Pamiętniki Natalisa Sulerzyskiego byłego posła Ziemi Pruskiej na Sejm Berliński

!-r1 



I 


Natalis Sulerz
ski 


PAMIĘTNIK 
BYŁEGO POSŁA 
ZIEMI PRUSKIEJ 


pAJ( 


,
>>>
Natalis Sulerzyski (1801-1878), 
ziemianin z okolic Kwidzynia. 
poseł na sejm berliński, działacz 
społeczny, patriota, przystąpił pod 
koniec swego burzliwego życia do 
spisania pamiętników. Uczynił to 
przede wszystkim z myślą o wła- 
snych dzieciach, do których zwra- 
ca się we Wstępie, ale także z 
myślą o wszystkich Polakach. 
Autor opisując swe własne losy 
wiele uwagi poświęcił zagadnie- 
niom politycznym, gospodarczym 
i społecznym. Powstał w ten spo- 
sób niezwykle barwny i suge- 
stywny obraz codziennego życia 
ziemiaństwa polskiego w Prusach 
Zachodnich. 
Zycie Sulerzyskiego było nie- 
ustanną walką z przeciwnościami, 
których nie szczędził mu los ani 
też ludzie i to zarówno zaborcy 
jak i sami rodacy. We Wstępie 
do Pamiętników napisał: "Bóg 
dał mi siłę ducha do znoszenia 
przeciwności" i dlatego właśnie 
nawet w najtrudniejszych chwi- 
lach Sulerzyski nie załamał się. 
Stary i schorowany, musiał udać 
się na emigrację, aby uniknąć 
pobytu w berlińskim więzieniu. 
Wtedy zaczął pisać Pamiętniki. 
Trudno dziś ustalić, czy miały 
one być oskarżeniem, czy raczej 
rodzajem spowiedzi, w której 
przyznaje się do popełnionych 
błędów. Jedno jest pewne - sta- 
nowią one bezcenny portret wła- 
sny XIX-wiecznego szlachcica 
polskiego, rodem z "Piątkową 
w Polsce". 


., 


- 


.' 


!!I - 3A O O
>>>
-. 


.- 
c ".ł.") 
G"'
":) 
k 
 . ./Ii 
 

 
 :

 1 \ 2 ... 
.I
 '_ _'.. 
,'
 
 ....... 
:..!,...J..: . 
....
O-;',., 
u ...
., 
 

_._r. 


,
>>>
..... 
.UI- S4DO
>>>
I 


PAMIĘTNIKI 
NATALISA SULERZYSKIEGO 
BYŁEGO POSŁA ZIEMI PRUSKIEJ 
NA SEJM BERLIŃSKI 


L 

 


ł,
>>>
/'
>>>
19.4950 (JI) 


I 


PAMIĘTNIKI 
NA TALISA SULERZYSKIEGO 
BYŁEGO POSŁA ZIEMI PRUSKIEJ 
NA SEJM BERLIŃSKI 


I 


Wstęp, opracowanie i przypisy 
Sławomir Kalembka 


A
!t 
It ., 
. 


f\ Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1985 

'':) 


-
>>>
@ Copyright by Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1985 


Obwolutę, okładkę projektowala 
Teresa Wierusz 


Redaktor 
Halina Guzowska 


Redaktor techniczny 
Ewa Marszał 


l 


ISBN 83-211-0562-9 
586

 


INSTYTUT WYDAWNICZY PAX, WARSZAWA 1985. 
Wydanie I. Nakład 10000+350 egz. Ark. wyd. 22,4; 
ark. druk. 22,'15 /16. Papier druk. mat. kl. III, '11 g, 
82X104. Oddano do składania w sierpniu 1983 r. Pod- 
pisano do druku i druk ukończono w maju 1985 r. 
Zam. nr 1408. N-51. 
Printed in Poland by 
ZAKŁADY GRAFICZNE 
Toruń, ul. Katarzyny 4 


. 13S3 


J..r
>>>
'. 
NATALIS SULERZYSKI I JEGO PAMIĘTNIKI 


"Mój kolor nie jest ani czerwony, ani biały - tylko czer- 
wono-biały, tj. narodowy." 1 Wbrew jednak tej dekJaracji. 
złożonej pod koniec życia, jej autor - choć zamożny zie- 
mian1n - był człowiekiem o poglądach demokratycznych, 
oczywiście w sensie dziewiętnastowiecznym, w których spla- 
tały się koncepcje ddeowe demokratów wychodźstwa poli- 
stopadowego, z tradycyjnym, jeszcze przedrozbiorowym, an- 
tyarystokratyzmem i egalitaryzmem średnioszlacheckim. Nie 
przeszkadzało mu to, na co dzień, prowadzić działalność iście 
organicznikowską, bez ozdabiania jej frazeologią, charakte- 
rystyczną później dla pozytywistów warszawskich. Natalis 
Sulerzyski jest dzisiaj postacią raczej zapomnianą, poza wą- 
skim kręgiem historyków pomorskich. A wart jest przy- 
ponmienia, bo niedawno minęło sto lat od jego śmierci i sto 
pięćdzie,siąt od wybuchu powstania listopadowego. Właśnie 
pod jego bezpośrednim wpływem zaangażował się po raz 
pierwszy w prace niepodległościowe. Ale przede wszystkim 
dlatego, że przy całej oryginalności biograf:ii tego szlachcica, 
jest ona bardzo pomocna dla zrozumienia ewolucji świado- 
mości politycznej znacznej części polskiego ziemiaństwa na 
Pomorzu Gdańskim, a w jakiejś -mierze, w pó
niejszym cza- 
sie, i niższych warstw społecznych tego regionu. 
Natalis Sulerzyski urodził się 28 września 1801 r. we 
dworze rodzinnym w Piątkowie, wsi położonej we wschod- 
niej części Ziemi Chełmińskiej, na północ od Kowalewa, a na 
południe od Wąbrzeźna. Ojcem jego był Wincenty Sulerzy- 
ski (.zm. w 1821 lub 1822 r.), a matką Anna z Mieroszew- 
skich (1772-1861). Dziadkiem po mieczu Natalisa był Fran- 
ciszek Sulerzyski, żonaty z Anną, z domu Szeliską. Miał 
pięcioro rodzeństwa: starszych braci Atanazego (1798-1834), 
Heliodora (ur. w 1799, zm. ok. 1822), młodszego Gustawa 
(ur. po 1807, zm. 1871) oraz siostry - Leokadię, wydaną 
później za Tadeusza Wilczewskiego i Alodię, zamężną z Igna- 
cym Rutkowskim 2. 
Sulerzyscy, w XIX w., zwani też często Sulerzyckimi, byli 


5
>>>
rod2Jiną, która wywodziła się najprawdopodobniej z Mazow- 
sza. Gniazdem rodzinnym miał być Sulerzysz w Ciechanow- 
skiem. Była to gałąź rodu Wantuchów vel Wańtochów, któ- 
rej to nazwy mieli również później używać czasami jako 
przydomka. Jedni Sulerzyscy byli herbu Trzy Gwiazdy czyli 
Księżyc, inni herbu Junosza. Natalis i jego przodkowie byli 
Junoszami. Rodzina ta z czasem rozrosła się i rozprzestrze- 
niła po różnych województwach Rzeczypospolitej, od Podo- 
la po Wielkopolskę. Jedno z odgałęzień osiadło w woje- 
wództwie chełmińskim, aby stać się od 1772 r. poddanymi 
pruskimi, w nowej prowincji - Prusach Zachodnich '. 
Dziad Natalisa, Franciszek Sulerzyski był typowym "jed- 
nowioskowym" szlachcicem polskim. Mieszkał w Karcze- 
wie, w dworku krytym słomą. Chadzał ubrany "z polska". 
Takim chował też swego syna Wincentego i niczego tu nie 
zmieniły przedłużające się rządy pruskie. Pewien przełom 
nastąpił dopiero, gdy ojciec Natalisa poszedł, chyba w 1788 r., 
w konkury o rękę panny Anny Mieroszewskiej, posażnej 
jedynaczki, której ojciec, właściciel Zajączkowa, zalic'zał się 
do zamożniejszych ziemian chełmińskich, a matka miała bar- 
dziej światowe ambicje i wymagania. Najpierw trzeba było 
"wąsy ogolić i kapotę zrzucić", następnie kupić majątek 
Piątkowo 4, który stał się, po zbudowaniu obszernego, choć 
jeszcze drewnianego, dworu, gniazdem rodzinnym, następnie 
odebrać, już z inicjatywy energicznej maJJżonki, majątek Ze- 
gartowice, zdaje się wiano babki Natalisa - Anny z domu 
Szeliskiej, wreszcie w 1801 r, zaokrąglić posiadłość piątkow- 
ską o pobliskie Dylewo. Później przyszły i dalsze nabytki. 
Stał się więc Wincenty Sulerzyski ziemianinem zamożnym 
i dosyć światowym w stylu oświeceniowym 6. Nie zmieniło 
to jednak pewnych jego poglądów, które przejął chyba po 
swym ojcu, a przekazał dzieciom, w każdym razie Nataliso- 
wi. Otóż było to głębokie poczucie równości, oczywiście 
w ramach s1anu szlacheckiiego, i ściśle z nim związana nie- 
ufność do arys10kracji, jako warstwy najbardziej tej rów
 
ności zagrażającej. Syn Wincentego nie przypadkiem zapa': 
miętał ojcowską maksymę życiową co do zasad zawierania: 
znajomości, że "z panami rzadko, z kpami nigdy" o. Ta PO"' 
stawa Sulerzyskich, charakterystyczna raczej nie tylko dla 
nich, budzi dwie refleksje. Z jednej strony pokazuje,. jak 
ciągle żywe, mimo przemian epoki sa'skiej, ozasów stani- 
sławowskich, a nawet rządów królów Prus i wstrząsów na
 
poleońskich, były wśród średniej szla'chty Ipolskiej hasła "re.:. 
publikańskie". Z drugiej tłumaczy, czemu idee demokra- 


6
>>>
tyczne i republikańskie XIX w. tak łatwo, w dobie powstań 
narodowych, zyskiwały wśród Polak6w, przede wszystkim 
szlacheckiego pochodzenia, popularność. Widać przy tym, 
jak podobna 'była postawa, przynajmniej w stosunku do 
niektórych spraw, ziemiaństwa na Ziemi Chełmińskiej, do 
zachowań tejże warstwy w innych prowincjach i zaborach, 
co najmniej do lat sześćdziesiątych XIX w. Swoją rolę od- 
grywało i to, że mimo różnych zabiegów władz. pruskich, 
ziemiaństwo polskie na Ziemi Chebnińskiej utrzymywało 
mocniejszą niż na innych ziemiach pomorskich pozycję ma- 
terialną 7. 
Owe tradycje szlachecklich zasad r6wnościowych nie szły 
w parze, początkowo, z jakimś szczególniejszym patriotyz- 
mem. Nie przeszkadzały większości szlachty chełmińskiej 
być, do czasu, lojalnymi poddanymi Królestwa Pruskiego. 
Wreszcie jednak uznała się ona za dyskryminowaną w sto- 
sunku do niemieckiego junkierstwa, a już zwłaszcza do 
przybyszów z głębi Niemiec, kupców lub przedsiębiorców, 
przemieniających się w posiadaczy ziemskich drogą wyku- 
pu polskich majątków. Tak zresztą było i w rodzinie Sule- 
rzyskich. Wincenty utrzymywał dobre stosunki z urzędni- 
kami kamery, a p6źniej rejencji kwidzyńskiej, i doczekał 
się przed śmiercią odznaczenia pruskim Orderem Zasługi 
"Czerwonego Orła". Gwałtowne zmiany polityczno-państwo- 
we lat 1806-1807 i 1813-,-1815 traktował, zdaje się, jako 
zmiany kolejnych, dalekich i nieco przez to abstrakcyjnych 
władców i rządów, a nie decydujące dla przyszłych losów 
polskiej ludności zmiany przynależności państwowej. Młod- 
szy od niego zapewne o kilkanaście lat, ale tejże formacji 
umysłowej i światopoglądowej, jeden z sąsiadów, najboga- 
tszy z ziemian w Brodnickiem - Jan Wybicki 8, p6źniejszy 
teść pana Natalisa, pełnił najpierw w czasach Księstwa War- 
szawskiego obowiązki podprefekta powiatu michałowskiego. 
Potem, niejako automatycznie, został landratem brodnickim, 
z której to funkcji złożył dymisję dopiero w 1839 r., u schył- 
ku rządów Fryderyka Wilhelma III, w latach represyjnej 
i germanizacyjnej polityki po powstaniu listopadowym. Nic 
więc dziwnego, że Su1erzyscy posłali tr6jkę swych synów 
w 1811 r. do Gimnazjum Toruńskiego, jako szkoły polskiej. 
Co prawda dwunarodowej (uczniowie Polacy stanowili oko- 
ło 45P/o) i, w zasadzie, dwuwyznaniowej (luteranie do 600/0), 
i wcale nie przejęli się zmianą jej charakteru w 1817 r. na 
typowe, klasyczne gimnazjum pruskie. Natalis Sulerzyski 
szczerze przyznaje, że cieszył się, iż w końcowych klasach, 


7
>>>
już po zmianach, miał lepszych nauczycieli Niemców. Nie -/ 
przejmował się mniejszymi postępami, w porównaniu do in- I 
nych przedmiotów, w opanowywaniu arkanów języka pol- 
skiego i cieszył się z zapewnień nowego rektora Gimnazjum, 
Karola Brohma, u którego zresztą miał stancję, że go, przy 
takiej pilności "ambasadorstwo pruskie [.u] minąć nie mo- 
że" D. Nie przypadkiem też do końca życia smutne wydarze- 
nia głośnego tumultu toruńskiego z 1724 r. interpretował 
w duchu tradycji protestanckiej, kJ.ltywowanej przez 
cZęść profesUlry Gimnazjum Toruńskiego 10, choć przecież 
sam był katolikiem, a szlachta chełmińska, w większości, 
w wiekach !poprzednich, ale i w XIX w. odznaczała się 
raczej klerykalnym nastawieniem. 
Natalis Sulerzyski, wraz ze starszymi braćmi: Atanazym 
i Heliodorem, po kilku latach dosyć solidnej nauki w do- 
mu, 30 października 1811 r. zapisani zostali do VI ("trze- 
ciej z góry") klasy Gimnazjum Toruńskiego. Uczelnia ta, 
pod rządami rektora Karola Wilhelma Schirmera, którego 
Sulerzyski (pod wpływem opinii jego następcy Brohma) oce- 
niał ujemnie, przechodziła okres odbudowy kadr i doskona- 
lenia dydaktyki. Miała właśnie stać się z wydziałowej de- 
partamentalną, co nastąpiło w 1812 r. i było świadectwem 
odbudowania jej prestiżu. Do 1817 r. Gimnazjum było szko- 
łą polską, przynajmniej co do programu, a po części pod- 
ręczników, kadry i języka nauczania 11. Natalis uczył się 
początkowo dosyć przeciętnie, powtarzał też jedną z klas, 
z czasem był jednak uczniem coraz lepszym. Naukę zakoń- 
czył najpewniej jesienią 1818 1'.12, a może w roku następnym, 
w każdym razie wspominał, że cały 1819 r., przesiedział 
w domu rodzinnym. 
Przekonawszy rodziców, aby zgodzili się na naukę trze- 
ciego syna, dwaj starsi, ukończywszy wcześniej Gimnazjum 
Toruńskie, podjęli studia na Uniwersytecie w Berlinie. Naj- 
starszy, Atanazy przeniósł się następnie do Wymzej Szkoły 
Rolniczej w M6glin. Natalis, najwcześniej jesienią 1820 r. 
rozpoczął fu'zyletnie studia. Podjął je z wyraźnym zamia- 
rem, aby się "na jakiego prezydenta pruskiego wykiero- 
wać" 18. Toteż po naradach z braćmi zrezygnował ze stu- 
diów na Uniwersytecie w Berlinie, gdzie korporacyjne ży- 
cie kwitło również wśród studentów Polaków i działały pol- 
skie młodzieżowe związki patriotyczne, a nie było czasu 
na solidną naukę. Udał się włęc Natalis do Lipska i na 
tamtejszym, starym Uniwersytecie starał się pilnie słuchać 
wykładów potrzebnych dla pl'izyszłego urzędnika pruskie- 


8
>>>
-/ 
I 


go, a więc przede wszystkim prawa i ekonomii, uzupełnia- 
nych historią i filozofią. Jego roczne wydatki w okresie 
studiów pochłaniały 400 talarów. Uczęszczał wówczas m.in. 
na wykłady profesora Krystiana Haubolda (1766-1824), zna- 
nego szczególnie z jego dorobku w dziedzinie prawa rzym- 
skiego. Zaczął też zgłębiać filozofię, słuchając prelekcji kan- 
tysty, profesora Wilhelma Kunga (1777-1842), autora prac 
publicystycznych o Polsce. Zresztą zajęcia te wkrótce go 
znudziły. W czasie studiów w Lipsku zaprzyjaźnił się z Jęd- 
nejem MO!raczewskim, czynnym następnie w powstaniu 
listopadowym na polu dyplomatycznym i wojskowym, w póź- 
niejszych zaś latach 'znanym działaczem społecznym, publi- 
cystą i historykiem wielkopolskim u. Wiosną 1823 r. obaj 
postanowili zmienić uczelnię, co było powsze,chnym wów- 
czas na uniwersytetach niemieckich zwyczajem, i wyru- 
szyli pieszo na zachód. Zamierzali kontynuować studia w 
Bonn. Rodzinne miasto Beethovena wybrali dlatego, że od 
1815 r. leżało ono w granicach Prus, a jeśli ktoś wówczas 
w monarchii Hohenzollernów ubiegał się o urząd państwo- 
wy, to musiał wykazać się co najmniej rocznym stażem na 
którejś z uczelni pruskich. Doszedłszy przez Jenę do Frank- 
furtu nad Menem dowiedzieli się o zatargu między senatem 
Uniwersytetu w Bonn a tamtejszą społecznością studencką, 
wszyscy słuchacze opuścili to miasto i solidarność wymaga- 
ła, aby tam się nie immatrykulować. W tej sytuacji obaj 
powędrowali do Heidelbergu (Wielkie Księstwo Badenii) 
i tam kontynuowali studia. Słuchali wykładów znanego hi- 
storyka, Fryderyka Schlossera (1776-1861), liberała, który 
potępiał :rozbiory Polski, starał się wprowadzić lud na kar- 
ty historii i dla niego pisać. 
W latach studiów lipskich, które miały pr
ecież otwolrzyć 
bramę do ka'riery urzędniczej, obudził się w młodym Na- 
talisie 'polski patriota. Zaczęło się to zapewne od poczucia 
odrębności w otoczeniu wyłącznie niemieckim, a do tego nie 
pruskim. Dochodziło do konflikt6w, a mała grupka studen- 
tów polskich tym ba.rdziej się spajała. Zewnętrznym tego 
wyrazem były ich czerwone rogatywki, obszyte białym ba- 
rankiem. Mieli na to swój wpływ bardziej 'politycznie i na- 
rodowo wyrobieni przyjaciele Natalisa: Antoni Wa,ga z Kró- 
lestwa i Jędrzej Moraczerwki. W Lipsku nasz bohater wziął się 
za gramatykę polską, bo ją gorzej znał od niemieckiej. 
W rozmowach z przyjaciółmi wprawiał się w eleganckim 
posługiwaniu się polszczyzną, a gdy przybył do Heidelbergu, 
17 kwietnia 1823 r., wpisał się do metryki uniwersyteckiej ja- 


9
>>>
ko student kameraliów, czyli studiów administracyjnych, po- 
chodzący z Piątkowa w Polsce, a nie w Prusach lub choćby 
w Prusach Zachodnich! Nawet Jędrzej Moraczewski podał, 
iż wywodzi się z Wielkiego Księstwa P.oznańskiego 15. 
Prawdopodobnie wiosną 1824 r. Sulerzyski zakończył swą 
edukację uniwersytecką, oczywiście bez napisania rozpra- 
wy poktorskiej. Jednak przed powrotem do domu zapadł 
na zdrowiu i poddał się kuracjom u wód mineralnych w 
dwóch miejscowościach Wiesbaden, Frantiskovy La'me (Fran- 
zensbad), a także leczeniu homeopatycznemu w Lipsku. Po- 
wróciwszy, nie zastał już przy życiu ojca i starszego brata 
Heliodora. Wygasła ochota do kariery urzędniczej i sytuacja 
rodzinna skierowały absolwenta Heidelbergu na drogę przod- 
ków, ku gospodarowaniu na ziemi. Krótko pomagał owdo- 
wiałej matce w Piątkowie, która .po śmierci babki Miero- 
szewskiej oddała mu w gospodarowanie znaczny, choć bardzo 
zapuszczony majątek Mierzynek w Lubawskiem. Tak koło 
jesieni 1824 r. zaczęła się ziemiańska kariera Natałisa Sule- 
rzyskiego. Nie mając żadneg,o przygotowania w tym kierun- 
ku uczył się gospodarowania z pierws:zych podręczników agro- 
nomicznych, a także od praktyków ekonomów, do sąsiadów 
Niemców i Polaków. To wówczas budziło wśród polskiego 
ziemiaństwa co najmniej zdziwienie. Brak rutyny i przesą- 
dów, inteligencja, dosyć wysoki poziom ogólnego wykształce- 
nia, a także pracowitość i upór zaczęły dosyć szybko przy- 
nosić rezultaty. Wprowadził nowe metody uprawy, stosując 
głębszą orkę i jako jeden z .pierwszych Polaków na Ziemi 
Chełmińskiej wprowadził płodozmian w miejsce ciągle domi- 
nującej trójpolówki. Prędko zauważył współzaJleżność mię- 
dzy rozwojem hodowU i pożytkami z zapewnionej przez nią 
możliwości lepszego nawożenia. Osuszał liczne jeszcze wów- 
czas tereny podmokłe, meliorował, nawoził pola szlamem ze 
stawów rybnych i torfem, a gdy się dorobił, kupował ulep- 
szone narzędzia rolnicze. Z powodzeniem uprawiał na dużą 
skalę ziemniaki, gdy ojciec traktował je jako warzywa ogro- 
dowe 16. 
Była jeszcze jedna i to bardzo ważna przyczyna powodzeń 
gospodarczych Sulerzyskiego. Starał się on w miarę moż- 
ności o poprawę sytuacji materiaLnej ludności wiejskiej, pra- 
cującej w jego majątkach. Pewną rolę odegrały tu zasady 
wolnościowe z lat edukacji, wrodzone skłonności ku pa- 
triarchalistycznej sprawiedliwości, rozwinięte lekturą Pana 
Podstolego Ignacego Krasickiego, ale i zdrowy rozsądek, nie 


.ł 


10
>>>
O'bciążO'ny widać zbytniO' uprzedzeniami stanO'wymi. Rze- 
czywistO'ŚĆ szybkO' zweryfikowała słuszność postępO'wania 
SulerzyskiegO'. Z czasem, gdy zapO'znał się_ z publicystyką 
i programami demO'kracji emigracyjnej, doszła mO'tywacja 
ideologiczna. WY1pracO'wał nO'wy układ stO'sunków z pracują- 
cymi, traktując ich jak rO'botników najemnych, układ prze- 
ciwstawny, dO'syć PO'wszechnym jeszcze wówczas, próbO'm 
stwarzania zastępczych systemów uzależnień wsi O'd dwO'- 
ru, mających być substytutem pańszczyzny. Szerzej rO'zwi- 
nął te inicjatywy, gdy w 1834 r. objął w posiadanie majątek 
piątkowski. Darował pracO'wnikom zadłużenie, przez i,tlnych 
właścicieli specjalnie podtrzymywane, dla zapobieżenia czę- 
stym przenosinO'm tychże O'sób dO' innych majątków, gdzie 
sPO'dziewać się mO'gły nieco lepszych warunków 17. Tępił na- 
tomiast kradzieże. Dbał D dobre wyżywienie przy pracy 
w PO'lu, pomagał młodożeńcom, a z czasem zaczął w
nosić 
nO'we, sO'lidne, murO'wane dO'my wg prO'jektu architekta z 
Warszawy - Aleksandra Galle, z których kilka jeszcze w 
PiątkO'wie stoi. InteresO'wał się IO'sem swoich ludzi, poziO'- 
mem ich oświaty, umiał też z nimi nawiązywać kontakty 
osO'biste 18. Takie postępowanie przynO'siło uchwytne rezul- 
taty: stabilizację załogi rO'bO'czej, zresztą prawie wyłąc,znie 
pO'lskiej, zwiększoną wydajnO'ść, a z czasem i kO'rzyści pO'- 
lityczne. Już w 1847 r., przy wybO'rach dO' Stanów PrO'win- 
cjO'nalnych, PO'łączonych .następnie w pierwszy sejm pruski, 
ludzie SulerzyskiegO' głO'SO'Wali na kandydata przezeń wska- 
zanegO'. Gdzie indziej WO'tO'wanO' często wbrew zaleceniO'm 
panów lU. 
Kierując się złO'żO'nymi mO'tywami, w czym odpowiednią 
rO'lę grał interes własny, Natalis Sulerzyski O'd lat trzydzie- 
stych prO'wadził na Ziemi Chełmińskiej działania, które - 
wiele lat później - nazywanO' sO'lidaryzem narodO'wym. JegO' 
działania służyły umacnianiu połskiej siły oparu wobec za- 
barcy, poprzez przyspieszanie samO'uświadO'mienia narodO'- 
wa-PO'litycznega ludu wiejskiegO'; przyczyniały się dO' uno- 
wocześniania i !rozwoju gaspodarki rolnej, dO' likwidacji 
PTzeżytków feudalnych w sferze stosunków sPO'łecznych. Pa- 
ternalizm Sulerzyskiego miał chyba jeszcze jeden aspekt - 
PO'głębiał awą ukrytą, częstO' nie do kO'ńca uświadamianą, 
a przecież przez stulecia istniejącą więź wsi .ze dwO'rem jakO' 
wzarcem kultury, estetyki, a także mO'ralnO'ści. 
Natalis łączył skutecznie ekanamiczne gospO'darO'wanie w 
nowych warunkach :z realizacją skromnej, ale pazytywnej 
pO'lityki socjalnej wO'bec wieśniaków, i z równoczesnym, rO'- 


11 


-
>>>
n 


snącym z latami, poważnym zaangażowaniem się w dzia- 
łalność narcdcwą i niepcdległościcwą. Mcże to być przy- 
czynek do cdżywającej cO' pewien czas, dyskusji na temat 
postaw Pclaków w epcce zaborów i ich skutków dla współ- 
czesncści. 
Zarząd majątkiem w Mierzynku ckazał się tylkO' wstę- 
pem dO' kariery ziemiańskiej Sulerzyskiegc. Bcdajże w 
1827 r. jegO' matka, Anna z Miercszewskich, pcstancwiła z 
młcdszym synem Gustawem i córkami Leckadią i Alcdią 
przenieść się do Mierzynka, majątku odziedziczcnegO' po jej 
rodzic'ach. Nataliscwi przypadł folwark Karczewo, spadek 
po dziadkach Sulerzyskich, mocnO' zresztą wyeksplcatcwany 
i zapuszczony przez dzierżawcę Niemca. Wymagał cn nie- 
małych zabiegów agrctechnicznych, aby w przyszłcści mógł 
przyncsić pcważniejsze dcchody. UdałO' się tO' młcdemu gos- 
pcdarzowi, który jeszcze zaokrąglił cbszar majątku zakupu- 
jąc przyległe grunty. Fcrmalnie został jego właścicielem 
zdaje się dopierO' w 1833 T., a w 1861 r. sprzedał go Fer- 
dynandowi Chamskiemu. W 1834 r., a więc w kilka lat 
po przenosinach Natalisa do Karczewa, zmaTł w wieku trzy- 
dziestu sześciu lat najstavS'zy 'z braci Suler,zyskich - Ata- 
nazy, zestawiając dwójkę nieletnich dzieci z pierwszegO' mał- 
żeństwa i gniazdO' rcdzinne - majątek piątkowski. Mimo 
nie najlepszegO' stanu Piątkcwa, Natalis, namawiany przez 
matkę, 'zdecydował się kupić gO', pcczątkcwc płacąc tyikc 
procenty od ustalonej sumy. Wszedł wówczas również w po- 
siadanie sąsiedniegO' Dylewa i, najprawdapcdobn.i.ej, Zegar- 
towic. W Piątkowie 'podjął na szeroką skalę prace agrono- 
miczne podnosząc wydajnaść ziemi i zwiększając jej cbsza'I' 
przez zakupy. Pa kilkunastu latach przyszedł .czas na bar- 
dziej prestiżcwe inwestycje: park dworski, a przede wszy- 
stkim wystawienie nawegO', murowanegO' dwclru. Do tegO' 
cstatniegc zmusiły gO' okclicznaści, gwałtcwna buna, któ- 
ra w czerwcu 1848 r. zniszczyła istniejące dctychczas zabu- 
dawania. Kiedy jednak pcstanawił już tę budawlę wznieść, 
dakcnał tegO' z rczmachem. Prcjekt budynku cpraccwał 
wspamniany już Galle, warszawski architekt, który wyje- 
chawszy z Królestwa w 1835 r. pczcstał za granicą. Dwór 
ten, czy raczej zameczek C fasadach z czerwanej cegły, z 
czterema narożnymi wieżyczkami schadnymi, szczytem nad 
wejściem głównym, wzniesicny w latach 1850-1852, mimo 
pażaru i prób pcdpaleń, stoi da dziś. Sam Sulerzyski O'kre- 
ślił gO' jaka "w guście renaissance". W rzeczywistO'ści jest 
tO' jednak budO'wla necgotycka 110. 


,j 
l 


12 


-
>>>
Dotychczasowe powodzenia w pomnażaniu majątku, a zda- 
je się i pewna żyłka spekulacyjna, skłaniały Suler
yskiego 
do podejmowania zakupów dalszych folwarków. Tłumaczył 
on to przede wszystkim chęcią niedopuszczenia do zawład- 
nięcia przez Niemców polską ziemią, ale motyw ten nie był 
chyba jednak najważniejszy, a w każdym razie nie jedyny. 
W 1854 r. zakupił majątek Komorowo, leżący przy granicy. 
w pobliżu Brodnicy, z którym zresztą później miał niema- 
ło kłopotów. W siedem lat później, po dosyć skomplikowa- 
nej grze, nabył Radowiska Małe, a w 1860 r. stał się właści- 
cielem Małego Pułkowa, uzupełnionego jeszcze sąsiednimi 
gospodarstwami. Przez kilka lat posiadał także majątek 
Swierczyny, ale w 1860 r. sprzedał go Niemcowi, Ernstowi 
Braunowi. Nie przyniosło mu to zresztą 'popularności. W kilka 
lat po powstaniu styczniowym, będąc już na wygnaniu, Sule- 
rzyski obliczał swe włości, po sprzedaniu kilku folwarków, 
na siedem majątków i około piętnaście tysięcy morgów pru. 
skich, tzn. na prawie trzy i pół tysią'ca hektarów! W potrze- 
bie uzupełniał swe kapitały dochodami z tak nietypowych 
dla ziemianina przedsięwzięć, jak zbudowanie w latach 
1858-1860, za stosowną opłatą, nowej, szutrowej na- 
wierzchni drogi z Torunia do Brodnicy na szesnastokilome- 
trowym odcinku (Kowalewo-Karczewo) 11. 
Powodzenie w gospodar-owaniu, śmiałe podejmowanie in- 
westycji. a jeszcze śmielsze operowanie kapitałami, czego 
rezultatem było wielokrotne pomnożenie pierWotnego mająt- 
ku, początkowo wywoływały podziw u sąsiadów. Z czasem 
jednak obudziła się zawiść, podejrzliwość, które nawet przy- 
czyniły się do jego częściowej izolacji. Tym bardziej że 
sukcesy w pomnażaniu majątku zbiegły się z .postępującą 
krystalizacją jego poglądów polityczno-społecznych i ich ra- 
dykalizacją. Inna sprawa, że, jak się wydaje, dla Natalisa 
Sulerzyskiego mocne angażowanie się w gospodarowanie by- 
ło też, w jakimś stopniu - przynajmniej w pewnych okTe- 
sach jego życia - ucieczką przed dolegliwościami niezbyt 
mocnego zdrowia, przed nieśmiałością i samotnością, niechę- 
cią ze strony otoczenia, i nieszczęściami rodzinnymi. A tych 
mu los nie oszczędzał. Z dwóch żon i siedmiorga potom- 
stwa przeżyło go tylko dwoje - syn Wacław i córka Hele- 
na, zamężna od 1865 r. z Michałem Wybickim 22. 
Pomnażanie majątku nie przeszkadzało mu w ciągu czter- 
dziestoletniego bezpośredniego gospodarowania, angażować 
się w różnorodną działalność na-rodowo-społeczną i 'politycz- 
ną, w której utopił poważne środki materialne. Z czasem 


13 


-
>>>
owa zaangażowanie rasła, a postawa radyka'1izawała się, gdy 
na og6ł z wiekiem następuje raczej zwrot ku kansel'watyz- 
mowi. Inna sprawa, że z latami wzrost aktywnaści palitycz- 
no-społecznej Sulerzyskiego był w dużym stopniu spawa- 
dawany na!l'astającym mnożeniem się napięć między pań- 
stwem pruskim a jegO' palskimi paddanymi. 
Jak już wS'pamniana, paczątek przełamu w świadamaści 
narodawa-politycznej pamiętnikarza zaczął się w okresie 
studiów na uniwersytetach niemieckich. Wówczas ta paczu- 
cie przynależności naradawej bierne, "inercyjne", wynikają- 
ce tylko z uTodzenia araz znajamaści języka, zwyczajów 
i pewnej tradycji \I'adzinnej zaczęło ewaluować w kierunku 
bardziej nawa czesnym, takim, który wywałuje potrzebę re- 
fleksji nad 'Pastawą własną, sytuacją wsp6lnaty naradawej, 
skłania ku działaniu. Te przemiany świadamaści najpraw- 
dopodabniej były w tamtej epoce dasyć typawe dla palskie- 
gO' ziemiaństwa na Pomorzu i na Ziemi Chełmińskiej. Na 
Powiślu malborskim proces ten wystąpił niecO' p6źniej. 
Gdy wybuchła pewstanie listepadawe Sulerzyski, choć mła- 
dy i kawaler, nie poszedł na ochO'tnika. Pa latach, w Pa- 
miętnikach usprawiedliwiał się stanem zdrawia, a pośrednia, 
damyśLnie, także postawą etaczenia - całej palskiej mładzie- 
ży ziemiańskiej z Prus Zachadnich, z kt6rej miałO' wg nie- 
gO' pójść za Drwęcę ledwo czterech achotników II. Wiadama, 
że tak !nie była. Tył'kO' spośród 'Uczni6w gimnazjum chajnic- 
kiegO' paszła do pawstania cO' najmniej siedmiu, jeśli nie je- 
denastu uczni6w. Także tamtejszy landrat Hiacenty Kas- 
sowsiki 24 złażył w kwietniu 1831 r. dymisję, a w kańcu 
czerwca dasłużył się już 5tapnia podporucznika wajsk pel- 
skich. Z imienia mO'żna wymienić tylkO' dwudziestu kilku 
O'chatników pomorskich. Literatura przedmiatu szacuje ich 
lic'zbę na stO' da dwustu asób 16. Wydaje się jednak, że byłO' 
akałe stu achO'tników. 
Ta słaba reakcja spałeczeństwa palskiegO' na powstanie 
listO'padowe jest niewątpliwie świadectwem braku razwinię- 
tej świadomO'ści naredawej i wynikających z niej O'bowiąz- 
k6w, nawet w warstwach oświecO'nych - ziemiaństwie i za- 
czątkach intelLigencji. Właśnie rok 1831 przyspiesza ten prO'- 
ces. W drobnomieszczaństwie i wśr6d ludu wiejsikiegO' raz- 
pocznie się on w latach 1848-1850. ZłO'żyłO' się na ta, jak 
ta zwykle bywa w dziejach, kilka przyczyn. Najpierw dxa- 
matyc,zne zmagania nad Wisłą w czasie wojny palska-rO'syj- 
skiej 1831 r., skupiające na sO'bie uwagę całej EurO'py, w kań- 
cu przyciągnęły i padnieciły wyabraźnię, a z nią i sentymen- 


14 


l 


-
>>>
ty, wielu z oświeconych Polaków na Pomorzu i na Ziemi 
Chełmińskiej. PóŹilliej przyszedł 5 paźdzdemika 1831 r. - 
przejście granicy pruskiej pod Brodnicą przez resztki sił 
głównych armii powstańczej, a wcześniej także licznych 
uciekinderów cywilnych. Wprawdzie władze pruskie robiły 
wszystko, aby izolować internowane wojska od ludności pol- 
skiej -' trzymano je w najbardziej zniemczonych powia- 
tach Powiśla 26 - ale i tak niewiele to !pomogło. Dosyć liczni 
uciekinierzy, zwłaszcza mający powiązania rodzinne i oso- 
biste, byli przechowywani miesiącami !PO dworach polskich. 
Krótsze kontakty, w czasie przemarszów, też swą rolę ode- 
grały. Skutkiem był wzrost zainteresowań sprawami ogól- 
nonarodowymi, odkrywanie nowszej romantycznej lite!ratu- 
ry 'polskiej z jej bogactwem treści ideowych, zainteresowa- 
nie się publicystyką. Na to wszystko nałożył się, pośrednio 
wywoływany też przez powstanie listopadowe, nowy, repre- 
syjny i germanizacyjny kurs polityki pruskiej wobec Pola- 
ków w ostatniej dekadzie rządów Fryderyka Wdlhelma III. 
Zamykanie Polakom drogi do kariery administracyjnej moc- 
no uderzało w ambicje ziemian i ich synów. Skutkiem tego 
było przyspieszenie integracji górny.ch warstw społeczności 
polskiej. Oto obserwacja Sulerzyskiego dotycząca nieco póź- 
niejszego okresu, ale mająca zastosowanie i do lat trzydzie- 
stych: "Wielu obywateli polskich, osobliwie na Ziemi Mal- 
borskiej [tj. przede wszystkiem w Sztumskiem] dotąd miem- 
czonych [.n], przekonawszy się, że dla polskich nazwisk od 
wszelkich ur\Zędów odsuwani bywają, głośno oświadczyli, że 
gorliwemi zostaną popieraczami narodowych usiłowań i szcze- 
rze dotrzymali słowa" 27. 
Dawniej już wykazano pierwszorzędną rolę powstania li- 
stopadowego, a zwłaszcza powrotu i pobytu jego uczestni- 
ków w Galicji, dla r02Jbudzema patriotycznego tej prowin- 
cji, uśpionej politycmie od czasów I r02Jbioru 28. Do pewnego 
stopnia analogiczne zjawisko wystąpiło na Ziemi Chełmiń- 
skiej i na Pomorzu. Oczywiście, tutaj, na północy rezonans 
niedawnego zrywu narodowego w zaborze rosyjskim był o ty- 
le słabszy niż w Galicji, o ile sytuacja ludności polskiej by- 
ła trudniej,sza w porównaniu z zaborem austriackim, gdzie 
funkcjonował wprawdzie wówczas bezwzględny metterni- 
chowski apa,rat biurokratyczny i policyjny, ale Polacy nie 
byli tak zagrożeni przez żywioł niemiecki jak w Prusach 
Zachodnich. 
Natalis Sulerzyski w dniach, gdy resztki armii powstań- 
czej zbliżały się ku granicy zaborów, codziennie jeździł do 


15 


-
>>>
Brodnicy, był abecny przy wejściu da tej miejscowości gł6w- .. 
nych sił pOlIskich. Zawarł też lub adnawH znajomości z afi- · 
cerami pawstańczymi, których spora grupka zatrzymała się 
na dłużej u Wilkxyckich w Ryńsku. TTzech 'z nich przygar- 
nął w swym Karczewie, a da służby pl'zyjął też jed- 
nega żołnierza. Padabnie pastępawana w wielu dwarach pol- 
skich, tak że da kańca 1832 r. w prawabrzeżnY'ch powiatach 
obwodu rejencyjnega kwidzyńskiiega co najmniej tysiąc czte- 
rystu piętnastu wiarusów asiedliło się i znalazła pracę. Mi- 
ma wysiłków władz pruskich, aby ich się pozbyć, a przy- 
najmniej przesiedlić na Pamarz,e ZachadlI1de, w kańcu 1835 r. 
była ;ich nadal aikała tysiąca 20. 
Pierwsza pr6ba sprawdzenia szczerości i siły razrosłych 
w 1831 r. nast!l'ojów patriatycznych p!l'Zydarzyła się Nata- 
liSOlWi, podobnie jak jeszcze kilku lub raczej kilkunastu 
ziemianam Ziemi Chełmińslci.ej, niespodziewanie prędka. Ota, 
w kt6ryś z kwietniawych dni 1833 r. zastukał da drzwi 
karczewskiega dwaru Kaliltst Barzewski, mładszy kalega 
s
alny Natalisa z Gimnazjum Toruńskiego i ta warzysz ze 
wsp6lnej stancji. Barzewski, właściciel wsi Chojna na Zie- 
mi Dabrzyńskiej, a więc w K'r6lestwie Pals'kim, gdy wy- 
buchła powstanie listopadawe, 10 stycznia 1831 r. agłosił 
swym poddanym, że kt6ry z nich pójd2Ji.e da armii palskiej 
na ochatnika, ten otrzyma na własnaść dziesięć margów zie- 
 
mi. Sam też paszedł walczyć, a po upadku powstania udał 
się na emigrację da Francji. Tam związał 'Się ze sprzysięże- 
niem organizawanym przez tajną "Zemstę Ludu", które 
przygatowywała wznawienie walki niepadległościowej w Pol- 
sce, tym razem w farmie działań partyzanckich. Miały one 
zapaczątkawać, a zarazem asłaniać rewolucje karbonarskie 
na zachadzie Europy. Na czele tej wyprawy stanął głaśny w 
powstaniu, chać nie całkiem odpowiedzialny za swe pomy- 
sły i czyny, pułkarwmk Józef Zaliwski. Uczestnicy wyprawy, 
werbując ochotników, mieli w różnych punktach przekro- 
czyć granicę zaboru rosyjskiega 19 marca 1833 r., co się 
jednaik udało tylko nielicznym. 
Barzewski, wyznaczony przez Zaliwskiego okręgawym 
p
ocko-łipnawskim, datarł da Tarunia dapiero gdzieś w 
pie!l'wszym tygadniu kwietnia 1833 r. Znacznie gOi wyprze- 
dził akręgawy warszawska-sachaczewsiki, czławiek macnega 
charakteru i zasad ideOIwych, członek Tawarzystwa Demo- 
kratycznega Palskiega, Artur Zawisza. Już 10 marca przy- 
był an da Turzna pod Taruniem, da gniazda spokrewnio- 
nych z nim Działawskicl1 i nie doczekawszy się tawarzy- 


16 


-
>>>
. 


sza, w chłopskim przebraniu przeszedł i rozpoznał poli- 
tycznie i wojskowo znacmą część województwa płockiQgo. 
Wynik tego rekonesansu, co do szans wznowienia walki po- 
wstańczej był zdecydmvanie negatywny, lecz, w końcu przy- 
były, Borzewski nastawał na podjęcie działań. Zawisza ustą- 
pił, aby stopniowo, już w czasie wyprawy, przejąć w swe 
ręce całość dowodzenia i odpowiedzialności. Borzewski przy- 
był do Sulerzyskiego po pomoc przy przeprawie przez gra- 
niczną Drwęcę. Natalis pojechał z nim następnie do lasów 
pod Ryńskiem, gdzie znajdował się Zawisza, w towarzystwie 
miejscowego gorącego radykała, Niemca Riesenbecka, 
który dostarczył im broń. Pan Natalis podjął się też wobec 
Zawiszy werbowania ochotników do wyprawy, choć na po- 
czątku lojalnie ostrzegał Borzewskiego, że jego zdaniem 
jest ona bez szans wobec defetystycznych nastrojów, domi- 
nujących w Królestwie. Wiedząc, że w twierdzy grudziądz- 
kiej Prusacy trzymają kilkuset żołnierzy i podoficerów z 
armii polskiej, odmawiających skorzystania z amnestii ro- 
syjskiej i powrotu do Królestwa (część z nich w półtora 
roku później, po wyekspediowaniu morzem na zachód, zna- 
lazła się w utopijno-socjalistycznej Gromadzie Grudziąż Lu- 
du Polskiego), dotarł do nich i próbował, bezskutecznie, na- 
kłonić do przyłączenia się do tej wyprawy. Ostatecznie jed- 
nak znalazł sześciu ochotników i ze szwagrem, Tadeuszem 
Wilczewskim, nocą ,podprowadził ich do Drwęcy. Pierwsza 
próba przeprawy nie powiodła się, ale ostatecznie, pod 8ło- 
szewami, przeprawili się łodzią, aby tegoż dnia stoczyć pierw- 
szą drobną, ale krwawą potyczkę w Radzikach Małych z za- 
łogą pogranicznej, kozackiej strażnicy. Wydarzenie to miało 
miejsce nocą z l na 2 maja 1833 r. Później ruszyli dalej. 
Ostatecznie Borzewski ponownie zbiegł na emigrację, a Za- 
wisza został stracony w Warszawie. O tym, że Sulerzyski 
udzielał im pomocy, dowiedziały się lokalne władze pruskie. 
Został więc on poddany przeciągającemu się śledztwu, a na- 
stępnie postawiony przed sądem w Toruniu. Mimo różnych 
wybiegów skazano go wówczas na rok więzienia. Tym razem 
jednak minęło go ono i to bez odwołań sądowych, gdyż w 
1840 r., po objęciu tronu przez nowego władcę, ogłoszona 
zostala ogólna amnestia. Tak więc w 1833 r. nastąpił debiut 
Natalisa jako czynnego patrioty polskiego, zdaje się też, że 
w tym czasie obudziło się w nim zainteresowanie działania- 
mi emigracji politycznej i jej dorobkiem ideowym 10. 
Zaangażowanie się grupki ziemian z Ziemi Chełmińskiej 
w pomoc uczestnikom wyprawy Zaliwskiego i następnie wy- 


2 - Pamiętniki. 
I " .. I . !;;,(" 
\JNP:..",
i1...r.p 
w t" IJO'\\ 


1'7
>>>
toczone przeciw nim postępowanie dochodzeniowe przez miej- 
scowych i specjalnie przysłanych urzędników, .pozostających 
w ścisłym kontakcie z władzami śledczymi w Warszawie. 
było jednak epizodem, nie mającym bezpośredniego wpły- 
wu na ogół miejscowej szlachty polskiej, choć z pewnością 
uważnie obserwowała ona przebieg wypadków. 
O zamykaniu dostępu do kariery admiJnistracyjnej była 
już mowa. Lecz nie nmiej, jeśli nie więcej, złej krwi robiły 
głośne deklaracje urzędników pruskich o zamierzonym przez 
nich germanizowaniu Wielkopolski i Pomorza w przyspie- 
s'zonym tempie. Po 1815 r. wykorzystano narosłe u części 
szlachty polskiej zaległości w spłacie zaciągniętych wcześniej 
kredytów dla zlicytowania majątków, których właściciele, 
zwłaszcza przy ogólnym 'Zastoju gospodarczym, nie byli w 
stanie szybko, jak tego żądano, uregulować długów. Aż po 
lata trzydzieste ziemia tu była wyjątkowo tania, -co przy- 
ciągało kupców z głębi Niemiec. Niejeden nuworysz, do- 
robiwszy się nieco grosza w swych stronach rodzinnych, tu 
szybko zdobywał duże majętności, nie bez przychylności 
i pomocy aparatu państwowego 11. Z tychże powodów, z więk- 
szym trudem i nie bez konfliktów z włościanami, postępowa- 
ło przestawianie się ziemiaństwa polskiego na nowy, kapi- 
talistyczny już system gospodarowania. 
Wspomnienia powstania listopadowego i impulsy idące z 
emigracji odgrywały zapewne wówczas pewną rolę w po- 
stępującym krystalizowaniu się bardziej zdecydowanych po- 
staw narodowych. O wiele ważniejszy był jednak przykład, 
a także bezpośrednie inspiracje, idące od bardziej 'politycz- 
nie wyrobionego ziemiaństwa i inteligencji polskiej w Wiel- 
kim Księstwie Poznańskim. Demonstrowanie opozycji pol- 
skiej wobec .państwa pruskiego i miejscowej ludności nie- j 
mieckiej 'zaczęło się bardzo niewinnie - organizacją balów 
polskich. Łączono je z różnymi wyraźnie patriotycznymi wy- 
stąpieniami i manifestacjami. Pierwsze trzy takie bale od- 
były się na Ziemi Chełmińskiej już w 1836 r. Zorganizowa- 
no je w pięknym pałacu w Nawrze, należącym do Włady- 
sława Kruszyńskiego. Patronował im, cieszący się dużym 
autorytetem, Karol Kalkstein z Pluskowęs koło Chełmży. 
Charakterystyczne, że w balach tych uczestniczyli goście 
z Poznańskiego, ale i zza kordonu, z Królestwa Polskiego. 
Natalis Sulerzyski 'zaangażował się i w tę formę działalno- 
ści patriotycznej. W 1840 r. zorganizował z rozmachem bal 
polski w Grudziądzu, na którym byli też goście z Wielkiego 


18
>>>
j 
j 


j 


Księstwa Poznańskiego. Bal ÓW, według wspomnień inicjato- 
ra, mocno wystraszył Niemców grudziądzkich, a garnizon 
całą noc był w stanie pogotowia. Nie jest to wykluczone, 
gdyż podobne zaniepokojenie i napięcie wywołał wśród nie- 
mieckich mieszkańców Bydgoszczy, urządzony w pierwszą z 
sobót listopadowych 1845 r. w tamtejszym teatrze wielki bal 
zorganizowany przez powstałe niecały rok wcześniej Kasyno 
Polskie 88. Tego rodzaju manifestacje spajały lokalną społecz- 
ność polską, podnosiły poziom jej uświadomienia polityczne- 
go, a także pogłębiały nieufność i podejrzliwość Niemców. 
Wszystko to sprzyjało polaryzacji postaw narodowych pod 
koniec drugiego ćwierćwiecza XIX stulecia. 
Nie miał natomiast Natalis Sulerzyski beZ1pośredniego u- 
działu w innym nurcie budzącego się polskiego ruchu naro- 
dowego na Ziemi Chełmińskiej i na Pomorzu, tj. bliższych 
powiązań z organizacjami uczniowskimi, zajmującymi się 
samokształceniem, przede wszystkim w zakresie języka i li- 
teratury polskiej, ale też dziejów narodowych i zagadnień 
społecznych la. 
Przygotowania do powszechnego powstania, rozwinięte w 
połowie lat czterdziestych XIX w., sterowane z emigracji 
przez Centralizację Towarzystwa Demokratycznego Polskie- 
go, przynaglaną przez radykalnych spiskowców krajowych, 
ogarnęły również Pomorze 84. Odegrały one poważną rolę w 
ożywieniu postaw patriotycznych, zwłaszcza wśród ziemiań- 
stwa i młodzieży. Wbiły klin nieufności między Niem- 
ców i Polaków, a w pierwszych miesiącach 1846 r. dały 
okazję władzom pruskim do przeprowadzenia licznych are- 
sztowań i innych represji, również w stosunku do Polaków 
niezaangażowanych w ruch spiskowy. Przy okazji nie za- 
twierdzono w Kwidzynie Stowarzyszenia Rolniczego, zało- 
żonego przez polskich właścicieli 7!iemskich 9 grudnia 1845 r. 
na zjeździe w Wąbrzeźnie - pierwszego tego rodzaju przed- 
sięwzięcia organizacyjnego na tym terenie. 
Na początku stycznia 1846 r. przybył z !ławy do Brodni- 
cy szwadron huzarów, z którego dwudziestu kawalerzystów 
odkomenderowano do Golubia. Do ChełImla natomiast 21 
lutego wjechał szwadron pułku dragonów z Torunia. 11 stycz- 
nia przyjechał z Królewca prezes policji, Lauterbach, daw- 
niejszy burmistrz, a następnie landrat chełmiński, a 14 utwo- 
rzono komisję śledczą. Od tego momentu podjęta została 
energicma akcja śledcza i represyjna. Przy emisariuszu, 
Pochwyconym w powiecie lubawskim przez policję pruską 
znaleziono spis majątków w Brodnickiem, z których ewen- 


19
>>>
tualnie będzie można zmobilizować ludzi i konie. To wy- 
starczyło do aresztowania ich właścicieli, choć w istocie byli 
oni dalecy od angażowania się w jakieś demokratyc7Jl1e spi- 
ski. Aresztowano też kilku ziemian przebywających właśnie 
w Hotelu Berlińskim w Chełmnie. Za murami twierdzy 
grudziądzkiej znalazło się ponad sto osób, wśród których 
byli uciekinierzy z Królestwa i emigranci. Większość sta- 
nowili właściciele ziemscy, którym policja pruska niczego 
nie była w stanie udowodnić. W pierwszej połowie stycznia 
pozbawiono wolnośc
 wielu Polaków także w Toruniu 
i Chełmnie, gdzie byli wśród rzemieślników członkowie 
Związku Plebejuszy Walentego Stefańskiego (denuncjowanego 
i aresztowanego jeszcze w listopadzie 1845 r.). Niezależnie 
od tego, podobno jednak, w
elu ze szlachty chełmińskiej w 
przededniu planowanego terminu wybuchu powstania miało 
zgromadzić się we dworze Wilkxyckich w Ryńsku 85. 
NataHs Sulerzyski utrzymywał kontakty z emisariuszami 
sprzysiężenia i pomagał im. Znał też już wówczas i przyj- 
mował u sliebie Seweryna Elżanowskiego a także Ludwika 
Osta'szewskiego, który zbiegł z Królestwa na Pomorze je- 
szcze w styczniu 1844 r. i był głównym organizatorem po- 
wstańczym na Prusy Zachodnie. Znał też Stanisława Rad- 
kiewic'za, jednego z nielicznych ziemian pomorskich mocno 
związanych z konspiracją, jednakże do spisku nie należał, 
a nawet w pełni nie aprobował jego programu, być może 
wówczas jeszcze dlań zbyt radykalnego. Mimo tego, w dru- 
giej połowie stycznia 1846 r. został aresztowany i, choć był 
obłożnie chory, przewieziono go pod eskortą z Piątkowa do 
fortecy grudziądzkiej. Tam więziono go, w znośnych zresztą 
warunkach, przez dwa miesiące, aby po przesłuchaniach, 
które nie dały spodziewanych rezultatów, bo ich dać nie mogły, 
ostatecznie, gdzieś pod koniec marca 1846 r., wypuścić na 
wolność. To bezprawne, na bardzo og6lnych podejrzeniach 
oparte, uwdęzienie Sulerzyskiego, ostatecznie zakończyło je- 
go samoedukację polityczną. Od tego czasu, chyba właśnie 
pod wpływem przeżyć wywołanych represjami pruskimi, je- 
szcze bardziej czynnie zaangażował się w ryzykowne na- 
wet działania patriotyczne. Przeczytawszy w gazecie, w cza- 
sie pobytu w twierdzy g.rudziądzkiej, tekst 'krakowskiego 
Manifestu Rządu Narodowego 'Z 22 lutego 1846 r. uznał jego 
zasady za swoje. A p6łtora roku p6źniej z entuzjazmem 
przyjął "świetną mowę" Ludwika Mierosławskiego, wygło
 
szoną 3 sierpnia 1847 r. na berlińskim procesie uczestników 
konspiracji powstańczej 10. 


20
>>>
Sulerzyskiemu nie przywrócono, odebranego w czasie are- 
sztu, urzędu radcy okręgu Towarzystwa Kredytowego. A kie- 
dy wybrano go - również głosami chłopów - na posła do 
połąciZonych sejmów prowincjonalnych (Vereinrigten Land- 
tag), czyli pierwszego sejmu ogólnopruskiego, to zawieszo- 
no go w czynnościach i do Berlina pojechał, wybrany jako 
zastępca, inny ziemianin, Józef Kossowski. Nic więc dziw- 
nego, że Sulerzyski należał do tych osób, które w Prusach 
Zachodnich ze szczególną satysfakcją dowiedziały się o wy- 
buchu rewolucji w Berlinie w marcu 1848 r. i z całym za- 
pałem zaangażowały się w działalność polityczną. Początko- 
Wo zresztą wszystko mogło wskazywać na to, że istnieje 
znaczna zbieżność interesów Polaków i Niemców, co zdawało 
się gwarantować możliwość harmonijnego, a ,zarazem ,bar- 
dziej zgodnego z interesami polskimi ułożenia stosunków 
między tymi dwiema grupami narodowymi również na Zie- 
mi Chełmińskiej i na Pomorzu. W marcu i kwietniu 1848 r. 
działaczom polskim z tych ziem, jak i bardziej doświad- 
czonym od nich politykom emigracyjnym, zdawało się, że 
lI"ewolucja marcowa gwarantuje stałe rządy liberalne i wiel- 
kie 'reformy konstytucyjne w państwie pruskim. To zaś mu- 
si doprowadzić do konfliktu zbrojnego z reakcyjną Rosją 
-) Mikołaja I i zmusi Prusy do szukania sojusznika w Pola- 
kach, a więc i do daleko idących ustępstw wobec ich dążeń nie- 
podległościowych. W rzęczywistości jednak Petersburg, miast 
interweniować zbrojnie w ogarniętych rewolucją Niem- 
czech, 'ZI'obił wiele, aby nie dopuścić do konfliktów gra- 
nic,znych .i wojny. Dopomógł mu w tym Rząd Tymczasowy 
II Republiki Francuskiej, a zwłaszcza kierujący polityką 
zagraniczną Alfons de Lamartine, który uzyskania stabili- 
zacji wewnętrznej i uznania zewnętrznego odciął się od 
realnego popierania dążeń polskich. Najważniejsze było to, 
że na dłuższą metę siły konserwatywne, w tym aparat ad- 
ministracyjny i wojsko, okazały się w Pirusach przeważa- 
jące. W zaborze pruskim większość ludności niemieckiej 
była zdecydowana je popierać. Wynikało to z interesu kla- 
sowego i powiązań z aparatem władzy, a także chęci przy- 
wrócenia konserwatywnego ładu w imię umocnienia niem- 
czyzny, w imię pozostania tu jako warstwa dominująca pań- 
stwowo. W polskich prowincjach państwa pruskiego w cza- 
sie Wiosny Ludów pTuski interes .państwowy, tzn. sprawa 
utrzymania tych obszarów w granicach państwa Hohenzol- 
lernów, 'stawiany był na miejscu pierwszym przed progra- 
mem reform, szybko też ujawniło się karne podporządko- 


21
>>>
wanie się lokalnych działaczy niemieckich decyzjom podej- 
mowanym w kręgach kamaryli dworskiej i regionalnych 
ośrodków administracyjnych. Lekcja 1848 r. nie pozostała bez 
wpływu na postawy działaczy polskich z kręgów ziemiań- 
stwa i inteHgencji, wpłynęła też w pewnej mierze na prze- 
miany w postawie narodowej drobnomieszczaństwa, a na- 
wet włościan polskich. Do 1848 r. lIla Pomorzu dominował, 
w pełni zrozumiały, wobec zastosowanych w imię interesów 
junkierstwa metod uwłaszczenia, konflikt klasowy między 
wsią a dworem, ,również wówczas, gdy był to dwór polski. 
Ostatecznie jednak zakończenie do 1850 r. tego procesu, 
zademonstrowana bezw2!ględność realizacji własnych celów 
naradowych przez Niemców, .posunięcia antyreligijne i skie- 
rowane przeciw klerawi !katolickiemu, a także ,początki pal- 
skich akcji aświatawych, przede ws'zystkim poprzez liteTatu- 
rę i prasę "dla ludu", zaczęły zmieniać nastawienie wsi w 
kierunku ba,rdziej narodawym, -choć -był ta praces powolny 
i zróżnicowany 17. 
Natalis Sulerzyski w pierwszej fazie wyda:rzeń rewalu- 
cyjnych na Ziemi Chełmińskiej, tj. w astatniej dekadzie mar- 
ca i w pierwszych dniach kwietnia 1848 r., odgrywał rolę 
pierwszorzędną. Zwany był nawet, i to bardziej przez Niem- 
ców jak Palaków, nie ,bez pewnej, ale ,przecież wymawnej, 
złaśliwaści - "królem Prus ZachO'dnich" 88. 21 lub 22 mar- 
ca 1848 r. wyruszył on z Piątkowa da Torunia dla lepszego 
zarientowania się w sytuacji politycznej. Po drodze spotkał 
wypuszczanych, przez lud berliński, z maabickiego więzie- 
nia Seweryna Elżanowskiega i księdza Jana TułodzieckiegO'. 
Ci, już w czasie pO'dróży powrotnej z Berlina, występowali z 
agitacyjnymi przemówieniami. W Toruniu przekonał się a 
ogólnym ,poruszeniu umysłów, a objawach sympatii dla Pol- 
ski wśród wielu Niemców i a potrzebie nadania ksz.tałtu 
arganizacyjnego temu spantanicznemu ruchawi. W Toruniu 
dotarł też da Sulerzyskiega posłaniec, utwarzanega 20 mar- 
ca, poznańskiegO' Komitetu Naradowego z jego odezwą, któ- 
rą ziemianin z Piątkowa miał rozpowszechniać wobu języ- 
kach, a która m.in. zawierała deklarację przeciw włączaniu Po- 
laków z zabaru pruskiego do przyszłej, zjednoczanej Rzeszy 
niemieckiej. Dla odczytania tegO' dokumentu politycznego 
miała być zwołane 23 marca wielkie zgromadzenie w sali 
mieszczańskiej Ratusza Toruńskiego. Lecz zaniepokojone 
miejscowe asobistości niemieckie, obawiając się gwałtO'w- 
nych wystąpień polskiegO' plebsu taruńskiego i ludu z oko- 
lic miasta, rozpaczęły 'zabiegi, aby Sulerzyski ograniczył się 


22
>>>
tyłko do wydrukowania i rozpowszechnienda kilkuset egzem- 
plarzy odezwy poznańskiej. Owe obawy z pewnością lIlie 
były bezpodstawne. Wiadomo bowiem, że d'zień wcześniej, 
22 marca, w Chełmnie doszło do wielkiego zbiegowiska wy- 
głodzonej biedoty polskiej (rok 1847 był wyjątkowo nieuro- 
dzajny), zrabowano część straganów 'z chlebem i dopiero 
pod wieczór zorganizowana ad hoc mieszczańska straż oby- 
watelska, z profesorem gimnazjum, Wesenerem na czele, 
zaprowadziła porządek. W Toruniu 23 marca Sulerzyski nie 
wystąpił publicznie, był już w drodze do Piątkowa. Podob- 
no jednak doszło do skutku zgromadzenie w wiełkiej sali 
ratuszowej, tyle że odezwę odczytał Dąmbski z Kaczko- 
wa 8U . 
W Piątkowie, 25 marca :zebrała się grupa działaczy pa- 
triotycznych, a wśród nich i wysłannik Komitetu poznań- 
skiego. Wówczas też, w sposób spontaniczny, uformował się 
pierwszy skład Komitetu Tymczasowego Polskiego dla Prus 
Zachodnich. Przygotowano, przepisaną po polsku i niemiec- 
ku w kilkunastu egzemplarzach i zaraz rozesłaną przez kon- 
nych posłańców, krótką odezwę, zredagowaną 'Przez Sule- 
rzyskiego, wzywającą na wielki zjazd do Wąbrzeźna, gdzie 
miano radzić nad współdziałaniem polsko-niemieckim w spo- 
dziewanym konflikcie zbrojnym Prus z Rosją. 28 marca 
1848 r. doszło w Wąbrzeźnie do zgromadzenia, ze znacznym 
udziałem Niemców, choć część z nich od początku z rezerwą 
odnosiła się do polskich inicjatyw. Tam właśnie dotarła do 
Sulerzyskiego oficjalna lIlominacja Komitetu Narodowego w 
Poznaniu na organizatora Prus Zachodnich, podobne zre- 
sztą otrzymali Kossowsiki ('zapewne Józef) d Kucharski, ale 
przywództwo przejął Natalis. W istocie działał on w duchu 
radykalniejszych koncepcji Komitetu Rewolucyjnego, zawią- 
zanego W Berlinie 21 marca, z Mierosławskim i Libeltem 
na czele, a nie umiarkowanego Komitetu poznańskiego. Bo 
też trzeba pamiętać, iż najbliższymi jego współpracownikami 
byli wówczas niedawni moabitczycy 40. 
Na zjeździe wąbrzeskim, 28 marca, który strona polska 
zaczęła w duchu pojednawczym, podnoszą-c potrzebę przy- 
gotowania się do spodziewanego konfliktu z Rosją, dos'zło 
jednak do wyizolowania się Niemców, gdy na porządku 
dziennym stanęła sprawa ewentualnego powrotu Prus Za- 
chodnich w gTanice odbudowanego państwa polSIkiego, a w 
trakcie obrad zjawił się na sali wysłannik prezydenta obwo- 
du kwidzyńskiego, radca rejencyjny, Heinrich von Anz, wy- 
stępujący przeciw zbrojeniu się w broń palną. Już po wyco- 


23
>>>
faniu się Niemców ostatecznie powołano Tymczasowy Ko- 
mitet Narodowy Prus Polskich, ,który .za swą siedzibę uznał 
Chełmno. Powołano do niego, poza Sulerzyskim, księdza Jana 
Tułodzieckiego, Seweryna Elżanowskiego, byłego majora 
wojsk polskich Korewę, oraz szypra z Grudziądza Micha- 
ła Feliksa Zakrockiego. Wówczas też obrano Ignacego Ły- 
skowskiego wysłannikiem do parlamentu frankfurckiego, 
gdzie miał, wspólnie z Władysławem Niegolewskim z Wiel- 
kiego Księstwa, bronić polskich praw narodowych na Po- 
morzu. Dota!I'ł on nad Men już 1 kwietnia i tam .różni 'poli- 
tycy niemieccy zapewnili go o pełnej praworządności dzia- 
łań i zgromadzeń polskich w Prusach Zachodnich. Nie mia- 
ło to jednak żadnego praktycznego wpływu na postawę miej- 
scowych władz li środowisk niemieckich 41. 
Członkowie Komitetu następnego dnia po zjeździe wąb- 
rzeskim, tj. 29 marca, zredagowali w Piątkowie, a ogłosili 
drukiem w Chełmnie odezwę do Braci Polaków tu zamiesz- 
kałych. Otwierały ją hasła wielkiej 
ewolucji francuskiej - 
zrównanie prawne ludzi, likwidacja różnic stanowych, ale ca- 
łość była utrzymana w umiarkowanym tonie, wzywano do po- 
jednania społeoznego i pojednania narodów, przerzucając od- 
powiedzialność za waśnie między nimi na "matactwa kil- 
korga samolubów i ludzi złej woli". Przede wszystkim jed- 
nak znalazło się tam wezwanie do zbrojenia się przeciw 
Moskwie, wobec jej "możliwej napaści [...] na wolność na- 
szych braci Niemców", ale też "aby ujarzmionym naszym 
braciom w tak 'zwanym K:rólestwie Polskim silną a zbroj- 
ną dać pomoc ku wywalczeniu niepodległości Polski" 42. Wy- 
mowniejsza - i dla Polaków, i dla miejscowych Niemców - 
była inna odezwa, skierowana do Braci Polaków ziem pol- 
skich pod nazwiskiem Prus Zachodnich, nie datowana 41, a 
drukowana w Bydgoszczy. W tym dokumencie programowym 
na plan pierwszy wysunięto kwestię przyszłego losu Pomorza. 
Jego autorzy, także występujący jako Tymczasowy Komitet 
Narodowy Prus Zachodnich (wśród nich Natalis Sulerzyski) 
stwierdziwszy, iż Poznańskie oddane zostało z "sympatii" 
przez lud niemiecki Polakom, podkreślali że Prusy Zachod- 
nie też "należą do wspólnej naszej Ojczyzny - Polski", ale 
nie jest to prawda dla Niemców oczywista. I dlatego trzeba 
zrobić wszystko, aby dowieść polskości tej prowincji. Tym 
zajmie się właśnie Tymczasowy Komitet Narodowy i wy- 
słany przezeń do Fr,ankfur:tu deputowany, Ignacy Ły- 
skowski. W dalszej części odezwy wzywano do scalenia pol- 
skich szeregów i głoszono równocześnie wiarę w dobrą 


24
>>>
wolę ludu niemieckiego, który teraz, jako "wolny wymie- 
rzy swym braciom sprawiedliwość i pokaże, że nie rozle- 
głość granic szczęście narodu stanowi, ale wolność i insty- 
tucje oparte na zasadzie braterstwa". W tejże odezwie zna- 
lazło się wezwanie na wielkie zgromadzenie Polaków, które, 
przed południem 5 kwietnia, w Chełmnie, miało powołać 
stały Komitet Narodowy dla tych ziem. Zaproszono na to 
zgromadzenie i Niemców, wątpliwe jednak, aby 'zachętą do 
współdziałania dla nich mogła być 'zapowiedź odezwy, że zaraz 
po powołaniu tego stałego Komitetu "rozpoczniem dalsze kro- 
ki do ocalenia całej naszej Ojczyzny i do uzbrojenia się 
ogólnego przeciw grożącym nam Moskalom" 44. 
Sulerzyski, w tych gorących dniach, nie ograniczał się tyl- 
ko do redagowania odezw i wygłaszania przemówień. Po sfor- 
mowaniu się Komitetu Tymczasowego, z Elżanowskim i Tu- 
łodzieckim przystąpili do opracowania załoźeń polskiej siat- 
ki organizacyjnej. Przewidywano powołanie w powiatach 
komisarzy wojskowych, dla organizacji i wyposażania od- 
działów zbrojnych, oraz cywilnych dla gromadzenia pie- 
niędzy i neutralizowania .przeciwdziałań administracji pru- 
skiej. Plany te zaczęto wcielać w czyn. W okolicach Wąb- 
rzeźna major Korewa organizował pierwsze oddziałki zbroj- 
ne. Podjął też Sulerzyski, zrezygnowawszy, jako poseł z wy- 
borów 1847 r., z wyjazdu do Berlina na sejm (wysłał tam 
swego zastępcę - Kossowskiego), bezpośrednie działania w 
terenie, zmie'rzające do stworzenia spójnej polskiej siatki 
organizacyjnej. 29 marca ,przybył z grupą szlachty konno 
do Golubia, dla sprawdzenia, czy w areszcie nie ma poła- 
panych uciekinierów z Królestwa, których miejscowe wła- 
dze 'Pruskie wydawały Rosjanom, oraz dla zorganizowania 
uzbrojenia ochotników. Ostro pertraktowano z burmistrzem 
i zarządcą majątków państwowych. Wyprawa ta szybko Ul'0- 
sła - w rozpowszechnianych przez Niemców plotkach - do 
swoistego najazdu na miasteczko, w trakcie którego miano 
zerwać herb państwa pruskiego z urzędowego budynku, a 
zawiesić na nim białego orła oraz ogłosić polską władzę. Od 
tego czasu, wśród zaniepokojonych i czujących się w stanie 
zagrożenia i niepewności jutra niemieckich mieszkańców po- 
łudniowej części Prus Zachodnich, krążyły plotki i przesad- 
ne wieści o działaniach i wpływach Sulerzyskiego i jego 
najbliższych towarzyszy. W czasie powstania styczniowego 
powtórzyło się to z jeszcze większym nasileniem. 
Nie przypadkiem więc rosła siła działania niemieckiego 
przE!ciw akcjom patriotów polskich (mimo ciągle głoszonej 


25
>>>
--- 


nil 


przez Sulerzyskiego l Jego towarzyszy potrzeby współdzia- 
łania), w któ'rej zgodnie współpracowały lokalne władze, 
zdecydowana większość miejscowej ludności niemieckiej, 
również tej społecznie niżej postawionej, oraz armia. Dzia- 
łania te z czasem, po opadnięciu fali rewolucyjnej w stoli- 
cy, zostały też zaaprobowane faktycznie przez centralne 
ośrodki władzy w Berlinie. Gdy Sulerzyski przybył z dwo- 
ma towarzyszami do Brodnicy, 30 marca, i podjął rozmowy 
z miejscowym burmistrzem i innymi osobistościami w ho- 
telu Dopatki, podniecony tłum Niemców o mało ich nie za- 
atakował. Z tego względu musieli więc pośpiesznie opuścić 
miasto. Sulerzyski wydał wówcza's ostrzegawczą odezwę, w 
rezultacie ktÓrej Polacy m.in. bojkotowali ten hotel. Następ- 
nie udał się on jeszcze w okolice Nowego Miasta w Lubaw- 
skie. W tymże czasie aresztowano i uwięziono w kazama- 
tach twierdzy grudziądZIkiej miejscowego szypra i zamożne- 
go mieszczanina, Michała Zakrockiego, członka Komitetu, 
patriotę, aktywnego politycznie już w poprzednich latach. 
W odpowiedzi na zgromadzenie wąbrzeskie, 30 marca 1848 r. 
odbyła się demonstracja niemiecka w Chełmży, a 3 kwietnia 
wielkie zgromadzenie w Chełmnie, na którym domagano się 
pozostawienia tej prowincji w państwie pruskim. 2 kwietnia 
ogłoszono dwujęzyczne obwieszczenie władz rejencyjnych 
kwidzyńskich, m.in. 'kategorycznie zakazujące zbrojenia lud- 
ności. Równolegle podjęto też działania wojskowo-policyj- 
ne, wydawszy z Królewca 31 marca stosowną odezwę. Do 
poszczególnych miejscowości, będących ośrodkami ruchu pol- 
skiego, lub w których 'ludność niemiecka czuła się zagrożo- 
na, wkroczyły oddziały jazdy, a za nimi piechoty pruskiej. 
Dwa szwadrony 5. pułku kirasjerów przybyły do Chełmna 
w przeddzień zapowiedzianego na 5 kwietnia w tym mieście 
wielkiego zgromadzenia polskiego. Sulerzyski i ksiądz Tułodzie- 
cki, przebywający już od 2 kwietnia w Chełmnie i oczekują- 
cy, wobec 
eniającej się sytua'cji, nowych instrukcji z 
Poznania, zostali 4 kw,ietnia aresztowani (rozkaz ich uwię- 
zienia wydano już 1 kwietnia) i potajemnie przewiezieni do 
fortecy grudziądzkiej. Jedynie Elżanowskiemu, który wła- 
śnie powrócił z Poznania, w ostatniej chwili udało się uciec. 
Zbierając uzbrojony lud, głównie kosynierów, rozpoczął on, 
podobno w Bocach Tucholskich, formowanie partii zbrojnej 
i przeszedł z nią do Wie1kiego Ksdęstwa Poznańskiego 46. 
Uwięzienie przywódców, rozbicie Komitetu, a przede wszy- 
stkim obecność wojska w Chełmnie przekreśliły możliwość 
odbycia tam wielkiego zgromadzenia polskiego. Był to moc- 


mi 


26 


- 


-
>>>
ny cios, zadany ruchowi polskiemu na PO'mO'rzu już w po- 
czątkach Wiosny Ludów. 
SulerzyskiegO' z tO'warzyszami (znalazł się wśród nich 
również jeszcze jeden człO'nek KO'mitetu - major KO'rewa) 
więziona w Grudziądzu przez długie miesiące 1848 r. Pod- 
dawana ich przesłuchaniam i kwa1ifiikawana niedawną dzia- 
łalność palityczną jaka roradę stanu. Nawet wówczas, gdy 
O'głoszana amnestię dla uczestników wydarzeń rewolucyj- 
nych w Wielkim Księstwie, początkowa nie objętO' nią 
uwięzianych działaczy palskich z Ziemi Chełmińskiej. DO'- 
piera pa wystąpieniach, 11 pa
dziernika i dwakroć później, 
w sejmie berlińskim pasła księdza Karola Richtera, Niemca z 
Westfalii, ale związanegO' z PomO'rzem ja'ko dyrektora Gim- 
nazjum ChełmińskiegO', a następnie kanonika pelplińskiego. 
zostali oni zwalI1lieni w pO'czątkach listopada 1848 r. Na tym 
jednak działalność publiczna Sulerzyskiego w O'wym gorą- 
cym czasie się nie skańczyła. D:małał także w Lidze Polskiej. 
a już 9 lutegO' 1849 r. wybrana gO' posłem da drugiej izby 
sejmu pruskiegO', cO' miejscowe władze uznały za "balesny" 
fakt. Na Wliosennej sesji sejmu w Berlinie występawał jakO' 
jeden ze śmielszych i radykalniejszych pasłów palskich. 
Wkrótce 'zresztą, w atmosferze zwycięstw reakcji w Euro- 
pie i krajach niemieckich, rozwiązana sejm. W następnych 
wyborach, z inicjatywy SulerzyskiegO', jeszcze w tymże 
1849 r. wY1brano z akręgu brodnicka-Iubawskiego do nowe- 
gO' składu sejmu - chłO'pa Elminawskiega. Sulerzyski był 
też aktywistą (kasjerem powiatawym), załażO'negO' 30 paź- 
dziernika 1848 r. w Chełmnie, pa kilkuletnich przygotowa- 
niach, Towarzystwa NaukO'wej Pamocy, mającegO' \Welkie 
zasługi dla kształtawania się dnteligencji palskiej na Pama- 
rro i tO' r6wnrież spośród uboższej młodzieży 46. 
Kaniec lat czterdziestych XIX w. to akres szczytawej 
a
ktywnaści spałecznej i politycznej Natalisa Sulerzyskiega, 
czegO' ukaronawaniem były działanda prawadzane między 
21 marca a 4 kwietnia 1848 r. Inne, dramatyczne wydarze- 
nia tamtegO' garącegO' roku, o większym zasięgu terytarial- 
nym, lub bliższe wielkich centrów politycznych, jak chaćby 
wypadkirazgrywające się w Wielkapolsce w kwietniu i ma- 
ju, zepchnęły w niepamięć pełne napięć i konfliktów kan- 
frantacje rewO'lucyjne i naradawe na Ziemi Chełmińskiej, 
na Pomorzu, a taJkże i Prusach Wschodnich. Lecz Q tym, że 
krilkunastodniawa działalność Tymczasawega Komitetu Na- 
radawega Prus Zachod11lich 
 jegO' przewodniczącegO' nie agra- 
niczyła się tylkO' da przem6wień i odezw, świadczą zaawan- 


27
>>>
sowane próby sfarmowania polskich oddziałów zbrojnych 
na terenach między Drwęcą a Wisłą i dalej na zachód. Od- 
bywało się to w sposób dość żywiołowy. Na teren ten prze- 
dostawały się pojedyncze osoby ,i grupy młodych ludzi z 
Królestwa, licząc na bliski konflikt zbrajny między Prusa- 
mi a Rosją i ,polski w nim udział. Łączyli się ani z miej- 
scową młodzieżą w małe oddziałki, a następnie, gdy spo- 
dziewana wajna nie rozpoczęła się, starali się przejść da 
Wielkiego Księstwa, do założonych tam polskich obozów 
wojskowych. Dnia 5 kwietnia 1848 r. pod Łabiszynem zo- 
stał zaatakowany przez pruskich huzarów mały oddział ka- 
walerzystów, jadących zresztą bez broni, złożony głównie 
,,- z ochatników z Płackiego, a prawadzony przez sąsiada Su- 
lerzyskiego - Aleksandra Wysockiego. Został on zabity, a 
wszyscy żołnierze, WŚTód których była dziewięciu rannych, 
dostali się do niewoli. O partii Elżanowskiego wspomniano 
już wcześniej. Wieczorem 24 kwietnia podeszła pod Brodni- 
cę, ad strony .komory celnej, duża grupa achotników pol- 
skich, która gdy brodniczanie nie ,chci.eH. jej przepuścić przez 
swoje miasto, w innym miejscu przeprawiła się przez Drwę- 
cę. Przez Kowalewo również przeciągnął mały oddział pie- 
szych i konnych (dwudZii.estu-cztevdziestu), a mówiło się na- 
wet a pięciuset zbrojnych w okalicy. Drabniejszych incy- 
dentów tego. radzaju zapewne było więcej. W połowie kwiet- 
nia 1848 r. w Brodnicy i Golubiu przetrzymywana okała 
aśmiuset uciekinierów z Królestwa. Nic więc dziwnego., że 
wśród zaniepokojonej ludności niemieckiej, a trzeba pa- 
miętać, iż było to w dwa lata po głośnej w całej Europie 
rzezi galicyjskiej, błyskawicznie rozchadziły się różne alar- 
mujące wieści, po części zresztą zapewne świadomie roz- 
puszczane przez niektórych urzędników i junkrów prus- 
kich dla wzmocnienia nastrojów antypolskich i antyrewolu- 
cyjnych. I tak, 17 ikwietnia 1848 r., Tozeszła się pogłoska 
o przygotowywanym przez Polaków mordowaniu Niemców, 
a jeszcze 14 maja mówiono o zamierzonym polskim ataku 
na Swiecie 47. Nic więc dziwnego, że pogłębiała się obu- 
stronna n.ieufność, którą wzmocnić miały jes7icze represje 
pruskiego apaTatu władzy i policji. 
Sulerzyski z lekcji 1848 r. wyciągnął jednoznaczny wnio- 
sek - o harmonijnym wsp6łżyciu między Polakami, a lo- 
kalnymi wladzami i większością ludności niemieckiej w 
Prusach Zachodnich nie może być mowy. Tę ocenę umoc- 
niły w nim jeszcze r6żnego Todzaju szykany administracyj- 
ne, jakie nań spadły od 1849 r.: procesy o ziemię i dzier- 


28
>>>
żawy, denuncjowanie i wydalanie pracujących u niego, w 
charakterze oficjalistów, emigrantów lub zbiegów z Króle- 
stwa, a nawet ,powtarzające się prbby groźnych podpaleń 
jego nowej rezydencji, ,zbiorów i zabudowań gospodarczych, 
o cO', zasadnie chyba, podejrzewał niemieckich sąsiadów. Tak 
więc konflikty sąsiedzkie, pogłębiane nierównością stron w 
stO'sunkach z władzami, splatały się coraz bardziej z kon- 
fliktami narodowościowymi, co będzie na tych ziemiach 
trwać aż po II wojnę światową, wywołując z czasem, trud- 
ne do wytłumaczenia na gruncie stosunków wyłącznie naro- 
dowych, natężenie wrogości. Mimo tego jednak, Sulerzyski 
dopiero w czasie powstania styczniowego i kalejnych repre- 
sji jakie na niego wówczas spadały, zrozumiał, że jakiekol- 
wiek bardzo nawet ograniczone, aspiracje narodowe Po- 
laków lub też próby pomocy braciom z innego zaboru, sKie- 
rowane nie bezpaśrednio przeciw państwu pruskiemu, będą 
zwalczane przez 'cały aparat rządzący i 'przemocy tego pań- 
stwa, ii. to w spasób bezwzględny. Jak sam po latach wspo- 
minał, jeszcze w 1860 il'., gdy wybrano go jednym z kan- 
dydat6w na landrata brO'dnickiego, zdecydował się, podob- 
nie jak Ignacy Łyskawski, na spisanie po niemiecku życio- 
rysu, abszernego i bardzo krytycznego w ocenie polityki 
IO'kalnej administracji, będąc przekonanym: "iż tylko rząd 
naszej prowincji pozwala sobie nadużyć bez wiedzy i woli 
najwyższych władz berlińskich" swych kompetencji, i że 
jego pismo spowoduje odgórną interwencję 48. 
W przeciwieństwie do wielu ziemian z zaboru pruskiego, 
którzy w latach reakcji po rewolucjach 1848 i 1849 r. sta- 
rali się ograniczać współpracę z emigracją polityczną, Sule- 
rzyski nadal nie przerywał z nią kontaktów. Zatrudniał ja- 
ko administratorów i nauczycieli domowych uciekinierów po- 
litycznych z Kr6lestwa oraz osoby pawracające z Zachodu 
(był wśród nich Włodzimierz D. Wolski, autor libretta do 
Halki S. Moniuszki). Władze policyjne i sądowe pruskie da- 
liczyły się kilkunastu takich osób, sam Sulerzyski przyznaje 
się do kilkudziesięciu. Docierały doń czasopisma i druki ulot- 
ne emigracyjne (m.in. organ Centralizacji Towarzystwa De- 
mokratycznego Polskiego, wydawany wówczas w LO'ndy- 
nie - "Demokrata Polski"), ale także nielegalne wydawnic- 
twa krajowe, publikowane w akresie poprzedzającym bez- 
pośrednio wybuch powstania styczniowegO'. Osoba Natalisa 
Sulerzyskiego była dobrze znana działaczom emigracyjnym 
a arientacji umiarkowanie demokratycznej, związanym zwła- 
szcza z Ludwikiem Mierosławskim. Da Piątkowa wysyłana 


29
>>>
11 


razne adezwy, listy palecające ludzi jadących z emigracji, 
a także apele a wsparcie finansawe. Sulerzyski nie pazosta- 
wał na nie głuchy. Wiadama. dzięki palicji pruskiej, że 16 
grudnia 1861 .r. przesłał na utrzymanie palskiej szkały waj- 
skowej w Cuneo w Piemancie 1050 talarów zebranych !}Ja 
li akalicznych dwarach polskich. Również i w bardziej jawny 
, !, spasób manifestawał an swą aktywnaść patriO'tyczną. Anga- 
żował się w akcje przedwybo!I'cze, mające zapewnić wybór 
da sejmu berlińskiegO' w
ększej liczby pasł ów polskich. 11 
września 1860 r. .był w Żerkawie w Wielkapalsce, występu- 
jąc w składzie trzyasabawej delegacji Prus Zachodnich, któ- 
ra przybyła z akazji ponownegO' zgłaszenia kandydatury 
Władysława Ni.egalewskiega. Podpisał także odezwę ogłasza- 
ną w chełmińskim ,,:N'adw
ślaninie" w sprawie kaniecznaści 
ścisłej współpracy w sejmie berlińskim posłów palskich w 
sprawach naradawych. A kiedy ;i 'Ziemie pamarskie agarnęła 
fala nabażeństw i obchadów racznicawych, mających cha- 
rakter manifestacji patriotycznych, także i w nich Sule- 
rzyski zaznaczył swają abecnaść. W rocznicę adsieczy wie- 
deńskiej 12 września 1861 r. szedł z krzyżem na czele pra- 
cesji, udającej się z NawegO' Miasta Lubawskiega da kla- 
sztoru w Łąkach, gdzie pa patriO'tycznym kazaniu księdza 
IgnacegO' Knasta adśpiewana Boże coś Polskę. W tymże raku. 
13 września, wspólnie z Ignacym Łyskawskim, założył W 
Brodnicy Towarzystwa Agronomiczne. Była ta pierwsza z 
szeregu tegO' rodzaju arganizacji w Prusach Zachodnich, któ- 
rej znaczenie społecme, a nawet narodawe, dałeko wybie- 
gało paza sprawy gaspadarowania na rali. Zarówna ta, jak 
i następne, szybka pawstające w poszczególnych powiatach 
stawarzyszenia, stawiały przed sabą padabne zadania jak 
TO'warzystwa Ralnicze w Królestwie, tyle że ich członkawie 
byli w latach przedpawstaniawych bardziej demakratycznie 
nastawieni niż m1es2Jkańcy Kangresówki i Wie}kopolski 40. 
Ówczesne nastraje i paglądy Sulerzysikiego dabrze ilu- 
struje mawa żałobna, wygłaszona przezeń 4 lutegO' 1862 r. 
w Pluskawęsach, nad grabem przyjaciela i znanego patria- 
ty, Karola Kalksteina. W niej ta jawnie nawiązał da tra- 
gicznych wydarzeń warszawskich i stwierdził, że "naród ca- 
ły w żałabie pastanowił nie zdejmawać jej prędzej, aż ją 
.zamieni na godawe szaty walności". Zalecał też jedność na- 
radawą, realizowaną przede wszystkim poprzez zbliżenie 
i jednanie się ziemiaństwa z ludem, "który tak szczerze pra- 
cuje na polskiej ziemi i nie da się z niej wyrugawać" aD. 
Trudna jest precyzyjnie określić mejsce, rolę i działania 


30 


l 
L 


-
>>>
Natalisa Sulerzyskiego w formującej się od 1861 r. tajnej 
organizacji narodowej na Ziemi Chełmińskiej d. na Pomo- 
rzu. Wynika 10 zarówno z faktu, iż niewiele o tej organiza- 
cji, a zwłaszcza o jej składzie osobowym wiadomo, jak i z 
milczenia samego Sulerzyskiego, który spisując swe Pa- 
miętniki w siedem lat po powstaniu styczniowym zapewne 
świadomie, ze względu na bezpie:zeństwo ludzi zaangażo- 
wanych w ruch, ominął sprawy, których nie udało się TOZ- 
wikłać do końca policji i prokuraturze pruskiej. Julian Łu- 
kaszewski - organizator powstańczy zaboru pruskiego - 
kamuflując, z tychże powodów, nieco nazwiska, stwierdził 
we wspomnieniach, że "w Prusach Zachodnich było jawne 
przychylenie się na stronę ruchu i żywsze stosunki z Kró- 
lestwem [...]. Z obywateli tamecznych najczynniejszymi byli, 
bez zaprzeczenia, w robotach przedpowstańczych: I [łowecki] 
Józef i S[ulerzyski] Natalis" 61. 
Zaczątki podziemnej organizacji narodowej na Ziemi 
Chełmińskiej, jak już wspomniano, sięgają jesieni 1861 r. 
Najprawdopodobniej na jej czele stanął Mieczysław Łyskow- 
ski. Był on o ćwierć wieku młodszy od Sulerzyskiego i być 
może dlatego funkcję tę powierzono jemu, a nie S'ześćdzie- 
sięcioletniemu właścicielowi Piątkowa. Sulerzyski był zre- 
sztą przeciwny 'podejmowaniu w tamtym czasie waliki 7Jbroj- 
nej, która jego zdaniem - jak to często powtarzał młodym 
konspiratorom przybywąjącym z Warszawy - jest z góry 
'" skazana na klęskę. Przed styczniem 1863 II'., jak zresztą 
i wcześniej, uważał, że Polacy winni czekać na wielki kon- 
flikt europejski, który nadejść musi, i wówczas dopiero 
przejść do czynu, wykorzystując koniunkturę międzynarodo- 
wą. Te zastrzeżenia programowe w niczym mu jednak nie 
przeszkadzały w udzielaniu pomocy sprzysiężeniu. Jego do- 
mostwo w Piątkowie stało się jednym z głównych punktów 
przerzutu ludzi ,i oparcia dla agentów Komitetu Ruchu, a na- 
stępnie Komitetu Centralnego Narodowego, operujących w 
Prusach Zachodnich i w całym zaborze pruskim. Przebywali 
tam, m.in. Józef Demontowicz i Leon Martwell (czyli fak- 
tycznie Heilpern). Kiedy zaś już powstanie wybuchło, Su- 
lerzyski, mimo swego sceptycyzmu co do szans jego po- 
wodzenia, konsekwentnie stal na stanowisku, że gdy już 
się zaczęło, trzeba je wspierać. Nie był to pogląd odo- 
sobniony wśród polskiego ziemiaństwa Prus Zachodnich, nie 
przypadkiem głosił go też chełmiński "Nadwiślanin". I tym 
różnili się Pomorzanie od szlachty wielkopolskiej, nieufnej 
wobec ludzi dążących do walki w Warszawie. Ta odmien- 


31 


- 


-
>>>
ność postaw ziemiaństwa pomorskiego dopiero niedawno zo- 
stała uwypuklona przez historyków - znawców dziejów I 
1863 r. &2 Wydaje się, że właśnie doświadczenia publiczne 
Natalisa Sulerzyskiego od 1830 po 1864 r. jasno to tłuma- 
czą. Przy pogłębiającym się nacisku germanizacyjnym, przy 
wyraźnym wyrywaniu ziemi z rąk polskich, atakach na 
język polski w s7Jkolnictwie, zamknięciu drogi do lokalnych 
urzędów, obojętnej lub wrogiej postawie znacznej CZęŚCi du- 
chowi.eństwa kato1ickiego niemieckiego pochodzenia wobec 
wiernych polskich, coraz dotkliwszych represjach admini- 
stracyjnych, narastało poczucie zagrożenia narodowego, sil- 
niejsze niż gdzie indziej. To zaś prowadziło do przekonania 
o konieczności solidarności ponadregionalnej i ponadstano- 
wej oraz potrzebie stosowania zdecydowanych form walki, 
nawet kosztem poważnych wyrzeczeń majątkowych i osobi- 
stych. 
Kiedy w niedalekim Królestwie zaczęły się powstańcze 
działania zbrojne, Piątkowo stalo się ważnym punktem opar- 
cia i pomocy dla ochotników z emigracji i z głębi zaboru 
pruskiego, przekradających się na pole walki. Sprzyjała te- 
mu stosunkowo niewielka odległość od granicznej Drwęcy, 
bliskość ważnych szlaków Ikomunikacyjnych, przy równo- 
czesnej pewnej dyskretności położenia, ale przede wszy- 
stkim gościnność, poświęcenie i odwaga gospodarza. Już 
w lutym 1863 r. Sulerzyski odegrał pewną rolę przy przy- 
gotowaniu wkroczenia do Królestwa dyktatora Ludwika Mie- , 
rosławskiego. 'o" 
Umowy podpisane w Paryżu 30 stycznia 1863 r. międ
 
pełnomocnikami Komitetu Centralnego Narodowego jako "- 
Rządu Tymczasowego Narodowego przewidywały m.in., że 
demokratyczny generał w ciągu trzech tygodni przekroczy 
granicę między zaborem pruskim a Królestwem. Jako naj- 
właściwszy punkt przyjęto północno-zachodni kraniec gu- 
berni płockiej, gdzie miały po obu stronach granicy czekać 
zbrojne partie. Najprawdopodobniej w związku z tym Paweł 
Suzin, były porucznik armii rosyjskiej i wykładowca arty- 
lerii w szkole wojskowej w Ouneo, wraz z towarzyszami 
(m.in. Demontowiczem) w :początkach lutego rozpoczął w 
Lubawskiem formowanie oddziału. Policja pruska szybko wy- 
kryła jednak te działania i do 11 lutego wyłapała o;rganizato- 
rów. Sulerzys'kiemu po pewnym czasie udało się wydobyć Su- 
zina z więzienia brodnickiego. Poszedł on potem walczyć na 
rodzinną Litwę, gdzie poległ w boju pod Serejami. Tymcza- 
sem dyktator Mierosławskli około 13 lutego przybył do "Byd- 
22
>>>
I 


goszczy. Zmiana okoliczności spowodowała podjęcie przezeń 
de::yzji wkroczenia do Królestwa przez Kujawy. Dla wyja- 
śnienia złożonej sytuacji i zyskania pomocy przybył do Pią- 
tkowa z Paryża, gdzieś około 8 lutego, jeden z bliskich 
współpracowników dyktatora - Jan Kurzyna. Sulerzyski z 
Kurzyną udali się na spotkanłe spóźniającego się Miero- 
sławskiego do Bydgoszczy i - tak przynajmniej wynika z 
jego Pamiętników - towarzyszyli mu w dalszej przepra- 
wie, aż do grandcy zaborów, którą dyktator przekroczył na 
południowy wschód od Inowrocławia, ikoło wsi Konary, no- 
cą z 16 na 17 lutego 1863 r., skąd udał się do Krzywosądza. 
Niemały też był udział Sulerzyskiego w formowaniu i eks- 
pedycji do Królestwa oddziału dowodzonego ,przez majora 
Szermętowskiego (używał tego pseudonimu Henryk Łowiń- 
ski). Grupa ta, po skoncentrowaniu się koło Wielkiej Łąki, 
nocą z 21 na 22 kwietnia przeszła w bród Drwęcę i tegoż 
dnia została rozbita w potyczce pod Nietrzebą na Ziemi Dob- 
rzyńskiej. Różnorodnych, epizodycznych, ale wcale przez to 
nie mniej ryzykownych prób ochrony i pomocy powstańcom, 
w tym i rannym, wracającym z Królestwa, było więcej. Opie- 
kowano się nimi w Piątkowie i po aresztowaniu Sulerzy- 
skiego. Toteż landrat brodnicki, von Y oung, informowany 
przez niemieckich sąsiadów Sulerzyskiego o znaczeniu Pią- 
tkowa dla przerzutów powstańców, skierował do jego dwo- 
ru, dla zapewnienia stałego nadzoru, żandarma, a następnie 

 jeszcze załogę, złożoną z oficera i trzydziestu huzarów. Nie- 
zależnie od tego, przeprowadzano wielokrotnie uciążliwe re- 
-wizje we dworze. Pierwsza z nich odbyła się jeszcze przed 
wybuchem powstania, 17 grudnia 1862 r., ale powtarzano 
je także i po aresztowaniu Sulerzyskiego. Ostatnia miała 
miejsce 6 lutego 1864 r. 61 
Swoista przezorność, a może jeszcze bardziej naiwny tu- 
pet, wierna służba we dworze, idące w czas ostrzeżenia od 
sąsiadów, do czasu chroniły Sulerzyskiego przed poważniej- 
szymi represjami pruskimi. Może trochę pomagało i to, że 
nie 'pozwolił iść do powstania swemu dziewiętnastoletniemu 
synowi, Wacławowi. Ta "bezkarność" coraz bardziej drażni- 
ła i wrogich mu niemieclcich sąsiadów, i lokalny aparat 
władzy. Posłużono się więc fałszywym zeznaniem - złożo- 
nym w Kowalewie przez niemieckiego wyrobnika przed 
miejscowym żandarmem i dowódcą stacjonującego tam od- 
działu wojsk pruskich - jakoby Sulerzyski nakłaniał go do 
pójścia za zapłatą do powstania. Tak to aparat policyjny 
i sądowy monarchii Hohenzollernów, zachowując zewnę- 


, 


a - Paml
tn1kl... 


33 


'I 


-
>>>
trznie cały sztafaż praworządności i poprawności formalnej, 
skorzystał z niewątpliwie dwuznacznej moralnie metody, aby 
wyłączyć z działalności politycznej i organizacyjnej niewy
 
godnego przedstawiciela polskiej grupy przywódczej. 
Sulerzyskiego aresztowano 4 czerwca 1863 r. na dTodze 
między Kowalewem a Piątkowem. Przew.ie:mono go następnie 
do Brodnicy, a stamtąd przez Toruń do twierdzy poznań- 
skiej na Winiarach. Po pewnym czasie przeniesiony został 
wraz z innymi współwięźniami, głównie z Wielkopolski, do 
Berlina. 10 sieTpIllia 1863 r. za kaucją wypuszczono go na 
kurację do uzdrow.isk W Kissingen, Ostendzie i Dii
kheim, 
a po powrocie, 13 listopada znów zamknięto w berlińskim 
Hausvogtei. Wraz ze stu kilkudziesięciu współoskarżonymi, 
po wcześniejszych przesłuchaniach, w trakcie których co.,. 
raz ostrzej kwalifikowano jego działalność patriotyczną, sta- 
nął przed berlińskim Kamme.rgerichtem, 9 lipca 1864 r., w 
procesie o zdradę stanu, tj. "za usiłowania dążące do przy- 
wrócenia Polski w granicach, jakie miała przed :rokiem 1772, 
a zatem do oderwania części przez pod:mał do Prus przy- 
padłej". Gigantyczny ten proces trwał do 23 grudnia i nie 
dowiódł słuszności tez ogólnych, jak i większości zarzutów 
szczegółowych prokuratury. Sulerzyski, po przeszło szesna- 
stu miesiącach, od dnia prewencyjnego aresztowania, mając 
na liście oskarżonych numer 125 i jedno z obszerniejszych 
dossier, składał wyjaśnienia i bronił się przed zarzutami 22 
i 23 października 1864 r. Zgodnie ze swoim charakterem , 
i przekonaniami występował śmiało i zaczepnie, co nie prze- 
szkodziło mu ukryć starannie części swej działalności zwią- 
zanej z pomocą dla powstania. Raz jeszcze wystąpił z moc- 
nym atakiem na tezy i metody prokuratury w końcu listo- 
pada - w ostatnim słowie. Na stu czterdziestu dziewięciu 
oskarżonych (zresztą nie wszyscy z nich dali się schwytać) 
w procesie berlińskim, ostatecznie wyroki skazujące zapad- 
ły w trzydziestu ośmiu sprawach, w tym Da dwudziestu 
siedmiu obecnych na sali. Między tą "mniejszością" znalazł 
się i Natalis Sulerzyski. Skazano go na rok więzienia, choć 
na polu walki nie występował, a i niezbicie wykazanych 
działań przeciw państwu pruskiemu mu nie udowodniono. 
Jest to pośredni, ale niewątpliwy dowód jego zasług patrio- 
tycznych, wystawiony przez przeciwnika 5'. 
Proces berliński ostatecznie zakończył "edukację" patrio- 
tyczną Natalisa Sulerzyskiego. Zrozumiał on i dał temu wy- 
raz publiczny w swym ostatnim wystąpieniu przed sądem 
twierdząc, iż wedle rządzących państwem pruskim jego pod- 


- 


34
>>>
dani polscy winni się zniemczyć. Nie powinni nawet marzyć 
o odbudowaniu własnego państwa, a tych, którzy z tym się 
nie zechcą pogodzić, czekają prześladowania i konieczność 
toczenia upartej i długiej walki o swą tożsamość narodową. 
Wówczas to Sulerzyski stwierdził, odsłaniając istotne cele 
polityki Prus, wchodzących właśnie w erę ibismarckowską, 
iż: "widocznym było, że nasze aresztowania tyłko nastąpiły, 
abyśmy walczącym braciom nieszczęśliwym nie mogli broni 
dostarczyć, aby bezbronni prędzej upadli, aby przez przedłu- 
żoną, roz19aczliwą wałkę, w której kwiat młod'zieży polskiej 
się poświęcał, sumienie cywilizowanego świata się nie obudzi- 
ło, na odwet zbrodni dokonanej przy końcu wieku przeszłe- 
go przez rozbiór Polski. Musieliśmy iść do więzienia, bo 
jak wiadomo siła idzie przed prawem". A dalej, rozwijając 
Swe więzienne przemyślenia, proroczo przepowiadał iż: 
"z całego przebiegu procesu naszego pokazuje się, że mie- 
szkańcy Księstwa Poznańskiego i Prus Zachodnich mają 
być podzieleni na depczących i deptanych - w takim ra- 
zie uważam położenie ostatnich jako korzystniejsze, bo zo- 
stajemy zbici w jedną ścisłą masę, która się lepiej ostoi, gdy 
burza nadejdzie. Ci zaś co dziś są górą i nas depczą to bia- 
da im, a niejeden z nich będzie się zaklinał, że nie należał do 
depczących" 65. 
Z pobytem w więzieniach pruskich w czasie powstania 
styczniowego wiąże się ostatni z epizodów d2Jiałań parla- 
mentamych Su1erzyskiego. Jesienią 1863 r., w czasie, gdy 
zezwolono mu kurować się w uzdrowiskach, odbywały się 
wybory do drugiej izby sejmu pruskiego ósmej kadencji. 
Sulerzyskiega zgłoszano i, co ważniejsze, wybrano posłem 
z okręgu wyborczego lubawskiego. Wbrew nadziejom przy- 
jaciół nie umożliwiło mu to choćby krótkich odwiedzin 
w domu i stronach ojczystych, a nawet, zgodnie zresztą z 
decyzją sejmowegO' Koła Polskiego, zmierzającego do wypro- 
wadzenia zza krat równocześnie wszystkich polskich depu- 
towanych - więźniów, powrócił do celi w'berrlińskim Haus- 
Vogtei. Dopiero dwa miesiące później udało się posłom pol- 
slcim, z pomocą 1!i.beralnych deputowanych niemieckich, wy- 
dobyć kolegów z więzienia. 19 stycznia 1864 T. prezes Ko- 
ła, August Cieszkawski witał na posiedzeniu trzech cza- 
SOwo zwolnionych kolegów, a wśród nich i Sule,rzyskiego. 
I tu doszło do różnicy zdań między nim a większością ko- 
legów, którzy byli za umiarkowaniem i ostrożnymi wystą- 
pieniami w sejmie, gdy Sulerzyski uważał, iż trzeba zdecy- 
dowanie domagać się uwolnienia rodaków więzionych za 
35
>>>
-r" 


pomoc powstaniu. Ostatecznie skończyło si
 na indywidual- 
nym wystąpieniu Sulerzyskiego w ostatnim dniu sesji, po 
czym wrócił za kratki 16. 
Epizod z "zaocznym" wy.borem Sulerzyskiego na posła ma 
pewien szerszy aspekt. Jak on sam podkreślał, abrano go, 
aby ewentualnie ułatwić wyrwanie lSi
 'z wi
zienia. Oczywi- 
ście też wybór ten, w czasie gdy tl'wała powstanie, a na 
działaczy polskich w zaborze pruskim spadały represje, był 
również demanstracją patriotyczną. Dowodził on jednak i te- 
go, wbrew późniejszym narzekaniom Sulerzyskiego w Pa- 
miętnikach na jego ziemiańskie otoczenie, że jesienią 1863 r. 
cieszyć si
 an musiał wśród polskich wyborców na pałudniu 
Prus Zachodnich znaczną 'popularnością, a jego aktywne 
zaangażowanie si
 w pomac powstaniu, również wówczas, 
gdy kierowali nim czerwoni, było aprobowane. Nic dziwne- 
go, iż nad dalną Wisłą nie żałowana składkowych pienJi.
- 
dzy na pokrycie kasztów obrony współrodaków pomorskich, 
oskarżonych w procesie berlińskim, 
Po wysłuchaniu wyroku powrócił Sulerzyski, po półtora- 
rocznej nieobecności, do Piątkowa. Wa:ywany do solidarności 
z resztą skazanych, choć niechętnie, zgodził się nie apelo- 
wać od wyroku. Przed natychmiastawym zamknięciem w 
twierdzy grudziądzkiej bronił się zaświadczeniami lekarski- 
mi a złym stanie zdrowia. Kiedy jednak zapawiedziano, że 
dostawią go tam siłą, jeśli do 1 lipca 1865 r. nie stawi się 
sam, zdecydował się zostawić bez opieki majątki, aby po 
raz czwarty nie iść do pruskiego wi
:menia. Starając się 'za- 
chować pozary legalności wyjechał na kuracj
 do znanej mu 
miejscowaści kuracyjnej, Frantiskovy Lilzne, następnie, przy- 
bywszy da zdrojowisk sasImch wyprawił w Dreźnie ślub cór- 
ce Helenie i Michałowi Wybickiemu, a późną jesienią 1865 r. 
udał się do nie znanegO' mu dotąd Krakowa. Ten krok był de- 
cydujący. Wprawdzie pogarszające się stosunki Austrii z 
Prusami chrO'niły go przed wydaniem, ale stał si
 adtąd emi- 
grantem politycznym. W Krak,owie żył z pienięda:y nadsyła- 
nych mu ,przez rodzin
 z Ziemi Chełmińskiej. W tym mieście 
zbliżył się do, nielicznych zresztą, kręgów umiarkowanie de- 
mokratycznych, starał się uczestniczyć w manifestacjach pa- 
triotycznych, m.in. na Sląsku Cieszyńskim, zyskał nowy 
krąg 'znajomych. Krytycznie aceniał, ospałe naradowa i kon- 
serwatywne społecznie, stosunki 'panujące wówczas w Kra- 
kowie i Galicji 67. Zamieszkał w kamienicy przy ulicy Flo- 
riańskiej, ni,edaleko domu Jana Matejki, a ten, podabna, wy- 
kO'rzystał charakterystyczną fizjagnomię i sylwetk
 Sulerzy- 


36
>>>
skiego jako pierwowzór głównej postaci w namalowanym 
w 1866 r. obrazie Rejtan. 
W wieku siedemdziesięciu lat Sulerzyski dokonał swe- 
go ostatniego poważniejszego czynu publicznego - szybko 
spisał i wydał własnym nakładem w Krakowie w latach 
1871-1872 trzy tomiki Pamiętników. Te, napisane z pasją, 
skierowaną tak przeciw przemocy pruskiej, jak i nielojal- 
ności niektórych współziomków ze stron !rodzinnych, mocno 
subiektywne wspomnienia mają jednak poważne znaczenie 
jako źródło historyczne. 
Pamiętniki są też głównym świadectwem poglądów po- 
litycznych i społecznych ich autora, choć oczywiście, ze 
względu na późne ich spisanie, nie w pełni oddają ich kształ- 
towanie się i ewolucję. 
W sferze zjawisk gospodarczo-spolecznych N atalis Sul
 
rzyski jawi się jako liberal, aprobujący nowe, pouwłaszcz
 
niowe stosunki na wsi, liberał będący za swobodą dla ini- 
cjatyw gospodarczych, śmiałym korzystaniem z kredytów, 
ale też za stałym unowocześnianiem waJrsztatu rolnego. Był 
on zwolennikiem rozwoju oświaty ludowej, podnoszenia po- 
ziomu kultury wsi, zwalC'zania złodziejstwa i pijaństwa. Mia- 
ło to służyć większej wydajności i jakości pracy, rozbudza- 
niu i rozwijaniu świadomości narodowej, nadaniu sprawie 
jedności narodowej naczelnej pozycji, z zachowaniem przy- 
wództwa ziemiaństwa i inteligencji - co zresztą wszystko 
razem obiektywnie nie było sprzeczne z rzeczywistym inte- 
resem narodowym w warunkach niewoli. Odzywały się w 
nim nuty swoistego patriarchali7Jmu i solidaryzmu narodo- 
wego. Przy tym wszystkim trudno byłoby go zaliczyć do 
klasycznych reprezentantów "pracy organicznej", gdyż zbyt 
silnie angażował się w czysto polityczne prace niepodległo- 
ściowe. 
Jeśli chodzi o fundamenty ideowe myśli politycznej Su- 
lerzyskiego, to został on wychowany w tradycji oświecenio- 
wej, z którą, z czasem nie do końca świadomie, połączył 
elementy romantycznej :myśli politycznej. Nie było to czymś 
wyjątkowym w pokoleniu Polaków dojrzewających politycz- 
nie w drugiej ćwierci XIX stulecia. Stąd np. Sulerzyski od- 
nosił się z pewnym dystansem do spraw Kościoła i religii, 
aby z czasem aprobować tych duchownych katolickich i ich 
działania, które umacniały polskość, a pvzynajmniej zagra- 
dzały drogę wynarodowieniu. Rozbiory Polski uważał za bez- 
,rawie i zbrodnię dokonane na narodzie. Był za odbudową 
Rzeczypospolitej jako scentralizowanego, ale nie centrali- 


.1 


37
>>>
r 


, 
stycznego państwa. Miało ono mieć ustrój republikański i par- 
lamentarny, agrarną strukturę społeczną, granice z 1771 r., 
ewentualnie na zachodzie zaokrąglone jeszcze o ziemie et- 
nicznd.e polskie (np. o Górny Sląsk). Drogę do niepodległo- 
ści widział przede wszystkim poprzez wy:korzystaruie przez 
Polaków nadciągającego i nieuni!knionego, ogólnoeuropejskie- 
go konfliktu zbrojnego, który mógł mieć znamiona nie tyl- 
ko wojny między mocarstwami, ale i wstrząsów narodowych 
i społecznych. Był więc przeciwny nie ,powiązanym z sytua- 
cją międzynarodową powstaniom w Polsce, jako mającym 
zbyt małe szanse powodzenia wobec potęgi wrogów. Równo- 
cześnie jednak stał na stanowisku, że jeśli już doszło do wal- 
ki lub innych podobnych działań w którejś z części Polski, 
to wszyscy winni je bezwzględnie popierać. Był zwolenni- 
'kiem pluralizmu ideologicznego i politycznego, jako gwaran- 
ta postępu w ikrajach wolnych i suwerennych, równocześnie 
jednak, jeśli idzie o Polaków, uważał, że do czasu wybicia 
się na niepodległość winna ich obowiązywać jedność naro- 
dowa, zwłaszcza we wszystkich działaniach służących wyzwo- 
leniu. Bardzo krytycznie odnosił się do wszelkich lojalistów 
i konserwatystów, będąc za śmiałym eksponowaniem sym- 
boli swej tożsamości narodowej i występowaniem w obronie 
choćby resztek praw narodowych. Po 1863 i 1870 r., po 
trosze zapewne i dla pocieszenia siebie i bliskich, ale i z 
przesłanek racjonalnych, bardzo krytycznie oceniał Bismar- 
cka i jego politykę i to nie tylko z pozycji moralnych. Uwa- 
żał, że dokonane przez tego pruskiego polityka odgórne zjed- 
noczenie Niemiec i będące tego skutkiem zachwianie równo- 
wagi sił w Europie muszą doprowadzić do konfliktu mię- 
dzynarodowego. W tym zderzeniu potęg głównym, zwycię- 
skim przeciwnikiem II Rzeszy będzie III Republika. Owa 
wiara we F,rancję była częsta u tamtego pokolenia Polaków, 
które jeszcze nie dostrzegało nadciągającego sojuszu francu- 
sko-rosyjskiego i jego konsekwencji dla aspiracji polskich, 
a konfliktu powszechnego spodziewało się zbyt szybko. Su.;. 
lerzyski był więc optymistą co do szans narodu polskiego 
na ostateczne zwycięstwo w drodze do wolności i odrodzenia 
państwowego, licząc przy tym na wybitną rolę uświadamia- 
jącego się narodowo chłopstwa. W całości koncepcji politycz- 
nych był on dosyć bliski ba,rdziej umiarkowanemu kierun- 
kowi obozu demokratycznego Wielkiej Emigra'cji, którego 
pu!blicystyka odegrała pewną rolę w jego samo edukacji oby- 
watelskiej. 
Przy całej oryg.inalności jego osoby i względnego, wśród 


38
>>>
ziemiaństwa polskiego Prus Zachodnich, "radykalizmu", nie 
można Sulerzyskiego uważać za postać oderwaną od środo- 
wiska i czasu. Zdarzali się zresztą tutaj i inni, podobni mu 
ze. śmiałych poglądów i metod działania, jak choćby, należą- 
cy wprawdzie do następnego pokolenia, Zygmunt Działow- 
ski, współoskarżony w procesie berlińskim, późniejszy zało- 
życiel Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Sulerzyski, wła- 
śnie, poprzez pewną skrajność niektórych swych działań i wypo- 
wiedzi, po prostu bardziej wyramście oddaje ogólny kie- 
runek przemian św.iadomośc[ 'patriotycznej klasy spolecznej, 
której był członkiem &8. Kiedy po 1815 r. coraz wyraziściej 
okazywało się, iż państwo pruskie, mimo że sterowane przez 
junkierstwo, odsuwa, ogranicza i osłabia gospodarczo zie- 
miaństwo polskie na Pomorzu, z wielkim trudem przesta- 
wiające się na nowe tory gospodarowania, to wówczas aktyw- 
niejsza jego część zrozumiała, że musi się zdobyć na czyn- 
niejszą obronę. Przyjęła najróżniejsze legalne formy życia 
społecznego i politycznego, od walki o ziemię i słowo poczy- 
nając, na wyborach do parlamentu kończąc. Gdy zaszła po- 
trzeba, ocierała się nawet o konspiracyjną działalność po- 
lityczno-organizacyjną. 
Spędzając ostatnie lata życia w Krakowie w oc'zekiwaniu 
na wielki konflikt międzynarodowy, kt6ry da Polakom szan- 
sę zdobycia niepodległości, dożył Su1erzyski lat prawie sie- 
demdziesięciu siedmiu. Dnia 7 siel'pnia 1878 r. udał się, jak 
czynił to często, na ulubioną przezeń kurację wodną do p6ł- 
nocnomorawskiego uzdrowiska Lśzne Jesenik. Tam nagle za- 
słabł, ale zdążył jeszcze wezwać do siebie 'Syna i c6rkę. 
Zmarł 24 sierpnia 1878 r. Trumnę ze zwłokami przewiezio- 
no do Pluskowęs, do familijnego 'kościoła ,parafialnego i tam 
pochowano przy wieży, obok małżonek ,i dzieci. Pogrzeb był 
uroczysty, odbył się przy tym "liczny zjazd duchowieństwa, 
obywatelstwa i ludu z okolicy". Nad mogiłą przem6wił Igna- 
cy Danielewski, wówczas redaktor "Gazety Toruńskiej", 
obszerną mowę, którą opublikował potem drukiem syn 'zmar- 
łego &0, wygłosił także ksiądz Władysław Chotkowski. Za- 
brakło natomiast rodzinie energii, aby utrwalić wspomnie- 
nia o nim kamiennym pomnikiem. Trwalszą od materialnych 
śladów okazała się pamięć okolicznego ludu, a także... Pa- 
miętniki, coraz częściej wykorzystywane przez historyków 
piszących o Pomorzu w wieku XIX. 


'" '" 
'" 


39
>>>
'I 


,,[...] Sulerzyski za wcześnie oddał swoje pamiętniki pod 
prasę [...]", bo ,
[...] dla współczesnych niewiele mieszczą 
rzeczy .nieznanych, nowych, stają się ja
by rekapiiulacją wia- 
domych powszechnie wydarzeń", a nie dość, że im nie do- 
staje waloru literackiego, to jeszcze autor ,,[...] wtajemnicza 
czytelników w szczegóły swoich spraw finansowych [...]. 
Obok tego poucza agronomów orki, siewu, hodowli inwen- 
tarza, przedmioty nie spływające się z zadaniem pamiętni- 
ków, odpowiedniejsze zapiskom, dawnym silva rerum". 
Tak to surowo ocenił na łamach poznańskiego "Tygodnika 
Wielkopolskiego" wspomnienia Natalisa Sulerzyskiego, zaraz 
po ich wydaniu w Krakowie, jedyny bodajże ich ówczesny, 
a do tego anonimowy recenzent. Mógł być nim zresztą na- 
wet sam Michał Bałucki 60. 
Dzisiejszy czytelnik Pamiętników chyba jednak tych za- 
strzeżeń nie zaaprobuje i bliższy mu będzie, choć z istoty 
swej panegiryczny, fragment mowy żałobnej ksiądza Chot- 
kowskiego, wygłoszonej nad trumną Sulerzyskiego. Kazno- 
dzieja podkreślał tam m.in., że: "istny to typ ziemianina pol- 
skiego, który kord zawiesiwszy, zabiera się w późne lata do 
pisania pamiętników, ale naj ciekawszych wydarzeń, tok opo- 
wiadania przerywa, aby wpleść spostrzeżenia jakieś gospo- 
darskie lub doświadczenia w roli" 01. Właśnie obfitość szcze- 
gółów z działalności gospodarskiej i gospodarczej, a także 
życia codziennego ziemiaństwa chełmińskiego i jego oby- 
czajowości podnoszą walor tych wspomnień, jako że polskich 
pamiętników z wieku XIX jest bardzo dużo, ale zdecydowana 
ich większość opisuje przede wszystkim wydarzenia poli- 
tyczne, wojskowe i wojenne, wreszcie życie salonów i wy- 
padki towarzyskie, lecz na ogół niewiele uwagi poświęca 
codzienności życia ziemiańskiego na prowincji, zwłaszcza na 
kresach północno-za'chodnich. Oddzielnej analizy warte by- 
łyby, rozrzucone po tych wspomnieniach, wiadomości o me- 
todach leczenia i odibywania modnych kuracji w uzdrowi- 
skach Europy Srodkowej. Podobnie pouczające mogłoby się 
oka'zać, dla niektórych szefów wielkich gospodarstw rolnych, 
zapoznanie się z doświadczeniami gospodarskimi Sulerzy- 
skiego. Inna całkiem sprawa to fakt, że Pamiętniki należą 
do nielicznych obszerniejszych, pełnowartościowych wspo- 
mnień pisanych przez Polaków z ziem pomorskich, zwanych 
wówczas w języku administracyjnym Prusami Zachodnimi. 
Są przy tym wspomnieniami obejmującymi prawie trzy pier- 
wsze kwartały XIX wieku, a jeśli uwzględnić tradycję rodzin- 
ną, to i całe stulecie od I rozbioru Polski po powstanie 


40
>>>
styczniowe i zjednoczenie Niemiec w II Rzeszę. I to jest dru- 
gi zasadniczy walor tych Pamiętników, wręcz nakazujący ich 
ponowne udostępnienie współczesnemu czytelnikowi. Infor- 
mują one bowiem, z polskiego punktu widzenia, o sprawach, 
o których monopol pisania miała raczej strona niemiecka. 
Przy tym czytelnik polski. a już zwłaszcza spoza Pomorza, 
nawet z wykształceniem historycznym, miał i ma nadal o 
tych sprawach nader mgliste pojęcie. Z Pamiętników poznać 
można ,w sposób niejako namacalny, jak wyglądała na co 
dzień w zaborze pruskim, jeszcze przed Komisją Koloni- 
zacyjną i Hakatą, walka o ziemię i o świadomość narodową 
ludu. 
Wszystkie właściwie pamiętniki spisywane są z chęci pozo- 
stawienia potomności pozytywnego konterfektu ich autora, 
a przynajmniej zinterpretowania wydarzeń, w których piszą- 
cy uczestniczył lub je oglądał, oraz ocenienia osób, z któ- 
rymi się stykał, w sposób przezeń uznany za najwłaściwszy. 
Część takich wspomnień spisywana jest w celu zaatakowania 
spraw i ludzi znienawidzonych lub obrony zagrożonych, co 
jeszcze zwiększa ich subiektywność. Żaden zresztą pamię- 
tnik nie jest od niej wolny, i to właśnie często podnosi ich 
walor jako lektury. 
Natalis Sulerzyski przystąpił do spisywania swych wspo- 
mnień pod wpływem trosk i wzburzenia, jakie wywoływały 
w nim wieśd o stopniowym upadku majątków, których do- 
robił się w trakcie swego pracowitego życia, a także nie- 
przychylnych opinii rozsiewanych o nim przez dawnych zna- 
jomych. Może tę jego pasję pogłębiały wątpliwości co do 
słuszności decyzji o udaniu się na dobrowolną emigrację 
do Krakowa, na co pośrednio wskazywałyby zbyt częste za- 
pewnienia w tekście Pamiętników o tym, jak to się dobrze 
czuje na owym wygnaniu. Niewątpliwie moty,wem spisa- 
nia wspomnień była u niego chęć pozostawienia świa- 
dectwa prawdzie o dyskryminacji Polak6w Ii polskości na 
Pomorzu oraz o budzeniu się tam i umacnianiu ducha naro- 
dowego. Należał przy tym Sulerzyski do tej mniejszości 
wśr6d polskiego ziemiaństwa, która trzeźwo oceniając po- 
litykę zaborców wobec ich polskich poddanych, uważała, iż 
jest "fałszywą maksyma obywateli polskich, cierpliwie zno- 
sić krzywdy", 'bo "walczyć .z odwiecznymi wrogami naszy- 
mi, to nasze dziejowe przeznaczenie i zakończyć się musi ta 
walka straszną katastrofą, po której dopiero zbratanie lu- 
dów nastąpi" 62. 
Sulerzyski pisał swe wspomnienia z pasją, szybko. Nie 


41
>>>
r- 


I" 


zawsze był ścisły w chronologii, be2Jl)ardonowo włączał do 
nich inne, własne i cudze, wcześniej publikowane teksty. 
Jak we wprowadzeniu zapewnia, od dosyć dawna, zwłaszcza 
po 'przejściach związanych z powstaniem styczniowym, no- 
sił się z 'zamiarem skreślenia wspomnień, ale Pamiętniki 
zaczął spisywać dopiero 1 maja 1871 r., jak na to wskazują 
podane przezeń w tekście daty, zakończył 7Jaś, prawdopodob- 
nie, dokładnie w rok później. Pracę tę znacznie mu ułatwia- 
ło curriculum vitae 88 spisane wcześniej, w pierwszych 
dniach sierpnia 1860 r., w Piątkowie. Był to rodzaj życio- 
rysu, przeznaczony dla władz pruskich, gdy wraz z Ignacym 
Łyskowskim i Leonem Czarlińskim wylbrano go jako jedne- 
go z kandydatów na landrata brodnickiego. Natomiast przy 
opisie swego udziału w procesie moabickim Sulerzyski po 
prostu większą część, zresztą naj obszerniejszego w całych 
Pamiętnikach roroziału XVI wypełnił dosłownie przedru- 
kowanym stenogramem swych wystąpień przed berlińslcim 
Kammergerichtem 84. 
Bodstawą obecnego, nowego wydania Pamiętników jest ich 
pierwotne, trzytomowe wydanie z 1871 r. (tom III, być mo- 
że, faktycznie został wydrukowany w 1872 r.) Wydawcy nie 
udało się odnaleźć 
 mimo prób pOodejmowanych przede 
wszystkim w bibliotekach krakowskich - rękopisu wspom- 
nień, ani ustalić żadnego szczeg6łu co do jego losu. To jed- 
nak nie wyklucza całkowicie możliwości jego przetrwania po 
czasy współczesne. Wydanie pierwsze opublikowane zostało 
nakładem własnym autora. Nakład musiał być mały, za- 
pewne nie przekraczał dwustu lub trzystu egzemplarzy każ- 
dego 'Z tomów. Sulerzyski między przyjaci6łmi i znajomymi 
ro2Jl)isał rodzaj prenumeraty, co mu zapewne zwróciło część 
kosztów wydania. Zgłosiło się w sumie tylko dziewięćdziesię- 
ciu pięciu prenumeratorów, którzy zakupili sto dziewięć 
egzemplarzy Pamiętnika. Byli wśród nich syn i córka, da- 
leki krewny - Walery Sulerzyski 'z Górek Zagajnych, Ale- 
ksander Sulerzyski z Bydgoszczy, Seweryn Mielżyński, Alek- 
sander Guttry, nieco obywateli z Ziemi Chełmińskiej - da- 
wnych przyjaciół autora lub ich dzieci, ale przede wszy- 
stkim nowi znajomi krakowscy i galicyjscy 85. 
Pierws'zy tom Pamiętników Sulerzyski drukował w kra- 
kowsklim domu wydawniczym Władysława Jaworslciego, któ- 
ry był kontynuacją Księgarni i Wydawnictwa Dzieł Kato- 
lickich, Naukowych i Rolniczych Walerego Wielogłowskiego. 
Natomiast tomy drugi i trzeci odbił w krakowskiej drukar- 
ni Wincentego Korneckdego i SpóUci. Kornecki nabył tę 


,I! 
I 


II! 


42 


... 


-
>>>
drukarnię na rok przed publikacją Pamiętników 66. Jaki był 
powód zmiany drukarni w trakcie wydawania książki, trud- 
no dzisiaj wyjaśnić. Magły ta być również względy natury 
ideowej, gdyż firma Jaworskiego miała, jeśli idzie o profil 
wydawniczy, charakter klerykalny i 'zachowawczy, nato- 
miast Kornecki, powstaniec z 1863 r., był człowiekiem po- 
stępowym i śmiało drukował wydawnictwa niechętnie wi- 
dziane przez konserwatywne władze gaHcyjskie. Jednakże 
magły tu wchodzić w rachubę bard7Jiej prozaiczne czynni- 
ki, jak chaćby niższe kaszty druku U Karneckiego lub też 
równoczesne tłaczenie kalejnych tarników w dwóch dru- 
karniach. 
Zamiana dTukaTni w trakcie publikowania dzieła spowo- 
dowała na granicy tarnów pierwszego i drugiego pamylenie 
numeracji rozdziałów, w rezultacie czega w wydaniu pie,r- 
wotnym są dwa rozdziały VIII. Jest tam w ogóle dużo błę- 
dów 'Ortograficznych i korektorskich. Świadczy ta adasyć 
pospiesznym i opartym na nie dapracawanym rękapisie dru- 
ku, a także a niezbyt uważnej 'korekcie. Te braki edytarskie 
wpłynęły na farmę abecnega wydania Pamiętników.. Sta- 
rając się trzymać 'Przyjętych zasad publikowania palskich 
tekstów naw'Ożytnych, decydowano się niejednakrotnie na 
uwspółcześnienie farmy zapisu tekstu. Zmodernizawana in. 
terpunkcję, ale starana się, w miarę mażliwaści, zachawać 
specyficzne cechy języka Sulerzyskie.go, jeśli idzie o słownic- 
two, w części nawet artagrafię i składnię. Cytaty niemiec- 
kie i łacińskie rozwią'zana w przypisa.ch objaśniających. 
W nich też i w indeksie sta,rano się dać krótkie informacje co 
da miejsc i 'Osób występujących w Pamiętnikach. 
O ile 'Osoba Natalisa Sulerzyskiega, jak datąd, nie budzi- 
ła szczególniejszega zainteresowania historyków 67, o tyle 
Pamiętniki jega od dawna były wykorzystywane przez ba- 
daczy, a ich fragmenty dwukratnie przedrukowywano 68. 
Obecnie są 'One jednak wielką rzadkaścią, nie ma ich w 
wielu poważnych bibliotekach i ta również zachęciła Wy- 
dawnictwa i wydawcę da ich wznowienia. W obecnym, dru- 
gim z kolei wydaniu, dokonana kilku skrótów w stosunku 
do. edycji krakawskiej. Opuszczona mianowicie te fragmen- 
ty, w których Sulerzyski pa prostu przedrukował dosłownie 
współczesne mu, publikawane już wówczas, dakumenty po- 
lityczne, nie mające bezpaśredniega związku z jego dzia- 
łalnością. A więc paminięta w 'Obecnym wydaniu: 
1) tekst krakawskiega Mandfestu Rządu Narodawega z 22 
lutego 1846 r. (t. 1, s. 173-176); 


43
>>>
2) :słynną mowę Ludwika MierosławskiegO', wygłoszoną 3 
:i 5 sierpnia 1847 r. w Maabicie (t. 1, s. 185-203); 
3) cuTiculum vitae spisane przez Sulerzyskiego po nie- 
miecku w końcu lipca i na początku sieI1Ilia 1860 r. (t. 2, 
s. 181-233); 
4) protokoły zeznań i wyJpowiedzi na procesie berlińskim 
1864 r. ,czterech współoskaxżonych: TeodOTa JackowskiegO', 
Edmunda Calliera, Bolesława Chotomskiego i WalentegO' 
Połczyńskiega (t. 3, s. 126-151), oraz 
5) wykazy prenumeratarów (t. 2, s. I-IV, s. 1 nlb - :na 
kańcu woluminu). Opuszczenia te odnotowano w przypi- 
sach 09. t: -... 
W wydaniu niniejszym odstąpiona od niektórych zasad 
przyjętych przy wydawaniu tekstów historycznych w publi- 
kacjach naukowych dostosO'wując je do charakteru serii, 
w 'ramach której dzieło to ukazuje się. 
Pamiętniki, wznawiane w ponad 'sto lat od ich pierwsze- 
gO' wydania, mimO' ich subiektywności, a czasami nawet za- 
cietrzewienia, po 'konfrantacji z innymi źródłami araz wy- 
nikami badań historyków oceniane być muszą jako praw- 
dziwe świadectwo życia N atali:sa Sulerzyskiego - człowie- 
ka przedsiębiorczego, ale przede wszystkim dobregO' Pola- 
ka, jednegO' z tych, którzy bronili w najtrudniejszych cza- 
sach polskości ziem pomorskich. 
\. 
.0 
'(/, 
./ 
...t 
.tr 
r
 


1 


II; 


:1 
l! 
I I 
I, 


, ' 


Ijj 


, 
i l 
1\' 


I'; 


II 


III 
II, 
I 
I 
II' 
i 


II j 
! 
li 
/I 


II 


II 


I 

 ,\ł) , C ",-- 
..... 
 ) 
:::.1 . 
-- , 
.-" 
.. 

\ 
t . 


f__ 
,-,..1 


r
>>>
PRZYPISY 


1 N. Sulerzyski: Pamiętniki..., byłego posla ziemi pruskiej na 
sejm berliński t. 1, Kraków 1871, s. XIV. 
2 Dokładne odtworzenie genealogii rodziny Sulerzyskich nie 
jest, jak się wydaje, możliwe. O zachowanych materiałach ro- 
dzinnych nic autorowi tych uwag nie wiadomo. Źródło najpew- 
niejsze - księgi metrykalne parafii w Pluskowęsach koło Ko- 
walewa, gdzie od XVIII w. wpisywano Sulerzyskich, zostaly 
w czasie II wojny światowej zabrane przez okupantów niemiec- 
kich i powróciły tylko ich szczątki. Z wydawnictwa: Diecezja 
chełmińska. Zarys historyczno-statystyczny Pelplin 1928, s. 301, 
wynika, iż zachowane były księgi chrztów od 1759 T., a mał- 
żeństw i zgonów od 1801; natomiast wg relacji obecnego pro- 
boszcza parafii pluskowęskiej, ks. Franciszka Wojnowskiego, zło- 
żonej autorowi w dniu 4 sierpnia 1979 r., po wojnie powróciły 
tylko księgi zawierające zapisy od 1884 r. Toteż rekonstrukcja 
genealogii rodziny Natalisa możliwa jest jedynie w oparciu o nie 
zawsze ścisłe wiadomości, zawarte w jego Pamiętnikach, uzu- 
pełnione nieco fragmentaTycznymi informacjami innego pocho- 
dzenia, głównie z opracowań dotyczących spraw majątkowych. 
8 l. K. Milewski: Herbarz Kraków 1870, s. 401; E. Żernicki- 
-Szeliga: Der polnische Adel und die demselben hinzugetretenen 
anderstiindichen Adelsfamilien. 6eneral- V erzeichniss, von... t. 2, 
Hamburg 1900, s. 398; J. Krzepela: Rody ziem pruskich, zesta- . 
wił... Kraków 1927, s. 72, 208; Polska Encyklopedia Szlachecka 
t. 11 i 12, Warszawa 1938. 
4 Piątkowo, folwark i wieś, położone na północny wschód od 
Kowalewa, nieco na uboczu głównych dróg, należy do parafii 
w Pluskowęsach. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pocho- 
dzi z 1409 r., choć mogła istnieć ona już wcześniej. W średnio- 
wieczu Piątkowo stało się własnością rycerską. Przez większą 
część XVIII w. należało do Pawłowskich. Od braci Andrzeja 
i Wincentego Pawłowskich odkupili te dobra, kolejno w dwóch 
częściach: Franciszek, a następnie jego syn, Wincenty Sulerzyscy 
w latach 1787, względnie 1788 i 1789. Liczyły one wówczas 10 
dymów (zagród). W 1801 r. do Piątkowa przyłączono sąsiadują- 
cy majątek Dylewo (wzmiankowany już w 1310 r.), liczący 5 
dymów oraz przysiółek Poddylewo. W 1867 r. majątek piątkow- 
ski, łącznie z dylewskim odkupiła za 185 tys. talarów Klotylda 
Działowska, z domu hrabianka Sierakowska. Majątek ten miał 
wówczas, po kolejnych zaokrągleniach, 925,66 ha (943 ha u schył- 
ku stulecia) ziemi, w tym 768 ha gruntów ornych. W 1868 r. 
było w Piątkowie 16 dymów, 48 budynków, 243 mieszkańców, 
wyłącznie katolików - Polaków. W 1882 r. właścicielką Piątko- 
wa została Lucja Katarzyna Antonina Gajewska, z domu Dzia- 
łowska, następnie, w 1895 r. Maria Potocka z domu Gajewska 
(1875-1927) z Turzna, zamężna z hrabią Oswaldem Potockim 
(1866-1920). Po Potockiej odziedziczyła Piątkowo pułkownikowa 


45
>>>
Iwanowska, z domu Gajewska, mająca jedyną córkę. W 1939 r. 
majątek ten zabrali Niemcy (księgozbiór spalono w 1945 r.). 
Obecnie znajduje się w nim PGR. Do dzisiaj, dzięki solidnej bu- 
dowie, zachowały się w Piątkowie w niezłym stanie: park dwor- 
ski, domy mieszkalne inne zabudowania. 
Por.: Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych kra- 
;ów slowiańskich t. 2 i 8, Warszawa 1881-1887; H. Plehn: 
Ortsgeschichte des Kreises Strassburg in Westpreussen, von... 
Konigsberg 1900, s. 91-92; Słownik geograficzny państwa pol- 
skiego i ziem historycznie z Polską związanych t. 1, Warszawa 
1938, s. 1261; Słownik historyczno-geograficzny Ziemi Chelmiń- 
skiej w średniowieczu Wrocław 1971, s. 30, 96; oraz relacja 
organisty w Pluskowęsach od 1918 r. Władysława Piątkowskiego 
złożona 4 sierpnia 1979 r. i inskrypcje nagrobne na cmentarzu 
pluskowęskim. 

