenia. 


Sądząc bez uprzedzenia o duchowie{lstwie i kościele we 
Francyi, przyznać muszę, że ta powaga, porządek i świetność 
obrządków kościelnych za wzór slużyć powinny. Kościół we 
Francyi wyrzekł się już dziś wolności galikałiskil'h i przyjął 
rytu:lł rzymski, a w pogn£bieniu, w jakiem zostaje od liberal- 
nych, bezwyznaniowych rządów, ksiądz mu,i dziś mieć na 
pieczy, bardziej niż kiedykolwiek, dobro ludu i oświecmiszej 
klasy; oprócz duchowej gorliwości i kościelnych nauk, musi 
posiadać światową naukę, być uczonym, wymownym, litera- 
h'Il1 nawet, używać i światowej hroni do rozbrojenia przeci- 
Wników. Na to wielkie są tu szkoły du
howne: seminaryum
>>>
- 24 - 


Św. Sulpicyusza wydało znakomitych kaznodziei, kMrzy sir 
stali chlubą i ozdobą katolicyzmu. Obrządek świ
ty w ko- 
ściele Św. Sulpicyusza jest w istocie porywający dla tych na- 
wet, co tylko ze zwyczaju i nałogu przyjdą na nabo
ełistwo. 


Pierwej jednak, nim czas i przedłu
ony mój pobyt WP 
Francyi pozwolą mi zg-łrbi(; pod tym wzglrdem stan Francyi 
i jej stolicy, postanowiłem rzucić okiem na nowatorów pary- 
skich, na reformatorów, którzy tu, jak wsz£dzie, nie wszyscy 
są, te
 sumienni. nie wszyscy zupełnie nieświadomi prawd 
i nauki kościoła; niejeden z nich szuka prawdy, choć na zmy- 
lonej drodze i nie w pokorze, nie usilnie, i skoro mu siQ uda 
udnvyci
 dorywczo jaką cząsteczk\;\ ułamek prawdy, sądzi, 

e .iu
 ją w zupełności posiada; powstaje na to, czego nie zna 
i nie rozumie, staje się przeciwnikicm, surowym nieprzyjacie- 
lem tych, co nie odstąpili od nit'j, lub jej z duszy szukają. 
, Był natenczas sławny z nowości swojpj na przedmieściu 
Sw. Marcina tak nazwany kośeiół francuski, który to kościół 
l/ldzie postępu mieli zamiar urzQdzić według nowego planu l'l'- 
formatonhv rewolucyi lipcowej. Czas zdawał sir być wyborny 
do tego; kr61 i nowe izhy pozwalali, nie hez przyczyny, na 
próbowanip reform. 
Poszedłem tedy w niedzielę, po Mszy, do tego francu- 
skiego kościoła na przedmieście Św. Marcina, o 10 rano, i nit' 
łatwo bym go znalazł, gdyby nie afisze na ulicy, zapowiada- 
jące wielki fest tego dnia w owym kościełe. W istocit', nie 
majo ludzi szło do jednego domu, na którym, zamiast krzy
a 
i wie
yc, był poprostu napis: ,,'l'u kościół francuski". 1'\a 
dzicdzil1eu tego domu hyła du
a, naprrdce zbudowana .1a- 
koLy szopa, a u wejścia do niej mnóstwo afiszów, doniesienia 
ksit;garskie, programy muzyk, kościelnych obrzędów, mszy, 
kazań nowych i katechizmów; hyły i plakaty, oznajmując(-' 
r p,'ofessions de foi, ser/nons contre les anathl'mcs, etc. Na du- 

ym arkuszu, na drzwiach, były wypisane nastrpujące powo- 
dy, skłaniające zało
yciela tego kościoła, p. Chatel, do refor- 
my, jako to: hezinteresownoś:, miłoś(
 bliźnipgo i wszystkip 
II 
II
>>>
- 25 


łaski kościelne tanie, za darmo; {:glise a bon marclu!, msza po 
francusku. Krzykacze uliczni podchodzili a
 do drzwi, przp- 
dając pamflety liberalne, pomady, alumettes, etc. 
\Vewnątrz ściany pobiPlane, cała szopa, krzesłami zasta- 
wiona, ołtarz w formie zwyczajnych ołtarzów, nowo pomalo- 
Wany, ze świecami; po prawej stronie fortepian, po lt'wej 
ambona i jakieś wyniesienie dla kogoś starszego. Byla 
jednak sala, na trzy podziały przegrodzona: u wejścia dla 
biedniejszych - krzesła taIlsze; w połowie budynku --: dla 
klasy średniej, a dalej przy ołtarzu i amhonie-"places 
reservees", gdzie siedziało wiele wystrojonych dam, które, 
jak w salonie, rozmawialy między sobą. Grzeczna jaka
 
kobieta zaprosiła mnie, abym tu
 obok niej, na pierwszpm . 
miejscu miadł. Po chwili ukazali sie śpiewacy i zapalono 
świece; potem weszło dwóch poslugaczy w kom
ach i sam 
l'abbl
 Chatel, głowa tego republikaIlskiego kościoła. Byl 
Ubrany, jak biskup, w fioletowej sukni, z peleryną, zgrahnie 
wykrojoną, karmazynową materyą podszytą, w eleganckich 
trzewikach, z głową pięknie utrefioną i podniesionemi do góry 
oczami. \Vyszedł nakoniec ksiądz w ornacie ze mszą, śpie- 
Wacy l)OczQli śpiewal: ułamki z oper włoskich i francuskich; 
chłopcy posługuj ący nie kll,)czeli, ale siedzieli przy ołtarzu, 
nikt nie miał ksią
ki w ręku, a kiedy ksiądz zaintonował 
"Gloria" po francusku, poczQli damy i mężczyźni szeptać mię- 
dzy sobą: "ah, que c'est beau, c'est charmant! a la bOIIlIe heure, 
on comprend, ce que dit le pretre, c'est en fran
ais." Pomimo. 
że ksiądz czytał bardzo dobitnie mszę i czytał po francusku, 
żeby wszyscy rozumieli, jejmość, co siedziała przy mnie, nil:' 
hyła kontenta i rzekła do siedzącego obok Francuza: "quP 
le..... m'emporte, si j'y comprends un mot". "Ayez patience, 
ayez patience" - odpowiedział Franeuz, ktiry nadstawiał 
lłcha i zdawał sir być lIan courant de la nH'sse". Ledwo przy- 
szlo do Sanctus, grzeczna kobieta, która mnie była zaprosiła 
na wy2sze miejsce, przyszła wybierać zapłatę za krzesła: od 
nas wymagała 3 sous od osoby, od tych, co siedzieli za nami- 
dwa 
-;ous, a od siedzących przy drzwiach-po jednym sou:;. 
Po mszy wyszedł mIody kaznodzieja, przpżegnał go ze 8WO-
>>>
20 - 


" 


jego miejsca l'abbe Chatel. Kazanie było niedługie, przeciw I 
kh!hvom, a jednak skOliczyło się na miotaniu przekleństw na 
katolickich księży i na całą hierarchię kościelną. Gdy SkOli- 
czył i zstąpił z ambony, wszedł na nią sam biskup, który się 
mianował metropolitą, p. Chatel z dziwnie teatralną figurą, 
w prawej ręce miał "Constitutionel'a" a w drugiej "Mcssager'a". 
Pirknie się ukłonił, podniósł oczy do góry, znowu spuśeił 
i patetycznym, wymownym głosem, mniej więcej w te słowa 
przemówił: "Bracia moi, potrzeba, abyśmy się lepiej z sobą 
poznali, potrzeba, abyście z gruntu poznali waszego pasterza 
i dlatego przynoszę wam numer wczorajszy "Messager'a". 
w którym jest biografia moja". i począł czytać artykuł: "Mr. 
l'abb
 Chatel urodził się za czasów restauracyi, był tym a tym, 
cierpiał prześladowania, wziął czynny udział w lipcowej re- 
wolucyi, a teraz nowy kościół założył, wolny od wszelkich 
nadużyć i błędów, kościół "primitif" etc. Po przeczytaniu 
artyku1u dodał, że przedniejsi dziennikarze paryscy oświad: 
czyli mu, iż czwartą częŚt\ kolumn mają na jego rozkazy 
i niemi dowoli rozrządzić może. Potem przeszedł do po- 
ważniejszej materyi, rozwodząc się nad potrzebą religii i mi- 
łości bliźniego, a postrzegłszy między publicznością kilku 
Polaków, zwrócił mowę ku nam, dając nas za przykład: 
"cette herolque Pologne!" dokazali cudów waleczności 
i nie upadają na sercu dlatego, że mają religię w poszanowa- 
niu i nikt u nich nie jest bez religii. Ten ostatni ustęp i zrę- 
czne do niego przejście podobały się publiczności i przyszłoby 
zapewne do oklasków, gdyby natychmiast, bez oddechu, nie 
począł czytać ślubów i zapowiedzi. Długa była lista mał- 
żelistw, z wymienieniem profesyi państwa Idodych: byli to 
('hiffonnier'y, ouvrier'y, szewcy, femmes de cham bre, gar
ons 
de boutique, kilku literatów i prostych citoyens. Pytałem 
moją sąsiadkę, która z rozmowy, jaką miała z siedzącym 
za nią studentem, zakrawała na literatkę i autorkę romansów. 
('o za przyczyna, że tu więcej ślubów, niż w jakimkolwiek pa- 
rafialnym kościele? "Que voulez vou
", tu śluby bardzo tanie 
i l'abbe Chatel nie wymaga żadnych formalności, ni dyspens. 
rzeczy tak nudnych, że biedny lud nie może im się podda(:. 


ol" 
.
>>>
- 27 


"Du reste", dodała, jest to interes dobrze zrozumiany, albo- 
wiem o ile ksiądz Chatel stracił na zni
eniu ceny za śluby, to 
"'e dwoje zyskał na liczbie mał
eIlstw, i wiele mał
mlstw, 
które dotąd bez ślubów 
yły, a cierpiały bkrupuly niepotrze- 
bne, teraz nie mają czego lękać się, ksiądz Chat el 
eni 
Wszystkich. "Jeśli to nie pomo
e", przerwał młody Francuz 
za krzesłem, "to nie zaszkodzi," dodała literatka, "car avant 
tout le bon sens et la religion". . 
Powiodło się tak dobrze w interesach p. Chatel, 
e we 
trzy miesiące ju
 miał o czem zało
yć kościół na ulicy 
St. Honore. Ale na ten raz przedsięwzięcie miało charater 
bardziej przemysłowy: utworzyla się kompania par actio'11s, 
urządzono msze i świrta stosownie do gmtu i upodobania 
osób, które na nie uczęszczały, n. p. uroczystość na cześć 

loliere'a, podwy
szano i zni
ano stosownie do okoliczności 
Cen Q krzesel i cenę akcyj. Jednego dnia byłem u pewnej 
damy francuskiej; wszedł te
 do niej z wizytą jakiś Francuz 
POdstarzały, grzeczny, ale nieco ponury. Dama zapytała go; 
"comment vont les affaires?" "MaI, tres maI, les actions 
baissent" i bardzo się zasmuciła jej mość. Dowiedziałem się 
Potem, 
e straciła znaczną część funduszu swego na tem 
przedsięwzięciu, które, według niej, miało cel filantropijny: 
"lnettre en rapports la religion avec l'industrie, reconcilier 
les intercts materiels et religieux" etc. 
Krótszy był byt kościoła konstytucyjnego, tu
 przy 
Sorbonie, na placu Sorbońskim, pod opieką księdza Roch, 
który, jak powiadano, chciał "reconcilier la religio n avec la 
Politique". Pierwszej i drugiej niedzieli była msza po francu- 
sku, kazanie liberalne, chóry z wodewilu. Trzeciej niedzieli 
dano brawo! na Dominus vobiscum i hura! na Agnus Dei; 
przy kazaniu weszli niektórzy słuchacze w rozprawę z ka- 
Znodzieją i na mocy "de la liberM de discussion", przekrzy- 
:zeli księdza. Czwartej czy piątej niedzieli poczęto rzucać. 
,Jabłkami, kartoflami, weszła policya i rozpędziła kościół. 


--"
>>>
- 28 - 


t 


Usposobienie peligijne vJ Emigrracyi. 


J 


Z tylu dobrych i prawych Polaków, którzy składali 
naszą emigracyę, mogę powipdzieć, 
P, za przyjścipm do 
Francyi, nie znałem jednego, któryby się odznaczył z pobo- 

ności swojej i dawał 
siebie przykład drugim; nie sarkano 
wprawdzie na kościół, nie szydzono z księ
y, nie bluźniono, 
ale bardzo mało mówiono o Panu Bogu, więcej o rewolucyi... 
Mało księ
y polski('h przyszło z nami, a i ci, zimniejszl'go 
charakteru, przyłączyli się zaraz do parafialnych kościołów 
francuskich i przy nich służbę pełnili. 
Schodzili się wprawdzie wszyscy prawie bez wyjątku, 
i tak nazwani arystokraci, i tak nazwani demokraci, i ei, 
którzy byli wolni od owych nazw, na mszę do grobu króla 
Jana Kazimierza, w kościele St. Germain dl's Pres, i słuchali 
Mszy z uwagą, przystojnie i smutno; przyklękali na Podnie- 
sienie i- prze
egnał się ka
dy, wchodząc do kościoła i wycho- 
dz
!c. Ale 
aden nie przyniósł z sobą książki do nabożeilstwa, 
ktoś, ohaczywszy, że Mickiewicz ruszał wargami, rzekł z za- 
dziwieniem do drugiego: "Patrz, wszak doprawdy Mickie- 
wicz mówi pacierze", i nie chciano wierzYl:. 
Co gorsza, demokracya nasza poczęła wiązal; się z Saint- 
8imonistami, Fourierystami, socyalistami, masonami i całą 
bezbożn
! gawit'dzią paryską; (Jawał się przebijać w mowach, 
dyskusyach i dzienniczkach emigranckich ów liberalizm nie- 
schludny, co powstaje na wszelką wiarę, a bardziej na wier- 
nych i wierzących. 
'rak było pit'rwszego roku emigracyi. Ale przy koilCU 
pierwszego i na początku drugiego, poczęła się, za Laską 
Boż
!, objawial; w nil'których młodych mianowicie wychodź- 
caeh jakaś nowa dążność i nowe usposobienil'. 
Zbierali się dosyć licznie nasi Litwini i niektórzy z in- 
nych dzielnic \V ołynia i Podola u Mickiewicza, a w jego 
rozmowie przebijał się duch katolicki; umiał on nas przeno- 
.sit: 
ywo i gorąco do domowych stron, do szlacheckiego, do-
>>>
- 2U - 


Illowego życia, do naszych kościołów, oopustów, świąt, i po- 
woli pobożność stawała się wybitniejszą cechą przedmiotów 
rozmowy między nami, mianowicie u tych, co do naszego 
koła należeli. \V tymże czasie wyszła 4-ta część Dziadów 
i Ksi
g;i narodu polskiego. 


Coraz to bardziej dokuczają nam nasi demokraci szkalo- 
waniem wszystkiego, co polskie; niczem już były dla nich: 
przeszłość historyczna, zasługi przodków, dawna polska szla- 
('hetność, odwaga, serdeczność. Gdziekolwiek wystąpił który 
z nich, piórem czy przemówieniem w dziennikach lub na 
jakiem bądź zebraniu Francuzów, a do wszystkiego się ci- 
!nrli, ze wszystkiego korzystali, to o niczem innem nie mó- 
wili przed cudzoziemcami, jak o okrucieństwie panów i szla- 
C'hty, o ciemiężeniu chłopów, wysławiali duch demokracki 
Gontów, Doroszmików, Chmielnickich, oskarżali o zdradę 
i przedajność królów i hetman6w naszych. Pułascy, Kośl'iu- 
szko, książę Józef, byli to ciemięzcy ludu, lub służyli za na- 
rzrdzie ciemirzcom. Bolało nas to wielce, odgłos owej pro- 
pragandy hajdamackiej dochodził, staraniem nieprzyjaciół, 
aż do kraju i przygotowały si
 już wypadki, które potem za- 
krwawiły Galicyę. 
Kiedy jednego razu mówiłem o tern z Mickiewiczem i za- 
stanawiałem się nad tern, że owa kara za niedobre obcho- 
dzenie się nasze z chłopami przychodzi teraz, kiedy może 
IiIniej na nią zasługujemy i co gorsza, pochodzi od ludzi po- 
dłych, zepsutyeh, opilców, szukających wyniesienia się i któ- 

zy nigdy może nie byli w stanie poznać stanu roluika naszego, 
Jego potrzeb i sposobów zaprowadzenia ulepszeń, Mickiewicz 
Ini na to zrohił kilka uwag: kara ta Boża przychodzi w cza- 
!ie, kiedy naj gwałtowniej daje się czuć potrzeba poprawy 
stanu naszych włościan, bo już nieprzyjaciel nasz gotów wy- 
trącić nóż demagogom i zakrwawić nim dwory nasze, wy- 
niszczyć szlachtr, a z nią narodowość naszą, a że kara. ta 
po('hodzi od ludzi nizkich, zły('h, zepsutych, to rzecz natu- 
ralna.
>>>
- EO - 


W P. 1837 wyjezdzam do Iłmepyki. 


\V t.ym roku ukOIlczyłem nauki w szkole górniczl'j pa- 
l'y:;kiej, zdałem examen i otrzymałem zaszczytny dyplom. 
"-' miesiącu kwiet.niu i czerwcu byłem u
yty do uporządko- 
wania zbioru mineralogicznego margrabiego de Dres. Mar- 
grabia był blizko spokrewniony z Dolomieu, znał dobrzt' 
Haiiy'ego, Buffon'a. W rewolucyi cudem umknął od giloty- 
ny, na którą ju
 był skazany; potem w.r6cił, był dobrze z Na- 
poleonem, był dobrze z Restauracyą i jest dobrze z Ludwi- 
kiem Filipem, nale
y do Izby deputowanych. Że zaś przy- 
głuchy, wołają go na posiedzenie tylko do wotowania, gdy 
chodzi o jakiś pilny interes; DO-letni starzec po dwakroć 
stracił sw6j majątek na zakupywanie minerałów i teraz wię- 
cej mający długów, ni
 wart jego gabinet, rozkochany w ka- 
mieniach, potrzebował oczu moich do urządzenia kryształ6w, 
których miał poddostatkiem. Dobrze mi czas schodził u niego, 
a kiedym go raz zapytał, jakim sposobem mógł zachować si
 
w zgodzie z Cesarstwem, Restauracyą, Filipem, powiedział mi: 
"c'est que, voyez vous, mon cher Monsieur, les revolutions 
sont comme les champignons: les meillcures ne valent rien." 
'V miesiącu lipcu profesorowie szkoły górniczej za- 
rekomendowali mnie panom Kochlin, 4lzatczykom, boga- 
tym bankierom i właścicielom fabryk, którzy, kupiwszy 
niedawno wielkie dobra na pograniczu Alzacyi, Bonne Fon- 
taine, wartują(;e 2 czy 3 miliony franków, i mający wielkie 
lasy, potrzebowali in
yniera do wyszukania rud 
elaznych 
i zało
euia pieców do ich wytapiania. 'l'ym in
ynierem mia- 
łem być ja, a 
e nie miałem wielkiego wyobra
enia o sobie 
i pierwszy raz w 
yciu przyszło zarabiać, a nie umiałem i nie 
,śmiałem targować się, zgodziłem się z ochotą na pensyę ro- 
czną 1200 franków. 'V Bonne Fontaine był wspaniały zamek, 

ycie bankier;;kie, stół wyśmienity i wysoki ton towarzy:;twa. 
Panowie K(jchlin dobrze mnie przyjęli. Pani Kochlin, 
ona 
młodszego, i jej dzieci okazali mi odrazu pewien szacunek,
>>>
- 31 - 


któregouy mo
e odmówili innemu oficyaliście. Z wielką te
 
ochotą i gorliwością oddałem się mojemu rzemiosłu. Od rana 
lo wieczora chodziłem z parobkami, których mi do pomocy 
dOdano, po ogromnych lasach, szukając rudy i znalazłem po 
wielu miejscach jej pokłady, dość bogate. To zjednało mi 
\Vzi
tość u panów Kochlin i już przychodziło do planów zakła- 
lania huty, w której mieli mi dać pewien udział w czystym 
zarohku. 


Byłem rad, prawie szczęśliwy, póki pracowałem w i\J":,,, 
i zajmowałem się rudami, ale w zamku, u długiego stołu, na 
pokojaeh, przyznaję się-czegoś nie dostawało. Przykrzyłem 
sobie: jakaś żyłka szlachecka dokuczała mi. Cała grzeczność, 
ujęcie, wygoda, porządek, dobry ton, połączony z niejaką 
oszczędnością i rachunkowością, wszystko to było z nowego 
herbarza, wszystko to bardziej pochwalałem w duchu, niż 
lubiłem. Nieraz, wśród gadatliwości i przepychu stołowego, 
przy szampanie i wykwintnym deserze, zdawało mi się, że 
widziałem w salonie, z za drzwi spoglądającą na mnie matkę 
11l0ją, smutną, jak gdyuy miała mi co do wyrzucenia. A do 
h'go panowie Kochlin byli protestanci, lubili sobie żartowm{ 
z księży i starej szlachty francuskicj, choć pani Kochlin była 
katoliczką i jej brat gorliwym katolikiem. 'V niedziplę po- 
hZ('ua mi było iść o dwie mile do kościoła. 
Nadeszła jesień. Pani Kochlin odjechała z dziećmi do 
Paryża. Panowie Kochlin (było dwóch braci) pojechali do 
MUhlhouse, do swoich wielkich fabryk, ja zostałem dla ukOl}- 
czenia moich poszukiwaI} rudy. \Vilgoć i zimno w lasach 
Pogorszyły zdrowie mojl', a IUlInor był codziet} gorszy. 'Vtem, 
odbieram list od p. Dufrenoy, mego profesora chemii i minera- 
logii, w którym mi proponuje jechać na profesora chemii i mi- 
neralogii do Coquimbo w Chili i ofiaruje 1200 piastrów (6000 fr.) 
na rok pensyi, koszt podróży, etc. Odżyłem: odżył we mnie 
11lój od dziecil}stwa zapał do dalekich wojażów. Niedługo 
n
Yśląc, odpisałem, że zgadzam się, i na drugiej ćwiartce pa- 
)lIerl1 napisałem list do p. Kochlin, że jadę do Ameryki. 1'0- 
:;łałPIH listy na pocztę i poszedłem w las. \Vracająe do domu,
>>>
- 32 - 


zgubiłem list pana Dufrenoy, i przez miesiąc nie wiedziałem 
dokąd jadę, bo zapomniałem był nazwiska Coquimbo. 
VV listopadzie opuściłem Bonne Fontaine, a w grudniu 
podpisałem umowę z p. Lambert, dawnym kolegą szkolnym 
pana Dufrenoy, właścicielem kopalni w Chili, który, będąc 
umocowanym od Chilijskiego rządu do wyszukania profesora 
chemii w Pary
u, udał się był po radr do swego dawnego 
przyjaciela i kolegi. 
Łatwa była umowa z p. Lambert, tylko co do terminu, 
na jaki miałem zobowiązat: się, ledwo 
eśmy się nie poró
nili" 
On miał w swojej instrukcyi zawrzeć umowę na lat sześć; ja, 
:-;podziewając się wojny, nie chciałem jechać jak na cztery 
czy pięć lat. Po długiem rokowaniu przystałem na. sześć 
lat, a p. Lambert obiecał mi wyjednać od rządu skró,enie ter- 
minu. 
Cały styczeJ'i (1838) zeszedł na przygotowaniach do po_o 
dró
y, na zakupienie laboratoryum i ksi,!
ek i na po
egna- 
nia('h. 
Smutne były moje po
egnania z rodziną Czartoryskich, 
z Niemcewiczem, Kniaziewiczem, Dębil'iskim, Platerami, Je- 
łowickim; smutniejsze jeszcze z Mickiewiczem i 
oną jego Ce- 
liną, z Laskowiczem, Chełehowskim, Zaleskimi, Witwickim, 
Goreckim-z nikim jednak na zawsze: ze wszystkimi do wi- 
dzenia, do widzenia, do widzenia, gdzie? Bogu wiadomo. 


Koniec "tomu pierwszego. 


ył.. D. G. 


Na tern urywamy wyjątki z pamiętników Ignacego Do- 
meyki. 


)\1. T 


-
--
>>>
'\. 


....... 


" 
'. 


.......::I 


Miniatura Adama Mickiewicza. 
należąca n!egdys do Maryi Wereazczak6wny. 


Ubecnip uryginał je
t własnością p. Karoliny z Puttkamf"rów Rychlewiczowej. 


-"
>>>
.
>>>
CZECZOTT I ZAN WLEPLU. 


NOTATKA BIOGRAFICZNA 


pod Al 


Czesła"-V Janko"-Vski. 


Niniejszych szczegółów kilka, dotyczących dwóch naj- 
zaufaIiszych przyjaciół Adama Mickiewicza, oddał najuprzej- 
nliej w ręce mojo p. Michał Kuściński, obywatel powiatu 
LepeIskiego, spisawszy je wiernie z piśmiennej relacyi ś. p. 
Stanisława Łyszczyńskiego, z którym, swojego czasu, łączyły 
Jana Czeczotta nader ścisłe stosunki długolet.niej przyjaźni. 
Szczegóły te przedewszystkiem o tyle cenne, 
e hiografowie 
Czeczotta (np. Piotr Chmielowski w "Wielkiej Encyklopedyi 
llIustrowanej") nawet nie wspominają o pobycie w Leplu by- 
łego filareta. 


: Jan Czcczott. po mzwiljZaniu Filareckiego stowarzysze- 
nia, opuścił Wilno w 27 roku 
ycia i wespół z Tomaszem Za- 
nem i Suzinem udał się do Uf y, hędącej podówczas (1824 r.) 
łhiastem gubernialnem dzisiejszej Orenburgskiej guhernii. 
Zana rychło potem przeniesiono do Orenburga, Czeczott po- 
Został w Ufio do 1831, zajęty pracą w biurach rządu tamtej- 
Szego gubernialnego. 'Vspomnianego roku wespół z Suzinem 
3
>>>
-30- 


przejechał do 'rweru. Jeszcze rodacy nasi nie zdą
yli miejsc 
zagrzać w tem mieście, gdy gwałtowna w Twerze wybuchła 
cholera. Puszczono w ciemne pospólstwo pogłoskę, 
e wy- 
gnańcy-przybysze pozatruwali wodę w Twerze i sprowadzili 
na miasto epidemiczną plagę. Tłum uwierzył i groźną jął 
względem Polaków przybierać postawę. Zapobiegając wy. 
buchowi ślepej a doraźnej zemsty, przezorny gubernator 
twerski, Tiufiajew, kazał natychmiast wszystkich przebywa- 
jących w Twerze Polaków, między nimi i Jana Czeczotta, 
uwięzić, Dopiero gdy cholera ustała i Uum wrócił do równo- 
wagi, wolność dał uwięzionym, a chcąc niejako wynagrodzić 
im niezasłu
one prześladowanie, powyjednywał, o ile mógł, 
dla kaMego mniej lub więcej korzystne posady. Jan Cze- 
czott, dzięki pośrednictwu gubernatora Tiufiajewa, otrzymał 
posadę sekretarza przy zarządzie in
ynierów Berezyńskiego 
kanału. Zarząd ten, na którego czele stał syn wspomnia- 
nego twerskiego gubernatora, miał rezydencyę swoją 
w Leplu, mieście powiatowem gubernii witebskiej, odległem 
o 113 wiorst od Witebska. Do Lepla przyjechał Czeczott 
w 1833 r. 
Kanał Berezyński, a raczej cały system wodnej komu- 
nikacyi, utworzony w początkach bie
ącego wieku i nazwę tę 
noszący, łączy morze Czarne z Bałtykiem. Pracę około niego 
rozpoczęto w 1797, a 
eglugę po nim, oraz na niemałą skalę 
spław drzewa budulcowego i masztowego, otwarto w 1815 r. 
System BerezY{lski obejmuje liczbę niemałą rzek, jezior i ka- 
nałów, a w czasach, kiedy Czeczott czynny udział brać zaczął 
w zarządzie skomplikowanej instytucyi komunikacyjnej, do- 
pieru na dobre rozwijać się poczynał. Nowy sekretarz gOl'li- 
wie jął wypełniać obowiązki swoje. Główny zwierzchnik in- 

ynierów dróg i komunikacyj, hr. 'roll, przybywszy w 1839 r. 
do Lepla, znalazł wzorowy porządek w biurach, zostajt!cych 
pod zawiadywaniem Czeczotta, a ujęty jego pracowitością 
i znajomością rzeczy, powierzył mu skreślenie ustawy dla 
całej nawigaeyi po całym systemie wód Berezyńskich. Cze- 
czott wywiązał się z zadania świf'tnie; hr. Toll podzirkował 
mu oficyalnie i wyjednał dla CZl'czotta upragnioną nagrodę:
>>>
- 37 - 


pozwolenie na powrót w rodzinne strony. Takim rzeczy skła- 
dem wrócił Czeczott w 1841 czy 1842 w Nowogrodzkie. 
W czasie ośmioletniego pobytu w Leplu, brał Czeczott 
udział w o
ywionych stosunkach towarzyskich tamtejszej in- 
telligencyi. Znajdował nawet czas na odwiedzanie wiejskich 
Lepla sąsiadów. Szkoła pięcioklasowa lepelska, przeniesiona 
w 1832 z Chołopiewicz, gdzie ją ufundował Adam hr. Chrepto- 
wicz, miała powa
ną liczbę profesorów Polaków. Wśród nich 
wielką zacnością duszy i niepospolitym umysłem przodował 
profesor Jan Falewicz, w którego domu bywał Czeczott czę- 

tym gościem. W gronie rodzinnem profesora, wśród pou- 
fnych pogawędek, słuchania biegłej gry na fortepianie córek 
gospodarza, wśród pouczających rozmów z młodszą dziatwą, 
znajdował Czeczott nietylko wytchnienie po' pracy, ale i upra- 
gnioną, ciepłą, swojską atmosferę. Przylgnął te
 do niej 
Sercem całem i przywiązał się szczerze do tych przyjaciół 

woich. 
Drugim domem, ściśle z Czeczottem zaprzyjaźnionym, 
był dom prefekta lepelskil'j szkoły, OssoliIJ.skiego, równie
 jak 
Falewicz, ucznia uniwersytetu wilerJ.skiego, Szczycił się te
, 
jak się rzekło, przyjaźnią byłego filareta p. Stanisław Łysz- 
cZYIJ.ski. Odj e
d
aj ą,c z Lepla, ofiarował mu Czeczott w upo- 
minku kubek kryształowy, przysłany:mu z Pary
a w 1835 1'. 
pl'zez Adama Mickiewicza. Kubek ów ś. p. ł'.Jyszczyński le- 
gował p. Michałowi KuściIJ.skiemu, który cenną, tę pamiątkę 
złożył w darze Muzeum narodowemu w Krakowie. Kuścińscy 
mieszkali na wsi, o milę od Lepla, i dom ich często Czeczott 
w czasie wakacyi letnich odwiedzał i spędzał w nim nierzadko 
UI'Oczyste święta doroczne. P. Michał KuściIJ.ski, uczeń po- 
dówczas szkoły lepelskiej, u prof. Falewicza lokowany, przy- 
Pomina sohie dziś jeszcze jak naj żywiej Czeczotta, goszczą,- 
cego i u Falewiczów, i w domu rodziców, na wsi. Stosunki 
literackie podtrzymywał Czeczott z cieszącym się podówczas 
pewnym rozgłosem poetą, Aleksandrem Grott Spasowskim l), 


ł 


I) "Poezye" Aleksandra Grott Spasowskiego, wyszły z druku, wdw6ch 
tomach, z portretem autora, w Wilnie u Zawadzkiego.
>>>
- 38 - 


równie:l; w pobli:l;U Lepla zamieszkałym. Jeśli się nie mylimy, 
ojciec poety był marszałkiem szlachty lepeiskiego powiatu. 
Przedziwna dobroć serca, czystość duszy i lotność umy- 
słu pociągały ku niemu swoich i obcych. "Żywy, tkliwy, 
: wesoły-pisze o nim Domeyko t)-bratający się ze wszystki- 
... mi, prosty i poufały równie z naj młodszymi, jak z najuczeil- 
szymi, śpiewny, czuły na wszelkie wra:l;enia, litujący się 
i gniewający się z łatwością, pobła:l;liwy mianowicie dla skro- 
nmych i pokornych, prawdziwie wieśniaczej natury, a przy- 
.
 tern pobo:l;ny i dobry katolik-był zawsze gotów słu:l;yć nam, 
ale te:l; i gderał i napominał, kiedy co niedobrego w nas oba- 
czył, bo chciał, aby jego przyjaciele, mianowicie Adam, byli 
wolni od wszelkich wad, nawet powszednich." Sąd Domeyki 
potwierdzają wszyscy lepelscy Czeczotta znajomi i przyja- 
ciele. Cechowały go iście ewangeliczna prostota i niewyczer- 
}lany altruizm. Opowiadają o nim, że gdy raz na wsi, u pail- 
stwa Kuścińskich, podczas dożynek, uczestnicy włościanie, 
podochociwszy się zacnie, snem zmo:l;eni legli na murawie, 
Czeczott poduszki kładł pod głowy nieprzytomnych, w oba- 
wie, aby nadmiar trunku im nie zaszkodził. Chodził i wyrze- 
kał nIJ gorzałkę, a uspokoił sił.) dopiero, dowiedziawszy się, :l;e 
:l;aden z uczestników do:l;ynek szwanku na zdrowiu nie po- 
niósł. Komu tylko mógł-pomógł; kaMego zobowiązał; nie 
zliczyć osób, które doznały jego pomocy i opieki. Bywało 
rzemieślnikowi narzędzia kupi, dziecku zabawki lub ksią:l;ki. 
Byle przysłużyć się komu, byle pocieszyć, byle współczucie 
serdeczne okazać. Prosty żołnierz, dany mu do posługi przez 
zarząd, rozstać się z nim nie chciał, "bo--mówił płacząc-ni- 
czego mi ju
 teraz nie trzeba, skoro bez pana żyć będę." 
Wpływ iście magiczny wywierał Czeczott na utoef:enie 
swoje. Na słowo jego miękły serca i otwierały się dusze- 
Zwierzchnicy nawet, przywykli do brutalnego fukania i trak- 
towania ludzi zwysoka a bezwzględnie, na samo pojawienie 
sir cichego, spokojnego Czeczotta zapominali o roli swojej 


I 


I) "Filomaci i Filareci", list Ign. Domeyki. Poznań 18i2, !jtr. 3. 


Il1o...-...
>>>
- 38 



 dostrajali się do jego obchodzenia się z ludźmi, tchnQ,cego 
Idealną wyrozumiałością i miłością chrześcijańską bliźniego. 
Zwłaszcza dzieci 19nęły do niego, słuchały go i starały się 
naśladować. ° tym wpływie, jakby cudownym, Czeczotta, 
pomimo, iż pozornie wziąć by go można hyło za odludka lub 
mnicha-ascetę, opowiada dziś jeszcze żywa tradycya przez 
usta p. Karola Falewicza, syna wspomnianego profesora, Jana. 
Zarówno w Ufie, jak w Leplu, zajęcia biurowe nie przer- 
waly prac literackich Czeczotta. W Ufie przetłomaczył dzieło 
Irwinga ,,0 moralności i literaturze Anglików i Ameryka- 
nów". Przekład ów wyszedł z druku w Wilnie w 1830 r. 
(Dwa tomy). W Ufie też przygotował do druku "Śpiewy hi- 
storyczne o znakomitych Polkach". Rękopis tych śpiewów 
zaginął podczas burzliwych dni pobytu Czeczotta w 'l'werze. 
Owocem wolnych chwil lepeIskich były przekłady pieśni lu- 
dowych białoruskich, zbieranych nad Niemnem, Dnieprem 
i Dźwiną. Pieśni tych, jak wiadomo, wydał Czeczott tomów 
pięć (Wilno 1836-1846). Zbierał je z ust ludu sam; zbierano 
je dlali po obywatelskich domach. Zwłaszcza panie i panienki 
gorliwemi były Czeczotta współpracowniczkami. Podzięko- 
Wanie też im złożył Czeczott w przedmowie do 3-go tomu 
Swego wydawnictwa. 
Ów zbiór pieśni białoruskich ludowych pozostanie też 
główną i niemałoważną zasługą Czeczotta i sławę mu po- 
śnliertną na kartach dziejów piśmiennictwa naszego zape- 
wni. Poezye jego oryginalne wątpir, czy kiedy doczekaj,! 
zbiorowego wydania. Nazbyt-by się naj delikatniej wyra- 
zić - bezpretensyonalne one, a świeżość improwizacyjna, 
która niejednej piosenki Czeczotta swojego czasu cały urok 
stanowiła, już dziś dla nas niepowrotnie stracona. Jako miłe, 
a nawet drogie pamiątki, przechowały sir tu i owdzie w odpi- 
Sach wierszowane utwory druha Mickiewicza, ale dla boga- 
tego piśmiennictwa naszego znaczenia nie mają. To też z du- 
s
arczonych mi uprzejmie przez p. M. Kuściliskiego odpisów 

llku piosnek Czeczotta pozwolt;) sobie wybrać i przytoczy l: 
Jedną tylko piosenkę, skre
loną jak
 wiele innych "dla Zosi" 
(MalewSkiej, córki rektora uniwersytetu wileńskiego). Piosnka
>>>
- 38 - 


równie
 w pobli
u Lepla zamieszkałym. Jeśli się nie mylimy, 
ojciec poety był marszałkiem szlachty lepeIskiego powiatu. 
Przedziwna dobroć serca, czystość duszy i lotność umy- 
słu pociągały ku niemu swoich i obcych. "Żywy, tkliwy, 
wesoły-pisze o nim Domeyko 1)-bratający się ze wszystki- 
mi, prosty i poufały równie z naj młodszymi, jak z najuczeli- 
szymi, śpiewny, czuły na wszelkie wra
enia, litujący się 
i gniewający się z łatwością, pobła
liwy mianowicie dla skro- 
mnych i pokornych, prawdziwie wieśniaczej natury, a przy- 
tern pobo
ny i dobry katolik-był zawsze gotów słu
yć nam, 
ale te
 i gderał i napominał, kiedy co niedobrego w nas oba- 
czył, bo chciał, aby jego przyjaciele, mianowicie Adam, byli 
wolni od wszelkich wad, nawet powszednich." Sąd Domeyki 
potwierdzają wszyscy lepelscy Czeczotta znajomi i przyja- 
ciele. Cechowały go iście ewangeliczna prostota i niewyczer- 
}lany altruizm. Opowiadają o nim, że gdy raz na wsi, u pali- 
stwa Kuścińskich, podczas dożynek, uczestnicy włościanie, 
podochociwszy się zacnie, snem zmo
eni legli na murawie, 
Czeczott poduszki kładł pod głowy nieprzytomnych, w oba- 
wie, aby nadmiar trunku im nie zaszkodził. Chodził i wyrze- 
kał nv gorzałkę, a uspokoił się dopiero, dowiedziawszy się, 
e 

aden z uczestników do
ynek szwanku na zdrowiu nie po- 
niósł. Komu tylko mógł-pomógł; ka
dego zobowiązał; nie 
zliczyć osób, które doznały jego pomocy i opieki. Bywało 
rzemieślnikowi narzQdzia kupi, dziecku zabawki lub ksią
ki. 
Byle przysłu
yć się komu, byle pocieszyć, byle współczucie 
serdeczne okazać. Prosty żołnierz, dany mu do posługi przez 
zarząd, rozstać się z nim nie chciał, "bo--mówił płacząc-ni- 
czego mi ju
 teraz nie trzeba, skoro bez pana 
yć będę." 
Wpływ iście magiczny wywierał Czeczott na otoe:r;enie 
swoje. Na słowo jego miękły serca i otwierały się dusze. 
Zwierzchnicy nawet, przywykli do brutalnego fukania i trak- 
towania ludzi zwysoka a bezwzględnie, na samo pojawienie 
sir cichego, spokojnego Czeczotta zapominali o roli swojej 


I) »
'ilomaci i Filareci", list Ign. Domeyki. Pozuań 18i2, str. 3,
>>>
- 3U - 


i dostrajali się do jego obchodzenia się z ludźmi, tchnącego 
idealną wyrozumiałością i miłością chrześcijańską bliźniego. 
Zwłaszcza dzieci 19nęły do niego, słuchały go i starały się 
naśladować. ° tym wpływie, jakby cudownym, Czeczotta, 
pomimo, i
 pozornie wziąć by go mo
na było za odludka lub 
lunicha-ascetę, opowiada dziś jeszcze zywa tradycya przez 
usta p. Karola Falewicza, syna wspomnianego profesora, Jana. 
Zarówno w Ufie, jak w Leplu, zajęcia biurowe nie przer- 
waly prac literackich Czeczotta. W Ufie przetłomaczył dzieło 
Irwinga ,,0 moralności i literaturze Anglików i Ameryka- 
nów". Przekład ów wyszedł z druku \V Wilnie w 1830 r. 
(Dwa tomy). ,V Ufio tl1
 przygotował do druku "Śpiewy hi- 
storyczne o znakomitych Polkach". Rękopis tych śpiewów 
zaginął podczas burzliwych dni pobytu Czeczotta w Twerze. 
Owocem wolnych chwillepelskich były przekłady pieśni lu- 
dowych białoruskich, zbieranych nad Niemnem, Dnieprem 
i Dźwiną. Pieśni tych, jak wiadomo, wydał Czeczott tomów 
pięć (Wilno 1836-1846). Zbierał je z ust ludu sam; zbierano 
je dlali po obywatelskich domach. Zwłaszcza panie i panienki 
gorliwemi były Czoczotta współpracowniczkami. Podzi
ko- 
"'anie te
 im zło
ył Czeczott w przedmowie do 3-go tomu 
Swego wydawnictwa. 
Ów zbiór pieśni białoruskich łudowych pozostanie te
 
główną i niemałowazną zasługą Czeczotta i sławę mu 1'0- 
ŚUliertną na kartach dziejów piśmiennictwa naszego zape- 
wni. Poezyc jego oryginalne wątpir, czy kiedy doczekają 
zbiorowego wydania. Nazbyt-by się naj delikatniej wyra- 
zić - bezpretensyonalne one, a świezość improwizacyjna, 
która niejednej piosenki Czeczotta swojego czasu cały urok 
stanowiła, już dziś dla nas niepowrotnie stracona. Jako miłe, 
a nawet drogie pamiątki, przechowały się tu i owdzie w odpi- 
sach wierszowane utwory druha Mickiewicza, ale dla boga- 
tego piśmiennictwa naszego znaczenia nie mają. To te
 z d,,- 
s
arczonych mi uJ1rzejmie przez p. M. Kuściliskiego odpisów 

tlku piosnek Czeczotta pozwolę sobie wybrać i przytoczy e 
Jedną tylko piosenkę, skreśloną jak
wiele innych "dla Zosi" 
CM:alewskiej, córki rektora uniwersytetu wilellskiego). Pio:mka
>>>
\I 


- 40 - 
ta z tego względu zasługuje na. uwagę, 
e podobno gustował I 
w niej bardzo Tomasz Zan, ów niepowszedni przewódca wi- 
leńskiej młodzie
y, 
e cZQsto ją nucił i akompaniament dla 
niej fortepianowy sam ułożył. 


BŁOGOSł.A WIDNA. 


Ach, błogosławiona matka, 
Świat co tobą obdarzyła, 
O dziewico moja miła, 
Tak nadobna, wdzięczna ty! 


Tyś jest piękna. czuła, słodka, 
I\iezr6wnane serce twoje, 
Ty na wieki, życie moje, 
Bądź błogosławiona ty! 


Błogosławion dzień 6w święty, 
\V którym na świat tyś zesłana, 
O dziewico ukochana... 
Jak nadobna, wdzięczna ty! 


Tyś jest piękna, cznła, słodka, 
I\iezrównane serce twoje, 
Ty na wieki, ż)'cie moje... 
Bądź błogosławiona ty! 


Przybywszy z Lppla w Nowogrodzkie, otrzymał Cze- 
czott posadę bibliotekarza w Szczorsach Chreptowicza; nie- 
długo atoli wytrwał na tern stanowisku. Opuściwszy Szczorse. 
osiadł w Dolmatowszczyźnie u ś. p. Antoniego Wierzbowskie- 
go, kolegi Mickiewicza ze szkół Dominikaliskich, potem czas 
jakiś mieszkał w W olnpj u Rafała Śliznia 1). Znękany choro- 
bą, pojechał dla poratowania zdrowia w r. 1846 do Druskiennik 
i tam życie zakończył. Ponieważ Druskienniki nie miały 


I) Porów. Bogusław Kr8'3zewski: "Z ziemi Nowogrodzkiej", (Kraj 
NW 51 z 1897).
>>>
- 41 


WÓwczas kościoła i cmentarza zwłoki Czeczotta zło
ono na. 
Ulogilniku w Rotnicy, o wiorst c
tery od Druskiennik odległej. 
Nad kamienną urną grobowca szumią brzozy... Na co- 
kole pomnika wyryto epitaphium A. E. Odyńca. Czworo- 
wiersz kOlicowy kładzie, jak nie można słuszniej, imię Cze- 
Czotta Jana obok nieśmiertelnych imion Mickiewicza i Zana. 


Imię jego w ojczyznie jest wiecznie związanem 
Z Adamem :\1ickiewiczem i Tomaszem Zanem. 
Kto wiesz, czem oni byli. schyl skroń przed tym głazem, 
Pom
'śl, westchnij i módl sIę za wszystkich trzech razem
 


. Tomasz Zan przybył w Lepelskie na początku 1844 roku, 
Jako lustrator dóbr rządowych. Pm;adę tę wyrobił dlail 
gł6wny lustrator w guberniach litewskich i białoruskich, 
Piszczałło; starail też swoich w tej sprawie dokładał Franci- 
sZek Malewski, zamieszkaly w Petersburgu. Lepel był pierw- 
SZym etapem urzędniczym Zana, a poniewa
 z dobrami rzą,- 
dowemi, w okolicach Lepla leżącemi, graniczyła majętność 
Pa1istwa Kuśchiskieh, z ich domem przeto zawiązał Zan ry- 
chło stm:unki towarzyskie i vrzyjacielskie. 
Student podówczas uniwersytetu petersburskiego, p. Mi- 
chał Kuśchiski, na wakacye do rodzicielskiego domu pod Le- 
Pel zjeMżający, przypomina sobie dziś jeszcze dokładnie 
Ożywioną postać Zana, będącą duszą i ogniskiem każdego 
towarzyskiego zebrania. Rozmiłowany w muzyce i śpiewie, 
Zan często sam nucił ulubione piosenki: "Tc brzóz kilka",. 
"Młocarze" (Czeczotta) i Czeczotta "Błogosławiona". Sam do 
tYch piosnek muzykę układał. 
. Jako rys charakterystyczny Zana, pozostała w pamięci 
Jego lepeiskich znajumych i przyjaci6ł wielka p. lustrato- 
r
 nieopatrzność w sprawach pieniężnych. Zan sakiewki 
111e Używał ni
dYj monetę chował po kieszeniach, a doby- 
Wając ją w pośpiechu, często gęst:J mylił się, dając np. 
Za ochrzczenie dziecka proboszczowi Vięć kopiejek zamiast 
rUbla, a przewoźnikowi na rzece półimperyała zamiast kop.
>>>
- 42 - 


-dwudziestu. Dawało to nieraz IJowód do ucieszych nieIJoro- 
zunllen l siurpryz, rozumie się, natychmiast odrabianych. 
Pewnego razu, jadąc z Witebska do Lepla, w karczmie ży- 
dowskiej, gdzie nocleg odbywał, zostawił szkatułę, zawiera- 
jącą przeszło dwa tysiące rubli, przeznaczone na wypłat,: 
pensyi jemu samenm i urzędnikom jego biura. Dopiero, IJrzy- 
bywszy do domu p. Ku
ciIlskich, Zan zgubę spostrzegł. Kto- 
hy sądził, że zacznie desperować. Bynajmniej. 
- Niema co, stało się, panie chorąży-powiada Zan du 
zafrasowanego gosIJodarza. Wypadnie parę lat darmo po- 
służyć. Nie pomoże narzekanie. Ot, poproś lepiej, panie cho- 
rąży, niech proboszcz mszę 
więtą w kaIJlicy odprawi na 
intencyę znalezienia szkatuły. Pomodlimy się; może Bóg 
prośby wysłucha. 
Odprawił proboszcz mszę i tegoż dnia pchnął p. Kuścill- 
"ki sługę swego do wspomnianej karczmy. Upłynęło dni dwa. 
Zan w świetnym humorze bawi się doskonale wśród licznego 
towarzystwa, zebranego w domu p. Kuścillskich. Gospodarz 
domu przerywa mu ożywioną rozmowę wiadomością, że słu- 
żący Jan powrócił. 
- Daj pokój, panie chorąży-woła Zan.-Nie przerywaj! 
właśnie my tu ugrzęźliśmy w naj ciekawszej dysIJucie. 
I nie ruszył się IHtWet z miejsca. Dopiero należycie 
wy
wietIiwszy sporną jakąś kwestyę, poszedł rozm6wić 
się z Janem, dowiedzieć się o rezultacie poszukiwail i z rąk 
jego, znalezioną cudownym trafem szkatułę z gotówką, 
otrzymać. 
W r. U;4fi rozprzedawano wielkie dobra ks. Sanguszków, 
w Mohylewskil'j gub. p(Jłożone. Głównym pełnomocnikiem 
w tej sprawie hył p. Dobrowolski. Za jego radą i pomocą 
nabył Zan od Sangu8zków majętność Kochaczyn, p. Dobrowol- 
ski atoli za warunek położył, że Zan autobiografię swoją na- 
pisze. Podobno istotnie znajduje się taki życiorys w ręko- 
pisach, IJO rl'omaszu Zanie pozostałych. 'l'egoż 1846 r. zarę- 
czył się Zan z p. Brygidą Świętorzecką, którą w następnym 
roku poślubił i zamieszkał z żoną w Oborku, w powiecie 
08zmiańskim, na granicy vVilejskil'go.
>>>
- 43 


Krótki pobyt Zana w Leplu i okolicach lepelskieh upa- 
nliętnił stosunek serdecznej za
yłości z domem p. Kuścill- 
s
ich. Stosunku tego odbicie znajdujemy w listach Zana, 
Pisanych do ojca, Franciszka Kuściilskiego, i do syna Michała. 
Listy te, które w dosłownem brzmieniu poniżej powtarzamy, 
lnają u góry kreślone jednakowe zawsze słowa: "Niech bę- 
dzie pochwalony .Jezus Chrystus i Matka ła
ki Bo
ej, Marya 
Panna. " 
X){ 


Do Franciszka E:uścińskiego. 


Zaboloć, 11-go sie1"pnia 1844 1'. 
Posyła się z banknotem na 51's., który wedle przyrze- 
czenia ma być wręczonym litewskiemu poecie OdyilCowi 
przez kochanego Michała, syn patiski będzie miał o\oliczność 
zabrać znajomość z osobą, która jest w stanie ukazywać Źrll- 
dla rzetelnych wiadomości o piśmiennictwie i dziejach krajo- 
wYch i prostować nieświadomych o tem zuania. Przytem do 
rOdzicielskiego błogosławielistwa, z którem się na dalsze 
n
uki wyprawuje, niech przyjmie i moje I)O
egnanie, pamię- 
taJąc na to, 
e nie dla siebie tylko urodzeni jesteśmy; część 
n. as ojczyzna przywłaszcza, część przyjaciele. Życzliwość 
zIomków, zarówno jak modły pokrewnych, przychylają, ku 
nam łaskę Bo
ą, za której natchnieniem i pomocą poczuwa- 
n
y w sobie dary i zdolności, najstosowniejsze do przeznacze- 
nl
 i powołania naszego. Przeznaczeniem pow:5zechnem czło- 
WI
ka jest poznać i ukochać Boga; prawda, słowo Bo
e 
{)
JaWione, miłość czyli moc i czyn Boży objawiają się usta- 

ICZl1ie, powołanie ka
dego z nas w szczególności oznacza 
SIę Wyraźnie osobnemi, niezale
nemi od nas warunkami, nie- 
:b
dIlemi stosunkami urodzenia, stanu i sił naszych, czyli 
k WI
temi obowiązkami kościoła, czyli zbawionej ludzkości, 

aJu, czyli szlachetnego obywatelstwa, domu, czyli prawo- 
\V-łernej chrześcijailskiej rodziny, w których imię nasze i osoba 
ma Wszędzie zawsze dawać statecznc świadectwo owej pra-
>>>
- 44 - 


wuzie i owej miłości, wśród pokuszełi złego, ułuuy świata, 
cią
enia bezwładnej przyrody, mając na widoku dobro 
i szczęśliwość bliźnich, a godność i zbawienie własne. Co nie
 
wątpliwie osiągamy w cudownościach poświęcenia się Zbawi- 
ciela, w przyczynie Matki Słowa, które się stało Ciałem, Pani 
świata, Królowej naszej, zasługach świętych Bo
ych, w pomo- 
cy Aniołów, przekonywając się coraz dowodniej, i
 przedsię- 
wzięcia i czynności nasze kierują się podług woli Bo
ej. Ta- 
kiem zrządzeniem i takiej opiece, w mocnej wierze, w pewnej 
nadziei, poruczając Michasia, powinniśmy ufać, 
e jego wła- 
sne przyłożenie się i p()bo
ność mo
e osiągnąć nale
ytego 
stopnia rozwinienia darów duszy i ciała, uwiełiczyć się po
ą- 
danem we wszystkiem powodzeniem, jakiego mu 
yczymy 
i o jakie u Boga prosimy. Teraz zostaje mu tylko usiłować, 
aby pamiętał rady rodziców, rozkazom ich był odpowiedni 
i cieszył gotowością zadosyć czynienia życzeniom ich i na- 
dziejom, donosząc im często nietylko o przyjemnościach, 
które Sam doznał, ale te
 i o tych, które sprawić innym usiło- 
wał, aby się pilnie przykładał do ka
dej, która się podaje, 
nauki bez wyjątku i uprzedzeń i szczerze kaMy szkolny wy- 
pełniał obowiąze'{ i porządek jak naj skrupulatniej, albowiem 
tak wielkie i cuuowne spływają błogosławieństwa ćwiczenia 
się w posluszeństwie, pokorze, cichości i cierpliwości, 
e często- 
kroć nieuctwo i fałsz oświeca nas, jak mądrość i dobra wiara, 
ahy starannie czcił i zachowywał przykłady i obyczaje do- 
mowe i krajowe, jako ćwiczenia i obrzęuy pobo
ne, i strzegł 
jak naj pilniej czystości i skromności. 


Do Michała Kuśclńakiego. 


Franopol, fU-go sierpnia 18.16 'r. 
Chwilę, przeznaCZOłH! do spoczynku mojego i koni, które 
mię przez noc przeniosły od źródeł Wilii do Izabelina, dla 
uporząukowania czynności mojej służby na tydziełi następny 
i odprawienia poczty dzisiejszej, poświęcam na oświauczenie
>>>
- 45 - 


a, 
'0 
e- 
"1- 
rll 
)- 


Inojej 
yczliwości kochanemu panu Michasiowi i całej jego 
CZcigodnej i uprzejmej rodzinie, w której powodzeniu i tro- 
skach rad zawsze chciałbym brać udział 
ywy. Modlę się, aby 
t
 
yczliwość zdolną była przyło
yć się do sprowadzenia na 
llIą błogosławiel1stwa Nieba, przez łaskę i moc którego zape- 
Wnia się szczęśliwość i przemijającą z 
yciem, i wieczna 
W zbawieniu. O nie się naj pilniej starać i zasługiwać jest 
n
jwidoczniejszem powołaniem jedynego pana Michała i naj- 
Inllsz ą powinnością, Z tern poleceniem wyprawuję go w dro- 
gę, która go czeka, i 
egnam, poruczając go aniołom i świę- 

Ym patronom domostw, majątków, osób i krajów, ojczyzny 
I matczyzny naszej. Kochaniu i usłudze Heleny Malewskiej, 
rzeczywistej radczyni stanu, poleciłom go listem, który dziś 
odesłałem pocztą; nadto łączę przy tem do niej list odkryty. 
Celem tej znajomości ma być głównie wystaranie się ryehłego 

ozwolenia na odbudowanie kościoła w Leplu na cześć Matki 
olesnej, a nawet mo
e, za łaską Bo
ą, środków i sposobów 

Ykonania tego przedsięwzięcia. N a tę intencyę Święto rzec- 
a panna Brygida poleca do codziennej modlitwy przykła- 
dać 3 Ojcze nasz i Zdrowaś. Laska Bo
a niech zawsze będzie 
z nami. 



- 
1- 



J 
l- 
o 



- 
y 


, 
, 
"", 


Ił 
L- 


I, 
1- 


, 
" 


'- 


tl 
a 


1- 



, 


Do Fl'ancisz:ka Kuścińskiego. 


ł 


Oborek, 14.go pażdziemika 1847 r. 
p . Pamiętny 
yczliwości, której doznałem w domu W. M. 
z
n
twa Chorą
ych Dobrodziejów, 
yczyłem sobie odwiedzić 
k
Wldzicze i zalecić ich przychylności Brygidę ze Świętorzec- 
..Ich, 
onę moją. Słu
ba i gospodarstwo nowozaprowadzające 

Ię przenosiły mnie ustawicznie z Kochaczyna do 'Vitebska 

 nawzajem. Dla pośpiechu podró
y naszej ostatniej przez 
epel, nie byliśmy w stanie zadosyć uczynić 
yczeniu nasze- 
Inu, USzanować osobiście W. M. Pałistwa. Czynności lustra- 
Crjne w Lepelskiem, w ciągu ubiegłego lata, nie wymagały 
niezbędnie naszej obecności. Tymczasem oczekiwałem pory
>>>
- -tli - 



! 


sposobnej do uwolnienia się ze służby, przy której trudno mi 
było wystarczyć nowo przyjętym obowiązkom, a mianowicie- 
ułożenie pamiętników życia mojego, które obiecałem p. Do- 
browolskiemu, przedawcy Kochaczyna, jako opłatę za dusze, 
do tego majątku przypisane. Dla tego zatrudnienia potrze- 
buję Wczasu spokojnego, ciepła i światła rodzinnego; zaczem 
nie doczekawszy się odstawki, pod pozorem osłabionego zdro- 
wia, w dzieli imienin p. Chorążego i kochanego Dobrodzieja, 
korzystając z kilku dni pogody, opuściłem służbę, z Kocha- 
czyna, drogą pocztową na Tołoczyn, po pięciu dniach podró- 
ży, przybyliśmy z Białej do swojej Czarnej Rusi, skąd tern 
pismem odzywamy się, wpraszając się zachować dla nas ła- 
skawy wzgląd przyjaźni, jaką się dotąd zaszczycałem i jakiej 
wdzięczną pamięć radzi żywić pragniemy. Kochaczyn, gdzie- 
śmy przyjemnie lato spędzili, wśród pomyślnych urodzajów, 
lecz gdzie na zimę jeszcze domu mieszkalnego nie mogliśmy 
zbudować, zostawiliśmy w zarząd włodarza, p. Pogorzelskie- 
go, który przyjęty został na miejsce szwagra mego Matuse- 
wicza, gdy mu zbyt trudno było zastosować się do mojego 
ducha gospodarowania, którego zasady i sposoby miałem 
przyjemnoś(: przekładać i bronić przed p. Janem Stefanow- 
skim w Leplu i przed p. Chorążym. Poruczam W. M. Panu 
Chorążemu Dobrodziejowi zalecić moją wdzięczność, pełną 
przychylności i życzliwości naprzód całemu jego miłemu 
domowi, potem nieoszacowanym duszom i duszyczkom, za- 
mieszkałym w Leplu i w okolicach, i nakoniec Leplanom, 
którym wspomnienie o mnie odzywa się niekiedy. Łaska 
Boża niech zawsze będzie z nami. 


Do Franciszka Kuścińskiego, 


O1łoTck, J-go kwietnia 1848 1'. 
Mipliśmy przyjemność otrzymać w swoim czasie odezwę 
W. Pan
twa ChOr1!Żostwa na list nasz. 'reraz, pragnąc znowu 
powzią(: nawzajem wiadomość o zdrowiu i powodzeniu naszych 


-..ł
>>>
- 47 - 


:nI 
:ie- 
10- 


łaskawców i przyjaciół w Lepelskiem, czynimy ich uczestni- 
kami rozradowania, którem nas Bóg pobłogosławił. Oto już 

Zósty upływa tydzień od dnia, w którym Brygida obdarzyła 
Ich wdzięcznym służką, mnie synem, a Kochaczyn dziedzi- 
cem. Mężczyzna ten, otwierający żywot, na chrzcie świętym 
'\V dziE'Ii św. Kazimierza, przyjął imiona Wiktoryna i Serafina, 
które w kalendarzu w dzipń narodzin znalazł, i Tomasza, 
które mu matka przydać chciała, sama go karmi; oboje razem 

e mną polecają się pobożności i miłości 'W. Palistwa i całego 
Ich grona, rĆlwnie uprzejmego, jak i kochanego. Kłopoczę si
 
z inwentarzem kuchaczYliskim, który mi już drugi raz napo- 
"Wrót odsyłają, że formy, przyjętej w majątkach białoruskich, 
zachować nie umiem, i wyszukaniem na rok następny od św. 
Jerzego nowego włodarza, który życzyłby zastąpić mnie 
': gospodarowaniu i szczerze usiłował. Sam nie mogę niem 
SIę zajmować przez skład okoliczności i zatrudnień moich. 
W dwóch ubiegłych latach wyczerpał u mnie ten majątek 


zystkie oszczędności górnictwa ilustratorstwa moj ego. 
le byłhym od tego, aby go wypuścić w dzierżawę, za którą 
chciał dawać w rok pewien p. Naruszewicz 800 rs. Książkę, 
z Franopola ostatnią razą miedzy mojemi zajętą, odsyłam 
z prośbą o wręczenie, do kogo należy. Proszę nas zalecić ła- 

kawej przyjaźni Lepelanów, a osobliwie pana Jana, Prezy- 
entowstwa, ksi
ży Dziekana i Kapelana i innych. 
Łaska Boża niech zawsze będzie z nami. 


;e, 
,e- 


m 
0- 


a, 
a- 
ó- 


11 
a- 


3J 
B- 


v, 


y 



- 



- 


o 
n 
,- 


II 
li! 
II 


L- 


I, 


).
>>>
c=ll 


i' 


.. 



 


i. ;. 



 .' 


"- 


, t"
t
'\ 
'..'-!J.:,
 . 


,o- 
" 


, 
,. J 
I 


-,4;- 
(., 


.:.
 


, . 
\ . 



 


, ;" 


( , 


"", 


" 


tt 


-
 
ł
 


... 



 


I , 
- ""!' .=- 


ł', 


... 


II 


,. 


, . . 


......, ,'f y, co gród zamkowy 

oworrodzkl ochrania.z z jero wiernym ludem 6. 


Wizerunek Matki Boekiej Nowogro,,"zklej. 


Obraz t.n, w.dl. ml.j.oo....j tradyoJl, przenle.lony !ostol z kośolola na córz. Zam- 
ko....j do pobazyllań8kl.go, gdzl. .Ię obronie znajduj.. 


-II
>>>
(QYWf@@
(Q)]Q)

 


Vv DRUGIEJ POŁOVv'IE BIEŻĄCEGO STULECIA. 



Iech k...dy ... pokorze duch.. .tor.. się 
być leplzym I uczynić lep..em ....zyltko, 
co £'0 otac..; -w tern tylko-ł "tem je- 
dynie. Id] bmlell wę@"lelllY .......,0 od- 
rod'lenła. 


Lo,.HlZO BII'JI(J"".. 


Rok lŁ\55 pozostanie dla nas pamiętnym na zaw,:ze. 
\V tym bowiem roku ugodził nas cios najmniej spodziewany- 
umarł Adam Mickiewicz!... 
'V tym te
 roku zaszły wypadki w kraju, które swą 
Wagą zmieniły postać. rzeczy w całem państwie. Ze zgonem 
Cesarza Mikołaja T-go-Aleksander II wstąpił na troll. 
Po długiej ciszy wionął wiatr o
ywczy. Słowo "Reforma'\ 
()Czekiwane oddawna, wymówione zostało głośno; co więcej, 
stało się hasłem nowego n;ądu. Byłto jakby miesiąc miodowy 
reform liberalnych w wielkim stylu, które przechodziła Rosya, 

b.udzona do nowego 
ycia. Sprawa te
 włościailska, w której 
Inlcyatywę wzięła litewska szlachta, weszła na stół. To te
 
tYtn razem, nietylko Litwa ale cała Rosya odetchnęła. Szlą- 
C
cie zdjęto ohydne piętno ciemięzcy-chłop poczuł się czło- 
""lekieml 


4
>>>
-50- 


Ziemia nowogródzka, siedziba niejednej zasługi i nieje- 
dnej sławy, które tam miały kolebkę,-mogła
 uie odczuwau 
tych drgali nowych prądów, jakie elektryzowały kraj cały'L 
To te
 wkrótce odezwa, wzywająca duchowieństwo do 
pracy nad szerzeniem wstrzemięźliwości wśród ludu, wysłana. 
z Nowogródka a wydrukowana w petersburskiem Słowie- 
obiegała Litwę. 
Zaczęła się więc praca i oto nieupłynęło kilka miesircy, 
a społeczność nowogrodzka, jakby odrodzona, zawrzała 
y- 
ciem. To te
 miło tu nam dołączyć ustrp z korespondencyi, 
przesłanej w tej sprawie do Kuryera wile{lskiego, 1800 roku: 
....."Czas obecny, jak trąha af(
hanioła, budzi do 
ycia, do pra- 
cy, do czynu, wprawdzie społeczność nasza, podobna jeszcze 


.
. ... 
 ..:: ,..
 
_. 


l' 


f . 


- 


"
--' ".. "-. 


",_---... 


, i 
 


. ';1 


--; 
'-, 


" 
 . ... . 


Góra zamkowa. 


do człowieka, budzącego się z letargu, który słyszy dokoła 
głosy życia, ezuje tętno natury, ale spowity wirzami snu 
zdradliwego, nie ma sił ni wiary w siebie, nie ma jeszcze 
w piersiach głosu, by zawołać, by odpowiedzieć na wołanie. 
Lecz życie gra już w pulsach. 
Grób Mendoga, kolebka Mickiewicza, w tych czasach 
przedstawił kilka symptomatów życia, świadczących o poję- 
ciu wyższych jego celów; a wiQc na pierwszem miejscu miło 
mi donieść, 
e usiłowania N owogrodzianów podniesienia 
poziomu oświaty, znalazły swój wyraz w świeżo otworzonem 
gimnazyum, jak niemniej w bibliotece i czytelni, otwartej 
z funduszów składkowych. Przybył też zastęp sił dzielny('h 
w kole nauczycieiskiem.
>>>
- 51 


L; 


Prace te
 na polu wstrzemięźliwości i ludowej oświaty, 
Coraz wybitniej się odznaczają. Duchowiełistwo nowogrodzkie 
ze swej strony pojmuje te
 zadanie czasu. Za przykładem 
Szanownego proboszcza ks. K. Ejmonta, lud wiejski :;łucha 
słowa Bo
ego. N a wsi te
 zamiłowanie zbytku a z nim cu- 
dzoziemszczyzna, podróżomania ustąpiły miejsca zapobie- 
gliwej oszczędności i poszanowania tego, co dobre. Znamy 
domy, gdzie rówiennice turystek, obiegających magazyny 
Luwru, obchodzą chaty włościmiskie, niosą pomoc lekarską 
i zasiłek, ucząc dzieci chłopskie pacierza, zasad wiary, obo- 
Wiązków człowieka. Rzadkie to są jeszcze przykłady.takiego 
Poczucia obowiązku-ale one już są i cześć budzą. Co wi£cej, 
pra('a, ów dotąd anachronizm w egzysten('yi wiejskiego oby- 


[) 


lI. ' 


I, 
l: 


,- 


e 


:1 
"
.' ] 


I 
: II 
:1 


''t 


" , 


-..". .'.'!?- 


tt, 
, 
 t
!, 


. .
;a';4 


- 


- J 
"";'1" ;:,.' - 


. I' .- 


.: 
." - ł-";
 ..
- 


- .c. 
.- 


.-,. .. -'. - 


:.. -," 


-..--,.
:,:::

:

:-;:. 



:.
,;."
;.; ,.
. .,;ffi



 

{: .:

/)




/ . 


Góra zamkowa 1 fara. 


WateIstwa, coraz więcej znaczenia i poważania nabiera; myś- 
każda, wypowiedziana w duchu ogólnego dobra, znajduje słu- 
chaczy. Umysły głębsze, serca gorętsze, ludzie talentu i wie- 
dZy;pracują, układają projekty, w celu dźwignienia rolnictwa, 
przemysłu, kredytu, ułatwienia komunikacyi. Słowem, tam 
l owdzie pracują słowem, piórem i przykładem. 
Tak więc, choć chmurno i grube jeszcze cienie nocy 
Walpzą z godziną przedświtu, lecz już na brzegach horyzontu 
rUmieni się zorza i bledną nocne ogniki..." 
Zaprawdę, trudno chyba o szczęśliwszą i prędszą zmianę 
W Usposobieniu, nad tę, jaka zaszła śród społeczności nowo- 
g
odzkiej. Przyznać wszakże należy, że w inicyatywie i robo- 
Cle,jaka stanęła na porządku dziennym, lwią część przyjęło lUt
>>>
- ó2 


f;ię świc
o otworzone gimnazyum; to te:t nabytek ten nowych 
sił wkrótee dał się odczuć. .Jak
e mi pamiętne owe wieczorne 
z kolegami pogadanki na górze zamkowej! Tam to powstał 
zamiar, którego spełnienie, długo tamowane przeszkodami, 
t.yll
 miało zezasem przynieść dobrych skutków i być źró- 
dłem niewymowlwj dla ludzi zanyeh poeiechy: zamiar zało- 

enia w Nowogródku biblioteki publicznej i czytelni. 
Patrząc na liche domki, u podnó:ta góry rozsiane, na 
krzątają:e się wpośród nich biedactwo, naturalnym zwrotem 
myśli dumaliśmy nieraz nad dolą tych ludzi, nad 
yciem istot, 
I'1kazanych na podwójną nędzę: fizyczną i moralną. 
I rzeczywiśeie, opłakany stan intellektualny miejs(
owej 
ludności, zostawionej swemu losowi, jakby na szyderstwo 
obok kolebki, gdzie zabły::;ło wspaniałe światło na ('hwałQ na- 
rodu-dopominał się natrętnie naprawy. Niemniej te
 brak 
zasolJbw w zakresie ojczystej literatury, Hrbd uczącej się 
w świe
o utworzonem gimnazyum młodzie
y-domagał się 
zaradzenia i pomocy. I oto wkrbtce obiegła dwory i dworki 
odezwa, której osnowa mniej więcej była na8t
pująca: 
....."Słyszymy nieustanne narzekania na nizki poziom 
wykształcenia i moralności-a raczej na ich brak zupełny- 
śród mieszczaJIstwa, rzemieślników i rb
nf'!-ro stanu mieszkalI- 
('bw tego miasta. . 
Podnieśmy ich z tego poni:tenia! dajmy im pokarm du- 
chowy, zdrowy i posilny, zdolny w nieh obudzić poczucia 
pragnienia prawdziwego dolJra, prawrly i piękna! Zróbmy to, 
co zrobili inni, którzy dziś górują rlobrobytem i ośwIatą; dajmy 
tym ubogim w duchu dobrą ksią:tkę. W miejsce klubu, któ- 
rego istnienie w murach dawnej szkoły jest dla nas hańbą, 
załó
my bibliotekę, otwórzmy czytelnię. Przyjdzie czas, 
e 
ci sarni nawet, co dziś są ternu niechętni, ('O w braku innego 
zajęcia dla wymagali chciwej wra:teJI natury, tracą marnie 
zdrowie i pieniądze, przyjdą do nas, aby u czystego zdroju 
zaczerpnąć wiedzy i u
yć rozkoszy, godnej człowieka. 
Wielu:t to się nurza w mętach miejskiego 
ycia, dlatego 
tylko, 
e braknie im po pracy schronienia czystego na dłu- 
gie wieczorne godziny. Dajmy
 im to schronieniel Dajmy,
>>>
- 5
 - 


rnłodzie
y szkolnej, spragnionej wykształeenia godnego pl'Z)"_ 
szły("h obywateli, 
posobność dopełnienia tego, w dziełach 
ojczystej literatury, czego w szkole znaleźć nie mogą. Daj 
U1Y rzemieślnikowi sposobność oświecenia umysłu, zdobycia 
tak potrzebnych mu wiadomości; dajmy nareszcie tym wszy- 
stkim, którym los twardy nie dozwolił korzystać z oohl'o- 
dziejstw szkoły, spo
obność powetowania tych braków. . 
Niech te mury, co do niedawna były siedliskiem nauki, 
z kt6ry{'h wyszedł największy wiesz('z i geniusz narodu, 


r 


"" 


.. 
h. 



, 
- 
" 
.l

 J l 
 ł- 
. -iif-L 
. 
' 1I-- 
 
 

 -t:' .: 
!!"'..; 


,. I, 


,
I.I 
.ł 


. if 
j.l: 


!lI 


. ...c
. - ,,;. 
... . .:' 
;.,. .:" .- 
--..

 
.
. 
. ""':. 


'J" 


-' 
'-'- 


..,.. 
- 


l{OS;:lół O. O. Dominikanów 1 szkoła pJwiatowa w NowogrOd.ku. 


S
aną się znów przybytkiem, skąo światło przeniknie w naj- 
ciemniejsze zakątki tego grodu i okolicy. 
Nieśmy światło!" 
Odezwa ta nie pozostała bez skutku, bo w niospełn:
 
kilka tygodni zamiar, powzięty w ciszy wieczornej, u podnó
l\ 
?aszt, stał się głośnym w powiecie i kraju, społe('znoś
 przy- 
Jęła go z radością, dzienniki opowiedziały o nim z uznaniol1ł. 
I oto po długiej i uporczywej walce, runąl klub, a jego miej- 
'SCe zajęła biblioteka. Wraz te
 sypnęły siQ składki w książ-
>>>
- 54 


/I 


kach i pieniądzach 1), tak 
e w przeciągu kilku tygodni mo- 
żna już było otworzyć czytelnię z wypożyczalnią książek, 
kMra do 2000 dzieł liczyła. 
Jako pierwszy dygnitarz powiatu, marszałek Brochocki 
przyjął kuratoryę honorową, ofiarując znaczną kwotę na 
pierwsze wydatki. Na wice-kuratora wybrano ks. Ejmonta, 
plebana nowogrodzkiego; zarząd administracyjny oddano ks. 
Łaszkiewiczowi, piszącemu zaś poruczono i czynność bibliote- 
karską. Wszystko zaś, co w powiecie miało kwalifikacyę lub 
pretem;yę do dobrego tonu i znaczenia, uważało za obowią- 
zek popierania i wpisania się na członka tej nowej instytucyi. 


'J 


. .' 
.'11 


__
--":iIi 
 
J
:' 
II fI! fi:ł
 


'i III . 
'
. 
."",',\'1 
_," I 
:-::.
 ': 
 


, - 
-... f 
-' -'''---.. 


, !, 


'," 


1':0' 

l.l 
 
ł-- 
..::!'
 tJ, 
 t'
: I:
 
ł, 
. -. .,
' ':'..:: -.: ..

.. 
. ' " ; .;;
'
:

\.:, - '.
 ,'
 --" . 


II: 


. .;','.1[- 


.:":,., 


" 


-...' 


--,ro ,: 
. "'I ., 


Synek od strony południowej, 


Jakież było towarzystwo miejscowe owego czasu i kto 
je składał, zapyta ezytelnik zapewne. 
Jak zwykle w powiatowych miastal'h, pierwsze w niem 
miejsce zajmował marszałek, a był właśnie czas, kiedy na 
tern stanowisku stali ludzie, znani z zasług, zacności, fortuny 
i taktu niezbędnego w spełnieniu trudny eh nierzadko obo- 
wiązków, Po nim szli wy
si urzędnicy różnych juryzdykcyi, 
zwykle familijni: jak prezes sądu powiatowego, sprawnik, 
stropl'zy, kaznaczej..... poeztmistrz-horodnil'zy, nareszcie le- 
karze, z kMrych Jgnaey Orzeehowski, jako znakomity sp e- 
('yalista ehoróh wewnętrzny('h, śeiągał na dh.l
SZY pobyt do 


I) UilczYliski ofiarował kilkaset dzieł w
'borowych.
>>>
- 55 



nia
ta paeyent.ów z rodzinami. St.an duchowny, zanim 
.leszcze wydalono ks. Dominikan6w, miał te
 swoj
! atrakcyę 
W osobie ks. Szostowickiego, który darem słowa i świ
tobli- 
"'ośeią pociągał ku sobie wiernych. Nie należy te
 pominąć 
". pobliżu miasta położonych dworów i dwork6w,jak Peresie- 
k a , Antowil, Brecianka, Horodziłówka, 'Viktoryn, których 
tnieszkałlt.y stanowili poważny kontygens nowogrodzkiego 
towarzystwa. 
'Vśr6rl takich to zaj
ć min
ła jesień, nastąpiła zima. 
Ą tymezasem rząd wstąpił na wyraźną drogę reform, wobec 

hliżającej się chwili wyzwolenia włościan; wyszukiwał 
ł Wzywał ludzi, którzy si
 czuli uprawnieni i zdolni do za- 
h.rania głosu w tej ważnej sprawie. .Młodzież szkolna ochoczo 

I
 Ul'zyła, czytelnia była przepełnioną; wyludniły si
 szynki 
l karczmy; stosun£k dworu do chaty wieHniaczej stał si
 miarą 
obywatelskiej zasługi. Jednem słowem praca na polu odro- 
dzenia zaczynała się powszechna. 
Pewnego wieczoru, śród ciaśniejszego k6łka, które ot a- 
('zało marszałka, zawiązała się rozmowa o nastroju ogólnym 
S}Jołecznośl'i, a nast!,!pnie, gdy eodzienne 
ycie w zwykłej 
SWej kolei wymagało zasob6w i karmi, aby nie było jałowem, 
n
l\vet śród chwil poświęconych rozrywce-o sposobie spędze- 
nł
 długich zimowyeh wieczorów. Jak wi
c i czem zająć pu- 
hltczność, gdy nie tałiczono, a gra w karty wygnana? Jak 
przep
dzić wieczory w towarzystwie, któremu nie brakło 
11lłodzieży i wykształconych ludzi płci obojej, która czuła 

. sobie kipią('ą życia energię, a gry niewinne w "Sąsiada" 
\Ih "Cenzurowanego" nie wystarczały? 
Zaproponowano teatr amatorski. .Myśl ta poruszyła 
Wszystkieh i wszystkim się podobała. Utworzono komitet 
}Jod prezydencyą marszałka, kMry znów sporą kwotą składk
 
O!,Worzył, i oto z początkiem karnawału "Panna mężatka" 
h,orzeniowskiego dała początek seryi sztuk, na które się zło- 
żyły: "Zemsta za mur gri:miezny", "Nikt mnie nie zna", "Od- 

\I(
ki i poeta" A. Fredry; "St.aeya w Hulczy", ".Majątek albo 
ltnlę" Korzeniow.
kiego i t. d. Nie brakło o('zywiście i scen 
,
>>>
i)o 


zakuli
owych, któryeh tre
ć nie ustępowała utworom, przed- 
stawianym przy świetle kinkietów... 
To te
 rozgłos powodzenia nowogrodzkiego teatru, na 
który się skład
\ły nietylko talent.\ ale i wdzięki nadobnyeh 
nowogrodzianek, był tak 
zeroki, 
e zje
d
ano się z 
,!siednieh 
lJowiat6w; a napływ przyjezdnych zdarzał się tak wielki, że 
zajazdy nie mogły dość nastarczyć mieszkali, kt(jryeh ceny 
do !Jajecznych cyfr nieraz dochodziły. 


, " 


tJ' 


..! 


,.' 


..;
! :., 


',. 


..... 


.. 


&o- 


.' 
fr 


. 
 J 


I. 


:':... 
. - 


",1. 


.! II. 
.11\' .. r 

-;;:J.- . ' 
,'1.. __ .... 
""'""T _ ";
'''':''''..\. 
- ..._
-


;;:: 


, l' 
I 
"'-i.-. 
" 
.: 
 I ....
.. 


I
' 
. - 
,.., 
!t' .'. 


',. --ł",L;-" ..
ł.c 


_. -

" f1.
_,,1-" .
 ...... 


-
. ", 


. ;. 
 . ł' . 


. }.'
ji..(,,' 


.... ..;. 


,,:, -"'
 


" :
\'
'-
}.. 


. 
 oI
' 


-..\. 

 .
" !;-:. 


Zaoale. mlejaoe urodzenia Adama Mlckle
lcza. 
(ry.. E. Pa..lowic.I
42 r,J 


Ale oto, z lJoczątkiem wiosny 1862 r. zawitał goŚt', któ- 
rego przybycie zelektryzowało Nowogródek. Był nim 'VIa- 
dysław Mickiewicz, pierworodny syn poety. Zjawienie się 
jtgo na ziemi nowogrodzkiej, w czasie, gdy podjęta przez 
r
ąd reforma, dała popęd do społecznej pracy, zjawienie siQ 
t.lkiego gościa w porze wiosennnj powitano, jako wniżhlJ
>>>
- 57 - 


POmyślną. 1'0 te
 wszystko, co 
ywiej czuło, zbiegło sir do 
Nowogródka, Bo i zaprawdę godziło się rodakmn u('zcić 1'0- 
t
U1ka tego, którenm naród tyle 2:e swej chwały zawd
ięczał; 
Co
 dopiero Litwinom, ('óż nowogrodzianOIn!... 
. Obwo
ono go po okolicach, ukazywano pamiątki, ślady 
Jego ojca, ze czeią religijną przechowane. Był w Tuhanowi- 
czach, Zaosiu i t. d. Na obiedzie a raczej na uezcie, daI
ej na 
cZeść jego przez marszałka Brocho('kil'go, śr()d licznych toa- 
stów, jeden z biesiadników przemówił słów kilka, kMre pÓ- 
źniej na 
ądanie obywateli wpisane zostały do albumu, ofiał'o- 
\Van ego dlań, jako wyraz uczuć Nowogrodzianów. 
\Viel'zorem było przedstawienie w teatrze. \Vyborna 
orkiestra CZCdH'nV przegrywała w antraktal'h ut.wory ze 


f 1tt 


"(i 


l : 



 


" 


. 
0.° . 
 
--"--. 


-
.(
2 


.... -,:,
., 


. .-

. ;I
 -: 
-:_ .


.. 

 . 
. 

 -, 
 . - . 


" 


...... ł.... 


i . J' 


'1" 
" ....., , , 


" . 

, -
 :-.t'- . 


.
 h'; 
-
, 


.ł:

12
. 
!

. 
 ." 


. 

;- 


Góra Mendoga I cmentarz larnj". 


8\Vojskidl mot.yw6w. \V drugiej zaś sztuce, a było nią 
I,
krężne", śpiewy, stroje, ludowe tańce, gra pełna przejr cia 
Się i zapału, taki wzbudziły entuzyazm śród podniesionego 


stroju publi('zności, 
e na chwilę zapomniano o w8zystkil'IlI. 


lskano się, pudawano sohie ręce i łzy rozrzewnienia zabł
'- 

 y w oczach tak aktorów, jak i publil'zności. 
Chwila ta będzie pamiętna! 
. 'rak się to działo w Nowogródku do 1863 roku. Obok 
USIłowali, poświęconYl'h szlachetnej rorywce, nie spuszczano 

8zak
e z oka i strony powa
nej, na czele której oczywiśl'il
 
d Yła .oświata. Gdy bowiem rząd wziął na siebie przeprowa- 
:e nl e 
man('ypacyi ludu, społeczność litewska poczuła sit' 
b O
)Owlązku (dott!d zaniedbanym!) ułatwić temu ludowi zdo- 
Yl'IP oświat.y.
>>>
- 58 - 


Rzecz oczywi!ta, 
e w Nowogródku grono nauczyciel- 
skie było główną w tej sprawie podstawą, do której się chętnie 
przyło
yło ręki. W miejscu więc dawnej pensyi Ponseta, 
otwarta zo!tała wy
sza pensya 'V olfowej. Aby zaś przyjść 
w pomoc biedaetwu, otworzono z upowa
nienia kuratoryi 
szkół w gimnazyum naukę niedzielną; dalej szkółkę dla dzieci 
hiednych, szkółkę dla żydów, którzy się o nią usilnie dopra- 
I'zali, wszystko zaś to bezpłatnie. Słowem po długich latach 
zastoju, zbudziła się i nastała praca na ró
nych polach, nie 
już ehimeryczna i doraźna, ale rzetelna i organiczna, I czułeś, 

e jakaś dziwna, nieznana błogośe wstąpiła na tę ziemię, M 
zstąpił pokó.i
ludziom dobrej woli... Pokój!... 


'" 


oj: 


* 


'1' 


Dziwne to i niepojęte drogi, któremi ludzkość zdą
a ku 
(:elolll sobie wytkniętym. Zdawało się, 
(' nadszedł czas od- 
dawna upragniony. Lud wytrzeźwiał, dziatwa się uczyła, 
szlal'hta, zbudzona z odrętwienia zmianą stosunków włościali- 
skich, jęła się pracy; sprawa włościańska a z nią i szlachecka 
zajęła wszystkie poważne umysły i serca, poczucie obowiązku 
stało sir hasłem; gdy jednym razem ludzie przestali rozumieć 
si{'hie wzajem, zapanował chaos wi{'ży Babel, padł grom- 
i w
zy
tko runęło i jak dym się rozwiało!... 


Po roku 1863 rozpierzchli ::ię dawni ludzie, przybyli 
nOWI. Skasowano gimnazyum, zamkilięto pensyę 
eńską 
1 Jlłne naukowe zakłady i bibliotekę z czytelnią. I oto po 
gwarnem życiu zapanowała cisza; charakter miasta przybrał 
barwę, jak bywa zwykle po przełomie moralnych lub mate- 
ryalnych wstrz:tśnień, zniszczenia też dokonał kilkakrotny 
pożar. '1'0 też tam, gdzie do niedawna świtał dobrobyt, zapa- 
nowało widmo nędzy. Słowem wobec nowego stanu rzeczy, 
ostatnie lata ehwilowej pomyślności były jakby ostatnim bla- 
skiem dogorywającego płomienia, który I.mdmął na eh" ilę 
i zagasł, zost.awując po sobie noc...
>>>
- 5H 


B 


, Zgorzał te
 i dom rodzinny niegdyś .Mickiewiczów, 

'
 miejscu tem, zamiast pozostawienia ruin ocienionych zie- 
enlą bluszczów, coby było w obecnej dobie naj stosowniej- 
8zYm pomnikiem dla poety, postawiono inny (bez względu 
lla znane rysunki dawnego) w innym kształcie budynek 
Mury zaś podominikmiskie, obok kościoła, gdzie były szkoły, 
a. w ostatnich latach biblioteka i czytelnia, gdy ich nikt kupić 
nie chciał, pomimo bajecznie nizkiej ceny-zburzono!... Nie- 
dość na tern, w miejscu, gdzie był kształtny gmach ratuszowy 
z wie
ą i zegarem l), postawiono, jakby na urągowisko dobre- 
go smaku, brzydką kamienicę. 
Co się dotyczy rynku, który dokoła osiadło 
ydostwo, 
'v tym, po kilkakrotnyeh po
arach, dwie tylko z czasów da- 

nYch zostały budowy: pałac niegdyś radziwiłłowski naprze- 
CI
 dominikmiskiego kościoła przy rynku, i kamienica Ka- 
lhlllSkiego, u wylotu ulic "Zamkowej" i "Kowalskiej", w kt6rej 
?dbywały się zwykle 'Yszelkie widowiska, koncerty, opery 
l t. d. Co do reszty, nie b£dzie to przesadą, gdy powiemy, że 
w.uporządkowaniu miasta dotąd, obojętność i apatya idą te
 
WIdocznie na wyścigi. 
. Dość przytoczyć niszczenie murów zamkowych; zburze- 
IIle Inurów szkolnyeh; a o pomstę wołający do nieba stan staro_ 


tllej witoldowskiej fary,na gzymsie której, wspaniała jarzę- 
l11a otula swym cieniem odwieczne opuszczone mury. 
-Edward pawłowicz. 


, 
, 

 


l 
'l 


,- 


l 
B 


;, 


B 


.l 
l- 


l, 
l- 


fi, 


LI 
Ć 


li 
Q, 
o 
II 


.
 .'. J.
J_'. "'I- 
"t'."l
' 
t . "'."_'" 

 
. 
 
.:, ; Ij ''- ";; ": :'. ;11'.', I ' ';1 /" 
ł ' ....' . ,1, 
 '. " r ,J H 

:;.-

S::: 


 :" ""::...., : 

,." 
..--
.. -- ...--.i: '":.-:..... . 
"- -s- -. 

 ;f..;;-:: 


-'\..-. 

"'"' 


v 


l- 


, 
, 


Dom ItUcklewlczćw. 


l-' 


ę 


---- 
I) . Zgol'zał w lt'-31 r
>>>
'111 
1 "'1 
" 


Mickiewicz i Jakób krawiec. 


(OBRAZEK Z ŻYCIA) 


ij 


Temu przynajmmeJ lat dwadzie
cia, któregoś dnia po- 
szedłem odwiedzić sędziwego, I:;zanownego Hipolita Blotnie- 
kiego. Dla czytelników, kMrym imię to nie jest znane, mu- 
f.:zę o nim słów kilka powiedzieć. Był to naj starszy wiekiem 
i jeden z naj ciekawszych członków Emigracyi i Kolonii pol- 
skiej w Pary
u. Urodzony na Podolu, odbył szkoły w 'Vi n- 
ni('y, gdzie C'zęsto (ale nie dość często, jak mawiał z uśmie- 
('hem), brał na stołku. Potem chodził na lTniwersytet 'VileJl- 
ski i był pierwszym nam,zycielem Juliusza Słowackiego. 
Jako zupełnie ubogiemu, ksią
e Kurator pomagał mu i wzi
ł 
go narel:;zeio na stałego nauczyciela domowego do swego 
starszego synka, z którym Błotnicki przehywał to w Puła- 
wach, to w Warszawie. Kiedy nastąpił wybuch, rzucił spo- 
kojne zajęeie i wstąpił do Legii Litewsko-Ruskiej, w której 
dosłużył siQ stopnia porucznika i krzy
a wojskowego. Po 
upadku powstania, z księżną Czartoryską i jej dzie(:mi przy- 
był do Paryża, i odtąd aż do śmierci (1886) już siQ na chwilę 
z domem ks. Czartoryskich nie rozstawał. Był nauczycielem 
I:;tarszego syna, potem drugiego, na:otępnie sekretarzem ks. 
Adama, a po jego zgonie, znów nauczycielem jego wnuka. 
Nakoniec, kiedy przyszli na świat później:oi wnukowie 
ks. Adama, t. j. synowie ks, 'Vładysława z drugiego małżetl-
>>>
..... 


--- Ul 


1- 


stw.t, był on nie tyle ich nauczydeicm, jak towarzyszem; 
ł11niej ieh uczył abecadła i sylahizowania, ni
 różnych pio- 
snek, gier i zahaw. 
Błotni('ki posiadał niepospolite wykształeenie; był zwła- 
sZeza biegłym helCllistą i 
ywił gorące zamiłowanie do Gre- 
('yi nietylko Leonidasów i Periklesów, ale nawet do Greeyi 
Trikupisów, Delyanisów i sławetnej Etniki Heta1ria. Bronił 
z zapałem nowo
ytnyeh Greków, kiedy im zarzucano pewne, 
wiadome słabostki, a kiedy mu przytaczano ową znaną, zaba- 
Wną powieść Edmunrla A bout Le Roi des Montagnes, to stary 
p. Hipolit mocno się sierrlzil. Ceniony on był te
, jako zrę- 
,z.ny epigratista; wsp61nie ze swym przyjaeielpm K. Sienkie- 
,,:wzem (Karol z Kalin6wki), układał nie raz JUtpisy do meda- 
lo\\', luh nagrobki dla zasłu:2;ollyeh rodak6w 1)_ 
W dn\"ili, w kMrej rozpo('zynamy nasze opowiadanie, 
CZ,ig:odny nasz weteran miał jU:2; lat 90, ale starość jego była 
",:zgl
dnie szczę
liwa i czerstwa. Bacznie zaehowywał hy- 
glen
 fizyczną i umysłową; codziel} dla gimnastyki umysłu 
u{'zył się na pamię(: ustnm z Iliady Homera, Czy tal du
o, 
a {'zytał bez okular6w, wychodził sam na miasto, siadał do 
ornnibusów, i U{'zęszczał na wykłady o literaturze klasycznej 

 Vollege de Fmnce. Narzekał i zrzędził na dolegliwości wie- 
u, ale mimo to bywał w dobrym humorzp, zawsze miał na 
Ilawołallie sllJwko dowcipne, uwagę subtelną, lub zabawną 
aneKdotę. 
Błotnieki miał swoje mieszkanko w hotC'lu Lambert, 

 o
nami wyehodzącemi na ogr6d, z widoki!:'m na Sekwanę. 
wo
 tam poszedłem go odwiedzić. Zapukawszy i wszp{lł- 
Sgy
 zastałem gospodarza w dyskusyi z drugim jakimś staru- 
;zkl elll . Przedmiot dyskusyi le
ał między nimi: był to szla- 
rok nie pierwszej świeżośei, a nawet nieco zatahaczony. 


1- 


l} 


1- 


'. 


) 



 
r: 


-- - 


} 


Z. I} Ostatni epigraf Błotnickiego umieszczony został ua jednym 
to trontonów zamku Oołuchowskiego, po je
o odnowieniu przez hr. z Czar- 
rYskich Działy
skl}. Ładny ten epigraf brzmi, jak następuje: 
Nutu Dei BurgU1It, cadunt" rłJ8m-gunt aedc8que, n'gnaque.
>>>
- 62 - 


- Zasłużone i wygodne szlafroczysko-mówił Błotnic' 
ki-służy mi już 9 lat. Nie chcę go rzucić. 
- Na co go rzucić? '1'ylko on troehę już nie nowy. 
- To trzeba go odnowi(:. A więc co? Mógłbyś mu dać 
nową podszewkę? 
- Nu, czemu nie da(:. Tylko podszewka będzie silniej- 
sza, jak wierzch. 
- A to dobrze, to dłużej potrwa. 
- Nu, to ja dam dobra flanela. . 
- Zgoda. A prędko mi go odniesiesz? Bo mi tęskno I 
będzie za poczciwym szlafrokiem. 
- '1'0 ja będę pośpieszył, panie Poruczniku, i zrobię z1\ 
trzy dni. 
- Dobrze, kochany Jakóbie. Czekam w piątek. 
Po czem szanowny szlafrok został zawinięty, właściciel 
i odnowiciel jego uścisnęli sobie dłonie i ten ostatni naS 
opuścił. 
Po jego wyjściu rzekł do mnie p. Błotnieki: 
- Widzisz pan, to jest mój krawiec nadworny, poczci- 
wy Jakób, recte Jakób Kreitler, nasz żydek polski, gdzieŚ 
z 'V ojewództwa Krakowskiego. 
- Ale jakże on się tu dostał? 
- Ha, jak wszyscy. Był krawcem przy pułku i szył 
mundury oficerom, a gdy ci wyszli za granicę i on się po' 
w16kł za nimi. Z początku miał tu dość roboty i łarobku, 
tak, że mógł nawet z kraju swoją Siorę sprowadzić. Ale pó- 
źniej rzeczy się popsuły; roboty nie stawało i starość nade 
szła. Ciężka bieda coraz częściej do biednego krawca zaglą- 
dać zaczęła. Staramy się mu pomagać w najtwardszycb 
chwilach, i już od lat kilku nasze Towarzystwo Dobroczynności 
Dam Polskich daje mu stałe, miesięczne wsparcie, a on dora- 
bia igłą, jak może. Nikt w świecie, powiadam, tak doskonale 
nie reparuje, jak on. Rekomenduję go panu. 
- Ależ to mąż bardzo pożyteczny. Pewno, że chętnie 
korzystać będę z jego kunsztu. 
Istotnie, wkrótce potem nadarzyła się sposobność uda6 
się do nadwornego krawca szanownego Błotnickiego. po
>>>
- 63 - 


eJ- 


Wezwaniu, nazajutrz rano, stanął on przedemną ze 
szmatą, 
kitajki pod pa('hą, jak każdy pracowity krawiec, przychodzą- 
cy po robotę. Był to człowieczek średniego wzrostu, suchy, 
z bladą twarzą; nie raził żadnym z owych niemiłych rysów 
r
sy semickiej. Czuprynę siwą miał jeszcze pełną, ale brodę 
łlIe obfitą; pod gęstemi brwiami oczy szał'e z łagodnem, nie 
kol ącem spojrzeniem, nos prosty, raczej delikatny i wargi ani 
grube, ani wydęte. Szczupłą jego postae otulał zapięty, gra- 
hatowy surdut długi, sięgający poniżej kolan. W ręku trzy- 
mał kapelusz wysoki, dawniej snadź szabasowy, dzi
 wypło- 
Wiały i pogięty. 
Po uprzejmem z oLu stron powitaniu, przystąpiliśmy 

o przeglądu niektórych inwalid6w mojej garderohy. Po 
Jego odbyciu, układając już suknil' w swoją, kitajkr, Jakób 
zapytał mnie: 
- A czy to był pański ojciec, ten pan marszałek Gadon- 
co Umarł tu, we Franeyi, na Emigracyi, w 1842 roku? 
- Nie, panie Jakóbie, to był mój stryj. 
- A, to był sprawiedliwy człowiek. On napisał książe- 
czkę o 
żydach l), gdzie o nas mówi życzliwie. My starzy 

Ydowie pamiątamy jego imię. A pan z tej samej familii,- 
no, to panu żaden żydek nic złego nie zrobi. 
- To bardzo dobrze-odrzekłem z uśmiechem-bo i ja 


dnego żydka krzywdzie nie myślr. Na nieszczęście, trudno 
nie przyznać, że żydzi u nas robią wiele złego, ale żyda za- 
('
ego tak samo szanuję, jak każdego innego zacnego czło- 
'vleka. Powiem ci nawet, panie Jakóbie, co zauważyłem 
w 
yciu, iż tak, jak żydówka kiedy piękna, to już piękna jak 
Sło1ice, tak samo i żyd godny i szlachetny, bywa jakhy istny 
brylant między ludimi. 
- Ach! to pan dobrze powiedziałeś. Niech Pan Bóg da 
Panu zdrowie! 
I wyraźnie ucieszony, rękę mi ścisnął. 'l'akim sposo- 
bem stosUlwk mój ze starym .Jakóbem, odrazu zawiązał 


dc' 


laĆ. 


nO 


z1\ 


ie} 
aS 


CI- 
eŚ 


ył 
O' 


li, 
ó- 
lo 
ą- 

b 
:ci 



1- 
le 


ie 


- - 


16 I) W ł o d z i fi i e r z G a d o n, O R(formże IzraclittJw Polski('h. Pa- 
O lJ'ż, 1835.
>>>
- UL! - - 


Mił: pod dourą wróżhą. Roz"tali
my sir te
 w najlepszej k
- 
mit.ywie. 
Po kilku dniach Jakóu odnió::;ł robotę, doskonale wyko- 
naną. Gawędziliśmy ze sobą dobrą chwilę. Ju
 się zabierał 
do wyj8cia, kiedy spostrzegł na ścianie zawieszony sztych 
z portretem Mickiewicza. Stanął przed nim, jak wryty, z ocza- 
mi nali zwróconemi, a ja, zdumiony, patrzyłem, jak na jego 
mizernej twarzy rozlewał sir wyraz jakiegoś błogiego ukon- 
tentowania. 
- Czy wiesz, kto to jest?-zapytałem. 
- Kto, ja! 
- Czy znałeś Mickiewicza? 
- Czy ja jego znałem! Aj, aj! Ja jego szanowałem, jak 
króla. .Ja jego koehałem, jak ojca. On uył moja opieka. 
mój dobrodziej. Bez niego ja bym zginął. Ach, jaki to był 
l'złowik! Głowa miał, jak Moj
esz-a serce, a jakie serce 
To był sam miód i sam balsam. A dla mnie, biednego 
ydka, 
jaki on uył dobry. A za co! Czy ja wiem. Ja jemu nic do- 
brego nie zrohił. Co ja mogłem zrohić! Chyha tylko, 
e ja 
nie szachraj, ni.. gałgan-
e ja uiedak. Bo on wszystkich bie- 
dak()w kochał. Ach, ja dotąd ciągle lamentuję, że go już nie- 
ma. A kiedy nam powiedzieli, że on umarł,. tam w Turcyi- 
nu, to ja płakał i płakał, a moja żona krzyczała, jak chora 
koza. Ach, jaki to był człowik, jaki to był człowik... 
Cały poruszony wspomnieniem, wyszedł odemnie pocz- 
eiwy.Takóu. Odtąd stosunek nasz, oczywiście, stał się jeszcze 
cieplejszym. Byłem prawdziwie rad go spotykać. Od cza"U 
do czasu potrzeba wezwania go łatwo się nastręczała. Stary 
.TakM} przychodził zawsze w dobrem, pogodnem usposobie- 
niu. Po szybkiem odbyciu fachowego interesu, sędziwy gośĆ 
mój siadał przy stoliku, na którym przed sobą miał kielisze- 
czek rumu i parę kawałków cukru. Te maczał w płynie, 
i w ten sposób sączył kordyał ogrzewający. Przy tem ga- 
wędził o tem i owem z przeszłości, ale zawsze wraeał do 
"Pana" Mickiewicza. 'ro był przedmiot niewyczerpany, 
Opowiadał on, jak w najtrudniejszych nawet chwilach dla 
poety, kiedy on sam hył w niedostatku, nie zostawiał oll
>>>
' I 
0- 
a ł 
.h 


- (ii) 


a" 


Jakóua bez pomocy. Kiedy 
ona Jakóba, albo on sam był 

hory, to p. Mickiewiczowie ich odwiedzali; nie raz autor 
Pana Tadeusza z pod płaszcza (Ila chorego wydobywał bu- 
telkę wina, a pani Mickiewiczowa przynosiła w garnu:;zku 
rosM posilny. 
- A za moja robota płacił zawsze więcej, jak nale
ało. 
:Kiedy robota była warta 10 frank6w, to on mnie dał 12... 
"Bierz Jak6b-m6wił-1O frank6w b£dzie na chleb, a 2 franki 
zaehowaj na tabakę". A jak odniosłem mu robotę, to on 
lOnie trzymał. Musiałem mu gadać o naszem miasteczku 
W Polsce, o 
ydkach, o naszym rabinie, który był bardzo mą- 
Iry i uczony. Na to pan Mickiewicz był bardzo ciekawy. 
Słuf'hał, śmiał się i był kontent z moje głupie opowiadanie. 
'.Na nasze święta to ja jemu zaWiOze ofiarowałem nasze mace. 
1'0 on wołał dzieci, dawał im i mówił, 
e kiedy był młody, na 
Litwie, to im arendarz ka
dego roku mace i kugle przynosił. 
Czasami to wołali moja 
ona d:) p. Mickiewiczów. To ona 
Wzięła czysty fartuch i biegła do nich. Tam jej kazali goto- 
Wal: szczupak 110 żydowsku, co ona bardzo doskonale robiła. 
Pan Mickiewicz okrutnie lubił tę rybę i po kolacyi zawsze 
-;hwalił, dziękował i dał kilka frank6w mojej 
onie za fatygę. 
Ach, panie Gadon, jaki to był człowik! Ju
 takich ludzi nie- 
lna na świecie! 
I zawsze z równą czcią, z tym samym szczerym, gorą- 
cYm zapałem, odzywał się stary Jakób, ile razy wspomniał 
o Mickiewiczu. Było coś rzewnego w tym stosunku ubogiego 
krawca, prostaczka, do wspaniałego mocarza ducha. My 
W nim czcimy nastrój szlachetny, potęgę myśli, blask geniu- 

Ztl i szczytne natchnienia, tak zgodne z ideałami społeczmi- 
stwa. Tego wszystkiego Jak6b Kreitler, kt6ry mo
e nigdy 
d":óch wierszy poety nie przeczytał, nie mógł ani zrozumieć, 
ani ocenić. Mimo to czcił go i wielbił. Bo w bogatej duszy 
łJOl'ty były i inne jeszcze skarby, perły i dyamenty uczucia, 
udzkości i niezmiernej dobroci-klejnoty, które on hojnie 
rozdawał. 'V spieczone usta zl1U
onych znojem 
ycia wlewae 
:,fhc rnilk of !tuman kindncss", było przyrodzoną potrzebą duszy 
Jego, bo on miał w sobie "ocean słodyczy i miłości wszech- 
fi 


rO 
, 
n- 


d;: 


a, 

'l 
e 


l, 
J- 
a 


,I 


:- 


e 
II 
r 


ć. 


. 
" 


,- 
o 


11 
1
>>>
- (
6 - 


ludzkiej", jak mowI prof. Kallenbach w świe
em, pięknem 
swe m dziele. A jaki urok wywierała, jak ujmowała ludzi ta 
jego wIelka dobroć, świadczy choćby ten drobny przykład, 
podany w naszem opowiadaniu, a wzięty z 
ycia codziennego 
poety. Miał on prawo powiedzieć o sobie: 


Ale ta miłość moja na świecie, 
Ta miłość nie na jednym spoczęła człowieku, 
Jak owad na r6ży kwiecie, 
Nie na jednej rodzinie, nie na jedn
'm wieku. 
Ja kocham cały narM! Objąłem w ramiona 
Wszystkie przeszłe l przyszłe jego pokolenia. 


Z nadejściem lata w r. lH86 opuściłem Pary2 i wróciłem 
dOli dopiero późną jesienią. '\V biurze 7'om. Dobmczynności 
Drtm Polskich, na zapytanie, co się te
 dzieje z Jakóbem 
KreitIerem, sekretarz, zacny p. Edward Po
erski, nasz wileli- 
czyk, powiedział mi, 
e stary cię
ko zasłabł. Udałem się za- 
raz do niego. Mieszkał on przy ulicy de Sully, tu
 obok tak 
zwanej Biblioteki Arsenalu, w kMrej Mickiewicz, jako biblio- 
tekarz, przez trzy lata miał swe pomieszkanie. W starym 
koszlawym domku zajmował .Jak6b dwie nędzne izdebki. 
W pierwszej stała 
e]azna kuchenka, W drugiej, na lichej po- 
ścieli, ujrzałem chorego, bardziej bladego i wychudłego, niź 
kiedykolwiek. 
- .Jak
e się czujecie, kochany Jakóbie? 
- Bardzo źle-wyszeptał ledwie dosłyszalnym głosem. 
- Czy był doktór?-zapytałem obok stojącą 
onę. 
- DokMr Hem;zel 1 ) był trzy razy i przyniósł lekarstwo. 
- Czyby nie było co takiego, do czegoby chory miał 
oehotę? ' 
- Och, panie, od dwóch dni ju
 on nic jeść nie mo
e, 
tylko czasem przełknie trochę wody z winem. 
- Dobry Jakóbie, czy nie potrzebujesz czego? 
Na to odpowiedział przeczącym ruchem głowy i jęknął 
z cie
kiem westchnieniem. Po chwilce, poruszył się na ł6
ku, 


I) Nasz rodak z lidzkiego powiatu.
>>>
- 6i - 


nieco się podniósł, spojrzał na mnie, a potem odwrócił sir ku 
ścianie, gdzie nad ł6
kiem przybita była czterema gwoździ- 
kami litografia z wizerunkiem Mickiewicza. Patrzał na nią, 
patrzał, gasną,ce oczy zajaśniały wilgocią, i dwie drobne, bil'- 
d
le łzy-łzy uwielbienia i wdzięczności spłyn
ły mu po w
r- 
cIPliczonej twarzy. . 
Przyznam si£, 
e w tej chwili mnie samemu mgła wzrok 
za(:miła i oddech zapad siQ w piersi. 
Głowa biednpgo .Jakóba opadła na poduszk
, lewa rr ka 
POzostała na piersi. Ująłem ją w me dłonie i ostro
nie ści- 
Snąłem. 
- Jutro wrócę-rzekłem po chwili.-Da Bóg, będzie 
lepiej. 
\Vyszedłem z przygniecionem' sercem. 
Ale nazajutrz... ju
 poczciwego starego Jakóba nie było. 


Drugiego dnia odbył się pogrzeb. Kiedy przybyłem na 
godzinę oznaczoną, przed domem czekał ju
 'karawan S-ej 
klasy, a na chodniku stała kupka ludzi: sami pmwie staroza- 
konni, starzy i hiedacy, jak ju
 z odzie
y sądzić mo
na było. 
Jeden tylko odróżniał się między nimi świe
em, eleganckiem 
ubraniem i lśniącym kapeluszem. Był to p. Zebaum, żyd 
z Warszawy, prowadzący w Paryżu przedsi
biorstwo handlo- 

ve I), człowiek wykształcony, ślicznie lłHlwią,cy po polsku 
I czujący się dzieckiem kraju, w którym się urodził. 
Ale oto wynoszą zwłoki. Trumnr z czterech desek so- 
Silowych wsuwają na karawan i pokrywają całunem. Kam- 
"\Van rUSza. Przed nim post
pn.ie aparytor municypalny w ka- 
l)elusz u tnijkątnyrn, przepasanym szarf
! o harwach Paryża, 
"\V ręku z czarną laską, o białej główce. Po bokach wozu ża- 
łOhIlPgo idzie po dwóch tragarzy pogrzebowych. 
Dzieli pos£pny, jak zwykle dzieli zimy paryskiej. Gru- 
ba, SZara powłoka zaległa sklepienie niebieskie. Z góry mgła 
oPada, na .lole, na bruku, brudno i ślisko. Przez zgiełkliwe 
lllice sunie powoli karawan, a choć I1rdZllY, choć orszak 
---- 
') WydawaJ ł-'peryalne pismo: Le Tabcu'.
>>>
- 6R - 


uhogi, ludzie na lewo i na prawo zdejmują przed nim kapelu- 
sze. .Jedyny t.o rO(
zaj poszanowania, który został dzisiejszym 
Francuzom-poszanowanie przed śmierci
!. Wyrobnik-socya- 
I list.a, ezy wykwintny członek Izby, panamista-każdy, gdy 
spot.ka si£ z pogrzebem, odl;:rywa głowę, a kohiety robią znak 
krzyża świętego. 
Po chwili, idący obok mnie p. Zebaum mówi do mnie: 
- .Ja zawsze w zmarłym .Jakóbie widziałem w wyobra- 
ZIlI posta(: .Tankiela mickiewiczowskiego z xn księgi Pana 
Tadeusza. 
- :Masz Pan zupełną racyę. N a prześlicznym kartonie 
Andriollego I), który pewno zmarłego nigdy nie widział, 
figura Jankiela bardzo jęst zbliżoną do typu poczciwego na- 
szego .Tak(,ba. 


l szliśmy dalej w milczeniu. Droga daleka i nużąca. 
'V miarę odbytej przestrzeni, zmniejsza sir liczba towarzy- 
f'zących zwłoKom biednego, zacnego żydka polskiego, a tak 
gorącego wielbiciela Wielkiego Litwina, poety narodu. 
Karawan wciąż pnie się ku wzgórzom cmentarza Pc're 
Lachaise. 'V ciąż ponuro i ciemno. Zimny, drobny deszcz 
padać zaczyna... 


£uboll1ir Gadol\. 


Paryż 18!)
 r. 


-.
-o(..- 


I'? 


I) Własność hl'. Benetl
'kta Tyszkiewicza.
>>>
ŁODZIA1'A I HILAłYON. 



 Panno S..lęta, CQ Ja.nej bronin Crę.tochowy " 
w Ostrej ;wleclaz Bramle
 


Pull Tadł!II&.. 


Historya, a zwłaszcza- archeologia, przeustawiają caly 
szereg zagadnień, co do których niemasz zgody między uczo- 
nymi. Zale
y to w znacznej części od materyału, który nam 
przekazała przeszłość; zbyt często bywa on, nie::;tety, tak 
SZczupły, tak niesłychanie mały, 
e na. zasadzie jego trudno 
się na jakie zdecydować wnioski; z drugiej strony wchodz'1 t.u 
W grę nami£tności i uprzedzenia piszących. Lecz jakkolwiek 
historya nie jest i nigdy ni3 będzie nauką ścisłą, wYł"Obiła 
sobie jednak w ciągu ubiegającego stulecia pewien system, 
PeWne stałe normy, które prawie zawsze pozwalają bada.- 
czowi dojść do niewątpliwych, choć czrsto niezbyt obfitych 
rezultatów. Nale
y określić i jasno postawić' to, co się da 
określić, pozatem można ostro
nie stawiać hypotezy i domysły 
o ile mogą się wspiera!: na pewnych, przez źródła podanych 
Podstawach. 
Zasadniczym jednak warunkiem w dochodzeniu zaga.- 
dnieli tego rodzaju jest bezwarunkowa bezstronność, Piszą- 
C!, zabierając się do opracowania pewnego materyału, pow:i- 
łlleu pozbyć się nietylko wszelkich apriorystycznych poglą- 
d,}w, o ile to tylko możliwe, ale być przygotowanym, że 
rezultat badania może hyć niekiody Wpl'Ost przeciwny jego 
I 
\
>>>
70 


dot.ychczasowym przekonaniom. A je
eli nie czuje się na 
siłach, aby się z niemi rozstać, niech raczej zło
y pióro i nie 
:-:prawia zamętu i oczywistej szkody nauce. 
Do rZQdu kwestyi, o których dotychczas wypowiadają 
siQ od czasu do czasu bardzo rozmaite zdania, należy i ta, do 
rozpatrzenia kMrej przystępujemy. 


T. 


Narbut w swoich "Dziejach narodu litewskiego" zamie- 

('ił nastrrmjący od
yłacz l): Ks. Daniel ł.Jodziata, kanonik 
wendeński w Inflantach, dziekan radulł::,ki tak pisze o tym 
obrazie (Ostrobramskim): 
"Wielki ksią
e Olgierd skarbami Chersonu zbogacił 
:,;woje skarbnice. Sukcesorowie jego większą część ozdób cer- 
kiewnych rozdali cerkwiom miasta wileńskiego. Ex q1tO't'U'm 
1tll'1nero vera Effigies Bane, Virginis .Mariae, in stlttura quasi 
stef in facic nu'itrii Dei A'rchan. Gabriel. ridirnus nunc gratiis 
plcnae (?) in Capella P.P. Karmelit., sU1J'ra portam U?'bib orien- 
talem vulg. Ostra, ut doeum. patet ex nutil script clicti Conrenti. 
Ad. D. J(jri3. Ad. M. D. G." Z). 
Bardzo być może, 
e zdanie to ksirdza Łodziaty Narbut 
przytoczył tylko z ohowiązku sumiennego zbieracza, ponie- 
\\' a
 je miał pod rrką, w formie uwagi. Tymczasem pewna 
grupa pisarzów zbyt wielkie przywią,zuje doń znaczenie, uwa- 
żając je za prawdziwe. Dlatego musimy się nad niem nieco 
dłużej zastanowi {O, ehoć na to zgoła nie zasługuje. 
() dziekailie raduńskim, autorze tej notatki, nic wi('cej 
nil' wil'my !lad to, że żył w drugiej połowie XYIr w. i był 


') Tom V str. 137. 
2) W przekładzie polskim notatka ta brzmi: "Z kt6rych liczby pra. 
w.lziwy wizerunek Najśw. Maryi Panny w postawie jakoby stojącej 
w obliczu posła Bożego, Archanioła Gabriela. Widzimy teraz łask pełną 
w kaplicy Ojc6w Karmelitów nad bramą miasta wschodnią, pospolicie 
(zwaną) Ostrą, jak okazuje się dokumentalnie z poznania pisma (mowa 
tu O' jakimś rękopiśmie) rzeczonego konwentu."
>>>
71 


lJrouoszczem radmiskim, dubickim i nackim, a obok tego ka- 
nonikiem wenueIiskim. Jest to osobistość zresztą nieznana, 
skąd wniosek, 
e niezbyt wybitna. Obra,z, o którego pochodze_ 
niu nikt nic napewno powiedzieć nie mo
e, sam jeden przenosi 
a
 w czasy Olgierda; nie zawadzi tu zrobil
 uwagę, 
e całe 
trzy wieki oddzielają go od epoki, o której mówi. 
Rękopism księdza Łodziaty gdzieś zaginął; znamy go 
tylko z uwóch cytat Narbuta. Nie jest to dzieło historyczne, 
lUb inne o treści powa
niejszej, są to wprost notaty gospo- 
darskie, kościplne i różne od 16-m do 16()!) r. in 4-to kart lI8, 
l)iS ane jedną ręką, lecz w ró
nych odstrpach czasu 1). Według 
Narbuta tylko szczegóły o mitologii litewskiej są tam ciekawe. 
A. zatem i pod wzglr,!em formy dzieła ks. Łodziaty nie może- 
lny brać na seryo; notaty jego mogłyby mieć jakiekolwiek 
znaczenie tylko o tyle, o ileby m'iwiły o wsp'iłczesnych auto- 
rowi wypadkach. 
Pisane są jednak ju
 po roku HnO, poniewa
 w przy to- 

zonej zapisce jest mowa (pod rokipm 16M) o kaplicy Ostro- 
rarnskiej, ktclra dopiero, jak zobaczymy ni
ej, w tym roku 

670) po:;tawioną została. 'V im1l'm mipjscu dzieło Łodziaty 
arbut nazywa pamiętnikami 2). 
. Oprócz pl'zytoczonegu wyżej ustrpu, znamy jeszcze 
Inny 3), w kt6rym nasz autor mówi o cerkiewce Piatnickiej 
,,, Wilnie. Mianowicie twierdzi, że cerkiew ta jest postawiona 

a Ihiejscu, a nawet na fundamentach świątyni pogmiskiej 
}O
ka Ragutisa, następnie, że jest to najpierwsza murowana 

 1
ześcija1iska świątynia w Litwie, dalf'j, że fundowała ją 
Slężna Julianna, 
ona Olgierda, i że nawet zwłoki tej pobo- 
:ln ej pani w tej cerkwi spoczywaj ą. Tak pisze ks" Lodziata. 
l e zdań, tyle błędów! Naprz'id nie ulega wątpliwości, że ża- 
en bO
ek Hagutis nie istniał, a zatem nie było świątyni, jemu 
lloświęconej; zało
enie pierwszej świątyni chrześcijaIiskiej 
'" Wilnie z pewnością możemy odnieś{o jeszcze w czasy Gil'- 
--- 


I) 
arbut, tom I. str. 231, 
.) Pomniejsre pilJma lIistoryezne. Wilno 1856, !jtr. 76 i 78. 
.t) N a r b u t, D!if'je, tom I, str. 2.:1-i Pomniejstc "ilJlt1a loc. cito
>>>
- j:! - 


dymina (chybaby o IllUl'owlniu zachodziła w
tl'liwo
t:); dalej 
dokładnie wiadomo, 
e fundatorką c
rkwi Piatnickit'j była 
nie Julianna, ale pierwsza żona Olgierda Marya, księżniczka. 
wilełiska, a nareszcie stanowczo ciało JuliaIIIlY spoczywa 
gdzieindziej i je
eli w Wilnie, to tylko w Przeczysteńskilll 
soborze J). Oczywiście pomieszał tu dziekan raduilski obieżony 
Olgierda, ponieważ "Uljam1l/' nazywa "ksi
cia witebskiego 
CÓI'ką". 
A jednak ks. Łodziata nie jest sobie tylko zwyczajnym 
bajarzem, ma on rzeczywiści£' nieco wyższe tendencye, brak 
mu tylko rzeczy najważniejszej, bo krytyki i ścisło
ci. 
Ia on 
chwalebny zwyczaj cytować źródła, skąd jaką wial'olllość za- 
czerpnął, có
 z tego, kiedy ze swoich materyał6w korzy:tać 
nie umie! Tak opowiadanie, jakie podaje o cerkwi Piatnickiej, 
opiera na źródłach bardzo ważnych, bo archiwalnych metro- 
politaliskich (ex archivis curia metrop. Graeco-unit. patet.} 
i tymczasem tak fałszywie swą rzecz przedstawił, 
e a
 uwie- 
rzyć trudno, czy rzeczywiście LO archiwum zaglądał. 'rot 
samo ma miejsce z pierwszą jego notatką, którą przytoczyli- 
śmy wy
ej. 
Powiada ks. Łodziata, 
e z poznania jakiegoś piSIłli\ 
w klasztorze Karmelit6w dokulIH'ntalnie wypływa, że Olgieru 
przywiózł z (hersonesu dzisiejszy Obraz Ostrobramski. Tym- 
czasem O. HilarYOII, karmelita, w swojej Relacyi O cudownYlll 
Obrazie, o której mowa b
Jzie niżej, wyraźnie powiada, że 
pochodzenie jego jest niewiadome 2). 
Oczywiście, że gdyby były jakiekolwiek dokumenty. 
rzucające światło na pochodznnie Obmzu, lub chol:by tylko 
wiarogodna ust.na t.radycya, to tak surnil.nny pisarz, jak n. Hi- 
laryon, nie mógłby () niej nie wiedziel:, Pójdzil'lllY dalej. Hi- 


I) () ks. Łutlziui"ic i CCI'klCi Pio,tnidiiej et'. H o li U l i ck i. Wizerunki 
i roztrząEania naukowe. Wilno lb42, t. XXIII, str. HI i N a l' b II t Dzieje 
t. \" II, dodatek X V II, str. Wij. 
:I) "Co do początków i dawnoęci tcgo cudowncgo Obrazu, !ikądbY 
się wziął... żadnej znikąd pcwnej w
adomości nic mamy" Relucya o ('11/10' 
u'lIym Obmzic N. .
IUI'yi Panny. \\ ilno 1823 (przcul'Llk w
'dania 17tH). str. Z.
>>>
- 73 - 


) 


laryon znał i korzystał z Historyi Obrazu O. Hilaregood8. Ty- 
burceg-o, karmelity wileńskiego, kt6ry "w niej jednak 
adnej 
wzmianki nie czyni o pierwiastkach i poczl!tkach jego" I). 
Tymczasem Hilary w r. 1707, był zatem r6wieśnikiem 
ks. Łodziaty, pracujl!o nad Historyą Obrazu, nie mógłhy 
o Pochodzeniu tak sławnem, jakie podaje dziekan raduński, 
Przemilczeć. Więc jakie
 to mogło być owo "scriptum", 
o kt6rem przecie
 wyraźnie wspomina Lodziata? Zdaje się, 

e na to pytanie mo
emy odpowiedzieć z wielkiem prawdo- 
Po
obieństwern. W Relacyi O. Hilaryona znajdujemy nastę- 
pUJącą wiadomość: ,,0. Maciej od S. Jana Baptysty w hi- 
S
oryi o fundacyi tutejszego konwentu karmelit6w bosych 
Pisanej około r. 1667, będąc tu pierwszym dyrektorem, piękny 

 tym św. Obrazie napisał panegiryk, z którego by można bylo 
Jakiekolwiek zebmć wiadomości pierwiastków jego; lecz nie- 
sZCzęście, 
e... z oczu naszych zniknął (t. j. zaginął)" 2). Do- 
dajmy, 
e ów Maciej 
ył i pisał jednocześnie z Lodziatą i je- 

eIi ten ostatni rzeczywiście bywał w klasztorze karmelit6w 
I przeglądał ich papiery, to niewątpliwie musiał znać osobiście 
0, Macieja i jego dzieło. Tak więc panegiryk nieznanego nam 
skądinąd zakonnika posłw
ył zapewne za źr6dło Łodziacie do 
opowieści o pochodzeniu Ostrobramskiego Obrazu i tak mu 
siał zaimponować niedaleko widzącemu wiejskiemu dzieka- 
nowi, 
e ten jął uwa
ać za dokumentalnie pewne to, co i nam 
W Pamiętniku swoim przekazał. 
Wiadomo powszechnie, jakI! wartość mają wszelkie pa- 
negiryki XVII wieku. ° tern, 
eby mogły kiedykolwiek po- 
SIU
yć nam za wiarogodne źr6dło, gdy chodzi o dawną minio- 

ą przeszłość, mowy być nie mo
e. Zbyt często obok wyszu- 
. a
Ych por6wnań, przykład6w i cytat z historyi staro
ytnej 
I 
Itologii, przy napuszonej formie, spotykamy się jeszcze 
z Jednym sposobem dopięcia celu, zało
onego przez autora, 

 tYm jest pia f1'aus. UWa
ano za rzecz dobrą i po
yteczną 
, akty naciągać, przerabiać, fałszować, co miało być uświęco- 

 


)- 


l 



 



1 
J 


1- 


11 
e 


II, 


l- 
I- 


d 
;" 


,y 
n- 


I) Słowa Hilaryona str. 2-3. 
3) Str. 3. 