 Wincenty Sulerzyski przedstawiony jest w Pamiętnikach sy- 
na jako sympatyczny, nieco konserwatywny flegmatyk, zdomi- 
nowany przez energiczną małżonkę. Zdaje się jednak, że nie 
tylko "zeuropeizował" on - pod naciskiem teściowej Mieroszew- 
skiej - swój strój, ale i poglądy, i postawę. Nie jest wykluczo- 
ne, że był libertynem, może też masonem. W każdym razie do 
dzisiaj mieszkańcy Pluskowęs opowiadają, że Wincenty, ze 
względu na dwuznaczną przeszłość, po pochowaniu jego zwłok 
pod posadzką kościoła parafialnego, po prawej stronie prezbi- 
terium, miał "straszyć". Ostatecznie, któryś z kolejnych probo- 
szczów z kościelnym mieli wyjąć spod posadzki trumnę z pro- 
chami Wincentego, zawieźć do lasu dylewskiego i tam pocho- 
wać, być może w miejscu, gdzie dziś stoi ogrodzony krzyż przy 
szosie brodnickiej. Pewne w tym jest tylko to, że taka opinia 
o ojcu Natalisa jest przekazywana. Dodać jeszcze można, że 
skromne, owalne, marmurowe epitafium z napisem: "Za duszę 
Wincentego Sulerzyskiego proszę o Zdrowaś Maria", umieszczone 
na południowej ścianie wewnątrz prezbiterium gotyckiego ko- 
ścioła w Pluskowęsach, do niedawna było zastawione przez kla- 
sycystyczną ławę kolatorską i chyba zamalowane. 
8 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1, s. 22. 
7 H. Plehn: dz. cyt., s. 304, podaje, że w 1838 r. - 3/4, a w 
1848 r. - 5/8 dóbr ziemiańskich należało w ówczesnym, dużym 
powiecie brodnickim do szlachty polskiej. 
8 Do Jana Wybickiego (1782-1852) i jego rodziny miało w la- 
tach trzydziestych-czterdziestych XIX w. należeć w Brodnickiem 
dziewięć dużych majątków, tj. łącznie około 5960 ha ziemi. 
R. Łazęga [A. Chudziński]: Brodnica między r. 1819 a 1863. 
Szkic kulturalno-historyczny, według opowiadania ży;ącego ;e- 
szcze świadka spisał..., "Roczniki Towarzystwa Naukowego w 
Toruniu" 1898 R. 5, s. 95. 
u N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1, s. 40. 
10 Tamże, t. 1, s. 42-44. 
11 Matrikel des Gymnasiumus zu Thorn von 1600 bis 1817. Rę- 
kopis. Książnica Miejska w Toruniu; S. Salmonowicz: Toruńskie 
6imnaz;um Akademickie w latach 1681-1817. Studium z dzie- 
jów nauki i oświaty Warszawa-Poznań 1973, s. 351-379. 
12 S. Salmonowicz: dz. cyt., s. 379, podaje, że Natalis Sule- 
rzyski ukończył szkołę toruńską jako prymus dopiero w 1820 r., 


46
>>>
ale zaprzecza temu sam bohater. Wyliczenie kolejnych lat jego 
edukacji wskazywałoby raczej na koniec 1818 lub 1819 r. Być 
może w 1820 r., po przerwie, uzyskawszy zgodę ojca na studia, 
złożył maturę w Toruniu, jeśli ją w ogóle (zgodnie z przepisami 
z 1788 i 1812 r., z których pierwsze próbowano wykonywać je- 
szcze przed 1807 r.) w tych latach odbywano. Generalnie chro- 
nologia życia Sulerzyskiego trudna jest do ścisłego odtworzenia, 
bo i jego Pamiętniki wiele pod tym względem pozostawiają do 
życzenia, a innych źródeł jest niedużo. 
18 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. s. 48. 
14 K. Libelt: Zywot Jędrzeja Moraczewskiego i zdanie Joachi- 
ma Lelewela o Dziejach Rzeczypospolitej Polskiej Jędrzeja Mo- 
raczewskiego Poznań 1855; Polski Słownik Biograficzny t. 21, 
Warszawa 1976, s. 682-684. 
16 Die Matrikel der Universitiit Heidelberg. Filnfter Teil von 
1807 bis 1904... Heidelberg 1904, s. 242. 
16 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. 
17 O tym, jak układały się stosunki między ziemiaństwem, a 
ludnością wiejską na Ziemi Chełmińskiej w latach trzydzie- 
stych XIX w. może świadczyć następujący, dosyć chyba cha- 
rakterystyczny incydent, do którego doszło pod koniec czwar- 
tego dziesiątka lat w Piecenie, w powiecie brodnickim. Otóż 
ziemia w tej wsi (ponad 400 ha) należała do chłopów, ale gdy 
ci nie chcieli płacić czynszów, ówczesny wieloletni landrat brod- 
nicki, naj bogatszy ziemianin w powiecie, wkrótce później teść 
Natalisa - Jan Wybicki, kazał ich po prostu przepędzić. Chło- 
pi - przyczyną ich oporu była zapewne odmowa uwłaszcze- 
nia - dowiedziawszy się, że właśnie będzie przez tę okolicę prze- 
jeżdżać pruski następca tronu, książę Fryderyk Wilhelm, stro- 
jący się w piórka liberała, zebrali się i złożyli na jego ręce 
prośbę o cofnięcie tej eksmisji. Niczego jednak to nie dało, może 
poza poderwaniem w tamtej okolicy dosyć powszechnej na tym 
terenie, aż po Wiosnę Ludów, wiary polskiej ludności chłopskiej 
w przychylność Hohenzollernów. 
Por.: R. Lazęga: dz. cyt., s. 94. 
O skomplikowanym i przeprowadzanym kosztem chłopów pro- 
cesie przechodzenia wsi pomorskiej i chełmińskiej na tory go- 
spodarki kapitalistycznej piszą: J. Wojtowicz, S. Wolański: Uwla- 
szczenie chłopów na Pomorzu Gdańskim. W: Szkice z dziejów 
Pomorza t. 3. Warszawa 1961, s. 5-28. 
18 W Pluskowęsach opowiadał 4 sierpnia 1979 r. Anastazy 
Gorzka, dawniej kowal w Piątkowie, że jeszcze w okresie mię- 
dzywojennym pamiętano o Natalisie Sulerzyskim. Gorzka, jako 
młody człowiek słyszał, bodajże w 1932 r., od sędziwego wów- 
czas Bartkiewicza, iż gdy Sulerzyski przychodził doglądać bu- 
dowy wielkiej stodoły stawianej koło Radowisk Wielkich (nabył 
on majątek w Radowiskach Małych w 1952 r.), przez cieślów 
Królikowskich z Torunia, częstując wszystkich obecnych tabaką, 
a ,trzymając otwartą tabakierkę wołał: "Do kościółka, do kościół- 
ka". W ogóle budował wiele i to nie tylko na własny użytek. 
Do dzisiaj np. "na plebance" w Pluskowęsach stoi duża obora, 
przezeń wzniesiona. Obecnie znajduje się ona w posiadaniu 
Państwowego Funduszu Ziemi. 


47 


- 


,.j
>>>
lU N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. 
20 Dwór, któremu obecni gospodarze zdeformowali nieco syl- 
wetkę kryjąc eternitem dachy, i park w Piątkowie, nie są 
wzmiankowane w ogóle ani w Katalogu zabytków sztuki w Pol- 
sce t. 11, z. 19, Warszawa 1967, ani w Zabytkach architektury 
województwa bydgoskiego Bydgoszcz 1974, co pokazuje, jak ciągle 
zapóźnione i niewłaściwe są kryteria stosowane przy inwenta- 
ryzacji zabytków sztuki XIX w. 
21 H. Plehn: dz. cyt., s. 91-92, 61, 97, 100. 
21 Natalis Su1erzyski po raz pierwszy ożenił się dopiero w 
trzydziestym szóstym roku życia, a więc gdzieś w 1836 r. z Iza- 
bel1ą z Czapskich z Sumowa, córką Tomasza, urodzoną l maja 
1815 r. Urodziła ona mu córkę, ale niemowlę zmarło na zapa- 
lenie mózgu. 6 grudnia 1837 r. zmarła i matka "po ciężkiej 
piersiowej chorobie". Po raz wtóry ożenił się Natalis w 1840 r. 
z Leonardą z Wybickich, córką Jana, urodzoną 6 lutego 1821 r. 
Zmarła ona 14 maja 1860 r. Dane dotyczące żon Natalisa pocho- 
dzą z marmurowych krzyżów nagrobnych, stojących na grobow- 
cu rodzinnym przy południowej ścianie kościoła w Pluskowęsach. 
.sulerzyski miał z Leonardą sześcioro dzieci, które nawet nie 
wszystkie znamy z imienia. Pierworodny, ukochany syn urodził 
się w 1841 r. i gdzieś z początkiem 1846 r. zmarł na odrę. Na- 
iitępne dzieci, o których coś wiadomo, to: córka Helena - póź- 
niejsza żona Michała Wybickiego, syn Wacław ur. w 1844 r., 
który do 1875 r. gospodarzył w Pułkowie Małym, później zaś, 
.ożeniwszy się z panną z Królestwa, tam się przeniósł i zmarł 
8 stycznia 1903 r. w Szydłowie. 
Por. "Gazeta Codzienna". "Gazeta Toruńska" 1903 R. 39, nr 9. 
W 1846 r. przyszła na świat Wanda, która zmarła pod koniec 
listopada 1862 r., a w marcu 1848 r. urodziła się Wiktoria, tak 
nazwana na cześć spodziewanego zwycięstwa rewolucji, zeszła 
.ona z tego świata jeszcze przed 1860 r. 
28 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. 
24 W. Look: Gimnazjum chojnickie w czasach zaboru prus- 
kiego w XIX i na początku XX w. W: Księga pamiątkowa 
400-lecia toruńskiego Gimnazjum Akademickiego t. 3, Toruń 1974, 
.s. 157. 
2S A. Mańkowski : Odrodzenie narodowe Pomorza. W: Ruch 
niepodległościowy na Pomorzu Toruń 1935, s. 46; Pomorze Gdań- 
.skie 1807-1850. Wybór źródeł Wrocław 1958, s. LXV; P. Boh- 
ning: Die nationalpolnische Bewegung in Westpreussen 1815- 
-1871. Ein Beitrag zum Intergrationsprozess der polnische Na- 
tion, von.... Marburg n. Lahnem 1973, s. 29. 
26 O pobycie internowanych wojsk polskich na przełomie 1831 
i 1832:{. na Powiślu napisano już wiele. Wymienić tu można: 
:8. Mikos:.. Uczestnicy powstania listopadowego internowani na 
terenie Po1'ft,o.rza Gdańskiego w latach 1831-1833 "Rocznik Gdań- 
ski" 1963 R. 22;
....157-192; R. Morcinek: Uczestnicy powstania 
listopadowego 1831 r. w Elblągu ł na Powiślu. "Rocznik Elblą- 
ski" 1963 R. 2, s. 185-215; H. Kocój: Losy żołnierzy z oddzia- 
łów Chłapowskiego, Rolanda i Rybińskiego po przekroczeniu 
granicy pruskiej 'W 1831 r. "Studia i Materiały do Historii Woj- 


48
>>>
skowości" 1968 R. 14, s. 183-191; H. Kocój: Niemcy a powsta- 
nie listopadowe. Sprawa powstania listopadowego w niemiec- 
kiej opinii publicznej i w polityce pruskiej 1830-1831. Warsza- 
wa 1970, s. 149. 
:27 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. 
23 S. Kieniewicz: Konspiracje galicyjskie 1831-1845 Warsza- 
wa 1950; Pamiętniki spiskowców i więźniów galicyjskich w la- 
tach 1832-1846 Wrocław 1954, s. X. 
2
 P. Bi5hning: dz. cyt., s. 33-34. 
30 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1, s. 98-107 oraz A. Barszczewska, 
J. ,smiałowski: Z dziejów partyzantki Józefa Zaliwskiego w roku 
1833 w Królestwie Polskim "Studia i Materiały do Historii Woj- 
skowości" 1961 R. 7, s. 225-305; S. Kalembka: Z tradycji walk 
narodowo- i społeczno-wyzwoleńczych Ziemi Dobrzyńskiej (1793- 
-1945). W: Z dziejów Ziemi Dobrzyńskiej Toruń 1966, s. 27-29; 
W. Djakow, A. Nagajew: Partyzantka Zaliwskiego i jej pogłosy 
(1832-1835) Warszawa 1979, s. 37-40; Społeczeństwo polskie 
i próby wznowienia walki zbrojnej w 1833 roku Wrocław 1984, 
s. 326-329, nn. 
31 Tylko w 1826 r. wystawiono w Prusach Zachodnich na 
przymusową wyprzedaż 138 majątków (najwięcej, bo 147 licy- 
tacji sądowych było w 1827 r., ale i w 1835 r. było 35 takich 
przypadków). A kiedy w 1828 r. z woli króla otwarto specjalne 
krerlyty dla wsparcia gospodarki junkierskiej w Prowincji Pru- 
sy, w ogólnej wysokości 1430 tys. talarów, to z tego ok. 1200 tys. 
spłynęło na Prusy Wschodnie, gdzie, jak wiadomo, polskiego 
ziemiaństwa nie było, a z pozostałych na Prusy Zachodnie 
230 tys., Polacy uzyskali około 45 tys., choć stanowili więcej niż 
połowę ogółu tamtejszych właścicieli majątków ziemskich. 
Por. P. Bi5hning: dz. cyt., s. 55. 
88 T. Esman: Bydgoszcz na tle wypadków 1846 roku "Arkona" 
1947 R. 2, nr 5/6, s. 10-11; nr 7/8, s. 19; A. Bukowski: Rok na 
Pomorzu "Jantar" 1948 R. 6, s. 117. . 
38 O organizacjach patriotyczno-samokształceniowych młodzie- 
ży pomorskiej wiele napisano, ale ich początków w pełni nie 
wyjaśniono. Pisali m.in. - J. Karnowski: Filomaci pomorscy 
Toruń 1926; tenże: Pogląd historyczny na genezę i rozwój kółek 
filomackich "Mestwin" 1926, nr 16, s. 127-129. Najtrafniej rzecz 
ujął P. Chmielecki: Gimnazjum chełmińskie w okresie zaboru 
1837-1920 Bydgoszcz 1970. Wykazał on, iż pierwsza polska orga- 
nizacja patriotyczna w szkole chełmińskiej nazywała się "Po- 
lonia" i przenoszenie na nią nazwy Towarzystwa Filomatów jest 
ahistoryczne (s. 51-61). Por. także W. Look: dz. cyt., s. 256. 
IH Pełnego i pewnego obrazu przygotowań powstańczych i wy- 
padków z przełomu 1845-1846 w Prusach Zachodnich dotąd 
nie ma, choć pisali o tym m.in. - A. Bukowski we wstępie do: 
Pomorze Gdańskie 1807-1850, s. LXVII-LXXIII oraz T. Cie- 
ślak: Walka chłopów pomorskich o wyzwolenie spoZeczne i na- 
rodowe w latach 1845-1848 Warszawa 1955. 
85 H. Plehn: dz. cyt., s. 314; W. M. [W. Madejski] : Lata 
1846-48 w Chelmnie "Mestwin". 1927 R. 3, nr 11, s. 86; M. Lau- 
bert: Das Ergebnis der polnischen Aufstandsversuche im Regie- 
rungs-Bezirk Marienverder 1846 "Weichsełland" 1938 R. 37, 
s. 7-9; S. Kieniewicz: Społeczeństwo polskie w powstaniu po- 


4 - Pamlętniltt... 


49
>>>
znańskim 1848 roku Warszawa 1960, s. 79, 85; P. Bohning; dz 
cyt., s. 65-69. 
30 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1, s. 185-203. 
87 Bardzo wymowna jest tu opinia osoby dobrze w tych kwe- 
stiach poinformowanej - prezydenta obwodu rejencyjnego kwi- 
dzyńskiego - von Nordenflychta, zawarta w jego raporcie z 
13 maja 1848 r. do ministra spraw wewnętrznych Prus von 
Auerswalda: "wahrend bis dahin die Sympathie fUr Wieder- 
herstellung eines Polenreiches fa'St aus'Schliesslich nur auf den 
Adel und auf die unmittelbar von diesem abhangenden Perso- 
nen, sowie auf einem Teil der Biirger,schafIt der kleinen Stiidte sich 
beschrenkte, die grosse Masse der Uindlichen Besitzer (tj. chło- 
pów gospodarzy) sich hingegen davon fern hielt, kann man heu- 
te annehmen, dass alles was sich zum polnischen Stamme zahlt, 
von der Idee des Polenthumes durchdrungen und die Erreichung 
die'ses Ziels mit Gut und Blut zu erringen entschlossen ist". 
... Cytowane za P. Bohningiem: dz. cyt., s. 75. Por. także S. Gier- 
szewski: Das biiurliche Problem im Gebiet Pomorze-Gdańsk am 
Vorabend und in der Zeit des VOlkerfrilhlings. "Nordharzer Jahr- 
buch" 1978, s. 81-86. 
88 B. Heym: Geschichte des Kreises Briesen und seiner Ort- 
schaften Briesen 1902, s. 159. 
89 W M. W. Madejski: dz. cyt., s. 87; l. Koberdowa: Polska 
Wiosna ,Ludów Warszawa 1967, S. 97. 
40 Chronologia i przebieg wydarzeń politycznych na Ziemi 
Chełmińskiej między 20 marca a 4 kwietnia 1848 r. nie są do 
końca ściśle us1;alone. Wynika to z jednej strony ,z niedostatku 
lub ogólnikowości dostępnych źródeł, a z drugiej strony z du- 
żej dynamiki i złożoności wydarzeń. 
Por.: S. Kieniewicz: dz.: cyt., s. 196-198; P. Bohning, dz. cyt., 
s. 70-72; W. J. Orr (jr.): Westpreussen und die Revolution von 
1848 "Beitrage zur Geschichte Westpreussens" 1980, nr 6, s. 168- 
171. 
41 Pomorze Gdańskie, s. LXXVII, 377, 381-382. 
41 Druk ulotny z tekstem tej odezwy znajduje się w zbio- 
rach Towarzystwa Naukowego w Toruniu, przechowywanych w 
Książnicy Miejskiej. Odezwę tę przedrukowała też poznańska 
"Gazeta Polska" 1948 nr 11, s. 40-41 i na niej oparto się przy 
wydaniu Wyboru tekstów 
ródłoW'IJch z historii Polski w latach 
1795-1864 Warszawa 1956, s. 609-610. Por. także Pomorze Gdań- 
skie, s. 375-377. 
4a Część publikacji domyślnie kwalifikuje tę odezwę jako nie- 
co późniejszą od poprzednio wymienionej. Natomiast P. Boh- 
ning: dz. cyt., s. 70, redakcję tego tekstu łączy z uformowaniem 
się pierwotnego składu Tymczasowego Komitetu Narodowego 
Prus Zachodnich, co nastąpić miało już 25 marca. Faktem jest, 
że z podpisanych pod tym dokumentem programowym ośmiu 
osób, będących swego rodzaju reprezentacją wszystkich warstw 
społeczeństwa polskiego Prus Zachodnich, pod odezwą z 29 mar- 
ca znalazło się tylko nazwisko Sulerzyskiego, a zabrakło innych, 
wybranych na zjeździe w Wąbrzeźnie, co przemawiałoby raczej 
za jej wcześniejszym powstaniem. Równocześnie jednak jest w 
niej mowa o zebtaniu, na którym wybrano I. Lyskowskiego 


50
>>>
wysłannikiem do parlamentu frankfurckiego, a także ogłasza 
się w nim wielkie zgromadzenie w Chełmnie w dniu 5 kwie- 
tnia, którego koncepcję wypracowano także prawdopodobnie na 
spotkaniu wąbrzeskim. Toteż chyba najbliższy prawdy jest pa- 
stor B. Heym: dz. cyt., s. 159-160, który, choć często wikłający 
się w swych ustaleniach faktograficznych, korzystał z dosyć 
licznych wówczas źródeł lokalnych i datował tę proklamację na 
28 marca, pierwotne ukonstytuowanie się komitetu też ustala- 
jąc na 25 tm. Tak samo podaje l. Lyskowski w swych uwagach 
na łamach "Szkółki Narodowej" 1848, nr 4 s. 14. 
44 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 1. 
46 R. Lazęga (A. Chudziński): dz. cyt., s. 88; W. M. [W. Ma- 
dejski): dz. cyt., s. 87; H. Plehn: dz. cyt., s. 316-318; P. Boh- 
ning: dz. cyt., s. 72-73. 
46 R. Komierowski: Koło Polskie w Berlinie 1847-1860 Poz- 
nań 1910 s. 5; Z. Grot: Działalność posłów polskich w sejmie 
pruskim (1848-1850) Poznań 1961, s. 123, 161-163, 169-170; 
B. Osmólslta-Piskorska: Pomorskie Towarzystwo Pomocy Nau- 
kowej. Pół wieku istnienia i dziełalności 1848-1898 Toruń 
1948, s. 74-75. 
47 R. Lazęga (A. Chudziński): dz. cyt., s. 86-87: W. M. [W. Ma- 
dejski): dz. cyt., s. 87; H. Plehn: dz. cyt., s. 320; P. Bohning, 
dz. cyt., s. 73-74. 
Inna sprawa, że informacje o tych grupach ochotników są 
niejasne i czasami wzajemnie sprzeczne. 
48 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 3, Kraków 1872, s. 65. 
41 Tamże, t. 3, s. 70 oraz S. Myśliborski-Wołowski: Udział 
Prus Zachodnich w powstaniu styczniowym Warszawa 1968, 
s. 41, 43-44, 56; S. Wierzchosławski: Natalis Sulerzyski (1801- 
-1878), ziemianin, aktywny działacz polskiego ruchu narodo- 
wego. W: Zasłużeni ludzie Pomorza Nadwiślańskiego z okresu 
zaboru pruskiego. Szkice biograficzne. Gdańsk 1979, s. 215-216. 
60 Mowa Natalisa Sulerzyskiego I!J z Piątkowa na pogrzebie 
śp. Karola Kalksteina, dnia 4 lutego 1862 roku w Pluskowęsach 
(Chełmno 1862), s. 2 i 3. 
61 J. Lulmszewski: Pamiętniki z lat 1862-1864 wyd. 2, War- 
szawa 1973, s. 45. 
62 Zabór pruski w powstaniu styczniowym Wrocław-Warsza- 
wa-Kraków 1968, s. 4, 16, 185; S. Myśliborski-Wołowski: dz. cyt., 
s. 61-62, 63, 98; S. Kieniewicz: Powstanie styczniowe Warszawa 
1972, s. 305-307. 
66 M. Zychowski: Ludwik Mierosławski 1814-1878 Warszawa 
1963, s. 541-549; S. Myśliborski-Wołowski: dz. cyt., s. 142. 
O walkach toczonych przez ochotników 'z Prus Zachodnich 
na wschód od Drwęcy naj szczegółowiej, choć nie zawsze dość 
krytycznie, pisał C. Lissowski: Powstanie styczniowe w Ziemi 
DObrzyńskiej Płock 1938. 
64 Szczegółowy opis procesu berlińskiego daje Z. Grot: Rok 
1863 w zaborze pruskim. Udział spoleczeństwa polskiego w po- 
wstaniu styczniowym Poznań 1963, s. 178-200. 
56 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 3. 
58 Tamże, s. 46-54 oraz R. Komierowski: Kolo Polskie w 
Berlinie 1861-1866 Poznań 1913, s. 207 i inne. 
67 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 3. 


51
>>>
ó8 B. Serczykowa: Zygmunt Dzialowski 1843-1878. W: Dzia- 
lacze Towarzystwa Naukowego w. Toruniu 1875-1975 Warsza- j 
wa-Poznań-Toruń 1975, s. 9-44. Szerzej sprawami tymi, zwła- 
S;i!:cza w rozdziale I, zajmuje się praca S. Wierzchosławskiego: 
Polski ruch narodowy w Prusach Zachodnich w latach 1860- 
-1914 Wrocław 1980. 
ó9 W. Chotkowski: Mowa żalobna powiedziana na pogrzebie 
śp. Natalisa Junoszy Sulerzyskiego w kościele parafialnym w 
Pluskowęsach na Ziemi Michałowskie;, dnia 3 września 1878 
przez ks. .., Poznań 1878, s. 19-21, 24; "Gazeta Toruńska" 
1878 nr 199 s. 4 [nekroolg] i 1878 1I1T 204, s. 3; "Tygodn
k Pow- 
szechny" 1878, nr 36/88, s. 571 [z błędami]. 
60 "Tygodnik Wielkopolski" 1872, nr 40, s. 539-540. W spisie 
rzeczy drugiego rocznika (s. II) tę recenzję, podpisaną krzyży- 
kiem, opatrzono literami "B. M.", a w tym czasie sporo pisywał 
w "Tygodniku" Michał Bałucki, mieszkający w Krakowie, gdzie 
Pamiętniki zostały wydrukowane. 
61 W. Chotkowski: dz. cyt., s. 16. 
62 N. Sulerzyski; dz. cyt., t. 3. 
68 Pełny tekst tego curriculum vitae przedrukował Sulerzyski 
po niemiecku jako rozdz. XIII (faktycznie XIV) swych Pamiętni- 
ków t. 2, s. 180-233. 
64 N. Sulerzyski dz. cyt., t. 3, s. 68-82, 83-126, 127-132, 133- 
-144, 145-147, 148-151, 162-169. Informacje odnośnie do wcze- 
śniej drukowanych źródeł tych tekstów zawiera przypis 9 do 
rozdz. XIV obecnego wydania Pamiętników. 
66 N. Sulerzyski: dz. cyt., t. 2, Kraków 1871, s. I-IV [na końcu 
tomu] - Tymczasowy wyl{az prenumeratorów; t. 3, [ostatnia nie 
paginowana stronica] - Dalszy wykaz prenumeratorów - tylko 
nazwiska. . 
80 Slownik pracowników książki polskiej Warszawa-Łódź 1972, 
s. 372-373, 443-444. 
67 Poza dorywczymi wzmiankami o Sulerzyskim, rozrzucony- 
mi po różnych pracach, wymienić trzeba krótki jego biogram 
w aneksie do książki P. Bi5hninga: dz. cyt., s. 211; wzmianko- 
wany szkic S. Wierzchosławskiego: dz. cyt., s: 212-217 oraz 
S. Kalembki: Przemiany postaw narodowych ziemiaństwa chel- 
mińskiego w dobie powstań XIX wieku - casus Natalisa Su- 
lerzyskiego (1801-1878) "Zapiski History.czne" 1981 R. 46, z. 3 
i z. 4. Ta ostatnia publikacja jest w dużej części zbieżna z tek- 
stem tego wstępu do Pamiętni1c6w. 
86 Część rozdziału II Pamiętników, zatytułowana Pobyt w 
szkolach toruńskich od roku 1810 {181l!J do 1819 Natalisa Su- 
lerzyckiego {!I ogłoszono w "Tygodniku Toruńskim" 1925 R. 2, 
nr 14-17 (we wszystkich numerach s. 1-2). Natomi.ast w wy- 
dawnictwie: Pomorze Gdańskie 1807-1850 na s. 384-390 zamie- 
szczone zostały fragmenty rozdz. VIII, zatytułowane Przebieg 
pierwszych dni rewolucyjnych 1848 r. na Ziemi Chelmińs1dej. 
69 Por. przypisy: l i 8 do rozdz. VIII, 1 do rozdz. XII, 31 do 
rozdz. XVI.
>>>
l 


j 


WPROWADZENIE 1 


Skazany na rok więzienia ,przez Kammergericht berliński 2, 
wolałem w roku 1864 opuścić mój majątek, chylący się prze- 
śladowaniami wrogów naszych do upadku, jak narazić przy 
podeszłym wieku moim w wilgotnych kazamatach grudzią- 
dzkich, znanych mi z roku 46 i 48 po półtorarocznym wię- 
zieniu w Berlinie - nie tylko zdrowie, ale i życie swoje 
i schTOniłem się do Krakowa, z tym dobrze Wam 
anym 
przekonaniem, że tu wkrótce doczekam się zbawienia ojczy- 
zny. A kiedy tu rok po roku schodzi na oczekiwaniu, no- 
silem się od dawna z myślą napisania pamiętnikąw moich, 
które by dzieciom moim i przyjaciołom mogły wY'kryć przy- 
czyny dzisiejszego upadku majątku, a razem i dla bada- 
czy historii naszej podały niemało materiałów do ocenienia 
rządów pruskich w mojej prowincji. 
Powstrzymywała mnie jednak dotąd uwaga, że za świeża 
jest boleść moja, z przyczyny udziału kilku, a niestety zna- 
nych z patriotyzmu rodaków a, w tej niecnej spółce z Niem- 
cami, co dla odmiennych zdań politycznych z wielkich przy- 
jaciół moich, powoli przy rozbudzonym życiu narodowym, do 
tak głośnego prześladowania przeszli, że samych Niemców 
upoważnili i odwagi im dodali do prześladowania na zabój. 
Wstrzymywała dalej pisanie tych pamiętników głównie pa- 
mięć na zacne Polki, żony tych moich prześladowców, co 
jak wszystkie w moich stronach poczciwe patriotki, zawsze 
były i pewny jestem, że i dotąd są, moimi przyjaciółkami. 
Ale kiedy od świeżo z moich stron przybyłych dowiaduję 
się, że ci panowie - a na szczęście jest ich tylko .kilku - 
pie wstydzą się głosić, że: "Koniec.mie trzeba było mnie upo- 

orzyć", abym jak się jeden z nich wyraził: "ich wszy- 
stkich za łeb nie wziął"; a 'przez to za zasługę narodową 
sobie mają, że: "tak szkodliwego człowieka się. pozbyli" - 
teraz zdaje mi się, że winien to jestem dzieciom moim, 
przyjaciolom moim nie tyLko z moich stron, ale i kochanym 
towarzyszom moim więziennym z Wielkopolski, nie. .mniej 
za'cnym przyjaciołom moim tu w Krakowie i Galicji, wre- 


53 


...
>>>
szcie poczciwemu ludowi naszemu, który wiem, że tęskni 
za mną, abym się odezwał z obroną. Dla Was zatem 
wszystkich, przyjaciele moi w ojczyźnie i w tułactwie, zabie- 
ram się pisać Pamiętniki moje, które mają mnie obronić od 
dalszych oszczerstw, a które wiarę znaleźć mogą u takich, 
co mnie nie znają. 
Co do upokorzenia, którym przeciwnicy moi się szczycą, 
że im !Się za pomocą Niemców udało, to im muszę oświad- 
czyć, że się bardzo mylą, jeżeli sądzą, że się czuję upoko- 
rzonym, bo !kto moźe tak j9Jk ja się poszczycić, że (z wy- 
jątkiem pewnych sfer) nie tylko tu w Krakowie, ale i w 
Galkji tyle dowodów szczerej życzliwości doznaje, ten śmia- 
ło głowę w górę podnieść może, ten nie potrzebuje zwąt- 
pić o swojej przyszłości. 
Losy moje są zrośnięte z losem Polskd., a ponieważ ona z 
kataklizmu europejskd.ego obecnego wyjść musi odrodzona, 
stanę może niezadługo w oczy przeciwnikom moim, a da 
Bóg, będę w położeniu i usposobieniu, że im jako rodakom 
zapomnę k;rzywdy doznane. 
Dziwne bo losy moje! Ja co przez czterdzieści lat życia 
obywatelskd.ego doznawałem najwy
zeg.o dla siebie szczę- 
ścia, bo miłości moich rodaków, 'kiedy przy rozbudzonym 
życiu narodowym w Prusach Zachodnich, dawniej tak uśpio- 
nym, spodziewałem się z pomocą współobywateli znakomi- 
tych, walkę przeciw gwałtownym dążnościom germanizacyj- 
nym skutec:zm.iej toczyć - a Jciedy prześladowania Niemców 
mnie samego tylko, jako posądzonego o główne przywódz- 
two, trafiały i więzieniami na majątku i zdrowiu niszczy- 
ły - zamiast współczucia od owych współpracowników, 
zawiści zamieniającej się z czasem w formalną nienawiść 
doznałem. Nie tu koniec mojej niedoli! Kiedy zostałem 
zmuszony opuścić mój, tylu klęskami dotknięty majątek, by 
pr
ajmniej ocalić życie, wściekłością niemiecką zagrożone, 
przeciwnicy moi, a na ich czele człowdek, który dobił się 
stanowiska, na którym obywatele od jego względów i łaski 
zawiśli, dokazali tego, że ;różnymi intrygami udało im się 
wyrwać z rąk moich i dzieci moich główny mój majątek, 
gniazdo rodzinne ł. głosząc, że: "Tak stać się musiało, aby 
mnie upokorzyć". 
Tu już nie pozostaje mi nic więcej, jak zawołać z rzym- 
skim patriotą: Quousque tandem, Catilina, abutere patien- 
tia nostra! (Dopókiż, Katylino, będziesz nadużywał naszej 
cierpliwości!) 
Przyznacie więc, moi przyjaciele, że taki stan rzeczy na'- 


J 


54
>>>
I 
J 
I 


kazuje mi przyspieszyć dawny mój zamiar spisania dla Was 
i dzieci moich pamiętników życia, tylu burzami skołatanego, 
które by okazały, czy byłem szkodliwym obywatelem. 
Oprócz historycznego poglądu na rozwój życia narodowe- 
go w Prusach Zachodnich i na rządy pruskie, znajdzie mło- 
dzież polska zasady mojego gospodarstwa, które bym chciał, 
żeby jej posłużyły do naśladowania, ponieważ mnie dopro- 
wadziły do świetnych rezultatów. 


Pisałem w Krakowie 1 maja 1871 
Natalis Sulerzyski 



 
\
>>>
W stęp 
DO MOICH DZIECI 


Pod dobrą wróżbą zaczynam pisanie pamiętn!ików moich, 
bo w dniu 3 maja, dniu wiekoponmej sławy dla narodu 
polskiego, którego pamięć dziś tu w Krakowie obchodzić bę- 
dę w Towarzystwie Postępu skromną ucztą. 
Dla was głównie, kochane. d:meci moje, piszę te pamiętni- 
ki, alby was w dzisiejszej waszej niedoli pokrzepić wiarą 
moją w lepszą a bliską przyszłość. Do Ciebie naprzód, ko- 
chana Heleno, się zwracam i proszę, abyś twoim poczci- 
wym secrcem nie ubolewała nad losem ojca twojego, bo 
wiesz przecież, że Bóg dał mi siłę ducha do znoszenia prze- 
ciwności. Dla Ciebie samej znikły marzenia twoje, jeżeliś 
jakie miała, kiedyś była młodą panienką, o świetnym losie 
twoim, ale Bóg ci dał troje pię,
ych dzieci, któreś mi nie- 
dawno tak ładnie opisała. Spodziewam się, że mi je wkrótce 
przywieziesz, żebym się przekonał, czy prawda. Prócz tego 
słyszę, że jesteś kochaną od wszystkich dokoła, jak śp. ma- 
tka twoja - cóż Ci więcej potrzeba? Chyba środków poma- 
gania biedniejszym, jakeś to zwykła w lepszych czasach. 
Sądzę, że to sobie jeszcze wymodlisz od Boga. 
Tobie, mój synu Wacławie, któryś tu kUka miesięcy w 
Krakowie u mnie zabawił, a teraz wróciłeś do domu, gdzie 
Ciebie nic pociesznego nie czeka, powtarzam, co ci niera:!: 
opowiadałem, że początek mojego zawodu gospodarczego był 
o wiele kłopotliwszy od twego, jak to później obszernie opi- 
szę. Wystaw więc sobie, że ci, co mnie, a zatem i tobie 
wyrwali majątek, dla twojego dobra to zrobili, żebyś nie 
poszedł drogą, jaką dziś wiełka część młodzieży majętnej 
idzie, że w krótkim czasie roztrwonią ojcowską spuściznę, 
ale żebyś pracą usilną jak ja dobijał się majątku, którym 
byś skuteczniej mógł służyć ojczyżnie i narodowi, jak bę- 
dąc ubogim. 


....
>>>
DO MOICH PRZYJACIÓŁ I NIEPRZYJACIÓŁ 


Winienem to przyjaciołom moim, nie tylko licznym, ale 
i serdecznym, wykryć tę dmwną zagadkę, dlaczego ja, co 
.przez czterdzieści lat życia obywatelskiego byłem kochanym 
od wszystkich, dzisiaj wystąpić muszę w .obronie mojej, aby 
liczba nieprzyjaciół moich, podżegana kłamliwymi o mnie 
wieściami, bardziej nie wzrastała. Walczyć z odwiecznymi 
wrogami naszymi, to nasze dziejowe przeznaczenie i zakoń- 
czyć się musi ta walka straszną katastrofą, po której dopie- 
ro zbratanie ludów nastąpi. Ale doczekać się tego, że dawni 
moi wspólnicy walki, dziś jawnie przeciw mnie występując, 
stają się obrońcami tychże wrogów, to bolesne, bo zmus'za 
mnie do walki z rodakami, a nam jedność tak potrzebna. 
Pamiętniki moje wyjaśnią powody tego pr'zejścia z przy- 
jaźni do nienawiści i prześladowania; tu w tym miejscu 
tylko wspomnieć mi wypada, jakimi oszczerstwami przeciw- 
nicy moi gonią za mną, nawet w tułactwie. Widząc od sa- 
mego początku przybycia. mego do Krakowa w pewnych sfe- 
rach społeczeństwa niechęć do mnie jawną, dowiedziałem 
się, jaka temu przyczyna. Oto rozgłoszono, że jestem czer- 
wonym w najwyższym stopniu, tak dalece, że jako rm.ero- 
sławszczyk 1 twierdzę, iż czaszkami arystokracji musi być 
Polska wybrukowana. Na to przede wszystkim odpowiadam, 
że żadnym szczykiem nie jestem. Mój kolor nie jest ani czer- 
wony, ani biały, tylko czerwono-biały, tj. narodowy. 
Co do wiary mojej politycznej, to od dawna taką obja- 
W!iam, że jestem przeciwnym wszelkim partiom w narodzie 
polskim. 
Innym narodom, co mają byt polityczny, nie tylko wol- 
no, ale powinny się dzielić na partie, aby .przez wa1kę tę 
dobić się wolności; my Polacy powinniśmy do jednego wiel- 
kiego obozu należeć, aby tą jednością zaimponować wrogom 
naszym, bo tylko jednością silni jesteśmy. Concordia res 
parvae CTescent 2. 
Przekonany jestem, że kiedy się urzeczywistni przepo- 
wiednia Napoleona I na Swiętej Helenie: po pięćdziesięciu 
latach Europa będzie albo republikańską, albo kozacką, a 


57
>>>
pierwsze jest tylko możebne, .bo ludom się sprzykrzyły te 
mordy z łaski Bożej; u nas PoJaków, jednych, nie będzie 
bratobójczej walki, bo my po stuletniej niewoli i cierpie- 
niach zostawszy wolnym narodem, zapomnimy o dawnych 
rozdwojeniach i w uściskach bratnich wszystkich stanów do 
wspólnej pracy się weźmiemy. Wtenczas i ja nieprzyjacio- 
łoOm moim, którzy odwiecznym naszym wrogom tak szczerze 
pomagali i pomagają dotąd, będę, da Bóg, w stanie zapo- 
mnieć, com od nich ucierpiał.
>>>
Rozdzial l 


OD URODZENIA DO WEJŚCIA 
DO SZKÓŁ PUBLICZNYCH 


Treść: Kiedy i gdziem się urodził. - Bracia i siostry. - Stan 
majątkowy rodziców. - Budowa dworu szlacheckiego. - Pierw
 
sze nauki w domu rodzicielskim. - System szczególny nauczy- 
cieli, których było pięciu po sobie. - Tylko dwom ostatnim 
wdzięczność się należy. - Rejterada spod Jeny. - Zachowanie 
się wojsk francuskich. - Zły sąsiad Niemiec ukarany. - Moja 
sympatia dla Francuzów od lat dziecinnych, potwierdzona przez 
świętego Jana Ił Capistrano. 


Urodziłem się w Piątkowie w Prusach Zachodnich, po- 
wiecie brodnickim 28 września 1801 l'Iaku. Było nas czterech 
braci i dwie sióstr z ojca Wincentego 
 matki Anny z :Mie- 
roszewskich, Babka moja Mieroszewska, kt6ra rej prowadzi- 
ła w familii, nadawała wnuczętom swoim niepospolite imio.. 
na na chrzcie świętym. I talk braciom: Atanazy, Heliodor
 
Gustaw. Siostrom: Leokadia, Alodia. Mnie dostało się naj- 
osobliwsze imię: N8Italis i dlatego to pewnie jestem tak 
osobliwym człowiekiem. Matka moja była jedynaczką, a 
przyczynę tego opowiadał nam, wnukom, dziadek Miero- 
szewski, że przy urodzeniu matki na1szej, żona wotum 1 zro- 
biła, i choć pod jednym dachem, w separacji, opr6cz wsp61- 
nego stołu, żyli ze sobą pięćdziesiąt 'pięć lat, naturalnie nie 
w czułym małżeństwie. 
Ojciec m6j urodzony w Karczewie · pod słomianą strze- 
chą, nosił się jak wszystka s:zlachta po polsku. Panowie 
mieszkający w pałacach (to jest w domach pod dachówką 
i z dwoma kominami) będąc po części szambelanami jego 
kr6lewsko-pruskiej mości przybrali ubi6r francuski. Ale sta- 
rają'c się o matkę moją musiał ojciec z wołd babki, jako 
Mieroszewskiej i mieszkającej w pałacu w Zajączkowie', 


59
>>>
wąsy ogolić i kapotę zrzucić, bo to nieprzyzVvolcle. Po za- '. 
ręczynach ojca rodzice jego kupili mu Piątkowo, a że tam 
dworu nie ibyło, trzeba było stawiać nowy dla posażnej, w 
pałacu wychowanej synowej. Zjechał zatem dziadek ze sy- 
nem i cieślą i tam taki plan dworu ,nakazał: dom osiem- 
dziesiąt stóp długości, po prawej stronie dwa wielkie pokoje, 
każdy po trzydzieści pięć stóp i tylko po jednym oknie, 
na drugiej kuchnia z izbą czeladnią i spiżarnia. Odjechaw- 
szy dziadek, wziął się ojciec do budowy. Od ojca swego do- 
stał d/I'zewo budolcowe z boru karczewskiego (który później 
rząd pruski 'Procesem odebrał), ale z cieślą nadrobił, że po 
każdej stronie był jeden pokój duży i gabinet z trzema ra- 
zem oknami, do tego wystawa z altaną przy wejściu do sie- 
ni. Dom natura1nie słomą pTZykryty i o jedll1ym kominie. 
Skończywszy budowę, zaprosił ojca swego, żeby zobaczył, 
czy dobrze. Ten widząc, że to nie dom szlachecki, ale pałac, 
zdejmując czapkę przed synem, prosi, aby wszedł naprzód, 
bo on jako chudy pachołek nie może. Nareszcie udobrucha
 
ny przez syna, że żonę. z pałacu wprowadza, pyta: "Ale na 
CO tyle pokoi, ll1a co te jakJ.eś gabill1ety?" - "Dla dzieci. 
kochany ojcze" - i pocałował go w rękę, i zgoda nastąpiła. 
Szczegóły te często słyszałem od matki mojej, a że mi 
zostały 'w pamięci, dlatego je, dla was dzieci moje, przyta- 
czam, pewny, że ten obrazek życia i stosunków ówczesnego 
polskiego obywatelstwa was zainteresuje. 
Matka moja objąwszy wnet rządy samowładne w domu, 
dowiaduje się, że do ojca męża należy jeszcze piękny ma- 
jątek w Ziemi Chełmińskiej, Zegartowice 4, pyta, czemu go 
nie bierze w.posiadłość. Na to dostaje odpowiedź: "Na co to 
się zdało, kiedy tam lasu nie ma, nawet rózgi na dziecko". 
Nieustraszona tą uwagą, bo chrustu było dosyć w Piątko- 
wie ll1a rózgi dla dzieci, tyle dokazała, że ZegaTtowice ode- 
brano nieprawnym postiadaczom. 
Piękne to było ówczesne zamiłowanie polskich obywateli 
do lasów i ich szanowanie, które dopiero przybysze niemiec- 
cy później, w pień wycinając, nawet na czystych piaskach, 
przY1kładem swoim wyrwaLi z serc polskich, tak że te ozdo- 
by i skarby majątków 'prawie zupełnie zniknęły. 
Do Piątkowa kupił ojciec, posagiem żony, folwark Dyle- 
wo fi, tak iŻe rodzice do majętniejszych liczyć się mogli,. ra- 
chując do czterech majątków, jeszcze piąty Miemynek 0, po 
przed'aży Zajączkowa, do matki należący. 
Nadszedł czas nauki dla mnie z dwoma starszymi braćmi. 
Pierwszym domowym nauczycielem był Polak Gudewicz, pó 


60 


I... 


-
>>>
;. 


nim Niemiec, Haprpe. Szczególny miał system uczenia, ba 
zadawszy nam adpawiednią lekcję, wychodził ze strzelbą; 
niby na polawanie, ale wchodził na górę i tam przez dziurkę 
przyglądał słę, cO' robimy. My zaś korzystając ż niebytno- 
ści jegO' zamiast pilnować zadania, w najlepsze kozły prze- 
wracaliśmy. Wtenczas on wpadał, nuż jednegO' pa drugim 
akładać batogiem, tak że matka, litując się nad nami, pacie- 
szała się tym, że panieważ jezuici takim samym spasobem 
mładzież na dobrych abywateli kierują, inaczej z chłopcami 
postępawać nie mażna, jeżeli się chce mieć z nich paciechę. 
W owym ta czasie zaszła bitwa pad Jeną 7. Pierwsza wia- 
damość a niej, ponieważ gazet wówczas u nas nie znano, 
doszła przez trzech oficerów pruskich, którzy w C'2:asie wiel- 
kiej rejterady .przybyli do Piątkawa. Kiedy w najlepsze się 
bawią apowiadając :swaje przygody - wpada nasz kocha- 
ny guwerner i mówi do aficerów: "Panawie, umykajcie, ba 
słychać bębny francuskie ad strany Torunia" - "Ta filie 
podobna, ta muszą być nasi, jakże by się dostali przez Wi 
słę". Na ta ajciec: "Siądźże, panie Happe, na kania, i prze- 
konaj się, Ma to". Niebawem też 'Wpada z pawratem, woła- 
jąc: "Ratujcie się, ba FJ:'ancuzi tuż za mną". Ledwo zdążyli 
dopaść kani, zostawiwszy duża rzeczy swoich, umknęli, a 
Francuzi wpadają do Piątkowa. 
Pozbyliśmy się nareszcie guwernera Niemca systemu je- 
zuickiegO' i dostaliśmy :mładego kandydata tealO'gii, Kwiat- 
kawskiega. 
Ten miał inny system karania, ba wówczas zdaje się za- 
chadziła kwestia, nie czy karać uczni, tylkO' jak karać. Otóż 
on, jaka przyszły pasterz, nie bił nas swają ręką, ale ka- 
zał nam bić jeden drugiegO' prętami przez nas samych urż- 
niętymi w lesie, przy czym pilnował, żeby mac na uderzać. 
Tateż tą swają metodą tyle dakazał, żeśmy później w szko- 
łach, aż da ukańczenia nauk, z byle jakiej przyczyny pa- 
rządnie się czubili. 
Na szczęście nasze, z utwarzeniem Księstwa Warszawskie- 
gO' rozwiązana pruski korpus kadetów w Chełmnie i dastał 
nam się prafesar tego karpusu Gabler, późniejszy rektar 
przy Gimnazjum w Chajnicach B. Ten, jaka rozsądny nau- 
czyciel, taką ambicję w naukach o lepsze potrafił w nas 
wpoić, że się abyło zupełnie bez plag, a postępowaliśmy 
znacznie w naukach. Raz tylkO' kazał mi wyjść ze szkały 
i stać całą godzinę przed drzwiami, mówiąc: "Nie jesteś gO'- 
dzien z braćmi twaimi się uczyć". Stoję więc za drzwiami 
zanasząc się ad płaczu, wtem matka przechodzi - nowy 


61
>>>
postrach, bo pewny jestem, że kla:pse będą, których nie 
szczędziła, ale omyliłem się tym razem, bo wprowadza mnie 
da szkbły 1 zaręcza, że się poprawię. 
Kochanemu Gablerowi winienem szczególnie doskonałe po- 
znanie historii starożytnej, po całe W1iecrory zimawe czy- 
taliśmy, w przytomnaści rodrzic6w, zajmującą hi!storię Bec- 
kera D, która mi dotąd jeszcze została w pamięci, a której po- 
dobno jeszcze nie mamy w polskim tłumaozeniu. 
Ponieważ tyLka rok mógł u nas zostać, polecił rodzicam 
przyjaciela swega, Haokmanna na swega następcę, zaleca- 
jąc, żeby nie szczędzili na naukę dla nas, ponieważ na dab- 
rej drodze jesteśmy. 
Hackmann dwa lata u nas przebywszy dOlPrawadził nas 
w naukach tak daleka, że wszyscy trzej, ja 10 lat mając, 
w toruńskim Gimna'zjum do tI1zeciej z góry klasy przyjęci 
zostaliśmy. 
Nim zakańczę ten pierwszy period życia mega, wspam- 
nieć mus'zę o francuskim wajsku, Jttóre pa bitwach pod Je- 
ną i Friedlandem 10 długi czas w naszych stronach przeby- 
wała. 
Chaciaż rekwizycje wajskawe duża kasztawały radziców 
moich, ta w og6le nie mieli powodu narzekać na postępo- 
wanie ich, i nieraz 'OchraniaM jedni ad 2Jbytecznych wyma- 
gań iIlJIlych add
ałów, i ta czasem w dawcipny spasób. Raz 
np. ibawił w Piątkowie aficer-rekanwalescent, wtem ciągnie 
znaczny 'Oddział wajska z mnóstwem podwód Iprrzez wieś pod 
sam wieczór; 'Oczywiście będą nocawać i trzeba żywić tyle 
ludzi i koni. Na ,prośbę rodziców, 'Oficer wpada na koncept 
i każe co żywa żołnierzowi swemu, służbowemu, dążyć za 
bramę podwórzową i tam z dabytym 'Pałaszem się pnzecha- 
dzać. Radzice i my dzieci, WTaz z ,'Oficerem, patrzymy przez 
parkan 'Ogrodu, CO stąd wyniknie, ale wddzimy z przestra- 
chem, że cała karawana skręca pod górę ku podwórzawi. 
Dapatrzyws
 jednak wartę przechodzącą się przed bramą, 
zatrzymują się !przekonani, że tu już sztab stać musi i cią- 
gną dalej gościńcem. Poczciwe Francuziska, uradowane, że 
się udał manewr, uściskaliśmy wszyscy serdecznie. 
Najbardziej dakuczał rodzicam sąsiad Niemiec nazwiskiem 
Keak - Szwab szkaradny z 'P'ostaci i postępowania. Nie 
dość, że przechadzące wojska same trafiały do Piątkawa, ale 
'On przybywających do niego odsyłał do nas, mówiąc, że ta 
majątek da niega należący. Ojciec mój odgrażał się, że mu 
to kiedy zapłaci, ale zabawna kara skądinąd go spotkała. 
Jednego dnia, o świcie zjawi'a się piechatą w Piątkawie, w 


62 


-
>>>
ślafroku, pantoflach i z fajką. Rodzice dowiedziawszy się, 
jakiego niespodziewanego gościa mają w domu, już siedzą- 
cego przed kominkiem i fajkę palącego, wychodzą z sypialni 
do niego i pytają, co im taką wizytę sprowadza, on odpo- 
wiada, że obudziwszy się zobaczył Francuza, dzielącego ja- 
ko trzeci jego łoże małżeńskie - "Cóż miałem robić, do was 
kochani sąsiedzi uciekłem". Niedługo potem wchodzi posła- 
niec z Pluskowęs donoszący mu, 'że jejmość przysłała fur- 
mankę po niego. - "Powiedz jejmości, niech weźmie flintę 
i w łeb sobie strzeli". Żeby jednak pozbyć się niemiłego 
gościa wyperswadowali mu rodzice, że w tych wojennych 
czasach na takie małe awantury trzeba być przygotowanym 
i odjechał sobie do domu. 
Mnie, l11ajmłodszego z trzech braci, bo czwarty Gustaw, 
który w tym !I'oku :zmarł, później się urodził 
 Francuzi 
najbardziej lubili - musiałem z nimi jadać, tylko się dzi- 
wili, że mnie ich ulubiona sałata nie smakuje i nazywali: Ze 
petit Fran
ais. Toteż, podobno z przyczyny tej wzajenmej 
sympatii z Francuzami od lat dziecinnych, dotąd mam prze- 
konanie, 'że tylko od nich zbawienia ojczyzny naszej spodzie- 
wać się należy, pomimo 'Okropnego położenia, w jakim się 
obecnie 'znajdują, i to ,przekonanlie dzielę z poczciwym lu- 
dem naszym, który od dawna spodziewa się zbawienia od 
Francji, a mianowicie przy ostatnim powstaniu odzywał się: 
"Czekajcie Panowie, aż Francuz przyjdzie" - a głos ludu 
jest głosem Bożym! I w tym przekonaniu potwierdza mnie 
proroctwo świętego Jana ił. Capistrano, które polecam tym 
wszystkim, którzy twierdzą, że tylko przez oświatę i pracę 
Polska powstanie, i polecam tym wszystkim, którzy twier- 
dzą, że Francja obecnie ostatni cios sobie zadaje - bo :i!'ran- 
cja jest nieśmierteiną - i przy takim zwątpieniu w jedyną 
możliwość zbawienia naszego nie widzą potrzeby łączenia 
się z narodem do wielkiej a bliskiej walki - tylko sieją 
rozdwojenie, jak tego codzienne widzimy dowody - pole- 
cam wreszcie tym wszystkim, którzy w nieomylność papie- 
ża wierzą, która nam w niczym pomóc nie może, a nie wie- 
rzą w nieomylność świętego Jana ił. Capistrano, którego 
proroctwa wszystkie się spełniły, a ostatnie zapowiada nam 
zbawienie Polski. Proroctwo to jest następujące: 


"Gdy kogut 'raz trzeci pieje, (trzecia francuska republika) 
Wiatr wolności za nim wieje, 
Turek Moskwę konfunduje, (wojna krymska) 
Włoch się z kajdan wywięzuje, (wojna włoska) 


63 


-
>>>
r 


Na Germani wnet się rzuci, 
Polskę z grobu wraz ocuci 
Wtenczas Prusak trząść się będzie 
Wiarę starą znów zdobędzie. 
Bogu odda chwałę". 


I 


[Toż po łacinie] 


Quando GaUus bis ter cantabit, 
Moscos per Turcos confundabit, 
Italiam regenerabit, 
Germaniam occupabit, 
Poloniam evindicabit 
Tandem Brandeburgus tremens stabit 
Sectam abnegabit. 
Deo laudem dabit. 


Mam ja jeszc'ze więcej proroctw, które przepowiadają bli- 
skie nasze zbwienie, ale je zachowam na później, jeżeli te- 
go będzie potrzeba; bo sądzę, że wypadki, które dziś świa- 
tem wstrząsają, same do takiej potęgi się wzniosą, że nie 
będzie trzeba więcej proroctw, a ludzie uwierzą, że kiedy 
świat do góry nogami się wywraca, to i zupełnie się prze- 
wróci, a my wtenczas nie będziemy jak dotąd deptani przez 
wrogów naszych, ale rozszerzy się przestrzeń świata i naro- 
dy obok siebie miesZikać będą w pokoju i zgodzie. 


l
>>>
Rozdział II 


POBYT W SZKOŁACH 
TORUŃSKICH OD 1810 DO 1819 


Treść: Profesorowie polscy i niemieccy. - Wojczyński komen- 
dant Torunia. - Austriacy nie wpuszczeni do miasta. - Napo- 
leon na drodze do Moskwy w Toruniu. - Oblężenie przez Mo- 
skali. - Pułtoracki pułkownik. - Bal. - Moja przygoda na 
balu. - Paź pułkownika. - Zaproszenie do obozu moskiewskie- 
go. - Kapitulacja Torunia. - Powrót .do szkoły. - Ksiądz Gie- 
łażewski, nędzny profesor, awantury z nim wyprawiane. - Stary 
Germar, niemiecki profesor dziwak. - Wizyta Niemcewicza. - 
Na pensji u profesora Dziekońskiego. - Kruszyński z Nawry, 
kurator na egzaminach. - Reforma gimnazjum, sami Niemcy 
profesorowie, ale dobrzy. 
 Rektor Brohm. - Zniesienie pom- 
nika jezuickiego i jego historia. - Dom Kopernika - ratusz - 
romanse studenckie - teatr amatorski. - Awantura z kuzy- 
nem...- Order ojcu przys
any. - Nieszczęście z kartoflami. 


Po utworzeniu Ksdęstwa Warszawskiego Gimnazjum To- 
ruńskie 1 miało do połowy niemieckich, do połowy polskich 
profesorów. Rząd polski, nie tak, jak to robi pruski, uwzględ.. 
nił, że uczniowie są do połowy Niemcami. Sam rektor Szyr- 
mer 2 był Niemcem. Polscy profesorowie byN.: Paweł Czaj- 
kowski 8 _ który tylko rok u nas bawił jako profesor lite- 
ratury i historii polskiej, po nim Dziekoński Tomasz., Ra- 
domiński 6, ksiądz Giełażewski 6 i ksiądz karmelita Dziem- 
biński 7. Oddano nas na pensję do Dziembińskiego, gdzie 
nam nie bardzo dobrze było, zwłaszcza że siostra jego, 
stara panna Brygitta bardzo licho nas karmiła, a tym więcej 
zrzędziła. , 
Komendantem miasta był wówczas, powszechnie lubiany, 
jenerał. Wojczyński 6. Powiadano o nim, że kiedy Austria- 



 - Pamiętniki... 


65
>>>
cy z tamtej strony Wisły, idąc, wezwali miasto do poddania 
się, mieszkańcy błagali go, aby poddał, ponieważ obrona była 
trudna, mając tylko nie wyćwiczone wojsko w załodze, ale Woj- 
czyński odpowiedział: "Nie poddam prędzej, aż mi chustka 
w kieszeni palić nie będzie" - bo kule austriaokie już pa- 
dały do miasta. Nieprzyjaciel S'zturmu przypuszcza do mo- 
stu, nasi w nieładzie się cofają i byłoby pewnie źle z Toru- 
ndem, gdyby nie nadzwyczajny wypadek. Na kępie bowiem, 
łączącej mosty, stała armata nabita, do której jeden z osta- 
tnich uciekających lont przykłada. Ta jedna kula zabija do- 
wódcę austriackiego, pułkownika Bruscha ; po czym wojsko 
całe się cofnęło stanąws1zy obozem za Wisłą, a z czasu ko- 
rzystając wystawili skromny pomnik swemu dowódzcy, dotąd 
jeszcze istniejący 9. 
W tym czasie spotkała Toruń niespodziewana wizyta Na. 
poleona 10, idącego na Moskwę. Całe miasto wyległo nad 
Wisłę, czekając na jego przybycie. Niebawem słyszę okrzyk: 
"Patrzcie, jak Cesarz z tamtej strony rzeki pędz1i na swoim 
białym arabczyku tak, że gwardia polska zdążyć za nim nie 
może". PrzeiZ most i mi,asto na Rynek już jechał stępa i sta- 
nął kwaterą w domu pocztowym, gdzie mu przygotowano 
mieszkanie. Powiadano, że niekontent był z tego i pytał, 
czemu nie w ratuszu. Gmach to starożytny, pełen pamiątek 
historycznych, o których później. Kwadrans ledwo upłynął, 
jak stanął w kwaterze, już wychodzi na miasto oglądać zna- 
komitości, a naprzód do domu Kopernika... 11 Tuż przy mnie 
przechodził. Nazajutrz rano, kiedy wszylStko dąży przed je- 
go mieszkanie, już go nie było. Za nim ciągnęły wszystki- 
mi szlakami wojska wszystkich ll1arodów 
 chociaż tylko w 
przechodzie, dużo ucierpiał kraj nasz, bo wszystko zabierali, 
czego było potrzeba. Najwięcej rodzice moi narzekali na 
Niemców, mianowicie HeSlsów i Bawarów, którzy memiło- 
siernie rabowali i bardzo rodziców zniszczyli, zabrawszy ze 
sobą wszystkie fornalki. Inszy był powrót tej wielkiej armii 
w następnej zimie, a po nim Moskale oblegli Toruń 111, co 
nas zmusiło opuścić szkoły i wrócić do domu. 
Tu :zastaliśmy zmianę dekoracji, bo zamiast Niemców 
i Francuzów, Moskali pełno było w okolicy. Z początku 
obawiano ich się bardzo; osobliwie objawiała tę obawę gu- 
wernantka Niemka do sióstr moich, panna Rexin, twier- 
dząc, że dla kobiet są bardzo nata'l'Czywi. Już pierwszy ofi- 
cer, który się zjawił, osłabił tę obawę, bo był pr.zystojll1Y 
i koperczaki do niej palił, a gdy po nim kapitan stanął na 
dłuższy czas kwaterą, tak się w nim rozromansowała, że 


66
>>>
była zdecydowaną iść za niego, ale na nieszczęście znalazła 
się żona kapitana, która wszystko popsuła. 
W Pluskowęsach, u znanego z przygody nocnej sąsiada 
Kecka, był na kwaterze pułkownik moskiewski Pułtoracki, 
który oddawszy wizytę rodzicom, zaprosił ich do siebie na 
wielki bal. Trudno było odmówić przybycia do domu nie 
bardzo godnego sąsiedztwa, bo "nastajaszczy" , a bardzo 
grzeczny Moskal nalegał gwałtownie. Pojechali więc rodzice 
i wzięli nas wszystkich trzech chłopc6w ze sobą, bo matka 
bez nas nigdzie się nie ruszyła. W szczupłym domku trudno 
było pomieścić tyle gości, zwłaszcza że muzyka sama z ogrom- 
nym bębnem, kotłami, trąbami itd. znaczną część pokoju za.. 
jęła. Niebawem pułkownik znak daje muzyce. Rżną poloneza, 
aż szyby brzęczą, matka w zielono-aksamitnej sukni z Pułto- 
rackim sunie w pie'l'wszą parę, za nimi całe towarzystwo 
i bracia moi. Ja ja,koś nie dohrawszy pary i głodny straS'z- 
nie, bo o mnie 'przy ozęstacjach zapomniano, siadłem po- 
między muzyką, gdzie indziej bowiem miejsca nie było, ale 
dziś jeszcze pamiętam, co wycierpiałem, bo próżne wnętrzno- 
ści moje tak w takt muzyki niemiłosiernej podrygały, że ca- 
ły skulony brzuch ściskać musiałem. 
Bal trwał noc całą; w pauzach śliczny paź podawał puł- 
kownikowi pa'l'adną fajkę 'Z tureckim tytondem, a że był 
piękny, słyszałem sprzeozkę niemieckich panienek z córką 
gospodarza, czy to chłopiec, czy dziewczyna. Tamte twier- 
dziły, że dziewczyna, ale córka domu, tęga Szwabka, zapew- 
niała najuroczyściej, że to chłopiec, .bo go całego widziała. 
Dla WalS, dzieci moje, spisuję, żeby WalS w dzisiejszym 
położeniu rozweselić, te fraszki, pamiętne mi dotąd z dzie- 
cinnych lat moich, przez co równocześnie chcę wam dać do- 
wód, że wszystkie przeciwności, kt6re doznałem, nie potra- 
fiły mi zniszczyć dobrego humoru, jakim mnie natura ob-. 
darzyła, a który ma główne swe źródło w głębokiej wierze, 
że dożyję zbawienia ojczyzny, i dlatego pojąć nie mogę tych 
wszystkich, a nie,stety jest ich dużo, co bez tej wiary są 
najpiękniejszego humoru. 
Tymczasem oblężenie Torunia powołało pułkownika na- 
szego do obozu przed fortecą, dokąd zaprosił ojca z nami 
do swojego namiotu. Jenerałowie Langeron i Barc1ay de 
To1ly kierowali oblężeniem. Kilka dni tu bawiąc, doczeka- 
lim się tego, że po ostrym bombardowaniu miasta ze strony 
Moskali, Francuzi nad wieczorem wywiesili białą chorą- 
giew; wjechaliśmy zatem nazajutrz rano razem z Moskalami 
do miasta, a Fr:.ancuzi wys'z1i z bronią w ręku [nną bramą. 


67
>>>
Po tej pauzie w naukach wróciliśmy znowu do szkoły, 
ale już nie do panny Brygitty, tylko do malarza Jakobie- 
ga, u którego i pensja tańsza była i lepiej o wiele nas ży- 
wiono. Przysłowie, nie ma tego. złega, co by na dobre nie 
wyszło, tu się potwierdziło, ba zawdzięczalim tę zmianę wiel- 
kim stratom w gaspodarstwie, a mianawicie, że i zaraza na 
bydło nawiedziła Piątkowo, tak że radzice musieli przepra- 
sić księdza Dziembińskiego, że nie mogą na jego pensją .na 
nowo oddać trzech synów. 
Wielkim szczęściem dla nas było, że w owym C'zasie przy- 
był lIlam profesor, Tomasz Dziekański, kt6rego w przeszłym 
roku miałem przyjemność tu w Krakawie, jako jeszcze czer- 
stwego starca powitać, wracającego z wnuktiem swoim ze 
Szczawnicy da Warszawy. ). 
Bracia moi wyprzedzili mnie pilnaścią swoją w naukach, 
bo kiedy przeszli da drugiej klasy, ja jes2Jc'ze rok zostałem 
w trzeciej, a kiedy przeszli do pierwszej, ja dopiero do dru- 
giej daszedłem. Nędznie bo szły nam nauki w Toruniu, bo 
prócz Dziekańskiego, który nam historią i literaturę polską 
z wielkim nalszym zajęciem wykładał, niczego prawie ad 
innych prafesorów nauczyć się nie było można. Z wiel- 
kim dobrem dla nas było, żeśmy się dastali na pensją do 
Dziekańskiego, którega miłe z nami obejście, a pouczające 
zawsze rozmowy w nie'zatartej, wdzięcznej zachowuję pa- 
mięci. 
Z polskich prafesorów najnędzniejszym był ksiądz Gieła- 
żewski, z Wilna do Torunia 'przysłany. Toteż dokazywaliśmy 
z ntim awantury, jakie trudno, żeby swawalni uczniowie 
z nauczycielem, którega p02JbadI.i, gdziekolwiek robili. Na 
.przykład wmówiliśmy w niega, że Pontus Euxinus 11 się spa- 
lił i będzie wielka składka na odbudowanie tega miasta, 
co nie zaniedbał kalegam swoim powtórzyć. Wykładał nam 
chemią, mineralagią i fizykę, ale tak nędznie, że żadnej stąd 
nie mieliśmy korzyści. Toteż całym naszym zatrudnieniem 
było coraz inne figle mu płatać. Ja z dwoma braćmi Char- 
chawskimi byliiśmy naczelnikami w tym względzie w klasie 
naszej. Jednega razu, starszy Charchawski - Tadeusz - ta- 
kie wykoncypował przyjęcie prafesora da klasy. Ja Tadeu- 
szowi wsiadłem na barki i czekamy, aż wejdzie. Wtenczas 
uderzam na niego niby z konia, ale młodszy Charchowski 
woła: "Nie bój się księże profesorze", wskakuje mu na bar- 
ki i nuż rąbać się ze mną. Ksiądz wrzeszczy: "Co rohi- 
cie?" Wtem drzwi się otw:ierają i wchodzi rektor. My z ko- 
ni w wielkim przestrachu, co z tego będzie, bo był bardzo 


68
>>>
J 


gwałtowny, jednaKowoż widząc, co. się dzieje, nie mógł 
wstrzymać się od śmiechu i wyszedł czym prędzej. 
Ale i pomiędzy niemieckimi 'profesorami był rzadki orygi- 
nał, Germax 14. Przeszło siedemidziesiąt lat stary, nie przy- 
chodZli.ł do Gimnazjum, tylko uczniowie dwóch wyższych 
klas do niego chodzili, i to na dwie godziny dziennie, od 
dziesiątej do dwunastej; ale że zwykle od pół do dwunastej 
schodził w szlafroku, szlafmycy, żółtych spodniach do kolan, 
pończochach i trzewikach do klasy, więc my te półtorej 
godziny w zimie na ślizgawce, w lecie grą w piłkę za mia- 
stem przepędzalim. Wróciwszy do klasy nie obyło się bez 
jakich konceptów, żeby i tę resztę godziny zmarnować, i to 
albo smarowaniem gorącego pieca, żeby był swąd, aloo do- 
kuczając jego staTej gospodyni, która nas d'rapaką po scho- 
dach goniła. 
Podczas tak nędznego urządzenia szkoły toruńskiej przy- 
był, od rządu przysłany, wizytator w osobie Niemcewicza 1&, 
ale krótko bardzo bawiąc nie mógł się przekonać, jak wiel
 
ka jest potrzeba reformy. Wszedłszy do mojej klasy pod- 
czas lekcji 'Profesora niemieckiego Bormarma 16, obrócił się 
do uczniów i w te odezwał się słowa: "Niemcy uczcie się 
po polsku, bo ta Zli.emia zawsze polską zostanie", ukłonił się 
profesorowi i wyszedł. Temu nie bardzo się ta przemowa 
podobała, bo rzekł: "Spodziewałem się, że nam coś lepsze- 
go powie". 
Główna wina nędznego stanu naszego gimnazjum ciążyła 
na samym rektorze, który tylko przez protekcję jakiegoś 
magnata polskiego, u którego był guwernerem do dzieci, 
dostał tak ważną posadę. Kuratorem szkoły był powszechnie 
szanowany obywatel Kruszyński z Nawry 17, dziedzic pięk- 
nego majątku z wspaniałym pałacem na Ziemi Chełmińskiej; 
zjeżdżał zwykle na egzaminy nasze do Torunia, które jed- 
nak tak starano się urządzać, że kurator był przekonany, że 
uczniowie doskonale się uczą. 
Tylko od naszego, pows"zechnie kochanego, Dziekońskiego 
korzystaliśmy nie tylko w szkole, ale i z opowiadań jego 
na pensji. Będąc zawsze łagodnym i miłym, raz tylko bar- 
dzo mnie zmartwił, bo ki.edy bracia moi przeszedłszy do naj- 
wyżs'zej klasy w domu zwykle uczyli się pilnie, jednego 
wieczora, nie widząc .potrzeby przygotować się do dnia na- 
stępnego, już o ósmej położyłem się w łóżko. Wtem wcho- 
dZii Dziekoński, przystępuje do braci, pyta czym się zatrud- 
niają i krótko z nimi r02Jffiówiwszy się, powracając koło 
mnie, który ze wstydu płakać zacząłem, rzekł: "N:i.e płacz 


69
>>>
I 
i 
I: 


I 
I 
I 
li 


I' 


,! 
li 

 


panie Natalisie - Sewryn Pląskowski też już śpi" - i od- 
szedł. Takie zawstydzenie mnie było skuteczniejsze, jak gdy- 
by nmie był złajał, toteż odtąd pilniej zacząłem się brać do 
nauki. 
Tymczasem Prusy na nowo objęły swoje dawne zabory, 
polscy profesorowie musieli wszyscy ustąpić, pr60z księdza 
Dziembińslciego, który religią wykładał, a nowa organiza- 
cja nastąpiła. Bracia moi jeszcze przedtem ukończywszy 
szkoły, poszli do Berlina na uniwersytet, mnie przesadzono 
do pierwszej klasy. Dostaliśmy z rektorem Brohmem 18 dosko- 
nałych profesorów Niemców, u których we wszystkich nau- 
kach prócz języka 'Polskiego znaczne postępy robiłem, ale 
zdawało mi się, że ten nie będzie mi 'potrzebnym, ponieważ 
rektor, u kt6rego stałem na pensji, 'polubiwszy mnie, widząc 
pilność moją, zapewniał mnie, że ambasadorstwo pruskie mnie 
minąć nie może. Ucieszony tym, pospieszyłem o tym donieść 
braciom do Berlina, ale zamiast pochwały dostałem ogromną 
burę od Heliodora z napomnieniem, żebym nie zapomniał, 
że jestem Polakó.em. 
Do pierwszych 'Czynów rządu pruskiego w Toruniu nale- 
żało miesienie 'Pomnika na cmentarzu przy kościele Panny 
Marii, wystawionego na pamiątkę ścięcia burmistrza Ros- 
nera i dziewięciu .radnych, obwinionych o dopuszczenie burd 
ulicznych 'podczas procesji naokoło 'kościoła ś'więtego Jaku- 
ba, na uroczystość Najświętszej Panny Szkaplerznej. Było to 
16 lipca 1724 roku i zaczęło się od tego, ,że student jezuicki, 
Lisiecki, wezwał ewangelika, ażeby przed monstrancją uklęk- 
nął, a gdy ten nie chciał, okładał go pięścią. Wtenczas po- 
spólstwo luterskie rzuciło się na kościół jezuicki, rabując 
i bUTząc wszystko, co napotkali. Zjechała komisja śledcza 
z dwudziestu osób, na koszt Torunia, przez Augusta II mia- 
nowana, pomiędzy nimi: Krzysztof Szembek, biskup pomor- 
ski, Stanisław Załuski, ,biskup płocki, Zygmunt Rybiński, 
wojewoda chełmiński, Jan Działyński, wojewoda pomorski. 
Adam Poniński, kasztelan gnieźnieński, Piotr Czapski, kasz- 
telan kujawski, Jerzy książę Lubomirski, ,podkomorzy koron- 
ny, Dominik Siemieński, dziekan gnieźnieński, Jakub Du- 
nin, regent kancelaTii królewskiej, Michał Wężyk, oficjał war- 
szawski, Jer:zy Kczewski, podkomorzy maLborski. Jezuici na- 
stawali na kaTę śmierci na burmistrza i innych radnych, 
fałszywymi świadkami dowodząc im winę. Jerzy Lubomir- 
ski wywarł iIlajzgubniejszy wpływ na tę :sprawę. On na swe 
sumienie wziął całą zgrozę krwawej sceny, uwiedziony obiet- 
nicami jezuit6w, iż za okazaną o honor boski gorliwość 


ł 


70
>>>
t 


odzyszcze swój wzrok prawie utracony - jak powiada 
Adrian Krzyżanawski. Biskup Załuski i wajewada Rybiń- 
ski, nie magąc kalegów na dragę prawO'ści i sumienia na- 
prawadzić, wyjechali z TO'runia. Legat .papieski umyślnego 
PO'słańca wysłał dO' Torunia, 'UpO'minając jezuitów, żeby się 
chronili O'd krzywoprzysięstwa. Posłaniec Q kilka gO'dzin 'za 
późna 'Przybył. Wyrok był już wykonany, 7 .grudnia 1724 r. l' 
Pamnik nosił na sO'bie dziesięć O'gromnych kul, tyleż głów 
wyabrażających, nic słuszniejszegO' jak ta, że został zniesiO'- 
ny. DO' makamitych pamiątek należał wówczas skrO'mny dO'- 
mek MikO'łaja Kopeł'Ilika, w którym się urO'dził 19 lutegO' 
1473; w stylu gO'tyckim. Dziś ta pamiątka prawie zginęła, 
bo 'Został tylkO' jego pokO'ik, w którym cały sprzęt stanO'wi 
łóżkO', czarną katarą PO'kryte, nad nim 'zaczerniały O'd sta- 
rości PO'rtret astronema, dwa stO'łki, szafa i .stO'lik. Stary dO'- 
mek zginął, bO' oz .przykupiO'negO' sąsiedniegO' dO'mu wybudo- 
wał dzisiejszy właściciel jeden dem zielono pO'malO'wany. 
WartO' ;by byłe przywrócić pierwO'tny dom wielkiegO' naszegO' 
astrenoma. 
Zasługuje także na zwiedzen:ie 'ratusz, gmach rady miej- 
skiej, w gO'tyckO'-renesansO'wym stylu. Budewa jegO' rozPO'- 
częta w .rO'ku 1393, skO'ńczona dO'piero 1602. Znajduje się w 
niej sala sądO'wa z pertretami królów polskich O'd Wacława 
CzeskiegO' dO' Stanisława PO'niatO'wskiegO'. Kiedy niebO'szczyk 
król pruski 10 przybył do TO'runia, a ratusz zwiedzał, prze- 
praszanO' gO', że nie usunięte O'we pertrety, ale O'n odpO'wie- 
dział: "A te po cO'? Wsz8!k to PO'rtrety .meich przO'dków". 
Izba rady miejskiej O'zdO'biO'na wielkim O'brazem, przedsta- 
wiającym Gustawa AdO'lfa wjeżdżającegO' kO'nnO' pO' schO'
 
dach na PO'siedzenie senatu tO'ruńskiegO'. Obok zaślepiO'negO' 
dumą zwycięzcy wisi wizerunek nieszczęśliwej ofiary fana- 
tyzmu religijnegO', burmistrza Rosnera, a w bibliQtece ma- 
gistratu za,chO'wany jest miecz, którym gO' wraz z dziewięcio- 
ma człO'nkami radnymi ścięte. Drzwi, stO'ły i szafy we wspO'- 
mniO'nych salach O'dznaczają się wytworną rzeźbą i inkru- 
stacjami. 
Archiwum miejskie liczy pięćset sztuk znakO'mitej wartości 
dyplO'mów, wśród których znajduje się O'pis bitwy PO'd Tan- 
nenbergiem, pieczęcie miejskie, stemple dO' wybijania monety, 
fO'rmy przysiąg na wiernO'ść królom i inne szacO'wne z tak 
dawnych zabytki, zasługują na uwagę archeO'IO'gów i dzie- 
jO'pisarzów. 
Nie mO'gę 'ZakO'ńczyć PO'bytu megO' w szkO'le bez apisu ma- 
łych romansików, kt6re podO'bnO' każdy młodzieniec prze- 


71
>>>
l 
być powinien. Będąc jeszcze u księdza Dziembińskiego na 
pensji, wychodziliśmy zwykle na spacer koło piątej godziny 
pod jego dozorem, a było nas pewnie dziesięciu. W tej sa- 
mej ulicy była pensja panien pod dyrekcją pana Havelki Ił 
i żony jego, między którymi ulokował landrałt Grąbc'zewski 
swego bardzo młodego syna Ignasia. Ten musiał z rozkazu 
panien pilnować, kiedy będziemy wychodzić. Wtenczas on 
wpadał na górę wołając: "Pensja idzie!" Na to wszystkie na 
gwałt ze schodów i przed ganek, a my się pięknie kłaniamy, 
bo było między nimi kilka dorosłych, ładnych panienek, mia- 
nowicie dwie siostry Dzimińskie. Cóż, kiedy nie było spo- 
sobu zbliżenia się; ale i tu nam los dopomógł, bo zjawił się 
metr tańców 22 Damze z Warszawy; i tak się urządziło, żeśmy 
na pensją pana Havelki na łekcje chodzili, gdzie już można 
było z bliska spojrzeć w śJ,ic
ne oczy starszej panny Dzi- 
mińskiej, cóż dopiero, kiedy muzyka zagrała i wolno było 
panienkę wziąć za rękę i objąć jej czarowną kibić. Ale to 
niestety wnet minęło, bo panny wróciły do domu, żeby iść 
za mąż, a my musieli zostać :i. uczyć się. 
Ponieważ nam jednak te bliższe stosunki z pannami przy 
tańcach bardzo się podobały, wymyśliliśmy inny legalny spo- 
sób, bo udało nam się nakłonić rektora, żeby nam pozwo- 
lił teatr amatorski urządzić. Wtenczas rozwinęliśmy ogrom- 
ną czynność, żeby uskutecznić ten projekt. Kiedy już i lokal, 
i wszystkie rekwizyta teatralne były przysposobione, udało 
nam się dwie ładne panny do naszego towarzystwa namó- 
wić, ,pannę Jurską, córkę sędziego, i Kobelię. Już pierwsza 
sztuka jest nauczona, już schodzimy się do impr.owizowane- 
go teatru. Ja miałem rolę służącego, a kiedy się chcę ubie- 
rać, panna Jurska mówi mi: "Siadaj pan, ja pana ustroję". 
I nuż mi włosy czesać, pomadować, nareszcie różować policz- 
ki, a kiedy skończyła, mówi: "Jaki pan piękny" - i pocało- 
wała mnie. Ale okropnie zostaliśmy przestraszeni, bo sł)11szy- 
my głos księdza Dziembińskiego: "A to pięknie! Bardzo 
pięknie!" 
Swoją drogą sztuka się rozpoczyna, a kiedy w pierwszym I 
akcie brat mój, Atanazy, mający pierwszorzędną rolę aman- 
ta, ku końcowi aktu ma jakąś rozprawę z psem na scenie. 
zasłona ma spadać, ale maszyneria nie dopisała i tylko ma- 
ło co się zniżywszy zostawia brata z psem na scenie - on 
nie traci kontenansu i do psa si
 odzywa: "Psina. psina!" _ 
co publiczność jako wielki dowód przytomności tak młodego 
chłopca uznaje. 
W tej samej sztuce jeden z kolegów, Kazimierz Dąbskij 


72
>>>
. 
I 


miał rolę diabła, prosr więc profesora Niemca, u którego 
stał na pensji, aby mu pożyczył fraka, bo ma przedstawiać 
diabła, który koniecznie we fraku niemieckim wystąpić mu- 
si. Nie podobało się to porówname diabła z Niemcem pro- 
fesorowi i musiał Dąbski skądinąd frak sobie zdobyć. 
Ks!iądz Dziembiński nie omd.eszkał na konferencji pro...; 
fesorów niewinne moje zajście z panną Jurską w czarnych 
kolorach wystawić, tak że nam dalsze przedstawienia za- 
broniono, a pewnie i ów frak do tego się przyczynił. 
Złożywszy wreszcie egzamin dojrzałości opuściłem szko- 
ły i wróciłem do domu, gdzie zastałem już braci po powro- 
cie z uniwersytetu, upominając się rodzicom, aby i mnie 
wysłali. Ci jednak byli temu przeciwni, bo Heliodor wrócił 
chory z powodu nadzwyczajnego oddania się filozofii Hegla, 
którego chciał koniecznie pojąć i dlatego wszystkie inne 
nauki zaniedbał, utrzymując, że tylko jeden Hegel mądry na 
świecie. Ale czy nie trzeba zwariować, chcąc na przykład 
zrozumieć definicję czasu Hegla, który mówi: "Czas jest to, 
co gdy jest - nie jest, a gdy nie jest - jest". Prędzej bym 
zrozumiał, gdyby kto tak zdefiniował "Czas" krakowski 23. 
Atanazy zaś był porzucił Berlin i udał się do Moglina, szko- 
ły agronomicznej, sławnego wówczas Thaera 24. A że w owym 
czasie utrzymywano powszechnie u nas, że głupstwem jest 
z książki gospodarować, zdawało się rodzicom, że koszt na 
edukacją dwóch starszych braci był stracmy i dlatego sta- 
nowczO oświadczyli, że mnie nie poślą, zwłaszcza że czasy 
ciężkie dla gospodarzy nastały z przyczyny nadzwyczaj ni- 
skich cen produktów. 
Rok cały 1819 musiałem w domu przepędzić, ciągle się na- 
przykrzając rodzicom, że nie mogę być gorszym od braci, 
i że kwituję z majątku na mnie przypadającego, byle mi 
dali fundusz na trzyletni pobyt na uniwersytecie. Tym spo- 
sobem zwalczyłem opór rodziców, kontentując się 400 tala- 
rami rocznie, kiedy bracia przeszło 600 każdy kosztował, 
i szło teraz tylko o to, dokąd się udać. Brat Heliodor był 
za BerLinem dla Hegla, Atanazy za Lipskiem, ponieważ w 
Berlinie Polacy, a prawie wszyscy z Poznańskiego na dwie 
partie ,byli podzieleni, jedna mała, pilna tylko Hegla słu- 
chała, nic a nic go nie rozumiejąc, znacznie większa z Niem- 
cami burszowskie życie 21 pędziła - usłuchałem więc star- 
szego brata i zdecydowałem się za Lipskiem. 
Wspomnieć jeszcze muszę o jednym wypadku przed od- 
jazdem moim zdarzonym. Pewnego dnia przynoszę matce 
z poczty jakąś paczkę z W!ielkimi pieczęciami, którą otwo- 


73
>>>
rzywszy zobaczyła Order Czerwonego Orła 26 :przysłany dla 
ojca z Berlina. Uradowana taką niespodzianką, woła mnie 
i przypinając ojcu śpiącemu po obiedzie w krześle do sur- 
duta, mówi po cichu: "Jesteś teraz synem orderowego pa- 
na". Ojciec obudziwszy się i spojrzawszy sobie na piersi tak 
przystrojone, uśmiechnął się i rzekł: "Skądże taka łaska dla 
mnie". Powiedziano mu potem, że to za to, że trzech synów 
na uniwersytet wysyła, co wówczas nie praktykowaną rze- 
czą było u polskich obywateli w Prusach Zachodnich. 
Co do ojca mojego, Wlinienem to jego pamięci wspomnieć, 
że dla zacności charakteru swego powszechne miał powa- 
żanie, nawet u urzędników niemieckich, tak że wszystkie 
sprawy, które się zdarzyły, .pomyślny obrót brały. Tej przy- 
chylności winien był ojciec ocalenie swego majątku w nastę- 
pującym wypadku. 
Parę lat po pobraniu się rodziców przybywa z Poznań- 
skiego niejaki Nowowiejski, przedstawiając się jako pli- 
ski kuzyn ojca, do Piątkowa. Młody, bardzo przystojny, ele- 
gancko zawsze ubrany, paradnym ekwipażem przybyły, był 
miłym gościem. Powiada, że sprzedawszy swój majątek, 
chciałby się osiedlić tu blisko kochanych kuzynów, tym bar- 
dziej że tu w okolicy jest posażna panna, kasztelanka Za- 
krzewska, z którą prosił ojca, aby go swatał. Jeździli za- 
tem do niej i widząc dobre przyjęcie, pewny jest, że ją do- 
stanie. Wkradłszy się w zaufanie rodziców, proponuje ku- 
pienie całego majątku, to jest Pli.ątkowa, Karczewa i Ze- 
gartowic, a'żeby być bliżej swojej bogdanki. Podaje !bardzo 
wysoką na owe czasy cenę, bo 100000 talarów, tak że ro- 
dzice przystają. Ciotka mojej matki, bawiąca wówczas w 
Piątkowie, słysząc te układy, rozpłakała się mówiąc: "Gdzież 
ja się podzieję, kiedy wy sprzedacie?". Na to elegancki ku- 
zynek wydobywa sto dukatów: "Frzyjmij to ode mnie ko- 
chana ciociu, a nie psuj mi interesu". Pojechawszy z oj,cem 
do sądu, dla spisania kontraktu, potrafił dobrodusznego 
i łatwowliernego ojca nakłionić, ponieważ pieniądze ma 
gdzieś umieszczone i dopiero za kilka miesięcy podnieść je 
może, aby zakwitował go z odebranej waluty, co gdy bę- 
dzie m6gł okazać pannie kasztelance, to mu ułatwi uzyskanie 
jej ręki. 
Ojciec mój podpisał wszystko, a kuzynek ruszył w Poz- 
nańskie po pieniądze. 
Niedługo po jego odje
ie dostaje ojciec pocztą list z 
Księstwa, anonim, następującej treści: "Jesteś ofiarą szka- 
radnego oszustwa, bo Nowowiejski nie ma żadnego majątku, 


74
>>>
a zaciągnąwszy 50 000 talarów na kupiony od ciebie, jest 
już w drodze do Rosji, trzeba będzie się spieszyć, żeby go 
dogonić, jedzie na Warszawę". 
Ojciec mój, z temperamentu flegmatyk, dający się zwy- 
kle powodować pełnej życia żonie, kiedy było potrzeba, da- 
wał dowody rzadkiej energii, jak to w obecnym wypadku 
pokazał. Bo jedzie ośm mil do Kwidzyna, w dwóch go- 
dzinach wyrabia w głównym są.drie upoważnienie aresztowa- 
nia zbiega, z wezwaniem władz zagranicznych udzłelenia 
pomocy. Wra,ca, dostawszy dwóch -żandarmów do asystencji, 
do piątkowa i natychmiast czterema świeżymi, dzie1nymi 
końmi pędzi w pogoń. Już na granicy rosyjskiej dogania 
szczęśliwie panicza i pakując go do swojej bryki, wraca z 
I nim do domu. Łatwo sqbie wystawić radość mojej matki, 
r że tak się szczęśliwie udało zbiega z pieniędzmi złapać, któ- 
re, ponieważ były w srebrze, niemało ciężaru dla koni do- 
dały, tak że to wraz z szybką jazdą sprawiło, że wszystkie 
cztery konie padły. Trzeba było pięknego kuzyna zawieźć 
do Kwidzyna i pod sąd oddać. Tak, jak już w Piątkowie 
Nowowiejski się przyznał, że go obywatel M. namówił 
i nauczył, jak ma sobie postąpić, potwierdził to wszystko 
w sądzie. To pociągnęło za sobą aresztowanie pana M. 
i przywiezienie do Kwidzyna, gdzie w odosobnionych wię- 
zieniach siedzieli. M. się przyznał do wszystkiego i of.iaru- 
jąc ojcu 3000 talarów prosił, aby mu wyjednal uwolnienie 
z więzienia. Względom, jakie miał ojciec u władz pruskich, 
winni byli obydwaj, że ich puszczono na wolność. 
Podczas pobytu mego w Piątkowie przed odjazdem do 
Lipska, brat Atanazy, jako uczeń sławnego Thaera, obej- 
muje gospodarstwo, wspierany przez matkę, której był fa- 
worytem. Ojciec pozwolił, z niedowierzaniem w te książko- 
we gospodarstwo; a więc brat najprzód dowodzi, że trzeba 
dU2JO kaa:tofli sadzić w polu, żeby było czym paść inwen- 
tarz. Dotąd bowiem wszędzie sadzono tylko w ogrodzie rok 
w rok w tym samym miejscu i -to pomiędzy drzewami owo- 
cowymi, ttak że rzadko gdzie więcej jak dwadzieścia kor- 
cy wysadzono, co ledwo starczyło na kuchnię. 
Długa i żwawa była w tym względzie rozprawa. Ojciec 
oponował, że w polu wszystko wykradną, a kiedy aż sto 
lwrcy mają być wysadzone, jak to tyle kartofli wykopać 
i gdzie je zachować, kiedy sklep mały. Brat zapewnia, że 
temu wszystkiemu poradzi. Skupują zatem karlof.1e po 
sąsiedztwach i sad.zą w pola, z zadz'iwieniem pm.vszechnym, 
sto lmrcy berlińskich. Nadchodzą żniwa, kartofle dobrze 


75 


-
>>>
obradlone na nową modę obiecują dobry plon i kiedy całą 
forsą 21 się wzięto do wykopania tej ogromnej przestrzeni, 
odmierzono siedemset korcy. Tryumf matki i brata był wiel- 
ki - ojciec zamilkł. 
Gdzie'ż zachować na zimę tyle kartofli? Brat daje w pod- 
wórzu odkopać na dwie stopy głęboko kawał kwadratowy 
ziemi, ka'że tam sypać cały sprzęt i cały kopiec słomą i zie- 
mią przykryć. Musiało tam być przy tym coś schybione, bo 
na początku zimy dają bratu znać, że kopiec się zniża, o 
czym przekonawszy się, daje czym prędzej zaprzęgać i wy- 
jeżdża na kilka dni z dQmu. Ten wypadek i kilka innych nie- 
powodzeń z braku doświadczenia wynikłych, spowodowa- 
ło ojca, że powiedział bratu: "Weź Zegartowice i gospoda- 
ruj tam po nowomodnemu, ja jes'zcze po staremu będę go- 
spodarował w Piątkowie". '... J_ 
"..;,
 . r:(
f "ł
 


r-::r 


-- 
-:: 


l- 
'f" 
O 


ni 
\ } I 

 


I
 
G 
.,-...., 


p... 
"tj"' 
r 


) 

 . -- 
- \ '. t) " 
'"' -
 

 ;ii- - r 
Jj;'&
 
\ i
>>>
Rozdział III 


POBYT MÓJ NA UNIWERSYTECIE 
W LIPSKU I HEIDELBERGU 
OD ROKU 1820 DO 1823 


Treść: Książę JabłonowsJd i Tytus Breza. - Wizyta w Berli- 
nie. - Antoni Waga. - J.ędrzej Moraczewski. - Spacer do Pra- 
gi. - Wojciech Lipski. - Tyc. - Moskal Sergiejew. - Kur- 
landczycy. - Awantury z Niemcami. - Opuszczam z Moraczew- 
skim Lipsk i udajemy się piechotą do Heidelberga. - Jena. - 
Zaborowski Alojzy, Godebski, Adam Gurowski. - Spacer z Ga- 
jewskim do Baden-Baden. - Ruleta. - Zapadam na zdrowiu. - 
Opuszczam Heidelberg. - Wiesbaden. - Franzensbad. - Dok- 
tor Góra w Lipsku. - Homeopatia. - Powrót do domu. 


Pierwszy rok pobytu mego w Lipsku niezbyt dla mnie 
był przyjemnym, bo nie znalazłem rodaków, z którymi bym 
mógł obcować. Był tam książę J abłonowski ł. ale że mi do- 
tąd są pamiętne słowa ojca: "Z panami rzadko, z kpami 
nigdy", czekałem, aż może on mnie zaczepi, jeżeli w nim 
polskie serce bije, żeby nieśmiałego, młodszego wiele ro- 
daka z Pcr:-us Zachodnich do swego towarzystwa pociągnąć. 
Ale ponieważ spotykając się, tylko w oczy sobie spojrzeli- 
śmy, nie przyszło do bliższego poznania. Drugi Polak był 
tam Tytus Breza z Poznańskiego, ale ponieważ go często z 
Jabłonowskim widywałem, sądziłem, że to też jakiś pani- 
czyk niezbyt serdeczny i tylko oddawszy mu wizytę, kła. 
nialiśmy się sobie przy spotkaniu. Dopiero później, kiedy 
przybyło więcej Polaków, wciągnęliśmy go do naszego kół- 
ka i znaleźli w nim miłego towan;ysza. 
Nie mając więc Polaków do obcowania, kontent byłem, 
że Kurlandczycy 2, których dużo było w Lipsku, sami mnie 
zaczepili i okazując wielką sympatię dla. Polaków, do swe- 


77
>>>
go towarzystwa wciągnęli. Marząc wtenczas jeszcze, że mu- 
szę się na jakiego prezydenta pruskiego wykierować, uczę- 
szczałem pilnie na kalegia prawnicze, ekanamiczne, histo- 
ryczne i filazoficzne. Sławny wówczas jurysta Haubold I wy- 
kładał r,zymskie prawa. Fi:lozofii dałem pokój, znudzony 
zimnym wykładem profesara Kruga 4. 
Z damu odebrałem smutne wiadomIOści, najprzód a śmier- 
ci brata Heliadora, nieca 'później a śmierci ajca. 
Miłą niespodz,iankę miałem z adwiedzin akademików pol- 
skich z Berlina, dawnych znajomych maich ,braci, którzy 
widząc mnie osamotnianega w Lipsku zaprasili na nadcho- 
dzące wakacje do siebie, które w miłem ich towarzystwie 
wesoła przepędziłem. 
Dalszy pobyt mój w Lipsku ożywiony został przybyciem 
Antoniega Wagi. Poznawszy się z nim przypadkowo przy 
obiedzie w hotelu, poszedłem do jego stancji. Niebawem 
wchadzi kelner z rachunkiem tygodniawym, żądając zapłaty, 
inaczej gaspadarz dłużej kredytować nie chce. Lichy stan 
ubiaru był powodem nieufności w mamIOść zapłacenia. Wi- 
dząc ambaras Wagi, płacę rachunek i za-biexam da mega 
mieszkania. Tu mi oplOwiada swoje przykre połażenie, że 
wysłany kosztem rządu z Warszawy da Berlina, dla wy- 
kształcenia się w naukach przyrodzonych, z radakami głów- 
nie z Poznańskiego, tam licznie baw'iącymi, w przykre 
wszedł zatargi, bo żądali ad niego, żeby się uczył bić na rapiery, 
aby, jak go jaki Niemiec obrazi, im wstydu nie zrobił. Na 
próżna im przedstawiał, że rząd nie na ta go wysłał, aby 
się tu z Niemcami pojedynkował, tylko żeby się uczył. Tam- 
ci abstawali koniecznie przy swajem, a ponieważ na próż- 
na, puścili go w ferszys, to jest wyzuli go z praw honora- 
wych, musiał zatem Berlin opuścić. Najgorsze przy tym, 
że nie wie, ca się dzieje w Warszawie, ba mu żadnych pie- 
niędzy nie przysyłają. Tak blisko pół roku ze sabą mie- 
szkaliśmy, a pensyjka maja 400 talarawa musiała wystar- 
czyć dla nas obydwóch, bo z Warszawy, dla zmian zaszłych 
w urzędach, nic mu nie przysyłano. J 
Dla mnie to ciągłe obcIOwanie z tak wykształcanym i mi- 
łym kolegą z wielką było korzyścią, asabliwie co do wpra- 
wy w aj czystym języku, który w astatnich latach w szka- 
łach toruńskich zupełnie zaniedbałem. Raz z nim qbiad je- 
dząc, uważam, że jakiś młody czławiek bardza nam się przy- 
patruje, mówię a tem Wadze, który mi odpowiada, że ta 
jeden z kolegów berlińskich, a kiedy wychodzimy, przy- 
stępuje ten mój nieznajomy do mnie i prosi, abym mu ta- 


78
>>>
l 


I 
I 

 


warzyszył do jego stancji, bo mi ważną rzecz ma udzieltć. 
Tam mi odkrywa niebezpieczeństwa, na jakie się narażam 
obcując z człowiekiem odsuniętym od praw honorowych, bo 
przez to sam narażam się na banicję. Odpowiadam na to, 
że wiem o wszystkiem, ale powody, które ściągnęły na nie- 
go. wyrok kolegów nie uważam jako słuszne i nic mnie nie 
spowoduje, abym opuścił radaka będącego bez śradków utrzy- 
mania. Tak żyliśmy w spokoju, aż dostał od matki pie- 
niądze do powrotu do kra1ju. 
Po odjeździe Wagi zostałem znowu osamotniony, ale Bóg czu- 
wający nad losem moim, zesłał mi innego. kalegę radaka. J ę- 
drzlłja Maraczewskiega fi, późniejszego. historyka znakomite- 
go, z 
tórym do końca pobytu mego. na uniwersytecie 
ciągle na jednej stancji mieszkałem, szczerą przyjaźnią po- 
łączony. 
Na wakacje wielkanocne zrobiliśmy, przybrawszy sobie 
dwóch Niemców, kolegów z Torunia, na towarzyszy, podróż 
na piechotę do 
agi. Wówczas bowiem takie podróżowa- 
nie było upowszechnione i przyznać trzeba, że i przyjem- 
niejsze i pożyteczniejsze, jak dzisiejsze lecenie kolejami. 
Czas był piękny, drzewa już w pełnym kwiecie i szło nam 
dobrze i wesoło po pięknej Saksonii, aż przybyliśmy na 
granicę -czeską. Tu nas bieda spotkała: w Górach Kruszca- 
wych 6 spadł ogromny śnieg, tak że po kolana brnąć mu- 
sieliśmy. Moraczewskiemu najbardziej to dokuczyło, bo do- 
stał reumantyzmu w kolanie tak, że awiązawszy je sobie ka- 
szulami. ze sztywną nogą, męczony nieznośnym bólem, da- 
lej padróż odbywał. 
Przybywszy na nocleg już w Czechach, kiedy się roz- 
grzewamy przy ogniu kominkowym, wchodzi policjant Nie- 
miec, żądając paszportu, a czytając, że cel podróży jest: 
Zum Vergnilgen, adezwał się mój biedny Jędruś: Verfluchte 
Vergnilgungsreise 7, co nas naturalnie rozśmieszyć musiało. 
Prosiłem go., aby pocztą lub furmanką dalej jechał, ale nie 
chciał, tylko całą drogę da Pragi i na powrót do Lipska ze 
swoim l'Ieumatyzmem szedł na przekór, często paWitanając: 
Verfluchte Vergnilgungsreise! 
Przybywszy wreszcie do Pragi i obejrzawszy wszystkie 
znakomitości, które się ograniczały głównie na takie, co je 
po kościołach pokazują, najbardziej w pamięci mi został 
abraz wystawiający dziewicę, której od Boga wymodlona 
brada cudem przez noc urosła, aby się ojcu obrzydzić, oka- 
zującemu dla niej giI"zeszne zamiary, za co świętą została. 
Staraliśmy się przede wszystkim przekonać, czy niemczyzna 


79 


-
>>>
jeszcze ślady ducha narodowego zostawiła, ale niestety ma- 
łośmy go znaleźli i tylko między młodzieżą akademicką. By- 
liśmy z nimi na balu, ale tam już tylko po niemiecku mó- 
wiono, tłomacząc się tem, że po czesku nie wypada. Co za 
ró:im.ica do dziś! Germanizm tak samo w Czechach, jak i u 
nas, nie kontentując się naszą przychylnością do języka, za- 
czął zmuszać, abyśmy porzucili mowę ojczystą, a z nią 
i mrzonki o przywróceniu bytu politycznego i szczęśliwie do- 
czekał się tu i tam zupełnie przeciwnych skutków. 
Wracając z Pragi, Moraczewski zwykł był prędzej wycho- 
dzić z kwatery lub wypoczynku, ponieważ wolniej od nas 
iść musiał, ale dobry humor, towarzyszący mu całe życie, 
nie opuszczał go, pomimo reumatyzmowej swej biedy. Raz 
kiedy idziemy z daleka za nim, widzimy, że dwoje dziew- 
cząt, obok niego idąc, z nim rozmawiają, ale kiedy go mi- 
nęły, on stanął czekając na nas, żeby nam udzielić rozmo- 
wę, otóż śmiejąc się powiada, że go pytały, jakiej on profe- 
sji, jedna m6wi: Sie sind wohl ein Drucker! 
Na to on: Ja, aber ein Miidchendrucker 8. 
Wróciwszy na Drezno do Lipska zastaliśmy nowo przyby- 
łych rodaków, Wojciecha Lipskiego i Tyca, tak że z Brezą 
i dwoma, których nazwiska zapomniałem, było nas siedmiu 
Polaków, i odznaczając się przez czerwone rogatywki z bia- 
łym barankiem, reprezentowaliśmy Polonią lipską niezgo- 
rzej. Raz, idąc jak zwykle razem na spacer, spotkaliśmy 
znajomych nam Niemców, którzy w rozmowę z nami się 
wdają. Ponieważ koledzy. moi słabo po niemiecku mówili, 
ja najwięcej do nich się odzywam. Niemcy chwalą moją 
doskonałą niemczyznę, ale dodaje jeden z nich niemiłosier- 
nie: "Pan pewnie prawdziwym Polakiem nie jesteś". "A to 
czemu" - odpowiadam z oburzeniem. - "Bo pan tak do- 
skonale mówisz po niemiecku", Dawniej byłbym się może 
cieszył, gdyby mnie tak pochwalono, ale wtenczas, jeszcze 
jak koledzy głośno się śmiać zaczęli, zawstydziłem się moc- 
no, bo czułem, że po części prawdę mówił. Kupiłem zatem 
sobie Gramatykę Kopczyńskiego 9 i tak dopiero na uniwer- 
sytecie niemieckim i obcując ciągle z rodakami nabrałem z 
językiem i ducha polskiego. 
Znalazł się w Lipsku i Moskal Sergiejew, okrutnie głupi, 
który niemało nas ubawił, tylko nas się trzymając. Mówił, 
że się na profesora filozofii kieruje i dlatego pilnie cho- 
dził na wykłady Kruga, którego niezmiernie wychwalał, 
chociaż mało rozumiał. A kiedym go zapytał, czego się od 
nieeo nauczył, pokazało się, że tylko to trochę pojął, co jest 


80
>>>
a priori, a co a posteriori - z czym się ciągle popisy- 
wał, tak że go Posteriorem przezwali. 
W tym czasie przybył do Hali 10 Polak, Góra z W rocła- 
wia, gdzie jako pierwszy rębacz nie miał czasu oddać się nau- 
k-om; musiał zatem wyrwać się z dawnych stosunków i na 
inną iść akademię, żeby się przysposobić na przyszłego le- 
karza. Zwykły to był ówczesny na Illiemieckich akademiach 
zwyczaj, że cały majątek synalek przez pięć lub więcej lat 
przeputał, wcale się naukom nie oddając i dopiero, kiedy 
mu ojciec doniósł, że tylko rok albo dwa będzie mu mógł 
dosyłać pieniędzy, wtenczas wydalał się z miejsca hulanek 
na inny uniwersytet i tam oddawał się pracy. Ponieważ 
Góra sam jeden Polak był w HaU, odwiedzaliśmy się nawza- 
jem. Dowiedziałem się, że później był lekarzem w Kemp- 
nie. 
Kurlandczyków dużo się zebraro w Lipsku, a że nie cier- 
pieli Niemców, choć sami nimi są, trzymali się z nami. Tę 
nienawiść do Niemców każdy Kurlandczyk, przybywszy ja- 
ko fuks, to jest pierwszoroczny akademik - starał się tern 
okazać, że na samym wstępie obraziwszy Niemca, pojedy- 
nek z nim odbył. Toteż ciągle z nimi się bili na tak zwane 
szlegiery, ale zwykle zostali pobici, ponieważ mało się ćwi- 
czyli na rapiery. Chcąc zrównoważyć szanse pojedynkowe, 
wyzywali Niemców na krzywe pałasze lub pistolety, co się 
tym znowu nie pod-obało i żeby się od tego uchronić, ogło- 
sili, że ponieważ Kurlandczycy przekraczają prawa aka- 
demickie, satysfakcji honorowej im dać nie mogą. To nie- 
miła rzecz, bo w takim razie tylko na kije obrazy się załat- 
wiają. Raz -odwiedzam Kurlandczyków, dwóch baronów Ho- 
wen. Wtem wpada młodszy, wołając: "Pistolety!" Pytamy się 
"Po co?" "Niemiec mnie w twarz uderzył, nie chcąc mi z 
drogi ustąpić na spacerze." Ale nim pistolety nabił, zjawił 
się urzędnik policyjny, przysłany przez senat akademicki, 
zapowiadając tamtemu areszt domowy. 
My, Polacy, nie zważając na to, że podług pTaw akademic- 
kich nie wolno obcować z takim, co jest wyzuty z hono- 
rowej satysfa'kcji, przechadzaliśmy się ciągle po mieście 
i spacerach z Kurlandczykami, ale naturalnie gromadnie 
i z potr;żnymi, sękatymi kijami. Tak nam kilka tygodni w 
pokoju przeszło, aż prosi mnie Breza, żebym wyzwał Niem- 
ca, który go obraził. Idę więc do niego, oznajmuję mu wyz- 
wanie, na co dostaję odpowiedź: "Ponieważ z Kur1andczy- 
karni obcujemy, satysfakcji Polakowi dać nie może". Odpo- 
wiedziałem: "Kiedyście tak długo nasze publiczne z nimi 


6 - Pamiętniki... 


81
>>>
obcawanie za złe nam nie brali, a dziś nam to za powód 
'Odmówienia satysfakcji honorawej podajecie, więc ja to naz- 
wać muszę podłem tchórzostwem". Po niemiecku dobitniej 
się wyraziłem, bo powiedziałem, że jest: Ein feiger Hund- 
slot 11. 
Zbieramy się następnie wszyscy Palacy u Lipskiego na 
naradę, widząc niemiłe stąd następstwa. Wtem wchodzą se- 
niory wszystkich związków akademickich, tak zwanych 
landsmanszaftów 12, w uroczystych ubiorach i oświadczają 
nam, że jesteśmy jako przyjaciele Kurlandczyków także wy- 
jęci spod praw honorowych. 
Wkrótce potem idę ulicą po środkowym kamieniu, wali 
naprzeciw mnie ogromny Niemiec. Kto komu ustąpi? Idę 
prosto, on też, oko w oko, piersią o pierś się ocieramy nie scho- 
dząc z uprzywilejowanego kamienia; trzy kroki dalej stawa, ja 
też, i przypatrujemy się sobie; on pierwszy się odwrócił 
i poszedł dalej. Poszanowaniu, które Polacy po wszystkich 
ł\kademiach niemieckich mieli, przypisać trzeba, że i tu się 
obeszło be2 awantury. 
Dwa lata już będąc w Lipsku, postanowiłem udać się na 
inny uniwersytet, a że kochany Moraczewski niedostępnym 
moim był towarzyszem, wyruszyliśmy na Wielkanoc 1823 
roku piechotą z Lipska, pożegnawszy się z miłymi kolegami 
Lipskim, Brezą i Tycem, którzy tam zostali narażeni na 
wielkie nieprzyjemnaści z Niemcami. 
Celem naszej padróży było Bonn. Przybywszy do Jeny, po- 
szliśmy do knajpy akademickiej i tam oświadczywszy, że 
jesteśmy Polakami, opowiedzieliśmy postępowanie lipskich 
akademików z nami i z Kurlandczykami. Przyrzekli nam, 
że ich za to do odpowiedzialności pociągną; jakoż później 
doniósł nam Lipski, że mnóstwo odbyło się stąd pojedynków 
pomiędzy akademikami z Jeny i Hali z jednej, a lipskimi 
z drugiej strany. Musieliśmy duża piwa z nimi wypić, a 
kiedy nazajutrz wybieramy się w dalszą drogę, zajeżdża 
wielki wóz drabiniasty z mnóstwem akademików i posa- 
dziwszy nas w sam środek odprowadzają nas kilka mil, 
śpiewając pieśni burszowskie. 
Przybywszy, ciągle piechotą, do Frankfurtu, dowiaduje- 
my się od akademików, że wszyscy opuścili Bonn dla za- 
szłych awantur ze senatem, i że nie wolno tam się udać. 
Wyruszyliśmy zatem do Heidelberga i marzenia moje, zo- 
stać pruskim urzędnikiem, przez to zdarzenie zostały zni- 
weczone. ponieważ jest obowiązkiem być przynajmniej rok 
na pruskim uniwersytecie 11. Uważam to więc jako zrządzenie 


82 


... 


L
>>>
Boże, które mnie uchroniło od służby pruskiej i zrobiło go- 
spodarzem. 
W Heidelbergu zastaliśmy kilku Polaków: Alojzego Za- 
borowskiego i Gajewskiego z Poznańskiego, Godebskiego 
i Adama Gurowskiego 14 z Królestwa. Zaborowski, sześć lat 
słuchając wciąż Hegla w Berlinie i nic więcej, przybył na 
siódmy rok do Heidelberga, ale cóż, kiedy po Heglu nie 
warto innego słuchać, jedno więc tylko kolegium mu się 
podobało, to jest dogmatyka podług Hegla i na to jedno 
chodził, tłomacząc prócz tego, w wielkim sekrecie przed 
nami, Hegla na polskie, która praca szkoda, że gdzieś za- 
ginęła. 
Godebski, kosztem rządu wysłany z Warszawy, pilnie się 
oddawał naukom, ale niedługo nas pożegnał, bo dostał roz- 
kaz l).atychmiastowego powrotu. W kilka lat później będąc 
w Warszawie, wyszedłem za miasto, gdzie wojsko polskie 
obozem stało. Tam się 
zechadzając, wy:pada do mnie. 
Kto, Godebski w mundurze, mówiąc, że przybywszy do 
W
wszawy, z rozkazu Wielkiego Księcia Konstantego w soł- 
daty był wzięty, za co, nie powiedziano mu. 
Gdy nadeszły Zielone Swiątki, proponuje mi Gajewski 
odwiedzić Strassburg spacerem. Bardzo mi się t'O spodoba- 
ło, a że nie miałem pieniędzy, sprzedałem pościel z domu 
przywiezioną za 15 talar6
 i r.uszamy. Idziemy na Karls- 
ruhe do pięknego Baden-Baden u. Tam pierwszy raz zoba- 
czyłem w salonie ruletę i trente i quarante, a że na to wy- 
jechałem z domu, aby się uczyć wszystkiego, przyglądałem 
się pilnie tym grom, osobliwie rulecie, która bardzo mi się 
spodobała, przestrzegając się wzajemnie z Gajewskim, żeby 
nie grać i. nie narażać dalszej podróży na szwank przez prze- 
graną. Ale diabeł kusiciel najprzód Gajewskiego złapał, wi- 
dzę, że gra i zgarnia pieniądze, zazdrość mnie bierze, gram 
także i każdą stawkę wygrywam, tak że kiedy zadzwonili 
na obiad, ja podwoiłem moją kasę. Gajewski zaś zgrał się do 
grosza. Idziemy na obiad w bardzo przeciwnych humo- 
ra,ch. Jedzenie doskonałe, muzyka przygrywa, po obiedzie 
pewny, że muszę wygrać więcej, idziemy do salonu. 
Stawiam, ale przeg,rywam, dubluję, żeby powetować stra- 
tę i tak przegrywam wszystko. Gorąco mi się zrobiło; wy- 
chodzimy, przechodzi chłopiec z lodami; znajduję złotówkę 
w kamizelce i wydaję ostatni grosz. Piszemy do heidelberg- 
skich kolegów o pieniądze, a tymczasem używamy po ro- 
mantycznych górach spacerów, które nic nie kosztują. Sprzy- 
krzyła mi się jednak taka zabawa i zostawiwszy towarzy- 


83
>>>
!sza mego gospodarzowi w zastaw, pożyczywszy talał"a wra- 
cam piechotą de Heidelberga, wyśmiany tam przez kole- 
gów. 
Z początku wszystko mi się w Heidelbergu lepiej podo- 
bało jak w Lipsku, bo i kolegia profesorów były zajmują- 
ce i stół w
'kwintny, jak wszędzie nad Renem, a tani, spa- 
cery po uroczych okolicach wśród gajów, kwitnących drzew 
migdałowych lub wielkim gościńcem, zwanym via Romana, 
bo jeszcze przez Rzymian założonym, a dziś ogromnemi orze- 
chowymi drzewami ozdobionym. 
Zajmujący był wykład historii sławnego Scho1ssera 18 i mi- 
ło było słyszeć z ust niemieckiego profesora, że najniego- 
dziwszą zbrodnią historyczną był rozbiór Polski. 
Odwiedził nas tam Radoński z Poznańskiego, któremu 
rząd zakazał pobytu w państwie pruskiem i w Szwajcarii 
się osiedlił, gdzie później tajemniczą śmiercią życie zakoI1- 
czył. 
Nasz Adam Gurowski najwięcej się zajmował awantura- 
mi pojedynkowymi z Niemcami, a później słychać bylo o 
nim, że w Ameryce służył sprawie Rosji. 
W następnej zimie zapadłem mocno na zdrowiu. Mój przy- 
jaciel Moraczewski ciągle mnie pocieszał, że ja ich wszy- 
stkich przeżyję i po części zgadł, bo wszyscy koledzy moi 
z Lipska poumierali; kto z heidelbergs'kich żyje, nie wiem. 
Tymczasem słabość moja się wzmagała i kończąc już trzy- 
letni kurs akademicki musiałem wracać do domu. Warto 
było po drodze ratować zdrowie u wód jakich, ale jakim 
sposobem, kiedy mi ma tka pisywała, że czasy ciężkie, że mi 
pieniędzy przysłać nie może. Naraz dostaję niespodziewa- 
ną sumę, bo 400 talarów, od brata Atanazego. Kolegom 
udzielając tę pocieszającą niespodziankę, przyznaje mi się 
Zaborowski, że pomimo mojej wiedzy pisał do matki, aby 
mi przysiała pieniądze na kuracją, jeżeli chce mnie przy 
życiu utrzymać; powiedział mu bowiem jeden z doktorów, że 
mam galopujące suchoty. Idę więc do najsławniejszego dok- 
tora, opowiadam mu moje cierpienia, ten mówi, że to hi- 
pochondria, ale mogę jechać do Wiesbaden. Sądząc wten- 
czas, że co doktor taki sławny powie, jest nieomylne - po- 
żegnawszy kochanych kolegów pojechałem do Wiesbaden 17. 
Piję tam gorącą wodę mineralną przez kilka tygodni, tro- 
chę mi się zdrowie polepsza, a codzienna potrawa, paradne 
szparagi, doskonale smakują. Poznawszy się z kilkoma go- 
śćmi kąpielowymi, ki
dy im powiadam, że moja słabość 
żołądkowa, radzą mi jechać do Franzensbad 18. Powiadam 


84 


... 


,
>>>
I 
j 


to mojemu doktorowi, który dopieTO się przyz]1aje, że si
 
dziwił, jak ten stawny doktór heidelbergski mógł mnie wy_ 
słać do Wiesbaden, i że Franzensbad najwłaściwsze dla mnie 
jest miejsce. Tak to doktorzy dla koleżeństwa poświęcają 
nieraz pacjentów. 
Jadę więc czem prędzej przez Bawarią pocztą i z ostat- 
niego miasta biorę doróżkę do Franzensbad. Ale na ko- 
morze celnej powiada mi urzędnik austriacki, że mnie prze- 
puścić nie może, ponieważ paszport jest z Heidelberga, a 
studentom stamtąd zabroniony wstęp do Austrii. Wid
 
miejsce mego zbawienia Franzensbad w niedalekiej odległo- 
ści, przedstawiam celnikowi, że widząc mnie chorego powi- 
nien mieć ludzkie serce i puścić mnie, ale na próżno, roz- 
czulić go nie mogę, odpowiada mi, że serce jego jest w tej 
księdze, która mu to zakazuje. Trzeba więc wracać do te- 
go samego miasteczka bawarskiego na noc. Nazajutrz o 
świcie biorę przewodnika, który mnie piechotą, manowca- 
mi, omijając dom celny, prowadzi do Franzensbadu. Tam 
idę prosto na policją, i powiadam, jaką drogą przybyłem. 
Ządam, a'by mnie pod dozór policji postawiono, aż z Drez- 
na od ambasady pruskiej, której przesłałem mój paszport, 
odbiorę wizowany. 
Tak zabezpieczony idę do doktora, który mi każe pić 
"Sałzquelle" lU, zacząwszy od dwóch kubków, co dzień je- 
den więcej, aż do dwunastu. Paradnie mi zaczyna woda skut- 
kować, aż do szóstego kubka; znajomi moi winszują mi 
powodzenia tak widocznego. Piję dalej po kubku więcej, bo 
jakże nie słuchać doktora. Na nieszczęście doil:tor gdzieś wy- 
jechał, a kiedy doszedłem do dwunastego, cała dawna słabość 
wróciła się spotęgowana. W takim stanie widzę się z dok- 
torem - który właśnie wrócił z podróży - przyznaje mi 
się, że się omyJił, bo uważał, że jako Polak mam silniejszą 
na;turę od Niemca, a przed rokiem był tu Moskal, który sie- 
demdziesiąt pięć kubków dziennie pił i zupełnie wyzdro- 
wiał. Nie dziwić się temu, bo z tak daleka przyjechawszy 
pić wodę, która równo kosztuje, czy wiele czy mało, pił ją 
cały dzień, a natura moskiewska potrafiła to znieść. Ka- 
zał mi kiłka tygodni przestać pić wodę, a potem da capo roz- 
począć. Ale, że pieniędzy niewiele mi zostawało, musia- 
łem wyjeżdżać ku domowi. 
Poczciwa moja sąsiadka Niemka, ubolewając nad moją 
słabością, doradziła mi, żebym, jadąc przez Lipsk, udał się 
do homeopaty 20. 
Pierwszy raz słyszałem o takim, bo nowy ten system le- 


85
>>>
czenia tylko co powstał. Idę więc w Lipsku do owego dok- 
tora, który nii daje' swoje mikmkosmiczne lekarstwo w 
kształcie proszku zapewniając. że skutkować będzie przy 
odpowiedniej diecie.. .Powiadam. że najtęższe środki, jak ja- 
lapa itd. skutku nie wywierają - on zapewnia, że jego bę- 
dzie. 
W Lipsku z Polaków nie zastaję już z dawnych kolegów 
nikogo, tylko GÓrę, który już nie na żarty na medyka się 
kształci. Powiadam mu o mojej słabości i że proszki biorę 
homeopatyczne. On na .to mi tak samo odpowiada, jak do 
dziś dnia od niejednego słyszę doktora, że się dziwi, jak ja. 
jako rozsądny. człowiek mogę w takie szarlatanerie wierzyć, 
które nic pomóc, nic szkodzić nie mogą. Tymczasem kiedy 
trzeciego dnia znowu się schodzimy, on przyglądając mi się 
mówi: "Ja zostaję przy swoim, że homeopatia głupstwo, ale 
ty bierz te proszki. bo widocznie ci skutkują". 
Tak podreperowawszy trochę zdrowie, trzeba wracać do 
domu, ale jak? Poczta dwa razy na tydzień tylko chodzi 
w tamte strony i to trzeba. tydzie!l naprzód zamówić, żeby 
dostać miejsce. W kłopocie moim, idąc ulicą, widzę starą 
obdrapaną landarę, na której kredą napisane: Gelegenheit 
nach Ki'migsberg 11. Dalej więc do wożnicy i godzę się z 
nim, bo jeszcze jedno miejsce wolne. W owym czasie świat 
cywilizowany w Lipsku się kończył i stamtąd na wschód 
były już drogi w stanie naturalnym, dlatego też nie było 
jeszcze .owego późniejszego, nieszczęsnego Dmng nach dem 
Osfen ft. 
Wleczemy się po. piaskach opakowaną budą, szczęsclem 
dostało mi się miejsce na koźle, gdzie przynajmniej świe- 
żym powietrzem oddychać mogłem. Co dwie mile popas, 
para koni tylko nas ciągnie co siły, ja więc z fmmanem 
większą część drogi piechotą odprawiam. Po sześciu dniach 
tak mozolnej podróży przybywamy nares'zcie w pobliże na- 
szej kochanej Wisły, której trzy lata nie widziałem i stam- 
tąd furmanką pojechałem do domu. 


- 


"-
>>>
Rozdzial IV 


MOJE GOSPODARSTWO 
W MIERZYNKU I KARCZEWIE 
OD ROKU 1824 DO 1834 


Treść: Germanizacja znacznie rozwinięta w Prusach Zachod- 
nich. - Gospodaruję u matki w Piątkowie. - Odbieram Mie- 
rzynek w zarząd. - Bieda wielka. - Uczę się gosPQdarstwa z 
dzieła Thaera. - Pomyślna gospodarka. - Ustęp o uroczystości 
odsłonięcia pomnika Kazimierza Wielkiego w Bochni. - Młodą 
gospodynię muszę odprawić. - Podział majątku. - Ja dostaję 
Karczewo. - Nowa bieda. - Brat Atanazy bierze Piątkowo, jego 
zasługi obywatelskie. - Zaczyna mi się powodzić. - Przykupu- 
ję ośm włók za pożyczane pieniądze. - Powstanie 29 listopa- 
da. - Doktor Tyc. - Wyprawa Zawiszy. - Pierwsze śledztwo. - 
Na rok skazany, amnestią uwolniony. 


Opłakany zastałem stan gospodarstwa nie tylko u matki 
mojej w Piątkowie, ale i w ogóle u wszystkich obywateli, 
szczególnie polskich. Naczelny prezes Schon rozwinął już sy- 
stem germanizacyjny na wielką skalę, a to po części z wi- 
ny samych obywateli polskich, którzy podczas bytu 
się- 
stwa Warszawskiego, pewni, że rządy pruskie się nie wrócą, 
nie płacili procentów Towarzystwa Kredytowego, chociaż ono 
było na solidarności wzajemnej oparte. Korzystają'c z tego, 
naczelny prezes kazał wszystkie zaległości od razu płacić, 
a kto nie mógł, majątek jego na subhastacją poszedł, Jeden 
:mój ojciec płacił regula,rn,ie procenty i uszedł przez to pow- 
szechnej klęski. Już dużo polskich obywateli nie zastałem 
w :majątkach swoich, bo Niemcy, przybysze protegowani 
przez rząd, już byli w ich posiadaniu. Zresztą gospodarstwo 
na bardzo niskiej stopie stało, a produk,ta były prawie bez- 
cenne l. 


87
>>>
Porzuciwszy przy tak nieprzyjaznem usposobieniu rządu 
da Polaków myśl służenia takiemu rządoOwi, postanowiłem 
oddać się gaspodarstwu. Z początku pomagałem jak mo- 
głem matce, ale wkrótce wydarzyła się, że przez śmierć 
babki w Mierzynku, matka mi oddała ten majątek do rzą- 
dzenia. Trzeba było zatem uczyć się nowega systemu go- 
spodarstwa, o którym w naszej okolicy nikt nie wiedział. 
Brat mój Atanazy gospodarując w Zegartowicach, jaka je- 
dyny Polak ze szkoły Thaera w Moglinie, był wyrocznią 
gaspodarczą dla innych. Wziąłem zatem od niego książki go- 
spodarcze, a mianawicie dzieło Thaera pod tytułem: System 
racjonalnego gospodarstwa, w czterech tama,ch in quarto 
i pilnie się oddawałem tej nowej zupełnie nauce. Ale jakże 
trudne było położenie moje, bo bez grosza w kieszeni, za- 
stałem całą spiżarnią przez zładziei wypróżnioną, a w sto- 
dołach, choć ta była po żniwach, pustki okropne. Przy- 
czyną tych pustek było, że przeszło osiemdziesięcioletni mój 
dziadek lubił się chwalić, iż chociaż konie robocze nie do- 
stają obroku, tylka w rozgartach 2 się żywią, w doskona- 
łym są stanie. Nie wiedział jednak o tem, że parobcy dba- 
jący o swoje konie, wypuszczali je w nocy z owych raz- 
gartów, tak że po wszystkich zbożach się pasły. Pokazało 
się zatem, że zboża nic nie była na sprzedanie, a kiedy go- 
spodyni mówiła, że soli nie ma w spiżarni, ledwo się sie- 
demnaście korcy berlińskich I pszenicy zgarnęło i z tymi 
ekonom pojechał do Grudziądza kupić beczkę soli. Kaza- 
łem mu także przywieźć kawy, cukru, butelkę araku, jeżeli 
się gaście zdarzą, spodziewając się, że coś jeszcze zostanie 
grosiwa. Ale kiedy wrócił, dawiaduję się, że musiał jeszcze 
kilka złotych pożyczyć od znajomego, bo sól kosztuje 15 
talarów, pszenicę sprzedał po 5 złotych polskich 4, a na 
sprawunki nie było. Bieda więc była okropna; o kredycie, 
żeby od Żyda jakiega pożyczać pieniędzy, ani myśleć. Jak 
tu rok cały przebyć? Do tega nowy kłopat przybył, bo, cią- 
gle po polach biegając, zdarły mi się buty. Za co tu kupić 
nowe? Ale wchadzę pomiędzy bydło i widząc krawę bardzo 
lichą, mówię pasterzowi: "Ta krowa pewnie zimy nie prze- 
żyje?" "Pewnie, że nie, bo ją już kilka zim za ogon podno- 
szę." - "To ją jutro prowadź na jarmark do Jabłonowa, 
ja tam też będę." Wjeżdżając nazajutrz na targ, widzę, że 
moja krówka stoi jeszcze nie sprzedana. - "Wieleż ci da- 
ją?" "Praszę pana, cztery talary, ani rusz więcej." - "Ta 
ją przedaj, nim się kupiec namyśli inaczej." Biorę pienią- 
dze i z niemi między budy szewckie, gdzie równie cztery 


88 


.....
>>>
talary za buty zapłacić musiałem, tak że nawet na szklan- 
kę piwa nie zostało., 
Nadchodzi zima i ta mi otworzyła niespodziany doch6d. 
Zjawiają się rybacy i pytają, czy pozwolę niewodem na je- 
ziorze zalowić, twierdząc, że ryby być muszą, bo stary je- 
gomość nie chciał na to pozwolić, m6wiąc, że mu wszy- 
stkie ryby wyłowiemy. Każę więc obcinać jezioro, a kiedy 
matnią wyciągają, pokazuje się ogromna ilość wielkich le- 
szczy, za których połowę od kupców przytomnych 60 tala- 
rów dostaję, bo druga połowa należała się rybakom. P.rócz 
tego dochodu z ryb udało mi się od Żyda 70 talarów poży- 
czyć, które razem musiały wystarczyć na jakie takie pła- 
cenie zasług służącym i podatki, które wtenczas były bar- 
dzo małe, przez rok cały. Pomogłem sobie, przyznać muszę, 
poniewa'ż żelazo ważnym artykułem jest w gospodarstwie, 
tym, że dwie odwieczne karety, kt6re po dziadku zastałem 
w wozowni, kazałem rozbić i żelaziwo na różne narzędzia 
rolnicze obr6cić. 
Gdy nadeszła wiosna, a z nią czas siewu jarzynnego I, mój 
ekonom, bo wówczas rządców jeszcze nie było - oświad- 
czył mi, że sam swoją ręką cały siew grochu uskuteczni, 
poniewai go tak rzadko siać trzeba, że pomiędzy ziarnka- 
mi owca z jagniątkiem pomieścić się :może. Nie znalazłem 
ja wprawdzie tej teoryi w moim Thaerze, ale ufając do- 
świadczeniu staTego praktyka, przystałem na to. Zasiał za- 
tem w ten sposób dwudżiestoma trzema korcami ogromną 
przestrzeń, a że rola była przeważnie gliniasta i zawsze 
nieźle mierzwiona, bo znaczne łąki dużo siana dostarczały, 
groch się zwalił ogromny, tak że na jesieni sprzedałem 
czterysta korcy po talarze, poniewa
 ceny grochu znacznie 
podskoczyły. Jeżeli ten plon gospodaTzom będzie się zdawał 
pTzesadzony, to raz na zawsze oświadczyć muszę, że się 
kłamstwem brzydzę. 
Prócz tego i owies, który pod ski/bę kazałem zasiać, po- 
mimo suszy nadzwyczajnej obrodził mi się dobrze, tak że 
kiedy wszędzie zupełnie chybił, ja oprócz własnej potrzeby 
Sprzedałem sto korcy po talarze. Urodzaj oziminy był także 
dobry, tak że nie tylko dochody miałem znaczne, ale i w 
całej okolicy zasłynąłem jako dobry gospodarz. Sprawiło 
'się też brykę brodzką i chomonta krakowskie, a że do 
zdrowia zacząłem powoli przychodzić, jeździłem w cztery 
dobre mierzyny zaglądać, gdzie jaka panienka. 
Raz zajechawszy do Konojad, do landrata Wybickiego', 
u którego starsza córka była w domu, a młodsza, późniejsza 


89
>>>
'
 


żona moja, jeszcze na pensji w Warszawie, zastaję brata 
mego Atanazego, także jeszcze kawalera. Zdawało się za- 
tem, że dwóch braci do jednej panny zajeżdża. Brat mój 
słynął wtenczas w całej okolicy z wesołości i dowcipu, tak 
że ja, obok niego, zwykle milczałem i za flegmatyka ucho- 
dziłem. Kiedy wi(
'c siedzę nieśmiało obok panny Ludwiki, 
on ciągle rozprawia, ale gdy mu jakoś konceptu zabrakło, 
odzywa się: "Panie landracie, czy nie uważasz podobień- 
stwa pomiędzy panną Ludwiką, a moim bratem?" "A to 
jakie?" - pyta śmiejąc się ojciec, bośmy już oboje ogrom- 
nego raka upiekli. A on: "Bo oboje nic nie mówią, tylko 
patrzą na siebie". Poklepał mnie poczciwy landrat, żeby 
mnie trochę z ambarasu wyprowadzić. Strzegłem się potem 
z braciszkiem razem znajdować w jednem towarzystwie, 
aż on chociaż się umiał podobać, zamiast z jaką Polką, 
ożenił się z Niemką. Matka moja bardzo temu była przeciw- 
ną, ale głównie dla religii, brat jednak przemógł tern, że 
u Niemki więcej posagu, a mniej pretensyi. 


Przerywam dalszy ciąg w historycznem następstwie, bę- 
dąc pod wrażeniem dnia wczorajszego. W drugi bowiem 
dzień Zielonych Świąt zapowiedziane było odkrycie pom- 
nika Kazimierza Wielkiego w Bochni.. Muszę zatem, choć 
krótko o tej uroczystości wspomnieć, a sądzę, że zadowolę 
tych, których może ciągły opis życia mego nudzić zaczyna. 
Wyjechałem w towarzystwie około pięćdziesięciu krako- 
wian, na których się głównie Towarzystwo Postępu, ce- 
chy z chorągwiami i Straż Ochotnicza wraz z kilkoma 
akademikami składała. Poszliśmy naprzód do kościoła wraz 
z licznie przybyłem okolicznem obywatelstwem. Kazanie 
było o sakramencie bierzmowania, ale ani jednem słowem 
kaznodzieja o narodowem święcie nie wspomniał. Skoń- 
czywszy kazanie powiedział tylko, że teraz nastąpi poświę- 
cenie pomnika. Cechy z chorągwiami otoczyły z dala pom- 
nik dłuta Walerego Gadomskiego z Krakowa, a z bliska 
dwadzieścia cztery młodych dziewcząt w białych sukien- 
kach z różowemi i niebieskiemi przepaskami. 
Pierwsza mowa była doktora Hoszarda, piękna w treści 
i z energią wypowiedziana. Przy końcu mowy cała publicz- 
ność zachwycona została cudownym zjawiskiem, bo tęcza' 
dokoła słońca w odległem dość kole się pokazała, jakby 
wieniec nad głową Kazimierza Wielkiego, nigdy coś po- 
dobnego nie widziałem. Drugą mowę miał akademik kra- 
kowski, trzecią profesor gimnazjalny z Bochni. Po nich wy- 


90
>>>
stąpił obywatel krakowski, Chmurski, j wyliczając repre- 
zentantów różnych miasta, przybyłych na tę uroczystość, 
kiedy wspomniał, że duchowień
two nie przybyło, deszcz 
kropić zaczął, co spowodowało mówcę powiedzieć, że:' .,Nie- 
bo, zastępując duchowieństwo, samo pomnik poświęca". Du- 
chowieństwo. bocheńskie, znać tak jak krakowskie, stroni 
od wszelkich narodowy,ch uroczystośd. 
Obywatele Bochni porozbierali nas, gości, do siebie na 
obiad. Mnie zaprosił 'Obywatel Górski i do zbytku serdecz- 
ną gościnnością nas wszystkich, około dziesięciu, uraczył.. 
Muzyka wieczorem odpr'Owadziła nas na kolej, gdzie 
ostatnie pożegnania licznemi zdr'Owiami i toastami piękny 
ten dzień zakańczyły. 


Prowadząc dalej historię mojej gospodarki w Mierzynku 
muszę nadmienić wypadek, jak m02Jlla czasem naJmewin- 
niej być posądzonym. Słysząc o moim dobrem gosp'Odar- 
stwie w jej majątku, matka moja przyjeżdża do mnie. Po- 
nieważ dworek był ładny, pokoje pięknie tapetowane z po- 
rządnemi meblami, robi od razu rewizją pokoi. Wchodzi 
do mojej sypialni, a za nią .otwiera drzwi da kamory, gdzie 
widząc łóżko woła: .,A to ca? Ta Jetta tu sypia!" Była ta 
młoda moja gospodyni, Niemka, która właśnie pierwszy raz, 
pomima mojej wiedzy, tu się wprowadziła. Ja zaręczam, że 
a niczem nie wiem, ale. na próżno, matka w najwyższem 
oburzeniu każe zaprzęgać i odjeżdża, mówiąc,  że w takim 
domu nocować nie może. Musiałem Jettę zaraz odprawić, 
a na jej miejsce przysłała mi matka starą gospodynię. Nie 
dość na tem, wróciwszy do domu, posyła umyślnego po- 
słańca do pięć mil odległych Zegartowic, żeby brat natych- 
miast przybywał dla ważnego familijnego interesu. On są- 
dząc, że Bóg wie co się stało, jedzie co żywo, a gdy się py- 
ta, co takiego - dostaje odpowiedź, że on jako stanzy 
czuwać nad tem powinien, żebym przestał wstyd robić fa- 
milii; ale on znając z powodu jeszcze nie 'Odzyskanego zdro- 
wia moje w tym względzie platoniczne usposobienie, da 
rozpuku śmiać się zaczął, co i na niego sprowadziło porządne 
matczyne zburczenie. 
Ja tymczasem, ze starą gospodynią, nie narażony na poku- 
sy i podejrzenia gospodaruję dalej i coraz mam lepsze uro- 
dzaje, tak że kiedy w trzecim raku w najlepsze się cieszę 
widokiem znacznych dochodów, matka oświadcza, że nam 
oddaje majątek ojcowski, a sama odbiera Mierzynek, do- 


91
>>>
kąd się z bratem moim Gustawem i siostrami Leokadią 
i Alodią przenosi. 
Brat Atanazy do Zegartowic odbiera Piątkowo z Dyle- 
wem, mnie się dostaje folwark Karczewo, a z podziału wy- 
padło na każdą głowę po 5000 talarów. Karczewo, które za 
6000 talarów przyjąłem, tak że z jednego tysiąca procent 
familii płacić się 'zobowiązałem, w najnędzniejszym objąłem 
stanie. Przez s.ześć lat poprzednich zadzierżawione było Niem- 
cowi, który tak wypłodnił role i zniszczył ,budynki, że sam 
w końcu dzierżawy nie ;płacąc, procesem musiał być wysa- 
dzony. Przeprowadzam się zatem z czterystami skopami 
i nieco inwentarzem przychowanym w Mierzynku i trochą 
pieniędzy w kieszeni, a stara gospodyni z sześcioma najlep- 
szymi kurami, między którymi z pewną dumą siedziała, do 
spustoszałego Karczewa. 
Z fantazji, w MierŻynku nabytej, musiałem znowu na 
takiem pustkowiu dużo spuścić, ale pocieszałem się tem, że 
to już moja własność i że powoli z biedy się wygrzebie. Sie- 
działem więc kamieniem w domu, chyba do najbliższych 
sąsiadów zaglądając, a kiedy brata Atanazego pytano, oso- 
bliwie w domach, gdzie były panienki, czemu też pan Na- 
talis się nie pokazuje i co tam robi w Karczewie - odpo- 
wiedział: "On cały dzień biega po miedzach granicznych 
i 'kijem bobki z sąsiedniej roli na swoje przerzuca". 
Przytoczyć tu muszę, że brat mój nie tylko wesołym dow- 
cipem bawiąc, wszędzie był miłym gościem, ale zostawszy 
radcą Towarzystwa Kredytowęgo wielkie zasługi położył, 
broniąc obywateli zagrożonych sekwestracjami, dlatego, że 
nie opłacali przy tych cięzkich czasach procentów i to kil- 
koletnich, od ostatecznego upadku przez subhastacje, podług 
praw Towarzystwa, biorąc wypłatę zaległości na swoją od- 
powiedzialność. Toteż przez cały czas jego urzędowania ani 
jednego majątku, chociaż dyrekcja, głównie z Niemców zło. 
żona, chętnie by pragnęła z tego powodu majątki polskie w 
niemieckie ręce przedostać, polscy dziedzice nie stracili. Go- 
spodarstwo zaś własne, ciągle obcymi interesami zatrudnio- 
ny, przy wrodzenym zamiłowaniu do życia towa[',zyskiego, 
którego koło przez żonę !Znacznie się domami niemieckiemi 
powiększyło - zaniedbywał. 
Wracając do Ińego Karczewa, nie mając zastępcy w go- 
spodarstwie, bo nie było do czego, sam z biedą się paso- 
wałem. Odebrawszy gospodarstwo na wiosnę, kiedy było 
trzeba obsiać jarzynne pole, widząc pola strasznie jałowe, 
bo i ozimina bardzo licha była, pr6cz kilka korcy tatarki, ja- 


92
>>>
rzyny nie zasiałem wcale, chcąc mieć przynajmniej dla mo- 
ich skopów paśnik powiększony. Nie trudząc zatem słabe- 
go inwentarza bezpożyteczną uprawą jarzynnego pola mo- 
gł,em korzystniej go użyć do starannej uprawy oziminnej, 
to jest samego żyta, bo o pszenicy mowy być nie moglo. 
A że rola szczerkowata szczególnie potrzebuje wczesnego, 
po uprawie poprzedniej, zorania na zagon, to jest pod siew, 
tak że przynajmniej cztery do sześciu tygodni rola w ski- 
bach się odleży, nim się zasieje, i kazawszy żyta bardzo ob- 
rzednio zasiać, co wszystkim gospodarzom zalecam, miałem 
na przyszły rok już niezłą oziminę. Skopy też niezgorzej 
się podpasły na rozległym paśniku, tak że rzeźnik dobrze 
mi za nie zapłacił, a w ich miejsce kupiłem maciór kilka- 
set. Dopiero w następnym roku, kiedym wziął pole, odło- 
giem leżące, pod uprawę ozimą, takie miałem żyta, że za 
najlepsze w okolicy uznane zostały. A kiedym do tego był w 
stanie stare budynki podreperować, a dwa nowe - kuź- 
nią i kurniki pokryte dachówką - wystawić, co wówczas 
do zbytków liczono, wtenczas już głośno zaczęto moje go- 
spodarstwo wychwalać. 
W tym czasie, w miesiącu maju, przychodzą do mnie dwaj 
sąsiedzi, gospodar.ze Niemcy, z propozycją, abym od nich 
ich grunta, stykające się z moimi, a wynoszą,ce ośm włók 
chełmińskich 7, tak że sobie przez to cały majątek lepiej 
zaokrąglę, odkupił. Widzę, że interes bardzo piękny, ale 
skąd pieniędzy dostać na kupno? Pomnąc jednak łacińskie 
audaces fortuna juvat 8, pytam: "Co chcecie i kiedy wy- 
plata? Odpowiadają: ,,8000 zlotych pruskich na święty Jan, 
a teraz 100 talarów zadatku". - "To p'rzyjedźcie jutro po 
zadatek i napisanie punktacji." Jadę do sąsiada, o którym 
wiedzi,ałem, że ma trochę pieniędzy, a dostawszy owe sto 
talarów płacę zadatek i piszę punktację. Jadę potem do bra- 
ta do Piątkowa powiedzieć mu co zrobiłem i co on na to. 
Ten mnie przyw'itał nazywając wariatem !rachującym na 
jakiś kredyt, którego on, pomimo że posiada znaczne ma- 
jątki, nigdzie nie znajdzie. Nie odstraszony tą odpowiedzią, 
jadę do pewnej dziedziczki niemieckiej, która jedna zna- 
ną była, że ma gotowe pieniądze. Prócz pieniędzy miała 
i córkę dorosłą, kalkulowałem zatem, że ona nawzajem kal- 
kulując na to, że zostanę jej zięciem, nie odmówi pożyczki. 
A kiedy rozmawiamy z marną, wchodzi córunia naprędce 
wystrojona, ja wtenczas nie zaniedbując częstych na nią 
spojrzeń, choć nie była ładną, wyjeżdżam nareszcie z po- 
wodem mojej wizyty i pytam, czy. zasługuję na. jej zaufa- 


93
>>>
nie. W tej chwili idzie do biurka i oddaje mi list zastawny 
na 3000 talarów, mówiąc, że mi to daje: Mit dem gros- 
sten Vergni1gen 9, nie żądając tylko prostego rewersu. 
Pierwsze to powodzenie w chęci powiększenia majątku 
dodało mi odwagi, że później rzucałem się na większe kup- 
na, zwłaszcza kiedy napływ Niemców groził nam podsta- 
wę bytu naszego, ziemię naszą kochaną, coraz bardziej 
spod nóg wysuwać. 
Rozciągnąwszy w ten sposób znacznie granice mojego ma- 
jątku, zdobyłem sobie równocześnie większe pole do pra- 
cy, a przez umiejętne nią kierowanie powiększyłem znacz- 
nie moje dochody i kiedy z początku litowano się nade mną, 
że tak licha wiosczyna dostała mi się w podziale, na któ- 
rej trudno mi będzie egzystować, Karczewo zaczęło wstę- 
pować do rzędu lepszych majątków. 
Miałem wówc'Zas miłego i zamożnego sąsiada z kapitana 
Wysockiego, który, ożeniwszy się z dzjedz1czką Pułkowa, 
pięknie ten majątek wybudował. WeJma wtenczas znacmie 
w cenie się podniosła, tak że 80 talarów za cetnar płaco- 
no. Namawia mnie zatem Wysocki, abym z nim jechał za 
Wisłę, gdzie pewien obywatel ogłasza, że ma owce na sprze- 
daż. Jedziemy do niego, był to Żyd, właściciel pięknego 
majątku, przyjął nas bardzo gościnnie, a kiedy siedzimy 
przy obiedzie, dowiadując się, że ni'e mam żony - mówi: 
"To dobrze, po obiedzie pÓjdziemy do bliskiego sąsiedz,twa, 
gdzie piękna i bogata jest panna - zaręczam, że ją pan 
dostaniesz, a panu się podobać będzie, bo bardzo ładna _ 
mamy czas, bo owce dopiero jutro rano tu będą, a dziś 
lepszy panowie Geschaeft zrobicie, jak z owcami". Wysoc- 
kiemu bardzo się ta propozycja podoba, zaręcza gospoda- 
rzowi, że mam piękny majątek bez długu. Ten, niepohamo- 
wany w zapale swatania, posyła słUlŻącą do tych państwa 
z zapytaniem, czy panna Leokadia w domu. Tymczasem 
idziemy do proboszcza, poznajemy bardzo porządnego księ- 
dza i pokazuje się, że jest synem karczmarza z Piątkowa _ 
cieszy się poznać mnie, a słysząc, że idziemy do sąsiedztwa 
w jego parafii i w jakim celu, oświadcza, że chętnie z nami 
pójdzie. 
Widocznie zaczyna się !rzecz pomyślnde składać, ale i nie- 
mała przeszkoda zaszła, bo służąca, wróciwszy z sąsiedztwa, 
powiada, że pannę Leokadię matka wczoraj zawiozła do Gru- 
dziądza i u majomych zostawiła. 
"Nic to nie szkodzi - mówi gospodarz - ,pójdziemy jed- 
nak, poznasz pan jej siostrę zamężną, która tam bawi, jest. 


94 


J 


-
>>>
tez ładna, ale to nic do Leokadii." Idziemy więc wszyscy 
czterej do bliskiego sąsied7Jtwa. Gospod'arzowi przedstawie- 
ni, powiada, że familię moją w Księstwie 10 bardzo dobrze 
zna; nasz Zydek tymczasem do pań, oznajmić im co się świę- 
ci. W chodzą li. poznajemy, żeśmy się wczora z matką prze- 
wozili przez Wisłę. Wszystko się zatem szczęśliwie układa, 
a kiedy wieczór nadchodzi, przypędzają krowy z paśnika 
i przed dworem w ogrodzonym kole, które później na ikwie- 
tnik ma być 'zamienione, odbywa się dojenie przez schludne 
dziewczęta. Zydek, który ciągle -rolę suflera po obu stro- 
nach odgrywał, pyta mnie głośno, czy nie chcę krowę kupić, 
którą panna Leokadia ma na sprzedanie - oczywiście, że 
chcę, więc idziemy oglądać i bez targu kupuję. Niedługo 
potem nasz faktor :zginął nam z paniami, a gospodarz opro- 
wadzał nas po swoim bardzo porządnem gospodarstwie 
i ogrodzie. Powróciwszy do dworu, wchodzą panie wraz z 
młodym synem, który trzyma list w ręku, pytając się, czy 
nie chcemy go siosb'ze oddać w Grudziądzu? Oczywiśde 
manewr naszego faktora. Wysocki odbiera list, ale Zydek 
wyrywa mu go z ręki i mnie oddaje. Można sobie wystawić, 
że wszystko to było bardzo zabawne i nietrudne do poję- 
cia, co ma i znaczyć. Pożegnaliśmy :się wreszcie z uprzejmem 
gospodarstwem i wracamy. 
W drodze dopiero nam wszystkie swoje manewry opo- 
wiada, że chciał koniecznie, aby córkę sprowadzono na po- 
wrót, ale ponieważ na to. matka przystać nie chciała, żądał 
napisania listu. - "Cóż mam pisać, kiedy tylko wczoraj się 
z nią widziałam." "Napisz pani, zaś jej krowę sprzedała, 
czy chce pieniądze za nią." 
Śmiejąc się, przystaje pani nareszcie, bo natrętnego Zyd- 
ka inaczej n!i.e pozbyć. - Syn więc pisze, a on dyktuje: 
"Pan Wysocki i pan Sulerzyski..." Sulerzyski podkreślone, 
to już będzie wiedzieć, co się znaczy itd. Zyczę wam wszy- 
stkim młodym, co się staracie o pannę, takiego faktora, a 
pójdzie wam jak z płatka. 
Ma się rozumieć, że w doskonałym byłem humorze. Ksiądz 
chwali pannę, Zydek zaręcza swoim majątkiem, że ma 20 000 
talarÓw posagu, w owym czasie -nie bagatela. Idziemy spać, 
Wysocki mi mówi, że w Karczewie dwór trzeba zaraz po- 
kryć dachówką, którą mi chce dać ze swojej cegielni, bo: 
"Panny nie lubią ciągnąć pod słomiany dach". 
Nazajutrz kupujemy owce, a ja jeszcze jedną krowę go- 
spodarza i to najlepszą, bo ,powiedział, że u niego wszystko 
na sprzedanie, więc lubo się zdrażał, że to najlepsza. jego 


95 


J
>>>
dójka, musiał słowa dotrzymać. Na domiar pomyślności za- 
jeżdża kupiec na wełnę i po 80 talarów, lIlie znając nas ani 
owiec naszych, za cetnar ze znaczną zaldczką daje. Ale zda- 
rzyła się i przeciwność, która najpiękniejsze nasze zamiary 
zniweczyła, bo wracając do domu, dostaję ogromnego bólu 
głowy - zapewne z powodu tłustej piec2Jonej gęsi, którą na 
kolację jadłem - i ten ból tak się powiększał, że przyje- 
chawszy do Grudziądza nie byłem w stanie sam wręczyć 
pannie Leokadii listu, tylko go 'przez sługę hotelowego po- 
dałem. 
Trzeba było wytłomaczyć przez uprzejmego naszego fak- 
tora listownie i donieść o przeszkodzie, ale wróciwszy do 
domu zastałem wiadomość o powstaniu Warszawy 29 listo- 
pada. To było przyczyną, że się zapomniało o pannie Leo- 
kadii - prawda zatem, że śmierć i żona _ przeznaczona. 
Najlepszym dowodem, jak mało Prusy Zachodnie zostały 
zelektryzowane świetnym z początku powodzeniem powsta- 
nia, jest to, że prócz dwóch Paliszewskich, których rewolu- 
cja zastała w szkołach poznańskich, skąd razem z całą mło- 
dzieżą wielkopolską wyruszyli, tylko dwóch Kucharskich 
z toruńskiego Gimnazjum przez ojczyma było wyprawio- 
nych 11. Czułem mocno obowiązek przyłączenia się do wal- 
czących braci, ale przekonany, że zdrowie moje nie poz\,,'ala 
mi znosić trudów wojennych, zostałem w domu. 
Kiedy nareszcie koniec powstania nastąpił, jeździłem co 
dzień do Gol'll'bia słysząc, że tamtędy granicę pruską poje- 
dyncze oddziały przechodzą. Poznałem tam dzielnego puł- 
kownika Krakusów, Leskiego, który stamtąd wraz z wie- 
lu l!l11lemi na dłuższy pobyt do gościnnego Ryńska _ pat- 
riarchalnego domu szanownych Wilkxyckich 12 się udał. Za- 
brałem później do siebie młodego Wołyniaka Fajusa z od- 
działu Krakus6w i Miłkoskiego z Poznańskiego, znanego 
mi z uniwersytetu ,berlińskiego, ipodczas odwiedzin moich 
z Lipska kolegów berlińskich. 
Dowiedziawszy się następnie, że całe wojsko polskie prze- 
chodzić będzie pod dowództwem Rybińskiego granicę prus- 
ką pod Brodnicą II, pojechałem tam, żeby być świadkiem 
tak smutnej katastrofy. 
Pokazywano mi tam POmiędzy innemi Bema i odszukiwa- 
łem dawnych znajomych. Widziałem wj.eżdżającego na arma- 
cie Jana Kucharskiego, późniejszego sąsiada mojego, którego 
brat zginął, a spotkawszy się z Tycem doktorem, kOlegą z 
Lipska, zabrałem go do domu. 


96
>>>
I 
r 


W Brodnicy tymczasem odbywało się rozbrojenie wojska 
przez Prusaków. Przypadkiem 'z rozbitków tego dzielnego, a 
źle prowadzonego wojska, dostała mi się para pięknych koni, 
bo wracając już ciemną nocą do domu, słyszę tętent za brycz- 
ką. Wnet odzywa się jeździec, czy bym nie chciał nabyć parę 
koni, własność oficera swego pana, który zginął pod Warsza- 
wą, a szkoda takie konie oddać Prusakom. Każę mu jechać 
za sobą, a jutro je obejrzymy. Nazajutrz oglądamy z Ty- 
cem konie, dzielne, brudne ksztany, ogier i walach. Służący 
powiada, że wałach znany był w Warszawie jako sławny 
wierzchowiec, na którym pan jego przed Wielkim Księciem 
Konstantym podczas parady na Saskim Placu musiał się 
popisywać, co .później i inni potwierdzili. Pytam się, co 
chce za nie. - "Daj pan 30 talarów i zatrzymaj mnie u sie- 
bie, żebym nie potrzebowal się tułać." Poczciwy ten czlo- 
wiek, nazwiskiem Śmietanka, kilka lat wiernie u mnie słu- 
żył. 
Z Tyca miałem wielce przyjemnego towarzysza blisko przez 
pół roku, bo obawiając się kary rządu pruskiego, której 
wszyscy, wracając do domu, podpadli, wolał zatrzymać się 
u mnie. Wróciwszy potem do Księstwa, osiadł w Gnieźnie, 
gdzie jako lekarz i gorliwy obywatel powszechnego dozna- 
wał do zgonu swego poważania. 
Pobyt emigracji w naszych stronach, mianowicie w pa- 
triarchalnym domu państwa Wilkxyckich, wielce się przyczy- 
nił do obudzenia ducha. ,polskiego w Prusach Zachodnich. 
W kilka lat później zjawia się u mnie emigrant Kalikst 
Borzewski 14, znajomy mój ze szkół toruńskich i z jednej ze 
mną pensji u księdza Dziembińskiego. Powiada, że tu przy- 
był z Al
U'rem Zawiszą 111 w celu przejścia do Królestwa, 
gdzie ogólne nastąpi powstanie i żąda ode mnie, abym im 
ułatwił przebycie granicy przez Drwęcę. Wszelkie przedsta- 
wienia moje, że będąc często u znajomych moich w Kró- 
lestwie, zapewnić mogę, że poparcia żadnego nie znajdą, są 
daremne. Powiada, że ogóLne przejście granicy na wszy- 
stkich punktach równocześnie się odbędzie 18, a i Moskale 
sami w imię wolności powstaną. Wreszcie przysięgą jeste- 
śmy związani, a zatem cofnąć się nie możemy. Takimi argu- 
mentami rozbrojony, jadę z nim na umówione miejsce spotka- 
nia z Zawiszą w Ryńskich Borach. Znajdujemy go w towa- 
rzystwie znanego mi z przychylności dla Polaków niemiec- 
kiego obywatela Riesenbecka, zapamiętałego rewolucjonisty. 
który jako 'zapalony myśliwy najlepsze swoje sztucery i du- 
beltówki im om8lrOwał. Tam się obowiązuję zebrać z wy- 


il 


., _ Pamiętniki... 


97
>>>
chodźców w naszych stronach pozostałych, co będzie mama, 
aby się połączyli z niemi. 
Wiedząc, że na fortecy grudziądzkiej znajduje się kilkaset 
czwartaków 17, którzy tam w taczkach pracować muszą, ja- 
dę tam i udało mi się 'Przybliżyć bez 'podejrzenia do 'kHku 
z nich, żeby ich zapytać, czy chcą do tego należeć. Pytają 
się stare wiarusy: "A który jenerał ma prowadzić?" Słysząc, 
że tylko oficerowie młodzi, wprost odmówili. Zapomnieli 
znać, że to jenerałowJe głównie zwichnęli powstanie. 
Udało mi się jednak po innych miejscach sześciu tęgich 
ludzi namówić, tak że pewnego dnia wszyscy ośmiu zbiera- 
ją się w moim małym, ale gęstym zagaju w Karczewie. A że 
stamtąd pół mili do Drwęcy ,prowadzę ich o północy, ze 
szwagrem moim Tadeuszem Wilczewskim, piechotą borem 
rządowym. Wiedziałem o tern, że w tem miejscu tratwy z 
drzewem po tamtej stronie nad brzegiem się znajdują. Ko- 
rella 18, oficer odzywa się: "Czekajcie, Kostuś nauczył mnie 
pływać" i natychmiast rozebrawszy się przebywa bystrą rze- 
kę, odcina w jednym końcu wicie, któremi tratwy do lądu 
są przymocowane i widzimy, jak one jednym końcem pły- 
nąc, z wodą pomost tworzą, przybijając do drugiego brze- 
gu, ale zamiast zatrzymać się, porwane prądem zrywają wi- 
cie w drugim końcu i wkrótce giną nam z oczu. Co tu ro- 
bić, świtać zaczyna, trzeba wracać na legowisko w zagaju. 
Ja z Wilczewskim jedziemy .po świeżą żywność do kilku 
sąsiednich domów, a dawszy im przewodnika w następnej 
nocy pod Słoszewami, pożegnawszy się ze ściśniętym ser- 
cem z dzielną młodzieżą, na widoczną śmierć idącą, prze- 
prawiamy ich łódką przez Drwęcę. 
Dzień ten przepędziwszy w gościnie, wracam wieczorem 
do domu. Tu się dowiaduję od gospodyni, że jeden z tych 
panów wrócił ranny i zamieniwszy kalabryjski swój kape- 
lusz na. moją ,czapkę i inne suknie moje, odjechał. Był to 
Korella, o którym później się dowiedziałem, że zaraz po 
przejściu na granicę polską, w Radzikach trafili na pikietę 
kozacką ID, z którą uganiając się 7!ostał ranny kulą w ra- 
mię. Ode mnie 'pojechał prosto do Grudziądza, do kupca 
Schonborna, w którego majątku na wsi mieszkał i zwierza- 
jąc mu się ze wszystkiego, dostaje od niego pieniądze na 
drogę do Anglii. Poczciwy a bogaty Niemiec grubą karą 
pieniężną okupił się od śledztwa, którem był zagrożony. 
Pewny byłem, że i mnie takowe nie minie, ponieważ 
wieść, że kilku. kozaków zabitych zostało, wkrótce się roz- 


98 


-
>>>
I 
niosła, a powiadano, że leśni z rządowego boru, stykające- 
go się z moim zagajem, wypatrzyli tam ukrywających się I 
zbrojnych ludzi. Jakoż dostaję wezwanie stawienia siG przed 
rentmistrzem w Golubiu. Chcąc mnie wybadać, pyta się, czy 
słyszałem o awanturze w Radzikach, ale wnet wybuchnął 
w te słowa: "Przyznaj pan sam, jaki Polacy niespokojny 
i burzliwy naród, niedawno co powstanie pokonane, już za- 
bijają kozaków". Odpowiadam: "Nie Polacy winni, ale ci, co 
Polskę rozszarpali - nie mając dziś armat i wojska, z roz- 
paczy bój toczą choćby na noże". Słowa te z rozrzewnieniem 
powiedziane przestraszyły trochę pana rentmistrza i żeby 
mnie ułagodzić, zaprosił do ogrodu i .poczęstował kawą. Nie 
zaniedbał jednak raport zdać taki, który pierwszą: malam 
notarn 20 w Kwidzynie, siedlisku rządu departamentowego, 
na mnie ściągnął. 
Radzca policyjny Jonas w Brodnicy, którego funkcja była 
oddawanie '2Jbieg6w wojskowych Moskwie podług zawartego 
kartelu, dostał polecenie zarządzenia śledztwa i kilkakrotnie 
mnie powoływał do tłumaczenia, ale ja stale zapewniając, 
że udziału żadnego nie miałem, potrafiłem uprzejmego pana 
radzcę o mojej niewinności przekonać, tak że sprav..'a cała 
zdawała się zakończoną. Ale pokazało się inaczej. Na miej- 
sce Jona'sa przybył do Brodn:icy Wedeke. Osobliwy wypadek 
przyczynił się do odnowienia całej sprawy. 
Kiedy zebrana gromadka powstańców ukrywała się w 
moim zagaju, kilku z mojej czelad2'Ji z Karczewa dostrzegł- 
szy, że jacyś ludzie z z.agaju wychodzą do bliskiego zdroju 
po wodę, poszli zobaczyć co za jedni i weszli na ich lego- 
wisko. Wyskakuje do nó.ch Zawisza i każe przysięgać, że ich 
nie zdradzą. Ta przysięga znać ciążyła na sumieniu bieda- 
ków i przyznają się na spowiedzi księdzu Ch. do grzechu 
złożonej przysięgi Ksiądz od dawna w kłótni z sąsiadem 
swoam, panem Pawłowskim za jakieś zajmowanie inwenta- 
rzy, 'pyta się, czy 'w tern czasie ten pan był we dworze. Od- 
powiadają, że ibył, ksiądz zatem chcąc się zemścić opowiada 
Wedekiemu, że Pawłowski należał do całej wyrprawy, bo 
bywał w tym czasie w Karczewie, chociaż w istocie o niczym 
nie wiedział i tylko w in1eresie gospodarczym do Dmie przy- 
jechał. 
Wedeike, pewny że przysługę zrdbi rządowi moskiewskie- 
mu i za to nagrodę odbierze, wykrywają1c współudział oby- 
wateli pruskich, jedzie do Wars'zawy. Tam 'ze śledztwa uwię- 
zionego Zawiszy, a męczarniami wydobytych zeznań, dowia- 
duje się, że cała wyprawa wyszła 'z Karczewa. Jestem przy- 


99 


-
>>>
\- 


padkiem w Golubiu, zastaję w winiarni rentmistrza, który 
mnie przedstawia Wedekiemu, jako nowemu rad:zcy policyj- 
nemu, ale zarazem na 'stronie mi mówi, że źle będzie ze 
.mną, bo on wraca z Warszawy i śled2Jtwo na nowo rozpocz- 
nie. Widzę imponującą figu'rę pana radzcy, który bystrem 
okiem na mnie, jakby na swoją ofiarę, spogląda. Nie podo- 
bało mi się to i nie wiem, skąd mi przyszła fantazja, że pod- 
chodząc do rentmistl1za mówię: "Oświadcz pan jemu, że 
dość już tych policyjnych inkwizycyj, jeżeli ma być sprawa 
odnowiona, niech idzie na drogę sądową - daję sławo ho- 
noru, że na jego wezwanie się nie stawię". 
Przybywszy do Brodnicy, Wedeke rozpoczyna na wielką 
skalę śledztwo. Żandarmi zabierają mego gospodarza i osa- 
dzają w więzieniu w łańcuchach okutego. Tam głodem i groź- 
bami zmęczony ma świadczyć, że emisariusze byli u mnie. 
Poczciwy człowiek ciągle jednak utrzymuje, że mając go- 
spodarstwo na swojej glowie, na nic innego nie patrzał. 
Wdzięczność każe mi wymienić jego nazwisko - nazywał 
się Piotr Wiśniewski. Ale Wedeke wynalazł owego przewod- 
nika u szwagra mego, Wilczewskiego, mieszkającego i trzy- 
ma go ciągle w swoim -biurze. R!i1kunastu żandarmów, bo 
ściągniętych 'z ościennych powiatów, jest ciągle czynnych w 
Brodnicy sprowadzaniem obywateli to na świadków, io po- 
dejr:zanych. Sąd zajęty inkwizycją, a wszystka ta obława 
na to skierowana, żeby mnie w matnią dostać. 
Siedzę w Karczewie, jak zając w kotlinie, kiedy charty 
koło niego krą'żą. Wtem przybywa do mnie Wilczewski i pro- 
si, abym tej nocy przewodnika owego, który w umówionym 
miejscu na mnie czekać będzie, wywiózł do innego powiatu, 
bo on już sobie rady dać nie może, tak go Wedeke męczy, 
a koniecznie prosi, żebym ja go wy:wiózł. Odmó'wiłem wprost 
temu żądaniu, ,bo jakaś zdrada zdawała mi się za tym ukry- 
wać. Odjechawszy Wilczewski ode mnie spotkał się z mło- 
dym Hipolitem Jackowskim i udało mu się namówić go do 
owej wyprawy, która podług planu owego przewodnika tak 
była umówiona, że Jackowski na jednym koniu siedząc, a 
drugiego luźnego trzymając, przybywszy na umówione miej- 
sce klaśnie w ręce, a wtenczas ów przewodnik z ukrycIa 
\ wyjdzie i obydwaj dalej konno pojadą. Kiedy jednak już 
przys'zło do klaśnięcia, wychodzi ów chłop z jamy pobliskiej 
i zbliżywszy się do Jackowskiego ściąga go z Kl)nia, rÓWnO- 
cześnie dwaj żandarmi wyskakują z drugiej jamy, wiążą 
Jackowskiego i tak do Brodnicy, przygotowaną furmanką, 
odwożą. 


100 


-
>>>
Ja o niczem nie wiedząc, jadę wieczorem da Pułkawa ad- 
wiedzić sąsiada Wysackiega. Tam zastaję pulkownika Zboiń- 
skiegO', który powiada, że jedzie z BrO'dnicy, był u Wedekie- 
gO' i tam był świadkiem, jak żandarmi przywieźli JacKaw- 
skiega, że już teraz wszystko wykryte, a że ja głównym 
aktarem będąc, nie pazostaje mi nic więcej, żeby się od wię- 
zienia uwalnić, jak wyjechać da Francji. Wysacki ofiaruje 
pieniąd'Ze na dragę. W cale mi się ta prapozycja nie podO'ba- 
ła i oświadczyłem wprast, że walę więzienie pruskie, jak 
zostać emigrantem. Dzisiejsze pałażenie moje dowadzi, że w 
tym względzie gust mi się zmienił; dlaczegO' jednak dziś wo- 
lałem zostać emigrantem, jak pa czwa'rty raz siedzieć w 
więzieniu, będę miał spasabnaść później opisać. 
Nazajutrz przybY1wa da mnie szwagier RutkawsIki i pa- 
wiada, że Wedeke pmysyła gO', ba jedzie ad niegO', aby mnie 
nakłanić da 'przybycia do Brodnicy. Odpowiadam, że raz 
dawszy, może nierazważnie, słowa honaru, że się nie sta- 
wię - uczynić tegO' nie magę. - "Ta cię żandaI'iffii sprawa- 
dzą, ba sam słyszałem, jak a tern mówili." Tak zagrażany 
adpawiadam: "A więc pajadę! - i pacaławał mnie Rutkaw- 
ski - ale nie da Bradnicy - ciągnę dalej - tylkO' da 
Kwidzyna askarżyć Wedekiega, ba jegO' pastępawanie zda- 
je mi się za moskiewskie". I natychmiast, żeby uniknąć 
przy:bycia. żandarmów, wyjeżdżam, zabieram pa dradze WIil- 
czewSlkiegQ i jedziemy da Kwida;yna. Tam idę do prezyden- 
ta Nordenf1ychta i apawiadam mu, Co' z nami dakazuje We- 
deke. Zapytany, czy wszystka jest tak, jak ja mówię, adpa- 
wiadam, że hanarem i majątkiem ręczę za prawdę rzetel- 
ną. Kazał mnie wziąć da pratakółu i czekać w hatelu re- 
zolucji. Tam ciesząc się, że sprawa nasza pamyślny abrót 
bierze, dastaję kapię razkazu da pana Wedeke, żebym na- 
tychmiast wyjeżdżał zBrodnicy. 
Tym spasabem udała mi się nie tylkO' siebie samegO', ale 
i wielu obywateli, a pamiędzy nimi i samegO' landrata Wy- 
bickiegO', ad któregO' bawiący u niegO' emigrant W6jtkie- 
wicz przyłączył się da wyprawy Zawiszy, uwolnić ad dal- 
szych nieprzyjemnaści, a zawstydzić sąd ibradnicki, który 
tak usłużnie, bez przekanania się a upaważnieniu Wede- 
kiegO', da prawadzenia śledztwa mu dopomagał. 
Nie skańczyła się jednak na tem, ba cała sprawa poszła 
pod sąd kryminalny w TaTuniu, da któregO' aprócz m.lie, 
Wilczewskiego i PawłowskiegO', który Bagu duszę był wi- 
nien, ale ponieważ bardzO' lubił pracesa, chętnie z nami na 
termina jeździł, i panią Wilkxycką z Ryńska pociągnięta. 


101 


-
>>>
Wlekło się śledztwo kilka lat i osądzono nas czworo na rok 
w:ięzienia w pierwszej instancji. 
Będąc całe życie uspO'sobienia takiego, że kiedy co złego 
się stande, nigdy nie r02J})aczam, ale badam, czy i co dobrego 
stąd wyniknie, więc i tu pocieszałem się tym, że kiedy przyj- 
dzie posiedzieć, to przynajmniej w dobrym towarzystwie, a 
osobliwie obok szanownej pani Wilkxyckiej, u której byłem 
pewny, że i wist będzie 'Codzienny i smaczne obiadki. Ale 
nie ziściła się moja nadzieja, bo na nieszczęście król umarł Zł 
i ogólna nastąpiła amnestia. 


-
>>>
l' 
, 


Rozdzial V 


OD KUPNA PIĄTKOWA 
DO OŻENIENIA, 1834-1836 


Treść: Po śmierci brata kupuję Piątkowo iDylewo. - Karczewo 
zadzierżawiam. - Nowa bieda. - Nędzny stan gospodarstwa. 
Staram się położenie włościan naprawić. - Role wypłodzone. 
Owies się obradza. - Jaka do niego uprawa. 


Brat mój, Atanazy, o
eniwszy się powtórnie z Niemką, 
panną Kalnassy, przed rokiem, umarł w roku 1834. Dwoje 
młodych dzieci Artura i ElwiJrę po pierwszej żonie, z do- 
mu Parpart, zabrala matka do Mierzynka. Co się stanie z 
P
ątkowem? Matka nalega na mnie, abym kupił ten majątek 
wraz z Dylewem w tej cenie co brat, to jest 20 000 talarów 
tylko, płacąc z poezątku procenta. Chociaż widzialem, że z 
trudnością przyjdzie mi z tak zniszczonego majątku wyciąg- 
nąć owe procenta, ale widząc, że inaczej być nie może i że 
to przecież gniazdo rodzinne, które nie godzi się w obce rę- 
ce puśdć, przystałem i tak z dwoma slzwagrami Rutkow- 
skim i Wilczewskim wraz z matką i opiekunem dzieci sta- 
nął -kontrakt sądowy w Chełmnie, gdzie jeszcze matka wy- 
rachowała, że musiałem tysiąc talarów więcej dać, ieby dla 
reszty rodzeństwa po 5000 talarów wypadło. 
Aby podnieść gospodarstwo w Piątkowie i całkowicie je- 
mu się oddać, trzeba było zadziel'żawić Karczewo za 600 ta- 
larów Euzebiemu Łyskowskiemu i cokolwiek pieniędzy do- 
stać jako kaucją. Po trzeci raz więc przyszło mi objąć go- 
spodarstwo zaniedbane z lichym inwentarzem i lichymi bu- 
dynkami, a co najgorsza, że rola odwiecznem trzypolowym 
gospodarstwem przy zupełnym braku łąk, bo tylko z bagien 
sprzątano siano bez wartości, zupełnie wyjałowioną była. Ro- 
le same przez się niewiele warte, bo się składały po większej 
części z gór czerwonych, na których jeżyny dzikie bujały, fi 


103
>>>
po dołach z białuchy, na których koszczka rosła, reszta pia- 
ski i nieużytki. Do tego ludność wiejska biedna, niechętna 
do pracy i tylko kradzieżą zajęta. Położenie moje musiało 
być zatem bardzo krytyczne, ale nie upadałem na duchu 
i wziąłem się gorliwie do pra,y. 
Pienvszem mojem zajęciem było podnieść lud wiejski do 
bytu lepszego, a tem samym wzniecić moralność i zyskać 
przychylność. 
Jeszcze w szkołach będąc, czytałem Pana Podstolego 1 Kra- 
sickiego, który tak młody mój umysł pięknym opisem do- 
brego pana dla swoich ludzi i jakie stąd miał korzyści, za- 
jął, że już wtenczas marzyłem o tem, aby kiedyś takim Pod- 
stolim zostać, a teraz przypominając sobie, com wtenczas 
wyczytał, starałem się urzec'zywistnić to wszystko. Proszę 
was zatem młodzi gospodarze, bo starzy mnie nie uslucha- ; 
ją - przeczytajcie Pana Podstolego, a pewny jestem, że 1 
was lepiej przekona do naśladowania go, jak ja, ponieważ 
prześladowany później 'Przez Niemc6w, musiałem im się 
opędzać i nie miałem tej swobody, jaka jest potrzebna do 
wykonania najlepszych chęci. 
Zacząłem od tego, że ws'zystkie długi, w których po uszy 
sied:meli ludzie moi i dla kt6rych przykuci byli do miejsca, 
im darowałem. Było bowiem formalnym systemem ówcze- 
snych panów, żeby biedny ten lud w zadłużeniu trzymać, 
aby zapobiec ciągłym przeprowadzkom. Ja zaś przyjąłem 
inny system, bo starałem się tak położenie ich poprawić, że- 
by im najlepiej było zostać na miejscu, a jedyna kara za 
złe . prowadzenie się było wydalenie ze wsi, żeby drugich 
nie zarażali. Nie podobało się to moje postępowanie, po więk- 
szej c'zęści, innym obywatelom i nie chcieli wierzyć, że 
mnie nie kradną, a kiedym młodego sąsiada chciał nakło- 
nić, aby m6j system przyjął i wydałił takiego, co kradnie, 
odpowiedział mi; "Wolę starego złodzieja, który już w do- 
brym jest bycie, jak biednego, bo wszyscy są złodziejami". 
Niemcy, kt6rych z brandenbllX'Skich li pomorskich piasków 
już wtenczas Drang nach dem Osten napchał niemało na 
nasze polskie ziemie, przyznali, że tanio można majątki na- 
być i ziemia urodzajna, ale c6ż, kiedy lud polski do niczego, 
z którym do ładu przyjść nie można. Rozgłosili zatem, że 
trzeba sprowadzić ludzi pracowitych z głębi N1emiec, z któ- 
rymi dopiero z Polski da się zrobić prawdziwe Eldorado. 
Zbierali zatem podpisy, wiele kto familij z Eichsfeldu z pra- 
gnie mieć. Cisnęło się wszystko do zapisywania po kilka- 
naście, nawet kilkadziesiąt familij. Ja wtenczas w Karcze- 


104 


-
>>>
,{ 


wie gospodarowałem, a że do takiego pustkowia, jakim na 
początku było, trudno było dostać ludzi, dałem się złudzić: 
i także cztery familie zapisałem. Dostaję wkrótce listę Vi 
drodze do mnie będących familij, pomiędzy niemi jedna, 
której nazwisko było Schmerbauch, po polsku Pasibrzuch. 
Tak się tego nazwiska zląkłem, że jakiś Niemiec naparłszy 
się mnie o cały transport, wszystkich chętnie mu ustąpiłem. 
Pokazało się, że wszyscy, którzy ich sprowadzili płacąc po 
50 talarów za fimilią, drugie 50 talarów dali, żeby się ich 
pozbyć. 
Przyznać muszę, że trudność miałem wielką w pierwszych 
latach \PI'zy tak nędznych dochodach pomyśleć o polepsze- 
niu bytu moich mieszkańców, kiedy sam najskTOlnniejsze 
życie pędzić musiałem, ale starałem się, jak mogłem pracę 
ich wynagrodzić, a tej pracy było dosyć, osuszając bagna 
przez bicie rowów, następnie wycinaniem kęp i paleniem 
tychże w urodzajne ziemie przemieniając. Co do roli, nie 
mogłem tak prędko spodziewać się lepszych urodzajów, kie- 
dy nie miałem czasu paść inwentarza, a cały sekret gospo- 
darski, który tu w Galicji mało ma zwolenników, jak się 
przekonałem, zależy na tęgiem paszeniu inwentarza. 
W owym czasie brak był wielki dobrych urzędników go- 
spodarczych i dlatego często, prawie co rok zmieniać ich 
musiałem. Jednemu jednak z nich winien jestem, że owies 
doskonały na wyjałowionych gruntach mi się obradzać za- 
czynał, bo kiedy twierdziłem, że lepiej go wcale nie siać, 
a przynajmniej rola odłogiem leżąc jakiś paśnik dla owiec 
odda, po czym żyta lepszego można się spodziewać, on ko- 
niecznie się upierał, żeby go siać, tylko bardzo głęboko pod 
skibę, bo go tak siewał, s1użąc poprzednio u Niemca. Przy- 
stałem nareszcie na to i z wielkim moim zdziwieniem dosko- 
nały owies i to bez wszelkiego chwastu się okazał. Później 
ciągle się tego sposobu trzymałem i zawsze z dobrym sku- 
tkiem. Wdadomo bowiem, że największym nieprzyjacielem 
owsa są chwasty, a mianowicie łopucha, która najczęściej 
rosnący owies zagłusza, a przez głębokie przyoranie ziarna, 
zasiew chwastu głęboko przyorany na wierzch dostać się 
nde może, kiedy owies przez silne bronowanie ostrymi że- 
laznymi bronami wzejdzie -niezawodnie. Prócz tego !tłęboko 
przyoTany owies łatwiej posuchę zniesie, bo z zimowej wil- 
goci w głębi się znajdującej dostaje swoje pożywienie. Na 
jednem ze zgromadzeń rolniczych w Wielkopolsc
 rzucona 
była kwestia, dlaczego owies się nie obradza i w protokóle 
posiedzenia pisma rolniczego żądanie wyjaśnienia umieszczo- 


105
>>>
ne zostało. Podałem mój sposób, jakiego z dobrym skutkiem 
się trzymam, ale wątpię, czy mnie usłuchano, bo panowie 
Wielkopolanie wówczas bardzo liche wyobrażenie o nas w 
Prusach Zachodnich pod każdym względem mieli, które dziś 
Bogu dzięki się zmieniło. 
Mnie ten obradzający się owies na Piątkowie iDylewie 
wielce wspierał, bo chociaż nie było go na sprzedanie, to za 
to samym owsem konie pasąc, żyto wszystko szło na sprze- 
daż. Kilku obywateli z Ziemi Chełmińskiej, których majątki 
w pięknej są ziemi, ale którym zawsze owies bardzo lichy, 
bo zwykle łopuchą zagłuszony się rodził, widząc moje owsy 
piękne na licznych gruntach, dowiadują się, jak go sieję, ale 
źle poinformowani, bo nie wierząc, że można owies pod ski- 
bę głęboko przyorać, siali go jak zwykle miałko, a potem, 
lci.edy owies wschodził, żelaznymi bronami tęgo zbronowali 
tak, że zamiast owsa sama dzika wyczka wyrosła. Narzekali 
za to na mnie, ale nie moja była wina.
>>>
l 


Rozdział V I 


II 


OD PIERWSZEGO OZENIENIA 
DO DRUGIEGO, OD ROKU 1836 DO 1840 


Treść: Myśląc o żonie restauruję dwór. - Zenię się z Izabelą 
Czapską. - Nasze wizyty u cioci w Pułkowie. - Krótkie szczę- 
ście, bo i córeczka; i żona umierają. - Moje dalsze gospodar- 
stwoO, podniesione przez olearnią. - Jakie stąd korzyści. - Uro- 
dzaje coraz lepsze. - Zakład wygrany. - Kupuję trzysta mor- 
gów od Iwloni:stów niemieckich i przyłączam do Piątkowa. - 
Zaręczyny z panną Leonardą Wybicką. - Reinerz i kuracja 
wodna w Kunzendorf. 


Majątkowe nioje :interesa chociaż nie były kwitnące, czas 
był jednak wielki,' bo roczek trzydziesty szósty nadszedł, 
pomyśleć o żonie. W Prusach Zachodnich było bardzo trud- 
no o posażną pannę, a jednak byłaby się :zdała, żeby jako 
tako dom prowadzić, równający się innym. Matka wygania- 
ła mnie do Księstwa, gdzie bogate dwie kuzynki były na 
wydaniu, ale że słyszałem, iż bardzo bogate, to mnie odstrę- 
czało, bo lIlie wiedziałem czy ładne, a tylko dla majątku się 
żenić, nie widziałem w tern szczęścia. Pytam zatem przyby- 
wających z Księstwa, czy ładne panny Sulerzyskie? Odpo- 
wiadają, że młods'za ładniejsza, ale -radzą jechać koniecznie, 
bo ojciec tylko za dobrego gospodarza chce wydać, a za takie- 
go już i w K'8ięstwie uchodzę. To zaczekam aż starsza wyj- 
dzie, bo jeżeli teraz pojadę, to ojciec nie pozwoli wybierać, 
tylko, staropolskim zwyczajem, będę musiał wziąć starszą. 
Tymczasem dowiaduję się niezadługo, że ojczulka oszukano 
i młodsza już zamę2ma. Odeszła mi ochota jechać do star- 
szej, a więc trzeba się obejrzeć po sąsiedztwach, podług 
starego przysłowia: "daleko kraść, a blisko się żenić". 
Wróciła właśnie z pensji z Warszawy panna Izabella Czap- 
ska I, a ponieważ mówiono, że ładna i dobra, bo bardzo się 
bałem złej żony, żeby mi nie poszło jak dziadkowi, mając 


107
>>>
tęgą czwórkę walę do Sumowa. Konkury poszły wybornie 
i niezadługo przywożę kochaną żonę do Piątkowa. 
Muszę tu wszakże wspomnieć o restauracji dworu dla 
młodej żony. Jeszcze mój ojciec przystawił w klamrę do 
dworu w pruski mur ogromną oficynę, do której przeniosła 
się ze dworu kuchnia, szkoła dla dzieci i pokój dla gości 
taok, że cały budynek dość 3imponującego kształtu nabrał. 
Nabywszy Piątkowo, ponieważ ta dość nowa oficyna dla 
błędów architektonicznych na wszystkie strony się wywra- 
cała, kazałem ją rozebrać i z cegły stąd wydobytej wy_ 
stawić piękną, małą oficynę, gdzie się pomieściła kuchnia, 
czeladnia izba, pokój dla gospodyni i spiżarnia, dach pod 
dachówką. Pierwszy to był budynek z czerwonym dachem 
w Piątkowie, a zatem wieś całą niemało przyozdobił. W sta- 
rym dworze zaś, gdzie była kuchnia, urządziłem wielki salon 
z gabinetem, tapetami ściany pokryte, tak że młoda żona 
dość była kontenta. r 
Odbywszy dokoła wizyty, ponieważ pani Wysocka w Puł- 
kowie była ciocią mojej żony i kiedym był zaręczony po- 
wiadała, jak to będziemy ze sobą żyć, jedziemy powtórnie do 
kochanej cioci, chociaż jeszcze nie była z rewizytą. Pani 
Wysocka, dziedziczka Pułkowa i trzymająca swego kapi- 
tana krótko, wpada na niego, że on winien, że jeszcze z rewi- 
zytą nie byli, bo się zawsze wymawia, że konie przy gorzel- 
ni zajęte, ale teraz w pierwszych dniach będziemy w Piąt- 
kowie. Tymczasem mija parę tygodni, nie przyjeżdżają. Do- 
myśliłem się, dlaczego pan kapitan ciągle się wymawia, że 
konie nie mają czasu, bo kiedy dawniej zawsze gadał, że 
Piątkowo wielki gałgan, że za drogo zapłaciłem, a sam ze 
swoimi urodzajami się chwalił, przyszło do tego, że w tym 
roku już lepsze żyta jak on miałem, a na nieszczęście trze- 
ba było polem oziminnym od granicy aż do wsi jechać. Jak- 
że tu wieźć żonkę na nieuniklllioną burę, 'która go i ta'k czę- 
sto spotykała, miał bowiem nadzieję, że przewlecze wizytę, 
aż szkaradne żyto będzie sprzątnrione. 
Mówię więc do żony: "Jedźmy po trzeci raz, a zobaczysz, 
co się z wujaszkiem dziać będzie". Scena, która nastąpiła, 
kiedy wchodzimy znienacka do !pOkoju, warta była pędzla 
jakiego dobrego artysty, bo już ciocia me na żarty skoc'zyła 
do męża, on ręką perukę poprawia li konceptami się sili za- 
żegnać bU!1'zę, ałe na próżno - ona oświadcza, że jutro pie- 
szo przyjdzie do Piątkowa, jeżeli mąż koni nie da. Co tu 
robić w takim kłopocie, ale każe nazajutrz guwerneroWli sia- 
dać na konia i jechać obok powozu, a kiedy żona zawołała: 


108
>>>
"A tD co, piątkowskde żyto lepsze od naszego?" - guwer- 
ner musiał wjechać w żyto i za'pewnić, że tD 
ylkD przy 
drodze, że tam dalej liche. 
Pierwsze też przywitanie ciDci w pjątkDwie było, że mam 
lepsze żyta. Przyczyną tego było, że pułkowskie żyta za 
gęstD były siane, tDteż Wysocki w jesieni mówił, że moje ży- 
ta bardzD rzadlcie, a jegD jak łąka. 
Odtąd mieliśmy bardzD miłe sąsiedztwD z PułkDwa, bD 
chDciaż PiątkDwO przez przykupna stało się większem i przez 
ciągle się 'pDdnDszącą kulturę lepsze miało urDdzaje Dd Puł- 
kDwa, to za to ostatnie, przez dwór murowany nDWD wysta- 
wiony, z sześc[oma ogromnemi filarami, a na wierzchu lew, 
i innemi bardzo porządnymi budynkami z nową gorzelnią, 
mitygDwało zazdrDść sąsiedzką, a związki familijne naj- 
piękniejszą harmonią utworzyły. 
Inaczej to było za rodziców mDich, którzy dla osobliw- 
szych powDdów w dozgonnej nieprzyjaźni żyli z poprzedni- 
mi dziedzicami. Szczególny to był człowiek pan Orłowski. 
Uważał siebie za CDŚ wiele większegD jak megD Djca, bD 
najprzód :był radcą Towar.zystwa KredytDwego, pDtem cho- 
ciaż dwór jegD bardzD był lichy, w ziemię wlazły, tD za to 
spichlerz o piętrze z murDwanym szczytem od strDny traktu, 
białD i czerwono malDwany, imponujący 'całej okolicy, da- 
lej była tam gorzelnia, chociaż bardzo licha, ale zawsze go- 
rzelnia, dalej dwa młyny wodne, chociaż dla braku wody 
mało mełły, ale zawsze młyny, dalej w lesie kilkaset sta- 
rych sosien, w których kilkanaście ulów pszczół się znajdo- 
wało, przy tern ładne łąki, których Piątkowo nie miało, tak, 
że Pułkowo słynęło z tego, że ma wszystko, ba, nawet wię- 
cej jak przysłDwie: że ma łąkę, mąkę, ryby, grzY1by. Kiedy 
więc po kupnie Piątkowa dostał mego ojca na sąsiada, a oże- 
nionego z pDsażną matką moją, dD czego jeszcze Zegartowice 
przybyły, musiało to szlachcica dumnego z ndedawnej sWDjej 
wyższDści korcić, że Djciec mój z DwegD lichegD Karczewa 
pochodzący, śmie mu imponDwać, bo i dwór w Piątkowie 
nowy i ekwipaż piękny z strzelcem za pDwDzem. 
TD się pokazało przy pierwszej wizyoie, bo OrłDwski kazał 
przynieść trzy butelki wina, reńskie, burgundzkie i szam- 
pańskie, chociaż taki zbytek niesłyszany był wówczas i każ- 
dego zniewalał pić. Matka bystrym swym okiem śledząc 
gesta tak hDjnie częstującegD gDspDdarza, uważa1a sarka- 
styczny uśmiech mówiący: "Wy tak nie potraficie" i jak 
pDwrócili dD dDmu, udałD jej się zniewDlić pDwolnego Djca, 
że po takie same trzy butelki wina posłał dla pokazania są- 


109
>>>
siadowi, że i my to samo możemy. Nie przyjął jednak gość, 
przybywszy z rewizytą kieliszka żadnego wina i wkrótce 
odjechał. 
Zdawało się rodzicom, że wypada po niejakim czasie zno- 
wu odwiedzić sąsiada, ale niedługo tam będąc, wchodzi ko- 
bieta, do której gospodarz 'przystępując żwawą z nią po 
cichu prowadzi ro
owę, a widocznie tyczącą się rodziców, 
bo baba często na nich spogląda, a potem wychodzi. Rodzice 
odjeżdżają, gospodarz wyprowadza, a kiedy ojciec chce za 
matką siadać do powozu, owa baba łapie ojca za poły fra- 
ka, mówiąc: "Proszę pana mi zapłacić, co ludzie za wódkę 
winni". Odepchnął ojciec kobietę mówiąc: "Przecież wiesz, 
gdzie mieszkam", a matka widzi uśmiechającego się sąsia- 
da. Taki afront, widocznie naprzód ułożony, był powodem, 
że przez kilkanaście lat, aż do śmierci Orłowskiego, rodzice 
w jawnej z nim żyl
 nieprzyjaźni. 
Szczęśłiwe pożycie moje z piękną, aniołem dobroci, żo- 
ną, uwieńczone zostało przybyciem na świat ślicznej córecz- 
ki, ale niedługo się nią cieszyliśmy, bo na zapalenie mózgu 
umarła. Wkrótce potem i żona pożegnała się z tym świa- 
tem po ciężkiej piersiowej chorobie. 


Oddanie się gospodarstwu z zapałem, do jakiego zdolny 
bylem po stracie takiej towarzyszki życia, musialo posłu- 
żyć do zwalczenia smutnego osamotnienia mojego. A że mia- 
łem przekonanie, że tylko przez doskonałe paszenie inwen- 
tarza można podnieść gospodarstwo, myślałem nad środka- 
mi, jakimi można dojść do tego i znalazłem taki przez urzą.. 
dzenie małej olearni, bo do większej brakło mi funduszu, 
nie odebrawszy za żoną żadnego posagu. 
Stanęła więc olearnia w jesieni, a że nie starczyło pie- 
niędzy na zakupno ziarna olejnego, trzeba było się ogra- 
niczyć na tem, co sąsiedni gospodarze znosić będą do wybi- 
jania. Ale że miałem baczność, aby byli kontenci z ilości 
wybitego oleju z korca i nie brałem pieniędzy żadnych tyl- 
ko kołaczki, nagromadziła mi się znaczna ilość takowych 
tak, że jak przyszła zima cały inwentarz bydlęcy sieczką 
oblewaną r02Jpuszczonymi kołaczkami, 'co chłopi kawą na- 
zywali, mógł być karmiony. Przy tem ten był kłopot, czem 
słać pod bydło ,tak dobrze paszone, kiedy słoma musiała 
być wszystka użyta dla owiec. Dla braku bowiem siana, 
żeby jako tako owce paść, musiałem zboże ozime w czas 
bardzo brać pod kosę, kiedy jeszcze słoma byla 2Jielonawa, 


110
>>>
a ziarno w sztygach dojrzewało, przez co owce po wymło- 
cie nie tylko kłosy, ale i 'prawie całą 'słomę zjadały tak, że 
na podściółkę dla bydła nic nie zostawało. 
Na tę ściółikę więc posłużyły mi kępy z osuszonych ba- 
gien, które, kazawszy powycinać i na gromady przed oborę 
pozwozić, całą zimę chłopcy toporkami drobno siekali. To- 
też wypasły mi się woły i krowy doskonale, tak że gościom 
wówczas często do mnie zjeżdżającym największą sprawia- 
łem zabawę, kazawszy pięćdziesiąt wołów wypuścić na pod- 
wórze, gdzie ich się harcom przyglądaliśmy. 
Mając dwadzieścia krów tak kal'mionych, miałem tę wiel- 
ką korzyść w gospodarstwie, że czeladź dostawała nabiałem 
dobrze kraszone jedzenie. Nie mogę wam młodzi gospoda- 
rze dosyć zalecić dbałości, ażeby ten lud, tak ciężko pracu- 
jący, dostawał dobre jedzenie, przez co i siły, i ochoty do 
pracy, i p;rzywiązanie do państwa nabierze, a najlepiej to 
dokażecie przez dostatek krów i dobre ich karmienie. Prócz 
tego miałem tę wielką korzyść, że po tych lichych, co do ga- 
tunku, krowach miałem cielęta, z których, ll1ie żałując im 
owsa, taka mi się rasa bydła wychowała, że zzagranicznemi, 
za drogie pieniądze sprowadzonymi, co do pozoru równać 
się mogła, a co do obfitości mleka o wiele ją przewyższa- 
ła. Radzę zatem gospodarzom, osobl:iwie takim, co do zbytku 
pieniędzy me mają, a podobno takich jest dziś ogromna 
większość, żeby nie silili się na krzyżowanie ras przez spro- 
wadzenie zagranicznego bydła, które nieraz zawodzi, ale 
przez obfite i umiejętne karmienie swojskiego, wewnętrzną 
poprawę rasy starali się osięgnąć, co Niemcy nazywają 
Inzucht I. 
Skoro nadeszła wiosna, byłem ciekawy, jak te moje woły 
w pługach chodzić będą. Kazawszy zatem mocne pługi po- 
robić, wychodzę 'przyjrzeć się skoro pierwszy raz w pole 
wyszły. Aż tu widzę esy-floresy poorane. Łapię wlięc naj- 
bliższego parobka i wołam: "A to co za orka!" Ten mi od- 
powiada ocierając pot z czoła, czym mnie od razu rOzJbroił: 
"A po co wielmożny pan każe te bestye tak paść, toż one 
nas zamęczą". - "To zapuść pług na osiem, dziesięć, dwana- 
ście cali, aż wolno chodzić będą". Uśmiechnął się parobek, 
bo zrozumiał, że to jedyny sposób ich poskromienia i skoro 
wszyscy na osiem cali zapuścili pługi, orka szła wybornie. 
Tern :sposobem od razu znalazłem .sekret zwiększenia uro- 
dzajów, bo nie tylko obfitą i doskonałą mierzwę, ale i przez 
zgłębianie orki musi się takowe osiągnąć. Toteż słusznie 
mówi wzorowy wówczas gospodarz z Wielkopolski, jenerał 


111 


--
>>>
Chłapowski z Turwi, w jednem z dzieł swoich, że kiedy 
kto ma cztery folwarki, a każe po jednym calu głębiej orać, to 
mu piąty przybędzie, to jest dochód jakby z pięciu. Doświad- 
czyłem prawdę tego w następnym roku, bo miałem pierwszy 
raz doskonałą pszenicę. 
Kiedy więc tak dochody zaczęły mi się powiększać, mo- 
głem pomyśleć o lepszych dla mieszkańców budynkach, bo 
stare .poczynały się \vywracać. Trzeba zatem było zacząć od 
wystawienia cegielni, a przez nią byłem w stanie co rok pa- 
rę chałup, a do tego .i folwarczny jaki budynek z palonej 
cegły i pod dachówkę wystawić. A ponieważ od tego za- 
cząłem moje gospodarstwo, że wszystkie drogi dałem po- 
prostować, rozszerzyć i drzewami obsadzić, wkoło dworu 
świerki i inne drzewa zasadzić, bo to najmniej kosztowało, 
Piątkowo zaczęło inny pozór przybierać, w miarę jak drze- 
wa wyrastałya. 
Tę jednostajność przy pracy gospodarczej przerwał zabaw- - 
ny następujący wypadek. Leopold Paliszewski, dzisiejszy 
dmedzic Gembic 4 w 
sięst\Vie, odziedziczył ten majątek po 
stryju swoim, a że urodzony i wychowany był pomiędzy 
nami, zaprosił swoich dwóch szwagrów i czterech przyjaciół, 
pomiędzy któremi i ja byłem, na poLowanie do siebie. Zasta- 
jemy dużo obywateli poznańskich, z któremi parę dui weso- 
ło się bawimy. Poznańczycy prędzej się rozjechali, a kiedy 
i na nas przyszedł czas powrotu, wszczyna się dysputa po- 
między gospodarzem a szwagrami jego, czy można z Toru- 
nia do Gembic w jednym dniu, jednymi końmi zajechać. 
Ci ostatni twierdzą, że można, chociaż jest mil 20, pierwszy 
zaś proponuje zakład o 300 talarów, że nie można. Ja, le- 
żąc na kanapie robię mustrę moich koni roboczych, a wybra- 
wszy parę dzielnych wstaję, kiedy dysputa bez końca się 
przedłuża i odzywam się: "A nudziarze szkaradni, toć się 
załóżcie, albo dajcie pokój gadaniu". Na to się odzywa go- 
spodarz: "Może ty byś się chciał założyć?" "I owszem, byle 
niewiele gadać." 
Stanął więc zakład o sumę, która wówczas dzie3i
ć razy 
więcej znaczyła co dziś. Pożegnaliśmy uprzejmego dotąd go- 
spodarza, którremu widocznie humor psuć się zaczął, jak 
ojciec jego usłyszawszy o zakładzie powiada, że moj8 będzie 
wygrana. 
Wr6dwszy do domu, .postanowiłem czekać mmy, spodzie- 
wając się sanny, ale że ta minęła, a sanny nie było, gdy 
maj nadszedł z ożywczym swoim urokiem, wychodzę pod 
wiecz6r w pole przyg,lądać się bronującym moim fornalkom. 


112 


- 


.-
>>>
... 


Księżyc w pełni świeci, a gdym ujrzał na owe dwa do zak- 
ładu wybrane konie, przychodzi mi myśl ruszyć do Gembic. 
Posyłam zaraz fornala do stajni, sam zaś jadę do Kuchar- 
skiego, sąsiada a szwagra Paliszewskiego, z prośbą o pożycze- 
nie bryczki nadzwyczaj lekkiej, żeby mnie sam odprowa- 
dzi! do Torunia i hył świadkiem wyjazdu o dwunastej w 
nocy, bo taki był warunek. Człowieka z końmi wysyłam na- 
zajutm rano do Torunia z ,poleceniem, aby wyszedł za most 
przekonać się, czy wylew rzeki na wiosnę nie popsuł drogi 
na tamtej stronie. Przybywszy z Kucharskim do Torunia, 
wyjeżdżam, kiedy zegar ratuszowy dwunastą bije, przez Bra- 
mę Mostową. Pytam się woźnicy, czy był na tamtej stronie- 
odpowiada, że był na moście, ale ludzie mówią, że tam dro- 
ga dobra. Temczasem wyjechawszy jakie pół mil,i za mo- 
stem, droga się kończy, Wisła wyrwała głęboki parów. Za- 
wracam, bo 'Sam powożę i próbuję, czy jadąc w lewo rze- 
ki nie trafię na drogę prawdziwą. Głębokie trzęsawisko 
przejechawszy spory kawał lIlie pozwala mi dalej jechać. 
Najlepiej było wracać do mostu i tam szukać drogi wyjeż- 
dżonej, ale sądząc, że to by było zbytnią stratą czasu wra- 
cam znowu do onego parowu i tam spychając konie na dół 
wpadamy do rzeki koniom po brzuchy. Jadę nad brzegiem, 
woda garnie się do bryczki, ale jadę dalej sądząc, że prze- 
cież droga znaleść się musi. Jakoż znajduje się i jadę ostro 
sądząc, że już złe minęło. Wjeżdżam w kolonie nadwiślań- 
skie, zamieszkałe przez Niemców, tam w opłotkach widzę 
zamkniętą drogę przez wielkie drzewo wylewem wody wy- 
wrócone. Trzeba bryczkę cofać z opłotków i patrzyć, gdzie 
się obrócić. Z dala przy świetle księżyca widzę dom. Wy- 
syłam zatem człowieka, żeby przyprowadził mieszkańca co 
by nas wyprowadził .z tej matni. Czekam i czekam, a tu 
zegar toruński bije kwadranse i godziny, które słychać przez 
Wisłę. Prowadzi nareszcie Niemca i kiedy doszedł do mnie 
proszę go, żeby mnie na drogę wyprowadził za dobrym wy- 
nagrodzeniem. Ten się pyta, jak ja się tu dostał, bo on jest 
w oblężeniu. "Nie pytaj się, tylko prowadź, dostaniesz parę 
talarów." - "Muszę się przecież ubrać, bo jestem w koszu-:- 
li." Idzie niemiłosierny Niemiec powolnym swoim krokiem 
do domu, czekam, nie widać go, wysyłam towarzysza, żeby 
go przyprowadził i obaj zginęli w tym domu, a zegar nie py- 
ta się, tylko biję, dalej widzę, źem przegral i będę wyśmiany! 
Idą nareszcie i siadają obok mnie. Przewodnik mówi, je- 
żeli mostek mego sąsiada nie będzie zniesiony, to wygramy, 
inaczej nie ma rady. Szczęściem, że mostek był i tak wy- 


. 
'.'&.. 

 


8 - Pamiętniki... 


113 


,fi,
>>>
prowadził mnie na drogę, którą jadąc jeszcze z niemałymi 
trudnościami, bo wody w wielu miejsca,ch drogę popsuły, 
przybywam nareszcie do miejsca, gdzie się kończą niziny 
toruńskie i pod górę piaszczystą konie moje parskając raź- 
nie kłusują. Dopiero tu była mila ujechana, a skowronki 
już w górę wylatują - godzina trzecia. Ale kiedy JUŻ ko- 
chana Wisła i ten nieszczęsny zegar toruński przestali mi 
dokuczać mówię: "Nasza wygrana, ale trzeba się pilnować". 
Toteż pierwszy popas w Łabiszynie, sześć mil od T0runia. 
a po większej części piaskami. Tu tylko kwadrans popasu, 
owies z chlebem, bo samego owsa konie żreć nie chciały, 
a że zgrzane nie były, kazałem napoić. Cugowych koni. 
choć miałem wtenczas dzielne, nie byłbym ryzykował, bo 
się prędzej grzeją i sfatygowane żreć zwykle nie chcą. na- 
poić nie można. Jadę dalej, ale tak, że po popasie i przed 
nowym popasem kawał drogi stępa jechałem. Drugi popas 
w miasteczku Kcyni, ale już pół godziny. Trzeci w Margoni- 
nie, dokąd o czwartej przyjechałem, a że stamtąd tylko 
czrtery mile do Gembie i jeszcze ośm godzin miałem czasu, 
popas trwał dwie. ° szóstej wyjeżdżam, konie idą raźnie 
i parskając mówią mi, żem wY'grał. 
Punkt o dziewiątej wjeżdżam do Gembic; Żydówki, sie- 
dząc przed domami, kiedy się 'Pytam, czy pan w domu, wo- 
ł-ają: Da kimmt er, da kimmt, er! 5, bo wszyscy wiedzieli 
o zakładzie. Chcę zajeżdżać przede dwór, brama zamknięta, 
a mur dokoła. Fagasy od czasu zakładu trzymali w zamknię- 
ciu bramę, bo mieli od pana przyobiecane legaty w różnych 
sumach, podług godności każdego. - "Pewnie tam znaj- 
dziesz gdzie dziurę w murze, to przeleź i otwórz", bo tylko 
na skobel była zamknięta. Zgadłem, bo w ówczesnych pol- 
skich gospodarstwach o dziury nietrudno. Brama otwarta 
i zajeżdżam przede dw6
. Wiedząc, gdzie sypialnia ojca, pu- 
kam do okna, bo nikt -ze służby się nie pokazuje. - "Kto 
tam?" "Ja! - "Co za ja?" "Sulerzyski - otóż go masz!" - 
Wychodzi do mnie szanowny starzec m6wiąc: "Leopolda nie 
ma w domu, toteż wszystko już śpi". - "Obudzę ja ich!" 
i wypaliłem z dubeltówki. Dopiero ze wszystkich kąiów wy- 
padają, ale widząc, co się święci, nosy na kwintę pospu- 
szczali. Znajduje się i rządca z latarnią, macają konie _ 
suche i wyglądają tak, jakby jeszcze parę mil miały ochotę 
lecieć. 
Wracając trzeciego dnia do domu, JUZ pod Toruniem ła- 
mie mi się oś u bryczki, szczęście, że to z powrotem, boby 
była niemała przeszkoda. 


114
>>>
Kończę na tern opis tego wygranego zakładu, bo i tak, je- 
żeli te moje hreczkosiejowskie pamiętniki będą tak szczę- 
śliwe, że będą czytane przez naszych 'Szanownych literatów, 
to ich pewnie 'ten opis nie lada zniecierpliwił, jeżeli nie wo- 
leli te karty przerzucić. Ależ panowie, raczcie zważyć, że 
nasz naród przeważnie rolniczy, a konie lubiący od dzia- 
dów, 'pradziadów, to mi darujcie, że ja, stary gospodarz, naj- 
Więcej myślę o moich kolega,ch gospoda'rzach. 
W owym to czasie powiększyłem zna'cznie granice Piątko- 
wa, skupując, rok po roku, po jednem gospodarstwie przy- 
ległej kolonii niemieckiej. Nie byłbym o tern pomyślał, bo 
gospodarstwo jeszcze tyle nie przynosiło, żeby można od- 
kładać kapitały, a co było nad niezbędne potrzeby i płace- 
nie procentów, obracało się na konieczne budowle i melio['a- 
cje, ale ci moi sąsiedzi ciągle mnie nachodzili naprzykrza- 
jąc się mi, żebym kupował od nich, a oni kontentując się 
zarobkiem, nie przywiązani do miejsca, jak nasi Polacy, 
gdzie indziej sobie grunta kupowali. Mając zdaje się wro- 
dzoną inklinacją do przykupowania ziemi, osobliwie przez 
Niemców posiadanej, udawało się jednemu po drugim na- 
mówić mnie do kupna, lubo to mi dużo kłopotu sprawiało, 
bo trzeba było gotówką i zaraz płacić. Tym sposobem po- 
magając sobie kredytem, skupiłem siedmiu gospodarzy nie- 
mieckich, między którymi i młynarza z wiatrakiem, razem 
około trzysta morgów. Wiel'Ce mi przyszło w pomoc, że wszy- 
scy mieli wspólne bagno torfowe, ale źle osuszone, które 
zgłębiwszy znacmie rów kanałem mUl'owanym, osuszyłem 
zupełnie. To bagno przedtem mało co warte, stało się tym 
sposobem moim skarbcem, bo rokrocznie nie tylko na potrze- 
bę cegielni, ale i na sprzedaż miałem około tysiąca sążni 
torfu, którego cena znacznie dla braku okolicznych lasów 
się podniosła, a. własny mój piękny las mogłem oszc'zędzać. 
Tak szczęśliwie operując, nabrałem ochoty do powtórnego 
ożenienia. Powróciła właśnie z pensji warszawskiej młodsza 
Córka landrata Wybickiego, panna Leonarda, a choć mi 
czterdziesty roczek się zbliżał, kilku młodych konkurentów 
odsadziłem, Nie obyło się bez intryg 'PO przyjętej deklara- 
cji, ale źe nie tylko u rodziców, ale i u panny, która do 
pierwszych uczennic na pensji należała, znaczyło wiele, że 
wÓwczas byłem jedynym kawalerem akademikiem, utrzy- 
małem. się zwycięsko. 
Ponieważ ze zdrowiem moim ciągle jeszcze nie bardzo do- 
brze stało, przyszła mi w porę propozycja szwagra mego, 
Rutkowskiego Ignacego, ożenionego z kochaną, a teraz jedy- 


115
>>>
ną siostrą moją Alodią, abym z niemi do wód pojechał. Star- 
sza siostra Leokadia rok tylko żyła z mężem swoim Tadeu- 
szem Wilczewskim i umarła. Jadę więc z niemi do Poznania 
poradzić się zacnej pamięci doktora Marcinkowskiego, któ-. 
ry nie tylko jako leka.-rz, ale i gorliwy patriota słynąć bę- 
dzie, póki w Polakach poszanowanie dla zasługi nie zagi- 
nie. 
Siostrze ka'zał jechać do Reinerz 0, a mI:lie radził jej towa- 
rzyszyć, nie uważając widocznej we mnie słabości, bo dosko- 
nale wyglądałem, odebrawszy co tylko od kochanego Leo- 
polda Paliszewskiego ów zakład samymi podw6jnemi luido- 
rami. Musiał jednak szanowny Marcinkowski się omylić są- 
dząc, że oboje skłonność mamy do suchot, bo do Reinerz 
tyłko na .piersiowe sła/bości wysyłają, a po dwutygodnio- 
wym używaniu wody tak 'zasłabłem, straciwszy zupełnie sen 
i apetyt, :że miejscowy doktor wyznał mi dopiero zadziwie- 
nie, że Ma.-rcinkowski mnie tu przysłał. Na to oświadczam, 
że jadę do Graefenberga 1, głośnego wówczas przez leczenie 
wodą Prysznica. On na to: "Kiedyć pan już koniecznie sa- 
mą wodą czystą się chcesz leczyć, to jedź do Kunzendorf 8 
w Szląsku pruskim, gdzie znakomity doktar Nidenfiir ta- 
ki sam zakład hydropatyczny urządził, a przecie co innego, 
kiedy będziesz u uczonego doktora, jak u prastego chłopa". 
Pomimo to wybierałem się jechać do Graefenberga, ale zna- 
jomi moi 'z Księstwa, którzy co tylko stamtąd wrócili, za- 
pewniali mnie, że tam tak pełno gości, że trudno, aby się 
dla mnie jaki kącik znalazł, bo nawet poddaszki zapełnione. 
Odstraszony w ten sposób jadę do Kunzendorf. Świeży to 
był zakład, w tym roku dopiero otwarty, a,le już było akoła 
60 gości. Zdziwiło mnie bardzo, że nasz daktor mało się nam 
pokazywał, /bo ciągle jeździł leczyć chorych okolicznych sta- 
rą metodą. Służba tylko zakładu z Graefenberga sprowadzo- 
na wzięła mnie w swoje obroty, a kilku z gości, co dawniej 
byli w Graefenbel"gu, dodawali rad swoich. Obwijano mnie 
w mokre prześcieradła, kocami skrępowano, a kiedy się pot 
lał ze mnie, prowadzono do wanny napełnionej wodą tylko 
sześć stopni ciepła mającą. Zdawało mi się, że już po mnie, 
jak mi kazano się zanurzyć, trząsłem się wyszedłszy z wan- 
ny, aż zęby szczękały, ale wytarty tęgo \Suchymi przeście- 
radłami, ubrałem się i biegałem po górach, żeby się zagrzać, 
wypiwszy kilka szklanek wody. Potem śniadanie, mleka z 
chlebem, kt6rego goście przede mną przybyli w ogromnych 
porcjach spożywali, później zycbady, fusbady, tusze, a po 
każdym bieganie po g6rach. Kilka tygodni takiej używając 


116
>>>
kuracji, widocznie przychodziłem da siebie. Z wanny wy- 
szedłszy, już nie dreszcz, ale przyjemne ciepła czułem. 
Kuracja ta ma to wielkie dobre, że gaście ciągle są nią 
zajęci i że nud6w nie ma takich, jak w mineralnych wodach, 
gdzie wypiwszy te kilka kubków i może kąpiel wziąwszy, 
caly dzień nie wie się, cO' począć. 
Powiadana mi, że kilka tygodni przede mną przybył tam 
sławny wówczas lekarz Rust z Berlina, a wysiadłszy z po- 
wozu pragnął się naacznie przekanać, czy będąc w patach 
mażna nie być paraliżem tknięty, wszedłszy w wannę z 
zimną wodą. Natychmiast kilku, chać już odbyli tę operacją, 
dla przekonania tak sławnego lekarza ją powtórzyli. Skrzy- 
wił się trachę zacny Rust, ba ,pewnie byłby wolał, żeby któ- 
ry z nich jego teorię był stwierd.ził i krótka zabawiwszy ad- 
jechał. 
W naszym zakładzie jeden z młodych gości dostał zapale- 
nie płuc, a dawniej nam pawiadał, że przed kHkunastoma 
latami będąc na to zapalenie w Wiedniu leczony, skrzywie- 
nie karku nastąpiło, tak że na to skrzywienie się tu leczył. 
Widoczne więc było, że na nim sprawdziła się skuteczność 
hydropaitii, która dawne, źle wyleczane, charaby odnawia 
i radykalnie je lecząc inne pozostałe cierpienia jednocześnie . 
wyprowadza. Zakład tak szczęśliwą kuracją bagatega mło- 
dzieńca byłby niemałO' zabłysnął, ale nasz doktor przestra- 
szony, że pacjent, zresztą zdrów zupełnie, może umrzeć, pi- 
sze do matki, żeby go zabrała. Zajeżdża kareta i matka, po- 
mimo zapewnień kilku dawny,ch graefenberczyków, że i płu- 
ca i kark będą wyleczone, pakuje syna da powozu i wy- 
jeżdża wymyślając na głupią kuracją wadną. 
Kiedy się to dzieje, wchodzi doktor da mnie ukontentowa- 
ny, że się p02Jbył chorego, z którym nie wie, co z wodą po- 
cząć. Mając u siebie książkę o hydropatii, dawodzę mu z niej, 
że to właśnie byłaby szczęśliwa kuracja, kt6ra dawną cho- 
robę odnowiła, ale trzeba wiedzieć, jak wtenczas modyfiko- 
Wać użycie wody, w czym Prysznic tak pewnym był siebie. 
Dopiero mi się przyznaje, że się na całej tej kuracji nie zna, 
ale ponieważ to tak blisko Graefenberga, a ludzie tu za- 
czynają wstręt mieć do lekarstw, urządził ten zakład, a do- 
piero w następną zimę chce jechać do Graefenberga, żeby 
się przyjrzeć i nauczyć jak Prysznic leczy. Wspomniałem 
sobie doktora z Heinerz, który mi kazał do uczonego jechać 
lekarza. 
Wszy;scy, kt6rzyśmy tam byli, chwaliliśmy sobie postęp 
w zdrowiu, apetyt był ogll'omny, wspólne dalekie spacery, 


117
>>>
wesołość ogólna, zupełnie co innego jak u wód mineralnych, 
gdzie każdemu obiecują, że skutek później nastąpi. Pacjen- 
ci pokazywali .plamy na prześcieradłach, potami z ciała wy- 
pędzone, w różnych kolorach, pochodzące z trucizn zaży- 
tych. 
Widząc to, zda wało mi się, że jak wrócę do domu, to już 
będ'zie po aptekach, a znałem kilku bardzo porządnych apte- 
karzy, których mi szczerze żal było. Ale wróciwszy do domu, 
zastałem apteki w kwitnącym stanie i kwitną dotąd, choć 
już trzydzieści lat temu. O sancta simplicitas u. 
Pisze następnie Rutkowski z Reinerz, że wracając z żoną 
bardzo się dobrze mającą do domu, pragnie się pożegnać ze 
mną w .pewnym miejscu. Jadę więc na spotkanie i zastaję 
siostrę zupelnie zdrową, tak że nawet utyla, ale że to nie 
zrobiły wody ani serwatki, tylko kąpiele ciepłe w ostatnim 
czasie użyte. Oczywistym było, że to nie była piersiowa 
słabość, tylko hemoroidalne cierpienie, które kąpiele usu- 
nęły. Na piersiowe słabości nic Reinerz nie pomagał, bo jed- 
nego pacjenta po drugim, kiedy dogorywał, wyprawiano do 
domu jako wyleczonego, żeby tam nie umarł i reputacji 
miejscowej nie zaszkodził. 
Sześć tygodni bawiąc w Kunzendorf z wielkim skutkiem, 
powinienem był zostać dłużej, bo dopiero zbawienna kry- 
zys się pokazała przez zjawienie się tak zwanego forunkla 
na piersiach, przez który wewnętrzne źródło choroby na ze- 
wnątrz się wydobywało, ale ponieważ dla spóźnionej pory 
jesiennej miejscowy lekarz zakład zamykał i goście się wszy" 
scy rozjeM'żali, musiałem i ja wracać do domu. 
Przyjechawszy do Torunia spotykam znanego mi, a bar- 
dzo poszukiwanego doktora Weese, autora medycznego dzie- 
ła w łacińskim języku: de plica polonica 10, który się dzi- 
wi, jak dobrze wyglądam. "Wodna kuracja to zrobiła - od- 
zywam się - i czemuż to prosty chłop ma tę zasługę, że 
ją dla dobra ludzkości wynalazl." On na to: "Wszak to sta- 
ra rzecz, już Hipokrates i Galenus zalecali przede wszy- 
stkim wodę". "A czemużcie ją zarzucili i tylko herbatkami 
męczycie chorych." 
Doświadczyłem ja tej metody mieszkając w Karczewie, bo 
zapadłszy na febrę gorączkową, doktor prócz jakiegoś le- 
karstwa, tylko ciepłą herbatę kazał mi pić. Gorączka się 
wzmaga, fantazje po głowie się kręcą, żądam zimnej wody, 
ale gospodyni przekonana, że to mnie zabije, nie chce mi 
dać, dopiero kiedy pięścią w st6ł uderzając powtarzam żąda- 
nie, stawia mi cały dzbanek mówiąc z równą złością: "To się 


118 


-
>>>
pan zabij" - i trzasnęła drzwiami. Piję chciwie ów zabójczy 
trunek i wypr6żniam cały dzbanek. Nazajutrz wstałem i pi- 
jąc ciągle wodę wyzdrowiałem zupełnie. 
Wróciwszy do domu, pierwszy wyjazd naturalnie do 
Swierczyn do narzeczonej, p()kazać jej się w lepszym zdro- 
wiu, a 
rzez to o parę lat młodszym. Landrat Wybicki pięk- 
ne swoje dobra konojadzkie sprzedawszy Meklenburczyko- 
wi, skupował następnie zniszczone majątki, a między niemi 
osiadł w Świerczynach. Ludzie mówili, że dobry interes zro- 
bił, bo został się kapitał gotowy dla synów i córek. Z pierw- 
szej żony był jeden syn Tomasz, ale ożeniwszy się, mając 
już sześćdziesiąt lat, z wdową Barbarą Kczewską z domu 
Sumińską, przybył drugi syn Władysław. Starsza córka Lud- 
wika poprzednio już była poszła za Konstantego Jezierskiego, 
dziedzica dóbr Komorowa.
>>>
Rozdzial V II 


OD DRUGIEGO OZENIENIA 
DO PIERWSZEJ KOZY, 1840-1846 


Treść: Niemcy kupują majątki, wycinają lasy. - Zaprowadzam 
płodozmian. - Hennig z Dębowej Ląki i jego synowie. - Flot- 
twel w Poznańskiem. - Bal w Grudziądzu, potem bale w Wą- 
brzeźnie. - Kupuję Komorowo. - Zadzierżawiam Niemcowi, 
Karczewo także. - Brak urzędników polskich gospodarczych. - 
Próbuję z Niemcami, ale nie chcą słuchać. - Biorę młodego 
osiemnastoletniego Polaka, który mi dobrze gospodaruje. - 
Szwarc słynny gospodarz. - Lauterbach landratem w brodnic- 
kim powiecie. - Szpiegi moskiewskie ukarane. - Mierosławski 
organizuje powstanie w Poznańskiem. - Smierć naj starszego 
syna. - Chorego zawożą do Grudziądza. 


W roku tedy 1840 ożeniłem się, dzieci moje, z waszą mat- 
ką. 
Przykład teścia mego przez sprzedanie majątku swego, 
znalazł wnet naśladowców. Meklenburczyk Freudenfeld ku- 
piwszy konojadzką, majętność za bajecznie niską cenę - bo 
105 000 talarów - dziś przynajmniej pięć razy tyle wartają- 
cą, sprowadził wkrót:e kuzynów swoich l, którzy po równie 
niskich cenach kupili majątki w polskich rękach będące: 
Wondzyn, Chojno, Ostrowi'C, Chełmonie. Ponieważ Niemcy 
w powiatach toruńskim, chełmińskim i grudziąd'lkim już 
w posiadaniu byli najpiękniejszych majątków i to w uro- 
dzajnej Ziemi Chełmińskiej, zaczęli się rzucać na majątki 
mniej urodzajne Ziemi Michałowskiej I, to jest powiat6w 
brodnickiego i lubawskiego, a'le posiadające za to lasy dobrze 
zachowane. 
P.olacy, mają'c wrodzone a szlachetne zamiłowanie do la- 
sów, woleli sprzedać majątki potrzebując pieniędzy, jak 
ściągnąć na siebie zarzut, że lasy zniszczyli. Niemieccy spe- 


120
>>>
kulanci zaś, którzy ze wszystkich części Niemiec się do 
nas ściągali, zaczęli gospodarstwo w nabytych majątkach od 
sprzedaży lasu, tak że po większej części tym sposobem ce- 
nę -kupna zapłacili. Nie tylko u nas, ale i w Księstwie to 
samo się działo. 
Prócz tego mieli inny sposób zaprowadzenia kultury nie- 
mieckiej u nas, bo zastawszy po większej części liche bu- 
dynki, wysoko je asekurowali, a kiedy się przypadkiem spa- 
liły, komisja przylbyła na miejsce, znala'zła już drzewo przy- 
gotowane do nowych budynków, tak że w krótkim czasie 
stanąć mogły bez szkody dla gospodarstwa. 
Przybysze ci, ponieważ się czuli jeszcze w mniejszości, byli 
dla nas nadzwyczaj grzeczni i prawili nam, jak przez wie- 
lopolowe i płodozmienne gospodarstwa można podnieść uro- 
dzajność ziemi, a 'przeto powiększyć dochody. Byli zatem od 
nas jakby dobrodzieje nasi uważani. Ja sam lubiłem jeź- 
dzić do nich i dysputować, a że od razu trzypolowe gospo- 
darstwa przemieniali, że znaczne straty ponosili, ponieważ 
na kilkanaście pól podzieliwszy, a rzędem od pierwszego do 
ostatniego numeru poznaczywszy wypadło im tak, że żyto 
po życie, albo owies po owsie następował. Na moją uwagę, 
że podług zasad gospodarczych jest szkodliwem, liściaste 
bowiem zboże po słomiastych następować powinno, przy- 
znawali mi, że przejście zawsze ze stratami połączone, ale 
na to nie ma rady. Znalazłem jednak u siebie sposob bar- 
dzo prosty, żeby uniknąć strat w urodzaju, bo numery pÓl 
tak podzieliłem, że jedno i to samo zboże po sobie nie na- 
stępowało i tak pierwszy z obywateli polskich urządziłem 
płodozmienne gospodarstwo bez żadnych strat. Nie koszto- 
wał mnie nawet konduktor do pomiaru, bo sam trzech p61 
na dziewięć przemieniłem, trzymając się głównie naturalnych 
odgraniczeń, przez rowy i drogi nie dbając o to, że tam 
jedno pole o kilka morgów większe albo mniejsze od dru- 
giego. Później, przykupując przyległe grunta musiałem kil- 
ka razy zmieniać pola na dziesięć i więcej pól, ale zawsze 
bez miernika, na oko je dzieląc, nigdy bym się nie był zgo- 
dził na jego linie proste, jakie gdzie indziej widziałem. 
Meklenburczycy, którzy dużo majątków, a mianowicie wy- 
nim je obsiewali, marglem nawozili, co i koszt wielki za 
żej przeze mnie wymienione, kupili, wszystkie pola wprzód 
sobą POciągało i dużo odłogiem zostawiać musieli, nim na- 
wieźć podołali. Wszyscy zaś, tak jak u siebie w MeklenbuT- 
gu, na siedem pól robili podziały. 
Najsłynniejszym w owym czasie na całe Prusy Zachodnie 


121
>>>
majątkiem była Dębowa Łąka, własność adwokata Henniga;. 
ojca znanego dziś polakożercy na sejmie berlińskim. Mie- 
szkał w Kwidzynie, skąd komenderował gospodarstwem li- 
stownie. Przybywszy na wieś zapraszał mnie do siebie i mu- 
siałem z nim objeżdżać folwarki. Szanowany wówczas pow'" 
szechnie zostawił dwom synom swoim majątek, którym się 
należy zasługa, iż stanąwszy na czele coraz więcej napły... 
wających Niemców, podburzyli ich do opozycji przeciw Po- 
lakom, a przez to udało im się rozbrat zupełny zrobić, przez 
który zniewoloni zostaliśmy do naszego polskiego: "Nie dajmy 
się!" 
Z wzrastającym napływem Niemców i rząd pokazywał się 
coraz nieprzychylniejszym Polakom. Flottwel ze szkoły owe- 
go Schona, który germanizacją naszej prowincji już był 
znacznie naprzód posunął, przysłany został do Kwidzyna 
i tyle tylko o nim słychać było, że jest nieprzyjacielem Po- 
laków. Krótko U nas zabawiwszy przeniósł się do Pozna
 
nia. Ponieważ tam ogłosił, że Księstwo w 'pięciu latach mu- 
si .być zgermanizowane, przybyło do nas kilku obywatełi 
wielkopolskich, przedstawiając niebezpieczeństwo, jakie nam 
grozi i które tylko można usunąć, ,przede wszystkiem zer- 
waniem przyjaznych stosunków z Niemcami. Pierwszym ob- 
jawem tego zerwania mają być zabawy tańcujące czysto 
pOlskie. Podobało się to u nas wszystkim i na ogólne ży- 
czenie wezwałem wkrótce do Grudziądza na bal polski. 
Zjazd ten wypadł świetnie, ale niemało Niemców nastra- 
szył tak, że fortecy garnizon całą noc pod bronią stał. Zje- 
chało także i E Księstwa kilku miłych gości, którzy nie. 
tylko tę zabawę bytnością swoją podnieśli, ale i stosunki 
nasze z Księstwem, dotąd pr
wie nie znane, coraz szerszym 
węzłem połączyli. 
Przytoczyć tu muszę, że jeszcze w roku 1836 w Nawrze 
trzy baliki polskie były pierwsze, gdzie się bez Niemców 
obyło i na których mieliśmy także gości z Księstwa i Kró-' 
lestwa. Gospodarzem i promotorem tych wielce przyjem- 
nych zabaw był szanowny Karol Kalkstein z Pluskowęs. 
Tak to, zapowiedziane z dumą krzyżacką, tendencje ger- 
manizacyjne przeciwny zupełnie skutek wywarły i zacżęły 
rozbudzać prowincją dotąd obojętną dla sprawy narodowej, 
ale to dopiero w wyższych sferach. Lud nasz, któremu rząd 
pochlebiał, wiele później się pomiarkował i powoli do tej 
jedności doszedł, w której go dziś widzimy. \, 
Po balu grudziądzkim obraliśmy sobie miasteczko Wąbrze- 
źno jako środkowy punkt pomiędzy Ziemią Chełmińską 


122
>>>
i Michaławską na przyszłe baliki nasze i na nich byłem 
zaszczycany przez współebywateli na gespadarza. Te. nasze 
towarzyskie zabawy, które zawsze w najlepszej harmenii 
się adbywały, duża się przyczyniały da połączenia wszy- 
stkich redzin pelskich serdecznym węzłem przyjaźni, ale 
najgłówniejszą patrzebą była nie dopuszczać, aby majątki 
palskie w niemieckie ręce nie przechodziły. 
Tateż kiedy mój szwagier Kanstanty Jezierski zmuszany 
był sprzedać Kamarawo, a, żeby spłacić rodzeństwa, a Niem- 
cy się kręcili jak kruki kała trupa, namawiałem szwagla 
megO' Tadeusza Wilczewskiego" aby kupił, bo sprzedawszy 
dawniej Wandzyn, chciał co, innego, nabyć. W tym celu za- 
prosiłem ebydwóch wraz z radzicami żony da Piątkawa; 
ażeby przy obchadzie imienin teścia doprowadzić to kupna 
da skutku. Ale daremne były wszelkie usiławania: ,,'la mu- 
s
 Niemcowi sprzedać" mówi Jezierski i chce wyjeżdżać 
da niego,. Tak mnie tym zelektryzawał, że powiadam: "Ja 
na ta nie pazwalam" i wyrwała mi się: "Ba ja kupię". Są- 
dziłem, że zazdrością doprawadzę megO' kachanega szwagra 
da tegO', żeby kupił, ba się tylkO' e 1000 talarów razchedzi- 
ła, ale Jezierski bierze na serie, tamtego, to nie parusza, 
i mówi da mnie: "Trzymam cię za sławo, żena sprzedałem 
Sulerzyskiemu Komerawa". Ta mnie ściska, ale wyrywam 
się z czułych objęć mówiąc: "Za co, kupię, kiedy nie mam pie- 
niędzy?" Wtem przyjeżdżają sąsiedzi i słysząc co się dzieje, 
już namawiać, żebym kupił, ba umiem sobie paradzić. 
Przystaję więc na kupno za 41 000 talarów mając w demu 
tylkO' 3000 za sprzedaną 'pszenicę. Będąc jednak przekona- 
nym, że dabra ciągle padnesić się będą w cenie i żeby 
ochranić się ad zarzutu familii sprzedającegO', że. za tania 
kupiłem, efiaruję dla :każdej z trzech córek, wtenczas je- 
SZCze małych, po, 1000 talarów na wyprawę ślubną. 
Biorę więc w zarząd nowo nabyty majątek, cztery tysiące 
margów mający, ale panieważ był sześć mil edległym, sta- 
ram się a dzierżawcę, żeby sobie przez kaucją i jednareczną 
dzierżawę z góry ułatwić wypłatę kapitału. Nie wiedziałem 
wtenczas jeszcze, ile posagu za żeną dostanę, kupne Kama- 
Tawa zniewoliła teścia przyjść mi w pamec kapitałem pa 
matce dzieciom się należącym, tak że zaciągnąwszy nową 
peżyczkę z Tewarzystwa Kredytowego, zebrałem tyle, że spła- 
ciłem cały kapitał. 
Panieważ nie tu keniec już nabywania majątków, muszę 
nadmienić, że takie upadobanie w tym 'znajdawałem, iż 
przez te zmuszony de nader skramnega życia., da chrenie- 


123.
>>>
nia się od wszelkich wydatków zbytecmych dla siebie, żo- 
ny i dzieci, którymi Pan Bóg mnie obdarzył, wszelkie do- 
chody tylko na wypłatę kupionych majątków obracałem, 
a szczerze mi w tern pomagała śp. żona moja. a matka wa- 
sza, nie tylko przez gospodarność, ale i przez skromność co 
do stroju młodej kobiety. tak że się nieraz gniewała kie- 
dym jej jaki stroik z miasta przywiózł. 
Zmuszony jestem w te szczegóły się wdawać, jakim spo- 
sobem skupowałem majątki. żeby okazać niegodziwość tych, 
co dziś głoszą, że nie Niemcy późniejszem prześladowaniem 
mnie zniszczyli, ale że własna lekkomyślność mnie zgubiła, 
bo: "Kupowałem majątki bez pieniędzy, a potem mi je od- 
bierano". Szanowny obywatel krakowski, wróciwszy z To- 
runia, powiadał mi, że tam tak o mnie mówiono. Dziwna 
to zaiste protekcja Niemców i to przez Polaków, co mają 
pretensję być patriota'mi! 
Na 'Próżno :starałem się o dzierżawcę Polaka, bo trudno 
było wtenczas u nas o takiego, który by umiał gospodaro.. 
wać, żeby wyjść dobrze na dzierżawie. 2Jmuszony byłem 
zadzierżawić Niemcowi. zwłaszcza że wówczas nie było tej 
nienawiści wywołanej przez systematyczne germanizacyjne 
zachcianki, bo tylko ze strony rządu zaczynały wychodzić, 
a niemieccy współobywatele nasi, czując się wtenczas je- 
SZCze w !l11IIl'iejszości, głośno niechęć 'Swoją przeciw takiemu 
postępowaniu rządu okazywali, które im towarzyskie sto- 
sunki !Z nami psuło i utrudniało nabywanie nowych mają- 
tków. 
Zadzierżawiłem więc Niemcov.,rJ komorowski majątek na 
osiemnaście lat, aby tak jak W swoim majątku gospodaro- 
wał, za 3000 talarów rocznie. 
Spanoszył się dzierżawca wkrótce. ale zamiast wdzięczno- 
ści za komystne dla niego warunki kontraktu, musiałem 
się z nim później procesowć. - 
Dzierżawa sześcioletnia Karczewa już dawniej ,by wyszła, 
a że dzierżawca Polak narzekał, iż stracił. chociaż z tysiąca 
pięĆlSet morgów tylko 600 talarów płacił, a zatem mniej jak 
pół talara z morga, musiałem znowu Niemcowi zadzierżawić, 
który 800 talarów rocznie płacąc na dwanaście lat kontrakt 
zawarł. Postawiłem mu warunek, żeby wszedł w płodozmian, 
który u siebie już z dobrym skutkiem zaprowadziłem. I ten 
zbogacił się na mojej dzierżawie, ale głównie przez to, żem 
go zmusił do płodozmianu zagrożeniem zerwania kontraktu, 
bo pi,ęrwsze trzy lata gospodarował po dawnemu w trzy po_ 
la i narzekał na wysokość dzierżawy, potem dopiero miewał 


124
>>>
urodzaje, że był w stanie kupić majątek w moim sąsiedz- 
twie. 
Namawiałem i poprzedniego dzierżawcę Polaka, narzeka- 
jącego na wysokość dzierżawy, by jakąś część jarzynnego 
pola obsiawszy białą koniczyną zostawił na paśnik, przez co 
i inwentarz będzie miał lepszy i lepsze następne urodzaje, 
obiecywał mi też, że zrobi, ale do sąsiadów się chwalił, 
że kiedy ja go namawiam do zostawienia odłogiem roli, on 
nie głupi, żeby mi wzmocnione role oddał, ale jak cytrynę 
będzie je wyciskał. 
Przyczyną, dlaczego sam nie gospodarowałem w Komoro- 
wie i Karczewie, był brak ówczesny ludzi do gospodarstwa 
zdatnych, którym by można powierzyć samoistne rządy, a 
że Piątkowo wymagało ogromnej, wieloletniej pracy, żeby 
je do kultury doprowadzić, daWll1iejsze nieużytki na urodzaj- 
ne ziemie zamienić, wolałem przykrości z dzierżawcami zno- 
sić, ażeby tylko całkiem się oddać podniesieniu się Piątko- 
wa. Nie mogąc Polaków źnaleźć do gospodarstwa zdatnych, 
próbowałem z niemieckimi inspektorami, i tak dwóch po 
sobie zgod'ziłem, ale przekonałem się, że z nimi v".cale nie 
szło, bo tak uprzedzeni o sobie byli, że nie chcieli się za- 
stosować do mojego sposobu gospodarowania i w ogóle dy- 
Spozycje moje wykonywać, uważając, że to uwłacza ich god- 
ności. Musiałem się więc wrócić do Polaków, wyrzekając się 
na zawsze niemieckich inspektorów, ale że wielka była 
trudność znaleźć dogodnego. człowieka, wziąłem prosto ze 
szkoły chełmińskiej 4 młodego, osiemnastoletniego chłopca, 
Jakuba PodczaJskiego, którego byłem opiekunem. Uważając 
w nim zamiłowanie do gospodarstwa, bo ilekroć na wakacje 
do mnie przyjeżdżał więcej w stajniach i oborach lubił się 
zabawiać, jak we dworze, zapytałem go, czy by nie chciał 
być moim inspektorem. Sądząc, że z niego żartuję, ośmieli- 
łem go tern, że więcej od niego nie żądam, tylko żeby ści- 
śle wykonywał moje dyspozycje. Toteż miałem z niego za- 
stępcę, który przez kilka lat pierwszy potrafił mi dogodzić 
i znacznie mi do podniesienia gospodarstwa dopomógł. Trzy- 
letnia służba wojskowa zmusiła go opuścić Piątkowo. 
W owym czasie głośnym gospodarzem pomiędzy Niemca- 
m.i był Szwarc w Mtinsterwaldzie I 'pod Kwidzynem, dzi- 
siejszy dziedzic Jordanowa w Księstwie Poznańskiem. Zjeż- 
dżali się do niego z dalekich stron niemieccy gospodarze, 
bo on pierwszy zaprowadził w naszej okolicy siew rzepaku, 
przez co szczególnie niemieckich kolonistów w tłustych grun- 
tach nadwiślańskich zbogacił. 


125
>>>
Z Polaków odwiedził go jenerał Chłapowski z Turwi, ale 
z tej wizyty pokazało się, że i Polacy umieją gospodarować, 
bo sam Szwarc NieJIlcom powiadał, że był u niego Polak, 
od którego oni uczyć się powinni. 
W moim powiecie nastąpił wówczas wybór landrata, ponie- 
waż teść mój, Wybicki, który jeszcze 'Za 
sięstwa Warszaw- 
skiego był podprefektem 'powiatu brodnickiego a potem do- 
tąd landratem pruskim, a zatem trzydzieści trzy lat na tym 
urzędzie, podziękował z dalszego urzędowania, widząc nieu- 
fność rządu do Polaka jako naczelnika powiatu. Jako kan- 
dydat wystąpił burmistrz miasta Chelmna, Lauterbach, któ- 
rego z uniwersytetu lipskiego znałem, prawda, że nie uczę- 
szczającego na kolegia, ale bard2JO wystawne burszowskie 
życie pędzącego. Ponieważ wtenczas obywatele wybierali, 
prosił mnie, abym się przyczynił do jego wyboru, przyrze- 
kając mi wdzięczność i przychylność dla polskich obywateli. 
Pomimo więc, że zięć ówczesnego prezydenta rządu w Kwi- 
dzynie był drugim kandydatem, udało mi się większość gło- 
s6w na stronę Lautel'bacha uzyskać i to z łatwością, ponie- 
waż wtenczas jes2Jcze przeważali w powiecie polscy obywa- 
tele. 
Wkrótce potem okazała się sposobność dla nowego land- 
rata dowiedzenia mi swojej życzliwości. Zjawił się bowiem 
u mnie gość, który się przedstawił jako Zawisza Czarny, 
bal'dzo jasny blondyn z okularami na nosie. Pytałem go, 
czy czasem nie Zawisza Biały, kiedy tak jasne ma włosy, 
ale on 'przy czarnym pozostał prosząc mnie o posłańca z li- 
stem do kuzyna Alfreda, dziedzica Warszewic. Opowiadał, 
że przybywa prosto z więzienia poznańskiego, do którego z 
Adolfem Malczewskim się dostał, że u niego razem kule lali 
i naboje do przyszłego powstania robili. Ale na nieszczęście 
w nocy żandarmi otoczyli dom i znalazłszy pod podłogą 
ukryte naboje, zabrali obydwóch do Poznania. On zdołał 
uciec, ale Malczewski został. Nic to jednak nie szkodzi, bo 
powstanie ogólne nastąpić musi. 
Awanturnicze te jego gadania bal'dzo mi się podejrzane 
zdawały, tem bardziej, że kiedym zauważył, że okulary go 
żenują, on je porzucił, mówiąc, że bez nich się obejdzie. 
Bawił u mnie wtenczas szwagier mój Tomasz WyblCki,- 
który z gimnazjum chełmińskiego był dla awantury, którą 
z profesorem Niemcem zrobił, oddalony. Ow Zawisza wi- 
dząc) że ze mną co do planów powstańczych :nic wskórać nie 
może, . zaczął się.. wdawać w tajemnicze szepty z Tomaszem, 
ale 'kiedy coraz bardziej się przekonywałem, że to jakiś in- 


126 


-
>>>
famis, bo i wódkę z karczmy kazał przynosić, kt6rą się z 
młodym chłopcem pokrzepiał, kazałem mu odjechać, prze- 
konywając go, że u mnie nie ma bezpieczeństwa dla nie- 
go. 
Posyłam go zatem do przyjaciela mego o cztery mile ode 
mnie mieszkającego z listem, aby go gdzie dalej wyprawił. 
Po jego odjeździe prosi mnie Tomasz, abym go posłał do 
Chełmna, bo tam ma ważny interes. Wystawiam mu niesto- 
sowność jego żądania, i że ojciec gniewać się będz:e na nie- 
go, że jedzie do miasta, z którego dopiero co kazano mu 
wyjeżdżać. 
On jednak nalega i nareszcie przyznaje mi się, że przy- 
sięgą jest zniewolony tam jechać i na czele gimnazjum cheł- 
mińskiego uderzyć na Warszawę. Jako potomek wojewody 
Wybickiego, 'Wszystko po drodze do niego garnąć się będzie, 
tak go zapewniał ów Zawisza, któremu przysięgą złożył. 
Oczywistem było, że misją jego było skompromitować gim- 
nazjum chełmińskie, do którego ze wszystkich stl"On zebrało 
się przeszło trzystu młodzieży polskiej, jako szkoły katolic- 
kiej. Żeby zatem zapobiedz, aby plan jego tu wykryty, gdzie 
indziej mu się nie udał, sprowadzam go pr
ez sąsiada moje- 
go, emig,ranta Józefa C.6, na powrót, aby go wybadać, czy 
to ty}ko nierozsądny za'paleniec, czy też niebezpieczny ajent 
moskiewski, ale nie do Piątkowa, tylko do Pułkowa, kt6ry 
majątek Wysocki synowi Aleksandrowi był oddał, a sam do 
Polski się przeprowadził, przewidując, że indagacja może 
przybrać charakter trochę moskiewski, a w Piątkowie żona 
z kuzynką tu bawiącą byłyby nam na przeszkodzie. 
Skoro doniesiono, że 6w fałszywy Zawisza jest w Pułko- 
wie, jadę tam z kuzynem moim Szawe}skim, oficerem dy- 
misjonowanym pruskim. Zaczynam indagacją od tego, jak 
mógł takie szalone plany młodemu chłopcu do wykonania 
powierzać, a kiedy Szawelski się odzywa, że go w Piątko- 
wie przestrzegał, że Tomasz jest za młody, aby z nim ja- 
kieś tajemne spiski układać, on się odzywa: "Polacy niech 
mnie sądzą, ale nie pan, co jesteś Prusakiem". J 6zef C. już 
POprzednio przekonany, że to szpieg, uderza go gwałtownie 
w twarz, ale on zamiast, jak się spodziewałem, oburzyć się 
na taką zniewagę, mówi do mnie słodziuchnym głosem: 
.,Bądźcie panowie cierpliwi, ja wam wytłumaczę". 
Tu już wątpliwość wszelka zniknęła i musiałem się prze- 
konać, że z łotrem mam do czynienia. Gospodarz przyspo- 
sobił tymczasem ławkę i bat. Wzywam go, żeby się przyznał, 
że jest ajentem moskiewskini, a natychmiast wyprawimy go 


127
>>>
do Ameryki, aby tam nie był szkodliwym, ale ponieważ nie 
chciał się przyznać, nastąpiła bolesna indagacja na cztery 
ręce z kolei, z przyzwoitymi przestankami do perswazji. 
Nie mogąc wydobyć zeznania od niego, trzeba było do 
jutra odłożyć dalsze sumaryczne postępowanie, żeby sobie 
odpoczął przez noc. 
Nie obyło się w Piątkowie bez wyrzutów od żony i ku- 
zynki za takowe obchodzenie się z nim, ale słysząc o wszy- 
stkiem dały się przekonać, że to szpieg. 
Nazajutrz jedziemy znowu do Pułkowa na naradę, co z 
łotrem robić. Dowiaduję się, że odprowadzony przez wartę 
do swego pokoju, wypiwszy wprzód pół butelki araku, któ- 
re porwał ze stołu, wesoło sobie zaśpiewał. 
Wtem dają mać, że żandarm się zjawił przed dworem, co 
tu robić? Musiał się pewnie dowiedzieć o hałasach wczoraj- 
szych. Decyduję się więc oddać go żandarmowi, żeby gc. od- 
stawił do landrata, jako niebezpiecznego człowieka. Kartecz- 
kę jednak do urzędowego pisma dodaję, żeby go w swoim 
aresZicie tak długo zatrzymał i nie oddawał do sądu, aż śla- 
dy indagacyjne znikną. 
. W kilka dni jadę dl.) Brodnicy odwiedzić mego więźnia. 
Dowiaduję się od landrata, że po długich badaniach przy- 
znał mu się, że nie tylko moskiewskim, ale i pruskim jest 
ajentem. "Aleście go - mówi landrat - diabelnie przy- 
stroili waszymi indagacjami, ciągle mi chciał pokazywać, 
ale ja mu zawsze mówiłem: fuj!" Powiada dalej, że raport 
o tern zdał do ministerium, skąd przyszła dla mnie pochwa- 
ła za patriotyczne denuncyjowanie rewolucjonisty. Wezwa- 
ny w tej sprawie do sądu, oświadczam, bojąc się, żeby mi 
czasem orderu nie przysłali, że go nie jako rewolucjonistę, 
ale jako s
iega oddałem do władzy, mającego kompromito-. 
wać gimnazjum chełmińskie. To miało ten skutek, że już 
nie pochwałę, ale musiałem karę policyjną zapłacić za to, 
żem go nie zameldował. 
W tym samym czasie kręcił się po naszej okolicy emi- 
grant pod nazwiskiem Waga, który podejrzenie wzbudzał, 
że się u mnie nie pokazał, ale gdzie indziej o powstaniu 
i przygotowaniach do niego rozprawiał. 
Nadto dowiaduję się, że emigrant, bawiący w Toruniu, 
zginął nagle, bo odebrawszy wiadomość, że siostra jego chce 
się z nim na granicy widzieć, on tam pospieszył, ale schwy- 
tany przez żandarmów moskiewskich i okuty w kajdany 
zawieziony został do Warszawy. Siostry tam wcale nie było. 
Powiadają mi dalej inni emigranci, że ich namawiał do 


'J 


128
>>>
przejścia na terytorium polskie, zapewmaJąc, że tam znajdą 
przyjazne przyjęcie, ale że mu się to nie udawała, odjechał 
do Księstwa. Stamtąd pisze do emigranta Grabowskiego, 
którego także do owej przechadzki namawiał, żeby przyje- 
chał do niego, do pewnego obywatela, u któregO' przygoto- 
wania do powstania się robią, bo w Prusach Zachodnich 
nie ma ducha patriotycznego. 
Grabowski pokazuje mi ten list, dodając przekonanie, że 
to taki sam ajent musi być jak ów fałszywy Zawisza, któ- 
ry osadzony został w więzieniu grudziądzkim. Oddaję za- 
tem ten list przyjaznemu mi landratowi z poleceniem, aby 
owego Wagę -sprowadził i przeszkodził kompromitowaniu 
spokojnych obywateli. 
Landrat jedzie sam do Poznania i za pomocą prezesa po- 
licji Minutolego sprowadza Wagę prosto do Grudziądza. Tym 
sposobem udało mi się dwóch łotrów osadzić w więzieniu, 
w którem długo trzymani, później gdzieś przepadli. Land- 
rat Lauteribach, odznaczywszy się w ten sposób został preze- 
sem policji w Królewcu. 
Nadszedł rok 1846, w którym Ludwik Mierosławski przy- 
był do Księstwa, skąd wieści o przygotowaniach do powsta- 
nia i do nas dochodziły. Emisariusze jego .kręcili się i u nas, 
ale wkrótce nastąpiły aresztowania w Poznańskiem. W owym 
czasie zacharowałem na ciężką gastryczną febrę z przyczy- 
ny zmartwienia, jakie mi sprawiła śmierć najstar5zego sy- 
na. Sliczny ten chłopiec, już pięć lat mający, prawdziwa 
moja pociecha, zachorował razem z wami, dzieci maje, na 
odrę - wyście wyzdl'owieli szczęśliwie, a on, najsilniejsze 
dziecko, umad. 
Przykuty do łóżka, donoszą mi, że jacyś panowie chcą się 
ze mną widzieć. Wychodzę chwiejąc się do nich. Przedsta- 
wia mi się nowo przysłany landrat z oficerem, oświadcza- 
jąc, że z rozkazu prezesa policji Lauterbacha ma odbyć re- 
wizję papierów. Rewiduje pozornie, ale niedługo aświad- 
cza, że mnie aresztuje, bo będę odstawiony na fortecę gru- 
dziądzką. Przedstawiam, że widzi mnie chorego - nic nie 
pomaga, powtarza, że z rozkazu prezesa policji nie może 
ustąpić - ekstrapoc2Jta stoi przed dworem. Trzeba było po_ 
żegnać się z żoną skłopotaną o zdrowie moje i siadać do. 
powozu zapakowany w pościel, z dwoma żandarmami, któ- 
rzy mnie odstawiają do Grudziądza. 


8 - Pamiętniki...
>>>
Rozdzial VIII 


OD PIERWSZEGO WIĘZIENIA 
DO DRUGIEGO, 1846 DO 1848 


Treść: Landrat Grewenitz inkwirent. - Strach w fortecy. 
Zmiana więzienia z powodu aresztowania innych obywateli. 
Jeden więzień dostaje pięćdziesiąt batów. - Moja indagacja, 
tłomaczenie,. uwolnienie. - Składam urząd radzcy Towarzystwa 
Kredytowego. - Wy
rany na posła. - Posyłają zastępcę do 
Berlina. - Usposobienie ludu polskiego podczas wyborów. - 
Co spowodowało pierwszy sejm. - Rewolucja paryska. - Re- 
wolucja w Berlinie. - Uwolnienie Polaków z Moabitu. - Jazda 
do Torunia. - Zgromadzenie w Wąbrzeźnie. - Nominacja moja 
na organizatora w Prusach Zachodnich. - Pan ,Anz. - Niemcy 
zaczynają oponować. - Awantury w Brodnicy. 
 Jadę do 
Chełmna, gdzie komitet. - Aresztowanie i odstawienie do Gru- 
dziądza. 


Z owego więc rozkazu Lautel'bacha, który odjeżdżając do 
Królewca czułym listem pożegnał się ze mną, dziękując, że 
mnie winien swoje wyniesienie, zawożą mnie do Grudzią- 
dza. Zaprowadzają do wilgotnej komnaty, której ściany sa- 
letrą pokryte. Położenie moje było okropne, bo nocy prze- 
pędzam bezsenne, trapiony myślą straconego dziecka. Tak 
kilka dni pr.zepędziwszy, czuję się bardzo osłabionym, prze- 
glądam się w zwierciadle, bo mi pozwolono wszelkie wygo- 
dy -.. okropnie wyglądam, blady i żółty, widzę, że źle ze 
mną; 'postanawiam więc nie dać się. Odpędzam smutne my- 
śli, skaczę po moim więzieniu, choć się przewracam, śpiewam 
wesołe piosenki, gimnastykuję - posyłam po powieści Eu
 
geniusza Suego i Dumasa, żeby się rozerwać. Tak powoli 
zaczynam się orzeźwiać, sen i apetyt powraca. Żądam, żeby 
mi powiedziano, za co tu siedzę. 
Przychodzi landrat Grewenitz, z Poznańskiego przysyłany 
do indagacji, bardzo grzeczny. prawi komplementy, że je- 


130
>>>
stem bardzO' szanownym obywatelem, ale znanym z pa- 
triatyzmu, a zatem padejrzenie, że należę da spisku Mie- 
rosławskiegO', naturalne. Żądam dawadów na czyny prawa- 
mi zakazane, ba przecież uczucia patriatyczne nie są w Pru- 
sach karygadne. Prasi a cierpliwość, ba musi innych więź- 
niów indagawać. 
. Tak schadzi kilka tygadni. Gazety, które datąd adbiera- 
łem razem nie dachadzą mnie. Podafi,cer, który mi je zwyk- 
le przynosił, tłumaczy się, że je zapomniał, ale kiedy tegO' 
zapomnienia nie ma kańca i zaczynam się niecierpliwić, 
przyznaje mi się nares2icie, że ma 'Zakaz, ba awantury się 
dzieją w Krakawie, Rzeczpaspalita praklamawana itd. Dasta- 
ję znawu pad sekretem gazety i doznaję chwilawej pacie- 
chy ze szczytnych adezw, jakie tyłka republika agłosić jest 
w stanie, !Zawartych w Manifeście Rządu Naradawega Rze- 
czypaspolitej Palskiej da naradu palskiegO' 1. [...] 
Później dawiedziałem się od sędziegO', dlaczegO' zakazana 
mnie przesyłać gazety. Więźniawie bawiem, którzy już się da 
wszystkiegO' przyznali, dawiedziawszy się a wypadkach kra- 
kawskich, naraz znawu się zapierali, a nic.z nich wydabyć 
nie była mażna, tak że pastanawiana zakazać przesyłanie im 
gazet. Strach udziela się fortecy. PewnegO' paranka mówi 
mi padaficer, że caly garnizan zeszlej nacy był na nogach, 
ba kała półnacy ,przybył Niemiec da bramy, żądając widzenia 
się z kamendantem. Wpuszczany pawiada, że dziesięć wiel- 
kich wazów z kasynierami przybyła da wsi miłę adległej, 
ale nac zeszła spakajnie. Później zapewnia mnie padaficer, 
talarkiem da paufałaści zniewalany, że pełno kasynierów 
doOkoOła foOrtecy się kręci. 
Strach ma duże aczy! Odwiedza mnie kuzynka, Paulina 
Szawelska, goOrąca patriatka, która pomimo asystencji plac- 
majoOra, całując mnie szepnęła: "Będziesz uwalniany". 
Ta wszystka musiała błagi spakój majegO' więzienia przer- 
wać, ba każdy nacny łaskat zdawał mi się zapawiadać maje 
uwalnienie zdabyciem fartecy. Ale zamiast uwalnienia na- 
stąpiła tylkO' zmiana majegO' więzienia. Zapowiadają mi ba- 
wiem, że mnie gdzie indziej muszą umieścić, ba z nawa przy-. 
byłych więźniów jeden zajmie moją kwaterę, a ja w miesz- 
kaniu audytora wygoOdniejszą dosrtanę stancję. 
. Przeprawadzam się zatem da bardzo pięknegO' pokoju, a 
Spajrzawszy aknem widzę ajca pierwszej żony mojej, Czap- 
skiegO' ze Sumawa, w przeciwległem aknie, zamkniętegO' na 
klucz. Dowiaduję się dapiero, co to wszystka znaczy. Kiedy 
datąd sam jeden z polskich abywateli w kazie byłem, ba.- 


131
>>>
reszta więżniów pxócz księdza Tułodzieckiego byli emigran- 
ci, a pomiędzy nimi Seweryn Elźanowski 2, poares'ztowano 
mnóstwo obywateli i jednych do Grudziądza, drugich do 
Chełmna i Torunia pozwozili. 
Przyczyną był następujący wypadek. U jednego wałęsają- 
cego się podejrzanego czlowieka znaleziono kartkę, na któ- 
rej znajdował się spis majątków mających dostawić do po- 
wstani 'B. pewną liczbę ludzi i koni. To dało powód do are- 
sztowania wszystkich właścicieli wymienionych majątków, 
pomiędzy którymi większa część była, którym się nie śni- 
ło o takich awanturniczych ofiarach. Między nimi jeden z 
najmajętniejszych obywateli, które całe życie się starał zo- 
stać pruskim hrabią w prowincji tak biednej w takie zna- 
komitości, ale mu się nie udało. 
Największą biedę komendant fortecy miał z teściem moim, 
który skoro go placmajor odwiedził z eskortą, wyrwał klucz 
od stancji i schował do kies'zeni nie pozwalając się zamy- 
kać, dowodząc im, że będąc jeneralnym radzcą landszafto- 
wym na stare lata nie potrzebuje być zamykanym jak stu- 
dent i spacerował ciągle po mieście. Widząc to wszystko z 
okna mego, bardzo mnie to bawiło, tym bardziej że mi arku- 
szowe, bardzo pocieszne raporty składał z tego, co z nimi 
dokazuje. Syn jego, Józef, był osadzony w mojej kazamacie, 
żeby nie był w bliskości ojca. 
Mając we dnie ta'ką zabawę, wieczory przepęd'zam czy- 
taniem z biblioteki gospodarza mego paradnej edycji Tysią- 
ca nocy i jednej z rycinami, tak że dosyć kontent jestem 
z mego położenia, ale przekonała mnie służąca, którą widy- 
wałem za dnia wodę noszącą pod moimi oknami, że się 
czuła szczęśliwszą ode mnie, bo wieczorem podkradłszy się 
pod moje drzwi i przyglądając mi \Się przez dziurkę od klu- 
cza, głośno zawołała: Armes Stii.mperchen! - "Biedne nie- 
bożątko!" Nie mogłem czytać dalej, bo rozmyślałem nad 
tym, ile to prawdy w tych słowach prostej dziewczyny. 
Niedługo to jednak potrwało, bo wszystkich puścili do do- 
mu, a ja 'ZJ110WU wróciłem do mojej kazamaty. Tu dopiero 
dowiaduję się od mego podoficera, że owego posiadacza kar- 
tki ostro indagują, skąd ona pochodzi, ale na próżno, bo po- 
wiedzieć nie chce, nareszcie żeby go zmusić, kazał landrat 
Grewenitz mu pięćdzięsiąt batów wyliczyć. To spowodowa- 
ło go do oświadczenia, że się głodem zamorzy. Dotrzymał 
;słowa przez cały tydzień, żadnego jadła nie przyjmując, 
chociaż coraz smaczniejsze potrawy mu dawano; dopiero 
.ósmego dnia, kiedy już bardzo był osłabiony, a ciągle nale- 


132 


......
>>>
1 
l 


gano na niego, aby przyjął jedzenie, bo wtenczas rząd prus. 
ki jeszcze dbał o to, aby go o barbarzyńskie postępowanie, 
przez owe baty, nie obwiniono, oberznął sobie cholewy 
od butów, ka'zał je sprzedać i chleba za nie kUpQwać. Zam- 
barasowało to postępowanie tego szczególnego więźnia, któ- 
re się wnet rozgłosiło, bardzo Ipanów inkwirentów a i wypu- 
s
zono go na wolność, ale i Grewenitza odesłano do Księ- 
stwa. 
Mój podoficer, którego przychylność sobie zyskałem, wszy- 
stko to mi opowiadał i co z drugimi więźniami się dzieje, 
narzekał tylko na Elżanowskiego, którego żona napaść nie 
może, taki wilczy ma apetyt i dopiero jak jej kazał tłusto 
mu dać jeść, został zadowolony. 
Na koniec, kiedy już prawie całego Dumasa i Suego prze- 
czytałem, po dwumiesięcznym siedzeniu przychodzi do mnie 
asesor na przesłuchanie. Powiada więc, że kiedy emisariu- 
sze Mierosławskiego bywali u mnie, musiałem wiedzieć o 
zamierzonym powstaniu, a ponieważ żem nie doniósł rzą- 
dowi, współwinnym jestem. Przekonany, że szlachetną otwar- 
tością najwięcej dokazać można, odpowiadam: "Nie zaprze- 
czam, że my Polacy zwykle ze sobą rozmawiamy o sposo- 
bach, jakimi wydobyć się potrafimy spod jarzma, rozmawia- 
my o przyczynach, dlaczego przeszłe powstania się nie uda- 
ły i co trzeba robić, żeby przyszłe były szczęśliwe". Tu mnie 
przerywa sędzia pytając się czy to ma zapisać; i owszem, ale 
proszę słuchać dalej. Ja zawsze utrzymywałem i utrzymu- 
ję, że tylko kiedy wszystkie warstwy narodu potrafi jaki 
znakomity przywódzca do wspólnego działania i poświęce- 
nia pociągnąć, wtenczas tylko można mieć nadzieję, że się 
uda powstanie. Mierosławski zaś i jego 'partyzanci są, jak 
wiadomo, przeciWl!1ikami arystokracji, myśląc, że i bez tej 
zamożnej części naszego narodu może się obejść. Starano się 
zatem mnie do tego antyarystokratycznego obozu dostać, a 
kiedy to się nie udało, dano mi pokój nie wspominając o 
bliskim powstaniu. 
Uczciwy sędzia odzywa się na to: "Pana deklaracja tak 
otwarcie i szcze!l"ze wypowiedziana, ma wszelkie cechy pra- 
Wdy - nie tak jak inni więźniowie, którzy powiadają, że 
króla pruskiego kochają - zapiszę to wszystko tak, jak pan 
żądasz, a ręczę, że będziesz wolnym". Toteż kilka dni po_ 
tem nie pozwolili mi dokończyć zaczętej pięknej powieści 
Dumasa, tylko kazali mi wyjść z więzienia, i:l1iIlych wszy- 
stkich wywieziono do Moabitu berlińskiegu. 
Chociaż tylko dwa miesiące siedziałem, tak uczułem szczę- 


133
>>>
sCle wolności nie będąc już: armes Stilmperchen, że za- 
pomniałem się gniewać na tych, co mnie uwięzili, bo żeby 
nie oni, to bym z taką radością nie jechał do kochanej żo- 
ny, do dzieci, do Piątkowa, żeby nie oni, to bym nie miał 
sposobności do tej cząstki cierpienia dla miłej ojczyzny, 
które krocie naszego narodu tak pełnym kielichem spełnia- 
ją! 
Przed kilku latami zostałem radzcą Towarzystwa Kredyto- 
wego obrany przez obywateli. Podczas więzienia mego dy- 
rekcja komisoria moje dała innemu radcy z ościennego 
okręgu, wróciwszy więc do domu żądam zwrotu komiso- 
riÓw do mnie należących, na co dostaję odpowiedź, że z 
rO'2'Jkazu komisji inkwivującc'j wszystkie komi'Soria suspendo- 
wane 4 zostały u tych radzców, którzy byli pod śledztwem. 
Odpisuję na to, że wybrany zaufaniem obywateli nie mogę 
uznać wdanie się owej komisji do instytucji obywatelskiej 
jako słuszne i składam urząd. To samo stało się z wyborem 
moim na posła w roku 1847 na 'pierwszy sejm pruski, tak 
zwany sejm połączonych prowincji I. Napisano mi, że z te- 
go samego powodu mój zastępca, Józef Kossowski, jest po- 
wołany. 
Przy tych wyborach lud nasz wiejski podbechtany przez 
żandarmów i egzekutorów, którzy z góry mieli polecenie 
ciemnemu temu ludowi przedstawić, że panowie chcą pod- 
daństwo zaprowadzić, nie chciał się' łączyć z nami, tylko na 
zapytanie, kogo wy;bieracie na posła, zwykle opowiadano: 
"Króla" i żadne przedstawiania, że takie głosy upadną, nie 
pomagały. W moim okręgu ludzie z mojego majątku już 
mieli tyle zaufania do mnie, że głosy dawali na tego, któ- 
rego im wskazałem. 
Obywatele zaś niemieccy, będąc w naszym okręgu wybor- 
czym składającym się z brodni

iego i lubawskiego powia- 
tu - w mniejszości, chętnie przystawali na propozycje na- 
sze, żeby wybrać jednego Polaka, drugiego Niemca. 
Dla wyjaśnienia ,powodów, że król zezwolił na ten sejm, 
muszę się cofnąć w historycznym poglądzie. 
Ojciec panującego króla p
zyrzekł był w odezwie: Do lu- 
du mego 6 w roku 1813, że mu nada konstytucję, jeżeli 
wszystko, co broń nosić zdolne pójdzie oswobodzić ojczyznę. 
od najazdu Napoleona. Toteż cała młodzież akademicka 
i wyższe klasy szkół nawet z Prus Zachodnich i Poznańskie-. 
go poszły walczyć, tym bardziej że w owej odezwie zapo-. 
wiedziane było, że kto nie pójdzie, straci prawo do urzę- 


134
>>>
dów. Naczelnik turner6w na całe Niemcy, Jahn, z wieloty- 
sięcZl11ymi swymi uczniami, wstąpił w szeregi wojskowe, 
które tak haniebnie pod Jeną się spisały i ta młodzież głów- 
nie się przyczyniła do pomyślnego końca wojny. 
Po wojnie Niemcy zaczęli się dopominać przyobiecanej 
wolności, ale rząd uznal za stosowniejsze wziąć w kluby 
podnoszącego się ducha, Jahna osadził w więzieniu i reak- 
cja w porozumieniu z rządem austriackim na całe Niemcy 
się rozpostarła. Na dobitkę i aliant przy rozbiorze Polski, 
Moskwa, z nimi się połączyła pod nazwą Swiętego Przy- 
mierza. Próbowała młodzież niemiecka gdzieniegdzie stawiać 
opór, ale więzieniem zachcianki opła,cać musiała. Do tych 
wybryków należy policzyć zamordowanie Kot'zebuego, po- 
sądzanego, jako ajenta moskiewskiego, przez szlachetnego 
młodzieńca Jerzego Sanda, Bawarczyka, którego ścięto. 
Tym sposobem przytłumiono podnoszącego się ducha, a 
Niemcy postanowili dać pokój staremu królowi i czekać aż 
następca, który znany był jako światły, a jako taki libe- 
ralny być powinien, niezawodnie dopełni przyrzeczenia ojca. 
Omylono się jednak, bo skoro wszedł na tron, wyrżnął mo- 
wę z balkonu zamkowego, w której bez ogródki powiedział, 
że nigdy nie pozwoli na to, żeby jakieś 'paragrafy, a nie on, 
z Bożej Łaski, rządziły na
odem. 
W ogóle jednak li'beralniejsze rządy nastały, prześlado- 
wanie kośdola katolickiego i Polaków w Poznańskiem pod 
przeszłym rządem wzmagające się, zaczęło ustawać. Dowo- 
dem tego było uwolnienie uwięzionego arcybiskupa Duni- 
na i usunięcie Flottwela z Poznania. Kiedy przygotowania 
do powstania przez Mierosławskiego kierowane, już były 
dojrzałe do wybuchu, a królowi o tym doniesiono, zwołał 
naczelników wojskowych i cywilnych na naradę. Wszyscy 
byli za tern, aby czekać do wybuchu, bo wtenczas można 
będzie koniec Izrobić z Polakami, on jeden był przeciwny, 
dowodząc, że kto nie przeszkadza zbrodni wiedząc o niej, / 
sam zbrodnię popełnia, i kazał aresztować 7. Mówił mi to 
landrat Grewenitz z Grudziądza. 
Proces Polaków, mianowicie mowa Mierosławskiego, 'W 
ogóle prąd og6tny do wolności, 'zaczęły rozbudzać Niemców 
tak, że ,król widział się ZffiUrSzonym zezwolić na zebram.e 
się sejmu. Posłowie niemieccy z wielkim talentem dowo- 
dzili, że tylko przez współudział narodu w rządzie kraj mo- 
że mate'rialnie i duchowo się podnieść. Jeden z nich przy- 
pomniał królowi 'słowa Fryderyka II, nazwanego Wielkim, 
na śmiertelnym łożu: "Nuży mi się panować nad niewolni- 


135
>>>
.... 


czym narodem" - Ich bin es miide iiber ein Volk von Skla- 
ven zu herrschen 8. 
[... ] 
Rewolucja paryska w roku 1848 zastała więc Niemców uie- 
źle przysposobionych, a że król lubił się popisywać dow- 
cipem, więc i naród chciał mu dowieść, że nie bydlęta i przed 
zamkiem wykrzykiwał, dopominając się kOI1iStytuCji. Francja 
bowiem jest ta kaza, która jak agon zadrze, to wszystka za 
nią. Wtenczas licho zadarła, bo tylkO' przez ichó['zostwo kró- 
la, który uciekł, ogłosil!i rzec71poSpolitą. Dziś Francja we 
krwi skąpana !Zasiew wolności razniesie po świecie, a i my. 
plon z niego zlbierać będziemy. 
Nie podobały się wylbryki berlińczyków następcy tronu 
i rozkazał wojsku uderzyć na bezbronnych. Wtenczas roz- 
legł się okrzyk: "Pa broń!", a dzisiejszy cesarz wszech- 
-Niemców umknął z Berlina. Rozpoczęła się walka zacięta 
wojska z powstańcami, którzy głównie oficerów na cel bio- 
rą. Król z zamku swego rozsyła razkazy do wojska, walka 
trwa w późną noc i dopiero, kiedy mu donoszą, że powstań- 
cy chcą zamek spalić, bo słyszano okrzyk na mieście: Wir 
wollen dem Burschen auf die Bude riicken 9, każe wojsku 
ustąpić z miasta. Lud ZiI10si trupy swaje w padwórzec zam- 
kawy, król musi zejść i czapkę zdjąć przed afiarami swaje- 
mi. 
Nasi więźniowie w Moabicie, na śmierć i więzienie ska- 
zani, 'przepędzają pamiętną ię nac bezsennie, bo huk armat 
i ręcznej broni do nich dalatuje, na przemian nadzieją lub 
trwagą miatani. Nade dniem dopiero, kiedy zwycięskI lud 
wybiera się uwolnić Palaków, uprzedza król amnestią gwał- 
towny napad na więzienie. Lud berliński zaprzęga się do 
wozu więźniami napełnionegO' i w tryumfie zawozi przed za- 
mek, zmu
ając króla do wyjścia na 'balkon, stamtąd cią- 
gną da uniwersytetu, gdzie rektor odzywa się da naszych: 
"Panowie, nie ma Polski bez Niemiec, nie ma Niemiec bez 
Polski!" 
Czytamy ta wszystka z niesłychanym razrzewnieniem w 
gazetach i czytamy dalej, że Mierosławski jedzie do Pozna- 
nia organizować wojsko równocześnie z Prusakami. Niepodob-. 
na siedzieć w damu; jadę do Tarunia, żeby prędzej się o 
dalszych wypadkach dowiedzieć. W drodze spotykam znajo-. 
mych mi więźniów z Maabitu jadących do mnie, których 
proszę, żeby do sąsiada mego, Aleksandra Wysockiego w 
Pułkawie jechali, aż wrócę z Torunia. Opowiadają, jak po 
drodze Niemcy wszędzie ich z entuzjazmem przyjmowali. 