;1.
>>>
74 - 


ne jakimś celem wy
szym. A karmelici mieli właśnie wów
 
czas interes w tern, by oczy wszystkich zwrócić na Obraz 
Ostrobramski. 
Było to wkrótce po klęskach publicznych, wojnie, mo. 
rowem powietrzu i głodzie, które nawiedziły Wilno w szóstym 
dziesią,tku XVII wieku. Obraz N. Panny wisiał na Ostrej 
Bramie. Jak świadczy Hilaryon, ') "ten święty Obraz zupelnej 
czci i powinnego uszanowania nie miał..." Karmelici poznali 
-się na nim, 
e był dziwnie piękny i przedstawiał N. Maryę 
.Pannę, której czci osobliwie poświęconym był ich zakon, 
wreszcie ten obraz w tak blizkiem znajdował się ich są,siedz- 
twie. I oto rozpoczęli starania, aby im miasto pieczę nad 
Obrazem, na bramie miejskiej zawieszonym, zleciło; "poczęli 
o tern usilnie myśle(:, jakby cześć i chwałę N. Maryi Pannie 
.w tym Obrazie rozszerzyć i pomno
yć..." 2). 
Słowa te Relacyi rzucają, jasne światło na domniemane 
źródło Łodziaty. O
ywieni tą, myślą" O. Karol, sławny mó- 
wca, wychwala obraz w swych kazaniach, aby nal} og6ln
 
zwrócić uwagę i do ofiarności pobudzić; O. Maciej pisze pane- 
giryk, który mo
e tak
e wygłosił, albo chciał wygłosić. Nie
 
wiadome ju
 wtedy pochodzenie obrazu pozostawia szerokie 
pole do domysłów, historyczna fantazya mogła bujać swo' 
bodnie, wszak
e nikt z krytyką, kazania nie wystą,pi, a byle 
kiesę rozwią,zał. I oto uczony O. Maciej poszedł po rozum do 
głowy, czyby nie mo
na było pochodzenia Obrazu zwią,za ć 
z jakiem głośniejszem imieniem tyle szanownej przeszłości 3) 
Tym sposobem mógł powstać skrypt, o którym mówi łatwo- 
wierny Łodziata. Kto wic, mo
e O. Maciejowi chodziło, aby 


J) Str. 3 i 199. 
,) Ibid. 
a) Może w związku z tem stoją następujące słowa Miehajła Litwina: 
"...metropolis vetusta korsunii, quae genti Hnthenorum princeps dedit 
baptisma et nomen Chl'lstianum. postea vero praedam gentibus nostrif' 
ex cisa ab eis". De moribus Tartarorum, Litvanorum et Moschorum fragmin a 
)"APXHB"b HCTOpIlKO-lOpH)I;II'lCClmX"b B1I)l.1miil", DB,D.. HUK. I\aJla'lcBhlM"b. 1\10' 
CKna 1854. 1\ 1111 rH 6TOPOlt 1I0JlOBHUa BTopas); str. 6.
>>>
75 - 


" 


dekawy a bogaty dziekan, który był zarazem proboszczem 
w trzech :parafiach, tak
e swój mieszek rozwiązał i zło
ył 
hojną ofiarę na kaplicę, którą karmelici na Ostrej Bramie 
wznieść zamierzali; mo
e rozmyślnie jemu swój panegiryk 
POkazywał i domysły rozwijał. W kaMym razie cel został 
dopięty. Ju
 w 1671 r. stanęła kaplica "bardzo kształtna; lubo 
2 drzewa... obrazami, pikturami, inskrypcyami doskonale przy- 
brana i przyozdobiona" t), a w pamiętniku naiwnego Łodzhty 
POzostał na wieki ślad panegiryku. 
Tyle mo
na powiedzieć o tyciu, dziele i źródłach rad Ull- 

kiego dziekana. Nie mamy za złe jego łatwowierności 
.
 braku krytyki, doskonale to licuje z wiekiem, w jakim 
ył 
l ze stopniem wykształcenia, jaki musiał otrzymać; ale dziwi- 
lny się, 
e jeszcze w naszych czasach, czasach nauki i czystej 
krytyki, są tacy, którzy tak uporczywie powtarzają i szczerze 

vierzą w prawdziwość jego opowieści! Nale
ałoby chyba 
JU
 raz mu dać spokój i nie nadawać większego znaczenia 
temu, co na nie nie zasługuje. 
Obaczymy teraz, jak wygląda w świetle historycznem 
sarn fakt pochodu Olgierda do Krymu, o którym wspomina 
Łodziata. 


z 


1- 


n 

J 

J 
li 
ę 


I, 


1- 


d 
li 
e 


e 
j. 


ą 

- 



. 


e 
)- 
e 
o 
,ć 
3) 
)- 
Y 


Pierwszy z uczonych wspomina o tern wydarzeniu Naru- 
szewicz w dziele swojem Tauryka 2). Za nim poszedł Kararn- 
zin. Opowiada on, 
e Olgierd, rozbiwszy trzy hordy Tatar6w 
nad Sinemi wodami (rzeka Siniucha), pędził ich do samego 
E:rymu, zburzył starożytny Chersonez, wyciął większą część 
lUdności i zrabował cerkiewne skarbce. Od tego czasu, dodaje 
UCzony historyk, prawdopodobnie opustoszało to miasto S). 
Uderzającą jest ta pozorna zgodność, jaka zachodzi 
między opowiadaniem Łodziaty z jednej, a przedstawieniem 


a: 
lit 
if' 
la 
0- 


-- 


I) Str. 4. 

I Warszawa 1787, str. 84, 
3) "HCTopia f.ocY,D,apCTBa PoccificKaro", Cn!!, 1817, TOM'}, 5, CTp. 17.
>>>
76 - 


rzeczy przez Naruszewicza i Karamzina z drugiej strony, 
jakkolwiek nie znali oni podobno pamiętnika naszego dzieka- 
na. Zgodność ta ato1i jest tylko przypadkową. 
Nietylko tadna z kronik, jakie posiadamy, ale nawet ani 
Stryjkowski, który przecie miał daleko większ
 ilość źródeł, 
ni
 te, któremi my rozporz
dzamy, ani wreszcie autor tak 
zwanego Gustyńskiego latopisa, nic nie wiedz
 o zburzeniu 
Chersonezu przez Olgierda. Naruszewicz wspomina o tern 
wprost na chybił trafił, zupełnie dowolnie amplifikując przy- 
toczonywy
ej urywek Michajła Litwina t), aKaramzin znowu 
na swoją odpowiedzialność trochę upiększył Naruszewicza. 
Ju
 nierównie ostro
niej post
pił z tern metropolita Siestrzen- 
cewicz w swojej Historyi Taurydy 2). 
Co do Michajła Litwina to dość będzie gdy powiemy, 
e 
jest to pisarz XVI wieku, znany nam tylko z wyjątków. 
Rzecz swoją przedstawia dorywczo, zagadkowo jakoś; o Ol- 
gierdzie, jak widzieliśmy, nic nie wspomina. A zatem nic na 
nim fundować nie mo
emy. 
Nie wiadomo, czy miał on kiedy wpływ jaki, pośredni 
czy bezpośredni, na urywek ks. Łodziaty. Z podaniem 8wojem 
stoi ten ostatni zupełnie odosobniony, a zgodność jego z Na- 
ruszewiczem jest, jak widzieliśmy, naj zupełniej przypadko- 
wa. Skąd jest zapo
yczona jego opowieść-nie wiemy. Mo
e 
mamy tu do czynienia z płodem czyjejś bujnej imagina- 
cyi. W ka
dym razie, poniewa
 traktuje o wypadkach z XIV 


'" 
"\V' 
łl1 
() 


Śc 
:N 
te 
c( 
]), 
Li 
j( 
si 
t,} 
ci 
"\\" 
l1J 
1'1 
il 
C' 


1.; 
1\ 


l) Michajło Litwin, żyjący za czas6w Zygmunta I, powiada, że 
przodkowie tego kr61a, książęta litewscy, wpadłsz
T do Tauryki, wycięli 
miasto Chersonę, odarlI tameczne kościoły i wiele bogatych nader sprzęt6w 
do Kijowa uprowadzili. Co dało okazyę obywatelom Tauryki, chrześcijanom, 
po większej części Włochom i Grekom handlarzom, a tcm samcm ludowi 
niemęskiemu i pierzchliwemu, że, nie mogąc się sami oprzeć I.itwie naje- 
zdniczej, sprowadzali do siebie więcej Mongołów Zawołżańskich dla obrony 
swojej i grunta im do posiadania rozdali. Ta inkursya Tauryki od Litwinów 
zdarzyła się bez potrzeby w tych czasach, kiedy Olgierd wypłoszył z Podola 
i Kijowszczyzny najezdnicze tych prowincyi Tatary". Tauryka loc. cit. 
2) (8tr }9). HiBtoire de la Tauride. Miałem pod rl(ką rosyjski prze- 
kład tego dzieła: "HCTOpiH o TaBpiu" tom I, Atr. 350. 


21 
2 

I 
'\V 
r, 


Je 


l!
>>>
, I 


1\r ie ku, nam zUl'l'łnie nieznanych, spisaną zaś została dopiero 
'" k?licu XVH-go, i to niezgrabną ręką, ze stanowiska nauki 
łl1usuny ją odrzu
ić zupełnie, a pochód Olgierda do KI-ymu, 
() którym mówi, uwa
ać za niczem dotąd nieudowo
lniony. 
t. Zwycięstwo Olgierda nad rzeką Siniuchą jest rzeczywi- 
;.Ie jednym ze 
wietniejszych tryumfów jego orę
a. Latopis 
t Ikona powiada I), 
e wskutek tego zwycięstwa 'V. Ksi
!że Li- 
ew ski zawładnął całem Białem pobrze
eIn "B1JIOÓepeiKbeM1", 
co, jak słusznie mówi Antonowicz I), zdawna oznaczało Dnie- 
1
OWskie porzecze, od porohów do ujścia. Ponieważ niedo- 
.Itki Tatarów po klęsce rozbiegli się w dwóch kierunkach, 
J
dIli do Krymu, a inni do Dobrudży, których potomkowie 
:Iedzieli tam jeszcze w XVI wieku 3), Olgierd zaś opanował 
. 
nlCzasem "Białe pobrzeże"-wypada stąd, że jeżeli po zwy- 
cięstwie sze.1ł dalej, to wcale nie w stronę Krymu, ale raczej 
"'pr
st na południe w kierunku dzisiejszej Odessy. Na tę 

Y:sI naprowadza i ta okoliczność, 
e właśnie tam było głó- 
t ile siedlisko jednej z hord zwyciężonych 4). A więc gdzież 
{
 miejsce na wypniwę do Krymu i zburzenie greckiego 
\I:'rsonezu? 
k. Oała tJ. opowie3ć nosi jawne śla ly późniejszego fabry- 
I\:at u : Olgierd wojuje z Tatarami, tymcz:lsem zapędza się do 
2 ry
1J.U, burzy i wycina miasto Greków, którzy mu nic nie 
z a;IIlili, a wreszcie łupi cłuześcijatiskie świ
!tynie, odziera 

 O

towności i zabiera obmzy ze sobą, aby tem zapewne 
:Obl C przyjemność swej żonie chrześcijance. C_\ta ta rzecz 
r:gląda nietylko ni
pięknie, ale nawet nielogicznie, nie po 
s cersku i nie po Olgierdowsku. To też hden z nowocze- 
nYch Uczonych nie wierzy i nie wspomina o tym pochodzie 


I) Tom IV, str. li. 
Je" 2) "O'lLlPKT 1łCTlJpi1. BLI.'Uuł:aro KHI/1£ecrlla !lInoIlcKaro ,11,0 lI0.IOBlIHbI 
crO-'l:hrill. InCB'lo 1878. IholUYCK'lo l, CTp. 150. 
1846 3) Widział ich tam Stryjkow.:Iki, T(ronikaPol.
ko-Litrw8ka. 
, t. n, str. 7 
\4 ° Challzibeju f. Antonowicz loco cit.
>>>
.Ii - 


że wymienimy tu tylko 
tadnickiego I), Antonowicza 2 ), Da- 
szkiewicza 3). Stadnicki nie wierzy nawet w świadectwo 
Stryjkowskiego 4), 
e Tatarzy wszystkie pola od Kijowa do. 
Oczakowa i od Putywla do ujścia Donu opuścić musieli 5). 
Nawet pan Brjancew wspomina o rzekomym pochodzie Ol- 
gierda do Krymu tylko w przypisku; m6wiąc, 
e są na to 
niejasne wskazówki 6). Jeden tylko Kondaraki 7) opowiada 
o tem, stawiając przy tern niemo
liwą datę 1330 r., czem od. 
razu i sam fakt osłabia. I epigonowie Karamzina na polu 
historyi Rosyi, Sołowjew, Bestiu
ew-Humin i Howajski te
 ni(
 
nie wiedzą o zburzeniu przez Olgierda Chersonezu. Ten 
ostatni rozwodzi się za to szeroko o chrześcijaJi:stwie Olgier- 
da, a zatem niepodobna, aby miał łupić cerkwie greckie, jak 
chce Łodziata 8). 
Jak już widzieliśmy, opowiadając o zburzeniu Cherso- 
nezu przez Olgierda, domyśla się Karamzin, 
e "prawdopodo- 
bnie od tego czasu (1362) opustoszał ten gród staro
ytny". 
Czy
 podobne jednak, aby jeszcze w drugiej połowie XIV w. 
istniało pod bokiem Tatar6w bogate i kwitnące miasto gre- 
ckie, o czem jednak nie przechowało się 
adnego śladu w hi- 
storyi, i czekało a
 niszczącej r£ki Olgierda, aby dopiero upaść. 


I) Olgiel'd i Kiej8tut, 8ynouie Giedymina. LWMW 1870. Umawiając 
zw
'cięstwo nad Sinemi wodami, nic nie wie o Krymie, toż Antonowicz 
i inni. 
2) Loc cit. i "J'tloJlorpS'ł'iH no aSIIa,l,Holl H roro-aallB)l.HoJl: Poccin". 
I.iCII'L ]8f5, f. tom J, str. 126-127. 
3) ,,3all1TKII 110 IIcTopiu JIHToIlCKO-PyccKsro rOCY)l.SpCTIIa". l\ieB'}. 
]F86 f. str. 39-89. 
4) 1.oc cit. 
I) "Czemu wsz
.stkiemu dzieje kłam zadają", Synowic Giedymina 
:\lonwid, f\arymunt, Jewnuła. Koriał. I.wGw 1881, str. ]23-]2:. 
nI "TCM
Lle HalicKu", HCTopiJl JIIIToIlcRaro rOCY)l.SpCTBa". BUJlLIIS 
Hik9, str. 14H. 
,) "YHIIBepCa.JLHoe onncauie I\pLlMa". Cn6. ]875, str. 6-9 tomu 3. 
") 
Iożemy zatem uspokoić autora artykułu pod napisem: "CepLeaHulł 
I10IlPOC'L", zamieszczonego w gazecie "BII.!IeHcRiIt B1CTHIIK'L" ]893 NW 53, 
który pyta, gdzie się podział starożytny Ulgierdowski obraz, przywieziony 
z Chersonesu. Takowy nigdy nie istniał.
>>>
- 7U 


L- 
O 
o. 
). 
[- 


'VYdaje mi się to niemożliwem. Jakimże sposobem 'l'atarzy 
Spokojnie na nie i na bogactwa jego patrzyli; jakim sposobmn 
cerkwie stały, przez nich nietknięte, a nie uszły łakomstwa 
rYcerskiego Olgierda? Zdaje mi się, 
e upadek Chersonezu 
należałoby odsunąć więcej, jak na sto lat wstecz, i za spra- 
wców katastl'Ofy uważać nie Litwin6w, ale właśnie 'l'atar6w J). 
"Na tę ciemną kwestyę mo
eby światełko jakie mogła rzucić 
następująca drohna okoliczność. 
Opowiada metropolita Makary w swojej "Historyi ru- 
skiego kościoła" .
), 
e w 1224 r. pewien grecki duchowny 
P r zeni6sł obraz świętego Mikołaja z Chersonezu do Zarajska, 
11liasta położonego w ziemi Riazallskiej. Z obawy dzikich 
POłowców jechał wodą przez Rygę i Nowogr6d do cplu 
POdróży. Pozostawmy na hoku pytanie, czy opowiadanie to 
n,ł0że być prawdziwem, ezy nie; niech każdy sądzi, jak mu 
Się podoba. Uderzającą w niem jest jedna ok()licznośl
: ów 
?iedny duchowny dąży do ziemi Riazańskipj przez R.ygę 
I Nowogród! Zaiste, wstąpił do piekieł, po drodze mu 
bYło; jest to krąg olbrzymi. 'Widocznie obawiał się czegoś, 
a jeszcze pewniej, że coś go do tej wędrówki manowcami 
Zl11Uszało. Legenda mówi, 
e uczynił to z obawy Połowców, 
ale właśnie w tym czasie byli oni w przyjacielskim związku 
z ruskimi kniaziami, więc .mo
eby nie krzywdzili biednego 
Wędrowca, obciążonego obrazem. Niewątpliwie marny w po- 
daniu tem wskazówkę na najście Tatarów. \V tym samym 
\Vłaśnie czasie, ho 1223 r., miała miejsce wiekopomna bitwa 
nad rzeką Kałką; nie ulega wątpliwości, 
e przed nią jeszcze, 
Czy może hpzpośrednio po niej, morze Tatar6w wylało się 
Ila K"ym. 


(I 


1- 


.1 


l1' 


---- 


8\.. ') "XiewiadolllO nam jest, jeśli Tatarzy za pierwszym i I1l'ugim 
Ź 
.o
rn do Europy wpadnięciem zostawili osady jakie krwi swojej w tera- 
otlleJszej małej Tataryi i Krymie". Naruszewicz Tal/ryka i6. 
3, "lIcTopiR PYCCKOIt l!l'pKDU". CnO. lH5i tom III sh'. i.1.
>>>
- HO - 


\Vracamy do naszego przedmiotu. Jui księdzu Rolewi- 
-'zowi opowieść Łodziaty wydała silJ niepmwdopodobną i niemo- 

liwą! 'l'rudno pezypuście, aby obraz tak znacznych rozmia- 
rÓw i tak ciężki IH'zez pogan był a
 tak daleko wiezionym? 
Ka:tręcza się tu jednak jeszcze jedna uwaga. 
'\'iadomo, 
e w owych czasach wszelkie nawet mniej 

ellione obrazy ozdabiano kosztowne mi sukienkami. Olgierd 
nie był chyba takim znawcą i miłośnikiem sztuk pirknych, 
aby taki obraz, jakim je:-;t O
trobramski, wiózł nie upiększo- 
nym 
a(hlemi szacownemi ozdobami. (Najpmwdopodobniej 
już, kiedy rabował, to wzi'łłby wlaśnie ozdoby, a cir
ki obraz 
pozostawił). A więc je
eli obraz był kiedy w Chersonezie, to 
miał i mniej wircej kosztowną sukienkę. .Wszystko jeszcze 
dohrze, póki obraz po przewiezieniu do .Wilna miał pozosta- 
wal: w l'erkwi jakiejś. Ale jak wytłomaczyć fakt, 
e czczony 
niby to obraz z cerkwi został wyprawionym na miejską bramę, 
Ba fbgr i niepogody i w dodatku bez sukienki? .Więc gdzie
 
.sir ona podziala'? Czy
by mieli się na nią łakomić mnisi 
św. Trójcy, w których posiadaniu miała się niby znajdowal:? 
Tymczasem pierwszą wskazówką tego, 
e Obraz miał jakie 
ozdoby, mamy dopiero w cudzie, zapisanym w Relaeyi pod 
r. 1.08, kiedy to jakiś niezbo
ny 
ołnierz targnął się na nie. 
Sądząc z dobrze znanego wizerunku Naj św. Maryi Parmy 
O:-;trobramskiej z napisem u góry Mater amabilis, pochodzQ,- 
cym z pierwszej połowy XVIII, w. jeszcze wówczas nasZ 
obraz nie posiadał metalicznej sukienki, jaką widzimy na nin1 
dzisiaj. 
A jakże pogodzić krymskie pochodzenie Obrazu z tyn 1 
faktem, że w.Wilnie znajduje się jeszcze wizerunek Zbawi- 
ciela tych samych rozmiarów i niewątpliwie tego samegO 
pędzla, co i Ostrobramski. Znajduje się on obecnie w przed- 

ionku katedry, guzie ka
dy się może o podobieństwie i to
- 
$amości malowidła przekona(:. Mialżeby i on także by(: przeZ 


I) lStr. 29) "bez.. uciekania się do mniej stosownych powieści"... 
Wiadomość o cudownych Obrazach Pami Jezusa i N. P. Maryi w mieście 
"'iinie J86:J, str. 8. .
>>>
- 
1 - 



 


Olgierda zabranym? Dostateczne zbadanie tego jednego 
faktu powinno by ro
strzygnąć kwestyę, najwa
niejszy jednak 
rezultat daje rozpatrzenie Ostrobramskiego Obrazu. 
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, 
e wizerunek ten 
Matki Najświ£tszej znikąd tu nie był przewo
onym, czy prze- 
nOSzonym, lecz wprost go w tym celu niewiadomy malował 
artysta, aby na Ostrej bramie umieścić, Pozostawał więc on 
zawsze od początku swojego istnienia na tern samem miejscu, 
Co i dzisiaj I). Tern tylko dadzą si.ę wyjaśnić niebywałe roz- 
miary rzeczonego Obrazu, który przedstawia Najświętszą 

annę więcej, ni
 naturalnej wielkości "twarzy ogromnej," 
Jak mówi Hilaryon. Skąd te
 najdos1onalej odpowiada wiel- 
kości form, zrobionych na bramie, z których poludniowa 
d?tychczas jest widoczną w pierwotnym swoim stanie, po- 
nlewa
 oczywiście artysta do rozmiarów icb dzieło swoje sto- 
BOWać musiał. Kolory te
 tu w
yte na ogół są pospolite, tak 
zWane ziemne. Obraz Ostrobramski malowany jest olejno 
Pędzlami szerścianemi na deskacb dębowych, calowych, 
Umiej
tnie i swobodnie; artysta albo zupełnie nie dał gruntu, 
albo te
 malował n.a bardzo lekkiej i cienko zagruntowanej 
Powłoce, tak, 
e fladry drzewne gdzieniegdzie widoczne są 
przez farby. Byłoby to niemo
liwem przy greckim sposobie 

alowania białkiem na gruncie z gipsu lub wosku. Analiza 
farb u
ytych daje nam pewne dane do określenia czasu ma- 
lowania obrazu, przynajmniej terminus a quo. Tak znajduje- 
my tu paloną terra de sienne, berliner hlau i minię, która 

łu
y tu do barwy czerwonej, a wszystkie trzy farby nieznane 
Jeszcze w XIV w. Dalej obraz, jak ju
 wspomnieliśmy, ma- 
lowany olejno, co pierwszy raz wprowadził do szkoły fla- 
mandzkiej Van Dyck (1366-1426). Tak więc Obraz Ostro- 
bramski 
adną miarą nie mo
e być greckiego pochodzenia. 
. Nie będziemy ju
 więcej wchodzili w szczegóły, odsyła- 
Jąc ciekawych do dziełka Bielińskiej, gdzie dokładny opis 
---- 


z 


D 
l- 


z 


iC 


Ul l) "Ale tylko na tern samem, na którem i teraz jest miejscu, do 
Uru bYł nieco wpuszczonym..... R/'lacyn str. 3. 


6
>>>
- 82 


obrazu i kaplicy znaleźć mogą,t). Zwrócimy jednak uwagę 
na niektóre tylko cechy charakterystyczne, różnią,ce obraz 
Ostrobramski od greckich Najśw. Maryi Panny wizerunków. 
A najprzód w ostatnich jest nimbus pewnej stałej, niezmien- 
nej formy; w Ostrobramskim-gloria zupełnie inna, złocistemi 
promieniami nad głową, zakończona. Jest to różnica zasadni- 
cza, nadzwyczaj ważna. Dalej tło w greckich jest zawsze 
złociste, tutaj-brunatne; malowane przytem prawie zawsze 
na deskach cyprysowych gruntowanych, nasz na dębowych, 
podobno wcale niegruntowanych. I wileński obraz tak zwany 
Odigitryi, przywieziony przez królową, Helenę, jest też malo- 
wany na deskach cyprysowych. Dalej, w greckich obrazach 
Najśw. Marya Pann3 przedstawiona jest zawsze z Dzieciąt- 
kiem Jezus «(ołsr{-rO\lO;) - wyją,tki tu niesłychanie rzadkie- 
w Ostrobramskim jako dziewica. Tak więc i pod względem 
wyboru rzeczy i odrobienia technicznego obraz ma wszystkie 
cechy stylu późniejszego i charakteru zachodniego. Musiał 
być namalowanym dopiero w połowie XVI-go wieku, czyli 
w epoce porafaelowskiej. Nie można więc odnosić pochodze- 
nia obrazu do 1508 r., to jest do czasu ostatecznego wykoń- 
czenia bramy Ostrej za Zygmunta Starego, jak to czynią, 
niektórzy. Krótki żywot i działalność Rafaela przypada na 
lata 1473-1520, w którym to roku mistrz życie zakończył, 
a nasz obraz mógł powstać dopiero znacznie później, bo nosi 
wszystkie cechy epoki porafaelowskiej 2). 
A więc nie przywieziony do Wilna w XIV wieku, ale 
namalowany dopiero w XVI-tym, oto rezultat, jaki otrzymu- 
jemy ze zbadania samego obrazu, który niewą,tpliwie sarn 
o sobie świadczy najlepiej. 
I jeszcze jedna mała uwaga co do notatki księdza Ło- 
dziaty. Zdaniem jego, Najśw. Marya Panna wyobrażona jest 


I) Kilka słów o obrazie i kaplicy NajIw. Panny Ostrobramskiej 
w Wilnie. Kraków, 1892, str. 7-8 i 11, 
') Taki pogląd wypowiedziany już został w artykule zamieszczonym 
w wydawnictwie ,,1'PYAbI A6BRTaro apX60J[orll'lCCKarO C'b'llilA8." MOCKBa 1879, 
TOK'b Ił, CTp. 213-214. Szkoda, że redakcya opatrzyła go niestosownym 
dopiskiem,
>>>
- H3 - 


l1a obrazil' "w postawie jak gdyby miała na ohlil'zU posłat'lCa 
arehanioła Gabryela"; czy słusznie? Kwestya to zresztą pod- 
rzędnej wagi i każdy może sądzi:, jak mu sir podoba. Jednak 
czy ni,fortunny raduński dziekan i wtem siQ nie myli? 
Jeżeli rzeczywiście obraz malowany był w tym celu, 
aby wisiał w bramie wtem miejsl:u, guzie go i dziś podziwia- 

y, to nie można nie powinszować nieznanemu artyś(.ie tej 
Plaknej myśli, jaką w swem dziele wyraził. Naj św. Maryn 
Panna, twarzą obrócona ku miastu, ma głowę nieeo poehylo- 
l1ą, "z rękami przy piersiach na krzyż złożonemi, jakoby grze- 
Sznika przyjmującemi i przytulającemi, do jej udającego się 
opieki" l). Nie wiem, czy można znaleź: odpowiedniejszy 
tytuł dla Ostrobramskiego obrazu nad ten, który i dziś na 
k
pli('y złotem i jaśnieje głoskami: Mater misericordiae, Matka 
lhIlosierdzia. Bardzo też stosownym wydaje mi się napis na 
;.tarożytnej rycinie, wyobrażającej nasz obraz-Mater amabi- 
lS, Matka naj milsza. Dlaczegóż jednak pewna grupa pisa- 
rzów tak uporczywie trzyma się zdania ks. Łodziaty, że KO- 
kOllie{'znie ma tu Najśw. Marya Panna być wyrażoną w chwili 
ZWiastowania? Czyż nawet i w takiej rzeczy nie możemy 
kusić się o orygillalnośl:, nie szukając wętpliwych autoryte- 

ÓW? A jeżeli już nieodzownie nasz obraz ma pł'Zedstawiać 
J
kąś scenę z życia Najśw. Panny, to czyż równem prawem 
nIe rnożemy przypuszczać, że jest to wizerunek Matki Bożej, 
stojącej pod krzyżem, albo też w chwili zesłania Ducha św.? 
Na tem kot'lczymy uwagi nad notatką Łodziaty. Prze- 

hOdzimy teraz do rozpatrzenia Relacyi O. Hilaryona, która 

e
t faktycznie jedynem, acz bardzo skromnem źródłem do 
Zlejów naszego Obrazu. 


II. 
d . "Relacya" znana nam jest pospolici
 z dr
lgicgo jej wy- 
It. lia 1823 r., sporządzonego przez O. Hleronllna a Sam.to 
t .alrnulldo, definitora prowinl'yi Litewskiej, zakonu karnH'li- 
OWo Niewielka t.a ksi,!żeczka, napisana w 17m roku przez 
------..:-.- 


I) Relacya, str. 2.
>>>
- 84 - 


O. Hilaryona od świętego Grzegorza, karmelitę, który te1 
w swoim ezasie był definitorern, zawiera w krót.kości z po- 
czątku historyę Obrazu, a raczej kaplicy Ostrobramskiej od 
koilCa XVJl wieku; następnie poczet eudów, koilCzący sir lUt 
1761 roku, dalej idą ró
ne pieśni nabo
ne ku czci Najśw. 
Maryi Panny, sposób jej dobrze słu
enia, nakoniec dodana 
jest wiadomość o pobo
nem stowarzyszeniu, znanem pod na- 
zwą uczestnictwa albo jednośei duchownej, kMre miało miej- 
sce przy kośeiele św. Teresy w Wilnie. 
Ksią
eczka, pisana poprostu, bezpretensyonalnie, jedy- 
nie większą cześć Najśw. Maryi Panny mając'a na względzie, 
absolut.nie w informacyaeh swoich zasługuje na wiarę. Głó- 
wne źródło przy jej uło
eniu stanowiły zakonne konwenta 
0.0. Karmelitów Bosych, osobliwie zaś Historya O. Hila.rf'go 
od S. Tyburcego, sporządzona w roku 1707, wraz z jej kontynu- 
acyą" kOllCZąCą się, jak wnosić mo
na, około roku 1720. NI". 
paru stronkach cytuje ją nasz Hilaryon aż t.rzy razy z ozna- 
cżeniem nawet karty, na której podana wiadomość się znaj- 
duje. Na czele dzieła O. Hilarego, które, nie!:;tety, zaginęło, 
jak widać, był umieszczony Inwentarz Ostn'j Bmmy, spo- 
rządzony R. P. 1700 dnia 12 kwietnia. 
Czego O. Hilaryon nie mógł się dowiedzieć, jak np. o po- 
(.'hodzeniu obrazu Ostrobramskiego, do tego szczerze się przy- 
znaje, nie puszczając się na niewczeslle domysły. Pisana 
w 17m r., Relacya opiera się we 'wszystkiem na pomienionej 
historyi O. Hilarego 1701 r., a więc, ponieważ mówi tylko 
o wydarzenia('h blizkich tej dacie, mo
emy ją, uwa
ać, jako 
zeznanie prawdomównego i niemal naoeznego świadka, na 
słowac'h którego mo1emy sir hezwarunkowo i bezpiecznie 
i'undowa{. 
Pewna grupa pisarzów zupełnie ignoruje pierwsze wy- 
danie Relaeyi 1761 r., łącząc niesłusznie drugie 1823 r. z jakie- 
miś politycznemi kombinacyami. Dlatego prawdziwą jest za- 
sługą. O. 'Vaeława kap., 
e wyszukał wzmiankę o pierwotnern" 
wydaniu uezonego Załuskiego, biskupa kijowskiego et 1779), 
ktc"ry, 1ł\('lwiąe o !'udownych obrazach w Wilnie, tak pisze: 
'l'rzel'i nau Ostrowidzką jest Bramą;
>>>
- 85 - 


- I 


ten obraz 
Pod stra
ą karmelitów bosydl, opisał J!O 
Hilarius a Sancto 'l'iburt io, ałe 
Zwinął się gdzieś Rękopi5m, więc 
przed siedmiu łaty 
Wydali Relar-yę ciż Maryi słudzy. 
W odsyłaczu tam
e dodano, 
e Relacya wydana in 12-mo 
W Wilnie 1701 r. 1) 
My jesteśmy w szezęśliwszem poło
eniu. Oto mieliśmy 
W ręku i dokładnie mogliśmy rozpatrzeć owo pierw,,;ze wyda- 
nie Relacyi li61 r. Rzadka ta nad wyraz książeczka jest 
własnością pewnego mieszczanina wile{lskiego. 
Egzemplarz, który widzieliśmy, niestety, nie jest kom- 
pletnym: brak w nim karty tytułowej i nastQpnydl dwóch 
(
art trzy), następnie od str. 11-10, tak
e kart trzy i ostatniej 
nleliczbowanej, czyli wszystk iego kart siedmiu. Zresztą egzem- 
plarz dobrze zachowany; w dwóch miejscach na środku nosi 
stempel drukowanemi wielkiemi literami farby czerwonej 
własność 
Panu (sic) Katarzyny 
Edycya ta liczy stron 188 wielkiego druku, na kOlieu 
2 karty nieliczbowane, czyli razem 192 stronice. Format zna 
cZnie mniejszy, ni
 w drugiem wydaniu, bo in 16-0. U dołu 
arkusze znaczone literami porządkowemi na ka
dych pierw- 
szych pięciu kartach, tak np. arkusz drugi jest oznaczony: 
B, B 2 , B3' B4 i B:;. Ostatnią literą jest M, czyli obejmuje arku- 
szy 12. Wierszy na stronicy w tekście 22. 
. Drugie wydanie 1823 r. (BJ stanowi wierny przedruk 
}Jlerwszego (A), wszak
e dost!'zegliśmy różnice, oto są: 
Aprobaty dyecezyalna i zakonna pomieszczone są w A 
1\a kOlicu ksią
eczki, w B na początku zaraz za kartą tytu- 
łową. 


I, 


I) W dziele p t. Miejsca wsławione cudami Qbraz6w Matki Boskiej, 
\\'Ydanem przez L. Rogalskiego, w książce Pamiątka katolit'ku, Warszawa 
11;56, str. 288.
>>>
- 86 


\V B, po wyliczeniu cudów, znajduje się caly ustęp, któ- 
re
o niema w A. Jest on pióra O. Hieronima, który przedruk 
sporządzil, i zaczyna się od slów: ,,
e zaś nie wtedy tylko..." 
do koilCa rozdzialu (str. 28-29). Wiadomości o uczestnictwie 
duchowem, dołączonej w B na koilCu dzielka, w A niema 
wcale. 
\V A znajdujemy natomiast dwie legendy, które są 
opuszczone w B. Ze względu na ni
slychaną rzadkość pierw- 
sz('j edycyi, pozwalamy sobie przytoczyć je tu w całości. 
Ohie drukowane są kursywą. 
Pierwsza z nich następuje zaraz po tytule: koronka dwu- 
na:-;1 u gwiazd nazwana ze dwunaHtu Pozdrowienia Anielskieg,o 
złożona. Oto jej brzmienie: 
,,0 tej koronie w Zwiereiadll' Przykladów taki przykład 
znajduje sie. Trzech MrMw w niejaką się wybrali drogę; 
a wszedł
zy w puszczę dw6ch z nich, chcąc prędzej pośpie- 
8ZY(:, zbłądzili z drogi, gdzie tułając sie na złośliwych zbójców, 
napadli, od kMrych odarci są pozabijani. rrrzeci z nich, który 
tę koronkr zwykł był mawiać codziennie, powolnym postę- 
puj,!C krokipm, mniej o niebezpieeze{lstwie wiedzący, zwy- 
czajne do Matki Boskiej Naho:};eilstwo odmawiał, którego 
złoczYlice postrzegłszy, cieszą gir z nowego łupu, tem bar- 
dziej, że podró
nego z trzema niewia::;tami bardzo świetnemi 
jadącego widzieli. Grly tedy na niewinnego człowieka zło- 
śliwe czynią zasadzki i chciwem nali poglądają okiem, widzą 
towarzyszek jego, żt- były nad ludzi. Niebieską bowiem 
wszystkie z nich były otom'olle światłością (jedna jednak 
z nich najjaśniejsza) które, ró
{' z ust podrÓżnego człowieka 
wychodzące zbierając, wieniec uwijały. Były zaś Najświetsza 
Marya Panna, święta Katarzyna i święta Lucya, do których 
pobożny Człowiek osobliwe miał nabożeństwo. Z ust zaś 
Podróżlll'go na każde Ojcze nasz czerwona, a na ka
de Po- 
zdrowienie Anielskie biała wychodziła Rt'lźa, które na rozkaz 
Najświętszej Maryi Panny święta Katarzyna zbierając, świę- 
tej Łucyi podawała, Lucya zaś święta, one na złoty 'yrkul 
srebrną nici,! przywiązywała. Po skoilCzonej koronce Naj- 
świrtsza Marya Panna ten wieniec na głowę PodrÓ
nego wło- 


---
>>>
- Hi - 



yla, sama zaś do Nieba z Towarzyszkami wstQ,pila. Zadzi- 
wieni t.akiem widzeniem łotrzy, przypadną do niego zbli
ają- 
cego sir, ciekawie się pytając: Coby to hyły za jedne Nie- 
wiasty, które onemu w podróży rl'owarzyszkami były. Odpo- 
wie podróżny: iż żadnej na oczy swoje nie widział, ale 
tylko Matki Najświrtszej koronkę według swego zwyczaju 
1l1ówił. Opowiedzieli mu tedy, co widzieli, i wszyscy Matki 
Boskiej łaskę i opiekr uznali. Skąd łotrzy złość swoją a po- 
dró
uy 
wiat porzuciwszy, Bogu i Matce Jego Najświętszej 
IJilni( służyć poczęli. lu additamento specuł. Exempł." 
{sk 08-101). 
Druga legenda mieści się po Akcie litości llad boleściami 
N'ajśw. Maryi Panny. 
"Author Diseipulus nazwany pisze o cudach Matki Prze- 
llaj
wi
tszej. Pewny z Ojców Świętych w zachwyceniu bę- 
dący słyszał Chrystusa Pana pytającego się u Matki swojej, 
Matki miłosierdzia, Najświrtszej Maryi Panny, któreby były 
Jej boleści z innych największe, na co odpowiedziała Naj- 
ŚWirtsza Marya Panna, że było pięcioro: Pierwsza, gdy S
r- 
111eou o Twojem zabiciu prorokował. Dru.
a, gdym Cię przez 
d
li trzy w Jeruzalem zgubionego z wielkim szukała frasun- 
kiem. 'I'rzecia, gdym o poj maniu i związaniu Twoj em słyszała. 
CZwarta, gdym na krzyżu wiszQ,cego widziała. Pi:!ta, kiedym 
Ci£ zdjrteg o z krzy
a do grobu włożonego widziała. Do któ- 
rej rzekł Chrystus: ktokolwiek tedy mię przez pierwszą Twą 
boleść mówiąc Ojcze nasz i Zdrowaś Marya pozdrowi, dam 
nlU poznanie grzechów i skruchr. Kto przez dru;ą boleść 
Podobnym pozdrowi sposohen'1, dam mu wszystkich jC'go od- 
PUsz'zenie grzechów. Kto przez trzecie, dam mu cnoty przez 
grzech stracone. Kto przez czwarte, dam mu dar łaski i na- 
kal'mir go przed śmi(rciQ, Cialem mojem, kto przez piątą, po- 
k ażr sir IUU przy śmierci i przyjm\) go do żywota wiecznego." 
(str. 120-122). 
Nareszcie należy zanotować niektóre osobliwości pis6- 
'''ni, u
ytej w książeczce. Mianowicie: 1) długie s; 2) a po- 
C
lyloue w wyrazach: nh wieki, za syna, Mittki i t. p. 3) nie- 
kIedy cm w muiejscu ę, np. głemboko.
>>>
- 88 - 


Taką jest Relacya O. Hilaryona; jakie
 zawiera sz,'zegó- 
ły, jakie wiadomo
ci podaje nam o Obrazie? Niestety, bardzo 
8zczupłe; poniewa
 jednak jedyne źródło dla nas stanowi, 
musimy dobrze wziąść ją na uwagę. 


Charakterystycznem jest, Źf' o najwa
niejszej rzeczy do- 
wiadujemy się nie z treści samej Helacyi, ale zjej przydługie- 
go tytułu. Za takową uwa
amy informacyę, jako obraz "na 
Ostrej Bramie przy kościele WW. 00. Bosych Zakonu Braci 
Najświ
tszej Maryi Panny z Góry Karmelu pierwszej Obser- 
wancy, UJ ottychie Posesyi od lat 93 będący, nieustannemi sły- 
nie cudami". Poniewa:l Relacya pisana była w 1,61 r. i na tym- 

e roku poczet cudów wyliczonych się koiwzy, w)'pada zatem, 

e karmelici weszli we władanie obrazem w 1

 roku. Jest 
to wskazówka nadzwyczaj wa
na. 
Zachodzi teraz pytanie, jaki
 był los obrazu uprzednio, 
czyją stanowił własność i kto sir nim opiekował? Na szcz£ście 
i na to mo
emy na moey Relacyi odpowiedzieć. Ka kOlicu 
stronicy trzeciej czytamy: "a lubo nie mieli 1łale
ytego spo- 
sobu (karmelici) ten to Karmelu zaszczyt i ozdobę (Obraz 
Ostrobramski) ,_Jbo na ozdobnif'jszem lokowa,: miejscu, ile nie 
majac o nim od 
Miast(( powierzonego starania, albo te
 same 
miejsce doskonale przyozdobi(:..." A zatem miasto po- 
wierzyło karmelitom staranie o ohrazie, i nie do kogo 
innego, jak do miasta, musiał nale
eć obraz, na hramie 
miejskiej wiszący. Jest to świ'adectwo wielkiej wagi. Wr!tpić 
o prawdziwości jego ani Ila chwilę nie mo
na: widzimy, 
e 
Hilaryon wspomina o tem mimochodem, przypadkiem, jak to 
mówią wygadał sir, a wiQc szczerze, bez celu 
adnego. 'rem 
się więc objaśnia, (ilaczego pod fundacyą konwentu karmeli- 
tów (162(j), "obraz 
upe!nej czci i powinnego uszanowania nie 
miał," jak świadczy Relacya; nie miał, bo do zarzr!uu miej- 
skiego nale
ał i nikt się nim właściwie nie opiekował. '1'ym 
sposobem raz na zawsze powinno upaść to na niczem oparte 
twierdzenie niektórych, 
e miał hyć spór jakowyś i głośny
>>>
8!J - 


proces Bazylianów od św. Trójcy z karmelitami o ten 
w. 
Obraz. [dziwne zaiste, głośny ten spór, jak mówią, miał być 
dopiero w naszym XIX w. rozstrzygniętym i to w Rzymie" 
a tymczasem nietylko najlichszego dokumentu, ale tradycyi 
nawet po nim nie zostało! Więc myli się pan Sokołow, dowo- 
dząc, 
e bez 
adnej prawnej zasady obraz przeszedł na wła- 
sność 00. Karmelitów'). Przeciwnie, zasługą ich jest to, 
e' 
na zapomniany na bramie miejskiej obraz pierwsi zwrócili 
UWagę i prawo opieki nad nim uzyskali. 
'l'en więc ze zbadania Relacyi acz szczupły, lecz donio- 
s
y i niezawodny otrzymujemy rezultat: w 1668 r. miasto zle- 
clio Karmelitom mie,5 pieczę o Oat,.obramskim obrazie. Tym spo- 
sobem przeszedł w ich faktyczne władanie 
). \V tym samym 
r?ku staraniem O. Karola od Swiętego Ducha obraz przenie- 
Siony został do kościoła św. Teresy (po raz pierwszy) i umiesz- 
CZony tymczasowo w kaplicy po prawej stronie wielkiego 
ołtarza 3). Trzy lata przeszło, zanim z publicznych składek 
Postawioną zo:-;tała przy Ostrej Bramie drewniana, ale ozdo- 
bna kaplica, dokąd bardzo solennie obraz został przeniesio- 
nYm (1671). Przez czas krótki znowu był obraz w kościele- 
'\y 1706 r., po po
arze, który nawiedził miasto d.18 maja; w 1715 
r
ku po raz trzeci ł) wniesiono obraz do kościoła, gdzie przez 
kilka lat pozostawał, zanim na miejsce zapalonej wówczas 
drewnianej kapliey, dzieła O. Karola, nie zmurowano nowej,. 
którą i dziś widzimy. 


--- 


I) OCTpo15p8MCK81I IIKOH8 t;tr. 55. 
o . 2) T
'lll "posobC1l1 odrzucii, 1ll1lSimr, co O. Wacław kap. pisze- 
O sprawieniu sukienki dla Obraz
 ('strobra
skiego 165.\ r
 
ta
anien\ 
l' I.nurentego.-O ("llllowl/gm obrazIe N. MarYI P. Ostrobra/ł/sk1.f')_ Juaków 
I\t1a i lH97, str. 18 i:!:!. _ \\"iatlomość ta, acz z kl'oniki I\armelitanek za- 
czerpnięta, nie może się stosować do obrazu Ostrobramskirgo, ponh'waż 
Według Helacyi wówczas jeszcze do Karmelitów nie należał, ale wisiał 
na bramie. 
Iusi tu b
'ć mowa o jakimś innym nieznanym nam obrazie. 
I) \V Itelac
'i daty niema, powiedziano tylko "najprzód". Nie uleKa 
\VątlJIiwości, że stało się to zaraz po uzyskaniu przyzwolenia od miasta. 
b' ł) \V Helacyi powiedziano ..powhirnie". Oczywiście Hilaryon nie 
U lerze tu w rachubę przeniesienia obrazu 1668 r. ..najprz,id" mając na 
wadze tylko powtórny pożar.
>>>
- !lO 


Oto jest skromna gar3tka niezawodnvch o Ostrobram- 
skim obrazie faktów; nad to nic więcej Relacya nie mówi 
i my 
nadto nic więcej nie wiemy. Odrzucić przez to samO 
musimy cah! fantasmagoryę, którą około obrazu niezgrabnie 
póiniej osnuto, a czynimy to w imię czystej nauki, której do 
żaunych ubocznych celów nauużywać nie wolno,jak nie wolno 
podawać jakich
 faktów rzekomo historycznych, nie przy ta- 
czaj[!c na to pewnych dowocl{I\v. Analiza wszystkich o Ostro- 
bramie mniemałi zbyt dalekoby nas zaprowadziła i zbyt roZ- 
szerzyła rozmiary niniejszej skromnej rozprawki,-musimy 
jednak jeszcze zatrzymać na krótko uwagr czytelnika na 
dwóch pouaniach, odnoszących się do XV" w., a więc do 
-czasów dobrze już znany clI. 
Opowiada met.ropolit.a Makary, że w r. HiOD, za 
-czasów Hipazego Pocieja, protopop Żm;zkowski, obawiając 
się, aby cerkwi prawosławnych w 'Wilnie nie oddano unit.onl, 
począł zbierać i chowa(; do swojej cerkwi 
w. Mikołaja na 
V/ielkiej ulicy kosztowności innych cerkwi wilełiskich; mię- 
'(lzy innemi miał sir tam znajdować i Obraz Ostl'Obramski, 
Zwrotu onego odmówi(: miał nawet burmistrzom (?), którzy 
zażądali wydania obrazu pod pOZOt'em, że sam król Zygmunt 
z królową i królewiczem Włauysławem chciał sit pI'zed nilll 
pomodlić lU monasterze ł11V, Trójcy (oddanym unitom 16 listo- 
pada Hi05 r. I). Ostatnie wyrazy rozstrzygają kwe-tyę. Nie 
mógł to być obraz Ostrobramski, ponieważ takowy nigdy nie 
znajdował sir w pomienionym monasterze, a jak wiemy 
z Relacyi w zaniedbaniu wisiał pod()wczas na miejskiej bra- 
mie. Nie przeczymy wcale, że przezorny Żoszkowski ściągał, 
jakie mógł, kosztowności do swojej cerkwi, pri'.:yznajemy mU 
w tern nawet słu
zność, - ale zachodzi pytanie, dlaczego, CO 
za interes miaWy zabiet'a(: do siehie wielki i ciężki obraZ, 
który wisiał sobie na bramie miejskiej, a czegoby sit ukryć 
w żaden sposMJ nie dało. Czyż sir obawiał, aby nie tylkO 


'J MIlTlIOlI. IIlm,apiii. ..lIrToriH P}-rcIwłl IlCIIIDU" TOll'b X. Cn(). 188 1 
-st!'. 38.:'.
>>>
9l 


1- 


cerkwie, ale nawet bramy miejskie nie zost.ały powierzone 
Unitom? Jest to nielogiczne i niemo
liwe, bo bramy mogły 
tylko nale
eć do miasta. 
Nie ulega najmniejszej w
tpliwości, 
e mowa tu o innym 
obrazie Najśw. Maryi Panny, znanym pod nazw
 Odigitryi, 
który Iwan HI podarował córce swojej Helenie, a który do 
dziś dnia znajduje się w cprkwi św, Trójcy. Obraz ten, 
'W Owym czasie powszechnie uwa
any za dzieło św. Lukasza; 

Ył w niesłychanem poszanowaniu i czci jak w Moskwie, tak 
l W Wilnie. Opowiada współczesny Kujałowicz t), że w roku 
1509, kiedy chodziło o zawarcie wieczystego pokoju między 
nos y ą, a Litwą" ten te
 warunek pierwsza dołożyła, aby 
'W łl10wie b
d!cy obraz Rosyi był wróconym, ofiamjąc zalI 50 
ł;zlachty niewolników; warunku tego nie przyj
to. Mo
emy 
brać stąd miarę, jaką wagę przywi
zywano wówczas do tego 
o?razu. A zatem protopop Żoszkowski bardzo roztropnie so- 
bie poradził, zawczasu ten skarb zabierając. \Vięc skąd
e ta 
\Ver
ya, 
e miał to być obraz Ostrobramski? Nie wiemy, 

kąd metropolita Makary tę swoją wiadomość zaczerpnął, bo 
iródła nie cytuje; ale oczywiście padł tu ofiarą jakiegoś nie- 
Porozumienia. Zdaje się te
, 
e i sam nie był pewnym tego, 
Co pisze. Że to miał być obraz Ostrobramski raz tylko i to 
głucho jakoś wspomina, a dalej mówi tylko og61nie, 
e to był 
obraz cudowny. "\Viemy ju
, 
e Ustrobramski wówczas za 

akowy jeszcze nie uchodził, a dowodzi t,ego najlepiC'j sam 
\ozłowski 2). 
'Wielką czcią i rozgłosem, jakim się cieszył w6wczas 
obraz Odi
Ótryi, objaśnić da się jeszcze inne wydarzenie, które 

no\Vu niesłusznie stosują do Ostrobramskiej. Pisze pan 
O
ołow3), 
e kiedy Wilno w 1655 r. zaj
tem zostało przez 
'WoJska rosyjskie, wówczas karmelici zawczasu wywieźli 
--- 


'1 
o 
EJ 
} 
o 


: 


,- 


:. 


r 

 
} 


), 
() 


I, 


01 


l. 


r 
t 


11 


EJ 
EJ 
r 


l, 
l 
} 


0' 
, 

 


I I) 
liscclauea rerum ad stat.um ecclesiasticum M. D. Litlmaniae 
6 e
tincntium. \"Huae JliliO, str. J
). Obacz też Stebelski Ig. ,.Dwa wielkie 
"laUa na horyzoncie l'ołockim". Wilno 1771. Tom l, str. ) I L 
2, "UcTopiH JlKOHll OCTpo(ipaxC!wll". 11M'RDR 1868, str. 10-11. 
l, "OCT)IOnOpOTłIaR UKoHa", 81.1'..55-56 11 a--I
.
>>>
- &2 - 


obraz Ostrobramski z obawy, 
eby go im nie zabrano. Doko- 
nać miał tego niejaki Jerzy Seledczyk, mieszczanin, którY 
zawiózł go a
 do Królewca do Prus i tam miał go dae do 
przechowania mnichom unickim, mieszkającym w tym kraju, 
"po ró2nych miastach i powiatach". Sam car Alexy Michaj- 
łowicz pisał do woj ewody Szachowskiego, aby odszukał eU' 
downy obraz, wskutek czego wyprawieni zostali posłowie 
do Prus, ale tam nigdzie "ani w cerkwiach, ani po dworach:'! 
znaleź(
 nie mo
li. 
Uderza nas w tern opowiadaniu brak najmniejszej kry' 
tyki. Najprzód karmelici nie mogli wywozić obrazu, który 
w('ale do nich nie nale
ał jeszcze, a potem jaką obawę mieć 
i mogli o obraz, wiszący sobie na bramie? Czyż zwycięskie 
wojska rosyjskie chrześcijaI'lskiemi nie były? I pocó
 miały 
obraz zabierać? Dalej dlaczego mieli go wywozić do Kró- 
lewca, do Prus, kiedy wszelkie kosztowności kościelne prze- 
wieziono w głąb kraju, do obronnej Częstochowy? Nareszcie 
jakich to czel'ilCów unickich znalazł autor w Królewcu, kie- 
dy tam wcale unitów nie było, "ani po miastach, ani po po- 
wiatach"? A jakim
e to :-posobem posłowie Szachowskieg- o 
mogli za granieą, w kraju zupełnie obcym, robić swobodnie- 
poszukiwania po cerkwiach (których nie było) i dworach'? 
(j aki('h?). 
Rzecz się miała zupełnie inaczej. Nie karmelici, ale 
mnisi św. Trójcy przy pomocy burmistza wilełiskiego, Je- 
rzego Pawłowicza, ukryli obraz nie Ostrobramski, ale Od i- 
gitryi, w jednym ze swoich więcej odległych unickich właśnie 
klasztorów. Że obawy ich były uzasadnione, wtem nimol} 
nic dziwnego; wszak mógł zabrać obraz zwycięzca, kiedy,ja k 
tylko co widzieliśmy, nie chciano go zwrócić drogą pokojową. 
Jako
 Szachowski poszukiwał go w kraju, w którym gospO- 
darował, choć i napró
no, ale bynajmniej nie w Prusach. 
Jednocześnie mnisi św. 'rrójcy, bazylianie, ukryli re- 
likwie pierwszych trzech męczenników wileriskich, kt6rzy 
uprzednio spoczywali w ich cerkwi. 
'l'u miejsce raz jeszcze stwierdzić prawdziwość Rełacyi 
Hilaryona, że do 1GUS r. obraz Ostrohramski nie tylko uie
>>>
- 93 - 


\1?hodził za cudowny, ale był zupełnie nieznany i w zaniedba- 
nIU wisiał na bramie, Oto uczony "T ojciech Kojałowicz we 
wspomnianem ju
 dziele t) (wyszło w r. 1650), wyliczając 
1J.liejsca, w W. Księstwie Litewskiełn łaskami cudów wsławio- 
ne, wcale nie zna obrazu Ost.robramskiego. Jest to okoli- 
cznoŚĆ niesłychanie wa
na. Czy mo
na przypuścić, aby czło- 
wiek tej miary mógł o nim nip wiedzieć, albo w dziele swojem 
Przez zapomnienie pominąć? 
rl'o te
 gdy w 1661 r. Wilno po wojnie i morowej zarazie 
zaczęło znowu się podnosil:, sprowadzono z rrrok tamtejszy 
()braz N. Maryi Panny, łaskami słynący, dla oOVfawienia 
przed nim publicznych modłów. I obraz tpn pozostawał 
'" stołocznom mieście przez lat cztery, co z pewno
(
ią nie 
tniałoby miejsca, gdyby już znaną była i czczoną Ostro brama, 
która wszak zupełnie dzisiaj Troki zaćmiła. Pomijając inne 
lzieła XVII wieku, z kMrych podobne mo
naby wysnuć 
Wnioski, wspomnijmy jeszcze o piśmie O. Jacka Pruszcza 
(t 16(8) p. t. JIOl"ze laski Bożej 2), zawierającem ciekawe wia- 
lonlości o wszystkich w onym czasie znanych obrazach cu- 
downych Najśw. Maryi Panny, znajdujących się jak w Polsce, 
t
k i w Litwie. Tylko o Ostrobramskim najmniejszej naWf't 
nIema wzmianki! Zaiste wymowne milczenie. 
Na zakOliczenie niech nam wolno będzie co do pocho- 
1zenia obrazu postawić swoje przypuszczenie. Musimy się 
ICzyć z tym faktem, 
e mamy jeszcze drugi obraz Zbawiciela 
tego samego p
dzla, a nawet i wielkości, co i Ostrobramski, 
() CZem było wyżej. Poniewa
 zaś na południowej stronie 
branIY zachowała się dotychczas pusta framu
a o rozmiarach, 
zUpełnie obrazowi temu odpowiadających, należałoby przy- 
Puszcza(:, 
e ongi tam się znajdował. Zachodzi tu jednak 
trudnoś(:: oto framuga zakończona j ost u góry łukowato, 
Ohl' az zaś jest prostokątnym. Drobna ta na poztlr okoliczność 


l} Loc cit. 
N' 1) Krakl\w W61. Dl'llgie wydanie (lH'zed\'llk) wyszło dl'piero w 1740 r. 
aWat Kozłowski uważa P1"11szcza za pi",al'za bardzo kOl11peteutne
o, choć 
łJopełnia hląd nie do dal'owania, m(iwiąl
, że pisał w X VIII wieku.
>>>
- !!-I: - 


rzuca światło i na to, że, jak już mówili
my, z pocz
!tku, t. j. 
od r. 1508 (epoki ostatecznego wykOIiczenia bramy w tej for- 
mie, jaką, idziś zachowuje) nie te dwa, t. j. Zbawiciela i Ostro' 
bramski, ale inne jakieś musiały się we fmmugach znajdować 
wizerunki o formie łukowatej, ałbo co najprawdopodo- 
bniej były tam freski. Gdy już nieco zLladly, straciły na 
świe
ości, pobożny pan jakiś umyślił zastrwić je obrazami 
i w tym celu kazał je namalować: jeden Zbawiciela, drugi, od 
strony miasta, N. Maryi Panny. Było to llajwcześniej gdzieś 
w po!owie XVI wieku, lecz zapewne nieco później, ponieważ, 
jak już widzieliśmy, oba obrazy noszą wyraźne cechy epoki 
porafaelowskiej I). 
Artysta zrobił je formy pro:;toką,tnl:'j na dębowych de- 
skaeh; były one "nieco do muru wpuszczone 2), tak jednak, że 
z łatwością, mogły się wyjmować:!), i opatrzon
 "okienicami 
czyli drzwiczkami nie w zupełny kwadrat zrobionemi, od 
nie- 

nych i dżdżystych nawałności zakrywającemi." Przy obrazie 
N. Maryi Panny, jako znajduj
!cym się od strony miasta, 
urządzony "był ganeczek bardzo szczupły, na który gradusy 
proste i ciasne, ledwie tylko nabożnym łudziom do zapalenia 
(jeśli kto ofiarował) lampy wstęp czyniły." 4) Nad obrazami 
pozostały próżne miejsca, łukowato u góry zakOIiczone, w któ- 
rych, by(
 może, dawniejsze jeszcze freski pozostały (być 
mogło np. wyobrażenie Opatrzności Boskiej lub Ducha św, 
Dopiero w drugiej połowie XVII wieku Karmelici poznali się 
na ich przedziwnej piękności. Dalsze dzieje są, już wiadome. 
W 1671 r. stan
ła od strony miała kaplica, obraz zaś Zbawi- 
ciela musiał być zdjętym zupełnie, aby nie ułegł zepsuciu, 


I) O. Wacław kap. upatruje podobieństwo obrazu Ostrobramskiego 
do wizerunku N. Maryi P., znajdującego :się w kopii rękopisu l\1ikołaja 
J.anckorońskiego o obrazie Częstochowskim, dedykowanego Zygmuntowi I. 
Z postrzeżenia tego, wobec małej wartości artystycznej wizerunku, nie 
umiemy wyprowadzić żadnego wniosku. 
2) .Helacya sr. S. 
3) Uczyniono to np, w czasie pożaru 1706 r 
ł) Loc. cit.
>>>
- 95 - 


l umieszczonym gdzieś w klasztorze. W ostatnich czasach 
przed kasatą, wisiał on na kOllCU korytarza przed mieszkaniem 
00. Przeorów 1). Po 1715 r., kiedy pobudowaną, została na 
nowo kaplica, obraz N. Maryi Panny wmurowany został na- 
głucho i wtedy zapewne i ślady łuku, który się znajdował od 
dawnej framugi, zniknęły. 
Skończyliśmy. Nie więcej, jak piętnaście lat temu, obok 
ruin staro
ytnej Pompei, zasłynął cudami obraz N. Maryi 
Panny. Stało się to w naszych oczach prawie. Tysiące piel- 
g r zym6w udają się tam rokrocznie,-tymczasem, rzecz nie do 
UWierzenia, nic o pochodzeniu obrazu, takiej nabierającego 
Sławy, nie wiemy. I c6
 dziwnego, 
e o Ostrobramskim tak 
[nało powiedzieć mo
emy? Najśw. Marya Panna, jak ongi 
W Nazarecie, pędziła cichy 
ywot w ukryciu przed światem, 
tak i dziś wizerunki swoje, pełne szczególnej łaski, jak gdyby 
osłaniać chciała mgłą tajemniczości. Nie ll1o
emy wszystkie- 
go rozumem dochodzić, są granice, na których koilCzy się 
nauka. . 


}\nło'1i Wysłouch. 



 
:{ 
--+- 


---- 


I) Ks. ltolewicz, lViatlomo
c! o cudownych obrazach, str. 8.
>>>
/. 
I, 


Ze skarb'cJów kościołów 
WILEŃSKICH i TROCKICH. 


Dla miłośnik6w archeologii kościelnej prastara Katedra 
Wileńska, licząca cały poważny szereg swych dziejopis6w, 
zawsze przedstawia wdzięczne do studyów pole, poniewa
 
dziś jeszcze niewątpliwie pierwsze w dyecezyi zajmuje miej
 
sce, pod względem liczby starożytnych zabytków. Wiadomo, 
że skarbiecjej był niegdyś nader bogaty i jeszcze pod konieC 
XVI wieku zawierał 230 samych złotych i srebrnych naczyń 
lub sprzęt6w. Obecnie, zdziesiątkowany i niemający nawet 
dokładnie opracowanego inwentarza, przykuwa atoli do sie' 
bie uwagę nawet uczonych cudzoziemców; tembardziej więc 
mamy się poczuwać do obowiązku bliższego zapoznania się 
z kilku chociażby najciekawszemi dla archeologa zabytkami' 
W wieku XIV, na Zachodzie, urządzanie du
ych rehkwiarzy, 
dla przechowywania szczątk6w świętych, zaczęło powoli wy' 
chodzić już z użycia, ponieważ same relikwie wciąż się roZ' 
drabniały na cząstki, o posiadanie kt6rych dobijały się nietyl. 
ko świątynie, lecz i najmożniejsze osoby. Powstał stąd zwy' 
czaj urządzania takich właśnie relikwiarzy, których sarI1 
kształt zewnętrzny przypominałby odrazu i wskazywał ich 
zawartość. Tak wi
c, dla przechowania głowy świętego luu 
ręki, i relikwiarze urządzano odpowiednio, w kształcie głowY 
lub ręki. Podobno jedynym w dyecezyi tego rodzaju zabyt: 
kiem jest relikwiarz św. Stanisława (fig. 1), w kształcie rękI 
srebrnej, pozłocistej, długości 40 centym., mającej na palcu 
pierścień biskupi z kamieniem. Jest to najdawniejszy za" 


L__
>>>
- m 
 


by tek skarbe:a, sięgaj
cy kOIica XIV wieku; przysłany zos- 
tał z katedry na Wawelu przy erygowaniu kościoła S. Sta- 
nisława w 'ViInie na fundamentach pogaliskiej świątym Per- 
h1l1asa. Cipkawy ten okaz średniowiecznego złotnictwa, zna- 
(fig. 1). 


, ' 


t 


I, 


. . 


c 
a 
t 


" 
, ,I. 


- 
., 


.
 , 
. . 
. = ':. I 


c 
ę 
I' 


.' , 
.
. . ,., 


... 
'\. 


'. 
, 


I. 


[1 
II 
II 
Y 

. 
;1 
LJ 


. . \.... . L..= ' :-x -. .. .... ' 
.. .
l "-"-. 
;;JI r. - ....... 
. ',' J 'J;; 


," . 
, 


Relikwiarz starożytny z cząstką rQki Św. Stanisława, Biskupa i Męczen- 
nika, ze skarbca Katel1ra1nego w Wilnie. 


L" 




 
u
 z inwentarza, sporządzonego w 1598 r. przez prałata 

Clusa, uległ pewnej przeróbce w pierwszej połowie XVIII 
"'leku, jak świadczą o tern dzieje kapitulne. Całunek (oscu- 
7
>>>
- 9R - 


lum), na stronie wewnętrznej I/;aprawiony szkłem kryszta- 
łowem, pokrywającem święte kości prawej ręki, od łokcia, 
pierwiastkowo miał formę krzy
a, nie zaś podłu
nego czwo- 
rokąta. iak obecnie. Od spodu przydaną r6wnie
 została, 
w kształcie wianka, rzeźbiona, srebrna osada, kt6ra zmieniła 
w części staro
ytny ('haraktf'r relikwiarza. 7, kolei bli
sz
 
(lig. 2). 


'.Olr 


'" 


.' , 


.v., 

" 
t. 


.. ,'):--' , 


'o 


"i
 


-"'E' \ .
 
, .t 


Kielich starożytny ze skarbca katedralnego w Wilnie. 


na siebie 
wraca uwagę znajdujący się w tymże skarbcu 
staro
vtny kielich (fig. 2), nieopisany w 
adnym inwentar
u 
i przysłany niewątpliwie po zamknięciu któregoś z kościołó
 
w kraju. O pochodzeniu jego nie rozstrzyga bynajmniej 
gotycki u spodu napis na wstą
ce, nie daj ący się dotąd od- 
czytać, a zagadkowość tę powiększa jeszcze brak na nirt1 
stempla cechowego lub oznaczenia wagi srebra, - po któ-
>>>
- 9U - 


rem, być mo
e, dałoby się odnaleść pochodzenie mistrza złot- 
nika kt6regoś z miast polskich, a mo
e i Wilna. - Bądź jak 
bądź, ten piękny i szlachetny wyrób niewątpliwie jest gotyc- 
kim, z kOlica XV lub początku XYI wieku, ma bowiem mo- 
tywa gotyckich skarpifilunków, między niemi - nodi pod 
110dusem, ezyli guzem ujęcia, - aczkolwiek koronkowość 

I spodu czaszy i it jour u podstawy świadczą o rodzących się 
JU
 wpływach ronesansu. Ubranie kamieniami nodusa, szli- 
fowanie i osada ich eharakteryzują, równie
 początek XVI 
Hulecia. Z innej strony, wnosząc ze znacznej szerokości 
"zaszy z góry w stosunku do jej głębokości, co charakte- 
ł'yzuje kielichy francuskie XIV wieku I), zdawałoby się 
111o
liwem odnieść go właśnie do tej epoki, a to tembardziej, 

e i półpostacie świętych '), na płatkach podstawy wyryte, 
ł-l1ają charakterystykę stylową nieco wcześniejszą, ni
 koniec 
stulecia. Wszelką atoli wątpliwość w tym wypadku usuwają 
g.otyckie motywa ornamentacyi nó
ki i wachlarzowa, sześ- 
()lopalczasta podstawa kielicha, powtarzająca się w wyro- 
bach złotniczych od połowy XV i przez cały wiek XVI. For- 

y bowiem gotyzmu w naszem złotnictwie jeszcze długo ist- 
llleją w wieku XVI, renesans zaś w swej czystości przycho- 
lzi do nas bardzo późno. . 
Ze wszech miar ciekawym i pięknym zabytkiem kate- 
halnego skarbca jest monstrancya "Gieranońska" (fig. 3), 
której pochodzenie jest znanem dokładnie z testamentu sa- 
(nego ofiarodawcy. Był nim kanclerz W. L. Wojeiech Gasz- 
told (t 1540), oj ciec pierwszego mę
a królowej Barbary. Podno- 
sZąc do stopnia kollegiaty, na mocy pozwolenia stolicy Apostol- 
skiej, kościół S. Mikołaja na zamku swego hrabstwa Giera- 
l1 01 iskiego, w powiecie Oszmiańskim, - Kanclerz hojnie go 
.zaopatrzył we wszelkie kosztowne sprzęty, naczynia i ap ara- 
t
, w liczbie zaś ich ofiarował monstrancyę "srebrną, pozło- 

lstą, wa
ącą grzywien pięćdziesiąt i sześć, dla wystawienia 


-- - 


1'1 li HistOl'ie de rOrf
vrerie par }'erdinand de Lasteyrie, membre de 
nstitut. l'aris. 1875 p. 15.4-158. 
i I{ t) Matki Boskiej, S. Józefa, g.
. Małgorzaty, Elżbiety, Barbary 
atarzyny.
>>>
- 100 -,- 


w znakomitsze uroczystości". Gdy w parę lat po ojcu ofia- 
rodawcy zszedł do grobu syn jego Stanisław, mą
 Barbary, 
ostatnia męska latorośl domu Gasztold6w, a Gieranony prze- 
szły na króla, monstrancya, razem z innemi aparatami. 


(fig. 3). 


i 


I.
 
"
. 
. ; -ł.
1 
: 
htJ . 
ł. I. -' " 

i
' 1 

.. \
 


:: 
' i 
 
tI 
n 
 


r 


I , 


. . :
. 
ł

V 
.
.. 


. _ł..'
 



 


. 
I 


Monstrancya "Gieranońska" ze skarbca Katedralnego w Wilnje. 


przeniesioną została z infulacyi Gieranońskiej do Katedry 
w Wilnie. Wykonana w stylu czysto gotyckim, wysokości 
1 metr, monstrancya wyjątkowo dzi
 tylko się u
ywa przy 
Grobach, w Wielki Czwartek. - Na podstawie jej, na wy
-
>>>
101 



2;ej powierzchni, po bokach, widzimy 2 tarcze herbowe czte- 
l'odzip.lne, z czt.erema herbami w płaskorzeźbie na ka
dej: 
lIabdank, Hippocentaurus, PłomieIlczyk i Druck l); między 
tarczami zaś płaskorzeźbione, symboliczne godła 4-ch Ewan- 
gelistów. - Rozszerzająca się nieco ku górze część misternie. 
rZeźbionego trzonu ma z obu stron równie
 małe tarcze her- 

Owe, z ojczystym Habdankiemj wyryta na tylnej tarczy 
liczba 1535 oznacza datę ofiary Kanclerza. Po bokach trzo- 
łlu, oparte głowami o podstawę, podnoszą, się do góry 2 wę
e, 
Illające szczyty ogonów zakończone kwiatami, zdają,cemi się 
podtrzymywać poprzeczne ramię rzeźbione. Na tem ostat- 
niem, z obu stron oprawy melchizedeka, wznoszą, się po 3 
Pary filarków, z kt6rych środkowe mieszczą pomiędzy sobą, 
2 posą
ki ś. Ś. Wojciecha i Stanisława. U góry, nad oprawą, 
2akreślona łukiem podstawa, ogrodzona dookoła drobnemi 
b
laskami, unosi na sobie posą
ek Bogarodzicy z Dzieciąt- 
kiem w promienieh. Za pomocą 6 słupków, z których kaMy 
lia środku sw,
j wysokości ozdohiony jest wizerunkiem świę- 
tego, podstawa ta się łączy z inną u góry podobną podstawą, 
stanowiącą WY
8Zą, kondygnacyę, na kt.órej się mieści minia- 
turowa figura Chrystusa. Wieliczą monstrancyę, ponad wi- 
2erunkami Zbawiciela i Święt.ych Biskupów, 3 igły gotyckie, 
2 których środkowa nieco wy
sza, zakOIiczona krzy
em, ze 
stoją,cemi pod nim Bogarodzicą i Ś. Janem, boczne zaś-anioł- 
ka!lli, trzymająeymi chorągiewki, od których pozostały 
QZIŚ tylko jedne drzewka. Pomimo ściśle zachowanego 
'\V Szczegółach gotyckiego stylu, i w tym zabytku równie
 
Pasek na podsta wie a
urowy, a w części i motyw w skręcie 
'\Vę
owym zdradzaj
! jU:2; nowy kierunek epoki odrodzenia. 
'V stąpmy jeszcze na chwilr do zakrystyi kościoła po- 
bernardyIiskiego, pod wezwaniem Ś. Ś. Franciszka i Bcrnar- 


-- 


I) Habdank - Gasztoldlhv; Hippocentaurus - kniaziów Holszańskich 
tTrabsuich) - herb matki; Płomieńczyk-Dowgiełłów, herb babki po ojcu, 

 Druck-Kniaziow Druckich babki po matce. Wizer. i Roztrząsania naukowe. 
OCzet nowy drugi. Wilno, 1841 str. 149, t. 22. Kniaziowie Litewsko-Ru- 
Scy od Końca XlV wieKu. Józefa WoItra. Warszawa ]8
15 r. str. 5R i 98.
>>>
- 102 - 


da, dla obejrzenia przeehowuj,!cych się w jego skarbcu dwóch 
staro
ytnych, przepięknych relikwiarzy. Pomimo historycz- 
nej wartości tych szacownych pamiątek, jeden z relikwiarzy 
jest nadto wielce ciekawym i rzadkim dla archeologa okazelI1 
dawnej sztuki nakładania szkliwa, czyli emaljerskiej. Oby- 
(Pff. --Jt 


" 


, " 


r"
".' 


, 
J, 
, 

 


t 


..... 
 


.' 
,," .. 


Relikwiarz złoty z cząstką prawdziwego drzewa Krzyża Ś-go w kościele 
Bernardynów w Wilnie. 
tms
{Upa Jerzego 'TYfi'7kiewicza.) 


dwa mają k8złalt krzyż
, z ktl)rych w jednym znajduje siQ 
cząstka drzewa Kl'zyża S-go, w d1'llgim zaś cząstka Krwi prze
 
naj świętszej Chrystu
a Pana. Pierwszy z nich, wysokośCI 
24 c., (fig 4), ma całą przednią stronę, do połowy dolnej częś- 
ci pionowej, z kryształu, przez który w środku widzieć się daje 
mniejszy krzyż metalowy, z wyrytą na nim figurą UkrzyM'
>>>
-- 103 - 


Wanego. Połą,czenie poprzecznych ramion z pionowem' po- 
krywa metalowa klamra, umocowana 4 śrubkami i mają,ca 
na rogach ostrza, w kształcie lIści. - Część dolna, pionowa, 
zakończa się wę
szą n6
ką, mającą u góry, pod kapeluszem 

ardynalskim, wyryty herb Leliwy, ótoczony łacińskiemi 
I?icyałami Jerzego Tyszkiewicza, biskupa Żmudzkiego. Gdy 
SIę tę nó
kę wstawi do odpowiednio urządzonego metalowe- 
(fig. 5), 


.: 

 


l{elikwiarz :duty z cząstką prawdziwej Krwi przenaj"jwiętszej w kościele 
Bernardynów w Wilnie. (Biskupa Jerzego Tyszkiewicza), 



 


go futerału, herb się całkiem zakrywa. Z przodu część me- 
talową ornamentuje delikatny rysunek z liści i kwiatów, 
g
awerskiej roboty, odwrotna zaś strona jest gładka, z na- 
IHsem łaciliskim, treści religijnej. - Nader cennym okazem 

rtystycznego szkliwa jest drugi relikwiarz (fig. 5), ma- 
Jący wysokości 25 i szerokości 16 centym. R1.miona krzy
a
>>>
- 104 - 


łączą się tu z czę
cią pionową, za pomocą pewnego rodzaju 
okucia, mającego w 
rodku pró
nię, zaprawioną z obu stron 
szkłem kryształowem, przez które widzimy miniaturowy kie- 
lich. Zdobią to okucie po rogach 4 naturalne ostrza gór- 
nych kryształów, niby promienie, a po wierzchu upiększa je, 
równie
 jak i podstawę krzy
a, rysunek grawerskiej roboty, 
o motywach ro
linnych. Poza tern, całą przednią stronę 
relikwiarza pokrywa przepyszne szkliwo, na złotym podkła- 
dzie, w kwiaty i li
cie, o świetnych barwach purpurowych, 
niebieskich i białych, Odwrotna strona z kryształu, przez 
który, na tle zielonem, widzialne są godła Męki Pallskiej. 
Za metal do relikwiarzy u:
yto złota wysokiej próby. Żad- 
nych zgoła nie mamy wskazówek ani co do nazwiska mistrza 
artysty, ani co do czasu i miejsca wykonania tych relikwia- 
rzy. Byćby mogło, i
 jakiebądź odnośne 
lady pozostały 
w papierach po biskupie wileńskim Jerzym Tyszkiewiczu 
(t 1656), lecz wobec ucieczki jego w 1655 r. do Królewca, nale- 

y wątpić, czy takowe ocalały. Bądź jak bądź, niewątpliwie 
te artystyczne zabytki powstały w epoce najwy
szego 
rozkwitu renesansu włoskiego, w początkach XVI wieku. 
Z przechowującego się atoli w zakrystyi ko
cielnej pergaJ 
minu, mamy za to mo
ność poznania osoby ofiarodawcy 
i okre
lenia (zasu, w którym relikwiarze ofiarowane zostały 
bernardynom wileńskim. Ka
dy z nich się mie
ci w osob- 
nej szafce, o dwojgu drzwiczkach, stojącej na podw:r
szeniu 
o trzech stopniach. Szafki są ociągnięte aksamitem purpuro- 
wym, na którym wewnątrz haft, złotem bogaty, a nad niemi 
ornament srebrny, wyobra
ający dwóch cherubinów, dzier
ą- 
cyeh aureole, w których widzimy nad jedną Zmartwychwsta- 
nie Pańskie, a Imię Jezus nad drugą. Na dolnym stopniu 
szafki, przechowującej krzy
 emaljowany, przytwierdzono 
z przodu dwie srebrne wyzłacane małe tarcze, z herbem ,,\V Qd- 
wiez" na jednej, - i "Lisem" czyli "Bzurą" na drugiej; druga 
za
 szafka, opatrzona podobną, pojedynczą tarczą z "Pelika- 
nem". Następne inicyały łacillskiej otaczające herb "Wod- 
wicz:" A. N. Y. M. D. L. L. P. M. Ż. S. C, i polskie naokoło. 
..Lisa": T. S. P. W. X. L. L. P. M. S. Ż. S., dopełniając treści
>>>
--- lU5 -- 


będącego w mowie pergaminu, dokładnie wyjaśniają epokę 
Qarowizny. Krajczy litewski Władysław Tyszkiewicz, syn 
.Ą.ntoniego Jana, Marszałka Litewskiego, odziedziczywszy 
telikwiarze po stryju swym, biskupie wilełiskim Jerzym, da- 
rował je, w 1667 r., bernardynom Wileńskim, w kościele któ- 
t
ch sam został następnie pogrzebionym (1684 r.). Schowa- 
nIe dla jednego z nich czyli szafkę bogatą własnym kosz- 
tem Sporządzili i opatrzyli swemi herbami Aleksander Naru- 
szewicz (herbu W odwicz) podkanclerzy litewski, Luboszań- 
ski, Pieniański, Miadziolski, Żołudzki i Szereszawski starosta, 

 1868 r.) i 
ona jego Teodora Sapie
anka (herbu Lis), córka 
awła Sapiehy, 'Vojewody Wileńskiego i hetmana W. L., 
k
óra następnie wyszła za krajczego Władysława Tyszkie- 

Ieza. Otaczające ,.Pelikana" na innej tarczy litery: S. H. 
. P. S. W. X. L. 'V. S. - tłomaczą, 
e ofiarodawcą, był Sa- 
łb.Uel-Hieronim Kociełł, pisarz Skarbowy W. X. L. Wojski 
Starodubowski, lecz zgoła nie wyjaśniają stosunku jego do 
POprzednich, wymienionych osób. - Skąd inąd zresztą wie- 
ł11y, 
e hetman Paweł Sapieha dał sute dowody swej 

dzięczności panu 'Vojskiemu, "w rekompensę wyświadcze- 
nIa dobrej i 
yczliwej przeciwko sobie przyjaźni". Być więc 
łno
e, i
 sporządzeniem tej pamiątki dla relikwiarza chciał 
II: Rociełł spłacić, chocia
 w małej cząstce, dług wdzięcznoś- 
()I c6rce swego przyjaciela, za hojny, niegdyś od niego otrzy- 
łb.any, w postaci dwóch wiosek, podarunek I). 
Oglądając staro
ytne pamiątki świątYłl wileńskich, nie- 
POdobna pominąć i poblizkich Trok, gdzie fundowana w 1409 
toku przez Vvitolda fara, pomimo licznych wojen i spusto- 
sZeii Ubiegłych wieków, przechowała dotąd w swym skrom- 

Ym skarbcu kilka godnych uwagi 
archeologa zabytków. 
?chodzenie ich atoli, dla braku jakichbądź świadectw piś- 
ł11lennych, pozostaje dotąd niewyjaśnionem. W liczbie tych 
P
zedmiotów pierwsze zajmują miejsce 2 korony, wieńczące 
niegdyś głowy Bogarodzicy i Dzieciąt
a Jezus w staro
yt- 
---- 
i I) Powiat Oszmiański. Materyały do dziejów ziemi i ludzi zebrał 
wYdał Czesław Jankowski. Peter"burg i Kraków. 1990 Część I str. 307.
>>>
- 100 


I; 


nym obrazie wielkiego ołtarza, które podanie nazywa Wi- 
toldowemi Koronami, odnosząc je, oczywiście, do czasów 
jego panowania. Właściwem tu może będzie przypomnieć 
zapisane w kronice fary, w początku XVIII wieku, podanie 
o pochodzeniu samego obrazu, który zasłynął, jako cudowny, 
około 1600 roku. - Według tradycyi, miał to być ten san} 
obraz, który niegdyś cesarz byzantyjski, Jan Komnen, zwr 
ciężywszy Hunnów i Persów, wprowadził uroczyście do Ca- 
rogrodu, na srebrnym wozie, ciągnionym przez 4 białe konie. 
W dalszym czasie - opiewa podanie - obraz ten był daro- 
wany przez cesarza Manuela II Paleologa Witoldowi, z oka- 
zyi chrztu jego w 1386 roku. - Atoli samo podanie o daro" 
wiźnie Witoldowi tego (Jbrazu nie potwierdza się zgoła żad" 
nemi świadectwami spółczesnych iub późniejszych kronikt\- 
rzy, u których nie było w zwyczaju przemilczeć o podobnych 
wypadkach; lubo skądinąd możnaby z łatwością przypuścić 
sam fakt darowania obrazu przez ostatniego z Paleologó\\", 
który, będąc zagrożonym od Turków, wszędzie szukał w Eu" 
ropie ratunku. Zauważyć jeszcze należy, iż ta sama tra- 
dycya podarunku cesarza Paleloga - wiąże się z innym jesZ' 
cze, niedużym obrazem Bogarodzicy, zawieszonym u gro' 
bowca Witolda w Katedrze wileńskiej. r.!'en ostatni obra
 
zek w swoim czasie był przedmiotem studyów b. Komisyl 
Archeologicznej Wileńskiej, i przeszlo 4 wieki wisiał w k05- 
ciele Benedyktynów, w Starych Trokach, fundowanym róW' 
nież przez Witolda, a po skasowaniu jego, przeniesionym zoo 
stał, w 1844 r., do katedry wWilnie.-Bądź co bądź, to jednO 
nie ulega wątpliwości, iż korony Skarbca trockiego, o boga: 
tej ornamentacyi i artystycznem wykOliczeniu, mogły byC 
ofiarowane tylko przez jakąś wysoko bardzo stojącą, osobę ł). 
Korona Bogarodzicy, (fig. 6). szczerozłota, szerokości 31 i wy- 


I) Na starożytn
'm 8zt.ychu obrazu :\1. B. TI'ockiej, wydanym wf! 
Wrocławiu przez Bartłomieja Strachowskiego, wkrótce po koronacyi olJrB- 
zu, w 1718 r., z rozporządzenia Papieża Klemen!Oa XI, widzimy 2 calkie
 
odmienne korony. Patrz: Dzieje Dobroczynności krajowej i zagraniczneJ- 
Wilno, 1822. p. 127:!.
>>>
'- 107 - 


l- 


S
ka na 21 c., składa się z górnej części i dolnego pasa, który 
Slę dzieli na 3 inne mniejsze. Na najni
szym pasku matowym 

Inocowano 3 takie
 kwiatki, mające kaMy w środku gwiazd- 
ę z rubina, osypanego granatami. W środkowym pasku - 
(fig. 6). 



 


. 


-a7 
3ii 
rJ 
o 
i:Q 
3ii 
.... 

 
:la. 
=,..c:: 
a 
 
.E;
 
o
 
g,
 
CD 
s::: o 


 
"::!.9 
=' CIS 
.= 
o e 
'Q
 
. Po 
'" 
 

o 

 -fj 
O'rJ 
"CI o 
'0.:01 
:=: :=J 
;:::,8 
: a 
CIS.!III 
_ 'D 

 
 
o 
.:ot 

 
s::: 

 
.", 
o 
.. 
'" 
w 


" 


'. 


,. 


,. 


" 
..
' :ł;- 
.... "- ,- 
-.-
'\.... 
, ... ',-, ". . 


 .,""\, "..., 
_ 'c.
 

.i ... 


:.,\;:" 


" 
I' 


I. 


" 
11 
C 


.,.,
-. ". 


.. . 


;o 


. 


". l 


L' 


" 


.". 



-_r.. 


,- 


" 
'. 


. 
 


,- 


:T 


,. 


.' 


'\ 
" 


;,.. 


o 


. 
.... . - -..,... 


t; 


'łł
.: 


I. 


IJ 
L' 
(I 
j. 


ornamcnt w kształcie wychylonych, trójkątnych liści, o czar- 
l1enl i nicbieskiem szkliwie, oddzielonych od sieLie skośnemi 
rZędami misternych perełek; na WY
SZYlll zaś widzimy szereg 

YchYlonych listków lilii, en relief, pokrytych szkliwem 
)Rrwy szafirowej, białej i zielonej. Każdy listek ozdobiony
>>>
- 108 - 



porą perłą, a dopełniają całości 4 gwiazdki równie
 z rubin iJ 
i pereł. - Między gómym i środkowym paskiem 3 gwiazd! 
z rubinów, od których się zwieszają po 2 du
e perły; na kon' 
cach - 2 takie
 mniejsze gwiazdki. Górna część korony, 
matowa, pokryta czarno szmelcowaną siatką; poprzeczno 
()bramowanie i pasek tworzą pojedyncze, w złoto oprawno 
rubiny, w kształcie tasiemki, ogarnirowanej drobnemi perłl'- 
mi. Widoczna, i
 cały kontur był niegdyś ozdobiony perll'- 
mi, z czego nale
y wnosić, 
e i krzy
 na niej, dziś odłamany, 
l'ównie
 był z drogich kamieni i pereł. Korona Dzieciątk
 
Cfig. 7). 


I "
I 



""" 


. - ,,".' . 


'\ 
,:; 

 


p p 
.. 

 


"" 



 ,--, 



 


.,"
 


Staro
ytna korona Dzieciątka Jezu!O do cudownego obrazu Matki Bos- 
kiej w skarbcu kościoła parafialnego w Trokach. 


.J ezus (fiig. 7) matowa, szczerozłota, trzyma szerokości 15 1 /.. 
i wysokości z krzy
em 10 1 / a c. Pokrywa ją prawie całkie)11 
delikatny, filigranowego wywbu ornament, o nader wytwor- 
nym rysunku. Zdobią w środku koronę 3 rozetki, o bia- 
łem i bladoniebieskiem szkliwie, a po brzegach i środ- 
kowych paskach - takich samych mniejszych 20. Jabł- 
ko pod krzy
em, nad koroną, ciemno-szafirowo szmelcowi!" 
ne, z Młtym paskiem poprzecznym. Zastanawiając się 
hli
ej nad kształtem korony większej i zapo
yczonyJ11 
z flory motywem jej ornamentu, właściwym renesanso- 
wi włoskiemu, nale
y przypuśeić, 
e mamy do £'zynie"
>>>
lOU - 


[111 
i)' 
,II' 



ia 
 wyrobem mistrzów złotników toskańskich drugiej po- 
oWle XV wieku, którzy w swych szeregach liczyli najpierw- 
s
Ych swego czasu artystów. Co do mniejszej korony, zdaje. 

lę, i
 z większem prawdopodobieństwem mo
naby wnosić, 
e 
Jest dziełem zlotników weneckich, co ju
 w XII wieku głoś- 
llo słynęli ze swych subtelnych, filigranowych wyrobów I). 
(fig. 8). 


IY' 
Ile 
[le 
111' 
,1\" 
y, 
(1\ 


;
, 


- .... 


:-.;:0.... . 
.,... 


:;j, .
 


.. 
'''I. 
-
. 


j' 


ł. 


.. . . 

:':
\ .\;: 


" 


11 
['o 
.0 
io 
ł" 


Monstrancya starożytna w kościele parafialnym w Trokach. 


L' 


j Zanim ojmścimy zakrystyę fary trockiej, poświęcimy 
:szcze chwilę bliższej uwagi staro
ytnej monstrancyi (fig. 8),. 
r 'ykonanej ze srebra i w części ze złota, przez nieznanego 
:Wllież artystę. Wysokość jej 74, a szerokość 37 c. Opra- 
a. nlelchizedeka ma kształt serca, ozdobionego obwódk/ł, wy- 
----- 
I) Histoh'e de l'Orfevrerie - par F. de Lasteyrie. p. 139, 191, 213. 


ę 
(I 
'0
>>>
110 - 


'/ 


sadzaną brylantami, perłami i rubinami. "\\' okrąg strzelaj/! 
od niego promienie, na których widzimy w górze, nad sa
/! 
oprawą, siedzącego na gnieździe pelikana, karmiącego PIS" 
klęta! nad nim zaś, - co udró
nia właśnie tę monstrancyę 
od innej, nieco podobnej do niej, zw
nej "Pacowsk
", 
w katedrze w Wilnie, - orzeł dwugłowy Swiętego Państ"W 11 
Rzymskiego, wysadzony całkiem rubinami, ze szmał"agde
 
w środku. Na odwrotnej stronie ten niewątpliwie rakusj{1 
orzeł ma czarno-białe ze szkliwa upierzenie, na piersiach jegO 
wizerunek Bogarodzicy z Dzieciątkiem, w pół postaci, a )111 
skrzydłach miniaturowe postacie Świętych. Nad orłem, pod" 
trzymywany przez 2-ch cherubinów, wznosi się Bóg-OjcieC 
w obłokach; całość zaś zakończona jest u góry złotym krzy- 
zem w aureoli, mającym w środku mały krzy
 koraloW
 
z dyamentami. Z boków dwaj aniołowie dzier:2;ą godła Męj{' 
Pańskiej, a pod oprawą postal} Bogarodzicy w obłokacb, 
en ?"elief, z rękami na piersiach skrzy
owanemi. Srebrne ga" 
łązki o liściach, kwiatach i wieszadełkach ozdabiają równie
 
boki; kwiaty pokryte są szkliwem barwy zielonej, niebieskiej 
ł bladoMłtej. Monstrancyę podtrzymuje postać Archanioła, 
stojącego na podstawie, mającej z przodu w płaskorzeźbie 
wizerunek Ś. Jana Ewangielisty, na odwrotnej stronie 
dokładny wizerunek M. B. Trockiej, z boków zaś 2 gł6":' 
ki aniołków (au repousse). Ornamentacya z kwiatów i liścI, 
w stylu renesansowym, i dwugłowy orzeł rakuski _ pro' 
wadzą do wniosku, iż mamy przed sobą równie
 dzieło 
sztuki włoskiej, z końca XV lub początku XVI stulecia. 
Coby zaś miał tu właściwie oznaczaś orzeł dwugłowy _ to 
stanowi zagadkę. Nie kusząc się o jej wyjaśnienie, pozwa' 
lamy sobie atoli postawić pytanie, czy nie mo
naby przY' 
puścić, 
e za sprawą znanej ze swych hojnych ofiar i upięj{' 
szeil kościołów królowej EI
biety, "matki Jagiellonów" -:' 
monstrancya była darowana farze tl'Ockiej przez jej stry
!I 
niegdyś opiekuna, cesarza Fryderyka III? W szak
e Troki,' 
ulubiona rezydencya Kazimierza IV, w owej epoce był)' 
dobrze znane na Zachodzie, i w tym wypadku dałby się zUO 
pe
nie tłomaczyć brak na monstrancyi rodowego herhu rfi' 


,I
>>>
111 - 


ją 
Ją 
iso 
Vę 


kuskiego, odznaczającego wszystkie dary pobo
nej kró- 
1?'\Vej I). Ta wreszcie okoliczność, i1; na stopie jej znajduje 


ę dokładny wizerunek obrazu Bogarodzicy Trockiej, zdaje 
s
ę stwierdzać inne przypuszczenie, 
e monstrancya umyśl- 
ole dla kościoła Trockiego wykonana została. 
}\azilT\ierz p. 


,. 
, I 

11 
111 
Id 
TO 
, 
111 
d- 
BC 
f 
,y 
Id 
h, 
a- 
3
 
ej 
8-, 
ie 
ie 

. 


Wilno. w Lutym 189
 r. 


__.'[C.__ 


}1, 


o- 
to 
a. 

O 
8-' 
r- 
It' 


.... 


in 


I,' 


J 
tJ. 
a' 


---- 


\J . . I) Bazylika Litewska, przez A. H. Kirkora. członka nadzw.; Akad. 
II1leJęt, w Krakowie. Krak6w. 1886 str. 60.
>>>
Zbliżenia Litwy z Zachodem 


za dJrendo[ja i Gliedumina. 


1'0 jednej .tronle blyazcz,! 6wl"tyó nczy!y 
J IIzumllł l..,. pomieszkania bogów, 
Po drugiej .tron!. na pKlrórku wbity 
KrzJ
, I'odla 'Niemców, czoło kryje w niebie,.. 
Hrożne ku IJitwle wJcił\ga 'Bmjona, 
Jak gdyby wlzY8łkfe ziemie Palf'llIona 
Chciał . góry obj,!ć I garn"ć pod .jeble. 
A01łrad Wallellrod. 


Zadumawszy siQ nad przeszłością i okiem, pełn(,l
 
szlachetnego pragnienia wiedzy dawnego 
ycia, przeni- 
kając w te dalekie wieki, dostrze
emy przypominany ogól- 
nie fakt wielkiego znaczenia, 
e ów krzy
, "godło Niemców", 
jak go nazywa poeta, ju
 na sto trzydzieści lat przed Jagieł- 
łą był celem myśli i pragnień dwóch najpot£2niejszych wład- 
ców, jakich Litwa wydała, 
e ju
 wtedy jak widzenie wśród 
lasów, "bogom" poświęconych, wzniósł się na ziemi litewskiej 
kościół prawdziwego Boga - a zbudowały go ręce tego2 sa- 
mego narodu, który niebawem powrócił znowu w mroki i puP 
stynie pogaIlstwa. 
W historyi powszechnej fakt odtrącenia od chrześcij al)- 
stwa całego narodu przez chrześcijan, i to w epoce ogólnej 
gorliwości misyjnej, jest wielką na szczęście rza(]kościl!- 
Rys to nadto uwłaczający naturze ludzkiej. Fakt ten jedna
 
spełnił się nad błQkitnemi wodami Niemna i 'Vilii, w drugiej 
epoce cywilizacyjnych dą,
eń Litwy, mianowicie za Gied
- 
mina. I historya tych pasowań się jest pełna tragicznokl.
>>>
- 113 - 


Jest w niej pragnienie i silna wola władcy, dążącego do po- 

ądanego celu, jest ciche, poniewolne zgodzenie się posłusz- 
nego ludu, jest niezliczone stawianie zawad, wreszcie wysiłki 
kłamstwa i przemocy przez potę
ną grupę judaszowych 

hrześcijan, swobodnemu nawróceniu się młodego pogań- 
skiego narodu systematycznie przeszkadzaj ących, jest wresz- 

ie obezsilenie tego narodu i jego króla w nieustającej walce 
uPadek na duchu i złamanie szczytnych zamiarów i nadziei. 
Spojrzymy naprzód na tragedyę dziejową Mendoga. 
Rozwaźaj!c historyę działań misyjnych Zakonu Teu- . 
tOńskiego na północy, zobaczymy 
e celem jego było przede- / 
WSzystkiem podbicie ogółu krajów nadbaltyckich, odebranie 

olności zamieszkałym tam narodom pogałiskim, powalenie 
Ich do stóp swoich i dopiero wówczas nawrócenie. Plan ten 
dał się przeprowadzić Krzyżakom z J aćwieżą i z Prusakami, ale 

dy te obie gałęzie szczepu litewskiego cierpiały, łamały się 
l padały w nierównym boju, tymczasem osłoniona przez nie 
Litwa rosła, skupiała siły i nie zamierzała wcale pójść w śla- 
dy zgnębionych pobratymców. 
Pierwsze ważniejsze start
iesię Litwy z Zakonem, a na- 
Przód tylko z Zakonem Kawa.lerów Mieczowych, było w głoś- 
nej na całe wówczas Niemcy bitwie pod Saule w roku 1236. 

ielkie i niespodziane zwycięstwo, odniesione wówczas przez 
nIeznanych puszcz mieszkańców, zdumiało Europę; nadzwy- 
CZajna też była porażka Zakonu, który liczne hufce zwoła- 
nYch i sproszonych gości zagranicznych, wiódł jakby na ucie- 

.hę w głębię puszcz, za Dźwinę. Podania mówią że na czele 
Itewskiej siły stał Ringolt, pierwszy W. Książe. Kwiat ry- 
Cerstwa niemieckiego legł na placu boju, ciało Mistrza V 01- 
}Win a leżało między zabitymi, ledwo dziesiąty człowiek zdo- 
ał ujść z pogromu I). 
To zwarcie się, nad wszelkie oczekiwanie szczęśliwe, roz- 
Poczęło szereg walk blizko dwuwiekowych. Natychmiasto- 
We jednak skutki bit.wy pod Saule złe były dla Lit.wy, po tej 
----- 
'l' l) Oprócz źródeł krzyżackich, latopisy: Nowogrodzki I, Troicki. 
Werski. 


8
>>>
- 11-1 - 


to bowiem niemieckiej klęsce oba zakony Mieczowy i Tell' 
tOliski podały sobie ręce i okrą
yły Litwę groźnym łukieJll 
z północy i zachodu. 
W piętnaście te
 lat potem znajdujemy ,y tych stronach 
o wiele na niekorzyść zmienione okoliczności. Nad Litwf! 
panuje Mindowe, pierwszy historyczny W. Ksią
e, aczkolwiek 
miał ju
 w rodzie swoim potę
nego poprzednika l). Drobni 
ksią
ęta, zmuszani dolenniczej uległości silną jego ręką, burzą 
się przeciw jego zwierzchnictwu. 
W r. 1249 a) dwaj synowcowie W. Księcia, Towtywiłł I 
i Edywid, zbuntowani i zato wygnani przez Mendoga, ucho' ' 
d.zą z kraju, aby doń wrócić z naprowadzonymi nieprzyjaciół- 
mi. 'I'owarzyszył im jeszcze jeden rodu wysokiego malkon- 
tent, Wikint, ks. żmujdzki, jak widać z napomknień kroniki, 
mąż nader dzielnego ramienia, Nietrudno było rokoszanom 
pobudzić sąsiadów. Wstał dumny Daniel halicki, zdawna, mi. 
mo przeciwnych pozorów, przeciwnik Mendoga: uderzył na 
':Vołkowysk, Słonim, tak, i
 z ziem Rusi Czarnej jeden Nowo' 
gródek ocalał przy Litwie. Jadźwingowie, Ruś, Połowc)' 
nawet, wiedzeni przez Towtywiłła, rozpuścili zagony. Żmuj' 
dzini, wówczas słabo jeszcze połączeni z Litwą, szli przeci\\" 
Mendogowi pod wodzą Wikinta. Wojna ze wszech stron ogarnę" 
ła państwo Mendoga. Najgroźniejsze było najście Andrzeja 
von Stirland, mistrza kawalerów Mieczowych. Zaleli Niemcy 
północną stronę Litwy i okrą
yli zamkniętego w obronnym 
zamku Mendoga. Nie zdobyli wprawdzie zamku, trapieni 
byli przez wycieczki z twierdzy, lecz rozpostarli mord i spu' 
stoszenie tak daleko, jak nigdy, w głąb litewskiej krainy. "Bi- 
to lud jak bydło" powiada współczesny niemiecki kroni- 
karz B). Zawrócili potem rycerze na Żmujdź, której te same 


I) Scrip. rer. livon. J, 630 ze słów TrojnaŁa. 
2} Daty i wiele ważnych faktów wyjaśnił lub sprostował JuljUSZ 
Łatkowski w pięknej pracy swojej p. t. l\1endog król I,itewski. Krakó
 
1892 r. 
3) Reimchronik. Scrip. re. liv. I 580.
>>>
115 - 


II 


krwawe dary przynieśli, w drodze powrotnej niesyte miecze 

kąpali jeszcze we krwi wciąż powstających Żemgalów, 
I Wreszcie zwycięsko powrócili do Rygi. 
. Przepaść otwierała się pod stopami Mendoga. TowtY-1 
WIU w Rydze przyjął chrześcijaństwo i dążył do tronu, jako 
przyszły chrześcijański władca Litwy, popierany przez Ar- 
CYbiskupa Rygi i Zakon; tylko równie śmiały a stanowczy 
krok mógł Mendoga i jego państwo ocalió. Po krótkich 
traktowaniach przez poselstwa z mistrzem Andrzejem 
OŚWiadczył władca Litwy, że gotów jest pochylić głowę pod 
2drój wody chrzestnej. 
Tak więc powody polityczne stały się bezpośrednią po- 
?U?ką pierwszego wejścia Litwy do społeczności chrześci-/ 

anskiej. Dalsze dzieje okażą, że czyn Mendoga był szczery 
I 
e dążył on wytrwale do nawrócenia całego narodu. 
Mistrz Andrzej von Stirland należy do nielicznych szla- 
Chetnych postaci wśród krwawego rycerstwa Zakonu; więcej 

 nim chrześcijańskiego rycerza, niżli Krzyżaka. Zamias
 
Intryg z Towtywiłłem przeciwko wielkiemu księciu, Mistrz I 

2czerze się ucieszył z usposobienia Mendoga i, postawiwszy 
Jako warunek wiecznego pokoju miQdzy nim a Zakonem nie- 
?dl11ienne i rychłe chrztu przyjęcie, obiecał Mendogowi wy- 
Jednanie w Rzymie królewskiej korony. 
Chrzest Mendoga, jego mał
onki Marty, dwóch młod- 
8z 
'Ych synów wraz z orszakiem dworzan, przykład monarchy 
l1aśladujących, odbył się na początku 1251 r. w ówczesnej re- 
?dencyi Mendaga, której nie wymieniają dzieje. Działo się 
o. pod protektoratem mistrza Andrzeja, który wraz z ducha- 
;Ieństwem i rycerstwem przybył do Litwy w tym celu. Po 
. okonaniu świętego obrzędu, Mendog z pomiędzy męMw swo- 
I
h Wybrał naj zdolniejszego, ny go nad poselstwem do Pa- 

Ież
 przełożyć, i niebawem posłowie litewscy pospołu z "i n- 
I;nckillli,jadąc przez Rygę, udali się do Papieża Innocentego \ 
)' do Medyolanu. Przyjęcie nowego ludu do liczby naro- 
p O'v chrześcijańskich odbyło się z rozgłosem, jaki temu wy- 
adkowi nadać mogły liczne. bulle papieskie. Papież Inno-
>>>
- 116 - I 
centy IV w bulli, wydanej na imię Mendoga 15 Lipca 1251 r. 1), 
oświadcza mu wielką radość z jego nawrócenia i przyjmuje 
królestwo jego pod opiekę Stolicy Apostolskiej. W bulli 
drugiej tego
 roku, na imię Henryka, biskupa ChełmińskiegO, 
którego papie
 uczynił swym legatem, rozkazuje temu
 na- 
maścić i koronować Mendoga na króla "całej Litwy," z wa" i 
runkiem podległości jego, tudzież jego następców Stolicy 
Apostolskiej. W trzecim liście, do biskupów: ryskiego, 
dorpackiego i oeselskiego, nakazuje tym
e, aby "w zamiaracb 
Mendoga nawracania poddanych jego na wiarę świętą spi e ' 
szyli mu z pomocą." W czwartym nakoniec liście, zawsze 
tego samego roku, do gorliwego organizatora chrześcija ll ' 
stwa w nowej krainie, biskupa Chełmi{lskiego, zaleca temu
, 
"aby, upatrzywszy człowieka godnego i roztropnego, oral! 
biegłego w sprawach duchownych i świeckich, a do paster" 
stwa zdolnego, przeło
ył go biskupem nad Litwą." 
Tymczasem wypadki wojenne na południu i na zachO" 
dzie szły swoim trybem i ciężkie walki musiał odbyć Men' 
dog, zanim pokonał przeciwników i o przyobleczeniu nowegO 
dostojeństwa mógł spokojnie pomyśleć. 
Uroczystości naj świetniej szej , jaka kiedy była w Lit. 
wie 2), obecnym był znowu mistrz Andrzej z rycerstw ef1l 
!-iwojem, biskup Chełmi{lski Henryk z duchowie{lstwem in" 
flam'kiem, wśród którego był niechybnie powiernik i kat
' 
chet.a Mendoga, Chrystyan, później pierwszy biskup litewski. 
Hufce surowych wojowników Mendoga, tłumy ciekawegO 
ludu musiały uczestniczyć we wspaniałym obchodzie. J{0' 
ronę na głowę Mendoga i 
ony jego Marty wło
ył bisktJP 
Chełmiński. Dotacya katedry biskupiej litewskiej zostal1 1 
dukonana i dyplomatem potwierdzona. 


I) Theiner, Vetera monumienta I 49,50. ClI. CIV. CV. CVI. 
2) Miejsce koronacyi Mendoga dotąd w niepewności pozostl1jiJ. 
Z czterech punktów, w których ten wielki wypadek widzieć chciano: Kie
' 
nów, Naujas.pillis, Woruta, Mowogródek, pierwsze trzy przedstawillJą 
równe prawdopodobieństwo; Nowogródek miński, j:łko bardzo odleg 1f 
i nierlawną wojną objęty, musi być wykluczony. Najprawdopodobniej9
1I 
data koronacyi: r. 125:1 w lecie.
>>>
Zło, które powoli poczl,]ło niszczyć to naj piękniejsze 
dzieło w dziejach Litwy, a
 je doprowadziło do zupełnego 
u..Pa.dku, leżało zarówno w chciwości terytoryów ze strony 

rzYbckiego Zakonu i srogich sposobach jego postępowania, 
Jak w zwyczaju ówczesnym dzielenia się ziemią i oddawania 
razem z krajem ludu na nim zamieszkałego pod rządy obce. 

endog musiał wynagrodzić Zakon Krzyżacki za wyjednaj 
?le mu korony i pomoc przeciw nieprzyjaciołom domowyrrl 
l zewnętrznym, nadał mu przeto ziemie, leżące na opornej 

mujdzi, jak to dyplomat nadawczy wykazuje: połowę R)- 
SIeI). (t. j. obwodu rosiliskiego) połowę Ejragoły, połowę Be- 
tygołYi drugą połową Rosieil i Betygoły obdarzył pier- 
WSzego biskupa swego kraju Chrystyana, biskup zaś, 
ustępując swoje dziesil,]ciny w kraju, danym zakonowi, 

ądał odełi obrony i opieki. Ludu wcale nie brano 
W rachubę, a mieszkał na tym starym gruncie swoim 
naj zawziętszy, naj twardszy i razem naj dzielniejszy z lu- 
dów litewskich - Żmujdzini. 
Cudzych rządów nie znosił lud, który miał w swoich 
wspomnieniach takie zwycięstwo, jak pod Saule l). Skoro 
więc z Mendogiem nastał pokój, a na dworze jego gościli 
księża i rycerze, na Żmujdzi zawrzała wojna i pożar ten nie 
gasł, ale rozszerzył się niebawem na pobratymcze ziemie, 
obarczone władzą Krzyżaków. 
Do ostrego postępowania Zakonu na Żmujdzi, wiodą- 
Cego za sobą dla obu stron najgorsze skutki, przyczyniła się 
ta okoliczność, że w lat niespełna parę po koronacyi Mendo- 

a.' ustąpił z mistrzowstwa dzielny i łagodny Andł'zej von \ 
Stlrland, a nastał po nim w szybkich po sobie zmianach sze- 

g mistrzów inflanckich srogiego i zaborczego usposobienia. 