136 


......
>>>
a ksiądz Tułodziecki, z wierzchu wagonu, do nich o wiecz- 
nem zbrataniu dwóch dotąd zwaśnionych narodów rozpra- 
wiał. Niemcy odpowiadali ogromnym: Hura! Es leben die 
PolenI 10 
Przyjeżdżam do Torunia. Na ulicy wołają na mnie: "Haiti 
Bez kokardy polskiej, pan nie możesz do hotelu zajeżdżać". 
Muszę zsiadać z bryczki i U pani Guksch kupić kokardę pol- 
ską, ale żądam i niemiecką, obie przypinają mi do czapki. 
Tak już z dobrą miną jadę do Hotelu Sanssouci. Tam wi- 
tany serdecznie przez Niemców widzę i oficerów pruskich 
z kokardami polskiemi. Niedługo zjawiają się obywate'le 
niemieccy spod Chełmna, którzy mi mówią, że ogólnym jest 
żądallliem, abym zwołał jak najprędzej zgromadzenie do 
wspólnej narady. 
Tymczasem nadchodzą wieści z Poznania, wszystkie po- 
myś1ne, znajduje się i posłaniec od komitetu i przywozi mi 
proklamacją, którą mam ogłosić w obydwóch językach. 
Gdzież lepsze miejsce, jak w ratuszu, na wieLkiej sali. Ogła- 
szam zatem, ponieważ już wieczór nadszedł, że jurtro o dzie- 
siątej przeczytam w ratuszu proklamację przysłaną. 
Wieczór przeszedł w najlepszej h8iI'Inonii. Nazajutrz scho- 
dzą się powołi honoracje mia1srta, ale z przedstawien
em, że- 
bym nie zwołał zgromadzenia do ratusza i tak mnie mę- 
czyli, że musiałem, chcąc we wszystkim gotowość do zgody 
okazać, tylko dać kilkaset egzemplarzy wyd:rukować i roz- 
dać. Dowiedziałem się, że się bali awantury ze strony pol- 
skich mieszkańców przedmieść i rybaków, '2Jnanych z du- 
cha tęgiego. Jadąc przez miasto z powrotem do domu, sły- 
szę, że ktoś woła na mnie. Przybiega znajomy mi sędzia 
niemiecki i pyta zdyszany: "Co będzie z Toruniem, jak bę- 
dozie Polska, boć to stare miasto niemie'ckie" - żeby się go 
pozbyć odpowiadam: "Toruń i Gdańsk - wolne mia'sta!" 
Podziękował mi serdecznie i pojechałem dalej. 
Wróciwszy do domu, zjeżdża do mnie młody Wysocki z 
goś6mi swoimi, między którymi i Poznańczyk przez komitet 
nam na instru
tora przysłany, 'żebyśmy wiedzieli, jak so- 
bie postąpić, i układamy ode2Jwę do zjazdu ogólnego w Wąb- 
rzeźnie. Instruktor prosi, żeby mu pozwolić napisać tę odez- 
wę. NaJpisa:wszy' czyta nam, ale ze sześć razy było w niej 
"zważywszy", a dopiero nastąpiła konkluzja, czytam mój pro- 
jekt tymczasem zapisany, który jako krótki i dość energicz- 
ny przyjęty został. Brzmiał mniej więcej tak: że rewolucja 
berlińska, która uwolniła braci naszych z więzienia i ogła- 
Sza wskrzeszenie Polski, miewala nas da podania hratniej 


137
>>>
dłoni Niemcom na jednej ziemi z nami mieszkającym - za- 
praszam zatem na liczny zja:zd do Wąbrze
na, gdzie równo- 
cześnie naradzać się będziemy nad przygotowaniami do 
przyszłej walki z ostatnim wrogiem cywilizacji europejskiej. 
Tę odezwę w niemieckim i polskim języku, w kilkunastu 
egzemplarzach przeze mnie podpisaną, romyłam natychmiast 
przez konnych posłańców na wszystkie strony. 
Przyjeżdżamy da Wąbrzeźna i zastajemy już napełnioną 
salę. Niemcy :z innych ,pawiat6w przy{byli licznie, z majegO' 
tylkO' jeden przysłany ad drugich, już tylkO' da opazycji, ba 
już wtenczas dwaj bracia Hennigi z Dębowej Łąki i Pląchat 
rej zaczęli pomiędzy Niemcami, dotąd bardzo grzecznymi, 
wadzić, żeby g6rę wziąć nad nami. Zastaję także z Maabitu 
uwalnianych księdza Tuładzieckiego i Seweryna Elżanaw- 
skiegO'. 
Przed rozpoc1zęciem obrad przybywają gańcy z różnych 
stran. Jeden przywozi świeże proklamacje z Bydgaszczy, 
drugi sztafetą oddaje mi wezwanie na sejm berliński, trze. 
ci nominacją moją na organizatora Prus Zachadnich przez 
Kamitet Paznański - wydział wojny - padpisaną .przez Se- 
weryna Mielżyńskiego i Białoskórskiega. 
Czytam tę nominacją mają, abstą,piony przez przyjaci6ł 
maich z Moabitu, kt6rzy okazują swaje stąd zadawalenie, ale 
widząc, że i dwaj inni obywatele, Kossowski i Kucharski ta- 
kie same pisma trzymają w rękach, pytam cóż tamci do- 
stali? "Oni mianawani twoimi adiutantami." P6źniej dopier-a 
dowiedZliałem się, że równe nominacje dla wszY3tkich trzech 
przyszły, zostawiając przyjęcie dawałne. Ta naminacja 
brzmiała astro: "Rozkaz. Jesteś mianowany..." itd. Niemcy 
wyciągają szyje do tych depesz, trzeba 'zatem 1I"000pacząć abra- 
dy. 
Zaczynam więc od tegO', że jestem mianowany arganiza- 
torem Prus Zachodnich, z wy
a
ym 'rozkazem tylkO' w po- 
razumieniu z Niemcami d'małać i proszę dla abI1ad nad tą 
organizacją a wylb6r prezydującegO'. Wałają Niemcy, żebym 
ja nim był, ale proszę, aby ta godność dostała się pai!J.u Ka- 
rolawi Kalkstein, jaka starszemu, powszechnie szanawanemu 
obywatelawi. Zabierając głas, oświadczam, że odtąd adwiecz- 
na nienawiść pomiędzy Niemcami a Polakami ustać musi, 
wypadki berlińskie to święte przymierze stworzyły. Ksiądz 
Tułodziecki w pięknej mowie apisuje sympatią nie tylkO' 
ludu berlińskiego, ale i pa dradze, kt6rędy przejeżdżali. 
Kiedy skańczył wałają Niemcy: "Brosimy a wydrukowanie 
tej. mowy". Inny Niemiec wnasi, aby to zbratanie z ambon 


138
>>>
było publikowane. Zyd prosi, aby i Zydów do tego brater- 
stwa 'przyłączyć. Delegujemy zatem dwóch obywateli - 
jednego Polaka Sampławskiego i drugiego Niemca - aby 
dziś jeszcze pojechali do biskupa do PeLplina w sprawie tej 
publikacji. 
Zabierają i Niemcy głos, zapewniając, że sprawę polską: 
mit Gut und Blut 11 popierać będą. Jeden tylkO' Niemiec, 
wysłany przez awych Hennigów z majego powiatu, Raabe, 
aświadcza, że nie ma nic przeciwko temu, aby Palska była 
przywrócona, ale Zachodnie Prusy przez Krzyżaków posia- 
dane nie magą należeć da Połslci. Odpowiadam, co siG to 
w dwóch latach z naszą prowincją zrobiła, że została nk- 
miecką, kiedy ten sam mówca w roku 1846 przy wspólnym 
abiedzie, występując przeciw ,postępowaniu rządu nieprzy- 
chylnegO' Palakom, przez co rozdwajenie robi, którego daw- 
niej nie było, przyznał w końcu: "Wszak my tu przybysze 
jesteśmy i pragniemy żyć w zgodme z Polakami, jak ojco- 
wie nasi". 
Kiedy dalej toczą się r02Jprawy, jak urządzać uzbrajenie 
ogólne ludowe, dOIS'taję doniesienie, że radca rejencji z Kwi- 
dzyna, Anz,pyta się, czy wolno mu przybyć do sali. Zapro- 
SiZonega witam i obok siebie stawiam. Robię dalej wniosek, 
aby wybrać tymczaoowy komitet złożony z Niemców i Po- 
laików, który ma się organizacją powszechnego uzbrojenia, 
głównie w celu utrzymania porządku, zająć. I pan Anz za- 
biera głos i prapanuje, aby na paczątek wykluczyć palną 
broń. 
Od czasu przybycia pana radcy zaczęła się przychylne 
usposobienie Niemców zmieniać i okazało się tym, że pro- 
sili tylkO' Palaków do tego komitetu wybierać. Wybieramy 
zatem ów komitet z samych Palaków, z siedliskiem w Cheł- 
mnie, aż do ogólnego zebrania delegatów całych Prus Za- 
chodnich, za dni ośm w tym mieście, gdzie się dopiera sta- 
ły obierze komitet. Oprócz mnie jako prezydującego, wy- 
brani zostalli ksiądz Tułod
eoki, Elżamowski, major Korewa, 
Zakroaki, szyper 'z Grudziądza - z Moabitu uwolniony. 
Prnysposobiłem wspólny obiad, żeby uświęcić szczęśliwie 
dokonane zbratanie, ale kiedy sesja się kończy, Niemcy wy- 
mykają się z sali i tyłko sami Polacy siadamy do stołu, 
oprócz jednego Niemca, który siadając naprzeciw mnie zro- 
bił mi uwagę, że jestem za atwartym i radził ostrożność. 
Wracam da domu, gd2Jie mi tymczasem przybyła córeczka, 
nazwałem ją Wiktorią, ale pokazała się, że za prędko to 
imię jej dałem. 


139
>>>
Układamy natychmiast z Elżanowskim i Tułodzieckim plan 
organizacji, bo na sejm berliński jechać nie mogłem, za 
mnie pojechał zastępca Kossowski, a ponieważ mi donie- 
siono, że rentmistrz w Golubiu trzyma w więzieniu kilku 
Polaków, żeby ich wydać Moskalom, jadę do niego żądając, 
by ich puścił na wołność, ponieważ ten handel z ludźmi 
dlZiś 'Ustać powinien. Zaręcza mi, że nie ma żadnych, a po- 
nieważ opuszcza posadę swoją nie czując się bezpiecznym, 
chce mi klucze swojego biura oddać. Dopiero kiedy go za- 
pewniam, że mu krzywda się nie stanie, byle zaniechał wy- 
danie Polaków, a kluczy nie chcę - uspokoił się. 
Następnego dnia wyjeżdżam w celu tej organizacji z Wy- 
sockim i Kucharskim, a naprzód do Brodnicy, jako miasta 
powiatowego. ;- 
W drodze zatrzymuje mnie landrat, eskortowany przez 
dwóch żandarmów, bo mu doniesiono, że awantury doka- 
zuję w Golubiu, i pyta dokąd jadę? "Do Brodnicy, orga- 
nizować uzbrojenie powszechne", prosi, abym się wstr:zymał, 
aż wróci - pr:zymaję i jadę na noc do Słoszew, do gościn- 
nego i patriotycznego domu państwa Jezierskich. 
Tam noc 'bezsenną przepędziwszy, bo nadzwyczajność wy- 
padków spokój ducha odebrała, zajeżdża bryka pełna Niem- 
ców o świcie, pomiędzy nimi ich przywódca Hennig z Dębo- 
wej Łąki. Postanowili Niemcy z owym radzcą Anzem, je- 
S'zcze w Wą:brzeźnie, zgromadzenie swoje w Chełmży od- 
być i tam uradzili wstrzymać owe zgromadzenie ogólne w 
Chełmnie, aż wojsko, po które posłali, nadjedzie. Dla wstrzy- 
mania owego zg!I'omadzenia z całych Prus Zachodnich, któ- 
re ich zaniepokoiło, szukali mnie całą noc i znaleźli w 8ło- 
SlZewach. 
PvzedJstawiając mi więc jakieś niebezpieczeństwo, jeżeli 
to zgromadzenie się zbierze, męczyli mnie tak długo, żeby 
im oJk:a'zać wszelką gotowość do stosowania się do ich ży- 
czeń, aż 'przyrzekam, że cofnę wezwanie, na później je od- 
kładając. Dowódca Niemców Hennig chce mi dowodzić, że 
Prusy Zachodnie nie mogą do PolSki nale'żeć. Odpowiadam 
mu: "Najlepszym dowodem, że to 'P01ski krraj, są kwaśne 
gruszki, których tu pełno na polach - wy lubicie słodkie". 
Kontenci odjeżiliają, a mój adiutant Kucharski, któremu 
cała sprawa !Zaczyna się nie podobać, siada z Niemcami, a 
w jego miejscu jedzie gospodarz, Marian Jezierski, z nami 
do Brodnicy. 
Dojeżdżając, Wiidzimy o ćwierć mili od mialsta rozstawio- 
ne czaty, które znaki sobie dając, wracają spiesznie. Mówię 


140
>>>
do towaTZYSZY: "Pewnie ofiganizatora będą przyjmować uro- 
czyście". Ale wjeżdżając do miasta nic nie widać, zajeżdża- 
my do hotelu. Tam niedługo napełnia się pokój, w którym 
siedzimy, występuję zatem i wykładam Niemcom, cośmy 
uchwalili w Wąbr,zeżnie. Kiedym skończył, oświadcza jeden 
z asesorów, że chętnie chce należeć do komitetu i starać się 
o utworzenie onego dla organi'zacji straży obywatelskiej, że 
ojciec jego walczył 'pod KościUlSZką, i że sam największą 
dla Polski ma sympatią. 
Kiedy więc zdaje mi się, że wszystko pomyślnie się za- 
czyna i wybieram się jechać dalej, a napI'lZód do teścia do 
SWiierozyn, zaczynają się napeŁniać pejkoje masą wrzaskli- 
wej hałastry niemieckiej, przybierając groźne względem 
mnie usposobnienie. Pytam się, co chcą - jeżeli nie zrozu- 
mieli to da capo zacznę prawić. Na to mi moi znajomi 
oświadczają, żebym czem prędzej wyjeżdżał, bo życie moje 
w niebezpieczeństwie i w istocie widzę tu i ówdzie wychy- 
lającą się broń. Siedząc spokojnie z towarzyszami na kana- 
pie przyglądam się temu, co się dzieje i widzę, że kiedy owe 
masy do mnie g1ro
nie się garną, ikilkunastu stawa ją w mo- 
jej obronie, zastępując im we drzwiach drogę. Tak prze- 
szło godzinę trwa waJka, tylko kilku rzemieślników polskich 
stawa obok mnie, a po stajniaich czekają parobcy polscy na 
mój rozkaz, z widłami. 
Widzę, że zamiarem jest Niemców wystraszyć mnie z 
miasta; oświadczam zatem, że odjeżdżam, jeżeli mi dadzą 
pokój i rozejdą się. Odebrawszy zapewnienie, że nie będę 
napastowany przy odjeździe, wrracam do domu, tylko z 
okien Niemki szydercze pożegnania, wiejąc chustkami, mi 
przesyłają 12. 
Przekonany, że w usposobieniu Niemców nagła zmiana 
nastąpiła i kiedy w moim powiatowem mieście mnie tak 
przyjęto, nie warto dalej się zapuszczać, jadę do Chełmna 
donieść komitetowi, że dalej nie można podług żądania po- 
znańskdego ikomi1etu, który zalecał jedność z Niemcami. 
W tym celu jedzie Elżanowski do Poznania, a ja z księd.zem 
TułodzieckJ.m rozsyłamy odezwy na wszystkie strony, wzy- 
wając do jedności, która zapewne z nieporozumienia zerwa- 
ną została. 
Później dopiero dowiedziałem się, co spowodowało tę na- 
głą zmianę w usposobieniu Niemców. Otóż następca tronu, 
uciekłszy z Berlina, gdzie lud zabierał się zburzyć pałac je- 
go, który tyłka przez to ocalał, że ktoś, po drabinie wyszedł- 
szy, napisał na murze: "Własność narodowa", przybył w no- 


141 


-.
>>>
cy do Bydgoszczy. Tam, zebrawszy naczelnik6w Niemców, 
rozkazał zerwać przyjaźń z Polakami: "On jedzie do Peters- 
burga i stamtąd 'z woj'sIdem wróci poskromić Połaków i Ber- 
lin" . 
Tymczasem odbieram wiadomość, że szyper, Zakrocki, wy- 
brany na członka komitetu, wybierając się z Grudziądza do 
Chełmna, został tam zatrzymany i zagrożony wies'zaniem, 
zaprowadzono go na fortecę, pod pororem uchronienia go 
od zemsty ludowej. Piszę więc do komendanta fortecy grze- 
c:ony list, prosząc go, aby mi pod eskortą 'przysłano Zakroc- 
kiego, jako członka komitetu, mającego czuwać nad bezpie- 
czeństwem publicznym. Nie tylko, że go nie wypuszczono, 
ale nadto rozgłoszono, że żądałem od komendanta kluczy od 
fortecy. 
Jakiemi Niemcy i Żydzi starali się kłamstwami podburzać 
przedw mnie, przytoczę jeden przykład. Kiedy Sampławski 
z owym Niemcem wracali z Pelplina od biskupa, nocując w 
Grudziądzu, wpada do nich k'llpiecżydowski, który im po- 
wiada, że ja w dziesięć tysięcy kOlSYIIlierów wpadłem du 
Wąhrzeźna, miasto zburzyłem, Niemców i Zydów w pień 
wyciąłem. 
Próbowali obywatele niemieccy kon1ecznie mnie skom- 
promitować, nasyłając' mi Polaków w ich służbie będących, 
że chcą się zapisać do wojska polskiego. Powiadam im, że- 
by teraz cicho siedzie1i i służby swojej pi1nowali, jeżeli bę- 
dzie potrzeba, to ich się powoła. Żądali koniecznie zadatku, 
ale dostaws'zy odmowę i skarżąc się, że głodni, dałem każ- 
demu złotówkę. Mówił mi później sędzia, żem bardzo dob- 
rze zrobił, że tylko tak mało dałem, bo to nie mogło się na- 
zywać zadatkiem. 
Oczekując rezolucji z Po:ona11Jia, co dalej robić, wchodzi 
do mnie oficer od kirysje,rów, znany mi jeszcze 'Z roku 
1846, ,późnym wieczorem i powiada, że jutro szwadron jego 
przybywa do Chełimna. Na zapytanie: "Po co?" odpowiada: 
"Posłali Niemcy znowu po mnie, bo się was boją". Naza- 
jutrz wjeżdża szwadron kirysjerów do miasta i niebawem 
obsadzają hotel, w którym stoję. Następnie wchodzi miej- 
scowy land'l"at, który mi donosi, że z rozkazu pana Anza 
jestem aresztowany wraz z księdzem Tułodzieokim 13. Żą- 
dam usłyszeć od pana radzcy za co? Nim on do mnie przy- 
był, wpada Elżanowski wracając z Poznania do hotelu, ale 
poczciwy gOSlpodal'z radzi mu czym prędzej się wynosić, bo 
my już aresztowani. To go ocaldło. 
Pan radzca przybywa do nas, a zapytany, za co jesteśmy 


142
>>>
8!resztowani, . mowl: "z .roz;kazu rejencji" - i tak wywożą 
nas z dwoma żandarmami manowcami, obawiając się, aby 
lud nas nie odbił i osadzają w znanej mi kazamacie z roku 
1846. 


Na zakończenie tomu pierwszego, umieszczam mówkę, któ- 
rą na bankliede we Lwowie, w imieniu rodaków z Prus Za- 
chodnich !powiedzieć zamierzałem, ale nie chcąc być w 
sprzeczności z iZapatrywaniami moimi co do przyszłości na- 
szej Ojczyzny z lI11ówcami popr.zednimi, obsypanymi okla- 
skami, zaniechałem, obawiając się w2Jbudzić niezadowolenie 
słuchaczy, kontentujących się nadzieją oswobodzenia Ojczyz- 
ny w dalekiej, zamglonej przyszłości. 


"Szanowni Rodacyl 


Jako obywatel z Prus Zachodnich, mieszkaniec znad Wi- 
sły, wpadającej długiem swym biegiem jako ciągle polska 
rzeka do morza, pragnę do Was przem6wić. Nie mam, praw- 
da, pełnomocnictwa do tego od moich ziomków, ale mam 
prawo nie mniej legalne, bo zapisane w oskarżeniu Proku- 
ratorji Pruskiej, 'która mi zaszczytne miano daje 'przywódz- 
cy tej prowincji, a potwierdzone trzykrotnem więzieniem. 
Przed czwartem - ponieważ omne trinum perfectum 14 _ 
schroniłem się do K'rakowa. 
Dzięki Waro, Szanowni Lwowianie, żeście mnie i nas 
wszystkich poruszyli z miejsca, gdzieśmy siedzieli zaduma- 
ni nad dolą naszą. Dzięki Wam, żeście nas poruszyli, bo 
nam duszno pod brzemieniem niewoli. A 10 poruszenie nas, 
żeby nam podać dłoń bratnią, żeby nas duchem Waszym 
pokrzepić, którym pocieSlZade serca wszystkich, nawe,t z 
tych części naszej Ojczyzny, z których braciom na tę uro- 
cZystość przybyć nie wolno - to poruszenie nas, żeby nam 
dać sposobność posy1pać garść ziemi na Was:z święty pom- 
nik 16 - to orzeźWi\a, to daje otuchę :zma,rtwy;chwstania. 
Ta otucha byłaby płonną, gdyby nie dzisiejsze ruchy 
ws'zystkich ludów takie, o jakich nam dzieje dotąd nie pi- 
sały. 
A ruchy te wzmagają się i wzmagać będą, aż wzrosną do 
takiej potęgi, że usłyszymy ororzyk, 'przepowiedziany przez 
naszego wielkiego wieszcza: 
»Dalej z posad bryło świata, nowemi cię pchniemy tory!« 
Jeden tyłko, nie naród, ale szarańcza k:ro:yżacika, myśli 


143
>>>
nam odebrać tę otuchę, bo niesyta uroczystości w tym ro- 
ku obchodzonych. zapowiada, że w przyszłym obchodzić bę- 
dzie uroczyście stuletnią rooznicę pierwszego rozbioru Polski. 
I międ:zy nami oda;ywają się głosy, żeby tę rocznicę obcho- 
d
ć żałobą. 
Ale jak tamtym nie radzę przedwcześnie głowy łamać nad 
urządzeniem festynów, tak nam nie spieszyć z żałobą. Ży- 
jemy bowiem w czasie wiełkich wypadków - większych 
niespodzianek. Cóż niepodobnego, że nam właśnie w tę rocz- 
nicę przypadnie koniec naszej niewoli, i że z woli Bożej, 
dozwolone nam będzie w naszych świątyniach zaintonować 
uroczyste Te Deum! - A tamtym, co zamyślają o uroczy- 
stościach na cześć popełnionej zbrodni i śmią nam urągać, 
tamtym okażemy księgę rachunków. 
I czemuż nie mamy zdobyć całej Ojczyzny, kiedy dziś je- 
steśmy na drodze zwycięstwa. Wszak to świeżo zdobyliśmy 
na powrót dwie piękil1e nasze prowincje, Ruś kochaną 
i Szląsk pracowity - a zdobyliśmy nie krwią i pożogą, ale 
potęgą naszej miłości. 
Pozwólcie zatem szanowni Rodacy, że wzniosę toast na 
cześć tych naszych roobyczy: 
Niech żyją tu przytomni reprezentanci Rusi i Szląska!"
>>>
. 


Rozdzial IX r 


OD DRUGIEGO UWIĘZIENIA MEGO 
DO ŚMIERCI PATRIARCHY NASZEGO, 
JAKUBA WILKXYCKIEGO Z RYŃSKA, 
OD ROKU 1848 DO 1850 


Treść: Proces nam wytoczony o zbrodnię kraju (Landesver- 
rath). - Dowody Niemców konieczności germanizacji słowiań- 
skich krajów dla szczęścia świata. - Przepowiednia księdza Lo- 
bOdzkiego w Moabicie. - Napad huzarów pruskich na bezbron- 
nych pod Labiszynem. - Wielkie szkody w trzech majątkach 
moich przez trąbę powietrzną. - Zabawny sposób indagacji. _ 
Napad huzarów pruskich na mój torf. -i Po ośmiu miesiącach 
Uwolnieni przez amnestią. - Wybrany na posła do Berlina. - 
Mój inserat w gazecie poznańskiej. - Rozwiązanie sejmu. _ 
Nowe wybory - wybieramy chłopa. - Smierć Jakuba Wilkxyc- 
kiego. - Epizod opisujący manifestacje ludu polskiego na Szlą- 
sku w roku 1869 i 1871. 


W lepszym nielI"ównie usposobieniu, jak w roku 1846, 
wchodzę do wię-menia, bo nie sam, ale w miłem towarzy- 
stwie zacnego księdza Tułodziedkiego, a nade wszystko w 
przekonaniu, że długo nas tr.zymać nie mogą, nie mając 
żadnego powodu do oska;rżenia, tem bardziej, żeśmy dwaj 
w .całym Królestwie Pruskim a nawet w całych Niemczech 
bYli jedyni !pOlitycznie uwięzieni. Byłem nawet pewny, że 
tu tylko dla oconiecznie potrzebnego chwilowego wypoczyn- 
ku po tak nadzwyczajnych zajęciach i ciągłych rozprawach 
o braterstwie, od których aż ochrypłem, się znajdujemy, i że 
niebawem sami Niemcy przekonani o krzywdzie nam wy- 
l'ządzonej, korzystając ze zdobytego na bruku berlińskim 


10 - Pamiętniki... 


145 


-
>>>
wszechwładztwa ludu, w tryumfie nas wyprawadzą. Z dru- 
giej strany byłem zaspakojany dawiedziawszy się, że żona 
zamiast być zmartwioną, kontenta była, że jestem bezpiecz- 
nym od podobnych na'paści, jakich w Bradnicy daznałem, 
a miała słuszność, ba później się dawiedziałem, że 100 ta- 
la'rów nagrody na głowę moją wyzna'czono. 
Niemcy wpraw
ie nas nie uwolnili z więzienia, ale jed- 
nak pamiętali a nas i żebyśmy się nie nudzili, jako też że- 
by nas przekonać, jak niedorzeczne są nasze zachcianki co 
da przywrócenia Palski - przysłali nam braszurę i mapkę 
Niemiec. Brasmra 1a w Gdańsku wyszła dowodziła, że: 
"Niemcy jako naród mający przymioty, jak żaden inny, bo 
Niemiec jest najaświeceńszy, najpracawitszy, najparządniej- 
szy, najwaleczniejszy, najpiękniejszy i der gemiithlichste 
(na co. już nie ma wyrazu palskiego i dlatego. twierdzą, że 
ta przymiot im jednym właśÓwy) jest przeznaczany zapa- 
nować nad światem, toteż misja naradu niemieckiego. jest 
przyjść w pamo'c WiSzystkim koloniom niemieckim, czerwo- 
nemi kółkami na tej mapce pomalowanymi i starać się pa- 
większać te kółka, tak aby wszystko jeden czerwany kalar 
tworzyła. Ba te kolanie zaprawadziły kulturę w owe dzikie 
kraje, a zatem gdy;by je nie razszerzano., obawa jest, żeby 
mogły przewagą Sławiańszczyzny zniknąć zupełnie, co. by 
wielk1m dla świata była nieszczęściem". 
Ozy król pru:ski, przybra:wS'zy tytuł cesarza wszech-Niem- 
ców, nie pomyśli urzeczywistnić tę piękną ideę pangermaniz- 
mu? 
Tymczasem tygadnie schadzą i chrypka zginęła, a a uwal- 
nieniu nie słychać. Żona przysyła święcane wielkanocne, któ- 
re spażywając pawiada mi ksiądz Tuładziecki, że siedząc po 
wyrakach w Maarbicie, wszyscy więźniawie niemało na hu- 
marze stracili, tyłka klsiądz Łoborl'zki, skazany na śmierć, 
śmiał się z tych wyroków i WiSzystkim gadał, że Niemcy je- 
szcze prosić ich będą, aby wyszli, a jak go spytana, kiedy to 
nastąpi, odpowiadał, że święcone jajka każdy w domu jeść 
będzie. Wszystkim wyprarokował, 'prócz jego jednego.. 
Zjeżdża nareszcie sędzia z Kwidzyna da indagacji każde- 
go z osobna. Wezwany da opowiadania moich czynnosci, pa- 
daję cały przebieg na wyraźne żądanie samych Niemców 
i że wszystko tylko tak daleko daszło, że miały być kami- 
teta z obydwu narodowaści wybrane do o.rganizawania u- 
zbrojenria powszechnego.. Sędzia dyktuje protokół i w kańcu 
dodaje, że ta uzbrojenie jaka przeciw Maskwie wymierzone, 
podług kadeksu karn,ega jest Landesverrath - zdrada kra- 


146
>>>
ju - i żąda, abym. podpisał. Nie tyłko nie podpisałem, ale 
zaniosłem do głównego sądu protest przeciw podstępnemu 
inkwirentowi, to samo zrobił mój towarzysz. Siedzimy zno- 
WU kilka tygodni, bo sądowi się nie spieszyło; przysyłają nam 
innego sędziego, któremu przyznać muszę, że z godnością 
postępował. Oświadczył z góry, że wszystko dosłownie pi- 
sać będzie, co powiem, nic nie dodając, nic nie ujmując. 
Powiadam więc, że kiedy przez czas cały czynności mojej 
o niczem ;innem nie było mowy, tylko o braterstwie z Niem- 
cami, a ja o zbrodnię jakąś jestem posądzony i uwięziony, 
to już tej zbrodni nigdy nie .popełnię. Powiadam dalej, że 
lud nasz więcej miał od nas r07JUmu, bo nas przestrzegał, 
że nas Niemcy zdradzą, a my o braterstwie z niemi rozpra- 
Wiamy, kiedy przysłowie mówi: "Póki świat światem, Nie- 
miec Polakowi nie będzie bratem". Wszystko to zapisał, 
śmiejąc się, sędzia. Wkrótce sprowadzono więcej więźniów, 
!Iliędzy niemi i majora KOTewę jako członka komitetu, który 
jeszcze do niczego nie należał, i umieścili ich pod nami, tak 
że przez otwór w podłodze mogliśmy rozmawiać. Ale wkrót- 
ce oderwaliśmy deskę na schodach, a przez ten otwór wy- 
godnii.ej mogliśmy się komunikować. 
C:zytamy w gazecie poznańskiej 2 o napadzie szwadronu 
huzarów pruskich, którzy pod Łabiszynem w Księstwie Po- 
znańskim na oddział obywateli z Królestwa przybyłych do 
Prus, kOnalo jadących bez broni - bo wszystka broń na wo- 
zie była umieszczona - do Poznania, żeby się tam do for- 
!IlUjący,ch się kadrów pod Mierosławskim i pruskim jenera- 
łem Wilisenem 'Przyłączyć - napadli, ki1ku zabili, innych 
Poranili, resztę do niewoli zabrali. Powiadam placmajoro- 
\Vi, który nas często odwiedzał o heroizmie Prusaków wzglę- 
dem bezbronnych, ten zaręcza, że to bezczelne kłamstwo, 
ho nawet u dzikich Indrian6w bezbronny nieprzyjaciel jest 
pewny życia swego, a przecież Prusacy nie są barbarzyń- 
cami i wychod:zi oburzony, że możemy dać wiarę takim 
kłamstwom. Tymczasem gazety podają szczegóły tego rycer- 
skiego napadu, ale placmajor się we pokazuje przez kilka 
tygodni, dopiero kiedy przybyło na fortecę dwóch, a po- 
Indędzy niemi mój sąsiad, AIsksander Wysocki, który dowo- 
dził tym oddziałem, ranny w kark, od którego się mógł do- 
kładnie dowiedzieć, a kiedy nar-eszcie do nas przychodzi, ja 
!Ilu mówię: "A co panie placmajorze - kłamstwa piszą ga- 
zety polskie?" On nic nie odpowiada, tyłko natychmiast wy- 
chodzi. 
Więcej takich heroicznych czynów wojsko pruskie doka- 


147 


-
>>>
zało w Księstwie Paznańskim. Przytoczę tylka między wie- 
loma jeden. Stan1sław Sadawski, zaręczony z synowicą mo- 
ją przed uwięzieniem, kiedy z Moabitu uwolniany wraca da 
damu, a kiedy był zajęty 'Organizacją wśród jeszcze przy- 
jaźnych stosunków z Niemcami, wpada padaficer z kilkama 
żołnierzami da jega pokaju, w którym siedzi z matką na 
kanapie, i kilkoma ga strzałami zabijają. Kontent więc by- 
łem, że siedzę 'zabe7Jpieczony kratami więziennymi ad po- 
dobnega losu. 
Daść nam wesała czas schadził, ba pad nami umieszcza- 
na majora KOTewę, WysaClroiego i kuzyna mego - ekspo- 
rucznika po:uskiego Szawełskiega, a schodząc się przez ów 
'Otwór w schada,ch, bawiły nas zawzięte spory palskiega ma- 
jaTa z porucznikiem pruskim. 
Wysacki 'Opowiada nam bliżs'ze szczegóły wypadku pad 
Łabiszynem 8, że trzydziestu 'Obywateli z Królestwa na pięk- 
nych kon[ach i zbrajno przybyli da niego, żeby ich prawa- 
dził da Pamania. Wstąpili da Piątkowa, 7 !kani zabrali 
wralz z rządcą i pojechali. Po łabiszyńskim napadzie zapra- 
wadzili huzary prócz tych, których nie zabito i ki1ku, któ- 
rzy 7Jdołali uciec, wszystkich pawiązanych da Łabd.szyna. 
Tam jeszcze pastwiona się nad niemi, plując i bijąc pa 
twarzach. ZawieZliona ich potem da Torunia, gdzie Niemcy 
prowadzonych przez miasto wyszydzaLi dawalnie. Skora go 
przywieźli do Grudziądza, przybył wkrótce do niego asesor 
z Bydgoszczy, który mu przywiózł rachunek z przedaży ka- 
ni zabranych pad Łabiszynem, pomiędzy któremi i maje 'by- 
ły, i 'Oddawszy mu kilkanaście srebrnych groszy po 'Odtrą- 
ceniu kasztów, które mieli, kazał mu pokwitawać. Czyż to 
nie dowód paczciwaści i akuratnaści ,pruskiej?! 
Biednego Zakrocikiego nie wiedzieć za co trzymana w 
ścisłym więzieniu, tak że ten zamażny 'Obywatel grudziądz- 
ki, ba pasiadający własny dom, spichlerz i statek na Wiśle, 
'Obarczony liczną radziną, zupełnie podupadł. 
Widzieliśmy, spacerując pad eskartą po fortecy, pomnik 
pastawiany komendantawi Courbier,e, który jeden pa bitwie 
pad Jeną nie poddał swajej fortecy 4, ba był radowity Fran- 
cuz, który podczas rewolucji emd.grawał i nie dał się prze- 
kupić jak inni. 
Kiedy tak nie najgorzej się bawimy, ciągle łudzeni, że 
wkrótce będziemy walni, 'Odwiedza mnie teść mój Wybicki, 
który mi udziela przykrą nowinę, że 'Okropny uragan wiel- 
kie mi s2Jkody narobił w trzech majątkach, największą w 
Pią1ikowie, gdzie wieLka stodała zgruchotana, nie mniej rwia- 


148
>>>
trak i wiejskie budynki, a żona z dziećmi z zawalającego 
sdę starego dworu do nowo wybudowanej oficyny schronić 
się musiała. Piiszę więc podanie do głównego sądu o uwol- 
nienie po takiej klęsce, a teść sam jedzie z niem do Kwi- 
dzyna. Wik'rótce jednak wraca z doniesieniem, że nie mógł 
się widzieć z prezesem i tylko oddał podanie. Odpowiedź nie- 
bawem nadeszła w tych krótkich słowach: "Dla wiel!kości 
IXpełnionej zbrodni nie możemy Pana uwolnić". 
Ta trąba powietrzna niesłychane szkody, którędy prze- 
szła, zrobiła, najbardziej przestraszyła Niemców w Bydgo- 
S7Jczy. W wilią bowiem było wielkie zgromadzenie na głów- 
nym rynku, tam mówca między innemi, wskazując na wieże 
kościoła, uniesiony pakiotycznym entuzjazmem, te wyrzekł 
słowa: "Póki te wieże stać będą, ta ziemia zostanie niemiec- 
ką!" Nazajutrz obie wieże runęły 6. 
Czytamy w gazetach odezwę kanclerza moskiewskiego 
Nesselrode do dworów niemieckich, mianowicie berlińskie- 
go, w której wyraża zażalenie cara za sprzyjande i wspie- 
ranie emigracji polskiej w przejeździe z Francji przez Niem- 
cy do walki przeciw Rosji, a nawet król pruski naczelnika 
buntowników polskich, księcia Adama Czartoryskiego na 
obiad zaprosił. Odezwa wymienia dalej nazwiska ministrów 
pruskich, którzy szczególnie ułatwiali Polakom przejazd. Ale 
mówi dalej Nesselrode, że cesarz i pan jego w dobroci ser- 
ca swego nie chce pamiętać tych uraz itd. 
Zeby zatem ożywić ten nasz nudnie ciągnący się proces, 
Piszemy obydwaj z Tułodz,ieokim do sądu, żeśmy się zde- 
cYdowali wyznać całą prawdę i denuncjować głównych her- 
sztów tego Landesverrathu. Leci sędzia z Kwidzyna, a kiedy 
Innie pr'zywołuje do siebie, biorę ową gazetę ze sobą i po- 
wiadam: "Tu wyraźnie stoi, kto wojnę przeciw Rosji pod- 
niecał, oto król pruski i owi ministrowie, których kanclerz 
rOSyjski wymienia, my tylko mówili o przygotowaniach, któ- 
re trzeba będzie robić, skoro Prusy wojnę Rosji wydadzą". Pisze 
to wszystko sędzia śmiejąc się, po mnie ksiądz Tułodziecki 
jeszcze obszerrniej do protokółu swoje denuncjacje podaje. 
Ale i Niemcy niechcący nas swojem zwykłym mieszaniem 
nazwisk polskich zabawili. Bo kiedy podoficer przychodzi 
do mnie z doniesieniem, że ktoś ze mną się chce widzieć, 
dążę co prędzej do placmajora, gdzie zwykle było rendez- 
-vous i wchodząc do pokoju widzę księdza mi nie znanego- 
na to wpada placmajor i nuż wymyślać na podoficera, że 
nie umie na,zwisk rozróżnić: "Ten 'pan jest Sulodziecki, a 
tamten Tulodziecki - tylko pierwsze litery odmienne, 


149
>>>
wszak tak?" "Tak!" - adpawiadam, ba spieszę dO'nieść a tem 
majemu tawarzyszawi. 
Przy następnej wizycie sędziegO' mówi mi: "Mażesz pan 
być kantent, że siedzisz w więzieniu, ba niedawna temu 
chłO'pi palscy na jarmarku w KO'walewie, zbiwszy Niemców 
i wYlpędziwsllY za miasta wO'łali, że to za to, żeście naszego 
naczelnika uwięzili. Gdybyś pan nie był w Grudziądzu, to 
by się nazywała, pO'nieważ KawalewO' tak bliska Piątkawa, 
żeś to pan kamenderO'wał". 
Cześć Tobie, Ludu PO'lski, żeś się przebudził, lwie śpiący, 
i poznał ktO' T.waje wrO'gi! 
PrzYisłano nam też dwóch niemieckich demakratów na for- 
tecę, Siegrista i KO'rna, jakO' naczelników napad!! na arsenał 
berliński, z któregO' lud brań rozebrał. ChO'dzili w czerwo- 
nych czapkach po forte.cy i często się koło naszych Dkien 
k1ręcili, żeby się nam pokazać. 
Z gazet dO'wiadujemy się, CD się dzieje w Księstwie Po- 
znańskim. Tam Niemcy starają się sympatią dla PO'laków w 
całych Niemczech obudzoną najbezczelniejszemi kłaulStwa- 
mi niweczyć. Nie tylko w gazetach opisują, jak kasyniery 
po1słde .piersi kabietom abrzynają, prują brzuchy, pastwią 
się nad Żydami i Niemcami, ale sami aż da Renu jeżdżą, 
Dbwożąc w abrazach te skłamane sceny barbarzyńskie i przy- 
1epiając je po rO'gach ulic. Skutek był naturalny, że Niemcy 
prlZejeżdżających PO'la'ków z Francji nie tylko zatrzymują, 
ale i kijami okładają i więżą; to sama się dZiieje z PO'lakami 
z PO'znania da Berlina jadącymi. TyLkO' kilku uczciwych 
Niemców się znalazla, którzy po gazetach i broszurach klam 
zadawali tym oszczerstwam, jeden był asesar Fischer w Po- 
znaniu, drugi sędZlia z Inowracła wia. Pierws
 na wet tak 
się wyraził, że widząc niegadziwości popełniO'ne przez Niem- 
ców, musi samegO' siebie zapytać: "Czy to w charakterze 
Niemców leży?" Oj, co leży. to leży! 
Zanadto jest znana historia niegO'dziwO'ści pruskiego woj- 
ska z garstką PO'laków pod dO'wództwem MierosławskiegO' w 
następnej walce, abym je tu powtarzał, przypomnieć tylko 
muszę, jak pO' ukończonej wojnie, kiedy dużO' naczelników 
polskich uwięzianO', utwO'rzono bandę z trzystu drabów rje- 
mieckich, którzy główną kwaterę mieli w GrO'chO'linie, ma- 
jątku Treskowa, który wraz z szwagrem swoim hrabią Li- 
tychaurem, z Królestwa da niego przybyłym, żołd im da- 
wał i na wszystkie strO'ny razsyłał, batO'żyć każdegO', kogo 
spatkają. 
Demokraci niemieccy, sprzyjający PalakO'm, wysłali z Ber- 


150 


...
>>>
lina, żeby się przekonać czy prawda, co gazety polskie o 
tem 'piszą, jednego ze swego grona do Grocholina. Ten zdał 
taki ra'port: że przybywszy na miejsce starał się uzyskać 
zaufanie obydwu naczelników bandy; grywał :z niemi w 
karty, przy. czem imperiały rosyjskie głównie rulowały. 
Wieczorem owe bandy zwykle wracając zdawały raporta, 
gdzie i kogo wybili - dostało się i niejednemu z obywa- 
teli. 
Fałszywa maksyma obywateli polskich cierpliwie znosić 
krzywdy, uzuchwaliła tak dalece Niemców, że kilkaset łot- 
rów mogło w ten sposób bezkarnie ohydzać całą prowincję. 
Niechże więc przynajmniej ich czyny będą zapisane w księ- 
dze rachunków! 
Na cześć poległych w tej nieszczęsnej walce, umieszczam: 
piękną improwizację śp. Władysława Syrokomli przy spo- 
sobności sadzenia drzewa na mogiłach poległych pod Ksią- 
żem 1848: 


"Na was!Zym grobie walecmi kosarze 
Drzewo pamięci sadzimy ziomkowie, 
Niech się Tozrasta, niech w każdym konarze 
Żyje myśl wiec:zna, która o nas powie. 


Soki żywotne, co wasz proch udzieli, 
Niech w każdą gałąź wleją siłę nową, 
Niech amżda gałąź szumi pieśń bojową, 
I waszych prochów wywoła mścicieli. 


Okryj się drzewo zielonością piękną, 
Białego orła osłoń konarami, 
Na przyszłe żniwo, gdy kosy zabrzękną 
Swięci kosarze módlcie się za nami. 


Nie giną marnie bohaterskie dzieła, 
Swięty ich popiół, bo ma iskrę w sobie, 
Na każdym męczelJJn
ków grobie 
Jest myśl, że jeszcze Polska nie zginęła". 


Książ, 19 lipca 1858. 


Kiedy wres'zcie amnestia królewska uwolniła rodaków na- 
szych z Księstwa z więzienia, sądziliśmy, że i dla nas, co- 
śrny nic bezprawnego nie robili, nastąpi, ale dopiero sta- 
raniom kanonika Rychtera " byłego rektora Gimnazjum 


151 


--
>>>
Chełmińskiego, a obecnie posła na sejmie berlińskim, do któ- 
rego żona moja się udawała, byliśmy winni, że ta amnestia 
i na nas była rozcią'gnięta. Z Polaków żaden poseł nie po- 
czuwał się znać do obowiązku sta'rania się o nasze uwol- 
nienie: "Niech siedzą zapalone łby!" Z daty amnestii prze- 
konaliśmy się jednak, że ją w K widzyn:ie cztery tygodnie 
zatrzymano. 
Wróciwszy do domu po ośmiomiesięcznym więzieniu, prze- 
konywam się naocznie o wielkich spustoszeniach, jakie owa 
burza sprawiła, ale niemało umie pocieszyła deputacja przy- 
słana od polskich obywateli miasteczka Golubia, wręczają- 
ca mi adres, w którym radość z uwolnienia mojego wynu- 
rzają. Podobny odbieram od gospodarzy kilku sąsiedzkich 
wsi. Przekonywam się stąd, że błoga zmiana w usposo- 
bieniu ludności polskiej nastąpiła, a pokrzepiony temi. do- 
wodami współczucia wziąłem się z ochotą do naprawy cięż- 
kich strat majątkowych. Ale daleko w tej naprawie nie 
zaszedłem, bo w następnej wiośnie roku 1849 powołany zo- 
stałem na sejm berliński. 
Było nas czterech posłów polskich z Prus Zachodnich 7, 
z Księstwa przeszło dwudziestu, i naradzano się wspólnie w 
Kole Polskim, wieczorami się schodząc, o zachowaniu się 
naszem na sejmie. Ale liberały niemieckie, z którymi się 
znosiliśmy, ciągle nam gadali, żebyśmy naszymi polskimi 
sprawami im nie przeszkadzali, tylko z niemi po prostu gło- 
sowali. A że w sejmie ja z pięcioma Poznań,czykami na 
skrajnej lewicy siedziałem, a pomiędzy nimi Wojciech Lip- 
ski, kolega z uniwersytetu, z którym tu pierwszy raz się 
spotkałem, reszta blisko centrum, powiedziałem kolegom 
moim, że kiedy tu głowami naszymi nic zrobić nie możemy, 
powinniśmy przynajmniej siedzeniem jedność okazać. Nic 
to jednak nie pomogło, zostaliśmy na swoich miejscach. 
Prusy Zachodnie nie zasłużyły w owym czasie jeszcze na 
to, aby głos kolegi, choĆlby s1usmlY, był przez ogół uwzględ- 
niony. Więcej jeszcze :przekonałem się, w jakiej opinii mo- 
ja 'prowincja jest w Księstwie z artykułu gazety poznań- 
skiej, gdzie redakcja zaleca posłom swoim, aby w nadcho- 
dzącej, ważnej dla Polaków kwestii w sejmie wszelkiemi 
sposobami się staraLi, aby posłowie z Prus Zachodnich z nie- 
mi razem głosowali. Trudno mi było milczeć na takie dic- 
tum acerbum 8 i przysyłam w imieniu moich kolegów reda- 
kcji inserat treśc:i następującej: 
"Z boleścią !Serca dowied'zieliśmy się z wstępnego art y - 
kułu dziennika poznańskiego, w jakiej opinii stoimy u bra- 


152
>>>
ci naszych z Księstwa. Przyznać muszę, żeśmy zasłużyli na 
tę 'Opinię, ba Prusy Zachadnie mała datąd ducha narodowe- 
go okazały, ale rok. 1848 r02Jbudził tę martwą polską d'Ziel- 
nicę, ta'k iż (ręczyć mogę, że w przyszłej, a daj Baże 'Osta- 
tniej, walce a byt naradowy, Prusy Zachodnie staną w jed- 
nym szeregu z bracią wszechziem palskich i wtenczas bę- 
dziemy się starać 'Odebrać chrzest naradawy" . 
Redakcja 'Oświadczenie ta maje nazwała zaszczytnem, ale 
w ;,Nadwiślaninie" u wszczęła się stąd palemika, z jednej 
strony zarzucająca mi, że jestem złym ptakiem, własne gnia- 
21.'0 /brudzącym, z d:rrugiej stająca w majej 'Obranie, a polemi- 
ka ta była wstępem da nieszczęsnega rozdwajenia w naszym 
2akątku. 
Niedługa dazwolono liberałom niemieckim na sejmie po- 
Pisywać się arpozycją przeciw rządowi, który pad prezyden- 
cją ministra Manteuffla pełnymi żaglami da reakcji dążył. 
A panieważ liberały byli w więksrości i przy głosawaniu 
propozycje rządowe przepadały, rozwiązana sejm, 
WiI'óciłem więc da domu, gdzie byłem patrzebniejszy jak 
W Berlinie, bo trzeba było gorliwie 'zająć się narprawą strat 
majątkawych i gaspadarczych doznanych padczas więzie-. 
nia. 
Teraz dapiero dawiaduję się a zabawnej awanturze za- 
Szlej pad czas majega siedzenia w więzieniu. 
Miałem wówczas w całym majątku tylka jednega Niemca 
Inłynarza. Sąsiedzi mai, niemieccy, 'Obawiając się zemsty 
moich ludzi za ta, że spowadowali maje 'Uwięzienie, namó- 
wili awega młynarza, aby ze - swega wiatraka pilna wał, kie- 
dy pią:tkows'cy ludzie wychodzić będą rznąć Niemców. 
J ednega wieczora widzi młynarz ruch wielki we wsi, pew- 
nie baby wracające świnkii z pola da chlewów napędzały, 
a: że na złodzieju czapka gare, więc biegnie do najbliższej 
Wioski, da Kielpin z doniesieniem, że piąikawscy wychadzą 
z kosami. Ten ,pędzi do Galubia, gdzie stali huzarzy i prosi 
'Oficera a ratunek. Cały szwadron z 'Oficerem na czele i prze- 
wodnikiem żandarmem wyrusza pod Piątkowo. Noc ciem- 
na, przybywają do Kiełpin, cicha jadą pod Piątkowo, a 
przebywszy granicę, widzą z pagórka w dole stojące ko-. 
lu Inny. Oficer kamenderuje: "Ognia z karabinków!" Pa- 
lą, kolumny stoją, ani drgną. Komenderuje dalej do ataku. 
en carriere, z pałaszem w ręku. Pierwszy rząd huzarów 
wpada w doły, więc 'Oficer na tyle się trzymając, woła: 
"Zasadzka!" I na powr6t do Gołubia na złamanie karku, ba. 
Słyszą kosy za nimi brzęczące.. Wpadają da miasta, baryka-. 


153
>>>
dują bramę i całą noc miasto na nogach do rana. Kosynie- 
rów lIlie widać, 'więc wychodzi rekonesans pod Piątkowo, 
który dochodząc do miejsca skąd rejterada nastąpiła, wi-. 
dzi jeszcze kolumny, ale nie chłopów, tylko - torfu. 
Z trudnością wydobyto konie, które nocowały ugrzęzłe w 
dołach torfowych l0. 
Nowe wybory na sejm zostały nakazane, przy których 
już się pokazała zmiana usposobienia ludu naszego, bo kie- 
dy Niemcy w moim powiecie już nie chcieli przystać na 
wybór jednego Niemca, drugiego Polaka, sądząc, że chłopi 
polscy pod panem niemieckim będą głosować, jak on im 
nakaże i tak większość mieć będą, poc'Zciwy lud nasz, bez 
wyjątku, głos oddawał na tego, którego im kierownicy wy- 
borów wskazali. Nie mając sam pretensji na nowo zostać 
obranym, zaproponowałem wybrać chłopa-gospodarza, któ- 
ry dostając 3 ialary dziennych diet, talarem opędzi koszta 
siedzenia w Befllinie, a dwa chowając do kieszeni, przez kil- 
kumiesięczną kadencyją uzbiera sobie grosz niemały, któ- 
rym albo gospodarstwo podnieść, albo dług jaki spędzić 
potrafi. Byle tylko głosował jak inni Pola,cy, okaże tak dob- 
l'ze jak każdy inny, że jest obrany !przez polską większość, 
o co nam głównie chodzić powinno, a wymowa tam żadna 
nie popłaca, gdzie rząd na żadne ustępstwa nie przystaje. 
Wybraliśmy zatem porządnego gospodarza Elminowskiego, 
który przez te diety wybmął z dłużków od Żydów zacią- 
gniętych i lepiej na tem wyszliśmy, jak posłowie wielkopol- 
scy, których mowy przez mameluków Manteuffla z szyder- 
stwem były przyjmowane, z których się ówczesna izba tylko 
składała, bo liberały niemieckie od wyborów zupełnie się 
wstTzymali. 
W tym roku Ziemia Chełmińska poniosła wielką stratę 
przez śmierć 
iryjarchy naszego, śp. Jakuba Wilkxyckiego 
z Ryńslka. Jako naczelnik licmej familii na tej ziemi zamie- 
s'ZJkałej, stairOpoh
ką gościnnością mając dom otwarty, Ryńsk 
był ogmskiem rozbudzonego ducha :narodowego, który oży- 
wiony jeszcze został pTzez połączenie Ziemi Chełmińskiej z 
Wie1kopolską w osobie zacnego Seweryna Mielżyńskiego z 
Mi)josławia jako zięcia. 
Całe obywatelstwo zjechało na obrzęd pogrzebowy, przy- 
padkiem i nasz kochany poeta Lenartowicz był obecnym. 
Mnie przypadł :zaszczyt mową pogrzebową cześć oddać pa- 
mięci zgasłego naczelnika obywatelstwa polskiego. Nie mo- 
głem przepomnieć w tej mowie, że najlepszym dowodem 
uczuć patryjotycmych tego przeszło siedemdziesięcioletnie- 


154 


'- 


....
>>>
go starca była prośba w roku 1846, kiedy słyszał o mającym 
na'stąpić powstaniu, do tych, co mu tę wiadomość przy- 
wieźld: "Nie rostawcież mnie w domu, przecież ja wam 
jeszcze przydać się mogę". 
Najwięoej ja sam na tem straciłem, że ,te dwoje ócz na 
2awsze się 'zamknęły. Nie tyłko, że w sąsiedniej wsi, Ryń- 
s:ku, najserdecmiejsze ze strony obojga szanownych Wil- 
kxyckich znajdowałem przyjęcie, ale i do samego końca 
zapewnione poparcie wsze1kich myśli, wszelkich potrzeb na- 
rodowych. Ryńsk :został zadzierżawiony - szanowna Wil- 
kxycka 'Przeniosła się do Wałcza pod -Chełmno. Nie tylko, 
że w roku 1848 rozpoczyna się walka Niemców ze mną, ale 
i między obywateLstwem polskiem zaczęły się pojawiać do 
:mnie n!i.echęci. Jeszcze przed a,resZJtowa:niem moim w Cheł- 
mnie, ,przybył do mnie obywatel niemiecki, Kitel z Żyglą- 
da, pr.zedstawiając mi, abym dał .pokój wszelkiemu organi- 
zowaniu, ponieważ mam obywateli polskich mnie przeciw- 
nych: "Pan - mówi dalej - tylko przez emigrantów je- 
steś po:pa'rty, całe obywateLstwo jest niechętne, przekona- 
łem się o tym w Wąbrzeźnie na zjeździe, dlatego też ten 
zjazd inaczej się skończył, jak się zaczął". 
Bolesnem było słyszeć z ust Niemca takie wyrazy, tym 
bardziej że potwierdzenie tego znajdowalem w dalszym 
pożyciu bardzo obfite. Ale wolę jeszcze, ile możności, nie 
naruszać tej smętnie brzmiącej struny mojego życia, lubo 
pomimo mojej woli sama odzywać się będzie. 
Dlatego żeby na chwilę oderwać myśli moje i czytają- 
cych 'przyjaciół od owej, niepojętej dla mnie, zmiany da w- 
nych serdecznych przyjaciół, wolę przerwać dalszy opis wy- 
padków, świeża doznaną pociechą na z
omadzeniu luda- 
wem w Cieszynie, odbytem pierwszego sierpnia tegO' roku. 
Już przed dwama latami lud polski w Hmbstwie Cieszyń- 
skiem na Szląsku urządzi! narodawą zabawę w Sibicy przy 
Cieszynie, na kt6rą ogłosił zaproszenie. Byłem tam i ja z 
licznym gronem krakowian i przekonałem się, że lud ten 
pięćset przeszło lat aderwany ad Polski i ciągle niemczany 
zachował język i ducha polskiego, do którego padniesienia 
głównie się przyczynił redaktar "Gwiazdki Cieszyńskiej", 
Paweł Sta1rnach i zacny pastor Otto. Swiadczyły o tern ma- 
Wy, któTe słyszeliśmy z ust włościan, pomiędzy któremi od- 
znaczali się Cieńciała i Glajcar. Nazajutrz odprawadzało 
nas grano Szlązaków do Oświęcimia. Tam przy pożegnaniu 
były znów mawy, tam i ja w imieniu rodaków !Spod zaboru 
Pruskiego, tak do nich przemówiłem: 


155
>>>
"Pozwólcie Bracia Szlązacy, że Polak spod zaboru prus- 
kiego do Was, którzyście tu nas dotąd adprawadzili, osta- 
tnie słowa pożegnalne przemówi. Jak wszyscy gaście Wa- 
si, ktÓrzy na Waszą narodową zabawę przybyli i ja jestem 
zachwycony tym wszystkiem, com widział i słyszał, ale jed- 
na myśl mnie niepokoi. Wiecie, że w Krakowie 'Odkryto pro- 
chy Kazimierza Wielkiego. To odkrycie cała Polska świę- 
ciła, ja,ko palec Boży, rokujący zmartwychwstanie naszej 
Ojczyzny; ale wiecie też, że ta ten sam król, który Was dla 
świętego pokoju dobrowolnie odstąpił tym, którzy mieczem 
zdobywać W,as zamierza.li; dręczy mnie zatem zasmucająca 
myśl, czy Wy Bracia nie złarzeczycie tym świętym pra- 
chom za to, że Was ten wielki Monarcha, jakby najgarsze 
dzieoko ad piersi matki 'Oderwał i wrogom oddał na pa- 
stwę. Ale błagam Was Bracia Szląizacy, nie złorzeczcie tym 
świętym prochom, bo 'One nie tylko zwiastują zmartwych- 
wstanie rozszarpanej Ojczyzny, ale 'Odzywają się do Waszych 
dzisiejs'zych Panów i popierają Wasze żądania, aby Was 
dołączOll1o na powrót do siostry W8Jszej, Galicji. 
Cześć Wam zatem za tę uniją, którąśmy wczaraj tak 
pięknie 'Obchodzili, bo ta unija jest świedectwem Waszej wia- 
ry w przyszłaść polskiej Ojczyzny i jako taka zadaje kłam 
tym, co mówią, że Palska to trup. Żywe, zdrowe ciało, ta.- 
kie jakie Wy jesteście, z martwem się nie łączy, bo tylka ży- 
we z żywym złączyć, zrasnąć się może. Cześć Wam za tę 
unię, bo nią zadajecie kłam barbarzyńskiej Moskwie, która 
mordując biedną. Polskę, chwali się tym, że ją domorduje, 
ale dwudziestomilionawego narodu zamordawać nie można. 
Cześć Wam, zatem bracia Szlązacy i Szczęść Wam Boże!" 
W następnym raku ciż Szlązacy wraz z Pala'karni ze 
Szląska pruskiega byli serdecznie przyjmowani w Krako- 
wie. Znaczna lic2Jba lwawian, a mianowicie przeszło stu 
młodzieży z Towarzystwa zwanega "Orły", w pięknych stro- 
jach narodowych, z własną muzyką, ożywiło drzymiący 
zwykle Kraków. Goście przyjęci byli wieczomą uc'ztą w 
Ogrodzie Strzeleckim, po czym wszystkich rozebrano do da- 
mów prywatnych. 
Następrue zwiedzano .osobliwaści Krakowa, jazda do Wie- 
liczki i zwiedzanie kopalń 'Oraz zabawa tańcująca tamże, 
pochód na Kapiec Kościuszki i zabawa ludowa na Woli. 
Trzeciega dnia goście się rozjechali. 
W raku 1871 :zaprosili znów Szlązacy rodaków do R.opicy 
pod Cieszynem na uroozystość narodową, mającą się .odbyć 
dnia 30 lipca. Kilkotysięczny tłum obległ trybunę gustow- 


156
>>>
nie w ch'Orągwie ubraną. Kilkadziesiąt jeźdźców z chorą- 
giewkami 'Objeżdżali zgr'Omadzenie dokoła pilnując P'Orząd- 
ku. Wł'Ościanina Cieńciałę obran'O przewodniczącym, który 
z wielkim taktem wywiązał się ze sweg'O zadania. Przem'O- 
Wy, głasowania 'Odbywały się w największym parządku. 
Mówcy występowali ostr'O przeciwka nadużyciam niemiec- 
kich urzędników. Starosta Ruf musiał słuohać jajka kami- 
sa,rz rządawy tych mów, 'Okazując nieraz swaje niezadawale- 
nie. Pa zakończonym mityngu chór śpiewaków i śpiewaczek 
cieszyńskich adśpiewał pieśń: Boże coś Polskę, pa czem w 
Pobliskiej aberży razpaczęły się zabawy z tańcami, które 
trwały całą n'Oc. Ja z kilkama tawarzyszami wcześniej paje- 
chałem da posiadłaści właścianina Glajcara, który nas na 
noc zaprasił. Na.zajutrz poka'zało się, że piętnastu gaści spa- 
czywało w porządnej pościeoli. Obejrzawszy jega piękne in- 
Wentarze i gaspadarstwo, zjadłszy dobry abiad, przy któ- 
rYm i taastów nie brakła, pożegnaliśmy zacnych naszych ga- 
spodarzy, Mórzy pomimo pięknego majątku w ubiarze nie 
odróżniali się ad sług swaich, z przekananiem w duszy, że 
chać k'Orona tegO' tysiącletniegO' dębu, C'O się Palską z'Owie, 
dziś przez burze świata i żarłaczne rabactwo z przyległych 
przypezlze bagnisk, zmarnawana, smutny przedstawia wi- 
dak - kiedy nowa nadejdzie burza, która zniszczy to ro- 
bactwO' - z owegO' pnia zdrowegO', cO' się zowie lud i mie- 
szczaństwa, wytrysną nawe saki i karana będzie znów piękną 
jak dawniej i dąb na nawa azdabą przyr,ody.
>>>
Rozdzial X 


DO ŚMIERCI TEŚCIA MEGO, 
JANA WYBICKIEGO W ROKU 1852 


Treść: Kuracja moja z żoną w Homburgu. - Doktór Gałęzow- 
ski. - Kupno Radowisk. - Buduję dwór. - Pali się. - Nie- 
bezpieczeństwo żony i dzieci. - Porwanie rządzcy mego, Kali- 
sza, w nocy i transport do Poznania, skąd wysyłają go do Fran- 
cji. - Ciągłe prześladowanie wszystkich urzędów. - Niemieccy 
koloniści z Radowisk skarżą mnie o paśnik w lesie i zabierają 
przeszło 100 morgów. - Restauruję spalony dwór. - Palą się 
stodoły. - Niemcy mnie palą i obiecują ciągle palić. - Inserat 
do berlińskiej "Nationalzeitung". - Proces stąd wygrywam w 
czwartej instancji w Poznaniu. - Prześladowanie się wzmaga. _ 
Ogłaszam, że hrabiemu Tytusowi Działyńskiemu sprzedaję moje 
dobra. - Prześladowanie ustaje. - Staszyc, guwerner do syna 
pOdejrzany jako szpieg. - Nieprzyjemności stąd. - Jezuici, mi- 
sjonarze, wytępiają pijaństwo. - Pogląd na podniesienie ducha 
narodowego we wszystkich warstwach prowincji. - Towarzy- 
stwo Naukowej Pomocy. - Dawni przyjaciele moi stają się prze- 
ciwnikami. - Wyjazd do Kalberga do kąpieli morskiej. - Odda- 
ję syna do jezuitów w Metz. - Pomnik dla Kopernika przez 
Niemców wystawiony w Toruniu. 


Pon.ieważ oboje z żoną, po takich przejściach i z woli Bo- 
żej i ze złości ludzkiej, na zdrowiu ucierpieliśmy, uważa- 
łem za konieczne wyrwać się na cza's jakiś z domu i udać 
się do jakich wód, !które by dla na's obojga były skuteczne. 
Zdarzyło się, że mi się do 'I"ęki dostał opis skuteczności wód 
Hamburga l, z którego wyczytałem, że obojgu nam pomo- 
gą. Było to pl'zy !końcu miesiąca lipca, już żyto było w sto- 
dole i początek żniw pszenicznych. Trzymałem się bowiem 
zawsze tej zasady, że ponieważ u mnie żyto największą 
przestrzeń pola zabierało, aby się z nim uwinąć nie cze- 


158
>>>
kając dojrzałaści ziarna, ponieważ pszenica zwykle u nas 
ra1zem z jarzyną dochodzi, dlatego że ostatnie ze kry musi 
być siane (ta jest kiedy .tyl!'\'o z pługami alba ekstry:pato- 
rami 2, pod które jarzyny najlepiej siać, w pole wyjechać 
lllażna), a przez opóźnienie żniw dużo zboża przy sprzęcie 
się ukruszy. Mówią gaspodarze, że żyto tak prędko sprzą- 
tane twa'l'do się młóci i duża w kłasach zostaje, ale walę, 
aby naj lichsze ziarno w kłosach został,e awce zjadły, jak 
żeby najlepsze się wykruszyło w polu i ptaszki miały co 
zbierać. 
Wyjeżdżamy więc do awega Hamburgu z błagą nadzieją, 
Że 2Jdrowiuteńcy pawrócimy. Wszędzie po drodze zastaję ży- 
to stojące w polu, w Hamburgu to samo, zachodzę do żyta, 
wa.dzę, że nawet przestał,o, ba zielska zaczyna prze
astać, ale 
nikt do żniw się nie bierze, pomimo najpiękniejszej pogody. 
Niemiec systematyczny czyta w kalendarzu, że to lipiec, więc 
czeka cievpliwie sierpnia, żeby z sierpem wyjść w pole. 
Ale przede wszystkim kuracja - więc radzimy się dok- 
tora, a nie byle jakiego, bo tajnego radzcy medycznego. Pa- 
Wiada, z jakiego zdroju pić trzeba i jaka dieta, że wady są 
tego radzaju, byle nie kwaśne rzeczy, wszystka spażywać 
można. Kuchnia wybarna sławnego kucharza paryskiego, 
więc objadamy się porządnie przy tabIe d'hote. Okolica py- 
szna, ale cóż z tego, nikogo na spa'cer, żeby razem iść, do- 
stać nie można, bo wszystka przy rulecie, albo trente i qua- 
rante a. Takie prawadząc życie najprzód żona na okrapne 
kurcze zacharawała. Jeden doktór nie pomaga, sprawadzam 
drugiego, także tajnego - dwie apteki są w ruchu. żeby 
dostarczyć, lekarstwa, które nic nie pomagają. Dowiaduję 
się, że doktór Gałęzowski z Paryża jest we Frankfurcie, ja- 
dę więc da niego i sprowadzam da Homburga. Następuje 
kansultacja z doktorami, którzy utrzymują, że ona chora 
na wątrobę, ale Gałęzowski zapewnia, że wątraba zdrowa, 
Pomimo żółtaczki. Niemcy przy swoim zostają i dopiero, 
kiedy Gałęzowslci mówi, że będąc dziesięć lat w Meksyku, 
gdzie 'Ojczyzna żółtych chorób, on się tam na nich nauczył 
POznawać - tamci nabierają respekt dla Polaka, !który żą- 
da, aby 
adnych lekarstw nie dawano, bo chara sama przyj- 
dzie do zdrowia. 
I mnie hamburska woda zamiast pamóc, dużo zaszko- 
dziła, bo straciłem zupełnie sen i apetyt, tak że strasznie 
ZInize.rniałem. Głównym powodem były sute z początku o- 
biady. który.ch doktór nie zakazał, będąc w porazumieniu z 


159 


-. 


j
>>>
fxancuskim kucharzem. Musiałem zartem, widząc żonę wy- 
szłą z niebezpie,czeństwa, zostawić pod opieką szanowanej 
pani Chłędowskiej, żony emigranta i uciekać z nieszczęsnego 
dla nas Homburga. Pojechałem do Gleisweiler 4 w Palaty- 
nacie Bawarskim na kuracją hydropatyczną połączoną z 
winogronną. Tam sześć tygodni bawiąc w przepysznej oko- 
licy, przyszedłem do zdrowia i zabraWlszy żonę wiele 2idrow- 
s'zą wracam do domu. 
W Berlinie znowu pojawiły się kurcze u żony, sprowa- 
dzam nadwornego doktora, sławnego Schonleina, który od 
króla wracając, gdzie, jak sam się 'Przyznał, trochę :za wie- 
le tokaju pił, ale pomimo to zrewidowawszy żonę, obiecał 
list dać do doktora domowego, jak dalej kurować. W liście 
tym osądził, że to rak żołądkowy i zalecił ostre lekarstwa. 
Poka'zało się, że się omylił sławny lekarz, ,bo żona niedługo 
przyszła do zdrowia, a stąd 'pI1Zestroga - nie wierzyć śle- 
po w lekarzy, a 'Przy,najmniej być bardzo ostrożnym w wy_ 
bOll'ze. 
Mieszkając po zniszczeniu dworu w nowej, s:wzupłej ofi- 
cynie, z guwerne'rem dla syna i nauczyci
lką dla dwóch 
córek, zaozęli się zjawiać emigranci w naszych stronach, 
dla których musiało się znaleźć ,pomieszczenie, ponieważ są- 
siedzi, dawniej dla nich gościnni, przestali ich przyjmować 
u siebie. Stąd do dawnej nieohęci nowa przybyła, która tak 
miłe towa'l'zysikie daWll1iej życie coraz bardziej mąciła. Ale 
zajęcie się gospodarstwem, a przy tem konieczność pobudo- 
wania nowego dwOll'u musiały zastąpić przyjemności nadwą- 
tlonej przyjaźni sąsiedzkiej. 
Dowiedziawszy się, że w Księstwie Poznańskim bawi 
emigrant I, architekt z Warszawy, przeczułem, że polski 
architekt potrafi urzeczywistnić marzenia moje, z któremi 
od kilku lat się nosiłem, co do zewnętrznego kształtu i do 
wewnętrznego uł'ządzenia mieszkania. Zacny GaUe 6, przy- 
bywszy do mnie na moje zaproszenie dał niedokładny ry- 
sunek dworu polskiego z wszelkimi wygodami w guście re- 
naissance 7, cały na suterenach, gdzie kuchnia, kredens dla 
służącego, sklepy, spiża,rnia i mieszkanie dla 1mbiet służeb- 
nych. Na piętrze wielka sala i gościnne 'Pokoje. Cztery ba- 
szty na rogach, z których dwie służą na schody, jedne dla 
gości i służby męskiej dxugie dla kobiet. 
Materiały z desek i :bali, które dawniej byłem przysposo- 
bił do nowego dworu znajdujące się ułożone na gromacię w. 
podwórzu, burza owa zgruchotała zupełnie, tak że wróciw- 
szy z więzienia nic nie ząstałem. Musiałem zatem przyspo- 


160 


-.
>>>
sabiać nowe materiały i zarazem wzięłem się skrzętnie do 
budowli, tak że przed zimą oka
ły ten budynek dostałem 
pod dach. 
Nie podobało się znacznej liczbie obywateli, że kiedy do- 
tąd najlichsze miałem mieszkanie, od razu stawiam. dwór, 
który z pałacem w Nawme 8 konkurować może i przez to 
ich wszys.tkich zakasować oczywiście zamyślam. Sąsiadki też 
nie zaniechały - ponieważ sąsiedzi, żeby się spotkać z 
niemiłemi emigrantami u mnie, przestali zupełnie bywać - 
przedstawiać żonie mojej, że się tak awanturuję mając dłu- 
gów ,po uszy. Nie pomogły zapewnienia żony mojej troskli- 
wym sąsiadkom, że zna dokładnie cały stan interesów, któ- 
ry tyl!ko IZ kilku tysięcy talarów po książkach kupieckich za 
towary się składa. Niezadowolone, że nie potrafiły zakłócić 
spokoju żony mojej, którą bardzo kochały, odjeżdżały, rzu- 
ciwszy jeszcze raz zawistnym okiem na sz:karadne baszty, 
przeznaczone podług ich przekonania na to, żeby impono- 
wać współobywatelom. 
Bardziej jednak jeszcze ten budujący się dwór niepokoił 
Niemców, któr!ZY głosili, że to gatunek fortecy i dopiero co- 
kolwiek uspokoili :;ji.ę, jak landrat z wyższego rozkazu mula- 
rzy do przysięgi ściągnął, że pod suterenami nie ma podziem- 
nych ganków. Zapytany, co ma znaczyć budynek tak szcze- 
gólnej struMury, odpowiadam, że ma przedstawiać histo- 
rycZil1ą pamiątkę, trochę fortecę, trochę więzienie; fortecę" 
pomeważ })TZ€'Z wieki zasłanialiśmy Niemców od najazdów 
dzikich hardów, więzienie - ponieważ przez wdzięczność 
nas teraz po więzieniach męczycie. 
W następnym roiku wprowadzam się do norwego dworu na 
pierwsze piętro, 'Ponieważ parter jeszcze stolarze dokań- 
czali. Kilka miesięcy tam mieszkając, wyjeżdżam pewne- 
go dnia do Torunia na noc. Z rana wpada do mnie służący 
konno piI"zybyły z doniesieniem, że dwór się w nocy spalił, 
że żona i dzieci wyratowane, ale nic więcej. Wracam więc 
do domu, widzę dymiące się zgliszcza spalonego dworu 
i pospieszam do żony, która z dziećmi do siostry, zamężnej 
z Wysockim, do Pułkowa wyjechała. Tu dowiaduję się o 
Szczegółach nieszc'zęsnego wypadku. Skoro stróż spostrzegł 
ogień i hałas. się zrobił, wpada il'ządzca Kalisz z dwoma 
enugrantami do dworu ratować żonę i dzieci; żona nie 
chce schodzić po schodach, aż dzieci będzie miała przy so- 
bie; duszący dym nie pozwala je wynaleźć, panowie, ratując. 
się od uduszenia, wyskakują oknem. Rządca wywichnął no- 
gę, zacny emigrant Sowiński tak nieszczęśliwie padł, że w 


11 - Pamh:tniki... 


161
>>>
kilka tygodni umarł. Żona i czworo dzieci zostały a błąka- 
jąc się po karytarzach padają dymem uduszone. Nauczy. 
ciel do syna mega, Lizak, wciąga je do swojej stal11cji, w 
k,tórej, 'ponieważ. dymu nie było, przyohodzą do przytom- 
ności. Stamtąd .oknem po drabinie sprowadzają do .oficyny. 
Mamka z małym synkiem poprzednio po schodach się wy- 
ratowała, ale młodszej córki Wandy nie ma! Poczciwy mło- 
dy mularz Polak, jeszcze przy dworze zatrudniony, wraca 
do buchającego dymem budynku i szczęśliwie wynosi młode 
dziewczę, które pod łóżkiem bezprzytomne znalazł. Słu- 
cham opowiadania tych okropności, ale widząc koło siebie 
i żonę, i dzieci cudownie wyratowane, zaczynam wydobywać 
z różnych kieszeń, com naprędce kupił w Toruniu. Żona 
uradowana pomaga mi wydobywać, pierwszą paczkę rozwija 
i .znajduje karty i marki preferansowe. R'zuca je śmiejąc 
się z mego dziwactwa, ale powiadam, to najpotr.zebniejsze, 
bo trzeba się w tej biedzie rozerwać, może :też sąsiedzi za- 
czną znowu zaglądać do nas. 
Pierwsze pytanie było teraz, skąd ogień powstal'l Ludzie 
zaczęli gadać, że to sprawka służącego, bo zamiast ratować 
vzeczy, jakiś był pomięsza:ny i dopadłszy konia poleciał do 
Torunia. Odprawiłem go, mówiąc mu, że kiedy wszystko 
spalone, nie mogę go potrzebować. Wkrótce potem przyjeż- 
dża eks1trapocztą do mojej karc!Zmy, gdzie powiada, że mu 
się dobrze powodzi, bo ma polecenie śledzić emigrantów. 
Prokurator, który poprzednio był u mnie, żeby badać przy- 
czYll(
 pożaru, i któremu podałem tego służącego jako podej- 
rzanego o podłożenie ognia, ponieważ utrzymywał, że wy- 
szedł z suterenów, kiedy wszyscy inni zapewniali, że z sali 
bawialnej, gdzie stolarz miał swój warsrtat i dużo było 
heblowin, wzywa mnie później do siebie i przedstawia, 
żebym cofnął żądanie indagacji służącego, ponieważ to tru
 
dno mu będzie dowieść. Na ta odpowiadam, że kiedy ten 
służący dziś jest wa1szym sZlpiegiem policyjnym, to na próż- 
no bym go oskarżał, więc cofam żądanie indagacJi. Praw.. 
dopodobnie zatem too służący był przekupiony, żeby dwór 
podpalił, bo poprzednio widziano u niego dużo pieniędzy. 
Stratę przez to spalenie poniosłem znaczną, tem bardziej 
że nie był asekurowany, a to 'z następującej przyczyny. 
Przybywa do mnie kilka miesięcy przed spaleniem przy- 
słany urzędowy rewizor budynków do katastru ogniowego 
i pytając mnie, ja'k wysoko chcę zabezpieczyć dwór, odpo- 
wiadam, że 10000 talarów. Skończywszy robotę każe mi 
podpisać, ja pewny, że dwór asekurowany - podpisuję. Do- 


162
>>>
nosząc Towarzystwu OgnioOwemu spalenie, dostaję adpowiedź, 
Że dwór nie asekurowany, a zatem tylko 400 talarów jako 
asekurację starega, już zniesianega dworu odebrać mogę 
i to przez wzgląd na wielką stratę, którą poniosłem. 
Później zjeżdża landrat dla obliczenia straty w mobi- 
liach, pytam się, pa co chcą wiedzieć, wiele straciłem, od- 
powiada, że podług wysokaś"i straty stosować się będzie ka- 
ra tega, który podpalił, jeżeli będzie wykryty. Rachujemy 
więc i wykazuje się strata 20 000 talarów. Nie przeszka- 
dza to jednak przy następnej rewizji podatku od dochodu, 
pod'll!i.eść mnie o 3 talary miesięcznie. 
OC1zywistą tę złość Niemców na mnie spowodowało, że 
rok przedtem kupiłem był graniczący ze mną majątek Rado- 
wiska, a do kupna tego 'Przyszedłem w ten sposób. Przy- 
jeżdża da mnie sąsiad donoslząc, że Niemiec taI1guje Rado- 
wilSka o i kupi jeżeli nie pr.zeS'ZJkodzę, właściciel zaś, pocz- 
ciwy Palak Rzepnikowski, woli mnie sprzedać nie żądając 
kapitału, tylka procent, bo wyprowadza się do Chełmna dla 
edukacji dzieci. Widząc, że to interes doskanały, bo bór 
znaczny z dlrzewem budulcowym, jezioro rybne, którego nie 
l11am, maczne torfy, łąki, role dobre, wszystkiega razem 
2000 morgów, kupuję za 45000 talarów. W tym majątku by- 
ło 12 niemieckich gospodarzy każdy, po 100. morgów pszen- 
nej ziemi mając. Kupiwszy folwark przychodzi jeden z tych 
Niemców, żebym kupił od niego jega gospodarstwa, które 
w środku maich pól leży zadłużywszy się musi sprzedać. Cóż 
robić? Ambaras o pj.eniądze niemały, ale apetyt, żeby jed- 
nego Niemca więcej zjeść, który się gwałtem a ta prosi, 
przemaga, więc kupuję. 
Zelby uregulować li poznać dokładnie nowo na1byty ma- 
jątek przeprowadzam się z żoną i d':znećmi :z Pułkowa, gdzie 
po spaleniu dworu mieliśmy kwaterę, do' Radowisk. Prze- 
prowadzka była łatwa, bo cały dobytek był umieszczony w 
sporem IPUde
ku ad cygar, które mi szwagier Wysaoki ofia- 
rował. 
Jadę do Grudziądza po meble. Niemcy zaglądają mi w 
oczy, czy taką poniósłszy klęskę, straciłem na fantazji, a 
słysząc, że meble chcę kupić, ofiarują pomoc w handlu, ku- 
PUję więc jakie najlepsze dostać można. Potem kantrakt ro- 
bię z antreprene.rem budowli i na miejsce spalanych okien 
Sosnowych kontraktuję dębowe, niemniej wykończenie wszy- 
stkich robót ciesielskich i stolarskich z jego składu drzewa, 
tak że jeszcze przed zimą spalony dwór pod dach dosta- 


163
>>>
lem. W miejsce miszczO'IlY'ch pieców grudziądzkich, kon- 
traktuję bedińJSIkie, ws'zY'stk,o Niemcom na złość. 
Na zimę przeprowadzam się znowu do oficyny w Piątko- 
wie. Pewnego dnia, o d:riesiątej wieczór wchodzą żandarmi 
do mnie aresztować rządzcę mego Kalisza. Wróciwszy z 
emigracji i był przez kilka lat rządzcą pod Poznaniem, a 
że słyszałem o dobrem jego gospodarstwie, sprowadziłem 
go do siebie. Podług konstytucji nie wolno nikogo w nocy 
ares'mować, protestuję zatem ,przeciw nieprawnemu postępo- 
waniu, oświadczając, że go sam jutro przywiozę do Brodni- 
cy. Żandarmi jednak mówią, że mają rozkaz naiychmiast 
go przywieźć, a Kalisz obawiając się pogorszeni.a swojej 
sprawy przez mój opór prosi mnie, abym ze
olił mu je- 
chać. Nazajutrz jadę za nim do Brodrnicy i wchodząc do 
landrata widzę mego Kalisza do protokołu wziętego. Py- 
tam się, kto kazał aresztować i za co. Szczesny, nie będąc 
jeszcze landratem, ale starając się o nominację przez gor- 
liwość w prześladowaniu Polaków, odpowiada, że nacz,elny 
prezes poznański przysłał wprost rozkaz do niego, aby Ka- 
lisza per transport piechotą odstawił do Poznania. Ja na to, 
że natychmiast jadę do Kwidzyna użalić się u prezesa rzą- 
du, że wypełnia rozkazy władzy niewłaściwej, bo Prusy 
Za.chodnie nie należą do władz poznańskich, że gwałci kon- 
sytuacją a,resztując w nocy. Pan kandydat na landrata od- 
powiada: "Największą mi pan przysługę 7Jrobisz, oskarżając 
mnłe w Kwidzynie za ostre postępowanie z Polakami, mo- 
żesz pan i to powiedzieć, com panu niedawno mówił, że ra- 
zem tu być nie możemy, Polacy Niemcom muszą placu ustą- 
pić". Oczywisiem było, że mając polskie nazwisko, chciał 
w oczach rządu jako zasługujący na za.ufande uchodzić. Nie 
było więc oz nim CiQ robić, wymogłem tylko tyle, przystawiw- 
szy świadectwo lekarsikie dla Kalisza, że 'będąc jeszcze ku- 
1awym w skutku wY'skoczenia z palącego się dworu, obiecał 
mi furmanką go odesłać. Pomimo gwałtownego mrozu i osła- 
bionego zdrowia, jadę 'Prosto do osiem mil odległego Kwi- 
dzyna. Pytam się prezesa rządu l0, jakie prawo ma naczelny 
prezes poznański 11 do komenderowania w naszej prowincji, 
która ma swego naczelnego prezesa i żądam od niego, aby 
w interesie swojej ,powagi wstrzymał odesłanie Kalisza, któ- 
ry tu po\Vi1nien być słuchanym. Dostaję odpowiedź, że pre- 
zes poznański ma sobie powierzone czuwanie nad emigra- 
,cją w obu prowincjach, a zatem mogę się do niego udać. 
Wróciwszy do domu, muszę kilka dni odpocząć, doznane 
rozdrażnienie za szkodliwie wpłynęło na moje siły. Ale, oba- 


164 


.....
>>>
Wiając się, żeby Kalisza nie wyprawili z Paznania, nim przy- 
będę, jadę koleją. W Poznaniu dowiaduję się ad landrata 
lIindenburga, jeszcze szkolnego kalegi, który w zastępstwie 
dyrektara kryminału miał więźniów pad swają 'Opieką, że 
KalisUl jeszcze nie przystawiona. Ozekam dzień, drugi, Ka- 
lisza nie ma, pewny jestem, że żandarmom się wymknął 
obawiając się wydania do Palsiki 12. '.Drzeciego dopieiro zja- 
wia się w więzieniu wynędzniony, on ca zawsze bardzo 
Czerstwa wyglądał j .powiada, jak się z nim 'Obchadzano. 
Ze tyllw do Torunia jechał furmanką, stamtąd żandarmi 
piechatą ga prowadzili, 'Odebrawszy mu pieniądze, dziennie 
mu 15 graszy na życie dając. Nocawać nie pozwolili w 
ciepłej izbie, tylka ga pad strychem kolibami do zimnej ko- 
mary wpychali. - "Szczęście, że miałem każuch i silne 
zdrowie, inaczej mu'Siatbym przepaść. I tu w Paznaniu we- 
PChnęli mnie da zimnej komory, gdzie nac na gołej podłodze 
przepędziłem, nawet gaTści słomy nie dali," Idę da mego 
przyjaciela, landrata i mówię, jaką ta kwaterę ma Kalisz. - 
"Ta być nie maże ---ł adpawiada - wszystkie więzienia są 
'Ogrzane i łóżka żelazne z materacami i kołdrami w nich." - 
"Tak, dla zbójców i złod-mei macie wszelkie wygody, ale 
nie dla palskich emigrantów, którzy wam nic złega nie zro- 
bili." Kazał ga natychmiast da parządnega więzienia prze- 
prowadzić. 
Paszedłem następnie da naczelnega prezesa, którega za- 
Pytałem, dlaczega kiedy Kalisz kilka lat spakajnie siedział 
na swoim gospadarstwie a milę od Poznania, teraz będąc 
U mnie kilka miesięcy kazał. go aresztować i w tak bar- 
ba'rzyński slposób tralI1S1pOTtawać. Bardzo grzecznie mnie przy- 
jął, ale ciągle rozmawę na ca innega zwracając, tyle tylka 
mnie zapewnił, że nie będzie wydany da Palski, tylka 'Ode- 
słany do gITanicy francuskiej. _ 
Dawiedziawszy się, że jego prawą ręką jest radca Nar- 
denflycht, syn prezesa kwidzyńskiega, a stąd mój :'lJnajo- 
.my,chaciaż wiedziałem że wrogiem jest Polaków, sądzi- 
łe.m ga grzecmaścią ująć i odwałując się na naszą znajo- 
.maść, zapytałem, czyby nie chciał wpłynąć na zwrócenie 
.mi Kalis@, ręcząc za jega spokojne zachowanie. Ten na to 
'Otwarcie mi pawiedział, że koniecznym dą'Żeniem r.ządu jest 
germanizawać obie prawincje, a zatem staramy się a napływ 
Niemców przez budowanie kalei itd., a z drugiej strony 
WYdalamy Palaków, których mażemy wydalać, wiedząc, że 

am są nieprzychylni. Na ta odpowiedziałem: "Zdaje mi się, 
Ze by było politycmiej nie dra2Jnić nas atwartem germani- 


165
>>>
zowaniem, przeciw któremu z całych sił opór stawiać bę- 
dziemy, a mianowicie nie rozumiem tej polityki, żeby dla 
pozbycia się jednostki niemiłej oburzać na dwudziestomi- 
lowej przestrzeni lud połski przez barbarzyńskie obchodze- 
nie z jego IIDdakiem, ale io rozumiem dobrze, że tem porwa- 
niem mego urzędnika chcecie mi panowie dokuczyć". 
Musiałem wracać do domu, nic nie wskórawszy. Kalisza 
posłano do F1rancji. Odtąd byłem przedmiotem prześladowa- 
nia wszystkich władz rządowych. 
Wychodzi rO!2Jporządzenie, że każdy obowiąmny meldo- 
wać przybywającego do niego obcego gościa, inaczej pod- 
pada za pierwsze uchybienie karze talarów pięć, za dru- 
gie - dziesięć, za trzecie - dwadzieścia, za czwarte - 
nastąpi więzienie. Widząc, że to iI'ozporiZądzenie tylko mnie 
się tyczy, przy;kaoroję każdego przybywającego emigranta 
meldować, lubo z Ipowodu spalonego dworu nie można się 
było spodziewać, żeby który przybył. Pomimo to dostaję 
wezwanie. dlaczego emigranta N. będącego u mnie w tym 
a tym dniu nie meldowałem; termin wyznaczony w delega- 
cji sądowej w Golu:biu. W tej deleg1acji był młody referen- 
dariusz, który miał widok awansu na asesora, jeżeli mnie 
dokuczy. Więc po spaleniu dworu zatrudniony !UlI"ządze- 
n1em dła familii mojej nowego mieszkania, spóźniłem się o 
dzień jeden IpO terminie tłuma,czenia w sądzie. Pytam się, 
cóż to za emigrant nie meldowany, pokazuje się, że bawią- 
cy w sąsiedztwie przybył w nocy do palącego się dworu. 
Kandydat na asesora odpowiada mi ua moje przedstawie- 
nie, że to pmecież nie gość, że już jestem osądzonym, bo 
termin minął i muszę 5 talarów kary -za-płacić. Wkrótce 
przychodzi druga denuncjacja. Pilnuję się terminu, ale 
wchod-ząc do izby sądowej, słyszę, że :mlOWU jestem osądzo- 
ny, bo 5 milnut po wyznaczonym ,czasie przybyłem, lubo 
dawn1ej cała godzina ró:łmicy nie irolbiła. Płacę 10 talarów. 
PI'IZy,chodzi trzecia denUJIl!cjacja, że Balesław Chatomski, oże- 
niony z mają synowicą, adoptowany za syna prze'z stryja, 
obywatela Księstwa, trzyletnią wojskowość jako poddany 
pruski odbywszy, ponieważ ul1odzony był w PoLsce, do emi- 
grantów jest policzony i płacę za to, żem go nie meldował, 
20 talarów. Przyszła już kolej lIla czwartą karę, więzienie, 
ale nie wiem czy wstyd za taki p,roceder sądu pruskiegO' - 
sumiennością swoją się szczycącego - 'l1 sędziegO', który 
temczasem asesorem zostawszy, pewnie lIlie potrzebował hań- 
bić się niesprawiedliwemi wyrokami - czy też co innego, 
dość, że do czwartej denuncjacji nie przyszła. 


166
>>>
P.rzy wszystkioh kłopotach, które mi te cią;głe prześlado- 
wania Niemców sprawiały, starałem się nie upaść na du- 
chu, by zwyciężyć te ich niecne zabiegi, a wsparty prze- 
konaniem o ostatecznym 
ycięstwie sprawy Polska., nie 
Upadałem na zdrowiu, ale owszem - coraz czerstwiej wy- 
glądałem. To byłIQ powodem, że wszedłszy pewnego dnia w 
Brodnicy do lokalu, .zwykłego 'Zbiorowiska Niemców, uwa- 
żam, że coś sobie o mnie szepczą. N areszcie odzywa się je- 
den z nich do mnie: "My tu o panu z zadziwieniem mówi- 
my, że im większe masz kłopoty, tern lepiej wyglądasz i do- 
skonałego jesteś humoru". Na to odpowiadam, że to już 
takie jest moje usposobienie; dawniej jak nie doznawałem 
przeciwności, z którymi trzeba było walczyć, nudziłem się, 
a mnie najbardziej nudy zabijają - tera'z zaś, kiedy mnie 
dIQ ciągłej walki wy,zywacie, to mnie orzeźwia i to mi zdro- 
wia i humoru dodaje. WaLczmy więc dalej, a zobaczymy, 
kto z nas ostatczenie zwycięży. 
Kupno Radowisk już nie na żarty zaczęło niecierpliwić 
:moich dawnych serdecznych przyjaciół i tak jeden z nich, 
kiedy się z nim witam w Toruniu, mówi: "Jużeś znowu Ra- 
dowiska kupił - czemuż robisz ceremonią i nas wszystkich 
nie wykUJpisz?" - "To byś wolał, aby Niemiec kupił?" od- 
powiadam. - "No nie, ale widzę, że nas wszystkich za łeb 
chcesz wziąć". Jaka analogia z kupieniem majątku Niem- 
cowi przed nosem, a w:liięciem za łeb dawnych moich przy- 
jaciół rodaków, dalibóg nie rozumiem. 
Ale o takich bagatelnych objawach niechęci moich współ- 
obywateli dla tak szczególnych przyczYIll, o nie tajonem 
ukontentowaniu z więzienia mojego, bo też to bagatela wo- 
bec późniejszych prze,śladowań, pisać tu nie będę, bo waż- 
niejsze są prześladowania Niemców, które się zewsząd na 
:mnie sypać poczęły. 
Nie tylko kupno Radowisk, które Niemiec już targował, 
ale więcej obawa, abym całą kIQlonią zjedynastu gospoda- 
rlZY niemieckich się składającą kupiwszy, już dWlU1a.stego 
nie nabył, zaniepokoiła mocno Niemców. Zjeżdża najprzód z 
rozporządzeniem rządu ów kandydat na la,ndrata, Sznzesny, 
do Radowisk, zgromadza wszystkich jedenastu gospodarzy 
niemiecki,ch i napomina ich, aby nie poszli za przykładem 
sąsiada i mnie nie sprzedawali swoje piękne gospodarstwa. 
Wkrótce potem zjeżdża komisarz ekonomiczny, który ich 
namawia, aby zażądali ode mnie separację paśnika w moim 
lesie. W terminie oświadczam, że ponieważ z poprzednim 
dziedzicem już cała separacja była przeprowarlizona z wy- 


167
>>>
jątkiem paśnika i reces wygatawany, ja tylka na zapłatę 
pieniężną za wartość paśnika przystać magę, ale nie na od- 
stąpienie in natura kawałka lasu lub innego gruntu. W dal- 
szych terminach rozchadzi się kwestia wartości paśni!ka. Ja 
'Ofiaruję tyle, ca w rządawych przyległych barach za sztukę 
bydła się !płaci, ta jest 4 zł palskie, ani żądają trzy talary. 
Znawcy mają kwestią sporną razstrzygnąć. Na termin lo- 
kalny wysyłam kucharza da Radowisk dla podejmawania. 
pana komisarza wraz ze znawcami. Nadjeohawszy sam, już 
widzę wracających z lasu dla dotkliWego ,zimna, mocno zzię- 
bniętych. Częstuję zatem absyntem, którym dwakroć spary- 
mi Ikieliszkami z gustem się raozą. Do obiadu przez pomył- 
kę zamiast czerwonego wina .z Piątkawa przysłano part- 
wein, które także, pomima tęgaści swajej jeszcze na karb 
zimna doznanega w le1sie, doskonale smakuje. Pa 'Obiedzie 
następuje razprawa z panami znawcami podchmielanymi a 
waTtaść paśnika. Ja muszę się wydalić z pakaju, żeby nie 
wpłynąć bytnaścią moją na aszacawanie rbe2Jparcjalne. Przy- 
wałany, dawiaduję się, że paśnik w sasnowym gęstym barze 
na piaszczystym gruncie ataksQwana na 5 talarów ad sztu- 
ki bydła. Zakładam protest ,przeciw taJkiemu ataksawaniu, 
kiedy gaspodarze tylka 3 talary chcieli i, żądając innych 
taksatorów piszę, że cała komisja nie była przy zdrowych 
zmysłach, ba za wiele absyntu i partweinu wypili. 
Wytaczają mi proces a 'Obrazę urzędnika w swoim UI1zę- 
dzie. W terminie dawadzę, że podług pewnega paragrafu 
prawa da kamisji nie nalezy komisarz tylka sami znawcy, 
a zatem 'Obraza komisar:2Ja wcale nie miała miejsca. Sąd wy- 
dał wyrok uwalniający, ale ,ca da zarzutu, że panowie znaw- 
cy byli padchmieleni, jeździ z razkazu rządu lallldrat da 
wszystkich tI1zech i ibierze ich do pratokału, Olzy się przy- 
znają, że za wiele pili, .czy nie. Ci zaprzeczają, waląc się 
przyznać do głupiega ataksawania, ba wyższega, jak Niem- 
cy żądali. 
Następnie zjeżdża kamisarz i każe sypać kopce w lesie, 
odcinając mi przeszła sto margów na paśnik dla Niemców. 
Na maje zapytanie, czy maże mi 'Okazać upaważnienie da 
sypania kapców, ba jeszcze dekretutakiega Illie dostałem, 
adpawiada, że ta czyni na swają odpowiedzialność. Pasy- 
łam zatem rządzcę z tęgimi chłopami, którzy kapce rozrzu- 
cają, a równocześnie skarżę komisarza do rządu a sama- 
władllle postępowanie nieprawne. Na to dastaję dekret bez 
motywów i kamisarz na piękne, pr.zeszła sta morgów la- 
su, z którega drzewo muszę uprzątnąć, mi odcina i kopca- 


168 


.......
>>>
mi odznacza. Tylko chyba w Chinach coś podobnego miej- 
sce by mieć mogło. Apeluję do Berlina żądając skasowania 
takiego wyroku, ale stamtąd odbieram potwierdzenie. NI
 
się rozumieć, że i koszta za ten Tabunek były niemałe. 
Mularską robotę przy restauracji spalanego dworu od- 
dałem świeżo z Niemiec przybyłemu majstrowi, ponieważ 
Wówczas jeszcQ:e roatnych Polaków nie mieliśmy. Czelad- 
nicy jega stołowani we dworze, ciągle gospodyni pytali, pa 
co ja daję restaurawać dwór, kiedy nie tylka dwór znawu 
palić się będzie, ale i inne budynki. Sądziłem, że to bred- 
nie zwyczajne, ale wkrótce pokazała się, że prawdę mówili. 
W jesieni bowiem, pewnego wieczora ledwo się zmierzchło, 
pali się stodoła ogromna, w miejscu przez ową burzę zni- 
szczonej wystawiana, murowana, dachówką pokryta; na- 
pełniona samą Ipszenką, grochem i owsem. Żyto bowiem w 
stertach na polu stało. Z wielką trudnością udało mi się 
przyległe budyniki słomą kryte, owozarnie z jednej, Olbory 
z drugiej uratować i to tylko w ten sposób, że widząc, iż 
ludzie illa tych dachach umies2Jczeni, dla wielkiego gorąca 
zaczynają się cafać, kazałem zmoczone miechy im podać 
i tak każdy jednym zasłoniwszy siebie, drugim mógł dusić 
padające zarzewia. 
Od stróża dawiaduję się, że jakiś włóczęga, Niemiec, 
PI"zez trzy dni rpił w karc2JIIlie i dostawszy rozkaz wyjścia 
ze wsi, lIlie poszedł traktem, lecz pomiędzy budynkami się 
kręcąc, kiedy gOi psem poszczuł, zac'zął uciekać; dogoniony 
tłumaczył się, że zbłądził. Wyprowadzil go na trakt, ale w 
pół godziny potem stóżek słomy wymłóconej maszyną i przy 
stodOIle ustawiany zaczął się palić, od którega i stodoła się 
zajęła. Prawdopodobnie że nikt inny, tylko on podpalił. 
Ludzie polscy z :sąsiednich wsi do ratunku przybyli gło- 
śno mówiąc, że Niemcy mnie palą. Na'zajutrz rano przybie- 
ga ów majster murarski, Niemiec z Golubia i wpadając do 
lIlego pokoju odzywa się: "Już 'znowu takie illieszczęście! Na 
kogóż pan masz podejrzenie?" "Polacy głośno mówią, że 
mnie Niemcy palą." On na to: "Ja to dawno chciałem panu 
Powiedzieć, sprzedaj pan i idź do Ameryki". Odpowiadam: 
"Nie, my tu zostaniemy i wykopcić się nie damy". 
Murarze podczas agnia nie pobiegli ratować, tylko z okien 
się przyglądali. Gospodyni przechodząc wy,rzuca im, że się 
przyglądają, oni na to: "Na cóż ratować, wszak mówiliśmy, 
że Piątkowo co rok palić się będzie". 
Nie spies'zył się prakurator ze sędzią przybyć dla po- 
s'zukania przyczyny ognia, jak to zwykle się dziać powin- 


169
>>>
na. Dopiero 'W kilka miesięcy zaje:iJdżają sankami, narzekając 
na dragri zasY1pa!l1e, .bo okropna zawieja śniegowa w tym 
dniu była. Na zapytanie prakuratora, na koga mam pcdej- 
rzenie, mówię mu, co, mi majster z Golubia przybyły i jego 
czeladnicy g'adali. On na to ka'że mi się śmiać z takiej ga- 
daniny. MóW!ię mu dalej, że się dowiedziałem, że landrat 
grudziądzki Niemców, w jego, powiecie mieszkających, za- 
pewniał, że ja :zamyślam ich kosyrrrierami napadać i żeby się 
mieli na baczności. Nic więc dziwnego" że awi Niemcy pad- 
palaczy na mnie najmują, żądam zatem, aby on z urzędu 
swego paszukanie zrobił. On na to znowu każe mi się 
śmiać. - "Chętnie ibym się śmiał, tylko, 'że ta nie jest wca- 
le śmiesznym dla mnie, że jakiś diabeł maje prace niwe- 
czy - 'chciałbym zatem tego, diabła poznać." 
Pawiadam dalej, że mój stróż Niemca kręcącego, się pa- 
między budynkami, przed agniem, odpędził. Prokura tar ka- 
że przywalać stróża, który pawiada, że ten sam Niemiec przy- 
był a1iedawno tu da karcZJIIlY. Niemiec przywałany odpo- 
wiada na zapytanie, skąd jest: "Z Ukermark" 18, przychadzi 
co rok jako cieśla w te strany na zarobek na lato. - "Ależ 
teraz zima, czem.uś nie wrócił?" - "Może jes!Zcze jaka ro- 
bata się znajdzie." - "Gdzie tera'z ba:\Wsz?" "W Chełm- 
ży." - "Pa coś tu przyszedł?" "Dla zabawy." Głośna się pa- 
nowie ,abydwaj rozśmiali, że w rtakie powietrze trzy mile 
.spacerem przyszedł. I odzywa się prokurator do niega: "Je- 
steś wagabund i będziesz trzy dni jutro siedział za karę 
w Golubiu w kozie". Do nmrie zaś: "ProS'zę go prnez noc ka- 
zać pilnawać, a jutro odesłać do G01ubia". Następnie, kiedy 
go odprawadzano, mówi: "Jak pan uważasz, bo ja ga nie pa- 
dejrzewam a pad palenie". - "Skora pan prokurator ga 
niewinnym uwa'żasz, ta moje przeciwne Manie nie ma zna- 
czenia" i na tym skończyła się indagacja. 
Dla ciągle trwającej zawiei musieli panawie, chociaż wie- 
dzieli, że nie b.ardzo miłemi są gośćmi, mnie prorsić o noc- 
leg. Nazajutrz, ,kiedy mają adjeżdżać, przy.bywa konny pa- 
słaniec z listem ad sąsiada Niemca, z zapytaniem, czy praw- 
da, że w zes'złej nocy wszystkie stogi - a miałem ich dzie- 
sięć z ży.tem, a trzy z koniczyną - zgorzały. Pokazuję list 
prokuratorowi dodając, że przez tę wieś ów wagabund 
wczaraj przechodził i musiał wstępując w karczmie powia- 
dać, że stogi w Piątkawie tej nocy się spalą, warto więc 
dowiedzieć iSię a tern; ale prokurator tłomaczy ,się, że nie ma 
czasu, i odjeżd:hają. 
Wizyta tej komisji śledczej równacześnie z przybyciem 


170
>>>
i are
tawaniem tego łotra, który umyślnie wybrał taki 
Czas 'zawiei, aby bez przes2Jkody spalić stogi, ocaliła przy- 
najmniej jakąś część żniwa, którą jako tako inwentarz mag- 
łem wyżywić. Tego łatra kazałem na razstajne dragi wypra- 
wadzić, pawiedziawszy mu, że jak się jes:wze raz pakaże w 
Piątkawie, każę go powiesić. 
Strata była znowu wielk
, tem bardziej że zbaże nie by- 
ła asekurowane. A że ,pa s2Jkodzie Polak mądry, asekurowa- 
łem na wszystkich folwarkach wszystko wysdko. Prócz te- 
ga, ponieważ wkrÓtce potem zabrana mi megO' rządzcę, ja- 
ka emigranta, chociaż poprzednio spokojnie nawet u Niem..; 
ców bywał w .obowiązkach - wiedząc, że tego 'prześlado- 
wania nie ma końca - posłałem da berlińskiej gazety "Na- 
tionaLze1hmg" 14 następujący i!!l:serat: 
"Trzysta talarów nagrady 1emu, kto mi wskaże tego, któ- 
ry spowodował spalenie moich stadół. Wypadek ten, o tyle 
zasługuje na uwagę, że w przeszłym roku nowo wystawio- 
ny, mUI1owany, kosztowny dom mies2)kalny, równie tajemni- 
czym sposobem, zgorzał, a przez trzydziestaletnie moje go- 
s'Poda,rstwa w lic:lJnych majątkach ni,e d02JIlałem żadnego 
takiego nies.zczęścia. Zastraszającem jest zjawisko, że po 
tem dwukratnym spaleniu wszyscy, Polacy i Niemcy do 
asekuracji się biorą, jakby wzajelmle palenie miało na'stą- 
pić. 
W interesie zatem zagrożonega pdkoju krajowego wyzna- 
czam pawyższą nagrodę z życzeniem wykrycia zbrodniczej 
tajemnicy. 
Nadmienić muszę, że lud polski tu jednogł,ośnie jest te- 
go PTzekanania, że tym sposabem niemiecka kuiJ.tura ma być 
ZaJprawadzona w poLskich prowincja,ch. A że tym razem 
głas ludu jest głosem Bożym, za tym przemawiają wielolicz- 
ne sceny, częścią śmieszne, aby przeszkadzić, żeby wilk nie 
POża'I'ł chłopca, który go z lasu wywałuje, częścią barba- 
rzyńskie, żeby sabie zyskać rasyjskie .ordery". 
Da tega inseratu przyłączyłem następujące pisma: 


"Szanawny Panie Redakiarze, 
Z przesłanega inseratu poznasz Pan stan rzeczy u nas 
istniejący. Jako jedyną broń na .odwrócenie takowego, wi- 
dzę tylka w apelacji da .opinii public2JIlej, a będąc wiela- 
letnim abanentem szanownegO' dziennika Pańskiego, mam 
nadzieję, że zechcesz przyłączony inserat umieścić w naj- 
bliższym numerze. Wiem, że Pan głÓwnie interesa niemiec- 


171 


-
>>>
kie popierasz, ale ponieważ pI1zekonałem się, że interesa swe- 
go narodu krzywdą innego nie !Zwykłeś popierać, przeko- 
nany jestem, że wy;pełnisz tprośbę moją". 
W postscriptum dodałem: "Życzyłbym sobie, aby ten m- 
sera1 był ła,cińskiemi literami wydrukowany". 
Nielbawem wytoczono mi proces z zar:outem 'pobudzenia do 
nienawiści, wzgardy i obrazy urzędników. 
W terminie oświadczam w sądzie brodnickim, że ponie- 
waż insera1 podałem do niemieckiego dziennika, nie mama 
mi zarzucić, abym chciał lud polski przeciw niemieckiemu 
do niernawiści pobudzić, inaczej byłbym go umieś:eił w pol- 
skim dzienniku; celem pubLikacji mojej było oddać sprawę 
prześladowania mojego pod sąd uczciwej częśei nalrodu nie- 
mieckiego, która jest zarazem przyjazną Pola
om. Objaśnić 
zaś muszę, co rozumiałem pod wyrażeniem śmiesznych i bar- 
baI'1Zyńskich s'cen, w czem prokuratoria U'patruje obrazę 
urzędników. Oto do owych śmiesznych scen należy atak hu- 
zarów pruskich na mój torf (który obszernie opisuję), nie 
mniej rozkrawanie cebulek hiacyntowych u pani Rutkow- 
skiej w Jaguszerwicach przez landrata, szukającego w nich 
akcji Mazyniego 11. Do barbar.zyńskich 'zaś, wydanie prze- 
szło trzech tysięcy Polaków, a pomiędzy nimi i po kilkana- 
ście lat tu zasiedziałych, przez landrata toruńskiego, z jed- 
nego swego powiatu, za co, jak wiadomo, oprócz - baga- 
teli - pięciu rubli za głowę, dostał jeszcze order rosyjski. 
Sąd uwalnia mnie od zarzutu wzbudzenia nienawiści, ale 
za obrazę urzędni1ków skazuje na 20 talarów kary. 
Prokurator zakłada apelację do sądu głównego, ja także. 
W apelacji, podług prawa pruskiego, musi sąd nową rzecz 
jako zarzut wprowadzić. Tą nową rzeczą był list mój prze- 
słany przez redakcją dziennika berlińskiego na żądanie do 
sądu. Na fundamencie tego listu wydaje, na wniosek nad- 
prokuratora, sąd kwidzyński wyrok z następnym motywum: 
"Ponieważ oska!I'żony w postscriptum do redakcji żąda, aby 
inserat był po łacinie wydrukowany, wynika stąd oczywi- 
ście, że chciał, aby był przystępnym ludności polskIej. A po- 
nieważ kara pieniężna wobec położenia majątkm",rego obża- 
łowanego nie ma 7Jnac, zenia skazuje go się na dwa miesiące 
więzienia" . 
Na szczęście moje chybiłem z datą terminu i nie stanąłem 
osobiście, jak zamierzałem, inaczej nie byłbym mógł zażą- 
dać rewizji wyroku tak niedorzec2IDie motywowanego w 
Berlinie, bo taka rewizja może tylko nastąpić, kiedy sąd po- 


172 


L 


.......
>>>
pełni błąd formy, a takim błędem było tu, że nie zostałem 
zapytany, czy ta ja ten list da redakcji pisałem. 
Oddawszy sprawę tę adwaka1awi berlińskiemu da wnie- 
sienia w trybunale najwyż,szym, jadę sam da Berlina. Tam 
adwokat nie robi mi nadziei, że wyrok będzie skasawany, 
z tej prastej przyczYJIlY, że trybunał nie lubi znosić wyra- 
ków sądu apelacyjnego, ale radzi, abym sam w sądzie się 
stawił. 
Stawamy zatem obydwa w terminie. Adwokat brani bar- 
dzo zręcznie mają sprawę, wyszydzając wyrok matywowa- 
ny tem, że przez iTI'serat łaciński wydrukowany w niemiec-, 
kiej gazecie chciałem podburzyć lud polski. TrY'bunał 'Ogła- 
sza wyrak: że się ikasuje wyrak sądu apelacyjnega i sprawa 
wraca na pawrót da Kw;idzyna. Na ta 'Oświadczam. "Pra- 
szę Prześwietny Trybunał a 'Odesłanie sprawy gdziekolwiek 
w państwie pruskim z wyjątkiem Kwidzyna, panieważ wy- 
rok tak umatywowany dowodzi, że dla nmie nie ma spra- 
wiedliwości w Kwidzynie. 
Sędziowie adchadzą na ustęp i wróciwszy przewadniczący 
'Ogłasza, że sprawa ma iść da P'Oznania. 
W Paznaniu 'Oddałem sprawę koledze szkalnemu z Taru- 
nia, adwokatawi Gregar, któremu powiadam, idąc z nim na 
termin, że pewnie z deszczu dostałem się pod rynnę, ale 'On 
Ininie zaręcza, że tu sędziawie sądzą bezparcjaJ:nie. I pr
e- 
kanałem się, że miał ,rację, ba skasawana 'Obydwa wyroki 
i kazana zwrócić mi koszta sądawe. 
Prześladowanie jednak na tem się nie skańczyła, ba land- 
rat Szczesny oświadcza, że dostał polecenie wszystkich ma- 
ich ludzi, !z Polski poohodzących, :mi zabrać; przekonałem się 
stąd, że trzeba stanawczy krok zrobić na moją 'Obranę. 
Ogłaszam :zatem, że wszystkie dabra maje sprzedaję h["abie- 
mu Tytusawi Działyńskiemu z Wielkapolski, ba pragnę żyć 
w pokoju. Pawodowała mnie da tega następująca kores- 
pondencja Działyńskiega z Niemcem, przez gazety niemiec- 
kie agłaszona. Zapytany bawiem listownie Działyński przez 
pewnega Niemca, czy mu nie chce jeden majątek sprze- 
dać, 'Odpisuje mu, że nie, 'ba każdega Palaka ma 'Za kpa. 
który Niemcawi majątek sprzedaje, a Niemca, który kupuje 
za lekkomyślnega. List ten 'Ogłaszany przez niemieckie ga- 
zety na dawód nienawiści da Niemców, spowadował Dzia- 
łYńskiega da naJstępnej adpawied'zi, także w niemieckich ga- 
zetach: 
"Ogłaszenie listu mega da Pana X. nastąpiło w celu wy- 
kazania, że jestem nieprzyjacielem naradu niemieckiega, na 


173
>>>
to odpowiadam, że będąc w roku 1830 przez rząd narodo- 
wy z Warszawy wysłany do Francji, musiałem tajemme 
przejeżdżać Iprzez Niemcy 16. W tym przejeździe byłem wszę- 
dzie z największą sympatią przyjmowany, tak że po więk- 
s'zej części wzlbrania:no się 'przyjmować IZaJpłatę za moje po- 
trzeby. Mam sobie zatem za obowiązek oświadczyć pulbl.icz- 
nie, że wysoko cenię na'ród niemiecki dla jego szlachetnych 
cnót, ale z całej duszy !Ilielllawidzę nikczemnych prrzyby- 
szów, któr.zy jako gady jadowite, żywo1me soki odbierają 
drzewu, na które polazły". 
Manewr ten udał się doskonale, bo przyjechawszy do 
Brodnicy obstępują mnie Niemcy, przywołują landrata, że- 
by zgodę zrobił ze mną - ja się zgadzam, bo pragnę żyć w 
spokoju, ale landrat każe dać szampana, za nim inni Niem- 
cy i muszę im przyrzec, że zostanę między nimi, zaręczając 
mi wzajemnie, 'że nie będę więcej prześladowany. Takie 
przyszło polecenie od rządu i w istocie przez kilka lat na- 
stępnych mogłem bez przeszkody oddać się gospodarstwu 
i zapełniać szczerby, jakie poprzednie 'klęski majątkowi mo- 
jemu zadały. 
Jakieś szczególne jednak przeznaczenie moje, żeby ciągle 
staczać walki, zrządziło, że zabezpieczony jakiś czas od 
Niemców, mimowolnie w niepr.zyjemne kolizje wszedłem z 
roda[{ami. Powód do tego dał emigrant przybyły do mnie z 
poleceniami od Jędrzeja Moraczewskiego i Libelta na gu- 
wernera do syna mego. Mówił, 'że się nazywa Staszyc i jest 
potomkiem, owego historycmie, sławnego. Nzwisko to, a 
więcej polecenia, jakie mi okazał, uprzedziły mnie jak naj- 
lepiej o nim i uważałem jako sz'częście, że tak dobry zdarza 
mi się nauczyciel domowy, tym bardziej że sam się przeko- 
nalem, że i wyksztalcenie posiada odpowiednie, i miły i roz- 
sądny zdawał mi się młodzieniec. A że jeszcze w oficynie 
mieszkaliśmy, gdzie nie była osobna stancja dla szkoły, tym 
bardziej że było kiIiku bawiących emigrantów, postanowi- 
łem, że nauka dopiero w nowo restaurowanym dworze - 
co wkrótce miało nastąpić - się rozpocznie. Temczasem to- 
czyły się rozmowy, to o metodzie, jaką pragnę, aby młode- 
go chłopca do nauki za,chęcał, to polityczne, gdzie rozwija- 
łem moje przekonania względem przyszłych nadziei naszych. 
Ze dziś nie powinniśmy marzyć o jakich powstaniach, tyl- 
ko starać się podnosić byt materialny, moralny i ducho- 
wy wszystkich warstw narodu i czekać cierpliwie chwili, 
gdzie się odegra wielki dramat oswobodzenia wszystkich 
narodów, który rozpocznie się z upadkiem Napoleona, co 


174
>>>
p!l'eludium do tego dramatu w roku 1848 zbrodniczem wdar- 
ciem się na tron francuski chwilowo przerwał. Cieszyłem 
się, że te moje przekonania Staszyc najkompletniej podzie- 
lał i wymownemi argumentami potwierdzał. 
Prócz tego opowiadał, że w wojnie węgierskiej był adiu- 
tantem jenerała Dembińskiega, .opisywał wymownie rozmaite 
wypadki tej wojny j jaki w nich miał udział, nareszcie za- 
jechał tak daleko, że z rozkazu Dembińs
ieg.o poszedł areszto- 
Wać Gorgeya, 'ale ten mu się w oczy roześmiał, wskazując 
na swoich honwedów. Słuchaliśmy wszyscy z pr!Zekonaniem, 
Że ta wszystko, co opowiada, świętą jest prawdą. 
Wypadło mi za interesami wyjechać na kilka dni z do- 
mu, wróciwszy mówi mi 'żona, że nasz Staszyc w niebytno- 
ści mojej zupełnie inne rozmowy prowadzi z panną Sudor.- 
ską, nauczycielką do .córek moich z Krakowa przybyłą, że 
pragnie od niej wymienienia nazwisk patriotów krakow- 
skich, z któremi by mógł wejść w stosunki, co do przy- 
sZłega, a bliskiego powstania, a kiedy mu ta Ulrzuca, że 
zupełnie przeciwne przekonania objawia w mojej przytom- 
ności - odpowiada: "Nasz gospodarz chciałby, żeby Polska 
jak pieczone gołąbki wpadła do gąbki, ale tak nie idzie, my 
sami ją wywalczyć musimy". 
POdej,rzenie, które przez te sprzeczności, co do charak- 
teru swego we mnie wzbudził, spowodowało mnie, lubo 
się tymczasem do nowego dworu przeprowadziliśmy, nie roz- 
począć nauki, tym bardziej że emigranci bawiący, bardzo 
zacni ludzie, nie ,chcieli z nim w jednej stancji mieszkać, 
bo, jak twieI1dzili, nieznośnym jest kłamcą. Uderzyło mnie 
i to, że raz, wszedłszy niespodzianie do jego !pokoju, bez 
okularów czytał, bez których nigdy się nie qbywał. Po- 
nieważ bardzo wiele korespondował, jadąc da Golubia py- 
tam się woźnicy, czy nie ma listów na pocztę. Odpowiada, 
że 'pan Staszyc mu dwa dał. Odbieram je i czytam adresa, 
jeden do Wielmamego Niskiego, radzcy w komisji spraw 
wewnętrzny,ch w Warszawie 17, drugi do jakiejś panny w 
Poznaniu. Ponieważ zawsze gadał, że jest wielce prześlado- 
Wany przez sąd rosyjski, taka korespondencja z panem radz- 
cą bardzo mi się podej
zaną zdawała. W Golubiu 'Zastaję 
S
wagra mego, Wysockiego, z emigrantem, pokazuję im te 
hsty, ten .ostatni .otwiera mówiąc: "Trzeba się przekonać, 
Co pisze, może to o naszą skórę idzie". Pierwszy do pana 
Niskiego brzmiał dosłownie tak: 
. "Wielmażny Maści Dobrodzieju! Donoszę Panu Dobrodzie- 
JOWi, że materiały palne tu są pod dostatkiem, .szczegółów 


175
>>>
,- 


li 


jednak dziś donieść nie mogę, ale mam nadzieję, że wkrótce 
zadawalniające wyjaśnienia będę w stal1lie przesłać. Za 
przesłane mi pieniądze pokornie dziękuję". 
Ten list był datowany z Gdańska. 
Drugi list był do kolegów \Swoich, po rusku pisany, o ile 
zrozumieć można było, niedoczeczne głupstwa zawierał. 
Czytając te listy, zgodziliśmy się wszyscy trzej, że to 
szpieg moskiewski, i że trzeba jak najprędzej pozbyć się 
tak niebezpiecznego gościa. Wróciwszy więc do domu idę 
prosto do niego, oświadczając mu, że dłużej tu zostać nie 
może, i że już dla niego bryczka zaszła. Py'ta mnie, co mu 
zarzucam. - "Przede wszystkim, że jesteś bezczelnym kłam- 
cą, któremu syna mego w naukę oddać nie myślę." - "Có-. 
żem skłamał?" "Pomiędzy innymi i to, żeś Gorgeya aresz- 
tował." - ".Jak to pan mi dowiedziesz?" "Bardzo łatwo, 
bo zapytam się jenerała Dembińskiego, bawiącego obecnie w 
Paryżu, czy pmwida." Zmieszało go to i zamilkł. Prócz te- 
go dodaję: "Mam ciebie za człowieka, z którym pod jed- 
nym dachem dłużej mieszkać nie myślę, więc się wynoś" 
i odchodzę do drugiego pokoju, skąd słyszę, że wchodzi do 
emigrantów, obok mieszkających, skarżyć im się, że go wy- 
pędzam z domu. Wtem zjawtia się bawiący w sąsiednim Puł- 
kowie emigrant, który wszedłszy do kolegów swoich i sły- 
. sząc, narzekającego na mnie, Staszyca, mówi do niego: "Pan 
Suler,zyski i my )Vszyscy mamy ciebie za szpiega, więc albo 
Eię oczyść z zarzutu, albo na gałąź z tobą". 
Słysząc to, pewny jestem jakiej gwałtownej sceny z jego 
strony, ale ponieważ jakoś cicho, wchodzę i widzę Staszy- 
ca w pugila
esie swoim 'czegoś szukającego, który do mnie 
się odzywa: "Ponieważ pan sądzisz, że jestem szpiegiem, 
więc mogę panu prócz świadectw Libelta i Moraczewskiego 
jeszcze więcej pokazać, na dowód, że n!im nie jestem". Na 
to odpowiadam: "Nie upoważniłem pana D., żeby .ci powie- 
dział, że mam ciebie za podejrzanego człowieka, ale kiedy 
ci to wręcz wyjawił, sądziłem, że zamiast gmerać w pugila- 
resie, jako rycerz z wojny węgierskiej, mnie i nas wszy- 
stkich na pojedynek wyzwiesz. TwoIich świadectw czytać 
nie będę i wynoś się natychmiast". Zreflektował się tym mo- 
im powiedzeniem i rzekł: "Tak, obelga ta, tylko krwią może 
być zmazana". Wyjechał i nuż jeździć wkoło i skarżyć się 
na mnie, że jego, przez Libelta i Morarczew,skiego polecone- 
go, szpiegiem moskiewskim nazwać się ośmieliłem. BUlrza 
przeciw mnie zewsząd zaczęła się zrywać, musiałem do- 
świadczać wyrzutów o brak patriotyzmu nawet od najlep- 


176 


...
>>>
szych moich przyjaciół, cóż dopiero od tych, co chętnie 
chwytali pozory, żeby mi zaszkodzić w opinii publicznej. 
A ponieważ nie ograniczył się na Prusach Zachodnich ze 
swoimi skargami, tylko i Księstwa sięgnął, odebrałem od 
znanej patriotki, a siostry mojego przyjaciela, list z naj- 
ostrzejszymi wyrzutami, do jakich tylko Księstwo Poznań- 
skie, w przekonaniu swojej wyższości nad Prusami Zachod- 
nimi, się wówczas poczuwało mieć prawo. Byłem zmuszony 
odpowiedzieć, że od nikogo nie przyjmuję przepisów, jak się 
obchodzić z emigracją, ;bo ta najlepsze sama mi da świa- 
dectwa, kto skuteczniej od dwudziestu przeszło lat się nią 
Opie:kuje. 
Emigracja polska, bawiąca wówczas licmie w Lidzbarku 18 
i okolicy przyslala mi orędzie żądające, abym się pojedyn- 
kował ze Staszycem. Odpowiedziałem, że będąc przeciwni- 
kiem pojedynków między Polakami, których życie tylko dla 
ojczyzny powinno być poświęconym, także dotąd nie było 
przypadku, aby w Prusach Zachodnich jaki pojedynek miał 
Iniejsce, nie mogę złego dać przykładu, nawet z uczciwym 
przeciwnikiem, a tym mniej z takim jak Staszyc. Wkrótce 
POrtem udchły te protek'cje, jak się dowiedziano, że pan 
Niski do Petersburga się przeni6sł, a bardziej jeszcze, jak 
Staszyc sprowadzli.ł z Poznania swego korespondenta, z któ- 
rej spółki się przekonano, że obydwaj są infamisy, i że 
Staszy'c było przybrane nazw.isko. 
Nie będąc, jak to wyżej wyraziłem, pr1ześladowany przez 
Niemców, nie przeszkadzały te a,wantury z rodakami, któ- 
re uważałem jako dopuszczenie Boże, żeby się przez ciągłe 
wa1ki hartować, oddać się gorliwie gospodarstwu i napra- 
wić interesa majątkowe, przez poprzednie klęski nadwerężo- 
ne. Nabycie Radowisk głównie mi do tego było pomocnym, 
ho przez sprzedaż kilkustet morgów lasu, przy wysokości cen 
drzewa, pospłacałem długi zrobione, a nowiny po sprzątnie- 
niu drzewa, piękny plon oddawały. 
W owym czasie, wzywa mnie sąsiad jechać do Chełmna, 
gdzie jezuici misje odbywać będą. Uprzedzony jeszcze ze 
s
kół, przeciw tym uCZ111iom Lojolli, nie pojechałem. Dowia- 
duję się później, że to są misjonarze z,e Szremu ID w Księ- 
S
Wie Poznańskim, którzy żarliwe kazania, osobliwie prze- 
CiW pijaństwu, miewają i przysięgą, po kilkodniowych nau- 
kach, lud od obrzydliwego duszy i ciału s
odliwego nałogu 
odciągają. Prócz tego słyszę, że w Chełmnie do młodzieży 
Polskiej, w tamtejszym gimnazjum będą'cej, z porywają'cą 
Wymową się odzywali, aby się stlllrała być godną przod- 


'i 


12 - Pamiętniki... 


177
>>>
k6w słynnych w historii i ich naśladowała w poświęce- 
niu dla ojczyzny. 
"TakiIch jezuitów mi daj,cie" - mówię. "Gdzie dalsze mi- 
sje odbywać się będą?" "W Radzynie!" 20 Więc jadę tam 
i przekonywam się, jaki zbawienny skutek na lud wywie- 
rają. Trzech księży 'cały dzjeń zmieniają się z kazaniami z 
ambony na cmentarzu urządzonej, bo kościół - lubo obszer- 
ny - masy łudzi pomieścić nie może. Zacni ci misjonarze: 
Praszałowo'cz, Baczyński i Kamiński cudów wymową swoją 
dokazali, bo objeżdżając dokoła całe Prusy Zachodnie wy- 
tępli ze szczętem obrzydliwe pijaństwo. Pytam się Zydka 
w szynku w Radzynie, czy dobre interesa robi przy takim 
natłoku ludu? "Ani kieliszka wódki nie sprzedałem" - od- 
powiada. Następna misja była w Brodll1icy, gdzie okoliczny 
lud polski, bardzo pijaństwu oddany, w wielkiej się znaj- 
dował biedzie. 
Jadę więc do Brodnicy przekonać się, czy się tym zac- 
nym kapłanom uda naprawić pijaków. Pytam się naprzód 
Niemców, jak im się podobają nasi kaznodzieje. Odpowia- 
dają: "To wcale co innego jak nasz predjer 21 - to duszę 
na wskroś porusza". Idę na cmentarz przy kościele, gdzie 
się misja odbywa. Trafiam właśnie na zakończenie składa- 
niem przysięgi. Kaznodzieja wzywa słuchaczy do podnie- 
sienia dwóch palcy na znak uroczystej przysięgi. Gdzienie- 
gdzie tylko widzę podniesioną rękę. Ksiądz się odzywa grom- 
kim głosem: "Tylko kilku widzę przysięgających, drudzy 
nie chcą!" - "Chcema, chcema!" - tysiące głosów żało- 
snych się odzywają i tysiące rąk podnoszą się w górę. 
Następna misja była w Golubiu. Była to niedziela, poje- 
chałem - tysiące ludu świątecznie ubranego, widzę - 
otacza kaznodzieję, ale na uboczu spostrzegam kobiety su- 
szą,ce na słońcu suknie pod samą szyję zma,czane. Pytam 
się, co to znaczy? "Myśmy przez Drwęcę przebrnęli, bo nas 
kozacy przez most puścić nie chcieli." Spieszę więc nad rze- 
kę, gdzie mi się rozczulający przedstawia widok. Na prze- 
ciwległej stromej nadbrzeżnej górze widzę masy kobiet spo- 
sobiących się do przebycia wpław głęboką i bystrą rzekę. 
Kilku objeszczyk6w 22 częścią na konia,ch, częścią pieszo, pa- 
trolują na tamtym brzegu, żeby wiZbraniać przejście. Z prus- 
kiej strony dziarskie parobki z długimi tykami pilnują, jak 
śmiałe dziewuchy ,rzucają się do wody, a kiedy we środ- 
ku głębia i prąd wody zagraża je porwać, podają im owe 
t
ki i przyciągają na )brzeg, wyszydzając zgłupiałych obje- 
szczyków, którzy przeszkodzić temu nie mogą. Pokazują się 


178
>>>
i urzędnicy celni nad brzegiem, ale zdawało mi się, że ta 
Odwaga pobożnego ludu i ich serca poruszać musiała, bo 
nie słyszałem, aby patrolują'cych żołnierzy do większej gor- 
liwości w przeszkodzeniu przeprawom zachęcali. Kilka go- 
dzin zabawiłem nad rzeką, bo nie mogłem s.ię oderwać od 
przyglądania się tej scenie w ciągłej obawie o nieszczę- 
śliwy wypadek, a myśl do nieba płynęła: azali to długo je- 
sZcze Bóg cierpieć będzie, żeby nam wolno nie było, na na- 
Szej ziemi, swobodnie modły do Niego zanosić. 
KHkaset ludzi tym sposobem z okolicznych polskich wsi 
przybyło do Golubia i zachodziło pytanie, czy tą samą dro- 
gą nad wieczorem, bo tak długo zwykle trwały pobożne prace 
tnisjonarzy, to odbywając procesję, to słuchając spowiedzi, 
to wraz z ludem nabożne pieśni wyśpiewując - powracać 
będą, ale ze strony władz sąsiedniego Dobrzynia 21 uznano, 
Że lepiej będzie unikać awantury, i otworzono na oścież 
bramę graniczną. 
Odprawiały się te zbawienne misje dalej po całej prowin- 
cji i zasłużyły sobie na to, że stanowią nową erę w jej hi- 
storii. Lud bowiem wyrzekłszy się gorzałki i wszelkich trun- 
ków upajających, zaczął przychodzić do lepszego bytu, go- 
sPodarstwa wiejskie się podnosiły, mieszczaństwo nabrało 
zamiłowania do pra,cy i porządku i tym ,gposobem dwie 
klasy, dotąd martwe w narodzie, same poznały potrzebę 
Oświaty ,i ułatwiły obywatelom drogi do tej oświaty, przyj- 
mując i nabywając chętnie książki przystępne dla pojęcia 
lUdu, do których dawniej wstręt miały. 
Nie dziwić się, że tu w Galicji, wydawnictwem książek 
lUdowych trudnią'cy się ludzie dobrej woli, tak ciężko na- 
rzekają na zawody i straty. Starajcie się, na miłość Boską, 
uSunąć pijaństwo, obejdźcie się bez intrat z propinacyj, a 
przez to przygotujecie Tolę do zasiewu i plon będziecie mie- 
li obfity. Na cóż się przyda staxać gospodarzowi o piękne 
ziarno pszeniczne, kiedy ziemi.a chwastem zarosła. Wytępcie 
",:"przód owe chwasty, przysposóbcie rolę, a wtenczas !rZucaj- 
CIe śmiało piękne i zdrowe ziarno na nią, bo możecie być 
pe
ni spodziewanych korzyści. 
Zeby wytępić pijaństwo, na lud nasz pobożny tylko du- 
c
'Owieństwo takie, jak owi misjonarze szremscy, skutecz- 
nIe wpłynąć może, ale nie takie, które ciemnotę korzyst- 
niejszą dla siebie znajdując, ll'ienawiść do klasy inteligentnej 
z ambon rozsiewają, jak to sam, tu w Krakowie, słyszałem, 
nazywają'c dziennikarstwo, opinią publiczną i duch czasu 
trójcą przeklętą, która wiedzie do piekła. Nie jestem wre- 


179
>>>
szcie za skasowaniem karczem, ale niech gOil'Załkę zastąpi 
piwo, miód i jabłecznik, zdrowe i orzeźwiające napoje, które 
rozpowszechnić przy dobrych chęciach tak łatwo. 
W P,rusach Zachodnich lud w niczem się nie różnił od 
galicyjskiego przed rokiem 1846. Rząd pruski obawiając 
się, bo na złodzieju czapka gore, sycylijskich nieszporów, 
starał się wszelkiemi sposobami ująć dla siebie najni:ższe 
warstwy na!l'od'll. Przy uwłaszczaniu komisarze mieli po- 
lecone zawsze na koil'ZYŚć chłopów działać, w sądach zawsze 
chłop sprawę z polskim panem wygrywał. Prócz tego, żan- 
darmi i egzekutorzy po ka!l'czmach dowodzili, że panawie 
paddaństwa chcą przywrócić, co łatwa znajdowało wiarę. 
Ale te, wychwalane przez lud, rządy pruskie wkrótce w 
gorycz się obróciły. Bo chłopi, zostawszy właścicielami grun- 
t6w, musieli i ciężary na swoje barki wziąć. Trzydzieści 
kilka podatków płacić rocmie nie bardzo im się podo- 
bało, zwłaszcza że często egzekucje ich dręczyły. Więcej jak 
podatki ssały chłopów regulowania hipotek bardzo kosztow- 
ne. Na szkoły płacić musieli, gdzie po niemiecku dzieci u- 
czono, a nasz lud, chociaż już blisko sto lat na Niemców 
go chcą przerabić, ani słowa w szkole się nie nauczył, chy- 
ba trochę w służbie wojskowej, gdzie niewiele więcej jak: 
Zu betel, Herr Leitmant 24, skorzystał. Niechętnie zatem 
posyłali dzieci do szkoły, a szkólnik 
G, będąc obowiązany po
 
dawać miesięcznie spis nie przybyłych, kary płacić mu- 
sieli. Nie podobała się to chłopom tak da,lece, że dwie 
szkały w 'Okolicy Brodnicy, w nocy drzwi i okna gwoździa- 
mi zabiwszy, spalili tak, że żywa dusza nie wyszła. P'rze- 
straszyła to niemała mieszkańców niemieckich Brodnicy, jak 
ujrzeli kilkanaście trumien, razem na cmentarz ewangelicki, 
przywiezionych. 
W sądach także lud polski się przekonał, kiedy sprawa 
była z Niemcem, że ostatni, choć niesłusznie, wygrać mu- 
siał. I tak sam byłem świadkiem następnej sprawy w są- 
dzie golubskim. Sąsiad mój, Niemiec, skarży ośmiu pa,rob- 
ków :polskich, że bez pozwolenia jego poszli na jarmark 
do Golubia i nie przY;byli do roboty. Parobcy odpowiadają 
na to, że oni nie służą panu, tylko gospodarzom, z który- 
mi w kontrakcie zawarowali sobie, że raz w .rok na jarmark 
golubski wolna im iść. Zdawałoby się, że największa słu- 
szność po ich stronie była, ale sędzia się odzywa: "Ach was! 
Wy dobrze wiecie, że na to służycie u gospodarzy, żeby na 
rabotę pańską chodzić, więc za karę każdy trzy dni w kozie 
posiedzi". ParskiIląłem głośnym śmiechem i odzywam się do 


180
>>>
sąsiada: "Zdaje mi się, że pan nietęgi zrobiłeś interes, bo 
Za jeden dzień zmudy. teraz masz z dzisiejszym terminem 
cztery". 
Nie bardzo się też ludowi naszemu pod
ało, kiedy Nie- 
:miec, kupiwszy majątek postarał się o to, żeby mu nadać 
niemiecką nazwę, której polski język nie jest w stanie 
Wymówić, dlatego też przy dawnej pozostał. Bo jakże polski 
chłop potrafi wymówić Schonsee. na co nasze stare Kowa- 
lewo przechrzcili. albo inną wieś na Wilhelmshohe, kiedy 
nie posiada tej właściwości niemieckiej, którą oni gemiith- 
lich nazywają. 
Lud nasz, połskość od wiary katolickiej odłą'czyć ;nie po- 
trafi i tak podczas mego siedzenia w więzieniu, kiedy się 
zabrał wypęd2ać Niemców z jarmarku w Kowalewie _ 
a Niemcy na bryczki i uciekać - zastąpili im od bram 
i tam zatrzymując konie, pytali: "Katolik czy Niemiec?" 
"Ratolisz!" - woła Niemiec, zasłoniwszy głowę ikołnie- 
rzem od płaszcza, ale kijami na grzbiecie dowodzą chło- 
pi, że nie wierzą. 
Chłop polski, gorliwy katolik, a osobliwie post skrupu- 
łatnie :zachowujący, tak że nawet nie pozwalał .lm'asić jadło 
:mlekiem, tylko olejem, był przekonany, że pan jego, Nie- 
:miec, w piekle iSmażyć się będzie za to, że mięso zjada. Sie- 
dząc ośm miesięcy z księdzem Tułodzieckim w Grudziądzu, 
:mieliśmy czas różne rzeczy sobie opowiadać i tak, na po- 
tWierdzenie powyższego, przytoczył mi rozmowę z chłopem 
z jego parafii, jak był proboszczem w Prusach Zachodnich. 
Powiada więc chlop, że pan jego, Niemiec, widząc, że mu 
żona w pole przyniosła postne jedzenie, mówi mu: "Jakiś 
ty głupi, że pościsz, ja mięso jem a lepiej mi się od ciebie 
Powodzi". "Ale ja mu, proszę jegomości na to odpowiedział: 
Prawda, tu to się panu lepiej powodzi, ale na tamtym 
śWiecie, kto wie komu!" 
Wracając się do wpływu misjonarzy na moralność ludu 

olskiego muszę nadmienić, że Niemcy zaczęli się niepokoić 
l chęcią przeszkodzeni!a temu wpływowi wiedzeni :najfał- 
szywszych chwyrcili się środków. Kiedy więc ksiądz Baczyń- 
ski w Chełmży 'Swoimi kazaniami lud z dale'kich stron ścią- 
gał, przyszedł rozkaz z Torunia do 'burmistrza, aby się sta- 
rał przeszkodzić dalszym religijnym agitacjom. Burmistrz 
zrOZumiał to tak, że trzeba księdza aresztować i zawieźć 
do Torunia. Porywają go więc z takim pośpiechem, że na- 
Wet bez kapelusza ;sadzają do bryki, kładąc mu jakąś prus- 
ką czapkę na głowę i pod eskortą żandarmów wywożą. Ale 


181
>>>
w drodze, widząc lud na kaniach i !pieszo goniący za niemi, 
namyślają się i zamiast do Torunia, za'ważą da Nawry, 
gdzie gO' puszczają na wolnaść. Takie pastępawanie rozgłos 
daleki znalazłszy, przekonało lud palski do wiary swojej 
gO'rąco przywiązany, kto jego jest nieprzyjacielem i tym 
sposobem wszystkie warstwy narodu uznały potrzebę łącze- 
nia się w jeden abóz ku wspólnej abronie. 
Nie. tylkO' lud polski napędzał (rząd i wspierający gO' na- 
pływ niemiecki da abozu naradowegO' takim postępawaniem, 
ale i wielu abywateli palskich, osobliwie na Ziemi Malbar- 
skiej 16, dotąd Zl1Iiemczonych, bo i korespandencje międ
y 
sO'bą w niemieckim języku prowadzili i rozmawiali z wiel- 
kiem gustem, przekanawszy się, że dla palskich nazwisk ad 
wszelk.j,ch urzędów O'dsuwani bywają, głO'śno oświadczyli, 

e gO'rliwymi zostaną popieraczami naradawych usiławań 
i szczerze dotrzymali sława. 
Tawarzystwa Naukowej Pomocy, przez wiekapomnej pa- 
mięci daktora .Marcinkawskiego w Księstwie w życie wpro- 
wadzane i u nas zawiązane zastała 27, i błagie wydało owa- 
ce. Przedtem nie mieliśmy ani jednegO' lekarza Palaka, 1;0' 
TawarzystwO' sprawiła, że w kaidym prawie miasteczku jest 
PO'lak-lekarz, da którego się większe ma zaufanie. KHka 
razy do Il'aku odbywają się zgramadzenia tegO' 'I1owarzy- 
stwa i agłaszają sprawozdania. Wyszedłszy z więzienia, pra- 
gnąc być w gronie dawnych przyjaciół, pojechałem da 
Chełmna w dniu naznaczonym da waLnegO' zebrania prze- 
konany, że serdecznie będę witanym, ale zadziwiła mnie 
maClIlO' słysząc ad dawnegO' przyjaciela megO' te sło- 
wa: "Dabrze żeś przyjechał, abyś się upomniał, ja- 
kim prawem na ostatnim zebraniu zarzut tO'bie zra- 
biana, że jesteś przeciwnym temu stawarzys!Zeniu i dlate- 
go składki aporem idą - mażesz wprast powiedzieć, że ja 
ci ta mówiłem, bO' oni nas abydwóch tu nie lubią". Przy- 
by,ws!Zy więc na ta !Zebranie, adebrawszy od prezydującegO' 
głas w osobistej sprawie, pawia dam cO' od pana R. 26 sły- 
szałem, a że zarzut niesłuszny, najlepszy na ta dawód, że 
do najwięcej składkujących należę i regulamie płacę. Tłu- 
maczono się, że pan R. źle zrozumiał itd., ale niestety 
przekanałem się, że większaść abywateli Ziemi Chełmińskiej, 
dawniej tak dla mnie przychylnych, nie wiem z jakiego pa- 
wod1,l, na fO'rmalnych nieprzyjadół maich się zamieniła. 
Prócz tegO', zaniepakajeni tym, że poparcie mam przez tak 
znacznegO' abywatela, za jakiegO' pan majar R. uchadził, 
nie szczędzano zabiegów, 
eby go dO' swegO' abazu przecią- 


182 


-.
>>>
gnąć i udało im się doskonale, bo odtąd stałego w nim mia- 
łem przeciwnika. 
Przyczyna tej nagłej zmiany z przyjaźni do formalnej nie- 
nawiści była ta, że mianowany przez Komitet Poznański 
organiza1orem Prrus Zachodnich, wystawiwszy zamek z czte- 
rema basztami, byH pewni, 2e !Za IpomOCą emigracji u mnie 
lioZl!lie bawiącej - ogłoszę się jakim Cromwellem, albo Ro- 
bespierre'em. Na dow6d tego służył list, kt6ry pisałem w 
interesie do sąsiada w czasie, kiedy czytaliśmy w gazetach, 
że Napoleon z pałacu EHsee przeprowadził się do Tuljer- 
jów, więc przychodzi mi koncept dodać przy końcu listu: 
"Donoszę ci też, że się przeprowadziliśmy z Elis
 do Tulje- 
rj6w". Sąsiad czem prędzej z tym listem jedzie do szwagra 
Swego ;pokazać mu, że sam się przyznaję do zamachu stanu, o 
który mnie posądzono; ten jedzie do wszystkich kuzynów 
swoich na Ziemi Chełmińskiej i czarne na białym po_ 
kazuje, co im grozi. Czy nie słuszna złość do mnie? 
Ale byłbym niesprawiedliwym, żebym sądził, że wszy- 
stkich przekonał, dowiedziałem się z niemałą pociechą, że 
mam jeszcze zacnych przyjaciół, kdedy bowiem wzięto mnie 
do więzienia, zjechano się do ówczesnego patriaTchy, po 
śmierci Jakuba Wilkxyckiego, do Karola Ka.łksteina w Plu- 
skowęsach i tam niebawem w salonie znaleźli się ta,cy, co 
mi głośne zarzuty robili, iŻe słusznie siedzę w kozie, bo ta- 
ki zbytek patriotyzmu jest nierozsądny i szkodliwy. Ale 
niepiI'zyjemnie stronnicy umiarkowanego patriotyzmu zo- 
stali do porządku powołani przez zacną Polkę, panią do- 
mu, która zawsze łagodna i uprzejma z oburzeniem pow- 
stała przec.iw takim a:rgumeniom, otwarcie wJ'lPowiadając, że 
nie pojmuje zbytecznego patriotyzmu. Musieli goście na u- 
stroniu, z dala od szanownego go
daTlStwa, rozwijać dalej 
SWoje, urojone do mnie niechęci. 
Zbyteczny patriotyzm?! Jakże nazwać poświęcenia Ko- 
narskiego, Artura Zawiszy i tysiące innych, co życiem 
i mękami przypłacili swą miłość ojczyzny, kiedy swoją dzia- 
łalność. ograniczającą się na kupowaniu w miarę sił moich 
majątków polskich zagrożonych przez niemieckich przyby- 
szów; na gościnności dla braci uchodzących z ojczyzny przed 
Prześladowaniem Moskwy; na. - i to bodaj już wszystko _ 
nazywano zbytecznym patriotyzmem? 
Ale opuszczam tymczasem te czarne punkia życia moje- 
go - są one tylko wstępem do czarniejszych. 
Wspomniałem, że mul'arze, restaurując dwór spalony, czę- 
IJto powtarzali, że szkoda kosztów na reperację, bo on się 


183
>>>
znowu spali. Wkrótce się pokazało, że nie bez przyczyny 
przepowiadali, bo. wproWadziwszy się, dym w kilku poko- 
jach się pojawi
ł, a przyczyny nie można było dociec. Raz 
nawet, pod podłogą, belka jasnym płomieniem zaczęła się 
palić. Trzeba było kuchnię przenieść do oficyny, żeby ognia 
wcale 
nie byio we dworze. Szczęściem zjawił się budowni- 
czy Galle, wracając z Londynu, który plan dworu wyryso- 
wał. Przez kilka.' d.
 rewidując dociekł, że rury łączące 
kominy, pod belkami były przeprowadzone, czego w planie 
nie było. Oczywistem było, że jakieś duchy piekielne wpły- 
nęły na mularzy, żeby tę zmianę zrobili. T'rzeba było ska- 
sować owe rury i od każdego ogniska wyprowadzić osobne 
kominy nad dach.. , 
Tak zaspokojony z tej strony i mają,c gospodarstwo pod 
dobrą administr
cją, pojechałem z żoną i dziećmi do ką- 
pieli morskiej w Kailbergu 29 przy Elblągu. Zastaliśmy kil- 
ka familii polSkich, li. i obywatele niemieccy Elbląga, licz- 
nie tam zebrani, z wieLką dla nas byli uprzejmością. Upa- 
ły były wielkie, a deszczu nic, ale zakład - chociaż na 
czystym morslcim piasku wystawiony - przez to, że dwa 
razy na dzień, wszystkie ga'oony. kwietnikJ., drzewa za po- 
mocą węża obficie były polewane, cieszyły oko zielono- 
ścią i świeżOścią, i pożytek stąd był niemały, bo gazony, 
co tydzień ścinane, obijjtą paszę dla krów, dobrze płaconą, 
dawały. Ale goście z okolicy przybywający opisywali smu- 
tny stan rzeczy dla gospodarzy -4 że wszystkie łąki, pa- 
śn5.kti. wypalone 
aik, że oIbawa wielka o inwentarz nawet 
wśród lata, cóż dopiero na zimę. Trzeba więc było pomy- 
śleć, jak zaradzić złemu. Ponieważ drogi u mnie po części 
topolami balsamicznemi (Karoliny), niemniej niektóre nie- 
uży,tki, były wysadzone,. a te w piękne drzewa się roz- 
rosły, napisałem do .rządzcy, aby kazał poobcinać gałęzie, że- 
by z nich była pasza dla owiec na zimę, tak samo i z drzew 
olszowych i leszczyny w lesie. Nać kartoflaną powyrzynać 
i pomięszawszy w jecinej trzeciej części ze słomą w są- 
siekach dobrze. udeptać, żeby się ta mieszanka zagrzała. 
Później sieczkę z niej krowy z wielką chciwością spożywa- 
ły. Zalecam młodym dziedzicom sadzenie tego gatunku to- 
poli, który bardzo sz
ko w wielkie drzewa się rozrasta, 
a którego liście owce ba'l'dzo lubią, a umieszczam ten ustęp 
dla młodych gospoda'l'zy, którzy zapewne takie moje uwagi 
wolą; jak niepocieszne wzmianki o czarnych punktach mo- 
ich. 
Zjawił się w Kalbergufrancuski jezuita, profesor z Metz, 


184 


-.
>>>
który .tam przywiózł ucznia, młodego Polaka, da matki. 
Wiedząc, że .ojciec odebrawszy go z Poznania, gdzie mu ra- 
dy prafesarowie dać nie mogli,. da jezuiokiego zakładu od- 
dał, zawarłem znajamość z jezuitą, żeby się dawiedzieć, 
czy im się udało młodego awanturnika w karbach utrzy- 
l11ać. Odpawiada mi, że zupełnie z niega są kontenci, bo 
Wszystka zależy na tem, jak się chłapca pfowadzi. Sta'ra
 
l11y się, aby nas uczniowie pokochali i tym systemem naj- 
garsze usposabienia, czy z urodzenia, czy z wychowania 
Złega nabyte, potrafimy naprawić. P!'zyprawadził raz nam 
.ojciec syna, przyznając się, paniewa'ż zawsze żądamy, aby 
nam .otwarcie pawiedziana, jakie złe skłonnaści chłapcy ma- 
ją, żebyśmy na nie od razu zwrócić mogli uwagę i je 
wykarzenić, że najg.orsze w śwliecie ma skłonności, bo krad- 
nie. Uspokoiliśmy .ojca, że na ta mamy sposób niezawad- 
ny i zrabiliśmy go kasjerem jego klasy, oddając pod jeg.o 
Zarząd drobne składki pieniężne, ktbie na wspólne zaba- 
wy uczniawie .oddają. Bo on kradnie przez chciwość na pie- 
niądze, których nie ma, dać mu je, żeby składał tak ścisły 
z nich rachunek, aż mu zbrzydną. I udała nam się dasko- 
nale. 
Opowiadał dalej, że starają się dogadzać rodzicom, roz- 
wożąc uczniów na wakacje - jeżeli żądają do samega d.o- 
mu - pad dozarem prafesara, przez co .oszczędzają i fatygi, 
i kasztów rodzicom, .osabliwie z dalekich str.on, ba. jeden 
doz or . ca zabiera kilkunastu. 
Wszystka, co mi .opowiadał, tak mi się podabała, tern bar- 
dziej że sam był bardza miłym i uprzejmym, że mu .oświad- 
czyłem chęć moją .oddania syna mego do Metz, ale pod 
dwama warunkami, żeby nie chcieli z niega zrobić jezuitę 
i żeby przynajmniej jeden Polak profesar był w zakładzie. 
Ca da pierwszega, odpowiada, staramy się tyLka o .ogólne 
wYkształcenie, bo da wykierowania na jezuitów są osabne 
zakłady; ca do drugiego - zaręczyć magę, że spr.owadzimy 
Zaraz Palaka, bo chociaż ki1kudziesięciu mamy młodych Po- 
laków, nie żądano tega ad nas, luba jest bardzo słuszne. 
Wlfóciwszy do domu zastałem już list ad rektora z Metz 

 doniesieniem, że kaszta wszystkie szkolne, utrzymania w 
lnstytucie wraz z ubraniem, pościelą i praniem wynoszą 
500 franków, żądano także, abym, posyłając syna, doniósł 
zarazem, jakie już przeszedł choroby dziecinne i jeżeli ma 
niedobre skłonności, jakie. Przyznać trzeba, że i pensja nad- 
zWyczaj tania, i troskliwość prawdziwie .ojcowska, jakiej ni- 
gdzie nie znajdzie. Zawiozłem więc na podziw wszystkich, 


185 


-.
>>>
że syna jezuitom oddaję do szkoły - przy końcu wakacyj 
do Metz. Tam już zastałem księdza KUlrowskiego, zacnego 
członka misjonarzy sZTemskich, ale nie podobał się rek- 
torowi, bo mówił: ..Nie jest wesoły, chłopcy muszą mieć nau- 
czyciela, który poza szkołą z niemi się bawi, bo takiego tyl- 
ko kochają i u takiego chętnie się uczą, którego kochają". 
Wielka to prawda i dlatego wolałem oddać syna mego do 
francuskich jezuitów jak do pruskiego gimnazjum, gdzie 
uczeń polski przynoszący z domu rodzicielskiego nienawiść 
do Niemców za ich niegodziwe z nami postępowanie, trud- 
no żeby lubił nauczycie1:a swego, Niemca, o którym ma 
przekonanie, że jest jego wrogiem. Toteż częste zdarzają 
się awantury pochodzące z tej wzajemnej nienawiści. I tak 
przybywszy do Poznania, powiada mi syn mojej siostTY, że 
cała klasa najwyższa chce opuścić gimnazjum, bo profesor 
Niemiec nazwał ich: Polnische Ochsen 80, i że nie chcą 
prędzej wrócić, aż ich przeprosi. Poszedłem do rektora, 
przeds,tawić mu słuszne żądanie uczniów obrażonych, ale 
odpowiedział mi, że nie wypada, aby profesor uczniów prze- 
praszał, chociaż, jak sam przyznać musi, wielce 
łądził. 
Niech tylko wrócą do klasy, a w.ięcej coś podobnego się 
nie zdarzy. 
Jaką troskliwość znajduje młodzież w Metz ze strony 
przełożonych 'Zakładu, sam miałem sposobność się prze- 
konać, bo zaprowadziwszy syna już na noc, zastaję wiel- 
ki hałas po korytarzach, uczniowie dokazują awantury w 
przytomności kilku księży, wtem wprowadzają małego Fran- 
cuzika z zak
wawioną głową, bo go inny, z figlów gwał- 
townie popchnął tak, że głową o mur uderzył. Ledwo kil- 
ka minut przeszło, już się znalazł doktór, który go opatrzył, 
a chłopiec, do Osobnego pokoju w łóżko włożony, dostał 
jednego z młodszych księży do dozoru na noc. 
Na zakończenie rozdziału opisać mi przychodzi zdarzenie, 
którego byłem świadkiem, gdzie Niemcy w ciągłym z na- 
mi antagonizmie nieraz śmiesznemi się stają. Będąc w To- 
runiu widzę, w obiadową godzinę, przez Rynek wielką pro- 
cesję w uroczystym pochodzie, dy:rnem obwianą. Pytam 
znanego mi Niemca, co to znaczy - odpowiada, że to pom- 
nik dla Kopernika, a ten dym - to pochodnie, bo wczo- 
raj wieczór miał być przy pochodnia,ch sprowadzony ze 
statku na Wiśle, ale że mówca tak był pijany, że mu ję- 
zyk plątał się w gębie, więc pomnik wrócił znowu na sta- 
tek, a dziś nie czekano już wieczoru, żeby mówca przygo- 
towaną mowę. po .trzeżwemu mógł wypowiedzieć, a pochod- 


186 


.....
>>>
nie zapłacone użyto pomimo białego dnia. Stanl'łł wreszcie 
orszak przed kościołem luterskim, gdzie inny znów mówca 
cześć wielkiemu niemieckiemu astronomowi oddawał, ale nie 
cisnąłem się słyszeć te brednie, tylko czekałem z dala, co 
się stanie z pomnikiem. I oto wprowadzają kanonika kato- 
lickiego na noc do luterskiego kościoła 81. Odkrycie tego 
pomnika 82, w Rynku ustawionego, nastąpiło 25 paździer- 
nika 1853. Niemcy nań przez kilka lat zbierali składki, wy- 
noszące 9630 talarów. Podstawa ma trzynaście stóp wyso- 
kości, a osiemnaście w kwadrat, z sinego kamienia szląs- 
kiego, w niej urządzona studnia II, z której woda przez 
paszczę delfina spada do zbiornika. Na jednej stronie pod- 
stawy napis: NicoZaus Copernicus, Tor
nensis, Terrae mo- 
tor, Solis coelique stator; na drugiej:. Natus anno 
MCCCCLXXIII. Obiit anno MDXXXIII Ił. 
Na tej podstawie wznosi się posąg Kopernika, modelowa- 
ny przez prof. Tiecka w Bedinie, w postawie stojącej, odzia- 
nego dostatnim płaszczem. W lewej ręce trzyma sferę nie- 
bieską, a prawa jest tak ułożona, że palce jej mają podo- 
bieństwo do rozwartego cyrkla. 


-
>>>
Rozdzial XI 


OD SMIERCI TESCIA WYBICKIEGO 
DO ŚMIERCI ŻONY. 
OD ROKU 1852 DO ROKU 1860 
r. 
Treść: Podział majątku. - Kupuję Swierczyny. - Pozbywam 
się dzierżawcy Komorowa, Niemca, dając mu 15000 talarów od- 
stępnego. - Sprzedaję Komorowo i muszę odebrać na powrót. _ 
Muszę płacić weksel na 6000 talarów podpisany sąsiadowi i kło- 
poty stąd. - Biorę szosę w antrepryzę. - Wychodzę na niej 
korzystnie. - Syna oddaję do Poznania. - Opis mego gospo- 
darstwa i przyjemności stąd moje. - Nowe kłopoty przez szwa- 
gra Wysockiego. - Jadę do Berlina po pieniądze. - Prorok Sohn. _ 
Cudowne przepowiednie. - Inne przepowiednie. - Smierć żony. 
ł-,,-':: 
r r 
Teść mój, były landrat Wybicki, zadzierżawił piękny 
swój majątek Świerczyny l, W którym mieszkał, Niemcowi, 
a sam, kupiwszy mały majątek Wapno pod Brodnicą, z pięk- 
nym dworem w okazałym parku, przeniósł się do niego. Ale 
niedługo tam mieszkaJ, bo miłośnik polowania, zaziębiwszy 
się, zapadł na :zdrowiu i wkrótce śmiercią czynne swoje żyde 
zakończył. Nastąpił podział mająrtku na siedem części, dwóch 
synów, cztery córki zamężne i żonę pozostałą. Mniejszych 
pięć majątków sprzedaliśmy z wolnej ręki po części sukce- 
sorom, po części obcym, ale tylko Polakom. Główny mają- 
tek Świerczyny, w zadzierżawionym stanie, za 4000 tala- 
rów poszedł na publiczną licytacją. Z obrachunku wypadło 
na każdą głowę 27000 talarów. Wszyscyśmy pragnęli, aby 
ten największy majątek, bo 4000 morgów wynoszący, także 
w pqlskie ręce się dostał. Chciałem, aby matka z synem 
Władysławem, mając- razem przeszło 50 000 talarów dla tego 


188
>>>
syna kupiła, ale ponieważ nie chciała, ja, chociaż bardzo 
byłby mi się przydał kapitał przypadający na żonę, żeby 
pOZ/być się długów, jakie po owych poniesionych klęskach 
jeszcze mi pozostały, wiedziony pragnieniem niepuszcze- 
nia tego głównego familijnego majątku w niemieckie ręce, sta- 
nąłem do licytacji. Ponieważ Swierczyny jeszcze dziesięć lat w 
ręku dzierżawcy zostać musiały, a ten tylko 4000 talarów rocz- 
nie płacił, nie wypadało mi wiele wyżej licytować nad 
80 000, żeby przynajmniej procent od kapitalu żony mi się 
dostał. Ale że zamożny licytant Niemiec stanął razem ze 
Inną w terminie, licytujemy obydwaj zawzięcie, tamten za- 
chęcany przez grono Niem'ców, ja także przez Polaków, aż 
doszliśmy do 105 000. Ale słysząc, że tamten do 130 000 chce 
iść, posyłam na gwałt do matki, prosząc ż
by przybyła na 
sąd. Skoł'o weszła, prowadzę za rękę mego przeciwnika, że- 
by się od niej dowiedział, że nie dla siebie tylko dla Wła- 
dysława kupuję. Tamten usłyszawszy potwierdzenie oświad- 
cza, że odstępuje od dalszej licytacji i przybijają na mnie. 
Nie wypadało mi rozgłaszać, że to tyłko był podstęp z 
mojej strony, bo miałem nawet szczerą myśl, jak dorośnie 
Władysław i będzie chciał objąć majątek po ojcu, mu od- 
stąpić, dlatego, choć nie proszony o to, dałem umieścić w 
kontrakcie, że mam zamiar oddać Świerczyny synowi, skoro 
dorośnie. Dla mnie to kupno, prócz satysfakcji, że nie do- 
puściłem Niemca i tytułu nowego dziedzictwa, uszczerbek 
wielki w interesach majątkowych zrobiło, bo cały prawie 
procent ze schedy ,żony pr2Jez dziesięć lat jeszcze w dzierża- 
wie ,będącego majątku przepadał, kiedy inni całkowite kapi- 
tały odebrali. 
Prócz tego inny kłopot spadł na mnie. Dzierżawca .bo- 
wiem komorowskiego II majątku, który na osiemnaście lat 
miał kontrakt, przetrzymawszy dwanaście lat, ,proponuje mi 
za odstępnym na ostatnie sześć lat oddać majątek. A ponie- 
Waż wiadomo było, że Niemiec ten, na tej dzierżawie płacąc 
3000 tala,rów dosIkonale wychodził, a odgrażał się, że je- 
żeli się nie zgodzę na odstępne, będzie się starał wyssany L 
majątek mi oddać, a z postępowania jego dotąd. byłem 
pewny, że dotrzyma słowa, tem bardziej, że już kilka. pro- 
cesów z nim mialem, daję mu edstępnego. 15000 talarów. 
Wypłatę tak znacznej sumy ułatwiło mi ogłoszęnie Banku 
Toruńskiego, który dotąd tylko kupcom wypożyczał pie- 
niądze, że obywatele ziemscy dopuszczeni są. do kredytu w 
proporcji stanu majątkowego, o którym dyrektor Banku 
przekonawszy się z hipotek, Irinie na 1)0 000 talarów kredy- 


189 


-
>>>
tu oszacował. Biorę więc owe 15 000 po cztery procent i od- 
bieram na siebie majątek. Niegodziwy Niemiec zamiast 
wdzięczności, że się spanoszył na tej dzierżawie, przed od- 
daniem na św. Jan, jak mógł pustoszył, lubo układem są- 
dowym się zobowiązał oddać majątek w porządku i pad- 
ług zasad gaspodarczych, bo sprzedawał słamę, inwentarze 
dobre zamieniał na liche, kaniczyny i łąki wypasał inwen- 
tarzem nie tylkO' swoim, ale i wiejskim, w stajniach powy- 
rywał podłagi i toki itd. Mógłbym złożyć da sądowego de- 
pozytu sumę adstępną i pracesem upamnieć się o datrzyma- 
nie układu z jego strany, ale przekonany o stranniczości sę- 
dziów, i że zastałby w majątku do ukańczenia pracesu, wą- 
tpliwej dla mnie pomyślności, wolałem odebrać majątek 
i pazbyć się łotra, wypłaciwszy mu całe adstępne. 
Doprawadziwszy majątek z niemałym kasztem da pa- 
rządku, trafia mi się kupiec, emigrant, ażeniany z pasażną 
panną. Kupuje Komarowa za 115 000 talarów płacąc 20 000 
zaliczki, resztę w wyznaczanych ratach. Tą sprzedażą sta- 
nąłem majątkawo bardzO' świetnie, bo magłem resztę ma- 
jątków zupełnie z długów oczyścić. Ale jak w całym życiu 
moim, szczęścia dużo przeplatanego nieszczęściami daświad- 
czałem, tak i tu wk:rótce pamyślny obrót interesów zwich- 
niętym został. Nawy dziedzic zaraz w pierwszym raku tra- 
fiwszy na awe lata nadzwyczajnych upałów i suszy, nie 
umiejąc sobie poradzić, zmarnował inwentarze, przestra- 
szany stratami, jakie już paniósł i jeszcze gO' czekają, na- 
lega na mnie, żebym się nad nim zlitawał, odebrał kupia- 
ny majątek i zwrócił ową zaliczoną sumę. Jaka emigranta 
przecież nie będę chciał gO' znisz'czyć i narazić na utratę 
majątku żony. Sypały się przy tem komplementa a mojej 
znanej wspaniałomyślności, patriatyzmie, przychylności dla 
braci emig:rantów itd. Wykazy,wał mi, że 7000 talarów swe- 
go majątku włożył w inwentarze i meliaracje, ta chce stra- 
cić, ale posagu żony stracić nie może. Cóż miałem robić, 
odebrałem Komaro.wo, zadatek już wydany na zapłacenie 
długów zw:rócić się zobowiązałem. Później kupił ode mnie 
Kal'czewa, przez cO' nie tylko pazbyłem się tegO' długu, ale 
i znaczny kapitał odebrałem, który mi do spłacenia innych 
długów pasłużył. 
Kiredyt bankowy dla abywateli ziemskich, w agóle wiel- 
ce karzystny, ba ad lichwy żydowskiej potrzebujących bra- 
niący, dla mnie akazał się szkadliwym. Jeden z sąsiadów 
maich, który dla mnie na wekslu dał swoje żyro, zażądał 
ode mnie wzajemnej ,przysługi na 6000 talar6w, kt6re patrze- 
190
>>>
bUje, żeby dę z rąk żydowskich wyrwać, w które się przez 
pogorzenie dostał. Przedstawiam mu, że z tak małego ma- 
jątku, trudno mu będzie zapładć w banku, a w takim ra- 
zie mnie trzymać się będzie, ale zaręcza mi, że posag żony 
odbierze, bije się w piersi aż jękały, wreszcie dobija mnie 
tern, że Niemcowi chyba sprzedać musi. Podpisuję. 
Przeczuwałem, że ja wraz z innym obywatelem, który 
sprzedawszy majątek mieszkał w Toruniu i także podpi- 
sał, będziemy musieli zapłacić, ale nim do tej ostateczno- 
ści przyszło, wpadłem w zabawną awanturę z moim kole- 
gą poręczycielem. Bo kiedy przyjeżdżam do Torunia w 
dniu, w którym weksel musiał być prolongowany, ten mój 
kolega odmawia mi podpisu swego, na co mu oświadczam, 
że wracam do domu zostawiając sprawę do woli banku, 
k'Ogo z nas dwóch do zapła1y pociągnie. Zastraszony tym, 
przychodzi do hotelu, kiedy się zabieram wyjeżdżać, z o- 
świadczeniem, że podpisze, ale po chwili, bo musi ważny 
interes załatwić. Czekam powrotu, ale na próżno, każę go 
szukać po mieście, ale go znaleźć nie można. Jadę więc do 
domu zostawiając następujący list VI hotelu: "Nie mogąc 
się Pana doczekać, a przymuszony wracać śpiesznie do do- 
m.u, zostawiam weksel z moim podpisem w hotelu, racz 
Pan swój dołożyć i oddać w banku". 
Sądziłem, że ta sprawa załatwiona, ale' odbieram z nie- 
małem zadziwieniem od sądu toruńskiego skargę mojego 
kolegi o zapłacenie mu 6000 talarów. Jadę więc do Toru- 
nia, idę do niego, wyrzucam mu jego postępowanie pod- 
stępne, sądząc, że zapłacił, a mnie skarży. Odpowiada mi, 
że nie zapłacił tylko podpisał weksel i oddał w banku, ale 
żeby się nadal ochronić, zaskarżył mnie, bo tak mu adwo- 
kat doradził. Odchodzę od dawniej zawsze dla mnie prZYM 
jacieIskiego rodaka, widząc, że sobie adwokat zakpił z niego 
i oddaję sprawę innemu obrońcy. Wkrótce dostaję uwia.., 
domienie, że pan M. w terminie prosił o inny termin, a 
że sprawy wekslowe spiesznie się w sądach odbywają, więc 
co tydzień prosił o nowy termin, tak że do trzeciego ter- 
minu dociągnąwszy, musiała sprawa się odbyć w czwar- 
tym, gdzie skargę za nieważną uznano. Apeluje do sądu 
głównego, gdzie także przegrywa. 
Teraz nowy mi wytacza proces łnjuryjny za wyraz racz 
w liście modm do niego użyty. Ale ze słownika. Lindego 8, 
który tłumacz do sądu przynosi, dowiaduje się na _ swoje 
ZInartwienie, a zabawę dla sędziów, że wyraz racz, który 
m.u tak ostro brzmiał, do najdostojniejszych osób bywa uży- 


191
>>>
wany. Po takich zawodach pisze do mnie, że ponieważ z 
mojej przyczyny zapłacił 300 talarów kosztów, spodziewa 
się, że ja jako Polak nie będę chciał krzywdy jego. List 
ten zostawiłem bez odpowiedzi, obawiając się, żeby w ja- 
kim wyrażeniu moim nie znalazł powodu do nowej skargi, 
lub denuncjacji, kiedy już widocznie głowę stracił. 
To postępowanie jego miało ten skutek, że bank więcej 
prolongować weksla nie chce i każe mi 6000 talarów za- 
płacić, która suma przez przypisywanie procentów o 500 
talarów się powiększyła. Sąsiad zapomniał o biciu się w 
piersi, więc muszę sam płacić. Ale na nieszczęście trafiło to 
w czas, gdzie kredyt zupełnie upadł, banki nikomu po- 
życzki dać nie chcą, stąd kłopot wielki dla mnie. Dowia- 
duję się, że w kasie powiatowej znajdują się papiery ren- 
towe na budowę szosy w na'szym powieoie, a że to było w 
zimie, a dopiero na wiosnę rozpocząć ma się budowa, py_ 
tam się komisja 'z trzech Niemców złożonej, czy mogę lila 
trzy miesiące dostać pożyczkę sumy 8000 talarów wynoszą- 
cej, a ponieważ mnie nie odmawiają, biorę całą sumę, bo 
na papierach trzeba było stracić i płacę sumę poręczoną w 
banku. 
Trzymiesięczny termin nadchodzi, a pieniędzy znikąd 
dostać nie mogę. Ogłaszają termin do licytacji na budowę 
szosy, która od granicy toruńskiego powiatu ku Brodnicy 
półtorej mili ma być budowana 4, a że przez mój majątek 
przechodziła, należą,c do komisji mającej decydować w ja- 
kim kierunku szosa ma być prowadzona, stawam w termi- 
nie do tego przeznaczonym. Kilka dni przed tym przybył 
do mnie Polak, właściciel kilkamorgowego gruntu w Plu- 
skowęsach', skarżąc mi się, iŻe mu chcą szosę przeprowadzić 
przez jego grunt, choć prosta linia gdzie indziej przypada, 
a to dlatego, żeby go zmusić do sprzedania swojej posiadło- 
ści dziedzicowi Pluskowęs, Niemcowi, który od dawna go 
do sprzedaży nakłania. Przekonawszy się na miejscu, że 
umyślnie skrzywiona szosa, kiedy w owym terminie budow- 
niczy rozwija mapę, na której szosa wyrysowana, widzę, że 
mapa sfałszowana, bo na linii prostej trzy budynki się 
znajdują, których nie ma wcale. Biorę więc ołówek w rękę 
i przez owe trzy budynki kreślę prostą linię, którą szosa 
iść powinna, a nie skrzywioną przez grunt owego Polaka. 
Dwaj Niemcy, koledzy moi w tej komisji, odzywają się: 
"Ale tam budynki stoją" - mażę więc owe budynki do- 
wodząc, że na miejscu tem żadnych budynków nie ma. 
Zmieszał się pan budowniczy, uciekając się do błahych wy_ 


192
>>>
biegów. Linia zatem musiała pozostać, jak ją narysowałem, 
a gospodarz polski został ocalony. Na,stąpiła licytacja na 
szosę, a widząc trudność zwrócenia do kasy poży.czonych pie- 
niędzy, staję do licytacji i przybijam po 25 000 talarów na 
milę 0. Oprócz owej finansowej konieczności zauważyłem, 
że mając silny inwentarz, majątek obsadzony znaczną lud- 
nością, którą zwykle do melioracji gruntów i łąk używałem, 
łatwiej mnie budować, ja,k obcemu przybyszowi. Niemniej 
i to miałem na uwadze, że budując sam, użyję do roboty 
i zarobek dam robotnikom polskim, kiedy niemiecki przed- 
siębiorca byłby użył, jak to dotąd się działo, Niemców ze 
Szląska po większej części sprowadzonych, a wielkich gał- 
gan6w, którzy wszystkie psy i koty w okolicy wyłowili i po- 
zjadali. 
Ponieważ to był pierwszy przykład, że obywatel szosę 
buduje, poruszyły się języki, jakiś czas spoczywające, na 
nowo przeciw mnie. Głoszono, że ta budowa, na której się 
nie znam, niezawodnie mnie dobije. Sąsiadki pospieszyły 
straszyć żonę moją i namawiać, aby mnie nakłoniła do za- 
niechania, kontraktem już niecofnionego, przedsięwzięcia, 
litując się nad kochaną przyjaciółką, która tak wariackiego 
ma męża. 
Nie zraziły mnie jednak te strachy, tylko, ponieważ w 
tym roku wiosna weześnie zawitała, już na początku marca 
rozpooząłem, pod kierownictwem dziesięciu majstrów szo- 
sowych i nadzorem samego budowni'czego, robotę na całej 
linii. Stara droga, która grani,cę tworzyła pomiędzy moim 
mająrtkiem, a sąsiedzkim, w planie została skasowana, a no- 
wa tak wyprowadzona, że długi, wąski pas na tamtej zo- 
stał stronie, co widocznie dlatego tak było z sąsiadem Niem- 
cem wymyślone, żebym ów pas odcięty był zmuszony sprze- 
dać. Ale owe sfałszowanie mapy przyszło mi w pomoc, bo 
zagroziwszy, że wykryję sfałszowanie, co by kasacją bu- 
downiczego pachnęło, dokazałem, że nowa linia po starej 
poszła drodze. Inny jeszeze i to znaczny stąd zysk mia- 
łem, bo kiedy owa zmieniona linia przez góry i parowy iść 
miała, ta [[la starej drodze po zupełnej szła r6winie, co 
ogromnie zmniejszyło koszta na moją kor.zyść, ponieważ tak 
samo się liczyło, jak żejbym tamią budował. 
Złość opanowała Niemców, że tak im szyki pomieszałem 
i żeby mi dokuczyć, żądają zapłacenia owych 8000 talarów 
pożyczonych na weksel z kasy powiatowej, ponieważ trzy- 
miesięczny termin minął. Odpowiadam, że zapłacić nie mo- 


13 - Pamiętniki... 


193
>>>
I 
'I 
I 


gę, ale wkrótce polikwiduję posuniętą robotą. Oni zaś nie 
tylko protestują weksel, ale skarżą do sądu i następnie fan- 
tują mi moją starą landarę. Bracia Hennigi 7 stanęli na czele 
tych groźnych i znaczne koszta za sobą pociągających pro- 
cederów. Cierpliwie znoszę to wszystko, aż dostaję wezwa- 
nie do terminu wyznacz'O'Ilego do układu względem zapła- 
ty za ziemię pad szosę wziętą. Mówią mi, ponieważ moi 
sąsiedzi pan Miiller i Schonfeld nie żądają wynagrodzenia, 
kontentując się korzyścią, że szosę mieć będą i ja także 
żądać nie będę. Odpowiadam, że ci panowie co innego, oni 
mogą podarunki dawać powiatowi, bo ich nikt nie fantuje, 
ale ode mnie, któremuście zabrali landarę, żądać tego nie 
możecie. Skończyło się na tem, że kos2Jta sądowe sami za- 
płacili i cofnęli skargę, a ja podarowałem ziemię. 
Tymczasem buduję szosę moim kosztem, póki starczyły 
fundusze, ale jak się wycze,rpnęły, bo co tydzień trzeba 
wypłacać robotnikom, wpadłem w niemały ambaras. Już 
jeden tydzień minął, bo w dniu wypłaty wyjechałem z do- 
mu, nadchodzi drugi, niepodobna narażać się na sarkanie 
pracujących ludzi, więc płacę, ale własną papierową mone- 
tą, wypisawszy na pociętych kartach większe i mniejsze su- 
my, a uprawniam moim podpisem i pieczęcią. Żona z trwo- 
gą pode drzwiami podsłuchuje, czy brać będą takie pienią- 
dze, ale biorą wszyscy, bez najmniejszego wahalllia, bo wie- 
dzieli, że za te moje papierki dostaną wszystkiego w oko- 
licznych miasteczkach. Odtąd tą samą monetą najregular- 
niej wypłacam do samych żniw, gdzie już łatwiej było sk'On- 
traktować zboże, aż wyrównała się suma mnie się należą- 
ca z pożyczoną. 
W dwóch latach ukończam tę półtoramilową szosę i obsa- 
dzam drzewkami. To sadzenie obrachowane na 600 talarów 
mnie nic nie kosztowało, bo szkółka topoli i zagajenie w le- 
sie dostarczyły potrzebtnych drzewek, a mój ogrodowy z 
kilkoma ludźmi wykolllali robotę. Nadmienić muszę, że kie- 
dy po i'l1[wch szosach większą połowę drzewek poschnię- 
tych wyrzucać i nowemi rokrocznie nasadzać musiano, u 
mnie ani jedno drzewko nie wys'chło, bo trzymałem się me- 
tody, którą kiedyś w dziełku ogrodniozym, co do zasad2Ja- 
ni'a drzewek, znalazłem zaleconą. Prosta ta metoda jest ta- 
ka, że sadząc drzewko, obsypuje się korzenie do zupełnego 
pokrycia ziemią, to jest do połowy dołka, wtenczas leje się 
węborek wody, aby się korzenie w tej przemiękłej ziemi 
zamaździły, dopełnia się rowek do reszty ziemią, udepcze 
i drugi węborek się leje. Autor tego dziełka zaręczał, że 


194 


--
>>>
tak sadzone drzewka nawet z już rozwiniętymi liśćmi się 
przyjmują, alem tego nie doświadczał. 
Obrachunek pokazał, że nie ziściły się przepowiednie, 
troskliwych O dobro moje, sąsiadów, bo pomimo że dozorca. 
przez budowniczego mi dany, niezgorzej mnie oklI'adał, za- 
robiłem 10000 talarów. Nie wypłacono mi jednak całkowi- 
tej reszty, ale 3000 zatrzymano, aż szosa 'przez rządowego 
komisarza zostanie, jako dobrze wykonana, uznaną,. ponie- 
waż rząd 10000 za każdę milę płaci. Musiałem parę lat na 
zjechanie tego komisarza czekać. Niemcy tymczasem nie 
próżnowali, ale kiedy rok cały już jeżdżono po mojej szo- 
sie, wyrębywano dziury w niej i mierzono szutr, to jest 
pokład tłuczonych kamieni, i zrobiono mi za.rzut, że za- 
miast siedmiu cali tylko sześć ma grubości. Ponieważ ten 
zarzut został mi zrobiony podczas zjazdu .powiatowego, od- 
powiadam, że kiedy budowniczy, nadzór mają'cy, wszędzie 
powiadał, że moja szosa najlepiej i najdokładniej, ba nawet 
z elegancją, wybudowaną została, to rewizji po roku użycia 
przyjąć nie mogę, bo ten pokład przez jeżdżenie po niej o 
jeden cal łatwo na grubości stracić mógł. Niemieccy obywa- 
tele, a na ich czele Hennig, silą się zbijać moje argumenta. 
wstaje mój dawny przyjadel Polak, wymoWlIlY i znaczenie 
mający, pewny jestem, że niedorzeczność zarzutów wytknie, 
ale na mój podziw krótko oświadcza, że musi się zgodzić na 
słuszność za'I"zutów. Czarny punkt. 
Oczekując z niecierpliwością przybycia owego komisa- 
rZa rządowego jadę do Torunia, spoty.kam go jadącego z 
Torunia, a że toruńska szosa chociaż 40 000 talarów na milę 
kosztowała, po oparczystej zimie zupełnie była zniszczona, 
kiedy moja gładka jak po stole, pewnym byłem, że musi 
uznać za dobrą, i że upragnione pieniądze dostanę. Wróciw- 
szy więc z Torunia pospieszam do Brodnicy, ale na wiel- 
kie moje zadziwienie dowiaduję się, że pan komisarz oświad- 
czył, że cała szosa nic niewarta i musi być z gruntu przerobio- 
na, jeżeli mam resztę, mnie się należącą, odebrać. Tak wisiała 
ta sprawa, aż nowy landrat w osobie barona Younga przy
 
był, który zaraz przy pierwszym ze mną spotkaniu mi 
oświadczył, że wie a tern dobrze, jak dużo mi dokuczano, 
ale póki on będzie naczelnikiem powiatu, nie dozwoli na. 
dalsze prześladowanie ze strony rządu. Tateż zalI'az na pier- 
Wszym zjeździe powiatowym 'Oświadczył, że szosa jest dob- 
ra i kazał kasjerowi wypłacić mi należące się pieniądze,. 
'Odtrąceniem jednak 250 talarów, żeby jako tako zaspokoić 
wymagania rządowe. Pierwszy to był landrat, który się od- 


195
>>>
ważył czoło stawiać rządowi, będąc jego podwładnym, ale 
powiadano, że przez żonę z wysokiemi figurami w Berlinie 
połączony, miał w nich poparcie. Do arystokracji zaś nie- 
mieckiej należą-c, nie cierpiał demokratów, kit6rzy wówczas, 
bawJąc się w demonstracje antibismairkowskie, na sejmie 
g6rą byli i dlatego wolał szlachtę polską, a sz-czeg6lnie mnie 
afektem swoim zaszczycał. 
Wr-acam się do syna mego, zostawionego w Metz, po któ- 
rego na pierwsze wakacje podług umowy pojechałem do 
Krzyża, stacji kolejowej w Prusach, tam odebrawszy go od 
towarzyszącego jezuity, ten z resztą, w kilku wagonach 
mieszczących się, uczni, pojechał dalej. Namyśliłem się jed- 
nak na dalszą naukę oddać syna do Poznania, ponieważ tam 
utworzona została szkoła realna z polskimi nauczycielami 
i polskim wykładem i oddałem na pensją szanownego pro- 
fesora Mott y . 
Nigdy tak jak wtenczas nie byłem zajęty gospodarstwem, 
bo odebrawszy na siebie komorowski majątek i Karczewo, 
do czego Radowiska przybyły, byłem w moim żywiole, bo 
ciągle zwiedzając te majątki, plany melioracyjne układam, 
które przy szczęśliwym doborze czynnych i zdatnych rządz- 
ców doskonale się udają i dochody powiększają. Najwięk- 
szą troskliwość zwróciłem na siedzibę moją, Piątkowo, któ- 
ry majątek dawniej tak zaniedbany starałem się do stanu 
takiego doprowadzić, żeby nie tylko pożytek mi przynosił, 
ale i przyjemność sprawiał. Starałem się zatem o piękne in- 
wentarze, najwięcej własnego chowu, bo do nich i dobrych, 
i chętnych ludzi łatwo dostać, z któremi gospodarstwo bez 
hałasów i gniewów samo jakoś irlzie. Pobudowałem nowe, 
piękrne mieszkania dla komorników, podług planu Gallego, 
praktyczne i wygodne 8. Tym sposobem, pomimo tylu prze- 
ciwności doznany-ch, urzeczywistrriłem marzenia moje, je- 
S2icze w młodym wieku z Pana Podstolego Krasickieg,a pow- 
zięte, jak będąc właścicielem majątku wypełniać obowiązki 
względem ludzi swoich i będąc .od nich kochanym pożytek 
z przyjemnością połączyć. 
Nie tylko, 1Że z mieszkańców nikt ode mnie wyprowadzać 
się nie myślał, szukać lepszego miejsca, ale przybywało co- 
raz więcej. Dawniej taki dom, w którym cztery familie się 
mieściły, nazywano piekłem, takie kłótnie, sz-czególnie ba- 
by między sobą wyprawiały - u mnie co rok kUka wesel 
się odbywało, ale nowe stadło, kiedym się pytał, gdzie się 
wyprowadzą. odpowiedziało:. "Przytulimy. się do innych", 
tak że w jednej izdebce po kilka familii się mieściło, a jed- 


196
>>>
nak w zgodzie ze sobą żyli, bo pod tym tylko warunkiem 
Pozwoliłem im pozostać. Raz żeni się młody parobek z dzie- 
Wczyną dworską, a że oboje kilka lat wiernie służyli, kazałem 
im wyprawić wesele. Jak zwykle kilka wozów z pięknie przy- 
strojonemi kobietami, obok czterech dziarskich parobków na 
koniach sprzed stajni wyjeżdżają do kościoła. Ale widzę, że 
stawają przed oficyną i do niej wszyscy wchodzą. Nie mo- 
gę się doczekać wyjazdu, wię: posyłam dowiedzieć się, co 
tam tak długo .robią. Wsiadają wreszcie i odjerożają. Rządz- 
ca wchodzi do mnie, a na zapytanie, czemu tam tak długo 
z nimi siedział, odpowiada
 "Toćeśmy się wszyscy popła- 
kali, taką nam mowę powiedział ceglarz". Zaczął od tego: 
"Widząc, jakie przygotowania na ucztę weselną się robią, 
Co do jadła i napojów - kapela już czeka - myślałby kto, 
że to pewnie pan mŁody przysposobił za swoje pieniądze to 
Wszystko, 'albo że panna ma bogaiych rodziców, ale my 
Wiemy, że oboje tylko tyle mają, 00 prze,z kilkoletnią służbę 
zarobili, żeby w pięknych sukniach pojechać do kościoła. Ale 
ponieważ wiernie i poczdwie służyłi, więc też dobre pań- 
stwo nasze wyprawia im i nam wszystkim ucztę weselną". 
Prócz tego słyszeliśmy, że na ich pierwsze gospodarstwo 

zeka w. oborze pańskiej krówka, żeby mieli kapkę mleka 
na okrasę. Stąd rozwija mowca morały, jak wszyscy powin- 
ni się starać wypełniać obowiązki swoje, żeby zadowolnić 
Państwo, tak dbale o swoją czeladkę. 
Pragnąłbym, aby młodzież nasza z tego opisu mojego go- 
spodarstwa powzięła zamiłowanie do stanu, który nie tyl- 
ko z charakteru narodu, ale j w chlebodajnej naszej zie- 
mi, będącej dziś spiżarnią całego Za'chodu, do najswobod- 
1liejszego, a bardzo korzystnego zawodu należy. Prawda, że 
spółki handlowe, spekulacje kupieckie, gry na giełdzie, lo- 
terie, dziś niestety tak upragnione, czasem szczęśliwych gra- 
czy zbogacają bez pracy i w krótkim czasie, ale ja wolę 
dobrze się mającego' gospoda:rza, bo jego byt na pewnych 
Podstawach oparty, łączy, a przynajmniej łączyć powinien, 
Wszystkich gospodarzy,. bez zazdrości, wzajemnie. sobie u- 
dzielając rady i pomoc w potrzebie. . 
Jadąc raz koleją, pyta mnie kupiec z Petersburga w so- 
bolowej szubie, a zatem jakiś mały Rotszyldek, czemu pano- 
Wie gospodarze, z któremi tu razem jechaliśmy, ciągle so- 
bie udzielaliście rady gospodarcze, a my kupcy nic ze sobą 
nie rozmawiamy, albo przynajmniej uie o naszym handlu. 
Odpowiadam, po niejakim. namyśle, bo pytanie. było nie- 
2wYkłe, że:. "Podług: mego. przekonania dlatego wy kupcy 


197 


--
>>>
ze sobą o handlu nie rozmawiacie, bo nie wierzycie jeden 
drugiemu, lepiej za'tem milczeć, jak się okłamywać". Roz- 
śmiał się towarzysz sobolowy i przyznał mi, że mam ra- 
cją. 
Z tego wypływa, że stan kupiecki nie bardzo przystaje 
do charakterI'U Polaka, lubiącego otwartość i szczerość, ale 
nie myślę dowodzić, że wolałbym handel widzieć w ręku 
obcych; owszem pragnąłbym, aby tylko był w polskim, ale 
takich Polaków, co z obcej pochodząc narodowości, przy- 
bywszy na gościnną polską ziemię w najlepszych Polaków 
się zamieniają, jak na to tysiące mamy dowodów. Takich 
kupców szanujmy i kochajmy, a my na niezmierzony.ch ob- 
szarach naszej ziemi, korzystając sami ze skarbów w niej się 
mieszczących, nie dopusz.czajmy przybyszów pragnących nas 
wyrugować i dlatego przed wszystkiemi zawodami poko- 
chajmy gospodarstwo rolnicze. 
Może też - gdyby to nastąpiło - powróciła do nas daw- 
na miłość bratnia pomiędzy obywatelstwem, dawna patriaT- 
chalna opieka nad ludem, dawna gościnność, co wszystko 
dziś z małymi wyjątkami chyba w powieścia,ch naszych o 
dawnych czasach szukać musimy! 
Mając prawię przeludnioną wieś, stał'ałem się, żeby taką 
pracą mieli zarobek, która by przez poprawę z natury upo- 
śledzonego Piątkowa, korzyść dla mnie przyniosła. Więc 
wywożono glinę na piaski, tak że gdzie dawniej kozia bro- 
da rosła, piękne zboże sprzątano. Z kilkunastu stawów za- 
rosłych wywieziony szlam na górki czerwone lub piaski, nie 
tylko tam korzyść przynosił, ale owe stawy przez zarybie- 
nie kuchnią wspierały; a w suche lata, kiedy w okolicy 
brak wielki wody się okazał, u mnie pod dostatkiem było 
dla paszącego się inwentarza, a nawet dla sąsiadów. 
Byłem więc wówczas u szczytu mego porwodzenia i mo- 
głem się liczyć do rzędu najmaję1miejszych obywa'teH, a to 
z tem przyjemniejszem Uiczuciem, że do tego własną pracą 
doszedłem. 
Ale przeznaczenie moje, żeby ciągłe wa1ki starczać Z prze- 
ciwnościami, nowe niespodziane' mi sprowadziło. Sąsiad 
i szwagier mój, bo ożeniony z siostrą mojej żony, Aleksan- 
der Wysocki, czynny gospodarz, oszczędny w domowem ży- 
ciu, a z pomocą chętnie potrzebnym dążący, we wszystkich 
potrzebach narodowych pełen poświęcenia, wzorowy pan dla 
ludzi swo1ch, jako jedynak był dziedzicem pięknego mają- 
tku Pułkowa 9, z widokiem po śmierci odziedziczyć Dulsk 10, 
jeden z najrpiękniejszych i obszerniejszych majątków w Ziemi 


198 


........
>>>
Dobrzyńskiej w Królestwie Polskim, o milę od granicy od- 
ległym. Ponieważ Pułkowo nie wystarczało jego życiu czyn- 
nemu, przykupywał p
zyległe, mniejsze gospodaorstwa, two- 
rzył z nich oddzielne folwarki, które porządnemi budynka- 
mi i inwentarzami zaopatrzył, ale to wszystko za pożyczane 
pieniądze, na które nie mogłem mu odmówić dawać moje 
poręczenia, które na swoim majątku hipotekował, nawet 
bez mojego żądania i bez mojej wiedzy. Ponieważ te hipo- 
teczne pożyczki nie wystarczały, wpadł w Hchwiarskie ręce 
żydowskie, na które, chcąc go ratować, musiałem podpisy- 
wać weksle. Ale jak to zwykle bywa, że kto wpadnie w te 
nieszczęsne sieci lichwia['skie, stara się ukrywać położenie 
Sw.oje i coraz brnie głębiej, nie zwierzając się przyjacio- 
łom, żeby zawczasu mu przyszli z pomocą, tak też i Wy- 
socki zadłużywszy ogromnie Pułkowo, w nieszczęsnym za- 
wrocie głowy, md:zierżawia Niemcowi na dwadzieścia lat 
Pułkowo, a sam uchodzi do Dulska. 
Teraz dopiero się dowiaduję, że oprócz poręcZe!l moich 
na kapitaly pożyczone, samych weksli u Zydów jest 24 000 
talarów. Nic nie pomoże, trzeba płacić jak najprędzej, żeby 
samemu nie zabrnąć. Na nieszczęście jakaś kryzys finanso- 
wa była powodem, że banki nie tylko obywate1om, ale i kup- 
com, kt&rzy tylko na kredycie stoją, odmówiły poriyczki. Bę- 
dąc w Banku Toruńskim zakredytowany na 50 000 talarów 
sądziłem, że dostanę stamtąd pomoc; dostawszy jednak od- 
mowę, próbuję u kupców, ale w owym czasie ich jedynym 
zarobkiem było ściąganie rubli ż Polski i posyłanie ich do 
mennicy berlińskiej, gdzie dla pięknego srebra na gorsze 
talary pruskie je przetapiano. 
Jadę więc do Berlina z wykazami hipotecznemi moi,ch ma- 
jątków, które wtenczas tylko małymi sumami towa-rzystwa 
kredytowego były obciążone. Mając tam znajomych kupców 
i bankierów, sądziłem, że odbiorę kontraktami na wełnę 
i zboże potrzebny mi kapitał, ale dowiaduję się, że postrach 
giełdowy pochodzi z obawy rewolucji w Paryżu, gdzie znie- 
nawidzonego Napoleona zastąpią 'czerwoną republiką 11. 
PrzYibywający z Paryża, z którymi się stykam, potwierdzają 
te wieści. Posyłam po znajomego mi komisjonera, żeby mi 
koniecznie się wystarał o pieniądze, ale ten zaręcza, że próż- 
ne wszelkie zabiegi. Wchodzi na to mój przyjaciel Józef 
Rutkowski z jednego ze mną powiatu, w przejeździe do 
MekJ.enburga po barany. Opowiadam mu moje kłopoty, a 
przy tem przypominam sobie, że w Berlinie jest jakiś sław- 
ny prorok. Pytam się więc o niego komisjonera, który nam 


199 


--
>>>
cudowne rzeczy o nim powiada, że mianowicie wszystkie 
panny, ale i z dalekich stron zjeżdżają do niego, pytać się 
jakich mężów dostalJlą, a wszystkim się sprawdza. Jednej 
nawet jeszcze to dodał, że pierwsze, co PalIl Bóg da, będzie 
parka. Namawiam więc Rutkowskiego, żeby z nami jechał 
do niego, spytamy go się zarazem, czy i kiedy naszą Pol...; 
skę mieć będziemy. 
Jadąc wszyscy trzej do mieszkania proroka w Zwierzyń- 
cu bez zwierząt, tak zwany Tiergarten 11, opowiada nam 
komisjoner, że najprzód rozgłos sobie zrobił, przepowiada- 
jąc, wiele lat przedtem, klfólowi stalI'emu 18, śmierć w roku 
1840, za co go do kozy wsadzono, ale stamrtąd wypuszczony, 
zyskał lIla sławie. Później królowi Wilhelmowi IV przepo- 
wiedział, że skoro ostatnia ósma marmurowa grupa posta- 
wiona będzie na moście zamkowym, król skaputuje (geht 
der Konig caput) i w istocie król iW owym czasie zdrów, 
dwa dni po ustawieniu figur niebezpiecznie zachorował. Pu- 
szczenie krwi uratowało żyJCie, ale dostał obłąkania, któTe 
go do śmierci nie opuściło u. Do żony przyszedł także przez 
proroctwo, bo z dzisiejszą swoją małżonką rozmawiając, przy 
kawie w publicrlnem miejscu, kiedy ta mu się skarży na 
losy, mówi: "Czego pani narzekasz, masz męża bogatego". - 
"Cóż z tego, kiedy nie mam dzieci". - "Żebyś była moją 
żoną, to byś je miała". - "Doprawdy!?" i czem prędzej 
rozwiodła się z bogatym mężem i poszła za ubogiego pro- 
roka, a proroctwo jego się spełniło. 
Zajechawszy na miejsce, wchodzimy do jego mieszkania. 
Pytamy się podeszłej kobiety, czy pan Sohn u siebie? 
Odpowiada, że go nie ma. Na to otwierają się drzrwj, i wy- 
soki mężczyzna odzywa się: "Jestem w domu, ale nie mam 
teraz czasu, bo mam gościa". Małżonka jego na to: "Znowu 
ciebie wsadzą do dziury" i odeszła. Mówię więc do niego: 
"Zaczekamy, aż gość odejdzie". - "Jeżeli panowie chcecie 
czekać to dobrze, proszę po jednemu do mnie przyjść." 
Idziemy więc do restauracji i wyglądamy, rychło gość 
wyjdzie. Widząc po niejakim czasie wychodzącego młode- 
go, porządnie ubranego mężczyznę z tłumoczkiem na ple- 
cach, który widocznie przybył ze świata, pytać go się o 
swoją przyszłość, mówię do towaTzyszy: "Puście mnie na- 
przód" i wchodzę do jego pokoju. Wskazawszy mi stołek, 
siada naprzeciw mnie i, od razu, nie pytając się, kto i skąd 
jestem, mówi: "Pan dużo pieniędzy straciłeś z winy krew- 
nego żony, mając żonę i dzieci, o nich powinieneś pamię- 
tać". Zadziwiony, że tak trafił, myślę go złapać i pytam: 


200 


.......
>>>
"Wiele dzieci?" "Siedmiara była, ale troje żyje. Żona panu 
trachę dokucza, czemu dawałeś, ale ana ma serce takie jak 
Pan, ona byłaby też dala, ale zwyczajnie, jak ta kabiety." 
Gadał mi wiele jeszcze rzeczy, faIriilii mojej się tyczą,cych, 
a wszystka prawdziwe, że nie magłem się wstrzymać od 
zapytania, skąd ta wszystko wie. Razwadził się długa nad 
Wzajemnym stosunkiem duchów ze sabą w łącznaści z du- 
chem świata, ale żałuję, że tego misty'cznega wywadu nie 
pamiętam, ba zanadtO' mnie to zajęła,. cO' już słyszałem, a 
ciekawaść, cO' dalej ad niego usłyszę, nie pozwaliła mi na- 
leżną uwagę nań zwracać. 
Skańczywszy, mówi dalej: "Co ta pan w życiu swoim 
przechadziłeś: ciężkie choroby, klęski, prześladowania 
złych ludzi, ale to wszystka pakanasz; w siedemdziesią- 
tym raku wieku twegO' będziesz zdrowszym, jak w mło- 
dych latach, ale cO' mówię, siedemdziesiąt lat, dożyjesz wie- 
ku dziadka i babki (którzy da osiemdziesięciu pięciu i sze- 
ściu 'lat dożyli). Pomoc, !której tu szukasz, pieniężną, maj- 
dziesz za kilka tygodni, a przeciwników twoich dostaniesz 
pod twoje stopy. W karty tu grając będziesz przegrywał. 
Doczekasz się w późniejS'zym życiu dawnegO' szczęścia". 
Widząc, że zapas przepawiedni się kończy, przypomniaw- 
szy sabie, że drudzy czekają, pażegnałem praraka, talarka 
na stół pałożywszy. Krótka apawiadam towarzyszom cu- 
downe przepawiednie, ale mówię Rutkowskiemu, wybiera- 
jącemu się iść da niegO': "Pytaj że gO' a naszą Polskę, ba ja 
z wrażenia daznanega zapomniałem". Ten pa daść długim 
posiedzeniu przychodzi da nas, mówiąc: "Niech gO' kaci 
wezmą, tać gadał jakby ze mną razem żył, wszystkie fami- 
lijne stasunki, a rodzeństwie, żonie, domu, pięknie miesz- 
kasz - mówił - jesteś majętnym, ale cóż z tegO', jednak 
szczęścia nie ma, ba nie ma dzieci". - "A a Polskę py- 
tałeś się?" "Pytałem, mówił, że będzie przywrócona, ale to 
jeszcze jakiś czas patrwa." ---\ "Któryż król przyczyni się 
da tega?" "Który kTól? Wtenczas nie będzie ani króla, ani 
cesarza - all es Republik 111, przy tern rewalucja i ws;1Jrzą- 
śnienie światem, jakich dotąd nie było, a Niemcy najbalr- 
dziej ucierpią". - "Jak pan tak możesz mówić, będąc sam 
NIemcem?" - Powtarza znowu: "Sam Niemcem? P,rze- 
cież ja nikamu krzywdy nie robię, za cóż mam pokutować". 
Nie ma wątpliwości, że Niemcy swoim postępawaniem w 
Francji, Rumunii, Austrii, zgoła wszędzie pracują nad u- 
rzeczywistnieniem tej przepowiedni. Pytanie tylkO', gdzie 
się rozpocznie? Podług przepawiedni sławnegO' praroka Spi- 


201
>>>
le Behna, w Sławiańszczyźnie, bo mówi: Der Klein-Turke 
wird im Jahre 1872, Deutschland verwusten bis an den 
Rhein ,(Mały Turczyn będzie wIroku 1872 pustoszył Niem- 
cy aź do Renu). Czytałem sam w roku 1848 to proroctwo, 
kupione w księgarni brodnkkiej, a więc niedługo na to 
czekać. Wydawca tej przepowiedni robi do niej następują- 
cą uwagę: "Ponieważ proroctwa tego nadzwyczajnego czło- 
wieka od kilkuset lat w cudowny sposób się spełniły, wno- 
sić by trzeba, że i to ostatnie się spełni, ale kto jest der 
Klein-TuTke. Turek jest za słaby na to, może to pod prze- 
nośnią Moskalów się tyczy, ale przecież szwagier (Miko- 
łaj) naszego kr6la tego nie zrobi - więc chyba pod inną 
przenośnią rewolucja ogólna". Mnie się zdaje, że wielkiej 
przenośni nie trzeba, kiedy zważymy, że ludy sławiańskie 
pod tureckim panowa'Iliem są rozumiane. 
Sumienność mi każe przyznać się, że z pewnością nie pa- 
miętam, czy tam rok 1872 wyra
ony, ale to wiem, że na 
początku lat po roku siedemdziesiątym, więc zdaje mi się, 
że ci wszyscy, którym, jak mnie, przykrzy się czekać chwili 
zbawienia naszego, chętnie zgodzą się ze mną na rok 72. 
Komisjoner ostatni biegnie do proroka, ale ledwo parę 
minut zabawiwszy wraca do nas mówiąc: "A to mi dał. Straciłeś 
swój majątek, żony majątek, teraz trzymaj w garści i bądź 
zdrów!" Znając jego historią mogę poświadczyć, że czysta 
prawda, a mogłem ją lepiej znać od proroka, bo ojciec je- 
go miał piękny majątek w powiecie lubawskim, graniczą- 
cym z moim powiatem, który przez lekkomyślne życie stra- 
cił. Ożenił się z córką bogatego bankiera w Kolonii, ale 
i jej majątek zmarnował, więc od roku osiedlił się w Ber- 
linie i został komisjonerem. Trudno, żeby Sohn, kt6ry ca- 
ły dzień siedział w domu oczekując odwiedzających go, a 
dopiero co wieczór chodził do Ber lina wypić parę kufelków 
piwa, o jego stosunkach, nie znając go osobiście, coś wie- 
dZiiał. Tern mniej o mnie i Rutkowskim. 
Kiedy się o proroctwach Polskę tycząrcych rozpisałem, to 
przytoczę jeszcze jedno, które przed kiłkonastoma latami 
w naszej 'Okolicy się pojawiło, a kt6re wtenczas trudno było 
zrozumieć, bo dopiero późniejsze wypadki zwróciły nań 
uwagę. To proroctwo jest następujące: 
"Moskwa wiele lecząc sama chorować będzie. Król prus- 
ski z wielkiego apetytu konstupacji 10 dostanie, a cyrulicy 
zewsząd krew pus2)czać mu będą. Polska na febrę tercjanną 
zapadł;szy dużo ucierpi. Ale zegarek paryski (godzinę zemsty 
wskazujący), wody duńskie, szwedzkie żelazo, kalendarz 


202
>>>
stambulski _ czas okaże, a wtenczas na cały świat maligna. 
Polska dopiero przy nadspodziewanie nastąpionej jedności 
i zgodzie zakwitnie, postać wesołości przybierze, jak feniks 
z popiołów powstanie". 
Ponieważ znajdują się tacy, między nami, co nie wierzą 
W proroctwa, nawet takie, które Polskę przepowiadają, oso- 
bliwie przez malignę całego świata wskrzeszoną i szydzą z 
tych, co w nie wierzą - jak to sam doświadczałem - to 
ilU się nie dziwić, bo czternaście procent dywidendy, to pięk- 
na rz
z, a może się jeszcze powiększyć, byle cicho było na 
świecie i mąż szanowny i wielce zasł;użony nie miał prze- 
szkody w operacjach swoich, a Polska, na łożu boleści, niech 
sobie dogorywa dalej! 
Ponieważ trudność dostania pieniędzy w Berlinie ciągle 
trwała, a mój komisjoner gdzieś wyjechał, poznałem przy- 
padkiem dwóch Niemców, którzy dowiedziawszy się, o co 
lUnie idzie, oświadczyli, że nie będąc komisjonerami jednak 
będą się starać bez wynagr.odzellia, abym dostał pożyczkę. 
Widzą,cich gorliwe usiłowania, zapraszałem na obiady, a 
potem do mojej stancji na partią wista. Przymałem im się, 
że dlatego ich do kart zapraszam, że się chcę przekonać, 
czy prorok prawdę mówił. I w istocie nigdy tak nieszczę- 
śliwie nie grałem, jak wówczas, tak że moim partnerom 
w końcu oświadczyć musiałem, że kontentując się dotych- 
czasowym sprawdzeniem przepowiedni, więcej się przekony- 
wać nie będę. 
Udało się nareszcie moim pomocnikom w banku asekura- 
cyjnym na życie wyjednać mi pożyczkę 20 000 talarów pod 
warunkiem, że sam życie moje zaasekuruję. Musiałem więc 
sprowadzić metrykę, od doktora przystawić świadectwo 
zdrowia i zahipotekowawszy kapitał powróciłem z pieniędzmi 
do domu, a zatem i ta przepowiednia się sprawdziła. 
Cztery tygodnie temu zacząłem rok siedemdziesiąty, a że 
się czuję zdrowszym, jak w młodym wieku, więc i trzecia 
przepowiednia się spełniła, co daje nadzieję, że i reszta 
z pomocą Bożą się spełni, a wtenczas moje Pamiętniki wię- 
cej będą miały wartości, jak dziś, gdzie ludzi cenią podlug 
lUajątku, jaki posiadają. 
Połatawszy znowu z grubszego moje interesa, pojechałem 
do Brodnicy, gdzie się zwykle Niemcy zbierali na narady, 
jak mnie zaszkodzić, o czem później bli
sze s2)czegóły opi- 
sZę. Tam obstępują mnie i nuż pytać o proroka. Rutkow- 
ski tu już nam powiadał, ale chcielibyśmy od pana usły- 
szeć. Opowiadam im więc wszystko aż do dostania nieprzy- 


203
>>>
jaciół moich pod moje stopy. Nie bardzo im się. to podo- 
bało, więc dowodzili, że musiał się 00 do przeszłości dowie- 
dzieć się o mnie. N a to odzywa się młody Niemiec z Kolo- , 
nit, który im opowiada, jak jemu i przeszłość, i przyszłość 
przepowiedział, chociaż pierwszy raz był w Berlinie, a jedno 
i drugie było nadzwyczajne. "Pozwolłcie więc panowie, 
oń- 
czy, ie stanowczo utrzymuję, że Sohn jest prawdziwym pro- 
I'okiem" . 
Zafrasowali się widocznie słysząc potwierdzenie z ust 
Niemca, który nie miał powodu ich okłamywać, a mnie 
mogli o to posądzać. 
Kupno Radowisk dopomogło mi do pozbycia się reszty 
pozostałych drobnych długów, łbo zmuszony do odstąpienia 
sto mórg lasu na paśnik, musiałem drzewo z tej przestrzeni 
sprzątnąć, które po wysokiej cenie sprzedałem. 
Wypadło mi w nagłym interesie znowu jechać do Ber- 
lina, tam odbieram list od żony, pragnie, abym przyspie- 
szył powrót, bo zasłabła, prawda że nie niebezpiecznie, bo 
się tylko zaziębiła podczas słabości, ale życzy sobie, abym 
był przy niej. Doktor Kaczorowski, do którego ma zaufanie, 
ją leczy. Wracam więc natychmiast. W Toruniu namawiają 
mnie, abym starego doświadczonego dOktora zabrał ze so- 
bą, więc z nim przybywam do Piątkowa i posyłam po dr 
Kaczorowskiego, żeby naradzili się ze sobą. Temczasem ów 
doświadczony doktór każe pijawki przystawiać, choć już 
przedtem były użyte. Wychodzimy do ogrodu, mówi mi, że 
będzie wszystko dobrze, a gdy nadjeżd
a Ka,czorowski zo- 
stawiam ich dla narady, a sam zaglądam do gospodarstwa. 
Wróciwszy do dworu, zastaję obu doktorów zajętych tar- 
ciem zdrętwiałej żony, a kiedy, przerażony tym widokiem, 
ją obejmuję, wołając: "A to co?" - ona otwiera oczy, ale 
wyją'knąwszy: "Mężu, ja umieram" - zamknęła je na zaw- 
sze 17. 


.4
>>>
Rozdzial XII 


OD ROKU 1860 DO WYPADKÓW 
WARSZAWSKICH 1862 


Treść: Wybór landrata w moim powiecie. - Moje curriculum 
vitae. - Landrat Young. - Smierć matki. - Niemcy rabują 
Pułkowo. - Kupuję Pułkowo. - Przedaję Swierezyny. - Intrygi 
sędziego Łyskowskiego. - Sąd honorowy. - Swietny stan ma- 
jątku. - O poprawie łąk - Szlwła wojskowa w Cuneo. - To- 
warzystwo Agro\l1omicZiJ1e w Prusach Zachodnich. 


Kochana za życia, a więc powszechnie żałowana po 
śmierci, żona moja, zgromadziła na swój pogrzeb całe oko- 
liczne obywatelstwo, którego młodsza część, po większej 
części kuzyni, nie pozwolili trumnę na katafalku ustawić, 
ale na barkach swoich do parafialnego kościoła, blisko pół 
mili odległego, zanieśli, gdzie ją do wiecznego spoczynku 
obok pierwszej żony do grobu złożono. 


Starsza siostra żony, pani Jezierska, przywiozła do nie- 
dorosłej jeszcze, młodszej córki mojej, Wandy, nową nauczy- 
cielkę, a sama zostawiła gospodarstwo majątku w Króle- 
stwie mężowi i z dwiema córkami przeniosła się do mnie, 
matkować osieroconym dziewczętom. 
W owym czasie nastąpiła w naszym powiecie zmiana land
 
rata. Dziwna rzecz! Teść mój, lubo Polak, przez 33 lat urzę- 
dował, po nim już czwarty niemiecki naczelnik powiatu 
musiał miejsce SIWoje innemu ustąpić. Landrat Szczesny prze- 
śladowaniem Polaków, a w szczególności moim, zapewnio- 
ny, że przełożonych swoich w Kwidzynie zadowolnił, prowa- 
dząc życie dosyć wystawne, na które pensja nie wystarcza- 
ła, jakoś nie mógł się wyra'chować z kasą powiartową i pod 
zarzutem nadużycia na własne potrzeby, został oddalony. Na- 
stąpił wybór nowego przez stany powiatowe. Zjechał komi- 


205 


--
>>>
sa'l'z rządowy do Brodnicy. Partia polska występuje z trze- 
ma kandydatami Polakami, z których pierws:zym młody 
Czarliński, akademik, ad kilku lat urządujący, drudzy dwaj 
byli ja i Ignacy Lyskowski. Partia niemiecka, równająca 
się liczebnie naszej, robiła starania wszelkie, żeby mieć 
większość dla swoich kandydatów i jak zwykle, bez skru- 
pułów, czy drogi 'Prawne. I tak, pomiędzy innymi, składa 
Niemiec jeden plenipotencją swojej żony, która kupiwszy 
naprędce folwark od męża głos swój jemu oddaje. Polska 
partia protestuje przeciw temu, zwłaszcza, że pan mąż nie 
pr(lystawił tytuł u posesji żony. KO'misarz adzywa się: "To 
niepotrzebne, ja sam w sądzie się przekonałem, że tytuł 
posesji dziś będzie wygotowany". Na ta odpowiadam, że 
chleba, który jeszcze jest w piecu, nie możemy spażywać 
przy uczcie, da której zasiedliśmy, a zatem i takiego ty- 
tułu posesji, któregO' tu okazać nie można, przyjąć nie mo- 
żemy. "Biarę to na mają odpowiedzialnaść - m6wi komi- 
sarz - i głos jako pra'wny przyjmuję". 
PomimO' wszystkich wykrętów niemieckich, na wielkie 
zmartwienie pana komisarza, zwyciężyliśmy kilku głosami. 
Wzywa więc nas, abyśmy każdy swoje curriculum vitae w 
czternastu dniach przesłali, ponieważ posada nie może dłu- 
go być nie obsadzoną, a z ministerium przyjdzie potwierdze- 
nie tego kandydata, który im z wszystkich trzech najlepiej 
się spodoba. Na ta odzywam się: "Panie kamisarzu, maje 
curriculum vitae jest trachę długie, proszę a szeŚĆ tygod- 
ni czasu". 
Ponieważ Ignacy Lyskawski i ja nie mieliśmy pretensji, 
aby ktÓrego z nas ministerium landratem obrało, podaliśmy 
obydwaj obszerne curriculum vitae, w kt6rym postępowa- 
nie rządu pruskiego z Polakami w jakrawych kolorach wy- 
stawiamy. Maje zawierało dziesięć arkuszy 1. Mając wówczas je- 
szcze przekonanie, że tylko rząd naszej prowincji pazwala 
sobie nadużyć bez wiedzy i woli najwyższych władz ber- 
lińskich, sądziłem oskarżeniem przed temi władzami, zwła- 
s:łJcza, że ta oskarżenie było nader ciężkie, spowadawać 
sprawdzenie na miej&cu, czy jest prawdziwe, a w takim 
razie zmianę postępowania w duchu sprawiedliwości, którymi 
się rząd pruski szczy,oić lubi. Ale omyliłem się, czekamy 
miesiące na zamianowanie naszego kandydata, a że landrat 
podług przepisów powinien w tym samym powiecie posiadać 
ma'jątek, dyrektar Towarzystwa KredytowegO' pan Doni- 
mirski 2 oddaje wizytę prezydentowi rejencji i pyta, czemu 
patwierdzenie zięcia jego nie następuje, aby mu kupić ma- 


206
>>>
jątek w powi-ecie. Na to dostaje odpowiedź, żeby się Pala- 
cy nie łudzili nadzieją w państwie pruskim urzędu, do któ- 
rego zaufanie rządu jest pierwszym warunkiem. 
Tateż pomimO' wY1I'aźnych przepisów, że landrat powinien 
przez stany pawiatowe być wybranym, narzucano nam ba- 
rona y aunga. 


Matka moja, prze dawszy Mierzynek a przeniasła się do 
Brodnicy addają: się wychawaniu wnuczki, a stamtąd do 
Bydgaszczy, gdzie wydawszy ją za Bolesława Chatamskiego 
i zostawiwszy w tym mieście przez wiele jesz,cze lat wdzię- 
cZną pamięć dobrodziejki dla potrzebujących wsparcia ro- 
dzin palskich, sprawadziła się do Piątkawa, żeby, jak mówi- 
ła, być pochawaną obok familijnych grobów. Tateż uradza- 
na w raku pierwszegO' razbiaru Palski (1772) dażyła wysakie- 
go wieku, ba osiemdziesiąt dziewięć lat, zachawując da kO'ń- 
Ca jędrnO'ść umysłu i ducha i bez charaby zasnęła w Bo- 
gu. 
Niemie,c, któremu WysO'cki na dwadzieścia lat zadzierża- 
wił pa 10 000 talarów racznie Pułkawa, z góry zapłaciwszy 
za inwentarze, któ'ł"ych nie aglądał i z góry zaliczywszy 
jednoroczną dzierżawę, przystał na tO' wszystka w przekO'na- 
niu, że jegO', jaka Niemca, nie wpuszczą da Pułkawa, i że 
dabre dostanie odstępne. Czekał więc pięć dni w Dę.bawej 
Łące, gdzie był leśniczym, a pożyczając Wysockiemu pO' 
trO'sze pieniędzy, nazbierałO' mu się przez kilka lat 30 000 
talarów sądząc, że wpadnę dO' niegO' i że ze mną piękny 
interes z'rabi. Ale nie mogą,c się doczekać, sprowadza się z 
żO'ną i O'śmiO'rgiem dzieci do Pu};kowa. Widząc się zawiedzia- 
nym, nie płaci przez dwa lata nikomu, nawet Towarzy- 
stwu KredytO'wemu, dO' czego się w kontrakcie zobowiązał, 
bO' 200000 talarów była długu w agóle. Dyrekcja tegO' Ta- 
warzystwa rabi kroki da subhastacji 4, ale wszędzie Niem- 
cy przychodzą dzierżawcy w pamoc, ociągając się z wyko- 
naniem żądań dyrekcji, tak że dwa lata przesiedziawszy 
miał nadzieję jeszcze da trzeciegO' przeciągnąć i zasiał kil- 
ka pól więcej aziminą, jak powinien. Energicznemu postę- 
Powaniu dyrek'cji udała się jednak zniewolić sąd do wyraku 
zapłacenia za,ległych pracentów pod osabistym aresztem o- 
skarżonegO'. Nie pazostawało więc dzier'żawcy nic, jak obe- 
drzyć Pułkowa i zemknąć. Wtem przyjeiJdża da mnie są- 
siad późnym wieczarem, dO'nO'sząc mi, że prasto jedzie z 
Wąbirzyźna G, gdzie mu jakiś wyjątkowa paczciwy Niemiec 
Pad sekretem powiedział, że jutra wszy£'cy niemieccy są- 


207 


--
>>>
siedzi zobowiązali się na korzyść dzierżawcy zrabować Puł- 
kowo ze wszystkiego, co się wywieźć da. 
Ze sądem brodnickim zaś taka stanęła umowa, że jeżeli ja bę- 
dę żądał aresztu na ten rabunek, dopiero za trzy dni zje- 
dzie delegat sądowy, ale wtenczas już nie będzie na co are- 'i: 
sztu położyć. 
Musiałem się wprzód przekonać, czy to doniesienie się 
sprawdzi, a że nazajutrz odbieram wiadomość, że kilka- 
dziesiąt wozów, mianowicie dwanaście z Dębowej Łąki, dwa- 
naście z Pląchot, a zatem od obydwóch braci Hennigów, od 
świtu samego plądrują Pułkowo, zabierając zboże, kartofle, 
których dla gorzelni było kilkanaście tysięcy korcy, i sprzę- 
ty gospodarcze, posyłam natychmiast do Brodnicy furmall1- 
kę, wzywają1c sąd, żeby przyszedł w pomoc przeciw temu 
bezprawiu a periculum in mora. 6 Dyrektor sądu opędza 
się memu urzędnikowi mówiąc, że nie może wyskoczyć z 
sądową pomocą na moje żądanie, ale za trzy dni przyśle 
sędziego. To już będzie za późno, mówi mój posłaniec, dy- 
rektor jednak stanowczo odmawia, ale że równocześnie pi- 
sałem do adwokata, aby poparł moje żądanie, ten się zjawia 
w sądzie i żąda, aby natychmiast areszt był położony. Nie 
mógł się oprzeć pan dyrektor i wysyła sędziego, który wie- 
czorem przybywając do Piątkowa, mówi mi, że wstępował 
w Pułkowie i oznajmił dzierżawcy, że jutro rano sekwe- 
stra'Cją zaprowadzi. - "Toś mu wygodził - odpowiadam - 
będzie się starał korzystać z tego i dziś jeszcze wyprowa- 
dzi, co się da". Jakoż w kilka godzin odbieram od rządz- 
cy z Radowisk doniesienie, że dwadzieścia wołów z Puł- 
kowa pędzono przez Radowiska, i że je kazał zatrzymać. 
Odzywa się sędzia: "Niem Bóg broni, może panu zrobić 
proces o samowładną dla siebie .pomoc (eigenmiichtige Selb- 
sthillfe) i to na pu'blicZIIlej drodze". Dałem się zdurzyć przy 
znanej mi parcjalności dla Niemców i kazałem puścić woły. 
Nazajutrz, o szóstej godzinie jedzie sędzia do Pułkowa, 
tam zastaje już pełne podwórze wozów sąsiedzkich, zabie- 
rających resztę. Co już było na wozach, uważał, że nie 
byłoby przyzwoicie odbierać i tylko próżnym wozom ka- 
zał wracać do domu. Tak ocalało trzy tysiące korcy kar- 
tofli, które ludzie miejscowi rozebrali, bo przez niegodzi- 
wego dzierżawcę niełitościwie byli głodzeni, tak że z wiel- 
kiej biedy dużo mieszkańców wymarło. 
Radzca Towarzystwa Kredytowego, Jackowski, który 
przypadkiem będąc w Brodnicy, z sędzią był przyjechał, 
odzywa się do dzierżawcy: "Ponieważ pan tu juź nie masz 


208 


....... 


.......
>>>
czem gospodarować, zapewne się usuniesz i sekwestratoro- 
wi zarząd zostawisz". - "Przeciwnie - odpowie dzierżaw- 
ca - ja zapłacę te 7000 talarów, o które dyrekcja mnie 
zaskarżyła i będę dalej gospodarował". Sędzia ,popiera stro- 
nę swego landsmana i tak odjeżdżają panowie zostawiwszy 
sekwestratora, dawniejszego mego rządzcę, Gniazdowskiego. 
Na przekór siedział dzierżawca jeszcze kilka tygodni, aż 
wreszde, obawiając się osobistego aresztu, znikł. 
Po;ra wiosenna już była spóźniona, bo koło połowy ma- 
ja, a w polu nic nie było zrobione, więc otrzymawszy Gnia- 
zdowski 2000 talarów od dyrekcji, musial dopiero skupować 
zboże jarzynne -i kartofle, przy czem 'l'ozwinął całą swoją 
energią, żeby jako tako pola poobsiewać. 
Wyznaczono termin do licyta'cji na Pułkowo. Przed moi- 
mi kapitałami, które 60 000 talarów wynosiły, było 75 000 
zahipotekowanych, po tych 135000, Żydzi mieli swoje do 
200 000 zapewnione. Kredytorzy, mający przede mną kapi- 
tały, licytowali do pokryda sum swoi'ch, a odstępując od 
dalszej licytacji, przybito na mnie Pułkowo za 75 000. 
Okazało się, że 40 000 talarów, w sześciu tygodniach pod 
zagrożeniem resubhastacji, płacić muszę. W kłopocie moim, 
skąd wziąć pieniędzy, przychodzi do mnie uradowany pocz- 
ciwy Gniazdowski mówiąc, że pieniądze będą, bo Braun, 
dzierżawca chce kupić Świerczyny. - "Czemuż sam nie 
przychodzi?" "Bo nie śmie, wiedząc, że pan nie sprzedasz 
Niemcowi, ale nie bądź śmiesznym, kiedy to jeden spo- 
sób jest pozbycia się kłopotu". - "Jeszcze jedna jest prze- 
szkoda - mówię - sprzedania Świelfczyn, opinia publicz- 
na sądzi, że kupiłem Świerczyny dla Władysława, a sam tę 
opinią utrzymywałem". - "Kiedy Władysław niedawno te- 
mu był u mnie i w przytomności dwóch moich sąsiadów 
oświadczył, że nie chce Świerczyn, bo za swoje i matki ka- 
pitały może mieć w Polsce piękniejszy majątek bez długu, 
który by mu w Świerczynach w znacznej wielkości pozo- 
stał". - "Czy to pewno, że Władysław nie chce?" - py- 
tam jeszcze. "Przysięgam, a świadkowie potwierdzą." - "To 
Wołaj Brauna." 
Poświadczyć tu muszę, że on prawie jeden ze wszystkich 
Niemców, pomny, że teściowi mojemu winien swoje szczę- 
ście, bo mu nawet bez kaucji wydzierżawił majątek, zaw- 
Sze ze mną uczciwie wychodził, nie wdając się w ich zmowy 
na moją szkodę i w ogóle z dala się trzymał od ich zabie- 
gów nieprzyjaźnych P()lakom. Toteż, przyciśnięty gwałtowną 


14 - Pamiętniki... 


209
>>>
potrzebą musiałem zapomnieć o mojej zasadzie nie puszczać 
majątku w ręce niemieckie i po krótkim bardzo targu sprze- 
daję mu Swierczyny za 130000 talarów. Była już jedenasta 
godzina w nocy, kiedy ta ugoda nastąpiła. Ten jeden Braun 
zrobił warunek, że jutro o dziewiątej godzinie z rana kon- 
trakt sądowy z nim zrobię, który mając w ręku będzie w 
stanie wypłacić im za kilka tygodni 40000 talarów, które 

oniecznie potrzebowałem. Nazajutrz robimy sądowy kon- 
trakt, przy którym 5000 talarów jako vadium dotrzymania 
kontraktu mi płaci. 
Zadowolony tak pomyślnym obrotem moi'ch interesów, bo 
i posiadanie Pułkowa sobie zabezpieczyłem i posag żony 
został ocalony, pragnąłem z opiekunem Władysława, Syp- 
niewskim, się rozmówić, żeby mu wytłumaczyć, jakim spo- 
sobem zostałem uwolniony od opinii, że myślę odstąpić 
Swierczyny Władysławowi i to przez jego własne oświad- 
czenie, że ich nie chce. Ponieważ pilno mi było wracać do 
domu, ucieszyłem się zobaczywszy mego przyjaciela, sę- 
dziego Mieczysława Łyskowskiego w izbie gościnnej, roz- 
mawiającego z Niemcem. Kręcę się więc koło niego, aż 
skończy rozmowę, zresztą bardzo obojętną, ale widząc, że 
się przeciąga, zaczepiam go - z zamiaTem przez niego 
opiekunowi donieść o powodach sprzedania Swierczyn. Ale 
widząc, że zaczepka jedna i druga nie zdoła przyjemniej- 
szą z Niemcem rozmowę przerwać, wychodzę i odjeżdżam 
do domu. Zadziwiło mnie niemało to ze mną postępowanie 
sędziego i przypomniało mi słowa, niedawno od landrata 
y ounga słyszane, który mnie zapytał, czy się pogniewałem 
z sędzią. Odpowiadam: "Jesteśmy w najlepszej przyjaźni, 
nawet wczoraj byłem do zacnej jego żony przez niego pro- 
szony na herbatę, przy czem cały wieczór mile przepędzi- 
łem". - "To dziwna - mówi land,rat - bo kiedym w miej- 
scu zwykłej wieczornej schadzki pana wystawiał jako naj- 
zacniejszego z obywateli, wszyscy się ze mną zgodzili, tyl- 
ko sędzia Łyskowski był innego zdania." 
W kilka dni po powrocie do domu odbieram list od niego, 
w kt6rym mi w jaskrawych kolorach wystawia nierozważ- 
ny czyn, który popełniłem, wydzierając małoletniemu oj- 
cowski majątek. Ubolewa nade mną, że tym czynem zni- 
weczyłem całą moją nieskażoną przeszłość i zaklinając mnie 
na wszystkie świętości narodowych obowiązków, na dzieci 
moje, nie widzi innego dla mnie ratunku, jak jechać na- 
tychmiast do matki Władysława, w Włocławku mieszka- 
jącej, ofiarować jej tysiące talarów, żeby zapomniała o 


210
>>>
krzywdzie wyrządzonej synowi. Sądził, że będąc jako sę- 
dzia wyrocznią u większej części obywateli i mnie swymi 
PO'dstępnemi radami, ale jak twierdził z wielkiej dla mnie 
przyjaźni i życzliwości płynącymi, zdurzyć PO'trafi. Ale się 
O'mylił, bo odebrał odpowiedź, w której mu wprost zaka- 
zuję mięszać się do mO'ich interesów, a kiedy unikał ustnej 
ze mną rozmowy, która by mu była wykazała, że miałem 
nie tylko prawo, ale i słuszność po mO'jej s.tronie sprzedać 
ŚWierczyny, jako własnO'ść moją, teraz niewcześnie przycho- 
dzi z dziwnymi swymi radami. 
Nabycie kO'rzystne Pułkowa, przez które wszystkie stra- 
ty przez WysockiegO' poniesione pokryte zostały, a nie mniej 
kO'rzystna sprzedaż Swierczyn, zajęły umysły całego oby- 
watelstwa w Prusa,ch Zachodnich. Utworzyły się dwie par- 
tie głośno rozstrząsające moje postępowanie. Jedna, poczci- 
wa, z niezmiennych moich przyjaciół się składająca, przy- 
znawała mi słuszność i cieszyła się, że tak szczęśliwy obrót 
interesom moim nadałem. Druga, O'd dawna przepO'wiadają- 
ca mi upadek, przez niemiłe dla niej powiększenie majątku, 
widząc od razu zniweczone przepowiednie, siliła się moral- 
nie, w opinii publicznej, mnie poniżyć. W takiem położe- 
niu rzeczy bardzo mi przyjemną była wizyta Ignacego Ły- 
skowskiego, bratanka sędziego, któremu pokazuję list je- 
gO', na kt6ry się mocno oburzył, tem bardziej, że jak mi 
mówił, stoczył z nim w tej sprawie ostrą dysputę dowo- 
dząc mu, że najsłuszniej postąpiłem, opartą jeszcze przez 
przypadkiem przybyłego zacnego, a powszechnie poważa- 
nie mającego, obywatela Rybińskiego. Prosiłem zatem pa- 
na Igna'cego, żeby wpłynął na brata, aby przestał bunto- 
Wać przeciw lIllilie lIlie tylko obywateli dokoła, ale i paczciwe 
mieszczaństwo brodnickie, dotąd tak dla mnie przychyJ.ne, 
ku wielkiemu zadowoleniu Niemców, cieszących się z brzyd- 
kich swarów naszych. 
Najwięcej zmartwiło przeciwników moich, że zamiast u- 
tracić, jak przepowiadali, posag żony, na Swierczynach w 
ostatnim miejscu zapisany, jeszcze przez korzystną sprze- 
daż, 25 000 talarów zarobiłem. Ale w istocie zarobek przy 
ścisłym obrachunku znikł prawie zupełnie. Bo 10000 odcią- 
gnął sobie dzierżawca, a dzisiejszy nabywca, za budowle; 
3500 talarów należała się matce Władysława, jako piąty 
p.rocent, który na przypadek, gdyby Władysław nie utrzymał 
SIę przy Swierczynach, jej miał być dopłacony, bo dotąd tyl- 
ko cztery procent pobierała. Zostawało więc tylko 11 500 ta- 
larów, które ledwo że pokryły straty, które ponosiłem, nie 


211
>>>
odebrawszy ani posagu żony, ani procentu z niego, przez co, 
po klęskach poniesianych, niemało, długu mi przybyło. 
W tym czasie przyjeżdża do mnie nawy dziedzic Świer- 
czyn, Braun, prasząc mnie, abym z nim jechał do Włac- 
ławka, do pani Wybickiej, której chce 'Zawieźć owe 3500 
talaTów, a boi się sam jechać, bo pewnie się gniewa, że to an, 
Niemiec, nabył Świerczyny. Jedziemy więc da owego Włoc- 
ławka, a wchadząc do pani Wybickiej, absypany zastałem 
od razu wyrzutami za sprzedaż Swierczyn. Sędzia Łyskow- 
ski bowiem na wszystkie strany razrzucił swaje intrygi. 
Prócz listu da mnie spowadował opiekuna, żeby doniósł ma- 
tce a krzywdzie papełnianej synowi. - "Wiem już a wszy- 
stkiem, był tu wczoraj u mnie przysłany abywatel przez 
apiekuna, który mi wszystka apawiedziat" - "Ale czy wie 
matka, że Władysław nie chce Świer,czyn, ba ta powie- 
dział w przytomności trzech obywateli - twierdząc, że w 
Palsce co, lepszego, bez długu dastać maże." Prócz tych argu- 
mentów wyjechał Braun ze swoim wymowniejszym, że 
przywi6zł jej owe 3500 talarów, kt6rych by nie dostała, gdy- 
by się Władysław przy Świerczyna,ch utrzymał. Nastąpiła 
więc najpiękniejsza zgada, przy której abiecała zaraz na- 
pisać do syna, że wszystka jest dobrze między nami. 
Kiedy więc wróciwszy da domu, sądzę, że przynajmniej 
z tej strany mam pokój - adbieram z Włacławka list ad 
matki, 
t6ra mi donasi, że dostawszy list od syna, rozpa- 
czający za s
zedaż aj czystego, majątku, którego posiadanie 
było najśw.iętszym jego marzeniem, musi .cafać zgadę między 
nami nastąpioną i zrywa wszelkie .ze mną stasunki. 
Pokazała się, że pan sędzia wszystkich użył sprężyn w 
mętnych celach swoich, bo napisał do młodego Władysława, 
wojskawość swoją odbywającego, dyktując mu, co, miał ma- 
tce napisać i usłuchał go niedoświadczony młodzieniec, któ- 
ry dotąd we wszystkich swoich finansowych kłopotach tyl- 
ko do mnie jednego o pomoc się odzywał i za uzyskanie jej 
zawsze wdzięczność i przywiązanie okazywał. 
Następnie donoszą mi moi przyjaciele, jaka burza, pod- 
dmuchana przez przeciwników moich, zewsząd się zbiera 
i wzmaga, a kiedy nareszcie słyszę, że mieszczaństwo brod- 
nickie, duchem naradowym ożywione, a zawsze mnie przy- 
chylne, tak dalece przez sędziego zostało zbunto,wane, że 
mnie przestrzegana pokazać się w Brodnicy, bo mnie awan- 
tura spatkać może, przekonałem się, że nie ma innej rady, 
jak wezwać sąd honorowy, żeby koniec położyć takim in- 
trygo,m. 


212
>>>
Jadę więc da Chełmna i addaję da "Nadwiślanina" inse- 
rat, w którym wzywam wszystkich, których sprawa nara- 
dowa i honar współabywatela obchodzi na zjazd da Wąb- 
rZyżna. - "Pakaże się tam, mówię, przy końcu, ktO' konfe- 
derat barski, a ktO' Targawica"; a temczasem pocieszać się 
będę wierszem, ze szkoilnej ławy mi pamiętnym, rzymskie- 
gO' poety: 
"StałegO' w dabrych przedsięwzięciach męża, 
Zapał żle chcących Z'iamków nie zwycięża. 
Daremnie tyran na niego się sroży, 
Żadna gO' nigdy burza nie zatrwO'ży. 


Niech wszystkie niebo wyrzuci pociski, 
Patrzy spokajnie na gramy i błyski. 
Niech niebios sklepienia nad gławą mu pękną, 
Przygniatą gO' zwaliska, ale nie ulękną". 
Przekład Dmochawskiega 7, ojca SalezegO', zmieniłem w 
ostatnich dwóch wierszach, ba HO'racego: 
Si fractus illabatur orbis 
Impavidum ferient ruinae. 
Oddane pa palsku: 
"Niech się świat cały z swych zasad wyłamie, 
On nieugięty nadstawi mu ramię." 



dawał mi się za słaby. 
Przypadkiem zastałem znanego mi obywatela z Płockie- 
gO' w redakcji, który pięćdziesiąt egzemplarzy "Nadwiśla- 
nina", wracają'c da domu, zabrał ze sobą da rozesłania maim 
przyjaciołom. 
Na dzień terminu zjechała bardzO' duża abywateli, pamię- 
dz y nimi i dwóch z Polski, zaciekawieni pad jakim to ja 
zarzutem ad rodaków się znajduję, słysząc o mnie dotąd tyl- 
kO' a prześladowaniach ze strany Niemców. 
Pad przewadnictwem szanawnegO' Karola Kalksteina z 
Pluskowęs razpoczął się sąd. Wyznałem, że zarzut, który 
sa!}} sobie zrabić muszę, jest ten, że Niemcowi pr:zedałem Swier- 
Czyny, zarzuty zaś mnie zrabiane zbiłem tym, że będąc praw- 
nYm posiadaczem tego majątku, mogłem z nim dawolnie 
rozpO'rządzać, a aświadczenie, że dla Władysława kupuję, 
zrobiłem tylkO' dla addalenia niemieckiegO' licytanta. Osta- 
tni zaś pazór w opinii publicznej istniejący, że kupawałem 


213 


......
>>>
dla małoletniego syna, zbiłem świadectwem kilku przytom- 
ny'ch, do których Władysław oświadczył, że nie chce Świer- 
czyn. 
Pvzeci:wnicy moi musieli wobec przeważnyoh głosów za 
mną przemawiających zamilknąć i wyrok mnie od wszelkie- . 
go 'zarzutu uwalniający ogłosIzony został w "Nadwiślaninie". 
Ale r07Jdwojenie w obozie polskim rozgłos podes'zający po- 
między Niemcami znaleźć musiało i spowodowało ich do sy- 
stematycznego względem mnie prześladowania. Mnóstwo 
procesów o niesłuszne pretensje z dawnych czasów mnie 
wytoczono. Adwokat mój, należący do ogólnej przeciw mnie 
konspiracji, tak kiierowal obroną moją, że wszystkie prze- 
grywać musiałem. Jeden dopiero poczciwy sędzia Niemiec 
kazał mnie przestrzec, żebym się takiego adwokata pozbył 
i, odehrawszy jemu moje ak1a, oddałem innemu. 
Tamten widząc się zdemaskowanym i pamiętając przepo- 
wiednią Sohna, że przeciwnjlków moich pod moje sibopy do- 
stanę - chociaż sobie wybudował piękny dom z ogródkiem, . 
gdzie jak mi często powtarzał, na zawsze z familią zamiesz- 
kać myśli - nagle przedał to wszystko i przepadł gdzieś w 
bezpieczniejszej, wielkiej Germanii. 
Inni, śmielsi Niemcy nie przestali mnie prześladować, jak 
mogli i korzystać z każdej do tego sposobności, a kiedym 
jednemu z nich zarzucał to prześladowanie tak jawne, on 
mi wprost odpowiedział: "Czemuż pana nie mamy się starać 
stąd wydostać, kiedy Polacy pragną to samo". 
Nowy nabywca Świerczyn uiścił się z obowiązania wypła- 
ty 35 000 talarów, bo z kontraktem ze mną zawartym poje- 
chał do Kwidzyna, gdzie nie tylko z pomocą prezydenta do- 
stał ów kapitał, ale nadto on jeden ze wszystkich obywateli 
niemieckich Ol1der Czerwonego Orla 8, jako nagrodę, że z pol- . 
skich rąk wyrwał piękny mająteik. 
Przeda'ż Świerczyn i kupno Pułkowa, jedno i drugie ko- 
rzystne, byłyby dużo interesa moje majątkowe poprawiły, 
gdyby nie konieczność, że folwark Feliksowo i kilka mniej- 
szych gospodarstw, nie objętych przy przedaży Pułkowa, 
musiałem na licytacjach nabyć, ponieważ na nich sumy hi- 
poteczne poręczyłem. Wyprostowałem jednak te interesa w 
krótkim czasie, do czego mi głównie Pułkowo z gorzelnią, 
do której ze ws'zystkich dokoła folwarków kartofle dowozi- 
łem, dopomogło. 
Zwróciłem szczególnie uwagę moją na poprawę łąk w Puł- . 
kowie, których tam było dużo, ale siana mało dawały i to 
lichego, bo mchem były przerosłe. Na poprawę takich łąk 


214
>>>
nie wystarcza nawodnienie, które zwykle wielkiemi koszta- 
J1li bezskutecznie bywa użyte, ho wody nie wytępią mchu, 
tylko owszem, bujniej jeszcze rośnie. Bez kasztów uskutecz- 
niłem tę poprawę, korzystając z czasu wiosennego, kiedy 
W polu nic jeszcze dla roztopów robić nie można, a w łą- 
kach zwierzchnia darń na parę cali rozmiękła. Wtenczas ka- 
załem ciężkimi żelaznemi bronami z poostrzonymi cynkami 
drapać łąki, tak silnie, aż czarnego koloru nabrały. Skutek 
się okazał zadziwiający, bo gęste i bujne trawy wyrosły. 
Prócz tego nawoziłem kompostami, które w każdym gospo- 
darstwie przez zbieranie wS'zystkich podwórzowy'ch nieczy- 
stości z domięszaniem materiałów z wychodków, popiołów, 
. - Ziemi, a szczególniej marglu tworzyć się powinny, przez co 
W miejsce dzikich, a często szkodliwych iI'aślin najpożyw- 
niejsze powyrastały. Łąki w ogóle najobficiej wynagradzają 
prace umiejętnie podjęte, bo kiedy role pomimo najstaran- 
niej'Szej uprawy przez susze zna'cznie cierpią i liohe zboże 
Wydadzą, łąki samą rosą w wilgoci utrzymane pięknemi i 
obfitemi trawami się pokryją. 
Na Piątkowie z łąkami trudniejsza była sprawa, bo tam 
osuszywszy kosztawnemi rowami bagna, trzeba była palić 
Pozostałe, ogromne kępy, zamieniać je na użyteczne grun- 
ta, sadząc na nich kapusty, brukwie i inne paste,wne rośliny. 
Ą ponieważ jeszcze nie mogły być tak dalece osuszone, żeby 
Pługiem na nie wjeżdżać, kazałem kopać głębokie bruzdy i 
ziemią z nich wydobytą tworzyć wysakie lichy, na których 
sadzono owe pastewne rośliny. Co przez kilka lat powtórzy- 
Wszy, tak się same asuszyły, że mażna je był!o orać i olej- 
nYmi nasionami, czy to zimawymi, czy letniemi, zasiewać. 
Potem dopiero zasiawszy mięszanki z koniczyn i innych 
traw, zrobiły się z nich najpiękniejsze łąki. 
Zazdrośćcie mi, panowie gospodarze, co, jak tu w Galicji 
często widzę, made i ziemie z natury urodzajne i łąki samo- 
rodne, najpiękniejsze siana wydające, bo nie doświadczacie 

ej przyjemności, którą ja miałem, widząc nagrodę prac ma- 
lch i często się nudzicie w waszych pięknych wiejskich sie- 
dZibach. Dla mnie te zachwiane przyjacielskie stosunki z 
dawniejszemi przyjaciółmi mojemi, miały tę korzy'ść, że nie 
Odrywając mnie od prac gaspoda'l'czych, jak dawniej, zba- 
wiennie wpłynęły na polepszenie majątkowych stosunków 
Inoich. Dawniej bowiem rzadko dzień minął, w którym by 
g?ś ć miły nie zawitał do domu mojego, a następnie wspól- 
nle odwiedzało się innych i tak czas schodził na przyjem- 
nYch zabawach. 


215
>>>
Tymczasem horyzont polityczny zaczął się zachmurzać, po 
wszystkich dzielnicach Polski pod wpływem emigracji ruszać 
się zaczęto. Otworzyła się s2'Jkoła wojskowa naprzód w Ge- 
nui, skąd się przeniosła do Cuneo 0, do której młodzież poi- 
ska z zaboru moskiewskiego tłumnie się udawała, a znacz- 
na ich część przejeżdżała przez Piątkowo. Przekonany, że 
kamy ruch narodowy tylka wtenczas jakąś pomyślność 1'00- 
kować może, kiedy jest pod kierownictwem czławieka ener- 
gicznego i powszechne mającego zaufanie, pytałem się ka'ż- 
dego z tej dzielnej młodzieży, pod czyją iść myślą komen- 
dę i od wszystkich tę jedną odbierałem odpowiedż: "Tyłko 
Mierosławski" . 
Ale trop w trop za niemi podążali wysłannicy tej części 
narodu, co dobrobyt nie chcą mieć zagrożony, przez ofiary 
wymagane ku wydobyciu się spod jarzma, do którego się 
prrłyzwyczaili i wkrótce udało im się rozdwojenie pomiędzy 
młodzieżą wywołać, między którą niemało było takich, któ- 
rym rygor Mierosławskiego, żądającego pilności w nauce 
i ćwiczeniach wojskowych się nie podobał. 
Mierosławski musiał ustąpić i oddana zarząd szkoły w nie- 
dołężne ręce jenerała Wysockiego 10, który Z Paryża, zastęp- 
cami swymi, wkrótce pożądane rozprężenie szkoły dokonał. 
Ruch ten naradowy i pod zaborem pruskim zaczął się ob- 
jawiać, a naprzód w P.oznańskiem słyszeliśmy, że wybrano 
mężów zaufania. Niedługo potem i na Ziemi Chełmińskiej 
jeden z pierwszych obywateli listownie zaprosił do siebie ze 
wszystkich powiatów Prus Zachodnich współabywateli od- 
znaczający,ch się gorliwoOścią w sprawach narodowych. Nie 
należąc do ld!czby zapraszonych, dowiaduję się od Ignacego 
Łyskowskiego, że zastał wybranym jako mąż zaufania w mo- 
im powiecie. Pomimo szczególnego sposobu wybaru mówię 
panu Ignacemu, że obowiązkiem jego teraz jest nadać kie- 
runek w powiecie do czynnego działania w duchu narodo- 
wym, a to najlepiej przez ogłoszenie zjazdu ogólnego dla 
utworzenia Towarzystwa Agronomicznego, z powiatów brod- 
nickiego i lubawskiego, czyli, z Ziemi Michałowskiej. 
Przystał chętnie pan Ignacy na mają propozycję i zjecha- 
liśmy się bardzo Hcznie w Brodnicy. Wybrani zastali: ja na 
prezesa, Sypniewski wiceprezes, Ignacy Łyskowski sekre- 
tarz, Karwat kasjer i ułożyliśmy statua naszego Towarzy- 
stwa 11, którego cele nie tylko w podniesieniu gospodarstwa, 
ale i oświaty niższych warstw były wyrażone. 
Za naszym przykładem potwarzyły się po całych Prusach 
Zachodnich towarzystwa podobne. 


........
>>>
Rozdzial XIII 


W PRZEDEDNIU 
POWSTANIA STYCZNIOWEGO 


Treść: Wypadki warszawskie. - Żałoba za pięciu poległych. 
Smierć Karola Kalksteina. - Moja mowa pogrzebowa. - Re- 
wizja moich papierów z rozkazu prezesa policji poznańskiej, 
Barensprunga. - Awantura z Niemcem na drodze publicznej. - 
Pruska sprawiedliwość. - Syna chorego zabieram z Poznania do 
domu. - Smierć młodszej córki, Wandy. - Mowa pogrzebowa 
emigranta Raczyńskiego i Elegia jego. - Drugi atak sędziego 
Lyskowskiego na mnie, odparty szczęśliwie. - Powstanie zde- 
cydowane. - Sp. Franciszek Salezy Dmochowski jako gospodarz. 


Warszawa, serce Polski, nasza kochana Warszawa, stanęła 
na czele w poruszeniu ogólnym. Ojcowie narodu obradowa- 
li nad uwłaszczeniem włościan, ale wszystkim duszno się 
zrobiło pod brzemieniem niewoli. Duch Kilińskiego wionął 
po stolicy, opuszczono warsztaty i zalane zostały ulice, by 
pięściami pogrozić cytadeli. Nie podobało się to Moskwie 
i za:komenderowała: "Ognia!", do bezhronnych. Pięć trupów 
podniesiono z krwią zbryzganego bruku 1. Cała Warszawa z 
duchowieństwem wszystkich wyznań na czele stanęła do u- 
roczystego pochodu na cześć niewinnych ofiar, by je złożyć 
do wiecznego spoczynku, posyłając rozpaczłiwe, błagalne 
hymny do Boga. 
N a cześć poległych cała Polska przywdziała żałobę, a Mo- 
skwa, wstydzą'c się swego zwycięstwa nad bezbronnymi, 
nie śmiała temu przeszkodzić i nie czując się dość silną, ze- 
zwalała na wszeLkie objawy ducha narodowego. Wszystkie 
części rozszarpanej PoLski rozbudziły się do czynnego udzia- 
łu i pod przewodnictwem duchowieństwa do ofiarności go- 
towego, po wszystkich świątyniach Pańskich i kapliczkach 
domowych zabrzmiały: Boże coś Polskę i Z dymem poża- 
rów. 


217
>>>
Prusy Zachodnie poniosły w awym czasie niepowetowaną 
stratę przez śmierć pawszechnie szanawanega abywatela Ka- 
rala Kalksteina z Pluskawęs. Bawiła u mnie wtenczas czte- 
rech zacnych emigrantów, pamiędzy niemi znany paeta i mi- 
ły tawarzysz, Włodzimierz Wolski. Zachadziła pytanie, czy 
jechać z niemi na pagrzeb, czy zastawić ich w damu. Zabrać 
ich ze sabą pamiędzy obywateli, nie lubiących tych jega- 
mościów - jak ich nazywana - źle - powiedzą: "Przyjeż- 
dża się popisywać ze swajemi adiutantami". Zostawić w da- 
mu - jeszcze garzej, pawiedzą: "Ubliża rodzinie, żałabą 
datkniętej". Stanęła zatem, że gaście mai zgadzili się ze mną 
na mniejsze złe i pajadą. Panieważ już była półnac, a naza- 
jutrz mieliśmy jechać, praszę, aby poszli spać, bo musżę 
zasiąść i napisać mawę pogrzebową, oddającą cześć zgasłemu 
patriarsze naszemu w imieniu abywateli. 
Przybywszy da damu żałaby, adprowadziliśmy ciała wieczo- 
rem da katedry chełmżyńskiej. Nazajutrz adbyła się nabożeń- 
stwa salenne, pa którem wróciliśmy da Pluskowęs. Pa obie- 
dzie zabieram się pażegnać, żałabą datkniętą, radzinę wypa- 
wiedzeniem mawy i pamima perswazji z kilku stran mnie 
dachodzących, żeby dać temu pakój, ba to niewcześnie itd., 
pamima przeszkód padczas mawy, ale wsparty pratekcją ma- 
ich adiutantów, wypowiedziałem następującą mowę: 
"Wśród żałaby 'Powszechnej naradu polskiego" przybyła na- 
szej Ziemi Chełmińskiej, przez zgan jej patriarchy, czcigad- 
nega obywatela Karala Kalksteina, nowa, balesna żałoba. 
Tamta, jak;kolwiek w dziejach ajczyzny naszej nie była po- 
dabnej, jakkolwiek prllywd:ci,ana pierwszy raz pa dokionanem 
męczeństwie nad naradem dopominającym się praw od Ba- 
ga mu danych, pierwszy raz, mówię, -przywdziana ogólnie, luba 
tego, męczeństwa była przez bliska wiek cały i liczba, i rozmai- 
tość niemała ; tamta nie wzbudza jednak tego, smutku, który 
dziś widzimy na twarzach wszystkich tu przybyłych, dla adda- 
nia uraczystej a serdecznej czci abywatelawi, którego, zwłaki za- 
prawadziliśmy da wiecznego, spaczynku. Skąd ta różnica? Oto 
stąd, że naród cały w żałabie pastanawił nie zdejmawać jej 
prędzej, aż ją zamieni na gadawe szaty wolnaści. Toteż pod 
kirem żałaby za niewinnie pamardawanych braci bije serce 
nadzieją w miłasierdzie Baże, a dusza hartu nabiera. Nasza 
zaś dzisiejsza, pagrzebawa, żałaba, szanawni radacy, w cięż- 
kim nas pagrąża smutku, ba zrabiła nam się szczerba w aby- 
watelstwie naszym, a nie widzimy, kto, ją zapełni. Ba któż, 
jak on, pawagą wieku, uprzejmością niezrównaną, nieskazi- 
telnością charakteru wsparty, zgramadzać nas będzie kała 


218
>>>
siebie, czy to w sprawach publicznych, czy też prywatnych? 
Do tych przymiotów łączył śp. Karol gorącą miłość ojczyzny 
do poświęceń zawsze gotową; dlatego widzimy dziś przy zwło- 
kach jego rodaków i z dalekich okolic przybyłych, bo imię 
zasłużonego ojczyźnie obywatela brzmi daleko na polskiej 
ziemi. Nie doczekał się śp. Karol owoców prac i zabiegów 
swoich w woLnej ojczyźnie, ale zostawił nam syna już dorosłe- 
go na miejscu swojem. Tobie więc, młody nasz współobywa- 
telu, Antoni Kalksteinie, którego w tej uroczystej chwili 
przyjmuję, prawem tymczasowego starszeństwa do grona na- 
sZego, nie przypominam, że ci śp. ojciec przekazał pisanym 
testamentem być podporą czcigodnej matce, współopiekunem 
młodych sióstr, ale pozwalam sobie ogłosić w przytomności 
tylu poważnych świadków moje przekonanie, że będziesz god- 
nym synem matki ojczyzny, bratem naszym, bratem poczci- 
wego, bogobojnego ludu naszego, który tak szczerze pracuje 
na polskiej ziemi i nie da się z niej wyrugować, bo ci to oj- 
ciec przekazał testamentem żywota swojego, bo do tego mnie 
upoważniasz nadzieją, którą wszyscy w Tobie pokładamy. 
Nam zaś, żałobni współobywatele nasi, których nasz nieod- 
żałowany patriarcha zostawił w sieroctwie, cóż nam zostaje 
do czynienia w położeniu naszem? Oto pamiętajmy, że duch 
jego długo jeszcze pomiędzy nami mieszkać będzie, że na 
sprawy nasze spoglądać będzie, że zatem świętym naszym o- 
bowiązkiem powinno być, abyśmy wielkie cele, które opatrz- 
ność przeznaczyła narodowi naszemu, w zgodzie i miłości 
wzajemnej, pomagali dokonać. Taką zgodą, taką jednością, 
najgodniej uczcimy pamięć Karola Kalksteina". 


Wielce pocieszony zostałem życzeniem szanownej pani Kalk- 
stein, abym mowę tę oddał jej na pamiątkę dla siebie i dzieci. 
Podałem ją więc do druku w drukarni J,[ózefa] Gółkowskie- 
go w Chełmnie B, żeby mogła być w większej liczbie egzem- 
plarzy rozdzielona członkom familii. 


Z rozbitej szkoły wojskowej w Cuneo młodzież tłumnie za- 
częła wracać do ojczyzny. Jedni po krótkim wypoczynku w 
Piątkowie jechali dalej, inni dłuższy czas zabawili. Przekona- 
łem się o rozdwoj.elIliu, między niemi obyłi już stronnicy Mie- 
rosławskiego i jego przeciwnicy. Bawiło mnie pobudzić ich 
do wyjawienia swoich przeciwnych opinii, ale przyznać mu- 
sZę, że w tych często gorących dysputach, pierwsi zawsze zwy- 
cięsko wychodzili i ostatnich zmusili do milczenia. 
Nie. uszedł baczności Niemców ten liczny zjazd emigracji 


219
>>>
w Piątkowie, a że policja poznańska od dawna mnie wzięła 
pod swoją opiekę, zjeżdża osławiony prezes policji Biiren- 
sprung do Torunia i przysyła prokuratora z asystentem i dwo- 
ma żandarmami do Piątkowa. Ten oświadczywszy, że przy- 
był na rewizją moich 'Papierów, żąda klucza od biurka, a 
mnie wzywa żandarmom asystować przy rewizji dworu ca- 
łego. Odpowiadam, że żandarmom wystarczy mój lokaj, ja 
zaś muszę .zostać przy moim biurku. Rozpoczyna się więc re- 
wizja moich papierów z wielką skrupulatnością, bo każdy 
śwlistek podpada szczególnej uwadze. Korzystam z tego, bo 
mając papiery nie tyilko w biurku, ale i na stole i stołkach 
w wielkim nieladzie, od których porządkowania zawsze mi 
na czasie zbywało, stawiam obok siebie kosz i sortuję papie- 
ry, iktóre z rąk rewizorów do mnie przechodzą, rzucając nie- 
potrzebne do kosza. Odkładają wszystko, co im podej-rzanym 
się zdaje, czy to wierszem, czy prozą, na bok, znajdują się 
też zawinięte w papier rpieniądze, kilka pięciotalarówek i kil- 
ka kupornów, które z wdzięcznością przyjmuję. Pięć godzin 
trwała rewizja, spory pakiet papierów, najwięcej proklama- 
cje warszawskie zabierają, a kiedy chcą odjeżdżać, dziękuję 
im za to, że mi pomogli uporządkować IPRipiery i proszę co 
rok o taką wizytę. Nie przeczuwałem, że pan Barensprung 
na fundamencie zebram.ych papierów spowoduje moje później- 
sze aresztowanie pod oskarżeniem 2Jbrodni stanu. 
Niebawem też dostaję wezwanie od sądu stawienia się w 
terminie: In der Untersuchungssache wider Sie 8. Py,tam sę- 
dziego, o co jestem oskarżony - odpowiada, że to się tycze 
papierów mnie zabranych, skąd je mam, ale sam przyznaje, 
że w tych papierach nie ma nic mnie kompromitującego. 
Wkrótce potem miałem sposobność przekonać się o spra- 
wiedliwości sądów pruskich. Pojechałem do Torunia z dwoma 
emigrantami pragnącymi poznać to miasto i jego polskie pa- 
miątki. Wracając wieczorem, jadą szosą przede mną trzy wo- 
zy parokonne. Woźnica mój mija je, ale ujechawszy kawałek, 
ostatni z wozów z rozpędzonymi końmi usiłuje mnie wyprze- 
dzić, ale na próżno, bo moje konie poczęstowane batem nie 
dały się. Niedługo nowa próba mijania, także na próżno, na- 
stępnie trzecia, przy której psotnik swoim wozem tak przy- 
tarł do mojego powozu, że słyszę trzes2!czące koło. Każę więc 
stanąć, by rozprawić się z napastnikiem, ale kiedy wyskaku- 
ję z towarzyszami, widzę ów wóz przewrócony w rowie. Śmie- 
jąc się więc, że tamten ukarany dość został za swoje figle i 
unikając dalszej awantury na drodze publicznej, jedziemy da- 
lej, przekonani, że te wyścigi się zakończyły. Aleśmy się za- 


220
>>>
wiedli, bo ledwie ćwierć mili ujechawszy, ów napastnik tak 
rozpędził swoje konie, że nieco wyprzedziwszy moje, skręca 
Wozem na bok, kołem uderza w klacz, która pada. Wtenczas 
staje z woza i z podniesionym batem woła po niemiecku: "Ja 
was nauczę". Ale emigrant, chłop ogromny, siedząc na koźle 
obok furmana wstaje, żeby skoczyć na wóz. Niemiec, bo do- 
piero wtenczas się przekonałem, że nie Polak, widząc, że nie 
przelewki zacina konie i ucieka. Goni go długimi swymi no- 
gami nasz towarzysz i już ma pochwycić konie za cugle, ale 
Niemiec wywijając batem zdołał ujść przed karą, która już by 
go nie była minęła. 
Jedziemy więc z wolna dalej, bo klacz widocznie skaleczo- 
na i koło nadwerężone. Dojechawszy do poborcy szosowego, 
pytam się, czy tu jechał wóz parokonny. Tamten odpowiada, 
że jechał gospodarz z tej wsi niemieckiej i rzuciwszy złotówkę 
nie .wziął reszty, bo spieszy do ka:rczmy, żeby pana are- 
sztować. Jakoż, dojeżdżając do niej, wychodzi sześciu Niem- 
ców pod naczelnictwem owego figlarza, odznaczającego się 
wysoką czarną śpiczastą czapką i łapią konie za cugle. Wyska- 
kUjemy i kij mój do mordy Niemca przytykając m6wię mu, 
że już dość nabroił, za co karę swoją odbierze. Ale on woła: 
,,500 talarów deponuję, ale pana stąd nie puszczę, bo mnie 
furman batem uderzył". Towarzysze moi mieli wielką ochotę 
bójkę rozpocząć, bo pr6cz naczelnika reszta była lichota, ale 
nie chcąc sprawy popsuć na drodze sądowej, nie przystałem 
na to. P6ł godziny trwało cechtowanie się iZ tym łotrem, bo 
co chcemy siadać do POWOZ'll, oni za cugle. Dopiero kiedy 
nadszedł poborca j poświadczył, kto jestem, 'puścił mnie za- 
pewniając, że mnie zaskarży. 
Wróciwszy do domu piszę natychmiast skargę do prokura- 
tora w Toruniu, nadmieniając, że klacz 300 talarów m..11ie kosz- 
tująca okulawiona, konował ma ją w kuracji, koło zepsute. 
Opisuję szczegółowo całą awanturę, i że zarzut oskarżonego, 
jakoby mój furman go batem w twarz uderzył, jest fałszywy, 
bo mogę przystawić powóz, w którym furman pod przykry- 
ciem tak głęboko siedzi, że nie jest w stanie batem obok prze- 
jeżdżającego uderzyć. 
Oczekując wezwania na termin w tej sprawie, przybywszy 
do Brodnicy opowiadam sędziom całą historię. Wszyscy zo- 
stali zafrasowani, bo mówili, że ciężka kara nie może minąć 
napastnika. Ale sąd toruński poradził sobie inaczej. Wezwał 
na świadków parobków Niemców, którzy na dwóch tamtych 
wozach jechali, choć pół mili oddaleni byli od gospodarza i ci 
Zeznania swoje przysięgą stwierdzili. 


221
>>>
Odbieram wyrok: ponieważ świadkowie zeznali i przysięgą 
stwierdzili, żeś pierwszy zaczepił oskarżonego, nazywając je- 
go "psia krew" i furman go batem w twarz uderzył, a podług 
tego a tego para,grafu nowego prawa, dozwolona jest eigen- 
miichtige Selbsthi1.lfe ł. sąd odrzuca skargę. Przekonany, że 
daremne by były dalsze kroki moje w wyższej instancji, da- 
łem pokój z tem postanowieniem, w podobnym na przyszłość 
przypadku samemu doraźną wymierzyć sprawiedliwość. Sę- 
dziom zaś brodnickim na zapytanie o wypadku sprawy, od- 
powiadam, żem bardzo dobrze wyszedł, bo nie zostałem uka- 
rany. 
Z innej strony spadł na mnie kłopot. Syn pisze mi z Pozna- 
nia, że podczas gimnastyki kłucie dostał w boku; przystawia- 
ją mu pijawki-bańki, ale coraz mu gorzej, do szkoły chodzić 
nie może. Pospieszam więc do Poznania i znajduję chorego 
bardzo źle, obwijam go natychmiast mokrym ręcznikiem, a 
sam oświadczam profesorowi Mott y, że widząc bezskuteczność 
d0tychczasowego leczenia, zabieram go ze sobą, żeby go oddać 
w kurację hydropaty. Wracając do syna znajduję go ubranego 
i, ponieważ mu kompresa znacznie pomogła, wyjeżdżamy do 
domu. Zacny doktor Gejer widocznie zaniepokojony stanem 
chorego, bo zapalenie płuc się rozwinęło, pięć dni go nie opu- 
szczał, ciągle praktykując swoją metodę połączoną z użyciem 
bauszejta - maszynka kłująca lekko ciało, które olejkiem po- 
tarte wywołuje krosty na skórę. Tym sposobem usunął gro- 
żące niebezpieczeństwo i powoli chory do zdrowia powrócił. 
Z emigracji przebywającej w Piątkowie wybrałem młodego 
warszawiaka, zacnego i bardzo wykształconego, Karola Voig- 
ta, na nauczyciela dla syna z tym postanowieniem, żeby go 
przysposobił do szkoły w stolicy, przekonawszy się, że mło- 
dzież w szkołach polskich wyksztalcona o wiele i wiedzą, i o- 
kazaniem tej wiedzy przez gładką i czystą wymowę naszą 
młodzież w pruskich szkołach wymęczoną przewyższa, tak że 
ta ostatnia, wobec rozprawiających tamtych, zwykle ust otwo- 
rzyć nie śmiała. 
Obawiając się, żeby syn w złe towarzystwo, o które w War- 
szawie nietrudno, się nie dostal, pytam Voigta, czy nie zna 
jakiego, któremu bym syna w opiekę mógł oddać. Zapewnia, 
że zna takiego, któremu zwykle rodzice synów powierzają 
i to z wielkim ich zadowoleniem; proszę go zatem, aby pisał 
do tego swego przyjaciela, 'że ja wkrótce przybędę z synem 
do Warszawy oddać mu go w opiekę. 
List ten, oddany na pocztę, nie czytany przez mnie, póź- 
niej podczas procesu naszego w Berlinie znalazł się nie wia- 


222
>>>
damo jakim sposobem w aktach moich, a treść jego, którą 
W miejscu właściwym podam, niemało się przyczyniła do 
Powiększenia złości sędziów przeciw mnie. 


Pod koniec listopada ciężko palec Boży mnie dotknął. 
Ukochana córka moja, Wanda, jako dziecko cudownie z pa- 
lącego się dworu wyratowana, dziś szesnastoletnia panien- 
ka, urodą i przymiotami duszy i umysłu najpiękniejsze ro- 
kująca nadzieje, tak ciężko zachorowała, że pomimo naj- 
większych zabiegów lekarskich młode swoje życie zakoń- 
czyła. 
Tak jak jej matkę i ją młodzież z emigracji i sąsiadów się 
składająca na barkach swoich poniosła do parafialnego ko- 
ścioła, gdzie przy grobie, obok matki, młody emigrant Ra- 
czyński następującą mową wszystkich licznie zebranych 
przytomnych do łez poruszył: 


"Bo na tym świecie, śmierć wszystko zmiecie 
Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie!" 


"Szanowne i żałobne grono! 
W bolesnej stracie jaka dotknęła jednego z członków tu- 
tejszego obywatelskiego koła, kiedy tyle serc zabiło dlań 
rzewnem współczuciem, tyle łez o gorącej dla jego boleści 
poświadczyło sympatii, kiedy na licach waszych czytam ten 
niemy smutek, co wymowniej od głośnej rozpaczy maluje 
boleść prawdziwa, winienem zapytać siebie, co mogło mnie, 
który tak niedawno goszczę. między wami, dać prawo do 
stania się tłumaczem powszechnego żalu? 
Co mogło mnie ośmielić do wyrzeczenia z całej głębi du- 
szy, na tern, podwójnie w tej chwili, świętem miejscu: 
»Straciliśmy wiele, i boleść nasza głęboka, i ukoić jej nie 
możemy!« 
Jaka okoliczność mogła mnie upoważnić do zajęcia stano- 
wiska, które daleko godniej przez wielu z was zajętem być 
mogło, w smutku pogrążeni słuchacze!?... 
Nie zuchwalstwo jednak skłoniło mnie do tego kroku, 
ani chęć błyszczenia - Bóg mi świadkiem! 
Staję tu jako członek i w imieniu tej wielkiej rodziny, co od 
domowych ognisk tyranią wroga wygnana, tu znalazła go- 
ścinne, pokrewne serca, tu nieraz zapomnieć zdołała, że się 
z dala od rodzinnej znajduje zagrody. 
Staję tu jako człowiek, dotknięty we wszystkiem co tyl- 
ko rzewnego mieści pierś ludzka boleścią rodziny, co nas 


223 


.........
>>>
do gorącego przytuliła serca, i oto powody dla których 
ośmielam się przemówić do was, żałobni słuchacze! 
Lecz jakiemiż mam do was odezwać się słowy, czy sło- 
wami pociechy? 
Kto jej we własnej nie może zaczerpnąć duszy, dla tego 
słowa przebrzmią bez echa, kto ją sam w sobie 'ZJIlajduje, te- 
mu one niepotrzebne. Nie będę was cieszył, wiem że to 
niepodobna, wiem że czas tylko może zagoić ranę, jaką wam 
zadał ten skon niespodziany, czas i najświętsza, pomiędzy 
świętemi, sprawa wolności, sprawa królestwa Bożego na 
ziemi! 
Ta sprawa zbudowana na opoce serca ludzkości, ta spra- 
wa, której bramy piekielne nie przemogą, ta sprawa użyź- 
niana rokrocznie krwią miliona męczenników, owiewana 
jękiem i westchnieniami tysiąca pokoleń, polewana łzami 
narodów całych, ta tylko sprawa godna jest zajmować miej- 
sce osierocone stratą drogich sercom naszym osób! 
I tylko wtedy, kiedy w niej szukać będziemy osłody dla 
zakrwawionej bolem duszy, uczcimy najgodniej tych, po 
których płaczemy, bo przyczynimy się do otarcia strumie- 
ni innych łez, które ręka siepaczów ze strudzonej wyciska 
źrenicy. 
Sp. siostra nasza w Ojczyźnie, Wanda, takiego tylko od 
nas wymaga żalu, i taki tylko my jej ofiarować winniśmy, 
bo młody ten, przed zakwitnięciem jeszcze szronem śmier- 
ci zmrożony pączek, na polskiej zrodzony ziemi, polską 
tylko dyszał wonią, bo to była prawdziwie nasza, praw- 
dziwie polska dziewica! 
O dzięki Ci Ojcze Niebieeki, że wśród kartuszy, jakiemi nas 
doświadczasz, takie nam zsyłasz niewiasty; dzięki za pieczę 
Twoją nad nami, za śmierć i za zmartwychwstanie - dzię- 
ki! 
Jak córa Ewy starła łeb wężowi, a z nim panowanie 
duchownej i moralnej śmierci, tak córka Ewy zetrze łeb hyd- 
rze szatańskiej, upiorowi despotyzmu, co się krwią tuczy 
narodów, którego muzyką jęki! O więcej nam, więcej ta- 
kich niewiast, Panie! 
Kiedy oderwani od pnia ojczystego, jak wątłe latorośle, 
któremi wiatr pomiata, sokami wspomnień tylko karmieni 
bracia nasi, tułali się po obcych świata stronach, kiedy z 
Ojczyzną w sercu, tylko na ustach z Ojczyzną, parci nie- 
powstrzymalną żądzą krew wylać na jej usłudze, rzucali 
się szałem rozumni na pożarcie moskiewskiemu minotauro- 
wi, wtedy przeprowadzały ich błogosławiąc polskie niewia- 


, 
.. 


!:: 


ł- 
. ,- 


"
o 


't-ii 


.
 


224 


',. 


'o,;
>>>
sty, a rzewna ich przed Bogiem ml..'dlitwa, niejednemu wy- 
starczyła za puklerz przeciw zaciekłości wroga. 
I ta, której pośmiertne szczątki składamy na wieczną ofia- 
rę mogile, ta ukochana siostra nasza, nieraz ze śmiertelnej 
zstępowała pościeli, by słowem pociechy pokrzepić wygnań- 
ca, by go uświęcić do ciernistej misji anielskim swojem 
westchnieniem. O cześć ci drogi cieniu, cześć zwiędła przed- 
wcześnie różyczko! 
Niebo zabrało nam ciebie w przeddzień narodowego od- 
kupienia, bo w chórach aniołów modlących się do Boga o 
przyspieszenie swobody naszej skrwawionej Ojczyźnie, two- 
jego tylko brakowało głosu, aby gniew jego przebłagać! 
Idź do tronu jego, niesiona na skrzydłach wiary, nadziei, 
miłości, na skrzydłach strasznej serc naszych żałoby! Idź 
i zapłacz okropnym jękiem, jękiem dwudziestomilionowe- 
go narodu! Idź i powiedz, że my tu nieszczęśliwi, bardzo 
nieszczęśliwi, że nam miłosierdzia potrzeba, miłosierdzia 
i przebaczenia! Ze ty oto jesteś już córą piątego pokole- 
nia, co krew leje serdeczną dla Polski, że na całej ziemi 
naszej nic nie słychać jak jęk, nic nie widać jak łzy 
i krew - krew - krew! 
Idź i powiedz to wszystko, a Bóg nam wróci Ojczyznę, bo 
głos twój wymowny będzie, bo będzie czysty, bo będzie 
płynął z głębi wnętrzności! 
A teraz żegnam cię najukochańsza w Bogu, w Ojczyźnie, 
w ludzkości siostro nasza! W imieniu wszystkich co cię ko- 
chali i którym ty sercem sprzyjałaś - żegnam cię! Z wy- 
sokości niebios, ty już z litośnem współczuciem spoglądasz 
na prace, na trudy, na zawody nasze, tobie już nic nie 
potrzeba, tyś szczęśliwa! O wymódl u Boga kroplę pocie- 
chy dla tych, co płaczą po tobie, aby w ich serca wstąpiło 
to błogie przekonanie, że ty choć niewidomie zawsze jesteś 
z nami, że choć poza grobem tyś zawsze Polką, szczęśliwą 
szczęściem narodu, bolesną jego bolamii 
A więc nie rozpaczaj szanowna rodzino, która przez 
śmierć tę przedwczesną najwięcej straciłaś I Tam gdzie się 
kończy obcowanie ciał, rozpoczyna się wyższe, potężniejsze 
obcowanie duchów, a węzłem nadziemskiej tej spójni, będzie 
dla ciebie święte uczucie zawarte w wyrazie »Miłośćc" nad 
który nie masz wyższego oprócz wyrazu »Ojczyzna«!" 


Prócz tej mowy, napisał dziewiętnastoletni ten, wielce 
utalentowany, młodzieniec Elegiq. Jednę i drugą podałem 
W Chełmnie do druku, na pamiątkę sobie i przyjaciołom, 


16 - Pamlętn1k1... 


225 


......... 


-
>>>
po straconej córce i dla uczczenia pamięci młodego poety, 
który niedługo potem należał do pierwszych, którzy w na- 
stępnym powstaniu zginęli. 


"ELEGIA 


Gdzie jesteś cieniu nasz ukochany, 
Gdzie jesteś luba siostrzyczko? 
Jak promień słońca w biegu złamany, 
Jak listek pędem wichru porwany, 
Tak zwiędłaś, znikłaś różyczko! 
Nam tu tak ciężko, ciężko bez ciebie, 
My ciebie tyle kochali, 
Czemuś przed nami skryła się w niebie, 
W nadbłękitowej oddali?! 
Byłoż za chłodne serc naszych bicie, 
Dla twojej duszy gorącej, 
Byłoż ci obcem to nasze życie, 
Ześ nas rzuciła o drogie dziecię 
W otchłań boleści trawiącej? 
Czyż duch twój w łonie Boga poczęty, 
Nie znalazł sobie pokrewnych, 
Lub może nie był przez nas pojęty 
W swoich przejawach powiewnych? 