?erhard von Seyne wzniósł silny zamek Memel u ujścia 
lemua, zamykający Żmujdzi wolny oddech do morza. Od- 
t
d szczupły handel tego kraju doznał dotkliwego ścieśnie- 
nla,_ Na ziemi kuroiu;kiej, świeżo podbitej, wyrastały coraz 
-- 


)
 I 
Ii 
J, 


ł"1 
ł- I 
Y 


o, 
,p 


e- 

e 
tł" 

, 
lI! 
r- 


o- 
O' 
tO 
, 


[t. 
f1I 
o' 


,e- 
,:I- 



O \ 
O' 
IV 
b l 


Je. 

r' 

6 
(I
 
:

 


I) Pewno SzawIe 


117
>>>
- 118 - 


JJowe twierdze krzy
ackie, zagra
ające Żmujdzi, tak'opano- 
wanej, jak niepodległej. Oddziały 
mujdzkie z niemieckimi 
ścierały się za
arcie pod temi twierdzami i w otwartem polu. 
Tak trwało do roku 12ó7, w którym Żmujdzini, zmęczeni 
walką i zastraszeni walną wyprawą, nowego mistrza Burhar- 
da von Hornhausen, za
ądali dwóch lat pokoju. Pokój ten 
udzielono im w nadziei nawrócenia i pokojowego opanowa- 
nia. Przez ten czas Żmujdzini słuchaH nauki duchowieństwa 
spokojnie, lecz z umyślną głuchotą, słowa dotrzymując 
nie tknęli 
adnego knechta ni rycerza, co im nawet kroniki 
niemieckie pochwaliły I), a po upływie dwóch lat równie za- 
wzięcie, jak dawniej, jęli się znowu miecza. 
Dą
enie obu Zakonów do połączenia Inflant z Prusami, f 
za pomocą zaboru całej Żmudzi, stawało się coraz widocz- 
niejsze. 
Kraina 
mujdzka nie była naówczas jednolita. Połud- 
niowo-zachodnią j ej częścią władał Mendog, i w tej za doz-. 
woleniem jego gospodarowali Krzy
acy. ' 
We wschodniej i północnej, w lekkich prawdopodobnie 
warunkach zawisłości od Mendoga, rządził stary ród ksią
ąt 

mujdzkich, o bojownikach nieznanych imion, i stąd pocho- 
dził najsilniejszy opór przeciw obecnemu zaborowi. W roku 
1259, mistrz Burhard zbudował ju
 w ziemi 
mujdzkiej nad 
Niemnem zamek silny, skąd opanowanie nareszcie doko- 
nać się miało. Było to hasłem do walki na śmierć lub 
ycie. 
Żmujdzini wznieśli naprzeciw drugi zamek równie mocny 
i obie załogi, wypadając na siebie, ścierały się w ciągłych 
walkach. Rzeczy szły ku krwawemu i ostatecznemu roz- 
wiązaniu, 
Z jakim uciskiem w duszy król Mendog patrzeć musiał 
na rosnące rozdwojenie w kraju i narodzie, nie przedstawił 
nam 
aden współczesny dziejopis, lecz z czynów króla wi- 
doczna będzie niebawem cię
ka walka wewnętrzna. Nie 
zrywał on z Krzyżakami, lecz kraj zrywał z nimi i rośli we- 


I) Reimechronik l c. 6U1.
>>>
- 111.1 - 


'Vnętrzni nieprzyjaciele; trwał w wierze chrześcijaliskiej, tero- 
bardziej, i
 działał nań wpływ gorliw!:'j w wierze mał
onki, 
królowej Marty, lecz chrześcijaństwo w jego kraju nie roz- 

zerzało się, owszem musiało się coraz bardziej ograniczać 
do samego dworu i otoczenia królewskiego. 
Na Żmujuzi walka zbli
ała się do rozstrzygnięcia. Od- 
k
d zamek niemiecki dźwigną,ł si
 na własnej źmujdzkiej 
ziemi, Żmujdzim nie znali spokoju. Nie mogąc tej budowli 
P?radzić, a we własnym zamku naprzeciw unikając oblę
e- 
ł1la, śmiałym zama
hem wtargn
li na grunt nieprzyjacielski, 
Qo Kuronii. 'I'u, nad Jeziorem Durben, 13 Lipca 1260 r. od- I 
bYła się walna decydują,ca bitwa. 
Nie pomogło Krzy
akom zgromadzenie rycerstwa 
Z .trzech krajów: Prus, Inflant i Estonii, nie pomogło spędze- 
nie do pomocy gromad podbitego ludu. Zapał Żmujdzinów 
S

dł o lepsze z zemstą Kuronów, którzy wśród bitwy odstą- 

Ih, a jak piszą inne źródła, z tyłu uderzyli na Niemc6w. 
.oległ mistrz Burhard i pruski marszałek zakonu Botel, wy- 
tlnt.li do szczętu Krzy
acy i zagraniczni krzy
owcy, którzy 
rah udział w bitwie. Kto nie padł na polu bitwy, tracił 
ycie 

. ucieczce; zapamiętale ścigany Zakon wyparty został z ca- 
ej Żmujdzi i Kuronii I). 
t Po tej bitwie, po której król litewski nie mógł bez utra- 
Y tronu trwać w sojuszu z nieprzyjaciołmi Litwy, Mendog 
Przyjął poselstwo 
mujdzkie, mające na czele księcia Troj- 
ł1ata, zapraszające go do wspólnego działania, i sam wtał'g- 

ą'Vszy do Inflant, zerwał zwią,zek z Zakonem. Zakon dą
ył 
I ° zawładnięcia całą Żmujdzią, poczem obrócił się na Litwę. 
ł1stynktowi obrony narodu swego nie mógł jego król się 
sPrzeciwiać. Stąd konieczność zerwania. Lecz 
e w duszy 
'Vłasnej Mendog nie zerwał z chrześcijaństwem, 
e owszem, 
Po dziesięciu z górą latach wyznawania wiary. Chrystusowej, 
'Vstrętne mu było pogaliskie otoczenie, świadczy rychłe zno- 
---- 


'r I) Szczegółowy opis tej bitwy u Dusburga Scrip. rer, prus!. I {ld-97. 
tochę odmienny w kronice rymowanej Scrip, 1';)1', liv. I 617 o HI,
>>>
- 120 - 


wu zerwanie związku z Trojnatem i dążenie do odnowienia. 
stosunków z Rzymem, co bulle papieskie wykazują. 
Prawdopodobnie tych właśnie usiłowań, a mniej pry- 
watnej zemsty ofiarą padł Mendog r. 1263, zabity przez Troj- 
nata i Dowmunta, razem z nadzieją rodu swego, dwoma. 
w wierze katolickiej wychowanymi synami. 


z 
J. 
11 


11 
r 
c 
( 


II. 
Lata. zamętu i wojen domowych nastąpiły w Litwie po 
jasnych, złudnych dniach Mendoga. Chrześcijallstwo się 
nie utrzymało. 'l'ylko dzieło energii i długich lat panowania. 
Mendoga: jedność władzy w ręku W. księcia, przetrwało nie- 
bezpieczne próby i skupiło naród w jednolitą połityczną ca- 
łość. Plemię Palemona, silne tą jednością, oparło materyalne 
swe podstawy na szerokich ziemiach Rusi, politycznie z nieu1 
poh!czonej,- a wtedy pragnienie chrześcijallstwa i związku 
z Zachodem, dążenie do światła, plemieniu temu właściwe, 
z rzadką siłą i stanowczością objawiło się w Giedyminie. 
Wstaje ten mąż znakomity z łona własnego narodu, bY' 
'II nowe życie temuż narodowi natchnąć, z Europą go sprzymie- 
rzyć. Monarcha chce mu dać pokój i pracę, wojownik od- 
piera zwycięsko zamachy nieprzyjaciół, administrator utrzy- 
muje prawa zdobytej Rusi, umie uznać cywilizacyjnych jej 
urządzel} wyższość, z mocarza pogałiskiego pokorny kate- 
chumen, wyznaje się w swych dyplomatach najmłodszyrl1 
z królów wobec społeczności Europy. 
Fakt historyczny chrześcijańskich usiłowań Giedymina 
rozwija się w przeciągu dwóch lat tylko (1322-1324). Po- 
budki działania są tu już wcale inne od tych, któr(J do takiego 
samego kroku wiodły jego poprzednika. Mendog.a groźłH\ 
wojny, wisząca nad krajem zagłada skłoniła do wyrzeczenia 
się pogaństwa. 'l'eraz rzecz 'się- ma odwrotnie. Giedymin, 
zwycięzoa Krzyżaków w wolnej bitwie pod Żej mami, beZ- 
sporny zwierzchnik rozlpgłych ziem Rusi, grodów Wilnl.1 
i Trok założyciel, stoi w pelni siły i władzy, gdy daje ucha 


J 
s 
r
>>>
1:!1 


,1 



bawiennym radom Franciszkanów i Dominikanów, otacza- 
Jączych go w jego stołecznem Wilnie, gdy ulega dobrowo!- 
nemu wpływowi arcybiskupa Rygi Fryderyka. 
Ryga oddawna dą
yła do tego, by 
tać się prawdziwą 
metropolią Litwy, misyjnym dla niej ogniskiem. Zak;}n 
Paraliżował działania Arcybiskupów, niemniej jednak trwały 
one, a pierwiastek duchowny coraz zawziętszą wojnę prowa- 

Ził z I'ycerskim. Rozdwojenie to moralne zarysowało się 
JU
 w pierwszych czasach zało
enia tego miasta i biskupiej 
stolicy. Z biegiem czasu Kawalerowie Mieczowi coraz wy- 
raźniej przechylają się ku Krzy
akom, słuchają rozkazów 
z Malborga i opuszczeni i na pastwQ malborskich łupiezców 
:Yst
wieni biskupi gotowi są zawrzeć dla obrony przymierze 
o
aJ z samymi poganami, których jednocześnie nawrócić 
USIłują, i stąd Ryga zbliża się z Litwą. 
Najotwarciej podał dłolI Litwie i powstał przeciw Zako- 

owi, jako nieustraszony jego nieprzyjaciel, arcybiskup Fry- 
erYk, przed osiągnięciem godności biskupiej franciszkanin 
: szlachty czeskiej. Przyjazne stosunki jego z Giedyminem 
drWały w tym samym czasie, gdy krucyaty Litwę niszczyły; 
dUmny wobec Zakonu, W. Ksią
e przyjaźnie się zwraca 
].0 arcybiskupa i, ulegając chrześcijallskim wpływom, pisze 

st do papie
a Jana XXII, mający, jako szczere wyznanie 
ł ragniełi pogaliskiego władcy, uwolnić Litwę od Zakonu i po- 
ą,czyć ją z chrześcijaIlstwem. 
Zamieszczamy akt ten i następne w skróceniu. 
" "Słyszeliśmy zdawna - pisze GieLymin do Papieża- 

e wszyscy wyznawcy wiary chrześcijaIlskiej waszej wła- 
/Y i. ojcostwu podlegają; oświadczamy przeto obecnymi 


ty Swiątobliwości Waszej, 
e poprzednik nasz król Mindo- 
e. z całem swem królestwem' na wiarę Chrystusa był na- 

rGcony, lecz dla okrutnyeh gwałtów, krzywd i zdrad mis- 
t rza Zakonu Krzy
ackiego, wszyscy odpadli od wiary i dla- 
k.e?o ruy, niestety (prohdolor), do dziś dnia w błędach przod- 
Gw naszych pozostajemy." - 

 k' Dalej następują gorzkie skargi na różne zbrodnie Krzy- 
11. Gw jako to: zabijanie posłów, wysyłanych wzajemnie 


). 


o 



 


l
 


" 


J 


l 
J 


" 


r'
>>>
- 122 - 


między Litwą a Rygą, niszczenie kościołów, wymordowywa- 
nie ludno
ci. "Ojcze święty - pisze dalej Giedymin - my 
nie walczymy z chrześcijanami dla wytępienia wiary kato- 
lickiej, ale w celu bronienia się od krzywd zadawanych, ja
 
to czynią inni królowie chrze
cijańscy. Piszemy to zaś, 
aby
cie wiedzieli, dlaczego ojcowie nasi pomarli w błędach 
pogaIlstwa i niewiary. Dzi
 przeto usilnie błagamy zwróćcie 
uwagę na nasz stan opłakany, albowiem gotowi jeste
mY 
być wam we wszystkiem posłuszni, jak inni królowie chrześ- 
cijańscy, przyjąć wiarę katolicką, byleśmy od katów owych, 
to jest mistrza i braci jego, w niczem nie zale
eli" 1). 
Wymowny ten list poselstwo ryskie zaniosło do rezy- 
dencyi papieskiej A winionu. W szedłszy raz na tor euro- 
pejski, Giedymin nie poprzestaje na tem. Otwiera na rozcie
 
granice kraju swego dla przemysłu i pracy, pisze do magi- 
:stratów miast niemieckich, do niemieckich zakonów wieko- 
pomne odezwy, zapraszając misyonarzy i nauczycieli wsze- 
lakich rzemiosł, aby, pewni ró
nych łask, wolno
ci i przy- 
wilt:'jów, przybyli do państwa jego. 
Trzy listy w autentycznych kopiach współczesnych 
pozostały nam na dowód cywilizacyjnych dą
no
ci Giedy- 
mina. W jednym przemawia do miast Lubeki, Rostoku, 
Sundu, Greifswaldu, Sztetinu, do Gottanoyi, w drugim do Do- 
minikanów niemieckich, w trzecim do franciszkańskich 
zakonów, a pisze się ju
 majestatycznie na początku listów: 
Giedymin, z Bo
ej łaski Litwinów i Rutenów król, któregO 
to określenia "z Bo
ej łaski" jedynie w li
cie do Papie
a nie 
widzimy. "Prarodzice nasi - pisze w jednym z nich - wy- 
syłali do was listy i posłów, otworzyli wam kraj swój, a M- 
rlen z was w przejeździe (mówi tu o przejeździe kupców nie- 
mieckich przez kraje litewskie do Nowogrodu, Pskowa) nie 
podziękował za te łaski..." Oznajmiwszy o swej chęci na- 
wrócenia się i listach dopapie
a, pisze dalej: "Zaręczamy wanI 



 
r 
r. 
r 
r 
i 

 
1 


r 
I 
, 
1: 
I 
l 


I) Voigt. Geschichte Preussens. T. IV Dod. VI 626 - 627. Daniłowicz. 
Skarbiec dyplomatów I 153-1540.
>>>
- 123 - 


"'.Szystkim, 
e taki pokój postanowimy, któremu podobnego 
n
gdy chrześcijanie nie znali. Biskupów, kapłanów i zakon- 
łllkóW, Dominikanów i Franciszkanów sprowadzimy do kraju 
łJ.
Szego..." Z królewskiej hojności niniejszym (listem) czy- 

Irny ziemię naszą wolną, niepodległą mytom, cię
arom 
l Uciskom. Niech przeto rzemieślnicy wszelacy: kowale, 

Zewcy, kołodzieje, kamieniarze, solnicy, piekarze, złotnicy, 

S
ownicy, rybacy i inni przychodzą do nas z 
onami dzieć- 
łhl l dobytkiem i wychodzą, ilekroć im się podoba. Rolnikom, 
Przychodzącym do naszego kraju, pozwalamy dzisiaj uży- 

ać ziemi bez 
adnych opłat, wyjmujemy ich od wszelkiej 
L I . a króla powinności..." Dla mieszczan zaś, którzy by do 
k. ltWy przyszli, pisze prawidła następne: "Wszystkie miej s- 

 leo pospólstwo rządzić się będzie prawem miasta Rygi, je- 
b eh -:- dodaje przezornie - coś lepszego z rady biegłych nie 
t ędz le obmyślane..." "Do pisma obecnego przykładamy 


 samą pieczęć, jaką kazaliśmy opieczętować listy, do Pa- 

le
a pisane, ku lepszej wierze i pewności tego, 
e prędzej 

elazo w wosk się przemieni, a woda w kamieil, ani
eli zdra- 
zirn lane słowo nasze..." 1). 
O. Odezwy te i zaproszenia, zameSlOne przez pośl'edników 
,ledYmina, posłów ryskich, odczytane zostały na ratuszu 
t LUbece, wobec zgromadzonych rajców i dostojników mias- 
t
' Pieczęć Giedymina, przywieszoną do trzech dokumen- 
n \v, opisał tegoż 1323 r. akt notaryalny w Lubece i widzimy 

 a niej męża, w mitrze ksią
ęcej siedzącego na tronie, dzier- 
ł ąc.e.g O w prawej ręce koronę, a berło w lewej; wokoło napis 
;aclnski, jak w nagłówku listu 
): (Że Giedymin królewskie 
llSy g . k l . Ś . . 
c . nlum, oronę, w rę {U ma, me za na głoWIe, czy me ozna- 
'W
a, Iż nie chciał no:;ić oznaki królewskiej, póki by Papież 
adz ą swą wło
eIlia jej nie uprawnił?) 


----- 


()dJn' I) Daniłowicz Skarbiec d
'pl. I 155-1CJ6. List do miast znacznie 
lennej formy i wcześniejszej daty u Bungego tom VI 497. 
2) Voegt IV 632-G:J3 Daniłowicz l. c. NarbuU IV. Ood. XIV.
>>>
- 12-1 - 


Nieobliczone przemiany społeczne w Litwie zapowia- 
dały te postanowienia Giedymina. Kraj Mendogów znowu sit! 
otwierał dla europejskiej kultury. Lecz zwrócenie się do 
miast niemieckich wywoływało niezbędnie czynne wdanie 
się Zakonu Krzyżackiego, który miał w Niemczech wpływy 
przemożne. Na niemieckim gruncie władca litewski z zako- 
nem niemieckim występował do walki. Walka tedy odraz l1 
była uniemożliwiona. Miasta i zakony chłodno przyjęłY 
wezwania Giedymina. Jeżeli były jakie nieznane i nie głoś' 
ne komunikaeye w tej mierze zakonów lub miast z DworerI1 
rzymskim, ucichły i zaginęly w rozgłośnej obronie, podnic' 
sionej w Awinionie przez przedstawieiela Zakonu. 
Zrazu jednak ten cios ogłuszył Zakon. DomyślająO 
się od dosyć dawna tajnych niejakich knowań między wład- 
cą Litwy, a Arcybiskupem, czyhali rycerze na wszelkie 
między nimi komunikacye. Wpadło jedno pismo Giedymil1i\ 
w ich r
ce i dla odebrania mu autentyczności pieczęć ode 1i 
odcięli; atoli najgłówniejsze - list do Papieża i miast nie- 
mieckich - minęły szcz
śliwie ich czaty i doszły na miejsce. 
Zadrżeli przedstawiciele Zakonu i nie odrazu zdołali pO' 
wziąść zamiar, co czynić wypada. Rycerze krzyżaccy, znaj- 
dujący się właśnie na ratuszu w Lubece, w czasie przybyci[\. 
poselstwa i czytania listów Giedymina, potrafili tylko z\" 
przeć się wszelkich oskarżeti i zażądali kopii i listów. Ńi\ 
dworze papieskim w A winonie wszystko się przeciw nim 
zbiegło. Sam arcybiskup Rygi bronił osobiście przed p'\' 
pieżem krzywd swoich, a krzywdy te były wielkie: zabór 
dóbr arcybiskupich, więzienie duchownych, rabunek kościo- 
łów; poselstwo ryskie niosło skargi i usilne prośby GiedY' 
mina, polscy posłowie Łokif'tka żądali sprawiedliwości w spr a ' 
wie Pomorza. 
Wywija się zakon wśród niebezpieczeJistw i nie mo
e 
znaleźć wyjścia z groźnego położenia. Bezsilnie knuj
 
w Malborgu. rrymczasem, gdy się toczą rozprawy w AWI' 
nionie, w Wilnie dokonywa się fakt, doprowadzający KrzY- 
żaków do wściekłości.
>>>
- 12!J - 


jl 


Inflanty wl;zystkich stanów rządzących, to jest biskupi 
tego kraju i Estonii, kapituła miasta R.ygi, obywatele miast, 
nawet wciągnięty przemocą okoliczności mistrz inflanckich 
rycerzy _ szlą uroczyste poselstwo do Giedymina i wią
ą 
się z nim przymierzem, akt zaś tego
 posyłają pod osobne 
zatwierdzenie papieskie. Działanie jednak rycerzy było 
w najwy
szym stopniu nie;zczere i niezwłocznie zaprzeczy- 
ły mu fakta. Lc1wie się rozbiegła po Prusach wieść o przy" 
111ierzu, wnet pod ukrytym wpływem Zakonu zje
d
ają się 
-?iskupi ró
nych pruskich dyecyzyi na radę do Elbląga 
l stamtąd szlą gwałtowne odezwy do wszystkich wladz du- 
chownych i świeckich w Inflantach, usiłując złamać zawarte 
przymierze. Zaskar
enie Giedymina wysyłaj ą do Stolicy 
Apostolskiej. Nadzwyczaj był im na rękę niewczesny krok 
Giedymina, który niedawno przedtem na usilne i ponawiane 
prośby księcia mazowieckiego Wańka, z którym był spo- 
krewniony, dał mu pomocniczy oddział wojska w jego woj- 
nach domowych. Litwini, posiłkujf!c Wańka, spalili DobrzY{l, 
uprowadzili licznych jeńców: wojna w Mazowszu szarpnęła 
skraj ziemi krzy
ackiej. Ościenne te zajścia łatwo mogli 
nieprzjaciele wyzyskać w złej wierze przeciwko niemu,co te
 
UCzynili. Na razie jednak nie odniosło to skutku. Ryga 
na odezwy opatów i zakonników, poza którymi, zręcznie 
krył się rzeczywisty insynuator-Zakon, głucha i nieczula 
Pozostała. Oskar
pnia wobec Papie
a odpierał świadomy 
spraw na północy arcybiskup R.ygi. Silny jednak ruch nie- 
Przyjaciół Giedymina, a obrońców Zakonu miał wreszcie 
ten skutek, że Papież wobec sprzecznych świadectw i do- 
niesień, zanim by się stanowczo do 
ądań Giedymina przy- 

hYlił,chciał, by się Zakon, je
eli może, oczyścił z czynionych 
111u zarzutów. Wezwał przeto samego w. mistrza, aby si';) 
stawił przed Stolicą Apostolską. 
Był to zwrot zgubny dla sprawy Litwy. Zakon mógł 
poruszyć wszystkie sprę
yny intryg swoich. Dla obrony 
te
 jego nie mógł stanąć nikt wymowniejszy nad samego 

. Mistrza, Karola Beffarta, którego w Malborgu Zakon mieć 
l1.1e chciał tak, 
e mistrz w. przemieszkiwał w 'l'rewirze, lecz 


L- 


Q 
o 


e 


'f 


,- 
11 
'f 


, 
;- 


11 


,(} 
l- 
e 

 
li 


3' 


,. 


r 


l- 
il 
11 
l" 
,r 
,. 
" 
l' 


,8 
8 
)' 
,.
>>>
- 126 - 


w Niemczech całych powa
any, wymową słynny, zawsze 
jeszcze wielkie mistrzostwo w r{)ku swym dzier
ący, przed- 
stawiciel Zakonu samą osobistością swoją ju
 sprawy jego 
bronił. Stawił się przed Papie
em, otoczony rycerstwem, 
biegłymi w prawie, przemówił po włosku. Po wszystkie 
czasy wymowne słowo ludzkie posiadało wpływ przemo
ny. 
Złota wymowa w. mistrza, nie potrzebującego tłomacza wobeC 
Papie
a i kardynałów, silny wpływ wywarła na słuchaczy. 
'Wszystkie zarzuty zbić potrafił, to prostern ich zaprzecze- 
niem, to zręcznem usprawiedliwieniem Zakonu. Wobec nie- 
słychanych wówczas trudności w sprawdzeniu rzeczywistego 
stanu rzeczy na miejscu, Papie
 i doradcy jego znaleźli się 
w nader trudnem poło
eniu. Przy ró
nych wątpliwościach, 
przez sprzeczne relacye wzbudzonych, postanowiono w A wi- 
nionie listy Giedymina, stawiące potę
ny Zakon w stan osta- 
tecznego oskar
enia, jeszcze raz poddać rozpatrzeniu i na- 
radom. 
Napró
no Giedymin wyglądał odpowiedzi "Z niewy- 
słowionem udręczeniem (cum innarrabili tedio) czekamy le- 
gatów papieskich" - pisze w liście do miast. Zamiast le- 
gatów z ró
czką pokoju, co się zbli
a do granic Litwy? 
Straszny potwór dla siół litewskich - krucyata. 
Taką odpowiedź dały Niemcy Litwie. Niema wątpli- 
wości, 
e owa krucyata działa się mimo i wbrew woli Stolicy 
Apostolskiej. Papie
e dawniej sami wołali o krucyaty; czy- 
nił to niemniej Jan XXII. Lecz teraz, wobec listów Giedy- 
mina, ten
e Papie
 nakazał pokój Krzy
akom. Co więc im 
nakazanem było, to miało się rozumieć i wzgl{)dem wszelkie- 
go krzy
ow('go rycerstwa. Ale Germanie nawykli co roku 
wysyłać nad Niemen gromady błędnych bohaterów, 
ądnych 
krwawych z poganami harców, wyniszczania ogniem i mil'- 
czem ich siedzib; przy tern nie jeden z nich bez wątpienia po- 
boznie krzyzem znaczył czoło i dawał 
ycie w walce. Nic 
sądziło zagraniczne rycerstwo, podbudzane przez Zakon, 
e 
ju
 przyszła pora zaniechania podobnych wypraw do Litwy. 
Że zaś w ciągu samej sprawy w Awinionie wysłańcy ZakonU 
nawoływali o zwykłą krucyatę, jakby nic na północy nie za-
>>>
- 127 - 


v SZło, i sypali zakupne pieniądze, wynurzyło się z murów.. 
\. 
biegło z wypraw awanturniczych niemało zbrojnej dru
yny 
o I hufiec krzy
owników poszedł na Litwę. 
I, . Było to w zimie 1324 r. .Niewzruszenie zrazu przyjmu- 
e Je Giedymin tę obelgę. Kronika zakonna t) opisuje trzy po 
'. sObie następujące zamachy Zakonu. Początek dał napad 
c 
adreńskich Niemców, Alzatów i Czechów, lecz wstrzymała 
Ich niewczesna dla nich odwil
 i ów zamach pierwszy się nie 

dał. W drugim miejscu ośmielony spokojem Litwy Zakon 
Ju
 się nie kryje za krzy
owników, jeden po drugim wychy- 
lają się z twierdz bracia zakonni i nagłym napadem niszczą 

 t
ierdzę litewską Dawidyszki. Giedymin jeszcze nie dawał 
Się Wciągnąć w wojnę. Widać wtem hamowan,iu się potę
- 
llego władcy ostatki chrześcijańskich jego nadziei. Ale 
Z dalekiego zachodu panowało głuche milczenie, złowrogi 
sąsiad dopiekał coraz mocniej. Trzeci zamach ju
 nie za- 
graniczni przywódcy, ani brat zakonny o nieznanem imieniu, 

le sam komandor twierdzy Ragnity wiedzie na ziemie 
,tewskie. Spadają niespodzianie na twierdzę, od imienia 
'!V. księcia Giedymin zwaną, palą przytulone do niej domo- 
stwa, mordują lud, reszta zdołała zamknąć się w warowm. 
Wreszcie, by lud po siołach doprowadzić do ostateczności, 

Oz
uszczają bandy tak zwanych łotrzyków (latruneuli), ra. 
JlIS16w wojennych, których sfory czas jakiś Zakon był po- 
Wstrzymał, a które czasu woj ny z takiemi samemi litewskiemi 
sZarpały wzajemnie granicę. 
Wróciła tedy 
adnem solennem uręczeniem, 
adną 
toś
ą monarszą nie od
egnana od Litwy wojenna doba. 
t 
uJdzini wzburzyli się pierwsi i hufiec ich pobiegł pod 
WI.erdzę krzy
acką Christmemel. Zanosiło się ju
 na ogólne 
WOjenne zamieszanie, gdy nagle uderza,jak grom, w przywód- 
c
w Zakonu bulla papieska, rozkazująca natychmiast zanie- 

 lać wszelkich z Litwą waśni, gdy
, "pobożnym 
yczeniom 
r61a litewskiego czyniąc zadość," Papie
 wysyła legacyę.. 
---- 


I) 'Scrip. rer. pruss. Dusburg) I 189 -190.
>>>
128 - 


maJącą dzieło nawrócenia Giedymina przyprowadzić do 
skutku. 
Legaci puścili się w drogę. 
Niestety, jak dalszy rozwój wypadków okazuje, l;:ro
 
ten był ju
 stanowczo zap6źny. Haniebne przez caly ciąg 
rokowań Giedymina z Rzymem postępowanie Krzy
akó
 
z Litwą wytworzyło nieprzewidziane i nieistniejące przed' 
tern trudności mirdzy monarchą a narodem. Naród przestal 
I'Ozumieć władcę swego. Żmujdź i Litwa zachwiały 'si
 
w wierności dla Giedymina, bunt począł zagra
ać tronoWI 
,jego i dynastyi, intrygi Zakonu z Nowogrodem odbierały rt1l
 
uległość i pomoc Rusi. Tych prób nie zdołał wytrzyml1C 
mą2 wielkiego umysłu, lecz mniej bohaterskiego serca. 
niźli tego wymagało poło
enie. Sypały się ze strony chrze Ś " 
eijan ciosy niezwykłej wagi i siły na tę potę2ną postać księ- 
cia katechumena, kt6ry wszak
e nie chciał dumnej mitrY 
swojej przetknąć cierniem męczennika. Po napadach krzy- 
żackich, morderstwach jego posł6w, na szkodę jego wymie- 
rzonych przymierzach, i ze strony Rzymu na pr6by Giedy- 
min był wystawiony. Legaci papiescy nie przybyli do Wil- 
na, jak tego żądał w swych listach, prosząc, by dą2yli do 
Litwy przez ziemie mazowieckie. Wioząc z sobą instrukcye 
papieskie, formułę katolickiego wyznania wiary, którą mial 
Giedymin zło
yć na ich ręce, list Jana XXII do króla Litwy, 
legaci skierowali drogę swą na Prusy. 
Zakon zmienił był ju
 naczelnika, Karol Beffort, pełen 
sławy z odniesionego wymową zwycięstwa, zstąpił do grobl!o 
W. mistrzem był Werner Orselen, dostojnie zapewne ug a " 
szczający teraz wysłańców papieskich. Legaci wszakże obja" 
wili wolę rozsądzania w Rydze sporu między Zakone t1J 
a Litwą. 
Tu, wśr6d otoczenia, sprzyjającego Giedyminowi, słY' 
sząc od mieszkańców miasta o zniechęceniu króla Litwy, 
zadr
eli legaci o skutek swej misyi. Oznajmiają Giedyoll' 
nowi o przybyciu swe m do Rygi. Władca Litwy nawzaje
l 
wysyła posła do Arcybiskupa na powitanie go po powroCIe 
z Rzymu.
>>>
129 - 


do 


Có
 czynią Krzy
acy? Zaczajeni na drodze, chwyt_ają 
Posła giedyminowego Sedegałłę i wieszają go w twierdzy 
SWej Aszeradzie I). 
Skoro posłowie legacyi papieskiej stanęli w Wilnie, 
\1
posobienie władcy Litwy było ju
 zmienione. W zburze- 
llle, które nurtowało w całym kraju, groźna przeciw niemu 
Postawa wszystkich jego poddanych, złamały siłę jego po- 

tanowień: Giedymin zerwał z zamiarem przyjęcia chrześci- 
Jaństwa. Nie poufnie, na tajnem posłuchaniu, jak tego prag- 
nęli posłowie, lecz publicznie, w otoczeniu około dwudziestu 
11lęMw swojej rady, której snać nigdy do dna zamiarów 
SWych nie odkrył, przyjął Giedymin wysłańców i traktował 
2 nimi łaskawie, gdy wszak
e przyszło do wynu
enia celu 
PrzYbycia, wielki ksią
e, uznając listy swe rozesłane po 
ŚWiecie, zaprzeczył, aby kiedykolwiek chrzest przyjąć prag- 
n
ł; pomysł ten zrzucił na głowę i odpowiedzialność zakon- 
Ilika, sekretarza swego. Mowę swą zakończył bluźnierczern 
2aklęciem i ostrem wyrzucaniem chrześcijanom ich niegodzi- 
wości. Posłowie strapieni wyszli z sali. 
Nie widzieli więcej Giedymina, który przyjmował jed- 
nOcześnie w Wilnie poselstwo tatarskie; przybyłe od potę
- 
ll
gO chana U zbeka, z którym zawarł przymierze. Z chrześ- 
c1,]aństwem było skończone. Giedymin pokazywał tłumom 
SPokojne oblicze. Lecz gdy noc nastała i samotny, w towa- 
r 2 ystwie jednego tylko młodziana krewnego, wszedł w progi 
SWej sypialnej komnaty, wówczas, pisze o nim współczesna 
relacya w źródłach Zakonu, - z 
alu po niedojściu powzięte- 
f o 2amiaru płacz wstrząsnął piersi motnego władcy, gorzkie 
d.z
 po trzykroć polały się z oczu jego 2). Polityk wi- 

Iał upadek swych naj piękniej szych dla państwa nadziei, 
nllerzył przepaśc, otwierającą się znowu między nim 


D
 

g 
,,,- 
:d' 
;[11 
;ię 
\\,1 
JIJ 
[1Ć 



11f 


3Ś' 
ię' 
rY 
Y' 
e' 
v. 
iI- 
10 
re 
[11 


y, 


,11 


tJ. 
il' 
il' 
r11 


y- 
y, 
II- 
fIl 
je 


'----- 


t) Buuge Liv-Estuud Curlltndisches Urkuudenbuch VI 485. 

 2) BuuKe l. c. VI 478-483. Sprawozdanie posłów za powrotem 
'ł\ o Rygi. Dokument obszerny, pełen ciekawych i ważnych szczep;ółów. 
apierski. Rusko.J.iwońskie akty 4i-48. 


!I
>>>
- 130 - 


a chrześcijańskim światem; niedoszły neofita opłakiwał sła- 
bość swoj ą. 
Trudno o tragiczniejszą chwilę w dziejach człowieka 
i narodu. Katechumen snal: szczery - pozostał poganinem. 
Naród litewski postradał moment dziejowy, w którym począć 
się mogła własna jego kultura, oparta na chrześcijaństwie, 
jedynym punkcie wyjścia kultur trwałych. 
Do wytworzenia cywilizacyi własnej, tej najszlachet- 
niejszej ambicyi rozwiniętych narodów, Litwa posiadała 
wówczas wszelkie wewnętrzne i zewnętrzne dane, Jad za- 
wiści krzy
ackiej, jak robak, przegryzający naj piękniejsze 
zawiązki, strącił ten owoc niedojrzały z drzewa ludzkości. 
Cofnięcie się Giedymina od przyjęcia chrztu wywarło 
na legatach przygnębiające wra
enie. Poruszeni głęboko 
tern, co się stało, legaci ogłaszają czteroletni pokój z Litwą 
w nadziei, 
e się skruszy serce litewskiego władcy. Arcy- 
biskup Rygi, swemi i Litwy krzywdami powodowany, w koś- 
ciele katedralnym ryskim, w obecności legata Bernarda, 
przy biciu wszystkich dzwonów i pogaszonych świecach, ogła- 
sza klątwę na Zakon krzy
acki. Legaci, przeprowadziwszy jesz- 
cze spór z Zakonem, o nale
ne im wedle instrukcyj papies- 
kiej koszta drogi, ledwie za pomocą klątwy wydzierają pie- 
niądze i, jakby się lękali sideł ziemi pruskich, odpływają mo- 
rzem do Lubeki. A Zakon, klątwami okryty, szydzi wzgard- 
liwie z tych miotalI się przeciw jego potędze i wie, 
e za lat 
kilka mury Malborga znowu zabrzmią gwarem krucyatowego 
rycerstwa, który powiedzie do Litwy na trud chlubny i pe- 
łen zasługi - tępienia ostatnich pogan w Europie, 
Czy 
adnymju
 rysem,a
 do J agiełłowych czasów nie ob- 
jawi się w narodzie litewskim dą
enie do chrześcijallstwa z Za- 
chodu? Do J agiełlowych czasów brakłoj eszcze z górą pół wieku. 
Po śmierci Giedymina, przy odsieczy Wellony, po krót- 
kich rządach Jawnuta, Olgierd godnie dziedziczy Giedymino- 
we berło, Litwa, rozszerzona od morza do morza, mniej dba 
ju
 o Zakon; przetrwała najcię
sze próby; przelała krew so- 
wicie. Nie wszystkich Margierowi podobnych zapisały dzieje. 
Wedle sławnego narodowego przysłowia, które w krótkich 


.- 



 



>>>
- 131 - 


., 


wyrazach odró
nia zbiega od rycerza: ,,1;'0 uciekającym zo- 
staje ślad nóg, po stojącym ślad krwi" - ziemia litewska na- 
siąkła hojnie krwią tych stojących pod razami bohaterów, 
dzięki którym oba zaborcze Zakony nie połączyły tery to- 
ryów swoich. 
Mimo tych zamachów, wcią
 wymierzanych II: Zachodu, 
i znakomity Olgierd, o którym wieść niesie, i
 sam był chrześ- 
cijaninem, czy wcześniej, czy dopiero na śmierci ło
u, - pro- 
bUje zjednoczyć się z Zachodem. W roku 1358 przed cesarzem 
niemieckim Karolem IV stanrło poselstwo. litewskie, tądające 
w imieniu Olgierda, by ceSarz był pośrednikiem w zgodzie je- 
go z Zakonem, i czyniące nadzieję, 
e Litwa z czasem, drogą 
łagodnego wpływu, chrześcijańsk
 się stanie. Rycerski Kiej- 
stut sprawował poselstwo. O co się rozbiły układy, dzieje nie 
Wskazują dokładnie. Wnosić mo
na, 2e cesarz nadto brał stro- 
nę Zakonu. Zawzięty Kiejstut przewa
nie przyczynić się musiał 
do zaniechania układów i Olgierdowy zamiar się rozchwiał. 
Atoli chrześcijaństwo łacińskiego i wschodniego obrząd- 
ku wciskało się coraz siJniej w głąb kraju. W Wilnie 
gromadka Franciszkanów nauczała wytrwale. Pogaństwo 
w ostatnich podrzutach jeszcze raz mściwie ich dosięgło, lecz 
u.męczenie Franciszkanów nie wstrzymało nowego braci na- 
Pływu. Dostojnik Olgierda Gasztold,jak o nim mówi tradycya, 
przelał krew męczeńską, liczba cichych nawróconych rosła, a
 
Wreszcie wybiła dla Litwy wyglądana chwiJa. 
Nie niosła ona wznowionej korony Mendog6w... Niosła 
zWiązek nowy, 
ycie inne, otwierała drogi nieznane... Takim 
bYło dla Litwy dziejowe zrządzenie Opatrzności. 
W 1387 r. wnuk Giedymina, mał
onek wielkiej królowej, 
":racał do ojczystego kraju w orszaku duchowieIistwa z goś- 
CInnych murów Krakowa. Upadły gaje, bogom poświęcone, 
c
el1ie pogaństwa USuwać się poczęły zwolna przed promie- 
1l.lami Objawienia i wreszcie krzy
, godło zbawienia, l1iezwy- 
Clę
ona moc wiernych ludzi i narodów, rozciągnął nad tym 
krajem swe błogosławione ramiona. 


, 
, 


.. 
l 


Konstancya SklrmunUówna.
>>>
11.."1 


.-, !;;" 


RYCERSTWO WIEJSKIE W OKOLICACH 'f ROK 
,II I':: 


Bojarzy Somiliscy, 1475- 1 575 *). 


II.h 


,,1 


.i 


W Barnem sercu Litwy. pomiędzy Trokami, U
ugościem, 
Jewiern .a. Wysokim Dworem, w okolicy, obfitującej szcze- 
 
gól nie w lasy i jeziora, le
y dziś małe, do du
ej wsi podobne 
miasteczko Sumieliszki tj. Stary drewniany kościołek, który 
pod cieniem lip odwiecznych w jego końcu się kryje, wieś- 
niaczość, mieszkańców, cicha sielskość otaczającego krajo- 
brazu;. 'Y'5 z ystko to zdawało by się świadczyć, 
e w tym za- 
kątku nic się nie zmieniło od wieków, 
e od stuleci, jak dzi- 
siaj, kościQłek co niedziela napełniał się ludem pobo
nym, 
M tu od czasów niepamiQtnych, jak obecnie, w dzieil patrona 
kościoła, na św. WawrzyilCa, a raczej, jak tutaj mówią" "na 
Ławryna," co rok tłumnie gromadzili się mieszkallcy z oko- 
licy na "kiermasz," z targiem na bydło, a szczególnie na ko- 
zy. A jednak gdy się przysłuchać gwarowi, uderzy zaraz 


*, Obrazek ten, osnuty na żrMłach z pierwszej ręki, t. j. na współ- 
czesnych dokumentach, znajdujących się warchiwach stron rodzinnych 
autora _ napisany został przed paru dziesiątkami lat. Uproszony przez 
układających książkę nlni
lszą, autor zgodził się otrząść z pyłu zapomnie- 
nia próbną pracę swych lat młodych i do obecnego zbior
 złożyć ten 
przyczynek, niemniej dziś, jak dawniej, świeży i nieznany. Sądzimy, 
e 
szczerze radzi mu będą nietylko badacze fachowi, lecz i każdy - zanikłych 
światów na ziemi swojej ciekawy czytelnik. (P. Red.) 
I) Tak brzmi ta nazwa w uszach dzisiejszych mieszkailCów.
>>>
- lH3 - 


, 

. 


w tej głębokiej Litwie, w potocznem u9;ycit\ dziś"będąca mo-- 
wa'obca - nikt tu ju
 po litewsku nie mówi.' Je
ełi
. 'polak,' 
to. cię kaMy, bez wyjątku, dobrą polszczyzną p'owita;"między 
sobą zaś, w rozległem stąd promieniu, ludzie mówią;: je
eli 
nie po polsku, to po białoru
ku, czyli "tym językiem pół ru- 
skim, pół polskim, który na Litwie charakteryzuJą: pospo
 
licie dwoma wyrazami: "czeho, kaho." A to
 to przeciejest 
niemal jeszcze trockie podzamcze, niezaprzeczona ojczyzna 
tych Olgierdowych zastępów, co plondrowały niegdyś ;Ruś 
a:t: 
,ponad I1men, pod mur ,Nowog'l'odu," dająt:'się jedno
 
Cześnie we znaki Polsce i niszcząc grody'krzy
ackie. " Mu- 
siała tu więc od owych czasów zajść zmiana nielada.' Zajrzyj- 
my' do poMłkłych papierów, co się jeszcza .znajd.ą/,gdzienie
 
gdzie w poblizkich dworach szlacheckich, .one nam'.tajemnicę 
tej przemiany wyjawią, one. nam powiedzą; te Sumieliszki,. 
łe
ąc dawniej, według podań kronik, nabitym-
szłaku 'wy- 
praw krzytackich na Wilno i Troki, i z tego powodu powiele- 
kroó w XIV i XV wieku ogniem i mieczem . pustoszone; 
w czasach nieco późniejszych były jeszcze wcale: wa
nem 
środowiskiem litewskiej organizacyi boJowej, 'były. podległił 
namiestnikom czyli ciwunom zamku trockiego,' następnie 

aś wojewodom trockim i ich zastępcom "włościłł bojarską," 
Sama nazwa miasteczka odzwierciadla niejako 'zm:ian
;'jaka 
z biegiem czasu w stosu
kach plemiennych tu zaszła: . brzmi 
w dokumentach z wieku XV i XVI stale SQmilisiki, wskazu- 
je na pierwotną osadę obcego Litwie człowieka, So- 
miła (Samuela). Że jednak ten człowiek .znalazł się w kraju 

Zczerz6 litewskim, poświadcza litewska nazwy kOlioówka _ 
lszki, odpowiadająca dokłanie słowiańskiej dziertawczej, 
nazw miejsoowyoh - ów - owo. 
Od Rusi to bowiem Litwa, biorąc w znacznej mierze 

rganizacyę palistwową, przyjęła tet instytuoyę bojarów, to 
Jest drobnego rycerstwa, osadzonego przez ksiątąt w pobli
u 
g
odów .i punktów obronnych. Instytucya ta stała się na 
Ll
wie powszechną, a dostarczając jej władcom ludności, kat- 
deJ chwili do boju gotowej, przyczyniła się pewnie niemało 
do Szybkiego rozwoju tej zdumiewającej potęgi państwowej,
>>>
- 134 - 


I 


której rzadki przykład dają nam naj starsze dzieje Litwy. 
'J'o
 nawet na Żmudzi, dokąd wpływy ruskie zaledwie sięgały, 
znają krzy
ackie kroniki bojarów, a w oczach chłopa 
mudz- 
kiego bojarzynem (bajors) jest dotąd ka
dy szlachcic. Tam 
jednak, za Niewia
ą, Litwa rodzinna utrzymała się jednolita, 
tam i teraz' wśród potomków dawnego rycerskiego stanu 
częściej, ni
 gdzieindzi.ej, spotykają się nazwiska czysto 
litewskie. Tu, bli
ej Trok i Wilna, sąsiedztwo Rusi działało 
asymilująco. Tutaj potę
niej docIerały wpływy obcego 
języka i kultury. Za instytucyą bojarów wciskał się język 
i obyczaj ruski i rozwielmotnił się w końcu z taką siłą, te 
w tern, jak r2ekliśmy sercu ojczyzny litewskiej, dziś jedne 
tylko nazwy miejscowe, nazwy rzek, jezior i wiosek, wszyst- 
kie szozerze litewskie, świadczą, 
e to jest tak
e ziemia litew- 
ska. Mieszkaniec zaś jej, choć postacią, strojem, obyczajami 
i sposobem budowania domostw, ba nawet nieraz i samem 
nazwiskiem 8wojem mało się ró
ni od 
mudzina, z litewskiej 
mowy zna jut tylko słów kilka, te właśnie, któremi, sam ich 
nie rozumiejąc popędza swe woły, gdy orzą. Tak na dalekiej 
Rywierze, pasterz dziś jeszcze greckim wyrazem oikade na- 
wołuje swą owcę, gdy ją, zgania do domu z pastwiska, choć 
pamięć o greckich koloniach nad liguryjską zatoką od wie- 
ków przechowują tylko księgi. 
Kiedy Litwa złączyła się z Polską, oba te kraje ró
niły 
się tradycyą, instytucyami państwowemi, kierunkiem oświaty, 
Podczas gdy w Polsce szlachta rodowa coraz bardziej ogra- 
nicza władzę królewską i poni
a stan kmiecy, Litwą rządzi 
ksią
e samowładny, szafujący całym obszarem palistwa,jako 
niezaprzeczonem swem dziedzictwem, otoczony dru
ynami 
bojarów i hołdownych ksią
ąt. Bojarzyn wiolkoksią
ęcy, na 
ka
de skinienie "hospodara," za cenę nadanej sobie ziemi 
biegł słu
yć mu zbrojno, hołdowny zaś ksiąM nietylko słu
ył 
osobiście, lecz wiódł z sobą poczty własnego rycerstwa, po- 
dobnych wielkoksiątęcym własnych bojarów. Kiedy na 
sejmie w Horodle znaczniejsi Litwini otrzymali szlachectwo 
polskie oraz własność posiadanej ziemi, przystosowuj ą,c się 
do stosunków, w kraju istniejących, uwatali siebie za zróW.
>>>
- 135 - 


r 


nanych w prawach z ksią
ętami hołdownymi. Zaczęli więc 
Wzorem tych ostatnich rozdawać ziemię, tworząc takim spo- 
sobem nowy rodzaj bojarów szlacheckich, stan pośredni mię- 
dzy rycerskim a kmiecym. Boj arzy wielkoksią
ęcy odró
- 
niali siebie od szlacheckich lub ksią
ęcych, przyznając sobie 
tytuł "hospodarskich." Zczasem, zwłaszcza po ustaniu daw- 
nego, bezwarunkowego obowiązku słu
by wojennej swych 
panów, bojarzy ksią
ęcy, a szczególnie szlacheccy, stawali 
się coraz podobniejs
ymi do "niewolnych" kmieci. Doszło 
do tego, 
e do niedawna jeszcze, bo do uwłaszczania włościan 
W r. 1861, w okolicy Sumieliszek, a bodaj 
e i w całej Litwie, 
bojarami zwano w dobrach szlacheckich włościan oczynszo- 
Wanych, nie obowiązanych do paliszczyzny, lecz tylko do 
opłaty pienię
nej i do pewnych powinności "ciągłych" czyli 
do robót z koniem. 
A
 do ostatnich lat XV wieku nie mamy 
adnych źródeł 
do poznania warunków bytu, urz
dzeń społecznych i obycza- 
jów bojarów somiliskich. Rzadkie wzmianki w rocznikach 
zaznac5'ają jedynie ogólny udział bojarów litewskich w woj- 
nach. Odtą,d jednak bojarey somiliscy zaczynają stwierdzać 
pismem, zawierane między sobą, umowy, które przedtem 
Oczywiście tylko ustnie załatwiali przy świadkach. Te Umo- 
Wy piśmienne, których treść stanowią przewa
nie akty sprze- 
da
y i zastawu, rzadziej zaś rozporządzenia testamentowe 
i wyroki sądów, przechowały się w znacznej liczbie i stano- 
wią wraz z niemniej licznemi nadaniami i potwierdzeniami 
króle'Yskiemi, oraz innymi dokumentami, wydawanymi 
z kancelaryi królewskiej lub wojewodzińskiej, główne źródło, 
z którego w pracy niniejszej, mającej na celu wyświetlić, ile 
się da, stosunki bojarów somiliskich, czerpać będziemy. 
W owym więc czasie znajdujemy ju
 bojarów, gęsto 
zamieszkujących okolice Somiliszek. Sioło bojarskie, jak 
Wszystkie dawne wsie słowiańskie, nie było podobnem do 
wiosek naszych dzisiejszych, zabudowanych raozej na wzór 
niemiecki, w których domy kupią się gęsto wzdłu
 głównej 
Ulicy. Domostwa bojarów leżały porozrzucane po całym 
ob
zarze gruntów, tworząc oddzielne zaścianki, zwane wtedy
>>>
- 136 - 


"sielisżczami." Zascianki te w większej lub mniejszej licz- 
bie składały się na "włość" bojarską, o tyle ró
ną od dzisiej
 
szej "okolicy" szlacheckiej, 
e włość była, jakeśmy ju
 rzekli, 
środowiskiem' władzy i jakby jednostką administracyjną. 
KaMy bojarzyn musiał naleMć do .l ednejz włości. Ziemie 
szlacheckie były z nich wyjęte. Włość, w stosunku' do jej 
obszaru, dzieliła się na mniejszą lub większą liczbę "pry- 
stawnictw." . "Prystaw'
 -'- naczelnik takiego okręgu, był ro- 
dzajem urzędnika policyjnego, a poIi.iewa
 bojarzy i ich zie- 
mia zostawali 'pod osoUistą władzą królów, jako wielkich 
ksią
ąt, którży nimi' przez 'wojewodów, naczelnik6w siły 
zbrojnej, rządzili; 
 przeto i prystawowie, przez wojewodów 
mianowani, uznawali W tych ostatnich bezpośrednich swoich 
zwierzchników. Dlatego te
, gdy w ich obliczu stawali, da- 
wali im ten sam tytuł: "hospodar pan moj miłostiwyj," który 
ostatecznie hale
ał' się najwy
szemu zwierzchnikowi t. j. 
królowi. Powinnością prystaw6w było przedewszystkiem 
spełnianie wszelkich poleceń wojewody, donoszenie o dostrze- 
ganych nadu
yciacn i baczno M; aby ziem bojarskich nie dzier- 

yli ludzie, nie mający do nich prawa. Rozstrzygali oni te
 
prawdopodobnie w pierwszej instancyi drobne sprawy cywil- 
ne między bojarami, jak spory graniczne i t. p. 
Ziemię rozdawali zwierzchnicy kraju pierwotnie tylko 
na pewien przeciąg czasu, do u
ytku swym "wiernym," 
wzamian za ró
ne wysługi. Zczasem .l ednak, .l ak to' się 
wszędzie działo, i na Litwie grunty dziedzictwem z rąk do rąk 
przechodzić zaczęły. W wieku XVI było to ju
 pomiędzy 
bojarami somilskiemi stałym zwyczajem. Dwa były wtedy 
rodzaje gruntów bojarskich. Jedne zobowiązywały swych 
posiadaczy tylko do słu
by wojennej i te zwały się "wolny- 
mi," inne zaś do słu
by "ziemskiej," to jest zapewne do utrzy- 
mywania i budowania zamków, mostów i dróg królewskich, 
do dawania podwód pod przejazdy i t. p., i te zwały się 
"ciahłymi." Powinności te cią
yły za Zygmunta I na grun- 
tach bojarskich jeszcze w całej pełni. Gdy który ród bojar- 
ski wygasł, a raczej gdy zmarł bojarzyn, nie zostawiając 
męskiego potomka, ziemia bowiem prawdopodobnie dzie-
>>>
137 



ziczna jeszcze była tylko z ojca na syna, grunt oSIerocony 
wracał do rozporz
dzenia hospodara i zwany był wtedy 
"ziemIa pustowskaja" albo "pustowszczyzna" I). Na pocz
tku 
XVI wieku rozdawnictwem takich ziem trudnili się woje- 
wodowie. Bojarzyn więc, chcący otrzymać pustowszczyznę, 
udawał się do "miłościwoho pana" - taki był bowiem i u bo- 
jarów potoczny tytuł wojewody, i "bił mu czołem," prosząc 
ustnie o łaskawe "wwiazanie" do opr6
nionej dzielnicy. Wo- 
jewoda przywoływał prystawa i starszych z włości i "opyty- 
wal", czy ziemia 
ądana istotnie "zdawna pusta le
yt" i czy 
jest "wolna" czy "ciahła." Następnie, je
eli, jak się to działo 
najczęściej, miał we włości namiestnika, posyłał doń rozkaz 
"zawiedzenia" ziemi prosz
cemu; je
eli zaś namiestnika nie 
było, posyłał swego "dzieckiego" lub "komornika," aby "wwia- 
zał" w nią bojara. Posłaniec, zjechawszy na miejsce, w obec- 
ności prystawa i zgromadzonych sąsiadów ogłaszał nowego 
posiadacza ziemi w imieniu wojewody. Niekiedy i sam pry- 
staw dokonywał aktu "wwiazania," lecz była to forma mniej 
Uroczysta, a więc i mniej po
ą,dana w czasach, kiedy kaMy 
akt prawny tern większej nabierał mocy, im większy urok 
wJadzy miała osoba, która go dokonywała. Po tym akcie 
obdarowany wstępował wprawdzie w prawa właściciela, lecz 
nie czuł się spokojnym dopóty, dop6ki piśmiennego potwier- 
dzenia od najwy
szego "hospodara", to jest od kr6la, nie wy- 
jednał. "Wwiązanie" wojewody zabezpieczało go tylko cza- 
sowo, nie dając 
adnej rękojmi na przyszłość, w razie np. 
Ś1llierci lub odejścia "miłostiwoho pana," zaprzeczenia praw 
przez kogokolwiek. Aby być pewnym swej własności, 
trzeba ją było albo po ojcu odziedziczyć, albo doczekać się 
na niej przedawnienia tych zawsze w
tpliwych lat dziesięciu 
"dawnosti ziemskoje," albo, co było najlepsze i najpewniej- 
sZe, wyrobić Bobie na nią, "list" kr6lewski, nienaruszoną pie- 


-- 


') \\Tyrazy te odpowiadają polskim "pustka:' "puścizna:' który to 

Statni, brany w znaczeniu przenośnem, pospolicie dziś u nas kaleczą na 
"spuścizna." Por. też wyraz "pustosz," oznaczający dzIś na Litwie wydzler- 

awione zaścianki, wcho:lzące do składu większych dóbr.
>>>
138 - 


częcią, opatrzony. Je
eli więc bojarzyn miał łaskę u woje- 
wody, a mo
e jakie zasługi wojenne, raz jeszcze "bił mu czo- 
łem," aby prośbQ jego przeło
ył królowi i ów list z kancelaryi 
hospodarskiej wyrobił. Je
eli zaś nie chciał lub nie mógł 
prosić wojewody, nie zostawało mu, jak skorzystać z jednej 
z częstych bytności króla na Litwie, w Wilnie lub w którym- 
kolwiek z licznych wtedy zamków wielkoksią,
ęcych, i "bić 
czołem" samemu hospodarowi. Posłuchajmy w całości 
brzmienia jednego z takich "nadań," wydanych z kancelaryj 
litewskiej Zygmunta I w pierwszych zaraz latach jego pano- 
wania. Akty te zwykle cechuje dziwnie patryarchalna pro- 
stota wysłowienia, której równa być musiała i prostota ohy- 
czaju ówczesnego. 
,)Żykhimont Bo
ju miłostju korol polskij, welikij kniaź 
litowskij, ruskij, knia
a pruskoje, Mmojtskij (sic) i inych. 
Bił nam czołom bojaryn somiliszskij Ławryn Nekraszewicz l' 
i powiedił pered nami, szto:2: ich brati szest'w podiele 
ywut, 
a zemlu otczyznoju mału majut i ne majet's czoho nam po- 
słu
yti. Ino wojewoda Trockij Mikołaj Mikołajewicz dał 
jemu zemlu pustowskuju tiahłuju w somiliszskom powiete, 
na imia Mitjewskuju, do naszoje woli, kotoruju:2: zemlu pered 
tym zdawna ded i otec jeho pachiwał; i list pana wojewodin 
na to on pered nami pokładał, i w tom liste stoit' sztO:2: pan 
wojewoda o toj zemli opytywał prystawa i inszych ]udej so- 
miliszsldch, i oni pered nim powiedili, szto:2: taja zemla daw- 
no pusta le
yt, a otczyha jeho w niej niet. I bił nam czołom, 
abychmo i my jemu tuju zemlu dali, ino my, wodle listu pana 
wojewodina i na jeho czołom bit je, u tom łasku naszu uczy- 
nili i tuju zemlu dali jeśmo jemu na wiecznost, so wsim s tym, 
kak sia taja zemla zdawna w sobie maj et, nechaj on tuju 
zemlu Mitkowskuju der:2:yt, a nam słu
bu zemskuju słu
yt. 
Pisan w Miensku. Junii 9 deń. Indikt 1. (1513 r.) Pr. (o) (sił) 
kreola) wojew(oda) tr(ockij), pan Mik(ołaj) Mik(ołajewicz)" 
(M. P.). 
Król sam rzadko kiedy listy takie podpisywał. Do przy- 
jęcia królewskiego podpisu godniejszym był pargamin, ni
 
par ier , który w kancelaryi Starego króla coraz wyłą,czniej
>>>
- 139 - 


wchodził w użycie. Jeżeli jednak nadanie było znaczniejsze, 
a bojarzyn zasłużony i bogaty, król, dla okazania mu tern 
większej łaski, kładł podpis własnoręczny na okazałym par- 
gaminie i na karmazynowym, z pięknego jedwabiu ukręco- 
nym sznurze pieczęć litewską, w czerwonym wosku starannie 
odciśniętą, w woskowej miseczce czyli "bulli," "przywiesić" 
rozkazywał, Obdarzony takim przywilejem bojarzyn, zwał 
go "daniną" kt-ólewską, a ziemię z dumą, mianował być "wy- 
słuhoju na koro lu jeho miłosti." 
Lecz wróćmy do włości bojarskich, uważanych, jako 
okrąg administracyjny. Znaczniejsze z nich były, jak o tern 
Wspomnieliśmy, siedzibami namiestników wojewodziliskich. 
I ci bywali zawsze mianowani z po
r6d bojar6w i mogli od 
siebie mianować podnamiestnik6w, za kt6rych czynnościjed- 
nak odpowiadali, jak za swoje własne. Ponieważ zaś bojarzy 
reprezentowali przedewszystkiem siłę zbrojną, przeto w ich 
włościach widzimy też osiadłych chorążych. Wiadomo, że 
cała Litwa ówczesna istotnie podzielona była na chorąstwa, 
a ponieważ pospolicie bywał przJTnajmniej jeden chorąży na 
powiat, przeto włość bojarską w mowie potocznej, a jak wi- 
dzimy z powyższego przywileju, nawet i w aktach, z kance- 
laryi królewskiej wydawanych, utożsamiano niekiedy z po- 
wiatem. Chorąży, bezczynny w czasie pokoju, zażywał ",te- 
?y tylko powagi urzędu, lecz w czasie wojennym bojarzy 
I szlachta z pocztami pod znak j ego się gromadzili; dlatego 
też bywał on najczęściej szlachcicem herbownym. 
A więc we włości bojarskiej prystaw spełniał przeważnie 
Obowią,zki policyjne, namiestnik był gł6wnie sędzią z ramie- 
nia wojewody; a chorąży, "chorużyj," naczelnikiem siły zbroj- 
nej. Władzę duchowną sprawowali przy małym kościołku 
lUb greckiej cerkiewce "katolicki pleban" lub grecki "świesz- 
czennik." Jak jednego. tak drugiego zwano tylko po imieniu, 
lecz przed imieniem księdza kładziono wyraz "kniaź." 
Bojarzy nie znali nazwisk rodowych aui herbów. Jak 
do Uprawnionego posiadania ziemi wystarczał fakt, że była 
"otczyzną," to jest spadkiem po ojcu, tak imię ojcowskie, 
dołączone do własnego, starczyło za rodow6d. Bojarzyn
>>>
- 140 - 


w przesdość nie sięgał, jak jednem pokoleniem, imion włas- 
nych)aś u
ywał obyczajem słowiańskim prawie tylko w for- 
mach spieszczonych. Że zaś tych spieszczeń tworzyć mo
na 
było, ile się chciało, przeto raz obrana forma imienia, odmien- 
na od innych form tegoż i stale używana, wystarczała w bra- 
ku nazwiska do odr6żnienia od imiennik6w. Najpospolit- 
Bzemi imionami i formami imion były wśród hojarów somi- 
liskich w czasach naj starszych następne: Olechno (Alexan- 
der), Michno (Michał), Juchno (Jan), Iwachno (Iwan). Imię 
Jana-je
eli nale
ało do katolika, i Iwana, je
eli noszący je 
był wschodniego obrządku, szczeg61nie ulubione i pospolite, 
zmieniane było w spos6b naj rozmaitszy, brzmiąc to z pol- 
ska Janko, to z litewska J anelis, to z ruska I waszko. Lecz 
oto i dluMzy szereg imion, do połowy XYI wieku i p6źniej 
najczęściej przez naszych bojarów używanych. Męskie: Mi- 
chajło, Miszko, Butrym, Maciej, Matys, Tomko, Mitko, Dobko, 
Dowmunt, Kontowt, Narbunt I), Dowgird, Radiwoj czyli Radi- 
won, Pietraszko, Chszczon, Niekrasz, Lawryn, Wojtko, Boh- 
dan, Oleszko, Chwied, Fiedko, Giecz, Pietko, Hryszko, 
Khrykh (Gryg), Ondrej, Romaszko, Stańczyk, Zienko, Jusz- 
ko, Pacuś, Notkuś, Minko, Winko, \Vieliczko, Bertasz, Bort- 
ko, Daszko, Ostaszko. Imiona żeńskie oczywiście rzadziej się 
trafiają w dokumentach naszych, a mają do siebie jeszcze 
i to, że nie bywa wśród nich wcale imion narodowych litew- 
skich na podobieństwo męskich, jak Dowmunt, Narbut. Oto 
niektóre: Owdokia, Maryna, Marychna, Machna, Kachna, 
Kasiuta. Sonka, Khentruta 2), Jahna, Jahnieszka, Dorota, 
Hanna, Annuszka, Zapieja, Jedwiha, Małkhareta. Imiona 
m
skie w tych samych spieszczonych formach z dodaniem 
kOllc!)wki:-wicz ella mę
czyzny, a -owna dla niewiasty, da- 
wały nazwy patronymiczne: Olechnowicz, Pietkowicz, Hryil- 
kowicz, Hryncewicz, Dowmontowicz, Pietraszkiewicz, Jak- 
hintowicz, Rymkowicz, Dowgirtowicz, Narkowicz, Gieczewicz, 


l) Ocz
.wiście indent
Tzne z NaQ'mlmt (Narymund), traflającem się 
też śród bojarów somi\iskich. 

) Oentruda, Jcnb'uda, mówią i dziś jeszc,e litwini, zamiast Oer 
trwla
>>>
I 
I 
I 


141 - 


Micowicz, Misiewicz, i t. d. Zdarzało się, 
e do takiego na- 
zwiska, kt6re słu
yło jeszcze w pierwszej połowie wieku XVI 
tylko dzieciom jednego ojca, dodawano przezwisko odró
nia- 
jące, potrzebne szczególnie wtedy, gdy w jednej okolicy zna- 
lazło się dwóch ludzi o jednakich imionach własnych i ojczy- 
stych. I tak, Jan Pietkiewicz nosi litewskie przezwisko Ru- 
dis, zapewne od rudych włosów, podczas gdy jego sąsiada, 
tet Jana syna Pietka, zowią lwachnem Kołomarem. Syn te- 
go ostatniego opuszcza imię ojcowskie i mianuje siQ Koło- 
marewiczem, idąc w tern za przykładem dzieci Hudisa, które 
to Janowiczami, to Rudewiczami (wymawiaj: Hudziewiczami) 
się piszą. Taka już była zresztą prostota czasów owych, 
e 
wymienienie jednego tylko imienia chrzestnego bywało do- 
statecznem nawet w aktach urzQdowych. Wojewoda trocki 
tak adresuje list do swego namiestnika: "Namiestniku naszo- 
nm somiliszskomu Winku." Sam król, nadając bojarzynowi 
ziemię, w tych słowach określa okrąg administracyjny, do 
którego grunt nale
y: "majet' on i dieti jeho tuju zemlu wy- 
Szemenenuju, w powiete trockom, prystawnictwa Micowa, 
derżati i używati." Prystawowi było na imię Michał i to jed- 
uo imię, zmodyfikowane dla niego na Mic, było mu, obok ty- 
tułu urzędu, dostateczną. legitynucyą. Ale
 bo w owych 
czasach nietylko taki prosty bojarzyn lub prystaw, ale na- 
Wet i szlachcic herbowny, ba, i sam wojewoda, obywał się 
nieraz, nawet i w urzQdowcj czynności, bez nazwy rodowej. 
Radziwiłł herbu Trąby, marszałek nadworny królewski, wo- 
jewoda 'rrocki, pisze się w podobnym razie tylko wnukiem 

Ścika: "Hryhory Stanisławowicz Ostkowicz", a widzieliśmy 
JUż w przytoczonym przez nas powy
ej przywileju innego 
Radziwiłła, nazywanego przez króla tylko Mikołajem Miko- 
łajewiczem. A]e bo o przyszłość mało się wtedy troszczono, 
o przeszłość jeszcze mniej dbano. D]a bojarzyna przywilej 
królewski, wystawiony na imię jego przodka, a świadczący 
-o zasługach i potwierdzający "daninę," zawierał w sobie 
n10
e jedyne wspomnienie przeszłości. To ta
 cenił w nim 
nietyle pamiątkę rodzinną, jakby to czynił szlachcic dzisiej- 

zy, ile raczej rękojmię spokojnego posiadania "zdawna wy-
>>>
- 142 - 


słu
onej ojczyzny;" odczytać tego przywileju zwyczajnie nie 
umiał, bo samo u
ywanie pisma do tranzakcyi było między 
bojarami rzeczą nową. Gdy jednak w ostatnich latach XV I 
wieku stało się ono, jak rzekliśmy, zwyczajem ogólnym, nikt 
jeszcze tych dokumentów podpisami stwierdzać nie umiał. 
I nie było to jeszcze nawet gdzieindziej we zwyczaju. Poszli 
więc bojarzy nasi, za przykładem szlachty i panów, ksil!
ąt 
i samego hospodara, i zaczęli na aktach odciskać pieczęcie. 
Te zaś miały prawdopodobnie kształt sygnetów i były noszo- 
ne na palcu, Lecz ani sygnet, ani znak na nim, nie należał 
do wyłącznych prerogatyw stanu rycerskiego. Naj mizerniej- 
szy chudopachołek miewał wówczas swI! pieczęć, a lada nie- 
zgrabny nawet znak, na wygładzonym kruszcu wyrznięty, 
świadczył o wiarogodności aktu, pod którym go wytłoczono. 
Zdarzało si
 nieraz, 
e jedna i ta sama osoba po razy kilka 
w 
yciu zmieniała znak pieczętny, syn zaś do u:
ywania znaku 
ojcowskiego wcale nie był upowa
nionym. Istnienie bowiem 
pieczątki ze śmierciI! jej właściciela ustawać było powinno, 
a nad grobem czy to bojarzyna, czy mieszczanina, czy pana 
lub kniazia, sygnet jego kruszono uroczyście. To nam tłó- 
maczy nadzwyczajnI! rzadkość dzisiaj dawnych tłoków pie- 
czętnych. Akt zniszczenia tych ostatnich był tak koniecz- 
nym, tak silnie, w celu uniemo
liwienia fałszerstw pośmier- 
tnych, prawem obyczajowem zalecony, 
e jeszcze w połowie 
XVI wieku na Litwie za proste ukrycie pieczęci zmarłego 
pisano pozwy do sądów grodzkich. 
Zobaczmy
 teraz, jaki bywał u bojarów somiliskich 
kształt sygnetowych tarczy i jakie znaki na nich wyrzynano. 
Najstarsze sygnety, to jest te, które XV wieku sięgają, mają 
zawsze tarczę dokładnie okrl!głą. W środku koła znajduje 
się, bez 
adnego obramienia, znak, nieraz do poczl!tkowej 
ruskiej litery imienia podobny, często te
 wybrany dowolnie, 
np. orle skrzydło, krzy
, kotwica, w otoku zaś - grubo i nie- 
zgrabnie wyrzeźbiony napis ruski, podajl!cy bez skróceli wy- 
raz "peczat" i imi
 właściciela całkowite, z dodaniem nieraz 
i imienia ojczystego, np. "peczat Mikołajewa" "peczat 
Chszczona Nekraszewa" i t. p. Później nastały nieco zgrab-
>>>
- 



 
- 143 -ł- 


niej rtnięte, podłutnego kształtu, daj
ce wyraźny rysunek 
jakby herbowej tarczy ze znakiem na niej. Nad tarczą, kt6rej 
nigdy nie przysłaniał hełm, ani korona, wyryte bywało jut 
jedno tylko imię, albo początek imienia, albo nawet same ini- 
cyały. Oto rysunek kilku pieczęci bojarskich z czas6w Zyg- 
Illunta Starego: 
EonSm łrJNmK B("

KO A 8n 
 K 
@'@(JQ0
 


., 


Baruzo wyraźne s
 na nich napisy imion lub inicyały: 
bohusz, mitk(o). weliczko, L. M. I. K. 
Okolo połowy szesnastego wieku, bywaj
 pieczęcie sta- 
le jut tylko początkowemi literami imienia i nazwiska opa- 
trzone i litery te od tego czasu przestają być ruskie i są zaw- 
Sze tylko polskie. Wyraźnie odciśnięta i dobrze zachowana 
przy dokumencie pieczęć stanowiła całą jego wartość i była 
tak watną i niezbędną, te gdy wydający akt nie miał jej przy 
sobie, nie zaniedbał nigdy tej okoliczności wymienić: "A ja 
Matej nemiel jeśmi na tot czas swojej peczati" i "bił czołom" 
sąsiadom, lub innym "dobrym ludjam," aby "dla lepszoje 
tWerdosti" pieczęci swoje przyłotyli. Wyciskano zawsze 
pieczątki w kilku kroplach wosku, na papier dokumentu na- 
lanego i nakrytego małemi kwadracikami papieru, które 
zWano z łaciliska "kustodyami." Wosk ten u naszych boja- 
rów bywał czasem brunatny, lub szarawy. często zielony. 
nigdy zaś czerwony, bo dla pieczętowania się purpurą trzeba 
było być, jeteli nie samym "hospodarem," to przynajmniej 
tegot dostojnikiem, wojewodą, kniaziem, lub innym "miłoś- 
ciwym panem." 
Tyle o pieczęciach, Przypatrzmy
 się teraz gospodar- 
stwu i, o ile się da, domowemu tyciu bojar6w. "Sieliszcze" 
Przedstawiało obraz niewiele r6tny od dzisiejszego litewskie- 
go zaścianka. Chata bez komina, cżęściej "dranicą," nit sło- 
l11ą kryta, o małych okienkach "błoną," (mote jeszcze pęche- 
rzową?) zaciągniętych, z drzwiami bez zaszczepki, lecz
>>>
144 - 


o klamce drewnianej, z wnętrzem bez podłogi, była mieszka- 
niem miernego bojarzyna. Naprzeciw niej był świren, 
a w nim, obok zbo
a w ziarnie, skład wszelkich kosztowności 
domowych, na grubą kłodkę zamknięty. Były tu więc pie- 
niądze, dro
sze sprzęty, sieci, broil, a wreszcie i zwitek papie- 
rów i przywilejów królewskich. Gumno, chlewy i reszta za- 
budowań kończyły zagrodę, wrotami zamkiętą. 
Bojarzy mieli du
o ziemi, odłogiem le
ącej, uprawnej 
posiadali względnie mało. Przyczyną był brak robotnika, 
bo niewielu z bojarów posiadało "czeladź niewolną" lub 
"słu
by" to jest chaty paliszczyźniane. Ludzie więc, których 
zawodem miało być wojenne rzemiosło, własnemi rękoma 
'imali się sochy. Z konieczności pracy na roli wynikała te:t 
potrzeba łączenia w rodzinach sił wspólnych. St
!d te
 bo- 
jarzy zwykle z dorosłem potomstwem :tyją w jednej chacie: 
bracia nie zawsze dzielą się ojcowizną, stryjowie mieszkają 
razem z synowcami. Pomimo ułatwienia, jakie dawało takie 
wyzyskiwanie związków krwi, rolnictwo właściwie nie opła- 
cało jeszcze wtedy dostatecznie trudów, na nie ło
onych, 
a gospodarz część pracy poświęcał chętnie ponętnym gałę- 
ziom dzikiego przemysłu, j ak bartnictwo, rybołówstwo, myś- 
liwstwo. W czasie gdy "niwkę" na siedm beczek litewskich 
wysiewu, w cenie półczwartej kopy groszy "na źrebca stad- 
nego" wymieniano, kiedy za jarzmo wołów płacono "siano- 
:tęcia," stokroć łatwiej było stawić jazy i bucze w jeziorach, 
łowić sidłami ptastwo, zabijać bobry w ich "gonach," a na- 
wet mierzyć się z dzikim zwierzem, niźli troskliwie hodować 
bydło, kosić łąki i w pocie czoła orać skibę, a to tembardziej, 

e jedna wyprawa wojenna, jeden napad nieprzyjaciół, zwykł 
był owoc tylu zabiegów niszczyć w jednej chwili. Barcie 
leśne, tak obficie na Litwie ówczesnej utrzymywane, I:J. 
względnie tak mało wymagające trudu, były własnością naj- 
wy:tej cenioną, bo najbardziej zyskowną. Prawo litewskie 
za ścięcie bartnego drzewa karało sro:tej, ni:t za złodziejstwo 
zwyczajne. 
2e więc gospodarstwo rolne bojarów znajdowało się 
jeszcze w stanie bardzo pierwotnym, przeto dziwić się nie
>>>
145 - 


.a- 


'lllozna, 
e w licznych umowach sprzedaMych, które nam 

ostawili, niemal równie często wspominają, się dzikie obsza- 
ry, jak ziemie uprawne. Obfitość nazw, słu
ą,cych do ozna- 
czania nieużytków, sarna przez się świadczy o przemaganiu 
tych ostatnich. A więc o "lasach, puszczach, hajach, dubro- 
wach, zaroślach, rojstach, bereźnikach, bołotach, martwicach, 
.chmyznikach, chworośnikach, olesznikach, dzirwanach, ozier- 
()ach" czytamy prawie w ka
dym akcie, nie w ka
dym zaś 
chodzi o "ziemlicę," która się mierzy beczkarni wysiewu. 
Jest to wymowne świadectwo o dziewiczości ziemi. 
Kawał roli bojarzy zwali "niwka" lub "niwa." Lepiej 
Uprawna, cenniejsza, przybierała nazwę "nawozu," chętnie 
spieszczoną, w "nawoziec." Ziemię, jakeśmy ju
 wspomnieli, 
mierzono wysiewem, jak to jest dziś jeszcze na Litwie po- 
tocznem. "Prodał jeśmi niwku, na kotoroj siejetsia połtory 
boczki żyta, solanki, a kŁomu sieliszczeczko Mackowskoje, 
.siejetsia na czotyry siewalni." Siewalnia jest to po dziś 
-dzieli u
ywany do siewu koszyk słomiany, a beczki "solan- 
ki" zna tak
e jeszcze kaMy nasz wieśniak. Co zaś do 
wspomnianego "sieliszczeczka" Maćkowego, nadmienić na- 
leży, 
e "sieliszcze" utraciło zezasem w Somiliszkach pier- 
wotne swe znaczenie siedziby. W wieku XVI coraz częściej 

astępujeje okazalszy wyraz "dwór, dworzec (dworec)," stara 
nazwa przeszła na pole, o którego dawnym właścicielu prze- 
()howała się pamięć, a w końcu "sieliszcze" znaczyło ju
 
wprost to samo, co "niwa." 
Dziwną, się te
 wydaje ówczesna mnogość nazw miej- 
scowych: byle strumień, krynica, bagno, rojst, skrawek pola, 
Wszystko to jest jakby uosobione, ma nazwę własną,. A na- 
zwa ta zdaje się nieraz brzmieniem przypominać zamierzch- 
łe, mo
e pogańskie czasy, a co najmniej świadczy o wzglę- 
dnie niedawnem, a bardzo i obecnie połowicznem zagnie
- 
lżeniu się tu Rusi, To
 to jeziora, jak: Krysztokielis, Somoń, 
l{iewle, Purwie, bagna, jak Łaukażerys, łą,ki,jak Szwiantieni, 
Jagudy, strumienie, jak Strewa, Kojrewia Upia, "dwory" na- 
Wet bojarskie, jak Rasakompis albo Rasakiemia, wszystko 
!losi jeszcze nazwy litewskie. Uderza te
, 
e i nazwy "pu- 
lO 


'n, 
ici 
leo 
le- 


;a. 


lej 
:a, 
llb 
ch 
lla 
e
 
)0- 
le: 
Ją, 

ie 
la- 

h, 
lę- 
v- ś - 
ch 
ld- 
lO" 

h, 


la- 
ać 
ej, 
-ki 

ie 
1:1. 
aj" 
de 
WO 


się 
llie
>>>
146 - 


stowszczyzn" wskazują, najczęściej na dawnego litewskieg() 
właściciela: Żomojtowszczyzna, Wizmontowszczyzna, Butwi- 
łowszczyzna, Rymwidowszczyzna, Dowiadowszczyzna. Że 
Litwa i teraz jeszcze wśród bojarów nie wygasła, świadczą, 
takie imiona 
yj
cych bojarów, jak Kiejstowt (Kiejstut), :Mi- 
kias, Janelis, Petrulis. Ale oto parę ustępów z tranzakcyi, 
podających opisy miejscowości; te w wyrazistym swym la- 
konizmie malują nam te
 chyba czysto litewskie krajobrazy. 
"Prodał jeśmi, powiada Micko OIechnowicz, nawoz swoj ku- 
plenyj u susied6w, kotoryj le
yt pod horoju Wojewoju na 
Somiliszskoj doroze i niwka nad ruczjom, kotoraja le
yt nad 
welikoju horoju Kowenskoju." "Prodal jeśmi niwku otczy- 
znoju (sic), powiada drugi, kotoraja le
yt pod hruszoju Szło- 
pieju" i ma mo
e na myśli drzewo niegdyś święte, kt6re 
czcicieli swoich prze
ylo. "Prodał jeśmi siano
atku pod hru- 
szoju OIdeniskoju," powiada trzeci. Na wspomnienie tych sta- 
rych drzew, komu
 z nas w oczach nie stanie ten dziś jeszczep 
jak temu lat czterysta, tak wierny obraz litewskiej okolicy 
 

o której wiodło wieszcza tęskne uczucie tułacza: 


Do tych pagórków leśnych, t!.o tych łąk zielonych, 
Szeroko nat!. bh;kitnym 
iemnem rozciągnionych; 
Do tych pól, malowanych zbożem rozmaitem, 
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem: 
Gdzie b11r.:;ztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, 
Gt!.tie panieńskim rumieńcem dzięcielina pala. 
A wszystko p I'zepasan e, jakby wstęgą. miedzą 
Zieloną, na niej zrzadka ciche grusze siedzą. 


( 
{ 
d 


" 


Ju
 z licznych powy
szych przytoczeń wynika, 
e bo- 
jarzy często sprzedawali i nabywali ziemię. Odkąd prawo 
i silniejsza nieraz odm} potrzeba wyrobiła swobodę pozby- 
wania się części "sieliszcz," tranzakcye sprzeda
ne na drobne- 
działki gruntowe szybko się mno
yć zaczęły. Najpospolit- 
szym zaś przedmiotem układów bywały "sieno
atki," co si
 
mo
e tern tł6maczy, 
e grunt w okolicy Sumieliszek wzgór- 
kowaty i falisty tworzy w zagłębieniach du
o dolinek, przy- 
datnych na łąki. Rzadziej sprzedawano pole uprawne, jesz- 
cze rzadziej las, którego zresztą tylko niewielkie obszary na- 


łJ 
C 
ł 
" 
b 


c: 


k 
d: 
ił, 
ci 


.......
>>>
--.- l-n 



e
ały do bojarów. Oto parę formułek sprzeda
nych na "ha- 
Je." "Prodał jeśmi haik swoj i z zemleju wysłuhu (sic) swo- 
ju me
y hai Micewskimi, za wosemdesat hroszej litowskoje 
monety." "Pradał jeśmi delnicu haiku swojeho, szto
 jeśmo 
mieli siebrenyj I) z panom Iwanom, za dwanadcat hroszej 
Panu Iwachnu Leonowiczu, a haik tot le
yt nad horoju W 0- 
jewoju." Las większy, jednolity, który wtedy pół kraju zaj- 
mował, bojarzy zwali "puszcz
." Puszcza nale
ała zwykle, 
albo jeszcze do samego zwierzchnika kraju, t. j. do wielkiego 
kSięcia, albo przeszła ju
 była przez ró
ne nadania na włas- 
ność panów, szlachty lub kościoła. Siła rzeczy sprawiła, 
e 
gdy bojarzyn lub kmieć, zagłębiwszy się w cudz
 puszczę, 
Odkrył w niej b
dź "gony bobrowe," lub upatrzył łl!kę, którą, 
kosić zacz
ł, albo zało
ył barcie na drzewach, a nikt mu 
w tern nie przeszkodził, pozyskiwał wstęp stały, którego 
własność bezsprzeczn
 zapewniała mu "dawność ziemska" 
albo prawo "ojczyste," czyli, jak się dziś m6wi, dziedzictwo. 
Co więcej, własność tę zabezpieczał nawet wyraźny przepis 
statutu króla Zygmunta z r. 1529. "Tot, w czyjej puszczy, 
ozera, sieno
ati i borti budut (czu
yje), tych czu
ych weho- 
do w w swoju puszczu otniati ne mo
et 2)." Ale nietylko po- 
dObne wstępy do puszczy posiadał bojarzyn opodal od swego 
"dworca" lub sieIiszcza. Cała jego własność ziemska była 
najczęściej rozrzucona, podzielona na drobno działki i sza- 

hownice. Obok leśnych, bywały wstępy wodne, do jeziOl' 
l rzek. "Prodali jeśmo delnicy swoi, w trech ozercach. 
'" l{iłuszy, a w Purwi, a w Somoni," zeznaj
 dwaj bracia 
bojarzy. bąki, zwłaszcza większe, dzielono te
 na schedy, 
cZYli sznury. W okolicy Sumieliszek jest łąka "Skierdymie", 
której nazwa litewska znaczy podzielona, od słowa "skiersti". 

zielić. Rozrzucone zaś d
iałki jeszcze bardziej się drobiły, 
l
ekroć w którejś rodzinie rozbiła się jedność domowa, a bra- 
CIa lUb krewni, 
yjący dot
d wspólnie, podzielili się dziedziną. 
---- 


I) Siebl'en
j, wsp(Hny. 
t) Dzialyński, zbiÓr IJraw. lit. stat. 1529, roz(lz. 9 art. 3.
>>>
- 148 - 


W ówczas stary zwyczaj, dziś jeszcze przez wieśniaków litew- 
-skich praktykowany, nakazywał równy podział ka
dego 
działku, ka
dego wstępu, ka
dego sznura. To
 nawet za- 
mieszkali o milę od Somiliszek we dworze swoim Dowgier- 
dziskim trzej bracia szlachta Zawiszuwie, herbu Łabędź, 
gdy im się w roku 1540 przyszlo podzielić ojcowizną, poszli 
za przykładem bojarów i kmieci i, mając do podziału trzy 
"imiona," jedno na Żmudzi, drugie w Trockiem (Dowgier- 
dziszki) trzecie na Pińszczyźnie, wydzielili ka
demu z pośród 
siebie po trzy schedy w ka
dej z trzech wiosek. To rozdro- 
bienie własności bojarskiej tłomaczy nam te
 wspomniana 
mnogość tranzakcyi sprzeda
nych. Jednym szło o zaokrąg- 
lenie swych gruntów, drugim o pozbycie się, w potrzebie go- 
towizny, szachownic, zbyt od "sieliszcza" odległych. 
Przypatrzmy się sposobowi, w jaki się akt sprzeda
y 
gruntu załatwiał. 'V czasach, gdy nasi bojarzy umów jesz- 
cze nie stwierdzali "listami," prawomocność umowy zale
ała 
-od uczynienia jej przy świadkach, tak zwanych "ludziach do- 
brych." Sprzedający spraszał więc do siebie kilku sąsiadów, 
zwanych te
 czasem w późniejszych dokumentach, "ludźmi 
obcymi I), i w towarzystwie nabywcy "obwodził" ich po mie- 
dzach i granicach sprzedawanego gruntu, "opowiadając" 
przy tern warunki kupna, wyszczególniając, czy grunt jest 
jego "ojczyzną," czy te
 "zemliceju kuplenoju" i czy nikomu 
nie jest "pienną." Potem pozostawało ju
 tylko wyliczyć 
pieniądze i akt mniej lub więcej sutą biesiadą zakończyć. 
Gdy ku kOIlcowi wieku XV weszło w zwyczaj spisywanie 
sprzeda
y, obrządek "zawodzenia kupli" długo jeszcze POZO" 
stał w swej sile. Tylko 
e po jego załatwieniu trzeba ju
 
było ze świadkami, którzy nie potrzebowali nawet być ko. 
niecznie ci sami, co przy akcie "zawodzenia," udać się do mi a" 


I) "LwIej obczyrh," tak naz
'wa ich dokument }Jiński jeszcze w r. 1613. 
(Testament Krzysztofa Skirmunta, sędziego Grodzkiego Pińskiego, rkpS.)' 
Obczy znaczy tu jeszcze tyle, co okoliczny, a wyraz to jest utworzo n ) 
z partykuly ob i końcl\wki - czy. Por. wyrazy polskie ob-roża, obw6 d 
i t. p. i rosyjskie obszczyna, ohczina, obszczyj.
>>>
149 


I. 
,. 
) 
II 


sta, to jest do Tl'ok, gdżie "dziak" wojewody lub jego na- 
miestnika starannem pismem mskiem stojącem, piórem sil- 
nie przyciślliętem, kreślił -na ćwiartce mocnego papieru, 
o charakterystycznym znaku wodnym, kr6tką aryngę, podob- 
ną do tej, kt6rą, jedną z tysiąca, (lIa przykładu tutaj przy- 
taczamy: 
"Ja, Netius Sowkołowicz i z bratjeju swojeju Dacom 
a z Bartkom i z synom swoim Pietraszom, wyznawajem sim 
naszym listom, prodali jeśmo haj swoj i z zemleju pospołu 
PawIu Tolokonskomu za dwie kopie hroszej, wieczno obel,. 
i nepienno nikomu, i zaweł jeśmi tot haj pered bojary, pered 
Butrymom, a pered Dobkom, .a ne nadobie toho haju nikomu 
poiskiwati od naszeno plemieni, achtoby mieł poiskiwati, tot 
zapłatit winy wojewodu trockomu try rubli hroszej. A pry- 
tom byli ludi dobry je: Iwachno Kołomarewicz, a Zanko Se- 
menowicz, a Sadko 
yd trockij, a brat jeho Ohron, a dla 
lepszoje twerdosti seho naszeho lustu prosili jeśmo i czołom 
bili Iwachna Kołomarewicza, sztoby peczat' swoju pryło
ył 
k'semu naszomu listu i jeho miłost' to uczynił i peczat' swo- 
ju - pryło
ył. - Pisan u 'rrocech, dekabra 27 deń. - Indikt 12 
(1494 albo 1509 r.). Po "przyło
eniu" więc tej pieczęci, kt6ra, 
jak w tym przypadku, choćby była jedyna i nie nale
ała do 
tWórcy 'aktu, wystarczała do nadania mu sankcyi, wracan() 
do domu, gdy
 nie weszło jeszcze w zwyczaj p6źniejsze 
"przyznawanie" tranzakcyi, to jest wpisywanie jej do ksiąg 
POwiatowych grodzkich lub ziemskich, kt6re to księgi w Tro- 
kach dopiero w drugiej połowie XVI wieku sic;) zjawiają. 
W przytoczonym co dopiero tekście niema, jak widzi- 
my, 
adnego opisu granic. Starczy zań jeszcze proste za- 
wiedzenie "pered bojary" albo "pered ludej dobrych." 

kr6tce jednak, przy coraz większej łatwości pisma, zjawia- 
Ją się opisy, tak, 
e "zawiedzenie" staje się wobec nich £01'- 
l11alnością zbyteczną. Opisy te, kt6rych kilka znamy już 
z uprzednich przytoczeli naszych, hywają w swej jędrnej 
Prostocie zawsze malownicze. Dorzućmy tu ich jeszcze pa- 
r
F "A taj a siano
atlm le
yt' nad ozerom, nad Somo niem, 
Pod Michajłowym sieliszczem," - "A taj a ,niwa le
yt' nad
>>>
- 150 - 


J 


"Teterewinym rojstom. czerez mie
u iz niwoju, iz pana Iwa- 
110WUjU, a iz druhoje storony z niwoju Chszczonowuju, czerez 
mie
u." "Odna siano
atka le
yt' pod Dinkowoju horoju, 
a druhaja nad Kukniewym kołodezem." . 
Jak niewielkiem bywało najczęściej mienie bojar6w, 
tak te
 i sprawy ich sporne, których pamięć przekazały nam 
nieliczne z tego zakresu dokumenty, za drobiazgowe na og6ł 
uWa
ać m01na. Władzę sądową najwy
szą miał nad nimi 
sam kr61, lecz 
e, zgodnie z pojęciami owych czas6w, ka
dy 
urzędnik, jako dzier
ący cząstkę władzy zwierzchniczej, był 
zawsze tak
e i sędzią, przeto sprawy między bojarami roz- 
strzygali nietylko wojewodowie i ich namiestnicy, ale tak
e 
i ciwunowie, czyli dzier
awcy kr61ewscy, a w późnipjszym 
czasie, sędziowie grodzcy i ziemscy. Stary kr61 rozciągał 
nad bojarami troskliwą, opiekę; to tet przekładane sobie 
sprawy niejasne rozstrzygał nieraz osobiście, albo przez wy- 
znaczonych na to w Wilnie specyalnych komisarzy, wybra- 
nych z pośród dostojników duchownych i świeckich. Sprawy 
potoczne sądzili urzędnicy z ramienia wojewody, a więc 
przewa
nie namiestnicy z przybraniem ławników. W takich 
sprawach prystawowie bywali te
 zwykle głównymi świad- 
- karni. VV "liście sądowym," wydawanym po rozstrzygnięciu 
sprawy stronie wygrywającej, sędziowie podawali cały prze- 
.bieg ustnej rozprawy. Okoliczność ta czyni podobne "listy" 
niezmiernie zajmującymi. To te
 jeden z nich podajemy tu 
w całości: 
"Ja Olechno Hrynkowicz, namiestnik Kozinskij, Trockij 
i Somieliszskij, a pan Weliczko Dyakowicz, klucznik Trockij 
hospodara korola Jeho miłosti; a pan Paweł Tołokonskij, a 
Jan lwaszkowicz Połuboczok, smotreli jeśmo toho dzieło. 
Żałował nam pan Iwan Leonowicz, stojaczy na swojej zem1i, 
na Mateja Bohdanowicza i na brata jeho Juchna, tym oby- 
czajem, szto
: "Oni pospoł s'otcom swoim Bohdanom, pro- 
dali mi czctyry niwki i berezniczki, sumie
 z bawrynowuju 
me
oju, za piatnadcat' hroszej, obel wieczno, ino tot istyj 
Matej, seje zimy pryszotszy (sic) czełowieka mojeho w tom 
berezniczku zbił, kakM jeśmi czełowieka swojeho rany
>>>
- 151 - 


'\\7 zamku okazywał." I my spytali Mateja a Juchna Bohda. 
nowiczow: "Czy prodali jeśte z otcom swoim, panu Iwanu, 
czetyry niwki i berezniczki?" I oni rekli: "Rak jeśmo je- 
mu ne pro dawali tych czetyrech niwok i bereznikow tak
e 
i ne wieda.jem a
 do tych czasow." I my spytali pana Iwa- 
na: "Czym to na nich perewodisz, sztoby oni twojej miłosti 
tyje czetyry niwki prodali i zaweli?" - I pan Iwan szap ku 
prystawił do lista ich kupczocho, i do bo ar, kotoryje w tom 
ich liste stojat', pered kim oni tyje czotyry niwki i bereznicz- 
ki prodali i zaweli sami, kak
e i list ich kupczyj pan Iwan 
pered nami ukazywał, w kotorom:2;e liste ich stoit, i:2; oni po- 
społ z otcom swoim, z Bohdanom, pro dali; kak:2;e w tom liste 
ich s prawa i peczat Wołkowa, i sam sia Wołk pered nami 
sOznałsia (sic) szto: "Sami oni prosili i czołom bili mene, szto- 
bych ja tot list im napisał i peczat' swoju pryłO:2;ył k'semu ich 
listu." A Matej i Juchno Bohdanowiczy, szapki ne prystawili 
do ludej tych, pered kim sami panu Iwanu prodali i zaweli 
tYje czotyry niwki i berezniczki, a k'!istu i ku pieczati ni- 
czoho ne mieli. I my tomu porozumiejuczy,... zostawili jeśmo 
Pana Iwana pry tych czotyroch niwok i pry berezniczku, ma- 
jet' on tuju kuplu swoju obel wieczno derżati.- I na to jeśmi 
jeho miłosti dał sej moj list sudewyj pod mojeju peczatju, 
a Mateju Bohdanowiczu kazali jeśmo połtinoju hroszej cze- 
łOWieka pana Iwanowa nawiezati i rok jeśmo, tym peniaziom 
Pe'\\7nyj połO:2;yIi: czetyry niedieli. Pisan u Rasokiemis, Maja 
21 deń, indikt 3 (1515 r.). 
W tym prostym ajasnym obrazie prawdziwie pierwot- 
!lej rozprawy sądowej, ka:2;de niemal słowo podaje cenny 
SZczegół. Pan Iwan Leonowicz, człowiek widocznie zamo:2;- 
!l! i wzięty, skoro go sędziowIe stale tytułują "Jego Miłoś- 
CIą," skar:2;ył, "stojąc na własnej ziemi," a więc Rasokiemis, 
Sk.ąd datowano dokument, było jego "dworcem", w którym 
te
 sędziów przyjmował. "Przystawianie czapki" było for- 


lnością, służącą do przywołania świadków, w obecności 

orYch akt kiedyś był uczynionym. Oskar
ony "czapki 
ł1le przystawia," poniewa:2; odwodowych świadków nie
>>>
152 - 


ma, a przeciw autentyczności pisma i pieczęci żadnego też 
zarzutu podnieść nie umie. 
Nie wszystkie jednak sprawy dawały się tak prędko 
załatwić, jak powyższa, a zdarzały się często i takie, które 
poszkodowanemu, pomimo pracowicie pozyskanej interwen- 
cyi władzy, żadnego zadośćuczynienia nie przynosiły. Oto 
przebieg podobnej. 
Radziwoj Iwanowicz, bojarzyn Somihski, kupił sobie 
w r. 1557 u Jurja Dowborowicza, "bojarzyna hospodarskoho 
kiernowskoje wołosti" chłopa "niewolnego" z całą jego ro- 
dziną. Chłop zwał się Mikus Borcowicz, miał żonę Marynę, 
dwóch synów Hrynka i Bortka, oraz córkę Jagnieszkę. 
Za te pięć osób nabytych zapłacił Radziwoj dwanaście kóp 
groszy litewskich. Tymczasem chłop. niedługo pomieszkaw- 
szy "pod" nowym panem, dnia 2 Października tegoż roku. 
w soLotę, wziąwszy ze sobą ile mógł dobytku, umknął, "za- 
brawszy sia" z żoną i z dziećmi i, korzystając z zaro
li, la- 
sów i bagien, tamujących najbliższe w kraju stosunki, ma- 
nowcami dążył w stronę Wilna. Lecz bojarzyn nasz czasU 
nie tracił. Skoro się tylko o ucieczce Mikusa dowiedział, 
zebrał znajomych. "ludej dobrych," "susiedów okolicznych 
swoich" i udał się z nimi w pOgOił śladem, "po doroham i po' 
sełam zakazywajuczy i prosoku dajuczy" sp oso hem i teraz 
praktykowanym przez chłopów litewskich, gdy im konie 
lub inny dobytek uprowadzą ..konowody." Tak z pod Somi- 
liszek, pędząc dniem i nocą, ujechał mil kilkanaście i naza- 
jutrz, w niedzielę, w wiosce Opigoszach, na trakcie wiłko' 
mierskim, aż o 7 mil od Wilna, znalazł nareszcie swego zbie- 
ga. Schronił się on był z całą rodziną do chaty Łukasza 
Łowcewicza, poddan
go "bojaryna wilenskoho" Sebestyan a 
Mikołajewicza, a gdy Radziwoj ze .,stroną," którą miał przy 
Robie, zażądał wydania zbiega, chłop czem mógł zaparł drzwi 
i okna chaty i bronić się począł. Zawiązała się bójka na kije, 
w której Radziwoj placu nie dotrzymał. a wracając z próżne- l 
mi rękoma. wstąpił do Kiernowa i opowiedział się tameczne- 
mu namiestnikowi. Ten. upomniawszy wprzód Mikołaje\\+ ( 
cza, gdy to nie skutkowało, dnia 7 Października. pozwał gO
>>>
- 153 - 


przed są,d swój na "oczewistą rozprawę" do Wilna. Lecz 
POzwany "u prawa" nie stanął. a chłopa u siebie po staremu 
przechowywał. Radziwoj zrozumiał wtedy, 
e niewiele doka- 

e, aby jednak niczego nie zaniecha.ć, udał się do Dowboro- 
wicza, od którego owego chłopa był nabył, a przypominają,c 
lUu jego zobowią,zania się w li
cie sprzeda
nym, prosił o po- 
lUoc i obiecywał darować mu opisane w dokumencie "winy" 
pienię
ne i wynagrodzenia "sowite" szkód wszelkich. Lecz 
Dowborowicz na nic się nie zgadzał, przekładają,c, 
e z Miko- 
łajewiczem tak
e nie poradzi i 
e ucieczka chłopa w jego zo- 
bowią,zaniach przewidziana nie była. Pró
ne więc były za- 
biel?;i z tej strony. Radziwoj przez rok cały czynił jeszcze 
starania i rozmaitemi drogami, przez przyjaciół i 
yczliwych 
sąsiadów nalegał na Dowborowicza, aby mu pomógł, lecz 
napró
no. Dowborowicz był na prośby głuchym, a chłop 
nie powracał. Nareszcie w grudniu 1558 r. ob
ałowany bo- 
jarzyn wyjednał raz jeszcze u tego
 namiestnika kiernow- 
Skiego "list upominaluy-' do Dowborowicza, aby się starał 
chłopa właścicielowi powrócić i szkody temu ostatniemu wy- 
nagrodził. Był to właśnie, o ile w braku dalszych dokumen- 
tów są,dzić mo
emy, prawdopodobnie ostatni a równie
 jak 
Poprzednie bezskuteczny zabieg poszkodowanego. 
Te dwa przykłady wskazujlb te
 na dwa naj pospolitsze 
l11iędzy bojarami rodzaje procesów: sprawy o ziemię i o zbie- 
głą czeladź. Sprawy rzeczowe najczęściej u nich z uczynko- 
wemi się łączyły; u ludzi, jak oni, pierwotnych, od sporu do 
cZYnnej obelgi droga bywa niedaleka. 
. Ze śmiercią, Starego króla, którego późniejsze akty bo- 

arSkie wspominają, ze czcią" jako "sławnoje pamiati korola 
Ykhimonta," organizacya bojarska zdaje się rozprzfi)gać: 
o namiestnikach. o przystawnietwach, ba nawet o samych 
"wołostiach" bywają, w naszych dokumentach wzmianki 
c?raz rzadsze, występuje natomiast coraz hardziej na plan 
PI,:rws zy wszechpotę
ny stan szlachecki. Dla zubo
ałych 
"zleruian-bojarów" słu
ba wojenna, wymagają,ca z biegiem 
cZasu Coraz dro
szego uzbrojenia, coraz większych, wsku-
>>>
- 154 - 


tek komplikowania się warunków :!yciowych, ofiar, staje się, 
jak to ni:!ej zobaczymy, jedną z głównych przyczyn upadku, 
a nawet i zaglady pojedynczych rodów bojarskich. W oko- 
licy somiliskiej, a pewnie te:! i w innych środowiskach bojar- 
skich, występują teraz coraz częściej pojedynczy ludzie, 
dzier:!ący w ręku większe środki i większą te:! zabiegliwością, 
ni
 sąsiedzi, obdarzeni, skupujący skwapliwie działki i sie- 
liszcza tych ostatnich i usiłujący się te
 stanowiskiem spo- 
łecznem ponad nich wywy:!szyć. Do poni
enia stanu bojar- 
skiego przyczyniła się te
, ze zmianą stosunków społecz- 
nych, niemało instytucya, z łona samych bojarów przewa
- 
nie wyrosła, instytucya dworzan królewskich. Trzeba bo- 
wiem wiedzieć, :!e za Jagiellonów, obok kancelaryi litewskiej, 
istniał takM przy osohie hospodara osobny dwór litewski. 
Tworzył go zastęp synów szlachty i zamo
niejszych bojarów, 
tak liczny, i
 z samych dworzan litewskich bywał oddzielny 
hufiec na wojnach, o którym, mówiąc nawiasem, wieść niosła, 
:!e niezbyt dzielnie się spisał w potrzebie grunwaldzkiej. Pod 
koniec :!ycia Starego króla, gdy Zygmunt August objął rzą- 
dy Litwy, wskutek zmniejszonych przez wydatki wojenne 
dochodów skarbu nadwornego, nie mógł on dworu litewskiego 
w dawnej świetności utrzymać. 'fo te:! w r. 1547 na sejmie 
w Wilnie prosił króla stan rycerski, aby "starodawnoho oby- 
czaja" w zapomnienie nie puszczał i, jak za "prodkow" jego 
bywało, "dwor litowskij na dwore swoim chował, a to dla to- 
ho, i:!by brat ja i synowie naszy.., czwiczyli sia rycerskich 
uczynkow, tym sia łaski korolewskoje dosłuhiwali i na po- 
tom hodnymi słuhami Jeho hospodarskoje miłosti i reczy 
pospolitoje byli." (Dzialyński, Zb. pr. lit. Prośby sejmowe). 
Obowiązkiem dworzan było, oprócz słu:!by wojennej, pełnie} 
w czasie pokoju służbę przyboczną hospodara, a więc rozwO. 
zić wszelkie listy i spełniać różne polecenia, od króla lub 
z kancelaryi litewskiej wychodz
ce, wręczać pozwy na sądy 
nadworne i t. p. Słu
ba to była zaszczytna i mogła te:! ko' 
rzyści materyalne przynosić, Nie była jednak wolną od nie- 
bezpieczel1stw, kiedy naprzykład posłano dworzanina z po' 
zwem lub rozkazem do możnego pana, lub gdy za nieoplac o -
>>>
- 155 - 


ną, "serebrszczyznę" miał uczynić "odprawę" na wło
ciach 
magnackich. Świadomo
ć tego niebezpieczeństwa zniewa- 
lała nawet króla w takich razach do wyraźnych wobec win- 
nego zastrze
eń: "Przykazujem tobe , pisze Zygmunt Au- 
gust z Knyszyna, d. 12 lipca 1568 r., wysyłają,c swoich dwo- 
rZan "bierczych" na "odprawę" niezapłaconej serebrszczyzny 
do Stanisława Dowojny, wojewody połockiego - pod zakła- 
dom naszym (t. j. pod karą, zapłacenia) dwiema tysiaczmi 
kop hroszej, i
by jesi nikotoroje nebezpiecznosti zdorowju 
onych poborec ne czynił, słowom ani rukoju na nich ne se- 
hał, wo wsem sia ku nim spokojne zachował koneczno." 
Gdy taki dworzanin, syn bojarzyna, wracał do rodzinnej 
zagrody, mo
na przypuszczać, 
e ze swej słu
by, jak mówili 
bojarzy, "w lackoje zemli," nie przybywał z pró
nemi rękami, 
a obok zwi
kszonych zasobów materyalnych, przywoził te
 
pewnie obyczaje, upodobania i ambicye, odmienne od wie
- 
niaczej braci. Do swego nazwiska dodawał z dumą, tytuł 
"dworanina jeho korolewskoje miłosti," a na tranzakcyach 
Pospolitej braci, do których chętnie wzywany bywał za 
śWiadka, odciskał wytworniej, bo "w czu
oje zemIi," wyrznię- 
tą, pieczątkę. Takich dworzan w drugiej połowie XV wieku 
bYwało nieraz po kilku w jednej wło
ci bojarskiej. Oni to 

Yli zwykle owymi zabiegliwymi nab)"wcami ziemi, skupu- 
Jącymi "na schwał" od zubo
ałych są,siadów ró
ne ich "niw- 
\Vi, sieno
atki i haiki." A tranzakcyi tych bywała czasami 
tak wielka liczba, 
e pan dworzanin jechał nieraz do Trok 
z oałą, gromadą, bojarów, z których ka
dy miał mu co
 sprze- 
dać. Spisywano więc c3ły szereg jednobrzmiących prawie 
aktów, do których sprzedający wzajemnie sobie słu
yli za 
Świadków. Nasz szczęśliwiec wkrótce otrzymywał tytuły 
"jeho miłosti" i "pana," nieznane dawniej między bojarami. 
Pisania siebie "bojarzynem hospodarskirn" takiej a takiej 

łoŚCi, jak to ojciec jego czynił. ile mógł unikał, a jeśli 
ledy tytuł "dworzanina" opu
cił, to tylko na to, aby się 
?azwać nowotnre "ziemianinem hospodarskim." Gdy zaś 
Ja.ki "list," z kancelaryi królewskiej wydany, tytuł mu ten 
PO\Vtórzył, stawał się on ju
 nieodłącznym od imienia
>>>
15li -- 


nowego "pana" dodatkiem. '1'0 wyjście ze stanu i obyczaju 
bojarskiego pozostawało ukoronować przybraniem po szla- 
checku, na-ski zakoliczonego nazwiska od wioski czy 
dworca własnego i ustaleniem w rodzie pieczętnego znaku, 
rohiąc z tego ostatniego, według pojęć zachodu, prawdziwy 
Erb to jest herb dziedziczny. Jedno i drugie znajduwało 
się bez trudu. Syn zmarłego w pierwszych latach panowa- 
nia Zygmunta Augusta dworzanina, następnie ziemianina 
J. K. M., który się był zwyczajnym bojarzynem "somiliszskoje 
wołosti" urodził, U!
ywał przez czas pewien na swej 
pieczątce znaku ojcowskiego. Pod koniec 
ycia, bę- 
dąc ju
 sędzią grodzkim, trockim, tak umiejętnie 
znak ten przerobił, 
e synowi jego mo
e 
stało się ju
 łatwem przyznać się do je- 
dnego ze staro
ytnych klejnotów pol- 
skich, Gozdawy... 



 


1 
t 


Z przechowanego szczęśliwym trafem, datowanego z r. 
1540 "rejestru" ruchomości ziemianina szlachcica, dziedzica. 
"imienia," niewiele od Somiliszek odległego, mo
emy się 
przekonać, 
e mieszanie się kultury zachodniej ze wschod- 
nią, polskiej z ruską, tak powszechne wtedy na Litwie, uwy' 
datniało się tak
e w ubiorze i w sprzętach ziemian szlachty. 
Tern 'bardziej dziać się to musiało u takiego ex-bojarzyna no. 
dorobku. Niewiele więc chyba przeciwko prawdzie zgrze- 
szymy, je
eli otrzymane ze wspomnianego rejestru szczegóły, 
i z paru podobnych spisów, pochodzących od bojarów. prze- 
piszemy wprost na naszego dorobkiewicza, .,Usiłował on prze- 
cie pewnie we wszystkiem "panów szlachtę" naśladować. 
A wi
c z Polski, z obyczaju dworskiego, pochodził mo
e jegO 
"kabat" i długa ,,
upica." Ze strojów ruskich zachował 011 
jeszcze aksamitne, adamaszkowe lub "czamlotowe" "odI1 0 ' 
rad ki," ozdobione wielkimi z kruszcu, lub nawet ze srebf l1 
i zlota, po polsku nazwanymi "khuzami.' Z zachodu był 
znów "sajan" kitajkowy, lecz ruskie szerokie "sztany." 
Do nakrycia głowy sluiyła mu ,,'\.lICZma" tatarska, to jest
>>>
157 - 


} 
[} 


czapka futrzana o spiczastym wierzchu z aksamitu lub suk.na. 
U pasa brzęczała mu polska "szabla" lub niemniej polski 
"kord o rękojeści z klejnotem" w srebro oprawnym. Do 
jazdy konnej miał długie, rycerskie u n6g "ostrogi," "po- 
jaskami" rzemiennymi do obuwia przytwierdzone. Na zimę 
słu
yły mu "szaty," futrem podbijane, "szuby kunie," "czar- 
nym czamletern" pokryte, albo te
 mniej kosztowne, takie
 
szuby lisie "zawojkowe (?)," suknem szarem "machackiem" 
powleczone. Do częstych "z przyjacioły" pijatyk był "roz- 
truchan serebrenyj pozołotistyj" krakowskiej mo
e roboty, 
ceniony a
 30 kop groszy i w pilnej potrzebie gotowizny za 
połowę wartości 
ydom trockim zastawiany. 
Ale ile było przepychu w ubiorze, tyle graniczącej nic- 
l11al z ub6stwem prostoty w urządzeniu domu i gospodarskie- 
go obejścia. Przykład tego zbli
ony weźmiemy z poblizkie- 
go Somiliszkom dworu szlacheckiego, według jego opisu, po- 
danego w inwentarzu z ostatnich lat XVI wieku. Przez wro- 
ta drewniane, opatrzone dachem z "dranic," wje
dżało się na 
Podwórze, gdzie wśród licznych tu i owdzie rozrzuconych za- 
budowali drewnianych, piekar)), swirnów, spichlerzów, bro- 
warów, po białym tylko kominie "dworzec" paI)ski odr6
nić 
było mo
na, miał on zresztą jeszcze i dach odmienny od ota- 
Czających go budynków. Była' bowiem na nim gładka 
strzecha słomiana, podczas gdy wszędzie szarzały strzępiaste 
"dranice." Drzwi zamczystych nie dopatrzyć. Żelazne za- 
Wiasy i zaszczepka z "probojernt' były przedmiotami god- 
nymi.pilnej uwagi opisującego. Przez tak źle obwarowane 
drzwi dworu wchodziło się do półciemnej, dwoma jednoszy- 
bowemi okienkami słabo oświetlonej sieni, w której luniesz- 
CZone wprost wejścia drngie drzwi wiodły do "komorki-" 
Czyli "schowania," a jeszcze dwoje drzwi w prawo i w lewo 
do dw6ch "świetlic," czyli dużych izb, opatrzonych w podło- 
gi i w piece, z kt6rych jeden był z cegieł, a drugi z katli zie- 
Jo nych . Świetlice te otrzymywały światło z dwóch stron, 
Przez cztery niedu
e okna o "błonach" czyli szybach szkla- 
nYch. Pośrodku świetlic hyły stoły dębowe, a pod ścianami 
Wokół biegły ławy z grubych "dyli." Oprócz kilku luźnych 


t} 
,ł 


,I 


,t
>>>
M 
I . 


158 - 


zydelków, niczego więcej w tych izbach nie było. Z obu 
świetlic wchodziło się do dwóch "kornor" kOllcowych 
o dwóch okienkach. Były to sypialnie a zarazem i skład 
sprzętów, których w świrnie umieścić nie wypadało. Naj- 
wa
niejszym po dworze budynkiem był świren, a dzielilon 
z piwnicą zaszczyt nielada: oto u drzwi jednego i drugiej, na 

elaznych łańcuchach, wisiały dwie cię
kie, 
elazne "kłódki 
moskiewskie." Był to dowód wymowny, 
e zapasom i sprzę- 
tom tu przechowywanym właściciel ich naj większą przypi- 
sywał wartość. Pieniędzy jednak w srebrnych groszach 
i półgroszkach albo w "rublowych" sztabach i w "złotych 
czerwonych" bywało tam chyba niewiele; biegły w sztuce 
mno
enia bogactw nowotny "ziemianin" nie marnował ko- 
rzyści z gotówki i "'olał ją 
ydom trockim oddawać na lich- 
wę, ni
 trzymać pc 1 zamkiem, chociażby tak mocnym, jak 
owe dwie jego kłódki moskiewskie, To
 z testamentu ta- 
kiego ziemianina świe
ej daty, spisanego w 1553 r., dowiadu- 
jemy się, !le !lydzi byli mu winni aż fi8 kop groszy, pod0zas 
gdy drugich 60 kop i 32 czerwone złote węgierskie rozpoży- 
czył był pozostałym w stanie bojarskim uboższym sąsiadom 
swoim. 
Nazwa bojarów niedługo już spotykać się miała. na coraz 
częstszych aktach sprzedażnych, stwierdzających stopniowy 
zanik drobnego rycerstwa somiliskiego. Po roku 1560 nie 
widujemy już imienia "wołosti" na tranzakcyach. Ludzie 
starsi piszą się jeszcze, jakby z nawyknienia, czas jakiś "bo- 
jarami hospodarskimi somiliskaho okruha" albo wprost boja- 
rami powiatu trockiego, młodzi u
ywają wprawdzie jeszcze 
niekiedy tytulu "bojarzyn hospodarskij," lecz zawsze już bez 
wymienienia włości. Coraz częściej występuje tytuł nowy: 
"ziemianin", i to u tych samych osób, które jeszcze kiedynie- 
kiedy nazwą się bojarami. Nareszcie, około r. 1570, nazwa. 
"bojarzyn" znika. bezpowrotnie. Ci wszyscy, którym upa- 
dek stanu swego udało się przeżyć, zamienili się w szlachtę, 
Jakie były tego upadku przyczyny, w jaki sposób na- 
stąpiło to ostateczne przedzierzgnięcie się bojarstwa, opo- 
wiemy to w krótkich słowach. Dokumenty nasze skąpe tyl-
>>>
loD - 


ko światło rzucają; na tę doniosłą; przemianę. Nie ulega wąt- 
pliwości, 
e jedną; z głównych przyczyn ruiny był cię
ar 
słu
by wojennej. Nieustające prawie za obu Zygmuntów 
krwawe z Moskwą zapasy wymagały ustawicznych, dotkli- 
wych ofiar w ziemi i w ludziach. Los drobnego rycerstwa 
bywał przytem prawdziwie tragicznym. Odmówić słu
by 
królowi znaczyło to samo, co zrzec się praw swego stanu, 
zrzec wolności. Bojarzyn, nie będący w stanie, dla ubóstwa 
Swego, uzbroić się nale
ycie, siąść na kOll i stanąć na pierw- 
SZe wezwanie pod chorągwią, musiał pójść w poddaństwo, 
zostawał chłopem. Nif'jeden chłop późni
jszego starostwa 
SUmieliskiego musi być potomkiem bojarskiego rodu. To 
te
 nie było nieraz tak cię
kich wysileń, nie było poświęceń, 

tórychby nie był gotów ponieść bojarzyn. aby "swobód 
l wolności" stanu swego nie utracić. "Ja Jakub Jankowicz, 
?ojaryn hospodarskij Trockoho powietu, wyznaje w r. 1556 
Jeden z tych nieszczęśliwych, zastawił jeśmi ku welikoj i pil- 
noj potrebie, iduczy na wojnu do Liflant, czast' swoju dere- 
\V'a bortnoho zo pczołami w puszczy Perełajskoj, i z tymi 
Zo wsimi ulami ohoronymi, kotoryi po siabroh I), jest u Pere- 
łajech, w siemidiesiat hroszej." Co oszczędziły wojny, tego 
dOkonały lata głodu i zarazy na Litwie 1570--1580. Ten
e 


- 


l) Wyraz "siabr" na Rusi znacz
' t
'le co towarzysz, wspólniki 
l \V tern znaczeniu też dotąrl jest na Litwie u ludu - potocznym. W po- 
'\'YŻSz
'1Il ustępie oznacza on stosunek, z oflwiecznego obyczaju bartnego 
WYnikły, dotąd jeszcze między pasiecznikami litewskimi praktykowany. 
ZWą go dziś na Żmurlzi wyrazem pM polskim, pół litewskim: biczulow- 

two. od litewskiego biczulis - siabr. Zasobny pasiecznik, posiadający 
ilość rojów, wyczerpującą "pożytek" okolicy, umieszcza pojed
'ńcze nie 
\1. dalszych sąsiadów, do których w porze miodobrania udaje się osobiś- 
ele, aby wspólnie z biczulem wybierać plastry, popijając przytem z nim 
J
ZYniesioną przez się, a świeżym miodem zaprawną gorzałkę. Biczulo. 
W
e następnie dzielą się plastrami, roje zaś, wydawane przez ul, należą do 

 \1 na przemianę. Stosunek nie może być zerwany, dopóki liczba przy- 
:.tku u obu nie jest równa. JHczulowstwo obowiązuje do przyjaciel- 
:. Ich Wzajemnych stosnnków, inaczej, wedłng przekonań Litwina, pszczoły 
lę nie wiodą.
>>>
!fi() - 


sam Jankowicz w 1571 r., razem z 
oną i z dziećmi, spisuje 
akt, w którym czytamy te proste, lecz zgrozą przejmujące 
wyrazy: "Wyznawajem sami na sebe, i
 my, ku welikoj 
a pilnoj potrebie swojej domowoj, ne majuczy sia czym po- 
żywiti czasu tepereszneho hołodnoho, prodali jeśmo zemli 
własnoje otczyznoje, na piat boczok siejenia." W latach na- 
stępnych Jankowicz czyni co rok to samo, sprzedaje łąkę, 
parobka, kawał lasu, chatę, a wreszcie sam znika nam z oczu 
zupełnie! 
Rozumie się jednak samo przez się, 
e nie wszyscy bo- 
jarzy ginęli tak marnie, Obok owych zbogaconych jedno- 
stek, o kt6rycheśmy mówili, w obszernych dziedzinach daw- 
nej somiliskiej włości znalazło się dość miejsca nietylko na 
utworzenie starostwa, dawanego odtąd szlachcie, jako tak 
zwany panis pro pat1'ia bene mel'cntium, ale i na utrzymanie 
się przy ziemi licznych rorlów zagrodowej szlachty bojarskie- 
go pochodzenia, Za króla Zygmunta lU ma ju
 każdy 
z tych nowych klejnotników własny herb rodowy, którym 
jest rzadko tylko jedno z polskich godeł herbowych, daleko 
częściej jest to właściw£j heraldyce polskiej nieznany, jednej 
tylko rodzinie służący, znak zupełnie oryginalny, uherbiony, 
że się tak wyrazimy, dawny znak pieczętny, osobisty, bojar- 
ski. Ciekawych, jak te nowe herby wyglądają, odsyłamy 
do herbarza rodzin litewskich Alberta Wijuka Kojałowiczll r 
znanego z kilku kopii rękopiśmiennych, przechowujących się 
w niektórych księgozLiorach publicznych. (Obecnie wyda- 
ny nakładem zasłużonej wilCllskil'j firmy Józefa Zawadzkie- 
go-w Krakowie). 
Obok dawnych nazw ojczycowych (patronymicznych) 
z tradycyi ruskiej, a właściwie greckiej pow
tałych, które 
niegdyś służyły tylko jednemu pokoleniu takich Iwaszkiewi- 
czów, Juchniewiczów, Pietraszkiewiczów, Sienkiewiczów, 
a obecnie stały się już stałemi nazwiskami rodów, zjawiają 
się wśród drobnych ziemian somiliskich nazwiska wcale nO' 
we, utworzone nie już od imienia ojca, ale na sposób prawdz i ' 
wie pobki, zachodni, od nazwy rodzinnej wioski. Więc okO' 
licę Mackan zamieszlwją w XVII wieku MackalIscy, okolic
>>>
]f)! 


r 


Strawiennik-Strawińscy, okolicę Miglin-Migliliscy, okolicę 
Rondomańców-Rondomańscy it.p. Ju
 to samo, 
e imienni- 
k6w hywa cza
ami bardzo du
o, zdaje siQ wskazywać, 
e 
przyczyną wsp6lności nazwiska niezawsze była jedność rodu. 
Rodziny sobie obce, zamieszkujące tę sam
 osadę, mogły 
sobie wspólnie przyswoić jej nazwę. Tą okolicznością mo- 

naby te
 np. tłómaczyć wielkie rozpowszechnienie nazwiska 
Swirskich na Litwie, przyczem noszący je, chocia
by byli 
najubo
si, uwa
ają się zwykle za potomk6w udzielnych nie- 
gdyś ksią
ąt na Świrze. O wiele właściwiej byłoLy przypu- 
ś,cić, 
e nazwisko Świrskich dostało się boj arom księstwa 
Swirskiego i utrzymało się jako ich rodowe, w czasie, gdy 
Wog6le wszyscy na Litwie bojarzy, tak "hospodarscy," jako 
i ksią
ęcy i PaIlscy ze szlachtą zrównani zostali. 
Jak się łatwo domyśleć, zr6wnanie to nastąpiło po znik- 
nieciu wszelkich instytucyi i urzędów specyalnie bojarskich, 
a więc w pierwszym rzędzie bojarskiej włości, a tak
e i na. 
miestnictw i przystawnictw. Dla drobnych ziemian, kt6rzy 
te urzędy zwykle piastowali, pewną kompensatą stały się 
świeżo zaprowadzone Ul'zedy woźnych sądowych. To te
 od 
drugiej połowy XVI wieku, garną się do nich pilnie nasi daw- 
niejsi bojarzy. Bojarzyn, sprawujący Ul'ząd woźnego, miał 
w nim nietylko najlepszą gwarancyę uznania swoich praw 
szlacheckich, ale, co było mo
e jeszcze cenniejszem, zwolnie- 
nie od uciążliwości słu
Ly wojennej. 
Jak się jednak ostatecznie dokonała ta ogólna prze- 
nliana stanu, co do niej dało hasło stanowcze, bezpowrotne, 
o tern poucza nas prosta wzmianka, napotkana w akcie sprze- 
da
nym z r. 1571, wydanym przez 'romka Jakubowicza, 
"ziemianina hospodarskoho Somiliszkoho okruha." Motywu- 
jąc w niej szczegółowo, jak to było wI'Jwczas zwyczajem, do- 
konaną sprzeda
 ojczystej swej wioski Oleśniki (dziś wieś 
skarbowa pod Jewiem w pow. Trockim) Wladyce Mścisław- 
8kiemu, oświadcza, 
e czyni to w pilnej potrzebie pieniędzy, 
Po utracie całego mienia na słu
bie wojennej i powołuje się 
Przy tern na uchwałę "sojma Lerestejskoho" z r. L 570, na mo- 
cy której było odtąd wolno sprzedawać ziemię bez pozwołe- 
11 


" 


g 


,- 


I) 
() 


l' 
, , 


ą 
y 
l' 
:r 
:
>>>
1 fi2 - 


I 
II 


. 


nia królewskiego w całości, nie zaś tylko w 2/3 częściach, jak 
przedtem. Konstytucya sej mu brzeskiego, uchwalona w ro- 
ku, który po unii lubelskiej nastąpił, była więc ową ostatnią 
cegłą, która dokończyła budowy równości i wolnoś
i szla- 
-checkiej na Litwie. Z nią znikł raz na zawsze ostatni ślad 
lenniczy zale
ności stanu rycerskiego od króla. Stanowi 
więc ona moment arcywa
ny, w dziejach wewnętrznego 
przeobra
enia Litwy i ostatecznej asymilacyi z polskiemi jej 
do niedawna jeszcze, tak odrębnych urządzeil państwowych. 
Jak szlachcic polski, był odtąd i obywatel litewski, dawny 
bojarzyn, prawdziwym "panem," prawdziwym zachodnim 
liber baro. wolnym od wszelkich, osobę jego lub majątek nie- 
gdyś krępujących, węzłów zwierzchniczych. To te2 (je
eli 
cytat Czackiego o lit. i pol. prawach, t. Ił str. 22, z którego 
nie mając pod ręką statutu, ten szczegół czerpiemy, nie myli, 
w nowym tak zwanym trzecim statucie litewskim z r. 1588 
niema jut mowy o bojarach, tylko ogólnie o szlachcie) 
a w rozdziale HI art. 39 
 11 tcgo statutu uczyniono wyraźnie 
'zastrze
enie wobronie praw osobistej niezawisłości, mają- 
cych odtąd w całej pełni słu
yć i tym ze "szlachty," którzy 
w dobrach pańskich lub szlacheckich osiedli. Nie miało jut 
być "bojarów," ani po królewszczyznach, ani po dobrach pry- 
watnych. Wszędzie, tak w Litwie jak i w Koronie, istniał 
jut tylko jeden, jednolity, równy i wolny stan szlachecki. 
Taki był koniec bojarów hospodarskich. 
Nie poruszaliśmy dotąd w tym szkicu kwestyi narodo- 
wości bojarów somiliskich, a raczej kwesty i mowy, która im 
była ojczystą, i religii, którą wyznawali. Pragnęliśmy bo.. 
wiem popartą paru przykładami z naszych tekstów wzmian- 
ką o tern, tę już przydługą i nu
ącą mo
e czytelnika gawędę 
zakoilCzyć. 
Co do języka, to 
adnego nie znajdując bezpośredniego 
o nim w źródłach świadectwa, poprzestać musimy na domyś- 
le, opartym na przytoczonych wyżej przykładach imion i naZ- 
wisk bojarów, 
e w czasach naj starszych, objętych niniejsz
 
rozprawką, językiem tym był tak dobrze litewski, jak ruski, 
z przewagą nawet tego ostatniego, w stosunkach z urzędem.
>>>
- 163 - 


Od połowy jednak XVI wieku, mowa polska, jak wszędzie- 
na Litwie i między lJojarami somiliskimi, zyskuje coraz szer- 
Sze prawo obywatelstwa. Szczególnie zaś wśród bogatszych, 
Szczególnie wśród tych, kt6rzy, jako dworzanie, lata młodości 
przebyli na świetnym dworze krakowskim. Wspomnieliśmy 
ju
, 
e mniej więcej od tego czasu litery na pieczęciach s
. 
ju
 zawsze polskie, co więcej, zaczynaj1lJ się, choć zrzadka, 
zjawiać akty spisane całkowicie po polsku. 
Przytoczymy tu z nich naj starszy nam znany. Jest on 
z r. 1550 i stanowi cenne świadectwo zaszczepienia się ju:t 
Polszczyzny wśród ludzi somiliskich, w latach względnie tak 
Wczesnych. Przepisujemy go tu z dokładnem zachowaniem 
pisowni i błędów językowych oryginału, gdy
 właśnie w tych 
błędach tkwi dowód niezbity, 
e go pisać mógł tylko czło- 
wiek miejscowy, nie 
aden przybysz z Korony. Ten ostatni 
nie byłby bowiem z pewności1lJ utył form takich jak: budzie- 
(budzye), pieczaci (pyeczaczy), Bartoszu, człowieku (w 3-im 
Przyp. l. p.), dziejało (dzyeiało) i t. p. 
Ja Sthanyslaw y Sarachphyn Ywaskowyczy wyznava- 
mi sami na syebye thim nasim listhim, komu to lJudzye po- 
trzeba slysith, izesmy szasthavyly syanozycz w pol kopy e 
grosy Barthosu czełowyeku Pyotrowemu Komyrskowemu 
a Irla thrzymacz iako swoi1lJm własną. A thych pyenY1lJ th y 
ma bycz wypusth na kozdy rok po gro su. Przythem byly 
dObrzy ludye: Bogus Olyechnowycz, a ku pothwyerdzaniu 
thego lysthu ia Sthanislaw y Sarachphyn Ywaskowyczy, 
Przykładamy swoii pyeczaczy kthemu swoyemu lysthu. Tho 
sYa dzyeiało w sobotha wylia sWY1lJthei Malgorzathy, anno 
dni 1550. 
Postępy języka i cywilizacyi polskiej na Litwie były 
O
tąd coraz szybsze. Przed końcem wieku XVI ju
 wszyst- 
kIe tranzakcye spisywano wyłącznie po polsku. Język ruski, 
w którym jeszcze w r. 1588 wydrukowano cały statut litew- 
ski w Wilnie, pod okiem Lwa Sapiechy, uto
samiony tak 
z formuł
 urzędow1lJ, pozostał lli1lJ, jak wiadomo, w Litwie a
 
do ostatnich niemal czasów rzeczypospolitej, bo a
 do pano- 
wania drugiego Sasa. Urzędy ziemskie i grodzkie a
 do tego
>>>
104 - 


.czasu p08ługiwały się stale formułami ruskiemi przy tak 
zwanej aktykacyi, to jest przy regestrowaniu aktów do ksiąg 
ziemskich i grodzkich, znajdujących się w ka
dym powiecie. 
,Język ten pod piórem łudzi, których mowa ojczysta ju
 była 
polską, zidentyfikował się zezasem niemal zupełnie z tą 
ostatnią w słownictwie; zachowując jedynie odrębność swą 
w piśmie tak zwaIwm cyrylickiem i w wybitniejszych właś- 
-ciwościach morfologicznych. Stał więc ten język tak jeszcze 
prawie dwa wieki w rzeczypospolitej, siłą obyczaju i starej 
tradycyi, której naruszać nikt nie miał ani potrzeby, ani 
-chęci. 
Co do religii, to przewa
ało w Somiliszkach stanowczo 
wyznanie łacińskie. Imiona greckie spotykają się bardzo 
rzadko, wspólne zaś obu wyznaniom, formą swą wskazują 
najczęściej, 
e je noszą katolicy (np. Jan, Janko, Janelis, 
obok Iwan, Iwachno, Iwaszko). Śladu istnienia kiedykolwiek 
cerkwi greckiej w Somiliszkach w dokumentach naszych 
nie znaleźliśmy, Wiadomo zaś, że dzisiejszy kościół para- 
fialny św. WawrzYIica stanął tam w 1502 r. z fundacyi króla 
Alexandra. 
Że jednak i w Somiliszkach, jak wszQdzie w Litwie, 
ścierały się dwa prądy, mieszały dwie religie, dwie cywiliza- 
cye, 
e jeszcze w chwili, gdy część bojarów ju
 język i oby- 
-czaj polski przyjmowała, hywali tam ludzie, i to wcale nie 
naj pośledniejsi, wyznający wiarę wschodnią i pielęgnujący 
obyczaj ruski, niech słu
y za świadectwo ten oto wyjątek 
z testamentu Pawła Radiwonowicza TołokoIiskiego, ziemia- 
nina czy bojarzyna hospodarskiego (pisał się howiem jednym 
i drugim), włości somiliskiej, pisanego w r. 1553. Zauważyć 
tu zresztą wypada, 
e nazwisko Tołokoliski zdaje się wskazy- 
wać na przybysza z dalekiej Rusi naddnieprskiej (Por. wieś 
Tołokun, w dzisiejszym powiecie radomyskim, 11 ujścia rzecz- 
ki SieI nicy do Dniepru). Podajemy ten urywek, w możliwie 
wiernej transkrypcyi z ruskiego tekstu, antytezę do tylko co 
przytoczonego aktu polskiego braci Iwaszkiewiczów. 
"Naperwiej duszu moju hresznuju polecaj u w miłosier- 
dje Bohu Sotworitelu w Trojcy jedinomu, a pohreb tełu mo.
>>>
165 - 


jemu obiraju pri cerkwi Ro
estwa Christowa u Trocech, 
a opekunami duszy i telu mojemu ustawuju prijatelku moju 
pani Iwanowuju Lewonowicza Marju i syna jeje Radiwona. 
Roli Boh miłostiwyj duszu moju s seho sweta zberet', maj ut' 
oni teło moje luesznoje poło
iti pry toj cerkwi Bo
ej u Ro- 

estwa Christowa, a hrob moj prikriti majut' suknom czor- 
nym machatskim, szest'ma łokti i prowod tełu dostatocznie 
'\Vczyniti maj ut' wodIe zakonu chrestjanskoho, a 1l1o
nosti swo- 
jeje. A na tuju cerkow Ro
estwa Christowa, hde teło moje 
Poło
ono budet', na sorokoust weczystyj otkazuju desiat kóp 
hroszej, a po inszym wsim cerkwam trockim na sorokousty 
po kopie hroszej otpisuju, a djakonu trockomu sorok hroszej, 
a POZWOlll10ho po wsim cerkwam trockim po szesti hroszej, 
a za prowod popom po tri hroszi, a proskurni trockoj ro
est- 
'\Venskoj poł kopy hroszej... (w liczbie 
wiadków znajduje 
się:) "duchownyj otec moj, sweszczennik ro
estwenskij troc- 
kij, Jewtropej Michajłowicz... Pisan w Trocech, pod let Bo- 
teho Naro
enia 155:3, msca maja 3 d. (Podp.) Paweł Radi- 
\\ronow." 