Powiedz nam, powiedz, siostrzyczko droga 
Czemuś nas teraz rzuciła, 
Gdy zniweczała nagle moc wroga, 
Kiedy omdlała ta ręka sroga, 
Co matkę naszą krwawiła? 
Gdy nam potęga nowego ducha, 
Nowych żar uczuć zabłysnął, 
Gdy z krwią warszawian nowa otucha 
I życia nowy zdrój trysnął? 


Gdy cała przeszłość jak sen zwodniczy, 
Marzenie znikła zwodnicze, 
Gdy ziemia nasza same dziś liczy 
Krzyże ofiarne, ofiarne znicze, 
Same duchowe zdobycze? 
Gdy bliski, bardzo bliski dzień chwały, 
Chwila zbawienia tak bliska, 
Gdy w swych posadach lądy zadrgały, 
W stare się kryjąc zwaliska! 


226
>>>
j 


Powiedz! - ach słyszę ten głos anioła, 
Słyszę anielskie te dźwięki, 
Nie darmo ciebie serce me woła, 
Ty jesteś przy nas, czarowne koła 
Roztaczasz tchnieniem piosenki! 


Słuchajcie bracia, słuchajcie wszyscy, 
Kędy drga serce od polskich brzmień, 
Słuchajcie pilnie dalecy, bliscy, 
To m6wi siostry cień! 


o bracia! Mnie ciężko was było porzucić, 
Com czule kochała boleśnie zasmucić, 
Pożegnać to Boże w przyszłości królestwo, 
Tę Polskę, com ,w moje wetchnęła jestestwo! 


I nie m6dz tej dożyć triumfu godziny, 
Gdy c6ry jej prawe, gdy prawe jej syny, 
Cierniowe korony na wawrzyn zamienią, 
Gdy krwią świętokradzców jej łany zczerwienią. 


Gdy wolność zakwitnie w niej z końca do końca, 
Gdy cnoty jej będą jaśniejsze niż słońca, 
Gdy wszystko w niej będzie oddychać świętością, 
Gdy ludy w rodzinę zamieni - miłością! 


Lecz dusza ma Bogu hosanna śpiewa dziś! 
Że zerwał łączące mnie z ziemią ogniwa, 
Że mnie powołał do siebie, 
Bo w sferach gdzie oko doczesne nie sięga, 
Przed okiem mej duszy rozwarła się księga 
Losów zapisanych w niebie! 


A pierwsza jej karta zapisana krwią, 
A głoski na drugiej jakby zmyte łzą, 
Na trzeciej serc siedm, w których groty tkwią! 
Lecz serca te nagle jak słońca jaśnieją, 
A groty też coraz maleją, maleją, 
Aż wreszcie w czarowny zmieniły się kwiat, 
Z serc płomień wybuchnął - jak błysk się rozszerzył, 
Jak gromem zahuczał, jak gromem uderzył, 
I jednym płomieniem objął świat, 
I nic nań ze starych nie zostało szat! 


227
>>>
Wśród zgliszczów ujrzałam ojczyznę na tronie, 
Liliowa korona ozdabia jej skronie 
Gałązką cierniu przetkana, 
U stóp jej uklękły wszej-ziemi narody, 
Z różdżkami oliwy, z hymnami swobody, 
Hosanna! Hosanna! Hosanna! 


l grudnia 1862 r." 


Towarzystwo nasze, Agronomiczne rozwijało gorliwie pra- 
ce swoje, nie tylko co do gospodarstwa, ale i podniesienie 
oświaty ludu i mieszczan mając na oku. Zaprowadziliśmy 
pod nadzorem gorliwych duchownych małe biblioteczki 
książek ludowi przystępnych, mianowicie historycznych, jak 
Wieczory pod lipą... & i inne. A że na zgromadzeniach na- 
szych w Brodnicy zawsze policjant się znajdował, żeby tam 
jakie spiski się nie knuły, odbywaliśmy takowe także po do- 
mach obywatelskich, gdzie swobodniej można było obrado- 
wać. Tam gospodarz oprowadzał gości po swojem gospo- 
darstwie, a budowle, maszyny, narzędzia rolnicze, inwenta- 
rze ścisłej podpadały krytyce. 
Na takim zgromadzeniu u obywatela, mającego jedno z 
najlepszych gospodarstw, zjawił się gość, prz
'były na świę- 
ta z sejmu berlińskiego, obrany przez powiat posłem, sę- 
dzia Łyskowski. Powitany został serdecznie, bo czytaliśmy 
jego mowy, w których lubo urzędnik pruski, niemało cy- 
wilnej odwa
i okazał, ostro występując przeciw bezprawiom 
rządu, przez co kolegów swoich, poznańskich, zaszczytnie 
przekonał o podnoszącym się duchu w Prusach Zachod- 
nich. 
Nie pamiętałem mu przykrości, niedawno mi sprawionych, 
które spowodowały sąd na mnie honorowy w Wąbrzyźnie, 
bo byłem przekonany, ponieważ, kiedy się ów sąd mnie u- 
sprawiedliwiający zakończył, z podrygami do mnie wysko- 
czył, podając mi rękę do zgody, którą chętnie przyjąłem, że 
już więcej Niemcy temi dowodami niezgody między Pola- 
kami cieszyć się nie będą. Ale wkrótce poka'zało się inaczej. 
Kiedy się sesja nasza rozpoczęła, zdarzyło się, jak to często 
niestety bywało, że między mną a sekretarzem Towarzy- 
stwa, Ignacym Łyskowskim, niepocieszony spór nastąpił. Pan 
sędzia, lubo tylko gość, przerywa mnie mówiącemu, prosząc 
o głos. Odzywam się na to: "Sędzia ł...yskowski nie ma gło- 
su". - "A to czemu?" - "Bo dziwię się, że dotąd nie przy- 


228 


' -.
>>>
stąpił do naszego Towarzystwa, którego byłby pożądanym 
czlonkiem." - "I owszem przystępuję." - "Bardzo nam to 
miło słyszeć" - i podaję mu rękę. 
Po tym intermezzo następuje znów dalszy ciąg mojej 
przerwanej dysputy z sekretarzem. Nie podobało się to na- 
szemu nowemu członkowi i kiedy mnie znowu przerywając 
prosi o głos, a ja mówię: "Pr,oszę mi nie przerywać" - on 
się już donośnym głosem odzywa: "Muszę oświadczyć, że 
prezydujący nie umie prezydować". 
Wstaję na to z krzesła i siadając na boku, proszę go, aby 
mnie nauczył, jak prezydować, jeżeli zgromadzenie nie ma 
nic przeciw temu. 
Ale zgromadzenie jednogłośnie oświadczyło zadowolenie 
ze swego wyboru i poprosiło zająć na powrót moje krze- 
sło, po czem już sesja nasza bez przeszkody doszła do koń- 
ca. 
Przywiózłem był ze sobą dwóch dzielnych młodzieńców, 
jeden z Warszawy, drugi z Litwy, aby byli świadkami na- 
szego krzątania się koło spraw narodowych, ale niestety nie 
bardzo byli zbudowani tern, co widzieli. Tylko serdeczna 
gościnność szanownego gospodarstwa, państwa Sypniewskich, 
i ich miłych córeczek, przekonała ich, że na Ziemi Micha- 
łowskiej są domy polskie, chętnie w swoje progi przyjmu- 
jące braci tułaczy. 
Wypadki warszawskie coraz groźniejsze przybierając roz- 
miary, wypędzały przed cytadelą chroniącą się młodzież ze 
stolicy i gościnne zapełniły pokoje w Piątkowie. Zjawiła się 
też i Polka, znana patriotka, pani Jeska 6, której brat do 
najczynniejszych należący, uwięziony a następnie na Sybir 
został wysłany. Rozprawiano najwięcej o tern, czy powsta- 
nie ma wybuchnąć, czy nie. Twierdzono, że to zależeć bę- 
dzie od tego, czy będzie branka. Będąc zawsze przeciwny 
powstaniu, nie mającemu żadnych rękojmi powodzenia, do- 
wodziłem, że nawet branka nie powinna popchnąć naród 
cały do tak rozpaczliwej walki, a kiedy mówiono, że nie 
można dozwolić, aby 20 000 młodzieży w sołdaty zostało za- 
branych, utrzymywałem, że to najdzielniejsza będzie pro- 
paganda w wojsku rosyjskim. Ucieszyłem się przybyciem 
jednego ze znakomitości emigracyjnej 7, bo nam powiadał, 
że jedzie prosto z Londynu, gdzie była narada wizystkich 
tam bawiących Polaków, wraz z przyjaciołmi Polski in- 
nych narodowości pod prezydencją Mazziniego, i że, miano- 
wicie, ten ostatni zaklinał Polaków, aby niewczesnym wy- 
buchem nie przeszkodzili wielkiemu dziełu oswobodzenia 


229
>>>
wszystkich narodów, które się przygotowuje. Mówił, że z 
tym jedzie do Warszawy, oznajmić Rząd Narodowy. 
Ledwie jednak parę tygodni minęło, przybywa znowu do 
Piątkowa z doniesieniem, że ponieważ branka ma wkrótce 
nastąpić, uprzedzić ją musi powstanie. Nie pomogło moje 
przypomnienie słów Mazziniego, powstanie wkrótce nakaza- 
ne zostało, a dzielny ten młodzieniec w pierwszej, zaraz 
utarczce zginął. 


Czytając w pismach polskich biografię śp. Franciszka Sa- 
lezego Dmochowskiego, w których wzmianka, że nabywszy 
majętność Radziki Wielkie 8 w Królestwie, nad pruską gra- 
nicą położone, przez piętnaście lat tam mieszkał, niech mi 
wolno będzie, ponieważ kilka mil, lubo granicą rozdzieleni, 
mieszkaliśmy obok siebie i w przyjaznych ze sobą żyliśmy 
stosunkach, złożyć na grobie jego krótki opis piętnastoletnie- 
go gospodarstwa, jego kłopotów przy tak małej zaliczce ka- 
pitału na tak 
na'cmy, a przy tern opuszczony majątek, któ- 
re mu jednak nie przeszkadzały sąsiadów swoich miłym 
i wesołym swoim humorem rozweselać i szczerym być dla 
nich przyjacielem. 
Sprowadziwszy się, śp. Dmochowski, do nabytego ulają- 
tku, znając go dotąd tylko jako literata, ciekawy byłem, 
jakim będzie gospodarzem, zwłaszcza w tak trudnych sto- 
sunkach. Często zatem przebywałem granicę, odwiedzić ser- 
decznego mego przyjaciela, Ignacego Grąbczewskiego, w Ra- 
dzikach Małych, obok Wielkich, mieszkającego. Wstępowa- 
łem zabrać kochanego naszego Dmochowskiego do gościn- 
nego domu państwa Grąbczewskich. Tam zwykle kilka dni 
się przepędziło w miłej pogawędce, w której nabywca Ra- 
dzik Wielkich nas serdecznie ubawił opowiadaniem swoich 
oryginalnych zabiegów, aby się wydobyć z dręcząc:fCh go 
kłopotów. I tak raz, przyjechawszy z nim na początku ma- 
ja do Małych Radzik, opowiada nam, że jak zwykle kiedy 
potrzebuje pieniędzy, wyjeżdża z domu w świat, żeby ta- 
kowe gdzieś zdobyć, tak i teraz przed tygodniem zabraw- 
szy się z przejeżdżającemi kupcami i objechawszy z nimi 
różne okolice, przybywa nareszcie do Warszaw
. Stamtąd 
wyjeżdżając steinkelerską v, pyta go się towarzyszący mu 
kupiec, czy ma spirytus na sprzedanie? Na twierdzącą od- 
powiedź, choć nie miał gorzelni, kupuje od niego znaczną 
ilość garncy i potargowawszy się płaci mu 5 złotych. _ 
"Skądże weźmiesz spirytus?" - odzywamy się. - "Stawiam 


230
>>>
gorzelnią i sadzę kartofle. Do gorzelni wyjmuję szachulce 
ze stodoły na folwarku Czerna, bo to zbytek, kiedy ściany 
chróstem można wypleść i ponieważ w parowie dla wody 
stawiać muszę, zamiast fundamentów z kamieni. których nie 
mam, stawiam budynek na szpuntpalach." 
Wykonanie takich projektów zdawało się nam, słuchają- 
cym, fantastycznem, aleśmy się omylili, bo i budynek sta- 
nął i gorzelnia w ruch wprowadzona i kontraktowany spi- 
rytus na termin odstawiony. 
Później, żartując sam ze swojej biedy, powiadał, że inni 
nde umieją się rządzić. "Ja, kiedy przestaję 
ędzić okowitę, 
wyłamuję koprowy kocioł 10, zawożę do Włocławka, daję go 
w zastaw Zydom i biorę pieniądze, tym sposobem nie mar- 
nuję procentu, co mnie kocioł kos7Jtował." 
Dosyć często mnie odwiedzał. Zwykle go wtenczas za- 
woziłem do sąsiedniego, a gościnnego Ryńska. A kiedy na 
odjezdnem nam deklamow.ał swoje patriotyczne wiersze. 
s2Janowny gospodarz, śp. Wlilkxycki, rozr.zewniony mmi tak 
nas co najlepszem z piwnicy raczył, że w doskonałych hu- 
morach do domu wracaliśmy. 
Polskie swoje serce, jak zawsze, tak szczególnie pewnego 
razu okazał względem sąsiada ciężką chorobą złożonego. 
Dowiedziawszy się, że ten, Drwęcą od niego przedzielony, 
sąsiad na tyfus zapadłszy już przez pruskich lekarzy opu- 
szczony, omijając odległą komorę, przeprawia się łódką 
przez rzekę, wpada do dworu, a widząc rodzinę w rozpa- 
czy nad, konającym prawie, chorym, odzywa się: "Dla pol- 
skiego szlachcica trzeba polskiego doktora! Sprowadźcie na- 
tychmiast doktora N. z Królestwa". Ten, przybywszy za- 
rzucił lekarstwa przy łóżku stojące i polskim barszczem 
spiekłe usta rozwilżając powrócił do zdrowia chorego. Tak 
ocalił życie kochanego powszechnie obywatela i czynnego 
gospodarza Mariana Jezierskiego, który dotąd żyje. 
Sprzykrzywszy sobie wreszcie ciągłe kłopoty pieniężne, 
pragnął Dmochowski sprzedać majątek i z tem się często do 
sąsiada Ignacego Grąbczewskiego odzywał. Naraz przyby- 
wa do niego uradowany z doniesieniem, że dopiero co odje- 
chał od niego Niemiec, z którym dobił targu. Ale jakże zo- 
stał rozczarowany, kiedy sąsiad wyszedłszy na chwilkę z po- 
koju, powraca, a Dmochowski widzi w nim owego Niemca, 
który tak zręcznie sobie z niego zażartował. Wnet się jed- 
nak pocieszył z zawodu, bo wkrótce potem przedał Radzi- 
ki Polakowi. 


-
>>>
Rozdzial XIV 


OD POWSTANIA 22 STYCZNIA 1863 ROKU 
DO UWIĘZIENIA MEGO 
NA POCZĄTKU CZERWCA 


Treść: Pani Suzin emigrantka przybywa do Piątkowa, uwolnić 
męża uwięzionego, aby mógł iść do powstania. - Uwolniony 
Suzin wkrótce jako naczelnik oddziału ginie. - Aleksander Ro- 
galiński. - Wojsko pruskie sprowadzone na obronę Niemców. - 
Organizacja oddziału w Prusach Zachodnich i jego rozbicie. - 
Jan Kurzyna przybywa do Piątkowa. - Jadę z nim do Byd- 
goszczy. - Zawożę jenerała Mierosławskiego do granicy Króle- 
stwa. - Zabiegi Niemców, żeby mnie do więzienia dostać. - 
Trzeci atak sędziego Lyskowskiego, odparty. - Niemcy szczę- 
śliwi, bo im się udało dostać mnie do więzienia. 


Niedługo po rozpoczęciu powstania przybyła do mnie z 
Paryża pani Suzin. prosząc abym jej męża, uwięzionego w 
Brodnicy, starał się uwolnić, bo, jak się wyraziła: "On z 
głośnym swym nazwiskiem w Litwie, może być użytecznym 
dla powstania". 
Tylko Polka, w siódmym miesiącu zamęścia z przystoj- 
nym młodzieńcem, wkrótce spodziewająca się połogu, jest 
w stanie paręset mil przejechać, żeby tego ubóstwianego 
męża uwolnić z więzienia, by mógł życie swoje poświęcić 
ojczyźnie. Paweł Suzin, urodzony na Sybirze z rodziców 
wygnańców, jako dziecko im wyrwany i do Petersburga na 
wychowanie oddany, nie wiedział do osiemnastego roku ży- 
cia swego, że jest Polakiem. Do szkoły kadetów oddany, do- 
wiedział się dopiero od zacnego nauczyciela swego, Polaka, 
że ze znakomitej rodziny litewskiej pochodzi. To odkrycie 
tak dalece rozbudziło szlachetnego młodzieńca, że porzucając 
najświetniejsze widoki w służbie moskiewskiej, uciekł do 


232 


.......
>>>
Pary
a. Tam, poznawszy się z córką emigrantów polskich, 
z nią się ożenił. 
Pani Suzin nie pozwoliła sobie wypocząć po nużącej pod- 
róży, ale musiałem zaraz z nią jechać do Brodnicy. Nie bez 
trudności, ale protegowany zawsze przez landrata Younga, 
udało mi się uzyskać pozwolenie sądu widzenia się z więź- 
niem. Poszliśmy do zabranego dla sądu kryminalnego kla- 
sztoru 1 i w sądowej izbie czekamy wprowadzenia więźnia. 
Nie wyjdzie mi z pamięci obraz, kiedy wchodzi piękny, atle- 
tycznej postaci, Paweł Suzin, a żona jego, jak wątły powój, 
co się wije koło dębu, obejmuje go, ale usta ledwo do piersi 
sięgają. Szczęściem obok stojąca ławka pozwoliła im się na 
nią zsunąć i do woli zroszone łzami usta w nieskońc.lonym 
pocałunku złączyć. Sędziowie, przytomni tej scenie, widocz- 
nie nią wzruszeni, nie śmieli przeszkodzić rozczulonym mał- 
żonkom i nasłuchać się musieli, jak Suzin barbarzyńskie z 
nim obchodzenie się opowiadał. Najbardziej narzekał na 
robactwo go trapiące. Starałem się w sądzie o lepsze z 
więźniem obchodzenie, ale uwolnienia jego wyrmóc nie mo- 
głem. Dyrektor sądu tłomaczył się, podając różne blahe przy- 
czyny. Kilka takich odwiedzin więźnia z panią Suzin i bez- 
skutecznych jazd do Brodnicy odprawiwszy, sprzykrzyło mi 
się prośbami dojść do .c
lu. Kiedy więc już czwarty raz przy- 
jeżdżam do Brodnicy, a dowiaduję się, że prócz Suzina je- 
szcze kilku, ze szkoły batignolskiej 2, do powstania dążących 
Polaków po pustych wieżach glodem i robactwem trapieni. 
są zamknięci, ponieważ bezkuteczne były moje przedstawie- 
nia dyrektorowi w sali sądowej, postanowiłem pójść do do- 
mu jego wieczorem na herbatkę, gdzie w przytomności żony 
i córki barbarzyńskie postępowanie z więźniami, jako wy- 
wołujące konieczną z czasem zemstę gnębionych Polaków, 
wystawiłem. I udało mi się doskonale. Pani dyrektorowa za- 
pewniała swe uwielbienie dla rycerskiego narodu polskiego. 
Panna dyrektorówna, ładna siedemnastoletnia blondynka, 
przyniosła mi swoje album, w którym na dowód prawdy 
słów matczynych, pokazała mi fotografie Kościuszki, Ponia- 
towskiego, Mierosławskiego. Biedny dyrektor, tak tem wszy- 
stkiem, a osobliwie portretem jeszcze żyjącego Mierosław- 
skiego, został zestrachany, że obiecał wszystkich więźniów 
wypuścić, ale równocześnie oświadczył, że tu dłużej nie zo- 
stanie i będzie prosił o translokacją w głąb Niemiec. 
Przywiozłem więc Suzina do domu, gdzie przyszedłszy 
wkrótce z biedy więziennej do siebie, wyruszył w swoje 
rodzinne strony, by się połączyć z powstańcami. Wkrótce 


233
>>>
stamtąd .napisał do żony, która po jego odjeździe powiła sy- 
na, że się szczęśliwie do swoich pr.zedostał, którzy go z za- 
pałem powitali i naczelnikiem znacznego oddziału zrobili, 
z którym już kilka szczęśliwych z Moskalami odbył poty- 
czek. - "Powiedz naszemu synowi - pisze - bo musi być 
syn, że ojciec jego walczy za ojczyznę." 
Ale krótka była pociecha biednej żony i matki, bo w kil- 
ka tygodni przybyły dwie panie z owych okolic z donie- 
sieniem, że mężny Suzin, kulą w głowę trafiony, zginął, a 
rodacy uroczysty mu pogrzeb sprawili. Pani Suzin wkrótce 
potem wróciła z małym synkiem do Francji. 
Bawiący u mnie emigranci wyruszyli do powstania. Wy- 
mienić muszę pomiędzy nimi trzech: Aleksandra Rogaliń- 
skiego ., Slaskiego 4 i Ruszkowskiego, wszyscy ze szkoły woj- 
skowej w Cuneo. Dwaj ostatni zacni młodzieńcy, nieszczę- 
śliwie wyszli, bo pierwszy zginął, drugi dostał się do nie- 
woli. Rogalińskiemu się powiodło, bo on jedn z naczelników, 
prowadzących oddziały do Płocka, napadnięty dwie mile 
przed miastem przez rotę moskiewską trzy razy liczniejszą, 
mając około stu ludzi, źle uzbrojonych. ale dzieci warszaw- 
skie, rzucił się na nieprzyjaciela i rozbił go. Uderzenie kol- 
bą w głowę wysadziło mu jedno oko. Swoi unieśli dowódcę 
do domu obywatelskiego, skąd dostał się na powrót do 
Piątkowa. Dla kuracji oka musiał się później udać do Ber- 
lina, skąd wrócił do rodziny w Galicji zamieszkałej. 
Jak przed powstaniem byłem przeciwny onemu, tak, kie- 
dy wybuchło, byłem za tym, żeby je wspierać ile możno- 
ści, na przekór dziennikom niemieckim, które głosiły, że 
tylko kilka tygodni potrwa. bo Polacy znani są z braku 
wytrwałości. Zle zatem wychodzili niektórzy z emigracji, co 
z brawurą udając się do powstańców, za kilka dni wracali 
do Prus, bo oświadczyłem, że uciekinierów nie przyjmuję 
do domu. 
Niemcy zaniepokojeni tem, co się dzieje za bliską grani- 
cą, a jak zaws
 tak i 1eraz w obawie o własną skórę, sta- 
rania robili, żeby wojskiem obsadzić granicę. Trzeba było 
więc, żeby rządowi wystawić niebezpieczeństwo, w jakim 
ludność niemiecka zostaje przy wzburzonych umyslach Po- 
laków, na różne koncepta się sadzić. żeby owe niebezpie- 
czeństwo okazać. Sypały się zatem denuncjacje, a miano- 
wicie przeciw mnie, także landrat. lubo zawsze dla mnie 
przychylny, widział się zmuszonym przysłać mi żandarma, 
żeby pilnował, co się u mnie dzieje. Dowiaduję się, że dwaj 
sąsiedzi moi niemieccy strzelali w nocy na pocztę, i że kon- 


234
>>>
duktor przy świetle latarni zeskoczywszy z pocztowego wo- 
zu znalazł ich w rowie szosowym. Powiedziano mi, że to 
w tym celu zrobili, aby na mnie padło podejrzenie, że to 
ja jestem sprawcą. Zdawało mi się, że to bajka, przywo- 
łuję zatem mego żandarma, wyrzucając mu, że tak źle pil- 
nuje, kiedy nie wie o tym, że na pocztę strzelano. - "Jak 
to nie wiem!" i przynosi mi swoją książkę służbową, w któ- 
rej pokazuje mi raport o tym wypadku, ale ręką zakrywa 
nazwiska ty,ch, co strzelali. Udało mi się jednak rękę :r.;u- 
nąć i widzę nazwiska: Miiller i Schonfeld, o co mi właśnie 
chodziło. 
Odezwy Niemców o wojsko nareszcie skutkowały. Cała 
okolica zapełnioną została nie tylko piechotą, ale i konni- 
cą, i artylerią. Mnie landrat przyslal trzydziestu huzarów z 
oficerem na stałą kwaterę. 
Tymczasem w naszej okolicy zbierał się oddział znaczny, 
by się połączyć z oddziałem pod dowództwem Padlewskiego. 
Wiedząc, że późnym wieczorem wstąpi do mnie część tego 
oddziału, by się nad granicą połączyć z resztą, musiałem 
się starać czujność mego żandarma osłabić, co mi się w na- 
stępujący sposób udało. Było to po Wielkiejnocy, a że dziew- 
ki dworskie w trzecie święto tęgo żandarma na dyngus 
oblewały, kazałem im i w następnych dniach wieczorami 
go straszyć, a kiedy mnie się skarży, ponieważ był ze stron 
niemieckich, w których o dyngusie nigdy nie słyszał, mó- 
wię mu, że to religijny nasz obrządek, i że kobietom służy 
prawo dyngusować mężczyzn aż do Zielonych Świąt, więc 
mu radzę wieczorami nie wychodzić ze stancji. Toteż kiedy 
ten oddział wieczorem zajechał do dworu, żandarm spokoj- 
nie siedział w stancji swojej, a tamci, posiliwszy się, ru- 
szyli dalej, zabrawszy co było broni w domu. Dopiero na- 
zajutrz, kiedy się dowiedzial o przejściu oddzialu, wchodzi 
do mnie z trzema huzarami do dworu. Na zapytanie moje 
po co przychodzą - odpowiada: "Dla rewizji za bronią". - 
"Co było, to już wczoraj zabrali - odpowiadam - dziś już 
nie ma nic." 
Nieszczęśliwy wybór dowódcy tego oddzialu, narzucony 
przez organizatora z Księstwa nam oktrojowanego był przy- 
czyną, że cała wyprawa dość kosztowna i opatrzona we 
wszelkie potrzeby partyzanckiej wojny, zaraz nazajutrz przez 
Moskali w puch została rozbita &, tak że część padła od bro- 
ni nieprzyjacielskiej, część dostała się do niewoli, najwięk- 
sza jednak zrejterowała do Prus. 
Miałem u siebie podoficera z wojska pruskiego, dzielne- 


235
>>>
go, znającego doskonale miejscowość na tamej stronie, któ- 
rego polecałem na dowódzcę, zwłaszcza że cała mlodzież ma- 
jąca brać udział oświadczyła, że chętnie pójdzie pod jego 
rozkazy. Ale nieszczęsna, systematvczna, opozycja kilku oby 
wateli przeciw mnie, wsparta przez owego organizatora, od- 
dała naczelnictwo w niezdolne ręce poczciwca, którego ca- 
ła zasługa była, że z wojska moskiewskiego przeszedł do 
powstania. 
W tym czasie przy.bywa do mnie z Paryża Kurzyna, wy- 
słannik Mierosławskiego, z doniesieniem, że ten jest miano- 
wanym przez Rząd Narodowy naczelnikiem powstania, że je- 
nerał przybędzie do Bydgoszczy i mnie zapytuje, czy go 
chcę nad granicę przewieźć. Mając następnego dnia jechać 
do Bydgoszczy, odprowadziłem Kurzynę wraz z innemi, w 
znacznej liczbie bawiącemi emigrantami, do sypialnych po- 
koi, a kiedy już koło godziny dwunastej od gości moich 
chcę odchodzić, odbieram list od sąsiada przez konnego po- 
słańca, z doniesieniem, że oddział wojska pruskiego, który 
mu 'czterech zabrał emigrantów, jed'zie do Piątkowa, gdzie 
się spodziewa lepszego połowu. Zrywają się z łóżek goście 
moi, żeby się ukryć, ale uspokajam ich, że w nocy nie poz- 
wolę na rewizję, ponieważ jest konstytucją zabroniona. Nie- 
bawem zjawia się ów oddział przed dworem, widzę owych 
czterech emigrantów na wozie strzeżonych przez żołnierzy. 
reszta oddziału wchodzi do dworu. Stawam więc na scho- 
dach kręconych, w wieży się znajdujących, a kiedy słyszę 
komenderującego podoficera, z naprzód wyciągniętymi bag- 
netami, do marszu na górę, wołam: "Co to ma znaczyć?" 
Odpowiada: "Przychodzimy na rewizją". - "U nas w nocy 
rewidować nie wolno - odpieram - więc nie pozwolę i z 
miejsca nie ustąpię." - "Zobaczymy" - woła dowódca - 
i Vorwarts! fi Na to ja: "Proszę się zatrzymać, bo każę 
w dzwon uderzyć i gwałt gwałtem odeprę". To uderzenie 
w dzwon, chociaż tylko skromny gospodarski był dzwonek, 
zastraszyło mężnego dowódcę i po krótkim namyśle od- 
powiada, że zda o tern raport swemu oficerowi, a na mnie 
spadnie odpowiedzialność za wzbronienie rewizji. - "I ow- 
szem - mówię - proszę oficerowi, powiedzieć, że go ocze- 
kuję jutro na obiad." 
Nie czekałem jednak z obiadem na przybycie oficp.ra z 
Wąbrzyźna, tylko, wyprawiwszy wszystkich emigrantÓw z 
domu, sam z Kurzyną pojechałem do Bydgoszczy. Miero- 
sławski miał w tym dniu przybyć, ale niemało nas zanie- 
pokoiło, że ani w tym, ani w następnych dwóch dniach nie 


236
>>>
przybył. Czwartego dnia dopiero zjawił się jenerał z adiu- 
tantami swemi 7. Znałem go dotąd tylko z fotografii, ale nie 
byłbym go poznał, bo dla bezpieczniejszego przejazdu zgo- 
lił brodę. Chciał natychmiast wieczorem wyjechać, ale po- 
nieważ od znajomych się dowiedziałem, że Niemcy po mie- 
ście rozgadują, że nie na próżno tak długo bawię w mieście 
i stąd wnioskując, że pewnie mnie szpiegują, przystał Mie- 
rosławski na propozycję moją, żeby, jak świt, nazajutrz wy- 
jechać, kiedy Niemcy po hulankach wieczornych jeszcze w 
betach spoczywają. Nie omyliły mnie domysły moje, bo róż- 
ne oddziały wojska wyruszyły nazajutrz ku granicy polskiej, 
ale szczęśliwie dojechaliśmy do kuzyna mego, nad granicą 
mieszkającego. Przez całą noc przybywali adiutanci jenera- 
ła, a wysyłani za granicę, gdzie Rząd Narodowy zapewniał, 
że znaczny oddział powstańców będzie czekał, żeby pójść 
pod jego naczelne dowództwo, powracali z doniesieniem, że 
oddziału nie ma i tylko kilkunastu i to bez broni czeka na 
niego. Po północy wyjechał Mierosławski ze złowrogim prze- 
czuciem w pomyślność wyprawy. Bezparcjalna 8 potomność 
sprawiedliwie zapewne osądzi, na kim ciąży wina; z ust zac- 
nej patriotki z Królestwa, która wkrótce po powrocie moim 
do domu do mnie przybyła, słyszałem tylko, że wiadomość 
o przybyciu Mierosławskiego do Polski, zelektryzowała lud, 
dotąd powstaniu nieprzychylny, i że prawdopodobnie to po- 
wstanie przez to pomyślniejszy by wzięło obrót, gdyby Mie- 
rosławski przez brak wsparcia nie został od razu z małym 
swoim oddziałem rozbitym przez Moskali 9. 
Ponieważ graniczące z Pols
ą pruskie powiaty, przepeł- \. 
nione zostały wojskiem prusldem, tak, że niemałym były 
ciężarem dla nich, Niemcy widząc, że im z powstania nie- 
bezpieczeństwo nie grozi, dopominali się o ustąpienie tego 
opiekuńczego wojska i tak zaczęły oddziały powracać, skąd 
przybyły. Podczas tego powrotu zjawia się u mnie oficer 
od kirasjerów, z którym się podczas pobytu mego w Byd- 
goszczy poznałem, oświadczając, że ponieważ jego szwadron 
gościńcem koło Piątkowa przechodzi, on, pamiętny miłego 
poznania się ze mną w Bydgoszczy, zbacza do mnie z wi- 
zytą. Dziękując mu za jego grzeczność, proszę, żeby przyjął 
małe śniadanko, które służący wnosi. On zaś wymawia się, 
że musi pospieszać za oddziałem, a dopiero kiedy nie ustę- 
puje, przyznaje mi się, że kamraci jego nie chcieli wierzyć, 
że on, sam jeden do mnie wyboczy, następnie dodaje, że 
przeszłej nocy w hotelu w Brodnicy nocował tuż obok mo- 
jego numeru, a jego kamraci nie chcieli także wierzyć, aby 


237
>>>
się na to odważył. - "A teraz powiem moim kolegom, Ja- 
kim pan jesteś niebezpiecznym człowiekiem, zmuszając mnie 
do przyjęcia śniadania." 
Próbowali Niemcy, rozsiewaniem potwornych o mnie wie- 
ści, wplątać mnie w jakie awantury z wojskiem pruskim, 
które im się jednak nie udawały, ponieważ wszystkie kwate- 
runki uprzejmie i gościnnie podejmowałem. Tymczasem za- 
szły w naszej okolicy aresztowania kilku obywateli, którzy 
nieostrożnie postępując z wyprawą pojednyczych ludzi do 
Polski, o czem doniesiono landratowi, dostali się za to do 
więzienia. Bardzo się to Niemcom, na mnie głównie zawzię- 
tym, nie podobało, że ja spokojnie siedzę w Piątkowie. Uda- 
ło im się więc namówić Niemca wyrobnika - oczywiście za 
dobrą zapłatę - który rozpowiadał, że ja go spotkawszy 
na drodze namawiał, aby poszedł do powstańców. Dwaj kup- 
cy żydowscy z Kowalewa, z którymi małe interesa handlo- 
we robiłem, przybywają do mnie z doniesieniem, że ów 
Niemiec w tem miasteczku opowiadał o owej namowie prze- 
ze mnie. - "Smialim się z niego, mówiąc, że pan Sulerzy- 
ski znalazłby innego, nie ciebie, gdyby chciał kogo tam po- 
słać, ale widząc, że żandarm prowadzi owego Niemca dq 
kapitana, poszliśmy obydwaj za nimi i w przedpokoju kapi- 
tana słyszymy, jak ów chłop opowiada to samo, a miejsco- 
wy chirurg pisze protokół." 
Przekonany byłem, że denuncjacja jest za śmieszną, aby 
dla mnie złe miała następstwa, ale wkrótce pokazało się, że 
to stało się podstawą oskarżenia i aresztowania mego, bo 
Niemca owego wezwano do sądu, gdzie swoje zeznania przy- 
sięgą stwierdził. 
Nim to jednak nastąpiło, nadszedł czas ostatniego zebra- 
nia Towarzystwa Agronomicznego, na którem, pomiędzy in- 
nemi sprawami, także nowy wybór dyrekcji miał nastąpić. 
Kilka dni przedtem odebrałem doniesienie od jednego z 
moich przyjaciół, że pan sędzia Łyskowski już raz ogłosiwszy, 
że nie umiem prezydować, sam lubo wyobrażenia o gospo- 
darstwie rolniczym nie ma, pragnie być prezesem, i że w 
tym celu dwudziestu gospodarzy z Lembarga 10 jest namó- 
w.ionych, aby głosami swymi na jego stronę przeważyli. 
Nie mogłem wierzyć, aby taki patriota, jakim się oka- 
zywał sędzia Łyskowski, mający właśnie jako jeden Polak 
w sądzie pruskim, między małymi gospodarzami, wielkie 
zaufanie, zamiast je użyć do prostego namówienia tychże 
gospodarzy do naszego Towarzystwa, użył je do intrygi, od- 
słaniającej niezgodę między nami, tak szkodliwą dla nas, 


238
>>>
a pożądaną dla nieprzyjaciół naszych. Ale okazało się, że 
doniesienie było prawdziwe, bo przybywszy na salę nasze- 
go zgromadzenia w Brodnicy, nasz sekretarz, pan Ignacy 
Łyskowski, przedstawia mi owych dwudziestu gospodarzy z 
jego sąsiedztwa, ani jednego nie brakło. 
Po przyjęciu ich z należnemi pochwałami za tę oznakę 
łączności ich w pracach naszych, dobrobyt i oświatę ogól- 
ną mających na celu, na pożądanych członków naszego To- 
warzystwa, odbyło się posiedzenie przez rozprawy nad kwe- 
stiami programem objętymi. Gdy przyszło do ostatniej czę- 
ści programu, to jest do wyboru dyrekcji, wszyscy członko- 
wie Towarzystwa, oprócz owych nowo zwerbowanych, u- 
przedzeni zapewne o zamierzonej naprawie Towarzystwa 
przez zmianę prezesa, wynieśli się ze sali. Szanowny kandy- 
dat czeka na próżno na ich powrót, posyła po nich, sam 
się fatyguje, ale ani jednego sprowadzić nie może. Nie mo- 
gąc się zatem doczekać ich powrotu, zmuszony zostałem 
zamknąć posiedzenie, po czem przy wspólnym obiedzie za- 
pomnieliśmy o nieudałych zabiegach, których, na nieszczę- 
ście, świadkiem był przytomny asystent policyjny. Byłbym 
zatem pewnie zmuszony zostać nadal prezesem Towarzy- 
stwa, gdyby przeciwnikowi mojemu nie przyszło w pomoc 
aresztowanie moje, które niedługo potem nastąpiło, i z któ- 
rego później, jako dyrektor Banku 11, tak zręcznie korzy- 
stał, żeby się mnie pozbyć, ale czy na zawsze? 
Nim jednak do tego ważnego w życiu moim periodu przy- 
stąpię, zastanowić mi się wypada nad charakterm człowie- 
ka, który z długoletniego przyjaciela, już po trzeci raz wy- 
stępuje jako mój przeciwnik. Na zapytanie, co spowodowało 
sędziego Łyskowskiego do takiego ze mną postępowania, 
kiedy obydwu nas jeden cel łączył, to jest służyć sprawie 
narodowej, odpowiadam, że nic innego, jak tylko to, co nie- 
stety dzisiaj tak często spotykamy, że małoduszni ludzie 
starają wynieść siebie przez poniżenie innego, który sobie 
poczciwą pracą zaszczytne stanowisko zjednał. 
Kiedy już dwadzieścia lat, jako jedyny akademik 12, w 
Prusach Zachodnich byłem zaszczycony zaufaniem moich 
współobywateli, przybyli mi w pomoc przeciw dążnościom 
germanizacyjnym dwaj bracia stryjeczni, Łyskowski Ignacy 
i Mieczysław, obydwaj na niemieckich uniwersytetach wyk- 
ształceni; pierwszy w zawodzie gospodarczym przez popu- 
larną książkę Gospodarz... 18 znany powszechnie, drugi praw- 
nik - pierwsze urzędowanie w sądzie chełmińskim rozpo- 
czynający. Ale nim jeszcze w bliższe z ostatnim wszedłem 


239 


-.
>>>
stosunki, rozeszła się w naszej okolicy wieść, że kupiwszy 
na publicznej licytacji, z polecenia kuzyna swego, piękny 
majątek (Stolno) 1ł. milę od Chełmna odległy, na swoje 
imię, sprzedał go natychmiast Niemcowi i 7 000 talarów 
zarobku schował do swojej kieszeni. Wobec tak poważnej 
liczby majątków, w Ziemi Chełmińskiej, w ręce niemiec- 
kie przeszłych, czyn ten powszechne między Polakami zna- 
lazł potępienie. Ale w sądownictwie pruskim wynagrodzo- 
ny został młody polski prawnik za tę przysługę Niemcom, 
przez awans na sędziego powiatowego, delegowanego do 
miasta Wąbrzyźna. Tam go pierwszy raz poznałem, a po- 
nieważ przekonywałem się, że gorliwie zajmuje się sprawa- 
mi chłopków polskich i w opiekę swoją ich bierze, należa- 
łem do pierwszych, którzy osądzili, że ponieważ on jedynym 
był Polakiem w okolicznych sądach pruskich, należy rzu- 
cić zasłonę na pierwszy, nierozważny czyn jego i podać mu 
bratnią rękę. Toteż nie omieszkałem zapraszać go do domu 
mego, kiedy się jaka zdarzyła familijna uroczystość, nawet, 
będącego wówczas wdowcem, zawiozłem w sąsiedztwo do 
panny, ale nam się nie powiodło. Tak żyliśmy ze sobą w naj- 
lepszych stosunkach przyjaznych, aż do pierwszego wystą- 
pienia jego przeciw mnie przy przedaży Świerczyn. 
Byłbym chętnie oddał zapomnieniu to ckliwe dla mnie 
i czytelników opowiadanie moich stosunków z sędzią, który 
dziś tak rozgłośne sobie imię zjednał przez tworzenie ban- 
ków polskich, tak pożytecznych i obiecujących tak długo 
powodzenie, póki chmury na horyzoncie politycznym zew- 
sząd się ukazujące, nie wzbiją się w górę do jednego stra- 
sznego akordu i nie zniweczą najpiękniejsze pokojowe pro- 
jekta. 
Wolę raczej opowiedzieć, jakim sposobem Niemcy dokazali 
tego, że mnie po trzeci raz do więzienia dostali. 
Wracając z Torunia do domu, widzę w ostatniej wsi przed 
Piątkowem, bryczkę na drodze stojącą, na niej landrat, ów 
mój przyjaciel, Y oung obok właściciela Pluskowęs, Miille- 
ra i dwóch żandarmów. Dojeżdżając do nich, zschodzi land- 
rat z bryczki, ja kazałem stanąć, także zesiadam i mówię 
żartem do niego, ponieważ mi często powtarzał, że mnie 
chciał odwiedzić, ż.
 go aresztuję i zabieram do Piątkowa. 
On na to z miną poważną odpowiada mi: "Przeciwnie, ja 
pana aresztuję" i pokazuje rozkaz od Kammergerichtu ber- 
lińskiego. Spojrzawszy więc na siedzącego na bryczce Miil- 
lera i wiedząc, że od niego wychodziły wszystkie denun- 
ejacje przeciw mnie, odzywam się na cały głos: "Na to mu- 


'240
>>>
iZę oświadczyć, że tylko nikczemna podłość mi to spra- 
wia". Niemcy mają dobitniejsze wyrażenia i. takiego użyłem 
bo nazwałem to: Eine infame Niedertriichtlichkeit. 
Dziwna rzecz, że już poprzedni dziedzic Pluskowęs, Keck, 
znany czytelnikom z przygody nocnej, rodzicom moim do- 
kuczał, a ponieważ ten dzisiejszy dziedzic, taki sam przy- 
błęda jak tamten, nie zawadzi, nim się pożegnam z rodziną 
i opuszczę majątek, przytoczyć anegdotę, która o owym 
Kecku kursowała w naszej okolicy. 
Jadąc powozem w cztery konie, spotyka się z bratem 
przybyłym w te strony, aż ze Szwabii, pędzącym zakupion, 
trzódkę wieprzy. Ten poznawszy brata woła: Bruder Keek, 
biszt du's, oder biszt du's nit, hotz blitz. Was is aus dir fur 
ein Kerl geworden! 11 
Poznał zapewne ten sam braciszek, że tu w polskiej ziew 
mi łatwo panem zostać, bo porzuciwszy swój handel kupił 
majątek i dotąd rodzina jego w Ziemi Chełmińskiej się roz- 
pościera. 
Radziłbym Niemcom przypomnieć sobie list hrabiego Ty- 
tusa Działyńskiego, o którym wzmianka w pierwszym to- 
mie, gdzie nazywa Niemców kupujących od Polaków mająt- 
ki lekkomyślnemi, a to tylko dla ich germanizacyjnych 
dążności. Czemuż nie przypomną sobie, że póki byli grze
z- 
nemi dla nas, a grzecznemi byli, bo było ich mało, to z Prus 
Zachodnich ani jeden Niemiec po bitwie pod Jeną nie ucie- 
kał, jak z Wielkopolski, tylko czasem się zdarzało, że jakI 
zuchwały Polak Niemca trochę poturbował. Tak opowiadał 
mój teść, Tomasz Czapski, że w owym cza!i1ie jakiegoś Kriegs- 
ratha na drodze, ponieważ mu z drogi nie zjechał, porząd- 
nie batem poczęstował, albo kiedy Niemcy bal sobie wypra- 
wiali, to kilku Polaków się zebrało i spoiwszy kapelę popsu- 
li im zabawę. Na takich figlach kończyła się cała nienawiść 
do nich. Później nieraz strach napadł Niemców i nie wie- 
dzieć skąd, pomiędzy niemi rozeszła się pogłoska, że ich Po- 
lacy mają wyrżnąć. Skutkiem czego zaczęli zmykać, a naj- 
więcej do grudziądzkiej fortecy, gdzie się bezpieczniejszemi 
czuli. W roku 48, kiedy Polacy tylko o braterstwie z Niem- 
cami rozprawiali, byli także zaniepokojeni, a jeden :r; nich 
miał w stajni konia osiodłanego, żeby, jak będzie potrzeba, 
do Grudziądza czmychnąć. 
Podczas powstania w roku [18] 63 sędzia golubski, spostrze- 
głszy trzech oficerów pruskich w płaszczach w nocy na uli- 
cy, sądząc że to powstańcy z Polski przybyli, z kilkoma 


16 - PamIętnikI... 


241
>>>
broń posiadającymi zabarykadował się w swoim mieszkaniu 
i całą noc oczekiwał napadu. 
Skądże dziś taka odwaga wstępuje w Niemców, że draż- 
nić zamyślają Polaków, przez uroczysty obchód stoletniej 
rocznicy pierwszego rozbioru. Nie przeszkadzajmy im, niech 
nam przypominają wiekową krzywdę, bo przy naszej znanej 
dobroduszności, zapomnielibyśmy o niej, gdyby kilka lat 
starali się żyć w zgodzie z nami, przed wybuchem owej koniecz- 
nej walki rasy słowiańskiej z germańską, o której dziś już i po- 
ważny dziennik wiedeński "Die Tages Presse" pisze, że oczy- 
wiste są oznaki tej bliskiej katastrofy, pytanie tylko, gdzie 
się rozpocznie. Sądzi, że prawdopodobnie w Czechach. 
Po nastąpionym aresztowaniu moim żandarmi wsiedli na 
moją bryczkę i pojechali ze mną do Piątkowa. Tam się do- 
wiedziałem, że landrat odbył rewizją papierów, a krótko 
zabawiwszy i pożegnawszy się z dziećmi i domownikami, 
musiałem zaraz, podług dyspozycji landrata, pod eskortą 
dwóch żandarmów w moim powozie i trzech czerwonych 
huzarów na koniach, jechać do Brodnicy. Tam oczekiwał 
mnie landrat przed owym poklasztornem więzieniem i żądał, 
abym na noc tam się umieścił, ale pamiętając z opowiada- 
nia Suzina i innych, jaki komfort tam więźnia oczekuje, 
oparłem się energicznie, oświadczając, Że tylko przemocą do- 
stanie mnie do takiej kwatery. To zniewoliło landrata umie- 
ścić mnie w hotelu pod strażą dwóch żandarmów. Miałem 
nazajutrz koło południa wyjechać do Poznania, ale na przed- 
stawienie moje, ponieważ to był dzień targowy, gdzie dużo 
ludzi się zbiera, chętnie przystał na moje żądanie, abym ze 
wschodem słońca dla uniknięcia jakiej awantury ze strony 
polskiej ludności, wyjechał z miasta.
>>>
l 


II 


j 
l 
j 
t 


Rozdzial XV 


OD UWIĘZIENIA 
DO ROZPOCZĘCIA PROCESU 


Treść: Brutalne przyjęcie mnie na fortecy poznańskiej przez ofi- 
cera. - Serdeczność kolegów więziennych. - Dalsze prześla- 
dowanie Niemców dla zniszczenia mnie majątkowo. - Nasze 
życie więzienne. - Rozpoczęte śledztwo na krzywoprzysięstwie 
oparte. - Opowiadam kolegom mój sposób uprawy ziemnia- 
ków. - Przeprowadzka do Hausvogtei. - Mam być jako świa- 
dek użyty. - Mój kasjer Aleksandrowicz uchodzi do Ameryki. - 
Wysyłają mnie do wód. - Trzy miesiące się kuruję. - Wybrany 
na posła - każą wracać do więzienia. - Teraz dopiero zbrod- 
nię stanu popełniłem. - Sejm żąda, aby posłowie polscy z wię- 
zienia weszli do Izby. - Moja mówka. - Wracamy do więzie- 
nia. - Przewożą nas do Moabitu. - Budują w ogrodzie salł: 
i łby ścinają, ale jeszcze nie nasze. 


Nie wiem, po co landrat Y oung, tak zawsze dla mnie przy- 
chylny, z taką paradą, bo z dwoma żandarmami w bryce 
i trzema huzarami, a do tego czerwonymi na koniach, kazał 
tnnie z Piątkowa zawieźć cztery mile do Brodnicy, a zaraz 
stamtąd na powrót tą samą drogą na Toruń do Poznania. 
Biedne huzary i konie ich byłyby na szosie, kłusując ciąg- - 
le, diabelnie się zmarnowały, gdybym nie kazał woźnicy, 
czasami stępa jechać. Pogrążony w myślach, szczęściem po 
pierwszej mili spostrzegłem, jak konie były spienione. Ja- 
dącego do więzienia, pocieszała nadzieja, że dobrze tam się 
ze mną obchodzić będą, bo pamiętałem, co, będąc w Berlinie 
Podczas krymskiej wojny, mi powiedział jeden z moich 
przyjaciół z Poznańskiego. - "Przygotuj się na to, jeżeli 
z tej wojny widoki pomyślne dla Polski wynikną, że bę- 
dziesz siedział w kozie, bo mi mówił radzca policji Nieder- 
stetter z Poznania, że jeżeli to nastąpi, wszyscy przywódcy 
243
>>>
uwięzieni zostaną, a że ciebie za jednego z nich mają, to 
o tobie nie zapomną. Ale dodał Niederstetter, będziecie pa- 
nowie bardzo dobrze traktowani, bo idzie tylko o to, żeby 
was zrobić nieszkodliwymi". Zresztą żandarmi, eskortujący 
mnie, mówili, że wiozą pismo od landrata do sądu, poleca- 
jące mnie jako obywatela, któremu prócz gorącej miłości oj- 
czyzny nic zarzucić nie można. Byłem zatem przekonany, że 
wkrótce uwolnionym zostanę, a zysk ten będzie, że zobaczę 
się z dawnymi znajomymi i poznam wielu innych braci 
z Wielkopolski. 
Odstawiony na fortecę poznańską, Winiary, przekonał 
mnie, na samym w5tępie, porucznik Rentefink, że postępo- 
wanie z więźniami nie bardzo uprzejme, bo odebrawszy mi 
pieniądze w sposób dość brutalny, oświadczył, że kwatera 
mOJa będzie loch podziemny, w którym się znajdowaliśmy 
obydwaj. Dopiero kiedy stanowczo odpowiedziałem, że wo- 
lę na podwórzu noc przepędzić jak w wilgotnym sklepie, 
zaprowadził mnie na górę, gdzie się pomiędzy innemi wię- 
źniami pomieszczenie znalazło. Kochana młodzież wielko- 
polska przyszła mi w pomoc uszykowa wszy mi łoże z ujmą 
własnej wygody, bo nie wybrałem się z pościelą z domu w 
przekonaniu, że mnie zaraz wypuścić muszą, ale i tu się 
przekonałem, że łatwo do kozy się dostać, ale trudno wydo- 
stać. 
Znalazłszy się w tak miłem 8 licznem towarzystwie ser- 
decznych kolegów, zdawało mi się, że mi krzywdy wielkiej 
nie wyrządzono. Interesa majątkowe moje tak w ostatnich 
czasach uregulowałem, zostawiwszy dobrych urzędników w 
jednych, w drugich poczciwych dzierżawców, że mogłem 
być zupełnie spokojny. Miałem jeszcze w posiadaniu, po 
sprzedaniu kilku folwarków, majątek, 15 000 morgów prus- 
kich wynoszący l, a na nim prócz długu Towarzystwa Kre- 
dytowego, 100 000 talarów wynoszącego, tylko 12 000 drob- 
nych dług6w. Przy wysokiej, wówczas, cenie ziemi, był to 
więc świetny stan majątkowy. Ale Niemcy czuwali nad 
zniszczeniem moim. Kuzyna mego, młodego Michała Wybic- 
kiego, którego opiece zostawiłem moje interesa, uwięziono, 
;równie łIlajlepszych moich urzędników. Powiedziano ostatnim, 
że jeżeli nie przyrzekną natychmiast opuścić miejsca swoje, 
zostaną w więzieniu. Kiedy więc po kilku tygodniach uwol- 
niono Wybickiego, ten zastał gospodarstwo opuszczone przez 
owych urzędnik6w i trzeba było o innych się starać. 
Przyjeżdża do Poznania, żeby się ze mną naradzić, ale nie 


24:4
>>>
puszczają go do mnie. Pytam Kammergerichtsratha z, Krii- 
gera czemu, kiedy wszystkim przybywającym odwiedzić 
swoich w więzieniu pozwala, Wybickiego do mnie nie pu- 
ścił. Odpowiada: "Bo on jest też takim zapalonym Polakiem 
jak pan". 
Porządek dzienny taki był: z rana, po śniadaniu, musieli 
się wszyscy zbierać na podworcu więziennym i dwoma rzę- 
dami, wojskowo stanąć przed Rentefinkiem, który wywoły- 
wał nasze nazwiska, czy kogo nie brakuje, potem zakomen- 
derowal: Rechts um, maTBch! I i wyprowadzono nas na 
obszerny plac mustry wojskowej, gdzie kilka godzin starzy 
i młodzi bawili się, przypominając sobie szkolne zabawy, 
a było nas około ośmdziesięciu. 
Po spacerze schodził nam czas przy kartach lub pogadan- 
kach do obiadu. Tak samo cały czas poobiedni do dziesiątej 
godziny, o której świece musiały być pogaszone, inaczej 
warta podwórzowa wołała: Licht aus!' 
Jednego wieczora, kiedy koledzy się już w łóżka pokładli, 
ja w nocnym negliżu opowiadam im jakieś przygody z mo- 
jego żyda, kiedy rozległ się glos warty: Licht aus! Wsta- 
wiam więc w nyżę, znajdującą się w murze, świecę i roz- 
prawiam dalej. Naraz rozlega się brzęk kluczy, odmykają- 
cych się gwałtownie ryglów i wpada Rentefink z dozorca- 
mi do naszego oddziału. Ale widząc we mnie nieustraszone- 
go rycerza, przed groźnym jego obliczem, spokojnie na 
Środku izby stojącego, kazał tylko świecę zadmuchnąć i wró- 
cił na powrót. 
Zdziwili się koledzy, że tak mi uszło, bo zwykle żądał i to 
w brutalny sposób, aby kiedy wchodził do rewizji. każdy 
przy swoim łóżku stanął. 
Powołują mnie nareszcie przed sędziego śledczego, na mo- 
je zapytanie, za co mnie uwięziono, czyta mi zeznanie owe- 
go chłopa Niemca, przed sądem, żem go spotkawszy na dro- 
dze namawiał do powstania. Przeczytawszy cały protokół, 
pyta mnie, co ja na to. Odpowiadam, że moje zaprzeczenie 
namowy tak śmiesznej. że ją już Zydzi, opowiauając mi o 
niej, wyszydzili, nie ma przed sądem znaczenia, bo on za- 
przysiągł swoją, dobrze zapłaconą przez wiadome mi osoby, 
denuncjacją. Ale żądam, aby on o krzywoprzysięstwo był 
przed sąd pociągnięty, gdzie musi wyznać, kto go do tego 
nam6wił. Młody sędzia wystawia mi niebezpieczny zarzut, 
który robię, bo jeżeli nie będę mógł go udowodnić, to pod- 
padam pod taką samą karę, jak ten co krzywoprzysięże: 
"A jak to pan udowodnisz?" 


245
>>>
Odpowiadam: "Udowodnię kłamstwem, które znajduję w 
protokóle, gdzie. ten łotr mówi, że rowy u mnie kopał, a 
świadkami dowiodę, że od dwudziestu lat miałem zawsze ty- 
le własnych ludzi, że obcych do kopania row/Jw nie potrze- 
bowałem". Sędzia nie chce uznać moich uwag, jako dowód 
krzywoprzysięstwa, dopiero starszy sędzia, przytomny tej 
rozprawie, zwraca uwagę kolegi swego, mówiąc: "Jeżeli ten 
pan potrafi udowodnić, że rowów ten człowiek nie kopał, to 
krzywoprzysięstwo jest udowodnione". 
Rad nierad, musiał sędzia żądanie moje w protokóle umie- 
ścić i pokazało się, że sąd zaambarasował się tym niemało, 
bo pan Kriiger wyjechał do mojego powiatu, a wróciwszy 
stamtąd wizytując nas, odezwał się do mnie: "Byłem w pa- 
na stronach i znalazlo się co innego przeciw panu". Odpo- 
wiadam: "A czy nie znowu na krzywoprzysięstwie oparte?" 
Nie dowiedziałem się jednak, co tam innego przeciw mnie 
się znalazło, aż podczas toczącego się procesu w Moabicie 
z akt moich, bardzo zresztą obszernych, wyczytałem, że pe- 
wien proboszcz, z Niemiec przybyły, trudniący się lichwą, 
chcąc mnie niemiłosiernie zedrzeć, usłyszał ode mnie te sło- 
wa: "Pamiętaj księże, że przyjdzie czas porachunku pomię- 
dzy nami". Szanowny kapłan denuncjował mnie za tę po- j 
gróżkę, w której upatrywano zbrodnię stanu i kilka razy 
stawał przed sądem, zawsze upominany, żeby swoje zezna- 
nie przysięgą stwierdził, na co jednak przystać nie chciał, 
podając przyczynę, że to miało miejsce w sklepie winnym. 
Siedziałem więc dalej w więzieniu, przez co główny cel, 
zniszczenia mnie majątkowo zostal osiągnięty. Takie postę- 
powanie ze mną musiało mnie zniecierpliwić i kiedy pew- 
nego dnia Kriiger nas odwiedza na placu naszych przecha- 
dzek, a jeden z naszych kolegów przedstawia mu, że za taką 
bagatelną rzecz, którą mu zarzucają, tu siedzi - pan radca 
się odzywa: "To wszystko jest zbrodnią stanu" - przystę- 
puję do niego mówiąc: "Nie przekonasz nas pan, że ta po- 
moc, którąśmy braciom nasz
-m w ich rozpaczliwej walce 
przeciw barbarzyńskiej Moskwie dawali i którą każdy 
uczciwy człowiek musi uznać jako święty nasz obowiązek, 
jest zbrodnią stanu przeciw Prusom, toteż mam przekonanie, 
że sądownictwo pruskie, będzie chcialo swoją, dotąd zaslu- 
żoną, renomę niezawisłości i sprawiedliwości utrzymać i nam 
zbrodnię stanu nie zarzuci". 
Te słowa energicznie opowiedziane, spowodowały pana 
radzcę do odpowiedzi: "Róbcie panowie, żeby tam się skoń- 
czyło, to i tu się skończy". 


246
>>>
Musiało to moje wystąpienie spowodować naszych sędziów 
do postanowienia, żeby mnie się pozbyć, bo niedługo po- 
tem wizytując lIlas pan Kriiger pyta mnie: "Czy nie życzę 
sobie na lato do jakich wód się udać?" Odpowiadam, że mę- 
Czony tu, w zadusznym więzieniu, ciężkim katarem, z 
wdzięcznością przyjmuję propozycją. Przysyła mi zatem 
Oberstabsarzta II, który przyznaje, że ostatecznie wyslanie 
mnie do jakich wód mineralnych nastąpić może, ale tymcza- 
sem zapisze mi lekarstwo. Przysyłają mi pudełko proszku 
zielonkowatego ze szkaradnym zapachem, które nie tknięte 
stało na swoim miejscu. Podoficer, nas dozorujący, kt6ry 
ów proszek mi przyniósł, pyta nmie, czy go nie biorę, bo 
widzi, że nic nie ubywa, a kiedy przytakuję, prosi mnie 
o niego. Pytam się po co? "Przecież to jest lekarstwo i ko- 
sztowało pieniądze, szkoda żeby się zmarnowało". Zabrał 
i pomału się delektował, chociaż był najzdrowszy. Oby się 
apetyt pruslQ tyłko na takich specjałach ograniczałl 
Tymczasem siedzę dalej z kolegami, między kt6remi było 
kilku obłożnie chorych, którzy domagali się usilnie, aby ich 
puszczono do domu, ale na próżno, odpowiadano im, że i tu 
mogą się leczyć. 
Prócz spacerów i gry w karty, postanowiliśmy dziennie, 
po spacerze poobiednim, dwie godziny poświęcić rozprawom, 
czy to gospodarskim, czy społecznym. Zaszczycono mnie wy- 
borem na prezesa kółka naszego. Zostaną mi w pamięci te 
interesujące dysputy nasze wieczorne, ale najpamiętniejszym 
zostanie mi wieczór, kiedy zacząwszy o ósmej godzinie roz. 
prawiamy do dziesiątej, gdzie trzeba było świecę gasić, a tu 
tak zajmujące kwestie nam się nadarzyły, że nie widząc je_ 
den drugiego prowadzimy dalej nas.ze rozprawy, a tak ser- 
deczne, że skończywszy o dwunastej, szukaliśmy po ciemku 
jeden drugiego, żeby się wzajemnie na dobranoc uściskać. 
Jako optymista, trzymając się zawsze zasady: "nie ma te- 
go złego, co by na dobre nie wyszło", miałem i wtenczas to 
przekonanie, że chociaż mnie tem nieusprawiedliwionym 
więzieniem majątkowo niszczą, rzadko w życiu mojem mia- 
lem takie chwile, jak tu, na fortecy poznańskiej, gdzie tylu 
miłych rodak6w pomałem, którzy dowodami swojej dla mnie 
życzliwości, pozwolili mi zapomnieć o przykrościach, które 
w ostatnich czasach w moim rodzinnym zakątku od swoich 
doznawałem. 
Ponieważ kółko nasze głównie z gospodarzy się składało, 
była też rozprawa o najlepszej 4prawie ziemniaków, tak 
ważną rolę odgrywających. Zalecałem mój sposób uprawy. 
247 


J......
>>>
którego od początku dotąd z największą korzyścią się trzy- 
małem. Powiadam więc, że zorawszy na jesień rolę, na wio- 
snę głęboko w poprzek orzę, a po zabronowaniu i uwałko- 
waniu, markierem z zębami 24 cale od siebie odległymi 
wzdłuż i poprzek znaczę, sadząc w przecinki ziemniaki. Dwa 
tygodnie po znaczeniu dopiero obsypuję wzdłuż i w poprzek 
ziemniaki, kiedy już zielsko się puszcza, przez co się nisz- 
czy. Miałem zamiar, wprowadziwszy ziemię moją w kulturę 
zwężyć odstępy zębów, ale młody gospodarz, który niedaw- 
no wrócił ze szkoły agronomicznej słynnego Thaera, którego 
ojciec pierwszy podniósł gospodarstwo w system naukowy, 
w Moglinie, zapewniał mnie, że Thaer uczniów swoich upo- 
minał, żeby się nie dali przez przykłady innych gospodarzy 
nakłonić do gęstszego sadzenia, ponieważ ziemniaki, jako o- 
kopowe, tym więcej plonu wydadzą, im dokładniej będą ob- 
sypane i próby kilkadziesięcioletnie do tego przekonania do- 
prowadziły. Nie zmieniałem zatem mego markiera, a w po- 
dróżach moich w Niemczech często znalazłem, że nawet w 
większych jeszcze odstępach sadzą ziemniaki, ale też widzia- 
łem ogromne krze, a pod nimi, przy zbiorze, mnóstwo wiel- 
kich ziemniaków. 
Z niedowierzaniem słuchali mnie kochani koledzy, twier- 
dząc, że szkoda ziemię marnować, a przecież w Niemczech 
więcej jak trzy razy droższa, jak u nas. Prosiłem ich zatem, 
aby dla mojej przyjaźni przez kilka lat na jednej mordze 
próby przeze mnie zalecane robili. Czy który z nich przy- 
pomniał sobie wr6ciwszy do domu moją prośbę, nie wiem; 
jeden, a zawołany gospodarz, zapytany oto zaraz po przy- 
witaniu na zjeździe we Lwowie, przyznał mi się od razu, że 
próby nie zrobił. 
Tymczasem dochodziły nas wieści, że mamy być przewie- 
zieni do Berlina, ale kiedy było tajemnicą z obawy demon- 
stracji jakiej ze strony ludności polskiej. Naraz o drugiej 
godzinie w nocy z łoskotem otwierają się drzwi więzienne 
i wzywają nas wstawać i zabierać manatki nasze. Dwanaście 
wielkich wozów wojskowych stoją gotowe nas zabrać. Sam 
komendant jest przytomny i upomina nas, żebyśmy nie my- 
śleli o ucieczce, bo rozporządzenia są gotowe do przeszko- 
dy. 
Wyjeżdżamy pod silną eskortą konnicy, wiozą nas jakie- 
miś manowcami, a kiedy droga szła przez zarośla, szpaler 
piechoty zbrojnej widzimy po obu stronach. Tak dojeżdża- 
my, przy pierwszym brzasku dziennym, na otwarte pole, 
skąd widzimy oczekujący nas pociąg, Dojechawszy do niego, 


248 


"""'---
>>>
kiedy komenderują nami do przesiadania, widzimy kilka 
dam polskich dążących na przełaj przez oraną rolę, pożeg- 
nać się z mężami. ale ostry głos Rentefinka każe eskorcie 
konnej odpędzić biedne kobiety, które pomimo zachowanej 
tajemnicy wyśledziły, że więźniów wywożą. Takie było o- 
statnie brutalne dokuczenie nam owego Rentefinka, który 
już więcej pastwić się nie będzie nad bezbronnemi, bo za- 
ręczano mi, że zginął we Francji. 
W dalszej drodze nie zaniechano wszelkich ostrożności. 
Dojechawszy do stacji, podawano nam kawę do wagonów. 
W Landsbergu 6 'było śniadanie, ale kilka kompanii piechoty 
zamknęły w ściśniętych kolumnach przystępy do restauracji, 
do której nam dozwolono wstąpić. Przybywszy do Berlina. 
omnibusy były w pogotowiu, a umieściwszy nas w nich za- 
wieziono szczęśliwie do Hausvogtei 7, żadnego niebezpieczne- 
go zbrodniarza nie zgubiwszy. 
Mieszkańcy Berlina, w kiJku miejscach, pomawszy więź- 
niów po licznej eskorcie SchutzmanÓ'W 6, ostentacyjnie nam 
okazywali swoją sympatię. 
W nowym naszym więzieniu ta na!! spotkała niedogodność, 
że kiedy w Poznaniu wszyscy gromadnie w połączonych, a 
za. dnia otwartych lokalach się znajdowaliśmy, tu po dwóch, 
trzech. podług obszerności kwatery, nas, nie pytając w ja- 
kiem towarzystwie być chcemy, umieszczono, tak że niejeden 
niekontent był ze swego towarzystwa. I tak z sąsiedniej celi 
wpada do mojej jeden z kolegów, wołając: "Ratujcie mniel - 
bo z jednym księdzem być razem to dobrze, ale z dwoma, to 
za wiele". :- "Jak to?" - pytamy. - "Jeden prawdziwy 
ksiądz, ale drugi chociaż nie ksiądz, wciąż się modli, a prócz 
tego odbywa jakieś kontemplacje pobożne i prosi, aby mu 
nie przeszkadzać." 
Zresztą wiele nam tu lepiej było, jak w Poznaniu. Pusz- 
Czano do domu bardzo wielu, ale liczba nasza się nie zmniej- 
szała, bo główny liwerant więźniów, prezes policji w Pozna- 
niu, Barensprung, w miejsce ubywających przystawiał no- 
wych, tak żeśmy się ciągle z jedynmi żegnali, a z drugimi 
witali. Zdawało się zatem, że tu głównie idzie o zapełnienie 
więzień, albo o kontrakt zawarty z naszym restauratorem 
na pewną liczbę gości. 
Pomiędzy nowo przybyłymi było i dwóch książąt, Mikołaj 
Radziwiłł i Roman Czartoryski. Zołnierze na wartę nam 
przysłani. po większej części z gwardii, bardzo grzeczni byli 
dla nas, bo mieli taki nakaz: "Ponieważ pomiędzy więźnia- 
mi są książęta i hrabiowie". 


249
>>>
Pomimo tej grzeczności nadzwyczajnej dla więźniów o 
zbrodnię stanu oskarżonych, śmiesznem było, że skoro no- 
wy przybył, a dla braku miejsca, trzeba go było do dawnych 
umieścić, ta cela przez kilka dni była zamykana na klucz, 
żeby się przybysz nie mógł porozumieć z innymi, aż indaga- 
cją z nim odprawiono, ale to zamknięcie nie przeszkadzało, 
że koledzy jego przez drzwi instrukcje mu dawali, jak ma 
gadać, tak samo jak i towarzysze razem z nim zamknięci. 
Powołano nareszcie i mnie do sądowej izby; koledzy że- 
gnają się ze mną w przekonaniu, że wypuszczonym zostanę, 
ale zamiast mnie uwolnić, mówi mi sędzia, że jestem powo- 
łany na świadka, czy pewni młodzi ludzie byli u mnie w 
Piątkowie. Odpowiadam: "Nie pojmuję, będąc oskarżony o 
zbrodnię stanu, że mam rolę świadka odgrywać, który pew- 
nie musi zeznanie swoje przysięgą stwierdzać". Sędzia na to: 
..Pan wcale nie jesteś oskarżonym, tylko jesteś podejrzanym 
o zamiary prawem zakazane, a zatem możesz przysięgać". _ 
"To mnie wyprawcie do domu, a będę wam świadczył, ale 
będąc w więzieniu, przysięgać nie będę, bo wiem, że ani 
świadectwo moje, ani przysięga nie ma u was żadnego zna- 
czenia. " 
Wróciłem więc do kolegów, którym opowiedziałem, jaką 
komedią chcieli ze mną odgrywać, a ponieważ wesoło się 
wspólnie bawiliśmy, nie martwiłem się dalszym mojem sie- 
dzeniem, bo przyznać muszę, że pobyt mój, z miłymi kole- 
gami, do najprzyjemniejszych życia mego należał. Różne za- 
pasy żywności przysłano z domów naszych, któremi wzajem- 
nie się częstowano, a i ponczu i wina nie brakło. 
Ale starano się także pożytek z przyjemnością połączyć. 
Kochany od wszystkich Litwin, Rustejko, dawał lekcje fran- 
cuskiego i angielskiego języka, z których młodzież chętnie 
korzystała. 
Niemałą zrobiono mi niespodziankę przez przybycie do 
więzienia syna mego wraz z kasjerem Aleksandrowiczem, 
mającym głównie zarząd gorzelni i sprzedaż spirytusu w 
Pułkowie. Zaniepokoiło mnie przybycie ostatniego niemało, 
bo obawiałem się stąd znacznych strat, przekonany o jego 
zdatności i uczciwości. 
Wróciwszy z Ameryki, gdzie kilka lat jako emigrant w in- 
teresach handlowych się wykształcił, prowadził swoje urzę- 
dowanie u mnie z wielką akuratnością, tak że w okolicy, a 
mianowicie u Niemców rozgłosiło się, że Aleksandrowicz 
wiele się przyczynia do utrzymania mego majątku podczas 
mojej nieobecności. Cóż naturalniejszego, jak go wydalić, do 


250 


...010...-
>>>
więzienia wysłać, chociaż nic mu zarzucić nie mogli, ponie- 
waż w żadne stosunki z powstaniem się nie wdawał. Ucie- 
szyłem się więc, kiedy po trzech tygodniach siedzenia z na- 
mi, przychodzi do mnie się żegnać, bo go puszczono na po- 
wrót do domu. 
Niedługo jednak potem tdbieram list od córki, która mi 
pisze, że Aleksandrowicz zabrawszy znaczne pieniądze, znikŁ 
Biegnę zatem do pana Krtigera z prośbą, aby mnie puszczo- 
no na policją, ażeby ta starała się zbiega uchwycić, bo praw- 
dopodobnie będzie go można znaleźć w Hamburgu, gdzie 
zostawił żonę i syna małego. - "Po co pan masz się faty- 
gować, poślę zaraz na poNcją, żeby tu kogo przysłano" - 
odpowiada. Czekam więc na owego policjanta dzień jeden, 
drugi, nareszcie piątego dnia przychodzi dwóch. Pytają mnie, 
co żądam; odpowiadam, że nie myślę policją berlińską tru- 
dzić, bo kiedy pięć dni musiałem czekać na ich przybycie, 
nie mogę mieć nadziei, aby się gorliwie zajęła wyszukaniem 
zbrodniarza. Ale urzędnicy policyjni żądają, abym im po- 
wiedział, o co idzie. Opowiedziawszy im więc, pytają mnie, 
czy koszta odszukania zbiega biorę na siebie. "Ani grosza - 
odpowiadam - bo z przewłoki, co do przybycia pan6w, wi- 
dzę, że dla mnie takich starań robić nie będziecie, jakbyś- 
cie w podobnym wypadku dla każdego wyrobnika berliń- 
skiego robili, ale kilka tysięcy talar6w nagrody chętnie wy- 
znaczam, jeżeli zbiega wraz z zabranemi pieniędzmi dosta- 
wicie, bo przekonany jestem, że muszą być bardzo znaczne". 
Odeszli, ale wiadomości żadnej od policji w tej sprawie nie 
odbieram. Pó:!niej dopiero pisze mi dawniejszy mój rządzca, 
kt6ry ode mnie do Ameryki się udał, że Aleksandrowicz 
przybył do Nowego Jorku i że u niego widział worek, na 
którym był napis 13000 talarów w zlocie, i że tu handel 
cygar założył. 
Nie ma zatem wątpliwości, ,l;e sławny Kammergericht ber- 
liński umyślnie sprowadził Aleksandrowicza do więzienia, 
żeby go nakłonić do tej ucieczki, i że mu ją zabezpieczył. 
Czy jednak dołożył do zabranych mnie pieniędzy swoich, 
nie wiem, mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdzie się ta ta- 
j
mnica wykryje, a ten czas przyjdzie pewnie prędzej, jak 
SIę niejednemu z tych, co mnie krzywdzili, zdaje. 
Kiedy więc sąd berliński już nabrał przekonanie, że przez 
ucieczkę Aleksandrowicza, zzabranemi pieniądzmi, mająt- 
kowo nieźle szarpnięty zostałem, trzeba mu było pomyśleć 
o tem, co dalej ze mną robić, nie puszczając jednak do do- 
mu, gdzie bym mógł nadwerężony majątek poratować. Zde- 
251 


...010...-
>>>
cydowano się zatem na kuracją i podług instrukcji lekarza 
wysłano mnie do Kissingen g w Bawarii na początku wrześ- 
nia. 
Tam c£tery tygodnie zabawiwszy, piszę do szanownego 
Kammergerichtu, że lekarz mój każe mi jechać do Osten- 
dy II na kąpiel morską i że tam odjeżdżam. Drugie cztery 
tygodnie tam przebywszy piszę znowu, że zdrowie moje po- 
dług rady lekarskiej wymaga, abym winogronną brał kura- 
cją, jadę więc do Dtirkheim nad Renem 11. A kiedy i tu koń- 
czą się winogrona, a Niemcy tylko mętny moszcz piją, któ- 
ry nie bardzo mi smakuje, goście zaś wszyscy się rozjeżdża- 
ją, piszę znowu, nie majQc bardzo ochoty wracać na zimę do 
więzienia, że lekarze każą mi udać się do ciepłego klimatu, 
jadę zatem do południowej Francji. 
Ledwom oddał to pismo na pocztę, odbieram z mojego po- 
wiatu telegram donoszący mi, że jestem obrany posłem na 
sejm u. Przyjaciele moi sądzili, że mnie tym wyborem u- 
wolnią z więzienia i od dalszej kosztownej aniepotrzebnej 
mi kuracji, bo będę mógł jako poseł za urlopem zajrzeć do 
domu i poratować coraz bardziej upadający majątek. 
Kammergericht dowiedziawszy się o moim wyborze, kiedy 
na poprzednie listy moje żadnej nie odbierałem odpowiedzi, 
teraz przysyła rozkaz powrotu do więzienia, pod zagroże- 
niem sprowadzenia mnie przemocą. 
Jadę więc do Berlina z postanowieniem udania się na sej- 
mową salę dla zapytania zgromadzenia. gdzie moje miejsce, 
czy w więzieniu, czy w sejmie, bo do obydwóch jestem po- 
wołany. Byłem pewny, że zgromadzenie, uwzględniając 
szczególny gatunek zbrodniarza stanu, któremu dozwolono 
trzy miesiące jeździć po świecie, orzeknie, że mam zająć 
krzesło poselskie. Czekając w hotelu na przedwstępne ure- 
gulowanie się sejmu, by móc prosić o głos w osobistej spra- 
wie, przybywa do mnie ówczesny prezes kola poselskiego, 
szanowny August Cieszkowski, donosząc mi, że Koło Pol- 
skie l' jednomyślnie oświadczyło życzenie, abym zamiast na 
sejm, poszedł do więzienia, bo wtenczas Polacy będą mogli 
w sejmie wszystkich posłów polskich w więzieniu będących 
uwolnić, kiedy sąd takiego znowu do więzienia powołuje, 
któremu przez trzy miesiące dozwolił wojażować po świe- 
cie. Na moje przedstawienie, że z doświadczenia przekona- 
łem się, że do więzienia się dostać łatwo, ale trudno wydo- 
stać, odpowiada pan Cieszkowski, zapewniając mi, że nas 
wszystkich uwolnią, a tymczasem liczy na moje poświęce- 
nie dla kolegów. 


252 


...........
>>>
.,.1 


Nie mogłem na taki argument nie przyrzec, że wypełnię 
wolę Koła Polskiego i poszedłem do więzienia. Tam wkrót- 
ce powołany przed sąd, oświadcza mi sędzia, że z paragrafu 
sześćdziesiątego szóstego awansowałem na sześćdziesiąty 
pierwszy, to jest, że teraz dopiero o zbrodnię stanu jestem 
oskarżony. Jako przyczynę podaje, że z listu w moim ku- 
ferku znalezionego, sąd się dowiedział, że jadąc z Ostendy 
do Diirkheim dwa dni bawiłem u Erazma Zabłockiego w 
Brukseli, który przed śledztwem tam się schronił, a zatem 
ll1usi być mocno skompromitowany; kto z takim w przy ja- 
cielIiIkich zostaje stosunkach dowodzi, że podziela jego prze- 
konania polityczne. Drugi, ważniejszy jeszcze zarzut jest 
ten, że pewien człowiek prosty przybył do Piątkowa, żąda- 
jąc kartki ode mnie do przejścia do powstania i że mój ku- 
charz przyniósł mu takową, na której stały litery "K.W." 
Pytam się, gdzie ta kartka? "Porzucił ją." - "Co znaczą te 
litery K.W.?" "Komisarz wojenny." - W którym to czasie 
był ten czlowiek u mnie?" "W liIierpniu." - "Przecież caly 
sierpień bylem tu, w więzieniu." - "To prawda". Muszę od- 
dać sprawiedliwość młodemu prawnikowi, że całą tę roz- 
ll10wę odbył ze spuszC'Zonemi oczyma, nie śmiejąc w moje 
Spojrzeć. Odzywam się więc: "Tym sposobem jestem dwój- 
cą, bo równocześnie siedzę w Hausvogtei i kartki wydaję 
W Piątkowie. Zdaje mi się, że panowie za grube żarty ze 
Il1ną wyprawiacie". 
Koledzy moi ubawili się doskonale moim opowiadaniem, 
a nasz wierszokleta, szumnymi rymami, zgromadzonym ko- 
legom wygłosił panegiryk na cześć moją jako cudownego 
dwójcy. 
Pomimo usiłowań roda,k6w w sejmie, żeby nas, posłów 
powołano do izby, minister sprawiedliwości hrabia zur Lippe 
silnie opierał się temu, dowodząc, że posłowie obok zbrod- 
niarzy mieścić się nie mogą. Siedzimy więc dalej, dobrze się 
bawiąc w tak licznem a przyjemnem towarzystwie, lubo od 
Bwoich dostajemy narzekania listowne o stratach gospodar- 
czych z nieobecności naszej wynikających. Dochodziły listy 
od żon, które piszą do mężów, że od uczciwych sędziów nie- 
ll1ieckich słyszą o bezzasadnem, podług praw, naszym wię- 
zieniu, w rozpaczliwych więc wyrazach dla strat majątko- 
Wych piszą, żeby Bóg ciężk2ł karę spuścił na tych niespra- 
wiedliwych sędziów, na nich samych i dzieci ich. Nie za- 
atraszyło to ich jednak, a nasz Kriiger, oddając adresatom 
takie listy, powtarzał: "Wymyślać możecie, ile się wam po- 
doba, ale siedzieć musicie dalej". 


253 


..........
>>>
Najlepiej nam się powodziło w czasach świątecznych, bo 
wtenczas główny dozorca wyjeżdżał do Poznania, skąd prZ)'
 
był, a sędziowie berlińscy u siebie bawili, zostawiając nas 
pod opieką poczciwego staruszka miejscowego. I tak w Boże 
Narodzenie dwóch naszych wesołych a dowc
pnych kolegów 
obchodziło wszystkie cele z szopką wyśpiewując każdemu 
stosowne, rozśmieszające wiersze. Żałuję, że nie pamiętam, 
co mnie się dostało. Bardzo się to podobało młodym i ład
 
nym córkom naszego gospodarza i za szopką biegały po 
wszystkich celach, a najmłodsi pomiędzy nami poczuwali się , 
do miłego obowiązku tłomaczyć dziewczętom polskie wier
 
sze, za co po ciemnych korytarzach odbierali dowody naj
 
czulszej wdzięczności. 
Nadeszły święta Wielkanocne, a z nimi z domów naszych 
zapasy święconego, którym się wzajemnie częstowaliśmy. 
Moje baby uznane zostały jako najsmaczniejsze i proszono 
mnie o przepis. Niezapomniany był i dyngus, którym równie 
jak podczas zimy kulami śniegu się obrzucając, przypomina- 
liśmy sobie lata pierwszej młodości. 
Przybyło nam dwóch kolegów z Królestwa Polskiego, u- 
dział mających w powstaniu. Mówiono, że będą odstawieni 
w ręce Moskali. Udało się młodemu Zygmuntowi Działow
 
skiemu 14 korzystać z nieobecności strażników naszych, ob- 
chodzących u siebie święta, i szczęśliwie, przez warty, wśród 
dnia z aktami pod pachą i cylindrami na głowie, wyprowa- 
dził ich na miasto, gdzie ukrywszy się kilka dni, wszyscy 
trzej opuścili Berlin. 
Hałas niemały się zrobił, jak strażnicy mający obowią- 
zek na noc zamykać cele nasze, nie mogli się trzech więź- 
niów dorachować. Później wrócił do więzienia Działowski 
i przyznając się do wyswobodzenia rodaków, obawiających 
się wydania Moskalom, potrafił zapewne skutecznymi środ- 
kami srogość sędziów złagodzić, tak że mu to bezkarnie 
uszło. 
U dało się nareszcie rodakom naszym w połączeniu z libe- 
rałami niemieckimi uwolnić wszystkich posłów z więzienia, 
abyśmy mogli zasiąść w sejmie. Zebrawszy się wieczorem 
w naszem Kole 11, zrobiłem wniosek, ponieważ koledzy nasi 
z więzienia, słusznie od nas uwolnionych się spodziewają 
wystawienia sejmowi nieuzasadnione wobec prawa oskarże- 
nie Illas o zbrodnię stanu, abyśmy korzystali z krótkiej chwili 
naszej wolności i dowiedli, że już samo postępowanie z na- 
mi dowodzi, że tylko dlatego nas trzymają w więzieniu, aby 
nas majątkowo zniszczyć. Wnoszę zatem, aby czyja wola z 


254
>>>
przytomnych, a z więzienia przybyłych posłów na jutro wie- 
czór przygotował krótką mówkę, która może się przyczynić 
do uwolnienia nas od procesu, który uwłacm -powadze są- 
downictwa pruskiego, a Koło osądzi czyja najlepsza. Wobec 
zarzutu przez ministra sprawiedliwości, ,w sejmie nam zro- 
bionego, że jesteśmy zbrodniarzami, nie może prezes sejmu 
odmówić któremu z nas głosu do osobistej uwagi, a obowiąz- 
kiem naszym jest korzystać z każdej sposobności, która nam 
nastręcza prawo do upomnienia się o krzywdy nam wyrzą- 
dzone. 
Prezes Cieszkowski podaje wniosek mój pod dyskusją. Za- 
bierają głos kilku członków, ale wszyscy przeciw, różne po- 
dając powody, że takie odezwanie się jest niewczesne i bez- 
skuteczne. Następuje zatem wezwanie prezesa, aby kto jest 
za moim wnioskiem się podniósł. Ja sam wstaję, wszyscy 
siedzą na miejscach. Ale raz wystawszy, proszę, aby mi było 
dozwolone jeszcze jedną zrobić uwagę, na poparcie mego 
wniosku, która teraz mi na myśl przychodzi. Prezes oświad- 
cza, że wniosek przy głosowaniu upadły, nie może na nowo 
być postawiony. Przyznaję, że miał racją, ale zdawało mi się, 
że w sejmie co innego, a co innego w naszym poufnym kół- 
ku - więc może ze zbytecznym uniesieniem odzywam się: 
"Kiedy was panowie formułki niemieckie więcej obchodzą, 
jak los braci waszych w niesłusznem więzieniu trzymanych, 
to nie ma tu co robić!" - i wychodzę. 
Przybywszy do hotelu, postanowiłem, wbrew uchwale Ko- 
ła Polskiego wystąpić nazajutrz i prosić prezesa o głos w 
osobistej sprawie. Napisawszy więc małą mówkę, idę z nią 
nazajutrz na sejm, ale tam już czeka na mnie szanowny 
Cieszkowski, prosząc mnie, abym, jeżelim co napisał, przy- 
był wieczorem na Kółko i tam przeczytał. Przystałem chę- 
tnie i przeczytałem na wieczornem zgromadzeniu mój pro- 
jekt, w którym krótko wystawiwszy komedią, którą z nami 
w więzieniu odgrywają, kończę w następnych wyrazach: 
"Starajcie się zatem panowie jako patrioci pruscy, aby wa- 
sza, dotąd skromna i cnotliwa, pruska Themis, w objęciach 
moskiewskiego niedźwiedzia nie została bezczeszczoną". Po 
niemiecku tak się wyraziłem: Sorgen Sie daher meine 
HerTn, als preussische Patrioten dafur, dass die sonst sittsa- 
me und ehrbare preussische Themis in den Armen des 
russischen Biiren nicht zur Metze werde. 
Ostatnie wyrażenie zdawało się kolegom za ostre, które nie 
tylko naganę od prezydenta, ale i burzę posłów wywoła, 
a zatem więcej zaszkodzić, jak pomódz może. Nalegali więc 


255
>>>
na mnie, abym zmodyfikował wyrażenie, bo już przyzwa- 
lają, abym coś powiedział na odparcie słów ministra. Na- 
stępnego więc dnia zobowiązałem się oddać mowę nową pod 
krytykę dwóch posłów. Ale że i ta im się nie podobała, wy- 
stąpiłem z inną, a zatem dla kolegów niespodziewaną mową 
trzeciego dopiero dnia. Pamiętając, że za pomocą żony i cór- 
ki dyrektora sądu udało mi się w Brodnicy uwolnić Suzi- 
na i innych z więzienia, powodowany podczas wojażu me- 
go po Niemczech jawną niechęcią mężczyzn do Polaków, z 
przyczyny powstania, szkodliwego interesom handlowym, a 
doznawszy natomiast od niewiast wielkiej dla sprawy pol- 
skiej sympatii, pisząc mowę uderzyłem w tę samą stronę 
i zakończyłem tymi słowy: "Wysłany pomimo zarzutu 
zbrodni z więzienia do wód i trzy miesiące wojażując po 
Niemczech, powróciłem z wrażeniem w narodzie niemiec- 
kim nabytem, które w następny sposób ogłaszam: cześć wam 
niewiasty niemieckie i dziewice niemieckie! Miejcie się pa- 
nowie na baczności, abyśmy ich pomocą wsparci, nie roz- 
bili bramy więzienia'" Wymawiając te słowa pociągnąłem 
oczyma po galerii damami zapełnionej i !:eszedłem z trybu- 
ny na moje miejsce, gdzie kolegów widzę z niespodziewanej 
improwizacji nie bardzo zadowolonych, ale wynagrodzony 
zostałem, widząc zacnego liberała niemieckiego Jana Jako- 
biego z Królewca idącego wprost do mnie, by mi rękę 
podać, mówiąc: "Dobrześ pan powiedział". 
Zaraz potem wystąpił jeden z ministrów z orędziem kró- 
lewskim rozwiązującym sejm. 
Krótko więc trwało moje i kolegów uwolnienie z więzie- 
nia, bo skorom wyszedł, zastałem przed gmachem sejmowym 
ducha opiekuńczego, który nie opuszczał już mnie na krok 
i tylko pozwolił mi iść do hotelu, do córki mojej z domu 
przybyłej. Na noc musiałem wrócić do więzienia. 
Tam kolegom moim powiedziałem, że niezawodnie nas 
Niemki berlińskie uwolnią, bo taki komplement im wypa- 
liłem. Naśmiali się serdecznie, ale wierzyć nie chcieli. 
Musiały jednak słowa moje zatrwożyć Kammergericht bo, 
zapewne obawiając się ziszczenia zagrożenia mego, przewie- 
źli nas niedługo potem, przed wschodem słońca, kiedy je- 
szcze miasto spało, do odległego, a silnie obwarowanego 
Moabitu li. 
Wiele gorsze tam mieliśmy pomieszczenie, bo do celi dla 
dwóch zbrodniarzy przeznaczonych wpakowali nas po 
czterech, a przy zamkniętych drzwiach i oknach nieznośny 


\ 


.." 


J 


256
>>>
r' 


zaduch nam dokuczał, powiększony jeszcze przez wyg6dki 
w nich się znajdujące. 
Wielka sień. dzieląca nasze cele, była w dzień naszą sa- 
lą bawialną i jadalną. a spory ogr6d, do którego nas dwa 
razy na dzień prowadzono był nam dla świeżego powie- 
trza przyjemniejszy od ciasnego podwórka w Hausvogtei. 
W tym ogrodzie rozpoczęto budowę improwizowanej sali 
sądowej z desek, złowrogi pozór zewnętrzny mającej, bo 
i dach i ściany czarną tekturą były obite, ale wnętrze sto- 
sunkowo dość pięknie było udekorowane przez sławnego 
Gropiusa. Przyglądając się tej budowli nabraliśmy przeko- 
nania, że nie ziszczą się słowa naszego opiekuna, Krlige- 
ra, kt6ry nam jeszcze w Poznaniu powiedział: "Róbcie pa- 
nowie, żeby się powstanie skończyło, a wtenczas i tu się 
skończy". Zdaje się nawet, że w łonie sądu samego rozd- 
wojenie nastąpiło, bo pomimo końca powstania, od czasu 
przewiezienia nas do Moabitu, Krliger wtąpił z nadzoru są- 
dowego i tylko trudnił się prywatnymi potrzebami naszemi. 
z czego sądzić wypada, że był przeciwnym dalszemu pro- 
wadzeniu procesu, za co mu chętnie cześć należną oddaję. 
W naszym ogrodzie zrobiono nam niemiłą niespodziankę, 
bo kiedyśmy pewnego poranku weszli do niego, zastaliśmy 
ludzi sprzątających rusztowanie, na kt6rem kat przed chwi- 
lą dwom zbrodniarzom głowy pościnał. których krwią je- 
szcze piasek był zbroczony. Podeszła niewiasta z młodym 
czeladnikiem pozbyła się starego męża przez otrucie, za co 
oboje karę ponieśli. Niedługo potem druga, podobna. egze- 
kucja nastąpiła. 
Zakończono nareszcie budowę sali sądowej, w której ude- 
rzała w oczy szczupła galeria dla gości, nie chciano mieć 
wielu świadków nieuzasadnionego i niedorzecznego proce- 
su. 


17 - Pamiętn1ld._
>>>
Rozdzial XVI 


PROCES OD 7 LIPCA DO 23 GRUDNIA 
1864 ROKU 


Treść: Składu sądu. - Akt oskarżenia przeciw stu czterdziestu 
dziewięciu osobom. - Nazwiska obrońców naszych. Moje oskar- 
żenie. - Obrona. - Rewizja w Piątkowie dla szukania emigran- 
tów. - Emilia Sczanieckal jako świadek. - Swiadek Tourge- 
ret. - Mowa Gneista. - Druga mowa moja na obrOll1ę. - Wy- 
rok: mnie na rok więzienia. 


7 lipca 1864 o dziewiątej godzinie z rana początek rozpra- 
wy sądowej. Sąd składa się z dziewięciu Kammergericht- 
srathów, dziesiąty prezes Kammergerichtu jako prezydują- 
cy. Nazwiska ich warto potomności podać: 


l. Btichtemann, prezydujący 
2. Drogand, radzca 
3. Theremin, radzca 
4. Becker, radzca 
5. Oelrichs, radzca 
6. Leonhardt, radzca 
7. Bratring, radzca 
8. Vogel, radzca 
9. Friedrich, radzca 
10. Eimbeck, radzca. 


Prócz tego, zasiadło pięciu nadkompletnych sędziów, a za- 
tem razem piętnastu na wzniesionej trybunie. 
Prokuratoria składa się z nadprokuratora Adelunga i ase- 
sora Mittelstaedta. 
Akt oskarżenia o usiłowanie wskrzeszenia Polski w grani- 
cach przed rokiem 1772 i oderwania części do Prus przy- 
padłej, wytoczony przeciw następującym osobom l: 


258 


-.
>>>
1. Hrabia Jan Kanty Działyński z Poznania 
2. Aleksander Guttry z Paryża 
3. Włodzimierz Wolniewicz z Dębicza 
4. Władysław Kosiński z Targowej G6rki 
5. Dr Władysław Niegolewski z Murkwicy 
6. Leon Kr6likowski, dyrektor Towarzystwa Parowych 
Statk6w z Paryża 
7. Józef Rustejko bibliotekarz z Kielc w Samogicji 2 
8. Julian Ksawer Łukaszewski, student medycyny z Trze- 
meszna 
9. Władysław Smiśniewicz, student matematyki i nauk 
przyrodniczych ze Srody 
10. Filip Skoraczewski, kandydat leśnictwa z Gudorowa 
11. Walery Mrowiński z Gościeszyna 
12. Józef Ż6rawski, literat z Poznania 
13. Adolf Hoffmann, puszkarz' i handlarz broni z Pozna- 
nia 
14. LudwiJk Ohnstein, kupiec z Lissy & 
15. Dionizy Oberfeld, kupiec z Poznania 
16. Stanisław Kaniewski, kupiec z Poznania 
17. Marian Jaroczyński, nauczyciel rysunk6w z Poznania 
18. J6zef Matuszewski, krawiec z Poznania 
19. Napoleon Mańkowski, dziedzic z Rudki 
20. Książę Roman Wilhelm Czartoryski z Jutrosina 
21. Książę Mikołaj Konstanty Radziwiłł z Połoneczka 
22. Edmund Taczanowski z Moli 
23. Wacław Koszutski z Maguszewic 
24. Stanisław Rymarkiewicz, proboszcz z Kotlina 
25. Józ,ef Stanisław Niklewski, doktor medycyny rz: Jaro- 
cina . 
26. Stanisław Sczaniecld ze Skoraszewa 
27. Ludwik Sczaniecki z Boguszyna 
28. Włodzimierz Kurnatowski z Gostyczyna 
29. Bolesław Antoniewicz, wikary z Ostrowa 
30. Władysław Dehnel, dzierżawca ze Smiłowa 
31. Władysław Zakrzewski z Jankowa 
32. Witold Rostkowski, obywatel z Raszkowa 
33. Władysław Błociszewski syn, z Poznania 
34. Władysław Kraśnicki syn, z Czach6r 
35. Stefan Zakrzewski z Wyszek 
36. Tadeusz Jaraczewski z Łowęcic 
37. Adam J arzembowski z Wielkiego Krzyża 
38. Bolesław Bronikowski, student z Ostrowa 
39. Władysław Oppen, nauczyciel z Poznania 


259
>>>
2- 


40. Witalis Walter, inżynier leśniczy z Wronaw 
41. Witold Chodacki z Koźmina 
42. Ildefons Chełkowski z Wilcza 
43. Kazimierz Miłkowski, elew I gospodarczy z Wilcza 
44. Hrabia Stanisław Czarnecki z Pakosławia 
45. Stanisław Błociszewski z Ciołkowa 
46. Szymon Radecki, proboszcz z Gostynia 
47. Hipolit Szczawiński zBrylewa 
48. Tadeusz Braunek z Bojanic 
ł9. Seweryn Radoński z Psiego Pola 
50. Cyprian Jarochowski, proboszcz z Pogorzeli 
61. Faustyn Radoński z Ninina 
52. Józef Wierzbiński z Włókna 
53. Józef Mielęcki z Nieszawy 
54. Bolesław Lutomski ze Stawu 
55. Napoleon Bekowski z Koszut 
56. Anastazy Radoński z Krześlic 
57. Maksymilian Radzimiński z Dziechowic 
i8. Józef Prądzyński, urzędnik gospodarczy ze Stawu 
59. Walery Hulewicz z Młodziewic 
60. Artakserkses Rekowski z Gruzdowa 
61. Kazimierz Wilkoński z Graboszewa 
62. Józef Pluciński z Konojad 
63. Kazimierz Węclewski z Niełęgowa 
64. Zygmunt Niegolewski z Niegolewa 
65. Zygmunt Jaraczewski z Jaraczewa 
66. Feliks Matecki z Grab 
67. Jan Majewski, urzędnik gospodarczy z Grab 
68. Leon Smitkowski z Łęg 
69. Mateusz Skrzydlewski z Mechlina 
70. Władysław Łącki z Posadowa 
71. Ferdynand Molinek z Uścięcic 
72. Hrabia Mieczysław Kwilecki z Oporowa 
73. Józef Kierski z Gąsawy 
'14. Bolesław KościeIski ze Smiłowa 
75. Erazm Zabłocki z Tarnowa 
78. Norbert Szuman z Kujawki 
'17. Karol Brodowski w Pawłowa 
78. Wojciech Kunow ze Słup 
'19. Dr Henryk Szuman z Althlitte 8 
80. Ernest Swinarski z Kruszewa 
81. Boleslaw Moszczeński z Kuśnierza 
82. Serafin Ulatowski z Racic 
83. Ignacy Grabowski z Bondecza 


260
>>>
B4. Cezary Tur z Trzeciewnicy 
85. Hrabia Konstanty Bniński z Glesna 
86. Józef Skrzydlewski z Dzierzązna 
BV. Zygmunt Malczewski z Ławek 
88. Kazimierz Broolnicki z Dziećmiark 
B9. Józef Krasicki z Karsewa 
90. Ludwik Heinrych z Lubostronia 
91. .Józef Alojzy Seyfries z Jaguszewic 
92. Bolesław Sikorski z Krostkowa 
93. Tadeusz Kierski z Poburka 
94. Józef Hubert, proboszcz z Grabowa 
95. Antoni Jackowski z Palczyna 
96. Roman Pilaski z Zielenic 
97. August Samorzewski, wikary ze Srody 
98. Maksymilian Jackowski z Pomarzanowic 
99. Hrabia Wiktor Srołdrski z Brodowa 
100. Andrzej Skorzewski z Zerkowa 
101. Hipolit Duszyński z Nowego Dworu 
102. Bogusław Łubieński z Ksi
czyna 
103. Julian Mitte1staedt z Kunowa 
104. Franciszek Mierosławski z Proszyska 
105. Michał Paruszewski z Obudna 
106. Walery Sulerzyski z Zagajnych Górek r 
107. Mikołaj Goński, wikary z Poznania 
lOB. Maksymilian Jasiński z Bydgoszczy 
109. Dr Wincenty Gichowski, proboszcz z Brodnicy 
110. Józef Banaszak, rymarz z Brodnicy 
111. Stanisław Wierzbiński z Uściekowa 
112. Teodor Seydewitz, oficer papieski 
113. Julian Sypniewski z Piotrowa 
114. Kaldmierz Mroziński zDamasławek 
115. Karol Chłapowski z Czerwonej Wsi 
116. Stanisław Maciejewski, spedytor z Katowic 
117. Józef Berger z Grembanin8 
1'18. Bonawentura Błeszyński z Laszczyna 
119. Józef Zabłocki z Chwałęcinka 
120. Bolesław Czapski z Chwalęcina 
121. Dr med. Leon Martwell z Turyna 
122. Jan Rohr z Gdańska 
123. Fryderyk Wilhelm Johansohn, kupiec z Królewca 
124. Zygmunt Działowski ze Mgowa 
125. Natalis Sulerzyski z Piątkowa 
126. Józef Iłowiecki z Ryńska 
127. Edward Kalkstein z Jabłówka 


2m
>>>
128. Józef Łebiński, proboszcz z Gaborowa 
129. Teodor Jackowski z Lipinek 
130. Antoni Marański z Sulęcina 
131. Marceli Borowski z Czarlina 
132. Józef Piotr Tokarski z Wygody 
133. Adolf Łączyński z Kościelca 
134. Adolf Kaczorowski z Dębna 
135. Hipolit Turno z Ob jezierza 
136. Jan Arndt zDobieszewic. 
Do tej liczby zrobiono następujący dodatek: 
137. Edmunt Callier 
138. Bolesław Chotomski z Królewca 
139. Jan Nepomucen Koronowicz z Królewca 
140. Juliusz Reichstein z Augustowa 
141. Wojciech Wdnkler-Kętrzyński, student z Królewca 
142. Leopold Różycki 
143. Kazimierz Szultz z Poznania 
144. Józef Nepomucen Gościcki z Królewca 
145. Henryk Gosławski 
146. Juliusz Au z Poznania 
147. Władysław Zawadzki ze Sukowy 
148. Walenty Połczyński ze Slesina 
149. Kazimierz Chełmicki. 


'1 


W takim porządku nas zapisano i wywoływano przed prze- 
świetny sąd. 
Prokuratoria zastąpiona przez nadprokuratora Ade1unga 
i asesora Mittelstaedta. 
Tłumacze: radzca Jerzewski i sekretarz Konkiel. 
Obrońców wybraliśmy nie tych, których nam sąd propo- 
nował, ale następujących: 


l. Prof. dr Gneist z Berlina 
2. Adwokat Deykl'J z Berlina 
3. Adwokat Brachvogel z Berlina 
4. Adwokat Holthoff z Berlina 
5. Adwokat Janecki z Poznania 
6. Adwokat Lent z Wrocławia 
7. Adwokat Lewald z Berlina 
8. Adwokat Elven z Kolonii 
9. Adwokat Lisiecki ze Sremu. 


Profesor Gneist, słynny jako prawnik i mówca liberalny 
w sejmie był ważnym nabytkiem na obrońcę, a Napoleono- 


262
>>>
" wi Mańkowskiemu należy się zasługa, że usilnymi prośba- 
mi mu się udało nakłonić go do przyjęcia obrony. 
Ja wybrałem sobie Elvena z Kolonii. 
Siódmego więc lipca 1864 o godzinie dziewiątej rozpo- 
czynają się rozprawy. Fizjognomie naszych sędziów nie 
wróżyły nam dobrego wypadku, czuli się jednak bezpiecz- 
nymi pod opieką straży ogniowej, która pod pozorem strze- 
żenia sali sądowej z drzewa wystawionej nie tylko na ze- 
wnątrz, ale i wewnątrz, śród obrad, uzbrojona w ogromne, 
błyszczące topory czuwała nad ich bezpieczeństwem. 
Trzech stenografów, przez nas płatnych, zajęło krzesła 
obok trybuny nadprokuratorii, która nam wytoczyła: 
"Proces o zdradę stanu 
Za usilowania dążące do przywr6cenia Polski w granicach, 
jakie miala przed rokiem 1772, a zatem do oderwania czę- 
ści przez podzial do Prus przypadlej, wytoczony przeciw 
hrabiemu Jan Kanty Kościelec Dzialyński i towarzyszom" 8. 
Po obszernym wstępie, w którym prokuratoria usiłowała 
uzasadnić oskarżenie przez różne dokumenta, a mianowi- 
cie przez notatki hrabiego Działyńskiego zabrane przy re- 
wizji w pałacu jego w Poznaniu D, znajdujące się w pugila- 
resie, przystąpiła do szczegółowych oskarżeń, począwszy od 
hrabiego Działyńskiego. 
Ja, mając sto dwudziesty piąty numer, długo czekać mu- 
siałem, aż kolej na mnie przyszła. Słysząc u kolegów moich 
przede mną niezbite dowody czynnego udziału w pomocy 
danej powstańcom, ciekawy byłem, na jakich dowodach bę- 
dzie opierać prokuratoria swoje oskarżenie o zbrodnię sta- 
nu, sądziłem zatem, że krótko mnie zbędzie. Ale niemało 
mnie zadziwiło, kiedym się przekonał, że moje oskarżenie do 
najobszerniejszych należało. Bo po Działyńskiego, dziewię- 
tnaście stronic zajmującym, moje wraz z Wolniewiczem 
i Kosińskim do najobszerniejszych - bo dziewięć stronic _ 
należało, kiedy wszyscy inni tylko po kilka mieli. 
Znakomita ta praca 10 nadprokuratorii co do mojej osoby 
jest następująca: 
"Natalis Sulerzyski liczy lat sześćdziesiąt dwa, katolik, 
odebrał nauki w Gimnazjum Toruńskim, słuchał na uniwer- 
sytetach w Lipsku i Heidelbergu wykładów prawa i kame- 
ralin 11, następnie objął, już do przodków należącą, maję- 
tność Piątkowo, w powiecie brodniekim. Jest dotąd dzie- 
dzicem tej majętności, był radzcą Towarzystwa Kredytowego 
i ojcem dwojga dzieci. 


263
>>>
Sulerzyski już należał do powstania w roku UI30 i w 
pierwszej instancji skazany na rok więzienia, ale przez amne- 
stię uwolniony. W roku 1848 także został aresztowany za 
udzial w ówczesnym sprzysiężeniu Polaków, po dwóch mie- 
siącach jednak uwolniony. W roku 1848 wystąpił jako orga- 
nizator uzbrojenia powszechnego w Prusach Zachodnich 
i jako taki został aresztowany, lecz i teraz, po ośmiu mie- 
siącach siedzenia w Grud2!iądzu, przez ogólną amnestią u- 
wolniony. 
Sulerzyski od dawna okazywał się jako przywódźca Po- 
laków w Prusach Zachodnich. Daje sobie w swoim curri- 
culum vitae, który jako kandydat na landrata, w roku 1861, I 
rejencji królewskiej podał, imię prawdziwego Polaka i cheł- 
pi się, że pierwszy urządził polskie bale, w których naj- 
przód opozycja polska przeciw germanizacji podniosła, i że ł 
pomimo prześladowań wszystkich urzędów pruskich, dążą- 
eych do zniszczenia go majątkowo, nie opuści dziedzictwa 
przodków swoich i zbiegiem nie będzie .z posterunku przez 
Boga mu wskazanego. 
Polacy w Prusach Zachodnich uznali także przywództwo 
Sulerzyskiego. 
Julian Sjerp Polaczek nazywa go w liście, datowanym z 
Torunia 19 listopada 1862, przesyłając mu pakiet pism, a 
pomiędzy niemi i kalendarz z pieśniami narodowymi D 
»naczelnikiem obywateli w okolicy«, z prośbą o rozpo- 
wszechnienie tych pism. Prócz tego, zabrano przy rewazji 
Sulerzyskiemu jeszcze jeden list podobnej treści, spolszczo- 
nego młynarza, Weinerta z młyna. Weinert narzeka w tym 
liście, że go na zgromadzeniu polskim w Piątkowie posądzo- 
no o złe dla Polaków usposobienie, zapewnia, że jest dob- 
rym katolikiem i patriotą i Iprosi Sulerzyskdego, jako pierw- 
szą osobę w powiecie o protekcją. 
Emigracja także uznawała odznaczające się stanowisko 
Sulerzyskiego w Prusach Zachodnich. Ludwik Mierosław- 
ski przesłał mu przez emigranta Siemieńskiego 1', którego 
Sulerzyski, sam przyznaje, że go wspierał, odezwę do zbie- 
rania pieniędzy na legią polską, mającą się tworzyć pod 
protekcją Garibaldiego we Włoszech Ił. Do tej odezwy do- 
łączona także była umowa pomiędzy Garibaldim a Miero- 
sławskim, tycząca się połączenia dla wspólnych zamiarów 
rewolucyjnych i wypływających stąd następstw z 30 grud- 
nia 1860, respective z 28 stycznia 1881. Powyższe pisma wraz 
z pismem Siemieńskiego z Paryża, z 16 marca 1861 i z dwo- 
ma kartkami z adresami dla przesyłek pieniężnych do Włoch, 


264
>>>
zostały Sulerzyskiemu jeszcze 17 grudnia 1862, podczas re- 
wizji zabrane. 
Pomiędzy adresami znajduje się i adres barona Dulfus. 
Był on adiutantem króla Karola Alberta, a za panowania 
Wiktora Emanuela urzędowym pośrednikiem pomiędzy Po- 
lakami a rządem, mianowicie z Ratazzim, równocześnie 
i kasjerem wszystkich pieniędzy dla szkół wojskowych w 
Genui i Cuneo. Dolfusowi w istocie przesłał Sulerzyski 18 
grudnia 1861 1050 talarów, które - jak się sam przyzna- 
je - dla powyższych szkół wojskowych, z których oficero- 
wie dla powstania wyjść mieli i też w istocie, zbieral 
Dalsze związki Sulerzyskiego z emigracją i w ogóle z ży- 
wiołami rewolucyjnymi wykazują się z pocztowych kwitów 
znalezionych w jego papierach: 
8) z 9 września 1861. Charge do Pułkownika Czarnowskie- 
go w Konstantynopolu; 
b) z 16 grudnia 1861. Charge do Stanisława Kuszkow- 
skiego w Genui (instruktora szkoły tamtejszej); 
c) z 17 grudnia 1861. Do Aleksandra Chodeckiego w Pary- 
żu. 
Dalej z kopii listu księżny Jandnny Czetwertyńskiej, dan 
w Paryżu 13 lipca 1861, mianowicie zaś z rękopismu zawie- 
rającego: 
a) konstytucją narodowego związku rewolucyjnego, 
b) statut komitetu narodowego rewolucyjnego i 
c) instrukcje tego komitetu dla komitetów powiatowych. 
Księżna Czetwertyńska opisuje w swoim, niemałe zna- 
czenie mającym, liście rozmowę, którą miała z cesarzem 
Napoleonem i z ministrem Persigny, tyczącą się wypadków 
warszawskich z roku 1861, sprawy polskiej i nadziei, które 
Polacy za pomocą Francji, dla wskrzeszenia państwa polskie- 
go mieć mogą. 
Księżna zaczyna w ten sposób sw6j opis: 
»Słuchajcie kochani bracia, a wiecie, że co ja piszę, świę- 
tą jest prawdą, na którą przysięgam jako Polka na Ewen- 
gelią św.« 
A kończy w ten sposób: 
»Wkrótce Europa z letargu rozruszaną będzie, obudzimy 
się do wielkiego szczęścia. Z huraganu powstałego uderzy 
piorun, a tym piorunem jest wolność słowiańska od Bał- 
kanu do Morza Bałtyckiego.«" 15 
Przerywając mozolną pracę prokuratorii wypada mi nad- 


265
>>>
mienić, że ostatnie słowa prorocze zacnej księżny do dzi- 
siejszego czasu zastosowa
 należy. 
W kopiach organizacji, statutu i instrukcji związku re- 
wolucyjnego postawione jest jako cel przywrócenie Polski 
w dawnych granicach, na demokratycznych podstawach, 
przez zbrojne powstanie, który cel także już w wzmianko- 
wanem zbrataniu Garibaldiego z Mierosławskim wytkniętym 
został. 
Ponieważ zresztą kopie wspomnionej organizacji, statutu 
i instrukcji także w Warszawie znaleziono, wnioskować stąd 
można, że takowe, przez Komitet Rewolucyjny z Paryża, 
agentom w dawnych częściach Polski przesłane zostały, a 
ponieważ te pisma znaleziono w domu Sulerzyskiego, przy- 
puszczać należy, że Sulerzyski był agentem tego związku 
dla Prus Zachodnich. Potwierdza to zbieranie składek dla 
szkół wojskowych polskich, jako też, że u Sulerzyskiego za- 
brane zostały oprócz powyższych pism, jeszcze następują- 
ce: 
a) litografowany foliał, zawierający między innemi i ad- 
res Polaków do cesarza rosyjskiego 16 po wypadkach 
lutowych w r. 1861 w Warszawie, treść przemowy de- 
legacji obywateli warszawskich do Gorczakowa, odez- 
wa Zydów warszawskich do Zydów innych miast, w 
której wypowiedziana jest nadzieja, że nareszcie wy- 
bija godzina wyzwolenia spod ciężkiego jarzma, i w 
której wzywani zostają Zydzi przyjąć z ufnością po- 
daną im przez Polaków rękę, list włościanina Długo- 
sza do włościan w Królestwie, aby wyczekiwali po- 
prawy bytu od szlachty, a nie od rządu itd. itd.; 
b) szkic narysowanej chorągwi, wystawiającej herb po- 
łączony Polski i Litwy, na odwrotnej zaś stronie kon- 
cept cyrkularza Agronomicznego Towarzystwa Prus 
Wschodnich 17 do patriotycznych obywateli, w którym 
wzywa się ich do składek dla szkoły wojskowej w 
Genui, przeznaczonej na wykształcenie zdatnych ofi- 
cerów dla sprawy narodowej; 
c) pismo ulotne "Ruch" 18, Warszawa 5 lipca 1862, wy- 
szłe spod tajnej prasy w Warszawie jako nr l, które- 
go zadaniem jest propaganda usiłowań rewolucyjnych; 
d) siedm egzemplarzy organu Centralizacji demokratycz- 
nej polskiej 19 w Londynie; 
e) dziesięć egzemplarzy regulaminu ćwiczeń wojskowych 
dla kosynierów, dwa egzemplarze takiego samego regu- 
laminu dla konnicy, jeden dla piechoty, konnicy i art y- 


266
>>>
lerU 10, które to książki przez Mierosławskiego albo 
z jego polecenia napisane, w szkołach wojskowych pol- 
skich użyte i do praktyki na placu ćwiczeń i w polu 
służyły. 
Skoro później - krótko przed wybuchem powstania - 
emisariusze w Prusach Zachodnich się pokazali, utrzymywali 
związek w Sulerzyskim i zostali przez niego przyjęci. 
Władysław Raczyński, który z towarzyszem Martwella, 
Wachowskim, z ,emigracji już w końcu roku 1862 do Wrocła- 
wia przybył, udał się stamtąd prosto do Piątkowa i dłuższy 
czas tam zabawił. Zdaje się, że Wachowski, który razem z 
Raczyńskim był w szkołach wojskowych w Genui i Cuneo, 
bawił w Piątkowie. Raczyński pisze do kupca Ostrzyckiego 
w Wrocławiu, który zdaje się partii rewolucyjnej jako po- 
średnik z agentami służył, w liście zabranym Ostrzyckiemu, 
między innerni co następuje: 
»Adres mój jest Raczyński z Piątkowa przez Toruń, Ko- 
walewo. Jeżeli Pan ciekawym jesteś wiedzieć, co słychać, 
to mogę Panu powiedzieć, że nam tu dobrze, i że wkrótce 
spodziewamy się służyć ojczyźnie. Wachowskiego Rząd Na- 
rodowy do szczególnych poruczeń używa, a obecnie bawi w 
Toruniu«. 
Leon Martwell także w związku stał z Sulerzyskim. On 
także był w Piątkowie. List u Sulerzyskiego znaleziony, a 
oczywiście i potwierdzaniem znawców ręką Leona Martwel- 
la pisany, nie pozwala wątpić o związku Martwella i to- 
warzyszy z Sulerzyskim. List ten tak brzmi: 
,Chełmno 7 lutego 1863. 
Oddawca jest profesorem przy szkole w Batignolles i nam 
z dobrej strony znany. Proszę go uprzejmie przyjąć, bo na 
to zasługuje jako człowiek godnego nazwiska, które sam 
wyjawi. 
Adres: Do Sulerzyskiego w Piątkowie, podpis: Leon Mar- 
twell«. 
Paweł Suzin i Aleksander Slaski także bawili u Sule- 
rzyskiego. 
Slaski, który kilkakrotnie ludzi zbierał do e.kspedycji De- 
montowicza, już był, jeszcze przed aresztowaniem w Czeka- 
nowie, widywanym w Piątkowie. Tak sarno Suzin, areszto- 
wany w Brodnicy 11 lutego. Obaj wypuszczeni 6 kwietnia 
z więzienia brodnickiego, udali się znowu do Piątkowa i tam 
dłuższy czas zostali. 
8 lutego 1863 aresztowano w Piątkowie dwóch młodych 
Polaków, aptekarza Józefa Dzikowskiego z Torunia i stu- 


267
>>>
denta medycyny, Voigta z Warszawy; 10 zaś lutego areszto- 
wano w Gajewie u pani Kossowskiej, w jej sklepach, Anto- 
niego Starorypińskie«o z Polski, Antoniego Gyzińskiego, Mi- 
chała Przechadzkiego i studenta Kazimierza Sikorskiego z 
Warszawy. Ostatni przed aresztowaniem bawił także u Su- 
lerzyskiego. 
Wszyscy sześciu, którzy, już akta wykazują contra Mar- 
tweII, chcieli wziąść udział w ekspedycji Demontowicza, zo- 
stawali w więzieniu grudziądzkim aż do początku kwietnia. 
Niektórzy z nich po uwolnieniu udali się do Piątkowa i tam 
porówno z Suzinem i Sląskim znaleźli schronienie (wurden 
beherbergt). - (:J. ,.. 
Zdaje się, że u Sulerzyskiego, który podług tego wywodu 
ekspedycje Demontowicza popierał, miało miejsce zgroma- 
dzenie mężów zaufania 1 kwietnia 1863 i podług zeznania, 
zaprzysiężonego przez Zwolińskiego, Piątkowo było miej- 
scem zbornym dla ekspedycji Demontowicza, przeznaczonej 
na 10 kwietnia. -ł 1 , 
Suzin, Slaski i consortes zostali w Piątkowie aż do dru- 
giej ekspedycji Prus Zachodnich, która wyruszyła w nocy 
z 21 Ina 22 kwietnia z bor6w przy Jozefacie, o której wzmian- 
ka w aktach contra Howiecki. 
Ksawery Melin, biorący udział w tej ekspedycji, oświad- 
cza, że 21 kwietnia przybył do Piątkowa i tam spotkawszy 
się z kilkoma Polakami, którzy jak mu się zdaje w Gru- 
dziądzu i w Brodnicy byli uwięzieni, przez nich do udziału 
w ekspedycji zmuszony został. 
Ekspedycja ta w ogóle z Piątkowa została zorganizowa- 
ną. Po Wielkanocy bowiem (5 kwietnia), podług twierdze- 
nia tam stacjonowanego ż8.1'ldarma Holzbrecher, miało miej- 
sce wielkie, podejrzane zgromadzenie Polaków, a w nocy 
z 21 na 22 kwietnia trzy powózki z Piątkowa przejeżdżały 
rogatki szosowe w Pluskowęsach w kierunku do Jozefatu, 
na pierwszej siedział jeden, na drugiej pięciu do sześciu. 
Za pierwszym wozem był koń osiodłany przywiązany, a z 
drugiego wyglądały pięć do sześciu czarno umalowanych 
drążków (od lanc albo kos). Na tym wozie był także syn 
Sulerzyskiego. Na trzecim nareszcie wozie siedział sam Su- 
lerzyski i jeszcze jeden pan. Z tych powózek tylko druga, 
około trzeciej, z rana wróciła i siedzieli teraz na niej tyl- 
ko woźnica i syn Sulerzyskiego. Na pierwszym i trzecim 
wozie zapewne znajdowała się broń w Piątkowie naładowa- 
na. Na miejscu zbornym w istocie z dwóch wozów broń od- 
działowi rozdaną została. 


268
>>>
Oddział ten zgromadzony składał się z siedemdziesięciu 
pięciu pieszych i piętnastu na koniach. 
Pod Nietrzebią oddział ten został 22 kwietnia przez czte- 
rystu Moskali napadnięty i rozbity. Część dostała się do nie- 
woli. Wykazują to akta przeciw studentowi Zygmuntowi 
Działowskiemu, mianowicie zeznania: 
1. Antoniego Czapskiego, 
2. Teofila Modzielewskiego, 
3. gimnazjalisty, Ksawera Melin, 
4. rządzcy dóbr, Klemensa Fugińskiego. 
Ze wtenczas z Piątkowa dla powstańców broń przesyłano, 
za tem mówią następujące fakta: 
19 kwietnia zatrzymał się przed ogrodem Sulerzyskiego 
w Piątkowie około dziesiątej godziny parokonny w6z. Wkr6- 
tce potem pięć lub sześć osób w polskich ubiorach z cztero- 
rogatymi czapkami wyszło z ogrodu i każdy z nich kilka 
wziął sztuk kr6tkiej broni, szabli i pistolet6w z WO'ZU i za- 
niósł do ogrodu. W tym samym czasie widzial także, wyżej 
wspomniany, żandarm Holzbrecher sztuciec, nowy karabi- 
nek, nowy sześciolufowy rewolwer i dwa dwururkowe pi- 
stolety, w zamku piątkowskim i strzelali w6wczas emigranci 
z nich na próbę do celu. Przy rewizji jednak, odbytej 26 
kwietnia, tylko jedna strzelba na ptaki się znalarla, inna 
broń zginęła, jako też tam internowani emigranci. 
Żandarm Holzbrecher deponuje: 
Sulerzyski, jeszcze przed rewizją, mu się przyznał, że się 
stara powstańców wspierać bronią, odzieżą i pieniędzmi, 
i że w tym celu u niego zgromadzenia się odbywają. Pod- 
czas rewizji zaś odezwał się do niego szyderczo: »Za późno 
panowie przychodzicie szukać broni, teraz już wszystko 
precz!« 
Chociaż ekspedycja jozefacka nies2!częśliwie wypadła, bo 
należące do niej oddziały naytchmiast po przejściu granicy 
przez Moskali rozbici zostali, Sulerzyski nie dał się jednak 
wstrzymać od' dalszych agitacji. Już na początku maja Su- 
lerzyski, którego adres także między papierami Komitetu 
Poznańskigo u hrabiego Działyńskiego, 28 kwietnia, na 
kartce znaleziono, znowu ludzi do powstania werbował. 
4 czerwca nareszcie został aresztowany. 
Sulerzyski odezwał się do landrata Younga, który osobi- 
ście odbył rewizją między innymi w te słowa: 
»Pan i twoi podwładni urzędnicy najdłuższy już czas 
byliście w Brodnicy, bo granice Polski wkrótce się zmienią, 


269 


-..
>>>
a Prusy przez Polskę przepadną. Prędzej Polacy broni nie 
złożą«. 
10 sierpnia Sulerzyski dla słabości zdrowia za kaucją wy- 
puszczony został do kąpieli morskiej w Ostendzie, a dopiero 
13 listopada został na nowo aresztowany. 
Sulerzyski nadużywał wolność swoją do nowych konspi- 
racji. Na początku października, chociaż niebezpiecznie cho- 
ry, pojechał z Ostendy do Brukseli i tam, między innymi, 
z Erazmem Zabłockim (ilustratorem Komitetu Działyńskiego 
dla powiatów Szubin i Wągrowiec) i Ćwierciakiewiczem, 
członkiem Komitetu Rewolucyjnego Warszawskiego, miewał 
narady. 
Do Ostendy kazał dzieciom swoim donosić o powstaniu. 
Syn jego pisze, między innemi, 6 października: 
»Piątego października przybyło ośmiu powstańców do 
Piątkowa, dwóch parobków z Piątkowa przyłączyło się do 
nich i razem szczęśliwie przebyli granicę. Wkrótce nowy 
oddział z dwustu pięćdziesięciu jeźdźców wyruszy, a sześciu 
z naszych wybierają się także do Polski«. 
W tym samym czasie przybył Marcin Beseler, który z 
Rogoźna 12, wraz z innemi, do powstania był namówiony, 
w drodze do Polski, także do Piątkowa. Tam został przy- 
jęty, w suterenach dostał jeść i pić i następnie otrzymawszy 
kartkę, na której stały litery: "K. W." ("Komisarz Wojen- 
ny"), wysłany dalej do granicy. 
W końcu dodać wypada, że 25 kwietnia 1863 hrabia Bro- 
nisław Kossakowski z Polski został aresztowany w zamku 
Sulerzyskiego. Pomiędzy jego papierami znajdował się mię- 
dzy innymi własnoręczny list Ludwika Mierosławskiego z 
Krakowa 1 kwietnia 1863, w którym uprasza się wujaszka 
(pewnie Sulerzyskiego) o parę tysięcy talarków. 
Jak list ten dostał się do Kossakowskiego, nie zostało wy_ 
krytem, ale nadmienić wypada, że hrabia Kossakowski już 
na początku 1863 r. współoskarżonemu Winklerowi-Kętrzyń- 
skiemu w Królewcu dał dwa rewolwery, które Kętrzyński 
później na rozkaz Demontowicza dalej wydał, następnie 
zaś - ponieważ to wydanie nienależycie nastąpiło - zapła- 
ty za te rewolwery z kasy Prus Zachodnich żądał. 
W końcu przytacza się jeszcze, że adres Sulerzyskiego, 
także między papierami, w styczniu 1864 w Wrocławiu, are- 
sztowanego Jaworskiego, towarzysza Królikowskiego, znale- 
ziony został. 
Pomimo tych, na Sulerzyskim ciążących, dowodów, twier- 


270
>>>
dzi, że: ..Zasadniczo był przeciw powstaniu i z tej przyczyny 
udziału w nim nie brał. Polakiem jest z całej duszy, a jako 
taki pragnie wskrzeszenia ojczyzny, ale na drodze pokoju 
i przez postęp cywilizacji. Dla tych zasad nazywają go roda- 
cy Apostołem pokoju«. 
Na świadków mają być powołani: 
l. Ksawery Melin z Chełmna, 
2. Zandarm Hol7Jbrecher z Kwidzyna, 
3. Karol Dietrich, poborca szosowy z Pluskowę;, 
4. Owdowiała wyrobnica, Ludwika Tworowska, urodzona 
Jawunowska, z Kowalewa, 
5. Zandarm Adam Toczek z Brodnicy, 
6. Parobek Marcin &seler z Białlci w powiecie grudziądz- 
kim, 
'l. Parobek Zaplewski z Działowa, 
8. Teofil Modzielewski z Działowa, 
9. Klemens Fugiński z Wałcza." 
Nie trzeba zdaje mi się być prawnikiem, by osądzić, że 
wszystkie te wywody prokuratora nie uzasadniają w ni- 
czem zbrodni stanu, nawet nie wykazują udziału mego w 
walce przeciw Moskwie. Obrona moja nastąpiła 22 paź- 
dziernika 1864. Wezwany do niej, siadam z moim obrońcą 
Elvenem przy stoliku oskarżonych, naprzeciw sędziom. Wez- 
wany powiedzieć imię i nazwisko i osobiste stosunki odzy- 
wam się: 
"To mogę powtórzyć z oskarżenia, bo tam dobrze jest po- 
wiedziane, nazywam się Natalis Sulerzyski, mam sześćdzie- 
siąt dwa lat, katolik, nauki odbierałem w Gimnazjum To- 
ruńskiem, słuchałem na uniwersytetach w Lipsku i Heidel- 
bergu wykład6w prawa i administracji, następnie objąłem. 
już ojcu mojemu należącą się, majętność Piątkowo w powie- 
cie brodnickim. Dziś jeszcze jestem dziedzicem tego mają- 
tku, także byłym radcą Towarzystwa Kredytowego, ojcem 
dwojga dzieci. Wszystko inne na tych dziewięciu wielkich 
stronach jest fałszem. 
Jedna część, tycząca się mojej przeszłości, jest parodią mo- 
jego curriculum vitae, które jako kandydat na landrata mu- 
siałem podać i kt6re dałem wydrukować, aby wszystkim 
członkom wysokiego sądu podać dla łaskawego przekona- 
nia się i porównania z oskarżeniem. Wszystko inne jest fałsz 
pomięszany z cieniem prawdy. 
Z początku, czytając to osobliwe oskarżenie na jawnych 
fałszach oparte, zdawało mi się, że nic łatwiejszego jak to 
wszystko pozbijać i tym sposobem siebie uwolnić, ale zwa- 


271
>>>
żywszy, że moje oskarżenie, chociaż na fałszach oparte, do 
najdłuższych należy, zacząłem się obawiać i w bezsennych 
nocach moich przemyśliwać, jak się mam bronić. I tak przy- 
szedłem do przekonania, że to jest historia wilka z jagnię- 
ciem nad strumieniem, gdzie wilk zamiast po prostu korzy- 
stać ze swojej siły i pożreć jagnię, ucieka się do prawnego 
wybiegu i robi mu zarzut, że mu wodę zmąciło. Biedne jag- 
nię mówi: »Przecie to niepodobne boć niżej stoję od cie- 
bie«. - »Tak, odpowie wilk, ale przed tygodniem mąciłoś 
mi wodę.« Oskarżenie bowiem mówi, opierając się na moim 
curriculum vitae, że już w roku 1830 brałem udział w po- 
wstaniu i w pierwszej instancji na rok więzienia skazany 
zostałem, a Wysoki Sąd może się przekonać, że wyra:lni.e 
tam piszę: "W Prusach Zachodnich nie było popędu naj- 
mniejszego, żeby iść w ślady Księstwa Poznańskiego, gdzie 
wszystko poszło w pomoc braciom walczącym i zostaliśmy 
w domu, a chociaż słabego byłem zdrowia przyznaję się ze 
wstydem, że powinieniem był, dla samego przykładu innym, 
iść do powstania, pamiętając słowa Horacego, że »słodko 
i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę«. Tak samo wilk 
mówi: »Przed tygodniem mąciłoś mi wodę«. 
To jest więc pierwszy fałsz. Zaraz potem mówi oskarże- 
nie: »... i w r. 1846 został aresztowany za udział w sprzysię- 
żeniu polskiIJ?, ale uwolniono go po dwumiesięcznym uwię- 
zieniu«. 
Prokuratoria więc mówi prosto o udziale, który brałem, 
kiedy, podług akt sądowych, tylko byłem w podejrzeniu o 
udział, a przyznać muszę, że za złe mieć nie mogę, że mnie, 
jako patriotę, chociaż obywatela potulnych Prus Zachodnich, 
podejrzano, że mogłem brać udział w sprzysiężeniu. Nie ma- 
jąc więc żadnego dowodu na to wypuszczono mnie po dwóch 
miesiącach na wolność. 
Kiedy więc prokuratoria rozpoczyna oskarżenie z dwoma 
fałszywymi zarzutami, to mi się zdaje, że ten dolus ZI, o któ- 
rym prokuratoria ciągle powtarza, że on - jako myśl ukry- 
ta u oskarżonych, żeby zwalczywszy Moskwę, walczyć dalej 
z Prusami - w ciągu do końca prowadzonego procesu się 
znajdzie, że ten dolus, którego dotąd ciągle szukamy po 
wszystkich kątach Księstwa Poznańskiego, po drogach i ścież- 
kach, po polach i lasach, po stajniach dla bydła i koni, zna- 
lazł się nareszcie w Prusach Zachodnich, ale nie ten dolus, 
który nam pan nadprokurator stara się zarzucić, ale ten, 
którego wilk w mętnej wodzie szuka. 
Nadprokurator: Panie prezydencie, nie mogę pozwolić na 


272
>>>
takie porównanie i proszę oskarżonego ograniczyć w swojej 
wolności obrony. 
Prezydent (do oskarżonego): Proszę pana zachować for- 
mę, bo nie mogę przypuścić, abyś chciał obrażać pana nad- 
prokuratora. 
Oskarżony: Nie możesz żądać, panie prezydencie, ode 
mnie, abym stojąc tu na miejscu przeznaczonym dla zbrod- 
niarzy, z miną przekonanego zbrodniarza stał (dass ich, ob- 
gleich auf die ser Armen Silnder-Stelle, mit einem Armen- 
-Silnder-Gesicht da stehe), bo stoję tu z całkowitem przeko- 
naniem niesprawiedliwości, której doznaję. Przecież ja tu 
pierwszy raz po 16 miesiącach, niczem nieuzasadnionego, 
więzienia występuję, a trzy miesiące w tej sali siedząc za- 
chowałem się cierpliwie i panu prezydentowi nie dałem po- 
wodu do nagany. 
Prezydent: Przecież z pana strony da się obrona prowa- 
dzić bez zarzutu panu nadprokuratorowi tendencyjnych za- 
miarów. 
Oskarżony: Panie prezydencie, ciężkie przechodziłem kole- 
je w życiu moim; z woli Opatrzności i ze złości ludzkiej 
pochodzące. Tamte, które mi zabrały pięcioro dzieci i dwie 
młode żony, znosiłem z bojaźnią Boską, ale złości ludzkie 
zwalczałem bez bojaźni ludzkiej i dlatego i tu występuję bez 
bojaźni ludzkiej. 
Prezydent: Proszę dalej mówić. 
Oskarżony: Muszę więc, ponieważ oskarżenie swój mate- 
riał przeważnie z mego curriculum vitae i z papierów inkwi- 
zycyjnych czerpie i wszystko ze sobą mięsza, pewny porzą- 
dek chronologiczny zachować, przez co, podług mego zdania, 
będę mógł Wysokiemu Sądowi wystawić stan rzeczy w mo- 
jej prowincji i moje w niej dążności. 
Zaczynam więc od czasu powrotu mego z uniwersytetu. 
Słuchałem wykłady praw i administracji, ponieważ życze- 
niem ojca było, abym został urzędnikiem. Ale wróciwszy 
do domu zastałem wielką zmianę. Szlachetni mężowie, sto- 
jący na czele rządu i sądownictwa, prezydenci Hippel i Oel- 
richs zastąpieni zostali przez innych, o których mówiono, że 
są nieprzyjaciołmi Polaków. Naczelny prezes obu prowin- 
cyj pruskich, zachodniej i wschodniej, Schon starał się wy- 
tępić obywateli polskich, korzystając, że przez czas istnie- 
nia Księstwa Warszawskiego byli tak nierozważni, nie pła- 
cąc procentów Towarzystwa Kredytowego. Mój ojciec był 
prawie jednym, który płacił. T,amci zaś, ponieważ nie doz- 
wolono im zaległości ratami odpłacać, zostali wyrugowani 


18 - Pamiętniki... 