Kazimierz Romer.
>>>
Łotwa i iei pieśni gminne 


p:rzez 



 


Gustawa Manteuffla. 


,.Przez pieśń Judow" zaglljdamy narodom 
w serca i Ul'zymy się lepRz,! Ich stronę cenić 
i k,!chać, pOZlll\jemYI 
e wewnęłrzna duchowa 
spóJni" jednostajnie Je wszystkie ogarnia I wza- 
jemnie k.u sobie prz)-riąl!:l\. I Im więcej wzrasta 
i rozszerza się takie poznanie, tem1ardziej na- 
rody uczą się tej prawdy I więcej mo.i'l podstaw 
do wzajemnej miłości nit do nienawiści." 
FRYDERYK OODEltSTEDT. 


Gdy W jasny letni poranek wstępujemy do lasu, wzrok 
nasz uderza niezliczona moc przejrzystych kropel rosy, 
utkwionych uroczo na szpilkach i listkach drzew, na krze- 
wach i kwiatach, na murawie i zielsku. Tam, gdzie odblask 
porannego słońca te kropelki oświeci, jaśnieją wszystkiemi 
barwami tęczy, rzekłbyś, 
e rozwieszono tysiące rubinów, 
szmaragdów, szafirów, a murawę pokryto srebrno- perłowi 
siatką. 
Wpatrując się w t
 leśną rosę o jasnych migotliwych 
barwach, tu i owdzie szkarłatem światła oblaną, zawolał pe- 
wien zbieracz piosnek gminnych, "M ona mu pieśni Łotyszów 
naj
ywiej przypomina." 
Podobieństwo to, zauwa
one przez Btittnera, nie jest 
wcale tak nietrafne i naciągnięte, jak się zrazu zdawać mote.
>>>
16. - 


Jakkolwiek, szukając por6wnania do r6
norodnych 
utworów poetyckich, chocia
by tylko ludowych, prędzej ni- 

eli na krople rosy, wpaść mo
na na szumiący wodospad, na 
lUruczący strumyk, narzekę, majestatycznie płynącą; na uro- 
Cze jezioro a wreszcie i na zdrój przejrzysty, tutaj wszak
e 
porównanie z rosą poranną tak się samo nasuwa, 
e mu się 
oprzeć nie łatwo. 
Podobieństwo to nie le
y ani w ilości piosnek łotew- 
skich, których obecnie zebrano już kilkadziesiąt tysięcy, ani 
w ich liliputowych rozmiarach, zajmują bowiem zwykle dwa 
do sześciu wierszy, ale raczej w tern, 
e utkwiły one na. 
kształt owych kropel rosy na wszystkich przedmiotach, .ja- 
kie tylko oczom naszym przedstawić się mogą. 
Pieśń gminna łotewska w kaMej rzeczy stronę poetycz- 
ną umie upatrzyć i w jasnem świetle ją ukazać. 
I dlaczegożby tego czynić nie miała? 
Nie ulega wątpliwości, 
e ka
da rzecz może mieć poe- 
tyczną stronę, lubo nie kaMe oko odnałeść ją umie. Owó
, 
jak rosa poranna przystraja lasy w szatę świąteczną, a na- 
Wet nie jedną suchą gałązkę wspaniale okrasza, tak i pieśtl 
gminna podnosi, zdobi i poniekąd uświęca 
ycie ludu łotew- 
skiego, a to w stopniu tak wysokim, jakiego gdzieindziej da- 
remniebyśmy szukali. To te
 zupełną słuszność przyznać 
należy wieszczowi Łotwy, kt6ry temi słowy śpiew sw6j 
rozpoczyna: 


"Jam piosneczkę mą wyśpiewał 
Z tego, co prąd rzeczki znosi, 
Gdy się wiosną wody wzbraly" i t. d. I) 


A więc oczywiście z suchych gałązek, z listków, trza. 
sek, trawek, słomek, ułamk6w kory, trzciny i t. p. 
Zaprawdę, te jasne krople zawieszają się na kaMym 
z wypadk6w życia Łotysza. Opromieniają i uświęcają nie. 


- - 


I) Obacz "Zbiór piosnek łotewskich z okolic Cyran i Dzerwen" 
(?óbr kurlandzkiej gałęzi :\ianteuff1ów), ogłoszony w ..Ma
azin der lettisch 
1terawirsen Gesellschaft," a mianowicie tom VIII, strona 99.
>>>
168 - 


tylko miłość, jej pierwsze obud
ellie się i pierwsze przebłys- 
ki, jej siłę i stałość, jej moc i trwałość, jej roskosze i bole-, 
jej dumę i jej wierność, ale znachodzimy w nich tak
e 
ywy 
wyraz 
alu na stan sierocy, na nieszczęśliwe po
ycie mał
eń- 
skie, na straty bolesne, na ciosy, zadawane sercu ludzkiemu, 
ju
 to przez nielitościwą śmierć, ju
 te
 przez rozstawanie się 
z tymi, których kochamy nad 
ycie. Zwłaszcza ostatni 
rodzaj liczne znajduje zastosowanie w pieśniach weselnych 
i wojennych. 
'V tych małoznaczących utworach ludowych wyśpie- 
wała i w.ypłakała pieśń gminna łotewska wszystkie bole, 
smutki, wszystkie cierpienia i nadzieje, albowiem: 


Kędy życie cierpień się nie zmieści. 
Cierpienie w pieś1\ się przelewa, 
Wieszcze natchnienia rod:&ą boleści. 
I co ma płakać, to śpiewa, 


(Wincenty Pol)
 


Zanim wszakM przyi;tą.pimy do obznajmienia czytelni- 
ków z pieśnią gminną Łotwy, musimy w tych szczupłych 
ramach przedstawić treściwy obra2J ziem łotewskich i ich 
mieszkaliców .
>>>
Część pierlIJsza. 


IJOTWA. 


1. Teraźniejsze granice Łotwy i granice jej w XIIl stuleciu. 2. Ło- 
twa, Litwa, PrusOlvie. Jadiwingowie. Usadowienie si, niemieckich osad- 
nik6w około roku 1200" ujM' Diwi7ły. Dalue losy Łotwy. 8. Charakte- 
"ystyka Łotys
ólU i kraJu prile
 niCh. zQllY6itJ,ekałJego; przysłowia; pierws", 
hoki ich oświaty, ksiqżki łotewskie, tVYllawo.ne przez, żydów; szkoły 
i urzędy gminne, dobry sron pod tym tczględem Inflant 8zwedzkic1i i Kur- 
landyi. ,I. J,zyk i piśmiennticł-u:o ŁotYBZÓtlJ; JJ'ytJ.atvnictwo łotetcBkilA 
StolUnki Bocyalno-polifycene;, kiervfttJk 'UJ,l;tczny, MIlki';. części praBlIlo- 
tewskiej. ó. Przymioty. mo"alo1ł6 Łotyszów, iah zatr.ull1tienia ł wy.robll;. 
ubiór, mitJ1/zkania, Z/lJyczaje, tvystawa łotewska . rok.A. 1896, podania 
lotewskie, dwie ballady polskie na nich osnute. 


r. 
Granicę Łotwy od zachodu tworzy morze Baltyekie. 
Na puylegają,cych wyspach nie miesakają nigdzie IJOtYS!i!6f 
tylko północny brzeg Kurlandyi zamieszkuje jeszcze i dotąd 
Parę tysięcy Liw6w I). Najbardziej wysunięci na południe 
są, Łotysze p1"USCY, zamieszkali na t. zw. Kw.ońskiej mierzei;, 
liczono ich tam w rOKU 1890 około 1000 głów, a oddzielają, ich 


-- 


. ') \V roku 1881 liCZOilO ich S
62 gMw. Tutaj posIadają oni od! 
""'leku wysokIe l płft$zł:zysłe wybrzet
 morskie, którego długość wy1łQ8ł' 
l1J.il 10 i które ciągnie się od przylądku Domesnez, stanowląctgo póhtocn,.
>>>
170 - 


od Lotyszów kurlandzkich liczne siedziby ludności me- 
mieckiej i litewskiej. 
W obrębie państwa rosyjskiego ciągnie się granica ple- 
mienna Łotwy od strony południa mniej lub więcej równo 
'z granicą, rozdzielającą, gubernie kurlandzką i kowieńską 
od Połągi do Dwińska, z małym atoli wyjątkiem, na który, 
w tak treściwym szkicu, tylko pobie
nie zwrócić mo
emy 
uwagę. Owó
 w północnej części gubernii kowieńskiej, na 
jej granicy z Kurlandyą--istnieje cały szereg wzrastających 
z roku na rok parafii łotewskich, sięgających obecnie po- 
wa
nej liczby 26,000 głów płci obojga, 'w Kurlandyi zaś, 
we wschodniej części powiatu iłuksztańskiego, spowodowała 
mocno wyginaj ąca się we wszelkich kierunkach granica 
administracyjna, i
 z jednej strony Litwini 2amieszkują, 
krańce Kudandyi, z drugiej natomiast pewna liczba parafii 
czysto łotewskich nale
y do gubernii kowieńskiej. 
Ku wschodowi, mianowicie w Inflantach, przechodzi 
granica plemienna o wiele granice guLernii kurlandz- 
kiej oraz inflanckiej, czyli ryskiej. Uwydatnia to wy- 
raźnie pomnikowe dzieło D-ra A. Bielensteina "Die Grenzen 
des lettischen Volkistanznzes und der lettischcn Sprache in der 
Gegenwa1.t und im XIII Jah1"hlłnde1"t" (Petersburg 1892 roku 
str. XVI i 548 w wielkiej ćwiartce, z dodaniem siedmiu map 
in folio, stanowiących zeszyt osobny), wydane przez peters- 
burską Akademię umiejętności, którego część pierwszą su- 
mienny autor dla ścisłości naukowej wspólnie z nami opra- 
cowywał, pragnąc sprawdzać na miejscu, wraz z mieszkań- 
cem tych kresów łotewskich, rozmaite szczegóły, dotyczące 


kraniec Kurlandyi. na zachód ku przylądkowie Lyserost, od którego odda- 
lone jest przeszło o milę; z drugiej znów strony nie dochodzi na 13/. 
mili do zatoki Ryskiej. Szeroki pas z ziemi, błotnisty i zarosły lasami. 
oddziela ich tu od Lotyszów, zamieszkujących wnętrze kraju. Bliższe 
{) nich wiadomości obacz w artykule naszym "Liwowie," ogłoszonym 
niegdyś w wychodzącym 'v Warszawie .,Słowniku geograficznym" tom y 
!Itr. 857 i dalsze.
>>>
171 


granic plemiennych ludności dawnego księstwa inflanckiego 
ezyli Inflant polskich. 
Na północ od Dźwiny schodzi się granica plemienna 
ł
otwy całkowicie ze wschodnią granicą dzisiejszych po- 
wiatów dźwińskiego, rze
yckiego i lucyńskiego. Nie wcho- 
dząc w szczegóły wspomnianego dzieła Bielensteina, zazna- 
czamy, 
e w tej części dzieła, za pomocą zmudnego badania 
nazw miejscowości, zdobyczą pomnikowej pracy autora jest: 
ostateczne skonstatowanie faktu, i
 całe dawne księstwo 
Inflanckie po względem plemiennym nale
y do Łotw.v, a w tej 
(wraz z kilku parafiami, okalającemi jezioro Marienburskie 
gubernii Inflanckiej) stanowią wszystkie trzy powiaty dawne- 
go księstwa Inflanckiego obręb tak zwanego gómo-lotewskiego 
iezyka (dasł-hochlettische Sprachgebiet), do którego zaliczyć na- 
le
y i 60,000 mieszkaliców Kurlandyi górnej (dcs kurischen 
Obet'landes) 1). 
Nierównie prościej przedstawia się ku północy granica 
plemienna Łotwy. Ciągnie się ona w linii prostej. przecina
 
jącej gubernię inflancką (ryską) na dwie połowy niemal rów- 
ne. Z nich północną, (t. j. powiaty: werroski, jurjewski, fe- 
liński i parhawski) zaludnia plemię F
stów, południową zaś, 
część (zło
oną z powiatów: ryskiego, wendeńskiego, wol- 
marskiego i walskiego) zamieszkuje od wieków szczep 
łotewski. 
Nader ciekawym ,jest fakt, 
e w tej plemiennej linii g-rct- 
ni('znej sąsiadujące ze sobą plemiona bardzo mało słów od 
siebi(' wzajemnie zapo
yczyły. 
Właśnie tu, gdzie kresy Łotwy dotykają plemion 
estOliskich, mowa ludu łotewskiego pozostała nietylko naj- 
bogatszą, ale naj czystszą, i dlatego przez powa
nych języ- 
koznawców do klasycznej łotewszczyzny bywa zaliczoną. 
A plemienna ta granica w ciągu wielu stuleci pozostała - 


') Zdanie to, naukowo całkiem uzasadnione przez znakomitego auto- 
fll, Htol w dyametralnem przeciwieństwie z IJrz
'długim artykułem p t. "f.oty- 
sze Inflant polskich," o
łoszon
'm w Zhiorze wiadomości do 8ntropolo
ii 
kl'Hjowej (tom X V, stronice ]81-282, Kraków, ]89] r), o kMl'ym lwowski 
,.kwartalnik historyczny" wyczerpl1jącf' w swoim czasie podał SllrawQzdanie. 
"'hacz .,kwartalnik bistor." roczniK VI, str. !91-łiO;U.
>>>
172 


i. 
l' 


j ak się zdaje - nienaruszollą. Przytem nadmienić wypada 
I i
 nie potoki i rzeki wytwarzają tę granicę mowy estońskiej 
i łotewskiej. ale dzialy wodne 2). Jako obręb języka łotew- 
skiego wykazują najpowa
niejsze źródła nasze dorzecza 
rzeki Salis i Torejdy (czyli inflanckiej Aa), oraz dorzecza dol- 
nej Dźwiny, dolnej Lentawy (czyli kurońskiej Aa) i dolnej 
Wenty (czyli Windawy). 
Liczbę Lotyszów w ten sposób rozdzielaj, źródła naj- 
nowsze: 
Na Kurlandyę przypada ludności łotewskiej 479.978 głów, 
Na gubernię inflancką czyli ryską 490,345 ,. 
Na gub. Witebską 217,000 'I 
Na gubernię kowieIlską 26,000 " 
Na guhernię pskowską 11,000 " 
Na Prusy wschodnie w cesarstwie niemieckiem 1,500 " 
A więc ogółem mniej więcej 1,225,823 gł. t). 
Przypatrzmy się z kolei granicom Łotwy XIII stulecia, 
obecnie naukowo utsalonym przez dziela najnowsze z tego 
zakresu badań. 


r ') Na tę okoliczność zwrócono naprz6d uwagę w Europie zachod- 
mej, gdzie atoli mowa o górach, te zaś najczęściej wytwarzają i. działy 
wodne. Najnowsze badania uczonych potwierdzają w ziemi nadbałtyckiej 
odwieczną prawdę historyczną, że nie rzeki lecz góry - a przy ich hraku 
dzialy wodne - stanowią naturalne granice narodów. 
') Obliczenie ludności łotewskiej podajemy wedle źródeł statys- 
tycznych z r. 1892. W tymże roku ukazała się praca łotew"ka "Latll'e- 
eBchu raksnezibas teorija" (1892 r,) t. j. "Teorya pisowni łotewskiej" 
i wskazała ],537,000 głów narodowości łotewskiej w ziemiach inflanckich, 
Kurlandyi i poza granicami Lotwy, zaokrąglając dowolnie liczby, wynikłe 
z licznych miejscowych obliczeń statystyc.znych. lIlalego woleUśmy trzy- 
mać się cyfr w tymże roku, przez słynnego z gruntowności sW
'ch stu- 
dy6w badacza, A. llielensteina. podanych. Podług wyznań nie rozdzie- 
lają ł.otysz6w najnowsze źr6dła statystyczne. Możemy więc tylko zazna- 
czyć, że obecnie w t).m ludzie przeważa wyznanie ewangelicko-aug"bur- 
skie. lteligię rzymsko-katolicką wyznaje przeszło '/ ł miliona Łot
'sz6w 
zamieszkujących gMną Kurlandyę. dawne Księstwo inflanckie, wchodząl
e 
w skład gubernii Wit.ebsklej od r. ] H02, oraz obszerne parafie łotewskie: 
'I Leneu, Liwenberzen i Alszwang w Kmlandyi dolnej. Takich, którzy 
w połowie bieżącego stulecia przyjęli prawosławie. jest niewielu. Konceu. 
trują się oni przeważnie w gub, Inflanckiej około Kokenhuzy, a w dolnej 
Kurll1ndyi okoł() m. Gold)'ngi. 
dzie istnieje ich bl'actwo.
>>>
173 


Na podstawie licznych kronik i dokumentów oznaczają, 
one ówczesne granice następnych narodowości: na północ 
od głównej art ery i wodnej kraju - Dźwiny - siedziby Li- 
wów i Łotyszów czyli Legatów; na południe od tej
e głów- 
nej rzeki - siedziby Semgalów, Zelonów i Kuronów czyli 
złotyszonych Li1VÓW l). 
W są,siedztwie Łotyszów, zaludniaj
!cych wybrze
a gór- 
nej Torejdy, byli się tak
e usadowili W('ndowie, plemię sło- 
wiańskie, którego siedziby nazywano powszechnie Kiesią. 
W kierunku tedy wschodnim od Liwów mieli w XIII 
stuleciu swe stałe siedziby Łotysze czyli Ldgalowie. Nazwa 
"Letgalowie" oznacza Łotyszów, zamieszkałych na kre- 
sach łotewskich, zaś nazwa .,Semgalou
w" słu
yła Litwie, za- 
ludniającej niziny na południe od Dźwiny, w przeciwstawie- 
niu do "Zl'lonów" czyli "łJotyszów górnych," osiedlonych na 
wyżynach naddźwill.skich. 


I) Jest to l)rZeważnie zasługa A. Bielensteina, iż !\.uronów przesta- 
no już uważać za plemię wyłącznie fińskIe. Wielką ilość materyałów 
zmuszony był przetrawić niezmordowany bartacz. aby mór\z rozstrzygnąć 
odwieczny spór o to; czy dawni Kuroł1owie należeli do szczepu fińskiego 
czy też do litewsko-łotewskiego? W tej kwesty i, niełatwej do rozstrzyg- 
nienia, doszedł Dr. Bielenstein do całkiem pewnych wyników, naukowo 
Uzasadnionych, które pracą powyżej przytoczoną ostatecznie IIstalił 
(Obacz w niej str. 175-334\. Nazwę Kuronów nosił, według Bielen
teina, 
Pierwotnie naród 8Zl::ZepU fiilskiego na pMwyspie kur01\skim nit'gdyś osied; 
lony. Nazwa ta jego przeszła już bardzo wcześnie na ziemię, przez to 
fińskie plemię zamieszkiwaną, tak Iż Łotysze, następnie tamże ,tamieszku- 
jący, l\uronami również przezwani zostali, Tak samo i w Prusiech Lotysze 
oSiedleni na t. zw, Kurońskiej mierzei (kurische Kchrang), i dzisiaj nawet 
KUronamI stale bywają nazywani. , 
Atoli z kwestyą powyższą łączy się jeszcze i druga. a mianowicie: 
czy Lotysze, czy też Liwowie (względnie Kuronowie) byli pierwotnymi 
mieszkańcami kuroń!Okiego pólwyspu1 
Według D-ra Blelensteina, Łotysze jeszcze przed Liwami byli tam 
osiedli.
>>>
- 174 - 


J 
i 
l 
E 
'I 
? 
l 


II. 


Lud Łotewski, którego teraźniejsze i dawne siedziby 
opisuje szczegółowo Dr, Bielenstein we wspomnianem wy
ej 
dziele, nale
y do plemienia litewsko-lotewskiego, które dzieliło 
się: 1, na Litwinów, czyli Litwę właściwą (Letuwa), o któ- 
rych czytelnikom polskim nie braknie wyczerpujących wia- 
domości; 2, na L(.tgalów, później nazywany(;h Łotysza,rni 
(Łotwą), z których część, zamieszkująca niziny na południu 
od Dźwiny, nosiła miano Semgalów, a część, osiedlona na wy- 

ynach naddźwińskich, miano Z"lonów; 3, na Pm,;ów, którzy 
zajmowali pobrzeża Bałtyku od morza ku południowi, na 
prawym brzegu Wisły, ku wybrze
om rzeki Drwęcy w dzi- 
siejszych Prusach wschodnich; i wreszcie 4, na Jadźwingów. 
którzy mieszkali na południe od Narwi, ku siedzibom polskie- 
go szczepu Mazurów. 
Jadźwingowie wytępieni byli w walce z Polską w XIII 
, stuleciu; Prusowie również wyginęli pod naciskiem krzyżac- 
kiego oręża i srogich praw germanizacyjnych. Ostatnia ko- 
bieta mówiąca językiem dawnych Prusów 
yć przestała 
w połowie XVII stulecia. 
Z całego litewsko-łotewskiego plemienia, tylko szczep 
czysto-litewski odegrał pewną rolę dziej ową i tworzyl naród. 
Był on już w wieku IX wystawiony na najazdy, które po- 
średnio przyczyniły się do grupowania gmin litewskich 
w jednę osadę. Były to najazdy waregskich książąt, panu- 
jących nad krewickimi ludami i dla tego u Łotyszów Rosya- 
\1in nazywa się po dzień dzisiejszy "Krews," a Rosya "Kreu:u 
ziemie" t, j. ziemia ludów krewickich. 
Lecz daleko więk:,;zego wpływu na losy całego plemie- 
nia litewsko-łotewskiego, a więc Litwinów, Łotyszów i Prusów, 
były usadowienia się niemieckieh osadników naprzód [około 
roku 1200 u ujść Dźwiny, a wkrótce potem po nad Dolną 
Wisłą. 
W roku 1202 opat Cystersów z Dyamentu Teodoryk, 
w czasie podróży założyciela Rygi, wielkiego biskupa Al- 
berta I po Niemczech, zaradzając gwałtownej potrzebie, dla 


( 
( 
{ 
1 
ł 
r
>>>
- 175 - 


obrony osadników "niemieckich u ujść Dźwiny, zało2ył w Ry- 
dze zakon kawalerów mieczowych, znanych w dziejach 
krajowych pod nazwą "Fratre8 militiae Christi de Livonia," 
którego istnienie Albert I za powrotem uznał, a w roku 1230 
R:rzy
acy zaczęli osiedlać się w ziemi chełmiliskiej. 
I tu i tam, pod pozorem apostołowania, rycerskie za- 
kony szerzyły ucisk, zabór i wytępiały częstokroć ludność 
rniejscow
. Pierwsi, t. t. Kawalerowie mieczowi, całem swem 
brzemieniem przytłaczali Łotyszów i mieszkaj ących wpo- 
Śród nich Liwów, drudzy gnietli Prusów. Prusowie i Łoty- 
sze, oba szczepy pokrewne Litwinom, wciągały i tych ostat- 
nich w krwawe zapasy. Litwa atoli głównie wspiera Łotwę 
i walczy uporczywie z Kawalerami mieczowymi, nad któ-- 
tymi częste odnosi zwycięstwa. 
W roku 1200 zadają Litwini taką klęskę Kawalerom 
tnieczowym, 
e zakon ich, czując się zbyt 8łabym i osamot- 
nionym, jednoczy iię, i za staraniem Papie
a Grzegorza IX, 
'" roku 1237 zlewa się" całkowicie z zakonem krzy
ackim," 
Ptzyjmują,cjego habit i nazwę: Fratrcs domu8 Tp?donicarum 
Per Livoniam, dla odrótnienia go od pruskich Krzy
aków. 
Ten Zakon Krzytaków inflanckich, teraz jn
 nietylko 
Liwom i Łotyszom, lecz nawet samym biskupom inflanc 
ki1}} śmiało stawia czoło i w tych nadmorskich krainach do 
COraz większej władzy dochodzi. 
. Ostatecznie potęgę pogańskiej Łotwy, która utrzymała 
Slę najdłu
ej w dzisiejszej Kurlandyi i Semgalii, łamie raz na 
zawsze jU1; w końcu XIII stulecia zakon inflancko-krzy
acki, 
ZdObywając gródek pogański "Terweten." Dzięki dokład- 
tlYm wiadomościom, powziętym ze starsz(!j inflanckiej kr()'1l,iki 
'rYmowanej, mo
emy dzisiaj jasny dopatrzeć związek pomię- 
dzy wypadkami a miejscem, które było widownią krwawego 
dtaltIatu, ostatecznego podboju łotewskiej Semgalii pod wła- 

Zę inflanckiego krzy
acko-rycerskiego zakonu. Doblena," 
t ak en i Sidobl'ena, bez silnego grodu Terweten, stały się dla 
otwy straIConym posterunkiem; bez niego straciły główny 

l1:Qkt podpory i łą,czyć się z pogańską Litwą, ju
 nie mogły. 
a.}o
ony zaś nieopodal przez Krzy
aków zamek Heiligen-
>>>
- 176 - 


I 

 


berg, chociaż siał przestrach i kl'wawe łzy,' chociaż niewiele 
lat liczył istnienia, przedstawia nam koniec walki zaborczej 
i początek nowej cywilizacyjnej epoki dla chrześcijańskiej 
już odtąd Kurlandyi, Semgalii i całych Inflant, słowem 
wszystkich ziem obecnie przez lud łotewski zamieszkałych. 
Lud ten, jak wykazaliśmy powyżej, był w wieku XII 
samodzielnym, lubo przez Liwów bardzo uciskanym i dla te- 
go z pomiędzy ludów litewsko-łotewskich najmniej samo. 
istnym; lecz podbity naprzód przez zakon Kawalerów mie- 
czowych, któremu niezwykły stawiał opór, a następnie przez 
zjednoczony z nim od roku 1237 najzupelniej zakon Krzyża- 
ków inflanckich, i nawrócony ostatecznie przez tych ostat- 
nich, stracił całkowicie swoją samoistność. Za ty
hże Krzy- 
żaków staraniem, w połowie XVI stulecia, większa część 
Łotyszów przyjęła wyznanie ewangelicko-augsburskie. 
W roku 1561, za króla polskiego Zygmunta Augusta, 
wraz ze wszystkimi stanami związkowego państwa inflanckiego, 
p.rzeszła cała Łotwa (w owym czasie ciężkim brzemieniem 
niewolniczego jarzma już poniżona) pod panowanie Rzpltej 
polskiej, do której część tJotyszów, zamieszkała w Inflantach 
szwedzkich czyli dzisiejszej gubernii inflanckiej (ryskiej), na- 
leżała do roku 1621, t. j. do najazdu szwedzkiego za Gustawa 
Adolfa, część ich zamieszkała w Inflantach polskich do roku 
1772, w którym Inflanty po4;kie wraz z Białorusią przyłącza' 
no do cesarstwa rosyjskiego, część zaś osiedlona od wieków 
w księstwie Kurlandyi i Semgalii (stanowiącem lennicze 
państewko Rzeczypospolitej polskiej do końca jej istnienia): 
a
 do roku 1795, w którym nastąpił trzeCi rozbiór Polski, 
a: Kurlandya poddała się berłu rosyj skiernu. 


III. 
Fizyognomia Lotyszów znacznie się odróżnia od Fin- 
nów, Liwów i Estów, a zbliża do Litwinów i Słowian. 
W.przecięciu charakteru łagodnego, cichego, łubią przede- 
wszystkiem życie spokojne, są uczciwi, nabożni, dosyć praco"
>>>
177 - 


s 


wici, cierpliwi i roztropni, a wogóle nie odznacz aj ą się 
chciwością. 
Ubiór ich poniekąd podobny jest do tego, który noszą 
włościanie kolonistów niemieckich. Domy mieszkalne zwykle 
Wznoszą z drzewa, biedniejsi z okrąglaków, zatykając szpary 
Il1chem; w gubernii Inflanckiej 
yją rodzinami, odosobnieni je- 
dni od drugich, zwykle w dolinach, nad brzegami.. jezior 
i strumyków. 
Przy wyborze sadyb zwracaj ą przedewszystkiem uwagę 
lla piękność poło
enia; to te
 znajdujemy je częściej w ma- 
lowniczem poło
eniu, u podgórza przerzniętego pięknym pa- 
rowem, w pobli
u czystych wód krynicy, otoczqne czerem- 
chą, jarzębiną i kwiecistymi krzewy, w których rozbrzmiewa 
Uroczy śpiew słowika, ni
 na glebie 

T7.nej, zwłaszcza ilekroć 
ta ostatnia poło
ona jest w samotnej. płaszczyźnie. Zresztą 
lliemal w niczem nie ró
nią się włościanie Łotwy od włoś- 
cian litewskich, szczególniej w dawnem księstwie inOanc- 
kiem i t. zw. "KurJandyi górnej," gdzie się ju
 razem zbie- 
rają i tworzą małe wioski, do czego skłaniają ich przyro- 
dzone własności kraju i stosunkowo gęstsze zaludnienie. 
Jeśli wyłączymy wielkie lasy i bagna całkiem niezamieszka- 
łe, na milę kwadratową wypadnie w powiatach inflanckich 
dZisiejszej gubernii witebskiej przeszło 1300 głów, a w górnej 
I\:Urlandyi około 2000 mieszkańców. ' 
Łotysze dawnego księstwa Inflanckiego zewnętrzną po. 
stawą nie ró
nią się zgoła od swoich sp6łpIemiennik6w w Kur- 
landyi i gubernii inflanckiej, zwłaszcza od mieszkających na 
Pograni mm około rozległego jeziora Łubanu i bystrej rzeki 
EWikszty, wypływającej w powiecie rze
yckim z tego wspa- 
niałego jeziora 1), a po 15 . milowym przebiegu, uchodzącej 
z łoskotem do Dźwiny, przy dawnym szwedzkim szalicu, któ- 
ry przed laty usypany został na granicy Polski i Szwecyi, 


" 


) 


) 


a 
II 


1- 
r 
e 
,) 


I, 


l" 
l. 


- 


, .1 



1U , 
.'. I) Rozległe jezioro Luban nosi na dawnycl1 mapach geograficznycl1 
IJaZWę "Mare Lubanicum," co niektórym naiwnym archeologom dało po- 
chop do twierdzenia uporczywego, że było ono połączonc z Bałtykiem. 


)- 


12
>>>
178 - 


a któregQ zllac
enil:ł spadło obeonie do prostego grani- 
cznego wału między gubernią witebską i inflancką" czyli 
ryską, 
Szczególniej na pograniczu nie ró
nią się 
goła Łotysze 
dawnego księstwa inflanckiego od Łotyszów gubernii inflanc- 
kiej i kurlandzkiej. Ten sam wyraz cierpienia rozlany na. 
twarzy, ziemista jej cera,pewne nabrzmienie policzków, rYf!J, 
wyra
ające nieudaną pokorę; budowa ciała równie
 wysmu- 
kła. Są oni przewa
nie średniego a nawet prędzej małego wzro- 
stu, nie krępi, wogóle nie silni. W głębi kraju wszak
ę spotkać 
tu mo
na mę
czyzn krzepkich, słusznego wzrostu, dobrze 
i silnie zbudowanych, jakote
 piękne. kobiety, które, jak 
i w wielu okolicach gubernii inflanckiej i kurlandzkiej, od 
pierwotnego pochodzić muszą szczepu. 
'l'emperament tej gałęzi ŁotY8ZÓW flegmatyczny" brak, 
w nim energii; oharakter im tylko właiciwy i dlatego dosyć 
trudny do określenia. Są oni po większej części leuiwi, obo- 
j
tni na wszy-stko, oprócz własnego interesu, który, zwłaszcza 
od swego uwolnienia w roku 1861, zaw
ze na pierwszem. 
stawiają miejscu. W stosunku do mO
llych są uni
eni, po- 
korni; ale kiedy uczują się silniejszymi, zaraz stają się uparci,. 
fałszywi, a czasem nawet podstępni. Chocia
 poddałistwo 
(znieeione dopiero przed 37-miu laty) i pijaństwo, które przed 
zaprowadzeniem towarzystwa wstrzemięiliwości bardzo by- 
ło upowszechnione - .d.o przytłumienia rozul)1U i rozkrzewie- 
nia lenistwa wiele się przyczyniły, zaw
e jednł\k. pomimo 
lepszych nawet warunków, wstręt dQ pracy, a tu i owdzi61 pe- 
wna ocię
ało'ć umysłu charakterystycznie tę gałQ,ź Łotyszów 
cechują,. . ria 
W niej tak
e !Zauwa
yć jesMze m()
na brak w82Jelkiego o 
pociągu do stowarzyszeń, które W' Kurlandyi i gUbernii 
inflanckiej przyc2Jyniają, się niemało do uobyczajenia ich 
spółplemienników, posiadajQ,cych nietylko liczne stowarzy- 
szenia dobroczynności, urządzających naj rozmaitsze rozryw- 
ki ludowe, ale t9.k
e nieełychaną moc towarzystw chóralnych 
(Gesanovereine), które w latach 1880, 1888 i 18H6 występowały
>>>
- 179 - 


\ 

 
( 
l 


zbiorowo w Rydze w chórach mieszanych. zło
onych z prze- 
szło tysiąca osób płci obojga. śpiewających zgodnie. ju
 to 
ll. capella. jut z towarzyszeiliem wielkiej orkiestry, 
Natomiast w dawnem księstwie inflanckiem. 
 powodu 
braku wszelkiego pociągu do stowarzyszeń, kaMa włościań- 
ska rodzina pracuje tylko dla siebie i tyle tylko, ile nieodzo- 
Wnem jest do zabezpieczenia. 
ycia.. 
Nie brak wszak
e i chwalebnych wyjątków, których 
liczba, Bogu dzięki, coraz zwiększa się, zwłaszcza w miejsco- 
Wościach, zbli
onych do mim;t powiatowych i miasteczek. 
Włościanie dochodzą w nich do wielkiej zamo
ności, a wy- 
Uczywszy się czytać i pisać. wyró
niają się coraz bardziej od 
sWych współbraci rozwijającą się oświatą. Lud ten, lubo 
niedość oświecony, z natmy swej więcej dobrych, ni
 zł;ych: ' 
Posiada skłonności: jest religijnym, wiernym i usłuznym. 
1)0 charakterystycznych cech jego nale
y delikatność uczuć. 
LUd ten do wszystkiego okazuje wrodzone zdolności. ła- 
two przyjmuje oświatę. umie sobie poradzić w trudnych 
okolicznościach. O bystrości jego umysłu świadązą trafne 
P
y
w
 - 
Przytac
am z ni oh kilk/1: 
Diwtf diewia. Z'l?bus, Diws dlU un maje;, "B6g dał zęby, 
B6 g da i chlebat albo: Ar odolu newar kartt apkaut, ".igłą 
Wojska nie zwycię
ysz;" Slimiejba rajtu atjof. kojom n/iit. "cho- 
rOba przyjetd
a konno, odchodzi zaś pieszo;" MOl!i barni 
8)Jtt' klepi, lely sptt sirdi! t. j. "małe dzieci gniotą kolana, do- 

osłe gniotą seroa;" Dadi draltgam, afpt'osi inajdnlkam, "da
 
J
sz (t. j. utyczasz) przyjacielowi, tą.dasz zwrotu u nieprzyja- 
CIela;'. Apesta majeie gryuta łr pelniejt, "chleb zjedzony 
z trudnością odrabiamy." r.",.;'" 
.. Lud ten pr
ywiązuje się do tych. 
tórzy 
u dob
ze czy- " 
Il
ą, a rzadko bywa mściwy. Ta ostatl1la okohcznośc wyró
- 
1:\Ia go pochlebnie od ludu estOllskiego. Przymioty dobre 
Przyćmiewa wprawdzie niekiedy gpuśność i opieszałość. 

8v.elako na ogół słynie słusznie Łotwa dawnego księstwa 



 


. 
J 


:t 
l 


I, 
) 
l 


) 


v 


:) 


".
>>>
180 


inflanckiego z wielu zalet ludu żmudzkiego i jego pobo- 

no
ci, 
Wyznać należy, że h katolicka gałąź Lotysz6w w pierw- 
szym dziesi,!tku lat po wyswobodzeniu się z więzów podda{lo 
stwa znacznie naprzód postą,piła. Wyższąjest jednak kultu o 
ra ł:..otwy w Kurlandyi i gubernii inflanckiej, gdzie usamo. 
wolnienie wło
cian nastąpiło już w latach 1817 i 1818. 
Nie mogąc w ciasnych ramach pracy niniejszej poświę- 
cić należytej uwagi stosunkom agrarnym na ł:..otwie, odsyłam 
ciekawszych czytelników do książki pana A. Transche p. t. 
"Gutsherr uud Bauer in Livland in XVII und ATIlI Jahrhun- 
dert" (StrassbUl'g, 1890 r. stron 265 w 8-ce), w której szanowny 
autor starał się zbadać całkiem bezstronnie,- ze stanowiska 
czysto naukowego, stopniowy rozw6j stosunków rolniczych 
w krajal:h infl
mckich. Wynikom pracy udatnej posłużyła 
bardzo ta mianowic.ie okoliczność, 
e kiedy dotychczasowi 
p'racownicy na tej niwie opracowywali zawsze tylko poszcze. 
g6lne fazy i epizody z inflanckich dziejów agrarnych -autor 
nie wahał się śledzić krok za krokiem stopniowego rozwoju 
tych stosunków w dziejach Inflant, uwzględniając zarazem 
wypadki polityczne, oraz ka:2:dorazowe położenie ekonomicz. 
ne kraju. Epoka, od której pan Transche rozpoczyna kre
lić 
swój obraz wcale wierny, sięga kOlica XVI stulecia. Autor 
korzysta z katastru, wykonanego tu za panowania króla pol- 
skiego Zygmunta III w latach 1599 i 1608, a wyznać należy, 
że prawdziwie umiejętnie wyzyskuje to źródło. Doprowadził 
swoje studYUln aż do roku 180!, który istotnie w dzie- 
jach rolniczych dzisiejszej gubernii inflanckiej z większą słu' 
sznością uważany być mo
e za początek nowej ery, aniżeli 
przyjmowany przez innych autorów rok 1818 (względnie 1819), 
w którym tu oficyalnie ogłoszona została emancypacya wło' 
ścian. 
o.' S
k6ł IU do,wych liczono w r.18S0 w samej Kurlandyi 3.t4. 1 ) 
l 
I) . Wiadomości niniejsze czerpaliśmy w swoim czasie z oftcyalnęgo 
sprawozdania, ogłoBzonego przez zwierzchność szkół wiejskicJ,1 w Kurlandyi 
(Kuf'liindische Ober-Landsc1ml.Commission), w której skład wchodził słfn°
>>>
181 


". 


\V części gubernii inflanckiej, zamieszkałej fprzez t.Jotwę, 
liczono w roku 1882 szkół wiejskich gminnych 396, a para- 
fialnych 75, ogółem więc szkół ludowych łotewskich 471, 
i w tym roku uczęszczało do nich 20,845 chłopców i 19,634 
dziewcząt, ogółem 40,479 dzieci łotewskich, jak to czytamy 
w ogłoszonej w czerwcu r. 1884 przez inflanckie "kolegium 
landratów" nader cennej pracy: "J.1Iaterialien zur Kenntnissdes 
Lanch'olkssclmlwesens in Livland". Praca ta znakomita, reda- 
gowana sumiennie przez męMw fachowych, wykazywała co- 
rocznie w sposób niewątpliwy, 
e w ostatnich lat dziesiątkach 
poziom wykształcenia ludowego w gubernii inflanckiej jesz- 
Cze bardziej podwoił się, ni
 w sąsiedniej KurIandyi, jakkol- 
wiek i tam stan. szkół ludowych niewiele pozostawiał do 
y- 
czenia. 
Dzięki uprzejmości sekretarza rycerstwa inflanckiego, 
tudzie
 kolegium landratów, Hermana br. Bruiningk'a (pre- 
zesa inflanckiego Towarzystwa historycznego), zrobiono do 
U
ytku w pracy niniejszej wyciąg z ostatnich wiadomości 
statystycznych, dotyczących ludowego szkolnictwa, jakie 
w archiwum wspomnianego "kolegium" obecnie odnaleźć się 
dały. Dotyczą, one roku szkolnego 1893/94 i pouczają nas, 

e w części gubernii inflanckiej, zamieszkanej przez szczep 
łotewski, liczono w r. 1894: 
licz. szkół wiej. . Chłop. Dziew. Ogółem 
szkół ludowych gmin. 377 w nich zaś 11,178-9,930-21,108 
szkół ludowych pa raf. 63 " " 2,080 - 8 48 - 2,928 
--- 
A więc ogółem 440 13,258 10,778 ' 24,OB6 


l' 
l' 


I' 




 


n 

. 


t- 


y 
a 
h 
'a 
n 
s. 
)1' 
u 
m 
z- 
ić 
)1' 
II- 
y, 
lił 


e- 
u. 

Ii 
I), 
o' 


- 


ny z prac swoich statystycznych, ówczesny marszałek gubernialny kur- 
laDdzki, Alfons br. Heyking, wydawca francuskich pamiętników konfede- 
rata bar8kiego Karola br. Heykinga w szacie niemieckiej, ktńre zaledwie 
w roku 1897 opuściły prasę drukarską. Podane w końcu 1'0 zdzialu daty 
najnowsze o szkołach w Kurlandyi otrzymaliśmy ze źródeł rękopiśmien- 
nYch (nagromadzonych w kancelaryi kuratoQ"i ryskiego okrę
u nauko- 

ego), dzięki uprzejmości rosyj!kiego urzęllnika, pana Górskiego. który 
Je dla nas wynotował w st
"czniu 1898 roku. 


,I) 


gO 
Iyi 
.n'
>>>
- 182 - 


Taki
 wyciąg, udzielony nam z ryskiej kancelaryi ku- 
ratorskiej, o szkołach ludowych w obrębie gubernii kurlandz- 
kiej, wykmmje w r. 1894/95: szkół ludowych 347, do których 
uczęszczało chłopców 13,355, a dziewcząt 1O,66i, ogółem 
24,022 dziatwy łotewskiej. 


IV, 
Język łotewski, zbli
ony do litewskiego i dawnych Pru- 
sów, jest dosyć przyjemny dla uch
, chocia
 jeszcze nie 
obrobiony. Za najlepsze narzecze uwa
ają niektórzy to, 
kt6rem mówią mieszkaIlcY okolic, graniczących z Estami 
prowincyi Ugaunii, jakeśmy to ju
 w rozdziale pierwszym 
£Rznaczy li. 
Łotysl1J kładzie akcent na pierwszej sylabie nawet 
w wyral1Jach złotonych, kt6ra to okolicznoM pieśniom łotew- 
skim nadaje dźwięk zupełnie niezwyczajny. W jego języku 
tworzenie się przymiotników i słów z rzeczowników nie 
przedstawia najmniejsf.:ej trudności; jest w nim tak:2:e osobli- 
wsze cieniowanie spieszczeń i zdrobnień naj rozmaitszych. 
Przy całem' bogactwie tej mowy posiada ona mnóstwo 
wyrazów, które są tak
e wspólne wszystkim językom sło- 
wiańskim; nie Jest to wszak
e zapo
yczenie, bo są to wyrazy 
codziennej potrzeby, jak IIp: lIguń,8 (ogień), ziemie (ziemia), 
mate albo mótie (matka), sóls (sól), ne (nie), wyrazy konieczne, 
a zatem jednocześnie kiedyś ze Słowianami zaczerpnięte 
przez Łotyszów gdzieś u wspólnego źródła, spokrewnionego 
z językiem sanskryckim. 
Wszyscy Łotysze używają pisma łaciIiskiego. \VszakM 
w druku stale bywają używane głoski niemieckie w dolnej 
Kurlandyi i gubernii ryskiej, a zaś łacińskie w górnej Kur- 
landyi i dawnem księstwie inflanckiem I). Język tych, którzy 


. '. I. 


'J Zaznaczyć tu winniśmy. iż nieliczna garstka Lot
.szów, prilewo- 
rlząca tak zwauej wy:tszej łnteligenc)'i łotewskiej w Rydze, utworzyła 
przed kilkunastu laty przy miejscow
'm klubie łotewskim tak zwauą
>>>
183 - 


i w druku u
ywają abecadła łaciriskiego, jest czysto łotewski, 
ró
ni się tylko wymową od u
ywanego w Kurlandyi dolnej 
i gubernii ryskiej, w których brakujące łub wyszłe z u
ycia 
wyrazy zastąpiono niemieckimi, tam zaś polskimi. Który 
z dwóch dyalektów jest poprawniejszy? Dotąd przez sędzi6w 
bezstronnych nie zostało to jeszcM rozstr2lygniętem. Na ko- 
rzyść górnej Kurlandyi i Łotwy dawnego księstwa inflan- 
ckiego przemawia, zdaniem piszącego, ju
 ta okolicznoś(:, te 
Łotysz z gubernii ryskiej łatwo kurlandzkiego rozumie, 
kiedy ten ostatni ju
 rozmówić się z tamtym tak łatwo nie 
mo
e. 
I nic to dziwnego, jeśli zwa
ymy, 
e Łotysze z gu- 
Lernii ryskiej coraz to więcej słów niemieckich do swego 
narzecza wprowadzają, dając im tylko końcówkę łotewską. 
Jako przykład, bijący w oczy, podajemy tu zdanie 
emiec- 
kie: "Dcr Nachbar-begehrte denLo-hn am JJfonfag," które Lotysz 
z okolic Rygi niezawodnie w ten, a nie inny 
posób przetło- 
maczy: "Nahbttrois pagehrija Lohne mantlaga", wtenm3as kie- 
dy gdzieindziej przetłomaczonoby to
 samo zdanie słowa- 
mi cżysto łotewskiemi: "Kajmins ]Yraseja moksas pyrmdin" 
(b żnaczy: sąsiad domagał się płacy 1V poniedziałek), które 
tu słowa najłatwiej zrozumie i Lotysz z okolic Rygi. 


"komisyę umiejętnoścl" (w skład Jej wc.hodzą olementa najrozmaitize, 
a z nich tylko mała cząstka ucz
stczała do szkół "yżs
ych i, niazawsze 
z konyściąJ. Komisya ta przed kilku laty postano wija wprowadzić C:icion- 
ki łacińskie do wszystkich druków łotewskich Ale że przy tej sposobnośCi 
ustanowiła także całkiem nową teoryę pisowni łote\VBkiej, nie mającą naj- 
1 i1 niejszej podstawy naukow
, projekt ten, pomimo agitacyi klubowych 
i w Uyd2e i na prowinc)1"nIe znalazł oBtatEJClroie do
 znacznej Uczby zwo- 
lennikó\f, gdyż wszelkie pisma i dzi
nnlki, po kilku niefol'tunoy.ch próbach, 
wróciły nietylko do mniejodpowieduich czcionek gotyckich, ale i do da. 
Wnej zawiłej pisowni niemieckiej. Ciekawego czytelnika odsyłamy df;) III'RCY 
przez t. zw "komisyę umiejętności" w 1'. 1
9'3 wydanej pod tytułem: "La- 
tlCecschu rakstneazibas teorija" t. j. "Teorya pisowni łotewskiej", z kh'rej 
o bezpodstawności t
 teoryi sam przekonać się zd'Jła. Xatmnła;;t niem
 
.usługę -oddała ta homitJ1la umiqiętnoAci. wydając swoim kosztem ceune zbio- 
ry podań, a ua
tępnie i pieśni gminnych ł..ot\vy, o których \Y daliJaym 
Ciągu pmcy niniejszej hędzie mowa.
>>>
- 184 


Zasada ortografii Łotyszów dawnego księstwa inflanc- 
kiego jest następująca: "Pisz, jak mówisz, nie troszcząc się 
 pochodzenie inaczej w pierwiastku brzmiących głosek. Prze- 
ciwnie Łotysze z gub. ryskiej i dolnej Kurlandyi u
ywają 
zawiłej pisowni niemieckiej (a w druku i głosek niemieckich), 
która, przy u
yciu często zdarzających się syczących dźwię- 
ków, oraz rozmaitego zastosowania zgłoski h, wiele przedsta- 
wia trudności. 
Najstarszym drukiem łotewskim jest niezaprzeczenie 
ustęp w pierwszej edycyi kosmografii Sebasty
na Munstera 
(ogłoszonej w r. 1550), zawierający na stronicy 932 "Ojcze 
nasz" Łotyszów w narzeczu, zbli
onem do tego, jakie i dotąd 
napotykamy w górnej Kurlandyi i dawnem księstwie inflanc- 
kiem. 
W r. 1587 wydał J. Rivius w Królewcu katechizm pro- 
testancki skrócony w języku łotewskim, a wkrótce potem, na 

ądanie księcia Gotarda Kettlera, psalmy, ewangelie i lekcye 
dla protestanckich parafii Łotyszów. Dla katolickich zaś 
wydał Erdman Tolgsdorf S. J. w roku 1604 katechizm, hym- 
ny i antyfony, a Jerzy Elger tak
e z Tow. J. obszerniejszy 
katechizm w roku 1620, oraz ewangelie na wszystkie niedziele 
i święta w roku 1673. 
Ten
e Georgius
 Elger S. J. ogłosił w r. 1683 pierwszy 
słownik łotewski pod tytułem: " Dictionm.iurn Polono-Latino- 
Lothavic1trn" Vilnae, w 8-ce str. 67. 
Pierwszy kalendarz łotewski wyszedł w Mitawie w roku 
17133, pierwszy elementarz łotewski z abecadłem, krótkim 
katechizmem katolickim i modlitewkami - w Wilnie, 
w r. 1768, staraniem księ
y Jezuitów, 
Pierwsza gazeta Łotyszów ujrzała światło dzienne w Mi- 
tawie w r. 1822 pod nazwą "Latweeschu Awisf's" (Wiadomości 
łotewskie) i przetrwała a
 po dzień dzisiejszy, redagowana 
nader oględnie i mająca jedynie na celu po
ytek czy- 
tehlików I). 


t 
1 



 


"' 
8 


p 


IJ 
i 
tIJ 


I) Gazeta ta, w ciągu lat 76 swego istnienia, odznaczała się stale 
nfezwykłą przezornością i odpowie(:nim doborem artykułów, przeznaczo-
>>>
- 185 - 


Najdoskonalszą i najbardziej naukowo traktowaną gra- 
n1atykę tego języka napisał uczony prezes towarzystwa ło- 
tewsko-literackiego Dr. August Biehmstein. \Vydrukowana 
Została w Berlinie wleciech 1863 i 1864 pod tytułem: "Die 
lettischc Spra('he nach ihrt'u Lautcn uud Forml-'1z" (2 tomy 
\V 8-ce). Autor obecnie zajęty jest powtórnem jej wyda- 
niem, jeszcze bardziej uzupełllionem. 
Za najlepszy słownik łotewsko-niemiecki i niemiecko- 
łotewski uchodzi obecnie nader słmznie dykcyonarz K. UI- 
111ana i G. Brasche'go, w dwóch sporych tomach wydany 
w Rydze w latach 1872 i 1880. 
Czytelników, - pragnących zaznajomić się bliżej 
z piśmiennictwem łotewskiem, odsyłamy do obszernego 
spisu chronologicznego literatury Łotyszów dora Napier- 
skiego, Ryga 1831 r., z trzema dodatkami, wydawanymi 

topniowo aż do r. 1869, a także do pracy naszej: "Biblio- 
gl'Cl'{1hische ....Yotiz iiber ldtische Schriftm, welche von l(jO.j 
bis 18i'1 in d('r lwchlettischcn reslJ. polnisch-livliilldisclLCn .1l-Jun- 
dart veroffentlicht 1l'orden sind," ogłoszonej w "JJagazin der 
ltttisch-literiirischen Gesellschaft", tom XVII, oraz w osobnej 
odbitce, nakładem Kymmla w Rydze. \Vspomniana bi- 
bliografia nasza odnosi się wyłącznie do narzecza Łoty- 
szów katolickiej gałęzi, Najnowsze utwory innych gałęzi 
tegoż szczepu, zwłaszcza zasługuj
!ce na osobną wzmian. 
kę, wyliczają wciąż w swych notatkach bibliografi- 
{:
nych nietylko rozmaite dzienniki i dzienniczki łotew- 
skie, ale i kilkakrotnie już przez nas przytaczane po- 
"\Va
ne.dzieło zbiorowe "J.lJagazin der lettisch-litl'rlh'ishen Gesell- 
8chaft." 
Łotysze, zamieszkujący Kurlandyę dolną i część 
POlUdniową dzisiejszej gubernii ryskiej, - posiadają bo- 


--- 



YCh przeważnie dla ludu wiejskiego, do którego kultury przycz
 nia się 
11:1 obecnie w miarę możności, lubo mni£'j liczy abonentów niż przed trze. 
It dZiesiątkami lat.
>>>
- 186 - 


gaty zas6b ksiąg szkolnych, przewa1;nie elementarnych, wy- 
dawanych w ich własnem narzeczu niemiecko-łotewskiem, 
kt6reśmy jU1; powy
ej dokładnie określili. Pomiędzy temi 
wydawnictwami istnieją liczne podręczniki geograficzne, opa- 
trzone pirknie koloryzowanemi mapami. Nie brak i dziej6w 
ojczystych krain nadbałtyckich, dziełek arytmetycznych, po- 
dręczników historyi przfrodniczej i t. p. 
W ciągu ostatnich lat kilkunastu w ręku najmo
niej- 
sz)'ch Łotyszów, u
ywający(;h pisowni niemieckiej, zdarza 
.się t'2ęstokroć spotykać wspaniałe wydanie poematu Goet- 
hego "Reinecke Fuchs" w tłomaczeniu łotewskiem Dunsberga, 
do którego zostały u:
yte słynne ilIustracye Kaulbacha. Na- 
kładcą niezwykle okazałej i nader kosztownej edycyi łoteW' 
skiej jest księgarnia Sieslacka w Mitawie, nie mająca przy 
swych licznych wydawnictwach innego celu, jak zręczne 
wyzyskiwanie kieszeni bardziej zamoznych i bardziej pró
- 
nych Łotyszów, dla których większej części piękności 
tego poematu Goethego długo jeszeze zostaną nieprzystęp' 
ne, gdy
 oui to właśnie, zajęci wyłącznie spekulacyami, nie 
dbają o wy
sze wykształcenie, a czas swój wolny zabijają 
w inny sposób. 
Dzięki spekulacyom księgarskim, posiadają Lotysze 
kurlandzko-intlanccy cały szereg powieści wątpliwej war- 
tości, kMremi bogatsi chętnie opędzają, swoje nudy. Obec' 
nie nie braknie im nawet sensacyjnych romansów, tłomaczo' 
nych skwapliwie i ogłaszanych wciQ,.
, bądź w felietonach 
naj rozmaitszych gazetek łotewskich, bądz tp
 w osobneJ11 
odbiciu. Figuruje pomirdzy illnemi i słynny romans "RóżO 
z Bialogrod
£," a także "KrólO1L'a hiszpańska Izabela czyli To' 
jer/mice dworu mad1'ycki('go," oraz wiele innych podobnych 
zdro
ności, które całkiem uszly baczności autora artykuhJ 
,,0 pB,/fępil' na Łotwie," ogłoszonego w tomie VI Przegląd t ! 
Powszeehnego na str. 140 - 143. Odtąd przetłomaczono 
i parę nowelek Henryka Sienkiewicza, a mianowicie "Hanię" 
. i "Starego Sług
," połączywszy je w jedno i dając ksią
ce 
tytuł "A1ln'1, 1"OmanS H. Sienki('wicza." Poniewa
 za
 tło111 9 ' 
czenia nie dokonano z oryginału, ale z dziwnie nędznegO 


j 
1 


i
>>>
-- 1Sj - 


,'- 


przekładu rosyjskiego, w którym mało z utworu Sienkiewi- 
Cza pozostało, łatwo sobie wystawić, co za niedorzeczny gali- 
11latyas wyszedł w języku łotewskim, kiedy twmacz lJowló1'1lY, 
l1a swój sposób łotewski tekst rosyjski począł przerabiać. 
Od czasu do czasu wychodzą, przekłady na język ło- 
tewski takich znowu ksią
ek, które, lubo wcale nieźle tłoma- 
cZone, ludowi najmniejszej korzy
ci przynieść nie mogą; 
PI'Zytocz
 tylko znane ogólnie "Horno sum" słynne
o egipto- 
loga Ebersa i liczne powieści pana Panteniusa, mieszczanina 
kUl'landzkiego, który, przeniósłszy się do Pru::!, zbyt pochopnie 

wykł wyszydzać wszelkie słabostki szlachty kurlandzkiej 
I nader chętnie rZUCa kamienie z poza płota na towarzystwo, 
do obcowania z kt6rem niegdy
 daremnie wzdychał tu 
". kraju. 

 Niemniej skwapliwie uprawianą bywa od lat kilkunastu 
I literatura dramatyczna (właściwie komedyancka) tej
e ga- 
łęzi Łotwy, zło
ona wyłącznie z nieudatnych pl'zekładów 
rOzmaitych krotochwil niemieckich, opatrzonych przez tło- 
?1 ac zów w szydercze kuplety okoliczno
ciowe. Dzieje się to 
JU
 to z powodu, 
e klub ryski łotewski potrzebuje ciągle no- 
Wości do swego teatrzyku, ju
 i dla tego, 
e ostatniemi laty 
farsy w języku lotewskim częstokroć bywają grywane na 
""si lub w mieścinach powiatowych, w tern mylnem przeko- 
naniu, te szydercze dowcipy i kuplety okolicznościowe rze- 
.k on1o na uobyczajenie ludu prostego naj zbawienniej wpływają. 
Dostrzegłszy ten wsteczny kierunek nowszej literatmy 
łotewskiej, wydawca tygodnika "Mahjas Weesis" (Gość do- 
11lowy
, wychodzącego w Rydze od roku 1855, postarał się 
Przed pięcioma laty o kon'
esyę na miesięcznik "Mahjas wee- 
8
 ?1khn('sniks" (Miesięcznik Gościa domowego), rozchodzący 
Się obecnie w paru tysiącach egzemplarzy, w którym, 
obok pouczających artykulików, podaje przekłady łotewskie 

 arcydzieł europejskiej literatury powszechnej, poprzedzając 
Je Zwykle 
yciorysem wielkich mistrzó,v pióra i ich por- 
"tretem. 
. -. Ma siQ rozumieć, 
e nie brak tu portretu, 
ycioQ'su 
I niektórych dzieł nieśmiertelneg,'o Adama ,Mickiewicza w prze- 


.1, 
1l 
t- 
W 
)- 


,l- 


:a 


t- 


a, 
t- 

- 


.y 
te 
z. 
Ci 

. 
ie 
lą 


:e 
r' 
c. 
c). 
b 
11 
W 

' 
h 
,li 
,tl 
lO 


." 


'c 


Ił' 
;0
>>>
188 


kładzie łot ewskim. 'Yyczerpująca biografia tego najwięk- 
szego mistrza słowa polskiego mieści w sobie tak
e charakte- 
ry!;,tykę głównych jego utworów. Ogłosił ją, według Piotra 
Chmielowskiego, "Miesięcznik Gościa Domowego" w zeszy- 
tach 4, 5, 6 i 7-mym z roku 1807, które le
ą przed nami. 
'V numerze 53-im tygodnika "Gość domowy" z roku 1896, 
znajduję przekład "Powieści Wajdeloty" z "Konrada Walen- 
roda." Siedem rozmaitych zeszytów "Miesięcznika Gościa 
Domowego" z r. 1897 przyniosły czytelnikom łotewskim 
"To lubię", oraz niektóre z sonetów krymskich, a mianowicie: 
"Grób Potockiej" (sonet 8-y), "Bakczysaraj" (son. 6), "Ajudah" 
(sonet 18), "Stcpy Akl'rmańskie" (sonet 1) i "Ciszę" morską" 
(sonet 2-gi). W tym
e roku 1897 ogłosił "Miesięcznik Gościa 
Domowego" całego "Fausta," Goethego, nietylko pierwszą, ale 
i drugą część tego utworu. O poemacie "RI'inl'cke Fuchs" 
ju
 na innem miejscu wspominaliśmy. "Giitz von Bl'rlichiw 
gen" w przekładzie łotewskim wyszedł ju
 w roku lE87 
w drukarni E. Platesa, wydawcy "Gościa Domowego" w Ry- 
dze, w ostatnich zaś leciech tam
e ogłoszone zostały: balla- 
da "Erlkonig" i kilka innych. Z dramatów SzylI era wydano 
w języku łotewskim "Dziewicę Odpańską," "J1fm'yę Stua'rt," 
"Kaba'le und Liebe" i "Narzeczoną z Messyny." Obecnie pra- 
cują u"ilnie nad przekładem "Wilhelma Tella." Ze słyn- 
niejszych poezyi SzylI era ogłoszono "Dzl
'on" i inne niemniej 
popularne. 
Z dzieł Lessinga przetłomaczoną została na język ło' 
tewski powszechnie znana komedya klasyczna ,,11:linna V01ł 
Ban/helm"; z dzieł nieśmiertelnego Szekspira ukazał się n8- 
półkach księgarni łotew
kich w ciągu roku 1897 "Juliust 
('ezm''', a nieco wcześniej wyszły: "Hamlet," "Ryszm-d III," 
"Jlrtkbet," oraz "Sen nocy ldniej." 
"Manfred" lorda Byrona tak
e został złotewszczony 
z niemniej gorączkowym pośpiechem przez gorliwych cywi' 
lizatorów z grona samych Łotyszów, tych zaś w ostatnicb 
led ech nie brak ani w Rydze, ani w Mitawie, ani w Lipawie. 
'V roku 18f:8-ym ogłoszono w przytaczanym powy' 

ej niejednokrotnie Jlahajs wees(t mehnesniks'u - słyJ1.'
>>>
- Isn - 



- 


II 


llego "Demona" Lermontowa, a niebawem tam
e ma ujrzeć 
światło dzienne "Borys Godnnow" Puszkina. 'V l\1itawie 
W roku 1897 przetłomaczono na język łotewski "Martwc 

usze" Gogola, a nieco wcześniej ogłoszono tam
e przekład 
Jego komedyi "Rewizor" i parę innych. 
Z powieściopisarzy rosyjskich tłomaczą w swych felje- 
tonach dzienniki i tygodniki łotewskie nietylko romanse 
L. Tołstoja, Turgeniewa i Dostojewskie[/o, lecz zwłaszcza Pota- 
lJenki i Czechowa. Oprócz tego, zapełniają się ju
 oddawna 
łam.y feljetonów łotewskich przekładami niemieckich po- 
wieści i nowelek, najczęściej bardzo nę:1znych, a te, obok 

ryginalnych powiastek łotewskich, naj skwapliwiej by- 
Wają czytywane, jak nad tem utyskiwał temi czasy jeden 
2 naj zacniejszych redaktorów miejscowych. 
Z powieści polskich ukazały się w feljetonach łotew- 
skich ju
 w ciągu r. 1886 naprzód niektóre dzieła J. I. Kra- 
szewskiego, którego imię stało się rozgłośne na Łotwie przez 
sprawozdania gazeciarskie o wytoczonej mu przez Bismarka 
sprawie, o jego uwięzieniu w Magdeburgu i t. d., poczem 
Wszak
e na porządku dziennym stanął w tycMe feljetonach 
lIellryk Sienkiewicz. Zawieszona obecnie a
 na ośm mie- 
Sięcy gazeta łotewska "Deenas Lapa" (wydawana w Rydze) 
Przez lat parę zapełniała łamy swego feljetonu przekładem 
Powieści "Ogniem i mieczem," tłomaczonej nie z oryginału, 
ale z nieudatnych przekładów rosyjskich, a następnie sprze- 
dawanej w odbitkach. Za przykładem tego dziennika po- 
szły niebawem inne. Nowelkę ".Tanko muzykant" przekła- 
dano Ju
 kilkakrotnie na język łotewski. O przekładzie 
"Starego slugi" i "Hani" wspominaliśmy ju:
 na innem miejscu. 
,,8 z kice węglem" ogłosił przed paru laty w Lipawie, dla 
Łotwy, przedsiębiorczy księgarz miejscowy Peterson. Z roz- 
biorer,n tej samej nowelki spotykamy się w tomie XIX przy- 
t
czanego ju
 przez nas powa
nego pisma "Jlagazin dCl' let- 
t l 8c h-litel'arischen Gesellschaft," w którym referent, składając 
hołd mistrzowskiemu pióru Sienkiewicza, zauwa
ył trafnie, 

e "obrazek, opisujący \1adu
ycia władzy przez pisarza 
Zolzikiewicza i upadek nieszczęsnej Rzepowej, niezupełnie 


3- 


'a 

- 
I. 


, 


t- 


a 


11 



: 


II 


.1 


a 
e 



. , 


v 
7 


,- 
\- 
o 


\- 
1- 


)J 


)- 
lł 
Do 
:/ 


.1 


r 
l' 
b 



, 


r' 
l'
>>>
190 - 


nadaje się do przekładów, maj
cych wzbogacać łotewsk
 
literaturę ludową." 
Jest to faktem niezaprzeczonym, 
e większość tak zwa- 
nej "inteIIigencyi łotewskiej" d

y stale do sztucznego wy- 
tworzenia w ciągu lat niewielu literatury narodowej, której 
pragnie obce utwory jak naj prędzej przyswoić. -Obok owych 
przekładów arcydzieł, przynoszą feljetony tłomaczenia nowe- 
lek i powieści, przewa
nie zabarwionych naturalistycznie, 
a tak
e naj rozmaitsze lichoty. Pierwsze dla przechwalania 
się rzekomym postępem i wysoką cywilizacy
 szczepu łotew- 
skiego, drugie dla zaj
cia czyt.elników strawą, wprawdzie 
niezdrową, ale poczytną. 
Pr
cując pod hasłem francuskiem "para'itre. c't'st ćtre," 
większość redaktorów i cywilizatorów łotewskich łudzi na- 
pró
no siebie i drugich. Przekłady artykułów z pism ludo- 
wych, któremi najczfJściej gardzą, przyniosłyby niew
tpli- 
wie korzyść prawdziwą, podnosząc stale poziom wykształce. 
nia i moralności w prowincyach, przez Lotw
 zamieszkałych, 
wtenczas kiedy wifJksza cz
ść dzieł, obecnie przekłada- 
nych z iście chorobliwym pośpiechem, w 
adnym razie 
owego szlachetnego celu osiągnąć nie gdoła. To tet 
słusznie przypomina pra.wdę powy:tszą i za.znacza j
 niemal 
corocznie w sprawozdaniach swoich "Towarzystwo literac- 
ko-łotewskie", z prawdziwych przyjaciół Łotwy zło
one. 
Czuje się 0110 do tego zniewolone, pomimo oburzenia, jakie 
w pewnych kołach t.:'\k zwanej "intelligencyi łotewskiej" wy- 
wołuje owem otwartem wygłaszaniem swoich uwag, równie 
prawdziwych, jak trafnych. 
Zaznaczy c wszak
e winniimy, 
e, Bogu dzi
ki, owe 
nauki nie całkiem idą w las, gdy
 w kOlicu przedostatniego 
tomu roczników p. t., "Magazin der ll'ttisch".lite1'. GeieUscllall.," 
przy wyczerpuj
cem omawianiu ruchu literackiego na Łot;.- 
wie, a zwłaszcza oryginalnych ułwoniw lotewikifh, czytamy, 
z prawdziwą otuchą na. przyszłoM, słowa .uznania. podno- 
szące wyraźnie się okazujący ""Wlot ku lepszemu. 
O stosunkach socyalno.pohtycznych ł:.otyszów uiepo- 
(loima rozwodzid się. w szc1l:upłych ramach niniejszego zary- 


t 


c 

 

 
l 
E 



 
r 
t 
t 
, 
l 


l 
l 
l
>>>
191 


! 


su. Ograniczę się przeto do zaznaczenia, i
 charakterys- 
tyczną cechą czasów obecnych jest rozdwojenie włościan 
łotewskich na dwa odrębne stany: wlo
cian-gospoclarzy i ?l'loś- 
cian-pa1'Qbków. 
. Stan pierwszych coraz bardziej podnosi się, pozostawia- 

ąc stan parobków daleko za sobą. Łotysza-gospodarza tu 
l owdzie nietylko nazywają ju
 panem, ale go całują w rękę 
Ze czci, i uszanowaniem. Włościanin-gol!podarz ju
 wcale 
nie pracuj e w polu, ale wysyła tam zastępcę i dozorcę 
(pryksz-sajmif1ieks), który z wielu względów przypomina zna- 
ne 
zytelnikoł1l typy ekonomów dawnych dworków szla. 
checkich na Litwie. I 
Miewamy t€
 coraz częstsze przykłady, 
e wzbogacony 
Łotysz gospodarz rzuca się na korzystne spekulacye, a dwo- 
rek swój wiejski, wraz z ziemią doń nale
Qcą" wydzier
awia. 
Inni, zło
ywszy bardzo znaczne kapitały, 'nie trudnią się ni- 
CZem i 
yją z prooentów i odsetek, bądź w mieście, bądź na 
Wsi, zabijając czas, jak mogą. U nich zawsze znajdziesz. 
Z jednej strony wspaniałe wydanie. łotewskie poematu Goe- 
thego "Reinecke Puchli', a r; drugiej takie lichoty, jak "R6tę 
z JJiałof/'l'oiW,,, i niemniej zdro
n6 "Tajem-nwe dworu madryc- 
ki
go," a obok nich nędzny pn.:ekład łotewski choć jednej 
z .licznych. powieśoi Pantoniusa, w których, jak ju
 wspom- 
niałem, wcale zabawnie bywaJ
! wyszydzane słabostki 
szlachty miejscowpj. Od lat pięciu dostrzedz się tam
e dają 
zeszyty miesięcznika Mahjalł 'IOeesa - o licznych illustra- 
eYach; zeszyty te przynoszą, obok 
yciorys6w wielkich pisa- 
rzy e-tulopejskich, urywki z ich dzieł ni
miertelnych, o kar- 
t
ch najczęściej o tyle tylko przez abonentów przeciętych, 
() tle zawieraj 11 pewien zaeób illustra.cyi, barwą, niebieską, czer- 
Woną lub czarną odbitych. I nic t
 dziwnego, kiedy zwaty- 
n1y, 
e ów miesięcznik łotewski podaje . -swym czytelnikom 
drugą r
8ć "Faust-cL" Goethego, której treści nawet 8am tło- 
ntacz nie 
a'WBze zdołal pojQjć nale
ycit). a. w przekładzie jej 

a język łotewski tysią,-L"Zne napotykać IDmiał trudności. 
rzyjrznwf;zy ilię Mlamionom powierzchownej cywilizacyi 


l 


" 


1. 


: 
ol
>>>
- 192 - 


Łotwy prowincyi nadb:1.ltyckich, przyj rzyj my się z kolei nieco 
bli
ej jej kulturze prawdziwej. 
Poziom moralno
ci, zwłaszcza u zamo
niejszych kur- 
landzko-inflanckich lJotyszów, wiele pozostawia do 
yczenia. 
U urzędnik6w gminnych coraz czę
ciej natrafiamy na nie- 
rzetelno
ć i niesumienno
ć, które wybory gminne najlepiej 
uwydatniają. 'V6jt gminny bywa często pijakiem. Przy 
wyborze na urzędy gminne bardziej wpływa prywata, ni
 
wzgląd na dobro og6łu. Okoliczno
ć ta dowodzi dostatecz- 
nie, 
e szczep łotewski, o którego rzekomym postępie nader 
mylne bywają podawane wie
ci do pism, tyle jeszcze 
nie dojrzał, by zostawione mu prawo samorządu umiał 
obracać na własne dobro.lJotysz-wlościanin prowincyi 
nadbałtyckich ma oczywi
cie w swych rękach zbyt wiele 
władzy. W Kurlandyi nadu
ywał on nawet prawa tworze- 
nia stowarzyszeń, a
 w roku 1883 dzielny gubernator kur- 
landzki Lilienfels stanowczy kres wybrykom tego rodzaju 
poło
ył. 
Prasa łotewska, o kt6rej rozpisywano się ju
 szeroko, 
acz niefortunnie, w pismach polskich, jest po większej części 
agitatorską, pseudo-postępową, tu i owdzie niemco
erczą, 
trzymającą się bezwiednie hasła: "Divide et impera." Najsu- 
mienni
j redagowanemi są mitawskie "Wiadomo
ci łotew- 
skie" (Latweeschu etlVius), wydawane, jak wspomnieliśmy, 0:1 
lat 7u-ciu z wielką oględno
cią, oraz tygodnik ryski "Matja s 
weesis." Najwięcej abonentów liczy obecnie dziennik Baltija s 
wchstnellis (kuryer nadbałtycki), wychodzący codziennie, a 
przeznaczony przedewszystkiem dla mieszczan łotewskich 
bardziej wykształconych, kt6rych interesy stara się zawsze 
popierać; natomiast dziennik Deenas lapa wywiesza stale 
sztandar socyalno-demokratyczny, gdy
 najwięcej liczy abo. 
nentów pomiędzy ludno
cią roboczą. Z tygodnik6w "Balss" 
najbardziej jest rozszerzony pomiędzy wło
cianami, a w ten- 
dencyach przyjmuje podobnykierunek,jak Baltijas wehitnesis, 
a za
 "lJIahjas weesis," mniej popularny
 ni
 "Balss". najwi
- 
cej ma czytelnik6w pomiędzy bardziej wykształcony'mi. rO': 
botnikami miejskimi i wiejskimi, jako to: młynarze, fabr)'. 


, 
t 
l 
II 
II 
C 


.l 


'.
>>>
193 -- 


s 


kanci i t. d. Lepiej redagowane tygodniki i dzienniki są 
istnym kamieniem obrazy gazetek agitatorskich w rodzaju 
zawieszonej od kilku miesięcy ryskiej "Deenas lap pa" i mi- 
tawskiej "Tehwija." To te
 u
ywają one przeciw nim wszpl- 
kiego rodzaju broni najniegodziwszej, aby ufność czytelni- 
kówo ile mo
ności podkopać. Przyjąwszy sobie za dewizę: 
"Crtlumnim.e al/rlacfe1., semper aliquid haeret," starają się oue 
rÓWnocześnie odjąć Lotyszom zaufanie ku zaslu
onemu To- 
\Varzy
twu: Die leltisch-liferii1.ische Gesellschaft," które od lat 
przeszło 'i5-ciu z wielkiem powodzeniem nad oświat1! szcze- 
Pll łotewskiego pracowało a i dotąd pracować nie przestaje. 
Co do tak zwanego dzienJłikar
twa, czyli młodej prasy 
łotewsk
ej, wyznać musimy, 
e stosunkowo włościanie 

adnego innego ludu Europy tyle gazetek nie posiadają, 
Jak kurlandzko-inflancka gałąź Lotwy I). Nale
y tylko ubo- 
lewać nad tern, 
e większa część tych gazetek woli odda- 
\Vać się agitacyom, niź miećdouro włościan na celu. 
Agitacye przeciw Niemcom tutejszym wszelkich stanów 
\VYchodzą równie
 z tysiącznych stowarzyszełi klubowych 
łotewskich (Latwees('hubeedribas), nad któremi zwłaszcza roz- 
ciąga swój 
rogi wpływ klub Lotyszów ryskich, za pomocą 
Pisarzy gminnych, z którymi ciągłe utrzymuje stosunki. 
. Łotysze 
achowują prastare obyczaje i zwyczaje, mają 
liczne podania i pieśni ludowe, troskliwie zbierane i ogłasza- 
ł1
 przez uczone towarzystwo niemieckie "Die lettisch-literti- 
'I'l8Che Geseflsclzaft," które w przechowaniti śladów narodo- 
":ości łotewskiej, kształceniu języka Lotyszów i oczyszcza- 
LItI go, z obcych naleciałości, niepo
yte poło
yło zasługi. 
lld ten od roku 1819, w którym miało miejsce ostateczne 
11
a.lnowolnienie włościan w gub. kurlandzkiej i ryskiej, 
Illelnałe zrobił postępy. Został więc pracowitym, dbają
 
CY111 o podniesienie i ulepszenie gospodarstwa, o porządniej- 
----- - 


o 


c. 



 
f- 

 


:- 


r 
e 
ł 


'I 
e 


LI 


" 


'l 


l, 


s 


n 
11 
e 
e 


I. 
:' 


" 


'-, 


l I) Oprócz prz
'toczonych powyżej spotJkałem dzienniki łotewskie: 
'
(Itl(.cetcs" "Semkopis," "Baz/licaJ n'ehstncsis" "Amel'ikas ł'Vehstncsis," 

 I(S
"!!tliS," "Dm'bi," "Rota" i kilkanaście innych, które SW(\j słaby ży- 
ot JUż zakończyły. 


1:1
>>>
-- 194 - 


sze, wygodniejsze i zdrowsze pomieszkanie, o oświatę, o za- 
oszczędzenie sobie grosza i o zaopatrzenie się w ziarno. 
Kurlandzcy i ryscy kapitaliści, Łotysze, nabywają 
nietylko znaczniejsze obszary ziemi na wsi, ale i nieru- 
chomości po większych miastach częstokroć kilkuset-ty- 
siączne. Wielu z zamo
niejszych włościan Lotyszów wy- 
syła oddawna swych synów nietylko do szkół powiatowych 
i gimnazyów, lecz nawet do uniwersytetu jurjpwskiego, 
lub do szkoły wy
szej politechnicznej w Rydze. "r Jur- 
jewie istnieje od lat kilkunastu osobna korporacya ło- 
tewskich studentów, nosząca nazwę "Lettonia", a w politech- 
nice ryskiej od roku 1897 taka
 korporacya "Zelonia." 
Wogóle Łotysze z natury bardzo są spokojni i pobo
ni, 
Ulubionem ich zatrudnieniem jest rolnictwo. Zajmujących 
się rolnictwem i utrzymujących się z dochodów rolnictwa 
jest obecnie 86% całej ludności kraju, przez ich szczep za- 
mieszkałego, Jiczba zaś zatrudnionych w sferze przemysłu 
i handlu wynosi 11%, utrzymujących się z usług osobistych 
zaledwie 3%. 
Kobiety wiejskie zajmują się wyrobem płótna, pstrego 
sukna, pstrych płócienek i pończoch, wyrabiają tak
e sma- 
kowite sery i gomółki. Celują zwłaszcza w tych ostatnich, 
cenionych najbardziej w Mitawie i w Rydze, a znanych pod 
nazwą: lettischer Knappkiise. 
Łotysz z natury do wszystkiego okazuje wrodzone 
zdolności, jest wcale przebiegłym, posiada wiele talentll 
i zręczności, a chętnie pobiera ka
dą naukę; rozwój wszaU e 
umysłowy długo powstrzymywały więzy poddaństwa. Ubiór 
nosi prosty, ale dogodny. Głowę pokrywa sukienną czapk
 
na zimę obło
oną futrem; kapelusz pilśniowy obecnie jU
 
mniej często się widzi, i to tylko w gub. kurlandzkicJ 
i niektórych okolicach gub. ryskiej; w gub. witebskiPj wi- 
dzimy go zaledwie tu i owdzie na samem pograniczu gU' 
bernii inflanckiej (ryskiej). Wy
szą, część ciała okrywa kO' 
szula. W górnej Kurlandyi dolna część tpj koszuli przykry- 
wa z wierzchu spodnie Łotysza i wązkim paskiem jest spiętO.' 
Na wierzch wkłada się w lecie długa sukmana zwana swejtQ
>>>
- ID5 _ 


(świta) z szarego samodziału, zimą ko
uch barani. W gub. 
ryskiej i w ni
szej Kurlandyi dolna część koszuli ginie 
'W spodniach, a wierzchnią przykrywa kaftanik lub kami- 
zelka, których krój nie ró
ni się niczem od tych, jakich u
y- 
Wają osadnicy niemieccy. 
Zarost ogolony, próc;z bakembardów w Kurlandyi dolnej, 
a prócz wąsóW w Kurlandyi górnej. Na nogach noszą skó. 
rzane buty, niedochodzące do kolan. Biedniejsi, a raczej 
najbiedniejsi, obyczajem dawniej powszechnym, nogi od ko- 
lan obwijają szmatami, które są podtrzymywane sznurkami, 
od łapci, czyli postołów, idące mi. To ubranie nóg obecnie 
ju
 tylko bardzo rzadko daje się napotykać; buty od lat 
wielu w ogólny weszły u
ytek nawet u biedniejszych. 
Stan zamo
niejszych Łotyszów-gospodarzy nosi się o ile 
mo
ności z pańska; zwłaszcza tych, którzy przebywają po 
miastach, trudno od mieszczan rozró
nić. Kobiety wiejskie 
noszą w zimie pod ciepłym ko
uchem, pokrytym u bo- 
gatszych ciemnem lub granatowe m suknem, długie ró
no- 
Larwne spódnice, tudzie
 kaftaniki z ciemnej wełnianej je- 
dnokolorowej materyi, w lecie zwyczajne suknie, uszyte 
z kwiecistego perkalu, a tak
c dochodzące do kolan fartusz- 
ki, równie
 z materyi bawełnianej, jak mo
na najbardziej 
pstrej i jaskrawej; w górnej Kurlandyi i w gub. witebskiej na 
wierzch kładą kolorową kwiecistą chustkę, zastępującą 
\V lecie kaftan, z pod któnj wyglądają białe od koszuli 
rękawy. Przed 50-ciu laty dostrzegaliśmy u niektórych 
stars
ych kobiet odmienne ubranie od dzisiejszego. Okry- 
r Wały ich głowy tak zwane "namiotki", czyli płócienne 
I zawicia, które podpinały się pod brodą, na plecach zaś 
t nosiły okrywkę wełnianą w kształcie długiego szala, wyko- 
j naną z białej tkaniny domowej, a spiętą na piersiach za 
l' Pomocą okrągławej spinki, nazywanej soktą. Na obu 
l° końcach charakterystycznej okrywki wyszywany był 
'0 ZWykle deseń misterny, ró
nobarwm! wełną (coś nakształt 
wzorów, jakie' widzieć się daj ą na szlakach starych szalów 
I. tureCkich), zakończony ró
nobarwną frendzlą wt:'łnianą. 
IJ Po obu stronach ten
e sam wzór wykonany w zmniej-
>>>
HJ6 - 


szclliu, a dokoła, jakby obramowanie, pasek wytkany 
w tych
c barwa(:h co wyszycia I). Dziewczęta łotewskie 
w dni niedzielne i świąteczne zdobią głowę w ró
nobarwne 
wiełice, na które tu i owdzie narzucają lekką przejrzystą 
. chusteczkę, zamę
ne zaś kobiety zawiązują na głowie chust- 
kę w formie czepca; na niej umieszczają stosownie do pory 
roku jednę Jub więcej, bo a
 do sześciu,. jednakowo zło
o. 
nych 
h
cia
 coraz mniejszych pstrokatych chust; śpiczasto 
.na czole wystająca część wszystkie widzieć dozwala. l\Iałe 
dzieeichodzą, zwykle w jednej koszulce, przepasanej na biod- 
,nldi .,wąskim paskiem, zwanym jusla.. .; 
j.. Dzisitiis:zy 'Łotysz nie dba o ozdoby. Rzadko szklane 
perły zdobią s
yję młodej dziewczyny. U katolickich Łoty- 
szów dostrzedz się wszak
e daje zar6wno u mę
czyzny, jak 
i u kobiety ró
aniec, szkaplerz, mały krzy
yk, obok meda- 
lika z 
yobra
enienl Chrystusn lub Bogarodzicy (Obacz fig. 1) 
Rękawiczki, .pięknie farbowane pOliczochy',' paski, 
. z pstrcj welny'utkalm o.'taz z dw6ch krańców ceerwoI1ą ba- 
wełną upstrzone lub frendzlą przyozdobione ręczniki, wielkie 
m?ją znaczenie i zwyezajnie u
ywają się na podarki w czasie 
chrzcin, wesela lub innych uroczystości. 
'raka prostota, jak w ubiorze, przebija i w mieszkaniu 
Łotysżów. .Na podmurowaniu kładą nieobropione sosnowe 
kręglaki, szpary mchem zatykają. Zamiast okien, naj bied- 
niejsi zrobione na nie.otwory drewnianemi zamykają zas1i- 


I) Taką starodawną- okrywę łotewską przechowy\vała długo, jbkO 
pamiątkę po piastunce swego naj starszego syna, dawna dziedziczka 
,Prezmy w powiecie rzeżyckim. synowa marszałka nadwornego wiellciegQ 
księstwa litewskiego Stanisława Bołtana, pani Władysławowa Sołtalloll'a. 
\" której zbiorach mieliśmy sposobność oglądać .tę rzadkość jak najdo- 
kładniej. Szerokość okrywy wynosiła 2 łokeie ruskie, długość zaś 4 3 !H 
tkaną była w prążek skosny. Podobneż okrywy dają !Oię jeszcze obecnie 
napotkać w rzymsko-katolickiej parafii Alsz!Vrl'/1g w KurJand
'i dolnej, 
gdzie ł.otewki l dotąd spinają je t. zw. "soktami," ale nierównie więk- 
sz
.ch rozmiarów, niż dawne "sokty" u Lotewek z gub. witebskiej przez 
l1a3 niegdyś osobiście ogląda!1e.
>>>
197 


Wami. U naj biedniejszych nie wszędzie dotąd jeszcze wszedł 
W u
ycie komin, któryby odprowadzał dym z ceglanego pie- 
ca, zwykle w kącie niedaleko drzwi stojącego; słu
y on zwy- 



1I 
 

.,) ..,j". "U
_, . ,\.........
 
....."'\:.. . : -,.... 
... "Ij ,,-- 'c:;\. '",;..
. 
t
i;:'}' '-?, f"" '"" 1;' - 

 ,.. 
.j:;.:. 
:p" '. . 
'

';; (':
'

:"

 



\..\.
:..ł' .;;..:- '_L ..ł
 

 -' 
"!!i-"" 0:;'-:-.. .. 
 
. .i'" 
t""ł£." c.... 4 .... .dt 
.,
.,., \ .- 

'" 
 -
''

:i

)'
kl'''  .
-., 
t
t -", .
; 't"!',
 :. : t 
l . l\ł 
, '-:'. . I . 
;:' "': - 
: ,: .'. 
t
.. "\", 
"I' '\.:..... 
..'V'" 
. . 
 'ł' \' 
-i.' - 


(fig. 1). 


. 
 
'U
 .'J'C 
łl-
 ,... 
 
.'
'I 
{- 
-, 7- 


'
' 


..\ 
'i \., 
fi ,'" 
" 


,.. 
I I 

I 
\ 


. . 
..... 


t 


;;' y \.'
 
 \ 
II' ,I 
': : 
,\'i 
, 
¥' 


.... -I ,i' 


 . 
. 
.':,"-rn 1 
-. r
... l 



,' I 


.
 


.. ,"::-
- 


"".., 
. l"t: 


't',L 
,
 .,', - I, 
..;....t.
/


 i 
;: 'i , 


. "- 


" 
l 


\ i:. 


; 
-' 


I " 


...... 


,{ 


I 


..Ę.' 


.. 


...: 


.. 


- 
.' 


\4 
,. !If 
I, 
-,. IrJ 


" 


.JI';. 


.,... .. 
.'-'
 -- 


. -.- 


.
:.;
_

\-rt:2
:; _, i:t':
' 
!:.'t_":-'-. :.;.' 


Ty py łotewskie. 


C2ajnie za kuchnię, a na górnej jego powierzchni urządzane 
LYWa miejsce do spania. W takich najubo
szych miesz- 
kąniach dym wychodzi prz{'z okna, drzwi i pułap; za-
>>>
HJ8 - 


mo
niejsze zaś wszystkie porządnymi są opatrzone ko- 
minami 1). 
Chaty i domy mieszkalne Łotyszów, bardzo ró
ny przed- 
stawiają widok, stosownie do zamo
ności mieszkal1ców. Bo- 
gaty włościanin ma obszerny dom drewniany o du
ych 
oknach i wysokim suficie; zamieszkuje jednak zwykle tylko 
du
ą przednią, izbę i małe stancyjki tu
 za nią; reszta domu 
obrócona jest na potrzeby gospodarskie. Najzamo
niejsi 
i ju
 spanoszeni Łotysze - kapitaliści miewają mieszkania 
wiejskie zbytkownie urządzone, nie wyró
niające się niczem 
od folwarków bogatych mieszczan. Po miastach zaś posia- 
dają kilkupiętrowe kamienice, które w części wynajmują, 
w części zamieszkują sami wraz ze swą rodziną. 
Ka
dy najubo
szy nawet włościanin łotewski posiadać 
musi w swoim domku tak zwane letnie mieszkanie. Jest to 
czysty pokoik z wielkiemi szklanemi oknami. Niema w nim 
pieca, dla tego i większe ochędóstwo panuje. Izba ta schlud- 
na, zwana "kambors," słu
y za skład naj kosztowniej szych 
ruchomości. Tu składa Łotysz w ciągu zimy swoje skarby, 
pościel, bieliznę i inne rzeczy; w ciągu lata zaś w dnie nie- 
dzielne i świąteczne zdobią jej ściany i pułap zielone gał
zie, 
li
cie i kwiaty, tu bowiem podejmują gości, Dodajmy do 
tego jeszcze śpichlerzyk zwany "kletie," przeznaczony na 
skład w zimie, a na sypialnię latem, suszarnię, kilka stajen, 
nieodzowną łaźnię, zamieszkiwaną zwykle przez ubo
sz
! ro- 
dzinę, a będziemy mieli całe obejście mniej zamo
nego Ło- 
tysza. Nie rzadko, zwłaszcza w Kurlandyi, znajdują się bar- 
dzo starannie budowane domy łotewskie, mające kilka izb 
mieszkalnych; w nich znaczna liczba sprzętów domowych, 
wszystko w .wyszukanej czystości utrzymane. Zabudowa- 
nia włościaIiskie, zwykle w czworobok postawione, pokry- 
wają słomą, w leśnych okolicach dranicami (łupki) lub gon- 


I) O dawnych chatach szczepu łotewskiego traktuje wyczerpująco 
rozprawa F. Benningena ogłoszona 'z dodaniem 10 rycin) w "Mag. d.ldt. 
lit, Ges," tom XIX, część drug, str. 36-.61.
>>>
lU9 - 


tarni, a w Kurlandyi u zamo
niejszych najczęściej da- 
chówką. 
Szczep łotewski, zarówno jak szczep jego bra.tni litew- 
ski, posuwa gościnność do nader dalekiej granicy ado hucz- 
nYch zabaw bardzo jest skłonny. Żaden interes, 2aden kon- 
trakt, 
adne kupno, nie zostaje załatwione bez uczęstunku. 

ódka wkradła się do Lotwy z obczyzny. Na.rodowym 
I ulubionym IUlpojem f.Jotysza jest tak zwany ol,. lub altts, 
rodzaj piwa a raczej podpiwka, wyrabianego przez nich sa. 

ych z chmielu i jęczmienia. Ten, jak niegdyś, tak i dzisiaj 
Jeszcze, obok wódki i wina, przy weselu, przy zrękowinach, 
przy chrzcinach i pogrzebach, słowem przy wszystkich uro- 
?zystościach niepoślednią odegrywa rolę. O dziewczynie 
J.l1
 komuś zaręczonej wyra
a się Łotysz: jau ar winiu pujszu 
zz' ajnlmrta, to znaczy: ju
 z owym chłopcem jest zapitą, 
Lecz zwłaszcza wesela bardzo hucznie wyprawiają. Bawią 
si
 niekiedy trzy dni; całe pokrewieństwo bierze w nich 
lldział, tańczą późno w noc, a nad rankiem znowu schodzą 
się do gościnnego domu I). 
O zwyczajach łotewskich, zwłaszcza przy weselach do- 
tąd ściśle zachowywanych, mo:l:na powziąć niejakie wyo- 
bra:l:enie ze swad weselny\
h, ku6zw'unas, które kalendarze 
lUdowe łutewskie obok pieśni weselnych często za- 
Wierają. Kalendarz Lotyszów na rok 18iO-ty podał ich 
długi szereg na stronicach 40 - 61, a o wierności owych 
kalendarzowych opisów przekonywał się piszący niejedno- 
krotn
e, bywaj:!c za młodu na weselach ł.Jotwy, \V piosn- 
kach weselnych przy kOł1cU ostatniej zwrotki powtarzają 
obecni za ka:l:dym razem: Byu/i wusałs, t. j. bądź nam zdrów; 
albo: Dziel'yt wasały, t, j. pijcie zdrowo. Na tak zwanym 
"PoglJście" czyli błogosławieństwie po
egnalnem nowo.zaślu- 
Ilianej, odbywa się składka ogólna dla niej i kolejne tłucze- 


---- 


') O weselach Lotyszuw traktuje obszernie praca E. Bielenste{na 
W ..Maj. d. Idł. Gescllllchalt XIX tOI11U 4 ustęp str. 62 -239 i XX tOIDU 
Ustęp I z I'. 1-9981.
>>>
-200- 


nie tych misek, w które rzucają si£ ofiary. Po .przybyciu do 
domu nowo
eńca, młoda mał
onka musi na ka
dym kroku 
rozdawać dary. Są to najczęściej, upstrzone po dwóch kOll- 
cach czerwoną bawełną i frendzlą, ręczniki, paski ró
nobarw. 
ne czyli tak zwane ,justy," rękawiczki wełniane oraz 
inne jej prace własnoręczne. Obrzędy weselne Łotwy 
opisuje j systematyzuje starannie w swem dziele rosyj- 
skiem "lIlateryaly dla etnografii łatyszskaho plemieni Witebsko) 
gubm"nii" docent wszechnicy petersburskiej pan Edward W 01- 
ter, do którego erudycyjnej, nie łatwej w czytaniu pracy 
(uwzględniającej roboty nasze dawniejsze niemal na ka
dej 
stronicy) w części drugiej niniejszego zarysu będziemy znie- 
woleni powrócić. 
Obchody weselne ku!'landzkich Łotyszów tcm się mia- 
nowicie wyró
niają od inflanckich, 
e tam drużba towarzyszy 
konno weselnemu orszakowi, trzymając w ręku małe jodełki, 
czy choinki długiemi ró
nobarwnemi wstęgami i błyskotkami 
całkowicie przykryte, oraz trąbki weselne czyli tak zwane 
taury. Spotykał piszący takowe w Mitawie nietylko za swo. 
ich czasów gimnazyalnych, ale i kilkadziesiąt lat później, 
a zawsze jeden i ten
e sam miewały charakter. Zarząd tak 
zwanej "wystawy etnograficznej," przez Łotyszów ryskich 
w roku 18{)6 na wielką skalę urządzonej, w ciągu kilku ty- 
godni o późnej godzinie wieczornej zapraszał zwiedzających 
tę wystawę do rodzaju hippodromu, w którym przedstawiano 
przeplataną śpiewami pantominę, dającą wcale wierny obraz 
takiego wesela. Cała dru
ba występowała tu konno, a dya- 
logi, przerywające pantominę i liczne swady weselne, najna- 
turalniej były oddawane. '1'0 też zdaniem naszem, zarzu. 
cano nie słusznie owym przedstawieniom, 
e one zanadto 
przypominają "szopkę." 
Co zaś do samej wystawy, była ona niewątpliwie przed- 
sięwzięciem chybione m a pod względem naukowym nie mia- 
ła najmniejszego znaczenia. Lubo nosiła nazwę "WystalL"V 
etnogm{icznej lotewskiej," ślady etnografii, zwłaszcza etnogra- 
fii łotewskiej, nie łatwo w niej dawały się odszukać. .Jedy.
>>>
- 201 


nie oddziały kilku niemieckich wystawców miały e:echę nau- 
kową i etnograficzną. 
Jeden z wystawców niemieckich wystawił przepysznie 
Wykonany szereg wzorów do historyi łotewskiego rybołów- 
stwa, a więc: kształty łódek i statków. naj rozmaitszych, po- 
cząwszy od najdawniejszych a
 do tegoczesnych, sieci i licz- 
ne inne narzędzia rybackie i t. d. równie ciekawe jak pou- 
Czające. Drugi nagromadził podobizny najrozmaitszych 
"gór obronnych" pogańskiej Łotwy (heidnisl'he Burgberge), 
któremi są przepełnione wszystkie części Kurlandyi, tak gór- 
nej, jako i dolnej. Dokonał tych ró
norodnych modeli nie- 
:Zlnordowany badacz staro
ytności łotewskich Dr. A. Bielen- 
stein, zajmujący, jak wiadomo, wysokie stanowisko naukowe 
nietylko w kraju, ale i zagranicą. On te
 wystawił zbiór 
lawnych sprzętów domowych i nal'zędzi drewnianych, który- 
mi, w braku metalu, posługiwała się niegdyś Łotwa cała. 

omi
dzy niemi nie brakło nawet zamków do mieszkali 
l obór dawnej Łotwy, wyłącznie z drzewa wykonywanych, 
ą tych dostarczyły okolice nad-Łubaliskie dzisiejszej gub. 
'\\ritebskiej I). Udatnym był tak:2;e wzór nietylko chaty 
ale całego obejścia dawnego przecirtncgo Łotysza, z wielką 
lokładnością, wykonany. 
Sama zaś komisya wysta'
y, zło
ona wyłącznie z za- 
'nOżnych Łotyszów, wodzących rej w klubie ryskim łotew- 
Skilll, nadzwyczaj dziwnie i nieodpowiednio brała się do urzą- . 
łzenia tej wystawy, dając jej miano "wystawyetnograficz- 

lej łotewskiej," dała nowy dowód niewątpliwy, jak wiele jej 
Jeszcze do wy
szej kultury braknie. 
Z licznych pawilonów najbardziej odwiedzany był głów- 
l1y środkowy, w którego sali centralnej umieszczono kilka- 
dZiesiąt wspaniałych figur woskowych naturalnej wielkości 
'" ubraniach ludowych. U wejścia do tego oddziału wystawy 
--- 


. I, Zbiory tego rodzaju gromadzi oddawna Dr. A. Bielenstein do 
IlIustrowania obszernego dzieła p. t. "nas Holz-Zeitalter de,' Lettcn." któ- 
re niebawem ma zostać ogłoszone.
>>>
-- 202 - 


dostrzegało się wprawdzie kilka figur płci obojga w dawnym 
stroju łotewskim, lecz zato w samym oddziale niepodobna. 
było doszukać się chocia
by jednego typu z Łotwy. Wysta- 
wiono tam kilkadziesiąt postaci w strojach ró
norodnych 
i te zrazu imponowały istotnie widzowi. Ale jakie
 musiało 
nastąpić rozczarowanie u ka
dego, kto miał niejakie pojęcie 
o etnologii nadbaltyckiej, gdy przekonywał się naocznie, 
e 
nie spotykał tu bynajmniej postaci łotewskich, albo przy- 
najmniej typów ze szczepem Łotwy, chocia
by naj dalej spo- 
krewnionych, lecz wyłącznie typy Ozylijczyków, nale
ących 
jak wiadomo, do plemienia filiskiego, 
yjącego z Łotwą w od- 
wiecznym antagonizmie i nie maj
cego z nią nic a nic 
wspólnego. 
Przyznać nalp.
y, 
e ubranie Estów z wysp Ozylii i Mo- 
on na Baltyku jest nader malownicze i urozmaicone. Ró
ni 
się ono niemal w ka
dym okręgu parafialnym, których ogó- 
łem liczą aż 12. A 
e podaje je ze wszystkimi szczegółami 
zbiór rysunków koloryzowanych, wykonany z natury przez; 
Sterna i przez niego
 przed laty 20-tu w Ardnsburgu wydany 
p. t. "Tracht/'nbilder der Oeselschen und J.l[oonschen Bauern," 
skorzystał z tego zbioru komitet wystawowy łotewski i wy
 
konane wedle tych WZOf()W Estów wyspiarskich przyjął 
do wystawy etnograficznej 
otelVskiej. 
Nic te
 dziwnego, 
e tej wystwie etnograficzncj nie przy- 
znała cywilizowana publiczność wartości naukowej, pomimo 
tak licznie na niej przedstawianych okazów, których rosyj- 
skie, łotewskie i niemieckie katalogi wyliczały kilka tysięcy- 
W oddziale myzycznym obok kilku zbion'l\v pieśni lu- 
dowych łotewskich, które tu istotnie były na miejscu, spo- 
tykał zdumiony widz niezliczoną moc togoczesnych dyle- 
tanckich utworów fortepianowych (przeważnie nędzne polki 
i walczyki), w
paniale wydanych, albo kilka rękopiśmiennych 
partycyj muzycznych tychże nieoryginalnych tuzinkowych 
utworów, rozłożonych przez kogoś na orkiestrę. \V oddziale 
wyrobów łotewskich przewa
ały pifkne hafty jedwabiami 
i złotem w niemieckich magazynach rozpoczęte, a prze
 
córki zamożnych ł:"otyszów ukoń[;zone, z których to nib!!
>>>
203 


etnograficznych okazów ka
dy był opatrzony srebrnym nu- 
l1J.erem i nazwiskiem wystawiającej je ł...otewki, zaliczonej 
nie do ludu, ale do wy
szcj intelligencyi. N a ka
dym kroku 
SPotykał się tu widz jako tako wykształcony z przedmiotami, 
nie mającymi najmniejszej styczności z właściwą etnografią 
kit('IVSką, pomimo i
 te właśnie za cel swój była obrała ko- 
l1J.isya, wystawę urządzająca. 
Nie brak na Łotwie i pOdal} naj rozmaitszych. f)'e, 
\Y ostatnich zwłaszcza leciech, w niezwykłej ilości przez 
wielu zbieraczy na
romadzone zostały l). 
. Podania łotewskie z gub. witebskiej, mianowicie z oko- 
hey starodawnego zamczyska Lucyńskiego, z gminy Sty- 
głowskiej, spisał i przeło
ył w r. lS{,J2 p. Władysław Weryhao 
Zapełniają one cały tom X Biblioteki "Wisly." Powtarzające 
się cz
stokroć w zbiorku p. 'Veryhy baśnie o zaczarowanych 
królewnach, o skarbach i strzegących je psach, o czarach 
dYabelskich, o trzech wiedźmach, o trzech siłaczach, 
o trzech siostrach, o trzech braciach (dwóch rozumnych ijcd- 
nYm głupim) i t. d. mają mnóstwo cech prawdziwie łotew- 
skic}l. Opowiadają je bowiem z małemi odmianami Łotysze 
W okolicach bardzo wielu innych zamczysk Inflant i Kur- 
laudyi, kt6rych to powa
nych zwalisk naliczono obecnie 


--- 


l' I) Oprócz przytaczanych podalI łotewskich w "J[C1gnzin der lcllisC'h. 
Iter. Gesellscl/Oft" i wielu iun
'ch dziełach zbiorowych, zwracamy uwagę, 
Czytelnik'a przedewszystkiem na u.cio tomowy zbiór podań ł.otwy p. t. 
h
atwnschu tautns teikas unpm'saklls". opracowany i w
dany przez rodo- 
\V1
ego Lotysza Lerch-PasC'hkkaitis'a za pomocą kasy "komlsyi umiejęt. 

8C.i łotewskiej." Tomy te w
'szły w Rydze w latach 1891 - 1896. 
JęZ
'ku zaś niemieckim ogłosił w końcu roku 18m D/'. F, Biene. 

/.rtlj", spoQo tom podaJl p. t. .,Livliindis('hes SClgellbl/C'h.... I'\ajwiększa część 

ch podalI miejscowych odnosi się do Łotwy. U klechdach łotewskich. 

lljącYCh związek zo światem zwierzęcym. Iłajbardził'j gruntowną 
l
?rawę zn8jdzlc czytelnik w "Mng. d. lell. lit. GC's" Tom XIX. str. 
o U - 174 p. t. "nas lettische Thienni;.rchen" von Biclenslein. Tamże 
]8 s1110ku łotewskim, Pynrzs" albo "Pukkis" rozpisuje się na str. 174 - 
5 1t. AII/ling w rozprawce p t .,Ue/m' elen lettischcn Dmrhe.n-Jf!lth.ns."
>>>
- 
O-l - 


już 15U, Reszta zaś ciekawych dodatków w zbiorku r. \Ve- 
ryhy nagromadzonych, przedstawia wytwór fantazyi Lot y- 
.szów inflanckich, z którym nie spotykamy się nigdzie 
w innych częściach kraju, przez szczep łotewski zamieszka- 
łych. A 
e autor ograniczył się wyłącznie na zbieraniu po- 
.dałi w okolicy zamku LucYli3kiego i nic dotarł do brzegów 
Dźwiny, nieeh
e nam będzie wolno zwrócić uwagę czytel- 
nika na te, jakie u Lotyszów naddźwiIiskich wy wOlał widok 
nader ciekawej skały płaczącej "Btabbu R(
g8" (Słupi Róg). 
będącej częstokroć celem wędrówek i takich nawet podrMmi- 
ków, co niejedną zamorską ju
 zwiedzili krainr. Skała ta 
znajduje się w poblizu po-Holzenowskiej odw;iecznej majęt- 
ności Stabiten, na lewem brzegu Dźwiny i stanowi istne cudo 
natury. 
Olbrzymia ta masa skalista odznacza się wązką stosun- 
kowo podstawą a szerokim wierzchołkiem. Z górnych jej 
'warstw wytryska mnóstwo źródeł, które częścią Bstrumienia- 
mi, częścią kroplami nakształt deszczu, spływaj ą ku stronie 
rzeki z daleko rozlegaj ącym się szumem. Droga do niej pro- 
wadząca jest niejako przygotowaniem do jej widoku. 
Oko wędrowca, kroczącego brzegiem Dźwiny od grani- 
-ey ZoIlmrga (dawnej stolicy łotewskiego szczepu Zelonów), 
ku Stabiten, uderza wprawdzie odrazu piękność i rozmaitość 
przedstawiających się mu krajobrazów,. wszelako słynna 
skała, nazwę "Błupiego Rogu" nosząca, długo przed nim ukry- 
wać się zdaje. Liczne wodospady, jakie bystre acz mało 
znaczące lewe przypływy Dźwiny co chwila tu tworzą, stro- 
me ściany skaliste, uroczo lasem pokryte wzgórza, a takM 
wioski i dworki łotewskie, tu i owdzie po parowach malowni- 
oCzo rozrzucone, przedstawiają niezwykłą rozmaitość. 
Widoki te są czasem dzikie i ponure, czasem znowU 
1U
miechaj ą się wesoło, i właśnie ta rozmaitoM stanowi głów- 
ny ich urok. Nakoniec strumyk, niezwykle bystry, wstrzy- 
muje kroki wędrowca. Przypomina mu poniekąd, 
e się ju
 
zbli
yl do czarnoksięskiego kraju czarodziejki, zamieszku- 
jącej wedle dawnego podania t.Jotwy ów słynn
T "Słupi Róg."
>>>
- 205 -, 


Odtąd po obu brzegach Dźwiny podnoszą, się znacznie jej 
8 c iany skaliste. Spiętrzone masy zwieszają się w olbrzymich 
złomach, jakby bezładnie narzuconych jedne na drugie. Po- 
łhiędzy nimi i na nich ro
;ną naj piękniejsze iglaste i liściaste 
drzewa: sosny, świerki, wiązy, dęby, jesiony, klony, brzozy. 
Ostre zarysy skał pokrywają, tu i owdzie wijące się rośliny. 
Czasem karłowata jarzębina wygląda ze szczerby skalistej 
lUb z za kamiennej ściany dewońskiego piaskowca, po kt6- 

ej, wśród lmjnyeh krzaków malin, wspina się wysoko polna. 
Jeżyna. 
U dołu, nieopodal majestatycznej rzeki, szarzeje groźnie' 
Potę:tna masa skaljsta, ocieniona z góry wiekowemi drzewa- 
łhi; rzekłbyś, :te stanęła tu' na stra
y, aby nakazać bieg 
Dźwinie. . 
Jest to właśnie' "Słupi Róg." Tworząoe go masy ska- 
liste wystają jakby jaki przylądek, a barwa ciemno-szara 
śoiągnęła na nie u miejscowych Lotyszów z początku nazwę 
"Rogu" (Rags), która pó:tniPj na "Słupi R6g" (Stabbu Rags) 
Przeszła; strugownicy zaś nazywaj
! tę skałę "Czartowym 
Nosem" lub "Czartową Brodą;" w porze bowiem wiosennego 
wezbrania wód, mo:te ona sta(: się bardzo niebezpieczną dla 
Żeglugi; zdala ju
 nawet grozi im, szyderczo na nich spoglą- 
da i zdaje się zęby wyszczerzać. 
"Stabbu Rags" liczy 200' długości i 70 szerokości. Skła- 
dają go porowate wapienie, pokryte z wierzchu licznemi 
kępkami mchu, miejsc
mi skamieniałego, miejscami zaś zie- 
leniejącego, jakby uroczy kobierzec. 
'\V górnych warstwach skały mech ten kamienieje 

rze8iąknięty wodą, sączącą się w tysiącznych prądach ze 
Zródel wału ziemnego, który do tej części skały przytyka. 
Dzieje' się to stopniowo skutkiem ,składu chemicznego głów- 
l1ego źródliska, zawierającego wiele cząstek wapnistych. 

tąd też oczywiście pochodzi owa osobliwsza muszlowato- 
'USzczasta rurkowata formacya dziurkowatej masy skalist.ej, 
Ha której utworzenie wiele wieków składać się musiało. 1\1a- 
Sa. ta bowiem powiększa się ciągle od góry przez przyrasta-
>>>
-- 20n - 


j ące do niej stopniowo coraz to nowe skamieniałości, w ni
- 
szych zaś warstwach zmniejsza się od czasu do czasu skuto 
kiem silnego prądu strumienia a zwłaszcza kry wiosennej, 
która często odrywa większe lub mniejsze bryły tej jedynej 
w swoim rodzaju opoki. Tym sposobem w dolnych jej czę- 
-ściach wytwarzają się naj rozmaitsze jaskinie, groty i piecza- 
ry. Rosną w nich bujnie nietylko mchy i paprocie, ale tak- 

e jakieś piękne rośliny groniaste, wyzierające ciekawie z ob- 
fitych szczerb, wy
łobień i naturalnych framug olbrzymiej 
skały, którą owa urucza zieleń w sposób l'zarodziejski ze- 
wsząd opina i przystraja. 
Ogromna masa wody źródlanej wytryska ze wszystkich 
wydrą:!ell i dziurkowatości czarującej opoki, następnie spły- 
wa po jej ścianach skalistych a nakoniec spada w milionach 
przejrzystych kropel i cienkich strug w kierunku prostopad- 
łym z omszałej głowy, czy te
 brody "Słupiego Rogu." 
Płynie ona dalej po płytach wapiennych i urwiskach skal- 
nych ku wielkiemu zwierciadłu wód Dźwiny, oddalonej stąd 
zaledwie o kroków kilkanaście. 
Nietylko cały brzeg, ale i koryto majestatycznej rzeki 
wysłane jest ju
 to mniejszymi ju:! większymi odłamami tej- 

e masy skalistej. Wszystkie noszą na sobie piętna swegO 
zarodu i sposobu, w jaki powstały. Znać na nich wyraźnie, 

e niegdyś pojedY{lCze krople wody źródlanej tysiąckrotnie 
ją opłukiwały. 
Dwie bryły, z których kaMa ma 10' długości i 8 wYSO- 
kości, a które, jak powiadają okoliczni mieszkallcy, prze
 
43-ma laty urwały się własnym cię
arem od wierzchniej 
części "Słupiego Rogu," - potoczyły się ju
 wtedy a
 do 
samej Dźwiny. Dwie inne, nierównie większe, le:!ą o kilkaset 
kroków ni
ej rzeki. Przeniósł je tu' oczywiście potę
ną s"Wł 
siłą prąd kry wiosennej. Skład i kształt tych obu olbrzymiCh 
odłamów, ju
 dla tego samego nadzwyczaj jest ciekawy, 
e 
potwierdza najwymowniej odwieczną prawdę, zawartą w zna- 
nem powszechnie przysłowiu łacińskiem: gutta cavat lapide'f/l 
non vi, sed saepe cadrndo. 
Te przecudowne formacye wykazują wyraźnie nie"W}'"
>>>
- 207 


" 


ł1lowną wielkość i wszechmoc Bo
ą, w przyrodzie zawartą; 
a nad potęgą twórczą, przedewszystkiem dobro we wszech- 
świecie czyniącą, zastanawiała się ju
 bardzo wcześnie pier- 
wotna Łotwa pogańska, wyolJrdając sobie o wlasnych silach 
Boga przyrody, hojnego dla ludzi i- zstępującego chętnie na 
niziny ziemskie, jak to. w drugiej części niniejszego szkicu, 
Poświęconej wyłącznie pieśni gminnej łotewskiej, postaramy 
się wykazać. 
Szarą, tu i owdzie czerwonawą, a w części niemal czar- 
ną ścianę skalistą "Słupiego Rogu," otula w lecie przejrzysta 
kryształowa zasłona wodna, a w niej wschodzące słońce od- 
bija się wspaniale wszystkiemi barwami tęczy. Natomiast 
W ziemi błyszczą na tej
e majestatycznej ścianie sople lodo. 
We i r6
nobarwne słupy przejrzyste, zło
one z mas lodowa- 
tych, kt6re stopniowo wytwarza spadająca na nią kroplami 
woda źr6dlana. Sama zaś skała, wraz ze swemi licznemi 
jaskiniami i pieczarami, ginie w tej porze roku całkowicie 
pod ową cię
ką lodową pokrywą. Uwalnia ją od niej zaled. 
wie wiosna, powołując zarazem do nowego życia niezliczone 
2ioła i kwiaty, w jakie łotewski "Stabbu-Rags" w ciągu pięk- 
nej pory roku zwykł się przystrajać. 
Zdolny, w swoim czasie dosyć słynny marzyciel kur- 
landzki, poeta Boelendorff (ur. r. 1773 t r. 1825), zwiedzał 
częstokroć tę cudowną a zarazem cudotwórczą skałę i nie- 
jednokrotnie ją opiewał 1). Do niej są te
 przywiązane licz- 
ne legendy i sagi, 
yjące po dzień dzisiejszy w wielu poda- 
niach. Łotwy naszej naddźwiIiskiej. Podług jednego z tych 
podań, zamieszkuje cudowną skalę dziad stary, do którego 
tylko o posępnej godzinie północy wolno zbli
ać się śmier- 



- 
t. 
J, 
3J 


e' 
:1- 
I{- 
O' 
ej 

- 


:11 
y- 
:b 
d- 


.ł. 
Id 


Id 
J' 


:0 


e, 
ie 


)" 
,d 


3J 
lo 

t 

 
,11 


,c 


l) W pl'acy naszej o tejże cudownej skale i jej stosunku do po- 
ezyi ludowej l.otyszów naddżwińskicb, ogłoszonej przed kilkunastu laty 
w l'rzeglądzie }'owszecbnym (tom VI, str. ]99-211), umieściliśmy wory- 
ginale niemieckim pie
ń Boelendorfa "Herbstlied an den Stabbumgs" 
napisaną w pięknym heksametrze. Zawiera ona bowiem nietylko bardzo 
Poetyczny, ale i nader wierny obraz tej jedynej w swoim rodzaju skały 
na Lotwie, nie słynącej zre::Jztą z piękności krajobrazów swoich. 