273
>>>
z majątków przez niemieckich przybyszów, którzy na sub- 
hastacjach, pod korzystnymi warunkami, je nabywali. 
Taki stan rzeczy zastawszy, wolałem zostać gospodarzem, 
a z podziału majątkowego dostała mi się mała wioska Kar- 
czewo. 
Oddałem się więc, za pomocą książek gospodarczych, któ- 
re dopiero od kilku lat zaczęły się pojawiać, gorliwie i sku- 
tecznie zawodowi gospodarczemu, tak że wkrótce stałem się 
wzorem dla innych młodszych gospodarzy, a stąd pan nad- 
prokurator zapewne nazywa mnie przywódcą Polaków w 
Prusach Zachodnich. 
Oskarżenie niepojęty popelnia błąd zmieniając udział mój 
w sprawie emisaduszów w roku 1863 z powstaniem w ro- 
ku 1830. Co do pierwszego, nadmienić muszę, jak do niego 
przyszedłem. Dwaj znani mi emigranci przybyli do mnie do 
Karczewa, Artur Zawisza Czarny i Kalkist Borzewski, a dla- 
tego do mnie, że z ostatnim znałem się jeszcze z Gimnazjum 
Toruńskiego, gdzie na jednej byliśmy pensji, żądając ode 
mnie, abym im dopomógł do przejścia granicy polskiej przez 
Drwęcę, gdzie ogólne nastąpi powstanie. Daremne były 
wszelkrie moje przedstawienia, że takie szalone przdsięwzię- 
cie nie tylko dla nich samych, ale i dla kraju najnieszczę- 
śliwej skończyć się musi, kiedy trzy lata przedtem blisko 
stotysięczna armia, dla braku zdolnego dowódcy i przez 
dyplomatyczne krętaniny, broń złożyła. Musiałem zamilknąć, 
skoro mi powiedzieli, że przysięgą do tego są związani i po- 
starałem się o przewodnika, który ich przez Drwęcę prze- 
prawił. 
Na tern ograniczał się udział m6j w sprawie emisariu- 
sz6w, za który .wytoczono mi proces kryminalny i w pierw- 
szej instancji na rok więzienia mnie skazano. Nie przyszło 
do dalszego postępowania w apelacji, bo w roku 1840 przez 
ogólną amnestią się zakończyło. 
Oskarżenie, czerpiąc dalej dowody swoje przeciw mnie 
z mojego curriculum vitae, twierdzi, że jestem przywódcą 
w Prusach Zachodnich, bo sam się z tym chwalę, że urzą- 
dzałem bale polskie. Muszę więc nadmienić co spowodowa- 
ło owe bale polskie. 
Naczelny Prezes Wielkopolski, Flotwell ze szkoły Schona 
wyszły, był nam w Zachodnich Prusach znany jako nieprzy- 
jaciel Polaków, będąc przez kilka lat prezydentem w Kwi- 
dzynie. Zaraz po przybyciu do Poznania ogłosił, że w pięciu 
do sześciu latach Poznańskie musi się zgermanizować. Do- 
wiedziawszy się o tem i pewnie, że to samo jest zamierzone 



74
>>>
względem Prus Zachodnich byliśmy zakłopotani i zastana. 
witaliśmy się nad tym, jakim sposobem operacja ta - prze- 
ł"obienia nas na Niemców - ma się uskutecznić. Żyliśmy 
dot
d skromnie, li pracując nad utrzymaniem majątków, 
przez co lepszego bytu doszliśmy; zapytaliśmy się zatem na- 
szych polskich pań, czy nie dobrze będzie na dow6d, że je- 
szcze żyjemy, bal urządzić, a samo się rozumie, że nie były 
przeciwne. Tym sposobem przyszedł do skutku pierwszy bal 
w Grudziądzu, który bardzo świetnie wypadł, bo i z dale- 
kich stron zjechali się uczestnicy. Niemcy nazwali go pol- 
skim balem, l'Ubośmy zaiprosili dw6ch Niemc6w, radzcę 
ziemskiego (landrata) i jednego ze znaczniejszych .obywa- 
teli. Mnie jako prawie jedynemu obywatelowi, który był na 
uniwersytecie poruczono urządzenie tego balu. 
Już kilka lat przedtem objąłem po śmierci brata mego 
dobra Piątkowo, które udało mi się przez usilną pracę da 
kultury doprowadzić, przez co sobie zasłużyłem na imię 
wzorawego gaspodarza. Oskarżenie stąd wnosi, że byłem 
przywódźcą Palaków, m6wi nawet, że przywłaszczałem sabie 
nazwisko przywódźcy. Być przyw6dźcą swoich współoby- 
wateli jest zaiste zaszczyt wielki, ale w myśli .oskarżenia 
jest niebezpiecznym zaszczytem. Kiedy zaś .oskarżenie mó- 
wi, że sobie przywłaszczyłem nazwę przywódźcy, to muszę 
protestować przeciw temu, bo by to była zarozumiałaścią 
bezwstydną, da której zdolny nie jestem. 
Wspamniałem już, że oskarżenie mówi na samym wstę- 
pie, że brałem udział w kanspiracji Mierosławskiega w Po- 
znańskiem w roku 1846; muszę zatem nadmienić, jakim spo- 
sobem dastałem się do więzienia i jak zostałem uwalnio- 
nym. Pa stracie najstraszego syna zapadłem w ciężką cho- 
robę. Jedno i drugie jednak nie było przeszkadą, że mnie 
prosto z łóżka w paścieli, przez żandarmów, zawieziono na 
fortecę grudziądzką, gdzie mnie w wilgotnej kazamacie, któ- 
rej ściany saletrą były przykryte, umieszczano. 
Landrat Grewenitz przysłany z Pozmińskiega na inkwi- 
renta, mówi mi na zapytanie, za ca aresztawany zostałem, 
że: »Ponieważ pan znany jesteś z uczuć patriotycznych, więc 
prawdopodobieństwa zachadzi, że udział brałeś w tern sprzy- 
siężeniu«. Pytam go więc, czy uczucia są karygodne w pań- 
stwie pruskiem? »Bynajmniej« - odpowiada. I ponieważ się 
nic na mnie nie .okazało, wypuszczono mnie na walnaść. 
Dziś zaś, zdaje się rzeczy się zmieniły, bo chociaż askarźe- 
nie .obraca się ciągle w zaczarowanym kółku co da patrio- 
tycznych uczuć maich, a żadnych czynów moich wspiera- 


I 


275 


--
>>>
jących powstanie, dowieść nie zdoła, szesnaSCle miesięcy tu 
już siedzę dla zniszczenia mnie majątkowo. 
Ale i usposobienie obywateli niemieckich dzisiejszych, 
zmieniło się w nieprzyjaźń dla nas, kiedy dawniejsi pragnęli 
żyć w zgodzie z nami. Na dowód tego przytoczę, że jeden 
ze znaczniejszych obywateli niemieckich w roku 1846, pod- 
czas wspólnego obiadu, z mową wystąpił, w której potępiał 
prześladowanie Polaków ze strony rządu, przez co dawniej- 
sza błoga zgoda zaczyna znikać. 
"Wszak my - mówił - jesteśmy przylbyszami i pragnie- 
my w takiej zgodzie żyć z Polakami, jak ojcowie nasi." Dzi- 
siejsi zaś Niemcy, a mianowicie moi sąsiedzi, usiłują wspie- 
rać nieszczęsne rządu zachcianki germanizacyjne i dlatego 
głównie się przyczyniali do aresztowania mego. A nazywam 
te zachcianki germanizacyjne nieszozęsiIlemi, nie tyle dla 
nas, jak dla tamtych - przyszłość to może niedaleKa oka- 
że! 
Jak niesłuszna jest złość dzisiejszych Niemców do mnie, 
dowieść najlepiej mogę tern, że ja właśnie, jako gorliwy 
gospodarz, z przybywającemi w nasze strony Niemcami naj- 
więcej starałem się stykać, żeby z ich wiedzy gospodarczej 
korzystać, a iIlawzajem ich 'z stosunkami tutejszemi, miano- 
wicie, jak mają się obchodzić z poczciwym ludem naszym, 
obznajmiałem i dlatego byłem od nich poważany, co najlepiej 
tern dowiedli, że mnie jednomyślnie ;głosy swe na radzcę To- 
warzystwa Kredytowego dali. Moją zaś dla Niemców przy- 
chylność tem okazałem, że dwóm niektóre z dóbr moich za- 
dzierżawiłem i to pod takiemi warunkami, że się na nich 
zbogacili, za co mi się tern wywdzięczyli, że do najgorliw- 
szych moich prześladowców policzyć ich muszę. 
Oskarżenie, czerpiąc dalej swoje dowody z mego curricu- 
lum vitae i znowu je fałszując, mówi: » W roku 1848 Sule- 
rzyski wystąpił jako organizator uzbrojenia powszechnego 
w Prusach Zachodnich i jako taki został aresztowany«. Cze- 
muż nie mówi tak, jak było w istocie, że zostałem miano- 
wany organizatorem przez Komitet Poznański, a że wyraź- 
nie było nakazane, aby organizcja wspólnie z Niemcami się 
odbywała, nie wahałem się przyjąć tak zaszczytnego, a w 
obecnych okolicznościach dla utrzymania porządku, koniecz- 
nego urzędu. 
Pomimo tego, że czynności moje podczas tego kilkodnio- 
wego urzędowania na tym się głównie ograniczały, że wszę- 
dzie proklamowałem zbratanie się obu, dotąd zwaśnionych, 
narodowości, zostałem aresztowany i na fortecę grudziądzką 


.., 


276 


.....
>>>
zawieziony. Tam zacny radzca sądu kryminalnego, nasz ink- 
wirent" zapytał mnie z zadziwieniem: »Czemuż panowie w 
proklamacji waszej, kiedyście zamierzali przywrócić Polskę, 
nazywacie tę. część pod zaborem pruskim: Prusy polskie, a 
nie Pruska Polska?« Odpowiedziałem: "Ponieważ inicjatywa 
oswobodzenia naszego wychodziła z Prus, chcieliśmy temu 
państwu zostawić dowolny wyrok naszego istnienia i dla- 
tego nazwaHśmy: Prusy Polskie«. 
Ośm całkowitych miesięcy trwało moje uwięzienie, a inda- 
gacja miała wielkie podobieństwo z tą, którą tu z nami pro- 
wadzono. Amnestia królewska wyprowadziła mnie z więzie- 
nia. 
Oddałem się znowu, całą duszą, pracom gospodarczym 
i nie tylko mój odzJedziczony majątek doprowadziłem do wy- 
sokiej kultury, ale i powiększyłem przez przykupna innych 
majątków, których nabycie ułatwionemi było znacznym kre- 
dytem, który posiadałem, tak że zacząwszy moją gospodarkę 
na dziewięciuset morgach, po rodzicach odziedziczonych, do- 
prowadziłem do tego, że miałem dwadzieścia tysięcy mor- 
gów w posiadaniu z małemi długami. 
Nie wspominam tu o tern dla czczej przechwałki, ale żeby 
Wysoki Sąd przyszedł do przekonania, że kto w tę stronę 
całą pracę życia swego obraca, należy do produktywnej kla- 
sy ludzkości, a nie do rewolucyjnej, jak mnie pan nadpro- 
kurator stara się wystawić, która obala to, co tamta stwa- 
rza. Niesłusznie więc mnie oskarżenie robi rewolucjonistą, 
kiedy więcej zasługuję na imię apostoła pokoju i niesłusznie 
siedzę tu szesnaście miesięcy, przez co wielkie straty mają- 
tkowe poniosłem. 
Po roku 1848 zgoda pomiędzy Polakami a Niemcami, do- 
tąd istniejąca, naraz zerwaną została przy wyborach na sejm 
berliński. Przedtem wybieraliśmy jednego Polaka, drugiego 
Niemca, teraz się rozpoczęły agitacje, żeby tylko Niemcy 
byli wybrani. Tak wyzwani do walki stanęliśmy do niej w 
ściśniętych kolumnach. Pozwalam sobie więc porównanie, że 
to samo co Baunscheidt z instrumentem swoim, bodźcem 
życia zwanym, dla cierpiącej ludzkości zdziałał, to samo spra- 
wiły u nas Polaków prześladowanJa niemieckie ze śwJetnym 
skutkiem. Wiadomym jest, że instrument ten trzy razy mu- 
si być . użytym, jeżeli ma pożądany skutek wywołać. Otóż 
najprzód użył go naczelny prezydent Flotwell, ogłaszając, że 
w pięciu latach prowincje polskie muszą bydź zgermanizo- 
wane. To wywołało bale polskie. Drugie użycie instrumentu 
tego, pod hasłem: »Nie wybierać Polaka na sejm«, pobudzi- 


277
>>>
ło wszystkie warstwy ludności polskiej, której niższe dotąd 
były obojętne dla sprawy narodowej, do wspólnej, a ener- 
gicznej wa1lci. Tr.zecie ze swemQ głęboko w ciało wciśnięty- 
mi igłami było okrutne hasło: »Precz z Polakami z urzę- 
dów«. 
W ten sposób zostaliśmy pobudzeni do wspólnej pracy 
i wzajemnej pomocy dla utrzymania bytu naszego. A że 
i ja z dnneani .połączyłem się do -tej wzajemnej pomocy, sa- 
mo się przez się rozumie, bo na naszej ziemi kochanej do- 
syć jest miejsca dla wszystkich. 
Prześladowania temczasem mianowicie przeciw mnie co..: 
raz większe przybierały rozmiary. Nastąpiły palenia świeżo 
postawionych, kosztownych budynków, porywania moich 
urzędników, procesa bez końca. 
Zapytany przez jednego Niemca, jakim sposobem się to 
dzieje, że ja takie klęski ponosząc, ciągle się trzymam, cho- 
ciaż pieniądze tysiącami wyrzucam, a nawet dobrego hu- 
moru lIlie tracę - odpowiedziałem: »Ja to uważam jako wy- 
ścigi, gdzie każdy zdąża do mety, tylko ta różnica, że ja z 
przeszkodami, a wy po równej drodze, ile możności na świe..: 
żych koniach od połowy mety (mit relais)«. 
Może panów sędziów nudzi to moje opowiadanie, ale się 
muszę trzymać historycznego porządku, !Żeby Wysoki Sąd 
się przekonał, czy sprawiedliwie ze mną postępowano. 
Prezydent: Proszę dalej mówić, ale przy obojętnych rze- 
czach mniej .obszernie, przy ważniejszych, jak się podoba. 
Oskarżony: Co do postanowienia Niemców, żeby Pola- 
ków nie dopuszczać do urzędów przytoczę ważny wypadek, 
który miał miejsce przy wyborach dyrektora Towarzystwa 
Kredytowego. Przed sześcioma latami był .obrany Polak, 
pan Donimirski. Głosy niemieckie do naszych dołączone 
zwyciężyły kandydata przeciwnego, niemieckiega. Teraz ta- 
ka nastała zmiana, że się utworzył kamitet niemiecki agi- 
tujący przeciw potwierdzeniu w urzędzie pana Donimirskie- 
go i rozsyłano wszystkim wyborcom niemieckim cyrkularz, 
w którym wyraźnie stało: »Nie można wprawdzie nic powie- 
dzieć przeciw urzędawaniu pana Danimirskiego, ale czemuż 
nie mamy wybrać Niemca«. 
Gorzej jeszcze pastąpiano z nami przy wyborze w naszym 
powiecie landrata. Postawiliśmy na pierwszego kandydata 
mładego Polaka na uniwersytetach wykształconego, który 
dotąd do żadnych agitacji Niemcom przeciwnych nie nale- 
żał i mieliśmy większaść głosów, ale nie został potwierdzo- 
ny i wbrew prawu przysłana nam Niemca na ten urząd. 


278
>>>
Jeden ze znakomitszych mówców parlamentarnych powie- 
dział do nas na sejmie: »Bądźcie dobrymi Prusakami, a b
- 
dzie wam dobrze«. Pytam się, czy rząd, za pomocą współ- 
obywateli niemieckich, właściwy,ch środków si
 chwycił, że- 
by z nas dobrych zrobić Prusaków? Nie w ten sposób mie- 
szkańcy Alzacji i Lotaryngii zostali Francuzami! 
Wśród takiego usposobienia i rozdrażnienia pomiędzy Po- 
lakami i Niemcami w naszej prowincji zaszły wypadki war- 
szawskie, do których umysły już dawno były przygotowane, 
bo w dziewiętnastym wieku budzą się narody. Ponieważ 
nieprzyjaciele nasi od dawna głoszą, że Polska jest trupem, 
że już nie ma narodu polskiego, Polacy przez poświęcenie 
i dziwną pogardę śmierci chcieli dowieść, że wolą zginąć, jak 
żyć dłużej w niewoli. A przecie Polacy znani są jako naród 
dobroduszny, wesołe życie lubiący, którym łatwo rządzić, 
kiedy się z nim sprawiedliwde i łagodnie obchodzi. 
Z wypadkami warszawskimi obznajomiony zostałem przez 
emigracją, kóra w domu moim od dawna znajdowała gościn- 
ne przyjęcie. A ponieważ oskarżenie głównie swoje zarzuty 
opiera na przebywaniu emigrantów w moim domu, musz
 
coś więcej o tern powiedzieć. 
Gościnność polska od dawna jest znaną, jest ona cnotą naro- 
dową, iIla miłości bliźniego opartą. Mówimy: »gość w domu, 
Bóg w domu«. Już od dziecinnych lat byłem świadkiem 
gościnności w domu moich rodziców, gdzie zawsze na stole 
lci!lka tałerzy nad potrzebę stać musiało, dla przypadkowych 
gości. Takie przypomnienria z młodości nie giną w później- 
szym życiu, zachowywałem je jako śwdęty obowiązek. Oskar- 
żenie zaś wynajduje w tym zbrodnicze zamiary, robiąc mnie 
odpowiedzialnym za wszystkie myśli i czyny przebywają- 
cych u mnie emigrantów. Na szczęście pan nadprokurator 
tylko o kilkunastu dowiedział się emigrantach, których wy- 
mienia, inaczej samo wyliczenie wszystkich u mnie przeby- 
wających znacznie by obszerność oskarżenia powiększyło. 
Muszę zatem sam się denuncjować, że już od trzydziestu 
przeszło lat dom mój był herbergą 24 dla emigracji, jak się 
oskarżenie wyraża, a że wtenczas, kiedy bezbronnych mordo- 
Wano w Warszawie, dom mój bardziej się zapełnił jak daw- 
niej, to nie dziwić się, bo młodzież uchodziła ze stolicy za- 
grożona kulami wrogów i cytadelą. 
Widząc usposobienie tej młodzieży gotowe do rozpaczliwej 
walki, czułem obowiązek wystawiać jej niedorzeczność wal- 
czenia bez nadziei zwycięstwa, zwłaszcza że to po większej 
części była młodzież wysoko wykształcona na uniwersyte- 


279
>>>
tach w Kijowie, Petersburgu i Moskwie, a zatem szkoda jej 
na kanonenfuter 21 i starałem się ich przekonać, że Polska, 
przez potęgę przyszłych europejskich wypadków, musi być 
wskrzeszona, ponieważ rozbiór Polski jest uznany jako błąd 
polityczny, a odbudowanie jej historyczną koniecznością. 
Mogę 'przystawić świadków na to, że wpływu, który mia- 
łem u tej młodzieży, używałem nie, jak twierdzi oskarże- 
nie, nie mając żadnych na to dowodów, żeby z nimi ra- 
zem konspirować, ale przeciwnie, odwodzić od bezskutecz. 
nego poświęcenia. 
W1iększa część tej młodzieży udała się do szkoły wojsko- 
wej w Cuneo, ale wkrótce odebrałem stamtąd wezwanie od 
znajomych moich, żeby im przysłać pieniędzy na utrzy- 
manie swoje. Zająłem się więc zbieraniem składki i stąd 
pochodzi przy rewizji u mnie znaleziony kwit na tysiąc pięć
 
dziesiąt talarów, o czym wspomina oskarżenie. Takie skład- 
ki nie tylko przeze mnie, ale i przez innych były zbierane 
dla szkół polskich w Batignolles i Montparnass 20, a równym 
prawem można by mi z tego zarzut robić czynów przygo- 
towawczych do zbrodni stanu, ponieważ wielu z tych szkół 
brało później udział w walce przeciw Moskwie. 
Prezydent: Czy szkoła w Cuneo tylko dla Polaków była 
naznaczoną. 
Oskarżony: O ile mi wiadomo tylko dla Polaków, któ- 
rych się tylu do niej zgłaszało, że dla innych nie starczyło- 
by funduszów. 
Znane są późniejsze wypadki warszawskie, które tu przez 
jednego z naszych obrońców, pana Janeckiego, tak wymow- 
nie były skreślone, z dowodami, że późniejsza walka wywo- 
łana została przez samą Moskwę, która zamierzała wyłowić 
całą młodzież i wysłać ją w odległe swoje prowincje, wcie- 
liwszy ją do wojska swojego. Cóż dziwnego więc, że kiedy 
rozpoczęto brankę, młodzież uciekała do lasów z postano- 
wieniem ginąć raczej w walce jak dać się porwać przez zbi- 
rów moskiewskich. 
Stąd nastąpiło to, co oskarżenie tu ciągle nazywa powsta- 
niem, przeciw .czemu najuroczyściej protestuję, bo powtarzam. 
że zaczęło się od rozpaczliwej walki, by się uchronić od 
branki. Niedługo doszła nas wiadomość o pierwszem zwycię- 
stwie naszych braci. Dwie mile od Płocka spotkał się oddział 
ze stu dwudziestu młodzieży warszawskiej, bardzo licho u- 
zbrojonej, bo w tem mieście dopiero broń mieli dostać, z 
trzema kompaniami Moskali i trzydziestu kozaków 27. Dziel. 
ny dch dowódzca, znany nam z dawniejszego w naszych 


280
>>>
stronach pobytu, rzucił się z swoją garstką na dobrze uzbro- 
joneg,o nieprzyjaciela i w mgnieniu oka wyrwawszy im broń, 
dużo Moskali trupem położył, reszta uciekła. Taki czyn bo- 
haterski, jakich mało w dziejach spotykamy, musiał rozpło- 
mienić ducha w spokojnym dotąd zakątku naszym i pobu- 
dzić do pomagania tak walecznym braciom, tem bardziej że 
dzienniki niemieckie zaczęły szydzić z Polaków, że porwać 
się zawsze są gotowi, ale wytrwać nie umieją. 
Rozpoczęły się zatem usiłowania, pomiędzy naszą młodzie- 
żą, przyjść w pomoc walczącym, ale czujny landrat Y oung, 
dowiedziawszy się o nich, r02JPQCzął aresztowania. Zadowolni- 
ło to moich sąsiadów niemieckich, tylko za złe mieli landra- 
towi, że innych, a nie mnie każe aresztować, który przecież 
jestem dowódzcą. 
Aby zapobiec tym ciągłym przeciw mnie denuncjacjom, ja- 
dę do landrata i przedstawiam mu, że dwa razy niewinnie 
już mnie trzymano w więzieniu, co mnie w opinii rodaków 
moich niemało podniosło, ale więcej chwały nie pragnę, 
niechże i młodsi 
asłużą robie na nią, ja już za stary do 
awanturniczych czynów. Ląndrat na to: »Pl'awda, że pan je- 
steś stary, ale lIIlasz młode serce, które ciebie do nierozważ- 
nych kroków może podnieść. Strzeż się, bo mam pana na 
oku«. - »Wiem o tan, ale mogę 'pana zapewnić, że zawsze 
byłem przeciwnym tej rozpaczliwej walce i starałem się 
młodzież u mnie przebywającą od niej odwodzić.« 
Wśród tej rozmowy zjawia się obywatel Czapski, a więc 
go wzywam, aby poświadczył, będąc często w domu moim; 
że zawsze starałem się przekonać młodzież, aby cierpliwie 
czekała na okoliczności ąprzyjająe,e przywróceniu naszej oj- 
czyzny. Żądam zatem, aby nie tylko pan Józef Czapski, ale 
i Bolesław Kossowski, jako obwodowi świadkowie z mojej 
!!!trony, byli powołani. 
Co do landrata Younga muszę oświadczyć, że kiedy on, 
który z pewnością najczujniejszym ,był urzędnikiem w po- 
wiatach pogranicznych, aby nie dopuścić żadnej pomocy z 
naszej strony braciom walczącym i w tym celu trzydziestu 
huzarów z oficerem i dwóch żandarmów u mnie wkwate:" 
rowal, nic mnie nie miał do zarzucenia, jak to w piśmie do 
Wysokiego Sądu wyraził i nawet wstawiał się o uwolnienie 
moje, za co mu tu chętnie dzięki składam - to dziwię się,: 
że inne duchy mogły więcej mieć wpływu, aby mnie tu sze- 
snaście miesięcy trzymać w więzieniu dla zniszczenia na 
zdrowiu i majątku. 
Kiedy oskarżenie głównie opiera swoje dowody na prze- 
281
>>>
bywaniu emigrantów w moim domu. to mogę zapewmc. że 
prawie wszystkie domy polskie stały otworem dla nich. Je- 
żeli u mnie więcej bywało, jak gdzie indziej, to się to dzieje, 
jak z właścicielami domów zajezdnych, nie każdy równe ma 
szc1zęście. Jeżeli zaś mnie się nie udało mlodzież powstrzymać 
w szlachetnym, ale nierozważnym zapale, to przyczyna jest 
ta, że u nas Polaków starzec jest wprawdzie szanowanym, ale 
kiedy idzie o rzucenie świata w nowe koleje, wtenczas mło- 
dzież jest górą. 
Oskarżenie nazywa mnie przywódzcą Polaków w Prusach 
Zachodnich i popiera ten niebezpieczny dla mnie tytuł w 
myśl prokuratorii, dwoma pismami. W jednym nazywa mnie 
Sjerp Polaczek »naczelnikiem obywateli w naszej okolicy«. 
Okolica jeszcze nie jest prowincją. W drugim piśmie nazy- 
wa mnie niejaki Winert »pierwszą osobą w powiecie«. A 
przecież powiat także nie jest prowincją. Skąd prokurato- 
ria przychodzi do prawa, rozciągać nazwy: okolica i powiat 
na całą prowincję? 
Obrońca Elven: Pozwalam sobie tylko zapytanie, czy wy- 
raz: )'polskich obywateli«, który ma się znajdować w liście 
Polaczka. istotnie jest w oryginale. W oskarżeniu stoi w pa- 
rentezie 28. 
Asesor Mittelstaedt: Przyznaję, że jest dodany, ponieważ 
jest w parentezie. W oryginale stoi: )naczelnik obywateli w 
okolicy«. 
Oskarżony: Jakie intrygi sąsiedzi moi Niemcy przeciw 
mnie knuli, żeby mnie w podejrzenie wprawić, dowodzą 
dwa następujące wypadki. Najprzód padły w nocy dwa 
strzały na pocztę blisko Piątkowa przejeżdżającą. Pytam się 
żandarma, który mnie miał pilnować i u mnie był stacjono- 
wany, czy wie o tym wypadku. Okazał mi swoją książeczkę 
służbową, w której wyczytałem raport jego, że dwaj moi 
sąsiedzi byli sprawcami, bo ich konduktor znalazł ukry- 
tych w rowie szosowym i świeżo wystrzelone pistolety. 
Ponieważ to się nie udało, trzeba było pomyśleć o innym 
manewrze, namówiono więc wyrobnika Niemca, aby rozga- 
dywał, że ja go namawiam iść do powstańców. Powołany 
przed sąd, potwierdził to przysięgą i to było dostatecznym, 
aby mnie aresztować. Jadąc z Torunia do domu, widzę w o- 
statniej wsi landrata zsiadającego z bryczki, na której sie- 
dział także ów gł6wny denuncjant. Słysząc od landrata, że 
jestem aresztowany. muszę wyznać, że nie mogłem powstrzy- 
mać oburzenia mego przeciw sprawcy tego, a wtenczas nie 
powiedziałem tego, co żandarm przytomny zeznaje: )Naj- 


282
>>>
dłuższy czas panie landracie, i twoi urzędnicy tu się znajdo- 
wali, bo Prusy przez Polskę upadną«, ale powiedzialem 
spojrzawszy iIla sąsiada, że: »Tyłko podła nikczemność (eine 
infame Niedertriichtichkeit) mnie do więzienia wtrąca«. 
Wszak sam landrat zeznaje, że nie słyszał, abym to powie- 
dział, a on powinien na większą wiarę zasługiwać jak żan-:- 
darmo 
Prezydent: Przerywamy teraz dalsze wywody oskarżone- 
go i zrobimy pauzę". 
Posiliwszy się zwykłym śniadaniem i pokrzepiwszy zmę- 
czone płuca trzema butelkami ekstraktu słodowego Rofia, 
po trzechgodzinnem mówieniu, tak dalej rzecz prowadziłem. 
"Oskarżony: Przede wszystkim czuję się w obowiązku po- 
dziękować panu prezydentowi za cierpliwość i względność, 
z jaką słuchał mowę moją, do której się i nieco goryczy za 
postępowanie ze mną wmięszało. Prosić będę o dalszą cier- 
pliwość, abym mógł opowiedzieć historię postępowania ze 
mną, z której się najlepiej okaże, czy moje uwięzienie jaką- 
kolwiek prawną miało podstawę. 
Prezydent: Nie mam nic przeciw temu. 
Oskarżony: Odstawiony przez dwóch żandarmów do Po- 
znania, pocieszałem się w drodze przypomnieniem słów jed- 
nego z moich przyjaciół, obywatela poznańskiego, z którym 
się w Berlinie spotkałem. Było to podczas krymskiej wojny, 
ten mój przyjaciel odzywa się do mnie: »Przygotuj się na 
to, że będziesz aresztowany, bo mówił do mnie radca poli- 
cyjny, Niederstetter, że jeżeli z tej wojny wynikną nadzieje 
dla sprawy polskiej, wszyscy przywódźcy Polaków będą are- 
sztowani, ale już jest postanowione, łagodnie się obchodzić 
z uwięzionymi, ponieważ to jest eine Priiventivmasregel - 
postępowanie czynnemu udziałowi zapobiegające. Ponieważ 
ciebie uważają jako przywódzcę, więc będziesz siedział w 
kozie«. 
Wkrótce się wszelako przekonałem, że chociaż teraźniejsze 
moje flresztowanie tylko jako Priiventivmasregel mogłem 
uważać, nie bardzo łagodnie ze mną się obchodzono, bo na 
samym wstępie porucznik Rentefink brutalnie ze mną się 
obszedł i chciał mnie na noc w podziemnym, zadusznym 
sklepie umieścić, i dopiero po stanowczym moim oporze zna- 
Jazło się pomieszczenie, pomiędzy innymi więźniami, jako 
tako znośne. . 
Prezydent: Zdaje mi się, panie Sulerzyski, że takie roz- 
wodzenie się możesz opuścić, inaczej nie dojdziemy do spec- 
jalnych punktów oska
żenia. 


283
>>>
Oskarżony: Prosiłem o cierpliwość w wysłuchaniu mnie. 
jak sobie ułożyłem obronę moją. Dziś jest mój dzień, a ja 
szesnaście miesięcy na ten dzień czekałem! 
Prezydent: Nie mam nic przeciw temu, ale to niedobrze, 
że pan tu robisz zarzuty ludziom, którzy się bronić nie mo.- 
gą, muszę zatem prosić, abyś odpowiadał na zarzuty oskar- 
żenia. 
Oskarżony: Ponieważ oskarżenie nic nie zawiera, co by 
zasługiwało na zbijanie, zmuszony jestem opowiadać po pro- 
stu postępowanie ze mną w więzieniu, z którego. się wyka- 
że, czy były powody do uwięzienia. Nie będąc przyjacielem 
wojskowych manewrów, niemiłe dla mnie były egzercycja 

, 
które pan Rentefink z nami wyprawiał. Musiałem w szere- 
gach stawać do apelu, czy wszyscy jesteśmy, po czym ko- 
menda: »Na prawo zwrot! Marsz!« itd. Dwa ,razy poprzed- 
nie, w których byłem na fortecy grudziądzkiej, obchodzono 
się ze mną, jak z obywatelem godnym poważania, teraz zaś, 
jak z kajdaniarzem. Ale więcej o tym mówić nie będę, bo 
przystępuję do sądowej ze mną rozprawy. Tu się z zadziwie- 
niem dowiaduję, że aresztowany jestem za to, żem owego 
Niemca, na drodze spotkawszy, namawiał do P.owstańców. 
Dowodząc sędziemu, że jeszcze w domu będąc, dowiedzia- 
łem się, że był namówiony do tego kłamstwa, żądam zatem, 
ponieważ takowe sądownie poprzysiągł, aby był o krzywo':' 
przysięstwo pociągnięty. Długo opierał się sędzia, mojemu 
żądaniu, wystawiając mi niebezpieczeństwo, które mnie gro- 
zi, jeżeli nie potrafię udowodnić, ale ponieważ nie ustępo- 
wałem od żądania mego, musiał nareszcie zarzut krzywo'. 
przysięstwa w protokóle umieścić. 
Nie mnie samego to w naszym procesie spotkało, z toku 
rozpraw dowiedzieliśmy się, że wielu z moich towarzyszy 
cierpi tu za to, że świadkowie to i owo przysięgą stwierdzili, 
którą potem cofnęli twierdząc, że do niej groźbami byli zmu- 
szeni. 
Prezydent: Do pana nie należy interesować się sprawami 
innych, proszę zatem trzymać się tylko własnej obrony. 
Oskarżony: To już taka moja natura, że i los innych mnie 
.obchodzi. Nie dla siebie samego żyję, ale i dla mojego naro.. 
du, a chociaż tu wielkie straty majątkowe ponoszę, to przy- 
najmniej imię moje nieskażone jako cenne dziedzictwo 
dzieciom moim zostawić pragnę. 
Prezydent: Proszę dalej mówić. 
Oskarżony: Zdawałoby się zatem, że powinienem 'być .u- 
wolnionym, ale nasz sędzia Krtiger wybrał się w podróż w 


284
>>>
moją okolicę, żeby coś nowego na mnie wyszperać i wisto. 
cie, wróciwszy do Poznania, przy pierwszej wizycie mówił 
do mnie, że coś nowego przeciw mnie się znalazło. Odpowie- 
działem: »Czy tylko znowu na krzywoprzysięstwie nie jest 
oparte?« 
Dopiero z akt moich dowiedziałem się, że ta nowa zbrod- 
nia stanu pochodziła z rozmowy mojej z księdzem, którego 
nam znad Renu przysłano. Szanowany ten kapłan, lichwą 
się trudniący, chciał i mnie niemiłosiernie zedrzeć, więc mu 
mówiłem, że źle na tem wyjdzie, skoro nadejdzie czas po- 
rachunku z temi, co nas krzywdzą. Kilka razy musiał sta- 
wać do sądu, ale ponieważ przysięgi złożyć nie chciał, bo 
mówił, że to miało miejsce w winiarni. sprawa ta nie figu- 
ruje w oskarżeniu moim i jako nurek nie wyszła na wierzch. 
Zapewne, żebym się nie nudził w więzieniu, zostałem po- 
wołany przed sąd jako świadek. Wyjawiam więc zadziwie- 
nie moje, jakim sposobem będąc więźniem mogę być wiary- 
godnym świadkiem, który zeznania swoje musi przysięgą 
stwierdzać. Sędzia mi odpowiada, że mogę świadczyć i przy- 
sięgać, ponieważ wcale nawet nie jestem oskarżonym. 
»Pan - mówił - tylko jesteś podejrzanym o czynności 
przygotowawcze do zbrodni.« Stanowczo jednak oświadczy- 
łem, że póki nie będę uwolnionym. świadczyć i przysięgać 
nie mogę. 
Nowe kłopoty stąd, co ze mną począć, ale ponieważ głów- 
nie szło o to. żeby mnie, przez oddalenie z domu, majątkowo 
zniszczyć przy zawikłanych moich interesach, wysłano mnie 
pod pozorem, że zdrowie moje tego wymaga, a lekarz po- 
twierdził, do Kissingen. Ponieważ wolność zawsze lepsza jak 
więzienie. udałem się z Kissingen do Ostendy. stamtąd do 
Di.irkheim na winogrona. Tak przez trzy miesiące na gwałt 
się kurując. odbieram z domu telegram, że mnie wybrano 
na posła. Ten wybór nie podobał się moim sędziom, a więc 
troskliwość o zdrowie moje od razu znikła i dostałem ostry 
rozkaz wracać natychmiast do Hausvogtei. 
Oskarżenie mówi, że lubo niebezpiecznie chory korzysta- 
łem z pozwolenia leczenia się do nowych konspiracji, Ja- 
kież - pytam się - były dawne moje konspiracje? Wró- 
ciwszy do więzienia, powiedziano mi, że teraz dopiero na 
paragraf sześćdziesiąty pierwszy kodeksu karnego, to jest 
na popełnienie zbrodni stanu zaawansowałem, bo z Ostendy 
jadąc do Diirkheim, bawiłem dwa dni w Brukseli, gdzie 
z Erazmem Zabłockim i Cwierciakiewiczem przestawałem, 
o czem się z listu, w moim kuferku znalezionym, dowiedzia- 


285
>>>
ho. Znałem obydwóch od dawna, ostatni długi czas bawił w 
moim domu. Pierwszy raz w życiu będąc w Brukseli korzy- 
stałem z ich grzeczności, żeby poznać piękną stolicę Belgii. 
To oskarżenie nazywano nową konspiracją! 
Prócz tego dowiaduję się od sędziego śledczego, że jeszcze 
inna rzecz moją zbrodnię dowodzi. Parobek bowiem, Mar- 
cin Beseler, zeznał, że był u mnie w Piątkowie i dostał tam 
kartkę z literami »K.W.«. »CO znaczą te litery?« - »Komi- 
sarz wojenny« - odpowieda sędzia. - »Kiedyż to było?« - 
pytam. - »Podczas żniw.« - Wszak ja tu wtenczas byłem, 
w więzieniu, jakże mogłem kartki rozdawać w Piątkowie? 
Więc panowie dwójcą mnie robicie, który równocześnie w 
dwóch miejscach, sześćdziesiąt mil ad siebie odległych, się 
znajduję. Zdaje się, że za wielkie sobie żarty pozwalacie ze 
mną. 
Nie przeszkadza to jednak panu nadprokuratorowi i byt- 
ność mają w Brukseli i tę kartkę z literami K.W. w oskarże- 
niu swoim umieścić. Dalej mówi, że żandarm u mnie się 
znajdujący zeznaje, jakobym jemu się miał przyznać, że 
pawstańców w -brań opatruję. Chociaż lubię być .otwartym, 
nie mogłem jednak z tym się odzywać do żandarma, wie- 
dząc, że za ta kilku .obywateli aresztawano. W rozmowie 
z żandarmem mówiłem. tylko w obronie owych obywateli, 
że ta jeszcze nie jest zbrodnią parnagać braciom walczącym 
przeciw Maskwie. 
Oskarżenie dalej .opiera swaje zarzuty na świadectwie że- 
braczk.i Tworowskiej z Kowalewa, które miasteczka niedaw- 
no temu lIla Schonsee przechI'izczona. Zeznaje .ona, że wi- 
działa w maim agradzie młodych ludzi w czerwanych czap- 
kach, którzy z pistaletów strzelali. :Żandarm w swoim rapor- 
cie mówi o niej, że wspólnie z Niemcem chodzi po żebracz- 
ce i że .oboje żyją ze sabą jak mąż z żoną i są pijanice i wa- 
gabundy. Ta jednak nie przeszkadza, że owa Twarawska tu 
ma być wezwaną na świadectwa, zasługując sobie zapewne 
względy pana nadprokuratara z pawodu, że nie podziela nie- 
nawiści narodowej i, chociaż Polka. żyje z Niemcem w mi- 
lasnych stosunkach. 
Jeszcze w grudniu 1862 przyjechał prezes policji, Baren;. 
sprung da Torunia i przysłał 
rokuratara z żandarmami do 
mnie na rewizję. Zabrana mi duża papierów, a niedługa pa- 
tem wezwany zastałem sądownie do oświadczenia, skąd te 
papiery pochadzą, przy czym sędzia oświadczył, że w nich 
nic mnie kampramitującega nie ma. 
Prezydent: Znałeś pan mładega Siemieńskiega, którego 


2'86 


-
>>>
list tu się znajduje i który pisze o wspólnym działaniu Mie- 
rosłavvskiego z (iaribaldim. 
Oskarżony: Młody Siemieński przybył do mnie z Krakowa, 
poznałem jego ojca 80 przypadkiem vv Ryńsku, wiele lat te- 
rnu, a że pomimo młodości swojej, bo dopiero miał lat sie- 
demnaście, wielkie okazywał zdolności, ale przy tym, na 
wiek swój, zbytecznie polityką się zajmował i zapalonym 
był demokratą, chociaż matka jego z arystokratycznej fami- 
lii pochodziła, starałem go się, ponieważ dłuższy czas bawił 
u mnie, przekonać, że mu jeszcze potrzebniejsze dalsze wy- 
kształcenie naukowe, jak się wdawać w jakieś konspiracje. 
Ode mnie pojechał do Paryża i stamtąd kilka razy listy 
przysyłał. 
Prezydent: Z listu tego pokazuje się, że już w roku 1861 
rewolucja się przygotowywała. 
Oskarżony: Z treści tego listu, tak się zdaje, wiadomo bo- 
wiem, że Mierosławski znanym jest rewolucjonistą. 
Prezydent: W roku 1863 Mierosławski był mianowanym 
dyktatorem. Zdaje się, że przejeżdżał przez Prusy Zachod- 
nie i stamtąd przeszedł granicę. 
Oskarżony: (idzie przeszedł, nie wiem. 
Prezydent: Idziemy teraz do dalszych punktów oskarże- 
nia, które mówi, żeś pan w stosunkach stał z rewolucjoni- 
stami, jak to dowodzą kwity pocztowe. Jest także list księż- 
ny Czetwertyńskiej. Co pan na to? 
Oskarżony: List ten nie był do mnie pisany, ale kopie jego 
w wielu domach polskich się znajdowały, bo nas pocieszały 
nadziejami, które vvyrażał. 
Prezydent: W tym liście. jest mowa o nadziei przywrócenia 
Polski od Bałkanu do Morza Bałtyckiego. 
Oskarżony: Tak jest. 
Prezydent: Dalej znaleziono u pana ustawę narodowego 
związku rewolucyjnego, statut rewolucyjnego komitetu na- 
rodowego i instrukcje tego komitetu do komitetów powiato- 
wych, które już zostały przeczytane. Jak się to do pana do- 
stało? 
Oskarżony: Bardzo naturalnie. Każdy przybywający coś 
ze sobą przywiózł i to się pomiędzy papierami moimi potłu- 
kiwało. Jako gorliwy gospodarz, interesami majątkowemi za
 
kłopotany, nie miałem ani czasu, ani ciekawości czytać to 
wszystko. (idybym uważał coś w nich niebezpiecznego, to 
bym był schował. 
Prezydent: W tych papierach wyraźnie stoi, że celem 


287
>>>
związku rewolucyjnego jest odbudowanie Polski dawnej na 
zasadach demokratycznych. 
Oskarżony: Może być, papier jest cierpliwy. 
Prezydent: Zachodzi tylko pytanie, jak pan w posiadanie 
tych papierów przyszedłeś, i czy pewny zamiar miałeś, przy- 
szedłszy w ich posiadanie. 
Obrońca Elven: Ja tak pojmuję oskarżonego, że w gościn- 
ny dom jego dużo emigrantów przybywało i każdy z nich 
jakieś pisma ulotne przywiózł, które nie były czytane, ale 
w ten sposób uzbierała się mała biblioteka pism rewolucyj- 
nych. 
Oskarżony: Wybaczy mi szanowny obrońca, ale przeciw 
tej małej bibliotece rewolucyjnych pism mus-zę protestować. 
Najlepiej to może poświadczyć prokurator, który na rewizją 
był przysłany, że niemałą miał mękę posortować te rewolu- 
cyjne pisma,. które, jak groch z kapustą, pomięszane były z 
innemi. Gdyby one małą bibliotekę tworzyły, to by to mogło 
świadczyć o jakimś zamiłowaniu do pism takowych. 
Prezydent: Oskarżenie tak to wystawia, że pan sam sta- 
rałeś się o to, żeby posiadać te pisma, dla wykonania myśli 
w nich zawartych. 
Obrońca Elven: Ogólnie wziąwszy, przypuszczać by można, 
że ponieważ większa część papierów tu przeczytanych, u o- 
skarżonego się znalazła, że sympatyzował albo przynajmniej 
obeznany był z treścią w nich zawartą. Ale zważywszy, że 
dom jego stał otworem dla wszystkich gości, a mianowicie 
dla emigracji, a sam przyznaje, że każdy z nich jakieś pis- 
mo zostawił, zważywszy dalej jego osobiste skłonności, któ- 
re nam tu, z taką otwartością i dokładnością, opowiedział, 
to ja przynajmniej najgłębsze mam przekonanie, że oskar- 
żonego wcale nie obchodziła treść tych pism i dlatego nie 
wiedział, co w nich stoi. 
Prezydent: Oskarżenie jeszcze wspomina o niektórych pi- 
smach, które w litograficmym foliancie się znajdowały, jak 
adres Polaków do cesarza rosyjskiego po wypadkach luto- 
wych w roku 1861 w Warszawie itd. Czy i te tu przeczytać 
należy? 
Oskarżony: Mnie się zdaje to zbytecznym, bo gdzie dowo- 
dy, że to także się między zabranymi mnie papierami znaj- 
dowało. Mógłbym wprost wszystko zaprzeczyć, bom tylko 
musiał poświadczyć, że u mnie zabrano znaczną liczbę pa- 
pierów, ale wyszczególnione nie były. 
Prezydent: Dalej znaleziono u pana szkic rysunku chorąg- 
wi. Proszę obejrzeć. 


288
>>>
Oskarżony obejrzawszy: Nie mogę powiedzieć, kto z moich 
gości taką fantazją się zabawił. Jako gospodarz nie miałem 
powodu sprzeciwić się temu, zwłaszcza, że to drogocenna na- 
rodowa jest pamiątka. 
Prezydent: Znaleziono dalej jeden egzemplarz polskiego 
pisma ulotnego "Ruch". 
Oskarżony: Kiedy, jak widzę, tak wiele u mnie znalezio- 
no, to muszę prosić, aby to wszystko mi zwrócone zostało, 
bo mam zamiar wydać Pamiętniki dla przyjaciół i dzieci 
moich, a te pisma będą mi potrzebne jako historyczne doku- 
menta. 
Prezydent: Dobrze będzie, że przeczytamy, o czym pisze. 
(Po przeczytaniu) 
Prezydent: W tym artykule wyraźnie pisze o przywr6ce- 
niu Polski w granicach z 1772 r. 
Oskarżony: Słyszę, że to tam tak stoi i może bym to był 
przeczytał, gdyby nie było tak długie, ale zanadto gospodar- 
stwem i interesami byłem zatrudniony. 
Prezydent: Dalej, zabrane zostały siedem egzemplarzy 
"Demokraty Polskiego" z 20 stycznia 1863. 
Oskarżony: To mi przysłano pocztą pod przepaską, a zda- 
je mi się, że co się w ten sposób odbiera, nie jest zakazane. 
Prezydent: Potem dziesięć egzemplarzy polskiego regula- 
minu do ćwiczeń dla kosynierów, dwa egzemplarze dla kon- 
nicy, jeden egzemplarz dla piechoty, konnicy i artylerii, któ- 
rych autorem prawdopodobnie jest Mierosławski. 
. Oskarżony: Książki te znajdowały się w zamkniętej skrzyn- 
ce, do której służący mój miał klucz. Kazałem mu otworzyć, 
a skoro się te pisma znalazły, zapytałem służącego, skąd się 
tu wzięły, bo ja sam o nich nie wiedziałem. Odpowiedział; 
że jeden pan oddał mu je do schowania. Zdaje mi się, że. 
Wysoki Sąd już powinien z opowiadania mego się był prze- 
konać, że nie jestem miłośnikiem rzeczy wojskowych. 
Prezydent: Czy pan znałeś Władysława Raczyńskiego? 
Oskarżony: Jest to ten sam młodzieniec wysoko wykształ-. 
eony i utalentowany, o którym już wspomniałem, że wkrót- 
ce potem zginął w powstaniu. 
Prezydent: Jest tu także wspomniony Wachowski, który. 
się znał z oskarżonym Martwellem, 
Oskarżony: Wachowski kilka razy był u mnie, ale kr6tko. 
bawiąc tylko prosił o odesłanie go, czego mu nie odmówi- 
łem. 
Prezydent: Ozy pan wiesz. co o liście, w którym stoi: »... 


19 - Pamiętniki... 


289;
>>>
II'r 


mój adres jest Raczyński w Piątkowie przez Toruń, Kowa- 
lewo? « 
Oskarżony: Tu pierwszy raz o nim słyszałem, a słowa, któ- 
re tam stoją: Nam tu jest dobrze, mogą się tylko ściągać do 
mojej gościnności. 
Prezydent: Czy dr Martwell był kiedy u pana? 
Oskarżony: Ponieważ pan Martwell twierdzi, że nie był 
w moim domu, to musi być prawda, bo nie wiem, co by to 
mu mogło szkodzić, że był. Ja nie pamiętam. 
Prezydent: Znalazł się też list pisany przez Leona Mart- 
wella z Chełmna 7 lutego 1863 r. do pana. Proszę go obej- 
rzeć, może pan sobie przypomnisz osobę, która go przywio- 
zła. 
Oskarżony, wejrzawszy w list: Oddawca miał być profe- 
sorem szkoły w Batignolles, ale go sobie nie przypominam. 
Prezydent: Panie Martwell, co pan mówisz na ten list? 
Oskarżony Martwell: Ten list nie jest moją ręką pisany, 
chociaż nosi mój podpis. 
Asesor Mittelstaedt: Pan Su1erzyski przyznaje, że ten list 
mógł być mu wręczonym przez osobę jemu poleconą. Skąd- 
że pan to zaprzeczasz? 
Oskarżony Martwell: Co pan Sulerzyski przyznaje, dla 
mnie jest obojętnem. Ja twierdzę, że go nie pisałem. 
Prezydent: Oskarżenie wymienia kilka osób, które bawiły 
u pana, a później należały do powstania. Paweł Suzin i Alek- " 
sander 
naski. Czy pan ich znasz? 
Oskarżony: Znałem bardzo dobrze. Byli to młodzi ludzie, 
bardzo mili, których się z przyjemnością w dom przyjmie. 
Obrońca Elven: Co do tych dwóch młodych ludzi muszę 
przytoczyć okoliczność, która bardzo przemawia na korzyść 
pana Sulerzyskiego. Z raportów żandarmów wiemy, że dom 
jego dla licznie tam przebywających gości był w obserwacji 
i że dlatego żandarm tam był stacjonowany, który codzien- 
nie raporta landratowi musiał zdawać. A że po uwolnieniu 
ich z więzienia obydwaj do Piątkowa byli przez landrata 
wysłani, to świadczy tylko o jego powszechnie znanej gościn- 
ności i że tam u niego nadal najlepiej będą w obserwacji, 
to właśnie podług mego zdania bardzo jasno cechuje jego 
stosunki z emigracją. 
Oskarżony: Co do Suzina muszę przytoczyć, jak się dostał 
do mego domu. Młoda żona jego, siedem miesiący z nim za- 
mężna, przybyła do mnie z Paryża z prośbą, abym się sta- 
rał uwolnić jej męża, uwięzionego w Brodnicy. Dopiero po 
kilkotygodniowych staraniach udało mi się jego i jeszcze 


290
>>>
kilku uwolnić z więzienia, gdzie głodem i robactwem byli 
trapieni, wystawiwszy władzom, że takie postępowanie z 
więźniami, którzy nic względem Prus nie zawinili, niegod- 
ne jest rządu cywilizacją się szczycącego. Tak obydwaj Su- 
zin i 
naski z woli landrata dostali się do Piątkowa. 
Prezydent: Oskarżenie jeszcze wymienia Dzikowskiego, 
Voigta i Kazimierza Sikorskiego, że u pana przebywali. 
Oskarżony: Ci młodzi ludzie, poznawszy się z synem mo- 
im, tem chętniej w moim domu bawili, bo przez niego łat- 
wiej zyskali drobne swoje potrzeby. 
Prezydent: Dalej twierdzi oskarżenie, że l lutego 1863 by- 
ło u pana wielkie zgromadzenie mężów zaufania, dla przy- 
gotowania wyprawy Demootowicza. 
Oskarżony: Było to zgromadzenie członków Towarzystwa 
Agronomicznego, które zgromadzenia z kolei i u innych o- 
bywateli dla krytyki gospodarczej i wzajemnego pouczania 
się odbywały. 
Prezydent: Oskarżenie mówi, że pana obrano prezydują- 
cym? 
Oskarżony: Towarzystwo Agronomiczne obrało mnie pre- 
zydującym na cały rok, dlatego i tam prezydowałem, ale 
kiedy w oskarżeniu stoi, że jakie sto powozów się zjechało, 
to nie wiem, gdzie bym tyle koni był umieścił. Co do ekspe- 
dycji Demontowicza, to prawda, że wieczorem sześciu czy 
ośmiu przybyło do mnie oświadczając, że należą do wypra- 
wy większej, która się wybiera do Polski. Zjadłszy wiecze- 
rzę pojechali dalej. 
Prezydent: Czy byli uzbrojeni? 
Oskarżony: Broni żadnej nie widziałem, mówili. że ją ma- 
ją na wozach. Poborca szosowy zeznaje, że mnie widział z 
niemi jadącego. Mogę świadkami dowieść, że zostałem w 
domu. Gdybym był czterdzieści lat młodszy, to bym może 
ich odprowadził. Mojemu synowi nie mogłem tego wzbronić 
i pozwoliłem mu, na jego prośbę, towarzyszyć im do granicy, 
odebrawszy od niego przyrzeczenie, że teraz powróci. a do- 
piero później będzie mógł wziąść udział, skoro pomyślniej- 
sze widoki się okażą. 
Prezydent: Dalej stoi w oskarżeniu, że 25 lutego 1863 w 
zamku piątkowskim hrabia Bronisław Kossakowski z Pol- 
ski został aresztowany. W jego papierach znaleziono własno- 
ręczny list Ludwika Mierosławskiego, datowany z Krakowa 
l kwietnia 1863, w którym prosi wujaszka (pewnie Sulerzy- 
skiego) o paI:ę tysięcy talarków. 
Oskarżony: Muszę tu zrobić uwagę, że tu się w oskarżenie 


291
>>>
'[ 
I 
I znowu mały dolus wkradł, bo Kossakowski został areszto- 
, wany l lutego 1864 a tam stoi, że 25 lutego 1863. Siedząc 
już więc rok w więzieniu, nie mogę być odpowiedzialnym 
za to, że jakiś hrabia Kossakowski, a do tego z paszportem 
z Petersburga, u którego list Mierosławskiego znaleziono, zo- 
stał aresztowany w moim domu. Nie pojmuję, jak pan nad- 
prokurator może sobie takie fałszowanie daty aresztowania 
pozwolić i mnie odpowiedzialnym robić za list nie do mnie 
pisany i u innego znaleziony podczas mojego siedzenia w 
więzieniu? 
Prezydent: Jeszcze tu jest wzmianka o dwóch rewolwe- 
rach, które z kasy Prus Zachodnich miały być zapłacone. 
Proszę to wyjaśnić. 
Oskarżony: Zdaje się, że już dostatecznie dowiodłem, że 
nigdy pasji do broni nie miałem, tylko do narzędzi rolni- 
czych, będąc z zamiłowaniem gospodarzem. 
Asesor Mittelstaedt: Toteż tylko wzmiankowane jest wzglę- 
dem hrabiego Kossakowskiego, a oskarżonego wcale doty- 
cze. 
Prezydent: Nie znałeś pan wcale Kossakowskiego? 
Oskarżony: Nie przypominam sobie, aby kiedy był w mo- 
im domu. 
Prezydent: A znałeś pan oskarżonego Królikowskiego? 
Oskarżony: Tego dopiero tu, w więzieniu poznałem.' 
Prezydent: A więc pan w ogóle zaprzeczasz, że brałeś u- 
dział w powstaniu nie tylko przeciw Moskwie, ale i w pow- 
staniu, które później .przeciw Prusom się miało obrócić. 
Oskarżony: Stanowczo zaprzeczam, ale dodaję jeszcze, że 
widzę wtem domniemanem powstaniu przeciw Prusom pew- 
ną niekonsekwencją, tyczącą się nas Polaków, bo dotąd sły- 
szałem zawsze dowodzenie, że już nie ma narodu polskiego, 
że nigdy powstać nie może, tu znowu robią z nas najwię- 
kszych bohaterów, jakich nie ma w dawnych dziejach, bo 
powstawszy z małą garstką przeciw Hosji, zamyślamy nie 
tylko ją, ale i Prusy, i Austrią zwalczyć. To trochę za wie- 
le. 
Prezydent: A więc na dziś możemy zamknąć posiedze- 
nie." 
Wychodząc z sali mówił do mnie Elven: "O pana nie mam 
kłopotu, takeś im siebie wystawił, że muszą mieć przekona- 
nie, że czystą prawdę mówiłeś, więc też muszą pana uwol- 
nić". 
Następnego dnia powołano świadków, którzy tak niedo- 
rzeczne i fałszywe robili zeznania, że nie warto tu o nich 


292 


J
>>>
wspomnieć, to tylko przytoczę, że przeze mnie żądani świad- 
kowie, obywatele Józef Czapski i Bolesław Kossowski, przy- 
sięgą stwierdzili zeznania, że często bywając w moim domu, 
zawsze słyszeli, że gorącą młodzież starałem się przekonać, 
jak nierozważną jest walka, która tylko nieszczęśliwie dla 
nich i dla kraju skończyć się musi. 
Najniedorzeczniejsze ze strony sądu, który, jak się wyka- 
zało, nie mógł przed aresztowaniem moim znaleźć dowodów 
mnie kompromitujących, podczas pobytu mojego w więzie- 
niu spowodował kilkakrotne rewizje w Piątkowie, które 
miały dostarczać materiału przeciw mnie. I tak, w pierw- 
sze święto Bożego Narodzenia, o trzeciej godzinie z rana, 
znaczny oddział wojska obsadził dwór i rozpoczęła się re- 
wizja na wielką skalę. Znaczna liczba gości, najwięcej ko- 
biet, zjechała na święta do córki mojej. Nikomu, ani go- 
ściom, ani służbie nie pozwolono ruszać się z miejsca, żoł- 
nierstwo z oficerem na czele wpadło do komnat kobiecych 
szukać emigrantów, bo sąsiedzi niemieccy zapewniali, że ich 
pełno jest we dworze. Dowiedziałem się później, że w istocie 
było ich ośmiu, których jednak panna służebna Franciszka 
tak zręcznie potrafiła ukryć, że prócz Kossakowskiego, który 
mając paszport petersburski nie widział potrzeby się ukry- 
wać, nikogo nie znaleźli. Trwała rewizja do trzeciej godziny 
po południu, a zatem 12 godzin, pmez który czas nie pozwo- 
lono ani kawę przyrządzać, aI1ii kJUcharzow[ obiad gotować, 
tern mniej do kościoła jechać. Cała zdobycz tej wielkiej eks- 
pedycji wojskowej był hrabia Kossakowski, którego zabrano 
i do więzienia w Brodnicy zawieziono, skąd w kilka tygodni 
go wypuszczono. 
Ponieważ jednak Niemcy do naczelnej komendy pruskiej 
z zaręczeniem się udawali, że emigranci z pewnością są w 
dworze piątkowskim, ale że tam taki labirynt jest pokoi 
i aż trzy schody na górę prowadzące, więc zaraz w dzień 
Trzech Króli, inny jeszcze, liczniejszy oddział znowu w no- 
cy przybył i że strategicznym systemem rozpoczął poszuki- 
wanie. Zrewidowawszy pierwszy pokój, drzwi zostały wartą 
obsadzone i tak szło dalej od pokoju do pokoju. Czytałem 
dokładny raport oficera w aktach moich, któremu pewnie 
żaden strategik zarzutu by zrobić nie potrafił, ale ani tych 
trzech schodów nie znalazł, bo też ich nie ma. ani jednego 
emigranta, chociaż znowu pełno ich było, bo ich poczciwa 
a odważna Franciszka w kominach pochowała. Znowu do- 
piero kilka godzin po obiadowym czasie, ale bez obiadu, 
skończyła się ta rewizja. Mróz był trzaskający, żołnierze 


293
>>>
zziębnięci i głodni, bo przyjąć posiłku nie chcieli, opuszcza- 
jąc Piątkowo ogrzali się przy stogu żyta na polu blisko dro- 
gi stojącym, zapaliwszy go. 
O tej pannie Franciszce muszę na jej pochwałę jeszcze 
wspomnieć, że w owym czasie wiele odwagi i poświęcenia 
okazała, zwożąc z Polski ciężko rannych, których pielęgnu- 
jąc do zdrowia przyprowadziła. 11 [.u] 
W dalszym streszczeniu naszego procesu, pozwolę sobie je- 
szcze czytelnikom małe pokłosie udzielić. 
W sprawie przeciw hrabiemu Władysławowi Łąckiemu, 
była powołana znana patriotka Emilia Sczaniecka na świad- 
ka, że 800 talarów, które odebrał od niej, przesłał Działyń- 
skiernu. Gdy weszła do sali przechodząc do trybuny sądo- 
wej wszyscy oskarżeni, jakby na komendę, wstaliśmy z krze- 
seł naszych, tym sposobem oddając cześć rozgłośnej ofiarno- 
ści tej zacnej Polki dla nieszczęśliwych rodaków. 
Odpowiedziała na zapytania z krzesła, na które ją prezy- 
dujący zaprosił, po polsku, a tłomacz oddawał po niemiecku. 
Przyznała, że dała Łąckiemu te pieniądze dla Działyńskiego, 
wiedząc, że ten wspomaga cierpiących braci w Królestwie, 
ale na zapytanie, czy dała dla wsparcia powstania, odpowie- 
działa: "Na to zapytanie, sądzę, nie potrzebuję odpowiadać". 
Wychodząc z sali znowuśmy wszyscy powstali, żeby Niem- 
ców przekonać, jak umiemy uczcić wysoką zasługę. 
Miłe to dla nas było intermezzo wśród nudnie wlokącego 
się procesu! 
Jakimi świadkami się posługiwano przeciw" oskarżonym 
niechaj posłuży między innymi Francuz Fourgeret, który 
bez wezwania sam się, w liście z Paryża, do sędziego Kam- 
mergerichtu Kriigera, na świadka ofiaruje, będąc w stanie 
wiele osób skompromitować, jeżeli tylko będzie za podróże 
i inne wydatki wynagrodzony. W tym liście pisze, że go po- 
woduje do tych denuncjacyj chęć zemsty za to, że Polacy, 
kiedy im się ofiarował służyć, szydzili z niego nazywając 
jego i wszystkich Francuzów awanturnikami (chevaliers 
d'industrie). Tymczasem pisze, że nie tyJ:ko Polaków, ale 
i Francuzów, którzy przybędą w pomoc Polakom, będzie się 
starał oddać w ręce Prusaków. 
Pan Kriiger nie omieszkał wdać się z takim łotrem w ko'7 
respondencję, a kiedy stawił się przed sądem i rozpoczęła 
się z nim rozprawa, nasi obrońcy, jeden po drugim, korzy- 
stali z tego, że prokuratoria swoje oskarżenia opiera na 
świadkach, którzy sami się przyznają, że przez zemstę chcą 
denuncjować Polaków, 1;yle tylko za to wynagrodzeni zo- 


294
>>>
stali. Obrońca Elven żądał, aby radzca Kriiger jako świadek, 
stanął przed sądem i zeznał, jaką odpowiedź dał Fourgereto- 
wi na jego kilkokrotne listy, które są przy aktach, a odpo- 
wiedzi pana Kriigera nie ma. Profesor Gneist w sarkastycz- 
nej mowie popiera Elvena mówiąc, że taki gatunek obwinia- 
jących świadków jest przyjętym towarem w Paryżu, ale 
sądy niemieckie dotąd go nie znały. Na to prokurator Adlung 
oświadcza, że tego świadka nie zażądał, ale sam Wysoki 
Sąd go powołał, co widocznie prezydenta zaambarasowało. 
Wtenczas odzywa się obrońca Brachvogel, przytaczając pod- 
niesionym głosem szekspirowskie: "Murzyn zrobił swoją 
powinność, murzyn może odejść!" Tu wybuchnął prezydent 
gwałtownie przeciw Brachvoglowi, powołując go do porząd- 
ku i kazał Fourgeretowi odejŚĆ. 
Wszystkie dzienniki berlińskie nazajutrz pochwalały dow- 
cip Brachvogla. 


W sprawie księcia Mikołaja Radziwiłła przytacza nad- 
prokurator dwa listy, jeden narzeczonej, hrabianki Matyldy 
Czapskiej i odpowiedź jego nań. Pierwsza pisze do niego: 
"Ty ciągle się włóczysz po świecie, a nie piszesz Twojej 
narzeczonej, co robisz, ograniczając się na frazesach, że bar- 
dzo jesteś zajętym itd. Powiedzże raz, czym jesteś zajęty? Je- 
żeli tern, że młodzież wstrzymujesz, aby nie poszła tam, do- 
kąd powinność woła, to Cię zaklinam uchodź z tych stron 
i nie plamij Twego imienia. Nie wstępuj w ślady magnatów 
wielkopolskich, zbaczających z dróg, któremi szli przodko- 
wie i zezwalają na to, że mieszczanin i lud górę bierze nad 
niemi. Wstąp w szeregi walczących braci i walcz za świętą 
ojczyznę itd." 
Na ten list, w którym, jak prokurator twierdzi, hrabianka 
narzeczonego swego stara się nakłonić, aby odstąpił od par- 
tii białej i przeszedł do czerwonej, tak książę narzeczonej 
odpowiada: 
"Nie należę do rzędu krzykaczy i podburzycieli, u których 
poświęcenie i gorliwość tylko na słowach się ogranicza. Nie 
słucham na zdania dwóch przeciwnych partyj, które zresztą 
od niejakiego czasu do jednego dążą celu i drogą idą, którą 
uważam jako sumienną i zgodną z uczuciami Polaka. Dziś 
przynajmniej już nikt młodzieży nie wstrzymuje od obo- 
wiązku i szlachetnej chęci ponieść śmierć męczeńską za kraj, 
wiarę i wolność. Moje podróże zdają Ci się niepotrzebne 
i radzisz mi, abym opuścił pole polityczne i udał się do obo- 
zu. Tego ja nie zrobię, bo do pracy i czynów wszędzie pole 


295
>>>
otwarte. Dzięki Bogu zdobyłem sobie stanowisko i udało mi 
się stl"onnictwa połączyć. Dopiero w Litwie dla mnie pole do 
czynów się otworzy. Teraz nie jestem bezczynnym, ale tam 
będę działał pro bono publico". 
W rozdziale dwunastym tomu drugiego wspomniałem o 
liście, który pisał młody Karol Voigt, em1grant, do przyja- 
ciela swego w Warszawie. Otóż niemało byłem zdziwiony 
szperając po moich grubych aktach, znalazłszy ów list, któ- 
ry nie wiem, jak się tam dostał, bo wiedziałem, że z Piątko- 
wa był oddany na pocztę. List ten tak brzmiał: 


"Donoszę Ci kochany Przyjadelu, że Pan Sulerzyski wkrót- 
ce ze synem przyjedzie do Warszawy. Stanie w Hotelu 
Europejskim, poszle zaraz po Ciebie, bom Cię /polecił na 
mentora. dla syna. Skoro więc przybędziesz do niego, z gó- 
ry zaraz musisz prawić, że za czternaście dni nie będzie 
ani jednego Moskala, ani Niemca na polskiej ziemi, bo 
inaczej powie, żeś tchórz i nie masz wiary, itd." 


Takie krótkie, a węzłowate, czytając o mnie twierdzenie, 
zacząłem się śmiać, 00 widząc jeden z moich kolegów, przy- 
stępuje do mnie z zapytaniem, z czego się śmieję? - "Czy- 
taj, mówię, co ten Voigt o mnie pisze. To mi się przysłu- 
żył!" 
Długo nie trwało, wszyscy koledzy wiedzieli, co w liście 
stoi. Właśnie pauza nastąpiła i idziemy na śniadanie do na- 
szych salonów. Pewny będąc, że koledzy kochani pokpiwać 
sobie będą ze mnie, dowodząc, że tym listem sprawa moja 
wiele się pogorszy, wolno idę za biegnącemi głodnemi, żeby 
się namyśleć, co im powiedzieć i co powiem sędziom, jak 
mnie o to zapytają. Opadają mnie więc, jak się z tego wy- 
tłomaczę? - "Bardzo łatwo, dowiodę bowiem, że to nie- 
wczesny koncept piszącego, bo was na świadków wezwę, że 
zawsze dowodziłem, że za cztery tygodnie Polska będzie, 
a nigdy za czternaście dni." 
Załuję mocno, że prokuratoria o tym liście nic w oskarże- 
niu nie wspomniała, co by w istocie więcej mogło mieć zna- 
czenia, jak wszystkie inne brednie, bom powyższą odpowiedź 
miał w pogotowiu. 
Profesor Gneist, znakomity prawnik i mówca parlamen- 
tarny, jako liberał niemiecki znany, nie był wielkim przyja- 
cielem Polaków i dlatego długo nie chciał, pomimo usil- 
nych próśb, wystąpić w obronie pana Mańkowskiego, a kie- 
dy nareszcie naleganiom oprzeć się nie mógł, oświadczył 


296
>>>
I 


otwarcie, że nie ze sympatii dla Polaków, ale w obronie 
honoru sądownictwa pruskiego przyjmuje. Zdaje się jednak. 
że przebieg tego procesu dopiero obznajmił go dokładniej i z 
historią polską, i z charakterem narodu, którego około stu 
czterdziestu reprezentantów, bo oskarżonych o przywódz- 
two zamiarów nieprzyjaznych dla Prus. przez pięć miesięcy 
widział przed sobą, a nie dostrzegł w nich tych wszystkich 
złych przymiotów, które zwykle Niemcy przypisują Pola- 
kom. Toteż przy końcu rozpraw nad ogólną częścią oskar- 
żenia wystąpił z mową trzygodzinną, w dwóch oddziałach, 
bo drugi był wywołany przez wystąpienie zastępcy proku- 
ratora. Mittelstaedta, odpowiadającego wymownemi sofizma- 
tami, na niezbite twierdzenia Gneista, a drugi ten oddział 
jako improwizacja jeszcze bardziej znamionuje znakomitego 
mówcę. Toteż słusznie Elven w następnej mowie wyrzekł, 
że mowa ta w dziejach sądowego krasomówstwa pierwsze 
niezachwiane miejsce sobie zdobyła. 
Tylko zakończenie pozwalam sobie przytoczyć: 
"Rząd, zdaje się, sprzykrzył sobie ciągłe zapobieganie po- 
mocy dawanej z tej strony do powstania, choć miał i środki, 
i siły po temu. Zdaje się więc. że postanowiono krócej i dra- 
styczniej sobie postąpić, aresztując masami pod zarzutem 
zbrodni stanu. Może być, że tę drogę uznano jako praktycz- 
niejszą, ale trybunał pruski nie powinien do niej ręki przy- 
łożyć. Sąd pruski, a zwłaszcza Kammergericht, nie powi- 
nien dla chwilowych interesów poświęcać swej dawnej sła- 
wy. Na to nie zasługuje ta sprawa, nawet dla tego, który 
ją jako dla państwa pruskiego niebezpieczną uważał. 
Jeżeli błąd popełniono przez wytoczenie procesu o zbrod- 
nię stanu, to nastręczają się ze stanowiska władz dwa mo- 
żebne zapatrywania. 
Jedno: trzeba honor urzędników, powagę rządu utrzymać 
i proces z takim rozgłosem rozpoczęty musi być do końca 
doprowadzony. 
Drugie: honor władz i państwa nie ocala się przez upor- 
czywe popieranie chybionego procesu. Wsz)'lstkie uchybie- 
nia i kroki fałszywe ukrywają się i giną, jeżeli zakończe- 
niem oddaje się cześć prawdzie i prawu. Pomiędzy tern, co 
słuszne a niesłuszne nie ma nic trzeciego w pośrodku. 
Pomiędzy temi dwoma drogami, widzą obrońcy dziesięciu 
sędziów Kammergerichtu. najstarszego i najsłynniejszego 
trybunału monarchii pruskiej postanowionych. Podług mo- 
ich doświadczeń decyduje w tak trudnych położeniach cha- 
rakter. gdzie rozwaga się chwieje. Tu ludzka czynność opie- 


297 


--
>>>
rać się musi na pamiętaniu, co się winno swojej przeszłości 
i swojemu imieniu, i tej przeszłości, która temu imieniu 
cześć daje. Dziesięciu sędziów, których widzimy przed sobą, 
nie zapomną, że należą do sądu, którego historyczna prze- 
szłość nie ustępuje żadnemu w Europie. Wiek XIX zapewne 
nie ujrzy politycznego procesu podobnych rozmiarów przed 
tym samym sądem. Spodziewamy się nawet tego. Ale to 
właśnie decyduje o charakterze pruskiej sprawiedliwości. 
Nie zaprzeczam, że w tym procesie istotna znajduje się 
kwestia polityczna. Narodowość polska stoi naprzeciw nie- 
mieckiej z niechęcią, często nawet z odrazą. My, Niemcy, 
nie jesteśmy takiemi ideologami, abyśmy mieli nasz kraj 
rozrywać, żeby być sprawiedliwymi dla innych narodów. Ale 
jeżeli historyczna krzywda ma być powetowaną, jeżeli Po- 
lacy mają zostać wiernymi poddanemi domu Hohenzoller- 
nów, na to jest jedna droga, którą my tu lepiej znamy jak 
dyplomaci: dajmy Polakom rękojmią, że żyją pod sprawie- 
dliwym rządem, wtenczas nie przestaną być Polakami w 
uczuciach swoich przyrodzonych, ale zostaną Prusakami (?) 
w uczuciu obowiąZ'ku względem króla i państwa. 
Jeżeli rząd pruski cel ten chce osiągnąć, to jest do osią- 
gnięcia, a prosta i niezawodna droga do tego celu jest spra- 
wiedliwe osądzenie tej sprawy. Taka będzie podług mego 
zdania stawiąc wniosek: 
1. Wszystkich oskarżonych dla braku dowodów uwalnia 
się od oska,rżenia zbrodni stanu. 
2. Jeżeli przeciw niektórym znachodzą się przekroczenia 
przeciw paragrafom dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt 
osiem prawa karnego, niechaj się Najwyższy Sąd uzna nie- 
kompetentnym i przekaże takowe zwyczajnym sądom" 32. 
Ponieważ już znaczna liczba oskarżonych została uwol- 
niona i to takich, którzy albo sami walczyli, albo czynny 
brali udział w przesyłaniu broni, formowaniu oddziałów 
przechodzących za g.ranicę pruską itd., sądziłem, że mnie, 
przeciw któremu żadnych dowodów w oskarżeniu nie było 
i tylko wszystko na błahych przypuszczeniach było oparte, 
albo dowiedzionych fałszach - muszą także uwolnić. 
Jakże więc zostałem zdziwiony, gdy mi jeszcze kilka ty- 
godni przed mową Gneista, pod sekretem, powiedział je- 
den z obrońców i to Niemiec, że z pewnego wie źródła, że 
ja do liczby uwolnionych należeć nie będę, bo Niemcy 
z mojej okolicy wpływają na sąd, aby został osądzony. Po- 
twierdzenie tego pokazało się zaraz po ukończeniu ogólnej 
dyskusji, po której dla braku miejsca w Moabicie większej 


298
>>>
połowie WlęZnlOW pozwolono do miasta na wolną stopę się 
przeprowadzić, bo kiedy podałem prośbę dla słabości zdro- 
wia o pozwolenie, podczas dalszych rozpraw, aż do wyroków 
do miasta się przeprowadzić, odebrałem odmowę. Na szczę- 
ście przypadek zdarzył, że pewnej nocy krew mi się nosem 
puściła, robię więc hałas, wpada służba - żądam daktora, 
temu, gdy przyszedł, pakazuję zbroczoną krwią koszulę 
i pościel i żądam, aby Kriiger przyszedł natychmiast. Przy- 
bywa, a ja mu z największą gwałtownością zarzucam bar- 
barzyńskie postępowanie ze mną, na co mi przyrzekł, że na- 
tychmiast do miasta wypuszczony zostanę. 
Tu już swobodniej, prywatne mieszkanie wziąwszy, krze- 
piłem zwątlone siły moje, da ostatecznego wystąpienia na 
moją obronę jeżeli prokurator wniosek zrobi na ukaranie 
mnie, pewny już będąc, że takowe nastąpi. Ten kilkotygod- 
niawy pobyt mój w Berlinie uprzyjemniony mi został przez 
bawiących tam wówczas szanownych i kochanych Narzym- 
skich z Jabłonowa 8
, u których codziennym musiałem być 
wieczornym gościem. Ponieważ oboje już kilka lat temu w 
grobie spoczywają, niech mi tu wolno będzie o nich tyle tyl- 
ko powiedzieć, że kraj nasz przez przedwczesny zgon tych 
prawdziwie polskich serc wielką poniósł stratę! 
Proces nasz już teraz szybkim krokiem do swego kresu 
dochodził. Prokurator przeszedł do specjalnego oskarżenia. 
Gdy kolej na mnie przyszla wszystkie swoje dawniejsze za- 
rzuty w krótkoOści powtarzał, opierając moją winę głównie 
na tym, że kiedy tyle u mnie znaleziona odezw rządu naro- 
dowego, to nie tylko ich treść musiała mi być znaną, ale 
i musiałem się na nią zgadzać. Tak samo z emigrantami, że 
kiedy im dozwoliłem w moim domu przebywać, musiałem 
ich zasady podzielać. Wnosi więc, abym był osądzony na 
sześć lat w Zuchthausie 81 i sześć lat dozoru policyjnego. 
Oburzony do wysakiego stopnia i przekonany, że sąd wy- 
da wyrok sprzyjający żądaniom moich niemieckich sąsia- 
dów, zauważyłem, że trzeba będzie korzystać z wolności 
abrany i przynajmniej wyrznąć im prawdę. Kiedy więc pra- 
wie wszyscy inni tylko przez obrońców swoich adpowiadali, 
ja proszę sam a głos. 
"Na niektóre tylko punkta pana prokuratora myślę odpo- 
wiedzieć. Powiada, że żebraczka Tworowska dlatego, cho- 
ciaż ważnym byłaby świadkiem, nie przybyła, bo ją nie można 
było znaleźć. To szkoda, że tu tak wiarogodny świadek nie 
przybył, ale sądzę, że ona razem ze świadkami Zimmermann 
i Meer, którzy chociaż jedyni, co mieli świadczyć, że to pow- 


299 


.......
>>>
stanie także przeciw Prusom skierowane, a nie można ich 
było odszukać, że ona teraz z temi młodemi włóczęgami 
gdzieś się bałamuci. 
Co do syna mego, o którym prokurator obstaje, że poszedł 
z drugimi walczyć, to uważam jako ironiczny zarzut, gdyż 
nie poszedł. Powiedziałem już, że dlatego nie poszedł, że mu 
zakazałem, a jeżeli kilka sztuk broni, która była jego wła- 
snością, dał tym, co przechodząc do Polski wstąpili do Piąt- 
kowa, to oświadczyć muszę, że gdyby był żałował dać przy- 
najmniej broń swoją, nie byłby wart, że go polska matka 
zrodziła. Tyle tylko odpowiedzi na szczególne zarzuty. 
Wysoki Sąd pozwoli mi jeszcze kilka ogólnych uwag. Po- 
wiedziałem już w pierwszej obronie, że mnie nadzwyczajna 
długość oskarżenia, same fałsze zawierającego, zastrasza. Do- 
wiodłem, że pan nadprokurator świadomie dwa fałszywe 
punkta na samym początku oskarżenia umieścił, a że z ust 
pana prezydenta (w sprawie pana Połczyńskiego) świadome 
omyłki zarzucić panu nadprokuratorowi jest obrazą - je- 
stem zmuszonym na obronę moją ten mu zrobić zarzut, z 
tej prostej przyczyny, że go mogę dowieść. Bo tak, jak ów 
do krzywoprzysięstwa nakłoniony wyrobnik niemiecki, dla- 
tego wiarogodnym jest, że w denuncjacji swojej, dowiedzio- 
ny mu fałsz umieścił, jako kopał rowy u mnie, tak też świa- 
domie przez prokuratorią na samym wstępie oskarżenia u- 
mieszczone dwa fałszywe fakta, żem brał udział w powsta- 
niu 1830 i w wyprawie Zawiszy 1833 r., tendencja całego 
oskarżenia jest zdemaskowaną, nie tylko względem mnie, 
ale także względem moich współoskarżonych kolegów. Wzy- 
wam zatem wszystkich panów obrońców, ażeby mnie w tej 
stanowczej chwili poparli na moje ryzyko i własną odpowie- 
dzialność. 
 -.. .-J 
Nie dla mnie samego wymagam więc uwolnienia - zbici 
na gromadę, zrośliśmy się ze sobą jak bracia sjamscy - 
krzywda jednego ból sprawia drugiemu! 
Widząc, jakie niebezpieczeństwo mnie grozi przez takie 
potworne oskarżenie, rozłożyłem Wysokiemu Sądowi całą 
księgę mojego żywota, a żaden uczciwy nie wykaże mi sło- 
wo nieprawdy; a zrobiłem to dlatego, żebyście panowie psy- 
chologicznie osądzili, czy zarzuty mnie zrobione mają podo- 
bieństwo do prawdy. Sądziłem, że przekonałem, bo nawet 
sam zastępca prokuratora nazwał mnie umiarkowanym czło- 
wiekiem. Jeżeli jednak tu słyszeć muszę, że mam być skaza- 
nym na sześć lat, a zatem podobno na całe życie do Zuch- 
thausu, to muszę odpowiedzieć, że pan nadprokurator powi- 


300 


-------łiII...
>>>
l, 


nien być zadowolonym, że mnie i stukilkudziesięciu mężów 
półtora roku tu w ciężkim więzieniu męczono, powinien być 
zadowolonym z łez tylu matek, 
on i dzieci, z zniszczenia ma- 
jątkowego, które już u wielu z nas nastąpiło, a nie żądać 
ukarania z powodu podłych i kłamliwych podszczuwań. 
Półtora roku tu siedzimy jako ofiary środka zapobiegają- 
cego (Praventivmassregel). Widocznem było, że nasze aresz- 
towania tylko nastąpiły, abyśmy walczącym braciom naszym 
nieszczęśliwym nie mogli broni dostarczać, aby bezbronni 
prędzej upadli, aby 'przez .przedłużoną, rozpaczliwą walkę, 
W której kwiat młodzieży polskiej się poświęcał, sumienie 
cywilizowanego świata się nie obudziło, na odwet zbrodni 
dokonanej przy końcu wieku przeszłego, przez rozbiór Pol- 
ski. Musieliśmy iść do więzienia, bo jak wiadomo siła idzie 
przed prawem. Okażę zatem i dowiodę, że nasze aresztowa- 
nia były tylko środkiem zapobiegającym. 
Nadprokurator: Przeciw takim wyrażeniom muszę prote- 
stować. Oskarżonemu tylko wolno bronić się przeciw zarzu- 
tom mu robionym, nic więcej. 
Obrońca Elven: Jeżeli oskarżony chce dowieść to, co twier- 
dzi, uważam, że to mu wzbronionym być nie może. 
Prezydent: Oskarżonemu tylko wolno się bronić, a nie 
krytykować postępowanie urzędów krajowych. 
Elven: Co do mnie, to w takie dowody bym się nie wda- 
wał, ale obronie służy niczem nie zbite prawo tu takie 
wprowadzać. 
Prezydent: Jeżeli pan tu chcesz nam powiedzieć, co do 
obrony nie należy, to lnie mogę na to pozwolić. 
Oskarżony: Panie prezydencie! Kiedy mam być skazany 
do Zuchthausu, to mi pewnie dozwolisz bronić się tak, jak 
sobie rozważyłem. Na punkta oskarżenia odpowiadać nie bę- 
dę, bo już dawniej dowiodłem, że w nim same tylko fałsze 
się znajdują. Ale kiedy wykażę całą historię postępowania 
z nami podczas więzienia, to mam nadzieję, że panowie, jako 
bezparcjalni sędziowie, inne poweźmiecie przekonanie o na- 
szej sprawie. 
Prezydent: Kolegium uda się na ustęp dla obradowania, 
czy panu wolno w ten sposób dalej się tłumaczyć". 
(Idą na ustęp) 
W tej pauzie przystępuje do mnie obrońca Lent mOW1ąc: 
"Szkoda, żeś pan nas nie uprzedził, że nas wszystkich wzy- 
wasz do poparcia twierdzenia, że całe oskarżenie jest na nic, 
kiedy w nim świadome fałsze się znajdują. Bylibyśmy się 
naradzili, bo to ważny argument. Nie daj się pan zbijać 


301
>>>
żadnem przeszkadzaniem, bo panu służy prawo bronić się, 
jak ci się podoba". 
Żałuję mocno, żem Lenta nie wybrał na obrońcę. Mój 
Elven zawsze mi tylko gadał, że mnie uwolnić muszą, bo 
wszystkie zarzuty są nierozsądne, a właśnie z tych fałszy- 
wych i nierozsądnych zarzutów mógłby całe oskarżenie 
obalić. 
Po dosyć długiej naradzie wchodzą sędziowie i prezydu- 
jący ogłasza decyzją, że nie wolno mi zapowiedziany prze'ze 
mnie temat dalej prowadzić. 
"Oskarżony: Opuszczając zatem wzbronione mi powody 
naszego uwięzienia, to tylko muszę nadmienić, że gdyby na- 
si szanowni obrońcy byli świadkami postępowania z nami 
w więzieniu w Hausvogtei i w Moabicie, zaiste nie byliby 
potrzebowali zapuszczać się w labirynt oskarżenia, pamię- 
tnego na zawsze w dziejach sądownictwa, bo z tego labi- 
ryntu nawet taki rycerz jak Tezeusz nie potrafiłby bez kłę- 
bka Ariadny wyprowadzić ofiary Minotaura. Wtenczas wie- 
le łatWliej udałoby im się odkryć w tern oskarżeniu ów 
dolus pana nadprokuratora, który nam narzuca, a podług 
mojego przekonania sam w niego nie wierzy. 
Gdyby tylko cień niebezpieczeństwa dla Księstwa i Prus 
Zachodnich się okazywał, to by niemiec.cy mieszkańcy naj- 
lepiej osądzili, czy to niebezpieczeństwo w istocie istnieje, 
ale natomiast czytaliśmy po gazetach skargi, po co tyle 
wojska ciężarem się staje dla tych okolic, skoro od Pola- 
ków nie mają się czego obawiać. 
Kiedy więc rządy dzisiejsze tym procesem widocznie tyl- 
ko prześladowanie nasze mają na celu, pytam się, czemu 
właśnie sądownictwo pruskie ma się posługiwać, żeby dzie- 
ło zniszczenia naszego wykonać wespół z Murawiewem i je- 
mu podobnych? Wszak to właśnie sądownictwo pruskie... 
Prezydent: Muszę oskarżonego prosić o większe umiar- 
kowanie w swoich wyrażeniach i nie obrażać Jenerała 
i pruskie sądownictwo. 
Oskarżony: Nie dokończyłem, co chciałem powiedzieć, bo 
zostałem przerwanym. Otóż powiadam, że właśnie sądow- 
nictwo pruskie, po dokonanym rozbiorze, zasłużyło sobie 
uznanie bezparcjalnej sprawiedliwości i sumienności, tak że 
wielka część Polaków pogodziła się z smutnem przeznacze- 
niem. Dlatego i dziś jeszcze nie wierzę, aby Wysoki Sąd 
wyrokiem swoim przyłożył rękę do naszego zniszczenia. 
Żeby zaś nie powiększać niecierpliwości pana prezydenta, 
pozwolę sobie tylko jedną jeszcze ogólną uwagę. Z całego 


302
>>>
przebiegu procesu naszego pokazuje się, że mieszkańcy Księ- 
stwa Poznańskiego i Prus Zachodnich mają być podzieleni 
na depczących i deptanych, w takim razie uważam położenie 
ostatnich jako korzystniejsze, bo zostajemy zbici w jedną 
ścisłą masę, która się lepiej ostoi, gdy burza nadejdzie. Ci 
zaś, co dziś są górą i nas depczą, to biada im, a niejeden 
z nich będzie się zaklinał, że nie należał do depczących. 
Ale ponieważ dziś jeszcze spokój na świecie, deptanie ma 
iść swoją drogą, zdaje mi się zatem, że pan nadprokurator 
swojem wypracowanem oskarżeniem przedstawił nam prób- 
kę deptaka, ale nasi panowie obrońcy, zdaje się już dosta- 
tecznie, okazali niezdatność onego, tak że wynalazca może 
zań prywatnie być wynagrodzonym, ale na wystawę świa- 
ta ta maszyna nie przyjdzie!" "- 
Obsypali mnie i prokurator i prezydent wybuchami zaja- 
dłości swojej, a więc, żeby takową uśmierzyć, kończę w ten 
sposób: 
"Pozwalam sobie zatem zakończyć mowę moją z tern 
szczerym życzeniem: 
Aby ta improwizowana, wiekopomna, sala sądowa nie 
była - podług żałobnego pozoru zewnętrznego i podług ży- 
czeń pana nadprokuratora - symbolem grobowej katakum- 
by Polski, ale podług artystycznie ozdobnego wnętrza - 
symbolem arki przymierza!" 
Wypuściłem dużo jeszcze pięknych rzeczy, które w bezsen- 
nych nocach moich wymyśliłem, bo obok mnie siedzący 
obrońca Elven szturchał mnie, szepcząc, że oburzając sę- 
dziów, pogorszam sprawę moją i kochani koledzy moi przy- 
syłając mi szklanki z wodą, dawali do zrozumienia, że im 
wszystkim szkodzę takiemi przykremi argumentami. 
2 grudnia była ostatnia sesja. W przerwie nastąpionej, aż 
do ogłoszenia wyroków, mieliśmy sposobność przyjrzeć się 
triumfalnemu wejściu zwycięskiego wojska z wojny szlez- 
wickiej II. Na czele jechał król, słabo bardzo witany przez 
lud, wojsko zaś, za nim postępujące, odbierało głośne ozna- 
ki sympatii. Uderzyło mnie, przypatrując się z bliska fizjo- 
gnomiom żołnierzy, że gdzieniegdzie tylko widać było na 
twarzach odbyte trudy zimowej kampanii, reszta młodzi. 
czerstwo wyglądający żołnierze. Tę moją uwagę udzielam 
obok mnie stojącemu berlińczykowi, który z uśmiechem od- 
powiada: "To czysta komedia, dobrze wyglądający nie byli 
wcale w wojnie, bo tamci po większej części w lazaretach, 
chorzy na reumatyzm". 
Przy iluminacji okazali niektórzy mieszkańcy swoją dla 


303
>>>
nas sympatię, prosząc w transparentach o amnestią dla Po- 
laków. 
Nareszcie w samą wilią Bożego Narodzenia wezwano nas 
do Hausvogtei dla usłyszenia wyroków, które były nastę- 
pujące: 


"I 


Na karę śmierci i poniesienie kosztów skazani są następu- 
jący: 


1. Jan Kanty Kościelec Działyński 
2. Aleksander Guttry 
3. Włodzimierz Wolniewicz 
4. Julian Ksawery Łukaszewski 
5. Filip Skoraczewski 
6. Edmund Taczanowski 
7. Władysław Zakrzewski 
8. Proboszcz Szymon Radecki 
9. Bolesław Lutomski 
10. Zygmunt Jaraczewski 
11. Józef Alojzy Seyfried 


II 


12. Władysław Kosiński - na dwa lata więzienia 
13. Władysław Niegolewski - na dwa lata więzienia 
14. Józef Rustejko - półtora roku więzienia 
15. Józef Żórawski - jeden rok więzienia 
16. Napoleon Ksawery Mańkowski - jeden rok więzienia 
17. Roman książę Czartoryski - jeden rok więzienia 
18. Wacław Koszutski - jeden rok więzienia 
19. Stanisław Sczaniecki - jeden rok więzienia 
20. Włodzimierz Kurnatowski - jeden rok więzienia 
21. Proboszcz Stanisław Rymarkiewicz - jeden rok trzy 
miesiące 
22. Proboszcz Cyprian Jarochowski - jeden rok trzy mie- 
siące 
23. Józef Mielęcki - jeden rok trzy miesiące 
24. Walery Hulewicz - jeden rok trzy miesiące 
25. Leon Smitkowski - jeden rok trzy miesiące 
26. Bolesław Kościeiski - jeden rok trzy miesiące 
27. Erazm Zabłocki - jeden rok trzy miesiące 
28. Bolesław Moszczeński - jeden rok trzy miesiące 


304
>>>
29. Serafin Ulatowski - jeden rok trzy miesiące 
30. Julian Mittelstiidt - jeden rok trzy miesiące 
31. Leon Martwell - jeden rok sześć miesięcy 
32. Natalis Sulerzyski - jeden rok sześć miesięcy 
33. Edward Kalkstein - jeden rok sześć miesięcy 
34. Teodor Jackowski - jeden rok sześć miesięcy 
35. Edmund Callier - jeden rok sześć miesięcy 
36. Bolesław Juliusz Dienheim, Prawdzic, hrabia Chotom- 
ski - jeden rok więzienia 
37. Student filozofii Winkler-Kętrzyński - jeden rok wię- 
zienia 
38. Dr filozofii Kazimierz Szulc - jeden rok więzienia. 
I wszyscy na poniesienie kosztów. 


Reszta została uwolnioną. Taką ofiam gwd.azdkę wyprawiono! 


20 - P8ml
tnlk1...
>>>
r- 


Rozdzial XVII 


OD 1 LIPCA 1865 DO 3 MAJA 1872 


Treść: Osądzony na rok wIęzIenia, wyjeżdżam do Franzensba- 
duo - Potem do. Drezna. - Na koniec do Krakowa. - Pogląd 
na Kraków i jego mieszkańców. - O zarzuconym stroju naro- 
dowym. - Wojna Prus z Austrią. - Trzy dni w więzieniu kra- 
kowskim spowodowane przez Prusaków. 
 Dalsze napaści na 
mnie. - Polemika moja z panem Józefem o Bismarcku. - Inse- 
rat w ..Kraju" o pannach krakowskich. - Wojna Prus z Fran- 
cją. - Jakie stąd skutki dla Polski. - Dokończenie. 


Przed odjazdem do domów zaprosiliśmy naszych obroń- 
ców na obiad, na którym wesoło się bawiąc, mówił Lent 
do mnie: ..Jeżeli pan będziesz musiał siedzieć, to Elven za 
tę bibliotekę rewolucyjną musi pana zastąpić", na co Elven 
przystał. Wszyscy bowiem byLi przekonania, że amenstia 
nastąpić musi, ponieważ opinia publiczna takowej wymaga. 
Wróciwszy do domu, niebawem otrzymałem wyrok z mo- 
tywami, skazujący mnie na rok wdęzienia w Grudziądzu. 
Ponieważ te motywa były tak błahe, jak całe oskarżenie, 
napisałem do Elvena, że żądam rewizji wyroku, do czego 
służyło mi prawo. Elven odpisał, że wszyscy skazani nie 
chcą apelować, radzi mi zatem, abym i ja zaniechał, ponie- 
waż prokurator oświadczył, że' wtenczas tylko odstąpi ze 
swej strony od apelacji za tak łagodne wyroki, jeżeli wszy- 
scy skazani wstrzymają się od apelacji. Kochana solidar- 
ność zniewoliła mnie zatem przystać na życzenia kolegów, 
chociaż wielkie było prawdopodobieństwo, że wzbroniona 
mi przez prezydenta wolność mówienia w mojej obronie 
i w ogóle tak niedorzeczne i fałszywe zarzuty, byłyby mo- 
że inny trybunał zniewoliły do skasowania wyroku. O za- 
stąpieniu mnie w więzieniu zapomniał Elven. 
Swiadectwami lekarskimi broniłem się od nakazanego u- 


306 


......
>>>
\ 


dania się natychmiastowego do więzienia, chcąc zyskać na 
czasie, dla poratowania mocno zachwianego majątku i za- 
niedbanego gospodarstwa. Odpowiedziano mi, że jeżeli 1 lip- 
ca 1865 nie udam się dobrowolnie do Grudziądza, odstawio- 
nym zostanę przemocą. 
, Wzgląd na stan mego zdrowia z jednej strony, z drugiej - 
zapamiętałość niemieckich moich sąsiadów, którzy i w wię- 
zieniu będąc pewni bezkarności swoich, względem mnie, 
zbrodniczych zamachów, nie poprzestaną na takowych wy- 
konać, ,bo już w roku 1848 siedząc z księdzem Tułodziec- 
kim w Grudziądzu, znalazła się, w przysłanej nam z restau- 
racji marchwi, kiełbaska zielona, która nas zmusiła zmienić 
kuchnią - spowodowała, że wolałem opuścić majątek, nara- 
żając go na pewną zgubę i wydalić się z kraju. Udałem się 
więc do Franzensbadu 1, skąd posłałem świadectwo lekar- 
skie do Kammergerichtu, że stan mego zdrowia nie pozwa- 
la mi w murach więziennych narażać życia mojego, a do- 
piero kiedy tu odzyskam zdrowie, udam się do Grudziądza. 
Po sześciotygodniowym pobycie w Franzensbadzie piszę zno- 
wu do sądu że: "Lekarz każe mi na świeżym powietrzu 
dłuższy czas pobyć, jadę więc do Saksonii, gdzie w okoli- 
cy Drezna się zabawię". 
W Dreźnie odbył się ślub mojej córki z Michałem Wybic- 
kim. Zastawszy tam dużo rodzin polskich i emigrantów nie- 
mało, czas przyjemnie spędzałem, ale zapragnąłem dalszą 
pielgrzymkę moją zwrócić do Krakowa, którego jeszcze nie 
znałem. Piszę więc znowu do sądu, że ponieważ jeszcze w 
W1ięzieniu doznawałem troskliwości o moje zdrowie, zapewne 
i teraz mi nie odmówi pozwolenia na dalszą kuracją mo- 
ją w Krakowie, gdzie się udaję do znanego mi hydropaty. 
To się nie spodobało, bo kiedy poprzednie listy moje zo- 
stały bez odpowiedzi, teraz odbieram ostry nakaz udania 
się natychmiast do Grudziądza, pod zagrożeniem sprowa- 
dzenia mnie. Wiedząc, że stosunki Prus z Austrią już były 
naprężone, !llli.e obawiałem się tego sprowadzenia i pojecha- 
łem do Krakowa. 
Tu więc w Krakowie, dokąd pod zimę roku 1865 przyby- 
łem, bawię jako _ jedyny z Prus emigrant dotąd, oczekując 
przepowiadanego ,przeze mnie od ;roku 1848 przywrócenia 
Polski. Wstrząśnienie bowiem całej Europy przez ogłosze- 
nie republiki francuskiej i jej przez Napoleona upadek, da- 
ły mi przekonanie, że prawdziwa republika po nim nie tyl- 
ko we Francji, ale i po całej Europie nastąpi, która zbra- 
tanie narodów za sobą pociągnie i koniec położy tym nie- 


307
>>>
fr- 


szczęsnym uzbrojeniom wojennym, przez które najlepsze si,. 
ły narodów marnieją i upragnionemu pokojowi świata. nie 
pozwalają nastąpić. Dwa tuziny więc już latek opowiadam 
moim rodakom, że za cztery tygodnie, za rok naj dalej .,...,.. 
skoro powyższa ewentualność nastąpi - możemy doczekać 
się Polski, bo siła pary, nieznana światu od czasu stworze- 
nia, dziś nie tylko działa w materii, ale i w duchach. I nie 
przy,krzy mi się ciągle jedno powtarzać, ,bo mnie ta wiara 
uzdrawia; toteż proszę was mili rodacy, niech wam nie 
przykrzy się słuchać, ale przyczyńcie się do propagandy wia", 
ry we wszystkich warstwach, mam bowiem silne przeko- 
nanie, że gdyby ona była ogólna, to by jej potędze nic o- 
przeć się nie mogło. 
Kraków ze swemi historycznemi pamiątkami, z nieocenio,.. 
nemi plantacjami 2, z kopcem Kościuszki, na który pierw- 
szy mój skierowany był spacer, zajął mnie mocno, ale za- 
dziwiły brudne domy zewnątrz, a bardziej jeszcze podwórza 
nieznośnemi wyziewami cuchnące i bruki szkaradne. To kil- 
kodziesiątletnie gospodarstwo niemieckie tak zaniedbało na- 
szą starą stolicę! Kto od owego czasu dziś przybędzie 40 
Krakowa, musi przyznać, że polski magistrat na najlepszej 
jest drodze z niego w niedalekiej przyszłości zrobić jedno 
z najpiękniejszych miast. Najgłówniejszą jednak przeszkodą 
do tak pięknego celu widzę w zastraszający sposób mnożą- 
cych się Żydów, którzy nigdzie, tak jak tu i w całej Gali
 
cji szwargotem, ubiorem i szachrajstwem na ka
dym kroku 
rażąc przechodnia, utwierdzają przekonanie, że tylko wiel
 
ka burza takie śmieci wymieść zdoła. 
Bardziej jeszcze, jak .te, dopiero wspomniane, przykre wra,.. 
żenia dla przybyłego do Krakowa, zadziwił zawód, którego 
doznałem, przyglądając się jego mieszkańcom. Porwany przed 
dwoma latami z mojej rodzinnej zagrody do więzienia, zo- 
stawiłem w mojej prowincji całe obywatelstwo w naro;lo- 
wych ubiorach. Powstanie 'W Królestwie spowodowało wszy
 
stkie dzielnice dawnej Polski do przywdziania zaniedbane- 
go ubioru polskiego, w przekonaniu, że ubiór wielce wpły- 
wa na ducha. Nie byłbym się odważył zarzucony przeze 
mnie frak darować mojemu lokajowi, żeby mnie nie zapy- 
tał: "Czy i on nie jest Polakiem?" 
Byłem więc przekonany, że w tej starej polskiej stoli- 
cy, gdzie tyle kamiennych jest pamiątek naszej wielkości 
i mieszkańców znajdę w ubiorach narodowych, przypomi- 
nających licznie tam przy:bywającym cudzoziemcom, że S21 
w polskim kraju. Ciężko mi się więc zrobiło na .sercu, gdym 


308
>>>
się . dawiedział, że po upadku powstania przewazme więk- 
sza część zarzuciła narodowe ubiary, przecież przez nikogo. 
nie zakazane. Narzekamy, że Bismarck nas chce zniszczyć, 
a sami powód mu dajemy, zrzuciwszy naszą skórę polską. 
W tej skórze jesteśmy trudniejsi do strawienia, a przecież 
poczciwy Russa 3 nam radził, abyśmy, kiedy nas połknęli, 
starali się, żeby nas nie strawili. 
Słyszymy często przy narodowych uroczystościach piękne 
Inowy, że a własnych siłach powstać musimy, byleby tyl- 
ko jedność i wspólna praca te siły stworzyła. Ale czyż lud 
polski w Krakowie i w Galicji, święcie zachowujący ubiór 
naradowy, a w ludzie głównie spoczywa siła naradu, da- 
patrzeć jest w stanie tej jedności, kiedy tego. ducha pol- 
skiego nie widzi, ba gdzieś pad cudzaziemską szatą się cho- 
wa. 
Wiara nasza i miłaść ajczyzny są to dwie wielkie rękoj- 
Inie naszego. zbawienia. Duch, który obie ożywia, potrzebu- 
je pewnych form pod zmysły wpadających, żeby się nimi 
kirzepić. Tateż wierny naród modły adprawia przed obrazami 
Zbawiciela i Matki Najświętszej, a duch naradawy się oży- 
wia w odzieży przodków naszych. Zarzucając jedna i drugie 
dajdziemy da bezwyznaniowości i kosmapolityzmu, które 
się dziś u nas już dość często zaczynają objawiać i dapoma- 
zemy wrogam naszym do zamierzonego. zniweczenia naszej 
naradowości. 
. Niemcy, którzy się dziś mienią u szczytu potęgi, widząc 
potrżebę krzepić swaje siły, żeby czoła stawić nieprzyja- 
ciołam, którymi dokoła są ótoczeni, wymyślają ubiory na- 
rodowoniemieckie, zarzucając fraki i inne mody francus- 
kie; dotąd powszechnie przyjęte. A przecież to jest naród 
szczycący się swoją duchową przewagą. 
Nie tylko wrogów naszych ośmielamy przez zarzucenie na- 
rodoWych ubiorów, że nas już teraz myślą łatwiej na Niem- 
ców przerobić, ale i dotąd nam przychyLne narody od- 
wracają się od nas, sądząc żeśmy przestali być Polakami. 
Przykre zrabiliśmy doświadczenie kilka lat temu, kiedy 
Węgrzy zaprosili tawarzystwo polskie ze Szczawnicy do 
Szineksu 4. Dowiedziawszy się o tem ciekawy byłem, jakie 
tam było naszych .przyjęcie, bo kilka lat przedtem wtem 
samem miejscu ich ze znanym węgierskim entuzjazmem 
i serdecznością nadzwyczajną podejmowano. Jakże więc 
mnie zadziwiło, gdym się dowiedział, że bardzo oziębłe tym 
ra:żem, że Węgrzy na balu tylko ze swoimi damami tańczyli, 
o . nasze wcale nie dbając. Niespodziewana ta dla mnie za- 


309
>>>
gadka dopiero się wykryła, kiedy pytając o przyczynę zna- 
jomego, który należał do tego towarzystwa, po długich ba- 
daniach .nareszcie mi się 'Pr.zyznał, że byli we frakach. 
Mam najmocniejsze przekonanie, że przyjdzie niezadługo 
czas, gdzie, tak jak kiedy cesarz austriacki miał przybyć do 
Krakowa, wezwania czytaliśmy na rogach ulic, żeby wy- 
stąpić w narodowych ubiorach, ponieważ Cesarz tego sobie 
życzy, a ambaras był wielki w Krakowie o pasy i w ogóle 
paradne polskie ubiory; przyjdzie, mówię, czas, gdzie trzeba 
będzie na gwałt się przebierać w narodowe, ale skromne 
suknie, żeby się po nich poznawać wzajemnie, radzę zatem 
zawczasu pomyśleć o takowych, żeby w podobny nie po- 
paść ambaras. 
Już bym się nie dziwił starszym obywatelom, że przez 
zmianę ubioru zrywają łączność z powstaniem, co tyle klęsk 
na ojczyznę sprowadziło, ale że i młodzież, kształcąca się na, 
od wieków wsławionej, Wszechnicy Jagiellońskiej, a której 
tak pięknie w skromnym narodowym ubiorze, porzuca ten 
ubiór, żeby znać nie rozniecił w niej niebezpiecznego ognia 
miłości ojczYmłY d. popchnął na nowo w niewczesne zapasy w 
wrogami naszymi - to smutno! Ale czyż ja, tu w Krakowie, 
nie doczekam się tej pociechy, że młodzież polska porzuci 
tą zbytecznie zimną rozwagę, k,tórą troskliwe .0 dobrobyt sy- 
nalków mamunie w ich umysłach i sercach zaszczepiły 
i przeprosiwszy się z narodowym strojem pociągną i oj- 
czulków za sobą, tak że od razu poznać będziemy mogli, 
że jesteśmy z duszą i ciałem Polakami? Nie tracę nadziei, 
że się doczekam tej pociechy! 
N a wstępie więc moim do Krakowa pocieszały mnie prócz 
narodowych pamiątek, tylko dziarski lud w strojnych kra" 
kowskich ubiorach i teatr narodowy, znakomitemi szczy- 
cić się mogący artystami. Znalazły się wkrótce i zacne ro- 
dziny, przyjmujące serdecznie u siebie pruskiego emigran- 
ta, nie tylko w Krakowie, ale i w Galicji. Aleksander Ro- 
galiński, ów pogromca Moskali pod Płockiem, dowiedziaw- 
szy się, że jestem w Krakowie, zabrał mnie ze sobą i obwo- 
ził po gościnnych domach swojej rodziny, tak że całą zi- 
mę przepędziłem przyjemnie nie tylko u nich, ale i w są- 
siednich domach. 
Pod wiosnę roku 1866 wróciłem do Krakowa, bo nastąpio- 
na amnestia radziła mi rozważyć, czy nie będzie pora wró- 
cić do domu. Ale wiedząc, że tam tylko wielkie kłopoty, 
wskutek znacznie podczas nieobecności mojej obdłużonego 
majątku, mnie czekają, wolałem czekać na wypadki polity- 


310
>>>
czne. na które się wskutek groźnego występowania Prus 
przeciw Austrii zanosiło. Niebawem kroki wojenne się roz- 
poczęły i pokazało się, że nie miałem po co wracać do do- 
lI1u. Od kilku bowiem miesięcy, nie odbierając od moich 
ani listu, a tern mniej pieniędzy, byłem w niemałym amba- 
rasie. Szczęściem znalazł się poczciwy emigrant, który mi 
ofiarował mieszkanie, stół i pożyczał pieniędzy. Był nim 
szanowny Czyński 6, który z żoną i małym synkiem przybył 
przed niejakim czasem z Paryża do Krakowa. Spacerując 
pewnego dnia z nim i dwoma znajomymi przed obiadem 
po plantach, przystępuje do mnie tak zwany szpicel policyj- 
ny, bo bez munduru, żądając, abym z nim poszedł na poli- 
cją, Pytam go, czy ma na piśmie wezwanie, na co odpowia- 
da, że nie ma. - "To mi przynieś takowe, a po obiedzie 
przybędę." - "Pan zaraz musisz iść" - i przywołuje po- 
licjanta, znajdującego się w bliskości. 
Trzeba było pychę z serca zrzucić i iść na policją. Po- 
kazało się, że urzędnik policyjny o niczym nie wiedział _ 
wyprowadzili się zatem z pokoju, a kiedy po dość długiej 
konferencji ze szpiclem, wracają na powrót, dowiaduję się. 
że o dwie bagatelne rzeczy jestem oskarżony: 1° o fałszo- 
wanie banknotów pruskich, 2° że jestem szpiegiem prus- 
kim. 
Przedstawiam, że jedno i drugie jest Ś1niesznem, a szcze- 
gólnie drugie, bo kiedy wszystkim jest wiadomym, że je- 
stem ofiarą prześladowania Prusaków, jakże mam być ich 
szpiegiem. Odpowiadają mi, że ponieważ na rok skazany 
jestem, staram się im przypodobać, żeby mi podarowali ka- 
rę. Co do fałszerstwa, to mnie zmusza nieodbieranie pie- 
niędzy z domu. 
Dowcipna ta ze strony Prusaków była kombinacja, bo 
chcąc mnie dostać w swoje ręce, trzeba było mnie wysta- 
wić jako zbrodniarza względem Prus, żeby zaś nakłonić 
rząd austriacki do wydania mnie, trzeba było mnie zrobić 
szpiegiem pruskim. 
Następnie oświadczono mi, że rewizja odbędzie się w mo- 
im mieszkaniu i zawieziono mnie tam. Obszukawszy wszy- 
stko dokładnie, znaleziono owe maszyny do fałszowania ban- 
knotów, owinięte w_ papier, ale niemiły był zawód, widząc 
po rozwinięciu, rewolwer z przyrządami do niego. Zapyta- 
ny o niego, odpowiadam, że jest mi przysłany przez tutejsze- 
go puszkarza dla wręczenia właścicielowi - panu Rogaliń- 
skiemu. Zabierają rewolwer, ponieważ nie mam kwitu doz- 
walającego mi posiadać broń i wracamy na policją. 


311
>>>
Tam okazując niecierpliwość, że mnie tak długo w kan- 
celarii policyjnej zatrzymują i żądając, aby mnie do Namie. 
stnictwa G zawieziono, czynią zadość mojemu żądaniu i sia- 
dam z dwoma stróżami porządku do dorożki. Zamiast jed- 
nak prosto na Rynek ze mną jechać, wyjeżdżamy na Plan- 
ty dokoła miasta, pod pretekstem, że tamtędy kazano je- 
chać i w bliskości zamku zatrzymuje się dorożka. Czytam 
napis: "Więzienie". Nie pomogły wszelkie protestacje, wpro- 
wadzają mnie do brudnego więzienia i zamykają. 
Pod wieczór wchodzi sługa więzienny mówiąc. "Zle z pa- 
nem!" Był tu jeden, który się pytał: "Gdzie to jest ten pan, 
którego jutro o szóstej z rana koleją mam odstawić do 
Prus". Widząc całe niebezpieczeństwo, które mi grozi, je- 
żeli się dostanę w ręce Prusaków, znanych mi jeszcze z 
roku 1848, bo mi się przypomniała i owa kiełbaska w march- 
wi i rycerski czyn pod Łabiszynem i tyle innych zabójstw 
bezbronnych, poznałem konieczność pośpiechu z ratunkiem. 
Robię więc hałas i żądam, skoro wszedł dozorca, aby mi 
przysłano lekarza, dr. Harajewicza, bo jestem chory. Zacny 
ten mąż, którego i serce, i energię - potrzebne w takich 
położeniach - miałem już sposobność poznać, pospieszyw- 
szy do mnie, zapewnił, że mogę być spokojnym, bo obywa- 
tele Krakowa nie pozwolą na to, aby mi się krzywda zro- 
biła. Przybywa też niebawem znany poseł dr Zyblikiewicz 
i zażądał ode mnie spisu majątków, które posiadam, a po- 
l1Iieważ wtenczas jeszcze siedem majątków z areałem piętna- 
ście tysięcy morgów posiadałem, było to dostatecznym do- 
wodem, że nie potrzebuję się bawić fałszowaniem bankno- 
tów pruskich. 
Staraniom tego zacnego męża winien jestem, że zebrawszy 
dwunastu najznaczniejszych obywateli, poszedł z niemi do 
Namiestnictwa, gdzie złożyli zaręczenie, że tak niegodziwe 
zarzuty są fałszywe. Tym sposobem się stało, że po czwarty 
raz, ale tylko trzy dni, dla odmiany w austriackiej kozie 
siedziałem. 
Biednych szpiclów krakowskich chybiła więc piękna na- 
groda, gdyby im się było udało wydać mnie w ręce Prusa- 
ków. Z ambarasów .pieniężnych wydobyłem się przez przy- 
jazd zięcia mego, od którego się dowiedziałem, że na pocztach 
pruskich był zakaz przepuszczać listy moje, upominające się 
o pieniądze, tak ,że sądzono, że pewnie szczęśliwie gram w 
preferansa i nie potrzebuję. 
Zmieniając później dość często mieszkanie, dowiadywałem 
się, że jakieś szpiegi się kręcą po Krakowie, którzy mnie śle- 


312
>>>
dzą. Przep:mwadziwszy się do mieszkania na ulicy Floriań. 
skiej, w którem dotąd stoję, zauważyłem, że służąca nic mi 
nie mówiąc, zamyka mnie na noc na klucz. Na moje zapy- 
tanie dlaczego, odpowiada: "Jakiś zbójeckiej miny człowiek 
już dziesięć dni zawsze około siódmej godziny rano wdziera 
się na schody mówiąc, że ma do pana interes, a że mu źle 
z oczu patrzało, zamykałam drzwi na klucz. Jedenastego 
dnia innego człowieka, nie mniej podejrzanego, nie puści- 
łam na górę, a kiedy z domu wychodził, widzę owego pierw- 
szego stojącego na ulicy opodal, do którego ów drugi pod- 
chodzi; idę więc ku nim, słyszę po niemiecku ze sobą mó- 
wiących". 
Na różne więc sposoby Niemcy się biorą do mnie, żeby 
się mnie pozbyć. Jeszcze inną w tym celu próbę zrobili. 
Przybywa do Krakowa Niemiec, dawny wielki liberał i ja- 
lm taki mnie znany z ,propozycją, czy nie chcę zamian zro- 
bić mego majątku na wielką majętność w Stryjskiem, co 
mi, jako nadzwyczaj dla mnrie korzystny interes, wysta- 
wia. Odpowiadam mu, że póki kawałek ziemi mi zostaje tam, 
gdziem się urodził, przy nim zostanę i mam nadzieję wrócić 
do niego, żeby się upomnieć o to, co mi wydartym zostało. 
Proszę tę moją odpowiedż zakomunikować tym, co pana 
przysłali. 
Jaki prawdziwy był plan na mnie ułożony, a znowu się 
nie udał, nie wiem, ale zdaje mi się, że chciano mnie wy- 
dostać z Krakowa pod pozorem oglądania owego majątku. 
Nastąpił wielkiej doniosłości wypadek polityczny: wojna 
Prus z Austrią i niesłychane w dziejach pokonanie tak wiel- 
kiego mocarstwa w siedmiu dniach 7. Wojna duńska, która 
obydwóch serdecznych sprzymierzeńców od czasu rozbioru 
Polski do wspólnej akcji ku oderwaniu niemieckich części 
od Danii połączyła, zakończyła się zwycięsko i zabrano naj- 
piękniejsze prowincje: Holsztyn, Szlezwig wraz z małym 
Księstwem Lauenburg. Szło więc o podział zdobyczy. Naj- 
przód zapłaciły Prusy za Lauenburg 2 500 000 talarów Au- 
strii, bardzo upragnione dla jej wycieńczonego skarbu. Na- 
stąpiły targi o Księstwo Holsztyńskie. Prusy ofiarowały 
50 000 000 talarów, ale niegodziwe gazety niemieckie, jak za- 
częły trąbić o szacherce na kraje i ludy, przeszkodziły Au- 
strii przystać na 'zapłatę i 'Proponowano zamianę Holsztyna 
na kawał Szląska, na co się znowu Prusy nie zgadzały. Rów- 
nocześnie ofiarowały WIochy za Wenecją 500000000 fran- 
ków Austrii, ale ponieważ i na to Austria, uwzględniając 
opinię publiczną, oburzającą się w prasie na takie handle, 


313 


........
>>>
przystać nie chciała, Prusy podburzyły Włochy do wojny, 
same posuwając wojska swoje ku granicy austriackiej. 
Austria nie przypuszczając możliwości wojny z Prusami, 
bo gazety potępiały takową jako bratobójczą, najlepsze siły 
swoje obróciła przeciw Włochom, pogróżki zaś Prusaków 
uważając tylko jako presją, żeby przystała na ofiarowaną j 
zapłatę, nie przysposobione do wojny prawdziwej wojska . 
posunęły przeciw Prusakom. Tym sposobem się stało, że Pru- 
sy, duchem ,bi.smarkowskim wiedzione, drwiąc sobie z opi- 
nii 'publicznej, wpadły do Austrii i w tak krótkim czasie 
roZ'biły pierzchające woj.ska. 
Zaczynają się więc sprawdzać przepowiednie Marii Tere- 
zyi, kiedy została zniewoloną przystać na rozbiór Polski 8. 
Mówiła bowiem: "Teraz musimy się starać być ze sobą w 
zgodzie, bo inaczej jedno państwo po drugim, z dzielących 
się Polską upadać będzie". 
I Austria zrobiła początek. Wyrzucona przez Prusy z Nie- 
miec, 20 000 000 talarów kontrybucji zapłacić musiała. Tak 
ciężkie klęski zniewoliły Austrię, by nowe nabrać siły, do 
zmiany systemu meternichowskiego, tak zgubnego dla niej, 
pod hasłem: divide et impera. Stara się pogodzić i przy- 
wiązać do siebie wszystkie narodowości, przeważnie słowiań- 
skie, ale Niemcy wiedzeni odwieczną nienawiścią do Sło- 
wian, oczy ku Prusom zwrócone i przez nie podburzane, 
silne stawiają rządowi na tej drodze przeszkody. Toteż 
wszystkie usiłowania Austrii do skupienia się swoich nie 
udają się i przez to chyli się gwałtownie do swego upad- 
ku. 
Nemezis historyczna odzywa się do Polski: "Będziesz zba- 
wioną!" Prusy, przypomniawszy sobie, że są państwem z 
konieczności militarnym, o czym za rządów nieboszczyka 
króla zapomniały, zbudzone szatańskim duchem Bismarcka 
z letargu, przy pomocy króla, wojskowości całkiem odda- 
nego, silnie zorganizowały się wojskowo i nie tylko Austrią 
pobiły, ale równocześnie i w Niemczech znaczne podboje 
zrobiwszy z węża cienkiego wijącego się przez środek 
Niemiec wyszły na grubego buldoga, zagrażającego resztę 
Niemczyzny pozjadać. 
Bismarck znienawidzony, przedtem przez naród, po takich 
nadspodziewanych powodzeniach, stał się naraz jego bożysz- 
czem. Przekonany, że Francja pragnie odzyskać Ren jako 
granicę, przyobiecany Napoleonowi podczas wojny z Austrią, 
a potem nie dotrzymany, starał się przygotować swoje zwy- 
cięstwami upojone wojska do walki z tak, w opinii publicz- 


:314
>>>
nej, potężnym nieprzyjacielem. Mając przekonanie, że w tej 
walce Prusy zwyciężonemi zostaną, skąd nadzieja dla Pol- 
ski wyrośnie, niemiło mi było nie tylko tu w Krakowie, ale 
i podczas pobytu mego w Galicji słyszeć tyle głosów pol- 
skich wielkość Bismarcka podziwiających. Dla zbicia więc 
tego dla Polski zgubnego entuzjazmu, podałem do "Kraju'" 
następujący inserat: 


"Panie Józefie ni!e uratujesz Bismareka" 


Zapytywany, jakiego Józefa zaczepiłem, odpowiadam, że 
kilku Józefów tu w Krakowie mogą sądzić, że to ich się 
tycze, ale prawdziwy, do którego na zakończenie dysputy 
tych słów użyłem, pewnie się odezwie. Nie omyliłem, się 
wkrótce zjawił się w tymże "Kraju" taki inserat: 


"Odpowiadam, nie kapituluję! 


Zacny panie Natalisie, 
Przecie sprawy nie wygrałeś - 
Ty się łudzisz - zdaje ci się, 
Że Bismarcka pokonałeś! 


Zawsześ gadał: »Już się chmurzy, 
Chwila tylko - a grom huknie«. 
Coś z Twej chmury nie ma burzy, 
Nawet kijem nikt nie stuknie! 


Bismarck ciągle tnie swą sztukę, 
Bo ma hycel olej w głowie, 
Dał on komuś już naukę 
W Konigratzu i Sadowie. 


Ty zaprzeczaj: »Ten, to, oWO« 
A ja ci powtórzę: 
»Rozum Panie, wielkie słowo! 
A Prusacy - to nie tchórze«. 


I choć chciałbym z całej duszy 
Byś miał racją Natalisie, 
Jednak Bismarck się nie ruszy, 
Ta bestia nie da ci się. 


315 


--
>>>
Chcesz to słowo dam ci na to, 
Ześ mąż stanu skromny wcale 
Dziś ogłaszam inseratą: 
»Bismarck ma się doskonale«. 


Józef Mę....." 


Zabawiło mnie niemało, dowiedziawszy się, że po ukaza- 
niu się mego inseratu zjawił się jakiś wysłannik, czy tylko 
wielbiciel Bismarcka, Niemiec, w redakcji zapytując się, ja- 
kie znaczenie ma ten inserat i czy jakie niebezpieczeństwo 
grozi Bismarckowi. Odebrawszy zaspakajającą odpowiedź, że 
to jest tylko objaw dwóch przeciwnych przekonań o nim, 
ucieszony zaprosił dwóch członków redakcji na wino. 
Mnie zaś odpowiedź zaczepionego pana Józefa, ponieważ 
była wierszami, nie lada zaambarasowała, bo trzeba będzie 
tak samo odpowiedzieć, a dotąd jeszcze rymotwórczego me- 
go talentu nie próbowałem. Zdobyłem się więc z niemałym 
kłopotem na następujący wiersz: 

 
., 


...-.,I 


"POWINSZOW ANIE IMIENIN 
19 Marca 10 


z 


f..r.J 

 


Choć Pegaza się dobrałeś, 
Przecie Józiu nie wygrałeś. 
Choć na moje pięć słóweczek 
Sypniesz rymów pół kopeczek. 
'
, 


J 
 
G 
,'- 
ł-..-.J 
r 


Rzekłeś: »To się do mnie napił! 
Ale diable się poszkapił, 
Oddam Helciu mu kułaka, 
Będę śmiać się z nieboraka«. 


»Daj mu pokój mój Józieczku 
Rozum, dowcip masz koteczku; 
Lecz ja Polka, serce prawi, 
Ze pan Bismarck nas nie zbawi. 
Będą śmiali się z Waszeci 
Gdy twój rycerz z konia zleci. 
Może to ktoś inny - przecie 
Więcej Józefów na świecie«. 


»Palnę rymem! to nie snadnie, 
Na Pegaza siędzie? - spadnie!« 


316
>>>
Wi
c dawaj stępaka, 
Polskiego rumaka 
I hajże na pana Józefa! 


I 
J 


Pytasz: gdzie są chmury, burze1 
A Prusaki to nie tchórze! - 
Toć rozpędza Bismarck, dmucha, 
I odgrywa rolę zucha, 
By ocalić Prusy swoje 
Wszędzie wznieca niepokoje, 
Intryguje swym zwyczajem 
Het w Hiszpanii - nad Dunajem. 
Bismarck górą? Toć Ci znana: 
»Jeszcze partia nie wygrana« 
(słowa Napoleona) 


Bismarck ma się doskonale! 
Ty tak twierdzisz, ale 
Już "Czas" pisze: »Tego zucha 
Napadają kurcze brzucha. 
Twego rycerza - zmartwisz się - 
Zamkną znów gdzieś pour les messieurs« 11. 


Potrzeba Ci: ten, to, owo 
Na cześć pruską pod Sadową 
A czy nie wiesz, jak się stało, 
Gdy się gracko tak udało? 


Szczuli na bój polskie syny 
By zdobywać im wawrzyny. 
»Jezus, Maria!« - słychać krzyk 
Niemiec mówi: »To Bruderkrieg!« le 


Niech skowronek w śpiew zadzwoni, 
Wnet usłyszysz szczęki broni. 


»J edźmy Helciu do Krakowa, 
Uściskamy Tentoowa, 
Skąd u licha on to wiedział 
Że tak wszystko przepowiedział? 


Teraz to ja tam do kata 
Jestem skromny dyplomata«. 


317
>>>
" 


Będziesz, będziesz zwyciężony, 
A drugi raz słuchaj żony." 


Nie uspokoił się szanowny pan Józef, ale wkrótce uka- 
zał się w "Kraju" następujący inserat: 


"w twej szanownej odpowiedzi 
Tyle dla mnie nowej wieści, 
Że się Bismarck z brzuchem biedzi, 
Bo kurczowe ma boleści. 


Nigdy też nie wychwalałem 
Jego brzucha ani kości, 
Lecz o rozum się spierałem - 
Przypominam to Waszmości. 


Bismarck chory - nie wiedziałem, 
Bo ja "Czasu" nie czytuję 
No, a w "Kraju" nie czytałem, 
Że kanclerza kurcz morduje. 
Widać źródeł najipewniejszych 
Jak u "Czasu", brak "Krajowi". 
Fakt! Doktorów najdzielniejszych 
"Czas" wnet poszle Bismarckowi. 


Lecz już dosyć. Proponuję: 
))Dajmy pokój tej debacie, 
Bo nas dużo już kosztuje 
Taka sprzeczka w inseracie. 


Ja w Krakowie wkr6tce będę, 
To się darmo nakł6ciemy! 
Spotkamy się i gawędę 
Lecz bez stempla urządzimy. 


A choć Twe proroctwa wieszcze 
Nie wystrzelą w świat z gwint6wki, 
Pozwolę Ci czekać jeszcze - 
I dam buzi z dubelt6wki«. 


J 6zef." 
W dstocie moją zaczepką - zasłużyłem się nieco młodemu 
"Krajowi", nie tylko przez nasze inseraty, ale znalazł się 
wkr6tce w Krakowie jakiś pan Saturnin, kt6ry nie pojąw- 


318
>>>
szy serdecznego ducha naszej sprzeczki, wyrwał się jak 
Filip z konopi i usiłował następującym wierszem nas po- 
godzić: 


B6j zacięty 
Boże święty! 
Mózgi suszy. 
O Bismarcka 
Męż6w parka 
Kopie kruszy. 
Jeden prozą 
Tnie jak łozą 
Przeciwnika. 
Irugi wierszem 
Iłuższym, szerszym 
Się spotyka. 
O c6ż idzie 
Gdyśmy w biedzie 
Precz poswarka! 
Natalisie, 
Waść chcesz w misie 
Zjeść Bismarcka! 
Adwersarza 
To obraża, 
Stąd ferwory! 
Bismarck, ale 
Nie dba wcale 
O te spory. 
Więc oręże 
Zacni męże 
Io rękawa. 
Niech was raczej 
Okulbaczy 
Własna sprawa. 
Saturnin. 


Ponieważ szczęśliwy zwrot naszej sprawy, podług mego 
przekonania, nie w naszym ręku spoczywa, ale od wiel- 
kich wypadków politycznych zależy, a tymi wypadkami dziś 
Bismarck kieruje; idzie więc o to, czy on jak zaczął krwią 
i żelazem ubije ducha, kt6rym ludzkość spod . jarzma, które 
ją gniecie, oswobodzić się pragnie. Ale jak każdy szalony 
gracz, pomimo chwilowego szczęścia, ostatecznie się zgry- 
wa, tak też Bismarck właśnie przez ten nadzwyczajny wzrost 


I 


319.
>>>
państwa pruskiego takiemi drogami przygotowuje jego u- 
padek i to tylko nas zbawić może. Nie pojmowałem zatem 
uwielbienia nieledwie ogólnego u Polaków dla człowieka, 
który, gdyby mu szczęście sprzyjało. do ko.ńca, pomyślałby o 
ostatecznej naszej zagładzie. Przez mój inserat chciałem za- 
tem udowodnić, że kwestia pruska jest kwestią bytu na- 
szego. Nie chciał tego zrozumieć pan Saturnin i znalazł 
zwolenników, bo "Gazeta Toruńska" 11 tylko jego wierszy- 
ki powtórzyła. Są tam przecie jeszcze ludzie, którzy o mnie 
nie zapomnieli! 
Czwarty rok już bawiąc w Krako.wie miałem czas zasta- 
nawiać się nad przyczynami braku ducha patriotycznego 
młodzieży i przyszedłem do przekonania, że wina głównie 
leży w ostygłych sercach Polek dla naszej świętej sprawy, 
co mnie tern bardziej zadziwiło, że zostawiłem w stronach 
moich największy patriotyzm w naszych zacnych kobietach, 
zagrzewających wiarą swoją w przyszłość ojczyzny da wy- 
trwania w walce z wrogami naszymi mężów, braci i synów. 
A że tu tylko kilka szanawnych wyjątków poznałem, któ- 
rym tu cześć moją z uwielbieniem oddaję, odważyłem się 
zaczepić panie krakowskie z naj drażliwszej strony przez na- 
stępujący inserat w "Kraju": 
"W mładości mo.jej często słyszałem przysłowie: piernik 
taruński, trzewik warszawski, krakowska panna. Toruń 
zwycięska dotąd utrzymuje swoją sławę, ale Warszawa zda- 
je się, że z Krakawern zamianę zrabiła, ba warszawskie ele- 
gantki sprowadzają trzewiki z krakowskiej ulicy Floriań- 
skiej, a słyszałem z ust kompetentnych, ba poważnej pani 
krakowskiej, patrząc wspólnie na przechodzące panie w 
ogródku: »'£0 muszą być warszawianki, jakie piękne, jaki 
szyk!« Że kiedyś panny krakowskie musialy zasługiwać na 
pierwszeństwo w piękności, świadczy o tem przysłowie, a 
dodam jeszcze, że dziadek mój często pawtarzał, iż będąc 
w Krakowie, w mładaści, dla odwiedzenia familii swojej, 
Mieroszewskich, ujrzał w kościele pannę, która takiemi 
oczami spojrzała na niego, że mu się caś dziwnego. zrobiło. 
Szukał jej potem, wniaskując, że musi być nabożna, pa wszy- 
stkich kościołach, których wówczas była przeszła siedem- 
dziesiąt, ale jej znaleźć nie mógł. 
»Jak będziesz w Krakawie, powtarzał mi c'zęsta, oglądaj 
się, maże ją znajdziesz.« Toteż będąc tu już kilka lat, oglą- 
dam się, widzę wprawdzie niejedną pannę, na którą miło 
spojrzeć, ale takiej, co jak ona spojrzy, coś dziwnego się 
człowiekowi robi, nie widziałem. t1 


320
>>>
Lubiąc badać przyczyny wszystkich nadzwyczajnych zda- 
rzeń, zastanawiam się nad tem, skąd ta zamiana Warszawy 
z Krakowem nastąpiła? I oto przyszedłem do przekanania, 
że Polki, słynące z piękności za granicą, zawdzięczają to 
uznanie głównie patriotyzmowi, którym górują nad wszy- 
stkiemi narodami, nie tylko samej urodzie. 
Wyczytałem w jednym z dzienników rnemieckich ("Neue 
F,reie Presse" 14), nie grzeszącym przychylnością dla Połaków, 
jako najsilniejszy dowód, że Polska zginąć nie może, to, że 
niewiasta polska dzieci w miłości do ojczyzny i poświęce- 
niu dla niej wychowuje. 
Patriotyzm nie tylko ducha podnosi, ale i piękność ciała 
i duszy tworzy. Fizjologom zostawiam ściślejszy tego do- 
wód. Odwołuję się tylko do J[ózefa] I[gnacego] Kraszewskie- 
go, który mówi, że dziewicy polskiej jeszcze żaden malarz 
nie odważył się oddać w obrazie. Ale czyby nasz Matejko nie 
znalazł w Warszawie, na Litwie, Podolu, Ukrainie wzoru do 
takiej polskiej dziewicy? 
Polki odznaczają się pobożnością i patriotyzmem. W Kra- 
kowie mam sposobność przekonać się o pierwszym. Świad- 
czą o tym powozy codziennie przed kościołami stojące, ale 
skoro jest nabożeństwo za męczennika znakomitego, kra- 
kowskie panie z małymi wyjątkami świecą nieobecnością. 
To samo dzieje się z teatrem. Francuskie sztuczki najbar- 
dziej zapełniają loże. 
Zwyczajny tego byłem, że panie polskie mawiały do 
mnie: »Jakże to miło słys
eć pana ta:k przekonywująco do- 
wodzącego, że musi być wkrótce Polska«. Tu kontent je- 
stem, kiedy milczą, sądzę, że może się zgadzają ze mną, ale 
zdarzało się, że wpadłem w taką łapkę, iż powiedziano mi 
wprost: »Ale ta jest śmiesznem, marzyć Q ,czem , co jest nie- 
podobnem«. 
»Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety« - stare to 
przysłowie - kto więc winien. że taka obajętność dla braci 
waszych szukających kawałka chleba istnieje - kto wi- 
nien, że ca dzień skargi na brak współczucia słyszeć się da- 
ją? - Czemuż nie stajecie na czele stowarzyszeń bratniej 
pomocy? (W kilka lat dopiero później utworzono takie to- 
warzystwo.) 
Czas by był wielki, bo parno i duszno na świecie. nie 
wiadomo kiedy gromy uderzą. Może wkrótce staniemy przed 
sądem narodu. 
Pewny jestem, zacne matki krakowskie. że pragniecie 


2l - pamlętnlkl... 


321
>>>
mieć piękne córki, ale ponieważ nie pojmuję w Polsce pięk- 
ności bez patriotyzmu, pytam się was, czy córki wasze 
umieją na pamięć piękny wiersz Krasickiego 1&, który pierw- 
szy rozpłomienił młode uczucia moje i który dotąd został 
w mojej pamięci: 


»$więta miłości kochanej Ojczyzny 
Czują cię tylko umysły poczciwe, 
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny, 
Dla ciebie więzy, pęta nie zelżywe. 
Byle cię tylko wspomóc, byle wspierać, 
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać«. 


Pragnę zgody z wami zacne Polki krakowskie. Zacznij- 
cie uczyć małe córki wasze tych wierszy Krasickiego, a za- 
ręczam, że nasz Matejko i w Krakowie znajdzie niedługo 
wzór do odmalowania polskiej dziewicy. 


Jeden z byłych .posłów niegalicyjskich. 
Kraków we wrześniu 1869." 


W następnym roku zaniosło się na wojnę Prus z Francją. 
Bismarck przekonany, że do tej wojny przyjść musi, bo 
Francja pragnie odzyskać Ren jako gra,nicę, nabył przez 
ajentów swoich, po całej Francji się kręcących przekona- 
nia, że trzeba się rozprawić z Francuzami póki Napoleon 
cesarzem, który przez dwudziestoletnie swoje panowanie 
zgangrenował dzielny ten naród, a armią w dezorganizacją 
wprowadził. Zmiana w ministerium wojny, bo po śmierci 
sprężystego Niela, nastąpił Leboef, ożeniony z Prusaczką, 
zapewne dopomogła przebiegłemu Bismarckowi przyspie- 
szyć zmierzenie się z Francją, w tern przekonaniu, że po 
śmierci Napoleona tylko republika jest możebną, a z tą trud- 
niejs.zabędzie sprawa. Trzeba więc było wynaleźć zaczep- 
kę, a tą była kandydatura Hohenzollerna na tron hiszpań- 
ski. Napoleon musiał przeciw niej protestować przez swego 
ambasadora, którego podług instrukcji Bismarcka stary 
królewski uczeń z przyczyny zbytniej natrętności za drzwi 
wyprosił 18. Za taką obrazę honoru musiał Napoleon wypo- 
wiedzieć wojnę. Przekonany byłem i tysiące ze mną, że 
Prusy zostaną pokonane, ale na szczęście przeciwnie się sta- 
ło. Potomek największego wojownika oddaje się sam w nie- 
wolę, a Francja w najhaniebniejszy sposób z,ostaje poko- 
naną. Nazywam to szczęściem, bo cóż by dobrego dla nas 


322 


.......
>>>
nastąpiło, gdyby przeciwnie się stało. Napoleon upokorzył- 
by Prusy 
 Ren odebral - Prusy zostalyby, czem były 
dawniej dla nas. Ale i dla Francji szczęście, że się tak sta- 
ło. Pozbyła się bowiem, prawda - przez okropnie bolesną 
operacją, wrzodu, który ją męczył, a tym wrzodem nie kto 
inny, tylko Napoleon, a Francja po tej szczęśliwej operacji 
jako republikańska rekonwalescentka powoli do sił dawnych 
powraca i do strasznego odwetu się sposobi. 
Toteż przekonamy się niezadługo, .że się sprawdzą prze- 
powiednie, które przytoczyłem, bo wkrótce będą Prusy w 
tem położeniu, o którym mówi św. Jan Ił Capistrano: 
Tandem Brandenburgus tremens stabit 17 - albo drugie 
proroctwo, w drugim tomie Pamiętników umieszczone: 
"Król pruski z wielkiego apetytu konstapacji dostanie, a 
cYI"Ulicy zewsząd krew puszczać mu będą". 
Jacy to cyrulicy, czy to nieprzyjaciele, którymi Prusy do- 
koła są otoczeni, czy też sami Niemcy, zagrożeni odwetem 
za napaści, które pod przewodnictwem Prus dokonali na 
Francji, ogłoszeniem republiki będą chcieli ocalić, bliska 
przyszłość okaże. Zbratanie ludów, które potem nastąpi, 
zbawi Polskę. Wyczekując tu, w Krakowie, spokojnie tej 
katastrofy zakończam moje Pamiętniki krótką wzmianką 
tyczącą się mojego majątku. Znamy tysiące ofiar barbarzyń- 
stwa Moskwy, tysiące rodzin polskich niedawno bogatych, 
dziś w nędzy ostatniej. Pod zaborem pruskim również zna- 
leźć można takich, co niemało ucierpieli przez prześlado- 
wanie rządu, ale gdzież szukać takich, co jak ja przyglą- 
dałem się tu z Krakowa, że właśnie rodacy pod pozorem 
opieki nad majątkiem moim, szarpali go tak, że mało co 
zostało. Kiedy już Niemcy dosyć się napastwili nade mną, 
tak że już się kontentowali tym, że już więcej im szkodzić 
nie mogłem, zostało mi jeszcze tyle majątku, że chociaż był 
obdłużony, co do obszaru, do pierwszych należał. Zmuszo- 
ny oddać go pod opiekę dawnego przyjaciela mego, zapew- 
niał mnie, że przy pomocy Banku Toruńskiego interesa wy- 
kieruje doskonale. Toteż tak kierowano, że po niejakim cza- 
sie okazał mi list dyrektora tegoż Banku 18, w którym ten 
pisze, że jeżeli nie dam zezwolenia na przedaż głównego 
majątku, Piątkowa, majątek jego własny jest narażony. Mu- 
siałem zezwolić. Ilustracją do tej koniecznej przedaży sta- 
nowią słowa podczas kontraktu przez pana dyrektora wyrze- 
czone, na zapytanie, dlaczego ten, a nie inny majątek si
 
przedaje: "Trzeba go było upokorzyć". 


323
>>>
Opisałem więc siedemdziesięcioletnie ży,cie moje, dla od- 
dania siebie pod sąd rodaków, a ponieważ ten sąd dzisiaj 
zdaje się na politowanie nad losem moim zakrawać, to mogę 
was zapewnić, 'Przyjaciele moi, że wcale mi tu dobrze w Kra- 
kowie. Nie zazdroszczę tym, którzy w pięknych ekwipażach 
się przejeżdżają, bo chociaż dawniej po dziesięć koni pięk- 
nych miałem w stajni cugowej, to przy gospodarstwie roz- 
ległem i przytykających folwarkach, najwięcej pieszo cho- 
dziłem, a że teraz, w późniejszym wieku nóg ochraniać nie 
mogę, to mam ten zysk, że się zabezpieczam od polskiej 
choroby na nogi, przez zbytnie ich oszczędzanie weszłej w 
przysłowie, a mrowie przecie przede wszystkiem! Nie psu- 
ję sobie także żołądka przez wykwintne potrawy, bo takich 
u mnie nigdy nie było i kontent jestem, że mnie stać na ta- 
nią i zdrową kuchnię wesołego Florczyka. 
Na przyjaciołach mi tu także nie zbywa i żegnam się z 
nimi serdecznie, a mam przekonanie, że skoro wrócę na 
oswobodzoną ziemię rodzinną, znajdą się dawni przyjacie- 
le, z któremi zasiadłszy do uczty wespół z chwilowymi nie- 
przyjaciółmi na uroczysty obchód zbawienia Ojczyzny, za- 
grzmi z ust wszystkich, ale już szczery staropolski toast: 


"Kochajmy się!" 


--
>>>
PRZYPISY 


W prowadzenie 


1 Natalis Sulerzyski otwiera swoje Pamiętniki rodzajem wpro- 
wadzenia, którego nie zatytułował. Wymienia w nim przede 
wszystkim te powody, dla których rzecz całą napisał i sumptem 
własnym, w Krakowie, wydaje. 
E Kammergericht - najwyższy sąd apelacyjny pruski, rozpa- 
trujący, tak jak w tym przypadku, również oskarżenia o zbrod- 
nię zdrady stanu. 
8 Sulerzyski ma tu na myśli przede wszystkim Mieczysława 
Lyskowskiego. Szerzej o tych konfliktach pisze w rozdziale XI 
i następnych. 
4 Mowa jest tu o Piątkowie. Ta folwarczna wieś (obecnie PGR), 
wzmiankowana w dokumentach średniowiecznych po raz pierw- 
szy w 1409 r. leży na północny wschód od Kowalewa (w prostej 
linii około 7 km), obecnie przy szosie łączącej wieś i stację kole- 
jową Zieleń z drogą państwową nr 170 Toruń-Brodnica-Ol- 
sztyn. 
Piątkowo zakupił w dwóch ratach, bodajże w 1787 r., dla sy- 
na Wincentego Franciszek Sulerzyski, z tym że formalnym wła- 
ścicielem został on dopiero w dwu następnych latach.. W drugiej 
połowie XIX w., majętność ta, wraz z folwarkami Dylewem 
i Klotyldowem (wydzielonym zdaje się już po wyjściu tych dóbr 
z rąk Sulerzyskiego), miała 925,66 ha ziemi, w tym gruntów or- 
nych 768,03 ha, 20,69 ha pastwisk, 71,01 ha lasów, 40,37 ha wód, 
25,06 ha nieużytków. W 1868 r. w Piątkowie było 243 mieszkań- 
ców-katolików (niewątpliwie Polaków), 16 dymów i 48 bydynków. 
Gdy Natalis Sulerzyski odziedziczył ojcowiznę, całość szacowano 
na 35 tys. talarów, a gdy z musu sprzedawał ją w 1867 r. otrzy- 
mał za nią 185 tys. talarów. 


Do moich Przyjaciół i Nieprzyjaciół 


1 Zwolennik koncepcji politycznych i działań Ludwika Mie- 
rosławskiego. Mierosławski, występujący publicznie nie bez pew- 
nej demagogii i przesady, intrygujący namiętnie, uchodził w o- 
czach zachowawczych kręgów społeczeństwa krajowego, a już 
zwłaszcza ziemiaństwa wielkopolskiego, za skrajnego terrorystę 
rewolucyjnego, jakim w istocie nie był. Wbrew swoim zaprzecze- 
niom Sulerzyski był jednak zwolennikiem Mierosławskiego i czę- 
ści jego koncepcji polityczno-wojskowych, pewnie zresztą dla- 


325
>>>
tego, że poza epizodem w lutym 1863 r., nie stykał się z nim 
osobiście. 
2 (łac.) Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. 


Rozdzial I 


1 Tutaj - uroczyste przyrzeczenie, ślubowanie. 
2 Karczewo - wieś folwarczna położona około 11 km na pół- 
nocny wschód od Golubia-Dobrzynia, przy drodze z Torunia do 
Brodnicy. Majątek ten dzierżawił już w XVIII w. dziad Natali- 
sa, Franciszek Sulerzyski (kupił go zdaje się w 1790 r., ale wcze- 
śniej chyba dzierżawił). Od 1833 r. miał go Natalis, sprzedał 
w 1861 r. Ferdynandowi Chamskiemu za 43000 talarów. 
8 Zajączkowo - wieś na Ziemi Chełmińskiej, istniejąca ju
 
w XII w., leży w prostej linii około 11 km na północny wschód 
od Chełmży. Folwark tamtejszy od 1834 r. był w posiadaniu ro- 
dziny Hertel1ów. 
4 Zegartowice - wieś leżąca około 9 km na północny wschód 
od Chełmży. Gdy Sulerzyski spisywał swe Pamiętniki, majątek 
był w rękach niejakiego Bremera. 
9 Dylewo - folwark i mała wieś leżące przy szosie Kowalewo 
(Toruń) - Brodnica, wzmiankowane od 1310 r. Wobec blisko- 
ści Piątkowa ziemie tych majętności traktowano przeważnie 
łącznie. 
6 Mierzynek - por. przypis 3 do rozdziału XII. . 
7 Mowa o zwycięstwie Napoleona nad armią pruską pod Jel,1ą 
l Auerstat 14 października 1806 r. Do Torunia wojska francuskie 
wkroczyły już 7 grudnia: tegoż roku. 
8 Starej szkole chojnickiej, sięgającej tradycją 1623 r., przy- 
wrócono status gimnazjum 27 listopada 1815 r. Wśród jej pol- 
skich uczniów wielokrotnie zawiązywały się tajne stowarzyszenia 
patriotyczne. . 
D Chodzi tu zapewne o pierwsze tomy Weltgeschichte :(Historii 
świata) Karla Friedricha Beckera, t. 1-10 Berlin 1801-1809. 
10 Bitwa pod Frydlądem (Friedlandem) w Prusach (obecnie 
Prawdinsk, w obwodzie kalingradzkim RFSR) 14 czerwca 1807 f. 
zamknęła krwawą kampanię armii napoleońskiej przeciw woj- 
skom pruskim i rosyjskim, -prowadzoną od późnej jesieni 1806 r.: 
na północnym Mazowszu, Pomorzu i w Prusach Wschodnich. 
W niecały miesiąc później Napoleon i cesarz Aleksander I pod':' 
pisali traktat tylżycki. Minęło jednak jeszcze sporo czasu, nim 
liczne kontyngenty wojsk francuskich odeszły na zachód. 


Rozdział II 


. 1 W okresie Księstwa Warszawskiego toruńskie Gimnazjtll1;l 
Akademickie (założone w 1568 r.), które już w okresie rządów 
pruskich, po II rozbiorze Polski dalekie było od wszelkiej aka- 
demickości, zachowało nazwę Gimnazjum, choć zaliczone zosta;- 
ło tylko do szkół wydziałowych. Po umocnieniu się kadrow.Vn;I 
Gimnazjum, w 1812 r. uprawnienia szkoły wydziałowej przenie- 
siono z zakładu bydgoskiego na toruński. 


326
>>>
II Karol Wilhelm Schirmer (Szyrmer) - dokonał wiele dla 
podciągnięcia materialnego i personalno-dydaktycznego podu- 
padłej szkoły torUll.skiej. Przybył on do Torunia i objął obowiąz- 
Id rektora we wrześniu 1809 r. Powiązany był z arystokracją 
polską z Wielkopolski. Był m.in. autorem podręcznika nauki ję- 
zyka polskiego dla Niemców. Od 1817 r., gdy upodabniano szko- 
łę toruńską do innych .gimnazjów pruskich, musiał odejść ze sta- 
nowiska rektora. 
8 Paweł Czajkowski - wykładał w Gimnazjum Toruńskim od 
1812 r., a już 1 stycznia 1814 r. musiał odejść z powodów finan- 
sowych. Był on zdolnym nauczycielem, historykiem literatury, 
poetą i tłumaczem. Po wyjeździe z Torunia .od 1815 do 1833 r. 
wykładał w Akademii Krakowskiej. 
4 Tomasz Dziekoński był jednym z wybitniejszych profesorów 
w Gimnazjum toruńskim w latach edukacji Natalisa Sulerzy- 
skiego i jego braci. Uczył kolejno w wielkopolskiej Rydzynie 
i w Chełmnie. W latach 1814-1816 wykładał historię i literatu- 
rę polską w Toruniu; następnie przeniósł się do Warszawy, gdzie 
był najpierw profesorem w gimnazjum, a następnie dyrektorem 
szkół wojewódzkich. 
ó Jan Alojzy Radomiński wykładał w Toruniu od sierpnia 1812 
do 1816 r., gdzie zresztą jego nowoczesne koncepcje pedagogiczne 
i praktyka nie spotkały się z przychylnymi ocenami. Uczył geo- 
grafii, fizyki, matematyki, a także języka polskiego. Przeszedł 
następnie do Warszawy. 
fi Ks. Giełażewski - uczył w latach 1814-1816 w Gimnazjum 
w Toruniu przedmiotów ścisłych. 
7 Ks. Walerian Dziembiński w szkole toruńskiej położył szcze- 
gólne zasługi w nauczaniu języka polskiego w latach 1804-1806. 
Powrócił do Gimnazjum w 1810 r., uczył wówczas religii katoli- 
ckiej, języka polskiego, łaciny, a przejściowo również geografii 
i arytmetyki. 
8 Gen. Stanisław Wojczyński (Woyczyński) - w czasie insu- 
rekcji kościuszkowskiej walczył w szeregach legionów polskich 
we Włoszech, 15 maja 1809 r. nie dopuścił Austriaków do zdo- 
bycia mostu wiślanego w Toruniu, gdy podjęli taką próbę z brze- 
gu kujawskiego. Walczył pod sztandarami polskimi w służbie 
Napoleona do 1814 r. 
D Przedstawione w Pamiętnikach okoliczności obrony Torunia 
przed Austriakami w maju 1809 r. rzecz całą upraszczają i czy- 
nią rodzajem "cudu". Wysłana przez arcyksięcia Ferdynanda Ka- 
rola d'Este brygada generała Mohra miała zdobyć nagłym ata- 
kiem miasto, którego fortyfikacje (w tym i przedmoście - okoli- 
ca dzisiejszego dworca Toruń Główny) były dopiero w trakcie 
odnawiania i rozbudowy. Mohr, skoncentrowawszy swe siły koło 
kujawskiego miasteczka Służewo, podjął 15 maja o świcie atak 
na szaniec przedmostowy. Austriacy atakowali trzema bataliona- 
mi, z tym że jeden z nich, dowodzony przez pułkownika Bru- 
scha - szefa sztabu całego 7. korpusu księcia d'Este, mial zajść 
bjI'oniących się Polaków od strony Podgórza, czyli od zachodu 
i w ten sposób odciąć im drogę ucieczki przy moście na Kępę 
Bazarową, gdzie był następny szaniec. Tak się jednak nie stało. 
Brusch, z nieznanych przyczyn, zaatakował na wprost. Idąc w 
pierwszych szeregach sam zginął, otrzymawszy z bliska strzał 
armatni kartaczem w piersi, co na chwilę wstrząsnęło i zatrzy- 


327
>>>
mało Austriaków. Wprawdzie licząca ponad 1000 osób załoga 
szańca, złożona z rekrutów pierzchła na Kępę, ale kilku doświad- 
czonych oficerów i podoficerów broniło go jeszcze przez pewien 
czas. Wkrótce jednak i oni musieli się wycofać. Następne bezpo- 
średnie natarcie austriackie zatrzymano ogniem artylerii; część 
mostu wiślanego uległa w tym czasie uszkodzeniu. Weszła też 
do akcji ciężka artyleria forteczna, która przepędziła żołnierzy 
Mohra z brzegów rzeki. Bruschowi wystawiono później pomnik, 
który dotrwał do XX W. 
10 Napoleon przebywał w Toruniu od 2 do 6 czerwca 1812 r. 
Mieszkał w Hotelu Warszawskim przy Rynku Staromiejskim 
(obecnie znajduje się tam gmach poczty). 
11 W istocie rzeczy Napoleonowi, jak i wszystkim odwiedza- 
jącym Toruń XIX w., pokazywano dom, a w nim nawet rzekomą 
izbę narodzin Mikołaja Kopernika, przy ul. św. Anny nr 40 
(dzisiejszej ul. Kopernika), narożnik ul. Piekary, a nie właściwy 
pod nr 17. Kamienicy tej przywrócono pierwotny kształt fasady 
dopiero po 1960 r., a nazwisko jej rzeczywistych właścicieli 
z XV w. ustalono w 1881 r., choć długo nie było to akceptowane 
przez część lokalnych historyków niemieckich. 
12 Pierwsze patrole kozackie pokazały się w okolicach Toru- 
nia 22 stycznia 1813 r. 7 lutego rozpoczęło się ostrzeliwanie arty- 
leryjskie ufortyfikowanego miasta, a 17 kwietnia, po zaciętej o- 
bronie, która spowodowała duże zniszczenia zabudowy, garnizon 
francuski i wojska sojusznicze oddały stary gród nad Wisłą. 
Okupacja rosyjska Torunia trwała do 27 września 1815 r. 
18 (łac.) Morze Czarne. 
14 Johann Karl Germar - filolog, absolwent Uniwersytetu 
w Halle, był wieloletnim (od 1783 r.) profesorem Gimnazjum 
Toruńskiego, Przeszedł na emeryturę w 1817 r. 
16 Niemcewicz objąwszy obowiązki wizytatora szkół, przy- 
był do Torunia, w połowie września 1812 r. Głównym celem je- 
go trzydniowych odwiedzin była wizytacja miejscowego Gimna- 
zjum. W swoich Pamiętnikach zanotował później: "Pierwszy raz 
przejeżdżałem przez Toruń (...J. Zwiedziłem tam szkołę, silnie 
zalecając uczącym i uczniom, by się pilnie uczyli języka polskie- 
go, w mieście bowiem już panowała niemczyzna, lubo wokoło 
na wsiach nie tylko mowa, ale i duch polski przemagał [...J". 
Por. J. U. Niemcewicz: Pamiętniki czasów moich t. 2 Warszawa 
1957, s. 276. 
16 Johann Friedrich Bormann - rodem z Saksonii, uczył w 
Gimnazjum Toruńskim od 1800 do 1817 r. języków obcych i przed- 
miotów przyrodniczych. 
17 Konstanty Kruszyński z Nawry - człowiek o dużych ambi- 
cjach kulturalnych, stanął na czele toruńskiego Dozoru Szkolne- 
go. Dozór rozpoczął swą czteroletnią działalność wiosną 1809 r. 
Ocena działalności rektora Schirmera dokonana przez Sulc- 
rzyskiego jest młodzieńcza i nie do końca sprawiedliwa. Nie 
uwzględnia ona trudnych warunków finansowych i kadrowych, 
w jakich musiał Gimnazjum prowadzić, ani faktu, że w 1810 r. 
nastąpiła w organizacji i działalności dydaktycznej tej szkoły 
wyraźna poprawa. 
Por.: S. Salmonowicz: Toruńskie Gimnazjum Akademickie w 
latach 1681-1817. Studium z dziejów nauki i oświaty Warsza- 
wa-Poznań-Toruń 1973, s. 351-379. 


328
>>>
18 Toruńskie Gimnazjum w kształcie, jaki mu nadały władze 
Księstwa Warszawskiego, stopniowo polonizujące się, ale świa- 
domie tolerancyjne narodowo i religijnie, zakończyło swą dzia- 
łalność z początkiem 1817 r. Nowa organizacja, ujednolicająca 
je ze wszystkimi gimnazjami w Królestwie Pruskim, obowiązy- 
wała od marca 1817 r. Kolejny rek'tor, Karol Brohm, objął swą 
funkcję 15 kwietnia tegoż roku i pełnił ją do 1834 r. Był to 
człowiek o humanistycznym nastawieniu. Dzięki niemu odbudo- 
wana została, zniszczona po wojnach napoleońskich, siedziba 
szkoły w dawnej bursie (zbudowanej w latach 1596-1601) przy 
ul. Piekary 49. 
19 Smutne wydarzenia tzw. tumultu toruńskiego z 16 i 17 lipca 
1724 r. przedstawia Sulerzyski w duchu tradycji Gimnazjum, tzn. 
protestanckim. Wyrok i ścięcie burmistrza Rosnera, jak i 9 bez- 
pośrednich uczestników (ale nie radnych) szturmu na kolegium 
jezuickie i niszczenia przedmiotów kultu, były niewspółmiernie 
surowe do zamieszek, w których nikt w końcu nie zginął. Fak- 
tem jednak jest, że władze miejskie zachowywały się biernie, mo- 
że i w części świadomie, w czasie tych zab,urzeń. Wcale nie 
mniejszą, jeśli nie większą, nietolerancję religijną demonstrowa- 
ła też w tamtej epoce część ludności protenstanckiej miasta. Po 
wyroku sfery protestanckie Torunia rozwinęły na wielką skalę 
w Europie akcję oczerniania Rzeczypospolitej i wręcz nawoływa- 
nia do interwencji obcej. Protestanckie Gimnazjum, którego ucz- 
niowie w tych i w innych wydarzeniach odgrywali pierwszorzęd- 
ną rolę, było zagrożone likwidacją. Skończyło się na utracie 
gmachów pofranciszkańskich przy kościele Najświętszej Marii 
Panny i osłabieniu rytmu pracy szkoły. O sprawach tych pisali 
ostatnio: W. Gastpary: Sprawa toruńska w roku 1724 Warsza- 
wa 1969 i, dyskutujący z nim, S. Salmonowicz: O prob,fematyce 
politycznej i prawnej tzw. Tumultu Toruńskiego z 1724 r. "Cza- 
sopismo Prawno-Historyczne" 1972 R. 24 nr 1. 
20 Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern. 
u Jan Havelka w latach 1809-1810 lektor języka polskiego 
w Gimnazjum pochodził z Czech. Został on zwolniony przez rek- 
tora Schirmera ze względu na niedostateczne kwalifikacje. 
22 Nauczyciel tańca. 
28 "Czas" - krakowski dziennik konserwatywny, wydawany 
od listopada 1848 r. do września 1939 r. 
24 Albrecht Thaer - wybitny agronom niemiecki, z wykształ- 
cenia lekarz, założył w rodzinnym Celle Instytut Agronomiczny, 
a w 1806 r. w Moglin pierwszą w Europie szkołę rolniczą. Au- 
tor m.in. czterotomowego podręcznika gospodarowania, którego 
skrócona wersja ukazała się w języku polskim już w 1819 r., 
jako Zasady gospodarstwa rozumowanego. 
25 Burszostwa (niem. Burschenschaften) - związki studentów, 
które rozwinęły się po 1815 r. na uniwersytetach niemieckich. 
Stawiały one początkowo przed sobą patriotyczne cele narodo- 
we, a wobec odgórnego zwalczania tych dążeń ograniczały się do 
kultywowania studenckiego życia koleżeńsko-towarzyskiego. 
2tI Order Czerwonego Orła (Roter Adlerorden) - odznaczenie 
pruskie, nadawane za zasługi dla państwa, ustanowione w 
1705 r. Miał pięć klas, ojciec Natalisa otrzymał order III klasy_ 
27 Wszystkimi siłami. 


329
>>>
Rozdzial III 


1 Trudno ustalić, o którego z Jabłonowskich tu chodzi. Wów- 
czas żyło, podróżowało po Europie i było majętnymi kilku ludzi 
tego nazwiska. 
2 Kurlandczycy to mieszkańcy Kurlandii, dawnego lenna Rze- 
czypospolitej (dzisiaj południowo-zachodniej części Republiki Lo- 
tewskiej). Owi Kurlandczycy na studiach w Lipsku byli niewąt- 
pliwie niemieckiego pochodzenia i wyznania ewangelickiego. 
8 Christian Gottlieb Haubold - wieloletni profesor prawa 
na Uniwersytecie w Lipsku. Szczególnie cenne były jego stu- 
dia z prawa rzymskiego. 
4 Wilhelm Traugott Kruge - kantysta, autor podręczników 
filozofii i pUblicystycznych wypowiedzi, pisanych z pozycji libe- 
rała. Pisał też o losie Polski. 
5 Jędrzej Moraczewski - działacz konspiracji poznańskiej przed 
1846 r. W 1848 r. wchodził w skład Komitetu Narodowego w Po- 
znaniu. Bliski koncepcjom historiozoficznym Lelewela był auto- 
rem m.in. dziewięciotomowych Dziejów Rzeczypospolitej Polskiej. 
6 Góry Kruszcowe to dosłownie tłumaczona z niemieckiego 
(Erzgebirge) nazwa Rudaw, pasma granicznego między Czechami 
a Królestwem Saksonii. 
7 (niem.) Przeklęta podróż d'la przyjemności. 
8 Gra słów po niemiecku: Pan jest z pewnością drukarzem 
(dosłownie - ściskaczem) ! - Tak, ale jestem ściskaczem 
dziewcząt. 
D Ks. Onufry Kopczyński był autorem Gramatyki języka pol- 
skiego i lacińskiego dla szkól narodowych w trzech częściach 
napisanej z polecenia Komisji Edukacji Narodowej, wydanej po 
raz pierwszy w latach 1778-1783. J 
10 Hala - spolszczona, używana często w XIX w., nazwa mia- 
sta uniwersyteckiego Halle, w Saksonii pruskiej. 
11 (niem.) Tchórzliwy łajdak. 
12 Landsmanschaft - tutaj w znaczeniu ziomkostwo, korpora- 
cja studentów z jednego kraju lub prowincji. 
18 Lipsk, a więc i jego uniwersytet (założony w 1409 r.), po- 
został po 1815 r. w granicach Królestwa Saskiego, a Heidelberg 
(uniwersytet założono w 1386 r.) w Wielkim Księstwie Badenii. 
14 Hrabia Adam Gurowski - głośny działacz demokratyczny, 
uzyskawszy amnestię w 1835 r. powrócił z emigracji do kraju 
{za co uznano go renegatem), aby ponownie zbiec na Zachód w 
1844 r. W czasie wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych z 
całą pewnością "sprawie Rosji" nie służył. Do Heidelbergu Gu- 
rowski przybył też w 1823 r. po dwóch latach studiów w Berli- 
nie. Nad Neckarem studiował prawo rzymskie i filologię klasycz- 
ną, Został stamtąd wydalony, podobno za udział w zajściach 
studenckich w 1824 r. 
15 Baden-Baden - uzdrowisko z cieplicami i stacja klimatycz- 
na na skraju Schwarzwaldu. Słynne kasyno prowadził tu w 
XIX w. rzutki Francuz Jacques BEmazet. 
16 Friedrich Christoph Schlosser - autor m.in. wydanej w la- 
tach 1843-1857: Weltgeschichte fur deutsches Volk. Był on hi- 
storykiem liberalizującym, z jego dzieł czerpał swą wiedzę hi- 
storyczną Karol Marks. 


330
>>>
17 Wiesbaden - miasto na prawym brzegu Renu, położone na- 
przeciw Moguncji, wielki zespół źródeł termalnych, szczególnie 
zalecanych przy chorobach reumatycznych. 
18 Franzensbad - niemiecka nazwa FrantiSkovych Lazni - 
słynnego uzdrowiska w zachodnich Czechach, u podnóża Rudaw. 
10 (niem.) Słone źródło, solanka. 
20 Homeopatia - system leczenia wprowadzony przez Samue- 
la Hahnemanna, którego istotą jest dawanie choremu minimal- 
nych ilości tych leków, które w większych dawkach wywołują 
objawy podobne dla typowych danej chorobie. 
21 (niem.) Okazja do Królewca. 
22 (niem.) Marsz na wschód. 


Rozdział IV 



 


1 Bezcenne - tu oznacza, odwrotnie niż dzisiaj, mające bar- 
dzo niską cenę, poniżej wartości rzeczywistej, nadzwyczaj tanie. 
2 Pastwiska dla koni. 
I Korzec berliński (miara pojemności ciał sypkich) pszenicy 
to prawie 55 litrów. 
4 Złoty polski ("pruski") kursował w Prusach Zachodnich 
przynajmniej do końca lat dwudziestych XIX w. i równał się 
4 "dobrym" groszom. W 1 talarze (moneta srebrna) było 6 zlo- 
tych. 
5 Siew jarzynny tzn. sianie zboża jarego. 
6 Jan Wybicki w czasach Księstwa Warszawskiego stał, jako 
podprefekt, na czele administracji powiatu michałowskiego 
(brodnickiego) w ówczesnym departamencie bydgoskim. W 1815 r. 
władze pruskie zachowały go na stanowisku landrata brodnickie- 
go. Pełnił tę funkcję lojalnie do 1839 r., kiedy, wobec narastają- 
cych konfliktów między Polakami a władzami pruskimi, na wła- 
sne życzenie przeszedł w stan spoczynku. W 1848 r. był zaanga- 
żowany w tworzenie Ligi Polskiej w Brodnickiem i został w tym 
powiecie jej przewodniczącym. Po nim landratami brodnickimi 
byli: Schlott (1840), Lauterbach (1841-1845), von Schrotter 
(1847-1849), Szczesny (1851-1858), Senft von Pilsach (1859-1861), 
von Young (1861-1864), Henning (1864-1876). 
7 Włóka chełmińska to 30 morgów (179 550 m 2 ). 
8 (lac.) Smiałym szczęście sprzyja. 
9 (niem.) Z największą przyjemnością. 
10 Chodzi tu o linię wielkopolską Sulerzyskich. 
11 Faktem jest, iż powstanie listopadowe znalazło na Pomorzu 
słabszy oddźwięk niż w Poznańskiem, ale Sulerzyski minimali- 
zuje, z niewiedzy, tę sprawę. Wymienia on tylko czterech ochot- 
ników pomorskich. Otóż z samego gimnazjum chojnickiego po- 
szło walczyć co najmniej 7, jeśli nie 11 uczniów (część z nich co 
prawda pochodziła z północnej Wielkopolski). Nad Wisłę udał się 
nawet landrat powiatu chojnickiego Hiacenty Kossowsk
. Por. 
W. Look: Gimnazjum chojnickie w czasach zaboru pruskiego w 
XIX i na początku XX w. W: Księga pamiqtkowa 400-lecia to- 
ruńskiego Gimnazjum Akademickiego t. 3, Toruń 1974, s. 257. 
12 Jakub Wilkxycki, właściciel Ryńska, uczynił ze swego dwo- 
ru punkt oparcia dla zbiegów politycznych. Cieszył się on du- 
żym autorytetem, do czego przyczyniał się zapewne fakt, że je- 


331
>>>
go brat Jan Jerzy, kanonik kapituły chełmińskiej, a w latach 
1814-1824 administrator tej diecezji, był szczególnie szanowany 
przez niższe duchowieństwo parafialne, mające zawsze duży 
wpływ na kształtowanie opinii publicznej. 
13 Przejście granicy pruskiej i internowanie resztek sił głów- 
nych armii powstańczej nastąpiło pod Brodnicą 5 października 
1831 r. 
14 Kalikst Borzewski - właściciel wsi Chojno na Ziemi Do- 
brzyńskiej, uczestnik powstania listopadowego, emigrant. We 
Francji został wciągnięty do sprzysiężenia pułkownika Józefa 
Zaliwskiego, przygotowującego akcję małych oddziałów party- 
zanckich w zaborze rosyjskim. Wyznaczono go okręgowym pło- 
cko-lipnowskim. Borzewski przybył jednak z opóźnieniem i do- 
tarł na Ziemię Chełmińską gdzieś w pierwszym tygodniu kwiet- 
nia 1833 r. Tymczasem Artur Zawisza, wyznaczony okręgowym 
warszawsko-sochaczewskim był w Toruniu już w marcu i w 
przebraniu chłopskim wyprawił się za Drwęcę dla przekonania 
się o nastrojach społeczeństwa. Powrócił następnie około 10 
kwietnia, przekonany o bezcelowości wznawiania walki. Przy- 
były właśnie Borzewski zaczął go jednak przekonywać o koniecz- 
ności podjęcia działań partyzanckich. A gdy już przeszli Drwęcę 
i osaczeni, 13 maja rozproszyli się po zaprzyjaźnionych dworach, 
Borzewski, chroniący się u swego szwagra, Czermińskiego, zała- 
mał się, wrócił do zaboru pruskiego i udał się na emigrację. 
1& Artur Zawisza - ochotnik powstania listopadowego, na emi- 
gracji członek Towarzystwa Demokratycznego. Należał do współ- 
organizatorów wyprawy Zaliwskiego. 10 marca przybył do Turz- 
na pod Toruniem, gdzie podjął przygotowania do wyprawy par- 
tyzanckiej. Wyruszywszy wspólnie z Borzewskim, przejął faktycz- 
nie dowództwo nad małym oddziałem i po przeczekaniu obław 
rosyjskich, 27 maja zebrał go ponownie, przeprawił się przez Wi- 
słę i ruszył ku Warszawie. 14 czerwca oddziałek ten Rosjanie 
otoczyli koło Krośniewic. Po zażartej walce część partyzantów, 
w tym i rannego Zawiszę, ujęto na miejscu, pozostałych wyła- 
pano później. Zawiszę powieszono w Warszawie, 15 listopada 
1833 r. przy ówczesnej Rogatce Jerozolimskiej, dzisiejszym Placu 
Zawiszy. Do końca zachowywał się bohatersko. 
16 Planowane przejście granicy zaboru rosyjskiego w różnych 
punktach przez oddziały ochotników z wyprawy pułkownika Jó- 
zefa Zaliwskiego miało nastąpić w dniu jego imienin, tj. 19 mar- 
ca. Manewr ten udało się przeprowadzić tylko częściowo. 
17 Byli to żołnierze z internowanych na Powiślu, w okolicach 
Elbląga i Malborka, sił powstańczych, którzy opierali się przy- 
jęciu amnestii rosyjskiej i powrotowi do Królestwa, Prusacy 
więzili ich w twierdzach, przede wszystkim w Grudziądzu. Wśród 
nich było rzeczywiście wielu służących w słynnym 4. pułku pie- 
choty liniowej. Po wysłaniu większości z nich morzem na Zachód, 
część siłą wyokrętowała się w Portsmouth w Anglii i dała po- 
czątek Gromadzie Grudziąż Ludu Polskiego. 
18 Chodzi tu najpewniej o emigranta Antoniego Kurellę. byłe- 
go porucznika 3. pułku piechoty liniowej, odznaczonego krzyżem 
Virtuti Militari. Po powrocie na emigrację opuścił on w ogóle 
Europę. 
19 Oddziałek Borzewskiego i Zawiszy przeprawił się przez 
Drwęcę nocą z 1 Da 2 maja 1833 r. Do starcia z patrolem kozac- 


332
>>>
-- 


kim rzeczywiście doszło w pobliżu Radzik Małych. Zginęło i by- 
ło rannych w nim kilku kozaków, ale i dwóch partyzantów 
Kurella i Woj&iewicz. 
20 (łac.) Zła- marka, zła nota. 
81 Fryderyk Wilhelm III zmarł 7 czerwca 1840 r. 


Rozdzial V 


1 Chodzi tu o popularne w swoim czasie dzieło Ignacego Kra- 
sickiego, wydane w 3 częściach między 1778 a 1803 r. 
2 Eichsfeld - wyżyna, wapienna kraina w centrum Niemiec 
na południowy zachód od Harzu. Główne miasto - Heiligen- 
stadt, ludność przeważnie katolicka. 


Rozdzial VI 


1 Izabella Czapska - pierwsza żona Natalisa Sulerzyskiego, 
poślubiona przezeń w 1836 r., urodziła się 1 maja 1815 r., zmar- 
ła już 6 grudnia 1837 r. 
2 (niem.) Hodowla jednorodna. 
8 Park dworski (a w nim niektóre drzewa sadzone jeszcze 
przez Natalisa Sulerzyskiego) zachował się we względnie dobrym 
stanie do chwili obecnej. 
4 Gębice - wieś położona na wschód od Czarnkowa, odległa 
od Torunia około 150 km. 
6 (niem.) Otóż i przybył on! 
6 Niemiecka nazwa uzdrowiska Duszniki w Kotlinie Kłodzkiej. 
7 Niemiecka nazwa uzdrowiska Lcizne Jesenik, na północy 
Moraw, u podnóża Pradziada, leżącego powyżej miasteczka Jese- 
nik. Uzdrowisko to założył w 1826 r. Vienzenz Priessnitz, twór- 
ca metody wodoleczniczej. 
8 Chodzi tu zapewne o dzisiejszy Drogosław, miejscowość po- 
łożoną w sąsiedztwie Nowej Rudy, na zachód od niej. Wodolecz- 
nictwo stosowano tam od 1837 r. 
D (łac.) O święta naiwności. 
10 (łac.) Kołtun polski. 


Rozdzial VII 


l Rzeczywiście Freudenfeldowie już w latach czterdziestych 
XIX w. zaliczali się do zamożniejszych rodzin wśród właścicieli 
ziemskich w powiecie brodnickim (mieli 3156 ha ziemi). 
2 W średniowieczu Ziemia Michałowska był to obszar położo- 
ny na lewym brzegu Drwęcy, naprzeciw Brodnicy. Dalej na pół- 
nocny wschód rozciągały się tereny kolonizowanej przez ludność 
polską Ziemi Lubawskiej. Z czasem niezbyt trafnie nazwę Ziem) 
Michałowskiej zaczęto rozciągać na powiat brodnicki i w ta- 
kim - mocno rozszerzonym - znaczeniu używa jej Sulerzyski. 


333
>>>
rr 


8 Komorowo - majątek nad rzeką Pissą. W drugim ćwierć- 
wieczu XIX stulecia należał do Jezierskich, od 1850 r. do Sule- 
rzyskiego a od 1870 do Toruńskiego Banku Kredytowego Doni- 
mirski i Spółka. 
4 "Ze szkoły chełmińskiej" - tzn. z gimnazjum w Chełmnie, 
założonego, a właściwie odnowionego w 1837 r. Szkoła ta w na- 
stępnych kilkudziesięciu latach była żywym ośrodkiem ruchu pa- 
triotycznego młodzieży polskiej. 
G MUnsterwalde czyli Minsterwałd to niemiecka nazwa Opa- 
lenia, wsi i majątku położonego w dolinie wiślanej, niedaleko 
Kwidzyna. 
o Mowa tu o Józefie Czarnowskim. 


Rozdzial VIII 


1 Chodzi tutaj o rewolucyjny manifest krakowski z 22 lutego 
1846 r. 
Sulerzyski w pierwodruku swych Pamiętnik6w (t. 1, s. 173- 
-175) przytoczył pełny tekst tego ideowego dokumentu demo- 
kracji polskiej. W tym wydaniu opuszczono go, gdyż jest on 
łatwo dostępny w różnych wydawnictwach źródłowych, a bezpo- 
średnio nie łączy się z narracją Sulerzyskiego o jego życiu. 
2 Seweryn Elżanowski a raczej Elzanowski (bo tak się podpi- 
sywał), pochodził z Królestwa, ale z rodziny wywodzącej się nie- 
wątpliwie z Ziemi Chełmińskiej (wieś Elzanowo). Zamieszany w 
działalność konspiracyjną w Królestwie zbiegł w 1844 r. na Po- 
morze i ukrywał się u ciotki Konstancji Jeżewskiej i Stanisława 
Radkiewicza w Swieckiem. Zaangażowany w przygotowania po- 
wstańcze i w 1846 r. aresztowany, w procesie berlińskim skaza- 
ny został na karę śmierci. W czasie Wiosny Ludów powrócił 
na Pomorze i, podobno, sformował w Borach Tucholskich kil- 
kusetosobowy oddział partyzancki, z którym przeszedł w Po- 
znańskie. Później działał na emigracji (z misją emisarską był na 
Pomorzu raz jeszcze w 1852 r.). 
8 Tj. członków komisji śledczej. 
4 Zawieszone uprawnienia i korzyści wynikające z pośredni- 
czenia w rozdziale kredytów. 
G Król pruski już w 1815 r. zapowiadał powoływanie repre- 
zentacji parlamentarnej dla całego państwa, przewidywała ją 
również ustawa z 1823 r. o powoływaniu reprezentacji prowin- 
cjonalnych. Jednak gdy minęły gorące lata schyłku epoki napo- 
leońskiej, a władza znów się umocniła, nie spieszono się z po- 
wołaniem organu przedstawicielskiego. Dopiero w 1847 r. Fry- 
deryk Wilhelm IV utworzył sejm połączony (vereinigter Landtag), 
nazwany tak dlatego, 'że w Berlinie zebrano wszystkich członków 
ośmiu reprezentacji prowincjonalnych (razem sześćset siedemna- 
ście osób). 
8 Słynna odezwa Fryderyka Wilhelma III An mein Volk, ogło. 
szona we Wrocławiu 17 marca 1813 r., wzywała do wojny na- 
rodowej przeciw Napoleonowi. Nie było w niej jednak sformu- 
łowanych jasno zobowiązań co do nadania Prusom konstytucji. 
7 Przedstawiona tutaj przez Sulerzyskiego za Grewenitzem 


334
>>>
j 


wersja dramatycznych wydarzeń z lutego 1846 r. jest uproszczo- 
na i idealizująca Fryderyka Wilhelma IV. Do administracji i po- 
licji pruskiej docierały już od końca 1845 r. wieści o jakichś 
polskich przygotowaniach powstańczych. 13 stycznia 1846 r. król 
powołał nawet specjalną komisję śledczą, ale szczegółów sprzy- 
siężenia nie znano. Zasadnicze znaczenie miały zeznania hra- 
biego Henryka Ponińskiego, który uważając, że tym sposobem 
uchroni prowincję przed rozlewem krwi i wstrząsami rewolucyj- 
nymi, zgłosił się 5 lutego do prezydenta policji poznańskiej Mi- 
nutolego i złożył obszerne zeznania, w których odkrył plany 
spisku, nazwiska przywódców, szczegóły organizacyjne. W tej 
sytuacji władze pruskie wszczęły intensywne śledztwo i 12 lu- 
tego w Swinarach, w pobliżu Gniezna, aresztowano Ludwika 
Mierosławskiego, przy którym znaleziono mapy i spisy konspi- 
ratorów. 
8 Następnie Sulerzyski w pierwodruku jego Pamiętników (t. 1, 
s. 185-203) przytoczył tekst słynnego przemówienia Ludwika 
Mierosławskiego, wygłoszonego na procesie berlińskim, w Moa- 
bicie 3 i 5 sierpnia 1847 r. Poprzedził on tę mowę następującą 
uwagą: "Dla miłośników patriotycznego krasomówstwa przypo- 
pominam ich pamięci świetną mowę Mierosławskiego, z życze- 
niem zgody dla jego przeciwników". W obecnym wydaniu mowa 
została pominięta z tych samych powodów co i wcześniej opu- 
szczony tekst manifestu krakowskiego z 1846 r. 
o (niem.) Chcemy chłopaków na budę [czyli zamek] popchnąć. 
10 (niem.) Hurra! Niech żyją Polacy! 
11 (niem.) Z mieniem i krwią (zdrowiem). 
12 A oto jak tę wizytę Sulerzyskiego i towarzyszy w Brodni- 
cy widział jeden z niemieckich mieszkańców tego miasta: "Do 
miasta [...] wjechało pewnego dnia 
 odznakami narodowymi 
trzech polskich szlachciców: Sulerzycki [iI, Jezierski i Kuchar- 
ski, znani jako główni przewodnicy polskiego ruchu w Prusach 
Zachodnich. Przyjeżdżali oni z Golubia, gdzie zdjęli byli orły 
pruskie i proklamowali Rzą(i Narodowy. To samo chcieli oni 
uczynić i tutaj, ale temu oparła się ludność i to nie tylko nie- 
miecka, ale i polska. W hotelu Dopatki miały miejsce ożywione 
debaty pomiędzy komitetem tudzież poważnymi brodnickimi oby- 
watelami i niemieckimi właścicielami dóbr z powiatu brodnic- 
kiego z jednej, a onymi - jak się sami mianowali - delega- 
tami Narodowego Rządu polskiego z drugiej strony. Na próżno 
starano się przekonać ich o całej bezsensowności ich przedsię- 
wzięcia. Nie porzucali oni swego zamiaru. Tymczasem, atoli, wy- 
stąpiła pod broń straż obywatelska, a ludność brodnicka wobec 
delegatów zajęła tak głośną postawę, iż musieli oni w spiesznej 
uCieczce szukać ocalenia. Sulerzycki i J ezierski dopadli koni 
i uszli bez czapek. Kucharskiego niemieccy właściciele przez 
podwórze wyprowadzili na tylną ulicę. Tam jeden z nich, Freu- 
denfeld, wsadził go na swoją podwodę, zakutał w płaszcz 
i uwiózł szczęśliwie". Cyt. wg: Brodnica między 1819 a 1863. 
Szkic kulturalno-historyczny według opowiadania żyjącego je'- 
szcze świadka [Niemca brodnickiego] spisal R. Lazęga [A. Chu- 
dziński] "Roczniki Towarzys.twa Naukowego w Toruniu" 1898 
R. 5, s. 88. 
13 Aresztowanie to miało miejsce 4 kwietnia 1848 r., w przed- 
dzień planowanego wielkiego zjazdu Polaków. 


335
>>>
14 (łac.) każda trójka doskonała. 
15 Owa "garść ziemi na Wasz święty pomnik" to najpewmeJ 
aluzja do sypania we Lwowie od 1869 r. kopca unii lubelskiej. 
Z tej okazji zapewne też odbywała się uroczystość, w której 
uczestniczył Sulerzyski. 


Rozdzial IX 


l Rozdział IX otwiera w wydaniu krakowskim Pamiętników 
Sulerzyskiego tom drugi, ale pomylono wówczas numerację roz- 
działów. W rezultacie tego są dwa rozdziały ósme, raz, jako ostat- 
ni rozdział tomu pierwszego, dwa, jako pierwszy tomu drugiego. 
W obecnym wydaniu błąd ten poprawiono. 
2 Sulerzyski miał tu naj pewniej na myśli umiarkowanie de- 
mokratyczny dziennik poznański "Gazetę Polską", wydawaną 
przez Walentego Stefańskiego a redagowaną przez Hipolita Ce- 
gielskiego w okresie od 22 marca 1848 do 29 czerwca 1850 r. 
8 Napad pod Labiszynem na dwudziestu dwóch lub trzydzie- 
stu ochotników, jadących z płockiego, miał miejsce 5 kwietnia 
1848 r. 
4 Sulerzyski ma w tym miejscu na myśli wydarzenia z okre- 
su od stycznia do czerwca 1807 r., kiedy to załoga twierdzy gru- 
dziądzkiej, dowodzona przez generała Courbiere'a, należała do 
tych nielicznych obsad pruskich fortec, które nie poddały się 
wojskom napoleońskim po pierwszych śtrzałach i broniła się 
przez pół roku. Tę zasługę Courbiere'a umniejsza jednak fakt, 
że aż do końca maja słabe siły francuskie twierdzę grudziądzką 
raczej blokowały, a nie, w sposób regularny, oblegały. 

 Mowa tu o kościele pojezuickim na Starym Rynku w Byd- 
goszczy, z którego rzeczywiście gwałtowny wicher, w czasie bu- 
rzy 18 czerwca 1848 r. zerwał obite miedzianą blachą barokowe 
hełmy. Kościół ten, przed którym rozstrzeliwano polaków we 
wrześniu 1939 r., w 1940 r. hitlerowcy zburzyli. 
6 Ks. Karl Richter (Rychter) pochodził z Westfalii. W 1837 r. 
powołall'lY !na dyrektora nowo otwaTtego Gimnazjum w Chełmnie, 
następnie był prałatem i profesorem w Pelplinie. W czasie Wio- 
sny Ludów głosami ludu polskiego został wybrany na posła z Po- 
morza do sejmu pruskiego. Tam zaangażował się w obronę praw 
języka polskiego. Był też współzałożycielem Ligi Polskiej. Za 
więzionymi w Grudziądzu upominał się w sejmie berlińskim 
trzykrotnie, m.in. 11 i 13 października 1848 r. 
7 W wyborach do sejmu pruskiego, które odbyły się :; lutego 
1849 r., z Prus Zachodnich wybrano aż siedmiu (a nie czterech!) 
deputowanych reprezentujących polskie interesy. Byli to: księ- 
ża: Antoni Skiba, Karl Richter, Antoni Klingenberg, Piotr Bar- 
toszkiewicz, oraz ziemianie: Hiacenty Jackowski, Aleksander Kliń- 
ski i Natalis Sulerzyski. 
8 (łac.) tu w sensie - gorzkie słowo, zdanie. 
8 "Nadwiślanin" - tygodnik wydawany w okresie od l paź- 
dziernika 1850 r. do 30 grudnia 1866 r. przez Józ
fa Gółkow- 
skiego, a redagowany m.in. przez Ignacego Lyskowskiego, Igna- 
cego Danielewskiego, Józefa Chociszewskiego. Pierwsze polskie 


336
>>>
czasopismo społeczno-polityczne na Pomorzu Gdańskim w do- 
bie zaborów. Od 1867 r. zastąpiła go "Gazeta Toruńska". 
10 Zdaje się, że część koni huzarów pruskich, po tej "sławetnej 
szarży" potopiła się w owym torfowisku, gdyż wg relacji Ana- 
stazego Gorzki, złożonej 4 sierpnia 1979 r. w Pluskowęsach, gdy 
"parcelant" Franciszek Florek kopał, już po II wojnie świato- 
wej, torf przy drodze idącej z Pluskowęs na Kiełpin, to znaj- 
dował w nim dużo kości. Obecnie torfowisko to zarosło olszy- 
nami. 


Rozdzial X 


1 Homburg vor der Ht\he (Bad) - uzdrowisko na skraju gór 
Taunus, w pobliżu Frankfurtu. Występują tam źródła żelazi- 
stych wód mineralnych bogatych w kwas węglowy. W latach 
1840-1872. w uzdrowisku było czynne, głośne wówczas, kasyno 
gry braci Blanc. 
2 Ekstyrpator, gracownik - narzędzie do 
vyrywania chwa- 
stów, kruszenia i spulchniania gleby, wprowadzane pod koniec 
I połowy XIX w., głównie w unowocześniających się majątkach 
ziemiańskich. 
8 (franc.) Trzydzieści i czterdzieści - hazardowa gra w karty. 
« Gleisweiler - wieś na poludniu Palatynatu bawarskiego, w 
pobliżu ruin zamku Scharfeneck. 
5 Su1erzyski w swych Pamiętnikach "emigrantami" nazywa nie 
tylko osoby powracające z Zachodu z wygnania politycznego, ale 
także uciekinierów z zaboru rosyjskiego. 
6 Ow Galle, budowniczy z Warszawy, to najpl'awdopodobniej 
Aleksander Galle, o którym wiadomo, że w 1835 r. wyjechał do 
Niemiec dla prowadzenia studiów nad architekturą górniczą. 
7 W istocie rzeczy dwór, a raczej zameczek wzniesiony wg 
planów Galla w Piątkowie, swą historyzującą architekturą bliż- 
szy jest neogotykowi, po części w duchu angielskim, niż neore- 
nesansowi. 
B W Nawrze, majątku położonym około 8 km na zachód od 
Chełmży, szambelan Konstanty Kruszyński, zlecił Hilaremu Szpi- 
lowskiemu wzniesienie neoklasycznego zespołu pałacowego (1798- 
-1805). Później znalazł się on w rękach rodziny Slaskich, a w 
1865 r. przeszedł w posiadanie Sczanieckich. W końcu lat trzy- 
dziestych XIX w. Karol Kalkstein organizował tam u swego 
zięcia, Władysława Kruszyńskiego, pierwsze polskie bale na Zie- 
mi Chełmińskiej. 
o Majątek Radowiska Małe, obok wsi o tejże nazwie, polożo- 
ny jest około 10 km na południe. od Wąbrzeźna. Su1erzyski 
kupił go w 1852 r., a jego syn Wacław odprzedał w 1868 r. 
Paulowi Dinerowi. 
10 Prezes rządu to ściślej rzecz biorąc prezydent obwodu 
rejencyjnego. Był nim wówczas w Kwidzynie Jakob Freiherr 
von Nordenf1ycht. 
11 Naczelnym prezesem czyli nadprezydentem poznańskiej pro- 
wincji (Wielkiego Księstwa Poznańskiego) był w latach 1851- 
-1860 Eugen von Puttkamer. 
11 "Wydanie do Polski" tzn. przekazanie do dyspozycji władz 


22 - Pamiętniki... 


337 


.......
>>>
Królestwa Polskiego. Wydawanie zbiegów z Kongresówki było 
powszechnie stosowane przez władze pruskie od 1838 r., w ra- 
mach porozumienia, zwanego wówczas kartelem i regulowane 
odpowiednimi umowami; zawieszane w latach czterdziestych, 
wznowiona w dobie reakcji, po zdławieniu rewalucji z lat 1848- 
-1849. 
13 Uckermark (Marchia Wkrzańska) - północna część Bran- 
denburgii, na zachód od dolnego biegu Odry. 
14 "Nationalzeitung" - dziennik berliński o orientacji naro- 
dowo-liberalnej, ukazujący się od 1 kwietnia 1848 r. aż do lat 
międzywojennych. 
15 Sulerzyski, lub raczej drukarz, przekręca tu nazwisko wy- 
bitnego ideologa włoskiego ruchu republikańskiego i zjednocze- 
niowego Giuseppe Mazziniego. A owe "akcje" to zapewne "Akcje 
Sprawy Polskiej", rodzaj anonimowej subskrYPcji, ogłoszonej 10 
sierpnia 1850 r. przez londyńską Centralizację Towarzystwa De- 
mokratycznego Polskiego. Uzyskiwane tym sposobem fundusze 
szły na "propagandę ludową", tzn. przede wszystkim na wydawa- 
nie czasopisma "Demokrata Polski" (1837-1863). 
16 Tytus Działyński zaraz po upadku powstania listopadowego, 
gdzieś około 9 października 1831 r. wyruszył spod Krakowa do 
Paryża z misją polityczną, powierzoną mu przez księcia Adama 
Czartoryskiego, z której wkrótce zresztą powrócił do kraju. 
17 Komisja Spraw Wewnętrznych na czele z dyrektorem głów- 
nym była, również pod koniec epoki Paskiewicza, jednym z re- 
liktów dawnej autonomii Królestwa Polskiego sprzed 1832 r., ale 
równocześnie narzędziem realizacji polityki zaborcy w zakresie 
administracji krajem. 
18 Chodzi tu o miasteczko Lidzbark, położone nad l'zeką Wel 
o 30 km na wschód od Brodnicy. 
19 Srem. " 
20 Radzyń - miasteczko położone w centrum Ziemi Chełmiń- 
skiej, w powiecie grudziądzkim. Znajduje się w nim, rUjnowany 
aż do 1837 r., znakomitej klasy architektonicznej, zamek pokrzy- 
żacki oraz gotycki kościół parafialny św. Anny z XIV w. o bo- 
gatym wyposażeniu. 
21 Poprawnie prediger, czyli kaznodzieja, duchowny prote- 
stancki. 
22 Rosyjska konna straż, strzegąca granic Królestwa Polskie- 
go. 
28 Dobrzyniem w XIX w. nazwano, leżące już na Ziemi Dob- 
rzyńskiej, dawne przedmieście Golubia, które znalazło się od 
1815 r. po drugiej stronie granicy, tzn. po stronie Królestwa, t 
i które z czasem rozrosło się w spore miasteczko, żyjące zresztą 
w znacznej mierze z przemytu. Obecnie znów te dwie miejsco- 
wości zostały połączone i noszą nazwę Golub-Dobrzyń. 
24 (niem.) Jest to przekręcona odpowiedź wojskowa: Zu Be- 
fehL, Herr Leutnant! - "Wedle rozkazu, panie poruczniku!" 
25 "Szkólnik" albo i "szkolny" to stosowane dawniej na Po- 
morzu, gwarowe określenie nauczyciela, a także kierownika 
szkółki wiejskiej. 
26 Chodzi tu nie tyle o bliższe okolice Malborka, ile o Sztum- 
skie, czyli południową część Powiśla. 
27 Towarzystwo Naukowej Pomocy zamierzano założyć na Zie- 
mi Chełmińskiej i Pomorzu jeszcze przed Wiosną Ludów. Za 


338
>>>
, 


datę faktycznego jego zawiązania przyjąć należy dzień 30 paź- 
dziernika 1848 r., kiedy to w Chełmnie, w nowo założonej re- 
sursie polskiej, zebrały się pięćdziesiąt cztery osoby, głównie 
ziemianie i duchowni i powołały dziewięcioosobową dyrekcję. Pre- 
zesem honorowym został inicjator Mateusz Slaski, a faktycz- 
nym Karol Kalkstein z Pluskowęs pod Chełmią. Głównym za- 
daniem TNP było wspieranie stypendiami kształcenia polskiej 
inteligencji, Działało ono do 1939 r. O dziejach tego zasłużo- 
go stowarzyszenia pisze B. Osm61ska-Piskorska: Pomorskie To- 
warzystwo Pomocy Naukowej. Pól wieku istnienia i dzialalno- 
ści 1858-1898 Toruń 1948. 
28 "Pan R." to Stanisław Radkiewicz. Służąc od 1822 r. w 
armii Królestwa Polskiego, doszedł w czasie powstania listopa- 
dowego do stopnia majora. Od 1833 r. gospodarował w Brzeźnie 
w Swieckiem. Naturalizowany w 1842 r., odegrał on poważną 
rolę w rozwijaniu organizacji narodowej w Pl'usach Zachodnich 
w czasie powstania styczniowego. 
20 Kalberg jest to niemiecka nazwa Lysicy, czyli obecnie Kry- 
nicy Morskiej, znanego k
ieliska na Mierzei Wiślanej. Już od 
1841 r. utrzymywano z nim regularną komunikację wodną z 
Elbląga i Królewca. 
ID (niem.) Polscy durnie (dosłownie: polskie woły). 
81 Mowa tu o kościele Sw. Ducha, zborze ewangielckim, wznie- 
sionym w Toruniu przy Rynku Staromiejskim w latach 1753- 
-1756, wg planów Andrzeja Biihra z Drema, przez Efraima 
Schrogera. Od 1945 r. jest on świątynią katolicką 00 jezuitów. 
B2 Pomnik początkowo zamierzano wZ)nieść w 1843 r., tj. w 
trzechsetną rocznicę śmierci Kopernika. W czasach pruskich za- 
jęło się tym ponownie specjalnie powołane stowarzyszenie. Ofia- 
ry napływały jednak tak wolno, że trzeba było rzecz całą prze- 
sunąć o dziesięć lat. Kamień węgielny pod pomnik Kopernika 
położony został jeszcze w 1809 r., po odpowiedniej uchwale Ra- 
dy Stanu Księstwa Warszawskiego, zamówiono też posąg astro- 
noma u wielkiego rzeźbiarza duńskiego Bertela Thorvaldsena. 
Ostatecznie pomnik z warsztatu Christiana Tiecka przywieziono 
z Berlina do Torunia: 16 lutego 1852 r. 
B8 Studzienkę rozebrano w XX w. dla ułatwienia przeprowa- 
dzenia linii tramwajowej, skręcającej w stronę ówczesnej ul. 
Chełmińskiej, obecnie Dzierżyńskiego. 
14 Ow napis łaciński, do dzisiaj widniejący na cokole toruń- 
skiego pomnika wielkiego uczonego, w tłumaczeniu na polski 
brzmi: "Mikołaj Kopernik, toruńczyk, ruszył ziemię, wstrzymał 
słońce i niebo, Urodzony roku 1473, zmarł roku 1543". Autorem 
tego napisu był profesor Gimnazjum Toruńskiego, dr Karol 
Brohm. 


I 
t 
, 


Rozdział XI 


1 Swierczyny - wieś leżąca około 6 km na południowy wschód 
od Brodnicy, na obszarze historycznej Ziemi Michałowskiej. 
Właścicielem jej najpierw był Niemiec Keck, później Wybiccy, 
następnie od 1858 r. Sulerzyski, a od 1885 Niemiec, Ernst Braun. 
I Por. przypis 3 do rozdz. VII. 


339
>>>
8 Tłumacz sądowy odwoływał się do pierwszego wydania Slo- 
wnika języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego, wydanego 
w Warszawie w latach 1807-1814. 
4 Obecnie jest to odcinek drogi państwowej nr 170 Toruń- 
-Olsztyn. 
li Pluskowęsy koło Kowalewa (odległe o okolo 4 km na pół- 
nocny wschód od tego miasteczka) - stara wieś, wzmiankowana 
już w 1258 r., siedziba proboszcza parafii obejmującej również 
Piątkowo należące do Sulerzyskich. 
G Mila pruska, obowiązująca od 1872 r. to 7532,5 m. 
7 Być może ktoś o tym nazwisku, spokrewniony z nimi posło- 
wal już jako przedstawiciel Niemców toruńskich do parlamentu 
frankfurckiego w 1848 r. Radca von Henning z Kwidzyna jeszcze 
w 1819 r. nabył duży majątek Dębową Łąkę. W latach c
terdzie- 
stych był on naj bogatszym z właścicieli ziemskich, Niemców, w 
Brodnickiem. Jeden z jego dwóch synów był później posłem. 
8 Kilka tych solidnie zbudowanych domów stoi w Piątkowie 
do dzisiaj. 
D Małe Pułkowo - polożone ponad 10 km na północny 
wschód od Kowalewa, w 1822 r. odziedziczone zostalo przez żo- 
nę Wysockiego - Amalię, po ojcu, Aleksandrze Orlowskim. 
W 1857 r. przejął je Aleksander Wysocki, a w 1860 zakupił Na- 
talis Sulerzyski. Od 1875 weszło ono w posiadanie Ludwika 
Wierzbickiego. 
10 Du1sk - wieś w Ziemi Dobrzyńskiej, odlegla o 7 km na 
południowy wschód od Golubia-Dobrzynia, gniazdo rodowe Dul- 
skich, w posiadaniu Wysockich od końca XVIIIw. 
11 Te obawy rewolucji we Francji przeciw Napoleonowi III, 
które wstrząsnęły nawet giełdą i kredytodawcami berlińskimi, 
wiążą się zapewne z głośnym zamachem na parę cesarską, do- 
konanym w Paryżu 14 stycznia 1858 r. przez Włocha, Felice 
Orsiniego. Działalon bez powiązania z jakimś spiskiem francu- 
skim, co nie przeszkodziło reżymowi II Cesarstwa podjąć sze- 
roko zakrojone i głośne represje przeciw republikanom, a to z 
kolei musiało budzić w Europie wątpliwości co do trwałości 
rządów Napoleona III. Sulerzyski po pieniądze do Berlina po- 
jechał w końcu zimy lub wczesną wiosną 1858 r. 
12 Tiergarten - obecnie park i dzielnica w Berlinie Zachod- 
nim, przyległe do Berlina Wschodniego od strony Bramy Bran- 
denburskiej. Nazwa Zwierzyniec dla tej części miasta pochodzi 
stąd, że od 1527 r. do XVII w. były tam tereny myśliwskie elek- 
torów brandenburskich. 
18 Mowa o Fryderyku Wilhelmie III, który rządził od 1797 r., 
a zmarł 7 czerwca 1840 r. 
14 Fryderyk Wilhelm IV pod koniec swego panowania zapadł 
na chorobę umysłową, tak że od 9 października 1858 r. mu- 
siano ustanowić regencję jego brata, późniejszego króla Prus 
(od 1861 r.), i cesarza Niemiec Wilhelma I (od 1871). 
16 (niem.) Dosłownie "wszystko republika", czyli wszędzie 
ustrój republikański. 
10 Zatwardzenie. 
17 Druga żona Natalisa - Leonarda z Wybickich, zmarła 14 
maja 1860 r. i została pochowana w grobie rodzinnym Sule- 
rzyskich, umieszczonym na zewnątrz poludniowej ściany wieży 
kościola parafialnego w Pluskowęsach. Upamiętnia ją prosty, 


340 


J 
--
>>>
marmurowy krzyż ze stosownym napisem, podobny do starszego, 
postawionego po śmierci pierwszej żony Natalisa, Izabelli z Czap- 
skich. 


Rozdzial XII 


1 To curriculum vitae, spisane po niemiecku, a podpisane przez 
Sulerzyskiego w Piątkowie 4 sierpnia 1860 r., zamieścił on im 
extenso, nie tłumacząc nawet na polski, jako rozdział XIII (t. 2) 
pierwodruku Pamiętników. Wobec tego, że opisane są w nim raz 
jeszcze, tyle że w skróconej formie, te same fakty, o których 
szerzej traktuje pierwszych jedenaście rozdziałów tych wspom- 
nień, rozdział ten pominięto w obecnym wydaniu. 
2 Chodzi tu zapewne o Teodora Donimirskiego z rodziny zie- 
miańskiej, wywodzącej się z Kaszub, która jeszcze przed I roz- 
biorem przeniosła się na Powiśle i uległa częściowemu zniemcze- 
niu. Teodor zrepolonizował się m.in. poprzez związki małżeńskie. 
Studiował prawo i administrację na uniwersytetach we Wroc- 
ławiu, Bonn i Berlinie, doszedł do wysokich godności w rejen- 
cji kwidzyńskiej. 
8 Mierzynek miejscowość wzmiankowana od początku 
XV w., od XVI w. nosząca obecną nazwę, położona na północno- 
-wschodnim skraju Ziemi Chełmińskiej. 
4 Owczesne określenie licytacji czyli przymusowej wyprze- 
daży. 
6 Sulerzyski w tekście Pamiętników z uporem miasto Wąb- 
rzeźno nazywa Wąbrzyźnem. 
8 (łac.) Niebezpieczeństwo w zwłoce, czyli wezwanie do szyb- 
kiej pomocy. 
7 Franciszek Ksawery Dmochowski ...;.. czołowy jakobin pol- 
ski, był też autorem Sztuki rymotwórczej i przekładał na język 
polski różne utwory poetyckie, w tym i satyryczne wiersze Ho- 
racego. Przytoczony w przekładzie na polski wiersz Horacego 
to dwie pierwsze strofy (wiersze 1-8) trzeciej pt
ni z księgi III 
Piehi (Carmen) wielkiego rzymskiego poety. 
8 Por. przypis 26 do rozdz. II. 
g W lipcu 1861 r. wśród młodzieży napływającej do Francji, 
głównie z Królestwa Polskiego, po rozluźnieniu przepisów po- 
licyjnych w pierwszych latach panowania Aleksandra II, ufor- 
mowało się Towarzystwo Młodzieży Polskiej. Początk()IWo pozo- 
stawało ono pod wpływem Ludwika Mierosławskiego. Organi- 
zacja ta przyczyniła się do wykształcenia spośród młodych przy- 
hyszów około dwustu przyszłych oficerów powstańczych, wyszko- 
lonych w polskiej szkole wojskowej, działającej od październi- 
ka 1861 do lipca 1862 r. we Włoszech, najpierw w Genui, a póź- 
niej w Cuneo. 
10 Sytuację w szkole wojskowej w Cuneo Sulerzyski naświe- 
tla tutaj wyraźnie z pozycji mierosławszczyka. Główną przy- 
czyną wyłamania się większości młodzieży w Paryżu i Genui 
spod wpływu Mierosławskiego był nieznośny charakter i meand- 
ry polityczne ambitnego generała, które zraziły i postawiły w 
opozycji wobec niego wielu młodych. Józef Wysocki, drugi z 
demokratycznych generałów emigracyjnych, był współorganiza- 


341 


-
>>>
II 


torem szkoły, a po usunięciu Mierosławskiego sam objął funkcję 
jej dyrektora w marcu 1862 r. 
11 Towarzystwo Agronomiczne w Brodnicy - pierwsza orga- 
nizacja tego rodzaju na terenie całego Pomorza Nadwiślańskie- 
go, założone zostało 13 września 1861 r. Początkowo liczyło czter- 
dziestu sześciu członków, głównie ziemian. Z czasem liczba człon- 
ków rosła i w 1868 r. doszła do dwustu trzydziestu trzech, w 
tym aż stu pięćdziesięciu trzech chłopów. 


Rozdzial XIII 


1 Autor pisze tu o znanych wydarzeniach warszawskich z 27 
lutego 1861 r. 
II Sulerzyski przedrukował dosłownie, tak zresztą jak to uczy- 
nił w kilku innych miejscach Pamiętników, wydany przez sie- 
bie druk ulotny pt.: Mowa Natalisa SulerzyckiegO' [lJ z PiątkO'wa 
na PO'grzebie ś.p. KarO'la Kalksteina, dnia 4 [poprawione piórem 
z 61 lutegO' 1862 roku w PluskO'węsach Chełmno 1862. Egzemplarz 
tego druku ulotnego zachował się w zbiorach Książnicy Miej- 
skiej w Toruniu, sygn. 3354. 
8 (niem.) W sprawie śledztwa przeciw Palllu. 
4 (niem.) Chodzi tu o uznanie prawa do osobistego wymierze- 
nia sobie sprawiedliwości. 
& Wieczory PO'd lipą, czyli historia narO'du polskiego opowia- 
dana przez Grzegorza sPO'd Raclawic, po raz pierwszy wydane 
w 1845 r. w Poznaniu, to znana historia "dla ludu" napisana 
przez Lucjana Siemieńskiego. 
II Nie wiadomo, o czyjej siostrze tu mowa. Bo Władysław Je- 
ska (Jeske), od 1862 r. zastępca członka Komitetu Centralnego 
Narodowego, wysłany do Paryża dla sprowadzenia Mierosław- 
skiego, z którym się później związał i stanął w opozycji wo- 
bec Rządu NarodowegO', nie był wywieziony na Syberię, a po 
powstaniu znalazł się na emigracji. 
7 Trudno w sposób pewny ustalić, kim był ów emigrant, któ- 
ry, zapewne gdzieś jesienią 1862 r., przejeżdżał przez Piątko- 
wo w drodze z Londynu do Warszawy. Mógł to być Cwiercia- 
kiewicz. Natomiast owe narady "pod prezydencją Mazziniego", 
to zapewne echa rozmów polsko-rosyjskich w redakcji "Kołoko- 
ła", na których wprawdzie wielkiego republikanina włoskiego 
nie było, ale tam właśnie radykałowie rosyjscy przestrzegali Po- 
laków przed przedwczesnym wybuchem powstania. 
Gościnę Cwierciakiewicza w Piątkowie potwierdzającą zezna- 
nia Romana Rogińskiego, który też bywał w tym gościnnym dwo- 
rze. Wynika z nich, iż rola Piątkowa jako punktu oparcia 
i schronienia dla działaczy patriotycznych z kraju i emigracji 
była jeszcze większa niż to wynika ze wspomnień Sulerzyskie- 
go. 
Por.: R. Rogiński, PO'wstaniec 1863 r. Zeznania i wspomnienia 
Warszawa 1983. 
8 Radziki (Wielkie) Duże - wieś i majątek na Ziemi Dobrzyń- 
skiej, położone około 15 km na północny wschód od Rypina, 
od połowy XVIII w. w posiadaniu Przeciszewskich, a od 1839 r. 
Franciszka Salezego Dmochowskiego. 
9 Steinkelerska, czy raczej steinkellerka, był to rodzaj dyli- 


342 


.......
>>>
żansu, wprowadzony w Królestwie przez bankiera warszawskie- 
go, Piotra Steinkellera w latach czterdziestych XIX w. Zabiera- 
ły one po dziesięciu pasażerów, siedzących na ławkach, wokół 
ścian, i odznaczały się stosunkowo dużą szybkością i sprawno- 
ścią. Steinkellerki jeździły m.in. z Warszawy do Torunia. 
10 Kocioł miedziany do pędzenia alkoholu. 


II 


Rozdzial XIV 


1 W Brodnicy, poza murami miasta, wzniesiono w 1761 r. 
klasztor i kościół reformatów. Władze pruskie w 1831 r. ska- 
sowały dom zakonny, kościół zamieniono na kaplicę cmentarną, 
a klasztor na więzienie, o którym autor Pamiętników kilkakrotnie 
wspomina. 
Suzin i towarzysze zostali aresztowani w trakcie organizo- 
wania przez nich na terenie powiatu lubawskiego, na początku 
lutego 1863 r., oddziału. Wedle pierwotnych planów miał on to- 
warzyszyć dyktatorowi, Ludwikowi Mierosławskiemu, przy jego 
wkroczeniu do Królestwa. Suzina, po procesie, uwolniono w 
kwietniu, i już w tym samym miesiącu wyjechał walczyć na 
Litwę. Poległ tamże w czerwcu. 
z Szkoła polska (gimnazjum), założona przez działaczy Wiel
 
kiej Emigracji w 1842 r., miała od 1844 r. swą siedzib"ę w poło- 
żonej na północy miasta dzielnicy paryskiej, wcześniej przedmie- 
ściu - Batignolles. Szkoła ta istniała do XX w. Liczni jej ucznio- 
wie i wychowankowie brali udział w powstaniu styczniowym 
i wojnach toczonych przez Francję. Pisano o niej wiele. Nie tak 
dawno ukazała się Księga Pamiątkowa wychowank6w Polskiego 
Liceum w Paryżu z okazji 130 rocznicy powstania Szkoly Bati- 
niolskiej Warszawa 1972. 
I Aleksander Rogaliński rzeczywiście odniósł zwycięstwo w 
potyczce pod Ciołkowem 22 stycznia 1863 r., w której jednak zo- 
stał ranny. Następnie działał w Krakowskiem, a od czerwca do 
września tegoż roku był w Wydziale Wojny Rządu Narodowego. 
4 Aleksander Slaski - emigrant, pochodził z Wołynia. Miał 
podobno polec w bitwie stoczonej 22 kwietnia 1863 r. pod fol- 
warkiem Nietrzeba na Ziemi Dobrzyńskiej, przez stuosobowy 
oddział, dowodzony przez majora Szermentowskiego, idącego na 
spotkanie z Zygmuntem Padlewskim, o którego uwięzieniu je- 
szcze nie wiedział. O losach Ruszkowskiego brak danych. 
I Sulerzyski ma tu na myśli właśnie majora Szermentowskie- 
go (używał on pseudonimu Henryk Lowiński) I klęskę w boju 
pod Nietrzebą. Oddział ten, liczący prawdopodobnie sto trzy 
osoby, zbierał się w kilku majątkach na Ziemi Chełmińskiej, 
m.in. w Piątkowie. Po skoncentrowaniu się w Lesie Józefackim 
koło Wielkiej Ląki, w nocy z 21 na 22 kwietnia 1863 r. prze- 
szedł w bród Drwęcę niedaleko Golubia. Wkrótce później doszło 
do tragicznego dla powstańców, zaskakującego ataku sił rosyj- 
skich. Trudno za to obciążać wyłącznie Szermentowskiego, zwła- 
szcza że najprawdopodobniej Rosjanie byli informowani ze stro- 
ny pruskiej o przygotowaniach i ruchach oddziałów polskich. 
o (niem.) Naprzód! 
7 Ludwik Mierosławski, po skomplikowanych rokowaniach z 


343
>>>
wysłannikami Rządu Tymczasowego, podpisał 30 stycznia 1863 r. 
dokumenty, które obejmowały zobowiązania władzy powstań- 
czej wobec niego, jako przyszłego dyktatora. Równocześnie za- 
pewniał, że w ciągu trzech tygodni wkroczy do Królestwa. Za- 
mierzał początkowo dokonać tego w Brodnickiem. Zmienił jed- 
nak decyzję na wieść o niepowodzeniu próby zdobycia Płocka, 
a być może też, gdy dowiedział się o aresztowaniach pruskich 
w okolicach Lidzbarka. Ostatecznie przekroczył granicę zaboru 
pruskiego i Królestwa koło wsi Konary na Kujawach nocą z 16 
na 17 lutego i w południe zjawił się w Krzywosądzy. 
8 Bezstronna. 
D Prawdą jest, że na Mierosławskiego czekało na Kujawach 
niewielu, słabo uzbrojonych powstańców; prawdą też jest, że o 
ile ziemiaństwo, zwłaszcza wielkopolskie, odnosiło się doń z dużą 
nieufnością, to u włościan kujawskich zyskał on sympatię. 
10 Lembarg - duża i bardzo stara wieś włościańska, w pro- 
stej linii odległa o około 16 km od Brodnicy, w kierunku pół- 
nocno-zachodnim. 
11 Sulerzyski ma tu na myśli założony 19 kwietnia 1866 r. 
w Toruniu Bank Kredytowy Donimirski i Spółka, który istniał 
do 1889 r. 
12 Akademik - oznacza tu osobę, która studiowała na uni- 
wersytetach. 
18 Ignacy l.,yskowski napisał pracę poświęconą gospodarowa- 
niu na roli, zatytułowaną 6ospodarz Prus Zachodnich czyli po- 
radnik gospodarski dla pomniejszych wlaścicieli rolniczych. Od 
1851 do 1906 r. ten swoisty samouczek dla chłopów-gospoda- 
rzy doczekał się dwunastu wydań i łącznego nakładu około stu 
tysięcy egzemplarzy! . 
14 Stolno - stara wieś, położona 7 km na pOłudniowy wschód 
od Chełmna, na skrzyżowaniu ważnych dróg, (obecnie m.in. 
E 16). 
15 (niem.) W gwarze szwabskiej: Bracie Keck, czy to ty jesteś, 
czy to nie ty? Do pioruna! Jaki z ciebie (ważny) jest facet! 


Rozdzial XV 


1 Tj. około 3848 hektarów. 
2 Kammergerichtstrath - radca, także sędzia sądu kameral- 
nego. Tu chodzi o sędziego śledczego. Berliński sąd kameralny 
był najwyższym pruskim sądem apelacyjnym, ale przed nim też 
wytaczano procesy o zdradę stanu. 
8 (niem.) W prawo zwrot, marsz! 
4 (niem.) Zgasić światło! 
5 (niem.) Starszy lekarz sztabowy. 
8 Niemiecka nazwa Gorzowa Wielkopolskiego. 
7 Siedziba zarządcy więzienia; tu po prostu więzienie. Obec- 
nie wspomnieniem po tym jest Hausvogteiplatz w centralnej, 
starej części wschodniego Berlina. 
8 (niem.) Strażnik, ochraniający. 
o Kissingen (Bad) - uzdrowisko nad Saalą frankońską, w Ba- 


344
>>>
warii. Występują tam źródła wód mineralnych stosowanych przy 
schorzeniach żołądka i wątroby, kąpiele termiczne. 
10 Ostenda _ słynne kąpielisko belgijskie nad Morzem Pół- 
nocnym, szczególnie modne przed I wojną światową. 
11 Di.irkheim (Bad) - uzdrowisko w Palatynacie (dawniej Ba- 
warskim), u stóp Gór Haardt, na zachód od Ludwigshafen, oto- 
czone winnicami, w nim m.in. solanki i tężnie. Od Renu jest 
jednak odległe o ponad 20 km. 
111 Sulerzyskiego obrano deputowanym do izby drugiej sejmu 
pruskiego z okręgu wyborczego lubawskiego. Była to ósma ka- 
dencja obejmująca okres od jesieni 1863 do końca 1865 r. 
18 Koło Polskie uformowało się w sejmie pruskim jeszcze w 
czasie Wiosny Ludów. Było ono klubem poselskim deputowa- 
nych Polaków, ale i, jakby zastępczym, narodowym, organem 
przedstawicielskim dla zaboru pruskiego. Dominowali w Kole 
zachowawczo nastawieni posłowie z poznańskiego, do czasu 
powstania styczniowego i wywołanych przez nie represji lan- 
sowano w nim politykę wiernopoddańczą wobec Hohenzollernów 
i państwa pruskiego. 
14 Zygmunt Działowski - właściciel majątku Mgowo koło 
Wąbrzeźna, podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, przer- 
wane wybuchem powstania styczniowego. Podczas niego działał 
jako kurier, a także brał bezpośredni udział w walce. Podróżnik 
i miłośnik starożytności polskich, starał się rozwinąć mecenat 
nad badaniami przeszłości dawnych Prus Królewskich. Był rze- 
czywistym inicjatorem utworzonego w 1875 r. Towarzystwa Nau- 
kowego w Toruniu, lecz go na pierwszego prezesa nie obrano 
ze względu na młody wiek i niedostatecznie zachowawcze po- 
glądy polityczne. 
16 Cieszkowski powital trzech wypuszczonych z więzienia po- 
slów, w tym i Sulerzyskiego, na posiedzeniu Koła Polskiego 19 
stycznia 1861 r. 
10 Osadę Moabit w pobliżu Tiergarten założyli w końcu 
XVII w. uciekinierzy z Francji - hugonoci. Miała to być biblij- 
na terre de moab. W 1861 r. włączono Moabit do Berlina. Tam 
właśnie mieścił się sąd kryminalny i więzienie śledcze, w którym 
trzymano też Polaków w 1864 r. 


Rozdzial XVI 


1 Przypisy objaśniające do tego rozdziału będą wybiórcze, 
gdyż jeśli chcieć objaśnić dokładniej przebieg procesu berliń- 
skiego z 1864 r. i podać nawet skrótowe biografie wszystkich 
oskarżonych, to należałoby napisać osobne studium. Przebieg 
procesu przedstawił Z. Grot: Rok 1863 w zaborze pruskim. 
Udział społeczeństwa polskiego w powstaniu styczniowym Po- 
znań 1963, s. 174-200. 
8 Józef Rustejko pochodził z "Samogicji", tzn. ze 2mudzi, 
(poprawna jej nazwa w jęz. łacińskim brzmi Samogitia). 
· Artylerzysta; tu rusznikarz. 
4 Niemiecka nazwa Leszna. 
6 Uczeń. 
o (niem.) Stara Huta. 


345
>>>
t Walery Sulerzyski z Górek Zagajnych w powiecie wągro- 
wieckim należał do linii wielkopolskiej Sulerzyskich i nie był 
bliskim krewnym Natalisa. 
8 Obok różnych relacji i wyciągów z wystąpień na tym gi- 
gantycznym procesie publikowanych w prasie, całość materia- 
łów oskarżenia, jak i przebieg procesu, przedstawiają dwa ówcze- 
sne wydawnictwa dokumentacyjne. Są to: Anklage - Schrift 
des Ober - Staats bei dem Koniglichen Kammer-Gcrichte ge- 
gen die Beteiligten bei dem Unternehmen welches darauf abzielt, 
zur Wiederherstellung eines polnischen Staats in den Genzen 
desselben von dem Jahre 1772, einen Teil des Gebiets des Preus- 
sischen Staats vom Ganzen loszureissen wegen Hochverrats. Be- 
rlin 1864 oraz Der Polen-Prozess im Jahre 1864. Eine vollstiin- 
dige historische Darstellung desselben mit Zugrundelegung der 
unter Leitung des Dr Michaelis, Vorsteher des Stenographischen 
Burea'ILs im Herrenhause, aufgenommenen stenographischen Be- 
richte Berlin 1865. 
u Decydujące o zebraniu cennych materiałów dla pruskiego 
aparatu przemocy rewizje odbyły się u hrabiego Jana Działyń- 
skiego i innych działaczy polskich w Poznaniu 128 kwietnia 
1863 r. W ich wyniku przeszła fala aresztowań, która m.in. spo- 
wodowała upadek, a raczej likwidację komitetu Działyńskiego. 
10 Sulerzyski dalej, aż do końca tego rozdziału, przytacza z 
małymi, później dopisanymi, wstawkami, całe fragmenty dru- 
kowanych materiałów procesowych, których tytuły podano w 
przypisie 8 do tego rozdziału. 
11 Kameraliny lub kameralia - studia administracyjne. 
l! Wzmiankowany "kalendarz z pieśniami narodowymi" to 
Sjerp Polaczka Kalendarzyk Polsko-Katolicki. Wydawał go Prejs 
w Toruniu u E. Lambecka w latach 1861-1877. 
18 Prawdopodobnie chodzi tu o słuchacza polskiej szkoły woj- 
skowej, Zygmunta Siemieńskiego, który poległ w Kosyminie 30 
kwietnia 1863 r. 
14 Jesienią 1860 r. we Włoszech czyniono pewne gesty pod 
polskim adresem, planowano np. powołanie legionu międzyna- 
rodowego, z odrębną formacją polską, chcąc wygrać dywersję 
polską przeciw Austrii i reakcyjnym monarchiom wschodnim. 
Z tej szansy, jak się miało okazać - pozornej, chciała skorzy- 
stać część polityków z obozu demokracji emigracyjnej, a prze- 
de wszystkim Ludwik Mierosławski. W listopadzie 1860 r. przy- 
był on do Włoch, a po bezowocnych rozmowach w Turynie z 
Cavourem i królem Wiktorem Emanuelem, dotarł w grudniu do 
Garibaldiego, przebywającego w odosobnieniu na wyspie Ca- 
prerze. Po tych odwiedzianach paryskie czasopismo "Przegląd 
Rze:zy Polskich" ogłosiło deklara1cję GaTibaldiego z 30 grudnia 
1860 r. Była to w istocie rzeczy dosyć ogólnikowa deklaracja 
i trudno ją uznać za jakąś realną umowę w kwestii tworzenia 
nowego legionu polskiego w Italii. 
15 Ow list księżny Czetwertyńskiej, będący relacją i rodza- 
Jem wizji, był wówczas popularny i doczekał się kilku prze- 
druków wraz z innymi wypowiedziami i świadectwami. Znalazł 
się on m.in. w litografowanym zbiorze: Dokumenta do ruchów 
warszawskich Warszawa 1861 [poz.] 10, s. XI-XII. 
18 Chodzi tu właśnie o wzmiankowany wyżej, litografowany 
zbiór różnych wystąpień i oświadczeń. 


1 

. 


346 


.......
>>>
17 Najpewniej Sulerzyski tu się pomylił - chodziło tu oczy- 
wiście o Towarzystwo AgrononUczne Prus Zachodnich (Kró- 
lewskich), a nie Prus Wschodnich. 
18 Nielegalne czasopismo, organ Komitetu Centralnego, a na- 
stępnie Rządu Narodowego. Ukazywało się ono od ;j lipca ]862 
do 14 lipca 1863 r. (razem 17 numerów) a jego redaktorcm był 
Agaton Giller. 
19 Ow organ prasowy Centralizacji Towarzystwa Demokratycz- 
nego Polskiego, znaleziony przez Prusaków w Piątkowie był to 
"Demokrata Polski" (1837-1863). Chodzi tu o egzemplarze ostat- 
niego numeru tego czasopisma z 20 stycznia 1863 r. 
20 Wspomniane w akcie oskarżenia regulaminy były to: 
[L. Mierosławsld]: Mustra kosynierska Paryż 1861; [L. Miero- 
sławski]: Regulamin i slużba obozowa Paryż 1861; [L. Miero- 
sławski]: Regulamin piechoty, jazdy i artylerii i służba obozo- 
wa. Paryż 1861. 
21 Niejasna jest kwestia, o jakiej to wyprawie Demontowi- 
cza, wyznaczonej na 10 kwietnia 1863 r., myśleli autorzy aktu 
oskarżenia. Demontowicz przygotowywał wyprawę oddziału 
zbrojnego do Królestwa w lutym, miał to być oddział przy- 
boczny Mierosławskiego. Natomiast w kwietniu, o ile wiado- 
mo, nie wkraczał on do Królestwa. 
22 Rogoźno - duża stara wieś w północnej części Ziemi 
Chełmińskiej. O 3 km od niej, u zbiegu Ossy i Jardęgi, zacho- 
wały się ruiny krzyżackiego zamku Rogoźno. 
ES (łac.) Podstęp, oszustwo. 
24 (niem.) Dom zajezdny, oberża. 
15 (niem.) Mięso armatnie. 
10 W Paryżu, przy bulwarze Montparnasse 6, znajdowała się 
w tamtych czasach, założona po Wiośnie Ludów, Szkoła Wyższa 
Polska, której zadaniem było uzupełnianie przygotowania mło- 
dzieży polskiej, znajdującej się na emigracji, do studiów na 
wyższych uczelniach francuskich. 
17 Mowa tu o potyczce pod Ciołkowem 22 stycznia 1863 r. 
28 W cudzysłowie. 
ID Cwiczenia (tu idzie o wojskowe). 
aD Lucjan Siemieński w latach 1843-1846 mieszkał w Wiel- 
kim Księstwie Poznańskim i wiele podróżował po okolicy. 
81 Od tego miejsca opuszczono przedrukowane przez Sule- 

. rzyskiego w Pamiętnikach fragmenty zeznań współtowarzyszy 
z procesu: Teodora Jackowskiego, Edmunda Calliera, Bolesława 
Chotomskiego, Walentego Połćzyńskiego (w wydaniu krakow- 
skim są to strony 126-151). Zrezygnowano z tego materiału, 
gdyż nie wnosi on nic nowego dla poznania życia i działalności 
Sulerzyskiego. 
82 Wystąpienia obrończe na procesie berlińskim profesora Ru- 
dolfa Gneista doczekały się oddzielnych publikacji, takich jak: 
Polen-Prozess Verteidigungsrede des Defensors Gneist in der 
Sitzung des Staatsgerichts vom 17. No'/). [ember] 1864 Berlin 
1864. 
ss Jabłonowo - miejscowość położona około 14 km na wschód 
od Radzynia Chełmińskiego. Pod koniec XIX w. z niewielkiej 
wsi rozrosła się w dużą osadę, dzięki temu, że zbiegło się w niej 
pięć linii kolejowych. Po rozbiorach Polski dobra jabłonowskie 
przeszły w posiadanie rodziny Narzymskich. Stefan Narzymski, 


347
>>>
były porucznik ułanów z powstania listopadowego, zbudował w 
1853 r. wielki pałac wzorowany na średniowiecznym zamku w 
Miramare. Zdewastowały go wojska niemieckie w czasie I wojny 
światowej. Obecnie należy do zgromadzenia zakonnego. 
84 (niem.) Więzienie karne. 
85 Mowa tu o wojskach pruskich wracających ze zwycięskiej 
wojny z Danią, w sojuszu z Austrią, o Szlezwik i Holsztyn. Woj- 
na ta, rozpoczęta 1 lutego 1864 r., zakończyła się traktatem 
wiedeńskim (30 października 1864 r.). 


Rozdział XV II 


. r-:-- 
1 Por. przypis 18 do rozdz. !II. ,. J'-... 
I Chodzi tu o krakowskie Planty. 1 
I Russo, czyli Jean Jacques Rousseau. Do jego rad dla Pola- 
ków nawiązuje Sulerzyski w oparciu o dzieło: Uwagi o narodzie 
polskim. 
4 Szmeks to dawniej używana nazwa podtatrzańskiego Smo- 
kowca, należącego wówczas, wraz z całą Słowacją, do Węgier. 
I Nie jest jasne, o którego tu Czyńskiego chodzi. Znany 
działacz emigracyjny, publicysta, pisarz Jan Czyński w ostatnich 
latach życia przebywał w Londynie, gdzie też zmarł 31 stycz- 
nia 1867 r. Inna jednak sprawa, że utrzymywał on wówczas 
kontakty z Galicją, gdyż był m.in. korespondentem lwowskiej 
"Gazety Narodowej". 
ft Namiestnik, czyli austriacki zarządca prowincji, a więc 
i Namiestnictwo dla Galicji zawsze było we Lwowie. Su1e- 
rzyski, pisząc o Namiestnictwie w Krakowie wymienia w isto- 
cie dZiałającą tam, po raz ostatni w latach 1863-1867, komisję 
namiestniczą. 
7 Rozważania te, mocno zresztą naiwne i rzecz całą sprowa- 
dzające do przetargów między Prusami i Austrią o ziemię i pie- 
niądze, a nie o kwestię walki o przywództwo w Niemczech 
i koncepcje ich zjednoczenia, dotyczą wojny austriacko-pruskiej 
i austriacko-włoskiej w 1866 r. Po wcześniejszych działaniach 
w byłych księstwach duńskich i w innych krajach niemiec- 
kich armia pruska wkroczyła do Czech, 22 czerwca. zadAjąc 
klęskę armii austriackiej. W związku z tym Austriacy musieli 
prosić o rozejm, a 23 sierpnia 1866 r. podpisano w Pradze po- 
kój. W walkach w północnych Czechach, m.in. pod J.iłlinem 
odznaczyły się pruskie pułki z Poznańskiego, w znacznej mierze 
złożone z Polaków. Poniosły one jednak duże straty. 
8 Powtarza tu Sulerzyski populArną w swoim czasie w Ga- 
licji legendę o rzekomym przymuszeniu cesarzowej Marii Tere- 
sy i jej monarchii do udziału w I rozbiorze Polski. 
I "Kraj" - gazeta krakowska, założona w lutym 1869 r. przez 
księcia Adama Sapiehę. Od października tegoż roku Ludwik 
Gumplowicz nadał jej wyraźnie liberalno-demokratyczny kieru- 
nek. Toczyła ona polemiki z konserwatywnym "Czasem". Prze- 
stała ukazywać się w lipcu 1874 r. 
10 19 marca, jak wiadomo, obchodzi się imieniny Józefa. 
11 (franc.) Dla panów. 


348 


.......
>>>
11 (niem.) Bratnia wojna, tzn. wojna między państwami nie- 
mieckimi - Prusami i Austrią. 
18 "Gazeta Toruńska" - dziennik, będący kontynuacją cheł- 
mińskiego "Nadwiślanina", ukazujący się w latach 1867-1921 
o znaczeniu ponadlokalnym. Pierwszym wydawcą był Franciszek 
Tadeusz Rakowicz, a redaktorem Władysław Lebiński. 
14 "Neue Freie Presse" - słynny, zwłaszcza na przełomie stu- 
leci, liberalny dziennik wiedeński, założony w 1864 r. przez część 
redaktorów gazety "Die Presse". 
15 Fragment Hymnu do miłości ojczyzny Ignacego Krasickiego. 
16 "Stary królewski uczeń" to król pruski Wilhelm I, później- 
szy cesarz II Rzeszy, posłusznie realizujący zalecenia Bismarcka. 
Natomiast Sulerzyski niezbyt ściśle przedstawia sprawę tzw. de- 
peszy emskiej, która stała się bezpośrednim powodem wybuchu 
wojny prusko-francuskiej. To nie rzekome "wyproszenie za 
drzwi" ambasadora francuskiego, Benedettiego, było ostatecz- 
nym kamieniem obrazy dla Napoleona III, ale ogłoszenie w pra- 
sie, odpowiednio spreparowanego przez Bismarcka, tekstu de- 
peszy tajnego radcy Abeckena, relacjonującego z uzdrowiska 
Ems o przebiegu rozmów króla Wilhelma I z ambasadorem 
francuskim w sprawie wycofania kandydatury księcia Leopol- 
da Hohenzollern-Sigmaringen do opustoszałego tronu Hiszpa- 
nii. 
17 (łac.) Wówczas Brandenburczyk zadrży. 
18 Dyrektorem Banku Toruńskiego był od 1872 r. Antoni Do- 
nimirski, od 1887 mieszkający w Królestwie. Nie jest jednak ja- 
sne, o który rok, a więc i o jakie osoby chodzi. Zapewne przede 
wszystkim o Mieczysława Lyskowskiego.
>>>
III 
 
j, 
I 
I 
I 
l; 
I. 
[ 


;. 
; 
; 


INDEKS NAZWISK * 


Abecken, tajny radca pruski 
349 
Adelung, nadprokurator berliń- 
ski 258, 262 
Aleksander I, car rosyjski 326 
Aleksander II, car rosyjski 341 
Aleksandrowicz, emigrant 243, 
250-251 
Antoniewicz Bolesław 259 
Anz Heinrich von 23, 130, 133, 
140, 142 
Arndt Jan 262 
Au Juliusz 262 
Auerswald Alfred 50 
August II Wettyn, elektor sas- 
ki, król Polski 70 


Baczyński, jezuita, misjonarz 
178, 181 
Bałucki Michał 40, 52 
Banaszak Józef 261 
Barclay de Tolly Michel 67 
Barszczewska Alina 49 
Bartkiewicz, chłop 47 
Bartoszkiewicz Piotr 336 
Baunscheidt, lekarz 277 
Biihr Andrzej 339 
Biirensprung Friedrich 217, 220, 
249 
Becker, sędzia 258 
Becker Karl Friedrich 62, 326 
Beethoven Ludwig van 9 
Behn Spile 202-203 
Bekowski Napoleon 260 
Bem Józef 96 
Blmazet Jacques 330 
Benedetti Vincent 349 
Berger Józef 261 
Beseler Marcin 270-271, 286 
Białoskórski Feliks 138 
Bismarck Otto 309, 314-318, 
322, 349 


Blanc, bracia, właściciele kasy- 
na gry w Bad Homburg vor 
der Hohe 337 
Bleszyński Bonawentura 261 
Błociszewski Stanisław 260 
Blociszewski Władysław 259 
Bniński Konstanty 261 
Bormann Johann 69, 328 
Borowski Marceli 262 
Borzewski Kalikst 16-17, 97, 
274, 332 
Bohning Peter 48, 49, 50, 51, 52 
Brachvogel, adwokat 262, 295 
Bratring, sędzia 258 
Braun Ernst 13, 209-210, 212, 
339 
Braunek Tadeusz 260 
Bremer, właściciel ziemski 326 
Breza Tytus 77, 80-82 
Brodnicki Kazimierz 261 
Brodowski Karol 260 
Brohm Karol 8, 65, 70, 329, 339 
Bronikowski Bolesław 259 
Brusch, pułkownik austriacki 
66, 327-328 
Bukowskt Andrzej 49 
Biichtemann, sędzia 258 


Callier Edmund 44, 262, 305, 
347 
Catilina (Katylina) Sergius Lu- 
cius 54 
Cavour Camillo de 346 
Cegielski Hipolit 336 
Chamski Ferdynand 12, 326 
Charchowski, brat Tadeusza 68 
Charchowski Tadeusz 68 
Chełkowski Ildefons 260 
Chełmicki Kazimierz 262 
Chłapowski Dezydery 48, 111- 
-112, 126 
Chłapowski Karol 261 


350 


· Kursywą wyr61:nIono nazwiska autor6w występujących w przypIsach. 


-
>>>
j 


Chłędowska, żona Adama 160 
Chłędowski Adam 160 
Chmielecki Paweł 49 
Chmurski, mieszczanin krakow- 
ski 91 
Chociszewski Józef 336 
Chodacki Witold 260 
Chodecki Aleksander 265 
Chomętowski Bolesław 185 
Chotkowski Władysław 39-40, 
52 
Chotomski (Dienheim) Bolesław 
Juliusz 44, 166, 207, 262, 305, 
347 
Cichowski Wincenty 261 
Cienciała, chłop spod Cieszyna 
155-157 
Cieszkowski August 35, 252, 
255, 345 
Cieślak Tadeusz 49 
CourbiEke Guillaume 148, 336 
Cromwell Oliver 183 
Czajkowski Paweł 65, 327 
Czapska Izabela zob. Su1erzy- 
ska Izabela z Czapskich 
Czapska Matylda 295 
Czapski Antoni 269 
Czapski Bolesław 261 
Czapski Józef 132, 281, 293 
Czapski Piotr 70 
Czapski Tomasz 48, 131, 241 
Czarliński Emil 206 
Czarliński Leon 42 
Czarnecki Stanisław 260 
Czarnowski, pułkownik 265 
Czarnowski Józef 127, 334 
Czartoryski Adam 149, 338 
Czartoryski Roman Wilhelm 
249, 259, 304 
Czermiński, ziemianin 332 
Czetwertyńska Janina 265, 346 
Czyński Jan 311, 348 


Cwierczakiewicz vel Cwiercia- 
kiewicz Józef 270, 285, 342 


Damaze, nauczyciel tańca 72 
Danielewski Ignacy 39, 336 
Dąbski Kazimierz 72-73 
Dąmbski, mieszkaniec Kaezko- 
wa 23 
Dehnel Władysław 259 
Dembiński Henryk 175 


Demontowicz Józef 31, 32, 268, 
270, 291, 347 
Deyks, adwokat 262 
Diener Paul 33'1 
Dietrich Karol 271 
Djakow Władimir 49 
Dmochowski Franciszek Ksa- 
wery 213, 341 
Dmochowski Franciszek Salezy 
213, 217, 230-231, 342 
Donimirscy, rodzina 341 
Donimirski Antoni 206, 278, 
334, 344, 349 
Donimirski Teodor 341 
Dopatka, właściciel hotelu 26, 
335 
Drogand, sędzia 258 
Dulius Adolf 265 
Dulscy, rodzina 340 
Dumas Alexandre 130, 133 
Dunin Jakub 70 
Dunin-Sulgustowski Marcin 135 
Duszyński Hipolit 261 
Działowscy, rodzina 16, 45 
Działowska Klotylda z Siera- 
kowskich 45 
Działowski Zygmunt 254, 261, 
269 
Działyński Jan 70, 346 
Działyński Jan Kanty 259, 263, 
269-270, 294, 304 
Działyński Tytus 158, 173, 241, 
338 
Dziekoński Tomasz 65, 68, 69, 
327 
Dziembińska Brygitta 65, 68 
Dziembiński Walerian 65, 68, 
70, 72-73, 97 
Dzimińskie, siostry 72 
Dzikowski Józef 267, 291 


Eimbeck, sędzia 258 
Elminowski, chłop z Ziemi 
Chełmińskiej 27, 154 
Elven, adwokat 262, 263, 271, 
282, 288, 292, 295, 297, 301- 
-303, 306 
Elżanowski (Elzanowski) Sewe- 
ryn 20, 22, 24, 25, 28, 132- 
-133, 138-142, 334 
Esman Tadeusz 49 


Fajus, ochotnik w powstaniu 
listopadowym 1831 r. 96 


351
>>>
Ferdynand Karl d'Este 327 
Fischer, asesor 150 
Florczyk Tomasz 324 
Florek Franciszek 337 
Flottwel Eduard 120, 122, 135, 
274, 277 
Fourgeret, denuncjator 285, 294, 
295 
Franciszka, służąca u Sulerzy- 
skich 293-294 
Freiherr von Nordenf1ycht Ja- 
kob zob. Nordenf1ycht Jakob 
Freudenfeld, właściciel ziemski 
335 
Freudenfeldowie, rodzina 120, 
333 
Friedrich, sędzia 258 
Fryderyk II Wielki Hohenzol- 
lern 135 
Fryderyk Wilhelm III Hohen- 
zollern 333, 334, 340 
Fryderyk Wilhelm IV Hohen- 
zollern 7, 15, 47, 200, 329, 334, 
335, 340 
Fugiński Klemens 269, 271 


Gabler, nauczyciel 61-62 
Gadomski Walery 90 
Gajewscy, rodzina 45, 46 
Gajewska Lucja Katarzyna An- 
tonina z Dzialowskich 45 
Gajewski, student 77, 83 
Galenus (Galen Claudius) 118 
Galle Aleksander 11-12, 160, 
184, 196, 337 
Galęzowski Seweryn 158-159 
Garibaldi Giuseppe 264, 266, 
287, 346 . 
(f;astpary Waldemar 329 
Gejer, lekarz 222 
Germar Johann Karl 65, 69, 328 
Giełażewski Antoni 65, 68, 327 
Gierszewski S. 50 
Giller Agaton 347 
Glajcar, chłop spod Cieszyna 
155-157 
Gneist Rudolf von 258, 262, 
295-298, 347 
Gniazdowski, rządca u Natali- 
sa 209 
Godebski, student 77, 83 
Goński Mikołaj 261 
Gorczakow Michaił 266 
Gorzka Anastazy 47 


352 


I 
Gosławski Henryk 262 I 
Gościcki Józef 262 
Gorgey Artur 175-176 
Gółkowski Józef 219, 336 
Góra, lekarz 77, 81, 86 . . 1 
Górski, mieszczanin z Bochni 
91 
Grabowski, emigrant 129 
Grabowski Ignacy 260 
Grąbczewscy, rodzina 230 
Grąbczewski, landrat 71 
Grąbczevvski Ignacy 230-231 
Gregor, adwokat 71, 173 
Grewenitz, landrat 130, 132- 
-133, 135, 275, 334 
Gropius Martin 257 
Grot Zbigniew 51, 52, 345 
Gudewicz, nauczyciel domowy 
60 
Guksch, kupcowa z Torunia 
137 
Gumplowicz Ludwik 348 
Gurowski Adam 77, 83-84, 
330 
Gustaw II Adolf Waza 71 
Guttry Aleksander 42, 259, 304 
Gyziński Antoni 268 


Hackmann, nauczyciel 62 
Hahnemann Samuel 186, 331 
Happe, nauczyciel domowy 61 
Harajewicz, lekarz 312 
Haubold Krystian 9, 330 
Havelka Jan 72, 329 
Hegel Georg 73, 83 
Heinrich Ludwik 261 
Henning, poseł pruski 122 
Henning von, radca 120, 122. 
140, 195, 331, 340 
Henningowie, bracia 138-139, 
194, 208 
Hertell, rodzina 326 
Heym Benno 50, 51 
Hlndenburg, landrat 165 
Hipokrates 118 
Hippel Theodor 273 
Hoff, wytwórca ekstraktu sło- 
dowego 283 
Hoffmann Adolf 259 
HOhenzollern-8igmarlngen Leo- 
pold 349 
Hohenzollernowie, niemiecki 
ród kSiążęcy 9, 21, 33, 47, 298 
Holthoff, adwokat 262
>>>
Holzbrecher, żandarm pruski 
268-269, 271 
Horacy 213, 272 
Hoszard, lekarz 90 
Howen, baronowie, bracia 81 
Hubert Józef 261 
Hulewicz Walery 260, 304 


llowiecki Józef 31, 261, 268 
Iwanowska z Gajewskich, puł- 
kownikowa 46 


J ablonowski, książę 77, 330 
Jackowski, radca 208 
Jackowski Antoni 261 
Jackowski Hiacenty 336 
Jackowski Hipolit 100-101,190 
Jackowski Maksymilian 261 
Jackowski Teodor 44, 262, 304 
Jacoby Jan 256 
J ahn Friedrich 135 
Jakobi, malarz 68 
Jan fi. Captskano, św. 59, 63, 
323 
Janecki Emil 262 
Jaraczewski Tadeusz 259 
Jaraczewski zygmunt 260, 304 
J arochowski Cyprian 260, 304 
Jaroczyński Marian 259 
J arzębowski Adam 259. 
Jaworski, działacz patriotyczny 
270 
Jaworski Wladyslaw 42-43 
Jasiński Maksymilian 261 
Jerzewski, radca 262, 335 
Jeska (Jeske), siostra Włady- 
slawa 229, 342 
J eska (J eske) Władyslaw 342 
J etta, gospodyni 91 
Jezierscy, rodzina 140, 334 
Jezierska z Wybickich 205 
Jezierski Konstanty 119, 123 
Jezierski Marian 140, 231 
Jeżewska Konstancja 334 
Johansonn Friedrich 261 
Jonas, radca policyjny 99 
Jurska, sędzianka 72-73 


Kaczorowski, lekarz 204 
Kaczorowski Adolf 262 
Kalembka Sławomir 49, 52 


23 - Pamił;:tniki... 


Kalisz, rządca 158, 161, 164- 
-166 
Kalkstein Antoni 219 
Kalkstein Antonia ze Szczaniec- 
kich 219 
Kall{stein Edward 261, 305 
Kalkstein Karol 18, 30, 122, 
138, 183, 213, 217, 218-219, 
337, 339, 342, 344 
Kalnassy, druga żona Atanaze- 
go Sulerzyskiego 103 
Kamiński, jezuita, misjonarz 
178 
Kaniewski Stanislaw 259 
Karnowski Jan 49 
Karol Albert Sabaudzki, król 
Królestwa Sardynii 265 
Karwat, kasjer Towarzystwa 
Agronomicznego w Brodnicy 
216 
Katz, restaurator poznański 268 
Kazimierz Wielki 90, 156 
Kczewska Barbara z Sumiń- 
skich zob. Wybicka Barbara 
Kczewski Jerzy 70 
Keck, brat Jana 241 
Keck Jan 62, 67, 241, 339, 344 
Kętrzyński-Winkler Wojciech 
262, 270, 305 
Kieniewicz Stefan 49, 50, 51 
Kierski Józef 260 
Kierski Tadeusz 261 
Kiliński Jan 217 
Kitel, wlaściciel ziemski 155 
Klingenberg Antoni 336 
Kliński Aleksander 336 
Knast Ignacy 30 
Kobella, pensjonarka 72 
Koberdowa Irena 50 
Kocój Henryk 48 
Komierowski Roman 51 
Konarski Szymon 183 
Konkiel, tłumacz w procesie 
berlińskim 1864 r. 262 
Konstanty Pawlowicz Roma- 
now 83, 97 
Kopczyński Onufry 80, 330 
Kopernik Mikolaj 65-66, 71, 
158, 186--187, 339 
Korella, uczestnik wyprawy 
partyzanckiej z 1833 r. 98 
Korewa, major 24, 25, 27, 139, 
147-148, 328 
Korn, demokrata 150 
Kornecki Wincenty 42-43 


353
>>>
Koronowicz Jan Nepomucen 
262 
Kosiński Władysław 259, 263, 
304 
Kossakowski Bronisław 270 
Kossowska, ziemianka 268, 
291-293 
Kossowski Bolesław 281, 293 
Kossowski Hiacenty 331 
Kossowski Józef 21, 23, 134, 
138, 140 
Koszutski Wacław 259, 304 
Kościeiski Bolesław 260, 304 
Kościuszko Tadeusz 141, 156, 
233, 308 
Kotzebue August von 135 
Krasicki Ignacy 10, 104, 196, 
322, 333 
Krasicki Józef 261, 349 
Kraszewski Józef Ignacy 321 
Kraśnicki Władysław 259 
Królikowscy, bracia 47 
Królikowski Leon 259, 270 
Kruge Wilhelm 78, 80, 330 
Kruszyński Konstanty 65, 69, 
328, 337 
Kruszyński Władysław 18, 337 
Kriiger, sędzia śledczy 245- 
--247, 251, 253, 257, 284, 294, 
299 
Krzepela J. 45 
Krzyżanowski Adrian 71 
Kucharscy, bracia 96 
Kucharski, brat Jana 23 
Kucharski Jan 96, 113, 138, 335 
Kung Wilhelm 9 
Kunow Wojciech 260 
Kurella Antoni 332-333 
Kurantowski Włodzimierz 259, 
304 
Kurzyna Jan 33, 232, 236 
Kuszkowski Stanisław 265 
Kwiatkowski, nauczyciel domo- 
wy 61 
Kwilecki Mieczysław 260 


Lamartine Alfons de 21 
Lambeck Ernst 346 
Langeron Andraul de 67 
Laubert Manfred 40 
Lauterbach, landrat brodnicki 
19, 120, 126, 129, 130, 331 
Leboef Edmond 322 
Lelewel Joachim 47, 330 


354 


. 1 


Lenartowicz Teofil 154 
Lent, adwokat 262, 301-302, 
306 
Leonhardt, sędzia 258 
Leski Stanisław 96 
Lewaid, adwokat 262 
Libelt Karol 47, 174, 176 
Linde Samuel Bogumił 191, 340 
Lippe- Biesterfeld- W eissenfeld 
zur 253 
Lipski Wojciech 77, 80, 82, 152 
Lisiecki, adwokat 262 
Lisiecki, student 70 
Lissowski Czesław 51 
Litychaur, hrabia 150 
Lizak, nauczyciel domowy 162 
Look W. 48, 49, 331 
Loyola Ignacy, św. 177 
Lubomirski Jerzy 70 
Lutomski Bolesław 260, 304 


Lazęga R. (A. Chudziński) 46, 
47, 51, 335 
Lącki Władysław 260, 294 
Lączyński Adolf 262 
Lebiński Władys;ław 262, 349 
Lobodzki Józef 145-146 
"Lowiński Henryk" zob. Szer- 
mętowski, major 
Lubieński Bogusław 261 
Lukaszewski Julian 51, 259, 
304 
Lyskowski Euzebi 103 
Lyskowski Ignacy 24, 29, 30, 42, 
50, 205-206, 211, 216, 228, 
239, 336, 344 
Lyskowski Mieczysław 31, 210, 
212, 217, 228, 232, 238, 239, 
325, 344, 349 


Maciejewski Stanisław 261 
Madejski Waclaw (W. M.) 49 
Majewski Jan 260 
Malczewski Adolf 126 
Malczewski Zygmunt 261 
Manteuffel Otto von 153-154 
Mańkowski Alfons 48 
Mańkowski Napoleon 259, 262- 
-263, 304 
Marański Antoni 262 
Marcinkowski Karol 116, 18Z 
Marks Karl 330 
Martwell Leon (faktycznie Heil-
>>>
pern) 31, 261, 267, 289, 290, 
305 
Matecki Feliks 260 
Matejko Jan 36, 322 
Matuszewski Józef 259 
Mazzini Giuseppe 172, 229- 
-230, 338, 342 
Meer, świadek w procesie ber- 
lińskim 299 
Melin Ksawery 268, 269, 271 
Mę[...] Józef, publicysta 306, 
315-316, 318 
Michaelis, doktor 346 
Mielęcki Józef 260, 304 
Mielżyński Seweryn 42, 138, 
154 
Mierosławski Franciszek 261 
Mierosławski Ludwik 20, 29, 
32, 44, 51, 120, 129, 133, 135, 
136, 147, 150, 216, 232, 233, 
236-237, 264, 266, 270, 275, 
287, 289, 291, 292, 325, 335, 
341--342, 343, 344, 346 
Mieroszewscy, rodzina 320 
Mieroszewska, babka Natalisa 
10, 59 
Mieroszewska, cioteczna babka 
Natalisa 59 
Mieroszewska Anna zob. Sule- 
rzyska Anna z Mieroszew- 
skich 
Mieroszewski, dziad Natalisa 
59 
Mikołaj I, cesarz rosyjski 21 
Mikos Stanislaw 48 
Milewski I. R. 45 
Miłkoski, ochotnik w powsta- 
niu listopadowym 96, 250 
Miłkowski Kazimierz 296 
Minutoli Julius 129, 335 
Mittelstaedt, asesor 258, 262, 
282, 290, 292, 297 
Mittelstaedt Julian 261, 305 
Modzielewski Teofil 269, 271 
Mohr, generał austriacki 327 
Molinek Ferdynand 260 
Moniuszko Stanisław 29 
Moraczewski Jędrzej 9, 10, 47, 
77, 79, 80, 82, 84, 174, 176, 
330 
MOTcinek Roch 48 
Moszczeński Bolesław 260, 304 
Mott Y Marceli 196, 222 
Mrowiński Walery 259 
Mroziński Kazimierz 261 


Miiller, właściciel ziemski 194. 
235, 240 
Myśliborski- W ołowski Stani- 
slaw 51 


Nagajew Aleksiej 49 
Napoleon I Bonaparte 57, 65- 
-66, 134, 174, 199, 314, 317, 
322, 326, 327, 328 
Napoleon III Bonaparte 265, 
314, 317, 322, 323, 340, 349 
Narzymscy, rodzina 299, 347 
Narzymski Stefan 347 
Nesselrode, kanclerz moskiew- 
ski 149 
Nesselrode Karl 149 
Nidenfiir, lekarz 116 
Niederstetter, radca policyjny 
243-244, 283 
Niegolewski Władysław 24, 30, 
259, 304 
Niegolewski Zygmunt 260 
Niel Adolphe 322 
Niemcewicz Julian Ursyn 65, 
69, 328 
Niklewski Józef 259 
Niski, radca Komisji Rządowej 
Spraw Wewnętrznych w 
Warszawie 175, 177 
Nordenf1ycht Jakob von 50, 
165, 337 
Nordenf1ycht, syn Jakoba 165 
Nowowiejski, pochodzący z Po- 
znańskiego 74-75 


Oberfeld Dionizy 259 
Oelrichs Heinrich 273 
Oelrichs, sędzia 258 
Ohnstein Ludwik 259 
Oppen Władysław 259 
Orłowski Aleksander 109, 340 
Orr W. J. 50 
Orsini Felice 340 
Osm6lska-Piskorska Bożena 339, 
351 
Ostaszewski Ludwik 20 
Ostrzycki, kupiec z Wrocławia 
267 
Otto, pastor 155 


Padlewski Zygmunt 343 
Paliszewski, brat Leopolda 96 


355
>>>
Paliszewski, oJcIec 114 
Paliszewski Leopold 96, 112- 
-114, 116 
Parpart, pierwsza żona Atana- 
zego Sulerzyskiego 103 
Paruszewski Michał 261 
Paskiewicz Jan 338 
Pawłowscy, rodzina 45 
Pawłowski Andrzej 45, 99, 101 
Pawłowski Wincenty 45 
Persigny Jean 265 
Piątkowski Władysław 46 
Pilaski Roman 261 
Pląskowski Seweryn 70 
Plehn Hans 46, 48, 50-51 
Pluciński Józef 260 
Podczaski Jakub 125 
Połczyński Walenty 44, 262, 
300, 347 
Poniatowski Józef 233 
Poniatowski Stanisław 71 
Poniński Adam 70 
Poniński Henryk 335 
Potocka Maria z Gajewskich 
45 
Potocki Oswald 45 
Praszałowicz, jezuita, misjo- 
narz 178 
Prądzyński Józef 260 
Prejs Julian (ps. "Sjerp Pola- 
czek") 263-264, 282, 346 
Priessnitz Vienzenz, lekarz 
116-117, 333 
Przechadzki Michał 268 
Przeciszewscy, rodzina 342 
Pułtoracki, pułkownik rosyjski 
67 
Puttkammer Eugen von 337 


Raabe, właściciel ziemski 139 
Raczyński Stanisław 267 
Raczyński Władysław 217, 223, 
289, 290 
Radecki Szymon 260, 304 
Radkiewicz Stanisław 20, 182, 
334, 339 
Radomiński Jan 327 
Radoński, emigrant z zaboru 
pruskiego 84 
Radoński Anastazy 260 
Radoński Faustyn 260 
Radoński Seweryn 260 
Radzimiński Maksymilian 260 


356 


Radziwiłł Mikołaj Konstanty 
259, 295 
Rakowicz Franciszek 349 
Ratazzi Urban 265 
Reichstein Juliusz 262 
Rejtan Tadeusz 37 
Rekowski Artakserkses 260 
Retenfink, porucznik pruski 
244-245, 249, 283-284 
Rexin, guwernantka 66 
Richter Karol 27, 151, 336 
Riesenbeck, właściciel ziemski 
97 
Robespierre Maximi1ian 183 
Rogaliński Aleksander 232, 234, 
310, 343 
Rogiński Roman 342 
Roland, dowódca oddziału par- 
tyzanckiego 48 
Rostkowski Witold 259 
Rousseau Jean Jacques 309, 
348 
Rohr Jan 261 
Rosner Johann 70-71, 329 
Różycki Leopold 262 
Ruf, starosta 157 
Rust, lekarz 117 
Rustejko Józef 250, 259, 304, 
345 
Ruszkowski, emigrant 234, 343 
Rutkowska, ziemianka 172 
Rutkowska Alodia z Sulerzy- 
skich 5, 12, 59, 92, 116 
Rutkowski Ignacy 5, 101, 103, 
115, 118 
Rutkowski Józef 199-200, 202 
Rybiński Leon 211 
Rybiński Maciej 48, 96 
Rybiński Zygmunt 70-'11 
Rymarkiewicz Stanisław 259, 
304 
Rzepnikowski, ziemianin 163 


, 

 


Sadowski Stanisław 148 
Salmonowtcz Stanislaw 46, 328, 
329 
Samorzewski August 261 
Sampławski Julian 139, 142 
Sand Jerzy 135 
Sapieha Adam 348 
"Saturnin" (ps.), dziennikarz 
krakowski 318 


ot
>>>
f 


Schirmer (Szyrmer) Karol Wil- 
helm 8, 327, 328, 329 
Schlosser Fryderyk 9, 84, 330 
Schlott, landrat 331 
Schmerbauch, rodzina 105 
Schon Heinrich von 87, 122, 
273-274 
Schonboen, kupiec 98 
Schonfeld, właściciel ziemski 
194, 235 
Schon1ein, lekarz 160 
Schroger Efraim 339 
Schrotter von, landrat 331 
Sczanieccy, rodzina 337 
Sczaniecka Emilia 258, 294 
Sczaniecki Ludwik 259 
Sczaniecki Stanisław 259, 304 
Senft von Pilsach, landrat 331 
Sergiejew, student uniwersyte- 
tu w Lipsku 77, 80 
Serczykowa Barbara 51 
Seydewitz Theodor 261 
Seyfries Józef 261, 304 
Siegrist, demokrata 150 
Siemieński Dominik 70 
Siemieński Lucjan 287, 347 
Siemieński Zygmunt 264, 347 
Sikorski Bolesław 261 
Sikorski Kazimierz 268, 291 
"Sjerp Polaczek" zob. Prejs Ju- 
lian 
Skiba Antoni 336 
Skoraczewski Filip 259, 304 
Skorzewski Andrzej 261 
Skrzydlewski Józef 261 
Skrzydlewski Mateusz 260 
Smiśniewicz Władysław 259 
Smitkowski Leon 260, 304 
Sohn, wróżbita z Berlina 188, 
200, 202, 204, 214 
Sowiński, emigrant 161 
Stalmach Paweł 155 
Starorypiński Antoni 268 
Staszic Stanisław 174 
Staszyc (rzekomy), guwerner 
158, 174-177 
Stefański Walenty 20, 336 
Steinkeller Piotr 343 
Sudorska, nauczycielka 175 
Sue Eugeniusz 130, 133 
Su1erzyscy, rodzina z Wielko- 
polski 331, 346 
Sulerzyska, pierwsza córka Na- 
talisa 48, 110 


Sulerzyska Alodia zob. Rutkow- 
ska Alodia z Sulerzyskich 
Sulerzyska Anna z Mieroszew- 
skich 5, 6, 12, 59 
Sulerzyska Anna z Szeliskich 
5, 6 
Sulerzyska Elwira 103 
Sulerzyska Helena 13, 36, 48, 
56 
Sulerzyska Izabela z Czapskich 
48, 107, 333, 341 
Sulerzyska Leokadia zob. Wil- 
czewska Leokadia z Sulerzy- 
skich 
Sulerzyska Leonarda z Wybic- 
kich 48, 115, 341 
Sulerzyska Wanda 48, 205, 217, 
223-224 
Sulerzyska Wiktoria 48, 139 
Sulerzyski, pierwszy syn Nata- 
lisa 48, 129 
SUlerzyski Aleksander 42 
Sulerzyski Artur 103 
Sulerzyski Atanazy 5, 8, 12, 59, 
72, 73--74, 87, 88, 90, 92, 103 
Sulerzyski Franciszek 5, 6, 45, 
325 
Sulerzyski Gustaw 5, 12, 59, 63, 
92 
Sulerzyski Heliodor 5, 8, 10, 59, 
70, 73, 78 
Sulerzyski Wacław 13, 33, 48, 
56, 337 
Sulerzyski Walery 42, 261, 346 
Sulerzyski Wincenty 5, 6, 7, 45, 
46, 329 
Sulerzyskie, siostry 107 
Sulgustowski Marcin zob. Du- 
nin-Sulgustowski Marcin 
Suzin Paweł 32, 232-234, 267, 
268, 290-291, 343 
Suzinowa, żona Pawła 232-234, 
242 
Swinarski Ernest 260 
Sypniewscy, rodzina 229 
Sypniewski Julian wiceprezes 
Towarzystwa Agronomicznego 
216 
Sypniewski Julian 261 
Syrokomla Władysław (właśc. 
Kondratowicz Ludwik) 151 
Szawelska Paulina 131 
Szawelski, ziemianin 127, 148 
Szczawiński Hipolit 260 


357
>>>
II 


Szczesny, landrat 164, 167, 205, 
. 331 
Szeliska Anna zob. Sulerzyska 
Anna z Szeliskich 
Szembek Krzysztof 70 
Szermętowski, (ps. "Henryk" 
Lowiński"), major 33, 343 
Szołdrski VViktor 261 
Szpilowski Hilary 337 
Szultz (Szulc) Kazimierz 262, 
305 
Szuman Henryk 260 
Szuman Norbert 260 
Szwarc, właściciel ziemski 120, 
125-126 


Slascy, rodzina 337 
Slaski Aleksander 234, 267- 
-268, 290-291, 343 
Slaski Mateusz 339 
Smialowski Józef 49 
Smietanka, żołnierz polski z 
1831 r. 97 


Taczanowski Edmund 259, 304 
Thaer Albrecht 73-74, 87, 88, 
89, 248, 329 
Theremin, sędzia 258 
Thorvaldsen Bertel 339 
Tieck Christian 187, 339 
Toczek Adam 271 
Tokarski Józef 262 
Tourgeret, świadek w procesie 
berlińskim 258 
Treskow, właściciel ziemski 150 
Tułodziecki Jan 22, 24, 25, 26, 
132, 137, 138, 139, 140, 141, 
142, 145, 146, 149, 181, 307 
Tur Cezary 261 
Turno Hipolit 262 
Tworowska Ludwika z Jawu- 
nowskich 271, 286, 299 
Tyc, lekarz 80, 82, 87, 96-97 


Ulatowski Serafin 260, 305 


Vogel, sędzia 258 
Voigt Karol 223, 268, 291, 296 


Wachowski, emigrant 267, 289 
Wacław II Przemyślid, król 
czeski i król polski 71 


358 


Waga, prowokator 128-129 
Waga Antoni 9, 77-79 
Walter Witalis 260 
Wantuchowie vel Wańtuchowie, 
ród 7 
Wedeke, pruski radca policyj- 
ny 99, 100, 101 
Weinert, młynarz 263 
Wesener, nauczyciel 23 
Wesse, lekarz 118 
Węc1ewski Kazimierz 260 
Wężyk Michał 70 
Wielogłowski Walery 42 
Wierzbicki Ludwik 187 
Wierzbiński Józef 260 
Wierzbiński Stanisław 261 
Wierzchosławski Szczepan 51, 
52 
Wiktor Emanuel II Sabaudzki, 
król Sardynii i zjednoczo- 
nych Włoch 265, 346 
Wilczewska Leokadia z Sule- 
rzyskich 5, 12, 59, 92, 116 
Wilczewski Tadeusz 5, 17, 98, 
100, 101, 103, 116, 123 
Wilhelm I Hohenzollern, król 
Prus 349 
Wilhelm IV Hohenzollern zob. 
Fryderyk Wilhelm IV 
VVilkoński Kazimierz 260 
Wilkxyccy, rodzina 96-97, 154 
Wilkxycka, ziemianka 101-102, 
154 
Wilkxycki Jakub 16, 20, 145, 
154, 183, 232, 331 
Wilkxycki Jan Jerzy, ksiądz 332 
Wilisen Wilhelm, generał 147 
Winert 282 
Winkler-Kętrzyński Wojciech, 
student z Królewca 262, 270, 
305 
Wiśniewski Piotr 100 
Wojczyński (Woyczyński) Sta- 
nisław 65-66, 327 
Wojnowski Franciszek 45 
Wojtldewicz, emigrant 333 
Wojtowicz Jerzy 47 
Wolański Stanislaw 47 
Wolniewicz Włodzimierz 263, 
304 
Wolski Włodzimierz 29, 218 
Wybiccy, rodzina z Ziemi Mi- 
chałowskiej 339 
Wybicka Barbara, wcześniej
>>>
Kczewska, z Sumińskich 119, 
212 
Wybicka Leonarda zob. Sule- 
rzyska Leonarda z Wybickich 
Wybicka Ludwika 90, 119 
Wybicki, wojewoda 127 
Wybicki Jan 7, 46-48, 89, 101, 
115, 119, 126, 148, 158, 188, 
331 
Wybicki Michał 13, 48, 36, 
244-245, 307 
Wybicki Tomasz 119, 126-127 
Wybicki Władysław 119, 188, 
209-214 
Wysoccy, rodzina 340 
Wysocka Amalia z Orłowskich 
108, 340 
Wysocki Aleksander 28 127 
136-137, 140, 147-148, 163; 
198, 207, 211, 340 
Wysocki Feliks 94, 95, 127, 340 
Wysocki Józef 216, 341 


Young von, landrat 33, 195,205, 
207, 210, 243, 269, 281, 331 


... 


Zabłocki Erazm 253, 285, 304 
Zabłocki Józef 261 
Zaborowski Alojzy 77, 83 
Zakrocki Michał 24, 26 139 
142, 148 " 
Zakrzewska, kasztelanka 73 
Zakrzewski Stefan 259 
Zakrzewski Władysław 259 304 
Zaliwski Józef 16, 18, 49, '332 
Załuski Stanisław 70-71 
Zaplewski, parobek z Działowa 
271 
Zawadzki Władysław 262 
Zawisza Artur 16, 17, 87, 97 
99 ' 
Zawisza Czarny Artur (rzeko- 
my), 126--127, 129, 274, 332 
Zboiński, pułkownik 101 
Zimmermann, świadek w pro- 
cesie berlińskim 299 
Zwoliński, świadek w procesie 
berlińskim 268 
Zyblikiewicz Mikołaj 312 


Żernicki-Szeliga E. 45 
Źórawski Józef 259, 304 
Żychowski Marian 51 


_ J
>>>
SPIS TREŚCI 


Natalis Sulerzyski jego Pamiętniki 


5 


Przypisy 45 
Wprowadzenie 53 
Wstęp 56 
Do moich dzieci 56 
Do moich przyjaciół i nieprzyjaciół 57 
Rozdział I Od urodzenia do wejścia do szkół publicz- 
nych . 59 
Rozdział II Pobyt w szkołach toruńskich od 1810 do 1819 65 
Rozdział III Pobyt mój na uniwersytecie w Lipsku i Hei- 
delbergu od roku 1820 do 1823 . 77 
Rozdział IV Moje gospodarstwo w Mierzynku i Karcze- 
wie od roku 1824 do 1834 . 87 
Rozdział V Od kupna Piątkowa do ożenienia, 1834- 
-1836 103 
Rozdział VI Od pierwszego ożenienia do drugiego, od 
roku 1836 do 1840 . 107 
Rozdział VII Od drugiego ożenienia do pierwszej kozy, 
1840-1846 120 
Rozdział VIII Od pierwszego więzienia do drugiego, 1846 
do 1848 . 130 
Rozdział IX Od drugiego uwięzienia mego do śmierci 
patriarchy naszego, Jakuba Wilkxyckiego z 
Ryńska, od roku 1848 do 1850 145 
Rozdział X Do śmierci teścia mego, Jana Wybickiego 
w roku 1852 . 158 
Rozdział XI Od śmierci teścia Wybickiego do śmierci żo- 
ny. Od roku 1852 do roku 1860 . 188 
Rozdział XII Od roku 1860 do wypadków warszawskich 
1862 205 
Rozdział XIII W przededniu powstania styczniowego . 217 
Rozdział XIV Od powstania 22 stycznia 1863 roku do uwię- 
zi"enia mego na początku czerwca . 232 


360
>>>
Rozdział XV Od uwięzienia do rozpoczęcia procesu. . 243 
Rozdział XVI Proces od 7 lipca do 23 grudnia 1864 roku. 258 
Rozdział XVII Od l lipca 1865 do 3 maja 1872. . . . 306 


Przypisy . . . . . . . . . . . . . . . 325 
Indeks nazwisk. . . . . . . . . . . . . 350 


Biblioteka Główna UMK 


1111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111 


300002497682
>>>
W SERII "Z ZEGAREM" 
UKAZAŁY SIĘ DOTYCHCZAS 
NASTĘPUJĄCE TYTUŁY: 


Karol Szymański 
Z WARSZAWY I HEIDELBERGU (1967) 


Józef Jaszowski 
PAMIĘTNIK DOWODCY RAKIETNIKOW KONNYCH (1968) 


Jan Jakub Patz 


Z OKIEN AMBASADY SASKIEJ (1969) 


Aleksander Jełowicki 
MOJE WSPOMNIENIA (1970) 


Jacenty Grabowiecki 
MOJE WSPOMNIENIA W EMIGRACJI (1970) 


Stanislaw Lubomirski 


POD WODZĄ KSIĘCIA REPNINA (1971) 


Zygmunt Mineyko 
Z TAJGI POD AKROPOL (1971) 


Leon Drewnicki 
ZA MOICH CZASOW (1971) 


Wojciech Kossak 
WSPOMNIENIA (1971, 1973) 


Jędrzej Rogoyski 
PAMIĘTNIKI MOJE (1972)
>>>
Natalia Kicka 


PAMIĘTNIKI (1972) 


Anna z Dzialyńskich Potocka 
MOJ PAMIĘTNIK (1973) 


Ignacy Domeyko 
LISTY DO WŁADYSŁAW A LASKOWICZA (1976) 


Kazimierz Lewandowski 
PAMIĘTNIKI WYCHODŹCA POLSKIEGO (1977) 


Karol Libelt 
LISTY (1978) 


Kajetan Wojciechowski 
PAMIĘTNIKI MOJE Z HISZPANII (1978) 


Jan Antoni Chrapowicki 
DIARIUSZ (1978) 


Stanislaw Poniatowski 


PAMIĘTNIK SYNOWCA STANISŁAWA AUGUSTA (1979) 


Aleksanp.er Golyński 
PAMIĘTNIK PODOLSKIEGO POWSTANIA 
1830-1931 ROKU (1979) 


Hieronim Chrystian Holsten 
PRZYGODY WOJENNE 1655-1666 (1981) 


ZAPOMNIANE WSPOMNIENIA (1981) 


J 6zef Trzaskowski 
ZmOR ROŹNYCH DROBNOSTEK... (1982) 


Ludwig Buchholtz 
POWSTANIE KOSCIUSZKOWSKIE W SWIETLE 
KORESPONDENCJI POSŁA PRUSKIEGO 
W WARSZAWIE (1983)
>>>
Marceli Mott Y 
LISTY WOJTUSIA Z ZA W AD (1983) 


Benedikt de CacM 
POWSTANIE KOSCIUSZKOWSKIE W SWIETLE 
KORESPONDENCJI POSŁA AUSTRIACKIEGO 
W WARSZAWIE (1985) 


W PRZYGOTOWANIU 
ZNAJDUJĄ SIĘ NASTĘPUJĄCE TYTUŁY 
Z SERII "Z ZEGAREM" 


,.- 


... . 
I"""; 



 
f 

. ./ 
l"'
 
...
 


PAMIĘTNIKI 

. 

 



 
- 
Józef Dembieński 
 
RADOSCI MAŁO - GORYCZY DUZO 


Sven Jonas Stille 
PODROZ DO POLSKI 
,.r 
Adam Jerzy Czartoryski 
I MEMORIAŁY POLITYCZNE 



 
l....:i 
ol 
"..... 
(1776-.1809) 
1''_ 


Zygmunt Szczęsny Feliński 
PAMIĘTNIKI 


,-.J 


r: 
, 


I) / 
. 
. 
f'J'" 
r.l 




H7 
, .::: 
 ł 
 
\ .... I 
4
>>>
ł
>>>
. " 
.....\. .
>>>
Biblioteka 
Główna . 
. UM
 TOrtj,ń 
. "J.i 4 ,. :,,,
.,"Iif..!. 


f
SGP59 


Cena zł 3:U,- 


f 
" 


.. 
.i 
lt 


I,. 
lo 


\ 
l. 
, 
I 


ISBN 83-211-0569-9 


!. 
ł 
;
>>>