. 
rl l 


(.
>>>
- :!l18 - 


telnym. Starzec ten, bezustannie' nad lampką siedzący T 
chrtnie swych skarbów udziela każdemu, kto o nie z ufnością 
prosi. Skarby te wszak
e przynoszą błogosławieI}stwo tym 
tylko, którzy ieh wyh!cznie na do?re uczyuki używają. 
Inne łotewskie podanie głosi natomiast, że o późnej wie. 
czornej godzinie siauuje na owy('h llroCZych masach skalis- 
tych nadobna dziewa o oczach niebieskich i kąpie Swe długie 
jasno-złociste warkocze w przeczystych krynicach, jakie ska- 
łę zt'wsz1!d otaczają. 
\V głÓwnej pieczarze "Shlpiego Rogu," z której naj obfi- 
ciej wytryska woda wapnista, posiadająca własność zamie- 
niania stopniowo wszplkiej roślinności na dziurkowatą masę 
kamienną. widz1! ł'.Jotysze w ciągu dnia piękną dziewicę, któ- 
ra przędzie dla ludu wiejskiego, ilekroć lud ten hiedny zada- 
Ill'j mu przez panów pracy podołać nie mo
e, a w ciągu nocy 
dostrzegają w temże wydrążeniu skały poważnego mnicha, 
ślęczącego nad olbrzymią księgą, którą z góry oświeca pro- 
mierł srebrzysty. 
Podług jednego z tych podal} Łotwy, mającego atoli 
wyraźne cechy sagi niemieckiej, kochał się ongi rycerz 
z przeciwległego zamku Kokenhuzy w nadobnej modrookiej 
pannie, mipszkającej w Stabiten. Owóż razu jednego, 'gdy 
rycerz ów, kochający i kochany, przepływał jak zwykle Mdk,! 
do swej bogdanki, dosięgło go już na brzegu kurlaridzkim 
groźne ramię przeciwnika, który zakochanego rycerza 
w oczach jego lubej najnielitościwiej zamordował, skutkiem 
czego znękana kochanka zmieniła się niezwłocznie w płaczą- 
cą Skol/ę ,,8tllUm Rags" i odtąd \V tej kamiennej postaci opła- 
kuje wieczyście bolesną stratę zgładzonego kochanka. 
To podanie miejscowe wywołało pomiędzy innemi piosn- 
kami także balladę polską, napisaną przez pani,! E(mmę) 
B(enisławską), Niech nam będzie wolno przytoczyć tu ten 
utwór ogłoszony już w r. IH85 w tomie vr Przeglądn Pow- 
szedniego na str. 20J.
>>>
209 


Nad brzegiem Dżwiny widać slrnłę zdala, 
Dumną świątynię, którą stworzył Bóg; 
łUkt lat jej nie wie, chyba tylko faja, 
Która od b wieków szemrze u jej nóg. 


A czoło skały wieńczy mech srebrzysty, 
Jak gdyby szronem prusząc starca skrot!, 
T z łona głazu zdrój chłodny, przejrzysty, 
Kropla po kropli !Opada w ciemną toń. 


starcze, ty płaczesz! Twe serce znękane 
Nad losem dwojga ludzi roni łzy; 
On był rycerzem, jego imię znane... 
Ona, tak piękną, jak młodzimicze sny. 


W:zamczysku Stabben, gdy dziewczę siedziało, 
Śląc ku lubemu tkliwe m
'śli w dal, 
\V zmroku wieczorn
'm serce jej czuwało 
"'śr6d szumu dziko rozszalałych litl. 


Od przeciwnego Mdź odbiła brzegu, 
Cicha i zwinna, niby wodny ptak, 
Burza nie wstrzyma jej szybkiego biegu, 
Przed nią widnieje tajemniczy szlak. 


O! bo dłoil silna, co wiosłem kicruje, 
l'iel'ś w stal zakuta, lecz serce w niej drga, 
Gwiazda rycerza drogę mu wskazuje. 
Tą gwiazdą miłość, tak czysta, jak łza. 


Już, już do brzegu przybija szczęśliwy, 
Dziewczę już słyszy umc1wiony znak, 
Widzi. jak luby walczy. niecierpliwy, 
Z ostatnią falą. co go cofa wspak. 


Lecz zazdrość także czuwała w tej chwili, 
Pragnąc zdradziecko zadać straszny cios 
Tym, co szczęśliwi Iyć się odważyli, 
Rajsklem uczuciem złocąc ziemski los. 


I, zanim młodzian wyskoczyć mógł z łodzi, 
Mordercy ciężko przygniata go dłoń; 
Ostrzem żelaza w serce jego godzi 
I martwe ciało odrzuca pre('z w toń. 


Ił
>>>
- 210 - 


Dzicwczę widziało ze szczytu swej wieży, 
,Jak w ciemnych nurtach kochanek jej znikł, 
Z rozwianym włoseIr.. na brzeg rzcki bież
r, 
A jęk rozpaczy na ustach jej stygł. 


Przybiegła... patrzy... tam na falach Dżwiny 
Lódż próżna... dalcj... krzyk z picrsi się rwlc! 
Z tym krzykiem pękło i serce dziewczyny; 
IJżwina porwała ją w obj
cia swe. 


A na tcm miejscu, gdzie dziewica stała, 
mada i martwa, jak podcięty kwiat. 
Wśród wód spienionych podniosła się skała, 
Którą dziś widzi i podziwia świat. 


Widok skały płaczącej podajemy w części drugiej przy 
pieśniach gminnych, do niej wyłącznie odnoszących się 
(Obacz fig. 3). Tu zaś umieszczamy rycinę, przedstawiającą, 
naj starszą komturyę W olkimborską, na W olkenbergu, zało:to' 
ną, jak chcą niektórzy, przez Volkvilla, mistrza Zakonu kawa- 
ler6w Mieczowych około roku 1230; liczy więc to majesta- 
tyczne zamczysko ju
 lat 669 istnienia, w ciągu kt6rych na- 
der mało się zmieniło a widokiem swym wspaniałym imponu- 
je stale Łotwie inflanckiej. To te
 legendy, sagi i poda- 
nia przyrosły do W olkimborku, jak zwoje bluszczu do starych 
murów. Poło
enie jego na wysokiej g6rze, zdobiącej połud- 
niowe wybrze:ta rozległego jeziora Raźno, jest niezwykłe ma- 
lownicze. 
Znany powszechnie pejza
ysta Napoleon Onla zdj
ł 
widok zamczyska z natury w r. 1875 wyłącznie dla piszącego, 

taranną akwarelę czcigodnego ofiarodawcy wcielił piszący 
do cennych zbior6w ryskiej biblioteki miejskiej, amia.- , 
nowicie do wielotomowego rękopiśmiennego dzieła Jana 
',t 


ł
>>>
-- 211 



 
e 
& 


Krzysztofa Brotye'go, stanowiącego słynne unicum wspomnia- 
nego kilkuwiekowego księgozbioru l). 
Kiedy ten zamek przeszedł do rąk prywatnych nie jest 
wiadomem. Pewnem jest tylko, 
e od roku 1277 nie słu
ył 
on ju
 zgoła za miejsce warowne i za czasów polskich świe- 
cił pustkami, jak dzisiaj, panując niezmiennie całej okolicy, 
\V której krątą liczne w nim podania. Podług jednego z nich 
przed laty, cała ta okolica, nale
ała do wdowy po władcy na. 
W olkimborku nad jeziorem Raźno. Zmarła ona bez potom- 
stwa męskiego i tylko pozostawiła trzy nadobne c6ry, po- 
tniędzy które cała ta kraina rozdzielona została. W kaMej 
z trzech posiadłości wzniósł się wspaniały nowy zamek 
Obronny, od imienia właścicielki nazwany. Najstarsza Ro- 

aIia otrzymała w dziale Rositen, - dziś Rzetyca, - druga 
ltnieniem Lucya, Lucyn, a naj młodsza Marya, Maryenhauz. 
Podanie to widocznie jest późniejszego pochodzenia i nie jest 
wcale wytworem ludowym. Dowodzi tego rozległy widno- 
krąg geograficzny i pierwiastek etymologiczny legendy, 
utworzonej oczywiście (czy to trafnie czy tet nietrafnie) 
z nazw miejscowości. Bardziej ludową legendę o tymte zam- 
ku ogłosił w roku 1850 w Wilnie ksiądz; Józef Macilewicz 
\V ksiątce łotewskiej Pawujciejszona i t. d. (t. j. "Wiadomości 
lIa wieśniak6w łotewskich"). W niej mowa o przebywającej 
\V podziemiach W olkenberga zaczarowanej dziewicy, oraz 
Znajdujących się t8m
e skarbach, strze
onych przez dwa ol- 
brzymie psy. Najbardziej zaś 'łotewską legendę wolkimbor- 
ską ogłosiła w r. 1897 tom IV, w zeszycie 3-im na str. 53H po- 
"'a
na B1blioteka warszawska: "Mówią ludziska - poucza nas 
to miejscowe podanie Łotwy - 
e raz .w nocy, trzy, w są- 
siedztwie jeziora Raźna, zamieszkałe, czarownice, poleciały 


- 


') Tytuł dzieła: "Sammlung Livliindischer Monumente" tomów 
10 in folio majori, ozdobionych tysiącznemi i1ustracyami odręcznemi, 
Odznaczającemi się wiarogodnoscią. Do Inłlant odnoszą się tomy 
l, V. VII, VIII i X. Rysunek nieodżałowanej pamięci Napoleona Ordy 
Utnieszczono w tomie I, przy innych zamkach inflanckich, najwiernie.f 
przez Brotye'go akwarelą i tuszem wykonanych.
>>>
212 - 


na górę wolkenberską, niesione przez potęgę zła. Z nioh je- 
dna siedziała na miotle, druga na łopacie, a trzecia na dre- 
wnianym tłuku od stępy do wytłaczania oleju. Na g6rze 
wypisały owe trzy wiedźmy na są,
nistej sk6rze cyrograf 
krwią, niewinną, świeta zamordowanej dzieciny, nad którą, 
tam pastwiły się, a przez złość szatańską, przyło
yły ohydną, 
pieczęć do swego zdro
nego pisma, które na wieczne czasy 
do głębin jeziora wrzuciły! Skutkiem tego w nocy jezioro 
miało straszliwie szumieć i wydawać jęki, a owe czarownioe 
tymczasem na g6rze wolkenberskiej wyprawiały z dyabłami 
harce". 
Wspomnieliśmy ju
 wy
ej, 
e baśnie o zaczarowanej 
dziewicy, o skarbach i strzegą,cych je psach opowiadają, so- 
bie Łotysze w okolicach wielu zamków w gubernii kur- 
landzkiej i ryskiej, - tańce zaś dyabłów z czarowni- 
cami oraz dokument zaczarowany przedstawiają, wytw6r 
fantazyi Łotwy, z którym w innych częściach kraju, przez 
szczep łotewski zamieszkanych, nie spotykamy się .iu
 ni- 
gdzie. To te
 na tern charakterystycznem, lubo niekonieoznie 
wdzięoznem do opracowania podaniu, osnuł Maryan M(an- 
teuffel) balladę polsk/!, którą, dla uzupełnienia obrazu, za po- 
zwoleniem młodego-autora tu wypisujemy: 


Z szumem wichrów, nawałnicą, 
Grzmotami i błyskawicą 
Zleciały trzy czarownice, 
W "nadrainieńskie" okolice; 


Zapadły za ciemnym lasem 
Z łoskotem, śmiechem, hałasem, 
Głośnym aż pod lasów krańce - 
I poczęły dzikie tańcel 


Pierwsza z nich, w rozwianej szacie, 
Harcowała na łopacie. 
Druga, ta około kępy, 
Tańczyła z tłukiem od stępy;
>>>
213 


Trzecia, siedząca na miotle, 
Uwijała się przy kotle. 
W kotle smołę gotowała, 
Czary - zioła weń rzucała. 


"Raźno" szumi, fale płyną, 
Zwolna w nocnym mroku giuą. 
I lekko, jak dla zabawy, 
Nadbrzeżne kołyszą trawy. 
W oddali, w blaskach księżyca 
Jaśnieje coś, jak wieżyca. 
Jaśnieją potężne wały 
U szczytu piaskowej skały; 


To zamek, naok6ł znany, 
W spaniały, obwarowany- 
U " Wolkenberga" on szczytu 
Chmur jasnych sięga błękitu. 
Czarownice zasł
'szały, 
Że "Volkwin," pan zamku 8miały, 
Pomiędzy tłumy }Iogaństwa 
Niesie zaczątki chrześcijaństwa. 
Więc na sążnistej wnet sk6rze, 
Śląc straszne groźby ku g6rze, 
Piszą tajemne zaklęcia 
Krwią niewinnego dziecięcia; 
Śmieją się strasznie, zawzięcie, 
Ohydne kładą pieczęcie... 
I w "Raina" wzburzone męty 
Kryją cyrograf zaklęty. 


Jezioro zawrzało do dna, 
Zwarła się otchłań podwodna. 
Piaskowa zadrżała skała... 
Powoli... cisza nastała. 


I cienie nocy nie min q 
A zginie rycerz z drużyną, 
W miejscu zaś jego zamczyska 
Czarne zostaną zwaliska! 



 


j
>>>
l-l 


Po 8zeliciu wiekach - dziś mury 
Widnieją u 8zczytu góry, 
Zczerniałe, zielskiem porosłe, 
Choć zawsze groźne, wyniosłe; 
Jezioro szumi burzliwie, 
Nocami jęczy 8traszliwie, 
Bo dotąd w wód swych orłm
cie 
Tajemne kryje zaklęcie. 


Lecz "Wolkimbork" nasz, - u szczytu 
Chmur jasnych sięga błękitu; 
Jak dawniej - choć bez strażnicy - 
Panuje wszej okolicy. 
Jaśnieje w słońcu promiennie 
l przetrwał wieki niezmiennie - 
Jak wiara, co z jego 8zczytów 
Spłynęła na neofitów. 



 -+

+--
>>>
Część druga. 


PIEŚŃ Gl\IINNA ŁOTEWSKA. 


Uwagi tvstępne. 1. Pieśni treści ogólnej. 2. PieAni okoliczn'JścioUJe 
i przygodf!e. 8. Pieśni zastosowane do pew,tego czasu. 4. Pieśni zasto8o- 
Wane do pewnego zawodu. ó. PieAni za.
to8owane do pewnego położenia. 
Zakończenie. 


Większa część piosnek ludowych, z któremi obecnie 
SZersze kółko zamierzamy zapoznać, nale
y do liczby tak 
ZWanych po łotewsku "upities sallaszas", czyli utworzonych 
z drobnych nieznaczących przedmiotów, jakie znosi wiosn'ł 
woda strumyka, a o których jużeśmy we w
tępie do niniej- 
Szego zarysu coś napomknęli, porównywając je do kropel 
rosy, Dla uzupełnienia owego porównania, niech nam będzie 
wolno dodać jeden rys jeszcze. 
Jak owe krople purpurą oblane, tylko wtedy migotliwe 
barwy roztaczają dokoła, gdy punkt, na którym stoimy, jest 
odpowiednim do światła wschodzącego słońca, tak i pieśń 
lUdowa łotewska tylko wtenczas nabiera znaczenia i nale
y- 
cie ocenioną być może, gdy względem niej odpowiednie zaj. 
mierny stanowisko, gdy się na nią z właściwego punktu wi- 
dzenia zapatrywać będziemy. 'ro też przedewszystkiem
>>>
- 216 - 


winniśmy sobie uprzytomnić jej właściwe przeznaczenie, oraz 
spos6b, w jaki powstała. 
Są to przeważnie piosenki tak skromne i tak krótkie, że 
bez pewnego natężenia uwagi nic osobliwego w nich dopa- 
trzyć nie zdołamy. Ucho nasze powinno czuć ów nastrój, 
w jakim pierwotnie zabrzmiały, a w jakim i po dzień dzi- 
siejszy głos ich rozlega się wdzięcznie dokoła. 
Pewne zjawisko, okoliczność, lub jakaś wybitniejsza 
osobistość, ściągają na siebie uwagę łotewskiego pieśniarza 
i wpływają na wybór wykonywanych przezeń piosenek. Sko- 
rzysta on zawsze z okoliczności i pragnąć będzie takie tylko 
w słuchaczach obudzać uczucia, takie tylko na nich wywierać 
wrażenia, jakie, śpiewając, za odpowiednie uznaje. A więc, 
wobec łagodnej i troskliwej macochy, nie przejdzie mu nigdy 
przez myśl wyśpiewywać o złych macochach, jakkolwiek ten 
temat i w poezyi ludowej Łotyszów nadzwyczaj często na- 
potkać się daje, 
Nie traktowalibyśmy rzeczy z właściwego jej stano- 
wiska, zarzucając piosnkom łotewskim ubóstwo myśli, z tego 
tylko powodu, że s
 niezwykłej krótkości. Naprzód, pomimo 
uderzającego lakonizmu, treść ich nierównie jest bogatszą, niż 
to się zrazu wydaje. Myśl w nich częstokroć tylko z lekka 
bywa potr
coną, a słuchacz już sam winien j
 dopełnić, jak 
to naprzykład, pomiędzy wielu innemi wykazuje następująca 
piosneczka: 


Achl pastuszka przeprowadzać 
Nie dozwala mi matulal 
A za górą psy szczekają, 
!lżą bułane tam rumaki. t ) 


Malują się w niej żywo uczucia dziewczęcia, wychodzą- 
cego dopiero z lat dziecinnych. Z chaty rodzicielskiej, kt6 


t) Oryginał łotewski obacz w "Magazin der lcttłs('h.lilcriirischcn Gc- 
scllsl'hafl," tom VIII, 93. (zbiór pieśni gminnych z okolic C!fł'an i Dec"- 
wen, dóbr kurlandzkiej gałęzi Manteuff1ów).
>>>
- 
li 


rej nie wolno jej jeszcze opuszczać, słyszy dzieweczka wy- 
raźnie, jak za górą psy szczekają, jak rżą tam koniska. rro 
\V dorastającem dziewczęciu obudza pierwsze, niemal bezwie- 
lne pragnienia wzięcia choć trochę udziału w owe m wesołem 
tyciu, jakie w tej chwili przedstawia się już dosyć żywo mło- 
dziutkiej, prawie dziecinnej wyobraźni. Słuchając tej piosnki 
Uważnie, zdawałoby się, że w niej poeta ludowy maluje gra- 
nicę, co lata dziecięce od dziewiczych przedziela. 1'reść więc 
króciuchnej piosneczki, przy uważncm jej słuchaniu, nie zdaje 
się wcale grzeszyć ubóstwem myśli. 
A potem, należy także przyzna(:, że niezmierna obfitość 
piosnek gminnych łotewskich, wynagradza niejako ich krót-. 
kość; dlatego nie można tych piosneczek rozpatrywać poj e- 
dYłiczo. \V życiu bowiem Lotwy, występują one tylko w 

Piewie i tO,-za wyłączeniem piosnek pastuszków, kołysanek 
l prządek (pastoralcs, berceuses et chants des fileuses) -, tylko 
\V' śpiewie ludowym chóralnym, w którym wiele ich z rzędu 
\V'ykonywa się jednym ciągiem. 
Godzinami całe mi trwa ta rozrywka ludowa. Jedna 
piosnka bezustannie łączy się z drugą, aż nakoniec znużona 
"Tejceja," czyli gMwna pieśniarka, intonująca śpiew i prowa- 
dząca ch6r cały, czuje się zniewoloną ustąpić jego kierownic- 
tWa którejkolwiek ze swych licznych towarzyszek. O tym 
rodzaju śpiew6w ludowych tak niejasne dotąd mamywyobra- 
tenie, że zwykle nie pojmujemy. ani jego uroku, ani donio- 
słości, ani znaczenia. 1 ) 
. 
Wiele takich piosnek, wykonywanych z kolei, tworzy 
dOpiero niej akąś całość; ta wszakże, za każde m wystąpie- 
niem śpiewak6w, odmienny przyjmuje wyraz, a często i od- 
mienny charakter. Przedstawia się nam ona poniekąd jak 


Je I) O. t
'ch śpiewach gminnych rozpisy,,'aliśmy się już niejedu()oo 
rotnie nietylko w pismach, jak to: Biblioteka Icarszawska, P,'zeglqd 
P O W 8 zechny, i t. d., a na\\et w "Słowniku geograficznym" za czasów re- 
daktorstwa Filipa SulimierHkiego, kt6ry tego zażąrlal wyraźnie.
>>>
llt) - 


łańcuch, którego wszystkie pojedYIJ.cze ogniwa za kaMyrn 
razem inaczej by dal y siQ z sobą, powią,zać, stosownie do 
okoliczności i u:!po:!obienia tak śpiewaków, jak.o i słuchaczy, 
którzy, pociągnięd urokiem wspólnej pie
lli ludowej, stopnio- 
wo niem:!.l wszyscy do chóru się przyłączają,. 
W taki to sposób śpiewy gminne łotewskie nietylkO 
rozwe:!elają, i pocieszają, lud cały, alo wywierają, nalI wpły\V' 
nade!' korzy:;tny, rzeklbyś, rozlewają, się po cal ej Łotwie, jak 
de:;zczyk pogodny lub o
ywcza t'o:!a, ludają,ca siły 
ywotne 
wszystkim ziemiom, przez szczep łotewski zamieszkałym. 
Pieśll gminna tego szczepu bratniego Litwinów, je
t 
pieśnią, ludową, w calem znaczeniu tego wyrazu. Wyrosła on
 
z serca samego lu,lu, a lud ten cały tak dalece zdawał się zu- 
lIcinie jednakowo do jej wzrostu przyczyniać, ie nawet ani 
jedno podanie nie przekazało nam imienia jakiegobądź ło' 
tewskiego poety. Więc slu:!znie o Łotwie powiedziećbY 
Jlloina: dU:5za ludu jest tu pie
niarzem. Na całej prze:!trzeni 
nie znajdziesz ani jednej wsi, w której by się pie
lJ. nie rozle- 
gała, w której by nie brzmiała ju
 to przy kądzieli, jut przy 
innych zatrudnieniach domowych. 
Lecz nietylko w chacie rozlega się wdzięcznie gło
 
pieśni ludowej łotewskiej. Brzmi on na lądzie i wodzie, na. 
polach i po lasacll. Co więcej, rzecby mo
na z pewnoścj
, 
że w krajach przez Y.Jotwę zamieszkałych niema lasu, łąki, 
jeziora, wybrzeża morskiego, guzieby 
piew gminny słyszeć 
się nie dawał, jakkolwiek przy wzrastającej kulturze, pieś l1 
ludowa częstokroć zcl.mienianą bywa innemi, nie wiedzieć jak 
i przez kogo na tenże j£zyk łotewski tłómaczonemi. Gło:ł 
ten jest pieśnią ludową" bo przy ka
dej okoliczności zespala 
się i zlewa z 
yciem ludu, przenika naj zupełniej jego połoM. 
nie, jego byt: jest więc najwierniejszem zwierciadłem życilł 
ludowego na Łotwie. '1'0 też niema tam osoby, jakiegoby- 
kolwiek była stanu i charakteru, któraby nie mogła zawob. v 
znajzupełniejszą slu3znością: pieM. ta je3t dla mnie stwo' 
rzoną, jest moją.
>>>
219 


() Tre
ć pieśni gminnej łotewskiej, równie bogata jak 
o rozmaita, dla łatwiejszego zoryentowania się czytelnika, dała- 
by ująć się w ramy następujące: 


:) 

 

 
3 


r 


:l? 


I 




 
zastosowane 
do pewnego 
połJżeuia 


okolicznościo- 
treśei ogólnej wei p;-zygodne 



 
1- 
li 


1. mitologi- 1. weselne 
czne 
2. opiewająt:e 
przyrodę 
3. opiewające 
miłość 
4. opiewające 4. I?rzy szkla- 
urok Apiewu mcy 
. 5. zawierające I 5. szydercze 
! - jakiś moral 
iludOIe!! 


:!. przy chr lei- 
nach 
3. pogrzebowe 


I- 


r 
II 


r 



 


a. 


I, 
e 
J 


tj. żołnierskie, 
a raczej po- 
I żegnalne z 
I ' idącymi do 
boju 
I 
I 



 


I 


:EJ 


ś 


J::-:T 


zastosowane l zastosowane I 
do pewnego do pewnego 
c zasu zawodu 


1. pieśni pa- 1. piosnkidzie- 
stuszków cinne 
2. - rybaków 2. pitśni sierot 


3. pieśni wd6w 


4. pieśni przy. 
Kniecionych 
ub6stwem 
5. pieśni zasto- 
sowane do 
uajr,)Zmait. 
szychiunych 
pOł'JŻe1i. 


Tablica powy
sza wykazuje dokładnie, jak dalece pieśń 
21ała się z 
yciem ludu łotewskiego, jak wszelkie jego poło
e. 
nia całkowicie objąć zdołała. Dla lepszego rzutu oka na ca- 


\. ś więtoj ur- 
skie 
2. świętojań- 
skie 
3. kolędowe 


4. zapustne 


3. - bartni- 
ków 
4. - żniwiarlY 


5. - rolnik6w 
aj pieśni o- 
raczy 
bj przy sia 
nokosie 
c) przy wia- 
niu i czy- 
szczeniu 
zboża 
dj przr zbio- 
rze lnu 
6. pieśni pia- 
!Otunek 


7. pieśni przy 
kądzieli iin- 
nych zatru- 
dnieniach 
domowych.
>>>
- 
20 - 


łość, wyró
niliśmy kursywą pieśni w poezyi gminnej Łotyszów 
najliczniej przedstawione, co zaświadczy o rodzaju poety- 
cznego nastroju tej gałęzi litewsko-łotewskiego plemienia. 
Praca twarda, wielowiekowa, wpływała na degeneracyę 
rasy; nadmierny trud fizyczny przy zale
ności ludowej stępił 
nawet uczucia. Stąd te
 uczucia melancholijne przewa
aj
 
w pieśni łotewskiej. Weselna pieśń nawet częściej zawiera 
uczucie 
alu za przeszłością, tęsknoty, obawy nieznanego ju- 
tra, ni
 prawdziwego wesela. Wszystko to dowodzi, 
e pieŚI'i 
na Lotwie z serca ludu wyrosła. 
PieŚ1i gminną łotewską i dlatego za prawdziwą pieśli lu- 
dową uwa
ać nale
y, że nigdzie nie przekracza granic ludo- 
wego 
ycia. Polotem myśli nie sięga nigdy do świata ab- 
strakcyjnego, lecz porusza sir wyłącznie w zakresie przedmio- 
tów, dających się ująć lub przynajmniej widzieć wyraźnie. 
Niema w niej ani śladu idealnego pojmowania 
ywota ludz- 
kiego. Lubo natrafiamy w niej często na poglądy prawdzi- 
wie moralne, świadczą one tylko o skłonności Łotyszów do 
wszystkiego, co jest szlachetne i ouyczajne; nie znajd
iemy 
wszelako ani jednego przykładu, a
eby poeta łotewski choć 
na chwilę podniósł się ponad poziom ludowego uczucia. W za- 
patrywaniu się na 
ycie nie odró
nia się on nigdy od ogólnej 
masy swego ludu. Niema na Łotwie ani osobnej szkoły, ani 
wyłącznej kasty, któraby uprawę poezyi w swoją dłoń umie- 
jętnie ujęła. Dla tego te
 
adnego postępu w pieśniarstwie 
dostrzedz tu nie można. We wszystkich piosnkach łotewskich 
tchnie jeden i tenże duch, o sztuce rymotwórczej tego szcze- 
pu mowy być wcale nie mo
e, a chyba tylko o jego poetyc- 
kim nastroju, o niepohamowanym pociągu do wynurzania 
w pieśni wszystkiego, co czuje, który to pociąg wrodzony 
prędzej ju
by mo
na przyrównywać do tego, jaki zwykł o
y. 
wiać ptaszków śpiewających, ni
 do rozwiniętej sztuki. 
Niema więc tu najmniejszego postępu, a na piosn- 
kach naogół nie znać nawet ich staro
ytności. Za wy- 
łączeniem kilku zupełnie przypadkowo w nich przyto- 
czonych faktów dziejowych, 
adnego znamienia o czasie 
ich utworzenia znaleść j nie mo
na. _ W niektórych jest 


1 
2 
l 
l 
t 

 
( 


J 


r
>>>
-- 221 


mowa o żMbrze, kt6rego wspaniałe rogi słU!
ą równocześnie 
Za naczynie do picia i za trąby pasterskie, czyli tak zwa_ 
Ile "laury." W innych znowu wspomniany jest dzik, 
którego prosięta do szczętu powymarzały. Poniewa
 zaś oba 
te rodzaje zwierząt ju
 przed wieki w krajach łotewskich wy- 
ginęły, wzmianka przeto o nich oczywistym jest dowodem 
dawności piosenek. Jest tak
e w nich mowa o wojnach 
z Krywiczami, z Litwą, z "Krewami" (RosYi\nami) i Polską, 
a nawet o zaciętych walkach na morzu. Są to wszystko 
oznaki zewnętrzne. 
Za staro
ytności,! niektórych przemawia tak
e ich nie- 
Zlllierne rozpowszechnienie. Nie jedna z nich niemal temi
 
samemi słowy i na tą
 nutę śpiewaną bywa zarówno na za- 
chodnich wybrze
ach kurońskiego półwyspu,jak i na naj dalej 
!la wschód wysuniętych kralicach Inflant. 
'Vszelako z samego ducha tych pieśni ludowych niepo- 
dObna dojść czasu, w którym utworzone zostały. Jeśliby ja- 
kiś tekst staroda wny treść ich dosłowną na piśmie nam był 
Przechował, mo
ebyśmy w zmianach językowych pewne 
Wskazówki zdołali odnaleść. 
Ale pieśli ludowa łotewska przechodziła tylko z ust do 

st, z pokolenia w pokolenie i dla tego jest pewnem, 
e je
eli 
Język pierwotny ulegał jakim bądź zmianom, ślad tego zaginął 
dla nas bezpowrotnie. 
Nie ulega wątpliwości, i
 piosnki te nie w jednym czasie 
Został:r utworzone. Bardzo być mo
e, że składały się na nie 
całe stulecia. 'Są one jednym ciągiem z dawien dawna pły- 
nącym produktem twórczej duszy ludu łotewskiego. Luuo 
niektóre noszą na sobie piętno dalekiej starożytności, nie zby- 
""a i na takich, które nowszych sięgają czasów. I dziś jesz- 
cze, przy ró
nych okolicznościach, nowe tworzą się pieśni, 
tnniej wprawdzie wykończone, świadczące jednak wymownie 
o poetycznym nastroju Łotwy. 
Bądź co bądź, pieśni łotewskie pu
ciły od wieków ko- 
rzenie do głębi samego ludu i 
aden wpływ zewnętrzny, 

adna siła ouca, wyró
niająca się od masy ludu, w ich two-
>>>
- 222 - 


rzeniu naj mniejszego udziału nie miała. Jaśnieją w nich Lo- 
WIem: czyn 
udowy, myśl ludowa i słowa czysto ludowe. 



 
I 


1. 
Przyjrzyjmy się naprzód piosnkom treści ogólnej. 
Pierwsze w nich miejsce zajmują be
warunkcwo pieśni treści 
mitologicznej. I) 
Wszystkie główne epoki aryjskich wierzeń odcisnęły 
swój wizerunek na tym mianowicie rodzaju piosnek gminnYl'h 
Łotwy. I dzisiaj, po tysiącach lat, bawi się lud ,łotewski 
śpiewaniem prastarych mitologicznych przygód słOIlca i księ- 

yca, które ongi stanowiły przedmiot wiary jego przodków. 
Ciała niebieskie, ubrane w formy przewa
nie mityczne, wcho- 
dzą z czJowiekiem w najrozmaitsze styczności. 
Oto: "Słonko" 2) przyśpiesza swój zachód, a
eby 
11 u- 
dzony pracownik wcześniej mógł udać się na spoczynek, ni
 
to jego srogiemu panu się podoba. Innym razem "Słońce" 
pozostaje dłu
ej za górą, bo ziębną tam małe sieroty. W czasie 
weselnego pochodu Lo
ka "Perkuna", przystraja "Słonko" 
brzegi lasów, juHo w złote, ju
 srebrne pierś('ienie, korony 
i wieńce. 
W innej znów pieśni przyświeca sierocie "Księżyc" do 
pilnej roLoty, bo niebodze lampy braknie. Zdobi tak!le jej 
ubo
uchny orszak weselny, co jldynie dlatego wyrusza nocą, 

e nie mogąc jaśnieć srebrem, nikogo swym widokiem zadzi- 
wić nie zdoła. Pociesza więc nowożeńc6w szlachetny "Księ' 


e 
" 
{ 

 
ł 


j 
( 
{ 
tJ 
( 
2 
i 



 
] 
l 


I) Te też w
'łącznie na pieśniach mitelegiczn
'ch 1'.otwy esnuł hlL- 
dacz berliń!'ki, Wilhelm Mormhat-df, sł
-Jlną E'\mją rf12prawę "Die leffi..d,c 
SOfl'ł'le71f1lythen," ogłeszoną w Bel'linil', w r. J87ó w rowl;'ze(}mil' 7nart 111 
czasopiśmie "Zeittich,'itl {u," Elhflologie," a oprócz tl'ge w esobnrj cdNte e 
wydanej. 
'I NietylkO' ,,
kńce," ale nil'D"al wszystkie rzecze" nikJ, a n;".(t 
RamO' imię Bega, używane bywa u Łctw
' w zdrcbn'eniu, z,,'lmzc71\ w ieb 
licznych pirśniach gminn
'ch.
>>>
- 22a -- 



Yc", zlewając strumienie srebrzystego świat,ła na pola 
I niwy,. U6remi orszak weselny ma postępować. W samych 
Zaś "G11'iozdol"h", tyr h ('órach "Słoń('a", a synach bo
ka 
"Wtlze(.Mwiota", od7.wierciedla się, wedle wieszczów Jotf'W- 
ski('h, cały iywot człowieczy. ObdlOdzą i "Gwiazdy" swoje 
Wesela, a "Diews" (Bóg, lecz jak słusznie zauważył przyta- 
Czany przez nas Mannhardt, wcale nie Bóg i7.faelski, chrze- 
Ścijański, ale raczej Bóg pf7.yrody, taki, jakim go wbie wyo- 
brażały ludy pierwotne, Bóg, schodzQcy niekiedy na równy 
stopień z ciałami natury, ożywionemi (!uchcm i wolą, zawsze 
jednak osobisty, wszechmocny), Bóg wszechświata, Snu/e, 
Czyli słońce, ulubiona eóra Boża (słońce po łotewsku jest ro- 
dZ&ju żeIiskiego), .JJieniesis (księżyc), Perkuns (piorun) i hl,j- 
tnie (bogini szczęścia), biorą udział w owych niebiańskich uro- 
CZystościach, nadając onym nierównie więcej blasku, ni
 
.zdoła go nadać ziemskim obchodom weselnym, chocia
hy 
I naj możniejszy śmiertelnik. 
.Jedna z tyeh pieśni tak maluje wspaniałość Boską: 


Spotkałem na (łrodze 
Bożego konika; 
Przez siorlło wschf1dziło ,,
łońc"'," 
Przez wędzioło .,Księżyc"; 
A u rUKli na końcu 
Drżała "Gwiazda pflranna." 


Inna tak opiewa niewymowną dohrod i względność ,1/0- 
gu WS
l'chśU'iata", którego przejazd spokojny stanowi istne 
przeciwieństwo z hucznym a imponującym przejazdem, 
nę 
biących Łotwę Krzyżaków: . 


n 
e 


Ckho, cicho Jerhał Róg 
Przez góry i ooliny; 

 ie zadrżało przeo Nim 
A ni żyto w kwiecie, 
Ani koń oracza. 


t 
11 


. Zmiany "Księiyca" opisują- w spos6h niemniej wzniosly 
PIosenki ludowe łotewskie, przytaczane przez Mannhardta
>>>
- i:U - 


ze zbiorku pieśni gminnych, nagromadzonych przez Łotysza, 
.Jana Sprogisa (Wilno, 1868 r. w języku rosyjskim): 


" 


"Księżyc" pojął "Słońce" 
Za żonę, pierwszej wiosny. 
"Słońce" W!!tało rano, 
"Księżyc" !!ię oddalił. 


.-\ 
N 
ł" 


"Księżyc" chodził samotny, 
Zakochał się w rannej "Gwiaździe",. 
Więc i "Perkun" w srogim gniewie 
Mieczem go rozrąbał. 


I{ 
L 
r 
'f 


Czemużeś "Słońce'" opuścił, 
Pocoś się w "Gwiaździe" zakochał, 
Samotny chodził po nocy? 
- Serce jest pełne smutku. 


,,1 
"I 
it, 
" 
.ł 
SI 
LI 
N, 


Albo ta druga: 


"Księżyc" liczy wszystkie "Gwiazdy" 

łote, na całem niebie, 
Wszystkie wystąpiły jasno 
Braknie jeno "Gwiazdy rannej." 


"Gwiazda ranna" pojechaJa 
Na słoneczną drogę, 
Stara się o córę "Słońca", 
"Perkun" zaś prowadzi pochód. 


PI 
fi; 


-- 


Po przed bramą, jabłoń-drzewo 
Tnie on w szybkim biegu, 
J trzy lata płacze "Słońce", 
Gałązki zbierając złote! 


o@ 
lit 
..l 
bił 
'fa 
8Z, 


Nie powtarzając za Mannhardtem kilkunastu innych, 
równie poetycznych piosnek mitologicznych łotewskich, 
(znanych zresztą czytelnikom polskim z pracy "Nad Niemne'" 
i nad Baltykiem" Konstancyi Skirmunttówny)-ograniczymY 
się na przytoczeniu dosłownem kilku pieśni tej
e treści ze 
zbioru Łotwy, do Litwy najbardziej zbli
onej: 



IJ 
\\' 
CZI 
Po
>>>
" 


"Parkyuniejsza" lal1dawienia 
.Aukszy win ducynowal 
Ni jaj mierka zalta kllrpies. 
łii sudobra siedzinienia. 


2.: 
I{as gryb skajstas laudawienieś 
taj joj jyura maIeni/l; 
1'i ..SauIejties" diw miejtinieś. 
Tresza skajsta kołpyuniE'jtie. 




5 


1. (100).) 
U "Perkuna" tam z wysoka 
1\1iota luba groźnym grzmotem! 
Jej obuwia deszcz nie zmoczy. 
Te bo złote-ani szaty, 
Bo jest srebrną. 


(102). 
I Kto chce piękną mieć bohdankę. 
lSiech czwałuje brzegiem morza; 
I Tam dwie córy są u "Słońca", 
Trzecia śliczna ich służącal 


A tu piosnka jeszcze bardziej charakterystyczna: 


"tab rejtiet\" rejtienia, 
"lab wokor" wokora. 

jta agry Saule łacie, 
okoni Mieniestieńsz. 
1usieklańsz agry lacie 

q
li8 miejtys grybadams 
ac Saule posza agry, 
Na dud' miejtys Ausiekłam! 


3. 


(101). 
I 


"Dzień dobry" m6wimy rano, 
"Dobry wiecz6r" zaś wieczorem. 
Wcześnie Słonko wschodzi rano, 
W wiecz6r Ksit;życ po za borem . 
Przedświt w lecie wcześnie wstaje. 
Pragnąc Słońca c6rę uwieśc. 
Słonce! wschodź no raniej samo, 
Me daj c6ry Przedświtowi!') 


Ale nie same tylko ciała niebieskie czciła niegdyś 
Pogańska Łotwa. Jezuita Rostowski opisuje, 
e w In- 
flantach zbierały się za jego czasów na nabożeństwo ta- 
--- 


I) . Cyfra, umieszczona w nawiasie, oznacza numer pieśni w zbiorze 

.głoszonym w tomie XIV znanego czasopisma: "Magazin der lettisch- 
ł
eriirischen Gesellschaft" (Mitawa, 1869 r.). na str. 162-206 pod tytułem: 
b ettische Volkslieder gesammelt in der Gegend von Kraslaw im D-una- 
'rlJ.rgSchen von Comtesse CeHne Plater und in der Gegend von Dritzau und 
a aUnag im Rositertschen von Baron Gustav Manteuffel. Zbi6r ten wy- 
zedł także w osobnej odbitce, nakładem N. Kymmla w Rydze. 
a 2) Jak z całego dotąd przytoczonego szeregu piosnek widzimy, 
\\-lJtr

omorfoza słońca i innych ciał niebieskich nie jest wcale rzadkością 
c Plesniach gminnych łotewskich, treści mitologicznej, a ciała niebieskie 
pzęstokroć występują w dialogach, jako blizko ze sobą spokrewnione. 
olcrewieństwo to jednak nie jest ustalone. 


, 


15
>>>
- 226 


jl'mne niewiasty około lipy, mę
czyźni zaś około dębu. I) 
Stwierdza to najzupełniej zbiór pieśni gminnych p. Celiny 
Platerówny i nasz, oddający w pracy niniejszej bezustanne 
usługi. .J edną z nich przytaczamy w oryginale, gdy
 do- 
wodzi ona dokładnie, 
e według dawnych pojęć Łotwy 
naszej, dusze ludzkie z mogił przechodziły w drzewa
 co 
właśnie do czci drzew zniewalało: 


"Meś biejom trejs mosienias, 
Mani treszas nairedzieja; 
Jświż mani upiejta, 
Tiej upiejta nanasdama 
Iswiż mani azarR; 
Tys azars nanasdams 
Iświż mani Dangowii.; 
Tiej Dangowa nanasdama 
Iświż mani jyurenios; 
Tos jyurcnies nanasdamys 
Iz syt putu gobołu\ 
Ti izanga kupła lipa; 
Na ti bieja kupła lipa 
Ti bie dorga dwesf!lejta! 
'Ii bie muna dwcselejta! 


4. 


(5). 
Było wszystkich nas b'zy siostry, 
Trzecią mnie znienawidzili; 
Mnie wrzucili do strumyka, 
Ale strumyk mię nie przyjął, 
Do jeziora mię wrzucili; 
Lecz jezioro nie przyjęło, 
Więc do Dźwiny mię wrzucili; 
Mnie i Dźwina nic przyjęła, 
Więc do morza mię wrzucili; 
A i morze nie przyjęło, 
Wyrzuciło w kształcie piany! 
Tu wyrosła bujna lipa, 
To nie była bujna lipa 
To duszyczka droga była! 
To duszyczka moja była! 


Przechodzimy do piosnek, opiewających p1"zyrodę. . 
Ró
norodność tak mało dotąd znanej poezyi ludowej 
łotewskiej najbardziej winna zastanowić przez ową wiel o ' 
stronność, z jaką piękności ziemi rodzimej opiewa, zwłas z ' 
cza, 
e ziemie, przez szczep łotewski zamieszkałe, zgoła nie 
obfitują w piękność, której te
 uczeni krajoznawcy niemal 
nigdy na Łotwie nie mogli dopatrzyć. 
Tymczasem niema znaczniejszej góry, rzeki, jeziora; 
niema zwierzęcia, niema ptaka, drzewa, krzewu, kwiatu: nie" 


I) Rostowski "Lit, Soc. Jezu histor. libri decem" na nowo wydane 
przez Jana Martynowa, w Paryżu, w r. 1877. O owych naboieństll'ac
 
tf1,jemny('h jest mowa na str. 254.
>>>
- 2:!7 - 


tna wogóle 
adnego stworzenia, któregoby poeta ludowy ło- 
tewski ze stosunkami lub okoliczności
mi 
ywota człowie- 
Czego w jakibądź sposób nie sprzęgał. 
Pszczoły, mrówki, 
uki, płazy, a nawet ryby, ukrywa- 
jące się przed wzrokiem ludzkim w głębiach rzek i strumy- 
ków, jeziór i morza-nie uszły baczności łotewskich pieśnia- 
rzy; śledząc za ich właściwościami, umieli je dziwnie zręcznie 
ZU
ytkować. Ilekroć w zwierzęciu lub ptaku jakąś właści- 
wość dostrzegli, kt6ra im człowieka w czemkolwiekbądź mo
e 
Przypominać, tworzą z niej zawsze obraz trafny. 
Łotysz samotnik naj chętniej za towarzyszów sobie wy- 
biera wiekowe dęby, wiązy, jesiony i klony. Wszystkie 
zre:iztą drzewa łeśne czują z nim razem, cieszą się i smucą. 
Ptactwo słu
y mu, jakoby 
ywi łudzie. Kuropatwa uprawia 
Pole sieroty, bo tego poła ju
 nikt nie przyjdzie wyorać; ,ja- 
rZąbek staje się w lesie uprzejmym przewodnikiem młodej 
tnę
atki, podczas, gdy pierwszy raz odwiedza miejsce rodzin- 
ne; dzika kaczka zbiera rosę z murawy, by gość tak po
ąda- 
lJy n6
ek sobie nie zmoczył. 
A jak
e liczne zajęcia przypadają w udziale powsze- 
chnie opiewanemu słowikowi! On to jest wybranym przyja- 
cielem i powiernikiem sieroty, on poufnym pomocnikiem ko- 
chającej i kochanej pasterki, on nauczycielem śpiewu. Na- 
tOrniast sikorka, ta ulubiona wróżka Łotysz6w, sprawia miłe 
J)Oselstwa, kruk zaś, jako ptak ńieczuły i niemiłosierny, chf- 
tnie złe wieści przynosi. -"Watka lasów (słowo "matka" wielką 
Odgrywa rolę w mitologii łotewskiej) obdarza ptaszfta odpo- 

iedniemi imionami ludzkiemi: słomkę nazywa ona 
Malgosią, 
Jarząbka Mm"yl"iern, przepi6rkf Jllagdusią. 
Matka morza częstokroć opuszcza starych rybaków, 
a, przystąpiwszy do młodych, wywiaduje się troskliwie, co te
 
oni porabiają, czem się przewa
nie trudnią? lI/atka pszczół 
(Patronka bartnictwa) śledzi pilnie za bartnikami, 
Matka 
t
iatru, wraz z wierną jodłą ijej bratem świerkiem, zajmuje 

lę szczerze kołysaniem do snu młodych wiewi6reczek, kt6re 
Jeszcze gniazdka rodzicielskiego nie miały siły opuśck{.
>>>
- :!8:! - 


Ponur
 ,;matkę gt.obów" hojnie darami obsypuj
 Łotysze, auy 
nad ich zmarłymi współbraćmi opiekę rozci
gn
ć raczyła. t) 
Nietylko zwierzęta i ptaki, ale i przedmioty martwe 
mową obdarza pieśil gminna łotewska. Zgon poczciwej sta- 
rej gosposi opłakują równie wymownie, jak rzewnie płoty 
i ogrodzenia zabudowali wiejskich, plecione na Łotwie 
z chrustu, pomiędzy kółkami, wuitemi w ziemię. 
Gdy późno w wieczór mgły ponad strumykiem zdają się 
lekko unosić, pieśli łotewska ludowa głosi, M to dzika kaczka 
opala łaźnię, by kąpać swe dziatki. 

Ia się rozumieć, 
e i słynna skała naddźwhiska "Stabbu- 
Rags," którą jużeśmy w pierwszej części niniejszego zarysu 
przy podaniach Łotwy dokładniej opisać usiłowali, - wywo- 
łała w duszy pieśniarzy tego szczepu długi szereg piosenek. 
Z tych ostatnich przytaczamy tu jedenaście, w udatnym 
a niemal dosłownym przekładzie pani E (mmy) B (enisław' 
skiej), z Tomu VI "Przeglądn Powszechnego" (str. 20 6). 


W poranne mgły otulony 
"Róg Słupi" jęczy żałosnie, 
Słonko wyjrzy z niebios łona, 
A "Słup" odżyje radośnie. 
"Róg", zl10bny w koronki, słyszy, 
Jak mówią o nim książęta: 
"Prządka tam przędzie w tej ciszy 
Jedwab' na chusty od święta." 
Powiedz dziewczę, skąd tak cienkie 
Są koronki te skaliste'? 
- "Słupi Róg" prządł jedwab mięki, 
Skręcał nici zdrój przejrzysty!" 
...\fateaka Rogu Słupiego 
Tęczowe nici zwijała, 
:Nićmi jedwabiu lśniącego 
Chustkę sobie haftowała, 


J) Obacz: Visitationes Livonicarum ecclesiarnm Anno 1613-mo facto- 
Obacz także E. Wolter str. a'iB.
>>>
- 
29 


Daj mi jedwabną chusteczkę, 
Mateczko "Rogu Słupiego," 
Dałaś nadobną córeczk-:, 
Daj pokrycie łoża mego. 
"Słupi Rogu" o czem dumasz, 
Zdobiąc czoło w mgły zawoje'? 
Wyjdź na słońce, spójrz dokoła, 
Co robią oracze twoi. 
"Hłupi Rogu" chcę chusteczki, 
Do ciebie prośbę zanoszę, 
Tkaczka zwinie wnet niteczki, 
Daj chusteczkę, daj mi proszę! 
Twe pola "Uogu" ze skały, 
Oracz wyrobić pośpiesza, 
Kosz do siewby złoty cały 
Na srebrnym kółku zawiesza, 


"Rogu!" twoją ziemię czarną 
Włościanie już uprawili, 
Rzucili w nią srebrne ziarno 
I pat\szczyznę odrobili. 
Matkol oddasz mię mężowi, 
Oddaj, komu twoja wola, 
Byle nie "Rogu" synowi, 
Bo nad nim ciąży zła dola. 
Czemuź wy dziewczęta skały, 
Jasnych barw nie macie w stroju'? 
- "Nasze stroje mgły utkały, 
A opięły wody zdroju:' 


Zwrotki powy
sze czy
 nie s
 oczywistym dowodem, 
te ta wspaniała skała, której wiern
 podobiznę tu podajemy 
(obacz fig. 3), niegdyś własn
 posiadać musiała mitologię? 
lJlatka tej skały ma synów i córki, ma własnych oraczy i ro- 
botników, posiada srebrne kółka i zlote narzędzia rolnicze, 
a dawniejsi włościanie rozległych po.Hylzenowskich I) dlibr 


I) W kościele rzymsko: katolickim w Oliwie - (pod Gdańskiem) 
odszukaliśmy pomnik magnata - -Jerzego Konstantego Hylzen.a, _ 
wSpaniale, z Żółtawego marmuru wykonany. Skladl1ją go: obelisk,
>>>
230 


Stabiten w pieśniach gminnych łotewskich noszą, stale nazwQ 
"syn6w Slupiego Rogu." 



ł "' 


...
 ..... 


-f,t' 


. ' 


) ., 


.t'... 
" 
"" 


" 


\. 


.J.
 
. , 


.,'", 
} 


;a. .-'1. 
. 
 
.! ł. 



: 


..,.
 


.' 
, . 


.c 


;.
 


) 
'- 


.t' 



 .,' 
,"" 


1" 
. - ",,.. 


-, . 


" 
;. 



'!' 
, 'f 


'\. 


.
 ! . 


. ".',", 


." 


c 
.; I,' 


" 
ł
::. . 
'..
,., .. r- . 


.IIi.= 


,- 


, 1-' 
" . ...l I 
. . I:, :I
.. 

., '{..


 ,
 


'"', 
,,:..ł.'. 


._....t. J . "ol. 
l,.: . 


..., 



 .;. 
I.:,
. . 


.-
' 
. ..."l'!\ 
, ( . 


. 
.... '-" 


'f .',' 
...... 


- 

'
 


J 


... 


.: J 


Skała płacząca "Stabbu Raga." (fig. 3). 


ozrlobiOJJY herbem Hylzenów, oraz coku! obszerny, na którym tpoczyw a ! 
obelisk. Po narl cokułem wystaje bogato rzeźbiona konsola, a na niej 
pcpierf!e zmarłego. Napis na grobowcu objaśnia: Hic jacet in speJ11 f 
reE'urrectionis GeorgiuB Constantinua cle HiilBen (n. A-no 1673 t ] 737) DO' 
minus haeres bonorum Dageten, Stabiten, Essen, Bukhof etc., Camel'ariu S 
Hegis Poloniae, Margenhausensis Capitaneus etc. et!'.
>>>
31 - 


Jeśli do powy
szych śladów mitologicznych dodamy 
Podanie łotewskie, wedle którego ongi trzech męMw napiło 
się wody ze zdroju krynicy i usnęli snem głębokim, z którego 
zaledwie przebudzić się zdołali, albo to drugie: widzieli razu 
jednego rybacy kozła śnie
nej białości, wyskakującego ze 
skały, a którego pochłonęła w ciemnych swych nurtach po- 
tę
na Dźwina, - niepodobna ju
 wątpić, 
e cudowna masa 
skalista, nosząca obecnie nazwę "SJupiego Rogu," posiadała 
niegdyś jakąś tajemniczą siłę niemałego znaczenia, o której 
i dzisiaj z pewnością więcej by się dało powiedzieć, 
jeśliby Łotysze, nie ukrywali tak starannie swych wie- 
rzmi ludowych, a przynajmniej nie wstydzili się ods:onić 
przed nami owej częstokroć nader ciekawej mądrości, jaką 
włościanki objawiają przy kądzieli, a która zwłaszcza weiągu 
długich wieczorów jesiennych stanowi istną rozkosz izh 
Wiejskich. 
Jeślibyśmy chcieli wyliczać wszystkie stosunki i okoli- 
czności, w jakie poeta łotewski umie siebie postawić wzgl«;)- 
dem otaczającej go przyrody, musielibyśmy zaiste tysiąeo 
pieśni przytaczać. 


Z kolei ze zlioru naszego podajemy kilka piosnek 
Łotwy, opiewających miłość. . Zwyczajem naszym umiesz- 
Czarny obok wiernego przekładu rytmicznego, tak
e i ory- 
ginał łotewski, przypominając czytelnikowi, i
 liczba w na- 

viasie oznacza numer pieśni łotewskich \V przytaczanym 
JUż tomie XIV-tym dzieła ..L1fagazin der lettisch-literii?ischcn 
Gesell::lCha(t. 


J 
f 


.Ąr pukiejtiom łajwu dzynu 
Pretum sowaj laudawieniaj; 

a
 it muna laudawienia 
aj pukiejtio zidodama, 


1. (74). 
Do mej lubej pędzę łódką, 
Kwiateczkami przepełnioną; 
Wstąp do łódki, moja miła, 
Kwitnąc szczęściem, jak kwiateczek
>>>
Ryksznim bierejtl palajżu 
Wyss garom Była mołom, 
Kab mań sowu laudawieni 
Słowu rast' na gulejuszv. 


Tieć, tleć kumieleń, 
Da tam syła krudzieniam! 
Tiewi gajda auzu sile. 
Mani jauna laudawienia! 


Żiłł mań bie, żM mań ble, 
Wajrok żał padareja; 
Pati zida łajcienia 
Nujam munu wajniucieni! 


Tymsa, tymsa tiej naksnienia, 
Eś tos tym sas na badowu, 
Ira munam kumieleniam 
Zwajgznin diekis mogora! 


Apkaustieju kumieleniu 
Ar tarauda pokowom. 
Tys łab bieja nakti jot, 
Guni szkiiłla iz akmienia! 


- 23t 


2. (77). 
Czwałem pędzę ciebie, gniady, 
Tam wzdłuż boru, brzegiem je
o, 
By dziś ujrzeć mą bohdankę 
I ją zastać, zanim zaśnie. 


Pędź rumaku, pędź co siła 
'Do karczemki białej w borze! 
Ciebie czeka owsa żłobek, 
Mnie zaś młoda luba czeka' 


3. (61). 
Cierpiałam srodze. cierpiałam wiele, 
Jeszcze mój żal powiększono; 
Bo w samym kwiecie mojej młodości 
Zdjęto mój wieniec dziewiczy! 


4. 


(99). 
Ciemna, groźna noc w podróży, 
Ale dbałem o nią mału, 
Gdyż pokrycie mego konia 
Z gwiazd utkane przyświecało! 
O kamienie bystronogi, 
Dotykając ledwie ziemi, 
Krzesił ogień pośród drogi 
Podkowami stalowemi! 


Atoli w nieprzebranem mnóstwie pieśni gminnych ło- 
tewskich, niepoślednią maj ą wartość i te. z których daj e się 
utworzyć osobna grupa. w jakiej kaMą piosneczka zawiera. 
pewien moral ludowy. 
Pieśni tej gruP)" tak są naturalne. tak czysto łotewskie, 
a tak staro
ytne. 
e trudno w nich nawet dopatrzyć błogosła- 
wionego wpływu chrześcijaństwa. tkwiącego zresztą bardzo 
głQboko w tym bratnim szczepie Litwy. który właśnie z tego 
względu przez niektórych etnografów bywa porównywany 
do słynnych z pobo
ności Zmujdzin6w. Zniewoleni raczej I 
jesteśmy przypisać zalety tych piosnek wrodzonemu poczu- 
ciu moralnemu, które jeszcze z czasów poga{lstwa w caleJ1l
>>>
- 2
m - 


plemieniu litewsko-lotewskiem istnieć musiało, lubo przez da- 
Wnych kronikarzy nie zawsze dostrze:2;one. 
Trudno zaprzeczyć, 
e niepodobna lepiej uzasadnić obo. 
wiązku dobrego sąsiedzkiego po
ycia, ni:2; go określa pieśń 
gminna z okolic d6br Kabillen temi kilku słow).: 


1. 
Nigdym się nie poróżniła z sąsiadem: 
Po drożdże do sąsiada biegam, 
Do sąsiada i po ogień ' ) 


Jakie to trafne. Wszak dro
d:2;e i ogień-chleb i ogrza- 
nie mieszkania-stanowią pierwsze i najbal'dziej nieodzowne 
Warunki 
ycia ludzkiego, Na chętnem wyręczaniu wzajem- 
nem w potrzebach opiera więc piosnka ludowa Łotwy praw- 
dziwą, a niczem niezamąconą zgodę sąsiedzką, 
Niemniej trafnym i głębokim jest morał, zawarty w innej 
piosence tej
e grupy, kt6ry poniekąd stanowi pewien rodzaj 
komentarza do czwartego przykazania Boskiego, jakie u Ło- 
tyszów, nawet za czas6w pogaliskich dosyć ściśle musiało 
być zachowywane. Piosnkę tę podaję w dosłownym prze- 
kładzie: 


2. 


Dopierom w drodze żal srogi uczula, 
Żem matce czulej rąk nie uścisnęla! 
Megdyś, gdym jeszcze leżala w kolebce. 
Do niej to jednej wyciągałam ręce. 2) 


Są to oczywiście słowa panny młodej, dą
ącej do domu no- 
Wozaślubionego mał
onka, a bolejącej nad tern, 
e, śpiesząc 
zbyt pochopnie za swym lubym, nitdość tkliwie z własną po- 

egnała się matką. 


-- 


I 


I) Obacz oryginał łotewski w ,,
Iagazin der lettisch.liter. Gesell- 
Schaft," Tom VIII, str. 159. 
2) Obacz tamże Tom VIII, str. 226. .
>>>
- 
a-l 


'I'ego rodzaju delikatności uczuć rodzinnych tysiączne- 
w pieśniach gminnych Łotwy napotykamy przykłady. Oto 
do wozu, w którym wywo
ą zwłoki syna, niema się w 
adnym 
razie zaprzęgać konia białego; oko bowiem matczyne - SI! 
słowa pieśni-goniąc pomimowolnie za żałobnym orszakiem, 
dłu
ejby białego konia dostrzegało. Braciom rodzonym, 
odje
d
ającym konno z domu nowozaślubionych - tak głosi 
pieśli inna - nie godzi się dąć w "taury" (rodzaj rogu 
w kształcie trąby), by pozostaj ącej tam siostrze nie przedłu- 

a{- bolesnej chwili rozstawania się z własną rodziną. 
Lubo powy
sze rysy poniekąd graniczą już z czułostko- 
wością, przemawiają wszak
e bezwarunkowo i za wrodzolU
 
delikatnością uczuć szczepu łotewskiego, a tej nie wszyscy 
etnografowie Łotyszów dopatrzyć u nich zdołali, co wszak
e 
tylko temu przypisać nale
y, 
e lud ten w ciągu wielu wie- 
ków uciskany, wolał oczywiście uchodzić za tępy i nieczuly, 
ni
 być zrozumianym przez obcych. 
Obyczajność i skromność kouieca niekiedy bywa posu- 
waną do najwy
szego stopnia, gdy naprzykład dziewczę ło- 
łewskie nie dozwala zaznajomić ze swoim imieniem starają- 
cych się o jej rękę, jakkolwiek konkurenci ju
 za samo wy- 
jawienie imienia dziewczyny znaczne jej braciom ofiarowują 
dary, albo znowu, gdy śliczna piwowarka, poleciwszy zapro- 
sić nadobnych młodzieIic6w na piwo, wcale się nie pokazuje 
gościom, a po ich odjeździe wyśpiewuje sobie wesolo: 
3. 
CI wypili słodkie piwko, 
Lecz mię samej nie zoczyli, 
Czy te
 młodą, czy też piękną 
Jest uprzejma piwowarka?') 


l\lał
eIistwo pomiędzy uliskimi krewnymi razi poetyckie- 


,) Obacz wier;;z oryginalny łotewski w zbiorze pieśni gminnych 
z okolic .Mezoten, dóbr kurlandzkiej gałęzi książąt J .iewenów w powiecie. 
bow!Okim, ogłuszony w .,Mllgarin d. lettisch-liter. Gesellschaft" Tom 'III" 
str. 124-.
>>>
- 
35 - 


Uczucia szczepu łotewskiego. Widząc siebie samą, wyłącznym 
celem zalotów młodego krewniaka, woła ura
one dziewcz
 
z prawdziwą, zgrozą: 


4. 


Rzucam mój pierścień w gąszcz płaczącej łozy, 
\\ ianek na trzcinie zielonej zawieszam, 
A sama nurząc się w głębiach jeziora 
Przyłącz
'ć się pragnę do dzikich kaczqt. 
Stokroć mi lepiej być dziką 
Kaczką, niźli lubą brata. ') 


W języku łotewskim dzika kaczka nazywa się "raudu- 
\Vie", a płacze "rauuy," wynika więc stąd oczywiście gra 
słów nie łatwa do oddania w innym języku, Bratem zaś 
ZWykł mianować Łotysz w poezyach swoich brata stryje- 
Cznego lub ciotecznego, ilekroć przytem nie dodaje przymio- 
tników rodzon y " lub właściw y " a ra cze; własn y " 
n " J IJ" . 
Daje nam nie mniej charakterystyczny rzut oka na po- 

Ycie rodzinne Łotyszów krótka pieśli gminna, w której mło- 
dziutka wdowa wyznaje przed swą, matką" 
e "jej tak wcze- 
śnie opłakiwany towarzysz 
ycia, ilekroć po całodziennym 
znoju wracał do chaty, zawsze rozbierał się tylko po ciemku, 
by krzesaniem ognia nie przerywać snu 
ony.2) 
Liczne przykłady i tego rodzaju delikatności dałyby się 
z piosnek gminnych Łotwy wi
lokrotnie przytoczyć. KOIi- 
cZą,c rozdział niniejszy, nie mo
emy pominąć jed.nej z najpię- 
kniejszych pieśni ludowych łotewskich, do tej
e grupy 
nale
l!cej, bo zawiera morał prawdziwie piękny. Niektórzy 
llowsi badacze przypisują jej autorstwo księdzu Michałowi 


--- 


I) l'orównaj oryginał łotewski w wydanym \V Lipsku w latach 
1874/;5 "Zbiorze pieśni Łotyszów" .A. Bielen8teina, na uczczenie 50-letniej 
rOCznicy założenia Towarzystwa, L. L. G. Tom II, str. 269. 
2) Ubacz zbiór pieśni gminnych z dawnych dóbr po-Zyberkowskich 

 okolicy Kuldygi, (Gold
'ngi) w "Magazin der letti8eh.-liler. Ge8." Tom 
III, str. 80.
>>>
- 236 


Rothowi. Nie podzielamy tego zdania, gdy
 pieŚIi ta oczy- 
wiście o kilka stuleci wcześniej utworzoną być musiała. 
Tak jest naturalną. tak czysto łotewską, 
e nie wszyscy 
zdołali w niej dopatrzyć błogosławionego wpływu chrześci- 
jaństwa, tkwiącego zresztą bardzo głQboko w tej gałęzi 
szczepu łotewskiego. Podajemy ją w oryginale wraz 
z przekładem mo
liwie wiernym czcigodnej współpraco- 
wniczki naszej, Pani E. B(enisławskiej). 


"Putnieti.! łiijka sołtas zimas 
Kur ir tows picreklis?" 
- Zam Dabbassym, zam Dabbas- 
[syml 
II' gon wieI kods kaktiC1\sz, 
hoda syłt& witienia 
Iksz grum bom, 
Iksz szkiCl'boill! 
Tul' tajsu picl'ekleni 
Wy!Osułoboku witieni , 
Zam Dabbassyml 


"Putnień! kad jan płyks ir tiejrums 
Kul' tod ir tows baniklis?" 
-Iksz Diwa rukas, iksz Diwa rukas 
II' gon wieI kods gryu- 
[dieńsz 
Koda moza udzienia 
Pi cieleniom 
Pi stydzicniom! 
Tur atl'unu sicw banikli 
flet atrimu, taj woj szaj, 
Iksz Diwa rilkas. 


"Putnień! kad jan saudy zory 
Kur tod ir tows barilklis?" 
-Iksz sirdi dziluma, iksz sirdi dzl- 
(lumai 
Gul tur dandż wieI dziśmieniu, 
Dandż na izpłaukuszu zidieniu 
Sirdies kłusR dyby na! 
A tnok drejż pawassarenla. 


5. 


"Ptaszku! gdy się zima sroży. 
Gdzie budujesz gniazdko twoje":" 
- Znajdę sobie kącik Hoży, 


Gdzie skrL;ydełka spoczną moje. 
Jest nie jedno załamanie, 
Jest szczelinka lub fałdeczka 
W drzewie, w murze, w starej ścianie! 
A ten kącik Nieba dały 
By się rozgrzał ptaszek mały. 


"Ptaszku! gdy już nagie pola, 
Gdzie tel pokarm znajdziesz sobie':" 
- Boża łaska, Boża wola 
Zeszlą pomoc w ciężkiej dobie! 


}'ośród śniegów i zamieci 
Dróżka się nie jedna wije; 
Tam jagódka nieraz świeci, 
Ziarnko się nie jedno kryje. 
Z Bożej ręki okruszyny 
Pożywieniem są ptaszyny. 


"Ptaszku! gdzie piosenka twoja, 
Gdy ostatni liść opadnie?" 
-Obumarła piosnka moja, 


Leży cicha w sercu, na dnie, 
Wiele pączków przy niej drzemie 
Aż gdy wiosna znowu błyśJ1iC
 
Nowe życie pączki przejmie. 


\
>>>
237 


Atsadziejwynoj dziBmienia 
Diwu tiejc nu sirdś dziluma 
Diwam dzid nu sirdś dzi- 
Iluma!l) 


Nowa piosnka z nich wytryśnie 
I ku Panu wzleci swemu 
Cześć i dzięki nucąc Jemu' 


II. 


Uwagami o pieśniach okolicznościowych i przygodnych 
Łotwy dałaby się nie j edl1a księga zapełnić. a czytała- 
by się ona z wielkiem zajęciem. z niernniejszą, przyjeml1ości
 
i z prawdziw
 nieraz korzyścią, dla nowej nauki folkloru. 
Wspomnieliśmy ju
 w uwa
ach wstępnych. 
e w pieśni 
gminnej łotewskiej przewa
aj
 uczucia melancholijne. Na- 
Wet pieśń weselna. od której rozdział niniejszy rozpoczynamy. 
najczęściej wyra
a uczucia 
alu za przyszłości
. tęsknoty. 
obawy nieznanego jutra. Według opowiadania starych 
włościanek w gminie Prelskiej'l'). śpiewano za czasów ich mło- 
dości pieśń weselną. w której wyraźne były wspomnienia 
porywania panny młodej. 
Ale i na.stępna. bardzo ładna piosnka. dosyć jeszcze ry- 
Sów tego prastarego zwyczaju zawiera. Podajemy j
 w ca- 
łości ze zbioru pana E. Woltera. docenta wszechnicy peters- 
burskiej.3). jako próbkę rzadko spotykanej dłu
szej pieśni 
'N'eselnej u tej gałęzi Łotwy. . Począ,tek przypomina znan
 
(ludu polskiego dumkę o tern. jak matka ka:2;e synom do- 
ganiać porwaną siostrę: 


\ 


I) Obacz pracę naszą "Księstwo inflanckie XVII i XVIll stulecia." 
Ilraków 1897 r., a mianowicie stronicę 20 i 21, obacz tak2e "Preegląd 
l'olvszechny", tom 53, stronica 43 i 44. w przypisku. 
2) Dobra Prele, w powiecie dyneburskim, od r. 1568 do r. lH70 sta- 
nOWiły własność dzierlziczną polskiej gałęzi Borchów. 
3) Tytuł zbioru: "Materyały do etnografii plemienia (czytaj szcze- 
llu) łotewskiego gubernii Witebskiej. Petersburg, 1890 r. str. XIV i 386 
'V 8-ce. Zbiór wydany po rossyjsku (Obacz str. 158).
>>>
WaUa durys, walia ługi 


Na dzierd mosas mołtywie.') 


-"Ej, mamień, pnzawler 
KiI dor myusu malejenia?" 
Atit motie raudodama 


Assarenias słauciejrlama: 


-"Celities broieleni, 
Aunitie zobokus 
Sodłojot kumelenius 
Dzienitieś symt jyudr 
Mosienias danociet" 


Symtu jyudzu galenili. 
Dudoj picy dudmaniszy. 
-"Jyus mili dudmaniszy 
Kopeć jYU8 dfidojot'I" 
Taj mosaj dudojom 


Kuru szi'makt caury wirdia; 


Bołtu- zyła wiłnliniejtie 


'Sorkon-ri'iŻu wajniucieńsz. 


-"Josim broll utru symtu 


Moż mosleniu danoksim." 


Utra symta galenia 


Spielaj picy szpiImaniszy 



3H 


'L, 


W domu okna rozwarte i drzwi 
(otworzone, 
Nie słychać siostry w izbie, gdzie 
(żarna złożone. 
-"Idź, matulu, idź zobacz, 
Gdzie żarniarka nasza?" 
Wraca matka, łzy lejąc, mówi: ach! 
(wstawajcie, 
I
raciszkowie, wstawajcie I buty 
(wdziewajcie, 
Siodłajcie konie, 
Pędźcie!... 
Sto mil gdy zrobicie, 
Siostrę waszą dogonić 
Może potraficie! 


Pędzą bracia... 
Mil sto gdy już ujechali, 
Widzą pięciu dudziarlY 
Co na dudach grali. 
"Powiedzcie nam dudziarze, wy 
(dudziarze mili, 
Co wy tam wygrywacie? dla ko- 
[go gra wasza'i" 
Gramy tej, co ją w nocy tędy pro- 
(wadzili, 
W biało-modrej okrywie, w wieńcU 
(z róż na głowie, 
-"Jedźmy bracia, a mil sto dru- 
(gich gdy zrohimy, 
Siostrę naszą dogonić może po- 
[trafimy. 


Pędzą. A gdy sto drugich mil jul 
(ujechali, 
Ujrzeli muzykant6w pięciu, którzy 
Igrali. 


') Izba żarnowa (mołtywle), odpowiada mmeJ więcej komorze 
włościanina polskiego. W pieśniach ł ,otwy, - zupełnie jak w pie- 
śniach litewskich, g-ł6wncm zajęciem c6rki gospodarskiej jest dawne, dziś 
już mało znane mielenie na żarnach, a ona sama zwie się 111alejenia t. j. - 
"żarn i arką, "
>>>
-"JYU8 miły szpilmaniszy 


Peć k6 jyus spielejst?" 


- Taj mosienlaj spielejom 
Kuru szunakt caury wiedia; 
-"Josim, broli, tre8ZU symtu 


Moż mosieniu danIiksim." 


Tresza symta galenia 


Doncoj 8ymts dJ:ałtoniszu. 


-"Jyus mHas dzałtonisza8 
Kopeć jyus doncojot'l" 
- Taj mosaj doncojom, 
"-uru szunakt caury wiedia; 
- "Lejnam, broII, ustoM 
Meś mosieniu paziejsim!" 


- l,ab rejtień myus mosienia, 
lsi ar mums atpakal'? 
- "Ejtie ar Diwu broleleni 


Na iszu eś atpakal, 
f'atiejk mań szej ziemiejtie, 
Szos ziemiejties orojeń!!z! 
Ejtie ar Diwu broleleni 
Pasokot mamienlaj 
taj jej mani na raUlloj. 
Nugoju eś pawassar 
Kad j
'udińsz nl1zaskreja, 


Kad kucieni sałopoja!" 


i39 


-"Powiedzcie muzykanci, muzykał1- 
{ci mili, 
Komu gracie? co mówić chcecie 
[w śpiewnej mowie'?" 
- (.ramy tej, co ją w nocy 
Tędy prowadzili. 
- "Pędźmy bracia, a mil !Oto jeszcze 
Igdy zrobimy, 
Siostrę naszą dogonić może po- 
{trafimy." 


t'ędzą. A gdy ostatnich sto mil się 
{skończyły, 
Ujl'zeli pięknych dziewic sto, które 
[tańczyły. 
- "O sliczoe złotowłose, 
Dla kogo tańcz)'cle'?" 
- Dla siostry, którą tutaj 
Przywiedli o świcie. 
Śpieszmy bracia do izby, 
Siostrę wszak poznamy!" 


Dzień dobry, jedziesz z nami'? 
Matce cię oddamy! 
-" Wracajcie z Bogiem bracia; nie 
Uadę ja z wami, 
Kiejadę; ta kraina mi się spodobała 
I oracza tej ziemi jużem pokochała. 
Wracajcie z Bogiem bracia! 
Powiedzcie matuli, 
Niechaj po mnie nie płacze, 
Kiech żal swój utuli, 
Dziś na nic już płacze! 
Odeszłam z domu, drzewa gdy kwi- 
[Uy już przecie 
I wody już spłynęły i wiosna na 
{świecie'" 


(Liczne "wary anty" tej:2;e pie
ni starodawnej posiada 
W swych zbiorach rękopismiennych Dr. A. Bielenstein). 
Na stronicy następnej tego:2; dzieła przytacza docent 
. Wolter z rękopisu niejakiego Zykusa piełiń litewską lJodobnejże 
t,'eści, ciekawQ, zaś z tego względu, 2e dziewczyn
 uwieźli
>>>
- :HO - 


krzy
acy tkry
okei); pochodzi ona z powiatu Trockiego l po- 
czyna si
 od słów: . 


"Atsikeli
 monitele gaidelem negiedant, 
Ir rado we ja iszmindż ota Kryżaiwu bula" i t. d. (str. 162). 
Śladów porywania dziewczllt dopatrzyć jeszcze mo
na 
u Łotwy w pieśniowych wzmiankach o mieczu, oraz w daw- 
nych obrz
dach weselnych, gdzie według Pawła Einhorna 
miecz naprawdę występował. W innych okolicach, np. 
w Małorosyi, brat lub bracia młodej trzymają, i dzisiaj jeszcze 
przez cały czas uczty weselnej pałki (zwane strzelbami) lub 
szable. Oczywiście prastary to zwyczaj, wią,
ą,cy si
 z po- 
wszechnym niegdyś porywaniem dziewicy. t) 
Wspomnienie o ,.złydniach" (launas deenas) - owem li- 
chu domowem nietylko oddalonych od Łotwy Małorosów, 
ale i są,siadują,cych z nimi Białorusów-znachodzimy takM 
w weselnej piosnee łotewskiej, spisanej przed kilkoma laty 
w dawnej Ziemi Piltyńskiej: 


t. 


Certet ska,ugi pujszym 
Certet [aunu deenu! 


Porąbajcie nieżyczliwych 
A odwróćcie ełydni! 


Ciekawem jest, 
e u Łotwy inflanckiej, jako o prze- 
ciwieństwie do ,.zlych dni", spotykamy w piosnkach wesel- 
nych "lekkie dni" (wigłas dinas), czyli dni pomyślne, np. 


3. 
}latka prowadzi synowę 
Życząc jej dni lekkich; 
Sama synowa pragnie 
Lekkich dni od matuli.
) 


( 
] 
f 
( 


I) Obacz Jan Kat'łowicz, w "Bibliotece warszawskit'j" a mianowicie 
w artykule ,,
ajnowsze prace o Inflantach" tom 206, str. 561. 

) Dalsze prz
'kłady owych dni lekkich (wigłas dinas) w pieśni 
gminnej łotewskiej znajdzie czytelnik w wydanym w Mitawie "Jalgewas 
Latw. beedribas rakstukrajums" 1I,46, oraz w "Mag. d. lett. lit. Ge8." XIX 
na str. 165.I!l(Mitawa, 18!!6 r.). 


:ł 
r
>>>
Ul 


W grach i zabawach weselnych na Łotwie, wśród bezu- 
stannych przyśpiewów, przedstawiaj
 symbolicznie przyszłe 
zatrudnienia nowozaślubionej. Pokazują jej, 
e powinna na- 
prawiać 
arna, beczki, czyścić studnie, palić w piecach i t. p. 
Pieśni ludowe - jak odciski organiczne na skamienia- 
łościach-przechowuj
 zwykle ślady dawnych pojęć i zwy- 
Czajów. Oto naprzykład wspomnienie rzeczywistego mo
e 
niegdyś aktu w piosnce weselnej z naszego zbioru w tomie 
Xrv "lJfagazin d. lett. lit. Gesellschaft." 


.Aj mosień tautienios 
!)ziejwoj skujszki nugojusie. 
.Auń kojenius, ciel kresleniu 
\V aClOkajam di wiereniam, 
taj sławienia łoba sUw 
J)id Mozoku mosieniu. 


4. (38). 
Gdy w mężowskie wejdziesz progi 
Żyj odtąd jako przystoi, 
Dziewierzowi I) rozzuj nogi, 
Niech dla niego krzesło stoi; 
A przez ciebie sława spłynie 
Na młodsze sio8try w rodzinie. 


A oto trzypolówka, przed laty powszechnie, dziś jeszcze 
Po części panuj
ca na Łotwie, odzwierciedlona w śpiewie we- 
selnym: 


5. 


Przeklad dOf.loU'n,ll: 
Parń tuur bieja rudziej- I J,atoś było 
yto. 
[szy 
8z ugod ir gon miżejszy Tego roku jęćzmień, 
CytugOd byuś popiejrs. 
a rok przyszły ugor. 
Part1 tu biei mejtinia, Latoś była dziewą, 
Szugod essi siwienia, Tego roku 
oną, 
Cytugod jau motie. W przyszły rok matulą 


p,'zeklad rymou'any, 
pani E. B. 
I Latem było żyto, dzisiaj 
[jęczmień wszędzie, 

a rok przyszły ugor 
[świecić się tu będzie. 
I.atem była dziewą. dziś 
[jest w niewiast rzędzie, 

a rok przyszły pewnie 
(matułąjuż będzie. 


Z kolei podajemy czterowierdz ludowy, powszechnię 

nany na Łotwie, śpiewany na weselach, a w kalendarzu 
na rok 1870 na stronicy 56 ogłoszony w tych słowach: 


-------- 


I) Dziewiereowi, t. j. "bratu męża." 


16
>>>
242 


6. 


Ar kit tu essi łaułojis, 
PI to win tlew byuś turetis: 
Un skajszki sorgot towu glidli 
ł,aj wary izbiegt Diwa !ludu. 


Z mężem, coś z nim ślub dziś brała. 
PójdzlesE odtąd wspóln'ł drogą: 
Bądź mu żoną wierną, stAłą.. 
Ą unikniesz sądu Boga. 


Próbki śpiewów weselnych zakończamy rzewną piosen- 
ką, do której imię chrzestne nowozaślubionej dowolnie wpla- 
tają Łotysze inflanccy, a którą w tych dniach przeło
yła na 
język polski pani E. B. 


7. (23), 
Kukułeczka zakukała 
Gdzieś w ogródku, na jabłonI, 
A dziewczyna zapłakała, 
Tuląc główkę swoją do niej. 
"Nie ujrzę clę już, drzewino, 
Nie usłyszę cię, ptaszyno!" 
Siadła NNI) przy stole, 
Główka na st6ł jej opadła: 
"W rodzinnem nie będę kole 
Przy t.ym stole dłużej jadła, 
Przy tym stole nie usiędę, 
Wianeczka nosić nie będę! 
W chacie prace me ustały. 
Xie usłużę już matuli, 
Gdy zapłacze brat mój mały. 
Już kto inny go utuliI 
Przy tym stole nie usiędę, 
Wianeczka nosić nie będę!" 


Liczba dziś jeszcze spotykanych pieśni pogrzebowych, 
znacznie jest mniejszą, na Łotwie. Niektóre z nich, zdanieul 
uczonych badaczy, nie są niczem innem, jak resztkan1i 


I) Do tej piosnki wplatają Łotysze 3 sylabowe imiona, jako to: 
R6zieczka, Małgosia, Anulka, I t, p., które zawsze wytworzyć się dają 
w,ich języku np.: Pazala (H6ża), Apala (Apolonia), Otmienia (Anna) i t. d.
>>>
243 


i ułamkami dłuiszych piCI} tałosnych, odpowiadających daj- 
110m litewskim. 
Do takich pieśni, malujących poglądy Litwin6w i Łoty- 
sz6w na świat pozagrobowy i przybytek dusz po śmierci, 
l1ale
y piosnka c6rki, poszukującej zmarłych rodzic6w nad 
złotym potokiem, na którego brzegach kąpil! się trzy "Łaj- 
my," córy "Słońca." Te jej wskazują drogę na Zach6d, do 
krainy Niemców "Woc-ziemie," a tam "Synowie bo
y" (Diwa 
diiły) dalej nią kierują. 
Jednę z tych licznych pieśni w tych oto słowach wy- 
Śpiewują Łotewki nad malowniczą Jaszą, wpadającą z łos- 
kotem do Dźwiny w powiecie dźwiI}skim. 


Eś iskopu debbessis 
Pa rużejties łapieniom, 
Re atrodu Diwa d/Ha 
I{UJnieleniu 8odłojtit. 
-:- "Diws palejdz, Diwa dałs 
I{UJnieleniu sodłojtit. 
Diws palejdz, Diwa dałs, 
WOj rerlzici munu móti? 
- Taws tows, towa mótie 
I'i "Jyura Mótie8" kózas dzar. 
- y.1Jns Tawa, D1una mótie 
l\ur jyus mani pamatot? 
- ,,8udob,.enia 8%yupieli 
JJngielej8zu uyupojut. "1) 


1. 


DostałBm się do nieba 
Po listeczkach róży, 
Zastałam "Syna bożego" 
Siodłającego konia. 
- Dopomó
 Bo:te, Synu bo
y, 
Przy siodłaniu konia, 
Dopomóż Boże, .Synu boży", 
Czyś widział mateczkę moją? 
- "Ojciec twój i matuś 
U "Matki Morza" ucztują." 
- Ojcze mój, matuś moja, 
Gdzie:teśc
e mię zostawili? 
- "W kolebce webrnej 
. p 'zu a1tiołów kołY8aną." 


. A oto druga ze zbioru naszego, z okolic Krasławia 
I Drycan, wraz z przekładem polskim pani E, B. 


Iładzu sowu manuleni 
l'or kalnieni miwadtit. 
8auciń sauczu, na dzlerdi
ja; ., 
---- 
. I) Ciekawy "waryant" tejże piesni Łotwy inflanckiej podaje phimo 
,AEag. der lett lit. GC8cllsćhaft" (Miława 1896 T.). Tom XIX artykuł 
Vie dee,{'a deli (Gotfe8,lilme) dl!8 lett. Volklliedel" str. 247 


2. (3). 


I Matkę powieźli przez wzgórze, 
Wolałam na nią daremnie; 
Więc biegłam ku tej 
órzl'.
>>>
'Iaku pakal raudodama. 
Tacadama sazat}'ka 
Trejs saulejties miejtas, 
Wina soka: "Kur tu tieć'?" 
Utra kłot ajcynowa, 
Tiej pasoka kur mamienia. 
- "Tur tleć, tur tu ej 
Da winiam kalnieniam, 
Tur gul towa mamulenia 
Zam zala welenienia, 
Bołtu smilksza kalnienia!" 
- Cełis muna mamulenia 
Eś pacelszu welenieniu. 
- "Nazacelszu eś miejtień 
Kolejt saule debbessis, 
Kolejt saule debbessis, 
1\ olejt tewi sagajdiejszul" 


2ł.
 - 


ł,zy gorzkie wzbierały we mnie. 
Spotkałam "Słońca" trzy Córy, 
Jedna- gdzie biegnie3z?-spytała, 
Druga wskazała na Kóry, 
Iść mi wraz z sobą kazała. 
.- "Ty szukasz matki, dziecinol 
Patrz tam, gdzie darń ta zielona 
Na wzgórzul Idź tam ścieżyną 
Tam, pod tą darnią śpi ona!" 
- Zbudź się, zbudź się, matuś miła, 
Darń tę zedrę, piasek zgrzebię, 
Niechaj czarna ta mogiła 

iech mi wróci, matko, ciebie! 
- "Nie, nie wyjdę ja do ciebie, 
Xie porzucę grobu mego, 
Aż słońce zgaśnie na niebie, 
Aż doczekam przyjścia twego." 


Tyle o pieśniach, maluj
cych pogl
dy Łotwy na świat 
pozagrobowy, kt6rego cienie uka

 się nam raz jeszcze 
w ostatnim rozdziale niniejszego zarysu, przy traktowaniu 
piosnek sierot. Obecnie przechodzimy do treści weselszej. 


Z kolei mamy mówić o pieśni Łotyszów przy szklanicy 
i o ich piosnkach szyderczych. Jedne i drugie dowodz
 w SPo" 
Sób niew
tpliwy, M lud ten przez nas częstokroć zapoznawa' 
ny, nietylko rozumie, na czem polega właściwy humor, ale 
wie dobrze o tern, co przystoi, a co nie przystoi. 
Na to w jego piosnkach liczne mamy przykłady, 
Ulubionym i poniek
d narodowym napojem Lotysza 
jest piwo, a raczej rodzaj piwa, wyrabianego przez nich 
samych z chmielu i jęczmienia. Napój ten, zwany "ołs" lub 
w formie zdrobniałej "ołutieńsz," jak dawniej tak i dzi
 
jeszcze, obok wódki i wina, wa
ne zajmuje miejsce; zwłaszcza, 
te u ludu łotewskiego 
aden interes nie załatwia się bez poczę" 1 '
 1 
stunku. Więc piwo albo "braciszek piwko"-bo i napój zdo' 
łał Lotysz uosohić-obok wina i wódki przy ka
dem weselu,
>>>
- 24: 


przy zrękowinach, przy chrzcinach i pogrzebach, słowem 
przy wszystkich uroczystościach niepoślednią, odgrywa role. I) 
. Ow6
, w jednej z piosnek czytamy, 
e "braciszek piw- 
ko" ma stale podtrzymywać honor domu i dopiero gdy ju
 
z obowiązku grzeczności przeprowadził uprzejmie wszystkich 
gości daleko za chate, wtedy ma niezaprzeczone prawo zwa- 
lenia z n6g samego pana gospodarza. 
'V innej pieśni tego
 rodzaju, znajdujemy te słowa: 


1. 
Pr6żny gąsior, stara panna 
Nawijają mi się często: 
Młode dziewczę, gąsior pełny 
CI mię stale omijająII) 


Czyli
 nie nosi ta piosnka cechy prawdziwie humorysty- 
Cznej, kt6rej od spokojnych i flegmatycznych Łotysz6w naj- 
Inniej mo
naby oczekiwać? 
A tu znowu podaję pr6bke pieśni szyderczej. -ra, przy 
Całej złośliwości, zdradza i dar obserwacyi: 


2. 
Prosię żłobka nie wypr6żni, 
Nie wkroczywszy doń nogami; 
Bogacz knbka nie wych
'li, 
By biednego nie wyszydzilI) 


-- 


\ 
! 


I) O napojach szczepu łotewskiego ogłosił ciekawą rozprawę, 
Dr A. Bielenstein p. t, "Dle nationalen Getrt\nke der Letten" i przytacza 
w niej kilkadziesiąt piosnek gminnych, odnoszących się wyłącznie do 
oWych narodowych napoj6w. Obacz "Mag. der lett.lit. Ges." XIX Tom dcs- 
ł-tes Stuck, str. 25-61. Obok plwa, w6dki i wina zalicza uczony autor 
do napoj6w Łotwy miód, a także sok brzozOIoy, ten ostatni opiewany 
zWłaszcza przez najmniej zamożnych Łotysz6w, 
I) Obacz oryginał łotewski w "Magazin d. lettisch lit. Ges." Tom 
ViiI, str. 199. 
3) Obacz oryginal lotewski tamże na str, 159 w zbiorze piosnke 
gl11innych z okolic Kabillen, posiarlłości książqt T.iewen6w w Kurlandyi 
W Powiecie talzeńskim.
>>>
- :UG -- 


Tu zaś pieśn szydercza ze zbioru naszego: 


Sasąbora diw wadakłys 
Panstobu staJgodamys; 
Winaj noms nasłanciejts, 
UtraJ gołdi na mozgoti. 
Wiej, wiejeń, słank namieni, 
Lej, lejtieil, mozgo) gołdu! 


3. (81). 
Por6żniły si
 synowe 
Dając sobie wzajem rady; 
Jednej izba nie zmieciona, 
Drugiej stoły nie zmywane. 
Wiej, wietrzyku, czyść izdebk
, 
Lej, deszczyku, zmywaj stoły! 


A czy
 mo
na przedstawić sobie coś bardziej drasty- 
cznego nad opis złośnicy, która "urwawszy w gniewie róg 
tubrowi, siada konno na wilka i, tr
bi
c na świe
o urwanym 
rogu, goni zapamiętale przez puszczę i pola nieurodzajne," 
albo ów drugi niemniej ciekawy obrazek, jaki w innej pieśni 
gminnej Łotwy odnajdujemy: 
"Leniwa gospodyni niech no sypia spokojnie, bo li niej 
robota zawsze załatwiona: świnie wykopały niezbędne do 
obiadu kartofle, - koza poszatkowała kapustę, kura naszczy- 
pała cebuli, kogut dostarczył trzasek do ogniska, pies zapalił 
w piecu, a masło zrobił kot." 


Właściwych pieśni bojowych nie zna lud łotewski, gdy
 
w kraju jego tylko płeć 
eńska zwykła wyśpiewywać piosnki 
lub przewodniczyć śpiewom chóralnym ludowym. Okoli- 
czność ta dostatecznie objaśnia, dlaczego pieśni wojenne ło. 
tewskie opiewają- bardziej smutek rozstawania się z bojowni- 
kami, ni
 waleczne ich czyny. 
Przytaczam jedną z naj starszych i naj ciekawszych, 
której słowa i nuta wykwitły bezpośrednio z łona ludu łotew. 
skiego. Nosi na sobie niezaprzeczone piQtno jego plemien- 
nych wyobra
eń, uczuć i pojęć, a nie znając swego twórcy, 
ani się o niego troszczą,c, popychana jedynie siłą, tradycyi 
u potomków jednego i tego samego szczepu, przeszła dzie- r 
dzicznie z pokolenia w pokolenie, a
 do naszych czasóW, 
w których spisan
 została:
>>>
Kur tu josi broleleń 
}{apuszkotu capurejti? 


"Lać mosieó niżli dorz8. 
I'uszkoj brolam capurejti." 
AJzpuszkowu dzidodama 
Dn pałajżu raudodama, 
..Woj raud' mosieó woj na raud' 
Jan tu mania na sagajd', 
Sagaj d' muna kumielenia 
Nu karenia attakiIt! 
Powajcoj nu kumielenia 
Kur pałyka jojejeńsz'?" 


1i 
ałyka jOjejeń8
 . . 
Kur gul wiejry kaj uzuły, 
Sortym krauti zlibynieni, 
.Ą.Sznim płyuda Daugawienia! 


. . . . . . . 
Wiejeósz motus purynowa, 
SauIe kaułus bałynowa. 


- U7 


1. (2). 


Dokąd jedziesz, braciszeńku, 
W c
apce nieprzybranej w kwiaty'l 
"Spiesz, siostrzyczko, do ogrMka 
Przystrój bratu czapkę w róże," 
Przystroiłam, nucąc piosnkę, 
I oddalam, lejąc łezki. 


"Płac:a lub nie płacz, siostro luba, 
Już miQ więcej nie zobac:ayaz. 
Koó mój jeno wróci z boju, 
Niosąc wieści o twym braciel 
I zapytasz się rumaka, 
Odzie pozostał jego jeźdzlec'l" 


Tam pozOt;tał pan mój w boju. 
Gdzie jak dęby mężni padli, 
Gdzie broń w polu rozrzucona, 
I gdzie Dźwina krwią się broczy! 


"'iatr ich włosy porozwiewał, 
Słoóce kości ich zbieliło. 


Podsłuchawszy przed wielu ju
 laty po raz pierwszy 
'Wszystkich zwrotek tej prawdziwie charakterystycznej pieśni 
lUdowej łotewskiej (jeszcze przed zniesieniem poddaństwa 
llajdosłowniej przezemnie spolszczonej), kt6r'i oozywiście 
'Wiele wieków śpiewano, zani.m jedna z młodych panien 
inflanckich l) baozność moj
 na ni
 zwr6ciła, - zebrałem 
ich wkr6tce okolo dwustu, treści naj rozmaitszej. Przej- 
rzawszy je bli
ej, zrozumiałem trafność uwagi badacza 
pieśni ludowych niemieckioh, kt6ry tak pięknie się wyraził, 
1Uówiąc: 
"Czego w cierpieniu i radości człowiek często wypowie- 
dzieć nie zdola, to wyśpiewa ptaszek pieśni ludowej, w prze- 


r 



- 


I) Panna Celina Platerów na z Kombula I Krasławia.
>>>
- 24H 


nośni, a przecie jasno; fruwa on i przelata swobodnie przez 
izbę czeladzi, przez komnaty zamkowe i siada, jako sokół, na 
ręku rycerskiej dziewicy i świergocze; wślizga się,jak myszka, 
i prawi coś poddanemu wieśniakowi wjego ciemnym k
cie."1) 
Niemniej słusznie zauwa
ył znany nasz etnograf 
Oskar Kolberg, 
e "naj starsze tradycye brzmi
 wokół Bal- 
tyku, rozpościeraj
c się stl!d ku Karpatom, Dnieprowi i Du- 
najowi" i 
e ,północ, kolebka dzisiejszych ludów Europy, 
posiada dot
d jej archiwa poetyczne." 2) 
Pieśń wy
ej przytoczona nale
y bezwarunkowo do naj- 
starszych. Dowodzi tego nietylko zupełny brak rymów 
i monotonne metrum, ale i opiewana w niej miłość, która jest 
miłości
 bratersk
. Tę zaś - jako najgł6wniejsze uczucie, 
przebrzmiewajl!ce do nas z dawnych wieków, przedstawia 
ju
 Sofokles w powszechnie znanej "Antygonie," gdy tłóma- 
cząc poniekąd hazardowne przedsięwzięcie nieszczęsnej An- 
tygony, wkłada jej w usta te słowa: 


DrugIego mężą mogę miee, gdy pierwszy umrze; 
Toż z drugim dziecię, gd,\°bym z pierwszym go nie miała. 
Lerz kiedy grób rodzica i matkę już kr,\'je. 
Niepodobieństwem, żeby brat mi się narodził 3). 


A jak
e się miało z pieśni
 gminn
 łotewską? Brzmiała 
ona na polach i w lasach, przy kl!dzieli i zatrudnieniach do- 
mowych, wkraczała do uroczystości pogańskich ołtarzy, 
a w czasie nieznośnego jarzma poddaństwa, zło
yła nieza- 
przeczone dowody owej wiecznie trwają,cej słodyczy, która 
i najbardziej udręczone serca skutecznie umie poCieszać. 
'V jednej z pieśni wojennych Łotwy dobroczynny "księ- 
tyc" dostarcza broni strudzonym wojownikom na placu ich 
cię
kiego boju. On takfe ustępuje 
ołnierskiemu poecie 


I) Obacz H C. Andersen "Nachgelas!!ene 
Iłlrchen." 
2) O. Kolberg "Pieśń ludowa", artykuł, przed wielu laty w "Wielkiej 
Encyklopedyi Orgelbranda ogłoszony, r 
3) Porównaj: Sofokles .,Antygona," tragedya, przedstawiona w r. 
... p",,,,, narod"nl,m Ch..,.".," 'p""klad Z. W,d"',kI",o. Po","; . 
1875 r.) str 44-ta. 


.-.
>>>
- 249 - 


gwio.ździstego plaszcza.), dając swą boską szatą niezrównane 
natchnienie i zapalając go równocześnie gorliwością do two- 
rzenia maluczkich a świecących jak gwiazdy piosnek lu- 
dowych. 


III. 
Nie brak Łotwie licznych pieśni, zastosowanych do 
pewnego czasu, jako to: świętojurskie, świętojańskie, ko- 
lędowe i t. d. 
Z tych świętojurskie, a zwłaszcza ś1Vi
toja1/'skie, naj głośniej 
rozbrzmiewają dokoła. Pierwsze z nich mają u Łotyszów 
dwa miana: jurynia.dzismies i jyusienia-dzismies. 
Bardziej, ni
 świętojurskie, rozpowszechnione są na Ło- 
twie pieśni świętojańskie. 
Łotysze, zarówno protestanci jako i katolicy, szczegól- 
ną przywiązują wagę do dnia 24 czerwca, w którym, jak wia- 
domo, przypada uroczystość św. Jana Chrzciciela. Ju
 
W wilię dnia tego domy i chaty ludu łotewskiego przybierają 
POzór śwhtteczny. 
Umajone zewnątrz i wewnątrz najrozmaitszemi zielska_ 
rni i ró
nobarwnemi polnemi kwiatami, przepełniają się miesz- 
kania całej Łotwy wesołą młodzie
ą, uwieliczoną zielenią 
i kwieciem. Przed chatą oddają się młodsi Łotysze i Łotew-. 
ki a
 do wschodu słońca wesołej zabawie z wiankami i śpiew- 
kami, kończącemi się zawsze zwrotką jednostajną Lejgo! albo 
Ligo! w sposób najrozmaitszy śpiewaną. Wyraz "Ligo," 
właściwie 
adnego znaczenia nie mający, zarówno jak fran- 
cuskie Tmdćridera/ lub niemieckie Tralala!, z powodu cał- 
kiem błędnych komentarzy, jakie ju
 w zeszłem stuleciu mu 


- 


( 


.) Płaszcz gwiaździsty (po łotewsku zu:ajgzein dekkiś', interptetuje- 
autorka zbioru pieśni, ogłoszonego w tomach XV, XVI i XVII "Zbioru 
tciadomości do antropologii krajowej," słowami: "z gwiazd deska l1a grzbiecie:' 
biorąc łotewski wyraz dekkiś (pokrycie), za "deskę", lubo ta ostatnia po 
łotewsku nazywa się "dieta" albo "golds." To wystarczy, aby dać pojęcie 
o wartości t)rzekła(!liw w rzeczon)"m zbiorze.
>>>
- 
50 - 


nadał protestancki pastor Stender,-w oczach najpowa
niej- 
szych badaczy szczepu łotewskiego uchodził przez długie lata 
za imi
 dawnego bo
ka miłości u pogańskiej Łotwy; a
 uczo- 
ny Dr A. Bielenstein w rozprawie "Das Joltannisfest der Let- 
ten" 1) dowiódł ze zwykłą sobie gruntownością i jasnością, 

e tego rodzaju bóstwa nigdy nie czciła Lotwa i czcić go nie 
mogła. Niemniej ciekawą i pouczającą, jest króciuchna roz- 
prawka docenta E. Woltera 2 ). w której, opierając si
 na wy- 
wodach A. Bielensteina, zapomocą, licznych pieśni świ
to- 
jańskich Łotwy, przekonał ostatecznie wszystkich badaczy 
szczepu łotewskiego, i
 zwrotka "Ligo/" odnosi si
 wyłłłcznie 
do "zwrotów slonecznych," nie zaś do rzekomego bo
ka Ligo, 
który nie istniał zgoła. 
Czytelników zaś naszych utwierdzi niew
tpliwie wtem 
przekonaniu zajrzenie do stron 23 - 29 pracy p. Konstancyi 
Skirmunttówny p. t. "Nad Niemnem i nad Bałtykiem." Na tych 
bowiem stronicach umieściła autorka (wedle przytaczanej /., 
ju
 przez nas ciekawej rozprawy Mannhardta "Lettische 
Sonnenmythen") niektóre rysy owych łotewskich mitów 
słonecznych, w których ukazują si
 nam skrystalizowane 
naj dawniejsze indo-europejskie wierzenia. 
Z liczby tysiącami nagromadzonych piosnek świętojaIl- 
ski ch Łotwy, podajemy tu zaledwie kilka: 


Rutoj saule, rlltoj bitie 
Lejgo! Lejgo! 
Lełaja tejrumit 
Lejgo! Lejgo! 
Saula sinu kaltiejdama 
LejgoI Lejgo! 
Bitie zidlls łasiejdama 
LejgoI Lejgo! 


l. 


Igra "Słońce", igra pszczółka 
Lejgo! Lejgo! 
N a rozległej niwie, 
Lej !{o! Lejgo! 
"Słońce", osuszając sIano, 
Lejgo! l.ejgo! 
Pszczółka, znosząc miody, 
LE'jgo! l.ejgo! 


I) Hozprawa ta ogłoszona została w czasopiśmie "Baltische MonatB" _ I 
8chaf/", t. XXIII str. 1-46. 
J) Ogłoszoną została ta rozprawa w tomie VII zbiorowego pisma 
"Archiv fiir BlaviBchen Pllilologit" na str. 629-639.
>>>
- 251 


Śpiewając tę
 piosnkę, Łotysze Pt'ezmy (majętności Soł- 
tanów w pow. rze
yckim), zamiast "Lej go! Lej go", śpiewa- 
ją "Ruto! Ruto!" I ta okoliczność posłu
yła do wykrycia 
właściwego znaczenia zwrotki, która, zdaniem badaczy, 
odnosi się do "zwrotów słonecznych." (Zob. E. Wolter). 


.Kas tu lejgu llejgoja 
Lejgo! l.ejgo! 
Wyssupyrmok wokora? 
Lejgo! Lejgo! 
Pyrmigoni, tod oroi 
Lejgo! Lejgo! 
Wyssupieć jaunąs mejtas 
Lejgo! Lejgo! 


"Saule brida rudzu łauku 
Lejgo! Lejgo! 
Załku zworku pacałusie 
Lejgo! Lejgo! 
.Kur nułajdie załta sworkus 
Lejgo! Lejgo! 
Tur nulnjka rudzu łauks 
Lejgo! Lejgo; 


2. 


Któż to śpiewy tu wprowadził 
Lejgo! Lej go! 
Pierwszy raz z wieczora'? 
Lejgo! Lejgo! 
Wprzód pasterze, później oracz, 
Lcjgo! Lejgo! 
W końcu hoże dziewy, 
Lejgo! Lejgo! 


3. 


Wschodziło "SłOl\ce" nad łanem żyta, 
J.ejgo! J,ejgo! 
Podnosząc szaty swe złote, 
Lejgo! Lejgo! 
Gdzie opuszczało złociste szaty, 
Lejgo! Lejgo! 
Tam się łan żyta uchylił. 
J.ejgo! Lejgo! 


Następuj
ca piosnka świętojaliska o kwitnącej paproci 
l1aśladuje oczywiście pieśni prowincyi sąsiednich, wyśpiewy- 
Wane w tym
e czasie na Sobótkach szczepów słowiańskich: 



 


Wys8i zidy izzidieja 
Lejgo! Lejgo! 
Paparkstieni na iidieja 
Lejgo! I.ejgo! 
Paparkstieni zidieja 
Lejgo! Lejgo! 
Jonia dinas naksnienia 
Lejgo! Lejgo! 


4. 


Wszelkie kwiecia już zakwitł)' 
Lejgo! Lejgo! 
Paproć nie kwitnęła 
Lejgo! tejgo! 
Bo tet paproć tylko kwitnie 
Lejgo! Lej go. 
W świętojań8kiej nocy 
Lejgo! I,ejgo!
>>>
- 252 - 


IV. 
Z pieśni, zastosowanych do pewnego zawodu, naj liczniej 
Si przedstawione na Łotwie piosnki pastuszków (gonu dziśmieś). 
Tych ka
d.y pastuszek, nawet taki, "co niewiele odrósł od 
ziemi", ma zawsze potę
ny zasób w głowie, lubo niechętnie 
dzieli się niemi z obcymi. Podnoszi one i uświęcaj i tmudny 
zawód pasterski i to w sposób, któremu niepodobna odmówić 
ani wzniosłości, ani tet pewnego poczucia poetycznego. 
Oto naprzykład w jednej z ni
h woła ktoś z przecho- 
dniów do pastuszka:: 


Kastod tiewi rajbulejU 
Nyw tik jaukI aprakstieja? 


1. 
I I któż to cię, mój srokaczu, 
Tak uroczo dzIś przystro1ł'l 


Na to odpowiada pa
tuszek do przechodnia: 


Swata Mora aprakstieja 
Swadin rejtii ganiejdamal 


I Święta Marya ukrasiła, 
Pasząc tu w nIedzIelę rano! 


Oryginał łotewski u
ywa tu słowa "opisala", to znaczy: 
umalowała, ukrasiła. A ukrasiła go i pasła jego krówki 
"Matka Miłosierdzia" w niedzielę rano, zastępujic dlatego 
w tej jego bezustannej czynności małego pastuszka, a
eby on 
tymczasem rannej mszy mógł wysłuchać. 
Tak śpiewają pastuszkowie na Łotwie katolickiej iza- 
równo w Kurlandyi jak i gubernii witebskiej tak interpre- 
tuji tę piosnke. 
Natomiast na Łotwie protestanckiej napotykamy 
waryant mniej poetyczny. Tam bowiem, według świadectwa 
Biittnera, Bielensteina i kilku innych badaczy Łotwy, sam 
pastuszek zapytuje pstrokatą krowę: 


Kas tiew gutień rajbulejti 
Nyw tik jaukI aprakstija? 


l Kto cię, krówko ty srokata, 
Tak uroczo dziś przystroił? 


i następnie sam jut za krówkę odpowiada:
>>>
2ij;\ - 


Swata Mora aprakstija 
Swadin rejta gani dama. 


I Swlęta Marya ukrasiła, 
Pasząc tu w niedzielę rano. 


A tu podajemy piosnkę pastuszków ze zbioru naszego, 
który przed dwudziestu kilku laty ogłosiło czasopismo "Mag. 
d. lett. lit. Ges." w swym tomie XIV: 


Ciłowienia gładgalwiejta 
Dziejsim guwiu paganiejtu! 
Tu zynowi dobuleniu 
Diewiejniom łapieniom. 
Dobuła pa
aniejsim, 
Ołuta padzirdiejsim, 


2. (110). 
Pliszko, ptaszku gładkogłowy, 
Pójdźmy razem pasząc krowy, 
Ty bo wiesz gdzie rość poczyna 
W dziewięć listków dzięcielina. 
Dzięcielinę gdy spożyją 
Stada-w zdroju się napiją. 


Nie mogąc w tak szczupłych ramach podawać czytelni- 
kowi próbek łotewskich pieśni rybaków, bartników, 
niwia- 
rzy, rolników i t. d., i t. d., ograniczymy się na przytoczeniu 
'\V rozdziale niniejszym jeszcze tylko jednej piosnki wcale 
ładnej, śpiewanej w okolicy dóbr Schleek, w dawnej "Ziemi 
Piltyńskiej" I), przez młode Łotewki, zajęte przędzeniem 
wełny. 


Przeklad pani E. Beni8law8kiej: 
Z wrzecion płyną nici śliczne, 
Jak płyną potoki wody; 
J ak wód krople tak są liczqe, 
W pracy kwitną wsie i grody. 
Luby wróci; d.ziewczę swoje 
Znajdzie strojne i nadobne; 
A wszak to jej rączek dwoje 
Przędło szaty te ozdobne! 


I) Czytelników, interesujących się "Ziemią Piltyń8kq", z której na- 
-zwą spotykamy się co chwila w źródłowych działach, jak "Volumina le- 
gum", "Kodeks dyplomatyczny Dogiela:' "Teka Podoskiego" i tylu in- 
nych, odsyłamy do pracy naszej "Piltyń i archiwum piltyńskie" War- 
.szawa, 1884- r.
>>>
254 


v. 
Że w pieśni gminnej Łotwy nawet o światku dziecinnym 
wcale nie przepomniano, tego się czytelnik snadnie domyśli. 
Wszelako nietylko pamiętano w niej o dziatwie, ale umiano 
zastosować się najściślPj do jej pojęcia, a zawsze w sposób 
pełen powabu i wdzięku. 
Ulubionym tematem w piosnkach tego rodzaju jest prze- 
ważnie tęsknota za ciepłem latem. Jedzie dziatwa w wó- 
zeczku,-ale dokąd?-do krainy, w której panuje ciepłe latko. 
Pierwszy śpiew skowronka niezrównanym swym uro- 
kiem wywabia te maleństwa z chaty na wolne powietrze. 
Dziatwa wywiaduje się troskliwie u ptactwa o jego pisklę. 
tach, zapytuje: kto też kołysze je do snu, kto je piastuje? 
W innej, nader rzewnej pieśni łotewskiej, dzik kopie 
grób dla zmarłego pastuszka, ptactwo sprawia mu pogrzeb. 
Na suchej, ogołoconej z liści osinie, dzwoni kukawka. Usado- 
wiwszy się smutnie na martwej gałęzi tego naj smutniejsze- 
go z drzew krajowych, dzięcioł trudni się nieopodal wyciosy 
waniem krzyża. SzerszeIi występuje z mowl! pogrzebową. 
drobne ptactwo odmawia pacierze, sikorka przyjmuje na sie- 
Ine bolesny obowiązek zaniesienia rodzicom pastuszka wieści 
o jego skonie przedwczesnym, a bekas wzbija się wysoko 
w powietrze i tam dopiero zawodzi gorzkie żale nad stratą. 
malutkiego pasterza. Żale te i lamenta z tak znacznej wy- 
sokości oczywiście już łatwiej zdoJają przebić niebiosa. 
Któż nie przyzna, że trudno żywiej przemówić do wyo- 
braźni dziecięcej? 


Teraz, z kolei, podajemy kilka piosnek osieroconych dzia- 
tek. Te, jak już wiemy, jeszcze liczniej SI! przedstawione 
nietylko w zbiorze naszym ale i we wszystkich innych. 


Kas mań dus boryniaj 
Dorgas drebies gabaleniu1 


1. (41), 
(Z okolic Taunag). 
I I któż mnie, sierocie malej, 
I Drogie szaty da choć skrc1wek'l 


II
>>>
Ni mamienies diewiejanies 
Ni tiatiejlia pierciejania! 


. . . . . . . 
Wyssi muni pierciejanl 
Gul zam zalu wielenianiu! 


255 


Braknie matki, co dawała, 
Niema ojca, co kupowal! 


Wszyscy ci, co obdarzali, 
Leżą pod zieloną darnią! 


2, (134). 
(Z okolic Taunag w pow. rze
yckim). 
\Vysta colejszus atszkira Kura kurcząt odłączyła, 
Mail atszkira mamulenia! A mnie matka zostawiła! 
Coli tak pulcientii, Biegnie kurczę do gromadki, 
A kur, mamleń, mań tieciejt? A ja dokąd?.. Nie mam matki! 


Tieć, tieć tu boryniejtu 
Da tam smllkszu kalnteniam; 
Te gul towa mamulenła 
Bołtu smllkszu kalnłeniii! 


Spiesz, sieroto, tam na wzgórze; 
Na pagórek ów piaszczysty; 
Tam, gdzie ujrzysz piasek świe
y, 
Tam matula twoja leży! 


3. (139). 
(Z okolic Drycan w pow. rze
yckim). 
Syłta saule órynió8 Ciepłe słonko na podwórzu, 
Kad byut iłgok glmiejusie! Gdybym tylko padła dlużeJ! 
Mili wordi nu mamienies Miłe słowa z ust mateczki, 
Kat! byut iłgok dzlejwojusie! Gdyby tylko żyła dłużej! 
I 


Oj kab muna mamulenia 
Byutu iłgok dliejwojusie, 
BYutu lipas kupłamieniu, 
Obiel zidii bołtnmieniu! 


Gdyby dotąd ze mną żyła 

Iatuleńka, - jabym była, 
Tak jak lipa strojna cała 
I-jak jahłoń w kwiecie-biała! 


Do tej
e kategoryi nale
ą, "pieśni osieroconych matek. u- 
Z tych niech nam będzie wolno przytoczyć chocidby tylko 
dWie, dla uzupełnienia obrazu. 'V pierwszej z nich przebij a 
tal kobiety, kt6rą, gr6b na długo z ukochaną istotą, rozłączył, 
a kt6rą, okoliczności zniewalają, do ukrywania gnębiącej ją, 
boleści przed okiem ludzkiem, w drugiej-tęsknota po świe
o 
zaślubionej córce, która za mał
onkiem w dalekie powędro", 
Wać musiała strony:
>>>
2;)(3 


1. (133). 
(Z okolic Platerowskiego K1'aslawia). 
Nikas mani na redzieja I 
ikt nie widział tego pewnie, 
Kad eś gauży nuraudowu; Jak płakałam jedna rzewniej 
Pierdokniejties win redzieja, I Wiedzą o tern me rękawy, 
'Tos nusłanka ossorenies! One jedne łzy ścierały! 


2. (56). 
(Z okolic Berzygalu, dawnej siedziby Manteufflów). 
Mi)tie miejtu izdawusle Matka, córkę swą w
'dllwszy, 
Dzid rucienias płatiejdama; Chodzi, nucąc łzawą piosnkę; 
Iidama maltiwie Weszłn, gdzie się zboże miele, 
Raud' galwieni sajamusie: Zmilkła - wsparłszy głowę. płacze, 
..Tr
'uka, tryuka tiew mamienia 2al do duszy jej kołacze: 
Rejzhl treju gabaleniu; "Braknie ci, mateczko, wiele; 
I\ława tielis, kletie pyura, Wzięli posag, wzięli krowę, 
Moltiwie malejiinies!" Wzięli tę. co tV żarnach miele! 


Zamykajl!c nasz skromny zarys poezyi gminnej na tej 
rzewnej piosence spokrewnionego blizko z sl!siednil! Litw
 
ludu łotewskiego, - wracamy raz jeszcze do wspomina- 
nego ju
 parę razy obrazu o kroplach rosy. 
Jeśli z jednej strony wyznajemy, 
e często te kropelki 
dlatego nie zdajl! się nam być oblanemi uroczem światłeI1l 
wschodzl!cego slońca, 
eśm:r nie stanęli na odpowiednieI1l 
widokowi stanowisku, - wyznać te
 musimy z drugiej, M 
uardzo wiele piosnek łotewskich naj zupełniej sI! pozbawione 
owych pięknych, migotliwych barw, jakie na kroplach rosy 
o porze porannej zwykliśmy podziwiać, 
e na wielu z tych 
piosneczek barwy owe urocze i wtedy nawet nie będą mogły 
zajaśnieć, jeśli względem nich cłlOcia
by najbardziej ko' 
rzystne stanowisko sobie wybierzemy. Nic nie znaczące po' 
równania, naciągane obrazy, nie zasługują na najmniejszfł 
uwagę, nawet we własnej ojczyźnie tych pieśni, a tem bar- 
dziej u szerszego koła czytelników. 
Atoli ta okoliczność, zdaniem naszem, w niczem nie 
zmniejsza wartości tylu innych piosnek udatnych. Sąd nas!il
>>>
"l
7 


og6lny o poezyi ludowej Lotyszów skrz)"wićby ona mogła 
chyba w tym razie, gdybyśmy, jakimś nieszczęśliwym trafem 
wiedzeni, w licznych zbiomch 2Jieśni gminnych lotewskich 
Zawsze tylko na same jałowe piosenki natrafiali, a udatnych 
wcale nie szukali. I) 


') Znaczną część tych pieśni zebrał i wydał w dwóch tomach 
w latach 1807 i 1808 G. Bel'!}łnanlł; następnie Buetner w roku 1844 ogłosił 
'W "Magazin. der lett. lit. Ge8ell8chaft" (tom VIII str, 1 - 240) parę tysięcy 
tychże pieśni gminnych. W r. 1868 wydał w Wilnie rodowity Łotysz 
SpJ'Ogi8 kilka tysięcy piosnek ludowych wraz z komentarzami rosyj- 
skiemi w dziele: ,.Pamiatniki łatyszskaho narodnaho tworczestwa." - 
Rok 1869-ty przyniósł zbitj1' piosnek gminnych łotewskich, ogłoszo- 
nych przez nas w "Magnzin der lett. lit. Ge8el18chaft" XIV Bandes 2-tes 
Stuck. W r. 1878 wydał Łotysz BJ'iwziemniek8 w Moskwie zbiór pieśni ło- 
tewskich. W latach 1b74 i 1875 ogłasza A. Bielen8tein w Lipsku nowy ob- 
Szerny zbiór pieśni gminnych Łotwy w kilku częściach, mieszczących ich 
'W sobie aż 9,000. Z tego zbioru wyciągnął wiele udatnych piosenek 
/(. Ulmann 1 wydał je w r. 1874 w Rydze w niemieckim przekładzie p. t. 
"LettiBche Volk8lieder iibertrager im VerBmaa88e der Origino.le:' Zbiorek ten 
Illiłośnikom piosnek ludowych polecamy, gdyż z wielu względów jest cie- 
kawy i pouczający, a z niezwykłą oględnością wydany. W tymże r. 18;4 
'Wyszedł w Mitawie u 13esthorna zbiór pieśni gminnych p. t. łotewskim: 
.,Lotweeschu tautaB dhee8maB", a w r. 1876 wydano w Lipawie takiż zbiorek 
pod tytułem: "Tauta8 dhee8ma8", zebrany wyłącznie na wybrzeżach litewskiej 
rzeki Wenty. Lata 1884 i 1885 przyniosły w dwóch zeszytach zbiór, w)'dany 
li B. Dikrika w Rydze p. t. "Latwuschu tautaB dheesmaą krahjumB", a zaś 
rok 1888 nowy zbiorek, wydany tamże u Gederta p. t. "Muhsu tattta8 dheeB- 
łna8." W r. ]88f1 ogłosiła t. zw. "komlsya umiejętności" łotewskiego klubu 
ryskiego u Drawnecka w Mitawie ]375 piosnek gminnych p. t. ,,13'15 tau- 
taB dheeBmas", a w roku na8tępnym ł890 klub łotewski mitawski, za przy- 
kładem ryskiego, wydał w Mitawle 168 piosnek gminnych p. t. "Tauta8 
dheeBmu wirkne8." W latach ]891 i 1892 krakowski "Zbiór wiadomości do 
ł\ntropologii krajowej" umieścił w tomach: XV, XY! I XVII cały 
8Zereg pieśni gminnych' Łottoy kt6rym wartości naukowej przypisać 
łJiepodobna. W roku 1890 wyszła przytaczana przez nas niejednokrotnie 
praca E. Woltera, mieszcząca w sobie liczne pieśni gminne tejże gałęzi 
Łotwy. Ocenę zbioru Woltera podaje Mag. d. leU. lit. Ge8. tom XX IItJ:. 
19-41. Nakoniec w r. 189ł rodowici Łotysze H Wi8Bendorf i K. Barohu8 
rozpoczęli w Mltawie wydawnictwo 40 zeszytów, w kt6r)"ch mają ogłosić aż 
20,000 piosnek gminnych łotewskich ze wszystkiemi waryanŁami. posługując 
się licznymi innymi powszechnie znanymi zbiorami. Pierwsze 4 zeszyty 
17
>>>
58 - 


Przy tworzeniu piosnek gminnych łotewskich panowała, 
jak się" zdaje, najbardziej wolna konkurencya. Atoli tam, 
gdzie wszystko, co 
yje, układa wiersze, niepodobna oczeki
 
wać, ażeby wszystkie utwory były wybornymi. Wymaga& 
tego niepodobna nawet od takiego ludu, kt6ryby do poezyi 
naj bardziej był uzdolniony. 
Ile
 to ladajakich poetyckich utworów widzimy i u in- 
nych szczepów, bardziej cywilizowanych, ni
 łotewski, 
a do tego jeszcze w szacie wytwornej drukiem ogłaszanych, 
przy których przewertowaniu doznajemy coś z zawodu, jaki 
przynosi z sobl! bliMze poznanie świetnie wystrojonej damy, 
której dowcip nie odpowiadałby wykwintności ubrania. Jak- 
żebyśmy więc mogli wymagać od ciemnych Łotysz6w, ażeby 
oni tego rodzaju nędzot sobie tam gdzieś cichaczem jut 
nigdy a nigdy nie wyśpiewywali? 
Już wspomnieliśmy wyżej, że śpiew na Łotwie jest 
obyczajem powszechnym i rozlega się wszędy. Tu zaś jesz- 
cze winniśmy dodać, że tak śpiewacy, a raczej śpiewaczki, 
jako i słuchacze, są, tam wog6le nadzwyczaj oględni. a nawet 


tego zbioru opuściły prasę w 
litawie, w r. 189i i zasłuż
'ły na powszechne 
uznanie. Odtąd wydano takle zeszyty 5-ty. 6-ty i 7-my. Te drukowano 
nie w Mitawie, ale w ltydze, kosztem zamożnego Łotysza H Wi88endort a . 
oraz t. zw. "komisyi umiejętności" przy klubie łotewskim ryskim. W
.szły 
te 3 ostatnie zeszyty w latach 1895-1897, a H 1VilJ8endorf z powodu ofia- 
rowanego zasiłku pieniężnego domagał się, ażeby i jego nazwisko fIguro- 
wało, na co zgodził się wydawca. Lata następne mają przynieść dalsz
'ch 
33 zeszytów, w przedmowie do tego zbioru zapowiedzianych. Każdy mi- 
łośnik pieśni gminnej łotewskiej temu pożytecznemu wydawnictwu naj- 
szczerzej przyklaskuje, gdyż wydanie jest pod każdym względem wzoro- 
we. Tytuł tego najobszerniejszego zbioru pieśni gminnych łotewskich: 
"Latwj'U daina8 nu H Wissendorfa nu H. Barohna ihdotas." Zaznaczyć 
tu winniśmy także, że przy ocenie zbioru pieśni gminnych łotew' 
skich doćenta E. Woltera pod względem dyalektycznym czynny brało 
udział dwóch światłych kapłanów r?-ymsko-katolickich, ks. Fr, Tra88un i ks. 
P. .Smelte"8, którzy wyszli z grona tegoż ludu. (Ob, ".1lag. d. lett. lit. Ges:' 
Tom XX str. 20).
>>>
- 2;)U 


.skrupulatni. Skrupulatność ta i oględno8ć uwydatnia się za- 
równo w wyborze, jako te
 w są.dach o mających się wyko- 
nywać pieśniach. Dowiodą. tego najlepiej te oto piosnki: 


Glly mi brakło pięknej pieśni, 
.Jam niepięknej nie śpiewała. 


albo: 


(,dJb
'm ja b
'ła wiedziała, 
Że podsłuchują me piosnki, 
T
'lko bym takie spiewała. 
Com je już z mn6stwa wybrała l). 


albo: 


.J am w czasie p6żnego wieczora 
Sliczniutkie piosenki śpiewała, 
Bodaj ich słuchała Mora 2), 
Co mię, dziewczę, w
'chowała. 



 


Je
eli dziś zbieramy te pieśni, dzieje się to zwykle 
'\V' ten sposób, 
e pierwsza lepsza z mniej dyskretnych Łote- 
wek, posiadają.ca ich du
o w głowie, dyktuje z pamięci zbie- 
raczowi, który je skwapliwie spisuje. Jeśli wszak
e taka 
dYktująca Łotewka, zarówno jak spisująca piosnki osoba, nie 
rna poczucia ducha ludowego, łatwo przewidzieć, jak smutnie 
Wypaść musi ostateczny rezultat takiego zbioru. 3 ) Inaczej 
się dzieje, gdy doświadczona rodaczka przewodzi improwizo- 


--- 


') Obac;6 oryginał łotewski w ".lJllg. d. lctł. lit. Ges." Tom VIII, str. 
93, w zbiorze piosnek z okolic Cyraii i Dzerwen, d6br kurlandzkiej gałęzi 
Mantenft16w. 
2) .-ł-Iora w języku łotewskim jest to imię chrzestne i znaczy Mm.ya. 
') Obacz pieini gminne łotewskie, ogłoszone w języku polskim w to- 
tnach XV, XVI l XVII krakowskiego "Zbioru wiaaomoici do antropologii 

rajowej," z kt6rych literalnie ani j('rlna nie jest naprawdę ludową. Ton 
Ich,i tresć, i długość, niezwyczajne wsz
'stkim znawcom Lotw
', nie dozwalają 
o tern wątpić ani chwiM.
>>>
- t60 - 


wanemu chórowi ludowemu Łotyszów. Łest to u nich honor 
nielada uchodzi5 za prawdziwie dobrą "Tejceję," t. j. intona- 
torkę i kierowniczkę śpiewów ogólnych. Pochlebia to mi- 
łości własnej zasłynąć u swoich z tego, 
e się umie oględnie 
wybierać tylko same powabne piosenki. To te
 w gronie 
czysto łotewskiem naj bezwzględniej odrzucają wszelkie jało- 
we piosneczki, a tylko udatne śpiew
ą. Tam więc jedynie 
:znajduje się 
niwo dla fachowych zbieraczy, z którego te
 
bardziej inteligentni ju
 po części korzystali w sposób nale- 

yty i z niego niejednokrotnie korzystać jeszcze będą. Liczne 
wprawdzie posiadamy zbiory pieśni ró
nych ludowych, 
wszelako to nieprzebrane źródło poezyi długie jeszc,.ze lata 
zasilać będzie teki zbieraczy i zawsze coś nowego dorzuci do 
skarbnicy literackiej świata.
>>>
WILN
 


na poozqt1tu 
I
 tOie1tu 


WEDŁUG 


ł-IIEWYDANYCH PA
IlĘTN. PROF. J.ÓZEFA FRANKA l INN. ZIWDEt. 
podal 


Dr. Władysław .2ahorsJi. 


Profesor Józef Frank, syn znakomitego Jana-Piotra. 
Franka, był zaproszony wraz z ojcem do Wilna z Wiednia 
na katedrę medycyny praktycznej przez ówczesnego rektora 
Uniwersytetu, biskupa Strojnowskiego. Ten, nie znajdują,c 
lUdzi uzdolnionych w kraju, obsadzał katedry Uniwersytetu 
Wileńskiego przez znanych w świecie uczonym cudzoziem- 
ców. W ich liczbie sprowadził do Wilna słynnego Bojanusa, 
2nakomitego Lelewela, Grodka, obydwóch Franków, Saun- 
dersa z Londynu, Taronghiego z Rzymu i wielu innych. 
I chocia
 nie zawsze wybór był trafnym, podniesienie jednak 
Dniwersytetu i oświata na Litwie wiele zawdzięcza tym ob- 
COkrajowcom, którzy, jak Bojanus, Grodek i szczególnie Le- 
lewel i Józef Frank, ukochali swą, nową, ojczyznę i stali się 
tejte dobrymi obywatelami. 
Frank przybył do Wilna w październiku 1S0! roku, zaś 
opuścił na zawsze to miasto w r. 1823. Zasługi tego niepo.
>>>
- :W:! - 


spolitego człowieka dla Wilna są bardzo liczne, przyczynił 
się: wiele do podniesienia Uniwersytetu i zaprowadzenia 
w nim porządku. Frank właśnie wymógł, aby katedQT po- 
wierzano nie cudzoziemcom, lecz uczonym miejscowym, 
i sam przysposobił kilkunastu dzielnych profesorów, np. Nisz- 
kowskiego, Homolickiego i innych. 
Wspólnie z ojcem zało
ył Frank pierwszą w Wilnie kli- 
nikę, instytut szczepIenia ospy ochronnej (l-szy w Europie), 


'. 


r 
I 
r 
! 


.,. 


" 


'. 


" 


i 



-."#'
 


I 
I, 


., 
. ł.- 


."-.. 


Profesor JOzef Frank. 


instytut pomocy domowej lekarskiej dla ubogich, instytu
 
macierzyństwa, Towarzystwo lekarskie, ulepszył warunl
1 
szpitalne, zało
ył przy Uniwersytecie gabinet patologiczny, 
pierwszy rozpoczął badania zdrowotności mieszkailCów Wil- 
na, oraz zbieranie materyałów statystycznych. NietylkO 
atoli kwestye lekarskie interesowały Franka, brał jednocZ e . 
śnie czynny udział w 
yciu Wilna i niemało na polu działa l -
>>>
- 
(j:j - 


ności społecznej mia
tu się zasłu
ył. Jemu wileI-łskie Towa- 
ł'zystwo dobroczynności zawdzięcza utworzenie tak zwanego 
'wydziału trzeciego, Frank równie
 zało
ył Towarzystwo prze- 
oiw
ebracze, przyczynił się do oczyszczenia miasta, ułożył 
projekt teatru w Wilnie, budził zamiłowanie wśród Wilnian 
do muzyki, urządzając wspaniałe koncerty, w których, oprócz 
pięknej pani Frankowej i amatorów z wy
szego towarzystwa, 
brali nieraz udział głośni europejscy artyści, jak np. Rode, 
lJanna Georges, Torquinio i inni. Doch6d 2 tych koncertów, 
rJrzewy
szający czasem 3,000 rubli, Frank obracał na insty- 
tucye, stworzone przez siebie. W celu zachęcenia młodzie
y 
do pracy umysłowej, urządzał u siebie wieczorki, na które, 
opr6cz studentów, zapraszał i młodzie
 płci obojga. Na 
wieczorach tych czytano, rozprawiano o literaturze, sztukach 
[Jięknych, śpiewano i grywano na fortepianie, skrzypcach 
i wiolonczeli. Podziwiać trzeba, jak temu człowiekowi star- 
czyło na wszystko czasu, tembardziej, 
e, jako profesor, mie- 
Wał codzienne wykłady, prowadził klinikę, miał obszerną 
praktykę lłietylko w mieście, lecz i na całej Litwie, a opl'6cz 
tego du
o pisał i drukował dzieł treści lekarskiej. 
Po wyjeździe z 'Vii na, zamieszkał we Włoszech we 
"'łasnej willi nad jeziorem Oomo. Tu spisał po francusku 
})amiętniki w 6 dużych tomach, kt6re zatytułował: "Memoi- 
res biographiques de Jean-Pierre Frank et Ioseph Frank, 
Son £il's, rediges par ce dernier." Pamiętniki te nie zostały 
Wydane i stanowią własność wileńskiego Towarzystwa le- 
karskiego. 
Pamiętniki Franka zawierają bardzo ciekawe i nieznane 
8 Z czeg61y o Uniwersytecie, profesorach, wybitnych w:;pół- 
,
zesnych Frankowi osobistościach Wilna i t. d. i chociaż nie 
'
awsze pisane bezstronnie, mogą jednak stanowić cenny ma- 
teryał dla historyi '''ilna na początku bie
ącego stulecia. 
Z tych to pamiętników staraliśmy się odtworzyć obraz 
Wilna i jego 
ycia w pierwszym lat dziesiątku naszego wie- 
ku. Dla uzupełnienia jednak obrazu korzystaliśmy i z innych 
21'6dpł, przeważnie z następnych:
>>>
- 264 - 


1) Baliiiski: Dawna Akademia wilmi:;ka. 2) J. I. Kra. 
szewski: Wilno. 3) Kirkor: Przewodnik po Wilnie. 4) 
Pamiętniki Towarzystwa lekarskiego wilełiskiego. 5) Kuryer 
litewski z pierwszych lat XIX wieku. H) Dzieje dobro- 
czynności. 7) Dziennik Wileński. 8) Wizerunki i roztrz
- 
sania naukowe i t. d. 



 


, -t
_ 


'iu' _ 


.III';.
 


.. 
 .. -. 
'. : I 



 


,. 
1';! 
. -, 


- "d 
. .;1 
, I'. 
_.' I ' - 
,'. - 
. f , . 


..' ' 
'.ł 
I,ft l 
'ł' , 


. 
. 


'11.. 


Wilno w końcu XVIII 1 na początku XIX etulecla. 


l. 
Wygląd ogólny miasta, ludność, ulioe, kośoioły, 
pałaoe i domy. 
Wilno w 1804 r. liczyło, według Franka, przeszło 35,00 0 
mieszkańców 1) w tej liczbie 22 tys. katolików, 600 praww 
sławnych ("greck"), 500 protestantów, 100 kalwinisMw, 


t l 
. I) Kirkor powiada, że HH.) tys. ..Przewodnik po Wilnie", wydanie 
3.cie. !;tr. 43.
>>>
- 265 - 


11 tys, żydów i 60 mahometanów. Szlachta, profesorowie- 
i urzędnicy Uniwersytetu oraz mieszczanie, byli przeważnie 
katolicy, zaś język przez nich używany - polski. Prawo_ 
sławni składali się z urzędników, wojskowych, kupców i włoś- 
cian ruskich. I) Pomiędzy protestantami przeważnie byli ar- 
tyści, rzemieślnicy i kupcy. 
Żydzi stanowili zupełnie odrębny naród, którego histo- 
rya na Litwie ginie w mrokach dawnych czasów. Tadeusz 
('zacki,2) oraz Surowicki 3 ) i Beer
) powiadają, że do zacho- 
dniej Polski przyszli żydzi z Niemiec, zaś do wschodniej 
z nad morza Kaspijskiego. Pomiędzy tymi ostatnimi była 
znaczna ilość karaimów. Przypuszczenie to zdaje się po- 
twierdzać fakt, że wówczas, gdy żargon żydowski jest t() 
zepsuty język niemiecki, z domieszką słów hebrajskich i pol- 
skich, w mowie karaimów nie można znaleźć ani jedneg() 
słowa niemieckiego. Karaimi nie łączą. sifJ z żydami, są. przez. 
tych nienawidzeni, jako sekciarze, i mają. wśród ludności li- 
tewskiej opinię ludzi uczciwych. Frank znajduje. iż żydzi 
litewscy nie są podobni (przynajmniej z powierzchowności), 
do swoich współbraci, zamieszkałych w innych krajach Eu- 
ropy. Zachowali swój strój z dawnych czasów: mężczyźni-- 
długie, sifJgają.ce kostek, kapoty, czapki futrzane, mycki, 
z pod których spadają. na policzki kosmyki włosów, t. zw. 
pejsy, na nogach zwykle noszą. pończochy, pantofle. Ubiól' 
kobiet jest wschodni, nieraz bardzo bogaty, częściej składa- 
jący się ze strzępów i prawie zawsze nieochędożny. 
Żydzi, wskutek rozporządzenia Władysława IV, mieścili 
się przeważnie w ciasnych ulicach: Niemieckiej, Rudnickiej
 
Szklanej, Żydowskiej, Żmudzkiej, Jałkowej, które to ulice- 
zanieczyszczali w sposób straszliwy, wyrzucają.c przez okna 


l 


I) Włościanie ci przyszli na Litwę w XVI wieku z Rosyi, skąci 
uciekali przed okrucieństwami Iwana Groźnego. 
2) Rozprawa o żydach. Wilno 1807. 
I) Śledzenie pocz"tku narodów słowiańskich. Warszawa 18:!4, 
.) Geschichte. Lehren und 
Ieinungen der Juden. Leipzig 1825.
>>>
- :WU 



miecie i wylewając pomyje. W tej dzielnicy mieli. swoją, 
synagogę i kilka bóźnic. 
Mahometanie I) mieszkali na przedmieściu Łukiszki, gdzie 
znajdował się i meczet. Byli to ludzie spokojni. dobroduszni 
i wcale niepodobni do swych wojowniczych i dzikich przod- 
ków, od których niegdyś Litwa tyle cierpiała. 
. Ulicę Subocz zamieszkiwali kupcy. zaś na Zarzeczu du- 
chowieIlstwo greko-rosyjskie i rzemieślnicy. Część Zarzecza 
-dotąd nazywa się "Popowszczyzna," 
Frank powiada, 
e Wilno przedstawiało obraz chaosu. 
."Obok pysznych pałaców stały liche lepianki; ratusz. zbudo- 
wany w pięknym stylu włoskim; znajdował się na ładnym 
placu, którego część zajęta była przez szopy; ulica, prowa
 
. dząca do wspaniałej katedry (A venue) nie brukowana, raziła 
przechodnia kupami ró
nego rodzaju śmiecia i podczas 
..deszczu stawała się nie do przebycia. Posiadało Wilno kil- 
kanaście domów murowanych, atoli większość była budowa- 
na z drzewa. Pomimo poło
enia na pochyłości wzgórza 
i przy połączeniu dwóch rzek (Wilii i Wilejki) miasto było 
bardzo brudne i nierogacizna swobodnie spacerowała po uli- 
cach. Na brzegu rzeki, tu
 po wyjściu z miasta, można było 
widzieć i czuć kupy gnoju, wysokością sięgające wzrostu 
człowieka. Chcąc się dostać na przedmieścia, trzeba było 
brnąć po kostki po piasku lub błocie." 
Sądzimy, 
e Frank przesadził w tym tak niepochlebnym 
pisie 'Vilna. Nie dziw, 
e przybyłemu z Wiednia, po zwie- 
dzeniu Pary
a, Londynu oraz innych stolic Europy, owo. 
czesne Wilno nic musiało się wydać zbyt pon
tnem z jego 
wązkiemi, krzywemi i zawalonemi śmieciem ulicami. Nie 
prawdę jednak mówi Frank, twierdząc, jakoby w Wilnie było 
zaledwie kilkanaście domów murowanych, Dziś jeszcze mo- 

na naliczyć ze 200 domów, których budowa sięga XVI 
i XVII wieków. Ulice: Żydowska, Jatkowa, Szklana, całe 


I 


I) Tatarzy zostali osiedleni na Litwie przez W. Ks. Witolda; dotąd 
istnieją Chazbijowicze., Bazarewscy, Aleksandrowicze, Jakubowscy i inni.
>>>
- 2G. 


były murowane. Liczne pałace magnatów, olbrzymie gma- 
chy klasztorne, zabudowania Uniwersyteckie, zajmujące 
całą dzielnicę, wszystko to ju
 było, gdy Frank przyjechał do. 
Wilna. Drewniane domy były tylko na przedmieściach. 
Zresztą straszliwe po
ary 1510, 1748 i 1749 roku poczyniły 
tak wielkie spustoszenia, 
e Wilno ju
 się odbudować nie 
mogło. l) \V kilka lat potem, dzięki wskazówkom, udzielanym 

rzez Towarzystwo lekarskie, i szczególnie dzięki zabiegom 
l energii gubernatora cywilnego Riickmana, miasto tak zo- 
stało oczyszczone, 
e gdy zwiedził je cesarz Aleksander I, 
Powiedział o Wilnie: "C'est un bijou." RUckman atoli za 
energiczne przestrzeganie porząuku ściągnął na siebie nie- 
nawiść motłochu i szczególnie 
ydów. Niechęć ta nie ustała 
nawet po śmierci RUckmana i objawiła się w rzucaniu kamie- 
ni na trumnę energicznego gubernatora podczas pogrzebu. 
Ju
 w 1630 r. zaczęto brukować ulice i w tym celu był 
nawet ustanowiony pobór. Ka
dy wje
d
ający do miasta 
płacił grosz od wozu, albo musiał przywieźć parę kamieni. 
\V końcu zeszłego i na początku bieżącego stulecia ju1; 
były wybrukowane ulice: Zamkowa, Ś-to Jańska, Niemiecka, 
Wileliska, Trocka, Rudnicka, Ostra, Konna, Żydowska, 
Szklana, Su bocz i Spaska. 2 ) Niektóre z tych ulic miały cho- 
dniki z drzewa, lecz te były wązkie i źle utrzymane. Od uli- 
cy oddzielały chodniki słupki drewniane, lub kamienne. 
Mniejsze zaułki i przedmieścia bruku wcale nie posiadały. 
Ile domów było na początku bie
ącego stulecia, trudno 
określi.:. Mo
emy tylko pr.zypuszczać, opierając się na 
liczbie domów, zniszczonych przez po
ary, 
e musiało Wilno 
Posiadać w owym czasie około 8,000 domów. Tak, w r.1748 
spaliło się, według Jachimowicza, 17 pałaców, wielkich domów 
n1urowanych 32, mniej szych 200, zaś drewnianych kilka 
tysięey.3) 


-- 


I) Balh\skl: Dawna Akademia wile1\ska. Dodatki. .Petel'sburg 1002. 
2) Kirkor. E. C. str. 73. 
I) Ibid. str. H.
>>>
- :!()H - 


\V środku miasta, na placu, wznosił się ratusz, wybudo- 
wany na miejscu dawnego, według planu Gucewicza w stylu 
włoskim z oknami renesansowemi i z ładną kolumnadą ou 
, 
frontu. 
Około ratusza skupiali się wszelkiego rodzaju i ró
nych 
narodowości handlarze; plac był zajęty przez szopy, kramy, 
stragany, wozy z towarami i 
ywnością. Ulica, idąca od ra- 



 fi. I i! I lm 
1"'(.' 
J I ' iii /. 1m t= 
(II I I.!i .lłłL II II ';" f ' I
,: '. , 
' I iRI I, 'IIl"I"1 " -

', JilUjiDmłllil lmlm . lIRlIIID" _. ii _ . r
' 
tI
 
 ':i1
-;:: ;- 
. ' , - '. . I - i .,;''
. . 
:; ._

 ,I. i' .


.,
.;.

:
 ,.ł..
,
 
.
.,-
,-
..';:,
".:

",., 
_ '?- -. , ... ......
ć: 
_

...-t..:_.. .........:."....&
.-......;,.'....\Y-i .... .,.. _ - 
-
 ....- '- y.-....- ...: y .).*" 
...
.= _

t:'v

,
.) . 
- . 
...-. 
 


Brama zamkowa na 1Jocz'\tku XIX wieku. 


tusza do ulicy Zamkowej, nazywała się "Imbary." Była to 
ulica handlowa, poniewa
 tu się mieściły ró
nego rodzaju 
skJepy. 
Od murów, któremi w XV wieku opasano Wilno, pozo' 
stawały 2 bramy: Ostra i Trocka, oraz brama zamkowa. 
Ostra brama miała inny wygląd, ni
 dziś, gdy
 kaplicę nad 
bramą odnowiono dopiero w r. 1829. Brama na końcu ulicy 
Zamkowej prowadziła do zamku królewskiego dolnego, który 
dotykał katedry. N a początku bie
ącego stulecia hyły to
>>>
- ili9 - 


ju
 ruiny i wkrótce potem zamek został zniesiony, a obecnie 
na placu, który zajmował, urz
dzono skwer. Przy wejściu 
do ogrodu botanicznego znajdował się sławny młyn królew- 
ski, zburzony przed laty trzydziestu. Z lewej strony bramy 
ogromny gmach murowany mieścił trybunały (dziś izba skar- 
howa, kaznaczejstwo, izba kontrolna i inne instytucye). 
Nad cał
 t
 miejscowością wznosiły się góry: Zamkowa 
2 ruinami starego zamku, Trzykrzyska, na której szczycie 
z daleka widać było 3 wysokie krzy
e, (dziś ich niema, lecz 
na tem miejscu rosną trzy wysmukłe brzozy), oraz góra Be- 


'« 


li 'r 
" li 
'. 
 
,I_- o I . . 
ł' 
 
, 
.l . 
"I. ,-- .- 


1I...iii " , "": 
, ... ł-IJ '1 ; 
 
. II.". ,. 


"t- ., 


;. 


:Zamek dolny królewski i kości6ł katec1raln
r 
na początku XIX wieku. 


kieszowa, z której niegdyś Bekiesz, przyjaciel Batorego, 1'1'0- 
Lował zjechać konno i pró1.Ję takową, 
yciem przypłacił. Na 
tej ostatniej górze stała kapliczka, po której nawet śladu nie 
pozostało, U stóp góry zamkowej wartka Wilejka łączyła 
się z piękną, Wilią. 
Na obszernym placu, tu1 PI'ZY zamku dolnym, stała 
'\Vspamała katedra, wzniesiona na tem samem miejscu, gdzie 
niegdyś płonąl Znicz. Po
ary i pioruny znacznie uszkodziły 
świątynię, to te
 została przerobiona, według planu Gucewi- 
eZa. z zachowaniem wewnętrznej budowy i kaplic. 'W roku
>>>
- :?70 - 


! 


1801 biskup Kosakowski po
więcił UkOllczoną budowQ w sty- 
lu klasycznym Palladia. Inne kościoły wyglądały prawie 
t.ak samo, jak dziś, z wyjątkiem uniwersyteckiego kościoła 
św. Jana (założony przez Wł. Jagiełłę w r. 1388 i ukończony 
w r. 142G). Kościół ten był zasłonięty od ulicy wysokim 
murem z bramą, nie miał równie
 kru
ganku, który dziś wi- 
dzimy. Władza uniwersytecka (w r. 1818 - 1828) przerobiła 
kościół wewnątrz, usunęła ołtarze boczne przy filarach, zu- 
pełnie zmieniła ambonę, z której niegdyś nauczał Piotr Skar- 


.:.. ." 


. ' 
I 
 

 I. 


.". : 


I 
I 
J 

 


'-.........--. 


." "III 



f.# . " 1 - " 
.'
t:
J: 


u 


"- . " 
;ł 


.. ..... 


" - 
_._
 


.'"'-:, 
... ...r.....- j. 
...
oih. 


-, -, 


Ruiny pałacu Barbary Rac1z1w1łłOwny na początku 
XIX wieku. 


ga, zburzyła bramQ i mur i zamalowała wapnem znajdujący 
się na ścianie zewnętrznej od ulicy zamkowej, pod figur:& 
ukrzyżowanego Chrystusa, duży, piękny obraz al fresco, przed- 
stawiający morowe powietrze w 1710 r. w Wilnie. Nie pomo- 
gły składki, zebrane przez kancelistów Uniwersytetu w celu 
odnowienia obrazu, ani przedstawienia prof. Rusterna, który 
podejmował się kierować restauracyą tegoż; zacny, ale upar- 
ty rektor Malewski postawił na swojem i pamiątka została 
zniszczona. O Franku, który nie taił swego oburzenia, Ma- 
lewski powiedział: "Pan Frank radhy wsz£dzie widział pa- 


. 


..
>>>
- :!7 L - 


. 



 
, 


cyentów, z tych jednak nie miał by korzyści, poniewa
 są, t
 
pacyenci malowani." 
Profesor Michał Homolicki1), równie
 z oburzeniem opi- 
sujący to niczem nieusprawiedliwione niszczenie pamiątek 
staro
ytnych, przytacza następujące opowiadanie. Sekretarz 
rZądu uniwersyteckiego, któremu polecono wyprzeda
 przed- 
tniotów, usuniętych z ko
cioła, nie znał się zupełnie na war- 
tości takowych. Sprzedał np. za bezcen 4 obrazy ewange- 
listów, pendzla włoskiej szkoły, dlatego tylko, 
e były niewiel- 
kich rozmiarów. Chcą,c nadal uniknąć podobnych błędów, 
zasięgnął rady prof. Rustema, za ile mo
na sprzedać srebrny 
krucyfiks z figurą, Chrystusa, staro
wieckiej roboty. Rustem 
odpowiedział mu: "Spytaj pan Judasza Iskaryotę, ten panu 
wska
e gotową, cenę!" Dzisiejszy ko
ciół 
w. Jana mo
e zy- 
skał na wspaniałości, ale stracił swe cechy staro
ytne i wcale- 
nie podobny do tego, jakim był przed rokiem 1819. 
W Wilnie, powiada Frank, było więcej zakonników i za- 
konnic, ni
 w Wiedniu. Były tu zakony Franciszkanów, Do- 
tninikanów, Bernardynów, Karmelitów, Pijarów, Karmelitów 
bosych, Misyonarzy, Kapucynów, Trynitarzy, Bazylianów, 
Oraz 'Vizytek, Maryawitek, Karmelitanek bosych, Benedykty- 
nek, mniszek zarzecznych, które utrzymywały przytułek dla 
wdów, rozwódek i sierot, i kilka innych, z wyjątkiem ko
cio- 
ła katedralnego, św. Kazimierza i św. Jana, wszystkie prawie- 
ko
cioły wileJiskie nale
ały do zakonników, którzy posiadali 
r6wnie
 klasztury i kamienice. 
Frank uskar
a się, i
 w' tych ko
ciołach, szczególnie- 
u Dominikanów, publiczno
ć w czasie nabo
eństwa zachowy- 
wała się bez czci, należnej dla 
wiątyni. Podczas sumy 
obecni prowadzili rozmowy, 
mieli się, wchodzili i wychodzili,.. 
przeszkadzając w modlitwie nabo
nym (T. II, str. 404). 
Najokazalsze gmachy w'Vilnie były własno
cią, magna- 
tów, szczególnie Radziwiłłów. Ci władali prawie całą ulic
 


I) :\1. Homolicki. Streszczenie i uzupelnienie pamiętnik'5w FI'anka:: 
..Na dziś" T. II, 18i2 r. 


.. 


.
>>>
- 27
 - 


.. 


Wileńską, a
 do Zielonego mostu, częścią Łukiszek oraz całą, 
przestrzenią nad Wilią, (tu stał pałac Barbary Radziwiłównej); 
przedmieście Snipiszki równie
 było własnością tego rodu. 
Wszystkie prawie pałace budowano według jednego 
planu. Wielkie wrota, nieraz w stylu gotyckim, ozdobione 
herbami właściciela, wiodły na obszerny dziedziniec, mający 
formę kwadratu i otoczony zabudowaniami, na których rów- 
nie
 nie 
ałowano herbów. Na niektórych ścianach znajdo- 
wały się malowidła al fresco (kilka takich ściennych malowi- 
().eł zachowało się do dziś dnia). Wprost głównej bramy 
-znajdowała się druga, mniejsza, wiodąca na inną ulicę. Taki 
plan widzimy dziś jeszcze w pałacu ks. Ogińskich (klub szla- 
-('hecki i gimnazyum 
eńskie); dom ten ma jedne wrota od 
ulicy Milonowej, a drugie od ulicy Rudnickiej. Równie
 pa- 
łac Radziwiłłowski (później klinika) i Chodkiewiczów (dziś 
własność okręgu naukowego i mieszkanie kuratora), mają 
jedno wejście z ul. Wielkiej, a drugie z ulicy Sawicz. Przy 
wszystkich prawie pałacach były obszerne ogrody, oddzie- 
lone od ulicy wysokim murem. Sapiehowie, Słu
kowie, Pa- 
eowie, Kiszkowie, Tyszkiewiczowie, Mostowscy, Chreptowi- 
ezowie te
 posiadali w Wilnie pałace. 
Z innych domów, istniejących na początku bie
ącego 
:stulecia, wska
emy: obecny pałac generał - gubernatoróW 
w pięknym stylu klasycznym, olbrzymi dom zarządu pocz- 
towego, zwany kardynalią (nale
ał przedtem do kardynała 
.Jerzego Radziwiłła), dom prof. Szulca (dziś hotel Europejski), 
instytut 
eński Maryjski, dom trybunałów przy ul. Zamko- 
wej, pałac Flemingów, później MolIera przy ul. Niemieckiej, 
tu mieściło się Casino, odbywały się świetne bale i maskara- 
dy; dom Abramowicza, przedtem pałac Oskierczyński. 
'V tym domu, przy końcu wieku zeszłego, był pierwszy teatr 
polski. 
Ogrodów publicznych Wilno prawie nie posiadało, po- 
niewa
 ogród botaniczny przy ul. Zamkowej (gdzie obecnie 
-znajduje się 2-gie gimnazyum), był zamknięty dla pub li- 
1zności. Frank powiada, 
e prof. botaniki St. .Jundziłł nie
>>>
- 
7a - 


Q, 
); 


dbał wcale o podniesienie ogrodu, sauził w nim kapustę
 
zpa- 
ragi i kwiaty, które sprzedawał. Wejścia strzegł ogromny 
i złośliwy brytan, którego zębów doświadczył sam Frank. 
Później dopiero został przez Jundziłła zało
ony śliczny ogród 
u stóp góry Zamkowej i Trzykrzyskiej. Uluoionemi miej- 
scami przechadzek Wilnian były brzegi Wilii, Antokol, Za- 
kret, Rybiszki, oraz góry, z których roztaczał się widok cu- 
downy. 
Życie w'Wilnie w owe czasy oyło bardzo uiedrogie; jak 
powiada Frank, o połowę talisze, ni
 w Wiedniu. Okolice 
i dwory obywatelskie podostatkiem dostarczały do miasta 
(szczególnie w zimie, gdy dzięki sannej drodze łatwiejsz
 silJ 
stawała komunikacya), mięsa, cielęciny, wieprzowiny, ró
ne- 
go rodzaju wędlin, nabiału, oraz ptactwa najprzedniejszego 
gatunku. Lasy, którymi było Wilno otoczone, przepełnione 
były zwierzyną, to te
 na rynkach le
ały stosy jarząbków
 
cietrzewi, przepiórek, zajęcy i t. d., ale nie mo
na oyło kupić 
ani sarny, ani dzika, ;hocia
 błota pińskie oofitowały w tego 
rodzaju zwierza. Niemen, 'Wilia i jeziora dostarczały wy- 
śmienitych ryb, które sprzedawano za bezcen, zaś w Wilejcę 
łowiono doskonałe raki. 
Chleo oył wyśmienity, równie
 jak i piwo, zwane stoło: 
Wem. . 
Pomimo, 
e okolice 1Vilna na znacznej przestrzeni po- 
rosłe oyły olbrzymimi lasami, drzewo opałowe sprzedawano 
po wysokiej cenie, gdy
 nie- było robotników do rąoania, 
a i przewóz oył trudny i kosztowny. Ale za to był to opał
 
o jakim w Europie pojęcia nie mają. Na południu Europy
 
powiada Frank, drzewo takie z pewnością u
ywanoby do 
Czego innego, nie do palenia w piecach. Z głębi Rosyi przy-_ 
WO
ono świece woskowe i łojowe. Nawet w domach średnjej 
za1llo
ności używano prawie \vyłącznie świec ł
jowych,-.. 
Woskowe stanowiły zbytek i oświetlano niemi pokoje tylko 
w czasie większych zabaw. Klasa ubo
sza wieczory spędza- 
ła przy świetle łuczywa, pod którem stawiano naczynie.. 
z wodą. Schody i sienie tonęły w ciemnościach. Kie mo- 
18 


o 
e 


y 


'- 


)- 
1- 


y 


u 


1- 
d 


1- 
iś 
ą 
Y 
s- 
a- 
1- 


'o 


Vi 


z- 
la 
:), 
0- 
3, 
£1.- 

j. 


tr 


0- 
ie 
li- 
ie
>>>
- 
u - 


gliśmy nigdzie znaleźć wskazówek, czy - i w jaki sposób 
oświetlano ulice. 
Wilno posiadało kilka sklepów pierwszorzędnych. Właś- 
cicielami takowych byli przewa
nie niemcy. Szczególnie 
wyró
niały się sklepy Fiorentiniego, Andaburskiego Reyzera 
i Kamera. Dwaj ostatni panowie jednak, 
yj
c nad skalę, 
w prędkim czasie zbankrutowali. Co prawda, chrześcijanom 
trudno było przez czas dłu
szy wytrzymać konkurencyę 
z kupcami 
ydami, którzy, 
yj
c jak nędzarze, poprzestaj
c 
na małym zysku, oraz maj
c znaczn
 ilość towarów przemy- 
canych, mogli sprzedawać o wiele taniej od chrześcijan. 
Kradzie
e w Wilnie były częste i, dzięki nieudolności 
policyi, poszkodowani nigdy prawie nie odnajdywali skradzio- 
nych rzeczy. I na tern polu szczególnie odznaczali się 
ydzi, 
którzy mieli swoich agentów w ró
nych miejscowościach, 
i przedmiot, skradziony w Wilnie, zwykle bywał sprzedawa- 
ny w innem mieście. Powiadają" 
e w Wilnie, w 
ydowskiej 
dzielnicy, istniał t. zw. uniwersytet złodziejski, z którego wy- 
chodzili wyćwiczeni i wprawni rzezimieszkowie. W r. 1807, 
w lasach na Antokolu utworzyła się banda zbójecka, zło
ona 
z 50 ludzi, doskonale uzbrojonych i posiadaj
cych konie 
i wozy. Ci zbóje posunęli swą, śmiałość do tego stopnia, 
e 
wśr6d białego dnia na kilkunastu wozach przewieźli przez 
całe miasto swą, nocną, zdohycz. Gdy przeje
d
ali około 
odwachu 
ołnierze prezentowali im broń, poczytują,c za jakiś 
oddział wojska, poniewa
 rahusie mieli coś w rodzaju umun- 
durowania. Postrze
ono pomyłkę dopiero po czasie; popłoch 
w mieście był jednak wielki. Przez całą, noc patrole woj- 
skowe obchodziły ulice, a przy bramach dy
urov.rali stró
e. 
Co się z t
 szajką, stało, Frank nie wspomina. Druga podo- 
bna szajka zbójecka, o której pamieć 
yje dotą,d, kryła siQ 
w górach Ponarskich. 
Ulice Wilna przedstawiały za czasów Franka widok 
wcale nie podobny do dzisiejszego. 
Ruchliwi 
ydzi w dziwacznych uhiorach, 
ołnierze i ofi- 
cerowie w mundurach z wysokimi kołnierzami, zakonnicy 
w chabitach z kapturami i w trepkach, gapiący sie włościanie,
>>>
- :!7: - 


8tudenci Uniwersytetu, strojnisie, zwiedzaj
ce sklepy, oraz 
IJanowie w wysokich cylindrach i płaszczach z kilkoma pele- 
rynami, napełniali ulice. Tłumy 
ebrak6w i kalek mieściły 
się przy kościołach i na placach, napastując przechodni6w 
i nieraz bardzo natarczywie 

daj
c jałmu
ny. Żebracy ci 
wystawiali na widok publiczny swe kalectwa i ohydne rany 
i głosem nosowym zawodzili pieśni nabo
ne, albo na nutę 
takowych słowa, powi
zane bez sensu, jak np.: 
"I( warta i półkwarty 
To p6łtora kwarty; 
Garniec l pół garnca, 
To p6łtora garnca".... i t. d. 


Dorotek było mało, zaś te, kt6re istnialy, bynajmniej 
nie zachęca,ły do pr6by przejechania się niemi. Wychudzone 
Szkapy, kt6re co chwila cmokaniem i batem zachęcał do bie- 
gu woźnica, przystrojony w jakiś ubi6r fantastyczny, oraz 
niewygodna, stukaj 
ca i brzęcząca doro
ka nie czyniły do- 
datniego wra
enia. ') Zaprzęgi pańskie r6wnie
 pozostawiały 
wiele do 
yczenia. Nieraz mo
na było spotkać piękny po. 
w6z, ciągniony przez szkaradne szkapy, to zn6w pyszne ru- 
11laki i lichą landarę, jeśli zaś i jedno i drugie były dobre, to 
lOkaj lub furman stanowili z niemi sprzeczność ra
ącą, wskutek 
znoszonej i brudnej odzie
y. Magnaci jeździli zwykle Czwór- 
ką koni, zaprzę
onych w lejc, z forysiem na prawym koniu 
Pierwszej pary. Karety były du
e, na wysokich resorach, 
Ihalowane nieraz w jaskrawe kolory i suto ozdobione herbami 
i złoceniami. 
Na ulicach 
ydowskich w dnie powszednie wrzało, jak . 
'\\- garnku. Drobne handlarki wystawiały kramiki na cho- 
dnikach, same zaś siedziały przy nich w lecie na zydlach, 
? w zimie na garnkach, napełnionych 
arzącemi wrg lami , 
Inne przekupki sadowiły się wprost na brzegach rynsztoków, 


----- 


I) P. Lucyan Uziębło pO':Jlada akwarelę, z owych czas6w, na kt6- 
rej karykaturzysta odmalował wyżej opisaną dorożkę na Wulicy UDa, 
Oraz ubiory dam i mężczyzn,
>>>
7() - 


i w oczach przechodniów Obmywały w cuchną,cef wodzie 
owoce... Hałas, krzyk, szwargot 
ydowski, głuszyły rozmo- 
wę. Handlarze literalnie staczali pomiędzy sobą, bójki o ku- 
pujących, których gwałtem ciągnęli do swych sklepików, 
podobnych do ciemnych jaskiIi. 
Tu mo
na było dostać wszystkiego, począwszy od sta- 
rego 
elastwa, mąki, dziegciu i kończąc na sztucznych kwia- 
tach i lichej bi
uteryi. 
W sobotę za to panowała tu cisza zupełna: dzielnica 
ta robiła wra
enie wyludnionej, gdy
 
ydzi ściśle obchodzili 
święto szabasu i za 
adne skarby świata w dniu tym nie zgo- 
dzili by się nic sprzedać. Katolicy nie obserwowali tak 

ciśle niedzieli i nawet był to dzień targu, na który okoliczni 
włościanie przywozili to, co mieli do zbycia. Wieczorem 
w sobotę znowu zmieniało miasto swą postać. Tłumy 
ydów, 
przystrojonych w odświętne szaty, napełniały ulice miasta, 
wybrzeta Wilii oraz góry. Żydów wogóle nie lubiono, nie. 
raz ich bito, lecz nikt w Wilnie nie mógł się bez nieh obejść. 
Wogóle stosunek pomiędzy ró
nemi narodowościami, 
zamieszkują,cemi stary gród Gedymina, był dobry. "Byłem 
zdziwiony, p0wiada Frank, dobrym stosunkiem i prawie bra- 
terstwem, jakie istniały pomiędzy wyznawcami ró
nych reli. 
gii. Na uczcie, wydanej przez generał-gubernatora vi dniu 
urodzin cesarza Alexandra I (12/24 grudnia), widziałem sie- 
dzących obok siebie biskupa katolickiego, archimandrytę 
greko-rosyjskiego, pastorów protestanckich i reformackich, 
którzy przyjaźnie ze sobą gawędzili." I) 
W zamo
nych domach wileńskich Frank podziwia I11no- 
.gość slug; co prawda, byli to przewa
nie poddani, których 
utrzymanie kosztowało niewiele, ale za to i czynności swe 
spełniali nader lliedbale. r 
Pomimo tego tłumu sług, taden dom w Wilnie nie mógł 
się obejść bez tyda-faktora lub faktorki, którymi się posłu- 
giwal uawet biskup i generał. gubernator. -. .._ 


l) T. II, 8tr. 4114.
>>>
- "277 


Faktorzy ci spełniali polecenia naj rozmaitszej natury- 
kupowali, sprzedawali, dostawali pieniądze, dostarczali 
wszelkich potrzebnych informacyi, przynosili naj
wip
sze 
wiadomo
ci i plotki i to wszystko za bardzo liche wynagro- 
dzenie. 


II. 
Zakłady naukowe, instytucye dobroczynne, czasopisma, 
szpitale, apteki. 


Kiedy Frankowie na Litwę przybyli, tam dopiero UkOl}- 
czona została walka Uniwersytetu z Jezuitami, którzy, korzy- 
stając z praw, nadanych im przez cesarza Pawła I; zamierzali 
ująć w swe ręce wszystkie zakła.dv naukowe, w tej liczbie 
i Uniwersytet wileński. Byłoby to się Jezuitom powiodło, 
gdyby im nie przeszkodził generał Kutuzow. Po wstąpieniu 
na tron Alexandra I, Strojnowski z Tadeuszem Czackim 
udali się do Petersburga i, mając poparcie ze strony ks. Ada- 
ma Czartoryskiego, przedstawili cesarzowi projekt reorga- 
nizacyi szkoły głównej wileńskiej. Projekt ten został 
przez cesarza Alexandra I PI:zyjęty przychylnie i d. 4 kwie- 
tnia 1803 r. cesarz wydał ukaz, którym zatwierdził Uni- 
7('(:?'sytet cesarski 10 Wilnie. Strojnowski, człowiek 
wiatły 
i pełen dobrych chęci, stanął na czele tej wy
szej szkoły 
naukowej i postanowił uczynić z niej źródło, z którego 
by kraj cały czerpał wiedzę i o
wiatę. Poniewa
 nie są- 
dził, by miejscowi uczeni byli zdolni stanąć na wysokości 
zadania, zaczął sprowadzać profesorów z zagranicy. Je- 
dni z pierwszych przybyli obaj Frankowie. Był to dopiero 
początek zabiegów Strojnowskiego, to te
 nic dziwnego, 
e 
Frank znalazł niemało wadliwości w urządzeniu Uniwersy-
>>>
- 
7H - 


tetu, w podziale na fakultety, w sposobie nauczania i t. d. 
W kilka lat później opracował nawet nowy projekt reformy 
Uniwersytetu i przedstawił takowy ks. Czartoryskiemu wraz 
z listem, w którym w bardzo ciemnych kolorach odmalował 
Uniwersytet, rektora .Jana Śniadeckiego i profesorów. Pro- 
jekt ten jednak nie został przyjęty i stał się przyczyn
 zna- 
cznego oziębienia ze strony rektora i profesorów względem 
Franka. Uniwersytet w owym czasie był utworzony na 
wzór Instytutu narodowego we Francyi (l'Institut National 
de France) i posiadał 4 wydziały: fizyko-matematyczny, le- 
karski, nauk moralnych i politycznych, oraz wydział litera- 
tury i sztuk pięknych. Oto pogl
d Franka na nieprakty- 
czność takowego podziału: 
"Mo
emy
 wyobrazić sobie coś więcej nielogicznego, 
jak ten fakultet nauk moralnych i politycznych, na którym 
bez 
adnego zwi
zku s
 wykładane i teologia, i prawo, i eko- 
nomia polityczna? Jakim sposobem budownictwo znalazło 
się na wydziale fizyko-matematycznym? Naostatku, jakie 
znaczenie mo
e mieć fakultet medyczny, posiadaj
cy 7 tylko 
katedr, licz
c w to i sztukę weterynaryjną?" I) 
Liczba studentów na pocz
tku istnienia zreformowane- 
go Uniwersytetu nie była wielka, jak to mo
na wnosić stąd, 
i
 na wykłady kliniczne znakomitego Jana Franka zapisało 
się L6 studentów; lecz w ich liczbie. było 6, którzy dopiero 
rozpoczynali studya lekarskie i nie byli przygotowani do siu- 
chania wykładów klinicznych. Kliniki jeszcze nie było; 
stworzył takow
 Jan Piotr Frank, który musiał jednak pO
{Q- 
nać niemało trudności. Dla klinik Uniwersytet kupił za 11) 
tysięcy dukatów holenderskich pałac ks. Mateusza Radziwiłła 
przy ul. Wielkiej. W 5 salach wązkich, lecz dość obszernych, 
umieszczono 16 łóMk 
elaznych, Ściany, łó
ka i meble hyły 
wymalowane na biało, aby najmniejsza plama, lub kurz nie 


I) Katedry tl;', według statutu, były następujące: Anatomia,patoloJ.!'ia, 
Materi a meiłica, klinika, rhirur
ia, Położnictwo, sztukn weterynaQ'jna.
>>>
- 
'iH - 


mogły się ukryć. Pomimo otwarcia kliniki, nie sposób było 
znaleźć chorych, poniewa:2; publiczność patrzyła na tę now
 
instytucyę podejrzliwem okiem i wierzyła pogłoskom, :2;e 
w celu nauczania studentów tu będ
 dokonywane wiwisekcye 
i ró:2;nego rodzaju bolesne doświadczenia. Aby zapełnić kli- 
nikę i przekonać publiczność o fałszywości rozsiewanych 
wieści, Uniwersytet był zmuszony brać chorych przemoc
 
ze szpitala Sióstr miłosierdzia (obecnie Sawiez). Jan Frank 
rozpocz
ł 21 listopada 1804 r. wstępn
 lekcyę przemow
 
"De arte longa et vita brevi Hypocratis," która to przemowa 
wprawiła w zachwyt całe audytoruym. Na wykładzie tym 
hyli obecni nietylko wszyscy profesorowie, lecz równie:2; 
wy:2;sze duchowieństwo i szlachta. Niedługo potem rozpo- 
cz
ł wykłady i Józef Frank. Ten korzystał przez pewien 
CZas z materyału, znajduj
cego się w szpitalu Sióstr miło- 
sierdzia. 
W chwili przybycia Franków do Wilna, w Ulliwer,;yte- 
cie byli następuj
cy profesorowie: Jędrzej Śniadecki, prof. 
chemii, Hieronim Strojnowski, biskup-rektor, Stanisław Jun- 
dziłł, prof, zoologii i botaniki, FranciszekNarwojsz-matema- 
tyki, Karol Langsdorf wykładał matematykę stosowan
, 
Ignacy Reszka-astronomię, Stefan Stubichewicz-fizykę, Mi- 
chał Szulc-budownictwo cywilne i wojenne, Marcin Poczobut 
(emetyt) był profesorem astronomii, kanonik Mickiewicz- 
fizyki, Jan Henryk Abicht-Iogiki i metafizyki, Szymon Ma- 
lewski-prawa, AloizyCappelli-prawa cywilnego i kryminal- 
nego; Filip Golański i August Tómaszewski wykładali teologię, 
Paweł Tarenghi--łaeinę, misyonarz Husarzewski - historyę, 
Bogusławski-teologię. Na wydziale lekarskim Jan Lobeu. 

ejn wykładał anatomię, August Been fizyologię, hygienę 
l policyę lekarsk
; Jakób Briolet był profesorem chirurgii, 
Ferdynand Spitznagel - materiae medicae, Jędrzej Ma"tusie- 
wicz poło:2;nictwa. 
Oprócz tego, prof. Smuglewicz i jego adjunkt, Jan 
Rustem, udzielali lekcyi malarstwa i rysunku, zaś Andrzej 
Lebrun rzeźby. Pinabel dawał lekcye języka francuskiego, 
Hanstein-niemieckiego i Holland muzyki.
>>>
2,",0 - 


Niedlugo potem zostali zaproszeni do Wilna Ludwik Bo- 
janus na katedrę weterynaryi, Ernest Grodek na profesora 
literatury greckiej, Joachim Lelewel na profesora historyi, 
Saunders na profesora języka angielskiego i rytownictwa, 
Czerniawski-literatury rosyjskiej. 
Wstrzymujemy się od charakterystyki tych profe- 
sorów, podanej przez Franka, gdy
 znajdujemy takową zbyt 
stronną. 
Profesorowie' występowali na posiedzeniach publi- 
cznych i uroczystych w togach, mieli równie
 mundury. 
Mieszkania mieli w domach, nale
ących do Uniwersytetu. 
Tak, Frankowie, CappeJJi i r.I'arenghi mieszkali w domu, na 
rogu ul. Wielkiej i zaułka Szwarcowego (dziś dom okręgu 
naukowego). Dom ten dotąd jest znany pod nazwą domu 
Franka. Tu równie
 po Franku mieszkał i umarł .Jędrzej 

niadecki. 
Studenci, jakeśmy wy
ej rzekli, przy otworzeniu Uni- 
wersytetu byli nieliczni (lecz ju
 po kilku leciech liczba ich 
znacznie się zwiększyła), i, jak świadczy Frank, najczęściej 
nie przysposobieni do studyów uniwersyteckich, Wielu z nich 
zupełnie nie znało łaciny, zaś na wydział lekarski przyjęto 
kilku cyrulików, którzy nawet czytać nie umieli. i) Nic więc 
dziwnego, 
e nie zawsze zachowywali się przyzwoicie i Frank 
z oburzeniem wspomina w liście do ks. Adama Czartoryskie- 
go o hójkach, staczanych przez studentów, o nieprzyzwoit,em 
23chowywaniu się ich na lekcyach fizyki i t. d. 
Nie będziemy się temu wszystkiemu dziwili, jeśli wspo- 
mnimy, 
e zreformowany Uniwersytet dopiero zaczynał 
działać, a więc musiał przedstawiać niemało stron ujemnych 
i wadliwości, które stopniowo usuwano. tak, 
e ju
 po kilku 
latach Uniwersytet zajaśniał świetnym blaskiem i zjednał dla 
Wilna nazwę Aten północnych. 


.) T. JII
>>>
- 
Hl 


BI!UŹ co bą,dź, była to naj wy
szJ. szkoła naukowa w kra- 
ju, która okazała cywilizacyi krajowej znakomite usługi 
i budziła publiczność do 
ycia umysłowego. 
Uniwersytet posiadał własną, drukarnię przy ulicy 
Ś-to Jańskiej (dziś szkoła miejska). Tu drukowano rozprawy 
profesorów i dzieła naukowe. Oprócz tego, w Wilnie było 
kilka drukarni, nale
ących do osób prywatnych, jak np. księ- 
garnia Józefa Zawadzkiego, która oddała literaturze polskiej 
niemałe usługi. 
Z pism na samym początku bie
ą,cego stulecia wr- 
chodziła gazeta "Kuryer Litewski." W roku 1805 rozpo- 
częto wydawnictwo "Dziennika 'Wileńskiego." W tym 
to dzienniku umieszczali swe prace profesorowie uniwer- 
sytetu, szczególnie Jan i Jędrzej Śniadeccy, W roku 1806 
powstała "Gazf'ta literacka wileńska." Wydawali ją Gro- 
dek i Kazimierz Kontrym. Pomimo wybornej reda kc yi, 
utrzymać się nie mogła. Całkowity rocznik tego pisma 
(za rok 1806-ty) znajduje się w ksią
nicy wileilskiego To- 
Warzystwa lekarskiego. Na końcu ksią
ki Piotra Chmie- 
lowskiego ("Liberalizm i obskurantyzm na Litwie i Rusi"), 
lnieści się spis czasopism, wydawanych w Wilnie, Gazeta 
o której mowa, została przytem pominiętą, 
W r. 1818 zawią,zało się w Wilnie Towarzystwo Typo- 
graficzne, na którego czele stanęli: Michał Ogiński, Adam 
Chreptowicz, Michał Baliński i inni. Towarzystwo liczyło 
58 członków. Zadaniem tego Towarzystwa było wydawanie 
tanich ksią
ek. 
VI r. 1815 Joachim Lelewel zało
ył pismo "Tygodnik 
wileliski," którego prowadzenie niedługo potem ustąpił poecie 
Ignacemu Szydłowskiemu. Pisma te, odznaczające się kie- 
runkiem postępowym, zawierały prace naukowe, popularne, 
politykę, ró
ne wiadomoście, oraz artykuły polemiczne. 
'
r r. 1816 Emanuel Lachnicki zaczął ogłaszać czasopismo 
"Pamiętnik magnet.yczny wileliski," w którym dobijał się dla 
l11agnetyzmu zwierzęcego prawa obywatelstwa wśród innych 
nauk. 'rowarzystwo Szubrawców zaczęło wydawać pisemko 
satyryczne "Wiadomości brukowe." \Y piśmie tym brali
>>>
- 
H
 - 


udział prof. Leon Borowski i Jędrzej 
niadecki. Satyryczne 
artykuły tego ostatniego znane były oałemu społeczeństwu. 
Towarzystwo dobroczynności wydawało "Dziennik dobro- 
czynności krajowej i zagranicznej." Od roku 1818 Towa- 
rzystwo lekarskie (zało
one przez Józefa Franka w 1805 r.), 
zaczęło ogłaszać drukiem "Pamiętnik Towarzystwa lekar- 
skiego wileńskiego." Oprócz tego, w Wilnie drukowano 
z ka
dym rokiem coraz to więcej ksi

ek ró
nego rodzaju, 
rozpraw i broszur. 
Rozmiary pracy naszej nie pozwalaj
 na opisywa- 
nie innych zakładów naukowych, istniejących w Wilnie 
na początku XIX wieku. Mo
emy tylko uczynić o nich 
wzmiankę. 
Wszystkie zakłady naukowe, zarówno w Wilnie, jak 
w 8 guberniach, zale
ne były od Uniwersytetu wileńskiego. 
Prawie wszystkie zakony w Wilnie posiadały szkółki, w któ- 
rych wykładali nie sami tylko zakonnicy, łecz i profesorowie 
świeccy. Najsławniejsz
 jednak była w owym czasie szkoła 
powiatowa 0.0. Bazylianów dla chłopców i pp. Bazylianek 
dla dziewcząt, Wizytki miały nie mniej sławne pensyę dla 
panien zamo
nych. Istniały w Wilnie i pensye prywat ne, 
z tych wspomnimy tylko o pensyi, zało
onej przez panie So- 
kulską i Cichocką. Pensya ta była zało
ona na wielką skalę, 
z bardzo obszernym programem nauk. Do nauczania zapro- 
szono najlepszych w Wilnie nauczycieli. To te
 uczenic nie 
zabrakło i dobijano się o przyjęcie do ich grona. Po- 
niewa
 jednak pani Cichocka, kobieta jeszcze urodziwa i za- 
lotna, zaczęła prowadzić w Wilnie dom otwarty, oddając się 
całkowicie zabawom i balom, większość rodziców odebrała 
swe córki z pensyi, która te
 w prędkim cza.sie upadła, Dla 
kształcenia rluchowiellstwa, istniało w Wilnie seminaryum du- 
chowne, ściśle z Uniwersytetem związane. 
Z zakładów dobroczynnych wska
emy na zało
ol1Y 
przez Józefa Franka w 1807 Instytut macierzYIlstwa dla ubo- 
gich poło
nic. Frank, jako lekarz, zwiedzając ró
ne przytuł- 
ki nędzy, widział, w jak okropnych nieraz warunkach przy- 
chodzą na świat dzieci klasy ubogiej i jak znaczna ilość ko-
>>>
83 - 


biet i noworodków ginie wprost z braku pomocy lekarskiej, 
dobrego po
ywienia i wskutek niemo
ebnych warunków hy. 
gienicznyćh. MajfAc wysoce rozwinięte uczucie altruizmu, 
Frank postanowił przyjść tym biednym kobietom z pomocfA. 
W tym celu urzfAdził koncert, który przyniósł 1,800 rubli 
dochodu. Na opiekunki nowej instytucyi zaprosił 
onę 
generał. gubernatora, panifA BenigsenowfA, i hrabinę Ko- 
sakowskfA (wdowę po hetmanie Kosakowskim). Chciał 
Frank pocifAgną.ć jaknajwięcej dam, lecz te uwa
ały dla 
siebie takowf! czynność za niestosownfA i kompromitują.cfA. 
Dopiero, gdy po roku przyszła wieść, 
e Napoleon I otworzył 
Podobny instytut w Pary
u, i 
e naj znakomitsze damy poczy- 
tują sobie za zaszczyt nale
eć do liczby członków tej insty- 
tucyi, panie wileł1skie pośpieszyły pójść w ich ślady, i byt 
zało
onego przez Franka instytutu został zapewniony. 
DrugfA instytucyą" stworzoną przez Franka w r. 1806, był 
instytut domowej pomocy lekarskiej, czyli ambulatoryum 
bezpłatne. 
Dwa razy na tydzieil profesor w obecności studentów 
udzielał porady lekarskiej przychodzącym chorym, którzy 
otrzymywali bezpłatnie lekarstwa z apteki uniwersyteckiej; 
oprócz tego, zdolniejsi studenci starszego kursu obowiązani 
byli odwiedzać niektórych chorych w domach i zdawać spra- 
wę z przebiegu choroby profesorowi, który w razie potrzeby 
Sam udawał się do takiego chorego. Pienią.dze, potrzebne 
Frankowi, równie
 dał koncert. W ówczas biskup Kosakow- 
ski, człowiek wielkich cnót i zflsług, wznowif Towarzystwo 
dObroczynności, zało
Olle jeszcze przez Piotra Skargę leez 
istniejące tylko na papierze Radziwiłł zapisał nowemu To- 
Warzystwu swój olbrzymi dom przy ulicy Wileł1skiej, a ce- 
sarz Alexander z wlasnej szkatuły dał 1,000 rubli. Kosakowski 
Zaproponował Frankowi, aby przyłączył utworzony przez 
siebie instytut domowej pomocy lekarskiej do Towarzystwa 
dObroczynności, jako oddział trzeci, co te
 w pr
dkim czasie 
llskuteczniono. Towarzystwo dobroczynności i jego trzeci 
oddział funkcyonuj ą dotąd. 
Przy Towarzystwie dobroczynności, zawsze rlzięki Fran-
>>>
- 
H4 - 


kowi, utworzyło si
 w r. 1808 'l'owarzystwo przeciw
ebracze, tl 
Zebrano z miasta wszystkich 
ebraków, włóczęgów, kaleki " 
j ludzi niezdolnych do pracy; starców, chorych i kaleki 
umieszczono w szpitalach, innych zaś poodsyłano do obywa- o 
teli, których byli poddanymi. To te
 Wilno odetchn
ło swo- " 
bodniej, gdy mieszkańców jego przestały napastowa
 na z 
ulicach i około kościołów tłumy 
ebraków. Przy sprawdza- s 
niu stanu i stopnia nędzy tych ludzi okazało się, 
e wielu d 
z nich cieszyło się dobrobytem i uprawiało 
ebraninę, jako d 
rzemiosło. Opowiada Frank o starym 
ebraku z pod Ostrej c 
Bramy, który miał w Wilnie kamienic
 i wcale ładny kapita- E 
lik, ale nie porzucił 
ebraniny, która stała mu się nałogiem. r 
Frankowi nale
y się równie
 zasługa urz
dzenia w Wił- I 
nie pierwszego w Europie instytutu szczepienia ospy, I 
w r. 1806. Instytucya ta była niezbędn
, gdy
 ospa czyniła ł 
w Wilnie straszliwe spustoszenia, W prędkim czasie instytut 
był w stanie wysyłać krowiankę i na prowincyę. 
Szpitale wileńskie były w bardzo opłakanym stanie I); 
opr6cz szpitali św. Jakóba, sióstr miłosierdzia, klinik, oraZ 
szpitala wojennego, szpitale istniały i przy niektórych klasz- 
torach, lecz wiele pod ka
dym względem pozostawiały do 

yczenia. U Maryawitek, przy kościele św. Stefana, wycho- 
wywano neofitki. Gdy w r. 1800 woj ska przyniosły do Wilna 
tyfus, wszystkie zakonnice uległy tej chorobie. Lekarz przy 
szpitalu klasztornym, Spitznagel, stracił głowę i uprosił Fran- 
ka, by zechqiał odwiedzić chore zakonnice. Ten znalazł 
szpitalik w stanie okropnym: chore nie miały nietylkO 
tadnej posługi, lecz nawet po
ywienia i leków. Pomimo 
mrozów (grudzień), pieców nie opalano, poniewa
 nie było 
drzewa na opał. Frank zakołatał do miłosierdzia publiczności 
i drogą, składek zebrał sumę potrzebn
 na po
ywienie, leki 
i opał dla chorych. Cmentarze przy tym klasztorze były 
utrzymane bardzo źle. Zmarłych w. szpitalu grzebano tu 
bez trumien i tak niegłęboko, 
e w nocy psy odgrzebywałY 


') Kirkor powiada, fe w Wilnie hyło w owym czasie 
 szpitali
>>>
- 2H;) - 


8, 
n 
n 
1)." 
1- 
.f\ 
:L" 
11 
o 
J 
1.- 
1. 
)- 


trupy. Szpital sióstr miłosierdzia znajdował Sl
 również 
W stanie opłakanym. 
Dla uzupełnienia obrazu, wypada powiedzieć słów kilka. 
o aptekach w Wilnie. Tych było kilka: uniwersytecka 
W gmachu uniwersyteckim (gdzie dziś cukiernia Webera), 
zielona przy ul. Wielkiej, pod słońcem-przy ul. Dominikail- 
skiej i par
 innych. Apteki te wcalo nie były podobne do 
dzisiejszych i raczej przypominały sklepy korzenne, ponieważ 
dostać tu można było również tabakę, trojank
, mydła pa- 
chnqce, szuwaks, pierniki, kadzidła, atrament, różne cudowne- 
eliksiry i t. d. Lekarstwa wydawano bez kopii recept leka- 
rzy i do tego stopnia niedbale, że lekarze często woleli sami 
Przyrzqdzać takowe, niż pozwolić choremu zażywać środki, 
przyniesione z apteki. Aptekarze byli to najcz
ściej ludzie 
bez wykształcenia, chciwi zysków, dla których przysporzenia 
w pewnych porach roku posyłali prezenta lekarzom. t) . Do- 
piero prof. Jan Wolfgang, stojqcy na czele apteki uniwersy- 
teckiej, zaczqł domagać si
 zaprowadzenia zmian, zaś od ap- 
tekarzy specyalnego wykształcenia. Ten to zacny i niezmor- 
dowany pracownik podniósł apteki na należne im stanowisko. Z } 
Lekarzy w Wilnie było niewielu. Największq prakty- 
kq cieszyli si
 prof. Jędrzej Sniadt!cki i niejaki dr. Liboschitz, 

yd, człowiek chciwy, wymagajqcy, aby mu płacono zgóry. 
Mieszczanie i lud prosty chętniej się .leczyli u cyrulików 
i znachorów. Dopiero urzqdzony przez Franka instytut po- 
UI0Cy lekarskiej dla niezamożnych zachęcił klasę ubogą, do. 
szukania porady u lekarzy_ 


r 

 , 


a 
It 


I); 
,2' 

- 
o 
). 
a 
y 
I- 
\ł 
o 
o 
o 


:1 


J 



 


II 
\r 


I) Wolfgang: ., Cwagi historyczne nad stanem Farmacyi." "Dzien- 
nik wileilski", 1816. T. IV, str, 240. 
:I) Moja praca: "Dzieje Towarzystwa lekarskiego wileliskiego" w "pa- 
l11iętniku Tow. lek. warsz." 1897 zesz, III. 


j
>>>
H/} 


III. 
Towarzystwo, życie towarzyskie, zabawy, 
koncerta, teatr. 


Wilno na pocz
tku bie

cego stulecia liczyło duto do- 
mów arystokratycznych, zamo
nych i inteligentnych, które 
nadawały ton 
yciu towarzyskiemu. Hrabia Choisel-Gorefier 
(syn posła francuskiego w Konstantynopolu), 
onaty z hr. Po. 
tock
, hr. Kosakowski, wielki łowczy litewski, hr. Tyzenhaus, 
hr. Morikoni, hr. Potocki, 
onaty z hrabiank
 Pacówn
, Sa- 
piehowie, Pacowie, Tyszkiewiczowie, Mostowscy i inni, pro. 
wadzili domy otwarte; obiady, wieczory i bale wspaniałe na- 
stępowały jedne po drugich. Na balach tych uroda dam 
i dowcip mę
c1l!yzn współzawodniczyły ze sob
. Sejmiki, 
które się w Wilnie odbywały, niemało przyczyniały się do 
o
ywienia miasta, poniewa
 zje
d
ała się na nie zamo1;na 
szlachta z dworami, słu
b
 i przyjaciołmi. 
W domu Mo.llera otwarto kasyno. Tu urz
dzano świetne 
bale maskowe, przedstawienia amatorskie, koncerty i inne 
zabawy, na które nieraz ze stron dalekich zjeM
ało się oby- 
watelstwo i hojnie sypało złotem. 
Szampan uchodził za zwykły napój i opłata po ó duka- 
tów od osoby za kolacyę, uWa
ana była za rzecz zwyczajną. 
Członkowie kasyna nie mogli się pogodzić, towarzy
 
stwo się rozdzieliło i część jego przeniosła swe zabawy do 
pałacu Witinghoffów (dziś hotel Sokołowskiego). Przez Wil- 
no często przeje
d
ali i bawili po dni kilka udaj
cy się do 
Petersburga zagraniczni posłowie; przyjmowano ich gościn- 
nie, urz
dzano zabawy, uczty i starano się, aby ci panowie 
wywieźli z Wilna miłe wspomnienie. 
Duchowieństwo świeckie nie usuwało się od towarzy- 
stwa. Biskup Kosakowski, człowiek wielkich zasług, cnotli- 
wy, surowy dla siebie, pobła
liwy dla innych, chętnie się 
udzielał towarzystwu. Mieszkajq,c z bratem, którego 
ona 
odznaczała się wykształceniem, rozumem i dowcipem, biskup 
chętnie spędzał wieczory w towarzystwie dam i umiał obe-
>>>
H7 - 


cllością sw
, oraz rozmową poważllą, a zawsze zajmującą, 
nadać tym zebraniom nader mił
 cechę; to też dom Kosakow- 
skich uwa
any był w Wilnie, jako najinteligentniejszy i naj- 
przyjemniejszy, 
Wogóle, biskup Kosakowski był powszechnie wielbiony, 
tak dla cnotliwości, jak równie
 dla zalet towarzyskich. 
Rektor Uniwersytetu, biskup Hieronim Strojnowski 
człowiek głębokiej wiedzy, ujmującego obejścia, władający 
znakomicie kilkunastu językami, oraz profesorowie Uniwer- 
sytetu, szczególnie Sniadeccy, wnosili na zebrania towa- 
rzyskie 
ywioł powa
niejszy, chocia
 nie uchylali się od 
zabaw. Lecz duszą towarzystwa w prędkim czasie stał się 
prof. Józef Frank, który, przybywając do Wilna, miał lat 35. 
W szechstronnie wykształcony, zawsze czynny, towarzyski, 
Wesoły, dowcipny i pełen pomysłów, w prędkim czasie po 
iJl'zybyciu do Wilna umiał pozyskać sobie wszystkich i bez 
niego nie obeszła się 
adna zabawa. Urządzał kuligi, przed- 
stawienia amatorskie, w jednym z nich nawet sam chciał 
grać jakąś rolę komiczną. Powstrzymał go jednak uczeń 
i przyjaciel Niszkowski, - przekładając, i
 byłoby źle 
widzianem, gdyby profesor występował, jako aktor. Frank 
".prowadził w Wilnie zwyczaj wydawania uczt stylowych 
i pierwszy urządził u siebie kolacyę rzymską. Pokój jadain)", 
llrneblowanie, uhiory gości i sług oraz potrawy, wszystko to 
W stylu rzymskim. Nowość ta spodobała się i wywołała cały 
Szereg uczt greckich, tureckich, chińskich i t. d, Nie zhywa- 
ło Frankowi i na intrygach milosnych i nawet raz omal nie 
doszło do pojedynku z p. Andrzejkowiczem. Piękna pani 
Rrystyna Fł:ankowa, która swym śpiewem wprawiła w za- 
chwyt cesarza i cesarzową t) i otrzymała od tei ostatniej ho- 


I) Gdy pani Frankowa śpiewała w Peteł:sburgu, w kółku rodzinnem 
cesarskim, po jakiejś aryi, odśpiewanej po polsku, wszcz
ła 8i
 pomiędzy 
Alexandrem I i panią Frankową dysputa o tern, który z ję
ków, rosyjski, 
czy te:Ł polski, nadaje się lepiej do śpiewu. Cesarz bronił jęz
.ka rosyjskiego, 

aś pani FrankowI!. twierdziła, :Łe po włoskim, język polski jest najmilszy 
w śpiewie. Cesarz zakończył dysputę komplementem: ., W IIstaeh pani 
każdy język jest śliczny."
>>>
- 
bk - 


gaty brylantowy .naszyjnik, brała udział we wszystkich zaba- 
wach i uprzyjemniała takowe swym śpiewem. Chętnie też 
występowała na koncertach. Otoczona. zwykle bywala 
rojem młodzie
y, lecz największym jej wielbiciel
m był 
później Wacław Pelikan. Przyjaźli ta dała powód do na- 
stępnego paszkwilu, Frank 'kazał zrobić portret litografo- 
wany swej pięknej 
ony i odbitki tego
 rozdał przyjaciołom. 
Niedługo potem zjawiły się w 'Wilnie zupełnie podobne lito- 
grafie z tą, jednak odmianą" 
e pani Frankowa trzymała na. 
ręku ptaka pelikana. 
Generał-gubernator, baron Benigsen, który, wkrótce po 
przybyciu na Litwę, zakochał się i o
enił z urodziwą, panną 
Andrzejkowiczówną, (córką, obywatela gub. grodzimiskiej), 
równie
 prowadził dom otwarty w zimie w mieście, zaś latem 
w swej willi w Zakrecie. Na przyjęciach u generał-guberna- 
torstwa towarzystwo bywało mieszane; tu się spotykali: 
szlachta, wojskowi, urzędnicy, duchowieństwo katolickie, 
prawosławne i protestanckie, profesorowie i t, d. Gospodarze 
jednak, a szczególnie sama pani Benigsenowa, umieli łączyć 
towarzystwo z zadziwiają,cym taktem. 
Na czele poczt litewskich stał Ławiliski, d) gnitarz, 
wia- 
to wiec, gruntownie wykształcony, lecz nieszczęśliwy w po- 

yciu z 
oną" która go zamęczała zazdrością,. Jako pomocni- 
ka miał pana Horn, człowieka bardzo inteligentnego i ener- 
gicznego lecz niezamo
nego. Ten, poznawszy prześliczną, 
i uroczą pasierbicę prof. Brioleta, oświadczył się o jej rękę, 
gdy
 panna była mu wzajemna. Otrzymał jednak rekuzę, 
poniewa
 profesor marzył o lepszej partyi dl-a swej urodziwej 
i posa
nej pasierbicy, Wówczas Horn, mają,c do rozporzQ.- 
dzenia pocztę i protekcyę generał-gubernatora, wykradł pan- 
nę i, pomimo pogoni, zdątył wzią,ć ślub. 
Młoda i pirkna pani .Rornowa chętnie została przyjęta 
przez towarzystwo wiIeliskie. 
Poniewa
 wspomnieliśmy o urzędnikach, stoją,cych na 
czele poezty,-nie zawadzi parę słów powiedzieć o tej instytu- 
cyi, która się mieściła w olIJrzymim pałacu Radzi wiłłowskim, 
zwanym kardynalią. Publiczność wileliska niechętnie jednak
>>>
289 - 


przesyłała korespondencyę przez pocztę, gdy
 wszystkie 
,listy były otwierane i czytane. Obowif!zkiem urzędników 
było dostarczanie list6w miłosnych pani naczelnikowej, która 
znajdowała przyjemność w podobnej lekturze. Frank po- 
wiada, 
e leczył trzech urzędników pocztowych, którzy się 
zatruli ołowiem, robif!c odciski z pieczf!tek na listach. Ludzie 
zamo
niejsi prowadzili korespondencyę przez posłańoów 
umyślnych. Obywatel Karp, będf!o chory, wezwał z Wene- 
cyi sławnego chirurga Pajolę listem, wysłanym przez własne- 
go posłańca. Inni korzystali z okazyi, lub przesyłali listy 
przez t. zw. pocztę pantoflowf!, t. j. przez 
ydów. 
Z osobistości, znanych w Wilnie, wymienimy jeszcze 
prezydenta Lachnickiego. W rozmowie nie utywał innego 
języka, jak tylko polskiego lub łaciny. Był to człowiek pra. 
wy, powszechnie szanowany. Żonę miał pięknf!, lecz bez 
wykształcenia. 
Najwięcej eleganckim był jednak dom marszałka szlach- 
ty, hr. Brzostowskiego, o
enionego z hrabiankf! Chreptowi- 
czówną,. Na balach u Brzostowskich zbierało się wyborowe 
towarzystwo: arystokracya, uczeni, literaci, profesorowie uni- 
Wersytetu i t. d. 
Do naj urodziwszych pall. zaliczano w owym czasie: pa- 
nią, Benigsenową" Chiseulową" Frankowf!, 
onę wice-guberna- 
tora, Bagniewską, (z domu Mitejko), Mnę sekretarza guberna- 
tora, Bobiatyńską" panią, Hornową" oraz pannę Zofję Tyzen- 
hausównę. Panna Tyzenhausówna poślubiła hr. Choiseul 
i wydała pamiętniki o cesarzu Alexandrze I. Frank często 
się powołuje na te pamiętniki, zaś o pannie Tyzenhaus6wnie 
odzywa się zawsze z uwielbieniem, jako o osobie zacn
j, 
cnotliwej i rozumnej. Napoleon I, w czasie bytności w Wilnie, 
Poznał ją,; został nią, zachwycony i był wzglę-dem niej uprze- 
dzają,co grzeczny, wówczas, gdy względem innych dam za- 
chowywał się brutalnie. I) 


') Frank opisuje bal u hr. Paca, na którym to balu Napoleon za- 
chowywa.ł się w bardzo nieprzyzwoity sposób. Zadawał pannom pytania, 
. od których te omal nie mdlały, odrzucił nogą na drugi koniec salonu po- 
duszkę, położonlł mu pod nogi l t. d. 


19 


j
>>>
- 290 - 


Panie te współzawodniczyły ze sob
 wdziękami, co je- 
dnak nie przeszkadzało im być dobremi 
onami i matkami, 
a nawet spełniać obowi
zki miłosierdzia. W czasie wielkiego 
tygodnia, kwestowały w kościołach i po domach. . 
Klasa średnia za nielicznemi wyj
tkami nie brała udzia- 
łu w tych zabawach, gdy
 ani czas, ani kieszeń nie pozwalały 
na to. Maj 
c dzień cały zaj ęty prac
, wieczory spędzano 
w kółku rodzinnem, lub w gronie bliskich znajomych i przy- 
jaciół. I tu bywały wieczorki i zabawy, nie tak zbytkowne 
i huczne, jak wy
ej opisane, lecz nie mniej wesołe, gdy
 o
y- 
wiała je młodzie
 uniwersytecka. Młodzie
, przy klawikor- 
dzie lub skrzypcach, na których wygrywał 
ydek, tańczyła 
do białego dnia, grała w gry towarzyskie; deklamacya, śpiew 
chóralny urozmaicały zabawę. Starzy zaś przy szklance pi- 
wa lub miodu grali w karty, w szachy, albo bawili się polity- 
ką, dzielili Europę, i opowiadali sobie nowiny polityczne 
i ploteczki miejskie. 
Frank co niedziela zbierał u siebie wieczorami na poga- 
wędkę młodzie
; tu swobodnie rozprawiano, czytano, bawió- 
no się i tańczono. Na wieczorach tych bywali i profesoro- 
wie, to te
 wywiązywał się stosunek serdeczny pomiędzy 
nimi i studentami, którzy nieraz prowadzili za
arte dysputy 
ze swymi nauczycielami, kończ
c takowe przy winie lub 
piwie. 
Wilnianie lubili przechadzki za miasto i w ciche, ciepłe 
wiosenne i letnie wieczory, o
ywiały się malownicze okolice 
starego grodu Gedyminowego. Całe rodziny, studenci, rze- 
mieślnicy, biegli tu, aby u
yć świe
ego powietrza i nacieszyć 
się natur
. Urządzano częste majówki, na których szczerł\ 
wesołość wybuchała głośnym śmiechem, śpiewem lub tailCa." 
mi na murawie. Ci, co wracali przez Ostrobramę, tu odma- 
wiali swe wieczorne modlitwy, to te
 do późnej nocy mo
na 
było widzieć przed kaplic
 na chodnikach stoj
ce i pokornie 
klęczące osoby, które zawsze miały o coś prosić Bosk
 Opie. 
kunkę Wilna, lub za co Jej dziękować. 
Wilno posiadało nie mało kawiarni, w których wieczora- 
mi gromadzili się mę
czyźni na pogawędkę i dla przeczytania
>>>
- :WI 


" 


gazety. Tu młodzie
 uniwersytecka, paląc fajki na długich 
cybuchach i ze szklanklł w ręku, prowadziła gorlł ce dysputy, 
rozprawiała o wykładach profesorów, albo o nowej przeczyta- 
nej ksilł
ce, oraz śpiewała "Gaudeamus, CI 
Teatr, który z poczlłtku pocilłgał liczną publiczność, 
dzięki wybornej grze aktorów, przestał być uczęszczany, po- 
niewa
 w zimie, w sali było straszliwie zimno i termometr 
wskazywał 12° do 16° R. poni
ej zera, zaś przez sufit mo
na 
było widzieć gwiazdy. Pani Morawska, która stała na czele 
teatru, nie miała środków, aby takowy odnowić, choć posia- 
dała trupę, zło
onlł z doskonałych artystów. W skutek pro- 
pozycyi Franka, teatr z rozporządzenia generał-gubernatora 
przeniesiono do ratusza, gdzie i obecnie się znajduje. Z ak- 
torów cieszyli się najwięksZIł sympatjlł publiczności: Bogu- 
sławski, Dmuszewski, Kudlicz, Werowski i Ledochowska. 
Grywano przewa
nie sztuki tłumaczone, dramaty, tragedje; 
probowano równie
 dawać opery. Teatr miał własnlł, wcale 
niezłlł orkiestrę. 
Frank, sam bardzo muzykalny, starał się rozbudzić 
w Wilnianach zamiłowanie do muzyki i w tym celu urządzał 
koncerty, z których dochód przeznaczał na cele dobroczyn- 
ne. Pierwszy taki koncert miał miejsce w r.1806, w kasynie, 
na rzecz szpitala sióstr miłosierdzia. Wzięli w tym koncercie 
udział; Pani Benigsenowa (fortepian), panna Laskowiczówna, 
córka prezydenta (harfa), w kwartecie grali hr. Kazimierz 
Grabowski (wiolonczela), pułkownik Merlini i p. Sierakowski 
(skrzypce), zaś pani Frankowa śpiewała po włosku i po polsku. 
Tylko z orkiestrlł teatralną, miał Frank nie mało kłopotu nim 
doprowadził j Ił do porzlłdku. Kapelmistrz długo nie mógł 
zrozumieć znaczenia wyrazu "piano", mniemajlłc uparcie, 
e 
takowy wyraz oznacza tempo powolne. Zebrana publiczność 
była bardzo zadowolona, i chocia
 sala mogła pomieścić za- 
ledwie 400 osób, dochodu z koncertu wpłynęło 703 dukaty. 
Pani Lachnicka i panna Chrapowicka sprzedawały przy 
Wejściu programy i przyjmowały ofiary, które hojnie się sy- 
Pały do rlłczek pięknych pań. Hrabia Platon Zubów wysy- 
Pał na stół garść dukatów. 


) 


,- 


r 
) 


'o 


e 


'- 


a. 
'ł 
L- 


e 



- 
,- 


lo 


y 
r 
b 


e 
e 


ć 


f\ 



o 
,- 
f\ 
e 


I- 


,- 


f\
>>>
- i92 - 


Powodzenie, jakiego doznał pierwszy koncert, zachęciło 
Franka do urządzenia innych. D. 23 marca 1806 r. odbył się 
w teatrze koncert pani Frankowej na rzecz instytutu domo- 
wej pomocy lekarskiej dla ubogich i dał dochodu 1,200 rubli 
srebro Ktoś napisał z tego powodu na czeŚĆ pani Frankowej 
wcale udatne wiersze, które zatytułował: "Wiersze na po- 
chwałę W. Imci Pani Frankowej, z okoliczno
ci danego kon- 
certu na wsparcie cierpiącej ludzko
ci w Wilnie, d. 3 marca 
1806 roku." 
Piękna, mająca śliczny głos i doskonałą szkołę, pani 
Frankowa w prędkim czasie stała się, jako artystka, ulubieni- 
cą Wilnian, to te
 dość było jej udziału w koncercie aby za- 
pewnić temu
 powodzenie. Bilety rozkupywano w mgnie- 
niu oka i przepłacano. Szczególnie podziwiano w śpie- 
waczce 
e, będąc cudzoziemką, tak poprawnie śpiewała po 
polsku. 
D.l marca 1807 r., w casino miał miejsce drugi koncert 
na rzecz tego
 instytutu. Pani Frankowa śpiewała kilka 
aryj włoskich i polonez, kt6r-ego słowa i muzykę uło
ył dla 
niej ks. Michał Ogiński. Polonez ten wywołał całą burzę 
oklask6w i przez długi czas zebrana w sali publiczność nie 
mogła się uspokoić i szumnie swój zachwyt wyra:tała. Duet 
odśpiewała z panią Frankową hrabina Choiseul de Goutier; 
hr. Stanisław Tyszkiewicz zachwycał słuchaczy czystym 
i dźwięcznym tenorem, hr. Antoni Plater odegrał koncert na 
klarnecie, zaś p. Krukof kilka ładnych utworów na fortepia- 
.nie. Za bilet płacono dukata holenderskiego, lecz od wielu 
os6b otrzymano hojne naddatki. Tak hr. Choiseulowa i hr. 
Ogiński zło:tyli po 50 dukatów. Koncert ten dał dochodu 
1,812 rubli-netto. 
Następny koncert (w r. 1807), w którym wzięli udział 
niektóre, zaproszone przez Franka, artystki teatru, dał czyste- 
. go dochodu 1,938 rubli. Sumę tę u:tyto na wspomo:tenie 8-g o 
wydziału dobroczynności. Inny koncert (d. 15 stycznia 1808r.), 
na rzecz Towarzystwa dobroczynno
ci, na którego czele, po 
śmierci Kosakowskiego, stanął towarzysz broni Kościuszki, 
Tomasz Wawrzecki, dał 900 rubli. W krótkim czasie Franlt
>>>
- :W3 - 


l 


urządził przedstawienie amatorskie, na którem odegrano lra- 
gedję Phedra. Z przedstawienia tego wpłynęło 1,800 rubli. 
Gdy Frank przekonał się, i
 Wilnianie chętnie słuchają, 
i umieją, ocenić dobrą, muzykę, postanowił urządzić koncert 
wspaniały, mianowicie dać mo
ność publiczności usłyszenia 

Stworzenie świata" Haydna, który w tem arcydziele jedną, 
aryę napisał specyalnie dla pani Frankowej. Nie będziemy 
tu opisywali, jakie trudności musiał pokonać Frank z dobra- 
niem chórów, wyuczeniem orkiestry i t. d. Ksawery Cho- 
mhlski, znany z doskonałych przekładów poetów francuskich, 
oraz prof. Chodani przeło
yli słowa "Stworzenia świata" na 
język polski. Głównych partyi podjęli się: pani Frankowa 
i aktorowie: Palczewski i Wolski, chór utworzono ze śpiewa- 
ków kościelnych, teatralnych i amatorów, orkiestrę teatralną, 
wyuczył sam Frank, zaś bawiący czasowO w Wilnie znany 
pianista i kompozytor Steibelt, na kilku próbach dał potrze. 
bne wskazówki. Wielką salę w ratuszu przystrojono i ude- 
korowano w ten sposób, i
 czyniła wra
enie świątyni. Aby 
publiczność mogła lepiej zrozumieć to arcydzieło Haydna, 
w programie wydrukowano objaśnienia tekstu, Chocia
 
opłatę za wejście naznaczono wysoką, znalazło się tyle pra- 
gnących być na koncercie, 
e nie wystarczyło miejsc i kon- 
cert nazajutrz powtórzono. Zachwyt publiczności granic nie 
miał, to te
 przez długi czas o niczem innem w 'Wilnie nie 
mówiono, jak o tym wspaniałym koncercie. Czysty dochód, 
w ilości 1,000 dukatów, przeznaczono na wsparcie 3.go wy- 
działu dobroczynności. 
'l'ak mniej więcej 
yło Wilno w pierwszym lat dziesiąt- 
ku bie
ącego stulecia; w r. 1811 zabawy ustały, wobec zbli- 

ającej się burzy politycznej; zaś rok 12-ty, wejście do Wilna 
Napoleona, zmiana stosunków, nakoniec straszliwy odwrót 
wielkiej armii francuskiej, na długi czas zostawiły nieza- 
tarte ślady na mieście, mieszkallcaoh tego
 i 
yciu towa- 
rzyskiem. 


.ł 


) 


l, 


I, 
t
>>>
KRÓTKA WIADOMOŚĆ 


o rękopisacł-j 


BIBLIOTE
I SZCZO
SOWS
IE
. 


, 


Litawor zalecał w Grażynie Rymwidowi: 
"A skoro słońce z Szczorsowskiej granicy pierwszym pro- 
mieniem gr6b Mendoga draśnie, wszyscy staniecie na Lidz- 
kiej ulicy. Czekać mię rzeźwo, zbrojno i zapaśnie." (125-128). 
Granica Szczorsowska, od której pierwszego blasku 
słońca mieli czekać Nowogrodzianie, le
ała na wsch6d słońca 
od Nowogródka, a Szczorse odległe o 3%. mili od Nowogród- 
ka. Tam dla Mickiewicza pono pierwsze jaśniejsze promienie 
oświetliły zamierzchłe dzieje dawnej Litwy. Tam miał Mic. 
kiewicz w bogatej na owe czasy ksią
nicy, w spokoju od 
gwaru miastowego rozjaśnić dla siebie odległe czasy i stwo- 
rzyć poemat, kt6ry zostanie na zawsze jedną z większych 
pereł w polskiej literaturze. Pod koniec roku 1821, A. Mic. 
kiewicz otrzymał zwolnienie od obowiązk6w nauczycielskich 
i czas od d. 1 listopada 1821 r. do d. 7 stycznia 1822 spędził 
w Szczorsach, prastarej siedzibie Litaworów Chreptowicz6w; 
w Szczorsach powstała Gra
yna, a bohater tego poematu 
litewskiego na pamh!tkę pobytu tam autora otrzymał miano 
20
>>>
- 295 - 


Litawora. Pod owe cza.sy, byla to jedna z rzadkich miejsco- 
wo
ci na Litwie, gdzie światły dziedzic, dbały o oświatę ludu, 
otworzył starą bibliotekę dla ogółu, powiększał ją cennemi 
dziełami. 


Biblioteka szczorsowska powstała ze zbiorów ostatniego 
kanclerza w. ks. litewskiego, hrabiego Joachima Litawora 
Chreptowicza, zmarłego w r. 1812. 
Joachim Chreptowicz, nie szczędząc nakładów, zbierał 
ze znakomitą znajomością rzeczy naj cenniejsze dzieła polskie 
i zagraniczne. 
Zbiory polskie powstały przewa
nie wskutek kasaty 
klasztorów w Galicyi przez Józefa II. Cesarz ten, jak wiado- 
nIo, skasował przewa
ną część klasztorów w Galicyi, 150 
z 214 i,stniejących. Biblioteki tych klasztorów poszły w roz- 
sypkę, a Joachim Chreptowicz przygarnął do swego zbioru 
wszystko, co było cenniejszego. Nadpisy na dziełach dotąd 
świadczą, z jakiego klasztoru one pochodzą. W czasie zmien- 
nych losów biblioteki Załuskich 1'1 Warszawie, znaczna ilość 
bardzo cennych dzieł zniknęła z tego księgozbioru. Vviele 
ksią,
ek, i to bardzo rzadkich, znalazło schronisko w biblio- 
tece Chreptowiczowskiej. I teraz mo
emy oglądać w szczor- 
80wskich zbiorach wiele dzieł z tak charakterystycznemi zna- 
kami Załuskiego, a nawet z jego notami. Naprzykład na 
krakowskiem wydaniu z r. 1578'"Epistolae ilIustrium virorum" 
Stanisława Karnkowskiego-dopisek ręką Załuskiego-"Rari- 
tatis infinitae in hoc editione" i przy tern trzy gwiazdki. Na 
dziele Fausta Socyna "De origine paedobaptistarum errorum,'c 
Wydanem w Lublinie w r. 1575, nie znanem Estrejcherowi, 
a znalezionem przoz p. T. Wierzbowskiego w Toruniu, Załuski 
poło
yć pięć gwiazdek, co miało oznaczać niezwykłą, rzadkość 
egzemplarza. Na wydaniu z r.1594 w Krakowie Statutów 
Sarnickiego Załuski poło
ył sześć gwiazdek i dopisał: non 
nisi 3 ex. in vita mea vidi.
>>>
- 296 - 


Polskie dzieła otrzymywał kanclerz w darze i od osób 
prywatnych. Czacki darował kilka bardzo cennych dzieł, 
w tej liczbie wydanie z w.XVI;mianowicie "Optykę" Vitelliona, 
wydaną, w roku 1572 w Bazylei, z nadpisami: "Ex libris fra- 
trum B. M. V. de Paradiso Sacr. Ordinis Cisterciensis. te "Tę 
rzadką edycyę Vitelona Polaka, którego Baile nie widział, 
a Załuski między nadzwyczajne liczył rzadkości, Tad. Czacki 
J, W, Joachimowi Chreptowiczowi K. L. ofiaruj e. 'e Od Czackie- 
go równie
 pochodzi wydana w r. 1585 w Poznaniu przez Sta- 
nisława Reszkę "Przestroga Pasterska," Ma ona napisy: j 
"Comparauit Mon. Lauden. T. Bernhardus Jerzycki. e i "J. W. 
K. L. Chreptowiczowi ofiaruje T. Czacki." 
Dział obcy, dawny, powstał przewa
nie przez nabycie 
zbiorów po znakomitym znawcy ksią
ek kardynale Jos. Ren. 
Imperiali, zmarłym w r. 1737. Kardynał, umierając, przeka- 
zał swą bibliotekę na u
ytek publiczny i zapisał pewną kwo- 
tę na jej utrzymanie. W jaki sposólJ znaczna część jego 
zbiorów dostała się do Szczors, na teraz nie umiemy powie- 
dv.ieć. Ze zbiorów kardynała pochodzą i niektóre Polonica: 
Widawskiego "Generalis controversia de Indulgentiis." Druk 
krakowski, Łazarza, w r. 1593. Rozprawa oprawiona razem 
z wydaniem dzieł 'l'omasza Mora w Lowanium r. 1566. Z te- 
go
 zbioru: "Viridarium poetarum." In laudes Step hani Re- 
gis Polo
iae. Venetiis 1583. 
Oprócz kollekcyonowania starych druków, kanclerz na- 
bywał cenniejsze wydawnictwa autorów współczesnych lub 
przedruki starych, W ten sposób powstał zbiór autorów 
francuskich i polskich XVlII 
. i wydania starożytnych kla- 
syków. 
Po śmierci kanclerza, syn jego, Adam, prowadził dalej 
rozpoczętą przez ojca pracę organizowania biblioteki, naby- 
wał stare, rzadkie druki i bieżące polskie wydawnictwa. Od 
śmierci Adama (t 1846 r.), biblioteka nie powiększała się, 
a Szc7.0rse przeszły do synowca hr. Adama, hr. Michała Chrep- 
towicza, który umarł bezdzietnie, pozostawiwszy dobra swym 
siostrzeIlC0m pp. Buteniew. Szczorse dostały się starszemu
>>>
- :W7 - 


bratu, p. Michałowi, z tytułem hrabiego Chreptowicza. Hr. M. 
Chreptowicz-Buteniew zawierał w r. 1882 układ ze Stolicą, 
Apostolską i zmarł w r. 1897 na posadzie ambasadora rosyj- 
skiego w Monachium. Obecnie całe dobra Chreptowiczow- 
skie przeszły do rąk młodszego brata, p. Konstantego Bu- 
tęniewa. 
Ojciec obecnego właściciela Szczors, p. Apolinary Bu- 
teniew, był ambasadorem rosyjskim przy Stolicy Apostol- 
Skiej w pierwszyćh latach Papiestwa Piusa IX, z matką zaś : 
jego, hrabianką Chreptowicz6wną, łączyły Mickiewicza ser- 
deczniejsze stosunki, o czem dowiadujemy się z jednego listu 
p. Celiny do p. Malewskiej z d. 2 kwietnia 1
39 r.: "P. Bu. 
teniew,-pisze p. Celina,-była u mnie. Widziała tylko Ada- 
ma, gdy t ja byłam w Maison de Sante. Od tygodnia jut wyje- 
chała, czego bardzo tałuję" (Wł. Mickiewicz. "Żywot Adama 
Mickiewicza." Poznań, 1892. T. II, str. 421). Bracia Butenie- 
wowie wysoko cenili wartość zbioru Szczorsowskiego .i w la- 
tach o'statnich postanowili bibliotekę przyprowadzić do po- 
rządku, :,;kat.alogować i oddać do u
ytku uczonych. Śmierć 
nagła hr. Michała Chreptowicza-Buteniewa przerwała roz
 
poczętą praoę. 
O zbiorach Szczorsowskich mamy w literaturze niejedno- 
krotne wzmianki, w któI'ych wartość .tych zbiorów znacznie 
jest przeceniana. l ) 
Rzeczywiście zbiór ten ma pokaźną wartość, obfity jest. 
w cenne stare druki, ale dla po
skiej bibliografii jest tylko je- 
dnym numerem więcej, nieznanych zaś wydali posiada bar- 
dsw mało. 
Przytaczamy tu tytuły kilku polonic'ów, których nie 
mogliśmy znaleźć u p. Wierzbowskiego. 2 ) 
1. Divi Gregorii Nazanzeni episcopi theolog. graeca 


I) Hadziszewski. "Wiadomosć o bibliotekach", Kraków 1875, str. 84; 
Jelski Aleks. ,
(jazeta Warszawska", 1880, nr. 208, 209 i 215. 
2) Bibliografia polonica.
>>>
- 298 - 


quaedam et sancta Carmina. Cum Latina Joannis Langi 
Silesii interpretatione. Et eiusdem Ioan. Langi poemata 
aliquot Christiana. Quorum omnium catalogum, epistolam 
dedicatoriam sequens pagelIa continet. Vas electionis et 
puteus profundus, os dico Christi, Gregorium. Basilius Ma- 
gnus-Basilae, per Ioannem Oporinum. 8-0 str. 240. Na koń- 
cu: Basilee, Anno Salutis MDLX[ Mense Januario. Dedy- 
kacya - Ioannes Langus Ioanni Oporino. Suidnicure 1660. 
Ze zbiorów I. A. Załuskiego. 
2. Antoni Schneebergeri Tigurini, medici physici, 
do multiplici salis usu libelIus, scriptus ad generosum ac 
rriagnificum dominum Hieronymom Bozinski, salinarum regni 
Poloniae summum praefectum. Cracoviae Lazarus Andreae 
imprimebat, anno 1562. Mense Maio. 8-0 str. nI. 38. Sign. 
Aij-Eij+l-nsyn. 
3. Step hani primi serenissimi Poloniae regis, et magni 
Lituanorum Ducis etc. adversus Johannem Basilidem, Ma- 
gnum Moscoviae Ducem, expeditio, carmine elegiaco des- 
cripta, A. M. Samuel e Wolfio Silesio. Anno MDLXXXII. Str. 
nI. 58; sign. 
-G3+2nsyn. Na końcu Dantisei Typis Jacobi 
Rhodi, Anno salutis nostrae MDLXXXIII 4-0. 
4. De Suceino libri duo, aut!Iore Severino Go eb elio , me- 
dice doctore. Horum prior liber continet piam commonofa- 
tionem, de passione, resurrectione, ac beneficiis Christi, quae 
in historia Succini depinguntur. Posterior veram de origine 
Succini addit sententiam. Accessere et alia quaedam de am- 
bra, etc. Regiomonti Borussiae, typis Georgii Osterbergeri. 
Anno 1582. 4-0 str. nI 3+21; sign. A3 - C 3 . Ded. Johanni 
Kiszka Capitaneo Samogitiae et pocillatori M. D. L. 1582. 
5. Breve chronieon Arctoae partis Germaniae et vici- 
narum gentium. Ab anno MDLXXXI usque. ad 1587. 
Excusum. MDLXXXVII, s.l. 4-0 str. 182. Sign. Aij- Z 3' 
Estrejcher wskazuje na egzemplarz biblioteki Karnickiej, 
p. Wierzbowski nie zna. 
Przewa
nie sprawy Stefana Batorego str. 3. Anno M. D. 
LXXXI Ineunte Rigam Livoniae metropolia, Stephanus Polo- 


11 
li 


J 
c 
() 
] 


, 


{ 
( 



 


t 



 


j 
! 
j
>>>
- 2BB - 


niae Rex, in potestatem, iidem et ditionem suam recepit. N a 
końcu - iinis Anno 1586 
6. Hortus Doct. Laurentii Scholzii medici et philosophi: 
quem ille collit Vratislaviae, situm intra ipsa civitatis moenia, 
celebratus carmine, M. Andreae Calagii Vratislaviae In 
officina typographica Georgii Baumanni, I Anno Christi 
M:DXCII, 4-0 str. nI. 20 sign. 
-C. 
7. [Postylla Kalksteina] defekt bez tytułu. Na końcu: 
W Toruniu drukowano u Andrzeja Koteniusa, roku od Naro- 
dzenia Syna Bo
ego 15945'0 Lign. A - Ll1-t,+2nsyn. kart. 
OL VIII, CXV, 2nl. Z rycinami. 
Podług Estreichera ma być w Korniku 3 czę
ci: I, k. I 
Sign. A. Na pierwszą Niedzielę Adwentu, Ewangelia u Ma- 
theusza św. w 21 Kapitule. Cz. IIi ks. I. Sign. Aa, na Niedzielę 
Trójcy św. Ewangelia u św. Jana w 3 kapit. Cz. liIi k, 1, 
Sign, Aaa. Na dzień 
w. Andrzeja Ewangelia u św. Math. 
'We 4. . Kapit.-k. LXV u Errota 1 k. nI. Herb Torunia i data 
druku. 
Druki polskie XVI wieku wogóle są w bardzo niewielkiej 
ilości, nie więcej nad 100 tytułów, za to wiek XVII i XVIII 
jest bardzo pokaźnie przedstawionym i zasługuje na szersze 
Sprawozdanie. Posiadamy dokładny spis całego tego działu 
i kiedyś postaramy się podzielić nim z tymi, których to mo
e 
obchodzić. Obecnie podajemy spis rękopisów podług po- 
rządku, w jakim są one dzisiaj uło
one w bibliotece. 
Archiwum Szczorsowskie ma wyłącznie familijne zna- 
czenie. Posiada dokumenta z w, XVI, lecz ściśle majątkowej 
treści. Bogatą jest korespondencya kanclerza z końca ubie. 
głego stulecia, a pomiędzy listami jest bardzo wiele listów 
Stanisława Augusta. Cała korespondencya jest porządnie 
rozsegregowana przez Jana Czeczotta podług osób, od któ- 
rych listy pochodzą. Ciekawe są listy biskupa Kossakowskie- 
. go, skierowane przewa
nie przeciwko biskupowi Massalskie- 
mu. Dział ten zasługiwałby na szczegółowe studya, a zba- 
danie tych listów dorzuciłoby niemało 
wiatła na zorga- 
nizowanie się stosunków końca XVIII w. Kanclerz nie był
>>>
- :JOO - 


obecnym w kraju w ostatnich latach, a korespondenci szczegó- 
łowo go informuj ą o wypadkach, poprzedzaj ących rok 1795.. 
l. Miscelanea z w. XVII rękopis Rojeckiego. Hic liber 
dono mihi datus Marciana Chreptowicz ab illustrissima domi- 
na Anna de Chreptowicz Kriszpinowa Castellana Samogitiae) 
ex bibliotheca Michaelis Comitis in Rajec Rajecki Capitanei 
Borklonensis primithori specificatae dominae mariti. Ró
ne 
akta publiczne połowy XVII wieku. Uniwersały na sejmiki, 
instrukcye posła na sejmy powiatu Wiłkomirskiego. Compen- 
dium zasług wojska litewskiego na komisyi wileńskiej obra- 
chowane w r. 1657; rachunki skarbu litewskiego z połowy I 
XVII w. Considerationes ze strony complementu z posłem 
Sotoryńskim. Piast Candidat. I jakie cnoty do uznania je-' 
go. Diskurs o exorbitanciach. Listy oryginalne z podpisami f 
królów Michała i Jana Kazimierza. 
2. Compendium rerum variarum ex historicis polonis' 
collectum. Rk. XVIII w. Materyały do wieku XVII kończą 
się śmiercią Jana III. 
3. Summaryusz dyplomatów w Metryce koronnej, odno- 
szących się do Litwy, sporządzony przez Metryzanta W. X. L. 
Grzegorza Kaczanowskiego. Rk. XVIII w. Spis dokumen-. 
tów, zawartych w księgach Metryki litewskiej od mu 3 do 10. : 
4. Tryumph Nieba i Ziemi. Panegyryk Teodorze An.. 
Niegłuchowskiej ksieni konwentu Nieświe
skiego Z. S. O" 
Benedykta z r. 1757. 1 
5. Listy, mowy, wota, instrukcye i t, p. z w. XVII. List 
albo votum Arcybiskupa gnieźnieńskiego na sejmik. Instruk-, 
cya Branickiemu na ąejmik prosieński d. 11 kwietnia 1618 r; _ 
Juroment i oblig komisarz6w moskiewskich, przy królu będą- 
cych 4 Junii 1626. Votum podkanclerzego 1613 r. Przemo-; 
wa Wawrz. Gembickiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego, do 
Władysława na wyjazd do Moskwy 1617 r. Instrukcya na 
sejmik powiatowy w Warszawie 6 kw. 1637. 
. 6. Materyaly z czasów Jana K
zimierza i Jana III. 
Objaśnienie urzęd6w, władz; podział i skład ziem, województw 
i t. d.; spisy urz
dników, senatorów; formularze listów, przy-.
>>>
- 301 - 


.. 


wilejów. Lustratio ann i 1660 starostwa warszawskiego; Re- 
gistrum privilegiorum civitati Varsoviensi servientium, 
7. Miscelanea XVII w. i początku XVIII w. Dziękowa- 
nie weselne za upominki L M. C. Pana Jana Chaleckiego ró- 
'
nym osobom. Decyzya wojsk, przesłana w Wołpie 19 listo- 
pada 1662. Instrukcye na sejmy, mowy sejmowe, Rady 
Kallimacha. 
,8. Tej
e treści, co i poprzedzający z w.XYIII. Instruk- 
eye posłom, mowy wota sejmowe. Kopia rokoszu Gliniań- 
'sfliego 1379. O zabiciu Zygmunta W. X. Lit. przez kniazia 
Czartoryskiego. O zabiciu Władysława pod Warną. Wyra- 
źna informacya prowincyi inflanckiej z okazyi Imprezy króla 
Augusta. Ratificatio traktatu króla szwedzkiego z carem 
Piotrem r. 1721. Dyaryusz oblę
enia wiedeńskiego 1683 r., 
z niemieckiego na polski przedrukowany w Warszawie, nakła- 
dem Karola Scheybera w r. 1683. Prawda bez respektu do 
trzech stanów rzeczypospolitej. Summaryusz hibern W. X. Lit. 
.w r. 1717. Dyaryusz marya
u królewny z elektorem bawar- 
'skim i królewicza starszego z siostrą elektora bawarskiego 
roku 1647 w Dremie. Nagrobek pieska niezwyczajnej szczu- 
płości imieniam Cerbera, zdechłego w Szczorsach, roku 1749 
Aprila 6-go. Summaryusz dziejów polskich od r. 1648---4734. 
Opisanie powinności i reguły mał
eństwu nale
ącej przez 
Andrzeja Chreptowicza. 
9. Rk. XVII wieku. Formularz listów, odezw, przywi- 
lejów i t. p. połowy XVII w. Rewizya skarbu koronnego 
w Krakowie 2 stycznia 1662 po sprowadzeniu skarbu z Lu- 
bowni. 
10. Rękopis Rojeckie-go, notaty, odnoszące się do ma- 
jętności Chołopinieckiej, pomiędzy 1620-1622 latami.. 
11. Tego
 rękopis. Księga gospodarcza, zaczęta w ro- 
ku 1665, 
12. Rękopis Rojeckiego połowy w.XVII, zawierający- 
wypisy-mów, przywilejów, wierszy; notatki gospodarskie, 
daty familijne (np. roku 1655 m-ca maja !ile dwudziestego na 
dzielI dwudziesty pierwszy urodziło się w Wilnie na dworze 
Chreptowicza na Łukiszkach córka pierworodna, Katarzyna.
>>>
-302- 


13, Silva rerum XVII i początku XVIII wieku. 'Vi er- 
sze, przepisy kuchenne, gospodarskie; ró:2;ne sekreta ex Al- 
berto, listy ró:2;ne. Senatus consultum ano 1695. 
14, Promptuarium Szczerbicza. Rk. roku 1595. 
15. Drugi Statut Litewski po polsku i po łacinie Rk. 
XVlw. 
16. Miscelanea końca XVII i początku XVIII wieku 
k. 143. Projekt o zasiadaniu kr6lewicza Jakóbar. 1988. Mo- 
wa Odrową:2;a Pienią:2;ka in Senatus consiIio w Grodnie 18 
marca 1688. Mowa króla przeciw tej mowie 22 Marca 1688. 
Odpowiedź szlachecka królowi, Mowa Lubomirskiego na 
sejmie zerwanym 1681 r. Mowa Działyńskiego 12 stycznia 
1690 roku. 
Rationes ex typo extractae non pro eligendo Galliae 
principe in Regnum Poloniae. Oratio legati Christ. Regis 
1696. Rozmowa o kr6lowej z królewiczem Jak6bem 1696. 
List pewnego posła do sąsiada, w kt6rYIJl opisuj e niedoszły 
sejm 1695. Odpowiedź na ten list. Skrypt do księcia kardy- 
nała od stolnika podolskiego, marszałka zerwanej konwo- 
caticy 1696. Mowy An. Załuskiego, biskupa płockiego w Sam- 
borze, podczas traktatów ze skonfederowanem wojskiem w r. 
1697. Manifest Sapiehów w grodzie poznaliskim 1703. 
17. Kopiariusz listów i m6w z r. 1703. 
18. Regestr słuchania abiurat według u(;hwały sejmu 
roku 1690 przez urzędnik6w grodzkich województwa Nowo- 
grodzkiego. 
19. Silva rerum z w. XVIII. Ex libris Joannis Wojna 
Pocillatoris N owogrodensis. 
R6:2;ne łacińskie sentencye w porządku alfabetycznym 
materyi: amor, adulatio, ambitio etc. Votum Zbigniewa z Ra- 
ciborza Morsztyna, miecznika Mozyrskiego: de primo genere 
vitae. (Trzykroć szczęśliwy ten, kto od młodości-I wiek 
znikomy i czasy spłynności - Choć w rannym ale dojrzałym 
rozumie-Uwa:2;yć umie). Gadki Andrzeja Morsztyna, stolni- 
ka sandomierskiego. Opisanie ludzkiego utrapienia 1741 r. 
Notata varia ordine alphabetico disposita 1747. Mowa na po:- 
grzebie ojca - przez Henryka Wojnę Jasienieckiego P. N.
>>>
- aoa - 


r- 
[- 


18 października 1/14, Mowa moja' na relacyjnym sejmiku. 
Mowa de Roesa, dziękując za pannę 6 lipca 1710 
20. Rk. XVIII w. 4-0, str. 221. Opisanie Polski z histo- 
ryi literackiej (Załuskiego). Projekt od imci ks. Józefa Za- 
łuskiego, biskupa kijowskiego do rozdawania premiów troja- 
kich corocznie w bibliotece publicznej. 
21. Tractatus de variis materiis Reipublicae status con- 
cernentis. Loci communes, causae selectiores juris cum fara- 
gin e eiusdem et aliarum rerum diversarum. 
(Amicus fidelis authoris, Author ad eundem fidum ami- 
cumj Author lectori, Cop. 1. Utrum fieri per virtutem an 
nasci nobilem sit praestantiusj Cap. 2. Utrum eleatus nobilis 
gentili nobili in omnibus est aequiparatus... De moneta), 
22, Speculum Saxonem Rk. XVI w. 
23. Geograficzno-statystyczne opisanie parafiów kró- 
lestwa polskiego w r. 17m przez K. Perthesa, geografa I.K.M. 
Stanisława Augusta. Z mapami, 4-0 T. T. 12. 
24. Auguria poetico-oratoria vatibus Academicis propo- 


c. 


u 
,. 
8 
t 
Et 
[I. 


" 
s 


r 


sita. 


25. Flores virentes variarum orationum. 
26. Tomasza a Kempis, O Naśladowaniu, przez Jana 
Hieronima Vanlarskiego, sędziego ziemskiego orszańskiego 
na Moskwie w niewoli wierszem przetłomaczona w r. 1723. 
27. !ter Italicum, Sueticum. Complectens inventa in 
variis bibliothecis. Manu Albertrandi F-o str. 141. 
28. Stante Regimine Japa Trzeciego publicznych i pry- 
watnych interesów ró:2;ne tranzakcye od r.1683-1693, F-o 281. 
29. Lustracya kościoła i kollegium mińskiego z r. 1773 
i r. 1774. 
30. Tłomaczenie Telemaka wierszem przez Annę' 
Chreptowiczównę XVIII w. 
31. Dykcyonarz arabsko-francuski. 
32. Rk., zło:2;ony z oryginalnych listów prywatnych 
i królewskich, instrukcyi i relacyi poselskich i t. p., od roku 
1660-1676. Ze zbiorów Rojeckiego.
>>>
- 30ł - 


33. Kopiaryusz ró:2:nych aktów publicznych (mów, in- 
strukcyi) i prywatnych od r. 167-ł--1717. 
34. Rękopis oryginalny z połowy XVII wieku. Raptu- 
larze i kopie m6w, dziennik6w, pochodów i sejmów, instruk- 
cye poselskie, dokumenta oryginalne z podpisem Jana Kazi- 
mierza. Od r. 16łO-1670. 
35. Quadro politico morale delIa corte de Roma e de- 
scrizione delIo stato Pontificiu F-o 83. Rk. XVIII w; 
36. Mowy publiczne i prywatne, na r6:2:nych miejscach 
miane, Jana Chreptowicza, kasztelana nowogrodzkiego od 
r. 1730-1758. 
37. Excerpta z gazet zagranicznych z r. 1790 
38. Liber privillegiorum et contractuum omnium ColIe- 
gii Vilnensis Soc.'Jesu Ms. sc. XVII F-o, p. 375. 
39. Rękopis KI. Branickiego. Sekstern, w którym Im- 
miscelarea pisać się zaczynają d. 13 czerwca 1763 roku. 
. Głos za projektem dla zmniejszenia władzy kanclerskiej 
i hetmańskiej d. 8 lipca 1761 r., na sejmie konwokacyi w War- 
szawie. Kopia manifestu dysydentów w Toruniu d. 20 marca 
1767. List p. de Panin do Repnina d. 3 lutego 1767. List 
Repnina do Hylzena. Instrukcya powiatu kowieńskiego po- 
słom na konfederacyą l. 13 czerwca 1767. Demokryt i He- 
raklit-wiersz polityczny. 
Acccssya do konfederacyi Branickiego, klana krakow- 
skiego, hetmana w. kor. 21 lipca 1767. 
40. Rękopis Branickiego T. II. In nomine Domini za- 
czynam r6:2:ne wypisywać ciekawości d. 4 lipca 1767 roku. 
'W Białymst.oku: Siedem psalmów, których wolność polska 
czyni lamentacye pokutne nad upadkiem swoim. Kopia listu 
jednego z dyzunitów z Litwy do Goltza, marszałka konfedera- 
cyi toruńskiej, 26 lipca 1767. Rozmowa kawalera Saskiego 
z senatorem polskim. 
Adytament wyrok6w nad biskupami, ozięble broniącymi 
-wiary, podczas sejmu 1767 r. Mowa biskupa krakowskiego 
na sesyi 13 października 1767 r. - Vaticinium kr6lestwa pol- 
. ski ego 1767 r. Manifest biskupa krakowskiego 13 sierpnia 
1787 r. Manifest Karola Chreptowicza przeciwko wywiezie- 


J 


-l 


( 
I 
l 
t 
l 
Ś 
I 



 


I 


d 
e 
a
>>>
- 305 - 


1- 


1- 
t- 
1- 


niu biskupa. Duma nad wzięciem Sołtyka. Propozycye, na 
radę senatu 2-1: marca. 1 iGH r. zło
one, z woli króla radzie 
podane. Perekińczyk, komedya w trzech aktaeh, scena ga- 
binetowa w Warszawie. 
41. Trzeci tom rękopisu Branickiego od r. l iG9. Akty 
konfederacyi krakowskiej i sandomierskiej r. l ilm. Konfede- 
rat 
yczliwy Monarsze - wiersze. Rozmowa prymasa Po- 
doskiego z ks. Przedwojewskim, kapucynem. Manifest Kra- 
jewskiego przeciw Repninowi 10 czerwca 1769 r. Akt konfe- 
deracyi barskiej. List, pisany z Wilna 1769 r. Memoryał 
prymasa, podany Paninowi przez Krasińskiego, dysydenta. 
Projekt deklaracyi, która ma wyjść imieniem królewskiem 
1 lipca 1769. Deklaracya ks. W ołkońskiego w obronie Gra- 
bowskich. Wiersze na panów Grabowskich. Unia korony 
z Litwą 7 listopada 1769. 
42. Czwarty tom rękopisu Branickiego. Dokumenta do 
konfederacyj r. 1770. Sen o pewnym balu-wiersz. Geogra- 
fia Kupidyna-wiersz. Objaśnienie, J.k.mci w teraźniejszych 
okolicznościach wojennych z gruntu odkryte roku 1770- 
wiersz. Myśli, czyli reflekcye nad okolicznościami wziętych 
W Sielcach przez konfederacyę pp. Grabowskich, w sianie 
11krytych. Manifest konfederatów, przeciwko wszystkim 
czynnościom warszawskim o fatis Augusta lU in Decembri 
l i69 uczyniony. Na przypadek pewnego strzelającego z łu- 
ku, który pannę postrzelił-wiersz. Na tego
 reflekcye do- 
brego patryoty. Portret polityczny prymasa Podoskiego 
l i70 r. Rada przeciwko radzió patryotycznej. Ogłoszona 
śmierć hetmana J. KI. Branickiego 16 października 1771. 
Duma dam warszawskich nad Repninem. Przemowa na po- 

egnanie ciała Branickiego w Bielsku. 
43. Traite politique et Gpographique de Hoyaume de 
POlogne... compose en 1751. F-o. p. 3-1:7. 
44. Expose, touchaut r invalidite et les consequences 
de la pretention de la nation Polonaise, en vertu de la queUe 
elle veut jouir du meme droit Jue les Bourgeois de Dansic ont 
a. l' egard du libre passage par le port de la dite ville. F-G 
Pp. 16. Ms. XVIII sc. 


s- 


h 
Id 


3- 


l- 
I. 
'J 
r- 
a 
;t 
)- 

- 


r. 


,- 


ł. 
'l 


J 


l 
J 


" 


20
>>>
- 3U() - 


45. Dyaryusz spraw publicznych za rok 1676. D. 22 
września ruszyliśmy z wojskami z .pod Żydoczowa. D, 23 
równo ze dlliem stanęliśmy pod Żorawnem. 
40. Sprawy publiczne i prywatne. Przeważnie dysy- 
denckie i familijne Sieniutów; kopie listów sejmowych 
i różnych publicznych aktów od r. 16:W-16-l-l. Silva Rerum. 
De acuto et arguto libero F-o, str. 5-l6. 
L17. Akta konfederacyi Targowickiej od maja 1792 do 
maja 17
a. ' 
48. V oyage en Italie de Caj etan 'V ęgierski. Lettres 
a 13 Novembre 1779. 2 vol. F-o. 
49. V oyage dans l' Amerique Septentrionale de Comte 
C** V** Polonais (Węgierski?) Journal 8 Octobre - 20 Nov. 
17R l. F -o. 
50. Excepta ex Diario Manuscripto Principis Radzi- 
villi ab ao. 1632 - 1655, quo ipse mortuus est. Sen"atur in 
Bibliotheca,.Zalusciana Varsaviae. F-o. 1689 -Rk. w. XVIII. 
51. a) Dyaryusz Samuela Maskiewicza od r. 1;)9-l. 
przedrukował Zakrzewski. Wilno 1838. b) Dyaryusz Bogu- 
sława Maskiewicza od r. 16-l3; ej Gesta za czasówabdyka- 
cyi Jana Kazimierza; d) Dyaryusz elekcyi Jl1.na Kazimierza, 
zaczęty 2 Maja 1669; e) Index dziejów, w manuskrypcie Mas- 
kiewicza znajdujących się, ab ano 167
-1676; r) Konfedera- 
cya stanów pod Gołębiem i Lublinem, przez Stan. Wiernka 
podana; g) Dyaryusz electionis króla Jana III; g) Dyaryusz 
koronacyi Jana III. 
52-53. Wypisy z Artura Junga i innych autorów 
w kwesty ach gospodarskich. Rk. XIX w. 
54. Documenta relativa ad ordinem Malteusem. Rk. 
XIXw. 
55. Opisanie Dekanatów Litewskich, sporządzone przez 
właściwych plebanów w r. 17R4 od F. XIII-XXIV. Dekana- 
ty: Połocki, Bobrujski, Lidzki, Nowogródzki, Słomiński, Ro- 
żański, W ołkowyski, Grodzieński, KnyszYllski, Augustowski, 
Olwicki, Siumeński. 
56. Rk. XYII w. Ric liber don o datus mihi Marciano
>>>
- 307 - 


Ohreptowicz ab D. Anna de Chreptowicz Kryszpinowa ao 
1730, jak w numerze l. 
Rokosz r. 1606. Związek konfederacyi stołecznej: My, 
rycerstwo pułków Imci p. Zborowskiego... zaciągnąwszy na 
słu
bę króla Imci nic przedniejszego ku chwale Bo
ej nie bra- 
liśmy przedsie, jedrlO sławę Jkmci... Credens, p. Szczuce 
z p. Wychrowskim z Rogaczewa do króla posłany d. 29 styczno 
1612 na stoJicy moskiewskiej. Cała sprawa poselstwa ikon. 
federacyi k. k. 32. Ostatni akt - Respons J. O. M. komisa- 
rZom do króla w Sokalu d.22 czerwca. Joseph CieślelIski 
imieniem wojska stołecznego. 
Gratis albo diskurs pierwszy ziemianina z plebanem. 
Przywilej abo diskurs ziemianina z plebanem w Lublinie 
r. p. 1028. Testament Andreae Lipski epi Vladislaviensis et 
Pomeraniae 1630. ,Prophetia Sanctae Hildegardis. Petit a 
od wojska, w Prusiech będącego. Testament Stanislai Orze- 
chovii Rutheni. Lament o nieszczęsnej poraMe na Cycorze. 
Ordo pompae funebris Sigismundi III. Witanie króla Włady. 
sława na sejmie coronationis 1633. Oonditiones Radziwiłła het. 
W. X. L. wojsku moskiewskiemu r. 1634 d. 24 Febr. w oblę. 
Żeniu Smoleńskiem: Porządek, według którego wojsko mos- 
kiewskie z korony wychodziło r. 1634. Acta sub interregno 
r. 1648. Niektóre exorbitacye obywatelów p-tu wiłkomirskie. 
go na sejm 1661 r. 
57. Biblia łacińska z w. XV. Rękopis pergaminowy. 
58. Pamiętnik rodu Litaworów Chreptowiczów przez 
Joachima Chreptowicza do r. 17.95. 
59. Recueil de diverses Picces, sc. XVIII: l-e partie 
Contes; 2-e partie, Ohansons faites par feu Molil're, lettrE's 
111elanges. 
60, Protestatio Trium ordinum de restituendis bouis 
coronae. Holmiae. 3 oct. 1650. 4-0. 
61. Kopiariusz XVIII w., zawierający odpisy aktów 
Pllulicznych, począwszy od XVI w. 
63.' Wybór osobliwszych i rzadkich manuskryptów, 
w czasie sejmowych obrad przez Krasickiego, Niemcewicza,
>>>
-308- 


Felińskiego, Zabłockiego, Karpińskiego i innych dobrze my- 
ślą,cych polaków pisanych, rk. końca XVIII w. 4-0, str. 144. 
63. Rękopis arabski. 
64. Głos wolny, wydany w r. 1733. (Leszczyński). 
65. Recueil de quelques grands hommes de Pologne pu- 
blip par Chretien Gottlieb Friese. 
66. Historia brevis comitiorum electionis regni Polo- 
niae a Sigismulldi Augusti morte ad Joannis Tertii Sobieski 
tempora. Collecta a D-o De la Bizardiero Gallice, latl11e per 
Romualdum Licki P. O. traducta 1766. 
67. Księga gospodarcza rozchodów i przychodów za 
rok 1674-77 z folwarków Czodosy, Wysoki Dwór, Ponedel. 
68. Świf!tynia Sybilli (Woronicza). 4-0, str. 139, rk. 
w. XVIII. 
69. Ingressus in Rhetoricam Ms. se. XYllJ. 
70. 'rractatus de arte poetica Ms. sc. XVIII. 
7 l. Reflexions sur la vie de Jean Zamoyski. 1785. 4-0, 
str. 311:1. 
72. a) Abrege genealogique de trois illustres races des 
Rois de France par M. Freon. 1777) b) divisions geographiques 
du Royaume de France par M. Freon. 1777. 
73. Philosophia naturalis-de Physico auditu proposita 
ano dni 1719. Prolegomena physica. An. Dni 1720 opus finituHl 
est. Cursus physicus consumatus est sub Joanne Poszakow' 
ski, ordinario professore. 
74. Sententiae variae collectae. Ms. sc. XVIII. 
75. Elementa scientiarum, sive praecepta dialectica. 
Hk. w. XVIlI, pisany jedną, ręk
, co i rk. 73. 
76. Józef do Egiptu od braci przedany, trzynastu pieśni 
ośmiorakiego rytmu ogłoszony 1745. 4-0, 
77. Aula Reginae animorum. Distribuita ao. D. 1740 
in annum 1741. 
78. a) Stemmata praecipua Polonae et Lithuanae no' 
ł bilitatis, fragmentis historiis, symholis exornataj b) supelle t 
sententiarum ex variis authoribus COllecta. Rk. VVlII w. 4. 
79. Peregrinatio Joannis Heidenstein Solles('ii BelgiaJ1l.
>>>
- 
09 


Galliam, Italiam, Gernlaniam in anno 1G:H incepta, in anno 
autem 16
4 peracta, 4-0. 
Anno proinde 1631 una septimana post Pascha festum 
elapsa, cursu, comite ac socio generoso Dno Georgio Ulinsky, 
me itineri commisi... (Lonanii) meo tempore (1632) hi poloni 
erant. Perillustres DD. Alexander et Georgius Lubomirscy, 
comites in Visnicz, Palatinides Russiae, Perillustris Petrus 
Potocki, PaJatinides Braeslaviensis, cum gubernatore suo 
Sirnonc Starowolsky, viro scriptis claro, mihique amicissimo; II 
Perillustris Dnus Nicolaus Tarlo, Palatinides LulJlinensis, qui 
()ccisus a proprio famulo GalIo, noctu in platea, maerorem 
nobis omnibus ingentem incussit... (1634) 21 Julii venimus 
ad locum sanctum Częstochoviam nominatum... 27 Tonmium 
pro prandio pervenimus. 29 In Prusi quicuimus. Pamento. 
nium felices pervenimus, domum ac bona patria incolumia 
aspexi... propter desiderium videndi generosam dominam 
matrem Faręczkovium perveni feria quinta. 
. 80. Pan Podczaszy w zamysłach. Uwagi pana Podcza- 
szego nad historyą rzymską. rk. XVIII w. 
81. Palladium Sarmatico Palemoniae Troiae proPosi- 1 
tum ao. ) 716. 

2, PractilJue curieuse ou les oracles des SylJilles 
A Rotterdam 1 n5. 
83. Prawo Natury r. 1795. Ded. Jan Trojan Czajkow- 
ski. 8-0, str. 506, 
84. Sententiae variae. Notae privatae, annorum 
174
-17;j4. 
85. N ouveau Delassa Litteraire, Anecdotique, Hist'ori- 
{lue, Tragi-Comique, Critique et Satirique, Amusant et Recrea- 
tir. Ms. sc. XVIII, pp, 4m
+33; 4-0 
86. Tłomaczenie uwag nad formą rządów, mianowicie 
nad formą najstosowniejszą dla Francyi. Przez p. Mounier, 

złonka deputacyi francuskiej, 1789. 
87. Kronika zboru ewangelickiego krakowskiego, przez 
X. W oyciecha Węgierskiego, r. 1651, 4-0, str. 200. 
88. Bulla Unio ni s Graecorum cum latinis, ao. Dni H39. 1 
Hoc Bullarum exemplar confectum est ex anti(lUO ma- 
I.
>>>
- :-\10 


nuscripto au D. 
-\damo Comite Chreptowicz, summo litte- 
rarum cultore Bibliothecae Seminarii Dioc. Viln. ao. 1827 
Febr. 28 die beniquissime donato et obluto. Testor Antonius 
Żyszkowski Bibliothecarius. 
89. KouveIIe manil're de fauri(IUer le fer. ,Ms. sc. XIX. 
90. Zbiór historyi polskiej, czyli znakomitsze wypadki 
za panowania Augusta II, Augusta III i Stanisława Augusta, 
ułożony r, 1808 w 'Varszawie, 4-0, str. 99. Zawl era opis 
panowania Augusta 11. Przedmowa podpisana W. W. 
91. Opisanie Panowania Augusta III. Rk. XIX w., 4-0, 
str. 197, d. c. nr. W. 
92. Radziwiłł Ulric. Historya powszechna. T. I, od 
stworzenia świata a
 do śmierci Augusta cesarza. 4'0, str. 
3648. Ten tom zacząłem pisać R. P. 1748, dokończyłem R. P. 
1756 d, 2 Grudnia. Str. 113 drukowane, reszta Rk. Opra- 
wione w 5 cz. 
93. Różne wiersze: 1) Ewa Chreptowiczówna do ojca; 
2) Spadek Renu; 3) Piosnka Mazura; 4) Do ojca nieszczę- 
śliwych, J. O. X. Repnina; 5) Piosnka, śpiewana w Woklu- 
zie białostockim, przy ołtarzu Dobroci E]
biety; 6) Bekiesza- 
bujna. Rk. XVIII w. 
9-l. Rzetelne opisanie parady J. O. X. Adama Czarto- 
ryskiego, odbytej w Wiedniu, w r. 1786 pierwszego stycznia. 
Napisał w r. 1823 Jerzy Soroka. 
95. Commerce dans les divers places de l'Europe. Sou- 
vellir. Ms. sc. XVIII 8-0 pp. 4G+16. 
96. Litterarum pretia 1\Iusis Ioquentibus. D-o D-o Chrep- 
towicz Proto - Canc. Lit. obsequens servulus DeIIa Torre. 
XVIII Ms. sc. XVIII. 
H7. Duma o St. Potockim i o innych polakach, w bitwie 
pod Wiedniem w roku 1688 poległych, przez Al. Orchowskie- 
go. Rk. XVIII w. 8-0, str. 20. 
98. Calendrier pour l' an II-e de la Republique Fran- 
ęaise, 8-0. 
99. Benedykta XIII kazanie, miane dnia 8 listopada 
17H2 r., 4-0, str. Hi.
>>>
-- :-\ 11 - 


100. Kopia listów Anonima do Zamoyskiego o popra- 
wie statutu. -1:-0. Rk. XVIII w. 
lOl. .Mowa na obchodzie pamiątki zwycięstwa pod 
Wiedniem, miana w Lublinie, przez X. Jezierskiego. Rk. 
XYIH w. 4-0 str. 28. 
1O
. To
-do młodzie
y w Coll. Warsz. Sch. Piarum 
d. 13 Paźdz. 1783. 4-0, str. 2H. 
10:-\. 
Iowa o konstytucyi rządu, miana na publicznem 
zgromadzeniu w Szkole Głównej litewskiej, d. 17 stycznia 
179
 r. przez X. K. Bogusławskiego. -1:'0, str. 20. 
10-1:. Mowa o obowiązkach obywatela względem usta- 
wy rządu, miana w szkole Głównej litewskiej, przez X. J. K. 
Bogusławskiego, d. 3 Maja 1792 r'i ..).-0, str. 26. 
105. Rk. XYII w. Protheus Oratorius. -1:-0 str. 16. 
106. Eloquentia ligata seu directiones poi'ticae av. lilH. 
107. l\Iiscelanea w. XYlII. Punkt a o sejm elekcyjny 
w. 4.-VII. Zakłady angielskie z dziennika kursowego w. 
XVIII. Kopia listu X. Ossolil1skiego z Luneville d. 28 Aug. 
l i")':-\ r. Manifest X. Janusza Ostrogskiego. 
lU8. 'l'aryfa biercza rekrutowego z województwa Nowo- 
grodzkiego w r. l i9
. 
109. Regestr nieoddanych podatków w racie marcowej 
r. 1792 z województwa Nowogrodzkiego. 
HO. Uwagi na projekt ustawy komisyi edukacyjnej. 
Rk. XVIII w. 
111. Papiery do sejmu 179:-\ r. 
112. Kazanie na dzieli' Zaduszny w Niehniewiczach 
18
3 r. p. X. Butrymowicza. 
11:-\. Preparation de Squelet Naturel. ..).-0 p. 6 Ms 
sc.XIX. 
11..)., Umowa pomiędzy biskupem nominatem Żytomier- 
skim, X. Winc. Łobal1skim, a X. Tom. Skargulewskim, kan. 
Wil., Pl. Wołkowyskim, d. 
o lutego IH
1 r. 
115. Regulamin 'l'owarzystwa Przyjaciół Nauk. 
116. Treść nauk, z kt6rych uczące się panny w klasz- 
torze wilel1skim Wizytek dały dowód rocznego postępu 
W r. IR:H, d. 22 maja, -1:'0, str. 12.
>>>
- al
 


11
. Hegestr skasowych i zostawionych klasztorów łe 
Rz. katolickich, roku 18a
 w Rosyi. F-o, str. l:!. p 
lIR. Kopia listów z Syberyi XX. Bernardynów z r. IS:!I. 13' 
F-o, str. 8. , S 
119. Osnowa 
ycia St. SzymOliskiego, wysłu
oneg rl 
w stanie nauczycielskim pogorzelca od r.17;)
-1I:)09. Z listem b 
z którym obchodzi, 
ebrząc wspomożenia siebie. d 
l
o. In adventum Sr. R. Stanislai Augusti ad Vilnensem 8: 
Academiam Gratulatio. 8-0, str. 12. s 
121. Indice d'impressioni d'Antiche Gemme di Sua AI- li: 
tezza II. Sgr. Principe Stanislao Poniatowsky (Zbiór odcisków" 
znajduje się obecnie w bibliotece Szczorsowskiej). c 
12
. Uprawa warzyw ,y ogrodzie i roli, Tłomaczenie a 
artykułów z Garthen Magazin od r. 1H04-l829. F-o, str. 11159 i 
123. Zbiór zaleceri rządu tymczasowego księstwa litew- r 
skiego, przez cesarza Napoleona ustanowionego, i władz f'ran- , 
cuskich od d. l lipca 1812 r. do wyjścia Francuzów z Litwy. l 
Akta oryginalne. F-o, 'l't. 1, 3, 4, 5, i 9. r 
124. Kopiariusz z w. XYII, zawierający akta od. r. 151:)-1 
 
do lU22. 4-0. ( 
Processus confederationis przez p. OrzeIskiego, starostę l 
Radziejowskiego, podany d. 10 marca 1;)9;) r. Propositia sej- , 
mu w r. lU13. List cesarza tureckiego do króla pol:skiego. 
Kondycye hetmana litewsk. Kar. Chodkiewicza. Klątwa oj- , 
ca Mitropolita na zmyślonego władykę cerkwi nalewajkow. 
ski ej . 
Ijosif Bo
ju miłostju Archiepiskop i Mitropolit kijew. 1 
skij, halickij i wsieje Rusi. Oznajmujem sim klatwiennym l 
wyrokom naszym, i
 Maxim Harasirnowicz, kotoryj sie zo. 
wiet' Melentiern Smotryckim, prepomniewszy bojazni bo
eje, 
wstydu ludzkoho, srogosti praw duchownych i swietskich, 
wa
ył sie powstat' na majestat J.K.M. Pana naszeho, na do. 
stojenstwo nasze Archiepiskopskoje, najwyszszoje w nabo
eri- 
stwie ruskom, a w panstwach J. K. M. uprywilejowane, mie- 
nicczysie byti archiepiskopom bez priznania J. K. M., u koto- 
roho rukochjest, i bez błahosłowienia naszoho archiepiszkop- 
skoho na onnuja stolicu archippiszkopskuju nastupit' usi.
>>>
- aU-J 


łował, kotoroje jepiszkop 
ywyj i zdorow jest, ot J. K. M. 
podanyj i uprywilejowany i ot nas porodne wodłuh prawił 
świetych i bohonosnych otiec postonowlenyj i na stolicy pa- 
styrskoj posa
anyj, i!2; posł posłancy swoi i uniwersały po 
roznych mistcach panstw tych rozosławszy, lud pospolity po- 
buntował do rebelii priwodił i tut w miestie wilenskom wsi 
diła episzkopskije otprawował, w ubierach, tolko mitropolitom 
Samym i to nie ko
don1U z nich nale!2;aczych, słu!2;bu swiatitiel- 
8kuju otprawował, w popy, w diakony, i w inszy pryczet cer- 
kowny stanowił. Oszto wsie pozwan pered nas ot w Bozie 
wielebnoho otca Ijosifa Kuncewicza, władyki połockoho, ot 
C'zestnoho otca Leona Krywszy, Archijepiszkopa wilenskoho, 
ani na pierszyj, ani na wtoryj, ani na tretij nie stanowił sie 
i sprawy o sobie nie dał. J\Iy, wedłuh prawił swiatych boho- 
I10snych otiec, jeho, Milentija Smotryckoho, jako sie sam zo- 
wiet, z j episzkopstwa, z archimandrytstwa i z wsiakoho czy- 
nu swieszczennoho, jeśli swieszczenny jest, składajem, a i!2; 
nieważnie i nie prawiłom oświeszczenny jest ot toho, kotoryj 

adnoje własti w krajach naszych nie mojet' uznawajem, i!2; 
ot wsiakoje własti cerkownoje otsu
ajem; i i!2; za tyje wsi 
bezzakonnyje dieła swoi nie tołko z zło
enia stanu ducho- 
\\'noho i otosłania do wladu swietskoho, ale i klatwy zasłu
ył, 
o sym wsim obwiestili jesmo jemu czerez list nasz otwore do 
Worot monastyra cerkwi swetoho ducha,jakojeje nazywojut', 
prybityj i na miestcach publicznych ohłoszonyj, jeśliby sie 
lłpamietati chotieł. A i!2; sie upomietali do tych czasow w toj 
predsiewziatoj hordosti swojej npornie trywajet', my Archie- 
piszkop moceju wsiesilnoho Boha, włastju archierejskoju, ot 
siedoliszcza apostolskoho nam danoju i w panstwach J. K. M. 
Uprywilejewanuju, Maxima Harasimowicza, a jako sie zowiet 
M:elentija Smotryckoho, i pomocznikow jeho duchownych 
i swieckich, kotoryje jemu w tom biezzakonnom diele radoju, 
pracoju, nakładom, abo jakimkołwiek sposobom pomahali, 
klatwie predali, ot społecznosti cerkownoje i społecznosti 
wsieh chrestian otłuczajem i mifJczom duchownym whstju 
nawyższoje otłuczajem: da budut' proklatyje, a nie budet'
>>>
- 31-1 - 


im ezast' z chrestijany, ale z predatelem ehrystowym IjudojU 
i z otcem hordosti diawołom. Amen. 
A szto my wia
em na zemli, Boh to zwia
et' na niebie. 
Szto 
eby pryszło do wiedomosti wsich, zezwawszy narod 
prez boI szyj zwon do cerkwi swiatoje 
iwohaczalnoje Trojcy, 
pered zaczatjem tor
estwiennoje słu
by sami w ubierie na- 
Szom archieriejskomz klirosomnaszim sposobom zwyezajnyn1 
cerkwi wostocznoje, onoho bezzakonnika wyklalijesmo. A tot 
list klatwienny po miestcach holowniejszych, dla bałszuje 
wiery pieczotju swojeju duchownoju zapieczatawszy i rukoju 
włostnoju podpisawszy, pribiti nakazali jesmo. Dieło sia tu 
u Wiłni roku ot naro
enia syna 13o
eho 16:!6, mea marca 

1 dnia. 
\! otum hetmana kor. Zamoyskiego ostatniego sejnn1 
przed śmiercią f. !GO;). Condicye, stanowione pod Chocimen1 
z Turki f. !G
1. List z Konstantynopola od p. Szulisowskie- 
skiego d. 28 maja 162
 r. Possia Sułtana Osmana. Instruk- 
cya wojska skonfederowanego, dana ze Lwowa do J. K. M. 
d. 15 maja 1622 f. Przemowa p. Win. Krukienieckiego, 
oł. 
nierza, od wojska do K. I. M. Punkta, podane od wojska (pod- 
pis): A. Krukieniecki, marszałek wojska W. K. M. Respons 
króla Posłom od wojska d. 18 maja 1622 f. Assekuracya kon- 
federatom od J. K. M. 1622 r. P. Krukienieckiego podzięko- 
wanie, Sesya deputatów koronnych i litewskich z posły' 
ehrześcijmlskimi d. 4: przed przewodną. Artykuły convocati l 
lubelskiej 1584 r. Artykuły na sejm, który ma być w polu, 
jako rokosz. Seripty, które się stały 1595 r. zTurkami. Com- 
pendium naprawy Rzplitej. 
Respons J. K. M. na te podane punkta. 


d. 
k 
le 
'" 
Z; 


Z, 
si 
Ił 


o 


ZI 


'" 
p: 


Stanislaw Ptaszycki. 


1.11 
'" 
8€ 
k; 
8
 
8Z 


Petersbt!f"g, w maju 1898 r. 


-....
+..
....-
>>>
11 


e. 
Id 


v, 

- 
11 
,t 
e 
11 
11 


'!1 



eKTejł-FeGTJl. 


t1 
11 


.- 


Z papier6w, pozostałych po nieod
ałowanej pamięci 
d' rze 'ritinsie, i z osobistych jego wspomnień, tudzie
 z dru- 
kowanych źr6deł, przywodzimy szczegóły o mało znanym 
lekarzu-poecie, dorze Stanisławie Rosołowskim, słynnym 
'V Wilnie w epoce pobytu tam
e Mickiewicza, niezmiernie 
Zacnej duszy człowieku i uwielbianym lekarzu, który zszedł 
ze świata w tym samym, co Mickiewicz, 1855 roku. Urodził 
się d. o-go lutego 1797 r. w Grodzieńskiem, w miasteczku 
nó
anie. 
Pozostały pi6ra jego nader piękne przekłady, Jako 
o poecie oryginalnym, pisze o nim Syrokomla w nekrologu, 
zamieszczonym w "Dzienniku Vvileńskim" z r. 18;)5, z d. 3-go 
'Vrześnia, a pisanym z wielką. dla zmarłego miłością. i za- 
Pałem. 
..."Prześliczne są. niekt6re z jego własnyr.h, drobnych 
Utwor6w, kt6re znamy w rękopiśmie, a które, jak się spodzie- 
'Vamy, zebrane w jedno, mo
e się w druku uka
ą., ale kipią.ce 
serce poety ledwie na piśmie odbiło' słaby płomyk tego wul- 
kanu, który zeń wybuchał. Kto osobiście nie znał Rosołow- 
Skiego, pomówi nas o przesadę w tern wyra
eniu, ale kto sły- 
szał jego mowę, pełną ognia i barwy, ten musiał westchną.ć
 


[. 
l. 


:;
>>>
- 3lG - 



e talent tak potężny rozprasza się i ulatnia, zamiast skupiać 
się, utrwalać i być ozdobą literatury_ Nie dozwalały mu te- 
go ciernie życia i powołanie lekarza, ktore biegle i z cnotli- 
wą, dostojnością umiał dopełniać. 
Lekarz-poeta! - powiecie mi z uśmiechem-tak jest: le- 
karz-poeta! - odpowiem, z chlubą wskazując na grób Ro' 
sołowskiego. Cierpienie bliźnich, na które patrzy co chwi- 
la, jakżeby duszy szlachetnej nie miało wznieść' do szczytu? 
zaradcze środki, które ma w ręku, czyniąc go narzędzieC11 
Bożego miłosierdzia, jakżeby nie miały go natchnąć rzewną 
wdzięcznością ku Bogu? bliższe zbadanie tajemnic przyrody 
jakżeby nie miało go zJumiewać i unosić? a to w,:;zystko są 
warunki poezyi. Opłakany to aforyzm, że dobry lekarz nic 
może być poetą,.. Lekarz, narzędzie Boże, uśmierzca cierpielI 
ludzkości, powinien być poetą, w ścisłem znaczeniu tego 
wielkiego słowa! Rosolowski w swym lekarskim zawodzie 
bywał często ofiarą niesprawiedliwego aforyzmu, o którYlll 
łl1 ówim y. .Już młodzian stał się mężem I już zawarł ślubnc 
związki, już wychował syna, (który także wykształcił się ne. 
lekarza, a rozwinął w sobie tak piękne przymioty, że ojcieC 
z chlubą doń pisał: Kochać cię malo, szanować cil: muszd, ju
 
piękna starość zawitała na jego czole i niejedna wyrwanl1 
z grobu ofiara oddawała głośne świadectwo umiejętności łe- 
karz a, a jednak los nie przestawał zadawać mu ciosóW' 
W ll'ierszu do syna, w dzieli nowego IA3j roku, jakże wymO- 
wnie użala się Rosołowski na swoje położenie: 
. 



i( 
ltl1 
oj( 
go 



I) 
So 
\... 


2 ] 
sk 
b , 


Mów: to serce, mając.e nieszczęście za godło, 
Przeciwnością nękane zaraz od powicia, 
". naj dotkliwszym sposobie wszędzie się zawiodło, 
Wszędzie znalazło gorycz i trucizny 
ycia; 


J,.l- 
i l 

2 
Da 
kt 
Ja 
lo 

{ 
d: 
l11 
2
 
c; 
tr 
\I; 


Wiesz, że los nasz od naszej nie zależy woli, 
Jak mię zabiło serce, powiniene8 wiedzieć, 
I to, co mię najwięcpj dotyka i boli. 
Będziesz to niewdzięcznemu światu mógł powiedzieć, 


I 
I
>>>
- 317 - 


IĆ 


Że moc l1ucha olbrz
'mią w wątłem gnieżdżąc ciele, 
Opłacił on męczeliską palmą trochę chwały; 
Że znał więcej nad innych, czuł zanadto wiele 
I w marny proch rozsypał wszystkie ideały; 


e' 
li- 


e- 
o. 
rl' 
11 
[11 
lą 


, Że, gardząc płonnym blaskiem, pl'óżnością i złotem, 
Z pokorą znosił swego przeznaczenia wolę, 
I chleb swój po
wając, krwawym zlany potem, 
Cśmicch jeszcze miał w l
stach i pogodę w czole... 


y 
,ą 
ie 

r'l 


I z uśmiechem na ustach i z pogodą na czole, przyjął 

iosy, jakiemi go ręka Pańska dotknęła: umarł mu syn pię. 
knych nadziei, do którego właśnie pisał te słowa. Biedny 
ojciec zasypał piaskiem tę głowę, której, umierając, miał bło- 
gosławić na drogę 
ycia..." 
:VIówi o nim Kirkor w 18łS r.: "Piękne wspomnienie 

f)stawił po sobie poświęceniem się, nara
eniem i bezintere- 
sownością w strasznych kl
skach, jakie zadała Wilnu cholera 
'''latach 1830 i 1848." 
Ant. E. Odyniec w nieocenionych swych)JW spomnieniach 
2 przeszłości, opowiadanych Deotymie",-pisze o Rosołow- 
8kim,-i
 poznał się z nim "szczególnym sposobem u Adama." 
bOdaj my nawiasowo, 
e było to w początkach r.1823. 

,Adam, za bytności swej w Wilnie, był przez parę dni słaby 
lnie wstawał z łóżka. Raz, przychodzę do niego, słyszę 

zyjś głos, podniesiony z zapałem i, wszedłszy, widzę jakiegoś- 
Pana, który siedzi przy nim na łóiku i wylicza imiona poetów, 

tórzy byli zarazem doktorami medycyny. Gdy skOlIczył, 
Ja robię zarzut, 
e nie w5pomniał imienia Stanisława Roso- 
łO\Vskiego. Tu ten pan zrywa się z łó
ka i, rozstawiwszy rę- 

e, z ujmującą serdecznością wykrzyka: A! mości dobro- 
dZieją, submiUuję się sam in persona i wdzięczen jestem pa- 
łJu, 
e o mojem imieniu pamiętasz." Znajomość więc zawią- 
zała się prędko, a w ślad za nią i żarliwa dysputa o romanty- 
czności, w której Adam nie brał udziału, a tylko śmiał się, pa- 
trząc na nasze zacietrzewienie się wzajemne. Zapał ten 
wszakże w dyspucie nietylko nie rozerwał, ale, owszem, 


rO 
, 
ie 
11 1 
113 
1
 


JC 


J
 
111 
e' 

'. 
O'
>>>
- 318 - 


spoił, jak w og-niu, pierwsze ogniwo znajomości naszej, która 
w dalszym ciągu stosunku hartowała się coraz w podobnych 
-rlysputach, w kt6rych jeden drugiego ani pokonał nigdy, ani 
przekonał. " 


p 

 


L 

 


Dalej druh Mickiewicza zaznacza, 
e razem z Adamem 
i Rosołowskim się spotykali: na tygodniowych wieczorkach 
u Lelewela, gdzie Rosołow
ki z\yykle z Onacewiczem w przed- 
miotach filozoficznych dysputowat j u Borowskiego, na przy- 
jacielskich pogadankach przy herbacie... "Szydłow
ki i Ro- 
sołow
ki (pisze Odyniec), byli koryfeuszami poezyi w Wil- 
nie. Utwory ich co miesiąc, je
eli nie co tydzień, ukazywały 
się jedne po drugich w "Dzienniku", "Tygodniku albo w"Wia- 
domościach brukowych", (dodajmy i w "Dziejach dobroczyn- 
ności"). Z profesyi medyk i doktór medycyny, w duszy on 
był rzeczywiście poetą. My
liciel i entuzyasta, bujał ocho- 
czo w sferach oderwanych filozoficznych wyobra
ell i fanta- 
zyi poetycznej, a co myślał i czuł rzeczywiście, to zawsze 
szczerze i otwarcie, z całą, mocą, przekonania i a
 ze zbytnim 
mo
e nieraz zapałem wyratał. Wyrachowana zimna obo- 
jętność i sarkastyczny dowcip, owe wybitne cechy Szydło w- 
skiego, (okolicznościowo wtrącimy, 
e, jak nam opowiadał 
dr. Titins, osobiście przyjazny Odyńcowi, ale ongi serdecznie 
z Szydłowskim zblitony, ci bardzo się wzajemnie nie lubili, 
stąd autor "Wspomnień z przeszłości" nie jest tu całkiem 
bezstronnym), były dlań najzupełniej obcemi. Stąd te
 
zwykłych światowych towarzystw nie lubił, a rad szukał sto- 
sunk6w z kolegami i uniwersytecką młodzie
ą, najczęściej 
aby staczać za
arte dysputy, w kt6rych mianowicie sm
ko- 
wał. Psychiczna idealność w medY
J'nie, a 
arliwa obrona 
klasycyzmu i piorunowania na romantyczność w poezyi, były 
zwykle przedmiotem tych dy
put. Miał on przytem praw- 
dziwie rycerską szlachetność, to jest, czy zwycię
ony, czy 
zwycięzca w szrankach, zawsze w kOlicu uprzejmie rękę 
adwersarzowi swojemu podawał i nigdy osobistości swojej 
z przedmiotem dysputy nie mieszał. W talent sw6j juści
 
wierzył, ale go i w drugich oceniał. Słowem, był to człowiek 



 
b 



 
\1 
jl 


r 
t 
1.] 
11 
P 
g 
C 
2
>>>
- 319 - 


'a 
h 


prawy i zacny, i mo
na go było szanować i lubić, chocia
by, 
W danym razie, będąc z nim wręcz przeciwnego zdania." 
Odyniec i Kondratowicz poświęcili Rosołowskiemu- 
Lratu po lutni - swoje znane w druku - okolicznościowe 
wiersze. 
Kirkor pisze o płodach tw6rczości Rosołowskiego: "Całe 

ycie niepomny na siebie i mniej dbały o sławę, ciągłe wy- 
bierał się wydać osobny zbi6r swoich poezyi. 
Wizerunki w r. 1834 ogłaszały ju
 prędkie ich wyjście 
W 2-ch tomach, lecz, odkładając z dnia na dziełi, umarł, zosta- 
Wując foliały rękopis6w, z których większa część nigdzie 
jeszcze orukowaną nie była." 
Tyle o rysach wizerunku duchowego poety-lekarza. 
Portret zaś jego z natury wykonał głośny profesor uniwersy- 
teckiej katedry malarstwa, Jan Rustern, a kopię olejną- 
Uczeń jego Walinowicz. Dr. Titins, który z tkliwością wspo- 
lllinał Jł,osołowskiego i był właścicielem tej po Walinowiczu 
Pamiątki, jak
e miłośnie i długo wpatrywać się lubił w dro- 
gie rysy przyjaciela. Nie zapomnimy jednej takiej, dłu
szej 
chwili... Była ona ostatnią, niedługo przed tak niedawno 
Zeszłą śmiercią, czcigodnego filantropa, wielkiego idealisty. 


11 


n 
II 
1- 


I- 


v 


,- 


1- 
:1 


," 


B 


Lucym! Fzh;blo.
>>>
Wychodźcy nasi w J\nglii. 


Ze wspomnień 


"cf{c!ama G1:jeł
guc!a. 


Sprawozdanie o Polakach w Anglii, w chwili obecnej, 
musiałoby się ograniczyć na suchem spisaniu nieznanych 
nazwisk, bo ogromna ich większość składa się z ubogich ro- 
botników, których 
ycie, pochłonięte walką o byt, nie przed- 
stawia nic zajmującego dla ogólu narodu. 
Nie wiem, czy-istnieje inny ucywilizowany kąt ziemi, 
gdzieby wykształcone warstwy polskie były tak mało repre- 
zentowane, jak obecnie w Anglii. 
Nie tak się działo w pierwszych latach wielkiego wy- 
chodźtwa; było wtenczas wielu Polaków w Anglii, ludzi du- 

ego talentu, 
Chocia
 urodzony w Królewcu, dzieckiem przyby- 
łem do Anglii, tu odbyłem nauki szkolne i uniwersy- 
teckie; pia8tując od lat wielu urząd w angielskiem mini- 
stery um, miałem sposobność poznać ich, spotykałem siQ 
często z nimi w domu moich rodziców. 


I
>>>
- 3
1 - 


Matka moja, Kunegunda Szemiołkówna, ze 
mudzkiej 
rodziny szlachcianka litewska, rzucona na obcą, ziemię, nie. 
znana, uboga, pomimo niezliczonych trudności, za łaską Bo
ą, 
pokonała je wszystkie i wychowała trzech synów, umiejąc 
sobie zjednać szacunek i uznanie wśród ludzi zimnych i obo. 
jętnych, 
Spróbuję skreślić słów parę o tych czasach, powiedzieć 
coś o egzystencyi tych jednostek, w owem mrowisku ludz- 
kiem, jakiem jest Londyn, gdzie wszystko dla nich tak 
odmienne: religia, mowa, charakter, zwyczaje i obyczaje. 
Po roku 1831 z jakie pięćset ludzi, oficerów i 
ołnierzy, 
wylądowało w Anglii. Przybyli oni po kilku na raz do sto- 
licy, a pozbawieni wszelkich funduszów, nieświadomi języka, 
przechodzili cię
kie koleje. 
Jednak
e, dzięki odwadze, wytrwałości i wrodzonej 
rzutkości, pomimo współubiegania się, na które każdy obcy 
jest 
u wystawiony, zdobyli sobie posady. 
Między żołnierzami była część rękodzielników i ci zna- 
leźli pracę, każdy w swoim zawodzie, jednak
e została reszt- 
ka, która bądź z braku zdrowia, bądź dla niezdolności lub in- 
nych przyczyn, była bez chleba; tym przyszły w pomoc wyż- 
sze klasy społeczetistwa angielskiego. 
Pod przewodnictwem poety, Tomasza CampbelI, i pana 
Wentworth Beaumont, członka parlamentu, utworzyło się 
w Londynie Towarzystwo, nazwane "Literary Association of 
the Friend of Poland," czyli Towarzystwo literackie przyja- 
ciół Polski. . 
Między znakomitemi osobistościami angielskiemi tego 
Towarzystwa stal na pierwszem miejscu niezmienny protek. 
tor Polaków, lord Dudley Stuart, dalej sławny kanclerz, lord 
Brougham; lord William Bentinck, dawny wice-kr6l Indyi; 
Henryk Reeve, tłomacz Mickiewicza, przyjaciel Zygmunta 
Krasińskiego, oraz redaktor "Edimburgh Heview" lord Pan- 
mure; Charles Dickens, znany powieściopisarz, i wielu 
innych. 
Zapomoga, którą rozdawano biednym Polakom, docho- 
dziła rocznie do 1,500 f. szterl., a w późniejszych latach do 
21
>>>
- 322 - 


3,000 f. szterl. CzęŚĆ tej kwoty pochodziła ze sprzeda
y bile- 
tów na polskie bale i koncerta, które w owych świetnych 
czasach cieszyły się protekcyą, księcia Alberta, mr
a królo- 
wej; księ
ny Kent, matki królowej; jej stryja, księcia Sus sex; 
sławnej filantropki i damy milionowej, baronowej Burdett 
Coutts, i całego eleganckiego towarzystwa sezonu londyń- 
skie6'o. 
Honorowymi sekretarzami Towarzystwa literackiego 
byli zawsze Anglicy. Pierwszym był Richard Graves Mac- 
donell, później mianowany gubernatorem brytańskiej kolonii 
Hong-Kong; po nim niezmordowany i zacny nasz przyjaciel, 
William Lloyd Birkbeck, profesor prawa międzynarodowego 
w Lincoln's Inn, syn sławnego filantropa tego
 nazwiska; 
od czasu jego śmierci nie mamy ju
 sekretarzy honorowych 
Anglików. 
Czynnymi sekretarzami byli Polacy. Pierwszym był 
Krystyn Lach Szyrma, profesor filozofii przy uniwersytecie 
warszawskim. Pochodził on z dawnej luterskiej rodziny 
w Królestwie Polskiem, kształcił się na uniwersytecie w Kró- 
lewcu, a potem w Wilnie; o
eniony z Polką" owdowiał 
w roku 1837-ym i następnie o
enił się z Angielką" 
Z pierwszej 
ony miał córkę, która wyszła za rrerleckie- 
go; z drugiej syna, urodzonego ju
 w Anglii, który jest 
obecnie pastorem protestanckim. Niewiele lat piastował urząd 
sekretarski Lach Szyrma, po nim nastą,pił Szczepanowski, 
łagodnego charakteru, lecz wątłego zdrowia, który musiał 
się usunąć od urzędu, szczególnie, 
e przyszły cię
kie czasy 
na Towarzystwo i miejsce sekretarza nie było synekurą, bo 
jeśli rzetelność i pracowitość biednych Polaków zasługiwały 
na wszelkie pochwały, jak to twierdzą rok rocznie raporty 
Towaszystwa, to na nieszczęście duch demokratyczny, sze- 
rzący się ju
 wtenczas w Anglii, zakaził i naszych rodaków, 
Sekretarzy czynnych oskadano, 
e pozbawiają, zasiłku tych 
biedaków, którzy wyznają opinie liberalne. 
Pogłoski te były fałszywe, bo wszak
e duch przewodni- 
czący Towarzystwa, lord Dudley Stuart, był sam liberałem, 
a byli inni członkowie dobrodzieje Towarzystwa, nale
ącY
>>>
- 323 - 


do partyi radykałów w parlamencie angielskim. Ale biedni 
nasi, nie rozumiejąc dobrze języka, nie mogli sprawdzić nie- 
prawdziwości tych pogłosek; były rozruchy, demonstracye 
przeciw Towarzystwu, co się Anglikom nie podobało i bardzo 
ochłodziło sympatYQ ich dla nas. Szczęściem, w roku 1842 
objął ś. p. Karol Szulczewski sekretarstwo Towarzystwa. 
Przyjaciel i prywatny sekretarz lorda Dudley Stuarta, znany 
i lubiony w wy
szych kołach społeczelistwa angielskiego, 
człowiek godny i wielkiego poświęcenia, Karol Szulczewski 
był pod ka
dym względem stosownym do trudnych i ucią
li- 
wy ch obowiązków sekretarza; to te
 pracował z niezmordo- 
wanem oddaniem, by ul
yć nieszczęśliwym rodakom, ju
 to 
odwiedzając ich po plugawych zaułkach wschodniej części 
Londynu, ju
 to znosząc z prawdziwie chrześcijańską cierpli- 
wością napaści niezadowolonych-i często wspomagając ich 
biedę z własnych funduszów. 
Szanowany przez Anglików, do końca 
ycia umiał zain- 
teresować ich dla naszych biedaków i zebrać trochę grosza 
na ich potrzeby. Od czasu jego śmierci Towarzystwo utrzy- 
muje się wyłącznie z zapisu ś. p. pani Gnorowskiej, z małej 
sumki miesięcznej, przysyłanej nam przez damy polskie 
z Pary
a, i z rocznych datków paru rodzin polskich, mieszka- 
jących w Londynie. 
W roku 1A86, z powodu opłakanego stanu Towarzystwa, 
komitet zdecydował, 
eby wynaleźć kogoś młodego, z ener- 
gią, z rzutkością, kogoś, co, będąc płatnym, mógł by poświęcić 
cały swój czas dla dobra Towarzystwa, nie, jak dotychczas, 
oddawać tylko chwile wolne od innych prac. Pan Edmund 
Naganowski wydał nam się odpowiednim pod kaMym wzglę- 
dem: wykształcony, władający dobrze językiem polskim, 
odrazu dobrze usposabiał dla siebie przyjemną powierzchow- 
nością i pewną znajomością wzięcia się do ludzi. Pró- 
bował on powiększyć dochody 'rowarzystwa, przywró- 
cić bale polskie, dawniej tak świetne, lecz, pomimo, 
e oka- 
zał du
o ruchliwości i zdatności, pomimo, 
e komitet pań 
popierał go całą mocą, nie udało się. Malownicze pióro p. Na- 
ganowskiego zdobyło mu w kraju opinię zdatnego dzien-
>>>
3U 


nikarza, ale nie zdołało podźwignąć Towarzystwa. Pie- 
niędze z balów ledwie opłaciły pensyę sekretarzaj Towarzy- 
stwo wpadło w długi i zoshło ocalone od finansowej klęs- 
ki li tylko przez wspaniałomyślność baronowej Burdett 
Coutts. Pan Naganowski z!o
ył urząd, i obecnie bezpłat- 
nym sekretarzem Towarzy
twa jest Bronisław Jazdowski, 
z matki Szkotki i Jana J azdowskiego, potomka lit
wskiej ro- 
dziny, pierwotnie mieszkającej wSzawIach. 
W um2 roku Jan Jazdowski przypłynął do Anglii z pię- 
ciu towarzyszami, po drodze został okradziony i, przybywszy 
do Londynu bez grosza, pierwszą noc spędził na stopniach 
kościoła św. Marcina na 'l'rafalgar Square. Jeden z j ego towa- 
rzyszy, Dębski, z rozpaczy zwaryował i przez kilka lat nastę- 
pnych był utrzymywany przez pracujących kolegówj z cza- 
sem Jan Jazdowski otrzymał posadę w mieście Aberdeen 
w Szkocyi, gdzie się o
enił, i zmarł w roku 1881. 
Syn jego, Bronisław, miał powołanie do słu
by wojsko- 
wej, lecz 
e ojciec nie miał środków na kupienie mu stopnia 
oficerskiego, odbył nauki na doktora medycyny i po sk0I1cze- 
niu uniwersytetu wstąpił do wojska angielskiego, jako lekarz 
wojskowy. Słu
ył w wojsku przez 24 lat, głównie windyach, 
Egipcie i południowej Afryce, a chocia
 Polak całem sercem, 
nie miał sposobności nauczyć się ojczystego języka. Po 
skoilCzonych latach słu
by, w r. 188G przyjął honorowe sekre- 
tarstwo 'l'owarzystwa, które, z powodu zupełnego zgaśnięcia 
sympatyi dla Polaków, straciło wszystkich swoich dobrodzie- 
jów angielskich. 
..W tej chwili stan Towarzystwa jest nader niepomyślny, 
a jednak
e potrzeby trwają, bo pomimo, 
e starzy wy- 
mierają, płynie z kraju ciągły prąd biednych, którym się 
przywidziało, 
e tu znajdą szczodrze opłaconą pracęj ci nie- 
szczęśliwi umierają z nędzy lub wpadają w rQce 
ydów pol- 
skich, którzy niemiłosiernie wyzyskują ich pracę i nieświa- 
domość. 
Prócz Towarzystwa literackiego, powstały między 
Polakami inne instytucye miłosiernej jedną z pierwszych 
było TowarzY.'Itwo ekonomiczne, zało
one przez księdza Brze-
>>>
- 325 - 


zińskiego; zaopatrywało ono starców i chorych w odzie- 
nie i wspomagało w razie utraty pracy. Towarzystwo dam 
polskich, w którem matka moja, Kunegunda Giełgudowa, 
i p. Falkenhagen Zaleska, z domu Korzeniowska, były preze- 
sowemi, a pani Lach Szyrmina sekretarką, miało na celu 
uczyć dzieci religii i polskiego języka. Nareszcie, na wzór 
Towarzystwa historycznego w Pary
u, o którem tak pięknie 
i szczegółowo napisał Lubomir Gadou I), powstało w Lon- 
dynie w 1!-!39 r. Towarzystwo historyczne, którego zadaniem 
było wypisywać dokumenta, tyczące się Polski, w Britisch 
museum i Record Office i odsyłać te wypisy' do Tow. hist, 
w Pary
u. 
Przebywaly te
 w Londynie znakomite osobi:;tości, 
których imiona były znane nietylko w emigracyi, ale i w hi- 
storyi narodu, jak np. Stanisław Koźmian, hr. Waleryan 
Krasiński, marszałek Włodzimierz Gadou. Oni to wraz z Szyr- 
mą .i Szulczewskim obcowali z inteligencyą angielską, która 
zachęcała ich do udziału w pismach peryodycznych i w dzie- 
łach tego czasu. 
Falkenhagen Zaleski prowadził wspólnie z Anglikiem 
Hall biuro bankowe i przemysłowe z wielkie m powodzeniem, 
gdzie niejeden Polak znalazł zatrudnienie i zarobek. 
Kapitan JabłOllski wydał dobre tłomaczenie "Konrada 
W alenroda prozą." 
Litwin Ignacy Jackowski był autorem dzieła "Przygody 
litewskie." 
Dr. Ritterband, kapitan RęczYliski i Jan Baranowski 
byli znani, jako wynalazcy rozmaitych przyrządów mechani- 
cznych. 
Felicyan Wolski, redaktor "Rozmaitości szkockich," 
miał zakład wychowawczy dla młodzie
y w Glazgowie, a Jan 


I) "z życia Polaków tce P,'ancyi." L. Gadou, członek rady Towarz. 
bistor. literackiego. G. Gebethner i Spółka, w Krakowie, 1883,
>>>
- 326 - 


Bartkowski taki
 w Londonderry w IrIandyi. - Najwy- 
bitniejszymi lekarzami byli bracia Wielobyccy Adam 
Łyszczyński. 
Między kapłanami nale
y wymienić jednego z pierw- 
szych, kapelana Brzezińskiego; po nim nastąpił Emeryk Podol- 
ski, ksiądz staropolskiego typu, dobry, serdeczny; nie szczędził 
on trudu dla swoich owieczek, ruszał się, 
ebrał, i w kOlicu wy- 
dobył skromne fundusze, szczególniej z Irlandyi, na jakiś przy 
tułek dla polskich katolików. Nie mogąc budować nic nowe- 
go, nająłdom i, za pozwoleniem zacnego kardynała Wiseman'a, 
przeistoczył główny salon tego domu w kaplicę wyłącznie 
polską; tutaj ju
 byliśmy u siebie-i co niedziela mo
na było 
widzieć gromadkę Polaków, słuchających ze skruchą Mszy św. 
i prostych, ale z serca pochodzących słów dobrego kapłana,. 
który, znając troski ka
dego osobiście, najlepiej wiedział, ja- 
kich u
yć wyrazów, by ich ból ukoić. Po Mszy głodnych na. 
karmił, niejednemu poradził, a wszystkich pocieszył. 
Z tych, co si
 modlili w tym starym domu na Gomer 
Street, ju
 niewielu nas zostało. Sam kapłan nie 
yje, dom 
zburzony, a pomimo szczerych usiłowań, funduszów na polski 
kościołek lub kaplicę dotychczas zebrać nie zdołaliśmy. Od 
śmierci księdza Podolskiego przebywał tu cały szereg zacnych 
kapłan6w; którzy usiłowali zało
yć tu misyę polską, lecz bez- 
skutecznie. Był między innymi dr. Chwaliszewski, obecnie 
proboszcz i dziekan w Granowie, w Księstwie Poznańskitnn. 
"Znany dziś szeroko, wytrwały obrońca. katolickiej wiary 
i praw naszych w berlińskim parlamencie" I), ks. dr. Ja
- 
d
ewski, w połączeniu z paryskiem stowarzyszeniem "Oeuvre 
du Catholicisme e
 Pologne", umieścił około stu dzieci pol- 
skich po ró
nych zakładach Francyi, ale długo tej pracy prowa- 
dzić nie mógł: i zdrowie nie dopisywało, i fundusze się wyczer- 
pały, 


I) "Polacy w Anglii," kl';. Jan Badenl, T. 9, I\raków, Anczyc l spół- 
ka, r. 1890.
>>>
- 327 - 


Pracowali tu tak
e: Zmartwychwstaniec o. Adolf Ba- 
raniecki, młody Jezuita Kalusa, polskiego pochodzenia, i J e- 
zuita niemiecki, ojciec Jakób Linden, ale zawsze stały na 
przeszkodzie misyi brak fundusz6w na utrzymanie księdza 
i nieznajomość litewskiego języka, największa bowiem ilość 
naszych polskich robotnik6w we wschodniej dzielnicy miasta, 
nazwanej "White chapel", pochodzi z Litwy. Poczciwi ci 
Żmudzini, pobo
ni, spokojni, pracowici, 
yjQ, wyłącznie mię- 
dzy sobą, nie obcując prawip. wcale z Anglikami; w ten spos6b 
nie nabyli języka i mówią tylko po litewsku. Lecz łaska 
Bo
a natchnęła szlachetnego o. Józefa von Lassberg, profe- 
sora prawa kanonicznego w klasztorze niemieckich Jezuitów 
w Dillon Hall, w hrabstwie Lancashire. 'l'en zacny kapłan 
podjął się już od paru lat cię
kiego stanowiska misyonarza 
polskiego. W miasteczku Widnes, blizko Dillon Hall, pracu- 
je wielka ilość robotników polskich i litewskich, i tu ich oj- 
ciec Lassberg poznał; poznał ich biedę i ich łagodną pobo
 

ność, zabrał się tedy z energią do nauki języków litewskie- 
go i polskiego - i obecnie tymi językami nietylko m6wi 
i czyta, ale nawet poprawnie pisze; trzyma polskie i litew- 
skie czasopisma i tylko 
ałuje, 
e nie ma sposobności spędzić 
choć kilku miesięcy w naszym kraju, aby lepiej się w pol- 
skiej wymowie wyćwiczyć. Przytoczę tu list, ojca von Lass- 
berg, wyjęty z nader wyczerpującego i pięknie pisanego 
dzieła ks, Jana Badeniego p. t. "Polacy w Anglii." 
"Bardzo wielka liczba Polaków znajduje się, a przy- 
najmniej przed kilku la
y znajdowała się w Liverpool'u; 
obecnie, rachuj ąc razem Litwin6w i Słowak6w-będzie ich 
około trzystu; przed sześciu, siedmiu, czy dziesięciu la- 
ty, było ich podobno do sześciuset. Począwszy od roku 
1888, przyje
dżam regularnie do Liverpoolu w pierwszą 
sobotę ka
dego miesiąca i pozostaję całą niedzielę; ro- 
boty w kościele naturalnie nie brak, wielu te
 trzeba po 
domach odwiedzać. 
Nabo
eństwo polskie odprawiam w kościele naj- 
świ
tszej Panny Milosiernej na Eldon Street. Proboszcz 
tego kościoła, ks. Jakób Garderer, Anglik, bardzo jest dla
>>>
328 - 


Polaków przychylnie usposobiony i chętnie, w czem 
tylko mO!2:e, stara się im przysłu!2:yć. Odrazu te!2: zgodził 
się na moją propozycyę, !2:eby jeden z oltarzów prze- 
znaczyć szczególnie dla Polaków i Litwinów i ozdobić 
go obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, -"I moi an- 
giescy parafianie-mów ił-będą mogli z tego korzystać 
i udawać się pod opiekę tej cudownej Matki Boskiej." 
Przemówiłem do Polaków o tym moim zamiarze-przy- 
j
li go z radością i zaraz zaczęli zbierać między sobą 
składkę. Niech!2:e to będzie na cześć Matki Boskiej 
Ostrobramskiej i zbawienie polskich robotników w tym 
kraju. Obraz, zamówiony w krakowskim klubie mala- 
rzów i rzeźbiarzy, nadszedł na miejsce przeznaczenia 
d. 1 czerwca 1889. "Wreszcie-donosi nasz Misyonarz- 
otrzymaliśmy wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej, 
z niewymowną radością wszystkich Polaków." 
Kilka tygodni upłynęło na rozmaitych przygoto- 
waniach; Polacy i Litwini współubiegali się nawzajem, 
!2:oby jak naj piękniej przyozdobić i obraz, i ołtarz, na któ- 
rym miał stanąć. Jeden kupił bogatą kapę na akt ten 
uroczysty; inny, malarz z profesyi, odnowił gustownie 
ołtarz i wznoszącą się nad nim część muru kościelnego; 
inni nie oszczędzili grosza i fatygi, aby cała, bardzo ob- 
szerna świątynia na to ich święto, w świątecznej oka- 
zała się szacie. W dniu, przeznaczonym na poświęcenie 
obrazu, d. 20 sierpnia, spieszyły ju!2: od świtu liczne gro- 
madki Polaków i Litwinów. Obraz stał na tymczasowem 
podwy!2:szeniu, w głębi prezbiteryum; dokoła paliło się 
mnóstwo światła; poczciwy ludek klęczał z pokorą 
u stóp Królowej Niebieskiej; wielu z rozrzewnienia i ra- 
dości płakało. Po wotywie i kilku cichych mszach 
świętych wyszła uroczysta suma; w czasie mszy przemó- 
wiłem po angielsku o szczęściu parafian, !2:e zawitał 
i pozostanie między nimi obraz Maryi, wsławiony cu- 
dami-zachęciłem wszystkich do gorącej miłości Matki 
Bo!2:ej. Po sumie miałem kazanie polskie; biedacy
>>>
- 329 - 


bardzo się cieszyli i serdecznie mi dziękowali. Wszak- 

e właściwa uroczystość nastąpiła dopiero wieczorem. 
Po nieszporach pomodliliśmy się głośno po litew- 
sku i w tym
e języku powiedziałem kazanie, a po sUJnie 
inny ksiądz przemówił jeszcze kilka słów po angielsku. 
Proboszcz Garderee poświęcił obraz, i zaczęliśmy wspól- 
nie śpiewać litanię do Matki Boskiej. Gdybyście mogli 
słyszeć, z jakiem gorącem nabo
elistwem, z jakim zapa- 
łem Polacy śpiewali "Módl się za nami," to pewnie roz- 
plakalibyście się w tej chwili razem z nami. Procesya 
była bardzo uroczystą. Obraz niosło dwóch zamo
nych 
parafian i umieścili go na przygotowanym ołtarzu. Uklę- 
knęliśmy wszyscy; proboszcz odmówił po angielsku akt 
poświęcenia się Matce Boskiej Ostrobramskiej, a ja, 
wespół z Polakami, powtórzyłem głośno, z wielkiem 
wzru,;zeniu serca, ten sam akt po polsku... I długo jeszcze 
klęczeli pobo
ni Polacy i Litwini przed obrazem swej 
:Matki, polecaj ąc Jej wszystkie swe troski i cierpienia, 
prosząc o pomoc w tej obcej dla siebie kraini
." 


Adam Gielgud. 


1 :J1 .::łBI =' ::I II
>>>
St 
pc 
W 
Ca 
°f 
rz 
Ś\1 
bi 

(J 


nł 
Oc 
tr 
CI! 
lie 
je 
st 
ni 
" 
de 


c2ilwini W cf)merJJce. 


Kto z Litwinów pierwszy i kiedy wstąpił na ziemi
 ame- 
rykaliską, dziś trudno jest powiedzieć. Znany litewski histo- 
ryk, S. Dowkont, notuje, jakoby tłumy litewskich włościan 
ju
 przy końcu XVII wieku emigrowały do nowego świata. 
Naturalnie, dziś po nich ani śladu w Ameryce nie zostało, jak 
nie zostało śladu po wychodźcach z czasów Tadeusza Koś- 
ciuszki i Juliana Niemcewicza. 
Początek właściwej, czyli włościańskiej emigracyi do Sta- 
nów Zjednoczonych mo
emy datować od r. 1868. W lat,tch 1867 
i 186ti nawiedził Litw
 głód. W pierwszym roku zbo
a włości alI- 
skie zmarniały od deszczu, a w roku nast
pnym wszystko 
zniszczyła posucha. Ju
 pod jesieIi pierwszego roku ubo- 
giej ludności głód począł doskwierać. Wielu 
ebr,lków snuło 
si
 po całej Litwie, inni szli do Królestwa Polskiego, gdzie 
wtedy głodu nie było. W tym to roku 1868 energiczniej
i, 
odwa
niejsi z włościańskiej młodzie
y, najczęściej uchylając 
się od wojskowości, zaczęli wychodzić do Ameryki. Najpierw, 
o ile dało się zbadać, emigracya rozpocz
ła się z południowej 
cz
ści Litwy, mianowicie z okolic Ludwinowa, Maryampo- 
la, Wysztyńca, Symna, Lubowa (gub. suwał.). Ks. Andrzej 


n; 


\V 
\V 
k. 
z 
w 


c: 


Z 
ni 


ie 
ni 
s
 


g, 
LI 
P 
\\'
>>>
- 331 - 


Strupiński, zakonnik z klasztoru księ
y Maryanów w Maryam- 
Polu, który przyjechał do Stanów Zjednoczonych jeszcze 
w roku 1866, pisał do swoich krewnych i znajomych, zachę- 
cając ich do przyjazdu do Ameryki. Po całej Litwie krą
yły 
opowiadania o dobrych zarobkach w Ameryce. Żydzi, któ- 
rzy pierwej od Litwinów poczęli stąd emigrować do nowego 
świata, dobrobyt i bogactwo Ameryki wynosili te
 pod nie- 
biosa. Pierwsi jednak wychodźcy, nim do czegoś doszli, du- 

o musieli ucierpieć. 
Parowców nie było wtedy tak wiele, jak dzisiaj, jazda 
na nich musiała być drogo opłacaną. Litwini najczęściej 
Odbywali podró
 na statkach 
aglowych, na których przejazd 
trwał od 3-ch do 6-ciu miesięcy. Jeden z emigrantów tego 
czasu, Jan Bobkowski, tak pisze o swej podró
y: "Wyjecha- 
liśmy z Hamburga d. 11 grudnia 1868 r. Okręt, na którym 
jechaliśmy, nazywał się "Dam es Fo:ster." Nas, Litwinów, na 
statku było siedmiu, z tych czterech katolików, a trzej Litwi- 
ni protestanci z suwalskiej gubernii. Żydów z Maryampola, 
W ołkowyszek, Krasny i innych miasteczek litewskich było 
do 20. Jechaliśmy przez Atlantyk trzy miesiące. Jedzenie 
na okręcie rozdawano nam tylko raz na dziel]; ka
dy dosta- 
Wał siedem sucharów, kawałek cuchnącego mięsa, dwa suro- 
We kartofle, garść ry
u, trochę" owsianej mąki i po dwie 
kwarty wody. Gotować jedzenie musieliśmy sami. r.l'ak było 
z początku, później nie dostawaliśmy nawet tego. Przyszło 
Wreszcie do tego, 
e w trzecim miesiącu ludzie na okręcie za- 
cZęli umierać; były dnie, 
e \]mierało po kilku na dzień. 
Z Litwinów, choć paru bardzo chorowało, nie umarł jednak 
nik t. " 
Wysiadali emigranci w New-Yorku, lecz i tu poło
enie 
ich było godnem opłakania. Nie mieli przyjaciół, znajomych, 
nie rozumieli języka. nie wiedzieli, gdzie się udać,. gdzie 
szukać roboty, jak daną robotę wykonać. Wielu z nich, 
gdy głodowa śmierć poczęła im zagra
ać, ratowało się 
e- 
Lraniną. Na noc zbierali się wszyscy u niejakiego Faryana, 
Polaka. który miał w New - Jorku małą fabrykę, w której 
Wypalał piasek. W tym to budynku, na ziemi, najczęściej
>>>
- 332 


nocowali nasi biedni wychodźcy. Zbierało się ich tam na 
nocleg do dwudziestu. 
W tym właśnie czasie węglana kompania "Philadelphia 
and Heading Comp." budowała nową kolej pomiędzy miastern 
Shamokin i Traverton, a kompania "Delevar and W eIstern 
Lackawanna"-pomiędzy miastami DanviIle i Wilkes-Barre. 
Kompanie potrzebowały robotników. W ten to sposób pra- 
wie wszyscy pierwsi litewscy emigranci, którzy przybyli do 
Ameryki w JHG8 roku, namówieni przez agentów, dostali się 
do PensyIvanii, do ziemi antracytu, gdzie, znalazłszy dobry 
zarobek przy węglach, osiedlili się na stałe. I dziś, po 30-tu 
latach, litewskie kolonie w środkowej Pensylvanii SQ. n
jli' 
czniejsze i pod ka
dym względem najlepiej zorganizowane. 
Tylko około roku mniej więc.ej 1875-1880 Litwini ze środko- 
wej Pensylvanii zaczęli emigrować dalej na zachód _ do 
l)ittsburga, Cleveland, Chicago, St. Luis i na wschód do No- 
wej Anglii, Philadelphii. BaItimore. 
Przypuśćmy, czytelniku, i
 jedziesz z Philadelphii do 
środkowej .PensyIvanii, trzymając się kierunku północno-za- 
chodniego. Po trzech albo czterech godzinach jazdy koleją, 
starannie uprawione pola z pięknemi farmerskiemi zabudo- 
waniami stopniowo nikną przed twemi oczyma; coraz częściej 
widzisz pagórki, porosłe dzikimi krzakami. Jeszcze pół go- 
dziny jazdy, a znajdziesz się w niepięknej i niemiłej okoli- 
cy-jest to górzysta okolica wschodniej Pensylvanii - kraj 
amerykańskiego antracytu, czyli twardego węgla (antracit co al). 
Zajmuje on powiaty (connty): SchuylkiII, Luzerne, Lac- 
kawanna, północną część Northumberland i południową część 
powiatów Susquehanna i Wyoming-obszar około 90 ang. mil 
długi i od 20 do 35 mil szeroki (2,300 mil kwad.). Znajduje 
się tam 500,000 mieszkańców I): Yankesów, Airyszów. Niem- 
ców. Szkotów. Litwinów, Polaków, Włochów, Słowaków, 
Rusinów. Węgrów, Żydów, Holendrów, Francuzów i t. p. 


łe 
J{ 
n 
J{ 
J! 


li 
\\ 
P 
P 


\V 
l 
C 


li 
d 


" 
li 
g 
g 
81 
\\ 
'l 
11 
d 
t, 


I'
 


\v 
hl 
li; 
Li 
i 


I) "Encycl. llrltanica", t. xrJn, str. 1218. Pcess Almanac, ]897 Co 
str, 222.
>>>
- 333 - 


[1. Litwinów w 1898 roku naliczono tu 21,4721), a więc oko- 
ło 4%. Najgęściej przez Litwinów zamieszkaną, tu okolicą 
1 jest północna część powiatu Schuylkill (Shenandoah, Maha- 
1 noy City, Mahanoy PIane i t. d.), gdzie litewskiego 
ywiołu 
1 jest 200f0. W sanIem zaś mieście Shenandoah Litwillów 
jest 25%. 
'Vogóle, w Ziemi Antracytu (Antracit Region), jest 13 
litewskich parafii: Shamokin, Mourt Carmel (Northumb. po- 
wiat); Shenandoah, Mahonoy City, Minersville, New-Philadel- 
phia (Schuylkill pow.); Hazleton, Freeland, Wilkesbarre, 
Plymouth, Pittston (Luzerne pow.); Scranton (Lackaw. pow.) 
i Forest-City (Susquehanna pow,). Największa parafia jest 
w Shcnandoach, licząca około 6,000 dusz. Najpiękniejsze 
i naj bogatsze litewskie kościoły są, w Shenandoah, Mahanoy 
City, Pittston i Plymouth. "VVartość całej kościelnpj włas- 
ności tych 13-tu parafii oszacowano na 178,820 ameryk. 
dolarów. 
Mniejszych organizacyi, czyli tak zwanych "towarzystw 
Wzajemnej pomocy," Litwini mają tu a
 BR, z których ka
de 
liczy od 20 do 
OO członków. Z tych jedne są, kościelne, dru- 
gie świeckie. Konstytucye towarzystw kościelnych wyma- 
gają, 
ehy członkowie nale
eli do parafii, odbyli wielkanocną, 
spowiedź, a podczas większych kościelnych uroczystości 
wszyscy, wedle uchwały, przychodzili do kościoła w oznakach. 
Towarzystwa zaś świeckie z kościołem nie mają nic do czy- 
nienia, zwykle noszą, miano ksią
ąt litewskich-Witolda, Gie- 
dymina, Olgierda, Kiejstuta. Do grona swego przyjmują, iLi- 
Łwinów protestantów, Główny cel wszystkich tych towa- 
I'zy::tw jest wzajemna pomoc materyalna i moralna podczas 


I) W powiecie NOl-thumberland aSl; w Schuylkill - 11,031; w po- 
Wiatach Luzerne i J.ackawanna 8,960. Polaków w powiecie 
orthumb. 
będzie trzy razy tyle, co Litwinów, w powiatach Luzeme i Lackawanna 
liczba Polakthv też przewyższa nieco Litwinów, za to w Schuylkill, gdzie 

.it\VintiW jest około 12,0011, Polaków niema więcej nad 3.000. 
łowaków 
I Rusinów jest tam też dość znaczna liczba.
>>>
- 334 


()horoby, tudzie
 opieka nad wdowami i sierotami po śmierci 
członków, do towarzystwa nale
ących.l) KaMy członek 
wpłaca do kasy towarzystwa, tak jak i do kasy parafii, zwy- 
kle 50 cent6w na miesiąc. Są towarzy;;:twa, które majl! 
po 1,000 dolarów i więcej gotówki. 
Oprócz tych, mają jeszcze Litwini prawie w ka
dej 
większej osadzie towarzystwa śpiewaków, muzyków, klubY 
polityczne i t. p. 
Wszy:;tkie te mniejsze organizacye łączą się w jedno 
wielkie "Zjednoczenie amerykańskich Litwinów," którego pre- 
zesem jest obecnie ks. JonaszŻylilIski. 
Pracują tu prawie wszyscy nasi ziomkowie w kopalniach 
wQgla, Z tak zwanych biznesów (bussiness), najwięcej jest 
litewskich szynk6w, czyli, jak tu nazywają, salon6w (saloon). 
Tak, np, w naj większej litewskiej osadzie Shenandoah takich 
"salonów" jest a
 62, gdy tymczasem sklepów jest tylko 16. 
W innej zn6w osadzie Mount Carmel na 1480 litewskiej 
ludności przypada 13 szynków, sklep6w jest 7. 
Czy dlatego, 
e wcześniej do Ameryki przybyli 2), czy 
dla łatwości w uczeniu się obcych języków, czy te
 dla ja- 
kiej innej przyczyny, zauwa
ono, 
e nasi ziomkowie pochop- 
niejsi sę od innych przybyszów do handlu. Weźmy dla przy- 
kładu wy
ej wspomniane miasteczko Mount-Carmel. Liczy 
ono do 12,000 mieszkańc6w. Polaków w tej liczbie jest około 
3,000; z nich B-miu jest szynkarzy, a 7-miu ma sklepy albo 
jakieś inne przemysłowe zajęcie (bussiness). Włochów jest 
-do 300, z tych trzej utrzymują sklepy, jeden szynk. Rusin6'" 


jE 
n 
p 
i 


łJ 
S 
C 
11 

 


" 
d 
d 
r 
r 


li 


1 
, 


{ 
( 
, 
] 
I 
( 


J 
t 


J) Podczas choroby towarzY/jtwo zwykle płaci choremu ze swej 
kasy 5 dol. na tydzień, a po śmierci, oprócz 50 dol., przeznaczonych nil 
pogrzeb, członkowie składają dla pozostałej wdowy, albo dla najbliższycb 
krewnych, jeżeli zmarły był samotny, po dolarze każdy, 
2) Początek emłgracyi słoweńskiej i rusińskiej poczyna się od lSB? 
roku, albo koło tego. POIMY zaś początek włościańskiej emigracyi sal1l1 
datują od roku 1870, czyli od prusko-francuskiej wojny. Prawda, źe 
włościanie ze Szlązka wędrowali jut. do Ameryki w r. ]830 I 18-17, osicdU 
oni w TexM, a i po dziś dzień nic wspólnego z właściwą emigracyą dO 
.stanów Zjednoczonych nie mają. 


] 
]
>>>
- 335 - 


N jest do 790-jeden tylko ma "salon." A z 640 Słowaków nie- 
k łna 
adnego handlarza. Największy stosunek handlarzy 
,. przypadnie w M-t-Carmel na Litwinów. Podobnie jest 
Q i w innych osadach. 
Amerykańscy Litwini niechętnie nabywają grunta. Farm 
'J nie kupują prawie zupełnie, nawet na zachodzie, gdzie grunta 
y są tanie i gdzie rolnictwo najlepiej kwitnie. Polacy, Słowa- 
cy, Czesi-mają tam swe obszerne kolonie. Próby osiedlania 
o na roli Litwinów, po dwakroć ju
 robione, zupełnie się nie po- 
,- '\Viodły. Litwin woli robić w fabryce, albo, je
eli nie, zakłada 
"bussiness." Poniewa
 zarobki przy węglach stosunkowo są, 
h dobre, lepsze, ni
 przy innych fabrykach, przeto i pod wzglę- 
,t dem materyalnym pensylwańscy Litwini stoją, lepiej od in- 
). nych. Obliczono, 
e własność nieruchoma Litwinów w 1898 
h foku, w powiecie Schuylkill, wynosi 593,730 dol. 
). Tak się przedstawiają w krótkie m streszczeniu litewskie 
'J kolonie w osadach "twardego węgla." 
Na Wschodzie Litwinów znajdziemy: w New Yorku, 
{ Brooklynie i okolicznych miastach i miasteczkach (5,000). 
" W Filadelfii (do 2,(00), w Baltimore (do 2,5(0). W N owej 
,. Anglii, zwłaszcza w stanach Connecticut i Massachussets, (do 
6,0(0), w ogóle do 15,500 I) Jak w Pensylwanii Litwini pra- 
V cują, przy węglach, tak tu trudnią, się przewa
nie krawiectwem. 
o W Nowym Jorku, naprzykład, i w Brooklynie jest przeszło 
o 100 litewskich krawieckich warsztatów (shop), a w ka
dym 
t pracuje kilka, czasami kilkanaście osób. Podobnie
 w Fila- 

 delfii, BaltinlOre i w Bostonie. .Polaków w tych miastach te
 
jest wielu, więcej, ni
 Litwinów, z nich jednak krawiectwem 
trudni się bardzo niewielu. Krawcy zarabiają dobrze, ale 
stałej roboty nie mają. Wielu Litwinów pracuje te
 przy 
innych fabrykach, zwłaszcza w Connecticute i Massachussets. 
R:upiectwem trudni się te
 niewielu, zwłaszcza po du
ych 
lniastach, gdzie patenta (licenses) na utrzymame szynków 
są, bardzo drogie, 


I) Ścisłego obrachunku jeszcze nie zrobiono.
>>>
- 336 - 


Litewskie parafie są,: w Brooklynie, Elizabeth-Port, Fila- 
delfii, Baltimore, Waterbury (Co nn.), New Britain (Conn.), 
w Bostonie i Worcester (Mass.). Naj starsza jest parafia w Bal- 
mo re. Tam te
 i kościół jest najpiękniejszy. W Brooklynie 
Litwini własnego kościoła jeszcze nie mają, miewają nabo
eń- 
stwo w wydzier
awionej w tym celu hali. 
'V Zachodniej części Stanów Zjednoczonych (in the 
Wests), litewskie osady znajduj ą, się: w Pittsburgu (zach. 
część Pensylwanii) i okolicach, w Cleveland (Ohio), Chicago. 
Spring VaUey, Westville i Danville (llIinois). W okolicach 
Pittsburga Litwinów jest od 4 do 5 tysięcy. Pracują, przy fa- 
brykach 
elaza i przy miękkim węglu. W Cleveland, Chica- 
go robią przy fabrykach; jest te
 wielu krawców, mniej "bussi- 
nessistów." Będzie tam litewskiej ludności od 5 do 6 tysięcy. 
Spring VaUey, West-ville, Danville i t. d. liczą, Litwinów do 
4 tysięcy. Ci po największej części pracują przy kopalniach 
miękkiego węgla (sof t coal). 


Parafie litewskie na Zachodzie są: w Pittsburgu, Dubois, 
Cleveland, Chicago, Westville, Danville i Spring VaUey. 
Najpiękniejszy kościół jest w Pittsburgu. Teraz budują Litwi- 
ni wspaniałą świątynię w Chicago. 
Statystyka ludności litewskiej przedstawia ju
 dzisiaj 
cyfry dosyć ścisłe. I tak, w tak zwanej Ziemi Antracytu, po 
dokładnem obliczeniu, znaleziono członków narodowości litew- 
skiej 21,472 
Na Wschodzie, zwa
ając wedle wielkoś- 
ci parafii, ilości towarzystw i t. d., mo
e być 
nie więcej, jak . 
Na Zachodzie 


15,5UU 
15,000 
51,!)72 


Je
eli do tego dodamy 8,000 Litwinów, rozrzuconych po innych 
Stanach Północnej Ameryki, o których dotychczas wiado- 
mości jeszcześmy nie zebrali, to oka
e się, 
e Litwinów w Ame- 
ryce niema więcej nad 60,000, zaliczając do tej liczby IJitwi-
>>>
- 337 


nów protestantów z Litwy suwalskiej, za Żmudzi i z Prus I) 
i tych Litwinów, którzy nale
ą do towarzystw i do parafii 
polskich. 
Litewskie szkoly parafialne w Ameryce stoją jes
cze 
bardzo nizko. Prawie wszystkie parafIe są niedawno zorga- 
nizowane 2 ), na kaMej do niedawna cię
yły, a na wielu i po 
dziś dzień cią
ą długi,-o dobrych szkołach, kM re pociągają 
za sobą dość znaczne koszta, trudno było pomyśleć. Mamy 
szkoły parafialne w Shenandoah, Mahanoy City, Pittston, I . 
Mount-Carmel, Chicago, Pittsburgu i Baltimore. Największą 
przeszkodą do szylJkiego rozwoju szkolnictw
 litewskieg.o jest 
brak dobrych, odpowiednich nauczycieli. . Dotychczas we 
wszystkich szkołach parafialnych uczą organiści, którzy o pe- 
dagogice najczęściej nie mają 
adnego pojęcia. Drugą główną 
przeszkodą jest brak podręczników litewskich. Zresztą, 
Litwini naj chętniej posyłają swoje dzieci do szkół, tak zwa- 
nych, publicznych (public school) angielskich. 
Lepiej od szkół parafialnych rozwijają się i kwitn
 szko- 
ły wieczorne dla dorosłych: w Baltimore, Chicago, Seranton, 
New Yorku, Waterbury i t. d. 
Najlepiej pewnie kwitnie w Ameryce litewska prasa. 
Mają Litwini swoje drukarnie: w Plymouth dwie, w Shenan- 
doach dwie, w Chicago, w Baltimore, Mahanoy City, Miners- 
ville, Waterbury. Gazety litewskie obecnie wychodzą: 
n Tevyne," organ Zjednoczenia amerykańskich Litwinów, 
w Plymouth, miesięcznik: "Vienybe", organ "Miłośników 
Ojczyzny," tygodnik; "Lietuva" w Chicago, "Garsas" w Mi- 
l1ersville, "Darbinikas" (Robotnik) w Shenandoah, "Rytas" 


l) Litwini protestanci, wyznania augsburskiego, mają w Stanach 
Zjednoczonych jedną parafię. 
') Zaczęto organizować czysto litewskie parafie w Ameryce od r. 
1889, po przybyciu tu św. p. ks. Al. Burby. Przedtem Litwini należeli do 
parafii i towarzystw kościelnych polskich. Najstarsze parafie są: we Free- 
land, Plymouth, Hazlcton i Baltimore. 


22
>>>
- 388 - 


w WaterLmry, "Kardas" w Baltimore-tygodniki, "Dirva" 
w Shenandoah, wychodzi cztery razy na rok. 
Z dzieł Adama Mickiewicza znajdujemy w litewsko- 
amerykań2kich wydawnictwach Grażynę (Gra
ina), druko- 
waną w plymouthskiej "Vienybe" 1893 roku. Przekład 
Jr. Jonas'a. 
W tej
e "Vienybie," za rok 189-l i 1895, znajdujemy 
"Dziady", część I, II, III i IV. Przeło
ył A. Gu
utis. Prze- 
kład jest słaby. 
Ballada "Ucieczka"-"Baltasis Kar
ygis" była drukowa- 
w"Garsas'ie" r. 1897. 
Obecnie w "Tevyne" drukuje się "Dziadów" część II, 
w przekładzie Fr. Jonas'a. 1). 
Waśnie, kt6re powstały były pomi
dzy amerykańskimi 
Litwinami i Polakami około roku 1889, a które odbiły się 
i w amerykańskiej polskiej.i litewskiej prasie, były nieunik- 
uione, gdy Litwini zaczęli od Polaków siQ oddzielać i zakła- 
dać swe parafie i stowarzyszenia, Teraz jednak, mniej wię; 
cej od roku 1895, nieporozumienia i niezgody ucichły,- 
każda narodowość pracuje nad swem ukształceniem. 


Ks. Jon(!s Żyliński. 


c:::
 :a 


') Uedakcya "Tevyne" posiada też dość udatny przekład "Konra,\l
 
Wallenroda" do powieści "Wajdeloty" i balladę ..Alpuhara."
>>>
lilka
 słó:w/ O) pesymiz.mieJ 


napisała 


CECYLIA PLlTER.ZY8ERKÓWNł. 


Wied zclet, te dIn poety jedna tylko droga: 
W sercu szukać natchnienia i dątyć do Boga. 
(Nici.) 


Żyjemy tak dalece pogrą
eni w powszedniości szarego 
naszego 
ycia, naszych codziennych trosk i kłopotów, 
e rzad. 
ko kiedy odchylamy głow
, aby spojrzeć w gór
 i czemkol- 
wiek si
 rozradować. 
I tak niejeden z nas prz

yłby całe 
ycie, bez o
ywcze. 
go promienia pi
kna, bez ciepła, bez ideału - gdyby drogi 
naszej nie rozjaśniali nam wieszcze. 
Wieszcze-są to posłannicy Bo
y, hojniej od innych lu- 
dzi udarowani, których Bóg dobry posyła, jako światło słone- 
czne, na naszą biedną, ziemię, pełną, cieni i mroków. 
Wieszcze-są to dusze niezmiernie wra
liwe, które, 
ą,. 
dne wy
szego ideału, niejako wchłaniają, w siebie wszelakie 
piękno, dokoła nich rozlane, aby niem najpierw głód własny 
nasycić, a następnie braci swoich ogrzać, opromienić. Jako 
gwiazdy, świecą oni narodom w ciemnych, długich nocach 
dziejowych.
>>>
- 340 - 


Są to dusze, które, jak się Mickiewicz o sobie wyraził, 
kochają za miliony, ale te
 i cierpią za miliony!... a widzą to, 
C2cgO ludzie pospolici najczęściej widzieć nie umieją. 
Takim posłannikiem dla narodu naszego był Mickiewicz. 
Inne narody szczycą się wieszczami, których cała zasługa 
leży w geniuszu poetyckim. Są to genialni poeci, lecz - nie 
pytaj o człowieka. Nasz Mickiewicz przeciwnie-nietylko, 
te był niezrównanym poetą, malarzem, kolorystą, po 
Jllistrzowsku słowem, niby pędzlem, cudne obrazy kreślącym; 
duszą gorącą, namiętną, pełną szlachetnego 
aru,-był nadto 
jeszcze głębokim myślicielem,-a nadewszystko był zacnym 
i szlachetnym człowiekiem-był wierzącym chrześcijaninem. 
Cześć mu! 


".Ja kocham cały naród! Objąłem w ramiona 
Wszystkie przyszłe i przeszłe jego pokolenia, 
Przycisnąłem tu do łona. 
Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec, 
Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić, 
Chcę nim cały świat zadziwić!" 


Słowo jego o
ywcze, bo przesiąkłe wiarą, nadzieją, miłością, 
a skąpane niejako w esencyi piękna, jako promień SłOlica 
wśród clllllur ciemnych, od lat wielu u nas świeci, w ka
de 
okno zagląda 
 i nizko, i wysoko - zanosząc tam, gdzie je 
ochotnie przyjmują, otuchę i pokrzepienie. 
Wszędzie rozhudza tęsknotę do ideału, umiłowanie pię- 
kna. Godzi nas !II 
yciem, gdzie jest tak wiele do 
działania, 
godzi nas z ziemią, gdzie jest tyle piękna... 


"Taka pieśń jest Biła.. dzielllośł, 
"Taka pieśń jest nicśmiel.telnośł! 


0, szczęśliwe są narody, które posiadają wieszczów, wy
' 
sz:rch duchem i sercem.. które kształcić się i urahiać mog
>>>
341 


na zacnej pieśni, a karmić zdrowym pokarmem piękna: po. 
siadają one w swem łonie źródło odrodzenia, źródło 
ycia, 
które nie ulega zagładzie! 
W chodząc w myśl wieszcza naszego, w stuletnią rocznic
 
jego narodzin, ofiarujemy ziomkom naszym ni
ej kilka uwag 
o pesymizmie, które zostały duchem Mickiewicza natchnione. 
Oby zdołaty do serc trafić, a słowem mistrza poparte-rzucić 
nieco otuchy tym, którzy się ju
 chylą nad pesymisty. 
czną przepaścią. 


.,Co żyje, niknie"-tak na mnie świat woła; 
Czemuż ten głos wewnętrzny wiary nie wyziębi, 
Że gwiazda ducha zagasnąć nie zdoła, 
I raz rzucona, krąży po niezmiernej głębi, 
Póki czas wieczne toczyć będzie koła"l 


Czy idziemy ku gorszemu? 


Bóg sam mote liwiat zniszczyc i drugi wystawić, 
A be
 naszej pomocy nie mote nas zbawić. (J[icA'.) 


Wielu pesymistów twierdzi, opieraj ąc się na zasadzie 
znajomości świata i ludzi, 
e na świecie idzie coraz ku gorsze- 
mu, - 
e zepsucie i niewiara się wzmagają, 
e zło nigdy tak 
bezczelnem, a niemoralność tak wyrafinowaną nie była, jak 
w czasach obecnych. Twierdzą te
, 
e ka
dy wysiłek ku 
dobremu jednostek słu
y tylko im samym, a o tyle tylko 
słu
yć mo
e społeczeństwu, o ile te jednostki innym jednost. 
kom w dobrem dopomagają, a przeto i powód złego oddalają.
>>>
- ał
 - 


0, zaprawdQ! niewielka byłaby to dla nas otucha, gdyby 
prace i wysiłki świętych, w połączeniu z krwawym wysił- 
kiem Jezusa Chrystusa, miały moc ratowania jednostek tylko 
i opóźnienia tryumfu złego-bo có
 za zniechęcenie słusznie 
by nas ogarniało na myśl, 
e ostatecznie niegodziwość, t. j. 
moc szataliska, nad mocą Chrystusową weźmie górę. 
Nie! tak źle nie jest-tak źle być nie mo
e! 
Królestwo Bo
e przyjdzie na ziemię-bo Chrystus ziemi 
tę łaskę wyjednał, lecz kiedy nastąpi chwila błogosławiona 
stanowczego i ostatecznego tryumfu prawdy nad fałszem, 
dobra na
 niegodziwością-niewiadomo... Jedno tylko, co 
w tym wzgl
dzie wiedzieć napewno mo
emy, jest to, 
e przy- 
bli
enie tej chwili od nas, ludzi, w wielkiej mierze Bóg uczy- 
nił zale
nem. 
Chrystus nam da to królestwo, -lecz o tyle, o ile na nie 
pojedyńczo i zbiorowo zapracujemy, o ile gorącem pragnie- 
niem, w połączeniu z Jego zasługami, z Jego modlitwą, 
ziemi je wymodlimy. 
Opieszałością sw oj ą mo
emy ten czas opóźnić, zarówno 
jak gorliwością przyśpieszyć. 


Zepsucie, jak wszystko, cokolwiek istnieje-oprócz Bo- 
ga, posiada siłę zawsze ograniczoną, która, jak ka
da siła, 
wzmagać się mo
e lub słabnąć, w miarę tego, czy zastaje na 
swej drodze warunki, sprzyjające swemu rozwojowi, czy te
 
zaporę, jemu przeciwną. 
Oczywiście, gdy np. na wzburzonem morskiem przestwo- 
rzu, fala, piętrząc się, napotyka w swym rozpędzie jaki wał 
:skalisty, uderza weń całą siłą i przesadza go, lecz osłabiona 
tern uderzeniem, dalej posuwać się będzie ju
 nieco uśmie- 
rzona... ju
 mniej wysoka, mniej zuchwała i mniej groźna... 
a gdy kilka, kilkanaście takich zapór przesadzi, uspokojona 
i jakby rozbrojona, rozleje się łagodnie na piasczystem wy- 
brze
u, nak'ształt fali cichego jeziora. 
Cnotliwe ludzkie pokolenia, zarówno jak cnotliwe jed- 
nostki, porównaćby mo
na do owych wałów skalistych; sta- 
nowią one na drodze złego owe zapory, o które fale niego-
>>>
- 34a - 


dziwości, rozbijając się, tracą na sile... Im zaś gęstsze,będą te 
zapory, im silniejsze, im bardziej skupione, tern będzie pręd- 
sze, tern pewniejsze rozbicie się złego, a tryumf dobra... i tak 
d.alej... dopóki nie nastąpi pewne zrównoważenie, t.j. powstrzy- 
manie się fali w karbach, siłą napotykanych wałów obron- 
nych. 
"Aż póty przyjdziesz, a dalej nie postąpisz i tu ?'ozbijesz 
nadęte lcały swoje." t) 
Niezaprzeczenie, ogrom złego daje się widzieć dzisiaj na 
świecie, wszelako nie w tern rzecz, azali jest obecnie wiele 
nieprawości, ale czy ta nieprawość jest większą, czy te
 
mniejszą od tej, która bywała kiedykolwiek? Aby tę rzecz 
sprawiedliwie osądzić, niezbędnem jest wznieść się poglądem 
wyżej nad to, co osobiście obchodzi, aby z bezstronnością sądu 
objąć całość tego, co było i jest obecnie. Otó
, przy bli
szem 
zastanowieniu i porównaniu, okazuje się, 
e owo zdanie,jako- 
by nigdy nie było tak źle, jak jest dzisiaj, jest tylko komu- 
nałem, powtarzanym pod wpływem jakiejś osobiście przykrej 
chwili. 
PojedYl'iczym społeczm'istwom i narodom mogło być 
w rzeczy samej dawniej o wiele lepiej, ani
eli dziś, pod wzglę- 
dem ekonomicznym, politycznym, a nawet moralnym, albo- 
wiem narody jedne się wznoszą i rosną w potęgę, a drugie 
upadają, wszelako, mając na uwadze ogół, a raczej stan mo- 
ralny ogółu, odmienny się wyka
e rezultat. Oczywiście, 
e 
w Indyach np. o wiele działo się lepiej przed 300 laty, gdy 
kraj ten był chrześcijaIiskim, dzięki gorliwości apostolskiej 
św. Franciszka Ksawerego; jednak, wziąwszy pod uwagę mo- 
ralny i religij ny stan świata, dzisiaj o wiele więcej jest kra- 
jów, pracą misyi katolickich królestwu Chrystusowemu pod- 
bitych, ani
eli dawniej. Promieil ewangeliczny szerzej się 
rozlewa i głębiej przenika... 
Zresztą jeden rzut oka na dzieje i obyczaje ubiegłych 


1) lliob,38-11.
>>>
- 3-1:-1 - 


wieków wystarczy, aby nam wykazać, 
e me ku gorszemu 
idziemy, ale ku lepszemu. 
Bo choćby wziąć pod uwagę stan świata, nie dalej, jak 
przed trzema wiekami, przera
enie by nas ogarnęlo na wspom- 
nienie tego, co się działo... Tortury, mordy, otrucia na porząd- 
ku dziennym,-i to nie wśród jakiejś dziczy barbarzyńskiej, 
ale w Europie, w ucywilizowanej Anglii,"gdzie setki i tysiące 
chrześcijan za wiarę mordowano!... A w innych krajach, 
gdy kartę ich dziejów zgłębimy, co za smutne obrazy przed 
oczami się przesuwają! Wojny półwiekowe, spustoszeni
, 
niewolnictwo... gnębienie ludu i słabszych przez mo
nowład. 
ców... i to bez odpowiedzialności 
adnej! A jaka powszechna 
twardość obyczajów, obyczajem chrześcijańskim nie zmo
ona! 
A nie dalej, jak 50 lat temu, za naszej mo
e pamięci, co się 
te
 u nas działo? Jeszcze okropne poddaństwo!... kara cie- 
lesna, prawem upowa
niona, słu
ba w wojsku ćwierć wieko- 
wa; potrzeby ludu w niczem nie uwzględnione... pańszczyzna, 
otwierająca pole do niesłychanych nadm
yć... i t. d. 
Powie mi kto, 
e wojny teraźniejsze bardziej są morder- 
cze od dawnych. Prawda-ale za to s
 krótkotrwałe, mniej 
okrutne i straszne w rezultatach, nikomu bowiem nie tajno, 

e trzeba było lat dziesiątków, aby się po dawnych mordach, 
napadach, moralnie i ekonomicznie podźwignąć. Straszne 
zbrodnie są dziś na porządku dziennym, i to prawda, lecz py- 
tam, czy dawniej nie bywało gorszych'? A jeśli znamy tak 
dokładnie wszystkie szczegóły moralnej zgnilizny obecnego 
wieku, zawdzięczamy to zapewne rozpowszechnionemu 
dziennikarstwu, ułatwionym komunikacyom, pocztom, tele- 
grafom, telefonom, lotem myśli roznoszącym wieści o tern, 
cokolwiek gorszącego się gdzie przytrafiło. 
A jeśli mówimy o większem wyrafinowaniu zepsucia 
czasów obecnych, jest to czczy frazes, nic nieoznaczający' 
Boć samo zło nie mogło być więcej wyrafinowanem, ani
eli 
dawniej, np. za czasów rzymskich lub za bizantyjskiego ce- 
sarstwa; jeśli więc co jest bardziej wyrafinowane, to chyba 
forma, w jakiej się dziś zło przejawia, coby tylko świadczyło 
o delikatniejszem poczuciu ogólu, domagającego się w samem
>>>
- :H5 - 


złem formy delikatniejszej, mniej ra
ącej. A więc i tu wyraź- 
ny postęp ku lepszemu odczuć się daje, 'V gruncie więc zło 
pozostało, czem było,-prócz formy, która się odmieniła, a od- 
mieniła na lepsze. 
Pesymiści jednym jeszcze argumentem wojują. Mówią 
oni, 
e dawniej bywało więcej wiary u narodów chrześcijaIl- 
ski ch, 
e dzisiejsze społeczellstwo postępuje szybkim krokiem 
ku odchrześcijanieniu się, ku spoganieniu, - skutkiem czego 
i obyczaje coraz bardziej się psują, Jest nieco słuszności 
w tych spostrze
eniach, jednak nie bezwzględnej racyi. 
Bywało dawniej więcej wiary, to praw4a, wiary, której za- 
wdzięczamy cały poczet heroicznych Swiętych, zapały ca- 
łych narodów dla sprawy świętej, lecz niestety, na ogół mó- 
wiąc, wiary, jeszcze niedostatecznie oświeconej, a nawet 
ciemnej, rodzącej zabobony, fanatyzm religijny, godzący 
!lp. 'takie sprzeczności jak: otaczanie się relikwiami z po- 
pełnianiem okrutnych zbrodni, lub te
 czynienia wotów, 
aby się powiódł zamach zbrodniczy i t p. Dziś, w wieku ra- 
cyonalizmu i krytyki, niezaprzeczellie więcej jest niewierzą- 
cych, ani
eli dawniej, wszelako u tych, którzy wierzą, napo- 
tykamy więcej konsekwencyi między wiarą a uczynkami ł 
napotykamy więcej chrześcijan w pełnem złowa znaczeniu, 
wśrod których religia nie jest tylko haslem, ale głębokiem 
i uzasadnionem przekonaniem. 
Inny był, co prawda, cl)arakter złego i dobrego przed 
laty, wszelako, wziąwszy bezwzględną sumę jednego i drugie- 
go, bilans okazałby na czasy obecne znaczną przewy
kę do- 
brego nad złem, zawsze w porównaniu z ubiegłymi wiekami. 
Jest w tym względzie, jak z wiosną, w której po dniach ciep- 
łych następują wietrzne i mroźne, - w której jednak ogólna 
suma światła i ciepła idzie 1V zwyżkę, pod wpływem coraż to 
cieplej i dłu
ej przygrzewających promieni słonecznych. 
Ani wiatry, ani chmury działania tych promieni nie 
powstrzymają, a
 te promienie zaleją ziemię pełnią światła, 
ciepła i rozkwitu! ' 
A od lat kilkudziesięciu wiele
 to zakwitło na niwie 
Chryst.usowej dzieł dobroczynnych, wspierających wszelką
>>>
- a.HI - 


niedolę moraln
 i fizyczn
? I czy li
 w tym względzie nie- 
ma bardzo widocznego postępu? 
Na ten temat dałoby się całe tomy napisać, wykazuj
c, 
jak drzewo Chrystusowe, wyrosłe z ziarnka gorczycznego, 
coraz głębsze zapuszcza korzenie, a coraz szerzej rozkłada 
swe konary. Ze względu wszelako na łaski, przez nas od 
Boga odbierane, ze względu na światło ewangeliczneJ coraz 
dłu
ej społeczmistwom ludzkim przyświecaj
ce, bezwątpie- 
nia należaloby, aby w naszych czasach było jeszcze więcej do- 
brego, a wiele mniej złego, ni
 się dziś zllajduje,-zaprzeczyć 
temu niktby się nie ośmielił. Niechaj to przeświadczenie 
będzie nam bodźcem do coraz mę
niejszych, a wytrwałych 
wysiłków ku wszystkiemu, co dobre, co najlepsze. 
Dekadentyzm, o którym obecnie tak wiele się mówi 
i pisze, jako o smutnym objawie chylącej się ludzkości ku 
moralnemu upadkowi, jest to tylko szumowina wieku, objaw 
smutny, jednak nie rozpaczliwy, bo zapowiadający rychłą 
a konieczn
 reakcyę; to fala, która na chwilę zanurza, aby 
za drug
 chwilę podnieść wysoko i ciągłem falowaniem zbli- 

ać nas do brzegu! 
Pod tym względem dziś zapewne gorzej, ni
 bywało, 
e 
zło zaostrza się w pojedyńczych objawach, 
e się uzuchwala, 

e wychodzi z ukrycia i bezczelnie się odsłania, 
e ju
 nie 
skryty, ale jawny i zacięty bój temu, co dobre, wydaje. 
Dawniej zło bywało wynikiem barbarzyństwa, ciemno- 
ty, ułomności, błędu, krewkości, ostatecznym choćby obja- 
wem upadku natury ludzkiej-dziś charakteryzuje się w dziw- 
ny sposób: zło popełnia się dla złego, z nienawiści ku temu, 
co dobre, w czem bardziej jest szatańsktem, ni
 ludzkiem. 
Osobliwe stanowisko, jakie dziś śród świata wrogowie 
Chrystusa zajęli, wykazuje nam jasno, czem my wobec nich 
być powinniśmy i jak
 broni
 przeciw nim walczyć nam na- 
le
y, w obronie dziedzictwa Chrystusowego,-abyśmy na tę 
naganę nie zasłużyli, 
e "synowie tego świata rozt1'olmiejsi są 
w rodzaju swoim od synów światłości!" 
Żyjemy w chwili wiekowego przelomu, przeto większych 
nam potrzeba cnót, heroiczni ej szych poświęcel), silniejszego 


Pl' 
i 1 
dt 
n
 
2a 
j
 
dl 
ot 


g 
2ł 
\V 
\V 
ni 
b 


c: 


b 
sI 


n 


\V 
j{ 
" 
ki 
'ir. 
b; 
S' 


" 


s' 


Jł 
Z 
Z 
1)
>>>
- 317 - 


Przeciwdziałania, ani
eli kiedykolwiek, większego czuwania 
i wewnątrz i zewnątrz, większego męstwa, bezinteresowności, 
ducha ofiary, a przytem rzetelniejszej pracy w pocie czoła 
nad ratowaniem winnicy Pańskiej, szaraIlczą niegodziwości 
2agro
onej,-wreszcie gorętszej miłości, niczem się nie zra
a- 
iącej. Bo czyli
 dopuścimy, ahy nienawiść przemogła i aby 
dla sprawy ducha ciemności większe podejmowano prace, 
ofiary, ani
eli dla sprawy dobrej? 
Dlatego właśnie, 
e bój zacięty się wzmaga, bój, jakie- 
go moM dotąd nie było, trzymać się powinniśmy w pelnej 
2broi, z bronią modlitwy, a pancerzem czuwania. Bądźmy 
więc gotowi do walki, a nawet i do zniesienia niejerłnej na- 
wałnicy, Zaciskajmy szeregi, a brońmy stanowiska najwa
- 
niejszego i najbardziej zagro
onego przez ducha ciemności, 
brońmy młodzie
y, rodziny, ludu; brOllmy klas rzemieślni- 
czych od wciskających się z zagranicy zasad przewrotowych; 
brOllm'y od ciemności, a hasłem zacnego postępu, które się nam 
słuszniej, ani
eli wrogom Chrystusa nale
y-światło rozsze- 
rzajmy! W walce niechaj nas podtrzymuje myśl, 
e, walcząc 
w dobrej sprawie, zwycięstwo odnieść musimy. Wiedzmy 
jednak, 
e o tyle tylko zwycię
ać będziemy, o ile rzeczy- 
wiście stać będziemy przy Chrystusie i staniemy się pomocni- 
kami Tego, t) który nas ostrzegł, 
e "bez Niego nic uczynić nie 
rnożemy2) , o ile będziemy zaparci, z siebie wyzuci a "przyo- 
bleczeni w Chrystusa"-albowiem wówczas nie my, ale Chry- 
stus w nas i przez nas walczyć i zwycię
ać będzie. 
Zachęcajmy
 si
 te
 i tą my::ilą, 
e w tej wielkiej spra- 
wie szerzenia kr6lestwa Bo
ego na ziemi, 
aden z czynów na- 
szych, z pobudki nadprzyrodzonej spełnion)', obojętnym nie 
jest, 
e ka
dy z nas - pojedyńczo i zbiorowo mo
e być oną 
zaporą, broniącą wybrzeża Chrystusowego, M ka
dy odpór 
złego, ka
da nawałnica, w Imię Boga zniesiona, osłabia siłę 
niegodziwości, dalszym zaś generacyom walkę ułatwia. I ta 


1) I, Kor. 3-9. 
') Jan, 1;)-5
>>>
- 348 - 


myśl niechaj nas pokrzepia, 
e w Bo
ej ekonomii 
aden wy- 
siłek, 
adne cierpienie nie marnują, się nigdy, ani ograniczają. 
na chwilę obecną" ale 
e trud i praca jednych pokoleli dru- 
gim ście
ki i drogi prostują, i 
e najsłabsze nawet ręce mogą, 
walne usługi oddawać. Pociechą, zaiste w ka
dodziennym 
znoju i dźwignią, w krótkiem 
yciu mo
e być pamięć na to, 
i
 od nas zale
y przyśpieszenie zapanowania kr6lestwa BoM- 
go na ziemi i 
e dobra wola ludzka, połą,czona z wytrwałą, 
modlitwą" stanowi siłę rozstrzygaj ą,cą, o przeznaczeniach 
świata. 
Dobre myśli
 dobre zasady, zar6wno jak złe, rzucone 
w świat, kiełkują, i owoc przynoszą, każde 1V swoim rodzaju. I). 
Rzucajmy
 tedy dobrych myśli i zasad jak najwięcej, niechaj 
one w duszach i społeczeństwach pracują, i walczą, niechaj 
się ścierają z myślami i zasadami przewrotnemi, a niechaj 
ich będzie jak najwięcej, aby przy nich była siła-a ostate- 
cznie przy nich stanęło zwycięstwo! 
Pomnijmy i na to, 
e "one dni utrapienia, które mają na- 
stąpić" 2), dla wybranych skr6cone być mają, według przepo- 
wiedni Chrystusowej, co znaczy,' 
e sprawiedliwi są u Boga. 
w tak wielkiej cenie, 
e dla ich zasług B6g skróci dnie osta- 
tecznego doświadczenia, a przyśpieszy tryumf dobra 
i prawdy. 
C6
 za niezmierna pociecha dla wybranych! Strze
- 
my się więc czarnego pesymizmu, kt6ry broń z ręki wytrąca, 
a ramię w działaniu parali
uje. Skoro bowiem Bóg nas stwo- 
rzył i na tej ziemi postawił, miał w tern cel najdoskonalszy, 
do kt6rego osiągnięcia niewątpliwie odpowiednie przygoto- 
wał nam środki, w naszej przeto jest mocy ten cel osiągną,ć 
dla siebie i swego społeczeństwa... tylko do tego trzeba pracy, 
wysiłku, wytrwałości i jeszcze raz pmcy! 
Istnieje jeden postęp, któremu naj zagorzalsi pesymiści 
nie przeczą: jest nim postęp materyalny cywilizacyi, postęp 


, 
t 
i 
( 
( 


l) Gen. ]-11. 

) Mat. 24-22.
>>>
-- 34U - 


W naukach, wynalazkach, w rozpowszechnieniu o
wiaty, w uła- 
twieniu szybkiego między ludźmi porozumieniu się i t.d., lecz 
i tu wielu z obozu Chrystusowego nad tom ubolewa, jakoby 
6w postęp słu
ył wyłącznie zepsuciu, rozszerzaniu fałszu, 
oraz zasad trujących, nie upatrując w nim 
adnych stron do- 
datnich, dla dobrej sprawy. Słu
y on pr6
ności - w rzeczy 
samej-ale nietylko pr6
ności, wbrew bowiem oczekiwaniu 
bezbo
nych, ów postęp materyalny' przygotowuje "d1'Ogę 
Pańską," l) drogę królestwa Chrystusowego, od krańca ziemi 
do krańca. Wszelako, aby to spostrzedz, trzeba się wznieść 
poglądem nieco wy
ej nad osobiste wraMnia i nie sądzić we. 
dług ciasnego kąta widzenia tego, co nas dotyczy lub co nas 
otacza. Jak w staro
ytności całe cztery tysiące lat bytu 
świata przygotowywały drogę oczekiwanemuMesyaszowi, za- 
równo cały świat obecny i wszystko, cokolwiek w nim się 
dzieje, dą:l.y do owego drugiego przyjścia Chrystusowego- 
i wszystko ku temu zmierza. Drogi te opatrznościowe po- 
dziwiać będziemy przez całą wiecznośĆ! 
A nie sądźmy, aby kr6lestwo Bo
e miało być od nas 
dalekiem. 
Nie mówiąc ju
 o królowaniu Boga w duszy wiernej, 
królestwo BoM znajduje wcią
 swe urzeczywistnienie w ro- 
dzinach, rządzących się duchem Ewangelii, w parafiach, kie- 
rowanych przez gorliwych pasterzy, w zakładach, w zgroma- 
dzeniach zakonnych, wreszcie
w społeczeństwach, w których 

ycie katolickie się rozwija, kwitnie i owoce dobrych uczyn- 
ków wydaje. Im więcej będzie zaś takich rodzin, parafii 
instytucyi, zgromadzeń, społeczeilstw, tem bardziej ogólno- 
ludzkie społeczeilstwo zbli
ać się będzie do onej błogosławio- 
nej chwili, przepowiedzianej przez Zbawiciela, w której bę- 
dzie jeden Pasterz i jedna owczarnia, a w której w całej peł- 
ni urzeczywistni się ono prorocze slowo modłitwy Pałiskiej: 
"Przyjdź królestwo Twoje!" 


I) Jan 1U-16.
>>>
- 350 - 


Posuwamy się zwolna i krętemi ście
kami ku zamie- 
rzonej mecie, ale się posuwamy, łaska Bo
a dopomaga, 
a królestwo Bo
e się zbli
a! 
My zaś wszyscy o tyle szczęśliwi będziemy, o ile się kto 
przyczynił do zatrzymania fali zepsucia, a przyspieszenia 
tryumfu dobra i prawdy-jednem słowem-o ile swoje powo' 
łanie doczesne spełnił. Stanowić to będzie całą, zasługę na- 
szego ziemskiego pielgrzymowania,. a w wieczności zjedna 
llam koronę nieśmierteln ą!... 


--
>>>
,. 


o 
:1 


'" 


1. 


vVydaleni 


(B A J K A). 


Był sobie raz mą
 wielki i potę
ny, który postanowił 
ludy uszczęśliwić. Długie lata badał n
dzę i niedolę, długio 
lata uczył i kształcił, długie lata nad ideą swą pracował. 
I wreszcie nabył kraj piękny i 
yzny, ale pusty, i zagar- 
nąwszy ze sobą ludyuciemię
one, wyzyskane, skrzywdzone- 
tam je osiedlił, zabraniając im cośkolwiek zabierać ze starego 
świat.a. 
I przyszło wielkie mnóstwo, jako z nocy w dzienną jas- 
ność-i zapanowało w nowym. kraju nowe 
ycie. 
. A na majestacie, na wysokim kru
ganku świątyni, za- 
siadł mą
"tryumfator i patrzał z dumą na swe państwo i na 
wyzwolone ludy. 
I widział wokoło dobrobyt i sytość, postęp i wykształ- 
cenie, owa ziemia nowa-nowym raj em była. 
I m6wił w przeświadczeniu swej mocy: 
- Błądzili wszyscy-jam nie błądził. Kłamali wszyscy- 
jam jest prawdą. 
A
 dnia pewnego ujrzał wrzenie w
ród swego ludu, ruch, 
krzyki, tłumy, miotające się wściekle - i oto z tego mrowia 
wzburzonego, przera
onego, zdjętego wielkim gniewem, utwo- 
rzyła się gromada, popychająca przed sobą ludzi troje, kt6re
>>>
- 352 - 


wiedli ku niemu-a dłonie mieli pełne kamieni i urąganie na 
ustach. 
Napełnili kru
ganek i wepchnąwszy złoczyńców przed 
majestat jego, poczęli ich oskar
ać: 
- Oto, panie, pojmaliśmy ich, wiarołomnych zdrajców. 
Ka
dy z nich przyniósł ukradkiem coś z tego przeklętego 
świata, skąd nas wyzwoliłeś. Pozwól, byśmy ich ukamieno- 
wali. 
Mocarz spojrzał ku winowajcom. Był starzec, niewiasta, 
równa mu wiekiem, i pacholę. 
Starzec wytartą ksiąMzynę trzymał na piersi, niewiasta 
kołowrotek z garścią szarego lnu osłaniała przed zawzię- 
tością, tłumu, pacholę wystraszone, poturbowane, bo mu krew 
ciekłą, po policzku, przyciskało pod pachą, skrzypce, na któ- 
rych mu ju
 struny pozrywano. 
- Coście za jedni? Pocoście się tu wkradli? - spytał 
władca starego, 
Ale nim ten usta otworzył, uprzedziła go kobieta, naj- 
śmielsza, naj rozmowniej sza. 
Niewiadomo, w co ufała, bo nie była zalękła, ani wrzas- 
kiem tłumu, ani kamieniami. Patrzała dość zuchwale na 
prześladowców, a na władcę nawet dość lekceważąco. 
_ Ja jestem sobie baba, mam sto lat, mo
e więcej, nie 
pamiętam, ale starszej u was niema, na to przysi
gnę, i waS 
jeszcze prze
yję, oho!-i dzieci wasze... Mnie zowią Bajka, 
Gadka, Bajda, r6
nie, jak pod humor ludziskom... Umiem len 
prząść i prządek na wieczornicach pilnować, wołają, mnie do 
chorych, dzieciska mi zostawiają bawić-ot, wiadomo, jak CO 
komu potrzeba. Tenci chłopak-mój wnuczek jest. Pop
uli 
mu skrzypce-dobrze mu tak; on ci mnie tu do was namówił, 
do takich ludoj'ad6w, zb6jników a tchórzów, którzy się starej 
baby boją.! Aha, aha, nie wydziwiajcie - no! 
Tu się wzięła pod boki i śmiała się szyderczo. 
_ Boicie się, boicie! Ja wiem, czego, mądrale! Ja się 
waszych kamieni nie lękam i w oczy wam gadam... Żeście 
mnie starą, zel
yli, spostponowali, zbałamucę. wam dzieci, 
porzucą was dla baby! Ot, co!
>>>
- 353 - 


I zuchwale urągała tłuszczy. 
- Ukamienować ją! Ukamienować!-zawrzało. 
Ale mocarzowi wydała się tak nędzną, tak starą, 
e na- 
wet gniewu nie odczuł. 
- Ukamienować!-rzekł.-Kogo? Tę marę! Zali nie 
szkoda waszych rąk i tych kamieni? To drzewo, co trzyma, 
połamać i spalić, bo to wstyd wobec naszych maszyn, a ją 
samą precz wygnać-het! na tę górę skalistą, z której ni rol- 
nik, ni fabrykant nie ma 
adnego użytku. Tam zmarnieje 
i zginie! 
Rzucili się ludzie ku babie. Ona się wcią
 szyderczo 
u
miechała. Połamali jej kołowrotek i w mig go spalili, ale 
gdy ją wypchnąć chcieli, uparła się i nie dała ruszyć z miej- 
sca, wołając: 
- Chłopca mi oddajcie! Bez niego nie pójdę! Moja 
krew jest, nie dam go wam na poniewierkę! Chłopca pusz- 
czaj ciel 
Tp.dy mocarz ku chłopcu oczy zwrócił, a ten łuną się 
oblał i stał, u
miechaj ąc się. 
- A ty kto? Po co
 tu przyszedł? Po co
 to drewno 
przyniósł? Szukasz posady w orkiestrze? 
- Ja, panie, grajek jestem i 
piewać te
 umiem. 
- CÓ
 umiesz grać? 
- Umiem wszystko, panie! Wiosnę gram i lato, i jako 
w obcej stronie kozak ginie sarylOtny. 
- A gdzie
 ty widział, by to prawda była? 
- Ja nie wiem, panie, czy to prawda, ale ludzie mi byli 
radzi w tamtym kraju... 
- A umiesz śpiewać opery? Tenor jeste
, czy baryton? 
- Umiem 
piewać kolendy, panie! A zowią mnie sko- 
wronek. 
- Oszuście! więc śmiesz mi wnosić brednie i fałsze? 
Jak śmiałe
 granicę moją przestąpić?... 
- Albo ja wiem, panie, co wasza granica... SzU ludzie, 
mówiąc, że idą do 
wiatła, ja z nimi, 
e idą do swobody, ja 
z nimi. My
lałem, 
e będą przecie smutni, którzy mnie za- 
Wołają, i weseli, którzy mnie ugoszczą, i bohaterowie, którym 
23
>>>
-354- 


pieśń trzeba uło
yć, i kuchania, którym trzeba zawtórować, 
i tęsknota za starym światem, której trzeba ulżyć! I tak 
przyszedłem z babką! 
Mocarz się obruszył, a tłum wył, szydził, przedrzeźniał 
chłopca. Zanim rozkaz wydano, już się sypnęły kamienie 
i urągowiska. 
- Naści za kolendy! Naści za 
ale tutaj! Naści za 
tęsknotę po złem! Nai:3ci za twoje bohatery! 
Chłopak się rękami osłaniał, ale lęku nie okazywał. 
Owszem, 
ywa krew w nim zawrzała i zawołał: 
- Tedy bijcie i zabijcie! A ja was przeklinam, 
ebyście 
sami po mnie kiedyś płakali, kiedy zaniemieję! 
I byliby go zakamienowali, ale wtem tłum się roz- 
dwoił, i zaczęły niewiasty hamować mężów, wydzierać im 
kamienie, wołać na władcę: 
- Puśćcie go z 
yciem, panie! Zali takie marne pacholę 
wrogiem i niebezpieczeństwem nam mo
e być! Niech idzie 
precz od nas, ale krwi jego młodej żal... niech nie płynie! 
-- Idź precz, niech cię nasze oczy nie widzą, a jeśli się 
ośmielisz do nas zbliżyć, śmierć cię czeka! 
Pacholę popatrzało na skrzypki swe rozbite, zepsute, 
westchnęło po nich i skinęło na babę, by szła. Ale ona jesz. 
cze czekała, poglądając na starca, ku któremu teraz zwrócił 
się monarcha. 
- Ty ktośjest? Na ksią
ce tej, czy jest moja pieczęć? 
- Jam jest sługa Boży. 
- Niema Boga. 
- Ta książka to Jego słowo. 
- Spalić ją, ouałamucała nas wieki! 
Wydarto książkę starcowi, rzucono ją w ogień. 
- Więc przY8zedłeś tu znowl1ludzi oszukiwać i mamić? 
- Powiedziano mi, 
e czcisz prawdę, szedłem śmiało do 
ciebie. Poddani twoi śmiertelni są. Będą mnie potrzebowali, 
jedni wcześniej, drudzy później! Przyszedłem im służyć! 
- Pewny jesteś bardzo! 
_ Bom był twoim poddanym niegdyś i wiem, jak gorz' 
ko bywa im niekiedy!
>>>
- 355 - 


- Klecha jesteś! Urą,gasz mi! Wierzysz, 
e ktoś z pod 
mojej władzy mo
e do ciebie się zwrócić! Żebym cię kazał 
spalić z twoją ksią
ką razem - powiedzieliby tam - w tym 
przeklętym starym świecie, 
e się jeszcze ciebie boję! Ale ja 
drwię z ciebie i tyle dbam, co o proch pod stopami-i tyle 
wierzę, co w baśnie nianiek. Ale jeśliś taki bezinteresowny- 
to idź
e w te skały i tam się módl i pość! Jak ci głód do- 
kuczy i samotność się uprzykrzy, przyjdź i hołd mi złó
- 
dam ci wtedy jeść! Precz! 
- Precz! precz! precz!-zawyli teraz wszyscy i pognali 
przeu sobą troje wygnańców, ciskając za nimi drwiny, obel- 
gi, kamienie i śmiecie. 
Wygnali je za grody i domy, za pola i łąki, a
 w góry, 
kędy był tylko głaz i las-potok i śnieg, i kędy tylko dzikie 
kozy się pasły i orłowie się gnieździli! 
.I po tym sądzie zapanował znowu spokój w państwie 
wielkiego mocarza, i o trojgu wygnańców pamięć zaginęła. 
Do mąjestatu przychodzili często ludzie ze sprawami i spora- 
mi. Przychodzili się skar:l.yć, a on ich godził, przychodzili 
się radzić, a on im mózg rozjaśniał, przychodzili o pomoc, 
a on ich wzmacniał. 
A na wszelkie pytanie miał odpowiedź. 
I było dobrze w tym kraju. 
A panowało tam prawo, 
e miast podatków, składali 
poddani władcy co rok daninę mądrości. Ten wynalazek no- 
wy, ów maszynę, tamten nauki, ten postęp-a kogo nie stać 
było na tyle, sami najmniej si-składali egzamin czytania, pi- 
sania i rachunku. Chodzili tacy poborcy, co ową daninę 
zbierali, spisywali i odnosili władcy. 
Otó
 zdarzyło się, 
e owi, chodząc od domu do domu, po 
wszystkich drogach i ście
ynach - znaleźli onych wygnań- 
ców. Żyli sobie we troje i ju
 się nawet zagospodarowali. 
Babina miała znowu kołowrotek, który jej chłopiec kozikiem 
niezgrabnie wystrugał i na maluchnych zagonkach hodowała 
len modro kwitnę,cy. Chłopak z drewna skrzypki sobie no- 
we sprawił i, ku niebu patrząc, coś na nich wygrywał. Asta- 
rzec jaskinkę sobie wynalazł u źródełka i siadywał na głazie,
>>>
-356- 


karmią,c gołębie i spoglądają,c ku dolinie, czy go zaś kto nie 
woła. 
Zdumieli poborcy, jak to taka nędza jest 
ywotna i spy- 
tali baby: 
- Wiesz ty, ile siedm razy dziewięć? 
A ona na to: 
- A wiesz ty, jaki kr6lewicz przemienił się w makowe 
ziarno? 
- Milcz, bo cię wsadzimy do ciemnicy! 
- Owo-z ciemnicy wyprowadzi pająk! 
Odwr6cili się od niej z pogardą i napadli na chłopca. 
- A ty, muzykusie, wiesz, co to jest kontrapunkt? 
- Nie słyszałem takiej pieśni! 
- P6jdziesz i ty do ciemnicy. A ty, stary, umiesz pisal
? 
- Umiem. 
- N aści kartkę... napisz, co wiesz o mą,drości. 
W zią,ł starzec pi6ro i napisał bez namysłu: "Błogosła- 
wieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Kr6lestwo Nie- 
bieskie. " 
Tedy cisnęli mu kartę w oczy, jako bluźnierstwo i obra- 
.zę ich władcy i pognali ich do ciemnicy. 
Ale, jako z oburzenia byli zapamiętali, nie dopatrzyli, 
e 
baba pod połą schowała kołowrotek i sporą kądziel lnu, chło- 
pak uniósł w zanadrzu skrzypki, a starzec pęk białych lilii, 
kt6re u źr6dełka rosły. 
Ciemnica była w grodzie monarchy, na placu, kt6rędy 
wszyscy chodzili, by kaMy m6gł z przestępcy szydzić, albo 
kto chciał, by go władca oświecał i uczył. 
Wsadzono ich troje na sam spód wie
y,jako naj gorszych 
głupc6w, i okienko od ich lochu ledwie nad ziemię się wychy- 
lało-i jako bywa z nędzarzami, wnet o nich zapomniano. 
Pod tym okienkiem snuło się duM ludzi. Wracali tam- 
trdy ci, co do władcy chodzili na posłuchanie, i szli tamtędy 
młodzi do pracy i dzieci ze szkoły_ 
Zdarzyło się raz, 
e dzieciaki posłyszały łoskot kołowrot- 
ka i jako myszki ciekawe, nu
 zaglądać przez kratę. A baba., 
gdy ich ujrzała, 
e to przepadała za dziećmi, dała im garŚĆ
>>>
- 357 - 


orzechów i zacz
ła im coś prawić po swojemu. A dzieci 
przykucn
ły i słuchają. Ledwie ich stamtąd pedagog prze- 
gnał. Ale stało si
, 
e ju
 wiedziały, kto to taki siedzi za 
kratą, a 
e nie dosłuchały baby do kOlica, więc ich paliło 
wykraść si
 i dosłuchać. 
I znowu silJ zdarzyło, 
e szedł tamt
dy chopak smutny, 
bo jego dziewczyn
 władca komu innemu przeznaczył. I nie 
było dla nich jednej drogi w owym kraju. Chłopak prawa 
słuchał, ale pod 
ebrami go bolało i paliło, jako w ci

kiej 
memocy. 
Szedł i dumał, i oto stanQ,ł. Z ciemnicy jego ból śpie-' 
wał, jego myśli słowa brały, błagajQ,ce a gorące. Słuchał 
i słuchał, i uczył si
 owego gadania, i jakby pozdrawiał-od- 
szedł pełen mocy. 
.1 znowu si
 zdarzyło, 
e szło koło okionka dwóch star- 
ców, ku ziemi ju
 patrzących. 
Zastanowiło ich coś. 
- Jak tu coś pachnieJ-rzekł jeden. 
A drugi szepu!ł nieśmiało: 
- Lilie białe-z tamtych stron. 
I pomyśleli jedno, ale się jeden drugiego wstydził, 
i minęli okienko, umilkłszy. 
Ale gdy nocka zapadła, pokryjomu, jako złodziej, przy- 
szedł jeden do okienka i rzekł, twarz kryjąc: 
- Starcze! Daj mi swój kwiat. Straszno przede mnQ,! 
Starzec podał mu lili
 i odparł: 
- Niech ci straszno nie b
dzie. Do jasności wrócisz. 
Idź w pokoju! 
I odszedł ów, kwiat schowawszy w zanadrze. 
A
 przecie przypomnieli sobie poborcy o wygnańcach. 
Przyszli ich egzaminować, ale znaleźli jeszcze głupsze. Baba, 
zapytana, ile dwa razy dziesi
ć, spytała nawzajem, czy byli 
na szklanej górze; chłopak na pytanie, co jest wiolin i bas,. 
wytrzeszczył przera
one oczy, a starzec coś mruczał i wcale 
uie chciał odpowiedzieć, ile rodzelistwa miał Chrystus. 
Zdali z tego sprawę słudzy monarsze, a ten uwi
zionych 
kazał wygnać z grodu het, znowu w góry.
>>>
- 358 - 


Ale gdy wyszli i skierowali się ku bramom, nie gnała 
ich tłuszcza. Ten i 6w spojrzał pogardliwie, ale po kamiełi 
nie sięgnął, wielu nawet oczu nie podniosło, a reszta spoglą- 
cała ciekawie, dokąd te
 się udadzą. Spotkali gromadkę dzie- 
ci, i te za nimi kęs pobiegły; ani przedrzeźniały, ani się 
śmiały, tylko dały babie kukiełki i naprzykrzały się o prze- 
grywkę jakąś, a potem się rozpierzchły na widok pedagoga. 
Jakiś człek siwowłosy skinął głową, starcowi i pi: im 
cał na swoim progu, a gdy wyszli za bramę, spotkali dwoje 
ludzi młodych, jak szli ku gajom kwitnącym, ramionami sple- 
ceni, głowami o siebie wsparci, z rozkoszą, w oczach. 
Młodzieniec, spostrzegłszy grajka, za szyję go obj,!ł 
i ucałował, a dziewczyna rzuciła mu pod stopy więź bz6w 
kwitnących, wonnych i zawołała: 
- Błogosławiony bądź za chwilę tę, grajku Sko- 
wronku! 
I tak wrócili na szczyty swego wygnania. 


A do monarchy szli wci

 poddani po radę, a on na 
wszystko miał odpowiedź. 
Ale raz przyszła niewiasta, bólem złamana, chwiejąca 
się i przypadła do majestatu z jękiem. 
- Panie, radę mi daj, uspokojenie mi daj! Synam jed- 
nego miała, umiłowanego nadŁ wszystko, i oto umarł. Jak 
mi teraz 
yć, jak mi teraz 
yć!? Niema go, i nigdy oczy 
moje go nie zobaczą. Ratuj mnie przed 8zalelistwem bólu, 
panie! 
A mocarz milczał, bo nie miał odpowiedzi. 
Niewiasta głowę krwawiła o stopnie tronu jego, a
 ją 
straM stamtąd wzięły i wyniosły. 
I le
ała u bramy władcy, oniemiała, umierająca z roz-
>>>
-'- 359 - 


paczy, nie wiedząca drogi, dokąd iść, nie mająca siły do jęku 
ju
 nawet. 
A
 ją podniosła kobieta przechodząca i zaczęła szept al:: 
_ Pójdź za mną! Jest taki, co ci syna wróci. Zapro- 
wadzę cię - tylko szal by naS stra
e nie słyszały, bo nie 
puszczą! . 
I tej kobiety nie ujrzał ju
 więcej monarcha przed obli- 
czem swojem, ani jej jęku nie usłyszał. 
A w jakiś czas potem przyszedł do niego starzec, jakby 
gorączką strawiony, o wzroku, pełnym grozy, i rzekł przera- 

aj ącym szeptem: 
_ Panie, w młodości mojej zgorszyłem człowieka. Do 
występku go przywiodłem, potem do rozpaczy, potem - do 
śmierci. I oto truciznę mam w sobie, ognie, m
ki. Widzę go 
i słyszę bezustannie. Ratuj mnie! 
. _ Chory jesteś. Kto umarł, ten nie wstanie. Lecz się! 
_ Niema choroby we mnie. Wierzę w to, co mówisz. Nie 
boję się jego zemsty, ale zdejm ze mnie ten lęk bezustanny. 
- Nie mogę pomódz obłąkanym. 
_ Ja nie obłąkany, panie, jam nieszczęśliwy w duszy! 
Ale monarcha umilkł i z pogardą od niego się odwrócił. 
A człowiek (Idszedł zgnębiony i błądził po ulicach, nie mo- 
gąc w domu wytrzymać. I zaszedł przed dom znajomego, 
i zastał go, jako z wiadrem wody szedł do ogrodu. 
Pozdrowili się i ten zgnębiony rzecze: 
_ Bracie, tyś przecie zabił człowieka, a pogodne masz 
lica. Żali cię ten zabity nie dręczy? 
- Ju
 nie! 
- Gdzie
eś poratowanie znalazł-ł 
...:..... Gdzie? Pamiętasz owego wieczora, gdyśmy pod ciem- 
nem oknem byli?-szepnął tamten. 
I zamilkli, a ten przymknął nieco furtkę ogrodu i poka- 
zał mu grządeczkę, na której białe lilie rosły, a potem ręką 
ku górom wskazał i odetchnął, ,jako człowiek, który odpo- 
czywa.
>>>
-360- 


A owego zgnębionego ju
 więcej nie ujrzał władca przed 
swym majestatem. 


- W państwie coraz lepiej się działo,-tak myślał mo- 
narcha, bo coraz mniej nachodzili go poddani o ratunek i ra- 
dę. Wykształcił ich, przejęli się jego nauką. Był bardzo 
dumny z tego i spoglądając z góry na swój kraj kwitnący, 
czuł się bóstwu równy. I rzekł raz do najwy
szego sługi 
swego, bardzo uczonego doktora: 
- Je
eli ty równie mało masz chorych, jak ja skar
ą- 
cych się, zaiste, uczyniliśmy szczęście ludzkości. 
Ale uczony doktor głową potrząsnął i odparł posępnie: 
- Tak, i mnie braknie chorych, ale choroby nie usta- 
ły, tobie braknie skar
ących, ale nie skarg. 
- Nie rozumiem cię. 
- Moi chorzy idą do źródeł cudownych, zbierają jakieś 
zioła, ka
ą się oszustom' magnetyzować, okadzać - a twoi 
skar
ący się i cierpiący-idą tam, w góry! 
- Po co? 
- Do tych trojga, których-eś tam wygnał. 
- Jakto? Ta nędza jeszcze nie zginęła? 
- Spojrzyj tam-na tę ście
kę. Zali zamrą głodem tacy, 
którzy mają tylu wyznawców! 
Mocarz oczy dłonią okrył od słoń.ca, które z za gór 
tych biło, i ujrzał na ście
ce wielką moc ludzi, drapiących się 
mozolnie ku szczytom. I umilkł, jakby tknięty razem bolą- 
cym, j oczy zupełnie zasłonił. 
A potem się porwał, wielkim gniewem zdjęty. 
- Na śmierć je dać... mord erce ludu mojego! 
Zawołał stra
e i posłał je w góry z wyrokiem. 
Czekał godziny, czekał i dnie"-stra
e nie przyniosły mu 
głów straconych, jak był rozkazał. 
Rajcy jego siedzieli wokoło posępni, jakby znudzeni 
i senni, w pałacu jakby pustką wiało.
>>>
- 3G1 - 


- Idźcie, zwołajcie lud mój do mnieJ-rozkazał. 
Poszli, nie kwapiąc się od domu do domu, kołacząc we- 
drzwi, wzywając do pana. 
Ludzie słuchali jednem uchem wezwania i odpowiadali 
lekcewa
ąco: 
- Niech zaczeka stary, mam robotę. Żadnej nie mam 
sprawy z nim! Mo
e sąsiad pójdzie. Syna wyprawię. 
- Niech-no ojciec wróci, to mo
e on pójdzie! 
Ale się 
aden nie kwapił. 
Zamiast poddanych, zebrali się urzędnicy, i ci napełnili 
stopnie majestatu, ale nie czekali mowy, a poczęli skargi 
iraporta. 
Dzieci umykały często ze szkoły, poborcy natrafiali 
na opór i drwiny, stra
e przejmowały kłamliwe pisma, mło- 
dzie
 wygwizdywała profesorów, kobiety głośno dopominały 
się d
mów modlitwy, starcy, zamiast pomocy władzy, uła- 
twiali swoim rodzinom pielgrzymki w góry. Państwo było 
zachwiane od fundamentu do szczytów. 
Władca zawrzał bezmiernym gniewem i począł je chłos- 
tać hiczem i l
yć. 
- Zdrajcy! Tchórze! Gdzie bronie wasze, gdzie moc, 
którą wam dałem. Precz mi stąd! Do dzieła-i nie pokazuj- 
cie się, a
 lud cały przyprowadzicie mi na kolanach, do stóp 
moich! Inaczej, biada wam! 
Przera
eni urzędnicy rozpierzchnęli się. 
Władca pozostał sam i poczuł gorycz w sercu, ogień 
we wnętrznościach i jakiś niepojęty lęk. 
Dzień się miał ku schyłkowi, ale nikt do niego nie przy- 
bywał słu
bę pełnić, i nie wracali ni rajce, ni stró
e, ni urzę- 
dniki. 
Tedy odwrócił oczy za słOlicem i ujrzał, jak, zachodząc, 
złociło szczyty, z za których nazajutrz o świcie miało wystą- 
pić promienne. 
Wokoło jego majestatu kładły się cienie nocy i chłód 
go ogarniał.- 


.
>>>
- 362 - 


'redy go zdjęła zgroza śmiertelna i strach, zali ujrzy 
poranek i co mu jutro przyniesie. Wielkim głosem zawolał 
uczonego doktora, naj wierniejszego z raj.ców. 
Po pustym pałacu echem poszło wołanie, i nikt na nie 
nie odpowiedział. 
U doktora w domu dogorywała mał
onka ukochana, 
a on poszedł w góry do starca-wygnałlca po lilie biale, co 
u źródełka rosły. 


][cwya Rodziewicz6wna. 


o _ o
>>>
l 


jl 


Fanta z 9o. 


Umierała... Od ludzi wcią,
 uchodzą,c dalej, 
Na gór lodowe szczyty, kędyś w śnie
łlej grocie,- 
Gdzie w zimnym słońca blasku, jak ostrza ze stali 
ISĘrzą, się i migocą, srebrnych igieł krocie,- 
Osunęła się blada na zbladłe, jak ona, 
Z ułudy barwnych kwieci utkane kobierce - 
Zdradliwa-a jak matka tullAca do łona, 
Bez serca-a nęcą.ca jednak koMe serce, 
Nadzieja, wró
ka płocha, wieczna zalotnica, 


Umierała... Zbielały ju
 rozkoszne lica, 
Ską,d słodkie upojenie w ka
dą, duszę spływaj 
Znikną,ł uśmiech, którego pogoda pieściwa 
Dro
sza, niźli słoneczne promienie dla świata, 
Rozjaśnia mrok rozpaczy, płoszy zwątpień cienie. 
Czasem oddech leciuchny z ust jeszcze wylata, 
Jeszcze błyśnie z pod powiek zamglone spojrzenie 
I spocznie niedaleko,-a taka ich władza, 
Że gdzie dojdą, tam zwiędły wnet kwiat się odmładza-
>>>
- 364 - 


l podnosi z kobierca wonną, swoją, głowę, 
'ram na chwilę topnieją, wnet igły lodowe 
I płakać poczynają, kroplami z opalu, 
.Jakby łzami rozstania, jakby łzami 
alu. 
U mierała ta ludzi wieczysta pieszczocha 
Samotnie, jak wygnanka pod nieznanem niebem, 
Jak kochanka z lat dawnych, której nikt nie kocha, 
J ak matka, co za wszystkich dzieci szła pogrzebem. 
Chocia
 była dla ludzi w ich marzeń topieli 
\Vszystkiem, czem zapragnęli, wszystkiem, czem zachcielit 


Czy zwróciły się ku niej śmiertelnemi groty 
Ostrza zawodów ludzkich, co na nitce złotej, 
\Vysnutej z jej warkocza, wiszą, nad głowami, 
A które blask jej lica przed okiem zasłania 
l zanim ni6 się zerwie, bezpieczeństwem mami?- 
J\lo
e zatrułją, gorzki jad rozczarowania, 
Co słodyczą jej własne zaprawiły dłonie; 
Mo
e, zimnym pierścieniem objąwszy za szyję, 
Zdławiły ją tych pragnień niespełnionych 
mije, 
Lęgnące się powoli na jej zdradnem łonie; 
Mo
e, widzą,c przed losem bezsilność swą całą" 
Zgasła z bólu... i oto Nadziei nie stało. 


Nagle dreszcz jakiś przebiegł śród eałej natury, 
Nic nie wie, a zadr
ała dziwnym niepokojem. 
Drgnęły wód morskich tonie, skał kamiennych mury. 
Co zalękłe doliny groźnym oblicz rojem 
Otaczają,-potę
niej, szczelniej się stłoczyly. 
Lód, co twardą powłoką, ścina 
ywe zdroje, 
Jakgdyby utrwalenie poczuł mroźnej siły, 
Zakrzepł mocniej i bardziej ścieśnił więzy swoje. 
Łalicuchy brzękły same, pękło niespodzianie 
Serc kilka, tysią,c liści opadło przedwcześnie; 
Wiatr, co szumiał po lesie i zwykłe swe granie 
Niósł po strzechach i dachach, zajęczał boleśnie 
I zawył tak straszliwie, jakby wołał: biada!
>>>
- 385 - 


Pierwszy, kto ten niepokój spostrzegł pośród świata- 
Był mędrzec, co zjawiska wszechistnienia bada 
I nad praw ich poznaniem długie strawił lata. 
Mędrzec o wzroku orlim, a sercu z kamienia, 
Co przez czasu otchłanie, przestrzeni bezmiary, 
Przechodzi i rozświetla tajemne pieczary, 
Kroczą,c zwolna, lecz pewnie, twardym wiedzy szlakiem. 
A kroczy bez litości, 
alu, rozrzewnienia 
Z jednakim wcią,
 spokojem, z uczuciemjednakiem, 
Za nową, śledząc prawdą, jak za nowym łupem. 
Oto przybył i stanął nad Nadziei trupem. 


. 
U 


]1 


I stała się rzecz dziwna: mędrzec nie wzruszony, 
Co bez śladu łez w oczach zbadał nędz miliony, 
Bez dreszczu w księgi cierpień zagłębił się zwoje, 
Raz'pierwszy nad tym trupem rozdarł szaty swoje 
I zapłakał... 


Tymczasem nieznanego ciosu 
Świadomość serca ludzkie przenika powoli. 
Gromadzą się i trwo
ni-wielką, tłumną rzeszą, 
Do mędrca po wyznanie strasznej prawdy śpieszą. 
Łachman ledwie pokrywa wychudzone ciało, 
Przybyli, z ust spieczonych dech bucha kłębami: 
_ "Mistrzu!-krzyczą,-----:tu jakieś nieszczęście siQ stało! 
Ty płaczesz, ty, coś nigdy nie płakał nad nami. 
Jaki
 cios znów uderzył, mów! 'l'a postać w bieli 
Co znaczy?"-Mistrz wzniósł głowę:-"Wyście powiedzieli,- 
Zawoła,-biada! biada!"- Po chwili milczenia, 
Zmierzywszy tłum dyszący łzawemi oczyma, 
Głosem, co wstrząsnął tłumem, jak grom potępienia, 
Rzekł: - "Nadzieja umarła! Nadziei ju
 niema!" 


Rozległa się wieść straszna śród gór8kiej kotliny; 
Złowrogiem echem skałom odbiły ją skały, 
Jak lawina na ciche runęła doliny,
>>>
- a()(.i - 


Potem na równin szlaki zbiegłszy pędem strzały, 
Stoczyła się do morza. Od powierzchni morza 
Uderzyła ku szczytom aż w niebios przestworza 
I znów spadła na ziemię nakształt meteoru. 
A tam, w sercu kaMego 
yjl!cego tworu 
Od naj lichszego płazu do władzy olbrzyma 
Zabrzmiało, jak przekleństwo: Nadziei ju
 niema! 


I świat zaległa cisza, jaka nad mogiłą 
Bywa, gdy ju
 koło niej zamilknie pacierza 
Szept ostatni. Na pozór nic się nie zmieniło, 
Tylko fala, co wiecznie gdzieś dl!
y, gdżieś zmierza, 
I nie zna odpoczynku o 
adnej godzinie, 
Stanęła, bo ju
 nie wie, czy dokl!d dopłynie. 
Tylko wiatr zwinął skrzydła i swe rącze loty 
Powstrzymał, bo ju
 zWl!tpił, czy dokąd doleci. 
Tylko słOlice tak tęsknie, tak smutnie zaświeci, 
Tak 
ałośnie za chmury kryje krąg swój złoty, 
Jakby straciło wiarę, czy jutro znów wstanie. 
I tylko w sercach ludzkich wszelkie spodziewanie, 
W szelki cel i pragnienie, wiara i otucha 
Zamarły, jakby przyszłość noc objęła glucha, 
Jakby ludzkość zawisła nad przepastnI! głębiI!, 
Gdzie groźne skał urwiska ponuro się zębią, 
Żaden błysk nie dochodzi ni z dna, ni od szczytu, 
Gdzie grzmotem przera
enia huczy zrl!b kamienny, 
A duch zarówno zwątpił w rozpaczy bezdennej, 
Czy przed nim nieśmiertelność, czy otchłm\ niebytu!... 


[ tłum stał skamieniały, niemy, w ziemię wryty, 
J ak ten, co niespodzianie u nieznanej płyty 
Grobowej przystanąwszy, wyczytuje imię, 
Imię, którego dawno nie wymawiał mo
e, 
Lecz nie zapomniał,--ono na dnie serca drzemie 
1 budzi się niekiedy w największym potworze,- 
Imię kochane. święte: Matki-rodzicielki, 
Więc czuje, osłupiały, ogrom ciosu wielki,
>>>
- ;Jo7 


I' 


Ale głosu wydobyć nie może, ni szlochu, 
Stoi, jak garść marnego, zmiażdżonego prochu.... 


1 


Nagle!... Czy to wiatr jakiś nad głów powiał fal ą,? 
Wznoszą, się głowy, szuka spojrzenie spojrzenia, 
W oczach przestrachu wyraz w wesele się zmienia, 
Słowa tłoczą, się w ustach, usta ogniem palą,. 
Wreszcie głosem tak wielkim prawie, jak głos Boga, 
'Wybucha niespodzianie tłum przed chwilą niemy: 
"Mistrzu! Tyś się omylił! próżna twoja trwoga, 
Nadzieja nie umarła, jeśli my żyjemy! 
Tyś rzekł: niema nadziei, w tej straszliwej dobie,- 
Lecz ona w naszych sercach wciQ,ż króluje dzielna. 
Nie, mistrzu! My dziś prawdę objawimy tobie- 
Nadzieja nie umiera, ona nieśmiertelna!.... " 


)1 


. . . . . . . . . . . 


Mistrz spojrzał... - Już nie było tam postaci w bieli, 
Suae w jej pierś z własnych piersi nowe życie tchnęli... 
I znowu lśni Nadzieja w blasków swych rozkwicie 
Wszędzie, gdzie jest cierpienie! wszędzie, gdzie jest życie! 


Ignctcy Ba.liński. 


- ----=- 


j
>>>
] 
J 


"Pod wplywem Ballady." 


"Napisać co
 do ksią
ki pamiątkowej... nie, na to pory- 
wać się nie będę"-odpowiedziałem sąsiadowi, zachęcające- 
mu mię do wzięcia udziału w tym wyrazie og61nej czci, jaką 
rodacy niosą największemu swemu poecie. 
Skromny, nad pługiem schylony wie
niak, umie zachwy- 
cać się dziełami wieszcza, umie skladać hołd cichy potędze 
geniuszu, zasłudze pracy, wielko
ci serca, kt6re marzyło "do- 
tyć tej pociechy, 
eby te księgi zbłądziły pod strzechy"- 
czem innem jednak czuć się wdzięcznym, czuć się dumnym 
orząc zagon ziemi, kt6ra Mickiewicza wydała - czem innem 
pr6bować drukowanem słowem chwalić kr61a poetów. Rze- 
kłem więc sąsiadowi, 
e chocia
 
piewałem nad Wilij ą, 
ni- 
łem nad Świtezią, z Gustawem płakałem, bujałem z Farysem, 
to jednak bardziej powołanym zostawiam wyra
pnie miło
ci 
i wielbienia tysiąc6w. 
Sąsiad prz.erwał mi sarkaniem na często spotykany brak 
gotowo
ci i prostoty, a wpadłszy na temat gderania, rozwo- 
dził się nad usposobieniem naszem do pr6
niactwa, nad bez- 
my
lno
cią te
 naszą i nad przysłowiową lekko
cią-dziwiąc 
się, M zdrowe, podniosłe my
li wielkiego poety - tak sla- 
bem w sercach rodaków odbijają się echem. 


r 
\ 
r 


d 
g 
k 


c 


b 
t: 


a 


\\ 


r
 


d 
t
 
li 
c:
>>>
iJGH 


I 
I 
l' 
I 


Słuchałem, i nagle, niespodziewanie stanęła mi przed 
oczami kartka z 
ycia mego, słabościami temi czerniąca się, 
na kt6rej imię poety jasnemi niegdyś zabłysło zgłoskami- 
lecz nie jako autora dzieł znamienitych, nie jako wieszcza 
nowe odkrywającego światy, lecz jako najlepszego przyja- 
ciela, który przemówił do walczącego z pokusą - przemówił 
potę
nie za pomocą najprostszego wiersza i odkrył duszy 
skrytości. 
Tak-naj skromniej sza mo
e perełka, lśniąca wśród bry- 
laIltów, którymi błyszczy poetycki wieniec Mickiewicza, roz. 
jaśniła mi sumienie i uczyniła mię bogatym w prawdziwe 
szczęście. 
Kto wie, gdyby nie ballada Mickiewicza, mo
ebym o tej 
porze, zamiast ochoczo pracować na polach "malowanych 
zbo
em rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych 

ytem;" był jednym z tych, którzy pod piękną tą ziemią le
ą. 
wzgardzeni, lub ją swem 
yciem kalają... 
... Wiedzą wszyscy, ile genialny nasz wieszcz niezna- 
nych dróg wskazał, ile wzbudził uczuć szlachetnych, lecz nie 
wie nikt, jak kiedyś, do snu kołysząc niewinność, zbudził su- 
mienie grzesznika i był mu prawdy zwiastunem. 
Wspomnienie moje tak 
ywe pozostało, 
e łatwem bę- 
dzie odtworzenie, jak gdyby wczoraj przebytych wrażeń, jak 
gdyby wczoraj widzianych fizyonomij, lecz opowiadanie, 
któremu chcę nadać szczerość' spowiedzi, trzebaby zacząć 
cha
akterystyką grającego w niem główną rolę, a więc sie- 
bie samego, a to trudne trochę, i tembardziej trudne, 
e nie 
tym dziś jestem, kim Wówczas byłem. 
.Wychowany przez naj zacniejszą, tkliwą niezmiernie, 
a nerwową trochę kobietę, wyrosłem na młodzieńca bez 
wielkiego duchowego hartu, lecz sentymentalnego, który ma- 
I'zyl o ideałach społecznych, o jakichś szlakach gwiaź- 
dzistych, o przyszłości zorzach i bardziej niż do świata, 
tęsknił do samotnych ustroni - "do tych leśnych pagórków, 
tlo tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem roz- 
ciągnionych. " 


Il 


I 

 
,- 


I. 
o 


24
>>>
- 370 - 


Dziś jestem naj zwyklejszym typem ziemianina, jednak 
na przymiotnik "zamiłowanego" hreczkosieja, jaki sobie zdo- 
byłem, nie byłbym pewnie zasłużył, gdyby już we krwi mej 
nie leżało zamiłowanie rzeczy sielskich. 
Kochałem gorqco kawałek rodzinnej ziemi, kochalem 
go w białości zimowej, w czerwieniącej się dojrzałośeią je- 
sieni, w złocistem lecie, w zieleniejqcej wiośnie - odczuwa- 
łem głęboko czar przyrody i w uroczystej jej ciszy i w tajem- 
niczych szmerach, w gwarze prac zespolonych i w chwilach 
burzliwej potęgi. 
Pośród przyrody żyłem ciągle, odkąd na wieś ze szkół 
powróciłem. W godzinach swobodnych z książką i z marze- 
niem naj milej było mi nad brzegiem Niemna, lub w leśnej 
ciszy, dużo też polowałem ,,jak prorok patrząc w niebo, jak 
czarownik gadając z ziemią" i rozkoszując się snem, budz.e- 
niem się i zasypianiem natury. 
Na tle tejże po raz pierwszy ujrzałem swą przyszłą, 
a piękne to było zjawisko, gdy ukazała się na łące, wysoka, 
smukła, ubrana za wieśniaczkę, jak MickiewiczowskaZosia- 
świecąc w promieniach słOIlca białością rękawów, niby 
skrzydeł, i uśmiechając się, niosła na ramieniu gliniany dzban 
z ochłodą dla spracowanych na świeżo skoszonem sianie. 
Przyrodzie wszystko dobre zawdzięczam... na jej łonie 
śniły mi się rzeczy wzniosłe i piękne, na jej łonie znalazłem 
też naj cenniejsze skarby: spokój i pracę. 
Odkąd dzisiejsza żona moja zgodziła s-ię zamienić krótką 
sukienkę na 
trój ślubny, pozostawaliśmy ciągle w starem 
gnieździe rodzinnem, szczęśliwi szczęściem wzajemnego 
uczucia i jasnego celu pracy. 
Po roku życia we dwoje, na różowe tło miłości z bł\)- 
kitnych ocząt naszego dziecka barwa słodkiej powagi spły- 
nęła-a były też złote chwile powodzenia w pracy, dowoda- 
mi szczerej przyjaźni upiększone. 
Żona moja córce zupełnie się oddała, nie było mc na 
wiecie poza Kasią, poza tą rozkoszną Kasieczką, zawsze
>>>
- 
71 


" 


ł'Ozwichrzoną, ząbki szczerzącą, a
 przyszła druga samowład- 
na pani w osobie młodszej dziewczynki o smutnych jakichś 
oczętach, o tęsknym uśmiechu, wątła, słodka dziecina, którą 
nazwaliśmy Anią. Miękkie zawsze miałem serce dla wszyst. 
kich "milusiIiskich", a tak się kochałem w jasnych główkach 
moich pieszczot, 
e od rozszerzania się nud ich wdziękami 
tylko to mię powstrzymuje, 
e nie byłem proszony o ich foto- 
grafie, a nie zajmie pewno nikogo opis niezrównanego 
wdzięku, jaki znajdawałem w odgłosie ich pantofelków, gdy 
spieszyły rano na "dzielI dobry," w ich łatwych 
alach, 
w wybuchach srebrzystego ich śmiechu. 
Po ośmiu latach 
ycia, wśród pól rodzinnych spędzone- 
go, opuściliśmy cichą wioskę, aby jesieł} i zimę spędzić 
w Warszawie, . 
Straszliwe były jednak nudy dla wieśniaka na bruku 
miejskim: dopóki roboty w polu trwały jeszcze, doje
d
a- 
łem dość często do moj ej "Strugi," potem sąsiedzi wyciągali 
mnie na polowania z "Syreniego grodu," którego urok pozo- 
stawiał mię zupełnie obojrtnym. I 
Przez trzy miesiące chodziłem jak błędny po szerokich 
i wązkich chodnikach, z niezadowoleniem człowieka, wyrzu. 
conego z dotychczasowego trybu 
ycia i nieużytecznego. 
Nuda, nieznośna nuda, ogarniała mnie, nie wiedziałem 
co z dniem robić! Helena du
o czasu poświęcać mU5iała 
swej matce; Kasię w przelocie tylko schwytywałem, gdy 
biegła do zabaw, lub nauki; Ania jedna garnęła się do mej 
piersi, i często z nią godzinkę jaką spędziłem, ale było to 
takie jeszcze maleństwo, 
e część dnia przesypiała. 
Monotonność wieczorów zabij ałem grą w szachy i prze- 
glądaniem pism w cukierni sąsiedniej, gdzie pewnego razu 
przypomniał się mej pamirci niejaki Ferdynand K..., którego 
za kawalerskich czasów spotykałem. Zaproszony serdecznie, 
odwiedziłem dom jego i rozweselony o
ywioną gawędką, 
obiecałem się na szereg wieczor6w. Poniewa
 żona moja, 
w 
ałobie będąc, nie mogła bywać na zebraniach, ani na wio 
dowiskach, byłem zupełnie swobodny, a widząc ją zawsze 
zajrtą dziećmi. nie myślałem. a
eby czuła moją nieobecność. 



 


]1 


,\ 


B
>>>
- :l7::! - 


Wysoko ceniłem towarzyszkę 
ycia, widzialem w niej 
wszystkie cnoty: dobroć, tę wielką, przed którą, jak mówił 
Hugo, niedość schylić głowę, ale ugiąć trzeba kolano, zdol- 
ność do poświęceIi, zamiłowanie ogromne prawdy, prostoty, 
a przytem i umysł głębszy. 
Była mi Helena przyjaciółk
 najlepsz
, wypróbowaną, 
alem j
 czasem, w chwilach jakiegoś duchowego niezdrowia, 
nazywał nadto cichą, jednaką; wolałbym ją widzieć trochę 
nerwową, egzaltowaną, umiejącą chmurzyć się, kaprysić... 
Dziwną jest ta, znana zresztą, właściwość człowieka, te 
mu i to co najlepsze powszednieje, 
e błękit codzienny wyda- 
wać mu się mote za błękitny i patrząc nań, myśli: "Wszak to 
jak zmarzła woda.-Czy
 nie piękniejsze stokroć wiatr i niepo- 
go da?" . 
W domu moim panowały: spokój, ład, powaga, pogoda, 
lecz jam czasem wolał wratenia inne. 
Od jadalnego naszego pokoju, gdzie pod jasnem światłem 
lampy schylały się dziecinne główki obok twarzy matki, łago- 
dnie do nich uśmiechniętej, podobał mi się bardziej salonik, 
w którym coraz dłu
sze spędzałem chwile prżed zasiadaniem 
do zielonego stolika. 
O kilkanaście kroków od siebie, w mieszkaniu pana Ferdy- 
nanda, znajdywałem istotę bardzo zajmującą, o
ywioną i uprzej- 
mą, lecz nie jego 
onę, gdy
 ta nie opuszczała prawie swego 
pokoju, będąc sparali
owaną od pierwszego roku wspólnego 
po
ycia, ale krewną Ferdynanda, młodą, piękn
 wdowę, której 
urokowi ulegać kaMy musiał. Niekiedy, gdym przyszedł, 
a była nieobecną, nasłuchiwałem, mimo woli, czy nie wraca. 
W racała zawsze, przynosząc ze sob
 wOli fijolków-czasem póź- 
niej, z teatru, przejęta doznanem wra
eniem, lub rozbawiona 
i strojna, czasem wcześniej, ubrana trochę z męska, prawiąc 
z zapałem o ślizgawce i innych rodzajach sportu z zarumienio- 
ną od ruchu twarzą... 
Gdy w domu pozostawała, bawiła się w eleganckiem gro- 
nie znajomych szermierką słów i zachwyconemi spojrzeniami 
słuchaczy, a wtedy śmiała się krótkim, urywanym, drwiącym 
nieco śmiechem; największą sympatyę wzbudzała zaś we mnie,
>>>
- :17:-J - 


" 


otulona w powłóczystą suknię domową, wspierająca się o po- 
duszki otomany, marząc w półświetle, lub mo
e przeszłość 
wspominając, z białą ręką na ksią
ce otwartej le
ącą, albo 
przed pianinem, dotykającą z lekka klawiszy. Ta kobie- 
ta o naturze bogatej, kontrastów pełnej, niezwykłej, w niczem 
do kuzyna podobną nie była. D 
On przedstawiał typ pospolitego lekkoducha - dowcipne- 
go, przyjemnego w towarzystwie, przechwalającego się, lecz 
mającego te
 zawsze w pogotowiu ciekawe nowiny. 
Humor jego posiłkował się kosztem prawdy, ale pieprz- 
nemi anegdotami zabarwiony, bawił. Znajomość nasza tylko 
przelotną była dawniej-a poznawszy Ferdynanda trochę bH- 

ej, wiedziałem, 
e nie nazwę go nigdy przyjacielem. Były 
nawet chwile, w których wzbudzał we mnie niesmak, nietyl- 
ko dlatego, 
e grą wyciągać lubił pieniądze, ale z powodu ja- 
kiegoś tonu, sposobu 
ycia, dowodzących zarozumiałości i złe- 
go wychowania. (,hodziłem jednak na jego herbatki, najprzód 
z nudów, zachęcony przez 
onę, potem, chocia
 jeszcze bezwie- 
dnie, nęcony jll
 wdziękiem krewnej pana domu. Tak!... ona 
nie miała 
adncgo rysu wspólnego z kuzynem, chyba ten je- 
den, 
e grę lubiła, chocia
 czynnego nie brała w niej udziału. 
A
eby odmalować tę piękną, wyjątkową mo
e istotę, 
wielką trzebaby posiadać obfitość przeró
nych tonów na pale- 
cie, bo i bardzo barwnych i bardzo subtelnych, niepochwy- 
tnych... To te
 na szkic nawet nie umiałbym się zdobyć, tem- 
bardziej dziś, gdy i światło, w które m ową kobietę widziałem, 
zmieniło się tak bardzo. 
Jeden wykwintny panicz z koła naszego nazwał panią, 
Dorę: "un paquet de nerfs" i próbował kiedyś magnetyzować. 
Uczułem antypatyę do tego człowieka, uczuwać ją zaczyna- 
łem do wszystkich tych, których pani Dora znała trochę bIi- 

ej, którzy w lekkim tonie z nią gawędzili, z którymi układała 
wspólne jakieś wycieczki. Przyjaciele jej wydawali mi się 
ludźmi wstrętnymi, a nie rozumiałem, 
e krytykuję tak ostro 
dla tego, 
e obok miłości własnej, którą gniewało wyró
nienie 
innych, grał ju
 główną rolę urok tej kobiety. I mnie wy- 
rł-'
nienie nareszcie spotkało... .
>>>
- :
7-l - 


Naleganiem swem czułem pan Ferdynand sprawił, 
e 
niemal codzimi począłem chodzić do niego na tę fili
ankę chili- 
skiego napoju, który pani Dora, wyręczajf!c chorą, gospodynię 
domu, własnemi przyrządzała rękami, pozwalając zachwycać 
się i('h kształtem i białością. Przywoływany do gry, niechęt- 
nie podą
ałem za innymi, raz jednak partyę rozpocząW5ZY, 
dawałem się porywać namiętności karcianej i coraz znaczniej- 
sze traciłem pieniądze. 
Pewnego dnia, mo
e wskutek potęgującego się zajęcia, 
w jakie wprowadzała mnie rozmowa z panią, domu, a mo
e 
i z powodu zbytecznej ilości wina i koniaku, którymi nas pan 
Ferdynand raczył z przesadną gościnnośch!, przegrałem był 
niezwykle du
ą, sumę. Sprawiło mi to wielką przykrość i wa- 
hałem się, czy grać dalej, gdy ramienia mego dotknęła pani 
Dora... dotknięcie to było uściskiem - podniosłem oczy... spoj- 
rzenie jej było pieszczotą. 
Moi partnerzy odeszli byli dla orzeźwienia się winem, 
przytrzymałem rękę Dory namiętnem objęciem, a ona, jakby 
tego wy buchu nie spostrzegłszy, mówiła ze ślicznem, sobie w łaś- 
ciwem przechyleniem głowy: "Qa ne va done pas? Nie trze- 
ba zra
ać się - il {aut gagned" Je
eli pan wygrasz-cela me 
po'dera bonhl'ur- essayez - voulez vous?" Stała ciągle bardzo 
blizko, kreśląc na suknie stołu jakieś arabeski, aja, zapomniaw- 
szy o wszystkiem, wciągałem w siebie zapach fijołków, patrzy- 
łem na delikatny profil, z pod chmury włosów wyglądający, na 
niepokojący wdzięk całości. 
Postanowiłem grać dalpj, a kor,;ystaj!c z przerwy; wpaść 
nn chwilę do domu dla zaopatrzenia siQ w większą kwotę pie- 
nit
ną. 
Klucz od mieszkania miałem ze sobą, Pomimo pośpiechu, 
otworzyłem drzwi jaknajostro
nipj i na palcach wchodziłem, 
by nie zbudzić we śnie pogrą
onych, było ju
 bowiem po pół- 
nocy, lecz przez przedpokój przechodziła ze świecą w ręku 
sll1
ąca i widząc mię, zatrzymała się. Wtedy przypomniałem 
sobie, 
e nasza mała Ania skar
yła się była w dzień na 
utrudnione przełykanie i z lekkim bólem głowy poło
yła się 
do łó
ka.
>>>
375 


Na pytanie moje, czy dzieci śpią spokojnie, słu:2;ąca odpo- 
wiedziała, 
e przed chwilą młodsza panienka płókała gardło 
lekarstwem i wcią:2; o pana pytała. 
Doznałem przykrego bardzo uczucia, chciałem wejść do 
pokoju dziecka, a nie mogłem tego uczynić, z obawy, aby mię 
nie zatrzymano. 
Siła jakaś nagliła mię do powrotu, nie pytałem, czy była 
ni,! chęć odwetu, czy pragnienie zajrzenia w oczy tej, która 
na mnie czekała, tej przesądnej, której moje powodzenie przy- 
nieść miało szczęście. 
Widząc, :2;e słu:2;ąca stoi, spodziewając się jakiegoś roz- 
kazu, zakłopotany poleciłem 
ony nie budzić, na co dziewczy- 
na odrzekła: "pani nie śpi," poczem zniknęła za drzwiami. 
Wbiegłem do swego gabinetu, wziąłem pieniądze i jak 
złodz.iej, skradałem się na palcach ku wyjściu, ale z pokoju 
dziecinnego dochodził głos jakiś, przystanąłem więc przed 
drzwiami i poznałem mowę starszej naszej dziewczynki. 
Przez siostrę musiała być przywołaną i usypiała ją opo- 
wiadaniem. 
Kasia zaczęła w owej chwili deklamować "Powrót Taty" 
Mickiewicza, a deklamowała powoli, z niezrównanym wJzię- 
kiem i przejęciem. Cienki głosik brzmiał powagą, nawołująo 
dziatki do pacierza, a gdy mówił "tata nie wraca," był w nim 

al i trwoga Pl.zed dzikim zwierzem i zbójcami, czyhającymi 
na ojca... 
Kasia mówiła dalej, pobo
nem uczuciem przejęta, a ja 
stałem unieruchomiony dziwnie silnem wra
eniem. 
- Tak!--myślałem-córka moja prawdę powiedziała sio- 
strze w tych słowach: "tata nie wraca," bo cho(: tu jestem, ale 
nie wracam do swoich, a chocia:2; nie wstrzymuj,! mię ani bo- 
ry, ani rzeki, i pomimo, i:2; wiem, 
e dziecko czuwa, wyczekuje 
mię i uścisnąć pragnie-odchodzę-uciekam w nocy dla zado- 
wolenia rozwijających się namiętności, 
Namiętności te, to są mo:2;e ci zbójcy, te dzikie zwierzęta, 
gro
ące moralnemu :2;yciu ojca... Prawda, nagle, niby ostrze 
no:2;a, zatopiła się w mój mózg, słowa z ust dziecinnych wy- 
chodzące, przejęły mię u,
zuciem winy i wstydu.
>>>
- :fili - 


Wielu spotyka pokusy 
}'ciowe w wieku wcześniejszym, 
przedemną one teraz stanęły.. Życie układało się było w ten 
bposób, 
e złe skłonności spały gdzieś na dnie mej duszy, lecz 
Qto dnie próby nadeszły... Miał
e być "wiek męski, wiekiem 
klęski," miał
em stać się szulerem... rozpustnikiem? 
Głos Kasi wołał do Nieba z czułością wielką: "Zmiłuj 
się, zmiłuj nad tatem!" Silnie wzruszony słowami naiwnej 
tej modlitwy, poło
yłem rękę na klamce od drzwi wiodących 
do pokoju dzieci, zapragnąłem gorąco przycisnąć je do serca, 
jak ojciec z ballady, ucieszyć mym widokiem i zostać z nie- 
mi. Nagle kroki jakieś dały się słyszeć, puściłem klamkę, 
dr
ą,cą ręką otworzyłem drzwi wchodowe i wybiegłem na 
ulicę. 


Pani Dora stała pośrodku salonu zamyślona, w dal 
gdzieś patrząca, rozjaśniła się na mój widok i pociągnąwszy 
do sąsiedniego pokoju, rozmawiała dłu
szą chwilę: 
Mówiła, M mi jest wdzięczną, i
 nie nazwałem jej "za- 
bobonną", a wróciwszy, dałem dowód, 
e dbam "o jej szczę- 
ście," bo szczęścia tego bardzo potrzebuje, chocia
 często 
śmieje się przed obcymi. Nigdy nie okazała sję tak ser- 
-deczną, wylaną, wzbudzającą współczucie i ufność, jednak 
.dziwnie byłem nieswój od chwili przybycia. Nie mogłem 
zapomnieć o wra
eniu, w domu doznanem. 
Siadając do kart, myślałem: uie wrócił więc ojciec do 
czieci, takich dobrych dzieci, oddanych mu... 
I dziś rano, i wczoraj, i tak często w ostatnich czasach 
prosiły maleństwa, ab,ym od nich nie odchodził, a nie słu- 
chałem próśb, niecierpliwiłem się, postępowałem, jak nie- 
czuły ojciec, alem winy nie rozumiał, 
Dziś winę poznałem, a nie słucham głosu opowieścią 
Kasi zbudzonego sumienia, za ch wilę mo
e przegram du
e 
pieniądze... pieniądze dzieci... 
Po paru jednak rozdaniach kart chodziło mi ju
 tylko 
Q to, w jaką, stronę obróci się szansa,..
>>>
- Hi'i' - 


Przegrałem, - pani Dora patrzyła na przebieg pat,tyi 
swemi piwnemi, niespokojnemi oczami, widziała, 
e wziąłem 
do serca stratę poważną, w której ona, ulegając przesądowi, 
tracić mogła wiarę w swoje szczęście; lecz nie okazała roz- 
czarowania, owszem, chciała mię rozpogodzić i wiedząc już 
zapewne, jak duży wpływ wywierać na mnie zaczyna, pytała, 
czy nie zechcę "za karę" towarzyszyć jej nazajutrz na publi- 
czną zabawę, na której pragnQła być przez ciekawość. Na_ 
turalnie, że na wezwanie odpowiedziałem z zapałem-pierzch- 
ło niezadowolenie z siebie samego i z przegranej. Okoli. 
czności miały zbliżyĆ mię znowu do tej kobiety odurzającej... 
Żegnając się, obiecała dać mi wskazówki nazajutrz i stawić 
się wcześnie na karty rozkazała. 
W domu, gdym późno wstawszy, pokazał się około po- 
łudnia, znalazłem żonę pocieszoną zmniej szeniem się gorączki' 
Ani;' nie wiedziałem nawet, że gorączka była... Spędzi- 
łem parę godzin z maleństwem, które leżało trochę osłabione, 
podlegając zupełnie jego woli, bawiąc się lalką, której musia- 
łem by(t fryzyerem, a nowe, moich pomysłów uczesanie tak 
"Pit'knotce" było do twarzy i tak uszczęśliwiało dziecinę, że 
mówiła, iż chce chorować, by mieć tak dobrego towarzysza. 
Jednak MI gardła wzmógł się i gdy o szarej godzinie 
Ania zadrzemała na mojem ramieniu, oddech jej wydał mi 
się przyspieszony. 
Poleciwszy żonie, która 4ziwnie jakoś milcząca siedzia- 
ła z nami, wezwanie lekarza, uwolniłem się z objęć dzieciny 
i zdając sobie jasno sprawę, że postępuję źle-poszedłem do 
Ferdynanda. 
Po skończonej partyi pani Dora, wziąwszy mię na bok, 
ułożyła plan zabawy i kazała zajechać po siebie i przy ja- 
ciólkQ. 
'V'biegłem do domu, ażeby zmienie ubranie-pragnąłem 
nie być widzianym, więc nie przywoływałem służącego, lecz 
większe niż kiedykolwiek dokładałem staranie do swej toale- 
ty, a ręce mi drżały, gdym krawat wiązał... Rzuciwszy 
Vi lustro ost.atnie spojrzenie, wstalem ,i gorączkowo nakładać
>>>
- a/H - 


zacz1!łem rękawiczki, gdy przykrym dźwiękiem ouił siQ o me 
uszy skarż1!cy się głos Ani i uspakajający głos matki. 
Pok()j m(j od pokoju dziecinnego oddzielony był małym 
salonikiem, do którego wszedlem na palcach: - nie chciałem 
w t
j chwili spotkać się z żoną, bo po raz pierwszy musiał- 
hym kłamać przed nią, gdyby o cel wycieczki mej pytała- 
albo wyznać, że już myślą i wolą ją zdradzam. 
Żona czule prosiła dziecko, ażeby wzięło lekarstwo, po- 
tem dziękowała mu w tkliwych wyrazach, a obiecując 
wszystkich życzeń spełnienie, do snu skłaniała. 
"To mię uśpij bajeczką," odpowiedziała Ania, a na py- 
tanie jaką usłyszeć pragnęła wymieniła: "Powrót Taty."- 
1\Iatka zrazu nic nie odrzekła, posłuszna jednak dziecinnej 
prośuie, zwolna m6wić balladę zaczęła. 
Głos jej przed chwilą czuły, błagalny, zabrzmiał głucho: 
pierw
zą strofkę powiedziała,jakby w żałosnej zadumie-lecz 
dmgą zacząwszy, na słowach: "we łzach go czekam," nagle 
urwała, chwilę trwało milczenie, usłyszałem tłumione łkanie 
i głos przerażonego dziecka, które wołało: "Co tobie, ma- 
mo?" Lecz już żona śmiała się do córki, m6wiąc w pocałunku 
jakieś zdanie, kończące się słowami: "widzisz, jak to źle być 
chorą"... Chciała widocznie odwrócić w inną, stronę uwagę 
dziecka-złożyć wybuch żalu na karb nocy nieprzespanej... 
Stałem jak przykuty, nie mogłem wierzyć, żem słyszał 
płacz mojej, zawsze spokojnej, dzielnej zawsze żony. 
Nie domy
lała się biedna, żem obok, żem przy niej, przy 
córce, a jednak do nich nie wracam. Tuląc znerwowane 
dziecko, mówiła mu, że nie ono ją smuci, że jest zawsze do- 
brl-'ll1 i że modlić się powinno, by inni także byli dobrymi, 
nie mieli gniewu, ani żalu, ale serce zawsze gotowe do ko- 
('hania... 
Sluchałem zdumi'ony. Nie, jam żony mojej nie znał! 
Więc pogoda, z jaką mię przed kilku godzinami witała, 
była. wywalczoną... Ona, nie skarż'lc się, cierpiała nad moją 
częst
 w ostatnich dniach nieobecnością, pod śmiechem kry- 
ła łzy, ból... 
Nie wiem, jak długo byłbym stał w tym saloniku w mo-
>>>
- 
i!1 - 


jem wieczorowem ubraniu, gdyby nie odgłos kroków, który 
zbudził mię do rzeczywistości i... konieczności. 
Z myślą, o żonie, która nabrała w jednej chwili jeszcze- 
wyższej ceny w mych oczach, jechałem po panią, Dorę. Czu- 
łem, żem zupełnie stracił swobodę umysłu, zdolność do ba- 
wienia i milczący musiałem nudnym bardzo się wydać. To 
też panie tyle mi kazały pić szampana, żem dał się wkOlicu 
rozweselić. 
One same wyglądały niezmiernie ożywione, ruchy i wy- 
rażenia miały dziwnie swobodne, a suknie zaledwie okrywa- 
jące ciała. 
Dora chce się odurzyć, mówiłem sobie, sam już ulegaj
!c 
mocy wina, mocy tego powietrza gorącego, przesiąkniętego 
upajającym zapachem tijołków. 
Była chwila, pamiętam ją, jak przez sen, w której 
na \vpół przytomny, powieuziałem pani Dorze, iż 1l10żnaby 
oddać pół życia za ucałowanie jej rąk, czy jej ramion... Na- 
gle przed oczami memi stanęła żona, mówiąca dziecku: "we- 
łzach go czekam"... wytrzeźwiłem się i ździwiony, żem nie 
obraził mej towarzyszki, a sam wstydu i niesmaku doznaj 11,c, 
wytłómaczyłem się niepokojem o córkę i uciekłem jeden 
z pierwszych. 
'V śnie jakimś dziwacznym postać pani Dory ukazywa- 
ła mi się odarta z tej godności niewieściej, w którą ją dotąd 
stroiłem, ale nie mniej urocza bez osłonek... 
Zaledwie wstałem, wręczono mi bilecik tej mniej więcej 
tr'eści: 
"ŁTeżeli krótka nasza znajomość ma jakiś urok w oczach 
Pana, brdziesz dziś u nas, będziesz tylko dla mnie. Powiem 
ci może więcej, niżbym chciała, lecz nie dam ulecić chwilom 
mo
li wego szcz£ścia! 
"Pragnąłeś pan dotknąć ustami mej dłoni-je VOU8 aban- 
donnc mes dtux rnalns. Dora." 
A więc nie wino rozmarzyło te piękne, zagadkowe- 
oczy, które dla innych lśnily się dowcipem i mrużyły zdaw- 
kową kokietcryą, podobałem się, byłem kochany... Ko- 
chany?..
>>>
- :l1;tI .-- 


'l'ak - miłością zwą przecież pociąg kobiety do 
mężczyzny, i ja czułem ten pociąg ku Dorze i ja więc ko- 
cham?.. Jeżeli kocham, czuję się zdolnym poświęcić jej ży- 
cie?.. Nie, z żoną nie rozwiódłbym się nigdy, za nic na świe- 
cie nie zgodziłbym się rozstać z nią i z dziećmi! 
A więc od Dory tylko poświęcenia czekam i spodzie- 
wam się, że niezwykła ta istota uczyni wszystko co zechcę... 
Lecz czegóż chcę? No, niczego coby zmianę w me 
życie wprowadziło. 
Nie życzę utracić żadnego ze skarbów, które posiadam 
pragnę widzieć zawsze w mym domu, około siebie pogodn
 
twarze, czuć się w rodzinie kochanym, szanowanym i swobo- 
dnym. 
Wprawdzie żona swobodę mi zostawia, może i kochać 
zawsze będzie i witać nadal potrafi uśmiechem, lecz musi 
cierpieć, bo cierpi ju
 teraz... 
A więc nie o pogodę twarzy Heleny mi chodzi, ale o jej 
szczęście. 
Mógłżebym szczęście dawać, zdradzając?.. Czy też trze- 
ba się wyrzec szczęścia żony-albo grzechu?... 
Jest droga jedna tylko... droga codziennych oszu- 
kaństw... małych kłamstw, które chociaż wstręt mi sprawia- 
ją, mogą być użytecznemi... 
Nie, jaki zasiew-taki plon!... 
Kłamstwo nie może wydać zadowolenia, spokoju. .Ja 
nie chcę, ażeby kiedyś tajemnicę moją odgadła ta czysta, ta 
oddana mi-a nie potrafię udawać. 
Cóż byłoby, gdyby się dowiedziała!... 
Na myśl o łzach żony, o krzywdzie, kt6rą jej wyrzą- 
dzam, wielki żal przejmować mię zaczynał, a żal ten zapra- 
wiony był czułością. 
Przeszło godzin kilka nad wyraz męczących, trzeba by- 
ło iść dziękować za słowa nadzieją przesiąknięte, słowa te 
przyszły tak niespodzianie... nie mogłem zdobyć się. na od- 
powiedź... 
Dora stawała przed oczami memi w lekkiej, opadającej 
z niej sukni, nie ta, smutna, otwierająca serce z zaufaniem
>>>
- iJHl 


dziecka i serca pragnąca, ale śmiejąca się, zmysłowa, ka- 
pryśna. 
'Viedziałem, 
e skoro pójdę, skoro tę kobietę zobaczę, 
marzącą jak dawniej w półcieniu, to powiem, to uczynię coś, 
co wią
e męMzyznę, co będzie pierwszą między nami spój- 
nią... a jako przegrywka do tych myśli, dźwięczały mi w du- 
szy słowa z ballady: "ranki i wieczory we łzach go czekam 
i trwodze." 
Nie chciałem za nic w świecie zobaczyć żony, posły- 
szawszy więc pukanie do drzwi, rzuciłem się ubrany na łó
ko 
i udawałem, że śpię. Nikt do pokoju nie wszedł, ale u progu 
drzwi mych rozmawiano i rozpoznałem głos lekarza. Wia- 
domości,jakich służący udzielił mi był przy obudzeniu się mo- 
jem, były więc fałszywemi. 
A mo
e córeczka moja istotnie czuła się wpierw lepiej, 
ale przyszło nagle pogorszenie, może znaczne, mo
e nie- 
bezpieczne? 
Doświadczałem męczącego nad wyraz uczucia, dzieci 
dotychczas zdrowo się chowały, nie znałem silniejszego nie- 
pokoju, mn
liwość nieszczęścia śmiertelnym dreszczem mię 
przejęła. Myśląc tylko o dziecku, jak nieprzytomny biegać 
zacząłem po pokoju. Nagle przypomniałem sobie list i posta- 
nowiłem odpisać, że przyjdę jutro, że dziś nie mogę-znowu 
zapukano do drzwi, otworzyłem je-stałem przed Heleną. 
Twarz miała wzburzoną, zrazu mówić nie mogła, po 
chwili zdławionym głosem oznajmiła mi, 
e gorączka podnosi 
się, M lekarz zaniepokojony przywołać ma kolegę, że Ania 
prosiła, bym przyszedł. 
Musiała 
ona zobaczyć przera
enie na mej twarzy, gdy
 
idąc obok, wzięła moją rękę i rzekła ze zwykłą słodyczą: 
"Nie chciałam cię trwo
yć, ale dziecko prosiło i... rak cię
ko 
samej..... Nie było ju
 dzielności w tej biednej matce! 
Stanąłem przy ł6
ku Ani i ucałowałem pałającą jej twa- 
rzyczkę. Chwyciła mię rękami za szyję i długo trzymała 
przy gorących usteczkach. Cisza panowała chwilę, w której 
słuchałem szalonego bicia pulsów dziecka, aż nagle Ania 
zerwała się na kolana i nie widząc mię j u
, wołała, wyciągaj ąc
>>>
-- 38
 - 


przed siebie ramiona: "tata nie wraca... mój Boże! zmiłuj się 
nad tatem! patrzcie tam, jak straszno, jp.k ciemno, pełne 
zwierza bory i pełno zbójców na drodze!" 
Otaczałem rękami gorączkuj ącą biedaczkę, mówiłem, 
że jestem przy niej, że proszę, aby się uspokoiła, lecz mię nie 
widziała, nie słyszała, oczy szeroko przerażeniem rozwarte 
trzymała utkwione w przeciwległą stronę i wołała: "noże 
mają za pasem, miecz u boku, co
 mówią do taty, ten pod- 
niósł buławrL." Z krzykiem, którego nigdy nie zapomnę, rzu- 
ciła się ku mnie i schowała twarz swą na mej piersi. 
Okrywałem ją pocałunkami, błagając, by nie lękała się, 
bo "tata powrócił," ale chore biedactwo, podniósłszy zimnym 
potem zroszone czoło, patrzyło na mnie,jak na kogoś obcego. 
Trzymając za ramiona, oddalała i zblizała twarz swą do mo- 
jej twarzy, wpatrując się pilnie, i nagle odtrąciła mię z krzy" 
kiem przerażenia, rzucaj ąc się ku matce. 
Bez oddechu w piersi śledziłem drżące dziecko z obawą, 
ażeby znowu twarz moja nie wznieciła w niem trwogi. 
Dlaczego odepchnęła mię z takim przestrachem, p)'ta- 
łem siebie, czy dlatego, że ciągle mię jeszcze nie poznaje, 
czy może w dziwnym tylko stanie nerwowym grzeszne myśli 
wyczytała w mej twarzy i nie chce takiego ojca? 
To ostatnie przypuszczenie wydało mi się możliwe m 
i przepełniło kielich goryczy... 
Zwolna dziecko uspakajało się, skarżąc się z cicha już 
tylko, wreszcie usnęło. Jakże się wloką godziny, spędzone 
w trwodze przy łóżku drogiego chorego-liczyć je trzeba na 
lata, na wieki!... 
Posłałem prosić lekarzy, lecz długo nie przychouzili. Co 
chwila, gdy tylko milklU!ł oddech Ani, serce bić we łUnie 
przestawało, mogła umrzeć... umarłaby z tym wstrętem 
strasznym, jaki był w ostatniem jej spojrzeniu! l któż 
umrzećby Ani pozwolił, jeżeli nie ojciec?-myślałem, łamiąc 
ręce w rozpaczy; biedna matka, czuwając Sama w początkach 
choroby, nie rozpoznała może niebezpieczeIlstwa, zapóźno po 
radę posłała, lub wskazówek nie potrafiła wypełnić. 
N a dnie sumienia mego odzywał się głos: "A cóż wal't
>>>
- :\Ha - 


ojciec, usuwający się od naj świętszych obowiązków na co 
zasługuje?" Śmierć dziecka wydała mi się okropną, chocia
 
słuszną karą wy
szPj sprawiedliwości, lecz wiedziałem, 
e 
kary tej nie przeniósłbym. Na kolanach przy łó
ku Ani, ze 
łzami gorącemi błagałem Boga o litość i postanowiłem 
yć 
dla rodziny i tylko w rodzinie. 
Nareszcie przyszli doktorzy. 
Po zbadaniu śpiącego .zawsze dziecka nie wyglądali na 
zatrwo
onyeh bardzo jego stanem, objawy nieprzytomności 
uwa
ali za skutek gorączki, często u nerwowych dzieci spo- 
tykany, a wylęknienie moje nazwali tak
e zdenerwowaniem, 
spowodowanem bezsennie sp
dzonemi nocami. 
Nie dziecku poświęciłem je był, niestety! Lekarze 
()deszli, zostawiając mię w niepokoju, gdy
 nie dowierzałem 
pocieszającym ich słowom; a ciężkie wyrzuty sobie czyniąc, 
stwięrdzałem prawdę zdania: "Cierpi człowiek, bo słu
y sam 
sobie za kata, sam sobie robi koło i sam się w nie wplata..." 
Nareszcie, koło rana, gdy pierwszy blask dnia padł na 
czoło mojej ukochanej dzieciny-ona, przeciągając się, roz- 
tworzyła oczy i zarzuciwszy rączki na złotą główkę, spojrza- 
ła na mnie, mówiąc powoli, zwykłym swym głosikiem: 
"Pewno ju
 późno, a tatuś jeszcze przy mnie, kochany tatuś!" 
Znowu klęczałem przy dziecku, - lecz ju
 ze łzami po- 
ciechy odpowiedziałem mu: "Zmiłował się Bóg nad tatem... Ol 
Zrozumialem, 
e lekarze mówili prawdę i 
e niebezpie- 
cze)lstwo nie grozi. Przepeł
iony olbrzymią radością, nie 
OIHlszczałem ju
 prawie rekonwalescentki, bawiłem ją, przy- 
rządzałem jedzenie i lekarstwa, głośno czytałem, a gdy 
drzemała, opieralem głowę o poduszkę dziecka i w blogim 
pół-śnie spędzałem rozkoszne chwile. 
Tak mię ta choroba, a raczej ostatnia noc trwogi zgnę- 
biła, 
e miałem uczucie człowieka, który sam z cię
kiej 
niemocy powstaje, a zatracił pamięć innych przebytych 
wra
eń. 
Raz, gdy siedziałem przy mojej maletlkiej, która le
ała 
cichutko, słu
ący oddaje mi list od pani Dory. Zerwałem się 
z miejsca i pobiegłem do swego pokoju.
>>>
- ,tHł - 


List przychodził z prowincyi, mówił o jakiejś ko- 
nieczności, której ulegając, wyjechać musiała, o złości ludz- 
kiej, o goryczy 
ycia i kończył się prośb
 o radę, opiekę, 
o dowód uczucia. Wiedziała, 
e w domu moim była choro- 
ha, więc przebaczyła milczenie, lecz teraz, po raz ostatni 
udaje się do przyjaciela, a jeśli ten przybędzie na miejsce 
wskazane, potrafi mu być wdzięczn
 i dobremi obdarzyć 
chwilami. Kreśliła obraz przyszłości, upajaj
cej dla tego, 
kto na szczęście zasłu
y, lecz był i dopisek, a mówił, 

e jeślibym nic uczynić dla niej nie chciał i zapomnienia 
pragnął, miałem odpowiedzieć otwart
 kart
 temi kilku 
słowami: "Souvent homme varie." 
Sądziłem, 
e zapomniałem był o wszystkiem, lecz w miarę 
czytania listu, pisanego pod wpływem silnego wzruszenia, 
traciłem spokój, przy ostatnieh zaś wyrazach krew uderzyła 
mi do głowy. 
Odrzuciłem wszelką myśl zbli
enia, ale budziła się tę- 
sknota ża wra
eniami i mówiła mi, 
e moim obowiązkiem by- 
łoby stawić się tam, gdzie woła kobieta, współczucia, pomocy 
potrzebuj ąca. 
Jak
e słabym jest człowiek, jak skłonny do oszukiwa- 
nia samego siebie! 
Nie bardzo wierzyłem, a
eby istotnie pomoc moja była 
potrzebną-jak nie wierzyłem, a
ehym był kochany na praw- 
dę,-tylko fijołkowy liścik przynosił mi dobrze znany zapach, 
i ten to zapach silne postanowienie rozwiewał. Czy
bym się 
jeszcze wahał? - pytałem sam siebie - czy
bym zamierzał 
pomimo uczynionego postanowienia, zostać opiekunem pili)- 
knej, wzywającej mię Dory?... 
Odpowiedź na to była okrzykiem wściekłości. 
Zły na siebie, na świat cały, podarłem śliczne pismo na 
drobne strzępy i rzuciwszy je do kosza, udałem się do córki. 
Idąc myślałem: Nic nie odpiszę, niech przypuszcza, 
e list 
zaginął, nie podobna. okazać się tak niewdzięcznym, tak bru- 
talnym. 
Niema zresztą potrzeby zrywania węzła przyjaźni w tak 
bardzo przykry sposób.
>>>
- as: - 


Terni myślami zajęty i silnie rozdra
niony, zbli
yłem się 
do Ani. Zadumana była jakaś, a gdym zapytał, czemu po 
nagłem mem odejściu nie przywołała nikogo, odrzekła w pół- 
uśmiechu, 
e serduszko jej mówiło, i
 "tata zaraz powróci." 
Dziecko wyglądało smutnie, dotknąłem jego czoła, wyobra
a- 
jąc sobie, M przyjdzie znowu gorączka. 
Odpowiedziało mi, 
e się czuje zdrowe, o niczem przy- 
krem nie myśli i nic mu się złego nie zdaje, jak dawniej by- 
wało, bo wie, 
e jestem blizko. "Jakie to szczęście, mówiła, 
M ojciec nie kupiec, jak tamten z bajki, 
e nie potrzebuje je- 
chać po jakieś tam towary." Wzięła mię za rękę i powta- 
rzała: "Nie puściłabym ja ciebie, choćbyś i chciał gdzie 
ucieG." "Nie zechcę nigdy"-odrzekłem, patrząc na tę moją 
dziewczynkę, taką kochaną, taką słodką, a uspokojenie 
wielkie spływało do mej wzburzonej l rzed chwilą duszy. 
Dziecko darzyło ojca ,,
yciem i zdrowiem..." Poło
y- 
łem dłoń na jasnej główce, była to moja przysięga. 
Ania ździwienia nie okazała, a jakby przeczuwając 
wa
ność chwili, przytuliła mi się do ramienia, szepcząc: 
"Tak-to dobrze!..." 
Nazajutrz, ,,'rzuciwszy w skrzynkę pocztową kartę ze 
słowami: "Souvent homme varie" - poszedłem do p. Fer- 
dynanda. 
Chciałem wytłómaczyć się z dłu
szej u niego niebytno- 
ści i po
egna{o zarazem, zamier:załem bowiem wkrótce wyje- 
chać z rodziną, gdy
 matka 
ony przychodziła do sił i moral- 
nej równowagi, a sam potrzebowałem odetchm
/ zdrowem 
wsi powietrzem, zasilić niem duszę i wziąć się seryo do pra- 
cy, która ju
 mnie czekała na ogrzanej pierwszem wiosen- 
nem słońcem roli. Dodzwonil; się do p. Ferdynanda nie 
mogłem. Stró
 mię objaśnił, 
e najprzód wyjechała "ku- 
zynka", a później sam właściciel mieszkania, i chocia
 
ona, 
która ma być umieszczona w "szpitalu" jeszcze się nie wy- 
prowadziła, gospodarz wynajął ju
 lokal. 
Nie chcąc męczyć chorej. której rozmowa przychodziła 
zawsze z wielką trudnością, udałem się po wiadomości do 
jednego ze wspólnych znajomych. Spaliłem był mosty za 
25
>>>
aH6 - 


sobą, ale dowiedzieć się chciałem, czemu p, Ferdynand 
i p. Dora opuścili tak nagle Warszawę. I oto jaki obraz odsło- 
niono przedemną. 
W 6w dzień, kiedy na miłe wezwanie nie stawiłem się, 
podczas gry, której, jak zawsze, przyglądała się p. Dora, je- 
den z grających,. gwałtownie powstając wśród rozpoczętej 
partyi, rzuca obelgę w twarz Ferdynandowi, wykazuje towa- 
rzyszom, 
e są oszukiwani przez gospodarza domu z pomoc
 
jego kuzynki, gdy
 ta, zaglądając w karty przeciwnik6w, 
daj e mu um6wione znaki. 
Słowa te popiera z niemniejszem oburzeniem inny part- 
ner, mówiąc, 
e stwierdził prawdę domysł6w, od paruju
 dni 
przez towarzysza czynionych. Przychodzi do zamiany gwał- 
townych wyrazów, w kt6rych obok napaści, zaznaczających 
całę, ohydę postępku, nie oszczędzono tak
e honoru Dory, ja" 
ko kobiety, a nawet podano w wątpliwość stosunek jej do 
Ferdynanda. 
Strasznie przygnębiony i upokorzony zostałem tą kata- 
strofą. 
W jakiem
e towarzystwie obracałem się przez tyle wie- 
czor6w, wśr6d jakich 
e to kłamstw? 
A więc gościnny Ferdynand rabował naiwnych z tą.. 
pokrewną, mu istotą! 
Dałem się oszukiwać, dałem się w moim wieku zwabić 
wdziękiem zewnętrznym, jak barwną cykoryą 6w chłopiec, 
kt6remu "z podmuchem cały kwiat na powietrzu rozleci się 
puchem"... 
I c6
by się stało, gdybym w tern gronie znalazł się 
owego wieczora i usłyszał to wszystko. 
Na razie nie uwierzyłbym zarzutom, więc za obelgi, 
rzucone tej uroczej, tej odurzającej mię kobiecie, zapłacić by 
ktoś musiał... Tak, wiem, 
e pod wpływem okropnego wra. 

enia, krew-by mi m6zg zalała... tak, nie zostałbym obo
 
jętnym widzem tej awantury, zakoń.czyłbymją pojedynkiem. 
Dziwiłyby się dzieci dnia pewnego, 
e długo "tata nie 
wraca..." i usłyszałyby mo
e: "nie wr6ci..." 
Jeślibym zaś powr6cił, to z głośnym przydomkiem opie-
>>>
- 3H7 - 


1J! 
I
 
I 
I 
I 


kuna tej pani... której bezmyślnie hołdy składałem... Osła- 
wionemby zostało nazwisko 
ony mojej, moich dzieci! 
Dziś jeszcze dreszcz mię przejmuje na wspomnienie, jak 
mało brakowało, abym się był stał świadkiem tej sceny, aby 
miecz Bo
y zawisł nade mm
. 
I c6
 odwr6ciło nieszczęście, jeśli nie słowa ballady 
przez troje ust drogich powt6rzone, te słowa modlitwy i skar- 
gi, kt6re były mi ostrze
eniem, podtrzymaniem i... wyba- 
wieniem, 


Z. Zal, 


-- -C:*;;---
>>>
BURA LEX. 


SkollCzył studya akademickie i myślał, patrząc na chlu- 
bny patent, i
 jest wykwalifikowanym malarzem. Roiły mu 
się po głowie tysią,czne przedmioty do obrazów, piękne, maje- 
statyczne, okazałe, a po za tymi obrazami widział swoją wiel- 
kość i sławQ. 
Nie byłby dzieckiem XIX stulecia, gdyby za tą, wiel- 
kością i sławą, nie widział te
 znacznej ilości tęczowych pa- 
pierków, wykonanych z mniejszym artyzmem, ni
 jego 
obrazy. 
Widział piękną, pracownię, jasną" z poetycznym wido- 
kiem, przybraną w kosztowne sprzęty, meble, makaty. Obok 
pracowni był te
 mały pokoik niebieski, z podłogą, pokrytą 
kobiercem, a wśród egzotycznych roślin widział śliczną, blon- 
dynkę o niebieskich oczach, z których radość 
ycia tryskała. 
Widział i dalej inne pokoje, równie bogate i piękne, ale 
wyobraźnia kroczyła przez nie szybko do ostatniej w miesz. 
kaniu komnaty, gdzie się nieco dłu
ej zatrzyma nad dwiema 
jasnemi główkami, chłopczyka i dzieweczki, wystającemi 
z poza stosu zabawek.
>>>
- 389 - 


Myślał o tern wcią
 i widział ciągle to wszystko, a z tru- 
dem mu przychodziło obejrzeć się dokoła swoich biednych 
pustych czterech ścian piątego piętra, gdzie tymczasową, 
urządził pracownię,-ale tymczasową, na pół roku tylko, bo 
za pół roku, wierzył święcie, i
 w tej innej, wymarzonej pra- 
cowni osiądzie, naprzód sam, nim się obok wymarzona 
ycia 
towarzyszka nie zjawi. 
Czasem, gdy się rozmarzył, a po
ądanie wyobraźni sta- 
wało się silne, gorączkowe,--chwytał pędzel i malował,-ma. 
lował zapamiętale dla tej sławy i dla tej przyszłości. 
Ale mu inne obrazy przed oczami migały, inne osoby 
zasłaniały historyczne postacie, tworzył z trudem, czul swą 
nieudolność czas jakiś, wreszcie tracił zmysł artystyczny 
i myślał, 
e tworzy dobrze, - poniewa
 tak namiętnie chciał 
w swych obrazach dojrzeć doskonałość, a za nią sławę. 
'Wystawił w przeciągu roku kilka obrazów, zbył jeden 
zaledwie, za nadzwyczaj nizką cenę; nic nie przychodziło, 
ani sława, ani zysk, ani wymarzone mieszkanie. 
Po dwóch latach pracy zmudnej, a nieopłacającej się 
spotkał wreszcie ideał, o którym marzył. 
CÓ
 było robić? Sławy jeszcze nie miał, mieszkania bo- 
gatego te
 nie, pracownię miał wcią
 tę samą; ale przynaj- 
mniej posiędzie swe marzenie. 
Rodzice panienki mniej chętnem okiem patrzali na te ma- 
larza zamiary. Straciwszy niedawno majątek ziemski, tęsknili 
za wsią, woleli gdzieś do świe
ego powietrza wrócić za 
córką. 
Ale malarz, w bojaźni utraty swego ideału, wziął na kieł 
i wymalował mały obrazek, tak ładny, 
e mu go w tej chwili 
na.byto i zapłacono pierwszy raz nieźle, Wpadł z tryumfem 
do rodziców panienki, niosąc pięć tęczowych papierków, na 
których całą przyszłość osnuwał. 
Jeszcze ciotka jakaś niemłoda dodała słówko, iż malarz 
panienkę skompromitował, wystawiając jej postać na widok 
publiczny w pasterskim stroju, i wkrótce te
 stanął z wyma- 
rzoną osóbką, na ślubnym kobiercu.
>>>
- a90 - 


Minęły dwa lataj do skromnej pracowni dwa pokoiki 
obok przybyły,-ale wcale nieładne, a równie biedne i pu- 
ste, o ścianach wilgocią zbrukanych. W jednym pokoiku 
przebywała zwykle młoda 
ona malarza, w drugim mamka 
niańczyła jasnowłosą dzieweczkę, ale chude i blade bie- 
dactwo,-nie takie pulchne, ró
owe, o jakiem marzył uprze- 
dnio pan malarz. 
Z praoą szło wcią
 równie cię
koj jedyne zaohwyty, 
które spotykały jego dzieła, były to zachwyty 
ony i niańki, 
publiczność patrzała na nie obojętnie, rzadko co się sprze- 
dało. 
Smucił się malarz, pracował wytrwale, lecz bieda ciągle 
zaglądała mu w oczy.-a razem i jego rodzinie. 
Pewnego zimowego wieczora 
ona wróciła z miasta 
z gorącemi wypiekami na twarzy. W nocy zdeklarował się 
dyfteryt, malarz ledwie miał za co sprowadzi e lekarza... 
Na trzeci dzień ju
 
ona nie 
yła i córeozkę udusiła 
błonica. 
Minęły znowu dwa lata, a w dorocznym salonie Akade- 
mii Sztuk Pięknych widniał na pierwszem miejscu obraz 
średnich rozmiarów: wśród nocy, na pustkowiu i piaskach 
zalegających dokoła, stało w
rschłe, zczerniałe drzewo, wy- 
ciągaj ące ku górze swe obna
one ramiona, U stóp drzewa 
le
ało oiało zmarłej kobiety, tulącej dziecko do łona. 
I cała publiczność przed obrazem stawała i słyohać 
było szmer uwielbienia dokoła, tyle znajdywano powietrza 
w nocnym krajobrazie, tyle boleści i cierpienia na twarzy 
zmarłej... 
I przyszła wreszoie sława, ale ją boleść zrodziła podług 
twardych 
yciowych praw. , 
"Dura lex, sed lex!" - pomyślał z smutnym uśmiechem 
malarz, gdy mu wręczono cały stos papierków, - gdy przy 
nim le
ał drugi stos wycinków z gazet, które lat kilka upar- 
cie milczały o jego utworach, a dziś ogólnie przed siłą. twór- 
czości korzyły czoła.
>>>
_I 


- a91 


I dziś malarz ma bogatą, wytworną pracownię, du
e 
mieszkanie, widok prześliczny, ale niema obok ani ukochanej 

ony, ani jasnej główki dziecięcej. 
Za to jego głowa jest biała i srebrzy się na SłOl\CU. 
Widzi ją w zwierciedle przed sobą i cieszy si
 na ten widok, 
bo to mu oznacza, 
e ju
 czas blizki, gdy t
 pracownię 
opuści i pójdzie do Ojca Przedwiecznego, na którego łono 
zło
y wszystkie bóle swego złamanego 
ycia. 


Stanislaw. Pilecki. 


. 
,
 
--+.-
>>>
Nieprzyj aciel pól naszych. 


Rozstrz
'P1ta. 
(C"rocystis occulta). 


Rośliny dzikie i uprawne mnogich mają nieprzyjaciół, 
które zowiemy szkodnikami i pasorzytami, podług tego, czy 
one do świata zwierzęcego, czy roś1innego nale
ą. Pojawiają, 
się one niemal wszystkie co roku, ale w liczbie tak ró
nej, 

e niekiedy odszukać je trudno, a innemi laty są plagą praw- 
dziwą. Mały owad: niezmiarka (Chlorops taeniopus) naj- 
lepszym jest tego przykładem. Gąsienicę jego znajdowałem 
corocznie na Żmujdzi w jęczmieniu, ale w pojedynczych tyl- 
ko okazach. Klęską dla rolnika była ona dopiero w latach 
1891 i 1897, kiedy plon jęczmienia z jej przyczyny spadł do 
połowy na gruntach lepszych, a niemal do zera na lichszych. 
Kwestya straty tak dotkliwej nie mo
e być obojętną dla 
rolnika, zwłaszcza dzisiaj, w tak trudnych warunkach ekono- 
micznych. Ze zdwojoną więc energią zaczęto badać wszel- 
kie choroby roślin uprawnych i szukać coraz to nowych 
środków zaradczych. Dzięki inicyatywie prywatnej, a prze- 
dewszystkiem czynności instytucyi publicznych, jak towa- 
rzystwa rolnicze, szkoły rolnicze, stacye doświadczalne, ko- 
misye dla badania chorób roślinnych i t. p. nietylko w starej
>>>
- 393 - 


Europie ale i w Ameryce północnej, osiągnięto ju
 pod tym 
względem bardzo powa
ne rezultaty. Wiemy więc dzisiaj, 

e z wieloma plagami mo
na walczyć z najlepszem powodze- 
niem, gdy na inne niema skutecznego lekarstwa, prócz ochro- 
ny od zawleczenia zarazy i wyboru odmian na nie odpor- 
nych. Pierwszym jednak warunkiem, jak w ka
dej choro- 
bie, jest ich poznanie, czyli diagnoza. 
I nam wypada podą
ać za tym ruchem i badać, jakie 
szkodniki i pasorzyty grasuj 
 na naszych polach i łąkach, 
ogrodach i lasach. 
O jednym z takich pasorzytów chcQ dzisiaj słów kilka 
powiedzieć, gdy
 jego występowanie na Litwie nie było do- 
tąd dostrze
onem,jeśli się nie mylę. Jest to rozstrzępka, 
grzybek, nale
ący do tej
e rodziny, co śnieć pszeniczna i po- 
krewny bardzo główniom owsa, jęczmienia, pszenicy i t. p. 
VI Europie pojawia się on na 2ycie, niekiedy na jęczmie- 
niu lub durnicy, w Austryi zaś na pszenicy, wyklinie i lisim 
ogonie. Znaczniejszych strat w plonie zwykle nie wyrządza, 
choć niema w tem 
adnej pewności, skoro przeoczyć go na- 
der jest łatwo. Nie spotkałem go dotąd na Żmujdzi, a prze- 
cie2 w zeszłym roku, w Blinstrubiszkach koło Rosień, znajdo- 
wałem po kilka źdźbeł chorych w ka
dym rozwiązanym sno- 
pie 
yta. Godzi się więc przypuszczać, 
e wskutek przy- 
jaz11ych warunków rozwoju, ten grzybek rychło rozgościł się 
na dobre i mo
e w podobnych w8mnkach o wiele większe 
szkody wyrządzać. . 
. Za innych główni przykładem, dojrzała rozstrzępka 
wydaje proszek czarniawy, zlo
ony z zarodników, czyli dro. 
bniuchnych organów rozrodczydl. Przy młócce, zarodniki 
się rozpraszają, osiadają na ziarnie 
ytniem, dostają się 
z niem razem do roli przy siewie, kiełkują współcześnie i za- 
ra
ają młodziutką roślinkę. Niteczkowaty organ od
ywczy 
pasorzyta-grzybnia-wrasta w tkankę 
yta i w niej się roz- 
chodzi, nie zrządzając szkody wyraźnej a
 do chwili, kiedy 
w źdźbłach chorych powstaną nowe, nader liczne zarodniki. 
Nie w kłosach więc, jak nasze głównie zbo
owe, ani w ziar- 
nie, jak śnieć pszeniczna, lecz w samem źdźble 2ytniem two.
>>>
- 39-1- - 


rzą się długie kresy, wypełnione czarnym proszkiem zarodni- 
ków rozstrzępki. 
Kresy takie spostrzegamy zarówno na pochwie i blasz- 
ce liściowej, jak i na samej łodydze, której część górną 
niszczą one naj mocniej, sprowadzając pęknięcia podłu1;ne, 
rozwarcia i dziwaczne nieraz skręcenia. Sam kłos zazwy- 
czaj zanika i nie pokazuje się wcale; niekiedy przecie
 
z pochwy wyłazi, jako ju1; martwy i suchy, bądź czysty zu- 
pełnie, bą,dź te
 upstrzony czarniawe mi kresami na trzonie 
i plewacll. 
Dojrzewanie kres zawdnikowych nie odbywa się w jed- 
nym czasie, lecz postępuje na źdźble od góry do dołu; mogą 
być przeto u spodu kresy zaledwie brunatne lub całkiem 
bezbarwne, kiedy u góry są one ju
 czarne i zupełnie dojrza- 
łe. Bywają one ró
nej, nieraz bardzo znacznej długości i za- 
stępują tkankę 
yta, którą zniszczyły. Poniewa
 składają 
się teraz z proszku, więc poprzecinana niemi łodyga łatwo od 
wiatru się łamie i rozstrzępia na wązkie paseczki lub ni- 
teczki, a zarodniki ulatują w powietrze lub zostają przez 
doszcz wypłókane. Ale nie wszystkie. Wiele kres, zwłasz- 
cza dolnych, zostaje nietkniętych i zamkniętych, a
 do 
ni- 
wa i młócki, a to tem b_udziej, 
e źdźbła chore są zwykle 
krótsze (i ciellsze) od zdrowych, które sil, dla nich osłoną od 
wiatru i de3zczu. Dla tej to właśnie przyczyny, zarodniki 
rozpraszają się przewa
nie przy młócce, a odszukanie źdźbeł 
chorych na polu lub w snopie wymaga wielkiej uwagi 
i pracy. 
Zarodniki rozstrzęp ki nie sil, tak proste jak w główniach, 
lecz wielokomórkowe; składają się one z l-l komórek więk- 
szych, płodnych, i z dziesią.tka mniejszych, płonnych, stano- 
wią.cych jakby korę dokoła tamtych. Srednica ich waha się 
od 0.02 do 0.03 mm. Kiełkowanie komórek płodnych jest 
bardzo podobnem do śnieci; w wodzie, po 3-4 dniach, wyda- 
ją one krótką. przedgrzybnią., zakończoną wiankiem 2-(3 pa- 
łeczkowatych zarodniczków. 
Takie to są. główne wiadomości, które posiadamy o bu- 
-dowie i rozwoju rozstrzęp ki. Nie mamy natomiast 
adnych
>>>
- 39;) - 


wiadomości o warunkach, które działaj ą na rozszerzenie lub 
powstrzymanie tej zarazy, nie mającej u nas jeszcze powa
- 
niejszego znaczenia. Na podstawie analogii wolno jednak 
przypuszczać, 
e jej rozwojowi będzie sprzyjała wilgoć panu- 
jąca w czasie siewu 
yta i 
e gleby cię
kie i wilgotne będą 
bardziej przez nią nawiedzane, ni
 lekkie i suche. Czy na- 
wóz stajenny ma przytem jakieś znaczenie, o tern tylko na 
drodze doświadczalnej będziemy w stanie się przekonać. 


Edward Janczewski. 
Prot. Uniw. Jngiell 


Kmków, 1 lutego 1898 r. 


--
--
>>>
Rośliny litewskie w poezyach Adama Mickiewicza 


podał 
fi)r. 'UJ/. fi)S;ÓOWSRi. 


Rośliny wdziękiem swoim najbardziej oddziaływały na 
wyobraźnię Mickiewicza, to te
 
aden z poetów tylu, tak 
często i tak pięknie roślin nie opisywał i z taką lubą tkli- 
wością do nich się nie zwracał, jak nasz poeta litewski: 


"Drzewa moje ojczyste! jeśli niebo zdarzy, 
Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy, 
Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie? 
Wy, koło kt6rych niegdyś pełzałem jak dziecię." 


Ile razy poeta nasz florę litewską z jaką inną, choćby 
naj piękniejszą, porównywał, zawsze mu ona naj milszą, naj- 
dro
szą i najpiękniejszą się wydawała. 


"Widziałem..,.. . 
Owe sławione drzewa, rosnące na Wschodzie 
I na Południu, w owej pięknej włoskiej ziemi; 
Któreż równać sIę mogą z drzewami naszemi'!" 


Przy takim nastroju ducha poeta te tylko rośliny przy- 
tacza, które rosną na Litwie; je
eli wspomina obcokrajowe. 
to poto tylko, by. por6wnywając z litewskiemi, wykazać ich 
ni
szość: 


I
>>>
- 1197 


"Któreż równać się może z drzewami naszemi": 
Czy aloes z dlugiemi jak konduktor pałki'? 
Czy cytryna karlica z złocistemi gaiki? 
Czy zachwalony cyprys. dlugi, cienki, chudy'?" 


Przesadnem i mylnem jest jednak zdanie p. ł:Japczyń- 
skiego, M ,.licentia poetica" we florystyce Mickiewicza nie 
miała miejsca; przeciwnie, Mickiewicz dość często posługuje 
się swobodą, poetycką dla podniesienia uroku i wdzięku 
w swych obrazach przyrody. 
Nie systematykę botaniczną, wykłada nam w pieśniach 
wieszcz nasz ubóstwiony, lecz wykazuje idealną piękność 
Litwy z całą jej przyrodą,. 


"Czemuż pan Hrabia, jeHli w malarstwie się kocha, 
Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi? 
Prawdziwie będą z pana żartować sąsiedzi, 
Że mieszkając na żyźnej litewskiej równinie, 
Malujesz tylko jakieś skały i pustynie." 


Czy
 nie zawstydzi ta przepiękna zwrotka swoją ironi
1 
wielu z nas dziś jeszcze hołdujących obczyźnie?! 
Mamy ju
 dwie prace, traktujące o roślinach w poezyach 
Mickiewicza zawartych: 
L e o p o l d Waj g e l. Obrazki z przyrody za warte 
w "Panu Tadeuszu." Kołomyja, 188-1:, - i 
K a z i m i e r z Ł a p c z Y li's k i, Flora Litwy w "Panu 
Tadeuszu." Kraków 1R9-1:. 
Obie te piękne (ka
da w swoim rodzaju) i z wielką, zna- 
jomością rzeczy napisane prace nie są, ani wyczerpujące, ani 
te
 od błędów wolne; artykuł niniejszy mo
e stanowić będzie 
pewien rodzaj uzupełnienia i sprostowania prac powy
szych. 


Dzięcielina. 


j 


"ltumieńcem panieńskim dzięcielina pała." 
,;W ktMą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę." 


Za czasów Mickiewicza pod nazwą powy
szą, były zna-
>>>
- a9H - 


ne trzy gatunki: '1'rifolium pratense L., '1'. hybridum L, i '1'. 
repeIIS L., t. j. wszystkie na łąkach dziko rosn1Ace, zielne i za 
paszę słu
ące gatunki dzięcieliny; nazwa ta przechowała 
się a
 do chwili obecnej, chocia
 Tr. pratense L. dziś 
powszechnie jest znana jako "koniczyna"; ostatnia ta 
nazwa jest całkiem nowo
ytn1A i datuje się od czasu 
wprowadzenia uprawy tej rośliny pastewnej na Litwie. 
Dziś lud tutejszy odró
nia trzy gatunki koniczyny upraw- 
nej: czerwona (TrifoJium pratense L.), biała (T. repens 
L,) i szwedzka (Trifolium hybridum L.)" i wszystkie te 
gatunki widzieć mo
na zasiewane na "sznurach" chłopskich, 
a pomimo to i dziś jeszcze lud tutejszy nazywa "dzięcielina" 
wszystkie trzy, powy
ej przytoczone, dziko rosn1Ace gatunki. 
Mickiewicz z rumieńcem panieńskim porównał Tr. praten- 
se L.; pod dzięcieliną źrebcom zarzucaną rozumiał on siano 
łąkowe, zawierające wszystkie trzy gatunki dzięcieliny ( - ko- 
niczyny), bo za jego czas6w na Litwie koniczyna pastewna 
uprawianą jeszcze nie była. 
B r z e z i n a. 


. .. we brzozowym gaju 
Stał dworek szlachecki. . . 


Jest tu mowa o Betula alba L., kt6ra na l.litwie jest je- 
dnem z naj pospolitszych drzew, a w powiecie nowogrodzkim 
często całe pagórki pokrywa. 


"Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina, 
Która jako wieśniaczka kiedy płacze syna, 
Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy 
Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy?" 


Jest tu mowa o prześlicznej naszej "brzozie płaczącej" 
Betula alba. Var. pendula Willd., która w powiecie nowo- 
grodzkim nie jest rzadkością i jak w lasach, tak i w ogrodach 
często widzieć się daj e, 
Lilia wodna. 


"Na miękkiej wodnych lilijek bieli"
>>>
- ;mu - 


W powiecie nowogrodzkim są dwa gatunki: Nymphaea 
alba L. i N. candida PresI.; ostatni gatunek jest daleko po- 
spolitszy i znajduje się we wszystkich wodach stojących. 
Lud tutejszy gatunków tych nie rozró
nia. 


"Lilia jezior, skrOl\ białą wznosząca nall wodę." 


Jest to ta sama lilia wodna, którą Mickiewicz nazwał 
"lilią jezior." 
Łopuch, po białorusku tak samo. 


"A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie, 
Między liście łopuchu, na rękach, po trawie..." 


Na Litwie łopuchem nazywają trzy gatunki: Arctium 
majus Schk., A. minus Drnh. i A. tomentosum MilI. 
U Mickiewicza jest mowa o Ar. tomentosum MilI., który 
w pow. nowogródzkim rośnie wszędzie po ogrodach, zajmuje 
zwykle bardzo rozległe stanowiska i dosięga więcej ni
 metr 
wysokości. Ar. majus Schk. nigdy w wielkich gromadach 
nie rośnie, lecz najczęściej pojedynczo, w pośród okazów po- 
przedniego gatunku znajduje się. Ar. minus Brnh., jest bar- 
dzo rzadki i zwykle pojedynczo rośnie. 
Sz cza w koń s ki, 
Pod tą nazwą są znane na Litwie wszystkie gatunki 
szczawiu wielkolistnego: Rumex obtusifolius IJ., Rumex 
Hydrolapathum Huds., R. crispus L. i R. acutus Lo Po ogro- 
dach pospolitym chwastem jest R. obtusifolius L., lecz 
i drugi gatunek, R. crispus L., nie rzadko się zdarza. 
(Bóg. 
Głogiem na Litwie nazywają owoce ró
y dzikiej; Ora. 
taegus J.J. (zob. ŁapczYliski l. c. p. ;31) nazywa się albo Krate- 
gus, albo Szakłak. 
Buk. 


I 


,,'Yysłuchawszy rogowej arcydzieła sztuki, 
Powtarzały je dębom dęby, bukom buki."
>>>
--:- 400 - . 


Kazimierz L3.pczYl1ski (1. c. p. 34) powiada, 
e w epoce 
lzieciI1stwa Mickiewicza mogły róść buki na Litwie i 
e są, 
głosy rzeczoznawców temu przypuszczeniu przychylne. 
Zdanie powy
sze jest całkiem bezzasadne; na Litwie 
bowiem nigdy buków nie było, inaczej mielibyśmy bądź 
w pieśniach ludowych, bądź te
 w nazwach miejscowości 
jakąkolwiek wzmiankę o nich, czego wszak
e, pomimo naj- 
skrupulatniejszych poszukiwali, nigdzie nie znalazłem. 
Mickiewicz, chcąc dobitniej wyrazić sędziwość puszczy 
litewskiej, przytacza drzewa najbardziej długowieczne; obok 
więc dębu nie mógł zrobić lepszego wyboru jak buk, tembar- 
dziej, 
e i rym tej nazwy domagał się. Nazwa buków jest więc 
"licentia poetica" w utworach Mickiewicza, którą poeta nie- 
jednokrotnie posługiwał się 1). 
J e m i o ł a. 



, . . . . . . . . czy w
'drzeć gołębie 
Xa wieży. czy jemiołę oberwać na dębie." 


Dąb jest jedynem drzewem, na którem jemioła (viscum 
album L.) nie rośnie na Litwie, Pomimo znacznej na. 
grody, jaką naznaczyłem temu, kto pierwszy dostarczy mi 
gałąź dęłm z jemiołą-przez 15lat nikt mi jej nie przyniósł, 
chocia
 w ostatnich czasach całe puszcze t. zw. "księ
ackie" 
{poradziwiłłowskie) padły pod siekierą kupiecką. 
Modrze,,-'. 


l) Że 
1icki('wicz bardzo ścisłym w używaniu nazw nie hył. mo. 
te posłużyć za dowód następujący ustęp z "Pana Tadeusza": 
"Na końcu wisLE
 gałki, coś nakszŁałt guzików, 
lŁóre żydzi modląc się, na łbach zawieszają 
I które po swojemu cyces nazywają." 
Rzeczone guziki nazywają się "tflIiu", "cyces" zaś są to sznurki wiszące 
li czterech rogów kaftana żydowskiego, "arbe kamfes" zwanego.
>>>
- 401 


"Każdą noc prawie, o jednej porze 
POił tym się widzą modrzewiem, 
Młody jest strzelcem w tutejszym borze, 
Kto jest dziewczyna, ja nie wiem." 


Modrzew (Larix europaea L.) dziko nigdzie, a temsamem 
i nad Świtezią nie rośnie. Jest to tylko "licentia poetica." 
W ostatnich czasach modrzew stał się ulubionem drzewem, 
sadzą je w ogrodach, parkach lub przy drogach (w mająt- 
kach: Nia{lk6w, Wereskow, Lubcz; przed laty 20-tu ś. p. mar- 
szałek Ant. Brochocki zasiał znaczną przestrzeń w lesie, znaj- 
dującym silJ w majątku Moryniu nad Niemnem). 
C ary. 


"Takeśmy uszły shal\bienia i rzezi; 
Widzisz to ziele dokoła, 
To są małżonki i córki Świtezi, 
Ii tóre Bóg przemienił w zioła. 
Białawem kwieciem, jak białe motylki, 
Unoszą się nad topielą; 
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki, 
J\iedy je śniegi pobielą. 


-- 


('hoć ezas te tlzieje w
'IlHlzał z pamięci, 
Pozostał sam odgłos kary. 
Dotąd w swych baHniach prostota go święci, 
I kwiaty nazywa c.ary" 


W przepięknej balladzie "Świteź", której ustępy przyto- 
czyliśmy powy
ej, Mickiewicz opisuje roślinQ, rzekomo w je- 
ziorze Świtezi rosnącą i nazywa ją "cary". Śliczny opis tych 
"kwiatów" dla botanika jest całkiem niezrozumiały i nale
y 
je uwa
ać za roślinę czysto fantazyjną. Jak cała treść tej 
ballady jest wytworem fantazyi ludowej, tak te
 i roślina 
musi być taką. -W całej florze litewskiej nic odpowiedniego 
znaleźć nie mo
na. 
Pod nazwą "car-ziele" na Litwie są znane dwie, całkiem 
różne rośliny: Hypericum perforatum L. i Petasites offici- 
nalis Monch., z których 
adna do wodnych roślin nie nale
y. 
26
>>>
-4U2- 


Pierwsz
 z tych roślin lud tutejszy nazywa tak
e ,.świętojail- 
skiem zielem" lub HałOllki świętojallskie, drug
 zaś "podbia- 
łem." Podbiałem nazywaj
 te
 TussiIago farfara L., a w nie- 
których 
iejscowościach roślinę Lycopsis arvensis L., rów- 
nie
 pod t
 nazw
 jest znana 1). 
G e r a n i u m = .Jeranim (białorus.). 
Lewkonia, Aster, Fiołek (lud tmzywa tak samo). 


"A na oknie donice z pachnącemi ziółki: 
Geranium, lewkonia, astry i titilki." 


Pan ŁapczYliski (L c. p. 55) żadnej z powyżej przytoczonych 
roślin trafnie określić nie zdołał; żadna z nich bowiem na 
oknie u Zosi znajdować się nie mogła. 
Mickiewicz, pisząc: "pachnącemi ziółki," miał na myśli 
jedną z naj popularniej szych na Litwie roślin doniczkowych, 
która nie jest Pelargonium zonale Willd. (zob. Łapczpi- 
ski 1. c.) 2), 
Jest to roślina zielna, wydająca ze wszystkich swych 
cZfJści mocny, i, dla niezbyt wybrednego powonienia, przy- 
jemny zapach, przytem ma ona piękne, bardzo misternie wy- 
cinane liście; tym właśnie przymiotom zawdzięcza ona tak 
wielk
 popularność, 
e ją wszędzie po chatach chłopskich, 
żydowskich, po zajazdach i we dworach szlacheckich dziś 
jeszcze widzieć można. Prócz tego jest przesąd na Litwie, 
że zapach tego "Geranium" ma być usypiający; to też kładą 
liście jego pod poduszkę tym, którzy cierpii! na bezsenność. 


I) Ażeby dać wrobraźenie czytelnikom. jak wygląd:łją rośliny, któ- 
re dotąlł podciągano pOił opis "Carów" pl)dajemy na koilcu niniejszego 
artykułu opisy dwóch gatunkiiw, mianowicie: Lefłum palustre i Pe- 
tasites vulgaris Desf. 
2) Gatunku tego ściśle naukowo, dla braku IitemtUl'yodpowiedniej, 
oznaczyć nie mogłem; posłałem przeto za granicę. gdzie go uczeni nie- 
mieccy dotąd określić nie mogli. O nazwie botaniczncj zamie3zczę wia- 
domość we "Wszechświecie", skoro tylko roślina nIlsza określoną zo- 
stanie,
>>>
4o:
 - 


o tem "Geranium" jest właśnie mowa w powy
szym 
wierszu Mickiewicza, trzy zaś inne, razem wspomniane rośli- 
ny, są tylko "licentia poetica". bo 
adna z nich do pachną- 
eych ziół nie nale
y. 
A s tr y zapachu 
adnego nie mają. W doniczkach nikt 
ich nie utrzymuje, bo wybornie rosną pod gołem niebem. 
W czasie 
niw Zosia mogła je mieć codzieli świe
e ze swego 
ogródka. 
L e w k o n i a zimowa (jak j
 p. Łapczyński oznacza) bez 
oran
eryi być nie mo
e, a przytem należy do roślin o kwia- 
tach pachnących, ziółkiem pachnącem nazwana przeto być 
nie mo
e. 
F i o I e k u
yty jest wprost tylko dla rymu. Cheirantbus 
Cheiri L. nazywa się na Litwie GoldIak, a nie fiołek MIty, 
jak p. ŁapczYliski utrzymuje. Mickiewicz u
ywał tylko 
nazw.ludowych, które miał w pamięci i z pewnością do bota- 
niki nie zaglądał, pisząc "Pana Tadeusza." Pan ŁapczYliski 
wyobrażał sobie, 
e Mickiewicz był w pokoju Zosi i z pedan- 
teryą realisty malarza opisywał ten jej pokój, gdy
 powiada: 
"Zosia, jakkolwiek bardzo lubiła kwiaty, nie była jednak tak 
biegłą i cierpliwą ogrodniczką, a
eby zmusić fiołki wonne do 
kwitnienia w czasie 
niw," gdyby był zwrócił uwagę na wy- 
razy: "pachnącemi ziółki, " to by się przekonał, i
 fiolki po- 
trzebne były dla rymu i z tego powodu poeta tu je za- 
mieścił. 
Mickiewicz ścisłym w opisywaniu ulubionych kwiatów 
Zosi nie był, gdy
 wylicza takie tylko rośliny, które ani pi e- 
lrgnowania szczególnego, ani polewania codziennego nie po- 
trzebują: 


"Był maleńki ogródek ścieżkami porznięty, 
Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty." 


Ka
e jednak domyślać się, 
e w ogródku Zosi było peł- 
no kwiatów pachnących: 


"Podróżny długo w oknie stał, patrząc. dumając. 
Wonnymi powiewami kwiatów oddychając."
>>>
-lO-ł - 


Mickiewicz dlatego powyższe ro
liny wyszczególnia, że 
s
 one ulubionemi przez lud tutejszy i bardzo często dzi
 
jeszcze daj
 się widzieć po ogródkach przy chatach wło
ciali- 
skich. Kobiety wiejskie używały ich do bukietów, poświQca- 
nych w ko
ciele, a także przystrajały niemi swe głowy, za- 
tykaj
c j e między fałdy chustki (namiotki), któr
 głowy obwi- 
jały. Dziś ten strój coraz rzadszym się staje, bo namiotkę, 
czepki z kwiatami sztucznymi i chustki fabryczne zastąpiły. 
U pana Wajgla (1. c.) jeszcze więcej błędów się znajdu. 
je, nie poruszam ich jednak, gdyż czytelnik, porównywając 
niniejsze sprostowanie, łatwo je sam spostrzeże. . 
T u l i p a n (1.'ulipa Gesneriana L.).=Tulipan. 
N a r c y z (Narcissus poeticus L.).=Narcyz. 
"Wilia w miłej kowieńskiej dolinie 
$ród tulipanów i narcyzów pJynie." 
Obie tu przytoczone ro
liny do flory litewskiej nie na- 
leżą; poeta, posługuj
c się swobod
 poetyck
, pomieścił je 
nad brzegami Willi, chc
c przez to ulubion
 sw
 dolinę 
w Kownie, którą dzi
 nazywaj!: doliną Mickiewicza, bardziej 
jeszcze urocz
 uczynić. I nie mógł zaiste stosowniejszych 
wybrać kwiatów, jak tulipany i narcyzy, które, jak wdzię- 
kiem swym, tak i porą kwitnięcia, najmilszo wrażenie w wyo- 
braźni czytelnika wywołują. 
Groszek.=haraszok. 
Pan Łapczyński (1. c. p. 70), domy
la się, że groszek, 
u Mickiewicza wspomniany, jest Lathyrus sativus L" a to na 
podstawie tej, że Waga i Jundziłł tak go nazywają. Mickie- 
wicz przytacza nic botaniczne, ale ludowe nazwy, na Litwie 
zaś groszkiem nazywają Vicia tenuifolia Rth., która ro
nie 
obficie w zbożach jarych i nasieniem swojem ziarno zanie- 
czyszcza. 
P i e r w i o s n e k. = 'Kluczyki, Hrabielki. 
"z niebieskich najrańszą piosnek 
J,edwie zadzwonił skowronek, 
Najrańszy kwiatek pierwiosnek 
llłysnął ze złotych obsłonck."
>>>
-405- 


Jest to Primula veris L., do najrańszych jednak nie na- 
le
y. Najrańszym kwiatkiem na Litwie jest Przylaszczka 
Hepatica triloba Gil. 
'1' r e p e k k r 61 e w n y. 


"Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki, 
Że za trzewik dziewczynie swawolnej 
Często służy kwiat pewny. zwany trepkiem królewny, 
K wiat nic większy od lilii polnej:' 


Jedyna roślina, jakiej pod nazwą POWY
SZ1! domyślać 
się mo
na, jest storczyk, Cypripedium calceolus L. Czy na- 
zwa ta w Królestwie jest popularną, sprawdzić tego uie mo- 
głem t). 
L i I i a p o I n a jest prawdopodobnie Lilium Marta- 
gonL. 
Obie te rośliny na Litwie do naj rzadszych nale
ą, 
w Kr6lestwie zaś nie są rzadkiemi (Hostafhiski, Podr.). 
J a s k i e r. 


...Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie, 
Jak ognik nocny przepada." 


Na bagnie rosną: Hanunculus Lingua L., Ranullculus 
Flammula L. i R. scelcratus L. Prawdopodobnie o pierwszym 
tu mowa. 


Gatullki roślill, podciągallych dotąd pod opis "Carów" ("Car ziele") 
w poezyi Adama Mickiewicza. 


L e d u m p a I u s t l' e. L. Rozmaryn Dziki. Bagno 
świnie. 


Krzew do 4' wzniesiony, w odziomku 2-3 dzielny; gałęzie w
'pusz- 
czające po 3-4 pędów końcow
ch, starsze wraz z łodygą rudo.cisc i nie- 


l) Albo może jeszcze hodowany po ogródkach wiejskich "Tojad" 
(Aconitum).
>>>
406 - 


co szarawo-nabiegłe. a młode I'Udo-opilśnione. Liście dość zbliżone, kr(
t- 
koogonkoll"e. lancf'towato f(',wnowlp',kie (lIił" i 1//'). w brzegu podwinię- 
te, skórzaste, cale drobno-gruczolkowate, - z wierzchu nagie, ciemno- 
zielone, a spodem mocno rude lub prawic ceglasto opilśnione. Baldasz- 
kogron wielokwiatowy, kwiatki białe, rzadko różowawe, do 1/»" w śl'l'lln. 
Jedna z najpospolitszych roślin bagnistych leśnych, 
kwitnie w maju i czerwcu. Opisanie roślin prof. dra Ign. 
Raf. Czerwiakowskiego 
p e t a s i t e s v u l g a r i s. Desf. (Petasises officinalis 
.Monch.) (Tussillago petasites). Lepię1;nik pospolity. Klobu- 
sznik. Car ziele. Morowy korzeń. Podbiał szeroki. 
Ziele trwałe, bezłodygowe, z kłębem grubym, gałęzistym, cisawo. 
żółtym, wydll.iąc
"m liczne wypustki podziemne na l' długie a na I" 
w średnic)'; z liśćmi sel'cowatymi o łatach podstawow)'ch zbliżonych, do- 
chodzącymi stoImiowo bardzo wielkich rozmiarów - bo nawet 2' w obu 
w)'miarach, dwa razy ząbkowanymi, z wierzchu zielonymi a spodem sza- 
rawo miękkowłosymi...; z głąbikiem łodygowatym... na lO" wzniesionym 
obł)'m, grub)'m, dętym, czerwonawym, szarawo-opilśnionym, rozgałęzionym 
w w)'dłużony bukiet z licznych kosz)"czków, - o pl'zysalikach widkich 
lancetowatych, czerwonawych; z kwiatami bl'Udno szkarłatnymi .." 
Roślina dość powszechna po łąkach wilgotnych, po nad 
rowami i strumieniami w całej Europie... kwitnie w marcu 
i kwietniu. (Opisanie roślin prof. dra Ign. Raf. Czarwiakow- 
skiego.) 
Dla porównania z powy
ej przytoczonymi opisami l ry- 
sunkami podajemy opis z Ballady "Świteź": 


Białawcm kwieciem, jak białe motylki, 
l:noszą się nad topielą, 
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki, 
I\:iedy je śniegi pobielą. 


...,,"IItU.. 
.,I1IQ1łIll ..... 
ltł/WlaI"
 Co
>>>
s P I S R Z E C z: Yo 


Słowo wstępne. 
ZdzieeholVllki MU1'ym
. ".\It altaria tua". . . . . . . 
M. T. Wyjątki z niewydanych dotąd pami
tników I
naee
o Domeyki 
Usposobienie rrligijne w Emigracyi . 
W r. 1837 w)ojeżdżam do .\mrryki . . . . . . . . . . . 
.Tankowski CzeBłlllt'. Czeczott i Zan w I.eplu . . . . . . . 
Pawłowie: Edward. Nowo
ródek w dl'uKiej połowie birżące
o Rtulec.ia 
(;adon Ludomir. Mickiewicz i .Jak6b Krawiec. . . . . . 
W.l/lIłouch Antol/i. ł.odziata i Hilaryon . . . . . . . . . . . . 
Kazimierz P. Z£' skarhel\W kościołl\w Wilt'óskich i Troekich . . . . 
SkinnunttóuJna KOl/lI/fIl/CUa. Zbliżenia Litwy z Zachodem za :\[endOI/:8' 
i fiiedymina. . . . . . . . . . . . . . . 
Romer Kazimierz. Rycer!two wiej!ki£' w okolicach Trok 
Mantcntfrl Glts/aw. ł,otwa i jl!j pieśni gminne 
Część pierwsza. Lotwa. . . . . . . . . . 
Część dru
a. Pieśń !mJinna łotewska . . . . 
Za,horski lVładYHław. Wilno na pocz1ltku XIX wieku . . . . . . 
Pthszycki Stanisław. KI'c\tka wiadomość ° r.:kopisach Biblioteki Szczor- 
sowskiej . . . . . . . . o . 
lTzięhło f,ucyan. Dokt,jr-Poeta . '. . . 
(;iełglUl Ar/mn. Wychorlźcy nasi w .\n
dii 
K.
. Źyliński .Tonas. Litwini w Aml'ryce. 
Pla/eró'('1la Cp.cylja. Kilka sMw ° pesymizmie. 

.* Czy itiziem)" ku 
orszl'mu. . . 
Rodziewiczówl/a .1farya. Wydaleni. 
Balińllki Ignacy. Fantazya-. . . . 
Z. Zal... "Pod w(lływ£'m BaIlady" . 
Pilecki Stal/isłall'. Dura It'ux. . . 
Dr. .Tanczcwski Ed".a,.,f. :'\il'przyjacil'l (161 naszych . 
D,'. Siemimdzki .Mzef. Rośliny litewski p w pOl'z
Tach .\dama }[jckiewh'za 


.W,o. 


l 
1
 
2R 
30 
35 
-l9 
6U 
69 
96 


112 
132 
166 
169 
215 
21il 



4- 
315 
320 
330 
339 
a-lI 
351 
363 
868 
388 
392 
39H 


+--+ --
>>>

>>>
8tr. wiersz 
10 10 od doili 
l;; 2 od dolu 
18 6 od góry 
24 D 
24 15 .. 
7łj przyp. pląły 
81 4 od dolu 
83 1 od góry 
8D 3 od dolu 
!14 2 od dolu 
09 5 od góry 
99 8 od góry 
101 w przypisku 
10-1 I 105 
112 :I od góry 
118 15 od góry 
114 w przyp. 2 
116 w przyp. 2- 
118 18 od dotli 
119 6 od doili 
120 8 
122 11 .. 
123 10 od góry 
127 9 
128 12 " 
132 w przyp. 
133 5 od dolu 
134 8 
136 10 
14-1 13 " 
167 przyp. w. 1 
167 przyp. w. 3. 
170 6 od góry 
171 5 od góry 
170 przyp. w.l 
173 4 od góry 
180 10 I 2'.! 
168 1 od dolu 
191 17 od dolu 
191 14 
192 14 
192 .f " 
198 16 od góry 
lD9 8 
199 15 
202 19 11 
202 16 od dolu 
203 4 przyp. 
203 2 od dolu 
204 12 
204 16 


SPROSTOW ANIA. 


zamiast 
oddanlll ..Ię 
wyobratni . 
Dawno . 
- tet sumienni 
niej . . . 
Jewnula, Korial. 
Van Dyck . 
mlala na obliczu 
zapalonej 
mlala. 


Jaćwietą 


obecnemu . 


dzisiaj 
miejscu 
w uszach . 
osadzonego 
80milskiemi 
slanotęcia . 


Dwlńska 
Dwiilska 


Legatów 


etwizes 


powinno być 
oddania się Stwórcy, koj ar zon ego 
po bot noś ci 
darmo 
bezsumienni 
wiary 
Jewnuta, Korlat 
Van Eyck 
stala w obliczu poslańca Botego 
spalonej 
miasta 
skarp I tllunków-mlędzy niemi- 
nadlpodlt.d. 
renesansu 
Trabskicb, Dowglallów 
Wad wic z, 8zereszowski 
11' zepo m inany 
Lotyszami I Prussami 
Lalkowski 
Nowogr.ódek 
obcemu 
obróciłby się 
w walnej bitwie 
Gotlandyi 
lal dziesięć 
najściu 
Karol Beffart 
w ustach 
osadzanego 
wielkoksllltęcy 
soml\iskieml 
sianotęcill 
Cyrau 
literlLrlschen 
Dtwińska 
Dtwińska 
Lyserort 
L et gal ów 
Transebe 
]\Iahjas 
ReineCke 
pantenlusa 
Awizes. 
wehstnesls 
"k 8m b ar SU 
ols 
I l' aj z d z a r t a 
Arendsburgu 
p o s I a c I e E s t ó w. 
Latweescbu 
Pyuczs 
po-H yłz eno ws kiej 
Zelburg..
>>>
II". wiersz 
207 13 od góry 
211 1 
211 7 " 
22fi w wierszu . . 
232 4 w 8trofle l-e
. 
232 4 w strofie 4-eJ. 
236 11.. jan 
7 od dolu 
5 
3 .. 
2:17 6 od góry 

38 10 11 
.. 1 od dolu 
2S9 2 od góry 
:MO przyp 3 od d. 
241 wyj'ltek 4 
., w)J'Itek 5 
242 odn. w. ost. 
243 wyj. 1 w.S 
.. wyj. 1 w 6 
.. wYJ.2w.l 
". w odnuśn. 
:!-I6 w)'jątek 3 
:!-I7 wyjątek 1 

49 przH. w.l 
251 w wyj. 3 
2:,5 ur. 2 w. 7 
256 urywek 1 
2j7 I'rz. w. 14 
.. prz. w. 16 
2:.8 prz. w. 6 d. 
210 1 od góry 
279 16 od dolu 
H 
6 
7 .. 
2M'; 3 od góry 
2M!! 11 od dolu 
2!J1i 6 od góry 
8 od góry 
17 od dolu 
1-1 od dolu. 
.1 od dolu 
3(JS 1-1 od góry 
:1111 2 od dol u 
:105 15 od dołu 
:M16 8 od dolu 
:I(JD 4 od góry 
S od dolu 
310 3 od góry 
16 od dol u 
1-1 
1 
31t 5 .. 
,11-1 17 od góry 
:IIH 

 od 'dołu 
:\21 1 ad góry 
32:. 6, 16 i 32 
:127 1 od góry 


32!' 4 0,1 dolu 
331 16 od góry 
3:1:1 6 
:13:1 !ł 
331 " 


zumiłt.
t 
w ziemi 


Pawia 


Stubichewil'Z 
..metyt 
Ht'en . 
lJriolet 


(indnu 


w lrusZeniu 


II 


powinno być 
w zimie 
lJ l' o t z e' g o 
Ił nim 
D a u g o w a. I z s y t, i Z uu g II 
StoWUl"tIS t' na gulej u..
 u. 
Zwaj gz nlu 

au 
Jau sausy 
H i r d 8' 
daudt 
rrzeszloścllj, 
Jyudz 
..plelej 
spielejot 
Jel/Suwas 
..kaJ s zkl, W ncokaJ nm, D iel mnzoku 
Parń tur 
Kazala 
d fi I u 
red ziel 
mamule ni 
Uottessohne 
Pa ust obu, naslauclejts, slauk 
Jau, Pawajcoj 
zwajgzniu, Interllretuje 
Z alta, nulejka 
Ti gul 
Tos nuslauka 
IIb er trag en 
Latweescbu tautas (Ise..
ma
 
isdotas 
J e s t t o u n i c h elc. 
Stetan IOtublelewicz 
emeryt 
August Becu 
Jakób lJriotet 
Hrabia Ch ol seul-G ollti er 
Cbolseulową. 
Basileae 
Huidniciae 
Jlllntisci. 
medico 
Kórnickiej 
Speculum Saxonum 
13 o c lob l' i s 1767 r. 
a f a li .. 
J\laltensem 
eurru, co mit e ac Bocro 
17;;1 
benignisslme donato et obilIto 
H e k I e s z a-b aj k a 
w r. 1756 
1728 r. 
d. 10 I u t e g o 
Pasia Sułtana OSlUana 
A. K o wen i c k I 
dr. TitiuB. 
Hz'Omiothównll 
G ad o n 
o. Adolf BaklInowski, Redempto- 
rzysta o. Bernard Lubieilski, 
ksiąd z M. Baraniecki. młody 
J e z u I I a K a I u 8 a I t. d. 
wzruszeniem 
James Forsler 
Mount Carmel 
)Iahllnoy City 
w Hllltimnre 


- --0-+ - 


£,08 I
>>>